Zofia Kossak
Z miłości
Powieść 
o św. Stanisławie Kostce
Część pierwsza
W rodzicielskim domu
I
Imć Bieliński zamknął 
starannie klamrę grubej księgi, 
kronikę dziejów sarmackich 
Macieja Miechowity zawierającej, 
i zaczął poprawiać zadania. 
Poważał wielce tego kronikarza z 
racji, iż staruszek Miechowita 
doktorem był astrologii, gdy 
ponad miarę wychwalany Długosz 
na astrologii mało się rozumiał.
Korzystając z odwrócenia uwagi 
mentora, Pawło wycinał ozdobnie 
kozikiem brzeg stołu w 
drobniutkie karby; młodszy, 
Staszko, zapatrzył się przez 
okno w ogród, gdzie stary Maciej 
badylarz, wpół zgięty, podlewał 
świeżo wysadzone szpikanardy.
Dwie niedziele temu spłonęła 
chata Maciejów i teraz 
krzywosękaty kształt dziada 
pochwycił myśl chłopca, 
przywodząc jak żywe wspomnienie 
owego pożaru, co wstrząsnął nim, 
niby pierwsze objawienie o 
znikomości rzeczy tego świata. 
Chata była wprawdzie zapadnięta 
w ziemię, na wygiętej strzesze 
dźwigająca bogaty rozrost 
badyla, lecz widziała się 
jeszcze być trwałą. Starzy 
Maciejowie wierzyli 
niewątpliwie, że dokonają w niej 
ubogiego życia. Ani im w głowie 
postało, że zbudzeni ze snu 
ledwo to życie uniosą. Nie 
pożegnali swej chaty; nie 
ucałowali węgłów przed 
zaśnięciem. Legli w swój barłóg 
jak co dzień. Nie przeczuli, 
wchodząc wieczorem do izby, że 
przestępują próg ostatni raz...
Staszkowi się zdało, iż słyszy 
znowu huk ognia i widzi starą 
Maciejkę, mrugającą bezradnie 
zapłakanymi oczami, niby ptak 
nocą zbudzony. Patrzyła bez 
słowa na chatę, która gorzała 
jak lampa, zawierająca w sobie 
miast oliwy całą treść 
pracowitego, długiego żywota. 
Nie minęły trzy pacierze, a 
zgorzała całkiem, zostawiając 
spalenisko, śmieszną, małą kupkę 
węgla i tlejących głowni. 
Rozpłakał się wtedy rzewnie. 
Zbyt ciężka na dziecinny umysł 
groza wionęła ze świadomości, że 
przed godziną istniało coś 
mocne, trwałe, do życia 
konieczne, czego już nie ma — 
rozwiało się w dym i żadna już 
siła na świecie kształtu tego 
samego nie wskrzesi. Było, a nie 
ma — gdzie jest?
— Śpisz? — syknął mu w ucho 
Pawło i skończywszy ozdabiać 
brzeg stołu, wziął się z zapałem 
do ławki.
Staszek nie słyszał pytania. 
Myśl przerażająca, że 
którejkolwiek niewiadomej, 
nieprzeczuwanej godziny wielki, 
piękny dom rodzinny mógłby 
spłonąć podobnie jak chata 
Maciejów, pochłonęła jego umysł. 
Ściany mocne, warowne i 
nieustępliwe, niby wola 
jagomości pana ojca, przyjazne, 
ciepłe i tkliwe, jak ramiona 
pani matki, mogą stać się dymem 
lotnym i kupą śmiesznych 
zgorzelisk. Nie zgorzał to dwór 
we Szreńsku albo Umierzysku, 
chocia były murowane? Zadygotało 
w nim serce. Cóż być powinno 
trwalszego nad dom, co z gruntem 
zrosły zdaje się być równie 
wieczny jak niebo, ziemia i 
woda? Lęk przed tym, co jutro 
kryć może, żal nad nietrwałością 
tego, co się wydaje najstalsze, 
zasępił mu czoło i duszę.
Przyjacielski szturchaniec 
braterski przebudził go po raz 
wtóry. Zawstydził się 
roztargnienia i całą uwagę 
skupił na łysej głowie imć pana 
Bielińskiego, kończącego 
poprawiać ćwiczenia.
Na ścianie, za plecami 
pedagoga, przybita była 
zheblowana starannie łata, na 
której rozpalonym gwoździem 
wypisano maksymę: 
"Surge puer, summe librum, 
perlege, sapere aude".
Pan Bieliński miał chudą, 
wydłużoną twarz i 
krótkowzroczne, roztargnione 
oczy, niebieszczące się zza 
okularów. Na pulpicie przed nim 
leżała placenta, szeroki pas 
rzemienny, złożony w kilkoro, w 
drzewie osadzony. Srogie to 
narzędzie w łagodnym ręku pana 
Bielińskiego było równie 
nieszkodliwe, jak wiejaczka z 
piór do oganiania much latem 
służąca. Staszko, który nigdy 
plag nie otrzymywał, spoglądał 
na nią z pewną rewerencją, 
natomiast Pawło drwił głośno i 
lekceważąco. Co innego 
dyscyplina w komnatce jegomości 
nad pewnym, zbyt dobrze znanym 
kobierczykiem wisząca!
Znieruchomieli obydwaj, kozik 
Pawła zniknął w fałdach 
żupanika, bo pedagog ukończył 
swą pracę, a wykaligrafowawszy 
misternie na dole stronicy: 
"Lectum et correctum, Jan Sas 
Bieliński, praeceptor", odłożył 
okulary, aby ustnego wykładu 
dokończyć.
— ...Niewiela czasu później, 
jako podaje Trog Pompejusz, 
trzykroć sto tysięcy Gallów, 
usadowiwszy się w Italii i 
spaliwszy Romę, ruszyło na 
podbój świata. Co usłyszawszy 
Wandalowie, czyli Polacy, 
zgromadzili wielkie wojsko i 
Graka, alias Kraka, jako chcą 
niektórzy, którego imię znaczy 
Herkules, czyli Herakliusz, 
wodzem i królem swoim obwołali. 
Pod jego szczęsną buławą 
rozpostarli się Lechici stąd aż 
do Partii, stamtąd do Myzji, 
zowąd aż do Karantanii. Kwitnął 
zaś ów Grak, pierwszy regens 
lechicki, antecessor miłościwie 
nam panującego Zygmunta Augusta, 
na lat czterysta przed 
narodzeniem Chrystusa Pana, a 
sto lat przed Aleksandrem z 
Macedonii, zwanym Wielkim, o 
którym, jako do Sarmacjej wpadł 
a od Leszka Złotnika fortelem 
pokonany został — opowiem w 
osobnym dyskursie...
— Jutro! — podsunął gorącym 
szeptem Pawło, spoglądając z 
utęsknieniem w okno.
— Jutro — zgodził się 
ustępliwy pedagog. — Opowiem 
również waszmościom o następcy 
tegoż księcia, Leszku III z 
imienia, któren trzykrotnym 
zawodem pobił Juliusza Cezara... 
Klęskę ową przepowiedział 
imperatorowi na dwa lata 
wcześniej uczony magus_astrolog. 
Nie z owych impostorów_augurów, 
z wątpi bydlęcych lub lotu 
nierozumnego ptactwa wróżbę 
czyniących — jeno uczony, 
prawdziwej wiedzy hołdujący... 
Niewdzięczna potomność, tyle 
mało ważnych szczegółów 
przekazująca, omieszkała 
zakonotować jego imię ku 
wieczystej szkodzie!... O 
astrologia! divina scientia, 
królowa nauki, macierz wszelkiej 
wiedzy! Jakże inną, świetniejszą 
koleją potoczyłyby się losy 
świata, gdyby wódz żaden 
determinacji znaczniejszej nie 
powziął, gwiazd się o radę 
raniej nie spytawszy!... Mozoli 
się jeniusz, los państwa na 
szwank wystawia, gdy cichy 
mędrzec, na wieży zamknięty, 
koleje zmiennej fortuny zawczasu 
przepowiedzieć zdolny!...
— Chodźmy — rzekł Pawło do 
brata — już będzie prawił swoje, 
jako zwykł.
A gdy Staszek się ociągał, 
popchnął go ku wyjściu. Drzwi 
skrzypnęły, lecz pan Bieliński 
nie odwrócił utkwionych w 
pułapie oczu. W niezmienionej 
posturze zastał go w parę chwil 
później imć Łahoda, wojski 
ciechanowski, a zarazem 
jeneralny rewizor włości 
rostkowskich kasztelana 
zakroczymskiego.
— Chłopcy już poszli, tedy 
przyszedłem skonwinkować waćpana 
do letnika na świeże piwo.
Imć Bieliński spojrzał nań 
wzrokiem nieprzytomnym.
— Astrologia! Pojmujesz waść?! 
Postanowienia świata 
wszystkiego, szczęsne fortuny 
zdarzenie calamitates 
straszliwe, powietrza, sekty, 
potopy, od niczego nie zależą, 
jeno od gwałtownego planet 
zwierzchnich połączenia! 
Pojmujesz waść, jak owe kręgi, 
które apogea nazywamy, jako też 
excentrików odmienienia... 
— Bacz waść, byś przez ową 
astrologię w herezję szpetną nie 
popadł.
— Astra regunt homines, sed 
regit astra Deus — odparł z 
urazą uczony.
— Jeśli nie w herezję, tedy w 
melancholię, właściwą sedenterią 
zabawiającym się. 
— W melancholii żywię, od 
źródeł wiedzy odsuniętym będąc — 
westchnął imć Bieliński z żalem. 
Opuścił głowę, wychodząc za imć 
Łahodą z komnaty, ale się 
skarżyć nie przestał. — Sam król 
miłościwy astrologa Foxa słucha 
rad i walne decyzje konsyliami 
uczonymi reguluje, skąd imię 
jego wiecznie będzie w 
potomności... Czemuż jaśnie 
wielmożny kasztelan tak 
szczytnego exemplum nie kwapi 
się imitować! Nie imaginujesz 
waść, jak rozkoszne 
obserwatorium dałoby się na 
szczycie lamusa urządzić... 
Skromny ja adept, wszakże mając 
instrumenta, wcale grzeczne 
horoskopy wystawiłbym jegomości 
kasztelanowi i wszystkim 
waszmościom, sam zaś w coraz 
doskonalszej wiedzy 
postępował... Jak sądzisz 
waszmość: jeżeli nie na lamusie, 
może udałoby się uzyskać konsens 
pana kasztelana i obserwatorium 
zrychtować w serniku?...
— W serniku! Gdzie zioła się 
suszą!? Pan kasztelan przystanie 
niechybnie, lecz pani stara weto 
stanowcze położy... 
— Położy, powiadasz waść. 
Darmo białogłowie ważność 
imprezy przekładać... Niestety! 
Otóż dola uczonego w 
nieprzychylnym związku Merkurego 
z Saturnem spłodzonego! Bez 
obserwatorium i koniecznych 
instrumentów usycham jak owa 
mięta i macierzanka w serniku, 
ważniejsze niźli horoskop 
prześwietnego rodu Kostków!
— Nie bluźnij wasze, bo 
tyjesz, a nie schniesz, i 
Opatrzności dank składaj. Gdyby 
cię jaśnie wielmożny kasztelan 
mentorem pacholąt swoich nie 
kreował, byłbyś już pewno 
magistrem. Jestli zaś 
mizerniejsza kondycja na świecie 
niźli magistrów, uczonych, 
autorów, lub in genere ludzi 
skrybowaniem się trudniących? 
Stwierdzone z dawna zostało, iż 
nauka psuje zdrowie... Powiadał 
kiedyś przy stole jegomość 
ksiądz biskup płocki, iż pewien 
magister retoryki wiele razy 
wyborniejsze miejsca w Homerze 
odczytuje, tyle razy słabości 
doświadcza... Znałem zaś 
personaliter pewnego szlachcica, 
który gdy żywo myślał, zawsze mu 
się kark nadymał... Prości i 
nieuczeni smaczno jedzą i piją, 
choćby w sedenterii żyli, 
uczonym zaś trawienie jadła 
przychodzi z trudnością, skąd 
melancholia łatwo nastąpić 
może...
Zasiedli w przestronnym 
letniku, z cienkich łat zbitym i 
głogami obsadzonym. Od łąk za 
sadem leżących wiatr nawiewał 
mocną woń świeżo skoszonego 
siana. Na tarcicowym stole stało 
już piwo w konwi i szklenice.
— Pij waść, panie Janie. Od 
dziecka do uczonych czułem 
wrodzoną abominację, waści zaś 
miłuję osobliwą predylekcją, co 
jawnym dowodem, żeś uczonym nie 
jest...
— Waszmość na uczonych 
powstajesz, a bystrością dowcipu 
i erudycją niejednego byś 
przewyższył.
— Nie neguję — przyznał z 
przyjemnością pan Łahoda. — 
Jużci nie z tych jestem, o 
których mawiają: wysilił się w 
rozum, by sarna w ogon. Jeno że 
moja scjencja życia nie ukróca, 
gwiazdów nie sięgając, 
pożyteczniejsza jest niźli...
Cynamonowej barwy żupan 
zaciemniał w zieleni wejścia. 
Wszedł marszałek, imć pan 
Moczydłowski o długich wąsach i 
frasobliwym obliczu.
— Przednie piwo, panie 
marszałku, spisał się mielcuch 
dla jegomości legata...
— Och — jęknął pan 
Moczydłowski, siadając ciężko na 
ławie — by już jegomość legat 
przyjechał i z Bogiem pojechał, 
odetchnąłby człek... Ni nocki 
spokojnej, ni dnia... Cięgiem 
myślę, głowę kręcę... a wszystko 
jedno, wstydu przyjdzie się 
doczekać!
— Co waść pleciesz? Skądże 
wstydu?
— Nie dogodzę ja.
— Pan Bóg ludziom nie dogodzi, 
a cóż człowiek? Nie frasuj się, 
panie marszałku.
— Pan Bóg może nie dogodzić, 
bo wysoko, marszałek zasię pod 
ręką...
— Znacznyż taki będzie zjazd?
— Święty Wawrzyńcze! Dyć całe 
Mazowsze i pół Wielkopolski się 
zleci, księża biskupi: 
gnieźnieński, poznański, 
krakowski! Trzech biskupów! 
Wojewoda płocki! Wojedodzic 
rawski! Kasztelanów ze sześciu, 
panów małopolskich, jego 
dostojność księdza legata 
eskortujących, niemało...
— Nie więcej chyba niż łoni, 
czasu bytności prymasa?...
— O dlaboga! toćże nie o 
liczbę chodzi, jeno że pan 
kasztelan chcą mieć bankiet 
włoską modą. Całkiem inaczej! 
Nie śmią być, prawi, na wety ani 
groch roztarty, ani łazanki z 
mlekiem makowym... Łazanki z 
mlekiem makowym! Toć to 
królewska potrawa. Nie śmią być! 
Cukry genueńskie z Gdańska, 
nowomodne sapory, bianki 
cudaczne... Zezwolił jeno, by na 
pośledniejszy koniec grochu ze 
słoniną jak należy dać dla panów 
braci, że to grochu nie widząc 
myśleliby, że im nieradzi, i 
niecnotliwie gadali...
— Spotrafi kuchta one sapory 
przyrządzić?
— Prawi, że spotrafi, wiem ja, 
zali nie łże?
Pociągnął piwa i westchnął.
— Mówię panu jegomości: Jaśnie 
wielmożny panie! Ksiądz legat w 
Italii codziennie włoski obiad 
jada... Niechajby w gościnie 
pojadł mazurskiego... A jegomość 
pan kasztelan czekanika się jął 
i zesromocił paskudnie...
— Panu kasztelanowi nie o 
księdza legata chodzi, a o 
małopolskich panów, które skore 
do przedwarzania są...
— Byś im złoto smażone, złotem 
polane podawał, Małopolanom gęby 
nie zatkasz! Przedwarzać będą i 
tak...
— Nie alteruj się waść, bo 
koniunkcje astrologiczne 
przyjazdu księdza biskupa w 
znaku Jupitera oraz w Strzelcu 
są, kędy ma dom swój trigonum i 
terminum. Takowy aspekt nazywają 
astrologowie carpentum, oznacza 
on zaś stanowi duchownemu dobrą 
myśL i szczęsne powodzenie, skąd 
wróżyć można niechybnie, jako i 
bankiet się uda.
— Jakowy aspekt oznacza dobrą 
myśl marszałkowi, wywiedź 
raczej, panie Janie...
— Hej! wywiódłbym jak na dłoni 
wszystkie nastąpić mogące 
ewenta, byle jeno pani stara nie 
broniła zamieścić obserwatorium 
w serniku — westchnął żałośnie 
astrolog.
Chłopcy przebiegli dziedziniec 
i wyszli za bramę. Była 
zamczysta, z samborzem po 
bokach, a izdebką dla wrotnych 
na górze. Główne wrota zamknięte 
były zazwyczaj warownie, dla 
codziennego użytku wystarczała 
furta boczna, dość jednak 
obszerna, by przez nią 
skarbniczek przejechał.
— Zaczekaj tutaj — rzucił 
nagle Pawło, zawracając w 
dziedziniec.
Staszek wstrzymał się 
posłusznie. Wsparty plecami o 
częstokół, zatopił oczy w 
leżącej przed nim równinie. 
Godzina była przedwieczorna, 
pełna wonności i spokoju, niebo 
różowiało. Złota poświata kładła 
się mostem na polach. Kwitnące 
żyta falowały, dymiąc ku niebu 
dymem czystym i wonnym, jak miła 
Bogu ofiara. Prześwietlony okrąg 
pól zdał się być ołtarzem ziemi.
Na odgłos kroków chłopiec 
odwrócił się prawie że z żalem. 
Pawło nadbiegał, wiodąc na pasku 
ogromnego psa, a raczej będąc 
przez niego wiedzionym. Był to 
gończy, czarnej maści, zwany 
Szatanem, ulubieniec kasztelana, 
że do odyńca choć w pojedynkę 
się brał. Miał wiszące, 
zaślinione wafle i małe, 
nabiegłe krwią ślepia.
— Po coś go wziął!? Pan ojciec 
jegomość będą się gniewać — 
zakrzyknął Staszko niechętnie. 
— Pan ojciec jegomość do 
kanonika pojechali, nie wrócą 
tak skoro. Biedny Szatan nudzi 
się, bo łowów nie ma... 
— Wyrwie ci się i pokąsa 
jeszcze kogo.
— Trzymam go przecież — 
odpowiedział Pawło i pobiegł 
naprzód, jedną ręką 
przytrzymując rwącego się psa, 
drugą opadające z braku paska 
hajdawerki.
— Chodźże, chodź prędzej! — 
niecierpliwił się na brata.
Naraz pies stanął jak wryty, 
czarny, wilgotny nos węszył w 
powietrzu łakomie.
— Szatan! za nogą! Szatan! 
Szatan! stój! 
— Trzymaj go! Trzymaj! — 
błagał doganiając Staszko.
Lecz Pawło leżał już w pyle, a 
ogar rwał ku pasącym się na łące 
owcom. Mały owczarek nacisnął 
worek na głowę i uciekał z 
krzykiem w pole. Owce zwartą 
ławą za nim. Białe jagnię 
pozostało w tyle, becząc 
żałośnie. Czarny pies potrząsnął 
je za kark w przelocie, rzucił o 
ziemię i pognał dalej za stadem. 
Za nim Pawło i zwabieni krzykiem 
chłopców kmiecie. Zniknęli w 
pyle złocistym. Staszko podbiegł 
do leżącego na łące jagnięcia. 
Beczało dziecięcym głosem, 
daremnie próbując się podnieść. 
Z wąskiego pyszczka ciekła 
strużka krwi, czarne, łagodne 
oczy patrzyły na chłopca 
pokornie. Wełna była mięciutka i 
biała jak kądziel. Wziął je na 
ręce, przytulił do piersi, 
całując opadający bezsilnie w 
konaniu łepek. Już czarne, 
łagodne oczy zaciągała mgła. 
Sztywniały cienkie jak patyczki 
nóżki. Tulił ciepły jeszcze 
kształt, stojąc samotnie wśród 
okręgu pól dymiących wonną 
kurzawą, a podobniejszych niż 
przed chwilą do ołtarza, bo oto 
była ofiara. Cicha, niewinna, 
bezgrzeszna... baranek... 
stworzenie Boże...
Zza góry wracali goniący. 
Dwóch chłopców ciągnęło na 
postronku spokorniałego Szatana, 
któremu idący z tyłu włodarz nie 
szczędził razów. Pawło czerwony 
i zły wygrażał psu pięścią.
— Siedem! sześć macior i 
jednego skopa!! — wołał z daleka 
do brata — taki poganin!! Oj, 
dadzą mi, dadzą jegomość... 
Rzućże to ścierwo na ziemię — 
dodał, widząc jagnię. 
— Ta niechaj panicz położą, 
Bartosz zabierze z tamtymi... 
Trzeba choć skóry pościągać...
Położył z żalem pod drwiącym 
spojrzeniem Pawła, układając 
wygodnie na trawie martwą, 
zwisającą głóÓwkę. W gardle go 
dławiło. Odchodzili. Spojrzał 
jeszcze raz od bramy. Widniało z 
dala jak maleńki punkcik 
zagubiony w bezmiarze zielonej 
przestrzeni, biały jak Hostia, a 
dręczący niby zagadka istnienia.
II
W wielkiej świetlicy 
rostowskiego dworu duszno było i 
parno, choć uczta zaledwie od 
godziny się zaczęła. Ustawione w 
podkowę stoły obsadzone były 
gęsto ludźmi. Nad głowami 
polatywał gwar, ostrożny jeszcze 
i ściszony, podobny do 
brzęczenia much, których rój 
wirował sennie wkoło wiszącej od 
pułapu meluzyny. Za każdym z 
biesiadujących stała jego służba 
— nie mniej dwóch, nie więcej 
sześciu pachołków — jak obyczaj 
każe. Odbierali z rók panów 
półmiski, jedząc żarłocznie i 
nie szczędząc sobie wzajemnie 
szturchańców ze służbą 
miejscową. Zwarty ich szpaler 
przesłaniał prawie całkowicie 
okna, stąd w komnacie było 
mroczno. Na tonących w cieniu 
ścianach majaczyła broń 
przedziwna, bezcenna i milczące 
konterfekty przodków.
Za złocistym krzesłem 
poręczowym księdza legata dwóch 
rękodajnych trzymało srebrną 
misę z pachnącą wodą i długi, 
haftowany ręcznik, podając mu je 
dla obmytych rąk po każdej 
potrawie. Środek stołów wśród 
rzędów srebrnych talerzy 
zajmowały cukry, umyślną szkutą 
z Gdańska sprowadzone, wyrobione 
w rozmaite figury. Na 
pryncypalnym stole stała 
pozłocista nawa, na niej 
miniaturowy konterfekt Watykanu, 
otoczony wokół emblematami 
papiestwa oraz herbami jego 
ekscelencji księdza biskupa 
Mentuati, najdostojniejszego 
legata Stolicy Apostolskiej przy 
Rzeczypospolitej Polskiej. Po 
prawej i lewej ręce tak zacnego 
gościa siedzieli biskupi: Jakub 
Uchański prymas, Jędrzej 
Czarnkowski poznański i 
Zebrzydowski krakowski, po czym 
co najprzedniejsi senatorowie. 
Stanisław Kępski, wojewoda 
płocki, chylił siwą głowę ku 
panu Maciejowi de Łopacina 
Łopackiemu, obaj słuchający z 
uwagą tego, co prawił pan 
podkomorzy ciechanowski, Andrzej 
na Osowej Sieni Osowski. Pan 
starosta przasnyski Hieronim 
Franciszek Zborski odpinał 
ostrożnie od pasa kunsztowne 
noszenko, z którego wyjął 
przedziwnej roboty nóż, łyżkę i 
nowomodne widełki.
Pan kasztelan zakroczymski w 
albembasowym żupanie jaśniał 
opodal jak słońce. Przed 
nakryciem jego stało dwadzieścia 
kilka pucharów, do wznoszenia 
"pełnych" przeznaczonych, 
cennością i rozmiarami 
odpowiadających dostojeństwu 
gości. Stały próżne, gdyż pora 
jeszcze nie przyszła na wino. 
Pachołcy w wielkich konwiach 
obnosili piwo, do którego goście 
dla lepszego smaku kładli w 
szklenice grzanki maczane w 
oliwie, przed każdym nakryciem 
leżące. POd troskliwym okiem 
marszałka służba długim 
szeregiem wnosiła do sali pawie 
pieczone z całkowitym 
upierzeniem. W ślad za pawiami 
dwóch hajduków wniosło na 
wielkiej tacy lwa pozłocistego i 
ustawiło ostrożnie na srebrnej 
prawdzie przed księdzem legatem. 
Z paszczy lwa wyfrunął szczygieł 
i siadł przerażony wysoko na 
meluzynie. Pod złocistym ciastem 
były polędwice jelenie. Takież 
same pieczyste, jeno bez lwiej 
skóry, roznoszono po wszystkich 
stołach wraz z pawiami. Od 
barwistych ogonów, z których 
setki lśniących oczu spozierało 
na jedzących, stół zakwitł 
cudnie jak ogród. Goście rwali 
garściami pióra, podając je 
stojącej za plecami służbie, 
jako cenne przybranie do czapek. 
Nad brzękliwy rumor naczyń 
podnosiły się rozmowy. Ksiądz 
legat w ozdobnej łacinie 
zapytywał gospodarza, zali 
istotnie stan Kościoła w Polsce 
tak jest żałosny, jak Lippomano 
i Hozjusz podają?
— Źle jest, wasza ekscelencjo, 
rozszerza się zaraza wszędy, jak 
złe ziele.
— Na Litwie bodaj że nie 
znajdziesz domu, gdzie by 
nowinkami się nie szkaradzili...
— Nie dziw, że choroba 
pospolitszych umysłów dosięga, 
gdy sam król miłościwy 
obojętnością dla wiary świętej 
jest tknięty — westchnął, głos 
zniżając, biskup Zebrzydowski.
— Cyzż być może? — zaniepokoił 
się ksiądz legat. — 
Egzagierujesz, wasza dostojność! 
Król miłościwy dobry katolik 
jest!
— Jak się komu widzi. 
Przytoczę ja dostojnościom 
ostatnią z nim allokucję, z 
której wniosek każdy snadnie sam 
wyciągnąć może... Nie znużą się 
dostojnoście przydłuższym 
dyskursem?
— By nie! mów, wasza 
dostojność!
— Chcąc rzecz tę dobrze 
zrozumieć, od fundamentów trza 
zacząć...
— Radzi fundament usłyszym.
— Tedy słuchajcie, mości 
dobrodzieje moi! Trzy lata mija, 
jako ślubowałem ze swej mizernej 
fortuny ofiarę uczynić, 
Kalwarię, na wzór mediolańskiej 
przez Kajmusana Benedyktyna 
sprawionej, w Górze pod 
Czerskiem fundując. Wzniesienie 
tam nad Wisłą piękne jest... 
Architektam sprowadził, któren 
według mapy Christiana 
Andrichomiusza miejsce Góry, 
Ogrojca i strumienia Cedron 
oznaczył. Dokładność tych planów 
poprawiał świątobliwy Chryzostom 
z Kapranicy, takoż słynny 
Broscjusz matematyk...
— Dalibóg, wielkiej zasługi 
impreza...
— Nie dla próżnej chwalby o 
niej opowiadam. Chcąc Kalwarię 
moją rzetelnie uświęcić, 
wysłałem przed rokiem trzy 
wielkie korabie do Ziemi Świętej 
po ziemię, by palestyńskim 
prochem cmentarz i steczki 
wysypać. Dwie niedziele temu 
dostałem wiadomość, iż 
przepłynęły szczęśńliwie 
zdradzieckie angielskie morze i 
lada dzień w Gdańsku staną. 
Powiadam co rychlej królowi tak 
szczęsną dla każdego 
chrześcijanina nowinę. "Siła tej 
ziemi?" pyta on. Trzy setne 
korabie, z pełnym ładunkiem, 
powiadam. "Bodaj było — prawi 
król — ziemi miarkę pod ołtarz 
przez pielgrzyma znieść, a miast 
korabi posyłać, gliny 
proszowickiej na piaski pod Górę 
nawieźć, by kmiecie niegłodni 
łacniej Pana Boga chwalili". 
Odszedł, ja zaś obstupui na taką 
obojętność i chwały Bożej z 
kmieciem bezmyślnym równanie. W 
srogiej indygnacji mówię do 
księdza kanonika Pszonki: Oj nie 
rozumie się miłościwy na 
rzeczach świętych i nie lubi o 
nich wiele gadać... Patrzę, a tu 
Augustus za nami! Cichcem 
podszedł! Rozumiałem, że sępa, 
jako zwykł, ukaże, ale on 
rzecze: "Słuszna, księże 
biskupie, słuszna. Krótko, 
niewiele, a i to w kościele!" 
Słyszeliście dostojnoście: 
krótko, niewiele, a i to w 
kościele...
— Uszom nie wierzym!
— Kanonik Pszonka świadectwo 
może dać, zalim słowo ujął... — 
odsapnął gniewnie biskup i jadła 
się jął.
— Malum signum! — westchnął 
ksiądz legat Mentuati.
— Nie zgodzę się na to zdanie 
— rzekł z powagą pan Wojciech 
Łubieński, chorąży sieradzki 
większy. — Szerzy się w Polsce 
zaraza, wszelako wierzchem 
przepływa, gruntu nie dosięga... 
Wiela panów po to jeno z herezją 
się pobratało, by dobra biskupie 
zagarnąć...
— Słyszeliście waszmościowie, 
że ów nowy mesjasz, Kobuz, 
przychwycony został?
— Jakże! Benedyktynom z Tyńca 
się udało! Apostołów puścili 
wolno, oćwiczywszy, zasię 
mesjasz w benedyktyńskiej kuchni 
będzie rożen do śmierci 
obracał...
— Diabłu zamorskie wymysły! — 
zagrzmiał tubalnie wojewoda 
płocki, spór łowiecki wiodący z 
miecznikiem ziem pruskich. — 
Sajdak, panie, pełen strzał, co 
birkutowego pierza cnotą same do 
celu bieżą — oto broń! Półhaczek 
raz wypaliwszy dobrego kija nie 
wart...
— Z sokołem jedyne to łowy, z 
sokołem! 
— Jużci, na ptaszki albo na 
szaraka. Ale na zwierza nie 
pójdziesz waszmość z sokołem...
— Z łukiem też nie, jeno z 
oszczepem albo rohatyną... 
Uczta się ożywiała, języki 
rozwiązywały. Tenor 
poszczególnych rozmów ginął w 
ogólnym rozgwarze. Na poślednim 
ramieniu stołu pan Tomasz 
Peczkowski z sąsiedniej Kurzatki 
w papuzim żupanie rozglądał się 
wokół z podziwem. Za króla 
nieboszczyka zaledwie dorobił 
się niezłej fortuny i 
indygenatu, dzisiaj zaś po raz 
pierwszy dostąpił zaszczytu być 
zaproszonym na rostkowski dwór. 
Dobroduszna, nieco tępa jego 
twarz promieniała dziecinną 
radością. Chwilami spoglądał na 
swego pachołka wzrokiem, który 
mówił: spójrz, Maciek, gdzie my 
jesteśmy! Sąsiedzi jego, poseł 
sieradzki z Kadzidłowa 
Kadzidłowski oraz chorąży 
wieluński z Ziemibowic 
Radoszowski, pokpiwali zeń 
niezgorzej, ku uciesze całego 
stołu, on wszelako tego zgoła 
nie dostrzegał. Huczało wkoło 
jak w ulu.
— Królewski to bankiet, 
królewski! Nie każdego na takowy 
stać... Jegomość legat wiedział, 
gdzie zajechać! — nieco 
zgryźliwie powtarzał podstoli 
Bartłomiej Kownacki.
— Wielkiemu panu zawsze kostka 
dobrze pada — westchnął 
interlokutor jego, pan Mężyński. 
— Kostka! o dlaboga, a tożeś 
waćpan ucieszny figiel 
powiedział! Stańczyk by trefniej 
nie trafił. "Wielkiemu panu 
zawsze kostka dobrze pada!" A 
jużci że tak! 
Zanieśli się śmiechem, 
spozierając na boki. Żal im było 
tak dobry koncept zatrzymać przy 
sobie, a lęk brał powtarzać 
głośno.
Pawło i Staszek, z imć panem 
Bielińskim mentorem na końcu 
stołu siedząc, rozglądali się 
wokół ciekawie, niczym pan 
Peczkowski. Pierwszy to raz pan 
kasztelan polecił im zasiąść do 
stołu, by się ogłady a dworskich 
manier przyuczyli. Pawło z 
zazdrością spoglądał na 
starszego brata, Wojtka, który w 
zastępstwie ojca jegomości 
obchodził stół, zapraszając 
zacnych gości, by jedli i pili. 
Za chwilę gospodarz miał 
rozpocząć "pełne", służba 
rozlewała wino. Młodziutki 
starosta przybrany był pięknie w 
kamchowy żupan morelowej barwy. 
Urodziwa jego twarz wyrażała 
umiejętnie wszelkie należne 
odcienie, przechodząc kolejno, w 
miarę jak obchodził stół, od 
czołobitnego uwielbienia do 
szacunku, z szacunku do szczerej 
przyjaźni, życzliwej 
dobrotliwości, na koniec 
uprzejmej wyższości. Znużony 
powagą dał braciom prztyka w 
kark, aż podskoczyli. 
— Na! macie! dam wam tego 
wina, co sam legat jegomość 
piją... Jantek! Nalej no 
paniczom!...
— Wojtuś! czekaj! — błagał 
Pawło — to legat jegomość ten w 
bryzach?
— Ano. Sama pryncypalna dziś 
persona.
— A to przy nim, czarne jak 
Jadźwinga, co go i nie dojrzeć 
zrazu?
— Kanizjusz go zowią, sam nie 
wiem, czemu tak honorowany 
mnich.
— Niby kwestarz?! — wykrzyknął 
Pawło ze zdumieniem.
— Oj nie, jakieś to nowe 
mnichy, widno znaczne. 
Odszedł dalej, przynaglony 
wzrokiem ojca. Pan kasztelan 
wodził oczami kolejno po 
biesiadnikach i stojących przed 
nim pucharach, rozdzielając je w 
głowie starannie. Po czym uniósł 
najpiękniejszy, misternej, 
włoskiej roboty, i podawszy 
marszałkowi, aby go nalał po 
brzegi, powstał z hałasem, 
unosząc jedną ręką kielich, 
drugą odkrywając głowę. 
— Za zdrowie i powodzenie jego 
ekscelencji najdostojniejszego 
księdza biskupa Mentuati, 
miłościwego legata — z pełnego!
Milcząca dotychczas kapela, 
ukryta na modrzewiowym chórze w 
końcu sali, zagrzmiała naraz 
rzęsiście. Ruszyli wszyscy, 
unosząc czapek, ławą ku 
legatowi. Gorliwsi klękali. 
Legat z pośpiechem wycierał 
palce, podając białe ręce w 
pierścieniach do ucałowania. 
Zaczęto teraz radośnie pić wino.
— Za zdrowie i powodzenie jego 
dostojności księdza prymasa! Z 
pełnego! — zabrzmiał znów głos 
gospodarza, zgłuszony kapelą.
Zmienił kielich śpiesznie.
— Za zdrowie i powodzenie 
kasztelana krakowskiego Jana 
Tarnowskiego i stolnika 
przemyskiego Stanisława 
Krasickiego — dostojnych naszych 
gości małopolskich — z pełnego!
W stukocie przesuwanych 
stołków i grzmocie kapeli ginęły 
nowe toasty. Wzrok tylko 
kasztelana i gest objaśniały 
gości, czyje zdrowie wychylają.
— Pij! — krzyknął Pawło do 
brata. — Co?! nie chcesz?! 
Niezguło! daj! — Wypił duszkiem. 
Łyżka mu spadła na ziemię. 
Nurknął po nią i wychynął z 
powrotem czerwony z ciekawości.
— Pachołek pana Radoszowskiego 
siedzi z gąsiorkiem pod stołem! 
— Po co? — zadziwił się 
Staszko.
— Wiem to ja? Mrugał, by nie 
mówić...
Spojrzał w stronę, gdzie pan 
Radoszowski, chorąży wieluński, 
i pan poseł sieradzki z 
Kadzidłowa Kadzidłowski 
nacierali na imci pana 
Peczkowskiego, aby skorzej i do 
dna pił "pełne". 
— Despekt domowi temu waszmość 
chcesz uczynić! — wołał pan 
poseł gorąco.
— Jegomość kasztelan wrażliwy 
jest niezmiernie, jak jego 
gościom poczęstunek służy — 
potwierdzał chorąży wieluński. — 
Nie mogę pić do zbytku, łaskawi 
panowie bracia, nie z braku 
ochoty, lecz defekt sercowy 
mając... — bronił się imć 
Peczkowski. 
— Dla rany się nie bić! Dla 
pochmiela nie pić!
— A kasztelan raz po raz na 
waćpana spoziera! — przechylił 
się przez ramię posła pan 
Krzysztof Narzymski.
— Pełny kielich przed gościem 
to hańba dla domu!
Pan Peczkowski pokraśniał ze 
wstydu i puchar duszkiem 
wychylił, aż go zatkneło na 
chwilę. 
— A bodaj cię, towarzyszu! 
Tylko karmazyn tak pije! 
— Ani odetchnął! Widać dobrą 
krew!
Trzepali się dłońmi po udach z 
radości, on zaś chwiał się na 
stołku, kryjąc kielich, by mu go 
znowu nie dolano. Obaj sąsiedzi 
czyhali z pełnymi flaszami; 
uciekał z nim poza plecy, chował 
pod połę żupana, nareszcie skrył 
go pod stołem, sapiąc z 
alteracji. 
Dręczyciele sfolgowali.
— Za zdrowie i powodzenie 
urodzonego Zygmunta 
Przedwojewskiego na 
Przedwojewie! Z pełnego!...
W ogólnym rumie Staszko 
zauważył postać, którą 
dotychczas zasłaniały mu plecy 
skarbnika, pana Sarbiewskiego. 
Był to człek wysoki, szaro 
odziany, z chudą i ponurą 
twarzą. Patrzył uparcie przed 
siebie, mamrocząc jakieś wyrazy. 
Chłopiec wytężył słuch, by je 
pochwycić.
— ...rozbije Pan gniazdo 
nieprawości... Zawisł gniew 
Pański nad tobą, Niniwo... 
zginiesz i w proch się 
rozsypiesz...
— Za zdrowie urodzonego 
Marcina Nieborowskiego z 
Nieborowa, posła ziemi 
sochaczewskiej — z pełnego!
— ...rozpada się w proch ta 
budowla... dach trzeszczy nad 
głową nieczystych... Nie ostanie 
kamień na kamieniu, mówi Pan... 
— Kto to? — zapytał Staszek 
pana Bielińskiego. Mentor 
skrzywił się z niechęcią.
— Komorowski z Komorowa, 
kacerz, zawzięty heretyk. Było 
po co konwokować... A nużby 
legat usłyszał! Kruka sprosili i 
Jeremiasza tu pozór udaje... — 
mruczał gniewnie, do siebie 
raczej niż do chłopca.
— Co się ma rozpaść? co 
zginie?
— A licho go wie! Albo 
Rzeczpospolita, albo sam 
Kościół, święta_matka nasza, bo 
dla kacerza nie ma nic 
świętego... Ale psie głosy nie 
idą w niebiosy — dodał, imając 
się żywo jedzenia, gdyż służba 
wniosła właśnie nowe dania. Po 
zwierzynie słonej, 
przytrzęsionej migdałami, cebulą 
i cukrem, wniesiono jagnięta w 
czarnej jusze i pasztety z 
czosnkiem. 
Nagły śmiech zatrząsł stołami. 
Pan Peczkowski, rad skosztować 
onych potraw, wysunął na koniec 
ręce z pucharem spod stołu. 
Kielich był pełen! Pod strych 
zdradziecko nalany przez 
siedzącego pod stołem pachołka. 
Patrzał nań bezradnie, w niemej 
konsternacji, wśród ulewy 
śmiechów i żartów. Ksiądz biskup 
krakowski klasnął w dłonie. Pan 
kasztelan obejrzał się 
dobrotliwie a łaskawie i 
podniósł swój kielich, nie 
wstając. 
— Za zdrowie miłego sąsiada, 
szlachetnego pana Peczkowskiego 
— z pełnego!
— Słyszysz waść? Kasztelan 
pije waści zdrowie! Pijże Pij! — 
wołano zewsząd. 
— Patrzy, jakby nie dowierzał, 
zali to jest wino...
— Pij! Sprawiedliwy to trunek! 
Popróbuj! Kasztelan czeka! — 
syknął mu w ucho chorąży. 
Pan Peczkowski potoczył okiem 
z przerażeniem, podniósł się z 
trudem i wypił kielich do 
połowy. Pot spływał mu ciurkiem 
po twarzy.
— Do dna! Do dna! Co czynisz?! 
— wołano.
W nagłym wysiłku dokończył 
kielicha. Chciał coś rzec, twarz 
z purpurowej stała się blada jak 
chusta i upadł ciężko na ramię 
pana z Kadzidłowa. 
— Powoli, waszmość, powoli, 
weźcie go tam i odnieście do 
oficyn.
— Ależ go zmorzyło!
— Wino spod stołu 
najmocniejsze widno.
— Teraz znać, czemu podstoli 
zawdy podchmielony!!
Ryknęli śmiechem panowie. 
Czterech pachołków wynosiło z 
sali pana Peczkowskiego. Leciał 
im przez ręce jak kłoda, z 
otwartych ust wino ciekło na 
pawiment. 
— Chluśnijcie mu zimnej wody 
na łeb — upomniał marszałek 
pachołków — i głowę niżej 
połóżcie, a na bok...
— Za zdrowie i powodzenie 
urodzonego pana Jana Franciszka 
na Lubowicach Lubowieckiego!
— Z pełnego!
— ...Wali się w gruz to 
domostwo... Biada ci, biada, 
Niniwo!... — powtarzał tępym 
głosem pan Komorowski z 
Komorowa. Staszek utkwił weń 
zmęczone oczy. Poczuł się równie 
nieszczęśliwy i obcy jak ten 
szczygieł z poparzonymi 
skrzydłami siedzący na 
meluzynie. Wydało mu się 
straszliwym, że nikt ponurym 
wieszczbom pana Komorowskiego, 
heretyka, nie zaprzecza, że nie 
zważa na nie nikt. Sąsiedzi, pan 
Balcer Sarbiewski i pan Samuel 
Brochowski, drzemali dobrze już 
spici; gwar coraz większy 
głuszył wszystkie słowa. 
Niewytłumaczony lęk ogarnął 
chłopca: czemu nie przeczy 
nikt?! Zali te słowa są prawdą? 
Dlaczego nikt ich nie słucha?! 
Przebiegał wzrokiem z rozpaczą 
wszystkie twarze po kolei, pilno 
badając, czyli kto więcej 
posłyszał złowieszcze proroctwo 
zagłady? Nie, nie on jeden! 
Czarno ubrany zakonnik, o 
którego zapytywał Wojtka Pawło, 
dotąd prawie niewidoczny, 
zasunięty za plecy legata, 
wysunął z cienia szczupłą, 
wyrazistą twarz, patrząc uważnie 
na pana Komorowskiego. Staszkowi 
wydało się, że musi słyszeć 
treść słów mimo oddalenia i 
wrzawy. Odetchnął z ulgą. 
