Maria Kuncewiczowa
TWARZ MĘŻCZYZNY
Część pierwsza
WŚRÓD BRACISZKÓW
I
Rok 1912. Lato
Kiedy po raz pierwszy Terenia przyszła do Kamockich, panny pokazywały jej ogród. Starsi państwo pili kawę na werandzie; Marta i Kira przy każdym zakręcie, skoro z ram szpaleru wyłamywał się kawałeczek dali, zwracały ku Tereni uśmiechnięte głowy: „O, widok..." Pod wieczór się miało; zapachy, jak sny, zaczynały krążyć koło kwiatów, na niebie zawisł miesiączek biały, płochliwy — istny płatek z boskiej chryzantemy. Choć to był czwartek, do ogrodu lśniącymi falami napływała niedziela. Panny usiadły pod jesionem, starannie wygładziwszy suknie. Nie chciało się gadać.
W mieście o takiej porze ktoś obcy gra za ścianą rzeczy ważne, bardzo smutne, nikomu niepotrzebne. W sadzie Kamockich żaby grały za ścianą grabową, ale ich głosy nie brzmiały ani obco, ani smutno. Głosy nieważne i bardzo potrzebne.
Tereni wydawało się znowu (często nawiedzało ją to wrażenie), że trzeba śpieszyć, że o wiele szybciej trzeba wybiegać w świat przez oczy, że zapach maciejki należałoby wprowadzić głębiej — aż do samego serca. Że, kiedy jaskółka przecina powietrze, powinien zostawać krwawy ślad na piersi czy na policzku, że złoto i różowość z nieba są do jedzenia <mają smak lepszy od owoców) i że z kwiatów paznokciami można by wyłuskać dusze. Siedziała między Kirą i Martą, opleciona w swoje dwunastoletnie nerwy jak w sieć drutów, drżących z czujności.
Przyszedł Stasiek. Marta wzięła go za rękę i powiedziała: „To jest, Tereniu, nasz braciszek — sławny tenisista, łobuz okropny". Staś kłaniał się, a jego oczy — strasznie wesołe — zajęły od razu tyle miejsca między ogrodem a zieloną
gwiazdą, która drżała na niebie — że odtąd tych oczu w żaden sposób już nie można było wyminąć.
Mówił „pani". Śmiał się, a Marta, wsunąwszy palce między jasne włosy, przechylała w tył jego głowę; wtedy wpółotwarte usta, obrzeżone zębami, zdawały się pragnąć złotego soku z gwiazd.
Siostry dokuczały: „Czy myślisz, że logarytmy są wypisane na wodzie? Papa znalazł podręcznik koło szopy. Miałeś jakoby kuć do podwieczorku... A raki przez ten czas ułowiły się same?" Stasiek zagwizdał „pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz" i coś jak rozdarty listek mięty — coś gorzkiego — przemknęło wzdłuż jego policzków. Nie odpowiedział. Z brwiami ściągniętymi ciągle pogwizdywał, patrząc w niebo, a panny z dwóch stron patrzyły na brata.
Tereni nagle zrobiło się nieznośnie. Zrozumiała. Tak doskonale, jak gdyby gwizdanie było szparą, przez którą widać obraz. Stasiek najwyraźniej myślał o tej godzinie po kolacji, kiedy ojciec będzie palił cygaro na tarasie, a on — wciśnięty między balustradę a ojcowskie kolana — będzie bąkał smarkate słowa. Kiedy ręka ojca — chuda, żylasta — zaciśnie się na poręczy fotela, a po plecach Staśka spłynie jadowity dreszcz. Kiedy wielki, bogaty mężczyzna cygarem wyżerać będzie znaki na pragnieniach chłopca. Stasiek wszystko obieca. Ucałuje żylastą rękę. I tego właśnie boi się, gwiżdżąc „pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz".
Terenię ścisnęło w gardle. Wstydliwość bardziej goła od piersi, bardziej cierpka od piołunu i mocniej łaskocząca niż włosy — zawisła między rękawem sztubaka a czesuńczową bluzeczką.
Boi się. Ten z zębami rysia, ten z nogą opiętą suknem — ten „braciszek".
Po raz drugi w życiu Terenia poczuła już przy sobie kosmatą obecność grozy. Bo z pewnością Stasiek zechce pomścić swój strach na niej, która nie jest „siostrzyczką". Na pewno rozewrą się usta, złożone w ciup do gwizdania, i wypadnie z nich sfora zębów; na pewno w wesołych oczach wyrosną noże, niewielkie dłonie — mniej mocne od chudych rąk ojcowskich — uczynią ruch nie znany, nade wszystko bolesny. Terenia przywarła do ławki tak samo udręczona jak wówczas — kiedyś, kiedyś — w tramwaju.
To było dawno. Terenię jeszcze nazywali Nanusia. Jechała z boną do freblówki. Patrząc na panią z przeciwka, potem na sztywne rzęsy Żyda, powtarzała: „Donne-moi ta plume„ mon gentil pierrot"... Żyd wstał po chwili — usiadł oficer.
Więc Nanusia z kolei spojrzała na porucznika. Zanim wszakże zdołała objąć wzrokiem całą postać, zaraz w pierwszej sekundzie uczuła zgrozę. Twarz oficera najoczywiściej zaprzeczała prawdzie o tatusiu i braciszku. Ten porucznik bowiem — ponad wszelką wątpliwość — nie był ani tatusiem, ani braciszkiem. Powoli, powoli ściągał z dłoni rękawicę... Kiedy wyjrzały nagie palce, Nanusia — czerwona — odwróciła oczy. Ale między ławkami błyszczała cholewa, a nad nią żółty lampas giął się we dwoje — gorący, napęczniały wąż. I jeszcze były akselbanty: szeroko rozpięte na piersi, rzekłbyś, na ogromnej tarczy.
„Ouvre-moi ta porte, pour l'amour de Dieu..."
Bona wzięła za rękę: „O, już Królewska; zaraz wysiadamy". Zatem jeszcze raz obejrzeć tamtą twarz — niezmiernie obcą i bezwstydną. Od ust ku skroni biegła szrama. I policzek, naznaczony cięciem, na wieki zastygł w gniewie. Górna warga zdawała się gorzka od wchłoniętych trucizn, powieka leżała na oku ciężka jak sępie skrzydło. Ktoś kiedyś uderzył żelazem wielkiego porucznika — ktoś silniejszy — może sam Wróg. Więc teraz oficer patrzy, kogo by za to ukarać, jaką by przymusić do płaczu małą dziewczynkę... Nanusia wysiadła, szepcząc białymi wargami „pour l'amour de Dieu".
Zdarzenie w tramwaju, które było niczym dla świata (każda chwila jest stworzona dla jednego tylko człowieka), to zdarzenie sforsowało nową epokę: twarz mężczyzny — jaskrawa, milcząca — wyjrzała z gęstwiny braciszków.
Odtąd, ilekroć drgnęły w tłumie gorzkie wargi albo oko samcze, zamroczone podskórnym gniewem, spoczęło na Tereni — widziała w myśli szramę i nagą dłoń, pragnącą pomsty.
I oto, po wielu latach, Marta oświadcza — wśród gadaniny żab i kwiatowych poziewań: — „To jest, Teresiu, nasz braciszek". A na ławce siada chłopak, który śmieje się ostrymi zębami, który książkę rzucił za szopę, boi się — i gwiżdże. Chłopak, który braciszkiem bywa może minutę... może pół... gdzieś na ostatnim rąbeczku dnia. Za to cały dzień z pewnością — z pewnością — jest mściwym silnym porucznikiem. Jednak Kira i Marta głaszczą jego włosy, ojciec gniewa się na niego... i karze.
Terenia nie pomyślała nic. Lewkonie zapachniały, jak gdyby z krzykiem — z fioletowym gorącym krzykiem. Skrzydła ptasie przedarły wieczór na dwoje, i ze zranionej kopuły wielkimi kroplami ściekać zaczęły gwiazdy — ciężkie i słodkie do mdłości. Terenia musiała zacisnąć zęby, zamknąć powieki i zewrzeć pięści, musiała stulić kolana i skurczyć palce u nóg, żeby nie pozwolić uciec tym wszystkim dreszczom, tym wrzaskliwym słowom i śmiechom, które nagle od wnętrza ugodziły jej ciało. Czuła, że jeśli te żądła przebodą skórę — życie wypłynie przez krwawe okienka. Więc — cała zapleciona wokół własnych żył — trwała w oporze.
Jakoż niebawem pofolgowały przeostre kolce. Można było odjąć paznokcie od dłoni, puścić z wędzidła zęby, wargi, palce i kolana. Pachnąca wilgoć lata napełnia usta; oczy odzyskały widzenie. I w bohaterskie serce, które nie wypuściło życia do krzyczących lewkonii, spłynął tychże kwiatów przyciszony, miłosierny oddech.
Na nim, jak na jedwabnej wstążce, ułożyła Terenia świadomość, że Stach i porucznik — to jedno.
Nazajutrz zdarzyło się tak: Kira odepchnęła wszystkich i oświadczyła, że ona sama otworzy bramę od warzywnika.
To była drewniana brama z belką w poprzek, zamknięta na żelazną skobę. Kira miała trzynaście lat i bielutkie ręce.
Pan Paweł roześmiał się, Marta powiedziała „nie zawracaj głowy", a Stach zjadliwie mruknął „próbuj, kiedyś taka ważna".
Spróbowała. Żelazo dało się odjąć bez trudu. Ale dalsza robota nie ruszała z miejsca. Kira przykładała dłonie do kostropatego drewna i tak, i owak — jak dwa jedwabne plasterki — brama o włos nie popuszczała z wrzeciądzów. Paznokcie zgrzytały, aż zachodziło w zęby, a twarz Kiry uśmiechała się coraz czerwieniej i coraz wilgotniej. Pan Paweł z rękami w kieszeniach chichotał tuż koło szarpiących ramion. Marta wzrokiem robiła skargę Madonny — Stach patrzył spode łba. Jednak Kira nie chciała ustąpić. Wyglądała na męczennicę w ekstazie: natchnione oko i krwiożercze nozdrza. Wraziła szpony w jakąś szczelinę, rzuciła się cała... Pękły dwa paznokcie. Wtedy ryknęła. Zasłoniwszy twarz rękawem i ssąc poszkodowane palce, poszła płakać do domu.
Zanim wszakże dwa kroki oddzieliły ją od towarzystwa, Stasiek poddał belce lewe ramię, skrzypnęły zawiasy — brama, becząc baranim głosem, powaliła się na bok. Marta pierwsza stąpnęła na sąsiedzką trawę jak na pokład zdobytego okrętu. Za to Stasiek odwrócił się za Kirą. Nieopisana pogarda i gniew syczały na jego twarzy. Krzyknął: „Gęsina na mokro!" — i zapiał przeraźliwie.
Terenia wzięła do serca naukę. Żadnych niedorzecznych zachcianek, żadnych chichotów i przymilań! A nade wszystko — „nigdy łez".
Wkrótce potem młot krokietowy palnął ją w kostkę z całego rozmachu. Chrząknęła sobie, wykonując pas uderzoną nogą. „Głupstwo" — szepnęła. A Staś wcale nie powiedział „przepraszam".
I tak już było zawsze. Sprężyście, poważnie, po męsku. Na tenisie piłki śmigały w milczeniu, jak kule, celowane do tarczy. Padały rozsądne słowa. Na dzień dobry nikt nie wysypywał uśmiechów, nikt także bez potrzeby nie dreptał, nie wywracał oczu i nie skubał grzywki. Mocny uścisk dłoni, krok zdecydowany, żołnierski. I na wszystko patrzyło się z góry: „Co tam nauka! Co tam starsi! Czego matka wiecznie się kokosi! I co komu z ojcowskiego psiakrew"?
Przyjemnie jest dwojgu silnym śmiać się ze słabszego, przyjemnie jest pogardzać. Terenia zaznała tej słodyczy; a Papuasi chodzili nędzni w kręgu królewskich źrenic.
Jadzia była „przesadzona" i „bez pojęcia". Zjawiali się na korcie we czworo: ona, jeszcze dwie pensjonary i chudy drągal — z domu buchaltera. Żadne nie miało prasy na rakietę, a piłki — same kalosze. Zamiast żeby porządnie odmierzyć siatkę i podciągnąć, zamiast stanąć od razu byle gdzie i trenować serwis czy tam backhandy — najpierw kłócili się, kto z kim. Jadzia wyjmowała lusterko. Odwrócona tyłem cte towarzystwa (niby się wstydzi) oblizywała usta, strzępiła loczki nad uszami i zezowała w szkło to jednym okiem, to drugim. Tymczasem tamte krzyczały na swego dryblasa: „Władek, czego się gapisz? Leć zaraz po chłopaków!" (Tuż obok w krzakach siedział Maniek, ale komu by się chciało podawać takim ofiarom...)
Kiedy nareszcie powiązali pantofle na kokardki, i drągal za uszy przyciągnął Mańka, i wytargowali się, kto z kimr i sto razy pozamieniali rakiety — Jadzia zaczynała biegać. Bo nie stała wcale w rożku, i w ogóle nie grała. Piłki zdawały się strzelać z niej jak korki z szampana — raz w niebo, raz w nos dryblasa, raz w trawę... Goniła je z piskiem, wyrzucając wysoko nogi wśród furkotu spódnicy. Od piłek przeciwnika zasłaniała się, niczym od os, bezradnie machała rakietą, albo grzmociła nią o asfalt.
Ile razy dopędzili jakoś, dokrzyczeli i dostękali do „równowagi", że można było nareszcie zainteresować się choć ździebełko tą ich głupią krętaniną, Jadzi wypadał grzebyk. Więc <niech się świat wali) obrzydliwa fryga siadała zaraz na sztorc na rakiecie, wyjmowała lusterko i dalejże w grymasy, w stroiki, w podrygi... (Tamci ulegali jak cielęta.)
Kiedyś Stasiek grzecznie poradził, żeby 1) przy siatce „brać z powietrza" i 2) żeby grzebyk wyjmować przed grą. Wtedy Jadzia zaszumiała nagle słowami, śmiechem, trzepotem, jak drobnolistna brzoza. Nagadała tyle, tyle razy przysiadła i podskoczyła, że w końcu nie wiadomo już było, co zaszło, od czego się zaczęła ta heca. Stasiek — wykrzywiony — wrócił na miejsce uważać, czy nie pójdzie w las wskazówka — ważkie słowo fachowca. Akurat! Słowo fachowca! Jadzia, nieustannie zebrana do skoku, nadal kurczyła i wyrzucała w powietrze długie nogi, młóciła bez sensu rakietą, śmigała po jaskółczemu i ani myślała „brać z powietrza". Grzebyk też po dawnemu błyskał to we włosach, to na asfalcie.
Stasiek mruknął „idiotka". I zawziął się.
Wracając do domu, powiedzieli sobie z Terenią: „Ta buchalterska hałastra — to Papuasi".
Odtąd po południu — między jednym a drugim meczem starszych — Stasiek i Terenia „odstawiali Papuasów". Niby gderano, że „cóż znowu! to są biedne dzieci..." i „dajcie spokój, małpięta!" — ale wszyscy się śmieli do łez. Bo Staś, z grzebykiem Kiry we włosach, pląsający jak motyl wśród chichotków i podrygów — okropnie był śmieszny.
Papuasy grywały wcześnie albo w obiad — w ogóle w niewygodnych godzinach. Jednak Stasiek znajdował czas, żeby wdrapać się wtedy na sędziowskie krzesło. Terenia potulnie siadała na szczebelku. Szczęśliwa, że działa ręka w rękę z cudzym braciszkiem — zapalczywie wtórowała przedsięwzięciu. Nie robili awantur. Przeciwnie: jeżeli któraś z wariackich piłek padała w ich stronę, Staś chwytał ją i serwował pod same nogi Jadzi „ciętoszkę", co jak gad pełznie po ziemi i zwija się w kłębek pod stopami. Jadzia z impetem nabierała wtedy na rakietę pełno powietrza. A Stasiek obwieszczał: „Mów do mnie jeszcze... To dziura w rakiecie!"
Czasami siedzieli sobie grzecznie, jak malowani, rozmawiali o tym, owym: jacy nauczyciele, jak uczą, kiedy jest spowiedź, jakie książki najlepsze — a później raptem Staś mówił głośno, ale tak sobie... w powietrze... „Popatrz, Tereniu, na tę piłeczkę. Jak myślisz — czy wronę też by nią zabił?..." I patrzył bez żółci za białą gałką, szalejącą nad placem. Terenia nie śpieszyła z odpowiedzią. Wygłaszała dopiero po chwili: „Myślę, że nawet gęś. Taką dziką — afrykańską..." Po czym oboje milczeli, rozmarzeni. I nagle (jakby
wicher przygiął do ziemi dwa drzewka) łamali się wpół, z dłońmi przyciśniętymi do boków. „Cha... cha... cha... Afrykańską! Taką gęś papuaską!" Rechotali bez umiaru, bez sił, bez litości.
Dla siebie byli bardzo uprzejmi. Stasiek zawsze nosił dwie rakiety i oba worki z „amunicją". Zakręcał kołowrót u wyjścia, a sam stawał z boku, czekając, aż partnerka przejdzie. Jego ciasne pantofle stanowiły narzędzie nieustannych tortur Tereni. Nigdy nie myślała teraz, że Stach boi się ojca, że chciałby za to skrzywdzić kogoś, co nie jest siostrzyczką; że on i porucznik śmieją się samymi zębami — bez warg. Nie myślała o tym; patrzyła na Staśka źrenicą do dna otwartą — jak źródło.
Raz nawet rozmówili się, czy pamiętają swoje babcie. Staś pamiętał. Terenia także. Więc opowiadali różne kawałki o dobrych staruszkach: że Stasiowa babcia była sroga, kazała przed snem żegnać poduszkę, zabraniała jeść jabłka przed obiadem, a znowu babcia Tereni znała Orzeszkową...
Detale rodzinnego życia — zamorusane, pachnące anyżkiem i naftaliną — nabrały w tej rozmowie smaku szlachetnych owoców.
Za to książki przestały interesować. Nic to już Tereni nie szkodziło, że Wołodyjowski legł między żółtymi świecami, poniechawszy Baśki; ani że mała Danuta — zamiast na własne lalczyne wesele — musiała do nieba. Ci wszyscy ludzie, ciężcy, dalecy, bez twarzy i w sukniach z liter, nie wygrywali gemów na sucho, nie prześladowali Papuasów.
Kiedyś, w dawnych czasach, niańka opowiadała o jędzach, o diabłach, o jakimś murzyńskim królu, o pani, co zabiła siedmiu mężczyzn. To było dobre, ciekawe, bo Tereni nic wtedy nie pozwalano.
Ale kiedy się zaczął komplet i Madzia właziła pod stół przy arytmetyce, i Krystynka miała własną papugę, i na lekcje przychodziło trzech braciszków innych dziewczynek — Terenia wypędziła panią z nożem. Umościwszy dobre gniazdeczko dla głowy, inne dla rąk — pod poduszką — i jeszcze inne dla kolan, spuszczała powieki: za nimi, jak za czarnym parawanem, nosiła się papuga Fifi na zielonych skrzydłach. Ptaszysko kuło dziobem w palce dzieci i w nosy kucharek, skrzeczało cudackie słowa — było śmieszne i kochane, bo mieszkało o dwa domy na Hożej.
Tak samo i teraz. Kasztanowe liście leżały na placu. Zaś na katafalku po raz ostatni strzelały ku pani Barbarze dwie rude miotełki — bohaterskie, stęsknione wąsy. Cóż z tego?
Zimą w drugiej klasie przyplątała się odra. Matka siadała przy łóżku, pytając: co czytać? Wtedy pan Wołodyjowski dokazywał cudów swoją szablą i swymi wąsami.
Mijały wakacje. Uwiędłe gwiazdy padały na plac. Terenia pójdzie do trzeciej klasy. A w ciągu lata piłki dzwoniły o rakietę jak słowa o telegraficzne druty. Tyle gier — zwiędłych, gładkich — przeskoczyło przez siatkę, Stach tyle się z początku nazłościł, tyle później nachwalił... Jakiż sens wobec spraw gorących, jak słońce, bliskich, jak własne dłonie — mogła mieć śmierć Wołodyjowskiego, umieranie Danusi?
Pod koniec sierpnia jeden wieczór był taki: ani zimny, ani gorący. Słońce zachodziło rumianiutkie, syte ludzkich potów. Tytonie rozcapierzały pachnące paluszki. Stach dopiero co wygrał ostatniego seta: siedem — pięć. Podali sobie ręce nad siatką, jak Marta z panem Pawłem. Maniek (śmieszna świnka) dłubał w nosie. Krowy wracały. Jedna — czarna z łaciatą szyją — stanęła u kołowrotu i patrzyła tęsknie na plac. Uśmieli się, że „ta także chce się trenować".
Przed furtką śmieli się jeszcze, choć krowa znikła już dawno — i na drodze, i w pamięci.
Wtedy to właśnie Stasiek powiedział: „Co dobrodziejka raczy jutro robić przed południem? Do re mi fa sol? Nie? Nic? To doskonale. Przyjdź na plac. Powiem Teresi coś w a ż n e g o". Cały czas trzymał mocno rękę Tereni i patrzył w oczy prosto, niebiesko — jak brat albo dziewczyna.
Nareszcie więc Terenia mogła zabrać ze sobą do domu czyjeś słowa cenne, których nie wolno złożyć między fatałaszki, od których nie wolno odejść przez noc całą!...
Minęła ta noc. O jedenastej Terenia przyszła z nową wstążką przy skroni.
Siadła na ławeczce, rzęsami pogłaskała wszystko, co stanęło przed oczy. Kort leżał bieluteńki, rzekłbyś, prześcieradło z nansuku; siatka nie podciągnięta zwisała sennymi włóknami i na sędziowskim krześle dogasał goździk — ten sam, który Stasiek trzymał wczoraj w zębach, serwując ostatniego gema. Było zupełnie wesoło; odrobinę ckliwo i sucho w
gardle — jak przed klasówką. Terenia patrzyła sobie w głąb parku, odwrócona plecami do alei Staśka. (Nie należy spojrzeniem zatarasowywać drogi, którą ^ma przyjść radość). Ścieżka od kręgielni prężyła się, niczym syty wąż — długie cielsko, rzucone w poprzek trawy. Dwa serca kołatały cierpliwie: jedno w gardle i drugie w zegarku.
Terenia siedziała ozdobnie. Lewe ramię rozpięte na oparciu, prawe jak łuk między szyją a poręczą. Nogi zaplecione z wdziękiem i kokarda na baczność. U stóp leżała rakieta, na niej — grono kolorowych piłek. Tak siedzieć nie można długo — tylko przez tę jedną pierwszą chwileczkę: „Dzień dobry, Tereniu. Jaka dobrodziejka dziś piękna!" Potem już zemną się ramiona, poplączą nogi wśród podskoków i kokarda zwiśnie nad powieką. Ale pierwsza chwileczka nie przybiegała aleją. Tymczasem ramię-łuk zaczynało drżeć, ramię-wstążka ścierpło. W zegarku tętniły minuty ciężkie, niesmaczne, coraz mocniej nasycone strachem.
Pewnie koń poniósł Staśka: teraz leży na leśnej drożynie chłopiec blady, z przymkniętymi oczami, a mokre, złośliwe nozdrza obwąchują krew, gęstniejącą na trawie.
Albo może przyjechał gruby stryj z Kraśnika. Odciągnął Staśka w kąt werandy i mówi: „Słuchaj, chłopcze. Jestem sam; nudno mi wieczorem ciągle czytać gazety, a w dzień jadać zupę naprzeciw pustego krzesła. Zabiorę cię: będziesz chodził ze mną na gumno i będziesz przy stole siedział naprzeciwko. Papa straci władzę nad twoim życiem. Kiedy umrę — dostaniesz Kraśnik". Stasiek pocałował stryja w rękę. W tej chwili pakuje rzeczy. Nie zabiera ze sobą floweru — w Kraśniku dadzą mu belgijską strzelbę.
Albo i to jest możliwe, że Stasiek postanowił zostać działaczem. Będzie zwoływał wiece i nauczał parobków. Żeby ziemi było dosyć, żeby burżuje wyginęli i żeby jednak była ojczyzna. Jeżeli tak — Staś nie przyjdzie. Jest smutny, bo rzuca rodzinę, karierę, krawaty — wszystko.
Ścieżka coraz szybciej pełzła ku południowi, kark Tereni zesztywniał.
Kiedy w cukrowni zahuczeli na dwunastą, Terenia przed klombem lewkonii siedziała byle jak — szmaciana lalka, która sprzykrzyła się dziecku. Prawe ramię zwiśnięte koło kolan, lewe przy boku. Stopy bezsilnie mięsiły żwir na jednym miejscu, a kokarda rzucała niebieski cień na oczy już świata nieciekawe.
Dziewczynka wstała. Trzeba było powlec rozpacz aleją, po której przybiec miała radość.
/
Obijając łydki rakietą, szła Terenia w stronę Staśkowego domu. Może tam przez sztachety, z drogi, zobaczyć już można to okropne. Rozparło chyba ściany, pełno go w ogrodzie i kostropate palce wysuwa za bramę. Terenia tylko spojrzy przez fasolowe liście i zaraz pozna, czy Stach leży z okrwawionym czołem, czy pakuje bieliznę, czy odchodzi „do ludu" na zawsze.
Przez fasolowe liście...
Na drodze skrzypiał wóz. Bokiem pies, szary od kurzu, drobił truchcika jak mały kudłaty konik. Kobieta z tobołem rzuciła niedobre spojrzenie.
Terenia pobiegła, bo wszystko pod słońcem wskazywało na katastrofę.
Przez fasolowe liście...
Rozgarnęła rakietą; przycisnęła policzek do rozgrzanej sztabki.
Śmieją się! Siedzą...
On konno na poręczy. Ma na twarzy jakby nie dwoje oczu, a całą sieć oczu uszczęśliwionych, pląsających... I wszystkie patrzą na nią...
Na Jadzię!!!
Pochyla się. Mówi. Dalekie słowa, których nie można ani posłyszeć, ani po uśmiechu rozpoznać. Mówi coś ważnego, a mówiąc — całuje palce Jadzi.
Czerwono jest od maków, od nasturcji i od własnego rumieńca.
Było wilgotno. Terenia czuła mrówki, biegające za pończochą — te mrówki, których nikt nigdy nie widział, a które są na pewno srebrne z diamentowym żądłem. Leżała tuż blisko stawu w miejscu, gdzie — według matki — nie wolno, bo tam właśnie żeruje malaria. Staw ledwie dychał, jak usypiająca ryba; od czasu do czasu drobne falki ziewały przy brzegu, otwarłszy skrzele, a łuska na wodzie marszczyła się w leniwym dreszczu.
Terenia także pragnęła ziewnąć, zapomnieć, obandażować snami ranę, wyszarpniętą przez Staśka w tym sierpniowym dniu.
Jakieś zwierzę maleńkie, szczelnie wypełnione słońcem, rzępoliło na suchych badylach, a może rożkami na własnych goleniach. I owadzi jazgocik narzucał się Bogu tak samo namiętnie, jak rozpacz głodnej pumy w pobliżu Dżebillah. Terenia zasnęłaby może, bo staw ziewał i ziewał, a leszczynowa gałązka kołysała się po niebie miarowo — w lewą stronę i w prawą — niczym zielone ramię. Ale głos owadu nieustannie podkręcał nerwy na nutę czuwania; był drobniutki — jedna szesnastkowa accaciatura wśród pełnokrwistego andante wiatru i ciszy; jednak wibracja dźwięcznej bagateli tak uporczywie nakłuwała powietrze, że mózg — wbrew pluskowi wody i kołysom gałązki — nie zdołał rozluźnić tempa.
Zgryzoty coraz nowe wybiegały z minionej godziny i ze zgoła nie nazwanych czasów — aż między Terenią i światem usnuła się tkanina z myśli przeraźliwych i tępych, leciutkich i czerwonych, ledwie szepniętych i błyszczących. Kiedy zasłona zgęstniała do tyla, że dzień poza nią majaczył jak opłatek — Terenia jęknęła od suchego szlochu.
Bowiem nie ma łez dość gorzkich na opłakanie zdrady; nie ma źrenic dość wielkich na zamknięcie gniewu o zdradę. Dla szponu zazdrości nie masz serc nadto wspaniałych.
Przez dwa miesiące Papuasi chodzili nędzni w kręgu ,królewskich spojrzeń. I oto, kiedy nastały rzeczy ważne, kiedy w powietrzu zawisło to, co należało powiedzieć — Stasiek na swoją werandę przywołał furczącą frygę, trzepak kolorowy, strzelający piłkami jak flaszka korkiem.
Powiedział — jej.
Zaś Terenia musiała odejść, nie usłyszawszy nic poza rykiem syreny fabrycznej i poświstywaniem kosa.
Było wilgotno. Falki wzdychały ciągle; na błoniastych, cichych skrzydłach żerowała malaria. I trzewia słoneczne, wydarte przez Staśka jedenastej godzinie, dymiły ckliwym oparem.
Było wilgotno. Pasikonik naprzykrzał się światu, świdrował, dogryzał — jak zardzewiały klucz. Drzewa chlustały na niebo zielonymi włosami, a obłoki pełzały po nim — pleśń biała.
Tymczasem — ze świstu piłek, ze śmiechu Papuasów — warzyła się gdzieś nowa Prawda:
Braciszek pogardził Kirą za złamane paznokcie. Ale w ogromnym czerwonym dniu, gdzie brzęczy ostrogą porucznik — tam skręca się, tysiącem kaprysów szeleści Jadzia — niczyja siostrzyczka. Śmiejąc się i płacząc, komiczne dłonie strzępi o przeszkody — a te — niewzruszone — czekają nadal męskiego ramienia.
I Stasiek, który przez cały prawie dzień jest mściwym, silnym porucznikiem — w czerwonym blasku całuje „przesadzone" palce i uśmiech „bez pojęcia".
Zaś na owym ostatnim rąbeczku godzin, na którym bywa braciszkiem ten chłopiec, czekać będzie Terenia — z Kirą i z piłkami. Pogardzona, choć dzielne są jej ręce.
II \
Rok 1912/
W mieście Terenia niezmiernie polubiła swój pokój.
Jego różowe ściany obiegał zawsze ten sam niebieski wieniec. Zawsze trzeba było szarpnąć sznur od rolety, bo wpół drogi przeszkadzał supełek. Kurz co rano porastał jak niezmordowane włosy albo paznokcie i co rano Terenia machała ściereczką. Wszystko dyszało powszednim dniem. Wśród najczarniejszej nocy przedmioty zachowywały swój kształt, trzymały się miejsc ustalonych. Zaś asparagus w oknie nawet w styczniu obstawał przy wiosennych kolorach — wrzał jak zielona fontanna.
Zresztą w tym pokoju — o ile godziny nie były francuskie albo angielskie — nikt Tereni nie przeszkadzał czuć się kapitanem okrętu — osobą samowładną, potężną. Czasami, po kolacji, wieczór dotykał szyby wygwieżdżonym skrzydłem: nie śmiał zajrzeć do wnętrza, ważąc się gdzieś w pobliżu jak wielki myśliwy ptak.
Terenia tu była bezpieczna: nie musiała robić tych wszystkich rzeczy zdyszanych, obcych, których tyle narzucają za domem. Wśród nich brodził Stasiek. On z pewnością niechętnie wchodził do swojego pokoju — wolał zawsze zawierać przyjaźń z nieznajomym psem, z cudzym podwórkiem, z pożyczonym rowerem; wolał, niż tkwić pośrodku własnych sprzętów. Dlatego pewnie sam był nie do pojęcia.
Na szczęście Terenia nie musiała już trząść się w oczekiwaniu ani zgadywać — licząc na listkach, na przydrożnych kamieniach — czy Stach czegoś tam zechce, czy nie. Latem musiała. A teraz... wróciły różowe ściany.
Dziwną rzecz raz odczuła: radość, że matka gderze.
Bo obrzydliwie grała „Sérénade mauresque". Te dwa takty staccato, zamiast żeby fruwać, jak dziewczyny w plisowanych spódniczkach — terkotały jak wóz. A znowu gdzie trzeba było powiedzieć legato jakieś mięsiste, gładkie słowa — wybiegło „Dzień dobry, psze pani" — niczym u Agaty, kucharki.
Matka namawiała: „Uważaj". (Żeby na chwilę pomyśleć tylko a tylko o samym graniu.) Nie mogła. Więc matka nagadała głośno o nieznośnym usposobieniu, o grymasach, uporach, o złym końcu. I wtedy właśnie Terenia — słuchając — przymknęła oczy z lubością. Nie trzasnęła wieczkiem od fortepianu; wcale nie zamierzała uciekać! Przeciwnie, myślała ukojona — „to mama się gniewa... to mama..." I z sytym uśmiechem — cichutko — poszła do swego pokoju.
Kiedyś znowu ojciec oświadczył: jak nie będzie dwói na kwartał, kupi saneczki — będzie się chodziło do Agrykoli.
Córka przywarowała. Niby się stara, niby się cieszy. A przecież wcale nie chce. Ani sanek, ani wybłyszczonych ścieżek w dalekim parku; ani tych rąk obcych, co będą pomagały. Po co nieznajome śmiechy? Skurcz serca przy zjeżdżaniu?...
Odpoczywała. Wróciwszy z tenisowej dżungli, nie ustawała w uciechach perliczych.
Koleżanki nabrały sensu. Mówiły słowa zwyczajne; bez trudu mogłaś zgadnąć, czego chcą. Kilka chciało chłopców. Lubiły dostawać po łbie (jak Jadzia); a potem podlizywały się i trzepotały po cudzych werandach (jak Jadzia). Z tymi Terenia zamieniała ostre spojrzenia.
Inne chciały dobrych stopni. Kujony. Mamine córeczki. I takie, co dostają w skórę od ojców. I ambitne. I trusie. Tych nie lubiła.
Wreszcie była taka jedna, co chciała wszystko wiedzieć.
Zresztą — cała szkoła rozbłysła swojskością. Dom nie tak bardzo potężny, jak różowe ściany, które rosną prosto z ziemi, na równi z górami. Ale jednak schronisko — bez świstu zdradzieckich piłek.
Terenia znowu zaczęła na bibułach przyklejać malowanki. Przed dyktandem w ławce siedziała wyprężona, smakując poczciwy, łatwowierny strach! Podpowiadała z takim przekonaniem, że nigdy nie padły gromy. Wygrzeczniała.
Na tych samych schodach mieszkał Stefanek. Spotykali się — rano co dzień, w obiad bardzo często. Miał oczy jak czarna woda, za którą schowane jest dno — ruchome. Terenia przeczekiwała po parę stopni, żeby nie iść obok; 

ścianę, wydymając wargi. Stefanek głośno tupał 

czywiście nie mówili do siebie.
Wkrótce jednak sąsiad „zaczął". Coś tam mamrotał pod nosem, dowcipnie zerkając; zrównawszy się z Terenią, chwytał nagle obiema rękami za poręcz i wykonywał skok przed samym nosem sąsiadki.
Terenia wrzała z obrazy, z niepokoju... Jednocześnie lód nieopisanej pychy rozsadzał jej myśli Nie przelęknie się, nie zagada, nie spojrzy nawet. Z okiem wwierconym w przyszłość mijała rozhukane nogi jak bezbarwne powietrze.
Przy śniadaniu ściągała brwi, już zastudzała źrenice, żeby o wpół do dziewiątej wynieść na schody twarz od razu gotową — nieprzeniknioną tarczę.
Przed świętami Stefanek oszalał. Zjeżdżał po poręczy z gwałtem potępieńca; gwizdał, naszczekiwał po psiemu... Kiedy Terenia spływała wzdłuż pięter — wybuchał z kąta prosto na jej teczkę; po czym przepraszał wydrzeźnionym głosem.
Zejście stało się Golgotą. Jednak wieść o tych udrękach nigdy nie dotarła do domu.
W towarzystwie szalejącego Asmodeusza Terenia codziennie zstępowała na dół — zimna niczym kaskada.
Przed bramą rozchodziły się drogi sąsiadów. Stefan z kopyta wyrywał na lewo; Terenia w prawo. Dopiero kiedy ścichł tupot rozpętanego źrebaka, zwilżała drżące wargi, wpadała w rytm normalny, jak pociąg na czwartym kilometrze. Nierzadko wszakże czyniła to popłakując.
Przed Bożym Narodzeniem wiele się mówiło o tym, co by kto pragnął dostać — a także o religii. Bo prefekt przestał pytać z liturgiki, znosił nabożne książki i czytał; potem bywały pogadanki. Więc i na pauzach jeszcze niektóre uczennice chodziły ze wzniosłymi twarzami, pomagały wstępniaczkom, nisko kłaniały się woźnemu.
Dziewczynka, która chciała wszystko wiedzieć (nazywała się Janka), powiedziała w tych czasach: „Cóż z tego, kiedy na świecie jest tyle niesprawiedliwości... Czy myślisz, że jak będziemy cnotliwe, to pani od francuskiego przestanie stawiać dwójki"?
Zika pisnęła: „A cnotliwe to się uczą werbów i piszą frazy"!
Ale tamta ironicznie potrząsnęła głową.
Wkrótce Terenia i Janka zaczęły do siebie telefonować. Aż wreszcie w święta — Janka przyszła.
Oglądały pocztówki, łupały orzechy. Świat za oknem cały był jak krem z porzeczkowym sokiem. Dużo śniegu spadło. A to czerwone, czerwone słońce ziało mrozem.
Z początku bardzo trudno szła rozmowa: twarze — z kokardami — wyglądały inaczej; inaczej niż na ławce, siedziało się w fotelach. W chwilę później wiele uwagi pochłonęła sprawa, żeby zachować się przyzwoicie: gdy trzeba dyg, gdzie trzeba — dziękuję i ręce znośnie ulokowane.
Minęło; zostały znowu same z tą niezliczoną ilością rzeczy, które by należało wspólnymi siłami wyjaśnić. Suknie, szkoła i kino — zostały dla koleżanek. A to, co miało uróść, co miały koniecznie zbudować — to była sama przyjaźń.
Więc najpierw:
 — Czy lubisz, jak się robi wieczór?
 — Lubię. Bo już wszystko jest wtedy skończone i można czytać, niekoniecznie lekturę.
 — Ja także lubię (Terenia.) Ala dlatego, że jest smutno. Można siedzieć po ciemku i myśleć, że wszystko jest inne.
 — A jakie imię najwięcej ci się podoba?
 — Podoba mi się Joanna, bo to była Orleańska dziewica. — (Janka)
 — A mnie się podoba Stanisław. Co ty myślałaś wtedy o tej niesprawiedliwości? Powiedziałaś: Cóż z tego, jeżeli będziemy cnotliwe?... (Terenia)
 — A tak; cóż z tego? Bardzo często Pan Bóg nie wynagradza cnotliwych. Zika mówi: jak nie umiesz werbów — to nie jesteś cnotliwa. Nieprawda! Może się ktoś uczyć i wcale nie umieć. Może ktoś przecież nie być zdolny! Moja kuzynka, która jest dorosła, zawsze sama szyła ubranka dla Jędrusia. Nie trzymali pokojowej ani bony... I jednakże później przyszedł komornik. Więc — sama powiedz — cóż z tego? Ona pracowała i była oszczędna.
Terenia słuchała z chciwością.
Jednakże przyszedł komornik... Jak w Kollokacji.
Dobrą, pracowitą panią z synkiem wypędzono z domu; meble złożyli na wóz.
 — Tak. Nie zawsze jest sprawiedliwie. Czasami ktoś się stara, robi wszystko, co trzeba... A ktoś inny jest bez pojęcia, i przesadzony, i śmieszny... I tamtego lizusa zawołają, i mówią mu ważne rzeczy. A ten porządny musi odejść sam.
Terenia mówiąc, patrzyła pod stół, żeby nie było widać
mokrych rzęs.
 — A prawda, że nie zawsze bogaci są szczęśliwi? (Terenia) Naprzeciwko naszego domu jest willa. Tam mieszkają bogaci państwo. Mają samochód, psa wilka, mają takiego węża do polewania trawników... I na pierwszym piętrze jest taras. Od nas widać, jak oni tam piją kawę w ślicznych filiżankach. Więc właśnie ta pani często siedzi skurczona, ociera oczy chusteczką — płacze. ,
 — E, wiesz, a może ona płacze ze złości? Może to jest straszna kapryśnica?
 — A jak sądzisz, czy chłopcy myślą to samo co my? Czy oni są dobrzy?
 — Oni najczęściej myślą o figlach. Ale Janek Zarubowicz odnalazł zaginionego taternika, chociaż ma dopiero trzynaście lat. I nawet buty miał zwyczajne, więc otarł sobie nogi. To znaczy, że chyba jest dobry...
Zrobiło się zupełnie ciemno. Ledwie już majaczyła biała kokarda Janki. Terenia nie potrzebowała chować mokrych rzęs. Odwróciwszy od siebie głowy — chyłkiem, nieśmiało — wzięły się za ręce. Tak przeplecione, długo jeszcze pytały: czy lubisz? — i odpowiadały: ja sądzę.
Kiedy weszła matka, wśród mnóstwa spraw niejasnych błyszczała jedyna oczywista Prawda: nie zawsze jest sprawiedliwie. Za to z owego mnóstwa dwie małe dłonie zdążyły już uczynić przyjaźń.
Terenia — odtąd — jak japoński domek na wiosnę, stała się otwarta.
Zaczęła mówić. Drżąc na niepewnych skrzydłach, słowa opuszczały jej duszne wnętrze. Razem z nimi wyfruwał niepokój i jadowita czarna samotność.
Niebawem przyszedł kwiecień. Pan od historii kurtkę zlewał perfumami; panny z ósmej biegały za nim — bardziej ogłupiałe niż zawsze. Okna po dużej pauzie zostawały otwarte; pani od polskiego pytała: „Więc co to jest apozycja?" — a tramwaj z ulicy odpowiadał impertynenckim dzwonieniem.
Stały się ważne zupełnie inne rzeczy niż w zimie. Więc przede wszystkim pogoda.
Czy ta chmura na lewo za dachami — czy ona już poszła, czy też właśnie tu idzie?... Czy to jest taka upokorzona zmora, której nic już nie wolno, czy może — przeciwnie — zło zwycięskie, czekające sposobnej chwili? I jak będzie po południu? I jak — o Boże — w niedzielę?
Ach, już się chmurzy! Dzień pobladł jak zraniony człowiek. Mówi się właśnie w klasie o wojnach krzyżowych. Dopiero co różne Gottfriedy, Wolfgangi, Frederiki przeciągnęły, strojne, napuszone — pawie o wzniosłych zamiarach — chrzęszcząc blachą, całując szkaplerze. Psalmy w kształcie wstążek, inkrustowanych literami, wybiegały z ich ust, zaś Blanche'e i Izoldy w spiczastych kołpakach ciskały zza muru róże. Inne róże. Błękitne i srebrne — ogromne, z opylonymi sercami, pachnące kadzidłem, nakrapiane krwią.
Chmurzysko jednak nastąpiło słońcu na twarz. Ściemniało słońce. Pan mówi: „W wąwozie Roncevaux Roland — mężny, cnotliwy rycerz — poległ śmiercią ważniejszą od tysiąca narodzin".
Te słowa są piękne. I jakże byłoby przyjemnie wyobrażać sobie lwie oczy, błyszczące wśród traw Roncevaux! Wśród traw Roncevaux...
Nie jest przyjemnie. Bo słońce zaszło za chmurę.
W ogóle sprawy „zachodzenia za chmurę", mokrych chodników, tylu a tylu stopni Reaumura, kasztanowych łap — coraz sprężystszych — te sprawy rozpanoszyły się w sposób niebywały. Nie można ich było zasunąć za żadne inne — tkwiły po prostu w środku serca.
Czasami aż straszne wynikały stąd zdarzenia.
Na przykład z matką. Leżała żółta, do szczętu zniszczona przez atak... W pokoju pachniało kamforą, cytryną — kwaśnym, wytrwałym bólem. Rolety spuszczone. Wszystko, co zawsze stało na komodzie, wypchnięte za szafkę; a koło łóżka samo aptekarskie śmiecie. I dzban z wodą na dywanie, i syfon z kapiącym dziobem — w fotelu.
Wreszce poukładały się, widać, cierpienia, zwinięte w czarne kłębki, gdzieś na dnie wątroby czy śledziony. Matka usnęła.
Należało otworzyć książkę i w półcieniu poczytać sobie o różnicy między rombem a prostokątem. Należało mieć myśli zabite prawie do ostatka — ledwie po brzegu zróżowione nadzieją. Że może już minęło na dobre, że może już więcej nie wróci...
A przede wszystkim należało czuwać nad snem.
Otóż nie. Terenia podeszła do okna, uchyliła bokiem roletę... Słońce leżało na skwerku ciężkie jak złotogłów. Drzewa miały listki. A migdałowy krzaczek kwitł. Wydało się Tereni, że słyszy, jak on szepce pachnące słówka... Nozdrzom tak przeraźliwie zabrakło migdałowego tchnienia... ani chwili nie można było czekać. Skrzypnęła klamka. Tylko troszeczkę uchylić, troszeczkę...
Ale roleta nie pozwoliła na wybryk: drut dźwięknął o szybę.
I matka — z jękiem — usiadła na łóżku.
Gdzież się skryć, do jakiej wiecznej ciemnicy zstąpić za karę, że te oczy spojrzały tak smutno? — Córeczko, więc ani chwili nie możesz przy matce?...
Nazajutrz Terenia poszła do szkoły w starym palcie.
Żeby wynieść się ponad wiosnę. Żeby móc urągać pogodzie. I w ten sposób stać się znowu dobrą, spokojną dziewczynką.
Rzeczywiście: palto z obstrzępionym rękawem przyćmiło wiosnę, niczym granatowy abażur. Ściemniała w głębi ogrodów; z nieba wyjrzała ceremonialnie jak cudzoziemska osoba.
Terenia rozdeptała kasztanowy pyszczek, który leżał pod murem. Gdyby miała na sobie palto nowe, kwiatek zostałby przewleczony przez dziurkę w klapie. Potem przez pięć godzin jaśniałby na ławce w rowku od piór, i Janka rysowałaby z natury — na wszystkich marginesach.
