Helena Mniszkówna
Ordynat Michorowski
I Płomień rósł, potężniał. Jaskrawe języki, wymykając się zdradziecko z szarych 
mas budowli, strzelały w górę śmiałym pędem. Jak żmije kurczą się i prostują swe 
śliskie cielska do skoku, tak rozżarte bicze ognia, skotłowane w kłębek, 
rozwijały się gwałtownie i parły z wściekłą zajadłością coraz wyżej do szczytów. 
Warkot i świst złowrogi brała w siebie moc marcowa; szare masy fabryczne, 
spiętrzone kominy — rysowały się nikle w czarnych przestworzach. Teraz otaczał 
je u dołu krwawy wieniec, niby z krzewów korali, ale ruchomy, szarpiący się w 
żądzy niszczenia. Straszliwe zygzaki pełzły wężowym skrótem, prężyły się, 
buchając grzywą purpury i złota. I rosły jak tytany, i szalonym tańcem 
rozchichotanych demonów goniły za sobą, łącząc w piekielnych uściskach 
rozwielmożnione, żarłoczne cielska. Już nie krzewy korali, lecz rozpasane 
fontanny ognia otaczały budowle. Zapaliło się niebo, różowe płachty na chmurach 
wchłaniały czerwień. Pożoga nabrała rozpędu, waliła w czeluść nocy hukiem, 
przerażającym gwizdem ognistych batów; niosła w czerwone obłoki olbrzymy dymów. 
Rozjaśniła się okolica, morelowy odblask lunął na śniegi. Pożar sypał potokami 
iskier. Deszcz z gwiazd purpurowych i złotych, ciskanych z żywiołową furią 
zarażał inne dachy, opalał drzewa. Wulkan wybuchał za wulkanem. Kilka ich ziało 
potężnie, rozlewając się w bezmierny ocean fal. Sadza dymów rosła w bór, zbity, 
huczący, ziemia wydała głuchy jęk, szedł po niej grzmot, niby dreszcze 
przerażenia. Żywioł szalał. Ostre gwizdki sygnałów umilkły, mrowisko ludzkie 
cofnęło się w popłochu. Wielki dzwon alarmowy wydawał krótki urywany krzyk. 
Gore! Gore! Kaski strażników migały w tłumie jak pochodnie. Wiły się nad głowami 
przerażonych ludzi grube węże sikawek, warczały cienkie tasiemki wody, ginąc w 
otchłaniach ognistych. Trzask tryskających pomp zagłuszały ryczące kłębowiska 
szatanów. Okropność bezmierna ogarnęła ludzi. Szalony strach skuwał ich na 
miejscu. Paliły się niebo i ziemia. I coraz słabiej, ciszej, boleśniej wołał 
dzwon resztkami sił. Gore! Gore! Nagle niebem, powietrzem, ziemią szarpnął 
gwałtownie straszliwy huk. Ludziom zdawało się, że ziemię wysadzono dynamitem. 
Ze środka rozpalonego muru wielkiego budynku wybuchnął niebieskofioletowy słup 
ognia, znów się skurczył, rozwalił mur i, jak lawa z wulkanu, runął po stoku 
góry niebieską rzeką palącego się spirytusu. Pękł zbiornik w gorzelni. Pożar 
przy błękitnej szarfie płynącego alkoholu stał się żółtym i jakby zmalał. 
Wykwitły z pożogi bukiet płomieni odmiennej barwy zaćmił go na chwilę. Lecz nie 
zmniejszył — żądza zniszczenia rwała z siłą naprzód. * * * Tłum ogarnęła panika. 
Ludzie z wrzaskiem uciekali przed pędzącą rzeką spirytusu. Szał zawładnął 
żywiołem i ludźmi. Potop, zawieja ognia do obłędu doprowadziły umysły. Tłumy 
darły się, przewracały, biegnąc na oślep i wpadając na siebie. Szloch, krzyk 
ludzki zmniejszały się chwilami i wówczas słychać było pojedyncze głosy, tu i 
tam rozsiane, głosy stanowcze, fanatyczne. Czasem, pod wpływem mówców, 
kilkadziesiąt pięści wznosiło się ponad głowami, wygrażając strażakom. Inni z 
przekleństwem grozili w przeciwną stronę pożogi. A pojedyncze głosy w przerwach 
łomotu, trzasku, świstu płomieni, dominowały ciągle. — Zabiją nas — szeptali 
strażacy. — Ratować! — brzmiała komenda dowódcy. — Nie uratujemy. Pożar huczał, 
jak tysiące trąb powietrznych. II — Romny palą się! Gorzelnia ordynacka płonie! 
Parowe młyny! — rozlegały się po okolicy przerażone głosy. W jaskrawym świetle 
pożogi bielały w oddali mury bliższych folwarków. Jasność, żar piekący 
rozdzierał noc na daleką przestrzeń. Śniegi, leżące blisko ognia, stajały w 
brudnych kałużach odbijając gorące łuny. Rozżarzone głownie, warkocze iskier z 
sykiem grzęzły w błocie, buchając reesztkami ognia, jak zmęczone bestie pianą. 
Zdawało się, że słońce spadło na ziemię, rozprysło się i skłębia, ciska w górę, 
rzucając dokoła swe zabójcze pasma, niby macki potwora. Wyniosłe baszty i 
wieżyce ordynackiej siedziby rozbłysły w świetle. Róż wsiąknął w mury; krwawo 
świeciły szyby okien. Z wielkiej bramy sklepionej wypadł ostrym galopem mały 
orszak konnych i gnał do pożaru fantastyczny, jak hufiec upiorów. Na czele biegł 
koń czarny, zziajany, z rozwianą gęstwą ogona i grzywy. Pożar grał mu w 
źrenicach; nozdrza niosły pochodnie. Cwałował naprzód, świecąc marmurową 
piersią. Unosił na grzbiecie smukłą sylwetkę jeźdźca w rozniesionej przez pęd 
burce, spiętej tylko na ramionach. Już dopadali pożaru, gdy zastąpił im drogę 
inny jeździec bez czapki, z osmoloną czupryną i okopconą twarzą. Konie, 
wstrzymane gwałtownie, stanęły dęba. Zapytania i odpowiedzi skrzyżowały się: — 
Jaki powód? — Podpalone... wszystkie rogi zajęte. Obcy ludzie... dowodzą 
agitatorzy! — Wszystkie straże są? — Tak, panie ordynacie. — Ratować domy 
robotników i służby; od fabryk odstąpić. Żywo! — Młyny zgorzały. Ale spirytus, 
panie ordynacie!... — Słuchać komendy! Ludzie ważniejsi. Na miejsce, Badowicz! 
Głos brzmiał spokojnie, ale stanowczo. W tej chwili właśnie pękł zbiornik 
alkoholu. Oślepiająca rakieta, piorunowym grzmotem cisnęła się pod różowy strop 
nieba i potoczyła z góry, warcząc przeraźliwie, wprost na ordynata. Olbrzymi 
strzelec i dwaj inni gwałtownie odciągnęli karego wierzchowca daleko na stronę. 
Oniemieli z przestrachu, bladzi, wydali okropny okrzyk zgrozy. — Panie 
ordynacie... dalej... dalej! — Tu ogień dosięgnie! — Dziękuję wam. Brunon i Jur 
do pożaru; ratować mieszkania! Pan do naczelnika straży na pomoc. Łowczy 
Urbański skłonił się. — Ale, panie ordynacie, samemu niebezpiecznie... obcy 
ludzie... bunt. — Proszę być spokojnym. Ordynat został sam. Silnie trzymał 
rozgorączkowanego konia, lecz Apollo walił kopytami, bryzgając błotem. Chrapał 
wściekle, przysiadał na tylnych nogach, z nozdrzy ział ogniem. Spod czarnej 
czapki ordynata szare oczy błyszczały łuną pożaru. Brwi miał zmarszczone w gęsty 
łuk. Smagła, szczupła twarz zabarwiła się ogniście. Patrzył w rozpętaną przemoc 
ognia spokojniej od Apolla, tylko nozdrza grały mu prędko, podniecone wewnętrzną 
gorączką i swędem spalenizny. — Co ja im zrobiłem?... Czy to zemsta? Za co?... 
myślał poruszony. — Agitatorstwo... bunt... Więc fala przyszła i tu?! Uśmiech 
ironiczny błąkał się na jego ustach, przemknął po wydatnych rysach i zawieją 
sarkazmu omglił szare źrenice. — Bydło! — wyrzuciły skrzywione wargi. — A 
przecież mają naukę; daję im ją — myślał z goryczą. — Owczy pęd! I jeszcze słabe 
mózgi! Już był podniecony ideą ocalenia zbłąkanych tłumów. Ostrogami trącił 
Apolla, ruszył w huczące masy ludu, w burzę ognia i dymów. Lecz powstrzymał go 
olbrzymi Jur, chwytając konia za uzdę. — Jaśnie panie!... tam nie można... tam 
grożą... przeklinają. Ordynat parł naprzód. — Kogo przeklinają? Mnie? — Jśnie 
pana... to podlecy. — No, dobrze. Mówiłem ci: ratować mieszkania! Ruszaj do 
pożaru! — Jaśnie panie... — Ruszaj!... Głos ordynata zasyczał. Jur znikł w 
tłumie. — Zabawna historia! — myślał Michorowski. — Tego jeszcze nie widziałem. 
Ciekawym! I z uśmieszkiem lekceważenia wtłoczył konia w skłębione rojowisko 
ludzkie. III Jur ukryty przed wzrokiem ordynata, czuwał jednak, z dłonią 
nieznacznie umieszczoną na kolbie rewolweru. Słyszał gorące mowy agitatorów, 
którzy wygrażali na panów i milionerów; widział wzburzony tłum, zaciśnięte 
pięści i bał się o ukochanego pana. Bali się również naczelnicy straży ogniowej 
i cała inteligencja administracji, zgromadzona przy ratunku. Najspokojniejszy 
był ordynat. Na swym groźnym wierzchowcu jechał poważny, dumny, rozsuwając 
piersią końską zbite gromady robotników i służby folwarcznej. Spotykanym 
strażakom dawał krótkie, donośne rozkazy i wolno mijał tłumy nie zwracając na 
nie najmniejszej uwagi. Całą akcję ratunkową skierował na zamieszkane domy; od 
fabryk odstąpili wszyscy. A ludzie oniemieli na jego widok. Spokój i powaga 
ordynata wywołały ogólny podziw. Zaczęto pospiesznie ustępować z drogi. Tu i tam 
jakaś ręka, rozwijając zaciśniętą pięść, nieśmiało zdejmowała czapkę z głowy. I 
ukłonów takich było coraz więcej. Przekleństwa cichły, w oczach gasły żary 
wściekłości. Tłum zakołysał się, wydając z siebie zaledwie głuchy pomruk 
zdziwienia. Nie spodziewano się tu ordynata. Na widok jego wyniosłej postaci na 
koniu, jego twarzy jak z lodu wykutej, bez cienia lęku w oczach, przeciwnie — z 
szyderstwem widocznym nawet dla ogółu, agitatorzy zamilkli. Jakiś majestat ich 
zagłuszył. Setki oczu wpiło się w jadącego pana ze strachem, z nagle obudzoną 
pokorą. Wydał im się karcącym duchem, który ich zgniecie do ziemi. Widoczny dla 
tłumów, górował nad nimi, oświetlony pożogą, pewny siebie, drwiący. Nawet trochę 
zawiedziony zachowaniem wyjących przed chwilą groźnych mas. Wtem, z oddalonej 
gromady robotniczej odezwał się zachrypły głos i zaczął wołać tubalnie: — 
Burżuj! burżuj! milioner! Nie dajcie się, bracia!... Okradacz biednego 
narodu!... Pączek w maśle!... Spalić go, zrabować!... Kto mu się kłania, temu 
kula w łeb... bracia, to burżuj!... Zgładzić panów!... Głos agitatora zmienił 
się w ryk; odpowiedziało mu kilka pojedynczych okrzyków z tłumu i głucha cisza. 
Tylko palące się swobodnie fabryki huczały rozszalałym płomieniem. Ordynat ani 
drgnął. Jechał dalej, lecz na jego ustach uśmieszek ironiczny wzmógł się, w 
oczach błysnął humor. Zalęknione gromady ludzi, podburzone nowym krzykiem 
agitatora, zaczęły się tłoczyć, popychać. Na kilku zapaliło się ubranie. 
Powstała panika, którą spotęgowało jeszcze walenie się przepalonych murów. — 
Burżuj!... burżuj!... wyzyskiwacz biednych! Truteń... — ryczał rozjuszony głos w 
oddali. Gromady, zewsząd popychane, otoczyły Apolla zwartą, ciężką bryłą ciał 
ludzkich. Koń wyrzucał głową, zaczął bić kopytami. Wielki komin gorzelni, 
czerwony jak rubin, chwiał się u podstawy. Groza straszliwa wleciała tu wichrem 
i rozniosła trwogę. Ordynat stanął w strzemionach, podniósł rękę i wskazując 
błyszczącą błotną przestrzeń poza ogniem, zawołał donośnie: — Kto nie ratuje... 
tam!... marsz!... Wolno... wolno... Ustępować... nie tłoczyć się... Wolno!... 
Głos ponury nie milknął: — Burżuj... śmierć mu!... W okropnym gwarze ludzkim w 
szumie fali ognia — rozległy się dwa suche trzaski rewolwerowe, jeden po drugim: 
traf! traf! — odczute raczej instynktem, niż słyszane. Dwie kule świsnęły 
powyżej ordynata. On lekko przybladł, lecz nie tracąc spokoju wołał, dalej 
stojąc w strzemionach: — Wolno... wolno... W tył... wolno! Posłuszne gromady 
szły w porządku, ale w oddali, skąd strzelano, rozległ się mrożący krew wrzask 
ludzki. Krzyki przeszły w ryk, w wycie dzikich zwierząt. To rozjuszone tłumy 
robotników goniły uciekającego agitatora, pragnąc zemścić się za strzały. Te dwa 
trzaski rewolwerowe były przesileniem na korzyść ordynata. Oburzenie graniczące 
z obłędem ogarnęło lud. Żądza zemsty za ukochanego pana zagłuszyła wszelkie 
uczucia ludzkie. Bo w tym tłumie obałamuconym, ogłupiałym, miłość do ordynata 
buchnęła na nowo, jakby odrodzona. W tej chwili wszyscy w najwyższym przerażeniu 
zrozumieli, że nad uciekającym przybyszem może się spełnić sąd doraźny. Ale 
ordynat runął z koniem naprzód; wyprostował się w siodle i przeraźliwie 
gwizdnął. Dopadło go kilku strażników. — Nie pozwolić na rozlew krwi... Żywo 
tam! Wyrwać go z tłumu! — krzyknął z płomieniami w oczach. Gdy strażacy skoczyli 
co tchu spełnić to polecenie, ordynat znów jął wolno wypuszczać gromady z 
pogorzeliska. Prawie wszyscy już byli poza pożarem, gdy z łoskotem zawalił się 
przepalony komin. Stęknęła ziemia pod nowym obuchem. Komin rozsypał dokoła 
mnóstwo rubinowych cegieł i olbrzyxmie łomy gruzów. Cały pusty plac wśród 
płomieni zajaśniał żarem. Teraz już ogień, dym siwoczarny, skotłowany, gryzący, 
zamieć sypkich iskier, wszystko to zbiło się w masę, w ogniste cielsko, 
miażdżyło się wzajem, pożerało. Do ordynata przycwałował naczelnik straży 
głębowickiej, wołając: — Ocalony od mordu, ale ciężko ranny. Wzburzenie ogromne. 
Pilnują go strażacy. Co robić?... — Jak się zachowuje? Czy chce zbiec? — Nie 
może: pokaleczone ma nogi i zbity. Ordynat pomyślał chwilę. — Odnieść go do 
naszego szpitala. — Jak to, panie ordynacie? Do... naszego? — Tak! IV Żywioł 
przycichał. Już tylko gdzieniegdzie wystrzelał słup jaskrawych płomieni. Otchłań 
ognista rozlała się nisko przy ziemi, kończąc piekielne dzieło. Dogorywała 
gorzelnia, zabudowania jej i młyny parowe. Zdołano zaledwie w części uratować 
mieszkania robotników. Sikawki parowe i ręczne działały bez przerwy; straże z 
Głębowicz, Słodkowic i Romnów, a także straż z Obronnego nie ustawały w pracy. 
Ale żar i mnóstwo rozpalonych głowni utrudniały ratunek. Pogorzelisko otaczał 
obóz ludzki; naród napływał gromadnie z okolicznych folwarków i wsi. Jedni 
biegli ratować, inni wyrzekali głośno. Szloch poszkodowanych napełnił powietrze. 
Rozległy się przekleństwa i ciężkie westchnienia zachrypłych piersi. Głosy, nad 
niepojętą dla tych ludzi dobrocią ordynata, rozbrzmiewały donośnie. On ich nie 
słyszał. Stał oddalony od pożaru — w otoczeniu kilku powozów z okolicy i konnych 
mężczyzn. Rozmawiał z hrabstwem Trestką, również na koniach. Był nawet wesół, 
tylko z lekką chmurą na czole. Na wschodzie niebo zaczęło różowieć, inaczej niż 
łuna, jaśniej, weselej. Słońce, blade, wznosiło się w górę przysłonięte dymami 
pożogi. Mętny dzień rozświetlał zmęczone twarze zielonym blaskiem. Przerażenie 
zastygło w rysach ludzi, kopeć osiadły na skórze i ten trupi refleks marcowego 
dnia w samym zaraniu nadawał zgnębionym gromadom wygląd nieboszczyków. Hrabia 
Trestka mówił do ordynata: — Straszny objaw, ten pożar! Jeśli łotry zdołały 
podburzyć do tego stopnia pańskich ludzi, to dalibóg! koniec świata. Cóż mówić o 
mnie?... Chyba wyjadę za granicę. — No, w tej okolicy nieprędko się taka rzecz 
powtórzy — rzekł w zamyśleniu ordynat. — To samo mówiliśmy po dewastacji w 
Szalach. Czemu nie? — fala płynie. Pana oni kochają, a jednak... No, i moją Ritę 
kochają w Ożarowie: może przez nią i mnie oszczędzą. — Nie licz na to — odrzekła 
hrabina. — Ale wie pan, co mi się zdaje?... — mówił Trestka. — Gorzelnia padła 
ofiarą głównie dlatego, że spirytus denaturowany. Inaczej łajdaki rozbiliby 
tylko kufy, aby się spić. Ordynat machnął ręką. — To na jedno wychodzi. Wcale 
nie, bo by się pochorowali przynajmniej, a zresztą spitych powiązałoby się jak 
baranów i do policji. O, szelmy! Do czego to teraz dochodzi? Sapristi! Ja bym 
wiedział, jak z nimi postąpić. Hrabina Rita rzuciła na męża niechętne 
spojrzenie, gorycz ugryzła ją w serce boleśnie. Ona odczuła, co myślał w tej 
chwili ordynat. Wzrok jego błądził po rumowiskach dymiących węgli, jakby 
szukający nie kary, lecz pomocy dla ciemnych nizin ludzkich, które siłą 
konieczności wywołanej nędzą, idą na oślep za tymi, co ukazują im raj poza 
gruzami. Żądza, jeśli nie równości, to chociaż sprawiedliwości materialnej, 
pędzi tych domniemanych wodzów do czynów krwawych i otumanienia tłumu. Ordynat 
wzdrygnął się. Inna myśl napłynęła mu do mózgu. — Jednak świetną była groza 
wybuchu! Ale cóż za widok! — mówił Michorowski. Pani Rita popatrzyła na niego 
zdumiona. — Podziwiam pana. W takich warunkach mógł pan zachwycać się 
widokiem?... — No, jeszcze wtedy nie strzelano do mnie. — Ależ sama groza... 
Okropność! — Cóż pan zrobi z tym ptaszkiem, skoro wyzdrowieje? — zapytał 
Trestka. — Ha! Pójdzie w świat. Może się poprawi... W tej chwili przygalopował 
gorzelniany. Stanął przed ordynatem z wahaniem, mnąc kapelusz w ręku. — Co tam 
nowego? — Robotnicy chcą przeprosić pana ordynata — rzekł nieśmiało. — Wszyscy, 
co do jednego, są zawstydzeni i upokorzeni. Mówią, że ich obałamucono. — Bardzo 
wierzę — rzekł ordynat — gdyż inaczej nie gubiliby samych siebie. Gorzelniany 
spojrzał bystro i spuścił oczy. — Czy mogą przeprosić?... zapytał. — Powiedz im 
pan: niech się najpierw wyśpią! Ja ich sam zawołam. Gorzelniany skłonił się i 
odjechał. — Jeśli istnieje państwo archanielskie, to na pewno u pana — zawołał 
hrabia Trestka. — Tym łajdakom udało się, że na pana trafili. Gdzie indziej 
poszliby wszyscy w dyby; nie mówiąc o agitatorze, który dawno witałby się z 
Abrahamem. — le mówisz, drogi — przerwała hrabina. — Wątpię, czy gdzie indziej 
za taki strzał lud pragnąłby krwi agitatora. Pragnienie zemsty nad nim to dowód 
oślepienia tych mas, lecz i miłości dla ordynata. — Jednak ferment musiał się 
dawno szerzyć?... — O, tak! Z początku nie słuchano podjudzeń różnych wędrowców, 
zbito nawet paru; potem ogólny prąd pociągnął ku sobie. Dużo dopełniły broszury 
tajemnie rozdawane. Ordynat umilkł, gdyż wiele osób z okolicy żegnało się z nim, 
odjeżdżając. Was zabieram do zamku — rzekł do hrabiostwa Trestków. Dzień już był 
zupełny, gdy ordynat ze swym orszakiem opuszczał pogorzelisko. Rozpalone ruiny 
buchały jeszcze ogniem. Strażaków kazał ordynat zastąpić innymi ludźmi. 
Rozdzierano zgliszcza bosakami; kobiety zalewały pojedyncze ogniska wodą, 
dźwiganą niemal z pasją. Całą złość i żal tłum wywierał teraz na ogniu. 
Pastwiono się nad nim, obrzucano błotem, rwano w kawały. Nastąpiła istna orgia 
zawziętości. Kobiety wśród przekleństw ciskały się na płomienie, jak hieny. 
Obraz przedstawiał okrutne zniszczenie rozpasanego żywiołu i zwierzęcą zemstę 
ludu. Ordynat miał na ustach ironiczny uśmiech. — Nazywają moich ludzi 
kulturalnymi, a ot, patrzcie — rzekł do Trestków. — Barbarzyńcy! Nie trzyma się 
ich kultura — odpowiedział hrabia. — Daremny trud. Najlepiej machnąć ręką. — 
Nie: stale kulturę dawać, aż ich przetrawi — odrzekł Michorowski. Pani Rita 
utkwiła w nim oczy, pełne uwielbienia. Jechano w milczeniu po chrupkim śniegu, 
poplamionym czarnymi głowniami i kupami sadzy. Nagle hrabia zawołał: — Jest! 
Idzie banda! Ordynat widząc zbliżających się robotników skrzywił usta z 
niesmakiem. — Czego oni ode mnie chcą?... W oczach odbiła mu się nuda. Był 
zmęczony. Z jękiem, szlochem i chrzęstem kolan na śniegu, robotnicza gromada 
otoczyła Apolla. Wrzaskliwa ruchoma ciżba błagała o litość. — Daruj, jasny 
panie! My ogłupieli!... nas odurzyli... Ale my wierni. Nie wypędzajcie, jasny 
panie... Nie posyłajcie do turmy. Służyli będziemy darmo — gdzie jasny ordynat 
każe. — Miłosierdzia, panoczku! litości! Darmo służyć będziem — zawodziły 
kobiety. Ordynat znudzonym ruchem poruszył głową. — Nie chcę waszej krzywdy, 
ale... nie lubię buntów. — Miłosierdzia, panoczku! Nie wyganiaj nas... ratuj! 
Skomlenia kobiet i błagające oczy mężczyzn utkwione w ordynata, rozdrażniły go. 
Cisnący się tłum, czarny, osmolony sadzą, buchał spalenizną i surowym zapachem 
potu. Michorowski stracił cierpliwość, nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Rzekł 
jeszcze spokojnie: — Ja was nie wypędzam, ale teraz idźcie spać i mnie dajcie 
odpocząć. Ruszył koniem naprzód. Zdumieni jego spokojem i niespodziewaną 
obietnicą, ludzie stali w milczeniu. Gdy ocknąwszy się, posyłali za nim 
błogosławieństwa, ordynat był już daleko. W zamku jednak nie położył się spać. 
Siedział w swym gabinecie, na fotelu, z głową opartą na ręku. Utonął wzrokiem w 
wiszącym naprzeciw portrecie zmarłej narzeczonej — i tak pozostał długie 
godziny. V W staroświeckim gabinecie w Słodkowcach cicho rozmawiało dwóch panów. 
— Więc załatwiłeś z nimi polubownie? To dobrze, ale czy się nie rozzuchwalą? — 
pytał stary pan Maciej Michorowski. — Zagroziłem wydaleniem w razie ponowienia 
buntu — odrzekł ordynat. Doszedłem całej sprawy: po prostu byli otumanieni. 
Zresztą nie oni podpalili. Główny błąd administracji, że pozwoliła na burzenie 
umysłów. Ostatecznie, mnie się nie stała wielka krzywda... ale robotnicy 
poszkodowani bardzo. Pomimo energicznego ratunku, cały dobytek poszedł z dymem. 
— A ty ich pewno wspomożesz? — rzekł staruszek z uśmiechem. — No, skoro nie 
rozpędziłem na cztery wiatry, to tym bardziej nie dam im zginąć z głodu. Młyny 
będę odbudowywał, więc robota dla nich jest na całe lato. — I gorzelnię 
postawisz? — Wątpię. Ordynat zaczął chodzić wzdłuż gabinetu. Pan Maciej zamyślił 
się. Po chwili spytał znowu. — Podwyższyłeś im płacę? — O nie! Tego bym nie 
zrobił pod presją. Zresztą wynagrodzenie mają bardzo dobre, i sami o tym wiedzą. 
Prócz kilku narwańców, ogół nawet tego nie wymagał. — A pamiętasz — w 
Szalach?... Ordynat zatrzymał się. — Tak, ale Ćwilecki nie wypłacał swym ludziom 
inaczej, niż po dziesięciu terminach, i to po wielkich prośbach. W ogóle 
wszystkie warunki u niego były okropne. Moim ludziom wytłumaczyłem bezzasadność 
ich postępku. Zrozumieli, są skruszeni i znowu służą mi z ufnością. Zawziętość 
natomiast przeciw agitatorom jest taka, że obawiam się rozlewu krwi w razie 
pojawienia się nowych. — O, nowi nieprędko się pojawią! Znowu umilkli. Waldemar 
chodził po gabinecie, pan Maciej patrzał w okno na szare drzewa parku i gromady 
trzepoczących się wróbli. Głowa starca była zupełnie biała, białe wąsy i brwi, 
twarz pomarszczona, bolesna, plecy zggarbione. Przedstawiał ruinę człowieka. 
Tylko w oczach gorzała jeszcze dusza żywa, myśląca, chwilami tragiczna. Pomiędzy 
brwiami ból zastygł i wrył się w ciało głęboką bruzdą. Po tym człowieku życie 
przeszło ciężkim bólem, zostawiając po sobie ślady walk i nieszczęść. Lecz 
najwięcej białego włosa na głowę a bolesnych bruzd na czoło rzucał ponury 
dramat, który zgnębił jego wnuka. Zgon narzeczonej Waldemara stał się dla starca 
najostrzejszym kamieniem z życiowego młyna. Teraz miał nowe zmartwienie i obawy 
o wnuczkę. Ocknął się z zamyślenia i rzekł: — Otrzymałem list od Luci. Są z 
matką w Nicei, ale Lucia chce wracać do Belgii. Pisze, że woli klasztor niż to 
życie, jakie jej urządza Idalka. Zresztą sam zobacz. Podał ordynatowi duży 
arkusz zapisanego papieru. Waldemar przeczytał. Twarz skrzywiła mu się 
ironicznie. Zawołał: — Ciotka zawsze była wariatką! Przepraszam, dziadku. — Ach! 
nie krępuj się, Waldy. Wiem, jaką jest Idalka. Te dwie kobiety razem przebywać 
nie mogą, chociaż są najbliżej w świecie spokrewnione. — Ciotka chyba chce się 
wydać za mąż. To jedynie motywuje te wieczne bale, maskarady i otaczanie się 
cudzoziemskimi adonisami. — No, może myśli o Luci? — Skoro jednak Lucia nie 
chce, nie widzę racji gwałtem ją prowadzić do ołtarza. — Cóż zatem robić?... Tak 
zostawić tego nie można. Lucia jest roztrojona. — Niech dziadzio napisze do 
ciotki: może na święta przyjadą? Staruszek smutnie zwiesił głowę: — Idalka nie 
przyjedzie: zanadto ją absorbuje zagranica. Zresztą boi się rozruchów. Waldemar 
wzruszył ramionami. Do pokoju wszedł cicho służący. Stanął przy drzwiach i 
chrząknął znacząco. Pan Maciej drgnął niespokojnie. Ordynat spytał: — Cóż tam 
znowu? — Nowa bieda, jaśnie panie. — No?... — W Szalach znowu strajk. Ograbiony 
pałac... — Jaki pałac?! Czyś zwariował?! Przecie pałac ograbiony dawniej. — A to 
pewnie pawilon. Kasjer zabity i hrabiostwo uciekli. — Kto ci to mówił? — Precz 
idzie słuch, jaśnie panie. Jechał stamtąd gajowy i mówił to samo. — Czy on jest? 
— Nie, pojechał. — Niech natychmiast strzelec Jur jedzie do Szal, zobaczy i 
dowie się dokładnie! Prędko! Służący wybiegł. Ordynat spojrzał na bladą twarz 
pana Macieja i rzekł spokojnie: — Proszę się, dziadziu, nie przejmować... To 
jeszcze nic pewnego. Trochę w to wątpię: byłoby za prędko jedno po drugim. Pan 
Maciej gorączkowo potrząsnął ramieniem. Oczy starca gorzały, na policzkach 
wystąpiły wypieki. — Waldy, ja się boję o ciebie! Słyszysz?! — truchleję o 
ciebie... Takie czasy! Ordynat siadł, wziął rękę dziadka, tulił do siebie. W 
twarzy miał wzruszenie, przemówił łagodnie, jak do dziecka: — Cicho, cicho, 
spokojnie. No, niech się dziadzio nie obawia... no, nie ma czego! NIc mi się nie 
stanie. — Ale dziś nie pojedziesz? — Zaczekam na wieści z Szal. Zmrok zapadł. 
Szara godzina rozesłała swą makatę, owijając nią wszystko dokoła. Na dworze 
padał drobny, gęsty śnieg, pomieszany z deszczem. Wicher ciskał go na szyby 
okien i wył przeciągle. Z parku dochodziło skrzypienie starych drzew, jękliwe, 
jakby ktoś głośno żebrał. Pan maciej i ordynat siedzieli w fotelach zamyśleni. 
Starzec przeżuwał szczękami i mełł w ustach słowa modlitwy. Suche, sztywniejące 
palce przesuwały paciorki różańca. Ordynat zimny wzrok skierował na okno i 
siedział jak posąg. Tylko poruszające się często brwi i nozdrza świadczyły, że 
poza tą chłodną powierzchnią kipią, ścierają się uczucia i myśli. Obaj usłyszeli 
jednocześnie cichy szmer przy drzwiach. Od progu posunęła się do nich żywym 
ruchem smukła postać, cała w czerni. Poprzedzał ją lekki szum jedwabiu i wątły 
zapach wrzosu. — Lucia! — zawołał Waldemar, gwałtownie powstając z miejsca. 
Odezwało się łkanie. Ordynat zerwał gazowy welon, przemoczony od deszczu. W 
szarzyźnie pokoju zabłysła szczupła twarzyczka Luci Elzonowskiej w burzy 
popielatych włosów. Dziewczyna z płaczem zarzuciła ręce na szyję Waldemara. — 
Jestem z wami!... Jestem! Nareszcie!... Waldemar uścisnął ją i oddał w ramiona 
zdumionego dziadka. Pan Maciej nie pytał o nic. Głaskał wnuczkę po twarzy i po 
rozwianych włosach, patrzył jej w oczy, jakby chcąc się przekonać, że jest ta 
sama. Nie widział jej dawno i nie mógł się nią nacieszyć. Dziewczyna z objęć 
dziadka rzuciła się w ramiona Waldemara, wypowiadając krótkie, urywane zdania, 
przeplatane płaczem i śmiechem. — Gdzie zostawiłaś mamę? — spytał pan Maciej. 
Lucia spochmurniała. — Ja, dziadku, uciekłam. Z mamą pogniewałam się. Mama jest 
w Monte Carlo. — I nie bałaś się sama jechać?... — Cóż mi się mogło stać? Jestem 
dorosła. Ale wrażenia straszne. Już od granicy począwszy... Warszawa... Nagle 
rzuciła się do Waldemara, i chwytając go za ręce, zawołała z lękiem: — Ależ 
tu... tu!... Te strzały... w Romnach!... Waldy! Jak to było?... To straszne! — 
Któż ci już naopowiadał? Ciekawym! — Żydek z Rudowej, który mnie przywiózł. Pan 
Maciej oburzył się. — Jak to?! Przyjechałaś wynajętym powozem? — TAką sobie 
nędzną dryndulką, dziadziu — zaśmiała się Lucia. — Wszystko byłoby dobrze, gdyby 
nie te wieści. Boże! I dziadzio tu sam!... Okropność! Pan Maciej przygarnął ją 
do siebie z czułością. — Widzisz, że nie sam: Waldy nade mną czuwa, i Ksawery... 
— Ach! pana Ksawerego nie powitałam! Gdzież on jest?... Przyjął mnie tylko 
Jacenty i nie poznał. Musiałam się wylegitymować. Przytuliła się serdecznie do 
ramienia staruszka. Szepnęła z uczuciem: — Teraz, dziadziu, ja się tobą 
zaopiekuję. Nie odstąpię cię nigdy. Będziemy razem przebywali złe i dobre 
wypadki. — A nie boisz się, dziecko? Tu rozruchy zaledwie się zaczynają... mogą 
się wzmocnić. — Nie, dziadziu. Ale tu jesteśmy u siebie w ojczyźnie. Nie godzi 
się nam jej opuszczać w takiej chwili i... bawić się u obcych. Pan Maciej 
odsunął wnuczkę od siebie, popatrzył na nią badawczo. — Jak ty się zmieniłaś, 
Luciu! Ona zapłonęła. — Spoważniałam, dziadziu, nabrałam rozumu; teraz inaczej 
myślę. Waldemar pocałował ją w rękę. W oczach miał iskry zadowolenia. — Jesteś 
dzielną dziewczyną, Luciu! — rzekł z uznaniem. Krwisty rumieniec zabarwił jej 
policzki. — Zawdzięczam to tobie, Waldy, i... Stefci — dokończyła szeptem. Wtem 
za drzwiami rozległ się hałas i prędkie kroki. Do pokoju wpadł blady Jacenty, za 
nim strzelec Jur i młodszy pokojowiec. Wszyscy, spiorunowani wzrokiem ordynata, 
stanęli w miejscu i zaczęli cofać się w tył. Ale pan Maciej krzyknął: — Co się 
stało?! Milczeli, lękając się odezwać. Ordynat podszedł do nich. — Albo 
zachowywać się spokojnie, albo już mówić! Co się stało?... — W Szalach ograbiona 
kasa! Kasjer zabity; hrabstwo uciekli. W Ożarowie strajk; palą budynki 
hrabiego... bunt! — wyrecytował jednym tchem przerażony Jur. — Jezus, Maria! — 
jęknął pan Maciej. Ordynat wypchnął za drzwi służących i sam za nimi wyszedł. — 
Uderzyć w dzwon pożarny! Niech straż rusza. jeden pojedzie do Głębowicz po tamtą 
i romeńską. Ty Jur — ani kroku z pałacu; masz być na rozkazy pana. Dla mnie 
siodłać konia. Żywo! Wydał polecenie i sam wszedł do gabinetu. — Pożegnam was. 
Jadę do Ożarowa. Proszę być spokojnym, Dziadziu!... Zza okna rozległ się 
przytłumiony głos dzwonu. Bił wolno, rytmicznie, lecz tak przejmująco, jakby w 
każdym dźwięku zamykał tysiące ludzkich jęczeń. Waldemar podniósł rękę do czoła. 
— Ha! Burza idzie! — rzekł do siebie i wyszedł z gabinetu. W kilka minut później 
cwałował na czele straży ogniowej, wyprzedzając dowódcę. Od strony Ożarowa 
świeciła rozległa łuna. VI I znowu ordynat objął komendę nad pożarem. Trafił na 
chwilę najtragiczniejszą, zawalenia się obór. Stada krów z rykiem przeraźliwym 
rzucały się prosto w ogień. Szał ogarnął bydło. Po okolicy szedł jeden grzmot 
ryków, żałosny bek cieląt roznosił echa strachliwe: Krowy waliły racicami w 
ziemię łowiąc w pyski spieniony swąd spalenizny. Oczy zwierząt gorzały 
wściekłością. Popłoch i ogłupienie gnało je na oślep w płonące zwaliska. Zginęły 
obory, stodoły i magazyny ze zbożem. Wszystko pokryła wyjąca, szeroko rozhulana 
płachta pożogi. Z klęski ocalały tylko stajnie; Całą siłę obrony skierowano na 
nie, bo do palących się budynków nie było dostępu. Z miejscowych ludzi nikt nie 
ratował. Gromady ich stały w pobliżu, urągając strażakom, śmiejąc się z hrabiego 
Trestki, który biegał pośród ognia i klął różnymi językami. Michorowski dopadł 
go gdzieś na boku i rzekł z wymówką: — Panie, proszę nie robić z siebie 
widowiska. Ludzie się śmieją! Trzeba zachować powagę. Trestka miał wzrok błędny. 
— Ja im się zaśmieję, łajdakom!... Złodziejom tym!... Ja ich wszystkich w 
dyby... Do kryminału... Pasy drzeć!... Szelmy!... I grad pocisków bardzo 
dobitnych popłynął z ust hrabiego, przeplatany gęsto cudzoziemskimi epitetami. 
Ordynat miał niesmak na ustach, ale cierpliwie starał się hrabiego uspokoić. W 
końcu oddał go pod opiekę pani Rity. Lecz i to niewiele pomogło. Hrabia albo 
klął, albo łamał ręce wołając: — Moje obory, moje obory! A szkody istotnie były 
olbrzymie. Spaliło się kilkanaście krów; zwęglone ich ciała, wzdęte, leżały tu i 
tam, stercząc nogami, niby jakieś dziwaczne kupy węgla, spalonych wnętrzności i 
popiołów. Straszny widok uderzał w oczy. Ciała popalone roznosiły cuchnące 
wyziewy. Po zduszeniu ognia ordynat w prywatnym gabinecie hrabiego rozmawiał z 
panią Ritą i miejscowym rządcą. Hrabia był również obecny. Ale nie mówił nic, 
powtarzając jedynie żałosną skargę; — Moje obory! Moje obory... Ordynat pytał o 
różne szczegóły, tyczące się powstania buntu. Badał drobiazgowo warunki 
utrzymania i opłaty służby. Przeglądał księgi, sprawdzał rachunki. Okazało się, 
że agitatorów nie było. Służba, łącznie z wsią, rozpoczęła strajk z powodu 
niewypłacalności dworu, nie uregulowanych serwitutów i niechęci osobistej. 
Ordynat przeglądał całą rubrykę procesów, czasem wprost śmiesznych i poruszał 
głową. — Bajeczne zdolności czy maniactwo — myślał; głośno zaś rzekł: — Jedyna 
rzecz, do której się lenię, to procesy. — Ja teraz przestanę się procesować: 
będę strzelał prosto w łeb. Przynajmniej łajdaków mniej zostanie! — krzyczał 
hrabia. Pani Rita zacięła usta, ordynat milczał. W kilka godzin potem ordynat, 
po naradzie z hrabiną, chciał odjechać. Ale mu nie pozwolono, gdyż 
kilkudziesięciu strajkujących oblegało pałacowy ganek, chcąc się widzieć z 
hrabią. Pani Rita ścisnęła za rękę Michorowskiego. — Niech pan nas nie opuszcza. 
Pan zna Edwarda. Tu trzeba rozumu, taktu, a Edward taki zrozpaczony... — dodała, 
jakby usprawiedliwiając męża. Ordynat został i nauczył hrabiego, jak ma się 
zachowywać wobec tłumu. Tłumaczył długo, doradzał i w końcu zdołał przekonać, że 
strzelać do ludzi nie można. Strajkujących wezwano do wielkiej sieni pałacowej. 
Wchodzili głośno z ostrym tupotem butów, z hardo podniesionymi głowami. Pluli i 
porządkowali nosy z hałasem, nie oszczędzając błyszczącej posadzki. Wygalowany 
kamerdyner patrzył na nich przez uchylone drzwi. Bał się wyzywających min tych 
ludzi. Gdy już się wszyscy zebrali, wyszedł do nich Trestka, wypchnięty prawie 
przemocą. Ordynat nie pokazywał się. Hrabia stanął na progu, osowiałym wzrokiem 
spojrzał i... spadły mu binokle. Wolno zaczął je przecierać chusteczką, ale ręce 
mu drżały. Szkła znowu opadły, huśtając się na sznurku. Zaczął je łapać 
gorączkowo. W ciżbie zaszemrały ciche śmiechy i szepty. — Sapristi — zaklął 
Trestka. Z gniewem chwycił binokle, nałożył je, i zakładając ręce na plecy, 
wystąpił śmiało naprzód. Podniósł wysoko głowę. — No?... — zawołał z dumną miną. 
Odpowiedziało mu milczenie. — No?! powtórzył głośniej. Cisza. Tłum zakołysał 
się, szmer się wzmógł, zaskrzypiały buty i cała gromada posunęła się naprzód 
nagłym ruchem. Hrabia cofnął się gwałtownie w tył. Wyraźny przestrach miał na 
twarzy. — No!... no!... Cóż to?... Oniemieliście?! Jakiś chłop barczysty zawołał 
przepitym głosem: — Niech nam pan hrabia podwyższy pensję i ordynarię. My tego 
chcema. Trestka się zaperzył. — Ja wam będę płacić za to, żeście mnie spalili? 
Zwariowałeś jeden z drugim. — To nie tylko my spalili, bo i wieś. Nie trza było 
z nimi zaczynać; wypasy od dziada pradziada należały do nich — odezwał się ktoś 
z gromady. Trestce spadły binokle, osadził je mocniej i wybuchnął: — I las? Co? 
I las do nich należał? — A jakże. Drzewo mogą brać. A bo to im dziedzic zabroni, 
kiedy zdawna tak było? Magnat rzucił się do nich. Podniósł pięść, i wygrażając 
nią, wołał: — Zabronię: Zobaczycie, gałgany, że zabronię. Ja was nauczę!... Dwór 
okradać będziecie? Wpierw poznacie kryminał. Zaczął kląć po swojemu. W gromadzie 
powstał głośny gwar. — To niech ich dziedzic pakuje do turmy, jeżeli da rady, a 
nam proszę dać większą pensję i ordynarię! — krzyknęło parę głosów. — Nie 
dam!... Nic nie dam!... Słyszycie?... I was do kryminału oddam, łajdaki; 
Sapristi!... W dyby was! Tłum poruszył się, wzburzenie rosło. Jeden głos zaczął 
wołać. — Jak nie dostaniem, czego chcema, to jeszcze spalim resztę, i do roboty 
nie pójdzie nikt! — Teraz inne czasy nastały, oho! — wołał drugi. — Teraz pany 
przycichną. Tak ma być, jak chcema! A jak nie, to strajk. — Niech pan hrabia nie 
krzyczy, bo się nie boi nikt. — Dać podwyżkę i ordynarię większą, mniej roboty, 
to i będzie ład. — My tu mamy spisane to, czego chcemy. Niech pan hrabia 
przeczyta. Trestka wychodził z siebie. — Ja?... Ja?... Mam czytać, coście 
nagryzmolili?! Won stąd, gałgany! Palić mnie jeszcze będziecie?... Grozić... Ja 
was postrzelam, jak psów. — A dobrze!... To będziema się bić — rozległy się 
urągliwe głosy. Hrabia, nieprzytomny z gniewu, zziajany, krzyczał, klął i bił 
się po kieszeniach, szukając broni. — Zabiję!... Zabiję, jak psów!... Wyglądał 
komicznie. W szalonej pasji skakał, rzucał się, blady, spocony, z 
rozwścieczonymi oczyma. W gromadzie powstał śmiech. Zaczęły się żarty. Nagle w 
drzwiach stanął ordynat, spokojny, surowy, z groźną fałdą pomiędzy brwiami. 
Wszedł i zatrzymał się chwilę. Tłum drgnął i umilkł, jakby ludziom zamurowało 
usta. Wyprostował się służbowo. Trestka, nie widząc ordynata, nie mógł pojąć 
dziwnego zachowania się zuchwałej gromady, i zdumiony, również zamilkł. Obejrzał 
się. Ordynat podchodził wolno. Teraz hrabia zrozumiał. Złość i śmiech szatański 
zasyczał w jego głosie. Zawołał nagle ucieszony: — Ha, łotry!... Chamy 
przeklęte!... Nie spodziewaliście się, że jest ordynat!... A co! Języki wam 
stanęły w miejscu? Hultaje!... Michorowski mu przerwał, odciągając na stronę. 
Szepnął po francusku. — Proszę odejść. Nie tak pana uczyłem. Dość kompromitacji. 
Tyle było siły w słowach ordynata, że Trestka zmieszał się, spuścił głowę i 
wolno wyszedł. Michorowski zimny wzrok skierował na wyprostowaną gromadę służby. 
Spytał spokojnie. — Czego chcecie? Twarze spokorniały jeszcze bardziej. 
Gnieciono w rękach czapki, przestępując z nogi na nogę. Najśmielszy zaczął. — 
My... jasny panie... my tu wspólnie... my tu przyszli gromadą... — Widzę, że was 
dużo, ale czego chcecie? — My chcemy podwyżki. — Jakiej? — O tu — spisane; może 
jasny ordynat przeczyta. Michorowski wziął papier i przebiegł go wzrokiem. — Te 
warunki są niemożliwe. Pobieracie pensje i ordynarie takie same jak w dobrach 
ordynackich, zatem wystarczające. Ja swoim ludziom nie podwyższam, i wy nie 
możecie o to prosić. Tym bardziej, że nie zasługujecie na to. — My u jasnego 
pana woleliby za pół ceny służyć, niż u hrabiego za całą — odezwały się głosy. — 
Niech pan hrabia podwyższy i zapłaci, co zaległe, to pójdziem do roboty. — A jak 
nie — to nie!... — krzyknął drugi rozrzutnie, ale inni wepchnęli go do środka 
gromady, zamykając mu usta. — Odkąd się wam należy? — spytał ordynat. — Od 
adwentu, jasny panie. — Dobrze! Dziś będziecie opłaceni i... jeteście wolni. Od 
pierwszego kwietnia możecie znaleźć miejsce. Tu potrzeba ludzi spokojnych. — 
Wprowadź ich do kancelarii pana kasjera. Lokaj skłonił się. Ordynat wyszedł. W 
gromadzie zaległa cisza. Spoglądali na siebie w milczeniu, gdy zaś lokaj 
otworzył drzwi i zaczął ich energicznie wypraszać, wyszli ciężko, ze 
spuszczonymi głowami. Wypałata trwała długo. Ordynat posyłał po pieniądze do 
Głębowicz, bo w ożarowskiej kasie zabrakło. Pani Rita była jak struta. Trestka 
klął i zacierał ręce, dziękując ordynatowi. Ale ten milczał. VII Po dewastacji w 
Ożarowie groza padła na okolicę. Wielu obywateli wyjechało, ale i burza 
przycichła. Zwolnienie całej służby w Ożarowie zrobiło wrażenie. Lud stracił 
ochotę do strajków, fantazja zmieniła się w przygnębienie. Agitatorów zabrakło: 
jeśli się jakiś pokazał, wypędzano go z folwarków i ze wsi. Spokój zdawał się 
zapewniony. W Słodkowcach pan Maciej cieszył się wnuczką. Staruszek pod jej 
troskliwą opieką odżył, nabrał humoru. Tylko listy pani Elzonowskiej, 
niesłychanie burzliwe, pełne wymówek dla córki, wnosiły zły podmuch do pałacu. 
Pani Idalia nagliła córkę do powrotu, gniewała się na ojca, że ją zatrzymuje, 
ale Lucia sama nie chciała wracać. Widząc, że matki nie przekona, przestała 
odpisywać na listy. Gorliwie zajmowała się dziadkiem, oprócz tego stała się 
czynną opiekunką ochrony i szpitala imienia Stefanii. Sama uczyła dzieci 
niektórych przedmiotów. W rannych godzinach, kiedy pan Maciej jeszcze spał, co 
dzień smukła postać Luci o długich jasnych warkoczach dążyła na lekcje do 
ochronki. Dzieci witały ją okrzykami radości. Chorzy w szpitalu uśmiechali się 
na jej widok. Stała się dobrym duchem Słodkowic. Panu Maciejowi przypominała 
Stefcię Rudecką. Miała słodycz i łagodność tamtej, nawet coś w ruchach, tylko 
tamta była żywa jak iskra i weselsza. Lucia, spokojna i poważna. Charakter jej 
zmienił się. Nabrała hartu, dawny dziecięcy upór przybrał cechy niezłomnej 
stanowczości. Uśmiechała się rzadko, ale promiennie, najczęściej do dziadka, do 
dzieci i do chorych. Powierzchownie zmieniła się niewiele, tylko wyrosła i 
nabrała szyku. Jej dziewczęca figurka, teraz zaokrąglona ładnie, miała wdzięczną 
linię w rysunku. Lucia swe bujne, jasnopopielate włosy splatała w dwa grube 
warkocze i okręcała nimi głowę na kształt korony. Jej cera delikatna jak narcyz, 
ożywiła się w Słodkowcach. Krasiły ją barwne usta, dość pełne i oczy 
szarobłękitne, nieco podkrążone, świecące spod ciemnych rzęs i delikatnych, 
ciemnych brwi. Powieki miała najczęściej spuszczone, wzrok chmurny, rzucany spod 
czoła. Cechowała ją skrytość i nieufność w stosunku do ludzi. Nie pragnęła ich 
widoku, Słodkowce jej wystarczały, nie bywała nigdzie. Czasem do Obronnego 
jeździli razem z Waldemarem, odwiedzając jednocześnie Ożarów. Lucia mieszkała w 
swym dawnym pokoju obok pokoiku Stefci, który przerobiła na rodzaj kaplicy, czy 
na mały przybytek sztuki. Wśród najpiękniejszych kwiatów mieściły się tam cenne 
obrazy oraz różne przedmioty artystyczne, niegdyś ulubione przez Stefcię. W tym 
nagromadzeniu sztuki oryginalnie wyglądało nietknięte łóżko, zasłonione kotarą, 
lustro z konsolką i marmurowa umywalka ozdobiona srebrnymi naczyniami. Nad sofką 
wisiał pyszny obraz Madonny, kopia Rafaelowskiej z kaplicy Sykstyńskiej, w 
staroświeckich ramach. Szczyt kominka ozdabiał wielkich rozmiarów portret 
Stefanii Rudeckiej, wyłaniający się z drogocennych makat. Pokój był poświęcony 
pamięci narzeczonej ordynata. Lucia przesiadywała w nim często, z książką w 
ręku, lub zapatrzona przed siebie, z własnymi myślami. Czasem chmurne jej oczy 
wpatrywały się uparcie w malowany na płótnie widoczek Słodkowic, roboty Stefci. 
Stał na stalużkach w otoczeniu palm. Była to dla Luci droga i ostatnia pamiątka 
po przyjaciółce. Inne jej prace pastelowe i olejne ordynat pozabierał do 
Głębowicz. Lucia w tym pokoju przypominała sobie minione czasy wesołe, bez 
troski, jak wiązanki różowych kwiatów. Potem przyszły inne i zaćmiły szczęście. 
Lucia znienawidziła świat, poczuła wstręt do ludzi, szczególnie do własnej 
sfery. Arystokracja, uwielbiana dawniej, niby jakaś wyrocznia, w oczach Luci 
zmalała, stała się nienawistną. Każdy arystokrata wzbudzał jej nieufność, nawet 
członkowie rodziny, prócz Waldemara i dziadka. Prawie nie wierzyła, że i oni są 
arystokratami... Jej nienawiść wpadła w fanatyzm. Pobyt w klasztorze w Belgii 
złagodził ją trochę, lecz nie przeistoczył. Pozostała w niej niewiara w ludzi. 
Nienawiść zmieniła się w ironię. Lucia bez miłosierdzia kłuła nią własną sferę. 
Była dla swego otoczenia skrytą, nieprzystępną. W Słodkowcach zmiękła, jednak 
ani pan Maciej, ani Waldemar nie znali jej myśli, chowała je dla siebie. Ale 
zaczęła posępnieć, wpadając chwilami w stan zupełnej apatii. Pan Maciej myślał, 
że to tęsknota za światem, wreszcie posądził Lucię o tajone uczucia, może — 
zawody? Potwierdzeniem tego była jej ucieczka z Nicei. Bawiła się tam, miała 
powodzenie i starających się. Pan Maciej wywnioskował, że ktoś zainteresował ją 
głębiej, że Lucia kocha bez wiedzy matki, wbrew jej zamiarom. Ale z wnuczki 
staruszek nic wydobyć nie mógł. Tak przeszła wiosna i część lata. Pani Idalia 
obrażona, zła na córkę, nie opuściła zagranicy. Zamieszki w kraju odstręczały ją 
również, nie pragnęła powrotu. W połowie lipca do Słodkowic przyjechał z 
ordynatem Jerzy Brochwicz. Lucia przyjęła go ze źle ukrytą niechęcią i silnym 
rumieńcem. I on zmienił się. Wrogie czasy wyryły na jego twarzy poważne piętno. 
