IRENA ZARZYCKA
Panna Irka
Panu Dyrektorowi Henrykowi Lipskiemu w dowód gorącego przywiązania i wdzięczności
Rozdział I
Opowiadanie Irki
W spomnienia są chorobą duszy. Najsolidniejszego człowieka przenoszą wbrew jego woli w krainę mrzonek i fantazji. Tak, oczywiście fantazji, bo to, co już przeszło, skończyło się,: rozwiało, zamieniło w niebyt, w nieistnienie, nie wróci, bo przestało istnieć, a wszak każde rozpamiętywanie faktów nie istniejących jest mrzonką i fantazją. Dlatego niedobrze jest zbyt często wspominać, a dobrze jest móc machnąć na wczoraj, a żyć dniem dzisiejszym i wycisnąć zeń, co tylko się da.
Ktoś mądry powiedział kiedyś: „Co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, a co masz zrobić jutro, zrób dziś". Bardzo pięknie powiedziane, ja jednak jestem innego zdania i co mam zjeść dzisiaj, to zjadam, i dobrze robię, boby się do jutra popsuło... A co do roboty... hm, robota nie zając, nie ucieknie i dlatego prawie zawsze mam humor i apetyt (zwłaszcza na dobre rzeczy), a nie mam forsy.
Tylko te nieszczęsne wspomnienia, na które nie ma lekarstwa. Przychodzą nie wołane w zupełnie nieodpowiednich momentach i czynią w głowie i w sercu taki zamęt, że po prostu zmuszona jestem raz na zawsze przepędzić je z zakamarków mego cichego i skromnego "ja". A uczynię to w sposób zupełnie bezbolesny i arcydelikatny... Ot, zwyczajnie wystawię je na widok publiczny tak jak fotografię, oczywiście z lekka podretuszowane, bo w stanie surowym nie uchodzi. Ładne by czytelnicy mieli pojęcie o autorce. Nie będę zresztą sama opowiadała historii z zaczarowanego
kraju wspomnień. Wzywam do pomocy moich rycerzy. Każdy z nich znajdzie tu pole do popisu. Ja tylko zaczynam.
To był rok 1913. Miałam wtedy lat dwanaście, bajecznie usmarowane atramentem ręce, zadarty nos (choć nie tak bardzo jak Kościuszko, nie) i włosy w pasma, to znaczy każde innego koloru, a zasadniczy ton był rudawy, czemu się najwięcej dziwowała moja matka, jako że sama uchodziła za demoniczną brunetkę, i mój papa, który także był stuprocentowym szatynem. Nie przypominam też sobie, by mama kiedykolwiek miała predylekcję do blondynów... Tak, że moje rude włosy, a raczej ich pochodzenie, zostanie dla mnie zagadką.
Uczęszczałam do trzeciej klasy szkoły koedukacyjnej w miasteczku P. Psiakość, morowe to było miasto... Jak czasem w letni wieczór w pięknych, starych alejach zabzykały chrabolki, a z miejskiego ogrodu dobiegły tony walczyka, Bożeż miły! Człowiek nie wiedział, co robić, taki był przepełniony beztroską, szczęściem, weselem... Wtedy to kochało się bractwo na zabój... chłopaczyska puszczali perskie oczy do koleżanek i jak nie było władzy, to nawet jeden z drugim wziął ukochaną pod rękę (jeżeli przy tym nie dostał w zęby, to miał wyjątkowe szczęście), a po kieszeni się macał i udawał, że szuka papierosów.
Siedziałam sobie tedy jako trzecioklasistka w trzeciej ławce od katedry z gidiowatą i mazgaj o watą Kazką. Ta dziewczyna miała oczy na mokrym miejscu, słowo daję. Jak jej belfer wlepił dwóję, to mazała się z rozpaczy, jak dostała piątkę, to wytryskały z jej oczu łzy radości, jak wyleciała za drzwi, ryczała, aż w klasie było słychać... Poza tym dziewuszka wesoła i do figlów nie trzeba jej było długo namawiać, choć właściwie ja dziewcząt zasadniczo do niczego nie namawiałam, bo to potem kwasy a wymówki. Jak która sama chciała, dobrze. Nie, to nie. Chłopcy pod tym względem byli solidniejsi.
Zaraz za mną siedziały dwie Jadźki: Jadźka-Kulka i Jadźka-Drąg, a przede mną śliczna złotowłosa Wiłma
i czarnula Florka. Było jeszcze kilka słodkich dziewczynek, ale moja uwaga kierowała się zwykle na rzędy chłopców. W pierwszej ławce siedział rozrośnięty i pulchny młodzian Benon, który zawsze miał coś do powiedzenia profesorowi i klasie, obok niego wyrośnięty Janek-Cicha Woda o gębie nieboszczyka, któremu Bóg dał łaskawie trzydniowy urlop i tymczasową przepustkę na padół ziemski. Trochę dalej pyskaty Stefan o rzymskim profilu i andrusowskich ślepiach oraz śliczny, ale skończona szelma Bohdan. Złośliwe to było chłopaczysko, do kawałów i szop jedyne, choć poza tym bardzo zdolny i bardzo leniwy.
Następnie moja zasadniczo pierwsza miłość — czarnooki i czupryniasty Stach. Mówię „zasadniczo", bo niezasadniczo było takowych jednocześnie trzech „w zależności od okoliczności". W każdym razie ten, co najlepiej podpowiadał i dawał ściągi z matematyki, mógł być pewien mej łaski i dostępował wielu zaszczytów, z których najbardziej zaszczytnym było noszenie książek za bohdanką aż do samego domu. Ale ja niezbyt lubiłam dom: miewałam tam bowiem niemiłe zatargi z mamą, które trzy razy dziennie (nie wyłączając niedziel i świąt) kończyły się trzepaniem. Muszę jednak z dumą wyznać, że przy takiej operacji nigdy nie płakałam. Przeciwnie... dusiłam się zę śmiechu, co do pasji doprowadzało matkę, no ale na to nie było rady. Wszyscy wkoło wiedzieli, że panna Irka lubi się śmiać dużo i bez wyraźnego powodu. Ten zaś nieszczęsny brak powodu był właśnie przyczyną wielu konfliktów z władzą. Ale bo to władza zrozumie takiego dwunastoletniego człowieka? Nigdy!
Pamiętam na przykład lekcje francuskiego, które na ogół dłużyły się i wlokły jak dychawiczne, ochwacone szkapy. Panna Zofia (nauczycielka) nie mogła w żaden sposób z koniugacji i deklinacji wydobyć nic ciekawego, dlatego nastrój był podły. Więc jeżeli ktoś chciał troszkę ożywić zasypiające z nudów temperamenty, czy należało karać takiego dobroczyńcę?
I miało raz na francuskim miejsce wesołe zdarzenie, które mi mamusia bardzo dokładnie "wbiła" w pamięć. Tę część ciała czasem można nazwać i pamięcią. Nastrój jak zwykle psi. Słówka francuskie turlają się po klasie niby dziurawe piłki. Chłopcy ziewają, aż przez czerwone młode paszcze podłogę widać, dziewczęta robią co mogą: trochę obgryzają paznokcie, trochę korespondują, przeważnie kręcą się i wiercą, jakby im kto ławki szpilkami poutykał. Panna Irka z Kazką próbują kiwać jednocześnie dużymi palcami lewych rąk i dużymi palcami w prawych pantoflach, a poza tym z nieopisanym zachwytem obserwują wróble za oknem.
Wobec tego Benon uważał za punkt honoru ożywić ponurą atmosferę. Chrząknął, wytarł nos, co w klasie natychmiast wywołało radosny szmer, i wstał.
 — Proszę pani, jak jest po francusku: „czy mogę wyjść".
 — Nie, nie możesz, siadaj.
A mnie jakby coś w środku połechtało i już wybucham radosnym, piskliwym śmieszkiem. Klasa na to tylko czekała. Zadowolony Benon ciągnie dalej.
 — Ja teraz nie potrzebuję wychodzić, proszę pani, bynajmniej, tylko tak na wszelki wypadek chcę wiedzieć, jak to będzie po francusku...
Klasa ryczy, sapie, parska, jakby Benon powiedział naprawdę coś szalenie dowcipnego, ale to już tak wtedy było — im rzecz głupsza, bardziej błaha, tym większą wywoływała wesołość. Dzieciarnia cieszyła się, że może pękać ze śmiechu, czego przecież na lekcji robić nie wolno. A kiedy Benon godnie siadł, wstał Janek-Cicha Woda i wysunąwszy dwa palce do wysokości nosa zagulgotał:
 — Proszę pani, pardon, madame, a jak jest po francusku katastrofa?
 — Nie przeszkadzaj, bo za drzwi wyrzucę, na cóż ci ta wiadomość?
 — E, teraz niepotrzebna, ale tak... na wszelki wypadek. Dobry humor momentalnie rozproszył mgły nudy, wiedzieliśmy już, że zanosi się na byczy kawał. Janek puścił do
mnie perskie oko, a ja znów zachichotałam uciesznie... Nagle usłyszałam swoje nazwisko. Oj, niedobrze, ba, nawet całkiem źle. Do tablicy maszeruję krokiem lekko chwiejnym i robię desperackie miny do chłopaków.
 — Opowiedz mi ten obrazek.
Coraz gorzej. Też pomysł wyrywać uczennicę, która zielonego pojęcia nie ma, co w ogóle zadane. Skręcam więc przedziwnym sposobem nos w lewą, a usta w prawą stronę (teraz już nie potrafię tej sztuki), co klasę zawsze bardzo bawiło, i pytam, jak mogę najsłodziej.
 — Po francusku, proszę pani?
 — Może wolisz po chińsku...
 — E, nie, ja tylko tak dla pewności.
I zaczynam stękać manipulując przy tym kijkiem.
 — Nous voyons ici.
 — Co znaczy „ici", gdzie to jest „ici"? — rzuca zdenerwowana nauczycielka.
 — O... tu pokazałam... na środku pokoju.
 — Ty mi po polsku nie tłumacz, smarkata, mów po francusku.
 — Ależ dobrze, ja tylko się namyślam, przecież pani sama każe nam myśleć — odpowiadam szczekliwie i czupurnie.
Pani utkwiła we mnie surowe a śliczne piwne oczy z tak wiele obiecującym wyrazem, że zrobiło mi się słabo, i jąkałam dalej aż do miejsca, w którym znów mnie zatkało.
 — Et que voyons nous sous le lit?
Pod łóżkiem wyraźnie leżał dywanik, ale na śmierć zapomniałam, jak się taka rzecz nazywa po francusku.
 — Moje dziecko, idź na miejsce i przyzwyczaj się do odrabiania lekcji.
 — Proszę pani, ja wiem, tylko chciałam odpocząć, naprawdę wiem...
I w tej samej chwili z którejś ławki pada ostry, wyraźny szept.
 — La tasse de nuit.
i
Wykrzyknęłam więc pełną piersią, głosem dumnym i tryumfalnym.
 — Już wiem!... La tasse de nuit!
Szyby zadrżały od wybuchu szalonego, młodego śmiechu, panna Zofia ukryła srebrną głowę za dziennik, a potem rzekła stłumionym głosem.
 — Idź na miejsce.
I kiedy szłam do ławki myśląc, co znów powie mi mamusia za dwóję, wstał Benon.
 — Proszę pani, teraz to ja koniecznie muszę wiedzieć, jak jest: „czy mogę wyjść".
 — — Już ci raz mówiłam, siedź, a dla rozrywki powiedz mi passę defmi od avoir.
 — Na siedząco?
 — Benon, bez komedii. Słucham.
 — Passę defmi od avoir?... Oj... — chwycił się za brzuch i kłusem wybiegł z klasy, a w tej samej chwili podniósł się Janek i zadeklamował:
 — Pardon, madame, memu koledze zdarzyła się la katastrofa (z akcentem na ostatnie a).
Za zbyt manifestacyjnie okazywaną radość na tejże lekcji wyleciał za drzwi jeszcze Stefan, Bohdan, no i ja... jakżeby inaczej. To przecież była nadzwyczajna rozrywka takie spędzanie lekcji poza obrębem klasy, zwłaszcza gdy się miało dobrych kompanów. Co za wspaniałe zabawy urządzaliśmy, ho... ho... Biegło się na przykład cichutko do woźnego i w dyplomatyczny sposób naciągało na przyjacielską pogawędkę, w czasie której najsprytniejszy drapichrust powinien był zwędzić dzwonek i zadzwonić kilka razy na każdej klatce schodowej. Wtedy dopiero było piekło! Wrzeszcząca z uciechy przyszłość narodu wysypywała się tłumnie z klas, nauczycielstwo niemiało ze zdumienia: co to jest, czyżby zegarki? Woźni klęli głośno, a śmieli się pod wąsem i zanim się wszystko wyjaśniło, nadchodziła pora prawdziwego dzwonka.
Panna Zofia jednak ze sprytem zdolnego sędziego śledczego przeprowadziła śledztwo (bo tak właśnie zabawialiśmy się i wtedy po francuskich występkach) i całą szajkę zapakowała do kozy. Koza to była wcale dobra rzecz, można było przynajmniej nadokazywac się na zapas. A więc wtedy po grach spokojnych, w czasie których rozbiłam sobie nos we wspaniałym wężu, a Benon stłukł sobie kolano podczas chowanki, Stasiek wybił szybę i rozlał kazionny atrament, nabraliśmy wszyscy ochoty do odrabiania lekcji, lecz wówczas strzelił mi do rozczochranej głowy dziki pomysł i zaproponowałam:
 — Wiecie co? A może zabawimy się w samobójców? Mój wielbiciel Stasiek wypluł kulkę papieru, którą żuł
filozoficznie, i rzekł z flegmą.
 — A spróbuj, i znów ci matka skórę zerżnie.
Ale Janek mrugnął lewym okiem, podszedł do okna, spojrzał w dół i mówi do mnie.
 — Jazda... Można próbować.
Uwbsiłam się tedy parapetu, nogi spuściłam w dół (to było trzecie piętro) i zaczęłam nimi majtać w powietrzu, wisząc tylko na rękach, za które przezornie trzymali mnie chłopcy... Darli się przy tym wniebogłosy: ratunku! ratunku! Pod oknem natychmiast skłębił się tłum szumiący, gestykulujący i bezradny... A kiedy mi już ręce porządnie ścierpły, powiadam do Stacha.
 — Teraz twoja kolej.
Wciągnęli mnie do klasy, przy sposobności szpetnie nadrywając rękawy, po czym Stach robił przedstawienie ku nieopisanemu przerażeniu gapiów.
Zabawa skończyła się jednak szybko, bo Stefan zauważył Dyrektora, który gnał wystraszony przez ulicę. Już mu tam ludzie cudeńka gadali... I gdy energicznie szarpnięte drzwi odsłoniły nam poważną i dostojną dyrektorską osobę, całe bractwo siedziało milutko i grzecznie nad gramatyką francuską.
Pan Dyrektor popatrzał na nas przez binokle i rzekł spokojnie i słodko.
 — Bardzo ładnie, bardzo przykładnie, bardzo... Tak!
A teraz mówię wam, że jeśli ktoś broi, to niech ma choć odwagę przyznać się do winy; to się zebrało towarzystwo, no! Czekajcie, smarkacze, już ja was nauczę, widowisko z siebie robić... ludzi straszyć... Błazny!
Ostatnie zdanie wymówił tonem podniesionym, a to „błazny" zupełnie nas zbiło z pantałyku. Nasz Dyrektor nigdy długo nie gadał, ale gadał dosadnie i mądrze, za to był kochany, czczony i jedno tylko o nim wszyscy mieli zdanie: To morowy chłop.
Ten epizodzik skończył się niekoniecznie wesoło. Kiedy w kancelarii wobec całego personelu Pan Dyrektor oświadczył nam, że mamy obniżone stopnie ze sprawowania, miny winowajców były istotnie skruszone, a on dodał jeszcze: I zanotujcie sobie w pamięci, że nie jest to kara za ów głupi wybryk jedynie, ale i za to, że pozbawiony był cech inteligencji i dowcipu, zrozumiano?
Ale nawet najgorsze, najcięższe przejścia z owych czasów wydają mi się teraz rajskimi przygodami i żeby tak człowiek mógł, jak nie może, toby gnał boso i na głodniaka do cudownej Krainy młodości, gdzie dziewczęta nosiły suknie do kostek, a włosy miały upięte na głowie tak, że wyglądały w onym uczesaniu jak stare drapaki. Nosy nasze i policzki miały piękny blask, nie znały bowiem pudru, tak jak ręce nie wiedziały co to manicure, a nasze mózgownice były zielone. Ale z tym wszystkim było nam strasznie dobrze... Zyskiwałyśmy dzieciństwo i młodość, której nie mają dzisiejsze uczennice: z bebe wyrastają od razu na małe eleganckie i światowe damy.
Humor nasz i pomysłowość godne były lepszej sprawy, a już mnie specjalnie prześladowała mania pomysłów, z powodu których u bełfrady miałam opinię diablątka, a według określenia mamy byłam gwoździem do jej trumny, zakałą i wstydem rodziny i w ogóle nicponiem, co tu dużo gadać. Jakoś mnie nie mogli zrozumieć albo, że się tak górnie wyrażę, „odczuć". Jedynie koledzy uznawali mój twórczy geniusz i każdy jego objaw witali z entuzjazmem.
Tak było i w pamiętną dużą pauzę, kiedy to wykluła się w moim móżdżku zabawa w czarodziejską kurę. Natchnął mnie do niej Bohdan, który miał ukryty talent: wspaniale naśladował kwokę.
 — Wiesz co, Bohdan? — rzekłam tajemniczo. — Zabawmy się w czarodziejską kurę.
 — W coo?
 — Ano w czarodziejską kurę, co znosi złote jaja, no i w ogóle wszystko. Ty będziesz taką kurą, a ja twoim nnpresario, rozumiesz?
 — Ma się wi..., zrobione!
W jednej chwili z pomocą chętnych rąk cztery ławki /.ostały zamienione w klatkę, Bohdan kucnął w środku i zaczął gdakać. Ach, jakże ten chłopak cudownie to robił... Nic tylko najprawdziwsza, stara rozsierdzona kwoka.
 — Ko... ko... ko... ki... kuum! Kwok... kwok!... A ja wtedy dopiero rozdarłam się na cały głos.
 — Panowie i panie!
 — Damy mają pierwszeństwo — pisnęła Kazka.
 — Ale rymu nie mam do panowie, nie przeszkadzaj. Panowie i panie, oto na me żądanie czarodziejska kura, co jest trochę bura, zniesie mi złote jajo i wszystko, co kto zażąda, niech więc każdy ogląda, bo kosztuje niedrogo i... i...
 — No i rusza nogą — poratowała mą kulejącą fantazję Jadźka-Kulka.
Wkoło klatki stłoczyła się rozbawiona klasa, Bohdan kwokał urzędowo i z godnością, a ja zażądałam:
 — A teraz, kuro, znieś mi czapkę.
Kura podniosła głowę, grzebnęła wdzięcznie nóżką i wygarnęła spod siebie czapkę.
 — A mnie znieś trzy stalówki.
Kura wygarnęła dwie nowe i jedną starą.
 — Eee... oszukaństwo, używane!
 — Widzisz go, jaki mądrala, ja wam tu będę gdakał i jeszcze dokładał do tego interesu — zirytowała się kwoka.
 — A mnie znieś algebrę, tylko drugie wydanie.
 — Ty grandziarzu, co się rządzisz moją książką, nie ruszaj!
 — Panowie, wszystko się wyjaśni po przedstawieniu, proszę nie przerywać! — krzyknęłam podniecona.
 — A mnie znieś, kuro, bułkę z masłem i serem.
Kura po namyśle i paru dziwnych ruchach wygarnęła bułkę. Podałam ją Olkowi.
 — Ale to jest z wędliną, nie z serem.
 — Też dzika pretensja! Kura to nie krowa — wyjaśniłam. Olek zadowolony podniósł bułę do ust, gdy nagle Stefan
wrzasnął:
 — Oluś!... I ty to będziesz jadł?
 — No, a dlaczego nie? — zapytał zdziwiony chłopak.
 — To nie wiesz, że bułka jest spod kurzego ogona? Publiczność zawyła z uciechy, ale nagle w ten szalony
łoskot zdrowego śmiechu wpadł jak szrapnel zgrzytliwy głos.
 — Co się tutaj dzieje?
Osłupiałam... I w ogóle życzyłabym sobie, by ziemia pochłonęła mnie na pięć minut. To był głos Cioci Zosi, czyli nauczycielki francuskiego, a zarazem naszej wychowawczyni.
Spojrzałam na Bohdana, ale on widać sądził, że najlepiej będzie, jeśli użyje w tym groźnym momencie swego talentu, i zakwokał żałośnie, przejmująco, z pokorą i wylaniem.
 — Ko... ko... ko... kwok... kikuu!...
 — Co to ma znaczyć?
Chcąc ratować sytuację, wyrecytowałam piskliwie, ale z temperamentem.
 — Bo to, proszę pani, taka zabawa w czarodziejską kurę. Bohdan jest taką kurą, proszę pani, to nic złego, naprawdę. On tylko znosi różne rzeczy, jeżeli pani chce, to i pani może coś znieść. Proszę bardzo...
 — Kwok!... Kwok! — przytaknął Bohdan.
Ciocia Zosia nie rzekła ni słowa. Silnym pchnięciem rozwaliła czarodziejską klatkę, a chwyciwszy moją cudowną kurę za czarodziejski kark doprowadziła ją w ten sposób do drzwi i fuknęła:
 — Żebyś mi, błaźnie jeden, nie pokazywał się w szkole bez ojca.
 — A z tobą pogadamy potem — syknęła do mnie. Takie rozmowy odwlekane na potem miały bardzo wiele
niemiłych stron, dlatego poprosiłam słodko i pokornie.
 — Ach, proszę pani, czy nie mogłybyśmy pogadać teraz? Nauczycielka spojrzała na mnie tak, że omal trupem nie
padłam, w każdym razie zaniemówiłam na dłuższy czas, co wprowadziło klasę w pewne przygnębienie. Ile razy milczałam, tyle razy mała społeczność czuła się nie w sosie, tak byli wszyscy przyzwyczajeni do mego ustawicznego pytlowania, do uwag rzucanych w mym kierunku przez każdego belfra, do coraz nowych pomysłów, że kiedy ni stąd, ni zowąd milkłam, klasa czuła się nieswojo, po prostu było im czegoś brak. Ba... kiedyś nawet polonista spytał mnie: Czy nie jesteś chora, Irko?
„Rozprawa" odbyła się w kilka dni potem w gabinecie Dyrektora, dokąd szłam zielona z wrażenia i od razu w progu, nim jeszcze drzwi zdążyłam za sobą zamknąć, krzyknęłam wielkim głosem: Już nigdy nie będę, Panie Dyrektorze! Ale nasz kochany Drek był wielkim pedagogiem i znał duszę dziecka, toteż konferencja sprawiła mi rozkoszny zawód i wyszłam z sercem przepełnionym uczuciem bezgranicznego uwielbienia dla Dyrektora. Cóż kiedy w głowie jak stado wesołych wróbli ćwierkało już sto nowych konceptów, których genezy należało szukać w... miłości bliźniego. Może nie?
Otóż chłopcy z naszej klasy nie palili papierosów, raz, że nie wolno; wprawdzie Dyrektor nie groził za to karą piekielną, ale zwyczajnie zabronił, a poza tym kpił z amatorów w bezlitosny sposób, co było naprawdę bardzo przykre. I kiedy raz Stefan, który udawał rycerza (kochał się nawet w złotowłosej Wilmie), natknął się na Dreka w momencie, gdy w asyście tłumu gapiów pociągał sobie rozkosznie dymek, władza udała, że nie widzi corpus delicti winy, i poradziła tylko po ojcowsku młodzieży, by nie
trwonili pauzy w garderobie, gdy pogoda śliczna, a odchodząc zupełnie mimochodem rzucił w stronę bohatera: „Uważaj, błaźnie, kieszeń spalisz. Takim nie papierosa, a koci ogon w zęby, zrozumiano?" Stefan zrozumiał i od tej pory akcentował swą męskość pisaniem poezji do Wilmy w rodzaju: „Z postaci twojej bije blask, na głowie masz złocisty kask".
Poza tym to i nie było skąd brać palidła, bo nawet jeśli taki grandziarz z siódmej lub szóstej zaciągał się w ubikacji, to miał tyle honoru, że maluczkich gorszyć nie chciał, no i nie dawał, a jak raz Stach poprosił jedną takową ważną personę o cuga, to dostał, ale kopniaka. Buchanie ojcu też było ryzykowne.
Serce mnie bolało z powodu owej jawnej niesprawiedliwości, bo i ja miewałam często apetyt na cuga. Trzeba więc było coś wykombinować. I oto pewnego dnia znalazłam w matki biurku dość grubą trzcinę zwaną petykiem. Patrzę, a to jest w środku całe podziurkowane. Zapaliłam sobie jeden koniec, a drugim ciągnę, a sztacham się, aż mi łzy lecą.
Cudowne odkrycie... Pali się, w porządku. Na drugi dzień wołam Staśka podczas dużej pauzy.
 — Stachu, wiesz? Mam papierosy.
 — Nie może być. Ojcu buchnęłaś?
 — Nie, to właściwie nie są takie papierowe papierosy, ale palą się byczo. Zobaczysz, nawet duszą.
 — Pokaż!
Ostrożnie i tajemniczo odchyliłam kieszeń.
 — Poczekaj, zawołamy Stefana, on się zna.
Za chwilę stała wokół mnie cała paczka z minami co najmniej kapłanów Faraona.
 — Daj mi kawałek — rzekł Benon.
 — Czekaj, ja pierwszy spróbuję — dorzucił Bohdan. — Jeszcze się zachłyśniesz i będzie heca.
 — A ty to może się nie zachłyśniesz, co?
 — Phi... ja nawet cygar próbowałem, a takie świństwo.
 — Widzisz go, świństwo, nie udawaj hrabiego. Papierosy i cygara byle cymbał pali, ale tego toś jeszcze nie widział — mówię z miną obrażonej królowej.
 — O... zjadła cię — zaśmiał się radośnie chór, który dotąd spoglądał z pewną rezerwą na mój wynalazek, i w cudownej /godzie zbiegliśmy na podwórko w sam kąt pod parkanem, gdzie mieścił się deskami założony śmietnik. Teraz Stefan pokrajał trzcinę na papieroski i całe towarzystwo zaczęło ¦rzeczną i wytworną rozmowę.
 — Służę ci ogniem.
 — Serdecznie dziękuję, już przypaliłam, jak smakuje?
 — O... wspaniałe! Przynajmniej mocne!
 — Mocne, mocne i mają taki specyficzny smak.
 — Ale żebyście wiedzieli, ile w tym nikotyny?! — rzekłam dumnie. — O!... — i pociągnęłam przez chusteczkę, która oczywiście w tym miejscu nabrała żółtozielonej barwy.
Nagle różowy jak jabłuszko Zygmuś pobladł mocno, zaczął mrugać powiekami, wyjął trzcinkę z ust, skurczył się dziwnie i jęknął:
 — Oj, niedobrze mi!
 — Co się stało? Gdzie ci niedobrze?
 — Tu, tu, w środku... O, Jezu, mdli, mdli, mdli. Irka... Otrułaś mnie!
Kiwał tułowiem, chwytał się za gardło, na co wszyscy patrzyli w niemym przerażeniu i grobowej ciszy, tylko Stefan uśmiechnął się wzgardliwie i powiada z niezmąconym spokojem.
 — Aha, zaraz będziesz jechał do Rygi, to ci ulży.
I rzeczywiście! Zygmuś skoczył nagle ze śmietnika pod płot i usłyszeliśmy wszyscy charakterystyczny jęk...
To był jedyny moment, kiedy nasza zgrana kompania nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu i cudowne papierosy nagle straciły smak, a co dziwniejsze, dopiero teraz do naszej świadomości dotarło wrażenie okropnej goryczy, którą czuliśmy w ustach i gardłach. Miny jęły się wszystkim wydłużać. I krzywiąc
J
I
się, truchcikiem, gęsiego wbiegaliśmy na górę. Po drodze Bohdan syknął mi w ucho.
 — A nie mówiłem, że świństwo! Benon zaś dodał pogardliwie.
 — Już jak dziewucha co wymyśli...
Zupełnie straciłam tupet, pewność siebie i zwykłą szczekliwość i wybuchnęłam płaczem. Oparłszy głowę na rękach siedziałam skurczona w ławce i ryczałam jak na zawołanie. Koleżanki zasypywały mnie pytaniami i słowami współczucia — bezskutecznie. Chłopcy byli wyraźnie zaskoczeni. Dopiero gdy do ławki podszedł Stach i rzekł drżącym głosem:
 — Iruśka, nie płacz. Bohdan będzie to musiał odszczekać, zobaczysz... — podniosłam głowę i wyszlochałam:
 — Zlejesz go?
 — Zleję, tylko nie płacz.
 — I Benona też?
No! — - To „no" miało w sobie posmak krwi!
Wytarłam oczy i nos fartuchem, potrząsnęłam wyciągnięty ręka Stacha. W tej chwili do klasy wszedł najmorowszy / profesorów, polonista. To był jedyny człowiek, który nigdy nic robi! grobowej miny i nigdy nie podnosił głosu. Zawsze uśmiechnięty i niebywale dowcipny. Tym właśnie subtelnym dowcipem i humorem trzymał nas mocno w garści, nauczał kochać nie tylko siebie, ale i swój przedmiot, a co dziwniejsze, że na jego wesołych lekcjach nie było zupełnie czasu na kawały... A jak nam czasem zaczął czytać „Pana Tadeusza", tośmy go ani rusz z klasy puścić nie chcieli: Jeszcze, jeszcze! — wyło zachwycone i oszołomione bractwo. Tych cudownych lekcji nie zapomnę nigdy w życiu. On swym głosem zaczarował salę szkolną i w dwór Soplicowski przemienił. A jak zaczął „odwalać" (tak się to w naszym języku nazywało) Telimenę, to boki ze śmiechu bolały.
Pamiętam, modny był też wtedy Sherlock Holmes. Arcydzieło to w niedużych zeszycikach skakało po klasie pod
l.iwkami jak stado pcheł, o konwulsje przyprawiając młode, zapalone łby.
 — Bój się Boga, czy on się aby wyratuje?
 — Poczekaj. Związali go, nie przewracaj kartki, ośle.
 — Jezu mój kochany, teraz to już amen.
 — A ja ci mówię, że wylizie.
 — Wylizie? Z pokoju bez drzwi? Frajer!
 — Tyś sam ciężki frajer. Myślisz, że taki Holmes do ciebie podobny?
Takie i temu podobne dialogi zakończone energicznym kopsem strony silniejszej duchowo słychać było w całej „kulturalnej" części klasy (to jest takiej, która zajmowała się literaturą) na wszystkich lekcjach. Ale raz nasz polonista /tąpał takiego według naszego mniemania świętokradcę na swojej lekcji. Nic nie powiedział, schował zeszyt to kieszeni, a na drugi dzień przyniósł mu „Ogniem i mieczem" Sienkiewicza i rzekł:
 — Jak już masz spaść, to spadnij z porządnego konia. Jak ci mam dwóję za nieuwagę postawić, niech choć wiem /a co!
Kochany, byczy chłop!
Wchodzi sobie zatem nasza Gała do klasy, usiadł na katedrze i patrzy. W klasie cicho jak w kościele, a on nos wytarł i rzuca od niechcenia.
 — Wiecie państwo, jakoś tu dziwnie dymem czuć. Milczenie. Dziewczęta trochę zdziwione, nie rozumieją
przecież, o co chodzi, ale na mnie biją siódme poty. Wstałam i jąkam niby rezolutnie.
 — Proszę pana, można okno otworzyć?
Rzucono się do otwierania okien. (To też sport w swoim rodzaju). A nasz belfer wciąż uśmiechnięty zaczął wyrywać. Na pierwszy ogień poszedł Benon, potem Janek, Stefan, Bohdan, Stasiek, Zygmuś i wreszcie ja. Akurat cała kompania ze śmietnika. Przeżywaliśmy wszyscy męki: wie czy nie wie, widział czy nie widział... Ale on ani spojrzeniem, ani słówkiem nie zdradził swej tajemnicy, dopiero po dzwonku
przechodząc obok mej ławki, położył mi rękę na ramieniu i szepnął: smakowało? Myślałam, że umrę ze wstydu.
I byłoby się wszystko cudownie i cichutko skończyło, ale jak tylko Gała wyszedł, Stach zbliżył się do Bohdana i rzekł ponuro:
 — Obiecałem Irce, że ci przywalę, i przywalę... Broń się!
Zanim jednak Bohdan oprzytomniał, Stachowa pięść poturbowała dość gwałtownie jego śliczny, rasowy nos. Potrząsnął głową, wytarł okrwawioną grecką ozdobę swej twarzy i wykręciwszy na lewej pięcie baletowy piruet prawą w nieopisanie wdzięczny sposób walnął Staśka w część nie tylko do twarzy przeciwną, ale i znacznie niżej położoną. Podobna namacalna wymiana poglądów zelektryzowała całą klasę. Tłukła się tedy hołota na zabój: rzucali w siebie, czym kto mógł... Wrzask i wycie najzatwardzialszego nieboszczyka mogło przyprawić o konwulsje. Oczywiście połowa stała po stronie Stacha, połowa po stronie Bohdana. Panny zgrupowały się malowniczo na stole profesorskim i okrzykami zagrzewały rycerzy.
Tylko blady Jurek nie brał udziału w walce. Zatkawszy uszy siedział na oknie i kuł niemieckie wiersze. On zawsze był do niczego. Nazywaliśmy go też „cielę na niedzielę". I kiedy tak dwadzieścia par nóg i rąk wyczyniało najróżniejsze ewolucje przy akompaniamencie niesamowitego wrzasku, na progu stanął Dyrektor.
Żona Lota nie zamieniła się tak prędko w słup soli, jak on nas jednym spojrzeniem w żywe trupy przemienił. Potem usiadł na katedrze i w słowach mocnych i zwięzłych dał nam do zrozumienia, że jesteśmy bandą kretynów, osłów i baranów, jednym słowem zmiażdżył nas pogardą, wykpił, wyśmiał, a zakończył tak: „a jeśli dwóch mężczyzn o cokolwiek się pokłóci i koniecznie rękoczynem chcą rację swoją przypieczętować, to niechże nie robią z siebie błaznów cyrkowych — taki jeden z drugim dureń bije się i wrzeszczy przy tym jak opętany i czego to? Jeżeli go boli, to niech zwija chorągiew, jest pokonany. Zwycięzca bólu nie czuje... A jeśli
wyje z uciechy, to jest skończony rzezimieszek, dzikus i kwalifikuje się do Honolulu..." Święta prawda... Toteż jak mnie mama grzmociła, zawsze uważałam ją za pokonaną, bo przy tej operacji ona krzyczała, a ja nie.
Koniec końców dziewczęta miały iść do domu, a chłopcy /ostać i napisać wypracowanie: „Chłopiec w szkole". Dyrektor obwieścił wyrok spokojnie, bez śladu irytacji, ale mnie ogarnął wstyd. To przecież wszystko moja wina. Spojrzałam na bladego Jurka. Za co na przykład zostaje w kozie ta anemiczna tyka? Ale on miał zupełnie obojętny wyraz l warzy, choć biedak tracił przynajmniej dwie godziny czasu, właśnie te, którymi sobie na podręczniki orał — miał korkę / jakimiś trzema zakutymi wstępniakami.