Zakonnik uśmiechnął się 
pobłażLiwie sam do siebie i 
kamień spadł z piersi 
chłopczyny. Zły człowiek kłamał 
widocznie... Nie zawali się dom 
żaden...
Ciemne oczy cudzoziemca jęły 
teraz wędrować po biesiadnikach, 
aż spoczęły kolejno na Staszku. 
Palące ich promienie muskały 
płowe włosy dziecka, zaglądały 
pod czaszkę i w serce. Spuścił 
oczy pomieszany. Gdy je po 
chwili podniósł, zakonnik 
uśmiechnął się doń z odległości 
przyjaźnie, jakby do jedynego 
znajomego, spotkanego w obcym 
tłumie, po czym cofnął się znów 
w cień, zapadając w poprzednie 
skupione baczenie.
— A co tam? — spytał nagle pan 
Bieliński. Pokojowiec Jaśko 
wszedł szybko, nachylając się 
nad siedzącym opodal księdzem 
kapelanem, który zatrzepał w 
zdumieniu rękami i porwawszy się 
od stołu, wybiegł spiesznie z 
sali. 
— Co to się stało? — powtórzył 
preceptor.
— Pan z Kurzatki bardzo słaby, 
księdza prosi — odparł chłopak. 
— Czy mogę już sobie pójść? — 
spytał błagalnie Staszko pana 
Bielińskiego. W głowie czuł 
zawrót, w oczach mąt, a w piersi 
brakło mu tchu.
— Co? pójść?! — krzyknął 
Pawło. — Ja bym tu siedział do 
nocy!
— Idź, idź — rzekł pan 
Bieliński, spoglądając z 
roztargnieniem na bladą twarz 
ucznia, a widząc, że dziecko 
słania się na nogach, skinął na 
Jaśka, by go do bokówki 
odprowadził. 
Uczta trwała dalej. Obnoszono 
kapłony cukrowane w zielonej 
jusze i raki z masłem 
pieprzonym. Dla waru prawie 
wszyscy pozrzucali krymki i ze 
spoconych głów dymiło jak z 
tyluż kominów. Zapach wina, 
wymiocin, korzennych potraw i 
ludzkiego potu wypełniał ogromną 
salę, mroczną, chociaż na dworze 
dzień był jeszcze biały. Zatlono 
świece w meluzynie i 
świecznikach ściennych; płonęły 
mętno jak we mgle. WśróÓd oparów 
majaczyły twarze spotniałe, 
czerwone lub blade o 
przekrwionych oczach. Za plecami 
panów służba darła się za łby o 
lepsze kawałki. Ksiądz legat 
kiwał się w złocistym krześle, 
setnie znużony. Pan Stanisław 
Kryski, kasztelan raciążski, 
śpiewał sprośną, pijacką 
piosenkę, zapomniawszy, w jakiej 
jest kompanii. Pan Petrykowski, 
pisarz ziemski sochaczewski, 
rwał się do szabli na siedzącego 
powyżej pana Rożańskiego, 
starostę, z którym długoletnie 
mieli sądowe zatargi. 
Wstrzymywali go z trudem 
sąsiedzi.
— W gościnie waść jesteś, w 
gościnie! Kwerele w sądzie 
załatwisz! nie tutaj! — wołano.
— Ino mu rzekę, że jest 
niecnotliwej matki synem! Ino mu 
rzekę, że jest niecnotliwej 
matki synem! Puszczajcie, 
panowie bracia!
— Powiesz mu waść, ale 
jutro...
— Napij się wina tymczasem...
— Nie pora ubligę na jutro 
odkładać, nie będzie mnie 
chłystek posiadał! — powtarzał z 
pijackim uporem.
— Spójrz waść! a kasztelan 
trzeźwy! — zdumiał się pan 
Wąglikowski. 
— Nieszczera jucha! Wody sobie 
dolewa do wina!
— Nie może to być!
— Jako żywo, sam widziałem. 
Pachołek z osobnej konwi wody mu 
z winem nalewa...
— Toć despekt dla nas, 
panowie! toć afront; tego nie 
lża ścierpieć!
— Idźże to mu waść 
powiedzieć...
— Jegomość "sursę" biorą! — 
pisnął uradowany Pawło w ucho 
pana Bielińskiego. 
"Sursą" zwano duży, kulawy 
kielich, którego właściwe miano 
było "sursum corda". Nie był 
zbyt wielki, gdyż mieścił w 
sobie garniec bez jednej 
kwaterki. Kasztelan podniósł go 
w górę, nalany po brzegi.
— Za dobrą myśl i serdeczny ku 
nam umysł wszystkich bez wyjątku 
zebranych tu gości, dobrodziejów 
moich! — zawołał donośnie.
Muzyka zagrzmiała. Kasztelan 
przegiął się w tył, wypił puchar 
do dna i posapując, oddał do rąk 
sąsiadowi wśród grzmotu wiwatów. 
Puszczenie kilicha w obieg 
znaczyło początek właściwej 
pijackiej zabawy, wolność 
toastowania każdemu do 
wszystkich. Wnet też z kilku 
stron zerwały się krzyki, 
przeplatane przyśpiewkami. 
Ksiądz legat wstał z krzesła, 
za nim biskupi, podejmując go 
pod ręce. Hajduk z 
wieloramiennym świecznikiem w 
ręku szedł pierwszy, za nim pan 
kasztelan postępował tyłem, 
twarzą zwrócony do dostojnego 
gościa.
— Raczcie się bawić, dobre 
myśli czyniąc, łaskawi panowie 
bracia, dobrodzieje moi — 
zakrzyknął od progu. — 
Odprowadzę jeno do komnat 
księdza legata i wrócę ku wam co 
rychlej.
Mało kto słyszał i wyjście 
dostojników zauważył. Stół 
trząsł się od śpiewów i krzyków. 
Pan Petrykowski uparcie zrywał 
się do szabli na pana 
Rożańskiego, podczas gdy pan 
Komorowski z Komorowa, kacerz, 
dobrze już podpity, powtarzał 
niestrudzenie, głosem tępym, 
czkawką przerywanym:
— ...i pokarze ich Bóg 
Wszechmogący, jako pokarał 
Niniwę... 
W komnacie panował przejmujący 
chłód, bo noc, choć czerwcowa, 
była zimna. Kasztelan kazał 
rozniecić ogień na kominie i 
siedząc na zydlu grzał do 
płomienia swe potężne plecy, z 
których pokojowiec zdarł przed 
chwilą mokrą od potu koszulę. 
Pachołek, Jasiek Plichta, snuł 
się po izbie cicho i sprawnie 
jak cień. Ściągnął ostrożnie z 
nóg pańskich buty, wytrząsnął 
przetarte wiechcie, wytarł 
wewnątrz irchową szmatką i 
wiechcie nowe, równo 
przystrzyżone, łyczkiem 
przewiązane, do butów włożył. 
Słomę, zebrawszy z posadzki 
starannie, do ognia wrzucił. Po 
czym podsunął panu pod nogi 
papucie tureckie złotem 
wyszywane i znieruchomiał, 
czekając dalszych rozkazów.
— Jest marszałek? — zapytał 
kasztelan.
— Do usług waszej 
wielmożności. — Imć Moczydłowski 
wysunął się z cienia.
— Siadaj waść, udał się nam 
bankiet, owszem. 
— Zbytek łaski waszej 
wielmożności. Bóg litościwy 
mizerii mojej kompasję okazać 
raczył...
— Nie trzeba tam kompasji, 
gdzie zrobione wszystko jak 
należy. Spisałeś się wcale 
grzecznie, mości Moczydłowski.
— Jużci, że obiad u króla nie 
byłby lepszy, nie chwalący 
się... 
— U króla! Chyba u starego 
nieboszczyka, bo Augustus byle 
co do gęby włoży... Kuchcie daj 
dwa tynfy za lwa i sapory i 
rzeknij mu, żem rad... 
— Wedle rozkazu, wasza 
wielmożność...
— A cóż Peczkowski? zachorzał?
— Zachorzał na umrzenie, wasza 
wielmożność. Już mu i sędomirski 
doktor nie pomoże. Zabrali go do 
domu...
— Pomerł?! — zdziwił się 
kasztelan.
— Pomerł, wasza wielmożność. 
Widno dobrego wina nie 
zwyczajny. 
— Nic innego: nie zwyczajny. I 
bez Sakramentów pomerł?
— Ksiądz kapelan absolucji 
zdążył mu udzielić...
— Chwała Bogu, bo ciężko 
byłoby pomyśleć, że bez pociechy 
mizerny żywot zakończył... 
— Pchnąłem co rychlej chłopca 
do Kurzatki. Wdowa sama 
przyjechała, a szlochała, 
zawodziła. Potrzebne ci były 
pańskie progi!... wołała.
— Prawdę baba rzekła. Jam go 
do siebie nie konwokował, anim 
się do amicycji z nim nie 
wpraszał. Ot nowe exemplum, że 
człek krwie lichej nie ma 
wchodzić w komitywę z krwią 
starszą, która odporniejsza 
jest...
— Święte to słowa waszej 
wielmożności. O nieboszczyku 
Peczkowskim gadają, że defekt 
sercowy miał, którego się czasu 
wołoskiej nabawił...
— Więcej nie zachorował nikt?
— Imć pan Petrykowski, pisarz, 
z panem starostą Różańskim rwali 
się k'sobie okrutnie, przecież 
zdołano ich szczęśliwie spoić, 
aż legli, szkody sobie nijakiej 
nie czyniąc... Staszko nam 
czegoś zaniemógł. 
— Staszko? spił się pierwszy 
raz!
— Ani tknął wina, wasza 
wielmożność. Pawło za niego i za 
siebie pił... Czegoś innego 
zasłabł. Pani kasztelanowa 
wielmożna dobrodziejka cały 
odwieczerz zioła dla niego 
warzyła... Ninie już mu pono 
przeszło.
— Mdły chłopczyna, ale że na 
księdza pójdzie, do czego 
inklinację, jako kalkuluję, ma, 
tedy nie szkodzi... Pawło zdrów?
— Jak ryba, wasza wielmożność! 
Jeszcze przed wieczorem pojechał 
pławić konie z pachołkami...
— Moja krew! Ten nam się 
udał!... — rozweselił się 
kasztelan.
— Kiedy grześć będą 
niefortunnego imć Peczkowskiego? 
— zagadnął po chwili. — Jasiek! 
koszulę mi wdziej; jeno zagrzej 
wpierw dobrze, wałkoniu.
— We środę, wasza wielmożność. 
— Pojedziesz waść 
reprezentować Rostków na 
pogrzebie, bo gościem moim był. 
Pachołków dwóch w barwie weź i 
kobiercową kolasę.
— Wielkie jest serce waszej 
wielmożności. A które woźniki 
wziąć?
— Siwe, Grzegorzowe. Szóstką.
— Podobny zaszczyt osuszy łzy 
wdowy niechybnie.
— Tak i ja mniemam... Możesz 
iść spać, mości Moczydłowski... 
A... poczekaj no... nie wieszli, 
jegomość legat kontent ze swojej 
kwatery?
— O pewnie, wasza wielmożność. 
Jeno wszedł, zaczął oglądać 
kołtryny, a cudować się 
arrasom... Wasza wielmożność 
wybaczy mą śmiałość: a co zacz 
ten czarny przy nim?
— Kanizjusz, a może inaczej... 
Mniejsza z tym! Mnich niuńka nie 
jadł, nie pił, gęby nie 
otworzył... Nie wiem, po co go 
obwożą.
— Jako przysłowie mówi: mnich 
niemowny, kot niełowny nie mają 
po co żyć na świecie... 
— Słuszne przysłowie, tych 
mnichów wszakże sam Ojciec 
Święty w niemałej trzyma pono 
konsyderacji... Uważałem, że i 
jegomość legat wielce owego 
Kanizjusza poważa...
— Do nóg upadam, wasza 
wielmożność.
— Dobranoc, mości marszałku. 
A... a... a... — ziewnął i 
wstawszy z zydla, poszedł ku 
alkowie.
— Pilnuj ognia — rzucił 
chłopcu — a nie zaśnij, jak 
wtedy, niecnoto...
Jasiek Plichta przysiadł na 
niskim podnóżku i zapatrzył się 
w głownie płonące. Dołożył 
smolistych szczap, tryskających 
błękitnymi i złotymi skrami. 
Ciepło rozmarzało chłopca. 
Zmagał się ze snem, jak mógł. 
Pan się zbudzi... będą plagi... 
Lecz oczy kleiły się coraz 
bezwolniej. — A niechta, a 
niechta... — szepnął z 
rezygnacją, opuszczając ciężką 
głowę. Ani wiedział, kiedy 
zesunął się ze stołka i oparłszy 
policzek o ciepłą sierść legawej 
suki, faworyty pańskiej, wpadł w 
sen jak kamień w wodę. 
Trzaskanie dopalających się drew 
na kominie wtórowało 
magistralnemu chrapaniu pana 
kasztelana. 
III
Pan Łahoda, jeneralny rewizor 
rostkowski, wojski ciechanowski, 
siedział na grubej kłodzie 
suszącego się na dziedzińcu 
budulca, zajęty sobotnią 
odprawą. Przed zbitą gromadą 
kmieci stali rzędem włodarze, 
karbarze i przysiężnicy, każdy 
przy swej wsi. Milczeli, 
wpatrując się w pana Łahodę z 
natężoną, lecz obojętną uwagą, 
tą samą, z jaką przyjmować się 
zwykło dopusty Boże, nieuchronne 
i dyskusji nie znające.
Pawło wyskoczył zza pleców 
wojskiego i stanął przy nim na 
kłodzie. Ładna, zuchwała jego 
twarz zakwitła nad tłumem. 
Założył ręce za pas ruchem 
ojcowskim i spojrzał z góry z 
wyższością. Czuł się panem, 
panem w każdym calu, dziedzicem, 
rządzicielem, władcą tylu a tylu 
set dusz. Zwarta brukowina 
cierpliwych, obojętnych na 
wszystko głów zdała mu się być, 
na równi z otaczającymi polami i 
inwentarzem, pomostem rzuconym 
przez Opatrzność. Po tym 
wygodnym i cennym pomoście 
śmiałe jego stopy pójdą wyżej i 
wyżej, ku dostojeństwu, 
splendorom i sławie, w dziedzinę 
dosłyszanych niejednokrotnie 
ambicji ojcowych. W poczuciu 
swych przywilejów uśmiechnął się 
prawie dobrotliwie do gromady i 
wzrokiem poszukał brata, 
uczestnika rojonej przyszłości.
Staszko stał o parę kroków za 
nim, wsparty o zagrodę okólnika 
i tak zamyślony, że głos Pawła 
przeszedł mimo jego uszu. Cud 
zachodzącego słońca pochłonął go 
całkowicie. Niewidzialne, lotne 
duchy rozpostarły właśnie na 
niebie szpalery złociste, a na 
złocistych strefy purpurowe, na 
purpurowych powiewne liliowe, 
ścieląc niby łoże słońcu. 
Wołanie Pawła, tubalny głos pana 
Łahody przebrzmiewały gdzieś w 
głębi powietrza nieznaczne, 
niedosłyszalne.
— Wiela razy trzeba gadać, że 
siano w brogach chędogo trza 
dobierać, drobne z drobnym, 
miękkie z miąższem. Będą woźniki 
skubać tę lepiechę? Sam ją jedz!
— Nie było czym dołożyć, 
wielmożny panie — tłumaczył się 
włodarz Sroka.
— Łżesz! Stary chłop, a do 
tarasa przymknąć nie 
szkodziłoby! Nie chciało ci się 
na Zalesie po furę drobnego 
posłać?
— Ćma była, na burzę 
pokazywało, wielmożny panie.
— Już ty mi się nie wykręcisz! 
Kocura! Gdzie starzy? Wiem, że 
ich doma nie ma trzecią 
niedzielę... Bieguny pogańskie, 
psiekrwie... W łańcuch 
posadzę... Ze wsi się wywodzą, 
łotry... Ognia z głownią nie 
nosić, jeno w garcu!! — wrzasnął 
gniewnie do przebiegającej 
dziedziniec dziewuchy.
To nie było łoże słońca, jeno 
roztworzysta brama. Uchyliła 
się, spiętrzyła, ukazując tajnie 
nieba. Hen, w świetle, wyspa 
szczęśliwa pływa po bezbrzeżu 
złotym... Strzelają w górę 
smukłością wieże zaklętego 
grodu... Niebo to już, czy tylko 
świat inny, daleki, ojczyzna 
niezapomniana, w snach się 
uparcie jawiąca?
— Na pluchę pokazuje, bo w 
kośćcu mnie łamie, a Bukiet 
jucha trawę od południa żre... 
Tedy powiadam, jeśli z wierzchu 
padać będzie, sprzężajem nie ma 
nikt robić, bo chudoby szkoda, 
jeno wynijść samemu do pola... 
Mrukwia! u ciebie steczka przez 
zboże jak szlak! Ze dwie kopy 
rża zdeptali.
— To jeszcze jesienią, 
wielmożny panie.
— A ty jesienią gdzie był? w 
Ziemi Świętej?!
— Słabowałem, wielmożny panie.
— Z lenistwa. A plewidła 
doglądać! Grzech nieczysty — 
kąkol w zbożu dzierżyć. Baby za 
dzieckami niech nie patrzą, jeno 
za robotą...
Od wyspy szczęśliwej oderwał 
się korab długi z obrzeżem 
złocistym. Pociemniała wyspa z 
żalu... Snadź zabrał korab jej 
duszę i radość, bo zwiędła, 
skuliła się nagle, strupiała. 
Żegluje z wolna korab po 
przejrzystej bani nieba... 
Dokąd, ku jakim wybrzeżom?...
— Z nowego zboża zaprzedał! 
Łotrostwem się para! Plagi i do 
kuny! Praktykarz! Baczcie, mości 
Pawle, że nie ten najgorszy 
łotr, co pije, ale ma za co, 
jeno ten, co nie ma, a pije, bo 
się zborgować musi, a potem 
wisieć...
— Anim zajrzał, wielmożny 
panie, do karczmy, żebym się 
stąd żyw nie ruszył...
— Łżesz! Dwadzieścia plag 
weźmiesz! Widzieli cię ludzie! 
Łżesz! 
— Jak Boga przy skonaniu... 
nie łżę, wielmożny panie...
— Ej ty! waruj się prawa! By 
to pierwszy raz? A pomnij: 
trzykroć za łeż karany na 
szubienicę się godzi... Bacz, 
byś na niej nie tańcował!...
Mrok nagły upadł jak smutek na 
złociste wrota nieba. Zgasł 
okręt, nie dopłynąwszy żadnego 
wybrzeża. Tam i sam tłukł się po 
niebie, zszarzały, gubiący 
żagle. Słońce skryło się za 
chmurę, górą jeno wystawiając 
złociste palce promieni...
— Tandem — reasumował 
dyspozycję pan Łahoda — w 
poniedziałek, jeśli sucho, na 
Górnem kopy w bróg zwozić, zaś 
na Pobłociu rozrzucone kopice 
poskładać... Jeśli deszcz, 
pszenicę plewić... Duda budulec 
może sobie z lasu zwieźć. Chatę 
pięknie, w podłuż roli, a nie w 
przecz ma stawiać... Przysiężnik 
niech za tym patrzy... Tandem... 
Mrukwia pięć plag za steczkę... 
Kogucina niewiasta za suszenie 
konopi przy ogniu, do kuny na 
jeden odwieczerz... Byra za 
łgarstwo i przedaż zboża 
dwadzieścia plag mocnych i dwie 
niedziele gąsiora... Tandem...
— Stare Kocurów, co zbiegły — 
przypomniał troskliwie Pawło.
— Laboga! Byłbym zabaczył... 
Jambroży karbarz niech pilno 
uważa: gdy jeno stare do Kocury 
wrócą, co rychlej na sąd ich 
sprowadzić...
— O reta, wielmożny panie, dyć 
sprawiedliwie w odwiedziny do 
siostry poszli, co w Przasnyszu 
za mężem siedzi, i na odpust się 
ździebko ostali...
— Znam ja wasze odwiedziny... 
Jambroży! przyprowadzić tu co 
rychlej... A... chłopakowi od 
Gwosta trzy plagi za płonkę 
złamaną na miedzy... Tandem, 
musi, że to wszystko... Idźcie z 
Bogiem, dobrzy ludzie. Niech 
będzie pochwalony...
— Na wieki wieków... Bóg ci 
zapłać, wielmożny panie.
Podchodzili rzędem, obejmując 
pod kolana Pawła i pana Łahodę, 
całując pokornie ręce. Twarze 
były jednostajne, zamknięte w 
sobie na głucho, senne, 
obojętne, niemrawe. Którego 
czekały plagi lub któren dostał 
drzewo na budowę chaty, jednakie 
mieli spojrzenie, w bydlęcym 
swym życiu nie znając równie 
radości, jak smutku. Przez 
twardą skorupę mózgu przesączało 
się w świadomość leniwie jedyne 
jaśniejsze uczucie: jutrzejszy 
niedzielny spoczynek... dzień 
bez pracy... długi, nieprzerwany 
sen...
— A z Rogowa znów dwóch kmieci 
do nas przybieżało — opowiadał 
pan Łahoda, idąc z chłopcami ku 
dworowi. — Zrazu pan kasztelan 
nie chciał ich przyjąć, ale 
padali do nóg, a skowytali jak 
psy. Posłał pan kasztelan pismo 
do pana starosty, a ten powiada: 
Wolej mi dadzą gończego czy też 
sokoła za tych biegunów, co i 
tak w dybach cały rok z 
bezpożytkiem siedzą, Posłał tedy 
pan kasztelan dwa piękne 
szczeniaki od Łykwy. Pachołki są 
niezłe, robotne, a rade, 
rozumiejąc, że się do raju 
dostali...
— Naprawdę? — spytał Staszko z 
niedowierzaniem.
— O dlaboga! Staszkowi to 
zawsze się widzi, że komuś 
krzywdę czynimy! Niby ja nie 
wiem, że to Staszko tamtej 
niedzieli wypuścił z gąsiora 
chłopaków szczebrzuchy w sadzie 
kradnących? Wiem dobrze, inom 
panu kasztelanowi nie mówił, 
boby go indygnacja zalała. 
Kasztelanic z gąsiora złodziei 
wypuszcza!? Czy to decet? Czy to 
licet? Gdzie polityczność?! 
Gdzie uczciwe? Staszko ani 
pojrzeć nie ma na tych 
gołoszyjców!
— Dlaczego? — w głosie chłopca 
zabrzmiał pewien upór, tak 
niezgodny z jego zwyczajną 
słodyczą, że pan Łahoda obejrzał 
się ze zdziwieniem.
— Święty Wawrzyńcze! 
dlaczego?! No, bo taka wola 
Boska! Nie jednako Pan Bóg daje 
— jednemu gęś, drugiemu jaje... 
Dlaczego? Dlaczego miesiąc ani 
śmie wychynąć przy słońcu, nocką 
jeno swoje światło wypuszczając? 
Dlaczego w obiektach sfer 
niebieskich jedne astry 
przedniejsze są, a drugie zgoła 
nikczemne? Bóg umieścił ród 
Kostków w konstelacji co 
najprzedniejszej, tedy nie lża 
psować Jego woli w konfidencję z 
chamstwem wchodząc...
— Spodobało się Panu mieć w 
ludziach krew podlejszą i krew 
zacną, jedną do pospolitszej 
pracy przeznaczając, drugą dla 
wyższych celów rezerwując... — 
dorzucił sentencjonalnie 
siedzący na ganku marszałek. — 
Kto by tedy takowy porządek 
rzeczy przeinaczał, przeciwia 
się woli Bożej...
— Goniec w barwie wojewody! — 
zakrzyknął Pawło.
Konny ukazał się w bramie, 
obleciał pędem dziedziniec i 
sprawnie osadził zgrzanego 
podjezdka przed gankiem.
— Jego wielmożność pan 
wojewoda poznański awizuje swe 
rychłe przybycie!... — rzekł 
zdyszanym głosem. Marszałek 
porwał się z miejsca.
— Siłaż, rybeńko, koni z wami? 
— zagadnął chłopca poufnie.
— Dwadzieścia trzy — obliczył 
szybko, palcami się wspomagając, 
pachołek. 
— A ludzi wiela?
— Dwanaście.
— No — rzekł marszałek 
uspokojony i znikł w głębi 
sieni. Zastukał czekan okuty na 
kamiennych płytach i wszyscy 
sprostowali się uważnie.
Pan kasztelan zakroczymski 
wyszedł z powagą na ganek. 
— Rzeknij panu, że go radosnym 
sercem oczekuję.
Chłopak zatoczył koniem i 
ruszył z kopyta z powrotem. Gdy 
pył opadł, pan kasztelan 
przyoblekł surowe oblicze w 
serdeczny, uprzejmy uśmiech i 
zeszedł ze stopni ganku w dowód, 
iż na przyjęcie tak zacnego 
gościa gotów wybieżać na drogę. 
W bramie wrotni wdziewali z 
pośpiechem barwiste, paradne 
świty. 
— Chodźmy żywo na bramę 
popatrzeć ze straży — rzekł 
Pawło do brata, lecz Staszko nie 
pobiegł za nim. Rozejrzał się 
wkoło, a widząc, że nikt na nich 
nie zwraca uwagi, wymknął się w 
stronę ciemniejącego za ogrodem 
lasu.
Las sosnowy porastał 
niewysokie wzgórze, otoczone 
wałem piaszczystym, prastarym. 
Snadź było tu niegdyś 
grodziszcze lub żalnik. Rozmytą 
wypukłość wału pokrył złocisty 
kobierzec rozchodnikowy, 
przetkany różowym wzorem 
macierzanki; Staszek położył się 
na wznak na jego giętkiej, 
chrzęszczącej pościeli. W 
oddali, nad łąkami, barwnymi od 
kwiecia, wielkie szczawie 
kołysały zakrwawione pióropusze. 
Słońce, które poprzednio skryło 
się za chmurę, wyjrzało nagle 
tuż ponad pierścieniem boru, 
złociste, jarzące, jak gdyby swą 
glorią uświetnić chciało 
przyjazd pana wojewody do pana 
kasztelana. Spojrzał na nie z 
urazą, której nie rozumiał, 
podobnie jak nie pojmował, skąd 
duszyczkę miał pełną frasunku, a 
dziecinną głowinę strapienia. 
Czczyca nań spadła jak zmora. 
Odwrócił twarz ku ziołom i 
zapatrzył w rojące się pośród 
nich życie.
Tuż małe, ziemne mrowisko 
drżało nieustanną, wytężoną 
pracą. Opodal, na skraju lasu 
wznosił się wysoki na dwa łokcie 
kopiec_gród, warownia wielkich, 
rudych mrówek leśnych, 
kąśliwych, zażartych i srogich. 
Wyćwiczone ich oddziały 
przebiegały własne trakty i 
gościńce w zapalczywej dążności 
zaboru. Lecz tutaj były małe, 
skromne, czarne mrówki polne, 
uniżone i zapracowane.
Staszek przyglądał się z uwagą 
ich robocie, zapominając z wolna 
o zmartwieniu. Wziął suchą igłę 
sosnową i wbił ostrożnie w 
ziemię tuż przy głównym wejściu. 
Natychmiast wyskoczyło z wnętrza 
kilkudziesięciu strażników. 
Połowa stanęła murem przed swą 
bramą, reszta rozbiegła się w 
celach wywiadu. W nieopisanym 
podnieceniu pobiegli oglądać 
igłę. W trwożnych ruchach macek, 
nerwowych wstrząsach tułowia 
czuło się tumult i wrzawę, 
zapewne ogłuszającą, chociaż 
odległą o tysiące warstw 
głosowych od skali ludzkiego 
ucha. Mężniejsi wdrapali się na 
sam wierzch igły, zbadali wokół 
horyzont, zbiegli błyskawicznie 
na dół, wgryźli się w ziemię 
przy nasadzie, zmierzyli 
głębokość, w której utkwiła 
niespodziana wieża. Teraz 
przetrząsali okolicę, zataczając 
równe kręgi, w poszukiwaniu 
przyczyny. Każdy ruch ich był 
celowy i zrozumiały.
Śledząc rozbawionymi oczami 
maleńkich badaczy, Staszek 
zauważył obcą, nową mrówkę, 
przemykającą się ostrożnie 
pośród źdźbeł... Była ruda, ale 
mała, nie należąca ani do 
srogicdh tyranów z wielkiego 
kopca_mrowiska, ani do drobnej 
społeczności czarnych. Szła z 
trudem, pchając przed sobą 
trzykroć od siebie większą 
zdechłą muchę. Chwilami 
przystawała, by rozprostować 
zmęczone członki, dziwnie wtedy 
podobna do maleńkiego, 
utrudzonego człowieczka, 
cienkiego w pasie, o dużej, 
skłopotanej głowie. Już ją 
dojrzeli niespokojni wywiadowcy 
czarnych, dotknęli się wzajemnie 
mackami w błyskawicznym 
porozumieniu i zastąpili drogę 
obarczonej. Stanęła, jakby w 
rozpaczy, broniła łupu zajadle, 
uległa większej liczbie. Zdechłą 
muchę ciągnięto triumfalnie do 
mrowiska, macki zwycięzców 
drżały w upojeniu — ograbiona 
uciekała srodze sturbowana, 
pocierając sobie główkę nóżkami, 
podobniejsza niż kiedykolwiek do 
maleńkiego, pokrzywdzonego 
człowieka.
Staszek oderwał oczy od 
mrowiska i leżał nieruchomo, 
położywszy ręce pod głowę. 
Rozweselenie jego znikło. 
Nieznany ciężar powrócił. Oto 
cały świat od góry do dołu pełen 
jest krzywdy i walki. 
Jednocześnie i bez przerwy, w 
powietrzu, na ziemi, pod ziemią 
i w wodzie, tysiące, tysiące 
istnień wydziera sobie owoc 
pracy i prawo do życia. Człowiek 
daje początek, a naśladuje go 
wszystkie stworzenie, aż do tych 
mrówek maleńkich. Ogarnęła go 
nagle taka groza, że zerwał się 
i siedział bezradnie z oczami 
utkwionymi w przestrzeń. Czyż 
wszędzie jest tak samo?...
Szukał rozpacznie, gdzie by 
było inaczej, lecz znaleźć nie 
mógł i świat zaciężył nad nim 
niby więzienie z ołowiu, z 
którego uciekać trzeba!... Gdzie 
uciec?... Do kogo?... Kto go 
pojmie?... Wszakże każdy 
łagodnie i mądrze odpowie, że 
Bóg taki porządek życia 
postanowił i nie chce, by go 
zmieniano... Bóg?
Zatargał nim głuchy bunt. 
Nieprawda: Bóg nie mógł chcieć, 
by tak było!! Próżne mądre 
dowodzenia: mylne są albo 
kłamliwe! Nieprawda! o nie! 
Bóg...
Ukrył twarz w trawie cały 
dygocący z żalu. Tak był jeszcze 
mały! Szło mu dopiero na 
dwunasty rok, a taki był sam, 
jak zgubiony. Świat, dom, 
najbliżsi zdali się ciemni i 
obcy. Bóg, ku któremu dusza 
rwała się w tęsknocie, Bóg — 
jasność sama — doskonałość 
wszechwiedząca, na takich był 
wysokościach! Którędy się dostać 
do Niego? Między czarnym skrajem 
ziemi a niepojętą świetlistością 
Bożą, gdzie oprze się serce 
dziecinne? Gdzie się przytuli, w 
czyich ramionach odpocznie?
— Matko! Matko! — zawołał 
półgłosem i urwał w wybuchu 
płaczu. Dotychczas w każdym 
strapieniu chronił się w lubych 
objęciach matczynych. Kołysała 
go na sercu, szepcząc dobre, 
ciche słowa. Ale czar ich 
przestał działać, odkąd i ona, 
matka, ostatnia ducha podpora, 
potwierdziła niewątpliwą wolę 
Boską w rozrządzeniach świata. I 
ona!
Rozpłakał się jak sierota. 
Matka!... taka była dlań słodka, 
troskliwa, tak się miłowali! 
Czemuż nie była matką jednaką 
dla wszystkich? Jak się 
troszczyła, czy pojadł dosyć i w 
porę, a mniejsze od niego dzieci 
siedziały w gąsiorze od świtania 
do nocy o głodzie. Wiedziała o 
tym! Wiedziała i dopuszczała! 
Dobra była i pobożna, a nie 
ogarniał jej lęk, co by rzekł 
Chrystus, gdyby chodząc jak 
niegdyś po świecie, zaszedł w 
rostkowskie obejście! I Staszko 
wyobraził sobie nagle przyjście 
Boga Zbawiciela. Nie awizowałby 
się jak pan wojewoda. W odzieży 
lnianej, cichy i ubogi, wszedłby 
przez furtę i rozejrzał po 
dziedzińcu bacznie. I co? i 
jak?! Czy potwierdziłby 
istotnie, że wszystko jest tak, 
jak On tego pragnął, i że nic 
zmieniać nie trzeba?...
Płakał żałośnie w coraz 
cięższym poczuciu sieroctwa. Łzy 
spadały na kosmate liście babki, 
błyszcząc na nich w ostatnich 
blaskach słońca jak brylanty. 
Wiatr ciepły powiał od nagrzanej 
ziemi, poruszył liście i trawy — 
zaszeleściły przeciągle jak 
gdyby w westchnieniu. Wydało mu 
się, że wołają za nim: Matko! 
Matko! — Jakiejże matki 
wzywały?... Na równi z nim 
pożądały pośrednictwa, opieki i 
wsparcia. Gdzie on? Uśmiechnął 
się naraz radośnie, podniósłszy 
głowę znad trawy. Z oddalonej 
bokówki pamięci wyszła przed 
oczy procesja. Idzie przez pola. 
Łopoczą chorągwie, falą uderza w 
nie śpiew... "Boga Rodzico 
Dziewico..." Ponad głowy, ponad 
zboża góruje postać Panienki... 
Ręce litośnie rozwarte ogarniają 
cały świat, spojrzenie słodkie, 
baczne na każdą niedolę... Ona 
to! Opiekunka dziecka, mrówki, 
ziela... Matka ziemi całej, 
długiej i szerokiej, i 
wszystkich stworzeń żyjących. 
Maryja! Matka przedziwna! Ona to 
czuwa nad każdym — piękny czy 
szpetny, dobry czy zły, możny 
czy ubogi... Nie ma w Jej sercu 
różnicy... Jak straszno byłoby 
bez Niej! Bo któż byłby dość 
odważny stanąć przed obliczem 
Boga, mówić do Pana nad Pany? A 
do Niej każdy jest śmiały... Ona 
wybaczy wszystko i zrozumie... 
Więzią jest jasną pomiędzy 
Bogiem a światem. Słyszy szept 
każdy, by najpokorniejszy... 
Wolą Bożą wyrosła niegdyś przed 
wiekami, niby kwiat wielki i 
jasny, co korzeniami tkwi w 
ziemi, a koroną w niebie... O 
miłościwa Matko! Matko Łaski 
Bożej!...
Łzy staczające się teraz po 
kosmatym liściu babki były 
radosnymi łzami. Otwarła się 
duszy przystań, jasna, 
niezawodna. Kojąca fala ufności 
zalała pierś utrudzoną. Ukląkł w 
trawie i spojrzał promiennie ku 
górze. Myśl, niby ścigła 
jaskółka, poszybowała w 
przestworza, odnalazła Postać 
jasną ponad obłokami i pod Jej 
stopy przypadła.
— Najświętsza Panno Maryjo — 
rzekł głośno i urwał nie 
wiedząc, co dalej rzec. Chciał 
Jej powiedzieć tak wiele, 
ślubować tyle, że wyrazić tego 
nie umiał, i trwał tak w 
milczeniu, z sercem 
przepełnionym, a wzrokiem 
zgubionym w niebie... 
— Staszek! Staszek! bywaj! 
żywo! żywo! Kajże się 
podziewasz? tu?!... Szukają cię 
wszystkie by grosza... Wieczerzę 
zaraz podają... Marszałek już 
włosy rwie... Preceptor astrów 
chciał pytać... W sześć ogierów 
wojewoda zjechał — zobaczysz! 
Konie jak diabły!... Coś tu 
robił, gadaj zaraz! Lisy może 
kopałeś? Beze mnie!? Ja bym ci 
dał!! No chodźże już, żywo! 
żywo...
— O laboga! laboga! 
jegomość!... — biadała pani 
kasztelanowa, trzęsąc siwiejącą 
głową. Twarz miała czerstwą i 
słodką, oczy Staszkowym podobne.
— Jejmość dobrodziejka, 
podwiką będąc, nie pojmujesz, 
jak ważne zamierzeniom moim 
przyświecają motywa — wyłuszczał 
z powagą kasztelan, chodząc z 
kąta w kąt komnaty. — Chłopaki 
edukowane być muszą, to trudno. 
— Toć i w krakowskiej akademii 
edukują niezgorzej — zauważyła 
nieśmiało.
— W krakowskiej!? Żartujesz 
waćpani! Drzewiej tak bywało, 
owszem, teraz wszakże wstyd 
senatorskie dziecko tam 
posyłać... Na psa zeszła 
akademia! Mieszczany i chłopskie 
syny! Karmazyna nie 
uświadczysz!... Nie jedyna to 
zresztą obiekcja. Nie tajno 
chyba waćpani, jako w całej 
Rzeczypospolitej herezja niby 
pożar się szerzy! A wiesz, 
jejmość dobrodziejka, kto w 
akademii krakowskiej greczyznę 
ninie wykłada? Nie?... Otóż 
italiańczyk Stankar! Stankar, 
heretyk zaparty, wróg Kościoła, 
plugawiec, bestii 
apokaliptycznej mogący być 
przyrównany.. Mamże swoją krew 
słać w szpony diabelskie, by się 
kacerstwem splamiła?
— Chłopców by nie zbałamucił, 
głowę za to daję...
— Nie dawaj, jejmość pani, nie 
dawaj... Młode to... Obowiązkiem 
jest świętym, rodzicielskim, 
dzieci od zetknięcia z zarazą 
uchronić i od tego obowiązku 
odwieść się nikomu nie dam... 
Primo: wiara katolicka jedyna, 
święta i prawdziwa jest, i kto 
jej odstępuje, potępienia 
wiecznego godzien... Secundo: 
nowe kacerstwo żadnych nadziei 
wyniesienia, godności albo 
fortuny rokować nie może. 
Przemyślałem już te sprawy 
dokumentnie. Niech się 
Radziwiłły na Litwie szkaradzą, 
ich rzecz... Mają oni w tym 
swoje kombinacje i kabały! Ale 
Mazowsze nie Litwa... Tu nowinki 
żadnego prospektu politycznego 
nie wróżą. Jakiż zatem profit? 
Ziemi swej dość, Bogu dzięki, na 
księżą się nie łakomim... 
Zresztą co by Wirtembergczyk i 
jego adherenty nie gadały, 
biskup a prymas zawsze persona 
to nie byle jaka... Zaś te ich 
ministry?! Śmiech gadać! U 
swoich nawet zachowania nie 
mają... Ucieszną o tym krotofilę 
powiadał mi wojewoda... 
— Jakże więc jegomość 
rozrządzą z chłopcami? — 
przerwała niespokojnie 
kasztelanowa. 
— Z chłopcami? Za granicę trza 
ich expediować.
— Jezu! Do Padwy? — jęknęła.
— Nie, nie do Padwy. Do 
Wiednia. Nie frasujże się, 
waćpani. Nie ukraina to żadna; w 
trzy niedziele dobrą porą list 
można otrzymać. Kolegium tam 
jest przednie zakonu Societatis 
Jesu.
— Jak jegomość powiadają?
— Societatis Jesu. Towarzystwo 
Jezusowe. Pomnisz waćpani onego 
mnicha czarnego, któren z 
legatem przyjeżdżał? Jeden ze 
starszych u nich. Nowy to zakon, 
wielce świątobliwy i zmyślny, 
kształcenie pacholąt 
szlachetnego rodu za cel 
specjalny biorący...
— O dlaboga, toćże dziewierz 
powiadali, że one i u nas być 
mają?
— Ano. W Pułtusku. Dopiero 
jednak gadanie jest o tym, a 
zaczem się wybudują! Wiedeńskie 
zaś kolegium od trzynastu już 
lat pięknie prosperuje. Powiadał 
mi Rozrażewski, który trzy lata 
temu pacholę swoje tam dał, że 
zakuty łeb miało ze wszystkim, 
przedsię zaś po łacinie jak 
Cycero gada... Pojadą do Wiednia 
chłopcy...
— By chocia Staszka ostawić... 
— błagała.
— Rzekłem, że oba pojadą. Nie 
sami... z mentorem. Nauka i 
rozum imć Bielińskiego stateczną 
dają rękojmię opieki. Pobożny to 
i uczciwy człek. Przestań 
labiedzić, jejmość dobrodziejko 
moja! Wiedeń — pierwszy dwór na 
świecie... Cesarz... Chłopcy 
snadnie przez cesarza zauważeni 
być mogą...
— Stacho na księdza pewnikiem 
się zbierze... co mu po tym? 
— NIe neguję jego wokacji ni 
się sprzeciwiać będę, bo chwała 
Boska przede wszystkim ma być 
honorowana. Jużcić wszakże 
plebanem na parafii nie ostanie. 
Cóż to, myślisz waćpani, że w 
stanie duchownym koneksja z 
samym Duchem Świętym wystarczy, 
a inne zbyteczne są? Przeciwnie! 
Staszko niech idzie na księdza, 
a moja w tym głowa, że się na 
pastorale nie skończy... Nie 
ubliżyłby kapelusik temu domowi, 
chociażby i nie zadziwił... 
Kostka nie może zostać 
kardynałem, myślisz waćpani?...
— Takie dziecko! takie 
dziecko! — powtarzała pani 
Małgorzata, obojętna na te 
perspektywy. 
— Faworyt to jejmościn, wiem. 
Wszelako gdy chodzi o aspekta 
całej przyszłości chłopaka, 
preferencje matczyne waloru mieć 
nie mogą... Chciałabyś waćpani 
widzieć Staszka plebanem w 
Rostkowie?
— Byle był szczęśliwy, a Bogu 
miły — westchnęła.
— Gadaj tu z babami! — żachnął 
się gniewnie pan kasztelan, i 
wyszedł spiesznie, by małżonce w 
prędkości przykrego słowa nie 
rzec. Niepoślednią cierpliwość 
włożywszy w przekonywanie 
jejmości, słusznie pożałował 
zużytej darmo elokwencji. Wzgląd 
na przyrodzoną różnicę, dzielącą 
białogłowski umysł od męskiego, 
uśmierzył jednak jego gniew. 
Oczekujący w sąsiedniej 
komnacie marszałek, pan 
Moczydłowski, milszym był 
audytorem, z nabożnym choć 
cichym aplauzem przyjmując każdy 
wywód pana kasztelana.
— Wyłuszczyłem te wszystkie 
racje jejmość pani dobrodziejce 
— zakończył swą przemowę do 
niego kasztelan — ona wszelako 
ślozy jeno puszcza, obstakle 
ciągle najdując... 
— Jej wielmożność pani 
dobrodziejka wzorem jest cnót 
białogłowskich...
— Admiruję ja jej cnoty, źle 
by wszakże było, gdynbym się 
afektami niewieścimi kierować 
pozwolił.
— Tak jest, wasza wielmożność. 