Dawna zuchwałość przygasła. Ale mówił zawsze dużo, szczerość i dowcip pozostały 
nietknięte. Pan Maciej przywitał go z przymusem. Nie widzieli się od pogrzebu 
Stefci Rudeckiej. Brochwicz za granicą bywał u pani Idalii i Luci, pan Maciej 
wiedząc o tym, wpadł teraz na pewne podejrzenia, ale ukrył je w sobie. 
Pomieszanie Luci przy powitaniu z Brochwiczem zastanowiło staruszka. — Czyżby 
to?... — myślał. Lucia pytała o matkę. Brochwicz odpowiadał ogólnikowo, ale 
ordynat rzekł bez ceremonii. — Mama?... Mama bawi się wybornie, ciągle 
karnawałuje. Szuka jakiejś szansy, czy wrażeń południowych. Trzęsienie ziemi nie 
wystarcza. Nowa mania. Zresztą prowadzi sensacyjną sprawę, to również ją 
niezmiernie bawi. — Jaką sprawę? — spytała Lucia. — Rozwodową... książąt 
Zanieckich — odrzekł Brochwicz. — Jak to?! Więc ta... Melania... zawsze jest 
razem z mamą?... — Jak dotąd, stale. — I Barski?... — Tak! Ojciec głównie dąży 
do zgnębienia zięcia. — Dobrany trójkąt. Szkoda mi tylko Zanieckiego — mówił 
ordynat. Lucia zwiesiła głowę, gniew drgnął w jej zsuniętych brwiach. — Jak 
można!? Jak można?... Mama z Barskimi? — szepnęła ze zgrozą. Waldemar zmienił 
przedmiot rozmowy. Lucia tego samego dnia napisała do matki, błagając o powrót 
do Słodkowic i o zerwanie stosunków z Barskimi. Ale pani Idalia pozostała 
niewzruszoną. VIII Brochwicz przesiadywał w Głębowiczach i jakkolwiek 
przyjaźnie, ale nieufnie patrzył na stosunki ordynata z okoliczną szlachtą. 
Podziwiał działalność Michorowskiego, interesowały go programy społeczne, 
inicjowane przez ordynata. Ale sam nie brał w nich udziału. Czytywał, grywał, 
marzył. Brochwicz był jak pod wpływem narkotyku. Jakieś moralne opium odurzyło 
go, niwecząc energię. Ordynat, przeciwnie, był w ciągłym ruchu. Sprawy 
publiczne, fermenty społeczne i naprężone włókna polityki wewnętrznej podniecały 
go. Jego sprężysty umysł szukał coraz nowych ujść i znajdował je. Głębowicze 
stały się punktem zbornym różnych zjazdów i sesji. Arystokracja krzywo 
spoglądała na "demokratyczne zachcianki" ordynata, lecz wciągana przez niego, 
musiała czasem współuczestniczyć w jego pomysłach. A te były szerokie. Tylko nie 
bardzo się udawały z powodu zagmatwań politycznych. Oczekiwanie ważnych 
wypadków, przewroty w sferach rządzących — tamowały filantropijną działalność. 
Rozmaite partie, związki paraliżowały czyn praktyczny. Ordynat był bezpartyjnym, 
ale wyrozumiałym. Na sesjach mówił niewiele, wypowiadając zdania konkretne i 
dobrze obmyślane, które zawsze prawie odnosiły zwycięstwo. Nie rozdrabniał swych 
myśli i nie szafował nimi w dysputach z każdym. Nie była to zarozumiałość, lecz 
jedynie powściągliwość i powaga w słowie. Miał zaufanie do dziadka i Luci; przy 
nich mówił więcej i nieco ożywiał się. Raz mówił: — Gdyby na świecie było mniej 
pretensji, byłoby zarazem mniej kłamstwa i obłudy. Gdyby ludzie mieli odwagę 
przedstawiać się takimi, jakimi są, byliby szczęśliwsi. Nic chyba nie deprawuje 
tak duszy, niż ta pewność, że się ma maskę dla świata, a inną twarz dla siebie. 
Bo pomimo najzręczniejszej i, powiedzmy nawet, najwytworniejszej obłudy, 
osobnik, który ją uprawia, zna swą istotną wartość. Więc gdy uczciwość w nim nie 
zamarła doszczętnie, odczuwa i cierpi, że poznaje. A to jest przecież okrutne. 
Lucia potrząsnęła głową energicznie. — Ale dodaj jeszcze: że i nie poprawi się 
taki pan. Gdy jest bierny duchem, wierzy w swą pozę, jak w rzecz prawdziwą, nie 
nabytą i kolorowaną. Gdy jest podły, śmieje się z niej ironicznie, lecz nie 
zmienia. Częściej jednak śmiech swój zwraca nie na własny dowcip w urządzaniu 
prawdy, lecz na naiwność tych, którzy się na nią biorą. — I to już jest szczytem 
bezczelności — dokończył Waldemar. Stary Michorowski patrzył na nich ze smutkiem 
i zgrozą. — To jest młode pokolenie! Ty, Luciu, możesz już tak sądzić? — Poznaję 
świat, dziadziu — odrzekła krótko. Brochwicz nie rozmyślał o polityce, nie 
analizował ludzi. Z książką w ręku siedział raz daleko poza parkiem w ogrodzie 
owocowym. Nie czytał. Głaskał wzrokiem żółknące już drzewa śliw. 
Obfite,nadmiernie dojrzałe owoce, w aksamitnych fioletach z puszkiem srebrzystym 
zwisały z gałęzi ciężkimi ciałami, lub spadając na trawę, pękały ukazując złoty, 
soczysty miąższ. Szare, okazałe gruszki wśród szarych liści i błyszczące, 
zarumienione jabłka tworzyły wyłączną jesienną mozaikę, napawając jednocześnie 
jakąś sytością. Brochwicz lubił ten ogród, bo mu tu było zacisznie. Błądził w 
winnicy, wśród zabudowań cieplarnianych, rysował pyszne liście winogron, czarne 
i zielone, cieszył się widokiem potężnych ananasów, przysadziście złocących się 
pod szkłem. Wytworne kule brzoskwiń i ciemno_żółte lampki moreli zatrzymywały na 
sobie oczy Brochwicza, jakby najpiękniejsze kwiaty. Chodził już długo, miażdżąc 
opadłe śliwki węgierki, pogrążony w myślach, z tęsknotą w źrenicach i 
zwątpieniem na ustach. Ale ocknął się. Nagłe postanowienie rzuciło mu na twarz 
błysk energiczny. Prędkim krokiem podążył do zamku. Zapytał, gdzie ordynat. 
Olbrzymi Jur odpowiedział cicho i jakby z nabożeństwem: — Ordynat gra. Brochwicz 
wiedział, że gra w sali muzycznej na organach. Uszanował tę chwilę i nie 
przerywał. Nawet nie wszedł do sali. Usiadł w bocznym saloniku, czekając aż 
Waldemar skończy i zasłuchał się. Michorowski nie często pozwalał sobie na 
chwilę osobistych rozmyślań przy organach, bo wówczas wpadał w nastrój prawie 
mistyczny. Wszystkie drogie wspomnienia, bóle, tragedie przeżyte przed dwoma 
laty uwypuklały się i raziły w serce nawałą ciężarów. Ale grał, i zanurzał się 
we wspomnieniach odległych, które jednak przez powiększające szkło duszy były 
tak blisko, że prawie w tej sali. Waldemar miewał złudzenia, że gdy wstanie, 
zobaczy za sobą Stefcię Rudecką lub usłyszy jej głos. I patrzył na nią, budząc 
życie w jej twarzy, malowanej na płótnie. Portret jej umieszczony był obok 
organów. Gdy ordynat grał sonatę Beethovena, ulubioną niegdyś przez nich oboje, 
twarz na portrecie zdawała się uśmiechać, promienieć. Gdy grał żałobnego marsza 
lub nokturny Chopina, rysy zmarłej narzeczonej posępniały. Waldemar zaś 
wstrząsał się, bo widział ją wówczas już oblubienicą śmierci w Ruczajowskim 
salonie wśród kwiatów. Nikt nigdy nie przerywał ordynatowi tych sjest 
muzycznych. Cały zamek słuchał w skupieniu. Niewidzialne jakieś palce trącały w 
struny innych instrumentów, tu nagromadzonych, i razem z hejnałem organów 
płynęła pieśń tęskna, a potężna, pieśń natchniona, nasiąknięta czarem, od bólu 
ciężarna. Brochwicz słuchał takiej właśnie pieśni strun. To nie grały palce 
ordynata, to grała wszechpotęga dramatu, który nosił w duszy: to grał orkan 
poszarpanych namiętności; to grała tęsknota tak olbrzymia, że ocean wylany na 
jej ogień, nie zdławiłby go. — Jeśli tak dłużej potrwa, to zgon Stefci, ordynat 
i te organy staną się legendą zamku — myślał Brochwicz. I nie mylił się. Na 
zamek już spoglądano jak na mauzoleum nieszczęścia. Mury były jakby nasiąkłe 
tragedią; pełzał po nich szary mrok. Wyniosły gmach przyjmował odwiedzających 
przyjaźnie, ale głównie ludzi czynu, związanych z ordynatem tożsamością idei. 
Nie bywało innych zjzdów, niż społeczne. Dawne zabawy zdążyły stłumić na węgłach 
murów najcichsze swe echa. Zamek był jak skała z ostatnim potomkiem orlego rodu, 
którego zraniona pierś krwawiła. Brochwicz nie odważył się tego dnia mówić z 
Michorowskim o sobie. Nazajutrz przy śniadaniu rzekł tylko: — Muszę już opuścić 
Głębowicze; ale dziś chcę być w Słodkowcach. Proszę cię, Waldy, jedź ze mną. — 
Chcesz się upewnić co do Luci? Brochwicz spojrzał zdumiony. — To ty odgadłeś? — 
Przeczuwałem. Przez chwilę milczeli. — Upewnić?... Czy ja się mogę upewnić?... 
Ja zupełnie nic nie wiem — rzekł Brochwicz. — Nie rozmawiałeś z nią o tym nigdy? 
— Nie. — Jednak ona również wie. — I...? — No, nie zwierzała mi się, trudno 
odgadnąć. Brochwicz przeciągnął dłonią po swych gęstych, jasnych włosach. — Ty, 
Waldy, przeczułeś, ale nie wiesz, jak ją kocham. Tak jakoś powstało z niczego. Z 
tej dziewczyny wyrósł kwiat wonny — może nie dla mnie... Ona kocha... kocha... 
na pewno; tylko... zdaje się, nie mnie!... Ordynat popatrzył badawczo w oczy 
przyjaciela. — A kogo — zgadujesz? — Kogoś, kto został w Nicei. Ona uciekła od 
niego. — Ale kto to? — Nie wiem. Ona jest skryta. Pojedziesz, Waldy, do 
Słodkowic ze mną? — Tak. Kto wie?... Może się obydwaj mylimy? — Nie rozumiem... 
— Bo ty myślisz, że jest ktoś drugi, a ja jednak myślę, że jesteś tylko ty. — 
Jak?!... — Poczekaj! A może nie być nikogo w jej uczuciach, to możliwe. Lucia 
jest tajemnicza. Brochwicz trochę smutno uścisnął rękę ordynata. — Wolałbym już, 
żeby kochała innego, niż nikogo, bo wówczas jej stan obecny tłumaczyłby się 
naturalnie. A tak?... Jeśli to tylko apatia, niechęć do życia?... — Nie! Lucię 
na pewno coś gnębi — odrzekł Michorowski z powagą w głosie. IX Nie dojeżdżając 
do Słodkowic, ordynat i Brochwicz spotkali Lucię, w białym koszykowym wolanciku, 
zaprzężonym w białego konia. Jasna, smukła postać dziewczyny, jadącej samotnie, 
z białymi lejcami w dłoniach, dopełniała wdzięcznego obrazka. Kapelusz panama, 
odchylony z czoła, rozwiane włosy i biały welon upiększały Lucię, nadając jej 
odmiennego wyrazu, niż zwykle. Dziewczęcy powab i młodość, zagłuszone powagą, 
teraz odżyły i zaciekawiały. Gdy powóz ordynata zrównał się z koszykiem, Lucia 
wstrzymała konia. Michorowski zauważył, że na widok Brochwicza chmura 
przeleciała przez jej twarz. Panowie wysiedli z powozu. Po powitaniu i kilku 
słowach wstępnych Waldemar rzekł: — Oddaję ci, Luciu, Jurka. Bądź dla niego 
uprzejmą. Ja muszę wstąpić do leśniczówki. — To jedźmy razem! — zawołała Lucia 
nerwowo. — Nie, nie, zostańcie. Mam tam osobistą sprawę, przy której 
bylibyście... zbyteczni. Dziewczyna wpiła badawczy wzrok w szare oczy 
Michorowskiego. Usta jej drgały, gniew zamigotał na twarzy. Podając rękę 
Waldemarowi, rzekła zamiast pożegnania: — Dobrze... będę grzeczna, jak każesz. 
Ty... jedź sobie. W jej głosie brzmiała złośliwość. Waldemar miał wrażenie, 
jakby ścisnął w swej dłoni nie rękę kobiecą, lecz kawałek drzewa. Lucia zgarnęła 
suknię, usuwając się na bok. — Proszę, niech pan siada. Brochwicz, trochę 
zmieszany energią Luci, wskoczył do koszyka niezgrabnie. Ona poruszyła batem. — 
Do widzenia, Waldy! — zawołał Jerzy. Może w tej chwili żałował swojego 
pośpiechu, bo mina Luci nie wróżyła mu nic dobrego. Jechali, milcząc oboje. 
Brochwicz gryzł wąsy, patrzył uparcie na białe rękawiczki Luci. Zatrzymywał 
słowa na brzegu ust, szarpał się wewnętrznie, denerwował, ale bał się mówić. 
Przeczuwał, że ta odrobina złudzenia, nadziei, którą nosił w sercu, leży oto 
przed nim jak wątły płatek kwiatu, i że jego słowa zdmuchną go na zawsze. Uleci 
od niego ten atom ideału, uleci bezpowrotnie. Czy nie lepiej zatrzymać się? 
Zacząć zwykłą rozmowę, płatek zaś ten, utkany z uczuć złotych, mieć jeszcze 
przed oczyma do nieskończoności?... Brochwiczowi jeszcze raz zaciążyła obecność 
Luci. Z utęsknieniem pomyślał o Głębowiczach, gdzie był ciągle z nią — ale 
ciągle bez niej, gdzie marzył o niej — nie widząc jej, gdzie pieścił jej ręce w 
swej wyobraźni, tulił ją całą do siebie. Teraz ona siedzi przy nim blisko, lecz 
jest dalej: jej ręce widzi przed sobą, ale są jakby obce, sztywne. Czy to są 
ręce jego Luci? Brochwicz zrozumiał, że można za kimś szaleć na odległość całego 
świata, gdy się zaś jest blisko swego ukochanego, chciałoby się brnąć przez 
pustynię Sahary — aby dalej... Bo najstraszniejszym z zawodów jest utrata 
nadziei. Nic nie wyrówna goryczy, zgrozie i przerażeniu duszy stęsknionej, gdy 
zamiast wymarzonej iskry napotyka sopel lodowy. Brochwicz męczył się i miał żal 
do samego siebie, że dobrowolnie złudę swą zdziera z oczu. Ogarnął go lęk 
niesłychany. Jeszcze trochę, jeszcze kilka chwil. Może nie ten powód jej 
chłodu?... Może nie to? Ale Lucia była dziś jego katem do końca. Odczuwając jego 
walkę i wahanie się, pierwsza zerwała tamę niepewności, zmuszając go do wejścia 
w zimny strumień swych uczuć dla niego. — Pan ma mi coś powiedzieć, prawda? Coś 
wyłącznego? Zatem proszę — rzekła niemiłosiernie obojętnym tonem. Brochwicz 
osłupiał. — Tak, chciałem z panią pomówić. — Proszę. Fala energii wpłynęła do 
serca Jerzego. Wiedział już, że zginie, ale postanowił zginąć mężnie. Zaczął 
mówić wolno, bez zapału, lecz całą duszą, jak spowiedź przed wyrokiem śmierci. — 
Pani wiadome są moje uczucia, mój pobyt w Nicei i przyjazd teraz do Głębowicz. 
Pani wie, że ją kocham, od roku prawie. Pani była w klasztorze — milczałem, i w 
Nicei milczałem, i teraz całe lato milczałem; dłużej... nie mogę. Lucia 
poruszyła się, chciała coś rzec, ale Brochwicz przerwał. — Pani zna moje 
uczucia, tylko je lekceważy. Tak nie można. Mowę czyjegoś serca trzeba szanować 
przynajmniej, jeśli nie jest się zdolnym odpowiedzieć na nią. Miłość, głęboko 
pojęta, jest majestatem, jest powagą, dla której trzeba mieć cześć. — Czy ja 
robię jakąś krzywdę pańskim uczuciom? Nie rozumiem — rzekła Lucia trochę 
niecierpliwie. — Robi pani największą, bo im... nie odwzajemnia. Ale... to nie 
pani wina. — Tak, nie kocham pana i nawet... nie żałuję tego. Brochwicz zacisnął 
usta. Czoło sfałdowało mu się boleśnie. Doznał wrażenia okropnego, że Lucia 
zimną ręką wyjęła z niego serce i trzyma je na swej dłoni, drgające, ociekające 
gorącą krwią. — "Nie kocham cię i nawet nie żałuję tego". — Och kobieta! 
Kobieta!... Siedział jak zabity, wstręt do niej odczuwał, jak przed czerwoną 
suknią kata. Lucia spojrzała na niego i zlękła się. Rękę oparła o jego dłoń. — 
Panie Jerzy! Panie Jerzy! Odsunął ją od siebie szorstko. — Niech mnie pani nie 
dotyka. Już dosyć szyderstwa. Zawsze mnie pani oblewała lodem, mroziła serce i 
duszę. — Panie, przecież to dowód, że nie szydziłam; to dowód najlepszy. — Nie, 
to nie po kobiecemu. Ja panią kochałem jak szaleniec, a pani nawet tego odczuć 
nie chicała. — Nie chciałam i nie mogłam, ale z innych powodów, niż pan sądzi. 
Nie myślałam nigdy, że pan może mnie pokochać. Mnie się zdaje, że cały świat 
wie... głównie zaś pan... Umilkła, szarpnęła lejcami silnie. Ale koń pomimo to 
zwolnił, jechali prawie krokiem. — O czym... ja wiem? — wyszeptał Brochwicz. 
Twarz Luci zabarwiła się lekko, na rzęsach zawisły łzy. — O tym, że ja kocham 
innego! — Pani?! — Tak. Kocham innego. To było powodem, że nie wierzyłam w 
pańskie uczucia, a potem mroziłam je. Teraz niech pan potępia. Łzy jej opadły na 
perłowe guziki żakietu. Brochwicz pod wpływem ciosu ostatniego a strasznego, 
patrzył tępym wzrokiem, gdy duże krople łez, błyszcząc różowo na konsze guzików, 
zsuwały się po białym szewiocie i biegły prędko jak drobne kulki szkła. Jerzy 
nic nie myślał. Głusz dziwna, a przeogromna wzięła go w swój krąg, wsysała mu 
się w mózg, wyżerała serce. Stracił ją, swoją Lucię, stracił na zawsze! Wątły 
płatek jego marzeń, jego nadziei, uleciał bezpowrotnie, zdmuchnięty jej słowami: 
"Kocham innego". Czyż można ją potępiać za wyrok, jaki wydała na niego? 
Brochwicz czuł swoją niemoc, i razem z goryczą spłynęła mu do duszy litość nad 
Lucią. Czemu ona płacze?... Czy, że jego pokochać nie może, czy, że kocha 
innego? Więc chyba nieszczęśliwie?! Lucia ocknęła się, otarła łzy i, pochylając 
się do Jerzego, rzekła serdecznie, chociaż głuchym głosem: — Niech mnie pan 
wyrzuci z serca, bo kochać bez wzajemności to straszne, to grób. Ja to znam, bo 
i ja... tak samo kocham. Brochwicz bez słowa wziął jej rękę i ucałował z 
szacunkiem, ale zimnymi ustami. Dławił go żal, męka trawiła serce, lecz w mózgu 
jedna myśl tylko nurtowała uparcie, zagłuszając ból duszy; jedna myśl, jedno 
pytanie: — Kto to jest ten drugi? W milczeniu dojechali do Słodkowic. X Ordynat 
poznał po Luci i Brochwiczu, że kwestia rozstrzygnęła się niepomyślnie. Był 
zdziwiony, ale nie pytał o nic. Uderzył go wyraz oczu Luci, gdy patrzyła na 
niego, jakby zalękniony, czy niepewny. Unikała go wyraźnie. Po obiedzie usiedli 
wszyscy na tarasie, gdzie podano czarną kawę. Lucia rozlewała z filiżanki. Przed 
ordynatem Jacenty położył tekę pocztową, pełną listów, świeżo przywiezioną z 
Głębowicz. Taki był zwyczaj, gdy ordynat bawił w Słodkowcach, korespondencję 
odwożono mu natychmiast, choćby miał wracać wieczorem... Ordynat otworzył list 
pierwszy z brzegu, przeczytał szybko kilkanaście słów, zmarszczył się, potem 
uśmiechnął i podał list Luci, która niosła mu kawę. — Przeczytaj! To zabawne. 
Dziewczyna spojrzała zdziwiona, wzięła list w drugą rękę, i nie stawiając 
filiżanki, zaczęła czytać. Nagle zbladła, ręce jej zatrzęsły się. Czarna wstążka 
rozlanej kawy splamiła jej suknię; filiżanka u jej stóp rozprysnęła się na 
cząsteczki. Lucia stała, jak uderzona w skroń, ze spodkiem w jednej i z listem w 
drugiej ręce. Zmieszana, z ognistą czerwienią na twarzy, nie wiedziała co ze 
sobą począć pod wzrokiem dziadka i Brochwicza. — Co to za list? — spytał pan 
Maciej. — Ach! głupstwo! — to z Biało_Czerkas — odrzekł Michorowski z 
niezadowoleniem. — Co się stało? Na Boga! — Nic nadzwyczajnego. Fermenty i 
rozruchy. Na Luci to zawsze robi wrażenie — uśmiechnął się Waldemar łagodząco. 
Ale dziewczyna wyszła z pokoju. Zmięty list ze stołu ordynat chował do kieszeni. 
Gdy Brochwicz poprosił o niego wzrokiem, z przychylnym skinieniem brwi Waldemar 
oddał mu go i zajął dziadka gazetami. Brochwicz czytał. "Jaśnie wielmożny panie 
ordynacie. U nas chłopy buntują się. Chodzą jakieś ludzie i rozrzucają złe 
papiery. Mają spalić nasze młyny i wyrżnąć całą administrację. A najgorsze to, 
że wyjechało kilku łajdaków, żeby zabić jaśnie wielmożnego pana ordynata w 
ordynacji, bo mówią, że teraz na panów koniec przyszedł, i że wszystkich będą 
rżnąć." "Przepraszam jaśnie wielmożnego pana ordynata, że mam śmiałość pisać, 
ale mi strasznie na sercu leży ten spisek, bo to jest pewne, że pojechali." 
"Niech się jaśnie wielmożny pan wystrzega, bo broń Boże nieszczęścia..." I tak 
dalej i dalej... Brochwicz spojrzał na podpis. "Gałkowski, leśniczy z 
Biało_Czerkas". Gorąco uderzyło na mózg Jerzego. Zmiął list machinalnie, 
spojrzał na skorupki filiżanki i na czarną plamę na terakocie posadzki. Duszność 
ogarnęła go tak silnie, że nie mógł pozostać na miejscu. Wstał i bez słowa 
podszedł do balustrady. Patrzył na dywany kwiatów, malujące się pięknymi wzorami 
w powodzi słońca, na bogactwo jesiennych barw wśród parkowych drzew, na 
brylantowe odpryski fontanny, i wszędzie widział wielką odkrytą prawdę. Już nie 
męczył się pytaniem: kto jest ten drugi? Czuł szum w głowie i brakło mu oddechu. 
Lucia powróciła na taras przebrana i z czerwonymi oczami. Była cicha, poważna, 
prawie surowa. Gdy na pożegnanie Brochwicz całował jej rękę, szepnęła cichutko: 
— Niech mi pan wybaczy i zrozumie. — Ja już... zrozumiałem — odrzekł Jerzy 
bezmiernie smutno. Zwarli się oczyma długo, uważnie. Lucia nie spuściła powiek, 
tylko róż ją oblał, zapłonęła. Odczuła, że Brochwicz odkrył prawdę. — Ja pragnę 
szczęścia, pani, ale... dla każdego szczęście inaczek kwitnie — rzekł jeszcze. — 
Tak, szepnęła Lucia. Niech pan będzie moim bratem. — Nie, pani; o tym nie 
marzyłem. Mężczyźnie, który kocha kobietę miłością... wielką, nie można dawać 
braterstwa zamiast wzajemności. Lucia teraz spuściła oczy. Ręce ich rozerwały 
się, bo oboje nic już do powiedzenia nie mieli. Gdy panowie wsiadali do powozu, 
Lucia skinęła na Waldemara. Podszedł do niej z kapeluszem w ręku. — Waldy... 
Słuchaj, Waldy! Proszę cię w imieniu dziadzia i... w swoim: bądź uważny. Ten 
list... Ordynat lekko ogarnął ją ramieniem i dotknął ustami jej jasnych włosów. 
— Nie obawiaj się, dziecko. To strachy na lachy, później ci to wytłumaczę. Stali 
zakryci trochę filarem ganku. Waldemar spytał szeptem: — Cóż, Jurek?... Lucia 
drgnęła. Odrzekła niecierpliwie: — Nic; skończyłam. — Bez nadziei? — Bez żadnej! 
Mówmy o tobie, Waldy. Nie wyjeżdżaj teraz bez strzelca: dobrze? — Za tydzień 
jadę do Biało_Czerkas. — Waldy? — Nic mi nie grozi. Do widzenia! Błębkitne oczy 
Luci zaszły łzami. — Do widzenia, Waldy. Powóz ruszył, ona zaś stała, oparta o 
filar z głuchym żalem na piersi, z piekącym bólem w sercu. Po jakimś czasie dłoń 
jej zacisnęła się stanowczo, zsunęły się groźne brwi, i Lucia rzekła z mocą, 
pełnym głosem: — Nie pojedzie tam! Nie! Z podniesioną głową weszła do pałacu. 
Ordynat z Brochwiczem jadąc, prawie nie mówili do siebie. Coś padło pomiędzy 
nich. W Głębowiczach już Brochwicz rzekł: — Jutro cię pożegnam. Wyjeżdżam. — 
Więc obaj myliliśmy się co do Luci — zagadnął Michorowski. — Ja nie. Przeczułem 
dobrze. Kocha innego, i... wiem kogo. Ordynat nie podjął tej kwestii. Xi Dęby 
wołyńskie, olbrzymy niebotyczne, trzęsły potwornymi głowami. One tylko zielone 
swe grzywy rozpościerały dumnie i butnie nad morzem rozhulanych po puszczy barw 
jesiennych. Dęby wołyńskie parły do słońca całą siłą swych tęgich muskułów. 
Zaborcze swe ramiona wżerały pomiędzy gałęzie innych drzew, brały je pod siebie 
i znowu szły dalej, i znowu dławiły słabszych. Dęby wołyńskie rozwielmożnione, 
poważne, królowały puszczy, biorąc ją we władanie. Sypały na ziemię grad żołędzi 
na pokarm dla dzików. Dęby wołyńskie, praojcowie puszczy, panowie jej i 
opiekunowie. One ściągały na siebie pioruny, chroniąc inne drzewa; one opierały 
się nawałnicom wichrów; one dawały cień, one dawały ton główny leśnej 
filharmonii. One pierwsze rozbrzmiewały donośną pogwarą na powitanie swego pana, 
pierwsze pochyliły czuby w wasalskim pokłonie ordynatowi Mochorowskiemu. Za nimi 
poszedł cały bór, ustrojony w złotogłów. Roztocz kolorów, otchłań burzących się 
barw. Ordynat wjechał w bór i stanął zdumiony, pochłonięty. Na swym folblucie 
wydał się sam sobie drobnym jak pyłek, jak atom. Patrzył na puszczę, podziwiał 
ją i żył jej życiem, wchłaniał jej moc. A puszcza grała. Grała melodię tonów 
tęczowych — słonecznych dla oczu grała. Dziwy się tu działy, tyle naraz bogactw, 
tyle żywiołów zbratanych z sobą. Przepastna bezdeń cudów. Bór żył, gwarząc ze 
sobą, i dzieje swe opowiadał. A czasem tęsknił i marzył, a czasem się burzył. I 
wzajemnie do snu się kołysał, i razem rozpaczał, i razem się cieszył. Bór 
zgodny, niebotyczny. Ordynat Michorowski, zagłębiony w cieniach puszczy, owiany 
zapachem jesieni rozmawiał z duszą swą starganą. Przepojony był wrażeniem, 
spitym czarem natury. Rwały mu się spod serca uczucia obłędne w swej żałosnej 
tęsknicy. I jakieś zgrzyty i bunty, i straszny obuch niedoli. Przepyszna, ale 
jesienna barwa lasu, działała na niego gnębiąco; wielkość puszczy — przeciwnie — 
dodawała mu mocy, wlewając tęgość do krwi. Chwilami czuł się silnym, nawet 
potężnym, walczyłby z demonami. Przeszłość odsuwał wówczas brutalnie. — 
Najtragiczniejsze momenty życia jego malały w wyobraźni, widział jakiś ogrom 
niepojęty, jakiś czyn wielki, do którego dążyć — jest celem, który spełnić — 
jest istotą bytu. Nie obejrzeć się za siebie. Stało się! Czarny korytarz, 
wiodący do katakumb wspomnień, zasunąć kirem i nie zaglądać doń już nigdy. Ciche 
szmery, w duszy płynące z przeszłości, zagłuszyć nowym hałasem. Nie cofać się i 
nie stać w miejscu. Naprzód! Naprzód! Być, jak ten las, górnym i rozgłośnie 
szumiącym, jak te dęby — pełnym władzy i majestatu. Ale czy to wystarczy? Czy 
można przejść przez niebo i zapomnieć o nim...? Czy, jeśli kto przebył raj na 
ziemi, nie będzie spalony przez ognień czyśćca? Ale żal, a zgryzota? Ci straszni 
wrogowie duszy zbolałej? Upomną się zawsze o swe prawa, spopielą jaźń duchową, 
położą na niej piętno wiecznej pamięci. Twarde prawo, i ratunku nań nie ma. 
Silna wola, konieczność, to są jedynie środki obiektywne, jak morfina, 
podtrzymujące niknące ciało. Zły los wprowadza istotę ludzką na szlaki złociste, 
pełne barw, blasków, obłoków. Pozwala nawet wejść do tych zaczarowanych otchłani 
szczęścia, pozwala posłuchać szumu skrzydeł, które tam wibrują, pozwala 
prześpiewać jedną strofkę tego hejnału błogosławionego, który tam rozbrzmiewa. 
Pozwala, aby cofnąć człowieka z tych cudownych przepaści do dawnego bytu bez 
promieni, by wydał sią popiołem po złotym ogniu. Pozwala, aby ten hejnał 
nieuchwytny, bo krótki, przeistoczyć na zawsze w treny, aby czarowny szum 
skrzydeł przemienić w szpony innego życia, które rozkrwawiają wspomnienia po to, 
by wydobyć z nich wieczną tęsknotę. Waldemar pamięcią rozpalał tę swoją 
błyskawicę życiową, ale czyniąc to zarazem z okrucieństwem wyrafinowanym darł na 
cząsteczki włókna swego serca. Z ordynata opadły już marzenia, skruszyły się 
zapały młodzieńcze. Został tylko twórczy podkład jego istoty wewnętrznej, mogący 
rozszerzać się i obejmować coraz to nowe płody szczytnych myśli, celów 
idealnych. Czyny swe nieść na barkach życia, zamiast szczęścia. Nie dławić 
tęsknoty, ale ją mieć, jako swe najdroższe sanktuarium. Zmrok wpełzł w puszczę i 
zaszemrał. Cicha pogwara, od dębów poczęta, szła wśród boru. Drzewa mówiły sobie 
dobranoc. I oto pod wpływem wiecznej gawędy lasu, czarny kir okrywający 
katakumby jego tragedii podniósł się i wyleciał zza niego rój białych gołębi, i 
trzepotał skrzydełkami białymi i białoróżową chmurą okrążał głowę 
Michorowskiego. Opadły go srebrne ptaki wspomnień. Wspomnienie powinno się 
znajdować wewnątrz skarbca, jak pamiątka, do której należy się zbliżać w 
skupieniu ducha, z uwagą, by ta reszta dawnej świetności nie uległa rozbiciu. 
Chmura śnieżnych gołębi krążyła, stukając dzióbkami do zamkniętego gmachu duszy 
ordynata. Szeleściły atłasowe piórka upartych ptaków. Dobić się chciały do 
skarbca i uchwycić złożone w nim klejnoty, by razem z tamtymi cudami utworzyć 
uroczą, jarzącą się blaskami zorzę i skąpać w niej umysł Michorowskiego. 
Trzepotały się ptaszyny, kwiliły. Już serce Waldemara zalewała słodycz 
niepojęta, haszyszem nasiąkały nerwy, mózg oddał się bezsprzecznie pod ich 
władzę. Całą duszą, całą istotą otwierał złote wrota swego sezamu, by na progu 
jego upaść z niemocy upojnego wyczerpania. Ale bór zatrząsł się groźnym wichrem, 
pęd ostry przeleciał czuby dębów, targnął nimi, runął niżej, w puszczę drzew i 
szamotał się zajadle, grzmiał na konarach i w dziuplach świstał. Powstał 
charkot, zamęt, ryk w cichym przed chwilą borze. A noc niezgłębiona szła na 
pomoc hordom wichru i waliła w czeluść puszczy ciężką swą postacią w czarnej 
todze. Pierzchły stada gołębi, wiew czarownych skrzydeł wspomnień przycichł, 
ginął i znikł. Przestały kwilić cudne głosy i wrota złote zawarły się z 
trzaskiem. Uleciały ostatnie piórka wspomnień. W pomroce rzeczywistości tylko 
rozlegał się huk miotanej wichurą puszczy i szelest z drzew liści. Duże krople 
deszczu opadły ostro, jak kulki ołowiu, i najpierw słabym szmerem, potem coraz 
szybszym, głośniejszym, rozniosły się po drzewach jak lecący groch. Reszta 
marzeń ordynata frunęła, głuszył je deszcz, smagał wiatr. Ordynat spiął konia 
ostrogami. Linią leśną jechał do Biało_Czerkas, zmęczony duchowo swą wycieczką 
poza kir przeszłości. A za nim zostawał bór czarny, huczący, zostawały dęby, 
przemożne siłą, dumne ze swej potęgi, pełne brawury i majestatu. O dęby! Nie 
znacie toporu, więc butny wasz głos. Szumcie rozgłośnie, wołyńskie dęby! Nikt 
nie rani was! Szumcie! XII Bór stał jak okręt na niezmierzonych przestrzeniach 
wietrznych, borykał się i zmagał. Przepastna zwała gałęzi ryczała na 
podobieństwo rozhukanych bałwanów morskich, roznosząc dokoła tytanicznego 
cielska oddech surowy i ostry jak sztylety. Porywała od swych stóp suche liście 
i rzucała je, rozpraszała, ciskała na swe bary, by natychmiast znowu zrzucać, 
porywać nowe. Drzewa biły się wściekle, gryzły wzajemnie z trzaskiem, z łomotem. 
Jedne zarażały drugie impetem, wyzywały się czubami i bodły z łoskotem, i niosły 
wojnę w głąb zimnej masy konarów, coraz grubszych, okropniejszych. Wicher walił 
z góry i z boków. Lecz i nisko na ziemi pełzali wrogowie. Szła jakaś ciemna, 
wydłużona poczwara, krokiem zdradzieckim, jakby lisim. Sunęła dość prędko; 
chwilami gdy wrzask gałęzi wywoływał jakby tętent koni, poczwara zatrzymywała 
się, słuchała, znowu pełzła. Czasem jęk drzew wydawał się wyciem upiorów, niby 
skowyt potępieńców przebiegał puszczę, mrożąc szpik w kościach. Wówczas mnogość 
rąk poczwary robiła znak krzyża. To szli ludzie. Tłum chłopów z siekierami rąbać 
"kniaziowy" las. Cała gromada wyciągniętym wężem wrzynała się w bór: szare 
świty, łapcie z łyka na nogach, w pomroce nocnej słabo widniejące siekiery. 
Weszli. Bór przyjął ich szumem żałosnym, sypnął gradem mokrych kropli, wiązał im 
stopy gąszczem traw splątanych i korzeni. Ale chłopi, zwinni jak koty, brnęli 
śmiało, skacząc raźnie, bełkocąc z zadowolenia. Niedźwiedzie pomruki rozwlekły 
swe echa po uroczysku czarnych dębów i posępnie zwiastowały im śmierć. Gdy 
pierwszy grom toporu buchnął groźnie, zadrżały nerwy drzew. Przerażenie 
szarpnęło członkami dębów; siekiery rozpoczęły kośbę. Warczało żelazo: Buch! 
buch! Dwustu chłopów przegięło się żarłocznym ruchem, dwieście twarzy 
bezmyślnych wykrzywił dziki śmiech triumfu i chciwości, dwieście toporów 
wzniosło się w górę i ugrzęzło w twardym żylastym ciele dębów. Bór stęknął. 
Groza i zdumienie ujarzmiły wojnę gałęzi, nawet wicher umilkł. Trwoga, nieznana 
tu, a nagła i ogromna, zatrzymała w miejscu oddech drzew. Jądra ich, serca 
kipiące sokami ożywczymi, zastygły w niemym strachu. Wicher z wroga stał się 
przyjacielem napadniętych. Szemrał łagodnie i od czuba do czuba niósł podzwon 
grobowej wieści. Zabijają was, dęby! Giniecie, dęby! Ratunku! Ratunku! 
Barbarzyńskie topory w rękach bestii ludzkich grzmiały już donośnie, śmiało, z 
rozmachem piekielnych cepów. Chłopstwo czuło się panami boru, i darło mu 
wnętrzności, zabierając wszechpotężnych magnatów puszczy. Siekiery niweczyły 
butne istnienia, druzgocąc je kawałkiem żelaza. Bór szedł na pastwę, bór z 
jękiem konającego wzywał pomocy, bór płakał nad zgubą swych wodzów. A dęby 
toczyły krew, ciała ich pokryły się ranami, czubami trzęsły ostatnie dreszcze. 
Ale stały, jeszcze stały wielkie, choć już słabnące, jeszcze człoła do góry pną. 
Krzywda im się dzieje, lecz mężne, trwają w chwale do końca. Gdy kilkadziesiąt 
olbrzymich trupów legło z głuchym łomotem ostatnich tchnień, i gdy nad nimi 
rozszlochał się bór, i zwierzęcym wizgiem tłuszcza chłopska ogłosiła swój 
triumf, w Biało_Czerkasach powstał zamęt. Do sypialni ordynata zastukano 
gwałtownie. — Co tam?! Zdyszany głos za drzwiami wyrzucił krótko: — Chłopi rąbią 
las! Ordynat zerwał się, jak ugodzony. — Który!? Gdzie!? — Uroczysko czarnych 
dębów! — Konia dawać! Prędko!!! Strażacy na koń! Cała służba! Kamerdyner biegł 
spełnić rozkaz. Ordynat ubierał się gorączkowo. On kochał te dęby, przeniósłby 
je do Głębowicz, gdyby mógł. Jego dęby tną! Dęby giną... Chryste!!! Nie upłynęło 
kilka minut, kiedy ordynat, na nic niepamiętny, w ubraniu do konnej jazdy i w 
lekkiej burce gnał do boru na czele zastępu strażaków, kilku strzelców i służby. 
Tuż za nim, leżąc na koniu, cwałował wierny Jur i klął w duszy zły, że nie miał 
pod ręką swoich chłopców, strzelców zwierzynieckich, dla obrony pana i jego 
boru. Wiatr gwizdał w uszach, ćwiczył ordynata, ostrym zgrzebłem wbijał mu się w 
piersi. Rwali w pomroce, lecąc jak orły drapieżne, niesione zemstą. Dziesięciu 
strażaków z pochodniami naprzód, krwawą szarfą znaczyli przybycie pomocy 
nieszczęsnej puszczy... Wpadli w bór jak szalony, rozżarty płomień i wzniecili 
popłoch. Pochodnie rozlały się na wszystkie strony. Każda goniła kilku chłopów. 
Wrzaski uciekających ogłuszały. Chłopstwo zmykało bez tchu, gonione tętentem 
koni, blaskami smolnych zarzewi. Biało_Czerkascy nie bili, mieli wyraźny rozkaz 
jedynie rozpędzić tłum. Ale przeklinali "mużyków" jak kto umiał, bo to 
rozsiewało strach. Chłopi ogromni, zarośnięci kudłami, rzucali topory, i oślepli 
z trwogi, rozbiegali się jak szakale, skacząc i przewracając się przez powalone 
dęby. Gdy pomiędzy dwiema pochodniami ujrzeli pędzącego ordynata, krzyk wzmógł 
się. Pojedyncze głosy chrypiały: — Kniaź! Kniaź! Michorowskij. Baczysz? Ratujte 
ludy! Chłopi stale nazywali ordynata "kniaziem", nawet nie ze względu na mitrę, 
lecz na miliony. Takiego bogacza bez tytułu "kniazia" nie pojmowali. Teraz był 
on dla nich antychrystem. Spadł tak nagle w ognistych smugach, dyszący gniewem, 
jakim go nigdy nie widzieli. Chłopi zwątpili nawet, czy to "Michorowskij"; a 
może upiór z mogiły? Nie było możności wytłumaczyć im, ani spytać, dlaczego 
rąbią dworski las. Ordynat zwoływał ich bez skutku. Rozpierzchli się tak szybko, 
że ujęto tylko kilku najzajadlejszych przeciwników. Ale i ci, prócz drapania się 
w głowę i niezrozumiałego bełkotu, nie dawali wyjaśnień. Przestrach zniszczył 
ich odwagę, zdusił triumf i żądzę zboru. Ordynat, patrząc na nich, litościwie 
kręcił głową. Ta dzicz mogła ulec złym wpływom tym łatwiej, że brakło im 
szczypty cywilizacji, główną zaś ich cechą była chciwość. Michorowski oglądał 
szkodę. Z żalem patrzył na potężne pnie dębów leżących ciężko na ziemi. Na 
odkryte rany, błyszczące świeżymi słojami, na mnóstwo rozłupanych drzazg, 
sterczących jak noże. Ordynat stał na tym cmentarzysku, niemal głowę chciał 
odkryć przed zwłokami mocarzów boru. A dęby nie ścięte mruczały cicho, rade z 
ocalenia, wdzięczne za ratunek, ale smutne, ale łzy roniące na ciała towarzyszów 
poległych. Cały bór był jeszcze w osłupieniu, niemy, pod wrażeniem odegranej tu 
tragedii, głuchy, stroskany. Ordynat wracał do pałacu wolno, z głową zwieszoną, 
jak po pogrzebie. Drogę oświecały mu pochodnie; dokoła niego człapali konni; 
chłód przenikał go aż bolesny. W piersiach uczuł przebicie jakby dzidą, miecze 
miał w płucach. Brakło mu oddechu do prędkiej jazdy. Ale myślą był ciągle przy 
dębach. Na szczęście niezbyt wiele umarło. Takie kolosy i już bez duszy. Nie 
zaszumią już, umilkły na wieki. Ordynat westchnął. Uczuł silne ukłucie w boku. — 
Czym ranny? — pomyślał. XIII Choroba wybuchnęła nagle ze zdumiewającą 
gwłatownością. Ordynat kaszlał, męczący ból w boku wzmagał się i groził. 
Michorowski zaczął pluć krwią. Chwilami tracił przytomność i znowu ją 
odzyskiwał. Gorączka chwyciła go w zabójcze szpony. Organizm silny i zawsze 
odporny tym razem uległ z żywiołową mocą. Zapalenie płuc rozgorzało mściwie, 
chłonąc mięśnie, krew i umysł. Michorowski walczył z chorobą jak lew, ale go 
zmogła. Zaczęła się już walka ze śmiercią. Walka poważna, nie rokująca nadziei 
zwycięstwa dla strony napadniętej. Ordynat nie chorował nigdy przedtem i teraz 
borykał się jak z czymś nieznanym, tracąc siły z przeraźliwą szybkością. 
Biało_Czerkasy trzęsły się, w Głębowiczach zamierali z trwogi. Alarmujące 
telegramy strzelca Jura zwoływały do łoża chorego lekarzy, niosły 
przestraszające horoskopy do rodziny; uderzały gromem. Ale nikt nie wiedział 
dokładnie, co się stało. Depesze były groźne, lecz niejasne. Ranny, czy chory? 
Luci ta niepewność podniosła włosy na głowie, lecz przed dziadkiem zataiła 
wieść, mogącą go zabić. Piątego dnia w zamku Biało_Czerkaskim zapanowała panika. 
Nie ma ratunku! Te tragiczne słowa rozeszły się po całej rezydencji, jak zaraza 
dżumy. Na kogo trafiły te słowa, bielały mu usta, zwieszała się głowa. Płochliwe 
echa idące z sypialni, snuły się cicho po kątach, przerywane często krótkim 
spazmem płaczu. Jur leżał krzyżem przed drzwiami sypialni. Żadna siła nie 
zdołała go odciągnąć. W pokoju chorego było już jak w grobie. Cisza, ciężka 
atmosfera wieczoru, mętne rozpływające się światło lampki nocnej i chmura 
trwożnego oczekiwania: Przeżyje czy skona? W kącie pokoju skupiona gromadka 
czarnych sylwetek doktorów, na poduszkach łoża, jak rozpalony węgiel, głowa 
ordynata, a w nogach, na pół żywa... Lucia. Dziś przyjechała i od razu przestała 
żyć życiem rzeczywistym. Słowa "nie ma ratunku" powitały ją od progu. Runęła do 
nóg Waldemara, czując się już bezsilną. Jechała tu, nie śpiąc i nie przestając 
szarpać swej duszy. A teraz pragnęła umrzeć, aby nie czekać tego piorunu, który 
lada chwila mógł tu spaść. Lucia tego nie pojmnowała, gdzie jest i co się z nią 
dzieje. Duchowa jej istota zmieniła się w jeden wrzód ropiejący strasznie. Nikt 
nie słyszał jej jęku, nie widział łez. Pochłaniała to kołdra na nogach 
Waldemara. Doktorzy przyzwyczaili się przez kilka godzin do wiotkiej, czarnej 
postaci dziewczyny, zwisłej na łóżku. W świetle przyćmionym widniał jej jasny 
warkocz, spływał na suknię, jak niedbale rzucona wstęga. Godziny szły, jak 
stulecia walk i mordów. Wlokły się chwile ciężarne niezgłębioną bojaźnią, 
chwile, w których płynący czas sprawiał szmer nieznośmy. Powietrze tu gniotło, 
parność okropna dławiła dusze, napełnione lękiem do ostatnich granic. Oddech 
śmierci był w pokoju, ale w tej zgęszczonej masie skarg, żalów i rozpaczy, 
przerażenia, uwiązł bezradny, jakby nie śmiał sięgnąć dalej. Ostatnie tchnienie 
ociągało się, wahało, zatarasowane przemocą bólu. Już dochodzi do łoża, pyłek 
niepewności ginie, grom ma się spełnić, lecz... zabójczy dech rozłazi się 
szeroko, znowu bez ostrza, znowu przyczajony, grozi tylko. A wieki idą, idą — 
zda się — w nieskończoność, ciągnąc za sobą ponure historie nędz duchowych. 
Ósmego dnia choroby nastąpiło przesilenie. Świt październikowy, spowity w siwe 
kożuchy mgieł, wilgotny, ciężki, przylepiał się do okien pałacu i rozmazywał na 
nich swe ołowiane akwarele, ociekające wodą po szybach. I stopniowo dodawał farb 
białych, rozjaśniał je, wykańczał. Dzień otworzył zroszone powieki. Blade 
źrenice, bez błysków, ale otuchę niosące, wyjrzały swobodnie. W sypialni zgasła 
lampka. To oddech złowrogi nie dotarłszy do łoża, zdmuchnął ją, znikł, zabity 
porankiem. Ale o tym nikt jeszcze nie wiedział. Groza wisiała. Ordynat otworzył 
szeroko oczy. — Co to?... — spytał nieprzytomnie. Zerwali się wszyscy, pełni 
strachu, ale bez szelestu. — Co to?... kto jest? — powtórzył chory. Lucia 
pochyliła się jak senna. — Ja jestem... Waldy... — A!... Stefcia! Widzisz... 
Wróciłaś... Głucha cisza. — Wróciłaś? Już nie odejdziesz: prawda? Mów! — Nie... 
— Zostań! Zostań! Tak dobrze!... Ale ty pójdziesz... boję się! — Zostanę... 
Waldy... Zostanę. Waldemar trzęsące się ręce Luci położył sobie na oczach i 
oddychał ciężko i rzęził. Ona z okropnym trzepotaniem serca, spojrzała na 
doktorów wzrokiem konającej. Błagała ich o coś. Zrozumieli. Badanie trwało 
krótko. Ordynat nie widział ich, trzymał ręce Luci i przemawiał jak do 
narzeczonej. Błędnie składał słowa, chwilami cichł i znowu zaklinał ją, by nie 
odchodziła. Doktorzy podnieśli się z dobrą smugą w oczach. Twarze ich były 
jasne, szczęśliwe. — Przesilenie minęło. Ocalony! Lucia nie zrozumiała, czy to 
wyrok, czy łaska. Umysł jej stępiał. Mrugała powiekami. Jeden z lekarzy wziął 
jej rękę. — Baronówno, przytomności trochę. Zło przeszło. Spokoju. — Stefciu... 
zo...staniesz — spytał chory zasypiając. Rzuciła się na kolana przed łóżkiem, 
całując jego ręce: — zostanę... na zawsze! — jęknęła. XIV Przyjście do 
przytomności nastąpiło prędko. Przez parę dni po przesileniu ordynat jeszcze 
chwilami majaczył, rozmawiał ze zmarłą Stefcią w osobie Luci, tulił ją do 
siebie. Ale chwilami marszczył się, patrząc na nią, nawet raz odepchnął ją 
brutalnie. A gdy ona, nie rozumiejąc, przemówiła do niego łagodnie, prawie 
pokornie, i zapytała, czemu ją odpycha, odpowiedział szorstko: — Jesteś podobną 
do Luci! Nie chcę cię taką; bądź sobą! Dziewczynie łzy gorzkie bezwiednie spadły 
z oczu. Zanim je otarła, on je zobaczył. Wzruszył się. Wyciągnął do niej ręce. — 
Ale ja cię kocham... Stefciu moja... Tylko... czemuś ty taka do Luci podobna?... 
Resztki maligny walczyły w nim z przytomnością, wywołując wizje męczące, 
opóźniając rekonwalescencję. Lucia prawie go nie odstępowała, ale jednocześnie 
pragnęła zupełnej przytomności Waldemara, a zarazem jej się obawiała. Chory zżył 
się z gorączkową pewnością, że jest z narzeczoną; rzeczywistość mogła mu 
zaszkodzić. Lucia siedziała tuż przy nim tylko w czasie jego snu; gdy się 
budził, trzymała się z daleka. Kiedy ją wołał imieniem Stefci, zakrywała twarz 
rękoma i klękając przy łóżku, odpowiadała mu szeptem, bojąc się własnego głosu. 
Gdy w pewnej chwili Waldemar pieścił jej włosy i spytał, czemu się nie czesze 
jak dawniej, Lucia natychmiast ułożyła włosy tak, jak nosiła Stefcia. Ale to 
wszystko mogło tylko pogorszyć przebudzenie. Nastąpiło ono wkrótce. Waldemar 
spał — snem ciężkim, odradzającym organizm, Lucia trzymała jego dłoń. Zmęczona 
była czuwaniem, wyczerpana doszczętnie. Ale nie pozwoliła sobie nawet na 
zdrzemnięcie. Przygasły swój wzrok z mizernej, wychudłej twarzy Waldemara 
skierowała na okno, zalane szarym dniem, i zamyśliła się smutnie. 
Niebezpieczeństwo minęło. Radość niesłychana wypełniła jej serce, ale jednak 
kłuło w nim boleśnie, kłuło. Teraz jest z nim, pieszczona przez niego 
nieświadomie; ale potem... musi odejść, może odtrącona? Znowu męka, znowu żal! 
To nic — byle on był zdrów. Byle on... Ręka chorego zadrżała w jej dłoni. Lucia 
uczuła na sobie jego oczy. Z przestrachem odwróciła głowę i spojrzała w jego 
źrenice szeroko rozwarte, błyszczące, przytomne i... zdumione. — Lucia! — 
krzyknął z niewiarą w głosie. Zerwała się, chcąc uciekać, jak na zbrodni 
złapana. Lecz opamiętała się. Stanęła. — Luciu!? Co tu robisz? — Jestem przy 
tobie, Waldy — szepnęła z niemym przerażeniem. — Gdzie? — W Biało_Czerkasach. 
Byłeś chory. — Byłem chory!... Aha! A powiedz mi... kto tu jest więcej... — Są 
doktorzy... Jest Jurek Brochwicz... — A jeszcze?... — Jest łowczy i rządca z 
Głębowicz. Waldemar rozejrzał się niecierpliwie po pokoju. Gniew osiadł mu 
pomiędzy brwiami. — Ale... ale... kto tu jest... kto tu był... więcej?... 
Mów!... — Nikt, Waldy. Lucia zrozumiała, kogo on szuka, i spazm zaciął jej usta. 