Wstałam.
 — Proszę Pana Dyrektora, oni się przeze mnie pobili, ale Jurek się nie bił. On ma korkę, proszę pana, bo ja kazałam Stachowi, żeby Bohdana zlał, ale nie myślałam, że on zaraz odda. I tak się zaczęło... ja mogę te ćwiczenia też napisać, oni się wszyscy zupełnie niechcący pobili, ale przecież pan rozumie... musi być solidarność. Ja zostanę, tylko niech Pan Dyrektor nie posyła listu do mamusi.
Dyrektor uważnie przeglądał dziennik, potem podszedł do okna i chwilę patrzył na ulicę, wreszcie powiada:
 — Ach tak, bardzo ładnie, że przyznajesz się do winy. Mimo to chłopcy zostaną i na przyszłość nie będą słuchali głupich poleceń takiego zielonego móżdżku jak twój... Ty zaś maszeruj do kancelarii i poczekaj na mnie. Jurek, możesz wyjść.
Ale Jurek wytłumaczył, że jak wszyscy, to wszyscy, że ma właśnie wielką ochotę pisać wypracowanie, i został.
Zostałam sam na sam z Dyrektorem, który powolutku, spokojnie wyciągnął ze mnie całą prawdę o trzcinie, a potem kazał usiąść i... poczęstował mnie dyrektorskim papierosem ze srebrnej papierośnicy. Ton i rozkaz były bezapelacyjne. Musiałam wziąć.
 — Tylko zaciągaj się porządnie — rzekł z powagą.
u
m
 — 
,
I tak musiałam wypalić caluteńkiego papierosa, a kiedy skończyłam, działo się ze mną coś dziwnego: wszystko wokół mnie tańczyło, wszystko było mgliste, przy tym mdliło mnie nieznośnie, a w dodatku nie wiedziałam, co zrobić z munsztukiem. Kręciłam go w palcach, kładłam na poręczy krzesła, wreszcie włożyłam do kieszonki fartucha. Dyrektor milcząc podał mi popielniczkę, wzięłam ją i trzymałam obu rękami półprzytomna, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wreszcie postawiłam ją na stole, a Dyrektor znów otworzył papierośnicę.
 — Nie! Już nigdy nie będę... już nigdy, jak mamusię kocham, jak tatusia, jak Pana Dyrektora... — zaszlochałam rozpaczliwie.
Nie wiem, jakim cudem znalazłam się w domu. Odprowadzał mnie jednak Jurek, podobno całą drogę płakałam. Nazajutrz klasa zrobiła mi szaloną owację. Posadzili mnie na stoliku, nosili po sali i krzyczeli: „niech żyje Irka", no a potem weszła panna N. od geografii i chłopcy rzucili stolik razem ze mną na ziemię. Tak się skończyła historia „dymku z papierosa".
A niebawem znów się naraziłam władzy zupełnie mimo woli. Tym razem powodem konfliktu była niewinna i bardzo popularna zabawa w Europę lub inaczej w szlachetnego (flirtu jeszcze nie znaliśmy). Do tej zabawy trzeba było pewnego zasobu inteligencji. Zgadnij tu bowiem, człowieku, kto cię wali w odwrotną stronę medalu, jeżeli głowę masz wtuloną w fartuch lub czapkę i w dodatku w cudze kolana. To była pyszna zabawa... naprawdę, szczególnie dla tego, który walił. Kiedy się bije kogoś, na myśl wówczas nie przychodzi, że może być odwrotnie, z tej przyczyny jak ktoś bił, to jeszcze sobie w garść pluł z ochoty i żeby było
mocniej.
Po klasówce z algebry w klasie jak zwykle w takich okolicznościach gotowało się niby w piekielnym kotle. Panny z wypiekami jak polne maczki kłóciły się piskliwie, chłopcy o dwa tony niżej wymyślali sobie od idiotów,
nieuków, lizusów i w ogóle drani, a wszystko o te nieszczęsne ściągi.
Bo gdy belfer wyrywał, to jeden z drugim, niemocny we łbie, przy Bożej pomocy, lekkim sprycie i dobrej woli całej klasy mógł się wygrzebać, ale klasówka to był Atylla, bicz Boży i miecz Demoklesa, i madejowe łoże... Bo oto belfer l>i /edtem porozsadza całe towarzystwo w najzupełniej głupi posób, a potem jeszcze bezwstydnie każdej grupie da inne zadanie... Wyleź, bratku, z takiej matni. Napisać ściągę to ns/cze nic trudnego... Ale jak ją podać? Dziwne się tedy i niesamowite zdarzały historie: przede wszystkim wysychał 11 tament i biedacy musieli maczać pióra tam, gdzie go leszcze trochę było... Następnie łamały się stalówki, krew / nosa leciała strumieniem (czerwony atrament i farby) i irzeba było wychodzić... No i inne szopki. Ale to wszystko było ryzyko i dlatego po każdej klaso wie miała klasa podwyższoną temperaturę.
Któregoś razu właśnie po klasówce, kiedy ja, która swoje zadanie w należytym skupieniu przepisałam od Bohdana, biegałam szczęśliwa po klasie udając, że takie zadanie to głupstwo, śmiesznostka, Kazka leżała na ławce, rozmazywała po twarzy łzy i atrament i oczywiście ¦./lochała:
Czego płaczesz, przecież połowę zrobiłaś — pocieszały M koleżanki.
Zro... zrobiłam... ale ten pie... pierwszy przykład
i.lgnęłam od Zygmunta, a... a... jemu ińe wy... wyszedł, a drugi od Stefana, a on go zaczął nie z tej strony, co trzeba... uhuu... uhuuuu...
Czekaj, Kaziuchna. Powróżę ci! — krzyknęłam. — Zagramy w Europę. Jeżeli od razu zgadniesz, będzie tróją, leżeli nie — no to wola Boga.
Mimo oporu pociągnęłam kochanego mazgaja, ulokowałam jej głowę na moich kolanach. Jadzia-Kulka zamierzyła się energicznie. Pac! i... klasa zastygła w pełnym oczekiwania napięciu: dwójka czy trójka.
 — Jadźka-Kulka — rzekła zdławionym obawą głosem Kazia.
Jak ci klasa nie ryknie z uciechy: tróją! tróją! i dalejże wróżyć sobie w podobny sposób i obtrzaskiwać się wzajemnie. Właśnie Wilma trzymała mnie za głowę, a któryś tam z chłopaków pluł w garść zamaszyście, gdy usłyszeliśmy pełen świętej zgrozy okrzyk... Cioci Zosi.
 — Jezus Maria! Co za bezwstydna dziewczyna!
Że też ta kobieta miała zwyczaj zawsze pchać się tam, gdzie jej wcale do szczęścia nie potrzebowano. Zastygliśmy w oczekiwaniu lawiny słów, a ja nie mogąc zrozumieć, dlaczego nazwała mnie bezwstydną, spytałam cicho i pokornie.
 — Dlaczego, proszę pani? Czy było mi widać co białego?
I kiedy w długim kazaniu kładła mi do głowy niestosowność i bezwstydność mojego czynu, korzystając z chwili, kiedy nabierała w płuca powietrza, wyjaśniłam szybko.
 — Kiedy, proszę pani, tam się najlepiej bije, na twarzy to i więcej boli, i byłoby okropnie znać, a tak to chociaż nikt nie zobaczy.
Ale już finis. Zaczęłam pierwsza, a teraz, Stachu, mój wierny rycerzu, na ciebie kolej. Tylko nie bujaj, chłopie, pamiętaj.
Rozdział II
Opowiadanie Stacha
t amiętasz, Irko, pewien słoneczny dzień zimowy? Przyszłaś do klasy, a była to już klasa V, w nowym zielonym mundurku i wyglądałaś w nim prześlicznie... Ty o tym oczywiście nie wiedziałaś, z czym było ci jeszcze śliczniej. lego dnia miałaś przez całe dwie lekcje czyste rączki. Aha, jeszcze coś... i włosy zaplecione w warkocz związany zieloną wstążką. Na pierwszej lekcji Benon napisał do mnie kartkę:
„Stachu, czy widzisz, jaka nasza Irka dziś bycza? Ja się kocham".
A mnie wtedy serce zabolało i czym prędzej odpisałem:
„Głupiś, nie dla psa kiełbasa".
W ten sam pamiętny dzień przyszedł pierwszy raz do klasy nowy belfer, matematyk. Pamiętasz go? Mały, tęgawy, blady, w ogóle niepokaźny. Po sprawdzeniu listy obecności podchodzi do tablicy, z rozmachem kreśli na niej coś kredą i powiada:
Oto mamy koło.
To ma być koło? — pomyślałem sobie. — Nie, tak bujać to my się nie damy.
To nie jest koło, proszę pana — rzekłem spokojnie.
 — Co? Oczu nie masz? Koła nie widziałeś?
 — Widziałem i dlatego właśnie mówię, że to nie jest koło. W tej chwili Romek dodał:
 — Bo, proszę pana, on chce powiedzieć, że to jest raczej gęsie jajko...
Profesorowi twarz nabiegła krwią i zaczął coś dudlić
z wściekłością, a tu wstaje nas/a lik.i w nowej zielonej sukience, kręci sobie warkocz wokół p.iK , i i mówi uprzejmie.
 — Niech pan profesor na nich nie zważa oni nic nic wiedzą. To jest przecież najwyraźniej czaizlmatemat) ka...
Że się wtedy podłoga pod nami nir zarwała I.....'I boski,
bo klasa ryczała i tupała, jakbj rozum itraciia Belfer poleciał do kancelarii, sprowadzi! wychi awantura, kazanie, koza, no trudno U( podc/as
tych paru godzin kary napisałem do lii > Si ! gorącym wyznaniem miłosnym i cymbał ' prawy
najlepiej ustnie załatwiać. Piftmiennii U< nil "n" Romek, Janek, bo siedział knln Roml i munl bo się nudził, Karol, Stefan, bo chciał roi ! Wilmie,
Benon, Czesiek i Antek.., A w miału len
śliczny zielony mundurek, h i że laki
morowy zrobiłaś k a v\ a I \V-\ I i proszę
sobie wyobrazić, że nas/a Irka I " /.cciej,
ostatniej godzinie ko/\ ka I każdy
kozły w duchu fikał, że i raszliwe,
tragikomiczne rozczarowu
Nazajutrz z rana pod i mówi
jadowicie.
 — Teraz ci pokażę nic ii ¦ -i podtyka mi pod iv is li I ale chcąc ratować sytuu< )i
 — Ach, ty pustj Ibi ni był wtedy Zagłoba), /.adi I czytaj — i podsunąłem mu
Teraz on osłupiał I i ikurat
Romek. Wołann g<i
 — Rozstrzygnij kto i nuże kochać takiego kroktnl
peroruję.
 — Te... nie zac/j naj To z ciebie zakpiłu
* Klupa wilyc/kn u i
Jezu, tego ścierpieć nie mogłem. Wszystko zniosę, ale nos do dziś dnia jest moją słabą stroną. Uderzyłem go, ale nie zdążył mi oddać, bo Romek rzuciwszy na ziemię goździk dla Irki przeznaczony, a matce buchnięty, wrzasnął wielkim głosem.
 — O, zdrajczyni!
I wyciągnął swoją kartkę.
Nim się lekcje zaczęły, wiedzieliśmy już wszyscy wszystko. Po pierwszym dzwonku wpada Irka. Różowa, oczy jej błyszczą, zęby pokazuje w uśmiechu i woła jak zwykle: serwus!
My nic. Głaz, marmur, sfinksy!
 — No serwus, mówię, co jest?
Cisza! Dziewczyny się śmieją i patrzą na Irkę rozbawione, zadowolone, bo kobiety to są zawsze dziwne. Ruszyła ramionami, usiadła z trzaskiem na ławce i krzyknęła w naszą stronę pogardliwie i dobitnie.
 — Pies wam mordę lizał!
To nie było eleganckie, Irko, ale to byłaś cała ty. Na pauzie żaden z nas nie podszedł do ciebie, na drugiej też nie, ale na dużej nie mogłem już wytrzymać, było mi okropnie przykro. Stałaś przy oknie...
 — Irka — powiadam — czy wiesz, że z tymi listami zrobiłaś nam świństwo?
 — Wcale nie, to był zwykły żart, ale wy jesteście zakute łby i nie znacie się na porządnych kawałach.
Kamień spadł mi z serca. Więc to znów dowcip naszej Irki? Wołam chłopaków.
 — Chłopcy, nie ma co, nie gniewajmy się na Irkę, bo to wszystko był tylko żart...
I ławą ruszyliśmy ku oknu, gdzie stał nasz urwis i kręcił warkocz na palcu. Popatrzała na nas ze śmiechem i pyta serio.
 — Chłopaki... Mam pomysł. Kochacie mnie naprawdę czy nie?
Spojrzał jeden na drugiego z ukosa i milczymy. Miłość była dla nas krainą ze sfery Marsa lub Księżyca.
 — No pytam się, tak czy nie?
 — Tak! — krzyknął chór tonem raczej zdumionego pytania niż twierdzenia.
 — A zatem zakładamy związek, którego ja będę królową. Będziecie moimi rycerzami. Musimy słabych wspomagać, uciśnionych bronić. Macie mnie osłaniać, ściągi dawać, książki do domu nosić, podpowiadać... Aha, i przede wszystkim każdy musi zrobić coś nadzwyczajnego, wtedy będzie pasowany na rycerza i dostanie wstążkę. I będzie się nazywał ten związek Klubem Dziewięciu Rycerzy. No to jak, zgoda?
Projekt przyjęty został z entuzjazmem, reszta klasy nie była w tę sprawę wtajemniczona, mówiliśmy bowiem po cichu, tylko Jurek, który stał niedaleko przy ścianie i kuł literaturę rosyjską, podszedł prędko i rzekł nieśmiało.
 — Słyszałem wszystko. Irko, czy mogę być dziesiątym? Tak więc powstał Klub Dziesięciu Rycerzy Irki. W tej
służbie pozostaliśmy aż do ukończenia szkoły. Będę zatem opiewał teraz mój czyn, dzięki któremu dostałem, Irko, twą zieloną szarfę i... pocałunek. Pamiętasz?
To był rok 1915. Drugi rok wojny. Zasadniczo dzieciaki do polityki mieszać się nie powinny, ale jak tu było obojętnie przechodzić obok spraw takich, jak Polska, Legiony? Mój Boże, zaczęło nam coś po łbach chodzić, a spokoju nie dawać, zaczęło się COŚ zarysowywać, po prostu budziła się w nas świadomość narodowa i nienawiść do wszystkiego, co obce i wrogie, Wtedy nie czytaliśmy już Holmesa, ale pożeraliśmy wprost Trylogię i najmilszą zabawą było odgrywanie jej 
Wołodyjowski, Podbipięta Baśką. 
interweniował i wytłumaczył nam bardzo dobitnie, że patriotyzm wcale nie na bojkotowaniu obcych języków polega, przeciwnie, im więcej będziemy wykształceni, tym dla nas lepiej i tak dalej. Klasa przyjęła to do wiadomości i wszystko byłoby dobrze, ale któregoś dnia belfer, który uczył rosyjskiego, powiada do nas — rzecz jasna — po rosyjsku.
 — A więc zaczynamy dziś historię Rosji — i istotnie przystępuje do wykładu. W klasie zapanowało milczenie, potem rozległ się szmer. Wstałem.
 — My historii Rosji po rosyjsku uczyć się nie potrzebujemy.
 — No chyba — zawołała Irka z przekonaniem.
 — To jeszcze zobaczymy. A cóż wy sobie myślicie? Ja wam pokażę...
 — Dudka na kościele — pisnęła Irka.
Profesor zamienił się w potok słów, a gdy skończył i podszedł do mapy, znów wstałem.
 — A my się historii Rosji po rosyjsku uczyć nie będziemy.
 — Nie będziemy — zawyła klasa ponuro.
Wobec tego profesor nie rzekł ani słowa, tylko całej klasie do dziennika postawił dwóje z rosyjskiego. To ochłodziło nieco temperaturę uczuć. Cenzury były niedaleko. Tak zeszła lekcja...
Na drugi dzień w rozkładzie zajęć zamiast rosyjskiego stoi wyraźnie jak wół: historia Rosji. Wołam tedy naszą dziesiątkę i mówię:
 — Chłopaki, nie ma co, robimy grandę. Dziesięciominutowa pauza wystarczyła nam zupełnie.
Plan był gotowy. W naszej klasie między dwoma rzędami ławek stała nieduża, wąska, choć wysoka szafka niewiadomego przeznaczenia. W tej samej sali znajdowała się landara, w której mieścił się szkolny sklepik. Wysoka szafka była pusta. Tuż przed wejściem kacapa wepchnęliśmy tam Karola i drzwi zamknęliśmy na klucz. Wchodzi belfer: zdrawstwujtie! Cisza. My nic... Podchodzi do mapy i z uporem godnym lepszej sprawy znów zaczyna
MfflM
historię Rosji, my nie przeszkadzamy, tylko szafa zaczyna trzeszczeć.
 — Kto przeszkadza?
 — Nikt! To nie my!
Gada dalej, a tam znów coś tajemniczo: puk, puk.
 — Wszyscy ręce do góry, ja was nauczę. Podnieśliśmy ręce, a mimo to znów skrobie coś, coś puka,
coś trzeszczy... Odskoczył od mapy jak oparzony, leci w stronę szafy, a tu łomot, wrzask i szafa runęła na ziemię. Piekielny hałas zatrząsł szybami. Koło szafy skłębiła się natychmiast kupa mundurków, spomiędzy których gramolił się Karol.
 — Na miejsca! — ochrypłym basem zaryczał profesor. Wszyscy posłusznie usiedli w ławkach. Karol został na
ziemi z krwawiącym nosem.
 — Proszę pana, szafa na mnie upadła. Czy mogę wyjść?
 — Wyjdź!
Karolek opuścił salę, ale o lekcji nie mogło już być mowy. Śledztwo nic nie wykazało. Szafa się przewróciła, trudno. Taki nadzwyczajny wypadek. Za karę zadano nam jakieś wypracowanie, ale kacap był gałgan i nie chciał dać za wygraną, więc na przyszły tydzień znów zarządził historię Rosji.
Zatrząsłem się z wściekłości. „Czekaj, łobuzie! — myślę sobie. — Trupem padnę, a tej lekcji nie będzie." Pobiegłem do znajomego aptekarza. Tego dnia wstałem o szóstej i poleciałem do budy. Na szkolne podwórze wszedłem przez płot z sąsiedniej posesji, bo tu brama była jeszcze zamknięta, a stąd przez okno ubikacji dostałem się do środka gmachu i do swojej klasy. Tą samą drogą potem zwiałem.
Gdyśmy po ósmej zaczęli się schodzić (lekcje zaczynano o pół do dziewiątej), co widzimy — klasa nasza jest otwarta, ale do środka nikt się nie kwapi. Co tam ktoś nos wsadzi, to umyka straszliwie wykrzywiony, a ślepia mu się rozkosznie śmieją. Dzwonek. Wszyscy do klas, a my nie możemy wejść do swojej ani rusz. Smród okropny,
dławiący, cofa nas do tyłu. Nie da rady. Wreszcie jest i belfer.
 — Do klasy!
 — Nie można!
 — Co to znaczy, nie można! Proszę za mną... Rozpędził się jak do biegu maratońskiego i wypadł jak
z procy zaciskając palcami nos.
 — Otworzyć okna, zawołać stróża.
Stróż przyszedł, ale do klasy wejść nie chciał, piece już się rozgrzały i mój siarkowodór zawodu nam nie zrobił. Wreszcie zjawił się zaalarmowany Dyrektor. Wszedł do klasy razem ze stróżem, pootwierali okna, kazał nam zająć miejsca — popatrzał na nas — wyszedł.
Lekcja! Boże! Toż to była operetka. Profesor wciąż trzymał chustkę przy nosie lub latał od okna do okna jak kot z pęcherzem, a uczniowie wychodzili z klasy pod różnymi pozorami: krew z nosa, niedobrze, mdłości, zawrót głowy — cały repertuar. Po lekcjach znów wszedł Dyrektor i objechał nas ostro, wreszcie powiada:
 — To wasza sprawka. Czy wiecie, coście zrobili? Pozbawiliście mnie znów profesora, pan S. podziękował za posadę...
A potem Irka wyskoczyła:
 — A co, nie mówiłam wam zawsze, że to inteligentny człowiek?
Następca zjawił się po tygodniu, a że wcale nie zdradzał skłonności do wykładów historii po rosyjsku, dlatego była zgoda.
W ten pamiętny siarkowodorowy dzień Klub Rycerzy Irki dostał jednakowe karteczki: „Dziś o godzinie szóstej odbędzie się pasowanie pierwszego rycerza oraz ogólne zaprzysiężenie. Królowa Irka". Ponieważ moi rodzice akurat wtedy byli w Warszawie, więc uroczysty obrzęd miał się odbyć u mnie. Stawił się cały komplet. Irka zabrała głos.
 — Przede wszystkim muszę was poddać próbie... Jeszcze nie wiem jakiej, ale może ktoś ma projekt.
Projektów było dużo, lecz wybór mniej imponujący. Oto Irka wlazła na szafę, tam podali jej czajnik z wrzącą esencją herbacianą. Ja musiałem klęknąć na podłodze i wywalić język, a ona lała mi/ góry ukrop na nos i na język. Szczęściem tylko parę kropli. Myślałem, że mnie diabli wezmą. Parzyło okropnie, jęzor mi przecież spuchł, potem Irka zlazła i ja się tam wpakowałem i z kolei sikałem esencją na Benona i żałowaliśmy, że Bohdana już nie było), potem on na Jurka i lak dalej aż do skutku. A kiedy już wszyscy byli solidnie poparzeni, Irka mówi:
 — Wobec wszystkich obecnych pasuję Slaśka na swego pierwszego rycerza i jego czyn wpisuję do złotej księgi rycerskiej.
Wśród uroczystej ciszy przypięła mi do piersi kokardę z zielonej wstążki i wyciągnęła rękę, którą ucałowałem przyklęknąwszy na jedno kolano.
W tej samej chwili Jurek potężnie westchnął i spuścił głowę na jeszcze nie udekorowane piersi, zaś szelma Janek zabulgotał:
 — Właściwie powinnaś go pocałować w oba policzki, tak się robi i zapamiętaj sobie, że ja będę tego wymagał...
Staliśmy wszyscy w rzędzie, ~ a ty siedziałaś na stole i kiwałaś nogami. Twoja blada twarzyczka zakwitła nagle ślicznymi kolorami. Zeskoczyłaś ze stołu, szłaś do mnie wolno, bardzo wolno. Wszyscy milczeli... Nagle na policzkach uczułem twoje małe, zawsze roześmiane usteczka — najpierw na lewym, potem na prawym, i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że kocham cię inaczej niż w klasie trzeciej i czwartej. I nie tylko za to, że jesteś taki urwis, taki roztrzepaniec, ale i dlatego, żeś kobietą, małą, słodką kobietą... Chłopaki patrzyli na ciebie z podziwem, a potem zgodnym chórem wrzasnęli: hurra!
Na drugi dzień paradowałem dumny jak paw. Nad sercem, a raczej nad guzikiem kieszonki, wisiała fantazyjnie zielona kokarda i koledzy łby sobie łamali, co ona ma
oznaczać. Oczywiście Klub trzymał język za zębami i tajemnicy nie zdradził.
Płynęły dni, a z dni plotły się tygodnie... W szkole, jak zawsze, jasno i pogodnie spędzaliśmy czas urozmaicany mniej lub więcej dowcipnymi kawałami, które oczywiście przeważnie były dziełem naszej królowej. Aż pewnego dnia dowiedzieliśmy się od Dyrektora, że nasza klasa weźmie udział w przedstawieniu na cel dobroczynny. Odegramy komedyjkę, wyobraźcie sobie, państwo, nasze radosne zdumienie, ni mniej, ni więcej tylko autorstwa naszej małej Irki. Że smarkula pisała wesołe i cięte wierszyki, wiedzieliśmy wszyscy. Nie tylko zresztą my, lecz i starszyzna. Ale komedie? No, nie ma co, Irka jest poetką i chlubą naszej klasy!
Zaczęły się próby. Młodości! Czarowna, słodka młodości, ileż tam było zapału, wzruszeń, tragedii... Nasze role przeżywaliśmy do tego stopnia, że kiedy trzeba było grać smutek, taki jeden z drugim artysta ryczał jak bóbr prawdziwymi łzami. Zaraz się panie i panowie z dobroczynności i różnych Kropli Mleka na naszych talentach poznali i tak powstało Koło Dramatyczne Młodzieży Gimnazjum Koedukacyjnego. To ci dopiero było używanie... te próby. Umysły nasze przenikały artystyczne marzenia, czuliśmy się już po trochu cyganerią, przy tym piersi rozsadzała duma, że pracujemy społecznie. A co się tam czasem za kulisami działo, Boże drogi! Można było skonać ze śmiechu.
Gramy na przykład „Jasełka", utwór naszej Irki. Pierwszy akt przedstawia kamienną grotę w Tatrach i zaklętych śpiących rycerzy. Ubiera się rycerstwo w przepyszne srebrne zbroje (tektura oblepiona srebrnym papierem), husarskie skrzydła przypina, a jeden na drugiego z podziwem i uwielbieniem patrzy. Dać by mu teraz karabin i prawdziwą szablę, popędzi do Legionów, ani się obejrzy. Jedna z pań, które się wystawieniem zajmowały, powiada do Felka.
 — Panie Felku, niechże pan okulary zdejmie.
 — Już zaraz, proszę pani.
r
Wśród rozstawianych gorączkowo dekoracji (przedstawienia odbywały się w prawdziwym teatrze dla dorosłej publiczności) snują się podnieceni aktorzy. Światła, gwar, cudowna muzyka, napięte nerwy... Za kurtyną szmer widowni... Upajaliśmy się tymi wrażeniami jak winem słodkim a mocnym.
 — Panie Felku, na miłość boską, kurtyna zaraz idzie do góry. Okulary!
Felek okulary ściągnął, trzyma je w ręku, wyraźnie źle się czuje bez nich. Kurtyna się podnosi i oto oczom zachwyconej publiczności ukazuje się srebrna od śniegu i lodu grota, a w niej dwunastu śpiących rycerzy. Nagle z pierwszego rzędu słychać śmiech, pojedynczy i drugi skrywany chichot i nagle cała sala pęka z uciechy. Bo jakże! Na samym przodzie sceny śpi rycerz w zbroi srebrnej, a na nosie w świetle reflektorów majestatycznie lśnią okulary!
To znów graliśmy „Śpiącą królewnę". I scenę: młodemu królewiczowi ukazuje się Miłość w pięknej różowej sukience, a ten łaps się za serce i grzmi z patosem:
Ktoś ty? Blask pada od twej cudnej kwiaty, A idąc gubisz po swej drodze szaty.
Zatem panowie z pierwszych rzędów rozważali filozoficznie, jak też będzie owa cudna istota wyglądała u celu wędrówki i czy to pokażą na scenie, czy nie...
Innym znów razem graliśmy dramat naszej Irki w pięciu aktach, osnuty na tle bajki „Śnieżka". Śnieżką oczywiście była Irka. Pierwszy akt nic, chociaż Śnieżka już zaczyna cierpieć i nam wszystkim zgromadzonym za kulisami robi się rzewnie. Drugi akt nic... Jeszcze wytrzymujemy, chociaż za naszą Śnieżką gna namówiony przez macochę sii /ciec i kategorycznie żąda, by mu się pozwoliła zabić, więc ona dopiero ci w płacz, w krzyk, na kolana pada, u lakim rozpaczliwym głosem przemawia, tak szlocha ic na widowni ruch: „ach, jak ona świetnie gra ta mai ;umy po chustki i nagle w pełnym grozy mom ieżka
milknie, a potem woła przerażonym głosem: „Jezus kochany, Karol, zgubiłeś sztylpę" *.
Ale to jeszcze nic. Akt ostatni. Śnieżka leży w trumience, a taka szelma śliczna, że najtwardszemu we łbie mogłaby zawrócić, gdyby wtedy chciała. Umalowali ją jak lalkę! Leży i ani mru-mru, a wokół trumny krasnoludki rozpaczają pięknie i wzniosie. Wszystko do rymu. Błagają, by się obudziła, a ona nic. Umarła na amen. Więc nazywają ją żałośnie i tragicznie gwiazdą i słoneczkiem, włosy sobie (przyklejone) wyrywają, publiczność gwałtownie dostaje kataru. Ciocia Zosia zupełnie jawnie płacze. Jedna dama szepcze drugiej damie.
 — Jak też matka mogła na coś podobnego pozwolić. Ach... Ach... dziecko do trumny, to niedobrze. Nie uchowa się.
 — Ja bym też swej córce nie dała grać tej roli... Doprawdy!...
Tymczasem karzełki tak się przejęły swoim rzewnym gadaniem, że nagle jeden zaczyna chlipać, po nim drugi i żebym tak był zdrów, wszystkich siedmiu zaczęło rozpaczliwie płakać, a tu jeszcze połowy swych ról nie odegrali. Dopiero jeden jakoś się opamiętał, połknął łzy i powiedział nie tylko swoje, ale i tamtych teksty po kolei.
Wreszcie nadjeżdża błędny rycerz. A był bestia chłop kuty na cztery nogi. Giął się na scenie, jak ta lilia złamana, a zawodził bolesnym głosem, jakby naprawdę serce miał dziadkiem do orzechów zmiażdżone. Ale gdy się pochylił nad Śnieżką, żeby jej wyjąć zatruty grzebień, to powiada energicznie.
 — A teraz pocałuję cię naprawdę.
Tu nasza Irka, która do tej pory była nieboszczyk, trup, zimny głaz, poruszyła zadartym noskiem i palnęła głośno.
 — A spróbuj, to dostaniesz w zęby jak jeszcze nigdy w życiu.
* Sztylpy — buty do konnej jazdy lub same cholewy.
IH
Dopiero ci cała sala w śmiech, w krzyk, oklaski, tupot. Jednym słowem furora.
Nie stremowała się dziewczyna wcale. Przeczekała chwilę, aż się uspokoi, i najnaturalniej w świecie przemawia wierszem do swego ideału; aż tu słychać trąbki myśliwskie, nadjeżdża król ze swym orszakiem — niby jej ojciec. Ojca grał Jurek. Zobaczył swą zaginioną córę i cieszy się, a Śnieżka woła: „Ojcze ukochany", i bęc, rzuca mu się na szyję jak najprawdziwsza córka. Na próbach szelma uparła się jak drąg i ani rusz tego zrobić nie chciała. Jurek bladł i rumienił się, i wyciągał ojcowskie ramiona, bo tak reżyser kazał, a ta nic, sztywna, aż nieprzyjemnie. Dopiero teraz zagrała, więc chłopak zadrżał i opuścił ręce niemal przerażony. Reżyser psyka: „przytulże ją, prędzej, no...", ale gdzie tam, stoi jak z wosku ulepiony ku niesamowitej wprost radości widowni.
Ten cudowny dramat graliśmy pięć wieczorów na ogólne żądanie publiczności i cztery razy w niedzielę dla samej dzieciarni. Od tych przedstawień całe miasteczko nazywało naszą Irkę „Śnieżką". Szczególnie dzieciaki ze szkół powszechnych uwielbiały ją i kiedy szła ulicą, witały ją radośnie: Śnieżka, Śnieżka idzie. My, jej rycerze, coraz więcej kochaliśmy naszą panią, tym bardziej że w klasie jeszcze dwie koleżanki zaczęły szukać poddanych, obie złotowłose i obie śliczne, Wilma i Maniusia. Trzeba było zatem podtrzymać autorytet naszego bóstwa i żadną miarą nie pozwolić, by je ktokolwiek zdetronizował.
Tymczasem wśród starszyzny szkolnej wrzało i coraz to któryś zwijał manatki, rzucał szkole wesołe: serwus, i wiał do Legionów. Któregoś dnia Irka przyszła zapłakana i pokazała nam kartkę od Jurka:
„Droga Irko! Nie gniewaj się, ja zawsze będę Twym rycerzem, ale na razie muszę iść walczyć lak jak rycerz w Trylogii; nie dokazuj zanadto, żeby Ci nie nakładli poprawek. Ja zawsze będę o Tobie myślał. Gdy /najdę chwilę czasu, napiszę długi list już z wojska, Pozdrów
wszystkie koleżanki i kolegów... Może uda mi się kiedy zrobić coś nadzwyczajnego i dostanę od Ciebie wstążkę. Jurek".
 — Żeby go tylko nie zabili — szlochała Irka i poszła utulić żal w ramionach Zosi. Dziewczyny były bardzo przejęte bohaterskim gestem Jurka i patrzyły na nas lekceważąco. Cały dzień szeptały ze sobą tajemniczo, a nazajutrz o siódmej rano byliśmy już wszyscy na mszy, którą zamówiły na intencję szczęśliwego powrotu Jurka. Takie były nasze dziewczynki. Toteż chlubiliśmy się swymi koleżankami i z pogardą traktowaliśmy pensjonarki... „Nasze" dziewczyny nie włóczyły się po ciemnych ulicach z chłopakami i nie wywracały oczami.
W tym też czasie pojawiły się różne śliczne piosenki, jak: „Zakwitały pęki białych róż...", „Hej, panienki, posłuchajcie". Podczas rekreacji* siadało się na ławkach i urządzało chóry. To było naprawdę śliczne.
Tymczasem nasz Jurek maszerował dniami i nocami. Jego dziecinną prawie duszę hartował żołnierski świat i mężniał coraz bardziej. U ramion rosły mu orle skrzydła zapału. Zapewne nieraz przed jego szczerymi oczyma zamajaczyła orzechowa główka Irki, nieraz w ciemną, dżdżystą noc doleciał jego uszu jej młody śmiech, a we mgle wspomnień tańczyły śliczne wróżki i rusałki z naszego teatru... Ale Jurek miał wolę silniejszą niż organizm i któregoś majowego wieczoru, kiedy siedzieliśmy całą paczką w ogrodzie złotowłosej Wilmy, wpadł blady i zdyszany Stefan.
 — Słuchajcie! Jurka przywieźli... Ciężko chory. — Wilma wówczas gniewała się ze Stefanem, dlatego nie pozwalała mu do siebie przychodzić, ale wtedy chwyciła go za rękę.
 — Stefan, dziękuję ci, żeś nas zawiadomił. Czy można go odwiedzić?
 — Można. Jego matka strasznie płacze, może pójdziemy wszyscy jutro. Przecież to niedziela. Tylko uprzedzam, nie róbcie grobowych min.
I od samego rana zaczęła się procesja. Stan Jurka był okropny. Postrzelili go w okolice piersi. Żeby chłopak miał
Tu: pauza, przerwa w lekcjach.
zdrowe płuca, toby się wylizał, a tak... Jakimś cudem wujek, czy ktoś z rodziny przeszwarcował go do domu i leżał tu chudy, żółty, z zapadniętymi oczyma, ale uśmiechnięty.
