IRENA ZARZYCKA 
DZIKUSKA 
HISTORIA MIŁOŚCI 
ROZDZIAŁ I 
Pan Kruszyński, właściciel niedużego folwarku Kruszelnicy, a zarazem zarządca 
majątku barona Ziemskiego, siedział w swym gabinecie. W tej chwili właśnie kończył 
rozmowę z młodym człowiekiem o pięknej, poważnej twarzy, rozjaśnionej weselem 
śmiejących się czarnych oczu. 
— A teraz -mówił Kruszyński -chciałbym przedstawić mej córce kochanego 
profesora. 
— Aż profesora? Brzmi to zabójczo poważnie... Doprawdy, z punktu można stracić 
zaufanie do mej osoby. 
— Ma pan rację! Ona gotowa się tak ukryć, że nawet Antoś jej nie znajdzie. Jeszcze raz 
pana uprzedzam... Proszę się nie zrażać, że dziewuszysko trochę dzikie, ale, panie, 
jedynaczka... z samymi chłopakami chowana, bez matki. 
— Myślę, że zdołam pozyskać sympatię Ity, choć jestem tym nienawistnym, jak pan 
wspomniał, belfrem. 
Pan Kruszyński pokiwał siwiejącą głową. 
— Hm... Różnie to tam bywało do tej pory. Córka miała już sześć nauczycielek, 
czterech profesorów i nic z nią nie wskórali, bo każdy po paru dniach uciekał... Może pan... 
młody, pełen zapału do wiedzy, potrafi ujarzmić moją jedynaczkę. 
— A cóż to za przerażająca panna! -zasępił się przez chwilkę Witold, lecz zaraz wesoły 
uśmiech rozchylił mu usta. -To chodźmy... -zaproponował głośno. -Jestem szalenie 
ciekawy mej uczennicy! 
Pan Kruszyński spojrzał z pewnym zakłopotaniem, otworzył usta, chcąc jeszcze coś 
powiedzieć, ale machnął ręką i zrobił minę odpowiednią do tematu „raz kozie śmierć”. 
Wyszli na podwórze zalane potokami słońca. Cztery ogromne lipy zastygły w swej 
świeżej krasie... Nie drgnął żaden listek. Zaraz za furtką podwórka nęcił zapachem i czarem 
młodej masy zieleni wielki ogród. Upojną ciszę czerwcowego południa przerywał szum 
rzeki, płynącej w dole brzegiem ogrodu, ciągnącego się aż na wzgórze, oraz wesoły chlupot 
dwóch górskich potoków. 
Dookoła sadu, gdzie okiem sięgnąć, falowały pasma wyższych i niższych gór, 
zarośniętych lasem lub łąkami obsypanymi bujnym kwieciem. 
Witold szedł za panem Kruszyńskim wąską ścieżką i podziwiał piękno krajobrazu 
wschodnich Karpat. 
— Będzie mi tu dobrze -myślał -tylko ta panna... 
Przewodnik stanął. 
— Otóż i uczennica. Witold wytrzeszczył oczy. 
— Gdzie?! 
— A tu... -Kruszyński machnął w górę. 
Piękna twarz młodego nauczyciela wyrażała bezgraniczne zdumienie. 
— Przepraszam pana, ale ja nic nie widzę. 
— No przecież siedzi na drzewie... o tam... nogi. 
Witold spojrzał na wysoki, potężny kasztan, otulony u stóp krzakiem bzu. Tam 
właśnie między fiołkowymi kiściami kiwały się dwie małe, bose, brunatne nóżki. 
— Ładna perspektywa... Co ja tu, biedny, jeszcze zobaczę? -przebiegły chłopcu przez 
głowę skłopotano -rozweselone myśli. 
— Ituś, córuchno... zejdź na chwilę, masz gościa. 
— Nie jestem ciekawa... nie prosiłam go -dobiegł ich burkliwy głos spomiędzy masy 
liści i gałęzi. 
— Ale zejdź tylko... będziesz zadowolona... Ita, nie róbże ojcu wstydu. 
— Powiedziałam tacie raz, że nie chcę belfrów. Mam ich już dosyć. Niech idzie do stu 
diabłów... Nie zejdę! 
Witold, ochłonąwszy nieco, rzekł spokojnie: 
— Widzę, że moja uczennica jest bardzo energiczna. 
— Nie jestem jeszcze uczennicą, nie ma co sobie języka strzępić... -przerwał gniewny 
głos. Młody nauczyciel ciągnął dalej tym samym chłodno -spokojnym tonem: 
— ...Bardzo mi przyjemnie usłyszeć serdeczne i zachęcające przywitanie... oraz ujrzeć 
apetycznie wyglądające nóżki... Rad bym jednak przyjrzeć się i twej buzi, maleńka. Sądząc 
bowiem z zachowania, nie masz pewno więcej niż siedem lat... 
Pan Kruszyński wyglądał w tej chwili jak posąg nabożnego zdumienia... 
Zatrzęsły się gałązki, posypały kwiatki więdnących już bzów... Ktoś roztrącił 
gwałtownie krzaki... 
— Jak pan do mnie mówi... jak pan śmie? 
Przed Witoldem stanęła dziewczynka prawie smukła, ale nie chuda... Sukienka, 
ledwo do kolan, odsłaniała podrapane brunatne nogi. Panienka zadarła hardo główkę, 
okrytą niebywale bujnymi kędziorami, sięgającymi ramion... Wyglądały tak, jakby z 
grzebieniem nie miały absolutnie nic wspólnego. Szczególny był jednak kolor tych 
zwichrzonych, skręconych pukli... Połyskliwe i puszyste mieniły się barwą mahoniu lub 
świeżo wyłuskanych kasztanów... Otulały twarzyczkę bardzo spaloną... i bardzo dziecinną. 
— Czyż mogłem przypuszczać, że uczennica moja będzie panną dorosłą? Bardzo 
przepraszam w takim razie, ale nie wiedziałem tylko o dziwnym tutejszym zwyczaju 
przyjmowania nieznajomych... 
Dwoma piorunami cisnęły duże, podłużne, w tej chwili złe, zielone oczy. 
— Nie potrzebuję nikogo przyjmować... Nasyłają mi na kark durniów, którzy udają, że 
coś więcej ode mnie umieją... Nie chcę się uczyć, nie chcę być dobrze wychowaną panną, 
dajcie mi święty spokój, bo się wezmę z pięściami do roboty! 
— Dziękuję za komplement... Ach! Niech się pan nie przejmuje -rzekł młody człowiek 
do Kruszyńskiego, którego nieszczęśliwa mina wołała: litości. 
— Panna Ita chce mi zaimponować swą wiedzą. Jestem jej za to wdzięczny... ale pani 
pozwoli, że się przedstawię. Witold Leski, przyjaciel serdeczny Antosia... Zdecyduje się pani 
może podać mi rękę? 
Swobodny ton, wesoły uśmiech i spojrzenie czarnych oczu podziałały widać na 
nastroszoną pannę... Wyciągnęła małą i zgrabną, ale haniebnie podrapaną i brudną rękę. 
Witold przytrzymał ją chwilę w uścisku i rzekł z wolna, uważnie patrząc: 
— Nie mogę powiedzieć, żeby ta rączka była tak groźna, jak obiecują spojrzenia... Jest 
tylko troszkę brudna. 
Ita tym razem zmilczała, ale wyrwała rękę i patrzyła spode łba na Witolda. 
— Ituś, pokaż panu ogród... Ja muszę jechać w pole -rzekł Kruszyński i szybko się 
oddalił... 
— Pan może sam obejrzeć. 
— Stokroć przyjemniej będzie mi z panią... 
— Niech idzie -rzuciła niedbale i, ruszywszy przodem, mówiła szybko ze złośliwym 
uśmiechem: 
— To są jabłka, to gruszki, to śliwki, to altana, to wiśnie... Tam świerki... to rzeka wskazywała 
machając ręką -a tam druga altana, ale wchodzić do niej nie wolno, bo moja. 
Już pan teraz wszystko wie. Zrobiłam, co chciał ojciec. Do widzenia. 
— Zaraz... chwileczkę... Do tej altany wejdziemy oboje. Pokazała mi pani tyle 
ciekawych rzeczy, o których w istocie nie miałem pojęcia... Muszę zobaczyć i altanę. 
— Ja nie pozwolę! Tam nie wchodzi nikt, tylko ja... 
— Tak. Ale ja wejdę. -Wziął opierającą się pod rękę i z wyszukaną grzecznością, ale 
silnie trzymając, prowadził przez trawnik do ukrytej w krzakach bzu i tarniny budki na 
krawędzi ogrodu. 
— Ja panu nie pozwolę... No! draniu jeden... puszczaj! -Byli już przy altance... i 
dziewczyna usiłowała jeszcze się bronić. -Jak pan spróbuje się tam wdrapać, to trzepnę w 
łeb kamieniem... 
— Ach tak... A zatem...! 
Witold podniósł pannę jak piórko i oszołomioną posadził w altance na stole. 
Ukłonił się dwornie mówiąc: 
— Bardzo dziękuję, że pani tak grzecznie pokazała mi swoje królestwo. Tymczasem do 
widzenia. 
Wyszedł i ruszył na przełaj trawnikiem ku domowi. 
Dopiero teraz poczuł zmęczenie. W głowie mu huczało. 
— Ależ to raróg! Z taką pracować... -myślał przerażony. -Jezus Maria, tom wdepnął... 
A niech tego Antka! Ubrał mnie... no... -W tej chwili świsnęło mu coś nad głową. Uchylił się 
w bok, a potem podniósł z ziemi kamień i schował do kieszeni. 
Tymczasem od furtki szedł mu naprzeciw Antek, szczupły, wysoki student... 
— Witek, chodźże prędzej! Czekamy na ciebie... Poznałeś Itę? 
— Miałem przyjemność... Wiesz, Antek, nie będę kłamał przed tobą... Przecież to jakiś 
ordynarny dzikus, gdzie ona była dotychczas!? Bój się Boga! 
Patrz! To dla mnie ten kamyczek. Szesnastoletnia pannica... Jak wy ją chowaliście?! mówił 
zirytowanym głosem. 
Antek opuścił głowę i milczał... Wreszcie po chwili rzekł poważnie: 
— Mój drogi, przebacz mi, naraziłem cię na przykrości, sprowadzając tutaj 
nieopatrznie, ale miałem nadzieję, że może ty coś wskórasz z naszym dzikuskiem. 
— Nie uciekam przecież, ale jestem zdumiony. Taki okaz... 
— Posłuchaj! Nie będziesz się dziwił, gdy poznasz historię tego biedactwa. 
Usiedli na trawie. 
— Matka moja, wychodząc za ojca, była śliczną rozpieszczoną jedynaczką... Mąż 
ubóstwiał ją, ludzie psuli. Przyjechała tu na pustkowie, ale ojciec otoczył ją wygodami, 
nawet do pewnego stopnia komfortem. Pomimo że czuła się szczęśliwa, zdrowie zaczęła 
tracić, zwłaszcza gdy przyszły dzieci. Było już nas czterech, lecz matka, mimo zapracowania, 
marzyła o córce... Wreszcie, gdy miałem trzy lata, a Mietek pięć, urodziła się Ita, ale matka 
po dwóch miesiącach umarła. Pomyśl... Ojciec został z gromadką dzieci, z których 
najstarsze miało piętnaście lat... Został zrozpaczony, bezradny i pełen żalu do córki... 
Przyjechała jakaś zasuszona, gderliwa kuzynka, ale dała nam wszystko prócz serca, 
bo to w całości posiadał syn, dorosły prawie, któremu wciąż wysyłała za granicę pieniądze i 
paczki. 
A ojciec, który, marząc o córce, wyobrażał sobie śliczne, rozkoszne bobo, do matki 
podobne -tracił coraz więcej serca do brzydkiego, krzykliwego brudaska... Spędzał zresztą 
całe dnie poza domem i nie wnikał w przyczyny samowoli i opuszczenia córki. 
Nie miała, biedactwo, ani zabawek, ani odpowiedniego towarzystwa. Od starszych 
braci nabierała tylko sztubackich wyrażeń. Najwięcej lgnęła do mnie. Przecież byłem jej 
najbliższy wiekiem... Wreszcie i ja poszedłem do szkół. Ciotka umarła i dzieciak został 
zupełnie na łasce boskiej, dziewek folwarcznych, a czasem pastuchów... 
Spędzając całe dnie poza domem, licho wie gdzie, stawała się coraz więcej 
nieokiełznana, nie uznająca niczyjego autorytetu... Kiedy bracia zjeżdżali się na święta i na 
wakacje, zwracali jej ciągle uwagę, a nieraz i poszturchiwali. Toteż uciekała od nich do 
mnie. Ja nauczyłem ją czytać i pisać, a gdy odjeżdżałem do szkół, wyła jak zwierzątko. 
Gdy wreszcie ojciec zdecydował się wziąć nauczycielkę, było już za późno. Nikt z Itą 
nie wytrzymywał. Nauczycielki się zmieniały, dziewucha dziczała. Ojciec rozpaczał, więc 
myślałem, że może ty... taki elegancki... 
— No, no! Bez głupstw -przerwał Witold. 
— Że może ty właśnie potrafisz ująć siostrę... ale... -urwał i patrzył w oczy przyjaciela. 
— Nie ma już ale... Daj pyska, Antek, może mi się uda. Biedna, mała sierotka -dodał 
po chwili. Ruszyli ku domowi. 
Minęły trzy dni. Wszystkie próby przywołania Ity na lekcję spełzły na niczym. 
Chociaż deszcz lał jak z cebra, przez cały ten czas włóczyła się nie wiadomo gdzie, a 
Witoldowi ktoś wybił szybę w pokoju, ktoś pochlapał ubranie atramentem, ktoś włożył jeża 
do łóżka. 
Nastał wreszcie dzień suchy, pachnący, słoneczny. Przy obiedzie Ita usiadła, jak 
zwykle, obok Antosia i patrzyła spode łba na Witolda, który nie zwracał na nią zupełnie 
uwagi. Rozmawiał swobodnie z ojcem i braćmi Antka, Mietkiem i Lutkiem, którzy 
przyjechali na wakacje. W pewnym momencie wyjął z kieszeni kamień i, obracając go w 
palcach, rzekł z uśmiechem: 
— Znalazłem bardzo ładny okaz, będę mógł śmiało dołączyć go do mego zbioru. 
— Zajmujesz się mineralogią? -spytał Antek. 
— Tak, ale myślę, że kariery na tym polu nie zrobię, bo nie zdążę... Życie krótkie, a na 
każdym kroku czyha niebezpieczeństwo. 
Ita zaczerwieniła się i spuściła głowę. Zaiskrzyły barwą kasztanów potargane 
kędziory. 
— Po obiedzie proponuję spacer łódkami -rzekł Lutek, zawołany wioślarz. 
— Doskonale -zgodziło się towarzystwo. 
— Czy pan umie pływać? -rzuciła nagle Ita w stronę Witolda. 
— Niestety, łaskawa pani -skłamał zapytany. 
W zielonych oczach błysnął ognik. 
— Oho... trzymaj się, profesorze -zwrócił sobie Witold w duchu uwagę, ale z 
uśmiechem rzekł do Lutka: 
— Będziecie jednak musieli poczekać na nas, gdyż zaraz po obiedzie chciałbym odbyć 
lekcję z siostrzyczką... Myślę, że zejdzie nam szybko i miło. 
— To możemy jechać sami. Będę wiosłować -zaproponowała niezwykle grzecznie 
panienka. 
— W takim razie nie czekajcie, tylko płyńcie wolno, to albo was dogonimy, albo 
spotkamy się u celu... 
— Będziemy jechać w górę rzeki do lasu po lewej stronie, tam jest bardzo ładnie mówił 
Lutek. 
— Panna Ita zatem obiecuje mnie tam zawieźć, czy tak? -Panna Ita kiwnęła głową i 
mruknęła coś pod nosem. 
Tym razem Antkowi udało się przyprowadzić siostrę do ojcowskiego gabinetu, gdzie 
czekał już Witold. Dziewczyna weszła z wyzywającą miną. Usiadła na kanapie, założywszy 
nogi na wałek, i zaczęła gwizdać, patrząc na Witolda, który stał przy oknie z rękoma 
splecionymi na piersiach. 
— No! Niech pan zaczyna swoje mądrości, ja słucham. 
— Nie, to ja słucham, patrzę i podziwiam. Gwiżdże pani cudownie, poza jest czarująca, 
wobec czego idę w pani ślady... 
Usiadł obok niej i, przerzuciwszy nogi przez drugi wałek, zaczął pogwizdywać. 
Dziewczyna patrzyła chwilę zdumiona, a potem zerwała się i wściekła krzyczała: 
— Co pan sobie myśli do cholery! Ojciec panu płaci, żeby mnie uczyć, a nie 
przedrzeźniać! 
Witold przybladł i zacisnął pięści. Po chwili jednak rzekł zupełnie spokojnym głosem: 
— Wobec tego zaczynam: W gwarze wielkiego miasta na trzecim piętrze szarej 
kamienicy mieszka para staruszków. Przez okno ich pokoiku, zasłonięte białym muślinem, 
widać tylko skrawek nieba, szare, brudne, smutne ściany i kominy domów... Niekiedy na 
szafirowym kawałeczku zatrzepoczą, jak płatki czarnych róż, jaskółki. 
Staruszkowie są samotni. Nad siwymi ich głowami przeszło wiele burz... Życie nie 
miało dla nich tajemnic -znali złe i dobre. Teraz siadają w okienku. Porozumiewają się z 
sobą głębokim, zamyślonym uśmiechem. Patrzą na zieleń zwisającą z doniczek... i tęsknią. 
Nie zawsze byli samotni. Dzieci zabrał im świat. Z czasem zapomniały o siwej parze 
staruszków. Został tylko jeden syn, najmłodszy, ciężko pracujący żywiciel rodziców. 
Emerytura ojca nie wystarczyłaby im z pewnością, tym bardziej, że chłopak uczył się 
jeszcze. Teraz znów są tylko we dwoje, bo i ten jedyny musiał wyjechać dla chleba. 
Staruszkowie siedzą więc w okienku z białym muślinem. 
Uśmiechają się do siebie smutno. Czekają z tęsknotą, kiedy wróci ich syn. Wieczorem 
szumi samowar na stole, ale oni patrzą na nie zajęte miejsce i kiwają srebrnymi głowami. 
Myśli ich biegną w dal... 
Zegar głucho wydzwonił godzinę... Wieleż jeszcze ich przeminie, zanim znów do stołu 
we troje usiądą? 
Witold umilkł i spojrzał na Itę, która już przy pierwszych słowach przestała gwizdać i 
usiadła przyzwoicie. Teraz twarz miała ukrytą w dłoniach. Po chwili milczenia w pokoju 
rozległ się przedziwnie melodyjny, jakby nieukojoną tęsknotą nabrzmiały głos: 
— Ach, gdyby mnie tak ktoś kochał, gdybym ja miała matkę, nigdy nie 
zapomniałabym o niej. 
Po chwili dodała: 
— Ale ten najmłodszy wróci do nich. Tak? 
Witold słuchał zdumiony, nie wierząc własnym uszom. To Ita? Ona potrafi tak 
wzruszająco mówić? Serce uderzyło mu żywiej... Biedna, dzika duszyczka. 
— Niech pani teraz spróbuje napisać usłyszane opowiadanie. Zakończyć może pani 
wedle woli... 
Bez słowa sprzeciwu dziewczyna pochyliła się nad zeszytem. Witold chodził 
miarowymi krokami po gabinecie. Stanął przy uczennicy, chcąc zobaczyć, co i jak pisze, lecz 
głowa Ity niziutko schylona zasłaniała zeszyt. I nagle Witold poczuł szaloną chęć, aby 
położyć rękę na lśniącym puchu zwichrzonych kędziorów. Nie mógł się opanować i 
nieśmiałym, pieszczotliwym ruchem pogładził pochyloną główkę. 
Ita spojrzała... Oczy jej były teraz jak dwa rozmarzone w księżycu szafirowe jeziora łagodne, 
tęskniące i słodkie. Zaraz pochyliła nosek znowu... 
— Skończyłam! 
— Dziękuję, na dziś starczy. Teraz przypominam obietnicę. Jedziemy, prawda? 
— No przecie, ale ja polecę przyszykować łódkę... Niech pan czeka -pospiesznie 
potwierdziła i wyskoczyła oknem. 
Witold najpierw przebrał się w swoim pokoju. Potem przejrzał szybko pracę 
uczennicy i wyszedł do ogrodu. 
Tysiąc różnych myśli krążyło w jego głowie. W uszach brzmiał mu jeszcze cudowny, 
śpiewny głos Ity. Przed oczyma miał jej twarz rozjaśnioną spojrzeniem tęsknym i tkliwym. 
Otrząsnął się z zamyślenia i niecierpliwie przyspieszył kroku. 
Szła naprzeciw. 
— Niech pan idzie. Łódka już jest. 
Oczy teraz znów błyskały zielonymi iskrami, a głos brzmiał ostro, nieprzyjemnie... 
Zeszli na dół do rzeki. Wsiedli. Ita chwyciła wiosła i za chwilę płynęła z prądem. 
Witold, pewny jakiegoś figla, udawał zapatrzonego w krajobraz. Zerkał jednak bystro i 
uważnie na towarzyszkę, obserwując każdy jej ruch... Zauważył, że Ita nie jest, jak zwykle, 
na bosaka, ale w podartych łapciach, zawiązanych rzemykiem. Widział też z prawej strony 
na dnie łódki pęk gałganów, moczonych od pewnego czasu przez wodę, której było w łódce 
coraz więcej. 
— No, profesorze, miej się na baczności -pomyślał i rzekł uśmiechnięty: -Ta łódka 
chyba dziurawa... Jeszcze się gdzie wysypiemy. 
— Ee, dlaczego dziurawa... Rozeschła się tylko. Do lasu wytrzyma. Niech się pan nie 
boi. 
— Dobrze pani pływa? 
— A co? Pewnie że dobrze. 
— To chyba będę brał u pani lekcje, bo ja to jestem prawdziwa kłoda, którą ciągnie na 
dno. 
— Mogę nauczyć... Ojoj... Nawet dziś! -W oczach dziewczyny błysnęły zielone 
płomyki. 
— Panno Ito, a co tam sterczy z wody? 
— Ślepy czy co? Przecie to kawałki mostu... To bale wyłażą, bo most woda zabrała w 
tamtym roku. 
— A czy łódka tam przejdzie? 
— No chyba... Taka wąska, to i przejdzie... 
Już zbliżali się do wystających słupów. Łódka przemknęła między nimi. W tej samej 
chwili Ita zaczęła coś przy nogach majstrować. 
— Te psiekrwie trepy mnie cisną -burknęła. 
Witold bacznie patrzył... Ręka dziewczyny manipulowała koło gałganów... Nagle Ita 
wyprostowała się, rzuciła kłąb szmat do wody, a sama jednym susem wyskoczyła z łódki... 
Przez dużą dziurę szybko zaczęła z chlupotem wlewać się woda. 
Dziewczyna tymczasem stała już na słupkach. 
— Niech się pan uczy pływać -krzyknęła i, skacząc po palach, ruszyła do brzegu. 
A profesor stał po kolana w wodzie. Dziury nie było, oczywiście, czym zatkać. W 
dodatku nawet wiosła kiwały się na falach urągliwie... Skoczył więc rad nierad w bystrą tutaj 
rzekę. Tą samą drogą, co miła uczennica, ruszył do brzegu, gdzie, dotarłszy, rozebrał się, po 
czym umieścił ubranie na krzakach, wybierając miejsce najbardziej słoneczne, a sam znowu 
plusnął w wodę. 
Ita w tym czasie szybko biegła, nie oglądając się, bo chciała jak najprędzej znaleźć się 
w swej altance... 
Było już koło piątej, gdy Witold skradał się przez ogród cichaczem. Niepostrzeżony 
dotarł do swego pokoju. Tu zdjął suche już wprawdzie, ale wygniecione ubranie. Usiadłszy 
przy oknie, z którego widział ogród i rzekę, jął czytać uważnie wypracowanie Ity. 
Błędów ortograficznych narobiła moc. Styl jednak miała prosty i jasny, choć 
niewyrobiony. Niezwykła moc uczucia ożywiała nieporadną konstrukcję. I znowu 
niezgrabne litery straciły dla Witolda ostrość. Przesłoniły je szafirowe tęsknotą oczy, 
zdradzające samotne, nieposkromione, ale gorące serce. 
Powrócił do rzeczywistości. Poprawił interpunkcję i przeczytał jeszcze raz 
zakończenie. 
„...A gdy znów zegar zadzwonił, to była już jasna godzina, bo syn wrócił i położył 
głowę na kolanach matki. Myślał, że jest takim małym chłopczykiem, a bez matki tam mu 
było smutno i tęskno, tak jak ślepemu szczeniakowi, gdy sam zostanie. Powiedział: Mamo, 
ty jesteś jak słońce, choć zamknę oczy, czuję twoje ciepło, a ojciec też się uśmiechał i już 
zawsze tak dobrze im było”. 
Witold znowu poddał się ogarniającym go uczuciom. 
— Biedactwo -myślał -pozostawione samo sobie rośnie jak dzikie drzewo. Kto mógł 
znaleźć do niej dostęp? Ojciec? Może, gdyby nie był taki zapracowany... Bracia? Toż oni, 
wróciwszy ze świata, nie potrafili zapewne zniżyć się do poziomu dziewczyny. Raziło ich 
zachowanie Ity, nieumiejętność jedzenia, ordynarne wyrazy... 
Jeszcze Antek miał dla niej najwięcej serca, ale mało czasu. Może i zmęczenie nie 
pozwoliło mu całkowicie poświęcić wakacji siostrze, zwłaszcza że cały rok pracował solidnie 
i dużo. 
I tak dziewczynka wyrosła wśród służby, nie wiedząc o tym, że poza małą, rozkoszną 
dolinką jest świat piękny i tajemniczy, ale niedostępny dla niej, tak zaniedbanej. 
Przypomniał sobie znów dźwięk jej głosu i spojrzenie. 
— Muszę, muszę zdobyć tę smutną duszyczkę -przemknęła nagle ostro jasna myśl. 
Na falach zamajaczył w dali ciemny kształt... 
— Pewno wracają -rzekł do siebie Witold. Chciał koniecznie porozmawiać z Antkiem, 
czekał więc niecierpliwie, aż łódka przybije do brzegu. Kiedy wreszcie zauważył przyjaciela 
już w ogrodzie, blisko dworku, gwizdnął. Antek spojrzał i, widząc wymachujące ręce, 
podążył na górę. 
— Cóż to? Nie byliście z Itą na rzece? 
— Owszem. Nawet kąpaliśmy się razem... 
— Co?! Wywróciła?! 
— Mniej więcej... ale, Antek, ani słówka, że tu jestem. Postaraj mi się tylko o żelazko i 
nie daj poznać siostrze, że mnie widziałeś. 
— Nie gniewasz się? 
— E, mój kochany! Dobrze jest jak jest! Poczekaj miesiąc, będzie jeszcze lepiej... Twoja 
Ita jest zachwycającą osóbką, ale teraz przynieś mi żelazko. 
Trzy uderzenia gongu wezwały domowników na kolację. Była już godzina dziewiąta. 
Jadalny pokój, położony od północy, pogrążył się w cieniach wieczoru. Przez otwarte okno 
dolatywały tysiące najróżniejszych woni ogrodu i szum drzew wkoło rosnących. 
— Kasiu, aniołku! Dajże tu lampę! -wołał rozpaczliwie pan Kruszyński. 
— Zara, zara... nie chce się, psiamać, odkręcić! 
Koło stołu siedzieli już młodzi Kruszyńscy, dwóch praktykantów rolnych i Witold w 
elegancko wyprasowanym garniturze, w jakim udał się na spacer. Nawet kwiatek taki sam 
jak przedtem tkwił w butonierce. Obuwie starannie wyczyszczone też nie zdradzało 
niedawnej z wodą zażyłości. 
Jeszcze jedna osoba wpadła jak burza do pokoju, przewracając po drodze krzesło. 
Witold szybko usunął się w cień za Mieczysława. 
— Antoś, nie widziałeś gdzie tego belfra? -zapytał zdyszany głos. 
— Nie... skądże? Przecież byliście razem... 
— Chorroba!! -zawołała panienka z nutą żalu i strachu. 
— Miał twego miłego towarzystwa dość i zwiał -odezwał się Lutek ironicznie. 
— Zamknij gębę, bo wcale się ciebie nie pytam -krzyknęła wściekle i usiadłszy przy 
stole oparła oń łokcie i schowała twarz w dłonie... 
Stary Kruszyński siedział jak na niemieckim kazaniu, nie wiedząc, o co młodym 
chodzi... Witold miał uczucie, jak gdyby ktoś pogłaskał go po głowie z serdeczną 
pieszczotą... Bracia trącali się wymownie pod stołem. Kasia wniosła w końcu lampę... 
Panienka opuściła ręce, a wtedy Witold ukłonił się jej z miłym, ciepłym uśmiechem. 
— Dziękuję pani za troskliwość... Szkoda, że nie wracaliśmy razem z przyjemnej 
przejażdżki. 
Ita zaczerwieniła się. W oczach jej błysnęła radość, ale na sekundę, bo znów zielone 
skryły ją płomyki. Ruszyła ramionami, ale spod gęstych rzęs patrzyła na świeże ubranie, na 
kwiat i kombinowała: -Jak to się stało? 
Gdy wstawali od stołu, Witold podszedł do dziewczyny i, mimo oporu, pocałował ją w 
rękę, mówiąc: 
— Pani tu jest gospodynią, a zatem dziękuję i dobranoc, królewno fal... 
Do późnej nocy w dwóch pokojach paliło się światło... Witold pisał list do matki, a 
potem coś malował. Ita zaś siedziała przy oknie i patrzyła na swą brunatną rączkę, 
rozpamiętując: 
— Królewno fal... Jaki ten belfer inny od wszystkich... Nikt mnie nigdy nie pocałował 
w rękę. Bracia zawsze tylko pokrzykiwali, chociaż Antek nie, ale on też jest coraz więcej do 
nich podobny... A ten, ten belfer... 
Uklękła w oknie i, złożywszy ręce, szeptała: 
— Potężny Boże, nie gniewaj się, że nie chodzę do kościoła, ale nie mam sukienki jak 
inne panny i jestem czupidron, jestem zła. Daj, proszę, tym staruszkom, żeby ich syn wrócił 
i żeby mnie nie kusiło dokuczać belfrowi... 
Świtało. Z gór pokrytych zielenią dymiły białe mgły. Na rzekę różowozłotym 
blaskiem kładł się uśmiech idącego z dali słońca, które lśniącym kluczem otwierało podwoje 
dla dnia kroczącego już z szelestem ziół, ze świergotem ptasząt. A tymi samymi podwojami 
uchodziła wonna letnia noc. 
Witold stał w oknie i patrzył, jak z białych całunów odtulały się zielone szczyty, a 
szara rzeka nabierała jak bańka mydlana kolorów i blasków. Patrzył na dziki, zapuszczony i 
piękny ogród, tchnący rzeźwym, pachnącym chłodem. Słońce już wzeszło w triumfie i ptaki 
dzwoniły hymn powitania. 
Zszedł do hallu. Pusto było tutaj, ale porozsiadały się wszędzie złote promienie, 
nadając dużej sali miły, przytulny wygląd. Dopiero teraz zauważył we wnęce przy oknie 
fortepian, a nad nim portret kobiety. 
Twarzyczka przypominała Itę, ale tchnęła czarem subtelnego, słodkiego uśmiechu... 
Włosy, nie tak burzliwe, otulały złocistym cieniem białość lica. Ale spojrzenie... -toż to 
wczorajsze spojrzenie Ity, spojrzenie zamyślonych głębin. 
— Może z twoją pomocą uda mi się zbudzić dobro w duszy dziewczyny -pomyślał 
Witold i wyszedł do ogrodu. Szedł przez trawniki, sycąc się urokiem świeżego poranka. 
Błądził wśród zarośniętych i poplątanych ścieżek. Nagle znalazł się niedaleko altanki Ity. 
Bez namysłu skierował tam kroki... Gdy był już bliziutko, zdało mu się, że słyszy głos 
dziewczyny. Podszedł na palcach i, rozsunąwszy nieco zieleń, obrastającą ściany, spojrzał do 
wnętrza. 
Na stole siedziała Ita w nocnej, rozpiętej na piersiach koszuli. W ręku trzymała 
talerz, z którego troje kociąt i dwa maleńkie szczeniątka pożywiały się zapalczywie, 
rozpryskując mleko wokoło. Ita była uśmiechnięta, a uśmiech ten tak rozpromieniał 
ciemną, dziecinnie okrągłą twarzyczkę, że Witold się zdumiał... Znikł dziki wyraz oczu, 
spokój rysów pozwolił upajać się kształtem purpurowych, maleńkich ust, lekko zadartego 
noska i okrągłej bródki. Z całej postaci biła miękkość. 
Głos dziewczyny znowu wibrował melodyjną tęsknotą i czuć było w nim ciepłą głębię. 
— Pijcie, moje sierotki! Ja też nie mam nikogo. Nikt Ity nie kocha, bo jestem raróg... 
Te, Miśka, nie pchaj się. I tak dostaniesz swoją porcję... Rośnijcie, draniulki, to potem 
sprowadzę wam belfra na lekcję grzeczności. 
Poukładała towarzystwo w dużym koszu, jednego kota przytrzymała dłużej i, tuląc 
go, mówiła: 
— Ty mój, biedaczku, skrzywdzili cię. Ita wyleczy nóżkę sierotce, przyniesie co 
dobrego. 
Witold w ostatniej chwili zauważył, że najwyższy czas oddalić się, toteż uciekał na 
palcach co tchu. Usiadł w bocznej alei pod przekwitającą trześnią. Podparł głowę na ręku. 
— Dusza w tej dziewczynie jest jak jej ogród -myślał. -Na pozór dzika i zaniedbana, a 
co krok spotyka cię jakaś miła niespodzianka. To, co widziałem przed chwilą, świadczy, że 
Ita ma dobre, gorące serduszko, że odczuwa boleśnie krzywdę swego zaniedbania. 
Przypomniał sobie pierwsze z „rarogiem” spotkanie, przebiegł myślą inne chwile aż do 
obecnej. Zamajaczyła mu w wyobraźni kędzierzawa główka i twarzyczka małej Hinduski z 
obrazka. Jakie trafne porównanie! Mała Hinduska... -uśmiechnął się. 
W tej chwili spadł na niego deszcz mokrych płatków i prysznic chłodnej rosy 
otrzeźwił go z marzeń... Zadarł głowę. Na czereśni siedziała uczennica w tej samej nocnej 
koszulce, w jakiej była w altanie... Patrzyła nienawistnie, strzelając zielonymi błyskami. Nie 
przebierała też w słowach: 
— Czego pan tu chce? To moja ławka! 
— Wiedziałem tylko, że altanka jest pani wyłączną własnością. Ławka nie ma karteczki 
z imieniem właścicielki. 
— Niech się pan wynosi! 
— Przykro mi, ale nie zastosuję się do życzenia. 
— Zobaczymy! Zieloną twardą szyszką poczęstowała Witolda w ramię. On nie myślał 
odchodzić. 
Drugą szyszką palnęła go w czoło. 
— Czekam, aż się zapas wyczerpie... Na czereśni chyba szyszki nie rosną, a 
zauważyłem, że pani fartuszka nie ma, aby magazynować pociski -rzekł belfer. 
Dziewczyna tym razem wycelowała lepiej, bo Witold poczuł dotkliwy ból w oku. Złość 
na chwilę odjęła mu mowę. Przymknął oczy. 
Jeszcze raz poczuł zimny prysznic i nagle usłyszał głęboki i ciepły głos: 
— Bardzo pana boli? Spojrzał zdumiony... Przed nim stała Ita, nie krępując się 
najzupełniej swego stroju, który pozwalał widzieć więcej niż najgłębszy dekolt. Głowa 
obsypana białymi płatkami pochylała się nad nim, a oczy dziewczyny były znów szafirowe. 
— Nie, nie bardzo boli... ale, panno Ito, pani jest nie ubrana. Proszę iść do domu! 
Spojrzała ze zdziwieniem, protestując: 
— Mnie ciepło. Ja nie chciałam, aby pana bolało. To tylko... 
— Ja wiem... 
Wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie: 
— Proszę położyć dłoń na moim czole, to przestanie boleć. 
Uśmiechnęła się coraz więcej zdumiona, ale usłuchała. 
Chwilę czuł bliziutko jej świeże, chłodne od rosy, zielenią pachnące ciało... Nagle 
zacisnął zęby. 
— Niech pani ucieka do domu! Za godzinę spotkamy się w gabinecie. Mam coś dla 
pani! 
Szybko pobiegł do swego pokoju. Chodził roztrącając krzesła jak wariat. Nie mógł 
zebrać myśli, dręczył go drażniący niepokój, budziło się tysiące pytań, na które nie mógł 
znaleźć odpowiedzi. Wreszcie i pewien nieokreślony wstyd ogarnął jego prostą, szczerą 
duszę. 
Najbardziej gnębiła go myśl, że musi spotkać się z dziewczyną przy śniadaniu. Toteż, 
gdy rozległ się dzwonek i domownicy usiedli przy stole, jął z wielkim zainteresowaniem 
wypytywać pana Kruszyńskiego o miejscowe warunki rolne. Zagadnięty uśmiechnął się 
zadowolony. To był jego ulubiony temat. Mówił dużo i ze znajomością rzeczy. 
— Ale pan podobno artysta, a żaden taki nie był dobrym agronomem -roześmiał się w 
końcu. 
— Ech... zaraz artysta. To Antek mnie tak uczcił. Maluję trochę, ale to jeszcze nie 
artyzm. 