Jako przysłowie powiada: Biada 
temu domowi, gdzie dobodzie 
krowa wołowi...
— Słuszne przysłowie. Biada 
temu domowi! Z białogłową 
rozprawiać — na wodzie pisać! 
Marnota czasu... Wolę swoją 
krótko rzec, w dyskusje żadne 
nie wchodząc, bo jeszcze głowę 
zakręci, a na swoim postawi z 
uszczerbkiem wielkim dla 
racji...
— Tak jest, wasza wielmożność. 
Jako powiadają: Gdzie donica 
rządzi, tam wiercimak błądzi...
— Proverbia są scjencją 
narodów. Ja nie pobłądzę. Masz, 
mości marszałku, pięć niedziel 
czasu, by wszystko grzecznie 
narychtować a obmyśleć... Tuszę, 
iż pan Bieliński będzie rad?...
— Od zmysłów odejdzie z 
radości, wasza wielmożność.
— Tandem spisz waszmość 
wszystko, co potrzebne z odzieży 
i ekwipunku, pamiętając, że 
chłopcy nie mogą w Wiedniu lada 
jako się zaprezentować...
Marszałek wyszedł, zaś pan Jan 
Kostka snuł dalej swe świetne 
marzenia przyszłości rodowej. 
Korona królewska jaśniała w 
oddali, na najtajniejszej, 
nieprzyznawanej granicy tych 
snów. Czemu by nie? Tron 
elekcyjny... król bezdzietny... 
Nie miały kresu ambicje pana 
kasztelana, gdy o prześwietny 
ród Kostków w synach jego 
personifikowany chodziło. 
Część druga
Walka i zwycięstwo
I
Powoli! Powoli! — błagał imć 
Bieliński, z trudem nadążając za 
Pawłem, który na to wołanie nie 
zwracał najmniejszej uwagi. Nie 
dochodziło jego świadomości, jak 
nie dochodziło nic, co nie było 
radosnym okrzykiem swobody. 
Szedł prężnym, zuchwałym 
krokiem, upojony radością 
wolności... Skończone z cichym 
konwiktem! Skończone z twardą 
dyscypliną godzin, skończone z 
nieustanną, a jakże męczącą 
pieczą Ojców, czytających każdą 
myśl z twarzy, bacznych na każde 
słowo i spojrzenie... Intrygi 
bogatej Rady Miejskiej, nagła 
przychylność dla protestantów 
wiecznie obdłużonego cesarza 
Maksymiliana — w ślad za tym 
zabranie Towarzystwu Jezusowemu 
darowanego przez cesarza_ojca 
domu — stały się oto przyczyną 
błogosławionego wyzwolenia. 
Gdyby nie obyczajność, 
krzyczałby: niech żyje cesarz! 
Lekcje tylko odrobić, a potem... 
Spod zrośniętych brwi bystre, 
czarne oczy płonęły. Wąskie 
nozdrza drgały. Dłoń oplatała 
rękojeść szabli miłośnie — tyle 
czasu ani się jej tknął w 
konwikcie! Wzrokiem brał w 
posiadanie cały Wiedeń, brał w 
posiadanie cały świat. Zdało mu 
się, że życie samo, życie bujne, 
piękne, barwne leży przed nim, 
będzie je darł kawałkami i gryzł 
chciwie. Białe zęby błysnęły 
spod czerwonych warg. Smukła 
jejmościanka w obcisłym 
kształciczku obróciła się 
zalotnie i spłonęła, spotkawszy 
jego wzrok zdobywczy.
— Tu! — szepnął prosząco 
Bieliński, wskazując wysoki, 
trzyokienny dom. Błoniaste okna 
przesłaniało gęste, żelazne 
ostrowie. U wejściowej kołatki 
wisiał pomalowany w dwa kolory 
klocek, oznaczający wolną 
kwaterę do wynajęcia.
Wieść o zamknięciu konwiktu 
już się rozeszła po mieście, 
przeto w wielu domach klockiem 
przy kołatce lub pękiem 
kolorowych wstęg przy oknie 
oznajmiano gotowość przyjęcia 
uczniów na stancję.
Paweł spojrzał pogardliwie na 
wskazywaną przez mentora 
kamienicę. Odrzwia były ciosane 
w kamieniu, bez ozdób. Nie było 
nawet gasidła do pochodni przy 
pfogu, snadź gospodarz nie 
sądził, by kiedykolwiek ktoś 
znaczny w odwiedziny ku niemu 
zaszedł.
— Tu!? — powtórzył drwiąco. — 
Błony w oknach, a w indermachu 
sklepiczek do najmu?! Waść ze 
Staszkiem możecie tu mieszkać, 
nie ja... Co pisał ojciec 
jegomość?
Wyciągnął z zanadrza list i 
rozłożył przed oczy pana 
Bielińskiego, wskazując 
paznokciem miejsce, gdzie 
kasztelana ręką wypisane stało:
"Najmijcież tedy kwaterę, 
splendorowi rodu nie 
uchybiającą, nie turbując się 
zbytnio o expens..."
Pan Bieliński westchnął tylko 
i pokręcił głową.
— Tu! Dom wcale grzeczny... — 
rzekł po chwili, gdy weszli na 
plac targowy, Kienmarkiem zwany. 
— Nie, tam! — odparł stanowczo 
Paweł, wskazując na wielki dom 
narożny, błyszczący szklanymi 
oknami po przeciwnej stronie 
targowiska. Przeszedł je szybkim 
krokiem i stanął przed bramą. 
Była ozdobna, z futryną 
figuralnie kutą w syreny i 
delfinoryby, zaworzysta, zbita z 
tęgich desek, szpangami 
wzmocnionych. Piękna, brązowa 
kołatka zwieszała się u 
wrzeciądzów. Nad bramą godło 
domu, złoty wąż, zwijał 
poskręcane cielsko.
— Toćże tu nie ma i znaku, by 
były wolne kwatery — rzekł pan 
Bieliński, spoglądając bacznie 
na budowlę. Sześć okien, z 
których skrajne wyprzodkowane 
były wykuszami, nadawały jej 
pozór pałacu.
— Powoli, mości Pawle — 
przestrzegał — powoli, tu ktoś z 
urodzonych mieszka... za ubligę 
pytanie o kwaterę poczyta...
— Z urodzonych? tu, na targu?! 
Czyj to dom? — zapytał opasłego 
kupca, który z sąsiedniego domu 
przyglądał im się ciekawie. 
— Kimberkera — odrzekł, jawnie 
zdziwiony, iż o taką rzecz 
pytają. 
— Kto zacz Kimberker?
Kupiec zdumiał się jeszcze 
bardziej.
— Bogacz, wasza dostojność! 
Bogacz w całym grodzie sławny, 
głowa prześwietnego miejskiego 
senatu...
— Kimberker? bodajże tak zwano 
tego lutra zaciekłego, co łoni 
plebs przeciw Ojcom Jezuitom 
podburzał, a ninie na cesarza o 
zabranie domu nalegał.
— On to sam, wasza 
dostojność... Możny i wpływowy 
człek...
— Zawsze dobrze języka 
zasięgnąć... Zabierajmyż się 
stąd żywo, mości Pawle...
— Nie widzę racji odchodzić. — 
Paweł zmarszczył ciemne brwi.
— Święta Panno! Toćże nie 
będziem kwatery u lutra 
najmować! — krzyknął imć 
Bieliński przerażony.
— A dlaczego, proszę waści? 
Nie koligacić się z nim idę, 
jeno locum przystojne najmować. 
Diabli mi do jego wiary! Ni on 
nas nawracać nie będzie, ni my 
jego...
— Najdziem równie przystojną 
kwaterę w katolickim domu.
— A nie wiada! Drugiego 
takiego domu nie widziałem.
— Wstyd z heretykiem w 
koneksją zachodzić! Co powiedzą 
w kolegium... O Boże!... — 
biadał Bieliński, całkiem 
bezskutecznie, gdyż Pawło 
szarpnął już mocno brązową 
kołatkę. Uderzyła dźwięcznie w 
żelazną antabę, kołysząc się 
długą chwilę na łańcuszku. W 
sieni zaczłapały kroki. Pachołek 
nieostatnio w karazję przybrany 
otworzył przed nimi bramę. Sień 
była wielka, brukowana, przez 
wysokość domu idąca, lunetami z 
góry oświecona. Szerokie schody 
okrążały ją wkoło jak studnię.
— Gdzie gospodarz?
— Na komnatach, wasza 
dostojność — rzekł pachołek, z 
szacunkiem spoglądając na bogaty 
strój panicza. Ruszył przed nimi 
po schodach, które na pierwszym 
podeście zwarte były dla 
bezpieczeństwa misterną kratą 
żelazną. Za kratą drzwi pięknie 
inkrustowane wiodły do komnat 
paradnych. Na supraporcie 
widniała maksyma z Pisma 
Świętego wyjęta, lecz sroga: 
"Będziesz je rządził laską 
żelazną, a jako naczynie 
garncarskie pokruszysz".
— Spójrz, mości Pawle, 
szepnął, wskazując głową 
Bieliński. Pawło wzruszył 
ramionami. Pachołek otworzył 
drzwi. W komnacie o podniebieniu 
kasetonowym, ozdobnym, siedział 
imć Kimberker, luter, zapisując 
coś w złożonej na pultynku 
księdze. Tuszy był okazałej, 
oblicza raczej pogodnego. Pludry 
nosił bogato obszyte koronką, a 
rękawy obcisłego kaftana poprute 
miał strojnie w krewety. Na głos 
kroków odwrócił ze zdziwieniem 
głowę.
— Jestem Paweł Kostka, 
klejnotu Dąbrowa, kasztelanic 
zakroczymski z Polski — zaczął 
po łacinie Paweł — potrzebuję 
dla siebie i brata kwatery...
— Nie rozumiem po łacinie, 
wasza godność... — bąknął 
gospodarz zmieszany.
— Będę mówił po niemiecku. 
Jestem z bratem mym dla studiów, 
chcemy odnająć kwaterę w waści 
kamienicy.
— Ja nie odnajmuję kwater — 
odrzekł Kimberker zdumiony.
— Sam z familią zajmujesz taki 
wielki dom?
— Są komnaty puste... wszakże 
nie odnajmuję ich nigdy...
— Odnajmiesz nam je waść 
teraz. O cenę nie idzie... 
Zapłacim, wiele zażądasz i z 
góry. 
— Wasza godność... — Zbity z 
tropu rozkazującym tonem Pawła, 
gospodarz kręcił niechętnie w 
palcach srebrzyste chwosty 
uczkuru, nie wiedząc sam, co ma 
rzec. 
— Wiela komnat odstąpisz nam 
waść? — nalegał niecierpliwie 
Pawło.
— Chybaby to drugie piętro... 
Niesłychana rzecz... Kto 
przysłał tu waszą godność?...
— Sam przyszedłem, widząc, że 
grzeczna fabryka...
— Nie ma równej w mieście — 
przyznał właściciel z 
zadowoleniem. — A dziedziniec! A 
indermach! Studnia w pośrodku... 
Stajnia foremna, dwanaście koni 
w niej stanie... 
— Siła komnat na piętrze?
— Sześć i dwa alkierze, i 
jedno schowanie.
— Pomieścim się jakoś z biedą. 
Masz tu waść zadatek. — Pawło 
wyciągnął zza pasa ciężki trzos 
i rzucił na stół. — Przelicz, 
wiela tu dukatów. Cenę najmu 
omówisz waść z naszym 
preceptorem — ukazał ręką imci 
Bielińskiego.
Kimberker zdziwił się 
ponownie, imć Bieliński 
prostował, jak mógł, złamaną w 
strapieniu posturę. 
— Jan Sas Bieliński, bakałarz 
nauk astrologicznych, zwanych 
genetliatycznymi, doktor 
medycyny i filozofii, preceptor 
i opiekun jaśnie wielmożnych 
kasztelaniców zakroczymskich.
— Opiekun?... — powtórzył z 
niedowierzaniem Kimberker, 
spoglądając to na ucznia, to na 
pedagoga. — Wasza godność dawno 
przybyła do Wiednia? — zapytał 
Pawła po chwili. 
— Mieszkamy tu już od roku 
prawie, jeno że konwikt Ojców 
Jezuitów zamknięto, zostaliśmy 
ninie bez kwatery...
Twarz Niemca zastygła nagle. 
Zapanowało milczenie. 
— Wasza godność zechce mi 
wybaczyć — zaczął powoli 
Kimberker. — Zapomniałem o 
pewnych ważnych cyrkumstancjach, 
które żadną miarą odnająć mi 
kwatery nie zezwalają... 
Familijne cyrkumstancje... 
nieodparte...
— Mości gospodarzu — rzekł 
porywczo Paweł — łatwo zgadnąć, 
iż chodzi waści o to, że my 
katolicy, a waść luteranin... 
Cóż to, na Boga?! Przyjechaliśmy 
z Polski, gdzie wolność wyznania 
każdemu zachowaną jest... Każdy 
Boga chwali, jako chce... Co nam 
do waści konfesji, a waści do 
naszej? Na kościół kwatery nie 
bierzem, jeno na mieszkanie... 
Przeliczże waść ten zadatek i 
pokaż nasze komnaty...
Kimberker siedział 
niezdecydowany.
— Dom ten nie należy do mnie 
jeno, lecz i do małżonki mojej, 
prawnie przed obliczem Boga 
poślubionej. Wybaczy wasza 
godność, że w tak zawiłym 
konflikcie zasięgnąć mi trza jej 
opinii — rzekł, powstając ciężko 
z krzesła.
— Żony będzie się radził! — 
szepnął ze zdumieniem Pawło, gdy 
drzwi się za gospodarzem 
zamknęły. Pan Bieliński machnął 
rozpaczliwie ręką, na znak, że 
mu wszystko jedno. Drzwi się 
otworzyły. Kimberker wszedł 
pierwszy, za nim wpłynęła z 
szelestem jejmość. Była wysoka, 
chuda, o małych, niezmiernie 
przenikliwych i czarnych oczach. 
Na głowie miała ciemny kwef i 
takąż tabinową jubkę na sobie. 
Zmierzyła bacznym spojrzeniem 
przybyłych, mówiąc równocześnie 
do męża parę zdań tak szybko, że 
Paweł nie mógł zrozumieć z nich 
ani słowa. Usiadła sztywno, 
wwiercając się weń oczami.
— Małżonka moja powiada, że 
żadną miarą kwatery odnająć nie 
możem... 
— Niech się odłączą czyści od 
nieczystych, rzekł Pan do 
wybranych swoich — wtrąciła 
jejmość uroczystym głosem.
— ...chyba że za klauzulą... — 
kończył pan Kimberker.
— Jaką? — spytał Pawło, 
czerwieniejąc z gniewu.
— Że ksiądz katolicki czy 
mnich nie wnijdzie nigdy w ten 
dom...
— Ni ksiądz, ni żadne 
dewocjonalia, posągi i 
papistyczne zabobony... — dodała 
syczącym głosem jejmość 
Kimberkerowa. Oczy jej błysnęły 
nienawiścią.
Pawło uśmiechnął się 
lekcaważąco. 
— Rzekłem już waści, że na 
kwaterę szukam pomieszczenia. 
Modlić się chodzimy do kościoła. 
Studenci jesteśmy i łacniej 
kufel piwa najdzie u nas albo 
śpiewkę niźli księdza. 
Kimberker się rozpogodził.
— Tedy wasza godność raczy 
ręczyć słowem polskiego nobila, 
że w domu ni księży, ni zebrań 
katolickich i modłów nie będzie? 
— Ni dewocjonaliów i 
papieskich czarów? — dorzuciła 
jejmość.
— Daję słowo — rzekł Paweł 
swobodnie. — Przeliczże już raz 
waszmość ten zadatek i chodź 
pokazać nam salę...
Z nieukrywanym zadowoleniem 
Kimberker wziął trzos do ręki. 
Przeliczywszy starannie dukaty, 
oddał je żonie. Liczyła chciwie 
z kolei, układając pieniądze w 
szufladzie.
Poszli na górę obejrzeć 
mieszkanie. Piękne było i 
obszerne. Paweł wychylił się 
przez dwoiste, kolumienką 
przedzielone okno; wychodziło na 
wąską uliczkę, zwaną 
Steindlowską. Naprzeciw w 
otwartym oknie młoda dziewczyna 
z natężoną ciekawością patrzyła 
na nie znanych jej gości w domu 
sąsiada. Roześmiał się do niej, 
przesyłając ręką pozdrowienie. 
Uciekła w głąb izby, spłoszona.
— Cudne mamy pomieszczenie, aż 
nie żal, że u heretyka — rzekł w 
godzinę później Paweł, idąc z 
powrotem przez plac. Szedł 
przodem, zapominając o obecności 
pana Bielińskiego, który 
zgarbiony i milczący snuł 
niewesołe refleksje. Myśli jego 
były o tyle czarne, o ile Pawła 
różowe. Rozkoszny spokój studiów 
w obserwatorium astronomicznym 
cesarskim, tytularna opieka nad 
kasztelanicami, zapewniająca byt 
dostatni bez kłopotów — wszystko 
to prysło jak sen, ustępując 
miejsca ciężkiej 
odpowiedzialności. Dzieci, które 
przed rokiem przywiózł z 
Rostkowa, przestały być dziećmi, 
a czym by były, nie wiedział. 
Widywał je omal codziennie, lecz 
zmiany tej dotąd nie spostrzegł. 
Zamieniwszy pozdrowienia, pytał 
zazwyczaj Ojców o zdrowie i 
postępy chłopców, po czym 
powracał co rychlej zadowolony 
do horoskopów i obliczeń 
gwiezdnych. Nie znał swoich 
uczniów wcale. Czy znał ich w 
ogóle kiedykolwiek? Spojrzał na 
Pawła, konstatując prawie z 
przerażeniem, że przerastał go o 
głowę. Otrok to był prawy, nie 
otrok nawet, a chłop całą gębą, 
piękny, uparty i śmiały. Oczy 
mentora, przywykłe do badania 
gwiazd i ksiąg, nie twarzy 
ludzkich, mrużyły się przed tą 
zuchwałą młodością, jak przed 
słońcem. Przez głowę mu 
przemknęło, by nie mieszkając 
napisać do kasztelana, że 
rezygnuje z opieki, której nie 
podoła, lecz wstyd go ogarnął. 
Po tylu latach prawie darmo 
jedzonego chleba!
— Staszek! mamy już kwaterę! — 
wołał triumfalnie Pawło.
Pan Bieliński drgnął i 
spojrzał badawczo na 
zbliżającego się ku nim 
młodszego kasztelanica. I ten go 
przerósł o głowę bez mała! 
Śliczna jego twarz tchnęła 
jednak tak dziecinną wesołością 
i pogodą, uśmiechnął się do 
zgnębionego preceptowa tak 
serdecznie, że otucha wstąpiła w 
serce pana Bielińskiego. — No, 
ten przynajmniej — pomyślał — 
nigdy mi zgryzoty żadnej nie 
przyczyni. 
II
Wykład w kolegium dobiegał już 
końca. Uczniowie przykładnie 
wlepiali oczy w profesora, 
tłumiąc wewnętrzne ziewanie i 
nerwowe drgawki nóg, 
spragnionych ruchu. Profesor, 
Ojciec Theobulk, jak gdyby tego 
nie widząc, obojętny na 
klepsydrę, chwiał na katedrze 
wahadłowym ruchem swą wysoką, 
czarną postać, rozprawiając z 
zapałem, dla siebie raczej niźli 
dla audytorium.
— Oto jak wszystko się 
zmienia, lecz tylko na oko, 
wszystko przemija, lecz 
właściwie stoi... Zmieniają się 
formy, pozory, sposoby, treść 
jest wieczyście jednaka. Jednaki 
jest Bóg. Jednaka walka Zła z 
Dobrem, rozpoczęta w raju. Bój 
nieśmiertelny, który stanowi 
treść życia. Co więcej? Jest 
życiem samym. Cała różnica tkwi 
w tym jeno, o co się potykać: o 
prawdziwe, istotne dobro czy o 
złudę. On, Ignacy, miłośnikiem 
był walki dla walki. Cóż 
piękniejszego nad bój? Cóż 
milszego nad walkę dla męża?
...Ranny, bezwładny kaleka, 
niezdolny się bić, chce słuchać 
przynajmniej o bojach... Domaga 
się książek rycerskich... 
szczękających bronią, sławą... 
Amadisa Galijczyka!... Rolanda z 
Roncewalu... Oliwiera! Nie masz 
ich. Nie ma żadnej. Są dwie 
książki zaledwie na zamku 
Loyola: "Życie Chrystusa" i 
"Żywoty Świętych". Nie takich 
pragnął. Odrzuca je pogardliwie 
na stolik przyłożny. Przymyka 
oczy znudzone, by sen wywołać o 
sławie. A wtenczas z odrzuconych 
książek powstają przedziwne mary 
i pod zamknięte powieki rycerza 
kładą cudowne obrazy.
...Oto bój nad boje, 
wieczysty, srogi, ogromny. Dwa 
hufce idą naprzeciw, dwa nad 
hufcami sztandary. Na prawo 
hufiec świetlisty Chrystusa, 
mocny, krzepki, nieodparty, na 
lewo złodno_barwny, pierzchliwy 
hufiec szatana. Broń szczęka, 
walczą szeregi!
...Wali w pierś młotem serce 
śniącego rycerza. Do walki! 
Stanąć w ordynku! Pod wodzą 
Boga, podniósłszy przyłbicę, 
ciąć mieczem, przeszywać wroga 
kopią! Bój — rycerska to zabawa!
...Zbudzony ze snu cudnego 
ślubuje chory rycerz żołnierzem 
być Chrystusowym. Lecz jak to 
uczyni — jak? Drzewiej siadali 
na koń rycerze, jak we śnie, 
mieczem i kopią walczyli. Ninie 
innej broni trzeba. Życie 
płynie, zmienia kształty... Nie 
pora już, już się przeżyły 
zakony dawne, rycerskie. Jakże 
nędzny koniec Templariuszów lub 
teutońskich rycerzy Panny Maryi 
Jerozolimskiej, zaś Maltańscy 
jeno swoich twierdz patrzają! 
Inaczej trzeba, inaczej!
...Idzie rozmyślając rycerz; 
zbywa szat granda_nobila. 
Przeszkadzają słodkie oczy, 
głęboko wbite w pamięci, 
prześlicznej damy królewskiego 
dworu. Precz z nimi! Pamięć musi 
być wolna, swobodna... Już wie, 
co czynić należy. Do szkółki 
idzie, w dziecinnej ławce siedzi 
wpół zgięty, kolana pod brodą... 
Cierpliwie bierze w siebie naukę 
dotąd za niegodną woja uważaną. 
Wędruje dalej. Do paryskiej 
Sorbony, pieszo, nałożywszy 
księgi i skrypta na osła... Tam 
przyjaciele, druhowie, pierwsi 
rekruci. W odległym sklepie 
podziemnym rodzi się zastęp 
Societatis Jesu, zastęp nad 
ziemskie zastępy!
Umilkł i oparłszy ręce na 
katedrze, wlepił rozgorzałe oczy 
w szeregi milczących słuchaczy. 
Spuszczali wzrok w obawie, że 
dojrzy ich nudę i urażony nowe 
na jutro dorzuci zadanie. Po 
prawdzie, nie słyszeli wiele z 
jego słów. Don Inigo Lopez de 
Recalde, recte Ignacy Loyola, 
był już im tak znany! Wiedzieli 
o nim wszystko, aż nadto dobrze, 
według ich mniemania. 
— Narzuci im pokorę, 
przeciwieństwo pychy, do pokory 
doda im jeszcze cierpliwość, a 
zasię, ponad te bronie, męstwo 
hartowne, męstwo 
najprzedniejsze, o jakim nie 
śnili Amadis ni Roland, ni 
Arturowi rycerze! W to męstwo 
przyobleczeni gotowi będą pójść 
na kraje ziemi, w pustynie, 
gdzie szatan widziadłami oczy 
mami, w najodleglejsze tajemne 
siedziby Goga i Magoga, w strefy 
gorące lub zimne, między ludy 
żółte, czarne i czerwone, gdzie 
śmierć grozi od człeka, od 
zwierza, rośliny, od ziemi. 
Śmierć nieustanna nad głową! 
Pójść bez miecza, jeno z krzyżem 
między kanibale i Boga prawdy 
opowiadać! Nie ulęknąć się! Nie 
spocząć! Opasać glob imieniem 
najsłodszym: Jezus! Na każdej 
piędzi ziemi Jedynego Boga 
chwalić! Rozniecić blask Jego 
sławy od ekwatoru po 
hiperboreje... — oto sen godny 
żołnierzy Chrystusa, większy niż 
poczynania Aleksandra, 
piękniejszy niźli marzenie 
Godfryda!!!
Przerwał, bo tchu mu zabrakło, 
i rzucił wzrok na dawno 
przesypaną klepsydrę. Otarł pot 
z czoła, ochłonął. Chłopcy 
odetchnęli. Przed chwilą 
niektórzy, widząc jego zapał, 
oczekiwali z niepokojem, że 
zażąda jakich ślubów lub 
obietnic... Popatrzył po klasie 
uważnie, twarz mu zszarzała i 
zgasła. Zmówiono stojąc 
modlitwę. Lekcje na ten dzień 
były ukończone. Zbyt długa 
cichość wybuchła radosną wrzawą 
tuż za progiem. Spłoszone na 
placu gołębie frunęły ku górze z 
trzepotem.
Ojciec Theobulk z książką 
wytartą pod pachą wychodził 
boczym wyjściem, zwykłym swym 
szybkim krokiem. W mrocznym 
przejściu korytarza gorąca dłoń 
pochwyciła jego rękę. Wilgotne 
usta przylgnęły do twardzizny 
starej dłoni. Zmacał 
niecierpliwie kształt głowy, 
podniósł ją ku światłu. Błękitne 
oczy Staszka zalśniły łzami w 
półmroku. Surowy ojciec 
Theobulk, postrach retoryki, 
spojrzał w te oczy uważnie. 
— Ojciec znał go... widział... 
prawda?... — wyjąkał chłopiec 
nieśmiało.
— Loyolę? Znałem go, tak, och, 
jakże dobrze go znałem!... 
Niemało lat... jego śladami 
zdążając... i teraz... zawsze 
jego śladem... aż do końca...
Milczeli patrząc na siebie.
— Jak z braćmi z nami żył — 
szepnął stary profesor schrypłym 
lekko głosem — taki wielki 
Święty! on, który z Bogiem 
rozmawiał... całował nas... 
całował mnie grzesznika... on...
Palcami bezwiednie dotknął 
szorstkiej twarzy, uświęconej 
pieszczotą braterską Świętego, i 
spojrzał nagle badawczo w twarz 
chłopca. Prędkim, niby gniewnym 
ruchem objął go wpół, przycisnął 
gwałtownie do piersi, po czym 
odszedł szybko w cieniu 
korytarza, mrucząc pod nosem 
niezrozumiałe wyrazy. 
Staszek stał chwilę bez tchu, 
nim ruszył ku wyjściu. Olśnił go 
słoneczny dzień. Plac był 
jeszcze pełen wrzawy 
rozbawionych głosów. Minął co 
szybciej kolegów, chciał być 
sam, koniecznie sam. Nieomylna 
podświadomość zawiodła go w 
stronę kościoła. Otwarty był i 
pusty, gęstwą skupionych kolumn 
zacieniony. Przed ołtarzem 
wieczna lampa migotała słabo w 
mroku, pryskał sycząc olej. 
Chłopiec siadł w wysokiej ławce. 
Jasna jego głowa spoczęła na 
brunatności rzeźbionego drzewa, 
jak drżąca plama słoneczna wśród 
gąszczu.
Poczuł się niezmiernie dobrze. 
Mrok kolumn przywiódł do pamięci 
bór, pewne tajemne uroczysko 
rostkowskiego lasu, pełne 
cichości i czaru, gdzie słodko 
było się modlić. W dole, 
pomiędzy drzewami pluskał mały 
strumyk, podobnie pryskała tu 
lampka. Tak samo tutaj, jak w 
borze wątła nić tego szelestu, 
miast przerywać, podkreślała 
ogrom i głębokość ciszy. Poczuł 
się wolny, daleki od spraw 
codziennych, niby za wrotami 
świata. Przymrużył oczy z 
rozkoszą. Myśl swobodna, myśl 
śmiała i bystra jak sokół, 
wybiegła kręgiem nad ziemię, 
spojrzała na nią z wysoka. 
Ogarnęła go radość przedziwna, 
lekkość anielska, przenikliwość 
niezawodna, gruntowna, głęboka. 
Uleciał duszą w przestworza 
odległe, niepojęte, piękne jak 
sen wygnańca o ojczystym progu, 
a bliższe sercu niż dłonie 
piastunki — i zatonął w ich 
bezmiarze błękitnym jak w morzu. 
— Paniczu! paniczu! co panicz? 
Dyć wołam i wołam... Wieczerzę 
już dawno podali...
Otworzył nieprzytomne oczy. 
Stary Wawrzyniec, którego Pawło 
jeszcze w Rostkowie przezwał 
Pacyfikiem, ciągnął go za rękaw 
niespokojny.
— Wieczerzę?... — powtórzył 
nie rozumiejąc dobrze, co by to 
znaczyło. 
— Ano panicz Pawło gości 
sprosił i duchem wracać 
przykazał.
Szedł jak we śnie za starym 
sługą, niezupełnie jeszcze z 
zachwycenia swego otrzeźwiały. 
Nogi stąpały po ostro brukowanej 
drodze między wysokimi domami. 
Daremnie starał się ściągnąć ku 
sobie rozbujane w dali myśli. W 
oświetlonych mieszkaniach 
poprzez błoniaste okienka 
majaczyły cienie ludzi, 
układających się do snu po 
znojnej szarzyźnie dnia. W 
wąskiej ulicy, której domy 
stykały się wykuszami, obrzeżem 
wystających okapów, gorąco było 
i duszno od stłoczonej, niby w 
mrowisku, ludzkości. Kędyś górą 
od Dunaju polatywał swobodny 
wiatr. Szerokie jego skrzydła 
opuszczały z rzadka zabłąkane 
pióra w głęboki wąwóz ulicy, 
skrzypiąc rynnami, chwiejąc 
zwieszającymi się tuż nad głową 
godłami. Z zardzewiałym, 
krzypotliwym chrzęstem kiwały 
się miski balwierza, wielkie 
blaszane nożyce krawieckie, 
podkowa i młotek kowalski. 
Stukały o siebie drewniane, na 
drut nanizane kule, jaskrawością 
farby naśladujące owoce 
południa, pomarańcze i limony. 
Nad wysokimi kamiennymi 
schodkami kiwał się w tę i w tę 
stronę wielki but, niegdyś 
złocony, z przygiętą przez wiatr 
ostrogą.
— By nie te niemieckie 
porządki, zamknęliby dawno 
kościół i do rana by panicz 
przesiedział... — mruczał 
Pacyfik niechętnie — straże już 
dawno trąbiły... Z wieczerzą 
czekać nie moglim, bo goście...
— Kto przyszedł?
— Panicze Jurko i Jaśko, i 
Bernard, i ten ryży z krzywą 
gębą, jak go zowią... Turner?... 
I ta dziewka z naprzeciwka... 
— Lisa?
— A przyszwendała się znowu. 
Byle pan Pawło z okna na nią 
kiwnął, już leci...
— Że też jej matka na to 
pozwala? — zadziwił się Staszko.
— Matka? Sama ją tu nasyła, 
stara rajfurzyca! Dziewczynina 
może by i nie szła, bo 
zmówionego ma — stara ją po 
bogatszych studentach posyła, 
żeby sobie wyprawę zebrała... 
Wstydu te szwabki nie mają!... 
Panicz Jaśko na lutni przygrywa 
— dodał, gdy na schodach 
doleciał ich gwar głosów, 
zmieszany z muzyką. 
Staszko zatrzymał się nagle.
— Rzeknijcie, że wnet przyjdę 
— rzekł do starego prosząco i 
jednym susem wpadł do sieni, 
przemykając się cichaczem ku 
swojej komnatce. Odetchnął, 
poczuwszy się u siebie. Rad by 
zaryglować drzwi, lecz bał się 
zgrzytem zasuwy zwrócić uwagę 
brata i jego kolegów. Przysiadł 
cicho na szerokim obramieniu 
okna. Sąsiednia izba jadalna 
wybuchała co moment salwami 
gromadnego śmiechu. Bawiono się 
tam wesoło. Lisa z oczami 
zasłoniętymi chustką siedziała 
na krześle, daremnie usiłując 
odgadnąć, kto ją w tej chwili 
całuje. Boćkali siarczyście 
gładki, jasny karczek i kwitnące 
policzki, przepychając się na 
wyścigi i parskając z uciechy, 
gdy zgadnąć wśród śmiechu i 
pisku nie mogła. Wciągnięto 
wreszcie do gry i mentora, 
przybliżył się z godnością, 
wszelako bez wstrętu. 
— Herr preceptor!! — krzyknęła 
uradowana dziewczyna, zrywając 
się z miejsca. Pan Bieliński 
zdjął okulary i przewiązał oczy 
chustką, lecz chłopcy stracili 
ochotę do gry. 
— Bawmy się w jakoweś igry... 
— zaproponował Jurko 
Rozrażewski.
— Dalejże! A w co? W "panią 
starościnę"?!
— "Panią starościnę"! Może 
jeszcze "królowa Bona pomarła"? 
Nie jesteśmy już w infimie!
— Derkacza! wnet przyniosę 
magielnicę z pralni... 
— Dziecinne to zgoła zabawy — 
zauważył Joachim Turner z 
przekąsem — karty na stół lepiej 
i tryszaka!
— Ty byś tylko w karty a 
kości, kostero!... 
— Do diabła igry, napijmy się, 
bracia, wina, pij, Lisa, pij, 
nasza niebianko... Wszystko 
płynie, przemija... zmienia 
kształty, formy, jeno wino 
pozostaje w swej cnocie 
jednakie. Jednaką jest do niego 
ludzka preferencja od czasów 
ojca Noego... — deklamował 
schrypłym głosem Pawło, 
stanąwszy na krześle, kiwając 
się wahadłowym ruchem.
— Theobulcio, jak Bóg miły! 
Theobulcio!
— Theobulcio dobry chłop, z 
Kalisza rodem, poniechajcie 
go...
— Cóż to, ubligę mu czynię, 
pochwałę wina jego stylem 
wyrażając?...
— Ma kalefaktor przy 
Theobulciu robotę, wszelako przy 
Buzeuszu lepiej się spracuje. 
— Wiadomo! Co dąb, to nie 
brzoza, co krowa, to nie koza... 
Theobulcio z wierzchu srogi, 
serce ma zasię jak wosk... 
Buzeusz to kat!...
— Bodaj go kat brański smalił! 
Pijcie, bracia, miast pedagogów 
po nocy wywoływać...
— A tego jezuity Staszka 
jeszcze nie ma!!
— Zdrowie formenej gładkości 
Lisy, ozdoby naszych 
wieczorów... Z pełnego! Kapela! 
Kapela! Rżnij!
Tarnowski uderzył w lutnię.
— Jaką arię pragnie usłyszeć 
Lisa, virgo formosa? 
— Co się pytasz? Bachusowy 
Dionizyjski marsz, a z życiem!!
— Panowie! Olimpem jesteśmy! 
Pantomimę zrobimy ucieszną!...
— Porwanie Europy! — wrzasnął 
Pawło, zarzucając sobie 
oszołomioną dziewczynę na plecy, 
i z rykiem srogim puścił się 
dokoła izby. Europa krzyczała z 
nie udanego przestrachu, 
pozostali puścili się w pogoń, 
rżąc z uciechy jak tabun 
źrebaków. Pawło, trzymając mocno 
porwaną za nogi, trykał ich 
głową, wierzgając, nareszcie 
padł na kolana na kobiercu. 
— Morze! przez flukta morskie 
płyniemy!
— A my delfiny! Dalej ich! 
odbić Europę!
— Nie piskajże tak, 
dziewczyno, boć cię nie rozerwą! 
— O Jezu! puśćcie! o Jezu!
— Dzierżeć! nie puszczać! 
przejdzie kobierzec, będzie już 
w Azji...
— Wodą na nich chlustać! wodą!
— Wodą, poganinie? Winem! 
— Drogę zastąpić i lać! 
— Delfin wodę gębą rzuca! 
Tak!...
— Aj, kąsa! kąsa w oczy! — 
piszczała desperacko Lisa. 
Bliska była płaczu; zmęczona i 
starmoszona trzymała się 
konwulsyjnie za kołnierz 
walczącego nieugięcie Pawła. 
— O takie syny! Delfięta 
ucieszne igraszki ogonem 
Jowiszowi czyniły, jako na 
kołtrynie w Rostkowie jest 
wyrażone, a wy!
— Puśćcie mnie! nie chcę! — 
szlochała coraz rozpaczliwiej 
Lisa. Przystanęli. Zsunęła się 
na ziemię, poprawiając z płaczem 
wymiętą i zalaną winem suknię. 
— Nie bucz, dzierlatko, nie 
bucz — pocieszał ją Pawło — 
kupię ci za to u Dydla złote 
zauszniczki... 
— U Mantla grzeczniejsze są 
niż u Diedelmanna... — odparła 
przestając płakać.
— Dobra. Kupię ci u Mantla.
— Kiedy? — zapytała chciwie.
— Jutro po lekcjach. Pacyfik! 
wina nam przynieś, a żywo! Co 
będziem teraz robili?
— Propozycję kartów ponawiam, 
pańska to gra — rzucił Joachim 
Turner niedbale.
— Bodaj że nie ma kart 
pisanych w domu... 
— Ja mam karty przy sobie — 
odparł skwapliwie. — Zawdy je 
noszę — tłumaczył — boć to 
jedyna igra przystojna 
studentowi a urodzonemu. I króle 
inszej nie zażywają...
— Wiem! wiem! Pan ojciec także 
radzi grają w pikietę albo 
drużbarta...
— Starzy w pikietę, ramsza czy 
drużbarta, zaś młodym przystoi 
tryszak...
— Znamy! jeno go u nas flusem 
nazywają... Walmy w tryszaka, 
panowie!
— Ja nie — rzekł Bernard 
Maciejewski, spoglądając z 
niechęcią na rudego Niemca. 
Turner mieszał starannie 
karty, na jego bladej, 
piegowatej twarzy zakwitły 
pożądliwe rumieńce. Wyjął z 
wacka dwa dukaty i rzucił na 
stół. 
— Nie będziemy chyba o denary 
grali — zauważył urągliwie.
Wyjęli szybko pieniądze, 
spoglądając na niego z uznaniem. 
Starszy był od nich, trzeci już 
rok pozostając na retoryce. 
— A ja co będę robić? — 
pisnęła Lisa.
— Masz! jedz! — Pawło sypnął 
jej w podołek pełną miseczkę 
konfektów pozostawionych na 
stole. — Możesz się nam 
przyglądać, tylko nie 
przeszkadzaj...
Zapadła religijna cisza. Pan 
Bieliński drzemał w kącie, 
Joachim rozdawał karty, padały 
pojedyncze słowa, dzwoniły 
dorzucane do stawki dukaty. 
— Tuz buńkowy i mogączka...
— Dubluję...
— Ryńdzia, psia jego mać...
— Płać! płać!
— Wyżnik winny... 
— Byś był wytrzymał, 
ciamajdo...
— Dajcie mi kartę, dubluję!
— Kinał! a dwa tuzy u Turnera!
— To gracz!
— Pas! pas! abszyt! Pawło? ty 
się jeszcze dzierżysz?
— Trza dla honoru Korony 
spróbować... znowu pancerola! 
pas!
— Głupiś — zauważył Turner — 
dobry gracz nie ustępuje... 
Dubluj!
— Raz kozie śmierć! Dubluję, 
jeno pieniądze przyniosę...
Wybiegł z komnaty. Chłopcy z 
zapartym oddechem patrzyli na 
stos dukatów, leżący pośrodku 
stołu. Powieki Turnera drgały.
— Zabrałem do czysta. kartę 
daj!...
— Niżnik żołędny i tuz... 
— Trynka... — rzekł powoli, 
uroczyście Turner, ukazując 
swoje karty. 
— Trynka?!!... 
— Chybaś ją miał od 
początku?!!... 
— Miałem... — roześmiał się 
cynicznie, zgarniając do mieszka 
dukaty; patrzyli na to z 
osłupieniem.
— Trynkę taił, a do dublowania 
namawiał... — syknął Pawło 
czerwieniejąc z gniewu. 
— Dzieckoś jest? 
— A to gad! — zdumiał się 
Rozrażewski. Wściekłość ich 
brała wszystkich na chytrego 
Niemca, co tak gładko w trzy 
pacierze obrał ich z pieniędzy. 
— Co się stało?! — ocknął się 
pan Bieliński przerażony.
— Gdzieś waść był? Trza było 
zważać... — odparł szorstko 
Paweł.
— Haniebnie nas oporządził...
— Byśmy w durnia grali, też by 
wygrał — rozśmiał się szyderczo 
Jasiek — jak król nieboszczyk we 
flusie, siebie na trzeciego 
wliczywszy...
— Gadaj! Humański to dureń! 
Joachim Turner skończył liczyć 
wygrane dukaty, zawiązał mieszek 
i podniósł na nich zimne, złe 
oczy. 
— Co mi imputujecie? — spytał 
krótko.
— Nic zgoła nie imputujemy. I 
świnia burmistrza ograła, kiedy 
dobre karty miała...
— Imputujemy, owszem — rzekł 
Bernard z powagą — żeś waść 
młodszych kolegów do gry 
namówiwszy, pewną wygraną w ręku 
trzymał, a do podnoszenia stawki 
zachęcał...
— Takie są zasady gry...
— Nie znam się na tym... Po 
mojemu wszakże, nie szlacheckie 
to granie...
— Mój ojciec komesem jest... — 
syknął dumnie Turner.
— Owa! wiemy my! Komes do 
Wątory, gdzie jeden kmieć, a 
trzy dwory...
— Cartilifer! 
— Zali w Polsce takie kwitną 
obyczaje, gościa zaprosiwszy, 
obelgami obrzucać?
— Nie, bo nie zdarzył się w 
Polsce szuler szlacheckiego 
rodu...
— Spotkamy się jutro po 
lekcjach... — rzucił blady z 
gniewu Turner, skierowując się 
ku wyjściu. 
— Spotkamy... o... spotkamy... 
Pacyfik! — krzyknął Pawło po 
polsku — poświeć temu Szwabowi 
na schodach! Jeno tak, by nogę 
złamał...
— Dukatami sobie brzyd 
podzwania! słyszycie?! Pludra 
przeklęty...
— Kiedy pójdziem po 
zausznice?... zapytała trwożnie 
Lisa, słysząc, że na ten sam 
termin inne wypadły projekta.
— Oho! poczekasz na twe 
zausznice, aż ojciec jegomość 
przyślą z Rostkowa pieniądze...
— Jezu! — jęknęła żałośnie — a 
Gregorianki za niecałe dwie 
niedziele!... 
— Toć widziałaś, że ten zbój 
zabrał mi całą fortunę...
Wybuchła płaczem gorzkim, 
rwącym miękkie dla niej serce 
Pawła.
— Nie buczże, Liska, wezmę od 
Aarona... Nie bucz! Pójdziesz na 
Gregorianki w nowych 
zausznicach...
Poweselała od razu. Pan 
Bieliński wyszedł z sąsiedniej 
komnaty, w której, gdy burda 
wisiała w powietrzu, zniknął jak 
miesiąc w południe. 