Ale jak kto jest w starym palcie — nic nie obchodzą go kwiaty. Z wolną ręką w kieszeni idzie się po prostu do szkoły. Wcale to nie wzrusza, czy co gdzie kwitnie albo czy już opada — trzeba myśleć o tym, od którego miejsca Wisła jest spławną rzeką, o metonymiach, o regule trzech; a przede wszystkim — o tym, żeby nie dręczyć chorej matki.
U wylotu ulicy — tam, gdzie niebo wisi na chudych gałęziach — zastrzęgła chmura. Gdyby Terenia szła w nowym palcie, nie patrzyłaby wcale w tamtą stronę. Zabroniłaby sobie wiedzieć o chmurze. Niebieskości było jeszcze tyle, że można by śmiało dojść do szkoły nie dotknąwszy tej rany, w której zamknięte są deszcze, złe wichry, długie zachmurzenia.
Jednak — tym razem — obszarpana i zwycięska, Terenia kroczyła z oczami wpartymi w samo źródło słoty — w ciemną chmurę u wylotu ulicy. Niechże sobie pęcznieje, niech trzaśnie ze złości! Dziewczyna w starym palcie nie boi się w.ody.
Janka skwapliwie przyjęła nowy kurs. Tego dnia wcale na dużą pauzę nie poszły do ogrodu.
Ledwie dyżurna, cisnąwszy na półkę klucz od klasy, zadudniła nogami po schodach, z szatni przemknęły na korytarz. A stamtąd do pustej, wychłodzonej sali. Były skupione i zawzięte: miały rozprawiać się z podłością.
Terenia zaczęła:
 — Nie mają sensu te ryki w ogrodzie. I czego właściwie taka Rokicka wariuje na pauzach? Że słońce i że panna Anita pozwala grać w futbol? Panna Anita bardzo źle robi. Ona się podlizuje dziewczynkom, żeby jej po kryjomu przynosiły kwiaty. Nie trzeba się głupstwami zarażać...
 — Jak miała być tamta wycieczka, to ja tak wyłaziłam ze skóry o pogodę, że chociaż moja matka... że chociaż to był ciężki atak... I przecież wiedziałam, że tak będzie: że ona się obudzi, bo drut od rolety stuknie! Jednak musiałam otworzyć. Więc po cóż właściwie te pogody, te wycieczki? Żeby człowiek się robił podły?!
Janka milczała.
Widać było po wilgotnym, męczeńskim wzroku i po wydętych wargach, że wzniosłość przyjaciółki wnika w nią rozkosznie jak woda sodowa z sokiem. Że czyni zadość pragnieniu.
 — O, właśnie. Ja też się przekonałam. Moja siostra należy do AZS-u. Wiesz, ta, co chodzi na prawo. I zimą — nic; lata po tańcach. Wszystko w nocy, więc jest święty spokój, i ona nikomu nie dokucza. Ale teraz, jak tylko się zrobiła ta wiosna — ciągłe bieganie na przystań. I ciągłe śpieszenie. A to Janowa za późno robi obiad, a to Felka czegoś nie odprasowała... (i po co? przecież tam nie potrzeba ubrania), a.Jo mama niepotrzebnie głupstwami zajmuje telefon...
I... Aż wreszcie na mnie. Zgubiła swój krawat od dżempra, więc łaps za moją wstążkę. Ja naturalnie nie daję (bo to na zgubienie)... Wchodzi ojciec. Ona wtedy prędko wstążkę na siebie i wrzeszczy: „Ta mała zrobiła się nieznośna! Zabrała mój krawat, a teraz kłóci się o wstążkę!" Zanim zdążyłam przemówić, już jej nie było w domu. No, a później, wieczorem, całowała mnie ze łzami: „Kropeńko, przebacz, tak się śpieszyłam... taka była cudna pogoda..." Więc, rzeczywiście — masz rację: chyba po to te pogody, żeby człowiek się robił podły I
Postanowiły nie nosić skarpetek. No i — naturalnie — nie ryczeć na pauzach, nie chodzić na kucie do Frascati (zawracanie głowy!) i nigdy nie uprawiać sportów. Kto kiedy co dobrego wyniósł np. z tenisa?
Przed dzwonkiem zdążyły wyjść z klasy; z nosami w książkach (dwa milczące wyrzuty) stanęły pod ścianą. Dziewczyny wracały sine jak leciwi tragarze — z oczami na wierzchu — i tak szczęśliwe, że sił brakło dokuczyć „ofermom".
Wypadały rysunki.
Janka zadziwiła świat „kompozycją". Z chrześcijańską pa2ij
sją, z natchnieniem malowała dwa symetryczne ibisy, połączone wstążką.
Rokicka, która miała bzika, że zostanie bramkarzem, plotła niestworzone bzdury o dzisiejszych golach; ławki pod oknem umawiały się na niedzielę do Młocin. A koło pieca — kredkami — Remiszówna pisała wiersze na pana od historii.
Pani Aniela, podparta na katedrze, łakomie patrzyła na gałąź, która dotarła aż tam, na pierwsze piętro.
Janka co chwila prosiła do siebie panią na naradę albo z zeszytem biegła do katedry. Czy dzioby zrobić czarne, czy może w tym tonie co skrzydła — odrobinę tylko ciemniejsze? I czy litery mają być w stylu egipskim?
Za czwartym razem pani Aniela spojrzała na nią z niechęcią: — Ależ, moja Łabędzka, po co się tak śpieszysz? Zadanie jest na dwie lekcje.
Janka wróciła na miejsce rozjaśniona. Ścisnąwszy wargi, zamieszała nowy kolor w miseczce.
Niebawem ibisy miały dzioby czarne i egipskie litery.
Nadęte patosem, schludne, nieustępliwe, wieściły siostrze-prawniczce, sportom i ciepłej pogodzie: „Ach, na tym świecie śmierć wszystko zmiecie..."
U dołu było podpisane: „Kompozycja na temat "Wiosna-..."
Tymczasem Tereni nie szła robota. Namalowała jakieś kwiatki nad wodą... Ale tak mogło być i latem, a nawet jesienią. Rysowała w rogu wykwintny monogram.
Było smutno. Było bardzo smutno słuchać, jak Baśka szepce: „Na Zielone Święta, jeżeli będzie ładnie..."
Nie będzie już teraz pogody; brzydkiej ani ładnej. Będzie się chodziło w pończochach, zamknie się drzwi od balkonu. Bo trzeba przecież w końcu wytępić w sobie podłość.
Tereni przypomniała się pierwsza rozmowa z Janką. W zimowy mleczny mrok schowane twarze. „Nie zawsze 'est sprawiedliwie" — tak sobie mówiły wtenczas. I także było smutno. Ale chętnie wróciłaby w tamten smutek; ucałowałaby go z całej duszy i w oczy, i w usta. Że „nie zawsze jest sprawiedliwie..." Bo, kiedy się to mówi, nie znaczy wcale, że coś należy tępić, że na coś się trzeba zawzinać! Wystarczy oprzeć głowę na czyimś ramieniu i płakać — długo płakać.
Nastąpiły nieznośne tygodnie. Wszyscy wymyślali w domu. Odbyły się dwie wycieczki i jedno „podmiejskie zwiedzanie". Od zwiedzania nie ma wymówki. Terenia obejrzała, notując na brudno. Kiedy została jeszcze godzina i klasa cisnęła się w trawę jak źrebce do wodopoju — odeszła ku ławce. Wtedy usłyszała, z wielu stron naraz rzucone, słowo „indyczka". Położyła pióra po sobie — szara pokutnica; odbiegła przepisywać na czysto i zdania kropkować łzami.
W tym czasie Terenia zaczęła się spóźniać do szkoły. Bo nawet z Janką nie było już przyjemnie. Właściwie Janka zdradziła. Że niby „mamusia nie pozwala". Więc znowu świeciła gołymi łydami, chodziła kuć do Frascati, po cichutku otwierała ostatnie okno, kiedy „pan" się odwrócił. Tyle tylko, że dokuczała Rokickiej. Ale i to więcej ze złości, bo sama miała serce narwane, które przy bieganiu właziło do gardła.
W ogóle z całego świata zostały same książki. I jeszcze ten kwadrans przedsenny, kiedy nikt nie przeszkadza czuć się ofiarą tysiąca przemocy (o najsłodszy smutku!), nikt nie może podpatrzeć, że podłość znowu przyciśnięto do serca jak wyrodne dziecko.
Terenia teraz dopiero rozgryzła smak powieści: wszystkie prawie miały swój cyprysowy ogrójec, swój krużganek cierpienia, gdzie można zasiąść się wygodnie na długie szlochy. Było w nim kogo żałować.
A później — przed zaśnięciem „nie zawsze jest sprawiedliwie" owijało piołunowym, łaskotliwym wianuszkiem coraz to inne postaci, coraz inne miasta.
Trudno było, wśród zalewu czułości, wojować z grzechem. Rzeczy obraźliwe i cudze, zaszczepione we własnym wnętrzu, przemocne rzeczy, które należałoby tępić — stawały w myślach spłakane, prosząc o jałmużnę.
I sił już nie stawało odtrącać.
W maju było „Heleny". Tak się nazywała jeszcze jedna siostra Janki, która miała talent do skrzypiec. Urządzali tam wielkie święto. I Janka kazała Tereni przyjść. Tak oświadczyła: „Możesz sobie wyprawiać pokuty. Ale jak u kogo są imieniny... (czego właściwie się dmiesz?) Ja zresztą sama potępiam! ... I albo się z kimś jest w przyjaźni, albo nie. Więc pamiętaj."
Terenia „strasznie nie miała ochoty".
Od czasu ataku matki, od kiedy podłość, ukryta za czarem kwietniowej pogody, błysnęła ku niej źrenicą buhaja — zalękła się jak chłopka przed świetlną reklamą. Wolała siedzieć wśród różowych ścian.
Imieniny wypadły w niedzielę; nikt w domu nie wiedział. W sobotę po południu ojciec zaprojektował na jutro wizytę w Konstancinie. Wyjechać taksówką — wieczorem powrócić kolejką. Terenia zwiesiła głowę: „Mam całe scribere i cognoscere piśmiennie, oprócz tego kolokwium 12-te na pamięć. Cztery dowodzenia i synowie Karola Wielkiego".
Wynikła kwaśna rozmowa między rodzicami. Dwa były zdania:
1. Nikt nie umarł z tego, że spać poszedł o północy; dawniej zadawano więcej i dzieci były zdrowsze.
2. Przede wszystkim dbać należy o sen dziewczynek anemicznych.
Matka podziękowała za kawę — poszła odebrać telefon i już nie wróciła. Za to ojciec nalał trzecią filiżankę i żądał koniaku.
Terenia stygła — bez głosu — przed ruchliwym wąsem.
Potem czytała u siebie „Barani kożuszek". Król miał kochankę; chodził do niej tajemnym przejściem. To pachniało tytoniami, lewkonią, kolorowym nocnym powojem.
Królowa płakała. I kochanka także została zdradzona. To pachniało piołunem, krwawnikiem i Staśkiem.
Serce zaczęło bić mocno. Wparły się w ciało igiełki — wygwieżdżona, ostrogą brzękająca zgroza dłoń sprężystą położyła na szyi.
Przed wieczorem Antosia przyszła rozebrać łóżko. Miała zafryzowane loczki i jedwabne pończochy.
 — Panienko, jak będzie po francusku: ja pana kocham?
 — Je vous aime, monsieur. Ale bo co, Antosiu?
 — Bo pan Feliks strasznie za naukom. Mamy dziś randkie w „Nirwanie". Jak mu tak powiem — oko mu zbieleje. Że wu zem, mesje — zatoczyła źrenicą, aż śliską z omdlałości.
Koło jedenastej Terenia zerwała się z łóżka, zapaliła światło — pobiegła do szafy. Zielona sukienka była odprasowana.
W niedzielą rano odrabiało się lekcje. Zadane było tylko cognoscere, jedno twierdzenie i jeden syn Karola.
Zatem: odrobić w godzinę — potem grać, czytać — nie wyjść nigdzie...
O czwartej Terenia wsiadła do tramwaju.
Helena miała czarne włosy i oczy jak wiersze Asnyka. Ale była wesoła, coraz dawała komuś do ucałowania policzki albo muskularną dłoń. Najwięcej się cieszyła z nowego smyczka. Każdy musiał próbować, jakie ma śliczne atłasowe włosie, a potem brać w rękę: jaki lekki! Dostała także serso, chusteczki i żółtego jamnika.
Bez stał nawet w słoiku, który Janka opasała bibułą.
Chłopiec od Reya — Tadzio, bardzo się zachwycił widokiem z balkonu: powiedział: „Przyjemnie w cichą noc majową marzyć na takich wyżynach..." Posmakowało Tereni to zdanie; długo obracała je w ustach, niczym cukierek „ciągutkę".
Z początku nie chciała tańczyć. Siedząc, z goryczą patrzyła na własne gołe kolana — tak oto, przez jedne imieniny, przepadło tyle wzniosłości. Tadzio siedział również — z albumem zdjęć wioślarskich. Nazywał łodzie, wymawiał dziwne cudzoziemskie słowa, dodając „oczywiście". Więc Terenia potwierdzała.
Ten chłopiec nie gadał dowcipów — to było bardzo przyjemne. W pewnej chwili (ciągle skrzeczał patefon) wstał i ukłonił się: najpierw gładziutką głową, a potem nogami. Terenia, zanim zdążyła sobie tego zabronić — błyskawicznie i ku najgłębszej rozpaczy: „Nie umiem fokstrota". Tadzio wcale nie odszedł z ironią. Wziął album — oświadczył: „Kajak to jest dobre dla dzikiego człowieka". I znowu oglądali te łodzie.
Nagle Terenia przestała się martwić. Powtórzyła cieniutko: „Skif, skif — taka się nazywa skif". Klasnęła w ręce i wybuchnęła śmiechem. Chłopiec od Reya zerknął na nią, po czym zaczął się śmiać także — czym prędzej — tak samo cienko i tak samo nerwowo.
Jakaś pani zabębniła walca.
Tadzio spoważniał. Wstał po raz drugi — ukłonił się najpierw głową, a potem nogami. Tym razem Terenia skoczyła prędzej niż niedobre słowa, schowane w sumieniu. Tańczył dobrze; nie przyduszał za plecy, glissował, zawracał w lewą stronę. Tańczyli zaraz potem fokstrota i przy kolacji siedzieli obok siebie.
Po lodach pierwsza przeszła do salonu pani od walca; za nią wszyscy goście. Helenka stanęła koło fortepianu. Z początku grała zabawne czyste kawałeczki — pokratkowane rytmem jak dziecinne ogródki. Miała przy tym buzię wydętą i poważne spojrzenie. Później namaściła kalafonią nowy smyczek, długo podkręcała kołeczki, stukała — jak gdyby ostrzegawczo — w klawisz fortepianu, a ze skrzypiec, naciskanych smyczkiem, wybiegały wszystkie niedorzeczne dźwięki — wszystkie głupie i złośliwe nutki. Po tych egzorcyzmacu skrzypce z upragnieniem przyłożyła do twarzy. I tak się zaczął nokturn.
Wygięta i uniesiona, Helenka — rzekłbyś, tancerka z wazą — kołysała to swoje śpiewne naczynie, gładziła, upieszczała. Wiele smug jedwabistych rozplotło się w pokoju; drżały przy wargach, ciasno oblegały serce i przez okno płynęły w ulicę.
Szczęśliwa dobroć napełniła Terenię. Dobroć, która — za przyczyną muzyki — przychodzi z gwiazd, nie opłacona żadnym poświęceniem.
Wszyscy siedzieli cicho; Janek bez końca układał w portfelu swoje dwie marki, Remiszówna — z otwartymi ustami — patrzyła przed siebie. Kiedy w pobliżu zatrzeszczał telefon, twarze skurczyły się jak przypieczone ogniem.
Na krótko przed odejściem Terenia wyszła na balkon. Tadzio tam przyszedł. Kiedy usiedli w trzcinowych fotelach, pomyślała: „On teraz ma tak, jak lubi — cichą noc majową na ogromnych wyżynach". Balkon był malutki — fotele właziły na siebie. W salonie tańczono ostatniego bostona.
Terenia drgnęła: na jej kolanie oparła się ręka. Z przykrością zastrzygła rzęsami, chociaż to nic nie było nadzwyczajnego — każdy położyć może rękę na cudzym kolanie. Żeby to jednak zmienić, poruszyła nogą; wskazując na sznur świateł, głośno powiedziała: „Praga. A tam na prawo chyba Targówek"? Nie odpowiedział. Ręka posuwała się wyżej — palce ujęły za koronkę. I Tadzio zaszeptał skurczony, z gładziutką głową przy policzku Tereni: „Co tam masz pod koronką?... Pod tą koronką?..."
Zastygła. Śmiertelny krzyk wparł się w gardło jak kula. Nie można go było wyrzucić. Nieopisana nudność — niczym na widok krwawego ochłapu — zgroza piwniczna i leśna — żelazny smak w ustach!
Zasłoniła się dłońmi od ciosów.
Tadzio wstał. Nie kłaniał się ani gładziutką głową, ani nogami. Krzywo uśmiechnięty, czerwony — wrócił do kolegów.
I znowu ciężkie nastały sprawy. Zwłaszcza pierwsza noc po imieninach — straszliwa.
Całe to święto skostniało w pamięci jako plugawy kłak wśród morza tłustości — koszmar, którego nie bywało od czasów dyfterytu.
Z wolna, z wolna klarowało się wszakże zdrowe samopoczucie: bielał kłak, odtłuszczały się fale. Najpierw zdołała Terenia wynieść na słońce — muzykę. Bo jednak, kiedy Helenka wtenczas grała, było na pewno czysto i bez pachniał w pokoju. Wszyscy słuchali, ten chłopak zwyczajnie patrzył na świecę: Terenia była bezpieczna i szczęśliwa. Tak. Nokturn na pewno należało wspominać z czułością.
Niebawem Terenia znowu zaczęła śmiać się z dowcipów prefekta, znowu zasypiała z sercem nasyconym.
Bo w przeraźliwej przygodzie odnalazła — ukryte — wyborne jadło pociechy. Po wielu myślach-nietoperzach wyjrzała ku niej myśl świetna, oszałamiająca, jak bażant: oto teraz przestała być siostrzyczką. Opuściła ten ubogi skraweczek dnia, na którym stała dotąd — pogardzona — z piłkami i z Kirą. Przemieniła się w Jadzię. W ogromnym czerwonym dniu Stasiek kiedyś ucałuje jej palce.
I tak się ułożyło przedziwnie, że znikła gdzieś nagle zgryzota — mniej jeszcze „tępiono" niż dawniej.
Kiedyś na schodach Terenia przystanęła — dotknięta zdumieniem. Stefanek! Co się stało z sąsiadem? Nie widziała go chyba miesiąc. Zdjęła ją ciekawość, co robi dokuczliwy chłopak, w którą stronę obróciły się tupiące buciory.
W parę dni później przyszła znajoma pani, która z matką Stefanka pracowała w biurze.
 — Proszę pani, gdzie się podział Stefanek?
 — A, moje dziecko! Stefanek...
 — Cóż takiego on zrobił?
 — Zaniedbali, Tereniu, tę jego ślepą kiszkę. Żeby jeszcze parę dni, byłoby po chłopcu. Ale za to pokazał się mężczyzną! Przecież taka operacja, Tereniu, to znaczy rana — głęboka, krwista rana... Potem żywe mięso spinają klamerkami! I, choć pod chloroformem, ból zostaje...
...Przyszłam do lecznicy na drugi dzień — Stefanek trzy doby już nic nie miał w ustach i tylko wargi zwilżano mu cytryną. Uśmiechał się do mamy — bledziutki, wesoły, z tym małym noskiem jak u trupa... Kiedy matka wyszła — ledwie odwróciła plecy — natychmiast spuścił z twarzy uśmiech jak łuseczkę. Żebyś to mogła zobaczyć, z jakim szczęśliwym westchnieniem pozwolił sobie — nareszcie — cierpieć bez uśmiechu! Twarz skurczyła się w piąstkę, i w tym swobodnym cierpieniu — odpoczywa ł... Kochany, malutki mężczyzna.
Mrówki biegały wzdłuż krzyża; końce palców wydały się lodowate i sine. Terenia z trudem poruszyła szczęką.
Więc tak: gorąca, śliska rana, zapięta klamerkami. Kropla cytryny na wargach... I uśmiech. Cieniutki uśmiech — jak łuseczka — dla mamy.
Znaczy: można tak zrobić. Najpierw długo tupać obcasami po schodach, szczekać na złość, przedrzeźniać, wyskakiwać z kątów — a potem położyć się cichutko pod nóż i wstać z raną, owiniętą uśmiechem.
Mężczyzna.
Terenia, przechodząc mimo firanek Stefana, ściszała teraz kroki. Leżał może gdzieś blisko okna — ze swoją raną, ze swoim uśmiechem... Sztywno wyciągnięte sterczały hałaśliwe nogi, ręce kiedyś wirujące, jak śmigła wiatraka, złożone były pewnie wzdłuż boków. Na twarzy — malutki, wychudzony nos. Tak leżą w szpitalu, do którego zanosi się gwiazdkę, tak leży Chrystus na babcinym obrazie, tak — wszyscy chorzy i umarli ludzie.
...tak leżą chorzy i umarli ludzie...
To zdanie, niczym żelazne ostrze, wrażone zostało między jakieś sprawy szczelne, najgładszym murem stojące. Ustępowały powoli, aż wreszcie oddarł się dzień od nocy i — przez białą szparę — śmierć wyjrzała ku Tereni — oko nieruchome i nad wyraz bliskie.
Otóż wtedy zabrakło już zgrozy. Na strach przed tym okiem nie starczyła zgroza wygwieżdżona, ostrogą brzękająca, ani kosmata zgroza — piwniczna i leśna.
Serce uschło; łez w ciele ani kropli. Sam mózg, krew rozsnuta w sztywne pasemka i dreszcze — ostre jak noże.
Cóż pogoda? cóż chłopcy? Czy na pewno podłość mieszka za migdałowymi krzakami? A może nawet Stasiek nie wie nic ważnego?
Po cóż tyle płakać, że „nie zawsze jest sprawiedliwie?..."
Jance o Stefanku powiedziało się tak: „Ten narwany Stefan, co wiesz, więc on przechodził operację". Bo tylko to przecież można było powiedzieć.
Tymczasem złe i dobre pogody płynęły ku latu. Z łaciny szło już „powtarzanie", w literaturze dwie strony tylko zostały do końca „humanizmu". Rokicka wykręciła nogę.
Terenia nieraz na ulicy spotykała Tadzia. Opalił się. Przechodząc, głośno gadał z kolegami, żeby na pewno nie widzieć. Zawsze wtedy serce uciekało na chwilkę. Potem, kiedy już kroki przebrzmiały, wracało na miejsce; wracała także myśl: „Nic z tego nie rozumiem".
Terenia przestała „tępić". Nikt jej nigdy nie pochwalił za wzniosłość. Przeciwnie — matka często gderała, koleżanki
*
wołały „indyczka". Zresztą był upał — w szafie leżały same skarpetki, a okna nawet na noc zostawały otwarte.
W różowych ścianach coraz stawało się duszniej; wieczór — ten wielki ptak myśliwy — często wsuwał skrzydło aż do pół pokoju. Wakacje czekały za progiem.
Znowu pachniało lewkonią i pachniało maciejką. Nie z książek — z powietrza.
Któregoś wieczoru Terenia wyjęła rakietę; trzy struny były na nic. Nazajutrz po obiedzie wyszły z mademoisellą do Sportowego Bazaru.
Chociaż to zawsze zamrażało palce, Terenia spojrzała w Stefankowe okna. Drgnęła. Stefanek stał między dwoma płatami firanek — taki sam biały jak one. Zobaczył ją. Do chudej twarzy podniosła się ręka — o wiele chudsza jeszcze. Salutował. Oczy — wesołe, wreszcie wyratowane od patrzenia w śmierć — witały sąsiadkę najwdzięczniejszym uśmiechem. Uśmiechem dobroci i przezwyciężenia.
Terenia zwolniła kroku. Dzień był ogromny, czerwony, Stasiek już pewnie oddał do szewca tenisowe pantofle. Fasola pewnie kwitnie na Zwierzynieckiej werandzie... I Terenia już nie jest siostrzyczką.
Odwróciła głowę. Zza firanek salutował ciągle bledziutki sąsiad. Skręcając, widziała jeszcze tę nową twarz mężczyzny — bezbronną i braterską.
KOLEDZY
I
V
Rok 1918. Wiosna
Mały to był kawałeczek drogi: z Czackiego do Collegium Novum. Ale tym razem nie chodziło o ruch; nie chodziło także o żadne sprawy ani kupno. Chciało się tylko pobyć wśród przechodniów — troszeczkę na ulicy pomieszkać. Dlatego Terenia usiadła zaraz na pierwszej ławce, naprzeciw ceglanej fasady.
Ciepłe niepogody zasnuwały powietrze, przychylna szarość wlekła się nad ziemią. Miasto wyglądało oblepione mięsistą zasłoną — przytulne i swoje. Aleje jak galerie; placyk z klombem — jak pokój, wybity dywanem. O asfaltowy chodniczek wesoło stukały obcasy.
Tak bardzo soczyste serce Terenia czuła w sobie, że nie było już po co głowy podnosić: wysysać, patrzeć, sprzyjać, podsłuchiwać. Skurczona pod ciężarem błogości, widziała tylko przechodzące nogi.
Z wielkim hałasem jechała jakaś blaszana zabawka: kocz czy beczka, a może karuzela. Lakierowany woźnica za każdym szarpnięciem sznurka nachylał porywczo swoje dwa wymiary. Ponieważ sznur był długi, pojazd odbywał drogę na pozór samodzielną — śmieszny, zabłąkany cudaczek. Dziecinne wózki skrzypiały sennie; ku trawnikowi w pijanych zygzakach toczyło się koło, eskortowane przez brązowe trepy.
Niektóre nogi śpieszyły bez wdzięku — kupieckie, podróżne czy urzędnicze. Wymierzały aleje stopami, jak mierzy się metrem sukno, dworcami Europę, rozpacz — dziennikiem podawczym. Za to inne — idąc, tańczyły. Były to pewnie nogi rozkochane, biegnące ku szczęściu. Ale takie trafiały się najczęściej, których od razu trzeba żałować, nad którymi doprawdy chce się płakać. Ciężkie, magnetyczną nicią przyszyte do ziemi, z trudem od asfaltu oddzierały podeszwy: ani śpieszyły, ani pragnęły ustać. Wypędzone z miejsc ledwie znacznych w pamięci, przyklejały na błocie i kurzu odcisk butów dziurawych, zawsze czubami zwróconych ku biedzie.
Nagle chmura klaśnięć runęła na chodnik. Pobliskie amerykany i białe płócienne pantofle rozeszły się szybko na boki — środkiem przeleciał bosy tętent: „Głos Narodu!! Wieczoro...!!!"
Wrzask jak fontanna czerwonych kamieni wybuchał wśród drzew — coraz bardziej opadał na trawę, w uszy, na werandy kawiarń. Szarość, stratowana przez gazeciarzy, pęknięta cisza zasklepiała czym prędzej kulę wilgotną i łaskawą.
Znowu rytmicznie stukały obcasy — podróżne, kupieckie, szczęśliwe i starte do przyszwy.
Terenia poczuła, że heliotrop pachnie. Ten biedny kwiatek rósł po brzegu dywanów, dołączył teraz maleńkie tchnienie do wielkich obłoków benzyny — zapachniał na deszcz. Jakoż ciemne plamki wystąpiły na chodnikach, na żwirze... Żywiej skrzypnęły wózki: kroki przeszły w allegretto, w allegro i w presto.
Terenia wstała. W ślad za granatowymi plecami pod parasolem — ruszyła w stronę Szewskiej. Nikt tam nie mieszkał znajomy i sklepy właśnie zamknęli. Ale nogi, przez godzinę przytwierdzone do ławki, nasiąknięte już były rytmem obcych marszów — musiały podążyć w jakąś wspólną stronę.
Deszcz padał. Jednak ulica tak samo po domowemu zostawała sklepiona. Ściślej nawet stłoczyli się przechodnie, jedną niewygodą dotknięci. Oświetlone okna zdawały się wszystkim jednakowo życzliwe, kawiarnie dla wszystkich przygotowały stoliki.
Napełniona uciechą społeczności — Terenia dreptała przed siebie. W sąsiedzkie twarze patrzyła pożądliwie: czy kto nie spyta o drogę, czy o coś może poprosi?
Z pulchnego uścisku dziecka wyśliznęła się torba truskawek. Otóż był żer dla usłużnych chęci. Terenia natychmiast — zgięta we dwoje — rzuciła się zbierać i ze słodyczą podawać. Dziecko, jak dobrotliwe Mzimu, przyjmowało truskawki, podczas kiedy matka dziękowała studentce.
Po owocowej przygodzie świat stał się bardziej jeszcze wspólny. Terenia z wtajemniczonym uśmiechem wyjęła z dłoni chłopaka reklamę kina „Corso". Z uśmiechem także odskoczyła przed rykami „Na bok! Choroba"...
Tak — na falach pośpiechu i anielstwa — dobrnęła do Grodzkiej. Tylko dwa domy dzieliły od „Płomienia"... Połknąwszy szczęśliwą ślinę, weszła pod 15-ty.
Nigdy na te schody nie wbiegała pędem. Zanim rękę oparła na klamce, stu słodyczami mogła się nasycać. Najpierw: już jestem. U stóp fokowego pana, gdzie stoi napisane „Kuśnierz — Pfeferberger". (Oto są wąsy, które domalował Władek). Zaraz będzie bilet: „Łoziński-Doktór. Choroby uszu i gardła". A w rożku dopisek: „Rozpiwoczno i na wynos" (to już dowcip Wandy).
Słychać dyszkant kolegi Andrzeja: kłóci się o federalizm. Zostały trzy stopnie — lepiej postać chwileczkę. Serce osiada nisko, niziutko — nie śmie uderzać o pierś; jego miejsce zajmuje gwiazda — cicha, bardzo jasna.
Pchnięcie. Zawiasy pieją. Dym.
Jak zwykle, Maninia — na biurku — wali się linią po biodrach; zapluta z żarliwości, dowodzi:
 — A właśnie do rolnictwa potrzeba kobiety! Mężczyzna przez brutalność doprowadził do frondy parobków! Tak, tak. I przez donżuanerię doprowadził do tego, że dziewuchy — zamiast na służbę do dworu — wolą iść zdychać po fabrykach. Tylko kobieca subtelność! Inaczej — bolszewizm połknie nasze dwory.
Grzmotnęła linią o blat, bo Zygmunt, pykający fajkę, nie protestował. Przymrużonym okiem oprowadzał jej gesty:
 — Krawat się pani rozwiązał.
Maninia skoczyła:
 — Och, żaba!!
Za szafą namawiali się „starsi koledzy". Prezes coś improwizował, koleżanka Rayska notowała, zmarszczona. Od czasu do czasu Władek wtrącał słowo; prezes wtedy odskakiwał, koleżanka boleśnie spoglądała na Władka. W końcu łapali się wszyscy troje za rękawy i szli syczeć na schody.
Terenia przeszła do drugiego pokoju. Tam rządziła Janka. W fartuchu, szczodrze uśmiechnięta, rozlewała herbatę. Można też było dostać chleba. I tak się działo, że głodni — ci, co mieszkają u praczek za korepetycję — dziękowali z awersją. Natomiast właściciele motocyklów i panny w jedwabiach — żuli nabożnie święte jadło braterstwa. Taniewicz przy pianinie nie odrywał się od pedałów: instrument huczał jak piorunowa chmura — sama wielkość, sam sprawiedliwy gniew uchodził z klawiszy, poniechawszy struchlałej melodii.
Terenia ściskała prawice. Przy każdym zetknięciu dłoni gwiazda w piersiach rosła w trójnasób. Bo Janka z taką dobrocią podawała herbatę, obrady za szafą obiecywały narodowi pomyślność i bardzo słusznie huczało pianino. Wśród tych ośmiu ścian nie było nic, z czym by należało walczyć, na co by trzeba przymknąć oko albo chwytać z pilnością udręczonym uchem.
Sprawy najważniejsze płynęły ponad Terenią — odprawiała nowicjat. Wyperlone z nieznanych źródeł, przesiąkały za szafę; potem prezes dzielił je ze starszyzną. Nieuchwytne były dla fuksów; starczyło jednak, że płynęły, przesłaniając słońce. Czyż nie dosyć, że oni, ci właśnie najbliżsi — wiedzą? I że co dzień schylają głowy w przyjaznym znaku powitania?
Usiadła w kącie za pianinem. Drzwi wejściowe piały coraz częściej. Gwar, szuranie, niezawodna przychylność.
Miało się ku zebraniu. Andrzej już trzymał za guzik prelegenta i już,dyskutował, choć tamten powtarzał:
 — Ależ tak; macie rację, kolego. Bezwzględnie.
Wreszcie prezes wszedł za stoliczek. Zachrobotały krzesła.
Maninia wlazła na parapet, koleżanka Rayska złożyła ręce, a Janka — z talerzem w objęciach — stanęła w progu.
Ale prezes wyszedł jeszcze zza czarnego stolika. Uśmiechnięty, zbliżył się do Tereni.
 — Mam prośbę, koleżanko: proszę zabrać głos w dyskusji. To będzie pani debiut.
Referat wypadł późno. Bo w polityce przedwczoraj stał się ewenement. I trzeba było „zająć stanowisko". Należało uwielbić pokonanych, należało — jak Kiplingowski motylek — na silnych tupnąć nóżką. Przy czym kwestie formalne zabiły mnóstwo czasu, a kwestie nagłe trzaskały jak petardy.
Terenię ominęła ta sprawa. Nerwy, mózg, uszy — czekały na referat. „Mam prośbę, koleżanko..." Znaczy: potrzebne jest jej słowo. Ci, którzy wiedzą, chcą poznać myśli nowicjuszy.
Wreszcie Kazio przetasował karteczki. Zaczął „Problemat pacyfizmu".
Bardzo był trudny problemat. Dziesiątki nowych formuł, nazwiska, paragrafy traktatów. W to wszystko oprawione kikuty inwalidzkie i „rasowe żądze". Więc Kazio gromił, żalił się, proponował.
W Tereni urósł niepokój: prelegent mówił same rzeczy słuszne. Po cóż głos? Jaka dyskusja? Jednak w wielu punktach sali podnosiły się ręce; prezes notował. Dwa razy 7już jego wąskie oczy dotknęły twarzy Tereni.
Kazio zebrał karteczki — z drugiego pokoju Wanda niosła mu na talerzu kanapki.
mm
Przerwa.
W serafickim ulu — przez ten kwadrans — Terenia jedna nie warzyła miodu. Znowu w przelocie prezes ujął pod ramię.
 — Czemu taka sroga Teresia? Czy trema przed debiutem?
Zaczęto dyskutować. Pierwszy rozgadał się Władek. Że „nierealna koncepcja", że „trzeba na platformie dynamiki" i że „moment nie jest odpowiedni". Terenia pomyślała: „To dziwne, bo ten także ma rację".
Zrobili harmider. Ledwie doszedł do głosu pan Andrzej, żeby potępić oportunizm przedmówcy. Bardzo długo do siebie skakali i pełno wyłożyli mądrości. Terenia w końcu przestała rozumieć — słuchała słów, jak słucha się ptaków, wiatru czy samochodowych pogróżek. I właśnie kiedy tak odpłynęła od wszelkiego sensu, stanęła przed nią najistotniejsza treść sporu:
Jedni chcą sprawiedliwości już dzisiaj; inni — jutro dopiero.
Ci i tamci mają rację.
Wyrozumiałość napełniła Terenię. Przypomniała sobie pensjonarskie zaklęcie na łzy: „nie zawsze jest sprawiedliwie". W tej chwili płakać nie miała ochoty.
Różne sprawy sobie wrogie: odtrącone serce siostrzyczki i serce trzepotliwe, radosne obcej dziewczyny; płacz oszczędnej pani i wyciągnięty szpon komornika; spocona dłoń chłopca pod jedwabną sukienką i kryształowy śpiew skrzypiec — te sprawy zalśniły w myślach jak algebraiczne formuły. Wstąpiła w Terenię świadomość wyrównań w obliczu gwiazd tysiąca — jakaś Wiedza Tajemna, podszepnięta przez głosy prababek.
Wstała. Prezes skwapliwie przyzwolił. Starała się wytłumaczyć, że nie może być chyba równo i bez krwi: nie może być między ludźmi sprawiedliwie — dzisiaj ani jutro. Mówiła bez pasji — jak matka, która zna słodycz bólu i gorzki smak rozkoszy.
Zmierzający po ostatni głos, Kazio szepnął: „Terenia jest blonde bestie". Z wielu stron falowały uśmiechy.
O jedenastej nastąpił wymarsz. Władek odmanewrował do Tereni: chwalił za zdrowy imperializm. Milczała, myśląc: „O co im chodzi? Wcale nie jestem blondynką i jaki imperializm?"
Ulicą Sw. Anny, jak ścieżką niebieskiej szczęśliwości, kroczyli ku Plantom. Gwiazdy zabiegały drogę. Zapach akacji — po deszczu — wydawał się śliski, dwa razy taki wnikliwy.
Przed Collegium Maninia z Zygmuntem kazali wszystkim stanąć: musieli zakręcić „drobną kaszkę". Janek śpiewał: „A swiatoj Władimir po szczekam połuczył..." Wanda westchnęła:
 — Ach, Ty Boże mój, jak to cudnie bywa w taka pora na Antokolu...
Na co Kazio troskliwie otulił ją szalem.
Dopiero u samych drzwi domu, kiedy czekano na stróża, prezes stanął przy Tereni. Filuternie i czule ugłaskawszy wąskimi oczami jej rzęsy, powiedział:
 — Strasznie miłe dziecko ta nasza debiutantka. Takie to wzniosłe, takie głupiuteńkie...
Terenia drgnęła... i ukorzyła się duchem. Przed godziną przecież mądrość chłodna, stara — jak wspomnienie prabytu — napełniła ją światłem: poczuła się matką nierozumnych dzieci. A oto prezes mówi do niej: dziecko...
Zatem witaj, nieznana Prawdo, skryta w źrenicach Wiedzącego Człowieka!
W nocy. Terenia nie spała. Zgasiwszy światło, długie godziny przeleżała wśród puchów najcieplejszej radości. Czyjeś łzy szczęśliwe, jakieś bratnie oddechy pieściły jej głowę. „Kochani... kochani..." to było słowo, w które przerosła duszą. Gdyby mogła dosięgnąć, gdyby mogła przyjaciół i nieznajomych przywołać — zarówno dobrych, jak nawiedzonych złością — całowałaby wszystkich tym słowem.
Dłonie błądziły po łagodnych powierzchniach: oto miły kilim zielony nad łóżkiem, oto gładziutkie drzewo — mahoń. Dwa kroki tylko dzielą od kanapy, gdzie na poręczy leży kajet w szarej oprawie. Prymula stoi w oknie, a za oknem — podwórze, księżyc, cudze (wielkie i małe) pokoje, napełnione snem słodkim albo straszliwym, jak plastry pełne miodu i umarłych skrzydeł owadzich. Za tymi domami znowu pola, leśne zielone rodziny i rodziny wiejskie, poprzykrywane gontem czy strzechą. Tak oto od krawędzi łóżka aż po kulisty spadek globu i — dalej, dalej — przez oceany płynie droga, którą przemierzają ludzie i którą wolno jest kochać.
Zegary wybijały godzinę. Ich uderzenia były jak ciosy mięsistych owoców: słodycz rozpryskiwały — padając.
O drugiej Terenia już dłużej nie mogła. Błogość stała się tak ogromna — płuca nie oddychały pod ciężarem rozkoszy; serce pędziło bez tchu ku Wiecznemu Sercu, które rozwarło światu boskie swoje wnętrze.
Wybuchnęła płaczem. Lejąc łzy, burzliwe i słodkie jak wino, modliła się o kwiaty dla więźniów.
Od tego wieczoru, który przyszedł uśmiechnięty, a skończył się łzami, Terenia zyskała kilka kresek wśród nacjonalistów. Za to Kazio i Andrzej zaczęli ją nawracać. Wynikały stąd rozmowy z prezesem i potrzeba częstych dyżurów.
Niektóre marynarki, niektóre suknie, spostrzeżone na Linii A — B czy też przy bibliotecznych stołach, stały się zjawami łaski — płatami skrzydeł anielskich. Kiedy na schodach dziedzińca z Kopernikiem albo gdzieś w kącie sali 14-ej mówiło się natchnionymi wargami: „Słuchajcie, kolego... proszę was, koleżanko... mam słówko w sprawie naszej" — oczy wydawały spośród rzęs całe światło, jakie dać może brązowa tęczówka. Kolega odpowiadał, a przetarte włókno w jego krawacie przesłaniało wyrazy. Trzeba by zacerować, na lewą stronę odwrócić... Nie stawało ku temu odwagi, więc tylko jeszcze wzniosłej urastał ten człowiek.
Prezes Anatol wiódł życie apostoła. Przodował. Widywało się go albo w tęczowej aurze słów wyr ocznych, albo z cieniutkim uśmiechem, kiedy mówili „członkowie".
Terenia kiedyś znalazła się na wiecu.
Niezmiernie długo trwały przemówienia, pot osiadł na czołach; z samej fatygi zaczęli wszyscy nienawidzić. Odwróciwszy ku sobie jędzowate twarze, panny syczały: „To się jeszcze pokaże, czyja będzie racja..." Chłopcy z Rolniczego Studium stanęli ławą u drzwi, ściskając wiśniacze. Żydki biegały do prezydium „w kwestii zapytania"; przewodniczący ruszał wargami, łudząc się, że wrzeszczy. Wszystkie wnioski były „najdalej idące", więc nikt nie chciał zamilknąć... Wtedy prezes — dotąd niewidoczny — wykwitł na estradzie. Po chwili przewodniczący wstał, kiwnął parę razy korpusem; wytrzeszczywszy oczy, coś niewiadomego przepchnął przez gardziel — wskazał na prezesa.
Po upływie kwadransa wiec się skończył wśród uprzejmej ciszy, pod dyktandem jedwabnych słów Anatola.
Któregoś piątku — tak, to było w piątek — Terenia, przyszedłszy na dyżur, nie zastała Anatola. Więc sama otworzyła szafy, wyłożyła księgę na biurko i wpisała pod datą: „Kataklizm w kosmosie. Znak na ziemi: dwunasta — Anatola nie ma w "Płomieniu"".
Wkrótce zadudniły schody: przybiegł Świrski. Ledwie bąknąwszy „dzień dobry", zamiótł spojrzeniem po wszystkich kątach, wpadł do drugiego pokoju i wrócił:
 — Prezes jest?
 — Czy nie widzicie?
Oczy Świrskiego rozpełzły się w cztery strony.
 — Nie przechowuję go przecież w szufladzie.
Wściekłość.
 — Także dowcipy! A sytuacja jest bardzo poważna...
Nadęty, usiadł za szafą.
Przyszły dwa fuksy do zapisu. Jeden myślał, że tu wydają bony na obiad, drugi wszystko wiedział, tylko nie miał drobnych.
Terenia dostała wypieków.
Jeden po drugim schodzili się magowie i zwyczajni koledzy. Pierwsi szli za szafę denerwować się koło Świrskiego; inni przeszkadzali w urzędowych czynnościach. Wprowadziła się Maninia z ogromnym wilkiem — zaraz na progu rozpoczęła tresurę. Wśród psiego harmidru Janka wykiwała do bufetu kilka osób, bo właśnie się okazało, że wieczornica dała deficyt i należało na innych podstawach organizować następną.
Kazik przysiadł się do Tereni.
 — O, Różanopalca, kiedyż wzejdzie słońce, na które z utęsknieniem czekają kapłani?
Wywrócił białka w stronę szafy.
 — Proszę nie dokuczać! Pan zresztą dotąd nie dał protokołu z ostatniej komisji...
Zwiał i słychać było, jak mówił balowiczom:
 — Wiecie, tu jest dzisiaj demoniakalnie!... Prezes gdzieś tam pertraktuje, a tu co się do kogo odezwę — z taktem, z delikatnością — dają mi po prostu w zęby! Jak babcię kocham — siarkę czuć w powietrzu!
W tej samej chwili drzwi buchnęły porywczo: wkroczył Andrzej, za nim — Anatol.
 — Otóż i słońce w żakiecie.
Terenia skoczyła. Szeroki wiew od Nieba rozmiótł maleńkie powietrze. W drzwiach stanęły komety jak złoci świadkowie; cisza rozesłała dywan pod słowa najmędrsze — pod Prawdę.
Ale już kilku magów wybiegło zza szafy. Świrski ryczał:
 — I co? Jaki rezultat, prezesie?!
Anatol szedł prosto do biurka. Blady, zdyszany, stanął przed Terenią. — Jeszcze pani jest... Myślałem, że nie zdążę. Pocałował w rękę. Wtenczas dopiero — solenny — zwrócił się ku magom i poszli rajcować.
Wykładów Terenia nie opuszczała.
Najmilszy był Arbiter. Tak się ten profesor nazywał z powodu wykwintu. Wykłady nawet miał nazwane jakoś atłasowo: „Prolegomena... Zarys klasycyzmu"...
Niektórzy umyślnie się spóźniali, żeby usłyszeć śliczne zdanie — zawsze inne — które z uśmiechem wygłaszał w tej okazji. Pięknym momentem prelekcji było, kiedy — stanąwszy na katedrze — zdejmował rękawice. Czynił to jak markiz i jak skąpiec.
Najpierw — wargami zebranymi w różę — trudził się nad ściągnięciem. Skoro dłonie uwolnił, kładł je dla wypoczynku — na stole. Długie samowolne palce drżały; po chwili jednak sztywniały dreszcze, białość bez skazy oblekała skórę. Wówczas obrządek zwracał się ku rękawicom: doznawały pogłaskań, muśnięć i wyciągnięć nie mniej starannych od pieszczot, jakimi panna młoda darzy swoje wstęgi. Wreszcie składano je przy książce.