— Nie bądź taki skromny! Wszyscy twierdzą, że masz talent! 
— Tak! Duży talent i pustą kieszeń, a więc wszelkie dane, by zostać sławnym artystą. 
— Nigdy nie trzeba tracić nadziei -rzekł Kruszyński. -Kto wie, czy nie będę kiedyś 
podziwiał prac słynnego malarza, Witolda Leskiego. Trzeba tylko chcieć. 
Po śniadaniu Ita podeszła do nauczyciela, który poczuł, że się rumieni. Była teraz w 
różowej, perkalowej sukience, ale on miał jeszcze oczy pełne innego widoku. 
— Miał mi pan coś dać. 
— Tak, przejdźmy do gabinetu. Pobiegła naprzód, dudniąc bosymi stopami. 
Za chwilę znalazł się sam na sam z uczennicą. Odwinął spory karton. 
— Niech pani spojrzy na ten obrazek. 
Dziewczyna schyliła główkę. Ciekawość nadała ciemnej buzi dziecięcy, ciepły wyraz. 
— Jakiś król, jakaś królowa... A co oni robią? Jak ślicznie! Czy to kościół? 
Obrazek przedstawiał Mieszka i Dąbrówkę u króla Bolesława. Witold starał się 
przedstawić jak najbarwniejszą scenę z życia Mieszka I, pragnąc zainteresować dziewczynę, 
i nie zawiódł go ten sposób. Ita patrzyła zachwycona. Witold cichym głosem zaczął 
opowiadać historię tak, jakby mówił jakąś piękną bajkę. Uczennica słuchała z rozchylonymi 
ustami i błyszczącymi oczyma. 
— A teraz może ja posłucham, a pani mi to powtórzy... dobrze? 
— Ja tam nie potrafię. 
— Ręczę, że opowie pani lepiej ode mnie. Proszę tylko spróbować, patrząc na obrazek. 
Niech się pani zdaje, że to pani właśnie jest Dąbrówką i opowiada o sobie. 
I rzeczywiście. Opowiadanie Ity, choć bardzo proste, było dobre. Z przymkniętymi 
oczyma mówiła melodyjnie, jakby przeżywając własną opowieść. Nagle rzuciła 
niespodziewanie: 
— Mnie żal Mieszka, on pewno wolał swoje bożki i bałwany. Im przecie było też 
smutno, że tak od razu ich przestał lubić. 
Witold miał więc sposobność opowiedzieć szerzej o wierzeniach pogan i religii 
chrześcijańskiej. 
— Widzi pani -kończył -chrześcijanie uczyli kochać. Kochać wszystkich. Poganom 
wolno było nienawidzić. 
— Iwan też jest chrześcijanin, a co dzień pierze swoją Paraskę po mordzie i mówi, że ją 
zatłucze. 
— Iwan to zwierzę. Na kobietę nikt nie ma prawa ręki podnieść, to wstyd i grzech. 
— A mnie tyle razy bracia wytłukli... 
— Pani była jeszcze dzieckiem, Ito... Nie rozumieliście się. Bracia na pewno chcieli 
tylko pani dobra. Ale nie mówmy o tym. Teraz nikt pani nie skrzywdzi, póki ja tu jestem! zawołał 
gorąco i poczuł, że mówi prawdę. 
Spojrzały nań ciemne, migotliwe oczy. Ita chciała coś powiedzieć, ale potrząsnęła 
głową, odpędzając jakby zrodzoną w tej chwili myśl. Nagle, wedle zwyczaju, wyskoczyła 
oknem. Później bracia Kruszyńscy zabrali Witolda nad rzekę. Chcieli się wykąpać. Antek 
spytał zaciekawiony: 
— Jak poszła dziś lekcja? 
— Wyśmienicie! -odparł Witold i uśmiechnął się. Był zadowolony. 
Minęły upalne godziny południa, kiedy stali na moście niedaleko domu, czekając na 
wąskotorową kolejkę, wożącą drzewo. Wybierali się na daleki spacer i chcieli kawałek drogi 
podjechać. Było już koło godziny czwartej. 
— Ciekawe, czemu ta smarkata nie przyszła na obiad? Ojciec znów się zirytował -rzekł 
Lutek. 
— Nie znasz jej? Nie chcę i już, do cholery! -naśladował siostrę Mieczysław. 
— O wilku mowa... Panna Ita właśnie pędzi -zauważył Witold. 
Jakoż na drugim końcu mostu zadudniła bosymi nogami. Chciała przebiec koło 
chłopców, ale nagle Lutek chwycił jej rękę, wołając z naganą: 
— Gdzie ty się włóczysz! Wiesz, o której obiad? Żeby mi to było ostatni raz. 
— Poszoł! -odepchnęła go energicznie i pobiegła dalej. 
Wtem usłyszała za sobą zdyszany głos: 
— Panno Ito, proszę nie uciekać. Bardzo proszę... Idziemy na obiad razem! 
Zwolniła kroku, ale milczała. 
— Pani zrobiła zapewne duży spacer, prawda? Ale gdyby pani i jutro gdzieś się 
wybierała, to proszę i mnie pozwolić towarzyszyć sobie. 
— Jeszcze czego!... Też! -opryskliwie, gburowato rzucone wyrazy dotknęły go. 
— Będę się naprzykrzał i musi pani pozwolić. To dla mnie taka przyjemność. 
— Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce... Nie może pan sam iść? 
— Wolę mieć przewodniczkę obeznaną z okolicą i tutejszą przyrodą. A zatem zgoda? 
Weszli do jadalni. 
— Kasia! Co u diabła, wszystko zimne! Cóż to, prosię jestem? Zagrzej w tej chwili. 
— Starszy pan nie kazał. Ita ma się nie spóźniać... 
— Co? Ja ci te garnki na łbie porozbijam, jak nie usłuchasz -waliła pięścią w stół. 
— Starszy pan nie kazał! 
— Może Kasia będzie łaskawa w takim razie dać dla mnie obiad, ale ja lubię gorące rzekł 
Witold grzecznie. 
Służąca wytrzeszczyła oczy jak młyńskie koła. Widziała przecież, że belfer jadł już 
obiad, ale ponieważ zakaz pana starszego nie tyczył nauczyciela, więc za chwilę na stole 
dymiła i pachniała apetycznie zupa. 
Witold podał Icie łyżkę, sam wziął drugą. 
— Będziemy chyba wsuwać z jednego talerza, co? 
Dziewczyna chciała się roześmiać, ale wolała burknąć: 
— Nie potrzebuję łaski! 
— Eh, królewno, kto tu myśli o takich głupstwach. Jazda, już... 
— podniósł do ust łyżkę. Zupa tak ślicznie pachniała. 
Witold zachęcał i przekonywał, więc panienka zapomniała o złości i zaczęła się raczyć 
wygłodniała. Nie wiadomo nawet, kiedy była już po obiedzie. 
— A może teraz przejdziemy się gdziekolwiek -zaproponował nauczyciel. -Taka ładna 
pogoda. 
— Pojedziemy łódką! 
— Doskonale. Czy... do mostu? 
— W głosie drgał mu śmiech. 
— Gdzie będę chciała! Chwycił ją za ręce, wołając, nie zrażony, radośnie: 
— Już pędzimy! 
— No... ja oknem! 
— Świetnie. Skaczemy razem! Trzymając się wyskoczyli jak piłki do ogrodu. 
Gospodyni, Kasia i parobek, którzy cały czas dekorowali drzwi kuchenne pełnymi 
zdumienia twarzami, wydali teraz okrzyk zgrozy i spojrzeli po sobie z komicznym 
przerażeniem. 
— O rety! Że ta pomylona, to wiadomo... ale ten? -gospodyni wzniosła oczy do nieba. 
— Chyba go zaraziła... -zawyrokowała Kasia. 
A młodzi, nadal trzymając się za ręce, zbiegli na dół do rzeki. Tu Ita odczepiła łódkę i 
odbiła od brzegu. Twarzyczkę jej rozjaśniał wesoły uśmiech. Po dwudziestu minutach 
Witold zaproponował nieśmiało: 
— A może teraz ja powiosłuję? Milcząc podała mu wiosło. Gdy mijali pamiętne słupki, 
Witold mrugnął szelmowsko i zapytał: 
— Morowo było, co? 
I dziewczyna pierwszy raz głośno się roześmiała. Prysły na falach perełki jej 
dźwięcznego śmiechu. On słyszał w nim granie polnych dzwoneczków i śpiew 
zachwyconych skowronków. 
— Ta rzeka przypomina mi Wisłę -rzekł Witold w pewnej chwili. 
— Co to Wisła? 
— Wisła... Wisła to wielka rzeka, która płynie przez całą Polskę i błogosławi polom i 
łąkom, przytula modre wstęgi innych rzek i wreszcie ginie w morzu. 
— Niech pan powie o niej dużo. Płynęli wolno, a Witold lekko i dostępnie opowiadał. 
— Chciałabym zobaczyć to wszystko. I te miasta... 
— Zobaczy pani. 
— Ale! Zobaczę! Mam to włożyć co na siebie? Umiem to chodzić, mówić? Nawet do 
kościoła nie jeżdżę. Ojciec boi się, że mu wstyd zrobię... Bracia uciekają jak najdalej mówiła 
z goryczą. 
Witold milczał, ale w głowie świtał mu już projekt. 
Na drugi dzień lekcja odbyła się znów spokojnie, bez ekscesów Ity. Witold nie kładł 
na nią balastu książkowych mądrości... Zaczynał niby od niechcenia, a wszystko, co mówił, 
zabarwiał interesująco, aby zaciekawić dziewczynę. Nie żałował serca i dzikusek to wyczuł 
może, bo słuchał i powtarzał chętnie. 
Któregoś dnia Witold zadeklamował jej najpierw: „Góralu, czy ci nie żal”. Potem 
mówił dużo na temat poezji. Doprowadził do tego, że Ita poprosiła: 
— Niech pan jeszcze powie... taki wiersz! 
Zaczął więc mówić o Konopnickiej. Powiedział jeszcze kilka drobniejszych utworów. 
Dziewczyna drżała z wrażenia. 
Po lekcji poszli na spacer. Wspinali się po dość stromym zboczu wzgórza wśród 
gęstwiny krzaków. Co chwila przewodniczka musiała odpowiadać na nieustanne pytania 
Witolda, tyczące kwiatów, ziół, krzewów. Wreszcie rozgadała się na dobre, a jej towarzysz z 
zachwytem patrzył na uśmiechniętą, ożywioną buzię, z rozkoszą słuchał jej śpiewnego 
głosu. 
— Panno Ito, zdaje mi się, że czas na obiad. 
— A co mnie to obchodzi? 
— Będą niezadowoleni... 
— Mam ich w nosie... Mogą mnie całować w piętę. Co to? Dziwka ich jestem? 
— Niee... któż tak mówi? Wobec tego zjemy sobie obiad tak jak wczoraj? 
— No! 
Wrócili koło czwartej. Ita uśmiechnięta, z pękiem kwiatów. Witold, przystrojony 
zielskiem, sprawiał trochę wrażenie stracha na wróble. Powitały ich spojrzenia takie, jakby 
co najmniej byli uciekinierami z Honolulu. 
Upłynęły jeszcze ze trzy dni. Ita uśmiechała się coraz częściej, a pan Kruszyński 
potrząsał głową w niemym podziwie. PO lekcji młoda para szła na spacer, z którego wracali 
przed zachodem słońca. Jedli obiad sami, przy czym Witold ostrożnie zaczął próbować 
oduczać dziewczynę brzydkiego jedzenia. Niby żartem wyciągał jej łyżkę z ręki, gdy trzymała 
nieprawidłowo, i zachęcał, by spróbowała trzymać inaczej. Nie obyło się, oczywiście, bez 
epitetów... diabłów, czortów, choler. Uparty młodzieniec zawsze postawił na swoim. 
Nadszedł dzień dwudziestego trzeciego czerwca. Ponieważ był bardzo upalny, Ita 
postanowiła odłożyć spacer na później, po obiedzie. Mieli zwiedzić w okolicy ruiny starego 
zamku. 
Siedziała więc na werandzie, czekając na nauczyciela... Wreszcie zniecierpliwiona 
poszła na górę, ale pokój Witka był pusty. Na stole bielał jakiś list. 
Pochyliła nad nim lśniącą główkę. Czytała pospiesznie: 
„Mój najdroższy Synku! 
Jakże rada jestem, że Ci tam dobrze. Tęsknota moja nawet nie jest tak bolesna. A ta 
miła panienka, twoja uczennica, biedactwo, bez matki. Ona jest jak kwiatek biedny, rzucony 
w kurz na drogę. 
Dziś, gdy życie już jest poza mną, odczuwam wszystko głębiej, ale spokojniej, choć 
boleśnie. 
Ja, widzisz, jestem jak drzewo, które potraciło na jesieni wszystkie listki. Odleciały w 
świat. Został tylko jeden jedyny do nagich przytulony gałęzi -to ty, mój Synu. Pragnę więc 
dla Ciebie wszystkiego słońca, wszystkiego ciepła życia. 
Posyłam ci żądane lampiony. Ledwo je znalazłam, bo leżały pod łóżkiem ojca w 
skrzynce z książkami. Bądź zdrów, najmilszy. W sobótkowy wieczór pójdziemy nad Wisełkę 
i poślemy Ci najserdeczniej gorącą myśl. 
Twoją najdroższą głowę obejmujemy, błogosławimy i z tęsknotą czekamy powrotu 
Matka i Tatuś” 
Gdy Witold wpadł zdyszany do pokoju, zastał uczennicę głośno łkającą. 
Wzruszenie zatrzymało na moment bicie jego serca. 
— Panno Ito... dziewczyno moja... Co to? Czemu?! 
— Jaki pan szczęśliwy... Jak ja panu zazdroszczę. Jak nienawidzę za to! -krzyknęła. 
Chwycił jej opalone ramiona. 
— Ituś! 
— O mnie nikt... nikt nie dba, nikt nie myśli z tęsknotą, nikt... 
— Ach! Niech pani idzie prędko, prędko do swojej altanki! 
Spojrzała przez łzy zdziwionymi szafirami. 
— Chodźmy, pani mi daruje, że wszedłem tam -mówił szybko. 
Zbiegli na dół. Bez tchu przemknęli przez trawniki. 
Na progu altanki Ita krzyknęła... 
Cała altanka ustrojona była zapalonymi lampionami. Na stole leżało dwadzieścia 
wianków z kolorowymi świeczkami. 
— Dziś przecież sobótki, Ituś... Będziemy puszczać wianki. Wieczorem na łódce 
pozatykamy na kijach lampiony, dobrze? 
Dziewczyna stała drżąca, wzruszona. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. 
Ktoś o niej myślał jednak. I znów zadrgały polne dzwoneczki i pieśń zachwyconych 
skowronków w radosnym śmiechu... Zapomniała nawet, że Witold bez pozwolenia wszedł 
do altanki. 
Wieczór był cudowny, oddany im i zasłuchany w bicie szczęśliwych serc. Płynęli 
udekorowaną łódką. Ita rzucała na wodę wianki i śmiała się. Bracia patrzyli na siebie nie 
tylko ze zdziwieniem, ale i wstydem. 
Ten obcy człowiek otulił samotne serce dziewczyny troskliwą serdecznością. Oni tego 
nie potrafili. 
Było już koło godziny dwunastej. Witold nie mógł spać. Myślał o dziewczynie. Czuł, 
że każda niemal chwila zbliża ją do niego, a i on przywiązał się do niej tak niepostrzeżenie 
nie w pełni pojętym uczuciem. 
Wyszedł do parku. Srebrne, chłodne promienie zaklęły nawet ciszę letniej nocy. 
Witold przez chwilę poddawał się nastrojowi. Potem powoli doszedł do miejsca, skąd 
schodziło się nad rzekę i nagle drgnął... 
Tam w dole... na brzegu stała naga dziewczyna. Widać przed chwilą wyszła z wody, 
bo krople drżały jeszcze na niej i stroiły jakimś blaskiem. Ręce splotła wysoko nad głową w 
tył przechyloną. 
W tej srebrnej ciszy, na tle ciemnej, błyszczącej odbitymi promieniami wody, 
zdawała się być rusałką wyczarowaną z fal. 
— To Ita...! -krzyczało Witoldowi serce. -Ita! Ita! 
Ogarniało go nieznane uczucie na widok tego piękna, czystego i przenikającego do 
głębi. 
Tymczasem Ita przeciągnęła się leniwie i podniosła z kamieni koszulkę. Trzymając ją 
w ręku pięła się powoli ku górze. 
On również pospiesznie powrócił. Wpadłszy do pokoju, rzucił się na łóżko. Senne 
marzenia pełne były obrazów dziewczyny widzianej w księżycowej poświacie. I na jawie 
mógłby ją mieć taką nagą przy sobie, a nie ważyłby się tknąć tego brunatnozłotego ciała, 
którego krasa napełniała go wzruszeniem i niemal czcią. 
A ona na dzień dobry uśmiechnęła się do swego belfra serdecznym, miłym 
uśmiechem dziecka. Ku ogólnemu zdziwieniu ani razu przy śniadaniu nie przeklęła. Nie 
opierała na stole łokci, a filiżankę trzymała zupełnie poprawnie. Stary Kruszyński 
promieniał. Tylko praktykanci patrzyli z dwuznacznymi uśmieszkami na Witolda. 
Po lekcji, na której Witold zaczął dziewczynie czytać „Pana Tadeusza”, pozwalającego 
poruszyć mnóstwo tematów, poszli jak zwykle na spacer. 
Gdy przedzierali się przez zarośla, Ita krzyknęła: 
— Aj... psia twoja mać! 
— Z piekła rodem -dokończył za nią Witold. -Co się stało? 
— Nie mogę włosów odplątać... oj... Niech pan idzie... nooo! 
Szarpnęła rozpaczliwie głową. Potargane kędziory splotły się z cienkimi gałązkami. 
Witold ruszył na pomoc. Delikatnie rozdzielał każdy niemal pukielek, wyswobadzając 
biednego więźnia. Ita przy tym niecierpliwiła się strasznie: 
— Prędzej! Co się pan grzebie jak kura w gnoju... ee... bo mi się śpieszy! 
— Niechże pani stoi spokojnie... Szkoda każdego włoska... takie są śliczne. 
Podniosła zdziwione oczy. 
— No i po co pan tak łże... 
— Ja nigdy bez potrzeby nie kłamię. Pani włosy są naprawdę bardzo piękne. 
— Kiedy nawet Majewiczka się śmieje, że mam chyba kołtun. Gada, żeby je obciąć. 
— Głupia baba... -zżymał się Witold. -Już ceremonia skończona... Teraz należy mi się 
nagroda... Mogę ją wziąć? -Pocałował jeden roztrzęsiony pukielek. Panienka parsknęła 
śmiechem i skoczyła naprzód jak dzika koza. 
Tym razem nie spóźnili się na obiad. 
— Dobrze, że przyszedłeś. Mam przyjemną wiadomość -rzekł do Witolda Mieczysław. 
— No? Jestem ciekaw nowiny. 
— Jesteśmy zaproszeni na imieniny panny Janeczki, córki właściciela tartaku pod 
Skolem... Czternaście kilometrów stąd. Zabieramy cię z sobą. Zabawa tam zawsze 
wspaniała. Janeczka czarująca. Nie będziesz żałował. 
Witold spojrzał spod oka na Itę. Zbladła, a w oczach pojawiły się znów zielone błyski. 
Zaczęła jeść głośno i ordynarnie. 
— Niech pan jedzie, profesorku, należy się panu rozrywka... -rzekł dobrotliwie 
Kruszyński. 
W tej chwili Ita jednym machnięciem ręki strąciła na podłogę stojące przed nią 
talerze. 
— Co wyprawiasz, idiotko?! -krzyknął Mietek. 
— Wstań od stołu! -rzucił ostro ojciec. 
Dziewczyna blada, z ustami zaciśniętymi, podeszła do brata i poczęstowała go 
pięścią. Zanim zdołał schwycić napastnicę, uciekła z pokoju, krzycząc z daleka: 
— Nic wam do mnie, pasibrzuchy! Witold czuł niespokojne bicie serca. Przeprosił 
towarzystwo i wybiegł za uczennicą... Zgadywał, że będzie w altance. 
— Wynosić się stąd! -krzyknęła ujrzawszy go. 
— Ito! 
— Wynosić się, psiakrew, bo dam w mordę, aż zaświeci! Wściekłość biła z jej 
szmaragdowych teraz oczu. 
— Niechże się pani uspokoi -próbował ją ułagodzić. 
Zeskoczyła ze stołu i z całej siły uderzyła Witolda w piersi. Nie ruszył się z miejsca. 
Zbladł tylko i spokojnie oczekiwał rozwoju sytuacji. Ita widać wyładowała wszystką pasję, 
bo wybuchnęła płaczem. Pozwoliła się objąć. Przytulił ją mocno do siebie. Gładził 
rozburzone lśniące kędziory, nie myśląc nawet o pocałunku. Odczuwał krzywdę, jaką 
niechcący wyrządzono biednej małej. 
— Ituś... popłyniemy sobie łódką... Znowu zapalimy wieczorem lampiony. 
— Ale... pojedziemy... Przecież pan do tej Janeczki... Zawsze o niej słyszę... nie cierpię 
jej! 
— Panno Ito, ani mi nawet przez myśl nie przeszło jechać tam... jak rodziców 
kocham... ani na sekundę.... 
— No to płyniemy -rzekła krótko. 
Gdy Witold wieczorem myślał o tym wszystkim, zadawał sobie pytanie, czy przez Itę 
przemawiała zazdrość? Może w takim razie go kocha? Chociaż... zazdrość jej wypływa chyba 
z innych pobudek. Ona pewno też chciałaby się bawić, biedactwo, a myśl, że inne są 
szczęśliwe -wzbudza w niej żal. 
Przypomniał sobie jej ufne oczy, gdy trzymał ją w ramionach. Tak tuli się dziecko do 
matki, siostry, brata -bez śladu zmieszania lub wzruszenia... Na pewno przywiązała się 
trochę do niego, ale on nie powinien robić sobie żadnej nadziei. 
Znów serce zaczęło mu bić żywiej. Wyciągnął z szuflady papier listowy i zaczął: 
Najdroższa moja Mateńko! 
ROZDZIAŁ II 
Dzień wstał chłodny i dżdżysty. Po śniadaniu, jak zwykle w niedzielę, siedzieli 
wszyscy w hallu. Mietek i Lutek na wyścigi opowiadali, jak świetna była zabawa... Co za 
toalety! Jakie fryzury! 
Ita pogwizdywała. Antek milczał. 
— Ja już chcę mieć lekcję! -rzuciła ostro. 
Młodzi spojrzeli po sobie, a panienka schwyciła Witolda za rękę i wciągnęła do 
gabinetu. 
— Ja nie chcę, żeby pan rozmawiał z braćmi. 
— Czemu? 
— Bo to są dranie skończone! 
— A chce pani mieć lekcję naprawdę? 
— Niech mi pan dziś opowie dużo, dużo... Ja tylko będę słuchać. Mnie jest dziś tak 
smutno, jakby mnie brzuch bolał. 
Witold przygryzł wargi. 
— Będę pani czytał „Pana Tadeusza”. 
— Tak! Zaczął. Za chwilę ktoś zapukał i w drzwiach stanął pan Kruszyński. 
— Profesorku, powóz czeka... Nie jedzie pan do kościoła z chłopakami? 
— Nie... dziękuję za pamięć, ale mamy ważne sprawy z panną Itą. 
Stary pokręcił głową i wyszedł. 
— Ja raz słyszałam organy. Może więcej razy, ale już dawno, dawno... z siedem lat 
temu. Chciałabym jeszcze kiedyś je usłyszeć. Bogu też musi być przyjemnie, że mu tak 
wygrywają. 
— Niedługo pani usłyszy organy. 
— Naprawdę? Przyzwyczaiła się już wierzyć mu. 
— Naprawdę Ituś. Klepnęła go po kolanie z uciechy. 
— Fajnie! Niech mi pan teraz opowie o Warszawie i..., i o tych staruszkach. 
Po obiedzie rozjaśniło się nieco, więc Ita zaproponowała spacer konno. 
— Ale ja jestem słaby jeździec. 
— O, znowu pan łże... kłamie -poprawiła się. 
— No, zobaczy pani. Jakoż ze sposobu trzymania się wywnioskowała, że belfer mówił 
prawdę. Wyjechali wolno za bramę. Gdy znaleźli się na niezbyt równej, wiodącej do lasu 
drodze, w oczach Ity mignęły znowu zielone iskierki. Bez namysłu uderzyła Witoldowego 
konia szpicrutą. Koń wspiął się i pomknął jak szalony. Za chwilę znikł pannie z oczu. 
Jechała stępa śladem kopyt. Było jej bardzo przykro. Nie zastanawiała się, czemu 
zrobiła taką psotę. W ogóle rzadko myślała o swych czynach, ale gryzła ją świadomość 
przewinienia. Pomysł figla zbudził się tak nagle jak trzask szpicruty. 
Teraz każdy krok powiększał niepokój dziewczyny. Nagle na drodze ukazał się koń. 
Stąpał zadzierzyście, bez pośpiechu, kołysząc pustymi strzemionami. Ita krzyknęła 
przeraźliwie i pomknęła jak szalona naprzód. 
Zaraz na skraju lasu zauważyła Witolda siedzącego na ziemi. Usta miał blade, 
zaciśnięte i trzymał się oburącz za nogę. Przerażona dziewczyna zeskoczyła z konia i 
przyklękła obok nauczyciela. 
— Głupstwo pani zrobiła. Nie będziemy parę dni chodzić na spacer... noga chyba 
zwichnięta -rzekł cichym, drżącym głosem. Oprócz bólu czuł żal i zniechęcenie do 
uczennicy. 
— Proszę pana... to już ostatni raz! Proszę pana, ja już nigdy... Wściekła suka jestem... 
Niech się pan nie gniewa, mój panie! -prosiła gorąco pełnym łez głosem. -Niech pan da 
nogę! Ja się znam na tym. Zobaczę! Ja wszystkim dziewuchom opatrywałam skaleczenia... 
ja umiem... 
— Ale cóż znowu, panno Ito... Niech mi pani tylko pomoże wstać. 
Oparł się na niej i jęknął, stąpnąwszy nieostrożnie chorą nogą. 
— Jaki pan głupi... przecież bym mogła coś poradzić, obwiązać. 
— Nie, nie! Dziękuję, malutka... Chodźmy do domu. 
Opierał się na niej coraz silniej. Coraz częściej syczał, aż wreszcie zemdlał. 
Ita chwilę stała zmartwiała. Potem rzuciła się na kolana przy leżącym i z dzikim 
krzykiem jęła szarpać go za rękę... okrywała gradem pocałunków bladą twarz. Były to 
pocałunki wielkiej trwogi, błagania o przebaczenie. 
Otworzył oczy. 
— Panno Ito, proszę sprowadzić bryczkę. Obawiam się, że nie zajdę. 
— A jak... jak pan tu zostanie? 
— To niedługo. Niech się pani nie lęka... Tylko prędzej, bo mnie bardzo boli -dodał 
ciszej. 
Ita skoczyła na konia i w parę minut dojechała do celu. 
Ale w domu nie zastała nikogo. Bryczki nie było, woźnica gdzieś się ulotnił. 
Nieprzytomnie biegała po podwórzu. Wydostała wreszcie z wozowni stary gruchot, linijkę. 
Zaprzęgła swego wierzchowca i, waląc go batem, gnała z trzaskiem i zgrzytem do Witolda. Z 
trudem usadowiła go na linijce. 
Wolniutko, krok za krokiem wracali. Witold uśmiechał się blado. Widział rozpacz 
dziewczyny i w jej ogromie utopił swój żal i niechęć. 
— Ładna z pani nauczycielka konnej jazdy -próbował żartować. -Niech się pani nie 
przejmuje... poboli i przestanie. 
— Milczałby pan lepiej -rzuciła z oczyma pełnymi łez. 
Gdy stanęli przed bramą, natknęli się na praktykantów wracających z kancelarii. 
— Co się stało? -pytali zdumieni. 
— Nic, głupstwo! Spadłem z konia. Pomóżcie mi, panowie, dostać się na górę. 
Chwycili go pod ręce i, niosąc prawie, zaprowadzili na górę. 
Ita tymczasem wpadła do kancelarii i, nie zwracając uwagi na zebranych, krzyknęła: 
— Tatusiu! Pan Witold złamał nogę... chodź prędzej! 
Kruszyński o mało nie spadł z krzesła. 
— Jezus Maria... jakim sposobem?! -Wpadł bez tchu na górę. 
Witold leżał już blady i zmęczony. 
— Profesorku, pokaż pan nogę... poślę po felczera... może to nic groźnego?! 
— Zapewne... nie ma się czym niepokoić -mówił Witold. 
Noga jednak była sina i spuchnięta. 
— Myślę, że to jest tylko wykręcenie stawu... -zaopiniował Kruszyński i zwrócił się do 
praktykanta: -Każcie przynieść lodu, panie Czesławie i poproście tu gajowego Józefa. To 
majster od takich rzeczy. W mig pomoże. 
Z wielką troskliwością pomógł rozebrać się ulubieńcowi. Gdy przyszedł stary gajowy, 
przygadywał mu: 
— Tylko ostrożnie, mój złoty, bo to mieszczuch... jak z jajkiem... 
Ita, stojąca pod drzwiami, usłyszała krótki, bolesny krzyk. Zatkała uszy i uciekła. 
A Józef, śmiejąc się, mówił: 
— Do wesela nie będzie znaku! Trochę ino trza nodze dać odpoczynku... nie latać ze 
trzy dni po górach. 
— Biedna Ita -pomyślał ze współczuciem Witold. 
Do wieczora siedzieli wszyscy w małym pokoiku na górze, otaczając chorego 
najserdeczniejszą opieką i troskliwością. Posypały się dowcipy i żarty. Brak było tylko Ity, 
która nawet nie przyszła na kolację. 
Gdy Witold został sam, podłożył ręce pod głowę... Zamajaczyły mu z oddali siwe 
głowy rodziców... Co robią teraz jego staruszkowie? Czy matka załatwi mu sprawunek, o 
który prosił? 
A potem jego myśli opanowała Ita. Nie były to myśli przykre... Widział przecież jej 
niekłamaną rozpacz, łzy gorące, bez wątpienia szczere, bo to dziecko natury i samotności 
nie potrafiło kłamać. Uczucia płynęły w niej jak górskie potoki. Przypomniał sobie, że, 
ocknąwszy się z omdlenia, czuł chyba jej pocałunki. Nie była to ułuda. 
— A może kocha? -Ale zaraz odrzucił tę myśl niemal z bólem... -Nie, to być nie 
może... Nie pokocha mnie nigdy prawdziwą kobiecą miłością. -I ze zdziwieniem uczuł 
tęskny smutek. 
Poruszyły się u okna firanki. 
— Pewno będzie burza. Wiatr się zrywa -pomyślał. 
Na łóżko padł bukiet kwiatów. Ukazała się na moment lśniąca główka. 
Usiadł. Kwiaty pachniały mocno. Przytulił do nich twarz... Zgasił lampę, odwrócił się 
do ściany i zasnął młodym, zdrowym snem. A wtedy od drzewa rosnącego pod oknem 
oderwała się biała postać. Wdrapała się na okno i zeskoczywszy lekko na podłogę 
przykucnęła przy łóżku. 
Gdy świergot ptaków i promyki słoneczne zbudziły Witolda -był już sam. 
Dopiero na trzeci dzień mógł zejść na dół. Noga bolała go jeszcze, ale spieszył się do 
lekcji. 
Gdy znalazł się ze swoją uczennicą w gabinecie, rzekł uśmiechnięty: 
— Panno Ito, bardzo dziękuję za rzucane co dzień kwiaty. Jest pani dobra. Dziękuję za 
tę serdeczność. 
— Ee, tam... pan jest lepszy... Pan się już nie gniewa? 
— Nie gniewałem się ani przez chwilę. 
— Mnie było tak żal, wolałabym sobie oba kulasy połamać. 
Mimo woli spojrzał na jej małe, śliczne nogi. 
— No, Ituś, nie gadaj bredni... Weźmy się do czytania. 
Dziewczyna usłuchała pokornie, ale za chwilę podniosła głowę. 
— Jak się pan nie gniewa, to niech mnie pan pocałuje. 
Trudno opisać zakłopotanie Witolda. 
— Nie chce pan? Przecież ja nie parszywa! 
Wziął w obie ręce jej kędzierzawą główkę i wpatrzył się w szafirowe tonie oczu... 
Jakież były teraz cudowne, jakie czyste. Zamknęły się przy pocałunku sennie... Witold uczuł 
zawrót głowy. 
— Czytajmy dalej, Ituś -rzekł drżącym głosem. 
— Dobrze! Teraz już panu wierzę. 
Po lekcji zaś oświadczyła: 
— Dziś pójdę sama na spacer. 
— Czemu? 
— Bo chcę! 
Nie oponował, bo i noga go bolała, i pragnął samotności... Gdy dziewczyna zniknęła 
za furtką, usiadł w cieniu pachnących żywicą świerków i starał się uspokoić trzepocące 
myśli. 
— Przecież ja kocham tę małą! 
— wykrzyknął nagle. -Kocham ją! 
— Uśmiech radosny musnął mu twarz, lecz przygasł zaraz, gdy przyszły męczące 
myśli: 
— Ale ona... ona przecież najwidoczniej przywiązała się do mnie tylko tak jak do 
poczciwej ciotki... Duszę zbudziłeś, ale serce w dziewczynie śpi. 
Syknął niecierpliwie i poszedł malować. 
A Ita tymczasem błądziła wśród zarośli. Nie umiała określić, co jej jest. Wiedziała 
tylko, że gdyby belfer kazał jej skoczyć w ogień -toby skoczyła. Chciała się oderwać od tej 
przedziwnej mocy, która biła od niego. Bała się i szamotała się jeszcze z tym niezwykłym u 
niej pragnieniem uległości. Powoli ogarniała ją świadomość, że to jest jej... kochany belfer. 
Odkryła też ze zdziwieniem, że kochany nie tak jak Antek, lecz jakoś inaczej, mocniej. 
Biedna dzika dziewczyno! Oczywiście, że „inaczej” i „mocniej”. 
Znów płynęły dni. Ita z każdym z nich zmieniała się na lepsze. Głos jej stracił 
ordynarne podźwięki. Ruchy i zachowanie były milsze, no i... spokojniejsze. Wobec Witolda 
coraz częściej rumieniła się i spuszczała oczy. 
Nadeszła śliczna, słoneczna niedziela. Rano do altanki zapukał Witold. 
— Ituś, mogę wejść? 
— No! -zabrzmiało zachęcająco jej przyzwolenie. 
Siedziała, jak zwykle, na stole karmiąc swe kocięta i pieski. Koszulkę miała 
rozchełstaną na piersiach, a w krótką, czerwoną, pasiastą spódniczkę zagarnęła maluchy i 
odstawiła do kąta. 
— Ituś! Jedziemy do kościoła! 
— Zgłupiał pan, czy co? -Zaskoczenie przywołało nieuprzejmą reakcję. 
— Nie. Proszę zaraz przyjść do mego pokoju! -powiedział nie zwracając uwagi na jej 
słowa. Z oczu biła mu niepohamowana radość. 
— Niech pan tam poczeka! Ubiorę się i przyjdę. 
W małych drzwiach altanki otarła się o niego. Ach! Jaką szaloną miał ochotę 
przytrzymać ją. Podążył na górę i czekał. Wkrótce zjawiła się panienka, przebrana w jakąś 
sukienczynę. Stanęła oniemiała. Na łóżku leżała śliczna biała sukienka, kapelusz, pantofelki 
i pończoszki. Podłoga zarzucona była papierami. 
— Pani widzi? Przycisnęła ręce do piersi, bez słowa. 
— Niech pani to zabierze do siebie i proszę się ubrać. 
Ita spojrzała na niego jak na wariata. 
— Panno Ito! Ojczulek pani dał mi pieniądze, a matka moja załatwiła ten sprawunek w 
Warszawie... Dziś rano przywiózł wójt paczkę. To dla pani! Pojedziemy do kościoła. 
Ita wydała dziki okrzyk i nagle uklękła przed Witoldem, obejmując go za nogi. 
Widocznie biedactwo widziało gdzieś taką scenę i powtórzyło ją dokładnie, tylko na pewno 
znalazło się tu więcej serca. 
Witold oblał się rumieńcem i chwycił dziewczynę w ramiona. 
— Ita... Ita... Co robisz...! -Ukłuła go jednak myśl jakaś, bo opuścił ręce i rzekł niby 
spokojnie: 
— No, królewno... Czas ubierać się. 
Bez namysłu zrzuciła sukienkę. Witold zrobił dyskretny zwrot w tył i bardzo 
zmieszany obserwował jaskółki. 
— Nie umiem zapiąć -pisnęło coś za nim żałośnie. 
Cóż było robić? Drżącymi palcami zapinał suknię, włożył starannie pantofelki. Prosił 
o numer trzydziesty czwarty, matka przysłała trzydziesty piąty na wszelki wypadek i... 
dobrze zrobiła. Nóżka Ity, choć mała, przywykła do bosego chodzenia, z trudem wcisnęła się 
w śliczny pantofelek. 
Ita, odsłoniwszy nogi do kolan, przypatrywała się im z zachwytem. Nie bardzo jej 
było wygodnie w pantofelkach, ale skoro takie śliczne... W dziewczynie ocknęła się Ewa, 
więc nawet ból zniosłaby teraz z uśmiechem. 
— Kapelusik, jaśnie panienko, ale wpierw trzeba uporządkować włosy. 
