Zofia Kossak
Krzyżowcy
Tom pierwszy
Bóg tak chce!
Rozdzial pierwszy
W KTÓRYM CZYTELNIK POZNAJE DOBRYCH RYCERZY ŚLĄSKICH
Rycerz Witosław Strzegonia, ostatni z jadących, obrócił się jeszcze raz ku klasztorowi.
— Ostańcie z Jezu Krystem! — zawołał.
— Jezus Krystus, Pan nasz, z wami! — odkrzyknął stojący w bramie przeor dodając półgłosem:
— A zmylże im drogę, miły Panie Jezu! Nie ostaw krzywdy bez pomsty!...
Własnoręcznie, nie czekając na brata furtiana, zawarł zamczystą bronę i stanął przy częstokole 
chmurnie patrząc w las, gdzie cichł tętent kopyt. Sandały zaklekotały tuż za nim. Nie odwracając 
głowy przeor słuchał żałośliwego wyliczenia brata cellerariusa, czyli szafarza.
— ...Chleb wszystek, jaki jeno był... trzy skopy... słoninę cała... cztery kopy jajców, jeden 
podświnek, sera dobrego kadkę, krup mieszek.
— Utropa! Chąsa zbójecka! — stęknął gniewnie przeor.
— Miodu beczułkę, piwa dwie kadzie, owsa dziesięć miar, siana pół brogu... — ciągnął szafarz 
głosem jednostajnym.
— Nie trzeba było tyle dawać... — mruknął przełożony.
— Staralim się, ojcze wielebny, staralim... Daremnie... Pachołki okrutnie były zgłodzone, konie 
też...
— Wielmoże takoż nażreć się nie mogły — przyznał przeor. — Święty Lambercie, patronie nasz! Na 
cztery niedziele starczyłoby tego jadła, co w jeden dzień zećpane...
— Na pięć albo i sześć — sprostował z goryczą brat cellerarius, wsuwając chude dłonie w luźne 
rękawy burego habitu.
— A nie wygadał się żaden pachoł, skąd jechali? — zagadnął przeor poufnie.
Brat szafarz spojrzał nań bystro, uśmiechając się półgębkiem.
— To nie wiecie jeszcze nic, ojcze wielebny?
— Nic nie wiem... Gadaj, a żywo... Pytałem nobilów, ale one sowę zadawszy żarły ilko, nic nie 
powiadając...
Pachoły też widno miały przykazane, żeby niczego nie gadać, alem jednego do infirmerii 
wziął i krzynę spoił... Coc rzekł? — niecierpliwił się przeor.
— Od Kruszwicy gnają, ani popasają... Bitwa tam była, sroga pono...
— Święty Lambercie! Pomorzany aż pod Kruszwice podeszły?
— Kamo Pomorzany! Z księciem się biły...
— Z księciem?...
— Ano. Z Włodżisławem. Zbygniewa wywiodły z Saksonii i na stolec chciały sadzać, jeno 
Sieciechowie ich rozbiły...
— Na rany Boskie! Nowa zamieć się zaczyna!? Srogie to wieści, bracie szafarzu... Nie łgałżeli ów 
pachołek?...
— Bogać tam... Prawie gadał...
Przeor patrzył tępo w ziemię. Naraz krzyknął jak olśnięty:
— Toć trzeba było sprzysiężników cale za furtę nie puszczać! Jeść nie dawać!
— Iście, by kto raniej wiedział...
— Nie puszczać! Bramy nie ozwierać! Babilony, Achaby wszeteczne! Nie objadłyby nas, 
chudziaków, a tu jeszcze i od księcia monitum usłyszeć możem...
— A opata jak na nieszczęście nie ma... Oj, będzie nam, będzie...
Nie odpowiadając przeor przemierzał szybkim krokiem niewielki dziedziniec. Wrzał z wewnętrznej 
pasji tym dotkliwszej, że nie miał jej na kim wyładować. Któż tu był winien? Chyba patron klasztoru, 
święty Lambert, któren swoje wierne sługi zaniedbał w porę ostrzec, O nowej wojnie wewnętrznej 
nikt jeszcze w puszczy nie wiedział. Co najprzedniejsze śląskie nobile podjechały kupą pod bramę 
wołając, by skoro otwierać. Na ich czele Ostój, zawołania Starykoń, mianowany łoni przez księcia 
opiekunem i obrońcą konwentu. Jakoż było przed nim bramy nie otworzyć? Jadła i spyży odmówić? A 
toć by klasztor na mieczach roznieśli...
...Któż mógł wiedzieć, któż mógł wiedzieć?...
W bezsilnym gniewie przeor pogroził pięścią ciemnej ścianie boru, gdzie przed chwilą znikli jeźdźcy. 
Och, jakże nienawidził tych nobilów, wiecznie niespokojnych, którzy rnało sobie ważąc słowa 
wielkiego papieża Grzegorza VII, że władza ziemska, książęca, królewska jest mdłym miesiącem, a 
duchowna, biskupia, opacka — słońcem, zuchwale przeczyli temu, ziemskiej władzy przypisując cały 
blask i moc, wierzgając przeciw ościeniowi i jawnie wzdychając za królem Bolkiem, mężobójcą, 
biskupowym zgładźcą. Ot, teraz, gdy król pomarł, pomarł jego sierota, Mieszko, a Włodzisław piękną 
.kamienną katedrę jął na Wawelu budować, zdało się, że będzie już spokój... Próżno cieszysz się, 
mizerny człecze... Wyciągli ninie bękarta Zbygniewa!
Byłli Zbygniew — urodzony z Prawdzicówny, nie kościelnym wprawdzie, lecz prawnym, rodowym 
ślubem związanej z Wodzisławem — bękartem czy nie, tego przeor nie był pewien. Jedno natomiast 
nie ulegało wątpliwości: że nowe boje sprowadzą nowe zniszczenie zbiorów, nowe wyludnienie siół, z 
trudem osadzonych po straszliwych latach: trzydziestym dziewiątym, czterdziestym... Nowe 
zaprzepaszczenie owoców zakonniczej zabiegliwości i pracy.
...A nasze skopy i podświnka zżarły jak na stypę po nas... — pomyślał. Żal i gniew zdjęły go takie, że 
nie bacząc na obecność brata cellerariusa wyciągnął pięść:
— Bodaj was ziemia pochłonęła, przeklętniki! — zakrzyknął — bodajście nigdy doma nie wrócili!
Ci zasie, których przeklinał, ciągnęli jeden za drugim wąską leśną drożyną niechawszy szerokiego 
gościńca. Czy była owa drożyna wydeptana przez bartników, smolarzy, zbieraczy czerwiu lub po 
pro.stu wygnieciona przez zdążające do wodopoju żubry i dziki — nie dbali. Wiodła ich na południe, 
ku ziemi śląskiej, jak trzeba. Lipiec był suchy, gorący, podmokłe leśne niziny podeschły jak grądy i 
konie zaledwie lgnęły, gdzie w innej porze nie przeszedłbyś cało. Drąc się przez chaszcze, wspinając 
na wzgórza wonne macierzanką, pozłociste rozchodnikiem, kryjąc się po pas, po uszy końskie w 
paprociach, brodząc przez miałkie, rozlane szeroko jeziorka, w których rosły krzewy i drzewa — płoszyli fukające stada dzików i brodate byki żubrze, pasące się pojedynczo na polanach. Grzmocąc 
nielitościwie boki końskie długimi na piędź ostrogami, gnali ku swoim stronom w niemylnym 
poczuciu, że tam dopiero, na własnej rodzonej ziemi, przyjdzie im zdrowy osąd i mądry namysł, co 
czynić dalej po klęsce. Rozumiejąc, że owo odzyskanie, pozostawionych w ojcowiźnie, namysłu i 
rozwagi ważniejsze jest ponad wszystko, zdążali borem na przełaj, nie dbając a gr;oiz,y i 
zasadzki puszczy.
Cóż stąd, że z rozwidlenia konarów łypie na jadących ryś ślepiem zielonym, a z dziupla drzewnego 
leśny dziad, licho od rysia złośliwsze — czerwonym? Nie nakładali drogi, by ominąć jak najdalej 
zamieszkiwane przez wiły i utopce bagniska, gdzie pod zdradną zielenią, czarującymi kępami, kwitnącymi wabnym zielem, chlupotało czarne bajoro, barzyna bez dna. Rosły tam wielkie olchy o 
krwawoczerwonych korzeniach, rozpartych, wykraczonych, trzymających się kurczowo chwiejnego 
podglebia. W przedwcześnie wygniłych kadłubach pni, wyżartych jałowością gruntu, próchno 
świeciło sino o zmroku. Dziupla te i próchnielizny, wysięki gnilne, wykapy ustrojone stopniami 
grzybów drzewnych, hub wielkich jak pół tarczy, były ulubionym siedziskiem duchów borowych, 
borutów i rokitów, dziadów leśnych i mamunów. Lecz rycerze nie dbali dziś o to zgoła, patrząc jeno, 
by koń, z twardszego obrzeża zesunąwszy, w bagno się nie zapadł.
Jechali w głuchym milczeniu, nie odzywając się do siebie ani słowem. Gadatliwość nigdy nie przystoi 
wojom, a cóż dopiero po .przegranej bitwie! O czym by zresztą gadać mieli? Użalać się daremnie na 
Zbygniewa, którego dziedzicem chcieli uczynić, do praw przywrócić, a któren w rozstrzygającej 
chwili odstąpił ich i ojcu się poddał, pociągając za sobą połowę stronników? Sami byli winni, iż nie 
przewidzieli, że niedowarzony otrok, to zuchwały, to zbyt korny, każdego doradcy słuchający, tak a 
nie inaczej postąpi.
Skute w zawziętym milczeniu szczęki, ucieczka spieszna ponad potrzebę i miarę, nie były wyłącznie 
skutkiem kruszwickiej porażki. Głębszą, choć nie uświadomioną, jej przyczynę stanowił duszny 
niepokój, dręczący całe szlachetne rycerstwo, wewnętrzna rozterka, wywodząca się z uczucia 
poniżenia i upadku. Zbyt świeżo każdy z tych primores nobiles, komesów i kasztelanów nosił w 
pamięci czasy królewskiej potęgi, gdy od stu lat zaledwie chrześcijańska Polska stała między 
najprzedniejszymi władztwami świata jako klucz polityki europejskiej, jako cenny sojusznik, przez cesarza i papieża wzajemnie sobie wyrywany.
Hej, czasy to były, czasy! Ojciec święty raz za razem posłów słał, tytułując w listach Bolka 
Szczodrego ukochanym synem i Ekscelencją, który to zaszczyt przysługiwał dotąd tylko basileusowi i 
cesarzowi. Króla francuskiego bowiem zwano Eminencją, zaś czeskiego, węgierskiego i angielskiego Magnificencją. We dwóch, Grzegorz z Bolesławem, osaczali Henryka IV jak odyńca w kniei. Gdy 
pokonany, bosymi stopami ziąbł w śniegu pod bramą Kanosy, piętnastu biskupów polskich, saskich, 
węgierskich i włoskich koronowało Bolesława w Katedrze Gnieźnieńskiej, nowo po napadzie czeskim 
zbudowanej. Bolkowa siostrzenica Elżbieta, za Haralda wydana, siedziała na stolcu norweskim, w 
dalekiej, zimnej dziedzinie. Siostra Storrada królowała Dunii, królewicz węgierski, Władysław, w 
krakowskim dworcu się chował i przez polskie drużyny na tron węgierski wprowadzony został. W 
nieznanej zgoła Anglii bardowie śpiewali pieśni o mężnych i nie spoczywających nigdy wojach polskich, w puszczach wiślańskich siedzących. Kniaziów ruskich, władaczy nieprzemierzonych 
obszarów, król polski suwał to tu, to tam, według swojej woli, za każdą wyprawą na wschód skarby 
przywożąc niezmierne. Prócz skarbów przywozili woje z królem chodzący rozrost wewnętrzny, radość 
z poznania, że świat poza rodzimą puszczą i nowiną jest tak nieskończenie wielki, nieskończenie 
różnorodny, budzący namiętność, by go przemierzyć, zgryźć, zrozumieć, zgarnąć. Gdy powracali w 
swoje tyny i grodziszcza, otoczone częstokołem bielejącym czaszkami końskimi, nie mogli myśleć już 
o niczym innym, jak o tych doznaniach. Rozpamiętywali owo wielorakie, różnobarwne życie, 
moszcząc je w sobie, żując, trawiąc, aż uderzało do głowy jak miód, tryskało tęsknotą za nowym 
królewskim wezwaniem.
A oto w mało wiele lat zmieniło się wszystko, przepadło.
Czyją winą? Złego losu, a także ich własną. Nie gadali o tym, lecz każdy na wnętrzu truł się z dawna 
poczuciem odpowiedzialności za zło, co się stało. Jakże zwolili króla wyżenąć z Krakowa? Nie poszli 
za nim na Węgry? Nie ustrzegli od Włodzislawowych zbójów, co czujniejsi od nich potrafili dopaść 
Bolka samotrzeć na łowach? Jakże potem nie upilnowali Mieszka sieroty? Wiadomo było, że babka 
Dobroniega, z basileusów rodu, Bolkowa macierz, stara, dostojna pani rządząca dworcem 
krakowskim, póki żyje — ustrzeże ukochane nad wszystko pacholę. Powiadano, że każdego jadła 
przed nim próbowała, sypiała w jednej komnacie. Lecz gdy zamknęła sędziwe oczy, jakże oni, 
królewscy woje, mogli być ślepi do tyła, by królewicza, świętą krew pomazańca, ostawić na 
Włodzisławowym dworze? Nie minęły dwa miesiące, a jużci go struto.
Gdyby ów kólewicz nieopłakany, sokół bystry, nad wszelki zmysł mądry, piękny, rycerski, w każdym 
calu na władacza naznaczony, żył i stał pomiędzy nimi, nie sczezłaby polska sława, nie uciekaliby 
teraz lasami, wądołami... Ej, Dolo!
W rozdrażnieniu ustawicznym, w jakim trwali, jątrząc w sobie te wspomnienia, nieważki powód 
wystarczył, by zamieć podnieśli. Zgorlili się, że o księżnej królowej Judycie (choć Włodzisław z 
dobrawoli korony się zrzekł, ona tytuł królowej nosiła jako wdowa po węgierskim Salomonie) szpetnie gadają, że się z Sieciechem pokłada. Niedawne czasy, jak z rozkazania królewskiego 
cudzołożnicom szczenięta do piersi, przystawiano, a tu księżna jawnie tak sobie poczyna i mąż się tym 
nie żadzi. To znów o umknięciu Zbygniewowi praw. Skoro go mienili bękartem, to znaczy, że mać 
jego, cna niewiasta z dobrego rodu Prawdziców, była nałożnicą?' O taką hańbę poczuły się do wróżby, 
pomsty rodowej" Prawdzice z Magnusem, kasztelanem wrocławskim, na czele. Do Prawdziców 
dołączyły się Starze, Starekonie, Awdańce, Wilki Rogale, Zawory i inne, aż ruch ogarnął całe 
rycerstwo śląskie razem z małopolskim.
Co najprzedniejsze rycerstwo. Bo prawdę rzekłszy, większość kraju nie podzielała ich zdania. Biskupi 
i zakonniki wolały uległego, pobożnego Włodzisława, przez palce patrząc na to, co czyni królowa. 
Również ubożsi rycerze włodycy, scartabelle, . czyli ścierciały, zwani też miles unius scuti, chudziaki, 
co musiały iść na. każde zwołanie wojenne, by przywileju wojaka nie stracić, nie posiadając ni konia, 
ni zbroi, zaciągały się z konieczności w poczet którego z wielmożów. Tam, choćby cudów męstwa 
dokazywał, nie wzbogacił się chudzina, bo wszystką zdobycz zabierał wielmoża. Nie pragnęli powrotu 
królestwa osadnicy, zwani hospes, łazeki karczujący łazy-wypaleniska po lesie, narocznicy dostarczający pod gardłem dla dworu wielkich ciężarów w postaci żywiny, sprzętu, odsypu i zbiorów. Nie śnił 
się po nocach hyr sławy ubogim smerdom, czyli śmiertelnym (od słowa smrt — śmierć) — tak 
nazwanym, że nie posiadali prawa nic zostawić dzieciom, uczynić żadnego zapisu ni ostatniej woli. 
Tedy w społeczeństwie, w którym ojcowizna była podstawą ustroju, mieniono ich pogardliwie 
śmiertelnymi, A cóż dopiero mówić o jeszcze nędzniejszej biedocie puszczańskiej, niewolnikach z 
jeńców wojennych, zbieraczach manny, zbieraczach czerwiu, smolarzach? Na ich chudych ramionach, 
lichą szmatą przyodzianych, ciężył najmocniej gniot wielkiego państwa. Innym radość bojowa i 
bogate łupy, dla nich ustawna praca, naroki, daniny, dniówki, ciężki przymus nie folgujący ni w budny 
dzień, ni świąteczny, ni w dzień, ni w noc. Im szerzej rozrastały się zręby państwowe, im wyższe rosły 
kamienne kościoły, liczniejsze klasztory i grody, tym ciężej dla robów ubogich, gliniastą nowinę 
pazurami z korzeni wydzierających. Że pod tym uciskiem czuli się jako jeniec imaniec, żywcem pod 
węgieł domu wznoszonego „na szczęście" zakopywany.
A że przeddziady ich pamiętały dawną, pradawną plemienną pogańską swobodę, gdy innych ciężarów 
nie znano kromia ofiary dla żerca — przeto długie lata snuło im się w głowie, by tę swobodę 
przywrócić. Sądzili, że starczy przegnać króla i wielmożów, by wróciło życie błogie, bezgrzeszne, 
pracowite i pogodne jak życie bobra lub pszczoły.
Lecz gdy chwycili za broń w straszliwym buncie czterdziestego roku, snadno ujrzeli, że owe czasy 
szczęśliwe pierzchły ze świata jak stare bogi i że nic ich nie przywoła. Byle się gibnął młody zrąb 
państwa polskiego, wnet wkraczał w bezpańską dziedzinę ciężkostopy sąsiad, nakładając jarzmo 
nierównie gorsze od iga własnych gospodzinów,
Snadź tak już musiało być po wieki wieków.,.
Tych ludzi niewolnych wiela mogła obchodzić korona i spanie albo niespanie Sieciecha z 
Włodzisławową żonką! I tęsknoty mocnych drużynowych wojów! Owszem, radzi byli zmianie. Płocki 
dwór książęcy zużywał znacznie mniej niżli poprzedni "królewski skotu, miodu, piwa, placków, 
podwód i dni roboczych. Jasne przeto, że był lepszy.
Zaś wielmoże żądni sławy, czując swe odosobnienie, żywili tym większą pogardę i niechęć do plebsu, 
uważając go za mierzwę, bydło nieczułe i głupie. Coś tam księża prawili wprawdzie półgębkiem, 
jakoby ten plebs miał duszę urodzonym, czyli należącym, do rodu, równą, żaden rycerz jednak nie 
wierzył w to ani chwili.
W każdym uderzeniu pięści, z błahego powodu albo i bez powodu spadającej na barki nie dość 
skorego pachołka, przebijała się owa złość wzgardliwa do wszystkiego, co gołoszyję, krótko na znak 
poddaństwa strzyżone, nieurodzone, służebne...
Jadący kupą w pięćdziesiąt koni rycerze (drugie tyle albo więcej sług konno lub pieszo nadążało za 
panami) — skroś puszczy śląskiej przedzierający się ku Wrocławiu — należeli wszyscy do owych 
wielmożów, primores nobiles, których pychę darmo karcił wielki papież Grzegorz VII. Ciężkie, proste 
strużyny włosów nosili przycięte równo z barkami. U każdego na szyi błyszczał wyróżniający 
czestnika od zwykłych wojów złoty łańcuch, z bujającą się na nim mizerykordią, kosztowną jak 
klejnot i śmiertelną jak gadzina. Twarze mieli wielkie, twarde, niby rzezane w drzewie lub kute -w 
kamieniu. Niektórzy spomiędzy nich nie podlegali zgoła sądom książęcym czy królewskim, własnym 
swoim rodowym rządząc się prawem, w które nikt im nie zazierał.
Takimi byli Starekonie, wywodzący się wprost od kapłanów żerców, chowających niegdyś święte 
ogiery dla wieszczby, w gaju krakowskiego zwierzyńca. Takimi byli Starze i Oławy, że to za Mieszka 
I przyszli z wojów obcych, przez Bolesława czeskiego na pomoc przeciw Wichmanowi przysłanych. 
Przynieśli do Polski pierwsze nie znane tu ranie] pancerze, nowe sposoby walki, a książę dał im się 
osiedlić na własnym ich prawie. Takimi byli Strzegonie, a to z przyczyny tajemnego zdarzenia, co 
legło u początków rodu, zdarzenia, o którym wiedział tylko najstarszy z tej krwie, przekazujący 
wiadomość naślednikowi, Nogodzice, Zawory i inni. Niektórzy, jak Jaszczołdy, prawili o sobie, że 
przeddziady ich przyjechały kiedyś dawno, pradawno morzem zwełnionym, na wielkich korabiach, 
które ciągli w górę Odry, aż do tych ot leśnych dziedzin, gdzie ostali, bo im korabie spalono. Czy 
jednak istotnie tak było, nie wiedzieli na pewno ani oni, ani nikt.
Trzej bracia Strzegonie jechali na końcu gromady, ścieżką poczwórnie szerszą, niźli ją znachodzili 
jadący na przodzie, przetorowaną gładko poprzez chaszcze i leszczyny, rozbitą miękko kopytami koni. 
Mogli przeto jechać trójcą obok siebie. Choć posiadali to samo zwołanie, czyli godło, choć tym 
samym klejmem, wyobrażającym trzy podkowy przeszyte strzałą, pieczętowali na barku swych 
niewolników, swoje konie, bydło, choć to samo ciosno zarzynali na drzewcach granicznych — nie byli 
zgoła do siebie podobni, a jadąc tak wśród ścian boru, zestosowani kolanami, biodrem, dłonią, dalecy 
byli od siebie jakby dzieliły ich połacie puszczy.
Najstarszy, mąż dobrze już szpakowaty, wielkogłowy, w barach mocny, zwał się Witosław, które to 
miano przechodziło kolejno na najstarszego syna w rodzie. Imienia tak dostojnego nie Iza było 
używać do powszedniej lada jakiej potrzeby, od czego mogła się moc jego wytlić i zblakować; tedy 
mąż zwący się Witosławem w chwilach rady, ważnych obrzędów rodzinnych lub walki, na co dzień 
wołany był Głowaczem. Przezwanie przypadało dobrze do jego wielkiego łba, pełnego rozwagi i 
statku.
Usposobienie miał pogodne, choć zaćmione troską: żona jego, krzepka białogłowa, z Zaworów, 
rodziła mu same córki. Miał ich sześć. Nie wiedząc, czym by hańbiący urok przełamać, próżno składał 
ofiary starym bogom i ślubowania nowemu. Poniektórzy pocieszali go, że jeśli urodzi się siódma 
dziewka, będzie widunką, wzrokiem wróżebnym przeglądającą rzeczy przeszłe, przyszłe i zakryte. 
Będzie mogła mętować,. czyli wróżyć z sita i wody, wieszczyć z brzozowych węgli i lotu kobuza. 
Taka dziewka wróżebna może się stać wielką korzyścią dla rodu.
Głowacz na te zapewnienia potrząsał przecząco swoją wielką głową. Nie życzył sobie bynajmniej 
wieszczycy, nawet gdyby dorósłszy umiała zazionąć Kruka Pomłosta, wroga oklętego. Nie pragnął 
możliwości nawrotu tajemnych przejść, leżących u kolebki rodu.
— — Wysadzać będę, aż się syna doczekam... — powtarza z zawziętością.
Jadący pobok niego średni brat, Zbylut, bezżenny był, choć czarna szczeć dawno pokryła mu brodę i 
policzki. Oczy miał srogie, błyskające w oczodołach pod zrosłymi nad nosem brwiami. Usta 
czerwone, skrzywione drwiąco, zwłaszcza gdy spojrzał przypadkiem w stronę najmłodszego brata. 
Nie było między tymi dwoma przyjaźni ni łatwego porozumienia. Zbylut — popędliwiec gniewliwy; 
Imbram, zwany zwykle Imkiem, miękki, ustępliwy, łagodny. Lubił gędźbę i śpiew. Powiadano, że 
maleńkiego boginka chciała odmienić. Spłoszono ją, lecz widno samo dotknięcie, a bodaj samo 
spojrzenie starczyło, by chłopcu umysł zamroczyć obłudami. Tenże Imbram przed rokiem pojął 
niewiastkę, wielce przezeń umiłowaną, i niepokój o nią — bo w tych dniach miała zlegnąć — 
poganiał go bardziej niż obawa Sieciechowej pogoni.
Teraz wyprzedził braci o kilkanaście kroków, by dogonić przyjaciela i krewniaka, młodszego Zaworę.
Zaworów było dwóch. Starszy miał przezwisko Momot, bo był jąkałą. Zacinając się i bełkocąc, 
przechylał śmiesznie głowę na bok, słowa jednak, które z trądem z siebie wy~ dukał, były dorzeczne i 
ważne. Młodszy był wysoki, chudy" jak gdyby zapadł na chorobę zwaną ścieniem, ogarniającą
człowieka, gdy czarownica cień mu skradnie i cudzym zastąpi. Na bardzo długiej szyi o wystającej grdyce 
nosił małą, okrągłą głowę bez zarostu, o szerokich, wiecznie roześmianych ustach. Na imię miał 
Przybywój, a przezywali go Jasiek, które to przezwisko nie pochodziło od imienia Jan, lecz było 
szydliwym wspomnieniem Jeszy, dziś pogardzanego, niegdyś potężnego boga.
— Do domu ilko trzy mile albo i mniej — mówił Imbram do przyjaciela, z którym przed rokiem w 
drużebną niedzielę wieczne drużstwo ślubowali. — Okrutnie bym rad poskoczyć przodem, co z Ofką 
jest, obaczyć...
— A poskoczże...
Imbram wskazał wzrokiem braci.
— Będą wydziwiać...
— Ać wydziwiają... Pożrą cię czy co...?
— Bo pewnie — przyznał Imbram zadowolony z poparcia. Obejrzał się na Głowacza i krzyknął 
głośno:
— Bywajcie! Jadę skorzej doma! Głowacz zamachnął rozpaczliwie ręką.
— Ani mi się opoważ, odmieńcze! Niedolę na dom napytasz!
Lecz Imbram nie słyszał wołania ani zauważył ruchu ręki. Ścisnąwszy konia piętami skoczył w las, rzadki 
w tym miejscu, by łatwiej minąć długi sznur jadących.
— Tyli chłop a durny jak nieźrała dziewka — mamrotał Głowacz ze złością. Rozejrzał się po 
czubach drzew z niepokojem, jakby szukając w powietrzu owych złośliwych mocy, co poruszone 
niewczesnym pośpiechem Imbrama mogły ponieść się za nim do domu i siła tam biedy narobić.
— Zawdy kłopotu przyczynia... — skarżył się bratu. Zbylut nic nie odpowiedział.
Rozdział drugi
O NARODZINACH MAŁEGO SYNACZKA W STARYM PUSZCZAŃSKIM DWORZYSZCZU
Dziecko krzyczało w plecionej kobiałce uwiązanej do belki pułapu na czterech sznurach łyczanych. W 
izbie panował półmrok i parna dusznota, gdyż okno zawarte było szczelnie okiennicą. W kącie, choć na 
dworze dzień był biały, paliła się świeca woskowa. Muchy brzęczały jednostajnie w smudze światła 
sączącej się ze szpary w okiennicy.
Ofka Imbramowa wychyliła się z łoża, przyciągnęła ku sobie kołyskę z czułością. Maleńka pomarszczona 
twarzyczka siniała z krzyku. Matka wyjęła ostrożnie sztywną kukiełkę, spowitą we wzorzyste krajki, z 
rączkami przy krępowanym,! wzdłuż ciała. Puszczona opałka zabujała się gwałtownie, a. płomień świecy 
kołysał się płynnie w ślad za nią. Zwinnymi, lekkimi ruchami Ofka odwijala krajki. Nie dziwota, że 
krzyczało niebożątko! Kawał żelaza (połowa podkowy), zawijany w powijaki jako konieczna ochrona 
przeciw urokom, przesunął się aż pod plecki! A Bogucha prawi, że od rana do zmierzchu nie wolno a nie 
wolno przewijać!
Usunąwszy się na kraj łoża, ułożyła wygodnie dziecko na duchnie-poduszce, wypchanej pachnącym 
sianem. Wyzwolone z ucisku rączki i nóżki poruszały się szczęśliwie. Każdy z maleńkich członeczków 
zdawał się obdarzony samoistnym życiem, a wszystkie przypadkowo tylko złączona ze sobą całością. 
Zapatrzona w drgania parsteczków podobnych do pręcików koralowych kwiatów, w zachwycający urok 
paznokietków nie większych od ziarna prosa (możliweż, że będą one kiedyś drapieżnymi pazurami 
dorosłego woja?) — Ofka nie zauważyła, że drzwi skrzypnęły. Do izby weszła Bogucha. bratowa. Już 
podjęła radno wiszące u żerdzi wrażonej w ścianę, oddzielające od reszty mieszkania łoże i kołyskę, nie 
minął bowiem jeszcze dziewiąciodniowy czas odosobnienia i oprócz trzech niewiast nie wolno nikomu 
oglądać położnicy i narodzonego.
— Reta! — syknęła wchodząc — czyś rozum straciła?! Wiela razy ci prawiłam, że rożenice 
ozeźlisz?
— Dyć nóż tu jest i świeca, i zioła.
— Zawijaj małego, a skoro.
Duża, tęga, w krasych wełniakach odstających szeroko na biodrach, stała przy łożu jak gdyby na 
straży, przyglądając się Ofce spowijającej z żalem dzieciątko. Różowe kolanka, zachowujące jeszcze 
zgiętą pozycję płodu w łonie matki, nie chciały dać się wyprostować, również jak rączki, którym 
najmilej było trzymać piąstki tuż przy twarzy. Nieruchomym, upartym wzrokiem Bogucha patrzyła na 
bratańca, na jego maleńką męskość podobną do drgającego robaczka, a stanowiącą ów talizman 
zaklęty, dzięki któremu dziecko jest w rodzie pożądane, a matka uczczoną. Czy ona, Bogucha, 
doczeka się syna nareszcie? Oj, Dolo, Dolo!
— Hydrio patrzeć, jak to niezdarnie czynisz — zauważyła wzgardliwie. Odsuwając wątłe ręce 
bratowej, wzięła się sama do dzieła. Szybkimi, wprawnymi ruchami pokonała opór małego i 
spowinęła go ciasno od stóp do głowy, nie zapominając o żelazie. Rozkrzyczanemu poncfwnie 
Ofka podała pierś. Bogucha z szumem przyciągnęła z sąsiedniej izby maślnicę i usiadła tuż 
przy radnie, by do nowej nieostrożności nie dopuścić.
— Nóż ino z jednej strony cię ochroni, a z drugiej nie — rzekła jak gdyby teraz dopiero odpowiadając 
na poprzednie zaprzeczenia Ofczyne. — Jutro już się zły czas kończy, nie możesz strzymać w 
spokoju?...
— Jutro chrzciny? — zapytała Ofka z niepokojeni.
— Ano. Opat przykazywał, co dłużej czekać nie będzie.
— Imka nie ma?!
— Imko do chrztu niepotrzebny, jeno do wwodu... Chrzcić można zawdy. Tak prawi opat. Co się 
bojasz? Że go potem wysadzi?
Zapiekły żal zadźwięczał w jej głosie; lecz Ofka roześmiała się srebrzyście.
— Wysadzi? A jużci! Chroboczku miły, uzna cię ociec, oj uzna... Podniesie cię ociec tylego, tylego 
do samego pułapu, potem o próg stuknie i znowu podniesie, żebyś wielki wyrósł, wielki...
Bogucha zacięła wargi.
— Ady już nie gadaj, nie gadaj! Jakbyś umyślnie chciała złe sprowadzić...
Ofka westchnęła i zamłikła. Bogucha stukała miarowo bijakiem. Że śmietana nie chciała się zbijać, 
wstała i wyprostowana, groźna, strzepnęła mocno trzykrotnie rańtuchem nad kierzą, by spłoszyć 
skrzata, któren niewątpliwie siadł na bijaku i w pracy przeszkadzał. Ułożywszy starannie spódnice, 
usiadła uspokojona z powrotem. Ofka śledziła jej ruchy z szacunkiem. Lękała się bratowej i 
podziwiała ją. Podziwiała jej spokój i doskonałe opanowanie wszelkich zjawisk rządzących życiem 
człowieczym. Bogucha wiedziała, jak z należnym szacunkiem odnosić się do sprzętów domowych, 
pozornie zwyczajnych jak kociuba albo dzieża, w rzeczy samej mających znaczenie tajne i ważkie, 
tyczących najskrytszych spraw cielesnych, które opat gromił. Ruszała się wśród tych sprzętów 
pospolitych a równocześnie sakralnych z godnością i umiejętnie. Znała jak nikt wszelkie zaklęcia i 
moce. Wiedziała, jak przytrzymać przy domu chowańca lub sprawić, by w obejściu "zamieszkał Plon, 
dawca płodu w łonie samki i nasienia w ziarnie. Jeśli Plon okazywał się oporny, umiała zamówić 
bodaj bękarta jego, Płonka, w postaci kota znoszącego ziarno do domu. Znała, jak odstraszyć latawca i 
ścigający go piorun, jak uciszyć wietrznika Stralę.
I czyż' nie okrutnym szyderstwem losu było długoletnie odmawianie tej roztropnej i statecznej 
białogłowie upragnionego syna, tak lekko, od niechcenia przyznanego jej młodej bratowej? Komuż się 
ten tęgi chłopak, usypiający przy piersi matczynej, bardziej należał: Boguszy czy Ofce, równie jak 
Imbram umysłowo niedojrzałej, wieczną igrę sobie z życia czyniącej, zawsze skorej do płaczu lub 
śmiechu, to strachającej się byle czego, to beztrosko wyzywającej najgroźniejsze moce, jakby, nie 
znała, że są o wszystko zazdrosne? Zawistne o ludzkie powodzenie i bodaj najmniejszą radość?
Czy ta zawiść była właściwym atrybutem potęg zaświatowych, czy też wynikiem zgorzknienia, 
pomstą za to, że mocny Bóg Krystus rozegnał je i ukorzył — Bogucha nie roztrząsała. Cóż by jej stąd 
zresztą przyszło? Nie ujęłoby zgryzoty.
Dziecko spało. Masło było zrobione. Bogucha ogarnęła kierz ramieniem i odeszła. Leżąc na wznak, 
oparta o wypchane sianem poduszki, Ofka błądziła oczami po ciemnym od wieku pułapie o 
rzeźbionych belkach. Myślała, że byle Imbram powrócił, wyjdzie z dusznej, ciemnej izby na dwór, na 
słońce, na pachnący wiatr. Nie trzeba już będzie zawierać na głucho okien i komina, wystrzegać się 
miesiąca i palić ustawnie gromnicy. Skończone posępne wieczory, puste jakoby przy zmarłym, gdy światło 
pełga, ćmy kołują wkoło, z osmalonymi skrzydłami padają na polepę, po ścianach snują się cienie, w kącie 
chrapie Pobiedzina, szafarka, w ścianach coś stuka i trzaska. Skończone odosobnienie i nużące 
ograniczenia, obowiązujące ciężarną w ostatnim miesiącu. Nie wolno wtedy chodzić koło gospodarstwa ni 
przyrządzać jadła, siadać na progu, przestąpić miedzy, chodzić po wodę do źródła, nosić w podołku jabłek, 
gruszek, jaj. Natomiast trzeba dźwigać pod szatką na łonie ciężki kawałek żelaza i nie rozstawać się z 
nożem, dwukrotnie w czasie Paschy święconym. To wszystko jest już poza nią dotyczące tylko pierwiastki, 
a nie następnych porodów.
Przeciągnęła się radośnie, splatając ramiona nad głową. Błogim, a zarazem dziwnie nieprawdopodobnym 
zdało jej się, że przestanie już być niewiastką, obcą przy ognisku, której nie wolno odezwać się pierwszej 
do nikogo. Z ostatniej będzie w domu pierwszą jako mać pierworodnego w nowym pokoleniu. Będzie 
pierwszą przed mądrą, surową Boguchą. Nie, doprawdy! Zaśmiała się w głos do tej myśli. Oj, będzie się 
Imko cieszył! Kiedyż on powróci, ten ulubiony, miły mąż, pan, posiadacz i przyjaciel? Żebyż najprędzej, 
najprędzej! Czym go zakląć, jak z odległości przywołać, żeby pośpieszył?
Wyciągnęła przed siebie ręce zwołująco i nagle wspomniała, że wszakże poprzedniej zimy nauczył ją 
zaklęcia, niezawodnej pono mocy, mnich, wędrujący od klasztoru, do klasztoru, któren w dworzyszczu 
dwie niedziele siedział, czekając aż mrozy zelżeją. Jęła je sobie pracowicie w myśli przypominać i 
powtarzać, bo żadne zaklęcie mocy mieć nie mogło, jeśli było powtórzone mylnie i nieskładnie. Nareszcie 
usiadła na łożu pilnie nasłuchując, czy kto nie nadchodzi (oj, byłożby jej, było, gdyby ją tak zaszła 
Boguchą!) i przytłumionym ze wzruszenia głosem mówiła:
Zorzyce, zorzyce
moje siostrzyce,
siądźcie na konia wronego,
jedźcie do towarzyszka mojego.
Żeby on nie mógł beze mnie ni spać, ni jeść, ni siadać, ni gadać.
Żeby ja mu się podobała we stanie, w ochocie, w robocie.
Żeby się na to wołanie
wrócił na mole posłanie.
Żeby na prośby moje
wrócił się na te pokoje...
Umilkła i nasłuchiwała bacznie. Lecz nic nie było słychać, tylko gędzolenie ptaków za oknem, a w sieni 
szczebioty Głowaczowych dziewcząt, niepomnych ojcowego zadawnionego i niezawinionego gniewu. 
Przeto jęła mówić po raz drugi, a ady nic nie przerywało lipcowej południowej ciszy, leżącej" wokół domu 
— po raz trzeci. Wolno, słowo za słowem, przejęta i ufna do tyła, że nie zdziwiła się zgoła, gdy za domawianiem trzeciego razu zaklaskały przed domem kopyta. Buchnął radosny jazgot psów podwórzowych, 
brzechunów. Już słychać bieganie czeladzi. Boguchą woła:
— Witajże, witaj. Kaj to mój ostał?!
...Ofka pada na poduszki na poły żywa z radości. Przyjechał! Przyjechał! Przybył na zaklęcie!
...O Bogiem sławiony, cny grubaśny mnichu, którego łysa głowa świeciła jak miesiąc, schylona nad 
garnkami przy palenisku kuchennym zeszłej zimy......Bogiem sławione siostry
obłoczne zorzyce. ...Bogiem sławionyś, włodyko najulubieńszy, jenż wołanie swej niewiastki z odległości 
słyszysz...
Mocna, męska dłoń szarpie dźwierze, że mało nie wylatują ze skrzypiących biegun. Iinbram już w izbie. 
Lecz za nim jest i Boguchą. Obłapia go ramionami, zawraca, groźna, rozcapierzona i nieugięta jak 
uosobienie prawa.
— Nie obaczysz jej, aż po chrzcinach, po wwodzie — mówi głosem zdyszanym, bo ledwo że go dognała.
— Aby choć krzynę tej płachty usuńcie, niech na nią z dala popatrzę...
— Rozum ci się pomieszał? Nieszczęścia chcesz?
— E... zaraz tam nieszczęście... — powiada Imko' markotnie. Strasznie mu żal nie widzieć Ofki, choć 
wie, że tu chodzi o rzeczy poważne.
Boguchą wzrusza pogardliwie ramionami.
— Warn dać dziecko! — kiwa urągliwie głową. — Pytasz, jakbyś nie wiedział, co u Rogalów chłopiec 
przez, to koślawy się stał, -aże go do lasu wysadzili...
— Rogala prawił, co już taki się urodził...
— Nieprawda, wiem od baby, co przy Rogalinie była... Prościuteńkiego wyjęła jako ten...
— Ha, skoro tak... A gadać jej też nie wolno?.,.
— Gadać wolno.
— Ofka, to czegoj nic nie mówisz? Jużem jest.
Och, wie ona dobrze, że ukochany jest, i od nadmiaru radości nie może słowa przemówić. Słyszy jego głos, 
czuje aż tu zapach, zapach potu męskiego i potu końskiego, skórzni i boru.
—. Jesteś... — powtarza ledwo dosłyszalnym szeptem.
Zaniepokoił sią.
— Coc jest, Ofka?! Coc jest?!
— Nic, ilko mi mgło...
— Od czego? Słabaś?!
— ...Od szczęścia...
— Mojaś ty!!
— Tfu! Tfu! Tfu! — pluje Bogucha w tył i w przód, w prawo i lewo. Tych dwojga nikt nigdy rozumu 
nie nauczy. Zali nie wiedzą, jak niebezpiecznie przyznawać się głośno do szczęścia? 
Imbram pojednawczo obejmuje ramieniem jej szerokie barki.
— Małego mi choć daj, ać go uznam, ać go podniosę...
— Nie poczekasz na tamtych?
— Z krztem poczekamy, a uznać chcę zaraz.
— Twoja wola.
Poszła po dziecko. Ofka chwyciła ją za ręce błagalnie.
— Siostrzyczko! Jątrewko! Ady się zmiłuj! Ostaw choć szpareczkę, abym uwidziała... 
Choć tyle co koniuszek parsta...
Po krótkim namyśle Bogucha się zgadza. Ofka może widzieć Imka, byle on jej nie zobaczył. 
Rozpruwa na szwie radna maleńki otworek. Gdy Ofka przytknie doń oko, ujrzy, jak Bogucha kładzie 
śpiące maleństwo na stole. Rozpowija je uroczyście przed oczami ojca, ukazuje, że sprawiedliwy chłopiec się narodził. Że choć czerwony jak rak, a mały jak pięść, prostonogi jest i szerokoplecy.
Mały nie płacze zgoła. Rad, że go rozpowito, syty, aż mu spęczniał brzuszek przepasany lnianą 
szmatką. Ślepka, mętnie błękitne jak ślepka szczeniąt, obrócił ku światłu. Widzi jeszcze nimi 
chowańce i rożenice, skrzaty i boginki, wszystko, co ludziom zakryte. Aż jutro, gdy'go opat zleje 
poświęconą wodą, zasunie się przed nim świat nawi, a otworzy ziemski, ojcowski, człowieczy.
Ostrożnie, ostrożnie ujmuje Imbram synka w swe wielkie rycerskie dłonie. Bogucha zabiegliwie 
poucza, jak ma palcami podtrzymywać główkę, by się na wiotkiej szyjce nie chybnęła. Tak, o... l 
ojciec unosi małego w górę, jak jego samego unosił niegdyś dziad. Wysoko, aż wątły puch, którym 
pokryta głoweńka, dotknie rzeźbionego siestrzana w miejscu, gdzie wyrzezany jest znak rodu: trzy 
podkowy strzałą przeszyte. Trzykrotnie go podniesie, by wiedziały opiekuńcze duchy dziadów i 
stryjców rodowych, w tym siestrzanie mieszkające, że tenci jest jego, prawego Strzegonia, 
pierworodny, prawowity syn i dziedzic...
Teraz po trzykroć zniży się do ziemi, mdłym ciałkiem dotykając progu, świętego progu, pod którym 
mieszkają bożęta domowe, a także duchy dzieci nieżywo zrodzonych i dzieci w las wysadzonych, 
które, mimo okręcenia głowiny śmiertelnym rańtuchem, zdołały trafić do domu po zgonie. Wszystkie 
je trzeba ujednać niskim pokłonem, by stały się przyjazne nowemu członkowi rodu, przychylne jego 
małym nóżkom, gdy zacznie próg przestępować a bałykać się przezeń. By mu służyły wiernie, nie 
puszczając do domu złej Doli, później, gdy mężem dojrzałym zachrzęści nad progiem rycerską 
ostrogą. I kłoni się ojciec jeszcze raz, trzykrotnie porękę dając za swojegb syna, że wszystkie bóstwa i 
moce domowe szanować będzie i w należytej pieczy a chroni trzymać...
I gdy tak bez słów daremnych to wznosi małą istotkę do góry, to chyli się z nią do ziemi, patrzą w 
niego bez tchu: Ofka przy swej szparze w ścianie, Bogucha z rękami opuszczonymi bezwładnie 
wzdłuż kiecek. Obie głosu z siebie wydać nie mogą: Ofka z radości, Bogucha z żalu. Nigdy jeszcze, 
nigdy Głowacz nie podniósł jej dziecka. Miał to kogo podnosić? Córkę o siestrzan trącić, na 
pośmiewisko chyba przed-dziady budzić?
Łza płynie po mocnym jej licu, ociera ją szybko, zawstydzona i bierze od Imka dziecko, które drze się 
już teraz wniebogłosy. Niech je Ofka uspokoi.
— Nie ostawię cię tu ani chwili — mówi do Imbrama zwykłym, już opanowanym głosem — jeszcze 
jaką głupotę zrobicie... Chodź...
— Pójdę — zgadza się ulegle — jeno mi rzeknij, Ofka, żeś rada jest?
— Oj, rada... rada...
— Znowu! — mamrocze gniewnie Bogucha, wypychając dziewierza z izby.
— Idź, obacz źróbka od carogrodzkiej kobyły, też jest strasznie piękny! — woła za nim na 
pociechę.
Rozdział trzeci 
...DRZEWIEJ... DRZEWIEJ...
Wprawdzie Witosław, zwany Głowaczem, nie mógł rad. widzieć, że tyle upragniony syn młodszemu bratu, nie jemu 
się narodził, zbyt był jednak rozważnym i społecznie myślącym mężem, by to po sobie dać poznać. Ród się odnowił i 
ta pomyślna okoliczność musiała usunąć na bok wszelkie inne -względy.
Natychmiast po przyjeździe zarządził chrzciny szumne, biesiadne, gromadne, jak przystoi dla pierworodnego, pilnie 
bacząc, by wszystko uczci/wie zładzić a nic nie przeoczyć. Srogo też zapowiedział przybyłym z nim wojom i czeladzi, 
że jeślić im miłe oczy, miła ręka, stopa, noga, niech się nie poważy żaden mleć durnym ozorem o klęsce kruszwickiej i 
przewidywanych jej skutkach. To uczynił, by nie osępić tak ważnego dnia, troską i frasunkiem nie zaćmić chwil 
mogących wywrzeć wpływ na całe dalsze życie nowokrzczeńca. Zresztą nie miał co czynić w tej sprawie. Zbylut 
pojechał z rycerstwem do kasztelana wrocławskiego Magnusa radzić społecznie nad dalszą obroną lub walką. Gdy 
wróci i zawiadomi o powziętej przez rody uchwale, będzie czas chwytać się miecza. Teraz nikt nie miał znać groźby 
wiszącej nad domem, ani Ofka, ani Bogucha, ani żaden domowników. Im bardziej ta groźba (Głowacz czuł to dobrze) 
była rzeczywistą i rychłą, tym bardziej należało uczynić wszystko, co w ludzkiej mocy, by uroczystość nie została 
niczym zamącona. Gdy topór przyłożony jest do pnia drzewa, tym cenniejszą staje się jedyna młoda płoneczka, z 
której nastąpić może odnowa.
Wiec gońce konne z wicią krzywulą, białą krajką przewiązaną, pomknęły w cztery strony, spraszając do dworzyszcza 
na trzydniową ucztę swaczynę, wszystkich współplemieńców, turodziców, chlebojedźców i powinowatych. Zarazem 
roznosili wezwanie do wszystkich poddanych, by się jawili z pokłonem przed młodym dziedzicem, przynosząc 
należne dary, czyli godne.
Rozesławszy wici Głowacs uważnie opatrywał dom, .własnoręcznie wbijając po dwa noże w odrzwia, przez które 
przechodzić miała kuma z niekrzczeńcem, a to, by zły duch nie uzyskał do nich dostępu. Baczny na wszystko, dopytywał, zali niewiasty mają sól święconą w dniu świętej Agaty, by dziecku podsypać pod plecy, przypominał i 
przestrzegał, że choćby opat się gniewał, imię trzeba w kościele rzec cicho, cicho, tak, by psotny duszek Pomian, 
zwany też echem, miano powtarzający, imienia nie pochwycił i szkodnikom losu nie podał. Sprawdzał, czy 
przygotowano żelazo i żar, które kuma miała przestąpić na progu, i czy wybrano już drzewo, pod które wyleje się 
wodę ze chrztu. W troskliwości tych przygotowań zaszedł do izby Ofczynej, kazał sobie wynieść zza radna małego i 
przemówił do niewiastki kilka dobrotliwych słów bodaj po raz pierwszy w życiu. Oszołomiona, a zarazem ośmielona 
tą łaskawością, odważyła się zapytać głowy rodu, jakie imię dostanie Imbramów syn.
— Moje — odparł krótko — bo pierworództwo ma z tego pokolenia.
l prędko odszedł zdjęty żalem, zostawiając Ofkę w zachwyceniu. Imko gadał już coś wprawdzie, że tak by się 
należało, oboje jednak nie oczekiwali, by Głowacz sam z dobrawoli wyzbywał się swego miana. To jest mąż uczciwy, 
hej! Święte, dostojne miano z pierwosłowem Wit, oznaczającym i. wić, jaką kapłan wieszczun trzymał w garści składając ofiary, i wiciądza lub witezia, i prawo rozsyłania wici. Imię, co znaczy: władza, moc, dostojność... Ofko! Ofko! 
Spodziewałaś się to kiedy?...
Głowacz zaś przeszedł do czeladnej, gdzie kobiety pod przewodnictwem Boguchy tłukły w stępie, mełły w żarnach 
świętą obrzędowa kaszę i pszenicę na polewkę zbożową. Bogucha, spojrzawszy na zatroskaną twarz męża, umknęła 
wzrokiem czerwona ze wstydu. Wiedziała aż nadto dobrze, co go gnębi. Kłoniąc z poddaniem głowę, jak gdyby w 
oczekiwaniu zasłużonych razów, rozpłakała się. Lecz on nie miał zamiaru taić ni wymyślać, a widząc łzy lecące jak 
groch na jej pracowite ręce poklepał ją po łopatkach, jak to zwykł czynić ulubionym klaczom i krowom. Spojrzała nań 
wdzięcznie, ocierając oczy rękawem, lecz on, miejsca znaleźć nie mogąc, wyszedł już przed dom, na plac co ino 
wysypany żółtym rzecznym piaskiem, potrząśnięty tatarakiem.
Na lewo w podwórzu ćwiartowano świeżo zabite skopy, wieprze i woły. Pod częstokołem, wśród 
pokrzyw, lebiody i krzów czarnego bzu siedzieli sznurem niewolnicy i poddani, co bliżej mieszkając, 
już na zwołanie ściągnęli. Przyniesione ze sobą godne trzymali przy sobie w węzełkach ze szmat, 
króbkach z kory lub dzberach samorodnych, z jednej kłody wydłubanych. Radzi ze święta śledzili 
chciwie okiem przygotowania, wróżące obfitość jadła.
Ach, wszystko przypominało własną krzywdę, pomyślność braterską. Rad o niej bodaj na chwilę 
zapomnieć, Głowacz poszedł na okólnik, .gdzie pasły się konie, duma jego i bogactwo. Konie! 
Zaprawdę były one czymś nieporównanie doskonalszym od innych stworzeń, świątecznym klejnotem, 
ozdobą rycerskiego życia. Do pociągu, do jarzma, do pracy zrodzony jest cierpliwy wół, powolny i 
mocny. Któż by śmiał konia zaprzęgać do pługa, lśniący kark ugiąć uprzężą? Koń, horz, stanowi jedno 
z rycerzem, tylko rycerzowi służy i tyle jest wyższy nad wszystkie zwierzęta, ile rycerz wynosi się nad 
inne stany. Rumak bojowy, biegun ścigły, towarzysz w boju najwierniejszy, niezastąpioną jest niczym 
oznaką przywileju władzy, pańskości i posiadania. Toteż nie masz dla rycerza cenniejszego łupu nad 
konia. Koń niedościgłym marzeniem każdego ubogiego milesa, wojaka unius scuti. Konny rycerz nie 
lęka się nawet czarów i zasadzek nocy. Bo koń nie przestąpi mogiły, w której upiór leży, ani podejdzie 
do drzewa, w którym czatuje Rokita. Wąskim uchem o miękkiej wyścieli pochwyci niedostrzegalne 
kroki wiły czy też dziwożony. Nozdrzami, na dnie których drzemie ogień, zwęszy truciznę i wszelką 
zasadzkę. W chodzie ma. dostojeństwo konia Swiętowita, konia, w którego obleka się Frey, bożek 
północnych wikingów, konia Wodana, bożka Duńczyków, którymi włada Storrada. Gdy porwą się z 
nagła, puszczając na wiatr nie tknięte nigdy nożycami grzywy i ogony, gdy pomkną łąką na przełaj, z 
chrapem i kwikiem chwytając się w biegu zębami za karki, zda się, jakby odprawiały święte biegi, 
łoni, łoni, drzewiej, drzewiej, wiosną i na Gody czynione...
Stado Strzegoniów składało się z trzech saskich bojowych źrebców i sześciu matek. Gromada pięknej 
młodzieży pasła się osobno w lesie na polanie pod czujną opieką koniuchów. W grodzi przy matkach 
plątały się cienkonogie, spiczastouche, kosmate łoszęta. Na odgłos kroków kryły się z,a matki, 
kłapiąc niegroźnie bezzębnymi pyszczkami.
Głowacz, wsparty o żerdź, patrzy ze szczególnym zachwytem na źróbka od klaczy zwanej 
carogrodzką. Imtaram przywiódł ją z Kijowa, a pochodziła pono od jednej z klaczy tureckich, co 
przywiozły na Ruś Annę Porfirogenetkę, córkę i siostrę basileusów, wydaną za kniazia Włodzimierza. 
Klacz była stara, gęsto hreczką osypana, lecz wielkiej cnoty. Dotychczas ani razu nie źrebiła się i 
przestano już oczekiwać od niej przychówku. Dopiero tej wiosny... Piękny, smukły źrebczyk, siwy w 
przyszłości jak matka, pokryty był na razie czarnym źrebięcym puchem, miękkim i wełnistym. 
Maleńką, wąską głowę o wielkim, wypukłym oku obracał śmiesznie i sztywno ku patrzącemu. 
Ponowna fala żalu i zazdrości przejęła serce Głowacza. Cóż to za koń będzie! Nie ma co, szczęściło 
się latoś Imbramowi...
Zawrócił ciężkim krokiem ku domowi. Przy wejściu starszy sługa Pobieda, stojąc na drabinie, 
przybijał kołkami wieniec z ziół święconych na świętego Jana. Dworzyszcze było starodawne, czasy 
Mieszka I pamiętające, szeroko rozsiadłe, z trzemem czy piątrem nad wielką sienią, na przestrzał 
domu idącą. W piątrze były dwie izby, za strażnicę i skład cenniejszych rzeczy służące. Wchodziło się 
do nich po drabinie umieszczonej w sieni, łatwej do wciągnięcia na górę. Ze strażnicy kryty ganek 
drewniany z tęgich bali zbity, rzucony jak most, łączył dwór ze stojącym o kilkanaście kroków 
kościołem. Kościół był zbudowany przez Witosława, syna Witosławowego a ojca Głowacza. 
Niewielki, półokrągły, przysadzisty, z twardego polnego kamienia żmudnie murowany, z wąskimi 
nielicznymi oknami i warownym wejściem. Głowaczów ojciec, budując go, miał dwojaki cel na oku: 
.zbawienie duszy i obronę przed napaścią. Drewniany ganek, rzucony od dworu sięgał jednego z okien 
kościoła, wiodąc tędy na emporę, wnękę łukową, leżącą ponad zakrystią. Wielmoża idąc na modły nie 
potrzebował przepychać się między ludem tłumnie klęczącym przed kościołem. Ukazywał się oczom 
poddanych na górze po prawej stronie ołtarza, wywyższony w kościele jak i w życiu.
'I^kże w razie napaści i niebezpieczeństwa ganek wiodący na empórę posiadał nie lada znaczenie. 
Mieszkańcy dworu mogli się tu schronić, zaś kościół murowany, warowny nie lękał się oblężenia.
Wokół chropawej, okrągłej absydy rosły wielkie lipy, brzosty, dęby i jabrządy ostałe z pierwoboru, nie 
tak dawno jeszcze rozkładającego się tu wszędy, dziś zepchniętego daleko na skraje zasięgu oka, poza równe szmaty pól pokrytych bielejącym żytem i jęczmieniem. 
Ostawiono te drzewa przy kościele, by ludzie mieli cień w czasie nabożeństwa, a pszczoły, których ule 
gęsto stały wokół, pożytek. Między lipami rosi niezmiernie stary i wysoki cis, którego nie zrabano, 
przeto że na pniu twardym i ścisłym jak żelazo, o przekroju barwy krwi, tępiły się i łamały topory. 
Mógł zresztą ostać bezpiecznie. Jadowity cisowy cień, przyprawiający o śmierć każdego, co by w nim 
spoczął, przechwytywaiy bowiem rosnące wokół niższe i rozłożystsze lipy, że nigdy ziemi nie 
dotknął. Nie wiedzieć, co myślał i jako się gorlił złośliwy duch wrosły w czerwone drzewo, bujające 
chudym czubem nad szczelną ciemnozieloną kopułą lipową. Jedno było jasne, że szkodzić nie rnógł.
Z przeciwnej strony kościoła, wsparty o pień wielkiego, niegdyś święconego dębu, zielony od 
panującego latem mroku liści, ośmiokątny, niski pod wysoką spiczastą strzechą krył się dom plebana 
Pietrka. Był to cichy i łagodny człowiek, o licu zawsze stroskanym i zalęknionym. Jedną z głównych 
przyczyn tej troski byli czterej synowie, młodzi księżyce, co miasto zaprawiać się do stanu 
duchownego, jak tego żywnie pragnął, woleli iść w puszczę z lukiem i oszczepem. Łowieckie ich 
powodzenia zasilały walnie ubogą księżą spiżarnię, lecz umartwiały ojcowego ducha. O łacinie żaden 
ani chciał zasłyszeć.
Obecnie od paru niedziel w ubogiej chacie plebana bawił gość nie byle jaki, napełniający gospodarza 
czcią i zbożnym lękiem: opat lubiąskiego klasztoru, któren wracając z Saksonii zatrzymał się tu w 
przejeździe, by obrzędu chrzcin dokonać. Wprawdzie Bogucha w imieniu nieobecnego męża prosiła 
go, jak mogła, by raczył zamieszkać w świetlicy we dworze, on jednak wolał zająć dom plebana. 
Pragnął w ten sposób okazać Strzegoniom, jako potępia przyjaźń okazywaną przez nich Ncgodzicom, 
tym samym, co wraz z królem Bolkiem ubili biskupa i na których za tę zbrodnię ciążyła 
nieodpokutowana, niezmazana klątwa. Nie chciał spać pod dachem, pod którym mógł snadno spotkać 
owych przeklętników wydanych na potępienie. Będąc jednak niepoślednim i bystrym politykiem nie 
wyrażał swego oburzenia zbyt jaskrawo. Roztropna mądrość, nabyta po świecie (rodem był z 
Prowansji, młodość spędził w klasztorach niemieckich i włoskich), pouczyła go dawno, że zbytnie 
upieranie się przy swoim, -doprowadzanie sporów do miejsca, gdzie nie da się
ich rozsupłać inaczej jak mieczem, nie bywa korzystne. Nieustępliwie ścigając wyklętych, sam w 
najtajniejszej głębi duszy uważał, że umartwiony krakowski biskup zbyt ostro nastawa! na króla. Że 
Bolko szalony był i popędliwy, wiedział wszak dobrze. A z całego nieszczęścia komu korzyść wyszła? 
Jużci co tylko niemieckiemu cesarzowi. Niemrawiec Włodzisław, stolec objąwszy, wnet się z nim 
ujednał, i wielki papież Grzegorz VII, pozbawiony sojuszniczki Polski, umarł pokonany na wygnaniu.
Taż sama mądra rozwaga cechowała opata Gwidona względem otaczającego go zewsząd, ustawicznie 
jeszcze żywego pogaństwa. Utwierdzony przez mnichów kluniackich w nowoczesnym surowym, 
chrześcijaństwie, widział dobrze, że puszcza i krajem rządzą po dawnemu bogi. Dobrze jeszcze, gdy 
ludzie oddają prymat nad nimi Stwórcy Wszechmocnemu, uznając Go za starszego! Widział, że 
modlitwy są dla tutejszych ludzi równoznaczne z zaklinaniem żerców, a relikwie z nawięzami 
chroniącymi od uroków. Cóż mógł jednak na to poradzić? Nic się nie przerobi od razu. Czas, mądry 
starzec, pewny sprzymierzeniec nieśmiertelnego Kościoła powszechnego, rnógł sam jeden tylko 
wytracić wspomnienie starej wiary.
Opat Gwido nie przeczył zresztą bynajmniej istnieniu i obecności tychże bożków, pogańskich 
przebrzydłych demonów. Przekonał się o niej nieraz aż nadto dobrze. Wiedział, że trzyma je w 
zdrowiu i sile wiara ogólna i miano. Imię ma moc stwarzania rzeczy nazwanej, wywoływania jej 
kształtu zza. granicy bytu. Gdyby zdołano zapomnieć imienia bożków, straciłyby swoją Władzę.
Za mało też było dzwonów, jeden n.a dziesiątki mil. Ot ten choćby na kościele: napis na nim głosił 
Demones fugo, nebulas spatgo, lecz nikły dźwięk nie mógł przebić boru. Tym bardziej że ilekroć 
poczynano dzwonić, już trzęsła się puszcza od srogich kroków rozgniewanego Śwista Pośwista. W 
szumie i trzasku drzew ginął błogosławiony poświęcany głos. Dzwonnik z całej siły musiał trzymać 
sznur, gdyż wyrywali mu go z ręki płanetnicy, wołając z góry: Puść! Puść!...
Choć pleban z rodziną wyniósł się obozować pod lipami, w ciasnych, ciemnych izbach panował 
zadawniony zaduch, brzęczały roje utrapionych much i mimo całej polityki opat nie wytrzymałby tu 
długo, gdyby nie jeszcze jedna poważna przyczyna: ciekawość. Od brata zakonnego, wysłanego przez 
przeora naprzeciw zwierzchnika, wiedział coś niecoś o sprawie kruszwickiej i postanowił nie odjeżdżać nie dowiedziawszy się wprzódy, jakie uchwały 
zapadną na radzie śląskich wielmożów, ninie we Wrocławiu trzymanej. Jaki zamysł zrodzą ciężkie, 
tylko do miecza skore głowy wojów? Kto wie, może giętkim, ćwiczonym rozumem uda się ten zamysł 
odpowiednio zmienić i korzystniej nakierować?
Więc opat Gwido czekał, i. oto teraz Głowacz, wracający od koni, spotkał go idącego ku dworowi. 
Asystowało dwóch kleryków: jeden niósł krzyż, drugi laskę krzywulę. Opat, choć w lata dobrze 
pomkły, trzymał się prosto, głowę miał łysą, nos cienki, wejrzenie imperatora rzymskiego. Siła lat 
spędził pośród puszcz słowiańskich, przecież nie zatracił dotąd odrębności południowca, syna kraju, 
gdzie słońce łaskawsze, a krew w ludziach gorętsza. Na habicie nosił lekki półpancerzyk, na znak, że 
był szlachetnego rodu, a na ramionach kosztowny płaszcz. Na bosych nogach sandały, a to zarówno 
zimą, jak latem. Skłonili się sobie z Głowaczem, wchodząc razem w progi domu, przyjacielsko, lecz 
uważnie, by godności swego stanu w niczym nie pochybić.
W wielkiej sieni, stanowiącej zarazem świetlicę dworu, mroczyło się już i ogień kwitł jaskrawo w 
cieniu. Na ścianach rozwieszone były sieci i broń. Psy łowieckie drzemały w kątach. Wokoło ścian 
biegły ławy zasłane skórami. Przed ławami w uczciwym kącie, kącie dziadów, rozpierał się potężny 
stół na krzyżalach, o płycie grubej jak belka, z jednego starodrzewu wypiłowanej. Od wieku i 
spoczywających na nim dłoni płyta nabrała gładzizny lodu i barwy ciemnego jantaru. Stół ten, na 
którym kładło się chleb, był ponad wszystkie inne sprzęty poważany i święcony jako siedlisko 
przyjaznych skrzatów domowych. Tuż za stołem, na ławie dwakroć od pozostałych szerszej, miękko 
skórami zasłanej, legał dniem i nocą, zimą i latem, Głowaczowy dziad, starzyk, dominus, blisko 
stuletni, Chrobrego pamiętający. Z dawna był głuchy i na nogi słaby, rzadko też schodził ze swojego 
wyrka, osobnego pachołka mając do posługi. Białe zmierzwione kudły okalały twarz zdrobniałą, 
gęstymi zmarszczkami we wszystkie strony przeoraną. Bystre niegdyś oczy starego wiciądza stały się 
mętnie błękitne, podobne do oczu nowo narodzonego prawnuka. Jeno gdy przed tamtym świat 
doczesny miał się odemknąć, przed pradziadem zasuwał się z wolna, przemijał z każdym dniem, 
uchylając wrota nawi.
Od wielu już lat stary dominus leżał nieruchomo całe dni, pokaśliwając i klnąc gniewliwie, gdy 
dziewczęta Głowaczowe podeszły -zbyt blisko. Natomiast nocami zwlekał się czasem z ławy i sunął po domu jak mara, 
stukając kosturem i strasząc domowników. Gadał wtedy ustawicznie sam do siebie, a jak inni 
twierdzili — do dziadów. Gdy wnukowie byli doma i otoczył go lubny rozgwar wojacki, szczękanie 
broni, grube głosy, donośne śmiechy i klątwy, wyrywał się ze starczego odrętwienia. Ożywiał się i 
opowiadał dorzecznie różne minione wspomnienia, nie dbając, czy go kto słucha, czy nie. Otaczano 
go wielką czcią jako żywe uosobienie tych, co mieszkali w siestrzanie, niewidzialni siadali w uczciwym kącie. Był zresztą ostatnim, jedynym z żyjących, który straszliwy i tajemny początek rodu znał 
nie z legendy, lecz z opowiadania ludzi, co w nim brali udział. Przenigdy jednak ni teraz, ni drzewiej, 
nie chciał dorzucić żadnych szczegółów do skąpej wiadomości o zdarzeniu.
Gdy Głowacz usadził opata na poczesnym miejscu, a Bogucha, poprzedzająca swe dziewki czeladne, 
wniosła chleb, misę mięsiwa i świeżo warzone piwo, stary dominus przysunął się ku nim. Chrzciny 
prawnuka, o których był powiadomiony, uczyniły go mownym i raźniejszym.
— ...I nie minęło sześć roczków, a wszyscy żywota zbyli... — mruczał schrypłym głosem, snując 
nić,-co mu się właśnie w umyśle naprzędła — zginęli jako to ziele...
— Którzy zginęli? — huknął mu w ucho opat, sądząc, że coś ze zdarzeń ostatnich posłyszy. 
,
Stary zwrócił nań z wysiłkiem mało widzące oczy.
— Chrobrowicze... jużci, co Chrobrowicze... pomne...
— Stare dzieje, pamiętacie...
— Jużci... pomnę. Bezprymowi jeszcze się łeb świecił, co mu go mnichy italskie w Rawennie 
postrzygły, a już żerców zwoływał, judził, święte gaje przywracał i zakonników przykazywał rznąć... 
Otto podczas to samo... A oba zginęły lada jako skoro potem... Dytrych, to już trzech... Mieszkę 
utrupił miecznik... Bolesław Mieszków takoż żywot rychłe i źle skończył... To pięciu...
Klątwa to stara sprawiła, klątwa nieodpokutowana, przez biskupa Gaudentego rzucona — zauważył 
twardo opat, lecz stary go nie dosłyszał.
— Za Bezprymowym zwołaniem — ciągnął jednostajnie — powstały stare bogi... I wszystek lud... 
Umartwiły mnichów, umartwiły księży, biskupów... Jednych zacniejszą śmiercią mieczem 
gładząc, drugich, jako pośledniejszych, kamienując... Oj, łelum, leluml...
— Dziw, że Bóg nie wytracił tego plemienia jak Sodomy i Gomory,..
— A dyć wytracił, wytracił... Wiela Chrobry miał pancernych, tyła by nie znalazł potem 
tarczowników... Więcej było za Chrobrego rycerstwa, niźli po tych leciech ostało ludzi wszystkich 
stanów... Że to jedne w niewolą poszły, drugie mór pobił a głód... Na nowinach krze porosły, a w 
kościele Świętego Piotra Apostoła liszka swoje młode wywiodła... Srogości takie się działy, że Giedczanie 
wyszli z grodu, z grodu Giecza, co był źrenicą królewską! I naprzeciw Brzetysławowi szli z rózgą złotą 
prosić, by ich do Czech wszystkich przeniósł... Ano. ...Pomnę, jako Brzetysław na stu wozach wiózł 
skradzione królewskie dobro. A wozy naładowane były tęgo, że jarzma pękały... Oj, lelum, lelum...
...Wojciechową trumnę czeskie woje niosły na ramionach od Gniezdna do samej granicy... Takoż i krzyż 
szczerozłoty, co go dwunastu ludzi ledwie mogło dźwignąć... I trzy tablice złote, pięć łokci długie, dziesięć 
piędzi szerokie, na których napis łaciński był, ale napisu nie pomnę...
Wywiozły Czechy dzwony i krzyże, i kielichy... Mnichów i księży ludzie utrupili. A przecie Bóg Krystus 
wrócił... Wróciły klasztory i ninichy... Siła ich znowu... Widno ta wiara mocniejsza... krzepciejszy Bóg...
— Wiera — mruknął z cicha opat.
Stary zachrzypiał, steknął, splunął i podjął znowu swe śpiewne gadanie, jakoby pieśń o przeszłości nuconą 
przez przeszłość sarną. — Pomną
prawił — jako było z Bolkiem, i biskupem...
Ćwierć kopy roków bez mała... Uszedł biskup z grodu do kościoła mnichów tynieckich, co na skałce na 
moczarach stoi... Zowią go Świętego Michała Archanioła mniejszy. W nim się zawdy zbierały lótaryńskie 
kluniackie przemieńce i swoje narady wiodły... Że nałożnic trzymać nie Iza, jedna białka ma chłopu na całe 
życie wystarczyć, i insze namowy głupie. Tamo biskup mszę odprawiał, a przy mszy, jako zwyczajnie, 
powtarzał, że wyklęty (niby Bolko) jest obmierzły, zgniły, trędowaty i śmierdzący, a kto by z nim jadł abo 
spał, abo gadał. abo jaką przą miał, tako jest zgniły i gnój, i trąd... A Bolko wszedł do kościoła jak raz ze 
swoją drużyną... Gadały Nogodzice, co ujednać się chciał i biskupa do grodu wołać spadki, ale kiej to 
usłyszał, krew się w nim zapiekła i sięgnął biskupa czekanem przez łeb... Wnet też Śreniawity i Nogodzice 
dopadły, a posiekały.,.
— Biesy przeklęte, które przeca w tym domu jak swojaki są witane! — sarknął gniewnie opat.
— Co gadacie? — zapytał stary, zwracając na niego zasnute bielmem oczy.
— Gadam, co hańba przewieczna przyjmować w domu przeklętników, jeże umartwiły Bożego 
człowieka! Stary pokiwał głową.
— Ano — przyznał. — Ano. Źle się stało, bo Szczepanowski był pierwszy, a pierwszy biskup polskiego 
rodu... Źle... Ale Nogodzice są prawe chłopy, dobre woje. Powiadają, że jak ten starszy, Odylen, rąbnął, 
to na dwie połowy przeciął gładko kość i ciało...
Opat zerwał się z miejsca ozeźlony do żywego, lecz baczny na wszystko a pomny jutrzejszej uroczystości 
Głowacz ujął go pojednawczo za ramię, zapytując, zali wielebnik nie ciekaw obaczyć młodych legawców, 
niedawno od wrocławskiego kasztelana otrzymanych.
— Krzyżowcy t. I/II
Rozdział czwarty
GDZIE OFKA DOŚWIADCZA,
JAK ŁACNO BOGI ODMIENIAJĄ DOLĘ W NIEDOLĘ, SZCZĘŚCIE W NIESZCZĘŚCIE, A 
DOBRO WE ZŁO
Rycerz Nowina, dla swej gadatliwości przezwany Tarchałą, rzucił na kupę podarków kosztowny pas, 
złocistymi blachami nabijany. Brat jego, Nowina Dąb, mizerykordię z łańcuchem. Ludbor, Cwała i 
Świeboda Oświętowie przyrzucili kubek srebrny, miecz, szeroki i płat wzorzystej materii. Ogończyki, 
zwołujące się w potrzebie zawołaniem Orzy! Orzy! przywiodły pięknego źrebca okrytego kropierzem, 
wspaniałością daru wprowadzając wszystkich w podziw. Kosztowne dary przynieśli Biesy z książąt 
plemiennych starodawnych, podobnie jak Mzury lub Jastrzębce, równych Piastom. Bieleje cisnęli trzy 
kopie rycerskie i stan z farbowanej skóry.
Za wielmożami na rozścielone u stóp Imbrama i Ofki radna składali dary zwykli wojacy, milesy. Nie 
stać ich było na rycerskie cenności od zagranicznych kupców nabywane lub w dalekich wyprawach 
zdobyte, przeto rzucali łupieże kunie, wydrze, niedźwiedzie i wilcze, podkowy, topory, łuki przez całą 
zimę pracowicie gięte, parzone, suszone, oporne i mocne jak stal. Znosili cięciwy z baranich kiszek 
skręcone, strzały ciemierem zatrute, birkutowym pierzem ulotnione, które to pierze ma cnotę samo 
wieść strzałę do celu. Rzucali kołczany z kary brzozowej lub skóry pięknie wyrobionej, oszczepy i 
włócznie.
Radna były dwa, tuż koło siebie leżące. Przechodząc stawali przed pierwsze mówiąc: „Witosławowi 
Imbramowiczowi na szczęście, na dolę, na wiek"... — i rzucali co bądź: patyk ułamany, kilkoro 
szyszek, ślepe kocię, stare strzały lub zgięty kubek cynowy. Przed drugim radnem mówili: „Co 
zbytnie, co stratne, co byle jakie, to miotnę, niech bierze, kto chce..." — i składali dar właściwy. 
Czyniono tak gwoli owej zawiści bogów, której nie Iza było obudzić widokiem zbyt świetnych darów. 
W podejściu tym obok szacunku i lęku
przebijała również świadomość własnej ludzkiej przemyślności, poczucie, że zazdrosny bożek potężny 
jest, ale głupi, skoro równie dziecinnym wybiegiem można go w pole wywieść i nieszkodliwym 
uczynić.
Ledwie widoczni zza stosu podarków, Imbram z Ofką siedzieli nieruchomo obok siebie. Ofka miała 
na głowie zawicie z chusty cienkiej i białej jak śnieg, suknię obcisłą, mocno błękitną, oszytą u dołu 
frędzlą. Suknia i chusta przywiezione były kiedyś dawno z Kijowa, a tkały je roby greckie. Dziecko 
przykrępowane powijakami do wklęsłej bukowej deszczułki, okryte kosztowną złotem dzierganą 
zasłoną, leżało na jej kolanach, nie rozumiejącym wzrokiem patrząc na przesuwający się korowód 
ludzi. Niedołężne spojrzenie chwytało z przebłyskiem zaciekawienia przelot rzucanego na radno 
przedmiotu. Imbram trzymał dłonie nieruchomo na kolanach. Włosy przygładzone i nasmarowane 
tłuszczem lśniły w słońcu. Ofka spozierała nań z ukosa, usiłując przybrać ten sam co on nieruchomy, 
skupiony, a zarazem obojętny wyraz twarzy. Daremnie. Po drobnym jej licu, wybielonym przez 
słabość, przelatywały uczucia radości, zachwytu, ciekawości i dziecinnej dumy, widoczne i ruchliwe 
jak obłoki gnane po niebie. Piersi jej wzbierały pokarmem, ciężyły, rozpierały boleśnie lnianą 
ciasnochę i błękitną w Carogrodzie tkaną szatkę, potęgując uczucie niemieszczenia się w 
dotychczasowym kształcie, wyrastania ponad siebie samą. Spojrzała znowu na męża. Nie poruszył się, 
nie zmienił wyrazu twarzy, lecz po niedostrzegalnym drgnięciu powieki poznała, że zauważył jej 
spojrzenie i dzieli jej radość.
Wojacy przeszli. Teraz ciągnęli hospites lub hospes, osadnicy wolni, nie przywiązani do ziemi, 
obrabiający pańską rolę własnym sprzężajem. Zależnie od zamożności znosili płótno bielone, mąkę, 
krupy, kruchy soli, krasę wełniaki, ciołka, barana, podświnka, gołębie lub gęsi. Za wolnymi, 
liczniejszą gromadą, szli osadnicy niewolni, czyli chłopi i narocznicy, dostarczający dla dworu narzaz, 
osep i stróże, sprawiający przewód, powóz, wywóz, pomiot, nastawę, mostne, poradlne, podworowe, 
powołowe,. Skromne były ich 'darunki: miarka orzechów uzbieranych w lesie, krótaka pachnącej 
żywicy, piskorzowe prątki wysuszone, jarzmo gładko wyrzezane lub płozy do sani. Rzucali je z ulgą 
na radno, mamrocząc niezrozumiałe słowa dani i chciwie wdychając zapach pieczonego mięsiwa 
niosący się tu z dziedzińca. Sterty chleba i beczki piwa stały opodal. Patrząc na nie, czuli po raz 
pierwszy w życiu błogą życzliwość ku panu, wdzięczność dla małej istotki, dzięki której będą mogli przez trzy dni 
jeść i pić do syta, Zarazem jednak do radości mieszał się żal, że brzuch ludzki tak małą ma pojemność 
i choćbyś nie wiem jak pragnął, człowiecze, nie zjesz więcej, niż podołasz, nie zmieścisz w kałdun 
tego wszystkiego jadła, co tutaj nagotowane. Drapiąc frasobliwie kudły, szli ku stołom i wzdychali.
Pochód dawców zamykali pisarczyki, bobrowniki, bartniki, rybitwy. Nie zwykłe roby, lecz 
dziedzicznie z ojca na syna zawód swój sprawiający. Każden z nich nosił we krwi doskonałą 
znajomość natury i obyczajów stworzeń oddanych ich pieczy. Przynosili rączki miodu, kręgi wosku, 
skórki bobrowe, wędzone i suszone ryby...
Nie przeszli jeszcze wszyscy, gdy na dziedzińcu rozległ się tętent. Gość zapóźniony z darami? Nie 
gość. Swój. Ze złym pono darem. Zbylut, zdyszany, na koniu zdrożonym do tyła, że wyglądał jak 
licha szczawręga. Zeskoczył, rzucił wodze pachołkowi i szedł pieszo ku gromadzie.
Już Głowacz oderwał się od niej, by spotkać przybyłego samodwa. Ciężko mu było iść: od brata 
powiało przypomnieniem niepewnych wypadków. Usunął je z umysłu, by nie zaszkodzić bratańcowi, i 
usunął je tak dobrze, że zdały się jemu samemu niebyłe.
Z innym zgoła uczuciem Ofka patrzyła na zbliżającego się Zbyluta. Nadejście jego dopełniało miary 
radości, stanowiło ten jedyny, ostatni szczegół, jakiego brakowało do poczucia pełności zwycięstwa. 
By i ten wzgarclliwiec posępny, szydliwy, ujrzał ją strojną, świetną, czczoną .matką Witosława. 
Niech patrzy, niech się podziwi...
Dotychczas miał dla niej tylko milkliwą wzgardę i niechęć, na którą czym by zasłużyła, nie wiedziała. 
Bo dawniej, dawniej, gdy jeszcze jako młódka prostowłosa biegała, zdało jej się nieraz, że ją wyróżnia 
spośród innych dziewcząt. Raz nai stadzie w noc Sobótki chwycił ją za ręce i ciągnął bież słowa w las. 
Że oczy mu się świeciły jak wilkołakowi, wyrwała się i uciekła. Wnet też później zmówili się z 
Imbramem. O, Imko, miły, luby, swój! Nie było nic z wilkołaka w tym mężu, przyjacielu. A Zbylut 
nie znosił ich obojga i nie krył się z tym bynajmniej.
Dopóki Ofka była niewiastką, której jedno prawo: milczeć, znosiła to w skrytości, usuwając się byle 
dalej od niego. Lecz dziś zmieniło się. Wiele ją Zbylut obchodzi!
Pokraśniała z zadowolenia i spojrzała wyniośle na podchądzącego. Odpowiedział na wyzwanie złośliwie litosnym uśmiechem, krzywiąc twarz w świadomości 
przynoszonej przez się klęski. Ofka spuściła oczy i mimo woli chwyciła Imbrama za rękę. Zbylut 
patrzył na brata jadowicie.
— Jeślić miłe oczy — rzekł półgłosem — odpraw tych ludzi i chodź do izby na radę...
— Wnet przyjdę — odparł Imbram pogodnie, nie ruszając się z miejsca.
Doczekał, aż złożono ostatnie godne, i wówczas wstawszy prosił ofiarodawców, by szli do uczty, 
zachowując dobrą myśl. Czeladź zgarniała dary, zapędzała przyprowadzoną żywinę. Szafarz Pobieda 
skwapliwie zbierał cenniejsze przedmioty, by je do górnej izby zanieść. Ofka tuliła się do męża. Jej 
poprzednia radość i pewność zmierzchły, jakby powiał na nie nagły chłód.
— Tak się czegoś bojam. Imko... tak się bojam...
— Nie bojaj się, miła, isto nie ma czego... O, mały zasnął... Jak to sobie śpi chrobaczek... Odnieśże go 
doma.
— Skoro przyjdziesz? — pytała, nie mogąc się rozstać.
— Jużci, że skoro.
Oj, nieskoro przyszedł, nieskoro. Późno w noc czekała nań chodząc w swym długim lnianym gieźle od 
łoża do okna patrzeć, jak księżyc bije się z chmurami, i znów od okna do łoża pojrzeć na małego, 
śpiącego cicho w opałce. Nasłuchiwała trwożnie pogłosu rozmów toczonych na radzie w sieni, 
dolatujących chwilami aż tutaj, to cichego chrabęszczenia w ścianach i trzaskania. Na koniec rozległy 
się kroki. Imko nadchodził. W stąpaniu powolnym, ociągającym się wyczuła nieomylnie złą wieść. 
Zastygła w bezruchu. Imbram ujął ją za ręce.
— Słuchaj... — zaczął.
I długo, uważnie, dobierając słowa, tak by białka będąc zrozumiała przecie, o co idzie, jął jej 
opowiadać o poparciu danym Zbygniewowi (bodaj ziemia otroka zeżarła!), o kruszwickiej 
nieszczęsnej porażce i ostatnich wiadomościach przywiezionych przez Zbyluta. Przeraźliwe wieści. 
Oklęte nowiny. Sieciech z Czechami się zmówił i ze wszystkich stron Śląsk okrąża. Przysiągł on na 
miecz, że nie spocznie, aż opiekunów Zbygniewowych wytraci jako jaźwców w jamie, a 
plemienników ich w swoim Sieciechowie zawrze. W Małopolsce podżegł przeciw wielmożom 
władyków, ziemię im po buntownikach obiecując. Sam nadchodzi z wielką siłą. Jastrzębców obiegł, 
starego Gniewa ubił, a młodszego
Ostoja pojmał ł kupcom wschodnim w niewolnik! przedał. Porwały się na to — prawił Imbram — 
wszystkie, powiadając, że nie może być, a Zbylut bił się w piersi i ryczał, że prawda jest, że tak! W 
niewolniki przedał Sieciech Jastrzębców książęcą, rycerską krew!
Na to się ważył! Wobec takiej hańby Bieliny, Jastrzębcowe krewniak!, i Awdańce, które z Bielinami miały 
wróżdę od dwu pokoleń trwającą, ugodziły się i wzajemnej pomsty przysięgły zaprzestać ślubując społem 
zgubę Sieciechowi. Na razie uchwalono na Węgry pójść, tam się skrzyknąć, zebrać i w sposobnej chwili 
uderzyć, dobierając do pomocy rycerstwo, co z Bolkiem na węgierski dwór uszło i dotąd tam siedzi. Bo tu — .- prawił wojewoda Magnus — wybiorą nas po kolei jako raki z kosza...
Tu Imbram urwał i zamilkł. Zmilczał przeto, by żonie próżnego żalu nie przyczyniać, gdyż wedle słów 
Zbylutowych wojewoda dodał potem, iż kto by nie chciał uchodzić, niech się z Włodzisławem ujedna, co 
hańbą nie jest, bo Zbygniew pierwszy ich odbiegł i zdradził. Włodzisław krwie niechciwy, daruje chętnie. 
Może ja sam tak uczynię — gadał wojewoda — bo gdzie nie można przeleźć, trzeba podleźć, a może 
jeszcze dola się odmieni i ja Sieciecha raniej w loszku przywrę niżeli on mnie...
...Dwie są drogi dla rycerstwa, społem na Węgry albo się z księciem ujeclnać... jak komu wola, a trzeciego 
chodu nie ma...
Tak uchwalono na wrocławskiej radzie.
Obejmując Ofkę ramieniem Imbram przypomniał sobie 'f. goirytzą, jako wtedy chciał powstać i rzec, że on 
jest z;a\ ujednaniem. I jako Zbylut spojrzał na niego szydliwie, powiadając: Słuchajcie Imbrama, on się 
pewnikiem ukorzy, Włodzisławowe ciżmy będzie ślinił, bo mu luto białki i dziecka odjeżdżać...
I choć w słowach tych odgadnął najskrytszą myśl braterską, on, Imbram, zgorlił się, wstał i zaklął na cześć 
rycerską, że młodszym będąc tak postąpi, jak starsi bracia uchwala...
A oni postanowili... jechać...
Głowacz. byłby ano ostał, byłby ostał, jeno Zbylut poty gadał, a hańbił, a judził, aż wszystkich bez mała 
przekonał. Uchodzić mają na Węgry. Nie ma już dla Imka wyboru...
— Sam bym rad płakał nad sobą — wyznał żałośnie. — Wyjechać łacno, a kiedy wrócim, nie wiada... 
Może na Gody, a może dopiero wiosną...
Leżąc w jego ramionach nie odpowiadała nic, odurzona jak obuchem, zabita głuchą rozpaczą.
Senli to był straszliwy czy jawa? W jednym dniu z wyżyny nieopisanego szczęścia, radości i dumy zlecieć 
w przepaść opuszczenia, niepewności i rozłąki? Możliweż to? Los mścił się srogo za radość. Prawdę 
mówiła Bogucha!
Zatrwożony milczeniem podniósł ku sobie jej śliczną twarz, ledwie majaczącą w mroku, bo miesiąc skrył 
się za chmury. Poddawała się bezwolnie, zwiotczała z żalu, osłabła. Ogarnęła go nieopisana tkliwość i 
żałość nad sobą samym i nad nią. W ciemności muskał ostrożnie palcami jej lice, jakby był ślepcem, któren 
dotykiem stara się zapamiętać kształt ukochany. Nie widząc, uprzytamniał sobie głębokie wnęki oczu, na 
dnie których w otoczy leżały tafle przezroczyste źrenic, bławe zwyczajnie, ciemniejące w chwili miłosnych 
wzruszeń, a ninie nalane łzami. Nos prosty, cienki, drgający. Usta małe jak u dziecka, tak skore do 
śmiechu, skrzywione teraz żałośnie, zawarte bólem zbyt wielkim. Wysmukłość szyi kruchej jak łodyga... O 
kształcie nadobny, kształcie wdzięczny, co uczynić, by cię utrwalić, przechować, ubezpieczyć, ujrzeć po 
długiej rozłące takim samym, jakim dziś jesteś? Ukryć jak złoto, jak srebro, jak cenny klejnot, napierśnik, 
zaponę, i nie zmienionym wydobyć? Obaczyć na licu tę sama niewysłowioną grę pierzchliwych cieni, 
barw, ruchliwych drgnień stanowiących istotę urody, sprawiających, że te oczy, te usta, te lica milsze są niż 
wszystkie inne... Próżne marzenia! Bodaj że kwiat trwalszy jest od krasy umiłowanej! A raczej równie 
nietrwałe są oba. Nigdy dzień po dniu taką samą jej nie zastaniesz, a cóż dopiero po roku. Co może 
nastąpić po roku? Przecz uczyniłeś, Boże, że człowiek przywiązuje się do tej znikomości bardziej niźli do 
srebra, złota, nawet sławy?! Wieleż rozumniej postępują ci, którzy widzą w niewieście ilko narzędzie 
przelotnej rozkoszy i samkę płodzącą dzieci? Jeno jak ich naśladować, nierozsądne przywiązanie z serca 
wygnać? Choćby nie wiem jak pragnął on, Imko, wyzwolić się z uroku miłej, nie podoła temu żadną siłą, 
żadną mocą...
— ...Cichaj... Cichaj... — szeptał, chociaż nie mówiła nic, leżąc bez ruchu, bez słowa. W belkach ściany 
coś trzaskało, może kornik, może dziad... W uśpionym domu słychać było tajemne szmery, stąpania, 
szelesty... Ktoś się ocierał o ściany, ktoś motał przędzę, niewidzialną przędzę zdarzeń. Jakaż to prządka w 
dom weszła?
Dola czy Niedola?
Rozdzial piąty
...RYCHŁOLI WRÓCĄ?... NIERYCHŁO... NIERYCHŁO...
Trąc łysą czaszkę, okoloną równym wieńcem włosów, opat Gwido rozważał zamiary rycerstwa. 
Korzystne są czy szkodliwe? Jużcić najlepiej byłoby, gdyby się ujednali z księciem. Skoro jednak 
tęgokrwiste, zawzięte wojaki nie chciały o tym słyszeć, lepiej stokroć, że wyjeżdżają, niżby się tu 
miała wojna zacząć. Wynik wojny bywa różny i niepewny dla rycerstwa, ale niezmiennie jednaki dla 
pracującej ludności: zniszczenie, głód, mordęga. Niech więc jadą, owszem, niech jadą. Mądry był, kto 
to wymyślił. Ale Węgry są zbyt blisko.
miedze. W dwie niedziele dojedziesz. W dwie niedziele wrócisz, Dobrowolnych wygnańców 
nikt tam długo nie utrzyma. Troska o ziemię i dwory, wieść-plotka przeinaczona, przywiodą 
ich rychło z powrotem i dopiero zacznie się taniec. Nie, nie, niech jadą dalej, najdalej, by rychlej jak 
za rok nie wrócili...
I korzystając z tego, że spytano go o radę, jął gorąco namawiać rycerskie grono, by miasto w Budzie 
próżno siedzieć, pąć odprawiali do świętego Idziego w Prowansji. Taka pąć odpuszcza wszelkie 
przewiny, może nawet zsunąć klątwę — tu opat spojrzał znacząco na Nogodzica — taka pąć jest dziełem rycerskim, dziełem pięknym, sposobnością jedyną do uzyskania zbawienia duszy, a razem 
obaczenia szerokiego świata...
Mówił wymownie, lecz oni mruczeli niechętnie, że nic im po tym, gdyż żaden nie zna, którędy w te 
kraje jechać, i rychło by zabłądzili...
Opat wzruszył ramionami.
— Zbłądzić? — zawołał — śmiech pusty! Droga prosta, bezpieczna, wiadoma... Znana jak królewski 
gościniec krakowski! Przez Węgry, Kroację, Istrię, Akwileję, Wenecję
Prowansja tuż... Zali oni pierwsi z Polski pójdą tym chodnikiem!? Ilu już tę pąć odprawiało! Trudno zliczyć. Dyć drzewiej, gdy Rzym we władaniu niemieckim 
ostawał, zawdy z Polski jeżdżono do Prowansji o konsekrację biskupów prosić... Bo biskupstw tam 
jak mrowia, jak nigdzie na świecie... Jedno przy drugim, a bogate, a wspaniałe! Arles, Nimes, 
Narbonne, Viviers, St. Pons, Orange... Znam te strony... Z Nimes pochodzę... Móc ten kraj obaczyć, a 
nie jechać... Boże! A ostatnio, toć znacie, że Włodzisław posłów do świętego Idziego słał, by mu się 
syn z Czeszki, Judyty, narodził!... Pojechali. W trzy kwartały bez mała wrócili. Jakiejże tam mocy i 
łaski doznali! Ledwo po nabożeństwie dary książęce złożyli, figurkę dziecka ze szczerego złota, 
kielichy, ornaty i płaszcz, już im zakonniki prawią: „Wracajcie doma, bo księżna poczęła". Nie chcieli 
wierzyć, bo im się zdało za skoro, a zakonniki swoje: „Jako mówimy, tak jest. Księżna będzie miała 
syna, ale dla niej droga niebieska się ściele..." I prawie tak było. Na jesienne siewy Bolko się narodził, 
a na Gody Czeszka zmarła! Świeć, Panie, nad jej duszą!
Dopieroż w chwale poselstwo wracało! Wiele gadali! Na życie im starczy! Mały Bolko już na koniu 
gracko jeździ, a oni precz jeszcze o tej drodze jako o nowośti powiadają... I słusznie. Tak i wy 
wrócicie ze sławą a dużym pożytkiem, bo zgon Sieciechowy łacno uprosicie. Święty Idzi wszystko 
pątnikom przyczynia, a jużcić łatwiej mu ująć ze świata męża wojennego, niż wzbudzić dziecko w 
łonie niewiastki, co i sama bezpłodna, i mąż jest niemrawiec. Jeśli więc tamto uczynił, uczyni lacwie i 
wam, wielkich darów wcale nie żądając.
Słuchali uważnie tych przemądrych racyj, wszakże na postanowienie zdobyć się nie mogli. Że tak 
daleko! Z Węgier zawsze można wrócić, gdyby się widzieć dało, że Sieciech jakąś niecnotę zamyśla...
...Wiem to'dobrze... — pomyślał opat i głośno nuż prawić, że mienia pątników nie odważy się nikt 
ruszyć, bo za to Kościół rzuca klątwę, a święty Idzi śmiertelne porażenie członków, o czym wielu już 
dowodnie się przekonało. Tym bardziej nie uczynią im nic Włodzisław z Sieciechem, bo do nowej 
katedry potrzebują papieskiego błogosławieństwa i wielkich relikwij...
Jeszcze nie przekonani wysuwali obawę przed wiedźmą-tęsknicą, co na dalekiej obczyźnie ludziom 
serca zżera i leku na nią nie masz. Podobno od wstrzykniętej przez nią słabości cień własny opuszcza 
człowieka i wraca w rodzinne strony.
'
A wiadomo, co wart jest człowiek bez cienia! Prędko sam cieniem się staje.
Tak, sroga to chorość, opat o tym dobrze wiedział, lepiej niźli oni. Pamiętał lata, w których błądził takim 
właśnie cieniem, tracąc sen, chęć do jadła i możność modlitwy... Przeszło to wszystko, zamarło... Ale 
pamiętał.
Niemniej teraz istnieniu wiedźmy zaprzeczył żywo, gorąco. Wywiódł jak na dłoni, że uczucie obcości, 
tęsknoty za krajem jest właściwe tylko jeńcom lub pospólstwu. Rycerzowi cały świat otworem. Wszędy 
ojczyzna, gdzie znajdzie pole do wykazania odwagi. W każdej społeczności chrześcijańskiej, chociażby na 
końcu świata, rycerz pasowany jest bratem rycerza. Wszędy mu rodzina i ojczyzna, bo rycerski 
chrześcijański zakon jednoczy wszystkie narody. W tym jego moc i chwała. W Prowansji nie tylko będą 
ich witać serdecznie, ale i podziwiać jako mężów, co niejednokrotnie zwalczali na łowach srogie bestie, 
tigrides et unicornes.
— Jakie bestie? — Zdumiał się Głowacz.
— Tigrides et unicornes — powtórzył opat dobitnie. — Po tutejszemu ząbr i jednoróg.
— Nigdym nie słyszał o jednorogu.
— Wyznam wam, rycerzu, że w moim mniemaniu nic to innego jak ząbr albo tur. Wedle prowansalskich 
gadek najsroższa to, najdziksza bestia na świecie. A cóż jest większego jak ząbr, sroższego jak tur?
— To większych bestyj już nie masz?
— Jest, owszem, pono jedna jeszcze większa. Zowią ją elephantus... Golemy potwór! 
Wzniesioną głową, od której wisi nos długi na dziesięć łokci, sięga wyżej niż najwyższe drzewa, nogi 
ma jak wielgachne dęby... W chrześcijańskich krajach się nie trafia, jeno w pogańskich, etiopskich. Snadź 
z czartem trzyma spólnictwo...
— Skąd wiecie, panie, to wszystko?
— Z uczonych ksiąg przez arcybiskupa Aarona przy katedrze krakowskiej zebranych, który to zbiór 
zowią z grecka biblioteką. Pierwszy w Polsce. A ogromny. Do dwudziestu opus liczy. Przeczytałem 
prawie wszystkie te yolumina...
Patrzyli na niego z podziwem i zdumieniem, gdyż sama nauka liter zdała im się rzeczą trudną nad pojęcie.
Lecz opat, choć zadowolony z uznania, szybko nawrócił do właściwego wątku rozmowy, którym była 
Prowansja i gród świętego Idziego, w tamtejszej mowie zowący się Saint Gilles. Zrazu malował powieść 
krasnymi barwami z rozmysłem, by
ich do podróży zachęcić. W miarę jednak jak mówił, ogarniał go wiecznie żywy urok niezapomnianej 
ojczyzny. I nie dbając już o to, czyli pojadą lub nie, prawił z zachwytem, przytłumionym głosem, o górach, 
winnicach, kamiennych zamkach, oliwkach, skałach bieluchnych od słońca, o morzu, jakiego żaden z nich 
póki żyw nie baczył, morzu szafirowym, skaczącym śnieżystymi wełnami na brzeg...
Czarowne to było jak bajka, a oni cięgiem jeszcze wahali się w dwie strony. Prawdę rzekłszy, nfelubo im 
było zapuszczać się samym w obce kraje. Po raz pierwszy mieli wyjechać samotrzeć, nie z królem, nie w 
tęgiej drużynie wojackiej, radośnie ciągnącej po zdobycz. Mieli wędrować jako wygnańcy, bez 
określonego celu, bez pewnego powrotu. Mogli iść jak sierpem rzucił, gdzie wola, na południe czy zachód, 
i ta świadomość napełniała ich przykrym niepokojem. Sprawy proste i łatwe, gdy się szło w kupie, pod 
przewodem swego króla, orężnego pana, widziały się teraz złożone i trudne. Jak im się będzie żyło w tej 
obczyźnie? Po jakiemu wtedy będą gadać, jeśli pojadą gdzie indziej, niż na znajome Czechy albo Węgry?
I frasobliwi, po raz pierwszy bodaj w życiu nie wiedzący, co począć, targali obwisłe wąsiska, spozierając 
na siebie niepewnie, i
Głowacz wstał przerywając wymowę opata.
— Tak czy tak — rzekł — jechać trzeba przez Węgry. Samiście, panie, mówili. Na Węgrzech uznamy, 
czy pąć odprawić, czy nie.
— Słuszna, słuszna... — przystawał opat roztargniony przecierając oczy olśnione widem ojczyzny. Zatopił 
się w nim do tyła, że prawie zapomniał, o co mu przedtem chodziło. Niech sobie jadą, gdzie chcą. Co go to 
obchodzi? Prowansjo! Prowansjo!
Pozostali rycerze odetchnęli z ulgą. Jużci, co na Węgrzech uznają. Mądrze Głowacz rzekł!
Ruszyli się z sieni ławą. Trzej Strzegonie, dwóch Zaworów, dwóch Mowinów, trzech Oświętów i Nogodzic 
jeden. Razem jedenastu.
Na dziedzińcu przed domem rozsiedli się na murawie ścierciały i sługi, mające jechać z panami. Będzie 
ich dobre pół kopy. Siedzą w milczeniu, nie radząc nad niczym. Choć są liczniejsi, choć na nich legną 
ciężary i kłopoty drogi, nie oni staiDiojwią o jej kierunku. Nie mają tu nic do gadania. Ich prawo słuchać, 
co powie wielmoża. — Czekają. — Kazano
konie mieć gotowe. Są gotowe. Wozy również, tylko woły, pasące się tuż na wygonie, podprowadzić.
Przy wozach mocnych, pełnokołych, dobrze smarowanych, szafarz Pobieda chodzi wzdychając. 
Próbuje ręką, czy dobrze uwiązano wory z pieniędzmi potrzebnymi na długą, a nie zdobyczną 
wyprawę. Oj, lelum! Zwykle rycerze zwozili w dom dobro, a teraz poczynają wywozić. Źle, źle. W 
płaskich miechach kołaczą srebrne denary króla nieboszczyka, z jego podobizną i napisem: Boleslaus 
justizia, piękne denary, ciężkie, dobrej wagi. Wzdycha szafarz jeszcze głośniej, gdy dźwiękną pod 
ręką złote grzywny i bugi ramienne, zdatne do łamania na cząstki, gdy trzeba, miałkiego grosiwa. W 
osobnym worku leżą grosze czeskie, skojce i szelągi, a także Hermanowe brakteaty, liche blaszki, 
tylko po jednej stronie znaczone. Prócz monet, w takichże worach-bułgach ze skóry wołowej, znakomicie chroniących od wilgoci, znajdują się łupieże kunie, płaty cienkiego płótna i sól. Wszystko 
przeznaczone na podarki lub wymianę, bo wiele jest osad, gdzie monety nie chcą przyjmować, nie 
widząc jej użyteczności, radzi zaś obrok i jadło za towar gotowy mieniają.
Na drugich wozach, starannie skórami okrytych, leżą suszone placki jęczmienne, mięso wędzone, 
kadź smalcu dla okrasy i do włosów, skóry niedźwiedzie i wilcze do spania, zapasowe rzemienie, 
kołczany i łuki. Zapas strzał. Na wierzchu, każdej chwili łatwe do wzięcia, wielkie kopie i podłużne 
szczyty. Stylisko kopii zaostrzone jest i okute z obu końców, a to, by siedząc w siodle, łacno je można 
wbić w ziemię obok konia, nie nużąc dłoni. Szczyty wiesza się na szyi na szerokim pasie, do boju 
przeciągając jeszcze lewe ramię przez pętlę, na odwrocie tarczy mocno przyklepaną.
Ten ciężki oręż pojedzie na wozach. Zdałoby się złożyć także na wozy zbroje i hełmy, uciążliwe w 
długą drogę, w czas upału, lecz idąc w cudzy kraj nie wypada tego czynić. Jakoż-by obcy poznali, że 
rycerze pasowani jadą?
Zresztą zbroje te są lekkie, niecałkowite, jak u Chrobrowych bywało. Zamiast pancerza kolczuga z 
siatki żelaznej, kolan sięgająca, z rękawem okrywającym dłoń aż po końce palców. Na niej rycerski 
pas srebrny lub złoty. Hełm krągły, spiczasty, z lambrami po bokach i siatką osłaniającą kark i 
potylicę. Miecz goły, szeroki u pasa. Mizerykordia na piersi, Pod kolczugą kaftan skórzany. Nogawice 
z siatki lżejszej nieco niż kolczuga.
Błyskając złotem łańcuchów i pasów, rycerze stoją gotowi
do drogi. Zająkliwy, lecz mądry Momot bełkocze, że czas jechać, bo nic się zwlekaniem nie zyska. 
Chyba to, że się...Sieciech du... dukle wojami obsadzi. Prawie gada. Jechać, to jechać. Gniade woły 
już stoją przy wozach. Parskają okryte kropierzami konie. Scierciały, milites gregarii, zarzucili kołczany i łuki na plecy. U pasa mają miecz, w garści włócznię. Zwykłe sługi niosą palice nabijane 
krzemieniami i topory!
Jechać! Jechać! W ciemni izby szeroko otwartej starzyk, dominus, ze swego wyrka woła coś 
niezrozumiale. Stara się podnieść, wynijść. Mierzwi się po swoim barłogu. Chrzypliwe jego gdakanie 
zda się wojom głosem nieżyjących dziadów-opiekunów. I ciężkość spada na serca. Odjechać łatwo, a 
powrócić trudno. Kany powiedzie ich nieznana cesta? Kiedy ponownie obaczą śląskie swoje puszcze i 
domowe święte progi? Czyje kości wybielą się na obczyźnie, a dusza z nawrotem wśród swoich nie 
trafi?...
Bogucha stoi przed domem nieruchomo. Ręce złożyła godnie na podołku. Z pogardą patrzy na Ofkę, 
co ze szlochem i łkaniem czepia się ramion mężowych. Nie mogła pożegnać się raniej w komorze, 
jeno tu w obliczu wojów jasełka odprawia?! Albo i ten Imbram! Zamiast odesłać żonę do izby, gładzi 
ją po głowie krótko ostrzyżonej, z której zsunęło się zawicie. Białka z gołą głową przy obcych wojach 
— niewstyda! Gdzie Głowacz? Czyż na to pozwoli?!
— ...Oj, wolej bym umarła — zaw;odzi Ofka śpiewnie jak płaczka — wolej bym się w kanię 
przemieniła i za tobą poleciała... wolej bym zielem czakanką ostała i przy drodze więdła... oj, Dolo!
— Przestań! — syczy Bogucha ze złością. — Pokarm ci się obróci i zgorzknie... Dziecko strujesz... 
O dziecko dbaj, nie o chłopa!
— Dobrze mówi Bogucha, idź do małego — powiada Imbram łagodnie, lecz nie puszcza płaczącej z 
objęcia.
— Wołałam ciebie z zaklęciem, toś przyszedł, a jakoż teraz posłyszysz na Węgrzech za tylimi 
górami?... Jako mam. cię przywoływać?...