Irka siedziała na łóżku, trzymała go za rękę i siliła się na humor, niefrasobliwym głosikiem opowiadając mu szkolne przeżycia. Przez otwarte okno słychać było brzęczenie chrabąszczy i szum ulicy. Umajony świerkiem, bzami i jaśminem pokój gorzał ślicznie w łunach zachodu i słodko pachniał. Klub siedział na podłodze przed łóżkiem po turecku. Matka Jurka zaparzała w kuchni herbatę. Nagle ktoś mieszkający na parterze zaczął grać na fortepianie „Zakwitają pęki białych róż". Irka zbladła, a z jej uśmiechniętych oczu potoczyły się łzy, szybko jak krople deszczu, jedna za drugą.
Spojrzeliśmy po sobie i wszystkich nas ścisnął za gardło nieopisany żal... Biedny Jurek! Przeczuwaliśmy, że nie wróci do naszej klasy, nie wiedzieliśmy tylko, że w tym momencie właśnie śmierć już szła na palcach po bladego rycerzyka, by zabrać go, nim zajdzie słońce.
Wśród ciszy słabo zadrżał Jurkowy głos.
 — Widzisz, Iruśka (myśmy nigdy Irki tak nie nazywali), nie zdążyłem zrobić nic nadzwyczajnego i chyba już nie zdążę, ale to nic, jestem i tak twoim wiernym rycerzem...
Bladł coraz bardziej i w pewnej chwili zamknął oczy... A Irka pochyliła nad nim mokrą od łez twarzyczkę i rzekła dobitnie.
 — Pasuję cię, Jureczku, na wodza mej drużyny... Nikt nie wymyślił nigdy nic lepszego od ciebie i za to cię kocham — i pocałowała go w same usta.
Kiedy podniosła głowę i odsłoniła nam twarz Jurka, zobaczyliśmy, że oczy ma zamknięte i jakiś przedziwnie radosny, ale poważny uśmiech na ustach. Nikt nie śmiał głośniej odetchnąć. W progu stanęła matka, a widząc nasz niepokój i swego chłopca bez ruchu skoczyła ze szlochaniem do łóżka. Jurek podniósł na moment powieki, powiedział:
 — Nie płacz, nie płacz, mamusiu... Jestem taki szczęśliwy... — i umarł.
Rozdział III
Opowiadanie Benona
 — l ragicznym momentem zakończyłeś, Stachu, swe opowiadanie. Ja muszę zacząć z innej beczki. Czy przypominasz sobie kiedykolwiek Benona z ponurą twarzą? Nie. Dlatego pewnie w chwilach rozczulenia nazywaliście mnie szympansem, choć Stefan był zdania, że przypominam raczej swojską świnię. Nie obrażałem się... Radziłem mu tylko z dystyngowanym spokojem, by obejrzał w lusterku swoją jadaczkę.
Co to była za wspaniała szkoła to nasze gimnazjum. Kiedy na jakie ferie świąteczne ¦ rozpuszczano całą gwardię do domów, to już po czterech dniach można było zauważyć gromadki w szarych czapkach i aksamitnych berecikach wałęsające się koło szkolnego gmachu. Tak było im pilno! Tęsknili do czyściutkich, widnych sal, do profesorów, do dwójek nawet.
Inna rzecz znowu, że w czasie nauki urządzało się wagary. Przeważnie na wiosnę wiał sobie taki dobrany komplecik do miejskiego parku albo na łódki, albo gdzieś na pole i tam harcował z sześć godzin, a potem z dumą patrzał na sztubaków wracających z budy. Kieszenie miał wypchane chrabolami, żabami i innym paskudztwem, żeby się było czym zająć podczas nudnych wykładów, a w głowie jak we młynie huczały wesołe psikusy. Bo trzeba wam wiedzjeć, moi państwo, że tak zwane kawały zmieniają swój charakter w zależności od pory roku. Przynajmniej tak było w naszej budzie. Jesienią pachną zwykle melancholią i czymś w rodzaju więdnących liści, zimą mają tężyznę i biel, na wiosnę — na wiosnę zielenieją i są zgoła szalone, a często gęsto głupie.
Nawet Stefan nie mógł się od przemożnych podszeptów natury uchronić. Nałapał chrabąszczy całe duże pudełko i stanął w drzwiach, a co która koleżanka weszła, to buch jej ze cztery sztuki za kołnierz. Biedactwa wpadały w szał i tańczyły taniec Świętego Wita przy akompaniamencie rozdzierających wrzasków. Szelma Stefan wprawdzie ofiarowywał się potem, że wyjmie żyjątka zza kołnierzy koleżanek, ale te niewdzięczne istoty wymyślały mu szpetnie, tak że dawał spokój.
Kiedy wsypał Irce taką samą porcję, ta stanęła, zmarszczyła brwi i rzekła pogardliwie.
 — Ty ośle dardanelski (miałeś rację, Stachu, Irka lubiła soczyste wyrażenia), z byka chyba spadłeś! Wyjmij mi to zaraz, tylko nie zgnieć, uważaj!
Stefanek spłonął jak wiśnia, bo nie bardzo wiedział, jak się zabrać do tej operacji. Stach zaofiarował się go wyręczyć, ale nasza królowa była okrutna. Usiadła na ławce tyłem do swej ofiary i wskazała palcem.
 — Tu są... Jeszcze żywe, gmerają się.
Wpakował jej rękę za kołnierz i chrabotki wyłowił. A ona dopiero wtedy jak się nie odwinie i bęc, bęc zboksowała go tak, że aż się zatoczył.
 — Masz teraz za swoje, zapamiętaj sobie. Upokorzony Stefan pogrążył się w czarnej rozpaczy, gdyż
całe to zajście miało miejsce w obecności ślicznej Wilmy, którą uwielbiał, ale nasza Irka zaimponowała mu wtedy tak, że zapomniał o „dzikiej zemście".
Ponieważ chrabąszcze trzeba było jakoś zużytkować, więc Romek, pospolicie Kromciem zwany, zawinął je po prostu, jak ich było trzydzieści sztuk (pozbieraliśmy skrupulatnie po całej klasie), w wilgotną ścierkę do tablicy i położył ją na miejscu. Przychodzi nasz matematyk, kreśli coś na tablicy, a potem łapie za ścierkę. I chrabąszcze sypią się jak z rogu obfitości. Skrzyczał całą klasę okropnie, a Kromcio wstaje:
 — Panie profesorze, to ja zrobiłem, nikt inny.
 — Taki stary chłop i głupi... Cóż to za idiotyczny pomysł! Chciałeś mi zrobić na złość, czy tak?
 — Nie, słowo honoru daję, że nie. Tylko mieliśmy ich dużo, a nie było co z nimi zrobić.
 — Cóż ty trzylatka udajesz? Po pierwsze, nie trzeba do klasy tego znosić, a po drugie, jak już do tego stopnia brak wam taktu i powagi, że je z sobą przynosicie, to po miłej zabawie (to „miłej" było zabójczo ironiczne) trzeba je było wyrzucić za okno.
 — Ja bym je nawet wyrzucił, panie profesorze, ale bałem się. Zawsze to trzecie piętro, mogłyby się wszystkie na śmierć pozabijać.
Klasa w ryk, leży na ławkach i uciecha taka, że chyba sam dobry Bóg był uśmiechnięty w tej chwili. Profesor chrząknął, usiadł na katedrze i powiada:
 — Żebyś ty miał w głowie zamiast tych głupstw geometrię, tobyś dalej zaszedł, a tak dziś oberwiesz dwóję i nie ręczę, czy wobec tylu niedostatecznych nie dostaniesz poprawki — to już czwarta dwójka.
Roman usiadł zgnębiony, ale wstała Irka.
 — Panie profesorze, to pan by miał serce unieszczęśliwiać takiego biednego chłopca? On głupiego chrabola nie miał odwagi zamordować, a pan profesor bez litości odbiera mu spokój i wypoczynek? Nie, to chyba żart.
Nowy wybuch śmiechu. Irkę zapisał niegodziwiec do dziennika, że „powoduje zamieszanie w klasie", ale Romkowi dwójki nie postawił. Zresztą morowy był człowiek i na ogół dał się lubić.
Pamiętam też taką wiosenną rozrywkę, którą urządził Klub. Było właśnie pierwszego kwietnia. Pierwsza lekcja — francuski. Madame (wtedy już nie Ciocia Zosia nam udzielała) weszła i wyrywa do tablicy.
Kazka, gdyż ją wyrwano, wstała:
 — Jestem! — powiedziała i usiadła.
 — Proszę do tablicy!
Klasa chichocze na cały głos, Kazka siedzi i ani myśli odpowiadać.
 — Co to ma znaczyć! Proszę w tej chwili do tablicy.
 — Ha, ha, ha, hi... hi... hu... hu... hu... — cieszy się wrzaskliwie klasa, jakby z katedry padały same dowcipy.
Irytacja zaostrzyła głos naszej Madame, gdy krzyknęła:
 — Dosyś tej komedii. Dziękuję pani, niedostateczny. Panna W.
Jadzia-Kulka miękkim, aksamitnym głosikiem stwierdza swą obecność i siada.
 — Proszę do tablicy!
Klasa huczy śmiechem. Jadzia aż oczy sobie wyciera.
 — Czyście zwariowali? Cóż to za bezczelność, jak śmiecie?
A my nic! Śmiejemy się jak wariaty.
 — Całej klasie stopnie obniżę... coś podobnego...
Ale słowa padają jak groch o ścianę. Madame z trzaskiem zamyka dziennik i pędzi do drzwi, ale tam Janek rozkrzyżował ręce i woła:
 — Po moim trupie, po moim trupie! Nauczycielka osłupiała, a wtedy cała klasa wrzeszczy:
 — Prima aprilis! Pani przecież wyrywała na prima aprilis! Niewiasta była inteligentna i złote serce (jak zresztą całe
nasze „ciało pedagogiczne") miała, skapowała od razu, o co chodzi, i lekcja popłynęła lekko i wesoło jak nigdy.
Następnie była zoologia. Z tym profesorem nie mieliśmy ochoty żartować. Jak spojrzał, to nieomal uśmiercał oczami wesołka, który na jego wykładzie próbował „ożywić nastrój". Ale Irka...
Właśnie jasno i szeroko opowiadał nam o moskitach, gdy z trzeciej ławki rozległ się donośny jęk, potem nastąpiła cisza, potem znów bolesny jęk. Patrzymy, a to Irka leży w objęciach koleżanki śmiertelnie blada i jęczy.
 — Irka, co tobie? Chora jesteś? — pyta zaniepokojony profesor.
A ona kiwa tylko głową i precz jęczy.
 — Niech no ją która odprowadzi do kancelarii i poprosi pannę Zofię.
W klasie cisza. Zastanowiła nas ta bladość. Jadźka objęła chorą i wolno maszerują do drzwi. Gdy już niemal biorą za klamkę, Irka odwraca się nagle.
 — Panie profesorze, to tylko prima aprilis.
Ale nie zdążyliśmy nawet zawyć z uciechy, gdy profesor błysnął oczyma jak piorunami i huknął:
 — - Za drzwi!
A Irka ani drgnęła. Usiadła sobie w ławce i patrzy na purpurowego z irytacji Jowisza.
 — Słyszałaś? Za drzwi! — Jezus Maria! Stanął przy jej ławce zły jak cały pułk diabłów. Myśmy wszyscy ścierpli, a ona podniosła rozczochrany łepek i ścierając sobie kredę z policzków mówi:
 — Słyszałam, ale myślę, że pan profesor też tak tylko na prima aprilis.
Chwycił ją za ramię i wypchnął z klasy, potem usiadł na krześle, a oczy mu latały jak błyskawice. Dziennik przegląda i marmuzi pod nosem.
 — Hołota, smarkacze!
Tego dnia zadał nam dwa razy tyle co zawsze. Irka stała za drzwiami prawie do końca lekcji, bo na jakieś pięć minut przed dzwonkiem wpadła do siódmej klasy na trygonometrię i woła od progu:
 — Proszę pana. Pan Dyrektor prosi, żeby pan był łaskaw pofatygować się na chwilę do piątej klasy.
Belfer wyszedł, a ona stanęła na jego miejscu, zrobiła podobnie kapitalnie śmieszną minę i pisnęła:
 — Prima aprilis — a potem pognała do klasy szóstej i oznajmia to samo poloniście. Jakież było zdumienie naszego srogiego zoologa, gdy mu się wpakowało do klasy dwóch kolegów. Teraz wszyscy czekali na Dyrektora.
Sprawa wyjaśniła się szybko. Nasza Irka siedziała w kozie całą niedzielę, właśnie tę niedzielę, kiedy piąta klasa pojechała do Łodzi do teatru i my, jej rycerze, musieliśmy
 — I — 
¦w
M — — 
jechać, żeby nie zwrócić niczyjej uwagi, ale chłopaczyska zęby tylko z wielkiego żalu zaciskali, a zemstą dyszeli straszliwą. Irka cały dzień beczała, bo nazajutrz oczy miała jak królik, ale udawała zucha i uśmiechała się do nas pogodnie. Wówczas to w głowie Stefana, czułego na kobiece łzy, wylągł się cudowny projekt i myśmy go według jego wskazówek wykonali.
Nasz belfer co dzień prosto ze szkoły jechał do Łodzi, gdyż tam miał lekcje w innej szkole, i zawsze ogromnie się śpieszył, bo punktualny był i obowiązkowy do przesady. Wielkimi susami dopadał tramwaju (zwykle siedział w drugim wagonie), wsadzał nos w książkę i tak dojeżdżał do Łodzi. Odległość wynosiła jakieś szesnaście kilometrów, tak że tramwaj jechał pięćdziesiąt minut.
Stefan oznaczył nam najdogodniejszy termin i wreszcie „nadszedł dzień zapłaty".
Ostatnią lekcją była chemia, której udzielał właśnie Jowisz. Odmówił z klasą modlitwę i wyrywa do kancelarii po płaszcz i czapkę. Kiedy zjawił się w bramie, Stefan serdecznie ściskał rękę Staśka i Irki, którzy szli akurat w przeciwną stronę, to jest'w tę samą, gdzie szedł profesor. Za zakrętem przed bystre profesorskie oczy nawinął się Zygmuś i Antek. Zdjęli czapki i zniknęli w małej uliczce na prawo po to tylko, żeby tyłami gnać co tchu do stacji tramwajowej i być tam wcześniej niż pan profesor. Do odejścia tramwaju brakowało dwóch minut, kiedy do wagonu wskoczył Jowisz. Tramwaj ruszył, a ja w biegu już, udając straszliwie zziajanego, wpadłem, potknąłem się o wyciągnięte Jowiszowe nogi i rzuciłem się na ławkę akurat vis a vis złowrogiego bóstwa wszelkich nauk przyrodniczych.
 — Cóż ty do Łodzi jedziesz?
 — Tak, panie profesorze, na pogrzeb cioci. Boję się, czy zdążę.
 — Ach tak... — skinął głową i zaczął czytać.
A tymczasem w wagonie motorowego siedziało całe towarzystwo pod komendą Stefana. Miny mieli pełne godności.
Irka uklękła na ławce i liczyła słupy telegraficzne, reszta młodzieży przykładnie rozmawiała o lekcjach budząc podziw i zachwyt jadących. Mniej więcej w połowie drogi Stefan wstał, za nim Janek i Antek, chłopcy silni i energiczni. Wszyscy trzej kolejno podawali rękę najpierw Irce, potem kolegom.
 — To już niedługo nasza stacja, o nawet widać.
Z pełnymi gracji i dystynkcji ukłonami wyszli na tylny pomost, a Irka z pozostałymi przykleiła się do okna i kiedy tramwaj stanął, kiwała wdzięcznie ręką i główką. To samo robili chłopcy. A przecież żaden z tamtych łobuzów nie wysiadł, bo kiedy tramwaj ruszył, przysiedli sobie na schodkach.
Za jakieś pięć minut ktoś z jadących krzyknął:
 — Patrzcie, patrzcie! Drugi wagon się odczepił. Hałas, zamieszanie, wszyscy pędzą na platformę, a przyczepka gna sobie w przeciwną stronę (było trochę z górki) jak gdyby nigdy nic. A w naszym wagonie koniec świata. Najpierw lekki wstrząs, a potem jedziemy całą parą, ale... z powrotem. Ludzie zaczęli hałasować. Jowisz skoczył na peron, a wściekły, mało oczu nie zgubi, tak ci mu latają...
Wreszcie pomału wagon stanął w szczerym polu i rób, co chcesz; cud boski, żem wtedy nie pękł ze śmiechu, a musiałem robić wystraszoną i przygnębioną minę. W końcu nadjechał tramwaj i zabrał nieszczęsnego odczepieńca do Łodzi. Ale nasz Jowisz spóźnił się skutkiem tej całej afery co najmniej godzinę.
Punkt szósta Klub zebrał się w parku miejskim. Opowiadaliśmy sobie szczegóły wypadku i wariowaliśmy z radości. W pewnej chwili wszyscy stanęli rzędem przed ławką, na której siedziała Irka, a Stefan, skłoniwszy się jej głęboko, powiada:
 — Irko! Jesteś pomszczona.
 — O! — krzyknął z zachwytem chór.
Irka wyjęła z kieszonki zieloną kokardkę, udekorowała nią pierś Stefana, a następnie pocałowała go serdecznie w oba policzki.
 — Hip, hip, hurra! wznieśliśmy triumfalny okrzyk i rozeszliśmy się do domów, a Stefan wziął pod rękę mnie i Stacha i powiedział:
 — Wiecie co? Gwiżdżę na Wilmę. Irka jest morowsza!
Ale Irka nie potrafiła utrzymać języka za zębami i w najgłębszej tajemnicy opowiedziała całą historię właśnie Wilmie, a to złotowłose Stefanowe bóstwo zwierzyło się ślicznej Maniuśce i obie zaczęły do zdumionego chłopaka robić słodkie oczy. Wilma dała mu nawet trzy koperty i papiery listowe z gołąbkami, a Maniusia pozwoliła się odprowadzić do domu. Teraz dopiero biedak stracił orientację i był w prawdziwym kłopocie: uwielbiać dwie kobiety, to jeszcze pół biedy, ale radzić sobie z trzema... to jak na piątoklasistę stanowczo za wielki ambaras. Koniec końców, o ile sobie przypominam, to Maniusi wdzięki najgłębiej zapadły w bohaterskie serce kolegi i kiedy raz przekonał się o zdradzie ukochanej (było to już w szóstej klasie), trzy dni nie przychodził do szkoły, a potem napisał wstrząsający poemat pt.: „Nie wierz kobiecie".
Już nie pamiętam dobrze tego arcydzieła, wiem tylko, że kiedy go czytał na zebraniu Klubu, Irka się popłakała i spytała serio.
 — Stefek? Czy ty naprawdę tak strasznie cierpisz!? Czy to się rzeczywiście czuje boleści?! No a gdzie ty masz łono? Przecież jesteś bardzo chudy i wcale ci nie faluje.
Nie wypadało nam śmiać się głośno, ale ponury nastrój jakoś nabrał różowych blasków. Winszowaliśmy Stefanowi talentu i cieszyliśmy się, że właśnie w naszej klasie, a nie w innej zgromadziły się przyszłe sławy.
Epilog tramwajowej historii był też dość ciekawy. W dwa dni po owym wypadku do Dyrektora szkoły przyszło pismo z Dyrekcji Tramwajów z żądaniem surowego ukarania sprawców wypadku, który mógł mieć tragiczne skutki. Stwierdzono z całą stanowczością, że mogli to zrobić tylko uczniowie, którzy jeżdżą co dzień z Łodzi do szkoły.
Pan Dyrektor zarządził najsurowsze śledztwo, które wykazało, że ci, którzy jeżdżą zwykle tramwajem (przeważnie siódma i ósma klasa), mieli wtedy jeszcze dodatkowo śpiew i wracali tramwajem następnym. No a z młodszych klas nikt by się na coś podobnego, choćby ze względu na zdrowie i bezpieczeństwo, nie odważył. Z klasy piątej jechał tylko Benon L., ale i ten siedział cały czas z profesorem. Tak więc chytre dzieło Stefana zostało przekazane potomności jako wzór godny naśladowania.
Ja też, przyznaję, chciałem z całego serca być udekorowany wstążką i w dodatku dostać buziaka od Irki, ale co zrobić, ciężką miałem łapę i nie lżejszy dowcip, toteż długo musiałem czekać na zieloną kokardkę. Ale wreszcie. Otrzymanie jej jednak stanowi dla Klubu ważną datę, od tej bowiem pory utworzyły się w szkole dwa wrogie obozy.
Naprzeciwko naszej budy, przez ulicę tylko, stał duży dwupiętrowy dom, w którym mieściła się bursa dla uczniów pozamiejscowych. Powstała akurat wtedy, gdyśmy byli w piątej klasie. Trzydziestu bursiaków liczył internat, była to przeważnie starszyzna z klasy siódmej i ósmej. Byli to prawdę mówiąc chłopcy jeden w drugiego jak świece, rekrutujący się ze sfery ziemiańskiej. Pięknie tańczyli, wyrażali się z galanterią, a zarozumialcy byli przy tym, aż nas, starą szkolną gwardię, żółć zalewała. No bo przyszło toto nie wiadomo skąd od razu do starszych klas i nosa zadziera. A co gorsza zupełnie jawnie odbierają nam sympatię koleżanek. Do tej pory żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby wałęsać się późnym wieczorem po ulicach albo po parku z dziewczynami. Teraz oni zaczęli wprowadzać nowe zwyczaje: jakieś prywatne tańcujące wieczorki, jakieś spacery i z kim... z koleżankami z naszej klasy, tak jakby to w siódmej i ósmej panien zabrakło. Pewno że takich morowych jak w naszej klasie nie mieli, ale to jeszcze nie powód, by zagrabiać cudze. Któregoś dnia na przykład po lekcjach — była to już późna, ale piękna jesień — Stasiek powiada:
III
BBuBI
¦
 — Pójdziemy dziś na spacer, laki piękny dzień. Kto ma ochotę, palce do góry... — Chłopcy powyciągali palce i Irka, Kazka, Jadzia, a Wilma mówi:
 — Z chęcią, ale obiecałam bursiakom, że pójdziemy dziś do kina, Maniusia i Florka... Irka też, bo przecież chłopcy prosili jej mamusię, żeby nam matkowała. — Stefan zgrzytnął zębami i ostentacyjnie odsunął się od Maniuśki.
Irka zaczerwieniła się i krzyczy:
 — Ja mamusi nie pozwolę, nic o tym nie wiem. Zaś Florka rzuca zjadliwie.
 — Nic nie wiesz? Doprawdy? A co obiecałaś Tolkowi wczoraj?
Klub zmiażdżył Irkę pogardliwymi spojrzeniami. Stasiek, purpurowy na gębie z irytacji, skoczył i buch jej kokardkę pod nogi. Zamieszanie, piski, krzyki. Romek wziął to sobie na ambit i dalejże okładać Staśka pięściami.
 — Znieważyłeś królową! — krzyczy.
 — Jaka to królowa, co honoru nie ma, z bursiakami się zadaje?
A ona wylazła na ławkę i drze się:
 — Kto powiedział, że trzymam z bursiakami, to zełgał. Mam ich gdzieś i pies z nimi tańcował, ale od dziś, Stasiek, z tobą też już amen. Żebyś do mnie nie podszedł, ty... papierowy słoniu!
Wyleciała z klasy trzasnąwszy drzwiami. Żal mi było wtedy naszej Irki. Wiedziałem, że kto jak kto, ale ona pozostanie wierna swym rycerzom, a jeżeli nawet przez chwilę uległa czarowi tamtych „lowelasów", to przecież głośno określiła swój do nich stosunek.
Zebrałem tedy Klub w kupę i tłumaczę tak a tak. Irki potępiać nie należy, nawet i tamtych gęsi, no cóż, kobieta pusto ma we łbie od urodzenia. Zjawił się taki jeden z drugim dureń i: koleżanko, ach! koleżanko, och! Nasze panny, nie przyzwyczajone, ogłupiały i tyle. Trzeba więc nie z nimi, ale z tymi glancusiami wojować.
f
I zgodnie poszliśmy do parku. Patrzymy, na ławce siedzi Irka i beczy na cały głos, a obok niej Bohdan, który chodził już teraz do innej szkoły. Jak nas zobaczył, to wali prosto do zdumionego Klubu i mówi krótko a węzłowato.
 — Świnie jesteście, tak się z kobietą nie postępuje. Jakby Irka była mądra, toby gwizdnęła na was i znalazła stu innych.
To była prawda. Nieśmiało otoczyliśmy ławkę i zaczęliśmy delikatnie i ostrożnie bąkać słowa przeprosin.
 — Ja się na was nie gniewam, ale Stasiek niech mi w oczy nie włazi, bo mu wszystkie zęby wybiję.
Poszła do domu z Bohdanem, a Stasiek rzucił się na ławkę i zaczął „cierpieć" zupełnie jak Stefan albo inny Węgrzyn. A ja przekonany, że Irka i Stach kochają się romantycznie, z perypetiami, postanowiłem dokonać czynu według mego pojęcia bohaterskiego.
W niedzielę Wilma urządziła herbatkę i zaprosiła sześciu bursiaków, z nas nikogo. Przecież my nie tańczyliśmy tak pięknie i nie potrafiliśmy tak „bujać"; było też jeszcze parę koleżanek, dwie z naszej klasy i dwie ze starszych. Zabawa przeciągnęła się do dwunastej. Wreszcie na drugie piętro bursy cicho jak koty, na palcach idą eleganci. W małych pokoikach mieszkali po dwóch, a co drugi pokój był z balkonem. Weszli do swych pokoi, a tu ani rusz światło zapalić się nie chce (Klub powykręcał lampki), świecą zapałkami jak mogą, wreszcie buch w puch i za niecałe pół godziny zaczęli chrapać. Wtedy przez korytarz przemknęły jakieś cienie i straszne, niesamowite jęły wyczyniać historie z uśpionymi, a tak nadzwyczajnie delikatnie i ostrożnie, że żaden ze śpiącyh nawet nie pisnął. Spracowaliśmy się jak woły, ale trzy frontowe balkony drugiego piętra były udekorowane siennikami, na których w objęciach Morfeusza spoczywały dziwaczne ludzkie istoty o gębach w kolorowe kropki i czuprynach lśniących gumą arabską. Następnie balkony zamknęło się na klucze i duchy zniknęły unosząc z sobą garderobę śpiących.
Ponieważ lekcje zaczynały się o pół do dziewiątej, przeto już o ósmej był zwykle przed szkołą duży ruch, ale co się działo w ów pamiętny poniedziałek, trudno sobie wyobrazić. Na trzech balkonach bursy miotało się w zwojach kołder sześciu roznegliżowanych młodzieńców o szpetnie pomalowanych obliczach, ku oszalałej radości widzów. Panny, te same panny, które zapewne wczoraj niejedno uroniły westchnienie z powodu rycerskich tancerzy, dziś stały w oknie szóstej klasy, akurat vis a vis balkonów, i śmiały się do łez. Ba, nawet belfrada była ubawiona, a dochodzenie tej za wikłanej historii przyniosło tylko niemiłe dla bursiaków oświadczenie Dyrektora, że dwunasta godzina wcale nie jest odpowiednią porą na powrót do bursy i że odtąd po dziewiątej nie wolno im wyjść poza jej gmach.
Na zebraniu Klubu wystąpiłem z szeregu i oznajmiłem uroczyście:
 — Irko, ten cały kawał był pomysłem Staśka, który nie ma odwagi cię przeprosić. — Koledzy otworzyli szeroko oczy, a ja mówiłem dalej: — Przebacz mu. Żebyś wiedziała, ile go zdrowia i nerwów kosztowało wykonanie całego planu.
 — Ależ to nie ja, Irka, to on sam... — wyjąkał Stasiek czerwony jak burak.
Panna Irka podrapała się w czuprynkę i spytała ostro:
 — Chłopcy, bez blagi, czyj to pomysł?
 — Benona! — huknęli,
 — Benon, pasuję cię na rycerza. Jesteś zuch! Trochę frajer, ale zuch, daj pyska. — Przypięła mi kokardkę, ucałowała i zwraca się do Stacha:
 — Zapamiętaj sobie, że tylko na prośbę tego zacnego kawalera przebaczam ci i do łask swoich przywracam.
Zebranie zakończył chóralny śpiew, a ja byłem półprzytomny. Swoją drogą Irka była szelma dziewczyna i zupełnie niepotrzebnie zakochała się w tym siódmoklasiście, co miał bluzę z szamerunkami, prawda, Stachu? Kończę, bo gdy zacznę dalej wspominać, to gotów jestem jak ongiś rzucić serce pod stopy małej, roztrzepanej dziewczynki, której było tak do twarzy z tytułem królowej.
Rozdział IV
Opowiadanie Stefana
Słuchaj no, Benek, nie bądź taki Korfanty i nie próbuj wmawiać w czytelników, że historia z bursiakami kosztowała nas dużo zdrowia i nerwów. Zresztą każda myszka swój ogonek chwali, ale głupi się zorientuje, że coś tu nie gra. No bo jak to? Sześciu śpiących drabów wynieśliśmy na balkony, w dodatku gęby im pomalowaliśmy, a oni nic? Od razu wyjaśnij, że cała heca (to zwrot mało literacki, ale za to w stu procentach sztubacki, a ja w tej chwili jestem sztubakiem) przyszła nam z łatwością, gdyż... towarzystwo było gruntownie zalane ponczem, którym poczęstowała ich mamusia Wilmy. Tak, tak. Tańczyli najpierw i popijali sobie po rycersku później, ale rozebrało ich w samą porę. A poza tym nie wymawiaj mi mojej miłości do Maniusi, boś sam jak cielę był zadurzony w Irce, a jeżeli chodzi o ścisłość, to przecież Maniusia była daleko przystojniejsza...
W ogóle sprawy sercowe nasza szkoła szczęśliwie omijała bez tragicznych wypadków. Wszystkim dziewczynom mówiło się „ty" i nawzajem, a jako żywo nie śniło się nam o jakichkolwiek randkach. Po co? W szkole byliśmy razem po sześć godzin, ze szkoły wracaliśmy paką, a o zmroku, gdy cała młodzież wylęgała „w aleje" na spacer, to „dostawialiśmy się" bez żadnych wcześniejszych umawiań i wtedy zawzięcie omawiali sprawy szkolne. Oczywiście jedne koleżanki były lubiane więcej, inne mniej, ale mogę przysiąc, że żadna matka nie złapała swej pociechy na jakimś czułym sam na sam. Wszystko odbywało się jawnie i wobec świadków
i dlatego pół szkoły współczuło Staśkowi, którego Irka w okrutny sposób tyranizowała, każdy brał sobie za punkt honoru tych dwoje swatać, a kiedy Maniusia puściła mnie kantem, to przez jakiś czas cała męska część budy przeszywała ją zabójczymi jak strzały spojrzeniami. Prawda, napisałem wówczas poemat „Nie wierz kobiecie" i do szkoły nie przyszedłem, lecz tylko dlatego, że mi akurat wtedy szewc buty łatał, ale w duszy wyłem z radości widząc wasze zmienione współczuciem gęby. Ani mi się śniła prawdziwa rozpacz. Wiedziałem już bowiem, że Maniusia miała lekko krzywe nogi, no a chyba bardziej honorowo udawać zdradzonego niż uwielbiać krzywonogie bóstwo. Tak, pamiętam doskonale, że wtedy wydawało mi się to wprost hańbą, ale swoją drogą w najgłębszej głębi serca w czeluście piekielne wysyłałem bursiaka, ku któremu zaczęła słać spojrzenia i westchnienia Maniusia.
 — Patrzaj, Edzio z Maniusia — rzekłeś raz zamierającym ze zgrozy głosem.
 — Taak? A co robią? — zapytałem z zimną krwią.
 — No co mają robić na ulicy... Idą!
 — Aha! Tylko idą. Głupstwo. My też idziemy i niebo się nie wali, a uważasz, bracie, obaj mamy proste nogi.
 — Stefan, ty jesteś naprawdę Sokrates — rzekłeś z uwielbieniem.
 — Nie — powiadam z uśmiechem jaszczurki, której przydeptano ogon. — Edek jest Sokrates, bo czuje pociąg do Ksantypy.
Akurat zakochana para przeszła obok nas, a my udaliśmy obaj, że wcale, ale to zupełnie jej nie spostrzegamy. Wobec tego Maniusia przestała się mną zajmować do tego stopnia, że ani jednej ściągi z niemca nie otrzymałem od niej do końca roku szkolnego. W ogóle od czasu pojawienia się w naszej kochanej, starej budzie tych paniczyków z bursy coś w „państwie duńskim" zaczęło utykać. Prysnął nastrój. Dawniej siódmo- lub ósmoklasista cieszył się, że nic jest już szczeniakiem, ale nosa nie zadzierał, teraz ci patrzyli na nas
z góry i zdawało się, że ledwo, ledwo nas tolerują. O, to było niemiłe. W dodatku, jak słusznie zauważył Benon, zaczęli psuć nam koleżanki. Do tej pory bowiem znaliśmy je jako kochane, bez pretensji dziewczynki, szczere w przyjaźni, wierne w potrzebie, a teraz... Od razu z naszych łobuziaków wykwitły panny. Jakieś idiotyczne miny, jakieś durne spojrzenia, jakieś loczki nad uszami, jakieś tajemnicze szepty. Podczas pauzy, tak dawniej rozkosznej pauzy pełnej śmiechu, śpiewów, okrzyków, teraz nasze panny znikały i z pompą spacerowały po placu w towarzystwie tych „łotrów". A spróbowałeś, bracie, zaproponować berka lub węża, to spojrzała na ciebie, że nic tylko się w ziemię nosem zaryć. I wtedy, wtedy dopiero poczuliśmy, jak bardzo przywiązani jesteśmy do naszych koleżanek, a w serca nasze wkradł się wąż zazdrości. Któregoś popołudnia, zaraz po lekcjach, stoimy przed szkołą, a po przeciwnej stronie ulicy wałęsa się kilku bursiaków. Jak tylko w bramie ukazała się Maniusia, Wilma, Florka i Irka, oni do nich. A Klub stanął w grupie i patrzy, co będzie dalej. Za chwilę widzimy, jak nasze panny paradują z bursiakami i żeby to choć szły do domu, ale nie, te szelmy poszły do miejskiego parku. Idziemy tedy wolno za nimi, nagle Irka zawróciła, podbiega do nas i mówi:
 — Chłopcy, tak dalej być nie może. Oni się strasznie stawiają, oni mnie obrazili. Powiedzieli, że jestem smarkata!
 — Tak, ale sama witasz się z nimi serdecznie i całe pauzy gadasz — zaperzył się Stach.
 — Głupi jesteś. Znowu zaczynasz? Ja badam teren i mówię wam, że oni jeszcze tego balkonu nie mają dosyć. Trzeba stanowczo coś wykombinować, żeby nosa nie zadzierali. I jeżeli wy tego nie potraficie, to jesteście stado baranów.
 — Co my możemy zrobić, kiedy same dziewczyny ich ośmielają? Na dużej pauzie wszyscy siedzieli w naszej klasie, a wy byłyście uszczęśliwione — powiada zgryźliwie Janek.
 — Ależ ty jesteś zakuty łeb! Właśnie tym bardziej musicie pokazać, że gwiżdżecie na nich. Ja zawsze zostanę waszą
Irką, a jutro rzucę hasło bojowe „sztama". Któremu z was napisać ćwikę na jutro?