Zaczynał się wykład. Słowa, długo smakowane w ciszy, padały z chudych warg... Pochylały się w prawo i w lewo srebrniejące skronie. Profesor głosił mądrze — rzeczy niepotrzebne; rzeczy, których waga iście platynowa nie spoczęła ani przez chwilę na umysłach ciężkich — rzeczy, których platynowa cenność stawała się dla lekkoduchów odważnikiem świata.
Po Arbitrze do sali zwykle właził etymolog. I gdyby nad katedrą nie trwał czar rękawicznego obrządku, Terenia ginęłaby z senności. Oglądając na tablicy abrakadabrę prefixów, myślała: Arbitrze, kiedy rozzuwasz swoje cienkie palce — jesteś kawalerem Indifferent... Kiedy chwilę wykładów opóźnisz — skąpcem jesteś.
Otóż językoznawstwo otoczyła Terenia szczególnym ferworem, postanowiła kolokwium zdać przed wakacjami. W ten sposób — spłaciwszy życiu daninę cierpkości — mogła bez strachu oddawać się obowiązkom cudownym.
Na razie były to przede wszystkim techniczne sprawy: dużo pisania, czasem delegacja do sportowych klubów — werbunek.
Ale dyskusja zasadnicza dawała już przedsmak wyższych wtajemniczeń.
W czerwcu zebrania trwały coraz krócej; zwykle chodziło się potem na lody. W wilię Bożego Ciała zapowiedziano galę — odczyt kolegi ze Lwowa. I rzeczywiście: wypadło gadanie do 1-ej w nocy.
Kolega mówił ani pięknie, ani ważnie. Za to w nieoficjalnej części wieczoru rzeka serdeczności przewaliła przez „Płomień". Przypominano terminy podniosłe i śmieszne: zjazdy, konspiracje... Walne rozprawy na wiecach, chytre rezolucje. Jacy potem wrogowie pili bruderszafty, jakie pary odjechały razem... Taniewicz na wesoło huczał pedałami; śpiewało się „W dzień deszczowy i ponury", a także głupią pieśń o rudych — bez końca. Anatol świecił nad weselem jak sam płomień nad wazą ponczu. Koleżanka Rayska dwa razy błagała go ze łzami, żeby się nie męczył.
O pierwszej ktoś krzyknął: „Chodźmy na lody!" — Kazik protestował: „Kawiarnie zamknięte. Idziemy na Błonia".
Wysypali się przed bramę. Ciemne było niebo. Wziąwszy się pod ręce czwórkami — ruszyli przez Rynek. Terenia między Władkiem i Anatolem płynęła jak strużka najsrebrniejszej uciechy między przyjaznymi brzegami.
Do rogu Retoryki jakoś trzymało się fason, śpiewano nieskładnie i podskakiwano do taktu. Aż — przy aptece — Andrzej nagle wyłamał się z szeregu; hyc! na latarnię. Wyglądało, że będzie kazanie... Tymczasem federalista przykleił do lampy kapelusz; po chwili, zwartą pięść wyciągając spod ronda, oznajmił: „Rzadki okaz ćmy: Pyszałek Orion". To zdarzenie przerwało tamę. Janka w wielkich susach popędziła przed siebie, za nią Kazio z Wandą — tupot, krzyki runęły na jezdnię. Ledwie przed parkiem Jordana serca, uczepione gardeł, opadły.
Władek, chcąc się zatrzymać, ściskał w objęciach lipę; teraz trwał przy niej, zdyszany, patetyczny. Nic się nie mówiło, bo wszyscy szukali oddechu: w krąg światła napływały twarze z oczami jak reflektory, z wargami udręczonych karpi. Sekundę trwała cisza. Ale Wandzie już odplątał się język:
 — Och, nie mogę...
Wśród jeziora modrej toni
rekin wieloryba goni...
Gruchnęli śmiechem. I zaraz Anatol stanął na ławce, żeby -wypowiedzieć mnóstwo rzeczy o wiele jeszcze śmieszniejszych. Więc miejsca w piersiach nie starczyło na mięsistą radość, na chichot cieniutki, na skłębione wybuchy, rozpędy...
Terenia, oparta o czyjeś ramię, odwróciła głowę ku Jance; zwarły się spojrzeniem — wyznawały bezsilnie, że jest aż za wesoła ta chwila, że się już chyba druga taka nigdy nie przydarzy.
Samochód chrząkał w ciemnościach — nadbiegał niewidoczny za dwiema tarczami blasku. Świetliste rózgi podcinały drzewa, trzepnęły po nogach, rozmiotły się po jezdni.
 — Uwaga! Albowiem nie wie to bydlę, co czyni...
Po pchlemu odskoczyli na łąkę.
Krople, mięciutkie, drobne, zaczęły dotykać policzków. To był deszcz — taki nieśmiały, jakby wśród nocy zmylił swoje dróżki.
 — Pada!!
 — i Ty! lwowskie dzicię!... „W dzień deszczowy i ponury"...
Władek chwycił Terenię za rękę.
 — Robimy węża!
Przetasowały się w pobliżu płaty czarności, jakieś długie cielsko rosło, uczepione prawego ramienia. Szarpnął — zagrały mięśnie, uściski z obu stron ścięły się na cement. Pęd, mokra chusta na twarzy; nogi tratują obłok, serce śmiga przodem jak czerwony nietoperz. Żadna gałąź nie przecina policzków, żaden mur piersi nie rozmiażdża — bezkrwiście, bezkamiennie ustępuje przestrzeń...
\ Wtem piorun! Piorun niemy i czarny. — Wali się noc! Cała jej ściana prawa pęka od stropu po ilcmli. Obłymi rzutami padają słupy z antracytu, łąka podwija się ku górze jak przedarta kotara.
Krzyczą. Terenia leży.
Nic się nie stało — jednak tyle rąk najczulszych ujmuje obite łokcie, tyle troskliwych oddechów nad czołem. Pozwala z radością, żeby dotykały ramion i nóg, żeby się użalały i żeby ją chroniły — ręce, wyrośnięte ze świata. Stoi, wszczepiona w sam rdzeń nocnej pogody — mokra od deszczu, rozbolała od śmiechu — bezpieczna.
 — Daj no ognia, idioto...
Ktoś świeci zapalniczką; w tym braterskim świetle Terenia widzi twarz Anatola tuż nad swymi oczami.
Nazajutrz przyszła depesza z Warszawy. Trzeba było je
chać. Ledwie starczyło czasu, żeby — na tydzień nieobecności — załatwić dyżury. Dwudziesta dwanaście szedł pociąg.
Anatol już stał przed dworcem, kiedy wylądowała Terenia z walizą. Prędko znaleźli miejsce. Choć było widać Władka z miotłą peonii i Maninię z Zygmuntem, jak zaglądają do dalekich wagonów — nie wołali nikogo. Usiedli koło siebie — że niby razem gdzieś chcą podróżować. Anatol nakrył dłonią rękę Tereni; tuż przy skroni powiedział: dziecinko...
Ale do przedziału wtargnęły peonie. Za nimi całe towarzystwo, krzycząc:
 — Co to za konszachty? Żądamy jawności obrad! Zresztą pociąg już rusza...
Wyskoczyli, cisnąwszy peonie.
Jednak Anatol wisiał — przyczepiony do schodka; zdążył jeszcze powiedzieć:
 — Niech prędko wraca moje maleńkie. Dowie się czegoś ważnego...
Terenia wkrótce zasnęła. Nic gorzkiego nie miała w sobie ta rozłąka. W kochanym mieście został brat — starszy o tyle, że osiemnastoletniej siostrze mówił „dziecinko"...
Został na straży tajemnic.
Ledwie wszedłszy do domu, Terenia musiała siąść przy łóżku i zmieniać okłady — bo matka była chora. Na widok przyjezdnej obróciła w ustach jakieś biedne słowo, które wcale nie brzmiało. Jak ciężką płytkę kamienną podniosła dłoń i zaraz ją spuściła. Trzeba było odmierzyć konwalii do dziadziowego kieliszka. Doktor przyszedł wkrótce — Terenia dowiedziała się, że ta martwota to jest odpoczynek po złem, które minęło: matka miała się lepiej.
Długie godziny płynęły teraz w milczeniu, bez żadnej pracy. Chorej podawało się raz lekarstwo, raz uśmiech — cilsza musiała być, a także spuszczone rolety.
Kraków olbrzymiał. Porastał w cuda z godziny na godzinę, niczym drzewo widziane przez kratę. Rano myślało się o jego wilgotnych zieleniach, o świegotliwym pośpiechu między snem a gwiazdami. Potem przychodziły pracowite pory: kucie w pień, pełne podskórnych znaczeń... O szóstej dyżur nadlatywał — gołąb szumny i złotopióry. Dalekie drzewo pęczniało trzepotem, zakwitało krzykami jak ogniem. I wreszcie zmierzch wieszał na nim szepty, zawiązywał owoce, które nazajutrz świat miały napełnić radością.
Terenia nie czuła ochoty do wyjścia z domu. Wszystko, co by się tu zdarzyć mogło — w tym mieście, wśród tutejszych osób — byłoby przecież niezdarzonym grymasem w pustce. Sprawy wielkie, słowa mądre, ludzie świetnego kroju mieszkali w Krakowie. Tam właśnie, opląsane znajomymi krokami, rosło szczęście, którego kłosy nakarmią inne miasta. Anatol czuwał nad wybredną rośliną — Anatol, Andrzej, koleżanka Rayska... Ale z zimnego świata coraz ktoś przenika w cieplarniane aury; wolno mu wtedy trudzić dłonie, tracić młodość w posługach — spracowany, oddycha powietrzem szczęśliwych.
Teraz kolej wypada na Terenię: po powrocie dowie się rzeczy ważnych. Kto inny zasiądzie do listów, do księgi protokołów; ona podejdzie blisko do samej rośliny. Pozna te wszystkie słowa, wykona cudowne, najtrudniejsze zabiegi.
Po cóż więc odwiedzać ciotki albo z Adamem chodzić „na Chaplina"?
Matka zaczęła wstawać. Ciężkie, powolne kroki rozsnuwała po domu uparcie — od południa do zmroku. Gniewały ją bezpańskie porządki: że araukarię ktoś postawił za fikusem i że ani razu dotąd nie dano szparagów. Kazała obmieść kurze tam nawet, gdzie legalnie trwały latami: wracała do zdrowia. Pod koniec drugiego tygodnia powiedziała Tereni: „Moja panno, nic tu po tobie. Wracaj do swoich prolegomenów".
Teresa spakowała walizę. Wsiadając do pociągu, czuła, że dnieje. Po długiej nocy, zaprawionej walerianą, z drugiego krańca podróży świt wyciągał palce, wonne od różowych obietnic.
A kiedy nareszcie kopiec Kościuszki wypłynął na niebo i powiało wilgotnym, najłaskawszym Krakowem, Terenia — w pośpiechu, w rumieńcach — szeptała jakieś prośby, których słowa same wybiegały z pamięci.
Nikt nie wiedział — i nikt na dworcu nie czekał. Podróżnica chyłkiem przemknęła przez Planty, potem Studencką ku domowi. Nie chciała spotykać, gadać na ulicy o głupstwach — skoro za kilkoma ścianami rozkwitłym czarem ziało Niepojęte.
Na stole zastała cztery suche róże w kieliszku i małą zaklejoną kopertę. Taki w środku był bilet: „Proszę koniecznie zadzwonić do mnie, jak tylko Terulka przyjedzie. Anatol". Z czułością i szacunkiem włożyła zapowiednią karteczkę w Listy Słowackiego. Nie prosiła o kolację; włożyła skromną bluzkę i długo gładziła czuprynę. Żeby jak najciszej, najgodniej...
11 — 50.
Anatol był w domu. Zaraz się w telefonie odezwał sztywnym, chropowatym głosem. Powiedział: „Już idę".
Siadła w kącie. Rude światło zachodu dotknęło jej policzków — łagodne jak futro. Na ścianie Botticellowska rusałka niosła coś w dłoniach cennego — kwiat czy może Prawdę. Słodko, słodko opadały kręgi jasności, suknia słoneczna zmęczona tańczeniem.
Terenia czekała, myśląc: „Za chwilę przyjdzie. Przyjdzie i powie. Razem z dobrym bratem wejdę do szklarni, gdzie pęcznieje szczęście. Moje ręce — nauczone — trafią zaraz do obcych narzędzi; uczynię znak potrzebny. A kiedy ziarno dojrzeje, wyjdę z nim na drogę, rozdaruję wszystkim — ja sama z moim bratem".
Zastukano.
Anatol domknął drzwi; cicho, kuliście przypadł do rąk.
 — Jesteś... — ucałował dłonie.
Siedli po dwu stronach biurka — Anatol trzymał na kolanach powitalne kwiaty. Osnuwał spojrzeniem głowę Tereni, aż ginęła w migotliwej przędzy.
 — Dziecinko...
Płynęła scukrowana kropla, tężała na ostatnim promieniu... Terenia odwróciła oczy od tej słodkiej plamy.
 — Ciągle myślałam o rzeczach, które mi pan powie...
 — Doprawdy? Moje śliczne...
Uśmiechnęła się.
 — Ja także myślałem — dotknął jej uśmiechu kwiatami. Podszedł i stał nachylony tuż blisko. Więc stuliła rzęsy, znowu czekała cierpliwie.
 — Proszę powiedzieć, prezesie. Ja zrobię wszystko, co trzeba...
Kwiaty upadły, a palce Anatola ścisnęły dziewczęce ramiona.
 — Tereso...
Szerzej rozlewał się syrop.
Odskoczyła ku oknu; niezmierny żal zachłysnął gardło.
 — Ja proszę, prezesie... ja proszę...
Ale raz jeszcze Anatol owionął czoło gorącym oddechem.
 — Kocham cię — to jest ważne...
Plama ognista spadła na policzek.
Rozpełzło się wszystko; chichocząc, kuśtykając obrzydłe — napełniło pokój udręką.
Prezes — mglisty od dreszczów, z okiem wywróconym — mówił wiele rzeczy, trząsł się i powtarzał „kocham". Prosił o coś; skarżył się, głowę chciał kłaść na kolana — niepotrzebną głowę z twardymi włosami.
Tymczasem słońce ciągnęło złote falbany po dalekich, coraz dalszych obłokach; uchodziło w głąb powietrznego państwa. I miejsce jasności zostawało puste, tęskniące do gwiazd i do Prawdy. W mroku zawisło to, co należało powiedzieć — słowo najmędrsze Wiedzącego Człowieka. Terenia w skromnej bluzce — czekała.
Z ust Brata ciekły ciągle ckliwe krople syropu. Wtedy z głębi serca, z jego dziecinnego kąta, zasnutego pajęczyną mądrości, trysnęło głupie zdanie (jakże miłosierne, kojące!):
„Nie zawsze jest sprawiedliwie..."
Terenia przesłoniła się cała tym zdaniem, uczyniła zeń łzawą przegrodę między sobą a tokującym prezesem.
Anatol jeszcze coś szeptał, jeszcze coś wstydliwego wyznawał i po coś tam ręce wyciągał... Milczała.
Wśród gęstniejącej ciemności wyszedł wreszcie ten pan. Wytłoczył przez drzwi plecy, ręce nikomu niemiłe i twarz spękaną od szlochu.
Na podłodze zostały lewkonie.
Dzień następny wstał z różowego nieba jak ze szpitalnych gorących poduszek. Mdły, ludziom i ziemi niechętny. Nic znowu nie było wiadome. Słowa, które miały wzejść razem z gwiazdami, żeby w ich świetle rozbłysła nowa droga — te słowa jeszcze głębiej wwierciły się w mrok.
Terenia już od siódmej brodziła wśród odmętu żałości. Niepotrzebny wydał się dzień, pantofle, które miały dzisiaj wkroczyć na szlaki objawień, długie, splątane włosy. Niepotrzebne skrypta, wieże — całe to miasto kłamliwe.
Potrzebny był tylko płacz i najsmutniejsze wspomnienie.
Krzywa od wstrętnych smaków, Terenia usiłowała zmyć łzami cukrową ślinę prezesa, lśniącą na wszystkich przedmiotach. Z odrazą patrzyła na niebo, gdzie — zamiast Wielkiego Słowa — zadrżały wczoraj brzydkie wargi mężczyzny.
Przed południem przyszła koleżanka Rayska.
Potrząsała ręką Tereni jak taśmą od dzwonka. Ale zanim przebrzmiało dzwonienie (obojętne warszawskie nowinki), odwróciła się już ku tym swoim najwspanialszym sprawom. Wyłoniła z torby notesik.
 — We wrześniu odbędzie się we Lwowie zjazd wszystkich „Płomieni". Do komisji kulturalno-oświatowej delegowana jesteście wy, koleżanko Tereniu. Jest właśnie w tej chwili u nas delegat warszawski — Brat. Więc chodźcie na Grodzką. Trzeba się porozumieć.
Terenia odczuła mdłości — jak w gorączce na widok bitej śmietany. Więc znowu będzie się mówiło „kolego prezesie", znowu „w kwestii odpowiedzi..." Ogromne gwiaździste kulisy zostały wczorajszego wieczoru zburzone; teraz na gołej arenie skakać będą obrzędowe słówka.
Koleżanka Rayska wyciągnęła z szafy beret:
 — No, prędzej, bo tam na nas czekają.
Wyszły.
Terenia już na Rynku zacisnęła usta, żeby wargi nie ośmieliły się drżeć. Jeżeli prezes — opłynięty syropem — zaraz na progu wyciągnie wiotkie od dreszczów ramiona, ona zawróci bez zwłoki. Jeżeli stanie przed nią mściwy — przejdzie obok z odważnym uśmiechem.
Bardzo powoli przesuwały się schody.
Chłopcy narobili hałasu. Wanda z piskiem chwyciła za szyję, w bufecie posilał się warszawski delegat. Kurz zalegał stoły, popielnica pełna była gilz, zapałek i przepalonych myśli. Janka wyjechała — nikt już nie sprzątał w „Płomieniu".
Sprowadzono delegata — kłaniał się. Rayska wyciągnęła dłoń w stronę biurka.
 — Prezesie, więc robimy zebranie...
Wtenczas dopiero Anatol wstał i spojrzał na Terenię. Wargi jego były suche — sztywne jak nieśmiertelnik. Nie drżały. A także gniew wcale nie żagwił się w oczach — prezes patrzył szaro i smutnie. Spłoszyła się Terenia — koło swojej osi frunęła w jednej chwili na przeciwną stronę: ku męskiemu cierpieniu.
Anatol odwrócił głowę. Patrząc na jakieś za oknem gałęzie powiedział:
 — Dzień dobry, koleżanko. Przyjechaliście w czas, bo tu ważne czekają rzeczy. Brat wam wszystko wyłoży. Ja idę.
Widocznie pragnął zapomnieć. Chciał zasnąć może — snami obandażować ranę, wyszarpniętą przez Terenię we wczorajszym dniu...
Przełknęła łzy. Szepnęła:
 — Dobrze. I owszem, prezesie...
Ale w mózgu inne miała zdanie: „Nie zawsze jest sprawiedliwie".
Anatol wyszedł, pogadawszy z Rayską. Przystąpiono do obrad.
Delegat mówił bardzo „zasadniczo", więc można było myśleć zupełnie o czym innym. Terenia, naprzeciw srogiej twarzy koleżanki Rayskiej i zmiętych policzków Brata — siedziała udręczona:
Kiedyż to? Gdzie i kiedy dzień się tak samo zakrwawił? Wielka wyrwa buchnęła ku niebu dwojgiem brzegów nierównych... Na mokrym zapadniętym brzegu leżała Terenia z piłką w biednej garści; a po brzegu wysokim biegł chłopak w stronę ganku, gdzie śmiech trzepotał między kwiatami fasoli...
Gdzie to było i kiedy? Ach, tak...
Ten chłopak ? — to Stasiek.
Terenia patrzyła za nim, jak teraz przed chwilą z niskiego brzegu patrzył na nią prezes...
Westchnęła, Zgryzoty opuściły jej serce. Po raz drugi w tym organizacyjnym lokalu napełniła ją Wiedza Tajemna — mądre zwierzenie prababek: że krzywda krzywdę przesłoni i nierówność nierównością się zrówna.
Zapisała adresy, przykazania, wskazówki; uścisnęła ręce kolegów. Bez żalu i bez niesmaku opuściła tych, Którzy Wiedzą.
II *
Rok 1918/
Kasztan miał na liściach miedziane obwódki — wyglądał jak czub w ogniu osmalony. Słychać było z podwórza dzieci, wołające do siebie skrzekliwymi głosami.
 — Oddaj zaraz chlebuszek, upadł na moje pole!!
 — Nieprawda! Na moją łąkę. Puść, to będzie grzybek!! Terenia wyjrzała. We wnęce przed suterenowym oknem — 
w malutkim, obłupanym basenie — Franek i Józia, dwie bezwodne kijanki, szarpali się za ręce i bili po głowach. Wśród zataczań, chybptu, poplątanych ciosów pięść Józki nieugięcie sterczała nad walką: była to pięść ze skarbem, Franek — mniejszy — skakał ku niej, po żabiemu rozrzucając ramiona i nogi. Pięść w triumfie trwała. Wtem jedno z migocących ramion łupnęło pod brodę. Krzyk; pięcioro palców wystrzeliło z pięści — na asfalt upadł łyskliwy kasztanek.
Terenia z niechęcią odeszła od okna.
Po drugiej stronie mieszkania otworzyła drzwi balkonowe. Wyniosła krzesło — siadła, z Ibanezem pod pachą.
Na placu światło, oprawione w cembrowinę kamienic, tężało jak złota sadzawka. W ciężkich falach jesieni ludzie brodzili, pluszcząc śmiechem, roztrącając pogodę bokami. Swąd, gęste wonie wstawały ode dna. Podobne do szczypawek, w różne strony drobiły auta. Mężczyźni, przechodząc przez jezdnię, nerwowo zbierali i rozkurczali nogawice; kobiety płynęły chybko, oplątane w perfumy i w szale. I co chwila tramwaj — czerwony szczupak — rozmiatał ciżbę dzwonieniem.
Była niedziela. W dorożkach kwitły rodziny w wielkich i małych kapeluszach; holowane przez kościste szkapy, sunęły w Aleje, a baty sterczały przy kozłach niczym maszty cieniutkie.
Pełzło, płynęło, sadziło susami to mrowie ku swoim odświętnym ławkom, oblanym lemoniadą. Wrześniowy dech — mimo benzyny — był słodki i tak bezsilny, że prawie umierało powietrze.
Patrząc z wysokości czwartego piętra, Terenia myślała: „Nie pójdę. Nigdzie iść z nimi nie potrzebuję".
W pokoju zadźwięczał telefon. Jazgotał długo, aż wreszcie od strony kuchni podeszło Zosine człapanie.
 — Panienka? Jest.
 — Nie; nie ma mnie, Zosiu, nie ma...
 — Przepraszam; nie ma panienki.
Wtedy w głębi serca ożyły tamte telefony — krakowskie. Rzęsiste, barwne jak śmiech. Zanim najbliższa cisza zdążyła zadrżeć, już się chwytało słuchawkę. I każdy projekt był konieczny, każda zapowiedź wesoła, na wszystko czekał czas, ku temu jedynie stworzony. Błękitny duch ważności wstawał z dzwoniącej skrzynki, ilekroć Anatol obwieszczał zebranie. Zmierzając potem na Grodzką, z dobrym uśmiechem ustępowało się staruszce, dziecku na krzywych nogach, nawet spasionemu frantowi — „z czasem, już może niedługo moje ręce przylgną do bryły, która zasłania nam Prawdę".
Minęło lato. Krakowskie cudowne szczęście pewno usycha wśród złych ogrodników. I rzeczy ważne ledwie ćmią na apostolskich wargach. Od czasu kiedy tak słodko było na ulicy pomieszkać, spod ciężaru błogości wyglądać ku stopom tańczącym albo wiecznie w stronę nędzy zwróconym — od czasu społecznej radości przepłynęły dwa wiejskie miesiące.
Terenia poznała słońce.
Wielkie lasy były wokoło dworu i tylko trzy stare osoby, które nie schodziły z ganku dalej niż do ogrodowej sztachety.
Na polanach, wśród trawiastych zatok, przewalało się słońce — nagie, przeraźliwie bliskie. Długi czas Terenia nie wiedziała, że Ono jest właśnie takie. Myślała, że jest miłe, błyszczące jak' papierowe złotko, przechowywane w kajetach. (Otwierają się chmury — olbrzymie szare strony — i oto migocze zabawka.) Przez tyle lat brała Je do ręki, rozsnute w żółte pasma, pokruszone na blaszki.
Później myślała, że słońce jest boskim semaforem, który sygnalizuje pogodę.
Dopiero tego lata podeszło do niej samo — potworne i słodsze od miodu. Nie mogła znieść sukien między swoim ciałem a Jego.
Któregoś ranka w lipcu było tak prawdziwe, że czuła na piersiach, na ustach twarde i gorące dotyki. Zamknęła oczy — a wtedy Ono legło na niej, całe włochate i lśniące jak nieziemski zwierz. Gęsta słodycz zalepiła usta, nie chciało się śliny połykać, a kolana drżały — coraz słabsze i słabsze...
Nagle coś chrupnęło w pobliżu (pewnie modrzew otrząsnął szyszeczkę). Terenia zerwała się i nieprzytomna runęła w gęstwinę. Kiedy, obita przez iglaste gałęzie, stanęła bez tchu — wstyd napełnił ją całą smakiem krwi i ziela. Ciasno zwarła nogi, piersi ramionami oplotła.
Słońce, gołe i słodkie, tuż obok potrząsało grzywą. Miało uśmiech mężczyzny.
Terenia zrozumiała wiele chwil dawno minionych; zrozumiała, że Ono jest tą „podłością", którą dziewczynki tępią w wiosennej pogodzie.
Sierpień był upalny — Terenia godzinami zapadała w las i coraz czarniejsze stawało się jej ciało. W blasku męskiego słońca Kraków sechł i jego Prawdy zielone opadły.
Teraz ciągnie się dzień — kleisty, ciepły, bez żadnej żyłki drgającej.
Przed kolacją będzie wuj Niko chodził po salonie i głośno myślał: który bank mu wystawi gwarancję? Rodzice wrócą z Konstancina: opowiedzą, jakie ciotka dała na deser brzoskwinie, czy ząb ją bolał, ile pies sąsiadów zadusił perliczek... Zosia bardzo głośno rozstawi talerze, bo dziś nie miała wychodnego.
Terenia idzie do swego pokoju. Przystaje w oknie. Gwiazdy wiszą nisko jak dojrzałe owoce. Z ulgą wchodzą oczy w niebo mięsiste i czarne; nie spotykają tam dróg innych niż. mleczne i niczego tam wymadlać już nie ma potrzeby.
Uniwersytet stał głuchy; ledwie ziewały niektóre okienka w kwesturze. Woźny napełniał sienie klekotem samotnych podeszew, czasem przed gablotką wyrastał żółtodzioby prowincjał, stęskniony do ucieleśnienia swych snów o Academosie.
Asfalty nieraz jeszcze ustępowały pod stopą; wielu znajomych przysyłało ostatnie pocztówki z zamkami, z zielenią" z pasiastym trykotem. Po kawiarniach szwargotali ajenci; chłodem, wilgocią ziało z uchylonych teatrów.
Tylko u Wioślarzy kłębiło się życie. Brązowe od skór spalonych, mokre od nurkowania, od mężczyzn włochate. Wisła obmywała z niechcenia nogi odparzone przez lakier, zgrubiałe od miejskiego pośpiechu. Szara, ledwie gdzie na przegubie podszyta lazurem, toczyła wodę ogromną — równie własnym wirom niechętna, jak mało życzliwa gładziźnie.
Także na tenisowych kortach trwał sezon. Zanim się jeszcze zobaczyło grających — słowa „ready"... „fifteen"... wprowadzały w ten biały Albion, gdzie nigdy rakieta brytyjska nie zaciążyła nad podlejszymi nacjami.
Chłopczyki bose ganiały za piłką, panie wyciągały po nią szpony ze wzdętymi żyłkami.
Kiedy raz Terenia siedziała na ławce, Madzia przedstawiła Huberta. Błysnąwszy oczami, podał rękę, której uścisk zostawił ból w palcach i zapach szypru na dłoni.
Wkrótce zaczęła się gra.
Przy serwisie Hubert zataczał ramieniem wielki krąg ponad głową; wyglądał wtenczas jak thyrsos — smukły od dołu, górą rozpleciony w dwa węże. Nie bardzo się fatygował, ale wszędzie jego rakieta sięgała. Strącał piłki, przybijał do ziemi niczym szkodliwe zwierzęta. Tak swobodnie, bez żółci brał gemy, tak je wesoło przegrywał.
W przerwach wciągał na plecy kaftan w pomarańczowe i szkarłatne pasy, przychodził siąść na ławce, pogadać byle jakimi słówkami. Słuchając, co inni mówią, opuszczał wargi — w środku podkowy błyszczał żart, a oczy dopowiadały: „Tak, wiem — jesteś milutka". Albo: „Z tobą także, chłopcze, niejedno razem zmajstrujemy".
Wyszli gromadą. Hubert po drodze dotykał trawników, czy rosa... I zaraz się okazało, że na jutro pogoda jest pewna i że Terenia będzie grywała o dziewiątej rano. Hubert powiedział:
 — Okropnie lubię trenować kobiety! Wydaje mi się wtedy, że nie ma rzeczy, której bym nie nauczył... Nawet milczenia w osiemnastu językach.
Rzeczywiście Terenia namaściła rakietę; nazajutrz o dziewiątej zmieniała obuwie w klubowej garderobie. Hubert tuż obok przed lustrem wydymał policzki, marszczył się, upatrując draśnięcia od brzytwy. Później musztrował krawat. Terenia już liczyła piłki, kiedy partner wpadł na plac. Biegł jak Niżyński po kartach „Illustration" — na paluszkach, wcale nóg nie zginając.
Dosyć ponuro udzielał wskazówek. Za to koło słupka przechodził jaśniejszy, z brwiami rozpiętymi jak wstęgi. Niczego właściwie nie uczył. Oświadczył:
 — Na razie nie bierzemy z powietrza.
I jeszcze:
 — Niech pani ust nie oblizuje. Nikomu nic z tego — a spierzchną.
 — Piłki!!
Podnosił ramię — stał wychylony ku dalekim rozpędom. Rękaw był odwinięty, ciało bielutkie i bransoleta na kostce. Rzucali do siebie pasiaste kule, które — jak pliszki — sprężyście skakały po ziemi albo z jaskółczym świstem przerzynały poranek.
Pod koniec treningu raz ostatni zamieniali miejsca. Z rozdętymi nozdrzami, z zębami na wierzchu, mijali się koło wieży. Terenia mimochodem sięgnęła po piłkę — wtedy chusteczka spomiędzy piersi wypadła jej na trawę. Hubert podniósł... przytulił do twarzy koronkowy płatek. Uśmiechnął się, „jaka ciepła"... I, oddając zgubę, to samo wstydliwe ciepło miał w oczach.
Małe zdarzenie. Chuchro różowe, pachnące Guerlainem. A jednak poruszyły się fale jesieni, żyły wystąpiły na złotej sadzawce i pulsami uderzyło powietrze.
Patrząc w oczy Huberta, Terenia głęboko zasuwała chusteczkę; rumieniec opływał policzki, szyję — aż od tej krwi dzień się zrobił czerwony.
Przy ostatnim serwisie spódnica z furkotem nosiła się po placu. Terenia, machając rakietą, krzyczała: „Out"! — „Litości, panie Hubercie"! — a piłki strzelały jak korki z szampana. Perliła się, bluzgała śmiechem, trzepotem... Tyle razy podskoczyła, nogami zastrzygła, że nie wiadomo już było, co zaszło, ku czemu prowadzi ta sprawa.
Przed wyjściem siedli w parku ochłonąć. U stóp leżały rakiety, na nich kolorowe grono w siateczce. Ścieżka pełzła ku południowi — szafranowy wąż rzucony w poprzek trawy. Hubert zgiął nogę w kolanie i szew nabrzmiał z boku, jak drugi wąż — ? żarłoczny, krwi nigdy nie syty. Terenia poczuła zgrozę, zwiniętą między sercem i krtanią. Sucha dłoń ujęła jej ramię przy łokciu, nad czołem zażegły się oczy, usta — od trucizny aż gorzkie.
Drżąc, położyła rękę na palcach drapieżnika, spojrzenie — cichutkie, wilgotne ? — położyła na mściwe oczy.
Chwilę siedzieli bez ruchu. Szypr pachniał z włosów Huberta. Fol Aróme'em pachniała chusteczka...
Słońce — zwierz złoty, gorący — dyszało obok na trawie.
Terenia odtąd często widywała Huberta. Przybyło wiele szmatek i niejedno wzruszenie. Zaczęła chodzić na przystań.
Na misternych podstawkach spały pod dachem skulingi, kajaki i skify. Przepojone smołą, rozsiewały woń krajoznawczych podróży. Odwiedzało się je z nabożeństwem, chwaląc za smukłość i nieprzeliczone cnoty. Podłoga skrzypiała od stąpań, przez szpary migała woda — czarna jak noc bez księżyca. Niektóre łódeczki były z płótna, w razie potrzeby można by je niemal — złożywszy — chować do kieszeni. Więc i to także wywoływało okrzyki.
W otwartym hallu południe przypiekało do kości. Zawsze kilka dziewczyn siedziało na trzcinowych fotelach. Ubrane w trykot, zsuwały ramiączka, podawały promieniom twarze, zamknięte i chciwe dotknięcia jak listy.
Co chwila plusk z pomostu obwieszczał pływaczkę: zielona czy żółta głowa z mokrymi rzęsami wyłaziła na deski, kładła się na nich brodą — powiedziałbyś: kawon albo dynia na drewnianym talerzu. Ale po boku zimne pazury już wszczepiały się w drzewo i — jednym podrzutem — ponad zrąb wyrastało ciało obłe i śliskie — jędrny tułów wodnicy. Szczękając zębami, panna biegła wygładzać w cieple skórę gęsią zsiniałą, nosa ucierać, odpinać czepiec, słuchać zrzędzenia trenerów.
Hubert, Madzia i Krystek palili papierosy, z nogami spu czonymi do rzeki. Terenia musiała wtenczas „robić des' tuż przy nich. Ciągle traciła równowagą: głowa leciała w t pięty tłukły powietrze, nie wodę. Pouczali ją, byli srod odmawiali ratunku. Wreszcie, zapluta, chwytała najbliż nogę. Krzyczano: „Nie wolno! Nigdy się nie nauczysz w t sposób! To świństwo"... Jednak wypadała na pomost — 1 żała w słońcu, dysząc ciężko jak ryba.
I w końcu Hubert przynosił jej ciastko z bufetu.
Czasami całe godziny spędzało się w łodzi. Hubert wiosł wał, Terenia — przy pomocy steru — szarpała łódką zaws nie w tę stronę, co trzeba. Co najmniej pięć miejsc by groźnych — sterniczka musiała rzucać niepojęte narzędzi siedzieć cicho, krajać Wisłę palcami, patrząc na brwi ściągni te do nosa, na zęby utopione w wargach jak noże w zły sercu.
Trafiały się wszakże płycizny, życzliwe rozlewiska, gdzi woda sama niosła ku bezpiecznym brzegom. Wiosła wted ledwie muskały niebieskość — można było mówić i śmiać si do woli.
Zwykle wypływali, kiedy już słońce zachodziło miedzią kędzierzawe od lśniącej otoczki, spadało po jedwabnym prze stworzu. Zapach wikliny ciągnął się smolistymi włóknami. Fala jedna przychodziła do burty nagrzana, ciepłem chuchał na ręce; druga wysuwała zimny, zielony policzek. Blask szerzył się po rzece, rozjarzał płaty coraz szersze, krwią coraz mocniej zaprawiał. Twarze w tym świetle wyglądały jak najróżowsze, najzłotsze lampiony, na których gejsze malują oczy z topazów i rubinowe usta.
Terenia popadła w ciężkie wątpliwości. Czy jej nogi całkiem są jak należy? Czy ramiona mają tę długość i tę przepisową rozpiętość? Czy nie za szerokie są dłonie? I czy w tych wszystkich wiązaniach, skrętach, wypukłych i płaskich miejscach nie przywarowało ziarno brzydoty, grożące lada moment rozrostem?...
Ustawiła tak lustra, żeby od razu móc widzieć i piersi, i profil. Śmiała się całkowicie — do dziąseł i do fałd pod oczami. Śmiała się także drobną różyczką, gruchając głęboko od serca. Rzuciwszy ramiona nad głowę, kuliście toczyła biodrem, rozdymała chrapy — czy to jest aby pięknie. Albo stała nakryta rzęsami, obawą.
Nade wszystko polubiła kolana. Kiedyś Czarny Marek fotografował na przystani; różni się pchali, a Klodzio podbiegł do garderoby — stukał i wołał: „Teresa, chodź! I zabierz swoje kolana — będą stojały w "Świecie"". Potem rozepchnął panny: „Terenia ma głos ze względu na kolana".
Od tamtego dnia otoczyła staraniem cenne zawiasy: głaskała je jak dobre, pożyteczne zwierzęta.
Wiele czasu zajęły suknie. Ale najwięcej — kaprysy niewidzialnych mężczyzn. Nie było takiej pory, żeby nie patrzyli. Rankiem, skoro tylko przetarł się sen, już należało ich cieszyć. Przede wszystkim: budzić się nienagannie. Bez ziewania, powoli rozchylać powieki jak pudełka, w których są schowane brylanty.
Często zdarzały się jakieś sprawy rubaszne: w swoją stronę pociągały za włosy. Pies Topsio wytrząsnął pchły tuż koło krzesła — chciało się sięgnąć za pończochę i złapać. Albo jakiś zapach przypomniał krakowskie dyżury — upaść by twarzą na biurko, płakać!...
Wyklęte zostały te chcenia niechlujne. Warowały po kątach, z rzadka unosząc pyszczki oprzędzione śliną. Jeśli Terenia ku nim odwróciła głowę, mężczyźni krzywili się z niesmakiem.
Hubert często przychodził.
Dzwonek. Zosia mówi: „Owszem. Panienka u siebie". I nic. Nie trzeba wcale, z wypiekami, otwierać szaf i zamykać... Nie trzeba nogą pod łóżko zasuwać starych pantofli, chwytać za puszek, za flakon... Tylko jak przy obudzeniu — dźwiga się powolutku powieki, wyciąga się rękę od błysku paznokci aż szklistą:
 — Dzień dobry.
Gadali — tak sobie. Byle sklecić tę pajęczynę, której może się czepić obecność. Byle uśmiechy do czego miały przylgnąć.
Tymczasem pod skórą — składnie, mocno — mówiły tętnice.
W październiku jeszcze trwało ciepło. Balkon godzinami zostawał otwarty, ciotka przysłała mnóstwo włoskich orzechów i na przystani nieraz jeszcze wkładało się trykot. Marek odjechał do Montpellier, udręczywszy wszystkich kodakiem.
Więc — po południu — zaszedł Hubert obejrzeć te ostatnie zdjęcia.
Przekrawał nożem zielone łupiny; Terenia łuskała jądra, które wyglądały jak posklejane gałązki białego koralu. Fotografie leżały na jej kolanach — Hubert sięgał co chwila; i wtedy zasnuwali słowami pulsy i rozdęte żyły.
 — Krystek ma głupią minę.
 — Cha, cha...
 — Dlaczego dziś z tamtej strony rozdział?
 — Tak sobie. A ja wolę, że Madzia utleniła włosy.
 — Proszę. Ten będzie pyszny.
Włożyła między wargi Huberta oleiste korale, pachnące Fol Aróme'em.
 — Klodzio wygląda, jakby na jednej nodze.
 — Gdzie, pokaż...
Wstał. Jego serce zatętniło przy ramieniu wioślarki.
 — O, tu. Patrz...
Sucho się stało w ustach. Gdzieś blisko pocałunek, jak owad, rozrywał oprzędy, wypełzał na cierpkie powietrze... Powieki omdlały. Zanim westchnienie zdołało piersi napełnić słodyczą, coś obcego spadło między zęby, jakiś płatek śliski o nieprawdopodobnym smaku. Dość długo ta rzecz trzymała szczęki w rozwarciu, przygniatała język... Wreszcie Terenia odepchnęła ciężar — wargi jej odzyskały samoistną słoność.
Biedna gąsienica leżała zgnieciona. I to był właśnie pierwszy pocałunek.
Nastały deszcze.
Profesorowie niektórzy ogłosili wykłady. Chodziło się z indeksem, z nowymi brulionami. Wszystko było inne, do jagiellońskiego wzoru wcale niepodobne.
I gdyby nie Arbiter — żadne włókno krakowskie nie przeplotłoby chyba tych dni.
On jeden nie zgasł ani nie opadł wraz z liśćmi.
Kiedy historyczne ogłaszano sprawy (Macchiavelli podobno dwie nowele napisał, i prawo magdeburskie zaciążyło nad pruskim kodeksem) — wtedy Kawaler Indifferent znowu czar czynił zamszowych rękawic: sławił, ku wielbieniu podawał Mikołajową Anusię. Bo na rycerskim sercu wycałowała sonety. Zwracał w prawo i w lewo siwiejące skronie, ważył na platynowych szalkach sprawy niepotrzebne.
Aula wzbierała krwią — słowa czerwone oplatały ten ganek, jeszcze daleki, który kiedyś się ukaże na skręcie.
Tylko to jedno echo lubiła Terenia przywoływać z Krakowa.
Z początkiem grudnia spadły duże śniegi. Hubert naglił, żeby podkuć bobsleigha i żeby szalik do swetra koniecznie był pomarańczowy.
Pierwszy raz na tor poszli we czwartek.
Klodzio już zjeżdżał z Miką. Mówili, że kiepsko — strasznie wyślizgane i drzewo na skręcie po dawnemu przeszkadza. Taki był ścisk — sanki, napierane z tyłu, pędziły z miejsca bez niczyjej woli. Więc jakiś kudłaty stwór, specjalnie delegowany ku temu, wbijał w śnieg drewnianą maczugę; oparty na niej, rozkraczał się poniżej startu. Dopiero kiedy wrzasnął „jazda!" i wyrwał kłonicę sprzed najbliższego boba — spadała lawina kolorów i wrzasku.
Terenia zjeżdżała z Hubertem saneczkami; zatem siedziała ujęta w podwójne kleszcze — nóg i ramion kierowcy. Zimny policzek często dotykał policzka. Zanim jeszcze na dobre ustały płozy, wyskakiwała, bo milion kryształów szalało w jej wnętrzu. Musiała tupać, wyrzucać pełno zdań za głośnych i za cienkich — inaczej przyszłoby chyba płakać albo gryźć korę na drzewach.
Hubert także śmiał się, skośnie uchylając ku skroniom rzęsy, podobne do skrzydełek. Dopiero wśród tej bieli widać było, jakie one są złote i duże.
 — Teresita, zachowuj się przyzwoicie. Powiedzą, że wpadłem w złe towarzystwo!
 — Jesteś osioł.
 — Kto z kim przestaje...
 — Oślice nie drapią, a ja zaraz wydrapię ci oczy.
Bili się śniegiem. Mało brakowało do przejścia na pięści. Ale beret zsunął się Tereni na bakier; czym prędzej wyjęła lusterko.
 — Hub, daj grzebień.
Odsunęła jego twarz, zbyt blisko pochyloną ku swojej.
Przed świętami któregoś dnia była nieznośna w Agrykoli. Ciągle chciała inaczej niż wszyscy. Wreszcie Hubert machnął ręką:
 — To stój i marznij. Pojadę z Madzią.
Wściekły, runął od startu. Zaraz na pierwszym skręcie najechał sztubaka. Aż koło fatalnego drzewa — zamiast hamować, jak nie szarpnie w lewo! Sanki hycnęły — Hubert, Madzia nakryli się nogami — a one poleciały dalej puste, płozami do góry. Ktoś następny — z krzykiem — wyhamował tuż przy głowie Huberta. Inni, rycząc, pędzili na leżących.
Jednak Madzia pierzchła; a Hubert tylko nogi w czas nie zdołał usunąć — palnęli w kostkę obcasem.
Kiedy Terenia podbiegła — był blady. Wsparty o drzewo, masował swój siniec.
 — Psiakrew, to przez ciebie!
"
I aż dziwnie się zrobiło Tereni, że taki wielki zadławił ją gniew. Wcale to nie obeszło, czy tam co boli, czy aby naprawdę śmierć przeskoczyła z łaski pięknego kolegę... Po prostu stało się jakieś bzdurstwo i teraz ten obcy przeklina — śmie wystawiać na ludzi rozjątrzone oczy!...
W karnawale minęły złości. Po sylwestrowym dancingu, który na jednej sali przetańczyli osobno, Hubert nasłał cyklamenów z karteczką: „Psiakrew, przebacz mi nareszcie, Teresito!" Zatelefonowała: „To przynajmniej przyjdź, żebym ci dała w skórę". Za pół godziny już wkroczył i zaraz się skulił, prosząc o bicie. Nie mogła tego zrobić — miał nowe ubranie, a policzki z mrozu różowe jak krem w dziecinnych ciastkach. Ceremonialnie wypili herbatę.
Na bal Sarmatii wypłynęli już razem.
Mówiło się tego dnia przy obiedzie, jak to bardzo zmieniły się czasy. Matka przypominała:
 — Ten wieczór wtedy u Butwiłłów... Mój Boże! Przecież wstało się wcześniej, żeby zdążyć. O ósmej rano już tkwiłam nad Brońcią, czy prasuje nie wyciągając falbanek... Po obiedzie — dla blasku oczów — spałyśmy wszystkie. Matka zaczęła myć się o szóstej po południu; potem my — za koleją. Kiedy nareszcie Franciszek podał salopy — zanim wyszłyśmy cztery, boczkiem, z ostrożna, żeby nie zgnieść riuszek — mieszkanie całe wychłódło i ojciec cylindrem mnie stukał po plecach: „prędzej, bo konie odjadą".
Bal Sarmatii zapoznał Terenię z jej ciałem. Uczynił to lepiej niż sportowe treningi.
Weszła na swoich długich, nie bardzo składnych nogach, przystanęła przed lustrem w hallu: tak równiutko płynęły po bokach ramiona — dwa sztywne strumienie. Głowa na szyi sterczała niewdzięcznie jak tulipan, którego nigdy nie dotknęły pszczoły. I suknia nie była naskórkiem — raczej futerałem bez czucia.