Z poważną miną swym własnym kawalerskim grzebieniem począł manipulować koło 
jedwabistych loków. Ita syczała, piszczała, ale nie ruszyła głową. Wreszcie fryzura jako tako 
ugładzona, zadowoliła mistrza ceremonii. Nałożył jej kapelusik. 
— Niech pani wejdzie na krzesło. 
Odszedł parę kroków. Twarz promieniała mu szczerym, radosnym zachwytem. 
— Pani jest cudna... cudna... cudna! 
Puszyste ciemne rzęsy rzuciły cień na słodką opaloną twarzyczkę. 
— A teraz lekcja chodzenia i dobrego tonu. 
Całą godzinę trwała nauka. Czoło dziewczyny pokryły kropelki potu, ale była 
posłuszna i milczała. 
Dzwonek wzywał na śniadanie. Wolno zeszli ze schodów. Przebiegająca w tej samej 
chwili przez hall ze szczotką w ręku Kasia stanęła. Oczy... usta... nos... nawet szczotka 
przybrały wyraz najgłębszego zdumienia. Wreszcie dziewczyna pomknęła do kuchni, 
stukając zawzięcie trepami. 
Witold wybiegł do ogrodu i zerwał trzy śliczne, tonem różowych korali rozwinięte 
róże i przypiął do białej sukienki. 
— Tak, a teraz idziemy do jadalni. Tylko, panno Ito, błagam! Spokojnie! Na pytania i 
ewentualne zaczepki odpowiadać najlepiej uśmiechem... panno Ituśko! 
Kiwnęła głową. 
Weszli do jadalni. Zebrani przy stole zerwali się z miejsc i stali jak wykrzykniki i znak 
zapytania. 
— Pani siada przy Antku czy przy ojcu? -spytał spokojnie Witold. 
— Przy panu -szepnęła. Jeszcze chwila milczenia, a potem gwar, szum zapytań, 
wykrzykników! Lutek i Mieczysław gradem słów chcieli zasypać zmieszanie. Antek milczał 
zarumieniony, praktykanci hałaśliwie objawiali zachwyt... Pan Kruszyński był wzruszony. 
W drzwiach i oknach sterczały śmiesznie zapatrzone twarze służby folwarcznej. 
— Jedziemy więc dziś do kościoła, tatusiu -rzekł wreszcie Antek. 
— Każę przyszykować powóz -odparł Kruszyński i wyszedł z pokoju. Wydawszy 
rozporządzenie, stanął przed portretem żony. Tak znaleźli go, zapatrzonego, wychodzący z 
jadalni. 
Kruszyński wziął Witolda pod rękę. 
— Niech pan spojrzy, jaka podobna do nieboszczki. 
Istotnie, dziewczyna była wiernym wizerunkiem zmarłej, nieco młodszym. Tylko cera 
matki przypominała płatki róży, a córki wabiła ciemną jak u Cyganeczki karnacją. 
Twarzyczkę też miała bardziej okrągłą i żywą. 
— Czym się panu odwdzięczę? Nikt dla tego dziecka nie zrobił tyle co pan, nawet ja, 
ojciec... Gdyby nie pańska szlachetna myśl, czy miałaby dziś taką przyjemność... Wstyd mi, 
że obarczyliśmy pańską matkę załatwianiem sprawunków, kłopotem przesyłki. 
— Nie mówmy o tym, proszę pana. 
— Ale ja nie mogę tego zmilczeć... 
— Proszę pana... doprawdy nie ma o czym mówić. 
Stary uściskał Witolda mocno. 
— Mój ty serdeczny chłopaku -szepnął. 
Wyświeżony, czysty i błyszczący stanął powóz przed gankiem. 
Witold z galanterią podał rękę Icie, która miała zabawną minkę jadącego na bal 
Kopciuszka. Obok niej usadowił się w powozie ojciec. Na przednim siedzeniu Lutek i 
Mieczysław. Witold z Antkiem i praktykantami mieli jechać bryczką. Taka była propozycja 
nauczyciela i nikt się nie sprzeciwiał... Ita otworzyła już usta, ale spotkawszy gorący, 
błagalny wzrok młodzieńca, spuściła głowę i zaczęła przeglądać nową książeczkę do 
nabożeństwa. Na pierwszej stronie był napis: „Nieznanej, a kochanej dziewczynce -Matka 
Witolda”. 
Dziewczyna nieznacznie przyłożyła tam usta, ale Witold ten ruch zauważył. 
Konie ruszyły. Do kościoła było kawał drogi. Ita dotkliwie odczuwała nieobecność 
belfra, ale milczała, bojąc się wybuchnąć złością. Bracia i ojciec patrzyli na nią ze szczerym 
zachwytem. 
— Zadowolona jesteś, córeczko? 
— Tak, tatusiu. 
— Podziękowałaś panu Witoldowi? 
— Tak, tatusiu. -Pomyślała w tej chwili: -Chyba jestem teraz dobrze wychowana. 
Wreszcie stanęli przed kościołem. Itę ogarnął paniczny lęk. Przez moment chciała 
gdzieś uciekać, do powozu jednak już podszedł Witold i, podając uczennicy rękę, szepnął: 
— Maleńka, spokojnie, spokojnie... Proszę wziąć ojca pod rękę. 
Usłuchała, ale szła jakby przez morze płomieni. Setki oczu oblazły ją niby mrówki... A 
okoliczna inteligencja, obywatelstwo, zresztą i chłopi patrzyli zdziwieni. Kruszyński był z 
córką pierwszy raz w kościele. Niektórzy chłopi, znający Itę, rozdziawiali oczy i usta z 
niemym zdumieniem. 
— Odmieniło ją czy co? -myśleli. 
— A może do ślubu z tym młodym? -szeptali. 
Kruszyńscy usiedli tuż przy ołtarzu. Zagrały organy. Uroczysty, święty spokój kołysał 
serce Ity, do oczu spłynęły perełki łez i spadły na książkę. Te dwie czyste łezki były dla 
Witolda jak srebrne pocałunki najgłębszej wdzięczności. Czuł się szczęśliwy dobrym, 
spokojnym szczęściem, jakie przynosi szlachetny czyn. 
Nabożeństwo się skończyło. Zbita fala kolorowych głów kołysała się w kierunku 
głównych dźwierzy. Towarzystwo z Kruszelnicy, obywatele i inteligencja wyszli przez 
zakrystię. Ita wpiła silne paluszki w ramię ojca i niespokojnie szukała oczami Witolda. 
Przesłał jej z daleka uśmiech spokojny, serdeczny, poważny. Wkoło kościoła stały już 
grupki. Okrzyki powitania, szepty. Tu się szukały i gubiły spojrzenia i uśmieszki, tu się 
rozbierało i ubierało bliźnich, tu była szlifiernia języczków i kopalnia nowinek. Dziś 
sensacją dnia był Kruszyński. 
— Czyżby ta piękna panienka była córką Józefa...? -zastanawiał się pan Radomski, 
właściciel dużego folwarku i trzech dorosłych córek. 
— Także koncept... Ta jego córka to podobno jakieś niesamowite stworzenie -odparła 
żona. 
— A ja ci mówię, Tosiu, że to córka. Przecież patrz, jakie podobieństwo do nieboszczki 
Kruszyńskiej... 
— Gdyby nawet córka -nie widzę wcale piękności... Twarz ciemna jak u cyganichy... 
— Tosieńko, gdzież masz oczy? Przecież to buzia jak z obrazka. 
— E... są różne gusta -wzruszyła ramionami. -Spojrzyj, idą tutaj. 
Do tęgiej czerwonej twarzy pani przylepił się słodki uśmieszek. Radomski pospieszył 
naprzód, mówiąc: 
— Witam serdecznie, panie Józefie... Zrobiliście dziś nie lada sensację. 
— Ja się sam dziwię -odparł z uśmiechem Kruszyński. -Przedstawiam państwu moją 
jedynaczkę. 
Radomski patrzył z zadowoleniem. 
— Tylko w ramki, jak mą Tosię szanuję... Tylko w ramki. 
Zaś mama Radomska rozłożyła krótkie ramiona i wyglądała w tej chwili jak 
drogowskaz. 
— Bardzo mi przyjemnie, kochane dziecko... -mówiła słodkim głosem. -Bardzo 
miło... Luciu! Maniu! Isiu! Zapoznajcie się -wołała na córki, trzy okrągłe, klockowate 
panny. 
Ita dygała dość zgrabnie i podawała nieśmiało brunatną rączkę, ale usta jej drgały, 
gdyż miała wściekłą ochotę wybuchnąć śmiechem. Bawiła ją nieznana sytuacja. Komiczna 
nad wyraz wydawała się pulchna mama. 
Panowie rozmawiali na uboczu o swych interesach, a Itę otoczyły mama i siostry 
Radomskie. 
— Kto pani uszył taką śliczną toaletę? -spytała jedna. 
— Nie wiem, proszę pani -odpowiedziała szczerze. 
Panny spojrzały po sobie. 
— Jak to? Przecież pani musiała mierzyć -wykrzyknęła mama. 
— Nie, proszę pani. 
— Ach... to pewnie kupiona gotowa. 
— Pewnie, proszę pani. 
— A gdzie? Bardzo jestem ciekawa. 
— Nie wiem, proszę pani. Siostry Radomskie zagryzły usta, ale z oczu sypały się im 
iskry rozbawienia. 
— Tatuś pani ją sprawił? -zapytała najmłodsza latorośl. 
— Nie, proszę pani. Pan Witold... -nie dokończyła, bo cztery pary oczu zaczęły się 
robić okrągłe... okrągłe... Spoglądały teraz na nią cztery pary jasnoniebieskich kółek. 
— Czego one się tak dziwią? Przecież prawdę mówię... Tatuś dał forsę, a pan Witold 
sprawił -myślała Ita. 
Pan Kruszyński dosłyszał snadź epilog rozmowy, bo zaczął się żegnać pospiesznie. Ze 
strony panienek znów dyg... dyg -nieskończoną ilość razy. 
— Niechże nas państwo odwiedzą! -wołała słodziutko mama. 
— Panie Józefie kochany, będziemy serdecznie radzi -uzupełniał Radomski. 
Kruszyński zdążał w stronę powozu, mówiąc szeptem: 
— Ituś, kochanie, co ty za głupstwa pleciesz, że ci pan Witold sprawił... Bój się Boga! 
— A bo co? Nieprawda? Naprzeciwko wyrósł nagle właściciel tartaku, Rosowski, w 
towarzystwie kilku starszych panów. 
— Panie Józefie, proszę nie uciekać, pokażcie nam swą jedynaczkę! 
Znów śliczne, coraz zgrabniejsze dygi i rumieńce. Ach, jakież rumieńce! Ita jednak 
rozpaczliwie szuka Witolda. Ten stoi niedaleko razem z jej braćmi i paru młodymi ludźmi. 
Widać też panieńskie kapelusze. Całe grono śmieje się wesoło i swobodnie. 
A tu biedna dziczka słucha tysiąca rzeczy, których prawie nie rozumie. Serce bije na 
trwogę. Milczy, bo cóż ma do powiedzenia, i obserwuje. Rosowski robi na niej przyjemne 
wrażenie. Jest poważny i oczy ma podobne do Witoldowych. 
— Patrzcie, państwo! -Dziwi się kiwając głową doktor, dawny serdeczny przyjaciel 
Kruszyńskiego. -Niedawno to fikało nogami w poduszce, a teraz jaka pannica! 
— Bardzo jestem rad, że ojciec nam panią pokazał... Myślę, że zostaniecie z moją 
Janką przyjaciółkami, zaraz ją tu sprowadzę -rzekł Rosowski i podszedł do młodzieży. Po 
chwili wrócił w towarzystwie córki. Była to wysoka blondynka o białoróżowej zalotnej 
twarzy. 
Dobrze ubrana, bardzo elegancka i pewna siebie. Typowa belle femme. 
— Janeczko, oto panna Kruszyńska, zaopiekuj się nią, dziecinko. Ita, a... 
przepraszam... panna Ita jest pierwszy raz w tutejszym towarzystwie. 
Skrzyżowały się spojrzenia panien. Janeczka miała nieco kwaśny uśmiech i mierzyła 
drobną figurkę Ity chłodnym, dumnym wzrokiem. Wyciągnęła rękę. 
— Bardzo mi przyjemnie. Teraz pewno będziemy widywać się częściej... 
Ita podniosła swe szafirowo błyszczące oczy. 
— Tak, proszę pani... pewno. Pan Józef, drżąc ze strachu, by Ita nie palnęła jakiego 
głupstwa, zaczął się zbierać do odejścia. 
— Co? Jedziesz? Nic podobnego! Idziecie do mnie na obiad -krzyknął doktor. 
— Tatusiu! Do domu...! -szepnęła dość głośno Ita. 
— Aaa... wobec takiego argumentu zamilkłem -ukłonił się doktor. 
Pożegnanie. W tej właśnie chwili podeszli młodzi Kruszyńscy z Witoldem. Całowali 
pannę Janeczkę w rękę. Ona robiła słodkie oczy do nich wszystkich, ale szczególnie 
przeciągle patrzyła na Witolda, który nie pocałował podanej sobie dłoni, tylko uścisnął ją i 
skłonił się chłodno, lecz grzecznie. 
— Więc czekam panów jutro. Wycieczka na pewno będzie bardzo miła... Przyjedzie 
baronówna z bratem, więc musi się udać zabawa. Pan Witold też nie zrobi zawodu, prawda? 
— mówiła przymilnie Janeczka. 
— Nie obiecuję, proszę pani... 
— Ach! Panna Ita będzie tak dobra i da panu urlop, nieprawdaż? 
— Nie, proszę pani! -wypaliła panna Ita. 
Janeczka zbladła. Bracia spojrzeli piorunująco na dziewczynę, a Witold zagryzł 
wargi, żeby się nie roześmiać. Rozstawszy się w nieco gorszym nastroju, w milczeniu szli do 
powozu. 
W tejże chwili doktor chwycił Kruszyńskiego za rękę. 
— Józef! Chociaż ty zostań na partyjkę. Niech młodzi sami jadą! Nie upierajże się. 
W końcu Witold usiadł w powozie na miejscu Kruszyńskiego. Ita wsunęła mu rękę 
pod ramię i przytuliła się lekko. 
— Jak śmiałaś być tak ordynarna dla panny Janeczki -wybuchnął złością Lutek. 
— Wiesz gdzie ja mam twoją Janeczkę? 
Ale na szczęście Witold uprzedził prawdopodobnie dosadne określenie miejsca, 
mówiąc szybko: 
— Panna Ita zrobiła dobrze. Z jakiej racji ta panna rozporządza moją osobą? 
— Pan jest mój tylko, prawda? -szepnęła uradowana winowajczyni. 
Witold pogładził jej rękę uspokajająco i potwierdził: 
— Tylko pani! 
Bracia popatrzyli na siebie i chcieli coś powiedzieć, ale Witek mrugnął 
porozumiewawczo i zamilkli. 
Przy obiedzie Ita spytała: 
— Czy mogę zdjąć pantofelki? Tak mnie już nogi bolą! 
Praktykanci i bracia parsknęli śmiechem, tylko Witold kiwnął głową w stronę 
uczennicy. 
W jednej chwili pantofelki znalazły się na stole, pieczołowicie obok talerza 
ustawione... i tak pozostały do końca obiadu. 
— Panno Ito, gdzie się dziś wybierzemy? 
— Na cmentarz. Tam jest moja mama. Muszę jej pokazać sukienkę. Ja tam do niej 
prawie co dzień wpierw latałam, żeby jej smutno nie było. Żeby to mogła ożyć... mój Boże! 
Witold uczuł bolesny skurcz serca. 
Cmentarz był nieduży, ale ślicznie zadrzewiony i utrzymany w porządku. Ita uklękła 
przy grobie i, pochyliwszy niziutko głowę, coś szeptała. Gdy się podniosła, miała usteczka 
żałośnie wygięte i oczy srebrne od łez. 
— Niech pan mamie powie, że jestem już lepsza -rzekła cicho. 
Witold ukląkł i chwilę trwał nieruchomo. 
ROZDZIAŁ III 
Panna Janeczka Rosowska stała przed lustrem i, wyginając swą pełną, mocną figurę, 
krytycznym okiem badała nową suknię. Przy jej oczach jak niebieska porcelana, przy 
bielutkiej cerze i złotych włosach szafirowy jedwab był wymarzony. 
Panna Janeczka uśmiechnęła się tryumfalnie. Zapewne żadna z panien nie będzie 
miała większego powodzenia. To była najważniejsza kwestia ją nurtująca. 
Na pensji przechodziła z klasy do klasy, ciesząc się sympatią przełożonych. Ojciec 
przecież miał tartak i trzy, cztery razy do roku wielkie paki prezentów przełożonej przesyłał. 
Wakacje spędzała w domu. Letników zjeżdżało tu dość dużo i Janeczka na brak 
towarzystwa uskarżać się nie mogła. Matka uważała jedynaczkę za ósmy cud świata, a 
zapracowany ojciec słuchał matczynych sprawozdań... Widział córkę zawsze wesołą i 
roześmianą. Kochał ją zresztą bardzo. 
Janeczka rok wcześniej skończyła pensję i nosiła się z zamiarem wstąpienia na 
uniwersytet. 
— Tam będę używać -myślała. Rozczuleni rodzice nie oponowali. 
— Jakie ta mała ma zamiłowanie do pracy -mówiła zachwycona mama. 
— Doprawdy? Chyba po mnie to odziedziczyła -cieszył się ojciec. 
Tymczasem Janeczka flirtowała na zabój z oficerami tutejszego garnizonu i z 
sąsiadami. Latem zaś używała sobie na przyjezdnych mieszczuchach. 
Kokietowała umiejętnie i wyrafinowanie. Jednych czarowała poważnym wyrazem 
twarzy i niedostępnością, drugich ujarzmiała trzpiotowatą, naiwną minką... Potrafiła nawet 
przybrać pozę kobiety demonicznej lub doświadczonej. Synowie Kruszyńskiego, Mietek i 
Lutek, byli jej stałymi adoratorami. Tylko Antek okazał się oporny -jak mówiła. Zawsze 
więc asystowała jej złota młodzież miasteczka. 
Janeczka posiadała jeszcze umiejętność dobierania przyjaciółek. Otaczała się zawsze 
brzydszymi od siebie i dlatego wyrobiła sobie markę najpiękniejszej panny w Skolu i 
okolicy. 
Teraz, szlifując wypielęgnowane paznokietki, myślała o Witoldzie. Podobał jej się 
niezmiernie. Pociągało ją także i to, że był artystą. Liczyła, iż będzie miała swój portret. 
Pewna siły swych wdzięków uważała, że i na jego obojętność rada się znajdzie. 
Na wspomnienie Ity przez białoróżową twarz przemknął zły grymas. 
— Poczekaj, i na ciebie znajdę sposób... -pomyślała rozdrażniona. 
Zaturkotała bryczka. Janeczka skoczyła raz jeszcze do lustra. Za chwilę do salonu 
weszli bracia Kruszyńscy. 
— Jesteśmy, widzę, jak pierwsze jaskółki... -mówił Mietek, całując białą rączkę. 
— Dostanie pan w nagrodę wstążkę od sukienki. 
— A ja co...? -udawał żałość Lutek. 
— A pan kwiatek. 
— Wolałbym inną nagrodę... Słowo daję! Pędziłem konie jak wariat -a tu ofiarują 
kwiatek. 
— Ale ten z moich włosów! O! Proszę zaraz pocałować... Panie Antoni, pan nie żąda 
nagrody? 
— Nie, pani, gdybym jej pragnął, wziąłbym bez pytania. 
— Cóż za pewność siebie, ale gdzie to pan Witold? 
— Został przy swej bogdance -zaśmiał się Mieczysław. 
— Ach tak? -Zacięła wargi. -No, winszuję! Myślę, że my zabawimy się lepiej. Panna 
Ita jest jeszcze bardzo... dziecinna. 
— Z panią, panno Janeczko, zabawa musi być rozkoszna -skłonili się chłopcy z 
galanterią. Antek jednak zauważył: 
— Przyjaciel mój spełnia obowiązek, który zresztą nie jest dlań taki przykry... 
Całe szczęście, że do salonu zaczęła napływać młodzież, gdyż Janeczka już, już 
wybuchnęłaby niezadowoleniem. 
Przybyły i trzy klockowate siostry Radomskie. Wreszcie zjawili się młodzi Ziemscy baronówna 
Ela, nieładna, ale miła i bardzo inteligentna, oraz brat jej, przystojny, typowy 
laluś wielkomiejski. 
Janeczka, wniebowzięta, co chwila zerkała w lusterko. Istotnie, królowała urodą. 
Baronek nadskakiwał jej zawzięcie, co ją niepomiernie uszczęśliwiało... Przecież to taka 
świetna partia. 
Wśród wesołych okrzyków młodzież gramoliła się na wielki drabiniasty wóz, który 
miał ich podwieźć do stóp góry Paraszki. Stamtąd zaś postanowili maszerować na szczyt. 
Było już po jedenastej. Młodzi posuwali się niezbyt prędko. Na przodzie szła wytrwała 
baronówna. Nagle stanęła... 
— Cicho... Tam jakaś młoda para, nie trzeba im przeszkadzać. Ominiemy ich... -rzekła 
z uśmiechem, dziwnie upiększającym nieładną twarzyczkę. 
Ale wycieczkowicze jeden przez drugiego poczęli się wspinać i wychylać, starając się 
zaspokoić ciekawość. 
Tuż przed nimi za gęstą zasłoną krzewów, nad małym potoczkiem siedziała Ita, 
zanurzywszy stopy w wodzie. Różowa, perkalowa sukienka tylko do kolan i wianek z 
wielkich żółtych kwiatów na powichrzonych włosach stroiły ją, przydając dziwnego uroku. 
Robiła wrażenie małej Indianki. Tuż przy niej na kamieniu siedział Witold i szkicował 
zasłuchaną w jego opowiadanie dziewczynę. Janeczka zbladła, przeczuwając, że coś jej 
wymyka się z rąk... Nie umiała określić swoich doznań, ale były to uczucia przykre i 
wywoływały złość. 
— Chodźmy dalej... Nie trzeba przeszkadzać -zwróciła się i ona do Ziemskiego, który 
stał z odchyloną głową i otwartymi ustami. 
— Ależ to piękna dziewczyna... Co za nogi! Co za nóżki! Jak Boga kocham, posążek. 
Ajajaj! Palce lizać! 
Bracia Kruszyńscy tłumili śmiech, ale milczeli. 
Nagle Ita spojrzała w stronę, skąd dochodził szum głosów i, krzyknąwszy 
przeraźliwie, dała susa w krzaki. Witold podniósł głowę przestraszony. Towarzystwo śmiało 
się już głośno. 
— Witek! Chodź do nas! -wołali Kruszyńscy. 
— Panie Witoldzie! Prosimy! Wysyłając w głębi duszy grono natrętów do diabła, 
podszedł się przywitać. Nagle wykrzyknął radośnie: 
— Panno Elu! Jakaż niespodzianka! 
— Ano... Góra z górą... -rzekła wesoło baronówna. -Widać nić sympatii rzuciła nas tu 
sobie w ramiona -żartowała dalej. 
— Państwo się znacie? -W głosie Janeczki było zdumienie. 
— Ze szkoły malarskiej... Pan Witold pomagał profesorom stawiać mi dobre oceny. 
W myśli Janeczki przemknęła błyskawica projektu. 
— Jacy państwo szczęśliwi! Ja też trochę maluję, ale ponieważ nie mam dobrego 
kierunku, więc powoli to zarzucam -stwierdziła z żalem. 
— Powinna pani wstąpić do jakiejś szkoły. 
— Nie wiem, czy rodzice się zgodzą. 
— Już ja ich uproszę -oznajmiła energicznie Ela. 
Witold rozmawiał jeszcze chwilę i zaczął się żegnać. 
— Idę do swej uczennicy. Nie mam naprawdę czasu -odpowiedział chcącym go 
zatrzymać. 
Janeczka wycisnęła z siebie uśmiech, a Ela dodała: 
— Proszę pozdrowić tę śliczną panienkę ode mnie, dobrze? 
Antek spojrzał na śniadą twarzyczkę baronówny z sympatią, a jej brat pośpieszył 
dodać: 
— I ode mnie, panie szanowny. Koniecznie! 
— I od nas, i od nas! -wołali inni na wyścigi. 
Mietek i Lutek spoglądali na siebie. Wreszcie Mietek szepnął: 
— Akcje Ity nabierają wartości. Po odejściu Witolda bracia zostali zasypani pytaniami, 
dotyczącymi Ity. Siostry Radomskie informowały szeptem resztę panien: 
— Ten Witold kupił jej sukienkę. 
— Siostrzyczka panów jest naprawdę zdecydowaną pięknością -dowodził baronek. — Przypomina trochę Cyganeczkę i Włoszkę. 
— Może być, ale jest też zdecydowanie dzika, jak mieliście państwo sposobność 
zauważyć. 
— Pan Witold pewno zdoła okrzesać dzikuska -rzekła miodowym głosikiem Janka, 
którą dusiła nienawiść do tej „chamki”. 
— O, o, to chyba dużo jeszcze wody upłynie -śmieli się bracia z wyjątkiem Antka. Ten 
bowiem rozmawiał z Elą półgłosem. Oboje byli ożywieni. Antek nawet śmiał się, co 
irytowało Janeczkę, zwłaszcza gdy zobaczyła, że ten „oporny” względem niej chłopak całuje 
Elę w rękę jakoś tak bez powodu. W dalszej drodze stale szła przed baronkiem, chcąc 
pokazać, że i ona ma nogi „jak posążek”. 
A Witold, wyciągnąwszy uczennicę z krzaków, perorował: 
— Panno Ito, niech pani nigdy nie ucieka przed ludźmi, jak to brzydko, fe! 
— Mnie wstyd... i strach! 
— Czego? Pani musi być sobą. Kto zrobił już krok na właściwej drodze, to, choćby 
najbardziej ciernista była, powinien iść naprzód... Pani mnie rozumie? 
— A pan nie woli nikogo od Ity? 
— Nikogo! 
— I tej baronówny! 
— To jest bardzo miła i dobra panienka. Chciałbym, żebyście się poznały, ale dla mnie 
jest tylko sympatyczną koleżanką. 
— A ja co jestem? 
— Pani?... -głos mu drgnął. -Pani jest moją najmilszą dziewczyną. 
— Naprawdę? O, jak to dobrze! 
— Ituś! -chwycił jej rękę. 
— Co? 
— Nic, nic... Pójdziemy do domu. Trzeba jeszcze dziś przerobić parę zadań. 
Wieczorem bracia Kruszyńscy zapukali do gabinetu ojca. Usiedli przy biurku 
zakłopotani. Wreszcie Mieczysław zaczął: 
— Tatusiu... my w sprawie Ity. 
— Co się znowu stało? 
— Młode baronki koniecznie chcą do nas przyjechać... Ita im się tak podobała. Trzeba 
by pomyśleć o jej ubraniu. 
— Gdzież znowu ją widzieli? 
— Na spacerze z Witkiem. 
— Zaczynam wiedzieć, że mam córkę -mówił radośnie Kruszyński. -Sam też czuję się 
coraz bardziej ojcem... Rozumiem tę przyjemność. Mam nadzieję, że już się nie oddalimy. 
Ale co zamierzacie? Wypada ich przyjąć. 
— Niech tatuś wyasygnuje trochę forsy i może Witold to załatwi? 
— Bójcie się Boga! Jak można chłopaka obarczać babskimi sprawami. Niech który z 
was jedzie. Dwie przystojne męskie twarze... -zrobił zabawny grymas. 
— Ojcze kochany, ja w tych sprawach jestem jak noworodek -zaoponował Mietek. 
— A ja? Boże drogi. -Lutek wzniósł oczy w górę. -Przypomnijcie sobie, jak to źle 
wyszło wtedy pod kościołem. 
— Pogadam z Witoldem, ale mi doprawdy głupio... A może, może poprosić którą ze 
znajomych pań? Chociaż to jeszcze gorzej. 
— Któraż by zresztą chciała jechać specjalnie do Lwowa? 
— A jednak Witolda obarczać tym nie można -odezwał się Antek, który dotychczas 
tylko słuchał. -To nieładnie. Nie róbcie z niego niańki... To było dobre raz. Wy swym 
egoizmem i wygodnictwem się nie zasłaniajcie. 
— Bo nie ma rady... 
— Owszem! Ja pojadę z Itą -zdecydował Antek. 
— Co? Z Itą? Ależ ona cię skompromituje. 
— Jakoś nie boję się. Jutro rano wyjeżdżamy. 
Kruszyński wyciągnął sześćset złotych. 
— Na razie tyle. Więcej nie mam. Należy jej się więcej wprawdzie, dotąd bowiem 
kosztowała mnie grosze. Dałbym choć z tysiąc, ale muszę poczekać do pierwszego. Folwark 
nie daje wielkiego dochodu, to zaś, co dostaję od Ziemskiego jako pensję, przeznaczam dla 
was. 
— Niedługo tatusiu -szepnął Antek. -Mietek i Lutek już kończą politechnikę i 
uniwerek... A ja sobie zarobię. Na agronomii nie ma tyle pracy. Tatuś by mógł odpocząć. 
— Moje dziecko, ja już odpocznę w grobie... Chciałbym wam folwark zostawić bez 
długów. 
— Alboż ojciec ma długi? -spytał Lutek. 
— Tak, synu... trochę dawnych... To znów młockarnię kupiłem w zeszłym roku i 
żniwiarki. Chcę, by mój mały kawałek ziemi był wzorowy, ale tutejsi ludzie są leniwi... Żydzi 
ich zepsuli. 
— Ja nieraz byłem zdumiony mnogością i bogactwem tutejszych Żydów. 
— Ano, chłopi nie znają wartości pieniądza, dają się oszukiwać, ot i wszystko. 
Nagle pan Józef przechylił głowę ku drzwiom. 
— Ktoś gra na fortepianie -stwierdził nieco zdziwiony Lutek. 
Płynęły do nich nieśmiałe tony. Kruszyńscy stanęli w drzwiach. Hall pogrążony był w 
ciemności... Przy fortepianie siedział Witold. Leciuteńko uderzał w klawisze, a spod palców 
płynęły tony prześlicznej kołysanki Schumanna. Ita siedziała na oknie, ale widział ją tylko 
Witold. Z daleka w mroku trudno było dojrzeć dziewczynę przylepioną do framugi. 
Od szesnastu lat nikt nie grał w tym domu. Ostatni raz zadrżały w hallu echa na dwa 
tygodnie przed śmiercią pani Kruszyńskiej... A teraz jej mąż stał... i oczy miał zalane łzami. 
Chłopcy pobiegli myślą w czasy, gdy śliczna kobieta siadała przy fortepianie otoczona 
dzieciarnią i śpiewała wesołe, zabawne piosenki. 
Witold grał teraz „Marzenie” Schumanna. Ita ręką przyciskała serduszko gwałtownie 
bijące. Nie wiedziała, co się z nią dzieje... Było jej tak, jak gdyby dusza, mdlejąc ze 
zmęczenia czy trwogi, gnała w nieznane i cudowne krainy. Coś do niej szło... Obejmowało ją 
miękkimi, ciepłymi falami. Wstała, podeszła do grającego, przyklękła i położyła mu głowę 
na kolanach. Witold opuścił ręce... Nagle od progu gabinetu ozwały się błagalne głosy: 
— Jeszcze... jeszcze... 
— Wstań, Ituś -szepnął. Dziewczyna wyprostowała gibką figurkę, a już Kruszyński 
obejmował Witolda: 
— Nie wiedziałem, że pan gra... Szesnaście lat nie słyszałem w tym domu muzyki... 
Niechże pan uraczy nas dzisiaj, mój drogi. 
— Naprawdę, dziś już nie mogę, ale za to jutro przyrzekam uroczyście. 
Nie nalegali więcej, on też zaraz poszedł do siebie na górę. Usiadł przy stole. Ciemno 
tu było. Akacje zalewały pokój niepokojącą wonią... 
— Kocham ją! Kocham ją! -zawołał prawie bezgłośnie, przycisnąwszy ręce do czoła. 
Skrzypnęły cicho drzwi i smukłe, ciepłe ramiona oplotły młodzieńca. 
— Proszę pana, mnie jest tak dziwnie... Tak smutno... Niech pan mnie ucałuje. Ja 
pana tak strasznie, okropnie kocham. 
— Ita, mój ptaszku złoty -szepnął Witold, przytuliwszy ją z całej mocy. Mógłby 
krzyczeć, bo była w nim siła jakaś, co parła się w świat. Wicher zawrotny rozszalał się w 
młodzieńczej krwi... Nagle przypomniał sobie słowa listu matczynego: 
„Gdybyś ją zbałamucił -byłaby to zbrodnia... Bo to dziecko jeszcze”. 
Pasował się przez moment z własnym sercem. Wreszcie zdjął ramiona, owijające go 
ciasno. 
— Ituś! Tak nie można, malutka... 
— Dlaczego? 
— Widzisz, ja jestem obcy mężczyzna. Panience nie wypada tak się zachowywać. To 
jest... jest nie... -jąkał się, czując, że brak mu słów i głupio mówi. 
— Pan nie jest obcy... Ja pana kocham. Ja teraz już wszystko rozumiem. Pan jest dla 
mnie tak, jak Iwan dla Paraski. Ona do niego chodzi spać, bo go mocno kocha. 
— Ituś, pomówimy o tym wszystkim jutro. Zgadzasz się? 
Zapalił drżącymi rękami świecę. Ita miała oczy pełne płomieni, pąsowe usta i ciemne 
rumieńce. 
— Pan mi nie wierzy, bo ja jestem głupia, to ja przyjdę jak Paraska, w nocy... 
— Ita! Na miłość boską... Nie! Wierzę ci, wierzę ci, ale teraz chodźmy na dół. Zagram, 
co chcesz... Ita... 
Chciał wziąć ją za rękę. Wówczas dziewczyna błysnęła oczami jak szmaragdy i nagle 
palnęła go z całej siły pięścią w twarz... Wybiegła! 
Witold nie spał całą noc. Raz chciał rzucić wszystko i uciekać do Warszawy, to znów 
chwytał go wściekły żal. Nie mógł opuścić Ity. Wmawiał w siebie więc, że wszystko 
przybierze dawniejsze formy. Czuł jednak, że to nieprawda. Ita go kocha, a on popełnił 
zbrodnię. Rozkochał w sobie dziecko, nie mające pojęcia o życiu... Nie wiedział, co teraz 
robić! 
Wytłumaczy jej, wyjaśni wszystko. Może dziewczyna go zrozumie. Rzucał się na 
łóżku... Wycałowałby te najdroższe oczy, usta, buzię..., ale nie wolno mu! Nie wolno! Nie 
wolno mu rozbudzać zmysłów dziewczyny. Któż to wie, czy on jest tym wybranym? A może 
Ita spotka później innego, któremu odda serce z całą świadomością? Mogła go i pokochać, 
bo był pierwszym człowiekiem, który okazał jej serce, zainteresował się dolą, olśnił 
wymową, postępowaniem. On to rozszerzył ciasne ramki, w których kręciła się jak dziczka w 
świecie, gdzie alfą i omegą stały się dla niej Iwany i Paraski... Co dziwnego, że zadrżały 
młodziutkie ramiona i świeże, lasem pachnące ciało? 
I gdyby się z nią teraz ożenił, czy nie nałożyłby jej najstraszniejszych kajdan? A może 
później przeklinałaby jego i swoją dolę, i błąd młodości, gdy inny zabrałby serce kobiety? 
Ale czy wolno mu teraz zostawić to ufne dziecko i odejść jak złodziej? 
— Boże... Boże... -szeptał chłopak. -Co robić? Co robić? 
Witold nieraz kochał się „na śmierć” i „na zabój”. Był bardzo przystojny -wysoki, 
zgrabny, elegancki. Do tego „student” i „malarz”, więc kobiety lgnęły do niego i każda rada 
była mieć go w gronie wielbicieli nawet na przodującym miejscu. 
Nie stronił więc od płci pięknej. Miał flirty i flirciki. Poznał dobrze jasne i ciemne 
strony wesołego życia, lecz od zepsucia uchronił go wpływ matki, którą ubóstwiał, i praca. 
Będąc na wydziale humanistycznym, gorliwie studiował literaturę, a mając zdolności 
krytyczne, chciał iść w tym kierunku. Wiedział bowiem, że malarstwo nie przyniesie mu 
wielkich zysków, choć bez wątpienia był utalentowany. 
A teraz na drodze człowieka, któremu rzucały się na szyję panny i panie „z 
towarzystwa” -stanęła mała, bosa, rozczochrana dziewczyna... Nawymyślała jak pierwszy 
lepszy andrus i bez ceremonii w opalone ręce wzięła jego los... Zajęła serce świadome, choć 
nie zepsute. 
I Witold w tę ciemną, rozmodloną wonią noc do końca zrozumiał, że jego 
najprawdziwszą, największą miłością jest Ita. 
I z tej świadomości uczucia zrodziła się moc poniesienia ofiary. 
Zasnął nad ranem. Gdy otworzył oczy, był już jasny, wesoły dzień. Ubrał się co tchu i 
popędził do altanki. Klęknął przed bladą i znów nastroszoną dziewczyną. 
— Ituś! Posłuchaj! Kocham cię szczerze i głęboko jak nikogo na świecie... Wiem! I ty 
kochasz... Dlatego właśnie chcę, by nasza miłość była jak ten poranek jasna i czysta. 
Widzisz, malutka -mówił, siadając przy niej -my nie możemy kochać się tak jak Iwan i 
Paraska. Nasza miłość będzie jak muzyka... Przyjdzie czas i będę całował cię, jedyna, i 
trzymał przy sobie mocno, bliziutko... Zostaniesz moją żoną, maleńka! Ale jeszcze nie teraz. 