— Przestań! — woła rozsrożona jątrew. — Syna masz! Syna! O niego dbaj! Słozami nic nie 
odmienisz!... Bacz! Nie trzeba się było tyła cwanić, chwalić, storzyć! Nie powiadałam, że boża 
ozeźlisz? Nie ostrzegałam? Na drugi raz słuchaj mądrzejszych,
Ofka nie słyszy nic, nie odpowiada, lecz Imbram zaciska mimo woli pięści. Ogarnia go gniew i bunt 
przeciw tym mocom zawistnym, wiecznie sprzeciwnym, krzywym na każdą biedną ludzką radość. Dość, by człek w 
poczuciu szczęścia wyrzekł szczerze: Dobrze mi, już suną gacki ponure, ćmy niewidzialne, by tę 
szczęśliwość zatruć, zgładzić i omroczyć. Bodaj przepadły! Bodaj je przegnał Bóg Krystus łaskawy!
Głowacz spokojnym, gospodarskim głosem rzuca w kierunku żony i szafarza ostatnie zlecenia i 
rozkazy. Co gdzie mają siać. Z której kupy brać ziarno do siewu. Siwą klacz trzeba odstanowić 
cisawym ogierem, a graniatą cielicę pokryć tym łysym buhajem... Dobytku strzec...
— Nie troskaj się, wiem, co trzeba — zapewnia Bogucha i Głowacz kiwa przyjacielsko głową, 
wiedząc, że słowa żony mają wagę. Nawet rozporządzenia poprzednie wydawał raczej ze zwyczaju 
jak z obawy. Zły był i markotny, że odjeżdża gospodarstwa, żniwa, pszczół, ulubionych koni, Boguchy, nawet tych utrapionych dziewek, które mu rodziła, zamiast synów — nie niepokoił się jednak 
bynajmniej. Czyż nie zostawiał małżony, białki statecznej i mądrej? W przeciwieństwie do Imbrama, 
nie wątpił, że czy powróci za rok, czy za dziesięć lat, zastanie ją taką samą, godną, rządną, zabiegliwą, 
strzegącą niestrudzenie mężowskiego dobra. Była to świadomość kojąca.
Już wszystko gotowe i nic nie stoi na zawadzie odjazdowi. Opat błogosławi odjezdnych uroczyście, 
podnosząc w górę swą laskę krzywulę. Ofka płacze cicho, tuląc twarz do piersi męża. Jasne włosy 
czepiają się łusek kolczugi. Dłonią okrytą żelazem Imbram usiłuje niezdarnie nakryć je zsuniętym na 
barki zawiciem. Zbylut śledzi ich spod oka, z właściwym sobie szyderczo wrogim wyrazem. Jasiek 
Zawora uśmiecha się życzliwie w przestrzeń, jak to Jasiek. Starszy brat jego, Momot, milczy, jak to 
Momot. Milczy nawet gaduła Tarchała. Zarówno jak inni patrzy w las udając, że nie widzi niestosownej słabości Imbramowej. Wiadomo i tak, co każdy o tym w duchu sądzi. Ludbor Oświętów 
nalega: Jedźmy, jedźmy, Szafarz Pobieda dźwiga konew miodu. Dziewczęta przyniosły już kubki 
gliniane, żegnalne.
Odlawszy parę kropel dla bożąt domowych, rycerze piją do dna. Prasną kubkami o ziemię, zadepczą 
skorupy nogami. Pokłonią się nisko w pas domowym progom, ścianom, strzesze...
Skoczyli na koń. Ruszyli.
Zatrzeszczały jarzma wołów, zaskrzypiały bolejąco koła, choć nasmarowane.
__. Ofka! Nie smęć się! Rychło powrócim! — zakrzyknął
Imbram od bramy.
__, Nie obracaj się! — warknął Głowacz. Wściekły był na
brata. Nie rycerz, lecz boginkowy odmieniec! Niezguła!
— Nie płacz! nie! Wrócim rychło! — powtórzył gromko Imbram ku słaniającej się przed 
opuszczonym domostwem postaci.
Złośliwy duszek Pomian pochwycił okrzyk niebaczny. Już od ciemnej ściany boru leci ku jadącej 
gromadzie rycerskiej szydliwe wypominanie: ...nie... rychło... nie... rychło... nie... rychło...
...A działo się to szóstego lipca, w dzień świętej Dominiki, męczenniczki i panny, roku Pańskiego , 
który to rok był ostatnim z bieżącej indykcji, siedemdziesiątej trzeciej od Narodzenia Pana naszego, 
Jezusa Krystusa.
Rozdział szósty
O ZBAWCZYM KLASZTORZE W SROGICH GÓRACH ALPEJSKICH LEŻĄCYM
Prawdali to, że pogodnie ciepły wrzesień ściele się jeszcze w opuszczonych niedawno dolinach? 
Prawda, nieprawda lub czary, skoro zamieć śnieżna owija tchem śmierci wędrowców. Fujawica zatyka 
dech w gardle. Ostre źdźbła śniegu sklejają rzęsy, ślepią oczy. Kostnieją ręce. Lodowacieją ujęte w 
żelazną siatkę łydy i golenie. Pomroka spowija głowę. W białym świszczącym tumanie zamieci, 
śnieżnej błożynie, w odmęcie lodowych skier, wirujących płatków, majaczeją chwilami — wąska 
perć, obrywistne turnie, zerwane żleby lub skaliste zręby, zwieszające się niskim pułapem nad głową. 
Zamajaczą, zaczernią i pierzchną, cofną się w białą olugę, jak za grań niebytu. Zdradliwe kolisko 
zamieci rozścielę się na ich miejscu niby łagodna płaszczyzna, ni to step szeroki, ni to wygon wsiowy, 
po którym tarza się śnieżna kurzawa, lecz. jechać możesz bezpiecznie, dziwiąc się tylko, że wiechy 
wytycznej nie widać.
Zaledwie jednak utrwożona myśl spojrzy z ulgą w tę złudną nizinę, jużci się ona rwie w oczach, łamie, 
rozdziera, odsłaniając pod sobą próżnię, przepaść nagłą jak błysk miecza, uciekającą spod nóg 
zawrotniej, niż zdąży oko. I ukazawszy na mgnienie swą grozę, zawiera się znowu świat górski, nad 
wszelkie pojęcie ludzi nizinnych straszliwy.
Śmiertelny, srogi świat! Wicher strąca z ganku w dół. Konie chrapią przerażone, odmawiając kroku w 
przód. Niezwyczajne góry, ślizgając się po upłazach. Zdążający przodem mulnik przewodnik obraca 
się raz po raz. Woła przeciągle: Nadążać, nadążać! Kto przyzostanie — zginie!... Próżne wołanie. 
Głos jego tonie w zamieci i tylko dzwonki przy uprzęży muła brzęczą dzwonkiem konających. Głuszy 
je wicher, rzwący jak róg bawoli, w który zatrąbią anieli na Sąd Ostateczny, jak smok, Lewiatan, 
uwięziony w gardzielach wąwozów., Znarowiony rumak burzy wziął na kieł i sadzi po szczytach. W 
zestawieniu z jego mocą czymże są skoki Śwista Pośwista, puszczańskiego bożka, tratującego zielone 
kopuły drzew? Czymże są przy alpejskiej grozie, jeśli nie łagodą samą? Tętnią kopyta potężnego 
zwierza, furkocze, trzepie się grzywa, omraczając cały świat, klaska i chlasta ogon zmiatający pył z 
wierchów i przepaści. I nie tylko zwykła istota człowieka, lecz rycerz, nobila, wielmoża zda się przy 
nim czymś wątlejszym od złotoskrzydłej jętki jednodniówki.
W trwożnym poczuciu tej nicości, ostatkiem instynktu życia, ostatkiem sił i woli, prą się w przód 
rycerze węgierscy i polscy, w ślad za mułem przewodnika i ginącym w wichrze głosem dzwonka. 
Krok za krokiem ciągną ku przełączy Monte Jovis. Węgierscy jadą z poselstwem do Ojca świętego. 
Gdy zdążają ludzkimi dziedzinami, nie pustacią przeklętą jak ta, jeden z licznych sług, towarzyszący 
poselstwu, niesie przed nimi pozłocisty kształt wzniesionej ręki na wysokim drzewcu. Ręka oznacza 
prawo monarsze, powagę i nietykalność poselstwa. Nietykalność wobec ludzi, nie na wiele bowiem 
zda się ona w obliczu żywiołów. Darmo nią straszyć burzę. Więc też zmarniałe i pomniejszone 
pozłociste ramię wlecze za sobą sługa gdzieś na końcu orszaku, jeśli go już ze zgrabiałej dłoni w 
przepaść nie upuścił.
Pospołu z węgierskim poselstwem jadą polscy wielmoże. Ci sami, co dziewięć niedziel temu 
wyjechali z Głowaczowego dworzyszcza. Do gromady przybył im jeszcze jeden dobry rycerz, 
Mojmir Ściborowic, któren z królem Bolkiem na Węgry ujechał przed laty i tam ostał. Teraz się do 
swojaków przyłączył. Dwunastu ich jedzie zatem niby Apostołów. Dobre, gniade woły i mocne 
pełnokołe wozy ostawili wraz z częścią sług na Węgrzech, konnych jeno zabierając ze sobą.
Gdyby w przedśmiertnym osłupieniu kostniejącego umysłu był czas i chęć do rozmyślań, tych 
dwunastu jadących ważyłoby teraz zapewne w głowach gorzkie dumanie nad własną nieostrożnością, 
co ich wywiodła w te dziedziny śmierci. Wszakże mieli spokojnie siedzieć w Budzie, czekając 
sposobnej pory, by powrócić doma. Wszakże ich nikt z Węgier nie wyganiał! Po co tu przyszli? Nic 
innego, jeno sprawiły to mnisze czary. Opat Gwido, Włodzisławowy obmierzły sługa, czyż nie 
nakłaniał ich jak mógł do podróży, byle dalej odciągnąć od domu? Widząc, że namową nic nie 
wskóra, nawięzy posłał za nimi, które zmąciły jasne zazwyczaj rozeznanie wojów.
Tak byliby powiadali niechybnie Głowacz Strzegonia, Momot Zawora lub Nowina Dąb, gdyby się 
ostatkiem siły ze śmiercią za bary nie brali. A gadaliby niesłusznie. Nie opatowe czary ich pognały. 
Sami oni, zasłyszawszy w Budzie, że poselstwo do Ojca świętego wyrusza, przyłączyli się doń. Nie z 
przymusu. Z dobrawoli. Z owej dokuczliwej trawiącej tęsknicy za minioną wielkością i sławą, za 
własnym królem i panem.
Urodziwy, rycerski Włodzisław węgierski, syn siostry Kaźmierzowej, na wawelskim dworcu 
wychowany, widział się im poniekąd ich własnym królem. I myśleli woje, że przyżeniwszy się 
k'poselstwu, lubo będzie ciągnąć pod osłoną i przewodem jaśniejącego w słońcu znaku mocnego 
władacza.
...Baczność, baczność!... Jeszcze oczami ślepić w białą ciemność, jeszcze wodzami podtrzymać 
ślizgającego się konia, bo mulnik przewodnik krzyczy coś, co dolatuje wprawdzie jak brzęczenie 
muchy, lecz brzmi trzeźwiącą nadzieją. W gęstej oćmie prześwituje czerwone światełko, błyska przez 
zasłony śnieżne. Zdaje się dalekie, w rzeczywistości jest tuż, tuż. Pierwsi jadący już są przy nim. To 
pochodnia. Unosi ją w górę brat zakonny w zasutym śniegiem habicie. Za nim o parę kroków zrąb 
domu, tak przesłonięty śnieżycą, że bez pochodni przejechaliby mimo, ani zobaczywszy. Dom stoi na 
przełęczy, gdzie wicher dmie jeszcze silniej, lecz miejsca jest dość. Wędrowcy złażą z trudem z koni. 
Słaniając się na stergłych nogach, wchodzą w drzwi, z których bucha ciepło i światło. W wielkiej 
izbie walą się na szerokie ławy biegnące wokoło ścian. Osłupiałymi oczami, poprzez rzęsy płaczące 
zamrozem, patrzą na błogosławiony ogień, na zakonników krzątających się przy nich niby przy 
oczekiwanych, z dawna spodziewanych gościach. Pieczołowite ręce ściągają przymarzłe do ciała 
pancerze, zdejmują piach przedni okuty śniegiem, kusz tylny iskrzący się mrozem. W dymiących 
misach roznoszą gorącą polewkę, co zda się esencją czarodziejską życia.
Stojąc pośrodku izby, opat, mąż barczysty, wysoki, liczy wchodzących. Dopytuje, ilu ich było z rana, 
gdy rozpoczynali podejście. Mówi biegle po łacinie, w której to mowie odpowiadają mu równie 
sprawnie żupan Geza Sukki de Szuha, poseł, i Mojmir Ściborowic, nieboszczyka króla Bolka niegdyś 
ulubiony towarzysz. Z rozmowy wynika, że nobile są wszyscy, a ze służby jeszcze trzech nie staje. 
Starszego ścierciały z orszaku żupana Gezy i dwóch serviensów Oświęta Cwały.
.__ Zawdy mi wiatr w oczy wieje — narzeka poszkodowany
Oświęta. — Od samego zarania... Drugim się urodził... Białkę mam puklatą, po porodzie zgarbaciała... 
Terazem chłopów postradał... Trzech miałem... Jednego na Węgrzech kołtun ze wszystkim pokręcił, a 
ninie te dwa niezguły kajś się opsnęły... Jako sobie z koniem poradzę?...
__Na moich ani spoglądaj — uprzedza kwaśno brat Ludbor — dość mają i tak roboty...
— Sam czyścić horza nie będę...
Ludbor wzrusza ramionami na znak, że on też nie. Reszta odurzona ciepłem, parująca zmęczeniem, 
patrzy sennie na rodzącą się braterską waśń. Lecz z przyległej izby wychodzą trzej zakonnicy w 
kapturach naciągniętych na głowę, zapiętych ciasno pod brodą, opasani linami, z czekanem w jednej, a 
pochodnią w drugiej garści.
— Kajże idą? — zdumiewają się rycerze.
— Szukać zaginionych chrześcijan — objaśnia opat kreśląc znak krzyża nad wychodzącymi.
Cwała kiwa głową z zadowoleniem, rad widząc taką dbałość o swe mienie, lecz pozostali litują się nad 
mnichami. — Tamtych nie znajdą, sami żywota zbędą.
— Scierciała żupana Sukki z wolnych był, dobrych wojaków, ale Oświętowe to proste chłopy... 
Szkoda braci w tę oćme posyłać...
— Temu szkoda, co żadnego nie utracił — odcina zgryźliwie Cwała.
— A nie, to samo bym gadał, choćby i moje przepadły...
— Nie swarzcie się, panowie — uspokaja przeor. — Ratować, zbłądzonych nasza to służba, dla 
której tenci klasztor zbudowano. Zaś czy nobila, czy chłop, zarówno nam jest, po wszystkich 
jednako odkupił Pan nasz Jezus Chrystus Przenajświętszą swoją Krwią... 
' % *";
Urażone milczenie zalega po tym nieoczekiwanym wyją-" śnieniu. Odymaiąc wzgardliwie usta 
rycerze gorlą się wewnątrz, wspominając w duchu wszystkie długoletnie urazy żywione do 
zakonników, do duchowieństwa w ogóle... Nobila czy sługa, zarówno mu jest... Ej, mnichu! 
Poznałbyś, co to uchybiać rycerzom, żeby nie to, żeś im żywota zratował!
Rozumiejąc, jako żadną miarą nie Iza teraz swej krzywdy dochodzić, milczą wielmoże dorzucając 
jeno w sercu nową zadziorę do poprzednich, zadawnionych. Nie życząc sobie przemawiać do 
obelżywca kładą się na ławach lub wprost na polepie, ramię podtykając pod głową. Wprędce sen 
morzy
strudzonych. Rozgłośne pańskie chrapanie wlewa się w odgłosy burzy.
Pośrodku izby chodzi opat samojeden. Dorzuca drew do ognia, odmawia cierpliwie nakazane przez 
Grzegorza VII piętnaście psalmów, za króla, za księcia, za grzeszników, za pogan... W przerwach 
nasłuchuje wichru, co zda się cichnąć chwilami, by wnet wybuchnąć na nowo. Niskie kamienne 
domostwo chwieje się, rzekłbyś, jak arka na wodzie. Śnieg wali w ściany, w dach niby taranem. Co 
parę pacierzy nagły poryw zamieci wpada przez komin, rozrzucając skry i popiół poza palenisko. 
Szatańska noc! Czy trzej wysłani powrócą? Czy nie zginęli już", równie jak tamci, których szli 
ratować?
Wiązania dachu trzeszczały i opat pomyślał, że pogańska nazwa góry, przywodząca pamięci obrzydłe 
rozpustnego bożka Jowisza, snadno może rozzuchwalić diabelskie natarcia. Trzeba by ją zmienić co 
rychlej na chrześcijańskie, opiekuńcze miano... Lecz jakie? Któremu ze świętych oddać przełęcz i 
klasztor w szczególną pieczę? Święty Leonardzie, poradź!
Drzwi skrzypnęły. Brat Mamert, stróżujący z pochodnią przed domem, wsunął się do izby.
— Ogrzać się kapkę przyszedłem, bo już od zimna nie mogę...
Opat spojrzał nań przeciągle.
— Pogrzej się, bracie, owszem. Jeno daj mi pochodnię, ano postróżuję tę godzinkę, zanim brat Placyd 
cię zmieni...
Brat Mamert porwał się jak oparzony i bez słowa wyskoczył na dwór machając kolisto pochodnią, by 
się rozżarzyła. Opat podjął swoją wędrówkę w skos i wzdłuż komnaty, stąpając uważnie, żeby 
śpiących nie potrącić. Spoglądał na drzwi, za którymi znikł brat Mamert, powtarzając z cicha:
„...Bo chocia żywiemy, Panu żywiemy, chocia umieramy, Panu umieramy... Przeto czy żywiemy, czy 
umieramy, Pańscy jesteśmy..."
Wicher skowyczał w kominie jak pies, i zatopiony w modlitwie człowiek przypomniał sobie nagle, nie 
wiedzieć czemu, że przejeżdżający tędy niedawno baron de Retz' opowiadał, jako wyuczył sobie 
przednio psy do tropienia ludzi. „...By się jucha na drzewo schował, przez wodę przepłynął, w najgęstsze chaszcze zaszył, wszędy go bestie znajdą i rozedrą... Słuszna kara na biegunów, co prawego 
pana opuszczają..." — opowiadał chełpliwie. Przypominając sobie teraz srogie, czerwone lico pana de 
Retz, opat pomyślał, że zdałyby się w klasztorze psy tropiące ludzi, jeno nie na zgubę ich, lecz
na pomoc. Cóż stąd, że bracia zakonni nieśli najlepszą, bohaterską dobrą wolę, poszukując 
zaginionych wędrowców, gdy w niedoskonałości ludzkich zmysłów snadno mogli przejść o dwa kroki 
od zasypanych, przywalonych śniegiem, lub razem z nimi nie trafić nazad do klasztoru?
— Koniecznie trzeba dostać psy... psy... Rozumiesz, bracie Placydzie? — zwrócił się do 
wchodzącego zakonnika.
— Psy? Tak jest, ojcze wielebny. Zdałyby się psy, by obcych do klasztoru nie puszczać...
— Głupiś — ofuknął go opat. — Właśnie, by ich przywodziły. Idź no skoro zastąpić brata Mamerta...
Burza hucząca nad Alpami, nad górą i przełęczą Monte Jovis (co miały w przyszłości nazywać się 
Górą Świętego Bernarda), nad drogą Hannibalową i nad całym pasmem zębatych wierchów i wąskich 
dolin, odgraniczających słoneczną Italię od reszty świata — nie cichła, choć dzień rozbielił mdło 
śnieżną kurzawę. O opuszczeniu klasztoru nie było co marzyć i wobec tej oczywistości rycerze 
postanowili puścić pozornie w niepamięć prostackie słowa opata. Nie godziło się bowiem żywić urazy 
do gospodarza, zostając pod jego dachem.
Gromada oczekujących pogody zwiększyła się w tym czasie o nowych gości. Wysłani nocą trzej 
bracia zakonni wrócili nad ranem wpół żywi, jednak żywi, wiodąc odnalezionego ścierciałę żupana 
Gezy oraz panów prowansalskich, Rogera de Foix i Gastona d'Armaillac. Obaj byli wasalami grabi od 
świętego. Idziego, Rajmunda, pana Tuluzy, a jeździli do Saksonii, odwożąc, posag córki 
Rajmundowej, grabiankł Gizeli, za niemieckiego margrafa wydanej. Z licznie towarzyszących im sług 
i mułów prawie połowa zginęła w śnieżycy. Cieszyli się jednak, że sami są żywi i że burza spotkała 
ich wracających próżno, nie uprzednio z wiezionymi skarbami.
Zdradliwa przepaść tumanem śnieżnym zakryta, w którą zwaliły się bogato przystrojone muły 
tuluzańskie, była tą samą, być może, co pochłonęła obu serviensów Oświęta Cwały, Suchopiątka i 
Kokota. Te śląskie pachoły nie wrócą już nigdy, chyba cieniem, w swojackie dziedziny. Bez 
pochówku porzucone ciała patrzą zmarzłym szkliwem oczu w wywyższone ostrza szczytów.
Śmierci tej zbyt rychłej, bezpotrzebnej, nie może im przebaczyć rozgniewany Cwała. Niedołęgi leniwe, ostawiające pana w obczyźnie bez sługi!
— Innym ni żaden pachoł nie zginął, a mnie oba — narzeka uporczywie. — Takie już moje szczęście 
we wszystkim... Bo i drugim się urodził... I białkę mam puklatą... I teraz sam chyba będę rzemienie 
smarował i koniowi obrok zadawał.
Opat, zasłyszawszy od Mojmira przyczynę żalów rycerza, pocieszał go, że byle zeszedł w doliny, kupi 
sług co najlepszych, wiele tylko zechce. Głód w kraju srogi, rok ten zowią annus famis, siła ludzi 
wolnego stanu dobrowolnie się w niewolą zaprzedaje.
— Takaż tu bieda? — pytał poseł Sukki de Szuha zdumiony.
— Annus famis, tak!... Zaś poprzedni zwano annus miser... rokiem nędzy... Na siedemdziesiąt lat 
ostatnich liczą trzydzieści lat głodu... To za wiele, za wiele na siły człowiecze... Ludzie mrą z głodu 
jak muchy... Jużci nie bogacze, trzymające zboże w spichrzach i komorach i za drogie pieniądze je 
sprzedające. Powiadali mi, że za jedną owcę żądają dwanaście nieobcinanych denarów!
— Za jedną owcę?! Z czegóż taka bieda?!
— Z czego? — wybuchnął opat — a dyć z tych ustawicznych walk, ustawicznych bojów! Zali te 
krainy nieszczęsne mogą odetchnąć, ta ludność możeż chociaż dzień jeden pracować?! Po 
jamach kryje się w lasach jako dzikie z.wiercę, a pole krzami zarasta! Jeno wyjdzie rolnik z 
sochą, jużci lecą, już go pędzą, już w niewolę biorą, bo to przeciwnika człowiek! Ustawiczna 
idzie rzeźba wszystkich przeciw wszystkim, bez której panowie rycerze pono żyć nie umieją! Cesarz 
przeciw Kościołowi, Italczyki przeciw Burgundczykom, Burgundczyki przeciw Frankom, Franki 
przeciw Normanom, Nor-~ many przeciw wszystkiemu, co żyje! Budny dzień — wojna! Święto, 
choćby i największe — wojna! Zawdy wojna! Jeno rycerzów w niej nie ubywa, ubywa biedaków. 
Rycerze nasze dobrze baczą, by zapaśnika tylko kopią z siodła wysadzić, do niewoli wziąć, okup 
dobry zgarnąć. Nie zabijają się zgoła, chyba przypadkiem... Umartwiają za to wiela mogą biedoty, 
gołoty, prostaczków niewinowatych! Wybijając rolników, cieszą się, że nieprzyjaciela niszczą. I ot 
skutki: w słodkiej italskiej, prowansalskiej czy frankońskiej ziemi głód i głód... Ludzie zabyli, że 
można być sytym... Z pociechą myślą, że nastąpi koniec świata! Czekają nań! Powiadają, że w 
tysiącznym roku świat ocalał, bo wieki, które liczyła Sybilla, nie
mają naszej miary stu lat, ale sto dziewięć z okrajem. Zatem kres przewidziany w Apokalipsie miałby 
nastąpić w roku tysiąc setnym... Za pięć lat... Wierzą w to... Sam widziałem nadania poczynające się 
od słów: „W oczekiwaniu rychłego końca świata..." Wierzą w to niewinni prostaczkowie, radzi uciec z 
tego piekła, z tej udręki, tylko sprawcy ich niedoli nie drżą przed myślą, że kajś nastąpi sąd Boży! 
Musi nastąpić! A wtedy...
__ Nadużywacie, ojcze wielebny, naszej cierpliwości, dufni,
że nikt na tym miejscu miecza na was nie podniesie — przerwał Roger de Foix schrypłym z gniewu 
głosem. — Pamiętajcie atoli, że podobną mowę niejeden już biskup życiem przypłacił...
Opat skrzyżował ręce na piersi prostując szerokie plecy. Mąż to był wysokiej krwi, bojowy i 
gorejącymi oczami pchnął teraz rycerza jak mieczem.
— Powtórzyłbym te słowa w każdym innym miejscu, gdzie zostawałbym w waszej mocy.
— Wierzymy — odparł d'Armaillac z goryczą. — Wy, mnichy, lubość znajdujecie w tym, by 
judzić, dogryzać, przeklinać...
Opat podszedł ku niemu tuż blisko.
.....- Nie lubość, ale obowiązek — - warknął. — Obowiązek!
Obowiązek nasz, wiecznego powszechnego Kościoła Chrystusowego! Na tośmy są! By stawać 
okoniem przeciw waszej straszliwej, wielmożnej pysze, waszej chciwości, srogości! Wołać, że ludzie 
są równi, któż się ośmieli inny oprócz nas?! Kto obroni tych maluczkich, szczególnej naszej opiece 
przez Chrystusa powierzonych?! Umartwiajcie, wiela chcecie; te, co zostaną, będą krzyczały to samo!
Roger de Foix wybuchnął szyderczym śmiechem.
— Ejże, opacie! — zawołał — powoli! Powoli! Wiera, miałyby u nas posłuch mnichy czy biskupy, 
by jak wy w górach siedziały, o zbawieniu drugich, nie o sobie myśląc... Iluż jest takich! Iluż? 
Powiadaj! Chrystusem się nie zasłaniaj! Raczej powiedz o papieżu Benedykcie, co Żydom 
sprzedawał tiarę i urząd, a potem odbierał zbrojnie, by komu innemu sprzedać! Teraz straszy nocami 
na rzymskiej Kampanii w postaci pacwy, pół niedźwiedzia i pół wieprza! Powiedz o biskupie 
Adalbercie, co prawił, że anioł kazał mu z chłopów ściągać podwójne daniny, a za drogie pieniądze 
sprzedawał własne paznokcie i włosy jako relikwie!
— Powiadaj o antypapieżu Wibercie, co ninie pcha się do Rzymu! — dorzucił d'Armaillac.
Opat nic nie odpowiedział. Odszedł dwa kroki ku oknu, przygarbił się, zmalał. Aż żupanowi Gezie i 
Mojmirowi Sciborowicowi, śledzącym z uwagą rozmowę, dziwnym się zdało, że tak szybko ustąpił. 
On zaś modlił się cicho, po czym wrócił, lecz spokorniały, ściszony.
— Jużci — wyznał — nie ma co unosić się pychą... Chodzą w sukni kapłańskiej, które w oczach Pana 
bardziej na chłostę zasłużyły niż najgorszy zbrodzień. Górze im w godzinie sądu! Ale nic to nie ma 
do Kościoła... Bo sprawy te są ludzkie, a sprawy Kościoła Boskie... Zresztą mija to zgorszenie... 
kluniackie reformy ogarnęły bez mała już wszystkie klasztory...
Zamilkł. Ach, duszę by dał, żywota chętnie zbył, byle na podobne oskarżenie móc krzyknąć śmiało: 
nieprawda! Ale to była prawda... W owczarni Pańskiej było dużo złych pasterzy, wilków w baranią 
skórę przyodzianych.
Wielką, mroczną izbę, wstrząsaną wiatrem, zaległa cisza; przerywały ją tylko potężne ziewania. 
Nudziło się siedzącym wkoło rycerzom. Wprawdzie zaraz z rana opat przyniósł im szachy do zabawy, 
oprócz dwóch Prowansalczyków jednak żaden z wojów nie wiedział, do czego służą dziwaczne, misternie rzezane kukiełki. Oświęta starszy szepnął swoim, by ich lepiej nie tykali, bo może to tutejsze 
na więzy są, czym przerażony Jasiek Zawora puścił co szybciej króla trzymanego w garści. Byli nie 
tylko znudzeni, ale i setnie głodni. Polewka z bobu niekraszonego i placki z obtłuczonego jęczmienia, 
pieczone w popiele, mogły się zdawać smakowite tylko wczoraj. Dziś spoglądali wzgardliwie na to 
jadło, od którego lepszą parzę jadały ich psy. Cóż jednak mieli począć? Innej nie było. Dziękować 
Bogu, że się znajduje i taka.
— A jakie nowiny o Saracenach? — zwrócił się do opata Roger de Foix.
— Nie ma dwu niedziel, jak ludzie tu się schronili powiadając, że w dolinie ich pełno.
— Tu w dolinie? Nie może być!
— Tak jest, jako prawię. — Uwierzyć nie Iza!
Opat spojrzał twardo na mówiącego.
— Dlaczego? — zapytał ostro. — Dlaczego? Czy kto im zawadza? Drogi broni?
Teraz z kolei rycerz de Foix zmieszał się i odstąpił, co słuchającym Mojmirowi i żupanowi Gezie 
wydało się równie
nieoczekiwanym i niezrozumiałym jak poprzednia porażka opata. Lecz zasłyszana nazwa zaciekawiła 
ich. Jęli dopytywać, co to za napastnik?
— Daleko leżą wasze kraje, skoro o nich możecie nie wiedzieć, czego i zazdrościć należy — odparł 
opat. — Saraceny, najsroższy to wróg Chrystusowy, synowie Beliala, czciciele Mahometa, jednego 
z siedmiu starszych demonów, którego oni za proroka uważają... Jest ich ćma. Na zgubę 
chrześcijaństwa sprzysiężeni. Wolą Boską tak jest zawdy, że kiedy my mocni, oni słabi; kiedy my 
słabniem, oni krzepną i nastawa ją. Nikandy widno nie bylichmy słabi jak ninie, bo nigdy, przenigdy 
oni nie byli mocniejsi. Ziemia Święta w ich bezbożnym ręku! Chrystusów Grób Najświętszy, 
nieopłakany! Hiszpania! Więcej niźli połowa Italii! Ino patrzeć, kiedy podejdą pod Rzym, jak 
podchodzą pod Bizancjum...
Mojmir tłumaczył spiesznie słowa opata swojakom.
— Zali brakuje tu dobrych rycerzy, że to plugastwo tak się rozpościera? — zapytał Zbylut 
Strzegonia chełpliwie.
— Bo ja wiem? — wzruszył ramionami Mojmir.
Lecz ćTArmaillac domyślił się zapytania z ruchu odpowiedzi i rzekł:
— Na męstwie nam nie zbywa, ale z poganami trudno walczyć, bo czary ich strzegą.
— Awo, u nas też pogany: Lutyki, Jazygi, Prusaki, przeca ich bijem.
— Nie wiada, czy byłoby tak samo z Saracenami.
— Ej, zginęliby, jak Obrzy.
Nie odpowiadając pan d'Armaillac z rycerzem de Foix zajęli się ustawianiem szachów, jawnie tym 
okazując brak chęci do dalszej rozmowy. Opat prawił Mojmirowi:
— Nie czary bronią Saracenów, bo żadne pogańskie uroki przeciw Imieniu Boskiemu nie obstaną, ale 
ich zgoda i jednota. Posłuch jest u nich, zawziętość. A u nas? Jak najadą ziemię jednego barona, to 
jego sąsiady się cieszą nie dbając, że jutro przyjdzie kolej na nie...
Zasępiony usiadł, zmęczonym ruchem składając ręce na kolanach.
— Niedobrze ja wróżę o przyszłości — wyznał. — Może i słusznie prawią ludzie, że koniec świata 
nadchodzi... Niechby nadszedł... Świat jest stary. Za stary. Wszelkie stworzenie popsuło drogę swoją, 
przeto kara nastąpić musi... Za długo już żyje ludzkość... Ileż na ziemi zmieniło się 
mocarstw, władztw... Ile udoskonalono wynalazków! Trudno je zliczyć!...
.*,
Ogień grecki... Albo szkło! Albo zegary, co czas mierzą nie suciem piasku lub siłą cienia, lecz 
zawiłym systematem kół zębatych!... Jakże potężną, mądrą mogłaby być ludzkość, jakże zaś jest 
nikczemną, ślepą, wstającą ku obronie tylko doczesnego mienia, które śmierć jej wydrze! Tysiąc lat 
dał Chrystus Pan światu, aby Go poznał i przyjął... Nie poznał, nie przyjął... Krew męczenników 
darmo wsiąkła w ziemię... Nie wstał z niej posiew... Słuszna tedy, by świat zginął... Niech zginie... Nie 
pożałuje go nikt... — Mat — rzekł zwycięsko de Foix, posuwając wieżę.
— Zaczynajmy na .nowo — odparł d'Armaillac. — Nie byłbym przegrał, jeno ten ględzi a ględzi.
Geza Sukki de Szuha ziewnął rozgłośnie i zauważywszy, że wiatr przycicha, wyszedł przed dom 
popatrzeć, co się dzieje na świecie. Gyor Bakócz i Imbram Strzegonia wyszli za nim.
— Gadał, że świat jest stary i spsowany — objaśniał ich żupan. — W takiej pustce siedząc, nie 
dziwota, że mu się rozum pomieszał.
Wiatr ucichał rzeczywiście. Chmury rozdarły się na poły i za ich szarą posową ukazała się głębia 
nieba, nieskończenie odległa, nieskończenie czysta, o zimnej, połyskliwiej barwie, ni to zielonej, ni to 
błękitnej. Zieleń barwiła się na kraju różową smugą, rzucającą odblask na góry pokryte świeżo 
spadłym śniegiem.. Na przekór słowom opata, czarność turni, białość śniegu, chłodna toń nieba 
dawały wrażenie czegoś zupełnie nowego, rozkazem Boga zaledwie wywołanego z chaosu, świeżej 
karty, na której miały się dopiero pisać dzieje świata.
W ten rozpostarty dziwny świat Imbram zapatrzył się z niepokojem. Nie rozumiał nic z tego, co mówił 
opat, ani teraz, ani uprzednio, chociaż mu tłumaczył Mojmir. Wszystko było tu obce i niepojęte, 
zarówno góry, jak ludzie, ich słowa i myśli. Poczuł się zgubiony i nieszczęśliwy. Po raz tysiączny 
pożałował gorzko, że pojechał.
. Mógł spokojnie ostać.na Węgrzech i wrócić na Śląsk, kiedy by cpcSajL Zresztą, co tu długo gadać. 
By nie był wiepzinie łagodnym ustępliwcem, mógł się był przeciwić braciom i wcale nie wyjeżdżać! 
Ujednać się z księciem i spokojnie siedzieć doma. Doma! Jak wywołany zaklęciem, opuszczony dom 
rodzinny stanął przed oczyma. Roboty polne już pewno skończone... Zaczynają się długie wieczory 
jesienne, furkoczące wrzecionami, wieczory ciemne i mgliste, których tak boi się
Ofka. Och, znał i on, Imbram, ten lęk jesiennych wieczorów, gdy zmarłe dziady wstają z żalników i 
pogąstów, chodzą wzdłuż ścian, przypominając o należnej sobie obiacie. Strach wtedy chodzi po 
domu. Dom niby zabezpieczony, białe czaszki końskie ślepią z płotu w głuszę nocy, przecież strach 
jest. Tamta strona życia, zaświatowa strona nawi ociera się krawędziami o życie codzienne i krzesze 
nieznośny lęk. Zwierzęta nie znają tego lęku. Stary brodacz ząbr bezpiecznie drzemie na polanie, 
oparty grzbietem o drzewo. Ryba spokojnie śpi w mule. Niestraszne są dziwy nocy liszce, wiewiórce 
ani ptakom w gniazdach. Tylko człowiek, pan stworzenia, czuje Nieznane i drży.
...Ofka, biały kruchy kształt, o włosach jasnych jak len, połyskujących jak pawłoka oczach, płacze z 
obawy i tęsknoty, samotna w swym łożu. Któż cię utuli, miła, kto cię uspokoi? Twój mąż i przyjaciel 
rzucony w obcy, niepojęty świat, czuje się sam równie bezradny, spłoszony i słaby jak świeżo uległe 
szczenię.
Rozdział siódmy
W KTÓRYM DOBRZY WOJE ŚLĄSCY WĘDRUJĄ
PRZEZ DZIEDZINY PROWANSALSKIE, ZGOŁA OD ICH WŁASNYCH ODMIENNE
Królewskie ramię,- wzniesione na drzewcu, lśni w słońcu nad węgierskimi posłami. Na białych 
skałach wapiennych wygrzewają się jaszczurki. Biel skały wyziera zewsząd spod warstwicy ziemi. 
Ziemia jest czerwona niby osad z wina na dnie kadzi. Czerwień ziemi na bladości skały wygląda jak 
krew zaschnięta na łysym czerepie. Cykady brzęczą nieustanną muzyką, co nie milknie od wschodu 
do zachodu słońca. Rzekłbyś, że to granie ziemi samej, starej, bogatej ziemi nadśródziemnomorskiej.
Na tej czerwonej, urodzajnej ziemi rosną rozległe dąbrowy. Dęby tu inne niźli nad Odrą lub Wisłą. 
Niższe, o liściu ostro wycinanym, twardym i mocnym jak rzemień. Prócz dąbrów pokrywają kraj gaje 
oliwek i fig. Ciemnofioletowe, nabrzmiałe słodyczą owoce odrywają się same z gałęzi, z głuchym 
pacnięciem pękając na miazgę. Gdzie nie wyrosła oliwka lub figa, nie rozkorzenił się dąb — tam 
zagarnia grunt makia, nieprzebyta gąszcz, ciegiędź, bugaj krzewów nieprzebytych, wonnych, nie 
tracących listowia wiecznie zielonego. Długie na cal ciernie, wąskie, drobne liście łączą się w zbite 
poszycie, przez które nie przedrze się ini zwierz, ni człowiek.
Gdy nad kotliną śródziemnomorską, czarowną, starą ziemią, co wykołysała dzieje rasy białej, 
przeciągnie wiosna najpierwszym oddechem — makia zakwita niby klasztorny wirydarz, Cystus 
jaśnieje kwiatem do dzikiej róży podobnym. Blada, połyskliwą kiścią spływa złotodeszcz.' Ciemnieje 
bukszpan. Gdzie skrawek ziemi wolny od zarośli, tam się rozkłada kobierzec dzikich tulipanów, 
hiacyntów i szafrańców. Piękna jak marzenie jest wówczas Prowansja, a świat cały zda się nowy, 
zaledwie wyszły z rąk Boga.
Lecz gdy upalne, suche, uporczywe lato spopieli trawę
szeleszczącą pod nogami, z makii opadną kwiaty, ukazując ciernie, świetne zielone listowie pokryje 
pył, oliwki zszarzeją i tylko czerwieni się ziemia, żółcieje trawa i niby cicha przygrywka skrzypek 
czarodziejskich dzwonią brzękliwie cykady — wtedy wydaje się świat stary i znużony, iście jak go 
określał opat z Monte Jovis, uginający się pod brzemieniem przebytych czasów, ludów i wiar.
Wędrowców zdążających gościńcami, którymi rzymskie imperium pocięło tę ziemię wzdłuż i w 
przecz, raz po raz uderzą w oczy ułomki powalonych posągów, ślady owych dawnych wierzeń. 
Zniekształcone, oszpecone, jaśnieją w cieniu makii lub dąbrowy żółtawą bielą marmuru, różną od bieli 
wapienia.
Gdzieniegdzie, na wzgórzach bezleśnych, porośniętych macierzanką, wznoszą się szczątki budowli. 
Kolumny lekkie jak pręciki kwiatu, nakryte rzeźbioną belką. Wszystko z kamienia, z tego samego 
marmuru, złotego w cieniu, przeświecającego pod słońce różową poświatą.
— Pogańskie rzymskie kąciny i bogi — mówił o nich towarzyszom pan de Foix, spluwając z 
niechęcią.
Rycerze śląscy spoglądali z ciekawością. Bogi te nie były w niczym a w niczym podobne do kłód 
drzewa lub ciężkich bab kamiennych czczonych przed laty w ich puszczach. Nie przypominały wcale 
pokracznego Trzygłowca, którego niezdarne wyobrażenie, ukryte w dziupli olbrzymiego dębu, wykryło baczne oko świętego Ottona.
Kącin tych i bóstw, wędrowcom polskim nie znanych, musiała być mnogość wielka, gdyż niezliczone 
kapliczki przydrożne zbudowane były prawie wyłącznie z ich szczątków. Z prostej surowej budowli o 
nieudolnie wiązanym sklepieniu, z grubej warstwy narzuconego tynku wyzierały bogate kapitele o 
pięknie rzeźbionym profilu, maski i liście akantu. Wśród nich, pod ciężkim łukiem romańskiego 
odrzwia, stróżował święty opiekun najbliższej osady, lekarz cudowny, gojący chorobę oddaną mu w 
pieczę. Stał sztywny, nieugięcie poważny, od wychylających się z tynku roześmianych postaci 
straszliwie odmienny, z surową zadumą przed siebie spoglądający. Zwał się Marcin, dobry biskup, 
Wit, Lambert, Idzi albo Mamert. Otaczali go czcią pobożną ci sami, co szli bezpośrednio potem 
kłaniać się bożkom powalonym w lesie. Chrześcijaństwo było tu najwcześniejsze, najsilniej zakorzenione, lecz równocześnie stare pogaństwo kwitło niezniszczalnie żywe, jak gdyby na tej bogatej, 
mądrej doświadczeniem
ziemi dość było miejsca na wszystkie wiary i na wszystkie bogi.
Szerokie, ukośnie żłobkowane płyty gościńca cezarów wzdymały się, podnoszone korzeniami drzew 
przydrożnych, rozsadzane siłą rostną ziemi. Powierzchnia stawała się niebezpieczna do jazdy, szczególniej 
nocą. Ileż to wieków już nikt nie dbał o tę drogę, nie dozorował jej prócz tego jedynego opiekuna: 
kamiennego świątka w sklepionej kapliczce!
Szczególnie pieczołowicie przybrane kapliczki strzegły mostów, śmiałym, rzymskim łukiem rzuconych 
poprzez rzeki i płynące w wąwozach strumienie. Kamienna ich nawierzchnia zdarła się od zużycia, tworząc 
w wielu miejscach dziury, zapadnie, mogące pochłonąć konia wraz z jeźdźcem. Patrzącemu z oddalenia 
mosty te o krzepkim zarysie wydawały się całe i mocne, w rzeczywistości prawie żaden nie nadawał się już 
do przejazdu. Choć Kościół uroczyście obiecywał odpuszczenie grzechów każdemu, kto by jął się 
odbudowy, ludzie woleli szukać brodu w pobliżu gościńca albo budowali prom. Darmo na wszystkich 
kapliczkach przymostnych wmurowane były tablice głoszące, że błogosławiony i sowity w zasługę będzie 
ten, co bodaj jeden kamień do naprawy mostu przyniesie. Pracowite kucie tych napisów było zgoła 
zbędnym trudem, któż bo umiał czytać z przejeżdżających? Tylko zakonnik lub rycerz, oba jednako do 
pracy ręcznej nieobowiązani.
Przy brodach chętnie zasiadali poborcy podatkowi sprawujący myta. Znajdowało się Ich wielu, zbyt wielu. 
Każdy z zamieszkałych w pobliżu gościńca baronów, biskupów lub opatów nakładał myto na 
przejeżdżających, wysokość jego samowolnie ustanawiając. Za te świadczenia był rzekomo obowiązany do 
utrzymywania służby bezpieczeństwa na drodze i ścigania zbójców. O ile jednak myta nigdy nie zaniedbał 
pobrać, o tyle bezpieczeństwo podróżnych nie spędzało mu snu z powiek.
Według obowiązującego zwyczaju rycerze i duchowni nie płacili za przejezdne. Słudzy i niewolni piesi 
połowę ustanowionej opłaty. Konni lub wozem całą. Kupcy podwójną. Żydzi czterokrotną. Opłata z rzadka 
tylko wybierana była w denarach. Poborcy myta ściągali ją chętniej w naturze, przy czym jeśli wieziono 
ładunek wina, poborca miał prawo otworzyć wszystkie beczki i z każdej ująć po trochu na posmakowanie, 
po głębszym namyśle z przyjaciółmi wyrokując, którą beczkę zabierze dla siebie. To samo tyczyło innych
towarów, jak miód, ryby, skóra, zwoje sukna lub jedwabiu, z których złośliwy poborca mógł kazać sobie 
wyciąć płat ze środka.
Że zaś kamienne świątki i żywi poborcy nie zapewniali bynajmniej bezpieczeństwa na gościńcu, i' w 
nieprzebytej osłonie makii roiło się od zbójców napadających na kupieckie wozy — coraz mniej ludzi 
ważyło się jeździć z towarem. Ruchliwy niegdyś szlak pustoszał, a miasta, słynące za Rzymian z bogactw i 
cywilizacji, upadały.
— I miesiąca nie ma, jak na gościńcu tuluskim zbóje zamordowały dobrego chrześcijanina, co z 
picownymi wozami a zamorskimi korzeniami jechał... Było to podle zamku, poszli my Więci, do pana na 
skargę, że tak pod jego bokiem zbóje sobie śmiele poczynają... Pan pyta: "Kiedy to było?" — Właśnie na 
Angelus dzwonili... — Machnął ręką. "Bogać mi głowę zawracać, skoro rzecz zaszła po zachodzie słońca... 
W dzień pilnuję gościńca, w nocy nie"... — Z niczym odesłał, nie uprosili my nawet, by myto, co wziął, 
oddał... — opowiadał z roz,-żaleniem spotkany na drodze kupiec paryski. Jużci nie opowiadał rycerzom, 
którzy by się z, nim w znajomość nie wdawali, jeno giermkowi pana de Foix, nazwiskiem Saint-Pierre de 
Luz.
— ...Na Angelus dzwonią, to już pjawi: noc — a może zresztą i sam ze zbójami był w zmowie... 
— zabończył de Luz ze śmiechem.
Imbram Strzegonia i Jasiek Zawora, których d'Armaillac wyuczył przez ostatni miesiąc gadać niezgorzej 
łaciną prowansalską, stanowiącą mowę międzynarodową rycerstwa — patrzyli na mówiącego ze 
zdziwieniem.
— Rycerz, prawicie, byłby ze zbójami w zmowie?
—r'A bo co? Mało który tak nie robi! Pan de Leonnais, królów pociot, ma na swym wybrzeżu skałę, o którą 
siła okrętów co rok się rozbija. Tę skałę nazywa perłą swego skarbca, a jego ludzie nocą w zły czas ognie 
mylne na brzegu palą, żeby statki na skałę przywieść, a wraków się nabrać...
...Albo pan de Charpentier, takoż królewski siostrzeniec, zawdy najpierw myto zedrze, potem ze zbójami 
napada i resztę zabierze...
— Godziż się tak zdradliwie czynić?! — wykrzyknął Imbram z oburzeniem.
— Rycerzy wszak nie napada — objaśnił z godnością, usłyszawszy, o co chodzi, de Foix.
— Pewnie, pewnie — mruczał wesoło de Luz — miałby też
co napadać na rycerzy! Chybaby rozum stracił? Huczek byłby po całej dziedzinie. I zbóje nigdy 
rycerzy ani księży nie napadają. Boją się. O kupca nikt się nie ujmie, a o rycerza wszystkie rody 
stanęłyby, nie folgując, ażby winowajców pojmały i 'żywo poćwiartowały...
Ów de Luz nie był otrokiem, jak zwykle giermkowie, lecz przeciwnie mężem dojrzałym, o skroniach 
dobrze siwizną przejętych. Pochodził z przedniego rodu. To, że mimo wielkich zalet i przyjaźni z 
panem de Foix nie był dotąd pasowany, zajmując ciągle pośrednie stanowisko między towarzyszem a 
sługą — stanowiło jego stałą bolączkę, którą usiłował pokryć żartami i przekpinkarni z samego siebie.
— Pan mój jest wasalem grabi od świętego Idziego — powiadał nieraz Strzegoniom — ale w tym 
ujmy ni żadnej nie masz, bo Rajmund jest krwi królewskiej... Ja natomiast jestem wasalem mojego 
pana, którego ród podlejszy jest od de Luzów... Ha, trudno... Brzuch mi już wklęsł z tęsknoty za pasem, ale go nie uwidzę... Całe życie przekołacze się człek giermkiem...
— Nie stało wam sposobności popisania się odwagą? — spytał Zbylut z niedowierzaniem. De 
Luz roześmiał się gorzko.
— Ej, sposobności! Więcej niż włosów na głowie! Zapytajcie się de Foix... Ale cóż stąd? Samo 
męstwo ani ród nie wystarczą... Chudoby jeszcze trzeba... Najkosztowniejsza na świecie rzecz — 
być rycerzem. Tylko bogactwo stanowi o znaczeniu rodu. Stąd pełno obaczycie w Tuluzie giermków 
leciwych, oszędziałych, co nigdy po pas nie sięgną... Nie stać ich na to.
Nie mogli zrozumieć jego wywodów, więc się niecierpliwił.
— Owa, z czego ma żyć rycerz? Dziedziny takie już chude i wytrzebione, że tyle dają co nic... Wojna 
takoż coraz mniej przynosi... Dziwiliście się, że rycerze ze zbójami społem grabią, a cóż mają począć 
innego? Dyć nie Iza im jąć się żadnej a żadnej roboty... Tylko łowy a wojna... Musi tedy pasowany 
albo na swoim kasztelu siedzieć, zwierzynę bez przyprawy i placki jęczmienne jeść, albo pieniądze 
jak bądź zyskać, żeby z orszakiem na dwór jechać, gdzie turnieje, gonitwy, pierścienie, gędźby i 
dworce miłosne... gdzie życie! Wywiódł ci wprawdzie jeden skryba, że kasztelan na zamku ma 
dwanaście uciech przyjemnych, czyli radości, którymi — jeśli dobrze pomnę — są: łowy, 
szermierka, szachy, żarcie, picie, żonine dziewki, słuchanie żonglerów, puszczanie psów na 
niedźwiedzia na dziedzińcu, grzanie się przy kominie, sądzenie poddanych, puszczanie sobie krwi wiosną, 
patrzenie, jak śnieg pada... ale to wszystko mało, mało, przyjaciele... W świat ciągnie każdego, a na to, 
by w świat iść, potrzeba złota...
Słuchali z rosnącym zdziwieniem, swoje niezrozumienie kładąc na karta niedostatecznej umiejętności 
języka. Trudno im było pojąć, co powiadał. Na co wyliczać, a jeszcze opisywać, rzeczy tak proste i 
same przez się zrozumiałe, jak łowy lub grzanie się zimą przy ogniu? I dlaczego nie wspomniano o 
najprzedniejszych uciechach dworzyszcza: o siejbie, żniwie czy zwózce'?
— U nas kasztelan robót chłopskich nie dogląda ani o nich wie — odparł z pewną wyższością de Luz, 
dorozumiawszy się,
co im chodzi — od tego są dzierżawcy. Płacą panu daninę z łana i to sutą...
— Skoro tak, czemu powiadacie, że na kasztelu grosiwa skąpo?
— Bo pan zwyczajnie ściągnie z dzierżawy za dziesięć albo
więcej lat wprzód, a denary w mig się rozejdą.
Pogadywali tak jadąc społem ku Clermont, gdzie papież Urban II miał w przyszłym miesiącu sobór 
trzymać. Jeszcze na Monte Jovis domówili się, że dziad pana de Foix, Robert, zginął walecznie nad 
Odrą, w roku Pańskim tysiąc piętnastym, czasu bojów Chrobrego z cesarzem Henrykiem. O tych 
bojach zachował się pogłos na Zachodzie, gdzie dotychczas z uznaniem wspominano tych, co mierzyli 
się z niezwyciężonym, dalekim wojackim plemieniem. Dowiedziawszy się, że toż właśnie plemię 
Chrobrowych wojów rnają przed sobą, rycerze de Foix i d'Armaillac poczuli dla polskiej drużyny 
przyjaźń i szacunek.
Zmieszani pospołu, Polacy, Węgrzy, Prowansalczycy, ciągnęli bez pośpiechu szerokim rzymskim 
gościńcem o płytach rozsadzonych trawą. Ciągnąc dzielili się wiadomościami, jakie posiadali o 
królach, panach lub krajach. Wyrażali zgodne sądy o węgierskim Włodzisławie, zwanym przez 
pieśniarzy gwiazdą zaranną, jasną jak słoneczko, którego złociste ramię błyszczało na czele gromady; 
o tak pysznym niegdyś cesarzu Henryku IV, złamanym i zhańbionym po trzykroć: przez papieża, 
przez żonę, kłamliwą i niedorzeczną Adelajdę-Praksedę, przez ukochanego syna Konrada; o 
lekkomyślnym królu francuskim, Filipie, obłożonym klątwą za to, że wypędziwszy prawowitą 
małżonkę Bertę, wziął w łożnicę urodziwą bezwstydnicę Bertradę, żonę pana de Montfort, i z nią w cudzołóstwie trwał. — Tenci Filip — mówił d'Armaillac — koronę ma, ale płaszcza do niej brak. Sam Paryż mu ostał i 
kilka co bliższych kaszteli... I z Paryża, ino patrzeć, kiedy go Normany wyżeną...
Za czym rozmowa schodziła na świeżo zmarłego Wilhelma Bękarta, zwanego Zdobywcą, groźnego 
pana Normanów, i na jego synów. Także na innych książąt i baronów, co dawną Galię Cezara 
podzielili na kilkanaście państewek nienawidzących się wzajem.
— Bogaci oni są, dufni, mocni — przyznawał d'Armaillac — ale takiego jak nasz Rajmund między 
nirni nie masz... Zwierciadło rycerstwa. Podobnie jak Tuluza lub Prowansja są zwierciadłem i sercem 
świata... Ani Flandryjczyk ze swoimi Fryzami, ani Burgundczyk, ani już najbardziej te obrzydłe 
Normany równać się z nim nie mogą... Znów Filipowy brat Hugo — to leń; uczony Szczepan z 
Blois, co ma tyle kaszteli, wiele dni w roku — tchórz; Godfryd lotaryński — prawy mnich. Na 
modłach cięgiem siedzi, powiadają, że niewiasty dotąd nie zna... Jedne gadają, że przez ślubowanie, 
inne, że przez bratową Baldwinową...
— Miłował ci ją?...
— Chyba nie, bo to jędza zła jak śmierć... ale pono drzewiej się znali... Pewnikiem obaczycie 
wszystkich na soborze... Strach, wiela ludu jedzie...
Jakoż wiele ludzi zdążało w tę samą stronę. Wychodzili gromadnie z osad, dworów i kaszteli. Część 
tych kaszteli wzniesiona była z kamienia na wzór rzymskich castrum ku podziwieniu śląskiego 
rycerstwa, większość jednak nie różniła się wiele od polskich tynów. Głęboka przykopa, z której 
ziemia wyrzucona do wnętrza tworzyła nasyp, grodziszcze. Na nasypie częstokół. Za częstokołem 
budynek drewniany z takąż wieżycą, ciężką, kwadratową, zwieńczoną zębatym gankiem. Wejście do 
wieży, zawierającej paradne komnaty, znajdowało się wysoko nad ziemią. Wchodziło się doń po 
drabinie lub długim przystawianym pomoście. Na częstokole i na wieży wisiały brunatne strzępy, 
które z bliska okazywały się wyschłym łupieżem. Był bowiem zwyczaj czasu oblężenia okrywać 
ściany świeżymi bydlęcymi skórami dla ochrony od pożaru. Ten sposób wydał się rycerzom polskim 
trafnym i godnym zapamiętania.
Równie licznie jak kasztele, rozsiane były wzdłuż drogi
miasteczka. Że bieda z nędzą panowały w nich nagminnie, ludzie chętnie ruszali w drogę do 
dalekiego, nie znanego im Clermont, sądząc, że na północy znajdą więcej chleba. Choć nie wiedzieli 
na pewno, w czym by się mogła na skutek soboru poprawić ich dola, korzystali z, zachęty rzucanej 
przez księży, zakonników i mnichów wędrownych. Spośród tych rzesz wielu młodych, silnych 
mężczyzn oddawało się. dobrowolnie w niewolę, i Cwała Oświęta, któren wziął sobie trzech italskich 
pachołków zaraz po zejściu z gór, nie był pewien, zali się zbytnio z kupnem nie pośpieszył. Mógł był 
znaleźć tutaj krzepciejszych, zmyślniejszych...
Dwa były sposoby dobrowolnego zbycia wolności. Oddać się we władzę lub oddać w niewolę. We 
władzę mógł się oddać nawet urodzony, zubożały włodyka albo mdnisteriales, napędzony księży 
sługa. Akt prawny oddania się we władzę, oblatowany u notariusza czy też sądowego piercy, brzmiał:
„...Ja, taki a taki, nie posiadając środków wyżywienia się i odziania, oddaję się waszej opiece, 
obiecując przez cały ciąg życia służyć wam i zachować posłuszeństwo jako człowiek wolny, nie 
mający mocy usunąć się spod waszej pieczy i opieki do końca dni moich. Chyba, żebym wam 
wypłacił tyle a tyle dobrych denarów (cena wahała się zależnie od sprawności i wieku sprzedawcy) 
jako okup za służbę moją do kresu żywota".
Choć mało było prawdopodobieństwa w zebraniu okupu, umowa ta zostawiała cień nadziei, 
złudz.enie, że można będzie kiedykolwiek wolność odzyskać. Natomiast nieurodzeni oddawali się na 
własność bez zastrzeżeń, niezdarny krzyżyk — dowód swego chrześcijaństwa —- kładąc pod aktem, 
którego przeczytać nie byli w stanie, opiewającym:
„...Niczyim nie zmuszony nakazem, wiedziony własną wolą, postanowiłem cały mój byt oddać na 
wasze usługi. Przeto cokolwiek byście chcieli ze mną zrobić, zrobić możecie za przewodem Boga, 
mając wszelkie prawo do mego ciała i duszy. Ta zaś sprzedaż i wola moja ma mieć trwałą ważność do 
dni żywota mojego"...
Wędrujący zatrzymywali się na popas w przydrożnych gospodach, gdzie w wielkich dzbanach 
glinianych pieniło się młode wino. Nie było w nich natomiast piwa i miodu, co stanowiło szczerą 
udrękę dla rycerzy polskich. Ani im w głowie postało, gdy wyruszali w te kraje, że pozbawieni będą 
ulubionych napitków, równie zda się do życia potrzebnych jak sen albo chleb. Z niechęcią, 
niesmakiem przyzwyczajali
się do wina. A byłoż tu tego wina, było! Winnice porastały gęsto grunt czerwony, na białej skale rozesłany. 
Winobranie dawno było już skończone i tylko gdzieniegdzie, na mniej słonecznych stokach, wisiały ciężkie, 
wonne grona. Po wsiach deptano nogami w kadziach odleżały owoc. W brunatnej cieczy, pokrytej bąblami 
powietrza, stały dziewczyny ugięte po biodra, łyskające białymi udami na ciemnym tle kadzi. Stojąc po dwie 
naprzeciwko siebie, obejmowały się ramionami, odurzone zapachem moszczu tryskającego spod stóp. Gdy ria 
drodze ukazywał się orszak rycerski, ludność wysuwała się chyłkiem za węgły, boć -nigdy nie wiada, co panom 
może przyjść do głowy. Na placu zostawały tylko owe deptaczki, odkryte po łono, bezsromne, pozornie zajęte 
robotą, ukradkiem ciekawie zerkające na rycerzy. Prowansalczycy śmieli się i kiwali ku nim dłonią, lecz polscy i 
węgierscy rycerze odwracali głowy zgorszeni. Goła białka dobra w łożnicy lub w łaźni, ale przy drodze, jak 
poćpiega — tfu!
Czasem w miasteczku trafiali na gody sprawiane ku czci starego bożka winnej jagody, Bachusa. Starszawego 
golca przystrojonego w winorośl, z dzbanem wina w dłoni, obwożono na wozie, ciągnionym przez młodych 
chłopców okrytych skórami kozimi. Wokoło biegały młódki, porozdziewane do cna, wieńcami przystrojone. 
Tańcząc i krzycząc, płaskały się wzajem po udach. Towarzyszący pasterze dęli w trąby z kory i wygrywali na 
fujarkach dziwaczne pieśni o zapomnianej dawno treści i sensie. Stary ten zwyczaj zachowywano, choć nikt nie 
wiedział już, skąd by pochodził ani kogo miał oznaczać golec wieziony na wozie. Nie wiedziano również, czemu 
księża i zakonnicy tak srogo się za ów obrządek gniewają, grożąc uczestnikom święta ogniem piekielnym i 
wieczystym potępieniem. Toteż na odgłos kopyt świętujący uciekali co duchu, kryjąc się w gąszczu zarośli.
Stamtąd, przebłyskując przez zieleń nagością jak rzeczywiste nimfy i satyry, patrzyli chciwie na ciągnące poczty 
pańskie. Szumne, bogate, wspaniałe. Z sokołami zakapturzonymi u sokolniczych na pięści, z psami 
zesforowanymi. Gromady służby barwnej jak dzięcioły. Panie siedzące na umieszczonych na grzbiecie końskim 
ławeczkach z poręczą i krajem sukni i rękawa muskające ziemię. Żony nobilów dźwigały na głowie wysokie, 
spiczaste rusztowanie, okryte długim, białym kwefem. W tym stroju wydawały się nadmiernie wysokie, smukłe i 
wyniosłe. W przeciwieństwie do jurnych, jędrnych dziewek depczących wino lub tańczących wokół 
Bachusowego
rydwanu, ukazywały ze swego ciała tylko wąski trójkąt twarzy, ujętej pod brodę podwiką, oraz końce palców, 
wysuwających się z długiego, opadającego na dłoń rękawa. Widne w trójkącie białego obramienia twarze były 
woskowo-blade o przemyślnie czernidłem przedłużonych oczach, drobnych ustach, wąskim nosie. Palce, 
wyłaniające się z kosztownej materii, widziały się cienkie, białe, niezwyczajne roboty, o pofarbowanych na 
czerwony kolor paznokciach. Spowite w ciężkie, obcisłe szaty, zdawały się owe kasztelanki czymś zupełnie 
odrębnym, nie mającym nic wspólnego ze zwykłą kobietą, białka, niewiastą krzepką, robotną, przedmiotem 
rozkoszy woja. Toteż rycerze śląscy patrzyli na nie ze zdziwieniem, większym bodaj niż tamci gapie z. zarośli. 
Ciekawość zbierała wiedzieć, co to za stworzenia, czy sypia się z takimi, czy mają kobiece przyrodzenie lub 
służą tylko do ozdoby? Zapytany w tym względzie de Foix odpowiedział wyniośle, że największą rozkoszą 
obcowania z tymi szlachetnymi damami jest rozmowa, stanowiąca kunszt nie lada, byle komu niedostępny. To 
dopełniło miary zdumienia wędrowców. O czym można gadać z białka? Białka nie jest do rozmowy!
Dzwony w niedalekim klasztorze dzwoniły na wieczorny pacierz, gdy zatrzymali się na popas przed gospodą. 
Onegdaj przeprawili się na promach pod Avignonem przez wielką wodę, zwaną Rodanem, i niechając na lewo 
świetne, ludne Nimes, szli w górę doliną rzeki, kierując się na St. Etienne.
Gospoda zmurowana była, jak większość domów w tym kraju, ze szczątków świątyni czy też pałacu rzymskiego. 
Tuż ponad ziemią wyrastał z,e ściany kapitel. Brodacz-siłacz podtrzymywał zgiętymi barki węgieł domu z jego 
płaskim dachem i koślawymi ścianami. W otwartych drzwiach gospody stał zakonnik o chudej, płaskiej piersi, 
patrzący z uznaniem na gospodarza, który wyniósł z domu Surowe mięsiwo w cebrzyku i stanąwszy nad 
płynącym o parę kroków od domu potokiem, ciskał je w wodę z rozmachem.
— Zaśmierdło? — zapytał de Luz podjeżdżając.
— Zaśby, Wasza Miłość, u mnie Bogu dzięki nie ma o to strachu... Post już zachodzi, tegdy w domu prawego 
chrześcijanina nie godzi się trzymać mięsa. Niech je ryby zjedzą!
_ Słuszna, słuszna — przytakiwał skwapliwie zakonnik — nie godzi się trzymać, by zaś w pokuszenie nie 
wpaść... Jako tutejsze wagansy zeszłego tygodnia: wołu w piątek skradły
i zaraz zećpały, nie dbając o post... Nie mogły do niedzieli strzymać!
Westchnął nad tym zepsuciem, skłonił się przyjezdnym i odszedł klekocząc sandałami. Rycerze obsiedli 
ławy wbite w ziemię wokół stołu umieszczonego przed drzwiami.
— Rzuciłeś mięso do wody, a nam żreć się chce — zauważył cierpko de Foix.
Gospodarz obejrzał się ostrożnie wokoło.
— Wnet je wyjmę, Wasza Miłość. Mam tu jamę pod kamieniem, gdzie w chłodzie lepiej się trzyma niż w 
domu...
— Tak praw od razu. Czego ludzi oszukujesz?
— Z klasztorem zawdy lepiej żyć dobrze, Wasza Miłość. A mięso co duchu wyciągnę.
— Wina nam przedtem daj, byle dobrego!
Postawił wino i kubki gliniane. Z wnętrza domu, zwabiony hałasem, wyszedł wysoki szpakowaty rycerz w 
wytartym pancerzu i kosztownym pasie. Skłonił się, obie dłonie obracając ku siedzącym, w znak, że nie 
trzyma w nich broni i zdrady żadnej nie żywi. Przybysze powstali z miejsc ukazując podobnie dłonie w 
uczciwym rycerskim powitaniu.
— Jestem Gouffier de la Tour — rzekł nowo poznany. — Do Clermont jedziecie?
— Jedziemy owszem społem do Clermont — objaśnił de Foix — ci oto szlachetni rycerze z tak 
dalekiego kraju, że Saksonia przy nim wydaje się bliżą...
De la Tour pochylił głowę z uznaniem.
— Cały świat jedzie do Clermont.., Ja też, choć nie z tak. daleka... A gdzieżeście go słyszeli?...
— Kogo? — zapytali ze zdumieniem.
— Tego, który woła do Clermont.
— Urbana II? Zali tu już jest?
— Nie, nie Urbana II. Mnicha Piotra, co zeszłej niedzieli gadał w Avignon?
— Nie słyszeliśmy o nim...
— Nie słyszeliście? — powtórzył z niedowierzaniem Gouffier de la Tour, wodząc po nich niebieskimi jak 
chabry oczami — nie słyszeliście, a wżdy jedziecie do Clermont?
— Szlachetni obcy rycerze sprawiają poselstwo do Ojca świętego, któren tam ma być, nam zaś 
trzeba szukać Rajmunda, pana Tuluzy, jego dobrymi wasalami będąc.
— I nie dziwiło was, zacni panowie, że wszyscy równie jak wy, ciągną w tę stronę?
— Przecież sobór zwołany!
Machnął ręką niecierpliwie.
__Sobór! Siła soborów już była, a na żaden tyle luda nie
ściągnęło... Bo on kazał...
— Ten mnich?
__ Ten mnich. Piotr. Nie wiedzieć, skąd on. Z Amiens pono...
Mały taki, chuderlawy... w zdartej opończy... Kaptur mu wisi do pięt... A kiedy gada, ludziom serca 
truchleją... I ja struchlałem.'..
Każdy z siedzących za stołem zasądził w duchu, że pan de la Tour przebrał miarę w winie, skąd pochodzi 
mglistość jego niebieskich oczu i mętność wywodów, nie okazali jednak przypuszczenia tego po sobie.
— O czymże gadał? — zapytał uprzejmie de la Foix.
— Dyć o Jeruzalem! O Jeruzalem! O Pana Chrystusowej krzywdzie! Serce krwią płacze, gdy słuchać, a 
my tu siedzim...
— Ech! — rozczarował się de Foix — nie on pierwszy o Jeruzalem powiada...
— Tak, dobrzy panowie bracia, powiadali już niejedni, ale odkąd Saraceny Ziemie Świętą zagarnęły, on 
pierwszy stamtąd żyw wrócił...
— To był tam.?
— Jużci że był... Swoimi oczami na poniewierkę Chrystusową patrzył... Teraz do Clermont 
wszystkim kazał iść... Wszystkim chrześcijanom... Po co, nie wiem... Obaczym...
Pochylił głowę trwając w zamyśleniu. Z otwartych drzwi dolatywał brzęk naczynia i swąd przypalonej 
oliwy. Imbram Strzegonia wstał z chrzęstem, by wyprostować nieco kości przed jedzeniem. Nieodłączny 
przyjaciel jego, Jasiek Zawora, za nim. Odeszli o kilka kroków.
— Na prawego przygłupka patrzy — zauważył Imbram. — Zrozumiałeś co z jego gadania?
— Niech niebo spadnie i skowronki potłucze, jeślim co zrozumiał! Ale dziwano się, dziwaj!
Podnieśli głowy. Z szumem i piskiem nadlatywała niska, ciemna chmura. Zakołowała nad ich głowami, 
zawirowała i opuściła się z nagła na pobliskie wzgórze pokrywając je w mgnieniu oka ciemną, połyskliwą, 
mieniącą się, świergocącą łuską.
— Jaskółki! — wykrzyknęli obaj ze zdumieniem.
...Jaskółki, czarno-błękitne sterniczki, z rudawym podgardlem i białym podbrzuszem... Jaskółki, takie 
same jak te, co się gnieździły pod okapem śląskiego dworzyszcza, co w pogoni za muchami wpadały 
niejednokrotnie aż do sieni, kwiliły w przelocie nad starzykowym barłogiem szybko uchodząc ku światłu: te same, co z kałuży na 
dziedzińcu brały błoto do lepienia swych domków przyściennych... Jaskółki!
— Nikandym takiej ćmy ich nie oglądał — dziwił się Jasiek — a zmęczone, patrz, w ręce można by 
je brać...
— Skąd się ich tyle zebrało?...
Gouffier de la Tour, słysząc ich wykrzykniki, podszedł i przeżegnał się.
— Cuda, prawe cuda... pewnikiem i one lecą do Clermont... Lecz de Foix, d'Armaiłlac i inni 
zakrzyczeli go, że zawdy
tej porze chmary ptactwa spadają na nocleg, z czego korzystają chłopięta, by je w sidła złowić. 
Rankiem znów kajś odlatują. Nie cuda to zatem żadne.
Gospodarz, przestępując z nogi na nogę, ośmielił się zabrać głos nie pytany i wyjawił, że mówił 
kiedyś w gospodzie uczony zakonnik, jako to ptactwo ucieka przed chłodem kajś z dalekich 
północnych krajów, gdzie zima bardzo jest sroga, i za morze leci, skąd znów na wiosnę powraca.
— Może to być — przyznał obojętnie de Foix,
...Z dalekich krajów, gdzie zima bardzo sroga... Więc i z,e Śląska pewnikiem! Czyż nie widzieli co 
jesień, jak się jaskółki zbierają w kupy do odlotu, obsiadując gęstym wiankiem kaletę i brzegi dachu? 
Gdy one wiodły rady koło domu, bociany sprawiały swój sejm bociani na łęgach, to kołując w 
błękitnym powietrzu z rozpostartymi nieruchomo skrzydłami, to opadając na ziemię. Potem równie 
jak żurawie, kaczki
gęsi, z wielkim klangorem i klekotem odlatywały na południe, by dopiero wiosną wrócić. Nikt nie 
troszczył się o to, dokąd lecą, jak nie przychodzi nikomu na myśl pytać, gdzie lęgnie się zorza i dokąd 
zima odchodzi. O jaskółkach jednych, owszem, prawiły coś prządki, że za słońcem lecą i kajś pod 
lodem zimują... A oto te ptaszki swojackie przyleciały aż tutaj, przefrunęły nad 
krawędziami skał, górami, których okropy nie Iza zbyć z pamięci, i jeszcze dalej poleca... Za 
morze...
Towarzysze ich dawno zajadali suto doprawione oliwą i ziołami mięsiwo, a oni obaj, Imbram i Jasiek, 
stali jeszcze obok siebie, radzi, że stoją tak właśnie, sami jedni, boginkowi odmieńce, podlegający 
niewytłumaczonym wzruszeniom, wyśmiewanym przez tamtych. Cóż mogły obchodzić wędrowne 
jaskółki Głowacza, Momota, Zbyluta czy Nogodzica? Oni zaś obaj czuli, że na widok utrudzonych 
ptasząt coś ich ułapia za grdykę, jak gdyby wymawiali w pełni słowo lulek lub
brali w rękę czarodziejskie ziele lilialis, zwane też marzanną polną.
De la Tour znów podszedł ku nim, patrząc łagodnymi niebieskimi oczami na ruchomy, aksamitny 
kobierzec.
— Zmorzone niebożątka — rzekł — ale obaczycie, czy jutro nie polecą ku Clermont... Bo cuda 
dzieją się, cuda...
— Haj! Haj! Normany idą! — zawrzasnął naraz przeraźliwie gospodarz za nimi.
— ~Gdzie?
— A ot z góry! Znaki widzą się normandzkie!
I znikł, jakoby go co zmiotło. Dwie czarnuchy dudniące bosymi nogami, przybiegły zgarniać w 
podołki kubki i misy z nie dojedzonym mięsem. Rycerze spiesznie dopinali pasy, podciągali miecze, 
pilnie zarazem przyglądając się nadjeżdżającym. Ci zjeżdżali już ze wzgórza. Stan ze znakiem zdobywczych wikingów nad nimi. Twarze mieli twarde, zuchwałe, oczy jasne, włosy rude. Patrzyli przed 
siebie z pychą zwycięzców świata, synów morza, co świeżo zawojowali Anglię i Sycylię, a nie tak 
dawno spustoszyli Galię, Burgundię, Prowansję. Niszczyciele kościołów, prześladowcy relikwij, 
czyż ktokolwiek w tym kraju mógł był zapomnieć szalonej ucieczki nad wszystko czczonych świętych 
kości, starych prochów, uwożonych rozpacznie od klasztoru do klasztoru, od kościoła do kościoła, 
ciągle ściganych przez najeźdźców, chciwych nie ich świętości, lecz złota i klejnotów relikwiarzy. 
Niby dziś byli sprzymierzeńcami, dobrymi sąsiadami, lecz stara nienawiść trwała, i panowie de Foix, 
de la . Tour, d'Armaillac i ich ludzie patrzyli na zbliżających się z nienawiścią, dziwną rycerzom 
polskim, którzy w nadjeżdżających nie widzieli nic obcego. Przeciwnie, ze zdumieniem ujrzeli, że 
znak normandzki jest ten sam a ten sam, co plemienny znak rodowy Jaszczołdów, dobrych rycerzy, o 
których powiadano, że kajś dawno, dawno, od morza na korabiach przybyli. Nie godziło im się jednak 
uchylać od bitwy.
Normandczycy przystanęli. Było ich z pięciu rycerzy i dwakroć tyle konnej i pieszej służby. Starszy z 
rycerzy zawołał donośnie:
Miejsce w gospodzie dla prawych wasali dobrego rycerza, szlachetnego księcia Roberta CourteHeuse, pana Normandii!
— Gospoda jest zajęta przez prawe poselstwo króla węgierskiego, przez dobrych rycerzy polskich 
i prowanskich.
— Opróżni się...
— Na rany Chrystusa — nie!
Więc Normanowie zawrócili kilkanaście kroków w tył, by zrobić sobie miejsce do natarcia. Pozostali 
spiesznie siadali na konie, które już podprowadzali pachołcy, widząc, co się święci. Giermki chwyciły 
topory i szczyty. Stanęli za końmi rzędem, drapieżnie czekając chwili, w której panowie zetrą się ze sobą, a 
oni będą mogli rąbnąć szerokim dwustronnym toporem w tarczę giermka przeciwnika. Za plecami wojów 
zamykano z trzaskiem okiennice gospody. Dziewki, które poprzednio zbierały kubki, wyskoczyły oknem i 
pognały do strumienia. Przebrnęły wodę piszcząc przeraźliwie, jak gdyby już czuły na sobie zdobywczą 
garść nieprzyjaciela, i skryły się w lesie. Gospodarz, spotniały ze strachu, wysuwał okrągłą jak miesiąc 
głowę przez otwór dymnika. Trzaskały sucho spuszczane z hełmów nanośnice. Z kopią, w pół ucha końskiego złożoną, normandzcy czekali, jak obyczaj każe, aż przeciwnicy będą gotowi do walki. Ci stali już 
rzędem, w rzadkim szyku zwanym płotem. Tylko Węgrzy z żupanem Gezą Sukki de Szuha na czele, ze 
wzniesionym złocistym ramieniem, ustawili się w gotowości, ale na uboczu, nie mając prawa brać udziału 
w walce, dopóki by poselstwo nie było sprawione.
— Na Boga, czyście gotowi?
— Tak jest, na Boga!
Ściskając lędźwiami boki końskie, aż stękają źrebce, runęli ku sobie straszliwie, lecz zanim zdołali się 
dopaść, kopią sięgnąć — z boku zagrzmiał tętent kopyt. Na potężnym skarogniadym, ogierze sadzi biskup 
Albert z Nimes, wzniesionym pastorałem potrząsając w górze. Za nim ciżba pieszych i konnych, milicja 
święta pokoju. Konni włodycy, a piesi — hołota, uzbrojona lada jako lub nie uzbrojona wcale. Wtłoczyli 
się klinem, między przeciwników, nie dbając, że mogą być z dwóch stron stratowani i przebici.
— Stać! Treuga Deil — ryczy biskup. — W imię Chrystusa Pana i Namiestnika Jego na ziemi. Urbana II 
— stać!
— Uchodź stąd, biskupie, skoro, bo cię przebodziem! — krzyczą groźnie rycerze normandzcy. 
Zdarli konie, farbują im pyski zakrwawioną pianą, kopie trzymając ciągle w pogotowiu.
— Nie potrzeba nam obrońców! — wołają rozeźleni Prowansalczycy — sami sobie damy radę!
— Treuga Deil — powtarza biskup zapalczywie, a że jest siłacz, podbija ręką kopie złożone do góry.
— Od kiedy i w czwartek Treuga Dei?
— Piątek już zaszedł! Na Anioł Pański dawno przedzwonili! Kopie wznieść! Chrzęścijanyśta czy 
pogany? Miasto do Clermont społem iść, tutaj na siebie nastawać?
— Do Clermont! — powtarza de la Tour i pierwszy kopię podnosi.
— Myż jedziemy do Clermont — tłumaczą się chmurnie Normany.
— Czemuż tedy bijatyki stroicie na drodze?
— Miejsca w gospodzie nie chcą zwolić...
— Przyjmcież u mnie nocleg, sercem proszę...
Powoli, z namysłem, z nietajonym żalem, rycerze podnoszą kopie i wbijają tylcem w ziemię. Czyli że bić 
się nie będą, przynajmniej teraz. Giermki z niechęcią zaczepiają topory za pas, odrzucając szczyty z 
powrotem na ramię. Biskup błogosławi rozjeżdżających się w pokoju. Ukazując ręką północ, woła jeszcze: 
— Do Clermont!...
Zmierzch różowozłoty barwi szare gaje oliwek prowanskich. Polskie jaskółki ułożyły znużone skrzydełka 
na murawie pokrywając darnik aksamitnym wzorcem. Oba poczty rycerskie już znikneły w dali. Biskup 
odjechał rad. Przed gospodą zostaje tylko milicja Boża. Zadowolona, że obroniła święty pokój, wzywa 
gromko gospodarza, by ich uczęstował winem, a gdy się nie kwapi — widząc, że liczni, a nie wątpiąc, iż o 
zapłacie nie myślą — wywalają społem drzwi, '.plądrują piwnicę. W ochocie ogólnej tłuką sobie kubki o 
głowy, po czym przechodzą do stołów i ław. Gospodarz, w ślad za dziewkami, przebrnął potok i skryty w 
gąszczu klnie, targa włosy, przeklinając cały świat, rycerzy, biskupa i świętą milicję...
Rozdział ósmy
O BOŻYM CZŁEKU, PIOTRZE EREMICIE,
I LICZNYCH PANACH, RYCERZACH, BARONACH,
KSIĄŻĘTACH NA SOBÓR DO CLERMONT
Z CAŁEGO ŚWIATA CIĄGNĄCYCH
Imbram odwracał niecierpliwie twarz w przeciwną stronę, lecz chudy, smagły wyrostek nie ustępował. 
Zauważył przedtem błysk życzliwego współczucia w oku rycerza i teraz niezmordowanie biegł za nim, a 
raczej obok niego, gotów każdej chwili śmignąć w bok, w zarośla, przed uderzeniem w kark 
nadjeżdżającego z tyłu pachołka. Niestrudzenie podnosił błagalne oczy i dłonie.
— ...Po łokcie ręce urobię, i przyodziewku mi nie trzeba... za strawę, panie, za strawę!...
— Mam dość sług — odrzucił Imbram niechętnie.
Lecz gest, towarzyszący tym słowom, nie był widocznie dość twardy, bo chłopiec aż się zachłysnął 
ponownym błaganiem. /
— Takiego sługi, jako ja będę, nie macie, dostojny panie! Na żywych pójdę czy zmarłych, w ogień czy we 
wodę... Za jedną strawę... za strawę...
— Ady, niech który przegna tego wyjca! — odwrócił się ze złością Zbylut jadący przodem.
Zanim pachołcy zdążyli wykonać rozkaz — a byliby to uczynili skwapliwie — Imbram powstrzymał ich 
dłonią. Uszy poczerwieniały mu pod labrami z gniewu na brata. Co się tu mieszał?
— Sam go każę przegnać, jak zechcę... Do mnie ma przą...
— Sam podołasz? — dogryzł Zbylut szydliwie. — Cię, jaki srogi! To czegój tego nie robisz?
— Bo myślę, czy go nie wziąć na pachołka — rzekł z zastanowieniem Imbram, który jeszcze przed chwilą 
ani o tym myślał.
— Masz dwóch, chwaci aż nadto.
— I... trzeci by się zdał...
Smagły wyrostek nie spuszczał z nich oczu, żebrząc ze zdwojona nadzieją:
— Weźcie mnie, panie, ja z wolnych, z dobrego rodu... Obaczycie, jako wam służyć będę... obaczycie...
— Konia nie mam... — burknął Imbram. Zły był na brata, na siebie. Trzeba było zrazu rzucić chłopcu 
grosz nie wdając się z nim w rozmowę.
— Będę biegł za koniem, będę biegł za koniem!
— Nie nadążysz, daleko jedziem... — Nadążę, panie, nadążę...
Imbram gryzł wąsy niechętnie. Nie patrząc czuł na sobie drwiące spojrzenie Zbyluta, przeglądające go na 
wskroś. Zgorlił się, zapragnął właśnie postąpić na przekór.
— Jeśli nadążysz, możesz ostać — rzucił — dostaniesz strawę i odzież jak tamte moje pachołki.
Chłopiec bez słowa skoczył całować skórznie rycerza. Czarnymi jak węgle oczami spoglądał w górę z tak 
nieudaną wdzięcznością, że Imbram poczuł mimowolne wzruszenie, i jak zwykle w tych razach pomyślał, 
nie wiedzieć czemu, o swym małym synku i o Ofce.
— Jak cię zowią?
— Benito, panie.
— Ejże, ejże! — zawołał Zbylut ku przodowi, składając ręce przy ustach — nie ruszymyż to rysią? 
Przykrzy się tak wszawo ciągnąć!
— Ano — odkrzyknął któryś z Węgrów jadących na przedzie. Szeregi zakołysały się, konie ruszyły 
kłusem, kurz wzniósł się nad drogę. Benito biegł raźno, dość było jednak
.nań spojrzeć, by poznać, że zgłodzony i znędzniały, długo tego biegu nie wytrzyma.
...Zbylut umyślnie, to zrobił — przemknęło Imbramowi przez głowę. — Com mu zawinił, ja, albo ten 
chłopiec?
Przystanął i skinął na swego seryiensa, Sobka.
— Weźmiesz chłopaka za siebie na konia — chudy, wiele nie przecięży...
Sobek skrzywił się niemiłosiernie, zatrzymując podjezdka bez słowa. Benito skoczył na zad koński dysząc 
z utrudzenia i radości.
Zresztą wprędce zwolnili znów kroku, z powodu kurzu unoszącego się ciemnym, duszącym tumanem. 
Jesień była sucha, choć późna, gościńcem od paru niedziel szło tyle ludzi, wozów i koni, że drogę 
pokrywała gruba warstwa pyłu startego na miałki proch. Pył ten podobny był do popiołu i zoStawiał popielny smak w ustach. Ziemia wokół nie była tu już czerwona, czerwona, skała nie była 
biała, biała — obie były czarne, czarnoszare. Na widnokręgu wynosiły się wzgórza o ostrych, 
spłyniętych zboczach i tępo ściętych wierzchołkach. Że niegdyś z tych ściętych wierzchołków spływał 
w dolinę, żywy i straszliwy ogień, co stał się z czasem czarną urodzajną ziemią, nie domyślał się 
żaden z jadących.
Jadąc w milczeniu Imbram rozmyślał nad przyczyną wzajemnej ich ku sobie ze Zbylutem niechęci. 
Skąd właściwie powstała? Dlaczego? Stosunek z Głowaczem, acz daleki od serdeczności, był jednak 
uczciwym braterskim stosunkiem. Podczas gdy ze Zbylutem!
...Jak gdybym mu co skradł... — myślał nieraz Imbram z żalem.
Na szczęście obecna podróż niewiele dawała sposobności do przejawiania uczuć. Jakoś samo z siebie, 
siłą wzajemnego ciążenia, gromada wędrowców rozpadła się na trzy człony, najchętniej ze sobą 
przestające. Więc Węgrzy na czele ze swoim złocistym ramieniem, ważni i godni jak przystoi posłom, 
z nimi Zbylut, Nowina Dąb i młodsi dwaj Oświętowie. Potem de Foix, de la Tour, d'Armaillac, 
Imbram, Jaśko i Tarchała. Na końcu zdążały zgryźliwe i niechętne seniory, dawniej ciągnące na 
czele, Głowacz, Momot Zawora, Sciborowic, Nogodzic i Oświęta Cwała.
Ci mądracze czuli się bardziej od innych wyrzuceni z przyrodzonej koleiny życia, pomniejszeni, nie 
umiejący odnaleźć samych siebie. Dotychczasowa mądrość, którą się chlubili, wynikająca (podobnie 
jak mądrość Boguchy, Głowaczowej żony) z doskonałej znajomości wszelkich przepisów, zabiegów 
chronnych ubezpieczających, ze znawstwa skutków i przyczyn życzliwej lub nieżyczliwej uwagi 
rządzących światem mocy — mądrość ta w obcych dziedzinach stawała się wątpli-,wą i chwiejną. 
Nie wiedzieli, jakie prawa władają dziwacznymi, cudzymi krajami, przez które szli. Nie wiedzieli, czv 
przebywanych brodów strzeże, prócz świątka w kamiennej kapliczce, ten sam, co na Śląsku święty 
wieprz, opiekun wód; co za bobaki, dziady albo wiły lęgną się w tutejszych pierwoborach, ani jakie 
skrzaty, chowańce, ubożą mieszkają pod frankońskimi progami? Co im jest miłe? Co przykre? Czuli 
się jak człowiek stojący nieruchomo na moście lub promie wpatrzony w wodę, co płynie własnym 
swoim nurtem, z którym się ów człowiek nigdy nie połączy. Patrzyli, jak inni ludzie żyją, nie biorąc w 
tym życiu ni żadnego udziału. Ich
własne życie urywało się na chwili wyjazdu z Węgier, a kiedy nawiąże się z powrotem?
Osowiali i odosobnieni, małowiele odzywali się do siebie, czując nieuzasadnioną niechęć do 
wszystkiego. Bo choćby ci Węgrzy! Niby przyjaciele, druhy serdeczne, sami do podróży namówili, 
teraz zaś trzymali się z daleka, uparcie zaznaczając, że są poselstwem swojego króla, którego nie 
myślą dzielić z nikim ani użyczać splendoru nikomu. „Trzeba było własnego strzec" — 
rzekł kiedyś otwarcie żupan Geza Sukki de Szuha. I poprzednie złudzenie, że można będzie 
jechać jakoby z przyrodzonym panem, rozwiewało się, ustępując miejsca dokuczliwemu, 
utrapionemu, od piętnastu lat nie dającemu spokoju żalowi nad zaprzepaszczonym, królewskim 
plemieniem, od Mieszki I po najstarszym synu nieochybnie się wiodącym. Śmierci pięknego 
królewicza skrytobójczo otrutego nic nigdy nie odrobi, nie naprawi, nie odpomści. Choćby 
Włodzisławowice były samą dzielnością i cnotą (o Zbygniewie wiadomo już, że lada jaki, z małego 
Krzywogębego może co wyrośnie), nie będą już równi z tamtymi, chybiając błogosławieństwa 
rodu płynącego prostą strugą od praojca do prawnuka.
Pogrążonym w niewesołych rozmyślaniach niemało zgryźliwości dodawało stwierdzenie, że 
tak zwane przygłupki, niemrawce, odmieńce, w pogardzie u nich zostające, a to: łagodny, 
przyciężki Imbram, papla Tarchała, Przybywoj Zawora o głowie jak makówka i wystającej 
grdyce, którego samo przezwisko „Jasiek" wskazywało dowodnie, jak był śmieszny, 
nierównie lepiej radzili sobie teraz niż oni. Ciekawili się wszystkim po drodze, dopytując o każdą 
rzecz, uczyli się chciwie i szybko języka, porozumiewając się łatwo z otoczeniem. Tę ciekawość i 
chęć poznania potępiały surowo seniory. Folgowali jej sami niegdyś, niegdyś, czasu szczęśliwych, niezapomnianych wypraw kijowskich, niemieckich, gdy chęć ogarnięcia świata rozpierała 
duszę. Lecz wtedy jechali jako zwycięzcy. Nie potrzebowali lękać się o swoją godność i znaczenie, 
dostatecznie mieczem utwierdzone. Inna rzecz dziś. Wędrującym samotrzeć bezpańsko nie 
przystoi zdradzać zaciekawienia cudzym krajem, nasuwając snadno przypuszczenie, że z 
dziczyzny jadą, skoro się wszystkiemu tak cudują.
Nie dbając o te dąsy starszych, „odmieńce" chętnie przebywali z Prowansalczykami. Szczególnie 
przylgnął do nich de la Tour. Może podobnie jak Imbrama boginka go chciała
odmienić lub — jak to było z Jaśkiem — rożenica spojrzała przez ramię. Był olbrzymiej siły i niezmiernie 
łagodnego usposobienia. Miłował zwierzęta i dzieci, i klął się na świętą, nieszytą suknię z Argenteuil, że 
nielatki i żywina muszą być Bogu najmilsze, bo najniewinniejsze. Poza tym był to mąż uczeńszy od 
niejednego opata i nowym przyjaciołom opowiadał chętnie o przeszłości przebywanego kraju. Rycerze 
śląscy, których dziady pamiętały żerców, dowiadywali się ze zdziwieniem, że te dziedziny 
nadśródziemnomorskie od ośmiuset lat przeszło są już chrześcijańskie. Jeszcze większy podziw budziła w 
nich wiadomość o srogich rzymskich prześladowaniach, jakie tu niegdyś miały miejsce. O dzieweczkach 
rozdzieranych przez dzikie bestie, o tym, jako chrześcijan obrzucano gnojem, broniono wstępu do łaźni, 
urzędów. To wszystko nie mieściło im się w głowie, znali bowiem chrześcijaństwo tylko jako już nakazaną 
z góry władczą wiarę, walecznie strzeżoną przez mocnych królów i biskupów. Dlaczego Chrystus 
dopuszczał takiej poniewierki swych ludzi? Musiał być jeszcze młody i mdły, później dopiero wzmógł się 
do tyła, że obalił inne wiary oraz niezliczone posągi bożków, stojących przy drogach i na wzgórzach 
równie gęsto w Owernii, jak poprzednio w Prowansji.
Skruszone i okaleczone leżały pospołu stare bogi Galii, które imperium rzymskie, chcąc zjednać sobie 
tubylców, dźwignęło do świątyń o smukłych kolumnach i przecudnie wyrzeźbionych kapitelach, zrównało 
we czci z bożami rzymskimi, greckimi, z bóstwem egipskim o głowie szakala, z płodnym krwawym 
bykiem Mithry, z bogami indyjskimi w postaci słonia i małpy, z perskim jaśniejącym Ormuzdem — a 
które teraz, na równi z nimi wszystkimi, strząśnięte były w proch i pył.
Jadący rycerze mijali stojące na czarnych skałach ciężkie, z omszałych chropawych głazów wzniesione 
kromlechy lub dolmeny, nieludzką siłą wydarte z ziemi, ujęte i wywyższone. Gdy spoglądali na nie, czując 
się bezwiednie bliższymi tych posępnych, surowych łomów niż misternie rzeźbionych, pieszczonych ciał 
bogiń' — de la Tour objaśniał, że księża bronią zbliżać się do tych głazów, stawiając to za grzech równy z 
modłami u źródeł, jedzeniem koniny i święceniem czwartku jako dnia bożka Tora.
Na co Ślązacy odpowiadali, że podobnie u nich księża gniewają się o matowanie, palenie ogni i robienie 
stada, a przecie wszyscy to czynią.
— To źle, to źle tana w sile...
wzdychał de la Tour — to trzyma szaW miarę jak zbliżali się do Clermont, liczba zdążających w tę samą stronę rosła. Mnich Piotr, którego imię 
było na wszystkich ustach, wyprzedzał ich o dzień drogi. Na każdym postoju dowiadywali się, że co ino 
odjechał na swojej mulicy. Ludzie miejscowi na wyścigi opisywali przybyszom jego mizerną, cherlawą 
postać w zdartej opończy z długim kapturem, z powodu którego dzieci przezwały go Petnis cucullus,
co się wcale nie gniewał. Schodził już pono całą Francję, Normandię, Bretanię, Pikardię. Był na północy, 
na południu, na zachodzie i na wschodzie. Wszędzie — opowiadali — mówiono o nim, jak się 
rzadko mówi o śmiertelnych. Znoszono mu w darze odzież, klejnoty, przysmaki, on zaś rozdawał to 
natychmiast ubogim. Godził zwaśnione małżeństwa
nawoływał panów do łagodności względem sług. A nade wszystko prawił o Jeruzalem i Grobu 
Chrystusowego strasznej krzywdzie, przykazując słuchaczom ruszać do Clermont, gdzie Ojciec święty 
jakąś radę na to zło obmyśli. Od ciągłego wołania gardło ma zapalone — mówili — i gdy rozmawia, to 
ochrypłym szeptem, że ledwie go można zrozumieć. Ale gdy stanie na placu wśród tłumu, duch Pański 
wstępuje weń i brzmi głosem, że słyszą go na całym rynku. Litościwsze kobiety podają mu, gdy 
skończy, ciepłą wodę z oliwą albo kozie mleko, bo chwyta się za piersi z bólu. Czasem pije, czasem nie 
widzi nawet, że mu podają. O jedno tylko strasznie się gniewa i krzyczy: kiedy gorliwcy wyskubują sierść 
z jego mulicy, chowają ją w zanadrzu jako relikwię. I ciągle przykazuje iść natychmiast do Cłermont, do 
Cłermont, gdzie spełnić się mają jakieś wielkie rzeczy...
Jakie — nikt dokładnie nie wiedział, lecz wszyscy wiązali tobołki, gotując się ruszać w drogę.
Poniektórzy, co znali swojaków Piotra z tej samej dziedziny pochodzących, prawili, że był on niegdyś 
człowiekiem jak wszyscy, miał białkę i troje dzieci. Zawdy jednak uciekał od rodziny i przesiadywał 
samojeden w lesie, w szałasie skleconym z gałęzi. Żona tropiła za nim i gdy kryjówkę odnalazła, 
sprowadzała męża za łeb do domu ku uciesze całego przysiółka. To ulubienie samotności zjednało mu 
przezwisko Pustelnika, Eremity. Na koniec żona umarła, dzieci odchowane poszły w świat i Eremita 
opuścił okolicę, niechając sąsiadom swe nędzne domostwo i dobytek, składający się z kozy i wyleniałego kota.
Nikt nie wiedział, czy zaszył się w puszczę, czy wywędrował za granicę hrabstwa Vermandois. Jak 
się okazało, wywędrował on znacznie dalej, dalej, niż mogła sięgnąć wyobraźnia jego krajanów, do 
Ziemi Świętej, z której ninie wrócił. Czy gdzie po drodze śluby zakonne składał — nie wiedzieć.
Te opowiadania ziomków nie cieszyły się zbytnim powodzeniem u zagorzałych zwolenników mnicha 
Piotra. Wstrząśnięci potężną wymową, woleli nie słyszeć o jego pospolitej przeszłości. Dla nich istniał 
od chwili, w której wszedł do Jeruzalem. Co było raniej, nie dbali.
Inni znów ze słuchaczy czuli przykry zamęt w głowie, ten sam, który trapił rycerzy śląskich 
słuchających opowiadań pana de la Tour. Sądzili dotychczas (takich było wielu), że najświętszym 
miejscem chrześcijaństwa, władczym jego ogniskiem, jest Rzym. Z pewną urazą i zawstydzeniem 
dowiadywali się, że Bóg mógł zostać pokonany i oddać Grób swój w ręce pogan. Wraz i Saracenowie, 
zwycięzcy Boga, rośli w ich pojęciu na Obrzych, z którymi zmierzyć się byłoby straszno i chwalebnie 
zarazem.
Niezależnie od tych uczuć wszyscy z jednakim pośpiechem szli do Clermont, przepychali się, ciągnęli 
ręczne wózki naładowane dziećmi i gratami, pędzili kozy, których nie było przy kim zostawić, 
schodzili z drogi ustępując pocztom pańskim, rozlewali się rzeką po polach szukając skopów lub nie 
wykopanej rzepy. Wiatr zimny, północny pociągał nagląc do pośpiechu. Gościńcem sunęły 
nieprzerwanie orszaki rycerskie. Mijając się okrzykiwały swe rodowe zawołanie, pana i kraj, unosili 
otwartą dłoń. Nawiązywano rozmowy. Dwaj rycerze niemieccy zasłyszawszy, że śląscy znają ich 
mowę, prosili o zezwolenie wędrowania społem. Nie znając łaciny byli jak zagubieni. Zwali się 
Gottschalk i von Emich. Głowacz i Mojmir przystali na ich prośbę, acz niezbyt chętnie, bo wygląd 
rycerzy niemieckich nie był szczególnie udały.
Wilfryd Guillebaut, jeden z rycerzy normandzkich (z którymi potykać się miano przed gospodą podle 
Avignonu, jeno biskup walczących rozgrodził), zdążał równolegle z nimi w bogatym poczcie brata 
swego, Omera, starszego woja
twardej, podejrzliwej twarzy. Pomiędzy braćmi na pięknym dzianecie jechała żona Omera, 
Willibalda, blada, znudzona
obojętna pani. Nieruchomego wzroku nie odrywała od uszu
swego wierzchowca. Złociste krzyże jaśniały nad dworami biskupów, wyróżniającymi się bogactwem, 
liczbą sług zbrojnych i wozów. Biskup Lambert z Arras, który był krewniakiem rycerza de Foix, . 
ujrzawszy go, przyzywał z daleka ręką, a gdy ten podjechał, jął ze wzburzeniem opowiadać
doznanej niedawno przygodzie. Pan Garnier de Pons, wziąwszy w oćmie orszak biskupi za kupiecki, 
napadł nań zbójecko i biskupa w lochu zamknął. Dopiero rano omyłka się wyjaśniła. Zawstydzony 
kasztelan padł wielebnemu do nóg, przebaczenia prosił ofiarując się osobiście odprowadzić dostojnika do Clermont, by go podobna myłka po raz wtóry nie spotkała. Lecz urażony biskup 
przebaczyć nie chciał i teraz rozpowiadał zajście umyślnie podniesionym głosem, by jak najwięcej 
ludzi o szpetnym postępku pana de Pons słyszało.
Po czym wysapawszy się, pytał pana de Foix, czy rzeczywiście nikt nie wie, dlaczego takie tłumy 
ciągną do Clermont? Co tam nastąpi? Kim jest naprawdę mnich Piotr? Czy działa z nakazu papieża? 
Czy sam przez się? Przewidziany porządek obrad soboru nie zawierał nic, co by usprawiedliwiało te 
ciągi powszechne.
— ...Bo o ile mi wiadomo... — prawił, rad, że znalazł słuchacza — w pierwszym rzędzie mają być 
podwojone klątwy ciążące na Henryku i Filipie,.. Tych bezbożników trzeba ugiąć... Potem 
miano rozstrzygnąć spór, czy święty Dionizy, dobry biskup i patron Paryża, jest lub nie jest jednym z 
Dionizym Areopagitą, którego w Atenach nawrócił święty Paweł... Któryś z mnichów 
południowych, kierowany niewątpliwie zazdrością, powiada, że gdyby to był ten sam człowiek, 
musiałby żyć przeszło trzysta lat... Dlaczego tak wielki święty nie mógłby żyć trzystu lat? W czym 
tu dziwo? Jednak ta wątpliwość oburza słusznie dobrych mieszkańców Paryża
sobór obiecał ja rozsądzić... Na koniec, mieliśmy utwierdzić pokój Boży w trojakiej postaci, 
mianowicie: Pax Dei, pokój Boży, obejmujący zawsze i wszędzie zakonników, duchownych, 
wdowy, sieroty, nieletnich i starców; Asylum Dei, schron Boży, strzegący każdego, kto by się ukrył w 
kościele albo w miejscu poświęconym; i Treuga Dei, rozejm Boży, zabraniający walki 
komukolwiek w poście, adwencie, w święta, wigilie i każdego tygodnia od czwartku wieczór do 
poniedziałku rano...
Cóż nam zatem pozostanie? — roześmiał się de Foix.
— Walka z nieprzyjaciółmi Krzyża! — odkrzyknął biskup. — Gdy ten potrójny popręg dociągniemy, skończą się wasze ustawiczne boje w kraju.
De Foix nic nie odpowiedział, lecz zachował wyraz wątpiący, czym podniecił krewniaka do dalszej 
przemowy.
— Nie myśl — grzmiał biskup — że nie zdołamy tego przeprowadzić! Od czego milicja Boża? 
Każdy z nas wystawi oddział, nie gorszy od waszych drużyn...
...Tedy walka nie tyle się skończy, ile wzmoże... — pomyślał pogodnie de Foix, lecz nic nie rzekł, 
gdyż uwagę obu zwrócił mąż olbrzymiego wzrostu, kroczący pieszo środkiem drogi. Odziany w 
wytarty skórzany kaftan, na szyi, na szerokim rzemiennym pasie, nosił zawieszony jak mizerykordię 
wielki, dwuręczny miecz.
— Na nikim nie zejdzie w Clermont, skoro i on jest... — zauważył biskup.
Znany powszechnie olbrzym zwał się Walter Sans Avoir, czyli Bez Mienia, bękart, wysokiego, 
podobno nawet królewskiego rodu. Przed laty niesprawiedliwie odmówiono mu pasa, czym ozeźlony 
przysiągł, że się bez niego obejdzie. Miecz na szyi zawiesiwszy, chadzał samopas, mieszając się z 
wszelką hołotą, głodny, biedny i niezależny. Że wsławił się kilkakrotnie wielkim męstwem, król Filip 
ofiarowywał mu tyle uprzednio pożądany pas, lecz Walter zaszczyt odrzucił. Chodził nadal po świecie 
z mieczem na szyi, samotny i niczyj.
Mury Clermont otaczały tłumy tak gęste, że trudno było przedostać się do grodu. Sam gród był 
warowny, ludny, bogaty w kamienne gmachy i kościoły. Kościołów bez mała pół setki, w tym ani 
jednego drewnianego. Pośrodku miasta stała katedra, o której mówiono, że przed tysiącem lat wzniósł 
ją święty Ostremiusz i cudowną mocą zakrył obłokiem przed oczami pogan i całego rzymskiego 
senatu. Podobno gęsta biała mgła otaczała ją w noc i w dzień, rozwierając się jeno, gdy wierni zdążali 
na modły.
Dziś żaden obłok nie potrzebował osłaniać niskich, sędziwych wrót. Że była ciasna i ciemna ze swą 
koślawą półokrągłą absydą, uroczyste nabożeństwa odprawiano u Panny Maryi z Przystani, który to 
fcftściół zbudowany przez świętego Avitusa, spalony przez Normanów, został niedawno przez 
świętego Zygona z wielką okazałością i przepychem rzeźb odbudowany na nowo. Równie piękne i 
czcigodne, choć mniejsze, były kościoły: Świętego Piotra, Świętego Symforiana, Świętego Cyrgi, 
Świętego Jakuba, Świętego Szczepana, Świętego Hilarego, Świętego Artemiusza, Świętego 
Maurycego,
Świętego Wawrzyńca, Panny Maryi Chwalebnej i innych. Wszystkie były, powszechnie przyjętym 
zwyczajem, świątynią i zarazem urzędem, sądem, twierdzą i składnicą żywności w czasie głodu. 
Niektóre stały daleko poza murami, na miejscach, gdzie pochowane były szczątki męczenników. 
Prawo rzymskie nie pozwalało grzebać zmarłych w obrębie grodu — Hominem mortuum in urbe ne 
sepelito — przeto cmentarze, przyjmujące wędrowców ziemskich na sen nieprzespany, układały się 
wzdłuż drogi. Gdzie na cmentarzu spoczął święty zewłok ofiary areny, tam w przyszłości stawał 
kościół. Przy kościele kupili się ludzie, powstawało przedmieście, po wielu latach mające się zrosnąć z 
grodem.