Przyszli późno, bo o dziewiątej jeszcze Terenia miała seminarium słowiańskie. Postali chwilę w progu i Terenia mrugała, nie mogąc chwycić wątku tych kołysów, tej muzyki, tego dusznego blasku. Hubert podciągnął ku skroniom
skrzydełkowe rzęsy, pytająco rozświetlił oczy — chciał tańczyć. Więc położyła dłoń na jego rękawie, a on uścisnął ją tak mocno — jakby wydartą wrogowi. Werżnęli się zygzakiem w prąd gorący, silny i jednak leniwy. Tuż niemal przy skroni podrygiwały plecy z wypukłą brodawką, czyjś oddech nieznajomy rozmiatał meszek na karku. W powietrzu strzępami nosiły się twarze, śmiech, długowłose wachlarze.
Melodia udawała, że mówi. Rzeczy poważne, ponure mówi z naciskiem; a pod czarną skórą tych słów płynie dreszcz, który nic nie znaczy — tylko łaskoce i gryzie. To było tango.
Ilekroć wypadło uścisk rozluźnić, bokiem tylko przylegać do tancerza, symulując — w dwóch krokach — jakowąś ucieczkę, Terenię napełniała wesołość. Natomiast kiedy rytm się odprężał i kroki tężały w miejscu, by za sekundę wrócić — sunąć ku sobie z uporem, zjadliwie nieistniejącą przestrzeń pożerać, wpierać obłąkane stąpanie aż w sam środek ciała, w jego najcieplejszą głębinę — niechęć, na kształt arkusza z blachy, stawała między zieloną suknią a biodrami Huberta.
Jednak męką było nie tańczyć. Kilka razy przechodzili do bufetu. Znalazł się jeden, drugi znajomy; Madzia paliła coś cieniutkiego w jaspisowej obsadce, co wyglądało na żądło w jej malowanych wargach. Terenia nie dopijała kruszonów — saksofon wołał ją po imieniu; zanim uszy pojęły wezwanie, nogi, piersi odpowiadały mową bezgłosą — płynną i niewstrzymaną jak rzeka. Wracali na salę; tańczyli z zaciśniętymi ustami.
Trzeci one step był bardzo krótki; zaczęto klaskać i krzyczeć „mało!" Po chwili jazz zapiał znowu. Terenia wtedy stała przed lustrem. I tam, w tej zatłoczonej tafli, spostrzegła pośród gęstwiny cudzych uścisków — własne, niechybnie własne ramiona, jak żarłocznie oplatały Huberta. Więc przy następnym zwierciadle — zdumiona — znowu szukała siebie. Tym razem poraziły ją oczy. Ogromne, chciwe, a przecież — z wszelkiej siły wyzute. Oczy uśpione w czuwaniu. Nakryła się wstydem, czując, że stopy wykonują pląs natchniony, zupełnie nie znany do dziś.
Wracali autem. Hubert ogarnął, szeptał coś i rzęsami głaskał policzki. Usłyszała wreszcie:
 — Teresitka... Tera... śliczna — cudna — szalona...
Wionęło jasnością od łukowej lampy. Terenia ujrzała twarz
umarłą ze straszliwie żywymi wargami. Te wargi uniosły się ku niej — dwie fale czerwone — i szeptały:
 — Powiedz, że lubisz, że mnie chociaż lubisz...
I dwie ręce chciały z dziewczyńskiego serca wyrwać jakiś strzępek — tylko dla siebie na własność.
Ze strachem spojrzała na bladego kolegę. Zmysły pogasły jak świece.
 — Hubercie...
Ledwie zabrzmiało to imię, Terenia poczuła jego martwotę — obcy przypadkowy dźwięk.
Raz jeszcze w świetle latarni błysnęła twarz mężczyzny. Imieniem przesłonięta była krzywo — jak maską.
Więc dłonie Huberta zostały próżne.
Terenia polubiła wiatr, wilgoć, wyboiste bruki. Lubiła człapać w błocie nieznajomą ulicą. Jak szydła śmigały bokami złe jakieś albo nieszczęsne rozpędy. Przyjemniej było kłaść ręce na śliskim kostropatym murze niż na mięsistym kilimie.
Dziwną rzecz raz odczuła: radość, że płakała kobieta.
Szła sobie Tamką w dół — chciała popatrzeć, jak to tam Wisła krami o kry się czochra, jak kawki na stojący odbywają egzotyczne podróże.
Okna wisiały tuż nad chodnikiem — małe, posklejane latarnie. Waliły się bramy na drogę, za nimi szepty, siurkania i kłęby zgniłej ciemności. Sklepiki na podorędziu: tylko sięgnąć w żółte naftowe ciepło za progiem — dobędziesz ze słoja ogórek, wyłowisz bułkę mularkę, reszty dostaniesz trzy grosze, a zza czerwonej firanki doleci ciężka cholera.
Okrakiem na koźle, dryndziarz jedzie ledwie że ledwie — głowę wsadził pod budę, rechoce, spod mokrej ceraty odzywa mu się chichot, skłębione piski i jakaś jedna tuba, zaprawiona czyściochą.
Facety idą, gwiżdżą. Niektóry łokciem odepchnie — taki śpieszy naprawdę: milcząc, sunie do domu po kapuśniak i głupie dziecińskie pytania.
Za rogiem Dobrej mgła — rzęsy wilgotne niedalekiej rzeki — łaskotała policzki; zapachniało wiejskim chłodem i smołą. Tuż przed Terenią drzwi frunęły z zamka, dzwonek nad nimi zachrypiał — wybiegła dziewczyna. Jak ciężki ogon, powlókł się w ślad odór piwa i złych papierosów. Chustka płynęła, opięta szykownie na rozpartych ramionach, grzywiasta głowa sterczała ku niebu, po flizach klaskały obcasy. I nawet jakieś parszywe perfumki polatywały skrzydełkiem puszystym.
Razem prawie — dziewczyna z Terenią — wkroczyły na bulwar. Wtedy od ściany odstał mężczyzna i nalazł na chustkę. Zwolniła rozpędu — szli dalej stępa, niczym dwa ciasno sprzęgnięte konie. Nagle odskoczyli od siebie: dziewczyna z wrzaskiem tupała kopytkami i bodła grzywą powietrze — on podchodził do niej znowu... powolutku... ręce w kieszeniach... Krzyknęła:
 — Śmierdzielu! Ulem cię czuć!
A mężczyzna, nie śpiesząc, sięgnął do urągliwej szyi. Nagiął do ziemi tę głowę, co sterczała ku niebu — zwisły szykowne ramiona. Pociągnął ją do muru i parę razy przycisnął grzywę do cegieł.
Terenia, mijając, posłyszała zemdlony szept:
 — Jasiuchna — Jasiek — nie bede...
Na kamiennych nogach przystanęła za węgłem. Cisza. Potem klasnęły obcasy. Wyszli z mgły. Nadchodzili, w jeden kłąb czarności spleceni. Kaszkiet wisiał na uchu, chustka doganiała po błocie... Pod latarnią błysnęło białko wokół upojonej źrenicy.
Terenia z sytym uśmiechem wracała Karową do domu.
Ciało pełne było żądań, a świat miłosnego przymusu.
Tę Prawdę niosła skwapliwie między swoje ściany.
RZECZY WAŻNE
I
Rok 
To ciężkie atłasowe mięso — ten sen bez żadnej ponęty ustępował z piersi, odejmował głowie swój ciężar śliski i silny. Powieki pękały jak przejrzałe łupiny — kasztanowa źrenica uchylała się światłu. Terenia poczuła dzień, stojący za progiem koszmaru.
Szerzej otworzyła oczy. Chwilę jeszcze czekała, aż odplącze się serce z żółtych, krostowatych alg... Wypłynęło wreszcie na czyste wody poranku. Wtedy uszy zgodziły się słyszeć nikłe ćwierkanie nadziei.
Skoro jednak odbiegły nieco alarmy tramwajów, musiała owa wróblica — żadną trucizną niestruta — umilknąć. Bo spod bramy niósł się zgiełk bab, stojących w ogonie za mąką — dzień znowu był niewątpliwie wojenny.
W jadalnym ojciec już głośno czytał komunikat. Suwając pantoflami, matka dopytywała z drugiego pokoju:
 — Gdzie, co „grupa wojsk Bieniakonie"? — co ona zrobiła?
Należało ubrać się prędko; przed biurem jeszcze wysłać paczkę do kuzyna Adasia. Matka zrzędziła:
 — A przekręć numer poczty polowej — (jest znowu zmieniony!) — będzie tak samo, jak z tamtą fufajką. Kto inny ją nosi, a nasz chłopczyna dostał zapalenia oskrzeli.
 — Mamo, jest wiosna. Co mu po fufajce?
Matka przystanęła i ojciec łypnął szkłem znad Kuriera. Popatrzyli na Terenię. Potem dwa wyblakłe spojrzenia skierowały się ku dwu oknom. Z sypialni widać było balkon, na którym ktoś śmiesznie młody (albo może zgrzybiały) mimo wszystko zasadził stokrotki. Za szybą koło kredensu przewiewał obłok tak miękki i tak jaskrawy, jak gdyby sam dostatecznie oznaczał kwitnącą sprawę: maj. Nic nie odpowiedzieli rodzice. Jednak ojciec machnął ręką, a matka westchnęła.
 — Dobrze, że ty chociaż odpoczniesz.
Bo Terenia dziś właśnie jechała na urlop.
Całe popołudnie pakowało się kufer. Na wszelki wypadek była mąka z trzech deputatów i cukier, a nawet manna kasza. Przed samym odjazdem przyszła ciotka. Obróciła Terenię do lampy:
 — Pokaż oczy. Pamiętaj, żebyś wróciła nie taka interesująca! Za dużo tych sińców.
Włożyła do neseseru jakieś grube pieniądze.
 — r Pij śmietankę. Z kreskami nie można żartować.
(Pewnie „zegar ze świątynią" sprzedany).
Na dworzec przyszła tylko Madzia w żałobnym turbanie, który z przodu — zamiast piórek — miał ogromne rzęsy. Robiła teraz batiki: wszystkie czaple na nich były smutne, wszystkie Egipcjanki z łzawnicami w dłoniach, bo jej młody mąż Krystek zginął nad Stochodem.
Podarowała Tereni fiołkowy szal:
 — Po zachodzie słońca zaraz go wkładaj. Kryś zawsze mi w Zakopanem kazał szal wkładać po zachodzie.
Pociąg odszedł wolno — ciężki od ludzi zmartwionych.
W pensjonacie Terenia poprosiła o posiłki na górę. Po cóż nudną gadaniną przeszkadzać szczęściu, że o dziewiątej nie siedzi się w biurze, że mleko jest w dzbanuszku, nie w puszce, i że przy obiedzie można nie chandryczyć nad straconym Kijowem? Z niechęcią patrzyła z ganku, jak na łączce przy domu leżakują panny. Pewnie mają narzeczonych na froncie, pewnie są chore z tęsknoty...
Werandowała w kojczyku, między dwiema ścianami z płótna, pod gontowym dachem. Nie otwierała nawet oczu: szum potoku był dość zajmujący — innych wrażeń nie trzeba.
Jednak po dwóch dniach słońce, jak złoty nóż, rozchyliło szczęki samotnicy — uśmiechnęła się. A oczy także zapragnęły pociech. Wtedy niebo i świerki — dwa morza kolorowe — wystąpiły z brzegów, żeby napełnić muszlę, zapomnianą między płóciennymi ścianami. Tegoż wieczoru Tereni ubyło dwie kreski.
Zaczęła myśleć bez wciskania paznokci w zaplecione dłonie, a nawet bez śmiertelnych skrzydeł nad głową.
Myślała tak:
Nie wrócę do Wydziału D. IX. Nie mogę dłużej tłumaczyć z „Lokal Anzeiger" czy „Europe Nouvelle" artykułów o sezonowym mocarstwie. Nie mogę kleić wycinków. Gdybym zobaczyła raz ministra, jak on biegnie - — wzburzony — z moim karteluszkiem w ręku do cudzej ambasady czy do Ligi Narodów i krzyczy: „Nie wolno!"... Albo gdyby przy mnie zajadał swój czarny chleb ten śmieciarz, który kolczastym kijem ze ścieków wyjmuje referaty... Gdyby najnędzniejszy kieł zielony — w moich oczach — urastał z mierzwy, spiętrzonej na biurku — wróciłabym z radością do Wydziału D. IX.
Nie wrócę.
Raczej pójdę do Szkoły Pielęgniarek na Smolną. Nauczą mnie tam, ile razy w ciągu minuty uderzać ma serce człowieka, i co trzeba zrobić, żeby krew zechciała pozostać w rozszarpanym ciele. Gdzieś potem, w lazarecie, zobaczę uśmiech na drugim krańcu roboty — ktoś może przeze mnie ozdrowieje, ktoś inny czysto, bez robactwa umrze...
Tak zrobię.
Od chwili, kiedy zdecydowana została ta sprawa, mniej ckliwe wydały się panny na leżakach i bardzo to zainteresowało, czy jest na dole fortepian.
Terenia powiedziała Jagusi:
 — Dziękuję, moje złotko. Jak możesz tak donieść, żeby nic nie było rozlane? Śliczną masz tę niebieską chusteczkę.
Jagusia zerknęła do lustra:
 — A to az haw z Hohołowa łońskiego rokum dostała.
Potem przystanęła — już we drzwiach.
 — Nie jest ze to panience smutno tak — hale — samej wciąż?
 — E, nie...
 — Bo w końcu korytarza je tarasz. Tam se tyz leżeć można galancie, z kimniebądź po boku.
Po obiedzie Terenia wzięła baranicę, „Żywe kamienie" i jasiek. Nie śpiesząc, nie mieszkając, ruszyła na taras.
Był wielki, pusty, licem do Giewontu. W najbliższym kącie sterczały złożone leżaki, a po przeciwnej stronie jeden stał przepisowo, odwłokiem zwrócony ku Tereni. Wyglądał stary, nieładny, więc wolała któryś ze stosu rozłożyć. Rzuciła baranicę na ziemię, wzięła się siłować, rozginać przerdzewiałe zawiasy. Wreszcie krześlisko grzmotnęło podstawą o deski — płótno zawisło jak trzeba. Przyczepiła więc jeszcze podnóżek i zaczęła się mościć. Po chwili głowa znalazła najwłaściwsze miejsce, nogi spoczęły i rozwarła się książka na sto piątej stronie:
„... herold przybił do muru kościoła pismo z pieczęcią i przytwierdził na nim czerwoną rękawi..."
Książka podskoczyła, łydki opadły — podnóżek leżał na ziemi. Zła — Terenia już miała odplątywać się z baranicy, kiedy zaskrzypiał daleki, odwrócony leżak i czyjeś ciężkie buty pokroczyły ku niej.
 — Ja to pani urządzę.
Szedł porucznik z czarnymi oczami.
Spłoszyła się, zerknęła na boki, jak gdyby uciekać było trzeba. Ale tamte oczy zajęły od razu tyle miejsca między tarasem a wszystkimi granicami świata, że wyminąć ich — w żadną stronę — nie starczyłoby siły.
Przycichła.
Czarne światło, jak zgroza wylana przez brzegi, zastępowało drogi prawe i lewe, błyszczącą falą nakrywało minuty, rosło — póki nie zakołysał się taras, póki przeszłość nie zmierzchła — opuszczony ląd.
„Zaraz będzie zrobione."
Ukląkł, odgarnął baranicę, coś tam zaczepił, coś scyzorykiem śrubował... Nogi znowu leżały wygodnie, dwie obce ręce otulały je, osnuwały, chroniły.
 — Dziękuję.
Ukłonił się, odszedł. Wróciwszy do swego kąta, obrócił leżak odwłokiem do gór, naciągnął koce i jakąś książkę z hałasem ulokował na ziemi.
Terenia sięgnęła po „Żywe kamienie..."
 — Tutaj jest Berent, proszę pani; u mnie. Nie należy werandować z lekturą.
Więc zastrzygła rzęsami, złożyła dłonie, jak we śnie, i tak już leżeli, patrząc na Prawdę — jedyny uśmiech krwisty, który wzeszedł na czarne przestworze i właśnie czerwienią gasił stare słońce.
To leciutkie, nieprawdopodobne nazajutrz już migotało jak ważka — kiedy Terenia zwyczajnie otworzyła oczy. Trzeba było zatem odpędzić zwyczajność: wstać od razu ze skrzydłami, z maleńką niewiedzącą głową, w stu kolorach i z sercem nadzianym na szpilkę.
Ubrała się nie wiadomo kiedy, równo, ślicznie nasmarowała tartinki; nie zjadłszy nic, wyszła — różowa i najpiękniej ubrana. Jagusia zardzewiałym kluczem otworzyła werandę, na której spał kot i muchy ledwie zaczynały pląsy — Terenia pobiegła oglądać, jak wygląda świat, nakryty porucznikowskim spojrzeniem.
Otóż przede wszystkim nic już nie było wyraźne: ani drzewa nie miały schodkowato ułożonych, kolczastych gałęzi, ani trawa zielonym futrem nie przylegała do ziemi. Góry na zachód nie niosły się kamiennymi falami, niebo nie wydymało policzków. Plamy tylko, cienie, smugi, kolorowa miazga, po której chodzi światło czarne i brylantowe jak noc.
Na Krupówkach szyld jakiś wyskoczył na jezdnię. Ledwie złożyło się „Zakopiańska Wytwór..." — chlusnęło diamentami — czarność zatoczyła koło — i szyld utonął w jej lśnieniu.
Gdzie indziej pani — kiedyś widziana w Krakowie — machała rękami pośród zawieruchy trzaskających kulek, Brzmiało to: Dzień dobry! — i dużo, dużo słów celuloidowych. Zanim Terenię zdążyły obskoczyć, aksamitny zalew zagarnął je wszystkie pod siebie.
Skrzydła bardzo zniekształcały spacer. Wyginał się, pędził w zygzakach ku mostkom, łąkom coraz innym — nic stopą nie można było zatrzymać, nic przygnieść własnym ciężarem.
Zmęczona i z pośpiechu aż drżąca Terenia wróciła w południe.
Za klamką był pęczek krokusów.
Jagusia zastukała:
 — Panienka je dziś kompot czy lody?
 — Nie; ja zejdę na dół. Nie trzeba przynosić.
Schody przeminęły jak wstążka. Wiele głosów rozprawiało za drzwiami, a jeden głos miał w sobie żywiczne jądro, gorące; i ten głos tylko można było rozumieć.
Weszła. Gospodyni wzięła ją pod ramię, wodziła od twarzy do twarzy, powtarzając nazwisko.
Odsuwano krzesła. Śmiano się — czyniąc zgiełk beztreściwy, jak to czynią klawisze, uderzane szczotką: pytania, na które odpowiadać nie trzeba, konstatacje spraw nadto oczywistych, życzenia żadnym nie zabarwione sensem — brzękliwe i nieistotne jak szkło.
Gospodyni zawołała:
 — Włodziu, proszę tu bliżej do mnie. Tam siądzie pani; a koło niej — pan Jerzy.
Porucznik zadzwonił ostrogą.
I Terenia zobaczyła, że to imię oblega go ściśle — jest jego skórą i najwłaściwszym kolorem. Ledwie rozchyliwszy* usta, szepnęła: Jerzy. Wymawiając dla siebie to słowo, wiedziała już, że mówi: miłość.
Siedząc przy samym źródle czarnej światłości, Terenia migała skrzydłami, żeby rozpylić swoje sto kolorów, żeby jednak nie od razu zmierzchnąć. Pogadywała zuchwale, a serce — nadziane na szpilkę — udawało, że jest jadowite i że jeszcze potrafiłoby ugryźć. Mówiono o Bakście i o Żabiej Lalce, mówiono o wołyńskich potrawach i które auta nadają się w góry. Nie mówiono tylko o wojnie, bo mały Włodzio już był tego dnia chorągiewki na nową linię frontu przesunął — więc została wyczerpana ta sprawa.
Zabawne nieporozumienia wynikały z rozmowy. Słowo „sałata" na przykład... Niby oznaczało „liść, upstrzony śmietaną", a przecież o wiele bardziej znaczyło: „Ciągle jeszcze jestem kolorowa i zupełnie inna — wcale nie myślę czernieć od tych czarnych spojrzeń". Ale już najwyraźniej to słowo znaczyło: „Kochanie, daj spokój! Pozwól twemu sercu umierać — serca to bardzo lubią i tym właśnie żyją". Podobnych zazębień, niepewności zdarzało się mnóstwo. I w końcu — zamiast „dziękuję" — wychodziło „śliczna", a zamiast gromić: „Cóż to znowu znaczy?" — głowa (mała, niewiedząca, urodzona dziś rano) leciała jak ślepa na gwiazdy porucznikowskiego kołnierza.
Kiedy deser sprzątano ze stołu i tłusta blondynka spytała:
 — Panno Tereso, a pani czy z nami pojedzie?
Żywiczne jądro wygłosiło:
 — Panna Teresa nie może się męczyć. My werandujemy.
Taras okazał się miejscem ustronnym i ściśle przyległym do porucznikowskiego pokoju. Jerzy zjawił się, przełożywszy cholewę przez swój własny parapet. Stąd liczne dogodności, w razie potrzeby jeszcze jeden jasiek, a także schron przed deszczem i — podczas zimna — jakieś doskonałe burki, wojłoki, koniem pachnące dery.
Dachu nie było, więc niebo powinno by wisieć nad tarasem niebieskie czy skołtunione od chmur, wieczorem może brzękające cekinami jak chusta Cyganki. Ale ono nie miało żadnej barwy ani też nie brzęczało. Nawet świerki nie obrzeżały go frędzlą zieloną. Po prostu — nieba także nie było.
n
Taras pływał — łódź bez wiosła i żagli, nakryty czarnym spojrzeniem.
Zdarzały się katastrofy: ktoś jeden musiał zaklinać żywioły, perswadując:
 — Jagusiu, powiedz, że klucz zginął albo że szczury... albo że otwarta gruźlica.
A ktoś drugi załogę utrzymywał w karności:
 — Niech pan mnie nie zjada oczami. Niech mnie troszkę na jutro zostanie.
I prawie zawsze dzwon na podwieczorek wypadał nie w porę. Więc woleli sami ukręcać kogel-mogel. Ta potrawa z dniem każdym zyskiwała na wymyślności. Raz, kiedy na dnie filiżanki zostało już tylko odrobinę, porucznik skoczył — olśniony.
 — Niech pani zaczeka; będzie coś pysznego.
Przyniósł kakao i dosypał troszeczkę. Długo smakowali gęstą, iłowatą kroplę: czy jest od poprzednich lepsza? Innym znów razem doleli ździebko koniaku z manierki. I to już było królewskie. Wylizali do czysta, a później patrzyli łakomie na wargi, ocukrzone tyle esencjonalną słodyczą.
Terenia skrzętnie dbała o połysk łyżeczek, o przejrzystość szklanek. Z wieczora zamawiała jaja, liczyła w kuferku biszkopty: na ile dni jeszcze starczy. Jerzy przechowywał kakao w szafie — w suchości, żeby nie wilgotniało. Koniak się skończył, ale podobno gdzieś w płaskiej flaszce błyszczała jeszcze starka domowa.
Czasami leżaki już były rozstawione i ten fantastyczny podnóżek ani śmiał zadrżeć... Porucznik przygładzał włosy — dwie strugi stuprocentowej czarności spływały na pannę jak dwie rozkochane kobry — nagle zrywał się spod dery:
 — Ach, nasze gospodarstwo!
I przesadzał parapet.
Terenia przymykała oczy. Napełniona pragnieniem domu we dwoje myślała:
 — Ach, nasze gospodarstwo...
Któregoś dnia porucznik sięgnął do kieszeni na piersiach — wyjął inny portfel, wymięty, ze zrudziałej skóry. Rozkładał kartki, papiery z ważności aż żółte, jakieś stemplowane książeczki. Wreszcie ujął ostrożnie niewielki kwadracik: patrzył z uwagą i z uśmiechem. Po chwili wyciągnął rękę:
 — Proszę popatrzeć. Tak u nas było...
Spojrzała: rodzinne zdjęcie na gazonie. Dużo psów, dzieci obrażone, siłą wyrwane z gumna czy z wujowskich siodeł, przyczesane naprędce; pośrodku — ławka ze starszyzną.
Pan w kitlu, z brodą; pani — maleńka staruszka, surowo, z niepokojem wpatrzona w obiektyw. Kilku pejczowatych kuzynów, ciotka — tłusta, z wielką kameą w żabocie, i dwie panny. Jedna rurkowana i jedna ? — wzór dziewic. Między rąbeczkami fotografii zamknięte powietrze chlebne i rezedowe, nadziane głosami drobiu, bydła, dzieci i zwiędłych, lekkostrawnych uczuć.
Obracając kwadracik, Jerzy westchnął.
Zaś Terenia poczuła, że taras ? — łódź bez wiosła i żagli — płynąć by winien ku rodzinnym gazonom.
Niebawem kreski opadły na dobre. A świat, zalany czarnym spojrzeniem, odzywał się jednak z ledwie widzianego brzegu. Pan Kowalewski przyszedł z wizytą. Wypytywał się o Adama, kazał koniecznie w listach ucałować rączki, prosił na podwieczorek do mamy. Mieli własną willę i konie.
W dwa dni później zaszły te konie. Terenia wsiadła pierwsza, pan Kowalewski przyciężko skoczył za nią. Ruszyli. Odwróciła głowę: na tarasie stał Jerzy — kapitan opuszczonej lodzi.
Spłynęły na Terenię fale czarności tak ciężkie, takim zaprawione gniewem, jakby sam Wróg uderzył porucznika.
I teraz szukały oczy, kogo by ukarać, jaką by za to wychłostać kobietę.
Nigdy już potem Terenia nie jeździła do Kowalewskich. Skrawek obcości, wyłoniony z czarnego zalewu, okazał się widmem krzykliwym, pozbawionym sensu. I dłoń Jerzego, wyciągnięta z pokładu ku wracającej — ta dłoń była sroga.
Przy kolacji krzesło sąsiada zostało puste. Także blondynka i fabrykant likierów świecili nieobecnością.
Mijała późna, cicha i zjadliwa godzina, kiedy przeszli wszystko troje pode drzwiami Tereni, śmiejąc się, wygwizdując bostona. Kilka najgorszych minut nadciągnęło w ich tropy. Kolejno — po jednej — przebijały ciało, póki łzy, jak śmiertelne poty, nie wystąpiły na twarz; i ktoś zastukał w tej chwili. Zgubiona w cierpieniu, Terenia milczała. Jednak drzwi ustąpiły: wszedł Jerzy — ponury, w galowym mundurze.
Nie znali żadnych słów takich, żeby je tu można było powiedzieć. Żeby — leciutkie, najpełniejsze, słodkie i gorzkie zarazem — niczego nie strąciły, wszystko w sobie zamknęły, żeby nasyciły na wieki, głód wieczny odsłaniając dwojgu.
Jerzy chwycił panieńskie piąsteczki, bez żałości patrzył na mokre źrenice. Płakały — ukarane za mało. Nie wyrywała rąk cierpiętnica; trwały uległe w tym bolesnym uścisku. Serce nawet — przebite bez winy — drgnęło radośnie na swej małej włóczni: oto mściwa dłoń porucznika dosięgła wreszcie Niczyjej Siostrzyczki.
Wkrótce zaniedbali taras. Pozostał jako ich dom, pływający bez żagla, zmyślone ich gospodarstwo.
Chodzili do bliskich dolin i najwięcej lubili Olczyską. Była taka puszysta, miękka jak wielkie gniazdo: gdziekolwiek się przyległo, trawy pierzastym kręgiem stawały dokoła i nieraz jedno cieniutkie źdźbło na dwoje przekrawało słońce.
Bardzo wiele rzeczy musieli sobie powiedzieć. Niezliczone zajścia śmieszne i przeraźliwe, mięsne i kwiatowe gusty, głupie niechęci, zachwyty nie wiadomo, z jakich źródeł zjawione, obserwacje, które dawno czekały wyrazu, zapomniane strachy — wszystko musiało wybrzmieć, strumieniem poufałości przepłynąć między nachylonymi głowami.
Druga jeszcze sprawa nigdy się nie dawała wyczerpać: patrzenie.
Oto takie słowa — lśniące płateczki — fruwają na wargach; a inne zsuwają się z zębów śliskie i zimne jak węże. Są uśmiechy, które lecą od razu na usta, całują je, namaszczają czymś poziomkowym. A tamte znowu — od rzęs, skroniami, ku szyi — bywają gorzkie od mięty, od wonnego piołunu. Serce od nich cierpnie, igiełki godzą w piersi i zdaje się, że ciało rozbłyśnie czerwienią jak liść pod krwawą rosą.
Trzeba spamiętać, że właśnie tak rozchylają się nozdrza, że brew prawa lubi falować, nakryta kosmykiem, a lewa chętnie opada. Że rękaw jest szorstki, ściśle wypełniony czymś gorącym, sprężystym, że policzek nad kołnierzem najpierw obiecuje słodycze, a potem — bliżej warg — mierzchnie, zachodzi srogością.
Ta twarz — wśród agatowej czerni — świeciła. Ona jedna — ognisko wszystkich blasków, tarcza wszystkiej siły — twarz najdroższego mężczyzny.
Czerwiec już był, w zieleni i złecie głęboko utopiony, najcięższymi fałdami czarnego spojrzenia zasnuty.
Jerzy i Terenia nie witali się z sobą, nie mówili „dobranoc". Przestali dnie liczyć na godziny, wino na pieniądze. Jakieś listy przychodziły do nich, które leżały po kątach — 
martwe, żadną ludzką nie znaczone literą. Jacyś znajomi mówili zdania łaskawe albo jadowitsze od grzybów. Te zdarzenia nudnymi kroplami padały na szybę.
Co dzień chodzili do Karpowicza na potrawę z raków i na tokaj, który nazywał się Aschu. Pili cały świat w kryształowych kieliszkach, a potem liczyli wszystkie razem pieniądze: i te z jedwabnego worka, i te z portfelu, i jeszcze te drobne z kieszeni.
Kiedyś fotografowali się na Krupówkach u Stefy. Nazajutrz retuszerka podeszła do Tereni w kościele.
 — Pani dobrze. Ale narzeczony trochę się poruszył.
Terenia żywo spojrzała jej w oczy: poważne, zwyczajne. Więc uklękła czym prędzej i zmówiła modlitwę, żeby śliczna nazwa pomyślnie służyła Jerzemu.
Skończywszy, wracała do willi. Porucznik spacerował przed domem, niespokojny, tygrysimi krokami. Wzięli się pod ręce. Nigdy puchowa chustka matczyna, która tyle utuliła, szlochów, nie była tak ciepła, jak ten uścisk leciutki. Bardzo zdyszani weszli na piętro po schodach ze złota i z miękkich stokroci.
Jakoś tam, którędyś przeniknęli na taras. Stanęli tak blisko siebie — tak straszliwie blisko... Że nic już nie znaczyła suknia, skóra, i nawet żyły, i nawet te dwa serca. Bo krew była jedna — bo krew była zmieszana. Czyści i pod niebo bijący, błyszczeli wśród letnich kolorów jak źródło szkarłatu.
I wtedy właśnie stał się ten fenomen: jakieś ciepłe, najpiękniejsze stworzenie ożyło naraz w obojgu. Jedwabnym przelotem wyfrunęło na wargi i tam — zachwycone — drżało.
Pieścili je ustami, póki starczyło tchu, póki w sercach starczyło czułości.
Wreszcie usta osłabły — i drobiazg prześliczny odleciał.
Terenia przysiadła na drewnianym zydelku — spod ciężaru błogości wyjrzała ku ramionom, zawsze w jej stronę zwróconym. Później ku oczom. (Było ich nie dwojfe — była ich sieć cała czarna, jaśniejąca, szczęśliwa.) Patrzyły na nią.
Jerzy pochylił się. Powiedział. Bliziutkie słowo, które wziąć można do ręki, po uśmiechu rozpoznać... Słowo ważne, najceerwieńsze na ziemi: kocham — krwawe i wonne jak róża.
Zapragnęli wszystko wiedzieć o sobie. Już nie te kochane bedurstwa: co lepsze — kawior czy mamałyga, który wuj jakie lubi cygara, czy można psa kochać więcej niż człowieka ani też czy suknie niebieskie są ładne.
Zapragnęli, żeby odkryły się myśli najrdzenniejsze, w samym szpiku kości pacierzowej ukryte - — żeby się one przemieszały jak krew. Więc mówili o życiu we dwoje, o kobiecej tkliwości i o męskim wytrwaniu; o rodzicach, o wojnie i swoim narodzie.
Jerzy z męką te myśli wywlekał na wargi: były weń wrośnięte razem z żebrami — twarde, zupełnie świata nieciekawe. Wyszły z łona matki i chciały we wnętrznych głębokościach zostawać, póki w grobie nie rozsypią się w proch.
Terenia — przeciwnie — w miarę jak z niej ulatywały gorące, najwstydliwsze zwierzenia, czuła smak rozkoszy w ustach i w sercu tym obfitszą gotowość.
Chciały spotkać się ze sobą myśli twarde, pełną wagą ku ziemi ciążące — i myśli puszyste, wytężone w niebo. Parły ku sobie, wśród czerwonego zamętu krążyły — śmiertelnie wzajem rozkochane i żadnym nie sczepione włosem. Krążyły w pilnej udręce, póki nie nakryła ich fala czerwona, póki nie złączyły się usta.
Kiedy pocałunek wracał w swoje dwa łożyska, myśli — te twarde — leżały jak żużle, a te puszyste — jak umarłe liście. Narzeczeni z niechęcią patrzyli na oporne śmiecie.
Pod koniec miesiąca Jerzy przyszedł do Tereni zaraz po kolacji i już we drzwiach chciał powiedzieć to straszne.
Terenia wygiąwszy spojrzenie, śledziła spod oka, jak na jego wargach pęcznieje obmierzła wiadomość. Zabroniła sobie. Zabroniła jemu wiedzieć o chmurze. Była w najmilszej granatowej sukni — w sukni, którą kochali. Stanęła między porucznikiem a wojacką pogodą: zatoczyła biodrem, rzuciła ramiona nad głowę, nakryła się rzęsami, rumieńcem, obawą.
I Jerzy przełknął wiadomość.
Przytulił drogie ciało — całował.
 — Powiedz, Teresieńko, gdzie my będziemy mieszkali?
Miasta prawdziwe z kominami i z pomnikiem na skwerze,
miasta ze snu, całe w kamiennych koronkach, ulice ledwie dostrzeżone z pociągu; wsie — dziecinne obrazki, wsie — wakacje i wsie Skoczylasa, Ziomka...
Okręty...
Obłok pstrokacizny przepłynął pod czaszką. Chciało się którąś z tych plam zatrzymać, w jakieś zwidziane okno oprawić twarz najdroższą. Jednak nie dawał się obłok przymusić i wszystkie okna pękały wokół świecącej tarczy.
 — Ja nie wiem, gdzie my będziemy mieszkali...
Całował maleńką, niewiedzącą głowę.
 — Powiedz, jak będzie się nazywał nasz synek?
Imiona słodziutkie, imiona święte, srogie, romantyczne; słowiańskie i obce. Imiona — pieścidełka dla tłustych rączek, imiona — wieńce, imiona — miecze; nazwy, złożone z samych głupich literek i inne, napuszone jak sowy — latały w pamięci. Wszystkie oznaczały ludzi czy niemowlęta, ale żadne nie umiało przylgnąć do twarzy synka, którego nie będzie.
 — Nie wiem, jakie imię dać naszemu synkowi...
Jerzy całował skrzydła w granatowych rękawach.
 — Powiedz, czy do śmierci tak się będziemy kochali?
Dni „deszczowe i ponure" przewiały mokrymi szarfami — 
dni przyszłych smutków; dni upalne, podobne ćwierkającym cykadom; lata złote od pieniędzy i lata ościste od nędzy, wzdęte żółcią, jak stare wątroby; miesiące, rozwleczone na siwe pasma; a także godziny w paradnych szatach i wieczory w nasyconych ciszach. Noce swoje i cudze...
Nadciągało życie — to, które będzie. Nie prowadził go Jerzy na smyczy.
 — Nie wiem, czy my się będziemy kochali.
Głębiej wbił Prawdę w nie wierzące serce. Kaleczył je i poniewierał ostrogą. Na zębach błyszczało „kocham" — krwawe, wonne jak róża.
Siedli po osobno, patrzyli na siebie. Tymczasem głód jak stalowa sprężyna wstawał na dnie miłości. Płatek za płatkiem, podnosił uczucia jedwabne, póki nie wyfrunęły w szeptaniu. Zostało samo zabójcze ostrze.
Wtedy Jerzy podszedł do Tereni. Zerwała się z krzesła, dziesięciorgiem szponów uchwyciła szorstkie ramiona — piersią w pierś, biodrami w biodra wrastali bez miłosierdzia. Jednak noże coraz wścieklej ćwiartowały wnętrzności; oczy, nozdrza, zalane posoką, próżno szukały ratunku. I serce nie mogło już tego szaleństwa ogarnąć. Taka ogromna rzecz rosła między czterema ścianami, że nie stawało już płucom powietrza ani nerwom dreszczu. Pokój ustępował, jakieś sprawy gładkie rozpękły na dwoje i śmierć stanęła w szczelinie.
Wypadli na korytarz; spiesznie, czym prędzej śpieszyli do swego domu, pływającego bez żagla. Zagasić ogień, rzecz ogromną pomniejszyć przez śródgwiezdny strach.
Stanęli pod niebem. Noc od nich zrobiła się czerwona, gwiazdy nabiegły krwią. Ale zbójeckie ostrze sfolgowało w morderstwie i oczy przeschły z posoki.
Zobaczyli twarz Marsa, który był ich bogiem.
Ołowiane, ciężkie nazajutrz już błyszczało jak szrapnel, kiedy Terenia sięgnęła po zegarek. Trzeba było zatem odpędzić ważkę z nierozumną głową i serce — zdjąwszy z włóczni — wziąć, umarłe, do ręki.
Jerzy czekał pod drzwiami. Zła wiadomość ziała ze składek munduru. Poszli na taras. Rozłożyli leżaki, porucznik wyniósł szklankę, łyżeczki, kakao — zmyślone gospodarstwo. Ustawili statki i długo mościli posłania. Ale nie było dery, pachnącej koniem, nie było także burki.
Terenia zajrzała przez okno: w pokoju Jerzego materac okazywał włochate brodawki — na podłodze leżał tobół, ściśnięty rzemieniem. A więc na żołnierskich trokach już siadło to straszne i kostropate palce wysunęło na taras.
Schyliła głowę, bo wszystko pod słońcem wskazywało na katastrofę. Jerzy podszedł; przycisnął policzek do szorstkiego sukna: tamto serce pędziło ku swoim krwawym dziejom.
Spytała:
 — Dlaczego?
Sięgnął do kieszeni na piersiach, wyjął inny portfel — wymięty, ze zrudziałej skóry; z tego portfelu — depeszę.
 — Patrz, Tereniu. To rozkaz.
Czytała długo. Dotykała tych słów paznokciem, oddechem; .zamykała oczy, żeby — kiedy znowu otworzy — już nie zobaczyć. Żeby sczezły klejone litery, żeby je tymczasem zagładziło spojrzenie Jerzego.
Ale one ciągle zostawały te same.
Wybuchnęła gniewem: szepcąc najsroższe zaklęcia, szarpała przeszkodę. Dłonie, jak jedwabne plasterki, przykładała do papierowych rozkazów — przeszkoda o włos nie popuszczała z mocy. Wtedy, zasłoniwszy twarz, Teresa płakała głośno.
Na ostatnim rąbeczku szczęścia ogarnął ją Jerzy ramieniem — całował „przesadzone" palce i uśmiech „bez pojęcia".
 — Wrócę, Teresieńko. Ty musisz być moja.
Było gorąco. Dzień ledwie dychał jak usypiająca ryba. Od czasu do czasu drobne obłoki ziewały nad głową, a niel"" marszczyło się w leniwym dreszczu.
Terenia także pragnęła ziewnąć, zapomnieć, obandażować snami ranę w tym czerwcowym dniu. Nie chciało się już płakać.
Bo nie ma łez dość gorzkich na opłakanie razłąki. I nie ma źrenic dość wielkich na zamknięcie żalu o zdradę. Serce umarłe niczemu nie może zazdrościć.
Pasikonie, śmieszne żuki z rogami na nosie, rzępoliły na suchych badylach. Sen uciekł przed ich natrętnym żebractwem. Terenia patrzyła na świat, któremu odjęto agatowe spojrzenie: płynął blady między niebem bez blasku i ziemią bez chleba. Wytężyła ucho. Poprzez owadzi jazgot doleciał ją brzęk ostróg, kroczących ku Wojnie.
Łuna padła na fotografię z rezedowym powietrzem. Terenia trzymała porzucony kwadracik. Wchodziła nieśmiało na gazon, kłaniała się starszyźnie, uśmiechała do dzieci. Patrzyła, gdzie by tam zmieścić to ogromne, co urosło między świerkowymi ścianami... Na którym ganku opleść słowo najczerwieńsze na ziemi?
Rąbeczki zasklepiały się ciasno — a głosy drobiu i bydła odpychały miłość ciężką od gwiazd, od chwil, których nie będzie.
II
Rok 1925 
Teresa pracowała w Wydziale D. IX.
Ojciec był stary i coraz mniej przyjmował klientów. Matka przestała lubić kwiaty. Troszczyła się tylko o to, czy piece nie dymią: araukaria miała trzy zaledwie korony, a fikus usechł.
Madzia została girlsą w Perskim Oku, bo moda na batiki już przeszła. Adam kończył prawo, dobra ciotka umarła.
Wracało się do domu o czwartej i zza otwartych drzwi gabinetu widać było ojca, jak bezczynny siedzi w fotelu. Słysząc ruch w przedpokoju, wyciągał w stronę biurka ręce tępe i blade: zaczynał tasować, przekładać, wygładzać papiery.
Wkrótce wołano na obiad.
Rodzice spoglądali na Terenię, czekali, że powie coś ważnego, co jak żywa ryba zatrzepoce na środku stołu. Niezadowolona — milczała. Albo mówiła o kaprysach maszynistek, o palcie referentki szwedzkiej, o wyjeździe szefa. Potakiwali głowami, uśmiechali się nawet i pytali o dalsze szczegóły. Ale ich oczy zwrócone były na wewnątrz — na myśl, która tam, podobna skrzepowi, tamowała życie.
Terenia najchętniej zamykała się w swoim pokoju. Ścierając kurze, Zosia nadawała sprzętom niewłaściwe miejsca. Więc przede wszystkim należało przywrócić, porządek. Potem — między pawim piórem wetkniętym na nowo za kilim i krokodylem przeniesionym z biurka na stolik — siedziało się tak spokojnie, jak na znajomych gzymsach siadają gołębie. Różowe ściany obiegał wieniec ten sam, co za dni freblowskich. Plamę na biurku zrobił sąsiad Stefanek, kiedy po chorobie przyszedł i zajadał owoce; to było w trzeciej klasie.
Wśród migotania fal zimnych i ciepłych, wśród wiecznego przepływu godzin, pokój trwał — na równi z górami.
Miał swoje własne powietrze; inne niż w całym domu. Pachniał lewkonią, tarasem, końską derką i Wydziałem D. IX.; pachniał dyżurem w „Płomieniu", Prawdą i gdzieś po kątach pachniał Fol Aróme'em.
Wieczory rzadko mijały wśród ludzi. Bo kobiety zawsze chciały słyszeć rzeczy, których lepiej nie mówić nikomu, a mężczyźni, patrząc na usta — zamiast słowa — widzieli pocałunek.
Jednak u szefa wypadało bywać na wtorkach.
Przychodziły tam panie — ampułki, napełnione wiedzą. Promieniały. A skoro ktoś nachylił ucho, przelewały w nie balladę o tym, jak szatańsko rozwodzi się wiceminister. A także panie strojne, które umieją być widziane i en face, i z profilu przez panów, odwróconych plecami. Panie, poszukujące szóstego dziecka do kompletu rytmiki — zatroskane, bardzo świadome zbawienności solfeżu. Panie z podwójnym nazwiskiem: jedno w pyjamie i jedno dla prasy. Panie wiecznie spóźnione, jeszcze na sto herbat spieszące, i panie, którym — przed godziną dancingu — „wszędzie jest smutno i wszystko im jedno".
Panowie przychodzili — do pary. Tacy, żeby było komu opowiedzieć szczegóły, i tacy, żeby creation Drecoll nie „więdła w ustroni". Tacy, żeby wzorowa matka mogła męża wzorami ojców budować. Żeby jedno z nazwisk bywało przemilczane. Żeby się musiało od kogoś uciekać; i z kim innym po angielsku niknąć.
Szef lubił Terenię. Mówił o niej: szlachetna cudzoziemka. (Chociaż zagranicy nie znała). A jego brat to był Kazio — ten, co w Krakowie propagował pacyfizm i obwoził Wandę tramwajem. Więc Terenia wikładała kapelusz z krossami — „uczęszczała" na wtorki.
Tam właśnie — Mazowiecka 13 — ocenić się dało to malutkie uczucie: satysfakcja. Kazio tylko Tereni doradzał likiery. A kiedy zimny krążek obcości otoczył krzesło i nie wiadomo już było, czy oznajmiać, czy błyszczeć — podrzucał zawsze jakieś słowo nadzwyczaj przydatne.
Nigdy wysortowana nie wracała do domu.
Terenię w tych czasach dotknęło nieszczęście: matka traciła czucie w prawej połowie ciała.
Kiedy się to zaczęło atakiem, rzecz miała pozór przykrości, nocnej niewygody, zbyt głośnych, to znów za cichych telefonów. Terenia, na wpół obudzona, rozcierała stygnące kończyny, liczyła krople: a ojciec bardzo długo dopinał kołnierzyk. Nie chciało nic z miejsca ruszyć — i jednak trwało wrażenie, że zaraz się przecież ten majak niedorzeczny rozstąpi; że prawdziwe światło obejmie przedmioty, światło elektryczne, a nie fosforyzacja koszmaru.