On rzucił się nerwowo. — Jak to nikt?... Mów! Była ona... Zachłysnął się. — Kto 
jeszcze jest z kobiet?... Ty jedna?... — Ja jedna, Waldy. Wpił w nią oczy 
tragiczne, niewierzące. Rozpacz w nich mignęła, nawet raptowny błysk 
wściekłości. Rękę Luci zgniótł, jakby nienawistnie i cisnął przez zęby. — Ty 
jedna?... Lucia? W okrzyku tym był zawód, była apatia i śmiertelna rezygnacja. A 
dla Luci upokorzeniem, raniący policzek. Łzy zalały jej twarz, padły na ręce i 
kołdrę Waldemara. Chciała odejść, ale przemogła obrazę duszy, stała cierpliwie 
ze spuszczonymi powiekami, jak martwa. On puścił ją. Patrzył na łzy, znowu na 
nią, jeszcze raz nieufnie spojrzał dokoła, po czym zamknął oczy i pochylił głowę 
w bok. — Będę spał, zostawcie mnie. Ten szmer jego ust Lucia więcej odczuła, niż 
słyszała. Odeszła cicho, jak cień, blada, znękana, a przed nią padały duże 
krople łez zaprawionych trucizną. Gdy znikła, Waldemar otworzył oczy. — To 
była... Lucia... ale... dlaczego ona tu przyjechała? — pomyślał. — Dlaczego? XV 
Jeszcze nie było dobrze; jeszcze się obawiano. Trochę lekceważenia choroby — i 
mogły wybuchnąć suchoty. Ordynata świat lekarski jednogłośnie wysłał na 
południe. Lecz on nie chciał, opierał się, i zaledwie błagające listy pana 
Macieja i księżnej Podhoreckiej, nieśmiała prośba Luci, wreszcie tłumaczenia 
Brochwicza wywołały skutek: Waldemar się zgodził. Chciał najpierw jechać do 
Głębowicz, i na to nie pozwolono. Lucia przebywała w Biało_Czerkasach aż do jego 
wyjazdu za granicę. Nie narzucała mu się — tak dalece, że sam kilka razy pytał, 
czy już wyjechała. Doktorzy mówili mu o troskliwości, z jaką pielęgnowała go w 
chorobie, o niemal poświęceniu. Był wzruszony jej dobrocią, chciał dziękować, 
ale prawie jej nie widywał, a jeśli zobaczył, to na krótko, i nie pozwalała mu o 
tym mówić. Przy nim była wesoła, radosna, nie zdradzając niczym stanu swej 
duszy. Tak, że Waldemar, który czuł się nieco winnym względem niej, 
przypominając sobie przez sen, że ją odtrącił, uspokoił się zupełnie. Badał ją 
wzrokiem, nie wierząc instynktownie w jej spokój, ale Lucia grała swą rolę 
znakomicie. Brochwicz ofiarował się odwieść ordynata na południe. Chciał jechać 
lekarz głębowicki, ale Waldemar nie zgodził się na to. Zabierał tylko Jura, 
któremu Lucia od siebie nakładła w głowę, jak ma chodzić koło ordynata. Godzina 
rozstania nadeszła. Ordynat był zły; Riwiera nie nęciła go. Ale listopad w całej 
pełni, naładowany ostrością powietrza i krew pokazująca się jeszcze z płuc 
zmuszały myśleć o ocaleniu życia. Przeciwnikiem tych poważnych atutów była 
bezdenna apatia ordynata. Ona przestraszała wszystkich obecnych. Lucia od 
wczesnego ranka walczyła ze sobą, wzniecając chart i dumę własną, aby pożegnać 
Waldemara z godnością. Chciała być tylko siostrą, bez uczuć głębszych, natury 
odmiennej. I tak przygotowana stanęła do próby. Przed samym wyjazdem znaleźli 
się tylko we troje: Waldemar, Brochwicz i ona. Kareta czekała, czas naglił. 
Ordynat podszedł do niej. — Do widzenia, Luciu — rzekł serdecznie. Podała mu 
obie ręce. — Do widzenia, Waldy! Niech cię Bóg prowadzi... Wracaj zdrowym... 
Załkało jej w piersi. Urwała. On ucałował jej ręce, dość długo i pieściwie. 
Patrzył na nią, prosto w oczy, jak spowiednik na penitentkę. Wytrzymała ten 
wzrok zwycięsko. — Tak mnie chłodno żegnasz?... Luciu!? — przemówił cichym, 
miękkim głosem. Od razu, bez woli, bez walki, zarzuciła mu ramiona na szyję i na 
jedną sekundę przylgnęła do jego piersi. Usłyszał skowyt w jej krtani. — 
Waldy... drogi... Uścisnął ją krótko, bo się wyrywała. Żegnała go już tylko 
oczyma, rozjaśnionymi ze szczęścia. On już z karety uśmiechnął się do niej 
dobrym uśmiechem. Odjechał. A Lucia dopiero wówczas serce swe i duszę oblała 
gorącymi łzami i wysłała je za Waldemarem. Wieczorem i ona wyjechała z 
Biało_Czerkas. Zimę Waldemar przebył w Tyrolu, zmieniając miejsca pobytu. Na 
wiosnę przyjechał do Nicei. Zdrowie mu powróciło, lecz było już szarpnięte; 
musiał pozostać na południu do końca maja. Czuł się znudzony. Dręczył go ten 
świat, pełen blasku, życia, pełen coraz nowych ludzi i wypadków. Tęsknił już za 
mglistym dniem w Głębowiczach, byle odpocząć po cudnej roztoczy nicejskiego 
słońca, niezmiennego, które go nużyło. Nie pociągało go nawet morze. Puszczał 
się na fale sam jeden w barce rybackiej, ale wybierał dni, kiedy morze jest 
wzburzone. Musiał walczyć z bałwanami, i to go jedynie poruszało. Znajomych miał 
tu wielu, lecz nie bywał w towarzystwach i unikał ich. Tylko hrabia Dominik 
Herbski był zawsze mile przezeń widzianym towarzyszem. Dawny znajomy, choć dużo 
starszy od ordynata, zgadzał się z nim w wielu pojęciach nowoczesnych. 
Spacerowali obaj na Promenade des Anglais. Dzień był jasny, prawdziwie nicejski. 
Morze, lekko sfalowane, wyglądało jak lśniący, niebieski aksamit, pomięty i 
poprzeżynany sznurami pereł: to piana, wąsko i długo rozciągnięta, tworzyła 
jakby festony perłowe, jakby fryzowane falbanki z gazy. Ordynat, trochę kwaśny, 
mówił mało, słuchał grubego głosu hrabiego Dominika, który toczył się przy nim 
wielką swą postacią, o twarzy ciężkiej, lecz inteligentnej. Przeszedł obok nich 
młody człowiek, wysoki, szczupły. Eleganckie, białe spacerowe ubranie leżało na 
nim jak na lalce. Miękki kapelusz, włożony z fantazją, osłaniał drobną nerwową 
twarz dwudziestoparoletniego blondyna. Głowę miał pochyloną nad notesem, w 
którym coś notował, mrucząc dość głośno do siebie. Laseczkę, jak cacko, trzymał 
pod pachą i szedł sążnistymi krokami, nie uważając na nich i na nikogo. — Ten 
używa południa! — rzekł Herbski, gdy młodzieniec ich wyminął. — Zna go hrabia? — 
Z widzenia. Wiecznie biega, tak jak teraz; coś zapisuje i gada do siebie. Gra 
przy tym, niech Bóg broni! Dlatego też mówię: używa południa. — Gra? — Ciągle 
siedzi w kasynie. Taki smarkacz. — To Polak? — Zdaje się, ale nazwiska nie znam. 
Cały dzień przebywa w Monte Carlo, tu tylko nocuje. — Hm! Ciekawe! — szepnął 
Waldemar, śledząc wzrokiem smukłą sylwetkę nieznajomego. — Dlaczego ordynat tak 
się nim interesuje? To dość zwykły okaz na tym wybrzeżu. — Ja go znam. — 
Taak?... — Nie wiem gdzie i kiedy, ale widziałem go dość blisko. Muszę go 
odszukać. W kilka godzin potem ordynat był już w Monte Carlo. Siedział na ławce 
w parku na wprost kasyna i uważnie przyglądał się spacerującym. Nieznajomy 
młodzieniec intrygował go już od kilku dni. Tylko, że w Nicei ginął mu ciągle z 
oczu. Michorowski zamyślił się. Patrzył na niezliczoną mozaikę ludzkich twarzy, 
przesuwających się obok niego, na gorączkowe ruchy tych ludzi, na wyraz odbity 
na każdym odrębnie, jak własna pieczęć. Nie dziwił się, co ich denerwuje. 
Wiedział, że żądza złota. Posiada ją każdy w mniejszym lub większym stopniu. U 
jednych ona ginie pod wpływem dostatku i gdy nie jest pobudzoną; u innych jest 
zduszona silną wolą: jeszcze u innych plonuje ciągle i prowadzi do zbrodni. Ten, 
kto zupełnie w zanadrzu jej nie posiada, nie ceni zarazem i życia. Abnegacja dla 
złota idzie w parze z apatią życiową lub z tak krańcowym idealizmem, że z życiem 
realnym również nie ma nic wspólnego. Zresztą, pomiędzy poszanowaniem grosza a 
żądzą złota jest cała przepaść. Najwięksi realiści, dbający o pieniądz, nie 
odczuwają tej zwierzęcej chciwości jego, chyba podrażni ich widok gór na stołach 
kasyna. Lecz silnych natur dreszcz ten nie zgubi; może chwilowo nimi wstrząsnąć. 
A często najgłębsi idealiści, którzy w pospolitych warunkach z pogardą odsuwają 
od siebie pieniądze i w istocie nie przywiązują do nich żadnej wagi, wpadają w 
matnię domu gry. Bo ta jaskinia zdolna jest wydobyć żądzę złota z najtajniejszej 
skrytki ludzkiej istoty, tym bardziej, jeżeli trafi na naturę gorącą. Umie 
dokazać tej sztuki, jak sprowadzenie zamglonych ideą oczu poety z obłoków na 
sukno rulety. Ta puszcza o złotym podniebieniu pożera tysiące bezwartościowych, 
ale i cennych jaźni, ciągnie je na swój lep i przetrawia. Wyrzuca z siebie trupy 
moralne i fizyczne, i chłonie, chłonie bez odpoczynku. Nienasycona, groźna! 
Nagle Michorowski doznał jakby rzutu wewnętrznego, aby wyrwać stąd nieznajomego 
młodzieńca. On już brnie w tę okrutną paszczękę. Wyszarpnąć go z jej zębów, póki 
czas... Nagły rzut wewnętrzny stał się silnym pragnieniem. Michorowski nie 
rozumiał tego uczucia skierowanego na obcego człowieka, lecz i nie analizował 
go. Chciał ratować ginącego, bo chciał. Dlaczego?... — nie zdawał sobie sprawy. 
Sam niegdyś grał w tym potwornym gmachu, ale on miał za wiele milionów, więc mu 
złoto nie imponowało. Jednak wciągał się, nie dla chciwości samego złota, lecz 
wskutek chęci wygrania. Nerwy tu działały. Przerwał, bo poczuł w ustach gorzki 
smak wstrętu. Prawie każdy odczuje ten smak, ale często za późno. Nieznajomy 
jest właśnie w fazie najniebezpieczniejszej: goreje. Michorowski, widząc go, nie 
pojmował, co go tak podnieca. Młodzieniec czynił na nim wrażenie podejrzane, 
trochę narwańca. Nie wiedział jeszcze wówczas, że on gra. Ordynat drgnął na swej 
ławce. Usłyszał w bocznej alei młody głos i był pewny, że należy do 
nieznajomego. Ale to głos znajomy! Co to jest?... Spoza klombów wyszedł 
młodzieniec w białym flanelowym kostiumie, prowadząc rozmowę z jakimś ospałym 
brunetem. — Upewniam pana — mówił po poslku — że to ostatnia stawka. Jeśli 
przegram, diabeł się pocieszy. — Bo przestałbyś pan z tą ruletą! — rzekł brunet 
tonem upominającym. Młody człowiek roześmiał się. — Kapitalny! To tak, jakbyś 
pan tonącemu powiedział: "Przestań do licha z tą wodą!" Cha! cha!... Brunet 
znowu coś mówił, czego już ordynat nie słyszał, bo znikł w drzwiach kasyna. 
Zerwał się i poszedł za nimi. Co to za głos? Co to za głos? myślał, trąc czoło. 
XVII W sali gry usiadł na bocznej kanapie i poszukał wzrokiem wśród tłumu 
otaczającego stoły. Łatwo odnalazł młodzieńca, który już wmieszał się w liczbę 
grających i cały był pochłonięty swoją stawką. Brunet stał za nim. Gra trwała 
długo. Charakterystyczne, suche głosy krupierów odzywały się złowieszczo jak 
puszczyki. Brzęk złota, śpieszne oddechy graczy, często okrzyk bolesny, jakieś 
westchnienie — odrzynały się plastyczniej od ogólnego lekkiego szumu dużej masy 
ludzi. Ordynat, widząc tylko plecy młodzieńca, badał twarze innych. Zapłonione 
policzki kobiet, ich oczy piekące chciwością, włos rozwiany, często zbakierowany 
kapelusz były wyborną ilustracją stanu wewnętrznego tych istot. Gra brała ich w 
siebie z niepokonaną mocą. Poza tą ruletą świat cały zdawał się dla nich nie 
istnieć. Ale Michorowski, zaciekawiony jak wygląda twarz nieznajomego 
młodzieńca, poszedł na drugą stronę sali, skąd mógł ją dobrze obserwować, i tam 
zajął miejsce. Spojrzał, i zamiast badać wyraz, wpatrzył się w rysy młodego 
chłopca. — Kto to jest?! — szepnął do siebie. Jakieś odległe wspomnienie wionęło 
nagle i krótko. Ta twarz... te oczy... TAk! tak! Coś bardzo znajomego. Chłopak 
trzymał wzrok utkwiony na stole, ale błądził po nim. Na gromady złota patrzył 
chwilowo z wyrazem, jakby mówił "kpię z ciebie, ale będziesz moje". Na krupierów 
spoglądał z ironią, na publikę nie zwracał żadnej uwagi. Miał minę, jakby gra 
szła tylko dla niego. Ciemnopiwne oczy błyszczały mu nie żądzą, lecz 
ciekawością. Usta pełne, świeże, pod ledwo sypiącym się wąsikiem krzywił nerwowo 
na różne sposoby: składał wargi jak do gwizdania, podciągał je pod nos, 
rozsuwał, ukazując białe zęby. Czasem uśmiech łobuzerski mignął na szczupłej, 
smagłej twarzy, czasem szybki jak błysk przestrach. Wówczas nagłym ruchem 
dotykał dłonią głowy, porosłej lśniącym ciemnoblond włosem, zaczesanym w górę. 
Brwi miał ostro zarysowane i dość skupione. Ordynat na tych brwiach i ustach 
zatrzymał najdłużej badawcze źrenice. Ale w ruchach i w głosie, i w całej 
postaci było coś, co Michorowskiego wprost zdumiewało. Nareszcie młodzieniec grę 
skończył. Przegrał. Ordynat nie spuszczał z niego oczu. Doznał dziwnej 
satysfakcji, zobaczywszy, że chłopak, po momentalnym, niewidocznym prawie cieniu 
na twarzy, ukłonił się z wielkim wdziękiem krupierowi, i cofając się, palnął na 
cały głos do bruneta po poslku: — Myślał, jucha, że zblednę! zaczął się śmiać, 
trochę nienaturalnie, lecz odważnie, i mówił dalej, wysuwając się z koła 
grających. — Niby nic dziwnego, że przegrałem: jestem prawie szczęśliwy w 
miłości. Ale swoją drogą, fortuna dała mi mata. A tom się spłukał! — pisnął 
odmiennym, przeciągłym głosem. Podeszli obaj blisko w stronę ordynata. Chłopak 
rzucił się na sofę. Brunet usiadł przy nim z miną wielce nieszczęśliwą. Chwilę 
milczeli. Ordynat udawał, że patrzy na grających. Coraz więcej zajmował go, 
niepokoił i bawił ten młodzieniec. On tymczasem kręcił się na sofie nerwowo, 
zdradzając chęć do gwizdania. Raz nawet jakiś niesforny ton wyleciał z jego ust, 
lecz młodzieniec zmitygował się w porę. Po czym zaczął mówić swobodnie: — Niech 
pan jeszcze nie ma pogrzebowej miny, jeszcze żyję. Widzi pan: to się nazywa los 
brać za rogi, jak byka, gdy bodzie. No i cóż?! Nie mam na zapłacenie hotelu, nie 
mam na podróż... ba! nawet nie mam na obiad, bo już same długi. Ale rewolwer mam 
w kieszeni; gdybym chciał — trrach! i po wszystkim. — Co też pan mówi! Ale, 
jakże można?... Co znowu!... — oburzył się przerażony brunet. — Cha, cha! 
Paradny pan jest! Ja bym się miał dla głupiej ruletki, która mnie okradła, 
strzelać?! Ani myślę! Niech się nie cieszy nadzieją! Zaśmiał się i znowu mówił, 
ku stałemu przerażeniu bruneta, który miał taką minę, jakby nie wiedział, czego 
się martwić: czy że młodzieniec nie chce się strzelać, czy że może się 
zastrzelić. — Myśli pan, że ja palnąłbym sobie w łeb w parku? — mówił chłopak. — 
Ani trochę! Tu, w tej sali, przy samej rulecie... Co?! To byłby efekt szalony! Z 
parku zmietliby mnie stróże jak śmieć, nikt by nawet nie widział! Ale tu! O!! 
WSzystkie lady i misy by pomdlały. Moja krew padłaby na ruletę, splamiła złoto. 
Ehe! Może bym się przyczynił do oczyszczenia świata z tego plugastwa. Jak pan 
myśli: zamknęliby budę? Brunet wzruszył ramionami. — Pan głupstwa plecie, 
zamiast myśleć poważnie. Sytuacja nader przykra. Młodzieniec zdawał się nie 
słyszeć. Szedł za biegiem własnych myśli. — Żałuję, że nie jestem taki głupi, 
żeby się strzelać. Zrobiłbym frajdę gazetom europejskim. Może i warto?... Brunet 
powstał. — Chodźmy do domu. Za dużo pan mówi. — A cóż będę robił? Tylko głos mi 
pozostał, no, i kilka garniturów na zmianę. Siedź pan, trzeba się namyśleć. — 
Nad czym! — Jak najłatwiej fajtnąć na tamten świat. — Et! — No więc co? — Niech 
pan zadepeszuje do domu. Przyślą. Twarz młodzieńca spoważniała w jednej chwili. 
Rzekł twardym tonem: — Za nic! Matki prosić nie będę. Wyrzekła się mnie — żem 
łajdak. Niech i tak będzie. Zamyślił się smutno i zwiesił głowę. Ordynat, 
odwrócony dotąd bokiem, spojrzał na niego i zadrżał. Błysk gwałtowny rozjaśnił 
twarz Waldemara. Młodzieniec siedział nachmurzony z wydętymi wargami i z silnie 
zmarszczoną brwią. Jego oczy pociemniały jeszcze; były jak ze stali. Rzekł 
głucho. — Przehulałem całą swoją schedę; nic mi się od matki nie należy, a 
żebrać nie będę. — Więc cóż pan zrobi? Chłopak wyprostował się. — Zostanę 
kelnerem. — Et! — A pan tylko to umie. Chodźmy! Brunet wstał ociężale. Ordynat 
podniósł się również. Twarz jego była prawie obojętna. Podsunął się do 
młodzieńca i dotknął jego ramienia. — Kto pan? Czego pan sobie życzy?! — 
zaperzył się chłopak, już zły. — Poczekaj. — Cóż to znaczy? Jak pan śmie w ten 
sposób kogoś zaczepiać? Ordynat się uśmiechnął. — Trafił swój na swego. Tyś 
również w sposób niezbyt elegancki tu się zachowywał. — Ty?... Co to znaczy?! — 
Słuchaj! Jesteś Bohdan Michorowski z linii czerczyńskiej i... z Czerczyna. 
Młodzieniec cofnął się w tył. Zdumienie odebrało mu mowę. Ordynat wziął go za 
rękę. Uśmiechnął się. — Nie myśl, że jestem ajentem śledczym i że cię aresztuję. 
Jestem tylko Waldemarem Michorowskim z Głębowicz. Musiałeś o mnie słyszeć, bo 
pamiętać nie możesz. — Ordynat?! — Ten sam. Chłopak rzucił mu się na szyję i 
ucałował. Po czym spojrzał na osłupiałego towarzysza, wołając: — No, już możesz 
pan wyjąć kulę z mego rewolweru. Daję dymisję pani śmierci. XVIII Ordynat 
zabierał kuzyna do Głębowicz. Podobało mu się, że Bohdan był z nim szczery, i 
kiedy Waldemar spytał go o liczbę długów, odrzekł bez zwykłych w takich razach 
przesadnych skrupułów. — A! Wuj chce je popłacić? Tr~es bien! To po ordynacku! 
Tylko uprzedzam, że jest ich kupa, i... że nie wiem, czy potrafię je kiedyś 
wujowi zwrócić. Chyba, że jak otrzymam jakie dobra — na księżycu. Zaczęły się 
spłaty długów Bohdana. Ordynat nie robił kuzynowi wymówek; wiedział, że to na 
razie nic nie pomoże. Raz tylko rzekł, przeglądając weksel na jakąś bardzo dużą 
sumę: — Trochę za wcześnie i... za słono zaczynasz. Bohdan się zaczerwienił. — 
Toteż skończyłem, wuju — rzekł smutnie. — A Czerczyn? — Już nie mój! Zresztą 
Wiktor jest właścicielem: nie ja. Co było moje — fiu! poszło w świat. — Mama by 
ci nie dała zginąć. — EE! Te wszystkie akcje skierowane są na Wiktora. Ja zawsze 
byłem enfant terrible. Ochrzczony tak niegdyś, zastosowałem się do nazwy. — 
Wszystko to... możliwe, tylko ruleta zbyteczna — rzekł Waldemar. — Kto cię do 
tego wciągnął? — Własny przemysł! Chciałem dużo wygrać i lazłem. A to... 
ciągnie. Sto razy przysięgałem sobie i Stalskiemu, temu brunetowi, co to wuj 
wie, że nie będę grał. Ale gdzie tam! Człowiek, jak bydlę... Zaśmiał się 
swobodnie i przeciągle. — Nareszcie Stalski odetchnął. Wyjechał do Warszawy, 
szczęśliwy, żem uratowany. Ciągle mnie pilnował, abym kulki do mózgu nie 
zaprosił. Na parę dni przed wyjazdem z Nicei Bohdan spochmurniał. Był milczący, 
opryskliwy. Ordynat odkrywał w nim coraz to nowe cechy Michorowskich, lecz nie 
poskromione żadnym wędzidłem. Nie mógł pojąć, co mu jest, pytać zaś nie chciał. 
Nareszcie chłopak przemówił. Miał minę niezwykle wahającą się. — Wuju! mam do 
ciebie... jedną... prośbę. Wyjeżdżam z Nizzy; ale cóż będzie z Anną? — AA!! Więc 
jest i Anna?! — Cóż to, wuju, wątpiłeś? Jestem przecież Michorowski! My tu mamy 
opinię ustaloną; niepodobna jej zaniedbać. — Ty ją ustaliłeś?... — Ja 
utrwaliłem! Dzieło zapoczątkowane przez potentatów głębowickich. Złożył przed 
ordynatem zabawnie poważny ukłon. — Których jedynym reprezentantem jesteś ty, 
wujciu. Ordynat roześmiał się szczerze. — No mniejsza! Jakże tam z tą Anną? Kto 
ona?... — Wenus! Wenus Milońska! Boska dziewczyna! Ramiona — mówię wujowi — no, 
pycha! Zbudowana... — Ale ja się pytam: kto ona? Że ładna, nie wątpię. — A cóż 
mię obchodzi, kto ona? Moja! Ma śliczny buduarsio, cacy salonik, ubiera się 
szampańsko. Słowem — pigeon. — Kokota? — O! Zaraz kokota! Przyjechała z Wiednia. 
— Na sezon. Bohdan skrzywił się. — EE, wuju! Ja ją kocham. — Aż tak! Czy Niemka? 
— Węgierka. To cukierek! Wuj sam chciałby mi ją odbić, gdyby poznał. Ale ja nie 
pokażę. Waldemar ściągnął brwi. — Jakież masz obowiązki?... — spytał sucho. — 
Muszę się pożegnać i... coś tam... Wuj rozumie... Jakąś pamiątkę. — Mów ściśle, 
co i ile. Bohdan rzucił się nerwowo. — Ach! Nie pieniądze! To nie! To trzeba 
delikatnie. Ja ją kocham i żałuję. Może jakiś... klejnot... Poradź mi, wuju; tyś 
przecie praktyk. — Najlepiej radź sobie sam. Żadnych zobowiązań nie robiłeś. Czy 
tak? — No, kochamy się, zresztą ona nic ode mnie nigdy nie brała. — Lecz w końcu 
zanieś jej to — rzekł ordynat, wyjmując z kieszeni gruby pakiet. Wręczył go 
Bohdanowi z uśmiechem. — Tą pianą przykryj swoją Wenus, zobaczysz, będzie ci 
wdzięczną. Bohdan ze zmarszczoną brwią liczył banknoty. — To za dużo, wuju. — 
Masz jej kupić klejnoty! Wybierz, kup i wówczas oddasz mi, co zostanie. — 
Bagatela! Ale ja wuja obdzieram jak bandyta. Ordynat nieznacznie uśmiechnął się. 
— Zaciągniesz tylko nowy dług. Ufam ci, że nie przehulasz. Bohdan stropił się. 
Zawijał przeliczone pieniądze gorączkowym ruchem; twarz miał poruszoną; usta 
drżące. Spod brwi spojrzał na Waldemara i rzekł: — To najgorzej! Nie cierpię, 
gdy mi kto ufa. Mama i Czerczyn także mi ufali i... niezbyt się udało. Ja tu za 
tę sumę gotów jestem kupić cały sklep jubilerski. A co potem?... Nagle wziął 
ręce ordynata i mówił żałośnie. — Dziękuję ci, wuju, jesteś dobry! Ale wiesz?... 
Jak pomyślę, że te pieniądze mają być epilogiem moich stosunków z Anną... 
ogarnia mnie żal i wstręt. A jednak trzeba. Jestem Michorowski, więc tak... na 
sucho, jak pierwszy lepszy hołysz, żegnać się nie wypada. — Dobrze, że w 
stosunku do... takiej Anny rozumiesz to — rzekł ordynat. Bohdan wybiegł z 
pokoju. Przez cały dzień ordynat nie mógł się go doczekać. Był niespokojny. Pod 
wieczór Waldemar poszedł nad morze. Długo chodził na wybrzeżu, pogrążony w 
myślach. Nazajutrz miał opuścić Riwierę. Z radością widział się już z powrotem w 
Głębowiczach, tylko wspomnienie Luci przejmowało go jakimś niepewnym dreszczem. 
Może to się w niej zmieniło? Może już nie trwa? Łudził się słabą nadzieją. Lecz 
listy Luci były przeczeniem. I Waldemar bał się. Gdy zamyślony mijał jedną z 
ławek, nagle stanął. Ujrzał siedzącego na niej Bohdana. Chłopak skulony opierał 
głowę na obu pięściach złożonych na lasce. Wyglądał jak kościany dziadek, w swym 
białym ubraniu i wtłoczonym na oczy kapeluszu. Szczupłość jego ciała w 
zgarbieniu całej postaci uwydatniała się plastycznie. Miał wygląd bardzo 
nieszczęśliwy. Waldemar trącił go z lekka. — Bohdan; co tobie?... Chłopak 
podniósł głowę ociężale. Na długich rzęsach miał duże łzy, które nagle spłynęły 
mu na policzki. — Bohdan! Ordynat usiadł przy nim i serdecznie objął jego ramię. 
— Co ci jest?... Cóż Anna?... — Pożegnałem się, wuju. Ale i ona mnie kocha. Tak 
mi żal! Prędko otarł chusteczką oczy i rzekł z gniewem: — Zły byłem na wuja za 
tę kolię! Kupiłem piękną. Same brylanty, pyszna woda. Ale cóż, nie chciała! 
Rozpłakała się. Spazmy, że ją byle jak traktuję, że ona tylko z miłości... 
Biedaczka moja! Biedaczka!... — No... ale w końcu — przyjęła kolię? — spytał 
ordynat. — Przyjęła. — To... bądź spokojny. W głosie ordynata zadrgał żart. 
Bohdan wstał. — Wuj taki cynik, że... nie mogę! — Poczekaj. Dokąd idziesz? — 
Ochłonąć. Żal mnie dusi. Palnąłbym sobie w łeb. Szerokimi krokami poszedł, 
świecąc w blasku księżyca jak cienki biały kwiat. Ordynat patrzył za nim. 
Żartobliwe iskierki w oczach zmieniły mu się w mgłę pobłażania. — Zaczyna żyć — 
pomyślał. XIX W 
Wiedniu ordynat niespodziewanie spotkał na dworcu kolejowym baronową Elzonowską. 
W ciągu całej zimy starannie unikał spotkania, wiedząc że baronowa przebywa 
razem z hrabią Barskim i z rozwiedzioną księżną Zaniecką. Spotkanie rozdrażniło 
go, lecz na szczęście baronowa była sama. Zaczęła się od razu skarżyć na Lucię. 
— C'est une fille folle — mówiła z najgłębszym przekonaniem. — Siedzi w tych 
Słodkowcach jak zakonnica. Chyba papa tego nie wymaga? Dwie znakomite partie 
odrzuciła. To szaleństwo! Waldemar zmienił rozmowę, lecz baronowa prędko 
powróciła znowu do Luci. — Wyobraź sobie: ona nie pisuje do mnie!... Obrażona za 
to, że przyjaźnię się z Barskimi. Voil~a! Smarkata! Dla jej kaprysu nie wyrzeknę 
się przyjaciół. Waldemar zgrzytnął zębami, ale odrzekł spokojnie, tylko z 
ironią. — Tak, to byłoby dziwniejsze, gdyby ciotka po wszystkim, co zaszło... 
unikała Barskich. — Co ty mówisz? Voyons! — O! Nic! Żegnam ciotkę! — Zaczekaj! 
Kogo ty wieziesz ze sobą? Un beau gar~con! Ale Waldemar nie zaczekał. Szedł 
prędko, zapomniawszy nawet przedstawić pani Idalii Bohdana, który trzymał się z 
daleka, świdrując zajadle oczyma w różowej buzi młodej Niemeczki, podróżującej z 
papą i mamą. W drzwiach do sali ordynat ujrzał wchodzących Barskiego i Zaniecką. 
Pot wystąpił mu na czoło. Gniew, obraza, wściekłe wspomnienie ugryzło go w 
serce. W oczach miał zimne żelazo. Żaden rys mu nie drgnął, tylko twarz zbladła. 
Hrabia i księżna spostrzegli go. On cofnął się i poczerwieniał; oczy wylazły mu 
na wierzch. Księżna Melania, również mocno pąsowa, utkwiła bezczelny wzrok w 
sztywnych oczach ordynata i szła naprzód śmiało, urągliwie. Ordynat przeszedł, 
udając, że ich nie widzi, jak koło słupów telegraficznych i znikł w wielkich 
drzwiach dworca. Księżna przymknęła oczy, bo źrenice Waldemara ukłuły ją 
boleśnie, niby długim ostrzem kamiennym. Wzburzony Waldemar siedział już w 
wagonie, gdy wszedł Bohdan. Był roześmiany. Rzekł z komicznym żalem. — 
Pożegnałem swoją Gretchen! Pojechała do Iszlu. Wie wuj! Ani rusz nie mogła 
wytrzymać mego wzroku. Ja mam siłę piorunującą! Przedstawiłem się jej jako 
książę Abrakadabra_Abra z linii świętych tureckich. Uwierzyła. Niewiniątko! A 
ona M~uller... a taka ładna! Ale, ale, wuju! Spojrzał na Waldemara i umilkł. 
Śmiech zgasł mu na twarzy. Ordynat zdawał się obojętnie czytać gazetę. Gdy 
pociąg ruszył, Bohdan podsunął się bliżej i spytał cicho: — Wuju, czy ta... 
piękna pani, którą wuj minął, to... ta sama co... anonimy... — Tak — przerwał 
prędko ordynat. — To był Barski z córką. Bohdan zamyślił się. Po długiej chwili 
szepnął: — Ma za swoje. XX Waldemar zajął się szczerze swym kuzynem. Poznał go 
już trochę, lecz młody człowiek wymykał mu się z rąk. Ordynat nie mógł często 
wywnioskować, co w nim jest dobrego, a co zaś złego. Był inteligentny i żywy, 
poza tym wszystko inne plątało się w tej naturze w chaotyczny sposób, bez ładu i 
składu. Na zapytanie ordynata, kim chce zostać, Bohdan odpowiedział ze 
zdziwieniem: — Tym, kim jestem: wielkim panem! — A czy ty rozumiesz 
przynajmniej, co to znaczy: wielki pan? — Wielki pan to jest obiekt a zarazem 
problemat. Może być i wielkim szubrawcem, i wielkim dobrodziejem. Ty, wuju, 
jesteś z dobrej kategorii, i o tobie dużo mówią, taki zaś... Barski... jest ze 
złej kategorii i także o nim dużo mówią. Ale i ty, i on, jesteście jednakowo 
wielcy panowie. — To znaczy, że sam tytuł ciebie nie olśniewa? Dobre i to! A, na 
którą stronę się przechylasz? Bohdan zaczął po swojemu wykrzywiać usta. — Ja 
tkwię w środku i stworzę nową kategorię — zacno łajdacką. Krańcowości nie lubię! 
nudzą mnie śmiertelnie. Ordynat radził młodzieńcowi wstąpić na uniwersytet. — 
Nie mam pieniędzy — burknął Bohdan. — Na to się znajdą, bądź spokojny. Wybierz 
sobie najodpowiedniejszy wydział, a ja ci wskażę uniwersytet. — E! Wuju! Nie 
mnie brać się za bakalarstwo! Dobrze, że skończyłem siedem klas szkolnych: 
miałbym się znowu do ławy przyszywać? Ani myślę! zresztą w naukę nie wierzę. 
Mając spryt, można się samemu więcej nauczyć, niż bez niego w stu 
uniwersytetach. Czy ja jestem taki głupi? Wiem bardzo dużo, czytałem moc, a że 
się tam w filozofii babrać nie potrafię, to jest bez znaczenia. Do wynalazków 
także nie mam pretensji. Jednego tylko żałuję... — Że masz takie pojęcie? — 
spytał ordynat. — Nie, ale że Czerczyn nie jest moją własnością — odrzekł Bohdan 
trochę smutno. — Puściłbyś go tak samo, jak i swoją spłatę. — Może i nie! Zawsze 
to już coś. Ale dajcie mi pieniędzy, to sam potrafię wyssać taką esencję z 
życia, o jakiej się filozofom nie śniło. Po szczegułowym zbadaniu spraw 
majątkowych Bohdana, ordynat wykazał mu całkowity deficyt. Młodzieniec liczył 
zaledwie 22 lata, zdążył zaś już stracić nie tylko to, co mu się należało z 
Czerczyna, ale i porządnie wpaść w długi. Matka jego odpisała ordynatowi, że 
znać nie chce wyrodnego syna, że więcej nie da ani grosza, bo Czerczyn z 
przyległościami to tylko już własność Wiktora Michorowskiego, starszego brata 
Bohdana. Rozpieszczony dawniej "Bodzio" zrozumiał, że jest na łasce i niełasce 
ordynata. Stracił fantazję, ale nie na długo. Zapowiedział ordynatowi, że przez 
lato będzie hulał w Głębowiczach, potem zaś gotów iść drzewo rąbać, jeśli nic 
efektowniejszego wuj nie wymyśli. Prędko jednak zmienił zdanie. Z wielkiego pana 
zostać parobkiem, to spad za ostry, a znowu dlatego umierać nie warto. Ożenić 
się bogato tylko dla posagu, największe głupstwo! — Pozostaje więc praca. Że zaś 
to jest nudna pani, więc jeszcze lepiej być rozbójnikiem włoskim. — Włochy znam 
wybornie, jestem mężny! Tak! zostanę najpewniej bandytą apenińskim i przezwę się 
Bohda_Michor. To będzie ładne. Tworzył projety coraz dziksze, ale poważnie 
zastanawiał się nad swoim losem, chociaż się z tym nie zdradzał. Dużyy wpływ 
wywarła na nim wizyta matki w Głębowiczach. Pani Kornelia Michorowska, daleka 
krewna Waldemara, osoba jeszcze dość młoda, pełna pretensji, przesady i 
subtelnej ironii, w gruncie rzeczy tęga histeryczka, od razu najgorzej 
usposobiła do siebie ordynata, gdy przyjechała do Głębowicz. Nie rozstając się z 
różnymi trzeźwiącymi solami i z lornetką, mówiła cedzącym głosem i przez nos. 
Często mdlała, spazmy były jej zwykłym objawem, ale nie szkodziły, tak jak 
aktorom nie szkodzi konanie na scenie. Do zwykłej dekoracji tej damy należał 
słodkokwaskowaty, jak wymoczona w herbacie cytryna, uśmieszek, na ustach 
wąskich, złożonych w bolesny łuk. Był to wyraz dystyngowany. On jednak najwięcej 
ordynata drażnił. Pani Kornelia dziwiła się na wstępie, że Waldemar wziął w 
opiekę takiego "rien du tout", jak Bodzio, bo to jest chłopak wykolejony. 
Usłyszawszy to "Bodzio" najpierw przeprowadził całą serię min na swych wargach, 
potem rzekł z humorem: — Że jestem wykolejony, to wina mamy. Któż to mi dawniej 
podsuwał do portmonetki ciągle po kilkaset rubli: czy nie mama? Papo, póki żył, 
nie dawał — mama przeciwnie. Czasem znajdowałem w portfelu spore sumy. Nie mam 
żyłki do składania, więc puszczałem w świat. No, i nasiąkła skorupka! Pani 
Kornelia zaczęła wąchać flakonik. — Widzi kuzyn, jaki to syn niewdzęczny — 
jęknęła żałośnie do Waldemara. — Wiktor będzie wdzięczniejszy, kiedy mamę z 
torbami puści. — Zuchwały jesteś! — rzekł ordynat. — Zobaczymy! Ja już jestem 
wyrzucony, w szalupie ratunkowej; ale Wiktor płynie całą parą. Pani Kornelia, 
prócz gorzkich wymówek, zdobyła się jednak i na lepszą broń względem syna. W 
potoku czczych żalów i urągań, które aż ordynat musiał łagodzić, ironiczna dama 
rzekła z emfazą, ale trafnie: — Więc teraz Bodzio zostanie pasożytem Głębowicz — 
prawda?... Będzie puszczał pieniążki ordynata i bąki zbijał. Voila! To jest par 
excellence odpowiednie stanowisko dla Michorowskiego z Czerczyna. Ordynat, 
dotknięty niemile, ściągnął brwi, lecz zanim przemówił, zerwał się Bohdan 
czerwony, wściekły, i rzucił przez zęby: — Nie Michorowski z Czerczyna, ale 
Michorowski hołysz, z bruku nicejskiego, na który cisnęły mnie... hojne paluszki 
mamy i chytra łapa Wiktora. Widzieliście, że ginę, ale gdy umyślnie zażądałem 
nie setek, lecz nawet tysięcy rubli, toście mi je przysyłali bez protestu. To 
spisek! Chcieliście, bym wybrał swoje i bodaj zdechł! Reszta was nie obchodziła. 
Byle "Vittoro" uwolnił się od lokatora na czerczyńskiej hipotece. I zdychałem! 
Długi mnie napierały. Pożyczałem 200 rubli, wydając weksel na 400 i więcej. 
Zacząłem grać... Lazłem w błoto! A ten, kto mnie wyratował, zbiera owoce, waszą 
ręką posiane. Może mnie wyrzucić za próg, ale jego nie zrujnuję, bo mam dla 
niego szacunek. Dla was — nie! Pasożytem nie będę. Zakręcił się na pięcie, 
wyszedł i trzasnął drzwiami. Pani Kornelia zemdlała, potem dostała spazmów oraz 
serdecznego płaczu i tego samego dnia odjechała z Głębowicz. Bodzio natychmiast 
ożywił się. Wieczorem miał długą rozmowę z ordynatem, na drugi dzień był 
przedstawiony administracji głębowickiej jako nowy praktykant. Cieszył się ze 
swej godności, lecz długo targował z ordynatem o pensję, dowodząc, że powinien 
dostać więcej pieniędzy, choćby dlatego, że... wyrzekł się bandytyzmu. XXI 
Uczucia, które Lucia żywiła dla ordynata, nie osłabły przez czas rozstania z 
nim; raczej się wzmogły. Dziewczyna przebywała w Słodkowcach długie, więzienne 
godziny utarczek wewnętrznych. Jej młoda dusza grzęzła w wonnym kwieciu marzeń, 
lecz nie upijała się ich czarem, widząc zawsze na dnie smutną prawdę. Jej 
tęsknota za szczęściem szła przez moczary, drżąc do podchwycenia błędnego ognika 
chwilowej utopii. I marła pod siłą rzeczywistości, co niby wstający dzień, 
zabijała ułudny ognik wątłej nadziei. Lucia troskliwie pielęgnowała dziadka, 
uczyła dzieci w szkole z zapałem, ale czczość bezmierną odczuwała w przykry 
sposób. Bywały dni, w których tylko ogromną siłą woli zmuszała się do 
codziennych swych zajęć. Do szkoły wówczas nie chodziła. Potrafiła przebyć kilka 
godzin wciśnięta w kąt szerokiej otomany, z głową spoczywającą na dłoni. Pan 
Maciej widział to, rozumiał i bolał skrycie, ale milczał. A w duszy biednej Luci 
myśli, uczucia łamały się w gniotące złomy; rozpylały w proch lub znowu, 
pobudzone jakimś wrażeniem, skupiały się i rosły w przepotężny zew, gorejący 
żywym ogniem umiłowania, spotęgowanego egzaltacją. Częste przyjazdy Waldemara 
były dla niej zawsze nowym pokładem w nawale wrażeń, złym lub dobrym. Gdy on 
przemawiał do niej spokojnie, gdy sercem odczuwała w nim łagodność dla siebie, 
Lucia płynęła na miękkich obłokach, otoczona ciszą cudowną. Dokoła widziała 
jasność — i siała jasność. Gdy Waldemar był roztargniony, niespokojny, Lucia 
miała wrażenie, że biegnie w borze gęstym, oślepła z trwogi i nie wie, czy 
oślepia ją blask słońca brutalnie palący, czy straszna ciemność nieprzebitej 
wzrokiem ulicy. Uderzała się o pnie drzew, szukając czegoś, co ją straszyło i 
ciągnęło zarazem. Była jakby igłą magnesową, kierującą swój cień śladem błysków 
oczu Waldemara. Jej niechęć do matki wzrosła, czuła się w ogóle skłonną do 
nienawiści. Umiała trzymać na wodzy swe nieprzychylne uczucia, ale czasem 
wybuchały bezwolnie. Czasem nawet chwilowym przedmiotem ich bywał Waldemar. 
Zaciskała wtedy zęby, gdy on ją całował na pożegnanie lub witając. Gdy 
przyjeżdżał, nie wychodziła do niego. Kaprysy te bolały ją potem, bolały nawet w 
czasie trwania, pomimo to nie niweczyła ich. Brakło jej sił. Bohdana 
Michorowskiego przywitała jak intruza, niechętnie od pierwszego spotkania. 
Drażniło ją niewymownie zajęcie się nim Waldemara i nie ukrywała tego, gdy ją 
Waldemar pytał o zdanie co do Bohdana, odrzekła krótko: — To człowiek bez 
wartości. Ordynat był innego zdania. — Mylisz się, Luciu! — odrzekł sucho. 
Więcej o Bohdanie nigdy nie rozmawiali. Bodzio nie robił sobie nic z niechęci 
kuzynki, jakkolwiek niechęć tę odczuwał. Do Słodkowic jeździł rzadko, bo i pan 
Maciej patrzył na niego krzywo. Bodzio nazwał Słodkowce zakonem trapistów, ale 
Lucię bardzo lubił, tylko się jej zawsze sprzeciwiał, robiąc z siebie przy niej 
umyślnie monstrum. Prędko odkrył tajne uczucia jej dla Waldemara i zrozumiał, że 
nie mają wzajemności. Chcąc ją z tego wyratować, opowiadał niestworzone bajki o 
swej miłości beznadziejnej do jakiejś Ludgardy, księżniczki czeskiej, która go 
nie kocha, a za którą on szaleje. — I widzi kuzynka: pomimo to jestem wesół i 
żyję. Cóż mam robić? Trudno kogoś zmuszać do kochania. A gdzież ambicja? Ja będę 
marzył o ukochanej, ukochana zaś gwiżdże na mnie. To dobre sobie! Najlepiej w 
takich razach mówić: "pal cię licho"; to przynosi ulgę. Lucia zrozumiała, do 
czego Bodzio zmierza, i to ją gnębiło. Bohdan dobrowolnie przyjął rolę 
pośrednika pomiędzy Lucią i ordynatem. Ją chciał wyleczyć z nieszczęśliwej 
miłości, Waldemarowi znów wmawiał stale wielkie zalety Luci, opiewał jej dobroć 
i urodę. I cieszył się myślą naiwną, że z czasem tę parę skojarzy. Odkrył raz 
swe zamiary panu Maciejowi, lecz źle trafił; dostał ostroą odprawę. Pan Maciej, 
przerażony odkryciem Bohdana, zabronił mu stanowczo mieszania się do obopólnych 
uczuć Waldemara i Luci. — Dlaczego?... Skoro byliby ze sobą szczęśliwi, to czy 
nie należy im pomóc? — oburzył się Bodzio. Pan Maciej przeżuwał starczymi 
szczękami, chcąc się uspokoić. Zamiary Bohdana były jego najtajniejszym 
życzeniem. Pragnął z duszy całej, aby Waldemar pokochał Lucię i wziął ją za 
żonę. Lecz starzec nie śmiał nawet o tym myśleć. Odważne projekty Bodzia 
zaskoczyły stasrca niespodziewanie. Nie wiedział, co odpowiedzieć na słuszną 
uwagę chłopca. Rzekł tylko: — Oni się pobrać nie mogą, bo wszak są blisko 
spokrewnieni. — EE! to nie może być powodem! A papież od czego?! Ordynat 
powiedziałby, że z inną się nie ożeni, że ordynacja wobec tego upadnie, i... 
zrobione — zawołał Bodzio, zadowolony ze swej polityki. Takie postawienie 
kwestii przypadło do gustu staremu Michorowskiemu. Milczał, ale ciągle snuł swe 
ciche marzenia i zdwoił baczność względem wnuków. Bohdan nie poruszał już tej 
sprawy wobec pana Macieja, ograniczał się na delikatnym podsuwaniu jej 
Waldemarowi. Lecz wkrótce i tu zbankrutował; pewnego bowiem dnia, po powrocie ze 
Słodkowic, zaczął Bodzio po swojemu ubolewać nad samotnością Waldemara, potem 
przeskoczył na zachwyty nad Lucią i w końcu zniecierpliwiony obojątnością 
ordynata, rzekł porywczo: — Bo wuj to chyba jest ślepy?! Czyż można nie 
zauważyć, że ta biedna Lucia kocha się w wuju jak szalona! To nawet wstyd, to 
nie po męsku! — Proszę cię, abyś swoje uwagi zachował dla siebie — rzekł 
Waldemar bezdźwięcznie. Byli w gabinecie ordynata. Bohdan chodził po pokoju, 
ordynat siedział przy biurku. Młodzieniec umilkł zawstydzony, lecz nagle 
spojrzawszy na Waldemara dostrzegł, że ten ma utkwiony wzrok w portrecie zmarłej 
narzeczonej, wiszącym naprzeciw jego fotela. Bodzio nigdy się nie namyślał, więc 
i teraz podszedł gwałtownie do Waldemara i zawołał zniesłychaną brawuwą, 
wskazując na portret: — Radzę wujowi puścić w trąbę całą tę Stefcię, tak jak ja 
swoją Annę w Nicei, i ożenić się z Lucią. To będzie najmądrzejsze! Ordynat 
zerwał się blady, straszny. Wyciągnął rękę w stronę drzwi z głuchym okrzykiem. — 
Wyjdź!... Natychmiast! Bohdan stał oniemiały. Na twarzy jego czerwoność i 
bladość spychały się z sobą. Wstyd i obraza zaczęły drżeć na wargach. Postąpił 
krok naprzód, popędliwe słowa już, już miały bryznąć, ale ordynat powtórzył 
dobitnie. — Wyjdź! Chłopak miał usta zacięte, twarz z szarej tektury. Zawrócił i 
prędko wybiegł z pokoju. Ordynat, wyczerpany, usiadł, chowając mokre czoło w 
trzęsących się dłoniach. Po jakimś czasie usłyszał głośny galop konia na 
podjeździe zamku. Wstał i spojrzał w okno. W bramie, pod aradami, dostrzegł 
znikającą sylwetkę Bohdana, pędzącego cwałem na wściekłym ogierze arabskim. 
Jeszcze się smarkacz zabije! Ordynat skoczył do telefonu i połączył się ze 
stajnią. Odezwał się koniuszy Badowicz. Ordynat wydał rozkaz: — Niech 
natychmiast masztalerz Józef na najlepszym koniu jedzie w ślady panicza i z 
daleka czuwa nad nim. XXII Od tego czasu Bohdan zaniehał swatów. Ale zaraz po 
powrocie ze swojej szalonej wycieczki konnej był już z ordynatem, jak gdyby 
nigdy nic, na najlepszej stopie. Waldemar nie mógł zbyt długo na niego się 
gniewać. Zawsze Bohdan każdy swój wybryk postawił w takim świetle, że trzeba 
było albo się śmiać, albo od razu zapomnieć. Ordynat zręcznie normował wyskoki 
kuzyna, lecz i największy takt nie na wiele się przydał wobec jego śliskiej 
natury. Młodszy Michorowski musiał pracować, jak każdy z praktykantów 
głębowickich. Umiał sobie jednak poradzić. Gdy go postawiono na polu do 
pilnowania robotników, stał przykładnie, ale z głową nad książką, którą woził z 
sobą. Często także rysował z natury pełne kształty wieśniaczek i potem pokazywał 
swe szkice ordynatowi. Gdy ten zwracał mu uwagę, że będąc zajęty, nie może 
pilnować robót, Bohdan odpowiadał lakonicznie: — O!! Powinno im to wystarczyć, 
że stoję nad nimi: jeszcze mam uważać... Przecie ekonomem nigdy nie będę. 
Rolnictwo nudziło go, natomiast zajmowały fabryki i wszelkie inne instytucje 
majątkowe. Do lasów wymykał się ukradkiem, polując lub marząc wśród największych 
gąszczy. Nad ściętym drzewem potrafił płakać, ale psa, który się na niego 
rzucił, zasztyletował z zimną krwią. Potem sztylet cisnął w ogień i nie mógł 
domyć rąk, bo ciągle widział na nich krew. Do zwierzyny strzelał zawzięcie, lecz 
tylko czworonożnej; za nic w świecie nie zabiłby ptaka. Mówił, że to stworzenie 
stojące wyżej od człowieka, bo ma bezwzględną swobodę. Kiedy raz zobaczył 
hrabinę Ritę Trestkową, strzelającą do dzikiego gołębia, od tej pory przestał ją 
całować w rękę. Był prędki i w gniewie gwałtowny. Mściwości nie znał. Za jakieś 
małe przewinienie wychłostał raz szpicrutą chłopca stajennego aż do krwi. Gdy 
jednak usłyszał jego jęk, wycałował go jak brata i oddał mu całą swą pensję 
miesięczną i złoty zegarek. O sprawach erotycznych również nie zapomniał. Co 
tydzień zmieniał ideały, Kaśki, Marysie, Kostki — były przez niego opiewane i 
rysowane w różnych pozach. Zachowywał zawsze estetykę w tych przelotnych 
słabostakch tak, że ordynat, czujny i pod tym względem, nie mógł mu wyraźnie nic 
zarzucić. Wszędzie go było pełno. Gdy pod koniec lata przyjechał do Głębowicz 
hrabia Herbski, nie poznał na razie Bohdana. Dawny nicejski hulaka i gracz 
zmienił się powierzchownie na lepsze. Trochę zmężniał i nabrał cery. Ruchy miał 
spokojniejsze, w twarzy wyraz wesoły, junacki, ale jednak inny, niż dawniej. — 
Cóż ordynat zrobi z tym narwańcem? — pytał hrabia Dominik. — Wykieruję go na 
porządnego Michorowskiego — z uśmiechem odrzekł Waldemar. To będzie człowiek, 
choć trudny do prowadzenia, jak młody źrebiec arabski. — Ordynat go okiełzna. — 
Nie, okiełznać nie chce. Wprowadzę go tylko na właściwą drogę. Sam poleci! — Na 
łeb, na szyję — i skręci kark! — dodał Herbski. Waldemar zasępił się. — To 
będzie człowiek — powtórzył w zamyśleniu. — Kimże on chce być?... — 
Administratorem. Do tego ma spryt. Zdolności do matematyki bajeczne, energia, 
rzutkość, pewna ścisłość wykonawcza, słowem: materiał jest. — Ale musi nad sobą 
pracować, żeby się wyrobić. Herbski kręcił głową powątpiewająco. — Zawsze to już 
będzie ni to, ni owo — rzekł apatycznie. Nie pan i nie pracownik. Na pana nie 
posiada środków, a do pracy nie stworzony. — Człowiek stworzony jest do 
wszystkiego, jeśli musi — odparł ordynat. Wykształcę go u siebie i dam mu posadę 
u obcych. Niech zarabia na chleb, bo go inaczej nie będzie miał. — Ha, chyba, że 
tak! Bo Głębowicze nie zrobią z niego pracownika. Za wielki to komfort. Nawet 
ty, panie ordynacie, nie wykorzeniłbyś z niego żyłki wielkopańskiej. Przepych 
tutejszy zanadto gra na nerwach. Bohdan przecie wie, kim jest właściwie i kim 
mógłby być. Ordynat zmienił temat rozmowy. Czuł tylko, że Bohdan jest celem dla 
niego, i że w pustce obecnej swego życia znalazł coś, co go jeszcze porywa. 