Obecnie miasto, wały przed murami, przedmieścia, place targowe, nawet bagnista nizina, po 
zachodniej stronie miasta leżąca, wszystko pokryte było ruchliwym obozowiskiem. Bielały stany 
nobilów, baronów, książąt. W najdogodniejszym miejscu, na lekkiej wyżynie, tuż koło bramy 
świętego Herwiusza, barwił się z dala i błyszczał obóz posłów basileusa Aleksego, zwanego 
Isapostolos, Apostołom równy, Labarum z orłem dwugłowym, rozdartym, połyskiwało nad nimi. Namioty, sprzęt wszelki i wozy przechodziły bogactwem i ozdobą wszystko, co kiedykolwiek widziano, 
toteż poselstwo otaczał nieustanny tłum gapiów. Opodal zajął stanowisko dwór królewicza duńskiego 
Swenona. Skórzane stany były skromne i nieliczne, lecz proporzec czerwony, przecięty wielkim białym krzyżem, znano szeroko po świecie. W tłumie, zalegającym dolinę, znajdowali się przybysze z 
całego świata. Rycerze i gołota. Mnichy i wędrowne igrce. Łazęgi i bieguny zbiegłe od swych panów, 
okrywające szmatami wypalone klejmo, rade, że ich w tej ciżbie niełatwo rozpoznać. Ubogie wojaki, 
milesy. Dziady i kaleki. Trędowaci. Mnisi. Serviensy i pachołki, waganty, goliardy, włóczęgi, kleryki, 
zawdy skore do zamieszek i figlów żaki. Łatwe kobiety. Sztukmistrze, niedźwiednicy. Żydzi w 
spiczastych czapkach, z obowiązkową żółtą łatą przyszytą na lewym ramieniu. Ci przesuwali się 
ostrożnie, przeprowadzani niechętnymi spojrzeniami. Byli pogardzani, a zarazem niezbędni jako 
użyczający pieniędzy. Co prawda, pieniądz ten był drogi. Prawnie wolno było pobierać czterdzieści 
sześć od sta rocznie, lecz zazwyczaj pobierano sześćdziesiąt, a nierzadko sto. Kościół zabraniał surowo tych praktyk, uważając za grzech śmierfelny wzbogacanie się bez pracy,- dlatego pożyczaniem 
trudnili się tylko Żydzi. Do niedawna pomagali im w tym Lombardczycy. Ci,
jako dobrzy chrześcijanie, nie pobierali odsetek, natomiast naznaczali nieistotne, zbyt rychłe termina 
oddania, za każdy dzień opóźnienia dopisując wysokie sumy jako kary. Ten sposób zarobkowania 
ustał, odkąd biskup Gilbert obłożył zajmujących się nim klątwą, obłożył zaś dlatego, że, pożyczywszy 
wiosną pięćdziesiąt funtów srebra, ujrzał się po żniwach winnym osiemdziesiąt funtów. Teraz już 
Żydzi byli wyłącznymi dostawcami gotówki. Niewypłacalnych dłużników, twardym obyczajem 
ówczesnym, zaprzedawali w niewolę lub brali do siebie jako niewolników, co było najcięższą dolą. 
Pomimo to znajdowali zawsze licznych i natarczywych klientów.
Rycerze węgierscy i śląscy patrzyli z ciekawością i zdumieniem na te różnorodne, barwne fale 
ludzkie. Napotkany strażnik grodzki, de Viel, podjął się wynaleźć miejsce posłom króla węgierskiego 
i towarzyszącym im rycerzom. Po drodze, wiodąc ich naokoło murów, opowiadał, że takiego zjazdu 
nie było nawet chyba czasu wielkiej wędrówki. Już przyjechało trzynastu arcybiskupów, dwustu 
dwudziestu pięciu biskupów, dziewięćdziesięciu opatów, a ilu książąt i rycerzy, tego nikt nie zliczy!
— Jak będzie z wyżywieniem tego ludu, nie wiem — mówił de Viel rozkładając ręce. — Jeszcze 
spyża jest, ale za drogie pieniądze. Kupcy chcą zarobić, co się da, biedota od nich nie kupi i 
pewnikiem zaczną się niedługo rozruchy, boć tego ćma, a każdy chce żreć...
Na razie jednak długie rzędy kramów zdradzały obfitość jadła i towaru. Nawołując się we wszystkich 
gwarach galijskich przekupnie sprzedawali ryby i wędzone mięso, oliwę, ser, wino, krowy, kozy, 
zioła, placki, leki, barwniki, korzenie, sól, konopie, len w snopkach, sukna pikardzkie, broń przednią, 
płótna flamandzkie, skóry hiszpańskie i genueńskie, futra, a nawet klejnoty. Mieniacze pieniędzy z 
powagą tkwili przy swych wagach. Na uboczu znajdował się nawet kram z inkaustem, złotem 
malarskim, farbami i pergaminem, nowym, czystym, a także starym, o zeskrobanych dawnych, 
rzymskich tekstach. Pergaminów, których zapas był ograniczony, nie wolno było sprzedawać nikomu 
(przypuściwszy, że znalazłby się nabywca, o czym należało wątpić), dopóki arcybiskup w otoczeniu 
duchowieństwa nie zeszedł procesjonalnie zakupić ilość potrzebną klasztorom diecezji na cały rok. Na 
te zakupy (bo niezależnie od soboru, zawsze o tej porze, w oktawę świętego Marcina, rozpoczynał się 
w Clermont targ dwuniedzielny) oczekiwali niecierpliwie bracia zakonni pisarze, iluminatorzy, ozdabiający ostatnie już karty zeszłorocznego zapasu. Niechętnie myśleli o 
przerwie w pracy, pracy, co była namiętnością, nałogiem, a zarazem pewną ścieżką do zbawienia 
duszy, bo za każdą literę, wypisaną w pobożnej księdze, Kościół odpuszczał jeden grzech powszedni, 
a za piękne inicjały przyozdobione wizerunkami świętych Pańskich — ćwierć kopy grzechów.
Niektórzy z tych mnichów przepisywaczy, o zaczerwienionych, mrugających oczach i zgarbionym 
karku, schodzili na plac obejrzeć zawczasu pergamin, by kupiec nie dość biegłemu w tych sprawach 
opatowi nie wsunął towaru lichego, o chropawej, nierównej powierzchni. Gładząc cienkimi, wrażliwymi jak oko palcami białe kartki o tęgim chrzęszczącym połysku, widzieli już na nich zwijające 
się ornamenty, złote obrzeżki wokół tęczy barw i słodkie lica wychylające się /, zeiwiłego gąszczu 
wzorów. Ani spojrzawszy na otaczającą różnorodna barwność życia, wracali do klasztoru z tym wymarzonym obrazem pod powiekami, niecierpliwi, kiedy go na papier przeleją. Czasem tylko jakiś 
kształt zewnętrzny, szczególnie doskonały, czyjś ruch, spojrzenie, uśmiech, wygięcie gałęzi, kolor 
nieba, narzuciły się przemożnie, wtargnęły w pojęcie, by potem niegasnącym pięknem, wykwitnąć na 
kartach psałterza.
Przyjętym powszechnie zwyczajem., najmożniejsi nobile, barony przybyli do Clermont ostatni, 
zaledwie o tydzień wyprzedzając Ojca świętego. Towarzyszył im tłum sług, wasali, giermków, 
sokolniczych, pisarzy, lutnistów, śpiewaków. Gdy stanęli, służba rozpędzała kijami pospolitą ciżbę, 
czyniąc wolny plac pod obóz pana. Że wszędzie był już natłok i przeganiani nie mieli gdzie się 
pomieścić, powstawał niesłychany lament i wrzawa, powiadamiając cały gród, że ktoś bardzo znaczny 
przyjechał.
Jeden z najwspanialszych orszaków przywiódł ze sobą grabią Rajmund St. Gilles, pan dziedziczny 
Tuluzy. Ludzie i konie błyszczeli od złota i barw, jak gdyby szli na świetny turniej, nie na 
kilkutygodniowe obozowanie jesienne pod miastem. Sam Rajmund był dorodny, otwarty, rycerski, 
hojny i nie znoszący sprzeciwu. Towarzyszyła mu żona, córka króla Kastylii, uchodząca za 
najpiękniejszą i najdumniejszą panią w kraju. Patrzyła na świat wyniośle spod długich ciemnych rzęs. 
Zdawać się mogło, że nie rozróżnia rycerza od
pachołka, tak dalece wszyscy w jej oczach byli nicością, źdźbłem słomy, prochem niegodnym uwagi. 
Pasierbica jej, Gizela, za margrafa niemieckiego wydana, opowiadała nieraz, że. macocha nawet 
mężowi każe wyczekiwać pod drzwiami sypialni i zachowywać przepisany ceremoniał. Sześciu 
paziów towarzyszyło stale pięknej pani. Dwóch niosło rucho pozłocistej sukni, pozostali pachnidło, 
chusteczkę, zwierciadło, a gdy zmrok zapadł — pochodnie. Odziani byli w kosztowne stroje o. 
barwach królestwa Kastylii, nogawice pstre i odmienne, rękawy długie, rozcięte, dotykające ziemi. Co 
najpiękniejsze dziewczęta dobierane były na dworki i szły za panią parami, pobożnie spuszczając 
oczy.
Nierównie skromniejszym dworem przybyli książęta lotaryńscy, Godfryd i Baldwin de Bouillon. 
Starszy, Godfryd, o którym mówiono, że dotąd niewiasty nie zna i mniszy żywot prowadzi, był cichy, 
łagodny, stanowczy. Nosił długą, jasną brodę, co mu dodawała powagi. Wesoły, ruchliwy Baldwin, o 
ciemnej cerze i orlim nosie, zdawał się być o dziesięć lat młodszy, choć w rzeczywistości różnica 
wieku między nimi była mała. Staro również wyglądała żona Baldwina, Gontrana, sucha, zawzięta i 
jędzowata, Za Lotaryńczykanri nadjechał Hugo cle Vermandois, brat króla Francji, piękny, leniwy, 
lekkomyślny, bezinteresowny i nieustraszenie odważny. Z nim razem. Szczepan, grabią de Blois i 
Chartres, słynący z bogactw i wiedzy. Posiadł znakomicie trudną sztukę pisania i układał dobre 
wiersze. Chociaż sprawiedliwy i rozważny, nie miał miru wśród nobilów, którzy w jego uczoności 
wietrzyli coś niemęskiego.
Męskim natomiast w każdym calu był Robert, grabią Flandrii, zwany włócznią i mieczem rycerstwa. 
Dwór miał nieliczny, lecz starannie dobrany z co .najprzedniejszych wojaków. Rozłożył się z nimi 
daleko od miasta, by swych Fryzów i Flamandów nie narażać na starcie z południowcami.
Ostatni nadjechali książęta normandzcy. Wiedli ze sobą liczne drużyny, świetnie uzbrojone, karne i 
sprawne. Książąt było trzech. Robert Courte-Heuse, czyli Krótkoudy, pierworodny syn Zdobywcy, z 
nieodłącznym kapelanem Arnuldem de Rohes; Wilhelm, zwany Rudym, i najmłodszy Henryk. Nie 
byli ani urodziwi, ani przyjemni w obcowaniu, każdy z nich mając w sobie coś z dziadka, Roberta 
Diabła, i babki, chytrej wieśniaczki z Falaise, przy tym krótkonodzy, o wielkich głowach, ze 
skłonnością do otyłości odziedziczoną po ojcu... Że jednak przedstawiali silę, z którą nikt nie mógł się 
równać, otaczano ich szacunkiem i poważaniem. Tuż za nimi nadjechał sam Ojciec święty, biskup rzymski Urban 
II, i zdawało się, że sobór w końcu się rozpocznie, gdy otwarcie jego odsunął nieprzewidziany a 
przykry wypadek.
Ludzie Hugona, królewskiego brata, pobili mieszczan, rzekomo nie chcących im sprzedać towaru. 
Mieszczanie uciekając schronili się do katedry, skąd zawzięci wojacy wywlekli ich na plac i ubili 
łamiąc prawo Asylum Dei. Sędziwy arcybiskup miejscowy, Durand, tak się tym przejął, że zmarł tejże 
nocy. Co prawda wiekowy był, więcej niż osiemdziesięcioletni, i spracowany przygotowaniami do 
soboru. Zatem miasto rozpoczynać obrady, trzeba było sprawić zmarłemu świetny pochówek, wybrać 
zastępcę na jego miejsce i oczyścić splamiony zbrodnią kościół, przed którym drużyny liugonowe 
boso, w śmiertelnych koszulach odprawiały publiczną pokutę. Otwarcie soboru odłożono na dwie 
niedziele, który to czas wypełniał sobie każdy, jak mógł.
Szczęśliwym trafem obóz Rajmunda St. Gilles wypadł w pobliżu miejsca zajętego przez poselstwo 
węgierskie, przeto nawiązana w czasie podróży przyjaźń między rycerstwem polskim a rycerzami de 
Foix, de la Tour i d'Arraaillac nie została przerwana. Prowansalczycy odwiedzali ich prawie codziennie, zabierając Jaśka, Imbrama, Tarchałę, czasem i pozostałych, do swego obozu, 
rozbrzmiewającego o każdej porze dnia muzyką i śpiewem. Grabią Rajmund kochał się w i grach i 
gędźbie. Dwór grabiego mieścił się w obszernym, niskim domostwie, dorywczo skleconym z bali i 
chrustu oblepionego gliną, lecz obitym od zewnątrz skórami, od wewnątrz złotogłowiem i futrem 
chroniącym od chłodu, którego nie znosiła Elwira. Szumnych uczt, turniejów ani tanów nie wypadało 
urządzać ze względu na żałobę po arcybiskupie, lecz dozwoloną była ulubiona zabawa dworska, 
zwana „obleganiem twierdzy miłości".
Do tej zabawy, pośrodku placu przed dworem, ustawiano ni to wieżyczkę, ni to wielką beczkę, z 
otworami wyrżniętymi wokół. Wewnątrz zamykano urodziwe dworki pani. Do wyzierających przez 
otwory różowych, roześmianych liczek dobierali się zajadle rycerze. Panny miotały w nich pociskami, 
w porze letniej kwiatowymi, w obecnej gałązkami, liśćmi dębu lub pękami namotanych kolorowych 
nici. Stosownie do prawideł gry, rycerz, trafiony bodaj najlżejszym pociskiem, musiał odstąpić i 
wygłosić coś kunsztownego i miłosnego, przytaczając, o ile nie miał samorodnego natchnienia, cudzy
wiersz lub strofę piosenki. To uczyniwszy, dopiero mógł wrócić do walki. Rycerz, któremu dało się 
pochwycić pannę za ręce, nim go ugodziła, wyciągał ją przez otwór i odnosił na bok jako brankę. 
Towarzyszki broniły zawzięcie unoszonej, piszcząc i przytrzymując ją za nogi. Rajmund St. Gilles 
śmiał się do łez hucznym śmiechem i zachęcał swoich wojów do gorętszej napaści. Piękna Elwira w 
kwefie dwa łokcie wysokim, w sukni kosztownej jak relikwiarz i płaszczu podbitym gronostajami 
(miała do tego prawo jako córka królewska) uśmiechała się po swojemu, wyniośle i bezosobowo. Gdy 
wszystkie panny wytaszczono z wieży, ostatnia pozostała otrzymywała wieniec cnoty. Wesołe młódki 
nie kusiły się jednak zbytnio o ten zaszczyt, rade czując na sobie twarde ramiona rycerskie.
Ślązacy przyglądali się tej zabawie ciekawie, ale z oddalenia. Nie czuli najmniejszej ochoty wziąć w 
niej udziału. Podobne swawolenie było, zdaniem ich, dobre tylko na stadzie, w noc Sobótki, wśród 
młodzianów. Przy tym zabawa ta była daremną. Pokładźmy po niej nie następowały. Więc po co?
Bardziej jeszcze dziwnym i bezcelowym widziało im się owo mówienie kunsztownych strof. Nie 
rozumieli ich zgoła, choć w ogóle nieźle już łacinę pojmowali. Przy tym sam pomysł układania 
wierszy osądzali jako niewłaściwy. Znali rozliczne śpiewy, zaśpiewki, przyśpiewki, ślubne, 
pogrzebne, weselne, zrękowinowe, lecz powtarzały się one z dziada pradziada, od wieku te same, 
obrzędowe i niezmienne. Ładnie by się wybrał, kto by w nich chciał słowo zmienić!
Wśród strojnych niewiast, otaczających Elwirę, wyróżniała się czarnym kwefem, zawsze 
spuszczonym na lica, pani de Salviac de Viel, krewniaczka pana strażnika grodzkiego. Obok niej 
siadywała córka Blanka, urodziwa, chmurna, o posępnym wzroku. Obie trzymały się jakby na uboczu 
i nie. odzywały do nikogo. Strażnik grodzki opowiedział panu de la Tour ich niewesołą a znaną 
powszechnie historię: Blanka wydana była przed paru laty za głośnego okrutnika Hugona de 
Montbeliard. Znęcał się nad nią do tyła, że matka, łagodna, świątobliwa wdowa, nie mogąc patrzeć na 
udrękę dziecka, otruła zięcia odwarem z bieluniu i żmijowej głowy. De Montbeliard zmarł ku 
powszechnej radości i uldze. Radość ta była tak szczera, że choć znano ogólnie przyczynę zgonu, nikt 
nie wystąpił przeciw teści z oskarżeniem. Nawet spadkobiercy zmarłego nie poczuli się do wróżdy, 
radzi, że obie
kobiety opuściły zamek nie zabierając nic z mienia. Od tego czasu minął prawie rok i sprawa poszła w 
zapomnienie, każdej chwili jednak mogła wskrześć na nowo. Dawne sądy rzymskie karały każdą 
zbrodnię same przez się, nie czekając, aż się oskarżyciel zgłosi, zbierały lica, czyli świadków i 
dowody; sądy współczesne natomiast działały tylko o tyle, o ile wkroczenia ich zażądano. Lica, 
dowody nie były potrzebne. Wystarczała przysięga obu stron. Gdy wypadała sprzecznie, 
wyprowadzano przeciwników na ogrodzony dziedzińczyk, gdzie pod okiem sędziów potykali się 
walecznie, aż dopóki by jeden nie poległ. Pokonany był krzywoprzysięzcą bez najmniejszego 
wątpienia. Względem kobiet i duchownych, którzy potykać się nie mogli, stosowano ordalia innego 
rodzaju, jako to ujmowanie rozpalonego żelaza albo rzucanie na wodę. Osiągnięty tym sposobem 
wyrok był nieodwołalny.
Dzięki powszechnej nienawiści, otaczającej pamięć pana de Montbeliard, żona jego i teściowa 
uniknęły, jak dotąd, sądu i kary dla mężobójczyń polegającej na obcięciu członków i zakopaniu 
żywcem. Mogło się to jednak zdarzyć każdej chwili, byle się oskarżyciel znalazł. Obie zatem obawiały 
się wszystkiego, co mogło wywołać ku nim czyjąś niechęć lub urazę. Żyły w nieustannej grozie, 
pragnąc, by o nich co najrychlej zapomniano. Prócz tego matkę, łagodną, świątobliwą wdowę, trapiły 
nie wyrzuty sumienia, lecz to, że wyrzutów sumienia nie czuła. Darmo spowiednik żądał od niej 
skruchy i żalu za czyn popełniony. Ilekroć wspomniała blade, złe oczy zięcia, jego przebiegłe, zimne 
okrucieństwo, czuła z rozpaczą, że strułaby go raz drugi, trzeci i dziesiąty, że poszłaby znowu nocą 
zrywać kwiat, bieluniu i łowić żmiję wśród skał. Rozumiała, że Bóg musi ją za to potępić, a nie była w 
stanie uznać, że źle postąpiła.
Na tle ogólnej wesołości panującej na Rajmundowym dworze matka i córka odbijały swą gorzką 
zgryzotą. Zatrzymywano je z litości, gdyż opieka potężnego grabi stanowiła najlepsze wędzidło na 
możliwych złośliwców, pragnących zguby obu kobiet, nikt jednak nie pragnął ich towarzystwa ani zachęcał do pogodniejszego życia. Snuły się po świetnym obozie jak dwie potępione mary.
Jedynym, który je rozumiał i rad w pobliżu zostawał, był rycerz z Pikardii, nazwiskiem Raul de 
Beaugency, plączący się samopas wśród obozów. O tym mówiono, że by zemścić się na wuju, 
sprawującym nad nim opieką po śmierci rodziców, zaprzedał duszę swą diabłu. Wyszedł północą na rozstaj diabelski, gdzie baby-cioty karmią Złego 
jajecznicą, by dostać w zamian moc nad kurami sąsiadek, i przyzywał go zaklęciem. Zły się wprawdzie nie 
pokazał, lecz nie minęła niedziela, a wuj nagle zmarł, co było jawnym dowodem, że szatan na rozstaju był, choć 
niewidzialny, i układ zawarł. Mocą tego układu dusza młodego Raula stanowiła własność piekła, z 
zastrzeżeniem, że widzieć będzie męki zadawane grzesznej duszy wuja.
Lecz mająca wyniknąć stąd rozkosz bladła, w miarę jak zacierało się wspomnienie znienawidzonego krewniaka, 
a osobista groza zostawała. Cóż by dał, by cofnąć chwilę, w której stał na rozstaju wzywając pomocy Złego! Ale 
chwili raz minionej żadna już siła nie cofnie.
Zgorzkniały i zniechęcony de Beaugency szukał towarzystwa ludzi, by przy nich o własnej niedoli zapomnieć, 
lecz ludzie stronili od niego. Szatan, czujny stróż, był pewnikiem ciągle przy nim i łatwo mógł przyczepić się do 
kogo. Lepiej trzymać się od zapisańca z daleka...
Posępna Blanka, śniąca nocami, że już ją kat żywą i młodą przysypuje ziemią, oraz matka jej, trucicielka 
niezdolna wzbudzić w sobie żalu za czyn popełniony, nie obawiały się rycerza. Nie zapisały wprawdzie 
świadomie duszy szatanowi, przecie miały zostać potępione tak czy owak. Nic im już więcej nie mogło 
zaszkodzić,
Rozdział dziewiąty GDZIE STYKAJĄ SIĘ DWA ŚWIATY
Stratigos Argyrios, poseł grecki, zasłonił dłonią tłumione ziewnięcie i mówił dalej, nie ukrywając ogarniającego 
go znudzenia. Niedbałym ruchem poprawił na ramieniu złotą okrągłą fibulę przytrzymującą zwierzchnią suknię, 
krojem podobną do płaszcza, ze złotolitej materii bagdadzkiej tkanej w rzędy gryfów i pawi. Ze złocistego tła 
gryfy ziały ogniem rubinowych paszczy; ogony pawie olśniewały modrozieloną tęczą setek oczu. Suknia ta była 
przecudna i nawet dumna Elwira, córka kastyłskiego króla, straciła na jej widok swą zwykłą chłodną obojętność. 
Podobnych bowiem materyj nie widziały jeszcze nigdy niewiasty Zachodu.
Pod pawiooką suknią dostojnik grecki nosił tunikę białą, cienką jak przędza, a pod nią jeszcze bielsze i cieńsze 
giezło, przy szyi i dłoniach przetykane nicią złotą. Wnętrze namiotu wytwornością i bogactwem odpowiadało 
ubiorowi gospodarza. Niskie złocone stołki, kobierce o połysku jedwabiu, na nich niezliczone puchowe 
poduszki, obciągnięte purpurą, jedwabiem lub wytłaczaną i złoconą skórą. Stojące pod ścianą dzbany na wino, 
oliwę i wodę różaną wykute były ze srebra i chronione pokrowcami z malowanej skóry. Otwarta rzeźbiona 
skrzynia ukazywała obfitą podręczną bibliotekę stratigosa, towarzyszącą mu w każdej podróży. Znajdowały się 
w niej, tłumaczone z arabskiego, geograficzne opisy Europy i wszystkich znajdujących się w niej krajów, księgi 
zawierające niezliczone egzorcyzrny i modlitwy na każdą okazję, traktaty naukowe, opisy pór roku, zmiany 
pogody w różnych krajach, a przede wszystkim dwa nad wyraz ulubione i niezbędne dzieła: Ceremoniał Dworu 
Basileusowego, spisany przed stu laty z rozkazu cesarza Konstantego VII Porfirogenety dla użytku jego syna 
Romana, oraz księga zwana Onirokritis, ułożona przez wielkiego Artemidora, podająca tłumaczenie wszelkich 
snów, aż do najrzadszych.
Za mieniącą się, nieco uchyloną, jedwabną zasłoną, dzielącą namiot na dwoje, połyskiwały srebrem i 
miedzią miednice, miski do umywania nóg, zawiły mechaniczny przyrząd do łaźni ormiańskiej i 
rozkładany przenośny piecyk do grzania wody na kąpiel. U wejścia półnagi pachoł, piękny jak bożek 
pogański, rzucał na trójnóg z żarzącymi się węglami gałki żywiczne, wypełniające wnętrze orzeźwiającym 
zapachem jodłowego boru. W głębi namiotu, na głównej ścianie, błyszczał nieopisanym przepychem złota, 
emalii i drogich kamieni ołtarzyk, złożony z dwóch części. W górnej jaśniała ikona Najświętszej Panny 
Maryi cudownej, Panagii, Theotokos Blachernitissy, Patronki Bizancjum; w dolnej podobna ikona, nieco 
tylko mniejsza, przedstawiała Bardzo Światłego, Bardzo Pobożnego, Apostołom Równego, basileusa, 
autokratora, Aleksego Komnena, Porfirogenetę. Między oboma obrazami tkwił mały relikwiarzyk, 
zawierający Prześwięty, Przedostojny, Przeczcigodny Szczątek Krzyża.
Zarówno stratigos, jak jego dwór schylali się w niskim, doziemnym pokłonie, ilekroć przechodzili mimo 
ołtarzyka, czcząc zarazem, świętość Bożą i swego autokratora.
Obecnie stratigos, bawiąc się niedbale zapięciem szaty i tłumiąc ziewanie, przemawiał do siedzących 
naprzeciw niego Imbrama, Zbyluta, Jaśka Zawory, dwóch Nowinów, Węgra imieniem Gyor Bakócz, 
rycerzy de la Tour i (TArmaillac, tonących w puchach" poduszek. Słuchali go z roztargnieniem, 
spoglądając na siebie z niechęcią i zakłopotaniem. Nigdy w życiu na niczym równie miękkim nie siedzieli, 
a to, że nie było stałego oparcia, napełniało ich niepokojem. Nawet na dworze grabiego Rajmunda z 
Tuluzy, uchodzącym za szczyt wyszukanej wygody i zbytku, sztywna, przetykana złotem tkanina opinała 
twarde, drewniane, zaledwie wygładzone ławy. Jeżeli były gdzie po kasztelach poduszki pierzane, to tak 
nabite, że nie różniły się wiele od zwykłych duchen, wypchanych sianem. W łożach, nawet królewskich, na 
deskach leżała prosta słoma, przykryta mniej lub więcej kosztownym radnem. Zaskoczeni wygodą sprzętu, 
woje dotykali podejrzliwie szorstkimi dłońmi połyskliwych, lśniących wsypek, nie śmiejąc się poruszyć, by 
nie zapaść jeszcze głębiej. Osowiałym wzrokiem śledzili ręce stratigosa, którymi z lubością podkreślał 
pojedyncze wyrazy lub ozdobniejsze okresy. Ręce te były białe, upierścienione, wypieszczone, gładkie i 
miękkie w dotknięciu, o długich polerowanych paznokciach.
! rycerze, których pięść ze wzniesionym przedramieniem podobna była do maczugi drzewnej zjeżonej 
sękami, których pazury z rogu twardego"jak kopyto były krótko obgryzione (zjadając ułamki paznokci, 
unikało się niebezpieczeństwa wykorzystania ich do czarów) — patrzyli na dłonie greckiego patrycjusza z 
obrzydzeniem, jak się patrzy na nieznanego gada albo zmorę. Wszystko im się tu widziało obce i niemiłe. I 
poduszki, i te ręce, i głos Greka. Czyż możliwe, by rosły mężczyzna o wydatnych rysach i mocnych 
brwiach posiadał równie babski, cienki głos?! Głosem tym, wysokim, piskliwym stratigos przemawiał 
niezmordowanie w starannej łacinie, kunsztownie wiążąc zdania.
— ...Tak jest, najwaleczniejsi z walecznych — prawił — tak jest, szlachetni rycerze, dumo latyńskiego 
świata... Z kornym podziwem i niewypowiedzianym utęsknieniem, w ucisku, co nas otacza, przychodzimy 
błagać o pomoc orężnego ramienia... Nikt, nikt, jeno wy, chrześcijańscy rycerze, których sława sięga 
gwiazd, powołani jesteście przez Stwórcę, by ratować Jego dzieło. Na Christosa Pantokratora! Poczujcie 
się do tego zadania co rychlej! Zwlekać nie wolno ni dnia! Żadne słowa, choćby najwymowniejsze, nie 
odmalują srogiego położenia chrześcijan od Agarów zagrożonych... Zaprawdę byłoby im bezpieczniej 
zasypiać w lwiej paszczy niźli w granicach świętego Cesarstwa! Pewniejszym żywota był Daniel w jamie 
dzikich bestyj niźli my! Agarowie otaczają nas zewsząd. Wydarli nam już Kapadocję, Frygię, Bitynię, 
Troadę, Pont, Libię, Pamfilię, Izaurię, Licję, wyspy Chios, Mityłenę, Lesbos... Niedługo „Gród strzeżony 
przez Boga" ostanie sam jeden... Latoś przeklętnicy wyrwali nam zdradziecko Propontydę i Euksyn... Są 
jakoby pod bramami! Co gorsza, odkryli tajemnicę płynnego ognia, który jedyny trzymał ich w postrachu. 
Broń święta, od tysiąca lat i więcej strzegąca murów Bizancjum, obróciła się przeciw nam! Niebezpieczeństwo stąd dla nas straszliwe, zguba rychła, jeżeli Zachód nie przyjdzie nam w pomoc. Jaką drogą 
synowie szatana wydostali tajemnicę płynnego ognia — nie wiedzieć... Roby, przeznaczone do 
przyrządzania piorunującej cieczy, nigdy, przenigdy nie opuszczały miejsca. Wprawdzie, gdy sterani 
wiekiem stawali się niezdolni do pracy, odprawiano ich, lecz z wyłupionymi oczami i wyrwanym 
językiem, by tajemnicy wyjawić nie mogli ni wejścia do warsztatów wskazać... A jednak Agarowie 
tajemnicę tę posiedli... Widno przez czary... Biada! biada!
— Nie słyszeliin dotąd o Agarach, jeno o Saracenach — zauważył pan de la Tour.
— To jedno... Agarami nazywamy wszystkich pogan jako synów grzesznej Agar... Zresztą mniejsza 
o miano. Saraceny, Araby czy Turki, wszyscy jednako na wiarę świętą nastają. Łez by nie stało na to, 
by powtórzyć wszystkie udręki, jakich Chrystus Pan codziennie w osobach wyznawców swych 
doznaje... Zawziętość bluźniercza Agarów chce posiąść i splugawić bezcenne relikwie, w naszym 
posiadaniu zostające. One to właśnie kierują naszym błaganiem, są przyczyną naszej troski. Nie 
stoimy o mizerny żywot, który każdy z nas chętnie położy w nierównej walce, jeno o te skarby święte 
powierzone nam przez Stwórcę. Na myśl o możliwym zdobyciu ich i pohańbieniu serce zalewa żałość 
niewypowiedziana... Jeśli upadnie Bizancjum — zginie wiara święta. Bo czyż są cenniejsze rzeczy niż 
te, które się w naszych kościołach znajdują? Kolumna, do której Chrystus Pan był 
przywiązany... bicze, którymi Go smagano... (Krew pozostaje na nich do dzisiaj, cudownie świeża, 
nieskrzepła...) płaszcz, w który Go żołdaki na pośmiewisko oblekły... korona cierniowa i trzcina... 
więcej niż połowa Krzyża... gwoździe użyte do Męki... całun znaleziony w Grobie... dwanaście 
koszów, w których cudownie rozmnożył się chleb... głowa świętego Jana Chrzciciela, nic 
wiekiem nie uszkodzona... całkowite ciała niezliczonych świętych męczenników, 
mlodzianków i dziewic...
...Czyjaż dusza nie wzdrygnie się na myśl, że te prześwięte źródła łaski Bożej mogą wpaść w ręce 
szatanal O, nie dopuśćcie do tego, waleczni! Stańcie jako święty Jerzy, co pokonał smoka! Nie 
dopuśćcie również, by wpadły w chciwe ręce przeklętników niezliczone bogactwa ziemskie, jakie się 
w „Grodzie strzeżonym przez Boga" znajdują! Zaprawdę wierzajcie mi, że skarby Salomonowe były 
niczym wobec nich... Wszystkie one będą wasze... Oddamy je z radością! Nie pożałujemy niczego, bo 
nie chodzi nam o nic więcej, jak o wyzwolenie chrześcijaństwa i świętych Bożych pamiątek... Wzbogacicie siebie i rody wasze na długie lata... Spójrzcie w zawartość tego schowku...
Skinął na pachołka stojącego przy trójnogu, by podniósł wieko dębowej, srebrem okowanej skrzyni. 
Zalśniły przecudnie, blaskiem złota i drogich kamieni, pasy, zapony, naszyjniki, pierścienie i bugi.
— Raczcie wybrać stąd, co wola... W drobnym upominku... Słabej zapowiedzi dostatków, jakie czekają zwycięzców na miejscu. Bierzcież, proszę, szlachetni 
rycerze... Jeśli o złoto nie dbacie, powiem wam jeszcze na ucho, że klejnoty te są fraszką w 
porównaniu z urodą naszych białogłów... Greczynki słyną na całym świecie — i na Boga słusznie! — 
z czaru i kunsztów miłosnych... Z żadną niewiastą rycerz tyle roz^ koszy nie zazna, co z nimi... Że zaś 
wszystkie one prawe chrześcijanki, miłujące wiarę świętą ponad życie, jakżeż czule i chętnie witać 
będą jej zacnych obrońców! Nie pożałują niczego...
Uśmiechał się, mrużąc chytrze oczy i tłumiąc ponowne ziewanie. O, jakże go znudziło powtarzanie 
codziennie tego samego coraz to innym prostakom, umiejętne podniecanie wiary, chciwości, żądzy w 
barbarzyńcach cuchnących potem i skórami! Nie każdy by to potrafił tak jak on. Stratigos Argyrios 
czuł podziw dla własnej gotowości służenia ojczyźnie kosztem największych ofiar. Szlachetny 
Pantaleon, z woli basileusa przełożony logothesionu, oraz wielki protosebastos dworu, nie mogli, 
mianując go posłem, uczynić trafniejszego wyboru! Stratigos Argyrios nie wątpił, że wymieniem 
dostojnicy potrafią wielkie te jego zasługi ocenić i wynagrodzić.
Barbarzyńcy zaś słuchali w milczeniu jego wywodów nie odzywając się zgoła. Z dziecinnym 
podziwem patrzyli na ukazywane im klejnoty, z pełną godności obojętnością'kłonili głowy, gdy je 
kładł im w ręce. Przy czym sami nie wiedzieli, skąd pochodzi ogarniająca ich coraz silniej nieufność i 
niechęć. Tak uczenie przemawiał poseł, tak ozdobnie! Biskup lepiej by nie zdołał. Jednak nieomylny 
instynkt ludzi prostych i pierwotnych nakazywał im ostrożność.
Wyszli na koniec, odprowadzeni uroczyście przez rosłych, doskonale uzbrojonych protospatariów. 
Otrzymane dary złożyli w ręce oczekujących na nich przed namiotem giermków. Przy wyjściu z 
greckiego obozu natknęli się na gromadkę żywo rozprawiających wojów w pancerzach skórzanych, 
srebrzystych szłomach, z mieczami i toporami z podwójnym ostrzem u pasa. Dźwięk ich mowy 
przykuł rycerzy polskich zdumieniem do miejsca.
...Swojaki!......Rusy!...
Stanęli uradowani, a zarazem nie wiedzący, czy godzi im się witać? Rycerze to czy najemnicy albo 
jeńcy? Lecz tamci już wzajem rozpoznali sąsiadów i szli z rozjaśnionymi twarzami.
— Wolni, pasowani jesteśmy, z dobrawoli na służbie basileusa zostający.
Więc już bez obawy, szczerze szczęśliwi ze spotkania pobratymców, rycerze polscy wyciągają prawice 
obracając je dłonią otwartą do góry. Wraz w oczach staje złotobramny Kijów, wojacka przeszłość, chwalebne 
wyprawy... Pożegnawszy Prowansalczyków idą radzi do skórzanego stanu współplemieńców.
...Rusaki! Skąd się tu wzięły!?
Ciężkie, słodkie greckie wino przypomina miód, pijany — jak dawno już — doma, i rozwiązuje powściągliwe 
języki.
— Nas tu jest siła — objaśniają gospodarze — i nas, i innych ze świata... Greka w greckich drużynach nie 
uświadczysz, chybaby przypadkiem. Wespół z nami służą Bułgary, Duńczyki, Węgry, Szwedy, Awary, 
Pieczeniegi, Huny, ba, Saraceny i Turki...
— Pogany?
— A dyć. My prawe chrześcijany, ale pogan niemało, osobliwie Waregów. Powiadają Greki, że gród 
ich strzeżony przez Boga, ale zaciągi czyniąc, nie pytają o wiarę, jeno o wojenną sprawność. Im ta wszystko jest 
zarówno. I diabła by zaciągnęły...
Przeżegnali się wszyscy i spiesznie po trzykroć splunęli. — Czegój sami do drużyn nie idą?
— Hej, im oręż nie w głowie! Próżniaki prawe. Wojna nieluba, a życie nadto miłe... Żaden głowy nie 
nadstawi...
— Cóż tedy robią? — pytali ze zdumieniem goście, dla których walka była treścią i ozdobą rycerskiego bytu.
— W piłkę grają, wyścigi wierzchem albo na wozach strasznie lubią, kąpią się, czytają jak mnichy, piszą, 
śpiewają, ucztują, gadają... Takie życie! A im płuży...
— Słuchać dziw...
— Pewno, że dziw. Żeby nie my, obce, dawno by ich Saraceny zeżarły. Teraz tu sklamrzą o pomoc... Stratigos 
pono basileusowi przysiągł, że bez pomocy nie wróci... Was też pewnikiem namawiał?...
— Ano. Dary grzeczne dał.
— Każdemu daje, byle znęcić. Dawać może snadnie, bo bogactwa tam takie, jakich gdzie indziej nie ujrzeć. 
Złoto wszędy: na dachach, na posowie, na podłodze... Z całego świata złoto zebrane u nich leży... Od tego złota 
widno tak zdumieli. Obaczym, czy się posłowi powiedzie... Mądry jucha, chociaż skop...
__ Patrzy na bystrego...
__ Bystry to on jest... O skopie mówię wedle tego, że rzezaniec...
Nie rozumieli. Wytłumaczył brutalnym gestem i słowem, śmiejąc się z ich obrzydzonego zdziwienia. — Tam 
takich moc. Wszvstkłe bękarty cesarskie, żeby się o panowanie nie zgłaszały, albo zwykłe niewolne do 
strzeżenia żon nobilów...
— Gadacie, żarty z nas stroją, boć nikt w to wierzyć nie
może...
__ N?a Spasa i Przeczystą, sprawiedliwą 'mówię prawdę!
Niech wszystkie tutaj poświadczą. Rzezańce pilnują im białek. Co prawda na psa zda się ta opieka, bo one k'nam 
rade uciekają... O zmroku w obcych drużynach pełno niewiast z samych co najprzedniejszych greckich rodów... 
Dopieroż uciecha!...
— Cóż mężowie?
— Niby nie wiedzą... Zresztą, co ich to obchodzi? Woid chłopięta...
— Chłopięta!!?
— Ano. Z niedolatkami szpetnie się zabawiają. Co oczy wytrzeszczacie? Jeśli was stratigos zmani, 
nie takie rzeczy ujrzycie...
To mówiąc Oleg syn Olega, z plemiennych starodawnych książąt ruskich, którego dziad brał udział w 
wiekopomnej wyprawie Swiatopełka na Bizancjum, cisnął z gniewem kubek na ziemię i zgniótł nogą.
— Plugawce są i tyła! — wykrzyknął. — Dziś bym na swoje dziedziny z drużyny wracał, jeno umowa trzyma. 
Trzeba uczciwie, po wojacku, dodzierżeć końca, dopieroż odejść. Złota można się u nich nabrać, owszem. 
Sławy nie zaczujesz, a cóż jest złoto bez sławy? Drzewiej były pono wojenne basileuse, Bułgarobójca... 
Nikefor Fokas... Cemisces... Teraz już nie. Pokoju jeno chcą. W matactwach strasznie urnne, ozorem mielą, 
głową kręcą, radzą, pergaminy piszą, złotem walą, byle się od walki wykpić, a znaleźć kogoś, co by ich 
zasłonił... Takie svny...
Odurzeni zarówno mocnym greckim winem, jak nadmiarem wrażeń niemożliwych do pojęcia, Ślązacy zastali w 
swoim obozie niezwykły rozgwar i rozruch. Od gniewnych głosów huczało jak w ulu. Bełkocząc z przejęcia 
bardziej niż zwykle, Momot Zawora opowiedział im, co zaszło:
Oto przyjęci bezpotrzebnie do towarzystwa rycerze Gottschalk i Emich okazali się wierutnymi 
łgarzami, niegodnymi rycerskiego pasa. Starali się otrzymać pożyczkę u miejscowego bogatego Żyda, 
nazwiskiem Dawid Kalonymos. Jak wiadomo, dłużnik w razie nieoddania długu szedł w niewolę. 
Jużcić rycerz nie szedł sam. Oddawał w zastępstwie za siebie sługi, w ilości odpowiedniej do 
wysokości długu. Panowie Gottschalk i Emich zapewniali Kalonymosa, że cały obóz polski, przy 
poselstwie węgierskim leżący, stanowi ich własność. Podawali się za bogaczy, gdy w rzeczywistości 
posiadali jeno to, co na grzbiecie, trzy stare konie i jednego kaprawego sługę z przetrąconą nogą. 
Ostrożny Żyd, zanim wypłacił pieniądze, przysłał cichaczem wiernika swojego do obozu sprawdzić. 
Wypędzono go, grożąc płazowaniem, bo skąd Żyd śmie stanąć w obozie, lecz wiadomość o 
zamierzonym oszustwie przedostała się od sług do panów wywołując zrozumiałe oburzenie.
Świat ówczesny, świat rycerski, posiadał tysiące wad, był twardy, bezwzględny, okrutny, łupieżczy i 
częstokroć niegodziwy, przecie zachowywał wiernie najważniejsze swoje przykazanie: wiarygodność 
słowa. Pasowany nie śmiał kłamać. Najcenniejszym przydomkiem każdego rycerza było: prawy, 
preux, probus. Za hańbę poczytywano, gdy słowa mówiły inaczej niż myśl, dłoń poczynała inaczej niż 
słowa. Prócz jedynego kłamstwa w obronie czci niewieściej, dozwolonego przez rycerski świat 
Latynów, rycerz schwytany na łgarstwie tracił pasowanie i cześć.
Toteż wzburzeni Ślązacy i Węgrzy obiecywali sobie ukarać przykładnie niegodnych panów 
niemieckich. Ci jednak, zasłyszawszy wcześniej o zajściu zapewne od swojego kaprawego serviensa, 
co choć klął na nich i wymyślał, wiele wlazło, w kole giermków, tej samej był maści, co oni — nie 
pokazali się więcej w obozie.
Rozdział dziesiąty
W KTÓRYM PAPIEŻ URBAN II I ADEMAR
DE MONTEIL, BISKUP Z PUY, PRZYJACIELE,
GADAJĄ NOCĄ SAMODWA O TAJNYCH SPRAWACH
BOSKICH I CZŁOWIECZYCH
Wiatr zimny, północny przeciągał nad grodem, świszcząc w otworach okiennych. Lecz rozmawiający 
w wieży zamku zmarłego arcybiskupa Duranda papież Urban II i towarzysz jego lat zakonnych 
Ademar de Monteil, biskup z Puy, nie czuli chłodu. Korzystając z ostatnich chwil swobodnych przed 
otwarciem soboru, mającym nastąpić nazajutrz, radowali się sobą po długoletniej rozłące.
Szczupły, przygarbiony papież przemierzał szybkim krokiem ciasną komnatę raz wraz przystając przy 
wąskim, wy-, sokim oknie. Wysuwał przez nie głowę o zapadłych, szorstkich policzkach i 
przenikliwych oczach, poddając ją cięciom wiatru. W przezroczystym cieniu nocy widział wtedy 
rozłożony pod stopami gród i olbrzymie rojowisko ludzi, otaczające go wokół. Tysiące ogni 
roznieconych dla ochrony przed chłodem błyskało ku patrzącemu, niby wyczekująco. Na niebie, 
chociaż noc dawno zapadła, leżały czerwone, jakby zapomniane błyski, i Urban II wskazał ręką 
przyjacielowi te spóźnione zorze.
— Spójrz, bracie... widziałeś taką czerwień o tej godzinie?... Powiadają, że przed śmiercią Cezara 
słońce zaszło w otęczy czerwonej i że otęcz ta została późno w noc, choć słońce dawno się 
skryło... Czy nie to samo dzieje się dziś, gdy Zachód ma się oderwać od swych korzeni, by 
runąć na Wschód?...
— Ty wierzysz istotnie, że runie?...
Potrząsając głową z niedowierzaniem, Ademar de Monteil podszedł ku oknu. Był wyższy od 
przyjaciela o głowę. Że był rycerzem pasowanym, zanim został mnichem i biskupem, zachował w 
ruchach siłę i zdecydowanie.
Teraz, stojąc obok siebie, patrzyli obaj na morze migoczących świateł, jak gdyby spoglądali w odmęt 
dusz.
— Po coś sprowadził tutaj te wszystkie rozbieżne żywioły? — pytał Ademar. — Nic z tego dobrego nie 
wyjdzie... Nie zrodzisz przyjaźni między Robertem Courte-Heuse, wnukiem diabła, a szalonym 
Rajmundem z Tuluzy. Walczyć będą ze sobą, gdzie się ino dopadną, miasto iść społem, jak ty pragniesz. 
Raczej ogień i wodę ożenisz niźli tych baronów. Wybiją wzajem siebie i swoich ludzi, zanim do granicy 
dojdą...
— Wybijają się i tak, jeno w powolniejszym trybie. Mylisz się zresztą, Ademarze. Oni pójdą. Będą 
przeciw ościeniowi wierzgać, ale pójdą. Pójdą i dojdą. Iść — jest mus! Mus! Posłuchaj, co mówią posły 
Aleksego... Nie na lata, na miesiące liczy się żywot Bizancjum... Gdy runie cesarstwo, kto zatrzyma 
pochód Mahometa? Niedołężna Ruś, Bułgaria, Węgry czy Polska bez króla? Z dniem upadku Bizancjum 
Saraceny pchną się na Słowian, na Italię, Pireneje... Zaleją Francję, zajmą Rzym... Chełpią się już, że 
koń turecki będzie się pasł na opuszczonym Grobie Apostoła... I tak będzie, obaczysz, że tak będzie, jeżeli 
zawczasu naprzeciw nie wyjdziem!...
— Może być... Przypuśćmy, że rycerstwo pójdzie... Lecz po co te tłumy?... Na coś je zwołał? Czy i one 
mają iść?
— Rzekłeś. Pójdą.
— Szalonyś, Odonie! Cóż zdziałają nieskładne kupy, wojennego rzemiosła, nie znające?
— Nie oszalałem, bracie. Słuchaj mnie jeno do końca. Zali sądzisz, że tylko Saraceny chrześcijaństwu 
grożą? Że nic sroższego nad nich nie masz? Spójrz wkoło! Nie widzisz, że świat ten ginie? Gnije i ginie?... 
Spójrz na powszechną nędzę, brud, lenistwo, przemoc, ucisk, obojętność dla spraw ducha! Z roku na rok 
się pogarsza, z roku na rok ciężej żyć... Zwali się nam to wszystko na głowy, jeśli nowego ładu nie 
wprowadzim. Trzeba ta całą spróchniałą budowa wstrząsnąć, wzruszyć, do dna zmącić, świeżego tchu 
napuścić... I oto, poom ich zwołał... Wywieść ich chcę gdzieś, od samych siebie'... Rozumiesz!?
—- Czy rozumiem., czy widzę, że świat ten gnije? Odonie! Jedno myślę: że nie warto go wybawiać...
— A chrześcijaństwo? — wykrzyknął papież z przerażeniem.
Zamilkli na chwilę.
— Pomnisz — podjął cicho, gorąco Ademar — jako pół tysiąca lat temu myśleli ludzie, że cesarskie 
imperium a chrześcijaństwo to jedno... Padnie Cezar, padnie Chrystus. I biskupy wyklinały tych, co 
oddawali grody barbarzyńcom... Modlono się za imperium. Lecz Cezar padł. Chrystus został. Czy nie będzie tak i teraz?
Urban II zaprzeczył żywo rękami.
__. jsjie, nie! Tego porównywać nie można!... Gdyby dzisiejsza społeczność, dzisiejszy świat upadły, 
musiałby upaść i Kościół...
Ademar uśmiechnął się gorzko.
__. ...Kościół... — powtórzył. — Przypomina się siła spomiędzy naszych biskupów, opatów...
__ Nie kończ! Wiem, co myślisz! Mimo wszystko oni są
Kościołem, zaś Kościół a Chrystus to jedno...
— Jestżeś tego taki pewny?...
Urban II odwrócił się gwałtownie ku mówiącemu. Twarz' mu pobladła jak chusta.
— Słuchaj — rzekł ściszonym głosem — słuchaj, nawet w taką noc jak ta, gdyśmy sarni i nikt nas 
nie słyszy, jeno te cztery ściany i Bóg, nie wolno ci dopuszczać takich myśli! Nie pozwalam! Bronię! 
Strzeż się! Zakazując jako zwierzchnik! Błądzisz, och, jak błądzisz... Za dużo wiedzy nabrałeś... Nadto 
ślęczysz w greckich, rzymskich mędrcach.
— Wiedzy nigdy dość.
— Ej, bracie, od nadmiaru wiedzy człek dufnieje, chce pojąć, co niepojęte, i na manowce schodzi... 
Jak gnostycy, śmieszni ludzie ze swą gromadą Eonów, szczeblami ustawionych w Pleromie, i wiarą, że 
mogą stać się niewidzialni... Oto owoc zbytniej nauki...
— Nigdy na to nie przystanę. I ty drzewiej myślałeś inaczej... Odmienił cię Rzym... Ostawmy to... Chcesz 
być wtórym Mojżeszem? Tych nieboraków ciemnych, kłótliwych, głodnych ciągnąć na pustynię jak on 
Izraela? Bacz, że mu Pan widomie pomagał.
— Dlaczego by nie pomagał i mnie? W obliczu Jego chwila dzisiejsza jest ta sama, co tysiąc lat temu 
nazad. Cóż się zmieniło? Czy Jego potęga?
— Zachowałeś wiarę w cuda, Odonie.
— Zaliś ty ją stracił?
— Bo ja wiem... Wierzę równie mocno jak niegdyś, gdyśmy medytacje odprawiali, w Boga wieczne 
miłosierdzie. Wierzę w sens i cel stworzenia, choć tak głęboko, tak boleśnie dla nas ukryty... Sczezłbym 
bez tej wiary... Sczezłbym w tym świecie tak srogim, niepoczciwym i pustym, bez świadomości, że przy 
miłosiernym, niezawistnym ani pamiętliwym Bogu króluje ucieleśniona, ubóstwiona 
Macierzyńskość, ku której
przymknąć można, przypaść jak dziecko do matki i uczuć się bezpiecznym... Wierzę, że te Moce 
Najświętsze są ustawicznie czujne, nie gardzące by najlichszym pyłem człowieczym... Tylko z taką 
świadomością można na świecie żyć i nie oszaleć... Wierzę też w cuda, choć wątpię, czy są one tak 
częste, jak ludzie powiadają. Natomiast nie wierzę, bracie, w twój szalony zamysł. Nie! Bo nieraz mi 
się zda, że chrześcijaństwo padło na ludzką naturę jak anielski kwiat na skałę, kwiat, co się nie przyjął 
i przyjąć nie może. Wprawdzie każdy człek zdrowym rozumem obdarzony, choćby był poganinem, 
przyzna, że chrześcijaństwo to jedyny lek na wszystkie boleści świata. Miłować się zamiast 
nienawidzić... Tworzyć zamiast niszczyć... Chrześcijaństwo — to opieka nad dzieckiem i niewiastą... 
Nad wszystkim, co stare lub słabe... To sprawiedliwy rozdział dóbr... To skrępowanie możnych i 
silnych więzami własnego sumienia... Czyż świat nie byłby wtedy obiecanym Królestwem Bożym!? 
Ale natura ludzka chrześcijaństwa nie przyjęła. I nie przyjmie. By zaś twój zamysł się spełnił, trzeba, 
wiesz czego? By choć połowa tych ludzi poczuła się chrześcijanami. Pojmujesz, co to znaczy...
— Trzeba wierzyć, że się poczują...
— Daj Boże. Któż ich powiedzie? Ten mnich Piotr?
— O nie. Piotr, poczciwina, jest tylko krzesiwkiem Bożym. Wodzem musi być pomazaniec, król 
koronowany, którego supremację uznałyby nasze barony. Włodzisław węgierski. Z matki Polki. 
Sprawiedliwy władacz, prawy rycerz. Posyłałem do niego tajne poselstwo zeszłego lata. Zgadza się. 
Pójdzie. Przybyły właśnie jego posły z odpowiedzią... Razem z nimi przyjechał też poczet 
polskiego rycerstwa...
— Polska... Co się dzieje w niej teraz?
— Nic dobrego. Książę imię ma Herman, po dziadku, wielkim arcybiskupie Kolonii, ale niezdatny. 
Korony z dobrawoli się zrzekł i lennikiem cesarza jest. Z synem wojuje. Ulubieńca ma. Nie ta to już 
Polska, której Grzegorz Hildebrand kazał być pomostem między Wschodem a Zachodem i wielkie 
znaczenie dawał... Może się to jeszcze wróci... Zawdy dobrze, że na polskich rycerzach w dniu 
jutrzejszym nie zbędzie... Jest także królewicz duński... Nawet Boemund ruszył się pono z Tarentu i 
ciągnie k'nam.
— Tego się strzeż! Powiadają, że diabeł przed nim uciekł, obawiając się, iż będzie w pole 
wyprowadzony i sprzedany.
— Ja się nie boję.
Wiatr pociągał coraz chłodniej, przeto odeszli od okna.
— Więc Włodzisław węgierski powiedzie... Dobrze, że się choć jeden król uchował na tę potrzebę, 
klątwą nie obłożon... — zauważył Ademar z przekąsem.
— Któż temu winien? — żachnął się Urban gniewnie.
— Ej, nadużywają nasze biskupy klątwy, nieraz bez potrzeby...
— Co mają robić? Daj inny sposób okiełznania ludzi.
— Powiedz mi lepiej, Odonie, byłli Marcin, dobry biskup z Tours, któren głosem bożki pogańskie 
przewalał, sprawiedliwym świętym iii nie?
— Jakże! Był i to największym!
— Nie rzekłci on Marcin: „Ty nawet, nieszczęsny szatanie, gdybyś przestał gubić dusze, 
otrzymałbyś łaskę Chrystusową"?
— Tak — przyznał Urban trąc policzek w zamyśleniu — tako rzekł. I powiadają, że szatan 
zapłakał wtedy po raz pierwszy od upadku i zbiegł...
— A widzisz! Czyli że skrucha wystarcza, a kary nie potrzeba. Czemuż tedy tyle u nas zawziętej 
srogości? Czemu o byle co straszą wiecznym potępieniem i rozgrzeszenia bronią?
— Ja tak nie czynię.
— Wiem. Ale drugie? Nie ta samaż to, co Marcinowa, nauka?
— Ta sama. Jeno widzisz, bracie, łacniej nieraz zawstydzić szatana niźli człowieka.
— Gniew nie naprawi nikogo.
— Czymże ich naprawię?
— Niczym, Odonie. Wybij sobie z głowy, że świat można by przerobić. Nie przerobi się. A zamiar 
twój to szaleństwo, do którego nierad bym ręki przykładać.
— Trzeba się chwytać i szaleństwa, gdy zguba nad karkiem.
To jej nie odwlecze... Ach, bracie, kiedy my spoczniem?! Odejść w góry lub puszczę nadmorską, śnić, 
że świat jest szczęśliwy i bezgrzeszny, jak był w dniu stworzenia, i o niczym, kromie o Bogu, nie 
wiedzieć...
Rozdział jedenasty
GDZIE PIOTR EREMITA PRZEMAWIA, PAPIEŻ PRZEMAWIA, TYSIĄCE SŁUCHAJĄ, 
TYSIĄCE ODPOWIADAJĄ, PŁOMIEŃ PRZELATUJE WICHREM I POCZĘTA JEST 
KRUCJATA
Od czarnych i wygasłych wzgórz, co przed tysiącami lat spływały żywym ogniem w dolinę, wiał ten 
sam zimny wiatr, tak zimny, jakby dął w dalekiej Polsce, nie w łagodnej krainie francuskiej. Lecz 
ludzi, stojących niezliczoną rzeszą, zestosowanych ściśle ramię do ramienia, grzały równie wzajemna 
bliskość, jak niecierpliwa ciekawość. Przeciągające się od tylu niedziel oczekiwanie napięło wszystkie 
myśli jak cięciwę. Nastrój ten podnosili jeszcze uwijający się wśród tłumu mnisi i inni ludzie 
papiescy, powiadający o dziwnych i straszliwych znakach, od których roi się na ziemi i na niebie... 
Bosfor zamarzł, po Nilu zeszłej zimy płynęła kra... I ludzie, co nigdy nie słyszeli, czym by był Nil i 
Bosfor, na sam dźwięk obcych słów żegnali, się trwożnie. Z nie mniejszym lękiem słuchali, że w 
Burgundii spadł deszcz głazów, a na każdym kamieniu widniał wyryty znak krzyża. Ogniste gwiazdy 
padały nocą na ziemię. Kometa, zwiastun złowieszczy, widna była noc w noc nad Bizancjum... W 
Paryżu uległo się cielę dwugłowe... Wszystko to było niezawodnym znakiem gniewu Bożego i 
rychłych straszliwych zdarzeń. Inni z tych mówców wskazywali na ciężką dzisiejszą dolę roba, trud i 
nędzę, obiecując łatwiejszy żywot w pełni błogosławieństwa Bożego.
Podawano chciwe ucha tym wieściom. Snadno przychodziło uwierzyć, że nadchodzi jakaś zasadnicza 
odmiana bytu, wróżona przez tyle dziwów. Nieprawdopodobnym zdawało się, by po soborze mogli 
rozejść się z powrotem do domów, jak gdyby nic nie zaszło, i żyć, jak żyli przody. Stali na tym 
wielkim błoniu omiatanym zimnym wiatrem, niby przed zawartymi drzwiami przyszłości, gotowi 
przyjąć, co się za nimi okaże. Czekali tylko hasła, czekali, by im powiedziano, co mają
uczynić, co spełnić. Sami nie wiedzieli, jak dalece w ostatnich tygodniach oderwali się od swoich 
nędznych bytowań, stojąc w nieświadomej gotowości do jakiejś wielkiej drogi w nieznane. Na końcu 
tej drogi miała zabłysnąć lepsza dola — tak napomykały mnichy — jakieś jutro piękne, chwalebne i 
korzystne zarazem. Zwid tego jutra rozpalał umysły, barwił wyobraźnię, tym bardziej że mało kto 
mógłby żałować doli porzuconej. W panującym ustroju tak nieliczni, tak bardzo nieliczni czuli się 
swobodnie i dobrze! Więc czekano.
Czekano od świtu. Niektórzy zerwali się jeszcze nocą, by wcześniej zająć najbliższe miejsca, skąd 
można będzie wszystko dobrze słyszeć i widzieć. Jużci, miejsca nie na ziemi, skąd by ich wnet 
przegnali wielmoże, ale na drzewach, dachach pobliskich i murach grodzkich, gdzie wiadomo, że 
szlachetni się nie usadowią. Pozostali kupią się szerokim mrowiem dookoła. Plac na to uroczyste, tyle 
czasu oczekiwane posiedzenie wybrano w pobliżu bramy świętego Herwiusza. Zrazu miało się ono 
odbyć na majdanie targowym. Że jednak pośrodku stała ruina pogańskiej kąciny, Ojcu świętemu nie 
zdało się to miejsce odpowiednie. Demony pogańskie, niechybnie w zwaliskach pozostające, mogły 
snadno wpłynąć ujemnie na szczęśliwy przebieg rozpraw.
Przy tym tuż od bramy świętego Herwiusza zaczynała się długa, łagodna pochyłość, schodząca od 
grodu w niską biel, dolinę, ciągnącą się aż ku Montferrand. Ta pochyłość pozwalała oczekiwać nawet 
dalej stojącym, że obaczą postać Ojca świętego na drewnianym podwyższeniu okrytym purpurą oraz 
Piotra Pustelnika. Ale czy usłyszą? Jużci, że nie usłyszą. To rzecz niemożliwa. Nie ma głosu 
ludzkiego dość donośnego, by obleciał wielkie błonie zasłane stutysięcznym tłumem. Usłyszą tylko co 
najbliżsi i powtórzą dalszym. Trudno. Zresztą to już rzecz Ojca świętego. Skoro ich tu zawezwał, 
zadba o to, by każdy wiedział, czego od nich chciał.
Poza wywyższoną mównicą błyszczały namioty poselstwa greckiego, labarum z -orłem rozdartym na 
dwoje, na lewo czerwienił się proporzec duński przecięty na czworo wielkim białym krzyżem. Przy 
mównicy zostawiony był wolny kwadrat przestrzeni obsadzonej przez wielmożów, stojących konno 
lub na podwyższeniach. Że Ojciec święty nie nadchodził, trwając jeszcze na modłach w katedrze, a 
ziąb brał, ludzie gadali głośno i ruszali się dla rozgrzewki.
Poprzedzany przez czterech rycerzy przeciskał się od góry ku polskiej drużynie królewicz duński 
Swenon. Urodziwy,
młodziusieńki. Rad był poznać wojów z plemienia swej babki Storrady. Patrzył na nich z dziecinną 
ciekawością, wypytując po łacinie i płoniąc się przy tym jak młódka, a oni spoglądali na niego z 
rozrzewnieniem i zazdrością. Wrzawa wybuchła, zwiastująca zbliżanie się Ojca świętego, więc 
odszedł spiesznie z powrotem. Prąca naprzód fala tłumu zepchnęła go i jego rycerzy nieco w bok z 
drogi, ku miejscu, gdzie na podwyższeniu, zaledwie niższym od przeznaczonego dla papieża i równie 
purpurą zasłanym, stał ze swym dworem Filip, pan Burgundii, najpotężniejszy z włodyków 
francuskich. Córka jego Florina, siedząca na przedzie, wychylała się ciekawie przez poręcz. 
Zwisały długie, jasne kosy, przedłużone i usztywnione wąską, złocistą, wplecioną w nie krajką. W 
poważnej ramie prostych biczów włosów, nad białą szatką podobną do sukien posągów stojących u 
wejścia katedry, różowiała twarzyczka dziecinna, o dużych błękitnych oczach i maleńkich 
rozchylonych ustach. Zwisie warkocze musnęły głowę Swenona. Podniósł ze zdziwieniem oczy i 
spotkawszy się z jej wzrokiem — stanął. Zapatrzyli się na siebie, aż pan Burgundii pogładził wąsa z 
uśmiechem. Nie było mu przykre, że syn królewski stoi tak urzeczony przed jego pieszczotką, co bezwiednie zwija w palcach i rozwija sztywny warkocz, jakby tą oznaką dziewictwa chciała się bronić 
przed ogarniającym ją zmieszaniem. A że był człowiekiem rzeczowym i bystrym, wnet z tego 
spotkania młodych wysnuł kopę trafnych myśli. Królewski syn... Dunia kajś strasznie daleko, ale ród 
przedni... Dwór pono bogaty... Czemu by nie?... Diuk burgundzki nie może wydać córki inaczej jak za 
króla albo za cesarza... Czemu by nie?... Ino wiedzieć, z kim też król duński jest w przyjaźni, a z 
kim w wojnie? Dałby sieli ten zięć zużytkować przeciw znienawidzonemu chłystkowi, królowi 
Paryża? Zapatrzony we Florinę jak w obraz, kłoniąc się dworsko ojcu i matce, ogromnej 
niewieście w wysokim kwefie, okalającym twarz o trzech podbródkach, królewicz odchodził. Patrząc 
za nim książę postanowił zobaczyć się jak najprędzej z chytrym Arnuldem, kapelanem 
normandzkiego Roberta, wszystkie sprawy północne na wylot znającym, i od niego szczegółów o 
duńskim dworze zasięgnąć.
Nagły, potężny okrzyk przerwał te rzeczowe rozważania. Wzbił się nad szmery tysiąca pogwarek i 
huczał dziwnie, niby stujęzycznie:
— Narodzie! Chrześcijański narodzie!!...
Czyjże to głos? Piotra Eremity, stojącego na papieskim
podwyższeniu, zaledwie widocznej maleńkiej postaci, śmiesznej w zbyt wielkim kapturze, o ruchach 
podobnych do ruchów owada? Jego głos, owszem, lecz powtórzony przez trzystu przemyślnie 
rozstawionych powtarzaczy. Stali na przewróconych beczkach albo kłodach, co kilkadziesiąt kroków 
jeden od drugiego, wyćwiczeni w tym, by powtarzać każde słowo mówcy bez zająknienia i zmiany, a 
najgłośniej jak mogli. Stali w dziesięciu kręgach, coraz to szerszych, obejmując zasięgiem głosów całe 
pole. A tak słowa małego człowieka w opończy z długim kapturem zdawały się brzmieć naraz 
zewsząd, spadać jakoby wprost z góry.
— ...Ludzie, którzy tu czekacie!
...Ludzie chrześcijańscy, czy wiecie, co znaczą srogie znaki na ziemi i niebie!?...
...Kołaczą kości wielkiego papieża o siebie, kołaczą w trumnie, nie mając spokoju po zgonie!
...W Azji Mniejszej ziemia trzęsie się od dwu miesięcy, że walą się domy, drzewa i padają skały! Jak 
kości papieża kołaczą w podziemiu, tak tam cały grunt dygoce w lęku i oczekiwaniu. Nad Ziemią 
Świętą stoi gwiazda z ognistym ogonem, co wróży zawdy zagładę. Komu ta zagłada, komu? Co wróżą 
wszystkie te znaki? Chrześcijanie! One wróżą okropny gniew Boży za pohańbienie najświętszego 
miejsca! Chrystusów Grób w poniewierce! W pogańskich ręku! Woła archanioł, jenż będzie budził na 
sąd: Gdzie chrześcijany!? Czy już ich nie ma na świecie?! Niech się odezwą, aczli są, niech słuchają! 
Słuchajcie, bo z archanielskiego rozkazu powiadam! Powiem, com oczami widział, dłonią dotknął, 
uchem słyszał... Byłem w Jeruzalemie, bardzo świętym mieście... Byłem ja sam, co przed wami stoję. 
Tymi nogami schodziłem Świętą Ziemię. Tymi oczami płakałem... Te ręce dotykały skały pękniętej 
Golgoty... I widziałem! Widziałem!... Widziałem! Dwa miesiące wraz z innymi pątnikami leżałem w 
pyle u bramy Świętego Miasta, wśród trędowratych i zbiegów, czekając darmo, aż strażniki zwoła 
wejść do grodu... Gdy przejeżdżały szeiki albo kupce, staralimy się przemknąć między nogami 
wielbłądów. Czasem się' to niektórym udało. Których strażniki spostrzegły, biły okropnie batami i 
klęły... Inni z wierzchu murów wołali (bo się wyuczyli od jeńców naszej mowy, żeby móc urągać): 
„Lichy wasz Bóg, kiej was do swego grodu wprowadzić nie może"... A inni: „Ani On Bóg, ani prorok, 
ani o nich dba"... Trzeba tego było słuchać milcząc. Leżałeś, człowiecze, skopany, zbity, zhańbiony. 
Od
słońca wyschły jak wiór, od głodu lekki jak liść, od hańby gorzki jak piołun... Udało mi się w końcu wejść 
pod wielbłądem do miasta, a tamte moje towarzysze ostały... Albo pomarły, albo leża we skwarze 
dotychczas;.. Dopiero gdym wszedł do grodu — o Boże, Ty wielki Boże!
— ...Boże! Boże! — leciało nad głowami zamarłego w zasłuchaniu tłumu.
— ...Niewolnik u złego pana nie żyje w takim ucisku jak chrześcijany tameczne. Każdy musi dla hańby 
nosić na szyi krzyż z ołowiu lub żelaza, wagi więcej niż dwadzieścia funtów. Od męki ustawicznej drżą im 
członki. Od ciągłej grozy zabyli uśmiechu. Sam Bóg nad nimi płacze. Powiadają, że nie ma miesiąca, 
by patriarcha nie znalazł na ołtarzu świętej bazyliki listu prosto zesłanego z nieba. Archanioł poniektóry 
pisze, a Matuchna albo sarn Zbawiciel swoją ręką podpisuje... Powiadał mi, który widział, że na jednym 
Krew Najświętsza dla wiarygodności była przyłożona... Żali się Pan w tym pisaniu nad pohańbieniem 
miejsca, które świętym zrobił, i do obrony przyzywa... — Obmierzło mi to pogaństwo, co śmierdzi, 
gdziem ja konał — powiada — zlitowałem się nad ludźmi i uprosiłem Ojca, żeby końca świata nie zsyłał, 
jako chciał, ale już więcej przyczyniać się nie będę, skoro tak o mnie nie dbają...
— ...Nie dbają...!! — ryknęli echem powtarzacze.
— ...Jezu! Jezu! — przeleciało wichrem ponad tłumem.
— ...I jeszcze stało w tym liście, a to mi sam patriarcha powtarzał: Gdyby tu przyszły mnie bronić, sam 
bym stanął na ich czele, jakom niegdyś wodził po tych dziedzinach ludzi, co szli za mną, a Saracenów 
przegonił...
— ...Jezu! Jezu!...
— ...Tom, bracia, widział i słyszał. Odpuścił mnie stamtąd Bóg cało, bym to powtórzył. Za archaniołem 
wołam: Gdzie są chrześcijanie? ...Czemu Grobu nie wspomogą?!... Zabiegają o swoje dobro i 
błogosławieństwa Bożego czekają, a jakież może być błogosławieństwo, gdy Pan słusznie zagniewany?! Strzeżcie się .gniewu i kary! Zły to żołnierz, co Pana swojego nie broni. Zły pies czujnik, co 
na szkodnika nie szczeka! Zły to syn,.co grobu ojców swoich nie szanuje... Nie będzie dla niego miejsca 
w domu Ojca Niebieskiego, nagotowanym od stworzenia świata!... To wam powiadam, ja, który tam 
byłem...
— ...Byłem! Byłem! Byłem!... — powtarzały głosy zewsząd.
— ...Do Ziemi Świętej! Wyzwolić Chrystusa! Wszyscy, ktorży w Boga wierzą, nie tylko wojaki! Przyszedł dzień, że nie wolno oglądać się wstecz ani ręki przykładać 
do pługa!... Rzucić trzeba wszystko i iść! Wielkie dni idą, równe tym, gdy Chrystus chodził po świecie! 
Biada ślepym, co nie pojmując — ostaną! Idziem wszyscy, a Chrystus widomie nas poprowadzi! Opasz się 
każdy i ruszaj, czyś stary, czy młody, silny czy słaby, wolny czy niewolny! Przegnać Saracenów! Ratować 
z pohańbienia Krzyż! Idziem wszyscy, którzy się czują z Boga, a nie z czarta! Widzieliście, jako wczoraj 
zorze zaszły w kształcie czerwonego krzyża... Boży to znak! Chrześcijanie! Weźmiem ten krzyż i 
pójdziemy!...
— Pójdziemy! Pójdziemy! Pójdziemy!... — zagrzmiało po całym błoniu.
— ...Do Ziemi Świętej, do Jeruzalem! Wszyscy, którzyście tu są! Każdy zdolen dźwignąć oszczep czy 
siekierę! Stańcie bez leku! Wielkie cuda zapowiadam! Zapłonie gwiazda, która wiodła do Betlejem!... 
Wskrześnie słup ognia, który prowadził Mojżesza! Zgłodniałym w drodze Bóg ześle mannę cudowną! 
Powtórzą się dla nas wszystkie cuda, jakie wieścili prorocy! Błogosławieństwo Bóg ześle! Komuż by 
dopomógł hojniej niźli nam, którzy Mu się ze wszystkim oddamy?! Za święty Krzyż! Na Wschód! Na 
Wschód!
— ...Na Wschód!... — podniosło się wrzawą jak grzmotem. Już nie powtarzacze, ale całe błonie trzęsie się 
burzą okrzyków: Za Krzyż! Na Wschód!...
...Na Wschód, bronić Jeruzalem... na Wschód drogą wskazaną przez cuda!... na Wschód, gdzie manna 
nakarmi wiecznie głodnego nędzarza!... na Wschód!...
Piotr Eremita zeszedł z podwyższenia słaniając się z wyczerpania. W miejsce burej postaci, obciążonej 
wiszącym kapturem, stanął biały, szczupły człowiek — papież. Strój mniszy. Złota potrójna korona. Złoty 
krzyż w dłoni. Błogosławi nim pole. Żegna szerokim ruchem. Przez zziębłą szarość powietrza przelatuje 
złoty błysk jak promień krzyżowy.
— Bracia w Chrystusie! Bracia!...
...Do tego, co mówił sługa Boży, Piotf, to dodam ja, Namiestnik Chrystusowy na ziemi: Jest" chwila, że 
trzeba wszystkim iść. Wielka chwila. Nieraz tysiąc i więcej lat minie, a taka godzina nie nadejdzie. 
Wyzwolić trzeba Święty Grób. Wyzwolić trzeba samych siebie. Zagłada Krzyża to nasza zagłada. Sprośny 
półksiężyc na wieżach to Azja w miejsce Europy. Dlatego muszą iść wszyscy. Którzyście tu są zebrani, 
Franki, Burgundy, Prowansalczyki, Normany, Niemcy, Węgry, Polaki, Duńczyki! Do was wszystkich'mówię, lecz przed innymi do Franków — ...Bracia moi, 
rqdacy!... Znacie mnie lepiej, niźli mnie te drugie moje syiiy znają! Przyszedłem do was z wezwaniem, bo 
wiem, że pójdziecie! Nie rzucałem tych słów w Rzymie, gdzie nie stało dla nich echa! Italia! Córka 
niewdzięczna! Książę Apostołów przyszedł do niej i umęczono go! My otoczyliśmy złotem i klejnotami 
śmiertelne szczątki Świętych Pańskich, których oni rzucili dzikim bestiom na pożarcie! Słodka dziedzino 
francuska, ty mnie znasz! Gdzie łacniej mnie wysłuchają i pojmą niż tutaj!? O miłe prowanskie wybrzeże, 
uświęcone stopą Łazarza, sióstr jego Marii i Marty! Oniż tu apostołowali. Cienie ich tu przemieszkują. 
Maria z Magdali dokończyła świątobliwego żywota w grocie Saint Beaume opodal Marsylii. Święty 
Longinus, żołnierz Chrystusowy, przyniósł na barkach ciało świętej Anny, nie gdzie indziej, jeno koło 
Lyon, na wyspę Świętej Barbary. Dlatego tutaj przyszedłem... Francjo, najstarsza córo Kościoła! Jak 
Mojżesz, uchodzący z Egiptu, zabrał tamtejsze święte naczynia, tak ty, uchodząc z walącego się imperium, 
zabrałaś, co było w nim wielkie i cenne. Ty jedna! Nie śmiesz dopuścić, by ninie to wszystko, coś ocaliła, 
przepadło. Ruszajcie walczyć za Krzyż! Chrystus — to nasze dobro największe: chrześcijaństwo — 
jedyny nasz walor, zasługa i cześć. Bez chrześcijaństwa, chciwcy, kłótliwi i małoduszni, zaprawdę mniej 
bylibyśmy warci od pogan, co nas otaczają, i godni, by nas te pogany zżarły! Brońmy Chrystusa i siebie! 
Do Ziemi Świętej, bo tego Bóg od nas chce!!...
— ...Bóg tak chce! Dio H volt; Deus sic vult! Diea le veultl...
...Bóg tak chce! I wielkie błonie huczy, drga, dygocze, grzmi, faluje, wzdyma się krzykiem 
ogromnym. Urban II podnosi znów ramię.
— Uciszcie się! — krzyczą powtarzacze.
— Bracia najmilsi, słuchajcie, coc rzekę, mocą moją, Namiestnika Chrystusowego na ziemi: Kto pójdzie 
w obronie Krzyża, staje się wolnym człowiekiem i nikt już doń nie ma prawa! Wolny jest, Chrystusowy, 
krzyżowiec, syn Krzyża. Mocą moją namiestniczą przekreślam wszystkie ciężary, zobowiązania, angarie 
i długi. Rozwiązuję śluby zakonne. Któren się pod krzyż zaciągnie, ma być swobodny jak ptak. Daruje 
się kary i wszelkie przewiny. Kajajcie się i módlcie, a uczynię więcej jeszcze: zdejmę ciężary z waszego 
sumienia, abyście poszli nad śnieg bielsi, aniołom podobni...
— ...Kajajcie się i módlcie!!... — krzyczą powtarzacze. Jak łan położony wichrem, zniża się olbrzymie 
pole. Klęka
niezliczona rzesza, pada krzyżem, ściele się mostem skruszonym. Dygocze szlochem w poczuciu swych 
win, nieprzeliczonych swych grzechów...
Kardynał Grzegorz Papareschi klęka przed Urbanem. Modli się w głos. Za nim cały tłum, zalegający 
nizinę, powtarza chórem:
— ...Confiteor Deo omnipotenti...
Dalsze szeregi chwytają słowa od bliższych, i nie masz ust, co by nie głosiły z drżeniem i uniesieniem swej 
wiary w wielkie miłosierdzie Boże, swojego żalu za grzechy, wszystkie grzechy popełnione myślą, mową i 
uczynkiem, nimis cogitatione, veibo et operę...
Przeogromna fala głosów bije o stopy Urbana. Jak zniewolony jej brzmieniem, wyciąga ręce przed siebie. 
Niech im będzie odpuszczone, czymkolwiek zbłądzili... Niech się staną, tak jak mówił, wybieleni ponad 
śnieg... W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego...
Westchnienie radosnej ulgi przeleciało nad doliną. Zapłakał jak dziecko Rauł de Beaugency, rycerz, co. 
sprzedał diabłu duszę, a ninie ją odzyskiwał. Uderzyła czołem o ziemię w podzięce niewiasta, która struła 
zięcia okrutnika.
Papież mówił dalej. Powoli, słowo po słowie, by powtarzacze nic nie opuściły:
— ...Pójdziecie wszyscy... Wolni i równi... Jakżebym pragnął pójść z wami! Poprowadzić was, woje 
Chrystusowi... Ale nie dla mnie ta radość. Odchodzić mi z Rzymu nie wolno. Stamtąd będę za wami gonił 
myślą i modlitwą. Wodzem waszym duchowym będzie sam Pan nasz Jezus Chrystus. On pokieruje 
waszymi krokami. On was zawiedzie do celu. Widomym Jego zastępcą i wyrazicielem mianuję 
Włodzisława, króla węgierskiego, zwierciadło dobrego rycerstwa... Bezpieczni pójdziecie pod jego 
przewodem do Ziemi Świętej, jak Bóg tego chce!...
— Ja krzyż biorę! Dio li volt!... — krzyczy gromko Rajmund St. Gilles, pan Tuluzy.
— Ja krzyż biorę! Dieu le veult\ — wołają równocześnie obaj lotaryńscy.
— Dieu le veult! — przywtarzają chóralnie Normany.
— ..'.Bóg tak chce!... Bóg tak chce!... Zamąciło się na placu jak woda ruszona ode dna. Rycerze i niewolni 
prą się jedna/
ko ku Ojcu świętemu, prosząc o widomy znak, /że są krzyżowcami. Wiec ktoś podaje nożyce i stojące 
przy Ojcu świętym biskupy tną .purpurę okrywającą drewnianą mównicę, wycinając niej krzyże 
czerwone. Każdy czepia sobie krzyż na prawym ramieniu. Sto rąk się nowych wyciąga. A za nimi 
drugie sto. I tysiąc. I dziesięć tysięcy.
Ślubują iść do Jerozolimy panowie: de Foix, de la Tour zalany łzami uniesienia, d'Armaillac, de 
Beaugency, królewski brat Hugo i uczony Szczepan, Robert Courte-Heuse i Robert flandryjski, Omer 
i Wilfryd Guillebaut, bracia Sahriac de Viel Castel i grabią Hainaux. Młodziutki rycerzyk Engelram, 
piękny jak cherubin, i opiekun jego, stary Anzelm de Ribeaumont, Roger de Barneville, Fulgencjusz 
de Guines, duński Swenon i... Imbram Strzegonia.
Ten stał zrazu wahający, patrząc wkoło rozgorzałymi oczami. Jedno rozumiał: że przez to jest źle, 
przez to światem rządzą moce pogańskie zawistne, co go wyrwały od domu i rzuciły w świat — iż 
Grób Święty jest w niewoli, a sam Chrystus zagrożony. Więc trzeba wyzwolić Grób i precz przepędzić 
nieprzyjaciół Boga. Niech nie będzie na świecie utrapień, rozłąki... Za łzy Ofki, za ich wzajemną 
tęsknotę! Pójdzie!... I wyciąga w górę dłoń, pierwszy raz w życiu nie dbając, co starsi bracia 
powiedzą. Za nim ślubuje Jasiek Zawora, zwykły zawsze to samo czynić, co Imbram, a za nimi oboma 
Tarchała. A wokoło gęstwa ramion. Ile głów, tyle rąk. Wrzawa jak grzmot toczy się, kłębi nad polem. 
Biskupom ręce mdleją. Nie stało już dawno purpury. Na gołych deskach stoi Ojciec święty. Z grodu 
ciągną giermki postawy sukna za suknem. Zrazu czerwone. Gdy czerwonych w kramach braknie — 
biorą inne. Wnet ludzie dzieła się nimi według kolorów. Więc ci, co mówią mową Franków, dostaną 
czerwone. Fryzy i Flamandy zielone, Anglicy białe, Niemcy czarne, pozostali żółte. Niedługo nie 
stanie sukna w całym grodzie. Z uniesieniem usta ludzkie całują wycięty strzęp barwy, przypinają go 
na ramię drżącymi rękami.
Już wszyscy nobile są naznaczeni. Wszyscy. Jeden tylko pan Burgundii przemyślą targając wąsy. Rad 
by iść, a zarazem nie chce zbytnio uradować odjazdem paryskiego króla, znienawidzonego krewniaka. 
Niepewien jest jeszcze, co począć.
Ze zdziwienia nagła cisza pada na bliższe szeregi, bo oto wysuwa się z tłumu Elwira, najpiękniejsza, 
najdumniejsza pani Francji. Jej sześciu paziów przeciska się za nią. Stall 
nąwszy przed Ojcem świętym, ślubuje spokojnym głosem wziąć krzyż Kpójść do Ziemi Świętej z 
małżonkiem.
Jakby na dane hasło sypną się inne kobiety. Pani Sahdac de Viel z córką Blanką. Blada, obojętna 
Willibalda, żona Omera Guillebaut. I sucha, zawzięta Gontrana. I — zanim zdąży przeszkodzić Filip 
burgundzki — Fłorina, wypieszczona jego jedynaczka. Kręcąc w ruchliwych palcach swe jasne 
warkocze, wpatrzona jak w tęczę w królewicza Swenona przypinającego krzyż, ślubuje dziecinnym 
głosikiem bronić Ziemi Świętej. Aż uśmiechają się stojący wkoło. Diuk burgundzki nie wie, co rzec, a 
jego białka, wielka, o trzech podbródkach, zawodzi.
Trójkątna, szczupła twarz Urbana II płonie bladością rozpalonego żelaza. Nie wie sam, czy stopami 
wspiera się o deski, czy ulatuje w górę. Ręką przyzywa stojącego opodal posła greckiego. Stratigos 
jest jak zwykle strojny, wytworny, lecz ogólnego zapału nie podziela wcale.
— Synu mój — mówi spiesznie, gorączkowo papież — wracajże doma co rychlej, zanieś Aleksemu 
szczęsną wiadomość. Opowiedz, coś widział: cały Zachód rusza ku obronie Krzyża.
Stratigos stoi nieruchomo.
— ...Szczęsna wiadomość? — powtarza przeciągle. — Wasza Świątobliwość, jesteśmy przerażeni. 
Czegoś takiego ani pragnęliśmy, ani się spodziewaliśmy...
Papież cofa się o krok.
— Słyszęż ja dobrze? Chcieliście pomocy czy nie?
— Pomocy tak, lecz któż by pragnął najazdu hord niekarnych, niezdolnych do niczego prócz 
rabunku! Wracam co rychlej, ale aby pana mego ostrzec,.. Kto utrzyma w karbach te tłumy? Biada, 
jeśli wejdą w mury „Grodu strzeżonego przez Boga"! Widok niezmiernych bogactw rozpali 
krew tych nędzarzy, a co wtedy?
Papież marszczy gniewnie brwi.
— Oprócz tych tłumów, które zgoła o rabunku nie myślą, idą wszak karne drużyny baronów...
— Jakich! — wybucha poseł. — Czy nie słyszelim, że ciągnie Boemund z Tarentu! Boemund, 
nieodrodny syn Guiscarda, zbrodniarza, co zagrażał Świętemu Grodowi? Samo jego 
nazwisko w szeregu obrońców jest największą obelgą dla świętej osoby basileusa, Apostołom 
zrównanego!!
Dość! — woła papież. — Dość! Skomleliście tutaj o ponoć podając się za chrześcijan, którym chodzi 
jedynie o zbawienie Krzyża. Teraz widno, jaka wasza prawda, ista graeca
//'des, jak nazywają po świecie! Teraz widno! Nie o Krzyż, o złoto się obawiacie! O siebie! 
Chrystusem się zasłaniacie dla swojej korzyści! Ale nic po tym! Ta fala pójdzie mimo was do 
Jeruzalem, z waszą wolą czy bez woli! Pójdzie jak żywioł i bacz, aby was nie zmiotła!... Co to, na 
Boga?...
Urwali obaj, nasłuchując. Obcy dźwięk trąb, zbliżających się do obozu, wybił się nad wrzawę. Huczał 
przeciągle, skrzypiąco, żałośnie. I ludzie, wyrywający sobie z rąk sukienne krzyże, cichną, oglądając 
się ciekawie na dziwne poselstwo.
Jedzie ze dwudziestu wojów. Zdrożone konie. Zgrzebne konopne kropierze. Na pancerzach śmiertelne 
koszule. Głowy odkryte, stargane, zmierzwione. Twarze rozmyślnie ubrudzone pyłem. Nad głowami 
proporzec z białym jeleniem Arpadów.
— Na rany Chrystusa! Co to? — woła żupan Sukki de Szuha w przerażeniu.
Rozstępują się wszyscy na boki przed jadącymi. Oni nie patrzą na nikogo, jakby zgoła nie widzieli. 
Wolnym krokiem dążą prosto ku Ojcu świętemu. Stanęli przed gołym wzniesieniem. Podnieśli w górę 
kopie. Zawrzasną razem:
— Król nasz pomarł! Król nasz pomarł! — i łomotną kopiami o ziemię.
Już ich otoczyli inni. Dygoczącym z trwogi krokiem przepychają się Węgrowie.
— Pomarł? Król? Pomarł Włodzisław?! Gadajcie, na miłosierdzie!
— Pomarł Włodzisław...
— Kaj? Gdzie? Z czego?
— — W Budzie. Z dopustu Bożego. Będzie temu niedziel sześć...
— O r eta! O Nazareński!
Z brzękiem rycerze węgierscy miotają szłomy o ziemię. Kudłaczą włosy. Biorą popielny pył ziemi, 
zdeptany nogami, i smarują sobie lica. W milczeniu patrzy ciżba na ich rozpacz.
Kłoniąc się nisko, ze złośliwym uśmieszkiem na ustach, odszedł poseł grecki niezauważenie. Urban II 
stoi jak porażony. A w tłumie już porywają się głosy:
— I któż nas ninie powiedzie?
— Kto poprowadzi?
— Kto stanie za wodza?
Robert Courte-Heuse dzwoni mieczem, w szczyt, by zwrócić na siebie uwagę.
__ Król węgierski nie żywię! — woła — kto poprowadzi
świętą wyprawę? Jeśli cne rycerstwo tego pragnie, mogę się podjąć w uczciwości...
I toczy srogimi oczami, jakby szukając śmiałków, co by nie pragnęli. Stronnicy mu przywtarzają. Lecz 
Rajmund St. Gilles już wyrywa kopię z ziemi i potrząsa wołając:
— Nie na zbawienie duszy wyszłoby Frankom iść pod przewodem Normanów! Ja powiodę!
— Rajmund dobry rycerz! Niedoczekanie, by Normany rządziły Prowansalczykami!
— Niedoczekanie!
— Niech żyje wódz nasz Robert Courte-Heuse!...
— Piękny wódz! Wnuczek diabła, syn bękarta!
— Górze paskudnym ozorom! Wychodź, który szczekasz!
— Wszystkie ci rzeką to samo!
— Górze! Górze! Do mnie, Normany!...
— Niech żyje Rajmund St. Gilles!
— Ani Robert, ani Rajmund! Niech żyje Flandryjczyk, włócznia i tarcza rycerstwa.
— Flandria! Flandria!
I już wszystkie kopie, wyrwane z ziemi, dygoczą w rozżartych dłoniach. Już konie, zebrane wodzami, 
drepczą w miejscu, pienią się i chrapią. Cofają się zadem, roztrącając ludzi, którzy chronią się i tłoczą, 
gdzie mogą. W ten sposób bojownicy przygotowują sobie luz do rychłej rozprawy. Siedząca 
bezpiecznie na drzewach gawiedź aż pokrzykuje z uciechy.
Wśród ogólnego hałasu Urban II siedzi milcząc. Twarz mu zbielała jak szata. Czyż cały zamysł 
rozpadnie się w jednej chwili? O śmierci, cóż uczyniłaś? Jakim prawem poczynasz sobie .zuchwale 
przeciwko wyrokom Pana? Nie słyszałaś: Bóg tak chce?!...
Pole już kipi bojowym tumultem. Więc papież wstaje, unosząc krzyż w ręku. Daje powtarzaczom 
znak. Niech zagórują nad tłumem okrzykiem: Uciszcie się, chrześcijanie! Uciszcie się!
— Panie Jezu Chryste — modli się w głos papież. — Wodzu niebieski tych rzesz, które się Tobie 
oddają, naznacz swojego zastępcą, wskaż, kto je w Twoim Imieniu powiedzie...
Wyczekująca cisza leży ponad błoniem.
— ...Ześlij go, Panie, czekamy...
Cisza, szumiąca wstrzymanym oddechem tysięcy, tysięcy ludzi.
— ...Najmiiosierniejszy Panie Jezu Chryste — i głos papieża łamie się jak łkaniem — wskaż, kto 
powiedzie tych ludzi...
— Panie! — Wszak słyszysz!... Czekamy!...
— Dość już czekania! Normany! Normany!
— Do mnie, Prowansja!
— Staći
— Ja powiodę...
Na stopniach mównicy staje przy Urbanie Ademar de Monteil. biskup z Puy. Twarz mocna, jasna. Oczy 
przenikliwe.
— Pobłogosław mnie, Ojcze święty, na wodza wyprawy krzyżowej...
— Ty, druhu, przyjacielu... Ty?
— A cóż, mali wszystko przepaść?...
Więc papież wstając obejmuje go ramieniem, odwraca ku rzeszom, naznacza krzyżem, błogosławi i woła 
głośno, przegłośno, że oto jest wódz, zastępca jego, Urbana, Namiestnika Chrystusowego na ziemi, a kto 
by wodza tego nie posłuchał, winien jest, jakby samego Pana Zbawiciela nie posłuchał... Ademar, biskup z 
Puy, przywódca świętej wyprawy krzyżowej...
Rycerze ucichli zaskoczeni. Golony łeb ma być wodzem? Pierwszy raz przytrafia się taka rzecz... Nie 
przeciwią się jednak, gdyż każdy uważa, że lepszy z dwojga złego biskup niż drugi wielmoża. Zresztą nie 
wątpią, że mdła to będzie władza i aby z kraju wyszli, snadno się z nią uporają.
A przeto po krótkiej chwili wahania wbijają kopie w ziemię, wyciągając przed siebie niezbrojne prawice na 
znak posłuszeństwa i zgody.
Rozdział dwunasty
O DOBRYCH RYCERZACH, KTÓRZY WZIĘLI KRZYŻ, CO KTÓRY CZUJE, MYŚLI I 
ZAMIERZA
Manna spadnie dla was z" nieba... Błogosławione słowa Eremity już się ziściły. Już stały się jawą i 
rzeczywistością. Clermont i okolica pełne są żywności dostępnej dla wszystkich. Poprzednią drożyznę 
zastąpiła taniość niewidziana, niepamiętna od dawnych, dawnych lat. Gdy przed tygodniem za jedną chudą 
owcę żądano trzynastu denarów, obecnie mogłeś nabyć trzynaście skopów za jednego denara. Kto żyw 
wyprzedawał za bezcen zapasy i żywinę, by kupić w to miejsce broń. Na placu targowym stały spędzone 
zewsząd stada bydła, które oddawano za łacny grosz lub niechano darmo, gdy się nie znalazł nabywca. 
Skoro miano wyruszać w wielką drogę, kto by się troszczył o starą krowę czy kozę? Podobnież było ze 
zbożem. Cena chleba spadła stokrotnie. Opowiadano, że największy w grodzie bogacz, młynarz Wilbert, 
który w całej okolicy skupił zboże i. zapełnił nim swe składnice aż po strychy, licząc na głód w czasie 
soboru, powiesił się ze zgryzoty.
Tłumy, po raz pierwszy syte, obozowały radośnie. Huczało wśród nich niby w ulu. Jak kipiąca, warząca się 
w wielkim kotle kasza stanowi jedną masę, jedną płynną lawę, a równocześnie pryska dokoła ziarnkami, z 
których każde jest osobną, odrębną całością — tak fala krzyżowców uosabia jedną myśl, jeden cel, choć 
każdy ze stu tysięcy ludzi z osobna biega, gorączkuje się, zdąża swoim torem. Choć wszystkie myśli płyną 
jedną rzeką, inaczej myślą ci i owi. Inaczej rozważają swój zamiar rycerze, inaczej gołota. Pierwsi wiedzą, 
że zabrać należy swe drużyny, swe sługi i konie, swych sokolniczych i psiarzy. Wiedzą, że trzeba 
zaopatrzyć się w denary, spyże, przewodników i tłumaczy. Rozmyślają, skąd dostać tłumaczy. Kłopoty 
podobne ani postaną w głowach beztroskiej biedoty. Iść — to iść, choćby dzisiaj na odwieczerz. Żaden, nic 
z sobą nie bierze, chyba niewiastę i dzieci. Na
razie jedzą i radują się. Dziękują Bogu, Stwórcy łaskawemu. Pierwszy zapowiedziany cud taniego 
jadła zapewnia spełnienie dalszych. A przede wszystkim są wolni! Przypięli krzyż na ramieniu i nie 
troszczą się o nikogo. Na koniec przestali pracować, wychodzić o świcie na pańskie. Wprawdzie w 
gospodach i przy ogniskach kraczą niektórzy, że baroni strasznie są gniewni na Ojca świętego za 
zwolnienie z poddaństwa i mają prosić o cofnięcie obietnicy. Takoż opaci, bo wszystkie mnichy krzyż 
wzięły i kto zostanie w klasztorach?...
— Tak, tak, ino patrzeć, jak zaczną tutaj wyłapywać swoich... — powiadają bojaźliwsi, oglądając się 
na boki. Hej, żebyż wraz ze zwolnieniem papieskim zedrzeć jeszcze to klejmo przeklęte, tę 
naramienną znienawidzoną pieczęć, świadczącą o przynależności do tego lub owego pana! Gdybyż ją 
wyciąć ze skórą!
Lecz inni śmieją się z tego. Są syci, więc mocni i dufni. Niech jeno spróbują panowie zagnać ich z 
powrotem! Ano, niech spróbują!... A jużci! Snadniej zawrócić wezbraną rzekę, co wyszła z koryta, niż 
ludzi, co są w sile, a już się poczuli wolnymi!... A jużci!!
Wesoły kleryk Bartłomiej z Marsylii bębni nogami w pustą beczkę, na której siedzi okrakiem. Sam nie 
wie, czy rad jest, że idzie, czy nie? Czy będzie tam wszędzie wino, błogosławione wino i równie jak 
tutaj chętne a urodziwe dziewczęta? Gromi sam siebie za te grzeszne myśli, usiłuje skierować płochą 
duszyczkę ku Panu. Ku Chrystusowi frasobliwemu, którego Grób pohańbiony. Lecz myśli niesforne 
plączą się i tańczą. Nie mogą ustać na miejscu. Myśli kleryka Bartłomieja podobnie jak jego nogi nie 
znoszą postoju. Już rozważania jego biegną w przód, niecierpliwe, kiedy ruszą, co najpierw obaczą?...
Pobok niego rolnicy Makary i Jakub Krościaty naradzają się półgłosem, czy nie lepiej zostać? Głosu 
ich w ciżbie nawet Pan Bóg na pewno nie był zdolen zauważyć, więc nie ma grzechu, choć się cofną. 
Warto zaś ostać, bo tu na ludziach schodzić będzie. A wiadomo, że czego mało, to się staje cenne...
Tanecznym krokiem, odmieniona do niepoznania, przechodzi mimo Blanka de Montbełiard. Radośnie 
dotyka krzyża przypiętego na ramieniu. Oto jej tarcza, obrona, orędownik najsłuszniejszy. O, 
ukochany Zbawicielu! Za przegnane widmo kata poszłaby do Jeruzalem na klęczkach.
Gautier Sans Avoir, rycerz bez pasa i mienia, zbiera wokół siebie kupy zdrowych, młodych ludzi. 
Pogardliwie pędzi precz białki, postrzyżonych w mnichy i niedorostki. Wybiera samą krzepę. — Takie 
z was drużyny zbiorę, że niech się normandzkie skryją... — obiecuje. Chłopi i serviensy chętnie kupią 
się wokół niego. Ma mir. Wiedzą, że biedak i bogaczom niechętny jak oni, a co do siły i sprawności 
— hej! dość na niego popatrzeć!
Nieuczciwi rycerze Gottschalk i Emich gardłują też, wiele mogą, zwołują ku sobie ludzi, bacznie 
zarazem uważając, by w tłoku nie natknąć się na Węgrów albo Polaków. Otaczającej ich gawiedzi 
przedstawiają, że im prędzej wszyscy w podróż wyruszą, tym lepiej. Wprawdzie Ojciec święty i 
biskup z Puy codziennie przez powtarzaczy ogłaszają, by czekać spokojnie, aż się drużyny rycerskie 
zbiorą i powiodą,- zali to czekanie jednak wyjdzie na korzyść pospólstwu? Wiadomo, duchowni 
zawsze idą na rękę wielmożom. O nich myślą, nie o biedzie. Wielmoże zaś nie chcą, by ich 
uprzedzono, wolą co najprzedniejsza zdobycz i sławę zatrzymać dla siebie. Ot, co jest!
— Panom nie w smak, że tak wielu wac zaciągnęło się pod krzyż! — wykrzykuje Emich (co do tego 
nie mija się z prawdą) — teraz oni muszą także iść, chociażby nie chcieli... Co będą robić ostawszy? 
Sami ziemię uprawiać? Ale wy o nich nie stójcie...
— Ani o nich, ani o ciebie... — podnoszą się w tłumie głosy. — Coś za jeden? Taki sam pasowany 
dręczyciel biedaków jak oni...
Skulona na tapczanie w kącie namiotu Willibalda, żona Omera Guillebaut, rozmyśla nad swym 
ślubowaniem. Smutna to i nieszczęśliwa pani. Że rycerz Omer miał przed nią inną żonę, mile patrzącą 
na paziów i co lepszych giermków, nie wierzy już żadnej białce. Jest podejrzliwy i okrutnie zazdrosny. 
Darmo Willibalda nie podnosi oczu na nikogo, siedzi przy ucztach jak z drewna, nie bierze nigdy, 
przenigdy udziału w pląsach czy igrach. Darmo! Im bardziej jej zachowanie jest powściągliwe i 
skromne, tym niechybniej posępny Normandczyk wietrzy w nim podstęp i zdradę. Ani pokora, ani 
słodycz Willibaldy nie rozbroją zadawnionej urazy do poprzedniej żony. Ilekroć wyjeżdża z zamku, 
własnoręcznie ma niebogę w żelazny, na kłódkę zamykany pas, zwany arde-yertu. Męka to dla 
kobiety. Żelazne ogniwa uwierają biodra. Mimo wszelkie wysiłki chód zdradza upokorzenie.
Więc Willibalda pod nieobecność męża nie opuszcza swej komnaty. Wstydzi się ludzi. Wstydzi się 
wychodzić. Nie pojmuje, jak znoszą to samo inne kobiety, nie zdające zbytnio się przejmować 
haniebnym przyrządem.
I teraz na myśli, że on pójdzie do Ziemi Świętej na Bóg wie jak długo, a ją pozostawi skutą, ogarnęło 
ją przerażenie takie, że nie zastanawiając się, co czyni, ślubowała pójść z nim również. Ma już krzyż 
na ramieniu.
Mąż nie przyjął tego postanowienia życzliwie.
— Po coś to zrobiła? — dopytuje. — Niezdarna jesteś, do podróży nieprzywykła... Będę miał z 
ciebie zawadę...
— Chcę służyć Bogu i nie rozstawać się z wami, panie...
Nie zadowala go to wyjaśnienie. Wychodzi z namiotu kręcąc podejrzliwie głową i zastanawiając się, 
kto ze znajomych rycerzy jest przyczyną nagłego postanowienia niewiasty.
Młody wykwintniś, zawsze zlany pachnidłami, Alberon archidiakon przechodzi koło namiotu i Omer 
de Guillebaut myśli, że może to on właśnie. Wprawdzie, o ile mu wiadomo, Willibalda nie zna 
Alberona, ale któż może wiedzieć na pewno, kogo białka, stworzenie wszeteczne i z gruntu fałszywe, 
zna albo nie zna? A może właśnie się znają. Na wszelki wypadek Omer de Guillebaut obiecuje sobie 
być czujnym.
W sąsiednim wspaniałym stanie pana burgundzkiego prześliczna Florina czesze swe długie warkocze. 
Długie a miękkie i jasne jak jedwab są włosy córki pana Burgundii, Filipa. Równie jasne są jej myśli. 
Krążą nieustannie wokół zamorskiego królewicza... Pojadą wspólnie na jakąś daleką wyprawę... 
Gdzie? Florina nie wie dokładnie, ale ojciec Placyd, spowiednik, musi jej to wytłumaczyć. Na ten raz 
najważniejsze (a czego spowiednik może nie wiedzieć} to, czy będzie się tam często widywała z tym 
ślicznym, z tym miłym królewiczem. Gdybyż wiedzieć, o czym on ninie myśli, co robi w niewielkim 
skórzanym namiocie, pod proporcem przeciętym krzyżem na czworo?
O czym myśli królewicz? O niej, Florinie, i o sławie, Układają mu się te myśli dwoiste w pieśń 
trubadurów, w zwoływanie śpiewne, które go samego zachwyca i zdumiewa zarazem.
A Filip, pan Burgundii? Już postanowił, co czynić? Owszem. Postanowił, zostaje. Filip paryski jest 
mydłek i głupiec, ale lekceważyć go zbytnio nie można. Krzyż wzięła Florina, to dosyć. Luba 
pieszczotka! Nic jej się nie stanie, bo skoro jedzie Rajmundowa Elwira i tyle innych szlachetnych pań — to będzie miała dostateczne towarzystwo i 
opiekę. Zresztą orszak otrzyma taki, jaki się należy jedynaczce najpotężniejszego pana francuskiego. 
Co zaś do wiadomości zebranych od chytrego Arnulda, kapelana księcia normandzkiego, wypadły one 
dla Swenona, syna Olafa, korzystnie.
Chytry Arnuld, znający na wylot sprawy wszystkich dworów królewskich i książęcych, siedzi w 
namiocie z Robertem Courte-Heuse, obaj jednakowo niezadowoleni. Nachylają ku sobie nieszczere 
twarze o pełnych, ciężkich policzkach, zarzucając się półgłosem wyrzutami. O co? O to, że Robert, w 
gorącej wodzie kąpany, nie mając dość pieniędzy na zamierzoną wyprawę, zdążył już oddać 
Normandię w zastaw bratu Wilhelmowi. Ryży z radością przystał i zastaw rna za tydzień gotowizną 
wypłacić. Arnuld nie posiada się z oburzenia.
— ...Zastawić łatwo, a odebrać trudno... Wartoż było przeciw nieboszczykowi ojcu rniecz podnosić, 
tyle krwi wylać o księstwo, które się teraz w jednej chwili, bez zastanowienia, bez porady oddaje!? 
Wilhelm przenigdy nie odda...
Robertowi żyły wzbierają na karku.
— Nie odda? Mieczem mu wydrę, choć z gardła...
— Z jednej wojny wróciwszy, rozpoczynać drugą, gorsza?... Na Boga! Od czegóż macie mnie, 
szlachetny panie? Zali zawiedliście się kiedy na moich radach? I taką rzecz, taką ważną rzecz 
postanawiacie w dwa pacierze, ani się mnie zapytawszy! Toć ślepy by wiedział, że lepiej zastawić 
wrogowi, Żydpwi niż bratui Zawdy bezpieczniej obcemu, co zastaw odebrawszy musi iść 
precz, niż swojej, ojcowej krwi... Najgorzej trzeba się strzec własnej familii... Oj, nie puści on już was 
na stolec. ,
— Widzi mi się, kapelanie, co przebieracie miarę... — powiada Robert ze złością.
— A wiera, bo od żalu człowiek sam nie wie, co mówi. Jużeście sami tron angielski przegapili... 
Teraz dziedzictwo... Takie księstwo! Takie księstwo!
— Nie kraczcież tyle... Jeszcze go nikt nie odbiera...
— Bodajbym był złym prorokiem, jeśli je kiedy ujrzycie... Trzeba było raczej darować je bratu za 
gotowiznę. Mówiliby was przynajmniej, żeście wielkoduszni i do ofiar dla zratowania Grobu Pana 
skorzy, a tak, wiecie, co powiedzą?...