Musisz dojrzeć do tej miłości! Musisz sama siebie zrozumieć. Zmilkniesz wtedy cała i tylko 
serce powie: kocham. A teraz to widzisz -i te oczy, i ręce, i kędziory, i usta -wszystko 
trzepie prędko: kocham... kocham... kocham, a serduszko nie wie, jak jest naprawdę. 
Musisz przedtem poznać świat i innych ludzi... Tak, będziemy czekać, Ituś! 
— A długo to? -szepnęła. 
— Nie, kochana! Niedługo! 
Po brązowej twarzyczce płynęły łzy. 
— Dobrze... Witold wyszedł bardzo wzruszony, ale spokojny. 
Gdy Ita dowiedziała się, że ma jechać do miasta, zbladła z wrażenia. 
— Ale pan Witold też! 
— Ależ naturalnie. Jedziemy rozbijać się we troje. 
Panienka ubrała się w odświętny i jedyny w zasadzie strój. Gdy weszła do hallu, gdzie 
czekali na nią chłopcy, zbliżyła się do ojca i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów objęła 
go za szyję, serdecznie całując. 
Witold pomyślał z bólem: 
— Ten pocałunek mógłby być dla mnie przeznaczony. 
Konie ruszyły. 
— Ita, jedziemy kupować ci wyprawę. Zachowuj się w sklepach grzecznie i spokojnie uprzedzał 
Antek. 
— Nie potrzebujesz mnie uczyć. 
— Ja też nie uczę, ale proszę. Zajechali na stację. Gdy Ita zobaczyła lokomotywę, 
kurczowo chwyciła oburącz Witolda. 
— Nie bój się, Ituś, przecież to martwa maszyna. 
— Martwa... ale ryczy i leci! 
— Opowiem ci o tym później, teraz śmiało... wchodź! 
Znaleźli wygodny przedział. Antek włożył nos w książkę, a Witold tłumaczył 
uczennicy zasadę parowozu. 
— Aha... to trochę podobne do naszej młockarni i żniwiarek, nie? 
— Tak, wszystko to maszyny niedawno wynalezione, ale wygodne i obawiać się ich nie 
trzeba. 
— Pan mi narysuje lomoko... lokomotę...? 
— Lokomotywę! 
— Tak... lo... ko... motywę narysuje...? 
— Dobrze, Ito. 
— O... o... jak wszystko ucieka... o... o -śmiała się rozbawiona. -Słupy grają w berka... 
Lecą na złamanie karku. A tu już nie ma gór? A czemu nie ma gór? O, jak tu brzydko trzepała 
bez ustanku. 
Chłopcy patrzyli na promienną towarzyszkę i nie bronili trajkotać... Tak jej z tym 
było ślicznie. 
— Ta rzeka to Wisła? 
— Nie, Wisła tu nie płynie. 
— A zobaczymy ją tutaj? 
— Nie złotko, gdyż płynie w innej zupełnie stronie. 
— Ach! Kiedy ja Wisłę zobaczę...? 
— Zobaczysz, siostrzyczko, przyrzekam ci -obiecywał Antek. 
Po paru godzinach jazdy wysiedli na stacji we Lwowie. Ita miała wrażenie, że 
wszystko tu skacze i krzyczy. Nawet wózki z bagażami. Mrużyła oczy i kuliła ramiona. 
Młodzi wzięli ją w środek. 
— Panno Ito, spokojnie! 
— Kiedy mi się zdaje, że ja zaraz dostanę kręćka i zacznę skakać. 
— Nie ma obawy... Nie bój się. 
Wyszli na ulicę, przed każdą niemal wystawą Ita stawała. Podobało jej się wszystko 
bez wyjątku. Intrygowały afisze. Zajmowały sklepy spożywcze, księgarnie, galanterie. Antek 
był już trochę zniecierpliwiony. Witold spokojny i uśmiechnięty. 
— Witek, jak ja mam kupować bieliznę? Przecież nie mam o tym pojęcia -spytał 
Antek. 
— To są damskie komplety... O nie trzeba prosić. Zresztą, wejdźmy razem. 
— Nie krępujesz się? Witold spojrzał zdziwiony... 
— Czego?! Panno Ito, wejdziemy. Pani zażąda damskich kompletów. Tylko proszę nie 
wykrzykiwać i o nic nie pytać. 
Weszli. 
— Antek, może sobie zafundujesz? -szepnął Witold. 
Na ladzie zaszeleściła cała fura koronek, haftów, batystów. Ita otworzyła oczy szeroko 
i już chciała coś wykrzyknąć, gdy Antek wziął ją za rękę. 
— Nie wybieraj, Ituś, bardzo cieniutkich, bo na wieś szkoda. Siostra nigdy nie 
kupowała sama, więc może pani coś doradzi -zwrócił się do sklepowej, która patrzyła z 
miłym uśmiechem na zarumienioną panienkę. 
— Zapewne pani jedynaczka... Takie rozpieszczone panienki zwykle nie potrzebują 
zadawać sobie żadnego trudu. Dostają wszystko do rąk gotowe, świeżutkie. Przypuszczam, 
że te... są ładne i praktyczne -mówiąc to wskazywała proponowane garnitury. -Ile pani 
sobie życzy sztuk? 
— Sześć -szepnęła Ita. Witold myślał tymczasem z ironią: -Rozpieszczona 
jedynaczka! Jakie to dla niej trafne określenie. 
To samo przemknęło przez myśl i Antkowi. 
Gdy wychodzili ze sklepu, Ita nie wytrzymała: 
— Wcale nie wiem, jak to się kładzie -zawołała zmartwiona. 
I jakże tu było zahamować śmiech? 
U szewca panienka o mały włos nie zrobiła awantury. Wyrwała bowiem z taką pasją 
nogę chłopcu, przymierzającemu pantofelki, że ten zdębiał. 
— Ita, nie fikaj nóżką, bo sam święty nie dobierze ci obuwia -strofował brat. 
— Ja nie chcę, żeby on mnie za nogę łapał. 
W tej chwili poczuła wzrok Witolda i spokojnie pozwoliła przymierzyć dwie pary 
pantofli. 
Gdy znaleźli się na ulicy, Antek wybuchnął: 
— Bój się Boga, dziewczyno! Co wyprawiasz! Tak prosiliśmy cię, żebyś zachowaniem 
nie robiła sensacji. 
— To po co mnie w nogę łechta? Nie mogłam wytrzymać. 
— Trzeba, panno Ito, znosić wiele niemiłych rzeczy ze spokojem. Wiem, że moja 
uczennica to potrafi. 
W magazynie z sukniami w podziw wprowadziły Itę manekiny, ale panowała nad 
sobą. 
Wreszcie Antek zaproponował: 
— Chodźmy na lody do cukierni. Ita, będziesz grzeczna? 
— No, chyba... postaram się. 
— Nie ma sensu! Z tymi paczkami? Zostawimy to w przechowalni na dworcu. Do 
odejścia pociągu mamy dwie godziny. 
— Chodźmy pokazać małej „Racławice”. 
Projekt był dobry. Zostawiwszy paczki, poszli wolno do ogrodu. Przy każdym 
przejściu przez ulicę Ita zaciskała zęby i piąstki, mrużyła oczy. Przed każdą większą 
kamienicą pochylała nerwowo głowę. 
Po ciemnych schodkach szli na górne piętro budynku, gdzie znajdowała się 
„Panorama Racławicka”. 
Nie było wcale zwiedzających... Wśród chłodnej, świeżej ciszy szarpnął się 
przeraźliwy krzyk Ity. Przytuliła się do Witolda. 
— Nie bój się... Ita! To tylko namalowane tak jak Mieszko i Dąbrówka... Nie bój się, 
maleńka, to tylko obraz taki duży... 
Podniosła głowę i patrzyła pociemniałymi oczyma, oddychając ciężko... Witold wziął 
ją pod rękę i prowadził wolniutko wokoło drewnianej bariery. Antek usiadł na ławce i 
odpoczywał. 
— Widzisz, Ituś, to wszystko ciągle w jednym ruchu... To tylko obraz taki wielki... 
Jednym ze współtwórców tego dzieła był malarz Jan Styka. Teraz wszyscy będą lepiej 
pamiętali bohaterskie chwile naszych dziejów. 
W krótkich, prostych słowach opowiedział uczennicy historię Kościuszki. 
— Wiesz, Witek? Tyś powinien zostać nie krytykiem, ale belfrem -zawyrokował 
Antek. 
— Kto wie, mój drogi, co mnie czeka. Może nawet i belferka... ale wracajmy. Za pół 
godziny pociąg. Trzeba jechać tramwajem do dworca. 
Dziewczyna, znalazłszy się w domu, dostała silnej gorączki i Witold zmusił ją do 
pójścia spać. 
Nowe wrażenia były zbyt silne dla biedactwa. Rozbolała ją pierwszy raz w życiu 
głowa. Nieznośny szum w uszach doprowadzał ją do rozpaczy. Zaczęła szlochać, krzyczeć. 
Czuwająca przy niej Kasia musiała o północy budzić Lutka -studenta medycyny. Przybiegł 
do siostry, dał proszek aspiryny, zimne okłady i poszedł spać. 
A Witold do rana chodził pod drzwiami pokoju. Wreszcie wyszła Kasia, zła, bo 
niewyspana. 
— Jak tam panienka? 
— Dopiruj usnęła. Diabli ją ta ciągnęli do tych miastuch -zaopiniowała i odeszła. 
Kocięta i pieski dopiero po dziesiątej dostały śniadanie, ale Ita była zdrowa i 
wyspana, choć trochę bledsza niż zwykle. Lekcja przeciągnęła się bardzo długo. Dzień 
poprzedni nasunął Icie moc zapytań, a Witoldowi moc tematów do opracowania. 
W ogóle Ita robiła postępy nadzwyczajne. Świeża pamięć, wrodzona inteligencja, 
niespracowany umysł były doskonałą rolą i ziarna wiedzy wydawały plon znakomity. 
Witold mógł teraz systematycznie zaznajamiać uczennicę z literaturą, historią i 
geografią. Przyrodę znała lepiej od niego, praktycznie, teoretyczne wiadomości były zbędne. 
Matematyką jej nie przeciążał i z radością słuchał trafnych, inteligentnych odpowiedzi. 
Czytał coraz lepsze wypracowania. 
Dziś pod koniec lekcji Ita zaczęła się kręcić. 
— Zmęczona jesteś Ituś? 
— Nie, ale zaraz przyjdę... coś sobie przypomniałam. 
Wpadła do swego pokoju i, zrzuciwszy sukienkę i koszulkę, bo innej bielizny ponad 
koszulkę nie nosiła, poczęła ze skupieniem końcami palców rozkładać nowo kupione 
garniturki. Czerwona ze wzruszenia ubrała się w śliczny, ozdobiony koronką komplet, co nie 
przyszło jej z łatwością. Wciągnęła jasne pończoszki i pantofelki i skacząc pobiegła do lustra 
stojącego w hallu. Ujrzała śliczną, jak z obrazka wyciętą pannę. 
Przez cienki batyst przeświecało złotoróżowe ciało. Smukłe, kształtne nóżki wykonały 
jakieś nieznane baletowe pas. Potem coraz śmielej i zręczniej wyskakiwały przed lustrem. 
— Ita całkiem zbzikowała! -Kasia poleciała z raportem do kuchni. -Wymiguje 
kulasami w portalach jeno, przed lustrem śmieje się... Laboga! Hi, hi, hi. 
Ita zaś popędziła już do gabinetu. Witold krzyknął i zmieszał się okropnie. 
— Ita, w tej chwili włóż sukienkę! 
— Nie będzie widać koronki! 
— Ale, Ituś, to wstyd. Czy widziałaś kiedy, żeby panna w majtkach biegała pośród 
ludzi? 
— Ja nie jestem panna! Ja jestem Ita! 
— Ale moja Ita musi włożyć sukienkę. 
— E... to już nie będzie tak ślicznie -rzekła nadąsana. 
— Zapewniam cię, Ituś, że będzie śliczniej. Włóż tę niebieską. 
— Naprawdę? 
— Tak. Ja ci to mówię. Usłuchała, ale przyszła w sukni rozpiętej i Witold, zacinając 
zęby, musiał zapinać zatrzaski. Jak blisko miał tę ukochaną dzikuskę, a jak daleko jednak... 
— Uczeszesz się do obiadu, Ituś, dobrze? 
— Kiedy mnie boli! 
— Weź szczotkę. 
— Ja nie mam szczotki, ale mamusia miała. Raz weszłam do jej pokoju. Jest 
zamknięty na fest. Tam tatuś nie da wchodzić. Więc wtedy ja oknem! I tatuś tak wrzeszczał 
na mnie... ojej! Tam tak ładnie, takie flaszeczki śliczne i obrazki. 
— Poproś Kasię, Itula, niech cię uczesze. 
— Ale z wstążką? 
— Dobrze, niech będzie z wstążką... i zaraz wracaj. 
To „zaraz” trwało dobre pół godziny. Wreszcie panna zjawiła się z główką 
wysmarowaną jakimś tłuszczem. Loki leżały gładko w lśniących skrętach związane z boku 
kokardą. Kasia okazała się artystką... 
— Wspaniale! Niech teraz moja mała usiądzie spokojnie i nie rusza główką. 
Szkicował szybko. 
— Pan mnie rysuje? 
— Tak, a potem będę malował. 
— Ojej... będzie obrazek! 
— Tak, Ituś! 
Kiedy zabrzmiał dzwonek na obiad, panienka wstała i poszła wolno, poważnie. W 
hallu przed lustrem przycisnęła usteczka do chłodnej tafli. 
Minęło znów parę dni. Pan Kruszyński nie mógł ochłonąć z podziwu, co się z jego 
dzikiej, niesfornej córki zrobiło. Przyjemnie mu było, gdy teraz całowała go na dzień dobry i 
dobranoc. Miło mu było, gdy ta dziewczyna o świeżej, opalonej na brąz twarzyczce siedziała 
przy stole trochę sztywno, ale zgrabnie, i szczebiotała radosnym, dźwięcznym głosem. 
Witold tymczasem wstawał raniutko i malował Itę ze szkiców. Szło mu to z 
trudnością. Nie chciał jednak męczyć dziewczyny pozowaniem. Chodziło mu też i o to, by 
nie dowiedzieli się o niespodziance bracia Ity. Portret miał być dla niej podarkiem 
urodzinowym na dzień trzeciego sierpnia. Szkicował więc, a w wyobraźni powstawał już 
obraz pod tytułem „Rusałka”. Nie zapomniał nic z tamtej cudnej, księżycowej nocy i czekał 
tylko na chwilę natchnienia, by oddać czar i moc czystego piękna. 
Któregoś poobiedzia przed bramą zagrała samochodowa trąbka. Z eleganckiego auta 
wysiadła baronówna Ela z bratem. 
Młodzi Kruszyńscy grali w karty na werandzie. Zerwali się i biegli naprzeciwko. 
— Tak mnie mój brat zanudzał, że musiałam go tu przywieźć. 
— Bardzo jesteśmy radzi... Niechże państwo pozwolą dalej do pokoju... 
— Tu jest bardzo ładnie. Doprawdy, wolę zostać na ganku -protestowała Ela. 
— W takim razie może przejdziemy do ogrodu? -zaproponował Mieczysław. 
— Gdzie siostrzyczka panów? -nie wytrzymał baronek. 
— Przypuszczam, że zaraz nadejdzie to nasze utrapienie. 
— Fe, panie Antoni... Takie śliczne dziewczątko, istna boginka leśna -z emfazą 
sprzeciwił się Janusz. 
— Oj... boginka! -stęknął Mietek. -Myślę, że spotka pana rozczarowanie. 
Szli przez ogród. Baronek najpierw z braćmi starszymi. Antek natomiast 
dotrzymywał towarzystwa Eli, która mimo nieładnej twarzyczki podobała mu się bardzo. 
Miała miękkie, kobiece i zgrabne ruchy, nigdy nie mówiła o nikim ironicznie ani złośliwie... 
Ubierała się skromnie, ale z gustem. Nie paplała trzy po trzy i nie robiła słodkich oczu, które 
według wyrażenia Antka, „wywoływały w nim mdłości”. Poznał ją rok temu i widział cztery 
razy. Ostatni raz wówczas na wycieczce. Wtedy właśnie uzmysłowił sobie różnicę między 
Elą i Janeczką. Zwycięstwo odniosła Ela. 
Teraz szła rozjaśniona tym swoim zniewalającym, nieśmiałym jakby uśmiechem i 
mówiła: 
— Bardzo chcę poznać bliżej pannę Itę. Tak lubię piękne twarzyczki -rzekła trochę 
smutno. 
— Mówiłem już pani na wycieczce, że to jest półdzikie stworzonko. Obawiam się, by 
nie zrobiła jakiegoś głupstwa. 
— Nie. Już ja się postaram. Przecież i ona sierotka tak jak ja. Tylko mnie otaczał sztab 
guwernantek i nauczycielek, ją -natura. 
— Jaka pani dobra. 
— E, zaraz dobra... wyrozumiała może tylko bardziej niż inni. 
— Właśnie tylko człowiek dobry jest wyrozumiały. 
— Albo nieszczęśliwy. 
— Czyż pani jest nieszczęśliwa? Bogata, wykształcona... 
— I brzydka -przerwała mu bez cienia kokieterii. 
— O tym proszę nie wspominać. Uroda to głupstwo. 
— A miłość też głupstwo? 
— No... nie... ale... 
— Widzi pan! A ja chciałabym być kochana, wyjść za mąż i mieć córeczkę. Ale mnie 
nikt nie kocha. 
Antek milczał. W tym momencie z gęstwiny wyłoniła się jasna głowa Witolda. 
— Witamy... witamy! Gdzie pan zgubił uczennicę? 
— Nie zgubił. Ja jestem. Baronek momentalnie przybrał efektowną pozę i wyraz 
twarzy, a na ścieżkę wydostał się Witold, ciągnąc mocno zmieszaną Itę. Ela podeszła do 
panienki i, objąwszy ją, ucałowała serdecznie. 
— Cieszę się, że mogłam panią poznać. Dawno tego pragnęłam. Obie jesteśmy bez 
mateczki... i pewno będziemy się kochać, prawda? 
Ita spojrzała badawczo, uśmiechnęła się i oddała pocałunek. 
— Pani mi się podoba. O, daleko więcej niż tamte panny sprzed kościoła zaopiniowała. 
— A widzi pan? -szepnęła Ela do Antka. 
— Pani pozwoli się przedstawić... Janusz Ziemski. 
Podała rączkę grzecznie, ale zaraz wybuchnęła śmiechem. 
— Dlaczego się pani śmieje? 
— Bo pan jest zupełnie taki jak ten w mieście na wystawie... taka duża lala! 
Baronek nie obraził się. Z rozbawieniem powiedział do Mietka: 
— Słowo daję, rozkoszna mała. Ela wzięła Itę pod rękę: 
— Pani mi teraz pokaże swoje królestwo, a wy zostańcie sami. -Mimo protestu 
Janusza panny oddaliły się. 
— Będzie mnie pani lubić? To nie szkodzi, że jestem taka nieznośna. Wpierw było 
jeszcze gorzej, dopiero gdy przyjechał pan Witold, to się polepszyłam. Nie mówię nawet 
cholera i psia twoja mać, ale to trudno... 
— Będziemy często bywać u siebie, dobrze? -zapytała Ela, postanawiając pomóc 
Witoldowi w wychowaniu dziewczyny. -Możemy przecież mówić sobie po imieniu, dobrze 
Ituś? 
— Tak. Pani ma takie śliczne imię, Ela! Zaraz mi się przypomina to, co pan Witold 
wczoraj grał. Takie miękkie jak kotek i słodkie jak miód. Chciałabym mieć mamusię. Ja z 
tatusiem nie bardzo jestem blisko. Zawsze ma czoło zmarszczone i zawsze mówi: -Nie mam 
czasu. 
— Widzisz, Ituś, ojciec ciężko pracuje... Pomyśl, calutki dzień biega, dogląda, liczy... 
Rozmowa szła coraz swobodniej. 
Ela dowiedziała się, że Ita zawsze „lubiła ciekać”, a z dziewuchami mało gadała, bo 
nie było o czym. Że tylko z chłopakami grała w kamyki i w berka... Wreszcie uznała, że teraz 
jest „znacznie mądrzejsza”. 
Ale Ela czuła, że ta dziecinnie wyglądająca panienka wtula się w jej serce swą słodką 
naiwnością i szafirowo -zielonymi ślepkami. Myślała z rozczuleniem, że to będzie jej 
ukochana siostrzyczka i przedmiot troskliwości... A ona tak lubiła opiekować się i 
poświęcać. 
Zadźwięczał gong. 
— Ita...! Ita...! Panno Elu! -krzyczał Antek. 
Ita ledwo powstrzymała się, by nie odkrzyknąć: 
— Nie drzyj się! Prędko dołączyły do reszty towarzystwa. 
Przy podwieczorku koło panny Kruszyńskiej usadowił się baronek i patrzył na nią 
niezmiennie zachwyconym wzrokiem. 
— Pani ma śliczne rączki... 
— Pan ma też śliczne -odparła, bo chciała być grzeczna, ale komplement został 
przyjęty wybuchem śmiechu. Ela chichotała bez ceremonii. 
— Czemu pani wtedy uciekła? Tak szczerze panią podziwiałem. 
— Nie wiem. Coś mnie tak piknęło. Tyle par oczu się gapi -to nieprzyjemnie... no i 
uciekłam. 
— Niechże pani oczu nie spuszcza, proszę spojrzeć na mnie. 
— A po co? 
— Bo mi się pani oczy podobają. 
— To niech pan napisze o nich wiersz jak Słowacki. 
— Napiszę, a co dostanę za to? 
— Naprawdę? Pan napisze... ojej, to pan poeta. Ja tak chciałam zobaczyć żywego 
poetę. 
— A da mi pani buziaka? 
— Zobaczę... 
— Chciałbym z panią zatańczyć... 
— Ja nie umiem. 
— To ja nauczę... 
Ita podskoczyła na krzesełku. 
— Tak jak panny na balu? Tak?! 
— Tak samo. 
— Oj, to zaraz, prędziutko... Pan jest taki miły! 
Wszedł Kruszyński. Serdecznie przywitał przybyłych i spojrzał na Itę. 
— A cóż to moja panna tak rozbawiona? 
— Obiecałem, że będziemy dziś tańczyć. 
— Ja już się ofiaruję grać -rzekła Ela, ale Witold zaoponował: 
— Nie. Ja zagram, a pani też zatańczy... 
Przeszli do hallu. Witold zaczął walca z „Fausta”. Antek tańczył z Elą, bardzo dobrą 
tancerką. Ita aż buzię otworzyła z zachwytu. 
— No, może spróbujemy?! -Baronek objął panienkę i, przycisnąwszy ją znacznie 
mocniej niż wymagał taniec, zaczął wirować. 
Dziewczynie z początku plątały się nogi. Przystawała. Znów nie wiedziała, co zrobić z 
tymi jasno obutymi nogami. Parę razy pantofelek zawadził o stopy baronka. Wreszcie 
złapała rytm i jako tako zaczęła pląsać. Witold grał teraz „Przeznaczenie”. Ita przymknęła 
oczy, odchyliła w tył głowę. Poddawała się melodii. Pąsowe usta drżały. Tańczyła coraz 
płynniej, lżej, ale coraz wolniej. 
— Niech mnie pan tak nie ściska... ojej! 
Janusz zmieszał się trochę. Ela pogroziła mu palcem. 
Wreszcie Ita stanęła rozdrażniona. 
— Ja już nie chcę tańczyć -oznajmiła. 
— A co pani chce? 
— Słuchać... 
Usiadła w głębokim fotelu. Baronek pożerał ją wzrokiem i owijał kolorowymi mgłami 
komplementów i słodkich słówek. 
Ta prosta, nie znająca zupełnie życia dziewczyna była uderzeniem bicza dla 
przesyconych zmysłów bawidamka. Postanowił ją zdobyć... i wierzył w pomyślne 
zakończenie manewrów. 
— Ach, niech pan przestanie klekotać... niech pan siedzi spokojnie i słucha muzyki. 
— Przy pani nie można spokojnie siedzieć. 
— No, to niech pan stanie. 
— Pani jest czarujące bobo. 
— E... głupi czy co? -krzyknęła zniecierpliwiona i przybiegłszy do baronówny 
przytuliła się pieszczotliwie. 
— Moja ty mała córeczko. Szkoda, że muszę już jechać, ale za to jutro przyjeżdżam i 
zabieram cię do siebie. 
Przy pożegnaniu baron chciał ucałować rączkę Ity, ale wyrwała mu ją zagniewana. 
— No... posz... ojej, zapomniałam! -Wzniosła błagalnie przerażone oczy na Witolda, 
ale ten uśmiechnął się lekko. 
Baronek mówił w drodze do siostry: 
— Ta mała ma pieprzyk! Diabli biorą przy niej człowieka. Takiej nie spotkałem 
jeszcze... Cyganka... Arabka... W każdym razie egzotyczna rasa. 
— Proszę cię, Janusz, nie pleć głupstw bez sensu i nie psuj mi dzieciaka... 
— Co ty wiesz, zasuszona cnoto -powiedział prawie niegrzecznie. 
A Ita przybiegła do pokoju Witolda. 
— Proszę pana, czy nie zrobiłam panu dzisiaj żadnej przykrości? 
— Nie, Ituś. 
— Pan smutny? 
— Ale, gdzież tam... Myślę! 
— O czym? 
— Widzisz, maleńka, to trudno powiedzieć. Aha, podobała ci się panna Ela? 
— Tak! Ona zupełnie inna. Tamte panny uśmiechały się do mnie, ale czułam, jakby 
mnie podgryzały. A jak panna Ela podeszła i ucałowała z takim miłym uśmiechem, to już 
wiedziałam, że jest dobra. 
— Będziesz miała serdeczną przyjaciółkę, Ito. 
— A pan jest moim przyjacielem? 
— Tak, malutka. 
— Dlaczego pan mówi malutka, kiedy ja jestem duża pannica? 
— Bo dla mnie zawsze będziesz małą, rozczochraną dziewczynką, Ito. 
— A skąd baron wie, że ja się wpierw wyzywałam? 
— Jak to? 
— Bo powiedział, że mam wyzywające usta. 
— Aha... tak... e... może się domyślił. Zresztą baron lubi czasem pleść od rzeczy i nie 
trzeba tego wszystkiego brać poważnie. 
— Mnie się też tak zdawało. Chwila milczenia. 
— Ituś, czas już spać. 
— Czy... czy mogę pocałować pana na dobranoc? 
— Lepiej nie, Ituś -rzekł z wysiłkiem. -Lepiej nie. 
Popatrzyła smutnymi oczami. 
— Dobranoc! 
— Dobranoc, mój skowronku. -Pożegnał ją z nie skrywaną czułością. 
Od razu w pokoju wytworzyła się próżnia bez tej szczupłej dziewczyny. Witolda 
ogarnął niepokój. Widać, że niedługo otoczy Itę rój bezmyślnych bawidamków. Gorącymi 
oddechami owioną ten kwiat, który straci świeżość i woń... Chociaż, jeśli naprawdę kocha, 
zostanie małą, słodką Itą. 
Jeśli naprawdę kocha.... 
ROZDZIAŁ IV 
Baronówna była teraz częstym gościem w Kruszelnicy, ale przeważnie zabierała Itę 
do siebie. Serdeczną, troskliwą opieką niewoliła serce dzikuska. Ita mimo woli zaczęła 
naśladować przyjaciółkę. Nie znaczy to, że zatracała swą indywidualność, ale przyjaźń ta 
ścierała ostre kanty jej charakteru i sposobu bycia. Ita wyrażała się poprawniej, nie robiła 
wrażenia onieśmielonej. Nabrała w zachowaniu swobody i pewności. 
Ela, chcąc swoją małą ogładzić i przyzwyczaić do towarzystwa, zapraszała do siebie 
często kuzynkę, panienkę z talentem, grającą na skrzypcach, i córki sędziego, miłe 
dziewczątka, które szczerze polubiły Itę. 
W miarę, jak powoli zacierał się w Icie nalot wpływów samotności, potężniał jej urok 
dzikiej kotki i zarazem subtelnej, delikatnej natury. Nieodstępnym prawie towarzyszem 
panny był baronek. 
— Ja się chyba w tej sikorce kocham -powtarzał siostrze. 
— Proszę cię, trenuj swe talenty gdzie indziej. Ita nie jest zepsutym dzieckiem i, 
doprawdy, wstyd mi za ciebie. 
— Ja jej nie zrobię krzywdy, chcę tylko, żeby mnie pokochała. 
— Ciebie pokochać może panna Janeczka... 
— E, nie lubię cielęciny, nawet z papryką, wolę dziczyznę. 
Ela się irytowała, ale brat był uparty i pewny siebie. Mieczysław i Lutek kpili trochę z 
niego, ale w myśli nieraz widzieli już siostrę baronową. Antek zaś mało zwracał na to uwagę, 
gdyż pochłaniało go uczucie. Sympatia do Eli przybierała coraz żywsze barwy, ale jeszcze się 
analizował, badał, czekał. 
Witold zaś widział zmiany zaszłe w Icie. Kochał ją zresztą coraz goręcej. W listach do 
matki skarżył się, że Ita odejdzie od niego, bo zabierze mu ją świat. Matka stale odpisywała: 
„Bądź szlachetny i bacz, byś nie złamał życia dziecku, co ledwo wchodzi w jego bramy. Jeśli 
kocha naprawdę, spośród tłumu wyciągnie ręce do Ciebie... Więc czekaj!” 
A panna Janeczka tymczasem, zawiedziona w nadziejach, wylewała żółć na 
pokojówki, na matkę, wreszcie i na braci Kruszyńskich. Ciągle nie mogła doczekać się 
względów Witolda. 
Co niedziela jeździła pilnie do kościoła, ale Ita zaraz po mszy znikała z Antkiem i 
Witoldem. Wreszcie któregoś dnia zniecierpliwiona panna udała się do ojca. 
— Tateczku, ja mam ogromną prośbę. 
— No? Chcesz jechać na Sorbonę? 
— Nie! 
— Do Oxfordu! 
— Też nie... Ja chcę, tatusiu, malować. 
— A maluj sobie, kociątko. 
— Ale ja chcę się uczyć malarstwa. 
— Hm... to trudniej, chyba jak będziesz w Warszawie. 
— Tatusiu, u Kruszyńskich jest nowy nauczyciel malarz... Może on mógłby mi udzielać 
lekcji? Niech tatuś rozmówi się ze starym Kruszyńskim, mój złoty... mój najdroższy... 
Szkoda przecież mych zdolności. 
Więc ojciec przyrzekł, a Janeczka długo siedziała przed lustrem: studiowała 
uśmiechy, spojrzenia, sprawność wywołania rumieńców... i była zadowolona. 
Zaraz na drugi dzień przed południem, gdy Witold siedział z Itą w altance, 
przyleciała Kasia. 
— Pana nauczyciela starszy pan prosi. 
Poszedł nieco zdziwiony. W kancelarii zastał Kruszyńskiego i Rosowskiego. Gdy 
przedstawiono sprawę, rzekł niechętnie: 
— Doprawdy, nie wiem, czy potrafię wywiązać się z zadania. Lekcji malarstwa nigdy 
nie udzielałem. 
— Mój profesorku, nie odmawiaj -prosił Kruszyński. 
— Zrobi mi pan wielką grzeczność -wtórował Rosowski. 
— Spróbuję. A teraz pożegnam panów, gdyż jestem zajęty. 
Pod drzwiami stała Ita... Dawna dzika Ita. 
— Pan się zgodził...? Jaki pan podły! 
— Zrobiłem to dla twego ojca... Chodźmy, Ituś, dokończmy lekcję. 
— Ani myślę! 
Uciekła. Poszedł za nią. Nie mogąc jej znaleźć, usiadł na darniowej ławce... na tej 
samej, przy której Ita stała w koszulce i kładła mu ręce na czoło... Jak to było już dawno... 
Zły, że lekcje przyjął, czuł jednocześnie, że to będzie ogniowa próba dla Ity. Siebie był 
pewny. Zbyt gorąco, zbyt boleśnie ją już miłował, by którakolwiek inna mogła wedrzeć się w 
jego serce. 
Gdy o czwartej przyjechała po Itę baronówna, Witold wybierał się na lekcje do 
Janeczki. 
Panienki stały na ganku. Witold ukłonił się i odjechał. 
W oczach Ity zaświeciły zielone płomienie i usta poczęły drżeć, co widząc Ela 
przytuliła przyjaciółkę i szeptała serdecznie: 
— Ituś, moja maleńka... Co tobie? 
A ona wybuchnęła spazmatycznym płaczem. 
— Ta klępa mi go zabierze... ta małpa! 
Ela zrozumiała. 
— Ituś, nie płacz, jeśli pan Witold cię kocha, nie odbierze go żadna... Zresztą, jesteś 
taka śliczna. 
Jej piwne oczy zapatrzyły się w dal... 
— To tylko ja byłam nieszczęśliwa... 
— Dlaczego? 
— Bo widzisz, moja droga, kiedyś i ja kochałam, ale piękna panna odebrała mi serce 
narzeczonego. 
— I nie wytłukłaś jej? 
— Nie, dziecko, ona go widać też kochała... A zresztą nie byli potem szczęśliwi. 
— Ale ja nie chcę, ja go nie oddam. To mój pan Witold. 
— Twój, Ito, nie martw się... Tylko nie rób scen, nie pokazuj nadąsanej buzi. Będzie 
mu przykro. 
— A mnie też jest przykro. Mnie jest w duszy zupełnie tak, jakby lo... komotywa 
jechała prędko, prędko... Takie coś leci naprzód i szumi. 
Z podwórza wbiegł zmęczony, czerwony Antek. 
— Dzień dobry pani! Przy żniwach byłem z ojcem. Ale... co się tu stało...? 
— Nic... przyjacielskie zwierzenia! 
— Jak dobrze, że pani przyjechała -mówił radośnie i, widać, szczerze, przejęty 
możnością widzenia Eli i spędzenia reszty dnia w jej towarzystwie. 
— Pójdziemy we trójkę na spacer. Taki śliczny czas. 
— Ależ pan zmęczony! 
— Najpierw zjemy podwieczorek... A zresztą... przy pani odpoczywam. 
Ela uśmiechnęła się trochę smutno i nie odpowiedziała. 
Szli wąską ścieżką u zbocza góry. Z lewej strony biegła wąskotorowa kolejka, z prawej 
cudowna, migotliwa setką barw łąka stroiła zbocze. Ita skakała jak wróbel i nienasycenie 
rwała kwiaty. 
— Niech pan spojrzy, czy nasza mała nie wygląda jak boginka? 
— Że też pani zawsze tylko o kimś innym mówi, na innych poleca zwracać uwagę. 
— Bo ja jestem najmniej ciekawa. -Antek odczuł w głosie szczerość trochę żałosną. 
— Jak dla kogo. Dla mnie najbardziej interesującą osobą jest właśnie pani. Proszę nie 
przerywać... pani, nikt inny. 
Nie umiem przemawiać ni słów dobierać. Pani jest moim typem i jeżeli się ożenię, to 
tylko z panią. 
— Panie Antku... pan jest dziś nieprzytomny. 
— Owszem, przytomny... najzupełniej. Pani myślała zapewne: Jak on śmie, jakim 
prawem? Powtarzam, jeżeli się ożenię, to z panią. Oczywiście, gdy pani odmówi, nic z tego 
nie będzie. Zostanę wtedy starym kawalerem. 
Mówił to wszystko spokojnie, ale głos mu się pogłębił i widać było napięcie na 
twarzy. 
Podeszła Ita. 
— To dla Eli, a te schowam dla pana Witolda -mówiła, rozdzielając kwiaty. 
— A dla mnie? 
— Niech ci da Ela... Chociaż nie! To moja Ela... tylko moja, prawda? 
— Tak, Ito! 
— Nie, panna Ela jest też troszkę moja... 
— No, ja nie chcę! Nie bądź brzydki... Wynoś się. 
— Panno Elu, niechże pani odpowie tej niegrzecznej dziewczynce. 
— Odpowiem kiedy indziej, a teraz może skręcimy nad rzekę i brzegiem wrócimy do 
domu, bo na mnie czas. Na pewno brat przyjechał. 
Zgadła. Przed bramą stał samochód, a z ganku poderwał się baronek. 
— Panna Ita jak wieszczka kwiatów... Proszę o jeden dzwoneczek, będzie mi 
przypominał oczy pani. 
— Mogę panu dać trzy i pokazać, gdzie rwałam. 
Gdy przysunęła się blisko, kładąc kwiat do butonierki, Janusz szepnął: 
— Rusałko moja! Zdziwiła się ogromnie. 
— Elu, co to rusałka? 
— To taka śliczna istotka, co mieszka w wodzie. 
— Fuj! Takie mokradło... Gniewam się na pana. 
Pobiegła przez trawnik, za nią Janusz. Nagle stanęła i blask radości padł na 
twarzyczkę. Usłyszała turkot bryczki. W tej chwili Janusz chwycił ją wpół. 
— Teraz pocałuję -szeptał zdyszany. 
— Nie chcę... no... poszoł! Zaczęli się szarpać. Ita zapomniała o dobrym wychowaniu i 
trzepnęła napastnika w nos, ale to go rozjątrzyło jeszcze bardziej. Wściekłość dodała mu 
siły. 
— Ela! Ela! -krzyknęła rozpaczliwie Ita. 
Puścił ją, bojąc się uwag siostry. 
— Pan jest głupia małpa! -rzuciła dziewczyna pogardliwie i pobiegła pędem. Zdyszana 
klęknęła przy kolanach Eli. 
— Co ty wyprawiasz, mała! Tak gonić! -gderała baronówna. 