Amatorów było trzech, ale Irka miała łeb do tych rzeczy. Tak więc zostało rzucone zarzewie wojny. Nazajutrz przed samą lekcją Irka woła nas do kąta i z dumą pokazuje rewolwer, oczywiście nieprawdziwy, ale masywny. Kapiszonów ma całe pudło i mówi:
 — Jak tylko ksiądz wejdzie do klasy, strzelę na wiwat. A co myślicie, że oni by się na to zdobyli?
Ksiądz wszedł, a biedna Irka, która nie zauważyła, że Ciocia Zosia była jeszcze w klasie, włożyła trzy kapiszony od razu i buch! Dziewczyny jak oparzone powskakiwały na ławki. Ciocia Zosia zbladła i rzuca gromami piwnych oczu po klasie, a z ławki panny Irci dymi jak z komina. Ona sama, biedactwo, jak zobaczyła damę klasową, spłonęła purpurą i w nogi... Ciocia za nią. Ale smarkata gdzieś dobrze się ukryła, bo w połowie lekcji otwiera po cichu drzwi, wsuwa rękę z rewolwerem i grzmi ponuro.
 — Życie albo ułaskawienie, albo w ogóle forsa. — Ksiądz się roześmiał i pozwolił jej wejść. Po dzwonku jednak jeszcze z ławki nie zdążyła wyskoczyć, już w drzwiach zjawia się Ciocia Zosia i wali prosto do niej. Irka nie czekała: fik, fik, mignęły tylko w powietrzu jej nóżki i znikła. I zaraz w oficynie, w klasie siódmej i ósmej, dały się słyszeć przeraźliwe huki. Rozsypała tam na schodach i w salach wszystkie kapiszony, a że chłopcy mieli buty gwoździami podkute, więc kanonada była aż miło.
Podczas dużej pauzy wpadają do nas „dygnitarze", a ten najważniejszy mówi:
 — Co wy sobie myślicie, smarkacze (tak do nas, do chłopców), w cudzych klasach awantury urządzać! Głupie dowcipy!
 — Niech no kolega zamknie buzię. Trzeba było zabronić, ale jesteście frajerzy i gdyby wam nawet w ławki na... kichać, tobyście też tylko w pysku mocni byli — wyrecytował zwykle małomówny Antoś.
A my wszyscy w ryk. Tamten wykrzywił pogardliwie usta i wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Dopiero my dawaj winszować Irce pomysłu. I tak zaczęła się wojna, a która strona zwyciężyła, sami wywnioskujecie. A że akurat był listopad, zaczęliśmy między sobą omawiać program obchodu rocznicy listopadowej. Tymczasem na zebraniu Bratniaka jeden z „tamtego obozu" powiada ważnie, a ręką do wąsów dla większego efektu sięga:
 — Podajemy do ogólnej wiadomości, że w tym roku klasy siódma i ósma urządzają uroczysty obchód listopadowy, na który zapraszają wszystkie koleżanki i kolegów od klasy wstępnej, o ile możliwe z rodziną.
W milczeniu popatrzyliśmy na siebie. Wszelkie imprezy szkolne do tej pory urządzało Koło Dramatyczne. Łobuzy! Nagle z końcowych ławek rozległ się przeraźliwy gwizd.
 — Proszę nie przeszkadzać, cóż to za występy. Gwizd drugi, trzeci i czwarty. Poważny nastrój przerywają tłumione śmiechy.
 — Kto przeszkadza w taki chamski sposób? I w dodatku nie ma odwagi się przyznać? — zabrał głos prezes.
 — Za drzwi! — ryknęło zgodnie prezydium. A z samego końca sali wysunęła się Irka:
 — Ja gwizdałam, nie boję się przyznać, chciałam wam tylko pokazać, jak będzie gwizdała publiczność na waszym obchodzie. Takie święta święcić musi cała buda, jak to było do tej pory. Wszyscy, którzy mogą, powinni pracować, a nie tak. Cóż to za przywileje?
Grzmot oklasków zagłuszył okrzyki oburzenia. Małośmy wtedy Irki nie zjedli. A na zebraniu Klubu małomówny Antoś powiada:
 — Cicho sza... Ty, Irka, też trzymaj język za zębami, to im jeszcze tak nogę podstawimy, że się nie pozbierają. Obchód urządzimy my, zrozumiano?
 — Jak to my? Nas jest za mało...
 — Wcale nie, zresztą dokooptuje się z wszystkich klas, urządzimy obchód w sali sportowców, porozpisujemy zaproszenia, no i w ogóle. Jutro każdy będzie miał napisane, co ma robić.
Istotnie na drugi dzień każdy z nas otrzymał kartkę i zaczęła się wściekła, szalona praca, a czasu było niecałe trzy tygodnie. Na dwa dni przed obchodem rodzice wszystkich uczniów i uczennic dostali drukowane zaproszenia tej treści: „Koło Dramatyczne gimnazjum w P. ma zaszczyt prosić W. Państwa na uroczysty obchód Listopadowy, który odbędzie się" i tak dalej. Na końcu podany był program. I obchód odbył się w przepełnionej sali, oczywiście konspiracyjnie, bo Niemcy nie pozwalali na takie rzeczy. Irka machnęła obrazek sceniczny. Chór naszej klasy pięknie śpiewał. Karol grał na skrzypcach mazurki Wieniawskiego i swój utwór: „Dumka Listopadowa", a jego tatuś zasiadł przy fortepianie. Potem Kazka i Irka zaśpiewały w duecie, a chór deklamował z akompaniamentem mandolin poezje legionowe... Wreszcie Irka wystąpiła z referatem. Już nie pamiętam, co w nim było, ale wiem, że dziewczynie głos drżał z przejęcia, a kobiety na sali szlochały. Jednym słowem uroczystość wypadła wspaniale.
Tymczasem w sali szkolnej, pięknie udekorowanej, zjawiło się dziesięć osób i ciało pedagogiczne. Bursiacy wściekali się ze złości, zwłaszcza gdy po mieście i w szkole jęły krążyć legendy o obchodzie urządzonym przez Koło. Wprawdzie Dyrektor wezwał nas do kancelarii i palnął mówkę na temat samowoli, solidarności etcetera, ale widzieliśmy, że chłop zadowolony był że hej i żuł uśmiech jak Amerykanin gumę.
Antek, ma się rozumieć, otrzymał i wstążkę, i buziaka w oba policzki, aż westchnął:
 — Mój Boże, żeby tak człowiek za każdy obchód miał taką nagrodę, to słowo daję, nic bym innego nie robił.
A niebawem klasa nasza znów miała nie lada sensację: Irka przyszła do szkoły bez włosów, a raczej bez warkoczy. Obcięła je sobie krótko na polkę i wyglądała morowo, zupełnie jak chłopak. Niejeden też „dygnitarz" zaczął na nią
gały wywalać, no a Stach całkiem chodził jak połamany, a ona niby słodka, niby zadowolona uśmiecha się do tych donżuanów, a coraz to zerka na nas, a miny komiczne robi, że boki ze śmiechu bolały. Zauważyliśmy jednak, że dziewczyna kolorów dostaje, ilekroć do naszej sali wejdzie jeden taki sztubak z siódmej. Blondyn, zgrabny, przystojny, czupryna gęsta, gęba poważna, na kobiety w ogóle nie zwracał uwagi i cieszył się naszą sympatią, bo solidny był i spokojny. Wtedy to rzuciłem pomiędzy chłopców dowcip: „Panny Irci zwyczaj taki, że co chwilę piecze raki", który się ogromnie wszystkim podobał, ale czułem, że z tych rumieńców będzie coś poważniejszego. Powiedz, Irko, sama, czy nie miałem nosa?
Ale odbiegam od tematu. Ponieważ bursa nie mogła strawić obchodu, zaczęła nam teraz dawać się porządnie we znaki, podrywając nasz autorytet wobec młodszych sztubaków i wobec koleżanek. Oni to sprowadzili na ślizgawkę orkiestrę i pozabierali co ładniejsze dziewczęta, tak że musieliśmy ślizgać się sami, a jeszcze i profesorów zaprosili. Było nam żal dziewcząt, które z zazdrością w duszy jeździły po drugim stawiku, dokąd i my kupą poszliśmy. Muzykę było słychać, ale to już nie to samo. Irka ostentacyjnie przejechała na nasz staw, a że biedactwo lepiej mełło ozorem, niż jeździło na lodzie, więc co chwilę przybierała niesamowite pozycje i zdzierała miast łyżew rękawiczki. A już sto pociech mieliśmy, gdy zaczęła holendrować. Podnosi biedactwo nogę i jeszcze nie westchnie, a już jej ręce zakreślają w powietrzu wspaniały łuk i podziwiamy wszyscy spłaszczony królewski nosek i błyski stalowych potworów, które z wdziękiem i okrucieństwem jednocześnie ciągną jej nogi w powietrze... Oni którejś niedzieli urządzili wspaniały kulig na dwunastu parach sanek, a my nic, wzdychaliśmy tylko i gryźliśmy paznokcie. Oni wreszcie podczas lekcji wynieśli profesora, który im się nie podobał, razem z krzesłem i katedrą na podwórze i jeszcze go śniegiem obrzucili. Profesor był gadzina, to inna sprawa, ale dlaczego to nie my,
I
tylko oni? I znów cała szkoła pełna była uwielbienia i zachwytu dla bursiaków. Klub na razie stulił uszy.
Pewnego jednak zimowego wieczoru wracaliśmy od Irki, u której odpisywaliśmy jakieś trudne wypracowanie z polskiego. Chcąc skrócić drogę szliśmy przez park. Nagle patrzymy, na ławeczce pod świerkami siedzi czuła parka. Bursiak i ach! zemdleć można — nasza koleżanka, imienia jej nie wymienię, boby mnie jeszcze do sądu pozwała. Stanęliśmy, jak w ziemię wrośli, a tamten gałgan bierze się do całowania. Żaden z nas nie przemówił słowa. Spojrzeliśmy tylko po sobie i raz-dwa niefortunny amator pocałunków znalazł się na ziemi, a na jego plecy i niżej krzyża spadły tęgie razy. Głowę miał owiniętą moją rodzoną peleryną. Wreszcie ściągnęliśmy mu spodnie i prysnęli jak duchy. U Staśka spodnie zawinęło się elegancko w paczkę i dołączyło następującą kartkę:
„Do pana X. Dziś w parku zgubił pan honor i spodnie. Portki zwracamy choćby dlatego, że od trzepania są mocno nadwerężone, honoru, niestety, zwrócić nie możemy".
Po czym przez posłańca odesłaliśmy to do kancelarii bursy na ręce wychowawcy. Chłopak wrócił do bursy dorożką, ale i tu go czekała ciężka przeprawa. Nazajutrz cała szkoła o niczym innym nie mówiła, a Klub robił strasznie tajemnicze miny i ręce sobie z wylaniem ściskał. Ten epizodzik speszył trochę naszych antagonistów, a nam dodał otuchy.
Zaczęły się więc w szóstej klasie zdarzać różne zabawne historie — przydające glorii nam, mającym szczęście do szóstej uczęszczać. Ot na przykład na ekonomii społecznej ni stąd ni zowąd rozległy się w klasie piskliwe tony popularnej piosenki: „Liaguszka maja, liaguszka..." Profesor szybkim krokiem przemierzał klasę, a tu ci coś gra a gra... Już i do dziennika zapisał, i od bandytów nawymyślał, a to coś, jak grało, tak precz gra. Poleciał po Dyrektora. Dyrektor wchodzi — cisza.
Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy umysłową smarkaterią, że godności nie mamy, że kara za głupstwa nas nie minie,
i
zbeształ, z błotem zmieszał i poszedł. A jak się tylko drzwi za nim zatrzasnęły, to nie jedna, ale dziesięć od razu kieszonkowych katarynek zagrało belfrowi „Liaguszkę".
To znów w parę dni potem wchodzi do klasy nauczycielka niemieckiego i na powitanie pięknie jej gra orkiestra (na gramofonie): „Jest na świecie dziewcząt roje, jedna z nich ma serce moje..." Ale nasza Niemka była fajna, roześmiała się i powiada: więcej płyt nie macie? Nie mieliśmy, a z sąsiedniej klasy siódmej przyleciał bursiak z pytaniem, co się u nas dzieje. Wesoło było, szkoda, że to wszystko minęło „jak sen jaki złoty"... A pamiętasz, Irko, jak na tej samej lekcji niemieckiego wyleciałaś za drzwi? Brakowało pewno piętnaście minut do dzwonka. Nauczycielka pytała na wyrywki słówek, a widząc, że Irka zupełnie czym innym jest zajęta, krzyknęła ostro:
 — Irenko, jak jest złośliwość?
Irenka stoi jak gapa, a szelma Jadźka podpowiada:
 — Die Schweinereine.
Oczywiście nasza królowa to powtórzyła i została sromotnie wyrzucona z klasy. Na pauzie wchodzi Dyrektor z jakimś obwieszczeniem i mimochodem przegląda dziennik.
 — A ty co, znów stałaś za drzwiami? Taka pannica!
 — Mnie, mnie pani wyrzuciła tylko przez złośliwość. Dyrektor podniósł brwi i poprawił binokle.
 — Co ty pleciesz.
 — No, naprawdę. Słowo daję; nie wiedziałam, jak jest złośliwość po niemiecku, wcale nie dokazywałam.
 — Czy nie uważasz, że czas już zmądrzeć? Panna w szóstej klasie, z pretensjami...
 — Ja żadnych pretensji nie mam, ale jak Pan Dyrektor chce, to już postaram się zmądrzeć — i robi do nas perskie oko.
W kilka dni potem Ircia przyniosła do klasy żywego koguta i zamknęła go w piecu (w piecu tego dnia nie palono, ale poprzedniego). Całą godzinę matematyki jakieś niesamowite odgłosy siały w klasie okrutny zamęt, a po trzeciej
lekcji kogut zdechł. Zabawa skończyła się tragicznie, bo Irka płakała z żalu, w dodatku Miecio w szamerunkach z siódmej palnął jej kazanie, po którym nasza królowa straciła kontenans na parę dni, a co gorsza Miecio całe pauzy rozmawiał z Marysią i siedział w jej ławce. Tymczasem jakoś żadnemu z nie pasowanych rycerzy Klubu nie trafiała się okazja do zdobycia pocałunków Irki. Dowcip i temperament trwonili na drobnych psotach, o których wspominać nie warto, chociaż niektóre dowodziły rzadkiej bezczelności. Na przykład kiedyś na francuskim Janek wyciąga z teczki białą serwetkę, rozkłada ją na ławce, dobywa pajdę chleba, kraje sobie na kawałki i najspokojniej zajada.
 — Cóż ty robisz? — zawołała zdumiona pani.
 — Posilam się, proszę pani — brzmiała rzeczowa odpowiedź.
 — To bezczelność! Za drzwi! Tam to możesz zrobić. Janek z olimpijskim spokojem zawinął chleb w serwetkę
i wyszedł. Za jakiś kwadrans słyszymy stukanie.
 — Proszę — mówi pani.
A ten bezczelny chłopak włazi z ukłonem, pustą serwetkę trzyma w ręku:
 — Już skończyłem, proszę pani. Miał za to rozmówkę z Dyrektorem.
Na tym kończę. Zmęczyłem się tymi wspomnieniami. Zawsze zresztą byłem leniwy, a tylko w pysku mocny. Taki już chyba zostanę. (Pewnie dlatego jestem posłem). Na parę słodkich chwil i złotych snów wróciłem w krainę młodości, a teraz wzywa mnie rzeczywistość. Żegnam was zatem naszym dawnym: serwus, i pióro w godniejsze składam ręce.
Rozdział V
Opowiadanie Janka
Wcale nie uważam, że moje ręce są godniejsze do trzymania pióra niż twoje, przecież z wypracowań z polskiego miałeś zawsze piątki, wyszczekany też byłeś całkiem inteligentnie, a co ja? Na dwójach jeździłem jak na tramwaju, wiesz, tym odczepionym, wyjęzyczyć się nigdy nie mogłem i przeważnie mówiłem wcale nie to, co chciałem. Mało to razy od samej Irki słyszałem, żem kretyn, idiota i te pe. Ale za to żaden z was tak nie potrafił zirytować profesorów jak ja. Bo gdy tylko nie umiałem lekcji (5 razy w tygodniu), tom się namiętnie jąkał i zanim zdążyłem coś wystękać, to już belfer trzy razy pot sobie chustką otarł. Pewnie dlatego teraz jestem profesorem matematyki i Bóg mi świadkiem, że nieraz się pocę nad tymi bałwanami. W naszej budzie takiego jednego z drugim matoła przez okno by wyrzucili, a dziś muszę mu troję stawiać, bo inni są jeszcze gorsi.
U nas bowiem był zwyczaj, że na ogół uczniowie pracowali, a właściwie pracować chcieli. Dyrektor kładł nam w głowy jak łopatą: śmiej się, dokazuj, wszystko można, ale pracuj. Jednym szło łatwiej, drugim trudniej. Mnie na przykład nie lazła do głowy historia, nauki przyrodnicze też krzywo na mnie patrzały, za to matematyką imponowałem nawet Irce, której w ogóle zaimponować było trudno. Zbyt była rozpuszczona i to właśnie przez swoich rycerzy, pewno dlatego często gęsto przychodziła do szkoły zupełnie nie przygotowana, a wtedy gdy ją ktokolwiek wyrwał, klasa umierała ze śmiechu, takie się działy historie.
Mieliśmy w szóstej polonistę (Gały już wtedy nie było), który bardzo zajmująco wykładał literaturę, ale wymagał, by mu obkuwać urywki poezji lub prozy na pamięć. Raz mieliśmy taki wiersz:
Ojczyzno moja miła... o sławo! po tobie W najgrubszej by nam chodzić przystało żałobie... ...Gną się stoły pod srebrem, w galonach lokaje, Toczą nam sok Bachusa Hotentotów kraje...
Wyrwał Irkę, a to niebożątko nie wie, co zadane, więc idzie do katedry stępa, a po drodze zerka w podsuwane książki.
 — Pani będzie łaskawa wiersz.
 — Wiersz? A który? Ten, co na dzisiaj? — pyta słodkim, cienkim głosikiem.
 — Oczywiście, proszę, słucham.
Irka chwilę milczy i nadstawia uszu. Wreszcie odetchnęła i trajkocze szybko, monotonnie:
Ojczyzno moja miła... ojczyzno, po tobie
Wszyscyśmy powinni (w tym miejscu głośny szept: coo?)
Chodzić dziś w żałobie!
Gną się stoły w galonach, pod stołem lokaje
Toczą nam sok Bachusa takie dzikie kraje.
 — No, takie dzikie kraje... buszmenów i... i...
 — Ach, proszę, proszę... pani wyjątkowo ładnie deklamuje — zauważył profesor.
Więc Irka znów to samo od początku. Dojechała do dzikich krajów i ani rusz.
I postawił jej dwóję, pierwszą w życiu dwóję z poi-1 skiego. Dziewczyna podniosła lament, ale nic nie pomogło. Staliśmy wszyscy koło katedry murem i prosili, a profesor uparł się i jak głaz. Dlatego na cenzurze Irka dostała z polskiego czwórkę, a Stefan piątkę i wtedy mu powiedziała:
 — Żebyś ty nawet miał sto piątek, to i tak będziesz osioł, wiesz?
 — A ty, żebyś nawet miała prawdziwą złotą koronę na głowie, to i tak będziesz smarkula, rozumiesz?
 — Ja nigdy nie pisałam takich głupstw o kasku i o blasku, a ty...
 — Ale za to pisałaś Ojczyzno-blizno, kraju-raju — częstochowskie rymy. Nie chciałbym się na twą sławę pomieniać.
 — Co tu dużo gadać, nie stawiaj się, żebym ci kokardy nie odebrała.
 — A odbierz, tylko ciekaw jestem, jak zwrócę ci tego buziaka? Czy go może podarujesz Mieciowi w szamerunkach?
Irka spuściła głowę, pomyślała chwilę, a potem wyciągnęła rękę:
 — Zresztą nie mamy się o co kłócić, na drugi kwartał ty dostaniesz czwórkę, a ja piątkę.
Zgodę przyklepano.
Któregoś dnia Irka odpowiada z higieny.
 — Powiedz mi, dziecko, z czego składa się mięso?
 — Mięso? No z białka... i jeszcze z różnych soli.
 — Wymień, wymień po kolei. Z pomocą koleżanek wymieniła.
 — Ale zapomniałaś czegoś, Irenko. Ważny składnik.
 — Ważny? Już wszystkie ważne powiedziałam. Może pan profesor nie dosłyszał?
 — Słyszałem doskonale, ale nie wszystkie wymieniłaś. Irka stoi jak słup.
 — No pomyśl, gdy ściśniesz w ręku kawałek mięsa, to co będzie?
 — To się zgniecie!
 — Ależ co z niego wyleci, czyż mięso jest suche?
 — E, suche to nie jest, ale, proszę pana, ja nigdy w ręku mięsa nie ściskałam.
Profesor, kochany doktorek, nie stracił cierpliwości.
 — No, jeżeli nie jest suche, to jakie jest?
 — Ojejs.. już wiem, woda w nim jest, panie profesorze! Ale chyba dwójki nie dostanę?
Dostałaś wtedy troję i było ci wstyd, bo na pauzie przyszedł Mietek i coś długo ci kładł do łepetyny, a ty miałaś łzy w oczach.
W zakresie inteligentnych odpowiedzi mieliśmy zawsze cudowną rozmaitość. Była na przykład koleżanka Janka U., zawzięta matematyczka, która na wszystkich lekcjach, jakie by nie były, rozwiązywała sobie pod ławką zadania. Raz na historii powszechnej repetycja, nasza Janka oczywiście jak zwykle podparła głowę lewą ręką, a prawą kreśli coś a kreśli i o Bożym świecie nie wie, a tu profesor pyta uprzejmie:
 — Pani U., proszę mi powiedzieć, kto odegrał najważniejszą rolę w wybuchu rewolucji francuskiej?
Janka wstała, oczami mruga półprzytomna... Do jej uszu dotarł tylko dźwięk nazwiska. Profesor patrzy na nią ostro, a mnie w tej chwili coś podkusiło, trąciłem Benona i mówię prawie głośno:
 — Ależ to nie ona.
 — No pewnie, że nie ona — podchwycił inteligentnie Benek, a Janka spojrzała na nasze litościwe miny i woła przerażona:
 — To nie ja, panie profesorze!
Nawet profesor wtedy skurczył się ze śmiechu, a my aż tupaliśmy nogami. Potem przez jakiś czas, gdy tylko usłyszeliśmy nazwisko Janki, klasa rzucała chórem:
 — To nie ja, panie profesorze!
Ale dziewczyna łeb do matematyki miała i ściągi nigdy nie odmówiła.
A swoją drogą fantazję przy tablicy miała tylko Irka, a zwłaszcza wtedy, gdy zapomniała przygotować lekcje. Plotło wtedy biedactwo horrendalne głupstwa, a my usiedzieć nie mogliśmy ze śmiechu.
 — Opowiesz mi o produkcji cytryn (geografia handlowa).
 — O cytrynach? — pyta rzewnym głosikiem i zaczyna: — Cytryny to jest produkt roślinny, no tak... roślinny i do życia
niezbędny, prawie że niezbędny, bo jak ktoś nie może używać octu...
 — Nie odbiegaj od tematu.
 — Nie odbiegam, tylko dobrze umiem. Cytryny rosną w ciepłych krajach, jest ich tam strasznie dużo, zupełnie jak u nas jabłek, w dodatku ludzie tamtejsi, ale nie Murzyni, specjalnie te owoce hodują, żeby mieli z czego żyć... — i tak dalej w tym stylu. Jeżeli profesor był w dobrym humorze, to cierpliwie czekał, aż się czegoś konkretnego dowie, w przeciwnym razie stawiał dwóję i jeszcze zbeształ naszą pociechę brzydkimi słowami. Dopiero przed końcem roku szkolnego Irka brała się do pracy i odrabiała hurtem zaległości. Od czasu jednak, gdy na tapetę wszedł Mietek, po każdej dwójce płakała, a nam się serca krajały, że coś w tym jest.
Przed cenzurami zawsze zostawaliśmy w budzie do piątej, szóstej i razem odrabialiśmy lekcje, żeby słabszych podciągnąć. Najgroźniejsze były języki i matematyka. Francuski jeszcze szedł nam jako tako, niemiecki na ogół gorzej, bośmy doń czuli niechęć za kartkowy chleb, którym się towarzystwo podczas pauzy po bratersku, wzruszająco dzieliło. Pewnego dnia pani powiada:
 — Jutro zrobię klasówkę i jej stopnie zaważą na ocenie tercjału. Zobaczę, co umiecie — pierwsza lekcja niemiecki.
W klasie ruch, niepokój, ustny zawsze jakoś łatwiej, ale piśmienne wypracowanie. Posypie nam głowy dwójami jak popiołem. Wołam tedy klubowców:
 — Słuchajcie, chłopcy, jutro nie może być tej klasówki.
 — A tak, zacznijcie z babą — wyrwał się lękliwy Zygmuś.
 — No to czekaj, aż ona z tobą zacznie — bąknął pod nosem Antoś.
 — Żeby ją tak na jutro febra ścisnęła, co?
 — Phi! Taka to i z febrą da sobie radę, ale żeby na przykład zamknąć ją w mieszkaniu — mówię wolno, a już mi cały projekt układa się pięknie w głowie. Koledzy zamilkli i oczy na mnie wywalili jak latarnie, tylko Zygmuś pisnął:
 — Kluczem? Kluczem zamknąć?
 — Właśnie. Pójdziesz dziś do niej i o kluczyk pięknie poprosisz — ugryzłem go szyderstwem, bo mnie kretyństwo tego dudka w samo serce kolnęło. Chłopcy zachichotali, a ja dalej rzecz całą jak na półmisek wykładam. — Niewiasta mieszka na czwartym piętrze i drzwi wprost schodów do jej pokoju prowadzą. Kiedy zamkną już bramę, musimy tam cichutko się wpakować i drzwi założyć deseczką, a deseczkę fajnie przyśrubować... Grunt, żeby się tam bez zwrócenia uwagi stróża dostać. Kapujecie? — No! — brzmiała zgodna odpowiedź. Koło godziny szóstej zaczęliśmy badać teren. Odkryliśmy, że od biedy przez dach jednopiętrowej oficyny można wyleźć z podwórza na inne podwórze. Było oczywiście ryzyko skręcenia sobie karku, ale wszak dziewięciu chłopców radę sobie dać musi.
Przed samym zamknięciem bramy przywarowaliśmy, gdzie kto mógł w obrębie gmachu, podwórza i oficynki (potem Cześkowi strasznie buty śmierdziały); przydygałem dwie grube deszczułki najeżone śrubami i czekam. Wreszcie słyszymy cichutki gwizd. Z wszelkimi ostrożnościami sunie dziewięciu łotrów na górę (a Cześkowi buty śmierdzą, że hej!), w sieni ciemno. Zaglądamy przez dziurkę od klucza, w pokoju jeszcze pali się światełko. Po upływie pół godziny, która wydała się nam wiekiem tortur, światło zgasło. Jeszcze kwadrans, jeszcze drugi bezwzględnej ciszy, wreszcie Antoś dobył z kieszeni latarkę. Cicho i zgrabnie przyśrubowaliśmy deszczułki i śmiejąc się jak szatany wydostaliśmy się z niebezpiecznego terenu.
Na drugi dzień przed lekcją w klasie gwałt, krzyk, jak to przed klasówką.
 — Tylko pamiętaj, nie rzucaj kartki na środek klasy jak ostatnim razem.
 — Po coś kulasy wysunął? Odbiła się i poleciała.
 — Boś tak rzucił parszywie.
 — Ty, Gieorg, jak będzie „a" umlaut, to podnieś dwa palce w górę.
 — Dobrze. A jak „o" umlaut, to co ci podnieść?
 — Wilma, puść sobie krew z nosa, przejdziesz obok mojej ławki i podasz ściągę.
 — Jak zdążę!
 — Zdążysz, tylko nie kaligrafuj.
 — Władek, jak mnie dziś będziesz kopał tak jak na algebrze, to guzik zobaczysz, a nie kartkę... Człowiek myśli zebrać nie może.
 — Tą częścią, w którą cię kopsam, zasadniczo nie myślisz.
Irka obejmowała czule Maniuśkę.
 — Maniuśka kochana, przesiądź się na drugą ławkę i usiądź bokiem, umieram ze strachu.
Benon piłował Olka:
 — Żebyś, szczeniaku jeden, dyktował wyraźnie, ostatnim razem z Wetter zrobiłem Waffe.
 — A tyś mi raz podpowiedział, że moskity należą do rodziny muchomorów...
Stefan zmierzył Maniusię okiem zranionego jelenia i rzekł głośno:
 — Jak to dobrze, że jestem świetnie przygotowany, nie potrzebuję nikogo o łaskę prosić — a szeptem do Hugona: — Ty chyba nie będziesz łajdak i usiądziesz obok, co?
Jednym słowem klubowcy odgrywali strach jak nigdy w życiu na równi z tymi, co pocili się naprawdę.
Wreszcie dzwonek pierwszy, potem drugi... Nikt do klasy nie wchodzi, tak upłynęło w radosnej konsternacji pół godziny. W końcu uciecha była zbyt hałaśliwa i ściągnęła uwagę klas sąsiednich.
Tymczasem w pokoiku na czwartym piętrze wybuchła zrozumiała panika. Walenie pięścią w drzwi skutku nie odniosło, przeto nasza gnadige Fraulein zaczęła zrozpaczonym głosem wołać przez okno stróża. Zanim się go dowołała, zanim ją ku niebotycznemu zdumieniu lokatorów uwolnił z więzienia, upłynęło pół godziny i z klasówki nici.
Oczywiście nikomu na myśl nie przyszło, że zrobili to klubowcy, którzy, gdy pani zjawiła się w klasie, okazali jej współczucie bardzo podniesionymi głosami, a nawet do mieszkania posłali jej piękny kosz kwiatów. Fraulein uroniła łzę rozczulenia i po lekcjach poprawiała dwójkowiczów, klasówki bowiem nie było kiedy zrobić. Bursa była zupełnie przytłoczona wypadkiem. Zadaliśmy jej straszny cios.
Ponieważ zebrania Klubu miały miejsce co sobotę, nie mogłem się tej soboty doczekać. Tym razem zebraliśmy się u Irki. Najpierw jakby nigdy nic pogadaliśmy na tematy oderwane od meritum; a więc, że Maryśkę trzeba oduczyć kłamstwa, że Heńkowi musimy się wystarać o książki, a Jadzi o atlas, potem Irenka przeczytała nam swój nowy wiersz, a Stefan „Szwajcarię" Słowackiego, wreszcie pośpiewaliśmy sobie trochę. A mnie język puchnie z ochoty, żeby zapytać, co też królowa o moim kawale myśli. W końcu kiedy mnie tak wytrzymała z godzinę, uśmiecha się i mówi:
 — No, chłopcy, ale z klasówką pomysł był cudowny i z przyjemnością udekoruję dziś tego zucha.
A mnie w owej chwili serce niemal z radości stanęło, ale że zawsze co innego mówiłem, niż miałem ochotę, więc wykrzywiłem gębę:
 — Phi... akurat mi strasznie na tym zależy.
 — Mnie to nic nie obchodzi. Dostaniesz kokardę i już, takie nasze prawo, możesz jej nie nosić, aleja swoje zrobię. Widzisz go, hrabia!
Po tej perorze przyszpiliła mi nad sercem zieloną kokardę, pogładziła po głowie i... nic. Wygląda, jakby wcale nie myślała o drugiej części obrzędu. Chłopaki też czekają w rząd (przepisowo) ustawieni, a ja z kolana nie wstaję.
 — No, krzyczcie: hip, hip, hurra — powiada Irka — przecież to już.
I dopiero wtedy z głębi serca westchnąłem głośno i z żalem:
 — Juuż?
Królowa uśmiechnęła się, pochyliła nade mną puszysty i rozczochrany łepek i pocałowała najpierw w lewy, potem w prawy policzek. Dopiero wtedy koledzy wznieśli trzykrotny radosny okrzyk klubowy i ze wstydem przyznaję, żem sam wrzeszczał najdonośniej. Kiedyśmy rozchodzili się z zebrania, smarkata syknęła mi w ucho:
 — A widzisz? Nie zależało ci?
 — Jesteś drań dziewczyna — brzmiała krótka replika, ale nic nowego jej nie powiedziałem.
Swoją drogą było to co najmniej dziwne, bo przecież klubowcy nie mieli po dwanaście lat, chłopakom wąsy się puszczały, ale swojej królowej i swego Klubu nie zdradzili nigdy, nigdy go nie ośmieszyli nawet w rozmówkach między sobą. Czuliśmy się związani mocnym, uroczystym węzłem. Byliśmy dumni z siebie, z naszej królowej i z naszej działalności. Każdy przecież na szerszą skalę zakrojony kawał był dziełem Klubu, a że tam trochę bursa w drogę nam właziła, to głupstwo, bo ostatecznie zostali zupełnie, ale to na fest, jak mówiła Irka, zarżnięci, gdyż nic lepszego od nas wymyślić nie zdołali. I jak słusznie zauważył Antoś, w gębie tylko mocni byli, a tego nasza królowa nie lubiła. Ba, z tego powodu nawet rzuciła harcerstwo. A w ogóle z tym jej skautyzmem to był dramat. Któregoś dnia oświadcza nam, że zapisała się do drużyny, że jej się to wszystko strasznie podoba, będzie pracować dla Ojczyzny (z pochodzenia jest nasza Ircia Szwedką), będzie wiązać węzły, chodzić na wycieczki i tak dalej. Pięknie... Po sześciu dniach przychodzi królowa Klubu do klasy i machnąwszy ręką mówi:
 — Kaput!
 — Co kaput? — pytamy ze zdziwieniem.
 — Już wiszę!
 — Zawiesili cię? Za co? Na długo? — posypały się pytania.
 — E, zą nic. Jak weszła drużynowa i stanęła przed nami, a nam kazała być na baczność, to zawołałam: „Ojej, wyglądamy teraz jak gęsi, a koleżanka jak taka stara gęś",
no bo, wyobraźcie sobie, wielka jak słup telegraficzny, ustawiła nas gęsiego. W ogóle nie podoba mi się i już. A po trzech tygodniach powiada nam Irka jeszcze: — Wylali mnie, bo powiedziałam, że za dużo tam ozorami mielą, a za mało robią.
Tak więc zakończyła się skautowska przygoda naszej Irki. Widzieliśmy wszyscy, że było jej trochę przykro, zwierzyła się też nam w tajemnicy, iż najwięcej żałuje wycieczek, które zaczną się już na wiosnę.
Ponieważ bursa nie mogła strawić ostatniego ciosu, szukała gorliwie okazji, by go odparować, i znalazła. Otóż w sali gimnastycznej stał fortepian zamknięty na kluczyk. Kluczyk był w kancelarii. Nasze panny strasznie lubiły tańczyć, bursiacy zaś pięknie tańczyli. Pewnego grudniowego dnia po dużej pauzie znikło nam z klasy parę koleżanek i Irka też. Zaś na dwóch kolejnych lekcjach uszy nasze drażniły dźwięki muzyki dyskretnie dochodzącej z prawej oficyny. Przez owe dwie godziny ławki panien świeciły niemal pustkami, wreszcie wpadają zarumienione, zdyszane, włosy w nieładzie, oczy uśmiechnięte. My do Irki:
 — Gdzieście były?
 — Bursiacy zwiali z lekcji, otworzyli salę i fortepian i... tańczyliśmy!