— Oto bolesne exemplum — rzekł 
jękliwym głosem — gdy do lichej 
a gorszącej zabawy, słusznie 
przez Kościół potępianej, używać 
Tarokowych talizmanów, w 
bezecnej grze poniewierać 
tajemnice Trismegistowe... 
Studiować karty należy, 
studiować... a nie zabawiać się 
nimi!...
Buchnęli śmiechem wesołym, 
topiąc w winie niedawne 
wzburzenie.
— Pójdziemy wszyscy na 
Gregorianki... — szczebiotała 
Lisa. — Okrutnie piękny fest... 
Powiadają, że na całym świecie 
szumniejszego nie ma...
— Gadanie! I w Krakowie 
Gregorianki odprawiają, i 
wszędy, gdzie żaki są. 
— Takowe jak u nas? I elekcja? 
I kokoty się biją?
— Tłuką się kokoty, owszem, 
alem po prawdzie jeszcze tego 
widowiska nie widział... 
— Kukuryku! — zapiał nagle 
Rozrażewski — obaczyć możesz... 
Kto się bije? Kukuryku! — Rękami 
niby skrzydłami trzepał się po 
bokach, wzywając wzrokiem Jaśka 
Tarnowskiego, lecz pan Bieliński 
rzucił się ku niemu z wymową 
rozpaczy. 
— Na Boga! — wołał — dość 
tego! Cały wieczór na 
nieprzystojnych swawolach 
waszmościowie spędzacie... Dość 
tego! Opiekunem jestem! 
mentorem! Protestuję! Oficjalnie 
protestuję!... — urwał, gdyż 
wesołość ogarnęła uczniów.
— Przemówił mentor! a srogo! 
— W górę go! Niech protestuje!
— Wiwat nasz preceptor!
Nim się opatrzył, postawili go 
na stole.
— Protestuj waszmość z 
wysoka!...
Tarnowski chwycił swą lutnię, 
zabrzęczały pierwsze takty 
rozswawolonej "stryjanki". Pan 
Bieliński, do żywego oburzony, 
zgramolił się ze stołu, porwali 
go na ręce, zaś Pawło z Jurkiem 
intonowali rozgłośnie:
"Co stryjanka robiła,@ kiedy 
sobie podpiła?!@
Krotofili nie rada,@ 
protestacją zakłada!!...@
— odkrzyknęli pozostali wśród 
wybuchów śmiechu. Już pan 
Bieliński porwany w wir tańca 
darmo się wyrywał i prosił a 
groził. Tęgo podpici unieśli go 
w takt muzyki zawrotnej, 
niezdolnej pomieścić się w 
ramach jednej by 
najobszerniejszej komnaty.
— Przez pokoje! — krzyczał 
Pawło. Jaśko Tarnowski biegł 
przodem, pstrykając w struny, aż 
mu palce drętwiały. Pchnęli 
drzwi — Staszko zerwał się od 
stołu zaskoczony, zamykając 
książeczkę "Hortulus animae", na 
marginesie której starannie coś 
zapisywał.
Zatrzymali się w zdumieniu.
— Staszko!
— Dalibóg, jest!
— Tuś, jezuito!
— Gorze ci, zdrajco! 
— Ale przywarował cichcem!
— Mości Stanisławie... o... 
nie uchodzi... mości 
Stanisławie... — powtarzał z 
surowym niezadowoleniem pan 
Bieliński, przychwytując z 
trudem oddech, bo był zasapany. 
Przywiedli znalezionego w 
triumfie do sali jadalnej, 
opowiadając mu na wyścigi o 
niefortunnej przygodzie z 
Turnerem. Uśmiechał się do nich 
serdecznie, w obawie, by jego 
exodu nie wzięli za niechęć ku 
sobie. Toćże ich lubił szczerze, 
szczególnie Bernarda 
Maciejewskiego, jeno tak, sam 
nie wiedział czemu, milej mu 
było czasem z daleka od ludzi.
— A to jest godna nasza 
przyjaciółka, Lisa — przypomniał 
sobie Pawło. — Bodaj żeś jej 
jeszcze nie widział, ty mnichu, 
chyba z daleka... 
Staszko ukłonił się dwornie.
— Jak witasz?! Niby panią 
starą?! Pocałujże ją, a żywo... 
— Nie obrazisz, nie bój się...
— Obrazisz owszem, jak nie 
pocałujesz...
— Obraź się, Liso, bo powiadam 
ci, ten chłystek gardzi tobą, 
jako białogłową, a omierzienie 
ma do niewiast, jak żyd do 
świniny...
— Bajesz... — roześmiał się 
Staszko.
— Całuj, jeśli nie pogardzisz! 
całuj!
Pchnął ją ku bratu, wpół 
zalękniętą, wpół roześmianą. 
Staszko spojrzał w jej twarz 
uważnie. Stała przed nim różowa, 
spocona, w rozdartym w tańcu 
giezłeczku i wymiętej szafirowej 
jubce. Fartuszek dziany był w 
strzępach. Uśmiechała się do 
niego niepewnie, trochę 
dziecinnie, trochę chytrze. 
Przypomniał słowa Wawrzyńca i 
ogarnęła go nagle wielka litość 
dla niej. Taka była jeszcze 
młoda. Okrągła twarzyczka 
przypominała zarysem twarze 
aniołów w ołtarzu. Pożałował 
ginącej dostojności jej 
człowieczeństwa, świeżości duszy 
splamionej chciwością. Zrobiono 
z tego dziecka zabawkę dla 
bogatego panicza, nie troszcząc 
się o to, co dalej...
— Ale się zapatrzył, całuj!
— Biedactwo... — szepnął 
chłopiec, pochylając się ku 
niej. We wzroku jego było tyle 
braterskiej tkliwości i żalu, że 
dziewczyna naraz spłonęła jak 
wiśnia, a zakrywając ręką 
rozdarte na piersiach 
giezłeczko, wybiegła pędem z 
komnaty.
— Lisa! Lisa! Stój! Gdzie 
idziesz?!... 
Drzwi wchodowe trzasnęły za 
uciekającą.
Spojrzeli po sobie, zdziwieni. 
— Coś jej rzekł?! Czegoż 
uciekła? 
— Nicem jej nie rzekł złego...
— Uciekła — powtarzał Pawło 
zdumiony, nie mogąc w 
oczywistość faktu uwierzyć. — 
Uciekła! I czego? Taka przecież 
otrzaskana dziewuszka!... I nie 
płochliwa... 
— Wylękła się jezuity!
— Bogać tam! wcale mile na nią 
patrzał... 
— Jak gdyby mu nasięźrzału 
dała...
— Poczekaj, rozmiłujesz się w 
niej, ino patrzeć...
— Nie ma strachu — roześmiał 
się Staszko.
— Jaki mi dufny! A czemu? Nie 
w Lisie, to w innej.
— Ani w Lisie, ani w innej. Ja 
mogę kochać tylko to, co 
wieczne, co nieśmiertelne, bez 
skazy...
— Gadajże z nim, gdy on zaraz 
na ambonę włazi! Gdzieś siedział 
cały odwieczerz?...
— W kościele byłem.
— O popie! Jeszcze przed 
połedniem można w kościele 
obaczyć grzeczne jejmościanki i 
duszę tym uweselić, wieczorem 
przedsię kościół nudny jest, by 
smętarz... Świętoszku! Co się po 
świecie wałęsasz? Kapliczkę by 
ci w Rostkowie postawić i stój 
tam jak Szymon Słupnik. Jedno 
zajęcie dla ciebie...
— Dobra myśl. Na gościńcu, u 
rozstaju postawić go, miasto 
świątka... 
— Mości mentorze! wciągnij 
waść w diariusz: w Rostkowie na 
gościńcu pod lasem kapliczka ma 
stanąć... Staszko w niej jako 
święty będzie figurował... 
Daszek słomiany, foremny się 
zrobi, by deszcz na niego nie 
kapał...
— Nie odżałujesz mi to 
gontowego, dziedzicu? 
— Ale miedziany! Miedziany, 
złocony jako jest w Płocku na 
farze. Pisz waść: Kapliczka 
miedzią złoconą przykryta, pod 
wezwaniem świętego Stanisława 
Kostki...
— Święty Stanisław Kostka! Jak 
Bóg miły!... — śmiali się do łez 
z konceptu, Staszek z nimi. Pan 
Bieliński spojrzał nagle na 
godzinnik. 
— O dlaboga! Ino patrzeć, jak 
kury zapieją! Spać, mości 
panowie! Spać!
III
Ruchliwy, głośny, pstrokaty, 
kilkotysięczny tłum żaków 
wypełniał rynek po brzegi. Od 
muru do muru przelewała się fala 
głów, żywioł niefrasobliwy, 
wesoły, choć w wiecznej biedzie 
i głodzie żyjący, nieraz 
straszny, z którym liczył się 
nawet prześwietny senat miejski, 
z którym liczył się nawet sam 
cesarz. Broniły ich swobód 
odwieczne przywileje i prawa 
obyczajowe. W Wiedniu, Paryżu 
czy Krakowie jednaką stanowili 
brać, z inkaustem przy garnuszku 
na żebraną strawę u pasa, w 
podartej opończy, tej samej zimą 
czy latem, równie gotowi do 
wesołych figli, jak i do 
krwawych rozruchów. Dziś przeciw 
protestantom, jutro przeciw 
katolikom. Nie darmo powstało 
przysłowie: gorzej niż raka 
obawiaj się żaka — nie było 
bowiem dla nich nic 
niepodobnego. Więc też by 
najskąpsza jejmość nie 
ośmieliłaby się odmówić żakowi 
strawy wiedząc, iż gorze 
takiemu, co by się żakom 
naraził. Z ciżby ogromnej mało 
który miał w przyszłości zostać 
bakałarzem — bo o mistrzostwie 
kto by tam i marzył! Może jeden 
na pięć setek. Przeważna mnogość 
zapełnić miała gościńce, miasta 
i więzienia jako wierszokleci, 
błazny, waganse. "Galota et 
odardi", doradcy, wolni 
cyrulicy, pisarze, mówcy 
pogrzebowi, jarmarkowi 
wydrwigrosze, śpiewacy i 
rzezimieszki. Obok młodziutkich 
pacholąt niedawno do szkoły 
przybyłych niemało było żaków, 
zwanych wieczystymi, drągali 
wąsatych, łasych na cnotę 
niewieścią i cudze kieszenie, o 
bezecnych i srogich obliczach. 
Środkiem tłumu zostawione było 
wolne przejście, którym 
nadciągnąć miał orszak. W 
centrum placu zbudowano 
podniesienie, oponami barwnymi 
przybrane, na którym wznosił się 
wysoki tron złocony. Nie opodal 
tronu było drugie podniesienie 
niższe, płotkiem z chrustu 
obwiedzione, plac walk kogucich, 
mających się zacząć za chwilę.
W tłumie podniosły się krzyki 
radosne, bo na przeciwnym końcu 
rynku ukazał się pochód. Wiódł 
go zeszłoroczny król, czasu 
ostatnich Gregorianek królem 
żaków obwołany, w otoczeniu 
trębaczy, marszałków i dworu. 
Wszyscy byli przebrani w 
cudaczne pstre szatki, maski 
zwierzęce lub przeinaczone 
ludzkie na twarzach mając. 
Kolorowe forgi piór kogucich lub 
pawich chwiały się na głowach, 
wczepione w kołtuny włosów niby 
u dzikich Indianów. Kto nie miał 
maski, umazał sobie lico farbą 
lub bielidłem. Nie brakło 
udanych murzynów, Arabów, 
Cyganów, dziwacznych żółtych 
Chińczyków z przyprawnym końskim 
warkoczem. Sam król żaków szedł 
z powagą, z nosem przyprawnym, 
długim na piędź, kwiatkiem na 
końcu przyozdobionym, w 
purpurowym płaszczu, dzierżąc w 
ręku kufel piwa potężnych 
rozmiarów. Prowadziły go pod 
ręce dwa błazny, potrząsając 
kapicami, obszytymi w dzwonki. 
Za dworem sunęła z wolna plejada 
profesorów, niosąc znamiona swej 
wiedzy, ów glob ziemski, ów 
lunetę, cyrkiel lub manuskrypt. 
Żaki to były, tak zmyślnie na 
podobieństwo profesorów 
przebrane, że zebranym brzuchy 
trzęsły się od śmiechu. 
Wywoływano nazwiska udanych, tym 
weselej, że mało nie u każdego 
spod uroczystej profesorskiej 
czapki wysterczało kosmate 
długie ośle ucho.
Za profesorskim ciałem szedł 
magistrat, równie uciesznie 
udany, i inne znaczne persony. 
Nie szczędzono nikogo, bo 
Gregorianki od lat były dniem 
zabawy i swobodnego przekpiwania 
wszystkich. Za nadętymi 
brzuchaczami Rady Miejskiej 
szedł kat z pachołkami, 
prowadzony na powrozie, a za nim 
stado rozswawolonych satyrów w 
skóry koźle po szyje zaszytych. 
Wierzgali becząc i ryże łapska 
wyciągając ku dziewczętom, które 
uciekały z piskiem. Zamykał 
pochód bakałarz, obwieszony 
obarzankami. Goniła za nim hurma 
dzieci, piszcząc zawiedziona, bo 
obarzanki, czyli bajgiele, 
wyrobione były misternie z 
drzewa pomalowanego.
Skoro król zasiadł na tronie, 
marszałek dworu, za małpę 
ogoniastę i sprośną przebrany, 
ogłosił zaczęcie elekcji. 
Trębacze uderzyli w trąby, tłum 
cisnął się zewsząd, jak mógł, bo 
każdy żak miał prawo o koronę 
królewską tentować.
Stojąc na wysokich schodkach 
sklepu złotniczego, obaj 
kasztelanice przyglądali się 
widowisku z ciekawością. Pawło 
śmiał się ubawiony, Staszko 
uważnie przyglądał się twarzom. 
Zasmęcił się, nieomal na każdej 
widząc pieczęć nędzy, skrytą pod 
barwnym łachmanem przebrania. 
Spod jaskrawych szatek wyzierały 
ciała chude, niedokarmione, 
koślawe, zapadłe piersi, 
zrywające się kaszlem. Otworami 
śmiesznych masek spoglądały 
złośliwe, zawistne oczy 
wiecznych niedosytków.
— Głodem od nich wieje — 
zauważył. — Masz co grosiwa, daj 
im, niechby sobie choć raz 
podjedli.
— Można — odparł Pawło i 
przedarłszy się przez tłum, 
położył przed królem dwie dobre 
garście dukatów.
— Panowie żakowie! — zawołał — 
na ucztę po szczęśliwie 
zdeterminowanej elekcji!!
Król gwizdnął ochoczo, 
radośnie zdziwiony, marszałek 
małpolud giął się w cudacznych 
ukłonach, świta królewska 
podniosła gromkie wiwaty. 
Zaledwie Pawło powrócił na 
miejsce, uroczysta delegacja 
przyszła mu podziękować. Tęgi 
wąsal z czarną gębą, sadzą 
usmaloną, w zielonej, brudnej 
hazuce, piękną wygłosił orację.
— Żacyśmy ubodzy — kończył — 
wszakże czego by sobie wasza 
godność nie życzyła: magistra 
wymagającego — obić, rywala 
zawadzającego — usunąć, 
białogłowie strzeżonej 
karteluszek przesłać, o 
jejmościance każdej by 
najtajniejsze szczegóły rozeznać 
— wszystko z radością a sercem 
ochotnym dla szczodrego mecenasa 
uczynim...
Trąby uderzyły znowu. Dwóch 
małych żaków waliło w wielki 
kocioł, leżący przed tronem, aż 
pot ciurkiem kapał im z czoła, 
słuchającym zaś uszy pękały. Na 
małpę z Nowego Świata 
ucharakteryzowany marszałek dał 
im znak, aby przestali, i 
donośnie czytać zaczął:
— W dniu Świętego Grzegorza, 
roku Pańskiego 1566 zwyczajem 
lat dawnych ogłaszamy wybór 
miłościwego króla żakowskiego, 
który to wybór nie modą 
dziedzictwa ani ilością wotów 
dokonany być ma, jeno 
personalnymi, osobliwymi 
przymiotami kandydatów. Jakowe 
przymioty i cnoty zdobią żaka? 
Zmyślność, bystrość dowcipu, 
inwencja. By najhojniej w takowe 
opatrzonego kandydata poznać, 
proponujemy waszmościom trzy do 
rozwiązania gadki. Trafnie 
odgadujący koronę obejmie, za 
kondycją, by był żakiem i królem 
dotąd obierany nie był. 
Zbierzcież tedy umy w kupę, 
waszmościowie, napnijcie je niby 
cięciwę, by strzała dowcipu 
żartko wypuszczona ustrzeliła tę 
oto koronę.
Teraz podniósł się ex_król, 
żegnając lubych poddanych. 
Nadziany gęsto mitologią dyskurs 
zakończył życzeniem, by jego 
miłościwi koledzy bracia, 
królowie i cesarzowie, exemplum 
wyboru następcy, i wzorowych 
obyczajów z żakowskiego drowu 
brali. Żegnano go przeciągle 
kocią muzykó, po czym zaległa 
cisza jakby makiem siał, bo 
dwóch chmyzów w tureckim 
przebraniu, z przyprawnymi 
konopnymi wąsami, podniosło w 
górę na drążkach rozpiętą wielką 
kartynę, na której wypisane były 
zapytania. Czytano je z tchem 
zapartym.
"Bystry umysł wart królestwa" 
— widniało u szczytu, a poniżej:
Primo: Bóg wszystko stworzył, 
wszystkim rządzi, wszystko ma. 
Jednej wszelako rzeczy ani ma, 
ani mieć może. Pytanie: Co jest, 
czego Bóg nie ma, ani mieć może?
Secundo: Podle panien 
pracujących w polu szedł 
młodzieniec wołając: 
Pozdrowienie stu pannom! Na co 
odrzekła niektóra: Nie ma nas 
sto, ale byś nas wziął dwa razy 
i połowinę raza, i ćwierć raza, 
i siebie dołożył, to by było 
sto. Pytanie: Wiela było panien?
Tertio: Święta była, święta 
jest, a w niebie nie była i nie 
będzie.
— Jego królewska mość udziela 
najmiłościwiej lubym swym 
poddanym dwie godziny czasu do 
namysłu, po którym to terminie 
zgłosić się mają kandydaci. 
Ninie zaś walki kokotów się 
zaczną. 
— A co będzie, jeśli nikt nie 
zgadnie? — zapytał Pawło 
stojącego opodal waganta, któren 
uprzednio z delegacją 
przychodził.
— To się nie zdarzy, wasza 
godność — odparł. — Nie podałyby 
się żaki na pośmiewisko grodu. 
Nie zgadnie w czas żaden, to 
podszepną któremu bywszy 
królowie, jako ja, którym 
kandydować się już nie godzi. 
— Tedy znany waści tenor 
odpowiedzi na te gadki? 
— Natychmiast je waszej 
godności wyłożę. Łatwe są one 
nad podziw, skąd wnoszę, że 
będzie nadmiar kandydatów, 
którym dodatkowe gadki wypadnie 
postawić. Pierwsza jest zgoła 
dziecinna: Bóg ani ma, ani mieć 
może równego sobie... 
— Prawda! Dobrze wymyślone...
— Panien na polu trzydzieści i 
sześć, co dwa razy wzięte czyni 
siedemdziesiąt dwa, a połowina — 
dziweięćdziesiąt, a ćwierć — 
dziewięćdziewiąt dziewięć, a 
młodzieniec na dokładkę — sto. 
Dla umysłu ze szlachetną 
matematyką znajomego — fraszka. 
Zaś trzecie to ziemia... 
— Dlaczego?!
— Święta, lecz do nieba nie 
poleci — roześmiał się wagant. 
— Wasza godność raczy 
spojrzeć, jako walecznie koguty 
na siebie nastają?
Przeprowadził ich przez tłum 
ku podłużnemu stołowi, 
ogrodzonemu niskim wiklinowym 
płotkiem. Stół potrząśnięty był 
słomą i piaskiem. Właściciele 
zawodników stali dokoła, 
trzymając za pazuchami lub połą 
kaftana — koguty. Teraz na 
odgłos trąb rozpowijali im głowy 
i skrzydła ze szmat. Pianie 
zrobiło się srogie i szło przez 
cały rynek, bo przedrzeźniały je 
co młodsze żaki. Miłośnicy walk 
przepychali się przez tłum, z 
powagą macając mięśnie ptaków, 
dzioby ich i nogi. Zakłady już 
robiono wysokie. Ptaki nie 
pojone od wczora, a karmione od 
paru dni palącym zielem, zwanym 
"włoski Matki Boskiej", patrzyły 
na siebie zażarcie, z otwartych 
dziobów o sczerniałych i 
sztywnych językach, wydobywał 
się chrapliwy skrzek, 
czerwieniały oczy i grzebienie. 
Pazurami drapały wściekle odzież 
swoich panów. 
Walki miały być dwojakie: 
śmiertelne, z uczepionymi do 
ostróg miedzianymi kolcami, i 
zwykłe, bez kolców. Ciżba stała 
się gęsta, że szpilki byś nie 
wsunął; na dwu wysokich kozłach 
naprzeciwko siebie siedzieli 
sędziowie. Kozły obwieszone były 
widzami, na co sarkali stojący z 
tyłu. Gdy sarkanie nie pomogło, 
ściągali szczęśliwców z wyżyny 
za nogi. Rozległ się trzask i 
krzyk. Jeden z kozłów runął, 
przygniatając ludzi. 
Wołano w tumulcie:
— Nie trzeba kozłów! precz z 
nimi!
— Sędziowie niech stoją jak 
my!
— Zaczynać! zaczynać!
— Zaczynać!
Koguty piały. Puszczono 
pierwszą parę w szranki. Były to 
dwa stare bojowe kokoty, jeden 
czarny, drugi pstry. Wyciągały 
długie, chude szyje, łypiąc ku 
sobie z nienawiścią, przechylały 
głowy, drobiąc a szukając 
sposobności do pierwszego ciosu. 
Nieruchomiały naprzeciwko 
siebie, mierząc się zimnym, 
wzgardliwym spojrzeniem, i znów 
wynosiły głowy, wodząc się wkoło 
placyku, jak w tańcu. Cisza 
zaległa na rynku. Naraz oba 
ptaki szurgnęły skrzydłami i 
równocześnie skoczyły ku sobie, 
tocząc się w jeden kłąb pierza w 
miejscu, jak kręglica zwana 
cygą, wirujący. Pióra leciały w 
powietrze. Wokoło zakładano się 
gorączkowo, rujnująco, z pasją. 
Pośród zdyszanych oddechów 
wznosiły się krzyki: 
— Czarny! czarny górą!
— Nieprawda! już go pstry 
bierze... 
— Czarny! 
— Pstry!
— Czarny!
— Huzia! huź!
— Dalej go!
Nagły wrzask triumfu i gniewu 
zarazem zwiastował decydujący 
moment walki. Czarny był 
rzeczywiście górą. Zdoławszy 
wskoczyć na grzbiet przeciwnika, 
orał mu krzyże miedzianą 
ostrogą. Krew tryskała. Pstry 
podał tył. Z wydziobanymi 
oczami, ociekający krwią, 
uciekał na oślep wzdłuż płotku, 
zwycięzca gonił go piejąc 
chrypliwie. Właściciel 
oślepionego wyciągnął rękę, 
schwycił niefortunnego 
zapaśnika, okręcił w powietrzu 
za nogi i trzepnął łbem o 
kamienie, po czym z wściekłością 
cisnął pod stół rzucające się 
jeszcze ścierwo. Koło niego 
gracze skakali do siebie z 
pięściami. Zwycięzcę pojono 
troskliwie, wpychając w dziób 
siemię lniane rozmoczone w 
mleku. Ale ptak chwiał się na 
nogach, niezdolny przełknąć 
strawy; w pewnej chwili wyprężył 
się, zapiał triumfalnie i upadł 
martwy. 
W szrankach wodziła się nowa 
para z jeszcze większą 
zaciekłością, bo widok walki 
doprowadzał trzymane na ręku 
koguty do szału. Podobnie 
zresztą jak widzów. Odwieczna 
rozkosz i wesele tłumu, rozkosz 
widoku boju, wdychania zapachu 
krwi bez ryzyka dla siebie i 
niebezpieczeństwa — rozpalała 
oczy i gesta, wybuchała w 
namiętnych okrzykach. Zawody się 
przeciągały, bo walczące ptaki 
równej były siły i zręczności. 
Podstępne uderzenia dziobem 
jednego napotykały niechybnie 
stalowy odpór dzioba drugiego. 
Chwyt skrzydeł odbijał się o 
chwyt przeciwnika. Tłum ryczał, 
klaskał i wył. Zakłady 
dochodziły do sum niewidzianych. 
Ale zapaśnicy słabli, jednako 
wyczerpani do cna, ustawali, 
coraz obojętniej spoglądając na 
siebie gasnącymi ślepiami. Darmo 
właściciele stawiali je 
naprzeciwko siebie dziób w 
dziób, judząc i szturchając. 
Stały bez ruchu, martwo 
opuszczając głowy.
Wszczął się tumult, bo jedni 
twierdzili, że prawy gotów jest 
jeszcze do walki, drudzy 
przeciwnie, że lewy. Zanim 
skończyła się wynikła z tej 
okazmi bójka, oba ptaki leżały 
zdechłe z wyczerpania na stole. 
Uprzątnięto je co żywo, by 
trzecią parę wpuścić.
— Chodźmy już — wzdrygnął się 
z obrzydzeniem Staszko.
— Idź, jak chcesz, ja się 
ostanę, ciekawi mnie widzieć 
elekta.
Poszedł sam przez wyludnione 
ulice. Domy wszystkie były 
pozamykane na głucho. Czy kto 
był na rynku, czy siedział doma, 
jednako warownie zaryglował 
drzwi w obawie swawoli 
rozigranych żaków. Szedł w 
cieniu milczących domów, 
przeżuwając myślą poczucie swego 
niedostosowania do życia, 
odrębności nieprzewalczonej, 
jaskrawej. Nie po raz pierwszy w 
życiu stanął niby osłupiały w 
nagłym zastanowieniu, skąd się 
tu wziął, skąd przyszedł? Zali 
nie z innego świata? Dlaczego 
nie może żyć jak wszyscy, czuć i 
rozumieć jak wszyscy? Czemu ten 
sam świat, który dla innych jest 
pełną powabu ojczyzną, staje 
przed nim głuchą puszczą, w 
której jak wygnaniec błądzi? 
Ach, ten świat! Jakże mu 
zbrzydł! Wszystko w nim było 
połowiczne, chwiejne, względne, 
dwulicowe, małe... Każda rzecz, 
bodaj najlepsza, miała wywrót 
zły, i na odwrót pod złym 
wierzchem znajdowałeś skryte 
jądro dobre. Cały był jak ta 
żakowska zabawa: łachmany barwne 
i śmiech, a pod spodem głód i 
nędza! Doskonały obraz świata! 
Żaki bawiące się dziś z 
niefrasobliwą, bezgrzeszną 
pogodą, pójdą jutro lub pojutrze 
za lada pozorem bić żydowskie 
dzieci, albo burzyć domy. Tak 
czynią ludzie codziennie. Kto by 
ich za to bezwzględnie potępił? 
Takie to już życie, zdradliwa 
nieuchwytność wszystkiego, 
dwojakość, ciągła krzywda jednej 
połowy ludzkości, głód jednych, 
a przesyt drugich... Serce 
płakało w nim z bólu, a razem z 
tęsknoty za Dobrem całkowitym, 
wielkim, nieśmiertelnym, przy 
którym można by spocząć 
bezpiecznie...
Podniósł oczy pełne łez i 
uśmiechnął się: w perspektywie 
ulicy, na tle głębokiego nieba, 
krzyż na wieży Świętego 
Szczepana płonął w odbiciu zórz 
zachodnich jak pochodnia. 
IV
Medyk wyszedł i Staszko 
przymknął z ulgą zmęczone oczy. 
By mu dali choć chwilę spokoju! 
Piąty dzień mijał, jak, nie 
wiedzieć skąd, zwaliła się nań 
choroba, w żarze gorączki 
roztapiając świadomość i siły. 
Dusząca woń palonego cukru i 
cynamonu, którymi troskliwy 
lekarz kazał silnie wykadzić 
komnatę, ciężyła rozkołatanej 
głowie jak lepka, uporczywa 
zmora. 
Z udręką spojrzał w okno, za 
którym błyszczała bielą wczesna 
zima. Na szybie mróz wyhaftował 
przeźrocza, cudne jak 
wspomnienie raju. Wielkie, 
misterne paprocie bratały się z 
nie oglądanymi przez oczy 
ludzkie krzewami. Przeczysty 
blask ich świetlistego listowia 
ranił obolały wzrok.
Przymknął z powrotem powieki, 
zapadając w gorączkowy pół sen, 
pół widzenie. Niosły się, 
wstając z pamięci niby mgła znad 
łąki, wspominki dziecinne, 
dawne, rostkowskie...
...Oto biegną razem z Pawłem 
ku strudze za sadem, migoczącej 
jak okno zamarzłe... Drży woda, 
spieszy się, pluszcze... Och, 
dojść do niej... umaczać spalone 
wargi, zamoczyć udręczoną, 
bolesną głowę... Gdzie Pawło? 
nie ma go już, sam się 
pozostał... Zielony łęg między 
nim a wodą wydłuża się, rośnie 
bez końca... Z boku wyrasta 
ciemny las posępny, las z baśni 
o zbóju Madeju... Na łące pasie 
się jagnię... jakże jest białe i 
miłe... wełna mięciutka jak 
kądziel... Chodź ze mną ku 
wodzie, baranku...
...Nagły łomot w lesie: z 
głuchym warczeniem wypada z 
gąszczu wielki, czarny brytan — 
Szatan. Już ich zobaczył i 
pędzi... Błyskają nabiegłe krwią 
ślepia, obwisłe wafle podlatują 
w biegu, ukazując cętkowane 
czarno podniebienie. Lśniące kły 
tkwią w nim jak ćwieki. Ogląda 
się chłopiec na jagnię w grozie 
struchlałego serca — gdzież ono? 
A toćże on już jest nim, białym, 
bezbronnym jagnięciem, tkwiącym 
samotnie wśród łąki. Na niego 
sadzi prosto straszny czarny 
pies. Cienkie kopytka wrastają w 
ziemię ze zgrozy. Paszcza już 
tuż...
Zbudził się z krzykiem, pan 
Bieliński pochylał nad nim 
poczciwe, zatroskane oblicze.
— Co ci to, Staszek?...
— Nic — odparł przytomniejąc — 
Szatan mi się śnił... 
— Patrzajcie! Szatan! — 
parsknął śmiechem stojący w 
drzwiach Pawło. — Kusił go 
pewnie jak świętego Antoniego...
— Szatan pies... czarny pies z 
Rostkowa... — odpowiedział z 
wysiłkiem Staszko. Spojrzał w 
okno, pragnąc widoku nieba. 
Pokryte mrozem szyby nie 
przepuszczały błękitu. Widział 
tylko świetlistość zaczarowanych 
gajów szklanych, rażącą i pustą. 
W głowie jak marzenie 
zamajaczyło pojęcie świeżego, 
zimowego powietrza i turkusowej 
kopuły.
— Każ waszmość otworzyć 
okno... — szepnął błagalnie.
— Okno! — krzyknął ze zgrozą 
pan Bieliński. — Jałowcem tu 
zaraz wypalimy z dodatkiem 
ziarna aloesowego, by powietrze 
miąższym uczynić... 
Staszko zamknął oczy z 
rezygnacją. Przerwany sen 
wrócił. Snadź czekał cierpliwie 
za wrotami świadomości. Ujrzał 
się znowu na tej samej łące, 
znów jest jagnięciem 
bezbronnym... Z trwogą spojrzał 
w stronę lasu, gdzie czyha zły, 
czarny potwór. Widzi go już, jak 
się przemyka wśród drzew... 
Zaraz wychynie... 
...A może Pawło miał rację? To 
nie naśladnik, ulubieniec 
jegomości, jeno Szatan 
prawdziwy, duch zły?... Już 
wypadł z lasu, przybliża się... 
rośnie... rośnie... Staje się 
wielki jak góra... staje się 
wielki jak las... Zajmuje sobą 
pół nieba. Błyszczą krwawe 
ślepia... ciemne skrzydła 
wyrastają po bokach, jak 
chmura... wyciągają się, by 
zdusić jagnię, zdusić cały 
świat... Gdzie się podzieje?! 
Gdzie schroni? Gdzie pasterz, co 
go ocali?... 
— Mówiłem medykowi, że trza mu 
krwie puścić tyla razy, wiele ma 
lat, a on dwa chybił... — 
mruczał niespokojnie pan 
Bieliński, podchodząc doń z 
lekiem w ręku.
— Proszę wody...
— Woda jeno humory rozrzedza, 
czym w gorszą afektację organizm 
wprowadza; to zaś jest dekoktum 
arcydzielne, z soku mięsnego z 
przydatkiem sznurka pereł i 
dukata wygotowane... pij... 
— Poślijcie po Ojca Doniego... 
Ojca Doniego... miłuje mnie, 
przyjdzie... z Sakramentami 
niech przyjdzie... Straszno 
mi... Pacyfik... idź!
Stary Wawrzyniec spojrzał 
pytająco na imć Bielińskiego. 
— Idź, idź, będzie 
spokojniejszy, a wezwij medyka 
po drodze...
Wyszedł szybko. Pochylony w 
sąsiedniej komnacie nad zadaniem 
Pawło podniósł na głos kroków 
głowę. 
— Gdzie idziesz? — spytał 
bezmyślnie.
— Do kolegium, po Ojca 
Doniego. 
— Po licha?
— Panicz Staszko pilno 
proszą...
Pawło wpatrzył się w niego 
niepewnie, mrugając szybko 
oczami. Naraz poderwał się z 
miejsca.
— Nie potrza! Kto posyła?... 
Siedź! Ani mi się waż 
wychodzić...
— Pan Bieliński kazali też i 
medyka... — rzekł stary służący 
zdumiony. 
— Bieżaj po medyka, a żywo! 
Ale do kolegium ci wara!
Został sam czerwony z gniewu i 
przerażenia zarazem. Czuł, że 
oblewa go war na myśl, co by 
było, gdyby nie spytał, dokąd 
stary idzie... Gdzie słowo?... 
Wstyd!... Słowo polskiego 
szlachcica...
Ogarnął go gniew na brata; nie 
może bez swoich klechów tygodnia 
wytrzymać! Nie taki znów słaby 
przecież... Za dwa dni będzie 
zdrów i może się naspowiadać do 
woli... 
Wszedł do sąsiedniej komnaty. 
— Posłałem Wawrzyńca po Ojca 
Doniego — rzekł imć Bieliński 
półgłosem. 
— Wiem — odparł krótko Pawło — 
alem go zachwycił. Nijakiej 
racji nie widzę Ojca Doniego, 
któren wiekowy jest, fatygować a 
larum robić... Baba! — zwrócił 
się do brata — by cię palec 
zabolał, już ci się widzi, że 
pomrzesz... Chłop tęgi, a cackać 
się będzie jak panna... 
Łzy błysły w oczach chorego.
— Nie dla cackania się, 
Pawłuś... jeno tak... Byś 
wiedział, jakie mi się zwidy 
straszne jawią... odeszłyby 
precz... I dla duszy letko...
— Tobie letko, a Ojcu Doniemu 
po mrozie chodzić nieletko... 
Tylko byś o sobie myślał!... 
Staszko umilkł zawstydzony.
— Byłoby źle, nie bój się, 
poślemy sami — dodał Paweł 
uspokajająco. Wychodząc, 
spojrzał na zmienioną twarz 
brata, szczupłe, drgające 
ustawicznie ręce i mimo woli 
przystanął. Pierwszy raz zdjął 
go niepokój, że Staszek może 
jest naprawdę chory.
— Co medyk mówi? — zagadnął 
cicho pana Bielińskiego.
— To nieuk! — zachłysnął się 
gniewem mentor. — By robił, co 
mu każę, Staszek byłby dawno 
zdrów! Zrazu mówiłem, krwie 
puścić szesnaście razy i tyzanną 
z dodatkiem cebuli w żelaznym 
moździerzu tłuczonej, saletry, 
octu i miodu — poić. On zasię 
uparł się na swoim, zadając 
syrop z białego maku oraz korzeń 
wężownika a fasafrasu w 
serwatce...
— Ale co prawi? Co waszmość 
myślisz?...
— Co on prawi, to mniejsza, 
gdyż ordynaryjny to cyrulik, nie 
znający nawet, które konstelacje 
pomyślne dla leczenia są... Ja 
uważam, że źle jeszcze nie ma.
Staszek drzemał nieprzytomnie. 
Pawło spojrzał nań raz jeszcze i 
wrócił do przerwanego zadania. 
Praca mu nie szła. Chory brat, 
dane lutrowi słowo — stały 
ustawicznie w myśli. Co będzie, 
jeżeli... naprawdę?... Odepchnął 
niepokój, wzruszając ramionami. 
Skądże by? Staszek kompleksji 
jest zdrowej, równie jak i on... 
Posłabuje trochę i ozdrowieje... 
Mało tu ludzie słabują, a 
przedsię nie umierają...
Pochylił się nad zadaniem 
uspokojony, myśli jednak zebrać 
nie mógł. Ni jednego poprawnego 
zdania nie skleił. Przypomniał, 
że Staszek miał zwyczaj notować 
sobie trudniejsze wyrażenia 
retoryczne, i poszedł szukać 
między książkami brata. Z 
łatwością znalazł zeszyt, na 
okładce którego widniał napis:
"Liber ellegantiarum, scriptus 
per me, Stanislaum Kostka".
Ellegantiarum! — roześmiał się 
Paweł. — To osioł! elegantiarum! 
Theobulk niechby zobaczył... 
Przewracał kartki, szukając, co 
by mu było przydatne. Równym, 
dziecinnym nieco pismem Staszka 
wypisane były co piękniejsze 
stylowe zwroty, zalecane przez 
magistra Theobulcia. Na 
marginesach czerniały drobne 
zapiski ołówkiem.
"O Maria, sis mihi propita"... 
— przeczytał zdziwiony Pawło.
Przewrócił parę stron: 
"Najmiłościwsza Orędowniczko i 
Matko! Królowo nieba i 
ziemi!"...
— Dalibóg! to on się modli, 
nawet gdy pisze zadania!...
Skończył swoje i odniósł 
zeszyt na miejsce.
Sprowadzony przez Pacyfika 
medyk zabierał się do ponownego 
puszczenia choremu krwi pod 
krytycznym okiem pana 
Bielińskiego.
— Zaraz mu ulży — szepnął ten 
ostatni — by mnie słuchano, już 
byłby ze wszystkim inny... 
— Daj Boże — mruknął Pawło. 
Widok nieprzytomnego brata 
zaniepokoił go znowu. Wybiegł 
szybko, bo zegar na pobliskim 
kościele bił już jedenastą 
godzinę. Na schodach zatrzymał 
się nagle.
— Pacyfik! — krzyknął — byś mi 
się nie ważył przyzywać księdza 
beze mnie!... 
Zbiegł na dół, przeprowadzony 
zgorszonym wzrokiem Wawrzyńca. 
Czas dłużył się na lekcji. 
Wykład Ojca Mateusza zdawał się 
bardziej jałowy i nudny niż 
zwykle. Chory Staszek... 
przeklęte słowa wpadały znów 
ustawicznie w zawiłą sieć 
sylogizmów, psując subtelną 
tkankę dowodzenia. Profesor 
zżymał się na niepojętność 
bystrego zazwyczaj ucznia. Na 
koniec mógł wyjść. Wracał 
obarczony obowiązkiem 
przepisania sto pięćdziesiąt 
razy długiego i bynajmniej nie 
pochlebnego dlań zdania. 
Mniejsza o to! Biegł do domu 
poprzez zamieć rozszalałą nad 
grodem. Wiatr zachodni szedł od 
rzeki, ostry niby nóż, niosąc 
ulewę śnieżnych lotnych puchów. 
Leciały w ciasne zaułki, wirując 
jak zabłąkane. Wicher wpadał za 
nimi z wyciem w te wąskie 
gardziele, porywając śnieg z 
powrotem na powietrzne tany. 
Godła, podobne do widm wśród 
białej kurzawy, tańczyły 
oszalałą, szczekającą sarabandę. 
Rynny chwiały się, skrzypiąc i 
drżąc. Stukały miarowo 
okiennice. Biegł, nie 
przystając, aż zdyszany wpadł do 
sieni. Stary Pacyfik stał na 
schodach. Pawło wstrzymał się 
bez tchu. 
— Co takiego?!
— Paniczu... księdza pilno 
trza... Panicz Staszko bardzo 
słaby...
— Czekaj!... jeszcze nie... 
nie...
— Paniczu!... — Głos starego 
drżał. Wysilał się, by nie 
okazać wzruszenia. 
Pańszczyźniany był. Co mu za 
prawo odzywać się? Słuchać jego 
rzecz i tyle. Ale miłował 
Staszka i stare ręce dygotały mu 
z rozpaczy.
— Paniczu!... toć prosi i 
prosi...
— Moja rzecz! — warknął Pawło, 
wpadając na górę. Bieliński 
podniósł nań przerażone oczy.
— Gorzej jest... — szepnął. — 
By był od razu krew puścił, jako 
mówiłem! Posłałem Wawrzyńca po 
księdza...
— Zawróciłem go — rzekł twardo 
Paweł.
— O Boże! A toż nieborak 
jednym głosem o to się doprasza! 
Pawło podszedł ku niemu 
strasznym, cichym krokiem.
— Gdzieś waść był — syknął — 
gdy poręczyłem na moją cześć 
Kimberkerowi, że ksiądz w ten 
dom nie wnijdzie?...
— Jezusie Maryjo! prawda!...
— Jezusie Maryjo... — 
powtórzył Paweł szyderczo. — 
Trza mi było wtedy nie pozwolić 
ręczyć! Gdzieś waść był, 
powtarzam! Opiekun malowany! 
mentor!
Pan Bieliński opadł na krzesło 
złamany. 
— Boże! — szlochał — cóżem 
miał robić? Dyć żeś waszmość ani 
chciał słuchać!... Ani się 
odezwać pozwolił! Prosiłem... 
jeszcze pod bramą... o Boże!
Płakał jak dziecko, kryjąc 
twarz w dłoniach. Malowany 
opiekun!! A słusznie! Gdzie 
był?! Trza było się opieki zrzec 
albo pilnować!...
Z załamanej postawy 
nieszczęsnego astrologa biła 
taka żałość, że Pawło zawstydził 
się.
— Nie płacz waść. Nie pomnij, 
com rzekł w gniewie. Ja jestem 
winien i nikt inny, jeno ja 
sam... Co teraz począć?! co 
począć?!...
Ścisnął głowę oburącz z 
rozpaczą.
— Śpi Staszko?
— Nie wiem — odparł przez łzy 
pan Bieliński.
Weszli na palcach do 
sąsiedniej komnaty. Pawło drgnął 
na widok brata. Głowę miał 
odrzuconą w tył i silnie wpartą 
w poduszki, cerę szarą, oddech 
ciężki i świszczący. Ręce 
nieustannym ruchem błądziły po 
kołdrze, jak gdyby coś ku sobie 
zagarniając. Na odgłos kroków 
otworzył oczy. 