"Bodzio" zjednywał go sobie coraz więcej. — To będzie człowiek — myślał ordynat 
uparcie. XXIII Pewnego wieczoru ordynat, powróciwszy ze Słodkowic, zastał u 
siebie na biurku list od Bohdana, zawierający tylko te słowa: "Proszę mnie nie 
szukać. Wrócę". Waldemar spytał lokaja: — Czy dawno panicz wyjechał? — Przed 
dwoma godzinami, konno na Ramzesie. Ordynat pomyślał: — Znowu na tym wściekłym 
koniu — lecz nic nie powiedział: Nadeszła jasna, księżycowa noc jesienna. Z 
wilgotnej ziemi wzniosły się szarobiałe tumany oparów i ciężkie szły w górę, 
rozłażąc się pojedńczymi kłębami po mokrych trawach, okrytych, niby manną, gęstą 
połyskliwą rosą. Liczne oddechy wydawane przez odpoczywającą po rodzeniu glebę, 
pełzły chyłkiem wskroś pól, rozmazywały na płaszczyznach, przewalały się zbitym 
tłumem. Na mokradłach tworzyły istny bór szarawej gęstwy, ponad którym stał 
jeszcze wysoką warstwą pył mglisty, przeświecony księżycem, niby opałowy dym 
kadzideł ofiarnych w świątyni z kryształu i srebra. Silny mur leśny zginął pod 
brzemieniem ciężkich oparów, zanurzył się w nich, jak niedźwiedź kudłaty w 
kurzawie śnieżnej. Mgły lizały wielkie pnie drzew, chłonąc je w tłustą swą ruń; 
pięły się do gałęzi; zalewały grube konary. Cały świat zda się, oddychał 
olbrzymimi płucami i zionął parę, oczadzając nią przestwór. Wielkie moty białe 
kłębiły się ociężale. Wlokła się szlakiem mgieł tęsknica dziwna, niewyraźna, 
miesiącem utkana mara, wylęgła z powodzi dymów ziemnych a pełznąca w ślad za ich 
cielskami, chwilowo tłocząca brzemieniem, chwilo wo lekka jak powiew, jedynie 
zawsze jakimś smętkiem opita. Szła ta melancholia w białych obłokach zatopionych 
pól, szła wśród milczącego w śnie oparnym boru, szła, mocarna swą niewolną siłą, 
co ją rodziła z mgieł i mgłami w świat puszczała. Może za jaźń tęsknoty 
przedziwnej pochylała włosy traw, że wyglądały, jak czesane szczotką, jak płat 
osobliwej tkaniny dzierganej w brylantowe rzuty. Może ta dusza tęsknoty niosła 
się bezdomna, i szukając oparcia, tuliła się do łona drzew, obejmując je 
miłośnie, że stały ciche, uroczyste, jakby nie chcąc szmerem je spłoszyć. I może 
do gwiazd szła ta tęskność przeogromna, bo jarzyły się cudzym, migotliwym żarem 
klejnotów i sypały na ziemię promienną dobroć źrenic swych uroczych. Czy w 
oparach tęsknota zostawała spojona z nimi nierozłącznie, bo coraz śmielej 
burzyły się i niosły swe chmury ponad wszystkie twory ziemi? Czy duszy ludzkiej 
tęsknota szukała, by ją ukołysać monotonną i słodką ciszą, która także ma głos 
przepiękny, gdy się ton jej łagodny uchwyci pobożnie?... W harmonijnych 
melodiach ciszy wpływała tęsknica pól zadymionych do młodej duszy Bohdana. 
Omotała go sobą i harfą swą nastroiła w śpiew łagodny rozchwianych białych piór. 
Snuł do duszy perły rozpylonego przed nim ogromu marzeń. Smutek głęboki lał mu 
się w serce, on zaś czerpał go z tych tumanisk siwych. I zdawało mu się, że poza 
nimi jest dla niego albo przepaść bez ratunku, albo żmudna szarzyzna, płaska, 
bezpieczna, lecz odrażająca. Bohdan nie znał jej. Świadomość, że leży przed nim, 
przejmowała go wstrętem. Nie piąć mu się po cudach życia lekko stopą, ale — 
ciżmy ciężkie nałożywszy — brnąć po tej szarzyźnie... Brnąć — i być wdzięcznym, 
że ona mu jeno pozostała. I zastosować się biernie do jej wymagań, swoje zaś 
własne, z którymi się zżyło, i które się ukochało, cisnąć precz za siebie, by 
wspomnienia, ożywając, nie oślepiały. Duszę swą zwęzić, by zmieściła się w tych 
małych szraneczkach, by nie wyfruwała w rozległe uroczyska dawnego bytowania. 
Ducha całego trzeba zdusić w piersi, bo wszelkie wzloty mogą dlań być teraz 
zabójcze. Wzloty do istnienia, co już baśnią się staje. Wzloty do snów 
tęczowych, co powrotu nie mają i są już mitem. Iść trzeba, ale w ciżmach, 
gniotących swą ciasnotą i prostotą. I swą pospolitością. Iść bez oglądania się, 
ze wzrokiem wbitym w szarą ziemię. Bohdan się wzdrygnął. Koń pod nim zadrżał, 
jakby mrozem przejęty. Młodzieniec wyciągnął ramiona do gęstych obłoków, 
spadłych na ziemię, i modlił się do nich: — ...Spowijcie mnie w siebie, wy, 
nieuchwytne, abym nie widział istnienia swego... Abym się rozpłynął w bieli 
waszych pian, i jak one, śnił przy księżycu... I abym doliny swej mógł nie 
widzieć, a jeśli nie gwiazdy są dla mnie ostoją, to niech ziemia nie będzie 
nią... Popłynę z wami, rozwiany, senny i kąpać się będę w nurtach waszych, wy 
zaś ukojenie mi dacie... I wy mnie przeniesiecie... Wtem Ramzes szarpnął się 
gwałtownie, stanął dęba. Bohdan chwycił cugle, ściągnął, lecz koń ruszył z 
kopyta. Prawie spod nóg wypadł mu duży zając. Pomknął chyżo, zaszył się w mgłę. 
Wystraszony koń biegł cwałem. Bohdan nie był wprawnym jeźdźcem, czuł, że zleci. 
Objął ramionami szyję araba i oplątany w zdradzieckich zwojach gnał jak duch 
przestrzeni. Biały, duży koń niósł na sobie, jak łupinę, szczupłą postać 
Bohdana. Zaorywali się razem w kłęby mgliste i świecili w aluminiowym blasku 
księżyca. Tętent walił przed nimi, jak głuche warczenie bębna. Bohdan już oswoił 
się z biegiem Ramzesa. Przytulony do niego, upijał się tą nocą tajemniczą i 
niezwykłością widoków. Zaczął kierować koniem. Gdzie dojrzał gęstszy zwał mgły, 
tam zwracał wierzchowca i pędził na przepadłe; z rozkoszą zanurzał się w 
wilgotnej, dusznej atmosferze chmurnej, bódł opary piersią araba, lecz ich nie 
rozpraszał. Roztwierały się przed nim i zamykały natychmiast. Ginął w nich, 
zatracał się. I pił, pił chciwie samowiedzę swobody. Niosła go ona górnie, niby 
skrzydła sokole. Utopił się w jej mirażu. W pewnym miejscu zaczerniał przed 
koniem duży rów pełen wody. Woda była siwa, drobne kłaczki mgły wisiały nad nią. 
Ramzes przesadził rów z łatwością. Rozległ się okrzyk. Bohdan spadł. Usłyszał 
głośny huk kopyt spłoszonego konia i zanim podniósł się z mokrego urwiska, już 
Ramzesa nie dojrzał. Pozostał sam w białej chmurze mgły. Poczuł ból lewego 
ramienia, na które upadł, w głowie szum nieznośny, ale zresztą czuł się dobrze. 
Był podniecony. Miał, czego pragnął: zupełną pustkę i samotność. Wolno posunął 
się wzdłuż kanału, idąc w stronę, skąd ciemny bór mamrotał szmerem ledwo 
wyczuwalnym. Bohdan nie myślał o ucieczce konia, o nieznanej drodze przed sobą, 
tylko wciąż jedno pytanie kładło mu się w mózgu grubą warstwą: — Czy to już 
konieczność! Czy wytrwam?... I pytania te bolały go niewymownie. Przyszła nań 
chwila jasnowidzenia. Dostrzegał ponurą dal swego życia, bez horyzontów już, 
zamkniętego w kresach musu. Żałość dokuczała mu jak pragnienie, kiedy człowiek 
wyrwać tego z siebie nie może, a ugasić nie ma czym. Bezmierna trwoga 
nadlatywała do duszy Bohdana, krzesząc w niej strach. Widział, że jest zgubiony 
dla świata, w którym żył, że jest zrujnowany doszczętnie. Nigdy mu się to tak 
jasno nie przedstawiało, jak właśnie teraz. Życie zrzuciło go ze swych bark tak 
samo brutalnie, jak Ramzes, zostawiając go na łasce sił własnych i zdolności 
orientowania się. Znalazł oparcie, znalazł opiekę. Ordynat przygarnął go, 
rozbitka bezdomnego, ale Głębowicze były tylko progiem do nowego życia. Z 
pięknych, mozaikowych sal istnienia dotychczasowego wstąpił na przepyszny próg, 
już nie własny i ostatni. Poza nim przybytek żmudnej pracy na kawałek chleba. 
Powinien zapomnieć o tym, co mógł mieć nadal, i o tym, co miał. Wyrzec się 
znaczenia, wyrzec świetności. Iść w świat szeroki, który go przytuli, lecz 
kosztem wielkich ofiar, kosztem obowiązku, kosztem żalu niezgłębionego. Iść 
między ludzi nie jak Michorowski, arystokrata rodowy pan, magnat i bogacz, lecz 
jako Michorowski pracownik za pieniądze, Michorowski podwładny, zależny od 
chlebodawców, biedny i z obowiązkową torbą mozołu na wiotkich, pańskich plecach. 
Nie wolno myśleć o ulubionych podróżach, o bogactwie świata, o życiu 
błyskotliwym, tryskającym w złote rakiety upojeń. Nie wolno marzyć, fantazjować 
o ułudnych krainach cudów, bo brak do tego pospolitej, nędznej spójni, która 
jednak z tym światem wyśnionym jest spójnią — pieniędzy. Utracił wszystkie, 
jakie miał, lekceważąc je. Uważał pieniądz za rzecz niską, niegodną myśli 
człowieczej, za służalca, który jedynie otwiera drzwi do wszelkich przybytków 
świata. Można nim pogardzać — byle spełniał swoje zadanie, byle był w dłoni 
narzędziem do kierowania wielkim rydwanem fantazji. Kpi się z tej potęgi czynu, 
uważając ją za mierność. A oto zemściła się. Zabity — smok pieniądz — szczerzy 
teraz kły i niemiłosiernie dziko rechocze z radości. Ten chichot okropny Bohdan 
słyszy dokoła siebie, i wżera mu się on do mózgu niezmiernym wrzaskiem. — Praca, 
praca, praca! Ona mu pozostała — smutna, żałobna, jedyna. Wstrętny dlań padalec 
— pieniądz — wyciekł mu z delikatnych dłoni i ugryzł zemstą nasyconą. Pierwszy 
ból Bohdan poczuł w Kasynie, gdy krupier zabrał mu ostatnie jego pieniądze. 
Odczuł wówczas jakby pchnięcie, okrutną ręką zadane w piersi, ale nie zgłębił 
doniosłości i całej przepastnej mocy tej chwili. Cios swój obrócił w śmiech, 
brawurą się okrył. Teraz dopiero słyszy zabójczy głos ironii, teraz palą go 
zadane rany. I przyszłość swą widzi jasno. Ale nie zginie. Nie zdławi go 
poczwara biedy, nie spodli. Żebrać u ordynata nie będzie. Co dostanie, na to 
zapracuje. Życie weźmie za bary i zwiąże się z nim. Może zwalczy tę hydrę 
brzemiennej nędzą przyszłości. Zrobi ją znośną, aby nie miała zbyt ostrych 
pazurów. Lecz do szorstokości bytu przyzwyczaić się trzeba. Bohdan szedł w 
rzednącej mgle i łowił swe myśli w jedną sieć uwypuklonej w jego wyobraźni 
konieczności. Niesforne, wymykały się przez liczne oka, lecąc w przestworza. 
Wszedł w bór. Szum wyniosłych czubów zawiał nad nim, jakby pomruk tej szorstkiej 
istotności, która ogarniała go despotycznie, i zarazem jakby żałosne pożegnanie 
uciekających przed nim rozkoszy życia oraz groźny, acz stłumiony ryk szyderczej 
potęgi złota. Pomiatał nią z naigrawaniem, lecz teraz jest jej odwet. 
Michorowski, zmoczony przez opary i rosę, zziębnięty na ciele i duszy, potknął 
się o korzeń i runął pod sosnę. Nie wstawał, przylgnął do mchów wilgotnych, 
ramionami objął chropowaty pień drzewa i zapłakał. Wyrwał mu się z piersi płacz, 
może w niej nieznany jeszcze, bo jakiś dziki, okrutnie rozdzierający duszę; 
płacz za utraconą panoramą świetnej egzystencji; płacz witający ruiny — po 
przepychu. Rozszlochany głos młodzieńca zlał się z harmonią szumu leśnego, lecz 
był jego dysonansem. A mgły łagodne, niknąc z pól, już bardziej nasiąkłych 
blaskiem nieba, pełzły do boru i tu, niby puchową zasłoną, otulały wątłe ciało 
Bohdana, którym wstrząsnął spazm serdeczny. * * * W parę godzin po północy do 
gabinetu ordynata w Głębowiczach cicho wsunął się strzelec faworyt. Szedł do 
biurka krokiem strwożonym. — Co tam? — spytał ordynat. — Ramzes przygnał sam, 
bardzo zmęczony i schlastany błotem — zameldował strzelec szeptem. Długa chwila 
ciszy. — Skąd przybiegł? — Nie wiadomo. Znaleźli konia na dziedzińcu przed 
stajnią. — To dobrze. Możesz iść. Ordynat czuwał do rana. Zrywał się czasem 
nagle, jakby chcąc biec na ratunek i znowu siadał. — Po co, i dokąd? Przejował 
go tylko lekki dreszcz. XXIV Dzień już był jasny. Bohdan Michorowski, wydobywszy 
się z boru, szedł polami, grzęznąc w rosie, w stronę, gdzie bielił się olbrzymi 
wał oparów, skłębionych jak morskie bałwany. Mgły wygnane przez dzień, skupiły 
się wszystkie nad rzeką, przetaczały strome runa potężne nad korytem sinej wody, 
unicestwiały strome brzegi. Słońce wzeszło złociste, wielkie. Jasną źrenicą 
obejrzało okolicę. Całym zastępem blasków spadło na fale oparne, wbiło się w ich 
wełnę, lecz rozpędzić nie zdołało. W słońcu mgły były jeszcze dumniejsze, rosły 
w górę pyszne i piękne, jak zbite w kupę niezliczone stada łabędzi. Bohdan 
przypatrywał się im w zachwycie. Szedł brzegiem rzeki, widząc pod stopami 
spokojną, ciemną toń. Wydawała się dziwnie cichą i niewinną, wobec tej potęgi 
twórczej nad sobą, wydanej z własnej piersi. Idąc, Bohdan był już wesoły i pełen 
otuchy. Nocne majaki, żale i rozpacze znikły, jak mgły nad polami, rozpędzone 
słońcem. Czuł w sobie młodość oraz siłę jakąś niezwykłą i rodzącą chęć do życia, 
do używania. Pesymizm odleciał, nadzieja kwitła bujnie. Szeroka fantazja 
rozpierała mu duszę, słyszał łomot jej skrzydeł. Pierzchły czarne myśli o 
szarych płaszczyznach, o ciężkich obowiązkach. Pierzchły jak mara. Krzepił się 
pewnością, że jest Michorowskim, więc nie byle kim, ale panem; że zginąć nie 
może we wszechświecie, że nędza i niedola zgnębić go nie potrafią, bo praw do 
niego nie mają. Stanie się coś, co go wyratuje. Będzie pracował. Albo to takie 
straszne! Optymizm rósł. Praca, tak okropnie przedstawiająca się nocą w 
wyobraźni Bohdana, teraz przeistoczyła się w wizję wesołą, zupełnie zwyczajną, 
której podlegają wszyscy ludzie bez strachu i przerażenia. Dla mnie — marzył 
młodzieniec — będzie ona narzędziem powrotu do świetności istnienia. Powróci mi 
utracony majątek, za jej przyczyną stanę się znowu bogatym i będę tym, czym i 
teraz jestem: wielkim panem. Bohdan dumny był ze swej siły. Wiedział z całą 
pewnością, że nie zginie. Będzie brał od ordynata pensję, wszystkie zaś spłaty 
długów odda mu z czasem, gdy już odzyska majątek. Rozszalała fantazja nasuwała 
przed oczy młodzieńca wschodzące jutrzenki. Myślami pędził naprzód i chwytał w 
lot idee coraz nowe. Oto Wiktor przehula Czerczyn, matka znajdzie się w biedzie, 
wtedy on, Bodzio, przez nich odtrącony, stanie się ich wybawicielem. Spłaci 
matkę i brata, sam obejmie dobra czerczyńskie, zostanie takim, jak wuj, uznanym 
obywatelem i milionerem. Oczy Michorowskiego gorzały gorączką majaczeń, był tak 
podniecony, że prawie już się czuł na szczycie swych rojeń. Drogę zagrodził mu 
wysoki płot zwierzyniecki. Bodzio stanął. Nie wiedział, co robić. O 
przeskoczeniu płotu nie było mowy. Szczelnie pozbijane bierwiona świeciły ścianą 
gładką jak cynkowany mur. Co tu robić?... Bohdan zastanowił się. Obchodzić 
dokoła, aż do bramy na poprzecznej stronie czworoboku, nie chciał, bo było za 
daleko, i zresztą brama o tej porze zamknięta. Płot kończył się w rzece, 
wsunięty w nią głęboko, łodzie zaś dopiero na przystani. Bodzio nie miał ani 
gwizdka, ani trąbki, żeby wezwać strzelca, który zawsze dyżurował w domku 
strażniczym w zwierzyńcu. Młodzieniec krzyknął raz i drugi, lecz jego głos 
wsiąkł w opary rzeczne i wydał się prawie dziecinnym. Gniew i niecierpliwość 
ogarnęły Bohdana. Słyszał dochodzące go zza parkanu porykiwanie jeleni i przykre 
ostre krzyki łosi. Porwał go gniew niesłychany. Zaczął walić pięściami i wołał, 
ile starczyło głosu w szczupłych piersiach. — Hej tam! Służba! nie słyszycie, że 
ja tu jestem?! He, wy tam! Ale nikt nie odpowiadał. Tylko rzeka bełkotała, bijąc 
o mury płotu, i jelenie porykiwały przeciągle. Bodzio wściekał się. Chodził to w 
prawo, to w lewo, jak lis w studni, szukając miejsca czy szpary, by móc nogę 
zaczepić i wspiąć się na płot. Przyszła mu myśl, aby wejść w wodę i brnąć aż do 
węgła parkanu. Lecz przypomniał sobie, że brzeg jest głęboki, zwierzyniec zaś od 
strony wody ma dość wysoką kratę żelazną, ostro zakończoną. Wtedy zrozumiał, że 
musi iść parę wiorst, aż do bramy. Nie chciał jednak ustąpić. Ten płot wydał mu 
się nagle nędzą jego życia; tak bardzo bał się jej w nocy — i oto stanęła przed 
nim, niezwyciężona, urągliwa. Głucha złość porwała Michorowskiego w swój wir. 
Zaczął szukać w kieszeniach noża składanego. Znalazł i twarz mu się rozjaśniła. 
Otóż postawi na swoim, zmoże ten wstrętny płot, nie pozwoli mu się rozpanoszyć. 
Wyłupywał nożem w bierwionach, ale szło mu ciężko, drzewo twarde z trudnością 
poddawało się ciosom małego ostrza. Jednak drobne drzazgi padały na ziemię, 
dziura w płocie powiększała się. Bohdan pracował z zapałem. Pot zrosił mu czoło 
i policzki, ręce mdlały, ale on nie ustawał w zawziętej robocie. Oddychał ciężko 
ze zmęczenia, lecz bódł bierwiona ostrzem nożyka, jakby tu chodziło o śmierć lub 
życie. Zziajany, rzucił wreszcie nóż na ziemię i zaklął: — Niech to diabli 
wezmą! Nie będę więcej ciął; może kto się zjawi — pomyślał i upadł na trawę. Ale 
wściekłość znowu go opanowała. Pragnienie zwalczenia trudności przemogło. Zaczął 
na nowo dźgać nożem bierwiona. Po upływie paru godzin, gdy słońce już wzbiło się 
wysoko, Bohdan wyprostował plecy z triumflanym uśmieszkiem. W płocie świeciło 
kilka jasnych ran, wydłubanych jedna nad drugą, niby schody. Można w nich śmiało 
postawić palce stóp. Bohdan zadowolony patrzył na swe dzieło, lecz widział, że 
jeszcze nie skończone. Chwilę odpoczywał. Usiadł i przyglądał się rzece. Płynęła 
już czysta, szafirowa, oswobodzona z oparów, cała zalana przezroczystym, 
powietrznym przestworzem. Obfite drzewa parku na drugim brzegu rzucały ogromny 
cień na wodę. Tłukły się drobne falki, załamywały w spiętrzone pierścienie, 
szkliły łuską przeczystą. Bohdan biegł wzrokiem za białymi piórami mew, ścigał 
pływające kurki wodne i rybitwy. W pewnym zakręcie odnogi rzecznej ujrzał 
wspaniałego perkoza o długiej szyi, z peruką na głowie. Wpatrzył się w niego 
chciwie, miłośnie, pragnąc w duszy, aby ptak podpłynął bliżej. Chciał go 
dokładnie obejrzeć. Senność owiała mu zmęczoną głowę, członki bezwładniały. 
Usuwał się wolno na murawę, mrużąc ciężkie powieki. Już miał usnąć, gdy żądza 
czynu owładnęła nim znowu. Zerwał się, przeciągnął rozkosznie, leniwie, ziewnął 
szeroko od ucha do ucha. — AAAA! Do licha! Wolałbym teraz spać. Ujrzał w mętnym 
marzeniu swój pokój sypialny, przyćmiony, i wygodne łóżko, ale to go tylko 
więcej otrzeźwiło. Skoczył do płotu, próbując nań się wspiąć. Zaczepił nogą o 
zrąb najniższy, uniósł w górę ciężar własnego ciała, ale ręce ślizgały się po 
gładkim drzewie. Spojrzał na szczyt. Niepodobieństwo! Po krótkim namyśle zerwał 
z siebie sukienny kubrak, zdjął marynarkę, kamizelkę i szelki. Kubrak nałożył na 
samą koszulę, marynarkę związał jednym rękawem z kamizelką. Gdy zaciągnął mocny 
supeł, wówczas skręcił ubranie w sznur, z szelek zrobił pętlę szeroką, zaczepił 
się o wydłubane zręby ręką i gwałtownie jął zarzucać pętlę na wystający zza 
parkanu gruby sęk drzewa. Zmęczył się bez skutku, spotniał, ale nie ustawał. 
Klął przez zęby; oczy gorzały mu dzikością; miotał się jak szalony. Spadał na 
ziemię, znowu lazł na płot i ogniście machał pętlą na oślep, niemal z 
zajadłością. Nareszcie improwizowany arkan, trafnie rzucony, wpadł na sęk, 
zahaczył się głęboko i wyrwał się z rąk Bohdana, zwisając na płocie. Chłopak 
krzyknął radośnie. Zeskoczył i jął rozcierać zdrętwiałe ramiona. Patrzył na 
sznur, kołyszący się lekko, z taką uciechą, jakby na jakieś przepotężne i sławne 
dzieło wszechświata. Rozpromieniony szczęściem chwycił się znowu za rąb, 
podważył i złapał linę w dłonie, mocno, z całej siły. Teraz już szło mu dobrze. 
Łapał za sznur coraz wyżej, nogi opierał o świeże rany parkanu i piął się 
zupełnie prawidłowo. Był dumny i pewny siebie. Gdy wydłubane schody skończyły 
się wreszcie, Bodzio stropił się na chwilę, lecz zaraz energicznym ruchem począł 
pełzać w górę tylko po linie, wisząc ciałem w powietrzu i bijąc butami w parkan. 
Wtem usłyszał trzask, zrobiło mu się gorąco, włosy powstały na głowie. Odruchowo 
spojrzał w dół i zdrętwiał. Był już bardzo wysoko: zląkł się, żeby nie upaść. 
Drugi trzask, silniejszy od poprzedniego, przeszył mu ciało jak bagnetem. 
Rozpacz i gniew zawrzały w nim. — Zjesz diabła! — syknął nienawistnie, patrząc 
złymi oczyma na łamiący się sęk. Z pasją zrobił kilka gwałtownych ruchów w górę 
i... ukląkł na szczycie płotu. — Eureka! — krzyknął z niesłychaną brawurą. 
Usiadł wygodnie na szerokim palu, nogi spuścił na dół w stronę zwierzyńca i 
śmiejąc się wycierał pot z twarzy. Z ironiczną miną obejrzał nadłamany sęk, i 
próbując jego mocy rzekł głośno: — Musisz mi jeszcze służyć, kochaneczku. 
Zwiesił sznur na drugą stronę płotu, i uczepiony silnie zaczął spuszczać się w 
dół. Ale sęk ułamał się w połowie drogi. Bodzio upadł na ziemię, jak długi. Na 
głowę zleciała mu pętla wraz z grubym odłamem drzewa. Młodzieniec odrzucił precz 
od siebie sęk razem ze sznurem i zawołał szyderczo: — Pękłeś! Ale za późno. 
Zerwał się — i ruszył szerokimi krokami naprzód, gwiżdżąc kuplety z operetki. 
Blisko przystani spotkał strzelca, który na jego widok oniemiał ze zdziwienia. 
Bohdan spojrzał w zaspane oczy dyżurnego i rzekł ostrym tonem: — Śpisz jak 
suseł, dowołać się ciebie nie można! Całą zwierzynę wystrzelałbym, ani byś 
wiedział kiedy. Strzelec patrzył zdumiony. — A jaśnie panicz którędy wszedł do 
zwierzyńca?... Ja mam klucze od bramy. — Którędy mi się podobało; słyszysz?! 
Podawaj łódź. Strzelec spełnił rozkaz, będąc najmocniej przekonanym, że młody 
pan nie zginął, jak mówili w zamku, ale nocował w zwierzyńcu, żeby go 
kontrolować. Bohdan miał minę nie wzbudzającą podejrzeń, jedynie przez czoło 
szła rysa długa od ostatniego upadku, zakryta zresztą szczelnie czapeczką 
angielską. XXV Dokąd w nocy jeździłeś? — spytał ordynat Bohdana. — Marzyłem, 
walczyłem... — Spadłem z konia — dodał Waldemar tym samym tonem. — A tak! 
Zwaliła mnie bestia! No, ale nie żałuję. Wuj mi pozwoli tego konia? — Na kiedy? 
— Dziś, zaraz. Pojadę do kartoflarek. — Nie będziesz spał? — Ani myślę! Upiłem 
się nocą i oparami, teraz zaś... obowiązek. Waldemar uśmiechnął się. — Jak 
chcesz! Ale Ramzes za ostry. — Już ja go ugłaskam. — Tak; ale go nie dostaniesz. 
Bodzio się zmieszał. — Dlaczego? — Bo nie jesteś gościem w Głębowiczach, lecz 
praktykantem, więc na warunkach praktykantów. Masz swego wierzchowca, jak każdy 
z tych panów, wyjątków dla ciebie robić nie mogę. — Przecie konia nie zmarnuję — 
burknął Bohdan zły. — Nie o to chodzi. Młodzieniec stanął przed ordynatem, usta 
mu drżały. Zawołał gniewnie: — Czy ja jestem kuzynem wuja, czy nie?! — Owszem, 
jesteś nawet Michorowskim. — Ach! Więc sądzę, że pewne prawa dla mnie powinny 
być... uwzględnione. — Nie, mój drogi. Jesteś moim kuzynem, lecz i pracownikiem. 
Zatem wyróżniać cię od innych dla nazwiska nie będę. Waldemar mówił spokojnie, 
ale chłopak się gorączkował. Oczy jego ciskały gniewem. — Ba! pewno... Gdybym 
jednak miał miliony... — To byś mnie nie interesował. Rozumiesz? — Cóż to? 
Łaska?! krzyknął Bodzio, nie panując już nad sobą. Waldemar spojrzał na niego 
wzrokiem trochę rozbawionym. — Mój chłopcze, idź spać, radzę ci z duszy. Bohdan 
postał chwilę, oddychał prędko, jakby wyładowując gniew, potem wybiegł z pokoju 
bez słowa. Po jakimś czasie niespodziewanie wrócił. Minę miał uroczystą. — Wuju 
— rzekł głosem zabawnie smętnym — proszę cię, abyś zapowiedział całej swej 
służbie, żeby mnie nie nazywali jasnym panem. Jestem płatnym praktykantem, 
służę, jak oni wszyscy: tytuły zbyteczne. Waldemar z trudnością powstrzymał 
śmiech. — Masz słuszność; zupełnie zbyteczne. Ale to załatw sam, ja na takie 
rzeczy uwagi nie zwracam. Dla ciebie istotnie nie jest to właściwe, możesz ich 
przykrócić. Bohdan zawahał się. — To będzie dla mnie... trudne, wuju. — 
Przeciwnie! Zabronisz z własnej inicjatywy: tak lepiej. Bodzio wyszedł 
zamyślony. Tegoż dnia każdemu, który go tytułował, odpowiadał krótko i szorstko: 
— Nie jestem żadnym jasnym panem, lecz paniczem; ostrzegam ostatni raz! Służba, 
słysząc to wprawdzie pierwszy raz, zdumiewała się niesłychanie. Szeptali 
pomiędzy sobą: — Zaraz widać, że to taki sam pan, jak nasz ordynat. Bohdan stał 
się pilniejszym, interesowały go więcej powierzone mu sprawy. Często miewał 
poważne rozmowy z ordynatem o rolnictwie i o kwestiach administracyjnych. 
Widoczne było, że się do nich zmuszał, lecz robił to umiejętnie. Czytywał bardzo 
wiele, pochłaniał wprost bibliotekę głębowicką. Całe noce spędzał na czytaniu, a 
potem marzył i fantazjował. Musiał jednak czytywać dzieła ekonomiczne i 
rolnicze, choć się przy nich zanudzał, bo Waldemar był nieubłagany. Bodzio 
towarzyszył ordynatowi na odczytach odbywanych dla służby i włościan; pod swój 
wyłączny zarząd dostał czytelnię ludową i kasę oszczędności. Waldemar 
kontrolował go w tych zajęciach bardzo skrupulatnie. Pozwalał mu natomiast z 
zupełną swobodą zaprzyjaźnić się i przebywać z członkami administracji, z kim 
chciał. Bodzio zyskiwał pełno przyjaciół. Lecz za swoją prawdomówność miał i 
wrogów. Na hrabiego Herbskiego patrzył niechętnie, odczuwał w nim nieufność 
względem siebie. Narażał się wszystkim, zupełnie o to nie dbając. Do pana 
Macieja, który narzekał raz przy nim na starość swą i skołatane siły, Bohdan 
rzekł bez namysłu: — No, najlepiej nie czekać, aż starość nadejdzie: łupnąć 
sobie w mózg ołowiem — i skończone. Ja, gdybym ustanawiał prawa, to bym takie 
nadał: wszystkich po siedemdziesiątce słać na spacer na pola elizejskie. Pan 
Maciej zgorszył się i spojrzał na chłopca z wyrzutem: — Błazen jesteś — rzekł 
cierpko. — No, przecie dziadzio nie ma się czym martwić: jeszcze prawodawcą nie 
jestem. Herbskiemu tłumaczył z zapałem, że tytuły to największe głupstwo, a 
główna rzecz to jest pieniądz. Bez pieniędzy nie ma ani tytułu, ani brzucha. I 
tą aluzją do potężnej tuszy hrabiego gniewał go niesłychanie. — Więc pan sądzi, 
że każdy tytuł jest kupiony? — pytał hrabia Dominik. — Każdy nie każdy, ale 
dużo. Wierzę w tytuł księcia, bo to polski i stary. Ale hrabia? Baron?... Jak go 
sobie bogaty szlachcic nie kupi sam za granicą, to mu go dadzą dlatego, że 
bogaty. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś zupełnie biedny otrzymał tytuł hrabiego 
lub barona. — Ach! Pan jeszcze wielu rzeczy nie słyszał — odrzekł Herbski, 
składając poczciwie ręce na szykanowanej przez Bodzia, obfitej części ciała. — 
Może być — odparł Bohdan. — Nie słyszałem, na przykład, aby któryś z właścicieli 
kupionego tytułu przyznał się do tego. Hrabia umilkł urażony, Bohdan zaś 
spojrzawszy na niego, wykrzywił usta i rzekł protekcjonalnie: — No, ale są i 
porządni hrabiowie. Ojej! Na przykład Herbski i inni. A że mają pieniądze, to 
nie jest zbrodnią. Pewnego dnia po podwieczorku ordynat z hrabią Dominikiem 
siedzieli na tarasie, paląc cygara. Nagle zwrócił ich uwagę wesoły śmiech 
kobiecy, dochodzący z parku, jakieś piskliwe chichoty i łomot nóg wśród klombów 
różanych. Pomiędzy krzewami, w oddali, mignęła jasna postać Bohdana. — Erotyczne 
manewry — zaśmiał się dyskretnie Herbski. Waldemar zszedł do parku. Idąc w 
stronę rzeki, rozglądał się ciekawie po klombach, szukając sprawców hałasu. 
Natknął się na zaczajonego pod krzewem róży Bohdana. Chłopak powstał zły i 
zawołał: — EE! Pomieszał mi wuj wszystkie szyki! Już teraz ucieknie na pewno. — 
Kto?... — Moja driada. — Bohdan, co ty wyprawiasz?! — zgromił go ordynat — co to 
za wrzaski?... — Cóż tam takiego? Zamieniłem się w fauna i gonię leśne driady... 
Co mówię: kredensowe! Ależ piękne! Niech ich wszystkie bogi! A najwięcej ta 
Haneczka. Łydki ma, powiadam wujowi... Ojej, jak żyję, takich nie widziałem. 
Fidiasz miałby model. Niech się Diana łowczyni schowa ze swymi chudymi 
piszczelami. — Słuchaj. Ja nie pozwolę urządzać tu bachanalii — rzekł ordynat. 
Bodzio wzruszył ramionami. — Oh! Nie bądź taki święty, wuju! Co za bachanalie?! 
Jeszcze ci przecież nie wprowadziłem się na taras ze swoją driadą; ale na gaj 
różany możesz pozwolić. Tego — to nawet Zeus nie zastrzegał faunom. Twój 
fraucymer się nudzi, wuju; muszę pocieszać płeć piękną. Do widzenia! — Zaczekaj. 
Powiedz mi, czy ty wiesz, czym to pachnie? — Dobrze! Dobrze, wuju: To potem, a 
tymczasem ja... muszę mieć Haneczkę, bo to żywy posąg. Ojej! żebyś ty widział, 
wuju, jak się kąpała!... osaczam ją zaledwie. Do widzenia! Ukłonił się 
ordynatowi z gracją, z wielką werwą machnął kapeluszem w stronę Herbskiego i 
zniknął za różami. Dolatywał tylko stamtąd filuterny jego głos, śpiewający jakąś 
burleskę niemiecką. XXVI W połowie października przyjechała do Słodkowic pani 
Idalia Elzonowska. Ciche życie dziadka z wnuczką zmieniło się w ciągłe i 
burzliwe sceny. Baronowa chciała zabrać Lucię za granicę, dziewczyna oparła się 
stanowczo. Żadne namowy nie miały wpływu. Pan Maciej prosił od siebie, ale 
nieszczerze. Wolał, żeby Lucia była bliżej ordynata. Starzec kochał wnuczkę całą 
duszą i pragnął połączyć ją z Waldemarem. Ale przed panią Idalią nie zdradził 
swych marzeń. Po długich sporach wyjechali wszyscy do Warszawy. Bodzio uprosił u 
ordynata urlop na miesiąc i wyjechał razem z nimi. W Warszawie Lucia spotkała 
Brochwicza. Zaczęły się dla niej nowe dni udręczeń duchowych. Młody hrabia 
kochał ją bez zmiany i widocznie nadziei nie tracił. Bolała ją najwięcej 
świadomość, że Waldemar popiera sprawę Brochwicza. Nie mogła mu tego wybaczyć. 
Wszyscy byli po stronie hrabiego, prócz pana Macieja i Bohdana. To spowodowało, 
że Lucia życzliwiej spoglądała na mniej lubianego dawniej Bodzia. Pani Idalia 
otworzyła szeroko gościnne drzwi swych salonów, przyjmowała mnóstwo osób ze sfer 
najwyższych, starannie dobierając młodzież, reklamowaną jako świetne partie. 
Lucię koniecznie chciała wydać za mąż. Główny nacisk kładła w tych wyborach na 
tytuły i majątki. Lucia jednak nie miała powodzenia: w towarzystwie nie była 
sympatyczną. Zawsze poważna, zimna, ignorowała młodzież, jakby umyślnie 
stopniując swą obojętność względem bogatszych i bardziej utytułowanych. 
Największe zabiegi wytrawnych zdobywców salonowych nie zdołały nigdy wywołać w 
jej oczach zalotnego błysku. Patrzyła śmiało w oczy męskie — często surowo, 
nawet ironicznie, nigdy kokieteryjnie. A że była istotnie ładna, naturalnie 
wdzięczna i posągowo poważna w tonie, więc złota młodzież przezwała ją westalką, 
i nazwa ta ustaliła się w salonach. Westalka uśmiechała się tylko wtedy 
promiennie, gdy jej nikt nie widział i gdy mogła swobodnie bujać z marzeniami, 
zapatrzona w fotografię ordynata. Często klęcząc przy kolanach dziadka, gdy 
mówił o Waldym, uśmiech ten zjawiał się na jej różowych ustach, czyniąc ją 
piękną. Ale o tym, kto jest bożyszczem westalki, wiedziało zaledwie kilka osób. 
Przed wielkim rautem w listopadzie Lucia, już ubrana, stojąc w swoim pokoju, 
odwróciła się gwałtownie do drzwi. — Ktoś energicznie zastukał. — Proszę. Wpadł 
zdyszany Bodzio. Porwał Lucię za ręce i zawołał: — Winszuję! Winszuję! Księżnej 
pani! — Czy kuzyn zwariował? Bohdan przysunął usta do jej ucha. — Ostrzegam 
kuzynkę: dziś, zaraz, ma się jej oświadczyć książę Zygfryd, ten wdowiec, 
milioner. Lucia szarpnęła się. — Skąd... ta wiadomość... — Podsłuchałem. 
Oświadczył się baronowej, przyjęty z rozczuleniem. Ordynat... — Co... 
ordynat?... — Był także obecny. Lucia nabrała powietrza w ściśnięte piersi. — I 
co?... — No, i może także rozczulony? Już tego nie wiem; słyszałem tylko rzewny 
głos ciotki. Spisek, kuzyneczko. Policzki Luci pałały. Szybko podała mu rękę. — 
Dziękuję, kuzynie. Wiem, co zrobię. Szyderczy uśmiech mignął na jej ustach. 
Bohdan inaczej go zrozumiał. Rzucił się z zacietrzewioną miną. — Jak to? 
Przyjmiesz księcia, kochając ordynata?! Lucia spojrzała na niego groźnie. — Dość 
już! Proszę iść, kuzynie. W drugim pokoju rozległy się prędkie kroki. Bodzio 
skoczył przestraszony. — Ojej! Pewno ciotka! Kuzynko, ratuj, żeby mnie tu nie 
widziała: odgadnie! Rozejrzał się dookoła, i nie widząc innych drzwi, przykucnął 
za chińskim parawanem. Wszedł lokaj. — Jaśnie pani baronowa prosi do sali. — Te 
voil~a! — szepnął Bodzio dość głośno. Lucia milczała. — Co mam odpowiedzieć pani 
baronowej? — spytał lokaj. — Że spełniłeś polecenie. Idź. Gdy drzwi się zamknęły 
i ucichły kroki, Bodzio wyjrzał zza parawanu. — Co zamierzasz, kuzynko?... — 
Jestem niezdrowa; proszę wyjść. — Aha! Bohdan zaśmiał się subtelnie i ulotnił 
się. Lucia podeszła do lustra. Uśmieszek ironiczny powrócił na wargi. Była blada 
i podniecona. Wolnym ruchem zaczęła zdejmować suknię, rozplatać włosy. Ubrała 
się w biały negliż i ułożyła wygodnie na aksamitnym szezlongu. Do zdumionej 
panny służącej, która weszła, baronówna rzekła krótko: — Jestem chora. Nie 
przyjmuję nikogo. W kwadrans potem zaszumiało jedwabiami i wbiegła baronowa. — 
Niesłychane zdziwienie odbiło się na jej twarzy. — Co to?! Jakaś... nowa szopka? 
Lucia podłożyła ręce pod głowę i patrzyła na matkę spokojnie. — Luciu: co to 
znaczy?... — Jestem nie ubrana, widzi mama. — Ale raut... Już się zjeżdżają. — 
Nie wyjdę. — Co?! — Nie wyjdę dziś. Baronowa wybuchnęła: — Histeryzujesz! 
Wieczne skandale! Co ty wyrabiasz?... Tu est folle! Potok słów, pełny oburzenia 
i złości, przeplatanych francuszczyzną, wyrwał się z ust pani Idalii. Ale Lucia 
była jakby głucha. Patrzyła w okno z zimną krwią, tylko wargi ust drżały 
uśmiechem nienaturalnym. Baronowa po wybuchu gniewu zaczęła prosić, zaklinać. 
Nic nie pomogło. Lucia odpowiadała na wszystko bezwzględnie. — Dziś nie wyjdę. — 
Pięknie się zachowujesz!... Oświadczył mi się o ciebie książę Zygfryd. Posłałam 
cię prosić; wie, żeś zdrowa. On czeka w sali, a ty... Wzruszyła ramionami 
wściekle. — Histeryczka — syknęła zjadliwie. Lucia podniosła się. — Od tego 
trzeba było zacząć, mamo — rzekła spokojnie. Wiedziałam o waszym spisku. Moją 
odpowiedź księciu daję swoim postępowaniem. Nie chcę go widzieć i znać. Baronowa 
zatrzęsła się. — Malheureuse fille! Zastanów się, co robisz. Obrazisz go raz na 
zawsze! Taka partia niebywała, taki gentelman! — Nie chcę go widzieć i znać — 
powtórzyła westalka. — Dlaczego? Jaki powód? Lucia nic nie odrzekła. Baronowa 
zaśmiała się rubasznie. — A! Pewno stara śpiewka "nie kocham go". Milczenie. 
Pani Idalia wybiegła z pokoju. Zanim doszła do sali, uspokoiła swój głos i wyraz 
twarzy. Do oczekującego w małym buduarku księcia rzekła z uprzejmym uśmiechem, 
prawie zachwycającym. — Cierpliwości, cher prince. Moja córka jest trochę... 
niezdrowa... Zupełnie niespodziewanie... migrena... un peu de nerves. Vous 
comprenez?... Książę elegancko pochylony naprzód, trzymając duży palec lewej 
ręki w kieszonce kamizelki, błysnął binoklami i prawą dłonią musnął sporą łysinę 
świecocą z pomiędzy utrefionych włosów. — Spodziewam się jednak... zaczął 
nosowym głosem. Lecz baronowa żywo mu przerwała: — O! Naturalnie! Jednak dziś 
nawet nie mówiłam córce... de dette chance — dodała ciszej i z umizgiem. Trzeba 
ją oswoić. — Więc baronówna nie wyjdzie do nas... Pani Idalia zrobiła rozpłakaną 
minę. — Może potem da się namówić. Teraz... elle est indis po~ee. — Hm! mruknął 
książę powątpiewająco. Bohdan słyszał rozmowę i śmiał się. XXVII Pierwszy, 
niepokalanie biały śnieg spadł obficie na ulice Warszawy. Miasto wyglądało 
odświętnie i zacisznie. Białe aksamity powlokły dachy, drapowały się pod oknami, 
zwisały z nagich gałęzi, drzew, słały swe zbrudzone już kobierce na brukach 
ulic. Mróz był tęgi i rozsiał w powietrzu mnóstwo skrzących pyłów, niby iskierek 
po roztrzaskanym brylancie. W świetle lamp elektrycznych szlkiste tumany mrozu 
skupiały się gęsto, tworząc powietrzną kopalnię drogocennych igieł. Rozdzwoniły 
się janczary sanek na ulicach. Zgrabne płozy migały tu i tam w szybkim, śliskim 
biegu. Dumnie jakoś kłusowały konie, pokryte cennymi siatkami, ustrojnone w 
pióra i kity. Wieczorem ruch jakby się wzmagał. Środkiem ulic gnały sanki 
prywatne i dorożkarskie, wioząc zakapturzone panie do teatru. Sunęły gęsto 
karety, poprzedzane klasycznym tupotem spasionych koni; wlokły się drobnym 
truchtem pospolite dryndy z przygarbioną postacią dryndziarza na koźle. Piesza 
publika spacerowała wolniej, gwarząc wesoło i przypatrując się jeżdżącym 
saniami. Długie słupy pary przeplatały ciemne postacie osób. Rzęsiste światła 
lały się na chodniki z wystaw sklepowych i wielkich lampionów, oświetlających 
pewne cukiernie lub większe sklepy. Tu i tam mrugały niezliczoną ilością źrenic 
lampki różnobarwne teatrów złudzeń. W Alejach Ujazdowskich, wśród publiczności 
nieco rzadszej, szedł Waldemar Michorowski. Przed jego oczami jaskrawym 
zygzakiem rysowały się słowa: "Lucia mnie kocha". Nie mógł odpędzić z myśli tej 
pewności, która już występowała zbyt wyraźnie. Po odmowie, danej księciu 
Zygfrydowi, Lucia strzegła troskliwie swych uczuć. Wieść głucha rozeszła się 
prędko, pochłaniana i komentowana. Oczekiwano następstw. Ordynat widział 
zwrócone na siebie oczy tłumu salonowego, ale co gorsze, czuł wśród nich 
nieśmiałe, błagające źrenice Luci. Prześladowały go one, wpijały mu się uparcie 
do duszy, oplatając spojrzeniem niby pajęczą nitką, niby jakimś mrokiem, co 
zwolna, ale silnie opanowuje zastygły po zorzach dzień. Czuł, że nie ogarniają 
go miłosne pęta, że brak im słodyczy, ale że jednak są to — pęta, niewolnicze, 
jakby obowiązujące, które spadły na niego prosto z życia, bez poprzedniej 
wibracji duszy. Wsączało się to despotycznie w istotę jego ducha, bez cichego 
fletu grającego cudne melodie zachwytów i szalonych upojeń. Zamarłe pieśni 
przebrzmiałych nokturnów nie ocknęły się, ani jeden dźwięk nie drgnął rzewną 
tęsknotą na omdlałych tonach harf, kiedyś dzwoniących epopeją. Struny, 
rozkołysane dawniej w hejnał rozkoszy, nie pordzewiały, lecz zwinęły się 
szczelnie w zazdrosny krąg, wskroś którego przepływał chłód pustkowia. Jakieś 
nowe, niesłychane misterium, upojne, na uroczych pasmach światłości spływające 
do duszy, mogłoby rozbudzić z odrętwienia te struny czarodziejskie, śpiące w 
bolesnym letargu. Jeśli nie były zabite huraganem, co zagłuszyło ich śpiew? 
Jeśli nie uległy wiekuistemu snu?! Dotąd trwały w swym zaniku. Pajęcze pęta 
świadomości uczuć Luci nie były twórczą pobudką: Niepokoiły — nie budząc. 
Zamknięta w duszy ordynata świętość nie skalała swej boskości. Dogmat, zawarty w 
niej, palił się tym samym ogniem ofiarnym na stosie świętych kwiatów 
przeszłości. I pachniały lilie przeżywanych uczuć. I dym wonnych kadzideł 
przyśnionych zjawisk nie rozpłynął się w zapomnieniu. Ekstaza przeszła w 
nieziemską wizję i pałała jasnością. Żadna iskra nie struchlała, nie było 
popiołów. W świątyni jego miłości szemrał ten sam szept modlitewny drogich ust 
kapłanki, i w tajemniczych półcieniach jaśniała zawsze jej postać. Nawała nowych 
wrażeń nie potrafiła zwiać tego jedynego obrazu, którego czas wżłabiał się tylko 
głębiej w skrwawione serce. Waldemar nie mógł i nie starał się odczuć 
egzaltowanej miłości Luci. Samo pragnienie uważałby za świętokradztwo. Ale czuł 
do Luci głęboką litość, współczuł jej jak zranionej siostrze. Chciał ją ratować, 
lecz widział, że wszelkie usiłowania na nic. Męczyło go to niewymownie. 
Odgadywał skryte zamiary dziadka i oburzały go. Gniótł w sobie niechęć, która 
często z dziką pasją występowała przeciwko Luci. Bunt obrażonej duszy, gniew i 
szyderstwo stawało się coraz jawniejsze. Szaloną wolą opanowywał zgrzyt 
wewnętrzny, ale przeczuwał, że pomimo wysiłków może brutalnie wybuchnąć. 
Podniecając się przykrą duchową rozterką, szedł ociężale przez ciche, zaśnieżone 
Aleje Ujazdowskie, schowany prawie w cienie drzew. Gdzieś, w pobliżu Łazienek, 
usiadł zamyślony na ławce. Wspomnienie nagle uderzyło go złotym i bolesnym 
biczem. Zadrżał. W przymkniętych oczach rozsunął się śnieżny, lecz ciepły 
wieczór marcowy. Blask latarni migotał wśród drzew. Jest jakoś dziwnie słodko i 
muzykalnie. Drobne płatki śniegu sypią sennie i topnieją na futrzanym kołpaczku 
siedzącej na wprost niego kobiety. Jadą razem środkiem Alei w odkrytym landzie. 
Obok niej staruszka, matrona, patrzy na ulicę, a oni oboje utopili wzrok w swych 
rozmiłowanych źrenicach i piją, piją bezdenny czar, piją zachwyt własnych serc, 
piją, aż do zawrotu głowy. Powóz niesie, lekko, jakby na puchu łabędzim, słychać 
jedynie rytmiczne stukanie koni na drewnianym bruku, lecz i to ma swoją wyłączną 
melodię. Jadą, wydaje się, w nieskończoność. On w swoich dłoniach ma jej ręce, 
które sam obnażył z rękawiczek i tuli pieszczotliwie. Postać jej widzi w 
blaskach lamp, taką ukochaną, taką oddaną mu, jedyną. Czasami jakieś słowo, 
ciche a potężne w swym znaczeniu, przefrunie z jego ust na jej wargi, one zaś 
uśmiechają się, jak stokrotki pod dotknięciem słońca, i kwitną, pachną — dla 
niego! Jadą tak długo w tej ciszy anielskiej, w tej niezgłębionej rozmowie serc, 
w tym zapatrzeniu się w sobie. A śnieg sypie jakby okruchy gwiazd i topnieje na 
tej postaci. Więc ona wchłania w siebie gwiazdy? Z tylu drobniutkich promieni 
tworzy się jedna gwiazda, przejasna, złotolita gwieździca: jest nią — ona sama. 
I promieniuje, sieje oślepiające strumienie blasków. Na niego spada 
najdrogocenniejszy, niewysłowiony, piękny — i odurza go. O, wspomnienie 
niebiańskie! O śnie, bez powrotu! Ordynat podniósł powieki. Śnieg sypie, sypie, 
jak w marzeniu, co uleciało w mroźne przestworza. Błyszczą latarnie. Jęczą 
dzwonki rozpędzonych sanek. Wszystko tak, jak wtedy, tylko smutek czarny łazi tu 
bezkarnie, depcze po duszy, naigrawa się z marzeń. Podły twór! Nie zamknie 
szyderczej paszczy, nie odwróci urągliwych oczu. Żyje i mnoży swe plugawe 
potomstwo i karmi je ludzką żałobą. Wszędzie go tu pełno. Ławy swe rozciąga od 
brzegu do brzegu i zieje z pyska nędzą na tych, co tu... chcą wspominać. Podły 
twór! Ordynat drgnął. Wstał i zgarbiony, jakby cały ogrom smutku dźwigał na 
swych barkach, poszedł wolno w stronę miasta. Rękę schował do kieszeni futra i 
zacisnął ze strasznym bólem. I oni chcą mnie?!... warknęły jego usta równie 
wściekle, jak żałośnie. Pogarda drgnęła mu w źrenicach. XXVIII Na Placu Trzech 
Krzyży ordynat nagle stanął. W jadących obok strojnych sankach ujrzał Bohdana z 
bardzo piękną damą. Była to znana primabalerina. Bodzio w czapeczce fokowej na 
zgrabnej głowie, pochylony do swej towarzyszki, mówił coś ogniście gestykulując. 