— Żem głupi, co? To może powiedzą? Niechby się który odważył...
Arnuld nie odpowiada nic, ale milczenie jego jest wymowne. Robert zerwał się z ławy i biega w kółko 
po namiocie. Sam wie, że kapelan ma słuszność... Głupstwo zrobił, nieodżałowane, wierutne... Nie z 
własnej winy... Ryży tak go podszedł. Chytrze zamówił, pieniędzmi kusił... Bodaj mu oczy wygniły... 
Bodaj ze szczętem skapiał, nim księstwo obejmie!
Uczony Szczepan, grabią de Blois i Chartres, siedzi na ławie przy żonie swojej Adeli, obejmując 
ramieniem jej zgrubiałą kibić.
— Ciężarne na wyprawę iść nie mogą — mówi — tedy ostaniesz, moja miła... Jakże ci tego 
zazdroszczę! Cała nadzieja, że się rozmyślą równie łacno, jak się namyślili, i może wcale nie ruszą.
— Po coście się, panie mój, zaciągnęli?
— Musiałem — wzdycha — sama wiesz... Krzyczeliby wszyscy, a twój brat Robert najgorzej, żem 
tchórz...
Poselstwo węgierskie złamało drzewce od złocistego ramienia. Przed tym. ułamanym znakiem 
rycerze, nałożywszy śmiertelne giezła na zbroje, siedzą w kfąg. Nie mówią nic. Każdy szanuje ich 
boleść. Gdy pokorę, czyli żałobę odprawią, pójdą również do Jerozolimy. Do domu niespieszne irn 
wracać. Królować będzie teraz Koloman, uczony przyjaciel ksiąg i mnichów. Niewiele przy nim 
użyją. Nie Włodzisław to, którego lice jaśniało jak zorza, świeciło jak złoto, olśniewało radośnie jak 
słońce... Nie masz go już, nie masz... Oj, Dolo!
— ...A tak się pysznili! — mruczy Głowacz nie bez podświadomego zadowolenia.
Imbram chodzi przed namiotem tam i nazad. Nie jest pewien, czy bracia wiedzą już, że ślubował? 
Trzeba im to rzec... Będąż wydziwiać... A niech wydziwiają. Nie dworzyszcze to śląskie, ojcowskie, 
gdzie władza starszego święta... Obcy kraj, daleki, inne obyczaje. Mniejsza o ich przyzwolenie, 
mniejsza o przygany Głowacza i podśmiechy Zbyluta. Zaraz a zaraz im powie...
...I rozmyślając, jako im to będzie prawił, rozpłomienia się ponownie zapałem. Niewątpliwie Chrystus, 
Miłosierdzie Przedwieczne, Chrystus, Dobro Wiekuiste — zapanowałby nad światem, gdyby Jegb 
Grób był wolny... Przepadłyby wtedy strachy, zwidy i mary nocne, skończyłyby się nieustanny lęk, 
trwoga, ciągłe zasadzki zawistnych bożków. Och, doczekać tego dnia! Nie drżeć o nic! Nie rozłączać 
się z drogimi!.,.
Dopomóc, dopomóc, by się to stało co rychlej! Wyzwolić Grób i przywrócić Chrystusa we władanie 
światem!
Lecz zanim zaczął mówić (jako że to były rzeczy niełacne do wypowiedzenia), Głowacz sam zabrał 
głos. Pono Imko ślubował wziąć krzyż?... Prawie zrobił. Choć raz w życiu coś mądrego uczynił. Oni 
obaj ze Zbylutem idą ślubować też i Nogodzic z Nowinami też, i Oświętowie wszyscy trzej...
Zdumienie odebrało mowę Imbramowi. Wszystkiego raczej byłby się spodziewał!
A Głowacz dalej swoje, że z poselstwem żałobnym węgierskim przyjechał dobry wojak Bielina 
młodszy, któren się widział z Ostojem ze Starychkoniów. Ten kazał na Węgrzech Ślązaków szukać i 
ostrzec, że Włodzisław ogłosił tych, co uszli z.kraju, winnymi głowy, jeśli nie wrócą do Godów. Majętności ich mają być książęce albo komu książę da... (pewnikiem Sieciechowi).
— ...Więc bacz, Imko — mówi Głowacz — co my wcale nie uszli, jeno krzyż wzięli, a to zgoła inna 
rzecz... Nikt nas tknąć nie śmie, a już najmniej Włodzisław, któren ma z wiesną poselstwo do Rzymu 
słać po relikwie do katedry. Już tu naszedłem jednego mnicha, de la Tour mi go naraił, któren pisze, 
jako wszyscy idziemy, a sam Ojciec święty pieczęcią potwierdzi. To pismo Bielina wojewodzie 
Magnusowi zawiezie... Niech popróbuje na nas wtedy nastawać... Gadał biskup, że kto by chciał 
krzyżowcowi ostudę wyrządzić, klątwą będzie obłożony... Więc innego wyjścia nie ma, jeno 
ślubować. Wrócim, kiedy Bóg da, ale zdobyczy możem się nabrać niemało od Greków czy też 
tamtych Saracenów.
...Tak a tak prawi Głowacz spoglądając często na Momota, którego zdanie wielce sobie cenił.
— Dy... dyć... tak one je... jest — przywtarza tenże.
Imbram siedzi na ławie bez ruchu, niewiele zwracając uwagi na to, co mówią. Targa długie konopne 
wąsy, jaśniejsze od ogorzałej twarzy. Powinien właściwie cieszyć się, że w miejsce nagany otrzymał 
pochwałę i że pójdą dalej społecznie kupą, jak szli dotąd. Owszem, jużci, co się cieszy. Ale zarazem 
czegoś mu żal. Poprzednie uczucie zachwycenia, gorącości, zapału zgasło wobec trzeźwo rozsądnych 
racyj Głowaczowych. Zdało mu się, głuptakowi, że czyni rzecz wielką nad pojęcie, że dla dobra 
powszechnego poświęca Ofkę, swoją miłość do niej i tęsknotę...'A ot, pokazywało się, że było o 
jedyne korzystne wyjście, że w ten sposób zabezpieczał
ble, Ofkę i synaczka, nie większego jak pięść. Niby to
dobrze, że tak jest, niby chwała Bogu, a niby szkoda... Czego szkoda? Ano tego właśnie, po raz pierwszy w 
życiu zakosztowanego doznania...
— Nie widzieliście Chebdy?! — woła z daleka Zbylut. — Kaj się smyka ta mitręga?...
...Nie, nie widzieli Chebdy... poszedł wczora i jak w wodę wpadł... Nie ma go...
— Obatożyć każę jak psa — warczy Zbylut.
— Powiadają, że krzyż wziął... — bąka Benito, strużący nowy kołek do namiotu.
Głowacz, Momot i Zbylut wybuchają śmiechem.
— Po... po... po... pocieszne... Senriens wziąłby krzyż], A konie obrządzać — kto!?
Benito nie odpowiada. Jak sobie panowie chcą. Oni, pachołcy, wiedzą dobrze, że krzyż wzięli i Chebda, i 
Dułęba, i Chrościel, i trzej Italczycy, których Oświata nabył po zejściu z gór, i Kocura Zaworów. Siedzą 
teraz wszyscy w gospodzie. Piją. Najwięcej pije Chebda. Stary sługa, pokorny, oddany, chwytający w lot 
każde słowo Strzegoniów. Rzucił ich. Bardziej niż winem jest pijany poczuciem wolności. Po raz pierwszy 
w życiu on, urodzony w poddaństwie, postąpił według swojej woli. Odszedł. Poniechał wszystkiego. Po raz 
pierwszy w życiu on, urodzony w poddaństwie, zdaje sobie sprawę, jak poddaństwa tego nienawidził, 
nienawidził swoich panów, nawet łagodnego Imbrama. Za to, że byli panami. Ale już przestali być... 
Wszyscy są równi!!! Pochwalony Jezus Chrystus!
Do poważnego, najpotężniejszego w grodzie kupca Kalonymosa przychodzi stroskany kahał. Szeleszczą 
sajety i atłasy. Poza obejściem Żydów obowiązuje przymus noszenia nędznej opończy z żółtą łatą na 
ramieniu i spiczastej czapki, ale tu, u siebie, bronieni bramami getta, mogą odziewać się, jak chcą. Długie 
brody spływają na atłas szaty. Dostojnicy szarpią je niespokojnie, zatrwożeni i przejęci.
...Czy reb Dawid słyszał już o tym, co się dzieje w grodzie?! Czy wie?! Podobno wszyscy, co nie idą do 
Jeruzalem, mają zapłacić podatek? Ten podatek dla chrześcijanina będzie wynosił jedną dwunastą majątku, 
a dla Żydów jedną trzecią! Jedną trzecią całego dobytku! Taka wiadomość może
zwalić z nóg najsilniejszego. Kiedyż Jehowa zlituje się nad wybranym narodem i wytraci tych chrześcijan 
przklętych! __ ...Sza, sza... — uspokaja gospodarz. Nie jest zwolennikiem zbyt gwałtownych słów. Ale reb 
Salomon nie da się powstrzymać. Dygocącym z oburzenia głosem opowiada dalej, że wszystkie należności 
mają być skreślone, a niewolni trzymani, za długi — zwolnieni!
— Ja swoich prędzej wyrżnę, a nie puszczę! — wykrzykuje. — Co to jest?! Jakim prawem?! Czy moje 
pieniądze oddali?! Czy ja nie pożyczyłem dobrych, doskonałych pieniędzy?
Reb Beniamin doradza niewolnych zawczasu ukryć, wywieźć, przykuć łańcuchem gdzie w lochu, aż 
wszyscy odjadą. Kto tam będzie ich szukał? Kto o nich wie i pamięta?...
— Tak, jeśli już po dwadzieścia lat służą, ale moi jeszcze nawet pięciu lat mi nie odrobili... Biada 
Izraelowi, biada! Przekleństwo na psy niewierne!
Dawid Kalonymos gładzi brodę ze spokojną rozwagą. Wprawdzie podobnie jak tamci uważa przyniesione 
nowiny za klęskę, nie wypada mu jednak miotać się i skrzeczeć, jak to czyni reb Salomon. Ród 
Kalonymosa jest uszlachcony, wyniesiony wysoko ponad inne, od chwili gdy rodzony jego dziad uratował 
życie Ottona III, ukochanego syna Teofano Porfirogenetld, Na żydowskim Kalonymosowym koniu, z dobrej woli oddanym, ratował się młody cesarz. Żyd Kalonymos, rodzony dziad obecnego Dawida 
Kalonymosa, na italskim wybrzeżu podle miasta Stylo dał się rozsiekać przez Saracenów, by uszedł cało 
młody monarcha, uosabiający lepsze nadzieje całego świata. Nie dziw więc, że rodzina Kalonymosa została 
osypana darami i zaszczytnie wyróżniona. Izaak Kalonymos, syn poległego, bywał przyjmowany na cesarskim d\vorze. Niewątpliwie i wnuk Dawid dostąpiłby tego zaszczytu. Ale nie ubiegał się o to. 
Wystarczało mu tymczasem, poczucie własnej, wypływającej z tego tytułu, godności.
W tej chwili kojąco działa na niego również świadomość,
że we Francji posiada tylko część swego majątku. Właściwe
bogactwa Kalonymosów znajdują się w Moguncji, gdzie
mieszka jego rodzina. Tam też postanawia szybko wyjechać,
uwożąc wszystkich lepszych niewolników. I uśmiecha się
urno woli, ku zgorszeniu przybyłych. Bo, przebieżawszy
szybko myślą drogę, ujrzał na jej końcu ukochane aksamitnoTiucząta. Maleńka Rebeka, wdzięczna istotka o spojrzejazeli, ponad wiek mądry Dawidek... Dziadek kochał ich
miłością nieprzystojną poważnemu mężowi, i oto teraz, wstyd przyznać, gdy wokoło biadolą 
najpoważniejsi członkowie kahału, on, uśmiechając się nieznacznie, myśli o tym, jakie zauszniczki 
przywiezie ulubienicy... A małemu? Mądry, bystry chłopak... Byle co go nie zadowolni... Jak miło jest być 
dziadkiem! Tak, tak, trzeba ruszać jak najrychlej, zabierając niewolnych i co się da z dobra. Rozważny 
wiernik Samuel pozostanie, i jeśli trzeba będzie podatek zapłacić — zapłaci. Stracone pieniądze odbije na 
dostawie broni. Ileż to krzyżowcy zapotrzebują naraz pasów, koni, mieczy, pancerzy, włóczni, siodeł, 
szłomów, kropierzy! Ileż żelaza i podków! Rycerze czekać nie lubią. Dadzą każdą cenę.
Te ostatnie uwagi wypowiada głośno i słuchacze uznają je za słuszne, nacechowane głębokim rozumem. 
Wychodzą z lżejszym nieco sercem, niż wchodzili.
Hugo de Vermandois leży w swym namiocie na miękkim posłaniu ze skór. Ten rycerz, o ile nie siedzi na 
koniu, zawsze leży. Jest leniwy i wygodny jak Grek, Nie posiada jednak greckiej przebiegłości i chciwości. 
Ogólnie wiadomo, że od pana de Vermandois uzyskać może każdy, co zechce. Stąd jest wiecznie bez 
pieniędzy. Tonie w długach. Sprzedał już więcej niż pół księstwa. Obecnie czeka na powrót wysłańców, 
których pchnął z listem (list napisał Szczepan, uczony mądrala) do Filipa, króla-brata. Niech się przyczyni ł 
wspomoże swą szkatułą, skoro sam nie idzie. Hugo wie wprawdzie, że królewska szkatuła jest równie pusta 
jak jego, książęca, liczy jednak na zapał, jakim przejmie Filipa myśl, że wszystkie żarłoczne szczupaki, 
otaczające drapieżnym kołem jego maleńkie królestwo, wędrują kędyś za morze.
Podłożywszy wygodnie ręce pod głowę, patrzy w pułap namiotu i czeka.
— A jako sobie poradzi, żeby iść i drużynę zebrać, dobry pan Wilhelm de Melun? — zapytał nagle. — 
Boć denarów u niego jeszcze mniej niż u mnie.
Siedzący w namiocie rycerz de Barneville podniósł się na głos księcia.
— Dobry pan de Melun — objaśnia — zebrał grzeczną kupę ludzi i napada kupców na gościńcu. 
Pojmanym powiada: Idę na świętą wyprawę, wy nie. Podzielcie się ze mną, czym macie, przez miłość 
Chrystusa Pana...
— A to przednia myśl!
__g pewnie! Pono niemało już zebrał. Były jedne, co mu
nic dać po dobrawoli nie chciały, to ich wysięki do szczętu...
__ Słusznie uczynił nieprzyjaciołom Świętego Grobu... Ha,
jeśli Filip nic nie przyśle, może i nam przyjdzie tak uczynić...
__ Lepiej nie zwlekać — powiada de Barneville — bo kupce zmądrzeją i jeździć przestaną...
Hugo ziewa w odpowiedzi.
Grabią de Hainaux trzyma w dłoni dłoń swojej niewiasty i nie mówi nic. Obojgu łamią się serca nad 
rychłym rozstaniem. Patrzą na siebie. Jakaż piękna jest Idą! Jakaż cudownie piękna i niepodobna do żadnej 
innej! Miłują się oboje śmiertelnie. Miłują się jak Tristan z Izoldą, miłością gorzką, świadomą, zachłanną, 
bo oboje poznali wprzód truciznę innych, niekochanych więzów. Ledwo rok, jak się pobrali... Trzeba się 
rozstać. Idą, podobnie jak Adela, niewiasta uczonego Szczepana, jest ciężarna. W zapusty przyjdzie jej 
czas. Syn grabiego de Hainaux nie może się zrodzić gdzieś w gospodzie przy gościńcu. Trzeba więc ostać. 
Jej trzeba ostać, jemu iść... Nie jest się rycerzem za darmo. Bóg i sława muszą być pierwsze niż niewiasta...
...Ale jak ciężko!...
Brat Hiacyntus, przepisywacz i iluminator, stoi chwiejąc się dusznie w dwie strony. Czego Bóg od niego 
żąda — jak się dowiedzieć?! Co winien zrobić, by zbawienie duszy osiągnąć? Przepisywać nadal w 
ukochanej celi, w bezpiecznym kręgu pergaminu, pędzli i miseczek z farbą, czy iść na świętą wojnę, w 
dziwny, obcy świat, przedstawiający się jego oczom krótkowidza, jego myślom samotnika jako straszny 
wir i matnia? Z zazdrością patrzy na gromadę oblatów radośnie rajcujacych o drodze. Ci się nie wahają. 
Poświęceni do zakonu w dzieciństwie, ba, nieraz przed urodzeniem, z radością rzucają klasztor, którego nie 
zapragnęli, w którym się dosyć nażyli goryczy.
Baldwin lotaryński rozmyśla, jak by namówić papieża, by zabronił niewiastom ferać krzyż. Żeby nie śmiały tego uczynić bez mężowej zgody. Potrzebne tam one? Potrzebna na przykład Gontrana!? Myślał, że od niej odetchnie, a tu masz!
Jedzie, jedzie za nim to utrapienie, ta żona, co go trzyma w pogardzie i o byle co obrzuca najgorszymi 
wyzwiskami. Jak wszystkich zresztą. Jest kłótliwa, zgryźliwa, zawsze podrażniona. Każdy ją trzyma 
za jadze i mało już kto sobie przypomina, że nie dalej jak dziesięć lat temu była młodą, uroczą 
dziewczyną o łagodnych, ciemnych oczach. Tak się potem odmieniła! Pewnikiem stąd, że niepłodna, 
od czego żółć się w niewieście obraca.
Jedynym człowiekiem, który umiał powściągnąć jej wybuchy gniewu, był Godfryd, dziewiarz. 
Szanowała go jak wszyscy ze względu na przykładny, nieomal zakonny żywot, spokój i powagę. 
Rzadko jednak dawał się uprosić Baldwinowi i wkraczał w jego niesnaski małżeńskie.
Wsparty plecami o żerdź płotu, Baldwin wzdycha przeciągle. Jak pięknie zapowiadałaby się ta droga 
w nieznane, dalekie strony, gdyby Gontrana zostawała w domu! Ha! Trudno, niech jedzie ten cierń, 
skoro inacz.ej nie można.
Zaciekawia go, jak też Godfryd poradzi sobie z pieniędzmi? Nie mieli ich. Baldwin nazbyt lubił 
turnieje i łowy, Godfryd był do przesady miłosierny i dobroczynny. Aby tu przyjechać, zastawili 
srebro stołowe u Żydów w Metz. A wieleż funtów srebra trzeba będzie teraz na tak kosztowną 
wyprawę! Podobno biskup z Yerdun chce kupić księstwo Lotaryńskie, a mieszkańcy dobrego miasta 
Metz wykupić się, przejmując gród na siebie. O, chytre mieszczany! Godfryd zawsze się nad nimi 
litował i podatkami nie uciskał, a ot, wiele zebrali grosiwa! Ciekawość, ile ofiarują? A biskup? Chyba 
mu Godfryd nie sprzeda, tylko zastawi? A może sprzeda? Niech robi, jak chce. On, Baldwin, o to nie 
stoi. Wyrąbie sobie tam w świecie rycerskim mieczem inne, piękniejsze władztwo. Roześmiał się do 
tych marzeń.
Godfryd na razie nie myśli o cenie, jaką mu jutro ofiaruje, biskup z Yerdun za ojcowiznę. Leży 
krzyżem w katedrze. Od kamiennej posadzki ostry ziąb przenika ciało rycerza, niedostateczny jednak, 
by ochłodzić rozpaloną głowę. Wsparł twarz na podścieli jasnej brody i dziękuje Bogu całą duszą za 
wielką odmianę, święte zawołanie, możność oderwania się całkowitego od wszystkich, tak już 
obrzydłych spraw życia, Zapomnieć o nich i pójść walczyć... O Twój Grób, Chryste... O Ciebie...
W modlitwie tej nie jest sam. Choć nabożeństwo ranne
dawno już skończone, w katedrze pełno rycerstwa. Rajmund St Gilles i Robert z Flandrii, de la Tour, 
de Beaugency, co się już diabła nie boi, i de Luz, choć nie pasowany, i obaj bracia de Viel, de 
Ribeaumont, grabiowie du Grai i de Montaigu, bracia Henryk i Godfryd de Hache, bracia Piotr i Paweł de Toul i mnóstwo innych. Wszyscy, co złożyli ślubowanie nie z żadnych innych powodów, ale ze 
szczerej miłości ku Bogu miłosiernemu, modlą się tu, dziękują, płaczą, ślubują, co który może. Ten, że 
wyrzeka się wina, ów, że nie tknie białki, aż powróci z Jeruzalem wyzwolonej. Głośno to mówi, więc 
'inni go naśladują, ślubując również czystość na cały czas trwania wyprawy. Do tego poniektórzy 
dodają nowe obostrzenia: A to, że strzyc się nie będzie, aż głową o Grób Święty uderzy... a to, że 
odzienia nie zdejmie, aż w Jeruzalem... a to, że nóg nie omyje z prochu pąci, aż pod świętymi 
murami... Z chrzęstem miecza podnosi się z klęczek Rajmund St. Gilles. Głosem donośnym, mocnym, 
choć od wzruszenia drgającym, ślubuje Panu, że za łaskę ujrzenia Grobu Świętego nie chce już nigdy 
zobaczyć słodkiej rodzinnej Tuluzy... Nie wróci do swej ojczyzny! Wyrzeka się jej dobrowolnie, byle 
zyskać w zamian sławę obrońcy Grobu, największy zaszczyt dobrego rycerza...
A gdy tak stoi, wysoki, rycerski, na wyciągniętej ku ołtarzowi prawicy ważąc jak gdyby własne swoje 
serce, szloch rozlega się w kościele. Powstają inni ślubując podobnie wyrzec się rodzinnych progów. 
Niechta, niechta... Niech ich tu już nic nie trzyma, nie ciągnie... Ani ta rodzona ziemia, ani kasztel 
ojców, ani zdobycze i włości... Wszystkiego zbywają ochoczo, byle im Bóg udzielił łaski żądanej. 
Oswobodzić Święty Grób! Własnymi stopami zmierzyć wolne od pogan Prześwięte Miejsca, w 
których Chrystus żył i cierpiał! Zwólże to, Panie, dobrym, chrześcijańskim rycerzom...
I trzęsą się od łkań głowy, nie znające łez. Dygoczą dłonie, co nigdy dotąd nie drżały.
W ciemnej nawie błyskają płomyki woskowych świec, jak migotliwe złote pszczoły. Z oddechów 
tworzy się obłok osnuwający je tęczą. Modlący czują się jak w przedsionku wielkiej tajemnicy, w 
obliczu posłannictwa swojego. Widzą się wybrani, wywyższeni, wyróżnieni! Święta duma rozpiera 
pierś. Zapał mgli oczy. O. nłewysłowiona chwilo, gdy spełniać się zaczną nieśmiertelne gęsta Dei per 
Francos...
Rozdział trzynasty
O TYM, JAK TŁUMY KRZYŻOWE,
ZNĘCONE PRZEZ NIEPOCZCIWYCH DOWÓDCÓW,
RUSZAJĄ SAME W NIE ZNANĄ IM DROGĘ
Powiadają ludzie zebrani wokół Clermont, że dawno nie było zimy tak ostrej, a zarazem tak lekkiej 
jak ta. Słusznie mówią. Mrozy ścisnęły ziemię wnet po Godach, ale cóż oto, gdy ogniska strzelają 
skrami, a grzejący się przy nich są syci? Zaraz po powszechnym ślubowaniu dowódca świętej 
wyprawy, mądry biskup z Puy, zakupił wszystko, co było w grodzie do zakupienia z żywiny i zapasów 
zboża. Zboże złożył do kościołów, żywinę trzyma w szopach zbitych z tarcic. Obozujące tłumy 
podzielił na obwody. Co dzień wiernicy jego wydają innemu obwodowi żywność na tydzień. Równocześnie na stężałych od zimna polach, szeleszczących zeszłorocznym badylem, ludzie ćwiczą się w 
strzelaniu z łuku, robieniu maczugą i toporem. Karki, zginające się dotąd ku ziemi w niewolniczej 
ciężkiej pracy, wyprostowują się, po raz pierwszy w życiu usiłują być prężne, harde jak karki wojackie. Ćwiczący dzielą się na roty. Mają dziesiętników i.setników. Biskup zabiega u rycerzy, by 
zechcieli objąć dowództwo nad rotami. Niech w każdej pieszej, gołociej rocie będzie choć pięciu 
konnych. Niech będzie bodaj trzech, dwóch! Ale rycerze nieradzi słuchają tych namów. Nieskorzy są 
dowodzić byle kim.
Więc Ademar ogłasza, że pasować będzie na rycerzy dobrych giermków sprawiając im zbroję, miecz i 
pas, byle za ten zaszczyt zechcieli pokierować nowo zestrojonymi rotami, Pas rycerski — to nie lada 
pońeta. Przychodzi tedy wielu, niektórzy sędziwi, jak St. Pierre de Luz z orszaku pana de Foix, inni 
tak młodzi, że jeszcze brody nie golili, pięknotek Engelram, syn grabiego de St. Paul. Wszyscy będą 
pasowani w dzień świętego Pawła pustelnika. Przed uroczystością wykąpią się w balii pod otwartym 
niebem, przeposzczą .dobę i spędzą noc na samotnej rycerskiej wigilii. Rankiem przy
,roczvstej biskupiej mszy klękną wszyscy wieńcem wokoło łtarza Każdy odziany w koszulę nową, 
cienką i bieloną, Sdrel nikt jeszcze nie nosił na grzbiecie. Taką koszulę wdziera się tylko dwa razy: do 
pasowania i na śmierć, do trumny. Każdy ma skórznie nowe, nogawice obcisłe i kaftan materialny lub 
ze skóry. Na ołtarzu i wokół ołtarza leżą miecze, zbroi i pasy. Zbroje z rzadka tylko są z całkowitej 
jednolite i blachy. Zwykle bywa to tunika skórzana naszyta gęsto kółkami miedzianymi. Pozłacane 
kółka zachodzą na siebie tak gęsto, że skóry wcale nie widać. Taka tunika zowie się „broigne"', a 
Latyni przyjęli ją od Słowian wraz z rodzimą
nazwą — broń.
Skórzana tunika naszyta gęstwą metalowych kółek jest ciężka i sztywna jak pancerz, przeto 
poniektórzy woje wolą lżejsze kolczugi stalowe, z siatki misternie wiązanej. Przy kolczudze wisi 
jedno z nią tworzący czepiec, co ciasno obejmuje skronie i podbródek, zostawiając odsłonięte tylko 
oczy, nos i wąski trójkąt policzków. Dopieroż na czepiec przyjdzie szłom z labrami i nanośnikiem. 
Nogi okryją nagolenniki stalowe, pięści — siatkowe mocne rękawice.
Ksiądz unosi kolejno z ołtarza każdą część rynsztunku, błogosławi i podaje czekającym jak komunię. 
Gdy na koniec weźmie w dłonie pas z uczepionym doń mieczem, święci je z osobna, ze szczególną 
powagą. Powiada: ...Błogosławię cię, żelazo, jasne ostrze, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego... 
Służ do zwycięstwa krzyża, nie przelewaj krwi niewinnej... ani dziecka, ani wdowy, ani niczego, co 
słabe,.. Pogańską krwią opływaj, ostrze rycerskie...
— Tak mi dopomóż, Panie Jezu Chryste i Niewinna Jego Męko! — odpowiadają chórem czekający.
Ademar de Monteil, siedzący podle w karle poręczowym, bierze z kolei poświęcony miecz. On 
udziela pasowania. Ma prawo to czynić, bo był rycerzem wprzód, nim został mnichem i biskupem. 
Każdego z klęczących trąca mieczem trzykroć w ramię:
— Znieś to uderzenie, lecz ani jednego więcej! Pasowany całuje dotykający go miecz ze czcią, jak 
ósmy
sakrament. Porywa się z klęczek na nogi, skacze' na konia nie dotykając strzemienia, wyrywa z ziemi 
kopią,l goni pędem przebić kukłę wypchaną sianem, wiszącą u belki opodal. Im sprawniej, im. 
szybciej tego dokona, :tym lepsza dlań wróżba na przyszłość; Zła dola,' najgorsza dola snadź bliska; 
jeśli się potknie albo kopią chybi. :
Toteż tłum obecnych przygląda się ceremonii badawczo i ciekawie. Czy skoczą od razu na konia w 
wysokie rycerskie siodło wszyscy, nawet szpakowaty, przyciężkł de Luz? Czy trafią w sam środek kukły? 
Czy nie mina jej z rozpędu?
Patrzą z natężeniem, lecz w tejże chwili wrzawa, wznosząca się w drugim końcu obozu, odwraca skupioną 
uwagę. Tam ciekawsze widowisko. Złodziejowi, złapanemu na kradzieży, golą łeb, kąpią całego w smole i 
taczają w pierzu. Za pacwą bezkształtną, oślepłą, walącą się co krok na ziemię, biegnie tłum huczący 
śmiechem. Tak, to ciekawsze stanowczo. I większość widzów odchodzi'W tę stronę.
Tak ciągną i mijają kuse, wietrzne dnie. Zima trwa. Z ołowianego nieba połatuje śnieg. Poza 
powierzchownym ruchem, wywołanym ćwiczeniami, pasowaniem albo schwytaniem złodzieja, życie w 
obozach przymarło. Bo człowiek prosty i pierwotny usypia na zimę jak ziemia lub bór. Ciało robi się 
osłabłe i leniwe. Od Godów do Wielkiejnocy nie obaczysz czynów orężnych, wypraw rycerskich, alboli 
nawet zbójeckich. ...Zima!... Zima... Pora, gdy niedźwiedź zasypia w barłogu, jaźwiec w swej jamie, a 
równie jak one nieruchawy człowiek grz.eje się przy ogniu.
Nie wiedzieć tylko, czy kudłatemu misiowi przyśniwa się co, gdy leży w barłogu pod przykryciem 
wielkiego wykrotu? Nie wiedzieć także, czy jaźwiec miewa jakie zwidy? Bo człowiek, choć wiotczeją mu 
ciało i mięśnie, ożywia się wtedy wyobraźnią. Snuje baśnie. Nigdy się takie baśnie nie przędą jak zimą. 
Można rzec nawet, że bez zimy nie byłoby baśni. I teraz także w obozach, od ogniska do ogniska ciągną 
opowiadacze bajać o dziwach, jakie się dzieją po świecie. Prawią, że na niziny, ciągnące się poniżej 
Montferrand, co noc spadają z nieba gwiazdy jak wielkie, promieniste płaty śniegu. Dotknąwszy ziemi 
zamieniają się w rycerzy chciwych iść do Ziemi Świętej. To znów prawią, że widziano światła nieznane, 
unoszące się w powietrzu, podobne tym, co się czasem jawią nad bagnami, jeno bez porównania 
świetlistsze, mające rozjaśniać mrok nocy krzyżowcom, kiedy już wyruszą w pochód. Mówią też, że 
głodne wilki napotkały na gościńcu idącego samojeden rybałta. Ukazał im krzyż przypięty na ramieniu i 
przypadły do ziemi skomląc. Przeszedł skroś nich jak przez stado owiec... Albo, że święci i królowie, 
dawno, od wieków pomarli, wstają ze swych sarkofagów, gotując się iść na wojr
krzyżową... W Tours widziano o zmierzchu na rynku ukochanego patrona, dobrego biskupa Marcina, 
zjawionego kształtem żywym... Święty Idzi chodził błogosławiąc po murach swojego opactwa... Dzień w 
dzień obłoki na niebie piętrzą się
zachodzie w zamki warowne, wieże i blanki zębate. W tych wieżach siedzi załoga niebieska, którą Bóg 
ześle, by wspomała krzyżowców... W Jerozolimie na ołtarz Bazyliki Grobu spadł list, tym razem przez samego Odkupiciela 
pisany... Że czeka na dobrych rycerzy krzyżowych. Gotuje im pomoc, a potem nagrodę, jakiej oko nie 
widziało, ucho nie słyszało...
Roiły się te opowiadania zdumiewające, cudowne, aż pewnej nocy giermek, przezwiskiem le Cocą, zerwał 
się z krzykiem, wołając, że przyszedł do niego brat od kilku lat nieżyjący i rzekł, że także wziął krzyż. 
Wnet po całym grodzie
nieobeszłych obozach gruchnęła wieść, że zmarli idą wespół z żywymi walczyć o Grób Święty. Odtąd też 
każdemu nowo przybyłemu (a ściągało ich co dnia niemało) przyglądano się uważnie: człowiek to żyw z 
krwi i kości, czy też mara, co korzystając z powszechnego odpuszczenia grzechów, zbiegła duszą z 
czyśćca, a ciałem z żalnika?
Tak jest zimą. Ale zima francuska trws krótko. Jeszcze na Śląsku leży w puszczy gruby śnieg, przez który z 
trudem przebiera się ząbr, a nad Clermont już płynie ciepły langwedocki wiatr, wonny i lekki jak 
tchnienie. Pluszcze woda, ściekająca strugami z wyżyn ku potokom. Ciurka raźno w każdej bruździe, 
spływa brzegami gościńca. Ptactwo przelotne krzyczy ciągnąc wysoko, wysoko na wschód, i de la Tour 
powiada, że nie darmo zeszłej jesieni jaskółki przyleciały do Clermont. Czyż ich nie spotkali na drodze? 
Widno były tu gdzieś cały czas nie zauważone, a teraz razem z inną ptasią rzeszą ciągną na wschód, aby 
krzyżowcom pokazywać drogę...
Droga!... Droga!... Czas już na nią. Wraz z pierwszym wiosennym wiatrem stała się bliską i naglącą. Krew 
w żyłach krąży rzeźwo jak woda w bruzdach zagonów. Tłumy ocknęły się niby po nocy przespanej i żal im 
już choćby jednego dnia tracić... Więc w obozach wrzawa i rumor pogwarek. Iść! Iść! Iść! z wcześniejszym 
świtem, późniejszym zachodem,
milkną piękne baśnie, wraca rzeczywistość. Przy ogniskach e gadają o zmartwychwstałych królach i 
świętych, jeno
tym, czy lepiej wyruszyć razem z rycerstwem, czy osobno własnym dworem?
— ...Osobno, osobno!... Od pół roku cięgiem powtarzam, że lepiej osobno!... — wykrzykuje; von Emich, 
zawsze obecny, gdzie toczy się żywsza rozmowa. Obaj z Gottschalkiem poty uporczywie powtarzali ciżbie swe 
wymysły i skargi na rycerstwo, aż uwierzono im, że oni są inni. Posiedli zaufanie tłumu. Są w obozach jak u 
siebie.
— Ruszać z rycerstwem pod przewodem Ademara — powtarza von Emich — toż to samo co wracać w 
obrożę... Wiadomo: wielmoże pierwsi uderzą, pierwsi zdobycz wezmą, wam zostawiając ochłapy... W razie 
porażki pierwsi zbiegną, bo są konni... Im zasługa zdobycia Grodu Świętego, im bogactwo, bezpieczeństwo... 
Dla was jak zawsze poniewierka, chudy łup, marny zgon lub jeństwo...
— Dobry rycerz Emich prawie gada! Nie czekajmy!
— Wielmoże pewno się dopiero w czerwcu ruszą...
— Do biskupa! Niechaj nas prowadzi!
— Niech wybiera, z kim idzie! Z rycerstwem, czy z nami?...
— Nie trzeba i pytać! Pójdzie z wielmożami!... Obejdziemy się bez niego!
— Bóg tak chce! Bóg tak chce!
— Piotr Eremita powiedzie! Boży człowiek! Drogę zna!
— Gdzie Piotr Eremita!?
Mały człowieczek w zbyt długiej opończy z kapturem skrył się zasłyszawszy, o co chodzi. Jest strwożony i 
niepewny. Umie mówić, ale czy potrafi równie dzielnie działać? Modli się, by go nie znaleziono. Próżna 
nadzieja! Szukają go, tropią, wyciągają triumfalnie, unoszą w górę na ramionach. Łaskawe wiosenne słońce 
grzeje mocno. Rozpala krew jak wino. Dość czekania! Iść!... Iść!...
— ...Ty nas powiedziesz! — ryczą zewsząd. — Znasz drogę do Jeruzalem! Nie chcemy innego wodza!...
Kobiety padają mu z płaczem do kolan. Całują stopy. Wrzawa dokoła jak grzmot.
— Prowadź nas! Nie chcemy czekać na nikogo! Bóg tak chce!
Burza nie huczy głośniej niż ten straszliwy tłum, pełen uwielbienia. Piotrowi zda się, że go, bezbronnego, unosi, 
zalewa powódź, nagły przypływ morza. I on ma zapanować nad tym odmętem, prowadzić go?! O Boże, nie! Iść, 
walczyć, owszem, ale jako jeden z tysiąca obrońców! Przenigdy jako kierownik! : .:,
Wątłe to jednak racje i sprzeciwy wobec naporu tłumu, który żąda spełnienia cudów, głoszonych jesienią.. Niech 
się nie wymawia... Czyż nie mówił, że wskrześnie Mojżeszowy słup ognia albo gwiazda betlejemska?... l ze zdwojoną 
siłą ryczą wszyscy: __ prowadź! Prowadzi:Bóg tak chce!...
Wszyscy? Nie wszyscy. Gautier Sans Avoir, czyli Walter Bez Mienia, Gottschalk i von Emich wyzyskują 
chętnie niepewność Piotrową. Sami ofiarują się na wodzów.
— Ja powiodę!
__. jviy powłedziem!
I już część tłumu odwraca się ku nim. Tryskają w górę
okrzyki:
__. Niech żyje Walter Bez Mienia, nasz wódz!
__. Niech żyją dobrzy rycerze Gottschalk i von Emich!
Pierwszym odruchem Piotra jest radość. Skorzystać z odwrócenia uwagi, uciekać, skryć się co rychlej! Lecz gdy 
okrzyki na cześć tamtych wznoszą się coraz liczniejsze, cierń zazdrości uwiera serce pustelnika. Zabolało go, że 
tłum tak łatwo od niego odstąpił. Tego się nie spodziewał.
Gdy wokoło huczą zwolennicy nowych przewodników,. Piotr, zostawiony na uboczu, kręci w palcach koniec 
wystrzępionego kaptura i rozmyśla. Czy nie był zbyt skromny?... Nie doceniający siebie?... Niewątpliwie 
przecież trudniej było zwołać ti' -,vszystkich tych ludzi, natchnąć świętym zapałem, niż teraz powieść do 
Jerozolimy, ku której drogę rzeczywiście zna, zna on jeden! Jeżeli z Bożą pomocą uczynił tamto, uczyni 
podobnie i to...
Stanowczym ruchem odrzuca kaptur. Wskakuje na skrzynię, co mu przed chwilą służyła za mównicę. Woła 
głośno:
— Ludzie! Zgadzam się was powieść, skoro taka wola Pana!...
— Piotr Eremita się zgadza! Nasz święty się zgadza! Chwalmy Pana! Nasz prorok się zgadza! — wołają z uniesieniem kobiety.
Ale mężczyźni nie wszyscy nawracją ku Piotrowi. Łaska tłumu jest niestała, i biada, kto chwilę sposobną 
przeoczy. Szerokie bary Waltera Bez Mienia, jego mocny, spokojny głos, pewność siebie panów Gottschalka i 
von Emicha — mają też swoją wymowę. Wśród burzliwych obrad fala tłumu rozpada się na trzy części: pod 
wodzą Piotra kupią się pobożni pątnicy, rzemieślnicy i mieszczanie, starcy, kobiety
dzieci. Do Waltera lgną młode, bujne chłopy, żaki, rybałty
wszelkie tworzywo wojackie. Ludzie, którym się śnią nocą )rężne wyprawy. Z Niemcami pójdą wszyscy, 
których nie
sama pobożność ni chęć sławy zaciągnęła w szeregi krzyżowców. Obwiesie, leniuchy, obieżyświaty z 
całego świata, rozbójniki i chciwce łase na łatwy zarobek. Jest łch niemało. Tyleż samo bodaj, co 
pierwszych, Piotrowych.
— Ruszamy jutro! — ryczy do swoich von Emich. — Jeno nie z próżnymi rękami... Składnice 
biskupowe trzeba odewrzeć i zapasy, wziąć!
...Hej, tak mówi mąż! Żadne słowa milej by w uszach nie brzmiały. Otóż to! Otóż to! Odewrzeć składnice! 
Po prawdzie biskupowe racje były skąpe... Teraz sami je sobie wydzielą!...
Struchlały Piotr składa dłonie. Na miłosierdzie Boskie! Od grabieży mają zaczynać! Od nieposłuszeństwa 
świętej władzy! Przenigdy do tego nie dopuści, nie zezwoli... Stanąwszy ponownie na skrzyni, woła, błaga. 
Chrypnie od krzyku. Biedaczyna nie wie jeszcze, że wodzowi prosić ani zaklinać nie
wolno.
Jedno, co zdoła wyżebrać, to, że poczekają, aż on wróci od biskupa, któremu przedstawi całą rzecz. Kto 
wie, może biskup zgodzi się z dobrawoli? I nie odejdą bez błogosławieństwa...
— Co nam po biskupowym błogosławieństwie? Bóg tak chce!... — podnoszą się głosy. Ostatecznie 
jednak przystają pod warunkiem, że tamci, Walterowi, Gottschalkowi, także czekać będą. Inaczej, jakże?
Więc na poły oszalały Piotr goni po obozie. Długi kaptur pęta się za nim. Szuka Waltera i obu rycerzy 
niemieckich, obłapia ich ramionami, wspinając się na palce całuje w szorstkie policzki, błaga w imię 
Chrystusa, którego mają iść bronić, by nie zaczynać od gwałtu. Biskup na pewno się
zgodzi.
— Możem poczekać — przystaje Walter — bo przeszkodzić
nam tak czy tak nie zdoła.
W tym ma słuszność. Chwilowo w Clermont oni są panami położenia. Wielmoże zaraz po Godach 
rozjechali się do swych kasztelów sprawiać drużyny i sposobić wyprawę. Ślubowali sobie wzajemnie na 
rycerską CjZeść stawić się w oznaczonym miejscu przed żniwami, w szyku gotowym do drogi. W grodzie 
zostali tylko rycerze polscy, węgierscy, kilkunastu niemieckich, Swenon duński, brat królewski Hugo, zbyt 
leniwy, by się miał zająć czymkolwiek, i kilka pocztów pomniejszych. O tym, by mogli stawić 
skuteczny,;Opór ciżbie obozującej, zatrzymać ją — ani mowy!
Półżywy ze zmęczenia Piotr spotyka Ademara w bramie grodu, biskup bowiem posłyszał już o poruszeniu 
w obozie.
Na widok Eremity zsiada z konia. Oddaliwszy się od służby strzelenie z łuku, staje z Piotrem samodwa 
na wzgórzu, o samym, gdzie stały namioty poselstwa basileusa greckiego.
Dysząc z wysiłku i płacząc Piotr mówi, mówi, mówi. Ademar de Monteil słucha go z roztargnieniem, 
przenikliwymi oczami błądząc ponad głową małego człowieczka, po rozłożonych w dolinie nie kończącym 
się kręgiem obozach. Bije od nich szum niby wzburzonego morza. Słońce grzeje. W powietrzu nieopisanie 
słodki zapach wiosny.
Tak patrząc wspomina biskup jesienny zimny wieczór, gdy na ten sam krąg obozów spoglądał z okna 
wieży zamku arcybiskupiego. Tysiączne ognie błyskały wyczekująco. Zdało się wtedy Urbanowi, 
genialnemu marzycielowi, że odmieni naturę ludzi czuwających u tych ogni, porwie w górę i duchem 
ożywi. Zdało mu się (czasu soboru on, Ademar, dzielił chwilę to złudzenie), że w miejsce trzech 
zasadniczych namiętności — żywiołów, rządzących stadem ludzkim — głodu, chuci, żądzy władzy — 
narzuci siłę nową, czynnik nadzmysłowy, potężniejszy od poprzednich, chociaż z nich przekuty, 
ogarniający, unoszący, porywający — czynnik miłości, wiary i tęsknoty za doskonałością Bożą...
Złudne marzenia, przelotne obłudy! Natura ludzka tylko na krótkie mgnienie może się stać czystą i lotną. 
Sięga nieba na równi z aniołami i równocześnie opada na ziemię, podlejsza niż kiedykolwiek. Próżne są 
wszelkie wysiłki.
...Urban mówił: Obaczysz, że dojdą i cel najświętszy osiągną... Będą upadać, chromać, cofać się, przecież 
obaczysz, że dojdą...
...Jakżeś się mylił, bracie Odonie, mądry papieżu Urbanie! Patrz, co się dzieje wśród nich, choć jeszcze nie 
wyszli w pole... Co nastąpi dalej? Co dalej?
— Panie! Panie!... — żebrze z płaczem Piotr.
Ademar spuszcza oczy ku niemu.
Rozkaż, niech zbiorą spośród siebie wysłańców, z którymi będę gadał, a roztropnych, żeby umieli 
powtórzyć innym, co powiem.
Biskup jedzie! Biskup!... — idzie wrzawa skroś obozu. Czekają nowi wodzowie, Gottschalk, von Emich. I 
tłum napierający, ciekawy.
Prowadź nas! Nie chcemy już czekać dłużej! Chcemy isc zaraz! Bóg tak chce!
— Bóg chce, abyście byli posłuszni naznaczonemu przez Ojca świętego wodzowi. Ja nim jestem. 
Wy będziecie mnie słuchać, nie ja was. Wyruszamy zaraz po żniwach, nie wcześniej. Zabierzemy nowe 
zbiory, nie będziemy bliźnim niszczyć zboża pochodem po drodze. Rzekłem.
— My chcemy iść zaraz! Mamy takich, co nas poprowadzą!...
— Pójdziecie ze mną, gdy dam rozkaz. Kto ruszy wcześniej, przestanie być krzyżowcem. Żadnych 
przywódców nie znam. Jam jest jeden obrany i naznaczony. Nie szukajcie sobie samozwańców, 
co was do zguby przywiodą. Głodu nie macie. Nigdy w życiu nie wiodło się wara jak ninie. Natomiast nie 
umiecie jeszcze zgoła walczyć. By nie to, że każda godzina droga, trzeba by was jeszcze rok tutaj 
potrzymać. Patrzałem onegdaj z wałów, jakeście strzelali! Śmiech pusty. Każda strzała w inna 
stronę. Ani toporem, ani oszczepem dobrze nie władacie. O szyku nie macie pojęcia. Ni o natarciu, ni
obleganiu. Chrystus takich wojów nie potrzebuje. Na świętej wojnie każdy ma wiedzieć, po co poszedł, 
jaki trud na siebie bierze i czym się do zwycięstwa przyczyni... Krzykanie, że Bóg tak chce — to mało! Na 
świętego Lamberta męczennika — mało!!...
Nie czekając odpowiedzi, zawraca koniem, odjeżdżając z powrotem do grodu. Tłum milczy skarcony. 
Słusznie prawił biskup, bo słusznie... Dobrze im się tu działo —- prawda szczera... I że zboża się deptać nie 
będzie, i że z łuków szyją koślawo — także prawda... Palce przyuczone do gmerania w ziemi niełacno 
przywykają do giętkiej cięciwy... Więc cóż? Ano cóż? To już może lepiej i poczekać?...
Tak prawią ludzie między sobą, gotowi posłuchać biskupa
ostać. Trochę im przykro, że mowa brzmiała tak twardo, wielmożnie. O cudach, o mannie ani słowa. 
Tylko o trudzie, a oni właśnie woleliby bez trudu... Czy nie wystarczy, że pójdą i samą liczbą 
wystraszą Saracenów?... Czy nie dosyć, aż za dosyć?
Tak się użalając doczekaliby jednak łata spokojnie, gdyby nie umysły niespokojne niedoszłych 
przywódców.
Wiec Walter Bez Mienia, Gottschalk, von Emich, współziomek ostatnich Yolkmar — każdy z osobna, 
chociaż jednomyślnie, burzą ludzi przez zauszników swoich, rozpuszczając po obozach wiatry-plotki 
niegodziwe. Że wielmoże, powróciwszy z drużynami, wyrżną swych byłych poddanych lub
skutych w dyby odeślą do domów... Szalony, kto by na ich przyjazd czekał!
Komu miła sława, wolność, Grób Chrystusów — niech nie czeka!...
To znowuż podszeptują Piotrowi Eremicie, wybrańcowi, mężowi Bożemu, że krzywda mu się oczywista 
dzieje. Jest usunięty na bok, nie doceniany... On przecież, nie kto inny, powinien być wodzem. Biskup? 
Dlaczego biskup? Czy chodził do Ziemi Świętej? Wędrował pieszo skroś całego świata? Zwoływał ludzi? 
Chwytał się za piersi od bólu i mdlał? A teraz co? Ma być niczym, a tamten wszystkim?
Jeszcze temu parę niedziel Piotr byłby odrzekł, że niczego bardziej nie pragnie, jak pozostać samotnym, 
swobodnym i nic nie znaczącym. Od tego czasu jednak zmąciło mu się nieco rozeznanie. Ogólne 
uwielbienie zawróciło głowę. Już sam w głębi ducha uważa, że biskup za mało się z nim liczy. Jakby nie 
on, Eremita, był sprawcą wszystkiego. Czyjąż zasługą zebrał się tutaj lud chętny iść ratować Boga? Jego, 
jego, tylko jego...
Gdy o tych sprawach rozmyśla, zwidują mu się cuda i znaki, o których dotąd nigdy nie wspominał. Dziwna 
rzecz, niby zaszły dawno, a uświadamia je sobie dopiero teraz. Wszystkie utwierdzają go w przekonaniu, 
że Bóg o nim myślał jako o wodzu. Przypomina sobie, że gdy się modlił przy Grobie Świętym, Chrystus 
przemówił do niego: „Wstań, Piotrze, przyprowadź lud, aby mnie ratował..." Potem, że szczątek Krzyża 
Świętego w ołtarzu wysunął się sam ku niemu do pocałowania... A czyż wiele kobiet nie przypisuje mu 
ciągle świeżych cudów? Uzdrowił .starą Martynę, chorą na kurcze żołądka... Pogodził zwaśnionych 
małżonków Błażejów, o których mówiono, że nawet diabeł by ich nie pogodził.'
I gdy pewnego świetlistego ranka, po nocy spędzonej na burzliwych naradach, tłumy wywalają kute 
wrota kościołów zamienionych na składnice, wypędzają z zagród bydło i wyruszają niezmierzoną, 
nieobjętą falą, Piotr Eremita powtarza i: „Bóg tak chce!" stając bez oporu na czele pierwszej
najliczniejszej gromady. Pozostający w Clermont rycerze patrzą na ten odpływ z ulga. (O ileż 
milej im będzie walczyć bez hołoty!) Biskup Ademar z sercem ściśniętym żałością. Boże, bądź im 
miłościw. Płyną, płyną szeroko jak morze. Walą pieszo, gnają pchają ręczne wózki, na których umieścili 
dzieci i nieco odzieży. Niektórzy jadą na podkutych wołach. Z rzadka któryś dosiada konia, przedmiot ogólnej 
zazdrości. Drogi nikt nie zna, boć i Piotr płynął do Ziemi Świętej italską galerą. W tym tłumie 
niepowstrzymanym są bezwstydnicy i zbóje, są niewinne dziewczątka o niczym złym, nie wiedzące, młodzianki 
i dzieci, maleńkie, bezgrzeszne dzieci... Co się z nimi stanie, ach, co się stanie?... O Boże, bądź miłosierny!...
Rozdział czternasty ...GDY MANNA JESZCZE NIE PADA...
Wiewiórka skrzętnie zbiera zapasy na zimę, chomik całe lato znosi zabiegliwie zboże. Ale ludzie nie posiadają 
zwierzęcej roztropności. Idący tłumem krzyżowcy jedzą, ucztują, ani się troszcząc o przyszłość. Pędzone przez 
nich stada wołów, świń i owiec topnieją jak śnieg wiosenny. Topnieją nazbyt szybko. Nie dziwota, gdyż pątnicy 
zjadają tylko najlepsze kawałki. Resztę rzucają na ziemię. Niech gnije, niech kruki rozdziobią, niech bierze, kto 
chce. Flaki i nogi, łby i płuca, wątroba i śledziona stają się nieponętne dla zwybredniałego nagle podniebienia. 
Kąski — stanowiące dotąd niedościgłe marzenie ubogiego smerdy, co mięso jadł tylko wtedy, gdy chwycił w 
sidła zająca, ułowił rybę, drżąc równocześnie ze strachu przed panem, do którego przyrodzonym prawem 
należało wszystko, co żywię w powietrzu, wodzie i w polu — stają się dzisiaj niesmaczne i niepożądane. A co 
będzie, gdy wołów, owiec i świń pędzonych nie stanie? Gdy skończą się wory ze zbożem? Któż by się o to 
troszczył? Manna przecież spadnie z nieba. Idąc przez grody i wsie, wędrowcy rzucają gawiedzi jedzenie. 
Bierzcie, my mamy dość. Gdy nie stanie, Chrystus ześle nam nowe zapasy. Obdarowani błogosławią 
krzyżowców i przyłączają się do nich. Więcej jednak niż błogosławieństw słychać po drodze przekleństw za 
zdeptane zboże, zniszczone winnice. Jak wielka nieobjęta rzeka płynie tłum krzyżowy, pozostawiając za sobą 
gołą ziemię. Ni śladu młodych zasiewów. Nie dbają o nic. Obalają płoty chruściane i murki kamienne 
pracowicie ułożone wzdłuż pól. Wypijają do dna studnie. Po przejściu tysięcy stóp potoki stają się grząskim 
rozdeptanym bagnem, tórego nieprędko napoi się bydlę lub człowiek. Suną jak >dź, nieubłaganie, obojętnie. 
Jeden znają okrzyk: Bóg tak Gdy na widnokręgu ukaże się wieża klasztorna, podoszą radosną wrzawę, że to już Jerozolima. Pierwsze szeregi
padają na kolana, dalsze tłoczą się i cisną, Jeruzalem! Jeruzalem!
Tak ciągną, brodząc przez łąki pokryte kwieciem sięgającym kolan, wśród ziół miodnych, nad którymi 
brzęczą pszczoły. Dziewczęta plotą wieńce, spinają je na warkoczach. Przeglądają się w strugach 
napotkanych, czy im pięknie? Tłumy ogarnia beztroska swoboda, pątnicze oderwanie się od codziennych 
kłopotów. Dzisiaj śpisz tutaj pod gruszą, a jutro tam kędyś w lesie albo na przykopie. Jak się zdarzy... Jak 
się zdarzy... O cudowna niefrasobliwości, o rajska przygodo! W wiosennym świetle wędrować przez łęgi i 
bory, wzgórza i doliny, chociażby do końca świata... Gdy idą, znad Mozy i Mozeli, z Burgundii i 
Szampanii ściągają ku nim nowe sznury ludzi. Zdrowych i chorych. Wlecze się rój dziadów-kalek. 
Powiewają pustym rękawem, na którym czerwieni się krzyż. Stukają drewnianą nogą. Dygoczą jak 
opętańcy opanowani chorobą świętego Wita. Chromy wiedzie ślepego, a niemowa pcha na wózku 
porażonego bezwładem.
Na samym końcu pochodu jest i garstka trędowatych. Szpetna ta chorość od niedawna trapi Europę. Maury 
przywlokły ją do Hiszpanii, skąd przeszła do Francji. Wzbudzający ogólny lęk i wstręt nędzarze 
poodrzucali kołatki i w swych czarnych, zrudziałych opończach, z białą dłonią wyszytą na piersiach i 
plecach, nadążają za zdrowymi, jak mogą. Sypią się na nich wyzwiska, a gdy za blisko podejdą — 
kamienie, lecz uczestniczenia w pochodzie nikt im zabronić nie może. Kto wie? Może Chrystus właśnie im 
okaże swoje miłosierdzie?...
Och tak, każdy z tych nieszczęśników wyklętych śni, że doszedłszy do Grobu Świętego położy na nim 
swoje bezpalce kikuty, a one staną się znów mocnymi, sprawnymi dłońmi. Wędrując w pyle rozważa, jak 
wielką jest rozkosz posiadania ruchliwych, chwytnych palców, człowiekowi niezawodnie posłusznych! Jak 
niewysłowioną radość sprawności cielesnej! Potykając się chorymi stopami o polne kamienie, dumają, jak 
będzie wyglądać chwila, w której dojdą. Co wtedy uczynią? Czy odważą się objąć święty kamień tymiż 
żałosnymi kikutami lub staną jak dziesięciu mężów trędowatych, wołając z dala: Jezusie Nazareński, 
zmiłuj się nad nami! Nie rozstrzygnęli jeszcze, jak będzie lepiej, niemniej gorliwie teraz wołają: „Bóg tak 
chce! Bóg tak chce!" Głos stłumiony i bezdźwięczny dobywa się z gnijących warg, co spodziewają się 
odzyskać twarde białe zęby i pełne, wilgotne wargi, których nie brzydziłyby się kobiety. Nie dzielą się jednak między sobą tymi nadziejami. Wszak Chrystus — 
sądzą — nie uzdrowi wszystkich. Może tylko jednego, może aż dziesięciu jak w Ewangelii?... Każdy 
chciałby się widzieć pośród tych wybranych, i nie pragnie, aby go inni ubiegli w dotarciu do Grobu 
Świętego. Każdy udaje, że się niczego a niczego nie spodziewa...
Lecz skryta myśl dodaje skrzydeł, unosi chyżej wykrzywione stopy i już grono bezładne nędzarzy dościga 
szeregów krzyżowców. Lecą ku nim groźby, kamienie i grudy ziemi, wysuwają się drągi, aż spokorniała 
czereda cofnie się i przyzostanie, skryje w chmurze pyłu wzniesionej pięćdziesięciu tysiącami stóp.
Bliżej czoła pochodu, tuż za kobietami otaczającymi Piotra Eremitę, zdążają igrcy, joculatores, 
skoczkoY/ie, pieśniarze, rybałty, goliardy i przeróżna brać wędrowna. Ci, że są zwyczajni bezkresnych, 
beztroskich wędrówek, nie odczuwają upojenia drogą równie silnie jak reszta, ciężko zazwyczaj osiadła, do 
miejsca z dziada pradziada przykuta. Cięży im ścisk, tłok, nadmiar ludzi, zgęszczony cuch potu i 
nieustanna wrzawa głosów. Stokroć milej byłoby wędrować samoczwart albo samopięć, zatrzymując się, 
gdzie wola.
Lecz skoro trzeba iść w stadzie, idą ofiarując tę niedogodność Panu, szczęśliwi, że pójdą Go bronić. Nie 
dbają, czy spotka ich za to nagroda. Gdyby się kto ciekawy natarczywie pytał, czego by w zamian za swą 
wędrówkę pragnęli, odpowiedzieliby pewnie, że nic... może jeno trochę mniej ludzkiej, pogardy, może jeno 
prawo do pochówka w poświęcanej ziemi. Niechby już zmarłych rybałtów nie rzucano jak ścierwa przy 
drodze, broniąc na cmentarz dostępu!
Że zaś swobodne te ptaki nie mogą żyć bez pienia i gędźby, układają w pochodzie pieśni o Jeruzalem 
uciśnionej i Grobie Świętym, który trzeba wyzwolić. Poddaną przez nich nutę podejmują gromko 
otaczające ich żaki, wesoły kleryk Bartłomiej z Marsylii i co bliższe szeregi krzyżowców. Pieśń huczy, 
polata nad polem, raduje serca. Pieśń, potężny lewar Boży, kordiał krzepiący zmęczonych. Przez parę dni 
ta sama pieśń nie schodzi z ust, aż zaćmi ją druga, nowa, a po drugiej — trzecia. Nie ma nikogo, kto by 
zapisał poprzednie, wiec zanikają w nietrwałej pamięci. Dopiero z rycerstwem pociągną iczeni kronikarze, 
którzy dzieje tej wyprawy potomnym
fiekom przekażą. Czyny i słowa rzeszy gołociej, sunącej jak szara szarańcza skroś Europy Środkowej, 
ulecą z wiatrem, zaginą wraz z rzeszą. Ulecą podobnie ich pieśni. Niektóre tylko pochwycą mieszkańcy 
przydrożnych siodeł lub grodów i przechowają śpiewając je przez sto, trzysta lat i więcej.
Gruba Martyna cudownie wyleczona z kolki i pyskata Laurentowa rządzą bezspornie czeredą kobiet 
uwielbiających Piotra Eremitę. Wszystkie są zażywne, zamaszyste, obdarzone obfitą wymową i 
takimże kształtem. Wszystkie stanowią nieurzędową, ale nieodstępną straż przyboczną Bożego Człowieka. Oddają cześć jego cnotom hałaśliwie i gorąco. Strzegą spokoju, gdy śpi, ścielą mu miękkie 
posłanie, znoszą najsmaczniejsze kąski. Puszczone poprzek szeregów, opowiadają niestrudzenie o 
nowych cudach i nowych znakach potwierdzających codziennie świętość wybranego wodza. Wbijają 
to w głowę każdemu, kto by jeszcze ośmielił się wątpić. Zarazem znoszą Piotrowi nowiny i plotki, 
starannie omijając, co by go mogło zasmucić. W ich opowiadaniu wszystko w szeregach dzieje się 
dobrze, dobrze, najlepiej, a ludzie dzięki jego, Piotrowemu, przewodnictwu przedzierzgnęli się w 
aniołów.
Kłótliwe te białki, o wielkich brzuchach i ciężkich piersiach, patrzą z macierzyńskim, żarłocznym 
rozrzewnieniem na wątłego chudzielca w przydługiej wytartej opończy. Każda z, nich mogłaby go 
sobie wziąć na ramię, zarzucić na plecy lub nosić w podołku. Ta niewątpliwa przewaga cielesna 
wzrusza kłębiaste kumoszki.
Otoczony tym orszakiem, poprzedzony krzyżem, Piotr Eremita jedzie na swej burej mulicy, 
niedokładnie jeszcze z zimy wyleniałej. Rad jest z tej babskiej opieki, z tego uwielbienia. Kadzidło ma 
słodką woń, odurzającą każdą ludzką głowę. Piotr poi się tą słodyczą. W glorii własnej skromności i 
ubóstwa, w coraz silniejszym przekonaniu posłannictwa, wiedzie lud ku Ziemi Świętej. O to, co 
będzie, gdy spyży nie stanie, troszczy się równie mało, jak tłumy idące za nim. Jeżeli czasem podobna 
troska zaświeci mu w głowie, odgania ją jako grzech. Grzech nieufności w moc Bożą.. Bóg chciał 
widomie, aby wyruszyli. Bóg ich nakarmi po drodze. Nie ma się czego obawiać.
I ta pewność bezpieczna nie opuszcza go, gdy żywności jest już tylko na tydzień... Na dwa dni... Na 
dzień...
Zapasów już nie ma wcale. Co mądry biskup przygotował na v'lka miesięcy, zećpali w parę tygodni. Nie ma nic. 
A manna
nje pada.
Manna nie pada, lecz ciągną krajem dobrze uprawnym, zasobnym. Z przedziwną jednomyślnością tłum 
krzyżowy osądza, . tutejsi mieszkańcy winni oddać wszystko, co posiadają, by wyżywić tych, którzy idą w 
obronie Chrystusa.
Gdyby Bóg chciał inaczej, zesłałby cudownie pożywienie. Skoro tego nie uczynił, jasne jest, że krzyżowcy 
postępują zgodnie z Jego wolą, zabierając po drodze bydło i trzodę, ostatnie zeszłoroczne zapasy zboża, oliwę, 
wino i pieniądze. Jeśli wywłaszczeni nie chcą oddać dobrowolnie, tym gorzej dla nich. Święty gniew rozpala 
tłum, a tłum rozgniewany jest straszny. Uznani za niegodziwych sobków i wrogów Chrystusa, oporni oddają 
gardło wraz z mieniem.
Więc stugębna wieść leci przed nawałą, oblatuje kraj, napełnia przerażeniem i grozą. Ludzie mieszkający wzdłuż 
brzegów Mozeli, aż po daleki Ren, martwieją od tej nowiny. Wieść o klęsce, sroższej niźli blada dziewa moru, 
dociera do grodów nadrzecznych, w zbyt obszernych i wspaniałych murach rzymskich nędznie bytujących, do 
kaszteli, gdzie z pośpiechem ściągają zapasy żywności i podnoszą mosty zwodzone nie spuszczając ich nikomu, 
do wsi i siół, skąd ludność pośpiesznie ucieka w lasy i góry, chaszcze i skryte wąwozy. Uginając się pod 
ciężkimi tłumokami, zawodząc, pędząc chudobę w zarośla i kamieniołomy, uciekający zapytują się wzajemnie, 
cóż to za straszliwy wróg? Nie baron pokłócony z miejscowym baronem, nie biegusy włóczęgi, ni chąsa zbójecka. Więc kto?... Starsi wspominają, co słyszeli od swoich dawno zmarłych dziadów o złych Hunach, 
pustoszących kiedyś, kiedyś chrześcijańskie dziedziny... Widno te czasy wróciły... Panie, miej nas w swej 
opiece!...
Zarazem pośród krzyżowców poczynają się rozterki. Pryska dotychczasowy porządek. Szeregi mieszają się. 
Dotąd, od wyjścia z Clermont, Piotr Eremita szedł naprzód ze swoją gromadą. Ilość ludzi w tej gromadzie jedni 
obliczają na sto tysięcy, inni na pięćdziesiąt tysięcy. Prawdy dokładnej nikt nie wie. Spisu wszak nie ma. Nie 
wiedzieć też, czy liczyć dzieci, kaleki, trędowatych, pętających się kupami, czy tylko ludzi zdatnych do walki. 
Tych jest znacznie, znacznie mniej. Jgólna suma zresztą jest zmienna, gdyż po drodze siła ludzi przyłączyła się 
do wyprawy, a nierzadko ktoś zniechęcony
bo zmęczony zostaje.
W drugiej gromadzie, nadążającej za pierwszą, Gottschalk i von Emich ustalają swoje siły na piętnaście tysięcy. 
Ciągnący za nimi o pół dnia drogi Walter Bez Mienia posiada zrachowanych i złączonych w roty.dziesięć 
tysięcy ludzi, ale wyborowych, nie obciążonych babami, dziećmi i wozami.
Dopóki każda gromada posiadała żywność, porządek ten utrzymywał się bez trudu. Co innego teraz, gdy tylko 
ci, co idą w pierwszych szeregach, są syci. Z bezlitośnie zagarnianego dostatku korzystają tylko sprawniejsi, 
silniejsi i pierwsi. Ostatnie szeregi zastają nieodmiennie puste domy, puste chlewy i gołe ogrody. Więc 
rozsypują się szeroką ławą po kraju, rozpryskują na setki drapieżnych oddziałów, wyprzedzających się wzajem, 
tracą kierunek pustoszą Francje i Niemcy.
Pewnego majowego dnia trzymający swoich w kupie Gottschalk i von Emich uderzają jak taranem w sam środek 
sił Piętrowych. Nie bacząc na opór i wrzaski, przechodzą po brzuchach gromady, przewracają wstrzymującego 
ich Piotra, wybijają się na czoło i szybkim pochodem odsądzają się o dobry dzień drogi. Głośno oświadczają, że 
nie myślą iść w ogonie i zjadać ostatki. Pierwsi wejdą wszędzie. Do bogatych nadreńskich miast, w całym 
świecie głośnych. Do Kolonii i Moguncji...
Sponiewierany, zgnębiony Piotr Eremita siedzi na ziemi zasłaniając uszy dłońmi, aby nie słyszeć lamentu 
poturbowanych. Gruba Martyna ociera mu współczująco zawalaną twarz rańtuchem.
Dymiące gruzy getta grodu Spiru zostały w tyle za Gottschalkową gromadą. W nich kilkanaście trupów 
porzniętych jak barany na stopniach bożnicy i nagie zwłoki dziewczyny, co sama pchnęła się nożem, gdy 
gwałtem chciano ją ochrzcić. Od tej krwi, świeżo przelanej, ludziom drżą drapieżnie nozdrza. Von Emich na 
pięknym źrebcu, zabranym bez zgody właściciela z niedalekiego kasztelu, stoi na pagórku, wołając gromko do 
swoich:
— ...Bóg nam wskazuje drogę, którą kroczyć mamy... Słuchajcie, bracia! Słuchajcie, woje Chrystusowi! Zali nie 
słuszna, byśmy, zanim pójdziemy wyzwalać Grób Święty, ukarali obrzydliwców, za których sprawą Chrystusa 
Pana naszego do Grobu złożono? Idziemy na Saracenów, lecz cóż Saraceny? Pogany plugawe, przeca nie takie 
jak Żydy! Nie one ukrzyżowały Zbawiciela! Nie one Go umęczyły! Gdy my w gorzkim utrapieniu, znoju, 
niedostatku wędrujemy, oddając nasze mizerne żywoty, te łotry, zabójcy Słodkiego Pana naszego, chodzą po 
świecie swobodnie, bogacąc się naszą krwawicą! Za drogie pieniądze sprzedają nam miecz i zbroje! Zali tak się 
godzi? Zali tak ma być? Biada Żydom! Bóg tak chce!
— Bóg tak chce! — ryczy gromada.
— ...Idziemy w znoju i trudzie, sami głodując i ostatni nieraz kęs chleba zabierając braciom chrześcijanom, a 
Żydowiny przeklęte siedzą na worach ze złotem! Możeż to być wolą Bożą!? Nie słusznaż, byśmy skarby 
im zabrali obracając je na wyżywienie w pochodzie?!
— Słuszna! Słuszna! Bóg tak chce!...
— Widzieliście dziewkę paskudną, co wolała żywota się zbawić niźli święty chrzest otrzymać... Jakoż nie 
karać śmiercią tak przeklętego uporu!? Nie pomścić takiej zniewagi wyrządzonej Panu?!
— Słuszna! Słuszna! Biada Żydom!
Gottschalk potakująco kiwa wielką głową, z podziwem patrząc na przemawiającego. Jak on wszystko potrafi 
wyłożyć! Gottschalk, tępy rudy olbrzym, zna jedną umiejętność: bić i grabić. Do chytrości jest niezdolny, nie 
dlatego, by się brzydził wybiegiem, lecz że żadnego wybiegu nie zdoła wymyślić. Rozumu ma tyle, co sarna 
ogona. Toteż słucha bez zastrzeżeń wszystkiego, co von Emich radzi.
Temu obłuda nie sprawia trudności. Umysłowość jego, młodszego syna zapisanego w obiaty, któren ze 
znienawidzonego klasztoru zbiegł wyrostkiem, chuderlawca, surowymi postami klasztornymi wstrzymanego w 
młodzieńczym rozwoju, umysłowość von Emicha jest ciemna, wykrętna i wroga wszystkiemu, co żyje. Świat 
obszedł się z nim okrutnie, przeto nienawidzi świata. Rad by się zemścić na nim za swoją straconą młodość, za 
to, że został wyrzutkiem, klasztornym zbiegiem bezdomnym, że w cudzych krajach udaje rycerza, w rzeczywistości równie jak Gottschalk nie będąc nigdy pasowanym. Jak Raul de Beaugency zaprzedałby dla tej 
zemsty duszę diabłu, gdyby nie to, że w diabła nie wierzy. W Boga również. I właściwie nie pragnie nic prócz 
pieniędzy. Dużo, uzo złota. Gdy wszyscy urodzeni marzą nad wszystko o sławie, on nie dba zgoła o sławę. Lata 
przymusowej pokory życie w ciągłym fałszu i kłamstwie, zabiły w nim godność, męstwo i szlachetne pragnienie wielkości. Czuje się gadem i zostanie gadem. Złoto uważa za 
jedyne dobro, o które warto się trudzić.
Nie kosztuje go nic również udawać przed swą gromadą gorliwego chrześcijanina. Pozornie trzymaną 
w tajemnicy, r.ozpuszcza wszędzie wiadomość, że w Clermont anioł naznaczył go cudownie krzyżem. 
Na ramieniu pod szatą nosi rzekomo czerwone, jakby wypalone piętno, lecz nie wolno go ukazywać 
nikomu.
Z Gottschalkiem tworzą doskonałą parę. Nie łączy ich przyjaźń. O, nie. Nie ma między nimi miejsca 
na źdźbło zaufania. Lecz Gottschalk ma bary potężne, siłę niedźwiedzia lub tura i prostacką, 
bezmyślną odwagę. Gotów jest trykać łbem w skałę, jeśli von Emich powie, że tak trzeba. Uzupełniają 
się wzajem. Ze ścisłej wspólnoty poczynań czerpią obaj dość korzyści, by zostać nierozdzielnymi.
Trzeci towarzysz, Otto Yolkmar, któren zimą przyłączył się do nich, stanowi razem z kaprawym 
serviensem Joannem tajne ucho przywódców, donosząc im wszystko, cokolwiek się mówi lub dzieje 
w idących za nimi szeregach.
Lecz w danej chwili von Emich nie potrzebuje swoich zauszników, by poznać, że słowa padają na 
dobry grunt, wzbudzając stokrotny oddźwięk. Ani w Clermont po przemówieniu papieża okrzyk „Bóg 
tak chce!" nie brzmiał zapalniej niż teraz. W otaczającym go tłumie któż by nie przyklasnął wezwaniu 
do Orężnej rozprawy z Żydami? Pobożni uczciwcy nienawidzą ich za Mękę Chrystusa, ogół za 
bogactwo, za ściąganie wysokich odsetek, za trzymanie dłużników w niewoli. W całym 
społeczeństwie nie masz nikogo, kto by ich lubił, a w razie potrzeby bronił. Którzy ich potrzebują, najgłośniej powstają przeciw nim. Ponure, straszne historie krążą
czarnym mrowiu zamkniętym w każdym grodzie za bramami getta. Ze bałwochwalczo czczą 
złotego cielca jak niegdyś pod Górą Synaj, że co sobota piją chrześcijańską krew, zatruwają studnie w 
grodzie, rzucając w nie psią padlinę, że kradną trupy z żalnika dla obmierzłych czarów, że chwytają
mordują chrześcijańskie niewinne dzieciątka. W to wszystko lud wierzy święcie i stąd nawet 
trędowaci są łacniej cierpiani niż Żydzi,
Więc też w kilkunastotysięcznym tłumie, zebranym wokół Gottschalka i von Emicha, nie masz 
nikogo, co by na wezwanie nie odpowiedział twierdząco.
Na Żydów! Hejże na Żydów! Pomścić śmierć Chrystusa Pana! Zaopatrzyć się w denary! Bóg tak 
chce! Bóg tak chce!
Na Żydów! 
Gdy z tym okrzykiem przeciągają krajem, przyłącza się do
Ren, do bogatych miast! Biada Żydom!
Biada Żydom!
Rozdział piętnasty NIEGODNE LUDZKOŚCI DZIEJE
Bogaty kupiec moguncki Dawid Kalonymos pędzi gościńcem smagając konia batogiem. Dłoń wije młyńca w 
bezwiednej, nieustannej chłoście. Nogi bodą ostrogami skrwawione boki wierzchowca. Ostatkiem siły pędzi 
oszalały z bólu koń, ostatkiem świadomości myśli oszalały z bólu jeździec. Zmieniając codziennie konie, pędzi 
tak już trzeci dzień. To powrót. W tamte stronę jechał dni sześć. Z prośbą do cesarza o obronę dla swojej 
rodziny. Przez pamięć owego zdarzenia na morskim pobrzeżu pod Stylo...
Jakże był szalony, głupi! Stracił prawie dziesięć dni! Dziesięć dni! Miasto skorzystać z tego czasu, żeby 
wywieźć swoich w niedostępne góry czy na morze, sądził, że cesarz coś sprawi... Szloch miesza się z łkaniem, 
gdy Kalonymos te złudzenia wspomni. Odrzekł mu cesarz: "A cóż ja na to poradzę...?" Iście, cóż by mógł 
poradzić bezsilny, wyklęty człowiek, opuszczony przez wszystkich, zgorzkniały i zniechęcony? Cóż by mógł 
poradzić przeciw klęsce, co pustoszyła dziedziny?
Dziesięć dni! Dziesięć dni! Czy nie przybędzie za późno? Czy zdąży jeszcze ocalić, a bodaj zginąć wraz z nimi? 
Po drodze w las napotyka zbiegów. Wszyscy mają obłęd w oczach. Niepodobni są do ludzi. Od ich opowieści 
przestaje krew krążyć w żyłach. W Wormacji wyrżnięto przeszło tysiąc ludzi! Nie ostawiono nikogo. 
Powszechnie czczony Izaak ben Dawid ocalał sam tylko z rodziną, bo nad życie ją miłując pozwolił się ochrzcić, 
by na zgon dzieci nie patrzeć. Ale tejże samej nocy, targany rozpaczą i wyrzutami sumienia, wyrżnął sam swoich 
najdroższych, dla których stał się odstępcą, podpalił dom i zginął w płomieniach.
Zbiegowie o twarzach upiorów opowiadają udręczonemu jeźdźcowi o rzezi w Kolonii i mordach w Koblencji... 
Nie ostał nikt przy życiu w Neuss i Trewirze, w Wewelinghofen, w nieszczęsnym Eller i Xanten... Rozproszone 
oddziały krzyżowców mordują równocześnie w dziesięciu i więcej grodach. Jęk,
lament, groza lecą bijąc w niebo. Od wygnania z Palestyny lud Izraela nie zaznał takiej niedoli... Imiona panów 
Gottschalka i Emicha krzyczą do Boga o pomstę i karę...
__ Gottschalk i Emich... Gottschalk i Emich... —..powtarza
Kalonymos. Skąd mu się zda te imiona znać?...
O... o... skowyczy w. nagłej trwodze. Już sobie przypomniał. Już wie. I wie, że dla jego dzieci i wnucząt nie ma 
ratunku. Obaj rycerze szatańscy nie zahaczyli, nie zahaczyli na pewno odmowy otrzymanej w Clermont!
j "gdy zda mu się, że słyszy krzyk trwogi śmiertelnej wyrwany grozą z maleńkich, słodkich usteczek, gdy 
wyobrazi sobie oczy dzieci rozszerzone przerażeniem i ich przedzgonną mękę i cierpienie — wiruje w głowie 
obolały mózg. Kołują myśli. Kusi szatan, by dalej nie jechać. Po prostu rzucić się w rzekę i już o niczym nie 
wiedzieć...
Pada koń o parę stajań od bram rodzinnej Moguncji.
Lepiej byś i ty, wędrowcze, upadł jak twój koń, nie wchodził w bramy rodzinnego getta. Wywarta ich próżnia, 
swąd spalenizny i dym, zaduch rozkładających się szybko w upalnym letnim słońcu ciał, czyż nie mówią same 
za siebie? Siądź pod wyważoną broną, nakryj głowę połą płaszcza i płacz jak Jeremiasz, rozpaczaj jak Hiob, bo 
nie masz już po co iść dalej...
W kałuży zakrzepłej krwi, nad którą brzęczy rój much, nie rozpoznasz, która krew ściekła z żył najdroższych ci 
istot na świecie. W zwęglonym rumowisku nie odnajdziesz swego domu, a biada ci, po stokroć biada, jeśli wśród 
potwornie zniekształconych ciał rozpoznasz znajome rysy...
...Nie wchodź do środka, wędrowcze...
Ale Kalonymos wchodzi. I szuka. W przeraźliwej ciszy miejsca nawiedzonego śmiertelnie, szuka, by przy 
swoich skonać. Przestępuje kupy trupów. Rozpoznaje twarze. Oto z ustami zastygłymi w krzyku uczony rabbi 
Jonatan; oto zawzięty Symeon, żywo widocznie palony, a dalej trupy niewiast i dzieci, dzieci...
Nie. Tu już siły zawodzą. Kalonymos nie podejdzie do żałosnych trupków patrzeć, czy szczątek jedwabistych 
włosów na okrwawionym czerepie nie należał do małej Rebeki o ciemnych oczach gazeli. Siada bezmyślnie na 
ziemi, patrząc, jak opodal parę psów rozdziera trupa.
...Och, umrzeć, .umrzeć co prędzej!...
W ostatecznej rozpaczy, gorszej od konania, drżącymi dłońmi wyciągając ze skórzanej pochwy nóż, 
Dawid Kalonymos woła w górę nieswoim, przeraźliwym głosem:
— ...Eli, Eli, lamma sabachtani!!...
I jak gdyby w tych słowach przeświętych, w męce śmiertelnej wyrzeczonych przez nie znanego 
Kalonymosowi Boga, tkwiła moc zaklęcia — w gruzach coś się rusza, wstaje... Nie pies obżarty 
padliną — człowiek. Nie człowiek -— widmo. Na pół nagi, okrwawiony, z wyrazem obłąkania na 
twarzy.
— Ktoś jest? — pyta Kalonymos.
— Samuel, syn ben Samuela...
— Znałem cię...
— Poznaję was, rabbi Dawidzie... Po co tutaj wróciliście?...
— Zemrzeć przy swoich.
— Waszych, z kopą innych, arcybiskup skrył w swoim zamku...
Podrywają się z ziemi odrętwiałe nogi. Dłoń puszcza nóż.
— W zamku...?! Skrył...?!
— Tak, ale już ich tam przeklętnicy dobywają... Pewno dobyli... Nie ostanie nikt żyw z Izraela... 
nikt... nikt...
Kalonymos nie słucha. Biegnie. Skacze przez trupy i zgliszcza, jakby wstał przed chwilą wypoczęty z 
łoża. Pędzi, wiele sił w nogach, ku przeciwnej stronie miasta, gdzie odosobnione na wzgórzu, poza 
murami grodzkimi, sterczy zamczysko biskupie. Ludzi wszędzie pełno. Każdy może Kalonymosa 
poznać i ubić jak tamtych. Ale on o tym nie myśli. Przedziera się poprzez tłumy, nie bardzo nawet się 
kryjąc. Zresztą nikt na niego nie zwraca uwagi. Krzyżowcy są skupieni wokół zamku, a ludność 
miejscowa już otrzeźwiała. Dość ma mordów, dość rabunku. Wróciła rozwaga, a z nią uzasadniony 
niepokój. Straszni ludzie, co przybyli Bóg wie skąd, wyrżnęli Żydów, a teraz dobywają zamku 
świątobliwego biskupa. Gdy go zdobędą, czy nie przyjdzie im ochota wziąć gród? Oj, kto wie? Czy 
nie zlakomią się nań te obce, krwawe gromady?
Więc na zwoływania Gottschalkowych, by znosić faszynę, drabiny, wiązać je i sięgać murów — 
wszyscy pozostają głusi. Przeciwnie, chyłkiem sposobią się sami do obrony. Straż grodzka staje na 
murach. W strażniczych izbach już się grzeje w kotłach woda, a bramy każdej chwili mogą być na 
moc zawrzyte.
Kalonymos bez przeszkody dobija się blisko zamku. Prawie że w pierwsze szeregi. Samotne drzewo 
stoi na wygonie. Choć
w pobliżu murów nie powinno się cierpieć drzew, biskup kazał je zostawić, by pastuchy miały się 
gdzie kryć przed deszczem. Kalonymos drapie się na wielki, rozwidlony pień. Stamtąd będzie 
wszystko widział. Równie mądrych było więcej. Na drzewie już siedzi kilkunastu ludzi. On z nimi. I 
patrzą, patrzą...
Zamku niełacno jest dobyć. Budował go przed stu laty arcybiskup Willigis, ten sam, co wzniósł 
sławną moguncką katedrę. Mury surowe, kamienne spadają nisko w głąb rowu, gdzie zapleśniała 
woda chlupie w cembrowinie. Brama warowna, wąska, przebita skroś wieży, zębatą ciężką broną zagrodzona. Brony teraz nie widać, zasłania ją most zwodzony, podniesiony w górę jak koń, który staje 
dęba. Kamienny przyczółek zieje w próżnię nad głęboką, czarną wodą. Podniesiony most ukazuje 
spod sczerniałych od wilgoci bali zardzewiałe głowice gwoźdźców i zwieszające się wąsy przyciągniętego łańcucha.
Lecz. pobok bramy właściwej ciemnieje furtka wąska jak ramiona jednego człowieka. Wydaje się stąd 
szparą. Od furty rzucona jest kładka z jednego grubego śniatu. Po tej kładce chronili się do zamku ci, 
co zdołali zbiec z żydowskiej dzielnicy, ale biskupia nieliczna załoga nie zdołała już jej wciągnąć. 
Gottschalkowi przychwycili belkę i przytrzymali. Gdy ją biskupowi próbowali zrąbać, obsypano ich 
strzałami. Cofnęli się poza furtę.
Teraz na kładce, łokieć wąskiej, stoi człowiek. Arcybiskup Moguncji Gereon. Samojeden. Za nim 
zatrzaśnięta furta, pod nim głębia zgniłej wody, przed nim rozżarty mordem i rabunkiem tłum.
Pozłocista dalmatyka okrywa postać starego biskupa. Bo wiekowy jest, bardzo wiekowy. Siwe włosy 
kudła się wokół pomarszczonej twarzy. W suchej ręce kij pasterski. Oczy bystre, nieulekłe. Jeden z 
rzeszy biskupów, co utwierdzili moc i powszechność świętego Kościoła, nakazali dlań szacunek po 
całym świecie, co wyniszczyli siebie, tępiąc własne ciało, by tym łacniej, tym skuteczniej mógł 
duchem ich rządzić Chrystus. Stoi na wąskiej belce samojeden.
Wydaj nam Żydów! Bóg tak chce! — ryczą doń zewsząd, 'cz nikt nie śmie stąpnąć na kładkę.
...Wydaj nam Żydów! Hańba ochraniać wrogów Chrystusa!...
Hańba wam, mordercy. Pókim żyw, nie dostaniecie tych
ludzi... Dość zbrodni wzięliście na się... Odejdźcie! Do kościoła żebrać odpuszczenia!...
— Wydaj ich, wydaj. Albo sam zginiesz; wraz z nimi!...
— Wydajcie wy mi raczej waszych przywódców, zbrodniarzy, co was do zabójstw popchnęli! Klątwa 
spadnie na ich głowy! Na potępienie was wiodą!
I złocistą pasterską krzywulą wskazując wprost w Gottschalka i von Emicha, woła gromko, aż echo 
odpowiada z cembrowiny:
— ...Biada wam, łotry, którzyście lud Boży zmienili w synów diabelskich! Przeklinam was, 
niegodziwcy! Przeklinam was śpiących, wstających, chodzących, żywych i konających! Przeklinam 
wasze dusze. Niech po śmierci nie znajdą spokoju! Niech Bóg zapomni dla was o swym miłosierdziu!
Luz czyni się koło obu towarzyszy, bo ludzi zdejmuje lęk. Zawieszony nad czarną wodą starzec w 
pozłocistej dalmatyce wstrząsnął ich ludzkim sumieniem. Milkną i oglądają się za siebie.
Von Emich widzi, że nie ma chwili do stracenia.
— ...Ejże! — woła drwiąco — długoż będziemy słuchać tego dziada? Nie strącimyż go z tej 
kładki? Niech do żab głosi kazanie!
— Bóg jest ze mną!... Nie strącicie!
— Nie wierzcie mu! — krzyczy Emich, — Skoro obmierzłych Żydowinów broni, sam widać z szatanem w 
zmowie! Kto przyjacielstwo trzyma z wrogami Chrystusa, musi być Chrystusa wrogiem!
— Największą zniewagą dla Chrystusa jest Jego Imię w twoich ustach!
Von Emich obracając się do tłumu, woła:
— Krzyżowcy! Dobrzy chrześcijanie! Komuż uwierzycie?! Obrońcy Żydów czy mnie, obrońcy 
Chrystusa?! Mnie anioł Boży naznaczył krzyżem w Clermont! Noszę to święte znamię na lewym 
ramieniu...
— Diabeł naznaczył cię jeszcze w kołysce piętnem Judaszowym, ,a anioł stoi widomie poza mną, 
broniąc ci wstępu do furty!
...Anioł za starcem... widomie?... Wszyscy wypatrują oczy. Jest czy nie jest?... Jasno oświetlony mur', szara 
plama;'odrzwi, słońce drży na starych okuciach...,: Nie. widać nic... . : / 
W chwilowej ciszy napięcia rozlega się ludzki przeraźliwy krzyk: 
.. : — — Elohim Rafael!: Widzę!!!..:
Ciężko-miękki łoskot upadającego ciała. To Dawid Kalonyjos spadł z drzewa porażony potęgą widzenia. 
Tak, on ujrzał najwyraźniej, tuż za plecami biskupa, olbrzymiego młodziana w zbroicy... Rafael... 
Najpotężniejszy z Bożych sług, duchów wieczystych... Ten sam, który młodego Tobiasza poraził... Głowa 
w chmurach... Lice na wejrzenie jako błyskawica... Ciało jak kamień drogocenny tarsys, stopy skroś wody 
tkwią w głębinie ziemi... Skrzydła sięgają wschodu i zachodu... Oczy straszliwe, bez dna, patrzące wprost 
na 'Kalonymosa... ...Stoi na straży kasztelu, który nie będzie zdobyty... ...I ta błogosławiona świadomość 
jest ostatnią ziemska świadomością Kalonymosowego, zdrączonego serca...
Upadek Żyda i zgon nie wywołują żadnego wrażenia, lecz jego okrzyk powtarzają tłumy. I wszyscy już 
widzą, widzą doskonale archanioła Rafaela stojącego poza starcem.
Niewypowiedziana wściekłość ogarnia Emicha. Mniejsza o te pół setki nędznych Żydowinów zamkniętych 
w kasztelu. Mniejsza o nich! Lecz on nie chce, by stary Gereon zwyciężył! Nie chce! Nie dopuści, by 
uwierzono, że za nim Ktoś stoi! Nie! Tam nie ma nikogo! Nie ma! Sam pójdzie, strąci starego i otworzy 
furtę!
Wstępuje na kładkę, lecz Gottschalk wstrzymuje go przerażony. Naokół nich dwóch coraz szersza 
przestrzeń pusta. Prostacką duszę rudego olbrzyma ogarnia nie znany dotychczas lęk. Chciałby stąd odejść 
co prędzej. Nie puszcza towarzysza. Szamocą się. W szamotaniu się spostrzegają, że nowy jakiś żywioł 
wstępuje w szranki zdarzenia.
Tętent tysiąca koni rozlega się grzmotem po błoniu. Srebrzyste błyski migocą na drodze. Nieprzejrzany las 
kopij... Barwne ptactwo znaków... Złocista kurzawa, obejmująca pół nieba... Chrzęstliwy, stalowy rytm... I 
potężniejszy nad wszystko okrzyk: „Bóg tak chce!!" — okrzyk już nadużyty, już znienawidzony, który tu 
jednak brzmi jak wybawienie...
— .Z pozłocistej kurzawy wyłaniają się przyłbice, schylone konie, łby końskie okryte blachą. Z wrzaskiem, 
krzykiem, przerażeniem, rozpierzchają się na boki ludzie Gottschalkowi, a ich przywódcy najpierwsi.
książęta lotaryńscy Godfryd i Baldwin ciągną na świętą
wyprawę, do której gotowali się bez mała rok. W Akwizgragrobu wielkiego Karola, zebrali wszystkie drużyny
Z nadmorskiej Boulogne, z Mons, z Metz, Toul i Verdun.
O, czemuż nie przyszli wcześniej?
Z drużynami lotaryńskimi ciągną rycerze niemieccy, prawi, uczciwi rycerze. Tym bledną lica z rozpaczy i 
wstydu. Żądają surowej kary na tłumy zbójeckie. Chcą wymordować wszystkich Gottschalkowych. A 
przynajmniej dziesiątkować! A przynajmniej co trzeciemu obciąć prawą rękę! Słysząc to, nieszczęsna 
zgraja pada plackiem na ziemię skowycząc z trwogi tak samo, jak skowyczeli mordowani przez nich Żydzi.
Dumny Walter von Rheinbaben przykazuje choć spod ziemi wynaleźć Gottschalka i von Emicha. Mają być 
kołem łamani na rynku.
Mają być, ale nie będą. Von Emich zawsze potrafi zbiec w porę. Z iście czarodziejską zręcznością 
wymknął się i teraz, pociągając za sobą wspólnika. Wypłyną aż kiedyś, kiedyś, gdy uznają, że pora k'temu 
odpowiednia.
Rycerstwo rozkłada się pod grodem na krótki, dwudniowy postój. Choć konie setnie zdrożone, żal czasu na 
dłuższy odpoczynek, bo nie wiadomo, co poczynają zbrojne kupy Waltera Bez Mienia i jakie są losy 
niezliczonej rzeszy, co podążyła z Piotrem Eremitą. Krążą pogłoski, jakoby nad Dunajem Węgrzy mieli ich 
wszystkich wytracić do nogi...
Godfryd de Bouillon stoi obok arcybiskupa Gereona na murze kamiennym pozostałym z, rzymskiego 
pomnika Druzusa. Patrzą obaj na zgliszcza zrujnowanych domów, na trupy, które wśród zawodzeń i 
lamentów zbierają ocaleni w zamku Żydzi. Książę lotaryński wzdycha ciężko w jasną kądziel brody.
...Takżeż wygląda w rzeczywistości wymarzona święta wojna, olbrzymi zamysł papieża Urbana...?!
Rozdział szesnasty
W KTÓRYM OKAZUJE SIĘ, ŻE ŁATWIEJ BYĆ PROROKIEM NIŻLI WODZEM
Gruba Martyna wali we drzwi pięściami, aż dudni. Drzwi są mocne, osadzone na biegunach z łozy, od 
wewnątrz zasunięte zaworą.
Ochrypła z gniewu i krzyku kobieta woła: — Otwórz, niedołęgo! Otwórz! Ludzie na ciebie czekają!...
Nie słysząc odpowiedzi przyciska ucho do szpary we drzwiach, by za chwilę znów buchnąć wołaniem.
A wewnątrz chaty Piotr Eremita dygocze z lęku i rozpaczy. Skulony w kącie owija się w swoją podartą 
kapotę, naciąga kaptur na oczy, błaga Boga o łaskę, aby już mógł nie żyć. . ,
— Otwórz, chrzępie! Zdechlaku! Śnięta glisto! Ludzie czekają! Nuże! Naucz ich teraz jeść siano i 
trawę, kiedyś przódzi tyle gadał! Jeść chcą! Jeść! Ty ośla głowo! Parszywa wywłoko!
Takimi słowami przemawia Martyna do Bożego Człowieka, którego tak niedawno jeszcze wielbiła na 
klęczkach i osłaniała od najdrobniejszej przykrości. Im korniejszą była jej ówczesna czołobitność, tym 
obelżywszą staje się obecna pogarda.
— Wyłaź zaraz, bo całą chatę rozwalimy! Psi proroku! Diabelski pomiocie! Manna miała padać z nieba! 
Nie pamiętasz! Daj jej teraz!
Och, och... o... o... — szlocha w qłos Piotr za drzwiami.
— Płaczesz, pokrako?! To jedno potrafisz?! Płacz nie pomoże... Jeść daj!
Zwalony bezsilnie na polepę Piotr zatyka sobie uszy. 
PrzyJdź i wybaw! Niech rozwścieczona jędza 
niech go tłum rozszarPie, zdepcze, spali, byle już — wiedzieć... Nie widzieć rzeczywistości.
Bo jakże ta rzeczywistość jest okropna i sroga, niepodobna i w niczym do tego, czego od niej oczekiwano! 
Od chwili rozstania się z Gottschalkiem i von Emichem na wędrujące gromady sypią się klęski za kląska, 
rozczarowanie za rozczarowaniem. Los smaga biczem wrażliwą dziecinną duszę Piotra Eremity. Rozwiewa 
boleśnie jego samouwielbienie, zadufaną wiarę we własne posłannictwo i opiekę Bożą nad nim. Karci go 
nielitościwie.
...Daj nam jeść!
...Daj nam jeść!
Ten okrzyk, dobywający się z tysięcy ust, prześladuje go od dwu miesięcy, wżera się w mózg, dźwięczy w 
uszach, doprowadza do obłędu. Wszyscy są teraz przeciw niemu. On winowajcą, on sprawcą wszystkiego 
złego.
On winien, że Koloman, król węgierski, Włodzisławowj następca, uczony, ułomny i nieustępliwy, otoczył 
ciasnym pierścieniem wojska gromady krzyżowców zaraz na samej granicy, że wiódł je aż dotychczas 
między poczwórnym, niemożliwym do przerwania częstokołem włóczni, nie pozwalając nikomu 
rozchodzić się na boki. Że w tłumach ściśniętych między owymi żywymi parkanami panował głód, że 
ludzie padali z osłabienia, że dzieci marły z głodu, a matki wyły z rozpaczy na pół obłąkane. To wszystko 
było winą Piotra. To wszystko nie wzruszało bynajmniej wojów węgierskich. Mieli nakaz od króla 
przeprowadzić szarańcze ludzką, ciągnącą od Zachodu, poprzez kraj aż do granicy cesarstwa greckiego. 
Czynili to nie troszcząc się o nic więcej. Darmo zaraz w pierwszych dniach Piotr klękał przed nimi, całował stopy żupana błagając, aby pozwolono im wejść do najbliższego miasta i kupić żywności. Równie 
dobrze mógł się starać zjednać i uprosić kamień. Obawa przed rozejściem się po kraju łupieżczych tłumów 
głuszyła u panów węgierskich wszelkie ludzkie uczucia. Tym bardziej że pogłos o sprawkach Gottschalka i 
von Emicha rozszedł się szeroko po świecie, dotarł aż do Budy.
Więc w pasie ziemi, pozostawionym jako szlak dla przepędu ludzkiej, nieszczęśliwej trzody, wyrywano 
trawę aż do korzeni, obgryzano korę z drzew. Wychudłe dziewczęta, nie dbając o wstyd, ofiarowywały się 
jawnie węgierskim włócznikom, by otrzymać od nich kawałek chleba jako nagrodę za wianek. Wszystko 
było dobre, by oszukać głód, nawet żywica, nawet szyszki z drzew. Lecz że i tego było skąpo, że dalsze 
gromady znajdowały tylko gołą, spaloną, startą na
proch ziemię, że konali z pragnienia — cóż dziwnego, że jątrzył się w nich straszliwy gniew przeciw 
prorokowi, co wywiódł ich tu na stracenie! Niektórzy wątpili, czy Jeruzalem w ogóle istnieje, czy nie 
poszli zwabieni oszukańczym, bezpodstawnym wymysłem. Gdyby Jeruzalem istniała, byliby już doń 
przecie dawno doszli! Podobne odległości nie mogą znachodzić się na świecie. Wyszli wszak z Clermont 
wiosną, wczesną wiosną... Teraz jest lato, żniwa... Dokąd ich wyprowadził ten odmieniec? Czcili go jako 
wysłańca Bożego, a widno został posłany przez czarta na zatratę tylu chrześcijan, co najlepszych!
W pomoc Martynie, dobijającej się daremnie do drzwi, dochodzą inni. Już wrota wywalone. Rozsrożony 
tłum podnosi z ziemi Piotra, usiłuje postawić na nogi, łaje, popycha, wymyśla. Piotr nie stawia żadnego 
oporu. Daje się wlec bezwładnie jak szmata. Śmierci! Śmierci! Przyjdź! Niedługo by o nią błagał, gdyby 
nie ratunek nieoczekiwany w postaci Waltera Bez Mienia.
Olbrzym wychudł przeraźliwie i zdaje się jeszcze wyższy. Ogromny miecz uwiązany u szyi kołysze się jak 
zawieszony na drągu. Ale głos ma brzmienie wodza.
— Niechajcie to nędzne ścierwo — powiada, trącając pogardliwie nogą leżącego Piotra — i słuchajcie! 
Do was mówię! Dość już zdychać jak barany. Kto jeszcze mocen utrzymać koi w garści — za mną na 
Węgrów! Na Węgrów!
— Na Węgrów! — odpowiada z uniesieniem tłum.
— Nie macie nic do stracenia. Ja obejmuję dowództwo. Ja sam. Moje rządy będą twarde. Nie jestem 
gnidą jak Piotr (znów trącił wzgardliwie nogą żałosny, bezwładny kształt). Za najmniejszy nieposłuch 
pięścią po głowie. Pięści mam mocne... Rozdzielić się. Kaleki, kobiety, dzieci czekają tutaj, aż wrócimy. 
Jeżeli wrócimy, przyniesiemy chleba. Tego zgniłka nie ruszajcie. Może być jeszcze potrzebny.
Odstąpili. Gwar, ruch, bieganina. Nowa nadzieja. O Piotra nikt się nie troszczy. Leży, gdzie go porzucono. 
Nędzne ścierwo, jak powiedział Walter. Słusznie powiedział. Nędzne ścierwo... Śmierci! Śmierci!
się już ku zachodowi, gdy ktoś się nad nim
Bracie Piotrze! Bracie Piotrze!
— Bracie Piotrze... wstań... Nie przystoi ci leżeć w prochu i gnoju...
— Ostaw mnie, ktokolwiek jesteś... Jedyne, co mi przystoi, owszem, to gnój i proch... 
Ostaw biednego grzesznika...
— Nie ostawię... Wstawaj, bracie! Wszyscy odeszli... Walter ze swoimi przedarł się przez Węgrów... 
Może wrócą i przy-.niosą chleba...
Piotr przytomnieje, siada. Odsłania spod kaptura twarz brudną i wymęczoną.
— Przedarł się, powiadasz?
— Ano. Och, bracie, co to była za walka! Chwytał ludzi i ciskał na włócznie. Swoich ludzi... Swoimi 
ludźmi bił Węgrów jak kamieniami... Aż się rozstąpili... Dopieroż on na tych zwalonych jak na wał, a za 
nim reszta... Och, bracie... Zdeptali dobrych chrześcijan na miazgę, na krwawą miazgę... I przeszli.. Gród 
widać nie bardzo daleko... Walter go chciał dobywać... Może dobędą... Może wrócą. jutro i będziemy 
jeść.. Będziemy jeść, bracie Piotrze...
Piotr patrzył na niego uważnie.
— Zrobili krwawą miazgę z dobrych chrześcijan, powiadasz?... Czy sądzisz istotnie, że to byli 
chrześcijanie? Że Walter jest chrześcijaninem? Że jesteśmy chrześcijanami, ty i ja?..,
— Credo in unum Deum... — odparł zdumiony brat Hiacynt żegnając się.
— ...Czy nie sądzisz, że czart mami ciebie, mnie, cały ten tłum, i że wszystko na świecie jest tylko 
czartowskim omamieniem?...
W oczach i słowach Piotra krył się niewątpliwy obłęd. Brat Hiacynt uciekł przerażony, jak mógł 
najszybciej, unosząc pył sandałami.
Walter bez Mienia nie wrócił na drugi dzień ani na trzeci. Wrócił dopiero po tygodniu, ale wrócił jak 
zwycięzca, pędząc przed sobą stado świń i owiec. Oczekujące go gromady stopniały przez ten czas 
znacznie, lecz ci, co byli jeszcze żywi, witali go tym radośniej.
Gród, o którym brat Hiacynt wspomniał Piotrowi, był znaczny i warowny, jednakże Walter dobył go bez 
wielkiego trudu, gdyż mieszkańcy nie byli przygotowani do obrony. Załogę i ludność wyrżnął, zapasy 
zagarnął. Chełpił się, że w walce tej zginęło cztery tysiące Węgrów, gdy on zaledwie stu ludzi postradał.
Zali rzeczywiście tak wielu Węgrów legło — nie wiadomo. W każdym razie drużyny węgierskie nie 
poczynały już sobie równie śmiełe jak przedtem. Następowały na tyły, okrążały wokół, lecz nie przybliżały 
się zbytnio. Koślawy, uczony król węgierski Koloman, zafrasowany porażką, poczuł, że popełnił błąd, 
pozostawiając krzyżowców w głodzie zupełnym. Należało utrzymać ich w półżyciu. Cierpliwość ludzka 
podobnie jak cięciwa łuku ma pewne granice napięcia. Gdy je przekroczyć, pęka i rozrywa tamy. Rozpacz 
jest straszliwą siłą. Nie trzeba jej lekceważyć. Nie należało doprowadzać do rozpaczy krzyżowcowej 
hałastry...
Tak rozmyślał uczony król węgierski posyłając na śmierć trzech żupanów, którzy zbyt ściśle wypełnili jego 
wolę. Za czym tłumom latyńskim pozostawiono swobodę łupienia nielicznych wsi napotykanych po drodze 
broniąc jedynie wstępu do miast.
Po dwóch jeszcze niedzielach pochodu gromady Piotra Eremity, wiedzione teraz przez Waltera Bez 
Mienia, żelazną ręką przez niego trzymane, dosięgły grodu Zemlin i granicznej Sawy. Po drugiej stronie 
skalistego koryta rzeki leżało miasto Białogród, zaczynały się ziemie serbskie i bułgarskie, podlegające 
panowaniu basileusa. Uprzedzone o nadciągających krzyżowcach, stały już na przeciwnym brzegu wojska 
greckie, najemne, złożone z Pieczeniegów i Kumanów. Dowodził nimi najzaufańszy z basileusowych 
wodzów Tatikios, wielkorządca zachodnich ziem cesarstwa greckiego.
Na trzech wielkich promach naprędce zbitych z drzew przeprawiali się Latyńcy. Przeprawa trwała sześć 
dni. Każdą gromadę wysiadającą otaczali łucznicy greccy. Liczyli ilość głów, wskazywali miejsce 
przeznaczone na obóz, z którego to miejsca nie wolno było nikomu oddalać się bez zezwolenia. Obliczano 
ilość żywności potrzebną dla danego oddziału i dopiero po załatwieniu tych spraw zezwalano wysiąść z 
promu następnej gromadzie.
Dziady, kaleki i trędowaci mieli być przeprawieni na samym ostatku, przeto czekali cierpliwie, zbytnio na 
zwłokę nie
rzekając. Roili się na wybrzeżu jak kupa robactwa, łażąc,
orać w rzece łachy, iskając się lub leżąc na spalonej słońtrawie. Leżąc patrzyli to w górę na obłoki, to na rzekę
rwącą, przepaścistą, bystrą. W miejscu przeprawy nurt był
sc^ spokojny, lecz o kilkanaście stajań niżej marszczył się,
pospieszał, pienił i wpadał z hukiem między zwalone w koały. Wodzili obojętnie oczyma po tych skałach, po skąpej roślinności i sterczących uschłych badylach. Z uciechą rozważali, że co najgorsze zostało już daleko za 
nimi. Głód, poniewierka, wędrówka przez puszty węgierskie, przez trawy tnące ciało niby nożem. 