`ty
Część druga
Walka i zwycięstwo (cd.)
IV (c.d.)
— Przyjdzie?... skoro?... — 
spytał słabym głosem.
— Stachu!... — rzekł Pawło, 
biorąc go za rękę — Stachu! Nie 
lepiej poczekać, aże 
ozdrowiejesz?...
Rozszerzone oczy chorego wpiły 
się w jego twarz, nie 
rozumiejąc.
— Ja nie ozdrowieję...
— Co byś nie ozdrowiał! 
Poczekaj, braciszku, jeszcze 
bodaj do wieczora...
— Nie! nie! — krzyknął 
Staszek, próbując się podnieść. 
— Pawłuś! Ojca Doniego... czyli 
innego... z Sakramentem... 
skoro... skoro... 
— Słuchaj, Stachu — rzekł 
Pawło rwącym się głosem — kiedym 
kwaterę najmował, wziął ode mnie 
Szwab porękę, że ksiądz 
katolicki nie śmie do nas 
przyjść...
Staszek patrzył weń bez słowa. 
— Słowo dałem... Stachu, 
rozumiesz?... na moją cześć... 
na szlachecką cześć... Stachu! 
że księdza nie będziem wołali... 
Słowo dałem... 
— A jeżeli umierający doma 
jest... — spytał chory ledwo 
dosłyszalnym szeptem. — Zali 
zbawienie duszy nie pierwsze niż 
słowo?
— Nie było excepcji — odparł 
głucho Pawło.
Zapadło długie milczenie. Mrok 
się osuwał na świat. 
— Zanieście mnie... — podjął 
gorącym, nagłym szeptem Staszko 
— zanieście mnie, tylko żywo...
— Stachu! dyć popatrz w 
okno... zamieć jaka! niby w 
lutym! Żywego cię nie 
doniesiem...
— Ino na dół, na podwórzec... 
tam ksiądz przyjdzie...
— Dobrze, jeno niech wiatr 
ścichnie...
— Pomrę, zanim ścichnie...
— Nie! 
Staszek chwycił go błagalnie 
za rękę.
— Idź do Kimberkera! poproś! 
ubłagaj, niechaj zezwoli!... 
Ubłagaj... Pawło poczuł, że 
gorące mrówki lezą mu wzdłuż 
krzyża na samą myśl o takowej 
prośbie. Sam dał słowo, a teraz 
się prosić... Kasztelanic... 
wielki pan... będzie prosił tego 
łyka, któremu dał słowo... 
Potrząsnął milcząco głową.
— Nie zezwoli! Zrobim inaczej, 
jeno dąć ustanie...
Lecz Staszek już go nie 
słuchał, rozpłakawszy się jak 
dziecko.
— Maryjo! — zawołał łkając — 
Matko Najświętsza!... toć 
widzisz... toć mnie poratuj!... 
Panienko!... Masz służebniczkę 
Barbarę, której jedyne officium 
strzec, by ludzie bez Boga nie 
marli... Przyślij ją... możesz 
to zrobić... racz zechcieć, 
Maryjo!...
Szept zamarł. Pawło stał 
nieporuszony, wpatrzony w 
misterne wzory pawimentu, naraz 
zatrząsł się i podniósł głowę. 
— Cichaj, Staszek, pójdę 
Kimberkera prosić.
— Idź! prędko, prędko idź!
Wyszedł na schody i zstępował 
krok za krokiem w straszliwym ze 
sobą zmaganiu. Na każdym stopniu 
zdało mu się, że nie zdzierży i 
pogna z powrotem na górę. 
Chwilami zacinał zęby, by nie 
krzyczeć. — Dla Staszka... dla 
Staszka... — powtarzał. — Tyś 
winien... ty cierp... — Szedł. 
Stał długo przed drzwiami, nim 
je pchnął. Imć Kimberker 
siedział jak zwykle nad księgą 
przed swoim pultynkiem. Woskowe 
świece tkwiły w brązowych 
świecznikach.
— Czym mogę usłużyć waszej 
godności? — zapytał.
— Mości gospodarzu... Pomnisz 
waść, że najmując tę kwaterę, 
zastrzegłeś sobie kondycję, by 
ksiądz katolicki nigdy do nas 
nie zachodził? 
Kimberker skinął głową 
zdziwiony.
— Brat mój jest słaby... 
bardzo słaby... umiera... U nas 
katolików straszno bez księdza 
umierać... Zechciej waść na ten 
jedyny raz kondycji uchylić... 
Śmierć sroga rzecz... nie 
przystoją w jej obliczu żadne 
klauzule...
Najwyższe zakłopotanie odbiło 
się na twarzy Niemca.
— Wasza godność... Chory?! Pan 
Stanisław? Umiera?! nie może to 
być! taki zdrów, piękny 
chłopiec... Któryż medyk go 
leczy?
— Medyk Donatino... Włoch...
— Zaraz wiedziałem! 
Niefortunny to dyscypulus 
Hipokratesowy! Racz posłuchać, 
wasza godność, dobrej rady i 
wezwij magistra medycyny Rudolfa 
z Moguncji. Cuda, cuda istne 
robi! Ludzie z łoża śmiertelnego 
za jego sprawą wstają. Kwaterę 
ma przy Szewskiej ulicy w domu 
pod Białym Murzynem. Obaczy 
wasza godność... Siostra mej 
małżonki słabowała więcej jak 
trzy roki na zapalenie wątpiów, 
a przecie...
— Wdzięczen jestem waszmości 
za radę — przerwał Pawło — i 
ninie k'niemu zajdę... jako 
jednak z tamtym?... Brat mój 
niebożę tak się alteruje, że 
zamrze pewnikiem, gdy jego 
życzenia nie spełnim...
Nastała chwila milczenia.
— Mości gospodarzu — podjął 
Pawło znowu, głos mu się 
załamał, zaciął. — Nie zwykła to 
u nas rzecz prosić... Ja... 
waści proszę...
Kimberker opuścił oczy 
zmieszany.
— Wasza godność... ja bym z 
duszy... serca... ja... co mi 
tam, jeno pani Kimberkerowa, by 
ona zechciała przystać...
— Waść nie jesteś głową domu?
— Oboje... oboje... Pani 
Kimberkerowa małżonką jest, 
koroną mej głowy, wedle słów 
Pisma Świętego... Jeśli pani 
Kimberkerowa przystanie, ja, 
owszem...
Pod drzwiami zaszeleściła 
suknia, gospodarz porwał się z 
miejsca. 
— Otóż i ona... Niech wasza 
godność jej spyta... — wyszedł 
spiesznie, nie czekając na 
odpowiedź.
Pani Kimberkerowa weszła 
uroczystym krokiem, wlepiając w 
Pawła świdrujące, czarne oczy. 
Usiadła, czekając, co powie. W 
kącikach zaciętych wąskich ust 
kryła się złośliwa radość i 
pogarda. Pojął, że podsłuchiwała 
pod drzwiami, wie, o co chodzi, 
i cieszy się jego hańbą.
Dość było na nią popatrzeć. 
Czekała prośby, by upokorzyć 
odmową. Spojrzał raz jeszcze i 
poczuł, że nie ubłaga jej o nic. 
Gadzina! Krew mu buchnęła do 
głowy, wypadł z komnaty bez 
słowa. W bramie ogarnęła go 
dzika chęć tłuczenia głową w 
mur. Czuł, że za nic do 
mieszkania nie wróci. Gdzie 
pójdzie? Co zrobi?...
Brat, brat... bez spowiedzi 
kona... młodszy brat... Staszek 
serdeczny... Kostka bez 
Sakramentów, jak włóczęga, 
umiera... brat...
Błękitne oczy, gasnące, zalane 
łzami, to znów twarz matki — 
majaczyły przed nim. Tłukł się o 
bezsilność swoją jak orzeł o 
klatkę. Chwilami ogarniał go 
gniew jak wicher, a z nim chęć, 
by powrócić, ścisnąć tę babę 
piekielną za gardło i zażądać 
zwolnienia ze słowa. A 
równocześnie czuł, że raczej 
siebie mizerykordią pchnie, niż 
to uczyni. W rozpacznym wirze 
myśli wspomniał nagle nazwisko 
medyka i ruszył co tchu poprzez 
zwały śniegu, myląc w ciemności 
drogę, plącząc się bezowocnie po 
krętych uliczkach. Odnalazł z 
trudem dom pod Białym Murzynem. 
Przyjęła go jejmość w wielkim, 
rurkowatym czepcu, o pogodnej 
twarzy. Medyk cudotwórca 
nieobecnym był, wezwany do łoża 
chorego grafa Altenberga, w 
pobliżu Wiednia mieszkającego. 
Jejmość sądziła, że małżonek jej 
nad ranem wróci.
— Kolasę przyślę... pieniędzy, 
wiele zażąda, dam... by jeno 
spieszył... — nalegał Pawło.
— Ojciec waszej dostojności 
zasłabł? — spytała, patrząc nań 
ze współczuciem.
— Brat młodszy...
— Nie frasujcie się, dostojny 
panie. Co Bóg przeznaczy, to 
będzie — rzekła, zamykając za 
nim drzwi starannie. 
Został znów sam, wśród 
ciemności i zawiei z duszą 
niepokoju i trwogi pełną. 
Powlókł się ku domowi. Co tam 
zastanie?... I na myśl, że od 
progu uderzą weń oczy brata, 
szept żałosny: — Pawłuś, 
księdza!... — zataczał się jak 
pijany. Pomyślał, że lżej by mu 
chyba było dowiedzieć się, że 
Staszek już umarł, lecz razem z 
tą myślą ogarnął go taki lęk, by 
nie była prawdą, że puścił się 
cwałem do domu. Wielka sień 
oświetlona była skąpo olejnym 
kagankiem. W niepewnym blasku 
Pawło dojrzał chudą, czarną 
postać, pochyloną nad poręczą 
schodów. Kimberkerowa stała, 
spoglądając w dół. 
Pilnuje, bym księdza nie 
zwiódł, jędzona! — mignęło mu w 
głowie. Chciał przejść mimo, ani 
patrząc, lecz zagrodziła mu 
drogę. 
— Niewiele stoi słowo 
polskiego nobila... — zaczęła z 
sykiem zjadliwym. 
Zatrząsł się cały od wstrętu i 
furii straszliwej, w oczach 
mignęła łuna purpurowa, 
ostatkiem sił wstrzymał się, by 
jej nie zdusić. 
— Ejże, ejże — wycharczał 
zdławionym z wściekłości głosem 
— milcz! psiakrew... kark 
skręcę... potwora!... bratu... 
bratu... ostatniej pociechy 
odmawiam... a ona... śmie... 
ejże, bo nie strzymam! milcz! 
Cofnęła się nastraszona w 
uchylone drzwi, lecz nie myślała 
ustąpić. 
— Dobry wybieg! — zasyczała — 
nie księdza sprowadził, to 
mniszkę!
— Mniszkę?!
Zdumienie przewyższyło nawet 
wściekłość Pawła.
— Mniszkę — powtórzyła z 
uporem. — Któż po nią chodził, 
jak nie wasza godność?...
— Nie wiem o żadnej mniszce! — 
ryknął, rzucając się ku niej. — 
Chodziłem po medyka, któregoście 
mi naraili... Czego chcesz ode 
mnie?! Gadaj!...
Tyle prawdy drżało w jego 
głosie, że Kimberkerowa 
zamilkła, spoglądając nań 
uważnie. Z zaciekłej i 
szyderczej stała się boleściwa i 
łzawa.
— Więc nie wasza godność?... 
Zapewne pan magister Bieliński 
albo ten stary... Słusznie byłam 
przeciwną odnajmowaniu domu... 
Wiedziałam, że tak się 
skończy... Pomimo poręki... 
— Gadaj waćpani, kto był?!
— Będzie temu z godzinę — 
jęknęła — słyszę dzwonienie na 
schodach... wybieżałam żywo, 
aleć już schodzili... pacholęta 
dwa z dzwonkiem i mniszka młoda 
z puszką... W moim domu — 
wrzasnęła naraz z pasją — w moim 
domu!... Katolicki dzwonek! 
mniszka! zabobony! papieskie 
czarnoksięstwa obrzydłe!...
Nie słuchał, biegnąc ku górze. 
Drzwi były zamknięte, otworzył 
mu je Bieliński.
— Śpi — szepnął, kładąc palec 
na ustach.
Pawło oparł się z ulgą o 
futrynę drzwi.
— Śpi, żyje... Kto mniszkę 
sprowadził?... 
Pan Bieliński zdjął okulary ze 
zdumienia.
— Mniszkę?
— Tę, co tu była u Staszka?...
— O Boże — jęknął mentor — 
mości Pawle, pokaż puls, febris 
i ciebie ogarnia... nie dziw 
przy takiej aurze... o Boże... 
dosyć jednego nieszczęścia...
— Ostaw waść i nie symuluj, że 
nie wiesz, kto tutaj podczas 
przychodził...
— Nikt nie przychodził od 
wyjścia waszmości.
— Kimberkerowa gada, że 
widziała wychodzącą od nas 
mniszkę.
— Troi się babie w oczach z 
tej złości. Nikogo nie było. 
Siedziałem tu cały czas, drzwi 
zasię były zawarte. 
— Musiało się żmii 
przywidzieć... Dawno Staszek 
śpi?
— Niedawno. I powiem waści, 
zwidziało się w malignie 
niebożątku, że Sakrament 
przyjął, co i chwała Bogu, bo 
już nie nalega...
— Jak to było?! — poderwał się 
Pawło.
— Ano. PO wyjściu waszmości od 
zmysłów odchodziliśmy z 
Wawrzyńcem. W ostatecznej 
agitacji prosił się biedaczek, 
płakał, za ręce chwytał, aż 
Pacyfik w ślozach uciekł i ja 
też zdzierżeć nie mogłem... 
Usiadłem podle płaczący i jakoś 
drzymota mię zeszła, że to już 
trzy noce nie śpim... Może ze 
dwa pacierze drzemałem, aż mi 
się zdaje, że dzwonek, tak jakby 
w Staszka komnacie. Et, myślę. 
Dzwoni znowu. Poszedłem. Leżał 
cichutko bez alteracji 
nijakiej... "Dziękuję wam — 
prawi — dziękuję." Za co? 
Powiadam, a on: "No toć za 
komunię... już mi nic więcej nie 
potrza..." Nie rzekłem 
nieboraczkowi, że mu się jeno 
komunia widno przywidziała, 
wrychle też i zasnął. 
— A może się nie zwidziała? 
Mów waść prawdę — zaczął Pawło, 
czerwieniejąc z gniewu — na 
dudka wystrychnąć się nie dam... 
Waść wezwałeś czy Pacyfik?!
— Kogo?... 
— Oną mniszkę!
— Przeżegnaj się, mości Pawle 
— zaczął Bieliński z urazą. — 
Primo: mniszka u Wiatykiem?! 
Takiego obyczaju jeszcze w 
Kościele katolickim nie masz. 
Secundo: waść mnie posądzasz o 
łgarstwo? Szlachcicem jestem, a 
zatem...
— Nie posądzam waszmości o 
łgarstwo, jeno chcę dojść 
prawdy... ów dzwonek? 
— Dzwoniło mi w prawym uchu, 
jakem się przekonał.
— Kimberkerowa też dzwonek 
słyszała!
— Widno dzwoniło i jej... Na 
mój klejnot mogę ręczyć, że nikt 
do Staszka nie wchodził...
Pawło machnął ręką i wszedł 
ostrożnie do pokoju brata. Spał. 
Wyniszczona chorobą twarz 
jaśniała spokojem i Pawło 
poczuł, że jakiś olbrzymi ciężar 
zsuwa mu się z serca. Ach, 
mniejsza z tym, czyli to było 
gorączkowe przywidzenie, czyli 
chytry fortel Bielińskiego i 
Wawrzyńca — mniejsza! A może 
naprawdę zeszła doń święta 
Barbara opiekunka konających?... 
Mniejsza! nie będzie się nikogo 
pytał... Staszko miał pociechę, 
której żądał, wszystko inne 
furda. Po raz pierwszy może w 
życiu uprzytomnił sobie, jak 
dalece tego młodszego miłuje. 
Prawda, mnich był, niuńka, w 
kościele ustawicznie siedzący, 
kompan żaden, ale brat... 
Towarzysz nieodłączny 
dzieciństwa, w każdym strapieniu 
przyjaciel pewny, najlepszy... 
Jak mu się będzie żyło, jeśli go 
nie stanie — nie mógł sobie tego 
przedstawić. Próżnia nieznośna, 
niemożliwa do pojęcia, otwierała 
się na samą myśl o śmierci 
Staszka. Aż się zadziwił sam 
sobie: tak ci go trzymał ten 
mniszek za serce!
— Nie czyń sobie waszmość 
złudnych mirażów nadziei, do 
której fundamentu nie widzę... — 
prawił z namaszczeniem podnosząc 
palce do góry, uczony Rudolf z 
Moguncji.
Pan Bieliński łzy ocierał. 
Medyk Donatino, Włoch, uśmiechał 
się szydliwie. Młody adept sztuk 
medycznych, milczący i nieobecny 
jak cień, stał za plecami 
dostojnie przyodzianego w 
tabinową togę mistrza, pod 
którego wskazówkami obowiązany 
był dokonywać puszczania krwi, 
nacierań i wszelkich zabiegów 
przy chorych.
— Wapory to są nadzwyczaj 
złośliwe, na które jedyne lekum 
ekstrakt z ziela, zwanego wielka 
świnia wesz śmierdząca; by 
aplikowano je zrazu, machina 
ciała nie doszłaby do takowego 
wycieńczenia, w którym już 
ratunku nie masz. 
— Najczcigodniejszy kolega — 
zaczął Włoch układnie — zezwoli 
mi rzec, iż skonstatowałem 
zapchanie płuc lepkimi humorami 
na mózg bijącymi, przy 
równoczesnej alteracji żółci... 
— Nijakiego zapchania płuc nie 
ma — odparł pogardliwie uczony. 
— Wapory to i nic więcej. 
Waporami — dodał, zwracając się 
do pana Bielińskiego — nazywam 
inflamację suchych żył ciało 
przebiegających, która to 
słabość jest zawsze śmiertelna, 
jeśli w czas zahamowaną nie 
zostanie. Jako już rzekłem, 
salwuje w tym wypadku mikstura z 
ziela wielka świnia wesz 
śmierdząca, nie ordynaryjna, 
dwóch uncji saturnowego masła, 
dziesięć ziarn kamfory, jednego 
raczego oka...
— Najczcigodniejszy kolega 
raczysz się mylić — przerwał 
zjadliwie Włoch — w tych 
cyrkumstancjach właściwe 
kamieniom przymioty raczego oka 
jeno szkodliwe być mogą!... 
— Jedno racze oko — ciągnął, 
udając, że nie słyszy, magister 
Rudolf z Moguncji — z dodatkiem 
szpisglasu, fasfaparyli i 
korzenia rajskiej trawy... 
Ośmielę się zapytać waszą 
godność, zali będąc mentorem 
tego żałosnego młodzianka, nie 
nakłaniała go poniekiedy do 
przejażdżki barką po fluktach 
Dunaju?
— Nie — odparł pan Bieliński 
zdziwiony. 
— Otóż szkoda, wielka szkoda! 
Nie byłby on uczeń podległ 
śmiertelnej chorobie... Ciało 
ludzkie bowiem składa się z 
naczyń humor wodny mających, ten 
zaś, jako nauka niezbicie 
stwierdziła, ustawicznie 
agitowany być ma. Agitacja 
dokonywana na wodzie specjalnie 
jest zbawienna, inflamacji 
suchych żył zapobiegając...
— Nie wiedziałem — rzekł z 
żalem pan Bieliński.
— Pożałowania godna 
nieświadomość! Żegluga rozrzedza 
i wzrusza żółć. Cezar August, za 
świadectwem wiarygodnym 
Swetoniusza, nigdy tam lądem nie 
jechał, dokąd mógł dopłynąć 
wodą... A wszakże był to 
monarcha najuczeńszy, biegły w 
krasomówstwie i naukach 
wyzwolonych, nie ustający nigdy 
w pracy, choć trapiły go 
uporczywe flux, katar i 
zapalenie wnętrzności...
— Trapiły?... — syknął 
złośliwie medyk Donatino — 
trapiły mimo żeglugi?
— Nie wiesz waść, jak wielkie 
cierpiałby dolegliwości, gdyby 
się tej zbawiennej metody nie 
trzymał...
Uczony ten dyskurs, acz w 
sąsiedniej komnacie prowadzony, 
dochodził uszu chorego wyraźnie. 
Leżał z przymkniętymi oczami, 
słuchając jakoby z daleka 
rozmowy o kimś nieznanym, z 
wysoką a pobłażliwą 
dobrotliwością traktując zawiłe, 
lekarskie spory. Pogoda, podobna 
jesiennej, osnuwającej 
przędziwem pastwiska, objęła go 
w posiadanie. Lekki się czuł jak 
puch kwietny, gotów odlecieć za 
lada skinieniem. Niby człowiek, 
który siąść w okręt mający, 
spogląda życzliwie na 
przyjaciół, domowników, słucha 
ich rozmów, lecz duszą jest już 
na morzu, obcy troskom i 
kłopotom, które do tej chwili 
dzielił — tak i on czuł się już 
bardziej w zaświecie niźli na 
ziemi. Chwilami osłabienie jego 
się wzmagało i poprzez szum, 
wypełniający głowę, słowa 
medyków dolatywały jako słaby 
brzęk komara, aż nikły zupełnie. 
Zdawało mu się wtedy, że odpływa 
z wolna do niewidzialnego 
brzegu, a gdy po chwili głosy 
wracały krzykliwe, poznawał z 
żalem, że jeszcze przebywa na 
ziemi. Zapragnął dusznie 
szczęśliwej pory odlotu. 
Nieogarnięta tęsknota za 
przestworzami wieczności, za 
światłem, przepełniła go, 
uniosła pierś, szarpnęła 
zamierającym sercem. 
...Wyrwać się, wyzwolić, 
odejść!... Odwrócił głowę ku 
ścianie, wbijając wzrok w 
nieprzeniknioną, kamienną jej 
szarość i naraz z niezmiernym 
zdumieniem zobaczył, że mur 
drży, znika w barwnej 
przejrzystości tęczy... Na 
miejscu ściany i stropu, jak 
drogocenny, siedmiobarwny most, 
wisiała tęcza świetlista. Uniósł 
zachwycone oczy i ujrzał, że 
pośród tej tęczy był punkt 
jasny, jakby przez nią 
przesiewało blaski słońce. 
Wpatrzył się w ów punkt 
złocisty, przeczuwając w nim 
tajemnicę czarowną, radosną... 
Niby uporem wzroku jego 
przyciągnięte, światło zbliżało 
się, jarzyło, rosło... Wzeszło 
jak słońce o świcie. W upojonych 
oczach chłopca tajemny, złocisty 
krąg rozstąpił się na jednakie 
słońca dwa. Z przeczystej 
jasności ich blasku wyłoniły się 
zarysy głów. Oto drżą, chwiejąc 
się wdzięcznie jak kwiaty na 
wiotkiej łodydze. Rozróżniał 
głębie zamyślonych oczu, czar 
macierzyńskiego oblicza.
Maryja! 
Wzorzysty płaszcz wije tęcza. 
Dołem jest jako ukwiecona łąka, 
górą szlak ni to boru 
ciemniejącego w oddali, powyżej 
jak błękit nieba. Pochyla lico 
przesłodkie z uśmiechem i drugi 
krąg złoty składa na pościeli 
tuż przy rozdygotanym w 
szczęśliwości sercu. Skarb 
złożony drga jak słońce odbite w 
ciętym krysztale, mieni się i 
skrzy... To Hostia biała w 
promieniach... nie Hostia... 
Baranek śnieżysty... nie 
Baranek... Dzieciątko 
roześmiane... Daremnie szuka w 
umyśle nazwania dla cudu 
słodkiego, co tuż przy sercu 
spoczywa. Roznosi duszę zachwyt 
modlitewny, omdlewa dusza z 
radości. Lecz słońce złote 
wzbija się z pościeli, odpływa, 
łączy z Maryją; światłość zasuwa 
się z wolna za tęczę, odchodzi 
tęcza bledniejąc i już 
prześwieca przez nią szara 
ściana. 
Krzyk strwożonego serca: 
Zabierz mnie z sobą! Nie 
odchodź!... Głęboki, rozpaczny 
szloch...
Litośnie wraca się, ponownie 
jawi się w blasku twarz Maryi, 
schylonej nad łożem chorego... 
Głos słyszy: Żyj dla mnie... Sam 
nie wie, czy głos ten to 
brzmienie, woń cudna, czy głosu 
odczucie?... Już znika zjawa. 
Odchodzi...
Żyć będzie, skoro tak 
trzeba...
— Można jeszcze okadzać go z 
czterech stron po siedem razy 
parą octową, a nacierać maścią z 
wysokiego ślazu, lazuru i 
bazylii. Daremne to jednak 
zabiegi, a nieszczęsny ten 
młodzianek przed nocą jeszcze 
dank z życia złośliwym Parkom 
ofiaruje, na co gwarancję 
niepośledniej mej nauki i 
doświadczenia nie lękam się 
złożyć... — kończył swój dyskurs 
uczony Rudolf z Moguncji, 
magister.
V
Upalne słońce sierpniowe, 
odbite o mury domów, prażyło 
niemiłosiernie Pawła, który 
szedł zły i zamyślony. Od dawna 
już nurtowały go podejrzenia co 
do wierności Lisy. Mocą 
nieustannych prezentów uważał 
dziewczynę za własność wyłączną, 
dalekim był jednak od pewności, 
czy ona dzieliła ten pogląd. Co 
robiła cały czas, gdy on, chłop 
pod wąsem, przepisywał — o hańbo 
— zadania lub odrabiał dodatkowe 
godziny za karę? Podobno 
zmówionego miała, jakiegoś żaka 
— legarta pewnikiem! Pewnikiem 
wałęsali się razem wiosną nad 
Dunajem i z tych to wycieczek 
przybiegała później gorąca, 
różowa, roześmiana, by 
przymilając się pół dziecinnie, 
pół chytrze, wyprosić nowe 
manele albo noszeniczko. Dość 
miał tego. W kolegium dziś 
lekcji nie było, gdyż pracowicie 
a wymyślnie ozdabiano sale, in 
gratiam jutrzejszej wizyty 
cesarskiej. Gdy profesorowie i 
koledzy mozolili się nad 
alegoriami, wymknął się z cicha 
na miasto, na poszukiwanie Lisy. 
Gdzie jest w tę porę? Co 
robi?... O, to bym sprał, to bym 
sprał!... — myślał, zaciskając 
zęby. Szedł w najodleglejszą 
dzielnicę grodu, dzielnicę 
biedaków. Według wskazówek matki 
Lisy, tam w domu pod Trzema 
Różami miała się znajdować 
dziewczyna, zajęta 
pielęgnowaniem pewnej poważnej a 
podagrycznej jejmości. Szedł 
przez cuchnący labirynt uliczek, 
zastanawiając się, zali 
przebiegła matrona nie wskazała 
mu umyślnie miejsca, w którym 
niepodobieństwem było coś 
odnaleźć. Darmo wypatrywał 
różanego godła. Na 
skrzyżowaniach wąskich uliczek 
wiatr kręcił leje z piasku i 
zasypywał gryzącym pyłem oczy. 
Niechlujne odpadki zalegały 
drogę. Na schodkach domów 
siedziały kaprawe dzieci w 
łachmanach, żółte i nędzne, 
bezmyślnie spoglądające na 
nieznajomego. Szacowny skądinąd, 
lecz we współżyciu przykry cech 
garbarzy, miał tutaj swoje 
siedlisko. Złośliwy fetor 
zatruwał powietrze. Ciemne 
sienie zionęły plugawą wonią i 
pleśnią. Na samą myśl o 
zaglądnięciu do której z tych 
ponurych jaskiń Pawło czuł 
niechęć do samego siebie. 
Potrzebnie tu lazł! Dziesięć 
dziewek ładniejszych od Lisy nie 
było warttych, by się brukał po 
tych zaułkach nędzarzy. Wstyd go 
zdejmował, że tu zaszedł. Pal ją 
licho! Już chciał zawrócić, gdy 
nagle stanął jak wryty...
O kilkanaście kroków przed 
nim, z ciemnej gardzieli 
przecznicy, wyszedł szybkim 
krokiem — Staszko. Pawło 
przetarł kilka razy oczy, by się 
upewnić, że nie śni. Nie śnił. 
Staszek to był we własnej 
osobie. Poznawał jego cynamonowy 
żupanik i pas srebrnymi 
ćwieczkami nabity. Chciał nań 
zawołać, lecz zamilkł nagle, 
gdyż pojawienie się chłopca na 
ulicy wywołało ruch. Kaprawe 
dzieci, siedzące bezmyślnie na 
schodkach, leciały z piskiem 
radosnym. Już go otoczyły 
chmarą, niby wróble, czepiając 
się rąk i żupana. Z czeluści 
któregoś domu wyjrzała młoda, 
wynędzniała kobieta z dzieckiem 
na ręku i skinęła mu głową 
przyjaźnie. Staszko pod 
osłupiałym wzrokiem brata wszedł 
do sklepiku piekarza, 
zostawiając gromadę dzieci na 
dworze, i wyszedł po chwili 
obładowany naręczami obarzanków. 
Rozdawał je wrzeszczącym z 
uciechy dzieciom, śmiejąc się i 
pilnując sprawiedliwego 
podziału. Teraz usiadł w słońcu 
na brzegu kamiennej studni. 
Małą, kilkoletnią dziewczynkę, 
która nie mogła dostać 
cembrowiny, podniósł w górę i 
posadził przy sobie, głaszcząc 
jej rozczochraną głowinę. Młoda 
kobieta, ta sama co wpierw, 
podeszła, huśtając dziecko. Dwie 
bezzębne staruchy wylazły z 
jakiegoś kąta, niby dwie 
poczwarne jaszczurki do słońca.
Gdy pieczywo znikło, oniemiały 
ze zgrozy i wstydu Pawło ujrzał, 
że Staszko opowiada coś, jak 
gdyby nauczał, tłumaczył, a 
dzieci powtarzają za nim chórem. 
Wsłuchał się w gwar piskliwych 
głosików i rozeznał w nich słowa 
pacierza. Stał jak wrośnięty, 
nie wiedząc, co począć. Każda 
żyłka trzęsła się w nim z 
oburzenia, krew biła falą gorącą 
do głowy. Zapomniał istnienia 
Lisy i właściwego celu 
przyjścia. Zapomniał naraz 
wszystkiego. Kostka, kasztelanic 
Kostka — jego brat — siedział 
wśród plugawej hołoty niby 
bakałarz wędrowny lub żak za 
łyżkę strawy uczący, siedział z 
miną zadomowioną zgoła i wesołą! 
Opatrzność go tu, Pawła, 
skierowała, by odkrył to 
wstrętne błazeństwo i koniec 
należyty położył. Opanował z 
wysiłkiem gniew i spokojnie na 
pozór zbliżył się ku studni.
— Chodź doma — rzekł krótko do 
brata. 
Staszko podniósł głowę 
zaskoczony, dzieci urwały w pół 
słowa.
— Idę — odparł, wsunął w rękę 
pieniądz bladej kobiecie i obu 
staruchom, uśmiechając się 
życzliwie do ich szkaradnych 
twarzy, i poszedł za Pawłem. 
Szli szybko, milcząc.
Pawło zatrzymał się nagle.
— Możem przeszkodził nie w 
porę? Miałeś pewno jeszcze iskać 
te bachory?... 
Staszko spojrzał w jego twarz 
pobladłą z gniewu i nie odrzekł 
nic. Bez słowa doszli do domu. 
Bez słowa weszli na górę. 
Winowajca spokojnie rozłożył 
książki, zabierając się do 
jutrzejszego zadania.
Gwałtownym ruchem Pawło cisnął 
je na ziemię, rozsypując zeszyty 
i pióra.
— Ty! ty! Często włóczysz się 
po tej hołocie?!
— Wiela razy nie ma lekcji — 
odparł naiwnie Staszko, 
schylając się, by podnieść 
zeszyty.
— Zostaw!... Ty, gnojku! 
Durniu obmierzły! Przygłupku! 
Bym był nie zaszedł!! Ostatni to 
dzisiaj raz!...
— Co ci to przeszkadza?
Ostatnie tamy Pawłowego gniewu 
prysły.
— Co mi przeszkadza?! Na Boga! 
Agnuska chce symulować!! Co mi 
przeszkadza? Gid podły! Kostka, 
brat mój, z plugastwem w czułej 
komitywie... konfident chamski!! 
Co mi to przeszkadza!... Och!... 
Chodził po pokoju, wykręcając 
sobie w alteracji palce, aż 
stawy trzeszczały.
— Tegoć jeszcze tylko 
brakowało... tego wstydu... Nie 
gadam nic, gdy w kościele jak 
pop dulczysz. Na księdza pono 
masz iść. Jegomość radzi by cię 
prymasem widzieli... Nic mi do 
tego... Dukajże tam, wiele wola. 
Lutość mnie zbiera patrząc, jak 
młody wiek trawisz... Nie żal 
to?! Wrócą ci się lata?... Jako 
pokutnik... pości... rzyka... 
krzyżem leży... Śmiech prosty 
lebo ślozy zbierają na te 
ambaje. Mizeria nie życie... Jak 
chcesz... Rodowi to nie hańba... 
nie... Nie gadam nic... Alić 
ninie ujrzawszy, myślałem, że 
mnie krew zaleje! W grdyce mnie 
jeszcze dławi, kiedy wspomnę... 
Jezus Maryja! Gdyby jegomość 
ujrzeli!... Miłosiernyś? Czy ci 
bronię?! Rozdaj groszy, wiele 
chcesz, ale bez hańbienia się!! 
By kto ujrzał!! Bachory 
dokoła... z bajgielami jako ten 
bakałarz przy elekcji żaków... 
Gada z nimi... niańczy... dziw 
mi, że nie iska... Staszek! 
Starszym... waruj się czegoś 
takiego... waruj się... 
zabraniam w ojcowym imieniu... 
słyszałeś!
Wbił oczy w cichą twarz brata, 
chwycił go za ramiona, 
potrząsnął.
— Słyszałeś?! Nie pójdziesz 
więcej! Rodu hańbić nie 
śmiesz!!...
— To mi się nie widzi hańbą...
— Nie widzi ci się!!! Dlaboga! 
Bym pani matki nie czcił, 
rzekłbym, że bękart jakowyś w 
gniazdo się zaplątał!... 
Odmieniec kukułczy!... Boginkowy 
pomiot!... Kondel!!
Spotkał wzrok brata i szał go 
poniósł jak wicher. Trzasnął z 
całej siły pięścią w uparte 
oczy, zamknięte usta. Trzasnął 
po raz drugi. Zwalił go z nóg i 
okładał bez opamiętania, 
charcząc przez zęby z 
wściekłością:
— Krokiem samego nie 
puszczę... Rozumiesz? Ty 
chłystku!!... Mnichu!! 
Niedojdo!... Bezwstydo! Broń się 
chociaż! — wrzasnął nagle. — 
Czego mnie nie bijesz?!
— Ja? Pawłuś! Ja bym ciebie 
bił?!...
— Toćże ja cię pierę...
— Bij, nic nie szkodzi... — 
uśmiechnął się z taką 
tkliwością, że Pawło ryknął 
naraz płaczem, porywając go w 
objęcia.
— Dlaboga! daruj! Patrz, do 
czego mnie prowadzisz! Daruj!... 
Stachu!... musisz się 
odmienić!...
— Nie odmienię się, 
braciszku... daremnie... Bym 
chciał, to bym nie spotrafił. 
— A niech to wszyscy diabli 
porwą!! — wykrzyknął Pawło i 
wypadł z komnaty. W ostatniej 
izbie pan Bieliński siedział 
pochylony nad mapą niebios, na 
wielkim arkuszu kończąc zawiłe 
jakieś obliczenia. Odwrócił 
twarz rozpromienioną. 
— Mości Pawle, w fortunną porę 
przychodzisz! Nareszcie 
wykończyłem mozolną pracę 
horoskopu prześwietnego domu 
jaśnie wielmożnego pana 
kasztelana, dobrodzieja mego. 
Spójrz waść, co za czarowne 
aspekta! Niezwykłe wywyższenie 
familii! Splendor, jakoby 
królewski. Sławę Kostków po 
całym globie stugębna fama 
rozgłosi... 
— A jużci — rzekł Paweł 
szyderczo — widzę już tego 
początki.
— Wątpisz waść?! Raczże 
popatrzeć: połączenie Jowisza ze 
Słońcem! Nie chybi! Z 
niewzruszoną statecznością 
ręczyć mogę, iż podniesienie 
extraordynaryjne, niezmierne, 
spłynie na ród, w tak szczęsnej 
koniunkturze konstelacji 
umieszczony... Raczże popatrzeć: 
będę explikował... Słońce w 
znaku Lwa... Te tu figury znaczą 
domy słońca, z których 
pryncypalny jest...
— Wyexplikujesz waść później, 
a posłuchaj raczej: co czyni 
Staszek, gdy ma czas wolny? Jak 
myślisz?
— W kościele siedzi modlący... 
Z jałmużną chodzi... jak to 
Staszek — odparł zdziwiony 
mentor.
— Z jałmużną! a pewnie! jeno z 
jaką!! Obaczyłem dzisia trafem! 
W awerny plugawe, między 
achańczę co najnikczemniejszą 
lezie i tam... Boże odpuść!... 
za pan brat!... z bachorami 
śmierdzącymi siedzi... pacierza 
uczy... żakiem się kreuje... 
kołtuny im gładzi rad... 
— Och! — kiwał powoli głową 
preceptor zgorszony.
— Złość mnie chwyciła na to, 
żem go zbił jak psa. 
— Och! — jęknął pan Bieliński 
po raz wtóry.
— Ninie zaś pytam, co waść 
zamierzasz z tym zrobić?
Pan Bieliński spojrzał na 
niego bezradnie.
— Co waść uczynisz? — nacierał 
Pawło gwałtownie.
— Nie widzę remedium... — 
westchnął.
— A niech was wszystkich 
pioruny!! Chwała Bogu, że mnie 
jeszcze miły honor domu! 
Waszmość nie widzisz remedium!! 
Mnie się trzeba pono edukacją 
Staszka zająć... Brat mój jest i 
nie zezwolę, by się poniewierał, 
klejnot paskudził!... Bym mu 
miał co dnia bastonadę wlepić! 
Ja go oduczę!... Prócz tego, 
piszę co rychlej w tej materiii 
list do jegomości dobrodzieja 
pana ojca...
— Na miły Bóg! — krzyknął 
przerażony mentor — zatrzymaj 
się, mości Pawle!...
— Ani myślę. Jegomość remedium 
znajdzie, nie bój się waść...
— O Boże, znajdę i ja... Pilno 
idę... pomówić ze Staszkiem... 
Jaśnie wielmożny kasztelan 
dobrodziej... co by rzekł!... O 
Boże...
Spojrzał z żalem na horoskop i 
podreptał ku drzwiom zatroskany. 
Zastał młodszego pupila 
siedzącego nad zadaniem. Twarz 
miał pobladłą jeszcze i 
posiniaczoną. 
— Staszek! — jęknął, padając 
na krzesło.
— Słucham waszmości.
— Nieprzystojne twoje 
zachowanie surowego potępienia 
jest godne... Pawło chce pisać 
do jegomości dobrodzieja pana 
ojca... 
— Cóż ja na to poradzę?
— Obiecaj, że się 
odmieniĄsz... Jałmużnę dać 
chwalebna rzecz, jeno bez 
konfidencji... bez bratania się 
z chamami... 
— Nie mogę obiecywać, czego 
nie dotrzymam.
— Staszek! Bój się Boga! Co z 
ciebie wyrośnie?! Dla ogłady i 
szlachetnych manier wysłał was 
jaśnie wielmożny kasztelan do 
Wiednia, a ty, miast tego, z 
plugastwem w amicycję wchodzisz? 
Taką socjetę obierasz! Z 
nieurodzonymi przestajesz!
Staszko spojrzał na niego 
poważnie. 
— Nie wierzę, by były jakoweś 
różnice w urodzeniu — rzekł z 
namysłem. — Siłam nad tym 
przedumał. Wszystko to ludzkie 
zmyślenie. Ludzie jednakie są, 
dobre i złe, tu i tam, jeno że 
tu obdarte, głodne i ciemne, a 
tam nie...
— Chryste Panie! Toć pojęcia 
gorsze niźli heretyckie! Nawet 
lutry ustanowione odwieczne 
różnice społeczne szanują!... 
Kto ci to do głowy włożył?!
— Sam, niemało nocy nad tym 
przemyślawszy.
— Mądrzejsi ludzie od ciebie 
myśleli, nie bój się! Zawierz 
rozumowi starszych. Co z ciebie 
będzie?... Dzieckoś lube... Do 
rany jeno przyłożyć... by nie ta 
egzagieracja nieszczęsna! 
Egzagieracja zasię zgubna rzecz, 
szczególnie dla umysłów 
młodszych... Pawło pismo chce 
słać... Napisze... znam go... Co 
powiedzą o mnie pan kasztelan?! 
zawierzyli Bielińskiemu... 
Bieliński darmo chleb jadł... 
Zaufania nie godzien... Hańba! A 
jam nie chciał... Bóg 
świadkiem!... Duszę bym oddał, 
by jeno pana kasztelana 
ukontentować, a za 
dobrodziejstwa godnie się 
wypłacić... Ot, wypłacę się!... 
Boże mój! Zgryzotą nie 
kontentacją... Chyba uciekać mi 
przyjdzie, czym wstydu także nie 
zmyję... — biadał wpół z 
płaczem, zgarbiony w wysokim 
poręczowym krześle. Staszek 
przyglądał mu się ze 
współczuciem, które walczyło w 
nim z buntem. Lubił swego 
mentora, pamiętał go z 
dziecinnych lat. Myśl, że stawał 
się przyczyną jego gorzkich łez, 
ciążyła sercu nieznośnie.
— Zbił cię Pawło... wiem! — 
ciągnął pan Bieliński. — Bacz, 
że grzech bierzesz na swoje 
sumienie, brata do złości 
przywodząc... Staszek! opamiętaj 
się!
Ostatnie słowa mentora 
uderzyły chłopca.
— Nie płacz waść. Wszystko 
zrobię, by Pawła więcej nie 
judzić. Ułożym się jakoś 
zgodnie... Niech do Rostkowa nie 
pisze. 
— Byś jeszcze na te gonitwy z 
nami zechciał pójść! Zaprosiny 
są! z samego cesarskiego dworu! 
Na gonitwy i na fest...
— Pójdę.
— Chwała Bogu! Dziecko moje! 
Obaczysz! zaraz innego myślenia 
nabędziesz... Chwała Bogu! A 
skończysz zadanie, przyjdź obacz 
horoskop... skończony...
Wyszedł z rozjaśnioną twarzą. 
Staszek chciał wrócić do nauki. 
Nie szła mu. Czuł niechęć do 
samego siebie. Życie dwojakie, w 
ciągłym przymusie, zawsze 
ciężkie, w ostatnim roku stało 
się dlań męką. Wikłał się i 
plątał, jak w narzuconej, nie 
swojej odzieży. Z przerażeniem 
patrzył w przyszłość. Cóż stąd, 
że mu zezwolą być księdzem? Z 
wolą jego czy bez woli, ojciec 
go popcłhnie ku dostojeństwom 
kościelnym, które budziły w nim 
trwogę. Dość się napatrzył 
biskupów. Każdy z nich 
niewolnikiem był swego urzędu, w 
twardej walce o prawa i 
prerogatywy Kościoła niewiele 
mając czasu myśleć o swej duszy. 