Oczy mu błyszczały namiętnym płomieniem. Tak był zapatrzony w swoje cudo 
baletowe, że nie spostrzegł wcale ordynata. Sanki z chrzęstem, z brzękiem sutych 
janczarów, z parskaniem pysznych koni, przemknęły pędem, wlokąc po bokach końce 
bogatej siatki, która obficie spadała z koni, aż na śnieg. Zadzwoniły o bruk 
podkowy, trysnęły iskry, zaszumiały pióropusze i zaprzęg pomknął szumnie ku 
Nowemu Światu. — Używa stolicy — uśmiechnął się ordynat. Własna młodość stanęła 
mu w myślach, tak samo rozpalona i bujna. — Dokąd ją wiezie? — zaniepokoił się. 
Skinął na sanki i kazał ostro jechać. Wychylony lekko zza pleców dorożkarza, 
widział w oddali jadącą parę. Świetny kapelusz damy i czapka Bodzia pochylały 
się ku sobie. Nareszcie stanęli przed domem, gdzie mieścił się znany kabaret. 
Ordynat kazał zwolnić. Mijał Bodzia, sunąc po świetlistym szlaku lamp 
elektrycznych. Bodzio z wdziękiem pomógł wysiąść swej damie i razem weszli do 
środka gmachu, powitani głębokim ukłonem Szwajcara. Sanki, nie opłacone, w 
oczekiwaniu stanęły opodal. Waldemar usłyszał jeszcze raźny głos stangreta 
remizowego do stojących dorożkarzy. — Będę czekał do rana, nim się oni nacieszą; 
dadzą się człowiekowi wyspać. Zaczął się pakować do środka sań, okrywając nogi 
futrem. Ordynat pojechał dalej. Na estradzie, w rzęsiście oświetlonej sali, 
śpiewała drastyczne kuplety młoda Niemeczka. Obcisła suknia, naszyta 
świecidełkami, okrywała ją prawie od pasa do kolan, przy których burzyły się 
falbany gazowe. Ruchy i wyraz twarzy miała cyniczne. Bohdan ze swą towarzyszką 
usiedli przy stoliku blisko estrady. Przysunęło się do nich dwóch znajomych 
młodzieńców, sławnych turystów zakulisowych. Bohdan zaprosił ich na kolację. 
Rozpoczęła się zabawa. Z bocznej loży, ukryty za firanką, Waldemar Michorowski z 
daleka przyglądał się kuzynowi. Prawie tuż obok loży, na sali, przy stoliku, 
siedziało dwóch mężczyzn, rozmawiając z sobą dość głośno. Ordynat widział 
rozbawioną twarz Bodzia, patrzył na zalotne uśmieszki primabaleriny, ale nie 
słyszał słów. Od czasu do czasu jakiś dowcip wywoływał tam burzę śmiechu, piękna 
dama ogniściej błysnęła oczami lub też zrobiła skromną, niewinną minkę, a Bodzio 
zuchwale zaglądał jej w twarz. Na estradę weszło pięć dziewcząt, rozpoczął się 
śpiew i tańce. — Patrz pan! Wystawa kobieciny! — Co za "kobieciny"? — No: ciała. 
Ekspertów nie brakuje. Niech pan spojrzy na Michorowskiego. Ordynat drgnął. 
Panowie patrzyli na Bohdana, który pożerał oczami szansonistki. — Uważa pan, 
jaki łakomy? Jedną sobie zaangażował, i to dobry kąsek, a na te się oblizuje. 
Jak tak długo potrwa na tych ziółeczkach, to mu skrzydełka opadną. — Nic mu, 
panie, nie będzie! Rasa wypróbowana! A ordynat głębowicki mało używał? Jednak 
zawsze zuch. — No, niezbyt. Jakoś się nie żeni. — To z innych powodów. Zresztą 
podobno żeni się z jakąś kuzynką. Ten młodzik gotów mu pół fortuny przeputać. 
Waldemar za swoją firanką był pod przykrym uczuciem obawy, by go nie 
dostrzeżono. Cofnął się głębiej. Na estradzie zmieniały się śpiewy na tańce, na 
monologii swobodnych błazeństw. Jakiś Murzyn wykrzykiwał głosem koguta, 
przedstawiając sztuki magiczne. Sala wypełniła się chmurą dymu. Panował gwar 
ożywionych rozmów, strzelały śmiechy, dowcipy i szampan. Śpiewaczki i tancerki 
weszły na salę, zmieszały się z publiką. Jakiś chłopak obnosił w wielkim słoju 
cięte kwiaty i sprytnie trafiał tam, gdzie najwięcej płacono. Bodzio ogromny pęk 
róż ładnym ruchem złożył na talerzu swej towarzyszki. Tu i tam odzywały się 
podniecone alkoholem gardłowe głosy męskie. Zabawa toczyła się. Waldemar myślał: 
— To jednak konieczne. W naturze ludzkiej znajduje się zawsze gruczołek, 
zawierający zakaźny element rozpusty. Tylko u jednych jest on odległy od ostrego 
zęba pokusy i trwa w swoim zamknięciu. Nie trącony, nie pęka i nie zatruwa. U 
innych jest w bardzo mocnym pęcherzyku, nasyconym przez etykę lub flegmatyczność 
krwi. Ale jest — rozdarty mniejszą czy większą siłą, wypływa i drażni. Trzeba 
posiadać olbrzymią twórczą moc, aby bezkarnie wypluć go z siebie, gdy już 
rozciąga nad nim władanie. Więc zabawa to trucizna? Czy też tylko pulsowanie 
duchowej istoty ludzkiej, podjudzonej przez żądzę ciała. Woda nagazowana burzy 
się, lecz z chwilą, gdy ostatni balonik gazu uleci, pozostaje zimną i mdłą. 
Piana jest igraszką fal. Im większy temperament wewnętrzny kipi i żyje, tym 
piana wyżej bucha i staje się zaborczą. I ogarnia skały, niedostępne brzegi dla 
najgłębszych, lecz poważnych nurtów. To temperament, nie zabawa. To raczej 
twórczość. Wyrywa się z głębin i szalenie unosi w górę atomy, zrodzone duchową 
potęgą wewnętrzną, by objąć nowe horyzonty lub zatracić swą lotność na nędznych 
rozpryskach, po gołoledzi niebezpiecznych raf. To nie zabawa. Większość ludzi 
nie zdoła oprzeć się szeptom chochlika, który każdemu trafi w zanadrze, a nic 
łatwiejszego jak popełnić fałszywy krok pod kierunkiem tego malca. Śmiech jego 
nęci, widok oślepia, i — powrót już trudny. Więc się brnie. Dla umysłu zabawa 
jest niemal konieczna, uspokaja niby kroplisty szmer fontanny po monotonnym 
turkocie pracy. I orzeźwia bystrym strumieniem duszy zapalony ił powszedniości. 
Brać zabawę i rozkosz życia, pić ją pełnym haustem, tylko trzeba umieć trzymać, 
by się jej czara nie chybnęła. Rozleje się albo pokaże bezecne dno. Trzeba umieć 
oddzielić od źródeł zabawy żyły rozpustonośne, bo one toczą zgniłą materię. 
Najpierw nacierają na ciało, potem wraz z nim spodlają ducha. Waldemar ocknął 
się. Przyciszony głos i słowa przy stoliku zwróciły jego uwagę. — Oho! Krew 
Michorowskich! Ciska się kogucik. Patrz pan, patrz pan — awantura! — Jakaś 
sprzeczka. Magnaciątko rzuca się — szepnął drugi głos. Przy stoliku z 
primabaleriną wrzało. Bohdan i jeden z obcych młodzieńców zamieniali ze sobą 
jakieś popędliwe słowa. Twarz Bodzia pałała ogniem gniewu i ironii. Strojna dama 
miała minę zmieszaną i chęć do ucieczki. Kilku lokajów podsunęło się bliżej 
stolika. Z innych miejsc patrzono ciekawie, ale gwar nie ustawał. Waldemar 
dojrzał, iż Bodzio rzucił przeciwnikowi kartę. Baletnica zerwała się z miejsca. 
On zatrzymał ją energicznie i wymienił bardzo uprzejmy ukłon z młodzieńcami, 
którzy opuścili stolik. Zgromił wzrokiem gapiących się kelnerów, tak że usunęli 
się prędko przestraszeni, wstał z miną udzielnego księcia i z wielką dystynkcją, 
puszczając przodem swą damę, wyszedł z sali. Waldemar dostrzegł, że zniknęli 
oboje w drzwiach jednego z dalszych gabinetów. — Nie darował swego! — mruknął 
głos obok z loży. — Ponieśli tam szampana. Orgia przed pojedynkiem. Zuch! Pewno 
o nią się poczubili. — Jak jelenie. Michorowski zaimponował swą kartą, i 
zwycięża. — Awantura, panie, arabsko_kabaretowa. Ale ten młodzik i lufy się nie 
zlęknie. Waldemar słyszał te słowa. Przeniknął go niemiły dreszcz. XXIX 
Przeciwnicy skierowali na siebie gardła pistoletów. Bohdan przed komendą rzekł 
do swego sekundanta, Stalskiego, przyjaciela z Nicei: — Ja wolę w powietrze, a 
on, jak chce. Raz, dwa... Huknęły strzały. Bodzio skrzywił się, pistolet wypadł 
mu z dłoni. Lewą ręką schwycił się za mięśnie prawej. Podbiegli do niego. Przez 
rękaw sączyła się krew. Bodzio pobrudził nią palce. Patrząc na czerwone plamy, 
rzekł z pozornym spokojem, chociaż zęby mu szczękały: — No, to się pierwszemu 
Michorowskiemu zdarzył taki cacus. Ojej! Moi przodkowie w grobie się przewrócą. 
Lekarz obejrzał ranę. Ciało prawej ręki było przestrzelone na wylot, ale kość 
nie ruszona. Bodzio wyciągnął drżącą z bólu dłoń do swego przeciwnika. — 
Wybaczymy sobie, prawda? Swoją drogą — może to nie wypada, ale powiem: oto 
żałuję, że panu nie odtrąciłem małego paluszka u nogi. Co?! To dopiero byłby 
strzał! Na drugi raz się poprawię. W karecie Bohdan osłabł. — Nie tyle z bólu, 
ile pewno z wrażenia — uspokajająco rzekł lekarz do Waldemara. — Pierwszy 
pojedynek — to emocja. Bohdan coś szeptał zbielałymi wargami. Ordynat podtrzymał 
go. — Co mówisz, Bodziu? — spytał troskliwie. — EE! Nic. Ale to nie koniec. 
Wyzwę kiedyś jakiegoś tam... i... kropnę aż miło. Drugi raz taki głupi nie będę. 
Syknął z lekka i szepnął jeszcze. — Ojej! Żeby choć było o co?... Przez kilka 
dni ordynat nie mógł się dowiedzieć przyczyny pojedynku. Bohdan zaciął się w 
milczeniu. Nareszcie sam zaczepił Waldemara. — Wuju, czy kobieta warta jest, 
żeby za nią umrzeć?... — Nie wiem, o jakiej kategorii kobiet mówisz? — 
Kategorie! Kategorie! Mówię kobieta i kwita. Każda ma nos do wąchania, oczy do 
kokietowania, usta do całowania i cnotę do sprzedania. — Bluźnisz i sądzisz 
stronnie, podług własnych ideałów z półświatka. To nie racja — rzekł surowo 
ordynat. Bohdan umilkł, chodził zdenerwowany po pokoju. Nagle stanął obok 
Waldemara w wyzywającej pozie. — A ja mówię wujowi, że świat składa się 
przeważnie z takich właśnie fatałachów babskich. Zawiercą człowiekowi w 
nozdrzach, aż się zakicha, ale każdy lezie na ten miód. Kobiety porządne, 
wielkiej wartości, nie wywołują pojedynków, zabójstw, bo są może jak święte, 
którym się całuje szaty. Ale zanim się do takiej człowiek dochrapie, to go mogą 
sto razy diabli wziąć przez łachman. — Skąd ty to wiesz? — zdziwił się ordynat. 
— Wiem. — Nabyłeś już praktyki; nie będziesz narażał życia dla głupstwa. — Ojej, 
czy raz jeszcze!... Albo to wuj mało napłatał łbów dla gamratek?... Różnych 
gatunków one są: takie, siakie i owakie. I w rozmaite skóry odziewają się. 
Często trudno poznać, co kryje nawet gronostaj. Bohdan ciągle ironizował, 
rozumował, ale nie mówił nic więcej. Waldemar był niespokojny. Tym bardziej, że 
Bodzio zmizerniał i chodził osowiały. Ręka mu się zgoiła, lecz dokuczało mu 
widocznie jakieś cierpienie moralne. Ordynat odgadywał, lecz milczał. Sam był 
zresztą pochłonięty ciągłą rozterką z własną duszą, co spowodowała Lucia. 
Przytłumiona wieść o ich małżeństwie rozpłynęła się po salonach 
niepowstrzymanie. Spoglądano na nich, jak na narzeczonych. Lucia promieniała. 
Unikał jej starannie. Widywali się tylko na większych zebraniach. Ten dziwny 
stosunek nie uszedł wzroku pani Idalii. Nie mówiła nic, udawała zręcznie, że nie 
widzi nic i nie słyszy pogłosek. Może i ona pragnęła tego, lecz... w możliwość 
nie wierzyła. A tymczasem urządzała coraz to nowe zabawy, wciągając w nie Lucię 
i ordynata. I udawało się jej. Lucia zmieniła swój system. Dawniej poważna, 
westalka nawet wobec Waldemara, teraz wpadała niekiedy w szał zabawy. Czarowała 
mężczyzn bezwiednie jeszcze samym urokiem nagłej zmiany. Wszystko, co w niej 
było zalotnością i chęcią podobania się, skierowała na ordynata. Z zimnej, 
sztywnej, stała się kipiąca warem wewnętrznym. Oczy jej paliły żywym płomieniem, 
usta rozchylały się, żądne pocałunków. Cała postać gięła się do Waldemara z 
żywiołową mocą miłości. — Jestem twoja! — mówił mu każdy jej ruch. I pewien 
wyłom się w nim zaczynał. Wrażenie tak wiotkie, jak cień śmigającej jaskółki, 
ale pachnące słodką wonią, niby powiew rozkwitłej gałęzi akacji, wsiąkało mu w 
nerwy — i kropla po kropli — padało na obudzony prąd krwi. Każda kropla czyniła 
ją czerwieńszą, bardziej gorącą. Coś się poczynało w nim, ale słabo, 
nieuchwytnie, jak obudzone echo górskie, dawno zatracone i śpiące w upłazach. Na 
wierchach już się odzywa, ale turnie śpią jeszcze. Ogarniało go zdziwienie i 
przestrach. Jednak nie szukał ratunku. W tym czasie Bohdan znikł z Warszawy. Po 
kilku dniach niepewności ordynat otrzymał list z Głębowicz. List brzmiał: 
"Uciekłem tu, bo Warszawa mnie chłonie. Wierzyłem w swoją baletniczkę, myśląc, 
że unikat i ofiara zakulisowa. Za brutalny żart, skierowany do niej, wyzwałem 
tamtego, ale nawet śmierć naśmiała się ze mnie i pokazała figę, za co ma moją 
dozgonną wdzięczność. Owa uciśniona niewinność jest już w dziesiątych rękach, 
jeśli w równie naiwnych jak moje, niech im idzie na zdrowie. Niech wujek spłaci 
moje nowe długi — już ostatnie, mam nadzieję (adresy podaję poniżej), i wraca do 
Głębowicz. Tu bezpieczniej. Haneczka moja, szampanik! I mam pewność, że tylko 
moja. Bohdan Ordynatowi z całego listu najwięcej przemówiło do przekonania, że 
tam — bezpieczniej. Opłacił długi Bodzia, z zamiarem natarcia mu uszu, wymówił 
się koniecznością i wyjechał. Lucia czuła, że ten wyjazd to trochę ucieczka. W 
duszy swej słyszała hejnał nadziei. XXX W ostatnich dniach karnawału ordynat i 
Bohdan byli u Sartaskich w Pozierzu. Wieczór zapowiadał się dla Bodzia wesoło. 
Panien było mnóstwo, a oprócz młodych Sartaskich, jeszcze nie dorosłych, żadnego 
obcego mężczyzny, prócz Bohdana. On i Waldemar mieli powodzenie. Ale Bodzio 
kręcił się niespokojnie. Coś knuł. Nareszcie znikł z salonu. Nikt nie wiedział, 
gdzie się podział. Panny zgorszyły się niesłychanie, ordynat był zły, tylko pan 
Sartaski uspokajał wszystkich. — Ho! ho! nie obawiajcie się państwo, on tu 
jeszcze wróci — mówił przekonywująco. Poznałem już tego młodzieńca: nie robi 
sobie nic z nikogo i z każdej biedy wypłynie. Ale panny nie dały się przekonać. 
Ucieczka Bodzia zrobiła złe wrażenie. — Magnat!... Nudzi się wśród nas... 
Niedelikatny... Wielki pan — chodziły szepty. — To już nie ordynat. Ten widać 
gardzi szlachtą — mówili młodzi Sartascy. Bohdan stracił popularność. Nawet nie 
domyślając się tego, Bodzio pędził w małych saneczkach, chwyconych z Pozierza, 
przez zaśnieżony bór do Głębowicz. Radość miał w sobie i figlarny dreszcz w 
młodej krwi. Dwa konie głębowickie, zaprzężone w szpic, gnały prawie cwałem. 
Bodzio stał w sankach sam powożąc, i pokrzykiwał głośno na cały bór. Od pędu sań 
i okrzyków, śnieg zdawał się spadać z przydrożnych jodeł. Blady księżyc wyjrzał 
zza drzew, omaścił matową powłoką białą drogę, sypnął skąpe, wątłe iskierki na 
płaty śnieżne, niby lustrem pogładził lśniące ciała koni. Rozweselone światłem 
spasione araby rwały z kopyta chrapiąc, i dziarskim pędem unosiły drobne 
saneczki. Bohdan aż śmiał się z radości. Odczuł w sobie moc przeogromną, 
swobodę. Był oto teraz jakby panem i władcą, dziedzicem nieprzejrzanych, białych 
włości, stężałych rozłogów. Sam w swych saneczkach wśród pustyni mroźnej. Mróz 
przemożny, biel przemożna. Powietrze jarzy się białym ogniem. Chłód bijący z tej 
huty styczniowej, zimnej aż do sparzenia, przenika do kości, ssie szpik z ich 
wnętrza. I orzeźwia, i młodość wlewa do duszy, porywa instynktownym rzutem, do 
czynu gna. Mróz nabiera rozpędu, tęgość swą wzmacnia. Rozwiał mleczną brodę, 
włosy puścił na wiatr, i sieje hojną dłonią zielone iskry, mroźne kamyczki 
czerpane z zanadrza lodowego. Sieje piękno i potęgę. Sieje chłód i obojętność. 
Sieje nędzę i głód. Śmierć dla skostniałych ciał, rozkosz i życie dla ciepłych, 
otulonych w futra. Z oczu sypie szmaragdy, z dłoni opale z zielonymi błyskami. 
Pod stopami w srebrnych sandałach rosną mu martwe, lecz błyszczące gwiazdy, z 
płaszcza kruszy się cienkie jak pajęczyna szkliwo igiełek mroźnych, które 
przebija się aż do serca. Wpadli na gładką równinę pola. Niby morze śnieżne 
otworzyło się przed nimi szeroko. Na stokach odległego horyzontu tumanił się 
mglisty pył. Stulał razem ziemię z niebem, zacierał ich kontury, tak że nie było 
końca tej bieli cudownej, co niosła sama w dal siłą ciągnienia. Góry, fale 
śniegu, mieniły się, jakby posypane żużlami z kryształu, wyraźne zręby zasp 
zamarzłych były ostre, niby piły. Świeżo nadmuchane przez wiatr gromady, miały 
matowość kłębów wełnianych wśród atłasów i srebrnej lamy. Wielka, uroczysta 
cisza wędrowała, zda się, z ziemi do nieba i znowu spływając z miesięcznej 
tarczy, łagodnie zasypiała na majestatycznym łonie zimy. Janczary arabów 
rozniosły swój podzwon głośny, ale niknący prędko, bo wsiąkał w tę białą 
pustynię, nieskończoną jak Sahara. Jednak dźwięczał i straszył. Tu i tam 
przemykały zające z nastawionymi uszami, przypominając z daleka wydłużoną 
strzałę. Bohdan wołał na zmykające szaraki i trzaskał z bata. Gdy spostrzegł 
rudą plamę lisa, krzyknął głośniej i zawrócił konie za nim. Ale od razu wpadł w 
zaspę. Tęgie araby zaczęły kopać dzielnie, biorąc kopytami śnieg pod siebie. 
Szorowały brzuchem śnieżne zwały, parły zawzięcie naprzód, dymiąc z nozdrzy jak 
z kominów. Czarne ich grzbiety tonęły w zimnych pianach i rozpylały je na chmurę 
białego pierza. Zawieja roztaszczonych z impetem zasp, otaczała podniesione łby 
końskie i rozwarte na wiatr chrapy. Wierzchnią, lśniącą skorupę śniegu, piersi 
rumaków gniotły na miał, darły się niestrudzenie wskroś stężasłych mas. Niosły 
się górnie i szumnie. ZZiajane, buchające gęstą parą konie Bohdan wywiódł na 
ubitą drogę i podwoił pęd. Sam na równi z końmi zmęczony był walką ze śniegiem i 
upojony. Powietrze uciekające gwałtownie świstało mu w uszach jak grad 
śmigających kul; rozpaloną twarz owiewał mu chłodny pocałunek nocy. Jak orkan 
szału wpadł na dziedziniec czworoboku zamkowego w Głębowiczach. Powstał tam 
zaraz ruch niezwykły. Po paru godzinach męczącego oczekiwania w Pozierzu, kiedy 
już nawet pan Sartaski stracił nadzieję powrotu Bodzia, Waldemar zaś był mocno 
zirytowany, nagle uciekinier się zjawił. Wszedł do salonu zgrzany, ale raźny, 
podszedł do ordynata i rzekł z miną nieco skruszoną: — Wuju, możesz mnie 
powiesić w Głębowiczach. Teraz wybacz. — Cóż tam nowego zwojowałeś? — No, nie 
zbrodnię, ale zawsze, ojej! Przestępstwo! Przywiozłem tu orkiestrę zamkową i 
wszystkich praktykantów głębowickich. Jak karnawał, to się bawmy! — zawołał z 
zapałem. Widząc zdziwioną minę ordynata, rzekł przymilnie: — Wuju, ja im tam 
skłamałem, że to z twego polecenia robię taki szum. — Nie kompromituj mnie! To 
czyn pro publico bono. Waldemar zaśmiał się, podnosząc wysoko brwi. Widział 
zachwycone twarze panien, rozbawioną minę Sartaskiego i odczuł nastrój 
oczekiwania. Rzekł wesoło: — Skoro już wariujesz, miejże odwagę do końca. Gdzież 
są nasi panowie? Ale nie pamiętasz nawet, czy się państwo Sartascy zgadzają. 
Bodzio ze zgrozą spojrzał dokoła. — No! Czyżby?! — wykrzyknął. Lecz otrzymał 
bardzo skwapliwą i przychylną odpowiedź. Bal się rozpoczął. Bodzio odzyskał 
utraconą chwilowo opinię. Sam ruszył do mazura w pierwszą parę z panną Sartaską. 
Tańczył zamaszyście. Przesadzał trochę w udawaniu Bartka, był nieco rubaszny. 
Ale jego młoda twarz ognista i oczy, patrzące z wdziękiem kokieteryjnym, 
łagodziły zbytnią żywość ruchów. Dopiero w walcu zmienił się, płynął z tancerką 
wytwornie, z pewnym rozmarzeniem. Ordynat kilka razy doznał przykrego uczucia. 
Czasem drobnostka była powodem. Jakiś znajomy ton w orkiestrze, zapamiętany w 
przeszłości, jakiś szum sukni kobiecej w zawrocie tańca, jakaś figura mazurowa 
budziła nagle dawne echa, a te, uderzając brutalnie w duszę — bolały. Lecz 
Waldemar panował nad sobą. Wspomnień nie wypuszczał z ukrycia; basł się ich i 
miejsce było nieodpowiednie. Jednak, gdy się coś trzyma w napiętej obawie, jak 
ptaka, by nie wyfrunął, nie można być swobodnym. Niepokój drży w sercu, oddycha 
się nim i widzi się go niemal oczyma. Waldemar czuł lęk podwójny: nieokazania 
obecnym swego wrażenia, bo mogłoby być zrozumianym inaczej, i zwalczania w sobie 
uczuć żałosnych, zbyt ostro trąconych. A zabawa kipiała życiem. Bohdan i 
praktykanci głębowiccy zmieniali tancerki i unosili je wichrowym lotem. 
Zadowolony Sartaski częstował winem swoich gości, ale prawie równie szczodrze 
darzył butelkami muzykantów. Na Bodzia patrzył rozpromieniony. Z demokratyzmem 
ordynata zżył się, ale w Bohdana pod tym względem nie wierzył. Wiedział, że jest 
bystry i energiczny, lecz posądzał go o bardziej arystokratyczne cechy. 
Przekonał się obecnie, że jest inaczej. Młodziutki Michorowski nie różnił się 
postępowaniem ani od praktykantów, ani od synów Sartaskiego. Nie wybierał panien 
z lepszymi nazwiskami, jedynie to, co go porywało, to chyba uroda. Ale tańczył 
ze wszystkimi bez wyjątku. Wyciągał z kątów skromne panienki, domowniczki, co 
nawet wywołało pewien grymas na ustach wyżej urodzonych. Sartaski cieszył się. 
Patrząc na ordynata i Bohdana myślał: — Czy to tylko jest w ich rodzie, czy w 
ogóle pleśń magnacka się przeciera!? Lecz co do ogółu, miał jeszcze wątpliwości. 
XXXI Bohdan na wiosnę był na posadzie w dobrach rusłockich na Wołyniu. 
Właściciel, książę Poniecki, mieszkał w głównym kluczu, prawie Bohdana nie 
widywał, gdyż ten, jako jeden z pomocników zarządzającego, przebywał stale w 
odległym folwarku, Jary. Michorowski pracował od świtu do nocy. Nie czytywał, 
nawet ulubionych rysunków zaniechał. Wieczorem, upadając ze zmęczenia, zasypiał 
snem twardym i doznawał wrażeń, że ktoś wali nań ogromne złomy kamieni. Budzono 
go przed wschodem słońca bez żadnych względów. Praca i obowiązek wzięły go w 
swój gniotący tryb mozołu. W duszy młodzieńca powstawał bunt, lecz nieubłagana 
konieczność miażdżyła go. Gdy maj rozkwitł w całej swej świetności, gdy natura 
wrzała życiem i pożądaniem, oceany białych kwiatów pokryły sady, lasy tryskały 
kwieciem, łąki wieńczyły swe czoła, Bohdan rwał się jak na łańcuchu. Wściekła 
przemoc tęsknoty za swobodą szarpała go, niby obcęgami. Biec chciał na 
przepadłe, byle otrząsnąć się z tego jarzma, byle dalej. Zamierał z szumnych 
porywów życia. Stał na polu buraczanym, dozorując pielenia, ale patrzył jak 
błędny na gromady kobiet, schylonych nad pracą. Często nie pojmował, co mówili 
do niego ekonomowie lub zarządzający, który sprawdzał pomocników. Wolał już 
ślęczenie przy biurku w kancelarii administracyjnej, snując niezliczoną ilość 
cyfr lub pisząc raporty. Wtedy nie widział przestrzeni, nie wciągał w nozdrza 
zapachu rozprażonej ziemi; mniej tęsknił. Zanurzał się w liczbach i nabierał 
humoru. Powierzone sobie księgi, rachunki, prowadził tak sumiennie, że 
zarządzający obiecywał mu wyrobić posadę sekretarza. Bodzio uśmiechał się 
ironicznie, trochę boleśnie. Za to na polu zawsze irytował zwierzchnika, im 
ostrzejsze otrzymywał wymówki, tym bardziej stawał się niepoprawnym. Stał raz na 
rozległym polu, pilnując fornali orzących zagony kartofli. Nudził się i ziewał. 
W przejrzystym powietrzu cudnego poranka oddalone pola, jary obrosłe rozkwitłą 
tarniną, ciemne lasy — nabierały plastyki niesłychanej. Zdawało się, że 
horyzont, rozjaśniony do najdalszych krańców, skupia się i kładzie jak na dłoni 
najdrobniejsze szczegóły. Siny pasek źródła płynącego pod tarninami był tak 
wypukły, że Bohdan widział na nim z daleka nawet drobne falki. Pojedyncze kiście 
kwiatów białych chwiały się lekkim oddechem, gromada pszczół obsiadła krzewy, 
rywalizując z motylami, które wyglądały, jak rozwiane piórka rajskiego ptaka. 
Bohdan szedł wolno środkiem pola, bruzdami przemykał się do nęcących go tarnin. 
Głowę podniósł w górę i wisiał cały wśród błękitu, chwytał wzrokiem pajęczynki 
obłoczków; rozmarzone źrenice ścigały lot ptaków, tnących z impetem lub łagodnie 
ogrom powietrzny. Gdy skowronek wbijał się w błękit pyłkiem coraz drobniejszym, 
Bohdan szeptał z głębi swej duszy utęsknionej: — Geniuszu swobody, potężny 
znawco lotu, ptaszyno, unieś mnie tam, unieś... — I coś go brało za gardło — 
rzewnie, ale dusząco, aż uczuł ból od napływających do oczu łez. A w 
przestworzach było tyle pędu życiowego, taki szalony żyzny wicher miłości i żądz 
namiętnych gnał wskroś pól rozkwitłych, wskroś szafirowych baldachimów leśnych i 
wirował rozkosznie i targał sokami ziemi, i upijał odurzającym swym nektarem 
wszystko, co żyło. Bohdan w kilku susach dopadł do gaju strojnych tarnin i 
rzucił się w nie, jak młody zając w sałatę. Kolczaste gałęzie darły mu ubranie, 
kaleczyły ręce, do twarzy sięgały, ale Bodzio sam zanurzał głowę w najobfitszych 
splotach kwiecia i zdawał się połykać je pragnieniem gorących uczuć. Biegał 
wśród krzewów, ogarniał je ramionami. Spłoszone ptaki wylatywały z gniazd z 
kwileniem głośnym. Kuropatwy furknęły mu spod nóg. Wówczas zatrzymał się. Cicho 
usiadł pod najpyszniejszym krzewem, zmartwiony, że zmącił swobodę ptakom. 
Uspokojone ciszą powracały, on zaś przemawiał do nich jak do ludzi. I znowu 
biegł dalej łąkami, napawał się widokiem źródła, aż wszedł do lasu i stanął nad 
brzegiem dużego jaru. Prostopadle spod stóp Bohdana spadały ściany, porosłe 
odłamami skał. Kamienie pokryte mchem zielonym i siwym tworzyły tu piramidy i 
groty, jakby ręką ludzką ułożone. Rosły brzozy płaczące, wieczną melancholią 
owiane, jakby i z maja i z życia nie rade. Młode dębczaki panoszyły się butnie, 
buki, klony i sosny pokręcone fantastycznie. Leszczyna rozwijała się szeroko, a 
tu i tam bieliły się śniegiem kwiecia rozkwitłe czeremchy. Na samym dnie jaru z 
hukiem toczyła się wąska rzeczułka, poprzerzynana porostami kamiennymi, na 
których woda pięła się w wirach i skrętach. Naprzeciw Bohdana, w perspektywie 
utworzonej pomiędzy drzewami, widać było frontowy szczyt pałacu w Rusłocku. 
Słońce grało ogniście na blaszanym dachu, migotliwie krzesało płomyki w oknach 
szczytowych. Bohdan patrzył, patrzył i smutek okrył go niby płachtą żałobną. 
Twarz mu zmierzchła, chłód powiał od rzeczułki i wilgocią przejął aż do kości. 
Pałac ten przypomniał mu Czerczyn, ale przede wszystkim Głębowicze. Rok, 
spędzony w ordynackim zamku, pozostawił w duszy Bohdana niezatarty, żywy blask. 
Wspomnienie dzieciństwa w Czerczynie, nauki, zabawy po świecie, były jakby 
odległą nutą, poprzedzającą tylko pyszny akord końcowy. Bohdan kochał Głębowicze 
i kochał ordynata, chociaż od czasu podjęcia posady w Rusłocku czuł do Waldemara 
w duszy swej jakiś drobny, nie dający się określić żal, żal ten wzmagał się, gdy 
mu było bardzo źle, nikł prawie bez śladu, gdy jakieś przelotne wrażenie 
natchnęło go otuchą. W marzeniach swych widywał Waldemara z Lucią, skojarzonych 
już, i tęsknił nie tylko za nimi, Ramzesem i Haneczką, lecz i za pluskiem rzeki 
głębowickiej i za gwarą drzew parkowych. Z rozrzewnieniem przypomniał sobie swój 
pokój, gdzie usługiwał mu wyproszony u ordynata Murzyn, dozorca sal myśliwskich. 
Rozczulał się na wspomnienie robotników, którym dawał książki do czytania, 
strzelców zwierzynieckich, nawet ogrodów i buldogów z psiarni. Czerczyn oddalił 
się od jego myśli i uczuć, jak obrazek zapamiętany z dziecinnej książki. 
Obojętność matki i brata były jedną więcej kartą, jaka go przesłaniała. Rusłocka 
Bohdan nie lubił, do książąt Ponieckich nie mógł się przekonać. Patrzył teraz na 
ich błyszczący pałac i myślą leciał do Głębowicz. Zadrżał, usłyszawszy głośny 
tętent. Tuż przy sobie ujrzał nagle zarządzającego Holewicza, który osadził 
konia prawie na plecach Bohdana. — A! Tak! Spodziewałem się tego! Pan tu patrzy, 
a tam groch z kapustą porobili! — krzyknął Holewicz. Bodzio się zmieszał. — Z 
pługami?... Co takiego?... — Idź pan, zobacz, to się dowiesz! Parobcy pospali 
się na zagonach, tymczasem konie po kartoflach tratują. Do stu diabłów! 
Postawili pana tam, to pilnuj! W Bohdanie ocknął się arystokrata. Wyprostowany, 
obrzucił dumnym wzrokiem Holewicza i rzekł z naciskiem: — Niech pan raczy 
odzywać się uprzejmiej. Proszę! Zarządzający zdumiał się. Ale postawa Bodzia 
jego z kolei zmieszała. — Cóż to, może pan tu nie winien?... — rzekł spokojniej. 
— Tak, po części jestem winien... lecz wymagam innego tonu; takiego jak pański 
nie zniosę. Do dozoru zaś nad parobkami niech pan stawia ekonomów. Ja odmawiam 
stanowczo. — Pan jesteś przez księcia naznaczony na mego pomocnika, i ode mnie 
zależy, gdzie pana stawiać będę. — Ale do księcia jestem przysłany przez mego 
wuja, który nawet księciu nie pozwoliłby na ubliżanie mi, tym bardziej panu — 
odparł Bodzio. Zawrócił i poszedł w las, nie zważając na Holewicza. Bohdan od 
tej pory przeważnie zajmował się sprawami administracyjnymi. W pole wyruszał w 
chwilach wolnych lub w święta; wówczas swobodnie puszczał myśli w lot bezkresny. 
XXXII Z kancelarii Holewicza Bohdan wyszedł uśmiechnięty. Zręcznie wskoczył do 
bryczki i ruszył w drogę. Jechał do sąsiedniego majątku, Hulanki, do obywatela 
Wyroczyńskiego. Wiózł tam jakieś rachunki, pieniądze i list od Holewicza. Bodzio 
cieszył się podróżą kilkumilową, po pięknych okolicach wołyńskich, a wraz z nią 
— swobodą. Gdy bryczka wytoczyła się z folwarku na drogę wśród dojrzałych zbóż, 
Bohdan zaczął gwizdać. Radośnie biegał wzrokiem po falistych rozłogach, 
strojnych w perskie dywany ozimin i jarzyn. Uczuł zadowolenie i błogi spokój. Te 
kilka godzin, które miał przed sobą, wydawały mu się nową erą jego obecnego 
życia. Puścił wodze fantazji i wpadł w zadumę, chwilami tęskną, chwilami 
graniczącą z szałem. Zły był, gdy w samo południe bryczka stanęła przed gankiem 
w Hulance. Młody Michorowski wszedł do sieni. Ukazał się lokaj w błyszczącej 
liberii, na której złote guzy biły się z lampasami, lampasy z mniejszymi 
guzikami i lampasikami. Wszystko razem oślepiało i zarazem drażniło. Bohdan 
patrzył na jaśniejącego lokaja, niby na błazna z lichego cyrku. Usta złożyły mu 
się do uśmiechu. — Czy jest pan? Lokaj nic nie odpowiedział; otworzył drzwi i 
wpuścił Bohdana do dużego gabinetu. Michorowski rozejrzał się. Był sam. Rzucił 
kapelusz na krzesło i przechadzał się wzdłuż pokoju, rozprostowując nogi po 
podróży. Z ciekawością oczekiwał Wyroczyńskiego. Wiedział o nim, że jest bogaty, 
że się "jakoś tam tego" dorobił majątku, że jest bardzo sprytny i dumny. 
Przepych gabinetu w tym samym stylu, co liberia lokaja, nasuwał pytanie, w jakim 
"rynsztunku" wystąpi właściciel. Bohdan czekał długo, chodził, chrząkał, 
kaszlał. Drzwi skrzypnęły. Wszedł Wyroczyński. Jego okrągła figura zarysowała 
się w gabinecie okazale. Upierścienione palce zanurzył lekko w kieszeniach 
ubrania i spojrzał na Bohdana spod brwi, schylając głowę, jakby patrzył pod 
światło. Michorowski skłonił się uprzejmie i podszedł bliżej w celu powitania. 
Miał już wypowiedzieć swe nazwisko, gdy osadził go na miejscu sztywny bas 
Wyroczyńskiego. — Czy to z Jarów?... Bohdan zaciął wargi. Doznał jakby uderzenia 
w twarz. — Z Jarów. — Jak godność... — indagował dalej Wyroczyński, nie 
zbliżając się i nie wyjmując rąk z kieszeni. — Mi...o...ski — wyksztusił Bodzio, 
dusząc się z gniewu. — Czy z rachunkami od Holewicza? — Tak. Wyroczyński 
wyciągnął rękę po papiery. Michoroski rachunków szukał długo, trzęsąc się z 
oburzenia, palce latały mu niesfornie, krew opływała go burzą płomieni. — Proszę 
prędzej, prędzej! — nalegał obywatel. Bohdan wydobył papiery z portfela i chciał 
rzucić je Wyroczyńskiemu, plunąć i natychmiast wyjechać. Ale zadziwiającą siłą 
woli opanował się. Wzgarda mu dopomogła. Spokojnie wręczył paczkę wraz z listem 
tłustemu jegomościowi, tylko rękę cofnął prędko, jakby jej nie ufając. 
Wyroczyński dostrzegł gwałtowny ruch, spojrzał przelotnie na wzburzoną twarz 
młodzieńca. — Proszę poczekać tu — rzekł wyniośle. Zrobił dłonią ruch, wyraźnie 
wskazujący miejsce przy drzwiach w progu. Bohdan jak ryś, rzucił się całą figurą 
naprzód, lecz się powstrzymał. Zacisnął zęby, aż zgrzytnęły. Wyroczyński już 
tego nie widział, szedł do biurka odwrócony plecami. Usiadł na wspaniałym 
fotelu, rozparł się, założył grube nogi jedną na drugą i bogatym nożem wolno 
rozcinał kopertę. Bohdan został przy drzwiach zupełnie zapomniany. Wrzało w nim. 
Nerwy waliły w pulsach, niby huk raz po raz padających piorunów. Przechodził 
piekielne katusze zniewagi, mękę zduszonej w sobie dumy. Ale krzepił się ironią, 
ona była mu teraz siostrą miłosierdzia. Stał ogłuszony przez krótki moment. 
Potem podniósł głowę śmiało i wyzywająco patrzył na pękatą postać rozwaloną przy 
biurku. Lewą ręką zaczepił o guzik od kamizelki, w prawej miętosił rękawiczki, 
rwąc ich skórę z pasją. Trzymał się na wodzy, drżał, ale czekał. Nagle 
Wyroczyński zdjął jedną nogę z drugiej i ociężale, jednak prędko, powstał. List 
trzymał otwarty, twarz wielka, lśniąca, rozszerzyła się zakłopotanym, lecz 
bardzo uprzejmym, niemal pokornym uśmiechem. Szedł do Bohdana, rozłożywszy ręce. 
— Ach! Czego się dowiaduję! Mam honor... pana Michorowskiego?! Bardzo, bardzo 
uniżenie witam! Wprawdzie fama niosła nam, że Rusłock posiada... tak 
znakomite... nazwisko, ale któż przypuszczał?! Witam szanownego... Wyciągnął 
obie dłonie z miną rozkoszną. List spadł na podłogę. Bohdan cofnął się o krok, 
nie zmieniając pozycji. Patrzył, jak przez szybę lodu. Ramiona Wyroczyńskiego 
chwiały się gościnnie do rąk Bohdana. Lecz ten ich nie podał. Stał bez ruchu i 
głosu. Wyroczyński zrozumiał. Dłonie mu opadły, twarz zrobiła się aż fioletowa 
od krwi. Wybełkotał w okropnym pomieszaniu, nie wiedząc, co mówi: — Wszak pan... 
kuzyn ordynata Michorowskiego?... Nie wiedziałem... Chociaż fama niosła... — 
Żałuję, że ta fama — odpowiedział Bohdan — nie ostrzegła mnie, że Hulanka 
posiada taki okaz, jakim pan jesteś, gardzący ludźmi pracy. Teraz wiem i 
wszelkie kwestie z panem załatwiać będziemy przez pocztę, bo nawet pastucha nie 
chciałbym tu przysłać. Żegnam. Słowa te padały jak szpicrózgi. Bohdan wyszedł z 
gabinetu. Uspokoił się dopiero w polu. Długo klął w myśli, czasem głośno, 
wreszcie machnął ręką. XXXIII W związku z imieninami księcia Ponieckiego cała 
wyższa administracja Rusłocka i przyległych folwarków zaproszona została na 
przedwieczorną herbatę. Zastrzeżenie "przed" było wyraźne. Potem miał być zjazd 
i bal dla arystokracji. Należało z administracją załatwić się wcześniej. Bohdan 
otrzymał wyłączną kartę od księżnej, zapraszającą nader uprzejmie już na obiad i 
na bal. Ale Bodzio od czasu swej bytności w Hulance solidaryzował się więcej z 
kolegami. Stał się ich szczerym przyjacielem. Własne porywy dumy magnackiej 
powstrzymywał umiejętnie, mając zawsze w pamięci brutalność Wyroczyńskiego. 
Odpisał księżnej, że zjawi się razem z kolegami przed wieczorem. Przy herbacie 
Bodzio został umieszczony w bliskim sąsiedztwie księżnej, która siedziała przy 
stole. Książę natomiast wciąż spacerował. To zapalał cygaro, to zaglądał w okno. 
Przysiadał obok żony rzadko i na krótko. Odzywał się mało, rzucając przeważnie 
pytania. Panowie z administracji odpowiadali z mniejszym lub większym pośpiechem 
i w uroczystym skupieniu. Poniecki słuchał ich z uśmieszkiem 
pobłażliwo_apatycznym. Często także przemówił coś do żony, w obcym języku, 
wprawdzie przyciszonym uprzejmie głosem, lecz przez to pogarszając tylko 
wrażenie. Bodzio się zdumiewał. Jakoś do innych porządków przywykł w 
Głębowiczach, a może już miał w swych żyłach krople innej krwi, niż Ponieccy. 
Jednak bogata sala jadalna, rój lokajów wyfrakowanych, ogólna atmosfera magnacka 
trochę na niego podziałały. Mimo woli wchłaniał w siebie hojnie tu rozsypaną 
wielkość. Ożywił się, nabrał kolorów. W źrenicach miał wyraz już przyćmiony, 
trochę butny. Prostował smukłe plecy, głowę podnosząc wyżej ruchem 
arystokratycznym. Gawędził wesoło z księżną, ale po polsku. Księcia subtelnie 
ignorował. Pomimo bowiem wsiąkania w swe właściwe ramy, odczuwał nietakt 
Ponieckiego. W poczuciu swej wyższości był uprzedzająco grzeczny dla kolegów, 
zarazem wyróżniając siebie od nich, lecz bez objawów zewnętrznych. Bodzio 
obiecywał sobie zostać na wieczór i bawić się dobrze w tych swojskich warunkach. 
Oboje księstwo wyróżniali go wyraźnie. Bohdan czuł, że mu się to należy, ale 
rozkosz tego wrażenia psuł mu pewien niesmak. Chcąc go złagodzić, zwracał się z 
serdecznym słowem lub z dowcipem filuternym do kolegów i cieszyło go ich 
zadowolenie. Książę krzywił się na to nieznacznie, w duchu myślał: — "natura 
Michorowskich" — i wielce był dumnym, że się zwie Poniecki. Zanim skończyła się 
proszona herbata, nadjechało kilka osób z sąsiedztwa, oczekiwanych na godziny 
późniejsze. Księstwu powarzyły się humory. Jednym z przyjezdnych był hrabia 
zamieszkały w okolicy. Mówił powoli, łaskawie, patrząc w ziemię. Nad wyraz 
wstrzemięźliwie witał zebranych oficjalistów. Zdziwienie na ich widok osiadło w 
jego podniesionych brwiach, kręcił głową. Książę stał się jeszcze bardziej 
roztargniony. Miał już odpowiedniego partnera do rozmowy, ale dawał lekkie znaki 
księżnej, aby skróciła posiedzenie przy stole. Do przedstawionego Bohdana hrabia 
poufale wyciągnął rękę. — A! Z przyjemnością witam przedstawiciela rodu 
Michorowskich — rzekł z emfazą. Wszak głębowicka linia?... — Nie, hrabio, tylko 
Czerczyńska — odrzekł bodzio. — To, to samo, to samo. Znam, znam ordynata! 
Działacz, społecznik! A pan tu zapewne lekko praktykuje? — dodał hrabia z 
figlarnym grymasem porozumiewawczym. — O tak! Naturalnie! — wyręczył Bodzia w 
odpowiedzi sam książę Poniecki. Bohdan się zmieszał. Może nie przyznałby, że 
właściwie jest oficjalistą, lecz interwencja księcia i jego uśmiech pobłażliwy 
zirytował go. Odparł dość szorstko. — Przeciwnie, hrabio, pracuję na chleb bo... 
muszę. Praktykantem nie jestem. Księstwo i hrabia stropili się nieco, ale 
koledzy Bodzia spojrzeli na niego z uznaniem i to było mu nagrodą za dużą 
przykrość. Wszedł nowy gość, zamożny obywatel. Witał zebranych z uprzejmą 
serdecznością bez wyjątków. Przemawiał tak samo do księcia, jak i do Holewicza. 
Jedynie z uwzględnieniem dla tytułu Ponieckiego. Hrabiemu radośnie podał 
prawicę. — A! Kochany sąsiad! Moje uszanowanie. — Witam mego plan...ta...tora — 
wycedził hrabia mniej gorąco oraz mniej żarliwie potrząsnął ręką obywatela. — 
Cóż to za tytuł? — spytał cicho Holewicza Bohdan. — A to widzi pan, ten obywatel 
plantuje buraki do cukierni hrabiego, hrabia zaś, korzystając z sytuacji, nigdy 
go inaczej nie nazywa, jak tylko plantatorem. To także rodzaj wyższości. Bodzio 
odczuł ironię w głosie Holewicza, ale i sam skrzywił nos. Przez cały czas 
rozmowy hrabia istotnie przemawiał do obywatela zawsze go tak samo tytułując. 
Obywatel marszczył się, było mu przykro, ale na tym poprzestawał. Panowie z 
administracji prędko sami zrozumieli, że czas się wycofać, zaczęli się żegnać. 
Księżna wobec wszystkich zwróciła się nagle do Holewicza. Minę miała 
nieobiecującą: — Czy pan pisał do hrabiego Borelskiego, mego ojca, list w 
kwestii gorzelni? — Tak, proszę księżnej pani. — A to szczególne! Wie pan, że 
podziwialiśmy w Bełcinach ten list. To list wprost koncertowy, niesłychany. 
Holewicz oddczuł niewyraźną jeszcze kompromitację. — Dlaczego, proszę księżnej 
pani? — spytał głosem niepewnym. Księżna mówiła teraz wyłącznie do obecnego 
hrabiego: — To był bajeczny list. Proszę sobie wyobrazić nagłówek: Szanowny 
panie!... Do mego ojca!... Ha! ha! I poza tym w całym liście, dość długim, ani 
wzmianki żadnego więcej tytułu. To specjalna umiejętność: prawda?... — Hm! 
Istotnie — mruknął hrabia, pilnie patrząc w ziemię. Nawet jemu było nieswojo. 
Książę chodził tylko po pokoju, na ustach błąkał się niby uśmiech zaskłopotania, 
niby oburzenia. Księżna ciągnęła dalej ubawionym tonem: — Ten list ojciec mój 
schował do archiwum. W zbiorze wszelkich osobliwości hrabiów Borelskich będzie 
unikatem. "Szanowny panie", i nic nadto?!... Zaśmiała się nerwowo, niemal ze 
spazmem. Holewicz stał ogłuszony, jak obity szyderstwem. Wszyscy byli 
niewymownie zmieszani. Księżna, nie zwracając już uwagi na obecność 
administracji, odwróciła się do męża i hrabiego. Lecz spostrzegłszy, że Holewicz 
złożył głęboki ukłon i odchodzi wraz z innymi, prędko podeszła do 
Michorowskiego. — Panie Bohdanie, pan zostaje z nami, tylko przebierze się pan, 
naturalnie. To jeszcze potem, jak zbiorą się damy. — Prosimy bardzo. Ale nawet 
już prosiliśmy! — dodał książę. Bodzio oprzytomniał. Otrząsnął się z osłupienia 
i z szalonego gniewu. — Dziękuję jaśnie oświeconej księżnej pani za łaskawość, 
lecz odchodzę z kolegami — odrzekł, mocno akcentując słowa, zwłaszcza tytuł. 
Skłonił się i wyszedł razem z Holewiczem. W sieniach podał rękę zarządzającemu. 
Usta Bodzia trzęsły się, twarz była wzburzona. Nie rzekł nic, uścisnął 
przyjacielsko dłoń zwierzchnika z serdecznym spojrzeniem, które tamten odczuł i 
ocenił. Bodzio w wyobraźni ujrzał się w przyszłości w położeniu Holewicza. 
Pochlebiał sobie tylko, że lepiej zna wymagania arystokratyczne i formy, wobec 
nich obowiązujące. XXXIV Pani Kornelia Michorowska w jesieni znowu przyjechała 
do Głębowicz. Zarzuciła ordynata mnóstwem wyrzutów z powodu, że Bodzia zrobił 
ekonomem. — Nigdy nie sądziłam, aby kuzyn tak źle z nim postąpił. Taki delikatny 
chłopiec, taki wątły, i on — do takiej pracy?!... Ordynat tłumaczył, jak umiał, 
że Bodzio nie jest ekonomem, że pisze listy, z których widać, że jest zadowolony 
i cieszy się z rezultatów swej pracy. Ale pani Kornelia nie dała się przekonać. 
— To nie zajęcie dla Michorowskiego! Ach, mój Boże, gdybyż to mój mąż 
widział?!... — wzdychała dama przesadnie. — Gdyby żył ojciec, Bohdan nie 
zostałby zrujnowanym — wybuchnął ordynat. — Teraz musi pracować, bo w przeciwnym 
razie nie będzie miał z czego żyć. U mnie na łasce nie zostanie — za dużo ma 
ambicji i za to nie wolno go ganić. Waldemar przypomniał pani Kornelii jej 
własne słowa, jakie skierowała do Bodzia na temat tracenia pieniędzy 
ordynackich. — Wobec tego nie pojmuję dzisiejszej niekonsekwencji. Kuzynka 
wyrzekła się go, a teraz chce mu zabronić pracy? — dodał podrażniony. Pani 
Michorowska poczuła się jakby przyłapana. Sama nie wiedziała, czego chce, jadąc 
tu i odjechała z niczym. — Bodzio wyrabia się i będzie człowiekiem; ale chcąc 
nim zostać, musi poznać wiele spraw — rzekł jej ordynat na pożegnanie. Sam 
jednak postanowił odwiedzić Bodzia. Ale najpierw był w Słodkowcach. Pani Idalia, 
przebywszy lato z córką i ojcem, znowu wyjechała za granicę i połączyła się z 
Barskimi. W kołach arystokratycznych mówiono nawet, że baronowa wychodzi za 
hrabiego Barskiego. Ordynat wzruszył ramionami. Pan Maciej smutnie kiwał głową. 
A Lucia rzekła tylko: — Możebne i to. Patrzyła na Waldemara z niemym błaganiem, 
jakby u niego szukając pociechy w swym sieroctwie. A on przyjeżdżał często, 
mówił do niej dobre, miłe słowa i Lucia była szczęśliwa. Gdy Waldemar przyjechał 
do Słodkowic przed podróżą do Rusłocka, pan Maciej spał. Lucia malowała na 
tarasie. Przywitali się serdecznie i siedli oboje przy sztalugach, w cieniu 
drzewa pomarańczowego. Waldemar zapalił cygaro, Lucia rozcierała farby na 
palecie. Na sukni miała obszerny fartuch malarski z czarnej satyny, warkocze 
spuszczone na plecy. Waldemar patrzył na jej profil owalny, obrzucał ją całą 
miękkim wzrokiem. — Czemu ty, Luciu, ubierasz się zawsze tak żałobnie? — spytał. 
Milczała chwilę. — Taki już mam gust. Zresztą... — Dokończ. — Zresztą to 
mimowolne. Wewnętrzny stan duszy odbija się na formie zewnętrznej. — Więc zawsze 
tak ci smutno? Spojrzała na niego ze zdziwieniem i z wymówką. — Zawsze. — I... 
dlaczego?... — Żartujesz ze mnie, Waldy? — odrzekła sucho. On rzucił cygaro. — 
Nie żartuję, lecz uważam, że Słodkowce są dla ciebie zabójcze. Powinnaś 
wyjechać. Spojrzała na niego wystraszonym wzrokiem. — Dokąd? — Aby z Słodkowic! 