Nadchodzi chwila, w której obietnice i nadzieje zaczną się urzeczywistniać. Płynąca przed nimi Sawa nie 
jest wprawdzie Jordanem, lecz Jordan musi już być niedaleko. Wszakże cesarstwo greckie stanowi wrota 
Ziemi Świętej. Cel jest już bliski... już bliski...
Już wszyscy byli po przeciwnej stronie, mężowie, ich żony, dzieci, igrce, mnichy, roby — i zebrani jak 
gdyby w osobną społeczność nędzarze pojęli, że teraz ich kolej. Zeszli ku wodzie wspomagając się 
wzajemnie. Przewoźnicy wyskoczyli z promów na brzeg i" rzucili drągi.
— Nie będziemy was wieźć, zarażeni wszarze, przewoźcie się sami, jak umiecie...
Ani się bardzo dziwiąc, ani oburzając, stłoczyli się na deskach. Trędowaci na jednym promie, dziadowska 
biedota kaleczą na drugim. Który miał zdrowe ręce, jął się drąga. Odbili. Prom okręcał się, spływał, sunął 
ku przeciwnemu brzegowi. Stoją na nim rzędem łucznicy Pieczeniegowie. Pośród nich Walter. Płynący 
widzą go górującego nad żołnierzami.
I widzą, jak setnik Pieczeniegów mówi coś do niego. Walter daje głową znak przyzwalający, odwraca się i 
odchodzi.
Łucznicy rozciągają się długim, nieprzerwanym rzędem.
Napinają cięciwy.
— Po co?
Setnik krzyczy do płynących jakieś słowa, których nie rozumieją.
Ręka daje znak, by zawracali natychmiast, lecz oni również tego nie pojmują. Nawet świst strzał 
padających w wodę koło promu nie tłumaczy im jeszcze, o co chodzi. Do kogo łucznicy strzelają? Przecież 
nie do nich! Nie do nich!
I prą się dalej, walcząc z nurtem, jak mogą.
Wtedy na brzeg podjeżdża dwukółka. Żołnierze zawracają konie, strącają je tyłem tuż nad wodę. Z 
dwukółki wysuwa się rura giętka jak szyja węża, rozszerzona na końcu niby kielich kwiatu. I znów coś 
krzyczą. Słychać tępy huk. Z kwiatu wylatuje ciemny kłąb, rozjarza się w powietrzu jasnym płomieniem, 
leci szumiąc i świszcząc, trzęsie grzywą ognia, upada sycząc na wodą przed promem, rozlewa się po niej 
cieczą, która płonie. Płonie na wodzie.
To grecki ogień. Broń straszliwa zapewniająca niezwyciężoność Bizantyjczykom, dopóki Saraceny tajemnicy jej nie wykradli.
Grecki ogień!
Ze złowrogim szumem nadlatuje drugi pocisk, przeniósł nieco. Padł za prom. Znów płonie powierzchnia 
rzeki. Jeśli trzeci będzie celny, tak płonąć zaczną twarze, ciała, odzież... Straszliwy ogień wyżre członki, 
których -nie zżarł jeszcze trąd...
Z wrzaskiem przeraźliwym, zrozumiawszy nareszcie, nędzarze zawracają ku węgierskiemu brzegowi. Ale 
tam szczytnicy stoją już na brzegu murem, potrząsają groźnie oszczepami. Nie wysiądzie na ląd nikt. , 
Nikt.
Wtedy obłąkani z trwogi, gdy ramiona mdleją, prąd znosi coraz gwałtowniej, nieszczęśnicy poczynają wyć. 
Modlą się w głos i bluźnią. Ukazują na ramionach szczątki krzyży przypiętych wiosną. Krzyczą, że są 
krzyżowcami! Krzyżowcami! Że poszli, bo Bóg tak chciał! Że dla Chrystusa ruszyli! Wzywają Boskiej 
pomsty i Boskiego miłosierdzia. Skowyczą w lęku przedśmiertnym.
...A woda znosi ich coraz to szybciej...
Z wybrzeża greckiego ich straszliwemu konaniu wtóruje jeden tylko głos. Głos Piotra. Dopiero teraz 
pojąwszy, co się dzieje, Eremita rzuca się na Waltera Bez Mienia. Szarpie za miecz wiszący mu na szyi, 
jakby olbrzym był dzwonnicą, a on dzwonnikiem bijącym na trwogę. Kaleczy dłonie o ostrze. Żebrze 
błagalnie litości. Unosi się, grozi.
— Tyś zezwolił, tyś jest winien! Walter odpycha go obojętnie.
— Sam jesteś winien, niedołęgo. Nie trzeba ich było brać. Dość długo to plugastwo wlokło się za nami...
— Ratuj ich! Nie gub!... — szlocha Piotr.
— Ani myślę, A ty chodź. Szlachetny Tatikios chce cię w imieniu basileusa powitać.
Piotr nie chce się ruszyć z miejsca, więc Walter potrząsa go ostro za kołnierz jak szczeniaka, szturcha w 
zad kolanem i mówi dobitnie:
Jeśli nie chcesz, by ci wszyscy zginęli podobnie, rób natychmiast, co ci każę... Rozumiesz!
,^c na Poty przytomny Piotr, człowiek Boży, kierownik
mow'_ idzie potulnie przed Walterem, czując z tyłu jego
wzgardliwe kolano. W oczach wirują czerwone koliska.
uszach krzyk tamtych ginących. W, umyśle przekonanie,
że Walter jest szatanem. Wszyscy obecni znajdują się w kręgu piekielnym. Na samym dnie. On, Piotr, 
chciał zawieść ludzi do Chrystusa, a zawiódł do piekła. Jak się to stało?! Szatanem jest także szlachetny 
Tatikios, siedzący na złocistym krześle przed namiotem. Nad nim labarum. Suknia dostojnika mieni się jak 
muszla perłopławu. Wzrok chłodny i przenikliwy.
Czarująco uprzejmym głosem Tatikios wyraża Piotrowi zadowolenie z poznania tak znakomitego, 
natchnionego męża. O, jak pięknym dla każdego chrześcijanina jest widok tych tłumów przybyłych na 
ratunek Grobu Świętego! Jak niezmierną zasługę posiadł wobec Pana ten, który je porwał i Duchem Bożym 
zapalił!
...To jest szatan... — myśli Piotr — ...princeps mendacii... On... Jestem w jego mocy... Cały świat jest w 
jego mocy...
I nie odpowiada nic.
Rozdział siedemnasty ...ZACHÓD ODERWAŁ SIĘ OD SWYCH KORZENI...
Czterema szlakami ciągną ku Ziemi Świętej szlachetni rycerze, co jej zaprzysięgli bronić. Tak jest słuszniej 
i rozsądniej, ze względu na trudność wyżywienia wielkiej ilości wojsk. Każdy z wodzów obiera sobie inną 
drogę. Więc Godfryd de Bouillon idzie od Kolonii w górę, ku dolinie Dunaju, tym samym szlakiem, 
którym trzy miesiące wprzód przeszły niesforne gromady Piotra Pustelnika. Godfryd sprzedał dziedziczne 
swe księstwa de Bouillon i Lotaryngię biskupom z Leodium i Verdun za sześć tysięcy sześćset funtów 
srebra i pięć funtów złota. Mieszkańcy grodu Metz wykupili się składając tysiąc funtów srebra i półtora 
funta złota. Wielkie to bogactwa, toteż wojsko Godfrydowe przedstawia się znakomicie. Dziesięć tysięcy 
rycerstwa konnego, pięćdziesiąt tysięcy łuczników, szczytników, toporników i czeladzi. Wszystko karne, 
dobrze uzbrojone, syte. Tabory skąpe, by nie opóźniać pochodu. Żywność kupują po drodze. Kupują 
uczciwie, bo Godfryd nie znosi gwałtów i ludzkich lamentów. Sam oznacza cenę, którą skarbnik, acz z 
żalem, wypłaca. Towarzyszą Godfrydowi, prócz brata Baldwina i wiecznie gorzkiej jak piołun Gontrany, 
przyjaciele, serdeczni druhowie, Konon de Montaigu, Dudon de Contz, Wilfryd d'Esch, Baldwin du Bourg 
i grabią Hainaux. Większość ich wiezie ze sobą swe żony. Tylko grabią de Hainaux spotka się ze swoją 
umiłowaną Idą dopiero w Bizancjum. Urodziła mu zimąxsyna, chorzała długo po słabości, prze^ to, by się 
zbytnio nie utrudzić, pojedzie morzem, galerą z uczciwym pocztem rycerzy. Kosztowna to droga, bo 
Genueńczyki strach wiele biorą za przewóz, ale krótsza i mniej uciążliwa dla niewiasty.
Morzem również popłynął Hugo de Vermandois, rycerz dzielny, ale leniwy jak ospała baba. Brat Filip, nie 
mogąc zaopatrzyć go suto w talary, oddał mu własną, królewską, złocistą erę. Oprócz drużyny i giermków 
towarzyszą Hugonowi rybo" d oger de BarneYi'lleWilhelm de Melun, zwany Cieślą; jay w gęstwie rąbie wrogów, 
głowy i ramiona lecą jak
drzazgi pod toporem cieśli. Pan de Melun słynie nie tylko z tej siły, ale i z wiecznego łaknienia. 
Trudno uwierzyć, wiele rycerz ten zjada codziennie, zanim poczuje się syt. Za to podjadłszy rży w 
bitwie z radości jak koń i śmieje się do krążącej wokół niego śmierci.
Wraz z bratem króla odpływa potężna flota rozbójników morskich, co również przyjęli krzyż. 
Prowadzi ich Guynemer de Boulogne, zwany królem piratów, okrutny i genialny, sprawujący srogie 
rządy wzdłuż całych wybrzeży francuskich. Ma osiemnaście okrętów. Załoga ich nosi na głowie 
czerwone lub czarne chusty okalające gęby miedziane, których wyrazu uląkłby się diabeł. Białe zęby 
błyskają drapieżnie. Złocista królewska galera płynie wśród obszarpanych, czarnożagłich statków 
pirackich jak łabędź wśród głodnych wilków. Miedzianogębe rozbójniki, oparte o burty, patrzą z 
niedowierzaniem, ze zdumieniem na ten łatwy, ten piękny łup. Zdaje im się nie do wiary, że płyną tak 
przy niej spokojnie. Ale Guynemer ma posłuch. Guynemer kazał szanować królewską galerę. 
Wygodny rycerz, leżący całe dnie na miękkim łożu na pokładzie swego statku, jest jego towarzyszemkrzyżowcem. Wszyscy oni również nie są już chwilowo piratami, ale krzyżowcami. Wolno im grabić 
tylko Saracenów.
Ciężkie, słodkie grona czernieją już w winnicach francuskich, gdy rusza na święta wyprawę Robert 
Courte-Heuse, czyli Krótkoudy, otrzymawszy od brata Wilhelma Ryżego, w zamian za zastaw 
Normandii, dziesięć tysięcy funtów srebra i piętnaście funtów złota. Za te pieniądze (choć połowę ich 
bez mała rozkradli wnet ulubieńcy) armię wystawił wspaniałą, blisko sześćdziesiąt tysięcy liczącą. 
Razem z nim jadą: nieodstępny kapelan i doradca Arnuld de Rohes, uczony kronikarz Foucher de 
Chartres, bracia Guillebaut, królewicz duński Swenon z półtysiącem jasnowłosych, małomównych 
wojów, i Robert z Flandrii ze swymi ciężkimi Fryzami, niezrównanymi w męstwie i rozwadze. Ciągną 
z Normandii do Rzymu. Tam przezimują u Grobu świętego Piotra, by wczesną wiosną, z ponownym 
błogosławieństwem papieskim, ruszyć do kresu podróży. Tak doradził Robertowi przebiegły Arnuld 
de Rohes. Niech łatwowierny, prostoduszny Godfryd — mówił — dojdzie pierwszy do Bizancjum, 
niech nam nasi zaufańcy doniosą, jak się ułożą stosunki pomiędzy nim a Aleksym, wtenczas uwidzim, 
jak nam wypada wchodzić w dziedziny basileusa: jako sojusznicy i przyjaciele czy jako zdobywcy...
Ciężkie, słodkie, granatowe i złociste grona dojrzewają po
winnicach, na poły nagie dziewczyny depczą moszcz w kadziach, a przybrani w kozie skóry chłopcy 
ciągną na beczce golca zwieńczonego liściem, gdy drużyny Rajmunda z Tuluzy gotują się opuścić 
ojczyste dziedziny. Jest ich prawie sto tysięcy. Całe rycerstwo z Prowansji, Langwedocji i Tuluzy. Z 
nimi rycerze węgierscy i rycerze polscy.
Rok z okładem minął, jak ci ostatni wyjechali z domu. Długi, przeraźliwy rok. A czy nie jest on 
wstępem do dalszych podobnych lat? Kiedyż powrócą do siebie? Hej, któż to może powiedzieć?!
Nietęgo czuli się śląscy rycerze. Ślub to ślub — i żadnemu z nich ani postało w umyśle, by się teraz 
od niego uchylać. Rycerskie słowo nie wiatr. Ale dokuczała srodze tęsknota i nudy. Nie nauczywszy 
się dotąd kunsztu rozmowy, pozostawali jak dawniej biernymi tylko świadkami hucznego, dworskiego 
życia. Kwasili się, źli i markotni także o to, że zjadają dobre denary z napisem Boleslaus justizia, a nie 
wiedzieć, kiedy ich zapas odnowią. Żebyż już ruszać jak najprędzej! Nigdy na kijowską czy niemiecką 
potrzebę nie zbierano się tak długo, a przecież były to nie lada jakie wyprawy.
Do tych trosk dołączało się przykre uczucie pomniejszenia i zgubienia. U siebie byli primores nobiles, 
których wolą działo się wszystko wokoło. Kłonili się tylko przed potęgami zaświata, układając swoje 
życie tak, jak sami chcieli. A teraz cóż znaczą, ziarnka drobne, zmieszane wśród tysiąca ziarn? Nad 
tymi sprawami zastanawiał się szczególnie często i uparcie Imbram. Ciężyło mu, że nie mógł z nikim, 
nawet z Jaśkiem Zaworą mówić o nich, a to z winy nieumiejętności dobrania odpowiednich słów. 
Myśli jego były bogatsze niż twarda i skąpa mowa. Przebywając od roku wśród prowansalskich 
rycerzy zazdrościł im nieraz łatwości wysłowienia, lekkości, z jaką w czasie zabaw dworskich 
przerzucali sobie słowa, rymy, wiążąc je na poczekaniu w strofy. Były to dla niego rzeczy niepojęte, 
niemożliwe. Wstydził się przyznać sam przed sobą, że z rozkoszą ułożyłby ich wzorem pieśniczkę o 
swojej miłej... Ale jak? Równie łacno można by usiłować związać w równiankę proste krąglaki 
bukowe.
Lecz wywołana samym tym pragnieniem Ofka stawała mu
J. oczach jak żywa. Oczekująca, stęskniona. Obiecywał odjeżCzając, że wróci po Godach... Czekała od Godów do WielkiejrioCZ' o^ Wielkiejnocy do żniw... Teraz zasię znowu od żniw
Godów, od Godów do Wielkiejnocy i wieleż lat jeszcze?...
ałY?... Pewno już chodzić zaczyna...
W nagłym porywie tęsknoty uprzytomniał sobie, że gdyby nie własna, zbyteczna drażliwość, byłby 
mógł pozostać doma. Nikt go w końcu nie przymuszał. Obaj bracia mogli jechać, skoro chcieli, on 
ukorzyłby się przed Włodzisławem i ostał. Ostał!... Siedzieliby teraz na dworzyszczu z Ofką, patrząc, 
jak na polach ozimina rośnie, jak się bór zmierzchem omracza, a na łęgach podleśnych wstają topielice 
białymi smugami mgły. Polowałby na rysia lub tura, wróciwszy z boru legał przed ogniem na ławie 
pobok starzyka... (Czy też żywią jeszcze starzyk, stuletni blisko dziad?)... Ofka przędłaby z dziewkami śpiewając.. Potem szliby razem do komory... Hej! — Na myśl, że mogło tak być i że nie żadne czary, jeno własna' jego słabość sprawiły, iż jest inaczej, 
ogarniało go zdumienie i straszliwy żal. A wraz z nimi niedowierzanie graniczące z lękiem. Więc 
jakże? Ostałby i nie widział tego dziwnego, straszliwego i ciekawego świata? Nie wiedziałby nic, jak 
dawniej, o życiu" które poza. Śląskiem toczy się i huczy? I w tej wątpliwości nie wiedział już sam, 
czy złorzeczyć samemu sobie za to, że pojechał, czy przyjąć wyjazd jak nieuchronny zrząd losu, 
przeciw któremu i wierzgać nie warto. To także były sprawy, o których dusznie pragnął pomówić z 
kimkolwiek ze swoich. Ale z kim? Jasiek Zawora na wszystko, co do niego mówiono, uśmiechał się 
tylko z jednaką życzliwością i roztargnieniem. Zbylut odwarknąłby szyderczo, po swojemu. Głowacz 
nie widział potrzeby roztrząsania tego, co było przesądzoną koniecznością, musem. Podobnież 
uważali Nogodzic i Momot. Oświątowie i Nowiny jedli, spali i narzekali, że nie mają niewiasty.
Na tym zbywało wszystkim. W dobrym jadle, w dobrym bycie spędzane bezczynnie wiosna i lato 
wzbierały w gnatach pragnieniem rozkoszy. Nie było jak jej zadowolić. Niewiast wprawdzie na 
Rajmundowym dworze nie brakło, nawet chętnych. Wielkie śląskie chłopy, o oczach modrych jak len 
i sumiastych wąsach, ruszające się z niezdarną, ale niewątpliwą godnością, podobały się wesołym, 
czarnookim dworkom. Oni jednak nie uważali za możliwe zwracać na te zaloty uwagi. Nie leżało to w 
rycerskim obyczaju. Co innego, gdyby nareszcie wyszli w pole! Wtedy sprawa jest jasna. Branki 
należą do zwycięzców jako godziwa zapłata za znój boju. Nie trzeba wtedy rozważać, czy to niewiasta 
czyja albo córka. Uczynny i zmyślny giermek potrafi zawsze wynaleźć dla swego pana coś 
odpowiedniego.
— ...Nikt nie miał takiego węchu do białek jak Chebda.,.
Pamiętasz tę kijowiankę, co mi ją przywiódł... — mówił z ożywieniem Głowacz i urwał z gniewem, 
jak zwykle, gdy wspomniał tego zbiega, oczajduszę, uczciwej śmierci niegodnego Chebdę. Podobnie 
jak Kocura i resztę biegusów, uważał go za fałszywca, łotra, niewdzięcznika. Kto by się spodziewał, 
że to taka żmija! Opuścił ich, swoich dobrodziejów!...
Słuchając tych wielokrotnie powtarzanych narzekań Imbram odczuwał pewne zaciekawienie. Chebda 
jawił mu się nowym, nieznanym człowiekiem. Niby znało się od dziecka tą łasiczą twarz, 
dobrodusznie sprytne oczka i niestrudzoną ruchliwość, a w rzeczywistości nie znało się wcale. Dawny 
Chebda był cieniem, wiernym cieniem swoich panów. Teraz ten cień żył gdzieś jako samoistny 
człowiek pośród ogromnej crromady podobnych do niego ludzi.
Na takich rozważaniach, na takim zwykłym, pańskim, rycerskim próżnowaniu mijają dni przedodjeżdne. Najlepsi wasale pana de St. Gilłes, d'Armaillac, de la Tour i de Foix ćwiczą za murami 
drużyny, sprawdzają oręż, gromadzą zapasy, ale sam Rajmund prawie nie opuszcza zamku. Rzadko 
nawet wyjeżdża na łowy, całe dnie przesiadując nieruchomo w rycerskiej sali, w swym wielkim 
krześle książęcym. Siedzi i duma. Przeżywa po sto razy rychłe rozstanie z ojczyzną... Nie mają woje w 
zwyczaju żałować rzeczy już dokonanych i nieodwołalnych, toteż panu de St. Gilłes ani w głowie 
postoi rozsądzać, zali dobrze albo źle uczynił. Nie rozsądza ani nie żałuje... Nie! Na rany 
Chrystusowe!... Niechaj się spełnia los, niechaj się święci waleczna dola rycerska... Bóg tak chce! 
Bóg, tak chce!...
Ale myśleć wolno. Wolno obejmować duszą krasę najsłodszej dziedziny. Wolno mówić 
Najwyższemu: patrz, Chryste, oto oddaję Ci wszystko, co mogę, i więcej jeszcze, niż mogę...
Wsparłszy o rzeźbę wysokiego krzesła odrzuconą w tył głowę, Rajmund słucha godzinami śpiewu 
igrców. Zawsze lubił mieć koło siebie piewców i gędziarzy, teraz jednak potrzebuje ich bardziej niż 
kiedykolwiek. Gdy wesołe .dworki Elwiry i jego wasale bawią się, jak zwyczajnie, w turniej miłosny 
ilbo dobywanie wieży, on każe sobie prawić od dziecka znaną, tysiąc razy wysłuchaną powieść o 
Rolandzie, co legł w Ronsewalskim wąwozie, o dwunastu szlachetnych wojach rego króla Artura, o 
zaczarowanym lesie Broceliande lub :>dzieju Merlinie. W każdej powieści bohater odchodzi od
swego kraju, jak gdyby ta sroga cena była warunkiem wielkości. Opowiadają gędźce dzieje 
prawdziwe, rodowe. Przychodzi syn książęcy prosić pana-ojca: Cny ojcze, daj mi miecz i kilku ludzi, 
bym szedł wyrąbać sobie w świecie władztwo... Cny synu, otrzymasz, o co prosisz...
— I ja tak czynię... i ja... — szepce Rajmund sam do siebie. — Wszechmocny Ojcze, Boże, zwól mi 
zdobyć władztwo, jeno nie dla mnie, dla Twojego Syna...
O zmierzchu, kiedy zejdą się wszyscy rycerze i obsiada wielką salę, gdzie na kominie pryska i pali się 
ogień (wieczory stają się chłodne, szczególnie w wilgotnych murach), inna się wszczyna rozmowa. 
Jużcić, że o wyprawie pochłaniającej wszystkie umysły, jeno nie o tym, co tu zostaje, ale o tym, co się 
tam ujrzy. Przede wszystkim o Bizancjum! O greckim mocarstwie Cezarów, wywierającym 
nieprzeparty urok. Krąży o nim wiele sprzecznych opowieści, a prawdy właściwie nikt nie zna. Tyle 
się wie, co przez kupców syryjskich, wędrujących z towarami po całej Europie, zatrzymujących się 
szczególnie chętnie w Kijowie, Wrocławiu, Paryżu, Orleanie i Lugdunie. U nich oglądano przedziwne 
tkaniny (acz nie tak piękne jak te, które nosił stratigos Argyrios, poseł), purpurę z Cezarei, szkło z 
Sydohu, papirusy egipskie, broń z Damaszku, daktyle, palmy z Jerycho, tajemnicze zasuszone róże, 
których martwa zwiędłość ożywała w wodzie, jeśli je w niej zanurzyła bezgrzeszna dziewica, klejnoty, 
misterną sztuką złotniczą dziergane — cenne, ulubione nad wszystko przyprawy: dziwaczną korę 
cynamonu, gwiaździsty kardamon, badian, pieprz, goździki, alkiermes wszelki smutek rozweselający, 
imbir i szafran, sandałowe drzewo... Każdy z tych przedmiotów barwnych albo wonnych zawierał w 
sobie okruch duszy świata Wschodu. Ujęty w grube dłonie zdrowych, prostych ludzi, owiewał ich 
obcym duchem, budził niepokój i nieokreślone pragnienie. Teraz, gdy mieli ujrzeć te drogocenne cuda 
jako pospolitą powszedniość, właściwą krajowi, lekki zamęt ogarniał ich głowy. Samo rozmyślanie o 
nich pachniało korzeniami, upajało jak słodkie greckie wino, jak uroda kobiet, wspaniałych miłośnie, 
o których mówił stratigos...
Widząc, że myśli rycerzy schodzą na zbyt niskie tory, biskup Ademar de Monteil, legat papieski, 
przywódca świętej wyprawy, zabierał głos, by prawić o właściwej mocarstwu greckiemu wytrwałości 
politycznej i wysokiej wiedzy. Wyliczał ilość soborów szczęśliwie dokonanych i szereg znakomitych świętych. Z rozkoszą opowiadał niewiele rozumiejącym go słuchaczom o świętym Euzebiuszu, 
największym pisarzu Kościoła, co pierwszy ustalił łączność między datami historii świeckiej a 
Pismem świętym i osadził mocno Objawienie w rzeczywistości. Z równym zapałem i znawstwem 
mówił
sztuce, niezrównanej sztuce bizantyjskiej, odrębnej od starorzymskiej, sztuce chrześcijańskiej. 
Tam, nad Ramieniem świętego Jerzego *, powstał najdoskonalszy kształt Bożej świątyni. Tam się 
narodziły bazyliki trójnawowe i pięcionawowe, zamknięte ciesielskim belkowaniem z cedru. Bazyliki 
kolumnowe, nakryte kolebką beczkowatego sklepienia, szczyt budownictwa: bazylika kopulasta, 
której wzniosłość prześcignęła
zaćmiła świątynię Salomona, a na koniec Martyria krzyżowe albo ośmiokątne...
Słuchacze wlepili oczy w mówiącego. Niezrozumiałe nazwy wywierały silne wrażenie na ich 
dziecinne umysły. Biskup zaś milkł .i ni stąd, ni zowąd posępniał. Przypomniał sobie bowiem (lecz nie 
uważał za potrzebne dzielić się tym z otoczeniem), że to samo Bizancjum, siedlisko wiedzy i sztuki, 
było zarazem gniazdem zepsucia, wymyślnej rozpusty, obłudy i wstręt w dobrym chrześcijaninie 
wzbudzających występków. Ile chwalebnych soborów, tyleż lub więcej herezyj, ilu świętych, tylu co 
najmniej szkodników Kościoła. Wychwalana przed chwilą przez niego wytrwałość polityczna 
przeradzała się w fałsz i krętactwo, zwane ogólnie w świecie graeca lides.
O tych rzeczach wolał zmilczeć i cisza zalegała salę. Słychać było tylko trzaskanie ognia i skrzypienie 
gęsich piór, cierpliwie przez kanonika Rajmunda d'Aguilers zacinanych.
Kanonik d'Aguilers, kapelan pana Tuluzy, miał ich przed sobą cały stos. Już zastrugane sprawdzał raz 
jeszcze, odrzucał połowę, wybrane wsuwał w wysuszone trzcinki ł tak zabez,-pieczone od złamania 
wiązał w pęczki. Posiadał już tych pęczków ilość dostateczną, by zapełnić jeden wóz, i grabią 
Rajmund dowodził, że niebawem gęsi w całej dziedzinie zabraknie, na co kanonik odpowiadał z 
powagą, że w obcych krajach może gęsi nie być wcale lub o innym upierzeniu, dla szlachetnej sztuki 
pisania nieprzydatnym. Nie wadzi zatem wziąć ze sobą zapas wystarczający na dobrych parę lat.
Kanonik d'Aguilers z równą starannością przysposabiał
ament, czyli inkaust, wygotowany z sepii morskiej, osoe na ten cel przez rybaków wyławianej i umyślnymi gońOwe
zesna nazwa Bosforu.
cami zwożonej. Gotowy już, gęsty odwar zlewał do pękatych, kamiennych garnków, szczególnie mocnych 
i szczelnie zamkniętych.
Gdy cisza wywołana przemówieniem Ademara prysła, rozmowa znowu schodziła na drogę. Którędy pójdą, 
wiele też czasu zajmie sama podróż? Rajmund de St. Gilles objaśniał, że pójdą wybrzeżem morskim przez 
krainy słowiańskie i węgierskie, przez dawne dziedziny Hunów i Awarów, przez ziemie bułgarskie i 
greckie.
— Pono będą tam niebezpieczne i wielce trudne przejścia? — mówił biskup, na co pan Tuluzy 
odpowiadał z ogniem, że góry srogie są, owszem, lecz nic to, przeciwnie, dobrze, że przed osiągnięciem 
Ziemi Świętej ścierpią trochę przeciwności. Milej ich Chrystus powita. Tym bardziej że przecież w Bizancjum właściwa droga się kończy. Odległość od pałacu basileusa do Jerozolimy nie jest z pewnością 
dłuższa niż z Tuluzy do Lugdunu...
— Obawiam się, że znacznie dłuższa... — stwierdzał biskup nie upierając się jednak przy tym zdaniu. Po 
pierwsze: sam dobrze nie wiedział, po drugie, jeśli daleko, po co ich straszyć zawczasu... Po trzecie: wybór 
drogi pozostawił poszczególnym baronom. Niech ciągną, którędy im snadniej. Działalność jego jako 
wodza miała się zacząć dopiero od punktu zbornego naznaczonego w Bizancjum.
Jego osobistym zdaniem, korzystniej było wziąć nieco mniej wojska, a za to przewieźć je morzem. Pewniej 
— i o tyle szybciej! Żaden jednak z książąt (wyjąwszy Hugona) nie chciał o tym słyszeć. Każdy pragnął 
mieć ze sobą jak najwięcej ludzi, by zaćmić silą sąsiada, przy tym oburzającą zdawała się myśl, że 
znienawidzeni Genueńczycy tyle na nich zarobią. Nie! lepiej po stokroć lądem!
Teraz, zbywszy z pamięci Bizancjum, mówili już wszyscy tylko o drodze. Wzdłuż niej sunąc nawracali do 
właściwego świętego celu, do Jerozolimy. Starali się wyobrazić sobie, jak wygląda ten uciśniony gród 
Boży, lecz żadną miarą nie mogli. To jedno wiedzieli, że nie może on być podobny do żadnego z 
istniejących miast na ziemi. Mury, w których żył i cierpiał Chrystus, szklą się pewnie jak klejnoty, błyszczą 
jak pawi ogon albo tęcza. Cudowny orzeźwiający zapach drży w powietrzu. Przestrzeń między Bizancjum 
a Jeruzalem, o której Rajmund mówił, że nie może być większa niż z Tuluzy do Lugdunu, wyobrażali sobie 
jako wielkie pole rozesłane, sposobne do bitwy. Na tym polu czekają Saraceny, godny
przeciwnik, z którym warto walczyć. Wszakże krążą gadki, że Frankowie i Saracenowie pochodzą od 
Trojańczyków i stąd te dwa narody są najwaleczniejsze na świecie.
Gdy z Prowansji i Langwedocji ruszają świetne drużyny rycerskie, w Italii gromadzi się tysiąc co 
najprzedniejszych rycerzy i trzydzieści tysięcy pieszych wojów na zawołanie Boemunda, syna Roberta 
Guiscarda. Nie byle to pan. Ojciec jeao był postrachem Greków i Saracenów; by nie rychła śmierć, kto wie, czy 
nie siedziałby dzisiaj na basileusowym tronie, a pożądania syna nie są wcale mniejsze. Jeden to z ludzi, dla 
których cały świat ciasny. Jest piękny, rosły, zuchwały i przebiegły. Na pozór szczery, porywczy, wspaniałomyślny i hojny, w rzeczywistości chciwy, znakomicie opanowany i skryty. Każdy — rzekomo bezpośredni — 
odruch czy wybuch, jest owocem długiego namysłu. Toteż powiadają, że diabeł uciekł przed nim bojąc się, że 
będzie oszukany i sprzedany.
Wraz z Boemundem kieruje przygotowaniami ulubiony jego brataniec Tankred, podobny do stryja z twarzy oraz 
pięknej, urodziwej postaci. Usposobienie ma ogniste, porywcze, szlachetne i szczere. Boemund spogląda nań z 
wyższością nie pozbawioną miłości. W głębi duszy żywi mimowolny podziw dla kryształowej prawości 
bratańca. Tankred jest jedynym człowiekiem na świecie, któremu Boemund wierzy. Tankred nie kłamie. Jest 
odważny jak lew.
Normandzko-italskie wojsko obu tych rycerzy zbierało się w słonecznym Benevento i Amalfi. W pierwszych 
dniach listopada wyruszą z trzech portów: Bari, Brindisi, Otranto — do Durazzo i Yalony. Stamtąd już pieszym 
pochodem, zbliżonym do szlaku Rajmunda St. Gilles, poprzez skaliste Bałkany i na pół pogańską Bułgarię.
...Sto tysięcy ludzi poszło z Piotrem Eremitą. Piętnaście tysięcy z Gottschalkiem i von Emichem. Dziesięć 
tysięcy z Walterem Bez Mienia. Sześćdziesiąt tysięcy z Godfrydem de Bouillon. Sto tysięcy z Rajmundem de St. 
Gilles. Trzydzieści tysięcy z Boemundem i Tankredem. Sześćdziesiąt tysięcy z Robertem Courte-Heuse... Takie 
liczby zapisali i podali kronikarze uczestnicy wyprawy: Foucher de Chartres, Rajmund d Aguilers i zatajonego 
nazwiska rycerz z drużyny Boemunda.
wiadectwo ich potwierdziła uczona Anna Porfirogenetka, Pisująca w czterdzieści lat później dzieje panowania 
swego
ojca, basileusa Aleksego, oraz mądry Mateusz z Edessy. Potwierdzili historycy arabscy, Kemel-ed-Din, Ibn-al-Atyr, Abul Mechacen, Ibn Giuzi i Abuł Feda. Jakkolwiek zatem zdałoby się to 
nieprawdopodobnym, uwierzyć trzeba, że tak rzeczywiście było. Że czterysta tysięcy ludzi, 
stanowiących poważny odsetek ówczesnego zaludnienia Europy, ruszyło przed siebie, w jedynym w 
dziejach świata masowym porywie wiary, ambicji, żądzy władzy i nadziei lepszej doli.
Według słów papieża Urbana II wyrzeczonych do biskupa Ademara de Monteil: Zachód oderwał się 
od swych korzeni, ażeby runąć na Wschód...
KONIEC TOMU PIERWSZEGO
TOM DRUGI
FIDES GRAECA
Rozdział pierwszy
W KTÓRYM DOBRZY RYCERZE ZWALCZAJĄ NIECZYSTE MOCE
Przerywając co chwila śpiew, by poślinić palce ciągnące nitkę kądzieli, Bułgarka śpiewała jednostajnym, przytłumionym głosem:
...Piętnaście tysięcy jeńców pobrał w pień cesarz Bazyli...
...Piętnastu tysiącom jeńców kazał wydrzeć oczy...
...A co setnemu ostawili jedno oko, żeby dziewięćdziesięciu dziewięciu jeńców do ojczyzny przywiódł...
...Wydarte bystre źrenice rzucili kaci cesarscy na ziemię...
...Źrenice czarne i bławe... Źrenice modre i siwe... zrobił się z nich wielki jak mogiła stos...
...Wiatr powiał, rozsypała się mogiła oczu... Toczyły sią źrenice jak krągłe paciory po roli, po trawie, po szerokim wygonie...
...Wrócili ślepcy do kniazia Samuela...
...Obaczywszy ślepych wojów, kniaź Samuel wydarł własne swoje oczy i wrzucił je do Dunaju...
...Płyńcie oczy-gwiazdy, sokole, bystre źrenice, płyńcie do chrześcijańskiego cesarza... Nie chcę widzieć krasy świata, 
kiedy jej moja drużyna nie widzi. Drużyno moja, cóż poczniemy, ślepce?... Siądziem wokoło ogniska i gędzić będziem 
o minionej naszej sławie. ...Będziemy gędzić, aż się młodzi skrzepią... Ukują mocne topory... Naostrzą bełty wielu 
strzał... Pójdą w pole i nas pomszczą...
Rycerze śląscy siedzieli na pryczy słuchając uważnie, ale nic nie rozumieli. Czasami tylko jakieś słowo zapożyczone 
od Serbów uderzyło ucho znajomym dźwiękiem. W niskiej chaa panował ciężki zaduch, dym z ogniska snuł się po izbie, jrjzi w oczy. Postacie prządek, gospodyni i jej córki były zaledwie widoczne i żałosna powieść o okrutnym cesarzu Bayum, zwanym Bułgarobójcą, dochodziła jak z zaświata.
ie> z jednego śniatu wycięte drzwi zaskrzypiały przeraźłiwie, szarpnięte mocno od zewnątrz. Schylając się weszli Imbram, de la Tour i d'Armaillac, 
przejęci i zadyszani.
Stanęli na środku izby, żegnając się spiesznie raz po raz.
— Co wam? — pytali ze zdumieniem pozostali.
— Widzieliśmy wilkołaka!
— Jezus Maryja! Nie gadajcie!
— Widzieliśmy jako żywo! Widzieliśmy swoimi oczami!
— Kiedy?! Gdzie?!
— Co ino... Pod lasem... Po tamtej stronie obozu...
— Reta! Reta! Powiadajcie, jak to było?...
— Zaraz, jeno odsapniem... Więc to było tak: już z dawna mówił kanonik d'Aguilers, żeby się strzec, 
bo tu wilkołaków pełno... „Te Bułgary — prawił — niby są ochrzczone, a w rzeczy samej pogany 
obmierzłe... I czarownictwem się trudnią... Nieraz mi uczone mnichy powiadały, jako tu wilkołactwo 
się krzewi... Całe wsie pono tym paskudztwem zarażone... Dla ochrony dobrze jest dzięgiel przy 
sobie mieć i w razie czego do gęby wsadzić, czerwoną krajką szyję owiązać, a kto by miał jakie 
relikwie, to już najlepszy ratunek..."
...Tak on prawił, a drugie, pytały: Po czym poznać wilkołaka? Pouczał więc kanonik, że taki piekielnik 
ma znaki czartowskie nieochybne, a te są: jamka pod pachą albo sierść na brzuchu, albo pazury u 
nóg...
...Tak my szli stamtąd pogadując o tym, co prawił, i frasując się, że relikwij żaden z nas nie ma, 
dzięgielu też nie uświadczysz, nawet o czerwoną krajkę trudno i w Boskiej Opatrzności jedyna 
pociecha. Potem gadali my o pogodzie, że się na jutro wyjaśni, bo mgła ściele się nisko nad ziemią... 
A przed nami, ale o nas nie wiedząc, szła pani Blanka de Montbełiard, więc gadali my jeszcze sobie, 
kaj podziała swoje dworki i że nie uchodzi niewieście dobrego rodu chodzić samojednej... Aż tu jak 
raz trzask słychać w krzach przy drodze... De la Tour, bierz oszczep — mówię — bo jakowaś bestia 
tam szuści, może dzik... Nagotowali my oszczepy wszyscy trzej, radzi, że się zdarzą łowy, aż tu z 
gęstwy wychynął — wilkołak!
— Jak wyglądał? Powiadajcie, na Boga!
— W tej pomgle zdał się nam wielki jak krowa... Na tylne łapy się wspiął, pysk rozdziawił, ogień z 
niego i smród... I do niewiasty!...
— Jezus Maryja! Cóż ona!?
— Stanęła nieboga w trwodze, my od lęku też ze wszystkim moc stracili... Jeno że jak raz skądsiś 
znalazł się rycerz
de Beaugency, oszczepem miotnął i niestworowi łapę przetrącił...
__ Rycerz de Beaugency zawdy jest blisko Blanki de Montbeliard — zauważył Zbylut z przekąsem.
__. Tym razem dziękować Bogu, że był — odparł pogodnie
de la Tour. — ...Więc, jak powiadam, lewą przednią łapę piekielnikowi przetrącił, że uciekł 
skowycząc do lasu... Dopieroż my krzyżem ziemię żegnali i prosto przybiegli tutaj...
__Trzeba teraz uważać — pouczał roztropnie Głowacz —
czy który z tutejszych ludzi nie ma ręki skaleczonej... Bo to byłby pewnikiem ten sam...
__. Na kości świętego Idziego! Tak prawicie?
__ Bez ochyby. Opat jeden, wielmi uczony — zwał się
Gwido, a rodem był z waszych stron — powiadał mi, jako pewien rycerz, przez wilkołaka napadnięty, 
odrąbał mu łapę. Niedługo potem jego rodzony wujec, bez ręki przyjeżdża na kasztel. ...Nigdy bym się 
nie spodział — powiada ten wujec — żeby mnie syn rodzonej siostry okaleczył... I spojrzał jakoś 
opacznie, a rycerza taki lęk chwycił, że uciekł z komnaty i prosto jak stał w pąć ruszył...
— Boże, bądź miłościw nam grzesznym! Żebyż już raz wyjść z tych czartowskich pustaci!...
— Myślicie, panie, że u Saracenów będzie lepiej? Tam pewnikiem od sił nieczystych aż 
rojno...
— Jeruzalem blisko, to demony tracą moc...
— Chyba, że tak...
— Kanonik d'Aguilers mówił, że wilkołaki od wszystkich demonów są gorsze, a tu ich tyła... 
Uchodzić stąd jak najszybciej!
Obejrzeli się wszyscy wkoło z nieukrywanym lękiem. Butni, silni i bezwzględni, wobec czarów 
stawali się trwożni jak dzieci. A tu chodziło o szczególnie straszne czary! Nieobce były polskim 
rycerzom jesienne strzygi i upiory, ma-, muny, rożenice, dziady leśne, ubożą, chowańce, południce, 
rżane baby, wiły, utopce, boginki, odmieńce... Znali wietrznika Stralę i latawca, za którym bije 
piorun. O wilkołakach jednak, zarówno w Polsce, jak na całym Zachodzie, słyszano tylko jako o 
rzeczy niezmiernie rzadkiej i niezmiernie groźnej. Żegnali się znakiem krzyża, po raz setny chyba 
wzdychając do końca podróży. Wędrowali już bez mała siedem miesięcy. Wyszli we wrześniu, a teraz 
była Wielkanoc. sięm miesięcy, jak darli się przez dzikie góry serbskie, chorwackie, bałkańskie, nie wiedząc zgoła, jak wiele jeszcze mają drogi przed sobą. Od samego Triestu zdążali 
szlakiem wiodącym tuż nad morzem, popod skałami. Częstokroć zagradzały przejście wielkie głazy narzutowe. 
Karłowe dęby schodziły w dół aż ku wodzie. Miejscami napotykali ruiny rzymskich miast i rzymskich 
gościńców. W murach o łukach przedziwnie rozpiętych, w wielkich cyrkach, obliczonych na tłum strojnych 
widzów, gnieździły się nędzne góralskie osady i pasły chude kozy. Korzenie i trawa rozsadzały gościńce, 
ułożone z wielkich ukośnie żłobkowanych płyt kamiennych. Patrząc na te resztki, tak dobrze sobie znane, 
rycerze dziwili się ogromowi zamarłej rzymskiej potęgi, ogarniającej niegdyś cały świat. Ale dobroczynny, 
chociaż zużyty, gościniec skończył się, gdy weszli w odludne góry bałkańskie. Zdały się tak dzikie, jakby w nich 
nigdy nie postała ludzka noga; tak obrywiste i groźne, jakby w nich tylko orły mogły polatywać; tak posępne, 
jakby miały być wrotami piekieł. Wobec ich milczącej grozy, oglądane w pierwszej połowie podróży pieczary 
Postumii zamieszkałe przez złe jędze, strzępiaste śnieżne szczyty Lelowca, Kamnika lub poświęconego pogańskim bożkom Trzygława — widziały się miejscem bezpiecznej przechadzki.
Śnieżne zamiecie szalały nieustannie w wąwozach i na przełęczach. Zdradzieckie lawiny sunęły ze zboczy, 
gotując biały pochówek, mroźny wicher smagał ręce i oblicza, oblodzona perć umykała spod struchlałej nogi. Co 
gorsza, góry te tylko na pozór zdawały się bezludne. Zamieszkiwali je dzicy, drapieżni górale niewiadomego 
szczepu, niezrozumiałej mowy, którzy widząc bezradność, a zarazem bogactwo krzyżowców, czynili zasadzki na 
drodze, napadali na tyły, szerzyli popłoch w szeregach. Zwinni i śmigli jak kozy, zjawiali się nieoczekiwanie w 
górze ponad wojskiem, spadali w dół, wyskakiwali zza załomu skał, zarzucając gradem kamieni. Widząc, że 
ludzie trwożą się i szemrzą, Rajmund, pan Tuluzy, szedł sam pieszo w straży tylnej. D'Armaillac, de Foix, de la 
Tour i polscy rycerze z nim razem. Biskup Ademar zasię wiódł czoło wojska, głowę na kończącego się węża 
wielkiej armii.
Bliżej czoła niż środka pochodu, słaniający się z utrudzenia ludzie niosą na zdrętwiałych karkach lektyki 
szlachetnych dam, towarzyszących wyprawie. Jasnowłosa Florina, pieszczona jedynaczka diuka burgundzkiego, płacze, trzęsie się z zimna i strachu, chowa twarz w podołek swojej duegny. 
I ona należy do zawiedzionych, rozczarowanych. Jakże inaczej wyobrażała sobie krucjatę! Sądziła, że jechać 
będą wierzchem ze ślicznym królewiczem duńskim strzemię w strzemię, dłoń w dłoń, przez nowe nieznane, ale 
piękne kraje. Tymczasem królewicza ani śladu, ciągnie pono z Normanami i spotkają się dopiero w Bizancjum. 
Ona, Florina, jest sama, zziębnięta i tak bardzo przerażona!
Mię mniej stroskany od niej jest uczony kanonik Rajmund d'Aguilers. Więcej niż połowę zapasu gęsich piór 
grabią kazał cisnąć w przepaść wraz z innymi mniej niezbędnymi iubami, aby ulżyć koniom i ludziom. Rozbito 
także sporą butlę inkaustu. Na darmo poszło tyle pracy i mozołu! Najpiękniejsze czyny dobrych rycerzy 
prowanskich mogą przepaść dla potomności, jeśli nie będzie czym ich w kronice utrwalić!
Dumna Elwira nie płacze i nie narzeka. Siedzi w lektyce sina z zimna, lecz obojętna i nieruchoma jak bóstwo. 
Nie spogląda na boki, udaje, że nie spostrzega przepaści. Niech ci, którzy dźwigają lektykę, troszczą się o to, jak 
ją cało
przenieść.
Wyniosłej tej obojętności nie podzielają oynajmniej ładne dworki, co tak skwapliwie pozwalały rycerzom 
wyciągać się z twierdzy miłości. Wystraszone, skulone, zmarznięte, to siadają z tyłu na konia któregoś z rycerzy, 
to wędrują pieszo czepiając się rozpaczliwie jakiej męskiej garści, to popłakują bezradnie, ocierając wierzchem 
dłoni sczerwienione i odmrożone nosy.
Równie godni pożałowania są paziowie Elwiry. Dotychczas strojni w jedwabie nosili pachnidło, wachlarz, 
zwierciadełko i chusteczkę pani, nie troszcząc się o nic więcej. Ciężkie na nich obecnie przyszły terminal 
Mulnicy ostro krzyczą, by się usuwali z drogi. Każdy popycha, nazywa darmozjadami. Pachnidło i wachlarze 
gdzieś się zagubiły. Szczęście, że pani jakoś nie pyta o nie. Zawiązawszy na szyi długie, do ziemi rozcięte 
rękawy, przeziębił, skudłaczeni, brną w śniegu, przerażonymi oczami wodząc wokoło.
Blanka de Montbeliard wysiadła z lektyki, w której drży modli się jej matka. Idzie pieszo męskim, śmiałym 
krokiem. Nie potrzebuje pomocy niczyjej. Raul de Beaugency, który — Jak słusznie zauważył Zbylut — zawsze 
znajduje się w pobliżu, chętnie by z tą pomocą usłużył, pośpieszył.,. Ale Blanka
chce. Raduje się tym, że jest wolna. Wolna! Urodziwa
jej twarz chmurnieje i stygnie na widok zbliżającego się mężczyzny. Nie pragnie ich na razie zupełnie.
Stroni nawet od swych zacnych stryjów, Szczepana i Pawła Salviac de Viel Castel. Ci dwaj krzyżowcy to 
bliźniacy, podobni do siebie jak dwie krople wody, a tak się miłują, że zawsze pragną być razem. Tylko 
dlatego, że Paweł wziął krzyż, Szczepan, strażnik grodzki w Clermont, uczynił to samo, porzucił ważny 
urząd, żonę i czworo dzieci. Od początku wyprawy jadą obok siebie jak żywy wzajemny sobowtór.
Obaj są na wskroś dobrymi ludźmi i chętnie zaopiekowaliby się bratanicą,' ale Blanka usuwa się od tej 
opieki. Rozumie, że zarówno dla niej, jak dla matki, trucicielek, mężobójczyń, każdy ma tylko litość albo 
wstręt. Choć wzięcie krzyża dało odpuszczenie grzechu, ludzie zbrodni nie zapomną. Więc woli być sama, 
sama, sama! Wolna i sama! Podoba jej się ten srogi świat górski. Jest dziki i niepodległy jak ona.
Tak wędrowali najtrudniejszym, najdłuższym szlakiem, jaki można było wymyślić. Iście, chyba dla 
uzyskania niebieskiej zasługi, trzymano się tej drogi krętej i odległej, wiodącej nieustannie przez 
najdziksze góry. Od Dyrrachium, gdy porzucono brzeg morski skręcając ku Ochrydzie i Bitolii, trzeba było 
przedzierać się przez gniazda górskie, dostępne jeno dla orłów, okrążać tajemnicze jeziora o niezmierzonej 
głębinie, spuszczać się w zasypane głazami doliny, borykać z wściekłym wichrem. W tych to górach, w 
pobliżu jeziora Jenidze, zaszły ich święta Wielkanocne. Napotkawszy nad jeziorem w ciepłej, osłoniętej od 
wichru kotlinie sporą osadę tego samego imienia, grabią St. Gilles zarządził tygodniowy postój, by ludzie i 
konie mogli nieco wytchnąć. Do Bizancjum należało dojść w pełnksił, nie jak zmęczone wywłoki.
Osadę Jenidze założyli swojego czasu zbiegowie, uchodzący przed basileusem Bazylim, zwanym 
Bułgarobójcą. Niby to chrześcijanie, w rzeczywistości uparcie trwający w pogaństwie, pędzili tu nędzny 
żywot, nienawidzili Greków i oddawali się czarom.
Siedzący w zadymionej kleci na barłogu z owczych skór rycerze, zapomniawszy o wilkołaku, rozmawiali o 
czekającej ich dalszej drodze.
— Biskup powiadał onegdaj, że najgorsze minęliśmy — objaśniał de la Tour. — Jeszcze trzeba się 
będzie tylko przeprawić przez rzekę Strumę, czyli znów promy budować, a nie
wiada, czy drzewo jest blisko... Wszakże za S.trumą, od grodu Seres,' droga do Bizancjum równa jak 
strzelił... Tak tutejsi mówili biskupowi.
_ Od czterech niedziel biskup cięgiem powiada, że najgorsze minęliśmy — żachnął się Głowacz niechętnie. 
— Idziem, idziem, a końca utropy nie widać.
_ EJ( może ją wreszcie obaczym... Ciekawość, czy inni już
doszli?
_ Hołota, co poszła z Piotrem, pewnikiem przepadła po drodze. Toć opowiadali Węgrzy... Lotaryńczycy 
mogą już być w Bizancjum, bo wcześniej ruszyli od nas... I ten wygodny panoczek, morzem pojechał, 
jakże mu?
— Hugo, królów brat.
— Ano. Ten albo zatonął, albo będzie pierwszy. A Normany i Boemund zimują w Italii. Nieprędko 
się ich doczekamy...
Niskie drzwi skrzypnęły ponownie. Nieśmiało wsunął się do izby gospodarz, ponury, czarnooki brodacz. 
Miał spłaszczoną głowę, spiczaste odstające uszy i niekształtny nos. Stanął pokornie pod ścianą 
spoglądając spode łba na panów.
— ...Cni się tyli czas bez walki... Jeżeli biskup zechce czekać, aż przyjdą Normany, nie wyjdziemy w 
pole wcześniej jak na przyszłe lato...
— Saraceny pomrą, a my posiwiejem, nim się ze sobą zmierzymy...
— Ej, dożyć, dożyć tej chwili!...
— Jezus Maryja! Wilkołak! — zawołał nagle Mojmir Sciborowic zrywając się na równe nogi. Spojrzeli 
za jego wzrokiem i zdrętwieli. Stojący pokornie pod ścianą gospodarz miał lewą dłoń w przegubie 
owiniętą zakrwawioną szmatą...
— Święty Idzi, patronie nasz! Ratuj!
— Widzicie, dobrzy rycerze!?
— Lewą mu łapę przetrącił! Lewą mu łapę przetrącił! — przywtarzał de la Tour, dygocąc niby w 
zimnicy.
Zmilkli, ze wzrastająca grozą i gniewem patrząc na czarownika. Z przerażeniem uprzytomniali 
sobie, że od trzech dni ^ mieszkali w jego chacie. Bóg jeden wie, jakie nawięzy zdąży} już na nich 
zarzucić? Mógł im we śnie zadawać dur, on odbierze moc męską, ośmieszy wojów w oczach niewiast, i 
pomyli prawą rękę z lewą, by znaku Krzyża świętego nie mogli należycie na czole i piersiach położyć... 
Mógł skołoroŚli zapiać drogę powrotną, mógł zazionąć złą 
drżenie członków, cuchnięcie z gęby 
lub wrzody...
Mógi — i to byłoby najstraszniejsze ze wszystkiego — tchnąć w nich lęk, dobrych rycerzy zmienić w 
kuropłochów, którzy by zbiegli przed nieprzyjacielem!
Spoglądali na siebie nieomal z rozpaczą. Strach ich obezwładniał, gniew dusił. Dyszeli ciężko z wściekłości, 
patrząc na chłopa, który stał nieporuszony, jak gdyby nie dorozumiewał się niczego. W drugim końcu izby 
prząślica upadła na ziemię z hałasem. Wypuściwszy z ręki wrzeciona kobiety patrzyły z niepokojem poprzez 
dym ścielący się nisko.
— A może on i nie wilkołak?... — próbował się pocieszać Tarchała. — Cóż, rękę można skaleczyć?
— Ale on ma właśnie lewą, lewą!
— Można lewą, można i prawą... Po drzewo chodził... Może mu w lesie przygniotło?
— Dałby to Bóg!
— ...Dyć... prą... prą... prą... wił kanonik... — bąka Momot — że wił... ko... ko... kołak ma po sobie 
znaki... ja... ja... mkę pod pachą albo sierść.
— Rozdziewaj się! — wrzeszczą do chłopa. Nie rozumie.
Pokazują gestem.
Nie rusza się.
Spotniały ze strachu Mojmir dźga go mieczem. Wyjąc z bólu chłop zrzuca z siebie kożuch i lniane giezło. Stoi 
nagi, żółty, owłosiony, z zapadłym brzuchem i wystającymi żebrami. Ani na chwilę nie podnosi głowy.
Wszyscy rycerze, jak ich jest ośmiu, oblatują oczami to chude, szpetne ciało., zda się węszą po nim wzrokiem. 
Nie ma nic. Żadnych znaków.
— Obróć się! — krzyczą ukazują wymownie ręką, o co chodzi.
Lecz chłop jeszcze silniej przypiera plecami do ściany. Coś bełkocze, po raz pierwszy otworzywszy usta, coś 
prawi, składa błagalnie ręce. Ale obrócić się nie chce.
Zacisnąwszy z pasji usta Zbylut porywa, głownię z ogniska i rzuca pomiędzy ścianę a golca. Oparzony 
odskakuje z wrzaskiem, upada na twarz i wtedy... I wtedy wszyscy widzą...
Widza własnymi oczami, dobrych, chrześcijańskich rycerzy...
Ten człowiek ma — ogon!
U końca krzyżów wyrasta krótki na palec chrzęp, porośnięty długawym rzadkim włosem...
...Wilkołak!...
Stali nieruchomo, omartwieli grozą. Bali się rąbnąć go mieczem, by czary nie przeszły po ostrzu na rękę. Bali się 
ruszyć.' Nie mogli oczu oderwać od dziwotwora, od widomej oznaki straszliwego czarnoksięstwa. Kobiety 
przerażone płakały. Porzucona przez Zbyluta głownia syczała cicho pod ścianą.
Głowacz spojrzał w tę stronę i nagle ujrzał ratunek. Pochwycił głownię, rozkołował nad głową, rozżarzył, cisnął 
w kąt, gdzie leżało drzewo zniesione na opał, porwał z paleniska drugą, rzucił na barłóg i pierwszy skoczył do 
drzwi.
Zrozumieli pozostali. Stłoczyli się za nim. Z trudem, przepychając się i przeszkadzając sobie wzajemnie, 
wypadli na dwór. Zatrzasnęli drzwi, podparli je oszczepami na moc, na siłę. Przeżegnali znakiem krzyża. 
Odetchnęli. Z wnętrza dolatywały rozpaczliwe krzyki.
— Choćby ogień ugasili — rzekł rozważnie Głowacz — to i tak zdechną, bo z chaty innego wychodu nie ma.
— A czary chyba się nas, krzyżowców, nie imają?
— Po prawdzie tak powinno ono być...
— Nie ugasili — stwierdził z zadowoleniem Zbylut. -Jakoż z chaty dochodził trzask ognia. Krzyki zmieniły się
w nieludzki wrzask. Przez szpary w ścianach dobywał się dym.
— Wszystko w po... po... porządku. Możemy iść.
— Spaliliśmy czarta, ale kto wie, czy te baby były winne? — niepokoił się de la Tour.
— Wielka rzecz: baby! Zresztą, nie frasujcie się. Skoro z czarownikiem żyły, musiały także być 
wiedźmy...
— Bóg nas uchował szczęśliwie.
Ruszyli żwawym krokiem, z radością przekonywając się, że mięśnie ich nóg działają silnie i sprawnie jak 
zawsze, Prostowali plecy, przeciągali ramiona. Nie, nie czuli w sobie żadnych nawięzów. Za nimi ogień 
wystrzelił jasnym płomieniem przez dach chaty, oświetlił ciemnię wieczoru. Przed idących rycerzy wybiegły ich 
własne cienie, długie, czarne, mocne. Patrzyli na nie z szacunkiem i zadowoleniem, bo cień jest arcyważną 
częścią istoty człowieczej. Chwała Bogu, że czarownik nie zdołał ich skraść.
Naprzeciw tętnią spieszne, liczne kroki. Biegnie kilkunastu rycerzy i pachołcy.
— Gore! Gore! Kto żyw, gasić!
— Nie trzeba gasić! Niechajcie ognia! To my spaliliśmy
w chacie wilkołaka!
— Nie może b.yć! Wilkołaka?!
— Prawie gadamy. Samiśmy widzieli. Wilkołak isty.
— Ten sam, jenż dziś napastował szlachetną Blankę de Montbeliard — dodaje Głowacz objaśniające.
— Naszą bratanicę?! — wykrzykują obecni wśród przybyłych panowie Paweł i Szczepan de Viel Castel. Są nie 
tylko nad podziw podobni do siebie, ale i mówią zawdy to samo i jednocześnie.
— Naszą bratanicę?! — powtarzają, podnosząc do góry ze zdumieniem brwi. — Nic o tym jeszcze nie wiemy!
A że jak raz nadchodzi Blanka zwykłym, szybkim krokiem (towarzyszące jej dwie służebne dziewczęta zaledwie 
mogą nadążyć) — stryjowie zasypują ją pytaniami. Ku ogólnemu zdziwieniu Blanka wypiera się wszystkiego.
— Nie żaden wilkołak to był, ale pies — powiada śmiejąc się. — Pies naślednik ze sfory pana de Foix, dużego 
rostu... Panu de Beaugency zdało się we mgle, że wilkołak, i oszczepem go skaleczył... Pan de Foix wielce o to 
markotny...
— Mylicie się, szlachetna pani — prostuje łagodnie, ale stanowczo de la T aur. — ...Wilkołak to był prawy... 
Od straszliwego nieszczęścia uchronił was de Beaugency... Tego wilkołaka my rozpoznali... Miał czartowskie 
znamię: ogon... Zgorzał w tamtej chałupie, co płonie...
— Widno to był inny.
— Nie inny, ale ten sam, bo lewą rękę miał skaleczoną od Raulowego oszczepu...
— Na mnie wyskoczył pies — upiera się Blanka wzruszając wzgardliwie ramionami.
Dalszy spór przerywa głos dzwonka dobiegający z oddali. Błogosławiony, święty dźwięk! Milkną wszyscy 
nasłuchując z radosną ulgą. Jest wątły i cienki jak płacz dziecka, a jednak kojący, bezpieczny. Biskup wzywa na 
nieszpór, bo dziś jest niedziela.
— To dlatego, że niedziela, Pan Bóg nam poszczęścił i udało się przeklętnika spalić... — stwierdza 
Głowacz rozważnie.
Rozdział drugi SPRAWA PRZYSIĘGI
Przewidywania Rajmundowych wojów były słuszne. Godfryd de Bouillon pierwszy stanął pod Bizancjum. W 
przeciwieństwie do zapalczywego grataiego Tuluzy obrał rozważnie najlepszą z dróg lądowych, zwykły szlak 
kupców syryjskich, dążących na Zachód ku swym stacjom w Kijowie, Wrocławiu, Orleanie, Lugdunie. Szlak ten 
nie odbiegał zbytnio od drogi obranej przez Piotra Eremitę i wiódł na Sofię, Filipopol, Adrianopol.
Wojska Godfryda szły w nie zamąconym porządku, kupując żywność po drodze, płacąc jej pełną wartość dobrą 
lotaryńską monetą. Ten sposób pochodu, o ile godziwy i słuszny, o tyle był kosztowny, pochłaniający całą 
nieraal Godfrydową gotowiznę. Cena otrzymana za księstwo Lotaryńskie, księstwo Bouillon i gród Metz, za 
wielowiekowe dumne dziedzictwo, starczyła zaledwie na doprowadzenie armii do Bizancjum. W szkatule 
Godfryda poprzednio tak ciężkiej, że ciągnęły ją cztery konie, przeświecało obecnie dno. Na dwie niedziele jeszcze starczy, a co dalej? Z bólem obliczano, że — przy najbardziej nawet wygórowanych żądaniach 
Genueńczyków — przewóz morzem całej armii byłby wyniósł zaledwie połowę wydanej sumy. Zbyt późno 
było jednak żałować.
Po drodze wędrownicy zbierali od miejscowych ludzi mętne wiadomości o gromadach Piotra Eremity, 
ciągnących tędy ubiegłego lata. Wiadomości były nieścisłe, sprzeczne, lecz jednako zgodne w opisie panujących 
wśród krzyżowców: głodu, grabieży, nędzy, krwawych bratobójczych walk.
— Kara Boża za to, że ruszyli sami bez pozwolenia biskuPa — mawiał Godfryd. — Boże, bądź im miłościwi 
Kto wie, czy podobnie nie będzie się działo z nami za parę niedziel, <ły pieniędzy na żywność nie stanie?
' Twoja głowa, by tak nie było — odpowiadał na to 'ałdwin, jak zwykle bezstroski.
~~ Ciężko jest — narzekał Godfryd — nie wiemy jeszcze
zupełnie, jak się do nas odniesie Aleksy... Wiesz, co powiadają o Grekach... O ich krętactwie, 
obłudzie... Powinien nas przyjąć jak swoich i dać utrzymanie, ale jeśli tego nie zrobi, co będzie?
Baldwin wzruszał ramionami powtarzając, że kłopotać się o to jest rzeczą brata. Czyż nie on stanowi 
głowę wyprawy? Sam Baldwin nie przejmował się niczym wierząc mocno, że dobry rycerz potrafi 
zawsze wywalczyć sobie w obcym świecie odpowiednie władztwo i znaczenie. By się tylko dostać 
nareszcie do Saracenów! Jak myślisz, bracie Godfrydzie, wiela będzie z onego Bizancjum do 
niewiernych? Dwa dni drogi? Trzy?
— Daj Boże, aby było jak najbliżej — wzdychał Godfryd.
Dnia dwudziestego grudnia, na parę dni przed świętami Bożego Narodzenia, stanęli w pobliżu 
Bizancjum. W tejże samej porze Rajmund St. Gilles znajdował się jeszcze daleko, daleko, w Spalato, 
obaj Roberci, normahdzki i flandryjski, zimują ze swoimi w Rzymie, a Boemund z Tankredem nie 
opuścili jeszcze Amalfi. Lotaryńczycy są dumni, że przybyli pierwsi. Z uniesieniem podchodą pod 
wzgórze, z którego zapewne już zobaczą miasto...
Widać je rzeczywiście jak na dłoni. Otworzywszy usta w podziwie rycerze stoją nieruchomo, 
zagapieni. Wszystkie opowiadania, legendy zasłyszane o piękności i wielkości Bizancjum dalekie im 
się zdają od rzeczywistości. Nie można stąd wprawdzie rozróżnić szczegółów, lecz ocenić łatwo wysokość i długość murów, olbrzymi obszar miasta, większego niż wszystkie grody francuskie razem 
wzięte. Miasto strzeżone przez Boga! Miasto, którego miejsce zostało również wybrane przez Boga. 
Takiego położenia nie posiada żadna stolica na świecie. Otoczone z jednej strony przez morze, z 
drugiej przez Ramię świętego Jerzego, z trzeciej przez Złoty Róg, za plecyma posiadając nadto 
Wielkie Morze, czyli Czarne — może się słusznie uważać jako nie zdobyte. Wznoszące się od 
zachodniej strony mury, na które poglądają w tej chwili zdumione oczy Latyńców, są podwójne, wysokie, potężne, po wierzchu obite miedzią. W czerwonych błyskach zachodzącego zimowego słońca 
miedź płonie jak smuga ognia, jak czarodziejska wstęga, broniąca dostępu do grodu. Za murami 
bieleją domy, złocą się dachy niezliczonych świątyń i pałaców. Olbrzymia kopuła Wielkiej Świątyni, 
czyli Hagii Sofii, gorzeje jak drugie słońce, jak oślepiający płomienisty stos. Całe miasto zdaje się 
tonąć w złocistej poświacie ogarniającej półwysep aż po ciemniejące po obu stronach, zwełnione w tę porę morze.
Milczący, oszołomieni widokiem, rycerze zeszli ze wzgórza, ciągnąc naprzód szerokim, znakomicie 
utrzymanym gościńcem. Po takiej drodze jak ta nie zdarzyło się im kroczyć nigdy, odkąd żywi. 
Wzdłuż całego gościńca, o godzinę drogi od siebie oddalone, znajdowały się posterunki żołnierzy 
basileusowych, zwanych w.arangami. Każdy posterunek składał się z lichej lepianki mieszkalnej i 
przypartej doń kamiennej czworokątnej, dość wysokiej wieży, jpłasko ściętej na szczycie. Wieże te 
były do siebie bliźniaczo podobne, a Latyńcy napotykali je, stojące w równych odstępach, od chwili 
gdy zeszli z góry. Codziennie o zmroku warangowie rozpalali na wieży ogień z przygotowanych 
zawczasu smolnych i palnych gałęzi, po czym okrywali płomień zasłonami z blachy, bądź 
całkowitymi, bądź powycinanymi w różnego kształtu otwory, miarowo podnosili je lub opuszczali. Na 
skutek tej czynności strażnik, czuwający dniem i nocą na następnej wieży, widział światło w pewnym 
określonym kształcie i w pewnych odstępach czasu, które to przerwy i kształty przekazywał natychmiast dalszemu.
Ciągnący drogą rycerze patrzyli na te praktyki ze szczerym zdziwieniem, nie mogąc się dorozumieć 
ich znaczenia. Ani przypuszczali, że dzięki tym świetlnym sygnałom, basileus jest od dłuższego czasu 
najdoskonalej powiadomiony o ich nadejściu i liczbie.
Dzięki tym sygnałom również, zaledwie Godfryd zatrzymał się, by rozłożyć obóz na równinie o milę 
od miasta, przybyli doń w świetnym orszaku, kosztownych strojach posłowie cesarza Aleksego, czyli 
basilikowie, z darami i pozdrowieniem. Składając podarki oznajmili księciu Godfrydowi w poprawnej 
łacinie, że Najdostojniejszy, Bardzo Światły, Bardzo Pobożny, Apostołom Równy, basileus 
Autokrator pragnie powitać u siebie drogiego gościa jak najrychlej. Szlachetny gość będzie PrzYJęty 
jak syn.
Wraz z poselstwem przybył do obozu Hugo de Vermandois, brat francuskiego Filipa, który 
wybrawszy roztropnie drogę morzem znalazł się bez trudu w Bizancjum już przed paru miesiącami. 
Rycerze nie poznali go w pierwszej chwili, Jdyż przyodziany był po grecku, w świetny, bogaty i 
wygodny strój. Na stopach złocone sandały. Cienka jak przędza tunika, na niej płaszcz spięty fibulą, 
podbity kosztownym ern> płaszcz bezcenny ze złotolitej, mięsistej, a zarazem
miękkiej materii, tkanej w rzędy purpurowych smoków. Na^ szyi nosił migotliwe zawieszenie, na 
przegubie dłoni bugi, na palcach liczne pierścienie.
— ...To wszystko dostałem od basileusa Aleksego — chwalił się znajomym rycerzom lotaryńskim, 
ukazując blask i wielkość osadzonych w zawieszeniu klejnotów. — A wiela mamtego jeszcze na 
kwaterze! Nie dalibyście wiary! Wystarczy coś pochwalić, by natychmiast darowane zostało. 
Podobnie obdarują pewnikiem i was. Mają tam takie skarby, że choćby połowę rozdali, zostanie — im 
jeszcze więcej, niż posiada cały świat. Pokazywał mi kiedyś basileus swój skarbiec. Na świętego 
Dionizego, dobrego patrona Paryża! Nic podobnego i we śnie się nie zamarzy! Gmach srogi, 
podziemny, komnat z pół setki, wszystkie od podłogi do stropu zapchane kosztownościami. Aż mnie 
zemdliło od samego patrzenia. Za setną, co ja prawię, za tysiączną część tego złota kupiłbyś wszystkie 
nasze królestwa i księstwa, z dodatkiem angielskich i niemieckich... Bogać mi, nie kłamię... Niech 
święta Genowefa przyświadczy... A wieleż jeszcze skarbów znajduje się w pałacach, kościołach! 
Obacżycie!... Małą miarę możecie zresztą brać z tego, co ninie tutaj przynieśli...
Spoglądali wszyscy w stronę, gdzie basilikowie składali przed siedzącym na niskim obozowym stołku 
Godfrydem przywiezione dary. Było na co patrzeć. Rzucone na ziemię mieniły się i lśniły zwoje 
złotolitej materii, podobnej do płaszcza Hugona, cudownie piękne i lekkie tarcze złocone, wysadzane 
koralem, miecze, włócznie, przedziwnej roboty pancerze, kryształowe czary, szkatuły ze słoniowej 
kości pełne najdroższych pachnideł... Z boku ustawiono wielkie amfory z winem, kosze z owocami, 
ciastem i mięsiwem.
Godfryd dziękował uprzejmie posłom, obojętnym wzrokiem patrząc na rozłożone przed nim 
bogactwo.
...Broń przyda się — myślał — wino i jadło również, ale na co, u licha, żołnierzowi te kruche, łatwe 
do stłuczenia czary albo stroje?... To dobre dla takiego pięknisia jak Hugo...
Dziękując, zapowiadał przybycie swoje nazajutrz. Posłowie wśród niskich ukłonów zbierali się do 
odejścia.
Baldwin podszedł żywo do brata.
— A czymże ty ich obdarujesz?
— Ja? Nie mam nic do darowania. Zbroi ani miecza przecie nie oddam.
— To nie uchodzi, Godfrydzie!
__ Dlaczego? Nie jesteśmy przecież poselstwem, tylko żołnierzami, w dodatku krzyżowymi, w pochodzie... — 
Pomyślą, żeśmy żebraki...
— Niech myślą, co chcą... Zresztą, cóż byś dał? Nie mamy nic ozdobnego...
__ Gontrana ma piękne perłowe zausznice i takież bugi —
rzekł Baldwin z wahaniem. Godfryd zmarszczył brwi.
— To gorzej zaświadczy o naszym ubóstwie niż zupełne wstrzymanie się od darów — zapewnił. — Co 
znaczą zausznice i bugi w porównaniu z tymi, o, rzeczami? Śmiech prosty. Nie sądzę zresztą — uśmiechnął się 
mimo woli — by na to Gontrana zwoliła?...
Baldwin potarł bezwiednie dłonią kark, ale nie ustąpił.
— Gdybyś ty od niej zażądał, odda bez lamentu.
— Ja nie zażądam, bom samej rzeczy przeciwny.
— Baldwin ma słuszność — wtrącił się do rozmowy Hugo — dary trzeba dać, ale Godfryd dobrze prawi, że 
zausznice i bugi mało wiele znaczą. Mają tam takich na korce. Do skrzyni cisną, ani spojrzawszy. Poślijcie lepiej 
parę gładkich dziewek... To na basileusowym dworze bardzo lubią. Mają tam niewolnice z całego świata, ale 
naszych nie... Będą radzi...
— Oszaleliście, panie? — syknął Godfryd.
— Widzę, że przywieźliście gromadkę i to wcale gładkich — ciągnął nie zrażony Hugo ukazując ręką 
dworki Gontrany, z należytej odległości zachłannie śledzące wzrokiem dary pozostawione przez Greków. 
— Tamta czarnuszka na przykład, co stoi na lewo...
Baldwin zaczerwienił się, nie wiadomo czemu.
— Tej Gontrana nie odda — zaręczył z żywością — to jej ulubienica.
— Poślijcie zatem pozostałe...
Ale Godfryd uderzył się z gniewem dłonią po kolanie. To są córki wolnych ludzi, nie niewolnice! — zawołał. 
Dwie są niewolnice, owszem — zauważył Baldwin — z tego jedna bardzo gładka i nawet pono 
prawiczka...
~" I niewolnych nie oddam na grecką rozpustę! Dosyć! Nie chcę o tym słyszeć!
W ^godnym zazwyczaj głosie Godfryda brzmiało tyle stanowczości, że Baldwin i Hugo zamilkli. Basilikowie 
odeszli, " Prowadzeni poza obóz przez czterech rycerzy. Hugo pozooPowiadajcie nam teraz — zwrócił
— Krzyżowcy t. mi
się do niego Godfryd — jakim jest w istocie Aleksy i czy będzie nam pomagał, czy nie?
— Da nam wszystko, co zechcemy — zapewnił Hugo kołysząc sią niedbale z nogi na nogę. — Każcie 
nam, książę, nalać tego wina, co basilikowie przywieźli, jest przednie... Wszystko, co zechcemy... 
Aleksego poznałem doskonale... Na wylot... To wcale niezły, prostoduszny człowiek, nie ma w nim ani 
źdźbła chytrości. Owinę go dookoła palca... W ogóle ta osławiona chytrość grecka! Można by o niej dużo 
mówić... My jesteśmy znacznie mędrsi niż oni... Toteż wszystkiego, co ja albo moi woje prawią, słuchają z 
poszanowaniem, nic nie przecząc... Niezłe ludzie, chociaż niedołęgi prawe... Turniejów nie czynią, jakby 
ich zgoła nie znali, za to kochają sią w wyścigach, gonitwach, wiecie, wierzchem albo czterokolnymi 
wozami... Jest tu cyrk najpiękniejszy na świecie, który sią po tutejszemu nazywa Hippodrom, i tam się te 
gonitwy odprawiają... Ludzie dzielą się na dwie strony, tu mówią fakcje, Zielonych i Niebieskich, bo w 
tych kolorach woźnice gonią... Sam basileus jest zawsze obecny i basilissa też...
— Wolej powiadajcie wpierw, książę — przerwał niecierpliwie Godfryd — zali basileus da wojsku 
zaopatrzenie?
— Już mówiłem przecie, że niewątpliwie da wszystko, co zechcecie. Jeszcze dwie niedziele temu, skoro 
przyszła pierwsza wiadomość o waszym pochodzie, Aleksy powiadał, jako da wam spyżę, przewóz do 
Azji i jeszcze pośle Butumitosowe , drużyny (ten Butumitos jest u niego dowódcą) ...zaś galery
z ich przeklętym ogniem popłyną wzdłuż brzegu, aby nas potem wspomagać. Bo wyobraźcie sobie, tutaj 
powiadają, że do Ziemi Świętej jeszcze srogi kawał drogi!
— Nie może być!
— Powiadają, że z Francji albo z Italii przyjść tutaj, to przy tamtej drodze tyle co przechadzka...
— Tak powiadają, bo nie byli we Francji.
— Stratigos Argyrios był.
— A te ich wojska coś warte?
— Wojska są przednie. A ubrane, a ustrojone! Książę u nas tak nie chodzi. Ale i do boju 
dobre. Szczególnie drużyny, które tu zwą athanatoi, czyli nieśmiertelni. Same najemne... 
Wszystkich tu spotkasz... Orrniany, Araby... Bogać mi, nie łżą! — Araby, Waregi, Pieczeniegi, 
Rusy... Siła im płacą... Brat Boemunda z Tarentu dowodzi tu strażą cesarską...
_— Brat! Rodzony!?
__ Nie rodzony, przyrodni, bo Boemunda rodziła Altaerada,
a tamtego — Wit mu na imię — Sykelgaita... Dobry chłop... Jeżeśmy się polubili...
Lecz Godfryda co innego uderzyło w opowiadaniu Hugona.
__ Mówiliście, książę, że Aleksy wiedział, iż ciągniemy,
dwie niedziele temu?
__ Ano. Mówił mi o tym z jego polecenia parakimenos,
czyli główny zarządca dworu...
— Skąd mógł wiedzieć?! Nikomu a nikomu nie dawałem znać!
— Nie wiem skąd — odparł obojętnie Hugo — ale wiedział. Radowałem się z waszego przybycia, 
wiecem co dnia pytał parakimena, co z wami? Powiadał mi: wczora nocowali tani a tam, dzisiaj uszli bez 
mała sześć mil, zatrzymali się na postój w tej wsi... I tak co dzień.
— Czary chyba jakie!?
— Pewnie, że czary. Dziwne to są ludzie, ale wczasu i wygody można u nich użyć jak nigdzie na świecie... 
Takiego jadła jak tu w życium nie widział... A czy uwierzycie, szlachetni panowie, że tutaj 
wszyscy czytają? Wszyscy, nawet białogłowy. Cięgiem czytają albo piszą... Jakiś dur z tym czytaniem. 
Pytał mi się kiedyś kyrpalatiu, co mi najmilej czytać. Najmilej mi bawić się mieczem — 
powiedziałem. — Książka jest dla mnichów i uczonych, a nie dla rycerzy... Czytać potrafię i kiedyś 
nawet sam cały psałterz przedukałem, ale odkąd go umiem na pamięć, czytanie mi już zbytnie... Nie biorę 
książki do ręki... — Nic na to nie rzekł... Odszedł. Widno się zawstydził, bo one pewnikiem dlatego na
'książki łase, że cło miecza już serce stracili, a może im Pan Bóg pamięci poskąpił i niczego nauczyć się nie 
mogą... Dziwaczne ludziska, ale żyć umieją... Obaczycie! Czas się nie dłuży... Warto by tutaj parę lat 
posiedzieć.
Boże broń! — zaprzeczył żywo Godfryd. — Rajmund
z biskupem pewnikiem lada dzień nadciągną... Normany też...
rzeba,^skoro tylko przyjdą, ruszać, ruszać najprędzej!. Nie
Tzyszliśwa tu, żeby oglądać Bizancjum. I tak już siła czasu
straciliśmy... Przeszło rok...
Nie stracilibyście tyle, gdybyście morzem jechali... Ja Przyjechałem jeszcze w sierpniu... Aleksy 
przyjął mnie jak 
Zaraz też i przysięgę złożyłem...
przysięgę? — zapytał Godfryd zdumiony.
— Basileusowi na wierność, tę samą, co i wy złożycie... Otóż po przyjeździe, we wrześniu, z bratem 
Boemunda, Witem, szczuliśmy psami jelenie... Cóż to była za gonitwa! Bo też i psy tu mają nie byle 
jakie...
— Powiadajcie, panie, co to za przysięga — przerwał stanowczo Godfryd.
— Na wierność, i że co zdobędziemy, to dla niego... Wiać
one psy, jak dopadną śladu...
— Ostawcie psy, bo tamto ważniejsze... Aleksy wymagał
od was tej przysięgi?
— Jużci, że wymagał... Inom przyjechał... Od was także będzie jutro żądał.
— Ja nie złożą.
— Albo co? Na zdradzie mu stoicie? Wojować z nim chcecie?
— Na zdradzie mu nie stoję. Ziemi nie myślę zabierać, ale
przysięgi nie złożę, żebym tu miał trupem paść!
— Dlaczego?
— Bom wolny żołnierz Chrystusów.
— Dyć basileus nie poganin. Chrześcijański cesarz, choć
schizmatyk.
— Wszystko jedno. Nie przysięgnę. Nie po tom się wyzuł
z ojcowizny, by wchodzić w służbę czyją.
— To nie ma żadnego znaczenia! Tak czy tak, będziemy
z nim w przyjaźni.
— Nie! Nie! Niech sobie trzyma najemników, Waregów, Rusów czy Pieczeniegów... My nie 
najemniki... My krzyżowcy! Przysięgaliśmy Chrystusowi i nie możemy nikomu więcej! Chrystusa idziemy 
bronić, nie cesarza!...
— Róbcie, jak chcecie (Hugo ziewnął rozgłośnie), jeno w takim razie ślijcie co prędzej posłów, 
odwołując wasz przyjazd jutrzejszy, bo tam na was będą czekali z przysięgą...
— Ależ posłowie mi o tym ani słowa nie mówili!,..
— Nie mówili, bo po prawdzie ja to wam miałem przedstawić, jeno mi z głowy ze szczętem wyszło...
— Dla Boga! Dla Boga! Takiej rzeczy, takiej najważniejszej rzeczy zabaczyć! — zakrzyknął 
Godfryd z rozpaczą.
Piękny lekkoduch nie przejął się tym okrzykiem bynajmniej.
— Ślijcie natychmiast ludzi do basileusa albo mu to tłumaczcie sami — powtórzył obojętnie, wydymając 
wargi.
Godfryd poderwał się z ławy.
__. Montaigu! — zawołał — d'Esch, du Bourg! Chodźcie tu,
a żywo!
Trzej wywołani rycerze porzucili oglądaną z ciekawością crrecką broń podchodząc spiesznie ku 
rozmawiającym.
__. pojedziecie nie mieszkając do Bizancjum — mówił Godfryd; zwykły jego spokój pierzchł, oczy 
błyszczały gorączkowo_ — Pojedziecie jako moje posły...
__Ja pojadę z wami — zaofiarował się Hugo — abyście się
łacniej dostali...
__ Jedziecie jako moje posły — powtórzył Godfryd dobitme — Rzekniecie, iż przysięgi basileusowi złożyć nie mogę i proszę, by mnie od niej zwolnił. Nie stoję mu, 
uchowaj Boże, na zdradzie ani dobra zazieram, ale krzyżowcem będąc nie mogę przysięgać nikomu. 
Przysięgałem Bogu, a dwóch panów mieć nie można. Ród mój był zawdy wolny. Nie hołdowałem 
żadnemu panu. Nie byłem wasalem niczyim. Boży jestem sługa, nie cesarski. A zdrady niech się ode mnie 
nie obawia. Przyjacielem mu jestem, równie bezpiecznym, jak zaprzysiężony. Tak mu mówcie... Montaigu! 
Tobie polecam, lepiej to powiesz niż ja...
Konon de Montaigu, rosły chłop o dumnej, orlej twarzy, skłonił głowę na znak zrozumienia i 
jednomyślności.
— Jedźcie zaraz — nalegał Godfryd.
. — Ale ochędożcie się przystojnie, giermków weźcie kupę, bo tam bardzo na ozdobę zważają..-. — 
ostrzegał Hugo.
— Jedźcie, jak chcecie, byle skoro, skoro!... Hugo uderzył się w czoło:
— Mam myśl! Co tu będziecie czekać i trapić się przesadzonymi, prawdę rzekłszy, skrupułami? 
Jedźcie razem do Bizancjum. Poczekacie w pałacu, który mi na cały czas pobytu tutaj przydzielono 
(Hugo podkreślił z dumą te słowa). Prędzej usłyszycie odpowiedź. I naradzimy się rychlej, co 
dalej.
— Dziękuję. Pojadę — rzekł Godfryd po krótkim namyśle. Baldwinie, tobie zdaję opiekę nad 
wojskiem, bo może dzisiaj nie wrócę.
Brat skrzywił się zmartwiony. Byłby wolał sam pojechać, aliła go ciekawość zobaczyć nareszcie 
Bizancjum tyle osławione, tak bliskie. Obaczyć swoimi oczami skarby, o których opowiadał Hugo, 
pogadać z Witem, bratem Boemundowym. to wie?... Kto wie?... Nie zapomniał swych marzeń 
udzielnym księstwie...
— Jako sobie dajecie radę z zaopatrzeniem drużyn? — pytał w godzinę później Hugo jadąc 
pobok Godfryda ku widnemu w dali grodowi. — Porządek u was w obozie, aż dziw...
— Jeżeli basileus wiktu żołnierzom nie da, ten porządek za parę dni pryśnie.., Ostatnie talary wydaję... 
Jeszcze trochę, a żołnierze zaczną grabić.
— Da wikt, na pewno. I dobrze da. Nawet pan de Melun, którego zowiemy Cieślą, przyznaje, że nigdy nie żarł 
tyle i tak dobrze, co tu... Wina też nie skąpią... Ale pomimo tego moi żołnierze grabią... Z rozpusty... Trudno 
utrzymać ich w ryzach, bo nie na wiele zważają... Czasem uproszę Cieślę, aby szedł robić porządek. Boją się go, 
bo jednym trząchnięciern zabije człowieka, ale znaleźli już na niego sposób. Skoro przyjdzie, podsuwają mu 
prosię pieczone w cynamonie... Nie zdarzyło się jeszcze, by odmówił, a gdy siądzie do jedzenia, zapomina 
natychmiast o gniewie...
Godfryd nic nie odpowiadał, ale nie zrażony Hugo paplał dalej:
— Siła rzeczy można -by się tu nauczyć... Co za mieszkania, co za wygody! Anim przypuszczał, że tak może 
być... A kobiety! Żebyż u siebie mieć takie! Powabne, wonne, w miłości biegłe... Znają arkana, o których u nas 
nikt nie wie. Na przykład, opowiem wam...
— Ślubowałem czystość — przerwał Godfryd chłodno.
— Prawda. Omniszyliście się z dobrawoli. Szkoda. Brat wasz za to skorzysta, mam nadzieję, z 
mego doświadczenia...
:—i Mój brat ma żonę — odparł Godfryd jeszcze chłodniej.
— A rzeczywiście. Przywiózł ją ze sobą... Nie ujmując czci waszej bratowej, po co? Ja swoją zostawiłem doma.
— Czy sądzicie, panie, że odległość zmienia śluby?
Och, jakiż ten cnotliwiec był nudny! Hugo spojrzał na niego z odrazą.
Prawy mnich, prawy mnich, lepiej by siedział w klasztorze. Szczęście, że Baldwin jest inny.
Kopyta końskie zatętniały pod wielką sklepioną bramą „Grodu strzeżonego przez Boga". Warangowie stojący na 
straży, poznawszy Hugona, pochylili halabardy. i
Rozdział trzeci W GRODZIE STRZEŻONYM PRZEZ BOGA
Nawet poważny Godfryd zapomniał o swojej trosce, pochłonięty widokiem, jaki się przed nim roztoczył. Byłoż, 
byłoż na co patrzeć! Hugo, znający już dobrze gród, rad, że może być przewodnikiem i udawać bywalca, wiódł 
ich rozmyślnie do pałacu najdłuższą drogą, okrążając wkoło miasto. Przed zapuszczeniem się w gąszcz ulic 
ukazał im lśniące w oddali, na przeciwnym brzegu Ramienia świętego Jerzego, miasto Chryzopolis * 
objaśniając, że znajduje się ono już w Azji. Słysząc to, rycerze żegnali się pobożnie, gdyż słowo Azja zdawało 
im się nierozdzielnie połączone z Ziemią Świętą. Hugo uśmiechnął się z wyższością. Taki sam kraj jak tu. Żadnej różnicy nie ma. Wszyscy znaczniejsi patrycjusze mają tam swoje letnie pomieszkania, że to wyżej, przeto 
powietrze rzeźwiejsze niż w grodzie.
Po czym odwracając się w przeciwną stronę, wskazał im po drugiej stronie Złotego Rogu osadę genueńską 
Galata, z wysoką wieżą strażniczą, sterczącą na wzgórzu.
— To i tu są Genueńczyk!!? — zdumiał się de Montaigu.
— Gdzie by tej zarazy nie było! Mają tu swoje składy, okręty... Przez nich moje poczciwe piraty (brudasy 
śmierdzące, ale dobre chłopy... Z Guynemerem siła wina razem wypiliśmy) nie mogły tu zostać, bo 
Genueńczyk! strasznie ich nienawidzą. I opieka basileusowa nic by nie pomogła. Spaliliby niebożętom okręty 
pewnikiem... Więc Guynemer powieJestem dobry chrześcijanin i zaczepki nie będę szudział:
?—/ Popłynął ze swoimi wzdłuż brzegów azjatyckich, tam.
na nas czekać... Patrzcie no na ten most... Widzieliście kledy taki?
^ Jednak jeszcze niż wielki most, łączący Bizancjum ^ą, zaciekawiał rycerzy olbrzymi, w całym świecie >ny 
łańcuch, zamykający wejście do Złotego Rogu w razie
* Dzisiejsze Skutari.
zbliżania się nieprzyjaciela. Obecnie nic nie groziło, przeto łańcuch gruby i śliski jak smok, 
zwolniony z żelaznych kołowrotów, na które napinały go siły pięćdziesięciu ludzi, zwisał 
swobodnie, zanurzony w wodzie. Na wiecznie spokojnych wodach kanału stały rzędami galery 
basileusa, owe szerzące wszędzie postrach trójpokładowe szalandy, zwane pyrforoi albo 
igniferi, gdyż miotały „grecki ogień". Były barwiście malowane i złocone, o wysokich dziobach 
rzeźbionych w kształt orłów, smoków, aniołów i gryfów. Spomiędzy złoceń i rzeźb wychylały się 
zdradzieckie leje, mogące każdej chwili plunąć nieugaszoną, straszliwą pożogą. Tych statków było 
w porcie trzysta albo więcej. Wokoło nich kołysały się niezliczone mniejsze galery pościgowe, o 
jednym rzędzie wioseł, zwane monerami. Resztę wolnej powierzchni wody wypełniały ściśle 
łodzie, barki, czółna. Małe, lekkie monoxyloi wydłubane z jednego pnia, rusko-wareskie czajki 
obłożone spławami z sitowia, ciężkie krypy kupców, zjeżdżających tu zewsząd, . Azji, Grecji, 
Irłdyj, Bagdadu, Cypru, Rodosu, Egiptu, Genui, Kijowa, Nowogrodu, Perejasławia... 
Wyładowane z barek towary można było oglądać codziennie na słynnym targu bizantyńskim, 
mieszczącym się przy klasztorze świętego Mamasa. Tam, pod bacznym okiem celników, sprzedawano 
wszystkie wytwory i cenności świata. Barwny, pstry, krzykliwy tłum wypełniał ściśle plac. Chlamidy 
greckie ocierały się o kożuchy Finów z dalekiej północy. Przecudne amfory rodyjskie stały obok skór 
niedźwiedzich i wilczych, zwalonych na kupę. Złoty miód z wysp, (w szklanych przezroczystych 
słojach, których tajemnica wyrobu nie znana była Latyńcom, sąsiadował z bryłami bursztynu złotymi i 
przezroczystymi jak miód. Kość słoniowa w surowych kłach leżała na ziemi i rycerze lotaryńscy 
spoglądali ze zdumieniem na te srogie zębce nieznanego smoka. Nie mniejsze zdumienie połączone z 
lękiem wywoływały w nich zasuszone krokodyle przywożone przez indyjskich czarowników, służące 
do leków, i wielkie, żywe węże, ruszające się leniwie w takt piszczałki
zaklinacza.
Pobok brodatego Persa, sprzedającego szmaragdy, kucały czarnowłose, brunatne Cyganki, natrętnie 
narzucające się z wróżbą. Na widok obcych rycerzy cmokały głośno wargami, przykładały dłonie do 
czoła i piersi, wyciągały prosząco ręce. Lotaryńczycy wzdrygali się z odrazą na widok tych ciemnych, 
prawie małpich dłoni i odwracali głowy. Pośrodku placu stało rusztowanie, pokryte podłogą z desek, 
na którym
kat wypalał oczy skazańcom, podejrzanym o niezadowolenie z błogosławionych rządów Bardzo 
Światłego, Bardzo Pobożnego, Apostołom równego Autokratora. Oślepienie było w Bizancjum 
ulubioną i powszednią karą. Skazując człowieka /ia śmierć narażało się jego duszę na potępienie, ginął 
bowiem w stanie grzechu. Przez oślepienie czyniło się go nieszkodliwym, a zostawiało mu czas do 
pokuty. Wyroki odbywały się codziennie, gdyż nykteparchos, czyli prefekt grodu, dosłownie 
„zarządca nocy", nie próżnuje. Jego wysłańcy węszą za każdym niebacznym słowem. Nawet za 
cieniem słowa. Czasem i cienia nie trzeba. Nykteparchos musi przecież wykazać, że w grodzie nastrój 
jest wciąż niebezpieczny i że bez jego czujnej opieki przepadłby tron dla dynastii Komnenów.
Więc i teraz kilku związanych łudzi stoi podle rusztowania. Spoglądają wokół siebie ostatni raz. 
Ostatni raz widzą biały dzień, złociste miasto, zieloną wodę i kolorowy, bliźni tłum. Po jednemu 
pachołcy kata wyciągają ich na rusztowanie. Kat wyjmuje z kociołka z węglami rozpalony do białości 
pręt. Ogłuszający wrzask bólu, szamotanie — i już pachołcy spychają nieszczęśnika w dół, a chwytają 
następnego. Oślepiony, z dwiema krwawymi ranami w miejsce oczu, wyjący z bólu, pada jak 
bezwładna masa. Wstaje, potyka się biegnie na oślep szlochając, znów pada. Patrząc na jego niezdarne 
ruchy ludzie śmieją się i klaskają w dłonie. Macającemu wokół siebie bezradnie ślepcowi podsuwają 
nieoczekiwane przeszkody, aby się przewrócił. Aż zwabiona hałasem wysunie się z tłumu czarna 
postać mnicha lub mniszki, co litościwie weźmie oślepionego za rękę i poprowadzi.
— Okrutny naród — mówi Godfryd odwracając się ze wstrętem.
— Słusznie prawicie — przytwierdza Hugo. — U nas tak ludzi nie męczą. Albo po prostu 
zachłoszczą, albo żywo spalą, albo łeb utną i koniec.
Bodajby tak było! A nie zakopują to żywcem w ziemi? Nie obcinają członków?
Ale nie za byle głupstwo jak tu... Spójrzcie tam, książę:
en kościół i kasztel, całkiem już prawie za murami leżący,
to Blachernos, letnie mieszkanie basileusa. W kościele, za
o ą kratą, jest cudowna Najświętsza Panna, palladium
ffrodu, patronka najulubieńsza. Zowią ją Panagia Blachernirzawa targu pozostała już daleko poza jadącymi. Dążą
.
teraz po gładko wybrukowanych ulicach pełnych ruchu. Strojni patrycjusze przejeżdżają 
wierzchem na ślicznych jak marzenie arabskich koniach, drobniejszych znacznie niż konie rycerzy 
latyńskich. Tęfizy niewolnicy, zwani mangipitia, biegną rytmicznie, niosąc na ramionach lektykę 
wytwornej małżonki któregoś z dostojników Dworu. Lektyka jest złocona jak klejnot, wysadzana 
kością słoniową i perłową masą. Poprzez cienkie jedwabne firanki majaczą wielkie czarne 
oczy i ukarminowane usta. Przed lektyką biegnie kilku niewolników z prętami trzcinowymi w ręku, 
którymi rozganiają pieszy tłum torując mangipitiom drogę. Wieczorem oprócz trzcin niosą 
pochodnie. W skromniejszej, mniej barwnej lektyce, nie poprzedzanej przez nikogo, przesuwa się 
uczony profesor Kolegium Filozofów lub Geografów. Inne panie, równie wytworne jak poprzednie, 
lecz którym lektyka zdaje się .być duszną, jadą na wozach okładanych srebrną blachą i ozdobionych 
emalią. Lica mają zasłonięte leciuteńką gazą. Siedzą wysoko na aksamitnych poduszkach, woźnica 
znacznie niżej od nich, na skraju wozu, tuż za końskimi zadami. Lecz baczność! Strojny młodzieniec 
wyprzedza wszystkich, stojąc wyprostowany, podany w tył na lekkim, dwukołowym wozie, świecącym od ozdób. Płaszcz wzdyma się u ramion. Ogniste konie rwą, kładąc się na złotych lejcach.
Chrzęstliwy, miarowy tupot zagłusza inne hałasy uliczne. To wojsko idzie zmieniać straż wokół 
Świętego Pałacu. Naprzód protospatariowie z włócznią i szczytem, zakrywającym ic|h o!d stóp do 
głów. Za nimi warangowie z halabardami o szerokim ostrzu, athanatoi-nieśmiertelni, w pancerzach ze 
złotej siatki połyskującej z daleka, dobierani spośród najpiękniejszych ludzi, że wyglądają jak 
bogowie greccy, i na koniec archontopule od dziecka do służby wojskowej przeznaczeni, chowani na 
koszt basileusa w szkole wojskowej, znajdującej się przy logothesionie.
Pomiędzy wojskiem, lektykami, wozami przemyka się, ciśnie, snuje nieprzeliczony pieszy tłum, 
podobny do tego z targu. Różnorodny, różnojęzyczny, różnobarwny, przetykany niby makiem 
czarnymi szatami mnichów. Tłum gadatliwy, ciekawy najnowszych wiadomości politycznych i 
ostatnich intryg dworskich, lecz zdanie swoje wyrażający oględnie, bo znienawidzony nykteparchos 
ma swoich wysłańców wszędzie; Hugo ukazuje co chwila coś nowego.
— ...Kościół Świętych Apostołów, gdzie basileusów chowają. Mało który z nich pomarł ze 
starości i w łożu, ale pol
chowek ma każdy... To Bukoleon, piękny kasztel, gdzie basileus mieszka, kiedy mu się Święty Pałac 
sprzykrzy... Te srogie budowle to urzędy... Tylu urzędów, co tutaj, nie ma na całym świecie... I, niech 
mi kto powie, po co? Niechby się uczyli od nas... Sąd książęcy, strażnik grodzki i na tym koniec... Nie 
trzeba więcej... Tu cięgiem wszyscy do urzędów chodzą i na karteczkach piszą... Uwierzycie, że te 
towary, co na targu, to wszystko zważone, zapisane... Od każdej sztuki czy miary kupce muszą płacić 
słoną daninę... Po drogach nikt pono myta nie pobiera, można cały kraj przejechać nie napotkawszy 
rogatki, za to tutaj basileus dobrze ich obciąga... Ale uważajcie teraz, bo wjeżdżamy na plac 
Augusteon albo Agora, bo go tak i tak zowią, któren jest najpiękniejszym placem na świecie...
Istotnie, nie było na ziemi nic równie świetnego jak ten plac, ujęty z jednej strony złotymi mozaikami 
pokrywającymi wejście do Hagii Sofii, z drugiej gmachem Senatu, z trzeciej Świętym Pałacem, 
podobnie jak Hagia Sofia przez Justyniana wzniesionym, z czwartej zamknięty portykiem i kolumnadą. Na szczycie kolumn stały złote i srebrne posągi basileusów i ich żon. Pośrodku placu 
wznosiła się porfirowa kolumna wzniesiona przez Konstantyna Wielkiego, zwieńczona złotym 
krzyżem, opatrzona napisem: Święty! Święty! Święty! Na szerokich stopniach cokołu kolumny siadał 
basileus w dni triumfu. Tędy ciągniono w uroczystym pochodzie tłum jeńców. Tu Autokrator, nie 
ruszając się ze swego siedziska, opierał nogę obutą w purpurowy sandał na głowie zwyciężonego 
wodza czy księcia, leżącego w prochu. Grały trąby, grzmiały kotły, a nieprzeliczony tłum, 
zapełniający plac, wołał:
...Długie życie wielkiemu Basileusowi, najpobożniejszemu, niezwyciężonemu Władcy! Długie życie 
Basileusowi, którego Pan wybrał i naznaczył! Długie życie Basileusowi, którego Pan prowadzi i 
zawsze prowadzić będzie! Długie życie Basileusowi, którego ramię podtrzymuje losy świata! Długie, 
życie Basileusowi, który upokarza i niszczy wrogów Kościoła i swoich!
Ddfryd ze wzrastającym roztargnieniem słuchał opowiadania Hugona, oczy mając utkwione w 
rzeźbione wrota Wielkiej Świątyni. Pragnął jak najprędzej znaleźć się w niej i zo-siae sam ze swoimi 
myślami.
— przystał zawsze zgodny Hugo, posłyszawszy życzenie. — Idźcie do świątyni. Warta 
widzenia, na
świętego Dionizego, warta! Ja powiodą rycerzy, oddam ich w race protoproedrosa i wrócę po was. 
Pójdziemy razem do mego pałacu, który jest tuż blisko...
Oddawszy konia giermkowi, Godfryd pchnął niewielkie drzwi wycięte w ogromnych szczerozłotych 
wrotach. Przeszedł jeden przedsionek pełen żebraków, drugi pełen księży i mnichów, uniósł ciężką, 
chrzęszczącą kotarę, zasłaniającą wnętrze, i przystanął...
...Otoczył go złocisty półmrok, w który bladobłękitne światło, siejące się z wierzchu kopuły, spływało 
niby z niezmierzonej wysokości. Świątynia była olbrzymia, obliczona na dziesiątki tysięcy ludzi, a 
zdawała się jeszcze stokroć większa przez mądre rozplanowanie ścian, głębokość i rozmiar wnęk, 
harmonię proporcji. Nakrywająca gmach kopuła, lekka i wyniosła, zdawała się obejmować cały świat. 
Ściany pokryte złotą mozaiką, na której roił się tłum świętych i aniołów, wyglądały jak obłudy 
sennego marzenia, mogące rozwiać się za lada tchnieniem. Po bokach nawy stały kolumny sprowadzone ze spalonej przez Herostratesa świątyni Diany w Efezie i z tajemniczego dalekiego Baalibeku, 
którego imię nawet nigdy do rycerzy zachodnich nie doszło. Sześćset złotych świeczników zwieszało 
się na złotych łańcuchach z wysokiego stropu. Było tu cicho, odległe i niedosiężnie. Kościół 
poświęcony Mądrości Bożej zdawał się doskonały i nieobjęty jak Mądrość sama. W wielkim gmachu, 
wzniesionym przedziwnym nieodgadnionym kunsztem, ginął ciężar i gatunek materiału użytego do 
budowy. I wsparta na granitowych fundamentach, mająca przetrwać tysiąclecia świątynia, ze swymi 
bajecznymi ścianami z mozaiki i kopułą raczej utkaną z dymów kadzidlanych niż zmurowaną z 
kamienia, widziała sią ideą, zamysłem, marzeniem o doskonałym kościele bardziej niż 
rzeczywistością...
Zagubiony w pustym o tej porze ogromie, Godfryd postąpił nieśmiało ku środkowi. Czuł się maleńkim 
pyłkiem, nicością wobec potężnego Piękna. Mądrość Boża... Hagia Sofia... Jakże nikłe i nędzne są 
wszystkie sprawy ludzkie wobec niej! Jak błahe i niegodne najmniejszej uwagi! Tyle znaczą, co myśl i 
krok Godfryda, niezdolne nawet obudzić echa pod strzelistą tęczową kopułą!
Zgnieciony własną małością, przyklęknął przed jednym z ołtarzy lśniącym od drogich kamieni. 
Próbował modlić się. Wzywał znajome słodkie Oblicze Dzieciątka Jezus i Matki Bolejącej... ludzkie, 
współczujące... bliskie... Lecz zaledwie
przyzwane, pierzchały jakby spłoszone ogromem, zmieniały się w nieruchome, nieczułe postacie, 
spoglądające ze ścian w złotej glorii...
Miałkie, zagubione w ciszy kroki zastukały tuż za nim. Wcale nie onieśmielony czarem miejsca Hugo 
uderzył go po ramieniu.
— Na odwieczerz dostaną posłuchanie — oznajmił. — Wielka to łaska. Nieraz znaczniejsi 
posłowie po parę dni muszą czekać... Piękny kościół, co? Nawet w Paryżu takiego nie mamy... Greki 
uważają go za asylum inviolatum. Który tu uciecze, może być wzięty tylko głodem... Więc każdy, co 
ma zababrane sumienie, tutaj się chroni co rychlej, tusząc, iż go nie zaczepią... Basileus co do 
mniejszych szanuje to prawo, co do większych — nie... Opowiadali mi, że kiedyś basilissę jedną, co 
męża kazała utrupić, bo był stary, ona zasie młoda, parakimenos własnoręcznie od tej kolumny 
oderwał i za próg wyciepał... Prawda, że to był rzezaniec, więc się jej gładkości nie litował...
— Ostawcie mnie, panie, na chwilę, bom jeszcze pacierzy nie mówił... — prosił Godfryd błagalnie.
Wbrew twierdzeniu Baldwina dziewczyna, którą Hugo określił jako czarnuszkę, nie była ulubienicą 
Gontrany, bynajmniej. Pani uważała ją za hardą i leniwą. Natomiast na miano czarnuszki zasługiwała 
w zupełności." Miała smagłą cerę, wielkie czarne oczy i krucze warkocze. Nazywała się Leona.
Przebiegającą do namiotu pani zatrzymał Baldwin zły i znudzony, że Godfryd długo nie wraca. 
Sprzykrzyło mu się już czekać.
— Brzeg płaszcza mi się oderwał — zawołał — chodź no tu zaszyć!
Wbrew opinii Gontrany o lenistwie dziewczyny, Leona skoczyła do namiotu po nici i igły jak sarna. 
W postawie jej, gdy podchodziła do Baldwina, nie było również śladu hardości, tylko pełne 
gotowości oddanie.
— Gdzie się rozdarł? — zapytała.
O tu — rzekł Baldwin, rozwierając szeroko poły, a gdy podeszła bliżej, ogarnął ją płaszczem i 
przycisnął oburącz do siebie.