Na ganku był jeszcze Kruszyński z synami i Witold, który objął swą dziewczynę 
gorącym, stęsknionym spojrzeniem. 
— Zostańcie państwo na kolacji -zapraszał serdecznie gospodarz domu. 
— Nie robię nigdy chińskich ceremonii, ale dziś nie mogę, gdyż spodziewam się 
wieczorem ojca, miał przyjechać ze Lwowa -tłumaczyła baronówna. 
Spoza drzew wysunął się teraz Janusz i chociaż Ita zachichotała złośliwie, ale nie 
rzekła ni słówka. Przy pożegnaniu Antek, całując rękę Eli, spytał szeptem: 
— Czy pani jutro odpowie siostrze? 
— Jeżeli przyjedzie do mnie, tak! 
Antek musiał jednak ćwiczyć cierpliwość, bo właśnie „jutro” Ita poszła z Witoldem na 
spacer. 
— Tak mi smutno było. Tak źle bez pana. Najpierw to się wściekłam, a potem Ela 
powiedziała, że tak nie można i już byłam tylko smutna. Czy... czy pan nie woli tamtej? 
— Nie, Ituś. Ja mam tylko jedną, jedyną uczennicę, małą, drogą Itę! 
— A tamta co jest? 
— Rozpróżniaczona pannica. Wróciła uszczęśliwiona... 
Biedactwo! Czekały ją gorsze próby. Gdy Witold znów udał się do Rosowskich, a miał 
lekcję co drugi dzień, Antek zabrał siostrę do Eli, która wyszła do nich uradowana. 
— Widzisz, brzydulko, czekałam wczoraj cały dzień... 
— Nie mogłam, byłam z panem Witoldem daleko na spacerze -wyjaśniła zadowolona 
Ita. 
— No, no... Dobrze, ale wiesz co? Urządzamy uroczyście twoje święto! 
— Jakie? 
— No, urodziny, trzeciego sierpnia są twoje urodziny. Już mówiłam o tym z twoim 
ojcem. Urządzimy śliczną zabawę z tańcami i przedstawieniem. A ponieważ u nas jest 
więcej miejsca i duży park, więc odbędzie się to tutaj. Zresztą, mój tatuś chce ciebie 
poznać... Przyjedzie, a jemu, biedakowi, trudno się ruszać z tymi chorymi nogami. Dziś jest 
u mnie parę osób, omówimy plan zabawy i zawiążemy „komitet wtajemniczonych”. Panie 
Antoni, proszę w tej chwili zdjąć maskę oburzonego patriarchy. 
— Jestem zdumiony i, przyznaję, oburzony. 
— Jakiż powód? 
— Tyle ceregieli, tyle hecy dla jednej podfruwajki. 
Ela spojrzała z wyrzutem. 
— Szesnaście lat nie było ani jednej „hecy” dla tej „podfruwajki”, zresztą i mnie będzie 
szalenie miło. 
— No to już dobrze. Ale, panno Elu, pamięta pani? 
— Jak będzie czas, to przypomnę sobie i dotrzymam obietnicy. 
— Dobrze. Czekam! A wtedy Ita, patrząc gdzieś w bezkres, rzekła swym oryginalnym 
w barwie, tęsknym głosem. 
— Czy i wy czekacie na miłość tak jak mała, roztrzepana Ita? 
Zmieszali się, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Ela nie słyszała nigdy Ity mówiącej 
takim tonem. Zastanowiła ją także treść. Ale panienka wstrząsnęła kędziorami 
błyskawicznie zmieniła temat: 
— O... tam są czereśnie! U nas w tym roku nie ma ani jednej. Elu, mogę trochę urwać? 
— Ile chcesz, złotko... Proszę bardzo, ale po cóż masz drapać się na drzewo? Zawołam 
ogrodnika. 
— Takie lepiej smakują. -W jednej chwili zdjęła pantofelki i wspięła się na drzewo. 
Na dziedzińcu błysnął wypomadowaną głową Janusz, idący w towarzystwie dwóch 
młodych ludzi. Jeden był w mundurze oficera. Baronek przywitał się serdecznie z Antkiem, 
przedstawiając przyjaciół. 
— Czy pan siostrzyczkę przywiózł? 
— Owszem, właśnie siedzi na drzewie. 
Janusz pociągnął kolegów. 
— Mówię wam, boska. Śliczna Janeczka zgaśnie przy niej jak świeczka. 
— Janusz! Tobie gorzej! Zaczynasz rymować. 
Stanęli pod drzewem. 
— Panno Ito... składam uszanowanie. Niech pani raczy pokazać twarzyczkę. 
— W tej chwili nie mam czasu. 
— Ale tu są śliczni chłopcy. 
— E, gwiżdżę na ślicznych chłopców, wolę czereśnie. 
— Pokażę pani inne drzewo. Tam są smaczniejsze. 
Zdumionym widzom fajtnęły przed oczyma dwie nóżki w jasnych pończoszkach... Ita 
zwiesiła się na rękach i bez namysłu skoczyła. Ela krzyknęła wystraszona, ale łobuziak 
najspokojniej w świecie już nakładał pantofelki. -Niech pani pozwoli przedstawić kolegów... 
porucznik Michniewicz, a to Karolek Ilnicki. 
Ita z godnością podawała rękę. 
— No, gdzie te drugie czereśnie...? 
— Już pani chce nas porzucić, fe, to nieładnie. 
— Kiedy mnie się nudzi, ja wcale nie wiem, jak z wami rozmawiać. 
Porucznik spojrzał zdziwiony... Co to za panna, której może być nudno w 
towarzystwie trzech młodych, eleganckich ludzi. 
— A może zrobimy spacer po parku? -zaproponował. 
— Ja chcę do saren... 
— Rozkaz. 
Ruszyli wielkimi alejami. 
— Pani tu często bywa? -pytał Ilnicki, przystojny brunet w binoklach. 
— Nie, Ela częściej do nas przyjeżdża, bo ja mam mało czasu, ale dlaczego pan nosi 
okulary? Jak stary dziad? 
— To nie okulary. To binokle... -Roześmiał się Karol wyraźnie rozbawiony. -A noszę 
je dla urody, chcę być interesujący. 
— Ach tak! Niech pan pokaże! -Włożyła sobie szkła na nosek i wyglądała ładnie. 
— Czy jestem interesująca? 
— Cudownie! 
Nie spostrzegli nawet, kiedy dotarli do ogrodzonej części parku. 
— A oto i sarny! 
— Biedne sarenki, im to musi być smutno... dlaczego ich pan nie wypuści? Ile razy tu 
jestem, mam ochotę to zrobić. 
— Taka brzydka psotnica? Nie odpowiedziała Januszowi, gdyż nieoczekiwanie 
zagadnęła porucznika: 
— Bardzo mi się podoba pana ubranie... W ogóle lubię wszystko, co tak ślicznie 
błyszczy. Pan musi być dumny ze swego uniformu, prawda? 
— Tak, pani... Mundur oficera jest jego honorem. 
— Może zagramy w krokieta albo ślepą babkę? Pan będzie ślepy -zwróciła się do 
Janusza i zawiązała mu oczy bez pytania. 
Zaczęli biegać wkoło nieszczęśliwca, potrącać, popychać. 
— Widzisz, co z ciebie kobieta zrobiła -kpił Karol. 
Porucznik brzęczał ostrogami i jego też najpierw Janusz przycapił. 
Do krzykliwego kółka podeszła Ela z Antkiem. 
— Co się tu dzieje? Takie powagi! Zgroza! -załamywała ręce. 
— To panna Ita tak nami dyryguje! 
— Chodźcie mi zaraz na werandę... Przyjechała Irena i Linka z siostrą. 
— A trzeciego to będzie moja zabawa -krzyknęła tryumfalnie Ita. 
— Wobec tego rzucam wszystko i lecę -wołał Janusz. -Proszę mi dać rękę! 
— A po co? 
— Urządzamy wyścigi parami! -Szukał sposobności, by mieć ją przy sobie. 
— Raz! dwa! trzy! 
Biegli prędko, prędko... Ita w zapale nie spostrzegła, że skręcili w boczną aleję. 
— Teraz pani nie puszczę, póki nie dostanę buziaka! -Janusz trzymał ją mocno za 
ręce. 
— No... bo znów pan oberwie. 
— Ja też nie myślę wojować... Ja panią kocham, śliczny, duży dzieciaku... Wciąż myślę 
o tobie. Odkąd ujrzałem cię, śnisz mi się po nocach, taka świeża i czarująca. 
— Jak pan ładnie mówi -szepnęła. 
— Możesz zrobić ze mną, co chcesz, tylko pozwól się pocałować, malutka! 
A Ita rzekła śpiewnie głębokim głosem: 
— Nie mogę... Jestem zaczarowana... Czekam na miłość... Czekam i słucham, kiedy 
zmilkną moje oczy, usta i kędziorki, a serce zaśpiewa -kocham! 
Odstąpił zaskoczony nieoczekiwanymi słowami, ale po chwili znów zaczął nalegać. 
— Dobrze, ale niech pan zamknie oczy. 
Spełnił rozkaz posłusznie. Pochyliła się ku niemu bliziuteńko i... przylepiła mu do ust 
liść bzu. 
Nim otworzył oczy, jej nogi migały już w biegu. 
Kruszyńscy zabawili u panny Eli dość długo. Dopiero po jedenastej wracali 
eskortowani przez młodych ludzi. 
Ita była rozbawiona i uradowana. W oknie Witolda światło nie paliło się jak zwykle... 
On sam stał przytulony do drzewa, niewidoczny. Ze ściśniętym sercem patrzył na 
roześmianą twarzyczkę Ity, widział, jak obcałowywano na pożegnanie jej ręce, a ona ich nie 
broniła. 
Panienka zaś buchnęła od razu do łóżka. 
— Mój Boże, jak mi teraz dobrze i wesoło... Jak to przyjemnie nie być dziką -myślała. 
A potem nagły ból ścisnął jej usta i błyskiem zielonym spojrzał z oczu. 
— Tylko jeden Witold nie pozwala się pocałować. Janusz by chciał... i wszyscy, żebym 
ich kochała. Tylko on każe czekać. Na złość nie będę na niego wcale patrzeć -postanowiła. 
Zasnęła. 
— Daj ty, Janusz, pokój tej małej... To takie cudowne, świeże dziecko, po co jej głowę 
zawracać. Chcesz ją wprowadzić na drogi, którymi chodzą nasze panny? -mówił porucznik 
w powrotnej drodze. 
— Wiesz, ona i na mnie zrobiła takie wrażenie. Zdobyć jej miłość to rozkosz. Bo za 
serce zapłaci sercem wiernym, nie zepsutym. Jej niepotrzebne kadzidła hołdów. Ona nie 
szuka wrażeń. To prawdziwa kobieta -dopełnił zdanie kolegi Karol. 
A Janusz syknął: 
— Psiakrew! Bodaj to być wybranym. Jak ona zbudowana! Psyche! 
A panna Janeczka omotywała Witolda siecią najrozkoszniejszych spojrzeń, 
mdlejących uśmiechów, melodią głosu, wężowymi przegięciami ciała. Jednym słowem, 
roztaczała całą tęczę uroków, ale jakoś do tej pory nie poprosił jej o pozowanie, nie 
powiedział ani jednego komplementu. Odbywał lekcje ze spokojnym, lekko ironicznym 
uśmieszkiem. Odpowiadał na pytania, był uprzedzająco grzeczny i... poza tym nic. 
Pannę Janeczkę doprowadzało to do wściekłości. 
— Jakże się miewa ta mała dziczka? -zapytała raz. 
— Doskonale... Robi wielkie postępy. 
— Jakieś dziwaczne imię jej dali... Ita... Ita... Cóż to za święta Ita? O takiej nie 
słyszałam. 
— To jest zdrobnienie. Właściwe jej imię brzmi Eleonora Rita. 
— Jak pan, taki inteligentny, może w jej towarzystwie wytrzymać? Przecież to całkiem 
nieokrzesana dziewczyna. 
— Do wszystkiego można się przyzwyczaić. 
— Czy będzie pan trzeciego sierpnia u Ziemskich? Dostałam zaproszenie... 
— Nie wiem jeszcze, może będę. 
— Tak bym chciała z panem zatańczyć. Kocham taniec, porywa mnie i upaja. 
— Aż tak? 
— Zwłaszcza gdy tańczę z kimś sympatycznym... -zawiesiła głos i uśmiechnęła się 
przymilnie. -Dlatego właśnie gorąco pragnę tańczyć z panem. 
— Dlaczego specjalnie ze mną? 
— Bo mnie już nudzą te spojrzenia pełne zachwytu, ciągłe komplementy... adoracje. 
Nie cierpię tego. Mam dziwną naturę. Chciałabym przejść przez życie cicho... Tylko w 
towarzystwie moich ukochanych książek... i jakiegoś oddanego mi serca -zakończyła 
górnolotnie. 
— Przed chwilą mówiła pani z takim uniesieniem o tańcu! 
— No tak... bo w tańcu mogę oddać mą tęsknotę za czymś nieznanym. 
— Za nową serią adoratorów -pomyślał z niejaką złośliwością Witold. 
— Panie Witoldzie, proszę mi obiecać, że pan będzie... Tak bardzo proszę. -Złożyła 
alabastrowe ręce i przysunęła twarzyczkę porcelanowej lalki do jego głowy. -Niech pan 
spojrzy, jak moje oczy proszą. 
— Widzę właśnie i jestem upojony czarem tych turkusów, ale muszę już panią 
pożegnać... 
— Jeśli pan przyjdzie, ofiaruję... całusa. 
— O... pani... wobec tego przyfrunę! 
ROZDZIAŁ V 
Ita siedziała na swej ulubionej darniowej ławeczce z książką na kolanach. Uczyła się 
geografii. Pan Witold opowiadał jej tak zajmująco o Japonii, namalował domek malutki, 
przy nim śmiesznego Japończyka... W ten sposób łatwo jej było zapamiętać wszystko. Teraz 
powtarzała zadane paragrafy. Dowiedziała się tylu, tylu ciekawych rzeczy i coraz więcej 
przybywa jej wiadomości dzięki tak dobremu nauczycielowi, ale on -jak zauważyła -jakiś 
smutniejszy, czemu? Usłyszała jego kroki, a potem ciepły głos: 
— No, Ituś, umiesz lekcje? 
— O tak! Doskonale. A jutro już drugi sierpnia, a potem moje święto! Tak się cieszę! 
Najwięcej z żywych obrazów i z tego, że będę rusałką. Szkoda, że pan nie może być 
rusałkiem, ale za to pan jest Parysem. 
Nagle ucichła. 
— No co Ituś...? O czym myślisz? 
— Że jestem jak ta Psyche, co Erosa szukała. Mówiła mi tę bajkę Elusia i zaraz sobie 
tak pomyślałam. A pan Janusz zawsze mówi, że mnie kocha i chce całować, ale ja nie dam 
się. 
Witold zbladł. 
— Nie lubisz go, Ito? 
— Lubię i tamtych lubię też, ale co do całowania... A zresztą może się i dam... -rzekła 
przymrużając oczy i patrząc z ukosa na Witolda. 
— Aha... już ją omotali... Już zaczynają paczyć -myślał z bólem. -Sam chciałeś. Sam 
tego chciałeś! Teraz ją stracisz! 
Wstał śliczny sierpniowy poranek. Ita, ubrana biało, klęczała w ogrodzie przed 
posągiem Madonny. 
— Już jestem panna dorosła... O, Matko Boża, dziękuję za to. Za wszystko dziękuję, ale 
dziękowałabym więcej, gdyby pan Witold uwierzył, że go kocham... Żebym i ja wiedziała, że 
jestem tylko jego jedyną dziewczyną... Żadna Janeczka nie, tylko ja... Nie chcę jej 
obmawiać, ale sama wiesz, że to małpa... Mój dobry, śliczny Boże! Ty masz wielkie góry i 
lasy, i rzeki, i wszystkich ludzi, a ja chcę tylko jednego pana Witolda -szeptała cichutko, 
wznosząc oczy pełne łez. 
Wstała już pogodnie uśmiechnięta i od razu zobaczyła Witolda. 
— Chodźmy, Ituś, do altanki, bo tam ktoś czeka. 
— A kto? 
— Zobaczysz... 
Biegła szybko i, stanąwszy na progu, krzyknęła: 
— Ojej! To ja! Mój obrazek! Ojej! 
Na stole pełnym kwiecia stał portret Ity. Z wianeczkiem na połyskliwych włosach, w 
krótkiej, odsłaniającej bose nogi sukience stała pochylona nad strumyczkiem. 
Dziewczyna patrzyła, złożywszy ręce, a potem w nagłym porywie chciała je zarzucić 
na szyję ukochanemu. Momentalnie jednak ochłonęła... Przybladła tylko i rzekła cicho: 
— Bardzo, bardzo panu dziękuję. Jestem strasznie szczęśliwa, że mam swój własny 
obrazek. 
Ucałował tylko brunatne ręce, nie mogąc przemówić. 
Pokój jadalny też był przystrojony kwiatami. Przy nakryciu Ity leżała koperta z 
napisem: „Icie od ojca i braci”. Zawierała tysiąc złotych. Ojciec tulił długo jedynaczkę w 
ramionach. 
Praktykanci i bracia z powagą całowali jej ręce... 
Po śniadaniu Kruszyński wziął córkę pod rękę. 
— Chodź, córuchno. Teraz będziesz miała inny pokój... Tamten, gdzie się rodziłaś 
przed szesnastu laty. 
Otworzył zamknięte dotąd drzwi. Trysnęła smuga słonecznego światła. Ita weszła w 
swoje królestwo. 
Był to dość duży różowy pokój, urządzony elegancko i gustownie. Sypialnia i 
buduarek zmarłej matki. Teraz odświeżony, pachnący, robił przytulne, miłe wrażenie. Ita 
rozpłakała się. 
— Tatusiu... Ja tu coś jeszcze przyniosę... 
Zniknęła, a za parę minut zjawiła się, taszcząc z wysiłkiem duży obraz. 
Okrzyki zachwytu, podziwu, ciekawości. Witold stał w glorii. 
— Panie Witoldzie -mówił w godzinę potem Kruszyński -dzień ten bez wątpienia jest 
najjaśniejszy od lat szesnastu. Panu go zawdzięczam... Daj ci, Boże, zdrowie i szczęście. 
Moja Jadzia cieszyłaby się. Patrząc na Itę, ją widzę... Tak, tak... 
Zaraz po trzeciej przyjechał samochód. Ita z Antkiem i Witoldem próżno namawiała 
starszych braci, by wsiedli razem. Wielbiciele Janeczki postanowili udać się wpierw do niej i 
razem przyjechać dopiero wieczorem do Ziemskich. Solenizantka nie nalegała więc dłużej. 
Przed pałacem czekała baronówna z Januszem. Wysiadającą z auta pupilkę chwyciła 
w ramiona i całowała serdecznie. 
— Ituś moja! Nawet nie wiesz, czym jesteś dla mnie, kochanie, ile ci życzę szczęścia. 
— Ela, zostawże pannę Itę. Co dla mnie będzie? -Janusz próbował zwrócić uwagę na 
siebie, a Ita roześmiała się wesoło. 
— Dla pana kosteczki! -zawołała rozpromieniona. 
Ela zwróciła się do Witolda i Antka: 
— A my zaraz do roboty. Halka i Nina też wkrótce nadejdą. Ogrodnik już przygotował 
potrzebną zieleń. Tymczasem chodźmy do tatusia... Ita! 
Nad tarasem widniał misternie uwity napis z kwiatów: „Witaj, Maleńka”. 
Pan Ziemski, mężczyzna bardzo tęgi, o rysach pospolitych, lecz miłych, siedział w 
głębokim fotelu. Twarz miał bladą, a łysina nadawała mu dziwnie dobroduszny, jowialny 
wygląd. Robił wrażenie starego kawalera. 
— Tatusiu! Oto nasza kochana solenizantka! 
Pan Ziemski wyciągnął rękę do zarumienionej panienki. 
— Już tyle o pani słyszałem, że nie mogłem oprzeć się ciekawości ujrzenia osóbki, 
którą moja córka tak bardzo kocha. A ponieważ dziś pani urodziny, więc przy okazji 
składam serdeczne życzenia. 
Ita zrobiła wspaniały dyg. Popatrzyła chwilę i rzekła: 
— Ela mówiła, że pan ma chore nogi, czy pana bolą? To panu będzie smutno, jak my 
zaczniemy tańczyć i biegać... Ale to nic, ja tu zostanę trochę, to nie będzie tak nudno. Ja 
bardzo lubię staruszków... Tyle ciekawych rzeczy wiedzą. 
Baron patrzył wielkimi oczami na panienkę, wreszcie zaczął się głośno, serdecznie 
śmiać. 
— Ha... ha... ha... -rozbrzmiewał potężny bas. -Oj, nie wytrzymam! -Hihi... hi podskakiwały 
cieńsze tony. -Pani jest czarująca! Ha! ha! ha! 
Wreszcie wytarł nos i oczy. 
Objąwszy czerwoną jak wiśnia dziewczynę wpół, przycisnął do siebie i ucałował. 
— Moje dziecko... skacz, biegaj, ile ci starczy sił. Ja będę patrzył i podziwiał. A za 
dobre chęci i serduszko dziękuję... Elusia, prędko będzie kawka? Myślę, że przed pracą 
posilicie się państwo! 
Ela pobiegła w głąb willi, a Janusz przedstawił ojcu Witolda. 
— Szalenie miłą ma pan uczennicę... Bodaj to być młodym nauczycielem -żartował 
baron. 
W tej chwili przed pałac zajechał powozik. Wysiadły z niego Hala i Ninka. 
Ela była uradowana. 
— Jak dobrze, że wszyscy „wtajemniczeni” zebrali się wcześniej. Jeszcze tylko brak 
Irmy i porucznika Staśka, bo Karol od godziny łapie ryby. 
Podano kawę. 
— Jestem ci, Elciu, bardzo wdzięczny, żeś mnie tu ze Lwowa wyciągnęła. Człowiek w 
miłym gronie przypomni sobie dawne czasy -uśmiechnął się baron. 
— A dlaczego pan nie jest zawsze tutaj? -zapytała Ita. 
— Interesy, kotku, biuro... 
— Aha! Bardzo mi pana żal, ale dlaczego pan Janusz nie pomaga swemu tatusiowi? 
Zawsze razem prędzej by się skończyło robotę. 
Janusz w tej chwili miał niezbyt mądrą minę, ale usiłował się wytłumaczyć: 
— Ja jestem z zawodu prawnik... 
— Ty jesteś z zawodu próżniak, synku, ale to głupstwo. Majątek ci zostawię, więc 
możesz próżnować, choć wcale nie szkodziłoby, gdybyś coś niecoś robił. 
— Ech! Ojciec zawsze z uwagami wybierze się nie w porę. 
Ita patrzyła chwilę bystro na ojca i syna. 
— Elusia! Ja nie chcę siedzieć przy Januszu -zawyrokowała. -Ja usiądę koło pana 
barona. Pan mi się daleko bardziej podoba. 
Zebrana przy stole młodzież nie hamowała śmiechu, a baron znów oczy i nos 
wycierał. 
— Wcale nie wiem, czego się śmiejecie... Czy ja znów powiedziałam jakie głupstwo? 
Baron zaprotestował gorąco. 
— Ależ uchowaj Boże! Cieszymy się, że pani jest szczera. 
Ita usiadła obok niego. 
— Panno Ito, czy ojciec nie ma zamiaru dziś do nas zajrzeć? 
— Nie wiem. Może wieczorem. A ja dostałam na urodziny pokój mamusi... Tam jest 
wszystko różowe. I łóżko takie szerokaśkie, i biała skórka niedźwiedzia na kanapce. Jaka 
szkoda, że pan nie może zobaczyć... Pan żałuje, prawda? Niech pan przyjedzie do nas w 
samochodzie. Pokażę panu mój portret... taki jak mamusi. Pan Witold zrobił. 
Baron z rozczuleniem słuchał szczebiotu panienki. 
— Znałem pani matkę -rzekł cicho. 
— Ita... idziemy do ogrodu! 
— Nie, Elu. Ja zostanę, bo przecież pan by się zanudził. 
— Ach ty, uparciuchu... zostań, ale niedługo przyjdę po ciebie. 
— Niech mi pan opowie o mamusi. Tatuś nigdy o niej mówić nie chce, bo zaraz płacze. 
— Pani mamusię poznałem, gdy ojciec objął u mnie posadę. Byli dopiero po ślubie... 
Pani Jadwiga ślicznie śpiewała i czarowała urodą. Jesteś do niej podobna... Tylko mamusia 
miała inny kolor włosów i nosek klasyczny, a ty, filutko, masz taki troszeczkę zadarty, jak 
moja sympatia ze studenckich czasów... Odwiedzała też czasem moją Wacię... Skarżyła się, 
biedactwo, na samotność i brak rozrywek, ale tylko przed Wacią. Dawniej tu było fatalne 
pustkowie... Teraz można wytrzymać. Po śmierci mej żony nie miała już wcale towarzystwa. 
— Mnie też było pusto i smutno przedtem... Cały dzień latałam. Potem przyjechał pan 
Witold i zrobiło mi się przyjemniej. A potem Elusia. No a teraz jestem panienką... Wie pan? 
Ja wolę starszych niż młodych, bo oni plotą czasem trzy po trzy i wcale nie wiem o co 
chodzi. Pan Rosowski też jest taki prawie przyjemny jak pan. Tylko tej Janeczki nienawidzę. 
Nadbiegła Ela i zabrała przyjaciółkę do wielkiej oszklonej altany. 
Stół był zarzucony stosem bibuł i materiałów. Na podłodze przy dużym koszu 
klęczały Ninka i Hala, segregując kotyliony wedle pomysłów Witolda z wielką starannością 
wykonane. Janusz przeszkadzał im w robocie, chcąc wszystko przymierzać. Karol 
majstrował coś koło starego reflektora. 
— Kotyliony? Ani mi się waż. To niespodzianka na wieczór. 
— Nie pokazujcie jej -krzyczała baronówna. -Masz swój kostium. 
— Janusz... Karol... wynoście się, bo panny będą przymierzać kostiumy. 
— Ojoj... wielki cymes... Mało kobiet widziałem całkiem bez kostiumów? Nawet 
listków figowych zapomniały przypiąć. 
— Nie chwal się, Januszku! Chodź -i Karol wyprowadził barona z altany. 
Ela otoczyła Itę parawanem... Pomogła jej ubrać się w obcisły strój jedwabny, krojem 
zbliżony do kostiumu kąpielowego. Bez rękawów, głęboko wycięty i króciutki odsłaniał całe 
nogi. Na seledynowym atłasie wspaniale wyglądał srebrny dżet. Dżet ten Ela pracowicie 
odpruła od znalezionej w garderobie balowej sukni matki. Od ramion powiewała popielata i 
różowa gaza. Na rozburzone loki dziewczyny Ela włożyła wianek nenufarów. 
— Wejdź teraz na stół! Ita, nie mogąc z zachwytu przemówić słowa, w jednej chwili 
stanęła nieruchoma jak posążek na ogromnym, dębowym stole. 
Panienki zachwycały się głośno, a Hala rzekła: 
— Wiecie co? Prawdziwszej rusałki to chyba w żadnej rzece nie znajdziemy! 
— Ale zdejmijże pończochy i pantofelki -krzyknęła Ninka. -Ładna rusałka... 
Z ogrodu dobiegł głos Witolda: 
— Panno Elu, ogrodnik pyta, czy może ustawiać zieleń i krzesła. 
— Już idziemy... Przebierzcie się, Halu, Ninko, i przyjdźcie do nas nad staw. 
A nad brzegiem stawu porucznik i Janusz obstawiali zielenią posąg Satyra. Ogrodnik 
przy pomocy Karola znosił z wózka oleandry, świerki i palmy. 
Ita usiadła na krzesełku, owinąwszy się w duży, jedwabny szal tak, że było widać 
tylko stopy i główkę. Ela tymczasem kierowała ustawianiem zieleni. 
Od trzech szeregów krzesełek z dwóch stron półkolami, niby ściany, stanęły świerki i 
oleandry, dochodzące aż do brzegów stawu. Dzięki temu wytworzyła się widownia i scena ze 
śliczną perspektywą. Widownię od sceny oddzielono kurtyną umocowaną na linie. 
— Tu jest wejście na scenę -wskazywała Ela. -Ubierać się będziemy w oranżerii. 
Chodź, Ita... Zasuńcie kurtynę i siadajcie. 
Na dany znak chłopcy rozciągnęli kurtynę. 
Przed posągiem Satyra stała Ita na paluszkach, lekko przegięta, z wyciągniętymi 
rękoma i lewą nogą odsuniętą w tył. W tej samej chwili rozległy się subtelne tony skrzypiec. 
To Irma grała „Marzenie” Schumanna. 
— Zaczynaj, Ituś -szepnęła Ela. 
— Nie... nie mogę teraz... Później, wieczorem... Elu, teraz nie. 
— No dobrze. 
Zasunięto kurtynę, nieliczna gromadka widzów klaskała z zapałem. 
— Prawda, że ładny obraz? A jak do tego przyjdzie reflektor, a może i księżyc będzie... 
— triumfowała Ela. 
Nastąpiły próby dalszych obrazów. Wreszcie panny pobiegły do altany szykować pod 
kierunkiem Witolda pawilon turecki. Panowie wynieśli stół i fotele, a panienki dźwigały 
poduszki, dywany, wałki od kanapy, pufy, rozmieszczając wszystko między przyniesionymi 
z oranżerii kwiatami. 
Na tych przygotowaniach czas upłynął szybko i słońce już zaszło. „Wtajemniczone” 
gronko czuło się porządnie zmęczone. Witold tylko, mając oczy i serce pełne Ity, biegał 
uśmiechnięty, dowcipkując, wiedząc, że wszystko to dla „małej”. A ona z rozjarzonymi 
oczami, z buzią w rumieńcach podskakiwała i dusiła Elę, to znów panienki w szalonych, 
radosnych uściskach. 
Zaturkotała bryczka. Młodzi wybiegli na taras, myśląc, że to pierwsi goście. Okazało 
się jednak, że przyjechali muzykanci. Ela powitała ich uprzejmie i wskazała pokój specjalnie 
przygotowany. Ale i goście zaczęli napływać. Pierwsze błysnęły jedwabnymi, różowymi 
sukienkami siostry Radomskie w towarzystwie kuzynka, mocno rozrośniętego młodziana, 
który klął widać w duchu swoje ręce, bo całkiem ostentacyjnie mu zawadzały. Po nich stale 
już ktoś wchodził na taras ślicznie oświetlony i pełen kwiatów. Zajaśniały wśród nich lampki 
w napisie: „Witaj, Maleńka”. Było to powodem wielkiego zdziwienia. Wiele osób 
zastanawiało się: -Co to za maleńka? A może jaka kuzynka baronówny? -Nie pytali się 
jednak, bo nie wypadało. 
Wreszcie zajechała eleganckim powozikiem panna Janeczka. Spowita w czarny ze 
złotymi koronkami jedwab, wyglądała jak róża, wychylająca się z czarnego wazonu. 
Porcelanowa jej cera olśniewała świeżością... Białe, pełne ramiona wyzywały zalotnie i słały 
czar obietnic. Zaintrygował ją kwiatowy transparent. 
— Kogóż to Ela tak wita serdecznie? -pomyślała. 
Baronówna wyszła z Januszem naprzeciw. 
— Nareszcie... Nie mogę dziś doczekać się wszystkich gości, a chcielibyśmy polonezem 
po ogrodzie rozpocząć zabawę, gdy się całe towarzystwo zbierze... A panowie Kruszyńscy 
nie przyjechali z panią? 
— Byli u mnie przeprosić, bo wypadł im jakiś ważny interes w Skolu. Rzeczywiście 
mieliśmy przyjechać razem, ale wobec tego nie czekałam... Czemu jednak pani tak dawno 
nie zaglądała do nas? 
— Przygotowywałam niespodziankę dla kochanych gości. A to zabiera sporo czasu. 
— Hero białoramienna, odwróć swą złotowłosą główkę i w moją stronę -zaimponował 
erudycją Janusz, schylając się wypomadowaną imitacją czupryny w przesadnym ukłonie. 
Janeczka podała rękę łabędzim ruchem. 
— Czy i pan szykował niespodziankę? 
— Ja zawsze jestem do rozporządzenia pięknych pań. Przyjechałbym na pierwsze 
wezwanie. 
Weszli na taras. Woń kwiatów kłóciła się tu z wonią perfum. Błyszczały kolorowe 
lampki i rozbawione oczy. Wesoły gwar budził echa w dużym parku. Na schodkach tarasu 
ukłonili się Janeczce Witold i Antoni. Witała ich z błyskiem triumfu w turkusowych oczach. 
Podawała rękę ślicznym, dobrze wystudiowanym w lustrze ruchem. Na widok panny 
zerwało się od małych stoliczków kilkanaście fraków, frunęło w jej stronę parę kolorowych 
szatek. 
— Nie mogłem doczekać się pani -mówił młodziutki podporucznik, mający piękne 
oczy i hrabiowski tytuł. Rozkosznie przeciągłe spojrzenie było wymowną odpowiedzią. 
— Panno Janeczko... tu jest wolny stolik... -zaprosił hrabia. 
Osunęła się na fotel ruchem leniwym, pełnym gracji, i zaraz zasłonił ją wianek 
fraków i żakietów. 
„Wtajemniczeni” sprawowali obowiązki gospodarzy znakomicie. Od stolika do 
stolika przesuwały się zgrabne panny Hala i Ninka, patrząc, by niczego nie brakowało. 
Porucznik i Karol starali się usilnie, żeby nie było osamotnionych panienek. 
Na taras wjechał w swym fotelu baron. Młodzież zgromadziła się koło niego, a on 
witał wszystkich serdecznie z dobrodusznym uśmiechem. 
— Ależ pani wyrosła i wypiękniała... hm... hm... rajski owoc -kręcił głową, patrząc na 
Janeczkę. 
— Widzi pani, zawsze to samo mówiłem -przymilał się Janusz, ale ojciec wnet odpalił: 
— Tymczasem ostrzysz ząbki na niedojrzałych owocach, ale to nie ma nic do rzeczy... 
Uroda pani wcale nie traci w ten sposób na wartości. 
Janeczka rumieniła się wdzięcznie i już kokietowała smukłego czarnowłosego 
chłopca, zwanego „Lalą”. 
A Ita prawie od godziny siedziała przed lustrem w pokoju Eli; cierpliwa Irma 
usiłowała doprowadzić do przyzwoitego stanu spiętrzoną, rozkrzyczaną tysiącem kędziorów 
fryzurę panienki. I woda kolońska, i szczotki, i grzebienie -wszystko tu było w robocie. 
— Jak żyję nie widziałam podobnych włosów. Żeby choć nie były takie miękkie, 
czesanie poszłoby znacznie łatwiej. 
— Jak żyję nie czesałam się tak długo. 
— Żebyś się, kozo jedna, częściej tak długo czesała, nie pociłabym się teraz nad twą 
fryzurą. 
Ita podniosła w górę żałosne oczy. 
— Skoro Irma się złości, proszę Irmy, to może je obciąć krótko i już... 
— Właśnie! Pomysł świetny! -Irma z wielką pieczołowitością układała dalej jedwabne, 
lśniące loki. 
W drzwiach stanęła Ela. 
— Może sprowadzić fryzjera, to na rano będzie gotowe! 
— Nie! Obejdzie się. Ita wstań! Podnieś głowę! No...? 
— Bosko! Główka Ity, zgrabna, okrągła główka lśniła miękkim, wspaniałym brązem. 
Loki, przyciśnięte srebrną przepaską, spadały prawie do ramion, bujne i puszyste. 
— A teraz chodźmy. Ita zbladła. 
— Co ci to... Ituś? -spytały zaniepokojone kuzynki. 
— Boję się! 
— Wiesz...! -Irma z niedowierzaniem podniosła brwi. -Jeżeli to ma być dowcip, to ci 
się udał! Nie rób awantur... Idziemy. 
Stanęły w drzwiach, wiodących z hallu na taras. Światło i gwar buchnęły na drżącą 
dziewczynę gorącym tumanem... Przymknęła oczy. 
— Moi kochani goście, przedstawiam wam solenizantkę, na której cześć bawimy się 
dzisiaj. Panna Ita Kruszyńska... A teraz według programu zaczniemy zabawę polonezem. 
Karol dał znak orkiestrze. 
Gdyby panna Ita zaczęła na środku tarasu wywijać koziołki, nie zdziwiłaby zapewne 
więcej Janeczki i innych panien. Zwłaszcza Janeczki, która zbladła i oparła się o stolik, 
patrząc szerokimi oczami na drobną, białą postać, otoczoną teraz gronem młodzieży, 
przedstawiającej się nieznajomej dotąd panience. 
— Co to znaczy? -zapytała wreszcie siostry Radomskie. 
Ruszyły wymownie ramionami. 
— Nie wiemy, ale trzeba się przywitać. 
Gdy podeszły do Ity i spojrzały w dziecinną, ciemną od słońca twarzyczkę i 
zalęknione oczy, wszystkie trzy poczuły, że nie będą jej krzywe, zdecydowanie nie potrafią 
źle o niej mówić. 
— Ja panie znam -mówiła Ita nieśmiało. -Pamiętam ten mój pierwszy występ w 
świecie. Panie się bardzo ze mnie nabijały, prawda...? Ale to nic, myślę, że teraz jestem 
trochę inna. 
Wreszcie Janeczka dotknęła brunatnej rączki i skinęła królewsko głową. 
— Zdziwiłam się ogromnie, widząc panią tutaj, prawie nie poznałam. Ostatni raz 
wyglądała pani zupełnie inaczej... 