Ja zaopiekuję się dziadkiem, ty zaś pojedziesz z babką Podhorecką do Paryża. 
Lubisz ją, prawda? Ona bardzo tego pragnie. Wyjeżdża na całą zimę. — Ja nie 
pojadę — stanowczo rzekła Lucia. — Nawet gdyby cię o to prosił dziadzio?... — 
Nawet wtedy. Dziadzio mnie przed rokiem z mamą wysyłał za granicę, jednak nie 
pojechałam. — A gdybym... ja cię o to prosił?... Lucia przybladła. Zaczęła 
prędko mrugać powiekami, ale łzy nie dały się zatamować. Zaszkliły na rzęsach 
bujnymi kroplami. Waldemar pochylił się do niej, delikatnie otoczył ją ramieniem 
i trochę przygarnął do siebie. Lucia omdlewała. — Czy wtedy pojechałabyś?... — 
spytał szeptem. — Chcesz się mnie pozbyć?... jęknęła, i łzy spadły na farby. — 
Ale pojechałabyś? — Tak... Paleta z brzękiem upadła na posadzkę tarasu. Lucia 
siedziała sztywna, z oczami przymkniętymi i ze zwieszoną głową. Niewypowiedziane 
uczucie radości i słodyczy ogarnęło Waldemara. Przyciągnął ją bliżej, przechylił 
jej głowę na swe ramię i wpił się ustami w jej zapłakane oczy. Upojenie, równe 
chyba nieziemskim wizjom, wzięło Lucię w swój szlak promienny. Zamierała w 
cudnym pół_śnie, pół_jawie. Rzęsiste, a palące iskierki szczęścia obsypały ją 
całą. Zachwyt sięgał zenitu, gdy usta Waldemara przycisnęły rozchylone wargi 
Luci. Błogość i szał runęły na nią potężnie, zatracając ją w niepamięci, w 
ekstazie bez wyjścia. Tylko te gorące usta ukochanego były dla niej wszystkim. 
Cały świat wokół niej przestał istnieć. Czuła w sobie boskość. Gwałtowna, 
niepojęta siła oderwała nagle Waldemara od ust Luci. Zatrząsł się i blady, 
nienaturalny, ucałował jej rękę, nie patrząc w oczy. — Wybacz mi! — szepnął 
niespodziewanie. Lucia rozjaśniona, jak majowe słońce, przytuliła się do niego z 
ufnością dziecka. Głowę swą jasną złożyła na jego piersiach i spytała: — 
Waldy... Dlaczego ty mi każesz jechać? Waldemar pogładził dłonią jej lśniące 
włosy. Był zmieniony na twarzy. — Zapomnij o tym i... zostań — wyszeptał. Ona 
rozkosznie objęła ramionami jego szyję. — Dobry, jedyny... ukochany! — mówiła 
bezpamiętnie, z głębi kipiącej miłością duszy. Ucałował ją w czoło, ale już 
inaczej, po dawnemu. Chwila minęła, szał uleciał w poszumie nieprzyjaznej fali 
myśli. Łagodnie odsunął ją od siebie i powstał. Brwi miał zmarszczone, w oczach 
niepewność i jakby żal. — Może się przejdziesz — zaproponował Luci. — 
Odpowiedziała mu rozmiłowanym spojrzeniem. Długo chodzili po parku, rozmawiając 
niby poufnie, ale z trudem, o rzeczach zwykłych. I męczyli się oboje. XXXV 
Ordynat jechał do Rusłocka. Na jednej ze stacji centralnych spotkał książąt 
Ponieckich. Wiedział, że ich nie ma w Rusłocku, dokąd dążył, ale też spotkania 
nie pragnął. Księstwo natomiast witali go z pietyzmem. Waldemar pytał o Bodzia, 
księżna wystąpiła ze skargą, niby to utrzymaną w tonie żartobliwym, lecz tak, by 
ordynat mógł odczuć w jej słowach jad i ironię. — Ach! Pan Bohdan? To skończony 
socjalista. — Czyżby?... — zdziwił się Michorowski. — Ależ tak! Ordynat pojęcia 
nie ma, jakie on w Rusłocku głosi idee, jakie podsuwa nam projekty... Zakrawa 
trochę na chłopomana. — Doprawdy? Przestrasza mnie księżna! Cóż on tam robi? 
Książę pobłażliwie mrugnął oczami. — No, nic złego, nic złego... Poniecka się 
gorączkowała. — Niech ordynat sobie wyobrazi, że pan Bohdan inicjuje u nas coraz 
nowe instytucje. Jakieś tam szkoły, jakieś kolejki wąskotorowe z lasów, aby się 
chłopi nie męczyli pracą. Słyszane rzeczy. — No, no! Rzeczywiście!... 
Bajeczny!... potakiwał Waldemar dusząc się ze śmiechu, czego jednak księstwo nie 
spostrzegli. — Albo jego filantropia? Wprost skandaliczna!... Rozbałamuca nawet 
służbę. — Ale z administracją jest w zgodzie, o ile słyszałem? — Zapewne! Bo ich 
także psuje swym liberalizmem. Mają w nim poplecznika. Do tego dochodzi, że się 
z niektórymi przyjaźni! — Książę wciąż uśmiechał się uprzejmie. — TAk, to jest 
młodzieniec nie rokujący wielkich nadziei — mówił sylabizując słowa. Jego 
pochłoną niskie wartości społeczne. To nie jest karmazyn, chociaż z nich 
pochodzi. Usta ordynata zaczęły się przeciągać w krzywą linię szyderstwa, ale 
milczał. Księżna trzepała dalej. Oczy jej duże, czarne, nazbyt wypukłe, 
błyszczały chęcią zemsty. — Niech ordynat wyobrazi sobie, co on mnie zrobił: 
Jechałam raz do kościoła, z boną i dziećmi. Dzieci lokaj wiózł kucami, pana 
Bohdana zaprosiłam do powozu obok siebie. Bona naturalnie usiadła na przedzie. 
Tymczasem ten dziwoląg sam usiadł na przedzie, a tej starej babie wskazał 
miejsce przy mnie. Ordynat zaśmiał się serdecznie. Wyobraził sobie wyłączną 
elegancję Bodzia i oburzenie księżnej. Najzabawniejszą jednak musiała być mina 
bony, nie przyzwyczajonej w Rusłocku do takiej uprzejmości. — Pan się śmieje? — 
zdziwiła się księżna. — A to smarkacz ten Bodzio! I jakże się ta historia 
skończyła? — pytał ordynat zdławiwszy śmiech. — Kazałam bonie zająć właściwe 
miejsce, jemu zaś zwróciłam uwagę. Ale... to na nic! — Znowu babę 
przetransportował na siedzenie? — Nie! Wysiadł z powozu, podziękował mi za 
towarzystwo i do kościoła pojechał z rządcą prostą bryczką. — Fenomenalny 
Bodzio! No, no — lekko kpił ordynat. — Albo jeszcze: namawia nas, żeby pobudować 
letniska nad jakimś tam ukochanym jarem, a wie pan dla kogo? Oto, dla biednych 
suchotników, którzy nie mają na inne kurorty. Cały plan takich domków 
przedstawił nam i twierdzi, że mieszkanie i utrzymanie dla tych... miłych gości 
powinniśmy dawać bezpłatnie, bo nas stać na to. Vyoez vous? On rozporządza 
naszym majątkiem. — To dopiero śmiały! Oburza mnie niesłychanie! Książę zauważył 
wreszcie, że ordynat odzywa się jakimś szczególnym tonem. Dotknięty przykro 
książę przypomniał sobie nagle, że ma przed sobą również Michorowskiego, którego 
opinia mniej więcej się zgadza z opinią Bodzia. Poniecki mrugnął dyskretnie na 
żonę. I ona się zmieszała. Zaczęła zagadywać o czym innym i prędko pożegnali 
ordynata. Gdy znikli w drzwiach sali pierwszej klasy, Waldemar zaśmiał się 
swobodnie. — Tableau! — zawołał prawie głośno. Michorowski zmienił zamiar; 
zamiast do Rusłocka, wstąpił naprzód do Biało_Czerkas. Tam, błądząc po lasach, 
snując się po staroświeckich komnatach pałacu, rozmyślał o Bodziu. Chwilami 
ogarniał ordynata gniew głuchy, że Bohdan zajmuje posadę u takich ludzi, jak 
Ponieccy. Jakiż wpływ oni mogą wywierać na jego młody i wrażliwy umysł? 
Najgorszy! A jednak Bodzio widocznie się nie poddaje. Wygłasza śmiało swoje idee 
i może one zahartują się w warunkach przeciwnych. Waldemara gnębiły obawy, aby 
pobyt w Rusłocku nie spaczył dobrych poglądów Bohdana. Uspokajał się jedynie 
tym, że oboje księstwo, zwłaszcza księżna, byli krańcowymi fanatykami swych 
pojęć, zacofanych zatem, jak każda krańcowość, i nie mogli być niebezpieczni. 
Ordynat rozmyślając, zanurzał się w niezgłębione cienie parku 
biało_czerkaskiego, w którym stuletnie drzewa tworzyły bezdenne otchłanie, 
pociągające ku sobie urokiem dziwnej tajemniczości. Mnóstwo drzew otaczało 
pałac, ramiona ich rozłożyste, poufale upierały się na szarych murach, muskając 
wyniosłe okna. Stare dworzysko tonęło w masie drzew, zlewając się z nimi w 
całość jednolitą i potężną. Sprawiało to wrażenie, że pałac i drzewa otaczające 
go, wyrosły razem i chyba razem przetrwają wieki. Sztuki w Biało_Czerkasach nie 
było wiele, natomiast natura niesłychanie bujna, trochę dzika, lecz piękna. 
Splątane gąszczem róż polnych, kaliny i krzewy kolące leśnej azalii, która na 
wiosnę rozkwita jaskrawo_żółtymi kielichami, odurza słodką, lecz mocną wonią i 
wzrostem dosięga człowieka, zwabiały do parku biało_czerkaskiego całe legiony 
ptaków. Niezliczone stada ich roznosiły jednolity krzyk, prawie nie milknący. 
Spotykało się tu pyszne okazy ptaków. Dziwnie były łaskawe, nie obawiały się 
ludzi, gospodarując śmiało wśród drzew, jak we własnym państwie. Gdy na jesieni 
opadły liście, drzewa i krzewy wyglądały niby oblepione olbrzymimi owocami, były 
to gniazda przeróżnych kształtów i wielkości. — Do tej natury wspaniałej i do 
tych rojów ptasich potrzeba tylko Bodzia; ten by się cieszył — myślał ordynat. 
Napotykając pierzaste kępy paproci, Waldemar zatrzymał się w swej przechadzce i 
myślą sięgał w przeszłość. — Miałem tu przyjechać... ze Stefcią, i ona kochała 
naturę, lubiła paprocie, świętojańskie robaczki; takie mnóstwo ich świeci po 
nocach tu, w tym parku. Nikt przy ich światełkach nie marzy, nikt nie kocha 
wśród tęsknych wieczorów. Natura tu żyje sama ze sobą i tworzy coraz to nowe 
cuda. Dla kogo? Czy zawsze tylko dla siebie? Czy istotnie bywają takie miejsca, 
przeznaczone na wieczną pustkę? Tak jak i między ludźmi są osobniki, z tęsknotą 
w sercu nigdy nie zaspokojoną, z pustką w duszy nigdy nie wypełnioną. Ale zawsze 
pragnącą, chociaż beznadziejnie. Ordynat zamyślił się smutnie. — A ten park? On 
żyje sam w sobie, ale tęskni i pragnie jeszcze żyć dla kogoś. XXXVI Bohdan i 
Holewicz stali na polu, gdzie kopano kartofle. Szeregi czerwonych spódnic i 
koszul białych, wyszywanych na ramionach, rozciągały się wzdłuż zagonów. Motyki 
śmigały żwawo. Gwar rozmów gromadnych rozbrzmiewał po polach, cichnąc, lub nagle 
rwąc w górę z żywiołową siłą. Wrzaski dozorców wpadały jak baty w to mrowie 
kobiecych głosów. Obok pola przechodził trakt, poza nim żółciły się i szarzały 
smutne rżyska, na których już babie lato przewiało swe miękkie włókna. Spokój 
jesienny szedł od czarnych borów, układał się wygodnie w miedzach i oddychał, 
syty jakiś, ospały. Gęsto rozsiewały się w perspektywie pól długie, ogromne 
sterty ze zbożem, jak pomniki po minionym lecie. Powietrze przecinało chwilami 
głośne pożegalne gęganie odlatujących dzikich gęsi. Żurawie sunęły na południe 
krzywą linią, jak wąż piorunowy. Pustką i zarazem dobrobytem tchnęły łany, 
oswobodzone z ciężarów płodu. Wiatr ochładzał im czoła, zimnym oddechem 
przygotowywał do nadciągających z daleka jeszcze mrozów. I gładził wiatr 
obnażone ciała pól. Odkryte łona pszeniczne pieścił delikatnie, twarde 
szczeciniaste żytniska targał zawzięcie, świszcząc w krótkich źdźbłach. Smętne 
uśmiechy słoneczne spadały na odpoczywającą ziemię. Ostatnie płody wydzierano 
glebie. Na trakcie, równolegle z polem, pełnym kopaczów, jechał kłusem długi, 
strojny zaprzęg. Ludzie spoglądali ciekawie. — Ho! się z daleka! To nie tutejsze 
— mówili do siebie kopacze gwarą miejscową. — To konie biało_czerkaskie — rzekł 
Holewicz zdziwiony. Znam te konie. Ale czyżby naprawdę?... Trochę za daleko. 
Bohdan się zdumiał. — Z Biało_Czerkas? Co znowu? Tyle mil?... Holewicz 
przypatrywał się uważnie. Lando zaprzężone w czwórkę koni zatrzymało się nagle. 
— Ano tak! To pewno ordynat? — potwierdził Holewicz. Bodzio pędem puścił się 
przez zagony. Krzyknął radośnie, ujrzawszy wychyloną z landa postać Waldemara. 
Powitali się z pewnym rozczuleniem. — Siadaj i pojedziemy — rzekł ordynat. — Do 
Rusłocka? Ponieccy wyjechali. — Wiem. Przyjechałem do ciebie, nie do nich. 
Bohdan serdecznie uścisnął mu rękę. — Dziękuję ci, wuju. Nawet nie myślałem, że 
dla mnie... zechcesz tyle mil... — Jechałem rozstawnymi końmi. Ale cóż ci to, 
Bodziu? Czemuś taki przejęty? Bohdan smutno spojrzał mu w oczy. — Bo myślałem, 
że już wszyscy... zapomnieli o mnie. W głosie jego zadrgał bezmierny żal. 
Waldemar się wzruszył. — Słuchaj, chłopcze, listy piszesz swobodne, jednak nie 
wydajesz mi się zadowolonym. le ci jest? Mów. Bohdan ściął wargi. Walczył ze 
sobą, i Waldemar to widział. Ale młodzieniec odparł spokojnie, nawet z 
uśmiechem: — Ha! Wuju: pracuję, to trudno. Minęły dla mnie czasy różane. — Więc 
wytrwasz; prawda? — Tak, do roku. W Rusłocku dłużej nie zostanę. — Ale wiesz?... 
była u mnie twoja matka. — Pewno z pretensjami? I do mnie pisała, oburzona, że 
pracuję. Chce, abyś wrócił do Czerczyna i był administratorem Wiktora. Bohdan z 
fantazją poprawił czapkę. — Tego się nie da zrobić — zawołał rezolutnie. — 
Wiktora nie ma w Czerczynie. — A gdzież jest? — W świecie, jak ty dawniej! — 
rzekł ordynat, badając wrażenie. — Jak to?... Traci!... — Nawet bardzo. Hula, 
awanturuje się, gra... Bohdan zbladł, w oczach mignęła mu rozpacz, coś w nich 
błysnęło wilgotnego. — Biedna, biedna mama! Dwóch nas ma, i obaj... łotry! — 
szepnął drżącymi ustami. Waldemar, wzruszony do głębi, objął go i pocałował. — 
Jesteś dobry, chłopcze. Nie nazywaj się łotrem; właściwie nigdy nie byłeś nim. — 
Wyratowałem się, wuju, przez ciebie. Ale cóż z mamą? Ruchem zbolałym i 
tragicznym splótł palce u rąk. — Ojej! jak ja muszę wziąć się w kupę i pracować, 
żeby mamie... Bo Wiktor zatraci ją: on bez serca. — I bez sumienia, dodaj — 
rzekł Waldemar. — Jego nikt i nic nie poprawi. Jechali, milcząc; nagle Bodzio 
wziął Waldemara za rękę. Przemówił, wahając się, niepewnie: — Wuju, a co z 
Lucią?... Czy już... mogę wam... powinszować i cieszyć się? Waldemar 
poczerwieniał. Zsunął brwi. Zakłopotanie drgało mu na twarzy. — Czy... chciałbyś 
tego? — spytał trochę badawczo. Bodzio gwałtownie ścisnął jego dłoń. — Bardzo, 
bardzo, wuju! Ona godna być twoją żoną i ordynatową głębowicką. Ona cię 
kocha!... — No dobrze. To są rzeczy dalsze. Mówmy o twej pracy i projektach. 
Bodzio odczuł w samym tonie Waldemara, że to są rzeczy bardzo bliskie, ale 
delikatnie zmienił temat. Był szczerze zadowolony. 
XXXVII W zamku głębowickim 
uroczyście obchodzono wilię Bożego Narodzenia. Stary pan Maciej, otulony 
troskliwie przez wnuczkę, przyjechał razem z nią. Po wieczerzy, w wielkiej sali 
przyjęć tłum dzieci ze szkoły i z ochronek głębowickiej i słodkowickiej, który 
przyjechał na kilku saniach, otaczał przepyszną choinkę. Właściwie była to 
jodła, sięgająca pod sufit wysokiej sali, zatopiona w powodzi światła, lśniąca 
jak skarbiec z klejnotami. Lucia rozdawała podarki, chodząc wśród gromady dzieci 
niby ich wieszczka. W gładkiej, czarnej, aksamitnej sukni, ozdobionej tylko 
sznurem pereł, smukła i wiotka, robiła wrażenie cichej kapłanki. Jej popielate 
włosy w kontraście z czernią aksamitu mieniły się bogatą masą, żywe i nęcące. 
Waldemar patrzył na nią uparcie. Przypominała mu się nazwa dana przed rokiem w 
Warszawie: westalka. — Tak, ona istotnie ma w sobie coś z westalki: powagę i 
wdzięk... — pomyślał. Bohdan, który przyjechał na święta z Rusłocka, widocznie 
zauważył to samo. Szepnął do ordynata: — Wie wuj, że ta Lucia robi wrażenie... 
mistyczne. Ma w sobie coś tajemniczego... Przypatrywał się jej jak psycholog, 
wreszcie rzekł prędko, z akcentem dziwnej pewności i zarazem obawy: — Tak, takie 
kobiety bywają albo bardzo szczęśliwe, albo... bardzo nieszczęśliwe. Tragiczne! 
Połowiczność nie dla nich... Ordynat przykro dotknięty odszedł w inną stronę. 
Bohdan nie spuszczał oczu z Luci. Dzieci po otrzymaniu podarków śpiewały chórem 
kolędy, potem orkiestra miejscowa zaczęła grać, i rozpoczęły się zabawy. 
Marszałek dworu i ochmistrzyni czuwali nad porządkiem. Późno w nocy, przed 
rozpoczęciem w kaplicy zamkowej Pasterki, Waldemar, Lucia i Bohdan wyszli na 
najwyższy taras od strony rzeki. Noc zimowa była i ciepła, i cicha, ale szara. 
Chmury popielate rozmazały się po niebie, grożąc zapowiedzią nowych śniegów. 
Park, obficie zasypany bielą, spał spokojnie. Na jodłach leżały śnieżne kapy, 
wielkie błamy, niby skóry białego niedźwiedzia, okrywały, hojnie zbite, mnóstwo 
ciemnych, nagich drzew. Słał się puszysty, śnieżny pokrowiec na marmurowych 
schodach przystani i wałem białego alabastru otaczał zielonkawy lód na rzece, 
wymieciony czysto, jak lustrzana posadzka. Oszroniony zwierzyniec widniał z 
daleka, niby sędziwy starzec w bujnej grzywie siwych włosów i gęstej, długiej 
brodzie. Szarość i biel zlewały się harmonijnie. Ponad inne wrażenia górowała 
senność, obumarłość niezgłębiona. Waldemar z Lucią stali oparci o balustradę i 
patrzyli w głębiny parku. Coś stamtąd wołało na nich głosami misteriów uroczych, 
duchy snuły się w czeluściach gąszczów. Dobrze było im obojgu, nie przerywali 
chwili. Lucia zarzuciła na głowę bladoniebieski gazowy welon, w którym twarz jej 
nikła prawie, tylko oczy gorzały. Były jak gwiazdy w rozwianym tumanie obłoku. A 
oni stali, stali bez słów. Lucia pierwsza szepnęła, jakby lękając się zbudzić 
śpiącą noc: — Waldy... ładnie tu; prawda?... — Lubię park w tym stroju. I ten 
taras — odrzekł. — Marzysz tu często?... Zawsze sam!... — Nie, z myślami i... z 
wspomnieniami. Lucia zadrżała. — Zimno ci? Poczekaj. Wyszedł prędko. Wkrótce 
powrócił, niosąc futrzany płaszcz. Otulił nim Lucię. Ona pochyliła się ku niemu 
całą postacią. Uczuł jej ciężar na swym ramieniu. Błysk jej oczu gorejących 
przeniknął go dreszczem; ciepło ciała kobiecego zawieją rozkoszną musnęło nerwy. 
Wstrzymał się, aby nie porwać jej w objęcia. Stanął obok niej przy balustradzie, 
siląc się na spokój. Lucia przysunęła się bliziutko. — Waldy. Waldemar ścierpł. 
Szept jej był dziwny, jakby pochodził nie z jej własnych ust, jakby mówiła 
najgłębsza tajnia jej istoty, jakby samo serce bez pomocy warg. Ordynat się 
przeraził. Miało nastąpić wyjaśnienie. Czuł, że to już konieczne. Mgła Luci 
rozpadła się; ukazuje swój ukryty cud. Świadomość o nim błądziła w 
dotychczasowej mgle, ale nie objawiona. Teraz zapada wyrok. Waldemar nie śmiał 
odetchnąć. — Waldy... — powtórzyła dziewczyna niby we śnie, czy w malignie, lecz 
wyczekująco. Targnęła nim rozpacz. Nie ma, nie ma sił! A każdym momentem łudzi 
ją, każdą chwilą staje się winniejszym, bezczelniejszym — wobec niej!... Zerwać 
ułudę! Brutalnie rozwiać miraż. Rozniecić prawdę! Ale prawda schłoszcze ich 
oboje. Być szczerym — jak światło. Odważnym — jak zbrodnia. Więc popełnić 
zbrodnię? Zabić tę kobietę nagą prawdą, ratować zaś własną, by nie spadła w 
odmęt obłudy, popełnić obowiązujące kłamstwo i zaprzeć się duszy nieskażonej. 
Dla litości?... Dla przeogromnego współczucia, które wszakże nie jest nawet 
podnóżkiem uczuć miłosnych?... Dla kilku roznieconych pożarów we krwi, która 
zgoła nie płonie?... Dla nędznych podniet ciała?... Nie, nie! Przenigdy nie! 
Waldemar zdusił w sobie wzruszenie, siłę zamknął w swym postanowieniu. Aby 
odważnie. Lucia, nie słysząc jego głosu, wyczuwała drżenie jego ramienia. 
Pochylając głowę, włosami dotknęła jego twarzy. Waldemar stał chłodny, otworzył 
usta, ale słowa ciężkie z trudnością mógł wydobywać z piersi. — Luciu moja... 
Dawno już widzę... czuję... że... ty... Słuchała, bez tchu, nie dziwiąc się 
nawet brzmieniu tych słów. Były ciche, łagodne, a złowrogie. Może straszne?... 
Wtem trzask, światło lampy. Wszedł na taras hrabia Trestka i lokaj. Waldemar i 
Lucia odskoczyli od siebie. Ona wściekła, on — jeszcze uratowany. — Co się 
stało?... Trestka przywitał ich w milczeniu. — Nie dziwi was tak późna moja 
wizyta? — spytał, patrząc na nich ciekawie. Waldemar oprzytomniał. — Żona 
pańska?... — zawołał. — Dziękuję, zdrowa. Mamy syna. Ale właśnie dlatego nie 
mogłem żony wzruszać. Chłopak urodził się nam rano; w południe otrzymałem 
depeszę. Oto ona. Ordynat i Lucia przeczytali razem. — Z Paryża, od babki. 
Ciężko chora — rzekł Waldemar, jakby do kogoś jeszcze. Weszli do salonu. Trestka 
mówił: — Przyjechałem z tym do was. Rycia nic nie wie i oczywiście nie pojedzie. 
To zaś jest niezbędne. — Więc ja pojadę — rzekł ordynat. — No, nie! Tam potrzeba 
opieki kobiecej. Dobrzysia poczciwa nie wystarczy, to jest rola... Trestka 
umilkł, nie wiedząc, jak to przyjmą. — Moja! — podchwyciła Lucia. — Tak. Wszyscy 
troje umilkli. Lucia była podniecona. Wypieki ostre, nagłe, wybuchły jej na 
policzkach. Spojrzała na Waldemara. On unikał jej wzroku. Trestka uścisnął rękę 
dziewczyny. — Panno Luciu, w pani cały ratunek. Księżnej zostawić tak wśród 
obcych nie można. Oboje z Rycią będziemy niezmiernie wdzięczni — mówił 
serdecznie. Lucia z rozdrażnieniem wysunęła dłoń z jego uścisku. Rzekła 
śpiesznie: — Zbyteczne prośby. Muszę i pojadę pielęgnować księżną dziś zaraz. 
Ona jest babką... Waldemara — dodała ciszej. Popatrzyła pytająco i nagląco w 
jego oczy, jakby oczekując protestu czy jakiegoś rozwiązania. Ale on, tak jak i 
Trestka, pocałował ją w rękę, za całą zaś odpowiedź rzekł tylko: — O dziadka 
bądź spokojna; pozostanie u mnie. XXXVIII Na wiosnę Bohdan opuścił Rusłock. 
Administracja żegnała go z żalem. I Bodzio był wzruszony, zżył się z kolegami, 
jedynie nie żałował Ponieckich. Przybył na krótko do Głębowicz i z listami 
polecającymi od ordynata wyjechał zwiedzić kulturalniejsze majątki w kraju. 
Najdłużej przebywał u książąt Giersztorfów, gdzie pod kierunkiem starego księcia 
odbył paromiesięczną praktykę. List księcia do Waldemara, po wyjeździe Bohdana, 
pełny był uznania dla młodzieńca. Między innymi zawierał słowa: "Twoja krew, 
panie ordynacie, płynie w żyłach twego kuzyna. Wyda kiedyś rezultaty wyborne. 
Umiejętnie wydźwignąłeś go z czerczyńskich tradycji, i to jedna z twych zasług 
najpierwszych". Waldemar cieszył się niewymownie. Bohdan nie poprzestał na 
kraju. Wyjechał do Galicji, do Węgier. Potem zwiedzał gospodarstwa czeskie, 
poznańskie. Jako wolny słuchacz uczęszczał jakiś czas na wykłady agronomiczne w 
Taborze. Bywał na różnych próbach w stacjach doświadczalnych. Ordynat otrzymywał 
od niego listy, zawierające moc projektów. Listy, tchnące zapałem młodzieńczym. 
Przemawiała w nich dusza, obudzona już do życia i czynu, rwąca się naprzód, 
żądna działania. Dawna rozterka wewnętrzna przeistoczyła się w pewne zamiłowanie 
do walki z losem. Smutek, żal — pierzchły, zabite wrodzoną, lecz śpiącą dawniej, 
energią. Skłonność do marzeń została niezmienna, jednak zbyt szeroki jej wzrost 
hamował pozytywizm, nabyty wśród ludzi. Bodzio był idealistą, lecz trzeźwość 
miał zawsze w pogotowiu. Używał jej w warunkach wyłącznych. Szeroka i hojna jego 
natura szarpała się jeszcze gwałtownie w ciasnym zakresie swego lotu. Pomimo to 
Bohdan umiał się ścieśnić, bodaj okrwawiając połamane skrzydła. Znalazł w swej 
duszy pęta na nią właśnie i używał ich czasem bezwzględnie. Dojrzewał duchowo i 
umysłowo. Cenił ordynata nade wszystko, idąc jego śladem. Waldemar był 
czynnikiem i twórcą jego odrodzenia. Ale sytuacja matki, przykra z powodu prawie 
już zrujnowanego przez Wiktora Czerczyna, stała się dla Bohdana równie silną 
pobudką, jak i pędem ambicji. Zawziętość ogarnęła go, wielkie pragnienie 
osiągnięcia pracy owocnej, która postawiłaby go na nieprzewidzianych, lecz 
trwałych podstawach bytu. Tak przeszło pół roku. Księżna Podhorecka po ciężkiej 
chorobie wyzdrowiała, lecz nie powróciła do kraju. Lucia pozostała przy niej z 
własnej chęci. Obie mieszkały w Szwajcarii. Hrabina Trestkowa, która odwiedziła 
księżnę, mówiła potem Waldemarowi, że Lucia jest stworzona na pielęgniarkę 
chorych, że księżna bardzo wiele zawdzięcza jej troskliwości i że pokochała ją 
jak rodzoną wnuczkę. Zapytana przez Macieja, czy Lucia prędko powróci do 
Słodkowic, pani Rita odrzekła, patrząc nieznacznie na Waldemara: — Obecnie o tym 
nie myśli; jest jednak niewyraźna. Tęskni widocznie, ale... mówi, że jest tu 
zbyteczna. Pan Maciej westchnął. — Przeciwnie! Jest tu niezbędna! — Gdyby o tym 
wiedziała, może zmieniłaby zdanie?... — rzekła Rita bez przekonania. — Tak... 
gdyby jej tylko o mnie chodziło — szepnął staruszek. Waldemar udał, że nie 
słyszy. On rozumiał Lucię i jej uczucia. Po owej scenie na tarasie wyjechała z 
nadzieją, że on pośpieszy do niej lub wreszcie jakimś sposobem, choćby 
listownie, zakończy trapiącą ich wspólnie mękę niepewności. Ale słowa, 
niedopowiedziane, wsiąkły wraz ze śniegiem w zaśnieżony park i stopniały. Lucia, 
nie widząc wówczas twarzy Waldemara i nie odgadując należycie zmiany w jego 
głosie, nie przeczuła, jaki miał być dalszy ciąg jego słów. Pozostała w 
złudzeniu. Minęła zima, wiosna i lato. Waldemar nie przyjechał. Lucia zacięła 
się w zranionej dumie; nie chciała wracać. Przeszło już pięć lat od śmierci 
Stefci Rudeckiej, narzeczonej Waldemara, i pięć lat od czasu rozbudzonej po raz 
pierwszy w sercu Luci miłości do niego. Pięć lat nadziei, walk, cierpień 
potęgujących się stale; chwilowych ułud, pryskających prędko; zwątpień i 
niepewności. Prawda zbyt widoczna się stała. Lucia, w przystępie krańcowego 
tragizmu, postanowiła wyjść za Brochwicza. XXXIX Księżna Podhorecka patrzyła z 
żalem na żałobną twarz Luci. Staruszka rozumiała wszystko. Nie uszło jej uwagi 
wzruszenie baronówny przy odczytywaniu każdego listu od Waldemara, przy każdej o 
nim wzmiance. Milczały obie; jedna nie wyjawiała swych uczuć, druga swych 
pragnień. Księżna życzyła sobie małżeństwa wnuka z Lucią, lecz nie dla partii, 
lecz chcąc nareszcie widzieć go szczęśliwym. Dawne marzenia świetnego ożenku dla 
ordynata przestały już nurtować staruszkę. Ale teraz Lucia niepokoiła księżną. 
Smutek osiadł na rysach dziewczyny, lecz zbudziła się w niej ironia i jakaś 
zawziętość względem Waldemara. Nie chciała teraz o nim słuchać, nie czytała jego 
listów. W błękitnych oczach dziewczyny błyszczał chłód metaliczny, stała się 
sztywną, dumną. Księżna pewnego dnia wrześniowego zlękła się, gdy oznajmiono 
Luci, że w salonie czeka Brochwicz. Baronówna złożyła książkę, którą głośno 
czytała, zaśmiała się przykrym chichotem i rzekła nerwowo: — Prosiłabym babcię o 
błogosławieństwo, gdyby... gdyby nie było to szczytem komedii. Wybiegła z 
pokoju. Rozmowa z Jerzym ułożyła się od razu, bez wstępów. — Pan chciał się ze 
mną pożegnać, więc pan wyjeżdża? — spytała Lucia po przywitaniu. Brochwicz był 
jak martwy, obszyty w sztuczną obojętność. — Tak, jadę jutro rano. — Dokąd? — To 
mniejsza... — No, przecież nie na zdobycie bieguna? Zmarszczył się, usta mu 
drgnęły. — Czy nic lepszego nie ma mi pani do powiedzenia? — Owszem... jeszcze 
coś — odrzekła Lucia innym tonem i usiadła na pluszowej kanapce. Hrabia stał 
przy oknie, złożył ramiona na piersiach i patrzył na nią takim wzrokiem, jakby 
oczekując nowego szyderstwa. Baronówna chwilę zmagała się ze sobą, po czym 
śmiało podniosła głowę. — Czy pan mnie... stale kocha? — wypłynął cichy szept z 
jej ust. Jerzy oburzył się. — Pani wie o tym najlepiej! — No, a ta... 
wenecjanka?... Ta, która usidliła pana na lagunach? Głos Luci trochę syczał. 
Brochwicz nie poruszył się, tylko ogień czerwony przefrunął przez jego twarz. — 
Więc pani o tym wie? Więc panią to interesowało, może niepokoiło? Ożywił się 
nagle; głos jego stał się cieplejszy. Lucia odparła obojętnie. — Wiedziałam, bo 
zbyt głośno szeptano o tym w buduarach, interesowałam się zaś o tyle, że 
sądziłam, że pan uleczony. — A czy pani wie, dlaczego tamta mnie porywała? 
Dlaczego mdlałem w jej uścisku, dlaczego... szalałem? — Ach! Nie badam 
psychologii pańskich namiętności. — Więc ja pani to wytłumaczę. Ta piękność 
wenecka miała kolor włosów pani, kolor jej oczu i imię miała Lucji "Luci"... 
Teraz pani rozumie? Kocham nad życie i bez wzajemności. Dlatego właśnie 
oszalałem chwilowo dla tamtej... — Szkoda, że — tamta nie nazywała się Julia 
Capuletti i że się to nie działo w Weronie. Na Romea ma pan duże zdolności — 
szydziła Lucia. Brochwicz stał jak biczowany, bez słowa, niemal z rozkoszą 
bolesną. Baronówna powstała z kanapki. — Niechże pan nareszcie nie pozwoli na 
szyderstwa. Niech pan zabroni mi tego! Niech pan nie będzie tak tragicznie 
zgnębiony i... i... taki pokorny. Nie znoszę tego! Brzydzę się pokorą! — 
wybuchnęła z irytacją. Hrabia podszedł do niej i wyciągnął ręce. — Żegnam panią! 
Odchodzę. Ironia kobiety ukochanej może w mężczyźnie wywołać nawet brutalność, 
ale tylko wtedy, gdy on posiada jej miłość. Gdy jest przeciwnie, ona jest panią 
położenia, jemu zaś pozostaje jako jedyna obrona... cierpliwość. Ucałował ręce 
Luci z uczuciem. Dwie łzy zaszkliły mu się na rzęsach. — Żegnam panią i... 
proszę... — Panie Jerzy... A gdybym ja... pomimo wszystko... chciała być pańską 
żoną?... Czy... pan by mnie zechciał — rzekła Lucia, poruszona do głębi. — Czy 
to nowe szyderstwo? — spytał, patrząc jej w oczy. — Nie: Mówię szczerze. — Panno 
Luciu!... Więc pani?... — Niestety, nie kocham pana, pan wie o tym, ale... męczę 
się i ja strasznie. Jeśli mnie pan zechce taką, to... może będziemy... 
uspokojeni... Jerzy tulił jej ręce do piersi. Szeptem ledwo słyszalnym zapytał: 
— A... tamte nadzieje... pani już pogrzebała! Lucia wzdrygnęła się. — Prawie. — 
Jednak... pani jest niepewna?... Baronówna spojrzała błagalnie. — Proszę, nie 
mówmy o tym. Chce mnie pan, czy nie? — Pragnę cię, wielbię i chciałbym cię 
ukoić, upieścić, abyś zapomniała o swej niedoli. Jednak... daj mi trochę 
nadziei, że... z czasem pokochasz mnie, Luciu!... Luciu moja! Jerzy mówił z 
przejmującym uczuciem, ustami pełnymi płomieni. — Nadzieja? — odszepnęła Lucia. 
Ha! Niech ją pan ma. Miejmy ją oboje! Ale nadzieja to ślepy magnes, wciągający 
ludzi na kolce życia, na jego ostrza. Lecz miejmy ją: może ujarzmimy ten zły 
magnes? Może złagodzą się nasze dramaty, nasze bóle? Jeśli pan chce, jestem 
jego... Brochwicz uścisnął jej dłonie. Rzekł smutno: — Nie dziękuję ci, bo za 
ofiarę dziękować nie można. Do uczuć moich dodałaś jeszcze trwogę, by cię nie 
stracić, Luciu, ale mam wiarę. — I pan się nie boi? — spytała z podziwem. — Nie. 
Zdaje mi się, że oboje nie mamy nic do stracenia — rzekł z mocą. I jeszcze, 
upoważniam cię, jedyna, do zerwania ze mną, gdyby... tamte nadzieje ożyły. Twarz 
mu się skurczyła cierpieniem, oczy zaszły ponurą mgłą. Szarpał własną duszę, ale 
chciał ją mieć czystą. Lucia spuściła oczy. — Ty jesteś szlachetny, ja zaś... 
podła! Objął ją ramieniem delikatnie jak dziecko, wyszeptał łagodnie, schylony 
nad jej jasną głową: — Nie, ty jesteś prawa i szczera, tylko bardzo biedna, i 
masz bardzo starganą duszę. Wieść o ich zaręczynach doszła do Głębowicz w 
jesieni. Zgnębiła pana Macieja boleśnie, Waldemara zaś przestraszyła. — Ona 
zabija się — jęknął Michorowski, łamiąc ręce nad głową. Tego samego dnia ordynat 
otrzymał list od hrabiego Herbskiego z Wiednia, donoszący mu, że w Jockey_Clubie 
spotkał Bohdana. Waldemar natychmiast wyjechał za granicę. XL Ostatnie piękne 
dni jesienne rzucały na Prater wiedeński mnóstwo rozświetlonych plam 
powietrznych. Drzewa okryła purpura królewska oraz chińska barwa gorąco_żółta. 
Jeszcze szaty kolorowe otulały grube korony drzew, a różnorodność ich pociągała 
oczy. Park kipiał życiem. Używano resztek pogody. Powozy prywatne, zaprzęgi 
dworskie, częstokroć niczym kosze, bogate w kwiaty pięknych kobiet, lśniły swym 
przepychem w przepychu słonecznym. Aleje dla jeźdźców gęsto zdobiły zręczne 
amazonki, otoczone sportsmenami pierwszej mody. Szyk wiedeński rozlał się tu 
szeroką, bujną falą, oślepiał swą świetnością, łagodnie pieścił umiłowanie 
piękna, budził wytworność. Wśród grona jeźdźców malał cokolwiek, ale nie znikał 
Bohdan Michorowski. Jeździł na ślicznej klaczy angielskiej, pochodzącej ze 
stajen hrabiego Elemera Sz~otenyi, Węgra, byłego partnera ordynata 
Michorowskiego z zabaw klubowych. Teraz towarzyszył Bodziowi. Hrabia Elemer, 
śniady brunet, wrzący temperamentem, młodszy od ordynata i również kawaler, 
wciągał Bohdana w niebezpieczne dla niego kółka hulackie. Zabrał go do Wiednia 
ze swego majątku, który Bodzio zwiedzał, i trzymał młodzieńczyka w ciągłym 
podnieceniu nerwów. Bohdan zanurzył się w rozkosznej kąpieli życia stołecznego, 
już trochę zasnutego w jego pamięci. Czuł za plecami obowiązek szepczący morały, 
ale udawał, że ich nie słyszy. Jedynie, co go kłuło aż do utraty zmysłów, to 
obawa pożyczki. Lękał się stracić pieniądze, które posiadał, drżał na myśl 
przegrania grubszej sumy, i ciągnięty przez Sz~otenyiego siadał do stolika z 
miną miliardera, ale z duszą pełną strachu. Trzymał się jednak na wodzy i 
bronił, jak umiał, swej kieszeni. Chwilami, gdy niebezpieczeństwo już, już 
zaglądało do niej, Bodzio w nagłej rozpaczy pragnął trzęsienia ziemi albo 
pożaru, byle tylko móc zemknąć z tego piekielnego klubu. Kiedy raz przeczuł, że 
będzie musiał postawić grubszą stawkę, uległ zwykłej szczerości i rzekł do 
Elemera — tonem opryskliwym. — Hrabia myśli pewno, że każdy Michorowski jest 
Rotszyldem i może złotem pokrywać dachy. Ja jestem z tych... miedzianych 
Michorowskich i radzę wam, dajcie mi spokój, bo będzie kłopot, jak się udławię 
tymi kartami. — Och! Głębowicze to krezusowa fortuna! Nie ma obawy — wnioskował 
paniczyk galicyjski, przerobiony na wiedeńskiego barona. Bodzio się rozgniewał. 
— Ja mam takie same prawa do fortuny głębowickiej, jak do hiszpańskiego tronu. 
Nawet gdybym zaczął bardzo szperać, to... kto wie! Może zostałbym kandydatem do 
korony Bourbonów, ale do eksploatowania kasy głębowickiej nie mogę mieć 
pretensji. Od tej pory przestał grać. Hrabia Elmer, ujęty jego szczerością, nie 
nalegał. W inny sposób zabawiał umysł młodzieńca. Wprowadzał go do salonów 
arystokratycznych i do ukraszonych buduarów sezonowych piękności. Anny 
nicejskiej Bodzio nie spotkał, ale zawarł parę innych, równie ryzykownych 
znajomości. Jeżdżąc w Praterze, Sz~otenyi wskazywał mu oczami pierwszorzędne 
meteory półświatka i damy wysokich sfer. Bohdan, zależnie od humoru, albo gapił 
się, albo ziewał, objawiając tę czynność lekkim krzywieniem nosa. Ujrzał raz w 
powozie dworskim młodą osobę w ciemnym kostiumie i w dużym czarnym kapeluszu. 
Zrobiła na nim dziwnie miłe wrażenie; przypomniała dobre chwile, ściśle spojone 
z Głębowiczami. — Ach, tak! Lucia! Bajecznie do Luci podobna — rzekł głośno z 
uśmiechem. Wskazał powóz Sz~otenyiemu, pytając, kto w nim jedzie. — Arcyksiężna 
Maria Beatrycza — odrzekł hrabia. — Jaka ona śliczna! Elemer się uśmiechnął. — 
Aż śliczna?! To za wiele. Jest przystojna i bardzo wdzięczna. Zawsze poważna, 
trochę posągowa. Bodzio się zamyślił. Wreszcie rzekł: — Mam kuzynkę, podobną do 
niej, która będzie prędko... Zaciął, się i umilkł. Hrabia Elemer zauważył jego 
zmieszanie. Podchwycił skwapliwie. — Która będzie pańską żoną? — Bohdan 
poczerwieniał, aż skoczył na siodle. Spojrzał podejrzliwie na hrabiego i 
wybuchnął. — Ach nie!... Co znowu. Żoną ordynata Michorowskiego. — AA! Bodzio 
się zląkł. Uczuł palący wstyd. — Hrabio, ale... proszę o dyskrecję. — Ależ... 
naturalnie. Cieszę się, że już o tamtej zapomniał. O tej — wie pan... 
szlachciance, która umarła. Dziwiliśmy się w naszym świecie, że ordynat zszedł 
po żonę, zamiast wspiąć się po nią, do czego miał prawo. Bo też to był 
szczególny pomysł. Magnat — i szlachcianeczka! Bohdan uczuł nagłą złość do 
Sz~otenyiego, do Luci — nie wiadomo za co, i nawet do ordynata. Zmarłej Stefci 
współczuł serdecznie, kochał ją. Wydała mu się jakby łąką polską, po której 
tratują kopyta austriacko_węgierskie. Złość swą skierował na hrabiego. Rzekł 
trochę ironicznie: — Już kto jak kto, ale wy tu, wiedeńczycy, nie powinniście 
urągać na nierówne małżeństwa. Wasi arcyksiążęta mogli was do tego przyzwyczaić; 
są bowiem swobodni w dobieraniu partii i niewybredni. — Ja nie jestem 
arcyksięciem, lecz magnatem węgierskim i cenię wysoko starożytne rody — rzekł 
sucho Sz~otenyi. Bodzio się uspokoił. — Prawda! Węgierscy magnaci sami żenią się 
z arcyksiężniczkami. Zapomniałem! Zresztą... mało mnie to obchodzi — dodał 
szeptem. Od tego dnia Bohdan bywał często w Praterze tylko w celu ujrzenia Marii 
Beatryczy. Jeździł w ślad za jej powozem; gdy była konno, trzymał się opodal i 
zjadał ją oczami. Sz~otenyi nie mógł zrozumieć, czy młodzieniec zakochał się w 
arcyksiężniczce dla niej samej, czy dla wspomnienia kuzynki. Ale i Bodzio z 
pewnością odpowiedzieć na to nie umiał. Hrabia Elemer polubił młodego 
towarzysza, bawił się doskonale jego dowcipem i zabawną nieraz otwartością. 
Wybierali się obaj na bal do Burgu. Bohdan promieniał. Uczył się od Sz~otenyiego 
pewnych form ceremoniału dworskiego i coraz ogniściej wzdychał do 
arcyksiężniczki. Gdy wreszcie kareta węgierskiego magnata wjechała na 
dziedziniec Burgu, serce Bohdana tłukło się, jak u panny przed pierwszym 
występem w świat. Rozpalone rzęsiście okna cesarskiej siedziby, wielka ich moc i 
ciężkie mury dokoła przygniotły trochę swobodę Michorowskiego. Na jeden moment 
stanął mu w myśli zamek głębowicki, lecz nagle zapadł się z łoskotem, jak gdyby 
pokonany, i w umyśle Bohdana zapanował wyłącznie starożytny gmach Habsburgów. — 
Tam jest arcyksiężniczka Maria Beatrycza... Beatrycza... — powtarzał w myśli 
młodzieniec, lubując się tym imieniem. Wspaniałe przedsionki, zastępy służby 
strojnej, schody ubrane palmami i cyprysami, mnóstwo potoków białego światła, 
szum materii drogocennych, poważny szept rozmów: wszystko to nieco Bodzia 
odurzyło. Do głowy buchnął mu niby mus szampana rozkoszy, targnął nerwami, 
roziskrzył ciemne źrenice. Bohdan uczuł w sobie bezmiar zdobywczej werwy, taki 
niesłychany prąd radości i szczęścia, że chciał głośno krzyczeć. Gdyby mu się 
teraz Maria Beatrycza rzuciła na szyję, wcale by się nie zdziwił. W sali balowej 
znalazł już znajomych. Sz~otenyi zaś jeszcze go przedstawiał magnaterii 
węgierskiej i austriackiej. Bodzio wirował swobodnie wśród utytułowanych grup 
męskich, zręcznie wymijał dworskie treny dam, mówił dobrze i z zapałem. 
Wspomnienie ordynata Waldemara żyło jeszcze w tych towarzystwach, więc to samo 
nazwisko znakomicie torowało drogę młodzieńcowi. Wpadł w otchłań przepychu i 
chciwie zgarniał do swej piersi skarby życia zewnętrznego. Spoglądał wyczekująco 
na drzwi, skąd miał wejść dwór. Silne wrażenie zrobiło na nim ukazanie się 
starczej postaci cesarza. Prosty, w swym wojskowym uniformie, głowę tylko 
pochylał nieco naprzód i witał uprzejmie zebranych, których mu przedstawiali 
dworacy. Mało było takich; przeważnie salę zapełniał wielki świat, stale tu 
uczestniczący. Bohdan, przedstawiony cesarzowi, złożył dworski ukłon. Usłyszał 
parę miłych słów monarchy, skierowanych do siebie, ale tyczących się raczej 
nazwiska, które nosił. Rozmawiał z dworzanami, na ich wyraźne wzmianki o 
ordynacie, Bohdan odpowiadał co należało, ale jednocześnie doznawał uczucia 
przykrej niechęci. — Cóż oni wszyscy tylko o ordynacie?... — pomyślał. W 
podnieceniu swym zapomniał na razie, że jest jakiś Michorowski więcej znany od 
niego. Złe wrażenie minęło prędko pod wpływem siwych oczu Franciszka Józefa. 
Cesarz rozmawiał z innymi, Bodzio zaś stał bez ruchu, patrząc na łagodne, 
głębokie źrenice starca, wyblakłe już, ocienione brwią siwą, trochę apatyczne. 
Te oczy, bruzdy na czole i fałdy twarzy, wchłonęły w siebie dużo smutków i 
tragedii. Bohdan czytał w nich jakby historię nieszczęść Habsburgów, z 
dominującym krwawym dramatem następcy tronu Rudolfa, z zabójstwem cesarzowej 
Elżbiety. Przypomniał sobie, że jest w murach, nasiąkłych fatalizmem, że grasuje 
tu legenda o szarym człowieku, który ukazaniem się poprzedza nieszczęścia. 
Bodzio wzdrygnął się. Odwrócił oczy od cesarza i zobaczył porzed sobą 
arcyksiężniczkę Beatryczę. Na jego ukłon odpowiedziała łagodnym uśmiechem i 
pochyleniem głowy. Odeszła w gronie dam, poważna, niepokalana w swej białej 
sukni. Bodzio zobaczył dziewiczy kark, otoczony perłami, falę lśniących włosów i 
wśród nich migotliwy brylant. Posunął się za nią, lecz odgrodziły go złociste 
mundury orszaku cesarskiego, fraki ministrów, sążniste treny pań. 
Arcyksiężniczka znikła w świetnym tłumie. Bohdan był zły. Musiał słuchać ciągłej 
gadaniny młodego galicjanina — barona, który dzielił się z nim wrażeniami. — 
Niech pan spojrzy na tę damę w złotej gazie. Stylowa, co? Jaka koafiura! To 
księżna Montano. Szalałbym za nią, ale musiałaby zmienić uczesanie: nie lubię 
takich gruszek perłowych na czole. A ta, w tych sznurach pereł, to księżna 
F~urtzberg. Strasznie dumna. A teraz idą dwie Gr~unendorfki, hrabianki. Jedna 
taka sobie, uszłaby na szarym końcu przy stole, ale ta druga... Właściwsza 
byłaby w jej ręku warząchew, niż wachlarz. Co? Prawda? Zupełnie nie dla sali w 
Burgu. Cóż za policzki! Bodzio patrzył bez zajęcia. Szukał migotliwego brylantu 
we włosach. Baron dotknął jego ręki. — Niech się pan lekko obejrzy. Widzi pan tę 
oryginalną twarz w lokach? To hrabina Matylda! Wiecznie pozuje na prababkę z 
portretu. Kocha się w niej podobno jakiś arcyksiążę. A ta, która rozmawia z 
arcyksięciem D.Este, co ma takie ukośne brwi, ~a la gejsza, to hrabina Gizela 
Wichy. Cudne ma ramiona. Szaleje za nią pół Pesztu. Baron mówił z miną niedbałą 
i z dumą, że zna wszystkie damy, jask gdyby chciał Michorowskiemu zaimponować. 
Ale ten odrzekł bez zachwytu: — Z pana, widzę, niezły ekspert salonowy. Ocenia 
pan jak padyszach szeregi dziewic, przeznaczonych do haremu. Galicjanin zabawnie 
stulił usta. — Ja je wszystkie znam! Muszę jeszcze pokazać panu hrabinę Dalmy. 
Oczy — bajeczne! Szyja — jak to mówią — łabędzia... Chociaż, długa szyja u 
kobiety jest wstrętna. Nogę Dalmy ma piękną, bo te inne, to co do nóg stoją 
niżej. No, wiedenki zawsze górą. Pokażę panu i hrabinę Szatek. Biust ma jak 
świątynia Wenery, biały, wypukły!... Bodzio uczuł gniew. — Co mnie tam Niemki 
obchodzą? Widziałem piękniejsze. Baronik się obraził. — Nie zna pan nazwisk, bo 
są tu i Węgierki. — Wszystko jedno! Panicz odszedł. Bohdan mógł swobodnie szukać 
arcyksiężniczki. Rozpoczęły się tańce. Michorowski mile został zdziwiony 
widokiem par, płynących przy dźwiękach poloneza. Widział tańczących Polaków, 
którzy wyróżniali się majestatycznością ruchów i panie polskie, wdzięczne, jak 
prawdziwe księżne. Wkrótce ujrzał i arcyksiężniczkę. Tańczyła z jednym z 
dygnitarzy. Oczy jej duże, szczere, jakby trochę smutne i zdziwione, oczy 
dziewczynki w magazynie pięknych lalek, zatrzymały się na twarzy Bohdana. Jego 
zachwycony wzrok wywołał słaby uśmiech na ustach Beatryczy. Minęła go powiewnie, 
uniesiona tańcem, jak pasemko białe piany na fali rzecznej. Przemknął koło niego 
Sz~etenyi. — Pan nie tańczy? — spytał. Pochylił się do swej damy i znikł. 