Potem doktor napisał recepty, przycisnął je suszką z jeleniem. Matka wyrzuciła z siebie pierwszy bełkot, który ją samą ucieszył. Pewnie to było jakieś słowo trudne, od lat pęczniejące w krtani. Nareszcie można je było — zepsute — usunąć i czyściej, przestronniej zrobiło się w schorzałym ciele. Usnęła.
Zosia płakała. Cichutko nakrywała do stołu, bo dzień nastał, a nawet późna, słoneczna godzina. Ojciec siadł w salonie. Bez końca przecierał okulary, jakby miał zamiar włożyć je zaraz — czystsze niż kiedykolwiek w życiu — i zobaczyć prawdę.
Należało właściwie rozpaczać. Należało mieć myśli zabite prawie do ostatka — ledwie po brzegu zróżowione wiarą. A przecież Terenia poszła patrzeć, jak miarowo unosi się kaftan na chrypliwej piersi, poszła przy łóżku uklęknąć i zaciskać wargi, rozdygotane ze szczęścia. Bo doktor powiedział:
 — Może być rosół, mogą być owoce... Ubrać i co dzień próbować chodzenia.
Matka żyła. Miała jadać owoce, siedzieć na balkonie.
Jakież znaczenie mogły mieć trudne słowa wobec tych łatwych niezawodnych słówek?
Wiele czasu odtąd trzeba było spędzać przy chorej. Z połową nerwów zamarło dla niej pół świata. I to ten dalszy świat, co się zaczyna za domem, a czasami za niebem — ten świat właśnie sparaliżowało matce. Natomiast ów bliski, określony drzwiami, powonieniem, smakiem — zyskał wymowę dwa razy jaskrawszą niż dawniej. Jakiż stał się wielobarwny stuk tasaka za ścianą! (Czy to cebula, czy mięso? A może jaja do farszu?) Masażystka znała tysiące dotknięć ciepłych i miliony zimnych — każde grzało i chłodziło inaczej. Wielki palec u nogi wyrósł na potężną osobę. Patrzyło się nań z modlitwą: może dziś znowu zechce drgnąć i obudzić nadzieję... Doprawdy, oceanem błogości umiało być prześcieradło!
Mnóstwo gazet znoszono do domu. Terenia oznajmiała, co będzie w teatrze i jakie panie nieznajome umarły. Albo o wyspie karzełków za dwunastym lądem. Matka uśmiechała się wdzięcznie. Ale kiedy myślano, że właśnie bardzo jest wiadomością wzruszona — przerywała nowym, bełkotliwym głosem:
 — Pewnie muchy włażą mi w kompot. Idź popatrz — stoi na oknie.
I Terenia biegła — tak samo niespokojna do głębi. "
Wśród nieustannych drobniutkich zabiegów koło jadła, poduszek, koło wielkiego palca i małych rozkoszy — ona także polubiła życie.
Raz, w chwili prześciełania — przyszedł Kazio — brat szefa. Kazano mu czekać w salonie. Ale on odezwał się nagle tuż za drzwiami sypialni:
 — Panno Tereniu, ja pomogę. Czy dobrze?
Wszedł. Zanim zdołały powiedzieć:
 — Ależ, panie! Nie trzeba...
Ujął matkę tak mocno, że prawie w powietrzu przepłynęła do łóżka. Potem pomógł jeszcze nogi ułożyć.
To wtargnięcie i ten prosty, zbawienny z męskiego ramienia użytek zadziwił Terenię — bardzo zastanowił.
Rozmawiając z Kaziem w salonie, myślała: „A więc można tak zrobić... Najpierw na fajach doradzać likiery, w zimny krąg podrzucać jakieś przydatne, dość zabawne słowa, a potem — bez stukania — wejść tam, gdzie jest choroba, i męskim ramieniem dopomóc".
W Wydziale D. IX trwały papierowe prace. Terenia redagowała komunikat dla prasy. Był to proceder drobiazgowy, kuchenny — zbliżony do wypieku mazurków.
Najpierw gromadziło się materiał; rozkładało na garście. Osobno wycinki, osobno referaty wewnętrzne i raporty poselstw. Potem szło odrzucanie łupiny, selekcja. Kiedy już tylko jądra i przesiana mąka zostawały na stole — należało odmierzyć proporcje. Na maszynę sypała Terenia samą czystą treść, która w postaci masy płynęła niebawem spod remingtonowskich siekaczy. Wreszcie szapirograf odbierał surowiznę na kleistą brytfannę; tam komunikat pęczniał w setki egzemplarzy, póki — gotowy — nie zaległ portfelów i biurek.
Tę oto gospodarczą czynność doprowadziła Terenia do doskonałości. Komunikat stał się produktem okazowym Wydziału D. IX. Z najświeższych materiałów dobrze wypieczony — zaledwie popytowi mógł sprostać.
To jednak cieszyło Terenię. Nieraz — w domu albo na spacerze — obmyślała bardziej ekonomiczną czy wyrazistszą kombinację składników; wprowadzała smak nowy, pragnęła czas fabrykacji okroić.
Tak — zasklepiona w mechnizmie roboty — mogła zapominać, że ze swoim bibulastym warsztatem stoi na rąbeczku godzin — tam, gdzie pracują siostry.
Pogardzone, choć dzielne są ich ręce.
Kazimierz czasami — po drodze z redakcji (bo był dziennikarzem) — zachodził do biura. Wracali wtedy razem. Jeżeli Terenia tego dnia miała dużo angielskich tłumaczeń albo stenogram u szefa — milczała. Szli, patrząc na wystawy i mrugając do słońca. Na jezdni chwytali się pod ramię. I to milczenie — zamiast być ciężkim kwiatowym zapachem — było wodą, która orzeźwia naskórek.
Zdarzały się przecież powroty gadatliwe. Kazio odwalał redakcyjne kawały. Wspominali Kraków. Mówili śmieszne rzeczy o wspólnych znajomych i naprawiali posunięcia ministrów. Przed bramą stali jeszcze długo, zanim trafiło się zdanie, po którym można już odejść. Terenia otwierała zatrzask, zdejmowała okrycie — zdziwiona, dotknięta tym nawet, że obok jej kapelusza borsalino Kazia nie zawisa na kołku. I że dziennikarz razem nie siądzie do stołu.
Pod koniec lutego mokre były pogody. Więc kiedy raz kolega wstąpił po Terenię, ledwie dobrnęli do rogu i wsiedli w dziewiątkę. Właśnie dzień mijał bardzo męczący. Nie chciało się opowiadać urzędowych nowin, nie chciało się słuchać o premierze w „Polskim". Jakiś pan obok szeleścił gazetą, dokuczliwie sapał. Terenia poczuła śmiertelne skrzydła nad głową: myślała znowu o mierzwie, spiętrzonej na biurkach, o tym, że nigdy kieł zielony nie urośnie z jej trudu. Serce opadło nisko i żadna gwiazda nie stawała w piersiach. Dojeżdżali do Chmielnej.
Nagle pan z gazetą ryknął:
 — Co?! Antoni Gasztowt? Podpisali wymianę?! Matko Ostrobramska!... Panie konduktorze, proszę zatrzymać! Błagam pana, błagam... Jaż muszę do żony. Toż syna naszego puszczają!
Machał „Kurierem", rozpychał stojących i właśnie dopchał się do wyjścia, kiedy tramwaj zwalniał. Ludzie żartowali z grubasa, spoglądali na siebie z uśmiechem — blask tamtej radości napełnił wagon po wręby.
Terenia pytająco spojrzała na Kazia.
Powiedział:
 — Przecież to pani wiadomość. Dzisiejszy komunikat: wymiana jeńców między Sowietami a Polską.
Spłonęła. Wielkim światłem zapaliła się cała. Więc oto na mizernym rąbeczku wyrosła ta rzecz ważna — jakaż świeża, zielona! — że ojciec powziął pewność odzyskania syna. Z bibulastego warsztatu frunęły te siostrzane liście ku matce, utopionej we łzach. Frunęły bez zwłoki, w sumiennej, najwcześniejszej porze.
Kazio nachylił się ku Tereni i ucałował jej palce.
Okazało się któregoś wieczora, że Anatol — prezes krakowskiego „Płomienia" — umarł w szpitalu z gruźlicy, zdobytej na wojnie. Napisali o tym koledzy i w Kurierach nawet wydrukowano pochwałę życia, które — pięć lat temu — naruszone już zostało w okopach.
Miało się odbyć nabożeństwo żałobne.
Nazajutrz Terenia kupiła kwiatów. Same lewkonie... Poszła na ostatni dyżur przy zgasłym „Płomieniu".
Pośrodku krypty wysoko stała trumna, nakryta różami. Zmyślona trumna, bo nieboszczyk od miesiąca spoczywał w Krakowie. Wielu znajomych zstępowało po schodach: ze światła przychodzili w podziemie, jakby pragnęli zniżyć się na chwilę — trochę potowarzyszyć zmarłemu w tej jego nowej ciemności.
Ksiądz, podobny do ćmy, szeleścił ornatem; zginał i rozchylał przed Bogiem grzbiet czarno pręgowany. Chłopczyk w koronkach dźwigał wielką księgę na lewe, to znów na prawe skrzydło ołtarza: celebrans — zarówno prawym światom, jak lewym — ogłaszał łacińskie wyrazy.
Ludzie wciąż napływali. Ale nie wszyscy do Anatola śpieszyli: wiele osób mijało katafalk, bo w sąsiednich niszach także stały trumny, przy których trzeba było żegnać się i płakać. Niebawem drugi ksiądz czarno-biały wkroczył na pobliskie stopnie, i tam również zaczęły się koronkowe przeloty. A z głębi katakumb dochodził głos jeszcze inny — z tym samym napomnieniem.
Terenia nie mogła się modlić. Bóg wydał się tak zasłuchany w gwiazdkowe prośby dzieci, w lamentacje żebraków, w ciche szaleństwo świętych — że nie należało przeszkadzać...
Organy — zrazu swarliwe — uległy wreszcie dłoniom grającego człowieka: chmura smutku zaległa kaplicę, dymiła, broczyła krwią jak o zachodzie. Różne sprawy śmiertelne przychodziły na myśl: staw, nad którym Stasiek zbierał niezapominajki dla Jadzi; ten wieczór, kiedy Anatol odszedł, dźwignąwszy głowę z twardymi włosami, a miejsce Prawdy zostało puste śród nieba; namiętność na pięknych wargach, które nie mają imienia; miłość za ciężka, za krwista, zbyt gwałtownie wonna dla ludzi szarego klimatu; bełkot matki nad talerzem owoców; ojciec w kancelarii — samotny; a także własny pokój, napełniony powietrzem przeszłości.
Darmo było te sprawy przesuwać, przebierać, niczym ziarna różańca, które zda się ważniejsze. Terenia stała przed trumną niema, jak wtenczas — przed twarzą Wiedzącego Człowieka. A rzeczy ważne znowu płynęły gdzieś górą, przesłaniając słońce...
Ksiądz odszedł. I ludzie wracali do światła.
Terenia rzuciła lewkonie; niech leżą — raz jeszcze podeptane na ziemi.
Szła po schodach. U wylotu stał Kazimierz. Widać było po oczach, że on także nic nie wie; i Tereni wydała się miła, jedynie niezawodna ta właśnie wspólna niewiedza.
Ukłonił się, uśmiechnął... Uśmiechem dobroci i przezwyciężenia.
Rzeczy ważne przybladły, bo ten uśmiech był ważniejszy niż one.
Zewsząd wynikała, przesączała się woda. I we wszystkie strony naraz pędziły obłoki. Za każdym węgłem wiatr czyhał na szeroką spódnicę.
Był marzec. Nieraz na środku jezdni zapach mokrego lasu wytaczał się z kłębowiska benzyny. Cierpkie jeszcze, a już nagie nimfy harcowały w powietrzu jak ptactwo, przywiane z daleka. Na chodniku w kałuży czasem całe niebo leżało, a znów górą przewalały się skiby tłuste, brunatne, niepodobne do chmur. Biuletyny PIM-u stanęły zwycięsko przy boku miejskiej kroniki — pogoda odzyskiwała wagę, straconą w zimowych miesiącach.
Terenia chętnie wychodziła za miasto. Widziała tam pośpiech, niepokój, to samo rozginanie skostniałych ździebełek, które czuła w sobie. Zięby, trznadle czegoś szukały — nawet wodę uderzały dziobkami: że za nią może schowane jest gniazdo. Sztywne, zaspane owady wędrowały po błocie i po spotniałej korze — ku rodzinnym kłopotom. Ozimina, najwcześniej myślą rodzenia dotknięta, pędziła na słońce łodyżki, żeby prędzej, prędzej zawiązały się kłosy.
Stopy kosmate przebiegały po sercu Tereni, w łonie czuła skurcz ramion, które tam kiedyś wykwitną.
Kazimierz często jej towarzyszył. Mówili ciągle i zawsze czegoś jeszcze nie zdążyli sobie powiedzieć. Nie były to rzeczy ważne — ani zadawnione rozpacze, ani projekty we dwoje. Nie trzeba ich było z męką od żeber odrywać, nie wyfruwały też spośród warg jak gorące motyle. Mówiło się raz o Zaku, raz o Marcelim Prouście. Czasem o politycznych aferach i najczęściej — o ludziach. Jednak te chłodne drobiazgi, zupełnie zapachu krwi pozbawione, tak przychylnie umiały się ku sobie obrócić, że — chociaż rzadko Kazimierz i Terenia jedno mieli zdanie — przylegały do siebie bez zgrzytu. I wtedy zgodliwość — ze słów — przepływała w serce.
W pierwszą niedzielę kwietnia poszli wałem nadwiślańskim w kierunku Wawra. Kazimierz był zmęczony. Rozsądnie podtrzymywał rozmowę, ale — poprzez zdania — utajone przykrości sterczały jak szpikulce. Nie mógł jakoś tych igieł zagładzić, a nawet z każdym słowem zdawały się ostrzejsze.
Siedli blisko rzeki na deskach — zamierzali jednak tę chwilę przegadać. Kry już spłynęły — maleńka łódeczka trzęsła się przy brzegu jak listek. Mnóstwo domów świętowano na słońcu, błyszcząc szybami, dmuchając w niebo leciutkim poobiednim dymem. Dwoje dzieci w krochmalonych ubraniach ssało cukier na pokładzie berlinki. Obok pies spał i przez sen strzygł uchem dla strachu.
Głos Kazimierza nasycał się dokolnym spokojem — przykrości chowały żądła — została sama miła powieść o pracy.
Terenia słuchała. I jej rozruch wewnętrzny ucichał. Dorzucała tu i ówdzie zachętę, poddawała własne rozumienie trudniejszym zjawiskom, przygarniała, pieściła ludżką biedę i triumf.
Wreszcie Kazio zamilkł. Widocznie wszystko ułagodzone — wspólnymi siłami rozjaśnione zostało. Z wielką wdzięcznością spojrzał na Terenię. Pomyślała wtedy:
Czy będzie moim mężem ten człowiek?...
Referent niemiecki wyjechał na urlop; i — obok komunikatu — spadło jego zadanie na Terenię.
Godzinę wcześniej przychodziła do biura, prawie co dzień po obiedzie wracała kończyć robotę. Dni były aż sztywne od tysiąca zajęć: ledwie zdążyło się myśli jedne zasuwać za drugie. Rezerwowe sprężyny, nigdy dotąd nie tknięte, odprężyły się nagle w mózgu i pracowały jak genewskie zegarki.
„Deutsch-nationale" knuli antystresemanowską intrygę: „Kreuzzeitung" obszczekiwała Locarno i w Reichstagu trzeszczały fotele. Trzeba było zakreślać dziesiątki gotyckich enuncjacyj, biegać na konferencje do D. VIII/XIII, bo minister się gorączkował i co dzień żądał sprawozdań.
A właśnie tak wiele zawarto umów, noty sowieckie sygnalizował poseł i konserwatyści tak mocno pożarli się z „Labour", że komunikat pęczniał; redakcje telefonowały od rana.
Jednak dni za oknami wschodziły tak piękne — * zupełnie już z liścienia rozzute jak młode, soczyste łodygi. Fala czerwona wracała z południa: różowiały jabłonie i serca.
Wiele małych dziewczynek płakało, że partner od tenisa komu innemu powiedział swój sekret. Studentki paliły się złociście, ciepło jak gromnice na ołtarzu braterstwa; panny sportowe pieściły własne kolana, balownice marzyły o tańcu śmiertelnym — o miłości apasza.
Jakieś łodzie bez steru i żagla pływały po gwiaździstych odmętach: zawiązywały się rzeczy ważne, które w żadnych domach na ziemi nie umieją zamieszkać.
Terenia nie miała czasu oglądać tych spraw, a chociażby wieczorem w parku się nimi zachłysnąć. Matka coraz więcej potrzebowała starania. Kazimierz odprawiał anginę, nie przychodził wyciągać na spacer.
Odpoczywało się — w łóżku, kiedy chora, po ostatnim masażu ułożona na wznak, odmawiała koronkę. Murzyn ryczał przez gramofon sąsiedniej kawiarni i zza firanek przeglądały gwiazdy.
Szef bardzo namawiał, żeby czytać wytrawnych publicystów. Terenia przyniosła sobie Poincarégo „Discours Politiques".
Któregoś wieczora zapaliła lampę, bliżej ściągnęła najmilsze przedmioty i — wsparta o poduszki — przycichła nad książką. Z początku eleganckie twierdzenia przesuwały się przed oczami jak taśma błyszcząca, zahaftowana w koła. Gdzieś w mózgu wirowały te koła, ale do świadomości ich kształt nie przenikał. Terenia poprawiła kołdrę, mocniej na łokciu się wsparła. W miarę jak folgowały mięśnie nóg i ciało coraz wygodniej przylegało do miękkiego posłania — wir francuskich kółek ustawał; ślicznie wyrysowane frazy ciągnąły już z wolna, jak film Pathé-baby — nadziane treścią uchwytną a pełną esencji.
Terenia czytała skwapliwie. Przy szesnastej stronie musiała zmienić pozycję, bo ręka jej ścierpła. Odłożyła „Discours", przeciągnęła sięptf długim dreszczu — od brwi aż po stopy...
I w tej samej chwili Murzyn zamilkł, gwiazdy wszystkie przez firankę chlusnęły na pokój, morze czerwieni zmyło najmilsze przedmioty — Terenia, wyprężona jak łuk, godziła w niebo piersiami i szeptem zażartszym od słów:
 — Dziecko, dzieciątko chcę mieć...
Dwa tygodnie Kazimierz był ch'ory; aż wreszcie zatelefonował swoim zabawnym, trochę za grubym głosem. Naskarżył na doktorów i zaraz zaczął pytać o te różne sprawy, które przecież powinny go nudzić: apetyt matki, czy udało się na raty kupić materiał, kiedy w D. IX będzie maszynistka i co słychać z Adamem?
Terenia opowiedziała wszystko; znacznie spokojniejsza o dom wyszła tego dnia z bramy.
Referent niemiecki wrócił o tydzień wcześniej. Ten pan był wysoki, ubierał się dobrze i miał równe zęby. Kiedy szef wyszedł z pokoju, wyjął z teki bardzo piękne róże. Położył je przed Terenią, w jej zdziwione oczy spojrzał z bliska — . przenikliwie i miękko.
 — Chciałem już panią zobaczyć...
Uśmiechnęła się; zrobiła się z radości dwa razy taka ładna. Ale szef wkrótce zawezwał referenta i wtenczas róże zagadały do serca pozdrowieniem znajomym.
Krew zamieniła się w łzy. Nieprzeliczone żale płynęły pod skórą, a głowa spadła na biurko — ciężka, wiedząca zbyt wiele. Zapach czerwony nie ustawał w pieszczocie: przemawiał czule, wspominał...
Terenia ujrzała życie miłosne — nierzeczywiste jak ta wonna wstążka. Przerażona, wzięła kwiaty do ręki; zgasiła dłońmi ich mowę, żeby nie przeszkadzały prawdziwemu zdarzeniu, które z dna wszystkich przeżyć rosło na pokarm starości.
W niedzielę przyszedł Kazimierz — mizerny, bardzo wesoły. Od razu znalazł miejsce w kręgu spraw niezawodnych. Wypili razem kawę, poszli do pokoju Tereni gadać i uśmiewać się z wierszy, które Kazio w czasie choroby popełnił.
Siedli pod kilimem.
Kazimierz odczytywał karteczki; o niektórych mówił, że nie są dla panien — i chował. To gniewało Terenię: usiłowała zawładnąć portfelem. Kiedy tak walczyli wśród śmiechu, wierszopis nagle puścił uwięzione kiście — przybladł i sam oddał zeszyt. Zobaczyła jego usta, skurczone od namiętnej udręki. Podniósł ku skroniom ręce — mocno ścisnął tę myśl, która rozsadzała mu żyły.
Chwila zrobiła się najważniejsza i nad wyraz sroga. Życie stanęło — rozpędzone ku śmierci; napęczniało gwiazdami, krwią, samczą żarliwością...
Czerwone fale napłynęły pod dom. I jego ściany — od gór mocniejsze — zdawały się drżeć. Łódź bez steru po ptasiemu przyleciała z gwiaździstego rozłogu, kuła dziobem w cegłę, wołając: „Zabierz Terenię, Kazimierzu! Rozwleczemy ją po gwieździstym rozłogu..."
Ale Kazimierz odpędził śliczną łódź nierozumną.
Jeszcze mocniej przycisnął skronie palcami. Zmarszczył brwi jak wtenczas, kiedy taki trudny roztrząsał w „Płomieniu" problemat.
Terenia z drżeniem czekała, czy ponad wszystkie prawdy nie zechce wreszcie wynieść się jakaś Prawda jedna, która by na swoim niebie dla ziemi pozostała bliska...
 — Dobrze nam w Domu, Tereniu. Więc razem już chyba musimy pracować...
Skoro zadźwięczały te słowa — proste jak miecze, dobrotliwe jak lemiesz — oddarł się dzień od nocy, twarz Człowieka wyjrzała z gęstwiny kochanków, i Terenia poznała ojca swoich dzieci.
Część druga
PRZYMIERZE Z DZIECKIEM
Sama była w domu.
Przebrzmiały w sieni hałaśliwe kroki; mąż już pobiegł ulicą ku nieciekawym męskim sprawom; po kątach mieszkania drgały jeszcze fale słów, śmiechu i krętaniny. Ale szybko umarły te fale, zaś na ich miejsce występowała zaskórna woda ciszy.
Pokoje napełniały się zmierzchem. A wśród szarego rozlewu sprzęty — obmyte z cudzego życia — odzyskiwały twarze własne. Zegar, który przed chwilą jeszcze był obłudnym gorliwcem, drepcącym w kieracie, wkroczył śmiało na ścieżkę wieczności. Potrząsnęły grzbietami stoły, wyzwolone z opresji naczynia, co — podobne stadu wroniemu — rozpościera rządy nad dębem. Na sofie napuszyły się jedwabne poduszki i odetchnęły różowe hiacynty.
Teresa zstępowała w popołudniową samotność jak w kąpiel. Czuła, że nie tylko mąż od niej odszedł, ale odbiegły ją także pocałunki, dreszcze i wszystkie miłosne sprawy. Strumień ciszy opływał z wolna ciało nasycone życiem i — wkrótce — w czterech pokojach trwał w dążeniu tylko zegar i splatały się tylko hiacynty.
Teresa, ni to wyspa pochłonięta przez morze, zapomniała o sobie. I była szczęśliwa. Głosy z podwórza przychodziły bezcielesne, jak echa katastrof szalejących gdzieś w nikomu niewiadomych krajach. Turkot dorożek i samochodowe wrzaski szturmowały dom — rzekłbyś spienione bałwany, tańczące u stóp skały. Wyciągnięta na kanapie, przymknęła oczy i cała wsiąkła w zielone gwiazdy, pulsujące pod powieką.
Aliści od strony sufitu, który był jak gdyby naskórek oceanu, chwytający powietrze z obcego świata, nadeszło zawołanie: wstrząs drobniutki, błyskawica dźwięku. Sąsiad z czwartego piętra uderzył w klawisz — ton roztrącił fale ciszy i spadł na samo jej dno, aż w serce Teresy. Więc obudzone nerwy brzęknęły na alarm i zaraz rozruch poszedł po domu, zataczając kręgi zrazu małe, potem coraz szersze, że stanęły na baczność przedmioty i czekały ludzkiego dotknięcia.
Pan z czwartego piętra zaczął grać na dobre. Nie wiadomo zresztą było: pan to czy dziewczyna; karierowicz, który zapluł ostatnie swoje marzenie, czy mężatka, która nigdy nie miała romansu. Ktoś smutny, a obrzydzony, siadł przy fortepianie i puścił luzem myśli na biało-czarne klawisze... Najpierw padło pytanie. Ono właśnie, ten dźwięczny rekonesans we wszystkie sąsiednie światy, dotknęło Teresę. Tak było wzdęte łzami, takie dojrzałe i ważkie, że pierwsze wypłynęło za krawędź milczenia...
Wsiąkło. Obudziwszy cudzą ciszę pytaniem, człowiek grający nie czekał odpowiedzi; czym prędzej wygadywał w przestrzeń swoją udrękę.
Posypały się pasaże gderliwe (starcze jakieś zrzędzenie), co kilka taktów znaczone czerwoną fermatą, jak przypomnieniem młodości. Urągały, a urągały bez końca, świecąc w przelocie ranami.
Niby to były polubowne, niby z losem zbratane; w ostatnim słowie jednak zawsze krzyczała pogróżka.
Spłynęły wreszcie.
Złym okiem łypnęła pustka. Pan (może dziewczyna?) przeszedł w largo. Co było kurzem, miałką obrazą, codziennym smuteczkiem — przeszumiało w pasażach i poszło! Teraz odezwał się głos mądry, jak gdyby źródło wszystkich ech, i z wolna a dobitnie przemawiał z serca do serca. Rozprawiał się z ludźmi wedle prawa ludzkiego i ku Bogu zwracał orzeczenie zgoła boskie. Potem każdego zawołał po imieniu.
Jeden akord wyraźnie powiedział: Teresa. Zrozumiała i bez protestu otworzyła duszę. Chciała usłyszeć, przyjąć zwierzenia i zaradzić...
Więc leżała tak rozprężona, ochotna miłosierdziu, rozwarta na wszelkie czucie.
Człowiek znad sufitu zagadał jak udręczony przyjaciel. Mówił rzeczy wstydliwe, wyznawał najdokuczliwsze tęsknoty; płacząc w rytmie walca, zdawał się panną świadomą i głodną miłości; to znowu wśród zmiennego rubatto ukazywał twarz mężczyzny, który pokonał wroga i sam wygląda, kto by go zgniótł władczą stopą.
Raz tony śmiały się prowokująco, rzekłbyś, dama igra z kochankiem; później zaraz wykwita 10 cantabile iście chłopięcej ufności...
Sprawy te nad wyraz żywe i wymowne krążyły przed Teresą, dobijając się do jej zmysłów, niczym ptaki za szybą w dzień bardzo mroźny. Patrzyła na nie bez zmrużenia po' N.
wiek — spokojna, choć wtajemniczona... Nerw żaden nie dawał przystępu włóczęgom.
Aż poruszyło się zawstydzone sumienie: „Czemużeś to twarda taka, duszo nieużyta? Czemuż nie oddźwiękniesz na skargę? Jutro może sama zechcesz grać własną krzywdę, a ucho niczyje nad skargą twoją się nie pochyli"...
Teresa pogłębiła gotowość; do łez zapragnęła polubić gawędę z nieznajomym. Najczulszymi wyrazami przyzywała dobroć, by rozpaliła jej pełnię... Intencje krzątały się po wierzchu jak mrówki — wnętrze zostało szczęśliwe i chłodne.
Wtedy sąsiad z czwartaka wpadł w zapamiętanie: myśli wymknęły się palcom i rozpełzły bez sensu po biało-czarnych klawiszach. Biegały tam i sam śmieszne wykrzykniki, podrygiwały płacze i śmiech zsuwał się z arpeggiów niby paciorki ze sznura.
Z melodii wypłynęła krew; zostały puste dźwięki, które tłoczyły się i stukały o siebie jak malutkie szkielety. Wreszcie hałas doszedł do nieznośnego fortissimo, szczeknął i rozpadł się w miliony zgrzytów.
Fortepian zamilkł.
Teresa nasłuchiwała czas jakiś, czy nie kwilą struny, nieludzko zmaltretowane dłońmi człowieka. Potem wstała z kanapy — wypoczęta i świeża; z pilnikiem w ręku podeszła do okna.
Latarnia zajrzała jej w oczy, latarnia spłoniona po dziewczęcemu, zachęcająca i poufna. Uśmiechnęła się do niej serdecznie, jak do drogiej siostry, i sama stanęła w blasku najzdrowszej błogości.
 — Proszę pani, praczka — furknęły słowa służącej. Głowa kostropata od loczków wsunęła się do pokoju. — Pani mówiła, że się sama rozmówi, mnie się tam o to nie rozchodzi... — wzruszenie ramion, galopada oczu po wszystkich kątach, i drzwi zatrzasnęły się znowu. Po chwili weszła praczka.
Zawiązano rozmówkę fachową, nie pozbawioną towarzyskich dygresji, a nawet argumentów natury politycznej. Teresa — z włosami zalanymi krwią zachodu — siedziała na tle okna jak renesansowa dama, wtłoczona przez antykwarza w ramy modernstylu. Pod ścianą jazgotała praczka.
 — Co do florku nie potrzebuje się pani obawiać; sody musowo jest dodać troszuchne, ale co tysz tam do tego florku, to na't zbytkownie jest mówić...
Kobiecina była drobna, z twarzą ptaka i z brzuchem kangura. Spojrzenie tak miała wymyte parą i łzami, że ledwie na samym dnie oczodołów majaczyły wiotkie smużki błękitu. Te oczy nie brały udziału w wymowie warg: zawsze, niezmiennie prosiły. Bez względu na to, czy praczka złorzeczyła drożyźnie, czy wypierała się chlorku, czy szeptała donosy na kuchnię, źrenice jej prosiły bez wytchnienia. I to z krzykiem, z uniesieniem bez granic, z modlitwą. Nie wiadomo było, czego chcą tak natarczywie dwie dawno wyblakłe plamki, przysiągłbyś tylko, że nakryte powieką, a nawet nieżywe, skomleć będą jeszcze. Natomiast nigdy nie słyszała Teresa jednego słowa prośby z ust pani Kwiatkowskiej.
Osoba owa raczej lubiła wyświadczać łaski. „Wyjątkowo w piątek i tylko dla panny Brońci" przychodziła prać na Hożą, choć ulubiony jej magiel znajdował się na Złotej. Z tegoż magla czasem przynosiła o dwie chusteczki więcej, i często zgadzała się jeść na kolację szynkę zamiast serdelków. Teraz proponowała osobiste prasowanie na sztywno.
Widocznie na przyjęciu propozycji zależało, bo spomiędzy ruchliwych zębów ślina strzykała aż na środek pokoju, a koniec nosa krzywił się jak u psa. Jednak zdania bulgotały dziarsko, sposobem krakowiaczków i ani myślały namawiać.
Teresa spojrzała na „talię" pani Kwiatkowskiej, po czym stwierdziła:
 — Praczka potrzebuje pieniędzy.
I pewnie. Była w ósmym miesiącu. „Paletot" ledwie zipał z wytężenia, kiedy spuchnięte palce dopinały go gwałtem na ostatni guzik. Kobieta, rozdęta w kształt gąsiora na krótkich esowatych nóżkach, groziła lada moment wylewem, jak wiosenna rzeka. Co tam komu miesiąc, kiedy ciało zdręczone skowyczy o ulgę!
Trzeba już będzie prędko babki z lekami i pieluchów, i alembiku dla kumotra.
...Tymczasem urażony wzrok Teresy z zaciekłością węszył katastrofę w kształtach przyszłej matki. Po setny raz wracał od nadszarpniętego torsu i chudych ramion do obrzydliwej obfitości brzucha. Z patrzenia spływała zupełnie materialna gorycz — wstręt gorzki niczym chinina... Praczka wydawała się głowonogiem, stworą ze złego snu, która lepkimi mackami dusi wszystką radość życia. Już połknęła hiacynty, zaraz wyssie resztę czerwieni z nieba i dotknięciem oślini dywany.
Teresa skurczyła się w fotelu i z brwiami jak czarne kreski ślubowała: „Nie. Po tysiąc razy nie chcę".
Tapety były bieluchne, łóżko wygodne. Na stole w wielkim dzbanie stał snop mieczyków, pod ścianą dwa złocienie w donicach. Wsparta o poduszki, Teresa czytała.
Za oknem — krotochwilne, a pracowite — gazdowały ptaszeczki. Dzień powszedni kroczył gładko jak stary wodzirej, nieświadom nawet tego, że chodząc po ulicach, pląsa.
O tę samą szybę, co wczoraj, roztrzaskało się znowu niebaczne słońce, te same kucharki krzyczały na innych schodach, na tym samym zakręcie zirytował się znowu, jak zwykle (inny) konduktor tramwajowy, i takuteńki dreszczyk przed klasówką niósł ze sobą do szkoły Górszczak (tylko że wczoraj to był Rontalerczyk).
Wyświeżone, najnowsze sunęły po niebie obłoki, chociaż zeszłego wieczoru poszły spać czarne od sadzy i smutku. Na wiślanym brzegu zasiadł rybak; patrząc z sympatią na wodę, wolną ręką głaskał wygięty konar wierzbowy, który onegdaj okaleczył ramię topielca. Z piętra na piętro przeszczekiwały się pieski. Czasem gwizd przyszedł z daleka, z daleka, i widać było, że podróżni jeszcze jedną noc przekiwali głowami w wagonie. Widać było także, jak daleką drogę mają przed sobą pociągi, mali chłopcy, Wisła i wszystkie dni powszednie. Podpływała ta droga sama pod koła, pod stopy i fale — niby ruchomy chodnik w magazynach Luwru; więc ludzie biegli i gazdowały ptaszeczki.
Leżała też i Teresa w szpitalnym pokoju, wyglądając, rychło-li runie na struchlałą ból jakiś cudaczny. Długie miesiące rządziło się w niej cudze życie, a teraz, kiedy — wedle starego planu — miało ją zgwałcić i porzucić — tak była zagapiona, tak od nowa podziwem najstraszliwszym przejęta, jak człowiek, który widział nieboszczyka w godzinę jego śmierci, a w zgon uwierzył dopiero po pogrzebie. Leżała, nasłuchując, czy nie odezwie się sygnał alarmowy we własnym ciele, czy nie trzeba będzie bronić siebie przeciwko własnemu wnętrzu. Po korytarzu biegały kroki, rozpowiadał głos męski za ścianą, zapach smażonych potraw plątał się koło okna, a chryzantemy patrzyły na wszystko z grymasem litości.
Nikogo nie było przy łóżku, gdzie dwie istoty — jedna bezsilna i druga jeszcze nie urodzona — czekały, drzemiąc, nakazu, by zewrzeć się ze sobą w najsroższej walce. Ani gniewu, ani strachu, ani miłości niczyjej nie starczyło na smu
tek u wezgłowia Teresy, której ciało i wola rozszaleć się miały w obmierzłym trudzie rodzenia. Więc przyszła taka chwila, że samotnica zwróciła oczy ku chryzantemom i po raz pierwszy wdzięcznie przyjęła litość.
Noc, która nadeszła, wywiodła Teresę purpurową ścieżką w samo jądro puszczy, do najdzikszego ostępu. Nad ustami pochylił twarz srogi brat życia — ból fizyczny. Ludzie chorzy na migrenę, suchotnicy w eleganckich pledach, zdradzone przez kochanków panny i rodzice synów marnotrawnych zostali wśród pszenicznego pola; na spotkanie wyszli nowi towarzysze: lwice, wichry tropikalne, śmiertelny upał dżungli i ranni żołnierze. Rozstąpiła się ściana kniei i zza kwitnących lian wyjrzało piekło. Ogień jęzorem syczącym obśliniał z wolna nogi; wśród płomienia pokazały się oczy Joanny i tysięcy czarownic — oczy te po raz pierwszy wyznawały sekret o torturze.- Braterskimi słowy zagadał Siuks poszarpany boleśnie wrażym tomahawkiem i stały się bliskie wszystkie dusze psie, wilcze i tygrysie. Łono, niby potworna soczewka, wsysało wszystką okrutność świata. Natchnione, rozpaczliwe, tłoczyło swoją nagość w doktorskie źrenice.
Między ziemią a niebem jedna tylko trwała rzecz — na śmierć wezbrane życie. I w mózg Teresy — sino-czarny od męki — wstępowała krwista prawda o ciele. A także prawda o samotności. Bo w obręczy spojrzeń leżała tak samotna, jak trup Araba na piaskach Hoggaru.
Kiedy żuła cicho swój ból, wodząc półżywą źrenicą po twarzach, siadały na jej czole, na szyi i piersiach niefrasobliwe myśli pielęgniarek. Zdawać by się mogło, że to motyle tańczą nad ścierwem. I obcość była podobna czarnej chuście apasza, która dusi krzyk, nadzieję i trwogę. W świetle elektrycznym fachowcy skakali, niczym samo zło harcujące bezwstydnie po drogach.
O którejś tam godzinie mierzchnąć poczęły żarówki; z siności świata wypłynęła gałąź i smukłym ciałem przylgnęła do szyby. Pierwsza istota bez żółci. Więc Teresa cała wybiegła przez oczy ku słodkiej nieznajomej. Aliści gałązka syknęła po wężowemu, skręciła się niczym bat i w tysiącznych rzutach jęła siec biodra i ręce kobiety. Najwyraźniej za szybą również nie było miłosierdzia. Rodząca ze wstydem cofnęła wzrok od brzasku i — podobna ślimakowi — zamknęła się w skorupie bólu.
Nie pozwolono jej jednak cierpieć w biernym poddaniu.
Żądano mąki czynnej — pracowitej na sposób pożaru, który żrąc wszelkie zapory, niszczy sam siebie. Ani śladu prośby nie było we wzroku doktora: nakazywał i groził. Kosmata łapa krzątała się wśród omdlałości ciała niczym skorpion wśród ziela. A furie w kitlach — niecierpliwe i wściekłe — szczuły Teresę na dziecko, jak psy gończe szczują myśliwego na wilka.
Kiedy, zdyszana na śmierć, zaszczuta do plugawego obłędu, potworna i ślepa ze strachu, chciała spłynąć z łoża tortur na kształt strumienia, co bez pamięci pada w przepaść — wychynęły z brzasku żelazne paszczęki, kleszcze złowrogie i opasłe butle jodyny...
Tłuszcza oprawców przywarowała w ciszy, by na dane hasło dziesiątkiem zębów szarpnąć łono i rozedrzeć je na dymiące ochłapy. Wówczas pod skorupą męki zaczął wzbierać krzyk: pęczniał, podważał skorupę... aż pękł niby wrzód ogromny, bryzgając słowami jak ropą. Na sinych falach świtu rozlał się ów wrzask gryzącymi strugami, kąsał, pienił się, pluł — szalał, cichł i skomlił po szczenięcemu. Teresę nakrył gorący całun krwi.
O tej to chwili lampy nabrały ostatecznie pozoru bladych od bezsenności tęczówek. I zaraz ból stał się leniwy, ni to zerwana struna, i lepki — rzekłbyś dziegieć. Z jednej żyły w drugą spływała gęsta, czarna ciecz. Odstąpili ludzie, płakało coś w kącie cienko, szkliście. Podobno urodziło się dziecko. Teresa już spała.
III
W domu Teresy zamieszkała malutka strzyga. Stworzenie wszczepione w życie jak drzazga w ciało. v
W chwilach cichej, a intensywnej pulsacji domowego organizmu, kiedy dzień wzbierał sokami i, zdawałoby się: powietrze zasklepia się wkoło Teresy kształtem kokonu, aby mogła — spokojna — bytować wśród swoich sprzętów, sukien, książek i najwłaśniejszych myśli, wytryskał nagle krzyk z gutaperkowej twarzyczki. Zjadliwy, niby uderzenie rózgi, ten krzyk szarpał każdą godzinę. Matka podrywała się, podobna do wróblicy, i biegła do kosza, który był — zupełnie jak owa francuska „boite a surprises" — wiecznym źródłem spazmu. Zawsze jednakowy — obrażony i natarczywy — wrzask dziecka nigdy nie tłumaczył po ludzku, czy żąda jedzenia, czy wścieka się pod naciskiem jakiegoś bólu, czy oznacza chęć dotknięcia piętą sufitu, czy też po prostu złorzeczy mokrej płachcie.
Głos z kosza nie dopuszczał dyskusji, nakazywał zabiegi natychmiastowe i skuteczne. Podobny wahadłu, które trąciła niebaczna ręka, przybierał na gwałtowności z każdą sekundą, podniecał się sobą i bujał w przestrzeń coraz ostrzejszy, coraz szerszy, póki się nie przesilił i nie przeszedł w tik-tak regularnej obstrukcji.
I gdybyż to można było nie drżeć za dotknięciem aroganckiego wezwania, gdyby nie skręcały się tak wszystkie trzewia pod chłostą niezrozumiałych emocji.
Teresa — choć niechętna_i skrzywdzona — krążyła dniem i nocą w orbicie krzyczącego kosza. Przepadło gdzieś niepowrotnie umiłowane „chcę" i „nie chcę". Otworzyła się era grubiańskich musów. (Początek jej, niczym rana, krwawi w czeluściach tej nocy, kiedy Teresa poznała prawdę o ciele. A także prawdę o samotności.) Nie lubiła Teresa wcale małej strzygi o sardonicznie podrygujących policzkach, ale stało się tak samo przez się, że wrzask tejże strzygi unormował wedle swoich niedocieczonych zachcianek wszystkie chwile matki.
I — co dziwniejsze — osoba, która na odległość chociażby kilku pokoi od dziecka czuła się zbuntowana, stając oko w oko z prześladowcą, patrzyła nań pokornie.
Czas odtąd został pokratkowany wedle potrzeb przyrodzonych ssaka. I podczas wędrówek po mieście, w toku niefrasobliwej rozmowy lub między jedną a drugą tyradą aktorki, Teresa uczuwała nagle targnięcie się jakichś nie znanych jej splotów własnych żył czy jelit, które to targnięcie mówiło: strzyga woła jeść. Jak lunatyczka natychmiast kierowała kroki w stronę krzyczącego magnesu.
Było to jak gdyby pępowina nie pękła jeszcze między nią a małym tworem: każdy gwałtowniejszy skurcz tamtego ciała przyciągał matkę ku niemu z siłą organiczną.
Dziecko rzuciło zły czar na całe życie. I cokolwiek przedsięwzięła Teresa, obracało się w porażkę, a w końcu prowadziło do wysługiwania się . „skrzynce z niespodzianką". Wielokrotnie usiłowała matka dźwignąć się na dawny, utracony przez katastrofę, poziom egzystencji; bardzo mocno pragnęła zasnuć ruchliwością wyrwę między dawnym a nowym czasem.
Próbowała śpiewać. Jednak, ledwie zdołała melodia na siąknąć ciepłem krwi, ledwie rozedrgały się i zabrzmiały pełnią dźwięku struny głosowe — na dnie krtani, tam gdzie zamiera pieśń, a jęk się poczyna, w tym samym punkcie akustycznym ożywała fLagle_^bliaaa nie dość jeszcze zasklepiona, blizna po ryku „tamtej nocy". Oczywiście gardło przestawało natychmiast wibrować słodyczą, a serce wypełniała gorycz.
Kiedyś dzień przyszedł tak niewinny, tak w prostocie swej rozbrajający, że Teresa zgodziła się pójść na tenisa.
Wśród parku, na dnie zielonej studni (cień kasztanów był niby studnia zielona) błyszczał kort. Na spotkanie wyszedł chłopak, jak tygrys ciężki od siły; podszedł wolno, przeciągając leniwie mięśnie nóg, rzekłbyś stalowe linki, gorące od słońca. Za chłopcem, ni to dwie Niki służące Hermesowi, niosły się dwie dziewczyny.
Rakiety we wzniesionych dłoniach przypominały broń jakąś swawolną, stworzoną ku żartobliwym zapasom. Piersi dziewczyn były twarde i malutkie.
Zaczęła się gra. Piłki śmigały tuż nad ziemią, podobne jaskółkom. Nie kwapił się ku nim zbytnio Hermes, raczej opędzał się od natrętów ledwie znacznym falowaniem ramienia.
Mimo tę nonszalancję pociski, godzące w jego wielostrunną tarczę, odskakiwały z furią do punktu wyjścia, trzymając w napięciu hałaśliwą energię panien.
O ile ruchy chłopaka były skąpe i dopasowane do każdego ciosu ze ścisłością maszyny, o tyle Niki — walcząc — pląsały jak dzieci. Szatki to wznosiły się motylim skrzydłem przy podskokach, to — w chwili pędu — przylegały ciasno do giętkich ramion i bioder.
Z tych rzutów, przysiadów, przegięć, lotów i wirowań składał się fryz czarujący, który nad wyraz zrozumiale opiewał powaby młodości.
Teresa stała po stronie Hermesa, więc mało zostawało jej do czynienia na placu. Tym zachłanniej patrzyła na dziewczyny. IcK gesty były dla niej do niedawna najcodzienniejszą zwrotką własnego życia, przynętą nieuświadomioną, która opływała kształt naturalnie, jak fałdy sukni; wystarczyło podnieść rękę lub zgiąć kolano, by z członków tych skrzesała się iskra piękna. Teraz ciało matki było „zahukane, do cna wyzute z pewności siebie, całe nasiąknięte jeszcze pamięcią o ranach.
Bieganina po korcie wydała się Teresie rozkoszą odjętą na zawsze od jej mięśni i nerwów. Statecznym krokiem podchodziła piłce naprzeciw albo usiłowała przegięciem postaci nadsztukować długość ramienia. Czyniąc to wszystko, nienawidziła siebie i z rozpaczą myślała o nieskończonych udrękach starości.