— Ja się niczemu nie dziwię -odparła słodko Ita. 
— Panno Ito -kłaniał się uroczyście Janusz. -Proszę panią do poloneza w pierwszą 
parę. 
Teraz Janeczkę o mało krew nie zalała ze złości. Na szczęście podszedł „Lala”. Z 
uśmiechem wsunęła mu rękę pod ramię, ale w głowie kotłowały się złośliwe myśli. Pomału 
zawiść podsuwała plan zemsty. 
Kolorowy pochód sunął przez rozmigotane tęczami lampionów aleje. Karol zaczął 
puszczać rakiety. 
A na tarasie został baron sam i... marzył. 
Z tryskających kolorami i gwarnym śmiechem alei wysunęła się cichutko jego 
młodość i przysiadła u stóp. Dawne chwile, gdy jako Gustaw Eldman, syn zamożnych 
fabrykantów, był jednym z najbardziej znanych burszów w Berlinie... Cichy, skromny 
pokoik i mała Mitzi o szafirowych oczach i jedwabistych loczkach. Mitzi w różowej sukience 
i śnieżnym fartuszku. I noce pełne gwaru i śmiechu młodych, beztroskich zawadiaków, i dni 
spędzone nad książkami. 
I wreszcie dyplom w ręku, w sercu Mitzi... i więcej nic. A dla Mitzi to było za mało, bo 
była biedna. Dla jego rodziców też za mało, bo byli bogaci i nie chcieli Mitzi za synową. 
I Erdman poszedł z dyplomem w świat, a gdy wrócił, nie zastał już różowej Mitzi. 
A potem na drodze życia stanęła Wacia, tak bardzo do tamtej podobna. Tylko Wacia 
miała wszystko, bo i pieniądze, i nazwisko polskie szlacheckie... I nie chciała „Erdmana”, 
więc wyszła za „barona Ziemskiego”. Skoro miał pieniądze i dyplom, czemu nie mógł zostać 
baronem...? A potem Ela i Janusz. Ela -kochane, złote dziecko, Janusz, et... Spojrzał w 
kierunku syna. Janusz patrzył na Itę rozkochanym, przylepiającym się wzrokiem. Baron 
powrócił w swój świat. Pamięć jak zamglone lustro odbiła postać przecudnej pani 
Kruszyńskiej -ostatniej miłości. Beznadziejnej, ukrytej... Potem dotknęło go nieszczęście i 
pozostał... fotel. 
Na taras weszła orkiestra, kierując się do sali tańców, za nią młodzież otrzepująca już 
pył marzeń. 
Taras znów życiem zadrgał. Usuwano na boki stoliczki i krzesełka, gdyż niektórzy 
chcieli tańczyć tutaj. 
Walczyk. Przed Janeczką stanął Witold. 
— Jestem do dyspozycji! Wstała uradowana, a Witold nie spostrzegł, że jedne 
szafirowozielone oczy krzyknęły rozpaczą. 
Itę otoczyło kilku młodych ludzi, zwabionych oryginalną twarzyczką i kocimi 
ruchami. 
— Szkoda, że nie mogę od razu tańczyć ze wszystkimi, co mnie wybierają, ale ja nawet 
nie umiem. 
— Ależ my tańczyliśmy już ze sobą... Może pani mnie nie odmówi? -rzekł Janusz. 
— Odmówię. Najpierw popatrzę, jak inni to robią. 
Młodzieńcy odeszli szukać tancerek. Został tylko Janusz i porucznik. 
— Jak się pani czuje? 
— Jak na czubku topoli podczas wichury! 
— Panna Ita ma cudowne porównania -zauważył Janusz. Spojrzała trochę złośliwie. 
— Nieprawda. Jeszcze pana do osła nie porównałam. 
Nie obraził się. Nawet pocałował jej dłoń. 
— Noo! 
— Nie wolno w rączkę? A więc w szyjkę! 
— Panie poruczniku, proszę mnie zaprosić do walca, bo nie lubię głupstw słuchać. 
Porucznik skłonił się, przygarnął lekko figurkę tancerki. Wpłynęli jakoś dość 
niezręcznie do sali. Ela uśmiechnęła się spoza ramienia Antka. Irma kołysała swą 
drobniutką postać, walcując z Karolem. 
Szereg niezręcznych, twardych posunięć i porucznik coraz więcej zdziwiony patrzy na 
partnerkę. Ruchy jej stają się pewniejsze. Sztywna figurka nabiera giętkości... Muzyka, 
gwar... Widok splecionych ciał zaczyna działać jak narkotyk na nieświadomą tego 
wszystkiego dziewczynę. Tańczy ona leciutko, czubeczkami palców dotykając posadzki. 
Główkę przechyla nieco zalotnie i, zapominając o całym świecie, chce tylko całą swą 
zręczność i gibkość, i tak długo w ukryciu trzymaną zalotność oddać w tańcu. 
I Janusz też patrzy z tarasu, nie wierząc własnym oczom. I stary baron kręci głową... 
— Ależ ta mała tańczy... No, indyjska tancerka... No, no... 
Ela przystanęła na moment w tańcu. 
— Niech pan spojrzy na siostrę, panie Antku! 
Spojrzał i zgłupiał. 
— Co wy z tej smarkatej zrobiliście? 
Ela podniosła oczy z gorącą radością. 
— Aha, zuch moja maleńka. 
— A pani jest moja maleńka? -Patrzył z napięciem w jej oczy. -Tak? 
— Nie wiem. Naprawdę nie wiem. 
— Rozumiem. Dziękuję. Tańczmy, choć tak naprawdę nie lubię się kręcić. 
— Możemy... możemy przejść się po ogrodzie -szepnęła. 
Wyszli..., a i walc się skończył. 
Porucznik ucałował z podziękowaniem ręce Ity. 
— Jak żyję nie miałem takiej partnerki. Proszę o następny taniec! 
Tymczasem panienkę otoczyło ciaśniej kółko męskich postaci. 
— To pani tańczyć nie umie? Jak można kłamać tak brzydko? Proszę o walczyka... 
— A ja o shimmy -poprosił ktoś. 
— Ojej... Ja nie wiem, co to „szimi”. Jak to się robi? 
— To pani zobaczy... Zaczęły ją bawić pochlebstwa. 
Mimo woli stawała się zalotna, strojna w jakiś nieuchwytny urok. Szumiało też 
panience trochę w głowie od kruszonu. Ciemna cera kwitła matowymi rumieńcami... Oczy 
paliły się to dwoma szmaragdowymi płomykami, to znów prawie szafirem... Burza włosów 
drżała w świetle gorącymi błyskami miedzi i brązu. 
Wkoło jej fotelika śmiech dzwonił nieustannie. Janeczka coraz częściej gryzła wargi, 
a złość zabrała jej śliczne kolorki. Dziwnym trafem otoczyli ją „hreczkosieje”, dla których do 
tej pory była zawsze niedostępna. Cała złota młodzież asystowała z zapałem tej 
znienawidzonej „chamce”. 
Nie było w tym nic dziwnego. Ita ciekawiła nowością. Jej oryginalna, choć nie tak 
krzycząco okazała uroda, pociągnęła znudzonych bawidamków, których intrygowało 
zachowanie się „małej” -szczere, proste, bez cienia hipokryzji, bez śladu wyrafinowanej 
kokieterii. 
Znów zagrali. Itę porwał hrabia. 
— Teraz właśnie tańczymy shimmy. 
— Ale niech pan tak nie przyciska... 
— Pani jest demoniczny dzieciak. 
— A pan jest demoniczny głupiec. 
— Niech pani przytuli tak główkę, jak pani widzi u innych par. 
— Ee... to jakaś przytulajka, a nie „szimi”. 
— To właśnie jest właściwość tego tańca. 
Przytuliła jednak główkę do skroni hrabiego. 
— Cudownie. 
Janusz tańczył teraz z Janeczką, która przybrała minę obrażonej monarchini. 
— Panno Janeczko, jak ta mała tańczy! Niech pani poobserwuje. 
— Nie widzę powodów do zachwytu, a po wtóre, zdaje się, że ona ma osiemnaście lat... 
Nie jest więc tak bardzo mała... Pozuje na naiwną, a ja pozy nie lubię. 
— Aha... zazdrość -pomyślał Janusz i spieszył załagodzić: 
— Oczywiście, nie tańczy tak jak moja białoramienna partnerka, ale ma duży wdzięk... 
— Wy mężczyźni macie dziwnie niskie instynkta. 
— O, przepraszam... -Pocałował ją w ramię. -Proszę zaraz zaprzeczyć. 
Zaprzeczyła, oczywiście. Rozległ się gong. W drzwiach sali stanął Karol. 
— Proszę państwa! Jeszcze jedna poleczka i proszę łaskawie pójść za mną. 
Nagle rozległ się przerażony głosik: 
— Ela! Ela!... Powiedz mu, żeby mnie puścił, bo nie zdążę. 
Eli nie było, ale Karol wyswobodził Itę z objęć hrabiego. Jednocześnie zniknęły z sali 
Hala, Ninka i Irma. 
Janeczka powiedziała do Janusza: 
— Siostra pana jest na ty z tą Kruszyńską? Taka przyjaźń... -W tym momencie 
początkowo słodką melodię głosu stłumił jej w gardle skurcz wściekłości. 
— Ach! Ela jest w niej zakochana... Zresztą... -I tu Janusz nie mógł się oprzeć głosowi 
uczucia: -To jest takie słodkie dziecko. Wie pani, któregoś dnia wpadliśmy do niej 
niespodziewanie rano. Ity nigdzie nie ma... Szukają jej wszyscy na gwałt. Witold nie widział 
uczennicy od śniadania. Wreszcie znajdujemy panienkę nad rzeką. Po kolana w wodzie... 
trzepała zajadle kijanką bieliznę. Okazało się, że jakaś tam Paraska zachorowała i panna 
Kruszyńska postanowiła ją wyręczyć. Jak jej było z tym do twarzy... 
Karol wymachiwał rozpaczliwie rękami, wobec czego Janusz ukłonił się dwornie. 
— Przepraszam panią, ale odrywają mnie. Zawsze człowieka krzywdzą -mówiąc to 
oddalił się szybko. 
Janeczka usiadła koło serdecznej, bo brzydkiej i kąśliwej przyjaciółki. 
— No wiesz, Fela! Co oni wyprawiają z tą chamką... To mi dopiero gust... Ale też i ona 
narzuca się bezwstydnie. Słyszałaś, jak wrzeszczała na całe gardło, żeby się pochwalić, że 
mówi ty baronównie? A jak to oczy spuszcza. Niewiniątko udaje! 
— A jej matka podobno kochanków miała na prawo i lewo. Stary dotąd w długach 
siedzi, żeby zapłacić fanaberie nieboszczki... 
— Słyszałam o tym, ale ta... Podeszły Radomskie. 
— Wiesz, Janeczko, że nigdy nie bawiłam się tak dobrze... A teraz jeszcze jakaś 
niespodzianka... Cudownie, naprawdę cudownie. Ach, kuzynek jest w tobie zakochany mówiły 
jedna przez drugą. 
— Jak wam się podoba ta... Ita? 
— Ach! Milutka! -zawołały jednogłośnie. 
Piorun strzelił z turkusowych oczu. 
— Macie niewybredny gust -wycedziła Fela. 
Siostry popatrzyły po sobie i już miały zaprotestować, ale znów uderzył gong, który 
Antek specjalnie przywiózł z Kruszelnicy. Karol poprowadził gości do krzeseł i siostry siadły 
z daleka od Janeczki i Feli. 
Rozsunięto kurtynę i orkiestra zagrała „W lasku Idy trzy boginie...” Parys -Witold 
podawał Helenie -Icie jabłko. Pozostałe boginie w osobach Hali i Ninki, ślicznie w blasku 
reflektora wyglądające, miały miny złe i zawstydzone. Hala załamała smukłe białe ręce... 
Ninka wznosiła oczy ku górze jakby wołając: -Zgroza! 
Kurtyna zakryła miły obraz. Mitologia jako motyw posłużyła dobrze. Huknęły 
oklaski. 
W drugim obrazie brał udział porucznik i Ninka. Porucznik siedział na koniu. Nina 
wystąpiła w wiejskim kostiumie, który miała już pod grecką togą. 
Ładny i dźwięczny, choć niewielki męski głos zaczął: 
Tam na błoniu błyszczy kwiecie, stoi ułan na pikiecie... 
W tym miłym duecie Ninka miała lepszy głos -silny i wyrobiony. Toteż oklaskom nie 
było końca. 
W trzecim obrazie markiz Janusz i markiza Irma zatańczyli z wielkim wdziękiem 
menueta. 
Wreszcie rozpoczął się obraz czwarty. Przed posągiem Satyra w swym malowniczym 
kostiumie Rusałki stała Ita. Reflektor rzucił snop srebrnego światła aż na wodę i widzowie 
mieli wrażenie, że to naprawdę jakaś zjawa. Cisza uroczysta spłynęła na rozbawione grono. 
W tej samej chwili rozbrzmiało czarowne „Marzenie” Schumanna. Srebrne światło zmieniło 
się teraz w różowe. Ręce Ity, na początku wyprężone ku górze, miękko opadły. Od chłodnej 
tafli wody odbił się dźwięczny, aksamitny, tęskny głos. 
— Kiedy księżyc do fali przytuli się cicho i roztrąci głąb ciemną srebrnymi piersiami... 
— rozpoczęła Ita opowieść Rusałki o miłości, rozpaczy, pragnieniu szczęścia. -Nenufarami 
uwieńczone skronie chylę przed tobą i serce od fal chłodne o gwiazdy rozpalam. Ciało 
kroplami srebrzone w ogniu miłości suszę. Spójrz! Do mnie wyciągnij ramiona! Miłości 
chcę! Ja chcę miłości! -Ita tym dramatycznym wezwaniem kończyła występ. 
Głos jej przez cały czas kołysał się, drżał, czarował melodią, wybuchał krzykiem 
rozpaczy. Przez bladą twarz przelatywały łuny uczuć... A po rosie biegła spokojna, 
tajemnicza muzyka grającej Irmy. 
— Miłości chcę...! Ja chcę miłości! -rozpalone błaganie zbudziło uśpione echa. 
Drobna figurka zastygła już w purpurowej smudze reflektora z ramionami wyciągniętymi, z 
ciałem podanym do przodu i odrzuconą w tył głową. 
Młodzież siedziała bez ruchu zapatrzona, zasłuchana w uciekające echa. Nadal ani 
jeden oklask nie mącił tej dziwnej ciszy. 
Witold był blady. Baron wycierał oczy. Antoni patrzył na Elę, której spuszczona 
głowa nie pozwalała dojrzeć twarzy... Wziął jej szczupłą dłoń w swoją i pocałował lekko. 
Porucznik i Janusz zrazu zapomnieli nawet, że trzeba ściągnąć kurtynę i biedną Itę 
zaczęły już boleć wyprężone nogi. 
Wreszcie Karol zgasił reflektor. Prysnął czar. Zawrzało. Ela skoczyła do Ity... Dopiero 
po chwili zza kurtyny wysunęła się Rusałka, otulona ciepłym szalem. Zabrzmiały teraz 
oklaski i okrzyki. Wszyscy od razu chcieli Icie winszować... Niektóre panny zupełnie 
szczerymi zasypały ją pocałunkami. 
Ela z triumfem patrzyła na Mietka i Lutka, przybyłych dopiero w czasie trzeciego 
obrazu. Gong... 
— No, moi państwo, czas coś niecoś przekąsić. Nie można żyć tylko mit Luft und Liebe 
— zabrzmiał dobroduszny, lekko drżący głos barona. 
Witold zbliżył się do Ity. 
— Brzydka dziewczyna... Czemu pani nic mi nie powiedziała, że przygotowuje taką 
piękną deklamację? 
— Doprawdy, dobrze wyszło? 
— Cudownie, wspaniała Rusałeczko... 
Więcej nie mogli rozmawiać, bo i tak wszyscy patrzyli z zaciekawieniem. 
Janeczka podczas przedstawienia zapomniała o złości. W chwilowym zamyśleniu 
błysnęło bolesne uświadomienie, że ona ani razu nie czuła pragnienia głębokiej, prawdziwej 
miłości. Uczucie wymieniała na groszki tuzinkowych flirtów. Teraz więc wściekłość z 
zazdrości płynąca, upokorzenie i cień zapiekłego żalu zlały się w jeden wzburzony potok. 
Rozmawiała szeptem z Felą, bardziej żółtą niż zwykle. Jadowite uwagi pod adresem 
Ity przeplatały prawieniem sobie tysięcznych komplementów... Fela przekonywała 
Janeczkę, że rola bogini Heleny jej by tylko odpowiadała. Wyśmiewały i krytykowały każdy 
obraz... Najwięcej, oczywiście, „Rusałkę”. Zarzucały Icie właściwie wszystko. Robiły to z tym 
większą zajadłością, że w głębi duszy były jednak przekonane o niesprawiedliwości swych 
sądów... Wylewały żółć i na Elę, oburzone, że nie zaproszono ich do udziału. Janeczce w 
głowie nie mogło się pomieścić, że ona, królowa piękności i gracji, tak niefrasobliwie została 
pominięta. -Gdybym wiedziała, co tu będzie, nigdy bym nie przyjechała. Ale to 
bezwstydnica... Występować prawie całkiem nago... -syczała, dorzucając wciąż nowe, 
zjadliwe uwagi. 
Antek tymczasem rozmawiał z Elą. 
— To pani utwór, ta deklamacja Ity, tak? 
— Tak. 
— Czy pani wystarczy moja miłość? 
Schyliła głowę tak, że trudno mu było dojrzeć jej twarz. Odważył się jednak zadać 
pytanie: 
— Poczeka pani na mnie rok? 
— Tak... -usłyszał ledwo wypowiedziane słowo. 
— Zatem jesteśmy zaręczeni -oznajmił po prostu i ucałował rękę dziewczyny. 
Nie uszło to oka Janeczki, nie wiedzącej o co chodzi, ale domyślającej się nowego 
ciosu dla swej ambicji. 
W jadalni na głównym miejscu stało krzesło ubrane kwiatami, przeznaczone dla Ity, 
która teraz wyrywała się otaczającym, aby pobiec do oranżerii zmienić kostium. 
Gdy wyszła w swej skromnej, białej sukience, młodzież, stojąca przed oranżerią, 
wśród krzyków radosnych wniosła solenizantkę do jadalni. Wszystkie panienki, z wyjątkiem 
Janki i Feli, bawiły się wyśmienicie, bo w gruncie rzeczy nic im nie szkodziło, że królewną 
jest ta drobna, dziecko prawie, dziewczyna. Przecież właściwie przyjemnie im było szaleć, 
biec w jej orszaku, popychać się ze śmiechem, potrącać... Dzięki niej mogły dziś tańczyć i 
flirtować. Bracia, Mietek i Lutek, postarali się usadowić po obu stronach Janeczki. Ita za 
najbliższych sąsiadów miała ojca i barona. Kruszyński był wzruszony. Z niedowierzaniem 
patrzył na córkę, tak nieoczekiwanie wyrosłą na ważną osobę. Baron zadzwonił w kieliszek. 
— Pierwszy toast wypijemy, oczywiście, za zdrowie naszej uroczej solenizantki powiedział. 
— Niech żyje jak najdłużej! 
Podniosły się ręce z kieliszkami wina, drżały szyby, a z czterdziestu piersi płynął 
wesoły śpiew: -Sto lat, sto lat... Niech żyje, żyje nam! 
A potem dziecinnie brzmiący głos zaprzeczył: 
— Ojej! Nie chcę sto lat. Będę musiała być taka brzydka jak stara Praksia! 
Śmiech! Wesoły, szczery śmiech zapanował wszechwładnie. 
— Siostrzyczce panów ciągle się zdaje, że jest w polu -wyciskała z gardła kwaśno słodkie 
tony Janeczka. 
— I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Ona się chyba nie ucywilizuje nigdy -odparł 
Mietek z przekąsem, chcąc się przypodobać sąsiadce, a może tak myślał naprawdę? 
Pan Kruszyński wzniósł toast za zdrowie gospodyni. 
Uśmiechnęły się do Eli prawie wszystkie oczy i serca. 
A potem zaproponowano zdrowie skrzypaczki Irmy, następnie zdrowie artystek i 
artystów. 
Szczęściem, że pili tylko wino i to wino słabe. Jednak Ita czuła, że coś dziwnego z nią 
się dzieje. Zresztą może to była tylko radość, bo wszystkie twarze promieniały weselem. To 
ten nastrój ogarnął ją, widoczny w oczach i ustach, w ruchach. Czarowała wdziękiem. 
Mówiła też bez ustanku, zupełnie jakby ktoś obcy mówił w niej, a ona słuchała i dziwowała 
się ogromnie. 
Odpowiadała na uśmiechy i pytania. Pytała sama. Zachwycała się głośno w naiwnych 
słowach urodą i strojami panienek. Komplementy męskie z rozbawieniem odwzajemniała 
żartami. A w ogóle to wciąż słuchała siebie z podziwem. 
Potem były znów tańce. Przed Itą stanął Witold. 
— Panno Ito, może i na mnie spłynie łaska królewny. 
Uśmiechnęła się bez słowa i zaczęli wirować. 
Reszta „wtajemniczonych” zniknęła, bo należało szykować kotyliony. 
— Panie Witoldzie, mnie jest tak strasznie przyjemnie, jakbym się bujała na wielkiej, 
wielkiej huśtawce. Wszyscy są tacy mili i dobrzy. A pan Janusz powiedział, że szaleje z 
miłości... a hrabia, że jestem rozkoszna... Ja lubię słuchać takich rozmaitych rzeczy. Ha... 
ha... ha... Niech pan mi też coś powie! Na przykład -kocham panią... Pan mnie też wściekle 
kocha? 
— Nie, Ito... 
— Aha... pan kocha Janeczkę! -roześmiała się, bo właśnie poczuła, że mimo wszystko 
jest jej ogromnie wesoło i zabawnie. 
— To nic! Kochajcie się... Tańczcie, tańczcie! Ja też się kocham wściekle, 
demonicznie... Pa! Hrabiku śliczny, teraz ja z panem! -wpadła w ręce radośnie wyciągnięte. 
Witold stanął na boku. 
— Już po wszystkim -szepnął. Przemknęła obok niego przytulona do hrabiego, 
roześmiana. 
Jak tonący szuka ratunku, tak Witold usiłował tłumaczyć sobie: 
— Może wino jej uderzyło do głowy, biedactwo... Nie wie, co mówi. A może już po 
wszystkim? Może straciłem ją? 
— Kotylion, proszę państwa! Kotylion! 
I znów biczujący, wstrętny głos: -Straciłem ją. 
Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Witold znów stanął przed Janką. 
— Pani pozwoli? Odpowiedział mu omdlały radosny uśmieszek. 
— Myślałam, że pan poprosi tę „Rusałkę”. -Nie mogła sobie odmówić tego drobnego 
przytyku. 
— Wolałem widocznie kogo innego -rzekł banalnie, przycisnął ją lekko do siebie, 
klnąc wszystko w duchu. 
— Pierwsze karo proszę za mną! -wołał Karol i wyprowadził cztery rozbawione pary z 
sali. 
Za chwilę już cała czwórka wkroczyła z powrotem triumfalnie. Panowie i panie w 
złotych koronach, przy których panie miały pęki wstążek. Panowie zaś trzymali w ręku 
odpowiedniego koloru berła. Przywitano królewskie karo oklaskami. 
Drugie karo wróciło. Była tu Janka z Witoldem. Panowie mieli siatki, panie zaś 
skrzydełka przypięte do ramion. 
Trzecia czwórka wbiegła z łoskotem i dzwonieniem. Panowie mieli założone lejce, 
panie wyposażyły się w baciki i dżokejskie czapeczki. Kiedy czwarte karo znalazło się na sali, 
za chwilę zgasło światło i wszyscy ujrzeli walcujące cztery wspaniałe pary. Panowie trzymali 
na wysokich kolorowych laskach tęczowe lampiony, panie zaś miały na głowach jakieś 
fantazyjne kapelusze, kolorami harmonizujące z lampionami partnera. 
Ostatnią wreszcie grupę stanowili „wtajemniczeni”, oprócz Ninki, która była w 
pierwszym karze, i Witolda w drugim. 
Właśnie ta ostatnia grupa zrobiła sensację, bo przyszli w kostiumach z żywych 
obrazów. Ela włożyła krakowski strój Niny, Hala wystąpiła w swej greckiej szacie. Irma była 
milutką markizą, a Ita rusałką, tylko trochę cywilizowaną, bo w pończoszkach 
pantofelkach. Kusy kostium Ela udrapowała zręcznie szalami, aby było przyzwoiciej. 
Ponieważ Karol i Antoni kostiumów nie mieli, więc pierwszy owinął się w togę Parysa, a 
drugi na usilne prośby Eli pozwolił zawiązać sobie na głowie turban i włożyć szlafrok 
barona. Porucznik w swym wysokim czaku udawał zadzierzystego ułana, ale całkiem 
wyraźnie zdradzał skłonności do stylizacji rodem z mitologii. 
I dopiero teraz się zaczęło. Orkiestra grała swoje, każde karo, każda para niemal 
śpiewała co innego... Jak stubarwny rój motyli wybiegli wszyscy na taras. Syknęły 
serpentyny, zaszemrały confetti... Rozbiegli się po alejach. Baron i Kruszyński utonęli 
rozmarzeni w tej młodej wrzawie. 
— Ci się bawią... panie... co? -kiwał głową baron. 
— Tak... Tak... -wtórował Kruszyński. 
— Ej, żeby nie ten fotel... ależ mała... no, no... 
Ita jak błędny ognik migała po alejach, goniona przez Janusza i hrabiego. 
Zapędziła się nagle na scenę... i cofnęła przerażona. W pierwszym rzędzie krzeseł 
siedziała Janeczka i Witold. Ona oparła mu głowę na ramieniu, on trzymał jej rękę. 
Ita wcisnęła się głębiej między dwa oleandry. Zobaczyła wyraźnie, jak białe ramię 
panny owija szyję Witolda. Nie dostrzegła tylko, że Janka zerka w jej stronę, a oczy ma 
pełne złego, triumfującego uśmiechu. 
— Aha! To tak jest... biedna, głupia rusałko! 
Ita zacięła ząbkami wargi aż do krwi. Nie odchodziła. Chciała patrzeć, patrzeć, a 
potem skoczyć i wdusić pięści w turkusowe „ślepia” tej lalki. Nie mogła darować Witoldowi. 
Powinna mu napluć w twarz za to, że jej kazał czekać, a z tą wstrętną pannicą ściska się 
bezwstydnie. 
Dobiegły do niej słowa wypowiedziane aksamitnym, wystudiowanym głosem: 
— Pan mnie kocha...! Przymknęła oczy... Strasznie szumiało jej w głowie. Chciałaby 
znaleźć się znów w jasnej sali, żeby się wszyscy na nią patrzyli i uśmiechali się. Pragnęła, 
aby ktoś szeptał, że ją kocha. Czuła się znów samotna, bardzo samotna. 
Biegła pędem do pawilonu. Ktoś jej zastąpił drogę, ktoś wziął za ręce. 
— Mam uciekiniera... teraz zacałuję -szeptał Janusz i dziewczyna nie broniła się, ale 
wybuchnęła serdecznym, żałosnym płaczem. Zaniósł szlochającą do pierwszej napotkanej 
ławeczki i trzymał przy sobie mocno... 
— Co tobie, maleńka, śliczna... Co tobie? -pytał, dziwiąc się, czemu jej nie całuje teraz, 
kiedy ma sposobność, a z tkliwością niemal ojcowską gładzi roztargane kędziory, wsłuchany 
z niepokojem w tak dawno nie odczuwane drżenie swego serca. 
— Ja... ja... już nie chcę... czekać na miłość... Już nikomu nie wierzę... nikomu... 
wszyscy są gorsi niż Iwan co Paraskę tłucze. 
Niewiele z tego Janusz zrozumiał, ale odczuł, że temu dziecku stała się krzywda. 
— Moje biedactwo... moje śliczne! 
Wtuliła nosek w jego ramię. 
— Pan jest dobry... pan przynajmniej nie łże -i niespodziewanie pocałowała go w 
policzek. 
A w tej samej niemal chwili Janeczka pocałowała Witolda, który siedział bez ruchu 
jak manekin. 
— Kocham pana... Zerwał się, chwycił śnieżne ręce... Przez moment przechylona 
czekała, że zasypie ją gradem szalonych pocałunków, ale on puścił jej ręce i odszedł szybko. 
Zdeprymowana po jakimś czasie ruszyła do pawilonu, pocieszając się, że widocznie 
nieprzytomny z miłości do niej boi się sam siebie. Wtem w alei na ławeczce ujrzała Janusza 
i Itę. On klęczał i całował ręce dziewczyny. 
Przystanęła i, odczekawszy sekundę, powiedziała: 
— Przepraszam... nie chciałam przeszkodzić czułej scenie. 
Baronek zerwał się zmieszany, ale Ita odparła spokojnie: 
— Bardzo proszę... Ja pani też nie przeszkadzałam, gdy się pani kochała z Witoldem... 
A teraz właśnie lecę wszystkim opowiedzieć, jaki był to śliczny, żywy obraz. 
Zerwała się i pobiegła jak strzała. Janusz był w niemiłej sytuacji. Teraz panna 
Janeczka odegrała znakomicie rolę uciśnionej niewinności. Upadła na ławkę, szlochając: 
— To bezwstydnica... jak kłamie, jak okropnie kłamie, ona mnie skompromituje... ta 
kokota... 
Czemuż baronek nie miał pocieszyć zrozpaczonej. Miała przecież takie ładne 
ramiona... 
— Panno Janeczko, to dzieciak... Panno Janeczko, proszę się uspokoić -szeptał i 
całował białe ręce... Potem ramiona i wreszcie pocałował ją w usta. 
— Jak pan śmie korzystać z mojej słabości? -obruszyła się. 
— Pani wie, jakie żywię uczucia do pani. 
— Widziałam właśnie przed chwilą... 
— Ech, z takim dzieckiem! Proszę zapomnieć. Przebaczyć -prosił całując, ale resztka 
przyzwoitości kazała mu się złajać, bo jeszcze w uszach miał drżące słowa Ity: -Pan jest 
dobry. Pan przynajmniej nie łże. 
Panna Janeczka nie zauważyła tego przelotnego zmieszania na twarzy markiza. 
A Ita siedziała już w tureckim pawilonie, przytulona do Eli. Wkoło na poduszkach i 
zaimprowizowanych tureckich otomankach skupiła się młodzież. Irma grała... 
— Ituś, nie chłodno ci? -pytała Ela. -Taka bladziutka jesteś. 
— Nie, dobrze mi. 
Witold nie opodal rozmawiał z baronem, który tu ze swym fotelem przywędrował. 
Subtelne dźwięki cudownych melodii oczyszczały atmosferę. Rozmyła się gdzieś 
lekko zmysłowa aura, którą zastąpiło czyste i prawdziwe piękno. Ucichły szepty i rozmowy. 
Wejście Janeczki nie zwróciło prawie niczyjej uwagi... Witold zacisnął mocniej usta. 
Panna usiadła obok Feli i od razu zaczęła jej coś szeptać. 
Zagrała orkiestra i pary pomknęły na salę... Nikt znowu nie myślał o utrzymaniu 
„dystynkcji” i „dobrego tonu”. Kolorowe kostiumy, dobra wola „wtajemniczonych”, a 
szczególnie bezpośredniość gospodarza oraz prostota baronówny sprzyjały zabawie i 
panującemu na niej dziecinnie swawolnemu nastrojowi. W pewnej chwili całe towarzystwo 
utworzyło wielkie koło i kręciło się jak szalone wśród wesołego śmiechu. Za chwilę biegali 
już wszyscy wężem po sali, przewracając krzesła. Wreszcie zmęczeni zgromadzili się przy 
fortepianie i gdy porucznik zaintonował „Upływa szybko życie...” zgodny chór podjął 
piosenkę. Za nią szły inne, weselsze, pełne swawoli i złotego humoru. 
Janeczka ustawicznie wodziła oczami za Witoldem i wyzywająco spoglądała na Itę, 
ale tej nie dotykały spojrzenia i dwuznaczne uśmiechy. Zamknęła się i ból uczynił ją 
obojętną na otoczenie. 
Witold też z rozpaczą szukał pomocy w ironii i szyderstwie. Ale z nie lada mocarzem 
miał do czynienia. Cierpiał tym bardziej, że Janeczka dotarła do niego i opowiedziała, jaką 
rozkoszną scenę widziała w ogrodzie. 
— Niech pan sobie wyobrazi, jaka byłam wstrząśnięta! Co to wyczynia to niby 
nieśmiałe dziecko! Doprawdy wstyd! Żal mi jej, bo Janusz się bawi nią. Sam mi to 
powiedział. On, biedak, zakochany jest we mnie -mówiła, spuszczając skromnie oczy. 
Gdyby była mniej pewna siebie i wiedziała, jaką pogardę czuł dla niej Witold, inaczej 
zrozumiałaby odpowiedź: 
— Tak, pani... Doprawdy wstyd... Mam teraz wstręt do siebie samego, bo ja przecież 
nie jestem dzieckiem. -Odszedł, a ona pozostała zawiedziona, bo liczyła, że poprosi ją 
chociaż do tańca. 
Noc zaczęła nasiąkać perłową poświatą. W dali, nad górami, kotłowały się kłęby 
mgieł. Park odetchnął głębiej, a potem jakby leniwie się przeciągał. W chłodnym powietrzu 
ostro tężały pojedyncze kwilenia ptaków i gasły lampiony. 
W sali tymczasem tańczono do upadłego. 
W chłód na taras wysunęła się szczuplutka postać. Ita z opuszczoną główką w wianku 
zwiędłych nenufarów szła w perłowy mrok alei, wlokąc za sobą mgłę kolorowej gazy z 
otulających ją szali. 
Stanęła przed posągiem Satyra i wpatrzyła się w ironiczną twarz. 
— No, ty mój, tajemniczy... -mówiła Ita półgłosem, gorączkowo. -Ja już nie będę na 
miłość czekać. Moje serce teraz się śmieje... i gwiżdże na wszystko. Nie mogę jemu tego 
powiedzieć, bo on już nie mój, tylko tej małpy, więc mówię tobie. Ty jesteś mądry. Panna 
Fela powiedziała, że Witold jest nieprzytomny z miłości i że ma się z Janeczką żenić. To 
tajemnica, ale ja muszę to wszystko komuś powiedzieć. Mówię więc tobie, zwierzoludku. 
I ja znowu nie mam żadnego przyjaciela, bo Ela już Antkowa. Całego serca dać mi nie 
może, a ja nie lubię ogryzków. Nie będę szczęśliwa, ale już i nie mogę być taka dzika jak 
dawniej. Teraz będę więc taka rozerwana, ani tu, ani tam, jak cielę, co wejdzie w szkodę i 
nie wie, gdzie uciekać. Ale płakać nie będę, będę się śmiać, aż przyjdzie czas, że się 
zemszczę. 
Mimo tej goryczy, którą obdzieliła niesprawiedliwie i Elę, gdy z tarasu rozległo się 
wołanie: -Ita, Ituś, gdzie jesteś? Ita! -pobiegła... 
Ela, wystraszona, chwyciła ją za ręce, mówiąc: -Tak się niepokoiłam o ciebie, 
maleńka... Wszyscy się też dopytują i proszą o powtórzenie obrazu. 
Ita pomyślała chwilkę i kiwnęła głową. 
— Dobrze! 
Otoczyła ją młodzież i ruszyli hurmem na widownię. Karol dźwigał reflektor. 
Rozciągnięto kurtynę. 
Ita stała tak jak wieczorem, ale we wzniesionych rękach trzymała wianek. 
Zadrżały skrzypce. Na twarzy Ity błysnął uśmiech. 
— O, Panie! Dziwny Panie, Faunie, co na fletni grasz tajemniczą pieśń... -zaczęła 
głosem czystym i dźwięcznym jak głos skowronka. 
Ela wstała z miejsca zdumiona: 
— Poplątało się małej! -pomyślała z rozterką. 
— ...rzuć flet! Nie będę przybiegać do ciebie! Zdjęłam wianek nenufarów i już nie będę 
się przed tobą chwalić, bom lekka i swobodna. Przyszedł w nocy promień księżycowy i 
rzekł: 
— Nie czekaj na miłość, Rusałko! 
— A serce moje roześmiało się. Straciła moc twoja dziwaczna pieśń... Ja idę w słońce! 
Ita rzuciła wianek na wodę, a sama znikła wśród gałęzi. 
— Ita... Ituśka... Brawo! -krzyczeli wszyscy i klaskali. 
Ela odnalazła przyjaciółkę i, objąwszy ją, wiodła do sali. 
Kruszyński żegnał się z baronem. 
— Gospodarstwo, panie baronie... Czas najwyższy. Konie też są już od pół godziny. 
— Gdzie tam będzie się pan tłukł bryczką, zaraz każę dać samochód. 
— Doprawdy, nie trzeba... Koniska próżno by się zmachały. 
— Bryczką mogą jechać chłopaki... Jeszcze przeziębicie małą przez upór. Samochód 
zaraz będzie. 
Ita zaś całowała na do widzenia panienki. 
— Przyjedźcie któregoś dnia do mnie -mówiła do Radomskich. -Zabawimy się 
doskonale. 
Siostry oddawały jej pocałunki serdecznie i szczerze. 
Gdy przyszło żegnać się z Janeczką, stojącą na boku, Ita wyciągnęła z pewnym 
wahaniem rękę. Nagle oblała się purpurą. 
— Nie! Nie mogę pani podać ręki... Nienawidzę pani. 
Janeczka wykrzywiła usta w pogardliwym uśmiechu. 