 — Irka, ty z bursiakami?
 — Nie, nie, ja tańczyłam tylko z Mietkiem. Mietek też był i powiedział, że to nic złego — jąkała.
 — Wstydź się.
 — No... przepraszam was, aleja tak lubię tańczyć.
 — Z Mietkiem! — dopiekł jej cierpkim głosem i ostrym spojrzeniem Stach.
I Irka chyba po raz pierwszy w życiu nie odszczekała, ale milcząc spuściła głowę; Stach widząc to odwrócił się. Romek podrapał się w czuprynę, a Czesio rzekł filozoficznie:
 — Kobieto! Pierze marne!
Mieliśmy za parę dni rozsypać się do domów na ferie Bożego Narodzenia, gdy Irka podczas jakiejś pauzy zebrała nas wokół siebie i mówi:
 — Chłopcy, mam pomysł. Urządzimy w szkole choinkę z tańcami, bursa pęknie.
A myśmy właśnie wszyscy bardzo chcieli, żeby bursa pękła, dlatego projekt przyjęty został oklaskami. Klub zaczął przygotowania. Jako termin imprezy ustaliliśmy dzień przed rozpoczęciem zajęć szkolnych. Grunt, żeby program zrobił piorunujące wrażenie, przekonywała Irka, i zaraz nazajutrz dała cichemu Antosiowi kartkę z programem, który obok zaproszeń miał być wydrukowany w wielu egzemplarzach.
Były tam pozycje następujące:
1) Jasełka w jednym akcie,
2) Kolędy w wykonaniu chóru,
3) Tańce polskie,
4) Mowa św. Mikołaja,
5) Kinematograf bez płótna.
Całe święta oraliśmy jak woły. Irka była bez litości i co dzień urządzała próby. Jej poczciwa matka ze swymi znajomymi paniami postarały się o kostiumy i tak nadszedł ważny, uroczysty dzień. Bursa zjechała od rana, ale pomimo że dekorowaliśmy salę i ubierali choinkę, żaden z nich nosa nawet nie wystawił. Najwidoczniej mieli zamiar nas zbojkotować.
O godzinie szóstej wieczorem do sali gimnastycznej zaczęła napływać publiczność. Zasiedli w krzesłach i czekają, a my za prowizorycznymi kulisami umieramy z emocji. Wreszcie Irka powiada:
 — Czas na pierwszy dzwonek.
Okazuje się, że dzwonek gdzieś diabli wzięli (oczywiście sprawka tamtych), woźnego nie ma, jego mieszkanie zamknięte, "-więc Karol bez namysłu porywa z kancelarii miednicę i wali w nią laską. Efekt był nadzwyczajny, wszyscy aż podskoczyli na krzesłach. Za chwilę rozsunęła się kurtyna
l
i oczom zgromadzonych ukazała się wspaniała choinka, tyle tylko, że Zygmuś coś przy stojaku poprawiał i nie zauważył biedak, że kurtynę już ściągnięto, więc pozostał przez moment w dość interesującej pozycji: tyłem do krzeseł i na czworakach. Zrobił oczywiście kolosalne wrażenie, bo sala ryknęła śmiechem. Chłopak zorientowawszy się, co się stało, zdrętwiał, ale doprawdy różowy Zygmuś miał „ciężkie pomyślenie", bo zamiast momentalnie wstać i prysnąć, wypełzł ze sceny na czworakach. Tłumaczył potem, iż sądził, że będzie to bardziej niepostrzeżenie. Dopiero potem wszedł z gracją skrzydlaty Anioł i zaczął rzewnym głosem wzywać pasterzy, by szli do stajenki. Aniołem była Kazka (przed występem połknęła cztery jajka). Pastuchy, jak pastuchy, usłuchały anielskiego głosu i przedefilowały przez scenę, a każdy coś niecoś miał do gadania. Potem wędrowali królowie: jeden z nich miał właściwie wjechać na ośle, lecz w ostatniej chwili osioł okazał wielką niechęć do swego pana i zaczął okropnie wierzgać, a jakże pokazać takiego niegrzecznego osła publice. Poszedł więc król piechotą, a za nim dopiero pastuch z całej siły pchał upartego kłapoucha naprzód. W krzesłach uwagi:
 — Patrzcie, patrzcie, osioł!
 — Ale to chyba nieprawdziwy?
 — Jak to nieprawdziwy? Nie widzisz, że macha ogonem? Nasz osioł omal nie wywrócił choinki i wtedy już wszyscy
mieli pewność, że to zupełnie prawdziwe i głupie oślisko. Anioł wciąż śpiewał i śpiewał i dopiero umilkł, gdy zobaczył, że do stajenki wybiera się także uczeń i uczennica z naszej budy. Radzi więc im grzecznie, żeby lepiej zostali w domu, tłumaczy na różne sposoby (a wszystko wierszem, bo to był utwór Irki), że Dzieciątko już śpi, wreszcie błaga uparciuchów na wszystkie świętości, by nie zrobili tam jakiego kawału, bo to nie wypada. Na to uczennica perswaduje, że na pewno będzie grzeczna, tylko chce Jezuska poprosić, by jej pomógł odrabiać zadania, a chłopiec też nic nie wymyśli, bo z niego zawsze był niedołęga, jako że to bursiak.
Widownia okazała swój zachwyt oklaskami, a potem w głębi podniosła się firana i wtedy wszyscy ujrzeli żłobek z świętą rodziną. Madonną była Maniusia, trzymała na kolanach półtoraroczną córeczkę stróża i śpiewała jej „Lulajże, Jezuniu..." Dzieciak patrzył na choinkę i uśmiechał się, ale kiedy zaczął śpiewać chór, mała rozdarła się wielkim głosem. Maniuśka mało jej ze złości nie stłukła. W krzesłach śmiech, więc chór, aby zagłuszyć wrzask dziecka, jął dobywać głosy z piersi ile sił. I właśnie śpiewa: „Cyt, cyt, cyt, usnęło małe dzieciątko...", a to cyt, cyt warczy i dudni jak orkiestra wojskowa, zaś dzieciątko jak się pruło, tak czyni to dalej. Więc dopiero jeden z królów łap osła za ogon i ciągnie go do dziecka, bachor wyjąkał radośnie: „lala", i umilkł, a chór wtedy mógł zacząć śpiewać od serca i wszystkim gęby z zachwytu porozwierał.
Tańce polskie w cztery pary wykonały Irka, Wilma, Florka i Wandzia, a z chłopców Stasiek, Romek, Czesiek i ta oferma Zygmuś. Tupali, klaskali, bili hołupce, przyklękali tak siarczyście, że widownia puściła nogi w ruch i takt namiętnie wybijała. Na ogólne żądanie każdy taniec musieli bisować, aż Maniuśce przy fortepianie palce puchły.
Wreszcie zjawił się św. Mikołaj, palnął mowę układu Stefana, nawiasem mówiąc bardzo dowcipną, i zaczął obdzielać prezentami, oczywiście ustnie. Okazało się, że beczkę oleju i trzy pudy sera przywiózł dla bursy, olej do głów, a ser na dowcip. Nawet belfradzie łatki poprzypinał. Mieliśmy jednego profesora, który gdy mówił, strasznie pluł — temu kieszonkową podarował spluwaczkę. Klasie szóstej od razu matury i pozwolenie na odjazd z budy i tak dalej.
Wreszcie na estradę wszedł Stefan. Stanął do widowni prawym bokiem, bo tylko na prawej ręce miał mankiet, drugi nosił Czesio na lewej. Ukłonił się dystyngowanie i mówi:
 — Szanowna Publiczności! Za chwilę ujrzycie, a raczej usłyszycie niebywałe przedstawienie. Oto akt I, wykład profesora X.
I
A schowany za kulisami chór z towarzyszeniem fortepianu i skrzypiec zaczął przeciągle:
Do ciebie płyną kluski z rycyną, O wymarzony, słodki śnie.
I dalej mormorando. Sala w śmiech, brawa! Obraz II. Nastrój w gabinecie chemicznym:
Zmarzł pan Marek, zmarzł pan Marek...
I dalej mruczando. Roześmiał się naw$t gromowładny Jowisz, który chemii udzielał. Obraz III. Lekcja historii:
Nie zawracaj kontramary...
I jak wyżej. Obraz IV. Szósta klasa i Pan Dyrektor:
Była babuleńka rodu bogatego,
Miała koziołeczka bardzo rozpustnego...
Obraz V. Bursa:
Usta milczą, dusza śpiewa, Kocham Cię...
Obraz VI i ostatni. Wykład matematyki:
Mów do mnie jeszcze...
Stefan przeczekał grzmot oklasków, a potem ukłonił się głęboko i mówi:
 — Upraszamy Szanowną Publiczność o ustawienie krzeseł pod ścianami, za chwilę bowiem rozpoczną się tańce.
Śród okrutnej wrzawy „szanowna publiczność" opróżniła środek sali, dzieciarnia porozchodziła się do domów, ale już od czwartej klasy wzwyż wszyscy mieli ochotę tańczyć, szczególnie dziewczęta. Tymczasem, choć płci męskiej nie brak, tancerzy istotnie było bardzo niewielu. Jedni trochę umieli się kręcić do taktu, ale .zabrakło im odwagi, inni w ogóle zielonego pojęcia o choreografii nie posiadali. Muzyka gra siarczyście polkę, kilkanaście par skacze, a reszta ściany podpiera. Dziewczęta oczywiście marzą o bursiakach i z lekką pogardą na inicjatorów zabawy spozierają. Nagle ni stąd ni zowąd w drzwiach sali tłok, masa męskich czupryn, a na przodzie różowy Zygmuś oferma z roześmianą od ucha do ucha gębą. Komitet oczy w słup postawił, a on gna przez całą salę wprost do Irki, za nim zaś ze dwudziestu eleganckich uczniaków, co najmniej szóstoklasistów z łódzkiej budy. Przedstawili się królowej, która piekła takie raki, że aż żal było patrzeć, ale nie straciła tupetu.
 — Bardzo ładnie zrobiliście, chłopcy (zamiast panowie ona do nich chłopcy), żeście przyjechali, i mam nadzieję, że będziemy się morowo bawili, no nie?!
Chłopcy spojrzeli po sobie, popatrzyli na naszą Irkę, a jeden z nich od razu:
 — Czy mogę panią prosić do walca?
 — Owszem, ale ja nie jestem pani, tylko zwyczajna Irka. Muzyka zarżnęła ognistosentymentalnego walca i dopiero
zrobił się ruch w interesie. Ani jedna panna nie siedziała, bo najgorsze nasze niezdary jęły się podciągać. Irka tańczyła jak szalona i raz po raz w stronę różowego Zygmusia zerkała, bo ten smętny wariat nie miał odwagi jej poprosić, dopiero w białym walcu skoczyła do niego, a tańczył bardzo ładnie i skonstatowaliśmy wszyscy z bólem serca, że im z sobą strasznie do twarzy. Nagle na salę wszedł Mietek i Klub zauważył, że Irce wszystka krew z buzi uciekła.
Około godziny dwunastej (mieliśmy od Dyrektora specjalne pozwolenie na zabawę do rana, gdyż była to sobota) na sali pojawił się bursiak, chciał zobaczyć pobojowisko, ale zdębiał i w tył zwrot, a za kwadrans na sali byli już wszyscy bursiacy i usiłowali opanować teren. Okazało się, że to jest nie do odrobienia, bo żadna z dziewczyn specjalnie na nich nie czekała. Łodzianie okazali się bardzo miłymi dżentelmenami i cudowna zabawa trwała do szóstej rano. Goście odjechali pierwszym tramwajem, a ponieważ Irka mieszkała blisko stacji, a Klub ją uroczyście odprowadzał, więc gromadą szliśmy sobie przez aleje, żegnając po drodze trzy koleżanki tam mieszkające. Przy stacji odbyło się serdeczne pożegnanie z łodzianami, którzy wzdychali:
lit'iIM
 — Jaka szkoda, że my nie mamy takich byczych koleżanek. Gdy znów będziecie coś urządzać, sprowadź nas, Zygmunt, koniecznie.
A Irka mówi do nas:
 — Przyjdźcie dziś do mnie na podwieczorek, będzie Maniusia, Wilma, Jadźka. Pogadamy.
Matka Irki zrobiła wspaniałą czekoladę z pianką. Pierniki i strucle smakowały nam jak nigdy w życiu. Benon pokazywał, jak to potrafi zgryźć orzech amerykański, i zęba sobie wyłamał. Mamusia Irki ładnie grała, więc na naszą prośbę zagrała walce Chopina, a potem kolędy. Oj, doprawdy, jakie słodkie wspomnienia! Za oknami biały śnieg i rozwieszona na srebrnych gwiazdach cisza, a w niedużym, pełnym kwiatów pokoju pod jarzącą choinką, na podłodze, na dywanie rozśpiewana, rozmarzona młoda gromadka. Tak nam wtedy było strasznie dobrze, tak niewypowiedzianie słodko. Nie chciało się nam ani tańczyć, ani dokazywać, tylko ot tak siedzieć na ziemi pod choinką i słuchać, jak mamusia Irki gra. Matka Irki była naszą „wspólną mamusią" i bardzośmy ją wszyscy lubili.
Wreszcie wybiła dziewiąta, pora do domów. Panienki poszły z mamą Irki do drugiego pokoju, a Irka mówi:
 — Zygmuś, ci łodzianie to twoja zasługa, wielka zasługa...
My bęc od razu wszyscy w rząd, a jeden przekręca w drzwiach klucz, żeby nikt nie przeszkodził. Zygmuś, purpurowy, nic nie mówi. Głowę spuścił, wstydzi się.
 — Wobec tego pasuję cię na rycerza. Jesteśmy ci wszyscy wdzięczni, żeś nas z kłopotu wybawił. — Udekorowała go wstążką, pocałował ją w rękę klęcząc na jednym kolanie, a ona łaps, objęła go za szyję i wycisnęła serdeczny pocałunek w okolicy oka. To niezupełnie przepisowo, ale Zygmuś zrobił nam istotnie wielką niespodziankę, kto by się tego po tym niedojdzie spodziewał. Całowaliśmy go też wszyscy i klepali po plecach przyjaźnie, a potem wznieśli przepisowy trzykrotny okrzyk i otworzyli drzwi. Panny były
lekko zgorszone, ale Stefan coś tam zblagował i po chóralnym dobranoc towarzystwo się rozeszło. Tak więc bursa została zgnębiona, a różowa lala, Zygmuś, awansował na rycerza. On się pewno sam temu najwięcej dziwował.
A teraz żegnaj, kochana, jedyna budo. Zawsze nosem w one lata kręciłem, że mi się uczyć kazano, a teraz byłbym pierwszym uczniem. Już drugiej takiej szkoły i takiego Dyrektora, i takiej morowej belfrady w życiu nie zobaczę, a pokażcie mi też gdzie i taką królową? Tęsknię do ciebie, szkoło słoneczna, czasem w zimowe, smętne poranki, to znów w wiosenne dni, a w ogóle nie warto się roztkliwiać. Grunt to uśmiech, prawda, królowo?
i
Rozdział VI
Opowiadanie Zygmunta
o wiesz, Janek! Żeby zrobić ze mnie taką niedojdę. Poczekaj, niech no cię gdzie spotkam, zaraz ci przemówię od serca. Słowo daję, oczu nie będę mógł podnieść ze wstydu, tak żeś mnie obsmarował. Całe szczęście, że już nie jestem różowy, boby każdy, kto na moje lalkowate (och, ty żmijo) oblicze spojrzy, poznał Zygmusia, rycerza panny Irki.
I cóż wam zawiniłem, żeście uwzięli się, by mnie za leniwe i głupie cielątko uważać? Przyznaję, nie lubiłem nigdy myśleć, ale Irka tego też nie czyniła i dlatego została literatką, a ja — widzisz, ty belferskie ciało, doktorem. Znaj pana i jak cię twoi pupile do grobu zaczną wpędzać, to krzyknij tylko wielkim głosem: Zygmuś-oferma! Już ja ci pomogę, nie bój się.
Opisaliście wszystkie najlepsze kawały i doprawdy wcale nie wiem, co dla mnie zostało, ale czekajcie, przypomnę sobie coś niecoś i dopiero wtedy żółć was zaleje.
Najpierw chcę zaznaczyć, że owo sprowadzenie łodzian nie było znów wcale takim heroicznym wyczynem. Po prostu znałem dwóch sztubaków. Pojechałem do nich w święta, zostawiłem 30 zaproszeń i powiedziałem tylko, że nie pożałują. I nie pożałowali, a teraz do publicznej wiadomości powiem coś, czego nie wiedział i nie widział żaden z was. Na tym pamiętnym wieczorku jeden z łodzian zadurzył się w Irce na fest. Właśnie ten, z którym tańczyła pierwszego walca, i prosił mnie, bym ją namówił na przyjazd do Łodzi. Namawiać nie potrzebowałem, bo Irka miała w Łodzi
I
babcie, ale dowiedziałem się, kiedy jedzie, i nietrudno chyba byto zawiadomić Storczyka (tak go Irka przezwała). I wtedy wteay właśnie nasza Irka miała pierwszą w życiu randkę z oocym sztubakiem i całe dwie godziny spacerowali po nomcowsldej! Nazajutrz po tym zdarzeniu odprowadzam ao aomu i mówię ponuro. Irka, straciłaś honor. Chyba korony więcej nosić nie
Zygmunt, tego w umowie nie było. Jesteśmy Kwita, pocałowałeś mnie gębe masz na wiek zamurowaną
Odtąd byłem jej oddany jak wierny pies. Zaimponowała mi. I ona też ze mną była bardziej szczera, bo raz mówi:
 — Zygmuś, smutno mi.
 — Co się stało, chora jesteś?
 — Nie, zdrowa, tylko... tylko... — i w bek.
Łapię ją za ręce, dusza się we mnie miota w dzikiej rozpaczy, że moje bóstwo cierpi, błagam ją na wszystkie świętości, by powiedziała, co się stało, a ona nic, chlipie a chlipie. Zamoczyła swoją chustkę, moją chustkę, fartuch, wreszcie głowę mi na ramieniu wsparła i moczy łzami mundurek...
 — Iruś, no powiedz, będzie ci lżej.
 — Widzisz... Mietek... to wciąż z Marysią rozmawia... i... i... i nie chce wcale... na mnie patrzeć.
Mało mnie wtedy szlag nie trafił na miejscu. Skoczyłem jak oparzony.
 — Zakochałaś się w nim?
 — Nie wiem... nie wiem, ale nie chcę, żeby na Maryśkę patrzył i z nią rozmawiał, nie chcę i już.
I znów szlocha, i znów mi główkę na ramieniu kładzie; miała bardzo miękkie, puszyste włosy.
 — Ircia, n,ie płacz, nie warto. Co tam taki frajer cię obchodzi, masz nas tylu, masz mnie.
Westchnęła.
 — Tak, ale żaden z was nie nosi bluzy z szamerunkami. Zamilkłem. To prawda! A ona jeszcze dodała ciszej.
I w dodatku strasznie lubię, jak mi prawi morały! Miałem też ochotę się rozpłakać. Zrozumiałem, że Irka się zakochała jak dorosła panna, naprawdę. Odchodziła od nas. Zrobiła już pierwszy krok do odwrotu.
 — Zygmuś, nie mów tego nikomu. Widzisz, ja mam do ciebie takie zaufanie.
No pewno, żadnemu z was nie szlochała w kamizelkę tak jak mnie. Ale i Stach coś zauważył, bo spochmumiał i całe lekcje zerkał na nią, a na pauzach oczu z niej nie spuszczał, zwłaszcza gdy do klasy wchodził Miecio w szamerunkach.
II
I któregoś dnia właśnie stał w progu i rozmawiał z Marysią, nie zwracając zupełnie uwagi na Irkę, grającą w guziki ze Stefanem, a ona ni stąd ni zowąd skoczyła do Staśka, który siedział w swej ławce, przysunęła główkę do jego głowy i zaczęła się do niego uśmiechać, słodkie oczy robić. Stacha krew oblała, oczy mu gorzałyjak pochodnie, położył rękę na jej splecionych rękach — zakochany na amen — a ona miała taką minę, jak gdyby poza Staskiem nikt więcej na świecie dla niej nie istniał. Ruszyłem wtedy swą ciężką mózgownicą i chcąc się przysłużyć „niewiernej a miłowanej", powiadam niby od niechcenia do Mietka.
 — Ty lepiej do naszej klasy nie przychodź, tu jest zabójcza atmosfera.
 — Czemu to?
 — Spójrz tylko, same zakochane pary... O, na przykład Irka i Stach.
Mietek spojrzał, zarumienił się aż po czubki jasnej czupryny, a potem szybko pożegnał Maryśkę i wyszedł. Po lekcjach powiedziałem Irce.
 — Dobra jest. Mietek udaje, że go nic nie obchodzi, ale ciesz się... Leżysz ty mu na sercu. — Jak ona się strasznie, ta mała niewdzięcznica, cieszyła. Że wrócił jej dobry humor, mieli możność przekonać się w pierwszym rzędzie profesorowie, bo który ją wyrwał do tablicy, to miał krzyż Pański. Lekcji nie umiała, a błaznowała tak, że w klasie wszyscy się śmieli do rozpuku. Stoi na przykład przy tablicy i robi zadanie. Profesor odwrócił się na chwilę do niej tyłem, a ona momentalnie przypięła mu do marynarki ścierkę. Matematyk spaceruje po klasie, a ścierka z tyłu fajt, fajt, my kulimy się ze śmiechu.
 — No, niech pani kończy to zadanie.
 — Nie mam gdzie, panie profesorze.
 — Proszę zetrzeć od góry.
 — Ale kiedy ścierki nie ma.
Wszyscy porywają się szukać ścierki i to w miejscach zgoła nieodpowiednich, bo nawet w piecu. Nie ma... kamień
w wodę. Wobec tego Karolek poszedł do woźnego, a Irka przez ten czas papierem trze, trze, aż tablica piszczy, a my psykamy i też piszczymy. Kiedy Karol ze ścierką wrócił, już odpowiadała Kazka. I Irka teraz krzyczy:
 — Ojej!... Panu profesorowi ściereczka się przyczepiła z tyłu.
Oczywiście po lekcjach poszła na „konferencję" do Dyrektora.
To znów wyrwała ją nasza Niemka. Irka czyta i tłumaczy, a Fraulein obserwuje klasę. Nagle patrzymy, a to nieznośne dziewuszysko wyciąga z kieszeni ogromną marchew i haps zębami.
 — No, czytajże dalej.
 — W tej chwili, proszę pani.
Zasłoniła buzię książką, schrupała odgryziony kawałek i czyta dalej. Za chwilę znów cap zębami.
 — Co.ty dzisiaj wyprawiasz, jak książkę trzymasz! — krzyknęła zirytowana nauczycielka i chwyciła za okładkę, a Irka właśnie niosła marchew do buzi. Wyleciała za drzwi, co było do przewidzenia. Ale tego właśnie chciała, bo wtedy siódma klasa miała wolną lekcję, a w siódmej był Mietek.
W kilka dni po tym zdarzeniu Ircia nie przyszła do budy. Jeden, drugi dzień jej nie ma... Na trzeci idziemy od jej mamusi, a ta zapłakana...
 — Ach, dzieci, co ja mam za zmartwienie z tą dziewczyną. Poszła się kąpać w stawie. Połowa marca, co jej do głowy strzeliło. Boże drogi! I oczywiście chora. Czterdzieści stopni gorączki.
Klub zmartwiał ze zgrozy. Przykleiliśmy nosy do oszklonych drzwi. I zobaczyliśmy ją. Leżała w łóżku cała w krwistych rumieńcach, jej rozszerzone błyszczące źrenice nie widziały nikogo, a szeptały jakieś niezrozumiałe wyrazy... Staliśmy tak z pół godziny. Czy i ona odejdzie od nas jak Jurek? — myśleliśmy z rozpaczą.
Ale dziewucha miała końskie zdrowie. Po paru dniach przyszła do siebie. Cały czas choroby klubowcy nie wychodzili z jej mieszkania. To jeden, to drugi, to trzeci na zmianę siedział przy łóżku, podawał lekarstwa lub zajmował się jej rodzeństwem, by nie hałasowało. Mamusia jej, wracając wieczorem z pracy do domu, całowała nas serdecznie i każdemu mówiła: dziękuję ci, synku!
Po tygodniu Irka przyszła do budy. Była bardzo blada. I wtedy właśnie ja, oferma, a nie żaden z was, dowiedziałem się, co było powodem szalonego pomysłu naszej królowej.
 — Wiesz co, Zygmuś. Teraz to już chyba Mietek zakocha się we mnie naprawdę.
 — Dlaczego?
 — Bo uczyniłam ślub... Obiecałam Madonnie, że wskoczę do zimnej wody w najzimniejszy dzień, żeby tylko mnie pokochał. I zrobiłam tak. Czemuś taki blady, Zygmuś, co tobie?
Nie mogłem, nie potrafiłem się zdobyć na odpowiedź. Teraz uśmiecham się do owych wspomnień, ale wówczas uciekłem do garderoby i płakałem jak bóbr. Co mi z tego, żeś zawsze dla mnie dobra — myślałem. — Co mi z tego? Ja cię kocham, a ty skaczesz w wodę przez innego. I tak strasznie zazdrościłem temu „wrogowi". Razem z powrotem Irki do klasy powróciła i wesoła atmosfera i koza bez Irki obyć się nie mogła ani rusz. Na lekcję rysunku profesor przyniósł do klasy popiersie Wenus milońskiej w gipsie i kazał ją narysować. Irka w ogóle pojęcia o sztuce rysowania nie miała, toteż zajmowała się gorliwie korespondencją. Profesor zwrócił jej uwagę raz i drugi, i trzeci. Wreszcie zapisał do dziennika.
Na następne rysunki dyżurny przynosi ten sam model podczas pauzy, żeby się potem na lekcji nie kręcić. Pierwszy dzwonek. Irka wyskoczyła z ławki jak oparzona, ściąga boginię z podstawy, ulokowała ją w pierwszej ławce zwróconą do nas, tak jednak, że kawałek policzka i nosa figury było widać od drzwi. Z garderoby ósmej klasy ściągnęła jakiś krótki kubraczek i czapkę, ustroiła Wenus pięknie, w rozchylone usta wetknęła papieros (to był pomysł Janka, który
wystarał się też o papieros) i wszyscy siedliśmy na swoje miejsca, Stefan jeszcze stanął w drzwiach i zaopiniował:
 — Andrus, że tylko walić!
Za chwilę do klasy wszedł profesor. Wstaliśmy.
 — Cóż ty, błaźnie, w czapce i nie wstajesz? Z papierosem? Wenus oczywiście ani drgnęła. Profesor dał dwa kroki
i szarpnął z pasją za czapkę, a klasa huczy śmiechem, że o uspokojeniu jej mowy nawet nie ma. Skonfundowało się kochane profesorzysko, na katedrę wlazł, kazanie nam krasomówcze zafundował i rozżalony stwierdził: „wróble macie w głowie, smarkacze", co Irusia dobrze zapamiętała. Na następny tydzień profesor wszedł do klasy, a tu cisza jak makiem zasiał. Poprawił model, przejrzał rysunki, a święta cisza trwa dalej, tylko słychać zgrzyt ołówków po papierze.. Nagle ni stąd, ni zowąd pofrunęło po klasie z piskiem ze dwanaście wróbli. Trzepoczą się, tłuką się
o szyby. Trzeba było okna wszystkie pootwierać i te biedactwa, ofiary nowego konceptu panny Ireny, wypuścić. A kiedy profesor grzmiał z wyżyn katedry i wypytywał, kto przyniósł ptaki do klasy, Ircia wstała:
 — Nikt nie przyniósł, panie profesorze, wróble nam z głów wyfrunęły.
I czy to nie było za co bić pasem takiego utrapienia?
I za to wyleciała ze szkoły na tydzień. Ale na prośby matki i koleżeństwa Dyrektorowi po paru dniach serce zmiękło i dziewczyna wróciła ku nieopisanej radości wszystkich klas bez wyjątku. Podobno w dyrektorskim gabinecie obiecała poprawę i roniła krokodyle łzy, ale kiedy zjawiła się znów wśród nas, suszyła zęby jak zwykle. A zebrawszy nas w grupkę pod piecem zapytała:
 — No, macie co nowego?
Niestety na razie nikt nie miał nic w projekcie. W ogóle zabrakło podniet do działania, a przecież Klub nigdy nie pracował bezcelowo. Musiała być idea, tak nam nakazywał honor.
W owym czasie klasy starsze jęły gorliwie uczęszczać do teatru w Łodzi, więc i my poszliśmy za ich przykładem. Była
 — Oho, z naszą Irką źle, na pewno zostanie poetką.
 — Szkoda jej, mój Boże, taka morowa dziewczyna.
 — Ano, różnie Bóg ludzi doświadcza.
Tylko ja jeden wiedziałem, że powodem częstej zadumy i spokoju królowej był Miecio w szamerunkach. Zwierzała mi się w najgłębszej tajemnicy i często ze łzami w oczach, że go „nie cierrrpi", bo jak tylko są razem, to cały czas prawi jej morały, a gdy znów się zatnie, to milczy jak kamień i ani mru-mru. Ona gada, trajkocze, a on nic.
 — Słowo daję, już go mam potąd — i pokazywała na swój zadarty nosek.
 — Więc puść go w trąbę i nie zwracaj na niego uwagi. Ja nie grałem w szkolnej orkiestrze, bo moim ulubionym
instrumentem były organki, ale kiedyś zostałem po lekcjach na próbie i zdębiałem. Partię solową na skrzypcach wykonał Miecio w szamerunkach i to zupełnie ładnie. Zakłuło mnie coś w sercu z żalu... Bo oto taki szczęściarz psia jego twarz, myślę sobie, nie dość że zabrał nam Irkę, jeszcze na skrzypcach potrafi. A że Wilma akompaniowała orkiestrze na fortepianie, mówię do niej.
 — Wilma, słuchaj no, jak przyjdzie kolej na partię Mietka, pokręć mu coś, proszę cię.
 — Zwariowałeś? Żeby cały koncert zepsuć?
 — No to choć na próbach.
Po długich i usilnych prośbach (Wilma mi jeszcze zaimponowała przy tej okazji Słowackim: Smutny to żebrak, co grosz wydrze nudą) obiecała. Przychodzę ja na próbę, siadam sobie w krzesłach, orkiestra gra jak ta lala równo, składnie, wreszcie solo Mietka. On sobie, Wilma sobie, profesor zaczyna się irytować. Zrobił uwagę raz, drugi, wreszcie krzyknął ostro, a Mietek z olimpijskm spokojem:
 — Panie profesorze, koleżanka widać jest dziś niedysponowana, może ktoś ją zastąpi.
Wilma spiekła raka. Zastąpił ją sam profesor i wyszło świetnie. Nie mogło mi potem dziewczątko tej wsypy darować, ale i ja zrozumiałem, dlaczego Mietek miał taki
¦1!
¦lii!
wpływ na kapryśną i niesforną Irkę. Nadeszła pierwsza próba generalna. W sali gwar, tłok, do drzwi cisną się szczeniaki z pierwszej i drugiej, artyści robią ważne miny. Chór szkolny stanął z nutami w rękach, za nim orkiestra, profesor uderzył pałeczką — Mazurek Dąbrowskiego... Do dziś pamiętam, jak nam wszystkim biły do taktu serca, niewidzialne skrzydła rosły u ramion. Śpiewaliśmy jak anioły. Dyrektor uśmiechnął się. Ciocia Zosia wycierała oczy, a za drzwiami, choć smarkaczy był tłum, panowała cisza jak makiem zasiał. Po Mazurku śpiewaliśmy jeszcze kilka pięknych rzeczy z orkiestrą i bez, a potem na prowizorycznej estradzie stanęła Irka i Klub oniemiał: naszą dziewczyną trzęsła febra, taką miała tremę. Zaczęła rozdygotana, słabym głosem swój wiersz:
A sława wasza, majętność się wasza Wniwecz obróci, a zaś was pożeną Jako baranów... Którą pojrzysz stronę, Dymy się zwloką po polach i wszędy Oczy gryźć będą.i.
Ale w miarę jak mówiła, słaby, cienki głosik nabierał mocy i rósł, przybierał akcenty aktorskie i zdumieliśmy się wprzód my, a potem bełfrada, bo to już nie była banalna deklamacja. Irka zagrała na uczuciach siłą wyrazu i zaangażowania. Posypały się brawa, ale ona najpierw spojrzała w stronę okna, gdzie siedział Mietek, a potem z płaczem uciekła z sali. Dopiero gdy grała orkiestra, wsunęła się cichutko w tłum uczennic i stamtąd wlepiała oczy w swego Adonisa.
Koncert Trzeciego Maja przeszedł wszystkie oczekiwania. Udał się znakomicie. Miasto było zachwycone i pieniędzy zdobyliśmy niemało. Ale co ważniejsze, na zebranie Klubu przyszedł jeden bursiak (jak to sprytnie wywąchał) i mówi do nas poważnie.
 — Pozwólcie, że wam złożę w imieniu' bursy szczere gratulacje. Jesteście zuchy, a Irka świetna deklamatorka. Myślę, że zostaniemy paczką przyjaciół. — Irka krzyknęła i nim chłopak zdążył mrugnąć oczyma, skoczyła mu na szyję,
hm"
ukicm
ale nie pocałowała dzięki Bogu, bośmy /tnrwirlt r f"i
nia — szarpnęła tylko eleganta i woła:
 — No, chwała Bogu, chłopcy, nabraliście rośnijcie sobie teraz wszyscy ręce i niech będzie wid
Wyściskaliśmy bursiaka serdecznie, poc/esiow. tówkami i poszedł promieniejąc zadowoleniem, uradził, by wybrać się na „Halkę". Z trzaskiem, i paradą zajechała szósta klasa do Łodzi. Wtedy właśnie na gościnnych występach była warszawska opera. Po pierwszym akcie Irka powiada do nas:
 — Ee... śpiewają i śpiewają, do niczego!
Po drugim:
 — Phi! Takie coś i my potrafimy urządzić, prawda?
Po trzecim:
 — - Głupia dziewucha i tyle, ja bym się nie topiła — ale
buzię miała zalaną łzami.
A w ogóle opera nie przemówiła nam do serc, jakoś wydawało się komiczne to bezustanne śpiewanie i kiedyśmy przyszli w poniedziałek do budy, na dużej pauzie Irka mówi:
 — Słuchajcie, zrobimy operę, ale już...
Maniusia chwyciła się więc za serce i jęła biegać w kółko, i śpiewać przy tym na cudaczną melodię:
Och... och, bez ciebie legnę w grobie, Bo nie mogę rady dać sobie! A Stefan klęknął i ryczy basem:
A ja przy tobie jedyna,
A ja przy tobie (na nutę krakowiaka).
Zaś Ircia podciąga chór:
Więc kochajcie się, Jak dwa gołąbki się Kochają się...
Wtedy Maniusia wyciąga swoje śliczne, długie dłonie
i znów wywodzi żałośnie: Bo dwa serca złączone, Klucz rzucony w morze, Nic nas rozłączyć nie może, Chyba Ty, o Boże... Stefan zerwał się z kolan, chwycił kij do mapy i grzmi:
Wm
A tu ojciec, o zgrozo, Zagroził im kozą. Ale ja bym był cymbał, Żebym się ojca bym bał.