Jedyne życie, którego by 
pragnął, któremu dusza 
stęskniona się śmiała, życie 
cichego zakonnika, mnicha — było 
dla niego zawarte. Przenigdy się 
ojciec nie zgodzi. Raczej 
wyklnie, niż się zgodzi.
Zapłakał z żalu nad sobą. Być 
ubogim, swobodnym, niczyim! Nie 
dźwigać ciężaru dostatków! Nie 
czuć spojrzenia każdego biedaka, 
jak policzek!... Nie rozkazywać 
nikomu!... Nie mieć nic krom 
swej duszy i tę oburącz 
ofiarować Bogu... Czyż może być 
większe szczęście?
Rozdźwięk bolesny między nim a 
otoczeniem, z dziecinnych lat 
zostający, wzmógł się od czasu 
przebytej choroby, zawisł nad 
duszą koniecznością wyjścia z 
matni. Gdy w nieustannym 
przypływie wdzięczności 
rozpamiętywał niezmierne łaski 
Boże, jakich czasu owej choroby 
doznał, coraz krzepciej dźwigało 
się w nim przekonanie, że ich 
wówczas nie zrozumiał, a słowa 
Cudownej Zjawy znaczyły nie 
tylko obietnicę życia, lecz 
także żądanie zmiany życia. I 
rozdarty na dwoje między 
natarczywe gwałtowne ducha swego 
rozkazanie a wstyd, gniew lub 
łzy rodziny, gryzł palce w męce, 
nie wiedząc, co ma uczynić.
Tupot kopyt na placu, gwar 
głosów przerwały jego dumania. 
Posłyszał głos brata i wyjrzał 
przez okno. Znajomy handlarz 
koni ukazywał Pawłowi pięknego 
nad podziw taranta, wielkiego 
rodu i cnoty, skóry 
śnieżnobiałej — choć rogu 
czarnego. Ogon, zazwyczaj skąpy 
u tarantów, spływał poniżej 
pęciny. Źrebiec kształt miał 
obłączysty, kark wyniosły, pierś 
jak bramę. Z Turcji, przy okazji 
koni dla cesarza od sułtana 
przesyłanych, przez sprytnego 
handlarza został sprowadzony. 
Słońce grało tęczą na jego 
szerokim krzyżu i potężnym, 
muskularnym zadzie. Dosiadający 
go pachołek twardo trzymał 
wodze, szarpiąc ogiera, który 
zżymał się i rzucał, dostępu do 
siebie nie dając.
— Precz z konia! — krzyknął 
Pawło. Pachołek znikł, woźnica 
rostkowski Maciej przydłużał już 
strzemiona na miarę panicza. 
Pawło zebrał wodze i wskoczył na 
siodło. Źrebiec wspiął się niby 
świeca i runął naprzód w 
szczupakach, lecz wnet poczuwszy 
lekką rękę i swobodne wodze, 
uciszył się, wygiął wdzięcznie 
szyję, kładąc się miękko w 
wędzidle, i popłynął jak łabędź 
naokoło placu. Rozpuszczony 
lekko ogon błyszczał za nim jak 
tuman srebrzysty. Smukła postać 
jeźdźca zrosła się z kształtem 
cudnego zwierzęcia w 
nierozerwalną, doskonale piękną 
bryłę. Z bramy domu gospodarz 
Kimberker powiewał kapeluszem, 
wyrażając głośno zachwyt dla 
sprawności jeźdźca. Pawło 
zatoczył jeszcze koniem kilka 
razy i osadził go przed progiem.
— Nasz jest — rzekł do 
Macieja. Trzeba osobną gródź 
zrobić. Pacyfik! przynieś 
szkatułę z pieniędzmi.
Handlarz rozpoczął nad wyraz 
długą opowieść o niezmiernych 
kosztach i niebezpieczeństwach 
towarzyszących jakoby 
sprowadzeniu konia. Staszek z 
okna przyglądał się bratu, gdy 
stał tak, gładząc ręką 
jedwabistą kądziel źrebca, 
podobny do niego z urody, 
pańskości i ognia. Poczuł dlań 
mimowolny podziw i uznanie. Oto 
Pawło umiał żyć swoim życiem, 
według swego rozumienia, biorąc 
ze świata to tylko, co chciał. 
Miłował Boga po swojemu, lecz 
szczerze, miłując życie, dzieło 
Boże. Szedł właściwą sobie 
drogą, pewnie i radośnie. 
Przyszło mu na myśl, co by 
zrobił Pawło, wtłoczony przemocą 
w życie cudze, choćby w jego, 
Staszkowe, życie modlitw, 
kontemplacji i pokory? Odpowiedź 
krótka, niezbita, przeszyła mózg 
błyskawicą: uciekłby. Nie 
zdzierżyłby ani godziny.
Poczerwieniał mimo woli. To by 
uczynił Pawło, a cóż on? Od 
szeregu lat żyje życiem, które 
go mierzi, które mu jest obce. 
Wciągnięty przemocą w cudze 
szlaki, cudze pojęcia, usuwa 
się, kurczy, cierpi, ale znosi! 
W niepojętej swej dobroci okazał 
mu Bóg łaskę, łaskę wielką, o 
jaką święci latami się modlą, a 
on co uczynił? Co uczynił? Nic. 
Wieczny ciastoch uległy, pójdzie 
za tydzień na turniej cesarski, 
a potem na bankiet, a potem 
kiedyś, gdy ojciec zechce, 
pójdzie tak samo na możne 
biskupstwo! Jak był niegodny, 
jak mały!... 
Rumieniec wstydu palił mu 
twarz falą coraz to ciemniejszą. 
Był dotychczas bierny, bierny, 
niezdolny do czynu. A Bóg 
miłował czyn. Czynów chciał. 
Czyn jeno świadczył u Niego o 
miłości i o wierze... 
VI
Kardynał Commendone, jako 
nuncjusz w Wiedniu bawiący, 
kazał co szybciej wpuścić 
kasztelanica rostkowskiego, syna 
przyjaciela, i witał z 
serdecznym wylaniem. W mrocznej 
komnacie, której okna ze względu 
na chore oczy kardynała zasnute 
były oponami, przyciągnął go ku 
sobie blisko, z trudem starając 
się rozeznać rysy.
— Znam ojca waści, mój synu — 
zaczął szybko — jakże, w 
serdecznej zostajemy 
zażyłości... Widziałem go, 
będzie ninie... — liczył na 
palcach — nie więcej ośmiu 
miesięcy... Siły mu służą 
jednako... Dobra krew! Zasię 
Albertus, brat, niepoślednią już 
jest w województwie personą i de 
publicis ostro się zajmuje... 
Matka czcigodna w dobrym żywie 
zdrowiu...
— Wasza eminencja raczy mi 
zezwolić...
— Zezwolę na wszystko, mój 
synu... Nie dalej jak temu dwa 
dni zapytywałem wielebnego Ojca 
Maggio o postępy waszmościów w 
nauce... Nie ma dość słów 
pochwały dla aplikacji waszej, a 
bystrości... Miło mi to było 
słyszeć. Jakoż się wam żywie w 
Wiedniu? Pierwsza stolica! A 
gonitwy i festyny za parę 
dni?... Skacze serce do 
festynów, prawda?... Nie macie 
rozrywek w kolegium?... Oj, 
pewno nie... Ojcowie Jezuici 
więcej o naukę dbają niźli o 
zabawę. I słusznie! Przyjdzie i 
na tamto czas... ubawisz się 
jeszcze do syta... 
— Wasza eminencja raczy 
łaskawie wysłuchać... 
— Ależ słucham, słucham. Kogóż 
bym chętniej słuchał jak nie 
syna przyjaciela... obrońcy 
wiary prawdziwej... Nieustępliwy 
jest pan kasztelan w kwestiach 
wiary... Takich nam trzeba...
— Wasza eminencjo... ja... w 
sprawie mojej wokacji...
— Wiem i o tym, wiem wszystko. 
Mówił mi pan kasztelan, zaś 
Ojciec Maggio potwierdził... Nic 
bardziej ukontentować mnie nie 
mogło. Obyż jak najwięcej 
szlachetnego rodu pacholąt 
żywiło podobne aspiracje! 
Wytrwaj w nich waść jeno, a już 
my baczyć będziemy, by się 
niepowszednie zdolności twoje na 
szerokiej arenie rozwijały...
— Wasza eminencjo — wyjąkał 
Staszek — ja bym.. do zakonu 
chciał...
Kardynał urwał w pół słowa.
— Do zakonu, moje dziecko?! Z 
waści urodzeniem, oświatą! Za 
kratę dobrowolnie, miast 
bojownikiem być i obrońcą 
Kościoła! Zali pan kasztelan 
powiadomiony jest o tych 
zamierzeniach?
— Jegomość ojciec dobrodziej 
nie wiedzą... 
— Nie wiedzą i snadno można 
suponować, że opozycję niezłomną 
postawią...
— Ojciec Maggio nie chce 
również...
— I słuszna! Wiadomo: bez 
pozwoleństwa rodzicielskiego do 
nowicjatu nie przyjmie... Skąd 
waści myśl przyszła o furcie? 
— Z dawna, ale od roku 
szczególnie... By wasza 
eminencja raczyła przemówić, 
Ojciec Maggio przystałby... 
Suplikuję najpokorniej...
— Otwarcie zadeklaruję, że 
choćby tak było, w co wątpię, bo 
Ojciec Maggio swoją władzę nad 
sobą ma, nie wstawiałbym się 
zgoła. Wrychle opuszczą waści te 
marzenia, rozczarowaniem zapewne 
jakim młodzieńczym inspirowane. 
Znam to! W sprawie wyboru drogi 
duchownej zdania będę pana 
kasztelana, który, jako ojciec, 
ostatnią być winien dla waści 
instancją...
Staszek potoczył wzrokiem 
dokoła, wysiłkiem woli 
powstrzymując łzy. Nie wiedział, 
co mówić, by przekonać kardynała 
o swojej słuszności, jakimi 
słowy przełożyć. Ogarnął 
spojrzeniem wytworne szaty 
dostojnika, jego pielęgnowane 
ręce, przepych sali, sekretarzy, 
dwór cały, czekający w 
przyległej komnacie, i na myśl, 
że kiedykolwiek zmuszonym byłby 
żyć podobnie, z przerażającym 
obuchem władzy i godności w 
dłoni — pochwyciła go rozpacz 
bez granic.
Kardynał przyglądał mu się z 
natężeniem krótkowzrocznymi 
oczami.
— Nie dziwuj się, synu, mym 
słowom — rzekł nagle, porzucając 
dotychczasowy, żartobliwy nieco 
sposób mówienia — Kościół w 
niebezpieczeństwie trwa, 
periculum in mora, obrońców mu 
tedy potrzeba...
— Wiem, co chcesz powiedzieć — 
zawołał, widząc, że Staszek chce 
przerwać — nie neguję zasługi 
zakonów, szczególnie Towarzystwa 
Jezusowego... Do zakonu wszakże 
niech idą jednostki słabe, 
nijakie... W rygorze dyscypliny, 
zbiorowo, staną się pożyteczną 
siłą... Ludzie wybitni winni być 
swobodni... Loyola podlegał 
regule, ale ją sam stworzył... 
Niepojęta rzecz, siła może 
sprawić jeden człowiek, 
zwłaszcza gdy znakomitego jest 
rodu, na świeczniku w 
społeczności swojej 
postawiony... Daleką jest ode 
mnie próżna chwalba, wiesz 
wszakże mój synu, kto sprawił, 
że Polska ninie herezji 
unanimiter nie proklamowała? 
Hozjusz kardynał i ja. Nas dwóch 
Bóg wybrał za narzędzia tego 
dzieła. Dwóch ludzi! Wieki miną, 
a historia zawdy powtórezy: 
Hozjusz i Commendone salwowali 
prawdziwą wiarę w 
Rzeczypospolitej Polskiej!... 
Ale wróg żywie. Jeden szturm 
odparty, przyjdzie drugi, my zaś 
starzy... Trza sił nowych... 
Naznaczonyś do tej służby, od 
której odmawiać się nie lza... 
Spojrzał w pobladłą twarz 
chłopca i kiwając z pewną 
melancholią głową, dodał:
— Wiesz ty, zali niejeden nie 
śnił podobnie w młodych leciech 
o życiu czystym, dalekim od 
pokus i władzy, nie wdzierał się 
w szańce anielstwa? Ale życie, 
synu, inne ma wymogi, od których 
chyba świętym uchylić się 
wolno... Życie twardą daje 
służbę, a przecie wytrwać w niej 
trzeba. Wytrwasz i ty. Da Bóg, 
jak Hozjusz kolumną będziesz 
polskiego Kościoła... Ostaw 
zakon tym, którym Bóg podobnej 
roli nie wyznaczył... Idź teraz 
w pokoju, mój synu, Bóg z 
tobą...
Nakreślił szybko krzyż nad 
głową chłopca, przyzywając 
równocześnie ręką sekretarza, by 
szedł pilne listy pisać — poczta 
rzymska bowiem miała odjechać 
nazajutrz.
Staszek wyszedł, mrużąc oczy 
od światła. Przed bramą, w 
której stały barwnie 
przystrojone warty i sześciu 
łuczników z pocztu 
kardynalskiego, zatrzymał się w 
namyśle głębokim. Postał chwilę, 
potrząsnął głową i ruszył 
krokiem stanowczym.
— Pacyfik! obiad dawajcie, 
gdzież ten dusipacierz?
— Panicz Staszko z rana 
wyszli, przykazując, by na nich 
z obiadem nie czekać. 
— Znów gdzieś polazł łazęga — 
zmarszczył Pawło brwi.
— Proszę łaski panicza, pewno 
w odwiedziny poszedł, bo paradną 
delię wdział i kamchowy żupanik 
z guzami.
— Ha! pewno, że w takowym 
adiustunku do swoich dziadów 
śmierdzących nie poszedł... W 
odwiedziny, ale do kogo? 
Chytroba! Siednijże, Jurek — 
zwrócił się do Rozrażewskiego.
— Będzie jeszcze ze Staszka 
uczciwy człowiek, obaczysz...
Siedli do obiadu. Pacyfik 
rozlał polewkę z kaczek, gęstą 
jak potrawa, pieprzem, imbirem i 
kardemonem suto zaprawioną. 
Jedli, rozprawiając żywo. Rychłe 
gonitwy zaprzątały umysł, 
rozpalały oczy chłopców. Będąli 
to prawdziwe turnieje, na ostre, 
czy jeno do głów a pierścieni? 
Wiele konnych, wiele pieszych? 
Jacy rycerze wystąpią?... 
Niezwykła to była rzecz, takim 
młodzikom oglądać zawody w 
zamkniętym, cesarskim dziedzińcu 
odprawiane.
Stało się wszakże, że chwiejny 
cesarz Maksymilian, nagłym 
nawrotem sympatii do Towarzystwa 
Jezusowego tknięty, pragnąc 
sympatię ową bez żadnych kosztów 
okazać, przysłał zezwolenie 
asystowania turniejom dziesięciu 
pacholętom z kolegium, co 
najlepszych rodów. 
Kasztelanicowie rostkowscy i 
pociot ich Rozrażewski znaleźli 
się w sumie szczęśliwców. Cuda 
prawiono o mającym później 
nastąpić festynie, o sztucznych, 
nad podziw, ogniach. Powiadano, 
że na rzece ukaże się ognista 
wyspa, na której niebo, piekło i 
czyściec będą wyimaginowane.
— Widzi mi się, że to baśnie — 
zauważył pan Bieliński. — Jenom 
o gonitwie słyszał a bankiecie. 
Fest grzeczny ma być, wszelako 
nie taki na pewno, jako był w 
Krakowie na gody miłościwego 
króla z nieboszczką Elżbietą...
— Powiadaj waść, jak to 
było?...
— Trudno w dwóch słowach 
wyrazić, wszakże po obiedzie 
chętnie obszerniejszy dyskurs 
tej materii poświęcę — obiecał 
mentor, ujmując w dwa palce 
kawał cielęciny, w żółtej 
szafranowej jusze umaczany. 
— Cięgiem mi po głowie chodzi, 
kaj ten Staszko poszedł?... Toć 
to u niego extraordynaryjny 
wypadek!
— Jeżeli pensów jeszcze nie 
odrobił, to ino go patrzeć z 
powrotem.
— Kiedy by odrobił? W nocy? 
— Pójdę, obaczę — rzekł pan 
Bieliński, powstając.
— Obacz waść, owszem. Zeszyty 
jego w pultynku. Jurek, piwa 
chcesz, czy wina?
— Na upał piwo się godzi... — 
przerwał, bo z sąsiedniego 
pokoju doleciał ich przeraźliwy 
krzyk pana Bielińskiego. 
Skoczyli. Mentor stał, targając 
oburącz czuprynę, okulary opadły 
mu z nosa.
— Co waści jest?
— Czego waść krzyczysz, na 
Boga!?
Ruchem rozpaczliwym głowy 
wskazał im pismo, leżące na 
stole. 
— Od Staszka?! Jakaś 
facecja?...
— Daj! — krzyknął Pawło. 
Czytał półgłosem, bledniejąc w 
miarę czytania. Rozrażewski 
zaglądał przez ramię, pan 
Bieliński jęczał jak chora 
niewiasta. Pacyfik zmartwiały 
stał w progu. Na dużym arkuszu, 
wyraźnym, dziecinnym nieco 
pismem Staszka było wypisane:
Najmilszy Braciszku mój, 
Pawle! 
Pozdrawiam serdecznie ciebie i 
pana Bielińskiego i donoszę wam, 
byście nie szukali mnie ani nie 
czekali na mnie, bo się już do 
was nie wrócę. Tutaj Ojcowie 
Jezuici nie chcą mnie do zakonu 
wziąć, więc idę w świat, od 
miasta do miasta, aż najdę, 
gdzie by mnie przyjęli. I nie 
gniewajcie się na mnie, że 
poszedłem, bo tak było trzeba. I 
pokłoń się, Braciszku mój 
serdeczny, w Rostkowie ode mnie 
pani matce umiłowanej 
dobrodziejce i Wojtusiowi, i 
panom Moczydłowskiemu i 
Łahodzie, i domownikom, i 
kmieciom także. Niechaj mnie oni 
wszyscy źle nie wspominają, a co 
bym im kiedy zawinił — 
odpuszczą, bo się już do nich 
nie wrócę. Rad bym pod nogi 
podjął jegomości dobrodzieja 
pana ojca, jeno tak myślę, że i 
słyszeć o mnie nie zechcą, ale 
gdyby sfolgowali, tedy cię 
proszę, byś ich ode mnie 
obłapił, a nogi im ucałował. A 
na koniec tego listu, całuję 
cię, Braciszku mój kochany 
Pawle, i Matce Boskiej polecam, 
i dziękuję za wszystko, co... 
Papier z szelestem wypadł z 
drżących rąk czytającego. Przez 
chwilę trwało milczenie.
— Pacyfik! konie! Żywo! — 
wrzasnął Pawło. — Przestań waść 
ryczeć do diabła!! — grzmotnął 
pięścią w stół, pod nosem 
szlochającego mentora. — Dużo 
ślozami pomożesz! Rano wyszedł, 
daleko nie ubieżał! 
— Pieniądze miał?
— Nie miał... klucz od 
szkatuły jest przy mnie... — 
odparł preceptor przez łzy. 
— Piechty wędruje... Dogonim 
go przed wieczorem.
— Żywo jeno! żywo! żywo!
Zbiegli na dół, doglądając 
zakładania koni. 
— Maciej skarbniczek niech 
bierze, ja poprzód na koniu 
wyskoczę... Turka kulbaczcie mi 
duchem... Pacyfik, gadaj, jak 
myślisz: toćże dogonimy go 
skoro?
— Pewnikiem, paniczu, żeby 
jeno znać, którą drogą panicz 
Staszko poszli...
— Prawda! — zakrzyknął z 
rozpaczą Paweł — zabaczyłem! Nie 
wiada, w którą stronę gnać... We 
świat... a z Wiednia we świat 
dróg kopa... Jurek! biegaj do 
kolegium, opowiedz Ojcu Doniemu, 
może mu się zwierzył, może 
jeszcze i z Wiednia nie 
wyszedł... Do Theobulka, do 
samego Ojca Maggiego idź...
— Gdzie się wybiera wasza 
godność? — zagadnął senator 
Kimberker, wchodząc na 
dziedziniec. Spojrzał zdziwiony 
na spłakane oblicze pana 
Bielińskiego.
— Biada, panie gospodarzu, 
biada! — wyjąkał tenże. — 
Staszek zginął!...
— Zginął!... 
— Uciekł po prostu — syknął 
Pawło — co tutaj ukrywać!
— Uciekł? Pan Stanisław, o ile 
miarkuję, zawdy zamieszanie w 
familię wprowadza... Dokąd 
uciekł? Rzecz nie do 
wyimaginowania!
— Do zakonu, na mnicha! A 
dokąd, nie wiemy...
— Dawno uszedł?
— Dziś rano, tuszym, że go 
zgonim... 
— Trza rozpytać, co rychlej, 
po bramach grodzkich... wartowni 
musieli widzieć. Jako był 
odziany?
— W paradną delię i żupan 
kamchowy zielony.
— Tym bardziej spostrzec 
musieli... Do bram miejskich co 
żywo, panowie. Jeśli zezwolicie, 
podjadę z wami; senatorem będąc 
łacniej dogadam się z wartą, a 
jeśliby zaszła potrzeba i pościg 
grzeczny z halabardników się 
złoży...
— Otuchę nam wlewasz waszmość 
w serca w afekcie srogim 
pogrążone... 
Zaturkotały koła kutego 
skarbnika po bruku, wyrywając ku 
bramie najbliższej, zwanej 
BurgĂthor, aż skry pryskały spod 
kopyt. Darmo jednakże objechali 
gród, pytając starannie 
wartownych. Nie widziano zbiega 
nigdzie. Stróże zaręczali, iż 
zauważyliby niechybnie strojnego 
panicza, gdyby był tędy 
przechodził.
— Jest w grodzie — mruknął 
Kimberker — zrazu tak 
myślałem... Młodziak nie 
puściłby się bez ekwipunku i 
pieniędzy... w mieście się 
skrył...
— Ale gdzie?! — wykrzyknął pan 
Bieliński.
— Powiem waszmościom gdzie: 
głowę mogę dać, że skryli go 
Jezuici. Bezecna to intryga 
mnichów... Wybacz wasza godność, 
że powiem szczerze, iż pan 
Stanisław nie wydaje mi się 
zdolnym takową rezolucję samemu 
obmyśleć i przeprowadzić... Nie 
lada to przecie impreza!
— Słusznie waść mówisz — 
mruknął ponuro Pawło — tandem, 
co począć wypada?
Wracali stępa do domu 
stroskani. Rozrażewski oczekiwał 
już na nich przed progiem. 
— Nikt nic nie wie w kolegium 
o Staszku. Pytałem wszystkich. 
Nie było go tam dziś cale.
— Samego Ojca Maggiego 
widziałeś?
— Widziałem. Zdziwił się i 
zalterował. Jeden Ojciec Doni 
nie zafrasował się całkiem. "Bóg 
nad nim czuwa" — powiedział i 
poszedł... 
— Nie mówiłem! — zawołał z 
triumfem Kimberker.
— Zajdę jeszcze do 
Tarnowskich... a może Bernard co 
wie... — rzekł Rozrażewski, 
puszczając się pędem.
— Co począć?! co począć! 
Ocknijże się waść! — wołał z 
gniewem Pawło, szturchając w bok 
pana Bielińskiego. 
— Ostaw mnie, mości Pawle... 
Koniec chyba mizernemu żywotowi 
uczynię czy co... Stracę się... 
Biada mojej głowie! Dobrzem 
dopilnował syna pana 
kasztelana...
— Stracisz się później, teraz 
radź!...
— Co mam radzić? Staszka nie 
ma!
— Widzi mi się — rzekł 
Kimberker — że czcigodny 
preceptor, ducha straciwszy, 
niewiele nam dopomoże. Wasza 
godność i ja obejmiem ster 
poszukiwań, a nie wątpię, iż 
szczęśliwy skutek je uwieńczy... 
Pan Stanisław jest w grodzie 
niechybnie...
— Łacniej w puszczy kogo 
wytropić niż w grodzie. 
Kimberker zamyślił się, 
skubiąc szpakowate wąsy.
— Wasza godność — rzekł po 
chwili przyciszonym głosem — mam 
ja sposób niezawodny dowiedzieć 
się, gdzie osobliwie jest w ten 
moment pan Stanisław... 
Dyskrecji jeno trzeba 
najściślejszej, ostrożności, a 
także odwagi niemałej... 
— Jakże to? 
— Niewiastę znam, w praktykach 
tajemnych nad wszelkie pojęcie 
biegłą... 
— Wróża? prowadź nas co żywo; 
jakaż to wróża? Cyganka?
— Cyt, na Boga! — szepnął 
Kimberker, chwytając go za rękę. 
— Cyt! nie Polska tu... By jeno 
kto posłyszał, na stos niebogę 
powiodą.
— Nie rzekę nic... chodźmy!
— Dobrze by wziąć coś z 
odzieży pana Stanisława...
— Zaraz przyniosę — rzekł 
Pawło, biegnąc na górę; pan 
Bieliński pospieszył za nim, co 
miał sił. 
— Mości Pawle! nie tylko to, 
gałąź agrestu, jeśli nie 
tarniny, nieznacznie za pazuchę 
wsuń... 
— Po co? 
— By ta wiedźma, bo kalkuluję, 
że to wiedźma musi być, nie 
sczarowała nas, co snadno 
przydarzyć się może.
— Zwariowałeś waść! Będę 
właśnie szukał agrestu albo 
tarniny — odparł Pawło, chwycił 
pas oraz koszulę Staszkową, 
zwijając je razem z pośpiechem. 
— Tedy dzięgielu... 
przynajmniej dzięgielu!... także 
chroni, osobliwie gdy w gębie 
trzymany... Jest w apteczce! — 
wołał gorączkowo pan Bieliński, 
otwierając kowany sepecik. 
Zbiegli na dół i zostawiwszy 
konie, poszli za Kimberkerem. 
Prowadził ich długą krętą 
rozpadliną smrodliwych zaułków.
— Daleko... — niecierpliwił 
się Pawło. — Silna to aby 
wróżka? Bo jeśli czas jeno darmo 
tracim...
— Przekona się wasza 
godność... okrutnie ona silna... 
zna wszystko... zazionąć może 
każdego...
— Z kart gada? ze zwierciadła? 
z wody? 
— Cicho!... na Boga! Sybillę 
ma, przez demona posłusznego 
opętaną, która instar 
starożytnej Pytii delfijskiej 
odpowiada... Suplikuję jednak 
waszą godność głośno profesji 
owej białogłowy nie wyrażać, by 
kabały jakowej nie ściągnąć... 
Weszli na koniec do wąskiej 
sieni wysokiego, ponurego domu. 
Szli omal mackiem w ciemności. 
Na trzecim piętrze Kimberker 
uchylił drzwi. Dwie stare 
kobiety siedziały pochylone nad 
ornatem, który pracowicie 
wyszywały. Zwoje różnobarwnych 
nici zalegały sprzęty. Na widok 
wchodzących obie hafciarki 
powstały.
— Wasza dostojność życzy sobie 
coś zamówić?
— Tak jest — odparł Kimberker. 
Wziął obojętnie do ręki stułę 
zaczętą, wiszącą na ścianie i 
rozglądał się bacznie dokoła. 
— Wiedza uświęca — rzekł nagle 
znaczącym głosem.
— Poznanie daje władzę — 
odparła jedna z kobiet, 
przyglądając się im z uwagą.
— Władza należy się śmiałym.
— Przed śmiałym wszystko 
otworem. — Pochyliła przed nimi 
głowę, otwierając zamczystą 
armarię pełną szat i robót 
hafciarskich kościelnych. 
Rozchyliła zwisające tkaniny, 
ukazując w głębi małe, wąskie 
drzwiczki. Kimberker sapiąc 
wepchnął się w nie z trudem 
pierwszy. Ciasne przejście, 
wyrobione w ścianie domu, 
prowadziło krętymi schodkami w 
nieprzeniknionych ciemnościach 
ku górze. 
— Masz waść dzięgiel? — spytał 
szeptem pan Bieliński.
— Mam.
— Weźmij go do ust, a żywo! 
Pawło machnął ręką. Kimberker 
otwierał drugie drzwiczki, z 
trudem po omacku poszukując 
rygla. Zgięci wpół weszli do 
obszernej niskiej izby, zupełnie 
pozbawionej okien. W pułapie 
przymknięta klapa, wychodząca 
wprost na dach, przepuszczała 
nieco światła i powietrza. Zbyt 
mało, bo w izbie duszno było i 
dymno. Izba wyglądała na 
pracownię alchemika; obszerny 
komin zastawiony był tyglami, na 
ścianie wisiały pęki ziół. Z 
tapczanu zaścielonego skórami 
podniosła się kobieta, 
dziwacznie pstro odziana, 
niestara. Włosy miała 
zmierzwione, twarz bladą, 
rozpustną i przebiegłe oczy. 
— Brat tego oto dostojnego 
pana — zaczął krótko Kimberker 
przyciszonym głosem — uciekł 
dziś rano z domu w niewiadomą 
stronę. Dostojny pan wynagrodzi 
nieskąpo wiadomość, gdzie go 
szukać. 
— Wasza dostojność dowie się 
wszystkiego. Mali wasza 
dostojność włosy, pazury albo 
odzież brata?
Pawło podał węzełek. Rozwinęła 
ciekawie lniane giezło Staszka i 
pas skórzany nabijany srebrnymi 
ćwieczkami. W kieszonce pasa coś 
dźwiękło — spojrzała chciwie i 
skrzywiwszy się na widok 
różańca, oddała pasek Pawłowi.
— Zabierz to, wasza 
dostojność, z powrotem, giezło 
wystarczy...
Mięła je w dłoniach, stojąc w 
zamyśleniu. Palce miała płaskie, 
rozszerzone ku końcom, 
szkaradne. Pawłowi się stało 
nielubo. Wydało mu się, jak 
gdyby Staszkowi czyniono 
krzywdę, dając białe jego giezło 
w ręce wróżychy tajemnej.
— Wasza dostojność chcesz go 
zabić powolnie czy wnet?
— Zabić?! — wykrzyknął, 
wstrząsając się cały. — Dognać 
jeno i zawrócić... Zabić?! Boże! 
Brat to mój...
— Bywa, że i brata... — 
mruknęła szyderczo, podsuwając 
im ławę, na której usiedli. Ona 
zaś rzuciła na palenisko zdjętą 
ze ściany więź konopi, a z 
brudnej szmaty wysupłała nieco 
roztartego ziela.
— To jest ziele cudowne, 
egipskie bonbaron — rzekła 
objaśniająco. — Niezmiernej 
ceny. Trzy dukaty i więcej stoi 
taka szczypta. Ma ono cnotę 
przyzwania demona, którego 
zaklnę, by mówił. 
Dym biały, mdlący wypełnił 
szczelnie powietrze. Wiedźma 
weszła za brudną zasłonę 
przedzielającą izbę na dwoje i 
wyprowadziła stamtąd za rękę 
małą, chudą dziewczyninę. 
Niedolatka miała jasne włosy i 
otwarte usta przygłupiej. 
Niesamowite, rybie oczy wlepiła 
milcząc w przybyłych.
— Pytia... — szepnął 
Kimberker, pod którym grube 
łysty drżały — demon będzie 
przez nią gadał...
— Dzięgiel, mości Pawle! — 
wybełkotał pan Bieliński pełnymi 
ustami — do gęby go, póki 
czas...
— Cicho!
Wiedźma posadziła dziecko na 
głębokim krześle. Poprzez zwoje 
dymu i mąt kołujący w głowach 
widzieli, że wpatrywała się w 
nie mrucząc niezrozumiałe słowa 
i kiwając całym ciałem miarowo. 
Po chwili dziewka zamknęła oczy, 
głowa jej spadła na piersi. 
Wiedźma odetchnęła, otarła 
tłustą ręką pot z czoła i 
nakryła śpiącą cienką zasłoną, 
malowaną w dziwaczne znaki i 
zaklęcia.
— Raczcie się teraz nie 
ruszać, dostojni panowie, by 
demon się nie ozeźlił... Jesteś? 
— zapytała głośno.
— Jestem — odpowiedział spod 
zasłony głos obcy, chrypliwy, od 
którego włosy zjeżyły się im na 
głowie. 
— Szukaj, którego ta rzecz...
Wysuwające się spod zasłony 
chude ręce śpiącej chwyciły 
podane giezło.
— Widzę go — rzekł głos po 
chwili.
— Gdzie jest?
— Idzie w polu wielką drogą...
— Wyszedł z grodu — szepnął 
Kimberker zawiedziony.
— ...w polu, w polu... idzie 
śpieszno...
— Nie widać czego przy drodze?
— ...drzewa rosną... słup 
kamienny... wysoki... na nim 
krzyż... wkoło tureckie głowy... 
pisane stoi coś...
— Już wiem — szepnął Kimberker 
uradowany. — To augsburski 
gościniec. Pamiętnik tam jest, 
bitwie z pohańcami poświęcony. 
Krzyż, wkoło tureckie głowy.
— Przystąp do niego, zajrzyj, 
co myśli, gdzie idzie?
Zaległa cisza przydługa.
— Przystąp do niego! — 
powtórzyła wiedźma rozkaz.
— Nie mogę... — odpowiedział 
wysilony głos.
— Dlaczego?
— Broni go coś... nie 
dopuszcza... 
— Tu są inne czary, wasza 
dostojność, mocne czary... 
— Nie mówiłem! Jezuickie! — 
syknął senator Kimberker.
— Mniejsza z tym — rzekł Pawło 
wstając. — Wiemy co 
najważniejsze: na augsburskim 
gościńcu. W konie nam trza co 
żywiej... — Wyciągnął mieszek 
zza pasa. Tymczasem wiedźma 
uchyliła klapy w pułapie, 
zrzuciła zasłonę ze śpiącej i 
dmuchnęła jej w twarz parę razy. 
Dziewka otworzyła oczy.
— Możesz iść na dach, jeno się 
nie ruszaj. 
Pytia wstała i podeszła 
chwiejnym krokiem do stromej 
drabinki. Patrzyli z zabobonnym 
lękiem i obrzydzeniem zarazem na 
jej krzywe, pajęcze nogi, 
bezsilne ręce, gdy wychodziła na 
dach, z gardłowym pomrukiem 
zadowolenia. Pan Bieliński 
żegnał się raz po raz. Wiedźma 
liczyła dukaty.
— Nie trza co więcej waszej 
dostojności? — pytała 
przymilnie, świdrując urodziwą 
twarz Pawła przebiegłym 
spojrzeniem. — Miesięcznik mam, 
odolan, adamowy korzeń, któren 
moc męską podwaja... Pięciornik, 
monarchów łaskę jednający... 
Koszyszczko sczarowanym miłośnie 
pomocny... rośnik... przestęp... 
nasięźrzał... Takoż i jady... 
jakie wasza dostojność 
zapragnie... Śmiertelne lub 
słabość jeno na emula 
przywodzące...
— Z Polski jesteśmy, gdzie 
trutką wojować nie zwykli... — 
odparł Pawło, spluwając z 
pogardą i wstrętem. Zawrócił ku 
wyjściu. Szła za nimi, 
zachwalając uporczywie swój 
towar. Na koniec zeszli do 
hafciarki, stamtąd na ulicę.
— Katowskiego miecza na taką 
babę! — wzdrygnął się Pawło — to 
jędza!
— Wasza godność obiecałeś... — 
przerwał śpiesznie Kimberker 
zaniepokojony. 
— Wiem, wiem, nie bój się 
waść... grunt, że wiadomo, gdzie 
Staszek.
Szli śpiesznie ku domowi, by 
ruszyć w pogoń natychmiast. 
— Wiela do tego słupa 
kamiennego?
— Bez mała sześć mil — rzekł 
Kimberker — dobrze szedł, nie 
ledwochą, przecie ninie musi 
spocząć. Okolica tam pusta, 
skryć się nie ma gdzie, dopędzim 
go, ani się spodzieje.
— Mości Pawle?! — jęknął naraz 
mentor. — Nie czujesz nic?
— Fetor czuję, owszem, któren 
tu nieznośny jest. 
— Nie o to pytam. Niemocy nie 
czujesz żadnej?
— Febris mnie ogarnia, by 
rychlej gonić za Staszkiem. 
Czarów nijakich nie czuję...
— Bogu dzięki! Wyznam waści, 
iż od wyjścia z onej tawerny 
szatana coraz to mi się zda, 
jakoby mi kto na kark dmuchał, i 
lęk mnie bierze, że demon...
— Toćżeś waszmość dzięgiel 
żuł!...
— Mało go było pewnikiem... 
Bym pamiętał dębowego liścia 
wziąć, a w ogień cisnąć 
nieznacznie! Dębowe liście także 
skutecznie czary zatrzymują...
— Furda demony, byle Staszka 
dognać...
— Cyt! — jęknął pan Bieliński 
z takim przerażeniem, że Pawło 
mimo woli obejrzał się na 
opuszczony niedawno dom. Wyższy 
był od innych, dachem górujący. 
Gzyms dachu wieńczyły gęsto 
figury kamienne, wyrażające 
stwory dziwaczne, małpoludy i 
chimery, siedzące rzędem w 
zamyśle lub czające się do 
skoku. Zrozumiał, czemu wiedźma 
przykazywała dziewce, by się nie 
ruszała. Opętana siedziała tam 
jako jeden z tych stworów 
kamiennych, nieruchoma, 
niemożliwa do odróżnienia, rybim 
wzrokiem ścigając przechodniów. 
Zapewne wiedźma, rada z zarobku, 
wylazła także, by usiąść przy 
niej. Dwie czarownice żywe wśród 
tłumu kamiennych.
Wstrząsł się i przyspieszył 
kroku.
Staszko szedł szparko, nie 
czując zmęczenia, choć odwykł 
chodzić boso, a szedł od rana 
bez przerwy. Lekki się czuł i 
rzeźwy w spłowiałej płótniance i 
kusym lejbiku wieśniaczym. W 
oczach miał dotąd radość 
chłopaka kaleki, z którym się na 
strój pomieniał. Paradny strój! 
Nie wdzieje już więcej 
podobnego, nie będzie nic nigdy 
posiadał. Pójdzie teraz do 
Augsburga, a jeśli tam Ojcowie 
Jezuici go nie zechcą, to 
pójdzie do Rzymu, do samego 
Rzymu...
Wielaż to mil? Hej, wiele, 
wiele, kraj świata!... Nie 
zasępiła go myśl odległości, 
owszem, rad by witał trudy. 
Zapragnął czuć pod stopą 
skaliznę twardych, obcych dróg, 
cierpieć pragnienie, głód, 
znosić ubligi. Zdobywać w znoju 
Dobro wiekuiste! O życie się nie 
kłopotał. Umiał śpiewać, i to 
pięknie, pieśni do Matki 
Boskiej. Dadzą mu ludzie po 
drodze kawałek strawy za śpiew, 
a tak będzie razem Matkę Bożą 
chwalił i zapracuje na wikt.
Roześmiał się radośnie, 
dziecinnie, szczęśliwy. Odwrócił 
głowę, słysząc nagły turkot, i 
oniemiał na chwilę zdumiony. 
Poznał kwatrem założone, 
krzepkie, rostkowskie woźniki, 
Macieja w barwie i brykę 
podróżną skórzaną. Kapelusz 
pierzasty Kimberkera i czarny, 
wysoki biret preceptora kiwały 
się nad siedzeniem. Jechali 
rysią. Instynktownym ruchem 
cofnął się w boku i usiadł pod 
kopą siana, czekając, co dalej 
nastąpi. Serce mu kołatało z 
trwogi i zdziwienia, że się tak 
rychło zwiedzieli, którą poszedł 
drogą. A teraz zaraz go zoczą...
Wasążek zrównał się z nim. 
Trzej jadący rozglądali się 
bacznie wokoło. Trzy pary oczu 
spoczęły na nim obojętnie. 
Minęli. Przetarł ręką czoło ze 
zdumieniem. 
Sen to — czy cud oczywisty? 
Nie poznali go?! Dlaczego? 
Wybuchnął śmiechem serdecznym. 
Nie poznali go w przebraniu! 
Myśleli pewno, że sobie 
maszeruje dostojnie w delii, 
połyskliwym żupanie i czapce z 
trzęsieniem...
A jużci! a jużci! Niechże go 
szukają! Pognali za cieniem, 
którego już nie ma i nigdy nie 
będzie. Staszka, którego 
szukają, nie znajdą, a bosonogi 
pastucha może wędrować 
bezpiecznie. Nie kasztelanic on 
już, nie! — A gdzież był Pawło, 
że jeno luter z mentorem 
jechali?
Zwinny jak koza, zeskoczył z 
gościńca w gąszcz lasu, by w 
razie ponownego spotkania nie 
roześmiać się im w twarz. Stary 
Maciej poznałby go wtedy 
niechybnie.
Szedł młodym gajem pod 
nakryciem liści, nie tracąc 
gościńca z oczu. Jakoż nie 
minęła godzina, ujrzał ich znowu 
poprzez firankę zieleni. Stali 
stroskani przy koniach, Maciej 
oglądał biczowemu nogi — czyżby 
zakulał? Kimberker z podróżnego 
puzdra rozlewał jakiś kordiał, 
pan Bieliński krył twarz w 
dłoniach — płakał? Minął ich i 
poszedł szybko, nie frasując się 
bliskim wieczorem. Prześpi się 
jak król na pierwszej lepszej 
kopicy. Tymczasem wrócił na 
gościniec i pospieszał kroku, by 
jak najwięcej upalić drogi przed 
nocą. Słońce zachodziło przed 
nim, zalewając wędrowca złocistą 
poświatą. Mrużył oczy, by 
widzieć cośkolwiek. W skrzącym 
tumanie zamajaczył kształt 
jeźdźca; jechał z naprzeciwka 
stępa. Wypłynął z zorzy, zrównał 
się prawie z idącym i serce 
zaszamotało się w piersi Staszka 
raptownie. Ledwie, że nie 
krzyknął: Pawło! 
Pawło! skąd się tu wziął, skąd 
wracał? Piękny jego dzianet 
robił bokami, pokrytymi zeschłą 
pianą. Szedł z łbem spuszczonym, 
zmęczony. Pawło rzucił mu cugle 
na kark, zamyślony i posępny. 
Przejechał o krok od brata, ani 
na niego spojrzawszy. Zapewne 
gonił na przełaj, krótszymi 
drogami, wysadził się naprzód, 
daleko, a ninie zniechęcony 
wracał, straciwszy nadzieję 
dognania.
Staszek stał nieruchomy na 
drodze, patrząc za nim, gdy 
odjeżdżał. Żal duszę rwał. Toż 
to Pawło, brat rodzony, z którym 
nie rozłączali się dotychczas 
nigdy! Tak się rozstają?!... 
Pawło!... Wspomniał, jak czasu 
jego zimowej choroby poszedł 
Pawło Kimberkera prosić... Wiele 
to musiało jego dumę 
kosztować!... jednakże 
poszedł... A teraz szuka swojego 
młodszego w żalu i gniewie... 