— Mało mi zależy na podaniu ręki takiej chamki -syknęła i odwróciła się. 
Przed taras zajechał samochód i gdy Ita wsiadła z ojcem, młodzież zarzuciła ją 
deszczem confetti i kwiatów. 
Panna cały dzień przespała jak suseł, a na drugi nie zeszła nawet na śniadanie. Nie 
chciała zobaczyć Witolda. Od lekcji wymówiła się przez Kasię bólem głowy, chociaż Witold z 
ogrodu spostrzegł, że prowadzi konia. W parę minut zadudniły kopyta na moście. Chłopak 
usiadł w altance Ity, oparł brodę na pięściach. Znów serce ścisnął mu ból. Miłość przyniosła 
mu klęskę i mękę. 
— To moja wina, że Ita odeszła... Ja ją pchnąłem w ramiona tego błazna -myślał 
udręczony tą świadomością. 
Coś zaskomliło mu u stóp. 
Był to okropny, parszywy psiak. Kocięta i dwa szczeniaki dawno już wyszły spod 
ciepłej, troskliwej opieki Ity. Na ich miejscu był teraz wyniszczony, owrzodzony pies, szpak 
ze złamanym skrzydłem i wiewiórka z przetrąconą nóżką. 
Witold pogładził psa bez wstrętu. Ona przecież zajmowała się nim z całą dbałością. 
Nakarmił menażerię, a potem poszedł do swego pokoju malować. 
ROZDZIAŁ VI 
Ita w tym czasie harcowała po górach konno i śpiewała jakieś dziwaczne piosenki, 
których słowa dyktowało rozpaczliwe pragnienie, aby zapomnieć i zagłuszyć ból. 
Pojadę w świat daleki, 
tam, gdzie palmy rosną, 
a w lasach są tygrysy... 
Bo ja jestem biedna, dzika Ita 
i nie mam białej buzi, 
i nie mam białych ramion, 
co obejmują szyję ukochanego. 
Zeszła z konia i przywiązała go do drzewa. Położyła się w trawie puszystej i chłodnej. 
Nad głową złoty pył sypało słońce. 
Koniki polne kłóciły się o pierwszeństwo w chórze. Motyle omdlewały na kwiatach w 
bezmiarze światła i woni. Czasem zachichotał radośnie dzwonek, zawieszony u szyi 
pasących się niedaleko baranów i krów. 
A poza tym była cisza. Ita podłożyła ręce pod głowę i usnęła. Obudził ją hałas 
porykiwań i dzwonków. Zerwała się trochę oszołomiona. 
Pastuch, gnający bydło, wytrzeszczył bladoniebieskie oczy i wytarł wstydliwie nos. 
— Te, chłopak... już do domu idziesz? 
— Ano! 
— To już zaraz wieczór? 
— Ano! 
Wskoczyła na konia, który, wyskubawszy wkoło siebie trawę, czekał zmiłowania 
boskiego, i pognała jak wicher. 
Przy kolacji siedziała koło Witolda, ale milczeli oboje. Kruszyńskiego nie było. Antek 
nie wrócił od Eli. Praktykanci próbowali zagadywać. Wreszcie umilkli trochę zdziwieni, bo 
w takim ponurym nastroju dawno panny nie widzieli. Mietek spytał wprost: 
— Cóż to panienka znów fochy stroi? 
— Pilnuj swego nosa, dobrze? -Odtrąciła krzesło i pobiegła do swego pokoju. 
Stanęła w progu oczarowana. 
Kasia właśnie zapaliła lampę, osłoniętą różowym abażurem. Pokój, tonący w 
półblasku, zdawał się szeptać słowa ciche, pełne ciepła i dobroci. 
— Ale teraz to Ita ma ślicznie jak w kościele... Panna Ela tak się sfatygowała ze 
starszym panem i w szafie aż na dziwo poukładane wszyściutko. 
Ita na paluszkach podeszła do szafy i otworzyła ją z namaszczeniem. Patrzyła w 
niemym zachwycie. 
— Ale teraz to Icie te stare sukienki niepotrzebne, a mnie by się przydały, bo się żenię. 
— A z kim? 
Kasia pokazała zęby. 
— He, he... z Iwanem... od koni. 
— Bój się Boga, przecież Paraska do niego chodziła. Przecież spali ze sobą. 
— A co to ma do tego? Kiej ona głupia lazła, to chyba frajer by był, żeby nie 
skorzystał... Przecie chłop je, nie? Dał jej co za to? A mnie pierzcianek kupił i kolczyki, to i 
lubi... 
— Ale ona go też kocha... Czemu jej chłopaka zabierasz? 
Dziewucha znów pokazała białe końskie zęby... 
— E... kocha... jakie tam kocha... Świerzbiła ją ta cnota, to i polazła se ulżyć. 
— Aha! 
Chwila milczenia. 
— A Paraska nie płacze? 
— Trochę se popłakuje, zawdy wianka musi żałuje..., ale pocieszy się prędko... O Jezu, 
alem się tu zagadała, a jutro pranie, muszę wody nanosić... 
Popatrzyła na Itę wyczekująco... Dawniej panienka zawsze ofiarowała się pomagać. 
Teraz stała przy kanapce, klęknąwszy na niej jednym kolanem, i nie kwapiła się jakoś z 
odpowiedzią. 
— No... niech mi Ita tę sukienkę daruje... przecie i tak nie są wiele warte! 
Postała jeszcze chwilę i wybiegła... 
A Ita przysiadła na kanapce. Nie słyszała ostatnich słów Kaśki. Dręczące myśli nie 
pozwalały jej się skupić. 
— Aha! Więc chłop korzysta, jak ktoś do niego lezie... No tak, pewno. Janeczka też 
lazła... Telimena też, ale Tadeusz wolał Zosię... A może Witold woli ją... Itę. A może ona 
właśnie lazła, a Witold wolał tamtą? 
Myśl ta zapiekła ją boleśnie, aż zerwała się. 
— Nie... nie wytrzymam. Spytam Witolda... Powiem mu, że widziałam scenę w 
ogrodzie... 
Chciała myśleć, co mu jeszcze powie, gdy zauważyła na biureczku pakę ozdobnie 
oprawionych książek. 
Drżącymi paluszkami otworzyła pierwszy z brzegu tom. Były to poezje Asnyka... Na 
pierwszej stronie przeczytała: „Mojej małej córeczce -Ela”. 
Ita utonęła w poezji i powoli zapomniała o serdecznej trosce. Na drugi dzień przyszła 
na lekcje z czerwonymi oczami, ale spokojnie i trafnie odpowiadała na pytania. Napisała 
wypracowanie i wreszcie zaczęła składać książki. 
— Panno Ito... jeszcze do obiadu czas, może przejdziemy się gdziekolwiek zaproponował 
Witold nieśmiało. 
— Nie, proszę pana. Jestem zajęta. -Dygnęła niziutko. 
Już w drzwiach przystanęła... Otworzyła nawet usta, by spytać, ale nagle błyskawicą 
przemknęła myśl: 
— A jeśli on odpowie, że woli tamtą? 
Uciekła więc. Nie miała odwagi usłyszeć strasznych słów... Uciekła. 
O trzeciej Witold pojechał na lekcję do Janeczki. 
Druga uczennica przyjęła go z rozkosznym uśmiechem i rumieńcem. Witold ukłonił 
się chłodno i uścisnął alabastrową dłoń, jak zwykle tylko grzecznie. 
Ustawił model, objaśnił i usiadł obok. Janeczka wzięła ołówek do ręki, zrobiła parę 
nieokreślonych linii. W pewnym momencie zarzuciła ramiona ponad głowę i przegięła się w 
tył. 
— Ach!... Nie chce mi się dziś rysować... Wolę marzyć. Chcę też wspominać... 
— Za godzinę będzie pani wolna -zauważył Witold. 
Janeczka, jakby nie słysząc, przysunęła się bliziutko i położyła złotą główkę na jego 
ramieniu. 
— Bardzo pan kocha Janeczkę? Nie czekając odpowiedzi spytała, zajrzawszy mu 
wymownie w oczy: 
— Pamiętasz tamten wieczór? Wstał. 
— Pamiętam! Ale to był wieczór, dziś jest dzień. Pamiętam i to, że piliśmy dużo wina i 
byłem trochę nieprzytomny... Ja... nie kocham pani, nie kochałem nigdy. Proszę mi 
wybaczyć... 
Janeczkę o mało krew nie zalała. Przez moment wyglądała jak miły pokojowy kot, 
którego nagle w nos użądliła osa. Potem taka prychająca wybuchnęła szyderczą złością: 
— Jak pan jednak dał z siebie zakpić, panie malarzu... Ha, ha... ha... To był świetny 
kawał! Rosowska i jakiś tam studencik... Wspaniale! 
Popatrzyła na swoje paznokcie. 
— Zauważyłam też, że z pańskich lekcji odniosłam już tyle korzyści, że nie potrzebuje 
się pan nadal trudzić. Należność przyślę. 
— Niech się pani nie fatyguje. Pieniądze te przeznaczam na założenie klubu 
rozpróżniaczonych starzejących się panien, które szukają studencików dla wymiany 
spojrzeń i pocałunków... -skłonił się i wyszedł, a Janka rzuciła się na kozetkę i zacisnąwszy 
pięści biła nimi biedny mebel. 
Wreszcie, wyciągnąwszy przed siebie teatralnym gestem dłoń, przysięgła mówiąc 
przez zęby: 
— Czekaj, ty kudłata! Ja ci zapłacę... 
ROZDZIAŁ VII 
Baron z Januszem siedzieli po śniadaniu na tarasie. 
Starszy pan czytał gazetę, młody patrzył w ogród. 
— Wie ojciec co? Ja się chyba ożenię. 
— Bardzo dobrze zrobisz... żeń się -odparł baron z nosem w piśmie. 
— Właśnie mam zamiar ożenić się z Itą. 
— Jak? Z kim? 
— No, z Itą Kruszyńską. Ziemski odłożył gazetę, wyjął fajkę z zębów, oparł ręce na 
kolanach i powiedział spokojnie: 
— Słuchaj, Janusz, zauważyłem, że jesteś czasem niepoczytalny, ale nigdy nie 
myślałem, że aż tak... Żenić się nie zabraniam... Nie będę przynajmniej potrzebował 
utrzymywać dziewięćdziesięciu twoich kochanek, ale wybierz sobie kobietę inną. Może być 
w rodzaju panny Rosowskiej... a nawet choćby i ona, bo widziałem, jak jej grubo 
nadskakiwałeś. Ale ty chcesz brać takie cudowne dziecko, taki świeży kwiat, nie wstyd ci? 
— E... co tam ojciec wie... Właśnie dlatego, że jest taka świeża... Właśnie dlatego... 
— Ależ... 
— Niech ojciec nie przerywa. Miałem i znałem już wiele kobiet, jak ojciec trafnie 
zauważył. Prawie wszystkie miały jakieś tęsknoty, jakiś tam pęd poziomy lub ideały górne. 
Jedne szukały miłości wielkiej i prawdziwej, a więc przechodziły z ramion w ramiona. 
Drugie plotły o harmonii i sympatii dusz, więc z jednym zamieniały pocałunki, z drugim 
uściski, a jak trafiły na przystojniejszego i sprytniejszego, to mu się oddawały. Inne znów 
miały anielskie serca i nie chciały cierpień bliźniego, więc pocieszały na prawo i lewo... I 
wreszcie te najgorsze były stworzone do wielkich i świętych celów, ale w rezultacie osiągały 
cel... w łóżku. Och, jak one wszystkie mi zbrzydły. 
Taka Janeczka na przykład. Plotła mi trzy po trzy o swej wrażliwości na piękno i 
estetykę, a ja raz, przypadkiem będąc u Rosowskiego, zobaczyłem ją rano koło dziesiątej. 
Była w eleganckim negliżu, ale nie wyglądała świeżo bez makijażu, z głową pełną 
papilotów, z książką w jednej, a czekoladką w drugiej ręce... Mało mnie szlag nie trafił. 
To znów szliśmy nie tak dawno na spacer. Po drodze zaplątał się jej pod nogi jakiś 
umorusany bachor. Odtrąciła go wściekle, bo dotknął brudną łapką eleganckiej sukni, a 
potem rzekła z uśmiechem: 
— Wie pan, szalenie razi mnie taki brud. Widok tych smoluchów sprawia mi po prostu 
fizyczny ból. Jestem może zbyt wielką estetką... Powinnam żyć w czasach Petroniusza. 
A teraz weźmy Itę. 
Gdy szliśmy w dość licznym towarzystwie na Paraszkę, ujrzałem ją pierwszy raz. Była 
boso, w króciutkiej, lichej sukienczynie, z wiankiem na włosach, które dotąd nie wiedzą, co 
to papiloty i rurki. A jakże była urocza... Aż mnie na samo wspomnienie... No mniejsza z 
tym... Ona nie potrzebuje zlewać się wonnościami, bo i tak pachnie lasem i łąką. 
Przed kilkoma dniami ona, Ela i ja wracaliśmy ze spaceru. Szliśmy ścierniskiem... 
Wtem na drodze usłyszeliśmy nieludzki wrzask. Na ściernisko, prosto na nas wleciało jakieś 
okropne psisko z podwiniętym ogonem. Za nim pędziła zgraja bachorów, rzucających w 
psiaka kamieniami i drących się wniebogłosy. Nim zdołałem się opamiętać, Ita podbiegła 
naprzód i zagrodziła psu drogę. Ten zaś, ostatkiem sił widać goniący, wywrócił się u jej nóg. 
— Wściekły, wściekły! -darły się brudasy. Ale Ita wzięła zwierzę troskliwie na rękę, 
otuliła uniesioną sukienką i, choć widać jej było haleczkę, szła ze spokojem wielkiej damy, 
chroniąc sparszywiałego, ledwo żywego psiaka. 
Wtedy stanęła mi w oczach scena z Janeczką i dzieckiem. 
Widziałem ją tu u nas, jak się bawiła... Ita w swoim kostiumie Rusałki z obnażonymi 
nogami i ramionami mniej była wyzywająca niż inne, niż panna Janeczka, która swe 
klasyczne ramiona wystawiała na pokaz. Ita zachowywała się tak, jakby miała zwykłą 
sukienkę. Janeczka... e... sam ojciec widział, jak się gięła i manewrowała figurą, jak szukała 
najkorzystniejszych póz. Przedwczoraj Ita pokazywała mi swój pokoik. Z jakim prostym 
wdziękiem tam się obracała, taka śliczna z tą dumną, zachwyconą minką... Nic sztucznego, 
nic robionego. 
I wiem, że jak się z nią ożenię, będzie mi za wszystko wdzięczna i wierna jak pies... 
Wiem także, że nie będę miał ani jednego przyjaciela domu, ani jednego pocieszyciela nie 
zrozumianej żony. Ona nie ma nieokreślonych tęsknot i górnych aspiracji. Jak raz pokocha, 
to na zawsze, a gdyby... gdyby nawet kochać przestała, to będzie wierna, bo jest uczciwa... 
na wskroś uczciwa... I to jeszcze wiem, że nie będę chodził w podartych skarpetkach. Jak 
przyjdę do domu, nie usłyszę opowiadań o tęsknocie do innego życia, ale zastanę ciepły, 
miły kąt i dziewczynę, co mi naleje herbaty ciepłymi łapkami, moją żonę... Jak się 
rozgniewa, nie zrobi miny sfinksa i oczu mordowanego cielęcia, tylko uderzy pięścią w stół i 
„wygarnie”, jak ona to nazywa, wszystko, co ma na sercu. 
Umilkł i spacerował po tarasie. Baron patrzył za nim uważnie, wreszcie po dość 
długiej chwili odezwał się: 
— Tyś chyba jeszcze nigdy w życiu tak dużo i tak dobrze nie powiedział, co? 
— E, ojciec kpi... Ja mówię prawdę... 
— Nie kpię, ale co ty jej, zgniłku jeden, dasz za tę młodość, prawość, urodę i wierność, 
hę...? Czy pieszczoty, pachnące wspomnieniem dziewięćdziesięciu dziewięciu 
poprzedniczek? 
— Dam jej dobrobyt i miłość, bo ją kocham. 
— Na dobrobyt ona gwiżdże... A miłość? Czy ona cię kocha? 
— Ale może pokochać... 
— „Może” jest szerokie i głębokie. Radzę ci serdecznie szukać powodzenia gdzie 
indziej. 
— Jednak ja się oświadczę. 
— A czyż ci bronię? Tylko żal mi cię, boś, widzę, dość głęboko w Kruszelnicy. 
— To widać rodzinne. Stary zaczerwienił się. 
— No, no, smarkaczu, bez głupstw. 
— Zatem jutro jadę się oświadczyć. 
— Czemu nie dziś? 
— Dziś chcę być we Lwowie, w kalotechnice, u masażysty. 
— Za moich czasów nie znano takich bzdur. 
— Mój ojcze, to jest wiek dwudziesty. 
— Wiem, wiem... niedługo nawet kochać się będziecie maszynkami, bo wam sił nie 
starczy -mruknął baron. 
Janusz, pogwizdując, poszedł się ubierać. 
Tego samego dnia po obiedzie Witold zwrócił się do Ity, patrzącej nań teraz jak 
dawniej zielonymi płomykami: 
— Panno Ito, chodźmy na orzechy do lasu. 
Spojrzała gniewnie i smutno zarazem. 
— Ze mną? Do lasu? Panna Jancezka czeka. 
— Panna Janeczka już nie czeka, przestałem udzielać tam lekcji. 
Icie nagle serduszko zaczęło trzepotać tak głośno, że usłyszał to Witold... I stali teraz 
oboje naprzeciw siebie, nie wiedząc, co myśleć i mówić. Wreszcie Icie wraz z falą purpury 
na twarzy powrócił i głos, ale łomotem krwi stłumiony: 
— Dlaczego? A Witold wziął ją za rękę i zaczął opowiadać przeżycia pamiętnego 
wieczoru i wielu innych dni. Mówił o swojej rozpaczy, gdy zdawało mu się, że ją, Itę, stracił, 
a wściekłe pragnienie zapomnienia i ślepej zazdrości źle pokierowało jego krokami. Znając 
Itę powinien wiedzieć o jej prawdziwych uczuciach. Winił się za wszystko złe, co między 
nimi zaszło. Zaczął wreszcie opowiadać o Janeczce, ale tym razem Ita przerwała: 
— Wiem... widziałam... Obejmowała pana za szyję, a pan... 
— A ja zdjąłem te ręce i uciekłem. 
— Naprawdę? 
— Ito, nie wierzysz? Milczała, a on znów mówił dalej. W końcu z ulgą zakończył relację 
z ostatniej wizyty u Janeczki. 
Znów spłynęła między nich cisza, choć Icie chciało się rozkrzyczeć swą radość i 
triumf... Cały żal, nienawiść i nieufność do Witolda utonęły teraz w wirującym tumanie nad 
podziw wielkiego szczęścia, rozwiewającego wszystkie cierpienia i ból. Znowu wypełniła ją 
tylko miłość do korzącego się Witolda. Jednak szepnęła tylko: 
— Dobrze. To dobrze. -Wyszła z gabinetu, zostawiając Witolda oczyszczonego, ale 
nadal nie wiedzącego, co ona myśli. 
Wieczorem na twarz śpiącego Witolda upadł pęk wonnych, wilgotnych róż. 
ROZDZIAŁ VIII 
Młody baron po rozmowie z panem Kruszyńskim wszedł do pokoju panienki. 
Deszcz lał jak z cebra... Ita siedziała zwinięta w kłębuszek na fotelu i zawzięcie 
studiowała Asnyka. 
— Panno Ito, czy pani chce zostać moją żoną? -zapytał po przywitaniu. 
— Żoną? Pana żoną? Nie -odparła spokojnie. 
— Dlaczego? 
— Z wielu powodów. 
— Niech pani powie, może się da coś zmienić... Niech pani powie -prosił gorąco. 
— Zaraz... aha... bo ja sobie już dawno myślałam, co to by było, gdybym się też miała 
żenić jak Kasia. Kasia bierze Iwana, bo go lubi, bo chłop silny jak koń... no i ładny... Paraska 
jeszcze wciąż po nim płacze, choć wszystkie sukienki oddałam jej, a nie Kasi. Ale ja chcę 
mieć innego niż pan męża. Pragnę go kochać jak ojca, jak Antka, jak Elę, jak las i jak słońce, 
jak wszystko. Ale zarazem chcę, żeby istniał tylko on jeden... No i chciałabym z nim mieć 
dzieci... A pana lubię bardzo, ale niech pan sobie poszuka innej, bo ja już sama wybiorę 
męża. 
Janusz spuścił głowę, a potem pocałował Itę w rękę... Pobladł i milczał. Mówić tutaj 
nie było co... 
— Panie Januszu! Niech się pan ożeni, zawsze we dwoje przyjemniej, tylko nie z 
Janeczką, dobrze? 
A gdy wieczorem Janusz spotkał ojca, ten spytał: 
— No i cóż...? 
— E... dureń jestem! 
— O... to... to... Niechże cię uściskam, synu. Chodź tutaj. 
— Ojcu zawsze kpiny w głowie, a mnie diabli biorą. 
— Jak Boga kocham, nie kpię! 
Chodź no tu! 
Janusz zbliżył się, a baron pocałował go serdecznie w czoło i policzek. 
Upłynęło wiele dni. Zbliżał się czas wyjazdu Witolda. Ita smutniała, ale nie mówiła 
nigdy o swej miłości. Witold też bał się tego tematu. Znów chodzili na spacery, znów 
uczennica jego była szczerą, wspaniałą dziewczyną... On jednak z rozpaczą myślał, że musi 
odjechać z wątpliwością w sercu. 
Pewnego dnia o zachodzie słońca na werandzie kruszelnickiego dworku siedziały Ita 
z Elą nad stołem zarzuconym białym materiałem. Szyły wyprawkę dla maleństwa Paraski. 
Witold malował... Antek rzeźbił ramki do portretu Ity, a Janusz siedział na schodach 
werandy i wpatrywał się w panienkę, która właśnie mówiła: 
— Bo widzisz, Elu, jak myślę, że jak kobieta kocha, to musi pragnąć dziecka... 
Stworzyć coś z miłości. Przecież i Bóg stworzył świat, żeby miał co kochać z wzajemnością. A 
gdy człowiek umrze i nie zostawi nic po sobie, jak to źle... Zostawić swoją cząsteczkę na 
ziemi to przecież największe szczęście. Więc choć nawet Paraska lazła sama do Iwana, to 
zapłaciła za to cierpieniem. On, drań, rzucił ją, ale ona ma nagrodę... ma dziecko, nie umrze 
zapomniana. I ja sobie myślę, że większy wstyd jest rzucić dziecko na zgubę, niż być panną z 
dzieckiem... 
Janusz słuchał z uwagą tych prostych, szczerych słów. Znowu uderzyła go różnica 
między Janeczką i Itą. Tamtej nic podobnego nie przeszłoby przez gardło... O ile ta 
dziewczyna była więcej warta, o ile była moralnie bielsza... 
A tymczasem Janeczka nie traciła ani chwili. Jeździła w odwiedziny do całej 
śmietanki towarzyskiej. Składała wizyty nawet tym, u których nigdy nie bywała, uważając za 
coś gorszego. 
Najpierw zajechała do państwa Radomskich. Mama Radomska przylepiła na pulchną 
twarz uśmiech radosnego zdziwienia. Córki też były rade, bo ostatnio nic się nie działo. 
Panna Janeczka długo spacerowała z nimi po ogródku. Wreszcie, gdy siostry 
protestowały niekiedy, nie dając się przekonać, zakończyła ożywioną rozmowę: 
— Toteż radzę wam serdecznie, nie wierzcie jej... Jeśli śmiała takie głupstwa o was 
opowiadać, nie powinnyście nawet spojrzeć na nią. 
Jakby niepewna rezultatu, zamknęła się potem z mamą Radomską w salonie. 
Po wyjeździe Janeczki mama rzekła do córek: 
— Żebyście mi nie ważyły się ukłonić tej bezwstydnej Kruszyńskiej. 
W niedzielę po nabożeństwie Ita, idąc z Antkiem pod rękę, kiwnęła wesoło w stronę 
sióstr Radomskich. Kiedy one nie odpowiedziały na ukłon, puściła Antka i podbiegła do 
nich, myśląc, że jej nie zauważyły. 
Wtedy zbliżyła się do niej mama i ostrym, głośnym szeptem zapowiedziała: 
— Radzę pani nie zbliżać się do moich córek, to nie dla nich towarzystwo, bezczelna 
bezwstydnico. 
Ita zbladła. Ręce jej opadły, ale prawie natychmiast hardo podniosła główkę. 
— Pani jest wstrętną, fałszywą babą -powiedziawszy to odwróciła się i poszła w stronę 
powozu. 
Koło pani Radomskiej, gestykulującej kłodowymi rękami, zebrała się grupka pań, 
słuchających jakichś z wściekłą pasją wypowiadanych słów. 
Panie patrzyły na Itę wsiadającą już do powozu i kiwały głowami jak stare czaple. 
— Ita... co się tam stało? -dopytywano w powozie. -Może powiedziałaś jakie 
głupstwo? 
— Nie... Nic się nie stało... Nie pytajcie... To nic ważnego. 
Na drugą niedzielę nie ukłoniła się Icie żadna znajoma z wieczorku panienka. Hali i 
Ninki nie było, bo wyjechały do Lwowa. Ita miała wrażenie, że jest wyklęta. Nikt z 
najbliższych nie wiedział jednak za co. 
Janeczka promieniała zadowoleniem i strzelała triumfującymi oczami... 
Po namyśle Ita w następną niedzielę nie pojechała do kościoła. Nie mogąc sobie 
poradzić z nową udręką zapytała Witolda: 
— Pan widział wszystko? 
— Tak, Ituś... 
— Czemu jest tak? 
— Zazdroszczą ci... i wściekają się ze złości -odparł. Czuł, że sprężyną wydarzeń jest 
Janeczka, ale pewności nie miał. 
Aż któregoś popołudnia Ela, będąc z Antkiem i Januszem w Skolu, wstąpiła do 
Janeczki. 
— Czegóż to pan Janusz taki mizerny? -spytała panna, gdy panowie wyszli obejrzeć 
rasowe króliki pana Rosowskiego. 
— Zawód miłosny... Oświadczył się Icie i dostał kosza. 
Janeczka milczała przez chwilę, a potem od niechcenia oznajmiła ze zrozumieniem: 
— To on dlatego tak z panem Antonim się trzyma... Tamten też dostał kosza ode mnie! 
— Ach, Boże! -pomyślała sparaliżowana wiadomością Ela, lecz spytała matowym, 
spokojnym głosem: 
— Kiedyż to? 
— E... zabawna historia... Nudził mnie, więc go odprawiłam. On wtedy powiedział: Nie 
pozwoli mi pani ożenić się z miłości... Dobrze. Ożenię się teraz z jaką milionerką, zdobędę 
pieniądze... 
Panna Ela miała twarzyczkę jak pergamin, ale pożegnała Janeczkę grzecznie 
spokojnie. W Kruszelnicy wysiadła z auta. Przed rozstaniem zwróciła się do narzeczonego: 
— Panie Antoni, zawiodłam się na panu... Nie kocham pana i nie wspominajmy już o 
tym nigdy... Żegnam pana. 
Antek otworzył szeroko oczy. Popatrzył chwilę. Ukłonił się bez słowa i odszedł. Tej 
nocy żadne z nich nie spało. 
Czas leciał szybko obojętny na burze i niepokoje. W ogrodzie Eli przekwitły ostatnie 
róże i spadające liście świeciły w powietrzu bladymi płomykami. Coraz częściej wokół 
królowała nieuchwytna zaduma. Jesień wkroczyła z najsubtelniejszą wonią astrów 
nastrojem niemych pożegnań. 
Ela, mizerniejsza niż zwykle, siedziała ze swą pupilką w małym złoconym saloniku. 
Ita miała zbiedzony, smutny wyraz oczu i bladą buzię. 
— A więc, Ituś, idziesz na bal stanowczo. Nie możesz być ciągle niepocieszoną 
wdową... Witold przyjedzie na gwiazdkę, to cię nie pozna, brzydalu jeden. 
— Dobrze, Elu, pójdę. 
— Oczywiście pamiętaj, że ja idę tylko dla ciebie, bo chcę byś się trochę rozerwała, 
kociaku. 
— Elusia! Kocham cię bardzo. Ela ucałowała smutne oczy przyjaciółki, która kolejny 
raz zapytała: 
— Elusiu, powiedz wreszcie, coś ty zrobiła Antkowi...? On taki smutny. Nie chce tu 
wcale przyjechać. 
— Taka sobie mała sprzeczka i dąsy... To nic, Ituś... Ale ty pamiętaj, gdy twój Witold 
wróci, powiesz mu, że go kochasz. Będziecie na pewno szczęśliwi... -Głos panienki zadrżał, 
więc szybko zmieniła temat: -A teraz musimy obmyślić kostium, bo to przecież bal 
maskowy. Musisz wyglądać najładniej. -Popatrzyła chwilę na leżące przed nimi 
zaproszenie, a potem zapytała cicho: 
— Ita, przepraszam, że pytam... czy... czy pocałowaliście się z Witoldem na 
pożegnanie? 
— Nie, pocałował tylko moje ręce. Powiedział: Do widzenia, moja maleńka, dzika 
dziewczyno. Pisz do mnie... Pisz do mnie... -Buzia Ity wygięła się w podkówkę. Dodała 
jeszcze: -Potem powiedział, że na Boże Narodzenie przyjedzie... I pojechał, i zostałam 
sama. 
Rozszlochała się na dobre. 
— No, kiedy jesteś taka beksa, to idź sobie -fuknęła Ela ostro, ale przytuliła 
dziewczynę i wtedy także z jej oczu spłynęły dwie duże łzy. 
Bal jesienny oficerów garnizonu w Stryju był zawsze wspaniałą atrakcją. Bawiono się 
tu znakomicie. 
Różnokolorowy tłum. Moc światła. Woń perfum i kwiatów. Wyborowa orkiestra. 
Wielu przystojnych i interesujących oficerów... Warunki do zabawy wspaniałe. Tańczono na 
zabój. Flirtowano nie mniej gorąco. 
Janeczka w kostiumie nocy była olśniewająca. Stale oblężona tańczyła bez ustanku. O 
dwunastej zjawiły się na sali dwie postacie: kolombina i ciemnobrązowe domino. Ona drobna, 
o prześlicznej figurce, maleńkich stopach i rękach, w króciutkiej z kolorowych 
tiulów sukience, ozdobionej pomponami... Głowę jej nakrywał fantyzyjny kapelusik, spod 
którego wyglądały filuternie schowane loczki. Domino przyciągało wzrok eleganckimi, 
ładnymi ruchami i spokojnym, pewnym siebie zachowaniem. Nie odstępowało uroczej 
kolombinki, widocznie zupełnie oszołomionej. 
Nim upłynęła godzina, kolombinka była otoczona, zasypana sekretnikami 
rozrywana w tańcu. Tańczyła leciutko, na paluszkach, z motylim wdziękiem, choć czasem w 
nowomodnych tańcach plątał się jej rytm. Nikt nie znał kolombinki. Ona tymczasem 
każdemu szepnęła coś dowcipnego, czarowała wdziękiem i oryginalnością. Zainteresowanie 
nią rosło. Mur otaczający maskę w kostiumie pięknej nocy topniał, za to kolombinka ruszyć 
się literalnie nie mogła. 
Wreszcie nastąpił kulminacyjny moment balu. 
— Prosimy śliczną kolombinkę o zdjęcie maski! -zażądano. Wkrótce prośby te 
poparto gromkim krzykiem na takty: 
— My chcemy ko -lom -bin -ki! 
— Zdjąć ma -secz -kę! Zdjąć ma -secz -kę! 
Domino skinęło głową i kolombinka zrzuciła maskę, wycierając czym prędzej zgrzaną 
buzię chusteczką. Błysnęły szafirowozielone oczy. Uśmiechnęła się okrągława dziecinna 
buzia z leciutko zadartym noskiem. 
Porucznik Stach i Karol porwali Itę na ręce. 
— Niech żyje śliczna, mała kolombinka... -krzyczano bez opamiętania. 
Potem tańce... potem wino... potem porywana z rąk do rąk Ita, zgrzana, zmęczona, 
ale szczęśliwa, uciekła na chwilę do garderoby. Zetknęła się tam oko w oko z Janeczką. 
— No i cóż, mały głuptasie? -spytała ta pogardliwie. 
— No i nic... bawię się, a ty siedzisz jak stara kwoka na jajkach -rzuciła Ita ze 
śmiechem. 
— Siedzę, bo chcę... rozumiesz? A ty myślisz, że baronówna z miłości do ciebie włóczy 
się po balach i stroi... Ach, ty głupia, głupia i ślepa! 
Spytaj się jej, o czym rozmawiała ze mną dwa tygodnie temu... Spytaj! Zobaczysz, jak 
się zmiesza... Chcesz? Powiem ci. 
Ita stała bez ruchu. Nie zważając na nią, Janeczka ciągnęła: 
— Dość już mam tej idiotycznej małej i tylko dla Antka to robię, że się nią zajmuję... 
Widzisz? O Antka chodzi brzydkiej pannie. Ciągnie go do siebie, czym może... A ty, ty 
wierzysz, że cię kochają... ci wszyscy, co na twoją cześć wznoszą okrzyki. Dla baronówny to 
robią, bo bogata, a potem wyśmiewają cię! -Janeczka zachichotała sama szyderczo i 
gniewnie odwróciła się. 
Icie zakręciło się w głowie, podeszła do drzwi, otworzyła je szybko i przez tłum 
docisnęła się do Eli. 
— Elu, czy przypominasz sobie rozmowę z Janeczką, gdyś u niej była? -spytała, biorąc 
baronównę za rękę. 
Ręka Eli drgnęła. 
— Skąd to wiesz...? Ita roześmiała się nienaturalnie... Usłyszała znów głos Janki... 
jakieś dzwonienie... Zdało się jej, że owija ją ktoś w watę... 
Ocknęła się w samochodzie i od razu ujrzała zatroskaną twarz Eli i porucznika. 
— Ituś, kochanie, co tobie? 
— Nie odzywaj się do mnie! Nie chcę cię znać! I ty łżesz, łżesz jak wszyscy! Nie dotykaj 
mnie! Idź sobie... Nie jesteś moja! -słowa wyrywały się dziewczynie bolesnym krzykiem. 
Porucznik zaniósł prawie nieprzytomną do dworku. Wybiegł wpół ubrany Antek, 
zbudzony głosem trąbki samochodowej. 
— Co się stało?! -krzyknął. 
— Nie wiem, musisz z nią pomówić, niech się wpierw uspokoi. Zdaje się, że jakaś 
scena z Janeczką -mówił porucznik do Antka, który ułożył siostrę na kanapce. -Dobranoc... 
Rano tu wpadnę, jeżeli będę mógł. 
Antek usiadł przy zanoszącej się od płaczu dziewczynie i gładził jej włosy. 
— Idź precz! Idź do swojej Eli! Nie chcę was znać... 
— Panna Ela nie jest już moja... Nie wiesz o tym? 
Zerwała się... z mokrą od łez twarzyczką, z włosami w nieładzie... w połowie szlochu... 
Obraz rozpaczy... 
— Jak to? Jak to? 
— Zauważyłaś, że nie bywam tam od dwóch czy trzech tygodni...? Zwróciła mi słowo. 
Nie chce mnie. 
— Ona... ciebie... nie chce? 
— Tak, siostrzyczko... Trudno! Ita znów w płacz. 
— Boże mój! Czy jestem pijana? Czy wydało mi się? Janeczka... panna Janeczka... 
powiedziała, że... 
Antek skoczył, jak ukłuty szpilką. 
— Kto? Kto ci mówił? Co?! 
— ...że Ela dla mnie taka dobra, bo ciebie chce przyciągnąć... że ma mnie dosyć... 
Wtedy Janeczce to mówiła, kiedy przyjechała do niej... 
Odetchnęła i patrzyła rozszerzonymi oczami na brata, który biegał, roztrącając 
krzesła i wykrzykując: 
— To jej robota! Bydlę! Bydlę, psiakrew! Dlaczego się też od razu nie domyśliłem... Ita, 
nie becz! Wszystko będzie dobrze! Nie becz! Jedziemy zaraz rano do Elusi... Mała, no, nie 
płacz! 
Taka była oszołomiona, że pozwoliła zdjąć sobie pantofelki i przykryć się pledem. W 
parę minut potem już spała. 
Zaledwie o ósmej Antek wpadł do jej pokoju z płaszczem w ręku. 
— Chodź prędziutko! -Narzucił na ramiona siostry płaszcz. -Jedziemy do Eli... Tam 
się wszystko wyjaśni. 
Całą drogę milczeli oboje. Na tarasie wpadli na lokaja. 
— Panienka śpi? -rzucił Antek. 
— Nie, w ogrodzie -odpowiedział służący zdumiony. 
Ciągnąc Itę za rękę, Antek pędził przez ogród. Wreszcie zobaczył Elę nad stawem. 
— Panno Elu! -krzyknął biegnąc. -Elusiu! 
Drgnęła, spąsowiała na widok Antka, ale szła naprzeciw. 
— Ituś najdroższa... co to było wczoraj? -spytała łagodnie, obejmując przyjaciółkę. 
— Ita! -krzyczał prawie Antek. -Mów! Mów wszystko, co ci ta idiotka naplotła. 
W miarę opowiadania dziewczyny Ela bladła, a w końcu rzekła z bolesnym 
wyrzutem: 
— Jak mogłaś wierzyć, Ituś! 
— A teraz pani, niech pani powie, o czym mówiłyście z Janeczką... Prędzej! Prędzej! 
Na Boga! 