I znów Irka na tle kakofonii chóru zaśpiewała rozdzierającym serca głosem:
O... jakże tu srogo, Lew ogoNem rusza, Aż w krzaku Podskakuje dusza.
To ci dopiero była opera, przynajmniej boki od śmiechu bolały, a jeszcze na zakończenie zrobiliśmy obereczka i przewrócili katedrę. Od tego czasu kiedy jeden chciał drugiemu nawymyślać, to kładł rękę, przeważnie na sercu (czasem potrząsał nią groźnie lub chwytał się za głowę), i śpiewał uczuciowo basem lub tenorem.
Ach, ty zielona małpo, hiszpański krokodylu!
Już do cię więcej słoowa nie przemówię...ę...ę...
Zaś ten drugi odpowiadał zależnie od temperamentu, ale mniej więcej w tym rodzaju.
A możesz nie przemawiać i możesz się powiesić, Bo i tak wiedzą wszyscy w krąg, żeś idiota... idiota... Takie śpiewane rozmowy i rozprawy strasznie się nam podobały i przez jakiś czas były w modzie, ale raz Janek przynosi gazetę, a tam stoi jak wół wydrukowane, że do naszego miasteczka przyjeżdża operetka i da trzy przedstawienia: „Księżniczkę czardasza", „Barona Kommela" i „Polską krew". Bilety drogie, a musimy być przecież na wszystkich trzech, jakże, to klubowcy, pionierzy szczytnych idei, artyści, opuściliby taką okazję? Mieliśmy jeszcze pieniądze z koncertu, ale trzeba było te zostawić dla całej klasy na teatr, mowy nie ma o przeszwarcowaniu się na gapę. Troska zasępiła nam czoła i nosy opadły na kwintę. Jest źle i nie ma co, urządzić już nic się nie zdąży, bo tylko trzy dni czasu. Irka by jeszcze od swojej matki forsę wyciągnęła, ale nie wszyscy klubowcy mieli takie szczęście, zaś dziewczyna
była solidarna i sama też by nie poszła. Jednym słowem tragedia. Statut klubowców zabraniał sprzedawać slarc książki, oddawaliśmy je do Bratniaka dla uczniów / młodszych klas, którzy kupić nowych nie mieli za co. Sicd/.idismy sobie w parku smętni i zadumani godzinę,.dwie... A/ Irka wyskoczyła z pomysłem.
 — Nie ma innej rady, tylko trzeba iść do dyrektora Domu Ludowego i poprosić, żeby nas wziął do sprzątania sali i garderoby, a za to pozwolił zostać na przedstawieniu.
Ponieważ w miasteczku stałego teatru me było, a wszystkie gościnne przedstawienia odbywały się w gmachu tak zwanego Domu Ludowego, gdzie prócz stróża służby stałej nie trzymano, a w przypadku przedstawień Zarząd wynajmował robotników do ustawiania dekoracji i sprzątania sali projekt Irki miał szansę powodzenia. Poszliśmy całą grupą i przedstawili swoją prośbę. Dyrektor Domu Ludowego uśmiał się serdecznie; ale pozwolił i w dzień przedstawienia prosto ze szkoły pognaliśmy do teatru i póki życia nie zapomnę zapału, z jakim szorowaliśmy podłogę, ustawialiśmy krzesła i szykowali na wieczór szatnię. A co to był za raj dla Klubu, gdy jego członkowie poszli pomagać za kulisy, kiedy znaleźli się twarzą w twarz z prawdziwymi artystami! Operetki zrobiły na młodzieży bezwzględnie lepsze wrażenie niż Halka". Nuciliśmy całe pauzy najładniejsze melodie z Czardaszki", która wywołała ogólny zachwyt, ale to wszystko nic w porównaniu z emocją, jaką mieliśmy tam, za ciasnymi kulisami i przy owym wspaniałym sprzątaniu.
Irka opasała się ścierką i umorusana wyglądała według . mnie jak murzyńskie dziecko, atoli Stefan stwierdził, ze podobna jest do zebry w paski. Co ona mu na to odpowiedziała, nie wiem, bom nie dosłyszał, ale widziałem potem, jak mokry gałgan opisał w powietrzu piękny łuk i przykrył jej głowę ona uniosła się honorem — myła akurat okna — i kiedy Stefan przechodził uzbrojony w miotłę, wylała mu całą zawartość kubełka na rycerską czuprynę, na bohaterską pierś i nie obute podstawy.
I iii
 — Widzisz, masz, nie zaczynaj!
Cudownie też było, gdy Karolek siadł do fortepianu, a my wszyscy z utensyliami sprzątaczki wykonaliśmy na scenie taniec „zwycięstwa czynu", tak go nazwała Irka; o ile sobie teraz przypominam, był to zdecydowany taniec wariatów. Stróż Domu Ludowego siedział w pierwszym rzędzie, parskał, łzy śmiechu wycierał i po kolanach się klepał.
 — Różne tu już byli artysty i różne rzeczy odgrywali, alem się nigdy tak nie ześmiał jak teraz.
I kiedy już zbieramy się do domu, aby w uczciwe szaty oblec spracowane i spocone cielska, stary wyciąga z kieszeni papierosy.
 — No, może tak panowie papierosego? Jak nie starczy, to się dorobi. Chłopaki jak świce, aż mi serce rośnie, nie wstydziliście się roboty.
Spojrzał jeden na drugiego, pochrząknął dla fasonu i łapę wyciąga. Irka akurat poprawiała sobie pończochy, bo jej zupełnie w obwarzanki spadły, każdy z nas już się sztachnął, a ta smarkula z kąta wrzeszczy:
 — No a ja? A mnie?
 — Koci ogon w zęby — mruknął Janek.
 — Toś pewnie nieraz próbował — odpaliła z furią i śmieje się słodko do stróża.
 — Ja też strasznie lubię papierosy.
 — Panienka na pewno zostanie artystką. Tutaj jak przyjadą, to każda jedna pali. Tak, tak, to już od dzieciństwa trzeba mieć taki dryg, taki fason, faktycznie — i dał jej papierosa. Paliła jak stara, ani okiem nie mrugnęła, aż mi było wstyd, bom czuł wyraźnie drapanie w gardle i nieprzyjemne łechtanie w piersi, ale trzeba było udawać zucha. Teraz palę po 20 sztuk dziennie i nic. Panna Irka, jak mi opowiadają, kurzy też damesy i pani, a nawet zwyczajne erga, wszelako ani ja, ani ona nie zostaliśmy artystami; ot, jak to czasem taki stary pleciuga nabierze.
Wracam jednak do owego sprzątania. Właśnie Irka wykurzyła połowę i z dumą śledzi błękitny dymek, gdy drzwi
sali skrzypnęły i na progu stanął Miecio. Wlepiliśmy weń zdumione oczy, a on podchodzi do Irki jakby chcąc zaznaczyć, że wszystko o niej wie, że nad nią czuwa.
 — Koleżanka prosiła mnie o notatki z algebry, oto są — a podając jej książkę, pyta z uśmiechem:
 — Czy papieros tak bardzo smakuje?
 — Smakuje, jak czekoladka — odparła hardo.
 — Ale koleżance nie do twarzy z nim — mówi dalej spokojnie Mietek, a Staś nie wytrzymał:
 — My uważamy, że jej bardzo z nim do twarzy.
 — Ano skoro tak, to nie mam naturalnie nic do powiedzenia, to było moje osobiste zdanie. Serwus, koledzy.
 — Serwus — odpowiedział chór. Irka milczała i oczy jej zaszkliły się łzami. Rzuciła papierosa, a wtedy biedny Stach chwycił ją za ręce i jąkał zdławionym głosem.
 — Irka, Irka, dlaczego ty go słuchasz? Dlaczego... — nie skończył, złapał czapkę i wybiegł, zaś Irka tupnęła nogą, rzuciła notatki o ziemię i krzyknęła:
 — Właśnie! Nie będę, nie będę... nie będę słuchać!
Od owego dnia nieraz w szkole podczas pauzy sztachaliśmy się bohatersko, a nawet kiedyś podczas lekcji rosyjskiego Irka zawinęła w papier dwa papierosy i posłała Benonowi z karteczką: „zapal, pociągniemy do spółki". Benon odpisał: „a gdzie puszczać dym?" Zwinęła ręce w trąbkę i syknęła w stronę naszej grupy.
 — W mankiet!
Muszę zaznaczyć, że nasz Kacapuszka był już mocno draśnięty zębem czasu, trochę niedowidział i niedosłyszał, toteż na jego „urokach" siadaliśmy w kupie niedaleko Irki. Benon zapalił i dawaj zaciągamy się jak w salonie po czarnej kawie. Trzeba trafu, że belfer wywołuje moje nazwisko, rzuciłem papierosa Cześkowi, idę na podium jak na ścięcie, a z rękawa mi się kurzy... Uczniaki w śmiech, profesor spojrzał, uśmiechnął się także i mówi:
 — Ty się, aniołku, tak nie bój, bo ci całkiem dusza rękawem ucieknie. Jeszcześ nie zaczął mówić, wot, i już ulatuje.
Zły wtedy byłem na Irkę i na całą klasę, bo ryczała nieprzyzwoicie, dlatego istotnie języka w gębie zapomniałem i żeby nie pomoc kochanej Maniuśki, tobym pałę oberwał jak nic. Po lekcji mówię do Irki:
 — Taka z ciebie przyjaciółka jak z koziego ogona trąba. Wpakowałby mi cwajera na roczne.
 — Bo fasonu trzymać nie umiesz. A ja ci pokażę, że przy tablicy na fizyce się zaciągnę i nic!
 — Nie bujaj!
 — Co? co? Nie zrobię tego?... — wskoczyła na katedrę. — Słuchajcie, wobec całej klasy zakładam się z Zygmuntem, że na fizyce przy tablicy zaciągnę się papierosem. Kto jeszcze trzyma zakład?
 — Ja... ja... ja... — odezwało się parę głosów.
 — A ja nie — powiada Stasiek. — Do tej wariatki wszystko jest podobne.
 — Tyś sam wariat z mokrą głową.
 — Irka, nie rób tego. Możesz mieć grube nieprzyjemności — perswadowała Maniusia.
 — Nie boję się!
 — Ale my boimy się o ciebie — dodała Wilma.
Irka liczyła się trochę ze zdaniem obu koleżanek, może dlatego, że były bardzo rozsądne i zrównoważone dziewczynki; kiedy się raz o coś pokłóciły, nasza królowa wcale nie po królewsku szlochała z tego powodu. Więc i teraz posmutniała, ale tylko na chwilę.
 — No a jak mi się uda? — zaczęła znowu.
 — A jak ci się noga powinie?
 — Trudno, ryzyk fizyk, nie mogę robić z buzi cholewy. Zakład stoi.
Koleżanki usiadły na miejscach obrażone i dopiero trzeba było naszej interwencji, żeby je ułagodzić.
 — Ale pamiętaj, Irka, ostatni raz.
 — Ostatni, najostatniejszy. Maniuśka jedyna, nie złość się, ja cię tak kocham.
I istotnie, Maniusię można było kochać. Siedziała sobie
w pierwszej ławce złotowłosa, biclutcńkłł, uli zawsze jednakowo spokojna, nie taki postrzelona jak Irka. Prawdziwa panieneczka z angielskie) ten sam typ przedstawiała Wilma. Maniusi;i i< bardziej żywiołowa mimo spokoju od opanow.n Nic więc dziwnego, że gdy uczniowie ze stars/yi h . jawnie okazywali swój zachwyt i sympatię ilo i złotowłosych księżniczek, klasę gryzła zazdrość i na demonstrowaliśmy swe prawa. Dziewczęta przecz ; u nasze, nasze w stu procentach. Nadeszła wreszcie z podnieceniem oczekiwana fizyka, której udzielał Dyrektor we wspaniale urządzonym, pełnym przyrządów i maszynerii gabinecie.
Tak jakoś w połowie lekcji Irka wstaje.
 — Panie Dyrektorze, czy mogłabym poprawić się na piątkę? Na roczne wypada mi cztery.
A już pod ławką Kazka (to był też szprync do wszystkiego) zapala jej papierosa.
 — Owszem, jeżeli H...ówna dostanie teraz piątkę, to
roczny stopień poprawię.
Serca przestały nam bić na moment. Irka idzie z ławki śmiało, jedną rękę trzyma pod fartuchem, obeszła długi stół i stanęła przy tablicy. Dyrektor siedział po tej stronie stołu tuż przed ławkami, ona znajdowała się po drugiej. Zadał kilka pytań, dziewucha śpiewa jak z nut, ale widzimy wszyscy jej przeraźliwą bladość, słyszymy drżący głos, jakby w tym właśnie głosie biło wystraszone, niespokojne
serce.
:rce. — Tak, dobrze. A teraz proszę mi wyprowadzić wzór na
podstawie tych danych.
Obrócił się twarzą do nas, a Irka bierze kredę do ręki prawej, a lewą podnosi do wysokości ust i nagle widzimy nad jej głową błękitnawy dymek.
Spojrzałem na Maniuśkę i Wilmę, były śmiertelnie blade, zresztą w całej klasie zapanowała martwa cisza. Kreda skrzypiała na tablicy, Dyrektor spokojnie patrzył w okno,
błękitny dymek nad głową Irki po raz drugi uformował kółko i po raz trzeci.
 — Panie Dyrektorze — odezwała się nagle. — Tu coś czuć dymem. — W porę otworzyła buzię, bo nasz Cezar już nosem zaczął ruszać. Pochylił swą dostojną, elegancką postać nad stołem, posprawdzał kurki i rury od gazu, rzucił okiem na tablicę, gdzie wzór jaśniał jak słońce, i rzekł:
 — Proszę poczekać — spokojnie, dystyngowanie podszedł do maszyn, które stały za tablicą w kącie gabinetu, a przez ten moment Irka odwróciła się do nas całą figurą, włożyła papierosa do buzi i sztachnąwszy się mocno wypuściła dym w ścierkę, po czym znów stanęła twarzą do tablicy.
Dyrektor wrócił, sprawdził wyprowadzony wzór, uśmiechnął się.
 — No, na roczne będzie piątka, proszę usiąść. Usiadła w ławce niby spokojna, ale cała klasa widziała, że
coś się z nią dzieje niedobrego. Ostatecznie Kazka musiała oznajmić Dyrektorowi, że Irce słabo, ale on już sam to zauważył i pozwolił jej wyjść z klasy.
Okazało się, że dziewczyna miała zakłócenia pracy serca i całą dużą pauzę leżała w gabinecie Dyrektora na kanapie. Przejęło się biedactwo okropnie swym wyczynem, bo też istotnie wyleciałaby za szkoły za coś takiego jak amen w pacierzu. Nie byłoby wtedy ratunku, nasz Dyrektor miał zasady i dlatego najgorsze łobuzy i draby pod wąsem trzymał w garści, a oni go kochali i czcili nawet wtedy, gdy ich beształ.
Mniej więcej w tym czasie rokrocznie wypadała wielka uroczystość: imieniny Cioci Zosi. Ubierało się wtedy klasę kwiatami, że wyglądała jak zaczarowany pałac. Z katedry robiliśmy istny tron królewski i gdy Ciocia wchodziła i zaczynała odmawiać modlitwę poranną, wszyscy stali w ławkach sztywno i uroczyście, a przedstawiciele składali życzenia. W tym roku Irka napisała sążnisty wiersz, Janek wymalował piękną laurkę, na której Czesio wykaligrafował
rondem Irczyne arcydzieło i podpisała się cała klasa. Gdy nauczycielka weszła na ukwiecone podium i spojrzała na nas przez łzy, wszystkim zrobiło się jakoś rzewnie. Irka miała deklamować i ani rusz nie mogła zacząć, dopiero Kazka potężnym kopsem przywołała ją do porządku.
Staliśmy cicho, bez ruchu, kwiaty pachniały mocno. Siwą, śliczną głowę Cioci pieściło słońce, a pod jej stopy padały szczere i serdeczne słowa Irki. Wiedzieliśmy wszyscy, że „nasza Pani" niejedno już pokolenie w świat puściła i niejedną przeżyła zgryzotę. Teraz, gdy byliśmy już starsi, z większym niż kiedykolwiek uczuciem i zrozumieniem składaliśmy życzenia Cioci Zosi, zwłaszcza iż było to jednocześnie pożegnanie. W klasie siódmej wychowawstwo przechodziło w ręce profesora. Wzruszeni słuchaliśmy deklamacji.
We mgle stoją pola, ciemno i chłodno,
Daleko jeszcze do świtu?
Daleko! Jeszcze się tumany za bary chwytają,
Jeszcze skowronki śpią w przytuleniach bruzd czarnych.
Czekamy!
Daleko jeszcze do świtu?
Ano się gdzieści coś rusza, coś szemra,
Skowronki piórka muskają zroszone... ziemia drży!
A kto tam przez pola wilgotne kroczy?
Człowiek! Człowiek! Idzie śród chłodu i ćmy,
Rosa mu oczy łzawi, tumany plecy garbią...
I kiedy Irka wypowiedziała ostatnie słowa, my wszyscy w ławkach sprężyście stojący wybuchnęliśmy zgodnym śpiewem.
Kto raz się wybrał w pola, By ziemię ziarnem siać, Niech dumę ma na czole, Nie wolno mu się chwiać, Bo zawsze wstanie słońce, Osuszy z czoła trud I ujrzy serce drżące Złotego plonu cud!
f
A potem znów Irka.
 — Hej, hej, a daleko tam do zachodu?
Juści daleko, słońce promieni nie żałuje, ano się dzielnie jeszcze pracownica krząta. Ni cieniu, ni spoczynku, ni wytchnienia, po łanach, po szumnych chodzi, a patrzy, a dogląda, nie czas jeszcze jej z pola schodzić.
Hej, hej, już się dzionek kończy! I wraca z pola szara pracownica, a blasków słonecznych nazbierała, a szumów łanu pozłocistego, co pod jej okiem wyrósł, a szczebiotów ptaszęcych, co przy niej skrzydeł próbowały. Idzie odpocząć szara pracownica!
Chwała ci, człowieku dzielny, z ziemi moc biorący...
 — Chwała ci, chwała! — ryknęła klasa i usiadła, a Ciocia Zosia płakała. Wreszcie wytarła oczy.
 — Któż to napisał tak ślicznie?
 — Irka! Irka! — krzyczeliśmy z dumą i radością. Pani ucałowała wzruszoną dziewczynkę i powiedziała
dobrotliwie.
 — Oj, dziecko, dziecko, żebyś ty nie miała tak zielono w główce, to wszystko byłoby dobrze. Bóg ci dał inteligencję, zdolności...
 — No to może mi jeszcze i rozum kiedyś da — wtrąciła niepoprawna dziewczyna i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Na tym kończę, nie lubię wzruszeń, a trudno mi dalej pisać na chłodno, tęsknota puka do okna... oka bym całą noc nie zmrużył. Dobranoc, kochana, jedyna szkoło, dobranoc, andrusiaki znad Dobrzynki (to była nasza stołeczna rzeka) i ty, mała Irko! Pamiętaj, że nasz Zjazd Koleżeński już niedługo. Przypomnimy sobie dawne, dobre czasy i przypomnę Ci Twój pierwszy spacer z uszamerowanym Mięciem — to było właśnie na początku czerwca 1916 roku. Od tego dnia nigdy już nie mówiłaś: „pies ci mordę lizał", bo on, ten dobrze ułożony Mietek, nie pozwolił, prawda?
Rozdział VII
Opowiadanie Karola
\
JL eraz na mnie kolej. Zasadniczo wolę grać i pisać nuty niż wspomnienia, ale jak już rozpędziliście się do wspomnień, to ostatecznie i ja garsteczkę ciekawych szczegółów dorzucę. Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że z panną Irką widuję się często i wyobraźcie sobie, nasze narwane bóstwo nabrało powagi i statku. Nosek ma przeważnie upudrowany i ręce zupełnie czyste, choć nieraz z piórem i atramentem wojuje, natomiast co do jej elokwencji, to z bólem serca stwierdzam, że repertuar wyrażeń niedozwolonych przybrał nieokreślone granice i zawsze gdy z nią rozmawiam, jestem w strachu, by mi czego nieodpowiedniego nie powiedziała.
Tak, a teraz rzut oka wstecz. Słuchaj no, Zygmuś, ty rycerzu z rozdartym sercem, dlaczego nie wspomniałeś wcale o zdarzeniu, dzięki któremu cała szkoła uważała nas za bohaterów. Tobie i teraz tylko dziewczyny w głowie.
To było jakoś na wiosnę. W naszym miasteczku okupowanym przez Niemców rozeszła się pogłoska, że wojsko ma zabierać dzwony kościelne. Ludność chodziła jak podminowana. Wokół kościołów gromadziły się od rana do wieczora tłumy. Pilnowali ludzie. Robotnicy potrząsali spracowanymi rękami i groźnie zapowiadali: nie damy. Kobiety hałaśliwie wyrażały oburzenie. Niedostatek, kartkowy chleb, krzywdy, jakie wyrządziła wojna, teraz domagały się odwetu. Kradzież dzwonów miała być tą kroplą, która przepełniała kielich.
Tego dnia rano jak zwykle poszliśmy do szkoły. Już po drugiej lekcji widzimy przez okno, że ulicą pędzą ludzie jak do pożaru z krzykiem i lamentem: dzwony zabrali! Ktoś z ósmej klasy wybiegł przed bramę i wrócił z wieścią, że ludzie idą odebrać dzwony. Diabeł by nas wtedy w szkole nie utrzymał. Stróż dzwoni na lekcję, a my kłusem po schodach i na ulicę. Irka z nami. Klub ruszył w komplecie, a poza tym jeszcze paru bursiaków z siódmej i ósmej, co zwiać zdążyli. Żaden z chłopców nie wziął przez pośpiech palta, ja nawet czapki nie zdążyłem znaleźć, zaś Irka biegła jak po klasie. Ani paltocika, ani beretu, tylko jej się czupryna trzęsła... Zdyszani, bez tchu dopadliśmy głównej ulicy i nie wiemy, czy biec teraz w stronę starego kościoła czy nowego, ale zaraz zorientowaliśmy się, bo doleciał nas chóralny śpiew „Z dymem pożarów".
Chłopcy ruszyli galopem, a jeszcze przed nami o dobre dwa metry gnała Kazka, która nie wiadomo jak zjawiła się wśród nas i w dodatku na przodzie. Naprzeciw zaś ciągnął ogromny pochód złożony z kobiet i dzieci. Mężczyźni stanowili straż tylną. Tłum szedł równo, porządnie i śpiewał pełną piersią. Co chwilę też zrywały się groźne okrzyki: Oddać dzwony! Oddać dzwony! Dołączyliśmy do pierwszych szeregów i śpiewaliśmy ze wszystkimi. Nagle przed nami wykwitł jak spod ziemi oddział pałkarzy. Zaczęli rozpędzać tłum krzykiem, a gdy to nie pomogło, pałkami. To się nam podobało. Tłum był tłumem, a policji niewiele. Puściliśmy pięści w ruch, kobiety piszczały, ale tłukły dryblasów, gdzie popadło. Mężczyźni szli ławą i ciągnęli przerwaną pieśń. Zdawało się już, że zwycięstwo jest całkowicie po stronie ludzi, gdy na pomoc rejterującej władzy przybiegli żołnierze i wtedy dopiero wszczął się krzyk, lament i istne piekło. Żołdactwo prało szablami, nie patrząc — kobieta, nie kobieta, dziecko, wszystko jedno. Ludziska stracili głowy, jedni uciekali na oślep gubiąc laski i kapelusze, inni rzucili się rozpaczliwie z gołymi rękami na szable.
Nasze zuchy bez względu na niebezpieczeństwo skoczyli jak byki do ataku z głowami naprzód na uzbrojonych drabów, by odwrócić ich uwagę od kobiet. I wtedy to Wacuś, bursiak z klasy siódmej, dostał szablą w głowę tak, że od razu stracił przytomność, a poza tym paskudnie został pokiereszowany cały Klub, gdyż doprawdy bez zastanowienia rzucał się, gdzie największy tłok. Kazka biegnąc upadła na kamień i w okropny sposób stłukła kolano, Irka dostała płazem szabli w plecy tak silnie, że upadła i ten sam żołnierz, który ją uderzył, podniósł dziewczynę, przeprosił i wytłumaczył, że wcale nie ją chciał trafić, tylko jakiegoś gazeciarza. Może biedak ma w domu taką córkę?!
Pochód został rozpędzony. Na placu walały się kapelusze i połamane laski. Ulice opustoszały jak po zarazie, a my wszyscy siedzieliśmy u fotografa i opatrywali rany. A dlatego tam, a nie gdzie indziej, że zakład fotograficzny był właśnie blisko terenu walki. Sprowadził nam poczciwy człowiek felczera, który opatrzył i kolano Kazki, zaś Irka jechała co chwila do Rygi, w dodatku splunęła parę razy krwią. Stasiek z ręką na temblaku i Zygmuś z owiązaną szyją odprowadzili ją do domu, a ten głuptas dziewczyna nic matce nie powiedziała ani do doktora nie poszła. Uderzenie zaś musiało być silne i niebezpieczne, bo parę dni jeszcze pluła krwią i nie mogła się gimnastykować.
Wacek z siódmej chodził do budy obandażowany i gdy dziewczęta spoglądały nań z uwielbieniem i podziwem, uśmiechał się pod wąsem (a miał już pokaźne pod nosem) i udawał, że taki zachwyt jest dla niego chlebem powszednim, ale z utęsknieniem czekał, kiedy Wilma raczy go spytać o jego drogocenne zdrowie. Ale panna Wilma powinna się urodzić dyplomatą, taki miała spryt, i kiedy na dużej pauzie stali sobie pod ścianą i rozmawiali, rzuciła niby od niechcenia.
 — Widziałeś, jaką Stasiek ma pokancerowaną rękę? Wacuś nie wytrzymał:
 — Co tam ręka, moja głowa... Myślałem, że już umrę!
im
iii
 — Ach, to byś miał wspaniały pogrzeb... No... Irka na pewno wiersz by ci napisała, orkiestra, chóry, wieńce.
Wacek pobladł i zębami zgrzytnął, ale do domu ją odprowadził, przypuszczam, że sobie urazy darowali.
Pamiętam też uroczyste zakończenie roku szkolnego. Panna Irka dostała poprawkę z matematyki i czwórkę ze sprawowania. Bała się biedactwo trochę matki, ale podobno wszystko przeszło zupełnie spokojnie, tylko po raz zapewne tysiączny musiała przyrzekać poprawę. Po uroczystości szkolnej poszliśmy wszyscy do parku, by się tam jak co roku pożegnać na czas wakacyjnej rozłąki. Łaziliśmy po alejach parami lub trójkami i mimo radości, że to już wakacje, było nam ciężko. Wilma wyjeżdżała na całe lato na wieś, Florka też. Jadzia w ogóle przestawała chodzić. Kazka to samo. Snuliśmy różne plany na przyszłość i wyznaczali gorliwie dni spotkań. Klubowcy otoczyli Irkę.
 — No, chłopcy, ruszcie mózgownicami. Wy, nie udekorowani, musicie przecież jak najprędzej zostać rycerzami. Dwa miesiące czasu to można nie wiem jaki kawał przygotować.
 — Już ty się nie bój — powiada Romek — zawsze coś się zrobi, prędzej czy później.
 — Ale koniecznie coś mądrego. Weźcie pod uwagę, że jesteśmy już w siódmej klasie.
 — Tylko ty się nie wygłupiaj z dziecinnymi kawałami, to o nas nie potrzebujesz się martwić — poważnie rzekł stateczny Czesio.
A Staśka aż podrzuciło:
 — Nie ubliżaj Irce, boś nic podobnego nie zrobił, a jak ruszysz dowcipem, to jak martwe cielę ogonem.
Głowę daję, że chłopaczyska mieli wyraźną ochotę przemówić sobie dobitniej do rozsądku, sytuację uratowała Wilma, która podeszła do nas z projektem urządzenia tańcującego pożegnania u niej. Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Nie rozchodziliśmy się jeszcze, bo taka była cudowna pogoda, a tematów do rozmowy też nie brakowało, wtem na skręcie alejki zjawił się Mietek. Irku Mik will* rumieńcami, Stach zagryzł usta, kąciki ust Wilmy drunvl) uśmiechem, a Stefan rzekł zgryźliwie.
 — O, już jest tajemniczy adorator. No idź, idź do mc|i<> bez krępacji. Przecież to ósmoklasista!
Wszystkim nam było dziwnie przykro. Gdyby Irka pieklą raki na widok któregoś z klubowców, zresztą choćby tyłku chłopca z naszej klasy, darowalibyśmy jej to, ba, zdolni byliśmy nawet otoczyć zakochaną parę tkliwą opieką, ale tak. Choć Mietka na ogół lubili wszyscy, ale to jeszcze nie powód, by nam zabierał serce Irki. Tymczasem winowajca podszedł do nas z uśmiechem.
 — Chciałem kolegów pożegnać i życzyć wesołych wakacji.
 — Nie tyle pewno kolegom, ile koleżankom.
 — A naturalnie — to mówiąc podał rękę Wilmie, potem nam kolejno. Irka udawała, że coś zapisuje w brulionie.
I wtedy subtelna Wilma mrugnęła na nas i na migi pokazała, że powinniśmy odejść. Stało się tak, jak chciała. Gdy Mietek podszedł do Irki, cała paczka prysnęła w bok
i zostali we dwoje.
Minęła godzina, dwie... Zmęczyło nas już łażenie po parku, zagląda więc jeden po drugim w ustronną alejkę, a ci siedzą na ławce i piszą coś w brulionie.
 — Może by tak było dosyć tego gruchania — mówi
Stefan.
 — Trzeba ją zawołać — zadecydowaliśmy zgodnie. Ale nie musieliśmy wołać, bo w tej samej chwili Miecio
wstał, ukłonił się, Irka podała mu rękę, odszedł. Podchodzimy, a ta siedzi nad otwartym brulionem i płacze.
 — Co ci jest? Co się stało? — pytamy.
 — Nic, ten Mietek jest... taki strasznie głupi.
 — Ja ci to zawsze mówię — stwierdził Stasiek z satysfakcją.
 — Wcale nie tak, jak ty mówiłeś, zupełnie inaczej, a zresztą dajcie mi spokój, spotkamy się jutro na wieczorku.
"
r
Odeszliśmy, tylko Zygmuś został. Okazało się, że owa zakochana para cały czas skracała sobie w brulionie imiona i nazwiska i wychodziło wszystko: lubi, nie chce, nie dba, szanuje, ani razu atoli nie wypadło kocha, to był jeden powód irytacji Irki, poza tym Mietek nie powiedział jej na pożegnanie „nic miłego" i nawet nie domyślił się, że trzeba ją w rękę pocałować.
 — No, moja droga — tłumaczył jej Zygmuś. — Co za nowe mody wprowadzasz, kto to słyszał, żeby pannę w mankiet buchać.
 — Tak, ale ja mu dałam stokrotki na pamiątkę, no i w ogóle.
 — Co w ogóle?
 — No, no chyba powinien wiedzieć, że... że ja go tak strasznie... lubię.
 — A ja ci mówię, puść go w trąbę. Zobaczymy, czy nie przyleci pierwszy.
Westchnęła.
Wieczorek u Wilmy był wspaniały. Piliśmy świetny poncz, tańczyliśmy do upadłego i jeden drugiemu w świętej tajemnicy zwierzał się, że jest zakochany na zabój, na śmierć, na amen i jeśli przyjaciel zdradzi, zemsta go nie minie straszliwa i ogniem piekielnym dysząca. Przedmiotami owych płomiennych uczuć były oczywiście Maniuśka, Wilma, Florka i Ircia, która na tym wieczorku wystąpiła w białej batystowej sukience i włosy po raz pierwszy od czasu naszej znajomości miała poskręcane w piękne loki, w dodatku związane białą kokardą.
O dwunastej w nocy wyszliśmy wszyscy do ogrodu zawieszonego różnokolorowymi lampionami. Stasiek trzymał Irkę za rękę i szeptał jej, ale tak głośno, że słyszało całe towarzystwo, nawet rodzice Wilmy.
 — Irka, ty koniecznie musisz wyjść za mnie. Nigdy ci nie będę dokuczał.
 — Dobrze, ale ty jesteś strasznie młody.
 — No to przecież możesz zaczekać.
 — Mogłabym, ale ja w ogóle za mąż nie wyjUfi IVM wstąpię do klasztoru.
 — Aha! (to „aha" zabrzmiało jak pęknięty bęben I x Mietka byś wyszła, prawda?
Długa chwila milczenia, a potem.
 — No jakby mnie z klasztoru wykradł i bardzo p> ¦' !'
może...
 — Wiedziałem. Jesteś bez serca.
 — A ty bez głowy!
 — Wolę być bez głowy, niż mieć tylko słodkie, głupie oczy, ty... ty, kokietko!
 — Jesteś podły, wiesz? Nigdy już z tobą nie zatańczę.
 — Nie tańcz. Wilma jest stokroć od ciebie zgrabniejsza! Tak, to była ostra sprzeczka. Ale czy myślicie, że Stasiek
wytrwał w postanowieniu? Gdzie tam! Przetańczył z Wilmą polkę i oberka, do walca zaś poprosił Irkę. Nie odmówiła. Śmiała się tylko cały czas i mrugała porozumiewawczo do
Zygmunta.
Na owym wieczorku zakończyliśmy sezon szkolny. Teraz pola, łąki i lasy stały otworem dla radosnej gromady. Miasteczko nasze zresztą też tonęło w zieleni i od rana do nocy można było ze źródła przyrody czerpać zdrowie i humor.
Biedna Irka musiała obkuwać matematykę. Poprawka to jest zawsze ciężki orzech do zgryzienia. Mimo wszystko nie było tygodnia, żeby klubowcy się gdzieś nie zeszli. To urządziliśmy jakiś spacer, to wyjechali do teatru do Łodzi, czasem, a nawet bardzo często, chodziło się na łódki. Bardzo zdrowa i przyjemna rozrywka.
Któregoś letniego przedpołudnia zachodzimy do Irki i proponujemy jej wycieczkę na podmiejskie letnisko nad
rzekę.
 — Tylko żebyście przed zachodem słońca wrócili
mówi mamusia.
Kije w ręce, plecaki, po drodze zabraliśmy jeszcze Maniuśkę i jazda. Posiedzieliśmy w lesie dobrą godzinę, może
więcej i idziemy nad rzekę. Maniuśka, wielka amatorka wody i łódek, wyrwała się naprzód sama, my wolno za nią. Nagle patrzymy, złotowłosa zawraca w miejscu i przybiega w konwulsjach śmiechu.
 — Ój, nie chodźcie tam, nie chodźcie... Jakaś pani zupełnie rozebrana leży na brzegu.
 — Zupełnie? — zdumiała się Irka. — Do koszulki?
 — Ach... nawet bez tego — wykrztusiła Maniusia. Usiadły na ziemi i chichoczą, a mnie coś do łba strzeliło
i mówię chłopcom:
 — Chodźmy zobaczyć.
 — Nie wypada — zagrzmiał zgodny chór.
 — Zrobimy babie kawał, chodźcie.