W domu — w rzadkich godzinach ciszy (strzyga sypiała czasami) — Teresa, schylona nad robotą, wyczuwała nagle jakąś niewygodę nie znaną jej dawniej; to piersi ciążyły i rozpierały stanik. Prześliczne piersi, stokrotki wdzięczne — tak upragnione oczom i ustom mężczyzny, tak beztroskie — piersi Teresy stały się rzeczą cudzą, przedmiotem grubego użytku; stały się łupem ssaka. Wiadomo było, że kiedy wrzask z kosza bucha szczególnie natarczywy, trzeba ująć w dłonie różowe czarki i pozwolić wargom żarłoka, by niezdarnie szarpały to, co nie zaznało innego dotknięcia prócz pieszczoty. Zresztą nowe to już były piersi — nie te sny opałowe, ledwie znaczne wśród falistości ramion; raczej krzyczące magnolie, nalane pychą i mlekiem.
Wszystkie suknie zostały poszerzone i Teresa — ze śmiercią w duszy — obnosiła po świecie nienawistny przepych . snego ciała.
Raz na dancingu... Zapomniała, q wszystkim. Trzymał ją w objęciu piękny tancerz. Wróciły dawne młodziutkie rozkosze. Oto muzyka gorącym oddechem całuje usta. Rytm powraca członkom gibkość; stalowa słodycz bioder męskich głaszcze i podnieca. Sama radość, sam dosyt, samo krągłe jedwabne „tak" przemawia wszędzie; i w oczach, patrzących zza mgiełki szampana, i w, cielistym jaśnieniu lamp, i w zapachu perfum — ciężkim jak warkocz odaliski — iw niemądrej melodii fokstrota. Teresa czuła, jak topniał w małmazji tańca pancerz jej kalectwa. Odzyski wała. ciebie.
W którymś tam bostonie tancerz przygarnął ją mocjio do siebie. I... od razu pierzchło zaledwie rozpoznane szczęście: piersi — zamiast sprężyć się rozkosznie — zabolały jak rana. Nie były już własne (ukochanie i pieszczota) — były wezbranym owocem, karmem żarłocznego ssaka. Natychmiast zrozumiała nakaz, rzuciła pięknego tancerza i, co tchu, wkładać zaczęła rękawiczki, myśląc ze smutkiem o dalekiej drodze do domu.
W tychże czasach zmienił się gruntownie stosunek Teresy do ludzi. Stwardniało serce i zahartowały się nerwy. Przed urodzeniem dziecka każdy ból cudzy wydawał się zdrowej, obcej wszelkiemu cierpieniu, krzywdą, na której wyrównanie nigdy dość uśmiechu i darów. Teraz, kiedy na biodrach nosiła siateczkę perłowych żyłek, z których każda miała sens hieroglifu, upamiętniającego spazm nieludzki — teraz złe dole bliźnich wydawały się zdarzeniami bez treści. Dla siebie żądała Teresa darów, czułości i ofiar bez liku, by zabalsamowały okrutną krzywdę jej ciała.
IV
\i
Mijały miesiące. Niemowlę potłuściało. Stało się różowe i pogodne. Z twarzy jego spadła maska strzygi — ukazała się szczęśliwa buzia jedynaka. Co najważniejsze — pośród ulewy wrzasków, płynących z kosza, wyodrębniły się pewne dźwięki o barwie stałej, które miały moc kierowania popłochów matki ku ściśle wiadomym czynnościom.
Malec z wolna odwykał od narowów przedziemskiej egzystencji i zaczynał na ludzi zwracać spojrzenia ludzkie. Ku pociesze Teresy, nieprzyjaźń i natarczywość, przyniesione na świat z pepiniery, rojącej się gdzieś na dnie wulkanu, ustępowały z wolna miejsca słonecznej głupkowatości dziecka.
Z każdym dniem egzotyzm małego stworzenia obłaził zeń wraz z czerwoną skórą. I coraz mniej był ten człowiek podobny do fetysza Aszantów, a coraz więcej do Jędrusia.
Rzeczywiście... Po sześciu miesiącach dopiero imię chłopczyka zaczęło nabierać cech prawdopodobieństwa. Matka nauczyła się stroić w nie syneczka jak w pierwsze włóczkowe butki — bowiem wiadomym się już stało, że to dzieciątko chce mieszkać w rodzinie i że te nóżki będą chodziły po ziemi.
Ponura groteska nasiąkała barwą sielanki. Więc do domu, rozgromionego przez katastrofę Teresy, z wolna wracał pokój.
Z czasem przy stole stanęło nowe krzesło — wysokie a malutkie — na tym tronie celebrował Jędruś nad miseczką kaszy. Żaden obrządek dorosłego świata nie dałby się porównać z Jędrusiową ceremonią jedzenia ryżu. Nigdy kochanek nie śledził z taką egzasperacją dłoni kobiecej, odpinającej suknię, nigdy myśliwy nie obejmował wzrokiem tak srogim odległości między lufą a cielskiem niedźwiedzia, jak zaciekle Dzidzio ujarzmiał oczami każdy ruch pełnej łyżeczki.
Ciałko ujęte w uścisk krzesła prężyło się ku kaszy jak heliotrop ku słońcu; tęczówki, aż czarne od nabożnej zgrozy, jadły ryż, zanim buzia zdołała jeszcze pochwycić ofiarę. Cała istotka: policzki, frywolny czub na środku głowy, ręce bezradne, a — mimo dołków — namiętne, nogi, rozdęty z wysiłku nosek — wszystko czyhało na ryż z zajadłością tygrysa, a z komizmem lalki.
Wielki mlask szedł znad talerza, niańka dostawała wypieków, a Teresa — niby pszczoła w lipcowe południe — napełniała się słodyczą aż do zmęczenia. W miarę jak kaszy ubywało z miseczki, wzrok Jędrusia łagodniał, wolniało naprężenie postaci i po twarzy — podobne obłoczkom — zaczynały snuć się kaprysy. Nie te zgryźliwe, urodzone ze swędzenia dziąseł, z głodu albo z nienawiści ku mechrowatemu cielsku nocy; nie — kaprysy różowe, leciutkie i niezmiernie śmieszne. Po uczcie malec rozłożony na plecach trawił bez wysiłku. Sytość, na kształt kuli aksamitnej, zamykała ciało w świecie uśmiechu. Podrygi członeczków podobne były tańcowi fontanny; ręce i nóżki pląsały jak strugi najweselszej wody. Oczy Jędrusia wyrażały wtedy radość, w nieposzlakowanej czystości podobną tylko słońcu albo pieśni Malajczyka.
Owo szczęsne jarzenie się, ta brylantowa gorączka zdrowia przekwitała jednak szybko i Dzidzio zapadał w sen. Buzia, przed chwilą jasna jak płomień, mierzchła, przybierając wyraz kukiełkowatej srogości. Namysł i racja stanu osiadały między brwiami; nos lekko rozdęty już coś tam bredził o pasjach; za to cała najśliczniejsza śmieszność dzieciństwa, głupota bez skazy, słodycz i indolencja oplatały wianuszkiem Jędrusiowe usta. („Różane wardzusie" — mówiła niania.) Oddech pulsował cichutko między tymi wargami — rzekłbyś skrzydlate serce stokrotki...
I nigdy najbogatsza pani na świecie nie nosiła tak miękkich jedwabiów, ani najświetniejszy książę Orientu nie całował skóry tak gładkiej, jak miękkie i gładkie były dwie czerwone wstążeczki zawiązane w uśmiech na twarzy Jędrusia. " eresa, pochylona nad śpiącym, zatracała się w uroku, który wsysał ją w siebie niby przepaść wchłaniająca potok. Ze snu dziecka biło szczęście mocniejsze od woni storczyka, podniecające na sposób górskiego powietrza, szczęście drapieżne i słodkie aż do omdlenia. Matka odchodziła od łóżeczka bardziej wyczerpana zmysłowo niż po nocy napełnionej pieszczotą od brzegu do brzegu.
Za tę cudowną mękę oczu i nerwów Teresa najpierw pokochała syna^ J
Przyszło drugie Jędrusiowe lato i zastało synka na własnych biegających nóżkach. Minęło wreszcie u Teresy uczucie organicznego związania z tworem fatygującym jak narośl na mózgu. Znowu poczuła się człowiekiem.
Nie była jeszcze piękną kobietą sprzed dwóch lat, ale przestała przynajmniej być karmiącą samicą. Między nią a dzieckiem wytworzyła się pewna, na razie płytka — jednak już obiecująca perspektywa.
Jędruś, podobny młodemu odnóżu leszczyny, odszczepił się od matki i bujał coraz dalej od pnia. Można było zapomnieć o nim na godzinę i potem wracać nie do wrzeszczącego kosza, w którym głód impertynencko jazgocze, tylko do miękkonogiej istotki, która na własną rękę rozumnie brodzi wśród zalewu zdarzeń.
W mózgu Jędrusia wybijał się z obsłonek owad ciekawości i łaskotliwym skrzydłem drażnił czucia — tępe jeszcze, jak nos szczenięcia. Chłopczyk węszył, oglądał, dreptał i dotykał z gorliwością wyżła, a niedołęstwem ćmy.
Najbardziej wykształconym organem odbiorczym wrażeń był język i owe „różane wardzusie". Więc też cokolwiek uszczęśliwiło oczy: czy to czerwień jakaś, pyszna na podobieństwo kogucich splendorów, czy też kształt krągły albo skoczny — natychmiast rzecz ta podlegała próbie smaku.
A jeśli, broń Boże, przedmiot nie dawał się oślinić ze względu na swoją nieuchwytność bądź ogromne rozmiary, z wnętrza małego człowieka buchał żal, serdeczna obraza i zawód, splecione w strumień płaczu. Pierwszy odporny gest Nieznanego. I pierwsze z pobudek idealnych płynące ' cierpienie.
Tymczasem upał — na podobieństwo zaklinacza szczurów, grając na sielskiej fujarce — chmarami wyprowadzał ludzi z miast na pstre podwórce swobody, między koronkowe ściany cienia. Utrudzone mrowie, tysiące nóg rozbolałych od stąpania po bruku, śpieszyło a śpieszyło ku drogom wonnym jak ciepły razowiec. Tysiące głów niosło się nad ziemią z czołami podanymi na wiatr, by zaznać dotknięcia jego dłoni, mokrych od zabawy z morzem.
Jędruś równie pilnie przyuczał stopki do chodzenia po trawie. Podnosząc do góry, niby ślimak różki, wielkie palce i kurcząc resztę, biegał po łąkach, podobny do kolejki za trzy złote, która nigdy nie wiadomo, kiedy się zatnie, a kiedy popędzi bez przytomności. W ślad za nim pośpieszały wedle sił pięty i rozchybotana głowa. Był ciągle jeszcze przy Teresie nieodstępnie, ale obecność ta straciła właściwości zmory.
Jego potrzeby stały się uregulowane, wolne od wszelkiej tajemniczości: pozwalał się hodować prosto, ni to wesoły krzak w doniczce dziewczyny.
Nad wszystko służyło mu słońce. Więc Teresa często wyłuskiwała ciało syna z lalczynych szatek i puszczała nagiego między dziewanny i cykorie.
Malutka nagość pieściła wtedy oczy jaskrawiej od kwiatów, krzątała się wśród "zieleni na kształt egzotycznego zwierzęcia z rodziny małp czy też rokokowych aniołów. Ruchliwość osoby, a zwłaszcza nieposkromiony głód rąk, przypominały sposób bycia prześwietnych Bandar-Logów. Natomiast kształt, jakby ulepiony z poszczególnych fal tłuszczu i cały lśniący od porcelanowej glazury, zgoła był anielski.
Niektóre przygięcia tułowia, wykręty rąk i przewracanie źrenic dawały pozór świętości w stylu Bouchera. Dziecko zdawało się drapieżne, niczym uczeń czarno-złotej Baghery, nurkujący wśród lian, a zarazem biegłe w sztuce gawota i w recytowaniu antyfon. Tło zaś Jędrusiowych igraszek z naturą równie było przyjazne błyskawicznym chwytom systemu Bandar-Logów, jak i wniebowzięciu tanecznemu Rokoka.
Cokolwiek umyślił chłopczyk: czy to napaść na kitę łubinu, czy poćwiartowanie chrabąszcza, czy też przesadne umizgi do muchy albo jakieś rondo capriccioso z bułką w garści — zawsze trawa, chmury, blask i lepkie od słodyczy powietrze (potworna owa szata wielkiego cielska ziemi) przylegały pieściwie, z wdziękiem dziecinnego fartuszka do postaci Jędrusia.
Kiedy malec, rzęsiście roześmiany, tarzał się w gnieździe macierzanki, a gałąź głogu chwytała go za włosy, Teresa patrząc, jak żyje jej nagi syn, przestawała wkrótce odróżniać, co jest ręką dziecka, co warkoczem uplecionym z liści, co radością małego człowieka, a co uśmiechem rośliny.
Jakoś tymże czasem Teresa zaczęła znowu podobać się sobie. Jej biodra i piersi, przez które przeszła kosmiczna fala narodzin, wróciły do poprzednich form, prawie dziewiczych. Z rozbujania organizmu, z karmicielskiej obfitości został ślad zaledwie znaczny, jako miękkość ogólnego zarysu i zmężnienie niektórych mięśni.
Jedynym śladem wyraźnym było przesunięcie światopoglądu na jego właściwe miejsce — to miejsce — które Jehowa krwistą plamką naznaczył w mózgach pierwszych małżonków.
Wszystko, co dręczyło wyobraźnię, zostało odkryte. Wszystkie zasadnicze prawdy ludzkie odsłoniły oblicza — została tylko śmierć, a przed nią nieskończony szereg powtórzeń, przypomnień i uzupełnień rzeczy poznanych.
Kiedy Teresa, zacisnąwszy powieki, siedziała w trawie, a z bliska dochodziło pogadywanie jej dziecka, w myślach o życiu młoda kobieta widziała krąg doskonale zamknięty.
Dwadzieścia parę lat temu urodziła się sama; nastąpiły
liczne wiosny i jesienie, które wszystkie, z palcem na ustach, prosiły o cierpliwość i obiecywały nagrodę. Przez cały ów okres przygotowania malutka — i coraz większa — Teresa biegała ode drzwi do drzwi zamkniętych i próbowała włamać się w życie. Tymczasem — nic o tym nie wiedząc — żyła, a to, co było za drzwiami, wyciekało przez szpary i w przybytku nagród coraz więcej miejsca obejmowała pustka.
W miarę jak kształciły się zmysły i rósł zapas wiadomości, co dzień niemożliwszym się stawał nakaz czekania przed drzwiami. Przyszła wreszcie pora Erosa.
Podobne sezonowym kwiatom — pęczniały, rozwijały się i więdły tęsknoty — te przyjęte i te odrzucone. Zza węgła nagle wyszedł i w poprzek drogi jmął_j32?Żęzyzn?. Ni to jastrząb — spadła na serce pierwsza miłość; głupia i męcząca gorzej od bólu. Przyszła za nią druga, już wykluta z poczwarki, romantyczna, cała zamknięta w słowie i w spojrzeniu, nie wiedząca o ciele, zachwycona i najszczęśliwsza. Później była miłość taneczna; złośliwa jak jaszczurka, nieuchwytna; rzekłbyś: dama w masce, intrygująca kąśliwie, a przecież uroczo.
Rzecz ciągle jednak działa się przed zamkniętymi drzwiami. Aż w końcu wielkim płomieniem buchnął romans^Panieński. Chłopięcy. Romans bez ostatniej karty. Ale tak przejmujący, tak bliski jakiejś pozaludzkiej prawdy, że kiedy spopielała owa pożoga, Teresa u zamkniętych drzwi błądziła już zmęczona i prawie nieciekawa.
Wtedy wyszła za mąż. Z całą sumiennością jęła rozgryzać cierpkie jądro małżeństwa; i któregoś dnia, o którejś godzinie spostrzegła, że drzwi zostały poza nią, że mieszka już w domu ludzi dojrzałych. Ogarnąwszy wszelako spojrzeniem nową siedzibę, poznała, jak mało — za progiem tajemnicy — zostało do poznania...
Bowiem przez czas szamotania się Teresy na przyzbie, życie uszło spośród ścian niby woda z basenu. Teraz dopiero olśniło czekającą widzenie fal upłynionych, które w przepływie obmywały jej ciało, a które były życiem. Ku zadziwieniu bez miary stało się jasnym, że to, co każdej godziny przemija nie nazwane, że to właśnie jest wyjawioną tajemnicą; i jasnym się stało również, że strumień już prawie cały odbieżał. Aliści w najtajniejszym wnętrzu domu biło jeszcze nie docieczone źródełko: zagadka narodzin. Teresa spod oka śledziła pulsacje tej zagadki: nie pragnęła wcale przenikać jej odmętu — bała się na dnie zobaczyć robaka brzydoty. Tymczasem okazało się, że wzgardzone źródełko jest kraterem wulkanu, bluznęło lawą i poniewoli zatopiło Teresę w płomieniach bólu. Urodziła syna. I oto krąg zamknięty.
Matka ze spokojem patrzyła na drogę, którą trzeba będzie odejść ku śmierci. Patrzyła na tę drogę rudą od słońca, szarą od dni powszednich i pijaną od niedziel. Widziała tłum, który wespół z nią pogoni drogą aż do miejsca, gdzie czarny kamień oznaczy kres wszelkim krokom i stąpaniom.
W sercu Teresy — tak do niedawna atłasowym, tak wybrednym i zgoła królewskim — mieścił się poufale cały kurz tej drogi i cała jej gminna konieczność. Nie czuła ucisku w sercu ani obrzydzenia w źrenicach — czuła tylko, jak krwią nabiega ten sam punkt purpurowy, którym Jehowa naznaczył mózgi pierwszych małżonków.
V
Drzewa coraz dalej odchodziły od ludzi, cofając się w gąszcz spraw własnych, niepojętych dla śmiertelnego oka.
Na wiosnę były bliskie każdemu, bezbronne, młodziutkie i do przechodniów wyciągały ramionka pełne ufności. Po lesie chodziłeś wtedy za pan brat z dębem czy z małoletnią leszczyną, a przejrzystość sieci złoto-zielonej dawała poczucie beztroski. Jak gdyby dęby, ludzie, żmije i zające były rodziną oddanych przyjaciół!...
Posunęły się jednak tygodnie i odmieniło słońce porę snu. Skomplikowały się, zgęstniały egzystencje zwierzęce i roślinne.
Drzewa na przechodniów zaczęły spoglądać hardo w poczuciu własnej mocy. Lis nawet — tchórzliwy w kwietniu — teraz pod koniec lata drwiącym oczkiem świdrował zza krzaka plecy pana wójta. Nieustępliwość rozsiadła się po miedzach, gęstwinach i gałęziach. Z puchowego chaosu wiosny wyodrębniły się dawno mięsiste jądra i teraz, w blaskach pożogi sierpniowej, twardniały w kształt owoców. Las wzbronił ludziom dostępu; cały się zamknął w orgiach, w tytanicznych jakichś mozołach i w walkach krwawych.
Głowę włóczęgi nierzadko biły szyszki: pomniejsze stwory leśne wyskakiwały znienacka na intruzów i z bezgłośnym chichotem zapadały znowu w paprocie — syte ludzkiego dreszczu. Liście przybrały pozór blaszek, trawy raniły ręce, a jałówki nastawiały pastuchom rogi miękkie i głupie.
Coś się wszędzie działo między niebem a spoconą skórą globu; coś się działo w pośpiechu, w bólach, w porannym zgiełku i w zgrozie nocnej. Zawiązywały się istnienia, które nie dojrzeją na ziemi, i sowy szczekały księżycowi o zbrodniach, co tratują haszcze i mącą wodne głębiny.
Teresa tymczasem sunęła wśród szpaleru równiutko strzyżonych godzin, czując, jak za jedną i drugą ścianą jej spokoju za łby się wodzi, szczuje, ujada i tańczy tysiące istnień trawo- i mięsożernych, boskich lub zgoła kannibalskich. Miała przed sobą swoją szafranową ścieżkę i metr kwadratowy wolnego powietrza po lewej i po prawej ręce; nad głową miała Niewiadome, a pod stopami nieustanny dreszcz ziemi.
Była Teresa sama. Niepewna losów jak mewa, schwytana w sieć, zagubiona w prostej alei niby mrówka na posadzce, i ciągle łakoma jakichś sygnalizacji z obcego świata, które by na kształt semaforów napełniły czerwienią jej drogę.
Otóż zdarzało się czasami, że w chwili takiej bladej u wylotu ścieżki stawał Jędruś i z drugiego bieguna zdarzeń zbliżał się ku matce.
Szedł z daleka, z własnego, już zdobytego państwa; szedł, nie śpiesząc, malutki, a jednak pan własnych kroków i twórca samowładnych malutkich spraw. Nie było go oto godzinę i dwie, wkoło Teresy zdołały narosnąć chłodne fale i nagle — podobny okrzykowi — w sferę ciszy wpadał malec.
Jakież było wtedy zdumienie i jaki zachwyt matki, że ze świata przychodził do niej syn, zza zielonej ściany, z pierścienia upału i wrzasków.
Deptał po skorupach ślimaków i po tysiącznych tułowiach w jaskrawe kropki i pręgi, stąpaniem ranił łodyżki, szamotał się z prętem wikliny, w nieodgadnioną dziurę chował zdobycze, brał cięgi od wszystkich kamieni wśróddrożnych i — wyśmiany przez wilgi, obszczekany przez psy sąsiedzkie — przychodził sam ze swymi sińcami, pełen radości.
Teresa zasmakowała w słodyczy nagłych spotkań z dzieckiem, któremu już nie zawsze była potrzebna. Stwierdzenie początków emancypacji Jędrusia uczyniło go szczególnie drogim młodej matce.
Między nią a synem zaczynał się klarować „fair play" dżentelmeńskich stosunków — świtało dobrowolne przymiarze tak mgliste jeszcze jak sieć kwitnących jabłoni, jednak wieczne jak zapach tejże sieci różanej.
I za przyczyną Jędrusiowych łowów w dzikim ostępie między grządką melonów a płotem z bukszpanu... za przyczyną także Jędrusiowych wtargnięć na ścieżkę i jego zwierzeń, Teresa przebaczyła jakiejś tam potędze (jakiemuś dobrodziejowi czy jakiemuś oprawcy) tę przemoc, która się dokonała na jej woli w pamiętną noc narodzin.
A — co ważniejsze — zdołała Terasa przeboleć i puścić w niepamięć ów szereg miesięcy macierzyńskich zabiegów koło szpetnie obcej istoty, wszczepionej w życie jak drzazga w ciało.
Pod wpływem kilku spojrzeń syna-wojownika nawiedziło ją nawet przypuszczenie (nieśmiała raczej nadzieja), że jej łono nie było tą furtą najbardziej przypadkową, przez którą Jędruś dokonał pierwszego wejścia na świat.
Że może w kraju cudacznym, skąd ją samą wywiedli kiedyś rodzice, czyniąc znak jakiś — im samym nie znany, skrzętnie pochwycony przez anioła przeznaczeń — że w kraju nieurodzonych ludzi żyli już może ze sobą długie wieczności w porozumieniu obecny Jędruś i obecna Teresa.
W październiku, kiedy Bóg pokarał drzewa nagością za ich pychę sierpniową, Teresa pod futerałem nurkowego płaszcza odczuła żywo swoją nagość. Przypomniały się jej i zadrgały biodra, kolana, piersi i skronie. Usta nabiegły ogniem, wywinięte w kapryśny łuk. Muzyka, najpospolitsze uśmiechy, słowa bez treści i książki dawno czytane zakrzyknęły nagle o uściskach.
Na arenę wstąpił mąż w roli gladiatora. Żona spostrzegła, że pan ten ma szerokie ramiona, że jego pieszczoty są bolesne i że można ich mieć dużo. W małżeństwo wsączył się słony strumyczek krwi. Teresa przestała rozumieć, co mówił jej mąż przy stole, a także zaniedbała swoje czepeczki o długich wstążkach. Nie układała się już na noc jak kokieteryjna nieboszczka do trumny, tylko niespokojna, z rozpuszczonym warkoczem, czekała u drzwi.
Zrozumiała urok brzydoty, zuchwałość najniższego poddania, pojęła, za co anioł odwróci się zawsze od kobiety i dlaczego zawsze przebaczy jej najmędrszy Bóg-Chrystus.
Rozkosz skręcała czucia Teresy jak ogień członki czarownicy, palonej na stosie: prężyły się w męczeńskim tańcu; i wtedy szaleństwo nerwów miało w sobie heroiczny pęd tęsknoty. Zdawało się: jedna fala krwi, i pryśnie wreszcie w tysięczne drzazgi tajemnica, wyłuskwi się jądro — szczęście. Cel jednak żarliwości pozostawał śliski, rzekłbyś, kula szklana; furia ściekała strumieniami po chłodnych ściankach, a jądro tajemnicy zasklepiało się jeszcze mocniej.
Pogoda zstępowała zatem na twarze, ciało wyzute z tęsknoty skwapliwie zapadało w kretynizm. Jakże słodko było zapomnieć o wstydzie, tulić policzki do włochatego pyska bestii, czując się siostrą wilczyc, klaczy i cętkowanych perliczek! Głupkowate i tępe przewalały się minuty jak dynie; pokój pełen był inkubów, jaszczurek, aksamitnych jakichś drapieżców i warg nadto mięsistych.
Teresa śniła ciężki sen na jawie i budziła się zeń zrozpaczona jak mniszka, która w marzeniach uległa księżycowi. Przy łóżku stawał czwartek czy poniedziałek i zawieszał nad ścierniskiem pieszczot dwoje oczu z kamienia.
I stało się raz, że — zamiast któregoś czwartku — wkroczył Jędruś z Misiem w objęciach. Zagadał ptaszęcymi słowami, spytał. Nie o wrażenia ubiegłej nocy, oczywiście, ani nawet o to, czemu Mamusia jeszcze nie jadła śniadania. O coś tam spytał śmieszniutkiego.
Od tej chwili żądze — naznaczone krwistymi pręgami wstydu — przywarowały jak psy obite, a na powierzchni wszystkich nocy Teresy rozlała się oliwa spokoju. Dni zyskały przez to na przejrzystości i na tętnie. Życie znowu błysnęło elegancją jak salon, z którego wyniesiono łóżka.
W ciągu trzeciej zimy Jędrusiowego istnienia macierzyństwo przestało być dla Teresy „stanem wyjątkowym" — stało się „stanem cywilnym" równie mało kłopotliwym jak posiadanie dożywotniej renty.
Dziecko wessało się w życie na podobieństwo nowotworu, który zdołano unieszkodliwić.
A zatem niezliczone sprawy skłębione poza domem: ludzie, samochody, polityka, artyzm, zwierzęta i kwiaty — ich kolizje, ich głosy — powlekły się znowu barwą widzialną dla oka.
Zwłaszcza skwapliwie przywołani zostali ludzie. (Samochody były za drogie — jednak ich kwik z daleka ściągał wesołe myśli o bogactwie. Artyzm, ni to obrażony książę, spacerował po parku, chowając przebaczenie na śmiertelną godzinę kochanki. Polityka wrzeszczała prosto w twarz, ziejąc czosnkiem i octem siedmiu złodziei. Zwierzęta nie wszystkie umiały służyć, zaś kwiaty same chodziły za ludźmi jak pudle.
A więc Teresa sprawiła sobie dużo sukien i pozwalała sercu biegać do drzwi za każdym dzwonkiem w zawody z pokojówką.
Wrócili dawni znajomL sprowadzając ze sobą nowych. Godziny Jędrusia zwrócono ich dawnemu władcy — fryzjerowi.
Panowie i panie obsiedli co najpiękniejsze krzesełka w domu, obiady straciły dawną porę, wieczorom urosły macki, sięgające aż do południa, telefon stał się najważniejszą osobą, a twarz zaczynała być potrzebna dopiero o zmierzchu.
Jeden i drugi mężczyzna oświadczył się Teresie. Nie o miłość zresztą, tylko o „To, co najważniejsze" o „To, za co biją po twarzy". Tańczono. W Łazienkach fauny pochowały rogi pod czapice ze śniegu. Pocałunki marzły na wargach; tajały dopiero w cieple balu i słodką rosą opływały niektóre tańce.
Kiedy Jędruś w snach witał letnią swoją przyjaciółkę — krowę Zazulę, jego matka najżyczliwszym uśmiechem witała „swój" stolik na dancingu.
Zapamiętali ją i obdarzyli sympatią kelnerzy, woźnice, portierzy i wodzireje. Nauczycielka ludowa w brzydkiej wsi daleko od kolei i pomocnik buchaltera w związku rzeźników zaliczyli jej nazwisko dć> tych słówek ślicznych, pachnących jak tuberozy, słówek, które w „Kurierze" oznaczają przepych, nieosiągalną rozkosz, piękno zza siedmiu rzek.
Teresa zaczęła miewać migreny, a jej smak pogłębił się o całą skalę, sięgając finezji niemal galijskich.
Przez cały ten czas nie parała się wcale myśleniem. Jednak konstatacje i oceny nieprzerwaną strugą wyciekały spod stempla świadomości i nasycały źródło bijące w duszy. Niezbadane były loty wrażeń, dziwne — lądowania.
I tak: po wieczorze, spędzonym w dziesiątkach uścisków tanecznych, przegadanym mową kolibrów — Teresa zasypiała, mając w mózgu objawiony po raz pierwszy obraz zadziwiająco jasny wszechświata.
Innym razem, wśród gorączki przymierzań ze lśnienia „charmeuse'y" wywiązywały się nagle niezbite prawdy społeczne. Nazwy, które do niedawna fruwały na szeleszczących skrzydłach intuicji, nabierały wagi kamieni.
Ustalały się dystanse, migotliwa ruchawka pojęć stygła w kształt dogmatu. Jednocześnie kształciła się Teresa nad podziw sprytnie w sztuce żonglowania maskami. Ludzi brutalnych umiała już ubierać w koronkowe maleńkie maseczki, a filigranowych wrażliwców stroiła w barwy ponure, które z nich robiły brytanów.
Gdy tak działała i nieustannie poddawała się działaniu zdarzeń — w głębi przechodził Jędruś, spleciony rączkami z Jankiem i z Hanusią. Zdążył pozawierać przyjaźnie. Nie chadzał już na zwierza w pojedynkę — miał towarzyszy. Poczynał sobie roztropnie, ze stanowczością i z wdziękiem. Słychać było często jego głosik, oparty na jakiejś nucie majorowej bardzo trafnej.
W mieście tańczono, bo karnawał był długi i waluta poszła w górę, a majonezy staniały. Do Teresy przyczepił się pan... Siaki taki. Czarny, długi, pięknie ubrany.
Przyczepił się jak maskota, jak strofka „Titiny". Teresa przywykła, że ten pan jest z nią wszędzie. Wkładając suknię balową, wkładała z nią razem maskotę. Wśród zajęć jak najmniej rytmicznych pan wyskakiwał z przestrzeni, rzekłbyś, uprzykrzona melodyjka. Kiedyś siedział na dywanie i Teresa patrzyła w jego oczy.
Poczuła, że cudze dłonie ujmują jej kostki nad stopami. To nie było straszne. Ale zaraz potem pan powiedział: „kocham", a Teresa ciągle jeszcze widziała jego oczy.
Otóż to dopiero było straszne.
W oczach pana coś mętnego i śliskiego mówiło najwyraźniej: „Nienawidzę; zaraz cię ugryzę zatrutymi zębami i umrzesz z tej rany. Pogardzam; zaraz cię pocałuję i jak dłoń uderzy ten pocałunek. Żebrzę; zaraz wyciągnę ramiona i smrodliwa woń łachmanów otoczy twoją głowę".
W ustach pana trzepotało się słowo „kocham" niby ptak złapany w potrzask, a wokół nóg siedzącej pełzały ręce, podobne dwu padalcom.
Teresa z krzykiem wypadła z pokoju.
Niesłychanie ckliwe i obmierzłe nastąpiły dni. Dni o krostowatych twarzach.
Teresa pływała we wstręcie. Nawet kwiaty patrzyły na nią krzywo.
Z dna pamięci wypłynęły jakieś robaczki, obgryzając wszystkie myśli, póki nie zostało śmiecie.
Zdarzenie zdawało się być ponad winę i ponad zasługę.
Jędruś właśnie wtedy przechodził fazę klocków. Przycupnięty wśród rumowiska czerwonych i białych cegiełek — tworzył.
Tłusta łapka krążyła z namysłem nad stosami materiału. Nagle spadała na upatrzony obiekt i czym prędzej wracała z łupem do „wieży", której kadłub nieco przyciężki mozolnie dźwigał się od ziemi.
Czoło Jędrusia w godzinach budowania nie mniej wyrażało powagi niż ongi oblicze Leonarda, schylone nad projektem latawca.
Zastała tak synka Teresa któregoś popołudnia. Stanęła za nim smutna, patrząc, jak wznosi swój piękny zamek.
Żeby okazać uprzejmość chłopczykowi, spytała: „Co to budujesz, Jędrusiu?" Malec podniósł główkę i żywo zagadał: „Dla ciebie przecież zawsze buduję domek, Musio". Więc Teresa, nie zwlekając ani chwili, okryła swoje zgryzoty pogodą jak welonem — i weszła do domku syna na wieczne zamieszkanie.
I — Twarz mężczyzny
Henryk był moim kuzynem. I chowaliśmy się w jednym mieście; więcej — na jednej ulicy. Zatem żadna hańba jego dziecinnego żywota nie pozostała przede mną w ukryciu. Wiedziałam, że dopiero we freblówce oduczył się ssać palec. Nałóg ten stanowił przedmiot smakowitych rozpraw między mną a starszym bratem Adamem.
Kiedy potęgi domowe przygnębiły nas mnogością zakazów, że dom zdawał się obręczą najeżoną kolcami i człowiek dreptał w kółko na skraweczku swobody, czyniąc gesty bagatelne — dozwolone, lecz odarte z wdzięku — w takich momentach źródłem satysfakcji były zbrodnie Henryka.
Pewnego razu wuj Antoni — splendor i fortuna rodziny — spytał Henia, czy ten wolałby zostać obywatelem, czy fabrykantem; a najmilszy Henryczek, mimo spojrzeń matki, błagających o odpowiedź brzemienną w sukcesy, włożył palec do ust i z tłumikiem wygłosił: „Będę stróżem, bo on ciągle lata po dworzu..." Oczywiście otchłań niestosowności, zawarta w oświadczeniu, nie przeraziła naszych oczu; za to karmił dziecinną „schadenfreude" fakt, że Henryk później dostał w skórę.
Za czasów szkolnych spotykałam Henryka na wieczorkach. Był przystojny, uśmiechał się cierpko i tańczył, patrząc w jeden punkt nad ramieniem towarzyszki. Kochały się w nim moje koleżanki. Podobno mądrze rozmawiał i szydził z miłości. (Do mnie żywił wytworną niechęć — uczucie iście kuzyn owskie.)
Nieraz słyszałam na lekcji szept, opiewający urodę czarnego kosmyka; ofiarowywano się nawet „wszystko zrozumieć i wszystko wybaczyć". Że jednak słyszałam również, jak ciotka krzyczała na Henryka „smarkaczu", a on pokornie wywabiał plamę na niezwalczonym smokingu — spływał czar bez śladu po piórach wyobraźni.
Trudno wielbić krewnego chłopaka, co przez kilkanaście lat mieszka o dwa domy.
Byłyśmy z matką w Paryżu, kiedy przyszła wiadomość, że w lutym Henryk się zaręczył.
Zdradziecka to była nowina. Na pierwsze dotknięcie — nic; chłodna, okrągła jak jabłko. Henryk się zaręczył, zaręczył się Henryk. Mało treści. Znaczy: któregoś wieczora przestał patrzeć w „jeden punkt" — spojrzał w oczy tancerki. Miłość. Może i nie. Po prostu zachciało się chodzić do Łazienek pod rękę z ładną panną. „Czy mogę prosić o rękę panny Krystyny?" „Ależ, panie! Krysia jest tak młoda..." „To nic, ja ją uszczęśliwię..." „Ha, dziej się wola Nieba". I skończone. Z czasem, naturalnie, wypadnie ślub. Jeżeli latem, pokroczę w orszaku, reprezentując Paryż. Może dadzą szampana...
A jednak... Chłodne jabłko, ogarnięte dłonią dziewczyny, zakurzyło się wońmi rajskiego ogrodu. Pierwszy raz tuzin — kowa twarz miłości spojrzała na mnie oczami geniusza. Z niektórych zjawisk aż nadto pospolitych spadły raptem słowa niby wieka pudełek; ukazywało się ich wnętrze żywe, ciepłe jak krew.
Zaczynałam nareszcie nie tylko rozumieć sens filologiczny wyrazu „kochać", ale — za nieuchwytną przyczyną — zobaczyłam nagle różowe powietrze, w jakim pławi się i błyszczy ten fenomen. Kiedy teraz mówiłam „narzeczona" — zapach wysnuwał się z pojęcia, które dotąd znaczyło tylko: trzeba szykować wyprawę. Zupełnie nowi ludzie i nowe sytuacje skoczyły do oczu.
Zdarzyło mi się w tych czasach zabrnąć w nieznajomą dzielnicę, idąc w tropy za parą studencką, która od wyjścia z Genevieve'y nie przestawała szeptać sobie komicznych czułości. Nurkowałam wytrwale śladem ich obcasów — zacietrzewiona, niedołężna i drżąca jak wyżeł zbyt jeszcze młody na polowanie. Nie wiem, jak długo trwałaby pogoń, gdyby nie to, że na którymś rogu chłopak obejrzał się i puścił „au petit bonheur" zabójcze oko w głąb ulicy. Oko w rozpędzie nadziało także i moją postać. Stanęłam wtedy podcięta i szybko zabrałam się do odwrotu. Nazajutrz w Luwrze zawstydziły mnie białe źrenice Wenus.
W ogóle świat oblekł się wstydliwością, rzekłbyś, ciałem, i nie wiadomo już było, gdzie podziać myśli, jak wyminąć spojrzeniem to, o co najbardziej prosiły oczy, jak nazwać rzeczy, które najcieplej przypadły sercu. Z dnia na dzień, a właściwie w mgnieniu oka, odwróciły się wszystkie zdarzenia do góry dnem. Co jeszcze godzinę temu wyglądało jedynie warte trudu — nagle zbladło na opłatek, nikczemniało do cna. Zaś na miejscu porażki dawnych dni zapieniły się
fale objawienia. I wszystko dlatego, że Henryk miał się żenić z Krystyną. ...,„
Henryk — wiadomo — pretensjonalny samolub; sławna Krystyna z pewnością przez pół życia wyginała przed lustrem nóżkę po sarniemu i uśmiechała się zawsze nie na temat. Jednak byli zaręczeni. Zatem — kochali się może. Wniosek oczywisty, że miłość biegała po ulicach wszystkich miast i nie szczędziła nawet kuzynów. Bliskość, powszedniość tej sprawy uderzyła mnie palącym grotem. Bowiem dotąd kochali się Winicjusz z Ligią, Nienaski z Xenią, renesansowe księżniczki z kondotierami. Pola Negri, starzy bon-vivanci w Warszawie, kiedyś, kiedyś kochali się rodzice, no i „konały" pensjonarki — ale wszystko to albo na niby, albo gdzieś w nie docieczonych krajach. A teraz miłość, jak osoba, weszła do domu i prawie całowała w usta. Żar bił od tej obecności, odbierał chęć do pracy.
Utonęłam w lenistwie. Na powierzchnię rozruchu wypłynęła zachcianka: koniecznie poznać oblubienicę. Znalazły się argumenty, dlaczego kolokwia należy zdawać raczej na jesieni — matka skwapliwie opróżniła szafy.
Do Koła Chemików poszłam ostatni raz na referat o prof. Marchlewskim i bez jakichkolwiek wysiłków inteligencji z miejsca stwierdziłam, że prelegent ma oczy człowieka, który kocha szczęśliwie. Nie mieszając się do dyskusji, w skupieniu obdzierałam naszego maga — jak witkę wierzbową z liści — z gestów i intonacji niezdatnych do użytku w zachodach miłości. Zdania, nadziane wiedzą, odsłaniały do ostatniego dzwonka kręgosłup miłosny docenta. Dlatego nie zdziwiłam się wcale w dziesięć lat później, kiedy mi powiedziano, że Jacek zrobił karierę przez kobiety, gdyż był w amorach „szalony z metodą". W przeddzień pierwszego wyjazdu z Paryża przejrzałam (w świetnym blasku natchnienia) wszelkie zawiłości erotyczne młodego chemika.
W drodze do kraju po raz pierwszy zobaczyłam w lusterku nad kanapą drugiej klasy własną twarz obcymi oczami. Podróżni panowie robili na mnie męczące wrażenie — był to nowy sposób odczuwania świata.
Myśl, zamiast pędzić po drutach od telegrafu albo zaglądać jak mucha niefrasobliwie w oczy i usta ludzi, wgryzała się na sposób kleszcza pod skórę cudzą i własną. Ciągły stąd płynął niepokój, ciągła gorączka wzroku.
W Strasburgu wsiadł grubawy blondyn. Zarzucił na siatkę neseser gestem championa lekkiej wagi, długo drapował na haku i muskał palto, wreszcie podciągnął spodnie, usiadł
i władczym wzrokiem objął przedział w posiadanie. Od tej chwili podróż stała się dla mnie torturą.
Konieczność patrzenia na czerstwe policzki jegomościa i równie paląca konieczność niewidzenia wcale jego osoby splotły węzeł, który mnie dusił fatalnie osiem godzin. Wkładałam i zdejmowałam beret, na każdej stacji niemal sprzedawano mi coś niejadalnego w bufecie, a z „Jean Christophem" w bawolej oprawie działy się rzeczy, na jakie nie zasłużył. Prawdziwym żądłem sytuacji było zdziwienie matki. Patrzyła na mnie zatroskana, dręczyła pytaniami. Wyczerpawszy podręczny zapas dobroci, westchnęła wreszcie: „Jesteś przepracowana"...
Odprężyłam się nieco. W tej samej minucie blondyn rozłożył na mojej postaci spojrzenie ciężkie, błękitne, niby skrzydło ze stali. Drgnęłam, robiąc miny nieswoje i trzepiąc groźnie rzęsami.
Z czasem poznałam wielu grubawych blondynów; wiem już, że przy kalkulowaniu oferty na piryt lubią przygwoździć oczami do ściany jakąś twarz różową albo tylko bezbronną. Konturów tej twarzy nie pamiętają przy następnej ofercie. Wtedy jednak zdarzenie przerastało siły. Krew ciężkimi falami tłukła się od serca do mózgu, nogi ścierpły, bo nie śmiałam poruszyć kolan, „Nicht hinauslehnen" i „Defense du fumer" orały w myślach bez ustanku smugę bolesną jak ślad po harapie.
Udało mi się wreszcie zamrozić twarz w maskę. Ledwie sfolgowało napięcie, ryży elegant wyszedł z trzaskiem, zabrawszy walizę i palto. Odsuwając drzwiczki palnął mnie w łokieć kuferkiem i bąknął przed siebie: „Verzeihung". W przedziale został zapach wytwornej golami.
II
W Warszawie wkrótce poznałam Krystynę.
Była oczywiście inna niż myślałam. Nogi stawiała raczej po pańsku niż po sarniemu; uśmiechała się rzadko — nie dla ozdobienia rozmowy, chyba z potrzeby serca. Od pierwszego słowa brała ton głęboki; każdy wyraz z jej ust wybiegał ciepły, puszysty jakby i ciemny. Mimo mezzosopranowy, namiętny kolor, jaki ją otaczał, trzymała wszystkich na odległość. Nigdy — zdawało się — nie wypowie tego zdania, które by mogło stosunek zabarwić bliskością. Nawet Henryk przed nią celebrował.
Spotkałyśmy się u jego matki. Krystyna potraktowała mnie bardzo miło, troszeczkę z wysoka, sposobem starszej damy. Polubiłam ją, zrezygnowałam z wszelkiej niechęci.
W połowie czerwca miał się odbyć ślub.
Stwierdziwszy, jaka jest Krystyna i że rozmowa narzeczonych obejmuje te same tony, co u wszystkich ludzi, choć brzmi nieco inaczej — uspokoiłam się doskonale. Dzień ślubu zatem zaskoczył mnie w nastrojach bezpłciowych. Grzmociłam po dawnemu piłki na tenisie; wracając do domu zgrzana, z dygocącą ręką, niezmącona jak kropla — powtarzałam słówka angielskie. Czas biegł zygzakiem, po warszawsku; swojski, niczym bzyk samowaru, miejscami narkotyczny, rzekłbyś, powiew od lodowca, to znowu mdły na sposób wiślanej stęchlizny. Nagle w domu oszalał telefon, naczynia z wielkim szczękiem opuściły kredens i w koszach od bielizny pożeglowały do ciotki.
U rodziców Henryka już myślano o poprawinach. Wesele było tuż za progiem.
Na ślub zeszły się tłumy. Krystyna, jak w lesie bosą stopą po igłach, szła niepewna i skupiona. W zawoju wyglądała na piękną maharani. Henryk — czarny, z pasją aż kąśliwą w oczach — także miał pozór wschodniego kochanka.. Spotkali się przed ołtarzem i klękli obok siebie na staroświeckich kanwowych poduszkach.
Widziałam spojrzenie Henryka, żółtym ogniem pełgające po ramionach i głowie młódki. Organy nie ustawały w wymowie srogiej, swarliwej, pełnej bełkotu i złorzeczenia. Za to znajomy śpiewak przynaglał słodko jak synogarlica. W ciężkich od tkliwości portamentach z jednej frazy przelewał w drugą błogosławieństwa i zachęty. Ciotki wyciągały szyje, panny gorzały skromnie, podobne -lampom z ciemnikami. Znosiłam duchotę, nasyconą piżmem, myśląc o lecie.
Wreszcie młodzi wstali z klęczek i odwrócili ku nam twarze postarzałe. Organ ryknął samczą fanfarę, matki nerwowo chwyciły wachlarze... Wtedy nagle, zaczajona gdzieś w głębi, chlusnęła mi do gardła fala łez. Ciepło nieopisanej żałości owinęło się szalem wkoło piersi. Gdyby można było wszystką krew zamienić na łzy i tak wypłakać z siebie życie, dopiero poznałabym szczęście. Jednak zdołałam złożyć usta w obojętność; żal przeto wsączył się znowu do najskrytszej komórki czucia i tam już pozostał — ze sprawami miłości na zawsze nierozdzielny.