— Mówiła, że pan się jej oświadczył, a gdy odrzuciła pana, pan powiedział, że... że... tu 
biedna Ela zaczęła się jąkać... -że ożeni się pan z inną dla pieniędzy... -wykrztusiła 
wreszcie. 
— I pani się dziwi, że niedoświadczony dzieciak słuchał takich bredni... A sama?! Jak 
ci nie wstyd, Elu... moja Elu! -Nie krępując się siostry, chwycił drżącą, bladą dziewczynę w 
ramiona i całował długo i gorąco. 
W godzinę potem siedzieli przy stole, pijąc herbatę. Janusz, który z powodu lekkiej 
niedyspozycji nie był na balu, nie wiedział do tej pory o zajściu. Słuchał więc ciekawie 
opowiadania Eli... W trakcie rozmowy przyjechał konno porucznik Stach. 
— Byłem w Kruszelnicy, ale powiedzieli mi, że wyjechaliście. Domyśliłem się, że 
jesteście tutaj. Byłem bardzo niespokojny... -mówił, witając się. 
Ela, zaróżowiona, z błyszczącymi oczami, ładna jak nigdy, odparła: 
— Bardzo się cieszę, że jesteśmy w naszym kółeczku dzisiaj. Szkoda tylko, że nie ma 
reszty „wtajemniczonych”. 
— Karol mówił mi, że ma zamiar być u państwa przed wieczorem... Był też 
zaniepokojony tą tajemniczą sprawą. Jutro wyjeżdża już do Warszawy. 
— Rozleciało się nasze gronko... Na święta zobaczymy się jednak znowu i spędzimy 
parę sympatycznych chwil razem. A tymczasem opowiem panu historię rozpaczy Ity. 
— Otóż panna Rosowska w garderobie nagadała jej niemożliwych bredni, które ta 
poważnie myśląca osóbka wzięła na serio. Powtórzyć tych głupstw nie mogę, trzeba by 
jednak zwrócić uwagę pięknej Jance na niewłaściwość jej postępowania. 
— Dlaczego pani nie chce ujawnić rozmowy panny Rosowskiej z siostrą? -zapytał 
Antek. -Uważam, że tu skrępowanie w grę wchodzić nie powinno i śmiało powtórzę 
wszystko Stachowi. 
Porucznik słuchał opowiadania ze zdumieniem, a Kruszyński kończył: 
— ...chciałem zaręczyny nasze trzymać w tajemnicy, teraz jestem przeciwnego zdania. 
Pragnę, by cały świat, a w pierwszym rzędzie Janeczka dowiedziała się, że panna Ela jest 
moją narzeczoną. 
A gdy Janusz i porucznik składali życzenia młodej parze, Ita siedziała spokojnie na 
krzesełku i patrzyła w dal. Po przybladłej buzi płynęły łzy... Otarła je machinalnie trzymaną 
w ręku serwetką. 
— Ile zła może spowodować jedna pusta, zazdrosna pannica -rzekł porucznik, patrząc 
na Itę. 
— Mnie żal panny Janeczki... 
Jej musi być przykro, że jej nikt naprawdę nie kocha, bo z tych słodkich słówek i 
bujania panów, to nic nie ma... Więc złości się, że nie ma dla kogo żyć... 
— Moja Ituśko... tą drogą miłości nikt nie szuka. Każdy człowiek ma przeznaczone 
szczęście, na które czeka z tęsknotą i nieraz bardzo długo... Ale czekać trzeba cierpliwie i 
ufać, że przyjść musi... Kto chce wyrwać losowi część nie dla siebie przeznaczoną, źle czyni. 
Kradzione szczęście mści się prędzej czy później, zostawiając tylko posmak goryczy. 
— Jakaś ty strasznie mądra, Elu... 
— Nie, kochana, tylko troszkę starsza od pewnej spazmującej kolombinki. 
— Antek, jeśli chcesz, by cały świat wiedział o twym triumfie, to wyprawcie z Elą ucztę 
zaręczynową i zaproście uroczyście mamę Radomską z córkami -roześmiał się Janusz. 
W tej chwili Ita zerwała się zaczerwieniona i krzyknęła: 
— Nie! Nie! Radomskiej nie! 
— Co się stało, Ita... co to znowu za nowa historia? 
— Ona powiedziała do mnie „bezczelna bezwstydnica”. 
Okrzyk zgrozy i zdumienia uderzył w szyby salonu. 
— Miałam nikomu o tym nie mówić, ale teraz pomyślałam, że najlepiej wszystko 
wygarnąć od razu... Nie mam po co ukrywać. Nie jestem przecież winna, bo nic im nie 
zrobiłam. 
— Kiedy to było? Czy nie w pewną niedzielę jakiś miesiąc temu? -zapytał Antek. 
— Tak! 
— Czułem, że coś zaszło między wami... Trzeba było bratu lub komuś powiedzieć, Ito... 
Źle zrobiłaś... dziś jeszcze jadę do tej baby i zażądam wyjaśnienia. 
— Pozwól, że pojadę z tobą -rzekł Janusz. -Moglibyśmy też wpaść do Janeczki i 
powiedzieć jej parę słów prawdy. Przydałoby się grzecznie ją poprosić, by nie zajmowała się 
tak gorliwie sprawami siostry mojej i kuzynki. Widząc zdumienie dodał: 
— Panno Ito... Teraz przecie jesteśmy familią, w każdym razie będziemy nią w 
najbliższej przyszłości. 
— No, moi złoci... Jaka to będzie scena u panny Rosowskiej. Rozpaczam, że nie będę 
świadkiem. Najpierw wzniesie oczy w górę... potem chwyci się za serce... potem zerknie, czy 
jest w pobliżu coś miękkiego i wreszcie... zemdleje przechyliwszy wdzięcznie postać w 
okolicę waszych ramion... -żartował porucznik. W ten sposób stało się jasne, że sztuczki 
Janki nie były otoczeniu obce. 
Młodzież śmiała się, ale baronówna rzekła poważnie po chwili milczenia: 
— Wiecie co? Dajmy pokój pannie Rosowskiej. Jakoś to niezbyt rycersko jechać we 
dwóch i prawić kobiecie morały... Może najlepszą karą dla niej będzie przejście do porządku 
dziennego nad całą tą sprawą. Możemy najwyżej dać jej do zrozumienia, że całą intrygę 
traktuje się lekko, jak nieudany żart. Co innego z panią Radomską. Tu należy sprawę 
wyświetlić, choć mam jakieś przeczucie, że i za tym stoi panna Janina... 
— Janusz... Tyś uwielbiał demoniczne kobiety... Powinieneś teraz kadzidło u nóg 
boskiej Janeczki zapalić... 
— E, taki demonizm! Strasznie pośledniego gatunku. Pierwsza lepsza baba ze wsi 
potrafi plotek narobić... Fe! Prowincją czuć! Nie lubię! 
— Wobec tego żegnam, bo mnie jeszcze do raportu wpakują -mówił porucznik. Myślę, 
że w niedzielę spotkamy się znów wszyscy po nabożeństwie... Panno Elu! Niechże 
pani zdecyduje się raz ukazać tłumowi... 
— Nie lubię niedzielnego nabożeństwa tutaj... Wydaje mi się profanacją. Tu prócz 
ludu nikt się nie modli. Obserwują, krytykują, sieją nowinki, ploteczki. Trudno się skupić w 
takich warunkach. 
— Ale ten jedyny razik pani będzie, Elu, dobrze? -wtrącił Antek. 
— Ten jedyny razik będę. 
— A więc i ja się pożegnam... Chcę pomóc ojcu w kancelarii, a potem pojechać z miłą 
wizytą. 
— Ita zostanie, prawda? Mamy przecież lekcję francuskiego i muzyki -rzekła Ela. 
W kwadrans potem Ita, z fantazją kiwając nogami, recytowała francuskie słówka. 
Kiedy Antek wszedł do salonu pani Radomskiej, ta przymrużyła dystyngowanie oczy. 
Wskazując krzesło, rzekła protekcjonalnym tonem: 
— Niech pan spocznie... Czym mogę służyć? 
— Zasadniczo chodzi mi tylko o króciutkie wyjaśnienie, dlaczego to szanowna pani 
była łaskawa nazwać moją siostrę „bezczelną bezwstydnicą”? 
— Nie uważam za stosowne dawać wyjaśnień ludziom tak młodym -wycedziła, 
czerwieniąc się. 
— Szanowna pani! Absolutnie mnie nie obchodzi, co pani uważa za stosowne... 
Przyjechałem tu w imieniu ojca, chyba że szanowna pani woli, by tę sprawę załatwić inaczej. 
Radomska zerwała się. 
— Co? Pan mi grozi? Ja się nikogo nie boję... Wszyscy wiedzą, co za numer z pana 
siostry... Jakie głupstwa plotła o moich niewinnych panienkach. A co to było w parku u 
baronów? Nie całowała się z każdym mężczyzną? Nie biegała prawie naga po ogrodzie? 
Szczęściem, że moje córki tego nie zauważyły... Pan jeszcze chce, bym pozwoliła im 
przestawać w towarzystwie takiej? Ta cała baronówna zgłupiała do reszty..., a młody kpi 
sobie z pańskiej siostry... Nie mogę nawet mówić, co się tam jeszcze działo! -wykrzykiwała z 
pasją, miotając pulchną figurą. Antek siedział spokojnie, ale był wściekły. Zacinał tylko usta, 
żeby nie palnąć czego babie. Opanował się. 
— Tak?! Szanowna pani to wszystko widziała? 
— Nie potrzeba widzieć, żeby wiedzieć... Mówiła mi o tym bardzo dystyngowana i 
poważna osoba, której zależy na tym, by jej przyjaciółki miały dobre towarzystwo. Moje 
córki tyle czasu w świecie bywają i nikt ich na rękach nie nosił, bo to wstyd... Nie były też 
przez żadne zwariowane magnatki protegowane... 
— Szanowna pani może będzie łaskawa zaniechać wtrącania do rozmowy osoby mojej 
narzeczonej... 
Mama Radomska wstrzymała oddech. 
— Ach... tak... -wycedziła wreszcie. -Rozumiem! 
— A teraz może pani będzie łaskawa wysłuchać, co mam jej do zakomunikowania. 
Otóż to wszystko, czego się od szanownej pani dowiedziałem, jest kłamstwem, które 
wymyśliła panna Rosowska. Nic podobnego na zabawie u państwa Ziemskich nie zaszło, 
wobec czego w imieniu ojca proszę o satysfakcję -i to publiczną. W przeciwnym razie 
sprawa oprze się o sąd... 
Pani Radomska siedziała na krześle z otwartymi ustami. Opuściła pulchne ręce, a z 
czerwonej twarzy nie znikał wyraz tępego zdumienia... Gdy minęło pierwsze wrażenie, 
podskoczyła jak na sprężynie i znowu uruchomiła ramiona. 
— Panna Rosowska jest za poważna na to, by wymyślać historyjki i nie pozwolę jej 
obrażać jako przyjaciółki mych córek. 
— Proszę pani, nie będziemy się sprzeczać o powagę panny Rosowskiej. Ja 
powiedziałem swoje i żądam odpowiedzi... Czy pani decyduje się dać satysfakcję czy nie? 
Wobec energicznej postawy młodego Kruszyńskiego mama zmiękła. 
— Nie wiem sama, co o tym wszystkim sądzić?! 
— Z kim siostra moja mówiła o córkach szanownej pani? 
— Z panną Rosowską i z córkami sędziego. 
— Proszę pani! Siostra nie mogła rozmawiać z panną Janiną, bo w ogóle ze sobą nie 
rozmawiają, a po zabawie nie widziały się wcale... Zaś córki sędziego? Zaraz... tak, one 
dwudziestego dziewiątego wyjechały do Lwowa... Na Wszystkich Świętych, gdy przyjadą, 
poproszę, by powtórzyły, co to siostra do nich mówiła. 
— Więc to wszystko miałoby być kłamstwem? 
— Jak pani uważa... Moja rola już skończona... Żegnam panią! 
Antek wyszedł, a pani Radomska co tchu pobiegła do pokoju córek. One zawsze nie 
bardzo chciały dokuczać Icie. Może w tym coś jest? 
Janeczka zaś po balowej nocy czuła się bardzo nieswojo. Przede wszystkim zła była 
na matkę, że ta zauważyła przy śniadaniu: 
— Janeczko, zdaje się, że mała Kruszyńska miała ogromne powodzenie... Opowiadały 
mi już panie, że to nie jest zbyt przyzwoita panna... Co ty sądzisz o niej? 
— Taka sobie chamka, która dorwała się do salonu... -odparła córka, którą do żywego 
dotknęła wzmianka o powodzeniu Ity. Drugim powodem jej nieosobliwego humoru był lęk, 
że w szale złości nagadała bredni, które mogą się wyświetlić... Sądziła jednak, że zręcznie 
intrygę poprowadziła. Co prawda nie spodziewała się Ity na balu. Gdyby taką ewentualność 
przewidziała, ułożyłaby sobie plan batalii. Chociaż i tak na pewno wszystko będzie jak 
trzeba. Podobno Ita zaraz odjechała, zemdlawszy ze zmęczenia. Janeczka tego nie widziała, 
gdyż musiała przypudrować się i uspokoić w garderobie. 
— Z Itą odjechała i Ela. Więc między nimi nic nie zaszło -kombinowała, leżąc na 
kozetce i szlifując paznokcie. -Intryga z Radomskimi i resztą panien udała się natomiast 
znakomicie... -tego była pewna, bo przecież sama widziała porażkę Ity... -To chyba na jaw 
nie wyjdzie -cieszyła się. 
Pomimo wszystko Janeczka była tak zdenerwowana, że, bojąc się o cerę i wygląd, 
położyła się do łóżka i zapowiedziała służbie, że nie przyjmuje. 
Nadeszła niedziela. Przed dziewiątą rano zajechał przed bramy kruszelnickiego 
dworku samochód Ziemskich. Ita, wystrojona w nowy, granatowy kostium z futerkami, 
biegła z ogrodu naprzeciw Eli. 
— Elusiu! Elusiu! Masz tego białego... najładniejszy. 
— Co mam? Jakiego białego? 
— No, kotka się okociła w nocy. Jest sześcioro... 
— Aha! Rozumiem i dziękuję, ale jeżeli chcesz jechać ze mną do kościoła, to się 
oczyść... ty dorosła panno! 
Granatowy kostium nosił bardzo widoczne ślady wizyty w altance z menażerią. 
— Oczyszczę... Ela, ty się nie cieszysz z kotka? 
— Ależ bardzo, kochanie... Cóż to za minka zrozpaczona? 
— Bo ja ci chciałam zrobić przyjemność. 
— Zrobiłaś, siostrzyczko, wielką, ale oczyść się... 
Ita posłusznie wykonała rozkaz i z wielką gracją wsiadła do samochodu. 
— Elu, czy wyglądam jak dobrze wychowana panna? 
— Jak dobrze wychowany anioł -pospieszył wyrazić swoje zdanie Janusz. 
— Ciekawy jestem miny pani Radomskiej. Tylko Ita, pamiętaj, trzymaj się i panuj nad 
sobą -strofował siostrę Antek. 
Zjawienie się baronówny i Janusza przed kościołem wywarło niesłychany efekt, 
zwłaszcza że szła pod rękę z Antkiem, podczas gdy Itę z galanterią prowadził Janusz. 
Wszyscy czworo zajęli ławkę barona, co było powodem tysięcznych szeptów. Obserwująca 
publiczność z ulgą przywitała koniec nabożeństwa i, zbiwszy się w grupy i grupki, 
oczekiwała na wyjście Ziemskich i Kruszyńskich z kościoła. Ci zaś pragnęli się pomodlić. 
Nawet Janusz pozostał dla towarzystwa. Najbardziej szczerze za szczęście dziękowała Ela. 
Jej gorące tkliwe serce znało tylko zawody. Wreszcie znalazł się ktoś, kto zapragnął czerpać 
z niego skarby miłości, komu ona, brzydka Ela, jest droga... 
Pogasły światła i wyszli wreszcie z opustoszałego kościoła. 
Na ich widok poczęły się ukapeluszowane głowy chwiać, a sylwetki wyginały się. 
Wirowały gorączkowe szepty i półgłośne uwagi... Mama Radomska miała wypieki i spieszyła 
do powozu. Nie zdążyła, gdyż już cała czwórka stanęła przed nią... Panny córki czuły się 
bardzo nieswojo. Ita zaś dygnęła zgrabnie przed mamą: 
— Przepraszam panią bardzo, że byłam ostatnim razem nie bardzo grzeczna, ale 
naprawdę nie wiedziałam, co mówię. Zdawało mi się, że córki pani nie chciały ze mną 
rozmawiać i to wprowadziło mnie w złość... 
Podczas przemowy Ela, Antek i Janusz witali się grzecznie z panienkami. Pani zaś 
teraz wyglądała nad wyraz nieszczęśliwie... 
— Moje dziecko... czasem rzeczywiście... tak... właśnie, można się omylić... W istocie 
nie mam ci nic do zarzucenia -wymamrotała i przygniotła Itę do pulchnego biustu, co 
widząc siostry zamieniły między sobą radosne uśmiechy. One po kolei również poczęły 
ściskać Itę. 
— Niechże państwo raczą teraz wstąpić do nas na momencik... Będę bardzo rada... prosiła 
Radomska. 
Ela spojrzała na Antka i skinęła nieznacznie głową. Po czym po wymianie 
niezliczonych uprzejmości mama wsiadła do samochodu, a za panienkami w powozie 
jechała Ita i Janusz. 
Cała ta scena zrobiła wrażenie ogromne... Szczególnie zdumiewały się panie, które 
wiedziały o stosunku Radomskiej do Ity, bowiem pani Tosia nie omieszkała powiadomić 
znajomych o nietakcie i winach Kruszyńskiej. Więc teraz taka przyjaźń stawała się 
zdumiewająca. 
Porucznik Stach uśmiechnął się z zadowoleniem, widząc miny zgromadzonej elity 
towarzystwa. Nie miał sposobności rozmawiać z przyjaciółmi, gdyż stał z żołnierzami, 
ukłonił się tylko odjeżdżającym z daleka. Ciekawie słuchał szeptów, by powtórzyć je potem 
zainteresowanym. 
A mama Radomska pławiła się w szczęściu podczas poufnej rozmowy z baronówną, 
która krótko i węzłowato wytłumaczyła pulchnej towarzyszce intrygę Janeczki. Skutek 
okazał się nadzwyczajny. Mama bowiem po przybyciu na miejsce schwyciła Itę i całowała ją 
gorliwie. 
— Bardzo się cieszę, że moje córki mają tak miłe grono znajomych -mówiła. 
Antek nie mógł ukryć dyskretnego uśmieszku, Janusz zaś mrugał na Elę... Tylko Ita 
była szczerze uradowana i nie kryła w sercu ani źdźbła urazy do „fałszywej baby”. 
Panny Janeczki w kościele nie było, ale dowiedziała się od matki wszystkiego całkiem 
przypadkowo. Pani Rosowska wybierała się właśnie z wizytą do serdecznej przyjaciółki, gdy 
córka podniosła oczy znad książki. 
— Nie rozumiem, w jakim celu mamusia utrzymuje stosunki z tą doktorową, z taką 
ordynarną plotkarką? 
— Ależ Janeczko! Pani Helena jest nadzwyczaj miłą osóbką. Wprawdzie przylgnęła do 
niej nazwa „żywy kurier”, ale co ma robić biedactwo... Stary, nudny mąż, cały dzień 
samotna, a zresztą można się u niej prawdy dowiedzieć... Ciekawam, co ona powie o tej 
nagłej przyjaźni Radomskich z Ziemskimi... 
— Jak to? Co się stało? 
— Wyobraź sobie, dzisiaj przed kościół zajechał samochód Ziemskich. Wysiadła z 
niego Ela... Popatrz! Ona przecież nigdy w kościele nie bywała... Za nią Janusz i Kruszyński 
Antek z tą małą. Antek prowadził baronównę pod rękę. Podobno są zaręczeni, bo inaczej nie 
szliby pod rękę. Janusz szedł z tą małą... Ale to jeszcze nic. Po nabożeństwie podeszli do 
Radomskich i trzeba ci było widzieć, jakie serdeczne nastąpiło powitanie... Radomska 
potem wsiadła do samochodu, a Kruszyńska i baron do jej powozu... Pojechali do nich... No, 
powiedz, co się to dzieje? Także dobrane towarzystwo... Baronówna i te głupie Radomskie. 
Ale Janeczka nie mogła nic powiedzieć... Patrzyła na matkę okrągłymi, jasnymi 
oczami i dusiła się po prostu... Wrażenie było okropne. Cały gmach misternej intrygi 
runął... Jak ona, Janeczka, będzie wyglądać? Co zrobić? Jeżeli, jeżeli się wszystko wykryło? 
Chwilę jeszcze siedziała z opuszczonymi rękami i wreszcie rzuciła się na kozetkę. 
— Mamo! Chora jestem, niedobrze mi... -i dostała spazmów. 
W całym domu zapanował niesłychany zamęt. Pani Rosowska biegała w kapeluszu... 
Pokojówki potrącały jedna drugą w pośpiechu, nie wiedząc, czego szukać, a Janeczka, 
przeniesiona do łóżka, robiła minę męczennicy i, trzymając się za głowę, jęczała bardzo 
głośno. 
Uspokoiła się dopiero wieczorem i wykombinowała plan ratunkowy. Wyłudzi 
pieniądze od ojca i wyjedzie za granicę. Tam na pewno znajdzie jakiegoś milionera. Ach! 
Gdy przyjedzie jako wielka dama tutaj, potrafi się zemścić. 
— Mamo... mnie jakoś to powietrze i warunki tutejsze nie służą... Jestem coraz więcej 
zdenerwowana. Nie mam towarzystwa. Ja muszę wyjechać. 
— Ależ, córuchno, jeśli od tego zależy twoje zdrowie, wyjedziemy zaraz... 
— Ja nic mamie nie mówiłam, ale od dawna źle się czuję... Niech mama to powie 
tatusiowi. 
— Dobrze, najdroższa... Wyjedziemy do Włoch, rozerwiesz się, biedactwo. Pogadam z 
ojcem. 
Skutek energicznej przemowy pani Rosowskiej był nadzwyczajny. Ojciec zgodził się 
od razu, ale postawił warunek, że panie mają jechać do uzdrowiska krajowego. 
— Moje drogie -mówił z przekonaniem. -Nie uważam za stosowne, by żony i córki 
polskich obywateli zostawiały pieniądze Włochom lub Francuzom. Mamy tyle pięknych 
miejscowości, że naprawdę można wybierać. Wybierzcie się do Zakopanego choćby. 
Janeczka kręciła trochę nosem, ale nie było rady. Ojciec postanowień swych nie 
zmieniał nigdy. 
Zaczął się więc znowu gwałt i rwetes. Janeczka sprowadziła sobie krawcową, z którą 
całe godziny spędzały nad żurnalami... Potem jeździły do Lwowa... i wracały obładowane 
pakami i paczuszkami. Janeczka postanowiła w Zakopanem zrobić furorę. Sprawianiu 
gałganów nie było więc końca. 
Pewnego dnia wracała do domu w świetnym humorze, rada ze wspaniałego 
sportowego kostiumu, który kazała sobie aż z Warszawy sprowadzić. Zadyszana wpadła w 
ostatnim momencie do wagonu drugiej klasy... Pociąg ruszył. Janeczka rozpięła futro i 
rozejrzała się wokoło... Nagle z przeciwległego końca przedziału wychyliły się w jej stronę 
cztery głowy w uprzejmym ukłonie. Janeczka zdrętwiała, ale przez moment miała wrażenie, 
że oblewa ją strumień gorącej wody. Wreszcie odkłoniła się majestatycznie. 
Sytuacja była nie do pozazdroszczenia... Janeczka skubała zawzięcie futro i zdawała 
sobie sprawę z tego, że minę ma niebiańsko głupią. 
Ela podeszła do niej i, wyciągając rękę, rzekła z uśmiechem: 
— I pani wraca ze Lwowa? Może pani usiądzie bliżej nas, tam jest więcej miejsca, 
niepodobna przecież stać całą drogę. 
Nie było rady. Przepchnęła się za Elą między potężnymi brzuchami. Musiała witać 
grzecznie Itę, Antka i Janusza. Musiała słuchać ich wesołej paplaniny. Musiała układać 
wargi do uśmiechu... 
— Czy pani też z koncertu? -spytał Janusz. 
— Nie, robiłam sprawunki! Jadę za granicę... 
— A gdzie? Wolno wiedzieć? 
— Waham się jeszcze... albo do Włoch, albo do Szwajcarii, ale pewno do Szwajcarii... 
— Ach, jaka pani szczęśliwa -krzyknęła Ita. -Ja bym też chciała tam pojechać... 
— Moja żoneczka niech będzie grzeczna, to pojedziemy nawet do Ameryki -odezwał 
się Janusz z powagą. -Widzisz pani... Ożeni się człowiek z taką sikorką, to potem weźmie 
pod pantofel i rządzi. 
Ela i Antek patrzyli z zajęciem w okna, chcąc ukryć uśmiech. Ita chichotała, a 
Janeczka połykała spiesznie potężną porcję gorzkiego zdumienia. 
Rozmowa dalej szła nieszczególnie. Rwała się, utykała... Janusz ciągle tylko 
dokazywał i drażnił się z Itą. Nazywał ją najdroższym żoniątkiem i całował ukradkiem 
rączki. 
Janeczka siedziała jak na rozpalonych węglach. W Stryju pożegnała się i wysiadła, 
tłumacząc, że tu czekają konie, ale Antek widział, że weszła do innego wagonu. 
— No... miała za swoje -sapnął zadowolony Janusz. -Morowy byłem, co? 
— Gałgan jesteś! Tak zgnębić swój były ideał. 
— Przepraszam cię, Elżbieto panno... Moim ideałem stale jest panna Ita. 
— Ale pan za to wcale nie jest moim... 
— Żono, cicho! 
— Mężu... nie słucham nikogo i ciebie też nie... Tylko Elusi. 
— ...i pana Witolda. Ita zaczerwieniła się i umilkła. 
Wszyscy czworo bawili się znakomicie, a Janeczka, ledwo wstąpiła na próg 
mieszkania, krzyknęła: 
— Wie mama co? Jakie to chamstwo! Janusz ożenił się z Kruszyńską i nie zawiadomili 
nawet o ślubie. 
— Nie może być!!! 
— No, jak ja mówię, to prawda... 
I całą noc przewracała się biedna Janeczka na łóżku. Upokorzona była strasznie. 
ROZDZIAŁ IX 
Witold stał w niedużym pokoiku rodziców przed skończonym obrazem. Staruszkowie 
patrzyli przez okulary z nabożnym zachwytem... 
— No, mateczko... Tatusiu... Ładnie? 
— Ślicznie, synku. Tylko..., żeby ona choć w cokolwiek była ubrana. 
Uśmiech padł ciepłym blaskiem na skupioną twarz młodzieńca. 
— Zaręczam mateczce, że obraz miałby wtedy mniejszą wartość... 
Staruszkowie westchnęli i patrzyli znów na obraz zatytułowany „Noc księżycowa”. 
Na brzegu rzeki, której fale przesycone były drżącą poświatą księżycowego blasku, 
stała naga dziewczyna, lekko w tył przegięta, zwrócona do widzów profilem. Głowę z 
oczyma zamkniętymi poddawała pieszczocie światła... Ręce, wyciągnięte w górę miękkim 
ruchem, zastygły w kryształowosrebrnym pyle jak dwa senne nenufary. 
— Widzisz, mateczko, jeśli ten obraz zyska uznanie krytyki, spojrzę jasno w przszłość. 
Będę wiedział, że mam talent. Do tej pory w moich obrazach były barwy i kształty. Tu jest 
coś więcej... To dusza... 
Staruszkowie milczeli. Wreszcie matka odezwała się cicho: 
— A tego drugiego nie dasz? Bo jeśli chodzi o duszę, właśnie tam ją widzę. 
Odsłonił drugi, mniejszy obraz. Tytuł brzmiał „Mateczka”. Na stole siedziała Ita z 
miseczką w ręku, trzymając na kolanach czworonożnych wychowańców. 
Drobna twarzyczka czarowała tkliwym, dziecinnym wyrazem. Każdy włos, każdy 
załamek sukienki był oddany wiernie. Obraz zdradzał głębokie uczucie, jakie żywił młody 
malarz do tej „mateczki”. 
Staruszkowie przypatrywali się uśmiechnięci. 
— Bardzo, bardzo miłe dziecko -zdecydowali wreszcie. 
A Witold szeptał w duchu: 
— Czemu nie piszesz do mnie, maleńka? Kto znów zabiera mi twą przyjaźń i tę parę 
chwil, jakie miałaś dla mnie poświęcić? 
Obrazy zostały na wystawę przyjęte. A najważniejsze, że od razu znalazły nabywców, 
którzy zapłacili sumę, jakiej Witold w życiu nie miał. Krytyka pisała: „Młody artysta ma 
niewątpliwie przyszłość przed sobą... Do widza przemawia zdrowy, czysty talent”. 
Za oknami kruszelnickiego dworku szalała śnieżna zawierucha. Ita stała w swym 
różowym pokoiku na wpół ubrana, z jabłkiem w ręku... Wydało się jej, że wskroś wicher 
doleciał znajomy głos. Chwilę stała nieruchomo, a potem, wciągnąwszy nocną koszulkę, 
skoczyła do łóżka z takim impetem, że aż jęknęły sprężyny. Kończąc jabłko, uczyła się 
słówek francuskich. 
Nagle posłyszała najwyraźniej znane, drogie głosy Antka i Witolda. 
Ukryła twarz w poduszki i przeleżała tak z godzinę, a potem, choć to była blisko 
północ, narzuciła na koszulkę wielki pąsowy ciepły szal i pobiegła na górę, stąpając 
koniuszkami palców. 
Zapukała. Otworzyły się drzwi i stanęła na wprost swego belfra. 
Patrzyli na siebie milcząc. Oczy ich za to mówiły całe poematy tęsknoty i miłości. 
Dziewczyna miała wrażenie, że nie może odetchnąć. Nie dlatego, żeby jej zabrakło 
powietrza, ale wydało się jej, że każdy oddech rozsadza jej piersi. 
Ogarnęło ją jakieś gorące, oszałamiające uczucie. Buńczuczna dziecinna twarzyczka 
to pąsowiała, to bladła nagle... Szeptała gorączkowo: 
— Słyszałam już przed godziną, że pan przyjechał... Nie mogłam wytrzymać. Niech się 
pan nie gniewa, że przyszłam... -Złożyła ręce. -Ja już nie jestem dzika Ita. Przyszłam panu 
powiedzieć, że... że... zrozumiałam. Niech pan nie każe mi już czekać. Serce moje mówi 
samo... Kocham pana... kocham. W duszy mojej zakwitły lipy... Niech pan wierzy! 
Umilkła i stała ze spuszczoną głową. Jak winowajczyni czekała wyroku. Ale Witold 
nie miał już nic do powiedzenia... Zarzucił sobie te różowozłote nagie ręce na szyję i 
przytulił dziewczynę do piersi tak mocno, jak mocna była jego miłość i tęsknota. 
Za oknami szalała śnieżna zawierucha... W małym, jasnym pokoiku kwitły lipy i 
najcudowniejsze szkarłatne róże pocałunków. 
— Teraz moja narzeczona pójdzie grzecznie spać, a jutro powiem tatusiowi, że Ita jest 
moja, moja... 
— Tak! A niedługo wcale panu nie powiem dobranoc, nie będzie potrzeba, no nie? 
Będę pana żoną, Eleonorą Ritą... 
Jeszcze jeden gorący pocałunek i wyszła z pokoju jak myszka. Nagle wróciła ze 
schodów i przytuliwszy się mocno do Witolda, szeptała: 
— Słuchaj! Mnie nie trzeba będzie bić z miłości. Iwan już Kasię tłucze. Ona mówi, że 
to dlatego, że okropnie kocha, ale ja wierzę panu tak, na słowo... bez bicia. 
— Maleństwo moje! Co za głupstwa! Chybaby mi ręka uschła. 
— E, przed ślubem to każdy dobry... No, ale pan jest inny niż wszyscy... Dobranoc! 
I zjechała na dół po poręczy. 
Nazajutrz Witold po długiej rozmowie z panem Kruszyńskim zapukał do pokoju Ity. 
Siedziała przy oknie, a on klęknął u jej stóp. 
— Malutka, w czerwcu będziesz panią Witoldową Leską, a teraz jedziemy do Eli. 
Ela przyjęła wiadomość tak radośnie, że rozpłakała się ku wielkiej rozpaczy Antka. 
— Panno Elu... To i nasz ślub w czerwcu, dobrze? 
— Dobrze. 
— Elka! -krzyczał Janusz. -Wymagam, żądam uczty zaręczynowej w Sylwestra! 
Wszyscy będziemy tutaj -hip, hip, hura! Chcemy tańczyć. 
— Ale tymczasem odbędzie się ta ceremonia u nas -oświadczył Antek. 
A Ita, oparłszy główkę na ramieniu Witolda, coś mu zawzięcie szeptała... Witold 
kiwał głową i uśmiechał się radośnie. 
Na Sylwestra całe grono „wtajemniczonych” składało dwóm parom życzenia, a Ita 
siedziała przytulona do matki Witolda, która na gorące prośby przyszłej synowej miała 
zostać w Kruszelnicy do ślubu... 
— Witold! W Zakopanem szykują wystawę najmłodszych malarzy -mówił Karol. — Masz już markę. Poślij parę obrazów. Ręczę, że staniesz się modny. 
Ita podskoczyła radośnie, popierając Karola: 
— Tak, tak... Ja chcę koniecznie. Pojedziemy z Elusią i z panią. Dobrze...? 
Projekt znalazł zwolenników, a Witold nie myślał się opierać. 
Pod koniec stycznia całe towarzystwo znalazło się w Zakopanem na otwarciu 
wystawy. Witold był w siódmym niebie. Jak przepowiedział Karol, młody twórca stał się 
modny... Oglądano jego obrazy, a właściwie więcej nawet malarza, szczególnie panie. 
I oczywiście Janeczka nie uniknęła przykrości spotkania się z młodymi... Było to na 
raucie artystów. W części koncertowej pani Rosowska z córką siedziały w pierwszych 
miejscach. W antrakcie Janeczka usłyszała za sobą rozmowę. 
— Kto to jest ta panienka obok Leskiego? Śliczna, oryginalna buzia... 
— No, przecież to jego narzeczona. 
— Bójcie się Boga... taka młodziutka... 
— Ale śliczna para... Janeczka, ciekawa ujrzeć narzeczoną Witolda, odwróciła głowę i, 
przyłożywszy lornetkę, szukała między zebranymi niewdzięcznego młodzieńca. Nagle ręka 
jej poczęła drżeć... Opuściła lornetkę i siedziała z ceglastymi wypiekami, oddychając 
ciężko... 
Obok Witolda siedziały Ita i Ela! Dalej siwa matrona, Antek, Janusz i Irma. 
— Panno Ito, chce pani zobaczyć osoby bawiące teraz w Szwajcarii? -spytał Janusz. 
— Ach, tak! Janusz wskazał pannę Rosowską i ciągnął dalej: 
— Nie wytrzymam... Pójdę się przywitać, jak mi Bóg miły. 
— Nie, niech pan nie będzie złośliwy. Świat jest taki cudny... i Zakopane. Nie trzeba 
brudzić tej białości złością i gniewem. Mój złoty! 
Janusz usłuchał, ale los zrządził inaczej i u wyjścia spotkały się dwa obozy. Janeczka 
zbladła i udała, że nie spostrzega ukłonu. Irma za to zachichotała złośliwie. 
Nazajutrz Janeczka wyjechała z Zakopanego. Witold został jeszcze, gdyż chciał 
sprzedać wszystkie obrazy, z wyjątkiem, naturalnie, portretu narzeczonej. Udało mu się to 
wkrótce. Wracał do Warszawy uradowany. Ita z jego matką zostały w Kruszelnicy. 
Znów rozbiegło się młodzieńcze kółko, ale wszyscy niecierpliwie oczekiwali czerwca... 
Cieszyli się serdecznie szczęściem Ity i Eli... A obie panienki siadywały często u stóp siwej 
matrony i pod jej kierunkiem haftowały wyprawy. Gdy Ela odjeżdżała, stawały obie w oknie 
i machały chusteczkami, a potem Ita kładła swą lśniącą ciemną główkę na kolanach 
staruszki i szeptała coś... Kiedy dostała list od narzeczonego, mówiła: 
— Jakam ja szczęśliwa... Kocham cały świat, chcę, żeby wszyscy się uśmiechali. 
Wszystkim powinno być dobrze. Chciałabym jak najprędzej mieć synka. On też będzie 
wielkim malarzem. Ach, mateczko, prawda, jak to rozkosznie mieć swój dom i swoich? 
Myślę, że wasze serca to najśliczniejsze pałace z bajki, po co szukać innych. Ale możemy 
pojechać zobaczyć te obce cudowne krainy. 
— Ty szczebiotko najmilsza. Ja już nie doczekam tego zwiedzania. 
— No to będziemy w domu. Niech się mateczka uśmiechnie. U nas zawsze musi być 
jasno, ciepło i wesoło. Witold też nie będzie się przeze mnie smucił. Będę cierpliwa i 
wyrozumiała. A synka nazwiemy Januszkiem, to ładnie. -Nagle zmieniła temat. -Te góry 
były takie śliczne... Zupełnie jak kościół. Mateczce się nie przykrzy, kiedy ja gadam? 
Dawniej to rozmawiałam tak z drzewami i zwierzakami. Mateczka mnie kocha? 
— Kocham, malutka, bardzo... 
— To ślicznie... Ja też. Tak mi dobrze, że mam kogo kochać... 