Jak kawał, to oczywiście żaden nie został. Podchodzimy cicho, kobieta leży na pledzie, jak ją Pan Bóg stworzył, i śpi. Bez jednego słowa, ale z wszelkimi ostrożnościami podeszliśmy zupełnie blisko i jak nas było ośmiu, chwyciliśmy pled po dwóch za każdy róg, rozbujali i buch... babę do wody. Obudziła się już w powietrzu i z takim wrzaskiem chlupnęła w płytką zresztą rzekę, że tam pewno wszystkie ryby ze strachu pozdychały, a chłopaki stoją na brzegu i za brzuchy się biorą.
 — Moje ubranie, dajcie mi moje ubranie — lamentuje niewiasta. Benon związał całą kupkę batystów, podlazł na sam brzeg i podał na kiju. Syrena chwyciła paczkę i w nogi na drugą stronę. Znikła jak sen jaki złoty, a my ustroiwszy gęby w wyraz godności i powagi wracamy do dziewcząt.
 — Możecie już iść, ta pani sobie poszła — oznajmił Benon.
 — A czego tak krzyczała? Coście jej zrobili?
 — Absolutnie nic. Przykryliśmy kobietę pledem, ubrała się i odeszła.
Żaden z nas za skarby świata nie przyznałby się do wybryku, dałyby nam dziewczyny szkołę; a przed sobą tłumaczyliśmy poważnie.
 — Trzeba było kobietę nauczyć przyzwoitości.
 — A pewno! Będzie miała nauczkę, niech nie pokazuje, czego nie potrzeba.
Do domu jednak przed zachodem słońca nie wróciliśmy. Oczywiście przez Irkę. Koło godziny trzeciej wdepnęliśmy do jakiejś chałupy na kwaśne mleko. Irka zjadła najprędzej i łazi po podwórzu, wreszcie słyszymy radosny okrzyk.
 — Taki śliczny koń, proszę pana, ja się przejadę! Rzuciliśmy łyżki i biegniemy kłusem w stronę stajni. Irka
stoi tam obok gospodarza i perswaduje mu, że wspaniale jeździ, żeby się nie bał, że koń jej nic złego nie zrobi, a ona koniowi tym bardziej. Odradzamy, prosimy, nic, uparła się jak osioł. Trudno. Ponieważ koń był duży, zaś Irka mała, w dodatku koń nie miał siodła, więc weszła na niego w stajni po żłobie. Usadowiła się po damsku; minę pyszną przybrała, konia za grzywę trzyma, a jak tylko konisko opuściło stajnię, nie zdołaliśmy nawet zauważyć, czy naszej królowej do twarzy w roli amazonki, bo nieinteligentne bydlę machnęło ogonem i panna Irka z wrzaskiem zanurzyła się w gnojówce prawie po szyję. Chłop ją wydostał, a potem trzeba było garderobę prać, suszyć, prasować i o zachodzie słońca dopiero ruszyliśmy w powrotną drogę syci wrażeń i emocji. Irka tłumaczyła nam: Ten koń tak jakoś prędko się pode mną skończył. Nie mogłam go przytrzymać.
Przy końcu sierpnia na ulicach miasteczka zakwitły znów rojnie szare uczniowskie czapki i czarne berety panienek. Codziennie w alejach witaliśmy koleżeństwo wracające z wakacji. Co dzień było weselej. Ożyły ulice, ożył stary park. Klubowcy nabrali animuszu, tylko Irka jakoś straciła na minie. Wzięli ją w obroty Stach i Zygmunt i wtedy wyznała, że jej strasznie smutno, bo Jadzia i Kazka jako skautki były już dwa razy na trzydniowej wycieczce, a ona jeszcze nigdy w życiu. Taką przy tym miała rozpacz w oczach, że Zygmusiowi serce jak wosk stopniało, zebrał klubowców i dalejże radzić.
 — Ostatecznie moglibyśmy dziewczynie zrobić frajdę
i zabrać ją na wycieczkę.
I J
 — Aha, zaraz ją mamusia puści na trzy dni bez opieki, co?
 — Może by zabrać i mamusię.
 — To już nie będzie to samo. ^
 — No więc nie ma rady? >' Wtedy zabrałem głos.
 — Jest, ale to byłaby taka trochę nielegalna eskapada. Wilma wróci z letniska dopiero za tydzień, niech Irka poprosi matkę, by jej pozwoliła na trzy dni tam pojechać. Jutro pojechałbym do Wilmy rowerem i uprzedził, by nas nie wsypała.
I w ten sposób Irka otrzymała pozwolenie na wyjazd "do koleżanki". Romek wystarał się o namiot, Janek wziął łuk dla rozrywki, a Benon buchnął ojcu fuzję. Mieliśmy szczery zamiar coś upolować. Poza tym ponieważ postanowiliśmy przez cały czas wycieczki żywić się tylko tym, co zdobędziemy, przeto prócz derek nie mieliśmy żadnych ciężarów. Kije w rękę i sprawa załatwiona.
Gdyśmy zebrali się w podmiejskim lesie, poważny i myślący Czesio obejrzał Irkę, która przyszła w czerwonej jak różyczka sukience, i powiada:
 — Nie, Irka, wykluczone, tak iść nie możesz!
 — A dlaczego?
 — Bo to zwróci uwagę. Jedna dziewczyna wśród samych chłopców. Jeszcze się doniesie do szkoły i będzie chryja, a nie daj Boże, by się matka lub Ciobia Zosia dowiedziały. Musisz włożyć z przeproszeniem portki.
 — Ja i bez przeproszenia włożę, tylko skąd wziąć? Zapadła chwila milczenia. Wreszcie Zygmunt rzekł zdecydowanie.
 — Nie ma co, tylko skoczę do domu i przyniosę. I chyba jakąś bluzczynę, prawda? Zaczekajcie tu na mnie.
Za półtorej godziny był z powrotem i wręczył Irce paczkę. Podskakując z uciechy zniknęła w gąszczu, a kiedy się nam pokazała, zachwytom i wrzaskom nie było końca. Chłopak i już, jakby całe życie nic innego nie robiła, tylko nosiła portki.
Szliśmy sobie ze śpiewem i uciechą wielką, a najważniejszą osobą była oczywiście Irka, która całą drogę mełła ozorem i koniecznie chciała nas przekonać, że jesteśmy podróżnikami zwiedzającymi dzikie kraje. Początkowo śmieliśmy się z tego konceptu, potem jednak puściliśmy wodze fantazji i przez złote pola, przez pachnące gąszcza zagajników przedzierała się dzielna wyprawa podróżników.
Szliśmy w stronę Łasku polami. Słońce prażyło mocno, ścierniska kładły nam pod stopy złote dywany tu i ówdzie osnute pajęczyną. Krowy i pastuchy przyglądali się nam ze zdumieniem. Około godziny trzeciej Benek stęknął:
 — Oh, przydałoby się coś przekąsić, prawda, Irka?
 — Uhm! — mruknęła.
 — Owszem, szkoda, że trawa i słoma nie mają smaku sałaty — rzekł filozoficznie Stefan.
 — Ale pieczone kartofle mają smak jeszcze lepszy, proponuję zatem, by ktoś z nas dał susa tam. O, widzicie? I plecak kartoflami napełnił.
 — To chyba ja pójdę, Stef, bo szybko biegam — rzekła Irka. — W razie czego ratujcie — i prysnęła w stronę kartofliska.
Na szczęście obyło się bez dramatu i koło czwartej siedzieliśmy wszyscy w kucki przy ognisku i opychali się kartoflami. Dopiero po tym posiłku wycieczkowicze uczuli dziwne znużenie i powyciągawszy się jak koty na słońcu patrzyli w niebo. Jakiż cudowny był świat, jaką niezrównaną, przebajeczną rzeczą jest swoboda i jakie szczęśliwe są ptaki.
Gdy niebo nabrało złotawych tonów zachodu, ruszyliśmy znów w drogę. Gnał nas głód przestrzeni i przygód. Pragnęliśmy być poszukiwaczami złota. Upajał nas wiatr i zapach pól. Przed samym wieczorem cichy, pocętkowany krwawymi błyskami sosen las rozsuwał nam swe zielone kotary. Wpadliśmy tam z okrzykami dzikiej uciechy.
 — A co teraz będziemy jeść? — spytał Antoś.
Ogólna konsternacja. W marzeniach i projektach owej wycieczki nie pamiętaliśmy o tym, że lasy polskie to nie afrykańska puszcza, i że to „zdobywanie" wcale tak różowo nie wygląda.
 — Widzicie, żółtodzioby — powiada Czesiek. — Żeby nie to, że mam bochenek chleba w plecaku, toby wam kiszki do krzyża przyschły.
 — Niech żyje Czesiek! Wiwat, wiwat!
I gryząc suchy chleb chłopcy myśleli, że życie koczownicze ma jednak pewne przykre strony. Rozbili namiot i swej królowej urządzili wspaniałe posłanie. Zygmuś wyciągnął organki i zaczął cichuteńko grać kołysankę, ja miałem mandolinę. A wtedy Irka zanuciła srebrzyście. Zaszło już słonko śród złotych zórz...
Akompaniowaliśmy jej na organkach i mandolinie, ale nikt do śpiewu się nie brał. Tak czysto, tak słodko brzmiał dziewczęcy głos. A potem zapadła cisza. W trawie zamigotały świetliki, z szafirowej ciemnej toni nieba oderwała się jedna gwiazda, druga, trzecia...
 — Mówcie swoje życzenia, to się sprawdzą — rzekła Irka wsparta ramieniem o Staśka,
Gwiazda spadła.
 — Chcę jak najprędzej zostać rycerzem Irki — zawołał ze śmiechem Roman.
Potem odezwał się milczący dotąd Zygmuś.
 — Chcę być zawsze spokojny i zrównoważony.
 — Chcę dostać maturę — zawołały trzy głosy jednocześnie.
A potem doleciał nas smutny głos Stacha.
 — Chcę, by Irka została moją żoną.
Zapanowało milczenie. Pragnęliśmy tego dla Stacha wszyscy, ale wnet zabrzmiał wesoły głos dziewczynki.
Lecą świetliki, lecą, lecą, A Stachowi oczy świecą. Wszystko można, co nie można, Tylko z wolna i z ostrożna.
Ognisko dawno już zgasło, chłopcy zasnęli młodym, zdrowym snem i pochrapywali sobie potężnie, gdy nagle odczułem, że ktoś mnie szarpie za ramię. Otworzyłem oczy, ale w ciemności trudno było rozeznać osobę.
 — Czego?
 — Lolek, Lolek, budź chłopców... Wilki... Skoczyłem na równe nogi.
 — Co? Gdzie? Gdzie? __ Tam... o... widzisz?
Spojrzałem i dusza we mnie zamarła ze strachu. W głębokim mroku zadrzewionej dali błyskały fosforycznie oczy wilka: jedna para... druga...
__ Chłopcy! — ryknąłem bohaterskim tenorem. — 
Chłopcy! Wilki!
Chłopcy zrywali się przerażeni łapiąc w ciemności cudze nosy Zbici w gromadkę obserwowaliśmy dwie pary wilczych oczu. Stefan szukając latarki w swoim plecaku nadepnął Irce na nogę. Ta wrzasnęła nieludzkim głosem, a Stefan zdenerwowany syknął:
 — Ale masz głosik, do opery...
 — A ty odtańczyć możesz tytułową rolę w balecie: „Słoń
w lesie". ¦ .,..,.... , .
Nawet w takiej poważnej chwili ci dwoje musieli sobie dogadywać. Wreszcie błysnęło światło latarki. A wtedy wilcze oczy zgasły! Zimno się nam zrobiło. W ładnesmy się dostali sąsiedztwo, nie ma co! I co tu robić?
 — A jeżeli tam jest tych bestii więcej?!
__ Trzeba je odstraszyć. Strzelę — rzekł Benon.
__ Nie, nie... Ja nie cierpię huku. Ja nie chcę — zaprotestowała Irka. __ Nie drzyj się, smarkata. Innej rady nie ma, dajcie tu
fuzję... .
Irka zwiała do namiotu zatykając uszy.
 — Stefan, zgaś latarkę.
Jak tylko Stefan zgasił, w gąszczu, ale teraz trochę dalej na lewo, znów błysły dwie pary wilczych oczu.
Teraz Benon chwycił fuzję i zaczął celować.
 — Czy aby doniesie? — szepnął Zygmuś.
Ale zamiast odpowiedzi padł strzał, światełka znikły i natychmiast usłyszeliśmy wściekłe ujadanie psów, a potem jakiś gruby, męski głos i żebym tak spuchł, jeśli kłamię, dwa strzały jeden po drugim. Towarzystwo przed namiotem zmartwiało. Benon tylko wyszeptał:
 — O rany Julek! A to co?
A Stefan też cicho, naśmiechliwie.
 — Cie! Jakie to choroba cwane wilki... strzelają.
Nie śmieliśmy ruszyć nawet palcem, za to tam w gęstwinie słychać było nie jeden, ale kilka wrzeszczących głosów męskich, aż się echa rozlegały:
 — Ja wam tu dam, łobuzy, złodzieje! Ze skóry obedrę... — uderzył w nasze uszy potężny bas, a jednocześnie światełko jęło się zbliżać ku nam, przerażająco zaczęły trzeszczeć gałęzie i prosto na nas upadły koziołkując dwie męskie postacie. Obie strony podniosły harmider. Nim zdołaliśmy ochłonąć, pognali dalej, a na ich miejsce, diabli wiedzą skąd, przypadły z wściekłym szczekaniem psy, zdradzając niebywały apetyt na nasze łydki. W blasku Stefanowej latarki migały kije, którymi odganialiśmy podłe bestie, ale już nam wyraźnie wracał humor.
 — Strzelaj, Benon, nie daj się wilkom! — krzyknął Stefan.
 — Tylko bez kpin... No i czego szczekasz, głupie bydlę?
A pójdziesz!
 — Benuś, nasyp im soli na ogon, obwąchają cię i przypieczętują zgodę.
 — Irka, żebym ci gnojówki nie przypomniał.
 — Jest tam kto od tych psów? — darł się Romek. Okazało się, że jest. Strumień światła oblał nasz namiot
i jego okolice, a jednocześnie zagrzmiał bas.
 — A wy co tu robicie, hę?
 — Mieliśmy szczery zamiar spać, ale pańskie psy są widać źle wychowane — rezolutnie palnęła Irka.
otóż w pobliżu mieszkał leśniczy.
jestem bardzo młody
Co jednak wycierpiał Benon od nas, no, nie chciałbym wtedy być w jego skórze.
Obiad spałaszowaliśmy na wsi u chłopa. Dał nam mleka i kartofli, a my za to pomagaliśmy mu z całej duszy zwozić owies do stodoły. Czas płynął jak w bajce. Tę noc spędziliśmy na wielkim brogu siana, Irka zaś nocowała w stodole.
Śniadanie podarował nam w postaci wspaniałych papierówek duży po drodze napotkany sad. Takie buchnięte jabłka najlepiej smakują. Irka zabawiała wytworną rozmową stróża, a my przez ten czas zrywaliśmy, no trudno, każdy chce żyć, a jabłka to przecież nie brylanty.
Natomiast gorzej wyglądała sprawa obiadu. Zbliża się godzina czwarta, a tu żadnych widoków nie ma. Maszerujemy brzegiem lasu nad rzeką. Tu i ówdzie widać wille i przebywających na letniskach, a najedzonych (mój Boże!) obywateli. Jeszcze parę kroków i oczom naszym przedstawił się uroczy widok: na dużym tarasie długi stół i towarzystwo pochylone nad talerzami. Serca nam bić przestały z rozpaczy. Ukryci w cieniu drzew przełykaliśmy smętnie ślinkę, wtem Irka szepcze:
 — Lolek, daj mi twoją footballerę.
 — Po co?
 — Nie pytaj, dawaj.
Co miałem robić? Dałem. Irka chwyciła piłkę, zamachnęła się i buch! trafiła w sam środek stołu. Zamieszanie, brzęk, potok rozlanej zupy... A wtedy wśród grona załamujących ręce dam zjawia się smukły, wystraszony chłopak i pyta pełnym zgrozy głosem.
 — Mój Boże! Co ja zrobiłem!
Panie obstąpiły fertycznego chłopaczka, który przepraszał i tłumaczył się, i w ogóle tak dużo mówił, że damy nie miały serca z nim się rozstać, a wtedy zjawiliśmy się kolejno my, jeden niby po drugiego aż do skutku. Przyjęto nas z otwartymi ramionami, jako że płeć męską reprezentował jedynie stary i zezowaty drągal, a Irka zdążyła paniom powiedzieć, że pięknie tańczymy. Poczęstowano nas
kurczętami, kawą, wiejskim chlebem, a potem trzeba to było nogami odrobić. Proszę też sobie wyobrazić, że najwięks/c powodzenie miała Irka. Miłe panie obdarzyły nas specjałami na drogę i żegnały wzruszająco. Na noc puściliśmy się w głąb lasu.
Przy ognisku nastrój nabrał błękitnych odcieni. Marzyliśmy o przyszłości, o maturach...
 — Ciężko mi będzie żegnać naszą budę — rzekła Irka.
 — I nam.
 — A będziecie o mnie pamiętać?
 — Oho! Zachciało się smarkuli wyznań miłosnych. Stasiu, masz tu pole do działania.
 — Dajcie mi spokój. Irka wie, co o niej myślę, wy to wiecie też, ale daję słowo, że nie usłyszy już ode mnie nigdy nic.
 — Nie chcesz ze mną rozmawiać?
 — Rozmawiać tak, ale prosić nie będę cię nigdy o nic.
 — To nie!
 — A ja ci, Irka, tyle tylko powiem., ty do chłopców oczyma nie strzelaj, bo chociaż jesteś naszą królową, to w skórę dostaniesz — wyrecytował Benon. — Dziewczyna z naszej budy musi mieć swój honor, a jak go traci, to niech idzie na pensję, zrozumiałaś?
 — Co wy, przecież ja do Mietka oczu nie robię.
 — Przynajmniej byś teraz nie blagowała. Może on do ciebie wzdycha, co?
 — Uważam, iż sprawy sercowe powinny być przynajmniej na czas nauki całkowicie z naszego programu wykreślone.
 — Ty, Czesiu, takiś mądry, a nie pisałeś do mnie, że mnie kochasz?
 — Phi, smarkacz byłaś i ja też, to się nie liczy. Zresztą i dziś gdybym miał siostrę, tobym zapewne nie kochał jej więcej niż ciebie, nie obrażę się też wcale, gdybyś chciała mnie teraz pocałować.
Wesoła pogawędka przeplatana śpiewem i muzyką trwała do północy. Nagle usłyszeliśmy grzmot, jeden, drugi, i błyskawice jęły raz po raz rozświetlać gąszcz. Rozszalała się burza, deszcz lał jak z cebra, pioruny waliły jeden po drugim i za każdym razem wydawało się nam, że to tuż koło namiotu. Siedzieliśmy na miękkim posłaniu Irki, która drżała febrycznie i głośno mówiła „Zdrowaś Maria". Żaden z nas wtedy nie myślał o sobie, tylko o tym struchlałym biedactwie, któremu na nos kapała woda przeciekająca przez nieszczelny, uszkodzony dach namiotu. Jeden przez drugiego pletliśmy największe głupstwa, by dziewczyna zapomniała o strachu. Nie oponowała wcale, gdy Stach objął ją ramieniem i przytulił do siebie. Owinięta pledem siedziała skurczona jak mała małpka.
 — Widzisz, Irka, powinnaś się cieszyć, jest przynajmniej przygoda.
 — Ja bardzo lubię przygody, ale bez piorunów.
Po dwóch godzinach zapanowała cisza, porozkładaliśmy się w namiocie, jak kto mógł, Irka umieściła głowę na kolanach Staśka, a nogi na Jankowych plecach i spaliśmy snem sprawiedliwych do rana.
Już o siódmej wyruszyliśmy w drogę powrotną, której nie zakłóciła żadna katastrofa prócz tej, że Stach miał złamane serce i grał rolę opiekuna Irki i rzecz dziwna, od wczorajszej burzy królowa uznała autorytet Stacha, po prostu dostrzegła w nim mężczyznę, silniejszego od siebie, i była dlań słodka jak czekoladka. Przed zachodem słońca stanęliśmy w miejskim lasku, gdzie Irka się przebrała. Pożegnanie było krótkie, lecz serdeczne.
 — Do widzenia, chłopcy, w budzie. Dziękuję wam.
 — Serwus, królowo!
 — Serwus! Kocham was — i prysnęła na drogę.
 — Irko, Irko! — krzyknął Stasiek rozpaczliwie i wyciągnął ręce w stronę, gdzie coraz mniejszym punkcikiem migała czerwona sukienka. Nie odpowiedział nikt. Irka nie odwróciła nawet głowy i Stach stał tak chwilę w promieniach zachodu z wyciągniętymi rękami i oczyma pełnymi łez, a wszyscy milczeli i patrzyli w ziemię.
Teraz opowiem, w jaki sposób dostał kokardę Romek. Otóż co rok do każdej klasy napływało bardzo wielu nowicjuszów i profesorowie egzaminowali ich trochę, chcąc się przekonać, jakie mają wiadomości w porównaniu z poziomem klasy. I do naszej siódmej przybyło ze dwunastu drabów z obcych szkół. Przed lekcjami Romek zgromadził Klub pod piecem. Po dużej pauzie Klub wykoncypował prawdziwą komedię.
Z planu wypadła nam trygonometria. Jeszcze nie zadźwięczał drugi dzwonek, a na katedrze staje Romcio w piaskowym garniturze. Wąsy i hiszpańska bródka, na nosie binokle... Rodzona matka by go nie poznała. Klubowcy szczypią się pod ławkami, reszta klasy lekko zdziwiona, bo nie było mowy o nowym belfrze. A Romuś powiada:
 — Proszę do tablicy panów, którzy przybyli z innych
szkół.
Tamci wstali. Maszerują gęsiego, ustawili się przed profesorem, milczą.
 — No, cóż wy umiecie?
 — Jak to? Umiemy to, co potrzeba — wyrwał się jeden.
 — Aha! W karty grasz?
 — Nie, panie profesorze.
 — Papierosy palicie?
 — Nie, panie profesorze.
Klasa zdębiała ze zdumienia. Drzwi się uchyliły, zajrzał naszrnatematyk, ale widząc jakąś postać na katedrze wrócił do kancelarii sprawdzić plan.
 — Na wagary chodzicie?
 — Nigdy, panie profesorze.
 — I może żaden z was nigdy nie zrzyna klasówki, co?
 — Nie, nie ściągamy.
 — Aha. Moi chłopcy, nie macie wobec tego w naszej budzie co robić. Zabieraj się jeden z drugim.
 — Romek! Dyrektor idzie!
„Profesor" dał z katedry nura pod ławkę. Klasa zaryczała niepohamowanym śmiechem, a nowicjusze mieli wyjątkowo głupie miny.
Romcio za dowcip dostał kokardkę i zarumienił się po samą czuprynę, gdy go Irka pocałowała. My wszyscy też byliśmy zadowoleni, że dał nam okazję do śmiechu, ale ja ze strachem myślałem o swoim popisie. W ogóle nie miałem nigdy humorystycznego nerwu, a poza tym w najgłębszej tajemnicy pisywałem wiersze i nikt by nie przypuszczał, że właśnie adresowane do Irki. W srogich, tragedią ziejących strofach porównywałem to Bogu ducha winne stworzenie do złośliwego elfa, poza tym nie mogłem znaleźć rymu do „puchar", ostatecznie więc zacząłem pisać wiersze białe i dlatego byłem zwykle ich zwolennikiem. Poezji mych na szczęście nikt nie oglądał. Ale jeśli mam być szczery, to przyznać muszę, że gdy mi czasem dziś wpadnie do ręki tom poezji najnowszych poetów, to z rzewną zadumą wspominam arcydzieła swoje i swych kolegów. Dalibóg, były lepsze!
A takich pisujących geniuszów mieliśmy w szkole kilku. Więc dla jednych konikiem była historia i z temperamentem opiewali dzieje bohaterów, inni byli na wskroś lirykami, wzdychali do słońca, księżyca i gwiazd i zachwycali się Słowackim. Jeszcze inni pisali na dowolne tematy i nieraz bardzo wesołe rzeczy. Jeżeli osobą sławioną w rymach był belfer, uczniacy uczyli się utworu na pamięć z większym zapałem niźli sonetów Mickiewiczowskich. Największą popularność w tym zakresie zdobyła panna Irka. Myślę, że owe zdolności i owa genialność przyczyniły się w największym stopniu do klapy w klasie siódmej. I patrzcie, państwo, ci wszyscy iskrę Bożą w piersi czujący młodzieńcy, a także i panny, na ogół byli skończonymi jołopami i dwóje łapali z gorzkim uśmiechem, nie wyłączając Irki, której specjalnie matematyka była piętą Achillesa. Można jej było w nieziemskich słowach tłumaczyć najprostsze formuły, unosić się nad dwumianem Newtona, podziwiać równania, ta ani drgnęła.
 — Nie traćcie czasu, ja tego absolutnie nie kapuję.
Co było z takim zakutym łbem robić? Kiedy ona lub jej podobna ciężka w myśleniu persona stała przy tablicy,
pocił się profesor, pociła się cała klasa. A jak w dodatku przyszły różne sinusy i cosinusy, bractwo /.baraniało zupełnie i na klasówkach ciężką mieliśmy z nimi sprawę. Rzucam na przykład ściągę jednej takiej ofermie, podaję rysunki i rozwiązanie, a chodziło o znalezienie powierzchni bryły obrotowej. Chłopak zadanie pięknie przepisał, ale uważał, że szkoda fatygi na zerżnięcie rysunku, skoro już sam coś takiego skalkulował. Do swego zatem rysunku dołączył moje rozwiązanie operujące zupełnie innymi danymi, no i dostał cymbał pałę jak drut.
W klasie siódmej od samego początku wzięliśmy się ostro do nauki, ale tak po trzech miesiącach pannę Irkę zaczęło drażnić, że klasa zachowuje się wzorowo, a przy tym koniecznie chciała zrobić na złość Mietkowi i pokazać, że jego wpływ zmalał do zera. Z Irką w ogóle było coś nie w porządku — wszyscy widzieli, że ją nurtuje i gnębi jakaś myśl, ale co, dlaczego?
 — Chłopcy, jest źle — powiada raz Stefan. — Trzeba Irkę
wybadać.
 — Osła prędzej wybadasz, a ta, jak się zatnie, to ani rusz.
 — Jej coś dolega.
 — Ale co?
A wtedy głos zabrał Czesio.
 — To tylko moje przypuszczenie, ale myślę, że trafiłem: Irka jest po same uszy zadurzona w Mietku, a czuje głęboką sympatię dla Stacha. Że tyją kochasz, wie, i to ją trzyma, ale nie jest pewna uczucia tamtego draba, ot co.
Stasiek zbladł, a my nie mogliśmy zaprzeczyć — miał
rację.
 — Więc co robić? — szepnął wreszcie Stach.
 — Trzeba Mietka i Irkę zostawić ze sobą sam na sam, może się co wyjaśni, a ty, Stachu, czekaj.
Popłynęły, dni, aż Czesiek raz powiada:
 — Wiecie co, państwo, trzeba się wybrać do teatru. Pojedziemy całą klasą, pieniądze w kasie są, na ten raz chyba starczy jeszcze dla wszystkich.
Więc postanowiono. Akurat dawali w Popularnym „Śluby panieńskie". Zbiórka na stacji tramwajowej, a tu tłok, palca nie ma gdzie wetknąć, a nas jechało 36 osób. Jadą baby z masłem i jajami, handlarze wiozą kury, gwałt, krzyk... Ktoś tam stanął w koszyk pełny masła i energiczna jejmość sprała niezgrabiasza parasolką po głowie. W przyczepce jest trochę luźniej, natomiast o wpakowaniu się do motorowego mowy nie ma. Wtedy poważny Czesio wziął nas na stronę (tramwaj już wekslował) i szepcze:
 — Prowadźcie mnie. W odpowiednim momencie dostanę konwulsji.
Stefan ruszył prosto do motorowego i woła grobowym głosem.
 — Miejsce dla chorego, miejsce dla chorego.
 — Ojej, a na co on jest chory, tak dobrze wygląda!
 — Nasz doktor powiedział, że to na pewno tyfus. Wieziemy go do Łodzi.
Jak wystraszona kwoka sfrunął Żydek z platformy i wlazł do przyczepki, a za nim jego połowica obarczona koszem z wrzeszczącymi gęsiami. Czesiek zaś nadymał się jak balon, żeby dostać wypieków, pojękiwał boleśnie i pluł na prawo i lewo, co pozostałych pasażerów wypłoszyło z pomostu. Ich miejsce zajął Klub. Irka z resztą klasy stała przed wagonem i zakrywszy oczy chustką głośno „szlochała".
Tymczasem „chory" wykrzywił się straszliwie i zaczął machać rękami i nogami, następnie całym korpusem padł na pulchną i leciwą pierś przekupki, która tarasowała wejście do wagonu. Niewiasta z przeraźliwym krzykiem rozepchnęła nas i wyskoczyła z przedziału.
Motorniczy zadzwonił, ale wagon nie ruszył z miejsca, bo pasażerowie tłumnie jęli wysiadać. Po chwili zostało tylko kilku lękliwie w kąty powtulanych bohaterów. Tramwaj ruszył, ale szedł przez jakieś trzy minuty tak wolno, że cała klasa zdążyła powskakiwać. Konduktor za brzuch się brał ze śmiechu. Sam motorniczy co rusz chustkę z kieszeni wyciągał i oczy ocierał, a co się działo w naszym wagonie,
trudno opisać. Oczywiście na dalszych przystankach wepchało się trochę ludzi, ale my wszyscy mieliśmy miejsca i zdążyliśmy na czwartą do teatru na ową popołudniówkę. Gdybyśmy chcieli jechać tramwajem następnym, stracilibyśmy połowę I aktu.
Ale najważniejsze, że Irka cały czas siedziała obok swego Ideału. Tak ładnie jeszcze nigdy nie wyglądała, nigdy jej twarz nie miała takiego wyrazu bezmiernego szczęścia i słodyczy i nigdy Stasiek nie cierpiał tak, jak właśnie wtedy, na wesołej komedii Fredry. Domyśliliśmy się, że Mietka sprowadził Czesiek.
Nazajutrz Czesio otrzymał order i nadstawił policzki do pocałunku ze śmiertelnie poważną twarzą. Cała zaś buda opowiadała sobie z komentarzami powyższy kawał. Śmieli się nawet profesorowie. Ale klubowców najwięcej dziwił fakt, że ów pomysł z głowy statecznego Czesia wyskoczył.
I
Rozdział VIII
Opowiadanie Cześka
IN o patrzcie, któż by się spodziewał, że ty, muzyk, kompozytor i tak dalej, pisałeś kiedykolwiek wiersze. Jeżeli były tak lekkie jak twój pomyślunek, to chwała Najwyższemu, że nikt ich nie czytał. A skąd Ci na przykład przyszło do łba nazywać mnie „statecznym"? W ogóle całe Twoje opowiadanie jest nudne i ciężkie jak minorowy akord w kluczu basowym, a że ci brak poczucia humoru, to nawet ślepy z powyższego rozdziału wyczyta. Trzeba ci było pisać o sesjach szkolnych, a nie o naszych kawałach, szkoda czasu i papieru. Graj ty, bracie, nadal elegie, a wszystko, co literaturą pachnie, zostaw w spokoju.
Dojechałeś zatem na ochwaconym mule wspomnień do klasy siódmej i nie będę mógł nawet popisać się elokwencją, a szkoda, w moim ujęciu wszystko to inaczej by wyglądało.
Przede wszystkim małe sprostowanie: nigdy nie grzeszyłem powagą ani zbytnim statkiem. Nie lubiłem się tylko eksploatować, a to zupełnie inna para kaloszy. Stateczny siódmoklasista nie zrobiłby z siebie takiej małpy jak ja wtedy w tramwaju. A jeśli już koniecznie chcesz się pochwalić, że w naszej klasie nie tylko same postrzelone łby los zgromadził, to przedstaw szanownym czytelnikom Adasia filozofa. Był to nader przystojny młodzian, szeroki w barach i w ogóle zdrowo wyrośnięty, porażający ludzkie oczy wspaniałym brakiem kilku zębów. Gdy tego jegomościa wyrwano do tablicy, profesor już z góry stawiał mu piątkę, ale nie to było zabawne, że się chłopak jak dziki wół
I
obkuwał, ale to, że stale udawał wielkie nastawienie myślowe. Matematykę przerabiał w domu po dwadzieścia razy każdy typ zadania i umiał je na pamięć od początku do końca i odwrotnie, a przy tablicy marszczył czoło, ruszał brwiami i mówił do belfra.
 — Pan profesor pozwoli, że się zorientuję w sytuacji — przykładał palec do czoła, chrząkał kilka razy, a potem blagował dalej. — Na podstawie takich a takich twierdzeń przypuszczam, że można by to zadanie rozwiązać następującym sposobem... — i oczywiście rozwiązywał.
Takie same arabskie historie urządzał z każdym innym przedmiotem, nawet z literaturą, którą z najrozmaitszych podręczników kuł jak wiersze na pamięć. A potem nad każdym zdaniem „myślał", „zastanawiał się" i „rozważał", nie omieszkając wtrącić trzy razy w jednym zdaniu: przypuszczam, na podstawie mego rozumowania i tak dalej. Podczas pauzy chodził po klasie z założonymi w tył rękoma i „myślał". Irka kpiła z niego w żywe oczy i nieraz satyryczny wierszyk o nim w kurs puściła.
Któregoś dnia już w siódmej klasie „filozof robi rozbiór literacki. Co wygłosi jakieś ważkie zdanie, to z końca sali rozbrzmiewa piskliwie cieniutki, długi chichot, oczywiście bez echa nie pozostający. Profesor zagrzmiał kilka razy: proszę o ciszę, ale było to wołanie kota na puszczy.
 — Któż przeszkadza w taki głupi sposób?
 — Ja, panie profesorze — wstała Irka.
 — Pani postępuje niegrzecznie i nie po koleżeńsku!
 — Kiedy ja się śmieję nie z kolegi, tylko z pana profesora.
Profesor stracił na moment mowę. Młody był, przystojny, opanowany zawsze, ale wtedy oblał się rumieńcem jak panna.
 — Może mi więc pani powie, czym się naraziłem — rzekł wreszcie ironicznie.
 — E, nie mogę, panie profesorze. Wtedy dopiero byłabym niekoleżeńska.
 — Ach, tak... Więc proszę, by zechciała pani uprzejmie pohamować swój dobry humor, a po lekcji porozmawiamy.
Ponieważ Adaś filozof skończył, w klasie znów zapanowała błoga cisza. Zaraz po dzwonku profesor wzywa pannę Irkę, a ta woła z ławki.
 — Proszę pana, czy ta rozmowa nie mogłaby być odłożona na kiedy indziej? Ja się postaram hamować dobry humor.
Ponieważ klasa gremialnie rzuciła się do katedry prosząc o wybaczenie koleżance, profesor puścił całe zajście w niepamięć.
Nie wspomniał też żaden z was o wycieczkach szkolnych, kiedy to poszczególne klasy lub kilka razem pod opieką belfrady wybierały się na zieloną trawkę. Przez miasto szliśmy zwykle czwórkami w sprawnym szyku i ordynku, ale już za rogatkami nawet najstarsi czuli się tylko rozbrykaną dziatwą puszczoną na swobodę. Wtedy właśnie zawiązywała się serdeczna przyjaźń między młodzieżą a ciałem pedagogicznym. Dzięki takiej eskapadzie zdobyłeś tytuł rycerza, pamiętasz?