— Puśćcie mnie, panie — szeptała, niezbyt przerażona — Paru Gontrana zobaczy.
zobaczy, poszła odmawiać pacierze.
— — Stara Helgunda ujrzy i doniesie...
— Niechby spróbowała! Oćwiczyłbym na śmierć tą potworę...
Nie wypuszczając dziewczyny spod płaszcza ciągnął ją w stronę swojego namiotu, wpółstrwożoną, 
wpółzalotną.
— Brat francuskiego króla — mówił głaszcząc ją pod brodę — chciał, by cię oddać w podarku cesarzowi 
greckiemu...
— O Jezu! — stanęła, tym razem rzeczywiście przerażona.
— Nie bój się. Rzekłem zaraz, że pani Gontrana nie zwoli, bo cię nawidzi nad inne.
Roześmieli się oboje z dobrego żartu.
— To co? To jakie inne poślą?... — dopytywała się z niepokojem.
— Nie. Książę Godfryd nie przystał.
— Książę Godfryd sprawiedliwy pan...
— Wolisz go może ode mnie? — zapytał żartobliwie uchylając zasłony namiotu. Stanął jak wryty. 
Małżonka jego, Gontrana siedziała na niskim stołku na wprost wejścia.
Zwinna jak łasica Leona nurknęła z powrotem pod płaszcz Baldwinowy, wycofała się, narzucając fartuszek 
na głowę, i uciekła tak, że Gontrana nie zdążyła jej rozpoznać.
Baldwin stał w miejscu niepewny i zawstydzony jak żak. Wąskie usta Gontrany zacisnęły się jeszcze 
bardziej, oczy błyszczały jak żużle.
— Racz mi powiedzieć, z którą z dziewek mam zaszczyt dzielić męża? — zapytała cedząc słowo po 
słowie.
— Ty zaraz myślisz Bóg wie co — oburzył się Baldwin. — Zawołałem ją, aby mi zaszyła płaszcz, bo 
frędzla się naderwała...
— Która to była?
— Żadna z twoich dworek.
— Cudzą dworkę wołałeś, żeby ci zaszyła płaszcz! — wykrzyknęła złośliwie.
— Nawinęła mi się właśnie pod rękę... Zmierzyła go nienawistnie pogardliwym wzrokiem.
— Odpowiadaj, która to była?! — powtórzyła rozkazująco. — Nie Leona przypadkiem? Tak mi się coś 
widzi,..
— Powiedziałem, że żadna z twoich...
— Nie łżyj! — krzyknęła groźnie. — Mów! Żadne cudze dworki tutaj nie zachodzą... Chcę wiedzieć, 
która pokłada się w książęcym łożu, na moim miejscu.;. Dalej! Nuże! Mów!
Milczał. Ją udany spokój opuścił. Podeszła tuż ku niemu krokiem rozdrażnionego zwierzęcia i chwyciła za 
ramiona. Poczuł jej cienkie, ostre palce, wpijające się w ciało poprzez materię kaftana.
__ Co ci po tym? — bąknął rezygnując z dalszej obrony.
__ Na śmierć każę ją zachłostać! — syknęła. — W twoich
oczach! A jeżeli mi nie powiesz, będę je chłostać wszystkie po kolei!... Teraz! Zaraz!... Ty przeklęty 
wiarołomco! Plugawy kłamco! Ty... Ślubną żonę ze szlacheckiego rodu masz, a dziewkę wiedziesz do 
namiotu... Bezwstydniku! Pluję na ciebie, na twoją gębę obmierzłą! Ty gadzie! Gadaj mi natychmiast, 
która?
— Rzekłem, że żadna z twoich...
— Łżesz! Łżesz! Łżesz! Rycerz-kłamca! Piękny rycerz! To Leona, na pewno Leona! Ją pierwszą każę 
ochłostać... Helgunda! Helgunda!...
Prawdopodobnie podsłuchująca w pobliżu, wsunęła się do namiotu ochmistrzyni, mała, chuda, z rękami 
pobożnie złożonymi na podołku.
— Pachołka z rózgami, tęgiego! I dworki wszystkie tu zwołać! — krzyknęła do niej Gontrana.
— Ani pachołka, ani rózeg! — zaprzeczył Baldwin z wściekłością. — I wynosić mi się stąd 
natychmiast, stare ścierwo.
— Mnie słuchaj — wrzasnęła Gontrana — pachołka wołaj, a żywo!
— Precz stąd! Jeśli ci życie miłe!... — powtórzył Baldwin z taką pasją, że ochmistrzyni uznała za 
stosowne wycofać się szybko, rzuciwszy od progu bolejące spojrzenie na swą panią.
— Zamorduj mnie lepiej, niż mi taką hańbę masz wyrządzać! — krzyknęła Gontrana. — 
Masz tu nóż, masz, pchnij! Będziesz się mógł pokładać z ladacznicami do woli! Zabij!
— Opamiętaj się, niewiasto, nie wrzeszcz!... Po co cały obóz ma wiedzieć, co się u nas dzieje...
Owszem, niech cały obóz wie, jak się sprawia książę... Książę! Rycerz! tfu!
— Milcz, Gontrano. Tyś winna. Nie wrzeszcz. Ty jedna. Pędzisz mnie od swego łoża jak psa. Więcej niż 
rok jak z tobą me spałem. Co mam robić, kobieto? Co mam robić! Ja niezdatny na mnicha jak Godfryd... 
Trzeba było za niego iść... Dobra by Was była para___
lec acłlwiała się jak uderzona, twarz jej zastygła na moment, wnet wybuchnęła jeszcze głośniejszym jazgotem:
— Kobiet ci się zachciewa, kiedy na świata wyprawę idziesz, rozpustniku! Każdy dobry krzyżowiec 
czystość ślubował... Ty wieprzu nieczysty! Poganinie!
— Milcz, na Boga... — szeptał schrypłe Baldwin. Ogarnęła go straszliwa złość, nieodparta chęć 
schwytania żony żelazną dłonią za gardło i zduszenia jak kury.
— Milcz, na Boga, bo nie zdzierżę...
— Nie zamilknę! Wołać będę, aż wszyscy posłyszą!
Tętent koni, liczne kroki rozległy się na dworze. Szybkim ruchem rozgarniając zasłonę Godfryd 
wszedł do namiotu.
— Byle psiarczyk lepiej dochowuje słowa! — wrzeszczała Gontrana, w zacietrzewieniu nie 
widząc wchodzącego. — Słowo Baldwina Lotaryńskiego to śmiecie!! ...Gorzej jak śmiecie... Ha! 
ha! hal
— Ani słowa więcej, Gontrano — rzekł Godfryd surowym, spokojnym głosem — mamy ważniejsze 
sprawy na głowie niż słuchanie twoich nieprzystojnych wrzasków... Zamilknij natychmiast!
Powtórne zalecenie nie było potrzebne, bo Gontrana, usłyszawszy jego głos, ucichła od razu. Puściła 
kaftan Baldwina, spokorniała, w oczach jej stanęły łzy. Odeszła cicho w głąb namiotu i tam usiadła na 
zwiniętym w wałek kobiercu nie spuszczając oczu z dziewierza.
Baldwin ocierał pot z czoła. — Bóg ci zapłać — rzekł do brata. — Myślałem, że ją zabiję... Gdybyś 
częściej zechciał z nią mówić, inaczej by wyglądało moje życie...
Godfryd nie zwrócił uwagi na te słowa, jakby ich nie słyszał. Szarpiąc niespokojnie jasną brodę, 
mówił:
— Źle jest, Baldwinie. Musimy się najrychlej naradzić, co dalej... Chodź do mnie. Tam będzie 
spokojniej.
Ani spojrzawszy na skuloną w kącie bratową wyszedł z namiotu. Baldwin za nim. Ledwo znikli, 
Gontrana skoczyła do wyjścia. Odchyliwszy zasłonę patrzyła za odchodzącymi, patrzyła, patrzyła...
— Co jest złego? — zapytał Baldwin, gdy zasiedli w namiocie Godfryda. Montaigu, d'Esch i du 
Bourg z nimi. — Czy to wedle tej przysięgi?
— Wedle przysięgi — potwierdził zgnębiony Godfryd. — Słuchaj, co de Montaigu powiada...
— Więc widzieliście basileusa? — zwrócił się do rycerza Baldwin ciekawie.
__ Widzieliśmy, a jakże. Hej, wszystko, co królów brat prawił, to jeszcze mało...
.__ Nie może być! Prędko was przyjęli...?
—- Dosyć prędko... Wpierw czekali my w sali modrej i złotej, którą zowią... jak to ją zowią, du 
Bourg?
— Później opowiecie te szczegóły — przerwał niecierpliwie Godfryd — teraz powtórzcie jeszcze to, 
co najważniejsze... To, co mówił Aleksy...
— ...Powiedzieli nam, że trzeba przed nim na ziemię paść jak poddany przed panem — jął opowiadać 
Montaigu z wolna, uważnie, aby niczego nie ominąć — ale nie zdało się to nam godziwym. 
Rzekliśmy, że u nas takiego zwyczaju nie ma" i pokłoniliśmy się tylko, całując go w rękę. Srogi to 
majestat i wspaniały... Tron...
— Opowiesz później o tronie, Montaigu! — nawoływał Godfryd. — Teraz to, coście mówili...
— ...Więc nie padliśmy na ziemię zgoła... On sowę zadął" ale nie bardzo, i wnet pytał: kiedy książę 
lotaryński przyjedzie?
...Powiedzieli my: Miłościwy Cesarzu! Dobry rycerz, pan nasz Godfryd, książę Lotaryngii i Bouillon, 
pan na Metzu, Toul i Yerdun, przyjedzie cześć winną wam oddać, jeno racz,. Miłościwy Panie, 
zwolnić go z tej przysięgi, o której grabią de Vermandois mówił, bo księciu składać jej nie przystoi...
...Zacukał się, aż oczy przymknął i powiada: „Jakoż to? Wrogiem mi chce być wasz książę?"... A my 
na to: Nie wrogiem, owszem, przyjacielem bezpieczniejszym niż zaprzysiężony, ale przysięgać 
nikomu nie może, ślubowawszy Chrystusowi Jego tylko bronić...
Rozjaśnił lico i prawi: „Tylko o to chodzi? Ależ Chrystus i ja — to jedno... Najpiękniejszym tytułem 
basileusa jest Filochristos... Czego Chrystus pragnie, tego i ja... Co On rozrządzi, temu ja się z pokorą 
poddaję... Złożenie przede mną przysięgi podwaja ważność przysięgi złożonej Zbawicielowi"... ^ ...Tu 
jął wzdychać i na obraz Najświętszej Panny spoglądać, a my rzekli: Racz, Miłościwy Cesarzu, dać 
nam poznać słowa przysięgi, abyśmy mogli powtórzyć naszemu księciu. Wtedy on skinął na jednego 
ze swoich, całego we złocie, a ten czytał... I takie są słowa przysięgi:
„Niechaj słyszy Zbawiciel nasz, Pantokrator, Filanthropos,
ezus^Chrystos i przeczysta Panagia, Theotokos Blachernitissa,
święci Apostołowie, i święty Teodor megalomartyres,
wszyscy Święci, i Święte Pańskie, jako przysięgam Naju _ K.
rzyżowcy t.
dostojniejszemu, Najpotężniejszemu, przez Boga Wybranemu, Autokratorowi, Basileusowi Aleksemu 
dochować wierności uczciwej. Mienie zdobyte przeze mnie ma być jego mieniem. Grody, które mnie się 
zdadzą, jego grodami... Moi poddani — jego poddanymi. Przysięgam czcić go i słuchać jako ojca mojego i 
pana, a przeciw woli jego nie stawać. A jeżelibym tę przysięgę złamał, niech Bóg ukarze duszę moją 
potępieniem wiecznym".
— Hołdownicza przysięga! — syknął Baldwin z rozdrażnieniem.
— Jużci co tak — podchwycił Godfryd — gorzej niż hołdownicza, lennicza! I ja miałbym ją złożyć? 
Nigdy!
— Co dalej? Co dalej? — pytał Baldwin rozciekawiony.
— Kiedy skończył czytać, powiedzieliśmy: Zaniesiemy wiernie te słowa naszemu księciu. Jako zechce, 
tak uczyni, a co uczyni, będzie słusznym i dobremu rycerzowi właściwym. I kłonili my się już, żeby 
odejść, ale basileus jeszcze mówi: „Jedźcie do waszego księcia i powiedzcie, jako spodziewam się, że 
nierozsądnego uporu poniecha i jutro przede mną się stawi, bo go miłuję jak syna". My na to: Nie 
nasza rzecz powiadać księciu, jako ma postąpić. Ale to wiemy, że tej przysięgi nie złoży. A jemu 
wtedy twarz stergła i prawi: „Nie moja wina, jeżeli pan wasz dłoń ojcowską wyciągniętą ku niemu 
odtrąci... Chciałem okazać mu wszelką łaskawość, tę samą, jaką bratu francuskiego króla okazuję... Na 
niczym by wam nie zbywało... Skoro jednak nieprzyjacielem moim chce być, niechaj nie spodziewa się ode 
mnie by najdrobniejszej pomocy... Takie jest moje słowo". Wtedy my pokłonili się i poszli...
— I co począć, co począć teraz? — zwrócił się Godfryd ku bratu.
— Tego przysięgać nie można — stwierdził Baldwin drapiąc się z namysłem w głowę -— to pewna.
— Przez gardło by mi nie przeszło! Ale co poczniemy?! Za trzy, cztery dni najdalej, w obozie 
nie będzie ani denara...
— Owa! — zakrzyknął butnie Baldwin — mało tu złota wokoło! Nie skrzywdzimy basileusa, jak go 
trochę podbierzemy...
— Grabić myślisz? Za nic w świecie!
— To nie grabież. Nie możemy przecież zdychać tutaj z głodu...
— Nie, nie! Ani mi o tym wspominaj! Nie przeżyłbym takiej
hańby..- Będę jeszcze próbował inaczej... — Pojadę do Galaty, do Genueńczyków... Może zgodzą się po 
chrześcijańsku przewieźć nas na tamtą stronę... Do Azji. Zapłacilibyśmy im potem, zdobywszy cośkolwiek 
na Saracenach. Saraceny podobno są blisko... Ruszylibyśmy w pole, nie czekając na Rajmunda i 
Normanów...
Baldwinowi i pozostałym rycerzom zabłysły do tej myśli oczy. Na koniec iść w pole! W pole! Pierwszym 
walczyć z niewiernymi! A dajże Bóg, aby się Genueńczyki zgodziły! Kutwy to i dusigrosze, ale może się 
zlitują...
Rozdział czwarty GDY WSCHÓD MÓWI Ó ZACHODZIE...
— Jego Dostojność, szlachetny Szymon Dukas, sebastokrator! — zawołał donośnie eunuch, stojący przy 
wejściu.
Gospodarz, Pankracy Butumitos, wódz wschodnich sił zbrojnych cesarstwa, porwał się żywo na powitanie 
znacznego gościa, członka panującej poprzednio dynastii, zachowującego mimo zmiany rządu dawne wpływy u 
dworu z racji wysokich zdolności politycznych i administracyjnych.
— Co słychać? — pytał poufnie Butumitos, usadziwszy dostojnika na odpowiednio honorowym miejscu 
— żadnych nowin?
— Żadnych na ten raz. Ale roty radzęć trzymać w pogotowiu.
Szlachetny Butumitos, dowódca sił wschodnich, szlachetny Tatikios, dowódca sił zachodnich, i szlachetny 
Euiorbenos Kalatos, dowódca sił południowych, spojrzeli zaciekawieni.
— Czemu? Czyżby Latyńcy odważyli się nacierać?
— Burzą "się z każdym dniem więcej... Już dzisiaj uderzyli na bramę Świętego Romana, jeno ich Godfrydos 
zatrzymał... Powadzili się przy tym z bratem... Jutro może ich zatrzymać .nie zdoła...
— Nieszczęście nam naprowadził stratigos Argyrios! — sarknął z niezadowoleniem Kalatos — potrzebnie 
posyłano go do Galii!
— Stratigos Argyrios nie jest nic winien — bronił nieobecnego gospodarz — jego podróż nie miała wpływu na 
ruch tych szaleńców... Sam mi powiadał, jak bardzo był nim przerażony... To papież wszystko zrobił, papież ich 
nasłał, zapewne, by pod pretekstem obrony Grobu Świętego zagarnąć nas pod swą władzę...
— Niedoczekanie, rzymskiego intryganta! Niechaj raczej on podda się patriarsze!...
— ...Stratigos jeździł — objaśniał dalej Butumitos — by zaciągnąć jak najwięcej ludzi do naszych rot... 
Niebezpieczeń, w jakim się „Gród od Boga strzeżony" znajduje, przedstawiał wymownie, by osiągnąć tańsze warunki 
zaciągu... Nie jego wina, że całą Galię, Italię i sąsiednie kraje opadła kołowacizna, nierozumny pęd na Wschód i 
rzekoma pomoc, która stamtąd miała przyjść, może snadno przerodzić się w klęskę... Właśnie, by się od tej 
klęski zabezpieczyć, Najdostojniejszy Pan nasz, Basileus — oby Bóg mu dał długie życie! — żąda od .księcia 
lotaryńskiego przysięgi.
— Czy najdostojniejszy nie błądzi? — zapytał Tatikios, znikając ostrożnie głos. — Lepiej by ustąpić i dać im 
żywności niż narażać nasze przedmieścia i targi na najgorsze niebezpieczeństwo ze strony tych barbarzyńców. 
Dać im jeść i niech siedzą lub idą sobie, gdzie ich poprowadzą Parki!
— Co nam przyjdzie z tej przysięgi?
Sebastokrator spojrzał na trzech wojowników z politowaniem, jakie mąż stanu żywi dla żołnierza.
— Szlachetni wodzowie nie wiedzą zapewne — rzekł pouczająco — że niby szarańcza wali na nas cała zbrojna 
Europa... Najprzód przyszły obmierzłe bandy, dobrze znane szlachetnemu Tatikiosowi, które łońskiego lata 
zanieczyściły i zasmrodziły Bizancjum... Wiódł je ów pocieszny „Kukupetros", ów pseudoświęty, w 
rzeczywistości dureń i niedołęga... Udało się te bandy zepchnąć do Azji... Mają obóz pod Civitot... Teraz 
nadeszli Lotaryńczycy... Ale to dopiero początek... Zbliżają się chmary Frankopulów... Z południa 
Rajmund :St. Gilles... Z północy Flandryjczycy, Normany... Normany!... Pomnimy wszyscy Normanów... 
Pomnimy chyba dobrze?... Wszystkich razem ma być podobno więcej niż trzysta tysięcy... Co poczniem, jeśli 
zamiast iść na Saracenów, zechcą dobywać Bizancjum? Dlatego Najdostojniejszy Basileus — oby Bóg mu dał 
długie życie! — chce każdego kolejno związać przysięgą, zanim się poczują we wspólnej sile...
— Co to pomoże? — zauważył sceptycznie Kalatos. — Jeśli Frankopule zechcą dobywać Grodu, 
przysięga ich nie powstrzyma...
Mylicie się, szlachetni panowie. Acz wydaje się to nieprawdopodobne, te prostaki dochowują istotnie przysięgi...
Nie może być!
.~" oPrócz Boemunda, który nabrał już przemyślni ej szych wiadomości o sposobach rządzenia państwem, 
pozostali taaro-™ ^dotrzymują swego słowa. Jeżeli przysięgną nie tknąć niob ł TT n*e ^n^' Można być 
spokojnym. Oczywiście nie sz oby się kez drobnych gwałtów, rabunków, grabieży...
:
Przecież to dzicz, nie znająca miary ni posłuchu... Ale wodzowie, cokolwiek by zaszło, nie obróciliby się 
przeciw nam....
— Dziwne! Takie znaczenie ma u nich słowo?...
— Takie. Przeto najważniejszą rzeczą obecnie jest nakłonić ich pojedynczo do przysięgi... Według 
ostatniej poczty gołębiej, Rajmund z Tuluzy może tu być za dziesięć niedziel" może nawet nieco 
wcześniej... Skoro się dowie, że Lotaryńczyk zaprzysiągł, snadniej to samo uczyni, zwłaszcza że Godfryd będzie go namawiał... W przeciwnym razie podżegaliby się wzajemnie do oporu, a tymczasem 
nadeszłyby Normany i...
— Wiadomo.
— Lecz jeżeli Lotaryńczyk się nie zgodzi?
— Na świętego Teodora Stratilatosai Nie wiem, co wówczas będzie. Spodziewam się jednak, że właśni 
ludzie go zmuszą. Są głodni.
— Niedobrze jest mieć głodnych i zbrojnych ludzi pod murami — zauważył Butumitos, krącąc krągłą, 
wielką głową.
— Niedobrze.
Wszyscy czterej zamyślili się nad tymi obcymi wojskami, . tłumem zbrojnym, stojącym u bram. Nie 
pierwszy raz w ciągu dziejów. Trzysta lat temu i więcej, czasu straszliwego oblężenia Bizancjum przez 
Awarów, stali pod miastem, ramię przy ramieniu, Słowianie i Huny, Awary, Pieczeniegi, Bułgary, Waregi, 
Persowie, Medowie, Jazygi, Gepidy i inne plemiona, których nazwy już się zatarły w pamięci. Stali jako 
wrogowie, mierząc oczami ze straszliwym pożądaniem „Gród strzeżdny przez Boga".
Dzisiaj ponowna fala ludów wzbiera, nadchodzi, nadpływa. Idą wprawdzie jako sprzymierzeńcy i obrońcy, 
lecz doświadczenie Bizantyjczyków nakazuje ostrożność. Znają nieodpartą pokusę złota, którego tutaj jest 
nadmiar. Złoto! Złoto! Znajduje się wszędzie. Jest go pod dostatkiem i w tej sali, gdzie siedzą czterej 
przyjaciele. Złoto kapie ze stropu. Błyszczy na ścianach jako tło do malowideł. Złote są lampy, złote 
kadzielnice, w których na rozżarzonych węglach syczy i pali się bursztyn. W Bizancjum kochają się w 
złocie i nawet większość nazw w grodzie, jak Chrysoteras, Chrysopołis, Chrysotriklinion, wywodzi się od 
złota.
Doskonale wyuczona służba, której ruchami kieruje wzrokiem stojący nieruchomo u wejścia eunuch, 
roznosi bezszelestnie cudowne owoce południa, na złotych misach (znów złoto!) drobne ciastka o smaku 
miodowo-korzennym, ulubione
ostre serki owcze i w wielkich złotych i srebrnych dzbanach wino mrożone, wino grzane, wodę pachnącą i 
piwo. Użycia piwa nauczyli Greków zaciągam do wojska Rusy i Waredzy, Co prawda, bizantyjskie piwo 
jest ciężkie, słodkie i korzenne, mało przypominające lekki napój pędzony z chmielu i jęczmienia, ulubiony 
ludom słowiańskim i ich sąsiadom.
Przyległa komnata, równie rzęsiście oświetlona, należy już do gynaeceum, czyli żeńskiej części domu. 
Oddziela ją ciężka jedwabna zasłona, przy której stoi dwóch eunuchów biało odzianych, z mieczami w 
ręku. Stoją sztywno jak posągi. Niegdyś zadaniem ich było nie wpuszczać nikogo do gynaeceum, dziś są 
tylko dowodem zamożności domu. Dawne zwyczaje poszły w zapomnienie. Jakże by życie towarzyskie, 
życie kulturalne mogło istnieć bez kobiet? Jakiż urok mogłaby mieć rozmowa, gdyby one nie brały w niej 
udziału? Toteż im wyższe, pełniejsze staje się życie umysłowo-artystyczne Bizancjum, tym bardziej rośnie 
ich wpływ i znaczenie, tym niezależniejsze wywalczają sobie w nim stanowisko. Pomimo to formę 
gynaeceum zachowują, gdyż, pozornie krępując, zapewnia niemałe korzyści. Na podstawie dawnych praw i 
obyczajów gynaeceum stanowi odrębną, zupełnie niezależną część domu, zaludnioną przez niemożliwą do 
sprawdzenia ilość niewiast, a to krewnych, przyjaciółek, wędrownych mniszek, sług, niewolnic. Istne 
państwo w państwie, rządzące się samodzielnie. Równie wielka ilość przeróżnych zakamarków, schowków, bokówek, ukrytych starannie komórek, labirynt znany tylko jego właścicielkom, uniemożliwia panu 
domu przeprowadzenie ścisłego dozoru nad mieszkaniem swej żony i córek.
ile przypuścimy, że zechciałby ten dozór rozciągnąć nie lękając się oburzonego jazgotu stu niewiast.
Zatem gynaeceum trwa. Szlachetnie urodzone panie, wychodząc z mieszkania, zasłaniają sobie lica gazą 
przeroczystą
lekką jak tchnienie. Jedyne to jednak oznaki dawnej uległości. W rzeczywistości przysługuje im swoboda, 
większa niż gdziekolwiek indziej na świecie. Korzystają z niej, by mieszać Sle. z zapałem do wszystkich 
dziedzin życia, szczególnie do polityki. Wokół tronu cesarskiego, nieależnie od tego, kto na nim 
zasiada, miotają się nieustające intrygi kobiece, i niejedno zdarzenie, mające odbić się głośnym echem w 
dziejach świata, zostało wywołane i przygotowane przez białe, nieodpowiedzialne dłonie kobiet.
skład za tą działalnością zwyczajne cnoty domowe 
wśród pięknych patrycjuszek bizantyjskich. 
Wierność
praktykowana jest tylko przez stare i brzydkie. W przedziwny sposób umieją tu pogodzić życie 
niekrępowane niczym.: z surową, drobiazgową i formalistyczną pobożnością. Ilość potomstwa jest 
ograniczona do jednego albo dwojga, a i to jedyne dziecko natychmiast po urodzeniu zostaje oddane 
na wykarmienie i wychowanie zaufanej niewolnicy.
Lubujące się w wygodzie, pięknie i użyciu społeczeństwo bizantyjskie żywi niewyczerpaną 
wyrozumiałość i pobłażliwość dla drobnych, uroczych grzeszków kobiecych. Oczywiście, tylko w 
swojej sferze, sferze panujących bogaczy. W stosunku do plebsu prawa są niezmiernie ostre i 
wykonywane z całą bezwzględnością. Kobieta nieurodzona ponosi śmierć za złamanie wiary. Ścisłość 
nakazuje wyznać, że i patrycjuszkom zdarza się czasem, iż zostaną postrzyżone, odziane w habit i 
wywiezione do klasztoru położonego na skalistej ponure} wyspie Proti, klasycznym miejscu wygnania 
pięknych grzesznic wysokiego rodu. Aby jednak wywołać tę karę, trzeba czegoś wyjątkowego, 
niełaski basileusa, odkrytej nieudanej dworskiej intrygi albo szczególnie jaskrawego zgorszenia.
Nie było zatem dziwnym, że w pałacu szlachetnego Butumitosa zasłona, oddzielająca komnaty 
gynaeceum od reszty mieszkania, była uchylona, a trzymający straż eunuchowie spoglądali bez 
zdziwienia na odbywające się za nią zebranie.
Kobiet było siedem. Trzy córki Butumitosa i cztery przyjaciółki. Teodora, Zoe, Agata, Prakseda, 
Irena, Eudoksja, Anastazja. Wszystkie młode, posiadające trzy główne zalety wymagane w Bizancjum 
od kobiet: urodę, wytworność, wykształcenie. Smukłe ich ciała były cudownie utrzymane i pielęgnowane, umysły giętkie i ćwiczone. Uczyły się wielu rzeczy i mogły rozprawiać swobodnie o 
geografii, historii, matematyce, filozofii, teologii i poezji. Toteż nie tylko otaczający ich młodzi 
wykwintnisie, zajmujący się wyścigami jako celem życia, ale poważni logioi, ludzie pióra (ściśle: 
słowa), nie nudzili się w ich towarzystwie bynajmniej.
Urodziwych młodzieńców znajdowało się dwóch, Dimitrios i Kleon, pisarzy trzech, a to: Jan Italos, 
uczony objaśniacz Platona, którego dzieła świeżo przepisał ku wielkiemu niezadowoleniu patriarchy; 
poeta Prodromos, bożyszcze modnych pań, nie dorównujący jednak wielkiemu Michałowi Psellosowi, świeżo zmarłemu, oraz Bazyli Ceces, znakomity znawca Hezjoda i Homera. Podobnie jak w 
przyległej sali, wojska latyńskie, stojące pod miastem, stanowiły niewyczerpany przedmiot rozmowy.
__ Chciałabym pojechać, zobaczyć ich z bliska, a ojciec nie
— .pozwala — narzekała gniewnie Zoe.
__ Nie ma co oglądać — zapewniał Italos. — Prostaki zupełne. Byle niewolnik ma więcej ogłady od 
nich. Za to pycha ich sięga nieba... Czy uwierzycie, śliczne muzy, że uważają się za istoty wyższe, a 
na nas, na nas, patrzą jak na ciemnych .barbarzyńców!?
Parsknęli wszyscy śmiechem niepowściągnionym, rozgłośnym, aż w sąsiedniej sali Butumitos 
zmarszczył brwi. Pozwalał naruszać stare obyczaje, lecz bez zbytniej ostentacji.
— Nas... za barbarzyńców! Oni!... O czcigodny Italosie, powtórz to jeszcze raz!... Błagam!...
— Ależ to wcale niezabawne — zaprzeczył Kleon, młodszy syn kyr-palatiosa, czyli nadzorcy 
Świętego Pałacu.
— Zeszłego miesiąca, w małej sali tronowej, gdy Najdo-.stojniejszy, Najpobożniejszy Pan nasz, 
Basileus — oby Bóg mu dał długie życie! — rozmawiał przechadzając się z posłami kalifa — jeden 
z Frankopulów, zowią go, zdaje się, de Melun, usiadł na basileusowym tronie...
— Nie może być!
— Niemożliwe!
— Nie do wiary!
— Ojciec mój był tego świadkiem. Usiadł na basileusowym tronie!!
— No i co? Zasiekano go natychmiast?!
— Gdzie tam. Gdy wszyscy stali w osłupieniu, a Najdo-.stojnieszy Cesarz — oby Bóg mu dał 
długie życie! — raczył udawać, że nic nie spostrzega, brat paryskiego króla podszedł do niego i jął 
prosić, by zechciał wstać... Uważacie: prosić! Gbur wstał, ale mamrotał gniewnie, tak iż wszyscy 
słyszeli, że taki sam on dobry jak Basileus, czemu by zatem nie miał usiąść, kiedy go nogi zabolały.
— I co dalej? Co dalej? Co z nim zrobiono?! — Nic dalej. Poszedł do drugiej sali pić wino.
— Nie ukarzą go?
A nie. Każdego innego stracono by w mękach natychmiast, ale tych szaleńców lepiej nie zaczepiać. 
Toteż Najdobrotliwszy Basileus — oby Bóg mu dał długie życie! — powiedział: „Niechajcie go. 
Czyż mściłbym się za taką zniewagę ^a nierozumnym zwierzęciu? Niech idzie w spokoju". ~- I 
poszedł?!
— Nie od razu. Mógł Najdostojniejszy Cesarz — oby Bóg u dał długie życie! — okazać anielską 
pobłażliwość, ale
obecni tak nie rozumieli. Ojciec mój oraz wielki drungarios floty poszli za zuchwalcem, by mu parę słów 
prawdy powiedzieć. Ledwo usta otworzyli, on chwycił za miecz. Wiecie" szlachetne panie, że te dzikusy 
nie rozstają się z olbrzymimi mieczami. Ciężkie te ostrza rysują i niszczą szpetnie posadzki cesarskie, ale o 
odpasaniu ich żaden nie chce słyszeć. Otóż ten zuchwalec chwycił za miecz i powiada: „W mojej 
dziedzinie, na rozstajnych drogach stoi kamienny słup, który jeszcze Rzymianie stawiali... Na tym słupie 
dobrzy rycerze przybijają znak, że czekają w gotowości na każdego, kto by pragnął się z nimi potykać. 
Iłem razy znak swój przybił, nie przyszedł nikt, choć nie zbywa u nas na odważnych. O tym was 
uprzedziłem, a teraz bierzcie za miecze. Czekam!" i chwycił swoje żelazo oburącz. Ojciec i drungarios 
stropieni jęli mu przekładać, że tutaj, w pałacu, bić się nie wolno, że później... Ani chciał słyszeć. 
Powtarzał, że każde miejsce dobre jest do walki i że chce bić się natychmiast. A gdy nie stanęli, zelżył ich 
grubymi słowami i poszedł.
— Co za dzicz!
— Słyszałem przedziwne rzeczy o panujących u nich obyczajach — rzekł poeta Prodromos, akcentując 
śpiewnie wyrazy. — Na przykład powiadają, że gdy toczy się u nich proces, decydującym dowodem 
prawdy jest branie żelaza rozpalonego do ręki. Kto dłoń sparzy — winien. Kto nie oparzy — nie winien. I 
to rozstrzyga sprawę.
— Ależ to niemożliwe! Obaj muszą się oparzyć!
— Wtedy obaj ponoszą karę. Jeden,-że źle postąpił, drugi, że go bezprawnie oskarżył... Taki sąd 
nazywa się Bożym... Wierzą mocno, że Pan Bóg gotów, jest zawsze ingerować w ich drobne zatargi i 
sprawić, że niewinny krzywdy nie poniesie... Mentalność naszych mnichów, ale tam wierzą w te bajki i 
najprzedniejsi w państwie...
— Ach, jakie to nadzwyczajne! Więc oczekują cudu? Czy może zdarzyć się kiedy rzeczywiście, że...
— Nie może, piękna Agato. Rozpalone żelazo jest rozpalonym żelazem i każdy człowiek musi się 
nim sparzyć, chyba żeby był posągiem z marmuru lub brązu... Trzeba pierwotnych, naiwnych 
umysłów, aby podobne mrzonki brać poważnie.
— Pierwotni i naiwni są oni bez wątpienia — zauważył milczący dotychczas Ceces — jednakże 
posiadają w sobie pewną wielkość... Przynajmniej tak mi się zdaje... Może dlatego, że się z nimi jeszcze nie 
zetknąłem... Z opowiadania
przypominają się typy Homera. Toż samo prostactwo, odwaga, pragnienie niezależności... A przy tym ten 
pęd do realizowania w życiu jakiegoś ideału, pęd, który u nas niestety -wygasł tak doszczętnie, a który 
sprawił, że rzuciwszy wszystko, przyszli na przykład tutaj, by bronić Grobu Świętego.
— Ech, gadanie — mruknął urażony Kleon — przyszli tutaj Kila grabieży i dla niczego więcej... Gdy ich 
poznacie bliżej, szlachetny panie, przekonacie się, że z bohaterami Homera ^nic ich nie łączy... 
Brudasy zwykłe i złodzieje, chciwe na złoto :jak kruki...
— Może być...
— A kobiety?! Powiedzcie nam coś i o kobietach! — wykrzyknęła prosząco Agata. — Czy widział je 
który z was?
— Ja widziałem — pochwalił się Dimitrios — dwa razy jeździłem z posłami do latyńskiego obozu.
— Opowiadajcie więc żywo! Obóz jaki? Bardzo świetny?!
— Bynajmniej. Podobną nędzę trudno sobie wyobrazić. Namioty małe, ciasne, ubogie... Żadnych wygód. 
Nie znają ich ani nie potrzebują... Odziani byle jak. Z trudem rozpoznasz rycerza od giermka, giermka od 
sługi...
HfieAle prawcie o kobietach!
— Są jeszcze bardziej nieokrzesane od mężów. Nie umieją się odezwać. Nie wiadomo, o czym by z nimi 
można rozmawiać. Widziałem bratową Godfrydosa, Odziana w gruby jedwab, lecz ręce jak u 
pomywaczki... Czerwone, szorstkie, opierzchłe. Za nic bym się ich nie dotknął... Nie jestem pewien, czy 
miała bieliznę pod zwierzchnią szatą, ani kiedy się kąpała ostatni raz... Może przed wyjazdem z domu...
— Nie bądź złośliwy, Dimitriosie.
— To nie złośliwość wcale. Rozglądałem się umyślnie po 'Obozie i nie dojrzałem nigdzie żadnej 
łazienki, wanny, łaźni, a bodaj miednicy... Słyszałem też, że krój stroju zmienia się nich raz na sto lat, by 
wnuczki mogły donaszać suknie po babkach... Taki to oszczędny naród... Jak się to wam podoba, kochane 
dziewczęta?
Chichotały srebrzyście, rozbawione, gdyż w Bizancjum mody zmieniały się parę razy do roku.
~~ Rodzą pono dzieci ustawicznie, jak kobiety z ludu... Niepłodność uważają za hańbę... Natomiast są 
cnotliwe...
~~ Pewnie! Z takim wyglądem! Nie sztuka! '. ~~ Są cnotliwe — powtórzył z naciskiem Dimitrios — tego 
!oi możemy zazdrościć.
Spojrzał znacząco na Praksedę, z którą byli zaręczeni.
— Możesz się pomienić — odparła wyniośle — weź sobie taką niekąpaną, a ja jednego z rycerzy...
— Ładnie byś się z nim czuła, Praksedo...
— Dlaczego? Muszą mieć mocne ramiona i uda... Żachnął się i poczerwieniał.
— Nie jesteśmy chyba słabsi... A poza tym... Zaręczam ci" że nie wytrzymałabyś ani godziny z takim 
prostakiem owłosionym, cuchnącym... Przecież oni nie znają żadnej gry miłosnej, żadnej delikatności, 
żadnego wyrafinowania! Mogłabyś równie wyjść za mąż za pierwszego lepszego zaciężnego żołdaka!
— Nie gniewaj się, Dimitriosie. Powiedziałam to przecież, żartem, tylko żeby cię podrażnić...
— Spodziewam się! — zawołał. — Ich umysłowość jest również na poziomie zwykłego żołdaka. Nic nie 
wiedzą. Większość nie umie czytać! Rozumiecie? Nie umie czytać! Umieją tylko pić, żreć i bić się...
— Niesłychane! Więc taka jest kultura Zachodu? Cóż -się stało z Rzymem?!!
— Z Rzymem? Zgładzili go barbarzyńcy, których prawnuki pragną teraz zgładzić nas... — powiedział z 
rozdrażnieniem Dimitrios podając niewolnikowi kielich, by mu dolał wina—
Rozdział piąty BASILEUS ISAPOSTOLOS
Godfryd trwał pogrążony w modlitwie. Przez ostatnie dwie niedziele sczerniał, wychudł i zmizerniał. Żył w 
nieustannym niepokoju i rozterce. Genueńczycy nie chcieli słyszeć o przewiezieniu wojska bez 
natychmiastowej zapłaty. Byli kupcami, wyłącznie kupcami, i żadne inne racje nie miały u nich znaczenia. 
Książę lotaryński dobra swe sprzedał. Był w rzeczywistości dziadem, żebrakiem, nie posiadającym 
niczego na świecie. A zdobycz na Saracenach! Wątpliwa zapłata. Łacniej: może Genueńczyk! odkupią od 
Saracenów zdobycz wziętą na krzyżowcach.
Więc nie. O przewozie nie było co marzyć. Myślał, żeby promy zbić. Ale lasy wszystkie były cesarskie i. 
pilnie strzeżone. By zdobyć drzewo, należało wprzódy stoczyć otwartą bitwę, zerwać ostatnią nadzieję 
porozumienia z basileusem. \ Od dwu niedziel z górą wojsko Godfrydowe żyło z żebrajny, z wyprzedaży 
cenniejszych rzeczy, lepszego przyodziew-. Raz już Baldwin, nie zważając na oburzenie Godfryda, Spalił i 
zrabował najbliższe przedmieście. Godfrydowi z największym trudem udało się odwołać wojsko i 
przyprowadzić je z powrotem do obozu. Rycerstwo było wściekłe i gorliło w, kipiało, żądając, aby mu 
pozwolono iść się bić. Zdobyć pożyvieniel Mniej im chodziło o własny głód niż o konie. Konie! Chude, 
poszerszeniałe, obracały się ku swoim panom, rżąc nsspokojnie i czekając paszy. Paszy nie było. A 
przecież zaden z tych wójów nie posiadał nic cenniejszego nad konia.
— Wybacz, że weszłam, Godfrydzie — rzekła cicho — zdało mi się jednak rzeczą pożyteczną zapytać, 
czy wiesz, gdzie
ninie jest Baldwin?...
— Nie wiem — odparł z niezwykłą u niego szorstkością, odwracając oczy, aby nie spotkać jej wzroku 
— nie wiem, i dziwią się zaprawdę, Gontrano, że w twej nierozsądnej zazdrości przychodzisz aż tutaj.
Podniosła obie race do góry ruchem zaprzeczenia.
— Ależ ja wiem, gdzie jest Baldwin... Nie o mnie rzecz... Chciałam jeno, byś i ty wiedział.
— O co chodzi? Mów!
(...Och, gdyby spojrzał na nią, gdyby spojrzał! Ale nie uczyni tego. Nie przypominała sobie, by spojrzał na 
nią kiedykolwiek. I teraz patrzył w ziemię jak prawdziwy mnich...)
— Mówże! — rzucił niecierpliwie.
— Pojechał z Kononem Montaigu, Wilfrydem d'Esch, Pawłem du Bourg i dziesięciu zbrojnymi wykraść z 
kościoła Blachernos cudowną Madonnę...
— Co takiego? — zakrzyknął przerażony. — Powtórz!
— ...Wykraść z kościoła Blachernos cudowną Madonnę — powtórzyła powoli, dobitnie. — Prawił, że 
mając Ją w ręku snadnie otrzyma od basileusa zwolnienie ciebie z przysięgi, a nie jest pilnie strzeżona,..
— Na świętych patronów Lotaryngii! Dawno pojechali?!
— Niespełna godzinę temu...
— Jeszcze ich może dogonię... Wielki Boże! Konia! Żywo! Trząsł się jak w febrze z niepokoju i 
niecierpliwości,
Spiesznie przypasywał miecz. Dygocącymi palcami zapinał podpinką hełmu. Nareszcie 
podprowadzono konia, osiodłane* i go dla pośpiechu nie wysokim rycerskim siodłem, lecz lekką .podróżną 
kulbaką. Godfryd wyskoczył z namiotu jak stał, bez ..zbroi, tylko z mieczem. Gorączkowym ruchem 
chwycił str&ty ;mię nie czekając, aż mu je poda pachołek. Zebrał wc'ttze, obrócił sią jeszcze raz: 
[<
— Bóg ci zapłać, Gontrano! — zawołał i ruszył kopyta. Koń sadził wielkimi rzutami, wyciągnąwszy 
:śią jaKfStruna, lecz Godfrydowi zdawało się, że sunie jaki żółw... Poganiał głosem i nogą, jeszcze i 
jeszcze... Z przerażeniem ? a.grozą myślał, że nie zdąży, że popełnią świętokradztWę, nirri zdoła przeszkodzić. Oburzenie unosiło mu .włosy".::ha gło^wre, rozpalało gniew nieznany zazwyczaj 
jego.łagodnej, nab^ze. Prostolinijnym i nad wyraz sumiennym będąc, nie znosił instynktownie . żadnego 
gwałtu, bezprawia,- chociażby ten gwałt lub bezprawie miały w następstwie przynieść dobre skutki. Podobnie nie znosił nieposzanowania ustalonych praw 
Boskich lub ludzkich. Szczytem wolności było według niego ogólne wzajemne poszanowanie praw 
każdego. Więc wieść o szalonym zamyśle brata przerażała go nie tylko jako zbrodnia świętokradcza, za 
którą Bóg niechybnie całą wyprawę ukarze, lecz także jako nierycerskie, gorszące, niegodziwe naruszenie 
własności państwa, na którego ziemiach przebywali. Nie tylko grzech śmiertelny, ale haniebna grabież.
Zobaczył ich na koniec. Odetchnął, ale nie zwolnił. Jechali małą gromadką, bez pośpiechu, zapewne, aby 
nie zwracać niczyjej uwagi. Nie ukrywali się wcale. Rozmawiali rozglądając się spokojnie wokół jak 
zwykli podróżni.
Godfryd dognał ich, minął z rozpędu, zawrócił, zatrzymał się w poprzek drogi. Koń robił bokami. Ze 
zmydlonego zadu piana spadała płatami na ziemię.
— Godfryd! — zakrzyknął Baldwin ze zdumieniem.
— Wracać! Wracać! — wyrzucił z siebie Godfryd z wysiłkiem, z trudem łowiąc dech.
— Wracać! Wiem wszystko! — powtórzył.
— Jechaliśmy sobie poglądnąć na mury... — zaczął swobodnie Baldwin.
— Cichaj! Powiadam, że wiem wszystko... Zawracać! Bogu Najwyższemu dzięki, żem was dognał w 
porę!...
— Kto ci rzekł?! Co za jucha przeklęta zdradziła!? — zdziwił się Baldwin nie usiłując już ukrywać dalej.
— Mniejsza z tym, kto. Niechaj mu Bóg za to błogosławi... Uchronił was od zbrodni, a mnie i całe 
wojsko od hańby.... No, dosyć tego, wracamy!
Ale Baldwin nierad ustępował raz powziętego zamiaru.
— Ostaw nas, Godfrydzie. Głowę bym ściął temu, co ci rzekł, ale skoro już wiesz, proszę, ostaw 
nas! Bóg świadkiem" że chcieliśmy pomóc ci bez twojej wiedzy, biorąc ten grzech na nasze własne 
sumienia. I weźmiemy go, nie lękamy się... Bóg nas ukarze, nie ciebie. Choć, klnę się na cześć, ja tego nie 
mam za grzech.
My też — potwierdzili jednogłośnie trzej rycerze, Montaigu, d'Esch i du Bourg.
Nie gadajcie próżno — przerwał Godfryd głosem dygocącym z oburzenia — nie macie za grzech?... O 
Boże! Świękradztwo straszliwe... dusza... wydana na potępienie... wieczYste... wieczyste... Szatan opętał... 
Obronę Chrystusa zaczynać od znieważania Jego Matki!
— — Ale człowieku! Bracie, posłuchaj!...
— Nie! Nie! Diabeł opętał was wszystkich!
— Nie nas diabeł, ale tobie dur spadł na pomyślenie, Godfrydzie!... Świętokradztwo, znieważenie?!... 
Zali my pogany!? Zali my zdolni ukrzywdzić Pannę Najświętszą?!... Nie pewniejsza Ona w naszych 
rękach niż u schizmatyków?! Kto Jej milszy?! Te obłudne bogacze czy my, cośwa przyszli ratować Jej 
Syna, niechając wszystkiego doma?... Gdzie tu grzech!? Gdzie zbrodnia?!
— Nie bluźnij, bracie. Pókim żyw, tego nie zrobisz. Grzech jest grzechem, a "grabież cudzej świętości — 
grabieżą niegodną rycerza...
— Grabież! — parsknął szyderczo Baldwin — Godfrydzie, mówisz jak dziecko! Nie grabież, bo to nas 
właśnie pokrzywdzono i oszukano! Basileus winien jest dać nam wszystko, co potrzeba do życia, on, co 
przez posłów w Clermont skomlał o pomoc, pomnisz, jak skomlał?! A łudził, a zarzekał się, że o nic mu 
nie idzie, tylko o Chrystusa! Taka to prawda jak kamień pływa! Nie stoją oni o Boga, tylko o swoje bogactwo... Przyszliśwa Grobu bronić, a on nam przewozu żałuje, jadła żałuje, choć im tu wszystkim masło po 
brodzie od sytości spływa! Zeżreć nie mogą wszystkiego, co mają... Dla mnie Aleksy gorszy niż 
poganin! Fałszywy gad, zatracona jego mać!
— Ty gadaj swoje, ja wiem swoje. Nigdy, przenigdy nie zwolę. Zawracajcie teraz ze mną. I ani kroku z 
obozu bez mojego pozwolenia, Montaigu! Nie spodziewałem się tego po tobie!
— Baldwin słusznie prawi — odparł krótko rycerz.
— Nie! — krzyknął Godfryd — nieprawda! A zresztą, czy moja racja zda się wam dobrą, czy nie, mnie 
słuchajcie, bom ja wódz.
— Tak jest — przyznał dumnie i pościągliwie Montaigu.
— A ja nie słucham i nie wracam! — zakrzyknął hardo Baldwin. — Ani myślę wracać! Opatrywałem 
kościół wczoraj... Straży tu w dzień zgoła nie ma. Mnichy w tę porę są zajęte w klasztorze. Ni żywego 
ducha w kościele... a krata cienka, że otrok by ją wyłomił... Nim się kto opatrzy, będziemy już w obozie z 
Panną Najświętszą, a tam niech Ją próbują odebrać! Obaczysz, czy basileus nie pójdzie w układy!
— Jeśli to zrobisz — zawołał Godfryd z rozpaczą — przebiję się własnym mieczem! Nie przeżyłbym 
takiej hańby!
l
.__ A wojsko co? Niech ostaje i zdycha lub wraca, jak
chce? — zawołał drwiąco Baldwin. — Zabić się... Dobry pomysł jak na wodza, ale widzi mi się, że mój 
lepszy... Mieczem nie strasz, do obozu wracaj, módl się, płacz, Boga o radę roL — my tymczasem swoje 
zrobim.
.__ przebiję się mieczem — powtórzył głucho Godfryd,
i Baldwin przeraził się widząc w jego wzroku, że istotnie to uczyni.
__Więc czego ostatecznie chcesz?! — wrzasnął z gniewem. — Jeść daj! Głodni jesteśmy! Dajęć do 
wyboru: albo nam zwolisz zabrać stąd w zakład Madonnę, albo zaraz, dzisiaj jeszcze, skrzykam wojsko i 
ciągnę na gród... Nie myślimy zdychać z głodu, z łaski basileusa i twojej...
„Jeść daj!!"... Okrzyk, który ciął na strzępy dziecinną duszę Piotra Eremity, szarpał teraz równie boleśnie 
Godfryda. "Jeść daj!" Żaden najświętszy nawet cel, żaden poryw, poświęcenie, niczego nie zdziałają, nie 
dokonają, jeżeli się wprzódy nie da ludziom — jeść.
— Będziecie jedli. Baldwinie -— rzekł Godfryd, z wysiłkiem poruszając zaschłymi wargami. — 
Będziecie jedli już jutro. Złożę przysięgę basileusowi. Mniejsza to hańba niż to, co chcecie 
uczynić...
— Jak uważasz — mruknął Baldwin niechętnie — mnie się widzi inaczej.
— Nam też — przywtórzyli chórem trzej rycerze.
— Przysięgnę — mówił Godfryd nie zwracając uwagi na ich słowa. — Wracajcie do obozu... Konon 
się przyoblecze i pojedzie zaraz do grabiego Hugona... Grabią niech zawiadomi basileusa, że gotów 
jestem przysięgać, dziś, jutro czy kiedy naznaczy...
Stali nieporuszeni, więc zniecierpliwiony zawołał:
— Czynić, jak każę! Wracajcie! Ja jeszcze ostanę. Pachołek który ze mną, żeby mi konia potrzymał...
Powlókł się stępa w stronę niedalekiego już kościoła Blachernos, ani obejrzawszy się na odjeżdżających. 
Rzucił wodze chłopcu i wszedł do wnętrza. Było istotnie puste i Godfryd z przerażeniem pomyślał, jak 
bardzo pomysł Baldwina był łatwy do urzeczywistnienia.
Ukląkł przed misternie plecioną, złocistą kratą i zapatrzył się w widniejące za nią ciemne, łagodne, 
bizantyjskie lico — atki Bożej. Żałosne pochylenie głowy, na wąskich wargach śmiech zrezygnowanej, 
litosnej wyrozumiałości...
Krzyżowcy t.
— ...Maryjo... Królowo... — szeptał — jużci co lepiej, o Najświętsza, by mnie upokorzono niż 
Ciebie...
I wyszedł uspokojony.
Baldwin i towarzyszący mu rycerze wracali do obozu w milczeniu, źli z nieudanej wyprawy.
— Jedno jest dobre — mówił Baldwin — że zmusiliśmy Godfryda do jakiegoś postanowienia. Ja go 
znam. Modliłby się jeszcze parę tygodni, czekając nie wiedzieć na co, a tymczasem połowa łudzi 
rozeszłaby się po świecie albo poginęła z głodu...
— Ciężka przysięga — zauważył Wilfryd d'Esch — ja bym jej za nic nie złożył...
— Ja. też — potwierdził du Bourg.
— Ani ja — zapewnił Baldwin. — Ach, gdyby się nam było udało! Wszystko przez czyjąś zdradę 
albo gadulstwo... Ale czyje?... Kto mógł powtórzyć? Kto podsłuchał?... Kto?! Przecież naradzaliśmy 
się u mnie w namiocie i nawet pachołka nie było...
— Żaden z nas nie puścił pary z gęby — stwierdzili jednogłośnie trzej rycerze.
— Wiem ja dobrze, ale kto? kto? Łeb mu ukręcić! W kawałki posiekać! — odgrażał się Baldwin z 
bezradną złością,
— Kto mógł powtórzyć?... — zastanawiał się głośno w godzinę później już w swoim stanie. 
Gontrana, jego żona, siedziała cicho w kącie, odmrożonymi palcami, których widok tak uraził 
Greka Dimitriosa, pracowicie cerując rozdartą katankę.
Olbrzymia sala tronowa, zwana Chrysotriklinion, pełna była blasku tysiąca świec, jarzących się w 
złotych świecznikach. W łagodnym ich świetle migotliwą tęczą barw błyszczały ściany, strop i 
podtrzymujące go kolumny. Do przyozdoby tej sali nie użyto innego materiału oprócz złota, drogich 
kamieni i cennych kryształów, toteż szlachetne jej piękno przerastało wszystko, co można było 
wymarzyć. Na ścianach złoto kładło się na złocie, wykładane złotem, ozdabiane złotem, drążone w 
złocie, przeplatane złotem. Niezrównany artyzm wykonania współzawodniczył z bogactwem surowca. 
Wszystko, co sztuka egipska,; babilońska, perska i najmłodsza z nich, lecz najdoskonalsza — sztuka 
grecka stworzyły i dały
światu, zeszło się tutaj, spłynęło, złączyło, rozwinęło, związało logicznie, by stworzyć cud dostojnego 
bogactwa i czarodziejskiej harmonii. Wzniesiona przez tych samych budowniczych, którzy stworzyli 
Hagia Sofię, sala Chrysotriklinion zdawała się być dziełem wróżek, śladem pobytu na ziemi jakichś 
istot wyższych, doskonalszych od zwykłych ludzkich grzeszników.
W jednej trzeciej długości sala przedzielona była złocistą, szczelnie zasuniętą kotarą, tkaną w wielkie 
fantastyczne zwierzęta i gryfy. Kotara spływała od samego stropu w równych fałdach, lśniących jak 
strugi wody. Po obu stronach znajdowały się wielkie drzwi ze złota i kości słoniowej, wiodące do dalszego szeregu komnat, równie wielkich, równie pięknych, cennych i bogatych. Z pokrywającego 
ściany złocistego tła mozaiki widniały postacie taasileusów zwycięskich, basileusów w glorii, 
basileusów Apostołom równych, basileusów nadających mądre prawa, Basileusów walczących z 
wrogami Kościoła, basileusów powalających rozszalałe lwy. W jednej z sal na marmurowej posadzce 
barwił się olbrzymi paw z rozpostartym ogonem, błyszczącym od drogich kamieni. Po czterech rogach 
w bogato ozdobionych medalionach złociły się orły cesarskie, rzymskie, światowładcze, rozdartą 
głową patrzące na Zachód i Wschód. Za salą z pawiem znajdowała się komnata Perłowa, tak nazwana 
od mnóstwa pereł użytych do ozdoby ścian, co nadawało jej tajemniczy, księżycowy blask. Dalej była 
sala przyjęć basilissy, której pawiment opisywano jako łąkę usianą kwiatami. Dalej sala o ścianach 
pokrytych zielonym porfirem łączonym z białym marmurem, dającymi wrażenie,piękna tak doskonałego, że komnatę nazwano Harmonią. Sala zaślubin z wielkim szczerozłotym łożem i głośna w 
dziejach sala Purpurowa, gdzie rodziły basilissy. Dzieci tutaj urodzone otrzymywały tytuł Porfirogenetów, czyli urodzonych w purpurze. Co prawda nie tylko kosztowna purpura ścian dawała 
miano tej sali. Mogła się tak zwać i z powodu przelanej tu niejednokrotnie krwi. Niesamowicie piękne 
komnaty Świętego Pałacu były zaludnione tłumem krwawych widm i grozę budzących wspomnień. 
Tu, w ^ purpur owekomnacie narodzin, wyłupiono oczy nieszczęśliwemu cesarzowi Konstantynowi 
VI z rozkazu i w obecności jego matki... Tu pięć sióstr cesarza Romana klęczało ich k bratoiwa' P^ną 
Teofano, darmo błagając, by młodejrasy nie skazywała na dożywotnie zamknięcie w lochu
asztornym... Jak słusznie mówił Godfrydowi grabią de Ver-' ma*o który basileus pomarł ze starości. 
Zgony ich raczej do gwałtownych, a labirynt komnat Świętego
Pałacu dawał dobre schronienie spiskowcom. Zresztą, „purpura jest pięknym całunem" — powiedziała 
niegdyś Wielka Teodora, skoczka cyrkowa, dziewka uliczna, na koniec sławna w całym świecie 
basilissa.
W wielkiej sali Chrysotriklinion, mimo zapełniającego ją świetnego tłumu, cicho było jak makiem 
zasiał. Szeleściły tylko powłóczyste jedwabie strojów. Ceremoniał dworu, przepisujący dokładnie 
porządek wszystkich mogących zajść okoliczności, przyjąć, .wyjazdów, przyjazdów, uroczystości, 
obchodów i zdarzeń, był przestrzegany najściślej i ustalony od wieków. Stosownie do tego 
ceremoniału nikt nie śmiał przerwać milczenia, dopóki by tego nie uczynił niewidoczny jeszcze za 
kotarą basileus. Uszeregowani w należytym porządku czekali: sędziwy patriarcha w sztywnej 
złotolitej dalmatyce, otoczony gromadą diakonów, główni dostojnicy dworu, para-kimenos, kyrpalatiu, wielki drungarios floty i wielki drunga-rios logathesionu, czyli przywódca lądowych sił 
zbrojnych całego cesarstwa. Protostrator, czyli wielki koniuszy, proto-proedros, protovestarios — 
szatny. Niektóre tytuły, jak panhypersebastos albo drungarios sebastos, oznaczały honorowe godności 
nie złączone z żadnym urzędem. Nadawał je zazwyczaj basileus własnym krewniakom, tej pladze 
panujących, by zaspokoić ich zawistną ambicję, uchronić się przed tym, by którykolwiek z nich nie 
wzuł kiedy purpurowych sandałów ogłaszając się cesarzem.
Za dostojnikami stał tłum eunuchów w białych szatach i złotej przepasce na głowie. Wśród nich 
znajdowało się wielu bękartów cesarskich zrodzonych na stopniach tronu, którym chciano w ten 
sposób odjąć wszelką nadzieję panowania kiedykolwiek. Okaleczenie nie przeszkadzało im jednak w 
piastowaniu wysokich urzędów. Nie tylko stratigos Argyrios był wielkorządcą prowincji, a wszyscy 
mieli jeszcze w świeżej pamięci straszliwego parakimena, eunucha Bazylego, który przez ciąg 
panowania trzech cesarzy kierował rządami państwa.
Po przeciwnej stronie sali było miejsce kobiet. Długim, równym rzędem stały patrycjuszki "zostai", 
czyli pasowane, mające o każdej porze dnia wstęp do komnat basilissy. Odziane były w jednakie 
powłóczyste płaszcze dworskie z przecudnej materii o niezrównanym połysku i barwie. Ręce ich i szyje lśniły od klejnotów. Na głowach miały wysokie jak wieża upięcie, zwane propoloma, z którego 
spływała na plecy biała
rzezroczysta zasłona. Za ich szeregiem, na podwyższeniu poH bnvm do tronu, siedziała matka basileusa, Maria Dałazenos,
tara kobieta, o twarzy tak surowej, że prawie kamiennej.
Długoletnim jej staraniom" zabiegom, intrygom syn Aleksy
ydziączał tron, więc też czuła się uprawniona do mieszania
Zweao głosu we wszystkie sprawy państwowe. Głos ten był
twardy i ciężki.
Przy boku babki siedziała najstarsza córka Aleksego Anna Porfirogenetka, trzynastolatka, ale robiąca 
wrażenie dorosłej dziewczyny. Była nad wiek duża i rozwinięta. W wyrazistej, smacfłej twarzy paliły 
się olbrzymie czarne oczy. Ruchy miała żywe pełne wdzięku. Ojciec kochał ją nade wszystko, dumny 
z niepospolitych zdolności swej pierworodnej. Uczyła się retoryki, filozofii, historii, literatury, 
geografii, mitologii, nauk ścisłych, matematyki, geometrii, muzyki i astrologii. Mówiła płynnie po 
łacinie i znała wszystkich starożytnych pisarzy.
Przy niej, lecz na wyższym niż ona siedzeniu tkwił, spowity w złotogłów niby kosztowna lalka, 
siedmioletni brat jej, następca tronu, Jan Porfirogeneta. Miał żółtą, niezdrową cerę, nienaturalnie 
rozszerzoną czaszkę i tępe spojrzenie chorowitego dziecka. Do jego przyjścia na świat Anna uważana 
była za następczynię Aleksego, toteż ambitna i dumna dziewczyna nie mogła darować bratu, że się 
narodził. Nienawidziła go i ta nienawiść, rosnąca z wiekiem, miała ją kiedyś, po latach, doprowadzić 
aż do zbrodni.
Niewidzialna orkiestra, złożona z samych fletów, zagrała. Wszyscy pochylili się w głębokim do ziemi 
ukłonie, zastygli zgięci we dwoje. Purpurowo-złota zasłona rozsunęła się powoli. Na wysokim 
podwyższeniu ukazała się para cesarska w całym majestacie. Na tylokrotnie opisywanym, 
przesławnym tronie basileusów siedział Aleksy Komnenos. Nosił gęstą czarną brodę, zakrywającą 
pół twarzy. Oczy miał piękne, podobnie jak córka, spojrzenie bystre, na pozór dobroduszne, w rzeczywistości przebiegłe. Siedząca obok, na niższym, mniejszym tronie, basilissa Irena, z rodu 
Dukasów, córka poprzedniego :esarza, wbrew przepisom zalecającym piękność jako konieczny 
atrybut basilissy, nie odznaczała się urodą, ale małżeństwo z nią było ^ dla uzurpatora tronu tak 
ważnym posunięciem politycznym, że Aleksy nie zawahał się pominąć tego szczegółu, na' tPOeCi [ 
Pochlebcy dworscy wysławiali basilissę jako purm mej?Zą róż<ę świata, ozdobę tronu, chwałę cesarskiej 
chuda uśmiech Jutrzenki. W rzeczywistości Irena była mała, o niemiłej, upartej twarzy. Niekochana 
przez męża, zadręczana przez świekrę, ową niezłomną Annę Dalazenos, stała się bardzo pobożna i otaczała 
rojem mnichów.
Teraz siedziała obok męża w przebogatym, wspaniałym, nieodpowiednim dla siebie stroju basilissy, 
nieruchoma, sztywna, bezosobowa i obojętna. Podobnie jak mąż, race miała złożone przepisowym 
ruchem na kolanach, wzrok pusty, utkwiony w przestrzeń. W chwili gdy rozsunęła się zasłona, ani 
o sekundę wcześniej, ani o sekundę później, z przeciwległej strony wprowadzono księcia 
lotaryńskiegp, Godfryda. Dwóch bezwąsych eunuchów, wyglądających w swych białych strojach 
niby dwa anioły stróże, wiodło go pieczołowicie pod ramiona. Za nim, stukając mieczem o posadzkę, 
postępowali: Baldwin Lotaryński, Konon de Montaigu, Wilfryd d'Esch, Paweł du Bourg, 
grabią de Hainaux. Zapięte na zbroi płaszcze odrzucone mieli dumnie przez ramię, jak gdyby 
wysuwając naprzód swą żołnierską stalową prostotę. Godfryd po zmaganiach dusznych ostatnich dni 
miał twarz zszarzałą, zapadłą, pod oczami głębokie cienie. Szedł, bo go prowadzono. Patrzył w 
ziemię. Starał się nie widzieć nikogo, nie dostrzegać barwnego tłumu, przyglądającego się ciekawie. 
W pewnej chwili, gdy doszedł do środka sali, błysnęła przed nim złocista poduszka. Wstrzymano go. 
Patriarcha wysuwał się z krzyżem. Sztywna dalmatyka chrobotała o posadzkę. Na fioletowych 
pantoflach miał wszyte olbrzymie perły. Godfryd położył palce na krzyżu jak na jedynej ostoi, dotknął 
się go niby niezawodnego przyjaciela, który nigdy nie opuści. Skrzepionym nieco głosem wypowiedział formułę przysięgi. Krzyż odsunął się sprzed oczu. Książę wstał unoszony natarczywie przez 
eunuchów. Wiedziono go dalej, towarzyszący mu rycerze zostali w miejscu. Miał podejść tuż d.o 
tronu, klęknąć powtórnie, lecz nie przed krzyżem tym razem, przed basileusem, ucałować jego stopę, 
kolano i dłoń. Uklęknąć przed basilissą, ucałować jej stopę, kolano i dłoń... Wolny rycerz, nie 
podlegający nikomu, upokorzy się, jak nigdy nikt z jego rodu nie upokorzył się...
Znienawidził cesarza straszliwie, drapieżnie. Zimny pot wystąpił na czoło... Dla Ciebie, Chryste... Dla 
Ciebie, Chryste... — powtarzał wewnętrznie, lecz słowa z warg nie chciały spłynąć do serca. Przestały 
działać na duszę. Gdyby nie to, że prowadzono go kornie, ale stanowczo, nie byłby w stanie postąpić 
kroku w przód.
Zbliżał się ciężko, z twarzą śmiertelnie bladą. Już jest o krok. Dwie poduszki wskazują miejsce, gdzie 
uklęknie. Gdzie musi uklęknąć... Dla Chrystusa!... Dla Chrystusa.
Nie uklęknie!... Musi!... Eunuchowie cofają się w tył z nieoczekiwanym płynnym szelestem, tuż za 
plecami księcia zasunęła się złocisto-czerwona kotara. Znalazł się niewielkiej przestrzeni wypełnionej 
zapachem kadzidła, z siedzącą nieruchomo parą...
Z mimowolną ulgą wyzwolenia od setek ciekawych oczu spojrzał przed siebie. Zdumiał się. Twarze 
Aleksego i jego żony straciły dotychczasową sztywność. Stali się oboje ludzcy uśmiechali się. Irena 
trochę kwaśno, półgębkiem, Aleksy szeroko, ujmująco.
— Zwalniam cię, synu, z pokłonu — rzekł doskonałą łaciną — przysięga wystarczy. Siadaj tu, przy moim boku.
Cała krew zbiegła księciu do serca w poczuciu odprężenia, radości, wdzięczności. Byłby teraz z 
ochotą, bez przymusu, po synowsku, ucałował dłoń człowieka, który go zwolnił z udręki. Niezdolny 
słowa przemówić usiadł na wskazanym sobie niskim krześle. Jak gdyby na to czekając, zasłona rozsunęła się znowu z tym samym miałkim szelestem. Cesarz i cesarzowa zastygli ponownie, zmienili się 
w nieruchome, błyszczące klejnotami kukły. Naśladując bezwiednie ich sztywność Godfryd patrzył 
bez zmrużenia oczu na salę. Patrzył spokojnie, uważnie. Myśl wracała powoli do równowagi. Wzrok 
jego przesuwał się po dostojnikach dworskich, eunuchach, diakonach, stojących w tyle książętach 
serbskich, bułgarskich, chazarskich, podwładnych bizantyjskiemu cesarzowi, nareszcie spoczął na 
własnych towarzyszach. Uśmiechnął się do nich, choć dojrzeć tego uśmiechu nie mogli. Jakże wydali 
mu się piękni, wśród otaczającego przepychu stojący swobodnie i dumnie w swych blachach 
pancernych, z wielkimi mieczami obciągającymi pas na biodrze! Jakże byli odmienni od dworaków 
greckich, jak inni, jak zupełnie, zasadniczo inni! Drodzy, kochani, swoi! Poczuł się w każdym włóknie 
ciała, w każdej kropli krwi Latyńcem, złączonym , z nimi najściślej a obcym Wschodowi, dalekim od 
świata bizantyjskiego o nieprzekroczoną, niezgłębioną przepaść.
Rozdział szósiy SZATAN CZY BÓG?
Piotr leżał u nóg biskupa i łkał. Obejmując stopy Ademara dłońmi, całował jego ciżmy, tłukł głową o ziemię 
plącząc niezrozumiałe wyrazy.
Biskup spoglądał na niego z politowaniem, nadaremnie przywołując, by się uspokoił i gadał do rzeczy. 
Nareszcie silną dłonią podniósł przemocą nędznego człowieczka i postawił przed sobą na nogi.
— Siadaj tu — wskazał mu niską skrzynię — siadaj i opowiadaj, co się dzieje z wami? Kaptur zsuń z głowy, 
bo nie słyszę, co tam mamlesz.
Niepewnym ruchem Piotr ściągnął kaptur na barki. Zaczerwienionymi oczami mrugał jak ptak nie oswojony ze 
światłem. Mniejszy i nędzniejszy niż kiedykolwiek, miał nabrzękłe powieki, twarz chudą, zapadłą, porosłą 
niechlujną szczecią. Wyraz zgonionego, zalęknionego zwierzęcia nie schodził z jego ust.
— Opowiadaj od początku — powtórzył ostro biskup. — Cóż? Słusznie broniłem wam ruszać beze mnie? 
,
— Oj, słusznie, Wasza Dostojność, ale ja nie winien... ludzie mnie przyniewolili...
— Bez łgarstwa! Pamiętam cię dobrze! Sam gotów byłeś
prowadzić...
— Zawiniłem! — jęknął ze skruchą Piotr, osuwając się
znów na kolana.
— Siedź spokojnie i opowiadaj. Lamentów mam dosyć.
Chcę prawdy.
Więc opanowując się z trudem Piotr Eremita jął opisywać szczegółowo wszystko, co się zdarzyło czasu 
straszliwej wędrówki przez Wągry. Opowiadał o zatopieniu w Sawie trzech promów pełnych biedoty. (Było ich 
z tysiąc ludzi! Było ich z tysiąc łudzi! — powtarzał łamiąc ręce z rozpaczą). O srogich rządach Waltera Bez 
Mienia, przed którym drżeli wszyscy, na koniec o przybyciu do Bizancjum.
_ . Rozłożyliśmy się obozem przed miastem — mówił. — Jeść! nie brakło, na to, Bogu dziękować, nie możem u 
basileusa narzekać, ale cóż, ludzi -w bezczynności a posłuchu nie utrzymasz... Ledwo krzynę wytchnęli po 
drodze, dalejże rozłazić się po wszystkich przedmieściach a kraść, a grabić wiele można... Tyle złota wszędy! 
Jakże powstrzymać pokusę? Szczególnie, że to przecież dobro schizmatyckie!... Na koniec dach ołowiany z 
letniego pałacu cesarskiego zdjęli i Genueńczykom sprzedali...
_ Obmierzła hołota! Hańba! — mruczał biskup ze złością.
_ Ja nie winien, Wasza Dostojność! Mnie już nikt nie słucha... Natrząsają się jeno ze mnie... A Walter to jprawy 
zbój... Zarówno mu, z kim się bije, byle się bić... Wszystkich nienawidzi jednako... Prawi nawet, że wolej na 
Greków iść niż na Saracenów, bo zdobycz u nich znaczniejsza... Ja nie winien...
— Gadaj, co dalej!
— Obaczywszy pałac bez dachu wojska basileusowe otoczyły wkoło obóz i kazały ładować się co duchu na 
krypy. A kto by nie chciał, mieli rozkaz ubić. Ale w obozie nie było więcej jak połowa ludzi... Reszta 
wałęsała się gdzie bądź... Tych nie obaczyli my już nigdy... Ani wiemy, co z nimi... Kryją się gdzie, jak zbóje, 
czy też ich utrupiono — nie wiedzieć.
— A was przewieziono?
— Przewieźli, pognali kijami jak bydło, aż pod Civitot, podle pogańskiej granicy... Obóz wielki, 
częstokołem otoczony... Tamto siedzim pół roku już bez mała... Galery morzem przywożą codziennie żywność. 
Galerą tum przyjechał, zasłyszawszy o przybyciu Waszej Dostojności i reszty szlachetnych panów...
— Głodu nie macie?
— Nie, Wasza Dostojność, przywożą suto wszystkiego.
— Więc, ostatecznie, nie dzieje się wam teraz źle? Piotr zasłonił twarz trzęsącymi się dłońmi.
W piekle nie jest gorzej! — wybuchnął. — Pewnikiem, ze nie byłoby krzywdy, gdyby ludzie byli inni... Każdy 
syty.;. JJo roboty nikt nie goni... Wolni wszyscy... Rzeka tuż... Można ch* 'h aC' można szmaty prać, można ryby 
łowić... Można g , ca . ^ni na słoneczku polegiwać, kościska grzejąc... Ale YJ klch nie ma"- Kraj bezpieczny... Żyć, 
nie umierać! mocr SS zie nie mogą wytrzymać w spokoju! Ni dnia nie wytrzymać! W obozie ciągłe bitki, wrzaski, 
podjud
zanią... Nie ma dnia, żeby paru ludzi nie ubito... Każdy na drugiego koso patrzy. A nierząd! Ni jedna już panienka 
nie chodzi z wiankiem... Każda z bękartem! Toż samo żony... Rozpustę jawnie czynią, jak im się podoba. Za 
każda gładszą po kilku chłopów włóczy się jak wilki za suką... Wstyd, groza opowiadać, co się dzieje... Poszaleli 
wszyscy, męże i białogłowy... Starzy i młodzi. Nie obóz to krzyżowcowy, jeno sabat plugawy, szatański!
— Cóż Walter na to? Powiadałeś, że ma ciężką rękę?
— Walter nie wgląda w te sprawy... Ma swoich dwadzieścia tysięcy zbrojnych, w wielkim posłuchu i ryzie 
trzymanych, osobny obóz z nimi założył, a o nas nie troszczy się zgoła... Co go to zresztą obchodzi! 
Dawniej może kołatał się w nim ostatek chrześcijańskiego sumienia... Ale dziś! Dobrał sobie przyjaciela, co 
zwie się Jerzy Burel, a jest wielki łotr... Ten go ze wszystkim opętał... Piją z Walterem razem, razem chodzą na 
wyprawy...
— Na jakież wyprawy mogą tam chodzić, człowieku!?
— Za turecką granicę... Ani niedzieli w domu nie posiedzą... Pod Nikodemie zachodzą, pod Xerigordon... 
Czasem aż
pod Niceę...
— Więc walczą przynajmniej z Saracenami? — stwierdził
biskup z ulgą w głosie.
— Bogać tam, Wasza Dostojność! Nie z wojskiem oni walczą, lecz z ludnością! Ludność tam zasie 
chrześcijańska, choć od piętnastu lat pod panowaniem pogańskim. Saraceny, w twierdzach siedząc, 
zgoła im nie przeszkadzają, owszem, radują się, że chrześcijanie, krzyżowcy, o których już tam hyr szedł, 
mordują i niszczą chrześcijan... Walter nie wraca nigdy do obozu bez zdobyczy i kupy jeńców... Każdy z tych 
jeńców nosi krzyż poświęcany na szyi i płacząc Chrystusa
wzywa...
— Co z nimi czyni Walter?
— Sprzedaje ich w niewolnictwo Grekom, którzy nam galerami żywność przywożą. Za tani grosz sprzedaje 
braci chrześcijan... Co zasie Greki z nimi dalej robią, nie wiem... Pono odprzedają z zarobkiem Saracenom aż do 
Egiptu...
— Boże! Boże! — rzekł z cicha Ademar. Piotr padł przed nim na kolana.
— Panie! — zawołał z rozpaczą —-iż wami to samo bę_-_dzie! Zawracajcie, póki czas, nim diabeł 
wszystkich opęta. Bo to on sprawca! On, grzeszny archanioł! Cała krucjata to jego kuszenie diabelskie i nie z 
Boga się poczęła, ale z czarta!
Ademar tupnął nogą gniewnie.
_ Zamilcz, Piotrze, nim byś gadał bluźniąc! Łacno winę zwalać na szatana, gdy się samemu jest winnym!
Obaczysz, Wasza Dostojność, obaczysz! Jeśli w porę nie ujdziecie...
__ Szalony jesteś. Idź do kościoła, módl się...
__Ivtałom się to w kościołach naklęczał, krzyżem należał?!
Wszystko na nic... On i w kościele mnie znajdzie! Prześladuje, żem go odkrył, odsłonił jego przeklęte 
czarownictwo... On, on! Przez niego poginęło tylu dobrych chrześcijan i ginie co ' dzień, wątpiąc, zali Chrystus 
jest, skoro do tego dopuszcza... On winien, że niewinne dziewczęta utraciły wianki i podały się w sromotę... On 
jest promotorem, fautorem krucjaty!
__Idź do kościoła — powtórzył Ademar. Podniósł szlochającego Piotra z ziemi, przeżegnał krzyżem, dał 
pierścień do ucałowania i odprawił. Głos jego, gdy pocieszał płaczącego, nie brzmiał równie stanowczo i pewnie 
jak zwykle. Może dlatego, że tegoż dnia przed południem rycerz Raul de Beaugency zwierzał mu się z tej samej 
obawy, że krucjata jest dziełem diabelskim, nie Boskim.
Rycerz Raul de Beaugency był niegdyś własnością szatana, zaprzedawszy świadomie, dobrowolnie duszę za 
cenę zemsty nad wujem. Przyjęcie krzyża zwolniło go z czartowskiego poddaństwa. Przez rok z okładem czuł 
się szczęśliwy, wolny i błogosławiony. A oto od przybycia do Bizancjum opadały go wątpliwości, czy się 
wyzwolił istotnie?
Wziąwszy krzyż ślubował czystość na równi z wieloma innymi. Przez rok ślubowanie to nie dawało mu się 
zbytnio we znaki, lecz od pewnego czasu działy się z nim dziwne rzeczy. Każda kobieta, jaką widział, budziła w 
nim żądzę, silniejszą niż wszystko, co odczuwał kiedykolwiek. Na widok pięknych, strojnych Greczynek słaniał 
się, jakby był otrokiem, którego po raz pierwszy wiodą do niewiasty. Zamykał 'czy, odwracał głowę. Daremnie. 
Postaci ich wdzierały się pod powieki, towarzyszyły dzień i noc, bezwstydne, kuszące, niemożliwe do 
przegnania.
ie mogło to być niczym innym jak diabelstwem. Szatan,
Tentator kusiciel, piinceps mendacii, książę fałszu
i obłudy, a właściwie, po prostu: Zły, Malus. Ten, co chce zła. Co sprawia świadomie zło. Chwytał 
ponownie Raula w swe szpony. Ale skąd ma dostęp do mnie?! — biadał zrozpaczony rycerz. — Zaliż nie 
jestem krzyżowcem? Zali nie powinna strzec mnie Łaska Boża?
Skąd diabeł miał dostęp do krzyżowców? — na to pytanie i mądry biskup nie umiał odpowiedzieć. Jasną 
jest rzeczą, że nie powinien był mieć dostępu. Ale miał. Snadź, wbrew nadziejom papieża, wzięcie krzyża 
samo przez się nie odmieniało natury ludzkiej, tak łatwo poddającej się złu, tak łatwo idącej za podszeptem 
niezliczonych kohort szatanów, mniejszych i większych, ogniowych, wietrznych, ziemnych, podziemnych, 
mogilnych, cmentarnych, przydrożnych, wodnych, północnych, południowych, wschodnich i zachodnich. 
Wszędzie byli, wszędzie czyhali. Nie mogłeś ustrzec się od nich własną siłą, nędzny człowiecze, jeśli cię 
nie chroniła i nie wspomagała Łaska Boż a...
Łaska... Jasność, przed którą truchleją złe moce? Czemuż jej nie stało ponad głowami krzyżowców? Kogo 
winna była strzec bardziej niźli tych, co się na wyzwolenie Świętego Grobu ochotnie ofiarowali?! 
,
Dawne wahania, niewiara w powodzenie świętej wyprawy, roztrząsane niegdyś, przed półtora rokiem, w 
samotnej wieży biskupiej samo dwa z Urbanem, wygnane z duszy, zaprzeczone, wracały teraz uporczywe, 
natarczywe. I szarpany przez nie Ademar de Monteil, biskup z Puy, przywódca świętej krucjaty, nie umiał 
dość stanowczo powiedzieć Piotrowi albo Raulowi, że czart nie ma tu nic do gadania...
— Boże, bądź miłościw nam grzesznym! Co będzie, jeżeli zWątpię ja, co ich powinienem wieść?
Jużeś zwątpił — odpowiadał w duszy głos. Czyj? Tego, co zdaniem Piotra Eremity był jedynym 
rzeczywistym inicjatorem krucjaty! — Jużeś zwątpił, a raczej nigdyś nie wierzył... Masz bystry rozum i 
wiesz, na jakie porwaliście się szaleństwo... Zawracaj ich, póki czas...
— Zawracaj, Wasza Dostojność — błagał przed chwilą z płaczem Piotr.
Zawracaj! — szeptał w duszy tajemny doradca. Czy nie lepiej posłuchać ich obu? Pierwsze poczynania 
krzyżowców w obliczu Saracenów — to niszczyć chrześcijan i sprzedawać ich w niewole... Czy nie lepiej 
położyć temu koniec zawracając co rychlej do domu, zanimby wielka krucjata nie stała się. przekleństwem 
i pośmiechem świata?!
jsfa domiar złego, w sąsiedniej izbie Godfryd, książę lotaryński, przybyły na naradę do Rajmunda, mówił 
podniesionym głosem:
_ Wierzajcie mi, panie, ze acz ciężka to przysięga, lepiej złożyć, byłe stąd ruszać jak najrychlej... Uciekać 
co sił od tego zbytku, od tej rozpusty, bo gorsze są od zarazy... Ledwo przybywszy, nie znacie tego, co my, 
dawno już tutaj siedzący... Sam diabeł nie wymyśliłby niczego lepszego, by dobrych wojów 
chrześcijańskich ze statecznej drogi odciągnąć. Nie poznaję swoich ludzi... Nie poznaję moich rycerzy, za 
których drzewiej dałbym sobie bez wahania odrąbać prawicę... Odmienili się... Nie dziwota! Kto sypia na 
miękkim łożu, w grzesznym puchu, temu już nie zasmakuje twarde, rycerskie posłanie... Kłuje strawa 
obozowa, jeśli przywyknąć do cudnego jadła... I żona w zgrzebnym gieźle nie będzie miła temu, co się 
należy przy bezwstydnych, pachnących białogłowach. Są tacy, których już stąd oderwać nie można. 
Zatracili się ze wszystkim...
Ukrywszy zmarszczoną boleśnie twarz w dłoniach, biskup słuchał z przerażeniem... Szatan... Szatan... Czyż 
wszyscy nie mówili tego samego? Pobożny Godfryd także podejrzewał obecność Złego Sąsiada, siewcy 
niepoczciwego kąkolu...
— Ale ja nie przysięgnę! — zakrzyknął gniewnie Rajmund St. Gilles. Oburzenie grało w jego 
głosie jak szlachetny metal.
— Wierzcie, że i mnie nie przyszło to lekko... — zapewniał Godfryd jak gdyby ze wstydem — to samom 
zrazu powiadał, ale co było począć? Jaka droga? Nie przeprawimy się bez pomocy basileusowej... A 
uchodzić stąd trzeba co rychlej, inaczej żaden z nas Świętego Grobu nie zobaczy!
— Nie przysięgnę! — powtórzył krótko Rajmund z pasją.
— A co uczynicie?
— Nie wiem. jg Normandzki Robert już się podobno opowiedział za 
przysięgą — zauważył jakiś pojednawczy głos. Biskup jtoznał, że to mówi de la Tour.
— Wiem to dobrze! — krzyknął Rajmund — wiem! A Boemund powiedział posłom, że złoży przysięgę 
chętnie, jeśli mu ctactzą tytuł protosebastosa i uczciwą roczną płacę... Tfu! Niechaj czyni, jak chce! Inny jest pozór na cześć u Prowansalczyków niźli u Normanów!
również niźli u Lotaryńczyków, grabio? — zapytał Godfryd przytłumionym głosem.
...Teraz pochwycą za miecze... — pomyślał biskup — tego tylko brakuje, o Boże!
Lecz nieskalana prawość Godfrydowa była na tyle znaną, że Rajmund St. Gilles powściągnął swą 
porywczość i rzekł prawie miękko:
— Nic nie może wam uchybić, książę, którzyście wzorem dobrego rycerza.
— Daleko mi do wzoru, grzesznikiem jestem, pragnącym
jeno ślubu co szybciej dokonać...
— Jaz tego pragnę... Ale hołdownikiem nie będę, na Boga!
— Więc co? Więc co? — powtarzał Godfryd udręczonym
głosem.
...Powinienem iść, zabrać głos i rozstrzygnąć tę sprawę, bo na tom tu jest — myślał biskup. Ale nie ruszał 
się z miejsca. Nie odejmował dłoni od twarzy. Jak postąpić? W nim samym, dawnym rycerzu, burzyła się 
dumna krew na myśl o przysiędze lenniczej przed schizmatyckim cesarzem. Lecz Godfryd miał rację. Nie 
było wyboru. Uderzyć zbrojnie na wojska greckie, zawładnąć okrętami i przeprawić się przez Ramię 
świętego Jerzego?! Była to otwarta wojna, nieprzyjaciel na tyłach. Było to pozbawienie wyprawy 
przewodników, pomocy floty, zaopatrzenia w żywność... Nie było, nie było wyboru... Albo się ugiąć, 
albo... chyba;... wracać...
— Książę normandzki, książę Tarentu i grabią Flandrii jadą! — zakrzyknął wpadając pachołek. Biskup 
podniósł się, wyprostował i przyoblekłszy twarz w pogodną powagę poszedł przewodniczyć radzie.
Rada nie była łatwa. Rajmund i Tankred twierdzili nieprzejednanie, że za nic przysięgi nie złożą. Nie po to 
przybyli aż tutaj, żeby stać się lennikami. Czyimi? Schizmatyckiego cesarza! Niech dusza jego spokoju nie 
zazna za to, że dobrym chrześcijańskim rycerzom nie daje dojść do Grobu Świętego.
— Ostawmy Bogu troskę o jego duszę — odpowiadał biskup. — Jeżeli to jest wasze ostatnie słowo, 
szlachetni panowie, a słuszna skądinąd duma ważniejsza niż śluby z dobrawoli uczynione, nie pozostaje 
nam nic innego, jak wracać do kraju... Nie będzie to zbytnim wstydem, gdyż zostaliście przez Aleksego 
oszukani. Obiecywał pomoc, a teraz chce przybyłych obrócić w najemników.
!
Wracać do domu? To im nie postało w głowie. Spojrzeli na niego jak na szaleńca.
_ Do czego bym wrócił? — zakrzyknął Rajmund z Tuluzy. — Przysiągłem, że nigdy już ojczyzny nie 
zobaczę!...
I twarde lico skurczyło mu się męką na myśl, że jest w qruncie rzeczy bezdomnym tułaczem, dla którego nie 
masz już, nie masz powrotu.
— Dlaczego ten wtóry ślub większy ma być od pierwszego, bardziej godny zachowania? — zapytał biskup 
z goryczą.
Rajmund nic nie odpowiedział, więc biskup tłumaczył dalej, że jeżeli nie chcą wracać (czego się 
spodziewał) — muszą obaj z Tankredem skłonić się ku przysiędze jak inni, starając się w zamian otrzymać 
obietnicę pomocy w wyprawie.
Boemund uśmiechnął się zwycięsko. Wychodziło na jego. Onże przecież zawsze twierdził, że trzeba 
podleźć, gdzie nie można przeleźć, za przelotne upokorzenie uzyskując jak największą korzyść, która w 
przyszłości pomoże odpłacić upokorzenie z nawiązką.
Ademar zauważył ten uśmiech i zmieszał się mimo woli. Czyżby przebiegłość Boemundowa, tak niemiła 
jemu i pozostałym baronom, była istotnie mądrością życiową, a powodzenie towarzyszyło raczej chytrym 
niźłi uczciwym i prostym? Sam nazywał wczoraj szpetnym postępek Boemunda, gotowego przysięgać, lecz 
żądającego w zamian godności protosebastosa, a cóż innego ninie doradzał rycerzom? Pokorę i usiłowanie 
wyciągnięcia z niej pożytku?!
Na chwilę zaległo milczenie. Tylko Boemund opowiadał coś półgłosem siedzącemu obok niego Robertowi 
flandryjskiemu.
— ...Inom przyjechał, dwie niedziele temu — mówił mrużąc swe piękne, nieco kocie oczy — przybyli do 
obozu basilikowie z darami. Nie ma, co narzekać. Hojne dary. Oręż i szaty, i złoto. A osobno przednie 
wino, ciasta, mięsiwo, już przyprawione, tylko siąść i jeść. Ustawili to na stole. Powiadają: 
„Najdostojnieszy Basileus, oby Bóg mu dw długie życie! przesyła to wam, książę, ze swego własnego 
stjfu". Poziękowałem grzecznie, odprawiłem ich. Myślę sobie: Boemundzie, będziesz głupcem, wartym, żeby cię 
kruki zdziobały, jesh tego jadła tkniesz... Zawołałem moich wojów. Basileus — powiadam — 
ale ucztujcie sami, czyniąc oni Ią myś' bo mnie w żołądku coś rżnie... Poszedłem spać, Wszystko, co było, zećpali. 
Wyobraźcie sobie, "panie
mne ^ zachorował! A byłbym przysiągł, że Aleksy
Dlaczego tak sądziliście, panie? — zapytał Flandr,yjcz.yk z osłupieniem.
— Ba, powodów ma dość. Sam bym na jego miejscu to
zrobił...
— Ale w takim razie narażaliście swoją drużynę?!
— Kogo miałem narażać? Siebie? Pachołkom dawać próbować byłoby ujmą dla cesarza...
Flandryjczyk nic nie odpowiadał unosząc z lekka brwi. Był z natury małomówny, wielkiego męstwa i 
prawości, ale milczący. Co myślał — myślał dla siebie.
Tankred zniecierpliwionym ruchem dziabnął w stół trzymanym w ręku nożem, aż ostrze wbiło się w płytę.
— Na co czekamy?! — zakrzyknął. — Radźmy coś, na Boga, bo'już usiedzieć nie mogę! Ruszać w 
drogę nareszcie zamiast tu stać!
— Ruszać! Ruszać co prędzej! — powtórzył jak echo Godfryd.
— Myśmy już uradzili — rzekł biskup zwracając się z surowym wyrzutem do Tankreda — a tylko wy, 
panie, i grabią St. Gilles obracacie wniwecz nasze postanowienia opierając się czczej formule przysięgi. 
Złożyć ją i iść nareszcie tam, gdzie nas czeka wiekopomna sława, gdzie jęczy w niewoli Grób Święty! Na 
co czekamy, powiadacie? A dyć tylko na was obu! Przyszła mi jednak do głowy nowa myśl, bodaj 
skuteczna: Jam jest dowódcą wyprawy, obejmującym władzę nad wami wszystkimi z chwilą wkroczenia 
do Azji. Tak postanowił Ojciec święty, a wy przystaliście. Może zatem zadowoli się basileus, jeśli ja złożę 
przysięgę w imieniu waszym?
Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Nie! Nie dogadzało to im bynajmniej,
— Nikt nie może przysięgać za mnie, swobodnego pana — mruknął gniewnie Rajmund St. Gilles.
— Ani zawnie — dorzucił Tankred.
— Ani za nas, którzyśmy już przysięgali...
— Przy tym zważ, Wasza Dostojność, że macie opiekuństwo szczere nad nami, ale nie władzę...
— Każdy z nas panem nad swoimi ludźmi!
— Jaz nie myślę mieszać się do waszych ludzi, jeno przypominam, żem wodzem wyprawy... Ani 
opiekunem lub doradcą, ale wodzem... Pomnicie, jako półtora roku temu, w Clermont, dawaliście 
rycerską porękę?!
Milczą. Bo pamiętają. A woleliby zapomnieć.
'__- Wyciągaliście, jako dobrzy rycerze, prawice na znak posłuszeństwa i zgody. Tak czy nie?
Boemund z uprzejmym uśmiechem przypomina, że go natenczas nie było. Reszta milczy. Niebezpieczne 
jest milczenie tych ludzi. Mądry biskup nie chce przeciągać struny, by się nie zacięli, i odkłada dalszy ciąg 
rady do jutra. Przez noc niech zejdzie na nich lepsze pomyślenie...
Wyzwoleni z obowiązku powzięcia trudnego postanowienia od razu, rycerze powstają raźno z miejsc. 
Tymczasem Rajmundowa służba już zastawiła stoły do uczty. Siadają hałaśliwie, gwarnie, bez greckiego 
ceremoniału. Tu wszyscy prawi rycerze są równi. Pojadają chciwie, zgłodniali po wysiłku myślowym. 
Garściami biorą mięso z mis... Kości obgryzione miotają za siebie psom i pachołkom. Ocierając wierzchem 
dłoni wąsy, świecące od tłuszczu, pogadują o tym i owym. Uczony Szczepan de Blois, nielubiany ogólnie, 
lecz ceniony dla wielkich umiejętności, powiada, że kto by chciał, może posłać do swoich wiadomość o 
sobie. W ślad za drużynami normandzkimi przybyli kupcy florenccy, którzy dalej jak do Bizancjum nie 
jadą. Nakupiwszy greckich cudności wracają za parę dni do kraju. Za opłatą czterech denarów podejmują 
się wziąć list i doręczyć go bez ochyby, oczywiście, jeżeli przeznaczeniem jest osoba szlachetna i znana 
powszechnie, o którą łatwo dopytać.
— Ważna wiadomość — rzekł biskup. — Zaraz każę wygotować pismo do Ojca świętego ze 
sprawozdaniem, co się z nami tutaj dzieje.
Powiedział to głosem swobodnym, lecz spojrzenie, jakim obiegł głowy siedzących przy stole, było 
znaczące. Robert Krótkoudy stuknął pięścią w stół.
— Ja — zawołał — napiszę do Rudego, wiela darów dostałem od basileusa, wiela złota a klejnotów!... 
Niech zzielenieje z zazdrości! ...;
Niech tym bardziej uważa, że ojcowizna wam już niepotrzebna... — syknął mu w ucho nieodstępny 
Arnuld. . OJ' prawda. No, więc napiszę, że bieda sroga, droga jeszcze przed nami daleka i 
nie wiadomo kiedy do Ziemi ^wętej dojdziemy... Też nie łgarstwo, co?
izy mu to, bo przestanie się liczyć z możliwością waszego powrotu w ogóle...
Więc co mam napisać? Mówże!!? — Najlepiej nic. -' 
— Ja napiszę obszernie do żony — stwierdza z zadowoleniem Szczepan de Blois.
— Ja nie potrzebuję — uśmiecha się de Hainaux — bo Idą już pewno jest w drodze. Oczekuję 
jej przyjazdu lada dzień...
Wielu jest jeszcze takich, co by chcieli listy posłać, ale mało kto pisać potrafi. Ci kręcą się niespokojnie, 
spoglądają prosząco na kanonika d'Aguilers, aż ten, pomiarkowawszy o co chodzi, powiada:
— Ja wiela czasu nie mam, kroniką będąc zajęty, ale jest tu brat Bertrand, nad podziw biegły w 
pisaniu. Powiadają
nim, że do trzech listów dziennie potrafi skreślić... Napisze chętnie każdemu, co potrzeba.
Uczta dobiegała końca. Służba zgarniała ze stołów na ziemię nie dojedzone ochłapy mięsa, okruchy chleba. 
Na stole pozostało tylko wino, orzechy i słodkie greckie placki z miodem. Do namiotu weszli ulubieni 
Rajmunda śpiewacy, bardowie, gędziarze. Wieczór był czarowny, wiosenny, ciepły
wonny, przeto Rajmund kazał podwinąć wysoko zasłony namiotu, że siedzieli jak na dworze. Ognie 
na wieżach strażniczych pobłyskiwały z dala jak czerwone gwiazdy. Znaczyły szlaki dróg zbiegających się 
do Bizancjum niby do ośrodka świata. Przesiane przez ciszę dolatywały po wodzie śpiewne nawoływania 
ludzi zatrudnionych na szalandach, zwanych pyrforoi. Dzwony biły w monasterach, niezliczonych 
monasterach greckich, większych i mniejszych, otaczających cały gród, aż ku posępnej wyspie Proti, skąd 
cesarskie wygnanki spoglądały na opuszczony przepych Świętego Pałacu. Miesiąc wypłynął złotym 
korabkiem na niebo. Zdawał się większy, jaśniejszy, a zarazem dalszy niż w Prowansji. W powietrzu 
wisiały wonie bijące z ziół, na azjatyckim brzegu rosnących. Ulubiony śpiewak Rajmunda, Pierretto, 
gędził, zadarłszy głowę ku złotemu miesiącowi. Aby słuchać jego pieśni, zeszło się zewsząd rycerstwo, 
obsiadło ciasnym kręgiem szeroki plac przed namiotem. Niewiasty nie brały udziału w uczcie, lecz 
teraz przyszły, by posłuchać gędźby. Elwira siedzi przy mężu, Blanka de Montbeliard przy matce, a 
Florina utonęła dłonią w dłoni Swenona, oczami w jego oczach. Oboje nie wiedzą i nie chcą wiedzieć o 
niczym, co nie jest ich wspólną bliskością. Są tak prześliczni, niewinni i zakocham, że rycerze spoglądając 
na nich chrząkają z zakłopotanym wzruszeniem. Gędziarz śpiewa starą pieśń o zdrajcy, 
przezdrajcy, zwanym Isembart, i wrogim Gormondzie. W pieśni słychać
łoskot walki. Skończył. Cisza leży nad placem. Cisza zasłuchana. Tych srogich mężów niczym nie 
zaczarujesz jak
pieśnią...
Robert Courte-Heuse, czyli Krótkoudy, klepnął się po krótkim udzie i rzekł:
— Mam i ja tu ze sobą niezgorszego skalda...
— Chętnie go posłyszym — zapewnia pan Tuluzy, spokojny że nikt nie zaśpiewa lepiej niż jego Pierretto.
— Wołajcie mi Chromego Jana! — zwraca się Robert ku
swoim.
Wychodzi stary, kulawy Norman, siwo-rudy. Patrzy na panów spode łba.
—. Piej, a pięknie, bo tu naszych pieśni nie znają.
— O czym Wasza Wysokość rozkaże? O dobrym rycerzu Keusie, podczaszym?
— Rzekłeś.
Milkną wszyscy zaciekawieni. Wiadomo, że normandzkie bardy znają piękne pieśni. Zasłyszeli je w Walii 
i Armoryce. Pieśni o królu Artusie i jego rycerzach podle jednego Okrągłego Stołu siedzących.
Stary śpiewa głosem silnym niby głos młodego:
...Dwunastu parów ma dobry król Artus...
...Każdego miecz jest jak błyskawica, oczy jak ostrze sztyletu, a glos jak staczanie się podmytych skał...
...u każdego z nich jedno serce, jedno słowo, jedna rada, jedna cześć. Każdy miłuje tylko jedną panią i zna jeden tylko 
krok, krok w przód, a nigdy w tył...
...Dwunastu wrogów ma dobry król Artus. Najgorsi z nich to obrzy Riton, co porwał córkę Hodona, królewskiego 
siostrzana, zaczarowany kot _zwany Palucem, plaga nieszczęsnej krainy Mon, złośliwy karzeł, którego nie ima się 
miecz, i potwór Kuchulin nie mający sobie równego na świecie...
...Potwór Kuchulin ma u rąk i nóg po siedem palców zakrzywionych jak jastrzębie szpony..
...Niepodobny do innych ludzi jest dobry podczaszy Keus. Jest gorejący jak płomień. W czasie największej ulewy 
wszystko, co trzyma w dłoni, na szerokość pięści, pod nią i nad nią, pozostaje suche. Jest krzesiwem dla rozpalania 
ognia, ogrzewaczem towarzyszy w mrozy. Śnieg topnieje wokół niego na trzydzieści kroków w krąg. Idzie jak żywy 
słup ognia...
...Gdy waleczny rycerz Keus zwany Keusem Płonącym, powalił i obezwładnił srogiego kota Paluca, wrócił do gaju, 
gdzie zasiadał król, i rzekł do królowej Ginewry:
— ...Teraz nadeszła pora na potwora Kuchulina. Z twojego stada, królowo, porwał wczoraj czworo jagniąt. 
Onegdaj zjadł troje dzieci rybaka z jeziora. Nie Iza tego cierpieć dłużej.
Wyszedł na wzgórze i, przyłożywszy do ust dłonie buchające parą, jął wołać na cały głos:
— ...Wychodź, Kuchulinie! Staw się przed dobrym rycerzem Keusem, który pragnie walczyć z tobą!
...Posłyszał Kuchulin, wyskoczył ze swojej pieczary. Potoczył się kulą ognistą. Ale Keus sam był ogniem, więc 
roześmiał się z tego wybiegu.
...Natenczas potwór zamienił się w łuk wielki, sięgający od wschodu do zachodu ziemi. Lecz Keus stalową ręką 
chwycił łuk w połowie, wygiął, przepalił, że zatrwożony Kuchulin wrócił co prędzej do własnej postaci.
...Walczyli długo, taczając się po wzgórzach, aż jęczała ziemia. Ryk ich rozbrzmiewał jak grzmot. Źródła ze strachu 
uciekły pod ziemię. Las pokłonił się jak zboże. Tuman wzniesiony stopami zasłonił słońce i dzień zmienił w noc. 
Stalową ręką Keus targał zezowate, wiszące oczy potwora, że ten skrył je głęboko pod czaszkę. Przez skórę 
przytrzymał kości, nie pozwalając mu obrócić się w samym sobie, cisnął żebra dłońmi jak rozpalonymi do białości 
obcęgami.
...Na koniec Kuchulin, straszny potwór, zaczął błagać:
— Puść mnie, puść, dobry rycerzu. Przysięgam, że nigdy nie stanę na drodze króla Artusa ani nikogo, co 
nosi jego znak: złotego smoka.
Puścił go Keus łaskawie, a Kuchulin uciekł na drugi koniec świata. Dobremu królowi ubył najzdradliwszy 
nieprzyjaciel.
...W wielkiej chwale zasiadł Keus przy Okrągłym Stole. Nazywano go teraz Keusem Zwycięzcą. Nie miał z kim 
walczyć, gdyż nikt nie śmiał się z nim zmierzyć. Ale nie było uśmiechu na jego twarzy.
...Nieszczęśliwy jest najdzielniejszy z rycerzy, Płonący Zwycięzca, którego imię postrachem wokoło. Ma sławę i moc, 
ma zaufanie królewskie, ma podziw wszystkich, ale miłości nie ma i nigdy mieć nie może.
...Któraż szlachetna niewiasta pokocha chodzący płomień? Może go tylko podziwiać z daleka. Płonące serce ma rycerz 
Keus podczaszy, ale płomienia tego nie ugasi. Nie przytuli się do niego nigdy dziewa jak gołąbka. Nie spocznie na 
jego piersi. Któraż by chciała spłonąć, zżarzyć się, wyschnąć jak wiór? Zginąć w miłosnym
...Miłuje dobry rycerz Keus piękną Kwintylianę, ulubioną dwórkę"'królowej Ginewry. Płonie ku niej dzień i noc. 
Wzdycha panna nad męką rycerza, ale obawia się zbliżyć do nieszczęsnego tęsknika. Obiecuje mu, że nigdy na innego 
rycerza nie spojrzy. Może wiek jego upały wygasi, natenczas przytuli się k'nieniu. Niechaj to mu obecnie wystarczy.
...Cóż ma począć rycerz Keus? Patrzy z oddali na swą ulubioną. Bucha ku niej żarem. Od gorąca panna ma lico 
opalone zimą jak latem w czas żniwa.
...Zdarzyło się raz, że rycerz Keus spotkał na drodze żebraczkę. Wysupłał z mieszka denara, rzucił jej. Lecz denar 
rozgrzał się od jego dłoni i sparzył palce starej. Ozeźliła się i wołała:
— Nie odjeżdżaj, synu ognia. Znajdzie się lepszy od ciebie, co cię upokorzy.
...Dosłyszał Keus i zatoczył koniem.
— Nie znajdzie się taki. Wiesz, ktom jest? Keus.
— Tyś jest Keus, podczaszy. Płomień chodzący? Rzekłam ci prawdę, rycerzu. Znajdzie się lepszy od ciebie.
— Gdzie on jest? — zgrzytnął Keus.
— Poznasz go, że twoja miła roześmieje się do niego.
— Zabiję oboje — rzekł Keus i odjechał doma...
— To jest piękne — rzekł nagle do Imbrama Zbylut, siedzący wraz z innymi na dziedzińcu w stłoczonym 
pierścieniu słuchających pieśni.
Imbram ze zdumienia otworzył usta gapiowato. Spojrzał na Jaśka, jakby szukając u niego wyjaśnienia dla 
tak niezwykłego odezwania. Zbylut nigdy dotychczas nie zaciekawiał się pieśniami, za którymi oni obaj 
przepadali. Nie zwracał na nie najmniejszej uwagi.
— To jest piękne — powtórzył w zamyśleniu Zbylut. Wstrząsnął się i wzruszył ramionami, 
jakby szydząc z samego siebie. Spotkawszy utkwiony weń wzrok brata, odwrócił się niechętnie, 
bębniąc palcami po głowicy miecza.
.-Zdarzyło się w trzy lata potem... — ciągnął śpiewak swoją powieść — że znów siedzieli rycerze przy Okrągłym 
Stole. Królowa przędła opodal wraz ze swoimi dworkami. Dobry król Artus drzemał. Wiatr gładził runo jego 
siwej brody.
— Cóż mam ci kazać?- — zamyślił się król.
— Niech walczy z którym z nas — powiedział szyderczo Keus. Naraz usłyszał śmiech i obejrzał się. Kwintyliana 
puściła wrzeciono i patrząc w młodzieńca śmiała się cichym, zachwyconym śmiechem. Bo wydał jej się świeży jak 
krynica, a ona była zmęczona spiekotą...