Nie znalazłszy, wróci doma, 
zmieni konia, popędzi szukać 
gdzie indziej... Znów wróci, 
trzeci raz ruszy... Cztery 
strony świata zjeździ, a wciąż 
szukając daremnie... O krok 
przejechał!...
Z gardła przemocą wyrywa się 
krzyk: Pawłuś! bywaj!... Aby 
choć pożegnać... Toćże się 
więcej nie ujrzą...
Jakieś zaklęcie! Za bratem, 
jak żywe, jawi się całe 
Rostkowo, matka, swoi, dziecięce 
lata, dom rodzony... By choć 
pożegnać, uścisnąć... prędzej! 
prędzej! nim odejdzie!... 
jeszcze by teraz usłyszał... 
Podnoszą się same ręce osłonić 
usta do wzywu...
A potem co? Pawło go nie 
puści. Nie przekonają się 
wzajem. Zacznie się znowu to 
samo. Ciężko jest, ale ustąpić 
nie wolno, chociażby serce 
skomlało. Sprężył się w sobie, 
zesztywniał. Pochylone plecy 
Pawła, schlastany błotem zad 
konia mignęły jeszcze w oddali. 
Patrzył na nie, jakby na całe 
swoje młode życie, wszystkich 
swoich... Jeszcze krzyknąć, 
podbiegnąć... dosłyszy, 
zawróci...
Nie krzyknął, nie podbiegł. 
Stał. Słońce zapadło za borem, a 
wraz znikli jeździec i koń. 
Tłumiąc szloch w piersiach, 
lecz wyprostowany, z podniesioną 
śmiało głową, ruszył Staszko 
Kostka, wolny nareszcie, 
swobodny, w świat daleki, szukać 
drogi, drogi swojej duszy.
Część trzecia
Za progiem
I
Generał Towarzystwa 
Jezusowego, Ojciec Franciszek 
Borgia, niegdyś książę Gandii, 
siedział zamyślony w swej 
pracowni, raz po raz spoglądając 
na wiszące przed nim wielkie 
mapy, w dwóch barwnych 
półkulach, bóstwami 
mitologicznymi otoczonych, 
wyrażające cały ziemski glob. 
Lądy, morza, znane już i 
zdeptane stopą białych ludzi, 
graniczyły na nich z nieznanymi. 
Ścisłe zarysy brzegów wiadomych, 
gościnnych żeglarzom, 
przechodziły w kapryśne 
wygięcia, rytmiczne krągłe 
zatoki, w fantazji jeno 
rysownika istniejące, by z kolei 
rozpłynąć się w pustych 
połaciach, zacienionych z lekka 
rylcem, bezkształtnych, 
nienazwanych, przed zapełnieniem 
których cofała się nawet 
fantazja. Nikt nie znał, co by 
tam było. Tajne dziedziny 
prastarych demonów ziemi, o 
których legendy jeno coś niecoś 
mówiły. Według wiarogodnych 
opowiadań śmiałków — dziwotwory, 
małpoludy, stworzenia nieboskie, 
satyry i centaury żyły tam wśród 
wulkanów, jezior dymiących 
siarką i wodotrysków gorących. 
Czyśćcowy upał palił, śmiertelne 
mrozy kąsały.
Patrząc na owe białe połacie 
map, generał myślał o armii 
swojej, przedzierającej się ku 
tym rubieżom. Niby kolumny 
mrówek leśnych, awangardy 
Towarzystwa Jezusowego 
wędrowały, przepływając morza 
nieznane, apostołując ludy 
czarne, czerwone i żółte. Ojciec 
Franciszek uśmiechnął się mimo 
woli, wspomniawszy gniewne słowa 
umierającego Melanchtona: cały 
świat jest już pełen jezuitów!
Był ich pełen rzeczywiście. 
Dziesięciu pierwszych towarzyszy 
Ignacowych stanowiło dobry 
posiew — oto hufiec był już 
armią, karną, ślepo posłuszną 
wodzowi. I uśmiech znikł z 
twarzy Franciszka Borgii, 
zgaszony przypomnieniem ciążącej 
na nim straszliwej 
odpowiedzialności. Każdy z tych 
pracowników_żołnierzy zbył się 
dobrowolnie inicjatywy, woli, 
własnej chęci — zaparł samego 
siebie, zostawiając jemu, 
generałowi, staranie o 
najkorzystniejsze dla Kościoła 
wyzyskanie jego umysłu i sił. A 
przeto on odpowiadał za 
wszystko, z pracowni swej w 
Rzymie kierując ich 
poczynaniami. On miał decydować, 
gdzie wprzód rozniecić światło 
wiary albo budować tamy dla 
herezji, dokąd pchnąć gońców 
Dobrej Nowiny. 
Westchnął mimo woli z żalu. 
Uciekł ze świata, by uniknąć 
władzy, zatopić się w 
kontemplacji i muzyce — 
swobodnie pieśni ku chwale Bożej 
układać — a wpadł pod jarzmo 
stokrotnie cięższej godności. 
Ha, trudno! Bóg tego chciał. 
Przyjdzie przecież kiedyś 
śmierć, która i jego nareszcie 
wyzwoli...
Oderwał oczy od mapy, by 
wrócić do zaczętego listu do 
przyjaciela młodości, króla 
Filipa II. Lecz myśli zazwyczaj 
karne opierały się jego woli, 
uparcie nawiązując nić dumań 
poprzednich i wodząc machinalnie 
piórem po papierze, myślał z 
pewną goryczą, że każda rzecz 
ziemska rosnąc traci na sile 
wewnętrznej i że rady na to nie 
ma. Niemożliwym jest, aby duch 
ognisty, który ożywiał Loyolę i 
dziesięciu zebranych przy nim 
apostołów, nie osłabł 
rozdrobniony między setki głów. 
Ludzie są ludźmi. Skończył się 
okres świętych. Święci 
powymierali — zostali 
pracownicy... 
Ojciec Emanuel Sa chrząknął 
nieznacznie, dłuższą już chwilę 
stojąc przed generałem z 
rękopisem ukończonym w dłoni.
— Wasza wielebność zechce 
przeglądnąć... Ojciec Parra 
kończy również...
— Dziękuję — rzekł generał, 
biorąc w rękę tłumaczenie 
prowanckie katechizmu, uchwałą 
Soboru Trydenckiego dla 
duchowieństwa całego świata 
ustanowionego. Zawstydził się 
swego zamyślenia i surową pokutę 
samemu sobie w duchu obiecał. 
Tyle czasu stracił! On, który 
jednej sekundy nie powinien był 
spędzić bezczynnie! Do pracy! 
Wstrząsnął głową niezadowolony z 
siebie i spojrzał bystro na Ojca 
Emanuela.
— Trza by co rychlej ukończyć 
przekład hiszpański, pilno w 
Grenadzie potrzebny...
— Już ukończony, wasza 
wielebność, i pod kamień dany.
— To dobrze. Gdy ukończę 
listy, ustalim definitywną 
redakcję memoriału do Jego 
Świątobliwości...
— W sprawie chóru, wasza 
wielebność?
— W sprawie chóru, owszem, a 
także...
— Wasza wielebność! pismo i 
wysłańcy od Wielebnego Ojca 
Prowincjała Wyższych Niemiec — 
meldował od drzwi Brat Andrzej.
— Dawajcie list i wysłańców. 
Cóż pisze Ojciec Kanizy?
Złamał pieczęcie i przebiegał 
szybko list oczami. Trzej 
wędrowcy wprowadzeni stali przed 
nim w pełnej szacunku postawie, 
czekając. Złożył list i spojrzał 
na nich. Życzliwy uśmiech 
rozjaśnił jego twarz książęcą — 
ciepły i szczery jak słońce. 
— Brat Jakub Lewanzio z 
Genui?...
— To ja — rzekł spiesznie 
jeden z przybyłych, wysuwając 
się naprzód. — Błagam 
najpokorniej waszą wielebność o 
pozwolenie pozostania tutaj. 
Ostre akwilony ustawicznie 
wiejące w Dyllingen, o duszność 
mnie przyprawiają... Ozdrowieję 
pewnikiem pod boskim niebem 
Italii. Racz zezwolić, wasza 
wielebność... Studiować bym rad, 
wiedzę posiąść, by Kościołowi 
skuteczniej móc służyć, zaś 
zdrowie stargane przeszkadza...
Czarne, gorejące oczy wlepiał 
błagalnie w przełożonego. W 
niespokojnym geście, słowach 
drżała chęć życia beznadziejna, 
lecz uparta.
— Brat Rayner z Leodium — 
rekomendował się z kolei jego 
towarzysz. W przeciwieństwie do 
brata Jakuba Genueńczyka miał 
głos cichy i ruchy powolne.
— Magister dialektyki i 
retoryki?
— Tak jest, wasza wielebność — 
odparł jak gdyby z przymusem. 
Zdobyta długimi latami pracy 
wiedza, o której marzył Brat 
Jakub, była mu obojętna, nie 
stał o nią. Dość gruntownie ją 
posiadł, by małą jej ważkość 
zrozumieć.
Z przenikliwością, właściwą 
ludziom nawykłym rządzenia, 
Franciszek Borgiasz przeglądał 
ich obu. Przejrzał na wskroś, 
poznał, wyznaczył w myśli 
każdemu miejsce właściwe i 
przeniósł wzrok na trzeciego, 
ubogo odzianego chłopaczynę. 
— Jestem Stanisław Kostka, z 
Polski... Przyszedłem suplikować 
najgoręcej o przyjęcie... 
— Pisze mi o tym właśnie 
Ojciec Prowincjał Kanizjusz, 
orędownikiem się twym czyniąc i 
nadmieniając, że cię, synu, zna 
od dziecka... 
— Miałem zaszczyt poznać jego 
wielebność Ojca Prowincjała dwa 
miesiące temu, w Dyllingen.
— Musiał cię chyba znać 
drzewiej, gdyż gorąco w twej 
sprawie obstaje... Argumenta 
daje ważkie... Weźmiem cię do 
nowicjatu, skoro parę dni 
wypoczniesz...
Oczy Staszka rozbłysły 
radością, jak gwiazdy.
— Nie jestem zmęczony, wasza 
wielebność.
— Ejże, nie byle to droga. 
Siła robiliście co dzień?
— Nie więcej sześciu mil 
polskich. 
— Spiesznie szliśmy — rzekł 
magister Rayner — że to czasy 
niespokojne, a heretyki po 
drodze zawzięte...
— Nie spotkała was, aby, mili 
moi, jaka zła przygoda?
— Bóg ustrzec raczył...
— Idźcież tedy wytchnąć. 
Bracie Andrzeju, doglądnij, by 
goście, podjadłszy, spoczęli... 
Drzwi się zamknęły za nowymi 
przybyszami i generał powrócił 
do listu.
— Co myślisz, Ojcze, o tym 
młodzieniaszku? — zagadnął po 
chwili, odkładając pióro.
— Widzi mi się chorowity — 
rzekł z namysłem Ojciec Sa. 
— Zdrożony, co i nie dziwota. 
Nie o to pytam... Nie zdało ci 
się, że inny niż chłopcy 
zwyczajni?... Oczy ma prosto 
anielskie... Widziało mi się, 
gdy spojrzał, że patrzę w 
krynicę czystą, z której nikt 
jeszcze nie pijał.
— NIe uważałem — odparł Ojciec 
Sa ze zdziwieniem. — Mnie się 
wydał jakiś mało rozgarnięty... 
— Ojciec Prowincjał Kanizy 
pisze: "Spodziewam się po nim 
wielkich rzeczy", a Ojciec 
Kanizy nie myli się w sądzie o 
ludziach...
— Daj Boże, by się nie mylił i 
teraz — rzekł uczony Ojciec z 
roztargnieniem. — Czy wasza 
wielebność rozkaże przynieść 
projekt memoriału?
— Owszem, wnet się nim 
zajmiemy. Piękne są rzeczy 
młodość i niewinność... Gdybym 
mógł mieć znowu ośmnaście lat, 
być nowicjuszem, sprzątać 
sienie, ozdabiać kwiatami 
ołtarze i nie rozkazywać 
nikomu... 
Ojciec Sa słuchał zgorszony, 
lecz milczał. Franciszek Borgia, 
generał, otrząsnął się szybko z 
marzeń. 
— Przynieś, Ojcze, projekt 
memoriału, skorygujemy go 
wspólnie, jeno ukończę list do 
Jego Królewskiej Mości...
Pisał szybko, pochłonięty już 
jedynie pracą. Za czym, 
wezwawszy do pomocy biegłego w 
piśnie Ojca Parra, zasiedli nad 
memoriałem. Skończywszy pracę, 
generał dyktował listy do Ojca 
Salmerona, prowincjała Neapolu i 
Ojca Bobadilli, walczącego 
najpomyślniej z herezją w 
Dalmacji. Przeznaczył Ojców 
Possewina i Landiniego jako 
asystentów przy wizytacji 
biskupiej szkół włoskich, 
skreślił dla Jego Świątobliwości 
projekt instytucji księży 
kapelanów, którzy by 
towarzyszyli stale oddziałom 
wojska, i przyjął wysłańców od 
króla portugalskiego. Na koniec 
zapadł zmierzch. Przeszedł do 
swej celi i ogarnęły go z 
powrotem wspomnienia, dumania. 
Oczy chłopca z Polski, twarz 
jego dziecinnie anielska jawiły 
się przed nim co moment, plącząc 
się w myślach z nim samym. Nie 
onże to, Franciszek Borgia 
sprzed trzydziestu laty?... 
Schodził pospiesznie w głąb 
ciemnej studni pamięci, 
zatrzymując się co rok, badawczo 
patrząc we własne oblicze. Coraz 
to inny książę Gandii, choć niby 
ten sam, ukazywał się w zmroku i 
ginął jak cień niebyły. 
Nareszcie!... Oto młodziutkie 
pacholę, piękne jak cherubin, 
strojne, z wiolą pozłacaną w 
ręku. Miłuje Boga, jest czyste. 
Wszystko mu się zda muzyką. 
Nocami grają mu chóry 
niebieskie. Towarzysz dla 
chłopca polskiego... 
Przyjaźniliby się ze sobą, a 
rozumieli jak bracia... Rad by 
generał wywieść, do życia wrócić 
ową marę, lecz daremnie... 
Zostaje w mroku chłopiec z 
jasnymi oczami i wiolą. Powraca 
pamięć badawcza, mijając kolejno 
świetnego rycerza, hojnego pana, 
dostojnika dworu, uczonego 
dyplomatę, żelaznego 
wielkorządcę Katalonii, krewnego 
dziewięciu królów, na koniec 
zakonnika ubogiego... Wzdycha 
stary człowiek, zmęczony 
schodzeniem w głąb swojego 
życia... By móc powrócić... stać 
się znowu pacholęciem z wiolą i 
z chłopcem polskim jak z bratem 
rodzonym ugwarzyć...
II
Gdy Brat Mateusz stanął u 
progu z kołatką, Brat Stanisław 
z Polski porwał się ochoczo z 
twardego tapczana. Codziennie 
wstawał z tym samym pośpiechem, 
w szczęsnym poczuciu, że zdobył 
to, o czym marzył. Dwa miesiące 
z górą spędzone już w nowicjacie 
minęły jak jeden dzień. Ogarnęła 
go radość doskonałego 
posłuszeństwa i ubóstwa 
istotnego, bezwzględnego. Nic 
nie posiadał, a zatem zbył 
wszelkich skrupułów i troski. 
Nawet ta luźna opończa na 
grzbiecie czyją już nie była?! 
Kto jej nie nosił? Kto ją 
jeszcze nosić będzie?... Celka 
jasna, biała, modlitwie 
przyjazna, próżna zbytecznych 
sprzętów, jak dusza Bogiem 
wypełniona, dziś jest jego, a 
jutro ugościć może innego. 
Cóż mu to? Przejdzie do innej, 
niby ptak — z jednej gałęzi 
spędzony siada na drugiej i tam 
Bogu śpiewa podobnie. Sycił 
duszę swobodą pełną, 
rzeczywistą, nie znaną 
większości ludzi, leżącą w 
wyzwoleniu się z kolein 
doczesności, usunięciu się spod 
miecza Damoklesowego wypadków, 
wiszącego nad głową każdego. Nie 
groziło mu już nic. W 
nieustannym weselu stał się 
posłusznym do zaparcia tchu. 
Rzucił się z głową w głębię 
posłuszeństwa i zanurzył w niej 
z rozkoszą. Co najmozolniejsze 
praktyki kuchenne, służby 
odrażające lub ciężkie, spełniał 
z zapałem szlachetnym 
współzawodnika w rycerskim 
turnieju. Szorował ceglane 
posadzki korytarzy, zmywał 
naczynie, czyścił długie szeregi 
obuwia. Między brudnymi 
naczyniami i szczotkami czuł się 
jak w niebie. Pracował jak 
Jasiek Plichta, Jędruch 
Kowalczuk albo Jantoszka 
Wawrzonów, pachołcy w Rostkowie. 
Pracował jak oni wszyscy razem 
wzięci, poznał każdy trud, każdą 
obolałość krzyża, omdlenie ręki 
pod ciężkim naręczem, piekący 
ból stawów zszarpanych 
wysiłkiem. Z ulgą radosną 
przekonywał się, że owe trudy 
nie są tak ciężkie, jak mu się 
to, patrzącemu na nie, wydawało 
— lecz wnet z westchnieniem żalu 
uprzytomniał sobie, że były one 
lekkie dlatego jedynie, że 
spełniane dobrowolnie. Ciężkimi 
czynił je bat, przymus niegodny 
człowieka. Hańbiącymi czyniła je 
pogarda otoczenia. Gdybyż to 
jedno odmienić? Zmieniłby się, 
poszlachetniał cały świat...
Ukończywszy żmudną pracę, 
schodził na szczęsną godzinę 
modlitwy. Królewska to była 
nagroda! Gdy utrudzone ciało 
tkwiło, prawie że bezsilne, w 
obramieniu ławki, dusza 
ulatywała wolna w zachwyceniu 
szczęśliwym, bezbrzeżnym. 
Wydzierała się, dosięgając 
skraju nieba. Wspinał się duchem 
przez gaje świetliste, z których 
mróz swe wzory bierze, przez 
kręgi słoneczne, czarowne. W 
uszach brzmiały harmonie 
zaświatów lub szum niby wielkich 
rzek, płynących kędyś w 
wieczyste. Zatracał się w tych 
porywach, ginął, zamierał z 
rozkoszy. Zdarzało się, iż 
odbieżał od świadomości do tyla, 
że strwożeni towarzysze cucili 
go, myśląc, że omdlał. Obłożony 
mokrymi chustami otwierał oczy, 
a przeprosiwszy serdecznie za 
przyczyniony niepokój, powracał 
co żywiej do pracy.
Chwytał w kuchni postronek 
zakończony kluczką, by znieść 
narąbane poprzedniego wieczoru 
szczapy.
— Zdałoby się i wody... — 
mruczał Brat Sylwester, kucharz.
— Przyniosę wnet, ino z 
drzewem skończę...
— Nie zdążysz przed 
dwunastą... przysłaliby Ojcowie 
drugiego...
— Zdążę na pewno, proszę 
Brata, jestem mocny, bardzo 
mocny...
— Powiedz: wszechmocny... — 
uśmiechnął się dobrotliwie 
Ojciec Fazio, przełożony 
nowicjatu, stając we drzwiach 
kuchni.
— Nazywam zawsze Brata 
Stanisława wszechmocnym — mówił 
do Ojca Andrzeja de Freux — bo 
nie masz dla niego niemożliwego 
rozkazu... 
Staszek nie słyszał, pędząc 
jak jeleń po drzewo. 
Przytaszczył wielkie naręcze, 
przydźwigał dwa wiadra wody i 
bez tchu prawie przysiadł, by 
oczyścić rondle. Z wprawą 
doskonałego pachołka umaczał 
szmatę w popiele i tarł okopconą 
miedź, aż pot mu wystąpił na 
czoło. Myśl pusta, dziecinna, 
przemknęła nagle przez głowę: co 
by rzekł imć Moczydłowski 
ujrzawszy go przy tym zajęciu? 
Jak żywą zobaczył nagle chudą 
postać marszałka, długie, płowe 
wąsy i frasobliwe oblicze. Głos 
sentencjonalny: "Podobało się 
Bogu mieć w ludziach krew 
podlejszą i krew zacną, jedną do 
pospolitej, drugą do wyższej 
pracy przeznaczając"... Mimo 
woli roześmiał się głośno, 
wydało mu się, że słyszy: — 
Święty Wawrzyńcze! Pan Staszko! 
Kasztelanic przy rondlu i 
ścierce!!!
— Czego się śmiejesz, Bracie 
Stanisławie? — zapytał Ojciec 
Fazio. — Nowicjusz spłonął nagle 
rumieńcem, w rozpaczliwej walce 
wstydu z posłuszeństwem.
— Pomyślałem, co by rzekł imć 
Moczydłowski, widząc mnie przy 
tej robocie... — wyjąkał 
wreszcie zmieszany.
— Któż to jest imć 
Moczydłowski? — badał przełożony 
dalej. 
Twarz Staszka z czerwonej 
stała się purpurowa.
— Marszałek dworu mego ojca... 
— szepnął zawstydzony, 
spuszczając głowę nad rondlem.
— Nie widzę nic zdrożnego w 
tej myśli, Bracie Stanisławie — 
zapewnił Ojciec Fazio z 
uśmiechem. 
Dzwon na wieży oznajmił 
godzinę obiadu. Po nim 
następowała rekreacja, czas 
dozwolony wspólnej, swobodnej 
rozmowie. Dziedziniec domu 
profesorów zaroił się od 
nowicjuszów. Było ich około 
czterdziestu, przeróżnych 
narodowości. W ścisłym 
braterstwie, dążąc do jednego 
celu, żyli społecznie Włosi, 
Francuzi, Niemcy, Hiszpanie, 
Szwedzi, Anglicy, Holendrzy. 
Młodzieniaszkowie niedawno 
jeszcze na ławach szkolnych 
siedzący i ludzie dojrzali. 
Prostacy i luminarze. Ramię w 
ramię z ospowatym, ciężkim 
Bratem Leonardem z Werony 
patrycjusz Fabius Fabii, z 
Fabiuszów, co przed laty 
tysiącem budowali wielkość 
Rzymu, spoglądał na rozłożone w 
dole miasto. Orla jego głowa, na 
smukłej szyi osadzona, wyrastała 
z luźnego kołnierza, niby z 
fałdów senatorskiej togi. 
Patrzył na gród z niezmierną 
miłością i dumą. To była jego 
ojczyzna chwalebna. Dla niej 
wstąpił do zakonu. By ją 
podnieść i utwierdzić, zachwiane 
jego władztwo duchowe nad 
światem ustalić, zzuł 
wszystkiego, rąbał drwa i zmywał 
talerze. Surowy prawnuk twórców 
i czcicieli prawa, zwany był 
przez kolegów "chodzącą regułą 
zakonu".
Przeżywszy sześćdziesiąt lat 
wśród świata i jego gwaru, 
doktor Francesco Torres, teolog 
papieski, uczony miłośnik 
greczyzny, dzielił pospołu z 
innymi twardą próbę nowicjatu. 
De Leon, rozgłośny prawnik, 
umysł zwykły do najzawilszych 
kontrowersów i subtelnych 
rozumowań, przykładał się 
gorliwie do dziecinnej na poły 
nauki katechizmu nowicjusza. 
Opodal Jan Hay, Szkot, 
rozprawiał żywo z siwym jak 
gołąb Hieronimem de Olave. Inni 
skupili się wkoło Akwawiwy, 
opowiadającego z zapałem. 
Najmłodsi wiekiem Staszko i 
Stefan Augusti wlepiali weń 
zachwycone oczy.
— Widziałem wczoraj — mówił 
Akwawiwa — Ojców Nobregę i de 
Castro... Przedwczoraj z Nowego 
Świata wrócili... 
Szczęśliwcy!... Całkiem odmienni 
niż nasi Ojcowie tutejsi... 
Chodzą zamaszyście jakoś, niby 
wojownicy... Wzrok natężony, 
żeglarski... Chudzi, czarni, a 
widzą się jak mocarze... Bałwany 
swoimi rękami obalali! W 
zatokach morskich chrzcili po 
sto i dwieście ludzi na raz... 
Apostołowie!...
— Ojciec Nobrega dziesięć lat 
na łożu przystojnym nie sypiał, 
ani się w misce umywał, ani przy 
stole nie jadał... Gdzie nie 
był! Boże! Ostatnio był u 
Karigów. Nauczył ich siać, orać, 
kozy chować... Jak król między 
nimi siedział... Zaś wkoło były 
plemiona jeszcze kanibalskie... 
Te delegacje do niego wysłały 
prosząc, by swoich Karigów 
uczył, jako chce, lecz nie 
chrzcił, bo — powiadają — ta 
woda odbiera cały smak mięsu... 
A Ojciec Nobrega na to: "Nie 
tylko będę wodą lał, ale jeszcze 
zaczaruję, że ile razy którego z 
nich pożrecie, złapie was 
kolka..."
— By nas też kiedyś w misje 
posłano... — wzdychał Valignani.
— Po toż w nowicjacie 
jesteśmy... apostolstwo, 
apostolstwo!! Najpiękniejszy sen 
duszy...
— Spełnienie przepowiedni 
świętego Tomasza, wyrytej na 
słupie kamiennym podle Meliapour 
w Koromandelu... — podjął 
Akwawiwa znowu. — Widziałem 
niedawno przechowywany u Ojców 
parasol papierowy, chiński, w 
smoki i bociany malowany... 
Cudactwo! ażem się roześmiał... 
A Ojciec de Freux powiada: "To 
ten, pod którym Ojca Franciszka 
Ksawerego Japończycy do siebie 
wprowadzali..." Parasol Ojca 
Franciszka Ksawerego! 
Trzynastego apostoła! Anim się 
go tknąć ośmielił...
— Bardzo wielu pogan nawrócił 
Ojciec Franciszek Ksawery? — 
zapytał naiwnie Augusti. Był to 
chłopaczek wątły i nieśmiały. 
Uwielbiał ślepo Staszka i mówiąc 
zwykł był spoglądać na niego co 
chwila, jakby szukając oparcia. 
— Czy wiele?! Braciszku! Tak 
wiele, że niejeden król tylu nie 
ma poddanych, ilu on Bogu 
przysporzył... Najpierw w Bab el 
Mandeb... Nim się nauczył 
języka, katechizował na migi! a 
gdy po paru miesiącach 
odjeżdżał, dzikusy wyli z 
rozpaczy na brzegu, jak 
obłąkani, do morza chcieli 
skakać za nim... Potem w Goa... 
Stamtąd na wybrzeża zapomniane 
Malabaru... W Trawancore po jego 
pobycie stanęło czterdzieści 
kościołów... Raz wojna 
rozgorzała między plemionami — 
on stanął wpośród nich. Uciekli 
jedni i drudzy, powiadając, że 
widzieli płomienistego olbrzyma. 
A tam stał tylko ubogi zakonnik 
z krzyżem! Odtąd go nazywać będą 
wszędzie Wielkim Ojcem. Z Malagi 
popłynie sam jeden na najdziksze 
wyspy kanibalskie, przejdzie je 
wszystkie i wróci nietknięty. 
Teraz do Japonii... Powitają go 
triumfalnie jak zwycięzcę, jak 
oczekiwanego dawno posła 
największego władcy... Cuda 
istne!... Krzyż w ręku, w sercu 
miłość jednaka do wszystkich 
ludzi. Czaruje nią dzikie bestie 
jak Orfeusz...
Patrzyli w mówiącego, 
wstrzymując oddech, podziwiając 
wspaniałą jego wymowę i pamięć.
Staszko naraz pokręcił głową.
— A wszakże, zda mi się, że tu 
także a rychło i wielu apostołów 
potrzeba — zauważył. — Widziałem 
ludzi w gorszym poniżeniu i 
pogaństwie żyjących niźli 
kanibale... Choć chrzczeni! A 
tamci grzechu nie mają, prawdy 
jeszcze nie słyszawszy. Srogie 
są niedola i dzikość 
pospólstwa... Dreszcz bierze 
wspomnąc... Dzieckiem będąc na 
wsi, na polskiej wsi, skąd 
jestem rodem, litowałem się 
poddanym, bydłu, duszami jakoby 
na pośmiewisko zwanymi, a potem 
ujrzałem, że szczęśliwymi 
jeszcze zwać się mogli, do 
innych przyrównani... Nim w 
pogany pójdziemy, przywrócić by 
Bogu te dusze, niby 
chrześcijańskie, a przecie nic o 
Nim nie wiedzące... 
Czerwienił się, onieśmielony 
własnymi słowami. Stefano 
Augusti potakiwał głową gorąco, 
nie tylko dlatego, że to Staszek 
mówił, lecz że będąc dzieckiem 
ludu znał dobrze jego nędzę i 
barbarzyńską ciemnotę.
Lecz Akwawiwa i Valignani 
zaprzeczyli żywo. Ciągnęły ich 
obu dalekie kraje zamorskie, 
przygody niewidziane, boje 
jakoby rycerskie.
— Jużci że piękniejszej rzeczy 
być nie może — przyznawał 
Staszko — ale pożyteczniejsze i 
pilniejsze chyba to.
Przeciągnął się, 
rozprostowując ramiona.
— Bogu dzięki, nie do nas 
należy rozstrzygać; pójdziemy po 
prostu, gdzie każą...
Ruch na dziedzińcu zwrócił ich 
uwagę; Ojciec Fazio wprowadzał 
nowego towarzysza, rekomendując 
go dobrym staraniom kolegów.
— Bracie Stanisławie! — 
zawołał — pójdźże tutaj, rodak. 
Pragnie cię powitać...
Staszko podbiegł i stanął 
zdumiony: Warszewicki, kanonik 
gnieźnieński, kasztelanic 
warszawski, znajomy rostkowski — 
uśmiechał się do niego 
przyjaźnie.
— Witaj, Stachu, witaj, Bracie 
— rzekł wesoło, wyciągając ręce 
do chłopca, który stał 
zmieszany. Przenigdy nie ośmieli 
się powiedzieć "bracie" 
poważnemu przyjacielowi 
jegomości pana ojca, 
sekretarzowi miłościwego króla 
Augusta.
— Ksiądz Kanonik Dobrodziej... 
Wasza wielebność... raczyła 
przybyć... — bąkał, czerwony po 
uszy. 
— Wasza wielebność! — 
roześmiał się Warszewicki — 
daleko jeszcze do tego. 
Nowicjuszem jestem jako ty, jeno 
młodszym, boć przeszło kwartał 
tuś jest?...
— Dwa miesiące...
— Ja zaś wczoraj ledwie z 
Polski przyjechałem...
— Co słychać w Polsce? — 
spytał Ojciec Fazio poufnie.
— Dymi! dymi, jako strzecha, 
nim ją płomienie ogarną. W Bogu 
wszelako nadzieja, że do pożaru 
nie dopuścimy... 
Zwrócił się znowu do Staszka.
— Dwa miesiące?! A dyć już w 
sierpniu larum robiono, żeś 
zbiegł? 
— W Dyllingen byłem sześć 
niedziel...
— Tak mi praw! Byś znał, że 
cały Wiedeń o niczym innym nie 
gadał... Rezolutnyś owszem 
pachołek... Okrutniem rad, że 
cię widzę... Powiadaj mi, jako 
było z tą ucieczką? Legendy, 
istne legendy prawili...
— Kiedy po prawdzie nie ma co 
i gadać... Przebrałem się i 
poszedłem. 
— A oneż znaki? 
— Znaki? 
— Człowieku! Toć powiadają, że 
konie mentora i owego lutra, 
coście u niego mieszkali... 
Jakoś ci się zwał...
— Kimberker...
— Kimberkera! stanęły jak 
skamieniałe, mocą nadprzyrodzoną 
wstrzymane... 
— Naręczna narowiła się zawsze 
pod górę, to może stanęła i 
wtedy... 
— Konie stanęły, zaś ty na 
oczach goniących przez flukta 
wezbrane suchąś nogą 
przeszedł...
— Grzeszne wymysły! — obruszył 
się Staszko. — Czyniłby to Bóg 
podobne cuda dla mizernego, jak 
ja, pacholika?! Nie takiej 
okazji potrzeba!! Gonili mnie, a 
nie poznali, bom w przebraniu 
był.
— Nie może być! Naiście nie 
szedłeś po wierzchu przez wodę? 
— pytał kanonik z żalem.
— Łgałbym, w nowicjacie będąc! 
Tak od nich siedziałem, jako 
stąd do muru... pod kopicą... 
patrzyli na mnie i nic... A 
Pawło ramieniem się otarł... 
Większego cudu nie trzeba...
— Prawda — przyznał 
Warszewicki. — A przysięgali 
ludzie, że widzieli... Już też o 
tym łabędziu nie rzekniesz 
chyba, że łgarstwo? 
— Łabędź?! Księże Kanoniku 
Dobrodzieju, nijakiegom łabędzia 
nie baczył... 
— Bracie mów mi, bracie... 
Łabędź biały na szczycie domu 
lutrowego siedział, drogę ci do 
Augsburga ukazując, którego 
wszyscy widzieli...
— Bajki wierutne, Księże 
Kanoniku: o drogę do Augsburga 
pytałem się w grodzie... 
Gościniec prosty jak strzelił... 
Skąd by się zaś łabędź wziął?
Zamilkli na chwilę.
— Okazał Bóg mnie niegodnemu 
łaski wielkie — zaczą z cicha, 
gorąco Staszek. — Co tam łabędź 
na dachu siedzący!... Cudem mnie 
Najświętsza Panna ze słabości 
zratowała, sobie odtąd in 
Societate służyć każąc... Ot 
co!... W Rostkowie, w izbie, 
gdziem się uczył z Pawłem, 
wyciukał mentor gwoździem na 
desce takową maksymę: Surge 
puer, sapere aude. W pamięci mi 
ona tkwiła, żem to dzieckiem na 
nią patrzył... Surge puer — 
wstałem, ośmieliłem się... 
Wziąłem mądrość najlepszą, dobro 
największe, za którym z 
tęsknotym usychał... Śmiałym 
trza być, zawsze śmiałym... A 
cud Boży był w tym, żem się 
ośmielił, z natury lękliwym 
będąc... Dzwonią na lekcje, 
księże dobrodzieju... 
— Bracie mów mi, bracie... — 
poprawił kanonik. 
III
Bracie Stanisławie — wołał 
Akwawiwa — Ojciec Fazio 
przykazał, byś się ochędożył i 
do rozmównicy szedł... 
Staszko odpasał ścierkę i mył 
spiesznie ręce.
Gdy szedł na górę do 
rozmównicy, jakieś ręce 
wstrzymały go w przejściu.
— Stachu — szepnął Warszewicki 
— pilnuj się: Lasockiego po 
ciebie nasłali...
Staszko przystanął jak wryty.
— Jako to?... zabrać?... — 
wyszeptał. 
— Siłą nie, ale namawiać, a 
kusić... pilnuj się...
— Ejże, czym by mnie miał 
skusić?
— Nie bądź zanadto bezpieczny 
— dzieckoś jest. To człowiek 
chytry jak gad...
— Matka Boża ze mną będzie, 
tedy mi chytrość nijaka nie 
dziwna. 
Wszedł do rozmównicy, gdzie 
kanonik płocki, Lasocki, 
rozprawiał żywo z Ojcami. 
— Oto Brat Stanisław — rzekł z 
powagą Ojciec Fazio. — Niech 
wasza godność mówi z nim 
swobodnie. Nie mamy nic 
naprzeciw... Nowicjuszem jest i 
intencję swoją odmienić może 
każdej chwili, żadnej ujmy przez 
to w naszych oczach nie 
ponosząc.
Obaj Ojcowie wyszli, zamykając 
drzwi. Kanonik Lasocki patrzał 
długą chwilę na Staszka w 
milczeniu. Był dobrej tuszy, 
niestary, wykwintnie odziany. 
Śnieżne piany bryzów otaczały 
krótką szyję i wypielęgnowane 
dłonie.
— Dziecko moje, dziecko — 
wyszeptał w nagłym wzruszeniu, 
przyciągając ku sobie nowicjusza 
niemało zdziwionego tym 
przyjęciem, gdyż, o ile sobie 
przypominał, raz tylko, czasu 
odpustu w Przasnyszu, widział 
był kanonika Lasockiego.
— Moje dziecko... — powtarzał 
tenże, ocierając zwilgotniałe 
oczy. — W Heilsbergu fortunnym 
trafem dowiedziałem się od 
kardynała Hozjusza, żeś tu z 
Augsburga przywędrował... Z 
listami do Ojca Świętego jadę... 
Nie mogłem pominąć okazyjej, by 
cię nie uścisnąć... Ojcowie 
myślą, żem cię namawiać 
przyjechał... Bogać mi! Jażbym 
cię od wokacji odwodził, sam 
całe życie do zakonu darmo 
wzdychając? Zazdroszczę, nie 
odmawiam!... Oto determinacja! 
Oto rezolucja!...
Odetchnął i ciągnął rzewnie:
— Cóż piękniejszego nad życie 
klasztorne? Jeno nie każdemu 
dano... Są obowiązki... wielkie 
obowiązki... których Bóg strzec 
przykazuje... Miałbym to iść do 
klasztoru, gdy w ojczyźnie miłej 
wiara święta jest w 
nieprzezpieczności? Ofiarę z 
siebiem uczynił i w świecie 
płochym zostałem...
— Z zakonu tym łacniej można 
wiary świętej bronić...
— Nie zawdy! Nie zawdy! 
Towarzystwo Jezusowe wielka 
rzecz, nie neguję, wszelako o 
nację mało się kłopocze... Jeden 
Kościół, jeden naród — może nie? 
Jeżelim w błędzie, rzeknij, a 
rad rewokować będę... Nie? Poślą 
to kiedy Hiszpana do 
Hiszpaniej... Francuza do 
Francjej, Niemca do Niemiec? 
Przeciwnie! Na odwrót wyślą, by 
się do ojczyzny nazad nie 
przywiązał...
Spojrzał na chłopca spod oka.
— Wzdychałem do Towarzystwa 
Jezusowego — podjął — wszakże 
usłyszawszy, że w nowicjacie 
przysięgę trza złożyć, iż się 
rodziny i kraju wyrzeka — 
odstąpiłem. Nie czas myśleć o 
prywacie, gdy Bóg ciężkie 
calamitates na kraj luby zsyłać 
raczy... Samolubstwo by to było 
szpetne.
Wycierał nos starannie 
kosztownym lnianym płatkiem.
— Byłem temu dwanaście 
niedziel w Rostkowie — zaczął po 
chwili milczenia.
— W Rostkowie! — ożywił się 
Staszko. — Śniegi już pewno 
spadły?...
— Ponowa była, gdym 
wyjeżdżał...
— Jako żywią rodzice 
dobrodzieje? — zapytał chłopiec 
nieśmiało.
— Ot, żywią! Pani matka wielce 
się posunęła... A posiwiała, jak 
gołąb! W ślozach ustawicznych 
trwa... Pytałem o przyczynę 
takowej turbacji...
Znów spojrzał na Staszka 
badawczo.
— Jak nie ma serce boleć — 
powiada jejmość kasztelanowa — 
gdy najmilejsze dziecko 
niewdzięcznością afekt 
odpłaciło... Staszek do zakonu 
bez pytania zbiegł, bez 
ojcowskiego pozwolenia! Matki o 
błogosławieństwo nie prosząc! 
Słyszał to kiedy złe słowo? 
Wiedział, zali nie zezwolim? 
— Jegomość ojciec, nie 
zezwoliliby nigdy.
— Ha! dla pewności trza się 
było spytać... Ale nie w tym 
rzecz... Prawi pani 
kasztelanowa: Niewiela mi już 
życia, by choć na jedną 
niedzielę przyjechał, a potem 
bodajby sobie nawet do zakonu 
wracał, jeśli dusznie tego 
chce... 
— Co Pawło? — zapytał Staszek 
niepewnie. 
— Pawło zawzięty, a najwięcej 
o to, żeś nie pożegnawszy się z 
nim zbieżał. Czy to ja ojciec 
jegomość? — powiada — czy się 
mnie strachał?... Brat zdradę 
takową wyrządził! Rychlej bym 
się śmierci spodział, niż żeby 
mi Staszko podobny kontempt 
okazał...
— Nie dla kontemptu, jeno... 
— Wiem! wiem! wszakże rzekę 
szczerze, iż wiela admiruję twą 
determinację, tyla potępiam 
manier wykonania... Inaczej trza 
było imprezę organizować...
Przerwał na chwilę, dodając, 
jakby do siebie:
— Bodaj i teraz byłby jeszcze 
czas naprawić...
Staszko popatrzył nań ze 
szczerym zdziwieniem.
— Naprawić?
— Ano. Od Ojca prowincjała na 
rok abszyt wziąć, którego nie 
odmówi, i rodzicielów jako 
przystoi pożegnać... 
— Nie — odparł Staszko. — Nie 
puściliby z powrotem... Tu już 
jest teraz mój dom i rodzina, 
które miłuję nie mniej niźli 
tamtych...
Oczy kanonika błysnęły.
— Miłujesz ich! Tedy bacz, byś 
bezrozumnym uporem w tęgą kabałę 
Ojców nie zaplątał! W złą 
godzinę namówili cię bez 
ojcowego pozwoleństwa do 
nowicjatu!
Staszko spurpurowiał.
— Nikt mnie nie namawiał! W 
złą godzinę? Czemu?... 
— Bo twój upór stać się może 
snadno przyczyną kasaty zakonu w 
Polsce. Kasaty! Rozumiesz, 
chłopcze?!!
— Nieprawda! — odparł 
przerażony. 
— Nieprawda?! — roześmiał się 
kanonik złośliwie. — Nie wiesz, 
w jakiej komitywie żywie ojciec 
jegomość z kardynałami 
Hozjuszem, Commendonim i 
inszymi?! Niedaleka droga przez 
nich do Ojca Świętego! Gdy mu 
zaniosą skargę, że Towarzystwo 
Jezusowe pacholęta nieletnie 
wykrada z domu i przeciw władzy 
rodzicielskiej buntuje, 
obaczysz, co będzie! 
— Jego Świątobliwość nie 
uwierzy!
— Jakże nie uwierzy, kiedy 
prawda? Nie jedna to i nie 
pierwsza skarga, nie bój się! 
Dominikanie nas poprą, 
Augustianie nas poprą. Wiesz co 
było w Saragossie? Konterfekty 
Jezuitów w postaci diabłów po 
grodzie obnoszono, że się 
Świętej Inkwizycji przeciwiali, 
sobie chcąc honor nawracania 
heretyków rezerwować... 
czterdziestu lat jeszcze bodaj 
nie egzystuje Towarzystwo 
Jezusowe, a dość już wszystkim 
dojadło!
— Jego Świątobliwość nie 
uwierzy... — powtarzał Staszko 
wpół z płaczem.
— Obaczymy. Jeśli nie 
wierzysz, mam bodaj przy sobie 
pismo do kardynała Hozjusza 
wystosowane...
Wyjął z kieszeni kartelusz. 
— Pismo ojca jegomości?! — 
zakrzyknął Staszek.
— Tak jest, pismo pana 
kasztelana zakroczymskiego. 
Kardynał dał mi je, gdym mu w 
Heilsbergu powinną obediencję 
składał.
Podał list chłopcu, który 
czytać go zaczął z pośpiechem.