Wesele jaskrawą wstążką plątało się dokoła stołu. Nie tańczono wcale; obrządek jak gdyby po to trwał, by młodzi wraz z orszakiem nabrali sił przez jadło na jakieś czyny mocne, wielce odpowiedzialne. Krystyna kwitła u czoła zestawionych stołów, podobna drzewku akacji. Zwracała w prawo i na lewo zakwefioną głowę, dotykając twarzy i przedmiotów spojrzeniem wilgotnym niby zroszona gałązka.
Henryk przelewał się przez brzegi. Był wszędzie; serce — rzekłbyś — podsuwał gościom w majonezie, własną gorączką sycił wina, łasił się do ciotek, obcałowywał kuzynki, wujom na ucho szeptał rzeczy, które pachniały ambrą ich sinawym nozdrzom; z rzewną kurtuazją czynił wyznania drużbom, przed matkami czupryną zamiatał podłogę.
Pito wiele. Jednak — wśród grona fraków i balowych sukien — fortepian wydawał się jedyną istotą bez formy: ględził niedbale, coraz inną dotykany dłonią. Z fokstrota spływał w mgławe preludy, zaledwie błysnąwszy uśmiechem Carmeny, wpadał zaraz w wagnerowską podniosłość, żeby czym prędzej zanieść się kwileniem ukraińskich dziewuch. Na tle fali muzycznej, nie ujętej w karby żadnego stylu, ckliwej i gorącej — słowa toastów iskrzyły się w piorunach pijanej grandezzy.
Nigdy nie próbowałam szampana, więc piłam niefrasobliwie kielich za kielichem musujące złoto. Wreszcie dur we mnie wstąpił; rozmowa z sąsiadem zapieniła się dowcipem, śmiałością, nerwami; potem nagle wsiąkła w próżnię. W ciele leciutkim jak kokon została błogość i w oczach szczęsne maniactwo. Nie wiem, kto prowadzał mnie pod rękę po utkanych kwiatami pokojach, aż ocknęłam się samotna w fotelu pana domu... Przechyliwszy głowę na poręcz, patrzyłam w sufit niczym w gwiazdy.
Po chwili weszli Henryk i Krystyna. Nie ruszyłam się z miejsca, choć węszła z nimi tak drapieżna wyłączność, że wprost — niby cyklonem — wymiatało z pokoju. Spleceni ciasno ramionami, nie bacząc, przepłynęli koło mnie. Pomyślałam: przenikną ścianę i pójdą dalej po powietrzu. Oparli się jednak o kilim i patrzyli na siebie. Dłoń Krystyny jaśniała jak chryzantema na fraku Henia. Nie widziałam twarzy ani koronek panny młodej, tylko mleczną dłoń na ramieniu Henryka. Potem on szarpnął tę rączkę i cały się nagle otoczył bielą. Czarna głowa utonęła w welonie, ramiona miał zasnute koronką, a na karku dziesięcioro palców, splecionych w wianuszek. Henryk malał, topił się w oczach — Krystyna ogarniała go szaleństwem swoich szatek niby zamiecią. Długo
to było. Wreszcie rozerwał się obłok na dwoje — i znowu stali pod kilimem. Tym razem mąż łagodnie nachylił żonine usta ku swoim i całował z natchnioną czułością, zamykając oczy i węsząc nozdrzami zapach nocy.
Nad ranem Henryk odprowadzał matkę i mnie do karety. Cały już pachniał Krystyną. Powiedział mi parę słów prawdziwie pełnych wdzięku. Zamiast go uścisnąć, wyrwałam rękę z gorącej dłoni i zatrzasnęłam drzwiczki. Został przestraszony za szybą; posłyszałam jeszcze, jak mówił do jednego z wujów: „Ta mała, nie wiedzieć czego, mnie nie cierpi. Na zdrowie..."
Jesienią wróciłam do Paryża — przystojna pannica bez wdzięku. Afisz mojej młodzieńczości — matka — tym razem śmieszył raczej, niż rozrzewniał. Istotnie, mimo lat osiemnastu, nabrałam cech starzejącej się piękności.
Nad wszystkie czucia wybujała drażliwość — cierń staropanieńskiej Psyche. Stało się tak, bo nie wołany czar erotyki obraził mnie do krwi. Kuzyn Henio razem ze swoją Krystyną wypalili trawę w ogródku mego dzieciństwa. Płacząc, musiałam całować ślad ich stóp barbarzyńskich i poniżenie tkwiło w gardle jak ość. Pamięć idiotycznych upojeń — okruchów z weselnego stołu — bolała mnie nad wszelkie słowo. A że pamięć to była nieuchronna niczym bicie własnego serca, więc wszystka siła poszła w ambicję zelżenia w życiu tego, co mnie za włosy przyciągało przed próg skropiony wonnymi olejki.
Zawzięłam się na miłość gniewem dziecka i uporem wiedźmy^ Człowiek niedawno tak poczciwy — mężczyzna (dobroduszny sportowiec, wujaszek z niespodzianką, kupiec, tancerz, dorożkarz) zamienił się naraz w złe zwierzę, cuchnące piżmem i zdradą. Z dżungli, która miała pozór dni powszednich i niepretensjonalnych kamienic, wyskoczyły kocice, rozpląsane śladem samczych tropów. Kobiety. Ów świat i O zdeflorowany nie przypadł mi do smaku; więc oschłość_ oblekła serce niby wysypka. Z obawy, żeby nie połknąć gdzie znowu bakcyla romansu, unikałam nastrojów towarzyskighj
Był to czas, kiedy w laboratorium stawiano mi fascynujący horoskop. Istotnie, wśród szklanych fatałaszków, opięta w biel i namaszczenie, działałam zapalczywie, a nie bez rezultatu. Rubinowe, zielone i niebieskie płyny, żyjące w retortach, czar „doświadczenia", dobrotliwość „autorytetów" z łapami jak malarskie pędzle, syk gazu i zapach tysiąca trucizn — sztafaż dogadzał głodom „Sturm und Drangu". Z tą samą satysfakcją, z jaką pitrasiłam ongiś lalce tort z kartofli, przekładany marchwią, teraz gotowałam, kłóciłam z kwasem i odbarwiałam fluoresceinę. Wynik udanego eksperymentu spływał dreszczem wzdłuż krzyża — lubieżny jak każde spełnienie. Marzyłam o nędzy i samotności. W myślach trwał obraz rudery pełnej styczniowych podmuchów, gdzie za lat kilka zapisywać miałam ostatnie słowa rewolucyjnej formuły. IW tych czasach kwaśnych niczym kradziony owoc mnóstwo cierpień bez nazwy przewaliło się przez moje uczucia. Chwile błogości wypływały niekiedy z dobrego zdrowia, natomiast psychika krwawiła nieustannie. Ciernisty zwłaszcza był szlak stosunków z mężczyznami. Zatopioną w fali metafizycznej, potwornej jak sen — dotykało mnie często słowo samca. Zawsze palące na kształt iskry i zawsze, w moim mniemaniu, napastliwe. Zabić żar tego słowa lodowym wzrokiem i odeprzeć napaść — to było żałosne zadanie. Trzy czwarte siły wkładałam w mój śmieszny manew^
Pamiętam wieczór mokry od łez... Przyczyna rozpaczy taka: wypadło siedzieć przy kolacji z konsulem; bawił mnie rozmową o obyczajach różnych nacji. Oczywiście bez chwili spoczynku miałam się na baczności, żeby nie paść ofiarą męskiego fortelu, by nie przegapić „puenty", żeby — broń Boże — niczemu się nie zadziwić, ni przytaknąć i za nic nie uśmiechnąć. Sąsiad skończył zdanie i patrzył na mnie pytająco. Konwersacja bujała właśnie na angielskich fluktach, należało coś powiedzieć. Wdałam się więc na oślep w przemądrzałą analizę Anglosasów. Zabrnęłam w nonsensy. Bywalec z całkowitą kurtuazją, choć bardzo skwapliwie, wyprowadzał mnie z błędu. Doprawdy nie wyrzekałam się życia z taką pasją w trzy lata później, po zerwaniu z narzeczonym, ani niesmaku takiego nigdy nie czułam w obliczu komornika, jak owego wieczoru po kolacji przegadanej z konsulem.
Matka interesowała się żywo losami młodej pary. Od czasu do czasu dochodziły nas więc relacje o przedsięwzięciach Heniów. O Krystynie mówiono jak najlepiej. Podobno była dobra, gospodarowała i trzymała w ryzach Henryka. Adam napisał mi raz o niej rzecz zastanawiającą: kiedyś Heniowie urządzili herbatkę w gronie bliskich. Siostra Krystyny pisze wiersze. Namówiono ją, żeby czytała. Kiedy wszyscy słuchali z przejęciem jakiegoś sonetu, Krystyna chwyciła siostrę za rękę i głosem zirytowanym oświadczyła: „Dość. Więcej nie czytaj. Dajcie spokój tym wzniosłościom! Zagrajmy w brydża..." Wybryk wszystkim zrobił przykrość, bo wiersz był ładny, a wzburzenie niezrozumiałe.
Później Henio, wybadawszy żonę, tłumaczył Adamowi, że Krysia nie znosi uzewnętrzniania uczuć nawet w sztuce. Fakt ten wzbudził we mnie niechęć, gdyż — mimo chwilowy paraliż ekspresji — nie przestawałam nigdy wielbić sztuki. I gdybym umiała kochać tańcem albo poezją — już wtedy pewnie pląsałabym taniec Anitry, chociażby przed konsulem.
Tak minął ten rok suchy i męczący — prawdziwie kontynentalna pora mego życia.
III
W czerwcu znowu spotkałam Henryków. Było to na wsi u wuja Tonią. We dworze ludzie wydawali się mniejsi niż na Wilczej 15; za to — spłukani falą plein airu — tępi na wszystkich kantach, więc łagodni.
Bogactwo, jak kula, taczało się z kąta w kąt; gdzie stąpnąłeś nogą, podawało grzbiet lśniący i gładziutki. Cokolwiek przy stole czy w parku powiedziano, miało cechy kulistej próżni — kulistość dotyku i próżnia czystego powietrza. Pogoda była czymś tak materialnym, że aż swędziały dłonie, żeby zerwać ją z chrupkiej łodygi i podać na półmisku jak melon. Po prostu brodziło się po pierś w złocie i słodyczy. Pomiędzy jeziorem, tenisem, jadalnią i wielką sofą łaziliśmy bez sensu, chrupiąc kruche ciastka i robiąc projekty, których nikt nie myślał realizować.
Pierwszy raz Henryk wydał mi się przyjemny. Chodził biały, aż bolało patrzeć, i kokietował cały świat z krowami włącznie. Wieczorami zagrywał się do siódmego potu. Jest takie preludium Rachmaninowa, którego nie mogłam darować Heniowi. Zajadle smutne. Tak uporczywie, arogancko złowrogie, że wprost barbarzyńskie. Ta muzyka wtedy w Sitańcu była przykrym nonsensem. Mimo to Henryk przynajmniej raz na dzień narzucał nam owo preludium... To jedno miałam mu do zarzucenia.
Krystyna nosiła swoją śliczność niedbale jak jabłoń kwiaty. Jednak przekonałam się, że przed zejściem na dół parę razy zmienia suknię, zanim zdecyduje, co włoży. Zrobiłam kiedyś na ten temat niewinny żart; tak się zagniewała... wszyscy musieli mnie bronić. Nigdy przedtem, ani potem nie zdarzyło mi się spotkać kobiety równie skrytej. Zabaw ne, że skrytość uważała za kanon dla bliskich. Dlatego iryto wało ją u siostry pisanie wierszy; dlatego też nie wolno był mówić o jej toaletowych zabiegach.
„Co za szczęście — myślałam — że jest niemuzykalna. Ni darowałaby Henrykowi jego monologów przy fortepianie Monologów, które są tylko dobrze zrobioną pozą. Ten Rach maninow na przykład... Skąd teraz u Henia smutek?"
Jcó do mnie — wyłaziłam z poczwarki. Łuszczył się gipsowy pancerz: wracałam młoda z pieczary staropanieństwa, do której rok temu weszłam dzieckiem. Praktykanci wuja mogli już patrzeć i mówić ze mną bezkarnie — ani ich za to nienawidziłam, ani wzbierałam łzami. Wyrobiłam też sobie sąd mniej więcej rozsądny o własnym wyglądzie i przestałam torturować twarz nieruchomością. Dziesiątki powieści wchłonęłam na nowo, które dawniej czytałam tak, jak się u znajomych ogląda fotografie. Teraz przeżyłam je wszystkie żarliwie i bez urazy. Podałam światu dłoń na zgodęjlZaraz też przygarnęli mnie ludzie i zdarzenia. Z Krystyną gadałyśmy godzinami: o sukniach, obrazach z Zachęty, o znajomych, o imionach, psach i dzieciństwie. Nie po to, żeby coś sobie opowiedzieć, tylko że nam ze sobą było przyjemnie. Heniowa miała uśmiech zupełnie jak azalia, a ja — wypuszczona z karceru — brzęczałam po letniemu, podobna pszczole, co jest już fruwającą grudką miodu.
Kroplami wonnymi ciekły dni. Coś tam padło w oborze, coś się urodziło w stajni, czegoś wuj psioczył na rządcę, rozpacze jakieś wybuchały w kredensie — tupot bosych nóg, trzaskanie drzwiami, wiele głosów skłóconych, płaskich, przecinanych akcentem wściekłości, rzekłbyś, bojowym krzykiem gąsiora. Wszystkie te sprawy istotne były dla nas, mieszczuchów, bezrozumną krętaniną kulis, antraktem, który należy zaflirtować.
W początku sierpnia wypadały imieniny wuja. Postanowiono urządzić wielką fetę. Praktykanci wybiegli ze skóry, więc zdobyto aż czworo skrzypiec nienagannie żydowskich i lampiony (przez okazję) z Lublina; Jakub na tydzień przed datą skrapiał potem posadzki, bydło- i ptakobójstwo szło na wielką skalę. Najmniej pracował na własną chwałę wuj — Bogu ducha winien; za to nikt nie chciał z nim gadać. Sama jednak esencja imienin, kolorowe tajemnicze jąderko chodziło w sukniach Krystyny. Kłócili się wszyscy, spiskowali, pili dużo kruszonu, ganiali chłopaków, a Krystyna dreptała gdzieś w głębi, szumiąc taftową spódniczką, i wiadomo było, że święto fruwa za nią jak kanarek. Możemy hałasować, ale: nie będzie Krysi — nie będzie imienin.
Wreszcie przyszedł ten czwartek. W przeddzień oczywiście zepsuła się żniwiarka i wuj zwalił winę na praktykantów; więc drągale kwaśniały po kątach, a pogoda skroiła grymas aż siny z satysfakcji. W domu — wobec ciążących fatów — o ósmej rano już był ścisk, choć nikt jeszcze nie przyjechał. Publiczność — wściekła — wpadała na siebie w każdych drzwiach, zaś pan „rzońdca" spod Szawel jęczał: „Choć świentych wynoś, Bożeczka moj"... Koło dziesiątej wszakże przyturkotał bryką proboszcz, zaczęto jeść i wygładziły się odmęty. Po kilku starkach wrócił rezon. Za trzecim wolantem dopiero spłynęła Krysia, świeża jak listek; odkryto niespodzianki i święto zawisło u stropu.
Deszcz spadł dopiero po obiedzie. W chwili najsroższej ulewy zajechał, skrzypiąc, brek z dwunastką balowników. Stangretowi z daszka od czapki lało się ciurkiem, konie prychały i dzwoniły uprzężą; jak z trampoliny skakały panny prosto w objęcia Henryka. Chłopcy poczynali sobie niby w szwadronie na postoju — wrzask, wilgoć, przeciągi i kartonowe pudła po brzegi napełniły dom. Hanka latała z suknami śladem rozhukanych podeszew; nad strugą koło szparagów Mohamed niepewnie machał ogonem. Zrobiło się od razu wesoło — wesoło jak w dziecinnym pokoju. Wuj, nadęty ostatnimi dniami, teraz ruszył przed się — niczym dzik z legowiska. Obiegł panny, pozrywał banderole z najsmakowitszych cygar, rozmiótł służbę na posyłki w cztery strony dworu i wtedy dopiero — sapiąc rzęsiście — wrócił z błyszczącym okiem i brwią srodze nastroszoną do przerwanego brydża.
O szóstej już w salonie tańczyli. Muzykantów nie puszczano jeszcze na próg (mieli wystąpić wieczorem), ale niejaki Władek grał fokstrota i to jedna para, to druga zaplatała się w uścisk i sunęła zygzakiem, podobna igle sejsmografu. Deszcz odszedł z szumem i pluskiem w inne strony kraju, rzekłbyś, choleryk, zapluty z irytacji; została słodka, nieśmiała pogoda, jak żona tamtego weredy.
Wyszłam na taras. Nawet fotele trzcinowe, śliskie od wilgoci, pachniały czymś pięknym. Słońce nie świeciło, ale było blisko, bo chmury tętniły krwią, kwitły rudo i fioletowo; co wyższe topole już pochwyciły promienie na gałęzie i czym prędzej odziewały się w złote koszule. Drzewa inne wyglądały nagie i wstydliwe jak panny po kąpieli.
W parku trwał wszędzie przyczajony uśmieszek; było cicho, nad wszelki wyraz poufnie i czule. Zapach jak gdyby papieru spalonego, roślinnego potu, świeżych bułeczek i ziemi. Nieznane słowa nóżkami biegały po trawie. Czyjaś obecność dobrotliwa, dysząca ciepłem niby wielka pierś wypełniała sobą powietrze od krawędzi nieba po mój własny policzek. Stąpniesz krok — zdawało się — i już poznasz jakiś przemiły sekret; oczy mokre od tkliwości upieszczą cię całego pieszczotą tak niepretensjonalną jak przywiązanie wyżła.
Patrzyłam na ogród, czując, że on także patrzy na mnie, i za chwilę albo ja wpadnę w gałęzie, ni to w ramiona — albo na taras wbiegną agresty, by ucałować mnie po dziecinnemu wilgotnymi wargami. Tymczasem słońce wyciekło ze szczeliny w obłokach i spłynęło gęstym strumieniem na liście. W ten moment kałuża przed schodami zaciągnęła się złotem na kształt rany, którą świeża błona powleka, róże wytchnęły pianissimo różany refren i z wielkim wrzaskiem runęła w szpaler jaskółka.
Za oknami fokstrocik dudnił głucho. Stuknęły drzwi — wyszedł Henryk. Już czarny, z papierosem w palcach... Przyskrzypiał lakierami aż do mnie; stanął, palił i gapił się przed siebie. Tak staliśmy nic nie mówiąc, dobrą chwilę. Rzucił papierosa, nozdrzami chwytał wilgoć, aż ciężką od wonności. Pierwszy raz pomyślałam, że jesteśmy ciotecznym rodzeństwem, a więc bliskimi ludźmi. Spojrzałam na niego z samego dna serca — był ładny, umyty jak drzewa; milczący i brat jak one. Henio także na mnie popatrzył...
Nie mogą — zaprawdę — dwa spojrzenia przyleć do siebie ciaśniej, z porozumieniem bardziej doskonałym.
Czego nie wyrzęził wiatr, nie wysiepał ze siebie deszcz, czego róże nie zdołały wyrazić zapachem ani jaskółka przebić piersią, cała soczystość gałęzi i blask złotej kałuży — wszystko było zamknięte w oczach Henryka. Doznałam wielkiego szczęścia. Ktoś biegł od czworaków, chlapiąc butami po wodzie — Jędrek stajenny pędził na wioskę do kowala.
Ruszyliśmy ku drzwiom od jadalni. Wyciągnęłam rękę do klamki i zobaczyłam dopiero wtedy za szybą twarz Krystyny. Twarz maleńką, srogą i razem żałosną. Obleciała mnie fala ognia — coś niby wstyd, a potem stanęłam w strachu jak w zimnym prześcieradle. „Zziębłaś, Jadwisiu — powiedziała Krystyna. — Chodź ułożyć owoce..."
W początku września pożegnałyśmy z matką Sitaniec. W kilka tygodni później pojechałam sama do Krakowa na uniwersytet.
Tam dopiero zaczęła się moja młodość. Wybuchła jak źródło z gruntu na pozór błotnistego — z polityki. Ktoś znajomy wciągnął mnie do koła niepodległościowej młodzieży. Poszłam niechętnie do obskurnego domu. A po tygodniu już odmieniły się do gruntu paryskie gusty i obyczaje. Chemia spadła znowu do worka z balastem; tenis wydał się zabawą bez smaku, kooperacja — Mekką krasnoludków. Świat duży, prawdziwy, wart zmęczenia i gniewu, ognisko nie gasnącej uciechy, wyrósł w lokalu „Płomienia".
Opętał mnie nie gorzej od niejednych oczu wschodni iście powab konspiracji. Ze zgrozą, z łoskotem serca i suchymi od ciekawości wargami, poddawałam się coraz nowym rygorom i wtajemniczeniom. Cel sam — monstrualnie wielki — urzekał niby okularnik. Ale nade wszystko czarujące prowadziły doń drogi. Drogi — nie wiadome gawiedzi; podziemne korytarze podobne żyłom, które chronią krew i ciepło narodu.
Jakże soczyste, jakże pełne były deszczowe popołudnia, kiedy w pokoju sinym od dymu siadywaliśmy w kilkoro ? przy biurku — gdzie więcej widziałeś dziur niż sukna — zagłębieni w „zasadniczej dyskusji"! Wchodził zmoknięty chłopak i twarze natychmiast improwizowały komedyjkę dell'arte: jeden wsuwał nos w gazetę, drugi z rozmarzonym wzrokiem zaczynał na bibule mazać monogram, a jeszcze inni rzucali się ku sobie gestem zakochanych. Przybysz — biedne niewiniątko — stąpał lekkomyślnie po kruchej warstwie tajemnicy, ani czując, że pod nogami ma odmęt.
Napływało ludzi, intensywna atmosfera konspiracji rzedła za każdym podmuchem ode drzwi; wśród „członków" ? — „nasi koledzy" trwali niby skały wśród Dniepru. Patrzyłam na nich z bezradnością kaczęcia i z przyjaźnią czajki. Doprawdy trudno by mi przyszło wybierać się wtedy „za morze".
Żadne miasto nie weszło we mnie tak pieściwie, tak razem zawrotnie — rzekłbyś fala bzowego zapachu — jak ten Kraków uniwersytecki... Domy, ludzie, dzwony, polityka, Wola Justowska, „wyrobione niewiasty", parasole przekupek na Małym Rynku, mięciutkie słowo „dziewczyńka", woźny Aleksander w bibliotece i pelargonie na słupach — to były wszystko złote i fioletowe krople w ukochanym kielichu. Dogadzało mi, czego tylko dotknęłam - — że świat cały, rzekłbyś — pięści dwojgiem aksamitnych ramion. Zdarzały się noce — zwyczajne noce po zwyczajnym dniu - — kiedy nie mogłam zamknąć oczu z obawy, by nie przespać takiego szczęścia.
Naturalnie z paryskich przewrotów został ślad ledwie znaczny. Fenomen miłości, półtora roku temu zjawiony moim
!) — Twarz mężczyzny
szczenięcym oczom, już nie dręczył i nie oślepiał — stanął skromnie w gromadzie cudów. O Henrykach zapomniałam. Jednak czasami na wykładzie albo w jakiej bądź porze kłąb gorąca rozpalał mi piersi, błyskała jakaś szczelina, za którą widać było myśl: „Wtenczas na tarasie..." A więc tamto spojrzenie.
Na wiosnę mówiono o mnie „nasz człowiek". Rzeczywiście: zakochałam się nawet w prezesie. Mówił cicho i dobitnie, każde zdanie pieczętując wzrokiem. Miał maniery łasicy, uśmiech gazeciarza z Warszawy i panieńskie ręce. Kokietował zarówno dziewczyny i chłopców. Cały „Płomień" dyszał uwielbieniem dla jego osoby niczym ryba mdlejąca na piasku. Więcej licząc na zakochanych niż na apostołów, prezes uwodził zupełnie świadomie. Nieuchwytny i fascynujący, unosił się przed nami na kształt głosu Jehowy — w obłoku wysokich przeznaczeń. Swoje duszpasterstwo sprawował właśnie tej wiosny, kiedy po raz pierwszy wybiegłam z jej tła i stanęłam na tokowisku. Dzięki temu miłość zagabnęła mnie delikatnie, nie czyniąc krzywdy uściskiem. Prezesa widywałam w okolicznościach podniosłych albo na spacerze. Mówiliśmy o „sprawach organizacyjnych"; rzadko — o muzyce. Z nieskończoną rozkoszą trwoniłam dla jego uśmiechu siłę, jaką we mnie włożyła wtedy młodość.
Czucia moje oczywiście obrosły Kraków niby słupy graniczne; dalej nie sięgało szczęście ani smutek. Za to sprawy podwawelskie obchodziły do żywego. Pod koniec maja umarła młoda aktorka, którą opłakałam jak siostrę, choć zaledwie majaczył w myślach jej uśmiech sceniczny. Ta śmierć — mimo że przedtem straciłam oboje dziadków i braciszka — pierwsza dała mi czuć chłód martwego ciała. Kiedyś widziałam Ellen w angielskiej sztuce — rezulotne, niebieskookie stworzenie. Pamiętam do dziś jej rączkę z papierosem, błądzącą niby biała ćma wkoło twarzy, tak pełnej wdzięku jak serce jest pełne krwi. Chodziła po nieprawdziwym salonie, mówiąc słowa pisarza od siebie (zupełnie od siebie) najprawdziwszym językiem kobiety. I aktor wodził za nią wzrokiem swoim własnym — naprawdę zakochany.
Kiedy nasunął mi się przed oczy nekrolog, zanim żałość zdążyła mnie ogarnąć, poczułam zapach chryzantem, zmieszany z jakimś innym ostrym zapachem. „To śmierć tak pachnie" — uświadomiłam sobie; i odtąd umarli weszli między żywych.
Jesienią okazało się, że nie mogę wrócić do Krakowa. A zatem prześliczne moje miasto, ledwie zbudowane, miało się zapaść w rozłąkę. W Warszawie osiadłam zła jak anarchista; chętnie ciskałabym dynamit w znienawidzone ulice. Nie mogąc o każdym zdarzeniu zasięgnąć opinii prezesa, poczułam się osobą niepotrzebną — uczucie gorzkie nad wszelką miarę. Na nowych ludzi, zanim powiedzieli „dzień dobry", z góry byłam obrażona. Uniwersytet wydał się budą bez duszy, pełną Żydówek i zapachu wapna. Oddarta siłą od przedmiotu zachwyceń, miłość została mi w ręku jak suknia jeszcze ciepła, a już martwiejąca. Pisałam listy.
Niezdarnie wlokła się zima, ni to pociąg długi bez końca, przeładowany zgryzotą. Każdego tygodnia mówiłam sobie: „W zeszłym roku o tej porze..." i twardniała we mnie jedna czerwona rozedrgana żyłka. Doroślałam.
Kiedyś na ulicy minęła mnie Krystyna. Pierwsze wrażenie było: niepokój, jakaś niewygoda wewnętrzna. Odwróciłam nawet głowę, chciałam nie poznać. Zatrzymała mnie jednak najmilej i wziąwszy pod rękę skierowała w swoją stronę. Po chwili już gadałyśmy jak w Sitańcu. Nazajutrz poszłam do Henryków na cały wieczór. W przedpokoju stał wózek — mieli dziecko, półtoraroczną blisko córeczkę Jagusię. Na dywanie siedziało to małe, obsypane pstrokacizną zabawek, i wieszało na wszystkich spojrzenie błyszczące jak dżet. Bardzo śmieszna dziewczynka.
Krystynę nareszcie zobaczyłam w domu. Teraz dopiero pojęłam, co stanowiło jej wdzięk największy: umiała ze swojej urody zrobić śliczną lampę własnego domu — świeciła równo i ciepło. Już na progu czułeś jej pachnącą obecność. Każdy obrazek na ścianie, każda fałda firanki i nawet każdy ruch służącej zdawały się jak gdyby refleksem Krysinej istoty.
Henryk serdecznie mnie przywitał. Bardzo się zajmował Jagusią — pomagał kąpać, trzymał prześcieradło, nieustannie wdzięcząc się do małej. Czuły ojciec. Krystyna ze śmiechem opowiadała, że na gwałt uczył córkę piosenek i martwił się, że dziecko (półtoraroczne) nie zdradza słuchu.
Heniowie mieli piękne meble, doskonałe obrazy i — rzecz rzadka — doskonale rozmieszczone. Nie wysadzały się wzajemnie z ram, ścianę zdobiły dyskretnie jak broszka suknię.
Kolacja przecięła wieczór na dwoje. W dziecinnym pokoju i w salonie obcowaliśmy ze sobą ceremonialnie; przy stole
nawiązała się nić sitaniecka — złączyło nas kuzynost Krystyna mimo urodzenia dziecka została ta sama; on zdawało się — miał za plecami ścieżkę nowych spraw i s był odmieniony. Czułam jakby zapaszek innej rasy wk Henryka — jakiś atom obcości, co nigdy nie da się zasy lować. Jednak gawędziliśmy przyjemnie, z wprawą lu zżytych. Koło dziesiątej Henio nas pożegnał, mówiąc, że w chodzi do kolegi, gdzie grywają kwartet. Krystyna pos odprowadzić go do przedpokoju. Wróciła różowa, z miękk wejrzeniem niby ze snu.
Ten incydent zamącił mnie do dna — rozpalił, rozgor czył; wyszłam po godzinie, znowu wściekła na Warszaw stęskniona do Plantów, wysadzona z orbity na kształt be domnej gwiazdy.
Stosunek z Henrykami zacieśnił się wkrótce. Ich dom równi z laboratorium i spacerem w aleje napełnił moje życi Polubiłam Jagusię. Jej śmieszne słóweczka nieraz póty ta czyły przede mną na wykładzie, aż wpadłam w zachwyco gapiostwo — wtedy chrząkali koledzy. W niedzielę lubiła asystować przy spacerze małej panny; czasem bona zost wiała mi ją i biegła do kościoła. A ja chodziłam za wózkie z miną poświęconą, narzucając przechodniom myśl: „O, jak młoda, oddana matka..."
Powoli mieszkanie Heniów, ich stosunki, przyzwyczajeni nabierały poufnego stylu dawno posiadanych przedmiotó" Poznałam troski gospodarcze Krystyny: łakomstwo kuchark i frywolność młodszej, potrzebę klockowych wstawek do sto w gabinecie, kaprysy gastronomiczne Henryka, wybuchowoś pieców. Jaga nie chciała myć głowy bez mojej bajki „o ży wych włosach". Henio twierdził, że nikt tak nie przyrządz kawy... Dobrze mi było z nowym nałogiem. Zaczęłam chodzić do teatru, przetańczyłam parę wieczorów, ojciec nie mówił już o mnie: histeryczka — i głucho dźwięczał Kraków.
Na zebraniach muzycznych, na które Henryk zabierał mnie parę razy, spotkałam Sonię — pannę z tej samej pensji, trochę starszą (Krystyna nie bywała na „sympozjonach"). Soni nie lubiłam. Żyła w świecie tak obcym, że nie umiałam się z nią porozumieć. Miała rodzinę w Rosji, wiecznie coś się u niej działo, to na Krymie, to w Wiaźmie, jakiś wujo-pułkownik pasł ją czekoladkami, przepadała za baletem, nosiła wstążki we włosach i patrzyła na wszystko z jednakowym uśmiechem jak ikona. Grała dużo, biegle, znała teorię muzyki. Henryk grywał z nią na dwa fortepiany. Chwalił rytm, dodając: „Wszystko dobrze, tylko nie te moskiewskie perO
fumy. I koszula brudna wyłazi jej z dekoltu..." Ty między Krystyną a mną urosła przyjaźń.
Raz Henio przyszedł do domu zirytowany. Jagusia klapsa, czytał bez końca gazety, później biegał po salonie. Pewnie miał jakąś przykrość w fabryce. Krystyna zachowała się jak najsłodsza z przyjaciółek, usuwała z drogi wszystko, co mogło podrażnić zmęczone kroki, patrzyła bez ironii i była śliczna. Ale Henryk gadał w przestrzeń; po kolacji, chwyciwszy Baudelaire'a, zaczął fantazjować na temat: czy César Franek mógłby zilustrować muzycznie wiersz „Le beau navire". Dużo prawił nonsensów, ale czułam go doskonale i niebawem wsiąkliśmy oboje w ten sam lotny piasek. Krysia zmarszczona wyszła z pokoju. Wtedy mąż jej z pasją otworzył fortepian. Zrozumiałam, że pomiędzy Heniami coś się już zepsuło.
Od tego wieczoru odskoczyliśmy od siebie jak dwa koty. Miałam do Henryka żal o Krystynę; on, nie mogąc mieć we mnie sprzymierzeńca, chciał koniecznie widzieć wroga. A zdeklarować się na jakąś stronę trzeba było, bo dom Heniów pękał w oczach. Ledwie zdołałam odcyfrować pierwszą rysę, zewsząd wyjrzało pełno krzywizn i rozpadlin. Krystyna nosiła uśmiech na wargach, o których ja tylko wiedziałam, że drżały. Wśród ścian skazanych na zagładę biegała gadatliwa córeczka. Niesłychanie męczył mnie ten stan. Pragnęłam wpłynąć na kuzyna, ale nie znajdowałam potrzebnych perswazji. Tym bardziej że Krystyna wtajemniczyła mnie raczej spojrzeniem niż słowem.
Henryk coraz rzadziej bywał w domu. Zaledwie otwarłszy usta, od stołu porywał się wprost w objęcia niewiadomych rzeczy, których pełno czatuje za drzwiami. Dowiedziałam się od Soni, że namiętnie muzykują.
W marcu wypadły jego imieniny. Koło czwartej zastałam Krystynę promienną wśród gości. Szepnęła mi: „Henio do obiadu cały czas był z nami. Taki miły... Wyszedł na godzinkę". Otóż właśnie tego dnia wcale na noc nie wrócił.
Wkrótce później Adam — kontent z rewelacji, choć z twarzą ponurą — zwiastował mi, że Henryk ma romans z Sonią.
Miesiąc nie bywałam na Koszykowej, bojąc się oczu Krystyny. Aż kiedyś w parku spotkałam Henryka w wiadomym towarzystwie. Szli naprzeciw wąziutką aleją — wypadało się przywitać. Zjadliwy gniew zjeżył mi serce — zostałam z nimi, żeby ukłuć, naurągać i odejść. Ale Sonia kroczyła jak gdyby w nimbie lenistwa, niektóre fosforany wydają takie mdłe białe światło. Więc cały mój impet zgnuśniał od razu na galaretę w promieniach jej rozkładu. Patrzyłam: sposób noszenia głowy nad miarę kwiatowaty, usta ciężkie od śliny, i chód zmęczonego zwierzęcia. Zdawało się, że słowo, zanim spłynie z warg, zastygnie w kroplę syropu — powolne i ckliwe. Oglądała sennie mój kapelusz, drzewa i twarze przechodniów. Głowę bym dała, że po spojrzeniu zostawał wilgotny ślad. I bardzo piękna była ta odrażająca dziewczyna.
Henryk manifestacyjnie wrócił do przerwanej rozmowy. Słuchając, plątałam się obok.
 — Więc wtenczas, wie pani, w tym plugawym obozie skrzypce Serba były jedynym sposobem korespondencji ze światem. Każdy z nas (było tam studentów leodyjskich 300 sztuk — przedstawiciele sześciu antyniemieckich nacji), otóż każdy z nas do melodyjek Ninćića dorabiał w myśli własny tekst; potem piosenka, już jak gdyby przez każdego usynowiona, rozszczepiała się na dźwięczne pasma i po trzystu drutach pędziła do trzystu miłości. Rozumie pani? — Rozumiałam dobrze, że jedna z trzystu wersji Ninćića pędziła wtenczas do Krystyny.
Sonia podniosła w górę długorzęse oczy i uroniła jedno lepkie słowo: „Tak".
 — Wszyscyśmy wtedy byli muzykalni, bośmy byli samotni i głodni. Ale niektórym pozostał i potem nałóg muzycznych korespondencji. Ja na przykład najgoręcej oświadczam się na fortepianie... (Sonia ustami uczyniła grymas pełen wdzięku). I dlatego kobieta, która nie czuje muzyki, jest... — zapienił się nagle 4- właściwie nie może być, no po prostu stacją odbiorczą... pewnych najważniejszych drgnień.
Urwał i chwycił Sonię pod rękę.
Poszli prędzej, ja z nimi. Henryk najwidoczniej sobie samemu zrobił rewelację w zdaniu dopiero co przebrzmiałym i cały jeszcze drżał z wrażenia.
Wsiedli do samochodu. Widziałam, jak całował rękę Soni; wierzył z pewnością, że całuje serce sonaty.
W pół roku później Heniowie się rozeszli. Wkrótce po moich zaręczynach. Wiadomość ta spadła jak grad: ledwie wykiełkowane szczęście własne przypadło do ziemi w tysiącznych zestraszonych źdźbłach. Nade wszystko dał się we znaki niepokój: wydało mi się, że gubię ślad Henryka i że to jest katastrofa. Osłupiała, usiłowałam rozumieć, do czego potrzebny mi jest Henryk. Jednocześnie różowa twarz Krystyny była majakiem nie do zniesienia.
Kiedy tak cierpiałam bezradnie, przyszła do nas Krysia. Długo rozmawiała z matką o miedniczkach nerkowych Jagi, o posadzie w banku, o sprawach mieszkaniowych. Przed odejściem zaszła do mego pokoju.
Siedziałyśmy, splecione dłońmi, patrząc w okno. Nad biurkiem miałam fotografię z Sitańca. Krystyna odwróciła głowę i oczy jej weszły w sitaniecki salon. Zsunęła brwi i falistymi jak u dziecka wargami szepnęła:
 — On już wtenczas zapowiadał smutne rzeczy przez tego Rachmaninowa...
V
Henryka zobaczyłam w Zachęcie. Stał przed rzeźbą kobiecą, klęczącą na cokole — przed nagą, kamienną dziewczyną. W nabożnym lęku jej dłoni, w pokorze ramion i giętkości karku wyczułam tyleż chęci uczczenia Boga, co zadowolenia z kaprysów kochanka. Nimfa modliła się nagością i kochała z nabożeństwem. A marmur pachniał ziemią, zupełnie jak ogród w Sitańcu.
W piersiach załopotały mi jaskółki, wiedziałam na pewno, że w sali jest pełno nie znanych, biegających słów. Mój narzeczony powiedział głośno jakieś najśliczniejsze zdanie, ale to nie było to nieznane — koniecznie potrzebne. Wtedy właśnie Henryk drgnął, podając mi swoje oczy, jak gdyby dwoje powitań. Przyjęłam je doskonale — zmieściły się bez reszty między mymi rzęsami, bo były cieniem tamtego spojrzenia. I zaraz przyszła Sonia. Stanąwszy z tyłu, położyła rękę na ramieniu Henryka. Zobaczyłam, jak palić umiała ta ręka: kuzyn stanął w ogniu i zanim dłoń uścisnął, cały już zgorzał na próchno.
Często teraz odwiedzałam Krystynę.
Przyszedłszy na Koszykową, cierpiałam do krwi, pieszcząc jednocześnie na dnie serca najgorętsze szczęście. Bowiem miłość nasza ze Zbyszkiem była jak watra wśród połoniny: grzały się przy niej skostniałe palce.
Jagusia chorowała.
Zrobiła się prawie płynna, niczym wosk, i strasznie kapryśna. Krystynę trzymała na nogach wielorakość bólów; jeden truła drugim. Odkąd poznałam, w obliczu sitanieckiej fotografii, że żona Henryka była „stacją odbiorczą" — ich zapoznane szczęście wyglądało ku mnie, rzekłbyś, wyspa z morza łez. Dałam znać Henrykowi, że dziecko bardzo chore. Przyszedł nazajutrz, obładowany zabawkami, i przez tydzień codziennie odwiedzał Jagusię.
Krystyna koniecznie chciała męża odzyskać. Pracowała na to bohatersko jak rycerz; pokornie jak służąca. Ze swojej muszli wyszła cała na wierzch i mówiła do Henryka bez wstydu. Rzeczy, których nigdy w wierszu nie napisała jej siostra ani Henryk nigdy nie wygrał, nie wygadał, nie wyszeptał... Obsługiwała go z nieśmiałością.
Kiedy przychodził do domu, dom ten zasklepiał się wokół niego niczym miodowa komórka. Służąca podawała w czepku, stół aż pachniał od starań sześciorga kobiecych rąk; Jaga ze swoją chorobą wsiąkała gdzieś w kulisy.
Henryk zadziwiał mnie naturalnością. Jadł, pił, pełen galanterii i spokoju. We własnym — a już przecież niczyim — pokoju palił papierosa z dawną miłą twarzą. Jednak to był obcy człowiek; przynosił ze sobą zapach innego mieszkania.
Po tygodniu dziecku się polepszyło — Henryk przepadł. Nie zauważył wcale, że Krystyna, zawsze dotąd niema na podobieństwo łabędzia, teraz nareszcie, krwawiąc, śpiewa. Śpiewa wniebogłosy jedyny — ostatni raz.
Przestał Henryk łaknąć „muzycznych korespondencji", bo ręka, którą uwielbił jako treść sonaty, stała mu się szponem, wbitym na śmierć pod siódme żebro. Uwielbił z kolei ranę, wydartą przez szpon, rozmiłował się w bólu i ogłuchł, oślepł, zamilkł na wszystko, co nie było kląskaniem jedynych ptasich ust.
W tym właśnie czasie zaczęło mi się zdarzać, że płakałam, ledwie zamknąwszy drzwi za Zbyszkiem. Niedosyt niby rzęsą zarastał wody miłości.
Któregoś popołudnia stałam przy oknie, zwrócona twarzą ku źródłom, z których wytrysnąć miały gwiazdy. Zziębnięta, szara od cierpkości. Skrzypnęły drzwi; szedł Zbigniew. Nie odwracając głowy, poznałam tę prawdę po jej krokach. Szorstkie oficerskie ramię opasało plecy; do twarzy zbliżał się policzek, jak kwiat magnolii zbliża się — płynąc na gałęzi — do krzaka migdałowego rosnącego opodal. Od stopy aż po skronie odczułam bliskość najdroższego ciała. I już — dotknięte płomieniem — zaczynało różowieć moje sine serce... Ramiona stawały się miękkie, słowa nabiegały do ust. Było to, jak gdyby pierwsza fala duszy wypłynęła poza swój własny brzeg — na rajskie łąki. *
Jednak nie ubywało szczęścia w ciele — przeciwnie: szczęście rosło. Zbigniew nie całował mnie; trwaliśmy bez ruchu, podobni ludziom, którzy złożyli głowy na piersi Boga.
Nieustanna słodycz sączyła się z wiedzy, że doskonałość naszego czucia była niczym w obliczu chwili następnej — a chwil następnych był bezmiar. Płatkami różowymi opadałam bez końca na szmaragdowe przestrzenie; Zbigniew bez końca wyrastał ku mnie jak ocean.
Nagle na ustach poczułam wargi Zbigniewa — pocałunek tylokrotnie upieszczony moim tchnieniem, krwią moją nasiąknięty jak winem. Pocałunek, który kochałam. I oto, ledwie zadźwiękły — wsparte o siebie — nasze białe zęby, ustał deszcz różowych płatków, wyschło szmaragdowe łoże — ocean rozkoszy. Pocałunek, ni to zabity jastrząb, padł między nas — rozdzielił. Jednocześnie do duszy zstąpiło przeczucie, że Zbigniew nie zdoła pójść ze mną do kraju, gdzie świeci „tamto spojrzenie".
W ciągu tygodni, które nadeszły, usiłowałam za wszelką cenę rozwinąć nasze niezupełne szczęście. Prowadziłam ze Zbyszkiem długie rozmowy. Nieraz kładłam mu przed oczy zapisane karteczki, fotografie, śmieszne fatałaszki, z których ulatywała woń mojego życia.
Mówiąc wiele słów wzniosłych, które — jak skóra — ściśle oblegały treść, szukałam na twarzy przyjaciela uśmiechu przychylności. Tymczasem twarz ta — śliczna i kochana — w miarę coraz gorętszego ruchu moich warg, marszczyła się niczym owoc smażony w cukrze.
Jedynie oczy nie ustawały w wymowie, oczy pragnącego jelenia; zaś nozdrza chwytały zapach, którego nie było. Zbigniew po prostu węszył rozkosz w moich słowach.
Kiedyś narzeczony wyjechał na parę dni, szłam do domu, gdzie go nie miałam zastać o zwykłej porze. Znowu była wiosna i słońce przed zachodem pływało w niebie łagodne jak wielki kaczeniec. Zdjęła mnie szalona radość, że jeszcze nie wiem nic złego, że wszystko jest dzisiaj, jak zaszło w ńoc wczorajszego wieczora. Usilnie podkręcałam radość, niczym płomień w lampie, byle nic nie uronić z uroków tej godziny. Powoli, powoli weszłam na schody.
W salonie siedział Henryk. Nie pokazywał się u nas dawno. Teraz rozmawiał z matką, wertując nerwowo „Peter Pana". Twarz miał podobną do karty, z której deszcz zmył napisane słowa. Matka, zgryziona, wkrótce wymknęła się z pokoju — zostałam sama z kuzynem.
Myślałam: dlaczego Henryk przyszedł? i jakie nieznośne będą teraz minuty. Ale Henio spytał o Zbyszka, a potem, nie słuchając odpowiedzi, gapił się na wszystkich Wyczółkowskich po kolei; wreszcie zagadał poufnie:
 — Bardzo mnie interesują zakochani. Powiedz, Jadwisiu, czy przez waszą miłość — widać niebo? Bo przecież jesteśmy z tobą krewni... Wiem, że nasze oczy widzą tak samo. Więc strasznie zależy mi na tym, żeby stwierdzić, czy ty także — przez krew — chcesz widzieć niebiesko.
Henryk był blady, drżały jego wargi.
A z mego serca nie mogła zerwać się prawda. (Świeży liść nie może oderwać się od drzewa.)
 — Teraz cały tonę we krwi. W chlebie czuję jej smak; narcyz krwią pachnie... Jestem zmęczony, jestem chory. Trzeba mi duszy!
Podszedł do okna i tam palił w rudym blasku wieczora.