Straszny gniew ogarnął Keusa. Wspomniał sobie słowa starej. Skoczył do panny, wyrżnął jej pogębek, przepalając na 
liczku skórę aż dtf szczęki, karła królewskiego, co mu się wtoczył pod ridgi, zarzucił wysoko na drzewo i runął na 
przybyłego...
Chromy Jan urwał, by zaczerpnąć tchu. Skorzystał z tego Pierretto. Zrywając się na równe nogi 
zawołał donośnie:
— Ja wiem, co dalej! Ja skończę! Wiem, kim był młodzian świeży jak krynica! Szlachetni rycerze! 
To był Perceval!
— Nigdyś mi o nim dotąd nie śpiewał — mruknął zdziwiony Rajmund spoglądając na ulubieńca z 
urazą.
— U nas tej gadki nie znają. Niedawnom ją u Normanów posłyszał... Dokończę! Raczcie posłuchać, 
szlachetni panowie!
Znużony stary śpiewak normandzki usiadł, nie broniąc młodszemu podjąć wątku opowieści. Choć 
obcy sobie rodem, byli obaj gędziarzami. Łączyło ich braterstwo pieśni, umiłowanie jej. Pierretto 
opowiadał śpiewnie:
...Daleko, daleko, na okraju ziemi, stoi góra Montsalyat... Nie doleci do niej ptak, nie dopłynie ryba, nie przeniknie 
głos. Na górze jest zamek warowny. W zamku, w czarze kryształowej, która ma poblask miesiąca, schowana jest Krew 
Najświętsza, Krew Chrystusa Pana...
Przymknąwszy oczy z, przejęcia, rybałt Pierretto śpiewał dalej o tajemnicy zaklętego zamku, w 
którym rokrocznie na świętego Jana, gdy róże kwitną, w oknach przebłyskuje światło. Śpiewał o 
Percevalu, prostaku, trzecim dziecku wdowy, która straciwszy dwu synów rycerzy, chowała ostatniego 
w chłopskiej nieznajomości wielkości i sławy. O tym, jak Perceval uratował życie staremu królowi 
rybaków, który poznawszy, że chłopiec ma serce czyste, nie znające trwogi, zawiódł go na niedosięgły 
zamek Montsalyat.
...Tam widział prostaczek żałobny pochód zaklętych rycerzy wokół świętej czary Graala. Lecz nie śmiał zapytać, co to 
znaczy. Wyszedł rano, tak jak wszedł. Rybak z wyrzutem powiada:
— Czemuś nie pytał? Byłbyś ich wszystkich ocalił.
— Nie śmiałem pytać.
— Mądry musi być śmiałym. Biada ci. Myślałem, żem im pchnął zbawcę. Myślałem, żeś jest królewskiego 
rodu... Biada ci! Biada nam! Nie wyzwoli nigdy nikt świętego Graala.
_ _ ja powrócę.
j^je powrócisz. Zawarła się już droga. Nikt cudu nie widzi
dwa razy... — Ja go ujrzę i ocalę.
Przymknąwszy oczy rybałt Pierretto śpiewał dalej wśród ciszy tak wielkiej, że słychać było oddechy 
siedzących wkoło stu i dwustu ludzi. Piękny jego głos niósł się daleko skroś mroku, zdawał się unosić 
na utkwionych w śpiewaka spojrzeniach. Nieukojona tęsknica, co ogarnęła serce Percevala, sławnego 
już rycerza, tęsknica za świętym Graalem, w niewiedzy durnego dzieciństwa przelotnie ujrzanym, 
rozpacz z powodu niemożności odnalezienia drogi do zaklętej góry, bohaterskie, niestrudzone 
zmagania się z losem, gorącym echem odbijały się w sercach słuchaczy. Miłośnicy pieśni, byli oni 
również ponad wszystko miłośnikami wielkości i sławy, mimowiednymi poszukiwaczami piękna 
duchowego, który to rys podpatrzył u nich i zauważył uczony grecki Ceces. Więc w każdej „geście" 
rycerskiej przeżywali samych siebie, więc teraz, wraz z Percevalem, przemierzali w poprzek, wzdłuż i 
wszerz cały świat szukając niestrudzenie świętej, utraconej czary. Wędrowali wraz z błędnym 
rycerzem, wzdychali w nieutulonym żalu, aż małomówny zazwyczaj Robert flandryjski, nie mogąc 
powściągnąć uczucia, co mu przepełniało duszę, powstał i krzyknął wyciągając dłoń:
— I my będziemy iść, choćby do ostatnich dni, aż wyzwolimy Grób Święty! Bóg tak chce!
— Bóg tak chce! — ryknęli wszyscy zrywając się z miejsca. Spłonęli, rozgorzali. Wicher uniesienia 
przeleciał ponad głowami. Tym wszystkim, co wątpili o świętości krucjaty, widząc w niej 
raczej kuszenie diabelskie, stało się nagle jasnym, niezbitym dowodem, że inicjatorem jej 
był archanioł światła, nie książę ciemności, że. Bóg tak chciał, że Bożym, była dziełem, z Bożego 
ducha poczętym. Szatan starał s* M spaczyć, plamiły ułomności ludzkie, ale i cel, i myśl 
pozostawały świętymi. Bożym był ten dreszcz zapału, od którego jeżyła się skóra, a włosy prężyły na 
czaszce jak druty. Bożym był zew, który wyciągnął ich z domów, i Bożym — rozpierające pierś 
uczucie wyrastania ponad siebie, gwałtowne łaknienie Czynu ogromnego, wielkiego, co by dzieje 
te wiekom przekazał i unieśmiertelnił...
ktali ramię przy ramieniu, bezwiednym ruchem wyciągając Przed siebie prawice, jak gdyby w 
przytwierdzeniu śluboWania złożonego w Clermont. Wszystko, co nie wiązało się
bezpośrednio z Grobem Świętym, wydało im się nagle małe i nikczemne, a żadna ofiara zbyt wielka, by cel 
ślubowania osiągnąć.
Gwiazdy mrugały w górze niezliczoną rzeszą. Greckie niebo było zarazem ciemne i przejrzyste. Czerwone ognie 
strażnicze zbiegały się zewsząd sznurem, na podobieństwo tych tłumów, z całego świata przybyłych. Dzwony 
biły w monasterach, a głos ich płynął po wodzie. Zebrani w obozie Rajmunda St. Gilles rycerze przeżywali 
jedną z tych chwil, które są usprawiedliwieniem ludzkości.
Rozdział siódmy W KTÓRYM DOBRZY RYCERZE WYSYŁAJĄ LISTY
Pochylony nad niskim obozowym stołem Szczepan de Blois pisał list do żony Adeli. Dwie długie ćwiartki 
pergaminu gęsto zapisane leżały przed nim, lecz on nie ustawał.
...Rzadko się zdarza — pisał — by ludzkie przewidywania tak się sprawdziły, jako się moje, tyczące obecnej 
wyprawy, sprawdzają. Pewnie zawsze tak jest, gdy na życie patrzeć rozsądnie, o co w naszych drużynach najtrudniej. 
Nie jesteś, miła moja, białogłową-pustogłową jako zwykłe niewiasty, przeto piszę do ciebie jak mąż do męża o 
wszystkim, co mnie zajmuje. Z tego też śmieliby się niemało panowie, moi towarzysze, białkę za stwór niższy 
trzymający. Ja wiem jednak, że mnie pojmujesz jak nikt. Żałuję srodze, że licho wplątało mme w tę wyprawę, gdzie 
ustawicznie patrzę jak jedyny zdrowy na stado szaleńców. Ninie jesteśmy w Bizancjum. Gród to piękny nad pojęcie, 
nie ma u nas nic, co by z nim można porównać. Ludzie są gładcy i rozumni. Z radością pozostałbym tu, zamiast 
wędrować dalej, ale o tym i myśleć nie można, bo dopieroż byłby huczek pomiędzy naszymi! I tak mają mnie za 
tchórza, że o byle co mieczem do gardła nie sięgam. Osława czepia się imienia jak smoła, i nie daj Boże, abym miał 
synowi zostawić takie wspomnienie! Dla niego też tylko, dla Egmonda, jadę, choć mnie już to szczerze mierzi.
Rad bym ci, miła moja, opowiedział wszystko od początku, ale to rzecz zgoła niemożliwa. I kronikarze nasi nic innego 
nie czyniący jak zapiski, nie zdążą spamiętać wszystkiego. Do Bizancjum przybyliśmy dwie niedziele temu. 
Zastaliśmy Hugona de Vermandois, któren tu siedzi od jesieni, Lotaryńczyków i Rajmunda z Tuluzy. W parę dni po 
nas ściągnęli Boemund z Tankredem. Tak, że obecnie jesteśmy już wszyscy zebrani. Moc nas jest i gdybY ład był a 
posłuch, można by tymi siłami zawojować cały świat.
Stoimy 
nadal, o co ja się. zresztą nie gniewam. Byłem już dwakroć przyjęty u cesarza. Rozumny jest, światły, hojny. 
Posłałbym ci te dary, co mi dał, ale boję się, czy kupiec uczciwie odda. Przywiozę sam. Takich klejnotów nigdyś 
jeszcze nie widziała.
Mniejsza o klejnoty bo dobytku własnego mamy, chwała Bogu, dość, ale siła można by się nauczyć mądrości. Grecy 
w naukach są bardzo pomkli, szczególnie w geografii, to znaczy w nauce o ziemi. Wiedzą o wszystkich krajach, gdzie 
leżą, jakie w nich góry, rzeffi, grody, jakby w każdym wiek mieszkali. Wszystko to zebrane mają w wielkie księgi. 
Podobnież medycy tutejsi na każdą chorobę znają leki skuteczne. Bez zamawiania i czarów dotykiem rozpoznają, 
gdzie się słabość w człowieku kryje. Umiejętności tej nabywają, ucząc się na trupach. Tak, moja miła, martwe ciała 
złoczyńców, którym się uczciwy pochówek nie należy, krają, rozbierają do najdrobniejszej kosteczki. Potem ścierwo 
wyrzucają precz, a kostki składają z powrotem do kupy w całkowitego kościel ca. Taki medyk kilka lat trupy 
praktykując, wie na pamięć, jaka gdzie w człowieku kość, jaka żyła. Gdzie serce, a gdzie wątroba. Nasi spluwają na to, 
nazywają taką naukę czartowskim zajęciem, kata albo sprawcy godnym, i powiadają, że każdy wolej by sto razy 
zginął, niż greckiego medyka o poradę prosił. Ja sam nie byłem pewien, czy nie ma w tym krajaniu trupów grzechu 
śmiertelnego, pókim nie zobaczył biskupa z Puy w rozmowie z nadwornym medykiem cesarskim. Cale przyjaźnie 
gadali. Biskup nasz lubi wiedzę i równie jak ja rad by się zapoznał z tutejszymi bibliotekami, które są tak Y/ielkie i 
bogate, że ani sobie tego przedstawić możesz. Cóż jednak począć, kiedy nasi okrzyknęliby wnet, żeśmy gorszyciele, z 
Grekami wspólnotę trzymający. Bodaj że biskupa schynęliby za to z dowództwa: schizmatyckimi księgami się 
ciekawi, nie godzien zalesi być wodzem... Znasz przecie naszych panów, co ustawicznie przeciw rozumowi wierzgają, 
pomyślenie mają kiepskie, ale prędkie i zażarte...
— Patrzajcie, takucłmy jak moja kijowska kobyła — zdziwił się Imbram ukazując wierzchowca dostojnika 
greckiego. Koń miał cienką skórę, płonące chrapy, wielkie, dumne oko i szyję wygiętą jak u dzikiego 
ptaka, zwanego łabędziem, co przylatuje z północy zimować na śląskich barzynach.
Spoglądali za nim z upodobaniem, wzrokiem znawców.
— Nie dziwota, że podobny — zauważył Głowacz — bo pomnisz, jak gadali w Kijowie, że kobyła 
była po klaczy, co przyszła z Carogrodu, kiedy cesarzównę Annę kniaziowi Włodzimierzowi wienili... 
Carogród a Bizancjum to jedno.
— Prawda, że cesarzówna była za Włodzimierzem... A Dobroniega Włodzimierzówna, Bolkowa 
macierz, to po Annie?
— Nie wiem. Może po niej...
Umilkli uprzytomniając sobie oszołamiającą wielkość i piękBizancjum. Z tego starego wspaniałego szczepu pochodziła
n tka nieodżałowanego króla. Młodziutki, urodziwy Mieszko,
lc przez nią kochany, przez Włodzisława Hermana otruty, hvł jej wnukiem. Chwycił ich ostry, dojmujący 
żal za zmarnowaną królewską dynastią.
W ślad za żalem, wywołana kształtem podobnego konia, nadpłynęła przygaszona ostatnimi czasy nagła 
tęsknota za domem. Za dworzyszczem śląskim, tak niezmiernie odległym, a tak bardzo bliskim i swoim. 
Aż dziwno było pomyśleć, że gdy oni tyle rzeczy widzieli, poznali, pojęli, gdy zeszli kawał świata, o jakim 
się dziadom nie śniło, dom ten stoi, jak stał. Jednako idą roboty polne. Jednako snuje się życie. Hej, móc 
tam ptakiem polecieć, a bodaj cień pchnąć!...
.__ Słyszeliście, co mówił grabią de Blois, że listy można
by posłać, a mnich jest jeden, któren je napisze?
— Kanonik mówił o mnichu... Słyszelim, abo co?...
— Może by i my?
— Do kogo? Niewiasty ani starzyk czytać nie umieją...
— Opat by im przeczytał...
To Zbylut mówił. Zbylut wysuwał myśl, by niewiastom, czyli Boguszy i Ofce, przesłać wiadomość! Było 
to czymś niezwykłym.
— — Co im po tym? — mruczał Głowacz niechętnie. — Cztery denary chcą kupce od listu, a mnich też 
pewno za darmo nie pisze...
— Denary to głupstwo — zapewnił stanowczo Imbram. Był olśniony pomysłem, zdumiony, że wcześniej 
sam nań nie wpadł. Trzebaż było dopiero, by go ten brat nie cierpiany i nie cierpiący podsunął. Jużci, co 
opat przeczyta! A raczej: pismo trzeba do opata skierować, któren jest znaczna osoba i łatwa do 
odnalezienia. W piśmie poprosi go się, by na dworzyszcze Strzegoniów zajechał i takie a takie posłanie 
białkom dał...
— eraz i Głowacz nawrócił się do tej myśli.
Jak do opata, to co insze — oznajmił. — Opat zaraz
rozpowie wszystkim we Wrocławiu, z Wrocławia hyr pójdzie
na dwór książęcy i po całej Polsce. Obaczą, że jesteśmy
sprawiedliwi krzyżówce...
jm, o każemy rzec białogłowom? — przerwał niecierpliwie
— A cóż? Żeby dobra i dziecisków należycie strzegły...
— Ja bym jeszcze chciał rzec Ofce, że ją... miłuję... tak samo jak... przy odjeździe... — bąknął 
Imbram odwracając twarz, bo Głowacz zmierzył go spojrzeniem pełnym pogardy.
— Na kpiny przed opatem chcesz się podać!? — burknął. — Tyli szmat świata posyłać takie drogie 
pisanie, po to, żeby białce powiedzieć, że ją... mi-łu-jesz!... Tfu! Ty zawsze durnym otrokiem zostaniesz!
— W Prowansji rycerze nieraz o tym mówią, ba, sam widziałem, że karty z pisaniem o tym, jak swoją 
panią nawidzą, przybijali...
— Prowansalskie cudaki niech sobie robią, co chcą... Na Śląsku to nie uchodzi.
— To i nie warto pisać — westchnął Imbram — jeśli jej nie mam nic uciesznego powiedzieć?
— Dość, że się dowie, iż żyjesz i domaś nie zahaczył...
— Nie zabaczyłbym jej i za sto lat, hej!
Łzy stanęły mu w oczach. Zbylut patrzał nań drwiąco, po swojemu.
— Cię, jaki miłujący! — rzekł z przekąsem. — A nie mogłeś to z Węgier pachołka do niej pchnąć? Byłby 
na gębę powtórzył wszystko, co byś chciał. Z Węgier niedaleka droga.
— Prawda! — zawołał Imbram z żalem. — Że mi też to nie przyszło do głowy! Czemuś wcześniej nie 
powiedział!?
— Mam cię uczyć? Przecież ją pono miłujesz? Żeby była moją żoną, dawno bym do niej posłał...
Wzruszył po swojemu ramionami i rzucił półgębkiem:
— Żeby była moją żoną, tobym w ogóle wcale nie odjeżdżał.
— O reta!!! — zawołał Imbram, teraz już naprawdę rozżalony. Któż był winien temu, że on odjechał!? 
Kto to spowodował? Zbylut przecież... nie kto inny.
Brat Bertrand, biegły w pisywaniu listów, był gruby, wesoły, gadatliwy. Z umiejętności pisania znano go w 
całym konwencie. Sam przeor patrzył z podziwem na dłoń pisarza, suwającą szybko, zamaszyście gęsim 
piórem. Za napisanie listu brał jednego, nieobcinanego denara.
Stojąc za jego ramieniem Głowacz dyktował powoli, rozważnie.
— Piszcie tak, wielebny bracie:
n opata Gwidona w Lubiążu, na Śląsku, podle Wrocławia, Witosław Zbylut i Imbram, dobrzy rycerze z rodu 
Strzegoniów, zasyłają
zdrowienia, w Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa. Niech będzie Uchwalony! Jesteśmy w grodzie greckim 
Bizancjum. Dobrze nam się powodzi. Szliśmy tu bez mała rok. Za parę niedziel ruszymy dalej na pogan Saracenów. O 
tym dajcie wieść starzykowi i niewiastom na Strzegoniowym dworzyszczu...
Głowacz mówił słowo za słowem, wyraźnie, lecz brat Bertrand nie zwracał nań zgoła uwagi. Z niepojętą 
szybkością wodził piórem po papierze, wyprzedzając znacznie myśli dyktującego. Gdyby Głowaczowi 
sztuka stawiania liter nie była obcą, zdumiałby się niemało. Ktokolwiek bowiem cokolwiek podawał do 
napisania bratu Bertrandowi, zacny mnich pisał zawsze jedno i to samo. Nauczył się przed laty treści poprawnego listu i powtarzał go teraz niezmiennie, bez omyłki, z taką wprawą, że mógłby go pisać po ćmaku.
Pozdrowienie w Panu Bogu Wszechmogącym! Łaska Jego z wami. Niech wam odpuści grzechy, a po śmierci korony 
niebieskiej nie skąpi. Miłosierdzie Jego jest wielkie, przeto ufajcie, że się spotkamy po stronie sprawiedliwych i 
zbawionych. W Bogu nasza ucieczka i schronienie. Pozdrawiam was i żegnam pozdrowieniem chrześcijańskim, 
życząc szczęśliwej śmierci po pobożnym życiu. Amen.
Rozdział ósmy W CHARONOWEJ ŁODZI
Smutnej i bladej Willibaldzie, małżonce Omera Guillebaut, nieraz przychodziło na myśl, że lepiej było zostać w domu, znosić mękę i haniebne upokorzenie żelaza, trzymającego kobietę jak w sidłach, niż porywać się na 
wyprawę. Od długiej jazdy na koniu była równie obolała, odsedniona, a w dodatku musiała cierpieć szorstką 
obecność męża, ponurego, podejrzliwego Normana. Obaj z bratem nie mieli łatwego usposobienia, o nie!
W czasie podróży koń jej okulał, musiała jechać za mężem, na okrytym kapą końskim zadzie, jak to było we 
zwyczaju. Trudno podobną jazdę nazwać wygodną. Zad źrebca był krągły, szeroki, śliski. Mąż tęgi, nie 
mogła objąć go wpół. By się utrzymać, wsuwała ręce za jego twardy skórzany pas, ciasno opięty, który 
kaleczył jej palce. Przy każdym zwrocie Guillebaut trącał ją łokciem zbrojnym w stalowy ochraniacz i narzekał, 
że mu wściekle przeszkadza. Gdy prosiła, by zezwolił jej jechać za giermkiem lub innym rycerzem, wzruszał 
odmownie ramionami, z szyderczo wrogim uśmiechem. Iść pieszo (jechali ciągle stępa, mogła byłaby 
nadążyć) nie pozwalał również. Będąc panią nie mogła wędrować, jak sługa. Toteż do Bizancjum 
dojechała ledwie żywa, zbiedzona, zgorzkniała, wewnętrznie skulona, by jak najmniejszą powierzchnię wystawiać na razy, których jej życie nie szczędziło. W rozłożonym pod murami Bizancjum obozie 
odpoczywała nareszcie, dni całe nie wychodząc z namiotu. Własne jej dworki oraz szlachetne 
Gwenona i Alberta, żony normandzkich nobilów, opowiadały z zachwytem o bogactwie i piękności życia 
greckiego. Słuchała z zapartym oddechem jak bajki, ani marząc o tym, by kiedykolwiek te cuda, leżące tuż 
za obozem, zobaczyć. Wiedziała, że mąż nigdy by na to nie
zezwolił.
Za to on sam jeździł codziennie do grodu. Mimo swej nienawiści i pogardy dla kobiet, był ich żądny. Poznał już 
bizansicie dzielnice płatnej miłości, ofiarującej się usłużnie każdemu Tam zaspokajał swą posępną chuć, pogardę 
żywioną ulicznic greckich przenosząc w następstwie na Bogu ducha Willibaldę. Uraz duchowy zadany przez 
pierwszą żonę, człowieka, jakiego w życiu kochał i któremu wierzył, zaufanie zdradzone przez piękną wietrznicę — 
nie za-""erały się z wiekiem, przeciwnie, rozrastały się w sercu i duszy jątrzyły, dokuczały coraz'boleśniej, 
przesycając goryczą uż'i tak ponure usposobienie rycerza. Nieustanne rozważania mające za cel wrogą płeć, 
nienawiść do całego rodzaju niewieściego, doprowadzały pana de Guillebaut do istotnego zamroczenia umysłu. 
Zaczynał przypisywać kobietom wszystko zło, jakie gdziekolwiek działo się na świecie. Nocami przypominał 
sobie przepowiednie, zwane proroctwem Merlina, naginając je do swoich poglądów. Przepowiednie te, liczące 
już blisko siedem wieków, znane były powszechnie. Każdy tłumaczył je po swojemu, stosując niezrozumiałe 
obrazy do bieżących zdarzeń politycznych, kościelnych lub zjawisk przyrody. Panu de Guillebaut zdawało się 
rzeczą jasną i prostą, że mówiły one wyłącznie o kobiecie, samicy, wrogu obmierzłym, wszetecznym. Leżąc w 
namiocie, trapiony przypomnieniem gładkiej Greczynki, posiadanej przed kilku godzinami, zaciekał się w swej 
niechęci. Ot i ta żona! Myślała, że go złudzi pozorami cnoty, chciała być chytrzejsza od niego. Próżne nadzieje! 
Normana można tylko raz oszukać. Przejrzał kobiety na wskroś i wie, że wszystkie są jednakie. Do nich, do 
nich, tylko do nich odnoszą się na przykład takie słowa:
...Wzbije się czapla z Kalateryjskiego kraju i wszystek ród ptasi sprzymierzy się z nią... (Chyba dość wyraźnie? — 
Czapla, grue — bezecna samica) ...Na pola uprawne się rzuci i pożre wszystko ziarno zbioru... (nic chciwszego nad 
kobiety...) ...A gdy ustanie Piaga, zły ptak przeleci nad doliną Gabes i siądzie na górze wysokiej... Na szczycie rośnie 
cedr... (to mąż, waleczny, szczery, przez niewiastę okłamany...) ,„tam założy gniazdo... W gnieździe zntósie_ trzy 
jaja... Wyjdą z nich lis, wilk i niedźwiedź, które
Florina spuściła dłonie do wody. Woda była ciepła jak latem. Woda przepływała między smukłymi 
palcami dziewczyny jak coś żywego, miłego, wiecznego i nietrwałego zarazem. Jak życie samo. Łódź 
posuwała się szybko, zostawiając na wodzie smugą rozdwojoną w kształt jaskółczego ogona. Była to jedna 
z pięknych, smukłych dworskich łodzi, wyzłocona i rzeźbiona, oddana przez basileusa dla 
przyjemności i wygody szlachetnych gości oraz ich małżonek. Królewicz duński Swenon siedział obok 
narzeczonej. Stykali się ramionami. Jaśniejszy niż we Francji miesiąc stał wysoko na niebie, moszcząc 
blaskiem o barwie roztopionego mosiądzu wyoraną' przez łódź bruzdę. Krople spadające z wioseł mieniły 
się blaskiem. Wokoło leżała głęboka cisza i niezrównany czar wiosennej bizantyjskiej nocy. Mury, zdające 
się wyrastać wprost z morza, widziały się białe w miesięcznej poświacie. Ciemna toń była gładka i 
spokojna jak zwierciadło.
Duegna Floriny, starsza, gruba niewiasta, drzemała. Miesiąc już na nią nie działał. Dwaj paziowie 
siedząc w kucki patrzyli przed siebie ku migającym z dala światłom grodu. Narzeczem czuli się sami w 
obliczu nocy, wiosny i wody. Noc, utkana z księżycowego widmowego światła, woni ziół rosnących na 
brzegach i cichego plusku wody, zarzucała na cały świat czarodziejską zasłonę złudzenia, zaklętą nawitkę 
i bogini, zamieniającą w piękno każdą ziemską rzecz. Przez tą zasłonę świat zdawał się 
najpiękniejszym, najsprawiedliwszym ze światów, a życie jednym zachwytem. Więc też zachwyconym 
rytmem biły serca narzeczonych. Upajała ich wzajemna bliskość, nigdy dotąd nie znana. Oboje byli 
niewinni, po raz pierwszy poznający tajemną łączność ciałaz ciałem, łączność, co spaja 
silniej niż łańcuch żelazny; po raz pierwszy czując w sobie rozbudzony żar skrzeszony prostym 
zetknięciem się dłoni. Jakież to piękne było, jakież niesłychane! Nie sądzili, by ktokolwiek przed nimi 
mógł podobne uczucia przeżywać. Niewątpliwym było, że nie przeżywał ich nikt. Cudowne wrażenia 
leżały gdzieś nie znane jak ukryte.! skarby, czekając na tą noc i na nich dwoje, by się rozwinąć, zabłysnąć, 
odurzyć. Florina i Swenon stali się odkrywcami Raju Szczęśliwości, połaci Nieba, dostępnych dla tych, 
co nie ukończyli jeszcze dwudziestu lat, co płyną w miesięczną noc po szerokiej wodzie, a serce i duszę 
mają pełne wewnętrznego śpiewu.
Dzwony poczynały bić na wieżach monasterów. Dzwoniły długo, bo zbliżała sią pora pierwszej straży 
nocnej. 
— Nie zda się wam godziwym, królewiczu — zapytała — byśmy ślubowali nie dotknąć się, aż wejdziem do 
Jeruzalem?
Spojrzał na nią z uwielbieniem i przerażeniem zarazem. Milczała. Wysoko ceniąc przysięgę, bał się złożyć 
ją lekce, a potem zerwać, jak to poczynili inni.
— Nie wiem, zali wydzierżem — rzekł niepewnie. — Lepiej zgoła nie ślubować niźli potem nie 
dotrzymać...
— Dotrzymamy — odparła z dziewczęcą powagą. — Bóg nam pobłogosławi. Będzieszli ślubował?
— Niech tak będzie.
— Tedy ślubujmy oboje.
Nie zważając na zdziwione spojrzenia paziów uklękli w łodzi i ująwszy się za ręce mówili uroczystym 
półgłosem:
— Panie Jezu Chryste, Zbawicielu nasz, przez miłość Twoich Ran Najświętszych, ślubujemy Ci arii się 
obejmować, ani boćkać, ani żadną wspólna przą mieć, aż Grób Twój Święty wyzwolim. Tak nam 
dopomóż Bóg. Amen.
Puścili dłonie i usiedli na poprzednim miejscu, nie dotykając się już ramionami. Patrzyli przed siebie na wodę, na
złoty szlak, jaki słał przed nimi księżyc, wyolbrzymieni we
własnym mniemaniu, dumni, a zarazem zatrwożeni. Po krótChwili z westchnieniem kazali wioślarzom nawrócić.
Nastrój panował wówczas 
swobodniejszy. Wolno było siedzieć. Wstawali tylko, by odpowiadać
na zadawane przez basileusa pytania. Mogli również rozmawiać z członkami cesarskiej rodziny, o ile ci 
raczyli się do nich pierwsi zwrócić. Zaproszenie na taki poufny wieczór uważane było w świecie greckim 
za wyjątkowy zaszczyt i wyróżnienie udzielane tylko panującym.
Tego zaszczytu doznali panowie latyńscy. Wszyscy już oprócz Tankreda złożyli przysięgę żądaną i cesarz 
Aleksy pragnął okazać, że potrafi to ocenić. Wprawdzie Rajmund St. Gilles postawił warunek, że słowa 
przysięgi będą zmienione, zawierające tylko przyrzeczenie, iż żadnych zdobytych ziem nie weźmie dla 
siebie ani podniesie miecza przeciw basileusowi — cesarz musiał na to przystać. Nie należało przeciągać 
struny i opóźniać odejścia krzyżowców, których utrzymanie kosztowało niebywałe sumy. Aleksy zatem 
ustąpił, czuł się jednak urażony i dał to odczuć dumnemu księciu. W przeciwieństwie do innych rycerzy, 
obsypanych kosztownościami, ani Rajmund, ani jego ludzie nie otrzymali żadnych podarków.
Na dzisiejsze przyjęcie grabią Tuluzy był zaproszony wraz z żoną, lecz odmówili oboje. Elwira byłaby 
wolała trupem paść, niż klęknąwszy całować dłoń basiłissy Ireny. Córka Alfonsa, pogromcy Maurów, nie 
poniży się do tego stopnia! Rajmund przyznawał jej słuszność. Tankred nie stawił się również. Natomiast 
przybyli pozostali. Biskup Ademar, Hugo, Godfryd, Baldwin z Gontraną, obaj Roberci, Szczepan de Blois; 
i Boemund. Każdemu towarzyszyło dwóch starannie wybranych rycerzy.
Obawy Elwiry okazały się zbyteczne, gdyż basilissa Irena była nieobecną z powodu osłabienia 
wywołanego długotrwałym postem. Przy boku Aleksego zasiadała w miejsce matki najstarsza jego córka, 
Anna Porfirogenetka, ulubienica, przeznaczana niegdyś na tron.
Aleksy Komnenos chciał być tego wieczoru czarujący i przyszło mu to bez trudu. Bogata jego, giętka 
natura dostosowała się łatwo do upodobań każdego. Po krótkiej chwili olśnił biskupa i Szczepana 
gruntowną wiedzą, Godfryda pobożnością, Roberta flandryjskiego i Roberta norrnandzkiego doskonałą 
znajomością rzemiosła wojennego. Był uprzejmy, swobodny, prostoduszny. W ślad za cesarzem cały dwór 
przesadzał się w uprzejmościach dla Latyńców, bohaterom starożytnym równych, choć nazywanych w 
duchu obmierzłymi barbarzyńcami.
Jedynie księżniczka Anna zachowywała zwykłą pogardliwą
Milcząca i sztywna mierzyła przybyłych obojętnie z wyniosłym, drwiącym uśmieszkiem oglądała 
Gontranę, zaniedbaną cerę, szorstkie ręce, jej dworki, proste nie umiejące stąpać po śliskiej posadzce. 
Mimo gniewnych spojrzeń ojca nie kryła się wcale z nie-, jaką wzbudzali w niej przybysze. Wszystko 
w nich ą nawet twarde, trudne do wymówienia nazwiska. "P suwając po nich wzrokiem, zatrzymała się na 
Boemunda. Ten jeden wydał jej się podobnym do ludzi. Bez patrzyła na" jego urodziwą twarz, 
wysoką postać o szerokich ramionach i smukłych biodrach. Był przy tym staranniej odziany od innych. 
Patrzyła na rękę leżącą niedbale na iłowni miecza. Paznokcie były czyste i równo obcięte. Tak, iedyny to 
był z nich wszystkich, zasługujący na miano człowieka, nie dzikiego barbarzyńcy.
Jak gdyby odgadując te myśli Boemund spojrzał w jej stronę i podszedł z uśmiechem. Nim zdążyła 
zmarszczyć gniewnie brwi w odpowiedzi na zuchwalstwo, skłonił się i przemówił swobodnie — 
przemówił, nie pytany, do niej, Porfirogenetki!
— Przyglądacie się, księżniczko, z ciekawością obcym rycerzom? Wydajemy się wam zapewne okrutnymi 
prostakami?
Głos miał dźwięczny, gorący. Łacina brzmiała miękko w jego ustach. Anna ani się spotrzegła, gdy 
odpowiedziała:
— Prostakami? Wy, rycerzu, nie.
— Nie posiadamy skarbów greckich ani wiedzy — ciągnął Boemund — ale posiadamy młodą tęgość i siłę. 
Do nas należeć będzie świat.
Anna odrzuciła w tył głowę.
— Mylicie się, rycerzu. Świat należy do nas, jedynych prawych dziedziców wielkiego, powszechnego 
imperium rzymskiego.
— Świat, księżniczko, oddaje się chętniej śmiałemu zdobywcy niż temu, co potrząsa wygasłym już 
prawem. Wierzcie
jemu żołnierskiemu doświadczeniu.
Nasze prawa nie są wygasłe i trwają w mocy — odparła urażona do żywego.
na
zabrany przez brata.
Dotknął zuchwale tajnej rany jej duszy. Jak śmiał o tym wiedzieć! Jak śmiał o tym mówić? Zbladła i 
cofnęła się o krok z zaiskrzonymi oczami. Boemund nie stropił się.
— Ja wywalczę dla was władztwo, większe niźli to zabrane...
Nim zdążyła cokolwiek odrzec, ogarnął ją namiętnym spojrzeniem i odszedł w przeciwny kąt sali. Krok 
miał koci, giętki, zdobywczy. Nie patrząc, czuł na sobie wzrok Anny obrażony, zadziwiony, niespokojny. 
Był zadowolony z siebie.
Goście powstawali z miejsc stukając mieczami o posadzkę. Basileus po pozornym wahaniu zgadzał się 
pokazać im swój' skarbiec. Życzenie to było w gruncie rzeczy jego myślą, umiejętnie Latyńcom 
podsuniętą. Pragnął oszołomić ich widokiem swej potęgi, a równocześnie przekonać naocznie, że dobrać 
się do tych skarbów bez jego wiedzy i woli jest niepodobieństwem dla jakiegokolwiek żywego człowieka.
Skarbiec basileusów znajdował się w marmurowych podziemiach Świętego Pałacu. Prowadziły doń dwa 
wejścia. Oba znane tylko dwu żyjącym osobom: każdorazowemu cesarzowi i jego parakimenowi. 
Robotnicy, którzy przed wiekami pracowali nad budową podziemia, nie opuścili żywi miejsca swej 
ostatniej pracy. Z dwu wejść jedno służyło wyłącznie basileusowi, a wiodło wprost ,z jego sypialnej 
komnaty przez zawiły labirynt tajnych przejść, niewidzialnych zamków i ukrytych drzwi. Drugie, znacznie 
trudniejsze i odleglejsze, ukazywane było gościom i podawane za jedyne.
Więc teraz gromada rycerzy, z Gontraną i jej dwiema dworkami, szła w orszaku basileusowym przez 
niezliczone dziedzińce i komnaty, kolumnady, wirydarze, atria, stopnie w górę, stopnie w dół, aż poza 
obręb Świętego Pałacu, w miejsce, gdzie znajdowało się wejście do cysterny.
Istnienia tej ostatniej nie podejrzewali dotychczas rycerze, ze zdumieniem dowiadując się, że Bizancjum 
nie posiada wcale słodkiej wody i zmuszone jest ciągnąć ją akweduktami z odległej o milę osady zwanej 
Belgrad, posiadającej nadzwyczaj obfite źródła. Że w czasie oblężenia akwedukty mogły być zniszczone, a 
gród pozbawiony wody — pod całym miastem ciągnęły się cysterny, przechowujące zapas wody wystarczający dla stolicy na siedem, osiem lat. Cysterna, do której schodzili obecnie, obsługiwała wyłącznie 
pałac cesarski, a wspierało ją trzysta sześćdziesiąt pięć kolumn, tyle, wiele dni w roku.
W otworze zwilgłych stopni czerniało studzienne lustro nier
Cl
mej wody. Woda ta opadała szybko, ukazując dalszy — oschodów. Gdzieś daleko, nie wiedzący, co robią i 
na co, olnicy otwierali zawory, upusty, ściągali wodę do pustych komór zapasowych, obniżając jej poziom 
do tyła, by basileus z gośćmi mógł popłynąć łodzią.
Lśniące od wilgoci stopnie występowały z wody jeden po i -uaim. W miarę jak się ukazywały, orszak 
schodził po nich. Trzymane przez niewolników pochodnie odbijały się migotliwym masera w wodzie. Blask 
ich rozświetlał zaledwie szczupły kra q najbliższej przestrzeni, dalej zalegał nieprzenikniony, aż gęsty 
mrok. Odpływająca woda pluskała i szeleściła o niewidzialne mury. Na koniec z wody wyłonił się ganek 
obwiedziony z dwóch stron marmurową poręczą. Dalej już schodów nie było. Czarna toń zakołysała się, 
stanęła. Plusk i szelest ucichły. Pracujący kędyś daleko niewolnicy zamknęli upusty.
Basileus, jego świta, jego goście stanęli na ganku. — Wołajcie Charona! — rzekł Aleksy.
Zza pleców dygnitarzy wysunął się stary niewolnik, półnagi, z wielką siwą brodą. Był głuchy i niemy, 
przeto mogący być przewoźnikiem cesarskim. Wyglądał istotnie jak Charon. Ale rycerze latyńscy nie 
wiedzieli, co by znaczyło to imię, przeto bez niepokoju patrzyli na starca. Skłoniwszy się do ziemi przed 
władcą, niewolnik otworzył niewidoczne w murze, szczelne, zamczyste wrota poruszane ręczną dźwignią. 
Za nimi majaczyła martwym przebłyskiem woda. Na wodzie stała złocista krypa cesarska. Wrota były tak 
szczelne, ze przy^ wysokim stanie wody w cysternie, do komory-przystani nie przenikała ani kropla i 
okrywające siedzenie kobierce pozostawały suche, zwiotczałe "jedynie od trwającej w powietrzu wilgoci.
Brodząc po pas Charon wypchnął łódź na gładkie, tonące wiecznym mroku jezioro cysterny.
Jadący milczeli niby,pod niewidzialnym nakazem. I choć rycerze latyńscy nie wiedzieli, co oznaczało 
przezwisko Charona, ani zasłyszeli kiedykolwiek o Styksie, ogarniała ich groza, jak gdyby zanurzali się w 
dziedzinę zmarłych. Dokąd płynęła złocista łódź, przemykająca się z wolna pomiędzy wilgotnymi 
kolumnami? Gdzie byli? Jak dawno płynęli? Zdawało im się, że czarna nieruchoma toń z wystrzelającym z 
niej lasem kamiennych słupów wiedzie w nieskończoność, a oni płyną już po niej szereg godzin, może 
dni?... W rzeczywistości cysterna, choć ogromna, nie była tak wielka, jak irq się to wydawało. Objeżdżali 
ją już bowiem trzeci czy czwarty raz sądząc, że jadą ciągle w przód.
Nareszcie zatrzymali się przy ganku, bliźniaczo podobnym do poprzedniego. Charon pozostał w łodzi, 
zgarbiony, brodaty. Pozostali poszli po schodach w górę, potem wąskim przejściem wprost, potem 
uchylono jakieś drzwi potężne, potem znów schody w górę i w dół. Skarbiec. Wysokie sklepione 
komnaty. Ściany wykładane marmurem gładkim jak lód. Sklepienie z drobnej, wąskiej cegły o 
wytrzymałości granitu, której tajemnica wyrobu była pilnie w Bizancjum strzeżona. Parakimenos 
własnoręcznie zapalał od wyjętego z łodzi kaganka liczne lampy zwieszające sią na złotych łańcuchach i od 
stropu. Każde nowe światło wywoływało szereg nowych czarodziejskich migotań, połysków, drgnień 
blasku, aż stało się od nich jasno we wszystkich czterech salach. W tym odurzającym świetle 
widniało bogactwo, wyglądające raczej na senne, nieprawdopodobne marzenie niż na rzeczywistość. Złoto 
leżało od posadzki aż do stropu, złoto w sztabach, w bryłach, w żółtych jak wosk kręgach, w 
solidach zwalonych na kupy jak piasek. Zesypane na ziemię jak zboże w spichlerzu, leżały korce drogich 
kamieni, pereł i klejnotów. Pod ścianami stały złote zbroje, złote rzędy, złote sprzęty, złote trony, 
złote posągi, łańcuchy, naczynia. Od widoku tylu skarbów, od nagromadzenia bogactw przybyłym mąciło 
się w głowie. Słaniali się oszołomieni, szczypali po rękach, by przekonać się, że nie śnią.
Basileus Aleksy chodził po skarbcu z uprzejmym uśmiechem gospodarza, co rad jest, że goście widzą jego 
dobro, a zarazem stwierdzają, iż dobro to pilnie jest strzeżone i do zdobycia niełatwe. Ręką ukazywał 
wysoko pod sklepieniem ślady pozostawione przez wodę. W razie niebezpieczeństwa najazdu skarbiec 
mógł być w przeciągu paru pacierzy całkowicie zatopiony.
___ Wybierzcie sobie stąd, co się wam żywnie podoba — awiał. — Daję najchętniej, w dowód mej 
szczerej ku wam przyjaźni.
Wzdragali się udając obojętność. Nalegał. Niby od niechce-. wybierali najdrobniejsze, najmniej 
wartościowe rzeczy. Przyjmowali powściągliwie me czując za hojnością szczerego, otwartego serca. 
Byliby woleli przyjść tutaj jako zdobywcy
Boemund, z lekka przegięty w biodrach, zmrużonymi oczami oglądał skarbiec. Nie wziął nic. Umknął 
dłoń przed zaponą podawaną mu przez Aleksego.
— jeden tylko klejnot pragnąłbym otrzymać — rzekł patrząc wprost w oczy cesarza.
_ Jaki to? Mówcie, książę — zapytał Aleksy z niedostrzegalnym niepokojem.
__ Pierścień, który nosi na palcu księżniczka Anna Porfirogenetka — odparł Boemund głosem gładkim jak 
dobrze wymierzone cięcie.
Aleksy zbladł i poczerwieniał. Zuchwalstwo Tarentczyka odjęło mu mowę. Pohamował się jednak i odparł 
prawie spokojnie:
— Zbyt szybko idziecie, książę. Onegdaj prosiliście tylko o tytuł protosebastosa.
— Prędzej dojdzie do celu, kto szybko idzie — odrzucił Boemund.
— Są cele nieosiągalne.
— Dla mojego rodu nie ma takich.
Ciemna skóra Aleksego pociemniała jeszcze bardziej pod naporem wzburzonej krwi. Ten hołysz ośmielał 
się przypominać swój ród, zatem swojego ojca, groźnego szaleńca, który o włos nie stał się panem 
Bizancjum! Przez chwilę zdawało się,^ że cesarz wybuchnie. Należał on jednak do tych graczy 
politycznych, co nigdy i w żadnym wypadku nie palą za sobą mostów. Uśmiechnął się więc tylko ze 
wzgardliwym lekceważeniem i odszedł wdając się w żywą rozmowę z biskupem. Boemund pozostał 
zwycięzcą. Ostatnie słowo było jego. Nie wątpił, że potrafi, jeśli zechce, zdobyć tron basileusów 
Przegnałby, hen, Saracenów, przywrócił dawną świetność, dawne granice cesarstwa... Tak, to dla 
niego zadanie... Wydawało mu się naturalnym i słusznym, by on, książę Tarentu, wybił się nad innych 
krzyżowców, użył ich sił jako pierwszego stopnia do zdobycia zamierzonego celu. Któż by z nich mógł się 
z nim mierzyć? Poczciwy skrupulat Godfryd, lekkomyślny, leniwy Hugo, zarozumiały głupiec Robert 
normandzki lub Robert flandryjski, zabierający głos raz na dobę albo rzadziej? Jednemu Rajmundowi St. 
Gilles Boemund przyznawał zdolności wodza równe swoim, uważał jednak grabiego za nieobliczalnego 
popędliwca, postępującego zawsze wbrew własnym swoim interesom. Ot, choćby dwa przykłady: 
ślubował, że nie wróci do Tuluzy... Dlaczego? Co mu z tego przyjdzie? Takie piękne księstwo, zupełnie 
nieobdłużone... Albo z tą przysięgą basileusowi?! Tyle krzyku, upierania się — o co? Sam na tym stracił, 
bo mu Aleksy nic nie dał... Nie, nie, mimo swoje zdolności, mimo przepyszne drużyny, Rajmund St. Gilles 
nigdy Boemunda nie przewyższy.
Wychodzono już ze skarbca. Parakimenos gasił światła, zamykał drzwi. U stóp schodów głuchoniemy 
brodacz czekał skulony na przodzie łodzi, bardziej niż kiedykolwiek podobny do swego przezwiska. Przy 
mdłym świetle lamp wiózł ich znowu nieskończenie długo między rzędami wyrastających z wody, 
lśniących od wilgoci kolumn, w głuszy prawie zaświatowej. Wędrówka po tym labiryncie wodnym była tak 
niesamowita, że gdy przybyli na koniec do brzegu i weszli na schody jaśniejące u góry pełnią słonecznego 
światła — nie byli pewni, zali wszystko, co widzieli, nie było przywidzeniem, obłudą, majakiem...
Oczekujący na powrót cesarza orszak powiększył się o szlachetnego Euforbena Kalatosa, dowódcę 
południowych sił zbrojnych cesarstwa. Aleksy spojrzał nań pytająco, a. gdy wódz padł na kolana, pozwolił 
wsiać i mówić.
— Najdostojniejszy, Najpobożniejszy, Najświętszy, Apostołom równy, Panie! Rycerz Tankred 
zagarnął siła statki genueńskie, załadował swoje wojsko i ninie jest już po tamtej stronie...
— Nie złożywszy przysięgi! — zawołał z gniewem Aleksy— Tak jest, o Najdostojniejszy, oby Bóg pomnożył twoje lata!
— Tankred przeszedł na tamtą stronę! — zakrzyknął Godfryd z mimowolna zazdrością i podziwem.
Przeszedł! — zawtórował jak echo Baldwin. i złym okiem spojrzał na Boemunda.
— Nic o jego zamiarze nie wiedziałem — odparł Boemund wcale niestropiony.
— Wy za niego odpowiadacie, odpowiadacie za wyrządzoną przez niego szkodę!
— MÓJ brataniec jest pasowanym rycerzem i odpowiada sam za siebie.
— Niedawno, tłumacząc go z prostackiego uporu przedstawiliście rycerza Tankreda jako otroka, ww 
wszystkirn od was zależnego... Łacno zmienia się u was mniemanie... . 
Boemund poczerwieniał z gniewu i podszedłszy tuz do cesarza syknął:
__ Nje tak łacno jak u greckiego basileusa, co chciał otruć
swojego sojusznika i krzyżowca! Dlatego mój brataniec, prostym i uczciwym będąc, nie chciał przed takim 
władcą przysięgać!
O dziwo, Aleksy nie wybuchnął gniewem.. Nie kazał uwięzić śmiałka. Poczerwieniał i ściszonym głosem 
rzekł:
— Cóż za brednie prawicie mi, książę? Kto kogo chciał truć? Kiedy?
— Żadne brednie, jeno prawdę szczerą. Przysłaliście mi, Miłościwy Panie, zaraz po przyjeździe 
podwieczerz ze swojego stołu. Wdzięczny za taką szczodrotę, zaprosiłem towarzyszy moich, wojów. 
Aliści Matka Boska nie chciała lichej śmierci swych obrońców. Objawiła mi się mówiąc: „Nie jedz, 
Boemundzie!" Nie wiedziałem czemu, alem zaraz rzekł do towarzyszy: godzi się, byśmy ku 
czci Najświętszej Maryi Panny przepościli dzisiejszy dzień. Usłuchali, choć z żalem. Wyszli ze mną. 
Ale pies mój ostał. Jako nierozumne stworzenie wdarł się na stół i pokosztowawszy — zdechł! Zdechł! 
Dopierom poznał, czemu mnie Najświętsza Panna ostrzegła. Nigdym o tym nie mówił, bo mi wstyd 
było taką rzecz rozgłaszać, ale już więcej milczeć nie będę!
Aleksy targał niespokojnie brodę.
— Pies zdechł, bo obżarł się nadto. — uśmiechnął się wzgardliwie:
— Język miał czarny, a żywot wzdęło mu jak banię... — — Skąd ja mogę znać przyczynę? Może ktoś z waszych trucizny dosypał?
— U nas trutka nie w zwyczaju. Mieczem rozprawiają się mężowie, nie jadem.
Aleksy wzruszył ramionami i odszedł. Boemund dopiął swego. O Tankredzie nie było już mowy.
— Zuch Tankred! Zuch Tankred! — powtarzał Godfryd z zazdrością. — Mogliśmy wszyscy tak 
zrobić... A o czym rozmawialiście tak długo z cesarzem?...
— Et, nic... Na Tankredowy postępek narzekał...
Najdostojniejszy basileus, już w swoich komnatach, mówił z rozdrażnieniem do parakimena:
— Przecież postanowiłem wyraźnie, że nie będziemy truli Guiskardczyka!
— Tak jest, Najdostojniejszy, Najświatlejszy, Najpobożniejszy Panie, oby Bóg pomnożył twoje 
lata! Postanowione było, że trucizny się nie doda...
— Więc kto się ośmielił! Słyszeliście, co opowiadał?
— Słyszałem., Najdostojniejszy, Najpobożniejszy, Najświatlejszy Panie, oby Bóg pomnożył twoje lata!
— Kto! Kto!?
— Może Najdostojniejsza, Najczcigodniejsza Anna Dalazenos... — szepnął nieśmiało parakimenos.
Aleksy zamyślił się.
— Może... Bardzo za tym na radzie obstawała... Może... W każdym, razie tego, co jej rozkazu 
usłuchał, odnaleźć i dziś jeszcze przykładnie ukarać... Dość tego! Nie ma nic szkodliwszego jak zbyt 
gorliwi służalcy...
— Winny będzie odnaleziony — zapewnił parakimenos.
Lecz jeszcze tegoż wieczoru, gdy Najdostojniejszy, Najpobożniejszy basileus układał się do snu — co było 
zawiłym obrzędem zatrudniającym kilkudziesięciu ludzi, ceremoniałem długim i arcyważnym — 
nykteparchos błagał pokornie o posłuchanie i basileus go przyjął. Ze z.dziwieniem posłyszał, że książę 
Tarentu kłamał. Trucizny w przesłanych potrawach nie było. Nie zdechł żaden pies. Cały posiłek zjedli ze 
smakiem Boemundowi woje. On jeden nie jadł. Bał się.
— To pewne? — pytał Aleksy,
__ Najzupełniej pewne, Najdostojniejszy, Najpobożniejszy,
— światlejszy Panie, oby Bóg pomnożył twoje lata! J_ A to gracz... To gracz! Uwierzyłem mu... Możesz 
odejść... M kteparchos padł twarzą na ziemię i wysunął się z komnaty, lecz zawiły ceremoniał rozdziewania 
nie został zaraz na X'ty Basileus siedział nieporuszony, ze wzrokiem utkwionym w przeciwległą ścianę.
*— Znakomity gracz — powtórzył sam do siebie. — Znali śmiałe urojenia Boemunda, sięgające jego córki, 
wydały mu się mniej bezpodstawne.
Rozdział dziewiąty 
W KTÓRYM ZNÓW ZJAWIA SIĘ SZATAN
Po wielu bezowocnych próbach Adernar de Montełl stracił nadzieją nawiązania znajomości z patriarchą greckim 
Symeonem. Stary dostojnik Wschodniego Kościoła czuł nieprzejednaną niechęć ku Latyńcom. Zarówno on, jak 
jego akolici, nie mogli uwierzyć, by. biskup rzymski chciał z nimi mówić ot tak, z ludzkiej życzliwej 
ciekawości, bez ukrytego celu nawracania z powrotem do Rzymu. Do tej obawy przyłączało się 
nieuświadomione" niemniej dotkliwe poczucie niższości wobec macierzystego Kościoła, co pozostał 
niezależnym od władzy świeckiej i hardo się jej przeciwstawiał, podczas gdy oni, najstarsi chrześcijanie, 
podlegli byli niewolniczo basileusowi.
Tę niechęć duchowieństwa greckiego podzielali mnisi, opaci i wszyscy dygnitarze świeccy. Pomiędzy 
Latyńcami a Grekami stał nieprzebyty mur wzajemnych uprzedzeń. Aby te uprzedzenia zwalczyć, trzeba było 
długich, długich lat. Najlepsze strony życia bizantyjskiego, nauka, wiedza, sztuka, przemysł, handel, kultura 
codziennego życia, były przed krzyżowcami zawarte na głucho. Natomiast otworem stały: rozpusta, łatwe 
miłostki, przesadny zbytek. Ludzie tonęli w nich jak muchy w miodzie i nie tylko Godfryd mógł powiedzieć z 
goryczą, że nie poznaje swoich ludzi. Twardzi woje Zachodu w nowych warunkach rozhartowywali się ze 
zdumiewającą łatwością. Uroczyste śluby szły w zapomnienie. Niejeden, co przysięgał nie tknąć niewiasty przed 
uwolnieniem Grobu Świętego, ukazywał się stale w otoczeniu wesołych Greczynek. Pili, jedli, spali w nie 
znanych przedtem puchach, a widząc, że pieniądz daje możność używania tych wszystkich rozkoszy, zaczynali 
bardziej niż kiedykolwiek cenić sobie pieniądz. Wielu z żalem myślało o chwili odejścia z Bizancjum i z chęcią 
pozostaliby tutaj na stałe. Ci wynajdywali tysiączne powody, by odwlec chwilę wymarszu do
któremu w rzeczywistości nic już na przeszkodzie nie
stało. Na czele tych miłośników Grecji i Greczynek stali Hugo de Vermandois i Robert normandzki. Przemyślny 
a rozpustny Arrruld de Rohes podsuwał im coraz nowe racje przedłużania
pobytu.
Według jego rady należało wyruszyć razem z basileusem — nie wpierw. Gdyż Aleksy obiecywał solennie 
pociągnąć tuż za krzyżowcami wraz z całą armią dowodzoną przez Eufor-bena Kalatosa. Szlachetny Butumitos 
miał iść przodem równocześnie z Latyńcami i flotą ubezpieczającą wybrzeże.
__ Jeżeli wyjdziemy pierwsi — dowodzili Hugo i Robert — ta jucha nie ruszy na pewno... Mydli nam oczy, 
abyśmy stąd jak najprędzej wyszli, a sam zostanie...
— Jeżeli będziemy czekać, aż on się zbierze, minie znów parę miesięcy — odpowiadał biskup. — Wszak mówił 
nam Wit, Boemundów brat, wiela to czasu trwa...
Każdy wyjazd basileusa zabierał istotnie wiele czasu, przygotowań i pieniędzy. Porządek pochodu była 
drobiazgowo przepisany w księdze ceremoniału dworskiego, przez Konstantego VII Porfirogenetę spisanej, i nie 
wolno było zmienić go w żadnym szczególe. Według tej księgi, dla przewiezienia Najdostojniejszego 
Autokratora i jego polowego taboru potrzeba było tysiąc koni, tysiąc mułów i dwa tysiące ludzi. Kilkuset 
urzędników oraz paru wysokich dygnitarzy polowych, jak protostrator, koniuszy; epiklitos, adiutant-logateta 
stada; drungarios straży, odbierający osobiście od basileusa codzienne hasło wieczorne; idikos, klucznik, i 
oikiakos, wielki kuchmistrz, przewodniczyli tej armii, nie mniej ważnej od właściwej. Okryte purpurowymi 
kapami, znaczone piętnem cesarskim konie i muły dźwigały nieprzebrany zapas szat, strojów, bielizny, pościeli, 
kosztownych namiotów, naczynia kuchennego, stołowego, zapasów. Oprócz wina, oliwy, migdałów, przedniej 
mąki, serów, tłuszczu, suszonych owoców, pachnideł, olejków, wyszukanych przysmaków — szły za ta-'orern 
całe stada owiec, krów i trzody. Na wozach wieziono ach kury, kurczęta i gęsi. Osobny oddział rybaków 
sieciami obowiązany był dostarczać codziennie świeżego ryb. Wieziono również świeczniki, lampy, 
świece, Zegary, zwoJe pergaminu, leki, maście i balsamy, gata iZ?.złoto ych namiotów był kaplicą wyposażoną w bogactwo obrazów, kosztowności. szat rytualnych, kielichów, posągów. Wszystkie namioty i sprzęty cesarskie były 
podwójne, gdyż skoro basileus, Apostołom równy, zajmował jeden, słudzy z drugim zdążali pośpiesznie na 
najbliższy postój, by tam rozbiwszy obóz oczekiwać w gotowości przyjazdu Najdostojniejszego. Pochód 
wojska, obciążonego w ten sposób, nie mógł być pośpieszny ani zwrotny.
— Doczekamy nowej zimy oglądając się na Aleksego — biadał Godfryd, gdy zebrali się na dziesiątą 
chyba z rządu rade, w -wielkim wspólnym Rycerskim Kole, na polu trzymanym.
— Lepiej wyjść zimą, ale w zdwojonej przez basileusowe*
wojska sile...
— Czyż wierzycie, że on wyjdzie istotnie!? — wołał zapalczywie Rajmund. — Ruszy się, owszem, ale 
po pierwszym naszym zwycięstwie; wcześniej, bez ochyby, nie.
De Hainaux nie zabierał głosu na radzie wcale. Trudno mu było mówić cośkolwiek. Rycerski instynkt 
wołał, że trzeba wychodzić jak najprędzej, a serce płakało o Idę. Nie nadjeżdżała... O Boże, dlaczego nie 
nadjeżdżała!? Mieli się przeciż spotkać tu, w Bizancjum... Jeśli wyjdą, nim ona przybędzie, jak sią o niego 
dowie?...
Sędziwy Anzelm de Ribaumont składał ręce: Jechać! Jechać! Jak dotąd uchronił szczęśliwie przed 
zepsuciem powierzonego swej opiece chłopca, pięknego jak cherubin Pawła Engelrama, ukochanego 
chrześniaka. Trzymał go z dala od złych towarzyszy, zajmował cały dzień, wożąc łodzią po morzu, 
zwiedzając port, okręty, kościoły, budowle, drżąc ustawicznie, by kobiety nie zauważyły anielskiej urody 
chłopca, nie zapragnęły jego niewinności, lub co gorsza, by nie wpadł w oko któremu z dworaków greckich 
i nie dał znęcić się do wstrętnej, męskiej rozpusty. Jak'dotąd, udawało się to staremu, lecz noce były coraz 
gorętsze, wonniejsze, słońce rozpalało coraz silniej, a zachęcone powodzeniem dziewki greckie, o 
umalowanych policzkach i oczach przedłużonych farbą aż do skroni, przychodziły już same do obozów, 
zaglądając wyzywająco w głąb namiotów.
Baldwin, zapytany o zdanie, krzyknął, że należy jechać, po czym nie czekając dalszego ciągu narady, siadł 
na konia i pognał do grodu. Żal mu było tracić choć jednej godziny. Wyzyskać, wyzyskać uciechy 
przedziwnego miasta, wiele tylko starczy sił. Każdy dzień, każdą noc. Tym bardziej że Gontrana dziwnie w 
ostatnich czasach złagodniała, a raczej zobojętniała na to, co on czyni. Bogu dzięki.
Kto inny natomiast robił mu wyrzuty... Trudno uwierzyć:
T ona!! Rozzuchwalił dziewczynę i teraz pozwalała sobie
tac cierpko pana, skąd wraca i gdzie noc spędził! Inny
kazałby ją ochłostać i przywrócił do porządku, ale Baldwin
był miękki i zawsze musiał podlegać jakiejś kobiecie.
"Grner Guillebaut wstał i gniewliwym głosem wypowiedział swoje zdanie. Ruszać należy natychmiast, ale 
wszystkie białki trzeba ostawić w Bizancjum. Niech ani jedna nie plącze się przv obozie! Bo z nimi 
zginiemy wszyscy, nic nie zdziaławszy...
__ Kobiety są utrudnieniem w pochodzie — przyznał biekup — ale jakże je ostawić? Ślubowały, podobnie jak my...
__ Co ich ślubowanie znaczy!? Ślubowanie białki! Ostawić
je; jeśli mamy dojść!
__ To niemożliwe — stwierdził biskup. — Dziewek i tak
w naszych obozach nie rna, tylko urodzone białogłowy i ich dworki...
— To wszystko jedno! Urodzona, nieurodzona, jeśli białogłowa, trzeba ją ostawić! Wiem, co mówię! 
Słuszność mam! Powiadają, że basileus ma dwadzieścia tysięcy rzezańców; niechby odstąpił dwie 
setki do strzeżenia albo w pasy je opiąć i dopieroż spokojnie odjechać...
— Oszaleliście, rycerzu!?
— Hańba! Hańba! Niecnotę naszym małżonkom zarzuca!
— Nie godzi się nam słuchać spotwarzania szlachetnych naszych niewiast! — zakrzyknął Rajmund 
siny z gniewu. — Ja staję za ich cześć! Odwołajcie natychmiast wasze oszkliwe gadanie!
Omer Guillebaut parsknął śmiechem.
— Odwołać! A jużci! Możecie mnie rozsiekać, a do końca będę wołał to samo. Baby — to zguba wyprawy! 
I wszystkie są jednakie! Nie ma różnicy! Dziewka czy księżna! Każda ma tylko rozpustę na myśli! 
Przez nie wszystko zło na świecie! O nich Merlinowe przepowiednie mówią... Posłuchajcie tylko... 
„Porwie się czapla z Kalateryjskiego kraju"...
— Milczeć! Milczeć! Nie Iza wśród nas hańbić niewiast!
— Milczcie albo przysięgam na Boga, że te słowa wrócą warn z mieczem do gardła!!
Ostawcie go! To szaleniec! — błagał biskup, chwytając
Rajmunda za ręce. Walka między grabią St. Gilles a Omerem
uuiebaut musiała przerodzić się niechybnie w bitwę Proansa czyków z Normanami. Za wszelką cenę należało temu
Azić. Nie bacząc na nie biskup padł na kolana przed
Rajmundem, który zaskoczony tym ruchem usiadł i upuścił miecz. Ze swej strony Arnuld de Rohes 
wyprowadzał z koła rycerza de Guillebaut, mamroczącego nieustępliwie pod nosem, że wszystkie białki są 
plugawe i wszeteczne.
— Dla was, dla was, wielebny, dałem mu ujść z życiem — warczał wściekle Rajmund — lecz jeśli się tu 
jeszcze kiedy pokaże, zasiekę jak. psa!
Raul de Beaugency nie brał udziału w sporze. Zdaje się, że zgoła nie słyszał, o czym mówiono. Pochłaniała 
go całkowicie własna troska. Był zgubiony nieodwołalnie zgubiony. Złamał przysięgę czystości, żył z 
niewiastą, a zatem był znowu w mocy szatana. Może zresztą być w jego mocy nie przestawał? Z rozpaczą 
przypominał sobie, że idąc za ową kobietą, żoną dowódcy wigilów, do jej sypialnej komnaty, nie działał w 
porywie głuszącym wszelkie uczucia. Nie! Był zupełnie przytomny i trzeźwy. Zdawał sobie sprawę z tego, 
co czyni, i zamiast ze zgrozą uciec od pokuśnicy, odczuwał złą radość z powodu, że tak właśnie postąpi i że 
nic go od tego nie powstrzyma... To> diabeł myślał przez niego, to diabeł czynił przez niego... Nie zda się 
już na nic walka. Próżne usiłowania. Jest potępieńcem, dla którego nie masz nadziei, nie masz ucieczki ani 
w życiu, ani w śmierci...
Gdy się już wszyscy mieli rozchodzić, Robert flandryjski zabrał głos mówiąc, że należy jechać i że 
przyczyna tak długiego gadania jest dla niego niezrozumiała. Czy wyszli z kraju po to, by siedzieć w 
Bizancjum, czy iść do Ziemi Świętej? Czy ślubując liczyli na pomoc basileusa, czy na swoje siły? Wszelka 
rada jest bezprzedmiotowa, jeżeli nie ma na celu ustalenia, którego dnia wychodzą. On radzi pojutrze.
Zwięzła jego, prosta przemowa robiła wrażenie, ale natychmiast podnosił się Szczepan de Blois, 
przedstawiając wszystkie "za" i „przeciw" rychłego wyjazdu w sposób tak uczony i wielostronny, że 
słuchaczom mąciło się w głowie i ostatecznie rozchodzili się nic nie uchwaliwszy. Dnie mijały. I kto wie, 
czy stosowanie do przepowiedni Godfryda nie doczekaliby się drugiej zimy, gdyby pewnego dnia galera 
cesarska, jedna z zaopatrujących w żywność obóz krzyżowców Piotra Eremity, nie wyrzuciła na ląd 
kilkudziesięciu obłąkańców, do żywych ludzi niepodobnych, zwiastunów straszliwej nowiny.
Okropna wiadomość zaiste! Walter Bez Mienia i doradca jego, Jerzy Burel, ośmieleni powodzeniem swych 
wypraw
zbójeckich na ludność miejscową, uderzyli na Turków, zajęli twierdę Xerigordon, wyrżnęli załogę. 
Zdufnieli. Szczęśliwi, ze pierwsi rozpoczynają wojnę z Saracenami, ruszyli cały obóz i posunęli się aż pod 
Niceę. Tam, nie ubezpieczonych czatami, nie przygotowanych do rzeczywistej obrony, otoczyły oddziały 
sułtana Kilidż-Arslana i wyrżnęły wszystkich co do nogi. Wszystkich! Nie ostał się nikt, prócz tych kilkudziesięciu, co zdołali zbiec. Otoczonych Turcy rżnęli bez wytchnienia przez trzy dni i przez trzy noce. 
Wybili ich prawie trzydzieści tysięcy, bo tyle pozostało ze stutysięcznej armii Piotra Eremity. Których nie 
umorzył głód w równinach węgierskich, którzy nie utonęli w Sawie, nie przepadli w Bizancjum, skończyli 
tutaj swe marzenie o Grobie Świętym, swą długą mozolną wędrówkę.,.
Wśród ocalonych znajdował się Piotr Eremita, z nim brat Hiacynt i Bartłomiej, wesoły kleryk z Marsylii, 
którego chybkie nogi nie mogły niegdyś usiedzieć na miejscu. Ci trzej uratowali się tym, że straszliwego 
dnia poszli do kościoła w. oddalonej o pół dnia osadzie i nie było ich w obozie, gdy otaczały go tureckie 
wojska.
Wszystkie te szczegóły opowiadał brat Hiacynt, gdyż Piotr nie był w stanie przemówić ani słowa. 
Nieprzytomnym wzrokiem rozglądał się po kątach izby żegnając się ustawicznie i szepcząc słowa 
egzorcyzmów. Gdziekolwiek spojrzał — widział szatana. Ten triumfujący wróg zmuszał go, by ustawicznie miał w oczach straszliwy obraz rzezi, by nie mtógł
nim ani przez chwilę zapomnieć. By nieustannie słyszał jęk konających i wrzask trwogi żywych. 
Nieludzki wrzask. By nieprzerwanie rozpamiętywał nędzny koniec wielkiego porywu. Koniec! Koniec! 
Było ich trzydzieści tysięcy. Zostało... trzydziestu... Wyrżnięto mężczyzn i kobiety. Igrców i mni-' 
chów. Rzemieślników i rolników uczciwych, prostych, tak samo jak przebiegłych rzezimieszków. 
Wszyscy zginęli jednakowo, bez różnicy. Matki i ich maleńkie dzieciątka. Podrostki
staruchy. Wszyscy!
Jednako zginęli ci, co poszli z prawdziwej gorącej miłości . ożej, śniąc o Jeruzalem po nocy, jak zbóje, 
którzy chrzęści-|aa sprzedawali niewiernym w niewolę. W jednym okrzyku zrnieszały się jęki pobożnych 
przepisywaczy ksiąg i rozpustników, co dawno Boga i celu .świętego zabyli. Z olbrzymiej nijct już LQ Sweg 
kraju nie powróci ani do wyzwolenie Grobu Świętego się przyczyni. Ani zazna lepszej doli, ani zbawioną 
zobaczy. Nie posłużyła na nic ich męka.
Stała sią zbędna i nieużyteczna. Skończyła się, skończyła Się wielka, powszechna wyprawa krzyżowa 
Piotra Eremity...
Zginęli Walter Bez Mienia i jego zły doradca Jerzy Burel. Zginęły Laurentowa i gruba Martyna, co niegdyś 
czciły Piotra, a potem poniewierały. Zginęły dziewczęta, co dwa lata temu idąc przez doliny francuskie, 
plotły wieńce na łąkach i śpiewały pieśni. Wszyscy zginęli klnąc, bluźniąc, wyjąc ze zgrozy i płacząc. A 
wszystkiemu był on winien, Piotr, on i nikt inny... On ich z domów wyprowadził...
O tak, szatan mógł się z niego natrząsać, mógł szydzić do woli. Nawet dobrotliwe ręce biskupa, 
obejmującego po ojcowsku Piotrową udręczoną głowę, nie mogły przesłonić tego szyderczego wzroku 
świdrującego mózg na wskroś, jadowitego wzroku, przed którym nie było ucieczki, podobnie jak dla Raula, 
ani we śnie, ani na jawie, ani w śmierci, ani w życiu...
Na poły obłąkany, skulony w kącie namiotu, Piotr szczękał zębami dygocząc jak w zimiiicy. Brat Hiacynt, 
poruszony własnym opowiadaniem, łkał, a zebrani panowie uchwalili wyruszyć natychmiast. Już nawet 
najgorętsi zwolennicy słodkiego pobytu w Bizancjum głosowali za szybkim pochodem. Straszliwa góra 
ciał pozabijanych, porzuconych bez pochówku na pogańskiej ziemi, wołała pomsty, kołatała palącym 
wyrzutem. By panowie baroni, panowie rycerze pośpieszyli się więcej — nie byliby, nie byliby wyginęli ci 
chrześcijanie!
W drogę! W drogę! Gdy to jednogłośne postanowienie zapadło, nawet Hugo, nawet de Melun poczuli się 
lepiej. Dość greckich rozkoszy. W drogę!
Ładowanie wojska na statki odbywało się sprawnie i szybko. Nieprzeliczone złociste galery krążyły od 
brzegu do brzegu wysadzając przewiezionych, wracając po nowych. Sam cesarz na koniu okrytym złotolitą 
kapą, w wysokiej koronie na głowie, z berłem w ręku, otoczony błyszczącą od klejnotów świtą, patrzył z 
brzegu na odjazd wojsk latyńskich i swoich. Przy dźwięku dzwonów, bijących we wszystkich monasterach, z bramy grodu wyszła procesja. Patriarcha szedł błogosławić odchodzące wojska Butumitosa. 
Poprzedzający procesję oddział żołnierzy miał białe tuniki i złocone włócznie. Jeden z biskupóy/ 
wschodnich niósł wielki krzyż srebrny z relikwiarzem pośrodku. Otaczali go mnisi, trzymający na 
wysokich czerwono malowanych żerdziach złote posągi Serafinów. Za nimi patriarcha i bandofory — 
chorążowie, niosący labarum z monogramem Chrystusowym. I nieprzeliczony tłum. Wszedłszy na najbliższy statek patriarcha błogosławi swoich — tylko swoich. Ustawia się tak, by wiatr nie niósł 
jego błogosławieństwa w kierunku Latynów. Na co im jego modły? Mają swojego biskupa...
Biskup Ademar stoi już na przeciwległym azjatyckim brzegu. \Vokoło niego panowie rycerze. Do nich 
przemawia. Od chwili/ gdy tu stanęli, on jest ich wodzem naczelnym. Zaklina, by się temu poddali, nie 
psuli wielkiego dzieła wygórowana pychą i waśniami. Przypomina, że najświętszym przykazaniem 
rycerskim jest męstwo i dobroć. Te dwa. Nie zabaczcie o tym, woje Chrystusowi! Bo któren jest mężny — 
jest prawy: kłamstwo to przymiot tchórza. Któren jest dobry, nie obrazi Boga, nie ukrzywdzi żadnego 
stworzenia. Będzie cichy, nie wynoszący się nad innych, niekłótliwy. Mężny i dobry nie będzie nigdy 
zawstydzony, ni przez Boga, ni przez ludzi, a nie masz wszak na świecie boleśniejszej i cięższej rzeczy jak 
wstyd. Męstwo i Dobroć! Na rany Chrystusa! Pierwszego wam nie trzeba zalecać, ale weźcie w serce 
drugie...
Rzucał w nich te słowa jak żywe strzępy, zalecając cichość, ustępliwość, pokorę krwistym bykom, 
przerosłym na wskroś nieugiętą pychą. I mówiąc, sam nie miał wielkiej nadziei, by słowa padły na ich 
dusze jak na dobrą glebę, a nie na opokę.
Woda pokryta jest statkami jak żywym, ruchomym pomostem, po którym przechodzi ustawicznie fala łudzi 
i koni. Kołyszą się lasem włócznie. Złote zbroje pułku athanatoi, nieśmiertelnych, błyszczą z dala jak 
słońce. Wojska Godfryda, Rajmunda, Boemunda, obu Robertów ustawiają się porządnie w szyk pochodu. 
Pierwsi z latyńskich rycerzy (jeśli nie liczyć Tankreda, który obozuje tuż) stoją na ziemi azjatyckiej. Na nie 
znanym nowym lądzie. Nie znane leżą przed nimi drogi. Nieznane dzieje. Boże, miej ich w swej opiece!
Jest rok Pański , miesiąc maj.
Od rozpoczęcia powieści, od chwili gdy rycerze śląscy rozgromieni pod Kruszwicą zdążali puszczą-borem 
ku domowi, gdzie na Imbrama Strzegonia czekał świeżo narodzony syn — minęły dwa lata.
Rozdział dziesiąty JESZCZE JEDEN NOWY ŚWIAT
Nieopisanie wielkie cmentarzysko kości rozkłada się na miejscu ostatniego postoju armii Piotra Eremity. Na 
przestrzeni mili kwadratowej bieleje ziemia od. nagich piszczeli. Czaszki, klatki żeber, biodra i golenie 
rozwleczone są przez drapieżców po wzgórzach, wąwozach, zaroślach. Nie zbierze nikt swoich kości na 
ostateczny dzień Sądu, gdy przyjdzie stanąć w Jozafatowej dolinie. Przez kilka tygodni żerowały tu szakałe z 
całej Bitymi i Frygii zebrane. Nocą płoszyło je sieknięcie lwa. Płowy, wielkogłowy zwierz-pan podchodził 
niedbałym krokiem. Rozgarniał łapą gnijący stos trupów i odchodził z pogardą od zbyt śmierdzącego padła. Nad 
rojowiskiem szakali kołowały stada sępów. Skwir gołoszyjców dawał się słyszeć z'daleka. I dziś, choć kości 
dawno wybielały, siedzą one gromadnie na wzgórzach, kracząc i czekając, czy nowa, niespodziewana zdobycz 
im nie spadnie.
Pobożny imam w wielkim turbanie przechodzi mimo, obracając w dłoni różaniec. Z pogardą odwraca oczy od 
nieczystych kości giaurów. Niech Allach im miłosierdzia nie okaże! Pokarał ich. Chwała mu! Przyszli tu 
drapieżnym stadem i zginęli. Poznali moc Proroka. Niech imię jego będzie uwielbione! Podobno od Bizancjum 
ciągną nowe, jeszcze liczniejsze gromady niewiernych... Zginą podobnie jak ci. Allach jest wielki!
Z dalekiego szlaku sułtan Kiłidż-Arslan pisze do emira Mudżahida, syna Dżubaira, dowódcy załogi w Nicei, 
wielkim grodzie o potrójnych murach strzeżonych przez trzysta wież:
Allach jest wielki! Powiada mi Abdullach, syn Nadżiha, któren to usłyszał za pośrednictwem Abdul Hadżadża, syna 
Agbasa, że wiele giaurów przeszło Bosfor i ciągnie ku wam. Ilość ich równa się ilości piasku w morzu lub gwiazd na 
niebie. Są to te rzesze, żądne naszej zguby, których natarcie zapowiadają nam od dwu
. LOż wszakże znaczy ich liczba, skoro psy niewierne nie znają i karności, ani sposobu walki? Idą po zgubę, którą 
znajdą równie a;echybnie jak poprzedni, których naszym mieczem poraziła dłoń Proroka. Niech imię jego będzie 
pochwalone! Powiedz miłej żonie mojej, Dżuriszy, że serce jej niech pozostaje spokojne. Od nadchodzącej szarańczy 
żadne niebezpieczeństwo grozić nie może. Rozbiją cjg o mury grodu jak fala morska o skałę. Daj mi znać, gdy ta szarańcza ucieknie lub gdy ją wytępicie doszczętnie ku chwale Proroka. Allach z wami!...
Stary emir Mudżahid, syn Dżubaira, czyta ten list z należną czcią i szacunkiem. Ukończywszy całuje pieczęć, 
cmokając głośno, i wyciąga się ponownie na jedwabnej sofie, aby namyślić się nad jego treścią. Wiadomość o 
nadciągających wojskach niewiernych nie jest dla niego nowiną. Donieśli mu o tym już dawno jego wysłańcy. 
Żałuje, że niewierni, przybywający z Rumu czyli Europy, są tak mało ważnym nieprzyjacielem, z którym 
walcząc trudno zyskać sławę i zasługę. Zasługa wojny świętej! Pierwszą jest w obliczu Allacha. Wszak Prorok 
rzekł: „Allach miłuje tych, co walczą w obronie Koranu w szyku bojowym zwartym jak budowla ołowiem 
spajana"... I po wtóre Prorok rzekł: „Jeden postój na wojnie świętej więcej wart niż siedemdziesiąt lat modlitwy 
w domu". I po trzecie rzekł Prorok: „Kto walczy na wojnie świętej, choćby czas tak krótki, jaki upływa między 
jednym a drugim podojeniem wielbłądzicy, otrzyma niechybnie raj".
...Oby Allach zesłał świętą wojnę, radość serca wiernych! Oby zesłał również godnych nieprzyjaciół, dla których 
warto by wydobyć z duszy najpiękniejsze męstwo jak klejnot ze skarbca... Emir Mudżahid wstaje i wyciąga 
modlitewnie ręce w stronę kibli, czyli Mekki. Po czym uważając, że na taką nagrodę trzeba zapracować, nie 
wraca na miękkie posłanie, lecz zasiada do rozpoczętego przepisywania Koranu. Poza łowami — to jego 
ulubione zajęcie pochłaniające całe nieomal dnie. Przepisał już w życiu świętą księgę czterdzieści sześć yazy, z 
tego dwa razy czystym złotem. Niemała to zasługa, jakże nikczemna jednak w porównaniu z jednym postojem na 
wojnie świętej.
Oparłszy mocno dłoń w drewnianej podpórce, pisze z wolna m:iękkim pędzelkiem, literami, które wyglądają jak 
piękny, zawiły ornament, wiążący się w ścisły szlak.
— Kiedy zapadnie godzina, która ma zapaść, JeJ zjawieniu kłamu nie zada.
Ona poniży i wywyższy.
Kiedy ziemią wstrząśnie dreszcz
I góry rozsypią się w pył,
Staną jedni po prawicy, drudzy po lewicy.
A ci, co po prawicy...
Cóż z tymi, co po prawicy?
Wśród zwisających powojów i rozłożystych akacyj,
I wydłużonych cieni,
I owoców rozlicznych, i wysoko usłanych wezgłowi, i dzłewic[-rówieśnic rozkosznych, zażywać będą wygody. To dla tych, co po prawicy.
Nie usłyszą tam swaru ni posądzeń, jeno słowa: pokój! pokój! A ci, co po lewicy... Cóż z tymi, co po lewicy?
W skwarnym wichrze i ukropie, w cieniu smolnego dymu, w głodzie
[i poniżeniu
Trwać będą ci, co przedtem żyli w dostatkach A nie wierzyli w Proroka.
Lub mówili: Gdy pomrzemy i staniemy się prochem i kośćmi, czy też
[będziemy na pewno wskrzeszeni?
Pogrążeni w błędzie żreć będą z drzewa piekielnego Zakkum, Od którego zapłoną wnętrzności. A gasić żar będą 
ukropem, Żłopiąc jak spragnione wielbłądy. Taka będzie ich uczta w dniu sądu!...
Zmęczony emir Mudżahid odkłada pędzelek.
...Toż samo będzie udziałem niewiernych, ciągnących z daleka ku Nicei... Podobno wierzą oni, że Chrystus 
jest Bogiem... Mniemanie bluźniercze i błędne. Jezus Chrystus jest czcigodnym prorokiem, dalekim 
wszakże od Wielkiego Proroka Mohammeda; Bogiem — Allach jedynie. Niechaj Iblis ogarnie 
niewiernych!
Emir Mudżahid woła eunucha, który powtórzy posłanie sułtana jego ukochanej żonie, Dżuriszy, 
pozostającej w Nicei. Eunuch biegnie żywo przez liczne komnaty pałacu. Na marmurowych dziedzińcach 
biją fontanny. Woda dzwoni i mieni się w słońcu. Okna opatrzone są kratami misternie rżniętymi z drzewa, 
zwanymi muszrabija. Stąd w komnatach panuje zawsze chłodny półmrok. Półmrok barwisty, gdyż w 
pułapach komnat, wykładanych rzeźbionymi belkami, wprawione są latarnie z kolorowych szkieł. Szkła są 
grube i szlifowane jak drogocenne klejnoty.
Dżurisza leży na posłaniu z poduszek. Jest piękna jak Aisza, ukochana żona sławnego księcia Hamdanidy, 
sułtana Aleppo. O nim właśnie śpiewają jej dziewki, wtórując sobie na cytrze:
Hamdanida, pan Aleppo, był waleczny i piękny. Najpiękniejszy, najwaleczniejszy z wiernych. Miał trzysta żon. Ale 
ukochaną jedną. Kto był ukochaną? Greczynka chrześcijanka była ukochaną. W jasyr wzięta, panią uczyniona. Panią i 
pierwszą.
...Pozostałe dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć żon nienawidzi nieczystej, którą kocha pan. Umawiają się potajemnie, 
że ją zabiją i zgładzą. Jedna poda jej truciznę, druga przebije oszczepem, trzecia, jeśli tamtym się nie powiedzie, 
zaciśnie sznur' jedwabny na jej białej szyi. Tak radzą nie wiedząc, że przysłuchuje się sułtan....
...Poszedł drżący z gniewu do ukochanej Aisz (wpierw u niewiernych nosiła imię Ireny) i rzekł:
— O, moja gołąbko, krynico mojej radości. Iblis, który świątobliwemu Abu-Bekri ukazał się niegdyś w postaci 
sędziwego starca z Nedżdu, przybrał sobie dzisiaj postać dwustu dziewięćdziesięciu dziewięciu niewiast. Oto, co 
mówiły o tobie, któraś jest jasnością mych spragnionych oczu. Biada im, albowiem zginą dziś wszystkie, pójdź 
popatrzeć, jak będą je tracić.
'— Nie trać ich, panie — prosiła z płaczem Aisza. — Jeśli to uczynisz, Jakże ujdę zemsty ich krewnych, ich ojców i 
braci? Nie skryję się nigdzie. Zabierz mnie lepiej stąd daleko w góry, zmuruj zamek kamienny, do którego nikt prócz 
ciebie nie będzie znał drogi, i tam osadź niewolnicę twoją. Gdyż dla ciebie, panie, porzuciłam niego Boga i mój kraj, i 
niczego nie pragnę prócz ciebie...
Hamdanida, chwalebny sułtan Aleppo, przycisnął ją do serca i powiedział:
— Tak się stanie.
I uwiózł ją w góry dalekie, i słuch o Greczynce zaginął... ...Kiedy umierał chwalebny sułtan Hamdanida...
Oczekujący dotąd końca pieśni eunuch poruszył się niecierpliwie. Dżurisza zauważyła go i zapytała: 
— Czego chcesz?
— Wielkie jest imię Allacha! Emir Mudżahid, syn Dżubaira, przesyła ci słowa, przez pana naszego 
sułtana Kilidż-Arslana w liście podane.
Słysząc to Dżurisza zerwała się z poduszek i skrzyżowawszy ręce na piersiach pochyliła się nisko, bo tak 
przystoi żonie słuchać słów mężowych.
— Wielki sułtan pisał, by serce twoje zostało spokojne, choć zgraja niewiernych pojawi się w 
dolinie koło grodu. Rozbiją się o mury jak fala morska o skałę.
— Serce moje pełne jest spokoju i radości, że pan mój o mnie pamięta — odpowiedziała Dżurisza.
Po czym w nagrodę za dobrą wiadomość podała wysłańcowi garść daktyli leżących w srebrnym naczyniu 
i ułożywszy się z powrotem na poduszkach, dała znak niewolnicy, by Podjęła dalej przerwaną opowieść.
...Kiedy umierał chwalebny sułtan Hamdanida, podłożono mu pod głową cegłę, którą z dawna kazał sobie 
przygotować. Z czego ulepiono tę cegłę? Z potu i pyłu wyciskanego każdorazowo ze skóry sułtana w łaźni wieczornej 
po bitwie z giaurami. Latami zbierano je, bo tak sułtan kazał. Chciał mieć śmiertelny zegłówek żołnierza...
Szczera radość panuje w „Grodzie strzeżonym przez Boga" z racji odejścia krzyżowców. Przez pół roku 
miasto żyło w ustawicznym niepokoju. Zbrojne tłumy, obozujące pod murami, mogły się stać nie lada 
niebezpieczeństwem dla stolicy, zwłaszcza że były to tłumy zuchwałe, łupieżcze, porywcze jak wicher i 
nieobliczalne.
Zarówno patrycjusze, jak plebs zasypiali codziennie z niepokojem, a dzień rozpoczynali modlitwą do 
Najświętszej Panagii Blachernitissy, by raczyła Gród od plagi grożącej uchronić. Blachernitissa próśb tych 
wysłuchała. Latyńcy przeprawili się przez Ramię świętego Jerzego, poszli do Azji, z której oby nie wrócili! 
Tego im szczerze życzono.
Po Matce Boskiej błogosławieństwa i pochwały idą ku basileusowi, który mądrą polityką okiełznał 
Latyńców. Nie żałował darów ze swego skarbca, nie szczędził zabiegów i trudu, byle szalonych pyszałków 
ujednać. Poniżył swój majestat, Apostołom równy, aż do zapraszania latyńskich wodzów na poufne 
pogawędki w małej Onyksowej sali! Cześć mu i sława! Oby Bóg przedłużył jego lata!
Bogacze, uwolnieni z ciążącej nad nimi zmory, składają sobie wzajemne powinszowania szczęśliwego 
uniknięcia grabieży. Wiedzione ogólnym uczuciem radości, trzy piękne córki Butumitosa, Teodora, Zoe i 
Agata, idą do Anny Porfirogenetki. Mają ku temu prawo. Matka ich była zosti, czyli pasowaną damą 
dworu, ten sam zaszczyt oczekuje je po zamążpójściu, przy tym ojciec, szlachetny dowódca sił zbrojnych 
cesarstwa, pociągnął z Latyńcami na niebezpieczną wyprawę.
Eunuch wprowadza je do okrągłej, złocistej sali, stanowiącej ośrodek należącego do córki basileusa 
gynaeceum. Zazwyczaj dumna i nieprzystępna, Anna przyjmuje je chętnie. Jest chciwa nowin.
Dziewczęta siadają na niskich poduszkowych siedziskach, basileusówna na podwyższeniu, w poręczowym 
krześle. Śliczne, młodziutkie niewolnice podają im bezszelestnie owoce smażone w miodzie i wodę 
mrożoną z winem, zaprawioną zapachem różanym albo fiołkowym. Rozmowa toczy się oczywiście o 
Latyńcach.
___ Tłumy ludzi — mówi Teodora — chodzą oglądać miejsce/ gdzie obozowali. Co prawda, nic tam 
ciekawego nie ma. Ubóstwo, brud, wygasłe paleniska, rozwleczona słoma... y\ przede wszystkim 
smród... smród... Śmieją się wstydliwie wszystkie trzy. Zoe dodaje:
,__ Czy uwierzy Wasza Wysokość, że ci barbarzyńcy nie
znają podobno wcale ustępów? Ich obozowiska są otoczone wieńcem nieczystości. Trudno sobie wyobrazić, 
jak błonie wyglądałoby w razie ich dłuższego pobytu!
— Zostało gruntownie nawiezione i to jest, sądzę, jedyna korzyść, jaką można osiągnąć od tych 
cudzoziemców...
— Co za szczęście, że odeszli! Po prostu lżej się oddycha, gdy ich w pobliżu nie ma!
.— Obmierzła dzicz!
— Równie ograniczeni, jak zarozumiali! Anna nie bierze udziału w tym chórze.
— Czyż wszyscy są tacy?... — zapytuje wahające.
— Wszyscy! — odkrzykują jednocześnie. — Ojciec mówił, że wśród tych Latynów, o golonej brodzie, 
zadartej pysznie głowie, rozdętych nozdrzach, skorych do gniewu, o prostackim sposobie 
mówienia, nie ma ani jednego, zasługującego na. miano człowieka, nie barbarzyńcy.
Anna chmurnieje, jakby osobiście urażona, i mówi chłodno:
— Widziałam ich na przyjęciu u Najświątobliwszego, Najpoboźniejszego basileusa, oby Bóg mu 
dał długie życie! i przekonałam się, że są między nimi rycerze, mogący śmiało współzawodniczyć z 
naszymi...
Siostry spoglądają po sobie zdumione. Co Porfirogenetka chce przez to powiedzieć? Prawdopodobnie 
bierze je na próbę.., I zaprzeczają gorąco. " '
— Współzawodniczyć z naszymi...? Wasza Wysokość raczy sobie żartować...
— Takich tam nie ma...
— Są — upiera się Anna. — Na przykład... na przykład... książę Tarentu...
To powiedziawszy płoni się ciemnym dziewiczym rumieńcem, płoni się aż po białka oczu. Ha, trudno. 
Można być córką basileusa, najdumniejszą, najuczeńszą panną świata, a Jednak rumienić się jak zwykła 
dziewczyna, gdy niebacznie czyjeś imię potrąci...
, Teodora, Zoe i Agata milkną zaskoczone, po czym z pośpiechem zaczynają mówić o czym innym.
Biskup Ademar wzdycha ciężko, patrząc na rozwleczone cmentarzysko kości. Łzy spływają mu po twarzy. 
Jak Piotrowi Eremicie lub Raulowi de Beaugency wydaje się widzieć wszędzie diabła, tak on teraz widzi 
przechadzającą się po tym polu — śmierć. Ona mówi. Mors dicit:
— Sami mnie wyzywali. Sami zgonu swego chcieli. Dlaczego miałam litość im okazać? Na wszystko 
jednako poluję. Jak czujny łowca gonię za sarną i wilkiem, ścigam żurawie i dropie, w dziupła ptasie lezę, 
kunie i wiewiórce nie daruję, a ludziom miałabym darować?... — Tak jest, jako prawisz, kostucho. Pallida 
Mors aequo pulsat pede pauperum tabernas regumgue tur r es...
Jesteś udziałem niezaprzeczonym wszystkiego. Lecz tu przesadziłaś w srogości... Nie mogłaś chociaż 
dzieciątek ostawić?... One cię nie wyzywały. Zeżarłaś gnaty starców, zarówno jak kruche kosteczki 
niewiniątek w pielgrzymce zrodzonych, co innego życia jak koczownicze nie znały... Kres ich w tej samej 
godzinie co tamtych starców dosytych... Dlaczego? Zali to Bóg im naznaczył życie krótkie jak zamknienie 
powiek? Czyli ty postąpiłaś przeciw Jego woli?... Czy zgonem ich kierował los, czy też przypadek?...
Mors tacet. Śmierć milczy. Zostawia w duszy biskupa najstraszliwszą rzecz: wątpliwość bez odpowiedzi.
Otaczający legata rycerze schodzą z koni. Czują się winni umartwienia tylu niebożątek. Nie śpieszyli 
dostatecznie. A że każde ich uczucie uzewnętrznia się bezpośrednio jak u dzieci, więc klękają, oskarżają 
sami siebie z głośnym krzykiem, walą w opancerzone piersi twardą rękawicą. Żal, skrucha przeradzają się 
w pragnienie pomsty. Zależeli pole w Bizancjum. Zapomnieli Saracenów. Teraz już nie zapomną. Nie 
stracą ani godziny. Naprzód! Naprzód!
I suną nieprzerwanie jak olbrzymi wąż. Niby łuska przebłyskują pancerze stalowe, szare, bure. Ciemne, 
jednobarwne, surowe, odbijające od świata Wschodu rozmiłowanego w połysku i świetnej barwie. Krok 
ich chrzęści. Miarowo dudnią kopyta. W zaroślach rozpłaszcza się lew niepewny, czy rzucić się, czy też 
uciekać. Zawczasu chroni się w wąwozy szakal. Sępy kołują nad szeregami wysoko. Czy to ci, co dostarczą 
im żywności, czy też mający być sami żywnością?
Suną przez urodzajne doliny Bitynii, przez rzadkie dąbrowy i wzgórza. Na południowych stokach rosną brzoskwinie, morele, niedojrzałe jeszcze melony. Pachną 
gorzkie migdały. Słońce pali żarem, lecz miły chłód zawiewa od morza. Na wyzłoconych polach kładzie 
się ciemna plama sunącego wojska. Wą trzema równoległymi szlakami, jak trzy bliźniacze rzeki. Trzysta 
tysięcy i więcej. Suną morskim wybrzeżem popod Nikodemie, czarodziejskie niegdyś miasto Dioklecjana a 
potem Konstantyna Wielkiego. Jeszcze inny wielki cień słania się na brzegu, o którym krzyżowcy nie 
wiedzą: wygnanego Hannibala, co skonał tutaj z tęsknoty.
Kraj, którym idą, jest piękny i stary. Podobnie jak w Prowansji zmieniło się już wielu bogów. Pierwotni 
mieszkańcy czcili boga urodzaju i gościnności, dobrodusznego Labaziosa, oraz boginię płodności, Kybele, 
zwaną przez nich matką Ma. Potem uczciwe te bogi zostały wygnane przez sromotne bóstwa fenickie,. zło 
miłującą Astarte i wspólnika jej, Attisa. Potem przyszły bogi greckie, bogi rzymskie, a na koniec Bóg 
Prawdziwy, chrześcijański. Bóg Prawdziwy władał pobrzeżem Azji Mniejszej przez więcej niż pół tysiąca 
lat, aż oto niedawno półksiężyc obalił krzyż i rozłożył się zwycięsko, głosząc swoją wiarę.
Muzułmanie, którzy wiarę tę przynieśli, nie są podobni do Greków ani do pierwotnej syryjskiej ludności. 
Przypominają raczej rycerstwo zachodnie. Gwałtowni, okrutni, odważni, zdolni do szlachetnych odruchów, 
zamiłowani w rycerskim geście i pieśni, szanujący swoje słowo. I zrozumiałą staje się rozpowszechniona 
gadka, że Frankowie i Saraceni pochodzą z jedjnego gniazda, że wywodzą się wspólnie od słynących z 
męstwa Trojańczyków.
Nie dbając o to rycerze nienawidzą żarliwie Saracenów. Podobnie jak stary emir Mudżahid, syn Dżubaira, 
modlą się, by wróg okazał się godnym ich męstwa. Płyną trzema rzekami. W górze kraczą nad nimi sępy. 
Prócz sępów ich własne myśli, ciążące jak chmura. Myśli te są sprzeczne, zawiłe, trudne d)tf zrozumienia 
im samym. Nigdy w domu podobne ich nie nawiedzały. W domu! Wszystko tam było łatwe, proste, 
zrozumiałe. Ludzie, którzy do rzędu skąpych przyjemności, starannie wymienianych przez trubadurów, 
zaliczali puszczanie krwi lub patrzenie, jak śnieg pada — zetknąwszy się w ciągu ostatniego półrocza z 
bogatym, różnorodnym, wymyślnym życiem greckim, musieli odczuwać mat w głowie. Oto nowy świat, a 
raczej wiele światów, odmienne oblicze Odkrycie to wzbudziło w nich niepokój, niemożność
powiązania nowych pojęć w całość. Jedne wrażenia spadały na nich gwałtownie jak ciosy, inne drążyły dusze 
powoli, lecz wszystkie działały niechybnie. Działały w jednym kierunku: obalenia dotychczasowego pojęcia o 
świecie, o jego rozmiarach, o prawach nim rządzących. Pojęcia te wydawały się dotąd niewzruszalne, a teraz 
pękały jak zwątlałe nici. Więc wykolejeni rycerza nie wiedzą, co począć ze swą rozbudzoną nagle ciekawością, 
zmysłowością, dociekliwością. Jedni nurzają się całkowicie w Bogu jak Godfryd. Inni mniemają, że są w ręku 
szatana jak Raul. Biskup rozprawia ze śmiercią. A jeszcze inni suną tępo przed siebie, niezdolni rozplatać 
własnych uczuć, dają się bezwolnie nieść wypadkom. Wszystko jest dla nich zbyt dziwne, zbyt nieoczekiwane. 
Choć nieuświadomione, uczucia te przemieniają ich powoli. Każdy codziennie budzi się cokolwiek innym, niżeli 
zasną! z wieczora. Zachodzą w nich zmiany, o których sami nie wiedzą. Tak wędrują latyńscy rycerze. Na ziemi 
ruchliwy cień. Nad głowami sępy i zolbrzymiałe, przerastające ich pojęcia, więc coraz goręcej modlą się o 
walkę. W ogniu bitwy zginą, przepadną niewłaściwe rycerzom wątpliwości.
Tych zmian, tych udręk, szarpiących krzyżowców, nie zauważą, nie zapiszą towarzyszący im uczeni kronikarze. 
Zrozumieją je dopiero po wielu wiekach potomni. Zapiski o nich nie mówią. Nie z braku obowiązkowości 
piszących, o nie! Jedynym staraniem kanoników Rajmunda d'Aguilers i Foucher de Chartres jest dokładne 
zapisanie wszystkiego, co się dzieje dokoła. Nie jedzą, nie śpią, z każdego postoju korzystając, by pisać, pisać. 
Gęsie pióra szeleszczą niestrudzenie po cienkim, przednim pergaminie, zakupionym w wielkiej ilości w Bizancjum. Pomimo tego nie dojrzą najistotniejszych spraw, które stanowić będą o właściwym znaczeniu krucjaty. 
Może są zbyt blisko, może patrzą zbyt drobiazgowo. Biadają jednogłośnie nad szerzącym się pośród 
krzyżowców zepsuciem, lecz przyczyny i smaku drożdży, sprawiających ten groźny zaczyn, poznać nie umieją.
Rozdział jedenasty POD MURAMI NICEI
Od Nikodemii morze, towarzyszące dotąd wiernie krzyżowcom, widoczne z każdego wzgórza, uciekło na 
zachód. Szlak wojsk prowadził na wschód, ku Helenopolis, całkowicie zniszczonemu czasu ostatnich walk 
Greków z Saracenami. Potężne góry Arganton zamknęły drogę idącym. Na szczytach leżał dawno nie widziany 
śnieg. W te góry należało wejść, należało je przejść. Przedrzeć się przez gardziele głębokie, lecz wąskie, 
zawalone głazami, zarosłe cierniem. Po uciążliwej przeprawie na drugi brzeg rzeki, zwanej przez .Greków 
Drakon, czyli wąż, dla licznych zakrętów, a przez niewiernych „Rzeką czterdziestu brodów", wojska rozłożyły 
się obozem w dolinie. Cztery tysiące ludzi zbrojnych w topory i osęki ruszyło w przód, by rozszerzyć drogę, 
wywalać skały, wyrąbywać cierniste zarośla. Na skalnych, zawrotnie stromych ścianach wąwozu ryli krzyże 
jako drogowskazy i ślady swej pracy. Że wszystko, cokolwiek robili, robili mocarnie, przeto pozostawione przez 
nich głębokie rysy w kształcie krzyża - widoczne będą jeszcze za kilkaset lat, strzegąc od zabłądzenia 
pielgrzymów.
Z szczelin skalnych, z krzów kolczastych, zwanych saksaul, tak twardych, że siekiera krzesiła z nich iskry — 
wyszły na dźwięk mowy znajomej na wpół żywe widma. To Walter Bez Mienia i paru jego towarzyszy. W 
chwili pogromu poranieni padli na ziemię udając martwych. Nie ruszali się, gdy ich przygniotły potrójne, 
poczwórne i dziesiątne zwały trupów. Dusili się pod nimi, tracili rozeznanie, mdleli, ocykali na momlent, by 
zemdleć ponownie, i tak przez trzy doby, które trwała rzeź. Kiedyś w mroku ożywił ich prąd powietrza. Tuż 
Psisko, warczenie, skomlenie, mlaskanie. Lwy i szakale rozciągały trupy. Nad rannymi widniało niebo. Z trudem 
wyli ku pobliskim krzakom. Szakale z podwiniętymi pod siebie
ogonami cofały się o parę kroków i oblizując pyski patrzyły ciekawie. To, co przed chwilą było trupem, wkręca się v zarośla. Instynkt życia nagle rozbudzony każe moribundom skryć się, zaszyć głęboko, wpełznąć pod niedostępne nawet dla lwa, twarde ciernie, przywarować, wstrzymać dech. Przytaili się. Ustrzegli ledwo kołaczące się w nich życie, spełnili ten najważniejszy nakaz 
rodzaju. Ustrzec życie! Lizali się z ran, jak to czyni zwierz. W dzień wypełzali do wody i na pola. Rwali 
owoce nisko rosnące, żuli niedojrzałe melony lub wysysali mlecz z nieźrałych kłosów pszenicy. Noce 
spędzali w twierdzy twardych jak żelazo cierni, których kolce boleśnie kaleczyły wychudzone ciała. Tak 
bytowali nie wiedząc sami, zali są żywi czy umarli; czekali nie wiedząc na co. Aż doczekali się łoskotu 
siekier i głosów swojackich. Zrazu wzięto ich za upiory. Pomału wyjaśniła się rzecz. Przygarnięto ich, 
odkarmiono.
Na prośby biskupa Rajmund St. Gilles ciał Walterowi całkowity przyodziewek i miecz, który tenże po 
dawnemu zawiesił sobie na szyi. Lecz olbrzymi kościej, nawet gdy się po kilku dniach odżywił i stał 
podobnym do ludzi, nie był już dawnym Walterem, zuchwałym, srogim zawadiaką. W spowiedzi ze 
szlochem wyznawał biskupowi, że poczucie odpowiedzialności za śmierć tysięcy bliźnich zżera mu dusze i 
że serce w nim od tego schnie. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić — bo do pieszych włodyków przystać nie 
chciał, a rycerstwo patrzało na niego ze wzgardą — trzymał się namiotu biskupa. W namiocie tym 
przesiadywał już stale drugi rozbitek, mniej winien, równie nieszczęsny, Piotr Eremita, doszczętnie z rozumem skłócony. „Kukupetros", śmieszne przezwisko nadane mu w Bizancjum pono przez samą Annę 
Porfirogenetke. — przylgnęło do niego na stałe, odpowiadając doskonale jego obecnej duchowej postaci. 
Piotr, natchniony mówca z Clermont, mąż Boży, kierownik uwielbiających go tłumów, przestał istnieć, 
rozwiał się. Pozostał „Kukupetros", pocieszny półgłówek, nieustannie widzący szatana, wszędzie, nawet w 
kubku wody.
Widok obłąkańca nie mógł być miły Walterowi.
— Na pomstę i hańbę Bóg nas dwu zostawił przy życiu — mawiał do biskupa. — Wolej bym skonał trzy 
razy, niźli sam ocalał, ja i ten biedny niedojda! Gdzie sprawiedliwość? Tamci poginęli, a my, cośwa ich 
tutaj wywiedli — żyjemy... Po co?
— Dla pokuty — odpowiadał z powagą Ademar.
Imbram szedł szybkim krokiem, zakręcił koło namiotu i natknął się twarzą w twarz na obszarpańca 
przyglądającego
rjo uważnie koniom. Przybłęda był chudy, zgarbiony, o twarzy wydłużonej i wąskiej jak pysk łasiczy. Nie 
zauważył również nadchodzącego i cofał się teraz pośpiesznie, z kornym lakiem. Bełkotane pod nosem 
wyrazy przykuły przechodzącego rycerza do miejsca. Chwycił obdartusa za ramię, zajrzał mu w oczy, 
krzyknął ze zdumieniem.
— Chebda!
Tak, istotnie był to Chebda, niewierny sługa, co rzucił niegdyś swoich przyrodzonych panów, by 
samodzielnie iść na świętą sprawę. Ocalał z pogromu razem z Walterem Bez Mienia i teraz plątał się po 
obozach, niczyj i bezpański. Pociągnięty siłą starego przyzwyczajenia, odszukał obóz Ślązaków, by 
popatrzeć, co się tam dzieje.
— Chebda'! — powtórzył Imbram miękkim głosem. Sam nie wiedział, kiedy ułapił chudziełca w ramiona i 
ucałował jak równego sobie. Jak gdyby Chebda był opuszczonym domem, za którym Imbram przeżywał 
właśnie ostry napad tęsknoty. Znajome lico sługi stanęło w oczach niespodzianie, bliskie jak rodzona 
strzecha. Ucałował go, uściskał i cofnął się o krok zmieszany. Badawczo rozejrzał się, czy nikt 
niewczesnego wybuchu poufałości z poddanym nie widział. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu, 
tylko Benito szczotkował starannie zad przywiązanego do drzewa konia udając, że jest całkowicie zajęty 
robotą.
Imbram odetchnął. Znów widział w przybyłym jedno tylko: dawno nie widzianego swojaka. Roześmiał się 
radośnie, prawie dziecinnie.
— Bacz, stary — rzekł — źrebiec dobrze się trzyma. A jako ci się tu widzi? Śmieszny kraj... Do żniw już 
się gotują, a u nas żyto pewnie dopiero się kłosi?...
— Dopiero się kłosi... — powtórzył Chebda jak echo.
Obu wydało się, że widzą łan, ten przed dworem, pod lasem, pokryty błękitnozielonymi piórami młodego 
żyta. Na łęgu modrym od niezabudek żaby grają. Woń żywiczna niesie się od boru... PCraSka przelatuje z 
drzewa na drzewo... Na grudzi Pasą się konie...