Był już październik, ale wyjątkowo piękna pogoda. Uprosiliśmy tedy naszego wychowawcę (był nim wówczas Jowisz), by pozwolił nam urządzić wycieczkę, oczywiście pod jego przewodem. W różowych humorach wyruszyła cała paczka w drogę. Celem naszej wyprawy był Talar, piękny majątek położony wśród lasów, nad rzeką, obfitujący w malownicze widoki i wspaniałe owoce, które znacznie szczerzej podziwialiśmy niż krajobraz. Leżeliśmy właśnie na słońcu pogryzając wyborne jabłka, gdy od strony stawu doleciał przeraźliwy krzyk. Jeden, drugi... potem zapadła cisza. Profesor ogarnął nas okiem, brakowało dwóch panienek: Zośki i wiercipięckiej Gieniusi (nowa koleżanka, bardzo zabawna). Gnamy więc wszyscy nad wodę. Pływa tam sobie wywrócona łódka i nic... cisza. Wtem Karolek zrzuca z siebie bluzę i hop! daje nura. Profesor wskoczył w drugą łódkę i wiosłuje co sił. A do wody chlupnął jeszcze Janek,
wspaniały pływak. Dziewczyny pobiegły wołać ludzi... My co tchu w piersi i sił w nogach ściągnęliśmy na wodę jakieś stare dziurawe, łódczysko. Tymczasem na powierzchni wody ukazała się głowa Karola i głowa Zośki. Wciągnęli nieprzytomną dziewczynę na łódź, a Janek i Karol nurkują dalej. Wydobyli szczęśliwie i Gieniusię, ale Karolek, na ogół wątły i słaby, stracił siły i żeby nie Janek i nie łódki, toby się chłopak utopił. Rzeka była bardzo głęboka i łączyła się ze stawem.
Cała szkoła zrobiła chłopcom szaloną owację, ale zdaje mi się, że większą przyjemność miał Karol w chwili, kiedy Irka przypinała mu kokardę, a cały Klub krzyczał: hip, hip, hura!
A pamiętasz, Karolku, jak tenże „stateczny" Czesio jeszcze w piątej klasie przyniósł na zoologię 45 pluskiew w pudełku i dał każdemu po jednej, jako „okaz" na wykład? Tyś o tym nie wspomniał, bęcwale, a co się wtedy w klasie działo, to opisać trudno. Lekcja jak lekcja, ale na pauzie świństwo się porozłaziło i wszyscy namiętnie drapali się w podejrzane miejsca i każdego gdzieś swędziało, i każdy skakał po sali jak idiota i szukał „swojej pluskwy".
 — O, jest, jest, to moja.
 — Akurat twoja, na ogonie ma kokardę! Macher jeden!
 — Ale widzę przecież i poznaję, moja była najmniejsza.
 — Zmierz ją najpierw centymetrem.
 — Irka, Irka... Łazi ci po kołnierzu, to moja.
 — Żeby była twoja, toby nie siedziała na moim kołnierzu, a zresztą zawołaj na nią: cip, cip. Jak przyjdzie, to twoja.
W klasie siódmej już u progu matur spoważnieliśmy wszyscy, brakowało czasu na zajmowanie się głupstwami. Trzeba było kuć całe godziny, by jako tako zapas wiadomości w łepetynach ułożyć. Rycerze Irki mieli też co innego do roboty. Organizowaliśmy pozalekcyjne dodatkowe wykłady dla mniej kapującego koleżeństwa, pisaliśmy pilnie notatki, a prócz tego z ogromnym zapałem Klub poświęcał się rozrywkom kulturalnym. Niech no tylko do miasteczka przyjechał jakiś prelegent, nie zabrakło żadnego z nas na
odczycie. Nasza klasa była wspaniale udekorowana obrazami i rzeźbami (z gipsu), a także doniczkowym kwieciem. Co sześć tygodni odbywał się w klasie koncert. Jednym słowem pięknie było...
Tylko z Irką mieliśmy kłopot. Teraz z kolei swymi względami zaczęła darzyć Kostka z szóstej klasy. Co tam w nim zobaczyła, nie wiem, ale dzień w dzień do szkoły szła w jego towarzystwie i odprowadzał ją też tylko on. Dopiero teraz poczuliśmy serdeczne współczucie dla Mietka, który patrzył na nią poważnie smutnymi oczami, ale milczał. Ile razy wpadliśmy do Irki do domu, zastawaliśmy tam Kostka i szewska pasja, i żal, i gniew nas ogarniały, ale wnet jej wesoły śmiech i paplanina rozpraszały niechęć. Wreszcie raz dopadliśmy winowajcę w parku.
 — Słuchaj no, dlaczego zawracasz głowę naszej Irce?
 — Ja? Przepraszam bardzo, ale to ona właśnie ze mną zrobiła.
 — Wszystko jedno, nie masz prawa łazić za nią, rozumiesz? Nie masz prawa jej kompromitować. Wczoraj szliście po ciemnej stronie ulicy... ty z nią pod rękę... sami... we dwoje... żaden z nas się na to nie odważył, a ty, obcy... — wyrzucił zdławionym głosem Stach.
 — A jeśli tego nie rozumiesz, że Irka jest smarkata i nie potrafi się sama obronić, to my ci to wytłumaczymy — dodał Benon.
 — Nie wiem, o co wam chodzi. A jeżeli ona mnie jest równie' droga jak wam?
 — To się z nią nie włócz, nie zabieraj jej czasu, ona musi teraz kuć, a nie romansować — odezwał się małomówny Antoś.
 — Więc czego ode mnie chcecie? Spojrzeliśmy po sobie i Stefan mówi:
 — Po pierwsze nie wolno ci u niej bywać, po drugie nie przyłaź na pauzy do naszej klasy, po trzecie przyjmij do wiadomości, że Irka jest przeznaczona komu innemu i zaręczona z kim innym, a na ostatek zaznaczam w imieniu
nas wszystkich, że jeśli kiedykolwiek spotkamy cię z nią wieczorem w ciemnej ulicy, to gnatów nie pozbierasz. Skończyłem.
 — No to ja wam odpowiem na to, że będę robił, co uznam za stosowne. Zacietrzewione koguty!
 — A to jeszcze zobaczymy — warknęliśmy chórem. Tymczasem w szkole życie płynęło spokojnie i pogodnie.
Co prawda na rysunkach nie raz i nie dwa grało się pod ławkami w karty, ale to szkody nikomu przecież nie przyniosło. Dopiero jak nam zmienili matematyka, a trygonometrii i geometrii wykreślnej zaczął udzielać tak zwany Glamdziuś, coś się w „państwie duńskim" popsuło. Od pierwszego dnia zresztą do tego profesora czuliśmy niechęć. Był drażliwy, niesprawiedliwy i miał jedną wadę, której inteligentny uczeń nigdy profesorowi nie daruje, za mało znał swój przedmiot. Zauważyliśmy na przykład, że kiedy tłumaczy nową lekcję, to ściąga ją z karteczki leżącej na katedrze. Raz stał przy tablicy i objaśniał nowe zadanie, a Maniusia tymczasem łaps karteczkę z katedry. Dojechał do połowy i dalej ani rusz. Tego nam tylko było trzeba.
Kiedyś na jego wykładzie wybuchła petarda, to znów zawzięcie ujadał pies, ale te wszystkie manifestacje nie pomogły ani nam, ani jemu — trzeba zatem było obmyślić jakiś grubszy kawał.
Wchodzi więc Glamdziuś po dużej pauzie do sali nr 7, a tu ciemno jak u Murzyna po czarnej kawie w nocy. Przez otwarte drzwi wpadło trochę światła i oświetliło puste ławki (byliśmy wszyscy pod nimi) i kościotrupa na katedrze. Profesor krzyknął i biegnie do kancelarii, lecz zanim tam zdołał dojść, drogę zastępuje mu Janek i pyta grzecznie.
 — Panie profesorze, czy lekcji nie będzie? My czekamy! Glamdziuś westchnął i mówi:
 — Owszem, zaraz przyjdę.
Janek dał drapaka na górę i za chwilę człap, człap, słychać kroki naszego matematyka. Wchodzi, a tu dalej grobowa ciemność i na katedrze lśniący kościotrup.
 — Co to za błazeństwa? — wykrztusił.
Nic, cisza, a kościotrup na katedrze ruszył ręką.
Zawrócił więc nieszczęsny profesor i gna po Dyrektora. Kiedy przyszedł z nim, klasa siedzi zupełnie normalnie, jak zawsze, kościotrupa ani śladu (spuściliśmy go oknem z trzeciego piętra na drugie, gdzie akurat pod nami mieścił się gabinet anatomiczny. Syn woźnego czekał już na gościa, dostał za to dwanaście bułek i kolekcję marek pocztowych). Dyrektor spojrzał po urwisach. Czterdzieści dwie pary oczu patrzyły nań spokojnie z nie ukrywanym zdziwieniem.
 — Wyjść z ławek — rozkazał.
Przeszedł między pustymi rzędami rzucając bystro okiem, czy nie dojrzy gdzie śladu zbrodni. Wszak jeśli było ciemno, uczniowie musieli zasłonić okna, i to nie czapkami. Kościotrupa sam Dyrektor przed chwilą widział w gabinecie, zaś cztery wielkie koce pięknie zwinięte leżały pod katedrą, ale władzy nie przyszło do głowy, by ją podnosić.
Dyrektor nie rzekł ani słowa, popatrzył jeszcze raz w nasze niewinne i bezgranicznie zdumione oczy, potem na Glamdziusia, który miał minę kota na puszczy, i skierował się do wyjścia, a cudowny, ledwie dostrzegalny uśmieszek zaigrał mu w kącikach ust.
I kiedyśmy mieli pewność, że już jest w swoim gabinecie, można było puścić wodze,szalonej radości z powodu tak świetnego kawału. Belfer widział, jak trzęsą się czupryny i ramiona, jak panny zatykają usta chusteczkami, ale nie mógł nic na to poradzić. Wobec Dyrektora się zbłaźnił, wobec nas ośmieszył. Od tej pory jednak nie mieliśmy więcej powodów do wojowania z Glamdziusiem.
Żaden z mych szanownych kolegów, opisując sprawy szkolne, nie wspomniał też o tak zwanej markomanii. Była to choroba uczniowska polegająca na tym, że przez jakiś czas całe klasy o niczym innym nie myślały, jak tylko o zapełnieniu swych albumów drogocennymi markami. Pozbywali się więc śniadań, scyzoryków, książek, pasków, byle tylko nabyć upragnioną Kanadę lub Tunis, Paryż albo
ItfKH
Londyn. Oczywiście i nasza klasa uległa nakazowi mody. Profesor przy tablicy pełen świętego dla wiedzy zapału rysuje serce człowieka, a w ławkach rozmówki:
 — Zwariowałeś chyba! Ża jedną trzy?
 — To nie, dadzą mi za taki rarytas i pięć.
 — Chybaby z byka spadł ten, kto by ci dał.
 — Pocałuj psa w nos, łaski nie robisz. Łatek!
 — Czekaj, czekaj, bęc ?iesz widział ściągę z franca jak swoje ucho. Śmieciarz!
 — Chłopcy, kto ma Amerykę — bułka z kiełbasą.
 — Dwie z serem.
 — Ćwierć funta chleba świętojańskiego.
 — Obejdzie się, daj mi Petersburg, Moskwę i Kijów, ale żeby były wyraźne s tempie.
 — Co ty mi, ośle jeden, pokazujesz szwabskie marki!
 — Jakie szwabskie? To Turcja!
 — Z piątego piętra lufcikiem! Chłopcy, Olek nabiera!
Uderzenie pięścią w stół hamuje szepty, które przechodziły już w namiętny pomruk. Chwila grobowej ciszy: komory i przedsionki serca, a potem znów leciutki szept.
 — Wiecie, chłopcy, co? Nasza Irka to ma chyba osiem komór i osiem przedsionków.
 — Stasiek, nie zaczynaj — woła obrażona panienka.
 — A komu dasz swoje marki?
 — Każdemu po dwie.
 — Pokaż, jakie masz?
Pod ławkami wszczął się ruch, z rąk do rąk przechodziły zeszyciki i pudełka. Drugie uderzenie potężnej pięści w stół.
 — Olek, co masz w ręku?
 — Ołówek, panie profesorze.
 — Chodź tutaj.
Biedny chłopiec podszedł do katedry, a na ziemi leżał zeszyt i smętnie rozsypane Francje, Niemcy, Rosje... Świat został podeptany profesorską nogą, a biedny Oleś pokazując komory serca ani rusz nie mógł powiedzieć, którędy krew wpływa, a którędy wypływa. Dostał pałę.
Muszę zaznaczyć, że marki, na których obrazowo mówiąc zastygła krew niewinnych, kosztowały znacznie więcej. Toteż marki Olka zostały gorliwie pozbierane i za najpodlejszą trzeba było dać jak nic bułkę z masłem.
Ten markowy zapał szybko jednak zgasł. Potem ni stąd ni zowąd ogarnęła nas kinomania. W miasteczku było wtedy tylko jedno kino, bilety na ogół niekosztowne, ale żadną miarą nie na uczniowskie kieszenie. Pociliśmy się też z siarczystego myślenia, jak by tu na seansie być, forsy nie stracić i następnego programu nie opuścić. Godzinami czekaliśmy przy wyjściu, i kiedy tłum wylewał się na podwórze, jak węże wpełzałiśmy do środka, a potem znów przeżywaliśmy tortury na sali, póki się nie ściemniło, bo kontroler sprawdzał bilety, a my nieszczęśni dusiliśmy się pod krzesłami. Lecz za te wszystkie męki jaka rozkosz, gdy na naszych oczach działy się te niesamowite historie. Buch, trach, pociąg skacze na pociąg, bohater z pociągu na wóz, z wozu na samochód. Samochód staje dęba i trzeba przez rzekę, a tam już na drugim brzegu czyha straszliwy wróg. Harry Peel lub inny zuch wybija wszystkich do nogi. W kinie robił się wtedy wrzask.
 — Hurra, hurra, nie daj się, Harry! W wodę złodzieja!
 — Ty, bandyto, pod stołem, pod stołem, gapa!
 — Rany boskie, on boksuje nieprawidłowo. Trzymaj się, Harry!
Publiczność z góry, z balkonu (na balkonie były loże) psykała i niecierpliwiła się, ale kto by tam na tych burżujów zwracał uwagę. Panna Irka oświadczyła nam, że nigdy z mamusią nie będzie chodzić, bo mamusia cały czas trzyma ją za rękę i musztruje.
 — Ani mi krzyknąć, ani roześmiać się głośno nie wolno. Już ja wolę z wami na trzecim miejscu niż z mamusią w loży.
Po każdym takim sensacyjnym filmie pauzy całe opowiadaliśmy treść obrazu tym, co go nie widzieli, i nawet samo opowiadanie było nadzwyczajną rozrywką.
 — I powiadam wam, ten łobuz, Tom, włazi przez okno.
 — Nie przez okno, przez dach.
 — Jak to przez dach? Dziury tam nie wywiercił, nie przeszkadzaj.
 — Właśnie że przez dach, bo się złapał za brzeg i hops do okna.
 — No, niech będzie. A tam już Harry pod łóżkiem czeka i łaps go za nogi. Zaczęli się brać za bary. Ten tego tak... o... tak... widzisz?
 — Widzę, ale puść.
 — Zaraz, a ten tego tak, i łomot! A ten ci łap za rewolwer i bęc, trach.
 — Zabił go? Na śmierć?! — pyta chór.
 — Ale gdzie tam. On tylko udawał, że już nieboszczyk. Więc potem piękna Mary strasznie płacze, a tamten dryblas powiada: Ha! Zdrajczyni...
 — O Jezu!... — szepcze zasłuchany chór.
 — A> ten cwaniak, Harry, bęc go przez łeb i potem się całują.
 — Kto? Harry z tym dryblasem?
 — Nie, z Mary.
 — Brawo! Brawo! — ryczy klasa.
Ale nie tylko sensacyjne historie miały zwolenników. Dramaty i tragedie miłosne budziły w nas zawsze dreszcz zgrozy. Ulubienicą wszystkich bez wyjątku była Mary Pickford, potem uwielbialiśmy Henny Porten, a z naszych Szylinżankę i Bruczównę. Panny wzdychały do Stępowskiego i Węgrzyna. Podziwialiśmy też hurtem Połę Negri.
 — Patrzaj, patrzaj, płacze.
 — A tam... cebula!
 — Cebula, bandyto? Patrz, jaka twarz! Ona wyraźnie cierpi!
I gremialne głębokie westchnienie.
Na komediach z Maksem Linderem budziliśmy swym zachwytem ogólny humor, ale bo były też to wspaniałe rzeczy.
Oczywiście w szkole ku nadzwyczajnej uciesze audytorium próbowaliśmy „odgrywać" widziane kawałki. Takie przedstawienie odbywało się podczas dużej pauzy. I tak na przykład jeden był Stępowskim, drugi Węgrzynem. Stawali naprzeciw siebie i zaczynali wywracać oczami, ruszać groźnie szczękami, chwytać się za serca i czoła, a wszystko rzecz jasna w głębokim milczeniu. Potem wpadała „ona" i też uciesznie się wykrzywiała, a w końcu jeden drugiego zabijał. Widownia tupała nogami, klaskała i wyła ze śmiechu. Taki to był okropny dramat.
Po owym szale kinowym ogarnęła nas pasja albumów. Za ostatnie grosze kupowaliśmy sobie choćby nędzne albumiki i dawali wzajemnie do wpisywania. Oczywiście pierwszeństwo mieli najserdeczniejsi przyjaciele, następnie zwykli przyjaciele, potem koledzy i profesorowie. Irka zawsze wpisywała własny wierszyk i często czyniła to na lekcji. Inni znów wyciągali cytaty z dzieł literackich lub przytaczali urywki poezji, jeszcze inni pisali głupstwa. Tak że mój album wyglądał mniej więcej tak:
Na pierwszej stronie u samego dołu widniał napis czerwonym atramentem: „Na tej karty patrząc brzeżki wspomnij imię Iry Śnieżki".
Nieco dalej: „Fiku-miku, fiku-miku, jestem w twoim albumiku, niech ci szczęście zsyła los, spróbuj się całować w nos".
Następnie: „Gdy chcesz przejść cało między światowym rozruchem, bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem".
A zaraz na następnej stronie moja karykatura i wierszyk:
„Choć się, stary,
Okulary
Ma na nosie
I jak prosię
Kwiczy,
Nie bądź idiotą
I zgadnij, kto to?"
Potem sentencja: „Kobieta jest darem bogów, lecz jakże często staje się kielichem słodkiej trucizny i koszulą Dejaniry". Podpisany Adaś filozof.
I jeszcze: „Zdarto żagle, ster prysnął, ryk wód, szum zawiei, tysiączne liny majtkom wyrwały się z ręki, lecz ty nigdy nie puszczaj liny ni nadziei i nigdy wobec losu nie bądź zbytnio miękki".
Jadzia w pięknym wierszyku Konopnickiej zapewniała mnie, że nie da ziemi „skąd nasz ród". Stasiek przepisał kawałek „Ody do młodości" i tak dalej. Tak samo mniej więcej wyglądały albumy moich kolegów. Koleżanki zawsze na wstępie prosiły, by im nie wpisywać głupstw. Maniusia chlubiła się tym, że któryś z ósmej klasy napisał jej: „Wszystko w tobie miłe, począwszy od uśmiechu skończywszy na nazwisku". Poza tym modne też były w albumach rysunki, ale co to były za bohomazy, aż oczy bolały. Choć mieliśmy też kilku utalentowanych rysowników i jak taki coś nakreślił, satysfakcją było pochwalić się albumem.
W szóstej klasie pod koniec roku ulegliśmy znów gorączce zdjęć fotograficznych. Dzień w dzień na lekcji, na pauzie, po lekcjach, przed szkołą, na podwórku z wszystkimi profesorami, z każdym osobno, na stojąco, na siedząco robiliśmy fotografie. Takich szczęśliwców z aparatami było kilku. Od naszej klasy choroba rozeszła się po całej szkole. I tak jeden z drugim oślak umiał czy nie umiał fotografować, ustawiał grupy, nakrywał głowę suknem i prosił o przyjemny wyraz twarzy. Wiele bardzo udanych zdjęć chowam do dziś, dużo jednak kwalifikuje się tylko do muzeum osobliwości. Nic tylko grupa ichtiozaurów, krokodyli spokrewnionych z małpami i dwunożnych fok. A propos menażerii, jeden z ósmoklasistów zrobił niezły kawał. Na lekcji trygonometrii zirytowany Glamdziuś huknął na niego:
 — Osioł jeden!
Ten nic nie rzekł, ale tego samego dnia przed wieczorem telefonuje do matematyka:
 — Przepraszam, czy to cyrk? / — Nie, skądże, to pomyłka.
 — Ach, pardon, myślałem, że to cyrk, bo małpa przy aparacie.
Oczywiście miny nieszczęśnika nie opiszę, bom jej nie widział, jako i ten zawzięty ósmak, ale mogę ją sobie wyobrazić.
Po krótkotrwałej namiętności segregowania i kompletowania pocztówek nastąpiła najgroźniejsza pasja wyrobów chemicznych i montowania urządzeń. Tak więc domorośli chemicy preparowali straszliwe trucizny, to znów mydła domowej roboty, to czarodziejskie płyny, a zaś mechanicy kaleczyli sobie palce przy zakładaniu śrub, śrubeczek, zębatych kółek, nożyków i tak dalej.
Któregoś dnia przychodzi jeden taki ważny chemik do klasy, gromadzi wokół siebie przyjaciół i powiada:
 — Patrzcie, tu w tej probówce mam truciznę, czwarta część pastylki na język i trup na amen.
 — Sam ją robiłeś?
 — Tak, ale podług indyjskiego przepisu.
 — A skąd ci wyszły takie równiutkie pastylki?
 — Pastylki są kupne, to cukierki zamoczone w truciźnie, powiadam wam, okropność. Mysz zdechła, ani ogonem nie ruszyła.
Szczupły, cwany Kazik powiada:
 — Słuchaj, Edek, daj mi przepis.
 — Nie mogę, to moja tajemnica. Mógłbyś się jeszcze przy gotowaniu struć.
 — No to podaruj mi takie trzy pigułki.
 — Dobrze, ale pamiętaj, nie bierz do ust, nie chcę cię mieć na sumieniu.
Edek z miną Sokratesa pijącego cykutę wydobył z kieszeni probówkę, z niej trzy pastylki, a Kazik z taką samą miną schował je w srebrnym papierku do portfela.
 — Jeżeli dostanę na tercjał z algebry dwóję, to wobec całej klasy połknę pigułkę. Na trzeci rok przecież zostać nie mogę.
Wysłuchaliśmy w milczeniu grobowym głosem wypowiedzianego oświadczenia i z mimowolną trwogą spojrzeli na Edka. Miał tych pastylek siedem. Trochę wierzyliśmy w moc trucizny, trochę szydzili, ale żaden z nas za skarby świata nie położyłby sobie tego na języku. Dziewczyny o tym nie wiedziały, ale Stacha skorciło i w najgłębszej tajemnicy powiedział o tym Irce. Irka zaś kłusem do Edka.
 — Edeczek, mój jedyny, daj mi takich parę gipsów. Ty możesz sobie jeszcze zrobić, daj mi!
 — Brak mi już tej indyjskiej trucizny.
 — Ale i tak nie masz powodu się truć. Po co ci więcej, daj mi cztery. Do końca roku wypracowania polskie gemacht, no, Edeczek.
 — Ale strzeż się. Broń Boże, nie dotykaj gołą ręką, a potem nie przyłóż jej do ust. To indyjska trucizna, pamiętaj... śmierć!
 — Dobrze, jesteś złoty chłopak — i pochwaliła się od razu przed całą klasą, którą ogarnęła lekka zgroza. A Irka po lekcjach zaraz woła klubowców.
 — Zostańcie no, chłopaki, na pół godziny...
I kiedy w szkole nie było już żywego ducha, usiedliśmy w ławkach, ona na katedrze i zabiera głos.
 — Chcę wam powiedzieć, że jesteście frajerzy. A Edzio was nabrał. To wcale nie jest trucizna... O!
I zanim zdołaliśmy krzyknąć, wsadziła pastylki do buzi i chrupała je z uśmiechem, a my staliśmy jak posągi z otwartymi ustami.
 — No i nic? — wyszeptał pozieleniały Stach.
 — Ano nic — roześmiała się. — Ja już jedną zaraz na lekcji spróbowałam.
Dopierośmy zrobili radosny wrzask i obmyślali zemstę. W tydzień po tym zdarzeniu Stach podchodzi do Edka.
 — Słuchaj, Edek, mam truciznę jeszcze gorszą niż ty.
 — Pokaż! E, takie pastylki! Pewno cukierki.
 — Spróbuj tylko!
 — Dziękuję, nie lubię!
 — A widzisz, boisz się, ale wszystko jedno, mogę ci dać, lecz tylko jedną, bo mnie już ósma klasa o to prosiła.
 — Daj mi trzy!
Po długich ceregielach Stach ustąpił. Zaraz podczas niemca Irka wysłała do Edzia kartkę.
 — Nie bądź frajerem, Stach nabiera, zwyczajne miętowe cukierki, próbowałam.
Więc na pauzie po owej lekcji Edzio z szyderczym śmiechem oznajmia całemu towarzystwu, jaki to ze Staśka chemik, i dla przekonania o prawdziwości zarzutów połyka wszystkie trzy pigułki. Uczniaki podniosły krzyk, a Kazik drze się najgłośniej.
 — E, to pewno i twoja trucizna taka śmiertelna! — wydostał pigułki ze srebrnego papierka i gdy wszyscy wstrzymali na sekundę oddech w piersiach, pogryzł i połknął ku nieludzkiej uciesze audytorium, które kpiło na wyścigi z obu chemików. Lecz już po godzinie skutki trucizny Stachowej okazały się fatalne. Biedny Edzio wylatywał z klasy na każdej lekcji, a na jednej nawet dwa razy i wracał zielony chwiejąc się na nogach, a widownia dostawała za każdym razem konwulsji ze śmiechu.
Ten epizod ostudził zamiłowanie do chemii, natomiast mechanicy preparowali nadal elektryzujące maszynki, samogrające katarynki, małe armatki, z których niechcący postrzelili profesora ekonomii. Na ostatniej ławce siedział właśnie taki zapalony mechanik i trzymał na kolanach ową armatkę.
 — I jak tu pociągnę, to ten kawałek ołowiu wyleci na parę metrów.
 — A spróbuj...
Profesor właśnie stanął w przejściu między ławkami. Żorżyk chciał schować swoją machinę, ale niecierpliwy kolega pociągnął i kawałek ołowiu uderzył prosto we wzniesiony wskazujący palec profesora. Prócz winowajcy nikt nie wiedział, co się stało i kto to zrobił, ostatecznie kawałek ołowiu mógł wpaść przez okno. Dopiero na
urodzinach u Żorżyka podziwialiśmy w skupieniu jego wynalazek.
I jeszcze jeden rok upłynął ruchliwej gromadzie na miłej pracy urozmaiconej wcześniej opisanymi rozrywkami. Ósma klasa kuła już na gwałt, bo nadchodziły egzaminy maturalne, a my siódmoklasiści z zazdrością przyglądaliśmy się owym szczęśliwcom, co do klasy przychodzą z jednym zeszytem w ręku, i wtedy to powstała moda: za punkt honoru każdy uważał sobie jak najmniej książek do szkoły nosić. Zawsze to bardziej po studencku człowiek wygląda, a nie jak smarkaty uczniak.
Wreszcie pierwszy egzamin. W dużej sali gimnastycznej poustawiano specjalne jednoosobowe ławeczki (oglądaliśmy je dzień naprzód) i usiedli w nich drżący delikwenci. Pierwszy egzamin był z polskiego, piśmienny. Udało się któremuś ze zdających wyrzucić tematy przez okno na podwórze i wyobraźcie sobie, Irka napisała jedno wypracowanie i posłała przez woźnego w bułce nieszczęsnej ofierze, której najsłabszą stroną właśnie był styl. Młodzieniec dostał czwórkę. I jeszcze paru z naszej klasy przemyciło ściągi do sali tortur mimo ogromnego niebezpieczeństwa. To była też szalona emocja!
Poza tym cały Klub był ogromnie zmartwiony i przejęty zachowaniem się Irki. Widzieliśmy wszyscy, że naszą dziewczynę coś dręczy, przez palce już patrzyliśmy na to, że Kostek dzień w dzień u niej bywał, powinna więc chyba cieszyć się z tego, ale nie. Z każdym dniem smutniała, zamyślonymi oczyma błądziła po klasie nikogo nie widząc, nawet zdesperowanego Stacha, a chwilami dokazywała jak skończony wariat i profesorowie rady sobie zupełnie z nią dać nie mogli.
 — Bójcie się Boga, chłopaki — mówi Antoś. — Trzeba ją wybadać, trzeba wypytać.
 — Et, krowa ci prędzej odpowie — machnął ręką Stefan. Aż któregoś poobiedzia siedzimy wszyscy u niej (akurat
tego dnia ósma klasa dostała matury), nastrój wesoły,
I
Irka śpiewa, tańczy. Stefan gada wesołe monologi, nawet Stach się rozkrochmalił, wtem ktoś puka.
 — Proszę!
W drzwiach stanął Mietek jak zawsze spokojny, zrównoważony, tylko nieco bledszy.
 — Przyszedłem pożegnać koleżankę i kolegów. Idę do wojska! — Irka zbielała jak jej biały fartuszek, ale tylko na moment, a potem poprowadziła rozmowę lekko i trzpiotowato, po swojemu. Gdy Mietek po niecałej godzinie zaczął się żegnać, było nam dziwnie przykro. Irka podała mu niby swobodnie rękę, wyszedł, a ona patrzyła za nim chwilę przez okno, jak szedł przez podwórze, nagle krzyknęła z całej piersi głosem pełnym żalu i rozpaczy: „Mietek! Mietek!"... — i wybiegła do sieni, ale i on się już wrócił. Widzieliśmy, jak skoczyła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję, a wtedy Antoś cicho zamknął drzwi.
Gdy wróciła, popatrzyła na nas i rzekła zduszonym głosem.
 — Chłopcy, nie dziwcie się, ale ja sama siebie nie rozumiem — i wybuchnęła płaczem. Nie umiała biedactwo powiedzieć tego, co czuje, a nam wtedy było jej bezgranicznie żal. Widzieliśmy tylko to, że naszej małej królowej jest źle.
 — A wiecie, chłopcy, ja też nie będę chodził już do ósmej klasy, wybieram się do wojska. Straciłem ochotę do nauki w budzie — bąka wreszcie Stach, a Irka podnosi zapłakaną twarz z jego ramienia i z uśmiechem mówi:
 — Świetny pomysł. Ślicznie ci będzie w mundurze, bo jesteś podobny do Poniatowskiego!
Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że Rada Pedagogiczna postanowiła zostawić Irkę w siódmej klasie. Gdy jej to oznajmiono, zbielała jak kreda, ale nie odezwała się ani słóweczkiem. A potem wszystkie oczy utkwione były w trzecią ławkę, gdzie siedziała Irka z głową opartą na ręce. Spokojnie patrzyła w okno, ale po bledziutkiej twarzy spływały szybko łzy i kapały na rozłożony zeszyt.
W parę dni potem odbyło się ostatnie klubowe spotkanie w altance miejskiego parku. Irka siedziała z opuszczoną głową, potem wstała i rzekła łamiącym się głosem.
 — Moi kochani rycerze, jest mi bardzo przykro, ale to już nasze ostatnie zebranie. Dziękuję wam za wszystko, byliście dla mnie zawsze bardzo dobrzy i wierni. Ale królowa nie może być osłem, żadną miarą nie powinna być głupsza od swych rycerzy, dlatego muszę abdykować. Klub rozwiązuję. Klubu już nie ma i nigdy nie będzie — i nagle rozbeczała się głośno jak mała dziewczynka. Wzruszenie gęby nam zamurowało, nie było ani jednej pary suchych oczu. Stach klęczał z głową ukrytą na kolanach Irki i płakał. Tak nam dotąd miło upływał czas w służbie kapryśnej, ale kochanej królowej, tyle dzięki niej mieliśmy powodów do śmiechu, tak bardzo przywykliśmy do klubowych spotkań, pełnych humoru i poezji... Jak tak od razu, za jednym zamachem przekreślić wszystko? Młodzież nigdy nie zgodzi się z nieuchronnością przemijania... Mija jedno, nadchodzi drugie wrażenie, przeżycie, wzruszenie. Trudno młodym zrozumieć, dlaczego tak jest, trudno się do tego przyzwyczaić. Dlatego tamtego dnia czuliśmy wielką krzywdę wyrządzoną nam przez los i zdawało się nam, że rozwiązanie Klubu jest nieszczęściem.
Po raz ostatni tego letniego wieczoru zabrzmiała w parku nasza klubowa pieśń (utwór Irki):
Ach, pijmy z kielicha radości,
W przyjazny gromadźmy się krąg,
Na święto cudowne młodości, /
Gdy życie nam kwitnie jak pąk.
Młodości święcimy igrzyska,
Wśród nocy się pali sto zórz
I słońce skroś cienie wytryska, ¦ ..
Gwiazd złoty wiruje tu kurz...
Hej, serca czaruje, urzeka
Radosny, wesoły nasz krąg,
Śmiejmy się, bo młodość ucieka,
Z nią życie ucieka nam z rąk.
Odprowadziliśmy królową do domu... Uśmiechnięty księżyc kołysał się pośród gwiazd, z pobliskich pól dolatywał niezrównany zapach młodych zbóż. Irka trzymała w rękach olbrzymi bukiet jaśminu, który jej ofiarowali kolei!/v Każdy z nas pocałował zapłakaną dziewczynę w ręki,-. każdego z nas żegnała braterskim, serdecznym pocałunkiem.
Wracaliśmy w milczeniu przez aleje.
 — Tak morowo w ósmej już nie będzie — odezwał się Benon.
 — Nie będzie — westchnął chór.
„Śmiejmy się, bo młodość ucieka, z nią życie ucieka nam z rąk." Miałaś rację, Irko... Dlatego teraz, przebiegając w pamięci zaciszne, pachnące zakątki wspomnień, uśmiecham się. Myślę też, że z każdym dniem, w miarę upływu czasu, Bóg zwiększa przepaść między człowiekiem i jego duszą... Dusza jest wiecznie młoda i wiecznie do lotu się zrywa, i wiecznie kochać i marzyć zdolna, a człowiek cóż? Obejrzy się za siebie, a tam przepaść nie do przebycia, a tam już nie ma powrotu. Dusza jeno w krainę młodości na skrzydłach tęsknoty ulatuje i wraca zadumana, ale uśmiechnięta.
Tyle tam było głupstw i tyle zarazem szczęścia!
Ale ja też już skończę, mała królowo. Czasy studenckie, choć równie wspaniałe, do tej historii nie należą.
I ja, jak moi poprzednicy, żegnam cię, szkoło kochana.
Zapewne nie ma takiego wśród nas wszystkich, który opuściwszy twe stare mury nie wspominałby cię ze czcią i tkliwą miłością jak poczciwą, dobroduszną babunię. I taką w sercach naszych pozostaniesz na zawsze.