Michorowski ruszył wytrwale w stronę arcyksiężniczki. Migały mu przed oczami 
cudne twarze, skrzyły się klejnoty. Pomimo gwaru, w sali był dziwny stygmat 
uroczysty. Etykieta królowała, i ona właśnie, wzięła salę w swe zaklęte państwo, 
nadając jej tonu. Pachniał, szeleścił, błyszczał długi wąż tancerzy. Mnóstwo 
rozmaitych figur ludzkich, jak gdyby zaszytych w złociste pokrowce, tworzyło 
jaskrawe grupy przy wejściach i pod ścianami. Kwiaty sypały się wszędzie. Bodzio 
znowu dojrzał z daleka Marię Beatryczę z jakimś magnatem węgierskim, ubranym w 
przepyszny strój narodowy. Gdy już byli blisko, Bohdan szybko oderwał z krzewu 
tuberozy smukłą gałązkę, oblepioną białymi kieliszkami kwiatów. Serce biło mu 
gwałtownie; zabrakło mu tchu. Beatrycze i jej tancerz zrównali się z nim. Magnat 
spojrzał na Bodzia obojętnie, ona lekko rozchyliła usta. Michorowski ślicznym, 
łagodnym ruchem rzucił kwiecistą gałązkę pod stopy księżniczki. Ona nie 
spostrzegła tego. Pantofelkiem zgniotła tuberozę, i pociągnięta przez tancerza 
znowu znikła. Tren sukni odrzucił gałązkę na środek sali. Zakochany skoczył, 
porwał zmięte kwiaty i nieznacznie przycisnął je do ust. Po czym schował pod 
klapę fraka. Jeszcze coś słyszał dokoła siebie. Coś szumiało, grało, płynęło, 
ale to wszystko przestało już Bodzia zajmować. — Dwór odchodzi — rzekł ktoś w 
pobliżu. Bohdan nie zobaczył już arcyksiężniczki. XLI Zamglony poranek jesienny 
osnuł wilgotnym pyłem ulice Wiednia. Nad Burgiem zwisały pajęczyny mgiełek. Mury 
cesarskiej rezydencji wznosiły się ciężkie, wiekowe i jakieś groźne. Dokoła 
osiadła mokra ociężałość. Michorowski chodził wolno w bliskości pałacu, oczyma 
przebijał okna. Tęsknił i marzył. Pragnął odgadnąć, za którym oknem jest ona. 
Imaginacją rozwalał mury pałacowe i widział arcyksiężniczkę taką, jak na balu: 
białą, poważną, z rozchylonymi ustami, depczącą jego tuberozę. W duszy swej czuł 
zgrzyt, jakby się w niej coś ścierało. Niesmak ogarniał go uparty, przykry. — Co 
ja tu robię pod tymi murami? — myślał. Ale coś go trzymało. Zobaczył małego 
chłopca, roznosiciela gazet. Obdartusek stał z plikiem pism pod pachą i gapił 
się z otwartą gębą na pałac. Od czasu do czasu drapał się w kolano, poprawiał 
wypłowiałą czapkę i patrzył, patrzył. Bohdan zauważył straszną ironię w 
porównaniu wspaniałości gmachu i otoczenia z tym biedakiem ulicznym. Chłopczyna 
spoglądał na Burg jak na cud świata, jak na rzecz niedostępną dla niego 
całkowicie. A patrzył chciwie, z widoczną rozkoszą, z zachwytem, niemal z 
pobożnością. Bohdana myśl nagła tchnęła niemile. — Ten obdartus... to ja! 
Wybuchnął złym śmiechem — i odszedł. Niesmak potęgował się. Myśl buntowała 
uczucia. Słyszał wewnętrzny jej szept. — Po co ty łazisz, biedaku zrujnowany? To 
już dla ciebie tylko świat snów. Po coś był na balu?... Ty — oficjalista! 
Pożegnaj się z wielkim światem, miej dumę... Nie bądź nędzarzem, szukającym 
zmiłowania pod pańskim progiem... — Porzuć złudzenia. Idź w swój istotny świat, 
o dawnym środowisku zapomnij. — Młodzieniec wstrząsnął się, jak pod zimnym 
prysznicem. Duma wezbrana złością ugryzła go boleśnie. — Prawda! Prawda! Po co 
ja tu?! Żal niesłychany błagał o litość, ale trzeźwa rzeczywistość chłostała. 
Obowiązek zaczął go coraz ostrzej tyranizować swą mową. — Przyjechałeś uczyć 
się, korzystać; płacą za ciebie, a ty — hulasz?!... Serce zalała mu krew. Duma 
cisnęła mu do oczu straszny widok zrujnowanego Czerczyna, matkę opuszczoną, 
biedną, bankrutkę po dwóch synach i jego samego pod zgiętym karkiem pod drzwiami 
magnackiego zamku. Cisnęła mu nędzę przyszłych upokorzeń, wiecznej żebraniny i 
pukania do łaskawości milionowego wuja, ordynata. Cisnęła mu wzgardę i niechęć. 
Pokusa dawała mu słodkie nadzieje. Duma rzucała obelgę. Bohdan snuł się obok 
Burgu niby pijany. Chciał wyrwać pokusę z piersi, ale i dumę chciał odrzucić 
precz. Obie mu dokuczały. Zjawa upadłego Czerczyna zwyciężyła. Michorowski 
stanowczym krokiem ruszył przed siebie, mijając pałac. Wtem zobaczył, że chłopak 
z gazetami ucieka, ile sił starczy. Papiery rozpadały się po drodze. Bodzio się 
obejrzał. Szyldwach w bramie pałacu stał przed swą budką i prezentował broń. 
Ukazał się odkryty powóz, w nim zaś cesarz i arcyksiężniczka Maria Beatrycza. 
Młodzieniec stanął jak zdrętwiały. Paru przechodzących mężczyzn odkryło głowy w 
ukłonach. Bohdanem szarpnął nagły wstyd. Wtem spotkał wzrok arcyksiężniczki. 
Wzrok chłodny, obojętny, matowy, taki sam, jakim patrzyła na szyldwacha w 
bramie. Zanim ochłonął, zobaczył już daleko lśniący powóz i duży kapelusz 
Beatryczy. — Nie poznała mnie. Śmiech szyderczy, wściekły, śmiech zwyciężonej 
dumy zatargał jego piersią. — Dobrze ci tak, ośle!... — wyrzucił Bodzio przez 
zwarte zęby. Jednocześnie uczuł ulgę niezmierną, jakby przebudzenie po śnie, w 
którym się topił. Odrodzony na nowo, z obrazem miłowanej idei w duszy, opuścił 
Burg. Wracał do realności. XlII W Wiedniu ordynat Waldemar Michorowski udał się 
przede wszystkim do hrabiego Dominika. Ten go uspokoił. — Zaalarmowałem ordynata 
niepotrzebnie. Bohdan bywa wprawdzie wśród klubowców, ale się nie hazarduje. 
Węgierscy magnaci wciągają go w grę w karty, lecz daremnie, bo on zbyt 
powściągliwy. Herbski opowiedział Waldemarowi parę faktów, rzucających dobre 
światło na Bodzia. Młodzieniec umiał się zwalczyć. Hrabia prawie przekonany do 
niego, nie mógł się dość nadziwić zmianie, zaszłej w jego naturze. Mówił 
zdumiony, składając zwykłym ruchem splecione ręce na żołądku. — Był urwis, teraz 
jest zuch. O! Inaczej określić go nie można. Ordynat dobrze mu przepowiedział: 
będzie z niego człowiek. — A widzi hrabia! — odrzekł Michorowski z niezwykłym 
ożywieniem. Ja go wcześniej przeczułem. — No, narowy jeszcze ma — poprawił się 
Herbski — ale już mniej szkodliwe. Takie narowy... — Michorowskich — dodał 
Waldemar. Hrabia się skrzywił. — Niezupełnie; mniej kulturalne. Ale może, 
może... Bohdanem kieruje jakaś idea, tylko trudno ją zbadać. Może miłość?... 
Waldemar spoważniał. — Co pan mówi?... E, nie! Chyba coś nowego? — W każdym 
razie jakiś ideał ma w duszy — potwierdził Herbski. Z ulubieńcem swoim ordynat 
zobaczył się w mieszkaniu hrabiego. Chłopak był uszczęśliwiony tym spotkaniem. 
Opowiedział Waldemarowi przebieg swej podróży, odniesione z niej korzyści; 
wykładał śmiało i ze znajomością. — Jakie masz zamiary — spytał ordynat. Bodzio 
nagle poczerwieniał. — Bardzo szerokie, wuju!... — rzekł trochę nieśmiało. 
Waldemar zdziwił się, nie z powodu słów, lecz wyrazem jego twarzy. — Na przykład 
jakie?... — Widzi wuj, to może śmieszne w moim położeniu, ale zdaje mi się, że 
nie głupie. Chcę bardzo pracować. Intensywnie. Być popychadłem, jak w Rusłocku, 
nie potrafię. Myślę o objęciu posady rozległych zakresów, dającej duże poloty i 
korzyści materialne. — Czy pan wydoła? — spytał Herbski. — Chcę i muszę. Lecz 
pierwsze jest dla mnie ważniejsze. Musem nie wszędzie dam się zaprowadzić, ale 
własna wola poniesie mnie daleko. Bohdan mówił z przejęciem. Stał prosty, z 
zapałem w piwnych oczach. Młodzieńcza pierś jego gromadziła w sobie jakby siłę 
przemożną, która zdawała się ją rozszerzać. Szlachetna egzaltacja zdobiła jego 
bladawą twarz. — Hrabia pyta, czy podołam? Już zrobiłem wiele z siebie samego; 
zrobię więcej. Czuję młodość; coś we mnie rwie, ale... brak mi rozpędu! Nerwowo 
zatrząsł dłońmi. — Jednak wynajdę dla siebie dalszy widnokrąg. Pragnienie mam 
ogromne. Ale zunowu myślę, że gdybym celu dosięgnął, może straciłbym już 
werwę... Tego się boję. Mam wrażenie, że człowiek, zdobywszy jakąś placówkę 
wymarzoną, choćby szedł do niej z poszarpanymi od trudu stopami, gdy już ją ma, 
jest... jakby to powiedzieć?... Jakiś skończony, czyli ma świadomość, że nic już 
nad to nie zrobi. To smutne! Bo wtedy się pewno gnuśnieje? — Dlaczego? Można iść 
stale wzwyż — rzekł Waldemar. Bohdan skrzywił usta z powątpiewaniem. — To 
rzadko! Przeważnie w takich razach oczekuje się tylko... oklasków, jeśli nawet 
nie pomnika. Sytość duchowa to to samo, co pełność żołądka — napawa sennością i 
zatraca czyn. — Nagle roześmiał się szczerze, swawolnie i błysnął oczyma. — Ha! 
Ha! Przedwcześnie się martwię. Ja i... oklaski? Ja i... pomnik?... Sytość 
duchowa i zbytki tym podobne. Ha! To nie dla ciebie, Bodziu, ty tego nie 
osiągniesz. Śmiał się trochę boleśnie i znowu rzekł, zaciskając dłonie. — A 
jednak będę lazł do swego celu, zapatrzony w swą ideę, i dolezę. Choć, być może, 
całe życie na to poświęcę. Ordynat i Herbski zamienili ze sobą spojrzenia. 
Ordynat rzekł: — Wybacz mi, Bohdanie, niedyskrecję, lecz... powiedz mi... Mam 
pewne prawa zapytać się o to. — Pytaj wuju. — Powiedz mi jaki jest twój główny 
cel, i co jest ową ideą? Bodzio zmarszczył brwi. Trochę się wahał, ociągał. 
Wreszcie rzekł odmiennym tonem: — Chcę, wuju, z czasem naturalnie, wyratować i 
odzyskać Czerczyn; oddać mamie jej sumę, wchłoniętą przez majątek, i Wiktora 
może... własnym przykładem ocalić. Chcę, aby Czerczyn stał się podobny do 
Głębowicz. — I aby był pańską własnością?... — spytał ciekawie hrabia Dominik. 
Bohdan zapłonął gniewem. — Nie, zaborcą nie będę. To dziedzictwo Wiktora. Ja 
chcę ich ratować, ale nie okradać podstępnie. Swoje wybrałem. Waldemar 
rozpromieniony spojrzał na przyjaciela. — Oto jest idea i jego cel — rzekł ze 
wzruszeniem. Bohdan spuścił oczy, trochę się zmieszał. Ordynat to zauważył. — On 
jeszcze coś ukrywa — pomyślał niespokojnie. Herbski zdumiewał się, winszował 
młodzieńcowi zapału i szczerze życzył powodzenia. Bodzio odpowiedział ze 
śmiechem: — Panie hrabio. Dopiero zaczynam piąć się, jak niegdyś na 
zwierzyniecki płot w Głębowiczach. Ale mnie krzepi wiara, że cel opanuję. To 
duża siła. — Tak, i twórcza — dodał Waldemar. XLIII Bohdan bez żalu żegnał 
Wiedeń. Na zaproszenie Sz~otenyiego odpowiedział szczerze, że nie prędko znowu 
odwiedzi stolicę naddunajską. Ale gdy pociąg ruszał, Bodzio patrzył w stronę 
Burgu z jakąś smętną tęsknotą, której nawet nie rozumiał. Zostawiał tu swoje dni 
zapomnienia, dni upojeń i swobody. Cieszył się, że opuszcza rozpustne zabawy, bo 
po nich pozostał mu jedynie niesmak. Burg zaś i arcyksiężniczka byli jak gdyby 
symbolem nadziemskiego świata, żegnanego może na zawsze. Ordynat, widząc dziwny 
stan młodzieńca, nie pytał o nic, lecz starał się wybadać, co mu jest. I Bodzio 
wyznał, co miał na duszy. Lecz o arcyksiężniczce zamilkł. Wstydził się swych 
zapałów. Bohdan nie skarżył się przed Waldemarem na los: jedynie mówił ze 
smutkiem, przez który przebijała ironia, skierowana do samego siebie. Ordynat 
jednakże odgadł, że uczucia chłopca były dotknięte, z paru zaś słów jego 
przeczuł bohaterkę. Może dostrzegł fotografię Marii Beatryczy w portfelu kuzyna? 
Waldemar nie czuł obawy; wydało mu się to dzieciństwem i zarazem niegroźnym, bo 
obudzeniem się marzeń idealnych, poczętych niby w ślicznej woni konwalii 
wiosennych. Wolał dla Bodzia to, niż Annę nicejską lub primabalerinę warszawską. 
Wśród jednej z takich rozmów Bodzio spytał: — Dlaczego ty, wuju, tak mało teraz 
uczęszczasz w świecie. Na przykład w Burgu wiele osób o ciebie pytało, nawet 
cesarz. — Cóż im odpowiedziałeś? — Rozmaicie. Jak komu. Cesarzowi powiedziałem, 
że pracujesz w kraju, Sz~otenyiemu szepnąłem w sekrecie, że zubożałeś, wuju, bo 
on ma zamiary na twoją kieszeń, chce pożyczyć grubą sumę. Spojrzał tylko na mnie 
powątpiewająco. Paniom zaś mówiłem, żeś stetryczał, i wyobraź sobie, wuju, nie 
chciały wierzyć! — Wcale dobrą wyrabiałeś mi opinię — uśmiechnął się Waldemar. 
Gdy mijali cudowne okolice Styrii Bohdan, przylepiony do szyby wagonu, cicho 
marzył. Ordynat usłyszał raz jego śpiew. W tęsknej, rozwlekłej melodii Bodzio 
zamykał jakieś słowa. Brzmienie ich zastanowiło Waldemara. Wsłuchał się uważnie. 
Młodzieniec śpiewał: "Za Wołyniom skuczaju i w deń i w noczy,@ bo wołyńskaja 
zemla każdoho zauroczy,@ kto na Wołyń pryide, toho oczaruje;@ lisami i ćwitami 
swoimi zwojuje.@ Oj, Wołyniu ridnieńkij, tebe ne zabudu,@ aż do samoj smerti 
wspomynaty budu".@ "Na Wołyniu, hde ne hlanesz, tam zemla czornaja,@ złotuju 
przenyciu ciła usianaja.@ Tam: koły wesna nastane, to wrze taka krasna,@ taka 
harna, zelenaja, myłeńka i jasna!@ Oj, Wołyniu, Wołyniu, tebe ne zabudu@ aż do 
samoj smerti wspomynaty budu..."@ Ordynat zwrócił się z pytaniem: — Bodziu, co 
to za śpiew? Nie znam go. Chłopak się zaczerwienił. — Sam go sobie ułożyłem, 
wuju. — Ty?! No, i tu w Styrii tak czule wspominasz Wołyń. — Bo ja te kraje tu 
znam i podziwiam, lecz przeniosłem się myślą nad taki boski parów w Rusłocku, 
gdzie marzyłem. Żebyś ty go znał, wuju! Wiesz? Zawsze sobie wyobrażałem, że ten 
głęboki jar, przepastny, wykopało piekło na zgubę ludzi, a niebo usiało go cudną 
roślinnością, ubrało skałami pysznymi, ocieniło dziewiczą puszczą drzew, aby 
ludziom, ot takim, jak ja wariatom, dać trochę przyjemności. — Więc kochasz 
Wołyń? A jednak Rusłocka nie lubiłeś... — Nawet nie cierpiałem. Ale samej 
rezydencji i Ponieckich. Kraj kocham i lud kocham. Wszystko to harmonijnie 
dostraja się do mej natury; to tak, jakby kto buńczuk omotał w pajęczynę 
melancholii. Cudny kraj! Ordynat spoglądał na sylwetkę profilu kuzyna na tle 
szyby i myślał nie bez wzruszenia: — To porównanie, jakie zrobił do Wołynia, 
stosuje się do niego... Buńczuk, owiany melancholią, i poezją, i zapałem, 
lecz... złamany!... Jednak takiego warto ratować... To jeden z tych 
Michorowskich, którzy nie umieją słuchać, ale potrafią przewodzić. Ordynat czuł, 
że w sercu wzbiera mu uczucie dla Bodzia — niemal ojcowskie. Sam nad sobą 
zamyślił się poważnie, gdy byli już blisko Szwajcarii. I oto na granicy 
pierwszego kantonu Waldemar zmienił nagle swój projekt. — Wracamy do Głębowicz — 
rzekł do Bohdana. — Jak to, wuju?!... Myślałem, że teraz wahać się już nie 
będziesz co do Luci i że po to jedziesz... — Ona jest narzeczoną Brochwicza. — 
Ach! — skrzywił się Bodzio. Wuj w to wierzy? Sam fakt niczego nie dowodzi. Ona 
Jerzego nie kocha. Waldemar się wstrząsnął. — Tym bardziej jestem tam zbyteczny. 
Bohdan wpadł w ponure zamyślenie. Nie rozmawiał więcej z ordynatem o Luci. 
Przeczuwał zbliżający się ostateczny przełom, ale niepojęty stan ordynata 
tłumaczył uporem. Bodzio w Głębowiczach przyznał się Waldemarowi, że porobił 
starania o posadę administratora. — Czy czujesz się na siłach? — spytał ordynat. 
— Najzupełniej. Zacznę od małego zakresu, ale tam, gdzie będą perspektywy. 
Waldemar zaproponował mu stanowisko takie w Biało_Czerkasach. Bohdan zamiast się 
ucieszyć, był zmieszany. — Ufasz mi, wuju? — bąknął niewyraźnie. — Tak. 
Młodzieniec milczał. — Nie jesteś, widzę, zadowolony — rzekł starszy 
Michorowski. — Zostawiam ci zatem swobodę. Bodzio z nagłą szczerością wyznał swą 
myśl. — Nie. Wuju, to nie to. Jestem ci bardzo obowiązany za zaufanie, ale ja w 
Biało_Czerkasach byłbym zawsze na sznureczku... owszem, wpływ uznaję do pewnego 
stopnia, lecz wędzidła nawet z twej ręki nie ścierpię. — A jak będzie u obcych? 
— U obcych działalność swą tak bym unormował, że wszelkie pęta dla mnie byłyby 
zbyteczne. Waldemar zaśmiał się wesoło. — Dobrze. Podobasz mi się! Wiedz o tym, 
że żaden Michorowski nigdy wędzidła nie znosił i nigdy go nikomu nie nakładał. 
Despotyzmem się brzydzę; miałeś chyba czas to poznać. Będziesz w 
Biało_Czerkasach administratorem z całkowitą plenipotencją. Posadę obejmiesz na 
wiosnę. Przez zimę będziesz się jeszcze kształcił. Zgoda? — A. Jeżeli tak... 
Uścisnęli się jak bracia. XLIV Księżna Podhorecka powróciła ze Szwajcarii. W 
listopadzie cała rodzina zgromadziła się w Głębowiczach, gdzie od pewnego czasu 
zamieszkiwał i pan Maciej z niedostępnym panem Ksawerym. Brakło tylko baronowej 
Elzonowskiej. Mówiono powszechnie, że małżeństwo jej z Barskim jest już 
postanowione. Razem z Lucią przyjechał Brochwicz. Stosunek jego do ordynata stał 
się znamienny. Brochwicz kochał narzeczoną i bał się jej utracić. Do Głębowicz 
jechał niechętnie przeczuwając, że będą one dla Luci powodem nowych walk, 
odświeżeniem niezaschłej zresztą męki uczuć. Młody hrabia nieufnie patrzył na 
ordynata, wstydził się tego wrażenia sam przed sobą i był skrępowany. Lucia pod 
pozorną odwagą, nawet brawurą, drżała wewnętrznie. Chciała wyjaśnień od 
Waldemara i szukała odpowiedniej chwili. Gdy cały zamek zapadł w głuchą ciszę 
nocy, Lucia śmiało weszła do gabinetu Waldemara. Była blada, lecz spokojna. On 
powstał na jej widok. Serce biło mu żalem, dramat miał w piersi. Stanęła tuż 
przy nim. W ostatniej chwili zabrakło jej odwagi. Słowa przemówić nie mogła. 
Przestrach mignął w jej oczach. Trzęsła się okropnie. Waldemar wziął jej dłonie, 
zimne jak umarłej. — Luciu... Droga, dziecko, więcej... spokoju... — szepnął. — 
Waldy... Ty wiedz, że... idę za Jerzego. — Wiem — odparł zdziwiony. — Ja jego... 
nie kocham! — wybuchnęła. Ostatnia kropla krwi uciekła z serca Waldemara. — Nie 
kocham, i ty wiesz o tym! Waldy! Szalonym ruchem załamała ręce, zakrywając nimi 
oczy. Z ust jej wybiegł straszliwy krzyk. — Ciebie jednego kocham! Miłuję! Tylko 
ciebie! Słyszysz?! Tyś mój, w duszy zaryty! Za tamtego... jedynie z rozpaczy... 
Waldy! Czyś ty bez serca?! Spazm okrutnego płaczu targnął nią przeraźliwie. 
Waldemar czuł, że leci w otchłań. — Luciu! Na miłość Boga!... Załamał mu się 
głos bezradnie. Upadł na fotel i schował twarz w dłoniach. Ona płakała. Ponura 
cisza smutnych przeznaczeń omotała ich tragicznie. On pierwszy ocknął się z 
bolesnej wrzawy duchowej. Wstał i ręce jej przytulił do piersi. — Cicho, 
dziecko... nie płacz. Wiedziałem... o twych uczuciach i... walczyłem. Na tarasie 
wówczas postanowiłem cię ostrzec. Pamiętasz?... Lucia wyrwała rękę z jego 
uścisku i zakryła mu usta. — Nie mów! Nie mów więcej. Niech ta złuda zostanie, 
ten jedyny błysk. — Luciu, źle mnie wtedy zrozumiałaś. — Milcz, milcz Waldy! 
Powiedz: Tyś mnie nigdy nie kochał? Och! Nie miłością braterską! Ale tą inną, 
tą... dawną swoją... Czy nigdy?... Starli się wzrokiem. Jej był drapieżny, jego 
zbolały, lecz stanowczy. — Nie, Luciu. — Boże mój! A ja myślałam, a ja!... Tak 
cię strasznie kochałam! Rzuciła się znowu do niego. — Waldy... Były chwile... 
Pamiętasz?... — Wiem. I przepraszam cię za nie, Luciu. Byłem nieuważny, może — 
bezczelny, ale nie mogę być niesumiennym. Tamto były chwile krótkiego szału... 
nerwów. Jestem mężczyzną... działałaś na mnie, przyznaję. Jednak to nie... 
miłość. Więc nic dla mnie w twym sercu nie ma, nic?!... — Jest głęboka miłość 
braterska, i żal, i boleść, i współczucie, i wielkie pragnienie, abyś była 
szczęśliwa, Luciu. I dlatego... — Odradzasz mi pewno iść za Jurka? — syknęła ze 
strasznym śmiechem. — Nie, tylko lękam się o ciebie. — Więc uratuj! Zechciej, 
żądaj, rozkaż, abym była twoją żoną! Zostanę. Bądź pewny: niewolnicą będę! 
Waldemar milczał. — Nie powiesz tego — prawda? Nie dał odpowiedzi. Lucia po 
chwili znów zbliżyła się do ordynata. Ręce oparła na biurku i pochylona całą 
postacią naprzód, mówiła urywanie: — Wybrałam Jurka... bo on mnie kocha. Wie 
wszystko, co ja cierpię, i chce mi dać ukojenie. Matki nie mam! Ona już Barska. 
Przy dziadziu, obok ciebie, nie będę!... Cóż pocznę?... A Jurek mnie kocha. Będę 
żyła dla innych... Może wytrzymam... Łzy spadły jej z oczu. — Czemu nie mogę dać 
ci szczęścia, czemu?! — zawołał Waldemar głosem tak wzruszonym i tak szczerze 
żałosnym, że Lucia rozrzewniła się, ale smutno. W milczeniu podała mu rękę. — 
Roz...chodzimy się... bo los... — szepnęła i nie mogła dokończyć. Płacz zdusił 
ją znowu. Ordynat dłoń jej ucałował gorąco. Dziewczyna wolno wyszła z pokoju. 
Przebiegła szeregi salonów i korytarzy, błądząc trochę po ciemku. Łkanie jej 
budziło żałosne skargi w głuchych komnatach. W sali portretowej rozjaśniła 
elektryczne światło. Stanęła przed portretem narzeczonej ordynata. Nienawistny 
wzrok wpiła w jej twarzy. — To przez ciebie — wyrzuciły zsiniałe usta 
dziewczyny. Patrzyła długo... Ostre źrenice miały w sobie jad, piołun i bojaźń. 
Patrzyła z zapartym tchem, czując w sercu napływ czarnej krwi. Patrzyła jak 
obłąkana, bo wzrok jej gasł, tępiał, łagodniał. Podsunęła się bliżej obrazu. 
Oczy jej zmiękły w wyrazie. Pozostał w nich tylko smutek bezdenny. Szept jej 
warg wionął cichutko. — On twój... Zawsze twój! I Lucia zwiesiła głowę. Światło 
ją opromieniało. Z portretu spływała na nią słodycz — tamtej. Postać schodziła 
do niej ze smugą gwiazd w oczach. Wtem Lucia uczuła przerażenie. Do sali 
zmierzały kroki męskie. Poznała je. Ukryć się nie było sposobu. Baronówna, 
wyprostowana, odważnie podeszła do drzwi. Otworzyła. Na wprost niej stał 
Waldemar. Zmierzyli się oczami. Zawstydzona, spuściła powieki. Minęli się w 
milczeniu. Waldemar wszedł do sali. Lucia wpadła w ciemną głębię korytarza. Gdy 
dobiegła już do przeciwległego wyjścia, cichutko, na palcach powróciła i lekko 
uchyliła drzwi od sali, ocienione aksamitną kotarą. Waldemar na portret zmarłej 
Stefci patrzył z takim wyrazem w oczach, jak gdyby oddawał jej całą swą 
przyszłość lub składał przysięgę wierności. Lucia zatamowała jęk w piersiach i 
znikła bez szmeru w przestrzeni korytarza. XLV Ślub Luci z Brochwiczem miał się 
odbyć w Paryżu w połowie stycznia. Księżna Podhorecka stała się jedyną opiekunką 
osamotnionej dziewczyny. Mieszkała z nią razem we Francji, gdyż Lucia po 
ostatecznej rozmowie z ordynatem wyjechała natychmiast za granicę i nie chciała 
wracać do kraju. Zbliżała się chwila stanowcza. Baronówna żyła jak w letargu. 
Rozpacz i obawa przed przyszłością zabiły w niej duszę. Chwilami budziła się z 
tego snu strasznego, budziła się dotknięciem rzeczywistości, która porywała ją w 
wir szalony niezgłębionych rozpadlin. Rosła w niej bezbrzeżna niechęć do 
Brochwicza, i pogarda, i żal i wstręt do siebie. Jerzego czyniła winnym, że chce 
ją mieć za żonę, siebie — że się na to zgadza, wreszcie Waldemara — że był 
demonem, rzucającym ją w bezdeń. Miłość do Waldemara, wszystkie walki i 
cierpienia zmalały wobec grozy przyszłości, idącej nieubłaganie, z demoniczną 
siłą. Nic jej nie wstrzyma. Oboje z Jerzym brną na oślep, nad przepaść, nad 
krawędź niedoli, widzą ją niemal przed sobą, nędzną, urągliwą, lecz kuszącą jak 
grzech. Oboje zamknęli oczy, odrzucili precz od siebie wszelkie podszepty 
sumienia. Mocą stała się dla nich jakaś konieczność i rezygnacja. Co będzie — to 
będzie, byle prędzej. Bez analizy, bez uwag szli do swego celu, jak pijani. 
Gdyby siła nieznana, a wielka otworzyła im oczy, wzywaliby ratunku. Taka siła 
mogłaby ich ocalić... lecz jej nie było. Własny rozsądek i zastanowienie uśpili 
narkotykiem uczuć osobistych, starganych doszczętnie i boleśnie. Lucia w 
chwilach przebudzenia zrywała pierścionek z palca, pisała do Jerzego listy, 
zwracając mu słowo, lecz potem — darła papier na strzępy i znowu poddawała się 
bezczuciu letargicznemu. Teraz już tylko smutny obraz przyszłego życia rysował 
się w jej duszy; osnuty był paniczną obawą. Strach ogarniał ją coraz silniejszy, 
strach dławił, systematycznie truł i ciągnął zarazem w toń. Lucia przeistoczyła 
się w bryłę bezwolną i jakby zmiętą. Czasem przeciwnie, bunt w niej powstawał 
przeogromny, krzyk protestu wydzierał się z serca, które dobrowolnie okuwała w 
blachy zimne nieszczęścia. Wówczas Brochwicz ginął, jak drobny liść zmiażdżony 
nawałnicą wichru. Ordynat zapadał się w ciemnię. Wszystko malało. Na serce zaś 
cierpiące spływał ciepły promyk przeczucia niesłychanego, nieuchwytnej 
halucynacji ocalenia, i złagodzone tą pieszczotą serce uciszało się, jak po 
haszyszu. W takich łagodnych jaśniach niby w błyskawicach wśród chmur, ukazywała 
się w zmęczonej wyobraźni Luci postać Bohdana Michorowskiego. Jego oczy ciemne i 
twarz szczupła, nerwowa, jego uśmiech szczery, dziwnie pociągający, napawał 
dziewczynę otuchą niezrozumiałą. Baronówna wzruszała się wspominając jego dobre 
chęci i dążenia w celu uratowania jej od uczuć nieodwzajemnionych lub też 
rzucenia w ramiona ordynata. Wszystko zawiodło. Pozostał niebezpieczny szlak, 
idący w głąb życia, albo pozbawienie się go przez samobójstwo. Śmierć własna 
przedstawiała się baronównie bez właściwej grozy, lecz jakby symboliczna 
Marzanna. Niech nadejdzie, niech się spełni. Myśl samobójstwa nawiedzała Lucię, 
lecz na krótko i niezbyt silnie. Bywała raczej wykwitem wybujałej fantazji i 
pewnego lubowania się własnym dramatem. Nie przychodziły te myśli bezpośrednio, 
aby zniewolić ducha, lecz snuły się śladem wyobraźni, zarazem przejaskrawiając 
ją. Umrzeć — nie było dla Luci koniecznością duszy, odtworzoną jasno i wyraźnie, 
ale najwłaściwszym zakończeniem, do czego jednakże brakowało jej postanowienia. 
Lucia na dnie swej jaźni pragnęła żyć, tylko obawiała się rozpocząć walkę z 
życiem i biernie poddawała się prawom krańcowej apatii. Pani Idalia Elzonowska, 
już jako narzeczona hrabiego Barskiego, przyjechała do Paryża, lecz przyjęcie, 
jakie doznała od córki, zniechęciło ją do pozostania na jej ślubie. Lucia nie 
chciała widzieć matki przy tej uroczystości. Z rodziny mieli być tylko księżna 
Podhorecka i hrabiostwo Trestkowie. Baronówna oczekiwała jeszcze dziadka 
Macieja, ale on dla braku zdrowia nie obiecywał przyjazdu. Księżna, z pomocą 
hrabiny Rity, zajęła się wyprawą Luci, ona sama do niczego nie chciała się 
bowiem wtrącać. Do ślubu pozostało tylko kilka ostatnich dni. Lucia zachowywała 
się tak, jakby ją miano żywcem zamurować. Jej niepokój, jej lęk okrutny 
dosięgnął największego napięcia. Lucia była prawie niepoczytalna i trawiona 
przez gorączkę. Myślała o chwili ślubu jak suchotnica o śmierci przewidzianej 
niemal co do godziny. Czuła, że ginie, i czuła, że od niej samej zależy ocalenie 
własne, ale śmiech nieludzki, jakiś śmiech targający nerwy wybuchał z jej piersi 
i tłumił akcję ratunkową. Przeraźliwie jasno widziała swój grób otwarty i 
zbliżała się doń z całą świadomością, ale zarazem z szarpaniną wewnętrzną, która 
pozornie wydawała się brakiem przytomności i lekceważeniem. Gdy pewnego dnia 
Brochwicz ujrzał ją w podnieceniu niebywale drażliwym, zląkł się. Po raz 
pierwszy od czasu zaręczyn zadał sobie pytanie, co on robi. Upiór nieszczęścia 
ukazał mu się groźny, szyderczy i bezlitosny. Jerzy ścierpł. Sumienie i etyka 
wzburzyły całą jego istotę, ale zamknąć tej ciemnej pieczary złej przyszłości, 
usunąć jej — nie miał sił. Grzązł i pociągał Lucię nieszczęsną, będącą jak w 
agonii. Brochwicz odszedł zraniony moralnie, Lucia zaś powróciła do swego 
półżycia, wkraczającego w newrozę. Siedziała w buduarze skurczona, z głową 
wtuloną w poręcz wysokiego fotela. Oczy smutne, o niezmierzonej głębinie, 
wpatrywały się w wysokie szyby okien, poza którymi jaśniał dzień styczniowy, 
kipiało wrzątkiem bujne życie Paryża. I oto nagle spadło na Lucię jasne 
przeczucie. Ujrzała w przestrzeni genialną moc swych przeznaczeń, dalekich od 
otwartego grobu, skąd wiało na nią pustką i chłodem. Ukazanie się tej zjawy 
niespodziewanej było silne i plastyczne; wrażenie olbrzymie. Mara, gniotąca ją 
niemiłosiernie zginęła na sekundę, oślepiona piorunowym zygzakiem cudownego 
objawienia, co w glorię swą potężną porwało umysł Luci. Wtem zamarła ze 
zdumienia, podnosząc się szybko. Naprzeciw niej, w drzwiach, stał Bohdan 
Michorowski. Poważny, spokojny, inny niż zwykle. W oczach miał stanowczość, usta 
lekko uśmiechnięte, pewne siebie. Tchnął zuchwałością, i dziwną siłą. Lucia 
pozostała bez ruchu. On podszedł i wziął jej ręce. — Bodziu! Skąd ty... tu!... — 
spytała z przerażeniem. — Przyjechałem, aby ratować ciebie, kuzynko... — Mnie... 
ratować?... — Tak. Lucia patrzyła, jakby nie rozumiejąc. Przerażenie jej rosło. 
Spazmatyczny śmiech runął jej z piersi. — Mnie ratować?! Ha! ha! Za późno! Mój 
ślub za kilka dni. — Otrzymałem zaproszenie i na szczęście zdążyłem, aby zerwać 
to małżeństwo. Nie wierzyłem do ostatniej chwili, że popełnisz taką... 
niegodziwość. — Bohdanie! — Tak, niegodziwość. Ale ja na ślub nie pozwalam! Ślub 
wasz się nie odbędzie, bo to byłoby zbrodnią. Baronówna wyrwała ręce z jego 
uścisku. Brwi jej się zbiegły. — Jakim prawem to robisz?! Kto cię upoważnił? — 
zawołała wzburzona. Bodzio zapłonął. — Prawem jest mi moja własna pewność, że 
czynię dobrze, że cię zatrzymuję w tym szalonym, nieprzytomnym pędzie do 
zatraty, że pragnę twojego szczęścia. A na twą zgubę nie pozwolę! — Jeśli chcę 
jednak zatracenia? — Kłamiesz! — Chcę! I dopnę celu. — To nie cel, to upór, to 
kaprys... To... zemsta. — Bodziu! Jak śmiesz?!... Michorowski delikatnie objął 
palcami jej dłonie, zajrzał głęboko w oczy dziewczyny. Ona znieruchomiała. 
Usiadła na fotelu, Bohdan zajął sąsiednie miejsce. Oboje milczeli. W duszy Luci 
rozsnuwał się niepokój, owładnęła nią nagle trwoga, jakby chęć do ucieczki. Bała 
się spojrzeć na Bohdana, by w oczach jego nie doczytać wyroku na siebie. Ten 
Bodzio, wesoły kuzynek, od razu w umyśle jej spotężniał, stał się nowym i 
ciekawym. Nawet zastraszającym. — Po co on przyjechał... Co znaczą jego 
słowa?... Pytania wirowały w mózgu baronówny, uparte, domagające się wyjawienia 
prawdy. Bohdan ją zainteresował, lecz jednocześnie jakby ogłuszył. Wrażenia, 
wręcz przeciwne sobie, gromadziły się natarczywie. Serce Luci uderzyło parę razy 
wdzięcznością dla Bohdana, aż oto znowu Brochwicz wypłynął na serdecznych falach 
jej uczuć. Obudziła się śpiąca etyka i myśl głęboka, owiana apatią, lenistwem, 
bezczynna, szarpnęła się; oburzona za spokój zmącony do dna. Senne majaki 
moralności zostały przez Bodzia targnięte zbyt gwałtownie. Więc dominowała 
niechęć. — Po co on mnie otrzeźwia? Chcę spać, nawet w udręce snów tragicznych. 
Idąc na przepadłe, nie chcę otwierać oczu. Po co on mi je otwiera? Czy dlatego, 
aby ból uczyniŁ nieznośniejszym? Czy dlatego, aby zeń drwić? Wtem, jak meteor, 
wpadł do duszy Luci błysk nadziei: Bodzio chce zerwać małżeństwo, upoważniony 
przez ordynata. Myśl ta wydała się Luci jedynie motywującą postępowanie Bodzia. 
Nie śmiała wyjawić jej głośno, tchu zabrakło piersiom dziewczyny. Bohdan, 
odgadnięty już, malał w pojęciu baronówny. Stał się nędznym pośrednikiem 
ordynata; ordynat — tchórzem, ukrywającym się za plecami kuzyna. Obaj spodleli w 
wyobraźni Luci, a ponad nimi wykwitła delikatna błonka współczucia dla 
Brochwicza. On posiadł chwilowo wszystkie uderzenia serca Luci, całą jej dobroć 
i uznanie. On był ofiarą spisku Michorowskich. Narzeczona zapragnęła być mu 
wierną. Szyderstwem chciała zasypać Bohdana. Dać mu odczuć swą pogardę. Śmiech 
pełzał po nerwach, drażnił dziewczynę. Za chwilę wybuchnie okropny, zły... i 
nieszczery. Bodzio uprzedził go; ściskając Luci ręce, rzekł głosem miękkim, ale 
stanowczo, jak gdyby stwierdzał fakt. — Nie kochasz Brochwicza... — Nie kocham! 
— odrzekła jak echo. — Więc popełniasz... niegodziwość. I to z powodu zranionej 
ambicji; przez upór i znęcanie się nad sobą; rozmyślne, bezlitosne znęcanie się. 
Milczała, cała drżąca. Sugestionował ją władzą niepojętą, niweczył jej wolę. 
Bohdan mówił nieubłaganie: — Z rozpaczy można się zabić, ale nie wychodzić za 
mąż. To nie zabójstwo, to tylko kalectwo na całe życie. Luciu, ty ordynata nie 
kochasz. Wstrząsnęła się. W jej głosie zabrzmiał gniew, zdumienie niesłychane 
nad zuchwałoścką Bohdana. Okropny wir zapanował we wszystkich uczuciach Luci. 
Usłyszane słowa były dla niej obelgą, raniły ją pręgierzem barbarzyńskim. Ale w 
swym jestestwie dziewczyna odczuwała najmocniej zawód z powodu, że upadły jej 
domysły o spisku. Ordynat nie mógł ukrywać się za Bodziem, skoro ten ośmiela się 
profanować jej uczucia dla Waldemara przez rzucenie co do nich wątpliwości. — 
Jaki ma w tym cel? — pomyślała. — Co to wszystko znaczy? Czego oni od niej chcą? 
Niepewność i lęk wewnętrzny odmalowały się na twarzy Luci. Chłód wystąpił z 
równą siłą. Popatrzyła prosto w oczy Bohdana i rzekła bezdźwięcznie: — Nie 
rozumiem ciebie! Czyś ty nieprzytomny, czy ja? — Luciu, posłuchaj mnie... — 
Powiedz, co twoje słowa znaczyły! — przerwała mu nerwowo. — Moje słowa?... 
Mówiły prawdę: ordynata nie kochałaś i nie kochasz. Baronówna wstała z fotela. — 
Dosyć! — przerwała. — Żegnam ciebie. Jesteś dziecinny... i śmieszny. Prędko 
wyszła z pokoju. Bohdan słyszał jej śmiech, nienaturalny, krztuszący się 
nienawiścią do niego, drapieżny, i pełen żalu. Jad, wszczepiony słowami Bodzia, 
wsiąkał w duszę Luci i zaczynał powoli działać. XLVI Lucia całą noc przemęczyła 
się rozterką duchową. Trapiła ją walka z porywami wewnętrznych zagadnień, z 
szeptem buntowniczym sumienia. Gwałt, zadany sercu, mścił się już w przededniu 
spełnionego faktu. Małżeństwo swe widziała jako rzecz konieczną, ale pragnienie 
zerwania go świtało w tajemnicy nawet przed tą cząstką duszy, z której się 
poczęło. Ogarnęła Lucię mętna abstrakcja, i pytania, obłędne pytania: — Co 
robić?... Jak pozbyć się ciasnych pęt, będących dotychczas tylko nieprzyjaznymi, 
dziś już nienawistnymi? Jeśli się zaś ich pozbędzie: gdzież ratunek i jaki? 
Pozostać z dawnym ciężarem w duszy, ale już bez nowego i stokroć cięższego. 
Brzemienia niedoli nie zwiększać, dźwigać nędzę moralną, ale bez gorzkich 
wyrzutów, bez grzechu samobójstwa. Bohdan — to duch opatrznościowy, który jej 
podaje rękę, aby wynieść z odmętu. Nie odtrącać jej! Dobrowolnie usunąć zaporę, 
jak się ją dobrowolnie nasunęło. Zamknąć otwarty grób, bez siebie. Ale czy można 
zabijać tamtego człowieka dla pobudek egoistycznych?... Czy ta bezwzględność 
popełniona nad Brochwiczem nie byłaby większa od zadania kłamu własnym uczuciom? 
Czy uczciwość pozwala na wydzieranie szczęścia z serca, które kocha? Gdzież 
wreszcie jest uczciwość: czy w szczerej prawdzie, wypowiedzianej bez obłudy, czy 
we współczuciu dla czyjejś miłości?... Lucia pragnęła rozcząstkować swe serce, 
aby ujrzeć zagadkę wyjaśnioną i prawą drogę do czynu. Dusiła się w atmosferze 
zwątpień. Przed Bodziem czuła lęk, ale go nie unikała. On był natarczywy. 
Rozmawiali ze sobą całymi godzinami. On ją przekonywał, ona się broniła. Jej 
dziwny stan, gorączkowy, niepokoił księżną, zastanawiał Brochwicza i drażnił go. 
Knuło się w jego duszy podejrzenie mętne, że Bohdan jest początkiem jego 
epilogu. Po paru dniach Lucia szukała rozmów z Bodziem. Jego szczerość i sąd 
bezwzględny napawały baronównę otuchą. Gniewał ją, męczył, ale przekonywał 
każdym słowem. Nie przyznawała się do tego nawet przed sobą, ale Bohdan czynił w 
niej wyłom wyraźny. Przejrzała, że poświęcić siebie Brochwiczowi nie potrafi. 
Miała wrażenie, jakby wróg, czyhający na nią od dawna, stracił jej ślad, bo się 
już ukrywała za niezwalczoną moc wahania, które przeważało na jej stronę i było 
groźniejsze od wielu skrystalizowanych postanowień. Znalazła się w przestrzeni, 
brzemiennej w najważniejsze wypadki swego życia. Czuła to i drżała z lęku, z 
egzaltacji, unoszącej ją na rozdroża. Ordynat majaczył z oddali, jak oaza ginąca 
wśród nowych wód, Brochwicz rysował się nikłym wzorem, chociaż go co dzień 
widywała. Tonął w chaosie nowych pojęć, które osnuły Lucię z władzą hipnotyczną. 
Wypukło odbitym w jej wyobraźni był tylko Bohdan. Działał na nią tyranicznie, 
denerwował często swoją argumentacją, miażdżył jej wolę, stawiał motywy 
miarodajne. Lucia, podniecona bardzo już bliskim dniem ślubu, pełna kolizji, 
chwytała się rozpaczliwie dowodzeń Bohdana i łaknęła rozwiązania zagadki, bez 
uwagi na to wszystko, co ją przedtem wstrzymywało. Michorowski mówił do niej 
coraz śmielej, odczuwał swoją przewagę, stał się arbitralny. Lucia błądziła w 
domysłach, co Bohdanem powoduje. Głównie tłumaczył jej, że ona nie może 
wychodzić za Brochwicza, ponieważ go nie kocha i nie kochała również ordynata 
miłością wyłączną kobiety do mężczyzny, jedynie czciła go i wielbiła w nim ideał 
wymarzony. Lucia zdumiewała się często trafnością spostrzeżeń Bodzia i w 
skrytości duszy przyznawała mu słuszność. Wpadła w rebus z własnym sumieniem. 
Rozmawiali raz szczególnie gorączkowo. Lucia była zdecydowana co do Brochwicza, 
ale wyrzucała Bohdanowi krzywdę, jaką czynił, niwecząc jej wiarę w miłość do 
Waldemara. — Nie znasz mojej psychologii — rzekła z pasją. — Owszem, Luciu. 
Twoją psychologię poznałem — i powtarzam: nie kochałaś go miłością prawdziwą, 
głęboką i tą jedyną, tą wielką! Szalałaś za nim od lat dziecinnych, potęgowałaś 
w sobie ten szał z lubością, żyłaś w sferze egzaltacji i uwielbienia dla 
ordynata. Wieńczyłaś go, jako człowieka szerokich idei społecznych, jako wzór 
człowieka, godnego najwyższego szacunku i miłowania. Lecz to jeszcze nie miłość 
pełna i święta. — Bohdanie! Zmiłuj się, nie profanuj ołtarza, na którym tyle 
lat... składam ofiary z mego serca, z duszy... — A teraz sama ten ołtarz burzysz 
— przerwał Bodzio z goryczą. — Ach! Luciu, czy ty rozumiesz, co popełniasz? 
Kilka lat marzyłaś o Waldemarze. — Kochałam go. — Nie, marzyłaś tylko. W 
marzeniach dziecinnych, potem w dziewiczych, idealizowałaś go stale, aż stał się 
geniuszem twym. Zaręczyłaś się z Brochwiczem dlatego, aby pobudzić ordynata do 
stanowczych czynów. Lucia spuściła oczy, usta jej drżały. — Co i kiedy między 
wami zaszło, nie wiem, ale sądzę, że w Głębowiczach na jesieni przekonałaś się, 
że ordynat... nigdy ciebie nie kochał. Odgadłem to po tobie i po wuju. 
Cierpiałem, bo chciałem dla was szczęścia. Ale cierpiałem stokroć więcej po 
otrzymaniu zawiadomienia o twym fatalnym ślubie. To mnie zdecydowało: moje 
zamiary stały się już niewzruszone. Jestem — i nie pozwalam! Brochwicza nie 
zaślubisz. — Drażnisz mnie, mój drogi! Proszę, abyś nie interesował się mną. Co 
robię, to robię z rozmysłem. — Ale ratunku pragniesz — rzekł Bodzio. Lucia 
zrozumiała, że się wikła niepotrzebnie. Lęk się wzmógł. — Czekałaś ocalenia. 
Lecz kto cię miał ratować? — Nikt do tego nie ma prawa! — wybuchnęła 
nieszczerze, ale z rozpaczą. Bohdan chwycił ją za dłonie, rozpalone jak 
płomienie. — Ja mam prawo i wyzyskam je — rzekł z energią. — Jakie... prawo? — 
Bo cię kocham! — Ty... mnie?! — Tak. Patrzyli na sibie prawie bez tchu. Bodzio 
był zmieszany i wzruszony. Fale uczuć przelatywały przez jego szczupłą ale męską 
twarz. — Czy to litość, czy sposób na zatrzymanie mnie od fałszywego kroku? — 
spytała Lucia, cała drżąca. Michorowski ręce jej ucałował. Głos mu się giął, gdy 
zaczął mówić: — Luciu, wybacz mi nagłość wyznania. Kochałem cię od dawna, lecz 
nie było to jeszcze uczucie uwypuklone; nie pojmowałem sam siebie. Szczęście, 
które widziałaś w małżeństwie z ordynatem, chciałem ci uczynić realnym. 
Cierpiałem, że się łudzisz, ubolewałem nad tobą i nad nim. Bo widzisz — Waldemar 
Stefcię kochał prawdziwie, to była miłość wyjątkowa i trwała. Pozostała świętą. 
Ty tak nie kochałaś, prawda? Lucia zaczęła mrugać powiekami. W duszy jej coś się 
łamało, coś zapadło w przestrzeń, z której spływał ciepły strumień ukojenia. 
Otucha wielka, nadzieja wszechwładna zakwitła nagle, owiała ją przepięknym 
ogniem szczęścia, niepojętego jeszcze, lecz już świtającego. Szczęścia, że 
ocalenie przyszło. Szczęścia, że kwiat życia nie zwiądł, ale może się rozwinąć. 
Szczęścia, że przestraszająca ją mara nędzy przyszłego bytowania nicości 
moralnej runęła zabita odwagą Bohdana. Bodzio Luci zaimponował. Poddawała się 
pod jego władzę, w jej sercu wdzięczność dla niego rosła w uwielbienie. On ją 
zaprowadził na kanapkę pod kwitnący rododendron, siedział obok niej i milczał. 
Odczuwał chwilę przełomową, której się w niej domyślał. Może i sam siebie badał 
do głębi, ale wyznania nie żałował. Minęła długa godzina, zanim Lucia ocknęła 
się z oszołomienia, z burzy wzruszeń zwichrzonych, słodkich i niepokojących, z 
targaniny wahań, nadziei promiennych, z odmętu poróżnionych ze sobą wyrzutów 
gorzkich i pragnień jaśniejszego istnienia. Bohdan zbudził ją zapytaniem: — 
Luciu, nie dałaś mi odpowiedzi. Powiedz: czy nie odnajdujesz różnicy pomiędzy 
miłością Waldemara dla Stefci a swoim do niego uczuciem. Lucia spojrzała mu 
śmiało w oczy. — Tak, on kochał inaczej. Ale i ja kochałam! Nie mówmy już o tym. 
Ty, Bodziu, również nie wyjaśniłeś mi... swego wyznania. Bohdan się zarumienił. 
— Przysięgam ci, że jechałem tu, powodowany tylko ucuciem brata, dążącego na 
ratunek siostry. Gdy ujrzałem ciebie, przemówiła w mym sercu miłość, tłumiona 
dotychczas usilnie i... nie rozwijana. Kocham cię, Luciu, ale chcę ciebie ocalić 
nie z powodu osobistych pragnień. Bądź rozumną i z Brochwiczem zerwij. Szkoda i 
ciebie, i jego. Lucia załamała dłonie. — Jak on to zniesie, jak mu to powiem! 
Jednak już to... konieczne. XLVII Hrabia Brochwicz oczekiwał ślubu z 
niecierpliwością. Pewnego dnia do jego gabinetu, gdy hrabia wybierał się 
odwiedzić narzeczoną, wszedł niespodziewanie kamerdyner księżnej Podhoreckiej i 
wręczył mu list wraz z paczką. Szepnął tajemniczo: — Jaśnie panie hrabio, u nas 
stało się jakieś nieszczęście. — Co się stało? Mów. — Coś jest źle z naszą 
panienką, i to od przyjazdu młodego pana Michorowskiego. Brochwiczem wstrząsnął 
nieprzyjemny dreszcz. On wiedział najlepiej, że z Lucią dzieje się coś, co mu 
rozwieje szczęście. Kamerdyner mówił dalej. — Baronówna często rozmawia z panem 
Bohdanem, a potem płacze i po całych nocach nie sypia. — Dobrze, dobrze; dosyć! 
— z niesłychanym rozdrażnieniem rzekł Brochwicz. Po wyjściu służącego Jerzy 
przeczytał list. Z dołączonego pudełeczka wypadł zaręczynowy pierścionek Luci. 