Spojrzałam za nim z niechęcią. Czyż po to udręczył Krystynę i napasł chęciami Sonię, by teraz mieć usta zimne z niedosytu.
Stał w miejscu, gdzie tak często całował mnie Zbigniew.
Zdrętwiałam.
Henryk powiedział mi straszliwą nowinę: „Jesteśmy z sobą krewni".
Przecież niedosyt zarastał wody mojej miłości!... Za płytkie były pocałunki, nieszczęsne wszystkie słowa.
Zatem: przez krew — ja także chciałam widzieć niebiesko. Henryk wrócił na fotel; starannie gasił papierosa. Kiedy ostatnia smużka dymu zwinęła się w kółko na popielnicy, rzucił głową po aktorsku i podał mi rękę.
 — Nie chcesz powiedzieć swojej tajemnicy? Nie trzeba. Widzę i tak: nie jesteś szczęśliwa. Nic to, moja pani. Na razie pijmy wino. Z czasem — po niebieskiej stronie — przyjdzie kolej na nas.
Wychodził.
 — Wtedy oszalejemy we dwoje — dodał już we drzwiach. — We dwoje z tobą, siostro.
VI
Jednym szarpnięciem zerwałam narzeczeństwo. Ale chwila rozstania nie chciała się skończyć: tego krzyku, który uwiązł w gardle, kiedy Zbyszek zamykał drzwi za sobą, nie mogłam wyrzucić z krtani. Mijały dni, tygodnie, najmilszy dawno był o sto mil od Warszawy, a ja żegnałam go jeszcze. Inne chwile nie nadchodziły — tamta nieprawdopodobna stanęła w poprzek drogi i puchła jak wrzód. Świata nie było widać zza garbu wiedźmy; gdziekolwiek wyciągnąłeś rękę — raniła kostropata obrzydłość. Twarz matki nawet — najmiłościwsza — wydawała się łbem wilczycy. Teraz nareszcie żal (ze sprawami miłości zawsze nierozdzielny) buchnął falą, a myśli pływały na jego powierzchni niby rozpierzchłe sprzęty z domu, który zabrała powódź. I żadnej nie było nadziei, bo szaleństwo bólu lepiej syciło mój głód niż kochanie. Biegły za Zbyszkiem słowa śliskie od łez — nie zawołało go żadne.
Wreszcie rzuciłam Warszawę, miasto gorzkie, oleiste jak wermut. Pojechałam do wuja. Tam światło i liście powiedziały otwarcie, na co pieściły mnie dwa lata temu: żeby napęczniało serce, żebym pokochała i odcierpiała Zbyszka. Teraz wróciłam właśnie do Sitańca zapominać, czego uczyły te moce zielone i rude. Zaraz pierwszego dnia odczułam bezsens przedsięwzięcia; bo w parku trzeba żyć żarłocznie jak wróble albo uschnąć jak zarażona kalina. (Do zimy było daleko.) Zatem nie mogąc żerować i ćwierkać, musiałam schnąć z bezsenności. Tak oto zamiast niepamięci, ogarnął mnie gorący koszmar tęsknoty.
Chodziliśmy z wujem w pole. Poczciwiec zerkał niepewnie na cierpiętliwe oblicze i widać było, że wśród gadaniny sumuje: Czego, u diaska, pannica humory odprawia? Jeszcze gdzie chlipnie w głos i co będziesz, chłopie, robił z tymi mokrymi ślipiami? Więc huczał nieustannie i wdzięczność mi chował za każdy dzień, że minął bez sceny. Za to gospodyni, ze współczuciem zawieszonym, rzekłbyś, firanka na oczach żółtych z ciekawości, odprowadzała mnie co wieczór na górę, węsząc do ostatniej minuty.
Na szczęście nie popełniłam żadnego brzydactwa: nasza miłość zeszła do grobu, uczczona jak księżniczka.
We wrześniu zasmucał mnie jeszcze każdy słonecznik, którego nie mógł widzieć Zbyszek (a wszystkie patrzyły za nim, choć odszedł tak daleko), jednak rozpoznałam znowu smak potraw i kolory ludzkich spojrzeń. Świat blady, sowiooki, przemądrzały i kapryśny wstawał przed mymi stopami.
Któregoś popołudnia waliza, pełna sukien, jarzębin, książek i kochanych listów, za nic nie chciała się domknąć; więc gniotłam kolanem wieko, układając w myśli komplement pożegnalny dla wuja. Weszła Hanka z depeszą. Powolutku rozcięłam: Krystyna umarła.
Kiedy wróciłam do Warszawy (pół roku wędrowały po świecie listy i jarzębiny), Henryk był od miesiąca żonaty z Sonią.
W Warszawie zastałam moc do czynienia: niezawodne cjamidy i cyklany czekały na syntezę, trzeba było pójść w tysiączne miejsca nawiązać nici, które zerwała nieopatrzna ręka. Trzeba było odnaleźć własne ślady na chodnikach, na schodach i na trawie, zetrzeć kurz ze sprzętów, odgrzebać, odchuchać, odgrzać sobie gniazdo. Robiłam to wszystko.
Krystyna została umieszczona obok Ellen w teatrze dziwniejszym niż wszystkie zmyślenia i tak pięknym, że zgoła niepojętym. Myśląc o niej, chwytałam łapczywie woń krakowskich chryzantem — zapach nagiej jak śmierć młodości.
Wśród znajomych mówiono bez końca o powtórnym małżeństwie Henryka.
Krystyna umarła na zapalenie płuc — jednak Henryk nie uniknął piętna mordercy. Nieszczęście Krysi przesączało się za ściany domu, na kształt dymu lotne i gryzące.
Teraz na sprzętach, które zachowały wyraźny odcisk jej palców, opierała ręce Sonia. W kredensie stały jeszcze naczynia tak, jak je ustawiła matka Jagusi, w szafach pełno wisiało sukien umarłej. Ale córeczka była już na drugim krańcu Warszawy u swojej babci, choć w kącie, gdzie niedawno stało łóżeczko, gąski kroczyły po ścianie. Więc ludzie złorzeczyli. Sprawy te, zgoła pozbawione kuchennego swądu, cięły prosto w twarz jak goła szpada. Mijając Koszykową, przyśpieszałam kroku. Mimo woli nozdrza szukały jodoformu, która to woń od czasu — kiedyś, kiedyś — operacji braciszka znaczyła klęskę bez nadziei. Krystyna nieobecna stowarzyszyła się ze mną mocniej niż za życia.
Znowu pracowałam W" laboratorium, chodziłam do teatru, biegły dni zwyczajne jak podwórzowe zwierzęta.
Jednak żyłam inaczej.
Wszystko minione, rozsiane po drogach, póty wirowało i szukało siebie wzajem w przestrzeni, aż urosło w jedną kolorową bryłę, i ta bryła wtoczyła się z powrotem do piersi. Właściwie myślałam już tylko po to, żeby myślą, ni to włochatą ściereczką, zbierać w garść kurze zetlałych wrażeń. I czułam, że w moim sercu ciągle szaleje Zbyszek, że mu tam jeszcze raz za ciasno, jak było nam obojgu za ciasno w Warszawie. Czułam także w sobie kroki Henryka, szmer zwiędłych uśmiechów Ellen — aktorki, a nade wszystko dreptanie żałosne Krystyny. Nie ustawała w jakichś niezrozumiałych zabiegach, dusiła mnie krwią, biła pulsem, łaskotała włosami. Gdziekolwiek poszłam, Krystyna uparcie szemrała swoje napomnienia. Wreszcie po długich tygodniach skręciłam w Koszykową.
Pod dwudziestym przemalowali balkony. W bramie widniał jeszcze strzęp ostatni klepsydry niby czarno-biały języczek. Kartka nad dzwonkiem ta sama: Henrykostwo T. Szłam po schodach, ściskając wargi, żeby serce nie uciekło mi z gardła. Zadzwoniłam.
Jak dawniej zachrobotało, ożyło coś w głębi mieszkania, skrzypnęła posadzka, brzęknął łańcuch. I otworzyła ta sama służąca. Dziewczyna zaćwierkała radośnie, ściągnęła ze mnie palto i już trzymała za klamkę od salonu.
 — Tyle czasu... wielkie zmiany. Jagusieńka ślicznie wygląda... u babci... Państwo są... A jakże.
Telefon wrzasnął. Zosia rzuciła „przepraszam" i pobiegła odebrać.
Weszłam. Kamelia Krystyny kwitła w oknie, ona sama, w czepeczku, uśmiechem zorzy patrzyła z portretu.
Meble nieruszone, błyszczą mahonie jak czerwone kałuże; sklejona figurka po dawnemu na fortepianie. Siadłam, czekając, co wejdzie: człowiek czy wspomnienie... Tymczasem pokój, zmącony przez moje wtargnięcie, zastygał i cisza znowu wszczynała bezradosny pląs. Jakieś sine apatyczne fale spływały z okien na posadzkę.
Nikt nie przychodził, słychać było przez chwilę, jak Zosia jazgocze przez telefon, potem trzasnęły drzwi (od korytarza — pomyślałam), i już tylko za portierą szeleściła czyjaś obecność.
Kilka razy w gazomierzu z trzaskiem przeskoczyła wskazówka (kiedyś Krystyna przestraszyła się tego głosu...). Powoli odchodziła mnie pamięć wydarzeń, wsiąkałam w ten dom z łatwością i bez urazy. Zatęskniłam do Henia; płacz malutki, bezradny zakiełkował nagle w sercu; chciało mi się trzymać kuzyna za rękę i gawędzić o koncertach, o kochanych bzdurstwach, niezrozumiałych dla obcego.
Wstałam z fotela i poszłam do sypialni. W progu wisiała portiera. Unosząc ciężkie fałdy, zajrzałam do wnętrza. Szaro — widocznie spuszczone story. Obok konsoli czeczotowa kanapka z oparciem w kształcie liry — pretensjonalny mebelek, tak samo wdzięczny jak uśmiech Zofii Potockiej.
O brązowe pręciki tej liry często zaczepiały się włosy Krysine, kiedy — płacząc — opuszczała głowę.
Teraz... o Boże — teraz... na wygiętym skrzydle liry także opierała się głowa, opłynięta złotem. A na ustach drugiej żony były usta Henryka. Oderwał je po chwili; zobaczyłam, że są tak bolesne, jakby nic już dać ze siebie nie mogły, tylko krew albo pożegnanie.
Z wyciągniętą ręką cofałam się przez salon. Cicho warknął zatrzask — pies domowy.
Zeszłam ze schodów.
Przez czas długi rzeczywistość była dla mnie domem nawiedzonym. Biorąc do ręki książkę, patrzyłam niepewna, czy się nie rozpłynie jak galareta i — gdyby ludzie zaczęli wrastać w ziemię, a domy fruwać po gołębiemu — żyłabym nadal za pan brat z człowiekiem — skałą i z latającym pałacem.
W tym okresie widziałam raz z daleka Zbyszka. Przeszedł koło mnie niby cień za szybą, nierealny już, chociaż kochany. Natomiast Henryk, którego rysy, ściągnięte przez spazm, ledwie błysnęły na tle z adamaszku, co dzień nabierał krwi, bratał się ze mną na nowo. Ilekroć wszczynano rozmowę o nim — zawsze wrogą, często obrzydliwą — wysyłałam na Koszykową uśmiech spod serca, gońca dobrej myśli. Sama nie wiem, skąd się brało współczucie, czemu mniej teraz płakałam nad Krysią, więcej nad jej mężem.
Przypominając stłuczoną porcelankę na fortepianie Heniów, kamelię całą w kwieciu i to, co zobaczyłam za portierą, szeptałam nieraz: „Czemu takie straszne rzeczy musi ten człowiek? Dlaczego nie spocznie?" Podobno chorował na serce. Kiedy mi to powiedziano, uczułam wdzięczność. Może już wkrótce skończy się krwawy taniec kuzyna? Może wolno mu będzie zamieszkać w kraju, gdzie szaleństwo nie zamienia serc w bandyckie noże...
Świadomość, że Krystyna słucha moich myśli i gładzi je siostrzaną dłonią — to była wielka słodycz. W święta godzinami odbudowywaliśmy z Adamem życie Krysi, podobnie jak dzieci bawią się klockami.
Rozmowa taka trafiła się raz na wycieczce za miastem. Wróciwszy do domu zmęczona, wcześnie usnęłam. I już w chwili zasypiania wiedziałam, że spotka mnie rzecz osobliwa, bo czucia, drętwiejąc, wydawały ton obcy, nigdy nie słyszany. Ze strachem weszłam w noc, która trwała pod powiekami. Miękko, ślisko, jak liście nenufaru, rozstępowała się czarność; zewsząd zetlały aksamit płatami opadał na jakieś bezkształtne dno. Cisza huczała setką fal mechratych a gorących; wzdłuż ściany leja toczyłam się w głębinę. Po drodze żarłoczne macki łaskotały ciało, czyjeś płetwy biły odmęt gniewnie raz po razie. Wreszcie z mułu wyjrzały oczy. Zielone, ogromne i srogie. Zdrętwiałam. To były oczy Krystyny, utopione w maleńkiej twarzyczce.
 — Zziębłaś, Jadwisiu. Chodź ułożyć owoce... — przyleciały wtedy słowa z tarasu.
Pofolgował sen, siłą rozdarłam powieki i do rana leżałam opleciona w mroźne wodorosty. A noc aż do świtu jaśniała spojrzeniem Henryka, jak Sitaniec jaśniał kiedyś pogodą po burzy.
Rano z nieśmiałością przeszłam koło fotografii Krystyny; i nigdy już nie złożyłam myśli w jej siostrzane dłonie.
Pod koniec kwietnia w Ogrodzie Botanicznym siadła koło mnie na ławce uperfumowana pani. Spokojnie czytałam skrypta — pani trąciła łokciem kajet. Podniósłszy wzrok, poznałam Sonię. Mój widok nie zmieszał jej bynajmniej — zagadała po swojemu: leniwie i wilgotno. Po chwili leżały już przed nami odkryte rzeczy najbardziej nagie.
Jasnowłosa palcem pokazywała je po kolei, aż rzekła, śliniąc usta i wyginając rzęsy: „To dziwne. Śpię na łóżku tej Krystyny i nigdy mi się nawet nie przyśniła. Widać nie ma pretensji, biedaczka..."
VII
To wszystko było dawno. Dziś jestem siwa, Henryk jeszcze żyje z Sonią, a Krystyna nauczyła się spraw obcych nie tylko ludziom — ale i aniołom.
Niedługo reszta krwi wycieknie z naszych serc. Wtedy — myślę — w kraju, gdzie świeci „tamto spojrzenie" — oszalejemy oboje z Henrykiem. Wieczne to będzie, braterskie szaleństwo.
PRAWA I LEWA
lł — Twarz mężczyzny
RĘKA
Zamęt koronek oplątał głowę. Jak niespokojny, ślepy chrząszczyk, szamoce się twarz i kark faluje gniewnym ruchem. Poprzez jedwabną sieć sukni widać łopatki opętane szałem wysiłku: przesuwają się pod skórą w liniach szarpanych, tworząc rozpadliny, podobne pustym oczodołom. Ramion nie ma; są dwie zwiędłe łodygi, oblepione pajęczyną. Niżej — łuk bioder, zamknięty precyzyjnie na wzór bransolety, przełamał piękno własnego kształtu i pląsa bez wdzięku — rzekłbyś, jezioro szarpiące brzegi. Łydki nawet — pogodne zazwyczaj — dały się opanować skurczom irytacji. I tylko piersi — ni to zastygłe uśmiechy dwojga kochanków — wśród udręki całego ciała trwają w obcości wszelkim sprawom; ciche, w sobie zamiłowane.
Wreszcie pofolgowały pajęcze oploty: przez otwór rękawa wychynęły palce; w ślad za nimi pełznie dłoń niby jaszczurka i kolistą strugą spływa ramię. Jednocześnie z koronkowego turbanu wyzwala się nagle strzęp włosów; i w mgnieniu oka zza czarnej zasłony wstaje twarz. Czoło porysowane tysiącem gniewów, oczy po krawędzie rzęs napełnione troską, zdyszane nozdrza i usta tak żałośliwe jak serce ptaka.
Złotym dreszczem otrząsa się głowa. Wkoło szyi opada krążek czerni... Prawa ręka — nareszcie wolna, z szybkością mistrza przebiega jedwabiste przestrzenie — niezawodna sroga; palce jedynym dotknięciem nadają właściwy wyraz fałdom, łagodzą kaprysy materii, a wśród sumiennych zabiegów błyskają paznokcie jak pszczoły. Koronkowe szaleństwo falą uległą i pieściwą oblewa z wolna postać pani. Z udręki staje się suknia.
A więc umęczone łopatki, ramiona niedołężne i rozkołysane biodra zaprzestają podrygów, stygnąc w kształt ubranej kobiety. Z głową w wichrze złota, dama podchodzi do lustra. Uśmiech; sekunda uwagi; dwoje brwi są jak dwa karcące słowa. I zaraz prawa ręka ze skruchą bieży ku agrafię, aby sprawdzić zamknięcie. Po czym opada znużona.
Jł
Wtedy leniwe skrzydełko motyle wyfruwa wdzięczi spośród gałązek tuniki, i na piersi, obciągniętej koronką, k dzie się niby listek obcy i świeży — ręka lewa. Pa z wdzięcznością spogląda na uśmiechnięte palce, które patr ku niej oczami brylantów.
Dom jest cichy. Zdrzemnęły się starczym snem mahoni Firanki napęczniały w słońcu: trwają puszyste jak ślubi welony. Azalia oblekła się setką uśmiechów i różowymi ocz< mi flirtuje ze światem. Zwiotczały ściany; siatką barw i ci nia, drgającą w głębi lasu, wydają się makaty i obrazy. Prz okna płyną do mieszkania złote chusty blasku, na któryć kurz mrówczymi łapkami haftuje desenie. Ledwie gdzi stęknie wiekowy kredens, zaskrzypi posadzka, dotknięta g rącą stopą południa... W powietrzu nasiąkniętym ciszą twe rzą się szczeliny i puste koła w miejscach, gdzie powinn drgać kule Jędrusiowego krzyku. Spokój jest tak doskonały że matkę ogarnia strach. Co robi syn, uwikłany w ciężki zwoje ciszy? Czemu milczy hałaśliwe gardziołko?
A Jędruś pracuje. W niszy między fortepianem i ścianą w lśniącej hebanowej pieczarze, przysiadł chłopczyk. Wśróc gałęzi splątanych na tapecie krząta się kłębek tłustości — prawa ręka dziecka. W samo jądro srebrzystej róży wpięta została igła; dłoń pracownika trudzi się nad wbiciem teg gwoździa aż pod serce ściany. Za młot służy łepek kopen haskiego szczenięcia — narzędzie ściągnięte z biurka tatusia. Zwierzak — oblany genialnie szkliwem porcelany niby najżywszym kształtem — stuka bezzębną szczęką w igłę, zaś źdźbło stalowe kiwa się na wszystkie strony ku utrapieniu Jędrusia. Ręka z cudeńkiem w garści skacze po ścianie jak gorliwy wróbel. Dzieło jednakże nie posuwa się zgoła. Najprostszym obowiązkom sprostać nie umie pies podły! A zatem niech przepadnie. Odskoczyła sprężynka — syn zrywa się na nogi i z młotem wzniesionym nad głową bieży ku oknu. Śmignęło ramię sprawiedliwe! Pies duńskiego chowu pędzi światami ku nieznanym dziejom.
I zaraz kroki cichochoda wracają na miejsce chwalebnych wysiłków.
Zdarzyło się wtedy, że przy samej podłodze rożek tapety odchylił się nieznacznie. Dotykają go surowe oczy. Prawica, pełna jeszcze gniewu, a już spragniona chwytów, spada w ślad za spojrzeniem. Wałeczki oblepiają nieszczęsny papier, ten — szepcąc słowa protestu — skręca się w sobie, i rad
nierad, wydłuża kształty, odsłaniając brzydotę muru. Jędruś wygląda jak uosobienie sumienności. Męczy się nad siły w zmaganiach z materią, ale poczucie obowiązku trzyma w fatygującej pozycji ciałko złożone w kształt scyzoryka. I gdyby nie język — jedyne stworzenie życzliwe — oszalały w drgawkach współpracy, ofiara, zaprawdę, byłaby na miarę Fidiasza!
Przestrzeń, odarta z tapety, rośnie z siłą fatalną, a na dywanie pstrzy się coraz więcej papierowych kędziorków. Źrenice dziecka nadzór surowy mają nad pracą tłuściutkiej niewolnicy — ręki prawej. Niech tylko nie dość mocno zacisną się palce albo dłoń nie dość sprężyście przylgnie do ściany, pęcznieje ze złości buzia, i jak bat ekonomski zawisa nad mozołem kopciuszka lewa ręka władcy. Prace postępują opornie, lecz stale.
Aż raptem — wśród największego uniesienia energii — na drodze zjawia się przeszkoda: w jądro drukowanej róży wpięta igła... Popłoch wśród wałeczków; stagnacja. Ale już policzki wydęły się jak balon, a nos srogo zmarszczony nakazuje odwagę. Więc pokorna dłoń zbiera się w sobie, pręży do skoku, wreszcie — atakuje. Twarz chłopczyka wyraża ten sam zapał, jaki błyszczy w oku samca wśród nocnych szmerów puszczy. Igła trwa; natomiast jeden z" wałeczków osiadł na ostrzu, niby gąsienica w pudle botanika: na płatki róży spłynęła ciepła kropla. Jędruś krzyknął.
Więc czym prędzej ocknęło się ciche jezioro rozlane po domu. Na puste miejsca, wyżłobione w powietrzu, wskoczyły srebrne kule Jędrusiowego krzyku. Drgnęły sieci, rozpięte na dywanach, i drgnęło serce matki. Z dwóch krańców domu biegną ku sobie kroki: śpieszne stopy kobiece i dreptanie rozżalone Jędrusia. W ramiona pani wpada ciałko, i jak ptak na gałęzi zawisa Jędruś na współczuciu matczynym. Buzia gorąca od płaczu przylega do chłodnej twarzy i ku ustom najwierniejszym wyciąga się łapka. Nie jest to wcale owa pracownica pokorna i bohaterska — krwią naznaczona ręka prawa. Chłopczyk — w puch rozbity, niby pułk po klęsce — nie umie zliczyć strat ani ocenić zasługi: wargom całującym podana została ręka lewa i długo pozwalała się pieścić — skrzywdzona i łaskawa.
Mocno uścisnęły się ciała. Dwie głowy są niby róże z jednej wykwitłe gałęzi — róże krwią szumiące tak, jak morzem szumią muszle. Jedna głowa jasna i druga czarna głowa.
Twarze inne, tylko uśmiech na dwóch twarzach jednakowy: słoneczniki, w blask zapatrzone, i oczy ludzkie, śmierć oglądające, i dzieci wśród zabawy, i zmęczeni kochankowie na twarzach różnych uśmiech mają ten sam. Piękne jest łoże i piękni kochankowie.
Przez otwarte okno płynie czar ostry, podobny sinej jaskółce. (Słodycz fiołków okrutniej męczy serca niż najsroższa rozkosz, narzucona ciałom.)
Wiosna o białych zębach, wiosna chłodna jak miecz i jak źródło, wiosna, której uda są zwięźlejsze od czereśni, a włosy pieściwsze od słońca, patrzy w samo dno czworga źrenic. Nie widzą siebie kochankowie, chociaż splatają się ich rzęsy — widzą kwiecień.
(Gdzieś tam dziewczyna, próżna miłości i jałowa, jak kryształ jest jałowy bez tęczy — łamie narcyz w niewiedzących palcach, nozdrzami chwyta zapach, a łodyga narcyza chrzęści... Dziewczyna niedługo napełni się wiedzą i łzami. Dotknie ją wtedy dłoń mężczyzny, a ona na dotknięcie już odpowie dreszczem. Obudził ją narcyz.)
Ciała trwają w uścisku, aż pokazuje się mielizna w zalewie rozkoszy: ostry, suchy żwir, cierpienie bez smaku, nuda. Bowiem na chybkich skrzydłach odleciał już miesiąc, zostawiając za sobą trzydzieści dni i nocy kochania.
Były w miesiącu godziny niedalekie. Między obcymi ona podawała uprzejmą dłoń młodzieńcowi. Wkoło stolika, przystrojonego sandwiczami, biegał od krzesła do krzesła pająk konwersacji, skwapliwie snując sieci. Spojrzenia dwojga przysiadały na pajęczynie, niby dwie złote muchy. Śliczne kwiaty zaklęte w kształt filiżanek kołysały się na gałęziach rąk między stołem a ustami. W zębach chrupały ciastka i słowa. Młodzi mówili w przestrzeń, nie widząc swoich uśmiechów. Tylko — kiedy dłoń mężczyzny obejmowała poręcz — zazdrościło serce kobiety martwemu drzewu i cisnęło się gwałtem między palce kochanka.
Były godziny bliskie. Z dwóch bladych krawędzi świata wytryskiwały drogi niby promienie i biegły ku sobie. Schodzili się kochankowie, patrzyli na te same przedmioty, te same pochłaniali chwile, znaczone na tym samym zegarze. Świat cały stawał się nagością. A nagość jedyną prawdą. Całowały piersi i ręce, śpiewały oczy, w ustach załamywały się promienie jak w szkle purpurowym, zęby uczyły najtkliwszych pieszczot, a słowa mięciutkie przeszywały ni to groty. Z chaosu czerwieni i wstrząsów wyłaniało się nagle kolano o połysku konchy i zasłaniało wszystko — nawet miłość. Czasem we włosy wplatały się wonie kwiatów. To znowu imię najdroższe wzbierało w piersi na kształt źródła, napojonego śniegiem, i wypływało ciężkimi falami poza krawędzie zmysłów. Morze słodkości zamykało się wtedy nad głowami; w tej szklanej trumnie odpoczywali kochankowie.
Były godziny dalekie, nasiąknięte tęsknotą, bierne, szafirowe. Chodzili każde swoją obojętną ścieżką. On — schylony nad biurkiem — głaskał oczami papiery, ku ludziom zwracał twarz przysłoniętą dobrotliwym okrucieństwem tygrysa. Ona — jak perła wśród krwawników, obsypana codziennością — śniła spotkania i rozmowy. W świetle jej spojrzenia mąż, z żarliwością wyznawcy, grał miłość dwojga za dwoje. Był pytaniem i odpowiedzią, myślą i wcieleniem, był dłonią chwytającą i schwytanym sercem. Dusza jej — rzekłbyś, ubogi rozchodnik — wiła się wkoło stóp dalekiego. Kiedy bliski mężczyzna, podobny psu gończemu, ściągał do jej stóp ciepłą jeszcze zdobycz i — dysząc z wysiłku — czekał łaskawości... albo kiedy, zamknięty z żoną w pokoju, chodził, siadał, rozkładał wachlarz samczej dumy, tokował i cierpiał — myślała: „Ten ochłap zdobyczny mógłby być błękitnym ptakiem, to pudło o sześciu ścianach, które mnie więzi, mogłoby być gniazdem z rajskiego puchu, te ręce mogłyby mówić jak usta, a ten mąż prawowity mógłby być tamtym człowiekiem".
Teraz... na chybkich skrzydłach odleciał już miesiąc.
(Łodygi narcyzów spływają białą posoką, kiedy złamie je ręka dziewczyny.)
Trzydzieści dni kochania jak trzydzieści zamordowanych ptaków leży u stóp łoża. Trzydzieści nocy miłosnych, przeżytych we śnie i na jawie, zakwitło i zwiędło razem z krokusami. Z dna rozkoszy wyrasta mielizna — cierpienie bez smaku: ostry, suchy żwir. Rozplatają się ciała jak dłonie! Bezdźwięcznie płyną obok siebie dwa strumienie minut, znaczone na tym samym zegarze. Cisza nabiera tonów sinych i z wolna staje się próżnią. A ciała — przed chwilą tak wymowne — mierzchną, przybierając pozór przedmiotów bez znaczenia.
Skrzypnęły drzwi. Wszedł ktoś. W ckliwy opar miłości wpada dźwięk wrogi xjak sztylet. Trzydzieści zabitych ptaków i trzydzieści nocy przekwitłych porywa się spłoszonym stadem. Zwracają głowy ku drzwiom kochankowie. I widzą twarz. „Te oczy mogłyby patrzyć jak sarny; ten mąż prawowity mógłby być tamtym człowiekiem..." przewiewa przez myśl wspomnienie. Ale „te oczy" nie patrzą jak sarny. Dźwięczą kroki stąpające w stronę łoża.
Strach siecią mroźnych węży oplata czoło i nogi kobiety. Na piersi kładzie się pancerz ciężki nad miarę.
Wreszcie na samej krawędzi puchowego gniazda — tam, gdzie przez czarny próg schodzi się od miłości do życia — staje człowiek.
I znów szemrzą dwa obok siebie płynące strumienie, na tym samym znaczone zegarze. Tylko sekundy jak zamierające falki tężeją w wichrze lodowatym, który idzie z oczu trzeciego człowieka. Porusza się kochanek, szelest materii napełnia pokój nieznośnym hałasem. Naprzeciw siebie stają mężczyźni: jeden — przybłęda naznaczony tysiącem pocałunków, opity miłością, ociężały i senny; drugi — cierpliwy przyjaciel, żyjący w poniżeniu triumfator, kat własnego serca i maniak nadziei. U stóp kochanka żona czeka, aż minie zły sen. Zmęczone jest jej ciało, syta krew, myśli skrzepły na kryształ i żadna chęć nie żyje w duszy. Zarówno miła śmierć, jak obce życie. Byle przeważył się sen: na szczęście czy na zgubę...
Tymczasem zmora pęcznieje, podobna do chmury; pochłania światło, kłębi się w olbrzymich skrętach i huczy setką głosów.
Już załamał się sufit, pękły ściany, już faluje na wezbranych głębiach łoże i płomienie zaczynają lizać skórę.
Wśród zamętu plam, krzyków i blasku tańczą dwie twarze; ta najdroższa i ta śmiertelnie oddana... Nagle z samego węzła majaków wykwita ręka, ręka prawa niekochanego mężczyzny; sprężona — prosi. „Te ręce mogłyby mówić jak tamte" — przylatuje echo.
Kobieta wstaje, rzekłbyś, miecz godzący w ciało wroga, i chwilę trwa na rubieży dwóch oceanów; z lewej strony — morze podzwrotnikowe, trujący żar przesytu: z prawej — pustynia lodowców, błękitny niedosyt.
Ledwie zdążyły ziewnąć jedne usta, zadrżeć ledwie zdążyły drugie — miłośnica rzuca swoje leniwe i drapieżne serce w wody tropików, którymi włada kochanek — rycerz lewej ręki.
(Gdzieś tam dziewczyna napełnia się wiedzą i łzami. Czeka dotknięcia...)
Pani Rozalia Skoczkowa z Oksywskich Piasków nie miała pieściwego życia: Paweł był złośnik. Kiedy, przybiwszy z kutrem do brzegu, ciskał jej w twarz — niby dla uciechy — mokrą, sprężystą flądrą, czynił to bez przychylności. I później, siedząc u proga napełniony gorącym jadłem, z fajką w zębach, warczał jak brytan, ilekroć frunęła mu koło twarzy perkalowa spódnica. Jednak nie upijał się, „do morza szedł" sumiennie — sztorm, nie sztorm — póki fala służyła grzbietem; od młodziutkiego marca aż po głęboki listopad, dzień dnia o szóstej rychtował motorówkę, brał synów „za hals" i — płynęli. Pieniędzy tym sposobem urosło niemało.
Pani Rozalia lubiła dostatek: kawał ziemi czy sieć na węgorze, czy też obraz pełen szat i uśmiechów anielskich. Zgięta we dwoje pod koszem, w którym dogorywał śliski mąt rybiego mięsa — pomuchli, kwapów i fląder — podążała każdego ranka ku stacji, skąd szedł pociąg na fiszmark do Gdańska. Z sercem zapędzonym do gardła, jak z kęsem ościstego chleba, sunęła skrzywiona, światu całemu niechętna. Na fiszmark wszakże wkraczać wypadało z uśmiechem: gdańskie mieszczki od dziecka karmione rybą marszczyły nos nie tylko na dorsze, ale i na twarze przekupek. Nie słysząc zalotnego szwargotu „die Gnädige" mijała czerwone parasole, by wstąpić do rzeźnika po kilo wołowiny.
Jank i Leuszk — synowie Rozalii — trzymali sztamę z ojcem. Zdarzało się często, że przy motorówce skrewiło jakieś stalowe ździebełko. „Chłopy" wręczały wówczas zepsuty drobiazg Rozalii. Miała z fiszmarku iść do grubego Fritza na Frauengasse żądać, by darmo nareperował ten figiel, kupiony pięć lat temu. Nazajutrz pani Skoczek biegła do Fritza. Kłótnia trwała czasem godzinę. Napełniwszy uszy wrzaskiem grubasa, „die dumme Kaschubin" bez rezultatu wracała do domu. Przez ostatni zakręt od checzy Kassów wlokła się leniwie, przystając ze wszystkimi babami — osowiała i aż sztywna ze strachu. Bała się swoich „bobów". Szturchańce Pawia
przyjmowała samym naskórkiem; za to synowskie wyzwiska przypiekały ją bólem głębokim, wstydliwym, jak choroba, Mówiła potem starej Kąkolce: „nie majom ale respekt dla nenki moje chłopce. Doch ja je miała dichtig bite, jak one byli male..."
Kąkolka trzęsła głową.
Którejś zimy pani Rozalia umyśliła, że na lato odnajmie gościom „ladnom komorę". Przesuszyła pierzyny, ściany zostały pomalowane niebiesko i nad łóżkiem zawisła jeszcze jedna Trójca Święta. W czerwcu zjechało „polskie państwo".
Przyjechali senni, zakurzeni, z pięcioma walizami; dziecko płakało. Jednak przywitali się wiele razy uprzejmiej niż trzeba i przepraszali za wszystko z poetycznym uśmiechem. Hedka (panna Skoczek) poszła za nimi do izby — niby pomagać; właściwie wypatrywała krowimi oczami szmaty a cacka przywiezione przez „badegastów". Dużo się mówiło tego wieczora u Skoczków o tym, że jedna waliza była pełna książek.
Od dnia przybycia „Polloków" pani Rozalia śpieszniej wracała z fiszmarku. Pilno jej było usłyszeć od Hedy, co śmiesznego rzekli, co tam znowu cudackiego przedsięwzięli goście. Wszak czternaście utrapionych godzin „byli cugiem jechane" po to tylko, żeby osiąść na dwa miesiące w Skoczkowej komorze, leżeć na „sztrandze" i gołymi piętami rozduszać meduzy. Tych rzeczy w Oksywskich Piaskach nikt nie robił. (Do wody lazły czasem chłopaki, kiedy kuter przypędziło na brzeg; pijane „matrozy" sypiały po diunach... Wieczorami w lipcu czasem jakaś rozwydrzona „bobka" szła a szła przed się bosymi stopami po mokrym rąbeczku morza, uwieszona na ramieniu swojego „boba".)
Nie owe jednak gorszące praktyki najbardziej kompromitowały „Polloków". Co gorsze — Rozalia nie widziała „Ordnung w tej familie". Mąż wstawał wcześniej, bo on chodził po bułki do śniadania. Żona w koronkowym czepcu, leżąc, piła kakao; dziecko śpiewało na cały głos: „Z tamtej sztrony Wiszły kąpała się wrona..." a na ramie od św. Franciszka wisiał płaszcz kąpielowy. Wychodząc, uzbrojeni w siateczki na długich kijach, w trykotowe majtki, powieści i morele, śmiali się wszystko troje i skakali jak kozy. W czasie deszczu rodzice pisali, malec kredką zasmarowywał kajet. Kłócili się czasem, ale zaraz potem siadali sobie na kolanach i słychać było na cały dom, jak się całują.
Przez niziutkie okienko Heta widziała wszystko. Wieczorem czekała na matkę już koło Kassów — żeby bez zwłoki opowiedzieć o wybrykach gości. Chichotały, wycierając nosy w spódnice i zerkając złośliwie na jegomościa w białych flanelach, który palił papierosa na przyzbie.
Pod koniec sierpnia państwo „było jechane weg" — do Warszawy. Heta dostała sweter, boby pięknie oprawioną lekturę; pani wsunęła za lustro karteczkę ze swoim adresem. Dziecko rozdarowało zabawki.
W „ładnej komorze" zostało dużo gazet, kopert, pudełeczek i zapach obcego życia. Heta stała długo na środku opuszczonej izby. Tępe oczy chodziły z przedmiotu na przedmiot, jakby rozżalone, jakby tęskniące...
Koło tygodnia jeszcze nieobecność „PolLoków" była ranką oblepioną przez wspomnienia, niczym przez muchy. Z rozważań, prześmiechów i obserwacji wypłynęła formuła: „Żeby my to wcześni mieli wiedzone — jakie som jest te ludzie — toby my więtszy preis mieli za komorę forderowane..." Po czym fala codzienności zmyła ślady warszawskich obcasów.
Przyszły we wrześniu na morze szafirowe „głady"; słońce stało się rzewne jak umierająca sarna, rude i płochliwe; piach nabrał metalicznego połysku. Na wargach fal snuły się wodorosty, niczym płowy zarost na uśmiechniętej twarzy. Pomuchle same prosiły o sieci, bo rybacy lenili się w kutrach, upatrując węgorzy, ćmiąc fajki i ziewając ku niebu. Aż kiedyś zawrzasnęły rybitwy, wiatr runął z bukowych lasów prosto w zatokę, rozbiegł się, rozpędził po wodach, i jesień oszalała nagle jak człowiek.
„Chłopy" zasiadły przy piecu, pani Rozalia już „nie była idzona" na fiszmark — nadeszła pora cerowania sieci, czas męskich humorów, wszelkiego obrządku wedle gospodarstwa, czas niezliczonych łez kobiecych. Boby znęcały się nad Hetą. Paweł urągał każdej robocie, garnki leciały z rąk struchlałym „białkom", z rzadka czytano „Danziger Neueste".
Póki biesiła się zawierucha, kutry, odprowadzone do Gdańska, skakały na kotwicach niczym spętane źrebce, a od brzegów Szwecji sunęła cichaczem szeroka ława szprotów. Więc też ledwie pokładły się wichry, Paweł owinięty w wełnę pędził z synami do motorówki i parli przed się tak daleko jak nigdy w roku. Nie bywało ich czasem dwa tygodnie i więcej. Wracali z obmarzniętymi rzęsami, nierzadko przerąbując się do sztrandu przez gruby pas lodu. Tym razem pani Rozalia swoje kosze na fiszmark „halała" w towarzystwie. Böby — wśród kpinek i splunięć — ciągnęły ostatni łup do hurtownika.
Bliskość wiosny poznać mogłeś w Oksywskich Piaskach po kolorze nieba za latarnią. Jego błękit łagodniał niby źrenica natchniona miłosierdziem, słońce zaś ciemniało, podobne dojrzewającej brzoskwini. Zaraz też pękały lody i malutkie falki — miękkie jak łby kociąt — pokazywały się na powierzchni tych alabastrowych klamer, w jakie morze ujęło zatokę. Kto miał swój „gon", oglądał się za pługiem, rybacy przesuszali sieci, łatali „szote" przed domami. Króciutka godzina życia pęczniała jak hiacynt, jeszcze liśćmi zakryty.
Trzeciej jesieni od tego lata, kiedy w „ładnej komorze" u Skoczków mieszkały „Polloki", Leuszka wzięto na wojnę. Jank został (osiemnastoletni), Pawia też nie ruszali ze względu na palec prawej ręki, który mu niegdyś przygniotło reją.
Sypnęły się czasy wojenne, rzekłbyś, szare ziarna gorczycy. Wieś zrzedła, zleniwiała. Baby doszły do głosu i wrzeszczały śród opłotków niby pawice bez samca. Dzieci wyszły z rygoru: nieraz smarkaty böb zamierzał się na matkę, uniesiony męskością; w szkole więcej skubano pierza i suszono liści dębowych, niż dodawano ułamków. Cukier stał się przysmakiem. Mąka coraz szpetniejszego nabierała koloru i „guidów" srebrnych nie uświadczyłeś na lekarstwo. Raz po raz manewrująca „Kriegsmarine" napełniała zatokę rykiem „kanonów"; czerwona chorągiew na latarni zabraniała wtedy wycieczek w pole obstrzału; to znowu spokój zstępował nad morze taki, że zdawało się — świat cały odszedł na drugą stronę, poza linię Nowego Portu.
Kartki od Leuszka przychodziły rzadko; gęściej na nich było stempli i brudu niż słów. Pani Rozalia, udręczona przez Pawia i Janka, z lubością oddawała się złudzeniom na temat nieobecnego syna. Gadając z sąsiadkami przy balii czy na fiszmarku, prawiła bez końca o tkliwym sercu żołnierza.
Tak przewaliło się lat pięć — obmierzłych jak zabite cielska zbójeckie. Z Wejherowa gdzieści zapodzieli się landrat, Kreischef i kommando; zaczęli ludzie gadać o pokoju, o jakichś „nowotnych" cesarzach — o wielkich, wielkich odmianach. Leuszk nie pisał już dawno. W jego butach zaczął chodzić Jank; potem dzieciuch rozzuchwalił się bezkarnością i naciągnął — do kościoła — nowe spodnie brata.
Tymi czasy właśnie Rozalia powiedziała kiedyś Hecie: „Doch oni mi teraz rzekom na fiszmark: ihr verfluchte Polioken; zaś to było zawsze: ihr, dumme Kaschuben!..."
Wkrótce potem stało się wiadomym, że „Polloki zwyciężyły Hindenburga", że nie tylko mają króla w Warszawie, ale że niedługo przyjdą rozkazywać do Gdańska. Pani Skoczek popadła w osłupienie. Śmieszliwe „Polloki", ci ludzie wcale niepodobni do „deutsche Herrschaften", te miękkie, zgoła niepoważne osoby — „Ausländer" z barbarzyńskiego kraju, gdzie ponoć jedno jest tylko miasto — Warszawa, te lalki będą rozkazywały żandarmom? Przywiozą może własnego landrata i własne „Passierscheiny!?"... Ziemia zaczynała falować pod stopami; zamąciły się wszystkie myśli.
Pod koniec maja połowy były obfite; raz po raz urywały się sieci, aż rybacy poniechali roboty, bojąc się więcej stracić, niż zyskać. W handlu jednak niejedno ruszyło z miejsca, więc Pawel z Jankiem, ufni we własną sztukę, co dnia prawie docierali za Puck na „wielgie morze".
Pusto tam było teraz — nie usłyszałeś ryku syreny, nie rozorała nigdy fali twarda pierś transatlantyku, nie przeszumiał, nie przetańczył drobnym kroczkiem biały samowarek ze szczecińskiej kompanii. Czasem pod słońce mignął szafranowy żagiel, płynący od strony Helu, z rzadka zaterkotała motorówka i mewy zanosiły się ostrym śmiechem. 
Któregoś ranka wszakże, kiedy Jank wysadził z kabiny twarz usmarowaną sadzami, na horyzoncie rozkwitła czarna plama wróżąca okręt. Przymrużył oczy — i patrzyli. Plama podeszła bliżej: widać było kominy. s
Sunął wielki okręt z pańską grandezzą, ani pląsając biodrami, ani świszcząc chrypliwym oddechem. O burt łodzi uderzyła pierwsza zapowiednia fala — malutki poseł gościa ze stron dalekich. Morze ugięło się wdzięcznie i zmarszczyło w uśmiechu.
Jank wylazł do pasa. Wtedy okręt, idący pod kątem, zwrócił ku niemu profil marsowy i płynął już widoczny we wszystkich szczegółach — poważny, wyczyszczony. Na pokładzie pełno „matrozów". Bandera biało-czerwona łopotała ostrym języczkiem, na flanku gorzały litery jak słońca. Litery złożone w słowo „Kaszub".
Pawel zerknął na Janka i jeszcze raz odczytał dokładnie. „Kaszub". Ten okręt tak się nazywał. Pan Skoczek wyjął fajkę z zębów i niechcący pomyślał: „Na fiszmark doch teros rzekom: ihr, verfluchte Polloken — a zaś to było zawsze: ihr, dumme Kaschuben..." Trawler odciął wodę od nieba, szedł sobie teraz powolutku, chlaszcząc żaglowiec falami po bokach jak niesfornego konika. Marynarze, uwieszeni przy barierze, wołali: „Jak się macie, ociec? Flądry urodziły, co? Te, mały, kłaniaj się tam frajerkom! A jak nie, to wal do nas!" Coś tam jeszcze gadali mową wesołą i tak prędką, że nie chwytało ucho wyrazów. Przepłynęli niebawem.
Odtąd Jank począł chadzać na „Bahnhof" do jednego, co miał polskie gazety. Zatykał uszy czytając. Paweł wyjął kiedyś z szafy starą książkę do nabożeństwa, zezował na „Kurier" syna, wodził palcem po kartach i mruczał. A Jank, spojrzawszy na niego, parsknął i zawołał: „Na, jo; doch to jest ale to samo!".
Heta pilnie mrugała bezrzęsą powieką.
Tylko Frau Skotschek, nie mogąc dojść żadnej „Ordnung" w nowych zjawiskach, zacięła się w oporze. Nie chciała rozumieć.
Takie to były rzeczy w Oksywskich Piaskach, kiedy Leuszk z przepustką od kapitana na trzy doby przyjechał z Bydgoszczy do domu. Dawno już dał się skautowi rozbroić pod Kolumną Zygmunta i teraz miał dwa paski na rękawie. „Byl ano do Seeschul przisadzony", choć jeszcze w artyleryjskim mundurze.
Skrzypiąc cholewami, przemaszerował koło Kassów, zasalutował starej Kąkolce, palnął w plecy Hetę zagapioną przy studni i utknął wreszcie, jak słup, przed kolanami matki.
Oprawiała właśnie dorsze do kolacji. Chrząknął, więc spojrzała bystro w górę. „O Jesses! — rozpłynął się krzyk na całe podwórko — Leuszk, Jesse, to ty, synku?! Polski soldat?!...
 — „Som jes polski żołmnirz, nenko" — powiedział pan kapral, a z checzy już wypadli Jank i Paweł, a od Kassów biegła co tchu niebieskooka Margreta.