"Illustrissime et 
clementissime princeps — pisał 
pan kasztelan — Jaśnie Wielmożny 
Księże Kardynale, Najmiłościwszy 
mój Dobrodzieju!
Jako do Protektora zakonu, 
zwanego Societatis Jesu, od 
Hiszpańczyka Loyoli założonego, 
udaję się do Waszej Dostojności 
z żałobą, sumitując się za 
śmiałość, quam magnus affectus 
ojcowy, srodze zraniony, snadno 
wytłumaczywszy. Przez wyż 
nazwanych mnichów podmówiony, 
syn mój najmłodszy, Stanisław, 
przepomniawszy obserwancji 
winnej przodkom i krwie zacnej, 
z kolegium wiedeńskiego 
potajemnie zbiegł. Instar 
podłego włóczęgi pieszo przez 
Niemcy szedł żebrząc, nieskalany 
klejnot Kostków hańbą 
pokrywając, a na pośmiewisko 
ludzkie wystawiając; w Augsburgu 
przez onych mnichów wdzięcznie 
akceptowany i do Rzymu odesłany 
został, gdzie, jako słyszę, już 
w nowicjacie jest. Racz Wasza 
Dostojność zauważyć, iż takowe 
obrzydliwe pobłażanie dziecięcej 
płochości, a podjudzanie jej dla 
swoich profitów, durne pacholę w 
opozycji świętej władzy 
rodzicielskiej stawiające, 
tolerowane być nie może i 
przykładnie ukarane przez 
Najwyższy Trybunał być winno. 
Biada nam, jeśli pacholąt do 
szkół rychło oddawać 
przezpiecznie nie będziem mogli, 
heretyków serca tym kontentując! 
Mają już one mnichy w Pułtusku 
budowlę. Z ziemią będzie 
zrównana za afront całej Masowii 
wyrządzony. Takowym skandalem 
ingres swój rozgłaszając, nie 
osiedzą się w Rzeczypospolitej, 
a da Bóg odwróci się od nich i 
Ojciec Święty, właściwe oblicze 
tego zakonu poznawszy. Ku czemu 
wszelkie siły i środki nie 
chudopacholskie obrócę, za 
ubligę zacnemu rodowi wyrządzoną 
pomsty powinnej szukając..."
Stał nieruchomo, niepewny, z 
oczami pełnymi łez; kanonik 
uśmiechnął się zwycięsko, 
pulchną dłonią dotykając 
miękkich jak atłas policzków. 
Drzwi skrzypnęły, wszedł Ojciec 
Fazio.
— Jakiż wynik dyskursu? — 
zapytał pogodnie. 
Wziął list z ręki chłopca i 
przebiegł szybko oczami.
— Ho! zawziął się pan 
kasztelan okrutnie...
— Wasza wielebność... zali to 
może być?
— Co? 
— Kasata Towarzystwa 
Jezusowego w Polsce na instacje 
ojca jegomości?
— Może być. 
Nowicjusz wybuchnął płaczem.
— Nie widzę racji łez, Bracie 
Stanisławie, jeśli panu Bogu 
Towarzystwo Jezusowe potrzebne 
jest, tedy na kasatę dla 
ludzkiego widzimisię nie 
zezwoli; jeśli zaś zezwoli, znak 
to, że potrzebne już nie jest, a 
zatem nie ma czego żałować, ot 
co!
Staszko spojrzał na Ojca 
Fazio, niby na anioła.
— Naprawdę?
Stary zakonnik objął go za 
szyję.
— Naprawdę. Postąp, jako 
chcesz i pragniesz, ale się o 
nas nie turbuj. 
— Żegnam najuniżeniej waszą 
wielebność — rzekł sucho kanonik 
Lasocki. — Niech będzie 
pochwalony — kończył już za 
drzwiami. 
Nowicjusz zeszedł szybko do 
asceterium, gdyż godzina 
wspólnych rozmyślań już się 
rozpoczęła, i zasiadł cicho na 
swym miejscu, ale modlitwa nie 
szła mu jak zwykle. Wizyta 
kanonika wstrząsnęła nim 
bardziej niż przypuszczał. Nie 
słowa kłamliwe i chytre namowy — 
o nie! Lecz był to człowiek, 
który niewiele niedziel temu był 
w Rostkowie... rozmawiał ze 
wszystkimi... patrzał na stare 
sprzęty znajome i rodzinne 
ściany. Opuszczony na zawsze dom 
stanął mu naraz w oczach 
wyraziście. Darmo starał się 
usunąć jego obraz, a myśleć o 
wygłoszonej rano przez Ojca 
Emanuela egzorcie. Dusza nie 
chciała wyjść z komnat 
dzieciństwa, dotykała z 
nabożeństwem odrzwi, szukając 
gorliwie, pilnie... Oto jest, 
której szukał... Siedzi sama w 
alkierzyku ulubionym, gdzie 
stoją jej klęcznik i krosna. 
Siwa głowa w pięknym czepcu 
pochyla się nad rozpoczętym 
ornatem... Z oczu łzy padają na 
barwiste wzory... Łzy matczyne 
za nim... za Staszkiem... Jakże 
mógł odejść, rąk jej i nóg 
wprzód nie ucałowawszy?
Szarpnął się wysiłkiem woli. 
Wyjął z pultynku zeszyt, w 
którym zaczął poprzedniego dnia 
układać "tonusy", czyli krótkie 
przemówienia kolejno w niektóre 
dnie przez nowicjuszów 
wygłaszane, i pisać począł z 
zapałem. 
...Ponowa była, gdym 
wyjeżdżał... zadźwięczał naraz w 
uszach głos kanonika Lasockiego. 
Odłożył pióro. Objęła go cicha, 
szeroka biel mazowieckiej zimy. 
Ujrzał skrzący śnieg, drogę 
znaczoną niebieskim wężem 
podwójnym kolein, strzechy 
zaledwie sterczące znad 
śniegu... Brzęczą sanki. Pawło 
jedzie. Sam. Nie huka jak 
zwykle. Rozgląda się wkoło za 
kimś... Kmiecie schodzą z naboju 
na bok przed sańmi, grzęzną w 
śniegu po pas. Zdejmują wielkie 
czapy, patrząc ze zdziwieniem: 
gdzie drugi?... Gną się w lesie 
jodły pod ciężarem świeżo 
opadłego śniegu. Wiewiórka z 
gałęzi na gałąź hyc! hyc!... 
Śnieg się obsypuje w dół tumanem 
cicho, cicho, cicho...
— Zimą chyba tam najcudniej?
Jakby w odpowiedzi, 
rozszumiały się w oddali łany, 
pachnie siano na pokosach, żaby 
grają... Reż kwitnie i dymi ku 
niebu, jak wonna ofiara... 
Przenigdy już do tych pól nie 
wróci...
— Poślą to kiedy Hiszpana do 
Hiszpaniej, Polaka do Polski? — 
zaświstał znów głos kuszący. A 
nie, rzeczywiście. Toć niedawno 
Ojciec Araoz, Portugalczyk, 
uczył cierpliwie swojego języka 
Ojca Mercuriana, którego do 
Portugalii posyłano. Gdy 
odjeżdżającego żegnali, Ojciec 
Araoz rzekł nagle: — Jest podle 
Coimbry wieś mała, San Carlo... 
będziesz Ojcze pewno przechodził 
tamtędy... — Urwał i odszedł 
szybko, nie kończąc, co chciał 
powiedzieć...
Piaszczysty gościniec zjawił 
się znów przed oczami. Skrzypią 
drewniane osie chłopskich 
powózek. Kmiecie wracają z 
roboty... Widzi ich twarze 
senne, obojętne, bierne. Do 
tych, swoich, trza by iść, 
nauczać, miłować, oświecać...
Oparł czoło o pulpit w walce 
bolesnej, ciężkiej z samym sobą. 
Rozdwoiła się w nim dusza i 
zmagała. Opuścić zakon? — za 
nic!! Wrócić do dawnego życia? — 
za nic! A równocześnie czuł, że 
nigdy o kraju swoim zapomnieć 
nie zdoła, ani go miłować i 
tęsknić za nim nie przestanie. 
— Matko! Opiekunko moja! — 
szepnął w męce i naraz 
uśmiechnął się: — Dlaboga! 
toćże, kiedy będę w niebie, 
zalecę tam, wiela razy zechcę...
Podniósł rozpogodzone oczy. 
Ucisk duszny znikł jak mara. 
Nie takie znów długie to 
życie, skończy się prędzej czy 
później. Może pozwoli mu Bóg nie 
wiekować tu na ziemi... A po 
śmierci już go też Matka Boża 
nie wyda na potępienie... O nie! 
— Lekki jak puch polatywać 
będzie nad ojczyzną swoją i 
łaski dla niej u Orędowniczki, 
Królowej swojej wypraszać...
Jak gdyby wiedząc, że mu to 
będzie przyznane, spojrzał na 
lico Najświętszej Panienki, 
błyszczące w ołtarzu, z 
wdzięcznością. 
IV
Pięć wozów skarbowych, 
kowanych, podciągnięto przed 
dwór jeszcze wczoraj, by pan 
Moczydłowski miał czas 
dokumentnie i starannie wszystko 
upakować. Prócz wozu pierwszego, 
kobiercami obitego, na którym 
jeno parę lekkich tobołków 
leżało — wygórowane były jak 
domy wszelkim sprzętem w podróży 
potrzebnym i płótnem smołowcowym 
obciągnięte. Teraz zaprzęgano 
konie, po cztery w poręcz. Pan 
Łahoda raz jeszcze sprawdzał 
starannie sprzączki, naszelniki 
i blankowe pasy. Pan Bieliński 
zgarbiony i markotny, zawinięty 
w podbitą lisami opończę, 
spoglądał na to z ganku, 
niespokojnie wzdychając raz po 
raz.
— Czego waść dychasz? — spytał 
szorstko Paweł. Wyszedł na ganek 
gotowy do drogi, w obcisłym, 
podróżnym żupanie, na który 
wdział krótki kopieniak od 
chłodu. Koniec był kwietnia i 
choć słońce silnie grzało, wiatr 
zimny pociągał, osobliwie po 
zachodzie. Górą krzyczały 
czajki. Łęgi leżące za sadem 
wydawały się złote od kwiatu 
kaczeńców.
— Czego waść dychasz? — 
powtórzył. 
— Niedobre są aspekta podróży 
— odparł pan Bieliński. — NIe 
wróżę ja nic pomyślnego z naszej 
jazdy. Koniunktury są 
oznaczające ciągłe obstakle, 
koniec zaś niepewny. 
— Chwała Bogu — roześmiał się 
Pawło. — Waścine przepowiednie 
rozumieć trza przeciwnie, tak 
jako sny wykładają. Pomnę w 
Wiedniu, przed Staszkową 
exkursją, horoskop splendor i 
radość wróżący...
Pan Bieliński opuścił głowę 
znękany, gdyż ów horoskop 
stanowił dlań najboleśniejsze 
wspomnienie.
— Gardło daję — rzekł — że 
gwiazdy wonczas to, a nie co 
innego mówiły...
— Pawło! — zagrzmiał z wnętrza 
domu głos pana kasztelana. 
Skoczył co tchu do komnaty 
ojcowej. Kasztelan kończył 
pieczętować listy. Pokłonił mu 
się do nóg i ucałował kolana 
siedzącego w głębi jegomości 
biskupa płockiego.
— Gotowyś?
— Gotowym, proszę jegomości 
dobrodzieja pana ojca.
— Listów nie zagub, w zanadrze 
je wsuń, gdzie mieszek?
Pawło podał płaski irchowy 
woreczek, w tasiemki, dla 
zawieszenia na szyi, 
zaopatrzony. Pan kasztelan 
układał w nim listy starannie. 
— To jest pismo moje do 
eminencji kardynała 
Commendoniego, protektora 
Rzeczypospolitej... Te, od 
księcia biskupa, 
rekomendacyjne... Pismo do 
generała Towarzystwa Jezusowego, 
bywszego księcia Gandii. To zaś 
suplika do samego Ojca 
Świętego... Gdy kardynał 
audiencję ci, jak suponuję, 
wyrobi, oddasz ją Ojcu Świętemu. 
Nie dufaj wszakże zbytnio w 
suplikę i sam żywym głosem 
krzywdzie się naszej uskarżaj... 
Wcześniej z imć Bielińskim 
orację elokwentną ułóżcie: 
Odwrócenie nieletniego spod 
rodzicielskiej opieki... 
Trzymanie go w klasztorze bez 
pozwolenia ojcowego... Grawamina 
dostateczne...
— Słucham jegomości 
dobrodzieja pana ojca.
— Z tym błaznem ani nie gadaj, 
ani do niego nawet nie zachodź, 
dopiero gdy swoje zrobisz, za 
łeb, na wóz i z powrotem.
— Słucham, jużci, że w dysputę 
z nim nie wejdę... 
Pan Moczydłowski wsunął się 
ostrożnie.
— Na trzeci wóz dałem łuby 
Staszka... — zaczął lękliwie — 
niebożątko pewno i przyoblec się 
nie ma w co... 
— Dyby dla tego chłystka, a 
nie łuby! — mruknął pan 
kasztelan. — Bogu dzięki, że się 
ta zgryzota skończy — zwrócił 
się do księdza biskupa. — Byłbym 
zaraz słał, jeno zimowa pora 
drodze nieprzyjazna. Ninie trawa 
już się pięknie puściła, konie 
wszędzie popaść można, a i drogi 
niezgorzej obeschły... Tandem, 
chłopcze, jhedź z Bogiem i 
powsinogę z wolą czy bez woli 
sprowadź... Nie zechce sam — 
siłą bierz!
Wspomnienie inkartady syna 
buchnęło mu krwią na jagody. 
Palnął w stół pięścią, aż okna 
zadrżały.
— Gniewem moim, ojcowskim, mu 
zagroź! Smarkacz! błazen! 
oczajdusza! szelma! do loszku go 
wrzucę! przeklnę! przeklnę! gdy 
się nie opamięta!... Ojcową 
władzę świętą mam i nie 
daruję!...
— Mityguj się, mości panie 
kasztelanie — interweniował 
pojednawczo ksiądz biskup — 
dzieciuch to prawy, 
obałamucony...
— Wiem, księże biskupie! Wiem! 
Wiem też, czyja to intryga! 
Popamiętają mnie mnichy... 
Staszko sam nigdy by się na 
podobną imprezę nie ważył... 
Dziecko było lękliwe, potulne, 
na służbę Bożą od małego 
przeznaczone... Omotali... do 
rewolty pchnęli... na 
pośmiewisko niby żebraka 
wysłali... Chryste Panie! wiela 
razy wspomnę, krew mnie z 
indygnacji zalewa... 
Pawło wysunął się cicho, bo z 
sieni pani kasztelanowa wzywała 
go dłonią. Przypadł do jej rąk, 
żegnając. 
— Pawłuś — szepnęła — jegomość 
prawią swoje... ja ci rzekę: nie 
siłuj go! Niech, jako chce, 
czyni... jeśli tam szczęśliwy...
Szarpnął się w tył oburzony, 
wydymał chmurnie usta.
— Namawiaj go, ale nie 
siłuj... — powtarzała — daj mu 
wolę... jako chce...
Odwrócił twarz na bok 
niechętnie. Ujęła jego głowę w 
rozdygotane dłonie, spoglądając 
prosto w zacięte oczy.
— Pawłuś... rzekniesz mu... 
choćby nie chciał wrócić... że 
go błogosławię i miłuję... 
błogosławię i miłuję... 
Pamiętaj!... Ja wiem, że nie 
pohańbił on nas... oj nie... 
Ucałował jej ręce w milczeniu, 
nie przekonany. Przycisnęła go 
do piersi, tuląc długo, 
troszcząc się, czy dosyć ciepło 
odziany, boć mróz mógł jeszcze 
chwycić...
Kamchowa jubka zaszeleściła za 
nimi: Pani Stara niosła 
dyskretnie puzderko. 
— Konfektów nieco dla Staszka 
— objaśniała wstydliwie — pewno 
tam chudziaczka pokrzywą jeno a 
lebiodą na oleju karmią, jako u 
Włochów w zwyczaju...
— Daj, dobrodziko — rzekł 
skwapliwie pan Moczydłowski 
umieszczając puzderko wśród 
łubów. Konie już były gotowe. 
Pachołek rozlewał wiono dla 
strzemiennego w pucharki; pan 
kasztelan ostatnie dawał 
polecenia panu Bielińskiemu, 
woźnica Łukasz podprowadził 
paniczowi dzianeta, ksiądz 
biskup podniósł w górę złoty 
krzyżyk błogosławiąc.
Pawło upadł raz jeszcze do nóg 
rodzicielom i wskoczył na konia. 
— Po żniwach będę! — zawołał 
wesoło.
— Gadaj zdrów, na Marcina 
wróć, a dobrze będzie... — 
mruknął kasztelan, wracając w 
głąb domu. 
Wozy ruszyły z turkotem, 
obszczekiwane zajadle przez 
gromadę psów. Panowie 
Moczydłowski i Łahoda śledzili z 
ganku uważnie, którą nogą wprzód 
konie przestępują bramę, co dla 
swawoli psiej łatwym nie było, z 
okna pani kasztelanowa 
nasłuchiwała długo ginącego w 
oddali turkotu.
Odwróciła się, słysząc kroki 
pana kasztelana.
— Iście dopiero na Marcina 
wrócą? — zapytała.
— A pewnie! W jeden dzień 
wszystkich nie objedzie... na 
audiencję u Ojca Świętego parę 
niedziel czekać można... A nim 
go mnichy wydadzą...
Pokręcił gniewnie głową.
— Jeno gdy wrócą, nie cackaj 
mi się jejmość ze Staszkiem! 
Łotr jest i choć parę dni, ale 
posiedzi w loszku dla 
przykładu... Z góry to jejmości 
zapowiadam, by potem mdłości a 
ślozów nie było...
— By jeno wrócił, uczynisz z 
nim jegomość, co zechcesz — 
odparła ulegle. Siadła przy 
krośnie, ocierając szybko 
wierzchem dłoni oczy.
— Byle wrócił... — powtarzała 
sobie w myśli — ale nie wróci... 
nie wróci... Wiem ja, że nigdy 
nie wróci...
V
Uczony Ojciec Emanuel Sa szedł 
zamyślony. Ważną miał sprawę do 
załatwienia w Watykanie. 
Rozmyślał nad nią, przygotowywał 
i dobierał słowa, którymi 
przedstawi ją kardynałom. Głos 
dzwonów obudził go z zamyślenia. 
Rozejrzał się wkoło.
— Jeszcze za wczas, by iść do 
kardynała — rzekł do 
towarzyszącego mu nowicjusza, 
którym był Staszko — zajdziemy 
na nabożeństwo do Panny Maryi 
Majoris...
Dziecinna twarz młodego Polaka 
rozjaśniła się tak szczerą 
radością, że poważny Ojciec Sa 
uśmiechnął się mimo woli. 
— Z czegóż taka kontentacja, 
Bracie Stanisławie?
— Bo idziemy odwiedzić Matkę 
Bożą i to do Panny Maryi 
Majoris, a dziś przecie drugiego 
sierpnia... — odparł chłopiec, 
jak gdyby zdziwiony pytaniem. 
— Miłujesz Matkę Bożą? — 
spytał zakonnik, spoglądając nań 
badawczo.
— Czy miłuję?! 
Staszko poczerwieniał, 
otworzył usta, lecz nie znalazł 
odpowiedniego słowa, łzy 
napełniły mu oczy, łzy 
wzruszenia i wstydu nad własną 
nieudolnością zarazem. 
— Czy miłuję?! Boże! toż to 
Matka moja!... — wyjąkał.
Ojciec Sa nie spuszczał zeń 
oczu. 
— To dobrze; tak Ją miłować 
potrzeba. Jak matkę. 
Uśmiechnął się pobłażliwie do 
zmieszanego chłopca.
— Był pono kiedyś, nie u nas, 
i nie pomnę w którym zakonie, 
Braciszek, tak wielką miłością 
do Matki Bożej pałający, że co 
dnia strzeliste do Niej listy 
pisał...
— Listy? — zadziwił się 
Staszko.
— Listy, owszem, a także 
sonety misterne. Wypisawszy, na 
ołtarzu za obraz wsuwał, gdzie 
po leciech mnogość tych 
epistołów znaleziono. Zdało się 
widno pacholikowi, że co w 
liście wypisze, to trwalsze 
będzie niźli myśli same, które 
lotne i zmienne są...
Szli dłuższą chwilę w 
milczeniu.
— Za dwie niedziele 
WnieboĂwzięcie — zauważył 
nowicjusz nieśmiało.
— A tak, Wniebowzięcie. Piękny 
dzień... Triumf ziemi... Rodzaj 
ludzki, w Matce Bożej 
personifikowany, wyniesiony do 
najwyższej godności... uświęcony 
i z niebem zrównany...
— Okrutnie piękne nabożeństwo 
jest u nas na Wniebowzięcie... — 
mówił półgłosem nowicjusz — u 
nas, w Polsce... Ludzi tłum, 
wszyscy śpiewają... a 
przejęci!... W Italii nie tak... 
nie wiem czemu... Piękniejszego 
nabożeństwa jak w Polsce nawet w 
Rzymie nie ma... — Wzniósł w 
górę oczy świetliste 
wspomnieniem. 
— A dopieroż cudne musi być w 
niebie! Nieraz sobie o tym 
rozmyślam.... Jak tam 
Wniebowzięcia rocznicę obchodzą? 
Hej, najpiękniejsze to święto z 
całego roku pewnikiem... Kiedyż 
je ujrzymy?... Boże!...
Ojciec Emanuel nie odrzekł 
nic, pomyślawszy, iż wątpliwym 
jest, by Bóg dzielił wieczność 
na rocznice według ziemskich 
rachub, ani by pośród 
doskonałości i szczęśliwości 
najwyższej istniał podział na 
dni świąteczne i na dni 
powszednie. Milczał jednak, nie 
chcąc mącić radości wiary 
dziecinnej.
Wielka bazylika objęła ich 
chłodnym cieniem. Zapadli obaj w 
modlitwę. Ojciec Emanuel wzywał 
gorąco Ducha Świętego, by 
oświecił go, jakimi argumentami 
uda się najsnadniej przekonać 
Święte Kolegium — Staszko myślą 
wędrował w niebiosa. Kiedyż je, 
kiedyż posiędzie i pozostanie w 
nich na wieki? Coraz częściej, 
gdy myślą wybiegał do stóp 
Bożych, zdało mu się, że już, 
już duchem jest lotnym, 
niebieskim, obcym ziemi i jej 
sprawom. I z coraz większym 
żalem przekonywał się zbudzony, 
że jeszcze do ziemi należy. 
Tęsknota za niebem, gorąca, 
gwałtowna, nienasycona, trawiła 
go niby ogień. Łońskiego roku 
przyszedłszy do nowicjatu 
sądził, że już jest w niebie, 
spokojny był i szczęśliwy. 
Minęły te błogie czasy! I zakon 
nie był niebem i ludzie 
otaczający go byli tylko ludźmi 
— nie aniołami. Dobrymi, Bogu 
oddanymi, ale ludźmi. Miłował 
ich i szanował, lecz po dawnemu 
rwał się za dobrem bez skazy, 
wieczystym, obcym wszelkim 
zabiegom ziemskim. 
...Nieznany braciszek, który 
codziennie listy do Matki 
Boskiej pisywał, miłował pewno 
jak on... Zdrowo musieli się 
uśmiać Ojcowie, odczytując owe 
epistoły, ale może Matka Boska 
się nie śmiała?... Prawdą jest, 
że myśl na papierze wyrażona 
nabiera siły i wagi... A gdyby i 
on napisał?... 
Dzieciństwo... Roześmiał się 
sam z siebie. Jednakże myśl ta 
nurtowała go dzień cały. 
Wieczorem, znalazłszy się sam w 
swojej celi, rozmyślać począł na 
nowo. Może nie dzieciństwo? List 
do Matki Bożej... List... 
W liście najlepiej wszystko 
można wypowiedzieć. Jak tęsknił, 
jak miłował, jak pragnął być 
wyzwolonym!... Napisze. 
Drżący z bojaźni, zali nie 
dopuszcza się grzechu, czyniąc 
coś ukradkiem, rozłożył na 
pulpicie arkusz papieru i 
zawahał się. Jak pisać? Po 
polsku? Łacina była 
dostojniejszą, Kościołowi 
przynależną, lecz przecie, gdy 
duchem się do Matki Bożej modlił 
— to po polsku. Po polsku słowa 
wiły się same jak wieńce, 
płynęły niepowstrzymanie jak 
źródło. Pomyślał, że Matka Boża, 
wszelką mowę umiejąca, woli, by 
każdy w swojej rodzonej 
przemawiał, i przeżegnawszy się 
zaczął:
Najmiłosierniejsza, 
Najzacniejsza Pani, Matko i 
Królowo moja!...
Ręce drżały mu ze wzruszenia, 
serce tłukło się w piersi, 
policzki płonęły, gdy pisał:
...Ja, brat Stanisław Kostka z 
Polski, nowicjusz Towarzystwa 
Jezusowego, który miłuje Cię, 
Najświętsza Panienko, jakom nie 
miłował nigdy nikogo na świecie, 
nawet Macierzy rodzonej — i 
którego znasz, boś się raz, gdym 
w niemocy leżał, niegodnym moim 
oczom objawiła — proszę Cię i 
suplikuję, byś mnie raczyła 
zabrać k'sobie jak najprędzej, a 
długo mizernym żywotem nie 
nękała. Bo racz zważyć, 
Najświętsza Panienko, że i tak 
profit ze mnie na ziemi nijaki, 
bo ani rozumu we mnie ani nic 
nie ma, kromia miłości wielkiej 
ku Tobie i Synaczkowi Twojemu. 
Wysłuchaj tego, coć proszę, 
Matuchno moja najlepsza, a 
rychło ku sobie przywołaj... 
Przerwał i po chwili z 
płonącymi oczami, przerażony 
własną zuchwałością kończył:
...Uczyń tę łaskę, a na 
Wniebowzięcie zabierz mnie ze 
sobą, abym mógł już tego dnia 
chwałę Twoją najcudniejszą 
oglądać...
Złożył starannie papier i 
ukrył w zanadrzu. Przemknął się 
cicho do kaplicy, wspiął na 
ołtarz i list złożony pod ramę 
obrazu Matki Boskiej podsunął. 
Serce kołatało mu jak dzwon na 
trwogę, w skroniach czuł silne 
uderzenia, nogi się uginały, 
stukając o siebie kolanami. 
Upadł w ławce, opierając głowę 
na złożonych na pulpicie 
dłoniach. 
Czy wysłucha?! Czy nie weźmie 
natarczywości za grzech?... Nic 
jeszcze nie zrobiwszy na ziemi, 
nic nie wycierpiawszy, jakim 
prawem żąda już teraz widoku 
Boga i nieba? Jakim prawem? 
Bo miłuję... — odpowiadał 
sobie, podnosząc oczy na 
obraz... Gdyby wysłuchać 
raczyła... Gdyby... za dwie 
niedziele... Poczuł zawrót w 
głowie na tę myśl szczęśliwą. 
Musi wysłuchać i zabrać, boć już 
on się nie mieści na ziemi z 
miłością swoją. Gdzież się 
podzieje?... Ani serce jego tyla 
miłości objąć nie może... 
Rozszerza się, rozdyma, aż tchu 
brak. Czuł zolbrzymiałe serce 
swoje w gardle i w dole tłukące 
o żebra. Zdawało mu się, że 
jeszcze chwila, a pęknie. Gorąca 
fala krwi biła do głowy, w 
ustach miał cierpki jej posmak. 
Dotknął ręką pałających 
policzków i wybiegł na 
dziedziniec, aby się ochłodzić. 
— Co robisz, Bracie 
Stanisławie?! — zawołał surowo z 
okna Ojciec Polanko. — Toć 
sierpień! PO zachodzie słońca 
febris pewna! 
— Już wracam! — krzyknął, z 
pośpiechem zawracając ku domowi. 
Biegł zadyszany, szczęśliwy, 
Ojciec Polanko patrzył za nim 
zamykając okno. 
— Dziwny jest ten mały Polak — 
zauważył do stojącego za nim 
Ojca Alfonsa Ruizy — obawiam 
się, że nadmierna egzaltacja 
przeszkodzi mu być dobrym 
zakonnikiem. 
Obudziwszy się z półsnu, 
Staszek rozglądał się z pewnym 
zdziwieniem wokoło. Przed paru 
godzinami na jego usilne prośby 
ułożono go na podłodze, na 
cienkim, chrzęszczącym sienniku. 
Widziana z dołu infirmeria 
zdawała mu się większą, wyższą, 
sprzęty nabierały ważności, zaś 
on sam zdawał się sobie jeszcze 
mniejszy, niziutki jak robaczek 
drzewny. Rad był, że uprosił, iż 
go z łóżka zniesiono. Po 
prawdzie sam nie wiedział dobrze 
czemu. Może pamiętając, iż 
dzieckiem leżał w złocistej 
kołysce, pragnął przynajmniej 
umierać ubożuchny jak Chrystus 
Zbawiciel, a może był to po 
prostu tajemny instynkt natury, 
mocą którego każde stworzenie 
przed zgonem układa się jak 
najściślej na ziemi, zespalając 
zawczasu ciało z prochem, z 
którego powstało i do którego 
powraca. 
Sam był. Niedawno wyszedł stąd 
Ojciec Fazio, który go na śmierć 
dysponował i komunikował. W 
sąsiedniej izbie słyszał głosy 
Braci Augustiego i Akwawiwy, 
przyjaciół. Dano mu Wiatyk, 
ustępując jego prośbom, lecz 
nikt — wiedział o tym — nie brał 
choroby jego poważnie. Zwykła to 
była febra, zwana tercją, i 
częsta, i nie niebezpieczna. 
Drzwi skrzypnęły. Zamaszystym 
krokiem wszedł nowicjusz 
Warszewicki, ex_kanonik 
gnieźnieński. 
— Taką ci nowinę powiem, 
Stachu — rzekł od progu — że w 
mig od niej ozdrowiejesz... 
Przysiadł na ziemi przy 
chorym. 
— We Wilnie Dom Towarzystwa 
otwierają... Król miłościwy już 
fundację wieczystą podpisał... A 
Jego Przewielebność Ojciec 
Generał wiesz, co mi rzekł? 
Stachu! Że nas tam wyślą, ino 
nowicjat ukończym... Ażem się 
spłakał z radości... A powiadali 
ludzie, jako do swoich nie 
posyłają... ojczyzny każą się 
zaprzeć... Nieprawda! Widno jak 
komu... Pojedziem... swoich 
uczyć a oświecać... w Polsce... 
Zamilkł na chwilę wzruszony. 
— A do profesorów dwa nasze 
nowicjusze onegdaj przybyły: 
Koziogłowski, szlachcic, i 
Ciwek, z mieszczan, ale gadają, 
że łebski... Zbierze się nas 
czeladka niemała, obaczysz! 
Spojrzał rozradowanymi oczyma 
na Staszka, który uśmiechał się 
doń jakby z oddalenia. 
— Bogu dzięki — szepnął — 
chwaci z was... a o kmieciach 
osobliwie pamiętajcie... by się 
im krzywda nie działa... Nowinę 
wam także powiem — dorzucił 
pospiesznie, uprzedzając pytanie 
przyjaciela — okrutnie szczęsną 
nowinę, Księże Kanoniku... 
— Bracie!... — upomniał 
kanonik. 
— Jakby ojcu, jako druhowi 
serdecznemu, rzekę: 
Wniebowzięcie Matki Bożej 
jutro... 
— Wiadomo! taka nowina?! 
— ...i ja pomrę dzisia... 
Wniebowzięcie w niebie będę już 
oglądał... Jutro!... Księże 
Kanoniku, jutro!... 
— Pomrzesz dzisiaj?! — 
wykrzyknął Warszewicki ze 
zdumieniem; spojrzał nań, 
dotknął ręki i roześmiał się 
serdecznie. 
— Większej sztuki trzeba, żeby 
z tej słabości umrzeć, niźli 
żeby z niej wyzdrowieć... — 
skonstatował wesoło. 
Dzwonek zabrzęczał. Wyszedł, 
uśmiechając się do chorego od 
drzwi. Staszek uśmiechał się 
także. Leżał teraz sam, 
spokojny, w oczekiwaniu cudu. A 
wiedział, że cud nadejdzie. 
Wiedział, że był wysłuchany. Z 
niepojętej radości mdlało w nim 
serce, ustając całkiem, to znów 
tłukąc się bez opamiętania. Za 
moment stanie się to wielkie... 
To, na co całe życie czekał... 
Narodził się dla chwili, która 
nadchodzi... Stał duszą u 
wielkich wrót, za którymi 
zawarte były tajemnice nieba, i 
czekał, rychło drzwi się dla 
niego otworzą. W szczęsnej 
niemocy, niezdolny palcem 
poruszyć, przymknął oczy, 
czując, że gdy je otworzy, cud 
zjawi się i zostanie. O, nie 
pierzchnie jak wówczas... Świat 
zawirował z nim, odbił ze swego 
przyczółka i popłynął w 
przestrzeń. Otworzył oczy i 
zobaczył się w Rostkowie. To 
dobrze, tak powinno było być... 
w Rostkowie... Oto stoi na 
brzegu gościńca, uśmiechając się 
znajomym wierzbom czochratym... 
Z przasnyskiego kościoła 
wychodzi procesja, śpiewając: 
Toć to święto, Wniebowzięcie... 
Bieleją głowy niewieście... 
Brunatnieją jak rola sukmany... 
Idzie wraz z nimi śpiewając. 
Łomoczą potężne chorągwie... 
Jakże to? Droga została się w 
dole, a oni płyną ku górze. 
Dworki z czeladnej niosą jak 
zwykle feretron... Migoce gorset 
Jagnieszki złotem wyszywany, 
kraśnieje katanka Jewki... Nie, 
to nie dwórki, to dwa cheruby 
barwiste, promienne, a między 
sobą wiodą — Matkę Bożą... Ona 
to! Nachyla nad tłumem twarz 
słodką, rozkłada ręce i wznosi 
się w górę... Już wzbiła się 
ponad głowy... Ulata na 
skrzydłach cherubinów, już 
prawie dotyka nieba... Wciąż 
jeszcze się stamtąd uśmiecha... 
Odchodzi... 
Odejdzie? Bolesnym kurczem 
szarpie serce lęk sieroctwa. 
...Matko, Światłości 
Przedwieczna, Opiekunko, 
Ojczyzno umiłowana, Jedyna!!
A Ona tonie w obłokach... 
O, wyrwać się i polecieć! Za 
NIą! za Nią! 
W rozpacznym wysiłku duszy, 
całego jestestwa, coś pryska, 
coś się rwie z bólem, o którym 
nic nie wie. Nie dochodzi ból 
świadomości ogarniętej miłością, 
rozpaczą. I naraz — czuje się 
wolny. Dąży niby ptak swobodny 
za Nią, za miłością swoją... 
Leci spiesznie szlakiem 
świetlnym, szybciej, szybciej, 
zanim zniknie z oczu... Dopada 
wreszcie jak gołąb strudzony, 
piersią przywiera do złotych 
smug świetlnych, rozpływa się 
serce w szczęściu wieczystym, 
ziszczonym... 
Już ze Światłością jest 
jednym. 
VI
Kardynał Alexandria Ghislieri, 
bratanek papieski, odsunął 
niecierpliwie stos papierów, 
podsuniętych mu przez 
sekretarza. 
— Sygnatury na potem, ninie 
pójdziesz monsignore do Ojca 
Franciszka Borgii, generała, 
prosząc, aby zechciał przybyć na 
dzisiejszą konferencję... 
— Wasza eminencja pozwoli 
sobie powiedzieć, iż jego 
wielebność Ojciec Franciszek nie 
przyjdzie pewno z racji śmierci 
nowicjusza, którego jutro chować 
mają... 
— Nowicjusz pomerł? Nie takie 
znowu ewentum! 
— Istotnie, wasza eminencjo... 
Młodzik, cudzoziemiec... Wszakże 
Ojciec Franciszek miłował go 
osobliwym afektem i nie zechce 
przyjść pewnikiem... 
Kardynał strzepnął z niechęcią 
palcami i zamyślił się, 
marszcząc wydatne brwi. Czy 
wobec tego nie kazać się zanieść 
na Monte Cavallo? Wyrażając 
współczucie Ojcom Jezuitom, 
ujmie sobie generała, a zarazem 
omówi z nim pilniejsze kwestie. 
Nie mieszkając, kazał sprowadzić 
lektykę. Z przyjemnym uczuciem 
wygody oraz wykwintu zasiadł w 
jej wnętrzu i wyjął ze złocistej 
torebki tomik Horacego. Był 
miłośnikiem sztuk pięknych i 
teraz, kołysany rytmicznym 
krokiem ośmiu po turecku 
przebranych pachołków, smakował 
ulubione wiersze jak wonną 
brzoskwinię, z żalem odkładając 
książkę, kiedy lektyka stanęła. 
— Nie zakonny to pochowek — 
zauważył z przekąsem, wchodząc 
do kaplicy pełnej świateł 
jarzących i kwiecia. 
Ojciec de Freux, który wraz z 
Ojcem Ruizym wybiegł powitać 
dostojnego gościa, tłumaczył 
zakłopotany: 
— Nie zakonny iście... 
Nowicjusze uprosili, by go w 
kaplicy wystawić... A kwiaty i 
świece ludzie znieśli, ani się 
nas o pozwoleństwo pytając. 
Jakoż w niewielkiej kaplicy, 
prócz nowicjuszów i Ojców 
zakonnych, tłoczył się tłum 
włoski, entuzjastyczny, gorący. 
Kobiety znosiły coraz nowe 
naręcza kwiecia lub podnosiły w 
górę dzieci, by im pokazać 
zmarłego. Inne, spoglądając w 
jego anielską twarz, płakały 
modląc się głośno. Woń kwiatów 
wypełniała powietrze. Czarna 
suknia zakonna Staszka ginęła w 
powodzi ziela. Z kwietnych objęć 
wychylały się tylko bose, wąskie 
stopy, drobne ręce i twarz 
uśmiechnięta, jasna, a piękna 
jak zjawisko Boże. I ponad 
rozmodlonym, wpatrzonym weń 
tłumem, leżał cicho w takim 
splendorze i glorii, o jakich 
nie marzył nawet nigdy pan 
kasztelan zakroczymski, chociaż 
ojcowskie jego ambicje nie miały 
granic. 
Kardynał Alexandria zauważył z 
niejakim zdziwieniem, że purpura 
jego i godność nepota mniejsze 
niż zwykle czynią na pospólstwie 
wrażenie. Usuwano mu się z drogi 
z szacunkiem, owszem, lecz 
spojrzenia i uwaga były dla kogo 
innego. Dla pacholęcia zmarłego, 
zwyczajnego nowicjusza. Nie 
wydało mu się to przystojnym. 
— Skąd się zszedł cały ten 
plebs? — spytał niecierpliwie. — 
Chyba go umyślnie wzywano? 
— Przeciwnie, wasza eminencjo. 
Nie rozgłaszalim nikomu... 
— Nowicjuszem wszakże był... 
Skądże go na mieście znali? 
— Sami nie wiemy — wyznał 
Ojciec de Freux. — Dobry był 
chłopczyna, pobożny... Wszelako 
nic nadzwyczajnego... a oto 
takie poruszenie tłumu... Vox 
populi — vox Dei... Być może... 
Skąd go znali? nie wiemy... Mały 
święty Polak, tak go cała 
dzielnica nazywa... 
Z trudem wyprostowując 
schorzałą postać, Ojciec 
Franciszek Borgia szedł 
naprzeciw kardynała. 
— Rad bym wiedzieć, co uczynił 
tyle honorowany nowicjusz? — 
zagadnął tenże. 
— Święty był — odparł z 
prostotą generał. 
— Łacno szafujesz wasza 
wielebność słowem, które jeno 
Stolica Apostolska przyznawać 
jest w prawie... — zauważył 
sucho kardynał Ghislieri. 
— Nie minie dziesiątek lat, a 
Stolica Apostolska to uczyni... 
Kardynał wydął pogardliwie 
usta i spojrzał po tłumie równie 
gęstym, choć coraz to nowym. 
Zwłoki chłopca zniknęły już 
prawie pod ulewą ziół i kwiatów. 
— Oto jest życie, Wasza 
Eminencjo — westchnął za plecami 
dostojnika kaznodzieja papieski, 
Ojciec de Tolet. — Umarło 
polskie dziecko i cały Rzym 
ciośnie się, aby mu cześć oddać; 
a z nami starymi, gdy pomrzemy, 
czy będzie podobnie?... 
Kardynał odwrócił się szybko. 
VII
Monte Cavallo? — zapytał Paweł 
przechodzącego poganiacza mułów. 
Włoch skinął potakująco głową, z 
ciekawością patrząc na świetnego 
cudzoziemca. Pawło przyspieszył 
kroku. Nareszcie! 
Przez długie miesiące podróży 
zwątpił już, by kiedykolwiek 
dojechał. Gwiazdy tym razem 
rzekły szczerą prawdę! Droga się 
nie wiodła. Imć Bieliński, który 
już z Rostkowa wyjeżdżał jakiś 
kiepski, zachorował mocno po 
drodze i w podłej mieścinie 
węgierskiej przeleżał dobrych 
osiem niedziel. Pawło gryzł 
palce ze złości, lecz nie mógł 
nieboraka samego poniechać. I 
oto, zamiast po żniwach wracać 
do Rostkowa, ledwie końcem 
sierpnia dojechał do Wiecznego 
Miasta. Zostawiwszy w zajeździe 
zdrożone konie i zmizerowanego 
preceptora, pieszo, ukradkiem 
wymknął się na miasto. Dokąd? 
Nie przyznawał się sam przed 
sobą. Zawzięty był srodze na 
brata, lecz tęsknił za nim coraz 
silniej. Rok go nie widział! I 
miałby teraz, w tymże samym co 
on grodzie będąc, deptać 
cierpliwie po różnych 
instancjach, zamiast biec prosto 
do Staszka? Nie może to być! 
Zaleci, zobaczy, uściśnie, 
zwymyśla... Zwymyśla? Nie, nic 
nie rzeknie... Nic zrazu... To 
będzie najlepiej... Chyba słowa 
pani matki... Nic więcej... 
Ejże! Uradują się sobie 
wzajemnie!...
Biegł prawie, pochłonięty 
myślą, że brata zobaczy. 
Staszka... W radosnej chwili, 
gdy rozłąka miała się zakończyć, 
dziwował się sam sobie, że tak 
długo w zaciętości mógł 
wytrzymać. 
Stanął przed furtą i drżącą ze 
wzruszenia ręką pociągnął ciężką 
kołatkę. Brat furtian wyjrzał 
przez małe okienko. 
— Jestem kasztelanic Paweł 
Kostka, z Polski... brat mój 
jest tu w nowicjacie... 
chciałbym się z nim pilno 
widzieć... 
Brat furtian patrzył na niego 
zakłopotany i Pawło pomyślał, że 
lęka się, iż przyjechał Staszka 
siłą brać. 
— Nie przyjechałem po niego, 
jeno do niego, umyślniem z 
Polski przyjechał... Z 
błogosławieństwem od matki... 
rad bym go skoro oglądał... 
— Niech wasza godność raczy 
wejść. Pójdę przywołać Ojca 
Rektora — odparł brat furtian po 
chwili wahania. 
Górki Wielkie, 1926 r.