Brochwicz spodziewał się tego; jednakże wrażenie, jakiego doznał, było ogromne i 
rujnujące jego istotę. Dusza jego żałosna, zmordowana tyloletnią męką, została 
ostatecznie zmiażdżona nieszczęściem. Jerzy patrzył na pierścionek i powoli 
zgnębienie mijało, ustępując miejsca nienawiści. Pytania skłębiły się, ale nie 
umiał na nie odpowiadać. Dlaczego Lucia zrywa w prawie ostatniej chwili? Skąd 
wyłoniła się w niej ta walka, która zmogła jej postanowienie?!... Już była 
zdecydowana na życie z nim, wierzyła w przyszłość i jemu pozwalała mieć 
nadzieję. A teraz suche słowa: "Musimy się rozstać, bo szczęście nie dla nas. 
Przejrzałam, i brak mi odwagi do zaślubienia pana. Lepiej, że przecierpimy 
wspólnie, niż gdybym pana i siebie oszukiwała. Chcę być uczciwa". Brochwicz 
zrozumiał, co przyczyniło się do zerwania. To obecność Bohdana. Wściekłość 
ogarnęła duszę Jerzego. Uczuł się zdeptanym, upokorzonym. Gdybyż tylko przez 
Lucię, ale tu winnym był głównie Bohdan! On, jak szatan_kusiciel, zjawił się tu 
niespodziewanie i siłą jakąś niezwykłą wywarł na niej wpływ, wydzierając mu 
szczęście. Brochwiczowi, tak samo jak Luci, przyszedł na myśl ordynat, 
działający przez Bohdana. Ten podstęp, niegodny Waldemara, rozgoryczył Jerzego, 
zbudził w nim szalony gniew. Ale Brochwicz miał świadomość, że Luci już nie 
odzyska. Na razie egoizm przeważył, hrabia myślał o zemście za swoją porażkę, 
nie troszczył się o psychologię Luci i o jej los, siebie tylko widział, swoją 
odczuwał nędzę. Luci złorzeczył. Lecz przede wszystkim chciał prawdy. Co zaszło? 
Jerzy, jak konający, ujrzał w wyobraźni cały szereg lat, zawierających w sobie 
miłość nieszczęsną dla Luci. Tyle starań daremnych, tyle walk i udręki 
wewnętrznej, tyle rojeń słodkich, które oto już spełnić się miały. Wszystko 
zostało mirażem... Marzenie, doprowadzone do progu szczęśliwości bezmiernej, 
okazało się złudą okropną. Gorzki fakt zajął miejsce nadziei, pielęgnowanej 
troskliwie. Ironia szydziła i nasuwała potworne myśli, ukazując zdarzenia 
minione w całej ich nagości. To, co wydawało się dawniej w barwach pastelowych, 
dziś było bezczelnie kolorowe. Brochwicz widział swe uczucia bez osłon. Zdawało 
mu się, że kocha Lucię miłością bardziej duchową, że przede wszystkim pragnie 
jej szczęścia. Uczucie to się wzmogło, gdy została jego narzeczoną. Bliskość 
małżeństwa pobudziła altruizm duchowy, widzenie własnego szczęścia spowodowało 
hojność niesłychaną, lecz bez określonych granic. A teraz wszystko to umarło! 
Pozostała zawiść, że ukochana kobieta jest mu odebrana, że posiądzie ją ktoś 
inny. Instynkt zwierzęcy pędził do zemsty. Zemsta powinna być wywarta na tym, 
kto go Luci pozbawił. — Ale kto nim jest?... Pozornie Bohdan, i on będzie 
odpowiadał. Jeśli poza nim jest zręcznie ukryty ordynat, to i on powinien 
ponieść karę. Brochwicz zdławił rozpacz i postanowił działać. Zaczął szukać 
sposobności zobaczenia się z Bohdanem na gruncie neutralnym. Wiedział, gdzie 
szukać Michorowskiego, i tegoż dnia spotkał go w jednej z sal Louwru. Bohdan, 
ujrzawszy Brochwicza, zdziwił się, ale podszedł i wyciągnął rękę z powitaniem. 
Hrabia cofnął swoją dłoń. Michorowski zapłonął. — Chce ze mną awantury — 
pomyślał. Patrzyli na siebie przez chwilę. Wreszcie Bodzio przemówił: — Wiem, 
jaki jest powód pańskiego zachowania się, i dlatego wybaczam je hrabiemu. Gorycz 
bywa tak silna, że skłania nawet do niegrzeczności. — Więc pan sądzi, że ja 
popełniłem tylko niegrzeczność i że nie podaję panu ręki bez powodu? — spytał 
Brochwicz głosem wprost policzkującym. — Tak. Hrabia powinien być trzeźwiejszym 
i nie szafować obelgą bez racji. Jerzy się zdumiał. Pewność siebie Bohdana 
zaniepokoiła go. — Pan intrygami swymi zerwał moje małżeństwo! — Owszem, 
skłoniłem do tego baronównę. Przekonałem ją, że popełnia czyn bardzo ryzykowny i 
nierozważny. — Jakie pan miał do tego prawo?! — w uniesieniu zawołał Brochwicz. 
— Prawo uczciwości. — Czy pan działał za siebie... czy za kogoś? — Wyłącznie z 
własnej inicjatywy. — Więc jak mam pana nazwać?... — wybuchnął Jerzy. — Hrabio, 
proszę się uspokoić. Ja was oboje ocaliłem. Wchodziliście w nieszczęście bez 
zastanowienia. Lucia pana nigdy nie kochała i nie kocha. Nie mogło się stać to, 
do czegoście dążyli. — I pan zostałeś aniołem stróżem Luci, pasterzem jej i 
mojej moralności. Zbytek łaski! Interwencja pańska jest nikczemna i śmieszna. 
Bodzio panował nad sobą, ale czuł, że się wyczerpuje. — Jesteś, hrabio, 
niesprawiedliwy i nadużywasz mej pobłażliwości dla swego rozdrażnienia. 
Powtarzam, że wasze małżeństwo dojść do skutku nie mogło. Chciałem ratować 
kuzynkę od tej toni, i celu dopiąłem. Czuję się w zupełnej zgodzie z własnym 
honorem i sumieniem. Hrabia wiedział, że narzeczona nie kocha go, i pomimo to 
nie wahał się zakuwać ją w związek dla niej tragiczny. A zatem, kto z nas więcej 
pragnął szczęścia dla Luci?... Brochwicz miał w sercu przerażenie, zgrozę. Ale 
gniew przemógł wszelkie inne uczucia. — Pomimo pańskich wykrętów, czyn jego jest 
podły i podstępny. Gardzę panem! — Hrabio, proszę się liczyć ze słowami! — 
wykrztusił Bodzio nieswoim głosem. — Nie liczę się z panem wcale! Cofam panu 
swoją dłoń i brzydzę się panem. Jesteś bezczelny! Plugawisz nazwisko, które 
nosisz! — krzyczał Brochwicz bez opamiętania. Bohdan pobladł straszliwie. 
Zrobiło mu się ciemno w oczach. Spadł na niego cios niespodziewany, bolesny, 
pierwszy w życiu, i ogłuszył do chwilowego zaniku myśli. Gdy się ocknął, 
Brochwicza już nie było. Zdrój krwi gorącej buchnął do mózgu Bohdana. Obrażona 
duma zażądała odwetu. Bodzio wyszedł z Louwru z gotowym postanowieniem. 
Cierpliwie znosił obelgi dla miłości Luci, lecz już nawet dla niej poświęcenie 
okazało się zbyt hańbiące. Szedł do swego mieszkania uspokojony, prawie wesół. 
Przypomniał sobie pierwszy pojedynek w Warszawie, i to go znowu rozdrażniło. — 
Jaka różnica między tamtym a tym, który nastąpi! — myślał. Żałował Luci i z nią 
razem życia. Bardzo jasno i wyraźnie odczuł teraz miłość do niej, i cześć, i 
uwielbienie i współczucie nad losem jej nieszczęsnym. — Co się z nią stanie? — 
pytał siebie Bodzio. Pojedynek zmalał wobec tego pytania, które pochłaniało całą 
istotę młodzieńca. — Co się stanie z Lucią? I bez odpowiedzi, mogącej go 
uspokoić, Bohdan męczył się całą noc. XLVIII Brochwicz chciał wyrwać z siebie tę 
prawdę okrutną, którą mu rzucił Michorowski. Lecz nie mógł. Gorzka wstrętna 
prawda rozrosła się w jego duszy i unicestwiła ją. Następowały myśli bardzo 
trzeźwe i bardzo bolesne. — Bohdan ma słuszność! Ona by mnie znienawidziła. Ona 
mną gardzi, tamtego ceni jako swego wybawiciela. Bohdan postąpił z Lucią 
uczciwie, tylko ja chciałem ją poświęcić dla własnego egoizmu. Jerzy poczuł w 
duszy ciężar, niebywały dotychczas. Wątpliwość co do siebie rosła; szacunek dla 
Luci i Bohdana wykwitł nagle i potężnie. Hrabia myślał i walczył ze sobą. Odbył 
spowiedź przed własną duszą, najtajniejszą myśl swoją wydobył z ukrycia i 
przyjrzał się jej w świetle trzeźwej analizy. Zbadał uczucia i to było 
przesilenie rozpaczliwego gniewu. Tylko jawa nieszczęścia pozostała wciąż tak 
samo straszna. Brochwicz ujrzał pustkę przed sobą, pustkę życiową, niby marę, 
włóczącą się za nim bezlitośnie. I zatrząsł nim dreszcz przerażenia, bo oto 
zrozumiał, że w tę pustynię bez oazy iść musi samotny, z duszą zranioną, z 
sercem krwawiącym. Hrabia odczuwał płacz wewnętrzny, rozrywający mu klatkę 
piersiową, lecz łzami nie płakał. Oczy były suche, ponure. — Bohdan zwyciężył! — 
myślał hrabia bez przerwy. Jaką tamten ma przewagę w pojęciu Luci, o ile wyżej 
ona go cenić może od tego, który ciągnął ją na bezdroża! Jerzy porównywał siebie 
z Bohdanem, ale od razu sam sobie wydał się karykaturą. Tamten działał na 
chłodno, on głównie dążył do zadowolenia swych pragnień. Ale... czy Bodzio był 
zupełnie obojętnym w swych uczuciach, gdy zrywał ich małżeństwo? Działał bez 
wiadomości ordynata — to widoczne! Czy tylko powodowany szlachetnością, czy też 
z powodów osobistych? Hrabia zastanawiał się, dlaczego Bohdan, taki zapalczywy, 
tym razem był spokojny. Pierwszą obelgę, gdy mu cofnięto dłoń, wytłumaczył 
pobłażliwie; na słowa wyzywające odpowiadał bez wybuchów, mocował się ze sobą, 
ale potrafił utrzymać takt, którego się w nim Brochwicz nie domyślał. Co go tak 
zmieniło... Jaka siła wstrzymała go od gwałtowności, znanej u niego powszechnie? 
— Jedna jest jedynie możliwa: On kocha Lucię. Ta myśl zarysowała się od razu 
jako pewnik. Zgnębiła ostatecznie Brochwicza, bo na tle swego nieszczęścia 
ujrzał on znowu — rywala. A jednak żałował, że obraził Bodzia. Niepokoił się, 
podziwiał zimną krew młodzieńca, czynił sobie wyrzuty. Zamknięty w swym 
gabinecie męczył się i cierpiał, nie widząc ratunku. Zrozumiał, że nie dość jest 
kobietę kochać szalenie i okazywać jej głąb swych uczuć, nie dość jest miłować 
duchem i pożądać zmysłami, ale trzeba posiadać tę moc wyłączną, odrębną siłę 
psychologiczną, która zniewala kobietę do wzajemności. Trzeba umieć otoczyć 
ukochaną siecią swej przewagi, delikatną i subtelną, ale trwałą, nie ulegającą 
zniszczeniu. Trzeba z ostrożnością niesłychaną odróżnić despotyzm od tej 
odmiennej formy despotycznej, mającej władzę bóstwa, a wytworność i barwę 
storczyka. Nie żebrać miłości, ale brać ją stanowczo jak swoją własność. Iść do 
celu bez wahań, bez skrupułów, lecz krokiem śmiałym, druzgocącym wszystko po 
drodze. Michorowski szedł z taką właśnie zuchwałością życiową, wszystko rzucił 
na szalę jednym zamachem i... wygrał. Lucia odczuwała przewagę Bohdana, łamiącą 
bezwzględnie jej niepewność. Brochwicz rozmyślał, czasem ze spokojem dziwnym, 
czasem — do głębi wzburzony. Powtarzał sobie, że świat i życie ludzkie to blaga, 
obłuda i wielka fatamorgana. Optymizm, zwykły towarzysz młodości, gdy zanika, 
zostawia po sobie w istocie człowieka martwotę i niechęć zupełną. Wszystko jest 
fałszem, to podstawa świata. Świat jest jak teatr, odgrywają się w nim tragedie, 
dramaty, najczęściej i komedie, zmieniają się aktorzy, dekoracje, lecz treść 
główna i scena pozostają te same. Treść oparta na wiecznym, subtelnym ordynarnym 
oszukiwaniu siebie. — Mówią: kochać — to żyć! Paradoks. Kochać — to morfina; bez 
niej zamiera się, a nią się zatruwa. Kochać z wzajemnością, to szczęście 
wielkie, to odurzenie narkotyczne. Kochać bez wzajemności, to trąd, śmierć, to 
gorsze od śmierci. Ale kochać i bez wzajemności i bez jednego atomu nadziei, to 
powolna, okrutna agonia. Zazdrość szarpała Brochwiczem. Zabiorą mu Lucię... I 
kto ją zabierze? Gdybyż umarła... Gdybyż nikt nie miał do niej prawa! Egoizm i 
mściwość podniecały się w duszy Jerzego. Ale zastanowienie przemawiało ciszej 
wprawdzie, lecz samowolniej. Brochwicz zmagał się ze sobą. Wieczorem oznajmiono 
mu nadejście dwóch panów. Nazwiska ich objaśniły Jerzego. Sekundanci Bohdana — 
pomyślał. Odetchnął spokojnie, lecz zanim wyszedł do salonu, gdzie go 
oczekiwano, przebył ze sobą krótką, ale straszną walkę. To, co miał uczynić, 
pruło mu żyły. Zatamował krzyk protestu, wyrywający się z wyżyn ambicji, i 
wyszedł do sekundantów zimny, poważny. Był zwycięzcą — samego siebie. 
Przyjaciele Bohdana zrozumieli inaczej. Postawa Brochwicza wydała się im groźna. 
Podyktuje ostre warunki — pomyśleli jednocześnie. Po wymianie ukłonów starszy z 
panów wyjawił cel ich wizyty. Hrabia słuchał bez wrażenia i milczał. Sekundanci 
spoglądali na siebie porozumiewawczo, nie pojmując zachowania się wyzwanego. 
Nagle Brochwicz rzekł głosem stanowczym, ale zupełnie odmiennym niż zwykle. — Ja 
z panem Michorowskim pojedynkować się nie będę. Sekundanci się zdziwili. — Jak 
to?! Hrabia odmawia pojedynku, będąc wyzwanym? — spytał jeden ze świadków 
Bohdana. — Tak, odmawiam zadośćuczynienia z bronią w ręku. — Hrabio! Jaki pan ma 
powód?!... Brochwicz spojrzał im śmiało w oczy, wzrokiem jasnym, prawym. — 
Panowie! — przemówił dobitnie. — Obraziłem pana Michorowskiego bardzo poważnie i 
z rozmysłem. On był wyrozumiały, ja zaś niesprawiedliwy. Cisnąłem mu obelgę 
niesłusznie, prawda jest po jego stronie. Świadkowie mieli miny niesłychanie 
zdumione. Jerzy, głosem załamanym, ciągnął dalej. — Proszę panów zawiadomić pana 
Michorowskiego, że gotów jestem przeprosić go, gdyż uznaję się winnym. Jeśli 
wówczas zechce on pojedynku, będę do usług. Żegnam panów. Hrabia cofnął się do 
gabinetu. Miał wrażenie, że zdmuchnął ostatni płomyk w świątyni, w której 
królowała Lucia, owiana dymem tajemniczym ułudy. Buchały mu w mózgu wulkany, 
ziejąc ogniem i lawą rozpaloną. Coraz więcej ich przybywało i coraz 
wścieklejszych. Jerzy pragnął śmierci, lecz nie z ręki Bohdana, nie w pojedynkę 
o Lucię. Tęsknił za czymś, co mu dać może zapomnienie. W parę godzin potem, 
kiedy Brochwicz drażnił się już brakiem wiadomości od Michorowskiego i miał do 
niego jechać, nagle sam Bohdan zjawił się przed zdumionym hrabią. Jerzy, 
niezmiernie ujęty, ręce wyciągnął do Bodzia szczerze i serdecznie. — Więc mi pan 
wybacza? — spytał. — Tak, chcę, abyśmy się rozstali w zgodzie bez przykrych 
wspomnień. Zatuszujmy je. Chciałem pana zabić, teraz pragnę zgody. Uścisnęli się 
przyjaźnie. Brochwicz chciał wyczerpać sprawę. Rzekł ze wzruszeniem: — Drogi 
nasze rozchodzą się, może na zawsze — kto wie? proszę pana pożegnać ode mnie 
baronównę i księżną. Nie mogę spełnić tego osobiście. Ale... pan mi nie odmówi 
ostatniego pytania. Jestem w prawie zadać je panu. Bodzio przeczuł dalszy ciąg. 
— Proszę! — Pan... kocha ją. Czy tak?! — Kocham! — odrzekł Bodzio śmiało i 
dumnie. Brochwicz zzieleniał. Żółć zalała mu krew w sercu. Rzekł cicho: — Tylko 
to chciałem wiedzieć. Pożegnali się w milczeniu. XLIX Księżna Podhorecka z Lucią 
wracały do kraju, Bohdan im towarzyszył. Baronówna pragnęła ciszy, zaczęła 
marzyć o wstąpieniu do klasztoru. Ale myśl ta była jedynie przywłaszczoną, nie 
zaś istotną. Lucia chciała od razu w Belgii pozostać w klasztorze, w którym 
przebywała po śmierci Stefci Rudeckiej. Lecz oparł się temu Bodzio, i ona znowu 
mu uległa. Gdy jechali we troje na dworzec kolejowy, Lucia w nerwowym 
podnieceniu spoglądała przez okno karety na zaśnieżone ulice Paryża. Nareszcie 
rzekła: — Pozostawiam tu swoją przeszłość. — Tak, i zapomnij o niej — odrzekł 
Bohdan. — Byłaś, kuzynko, pogrążona we śnie przez szereg lat. Dopiero teraz 
otwiera się przed tobą... — Furta klasztorna. Powinnam była dawno ją przekroczyć 
— wybuchnęła Lucia ze spazmatycznym dreszczem. Księżna położyła swą miękką dłoń 
na ręku dziewczyny. — Wierz mi, dziecko, są nieszczęśliwsi od ciebie. Są tacy, 
których nikt nie kocha, a jednak idą w świat samotni i dążą do czegoś, i zawsze 
pragną. — I w końcu rozbijają głowę o bramę, za którą jest tylko utopia — 
odparła baronówna. — Nie, bywa za nią czasem nowy horyzont i taka ogromna 
perspektywa, że przeszłość wydaje się malutką łączką wobec tego obszaru. 
Dziewczyna uważnie sięgnęła wzrokiem do oczu księżnej, jakby chcąc wywlec z niej 
duszę. — Mnie już taka... niespodzianka nie czeka — rzekła ponuro. — Ach, 
dziecko moje! Jesteś tylko widzem swego życia i jego krytykiem, ale nie autorem. 
Możesz się domyślać epilogu, lecz go nie znasz. Los, to twórca genialny, 
dowcipny! I... Często złośliwy. A ja ci mówię, że bywają epilogi o większej 
wartości, niż najpiękniejszy prolog. Ostatnie słowo w danym dziele czasem się 
staje pierwsze w nieznanej nam sztuce, będącej w przestrzeni. Tylko nikt się 
tego nie domyśla. — Więc babcia sądzi, że ja... Lucia spotkała palący wzrok 
Bohdana i zająknęła się. — Sądzę — odrzekła księżna — że to wszystko, coś 
przeżyła, jest pierwszą i małą częścią dużego tomu. I jeszcze nie byłaś 
dotychczas w pełnym świetle. Otaczały cię roje świetlików, chodziłaś w ich 
smudze tęczowej, ale migocącej, nie umiejscowionej. One zagasły; przed tobą 
wschód słońca! Zaślepiona ułudnymi błyskami, nie od razu ujrzysz tę nową, 
odmienną i prawdziwą jasność. Gdy ją zobaczysz, wówczas odczujesz moc ducha i 
powiesz sobie: Idę w życie. To będzie dopiero twoim odrodzeniem... Lucia 
zamyślona, zasłuchana, nie spostrzegła się, że łzy wielkie spadły jej z oczu, i 
że Bohdan patrzył na nie chciwie a łagodnie, jak słońce na rosę kwiatu. Rzewność 
miał w źrenicach i powagę, i myśl głęboką. Lucia wiedziona czułością, rzadką u 
niej, pochyliła się i ucałowała rękę księżnej; jednocześnie Bohdan zrobił to 
samo. Głowy ich się zetknęły, w ślad za tym spotkały się oczy. Lucia ujrzała w 
nich tyle uczuć, tyle promieni, sypiących się kaskadą, że z dreszczem trwogi 
spuściła powieki. Oczy Bohdana były dopełnieniem słów księżnej. — Oto wschód! — 
mignęła myśl nagła. Lucia przestraszyła się jej, jakby objawienia nieziemskiego. 
Dojechali do dworca. Baronówna zmierzała już do wagonu, gdy wtem stanęła. Ukrop 
krwi wartkiej oblał ją całą. Ujrzała Brochwicza tuż przed sobą. Patrzył na nią 
prawie przerażony. Żal, współczucie, odezwały się w niej. Wyciągnęła rękę do 
hrabiego. — Żegnamy się. Wszak prawda? — szepnęła z uczuciem. Uścisnął jej dłoń 
w milczeniu. — Czy i pan wyjeżdża? — Tak. — Dokąd? Jerzym zatrząsł gniew. Chciał 
odejść, ale przemógł się i odparł spokojnie: — W przestrzeń nieznaną. Lucia 
rozjaśniła się, jakby po cieniu padła na nią smuga świetlista. — Ja także! Więc 
może i pan znajdzie... wschód?! Nowy, odmienny, prawdziwy wschód! Mocno ścisnęła 
palce Brochwicza i prędko wbiegła do wagonu. Hrabia ścigał oczyma znikający 
pociąg, który unosił Lucię, wytężał wzrok, by do ostatka nie stracić ani jednego 
szczegółu, ani jednego ruchu uciekającej masy wagonów. Krwawa łuna rozlała się w 
źrenicach Jerzego i przez nią widział szczątki swego snu. Gdyby nie przytomność 
umysłu, Jerzy rozdarłby piersi swoje i pokazał pustkę w nich — czarną jamę, 
wyżłobioną przez gorycz, przez rozpacz, przez zawód bolesny. Ona mi na końcu o 
wschodzie mówiła — myślał błędnie. — Jaki wschód? Czy dla niej świta?... — 
Wschód dla mnie... Ha, ha! Brochwicz zapragnął nagle ruchu, gwaru. Ujrzał w 
wyobraźni morza, oceany, góry lodowe, skały nieprzebyte. Usłyszał krok bałwanów, 
zgrzyt wichru o maszty, trzask, łomot lodowców. W podróż! W podróż! Uczuł 
szaloną wolę, konieczność podróżowania... W przestrzeń! Do... — Wschodu — 
szepnął głos Luci. — Nie! W przestrzeń do ukojenia. L Matka_ziemia, odmłodzona i 
pachnąca, wyszła już z kąpieli wiosennej. Spłynęły z niej brudne strugi wód, 
znikły kałuże i zwinne potoki. Przyroda wychlustuje ze swej wanny resztki 
zapienionych mydlin. Czystą, ożywczą wodą deszczów płucze ziemię i namaszcza ją 
wonnościami. Są cudne. Pachną żywiczne soki sosen i świerków. Brzozy rozmarzone 
ronią woń subtelną, lecz odurzającą. Już i źródła okadzają się pachnidłami i 
leśne grzęzawiska_moczary. Rozkołysany zew ziemi, twórczy podzwon rodzicielki 
wzmaga się i gotuje wszystko do uroczystości kwitnienia. Zaczęły się próby. 
Wytworne zapachy uderzyły w powietrze. Sypią się kwiaty białe, modre i żółte. 
Pękają pączki drzew. Radość urodziła się słoneczna i pływa w przestrzeni. Niebo 
i ziemia wznoszą hymn. Ono lazurowe jak toń Adriatyku, ona cała kwiecista. Niebo 
żeni się z ziemią; odprawia swe gody hucznie ze śpiewaniem chórów ptasich, z 
dzwonieniem owadów, z kipiącą potęgą rozrostu. Poróżowiały nasiąknięte sokiem 
lipy. Tu i tam buja biały motyl. Poranek roku zaświtał przecudny. Uczucia 
nagromadzone szczodrze rosły z każdą chwilą. Uczucia, duchem poczęte, więc 
przeogromne, trawiące wszystko. Zda się, że na ziemię zstąpiło serce. Wielkie 
serce miłowania. I tuli ziemię, i pieści, jak ojciec stęsknione dziecię. Serce 
przygarnia do siebie wszeistność, łączy twory ziemi w rodzinę jedną, zespoloną 
szczęściem. Wchodzi do dusz roślin, stworzeń wszelakich i do dusz ludzkich. A 
gdzie wstąpi — rosną skrzydła. A gdzie zajrzy — promień się budzi. I śpiew 
upojny, wyrwany rozkoszą z piersi brzmi dziękczynieniem. Nadzieja wzbogaca się, 
otucha stroi w złotolite szaty. Rany goją się łatwiej; cierpienia przekwitają 
lub schną. Bo serce wszechbytu, serce rozpalone miłością, serce z wiosną 
nadeszłe, balsam kojący kładzie do duszy, kropi płynem czarodziejskim wiary i 
natchnienia. Wszystko głębiej czuje, bujniej myśli. Wszystko się kocha. Tylko 
jeszcze nie staje na ślubnym kobiercu, jeszcze nie dosięga najwyższej ekstazy. 
Zaledwie początek niezmiernego piękna — a już zachwyca. Idzie rozkosz, idzie! 
Podwaja swój pęd, rozkosz dla ducha, dla serc upojenie. Lucia Elzonowska witała 
wiosnę w Obronnem. Mieszkała tu od powrotu z Paryża, będąc pod opieką księżnej 
Podhoreckiej. Trzy miesiące, przebyte w cichym pałacu, pozostawiły na Luci ślad 
wybitny. Uspokoiła się pozornie, w rzeczywistości jednak walki wewnętrzne nie 
ustały, tylko były już inne niż przedtem. Lucia w pierwszych czasach powrotu z 
zagranicy spotykała ordynata z pewnym wstydem. Ale widząc jego zadowolenie z 
powodu zerwania małżeństwa, odczuwając jego serdeczność dla siebie, pozbyła się 
fałszywego uczucia. Wróciła jej dawno zaginiona swoboda w obcowaniu z 
Waldemarem; była mu siostrą i spostrzegała z ulgą niezmierną, że gwałtowne 
przejścia duchowe w Paryżu unicestwiły jej miłość. Uwielbienie, cześć dla 
ordynata nie uległy zmianie, ale teraz dziewczyna już umiała nazwać te uczucia 
po imieniu. Widywali się dość często, stosunek ich z dniem każdym stawał się 
naturalniejszy. Częściej jednak Lucia przebywała z Bohdanem, który kończył 
praktykę w Głębowiczach przed wyjazdem na posadę do Biało_Czerkas. Rozmowy Luci 
z Bodziem były wyczerpujące dla niej, ale ich pragnęła. Jego śmiałość poglądów 
brała Lucię w swe jarzmo, nakazując jej mimowolne poddaństwo. Bohdan humorem 
swoim rozbawił ją, nadał inny kierunek jej myślom, łagodził jej duszę, 
powracającą do zdrowia. O miłości swej nie mówił. Bawili się ze sobą jak dzieci, 
razem odbywali spacery, razem czytali i grali w bilard. Szukali się wzajemnie. 
Gdy śniegi stopniały, Lucia i Bohdan lubili zrywać pierwiosnki po mokrych gajach 
w Obronnem. On opowiadał jej wiele ciekawych szczegółów ze swego życia przed 
poznaniem ordynata. Drażnił ją wybrykami dowcipów i czasem łobuzerską brawurą w 
obejściu. Sprzeczki ich bywały częste i nie raz w tonie ostrym. Oburzenie Luci 
chłopak dowcipnie wyśmiewał, krytykował pewne jej poglądy, był albo subtelny jak 
rzeźbiarz kamei, albo też nawet szorstki. Lucia nigdy nie mogła być pewna jak 
skończy się ich rozmowa, jak go pożegna po najlepszym powitaniu. Nie zdołała 
zgłębić jego natury. Zaciekawiała się, gorączkowała i wciąż spotykały ją 
niespodzianki. Bohdan opowiedział Luci epizod z Burgu wiedeńskiego; swój zapał 
do arcyksiężniczki odmalował szczerze, ale go trochę mocniej oświetlił. Lucię to 
wyznanie rozgniewało. Nadąsała się, nie chciała słuchać poetycznych opisów o 
arcyksiężniczce, która w słowach Bohdana wyrosła na zaczarowaną królewnę z 
bajki. Gdy Bodzio spytał Lucię, co ją tak gniewa, odrzekła chmurnie: — Sądziłam, 
że Don Juanem nigdy nie byłeś. — Owszem! Ojej! I jakim jeszcze! Maria Beatrycza 
to taka duchowa słabostka... Miewałem szały innego rodzaju. Pamiętasz w 
Warszawie mój pojedynek o jakąś tam diwę z baletu? No, przedtem była słodka 
Anni. Z jej objęć wpadłem w uścisk rulety. Maluczko — a nie ujrzelibyście mnie, 
ale, wedle pojęć księżnej_babki, ten mój pozorny finał był właśnie uwerturą mego 
życia. Baronówna nie lubiła takich zwierzeń. Księżna cieszyła się, patrząc na 
Lucię jakby odmłodzoną. Staruszka przeczuła, co się dzieje w sercu dziewczyny, 
ale była dyskretna. Bohdana księżna lubiła, ujął ją sobie ocaleniem Luci od 
związku z Brochwiczem. Ceniła młodzieńca, że potrafił złamać jej upór, że 
umiejętnie leczył ją od przebytych cierpień, że miał na nią wpływ dobroczynny. 
Oni się zaś oboje dopełniali. Wyskoki Bodzia Lucia umiejętnie normowała; jej 
kaprysy Bodzio zręcznie obracał w żart; jej smutki rozpraszał, narzucał jej 
siebie łagodnie, lecz uparcie tak, że w końcu ciągle był w jej myślach. Lucia 
staczała ze sobą utarczki wewnętrzne. Nic nie pomogło: Bohdan porywał ją i 
podziwem karmił duszę dziewczyny. Zaczynała się w niej budzić trwoga przed nim. 
Lucię ogarniał szał niepokojący, bo odczuwała w sobie nowe prądy. Nowe — a inne. 
Baronówna chciała się ratować. Wmawiała w siebie, że kocha jeszcze Waldemara. 
Umyślnie jeździła często do Głębowicz; gdzie mieszkał i pan Maciej; wspominała 
przeszłość hipnotyzując się nią uporczywie. Lecz wszystkie te zabiegi były tylko 
złudzeniem ratunku. Postać Bohdana prześladowała Lucię. Pochłaniał ją całą. 
Ordynat odgadł w kuzynie miłość dla Luci i wiedział, że pozyska jej wzajemność. 
Nie dziwił się niczemu, tylko rozmyślał nad psychologią dziewczyny, gdyż była 
dla niego ciekawą. Waldemar śledził Lucię badawczo, chociaż z ostrożnością. Jej 
skłonność do Bohdana, wzrastająca niesłychanie szybko, zaczynała go trochę 
drażnić. Nie mógł sobie uświadomić plastycznie skojarzenia różnych wrażeń, które 
mu się nasuwały. Czuł jednorazowo: radość z powodu, że Lucia wyzwoliła się ze 
swej nieszczęśliwej miłości dla niego, że nowe uczucie dla Bohdana już w niej 
kiełkuje, że teraz może być szczęśliwa i... leciuchny cień zawodu, żalu 
nieuchwytnego jak mgiełka, że jednak Bohdan wziął ją całą, i że ta dawna 
ubóstwiająca go kobieta jest już pod wpływem innego. Były to wrażenia przykre, 
ale lekkie i wątłe, rozpływające się w ogromie dobrych, radosnych uczuć, jak 
niemiła woń kantarydy w bujnie rozkwitłym gaju bzów. Ordynata przerażało 
małżeństwo Luci z Brochwiczem, ale nie stawiał energicznych przeszkód, ponieważ 
brakło mu w duszy tego, co posiadał Bohdan względem Luci. Nie mając ściśle 
określonej metody działania, nie mógł działać. Jej zwrot do Bohdana nie był dla 
ordynata nawet chwilową podnietą do zatrzymania jej przy sobie. Nigdy nie 
zmieniłby swej idei przewodniej, która przyczyniła się do odepchnięcia Luci, 
jednakże denerwowało go nieco jej odejście. Objaw ten Waldemar tłumaczył 
niezmiennością swoich uczuć, w przeciwstawieniu do wrażliwej natury Luci, 
potrzebującej oparcia. Usposobienie jej poważne, ale namiętne, śmiałe, lecz 
melancholijne, musiało harmonizować z gorącą i poetyczną naturą Bohdana jak 
również musiało ulec jego woli i stanowczości, przewyższającej jej wolę i 
stanowczość. Brochwicz utracił ją dlatego, że był pod jej władzą, Bohdan ją 
pozyskał, gdyż umiał wyłącznie nad nią zapanować. Pomimo wszystkiego Waldemar 
obawiał się rozwiązania tej sprawy. Nowe zawody Luci byłyby dla niego ciosem, 
nie przewidywał ich, ale przeczuleniem nerwowym lękał się nawet myśli o nich. 
Lucię miał zawsze trochę na sumieniu. Niepewna jej przyszłość dręczyła go. Ten 
sam powód smutkiem przenikał starczą duszę pana Macieja. LI Na rzece 
głębowickiej burzyły się fale wiosenne, roznosząc dokoła huk i zapach wilgotnej 
piany. Woda błękitno_zielona, trochę mętna, najeżona białymi grzywami bałwanów, 
waliła szerokim korytem w wirach i skrętach rycząc, jakby się w jej głębinach 
odbywały orgie wodników z najadami. Gdy fale płynęły spokojnie, z szumem i 
bełkotem jednostajnym a melodyjnym, z toni wydobywały się jakieś głosy 
przedziwne, niby szepty miłosne, niby westchnienia i zaklęcia. I niby śpiew 
syreny biegły wówczas po nurtach pełen słodyczy, ponętnych obietnic. 
Najpiękniejsze załomy i najgłębsza toń na rzece były pomiędzy parkiem i 
zwierzyńcem głębowickim. Tam zdobiły wodę z obydwu stron olbrzymie masy drzew, 
które daleko rzucały swój cień głęboki, drgający. Gdy ściany te niebotycznie 
zazieleniły się, rzeka płynęła jak w przepaścistym parowie wśród boru. Ptactwo 
wodne zaczynało się już gromadzić i kwilić. Zjawiły się białoskrzydłe mewy i 
dumne ze swej urody perkozy. Bohdan Michorowski nie straszył ptaków płynąc w 
wąskiej łodzi i prawie nie poruszając wiosłami. Codziennie, o ile nie był w 
Obronnem, zjawiał się na rzece. Tu marzył, snuł zdobywcze projekty, i często 
głośno je wypowiadał, jakby mówiąc do fal. Zebrało się w jego duszy mnóstwo 
zapytań i zagadnień, odpowiadał na nie śmiało, bez wahania, lecz one wciąż 
nasuwały się uparcie zawsze te same. Pragnął Luci i wiedział, że już ją zdobył. 
Ale chciał, aby myśli jej należały do niego i uczucia, i każde drgnienie serca. 
Pragnął ze swej strony ofiarować jej to samo, i był pewny siebie. Nie miał 
żadnych wątpliwości, że Lucię kocha i że zabezpieczy jej szczęście, gdyż znał 
dokładnie stan swojej jaźni duchowej. Odczuwał w sobie wiele porywów 
uspokajających go. Brzydził się istnieniem pospolitego światowca, gogusia, 
żyjącego zmysłami, dobrym śniadaniem i zabawą, który dba jedynie o poprawny 
krawat, jeszcze poprawniejszy smoking, najpoprawniejszy kapelusz. Bohdan chciał 
dążyć do poznania prawd głębokich, do ujarzmienia swych namiętności i 
osiągnięcia ideału życiowego. Chciał zdobyć szczęście, uważał je jeśli nie 
jawnym, to utajonym celem każdego człowieka. Ale on chciał szczęścia zdobytego 
mocą ideału. Rozumiał, że z brudnej kopalni przeróżnych pokładów, jaką jest 
istota ludzka, wydobyć czysty kryształ to praca żmudna; chcąc ją spełnić, nie 
należy opuszczać rąk, lecz pracować ze wzrokiem zapatrzonym wzwyż. Pić ten prąd 
ożywczy, który nie każdy zdoła uchwycić w porę, by wchłonąć go do duszy 
skurczonej ziemskością. Młody Michorowski, jakkolwiek liczył zaledwie 
dwadzieścia pięć lat, przeżył już dużo walk, rozterek, zawodów i życiowych 
goryczy. W tym odmęcie nie zatracił duszy, nie zohydził serca. Teraz, gdy 
owładnęło nim uczucie szczere i czyste, żałował, że w jego krótkiej przeszłości 
były męty... były i błyskawice. Ale każdy mniej więcej przechodzi w życiu przez 
szlak błyskawic, zanim dosięgnie istotnego i trwałego światła szczęścia. 
Bagienko pustoty i nędzy moralnej, każdemu choć chwilowo zachlupie pod stopami, 
tylko jeden grzęźnie bez wyjścia, drugiego zaś jakaś twórcza potęga wyniesie na 
suchy, ale żyzny grunt. Ta moc zbawcza znajduje się w duszy ludzkiej, tylko 
trzeba ją poznać w sobie i pobudzić niezłomną wolą. Słabość usypia ją, bierność 
— niweczy zupełnie. Bohdan w Rusłocku pierwszy raz odczuł w sobie tę siłę, długo 
z nią walczył, zanim popchnął do czynu. Dźwignią była przemożna wola i miłość do 
Luci, również w Rusłocku poczęta. Poprzedziła ją tęsknota, której Bodzio 
wyraźnie nie pojmował. Dopiero w Głębowiczach, podczas świąt Bożego Narodzenia, 
przed wyjazdem Luci do Paryża przekonał się, że ją kocha. Pomimo to zgodziłby 
się, aby została żoną Waldemara, ale znając stan uczuć Waldemara, lękał się o 
szczęście Luci. Przeczuwał, że u niej to neurastenia, ale nie miłość. Zaręczyny 
baronówny z Brochwiczem upewniły Bodzia w jego uczuciach, i zarazem stały się 
zachętą do ryzykownej walki. Podjęta w celu ratowania Luci od zguby, z głęboko 
ukrytą w sercu młodzieńczą samolubną myślą, walka skończyła się dla niego 
zwycięstwem. Teraz marzył o szerokich zakresach w życiu dla siebie i dla Luci. 
Posada administratora w Biało_Czerkasach była dla Michorowskiego na razie 
wystarczająca; dobra wołyńskie, bardzo rozległe, ale mniej kulturalne niż 
Głębowicze, przedstawiały duży teren pracy. Bodzio tworzył obszerne widoki swej 
działalności, pragnął iść w ślady Waldemara i ufał w swoje siły. Lecz jego bujna 
fantazja sięgając w przyszłość, unosiła go ponad Biało_Czerkasy; sokolim lotem 
rwał się do nieznanych jeszcze obszarów marzeń. Odczuwszy w sobie hart i wolę, 
doznawał gorączkowych żądz, aby je uczynić niezłomnymi. Szczupła twarz młodziana 
i wydatne rysy odtwarzały wiernie prądy wirujące w jego duszy. Ciemne oczy 
gorzały zapałem i myślą, cała postać odznaczała się czystością linii odrębnych, 
śmiałych, nie tracąc wytworności. Ruchy były zdecydowane, głos dźwięczny nabrał 
tonów niskich i brzmiał swobodnie, wyrzucany z piersi bogatą skalą. Bohdan 
kipiał niezmiernie żywym temperamentem. Ordynat wyczuwał przełomy wewnętrzne 
swego ulubieńca, sprawiały mu one wielkie zadowolenie. Mimo woli nasuwały się mu 
pytania, co by się stało z Bodziem, gdyby go nie spotkał w Nicei. I Waldemar 
doszedł do wniosku, że tą, czy inną drogą, Bohdan zawsze by się wydźwignął, bo 
nosił w swej istocie zarodek męstwa, nie mogący być zdławiony przez nędzę bytu, 
i nawet brnąc po nizinach moralnych, wspiąłby się z czasem na ich wyżyny. 
Waldemar nie czuł się dumnym, jedynie szczęśliwym, że odrodzenie kuzyna stało 
się za jego pośrednictwem. Już teraz ordynat nie obawiał się o przyszłość 
młodzieńca. Wierzył w jego siły do zdobywania życia. Zbliżał się termin wyjazdu 
Bohdana do Biało_Czerkas. Baronówna sposępniała. Ogarnął ją przestrach, co 
pocznie bez niego. Stał się dla niej koniecznym. Już umiała sobie zdać sprawę z 
uczuć, nurtujących ją, chciała Bohdana zatrzymać bezwarunkowo. Kilka tygodni 
żyła nadzieją, że on nie wyjedzie. Nieznacznie nadmieniła o tym ordynatowi, że 
Bohdan powinien dłużej być praktykantem w Głębowiczach. Mówiła to samo Bodziowi, 
jednocześnie karcąc się za swój egoizm. Chłopak odkładał wyjazd z dnia na dzień. 
Ale Waldemar, pomijając wszystko, był stanowczy. Oznajmił swemu faworytowi, że 
powinien jechać zaraz, albo wcale. W przeddzień wyjazdu młodzieniec zjawił się w 
Obronnem późnym wieczorem. Po kolacji pożegnał się oficjalnie z księżną i z 
Lucią. Ściskając rękę dziewczyny popatrzył jej w oczy z taką siłą i wymową, że 
zarumieniła się gwałtownie, ale zrozumiała. Odrzekła szeptem: — Czekaj na mnie: 
będę. Bohdan pochwycił obie jej dłonie. Gdy pałac pogrążył się w ciszy nocnej, 
młody człowiek zgasił światło, otworzył okno w swoim pokoju i czekał z drżeniem 
w sercu. — Tylko tu przyjść może, skoro zrozumiała — myślał. Niepokój szarpał mu 
nerwy. Przez okno wpływały szumy wiosennej nocy i zapachzy wilgotne a delikatne 
z krzewów i sypiących się traw. Gdzieś, w oddali, rechotały żaby, księżyc 
majaczył słabo, blady, jakby powleczony srebrem. Cisza trwała poetyczna, 
rozpinająca na swych krosnach pajęczyny marzeń, tajemne westchnienia tęsknoty. 
Rzewność sączyła się z mętnej pomroki nocnej, okadzonej wonią świeżej ziemi. 
Przed północą zaszemrały w pokoju ciche kroki Luci. Bohdan przyciągnął ją do 
otwartego okna. — Przyszłaś?... Jesteś u mnie! Jakaś ty dobra! — szeptał, 
szczęśliwy, i całował jej ręcę. Lucia zawisła mu na ramieniu. Bodzio, pomimo 
szarości w pokoju, ujrzał blisko siebie duże oczy dziewczyny, pałające i smutne. 
— Luciu, ja wyjadę do Biało_Czerkas, ale... z tobą — szepnął, poruszony do 
głębi. Ona potrząsnęła głową. — To niemożliwe. Teraz będziesz ze mną duchem, w 
sercu cię powiozę, ale... ja przyjadę, by zabrać ciebie całą, swoją własność, 
już na zawsze. Boś ty moja. Wiódł nas do siebie taki bożek, którego nikt nie 
spostrzegał. Dotyk jego skrzydełek czułem dawno, teraz już i ty odczuwasz ten 
urok wszechpotężny. Bożek naszego przeznaczenia złączył nas i odkrywa przed nami 
szerokie horoskopy. Idźmy, Luciu, w ten wszechświat! Tyś moja, więc pójdziesz, 
iść musisz! Pragniemy tego wspólnie. Lucia, drżąca, nie przeczyła. Cisza 
nieznana a poważna zapełniła całą jej istotę, unosząc w przestworza dobre i 
melodyjne. Z ustami blisko ust Bodzia przemówiła cichutko: — Więc babcia nam 
wywróżyła: Zaczynamy żyć; przeszłość była tylko prologiem. Więc my we dwoje... — 
Będziemy wreszcie szczęśliwi — dokończył Bodzio. — Tobie ukochana, chcę 
ofiarować to, czegoś w życiu nie zaznała. Idziesz ze mną: czy tak? — Na całe 
życie! — odrzekła Lucia ze szczerą, spokojną pewnością siebie. Bohdan z uczuciem 
przedziwnej rzewności ogarnął ją ramionami. Rozpalone jego usta sparzyły jej 
szyję mocnym pocałunkiem. Przysunęli się do okna i pili razem upojenie serc 
własnych, pili nektar nocy wiosennej. Dobrze im było ze sobą i zacisznie. Szmer 
słów miłosnych potwierdzał tę przeuroczystą chwilę najistotniejszych i 
najtrwalszych zaślubin. Pieszczota spojrzeń płomiennych wystarczyła im. Byli 
spleceni ze sobą duchem, serca ich pulsowały razem, myśl łączyła się w jedną 
smugę świetlistą. Czynili sobie szczere wyznania początku swej miłości, rozwój 
tych uczuć analizowali wspólnie. Upojeni czarem, widzieli przed sobą łąki, 
usiane kwiatami lotosu. — Lucia — szepnął Bohdan — patrz! Świta na niebie! 
Wstaje ranek. — To jest nasz wschód — odszepnęła przytulona do narzeczonego, 
pełna ufności, że szczęście obecne nie jest złudą. Różowe źrenice jutrzenki 
spoczęły łagodnie na twarzach zakochanych i zabarwiły je kolorem delikatnym, jak 
pączki kwiatu jabłoni. Świergot ptaków zadzwonił perliście, szepty poranne 
rozniosły się w parku, budząc wszystko, co jeszcze spało. Jaskółka w szybkim 
locie frunęła do otwartego okna i zatrzepotała z kwileniem radosnym nad 
pochylonymi ku sobie głowami narzeczonych. — To nasze pierwsze błogosławieństwo 
— rzekł Bohdan. A ptaszyna śpiewała nad nimi hymn weselny. Po czym uniosła się w 
powietrze, lecąc wprost na łono jutrzenki. Bohdan i Lucia zamienili ze sobą 
słowa pożegnalne. LII Pan Maciej Michorowski po drażliwej rozmowie z Waldemarem, 
w której raz jeszcze powracał do nieszczęsnej sprawy małżeństwa ordynata, uczuł 
się zrozpaczonym. Starzec trząsł się konwulsyjnie. Suche ręce oderwał od 
fotelowego oparcia i drżące wyciągnął do Waldemara. — Co będzie... Co będzie, na 
Boga?! Ordynat utkwił w nim spokojne oczy. — Ze mną, dziadziu, czy z 
ordynacją?... — Ach! — krzyknął pan Maciej. Rozwarte jego palce skuliły się, 
ramiona opadły. — Ten twój wieczny spokój! Ta ironia!... — wołał z drażliwym 
smutkiem. Waldemar wziął go za rękę i przemówił łagodnie. Jakieś wesele drgało w 
jego głosie. — Nie, dziadziu, to nie ironia, to tylko odróżnienie pytań. Bo 
widzisz: ja pozostanę już i nadal, tak jak dziś, bez zmiany. Mówiąc to, 
zadzwonił. — Proś młodego pana — rzekł do kamerdynera. Starzec patrzył na niego 
nieprzytomnie, z obwisłą dolną wargą. Wszedł Bohdan. — Wzywałeś mnie, wuju?... 
Waldemar serdecznie spojrzał w poważną twarz kuzyna, wziął go za rękę i 
przyciągnął ku sobie: — Zwrócił się do starca. — Oto jest mój następca, przyszły 
ordynat Michorowski na Głębowiczach, obecny właściciel dóbr Biało_Czerkaskich. O 
ordynację, dziadziu, bądźmy więc spokojni. W wielkiej ciszy, jaka zapadła po 
tych słowach niespodziewanych, rozległ się okrzyk Bohdana: — Wuju?!... Waldemar 
uścisnął młodzieńca i rzekł z uśmiechem dziwnie promiennym: — No, chłopcze, nie 
miejże miny tak zdumionej. Do Biało_Czerkas pojedziesz nie jako administrator, 
ale jako właściciel. Biało_Czerkasy będą szkołą dla ciebie; dopiero tu 
rozpocznie się twa praca prawdziwa. Bodzio przypadł do ramienia ordynata, 
ucałował je z uczuciem, z wybuchem szału. Tchnął uczuciem szczęścia i porywem 
młodości. Tego, co nań spadło, nie przewidywał w naśmielszych swych rojeniach. 
Niespodzianka była zupełna i olbrzymia. Ordynat odsunął go lekko od siebie, 
przyjrzał się jego twarzy rozjaśnionej. — Bodziu, co tobie?! — Drogi wuju! Twoja 
hojność jest bardzo cennym dopełnieniem mego szczęścia... innego, o którym 
jeszcze nie wiesz. Jestem narzeczonym Luci Elzonowskiej — rzekł młody człowiek, 
z oczyma błyszczącymi radością. Wrażenie było ogromne, na razie nieoczekiwane. 
Pan Maciej powstał ciężko z fotela i drżący oparł dłonie o poręcz rzeźbioną. 
Oczy skierował na Bohdana, oczy starcze, może już ostatni raz do głębi 
wzruszone. Waldemar nie zdziwił się samym faktem, ile jego nagłością. Uczuł 
wielki ciężar na duszy kruszący się w pył. Wyrzuty, które czynił sobie co do 
Luci, miały więc umilknąć na zawsze. Był już o nią spokojny. Uścisnąwszy 
młodzieńca rzekł serdecznie: — Wierzę w szczęście wasze, które was szukało i na 
któreście zasłużyli. Ufam tobie, chłopcze, przekonałem się, że potrafisz chcieć. 
Czego pragniesz, zawsze to zdobędziesz. Przeciwności zwyciężasz. Pozostań takim 
i nadal. Gdy pan Maciej całował czoło Bohdana powierzając mu wnuczkę, Waldemar 
rzekł z zapałem. — Przyznaj, dziadziu, że mam następcę, godnego rodu 
Michorowskich. W dniu zaręczyn młodej pary zamek głębowicki, głuchy i jakby 
ciemniejszy od zgonu narzeczonej Waldemara, zajaśniał dawnym przepychem i 
życiem. Wielka chorągiew na baszcie rozwinęła swe błękitne skrzydło. Igrał z nim 
wiatr majowy, pieściło słońce. Bohdan szczupłemu gronu zebranej rodziny, 
sąsiadom, administracji i tłumowi służby miejscowej, przedstawiony został jako 
przyszły ordynat głębowicki. Ponieważ był ogólnie lubiany, więc świadomość 
przyjęto serdecznie, chociaż ze zdumieniem. Ale na Waldemara spoglądano smutnie. 
On zaś po dniu skończonym, przy zorzach wieczornych, myśli swe tęskne z 
promiennej przeszłości, w której się nurzały, skierował na przyszłość. Pozostała 
mu już tylko akcja czynów społecznych, z jej hasłem pójdzie dalej, ona mu będzie 
wskazówką przewodnią bytu. Ordynat stojąc na marmurowych schodach przystani, 
patrzył na szumiącą rzekę, przetkaną zachodem słońca, patrzył na skłon nieba i 
na świetlne korony drzew zwierzyńca, patrzył i myślą łowił minione Ikarie swej 
szczęśliwości. Radość miał w duszy, że oto najdroższych obrazów swego życia nie 
zatarł, że utopia urocza, ideału pełna, pozostanie z nim na zawsze. Zaślubił ją 
mocą uczuć swych i wiernym jej pozostanie, stopi się z nią, zjednoczy 
nierozdzielnie. renice ordynata uchwyciły na obłokach cudną wizję spływającą ku 
niemu. Wiotka, śliczna, sunęła niby ptak mistyczny, w przelocie muskając wierchy 
drzew, że pod dotknięciem jej stóp szemrały śpiewnie. Sfrunęła na białą pianę 
wód i szła cicho, urokiem natchniona, zda się anielska. Niosła do duszy 
ukochanego miłość nieskończoną, niezmierne otchłanie tęsknot i marzący szept 
wdzięczności, i ukojenie, i otuchę na pracę życia. Niosła mu wszystkie skarby, 
które on czcił i w sercu swym ukrywał, które wielbił stale i pieścił wyobraźnią 
wzmocnionego uczuciem ducha. Szła po fali rozświetlonej — jego wieszczka, bóstwo 
uświęcone w jego jestestwie, ta jedyna, jasna postać, która odleciała od 
niego... by trwać wiecznie. Duch jego był tam, z nią, i teraz gdy ona idzie po 
szeleszczących wodach, jest jakby odbiciem wnętrza jego ducha. Serce, nerwy 
witały ją jak swoją mieszkankę stałą, jak dziecko najdroższe, wzrok pochłaniał 
ją z uszczęśliwieniem, z religijną czcią. Już jest blisko. Waldemar czuje ją 
przy sobie; jakiś delikatny wiew słów, nieziemski pocałunek, jej tchnienie. Usta 
ordynata szepcą z zachwytem: — Ty... moja!... Patrzy na nią w ekstazie 
bezpamiętnej, złocony ogniskami zorzy. 