Wpatrzonych niemo w ten zwid zaszedł Zbylut.
~~ Jesteś, łazęgo — zauważył obojętnie. — Że to cię nie . ™pili?... Użyłeś swobody?... Możesz ostać, ale 
pomnij, że jakby ci jeszcze raz przyszła ochota...
Dopowiadając myśli świsnął znacząco trzymanym w woni prętem.
hebda skulił się, zmalał. Po prawdzie zapomniał, że jest
własnością swych panów, własnością, którą mogą srogo za odejście ukarać. Nie zastanawiał się jeszcze, 
czy tu zostanie, czy nie. Przyszedł ot, tak sobie, popatrzeć... Od półtora roku odwykł od poddaństwa. Głos 
Zbyluta przypomniał mu je natarczywie. Przypomniał je również Imbramowi. Wróciło poczucie odległości 
dzielącej rycerza od sługi. Imbram odsunął się mimo woli. Rumieniec oblał mu twarz na myśl, że starszy 
brat mógł nadejść wcześniej.
Zbylut odszedł, lecz oni obaj zostali zakłopotani, spłoszeni. Chebda kręci się niespokojnie, pyta o to i 
owo... Gniada kobyła czy zawsze obłamuje sobie kopyto?... A Jego Miłość pan Głowacz jako się mają?... A 
Wasza Miłość czy z Benita zadowoleni?...
— Bardzo, bardzo — mówił Imbram. — Powiadaj no, stary: tamci, co z tobą poszli, Chróściel, Dulęba, co 
z nimi?...
— Poginęli wszyscy. Dulęba jeszcze w Bizancjum kajś się zawieruszył... Użyli my dużo biedy — dodaje 
poufnie.
I znów milczą. Chebda przestępuje z nogi na nogę... Zostać, nie zostać? Jadło by miał zapewnione... Nie, 
nie zostanie. Lecz gdzie pójdzie? Biskup przygarnął wprawdzie wszystkich ocalonych, ale pozostając u 
niego spotykałby ustawicznie dawnych swoich panów, należących do tego samego obozu Rajmunda St. 
Gilles... Trzeba się będzie uczepić gdzie indziej... Choćby i głodować znowu przyszło, mniejsza o to, byle 
nie należeć do nikogo...
— Wasza Miłość — baka nieśmiało — ja już pójdę... Nie ostanę...
— Idź z Bogiem.
W głosie rycerza jest prawie ulga. Tak, lepiej niech Chebda idzie. Imbram nie wie już, czemu go ucałował, 
i czuje, że to zagadnienie będzie go dręczyć, ilekroć spojrzy na starego sługę. Lepiej go nie widzieć.
I Chebda odchodzi.
To przelotne zjawienie się, ponowne zniknięcie — stanowiło przedmiot dłuższych rozmów w gronie 
polskich rycerzy. Głowacz nie posiadał się z gniewu i zwymyślał Imbrama jak żaka.
— Powiedział ci, że idzie sobie, a ty na to: Idź, owszem. Takeś powiedział?
— Ano.
— Boginkowy odmieniec! Niezguła! Dyć to nasz człowiek!
Nasz poddaniec! Nie miał prawa odchodzić, aniś ty nie miał prawa odpuszczać go bez mojego zezwolenia! 
Jaki mi łaskawiec! Na moją szyję, na moje źrenice klnę się, że drugi raz czegoś takiego nie ścierpię! Świat 
się przekocił do góry nogami! Zamiast ochłostać biegusa i na postronku za koniem uwiązać, odpuszcza 
go... Idź sobie...
Imbram bez słowa . wzruszał ramionami (dawniej nigdy by sobie na to nie pozwolił) i spoglądał na Jaśka 
Zaworę, pewien milczącego poparcia ze strony przyjaciela.. Prawo... Prawo... Na Śląsku było istotnie tak, 
jak Głowacz mówił. Sługę, co by chciał odchodzić, należało ukarać jak nieposłusznego psa, ale tutaj!? 
Odsądzili się od Śląska daleko^ odległością i nowym zgoła tokiem myśli. W świeżo zdobytych pojęciach z 
trudem mieściły się dawne.
Nie dla Głowacza. Zarówno jego, jak Momota i Ściborowica przemiany, nurtujące całe rycerstwo 
zachodnie, nie imały się zgoła. Pozostawali takimi samymi, jakimi przed dwoma laty opuścili Śląsko.
'.W Bizancjum czuli się na ogół lepiej niż w Tuluzie. Nie tylko dlatego, że tu znano piwo, zbyt ciężkie 
wprawdzie, zbyt korzenne, ale piwo — lecz że — spotykali w zaciężnych wojskach basileusa wielu Rusów, 
z którymi mogli ugwarzać jak ze swoimi. Jedynym przedmiotem ich rzeczywistej zgryzoty była niechęć 
basileusa do Rajmunda St. Gilles, długi za^ targ o przysięgę, załatwiony połowicznie, ku niezadowoleniu 
obu stron. Istota tego zatargu nie obchodziła sama przez się nic a nic Ślązaków, lecz odczuli na sobie jej 
skutki. Podobnie bowiem jak Prowansalczycy, nie dostali żadnych darów. Węgrzy, którzy po przybyciu do 
Bizancjum przyłączyli się, nie wiedzieć czemu, do obozu Szczepana de Blois, chełpili się przy każdej 
sposobności otrzymanym bogactwem.
kosztownościami wychwalając pod niebiosa besileusową szczodrotę.
— ^Nigdym nie miał szczęścia — narzekał słuchając ich (Jswięta Cwała — od dziecka mi się nie wiedzie... 
Bo i młodszym się urodził, i białkę mam puklatą, i ludzim w górach Potracił...
To jest prawda, że nam się nie szczęści od samego po— przyznawał gniewnie Głowacz -— a wszystko przez
Przygłupka Imbrama, co się wtedy w bramie obejrzał...
Tyle zmartwień przez niego!
na przyczyny tych darów nie otrzymanych pogniewali się na jakiś czas z de la Tourem, gdyż rozżaleni, 
szpetnie gadali na Rajmunda, którego tenże był przyjacielem. Pogodzili się jednak rychło, bo łagodny de la Tour nie był pamiętliwy, przy tym i Ślązacy, przyparci do muru, przyznawali, że na miejscu grabiego nie kwapiliby 
się do składania schizmatyckiemu cesarzowi przysięgi na wierność. Zresztą nadzieja rychłego starcia z 
Saracenami rozpogadzała wszystkich. Cóż ich może jeszcze czekać? Jedna, dwie zwycięskie bitwy, bogata 
zdobycz, spełnione śluby, możliwość powrotu w wielkim dostatku i chwale.
Nicea, pierwsza potężna placówka muzułmańska, jaką krzyżowcy mieli napotkać po drodze, pozostawała 
dopiero od czternastu lat w ręku niewiernych. Mury, wzniesione niegdyś przez Rzymian, były w swoim 
czasie wzmocnione i poprawione przez Bizantyjczyków z właściwym im rozmachem budowlanym i siłą. 
Potrójnym pierścieniem czteromilowej długości obiegały miasto. W gęstych odstępach z muru wyrastały 
wieże, czworokątne i okrągłe na przemian, ciężkie, przysadziste, warowne, ślepiące w dal maleńkimi 
otworami strzelnic. Tych wież było trzysta siedemdziesiąt. Z jednej strony miasto opierało się o stromą, 
lesistą górę, z drugiej mury spadały wprost do askalońskiego jeziora wielkiego jak morze. Twierdza 
zdawała się wyrastać wprost z jego szafirowej toni niby Afrodytę grecka. Jezioro ciągnęło się daleko na 
zachód, od wciętej głęboko w ląd zatoki morskiej, zwanej Nicejską, oddzielone wąskim pasem ziemi. 
Otaczające jezioro wzgórza zdały się w ten początek lata rajem pełnym niewysłowionej urody. Zza murów 
miasta wystrzeliwały pierzastymi barwnymi kłębami kwitnące krzewy. Wyżej, nad kwieciem, wznosiły się, 
jak ostre igły świdrujące niebo, minarety, którymi muzułmanie zdążyli już zaopatrzyć wszystkie kościoły 
nicejskie. Obite miedzianą blachą trzykrotne mury były szerokie na dziesięć stóp. Można było bezpiecznie 
jechać po nich konno, a nawet wozem. W najniższych miejscach mury te posiadały trzydzieści stóp 
wysokości. Do miasta wiodły trzy bramy. Południowa wychodziła na wielki szlak, wiodący skroś pustym 
ku Antiochii. Rzymskim zwyczajem brama składała się z trzech łuków sklepionych z marmuru. Łuki 
pokryte były piękną płaskorzeźbą, .przedstawiającą legionistów cezara Dioklecjana, zbrojnych we 
włócznie, okrytych szczytami. Przy wschodniej bramie, równie trzyłukowej, dochodził do miasta 
akwedukt, zaopatrujący gród w źródlaną wodę górską. W razie uszkodzenia akweduktu musiano się w mieście zadowalać wodą z jeziora, słodką, lecz niesmaczną, przejętą zapachem rybim. Trzecia brama, otwierająca 'się ku Bizancjum, wzniesiona była z marmuru szarego. Strzegł jej, na środkowym łuku umieszczony, przeraźliwy łeb Gorgony o włosach zjeżonych 
wężami. Oczy wiedźmy były białe, niby ślepe, lecz, ważę czujnie patrzały na każdego wchodzącego.
Pobożny przepisywacz Koranu, emir Mudżahid, syn Dżu-baira, dowódca załogi nicejskiej, stał na murze 
koło bramy, patrząc na zbliżające się nieprzeliczone szeregi niewiernych.
— Na zapylone w pielgrzymce sandały Proroka! To jest święta wojna! Allach jest wielki! — mruczał z 
zadowoleniem. Zbliżające się szyki nie przypominały w niczym łupieżczych band rozbitych przed dwoma 
miesiącami. To był nieprzyjaciel orężny, zbrojny i zwarty.
Ulubiona żona sułtana Kilidż-Arslana, Dżurłsza, nie podzielała tego zadowolenia. Kazała również wynieść 
się na mury, by zobaczyć nadchodzącego nieprzyjaciela. Czarni rzezańcy o 'muskułach ze stali, ze złotymi 
obręczami na przegubach dłoni i nóg, nieśli jej kosztowną lektykę otoczoną gromadą starannie 
zakwefionych niewolnic.
Emir na widok orszaku pokłonił się nisko. Choć lektyka była szczelnie opięta i nie można było dostrzec nic 
wewnątrz, zasłonił oczy końcem turbanu, by nikt nie posądził go o chęć ujrzenia oblicza niewiasty sułtana.
Dżurisza westchnęła i kazała się nieść dalej. Widok był zewsząd ten sam. Nie objęte wzrokiem masy 
zbrojnych ciągnęły ku miastu. Zlewały się z trzech stron jak trzy wielkie rzeki. Na widok stojących na 
murach obrońców podnosili groźnie dłonie do góry, potrząsając kopiami. Okrzyk „Bóg tak chce!" 
przelatywał nad szeregami jak grzmot. .Podkreślał go warkot bębnów, nowości nabytej w Bizancjum, gdzie 
ją przejęto od Saracenów. Chrapliwie i groźnie ryczały surmy drewniane i srebrne, rzwały rogi turze. W 
bojowej wrzawie trąb, bębnów i rogów wojska krzyżowców zajmowały stanowiska na obozy. Godfryd z 
Baldwinem od wschodniej strony miasta. Obaj Roberci, Boemund z Tankredem i Szczepan de Blois z 
północnej, Rajmund St. Gilles zaległ od południa, przecinając drogę, którą mogłyby nadejść oblężonym 
posiłki. Jedynie strona jeziora, pozostała wolna, jako strzeżona wodą sama przez się.
Potężny wygląd murów zapowiadał długie i twarde oblężenie, przeto nie tracąc chwili czasu, wojska 
latyńskie zaczęły pracować nad umocnieniem swych obozów, należytym ich obwarowaniem. Ziemia 
furczała spod łopat, kopiących rowy. Inni grodzili pastwiska, na które mieli puścić konie. Całe oddziały 
niosły faszynę, gałęzie i drzewo. W przeciągu dwóch dni ogołocili wszystkie okoliczne wzgórza z zielonej 
szaty lasów. Spłoszone ptactwo i zwierz leśny uciekły daleko w głąb lądu. Zwiędłe gałęzie i liście pokryły 
brzeg jeziora. Lecz drzewa było mało, ciągle mało. Na opasanie mocnym częstokołem trzech gromad, po 
sto tysięcy w każdej, trzebaj^ ściąć wiele dębów, cedrów, buków. Wprędce ich nie stało. Nie stało chrustu 
do wyplatania kobylłc, mających zastawić przejścia w parkanach obozowych. A wojom nie chce się odchodzić po nie zbyt daleko.
Chrustu nie ma, natomiast są kości... kości... Bieleją wszędzie. Są ostre, mocne. .Nadają się doskonale do 
umocnienia płotów.
Pierwsi Normanowie zgarniają je na wozy jako materiał obronny. Inni zrazu brzydzą się takim postępkiem. 
Kość chrześcijańska nie ma się poniewierać. Pochować uczciwie, owszem, ale nie na płoty brać... 
Prowansalczycy, zawsze niechętni .Normanom, idą z tym na skargę -do biskupa. Niech zeklnie 
Normandczyków i zabroni.
Biskup myśli długo, zanim odpowie:
Ą jeśli niebożętom, w czyśćcu -ostającym, przyniesie ", g że się choć kością do świętej sprawy przyczynią? 
U prawda! Ten wzgląd nie przyszedł nikomu do głowy. Biskup łusznie prawi. Bezpożyteczna śmierć 
tysięcy pielgrzymów niech się bodaj kruszyną przyczyni. Niech kości zmarłych zabezpieczą żywych. 
Czaszki wystrzelone z wielkich proc, miotających głazy, niech wpadną do grodu niewiernych jak złowrogie ostrzeżenie... Słusznie...
Ci sami, co szli na skargę, zbierają teraz, gorliwie rozsiane po polach piszczele.
Niezależnie od tych robót, na przedpole, dzielące miasto od obozów, wyjeżdżają harcownicy spośród 
najpierwszych rycerzy. Uzbrojeni tylko w miecz, kopię i tarczę, podjeżdżają aż pod bramy, wyzywając 
męstwo niewiernych. Wprędce Saraceni dorozumiewają się, o co chodzi. Przez małą furtkę w bocznym 
łuku bramy rzucają na szeroką fosę mostek. Po mostku, natychmiast za nim wzniesionym, wyjeżdżają 
poszczególni jeźdźcy. Są przecudownie odziani w jedw.abne szaty błękitne, żółte, purpurowe. Wiatr 
wzdyma szerokie rękawy. Na piersiach i grzbietach lekkie pancerze z blachy pozłocistej. Na hełmie 
barwisty turban. Okrągły szczyt na lewym ramieniu. W ręku szabla, ze sławnej w całym świecie stali 
damasceńskiej. Migocą w słońcu jak drogocenne owady. Lekkim, pląsającym biegiem prześlicznych koni 
podjeżdżają ku Latyńcom, jak gdyby w zaloty. Rozpoczynają się harce. Z obu stron z natężeniem patrzą 
na nie setki i tysiące ludzi.. Patrzą, jak giętkość, błyskawiczna szybkość obrotów zewrze się w boju z 
żelazną, ciężką, nieruchawą siłą. Żelazne męże latyńskie czują się silniejsi, i de Melun, jeden z najlepszych 
harcowników, rży wzgardliwie na widok pogan, których zwie pacholętami. Sadzi wprost na Ibrahima, syna 
Mudżahida, z kopią złożoną wpół ucha. Na czole konia ostry róg stalowy. Stalowe blachy na bokach, 
łuskowy, błyszczący kropierz osłania zad. Siodło głębokie, wąskie, sterczy wysokim łękiem z przodu i z 
tyłu. Łęk osłania brzuch rycerza, lecz zarazem uniemożliwia wszelkie poruszenie. W rycerskim siodle 
można tylko siedzieć pro-*o, nogi mając sztywno wyciągnięte. Ani pochylić się. w przód, ani w tył.
przyłbicą poddartą do góry, jako przystoi w czas harców,
stalowym szłomie, pancerzu, w blachach okrywających
a' ramiona, golenie, długą kopię ująwszy krzepko w garść,
ńan e Mełun wali wprost na Saracena, który stoi patrząc
Uego jakby z ciekawością. Stoi, nie porusza się. Pod kopytami francuskiego źrebca ziemia drży. Kopia przebije na wylot lekkomyślnego przeciwnika. Przebije?... 
Może tak, a może nie. W chwili gdy pobladłe usta stojącego na wałach emira Mudżahida, ojca Ibrahima, 
nie są zdolne wymówić: Allach jest wielki! — młodzieniec odskakuje w bok. Kopia przeszywa próżnię. 
Rozpędzony rycerz z trudem hamuje konia, zawraca kipiący złością, składa się ponownie, znów pędzi, 
znów mija zwinnego jak lampart poganina. Co więcej, ostry dziryt, rzucony niechybną ręką, uderza go 
boleśnie w głowę wginając blachę szyszaka. Dysząc ciężko z pasji de Meluń wbija w ziemię kopię i chwyta 
oburącz miecz. Przedtem z rozmachem pluje w obie garście, nie z obawy, by rękojeść wypsnęła mu się z 
ujęcia siatkowej rękawicy, lecz w obronie przed czarami. Kreśląc mieczem wkoło głowy diabelskiego 
młyńca, podjeżdża już wolniej, pilnie bacząc na każde poruszenie przeciwnika. Powietrze świszczy od 
ciężaru miecza. Krzywa szabla Ibrahima połyskuje w słońcu. Już się dopadli. Straszliwy miecz z warkotem 
przecina pustkę, błyszcząca szabla bezsilnie kołacze po opancerzonym karku, po blachach ramiennych.
Taka igraszka może długo trwać, aż do zupełnego wyczerpania walczących. Zapasy brytana z wężem. 
Wiec też de Melun jest wściekły. Nigdy w życiu nie spotkał nic podobnego! I gdy w pewnej chwili Ibrahim 
odskakuje daleko na swym rączym, zwrotnym koniu, a Cieśla w pościgu za nim natyka się na innego 
Saracena harcownika, z całą siłą bezsilnej pasji zamierza się mieczem i przecina jeźdźca wpół. Ścina go jak 
drzewo w lesie. Tułów z głową upada na ziemię. Drgające uda trzymają się jeszcze konia tryskając 
fontanną krwi. Okrzyk grozy na murach. Okrzyki oburzenia i radości wśród krzyżowców. Oburzenia, bo 
przy harcach nie Iza walczyć z drugim nie pokonawszy wprzód swego; radości — że pierwszy trup padł po 
stronie pogan. To dobry znak. Niedbały o treść okrzyków, baczny na wszystko giermek Cieśli już zdejmuje 
z trupa zbroję, chwyta konia. Dla niego to najważniejsze.
— Allach jest wielki! — szepce emir Mudżahid, bo Ibrahim, duma starych oczu, nawrócił ku de Melun. 
Znowu związali się w tańcu. Szczęka głucho wielki miecz, kołacze ostro przenikliwie szabla.
Lecz w tejże chwili w obozach trąby poczynają grać zwo-. łująco, bo pora na Anioł Pański. Harcownicy 
muszą zejść z pola. Na ten raz dość. Po strome pogan zginęło pięciu ludzi,
o stronie chrześcijan trzech. Rycerze Roger de Forez, Baldwin du Gand i jeden giermek. Pierwsi polegli! 
Sława im! Będą jutro pochowani uroczyście.
_ . Allach jest wielki! — powtarza po raz trzeci emir Mudżahid i schodzi z murów, by dotknąć (bo uściskać 
nie przystoi) powracającego cało syna. Tak, to święta wojna! Święta wojna! W jeziorze, gładkim jak 
zawsze, odzwierciedlają się mury i białe obłoki. Na gankach minaretów stają jnuezini. Kłoniąc się w stronę 
Mekki wołają śpiewnie, że Allach jest Bogiem i nie masz nikogo ponad nim.
...Że Bóg chrześcijański jest jeden i nie masz nikogo ponad Nim — głoszą w obozie trąby i dzwon, co 
płoszy demony. i śpiew kilkuset tysięcy ludzi.
— Jeden jest Bóg i nie masz nikogo ponad Nim!
Stękając i prostując obolałe grzbiety, giermki i pachołcy obrabiali wielkie kloce, przeznaczone do sklecenia 
wieży oblężniczej. Siedząc opodal rycerze patrzyli na ich robotę. Wokoło czerniały gołe wzgórza. Trawa w 
dolinie była zdeptana i wyschła. Po jeziorze pływały wzdęte trupy, od. których rozchodzi się smród.
— My się tu trudzim — narzekał de Foix (na razie pachołcy się trudzili, nie on) — a Greki stoją sobie 
za jeziorem i o nic się nie kłopoczą!...
— Wiadomo, przyjdą do gotowego...
— Chyba ich wtedy wodzowie nie puszczą?!
— Ano, chyba...
— Powiadali — zauważył Imbram — że wódz onych, Butumitos, czy jak go zowią, jest chory... Medyki 
go leczą... To powiadał starszy od warangów, którego przysłali do biskupa pytać, czy powózek z ich 
zatraconym ogniem przysłać nie trzeba... Barony rzekły, że nie...
Słusznie. Lepiej się obejść bez tego paskudztwa.
— Wieże wystarczą.
Grecki ogień! Z pewnością zmusiłby przeklętą twierdzę do
szybkiej uległości... Rycerstwo latyńskie jednak nienawidziło
J broni zdradzieckiej, wzbudzającej zabobonny lęk. Używanie jej było według nich rzeczą niegodną rycerza, któremu
Przystoi tylko uczciwa walka wręcz, kopią lub mieczem.
c mija, jak trwa tu oblężenie, nie przynosząc żadnej niczej zmiany, choć na wszystkich odcinkach toczy się
zażarta walka. Rycerze niestrudzenie przystawiają do murów zbyt krótkie drabiny, które muzułmanie 
odpychają drągami i obciążone ludźmi przewracają z powrotem na walczących. Oblegającym udało 
się jedynie zasypać rowy ziemią i faszyną oraz zniszczyć do cna cały kraj wokoło. Poza tym twierdza 
stoi, jak stała, w potrójnym pierścieniu murów, za żelaznymi kutymi bramami, których nie ima się 
ogień ani topór.
Nim wieże oblężnicze będą gotowe, nie pozostaje nic innego jak mozolne kruszenie muru, obalanie go 
drągami i osękami. Niewdzięczna praca! Na oblegających muzułmanie miotają z góry kamienie, leją 
ukrop, smołę, zrzucają zapalone kłaki i nasiąknięte żywicą szmaty. Więc woje chronią się pod tarcze, 
w szyk zwany żółwim. Co drugi w szeregu osłania siebie i towarzysza uniesionym ponad głowę 
szczytem. Zresztą ukrop z wysoka wylany stygnie prędko na powietrzu, smoła, płaty płonące nie 
chwytają się blach pancernych i kaftanów skórzanych. Ogólne straty poniesione dotąd nie 
przewyższają tysiąca ludzi. Byle twarzy nie podnieść, bo wtenczas łatwo wzrok stracić w oka 
mgnieniu. Saraceny tylko na to czekają.
Więc.z głową skrytą pod przydaszek szczytu, pod którym chluszcze woda, smoła zastyga na brzegu 
czarnymi, lepkimi kolcami, milesy i oszczepniki łomocą osękami podważając mur. Gruz się sypie. Pył 
wapienny wisi w powietrzu jak dym. Gdy ręce towarzysza trzymającego szczyt omdleją, zamieniają 
się: ten chwyta tarczę, tamten drąg. Kują znowu jak dzięcioły.
. Lecz gdy zbyt ostro poczną wgryzać się niby krety, gdy mur rąbany na przestrzeni mili poczyna 
chwiać się w posadach, poganie, wysypują na głowy oblegających kosze pełne żywych węży: czarne 
lub miedziane, plamiste lub zygzakowate, mniejsze i większe, padają z sykiem. Przerażone, okręcają 
się wokół ramion, szyi. Tego nie mogą znieść nie tylko piesi woje, ale i rycerze. W zetknięciu się z 
gadem, z gadem, który jest jednem z szatanem, ogarnia ich nieprzezwyciężony wstręt .i lęk. Cofają 
.się w popłochu, oni, co nie cofają się nigdy przed niczym. Odskakują od muru, odsłaniają niebacznie 
głowy, zrywają wstrętne oploty. Walą szeleszczące pod nogami węże, czym się da, kto berdyszem, kto 
głuszką, kto mieczem. Pocięte dzwona drgają na ziemi. Muzułmanie wyją z radości i odtrącają 
drabiny, mocno przedtem przez chrześcijan trzymane, a widząc powodzenie tej broni najskuteczriejszej, zrzucają węże coraz częściej, coraz gęściej. Skąd ich tyle biorą? Czyż gród cały jest zamieszkały 
przez gady? To pytanie dręczy niejednokrotnie rycerstwo. Jedynie słuszne wyjaśnienie: czary. Obmierzłe 
kapłany pogańskie, zwołujące co dzień Saracenów z wierzchu minaretów na modlitwę, przemieniają 
w żmije kamienie grodu.
Co gorsza, krzyżowcy przekonali się, że muszą wbrew wszelkim rycerskim zwyczajom walczyć po 
zachodzie słońca. Nocą, jak zbóje! Dotychczas wojowali tylko z rycerstwem, podobnie jak oni 
pasowanym, szanującym te same umowy. Zgodnie z nimi, gdy pora była odmawiać Anioł Pański, walczący schodzili z pola. Trąby ogłaszały wzajemnie przeciwnikom, że następuje w działaniach 
wojennych przerwa do rana. Tej przerwy dochowywano uczciwie. W nocy ściga się złodziei lub 
wykrada dziewkę. W nocy toczą się skradki, zasadzki, zdradzieckie napaści, obmierzłe pasowanemu 
wojowi.
Saraceni byliż pasowanym przeciwnikiem czy nie? Niby tak, niby nie. Waleczni jak najlepsi, lecz 
równocześnie, zdaniem Latynów, obrzydliwie chytrzy, nieuczciwi, nie trzymający się przepisów 
szlachetnej walki. Od dłuższego czasu, co noc, spuszczali się na linach: i naprawiali uszkodzenia w 
murze, poczynione w dzień przez krzyżowców. Większe wyrwy Zatykali głazami, faszyną, ubijali 
piaskiem.
Zrazu rycerze, skoczywszy rano do dzieła, widząc nikły _ skutek wczorajszego trudu, sądzili, że — 
podobnie jak z wężami — działają tu pogańskie czary. Boemundowi woje wytropili jednak rychło 
nocną robotę oblężanych. Zaskoczeni tym i zmartwieni, postanowili zarzucić cne obyczaje i walczyć o 
każdej porze, wzorem pogan. Biskup rozgrzeszał ich i sami zachęcał. Stanęło na tym, że każda 
drużyna podzieli się na dwie części, z których jedna będzie kruszyć mury w dzień, druga strzec ich w 
nocy. Wraz też uradzono, że na harce nie będą wyjeżdżać nawet w niedzielę, a to, by okazać "wzgardę 
nieprzyjacielowi, co tak nieuczciwie poczyna.
Tym ostatnim postanowieniem wielce był zmartwiony pan de Melun, który nie mógł dotąd przeboleć, 
że nie położył Ibrahima, syna Mudżahida. Porywczo zapewniał, że nie opuści Nicei, dopóki go nie 
odnajdzie i w pojedynczej walce nie pokona,
Kto by z nim wcześniej bój nawiązał, będzie miał ze mną sprawę — groził.
, . razie pocieszał się miotaniem kamieni na mury, równie nie> jak to czyniły proce, a. 
nieporównanie celniej. Gdy
tylko zoczył turban, przebłyskujący na murach, rozkraczał nogi, a ująwszy w dłonie kamień tak wielki, że 
kto inny aniby go podniósł z ziemi, kołysał się wahadłowo, zrazu wolno, potem prędzej, aż rozmachnąwszy 
wyrzucał pocisk, który rzadko chybiał. Toteż gdy go dojrzano z murów, leciał na jego głowę rój strzał. Pan 
de Melun śmiał się swym śmiechem podobnym do rżenia, zapewniając, że nie na jego skórę te igiełki.
Zresztą nie tylko on jeden odznaczał się siłą dość wielką, by przerzucać kamienie przez mury. To samo 
czynili łagodny de la Tour i Walter Bez Mienia. Krzepką pięścią, a zarazem zawziętym uporem odznaczał 
się Rajmund St. Gilles, który pierwszy darł się na mury, po drabinie nieustannie odrzucanej, nieustannie 
podnoszonej. Kiedyś przybiegli za nim paziowie Elwiry błagając, by im pozwolił leźć ze sobą, a zwolnił z 
noszenia wachlarza i chusteczki. Bo też co prawda przez ostatnie dwa lata wyrośli z małych pacholątek na 
wcale słusznych otroków, o długich rękach, wielkich nogach, niezgrabnych ruchach. Paziowski białobłękitny strój nie był już wcale dla nich odpowiedni. Nogawice sięgały kolan, długie rozcięte rękawy, 
wystrzępione, wyblakłe, stały się kuse, zwisały jak szmaty. Chłopcy czuli się śmieszni i płonęli żądzą 
bardziej męskiego zajęcia. Rajmund byłby się chętnie przychylił do tej prośby, lecz Elwira ani słyszeć o 
tym nie chciała. Wyrzec się zwykłego orszaku? Cóż za umniejszenie! ,
Czas mijał, mijał. Upał doskwierał coraz natarczywiej. Słońce paliło nie znanym dotychczas żarem. 
Ogołocona z lasów okolica nie zachowała ani odrobiny cienia i rycerze poczynali żałować, że w zbytnim 
pośpiechu wycięli doszczętnie drzewa. Z daleka, o kilka mil, trzeba było ściągać kloce odpowiednie do 
budowania wież, czyli beluard.
Gdy materiał był już ściągnięty na miejsce, wyłaniała się nowa trudność, jak go użyć? W obozach zbywało 
na biegłych w swoim zawodzie cieślach. Byli tylko wojacy. Cieśle zginęli w gromadach Piotra Eremity. 
Każdy z rycerzy wiedział wprawdzie dobrze, że beluarda ma być związana mocno z belek jak dzwonnica, 
że z boku sterczeć musi taran w kształcie baraniego łba, grzmocący mur z wielką siłą, że mają być piętra, 
na których staną łucznicy, oszczepnicy i rycerze, a wszystko musi się poruszać na kołach pozwalających 
srogą twierdzę dębową posuwać wzdłuż murów. To wszystko wiedzieli. Ale jak zamysł wykonać? Jak 
kłaść zręby? W każdym obozie stukały zapalczywie siekiery, lecz wynik jak
dotąd okazywał się słaby. Pracowicie sklecone budowle były 'ezdarne, przewracały się na lada 
nierówności, taran nie działał, albo znów były tak ciężkie, że nie można ich było pchnąć z miejsca, 
gdyż zarzynały się głęboko w grunt.
Rozmawiająca gramadka rycerzy głowiła się właśnie nad tym patrząc, jak pachołcy obrabiają kloce.
^__ Krzywo ciosasz; daj mi. siekierę — rzekł nagle Imbram
do jednego z nich. Odebrał mu topór, okraczył pień i jął ciosać umiejętnie, lekko puszczając ostrze, 
odcinając szczypki równe jak mierzone.
__ Składnie to wam idzie — pochwalił z uznaniem de la
Tour.
Imbram uśmiechnął się bezosobowo. Wydało mu się, że ciosa belkę na wieźbę nowego dachu na starym 
dworzyszczu, co właśnie łońskiego roku mieli czynić. Lecz Głowacz patrzył niechętnie, zmarszczony, i 
Imbram oddał pachołkowi topór.
Siedząc na kłodzie narzekali dalej wspólnie:
— Z tego upału wyschniemy na trzaski...
,— Nic gorszego jak obleganie grodów... Bitwa, hej, bitwa, to jest radość, a nie mury psować...
— Po jadło trzeba posyłać coraz dalej... Na tym gorącu wszystko od razu gnije... Wczoraj przywieźli 
cuchnące mięso... Zwierzyny ani uświadczysz... Ani mizernego ptaszka, żeby się bodaj uweselić... Moje 
sokoły skapieją na szczęt...
—>Az początku wiela to było kuropatw, a różnego ptactwa w sitowiu!
— Uciekły bestie niewdzięczne... Widno wolą poganów...
— A, o, dziwajcie się! Dziwajcie się! Właśnie, jakowyś ptak ku nam leci!
— Nie może być! Gdzie?!
— Awo... o... o... Gołąb...
—, Et, gołąb... To i co? Z grodu nie odleci... -^-Kiedyż właśnie patrzcie, że leci od grodu ku nam... "* To 
chyba nie gołąb?...
— Gołębiego lotu bym nie poznał?! Zgłupiałem do szczętu w tej Azyjej czy co?
Iście, że gołąb i kajś w świat leci...
E, Dokoła mieć pod ręką, sokoła! Piętro! Skocz po starego drzemlika, a żywo! 
^
— Nie żartujcie. Nim chłopak przybiegnie, gołębia nie będzie ani śladu...
~ Jak to nie będzie? Na pustyni nie ostanie. Gołąb zawdy
do domu powróci, nie wiecie?... Zatoczy koło i wróci... Poczekamy... " /: . .:
Poniechawszy roboty rycerze i pachołcy patrzyli z zadartymi głowami na błękitną kopułę. nieba, skroś 
której żeglował maleńki, samotny punkcik. Gołąb. Od ogrodów cienistych, od dachów znajomych 
szybował na południe, ku pustyni. Piętro przyniósł zakapturzonego sokoła, który dziobał go po ręku i rwał 
się skwircząc niecierpliwie. Rycerze czekali, czekali, ale gołąb nie powrócił.
Nie bacząc na gorąco Ademar de Monteil, biskup z Puy, przywódca świętej wyprawy, w towarzystwie 
Hugona de Vermandois, grabiego de Hainaux i giermków pojechał do obozu greckiego odwiedzić 
Butumitosa. Cel odwiedzin był dwojaki. Przekonać się, czy dostojnik istotnie słabuje, czy też udaje 
chorobę, aby się usunąć od walki, oraz prosić o użyczenie ludzi biegłych w budowaniu wież oblężniczych.
Słońce paliło niemiłosiernie. W suchej spopielonej trawie cykały koniki polne. Biskup wspomniał mimo 
woli, jak wyglądała ta okolica przed miesiącem, i ogarnął go nieznośny, dojmujący smutek. Na przestrzeni 
paru mil wkoło rozciągała się strefa zniszczenia, wypalona słońcem, odarta z roślinności. Unosił się nad nią 
zaduch trupów, które wrzucano do jeziora, by wodę zeń uczynić niemożliwą do picia dla mieszkańców 
grodu. Usiłowanie to zresztą chybiało, celu, gdyż^Nicea, podobnie jak Bizancjum, posiadała zapas wody w 
cysternacti, natomiast trupy zbierały się w ławice przy brzegu, krzyżowcom, nie poganom, trując wodę i 
powietrze.
— Muszę nakazać, aby koniecznie grzebali ciała — rzekł biskup do towarzyszy. — Z tego smrodu zaraza 
snadno może się wszcząć.
— Słuszna, słuszna — przytakiwał z roztargnieniem de Hainaus pochłonięty własną troską. Prosił o 
pozwolenie towarzyszenia biskupowi w nadziei, że w obozie greckim dowie się czegoś o Idzie. Musiała już 
albo przyjechać do Bizancjum, albo nadesłać wiadomość o sobie. Niepokój o ukochaną kobietę targał nim 
coraz okrutniej. Teraz jadąc krzepił się nadzieją, którą sam określał w duchu jako szaloną i niedorzeczną, 
że może ją zastanie... Może przyjechała z Bizancjum onegdaj albo wczoraj, albo dziś rano, i nie .zdążyła 
jeszcze dać mu znać... Może ją tam za parę godzin obaczy... O, żebyż tak było!. ebyż tak się stało!... Modlił 
się z żarliwością błagająco o cud. ....
— — Zaraza, murowana — przyznawał obojętnie Hugo.:— ale
co do grzebania, obawiam się, że nasi ludzie będą to uważali za zbytnie utrudnienie...
Biskup nic nie odpowiedział, gdyż piękny leniwiec miał słuszność. Grzebać trupy i to pogańskie! Na 
pewno nie zechcą. Rozkaz wydany przez naczelnego wodza pozostanie pobożnym życzeniem jak tyle 
innych. Zachłysnął się goryczą swego tytułu i odpowiedzialności, nie popartych żadną władzą.
Pustynna sfera zniszczenia urywała się jak ręką uciął u granicy greckiego obozu. Po dawnemu rosły tam 
drzewakrzewy, zieleniła się trawa. Od namiotu do namiotu, od zagrody z końmi do zagrody, 
przewiedzione były drogi otoczone płotkiem ze sznurów. Wszelkie śmiecie i nieczystości zbierano i 
natychmiast palono lub zakopywano. Porządek i ład panowały wszędzie wzorowe.
— Nasi panowie mogliby się siła od Greków nauczyć... — zauważył znów biskup rozglądając się 
wkoło z zazdrością.
— Zawsze to mówię! — wykrzyknął Hugo z zapałem — te Wygody! Ta przemyślność w używaniu życia. 
Ach, oni umieją żyć...!
— Tak, tak — przytwierdził półprzytomnie de Hainaux.
— Co prawda — ciągnął biskup — nie wiada, czy byłoby tu równie porządnie, gdyby trwali od czterech 
niedziel w boju jak my...
— Tak... tak... Wasza Dostojność pozwoli mi pojechać w przód...?
— Jedźcie.
De Hainaux popędził cwałem.
Butumitos był chory rzeczywiście. Trapiła go częsta w tych stronach gorączka. Wysechł i zżółkł, ale 
medycy uważali, że choroba ma się już ku odwrotowi. Leżał w swoim wielkim, pięknym namiocie, 
przewiewnym i chłodnym, bo dwa orle skrzydła zawieszone u pułapu i poruszane sznurem przez 
niewolnika sprawiały przyjemny wiatr. Lśniąco biała jedwabna pościel dawała wrażenie świeżości i 
wykwintu, aż Hugo westchnął z zazdrością.
, Dowódca grecki uprzejmie witał gości dziękując im za przybycie. Niewolnicy podsuwali miękkie 
siedziska, misy z panącą wodą dla obmycia dłoni i wino kołaczące kawałkami D(łu, nalane w przezroczyste, tęczowe szklanice, 
zaszłe mgłą chłodu napoju.
Zmęczeni i zgrzani goście ujmowali je w dłonie z rozkoszą, dziwiąc się w duchu, skąd lód o tej porze. 
Butumitos wyrażał zdumienie, że szlachetni wodzowie odmówili przyjęcia ognia greckiego. Za jego 
pomocą można snadno w grodzie wzniecić pożar, co osłabia opór i męstwo oblężonych.
— Obaczym jeszcze, obaczym... nasi rycerze niezwyczajni tej broni... — odpowiedział wymijająco 
biskup. — Mamy za to inną prośbę do was, szlachetny panie: zbywa nam na ludziach obznajmionych z 
budowaniem beluard. Bez tych zaś nie zdobędziem grodu. Jeżeli posiadacie takich, użyczcie nam. 
Ważniejsza to dla nas pomoc niźli ogień.
Butumitos spojrzał uważnie na własne pielęgnowane paznokcie, potem w kąt namiotu, gdzie w postawie 
pełnej szacunku siedział Pantopulos, sławny na całe cesarstwo budowniczy wszelkich machin 
oblężniczych. Zamyślił się, czy kazać mu zbliżyć się, czy nie? Po namyśle postanowił poczekać. Nic 
pilnego. Nie wiadomo jeszcze, jak się rozwinie zamierzona przez niego gra.
— Niestety — rzekł głośno — przebiegłem myślą wszystkich naszych ludzi i nie widzę nikogo 
odpowiedniego... Ale nie frasujcie się, Wasza Dostojność... Natychmiast poślę do Bizancjum, by nam 
najlepszych wojskowych cieśli przysłano...
— Będziemy obowiązani — zapewnił biskup, wlepiając w mówiącego badawcze oczy. 
Instynktownie wyczuł wahanie. Co oznaczało? Gdybyż przejrzeć, zrozumieć tych Greków! Zimny płyn 
chłodził rozkosznie podniebienie, poruszane z lekka skrzydła orzeźwiały, było wygodnie, miękko, ale 
zarazem tak nieswojo, nieszczerze i obco!
Rozmawiali teraz o Saracenach, o ich sposobie wojowania i naturze. Biskup był chciwy wiadomości, a 
Butumitos opowiadał uczenie i zajmująco. Objaśniał, że nazwa Saracenów jest równie mało ścisła jak 
Agarenów. W rzeczywistości i muzułmanie składają się z rozlicznych plemion, niegdyś wrogich sobie ł 
obcych, które islam złączył w jedno i pchnął na podbój Zachodu.
— Gdyby nie przeklęty szatan Mahomet — mówił — siedzieliby po dawnemu na swoim półwyspie 
jako rozbójnicy i pasterze wielbłądów, mając namiot za jedyne mieszkanie. To Mahomet opętał ich i 
zjednoczył. Mają wspólną wiarę i wspólny język, bo Koranu nie wolno tłumaczyć, stąd muszą się 
wszyscy uczyć po arabsku... Poganie, zajmujący obecnie Niceę i dziedziny aż po Antiochię, to wcale nie 
Araby, ani Sraceny, tylko Turcy, Seldżucy, sprowadzeni niegdyś z Turkiestanu przez kalifów bagdadzkich do pułków 
straży przybocznej. Rośli, wielcy i dobrzy żołnierze... Ci nowi słudzy zawładnęli panami i sami stali się 
władzą. Teraz oni tu rządzą "W przeciwieństwie do dawnych światłych kalifów z plemienia Abbasydów, 
tych rządy są okrutne i twarde. Toteż -wiele szczepów zbuntowało się przeciw nim... Już i Bagdad nie jest 
tym, co dawniej był... Państwo Harun-al-Raszyda, przyjaciela waszego Karola Wielkiego, już nie istnieje. 
Każdy sułtan jest panem dla siebie... W stosunku do kalifa zachowują beztreściwe pozory dawnej 
zależności. Sułtanat Kilidż-Arslana zwie się u nich Romania, czyli „zabrany Rzymowi"... Tak, tak, nam to 
wszystko wydarli piekielnicy... O prześwięty gród Jeruzalem walczą ciągle to ci, to tamci wyznawcy proroka... Wszyscy sułtani są między sobą skłóceni, koso na siebie patrzący, i chwila byłaby dogodna dla 
zwalczenia przeklętników, gdyby nie to, że sama wiadomość o najeździe chrześcijan już wystarczyła, by 
się pogodzili... A jakież o nich zdanie Waszej Dostojności jako o przeciwnikach?... Waleczni? 
Nieprawdaż?...
— Strasznie chytrzy. Przekonalim się niedawno, że nocą, ukradkiem, naprawiają mury, więc teraz 
będziem i w mroku pilnować...
Butumitos ze zdumienia aż usiadł na łożu.
— Jak to? — zapytał — to dotąd nie strzegliście?!
— Przywyklim do uczciwej rycerskiej walki tylko od wschodu do zachodu słońca.
Butumitos położył się i przymknął na chwilę oczy. Podobna prostoduszność odebrała mu mowę.
— W dzień pilnowaliśmy dobrze — mówił biskup nieco urażony — będziemy robić to samo i w 
nocy... Już są wydane rozkazy... W dzień nawet ptak nie mógł przelecieć i to nie gadka, ale prawda, bo 
onegdaj gołąb leciał z grodu, to go nasi rycerze spostrzegli...
Butumitos znów usiadł zaciekawiony.
— No i co? — zapytał. Biskup nie zrozumiał pytania. "~~ A nic. Poleciał kajś w świat.
— Nie'ustrzelili go?!
— Nie.
^ Jak można było puścić, jak można! W którą stronę
Nad naszym obozem, czyli na południe... Dlaczego pytacie o to, szlachetny panie? Czy kierunek lotu gołębia może mieć znaczenie?...
— Jak czasem... Jak czasem... Na południe?... A czy liczycie się z możliwością nadejścia posiłków dla 
twierdzy... Kilidż-Arslan ma w Nicei żonę i syna... Przyjdzie im z pewnością na pomoc... Czy jesteście na 
to przygotowani?...
— Kilidż-Arslan jest podobno o sto mil i nie może wiedzieć, co się tu dzieje. A zresztą 
przygotowań żadnych nie trzeba. Jak przyjdą, to ich z Bożą .pomocą pobijemy, i koniec. Nasze rycerstwo 
tylko się modli o bitw<|.
Butumitos zdziwił się po raz trzeci. Takiej mowy nie słyszeli dawno Grecy. Choć dzielący wszelkie 
przywary swej schyłkowej, przekwitłej rasy, stary wódz był żołnierzem i umiał ocenić te słowa. Z mroków 
pamięci nadbiegło natrętne przypomnienie listu, pisanego niegdyś przez jednego z sułta? nów do jednego z 
basileusów, który odważył się odmówić płacenia haraczu. List brzmiał:
Pismo twe otrzymałem, psie niewierny, synu nieczystej. Odpowiedzi mojej nie usłyszysz, ale ją zobaczysz.
Basileus uląkł się i co prędzej .daninę posłał. Butumitos pomyślał teraz z goryczą, że ci prostacy byliby 
postąpili inaczej...
Potrząsnął głową i wyciągnął rękę po mrożone brzoskwinie, zachęcając gości, by raczyli posmakować ich 
również.
— Ach, człowiek tu inaczej oddycha! — mówił Hugo zajadając z rozkoszą.
— Tak, tu jest obfitość wszystkiego. Należy ją wykorzystać, bo niedługo za Niceą zacznie się droga 
wielce uciążliwa...
— Jak daleko stąd do Jeruzalem? — zapytał biskup. Pyttanie to zadawał w ciągu ostatnich miesięcy 
niezliczoną ilość razy nie mogąc nigdy usłyszeć jasnej odpowiedzi. I teraz Butumitos począł z 
zastanowieniem przyglądać się ponownie swoim paznokciom. Nie wiedział, do jakiego stopnia Latyńcy 
są oporni i zawzięci, i obawiał się, że usłyszawszy prawdę, postanowią wracać do Bizancjum...
— Dość daleko — rzekł w końcu — jednakże człowiek zajdzie wszędzie... Cały świat nie jest tak 
wielki, by był nieobeszłym..'.
— Jeszcze go jednak nikt nie obszedł — odparł biskup. Ach, im także świat zdawał się niegdyś 
niewielki, łatwy do
mierzenia rycerską stopą. W ostatnich dwu leciech rozpanoszył się straszliwie, zolbrzymiał i zdziwniał... — 
Jeszcze go 'kt nie obszedł — powtórzył — zresztą, ja nie o to pytam, o wiela czasu trzeba na drogę do 
Jeruzalem?
__ To zależy od tego, jak się idzie.
__ Zwykłym wojennym pochodem.
, __ Pochód pochodowi nierówny.
Biskup zacisnął wargi obiecując sobie nie pytać nigdy więcej. Zawsze to samo, zawsze to samo! Każdy 
zapytany wykręcał się od odpowiedzi jak piskorz. Dlaczego? Co kierowało tą powszechną zmową? Czy do 
Ziemi Świętej było bliżej, niż on, Latyńcy, sadzili, czy też dalej, nieskończenie dalej?...
Począł żegnać gospodarza ku strapieniu Hugona, który miał nadzieję pozostać tu przynajmniej kilka dni i 
przekładał, że należałoby doczekać przyjazdu obiecanych cieśli.
— Patrzeć, jak oszczepniki i tarczowniki kują w mur, a Rajmund St. Gilles przewraca się z 
drabiną i znów na nią włazi, nie jest ciekawe — zapewniał. — Bez greckich cieśli nie zbudujem wieży, a 
bez wieży nie zdobędziem grodu... Więc po co się śpieszyć, gdy tu można by posiedzieć w chłodzie?...
— Nasi towarzysze prażą się na słońcu. Zresztą, zostańcie, grabio. Nikt się wam w tym nie przeciwi.
— Sam nie zostanę. Dopieroż by na mnie wydziwiano! Ale na świętego Dionizego! Nie rozumiem, 
dlaczego Wasza Dostojność chce jechać?! — sarkał Hugo i wyruszył zły, pełen żalu do ludzi, co 
dobrowolnie utrudniają życie sobie i innym. Ach, Grecy, Grecy! Od nich się uczyć! Oni umieli uczynić 
bytowanie na ziemi rozkoszą!
De Hałnaux wlókł się z tyłu równie osępiony i bezmowny.
Idzie nie otrzymał żadnej wiadomości. Obóz Butumitosa utrzymywał stałą łączność z Bizancjum i 
zapewniano go ostatecznie, że do „Grodu strzeżonego przez Boga" nie przybyły w ostatnich tygodniach 
żadne galery z Francji lub Italii. Nie przybyła również lądem żadna szlachetna małżonka krzyżowca. Więc 
co się z nią stało? Co?
. udręczonej głowie majaczyły burze (ależ w tę porę morze ,. sPokojne), piraci... (ależ wszyscy poszli na 
świętą wypraw , roby' to znów obawa, że po prostu zapomniała o nim myśl Zostać z dzieckiem niż jechać tyli kraj 
świata. Ta
ściskała serce jak żmija rzucona z murów. Jak się dowiedzieć, jak się dowiedzieć?! Skąd zasięgnąć wieści? I jak tu żyć w niepewności?!
Na głównym placu przy rzeźbionej studni tłum otacza bajczarza. Ludzie są ciemnolicy, śniadej cery, 
czarnych pobłyskliwych oczu, w turbanach lub bez, odziani w luźne, barwne płaszcze albo łachmany, albo 
nieodziani wcale. Sami mężczyźni. Kobiety przesuwają się z daleka, dźwigając ku murom wiadra z 
ukropem lub pęki strzał, ale nie śmią się zatrzymać. Twarze mają osłonięte gęstą czarną zasłoną. Tak kazał 
Prorok. Niewiasta ma być jak noc cicha, jak noc ciemna, jak noc niewidzialna. Niewiasta ma być usunięta z 
życia, uważana za nieczystą. Szalony, kto by jej wierzył. Szalony, kto by się na niej opierał. Niewiasta jest 
zdradliwa. Według Koranu, jeżeli zostanie z mężczyzną tyle czasu, wiele trzeba dla ugotowania jaja — 
już może być posądzona o zdradę. Niewiasta musi być zamknięta i strzeżona.
Obarczone niechęcią Proroka niewiasty nie śmią przeto wmieszać się w tłum słuchaczy, z żalem 
przechodząc mimo. Ach, opowieści! Najulubieńsza radość wszystkich ludzi Wschodu. By nie stracić 
zasłyszanego wątku opowiadania, mąż przestaje bić żonę, kat wstrzymuje w pół drogi miecz nad szyją 
skazańca, niewolnicy stawiają na ziemi niesioną lektykę, z której wychyla się, równie jak oni, 
zaciekawiony dostojnik, kupcy przestają targować się, sprzeczać, zachwalać wrzaskliwie towary. Bajki, 
bajki! Każdy gotów ich słuchać bez końca, jak ów krwawy sułtan, któremu mądra Szeherezada prawiła 
opowieści przez tysiąc i jedną noc.
Bajczarz jest zwykle starym, bywałym człowiekiem. Pamięć ma pełną zdarzeń, metafor i wierszy. 
Muzułmanie kochają się w wierszach, dźwięcznych rymach i bogatych przenośniach. Każdy bajczarz 
chełpi się, że zna ich więcej, niż gwiazd migoce na niebie, że jest uczonym i biegłym w pięknym słowie. 
Poeci mówią, że posiedli tysiąc porównań-określeń na konia, tysiąc na lwa, tysiąc na miecz i dwa tysiące 
na wielbłąda; bajczarz zapewnia, że do tego skarbca może dorzucić drugie tyle piękniejszych niż wszystkie 
dotychczasowe.
Tak mówiąc rozkłada na ziemi brudny, wytarty dywanik, siada na nim z podwiniętymi nogami. Chytrym 
okiem łypie po otaczających, zajmuje ich rozmową o byle czym, by się tymczasem zeszło jak najwięcej 
słuchaczy. Inaczej — ci, co przyjdą później, żądają, by zaczynać dla nich powieść od początku, a na to 
wcześniej przybyli sarkają.
Słuchacze zaś biegną zewsząd. Kłapią o ubitą ziemię bosą
lub płytkim, opadającym z pięty chodakiem. Tłoczą się
S isną, ciekawi jak dzieci. Już zwarty tłum otoczył opowiacza Nawet sam emir Mudżahid, syn Dżubaira, śpieszący
murów do pałacu na radę, przystaje w otoczeniu swych muszyrów i szeików.
Na wjdok zastępcy sułtana opowiadacz przypada trzykrotnie czołem do ziemi i już nie czekając na nikogo 
zaczyna swoją opowieść:
...La ilah el Allah, Mohammed rasu! Allah!
Działo się przed nieskończenie licznymi wiekami, gdy Prorok i święte sury Koranu drzemały w łonie Allacha, istotne, 
nieśmiertelne, lecz ludziom nie znane...
...Ibn Dżira z plemienia Ad, syn Ibn Abdullacha, ojciec walecznego Abbasa, był mężem o lędźwiach suchych, pełnych 
dumnego spokoju. Bohaterstwo spoczywało, gdzie on rozbił namiot. Wielbłądy jego były wytrwałe i mocne, kobiety 
wonne i tłuste, koń śmigły jak pierzasty bełt strzały, podobien koniowi znaczonemu przez Proroka,' o którym uczoną 
księgę napisał Abu Ubajda,
którym pieśni śpiewał szlachetny Asmai, mający płynny miód w ustach.
...Przeto gdy Ibn Dżirę, syna Ibn Abdullacha, zabili wojownicy z mściwego plemienia Tamud, Abbas, syn Ibn Dżiry, 
zebrał mężów szczepu Ad. Przysięgli społem na słońce i jego światło, "na księżyc, ukazujący się tuż za słońcem, na 
niebiosa i mieszkające w nim bogi, że pomszczą śmierć wojownika.
...Wtenczas Abbas, syn Ibn Dżiry, poszedł do doliny, gdzie stał posąg bożka (imię Proroka zakryte jeszcze było przed 
oczami wiernych), by ciągnąć wróżebne strzały, oznaczające dzień zaczęcia zemsty. Trzy były strzały: rozkazująca, 
zabraniająca, wyczekująca. Abbas wyciągnął drugą strzałę.
Zdziwił się i w wielkim gniewie połamał ją i cisnął bożkowi w_ twarz, wołając: Gdyby twojego ojca zabito, inaczej 
byś odpowiedział! I sam poszedł szukać pomsty. W walecznym boju wytracił więcej niźli trzydziestu mężów z 
mściwego plemienia Tamud
starcy orzekli, że jakkolwiek cennym mężem był Ibn Dżira, syn uczcił g dostatecznie.
Lecz obrażony przez Abbasa bożek ukarał mężne plemię Ad, zsyłając srogą posuchę. Ginęły wielbłądy i konie. Starcy 
wysłali postów do świętego miasta Mekki — wszyscy obecni pochylili p}owy — by uprosić deszcz u przeświętego 
kamienia Kaaby.
deszczu. I powrócili do kraju Ad, a obłok płynął nad nimi. Biada złym posłom, biada walecznemu plemieniu! Biada 
Abbasowi, synowi Ibn Dżiryl Z czarnego obłoku spadł huczący wiatr i grad, który wytłukł stada i zniszczył 
pastwiska... Cóż teraz poczną waleczni?...
Emir Mudżahid oderwał się z westchnieniem od opowieści i odszedł. Obowiązek przede wszystkim. 
Marzenie całego życia, święta wojna toczy się wokoło i synowi Dżubaira nie' wolno okazać się niepomnym 
jak posłowie plemienia Ad. Poszedł do pałacu na radą, gdzie czekały nań ważne sprawy.
Na! ulicach rojno i gwarno, tak rojno, że niewolnicy muszą torować drogę przed emirem i towarzyszącymi 
mu szeikami. Muzułmanie żyją na ulicy chroniąc się pod dach, tylko gdy słońce zbyt praży. Na ulicy 
gotują, jedzą, modlą się, kłócą i kupczą. Głodu ani przygnębienia nie znać jeszcze w grodzie, mimo 
dwumiesięcznego blisko oblężenia. Nic dziwnego. Nie wykryte dotąd przez krzyżowców galery przywożą 
codziennie nocą żywność z tamtego brzegu jeziora.
Nie patrząc na kłoniący się przed nim tłum, emir idzie zamyślony. Żal mu dalszego ciągu opowieści. Co 
uczynił mimowolny sprawca zła Abbas, syn Ibn Dżiry? Zapewne udał się sam do Mekki błagać 
przebaczenia? Mekka!... .Stary emir Mudżahid jest wzorem wiernego wyznawcy Proroka, przeto był już w 
Mekce dwa razy za swego żywota. Widział Kaabę, miejsce święte świętych. Na podwórcu olbrzymiej 
moszei surowy granitowy sześcian, w zwykłe dni owinięty czarna zasłoną dzierganą przez dżiny. Niegdyś 
było tu siedlisko wszystkich bogów i granit otaczało więcej niż trzysta posągów. Dziś króluje tu 
niepodzielnie chwała Proroka. Na wysokości siedmiu stóp nad ziemią czernieje w granicie otwór. Jedyne 
wejście. Można się doń dostać po przystawionej drabinie i z trudem wczołgać do wnętrza. W ciasnej 
pieczarze powietrze stoi nieruchome, duszne. Żyły tętnią w skroniach, tchu nie staje. Mętne światło sieje 
się ze szczerozłotych lamp. Ściany i strop pokryte są literami z marmuru i złota. Naprzeciw wnętrza 
ciemnieje rzecz najświętsza: mały czarny kamyk, który anioł przyniósł z nieba Abrahamowi. Żaden może 
przedmiot na świecie nie jest tak dawno i nieprzerwanie czczony jak ten kamyk. Tysiąc lat uwielbienia 
minęło nad nim już wtedy, -gdy Mojżesz zawierał z Bogiem przymierze na górze Synaj.
Obok Kaaby bije źródło, które trysnęło, gdy Hagar zasłoniła oczy, by nie widzieć śmierci Izmaela 
konającego z pragnienia. Tak jak wówczas, Allach ześle zawsze źródło, by napoić wiernych, a nad głowy giaurów napędzi czarny obłok, który icn wytraci. Już sułtan Kilidż-Arslan ciągnie przez pustynię, jak wicher huczący i grad...
la Hah el Allah, Mohammed rasul Allah!... Wchodząc na marmurowe stopnie pałacu emir spogląda 
wdzięcznością w niebo. Wargi półświadomie powtarzają
ulubioną surę Koranu. Sura brzmi:
Rzekłem mej duszy strwożonej widokiem licznego wroga: Hańba cifczemu się lękasz? Długie życie rzadko jest 
płaszczem chwalebnym. Szata długowieczności przystoi tylko sercom słabym i tchórzliwym. Szczęśliwy, kto legnie 
w pełni sił na wojnie, stokroć szczęśliwszy i błogosławiony, kto legnie na świętej wojnie! Życie jest ułudnym 
skarbem. Odkrada go każda noc. Umniejsza każdy dzień. Nie Warto oszczędzać życia...
La ilah el Allah, Mohammed rasiil Allah!... Pochwalona święta wojna, radość rycerskiego serca!
W przecudnej sali, wznoszonej przez Bizantyjczyków, ozdobionej przez Arabów, panował przyjemny 
chłód z bijącej pośrodku fontanny. Sala ta zwana była zegarową z powodu sławnego dwoistego zegara, 
któremu równego nie posiadało nawet Bizancjum. Zegar stanowiły dwie tarcze złociste na przeciwległych 
ścianach umieszczone, każda zaopatrzona w. dwanaście otworów. Były to drzwi godzin. W tarczy po lewej 
— godzin nocy, po prawej — godzin dnia. O każdej godzinie dnia z odpowiednich drzwi na prawej tarczy 
wysuwał się złoty krogulec i upuszczał z dzioba złote kule, które z miarowym brzękiem padały na 
umieszczoną poniżej złocistą misę.
Kiedy zapadała noc, złoty krogulec powracał do gniazda, a poczynała działać przeciwległa tarcza. Kolejno 
w otworach godzin zapalało się światło błyskające i gasnące odpowiednią do godzin ilość razy. Piękny ten 
zegar był przysłany sułtanowi przed paru laty przez samego kalifa z Bagdadu.
Na wprost wejścia, na środkowej ścianie, widniała ułożona z mozaiki mapa. Rysunek jej podał Ibn Istakri, 
syn sławnego
adara z Bassory. W ogromnym kręgu mapa zawierała cały świat ówczesny. Na północy ograniczało ją 
morze, zwane Moem Ciemności. Na południu biała płaszczyzna ziem nie zamieszkałych z powodu gorąca. Na wschodzie Morze Chińskie,
Rum' czyli EuroPa-FrancJa-Niemcy, Polska, Italia, która tu nazwana była Anklitarą. Zarysy tych
państw nie były ścisłe, mylny również wzajemny stosunek ich wielkości, natomiast północna Afryka, 
Arabia, Azja Mniejsza i całe pobrzeże Morza Śródziemnego oddane były z zadziwiającą i nigdzie 
wówczas nie znaną wiernością. Podobnie starannie odrysowano wyspy: Sycylię, Kanadię, Cypr. Nil, 
ojciec żyznego Egiptu, brał początek z wielkich jezior, które potomkowie krzyżowców mieli odkryć 
dopiero w kilkaset lat później. Za to nie było zupełnie na mapie północnych krairi szwedzkich, 
norweskich i duńskich.
Zarówno mapa, jak tarcze zegarów otoczone były ornamentem, pokrywającym wszystkie ściany 
pałacu i stropy. Ornament ów, bogaty, wytworny, przedziwny, wyszukany, misterny, zawiły, 
cudownie przejrzysty, choć ciasno zgęszczony, czarodziejski w doraźnym wrażeniu, stawał się z 
czasem nużący dla oka i jednostajny. Ten sam, bez zmian, w Nicei, co w Antiochii, Damaszku, 
Kairze, Fezie, Alhambrze, Grenadzie... Oschłość islamu, zabraniająca odtwarzania żywych kształtów, 
czy to ludzkich, czy zwierzęcych, zniszczyła kwitnącą tu niegdyś przepiękną, różnorodną sztukę 
perską. Zubożywszy się okrutnie sztuka arabska stała się bezpotomną, skończoną w samej sobie, nie 
stanowiącą szczebla do niczego dalej.
Tuż za salą zegarową znajdowała się pracownia alchemiczna, w której urzędował całe dnie 
niezmiernie uczony Ibn Idżak. Sam emir odnosił się do niego z poważaniem i dopytywał o wyniki 
badań. Alchemia, podobnie jak geografia, stały u Arabów na stopniu nie znanym reszcie świata, wybiegającym daleko ponad poziom wiedzy ówczesnej. Na sto lat przed krucjatą uczeni arabscy odkryli 
spirytus, alkohol czysty, utajony zarówno w owocu, jak ziarnie, duszę wina, szatana przeklętego przez 
Proroka, posiadającego jednak niezmierną doniosłość w lecznictwie. Podobnie odkryli kwas 
siarczany i zasadę transmutacji metali. Wierzyli, że każde ciało w naturze, czy to żywe, czy pozornie 
martwe, stałe, ciekłe czy lotne, składa się z tych samych pierwiastków, a tylko układ ich i wzajemny 
stosunek bywa różny. Zatem rozbiwszy materię na nieskończenie drobne części i ułożywszy je z powrotem dowolnie, otrzymać można nowe ciało. Z tych arabskich pewników wyjdą w przyszłości 
wszystkie usiłowania alchemików europejskiego średniowiecza. Stąd, uszczknięta przez .krzyżowców, 
wylęgnie się mądrość Alberta Wielkiego, magni in magia naturali, Paracelsusa i innych. Napis kuficzny, obiegający pracownie uczniów mądrego Ibn Ruszta,
nego w Europie Averroesem, lub uczniów wielkiego Abu z^.Ąbdallach Ibn Sina, zwanego nie 
wiedzieć czemu AZBZ Hiszpanów Avicenną, przetłumaczony na łacinę, da kr togram nieodstępny w 
każdej alchemicznej kuźni,
brzmiący:
YISITA INTERIOREM TERRAE, RECTIFICANDO, INYENIES OCCULTUM LAPIDEM
Fontanna pluszcze cicho. Emir Mudżahid z zadowoleniem usiadł przy niej na skórzanych poduszkach. 
Nowiny, jakie mu przyniósł aga-szeik, były dobre, były bardzo dobre. Galera, która przybiła dziś w 
nocy z ładunkiem węży, przywiozła wiadomość o spiesznym pochodzie sułtana z odsieczą. Idzie w 
wielkiej sile. Z nim wszystkie szczepy, poprzednio skłócone, dziś zespolone chęcią walki z 
niewiernymi. Allach jest wielki!
__ Czy Agida znalazł kogoś do przetłumaczenia pisma giaurów — zapytał nagle.
Agida, przyboczny doradca, wysunął się z pośpiechem spoza nieruchomego rzędu szeików. Owszem, 
znalazł. Przyprowadził ze sobą psa niewiernego, który równie dobrze zna grecki jak arabski. Oto on.
Pchnął przed siebie człowieka w safianowych łapciach i długiej jedwabnej szacie, niegdyś kosztownej, 
obecnie wyplamionej i wytartej. Twarz, podobnie jak strój, zdradzała dawne dostojeństwo i godność, 
dziś spodlone i sponiewierane. Był to Ormianin, ongi jeden z najpoważniejszych mieszczan grodu. 
Dygotał jak w zimnicy, oczami obiegając niespokojnie wkoło.
Emir wyjął z zanadrza skrawek zbrudzonego pergaminu, zwinięty ciasno w trąbkę, i rzucił tłumaczowi 
pod nogi.
— Czytaj!
Był to list, który przed paru dniami Frankowie, przywiązawszy do strzały, puścili na mury. Nie znana 
muzułmanom geneza tej przesyłki była następująca: — znajdujący się licznie w Nicei chrześcijanie od rozpoczęcia
oblężenia cierpieli srogie prześladowanie ze strony Saraceiow. Echo tych prześladowań doszło do 'latyńskich obozów
wywołując oburzenie i obawę o losy współwyznawców. Na
r\Zie Panow baronów roztrząsano wielokrotnie, w jaki spornożna by pobratymców ochronić, zanim się miasto zdobędzie. Butumitos, który wyzdrowiawszy przybył do biskupa
w odwiedziny, poradził, by na pergaminie wypisać ostrzeżenie, że w razie dręczenia chrześcijan Latyńcy, 
wszedłszy do miasta, nie będą żywić nikogo, i takowy kartelusz owinięty wokół strzały rzucić na mury... 
Pomysł podobał się wszystkim.
— ...Kanonik d'Aguilers zaraz to napisze! — wykrzyknął Rajmund St. Gilles.
— ...Kanonik d'Aguilers?... — powtórzył Butumitos przeciągle. — Czy sądzicie, szlachetni panowie, że 
w Nicei znajduje się ktokolwiek, znający łacińską mowę?
To prawda! Baroni spojrzeli po sobie zaskoczeni. Znów w obozie łatyńskim nikt nie znał arabskiego, a 
nawet znając, nie zechciałby się nim splamić.
— Jeżeli mnie upoważniacie — ciągnął Butumitos — każą posłanie wypisać po grecku.
— Bóg zapłać — rzekł biskup — przyjmiem to z wdzięcznością. Powiedzcie nam wszakże 
najszczerzej, szlachetny panie: znacie dobrze Saracenów? My nie. Zali jesteście pewni, iż takie 
pisanie odniesie zbawienny skutek, nie ozeźli pogan jeszcze bardziej i sroższymi dla tych biedaków 
nie uczyni?
Butumitos spojrzał z namysłem na podniebienie namiotu, potem właściwym sobie ruchem na własne 
barwione paznokcie. Owocem tego namysłu nie zamierzał dzielić się z nikim. Rzecz jest prosta: jeżeli w 
grodzie panuje głód i przewidują możliwość poddania się — list może wywrzeć pewien skutek. Jeżeli 
głodu nie ma, a co więcej, załoga oczekuje odsieczy sułtana, chrześcijanie nicejscy srogo za podobne pismo 
odpowiedzą... Ostatecznie jednak... cóż to szkodzi?... Nieznośni i pyszni byli zawsze ci mieszczanie 
nicejscy,.. Przeklęty żywioł! Bogacze, którzy czasu zdobycia Nicei przed piętnastu laty nie wspomagali 
dostatecznie basileusa, a zabiegali zawczasu o łaskawość muzułmańską... Pomni na to, gotowi by teraz 
przeszkadzać w, rozpoczętej przez Butumitosa subtelnej i mądrej grze...
— Kto grozi, przejawia siłę, a siła wzbudza szacunek — rzekł sentencjonalnie..
List postanowiono wysłać. I oto ten sam list właśnie leżał, na ziemi u stóp Ormianina, który rozwinął go 
drżącymi ze strachu palcami.
— Czytaj! — powtórzył groźnie emir.
— Nie śmiem, najdostojniejszy władco, opiekunie wiernych... — wyjąkał tłumacz.
_- Czytaj natychmiast!
__Posłanie dobrych rycerzy chrześcijańskich do psów niewiernych...
J_ sylabizował Ormianin szczękając zębami. Emir porwał się z jataganem, lecz powściągnął się i usiadł 
spokojnie.
...Otoczyliśmy gród wielkimi siłami i zdobędziemy go w niedługim czasie, za wolą Boga, który nas wspomaga. Jeżeli 
bracia nasi, chrześcijanie, znajdujący się pod przeklętym waszym panowaniem, nie będą się uskarżać na 
prześladowanie — okażemy wam łaskawość naszą i wybijem tylko mężów pozostawiając przy życiu niewiasty i 
dzieci. Jeżeli jednak przed naszym przyjściem włos im z głowy spadnie, nie ostawimy żywym nikogo z nasienia 
waszego. A tak się stanie, gdyż moce niebieskie są z nami. Szatan, którego chwalicie, nie ustrzeże was.
Ormianin upuścił papier i padł jęcząc twarzą na ziemię.
— Ja nie winien!... Ja nie winien!... — bełkotał. — Najdostojniejszy opiekunie wiernych, ja nie winien!...
— Co dalej? — zapytał emir.
— To wszystko.
Emir zwrócił się do Agidy:
— Ubić to ścierwo i miotnąć za wały.
Wyjącego z trwogi tłumacza wywleczono. Emir Mudżahid zachował twarz niewzruszoną, bo mężowi nie 
przystoi okazywać na zewnątrz swych uczuć.
— Bism'ilah el rahman el lahim — rzekł — w imię Boga łaskawego i miłosiernego, ujadanie nędznego 
szakala nie może dotykać wyznawców Proroka! Z zuchwalców, co się miotają pod murami, nie ujdzie 
ani żywa noga! Nie ostawim im na świecie ani tyle miejsca, wiele go zawiera grzbiet 
wielbłąda... A psów nieczystych, co się widno skarżyli, wyprowadzić za mury i ubić w oczach 
giaurów... Wszystkich ich spędzić i ubić... Kobiety co młodsze rozkrzyżować na pohańbienie, jako 
uczyniliśmy pod Meliteną...
— Stanie się według twej woli — odparł z uznaniem aga-szeik. — Czy możem wyłowić nieczystych dziś 
jeszcze?
Wyłowić ich i spędzić można dziś — odparł emir po namyśle —. ale wywieść za mury i ubić dopiero, 
gdy chwalebny sułtan — oby Prorok błogosławił jego dni! — nadciągnie i giaury będą zaprzątnięci bitwą. 
To rozerwie ich uwagę na dwie strony...
Doświadczona mądrość płynie z twoich ust — zapewnili z podziwem słuchacze mlaskając wargami.
ł
Obiecani przez Butumitosa cieśle nie nadjeżdżają, choć galery dowożące żywność z Bizancjum 
obróciły już trzykrotnie do tego czasu. Wódz grecki zaręcza, że nie rozumie przyczyn tej zwłoki. 
Tymczasem nieudolnie klecone wieże przewracają się w dalszym ciągu, nie czyniąc żadnej a żadnej 
szkody oblężonym. Trzeba kruszyć mozolnie mur. Niełatwe to zadanie w żarze wzrastającego 
codziennie upału. Żelazne szłomy i blachy napierśne rozgrzewają się od słońca tak, że syczą 
spryskane wodą. A zdjąć pancerzy nie sposób, bo kamienie gęsto lecą z góry. W sercach utrudzonych 
wojów wzrasta zawziętość, gniew i rozdrażnienie. Nie myślą schnąć całe lato pod obrzydłą twierdzą! 
Ach, gdyby mieć dobrych cieśli! Przeklęte Greki! Dlaczego ich nie przysyłają!?
Swenon, królewicz duński, syn Olafa, pracuje bez wytchnienia. Jasnowłosa, zimna zawziętość 
skandynawska upodobnia go do wybuchowego Rajmunda St. Gilles, co nieustannie usiłuje wedrzeć 
się na mury po zbyt krótkiej i wątłej drabinie. Z taką samą pasją Swenon wali własnoręcznie toporem 
w mur, jak gdyby rąbał drzewo w duńskim lesie. Nie przygląda się, jak inni rąbią, lecz wychudły i 
sczerniały natęża, wiele ma sił. Rycerze duńscy naśladują swego królewicza i nigdzie może wyrwa w 
murze nie jest tak głęboka i groźna jak na ich maleńkim odcinku.
Od strony obozu Rajmunda śpieszy ku nim Florina ze swą duegną. Niesie narzeczonemu poczęstunek: 
wino chłodzone i piękny złocisty melon. Melon zdobyty z trudem, przywieziony z daleka, z okolic, co 
nie uległy jeszcze zniszczeniu. Z baszt dojrzano już idące niewiasty i sypie się w ich kierunku grad 
strzał. Duegną Bonina drży i prosi z płaczem, by się oddalić od murów, ale Florina potrząsa przecząco 
głową. Krew burgundzkich panów nie zna lęku, a przy tym szkoda nadkładać każdej chwili drogi. 
Dawno nie widziała swojego miłego!
Ale i on już je zoczył i cisnąwszy topór biegnie w przód, by się zbytnio nie przybliżały. Zdejmuje z 
rozkoszą szyszak z głowy. Czoło ma przecięte opalenizną od połowy, pod żelazem białe. Włosy 
sklejone potem, spłowiałe. Oczy zaczerwienione od pyłu i słońca. Spękane wargi. Florina patrzy nań z 
żalem. Miękkimi, chłodnymi dłońmi gładzi ostrożnie twarz narzeczonego, jak gdyby szukając pod 
maską trudu dawnej jego krasy. Potem piją wino z jednego kubka. Ale wino, tak starannie uprzednio 
chłodzone, zagrzało się przez drogę i spieniło. Melon jest przejrzały, niesmaczny. Śliczna jego woń
mieniła się w mdły, przykry zapach. Za długo czekał. 
zajada go jednak ze smakiem, by 
zrobić przyjemność
Florinie.
po czym oboje patrzą na siebie jakby zawiedzeni. Żal im czegoś, ale sami nie wiedzą czego. Florina 
wzdycha. Gdybyż znaleźć choć odrobinę cienia, choć źdźbło murawy, usiąść spokojnie, pogwarzyć... 
Ale nie ma, nie ma... Słońce niemiłosiernie pali, niebo z upału wydaje się szaropłowe, a w powietrzu 
trwa uporczywie trupi zapach, przyprawiający chwilami o mdłości. Nie wiadomo, o czym mówić. Na 
murach przebrzydłe Saraceny wykrzywiają się i wrzeszczą. Duegną sapie jak miech kowalski. 
Zmartwiona, bliska płaczu Florina zbiera się do odwrotu.
Rozdział dwunasty GRZECH CZY WIEDZA?
Godfryd lotaryński przyjechał do biskupa na zwykłą wspólną radę wodzów. Towarzyszący mu rycerze d'Esch, 
du Bourg, de Montaigu stali p^zed namiotem z gromadką rycerzy Rajmundowych wypytując ciekawie pięciu 
Ormian, którzy zeszłej nocy zbiegli z miasta do obozu.
Rozmowa nie szła s,kładnie, bo tylko jeden ze zbiegów umiał coś niecoś po łacinie. Dobierając z trudem wyrazy 
powiadał:
— ...Uszło nas siedmiu, ale dwóch nie utrzymawszy sznura spadło i na miejscu ostali... Z takiej wysoczyzny, 
nie dziwota! Leżą tam pod murem, bez chrześcijańskiego pochówku. Nam Bóg miłosierny błogosławił, żeśmy 
cało zeszli i z góry nas nie spostrzeżono... Muzułmany wszystkich chrześcijan wyszukują w grodzie i spędzają 
na plac targowy... Tam ich trzymają pod strażą od czterech dni... Po co, nie powiadają... Zbiegliśmy, nie 
ufając poganom. Kto ich wie, co zamyślają...
— Bo i pewnie... A jako w grodzie z żywnością? Musi już i nie stać? Nie? A bogactwa sali tam rzeczywiście 
takie, jako powiadają?
Bogactwa? Zbiegowie grodzcy cmokali wargami nie znajdując dość słów dla opisania nagromadzonych w Nicei 
skarbów. Był to wszakże gród najbogatszy w cesarstwie, a Arabowie dołożyli jeszcze niemało... Słuchającym 
błyszczały oczy. Gdy im Basileus tkał w skarbcu drogocenności do ręki — nie brali. Lecz teraz było zgoła co 
innego. Dobra zdobyte na nieprzyjacielu w uczciwej otwartej walce to nie tylko korzyść, ale zaszczyt i chluba. 
Świadectwo przewag orężnych po powrocie doma. Pamiętnik wojennych działań. Każdy na to łakomy, nawet 
najbogatszy, a cóż dopiero biedaki!
Więc też ze szczególną ciekawością słucha opowiadań Ormian siwy, zażywny St. Pierre de Luz, dawniej 
giermek pana de Foix, w Clermont na rycerza pasowany. Bieda, trzymająca go długie lata w służebnictwie u 
równego sobie rodem,
la rnu się mocno we znaki, pragnie teraz pozostawić syno-. tyje grosza, by nie potrzebował z kolei 
oszemłanym siwizną włosem witać rycerskiego pasa. Dusznie modli się, by Chrystus w zamian za trudy, 
poniesione dla Jego Grobu, zezwolił mu uzbierać trochę mienia.
Jeszcze goręcej pragnie, jeszcze pilniej słucha nieśmiały „iermek pana d'Armaillac, Laurenty. Rodzony jego brat, 
z którym miłowali się serdecznie, przynaglony nędzą, oddał się przed kilku laty dobrowolnie na własność 
biskupowi z Leodium. Podpisał dokument, stwierdzający, iż nie przymuszony przez nikogo — postanowił cały 
byt oddać na usługi nowego pana.
A ta umowa moja — opiewał dokument — ma mieć moc obowiązującą po wszystkie dnie żywota mojego. Chyba 
żebym Waszej Dostojności wypłacił dwieście uczciwych, nieobcinanych denarów...
Dwieście denarów! Drogo biskup wielebny oszacował młodego! Prawda, że chłop był przystojny, tęgi, wartki do 
każdej roboty, wprawny w czynieniu orężem. Zresztą dla obu braci nie miało wtedy znaczenia, czy cyrograf 
wymienia sto, dwieście lub trzysta denarów. Każda z tych sum była równie nieprawdopodobna do osiągnięcia i 
zdobycia. Lecz teraz, kto wie, kto wie?... I Laurenty spogląda tęsknie ku murom rozmyślając, czy uda mu się 
jednemu z pierwszych wskoczyć do miasta, schwycić coś wartościowego, zanim rycerstwo położy rękę na 
wszystkim, ukryć zdobycz przed okiem swego pana i szczęśliwie do domu ją dowieźć?
Teraz do grona rycerzy, wypytujących Ormian, przyłącza się Arnulcl de Rohes, kapelan normandzkiego 
Roberta. Pragnie dowiedzieć się szczegółów o położeniu i miejscu najbogatszych, najświetniejszych pałaców. 
To ważne. Zapisując skrzętnie otrzymane wiadomości myśli zarówno o sobie, jak o swym wiecznie 
obdłużonym, wiecznie grosza przy duszy nie mającym księciu, którego po swojemu miłuje. Dziwna to para, 
książę normandzki i jego kapelan. Robert jest lekkomyślny, rożny i ograniczony. Arnuld przebiegły, wytrawny, 
opanowany. Jednakże są nierozdzielni. Robert zżyma się i sarka na przewodnictwo Arnulda, lecz słucha go we 
wszystkim. Arnuld ów uważa Roberta za szczebel pomocny do wywyższenia się. Kresem marzeń 
przedsiębiorczego kapelana jest coś więcej nawet niż infuła biskupia. Czuje w sobie dość zdolności, Y sięgną^ aż 
po kapelusz. A od kapelusza jeden krok do Tiara! Klucze świętego Piotra. Dwa. Jeden od władztwa dusz, drugi od ziemskich spraw. Arnuld chętnie zrzeknie się pierwszego, by tym krzepcie] dzierżyć 
drugi. Osiągnąć magiczną, cudowną rzecz: władzę.
Na razie przyszły biskup, kardynał, papież ukrywa starannie te dumne zamysły zadowalając się skromnym 
stanowiskiem kapelana. Czuwa nad wydatkami nieobliczalnego Roberta, wykłóca się z nim i jego 
rozzuchwalonymi dworzanami, w wolnych chwilach pocieszając się towarzystwem dwóch gładkich panien, 
rzekomo siostrzenic, o których powiada, że musiał je zabrać, bo niebogi sieroty nie mają innego krewnego 
prócz niego, ni żadnej duszy życzliwej.
Dokładnie prowadzony wywiad z Ormianami przerwało nadejście nowego, nieoczekiwanego orszaku. W 
otoczeniu kilkunastu warangów jechał na gniadej mulicy nadworny medyk Butumitosa. Wódz grecki 
przysłał go, zasłyszawszy o zasłabnięciu szlachetnej bratowej księcia lotaryńskiego, Gontrany. Medyk miał 
na sobie ciemną luźną szatę, na nogach fiołkowe sandały, bystre oczy w twarzy pomarszczonej jak twarz 
starej baby i wielką skórzaną torbę z przyborami lekarskimi przytroczoną do siodła.
— Małżonka Baldwinowa chorzeje iście — przyznał Konon de Montaigu. — Z tej właśnie przyczyny 
księcia Baldwina nie masz z, nami.
— Dawno zaniemogła?
— Trzy niedziele temu.
— Rad bym ją jak najprędzej obaczył.
— Uprzedzę wpierw księcia — rzucił Konon niechętnie. Pożegnał z nie tajonym żalem towarzyszy i 
wsiadłszy na koń ruszył do lotaryńskiego obozu. Po drodze przyglądał się Grekowi podejrzliwie. 
Wszystko, co opowiadano o bizantyjskich medykach, o krajaniu przez nich trupów, przychodziło mu do 
głowy. Jeśli to prawda, jakże do uczciwej, szlachetnie urodzonej białogłowy dopuścić takiego plugawca? 
Nie mogąc znieść podobnej niepewności zapytał towarzysza wręcz. O dziwo, medyk nie zmieszał się 
wcale.
— Do skutecznego leczenia — odparł — niezbędna jest gruntowna znajomość ciała ludzkiego. 
Tej zaś jakże nabyć inaczej?
Oburzenie aż zatknęło Konona. Wyniośle i wzgardliwie przedłożył Grekowi swój rycerski pogląd na 
krajanie ludzkiego padła. Jedyna, według niego przystojna modła leczenia polega na oddaniu choroby w 
opiekę któremu z wielkich świętych skutecznej pomocy. Tak, jak się to czyni w światłych
chrześcijańskich krainach Zachodu. Każde miasto, ba, k^żda wieś ma tam swojego Patrona, co leczy jakąś 
chorobę. Ttak małe dziecko nawet wie, że święty Idzi jest pomocny kolkę i wrzody, święty Mamert chroni 
od krwotoków, 'wiety Wit leczy drgawki, a święta Apolonia uporczywe bóle ebów. Im oddawszy się w 
opiekę, można czekać spokojnie. Albo człowiek ozdrowieje, albo nie, zależnie od tego, jak rozrządzi wola 
Boża.
Grek słuchał tych wywodów z roztargnieniem, wodząc oczami Po ogołoconych z zieleni i wyschłych 
wzgórzach.
__ Dziw, żeście jeszcze wszyscy nie zachorzeli w tym powietrzu — zauważył nagle.
__ Powietrze wszędzie jednakie — mruknął Konon.
Medyk spojrzał nań z ukosa.
.— Mylicie się, szlachetny panie. Zdarza się, że w jednej okolicy ludzie żyją zdrowo długi wiek, w innej 
zasię, o parę mil zaledwie odległej, chorzeją bez ratunku i końca. Inne jest powietrze na górach a inne w 
dolinie. Inne nad morzem, a inne jeszcze, nad wyraz szkodliwe, nad bagnem. Toteż gdy wielki medyk 
arabski Ibn Razes, któren żył temu przeszło sto lat :— bo trzeba wiedzieć, że Arabowie górują w wiedzy 
lekarskiej przed wszystkimi narodami świata...- sposobami, których tajemnicy jeszcze nie posiedliśmy, 
umieją zdejmować z oczu ślepotę czyli kataraktę, umieją uczynić ciało nieczułe na ból, że człowiek żywo 
krajany śpi spokojnie, nic o tym nie wiedząc... umieją...
— Każda czarownica to samo potrafi, od diabła posiadłszy niewrażliwość na ból...
— Tu nie są czary, jeno wiedza... Ale zahaczyłem, o czyni jąłem mówić... Otóż, gdy wielki Ibn Razes miał 
z rozkazu kalifa budować'w Bagdadzie hospitium, porozwieszał wprzódy w różnych dzielnicach miasta 
surowe mięso i porozstawiał wodę w otwartych naczyniach... Trzy razy dziennie chodził je oglądać... 
Wyobraźcie sobie, panie, że w jednych miejscach polpsuło się zrazu, a w drugich uchowało się świeżo 
znacznie dłużej. Gdzie najpóźniej mięso zrobaczywiało, woda najpóźniej zaśmierdła, tam wybudował 
hospitium, słusznie powiadając, że tu musi być powietrze najzdrowsze...
Szataństwo czyste, które jeno schizmatyk może wychwalać
— wybuchnął Konon oburzony. — Pogańskie urny to stracenie duszy!
stracenie duszy lub jej zbawienie nie ma nic wspólnego z nauką, którą godzi się czerpać zewsząd, choćby od pogan.
Montaigu splunął wymownie, zbyt ozeźlony, by mógł odpowiedzieć. Dojechali do obozu w milczeniu. 
Rycerz zeskoczył z konia i pobiegł szukać Baldwina, pragnąc go co prędzej ostrzec przed pokazywaniem 
żony obmierzłemu medykowi. Grek z filozoficznym spokojem siedział na swej gniadej mulicy czekając.
Baldwin stał w żoninym namiocie drapiąc się z zakłopotaniem w głowę. Stara Helgunda siedziała w kącie 
mamrocząc pacierze. W powietrzu było błękitno od dymu, którym przed chwilą okadzono chorą. Gontrana, 
wyschła od gorączki jak wiór, leżała nieruchomo, pokasłując i gadając coś do siebie niezrozumiale. Do 
męża odnosiła się opryskliwie i wrogo, choroba nie zmieniła jej usposobienia na łagodniejsze. Tylko 
ilekroć kto wchodził do namiotu, podrywała się z wezgłowia, patrząc płonącymi oczami ku wejściu, po 
czym opadała na poduszkę bezsilnie, jak gdyby rozczarowana.
I teraz, posłyszawszy orężne kroki Konona, aż usiadła z wrażenia na łożu, a rozpoznawszy wchodzącego, 
zmarszczyła się żałośnie i legła z powrotem.
— Coc jest? — zapytał Baldwin podchodząc ku niej.
— Nic, nic, idź sobie, idź sobie, ach, idźże sobie w końcu! — jęknęła.
Wyszli obaj z wyraźną ulgą, jaką odczuwa się opuszczając izbę ciężko chorego, któremu pomóc nie można. 
Montaigu w szybkich urywanych słowach opowiedział rozmowę z greckim obrzydliwcem.
— Myślisz, żeby ją uleczył? — zapytał Baldwin przeciągle.
— Uleczyłby bez ochyby, boć szatan wszystko może i tym właśnie ludzi przyłudza... Ale grzech by to był 
śmiertelny... Co by książę Godfryd powiedział?
— Jużci co tak... Ja się jej wszakże zapytam...
Wrócił do namiotu powitany nieżyczliwym spojrzeniem Helgundy i nachylił się nad chorą.
— Gontrano! Gontrano! Posłuchaj: Przyjechał medyk grecki... Plugawiec, co trupy kraje... Od pogan 
rozumu nabrał... Szatański pachoł. Wyleczyć może ciało, ale duszę utrupi... Godfryd by o nim ani słyszeć 
nie chciał... Chceszli go widzieć, czy nie?...
— Co Godfryd?! Gdzie jest?! — wykrzyknęła dziko, porywając się z posła"nia.
— Godfryd jest w obozie Rajmundowym... Tu przyjechał
abelski sługa... medyk grecki... Pytam, zali chcesz go wi-?... — tłumaczył cierpliwie Baldwin. Nie chcę 
nic... Nie chcę nic... Zostawcie mnie raz już
pokoju! — odparła obracając się gniewnie do ściany.
__ Nie chce — stwierdził z zadowoleniem Baldwin, wyszedłszy do czekającego przed wejściem Konona. 
— Odpraw schizmatyka co rychlej. Niech wraca, skąd przyjechał. Z Gontrana będzie, jak Bóg da, bez jego 
pomocy.
Z nieukrywaną przyjemnością Montaigu powtórzył Grekowi postanowienie księcia. Medyk nie okazał 
żadnego zdziwienia. Skłonił głowę i trącił mulicę piętami. Jeszcze nie zdążył wyjechać z obozu, gdy 
powietrze rozdarł wrzaskliwy głos trąb. Ludzie pędzili co duch do koni. Warczały bębny. Krzyk się niósł 
po wszystkich obozach:
— Saraceny!... Saraceny!...
Rozdział trzynasty ALLAH AKBAR!
Szeroką przestrzeń zajmują wojska sułtana Kilidż-Arslana. Spieszą się, płosząc po drodze stada onagro, czyli 
dzikich osłów, antylopy szablorogie i zające pustynne. Nadeszły szybkim pochodem nie tracąc ni chwili czasu. 
Zapał pędzi je jak płomień. Święta wojna! Święta wojna! Biada zuchwałym niewiernym, chwała wyznawcom 
Proroka!
Idą w wielkiej sile. Samej jazdy jest dziesięć dżamatów, w każdym dżamacie po pięć segbat, a w każdym segbat 
blisko tysiąc ludzi. Gdy wypuszczą strzały, tworzy się ciemna chmura podobna lecącej szarańczy. Gdy wyciągną 
krzywe szable, błysk przelatuje ponad szeregami jak nagłe olśnienie pioruna. Są tu wszystkie szczepy, wszystkie 
rody z Bitynii, Lidii, Frygii. Są też Arabowie z Nedżdu, czarni jak Murzyni, i jaśniejsi od nich Arabowie ze 
szczęśliwej krainy Jemen, i Beduini z pustyni w białych albo czarnych chustach, objętych na głowie trzykrotną 
opaską. Sniadolicy, o sępich wydatnych rysach, podobni są z dala do kruków.
Przed sułtanem Kilidż-Arslanem niosą sułtański, siedmiokrotny mendżuk, to jest buńczuk, z ogonów 
kozowołów, oprawny w złoto, zwieńczony złotym miesiącem. Przed emirami noszą mendżuk potrójny, koński, 
przed szelkiem pojedynczy, Bezpośrednim podwładnym szelka, nie posiadającym prawa do buńczuka, jest aga. 
Adze podlegają czorbadżowie, czyli dziesiętnicy. Czorbadży, równie jak ordapasza lub wezyr, to wyrażenia 
tureckie przywleczone przez Seldżuków, niemiłe Arabom, przecie rozpowszechniające się coraz bardziej w 
świecie muzułmańskim.
Koń sułtana jest biały jak mleko, ale czarnej skóry, przeto gdy spotnieje, zdaje się maści stalowej. Ogon, jak 
śnieżny wodospad, spływa aż do ziemi. Na zadzie nosi pięciokrotne święte znamię palców Mahometa. Rząd 
szczerozłoty. Napierśnik spięty brylantową gwiazdą. Choć nie tak bogato przystrojone, wszystkie konie wokoło 
są piękne, lotne i cenne.
Znają tylko stęp i alop. W galopie wyciągają się nad ziemią
k strzała puszczona z cięciwy. Stanowią najwyższe ukocha-"*dumę swych jeźdźców. Dla. rycerza Zachodu 
koń, horz, t również rzeczą najważniejszą i pożądaną, stanowi doód boaactwa, dostojeństwa i znaczenia. Lecz dla Araba jest
zyfflś więcej jeszcze: najserdeczniejszym ukochaniem duży Za konia wojownik arabski odda żonę (to najłatwiej),
vnów, majątek i życie. Konia umiłował Prorok. Nie wzniósł
się do siódmego nieba na grzbiecie wielbłąda ani na grzbiecie orła, ani na grzbiecie gazeli. Płomieny rumak Borak podleciał pod niebo jak chmura. Więc nic dziwnego, że każdy
z wiernych żywi cześć i podziw dla konia.
Każdemu stoi w pamięci niedawne zdarzenie w plemieniu Nagli, gdy nieubłagani wrogowie ścigali jeźdźca, 
którego klacz pomykała niestrudzenie, sadząc jak sarna przez rozpadliny i głazy. Ścigali go cały dzień, a ona nie 
ustawała. Jęli wołać: Stój! Jesteśmy przyjaciółmi! Pozwól nam ucałować czoło twojej dzielnej klaczy!
Więc stanął. Uczcili zwierzę. Wyrzekli sakramentalne: „Idź umyć nogi twojego wierzchowca i dopiero sam pij 
wodę" — po czym rozjechali się w pokoju.
Na czele każdego segbatu cwałuje brzękliwa muzyka na szałamajach podobnych francuskim obojom, fletach, 
tołumbasach, litaurach, dzwonkach i brzękadłach, choć donośny dźwiękliwy jej zgiełk ginie w głośnej wrzawie. 
Nie śpiew to, lecz miarowe chóralne powtarzanie sur Koranu. Język arabski jest dźwięczny i dzwoniący. Zgłoski 
dżir, dżin i dżan bębnią w nim jak grad padający na pokrywę kotła. Ten dźwięk upaja, oszołamia. Każe 
zapomnieć o zmęczeniu, pragnieniu i głodzie. Swobodni ludzie pustyni miłują nade wszystko rym i rytm. Miłują 
je prawie na równi z wolnością i koniem. W uniesieniu nie potrafią mówić inaczej jak wierszem. Wierszem 
pełnym kwiecistych metafor pisane są urzędowe dokumenty kalifów z Bagdadu. Wierszem improwizują płaczki 
żale swe po zmarłych. W pieśniach, wierszach są zawarte stare kroniki arabskie. Największym zaszczytem jest 
posia-= w rodzinie poetę. I teraz, w pochodzie powtarzają wiellla Skosem rymowane sury, opiewające chwałę Allacha, co.
zlecił świętą wojnę.
Odrzekł anioł Gabriel Proroka: W czym leży istota wiary? Prorok i hammed: wyznawać, że Allach jest jeden, a jam jego. Pilnować godzin modlitwy, pościć miesiąc Ramadan i odbyć pielgrzymkę do Mekki.
...Zmarszczył brwi anioł Gabriel i zapytał wtóre: W czym leży istota wiary? Odrzekł Mohammed: Wyznawać, że 
Allach jest jeden, a jam jego prorok. Prowadzić wojnę świętą z niewiernymi, pilnować godzin modlitwy, pościć 
miesiąc Ramadan i pielgrzymować do Mekki...
Lecz anioł pyta po trzecie: W czym leży istota wiary? Odrzekł Mohammed: O, potężny Gabrielu! Wyznawać, że 
Allach jest jeden, a jam jego prorok, i prowadzić świętą wojnę z niewiernymi.
Wtedy rozchmurzył się anioł mówiąc: Przysięgam na noc nadchodzącą i zorzę, kiedy rozkwita, żeś sprawiedliwie 
odrzekł, Mohammed 
Teraz wojownicy powtarzają śpiewnie powieść o rozkoszach raju. O lepkich wdziękach czarnookich hurys, 
które ich powitają na łożach o złotym wezgłowiu. Na myśl o tym oczy płoną. Cudowna nagroda oczekuje 
ich niechybnie. Nic jej nie umknie, nic jej nie oddali, skoro wyszli na wojnę świętą, czyn, co jest Bogu 
najmilszy...
O biada, biada niewiernym, co przyszli niebacznie z daleka, wyzywając gniew dzieci Proroka! Poczują na 
karkach gniot ciężkiej stopy zwycięzców. Chyba... chyba że się upokorzą i uczczą Allacha...
W tym jednym razie z wrogów nienawistnych, pogardzonych, staliby się przyjaciółmi, nieomal 
pobratymcami. Dla muzułmanów nie istnieją różnice narodowości, języka albo barwy skóry. Jedna różnica 
to różnica wiary. Kto wiarę przyjął i pomaga ją szerzyć, jest bratem i współplemieńcem. Brat, który wiary 
doskonałej nie wyznaje, jest wrogiem. Obróć na niego co prędzej miecz, zanim cię Allach ukarze!
Niegdyś, przed świętym dniem Hidżry, Arabowie żyli jako inni ludzie, pożądając cudzego wielbłąda, konia 
lub dziewczyny... Lecz islam przeorał ich dusze i dziś każdy z tych wojowników pragnie najgorętszym, 
męskim pożądaniem jednego tylko: by cały świat uwierzył w Proroka.
Rudy tuman podnosi się spod kopyt końskich, przesłania pół nieba. Gdyby nie on, kto wie, czy rozognieni 
wojownicy nie dojrzeliby wśród chmur... otwartych dla nich wrót raju... I tak zda się im chwilami, że coś 
nieziemsko pięknego przebłyskuje pośród pyłu, niby zaklęty gród kolumnowy Irem, widziadło 
zaczarowane, zwidując się oczom zbłąkanych w pustyni... I przeżywając zawczasu słodycze oczekującej 
nagrody przysięgają, że walczyć będą zawzięcie jak Szanfary, co położył sam jeden stu wrogów z 
plemienia synów Samana, że pozostaną wierni jak Ibn Samuaal, co dał zamęczyć syna
w swoich oczach, lecz przyjaciela nie wydał pięknie jak piewca wolnej pustyni, Antara...
że zginą
Ruch gorączkowy panuje w chrześcijańskich obozach. Giermkowie już wiodą panom konie, podają do ręki 
kopie. już rycerze stają w szyku obrzednim, zwanym płotem, szeregi za szeregami, drużyny za drużynami. 
Już się rozciągnęli ławą, z prawej mając miasto, z tyłu obwarowane obozy. Szeregi stoją głęboko. Od 
nadlatującej chmury pogan brzmi głośne, dźwięczne la ilah el Allah, Mohammed rasul Allah} — nad 
krzyżowcami polatuje twarde, zwięzłe: Bóg tak chce! Bóg tak chce!
Wielkie -pięści w żelaznej łuskowatej rękawicy dygocą z radości, obejmując drzewce. Bitwa! Bitwa! Od 
dwóch lat upragnione, oczekiwane zmierzenie się z poganami nadchodzi nareszcie! Bóg tak chciał! Bóg ich 
wiódł! Bóg teraz pomoże zwyciężyć. Ustokrotni siłę każdego ramienia, uzbroi mocą. Bóg... Bóg...
Napięta siła wiary drży jednako nad oboma wojskami. Dwie wiary zderzą się jak dwa tarany, jak dwie 
chmury pełne burzy. Grom, który z tego starcia wyleci, wstrząśnie ziemią. Posłyszy go cały świat.
...La ilah el Allah, Mohammed rasul Allah!...
Bóg tak chce! Bóg tak chce!
Żelazną strugą starają się wbić chrześcijańscy rycerze w ciało armii muzułmańskiej. Rozepchnąć klinem na 
dwoje, stratować lśniących jedwabiem jeźdźców i drobne, polotne ich konie. W części im się to udaje. Nie 
mogą Arabowie zdzierżyć straszliwego impetu natarcia. Lecz że ich taktyka Jest inna, nie płoszą się tym 
zbytecznie. Dążeniem sułtana Kilidż-Arslana jest dać się nieprzyjacielowi, owszem, zanurzyć, zapędzić głęboko, Natenczas otoczyć, 
oderwać od trzonu wojska, obezwładnić gęstwą. Rozbić stalowy klin nacierających na sto poszczególnych 
ognisk walki. Oślepić chmurą s rżał. Pozorną ucieczką rozciągnąć w nieładzie hufce. Dorzucić do boju 
pozostałe wojska, stojące opodal, Po brzucnacn niewiernych. Że strzały odskakują od w Pancernych, 
Saraceni usiłują razić konie. Konie noszą
maja } Zie żelazne napierśniki i takież przyczółka, na zadach tuskowany kropierz, lecz muzułmanie mierzą w 
nie
osłonione niczym brzuchy, w nogi. Gdy od lewego skrzydła z hukiem i szumem nadbiegają Lotaryńscy. 
Godfryd na czele z mieczem wzniesionym do góry, nim dopadną szeregów nieprzyjaciela, boki 
Godfrydowego bachmata zjeżone są strzałami, że gniady źrebiec widzi się jak rumak skrzydlaty Borak, co 
niósł Proroka do nieba. Dzielny koń przebiega tak parę staj, aż wali się nagle na nozdrza. Giermek pędem 
podprowadza księciu drugiego wierzchowca. Podobnie zwalono' już konie pod panami de la Hache, 
Baldwinem du Bourg i jednym z Salviac de Viel. Dosiadają zastępczych koni klnąc i wygrażając 
muzułmanom za tak zdradziecką modłę "walki.
Na czele swoich drużyn Rajmund St. Gilles walczy jak uosobiony żywioł boju, jak Keus, Płomień 
chodzący. Przy nim Ademar, biskup z Puy. Miecz w jednej dłoni, krzyż w drugiej. Wodze rzucone na łęk. 
Koń mądry, sam się powiedzie. Za biskupem Piotr, skulony, na poły przytomny. Nie chce się przyznać 
przed sobą samym, że zgiełk bitewny, który otaczającym rycerzom rozdyma nozdrza, upaja jak wino, jego 
przeraża, odbiera resztę odwagi i sił. Patrząc na widomy jego lęk krzyczą ze śmiechem, by wracał do 
obozu, do bab. Ale Piotr nie chce wracać. Chce przełamać swą bojaźń i walczyć. Jeżeli zginie, tym lepiej.
Tuż przy nim Walter Bez Mienia. Ten się nie lęka. Biskup może rzucić wodze, modląc się i bijąc na 
przemiany, bo Walter nad nim czuwa. Nie dbając o siebie osłania przede wszystkim wodza. Straszliwy jego 
miecz, tnie ludzi wpół, odrzuca z rozmachem, precz głowy. Raz po raz czyni się luz wbkoio " biskupa. 
Niech patrzą inni rycerze, niech wiedzą, zali pogardzany bękart zasłużył na pas?!
Lecz komu tam w głowie patrzeć, gdy każdy sobą zajęty. De la Tour przebija kopią szóstego już 
przeciwnika, wywleka z siodła, unosi do góry, trzyma w powietrzu wbitego na drzewce i ciska z 
rozmachem bluzgające krwią ciało na szeregi wrogów. Bracia Salviac de Viel walczą ramię przy ramieniu, 
każdy bardziej baczny na drugiego niż na siebie. Jak żeńcy zboże, tak ścinają wrogów panowie de Foix, 
d'Armaillac, de Luz, de Beaugency. Śląska gromada trzyma się w kupie, rąbie zaciekle niby drwale 
puszczę. Plunąwszy w garść walą z rozmachem mieczem od lewego, jak toporem. Padają razy, których nie 
powstydziłby się sam pan de Melun. Zwołują się hasłem rodowym Nogodzice i Oświaty, Zawory i 
Nowiny. Tylko Strzegonie walczą milcząc. Ich zawołania
rzemiennego godzi się używać jeno w śmiertelnej, ostatecznej potrzebie, gdy znikąd nie masz ocalenia.
Nie walczą przez to mniej mężnie. Choć w obczyźnie, oddaleni od Śląska bardziej niż którykolwiek z 
przeddziadów był oddalony, biją ochoczo jak pod Kruszwicą czy Kijowem. Miarowo i pewnie, na odlew i 
z góry. Bacząc, by nie dać się rozerwać i otoczyć, suną nieustępliwym szeregiem, giermków mając poza 
sobą.
Na jedną tylko chwilę ramiona ich słabną, to gdy z głębi, spośród pogan nadciągają wielbłądnicy. 
Pokraczne stworzenia pędzą, wyciągając długie szyje. Plaskają niekształtne rozpłaszczone kopyta, podobne 
zwojom burego sukna. Szpetne złośliwe pyski plują na konie cuchnącą śliną.
— Dla Boga! — krzyczy Tarchała prawie z przerażeniem.
Lecz drudzy uspokajają go żywo. Czyż nie widział już tych pokrak płowych w Bizancjum? Bydlę jak 
każde inne, z którego miecz juchę snadno wypuści...
Młodzieńczą, dawno straconą siłę dłoni odzyskał stary Anzelm de Ribaumont, gdy ochrania ukochaną 
głowę Pawła Engelrama. Niech młodzianek wałczy z szaloną nieopatrznością młodości. Stary czuwa nad 
nim pilnie.
Godfryd lotaryński bije się z twarzą uniesioną, natchnioną, nieziemską. Jak gdyby walczył z szatanem 
twarz w twarz. Między jednym ciosem a drugim spogląda w górę, spodziewając się ujrzeć tam 
współwalczącego w obłokach archanioła Michała, wodza wojsk anielskich; świętego Jerzego, pogromcę 
smoka Lewiatana lub świętego Teodora, Bożego żołnierza. Choć z natury niezbyt mocny, nie mogący 
równać się z siłaczami jak de Melun, Walter Bez Mienia albo de la Tour — w uniesieniu wali nie gorzej od 
nich. Gdy odrąbuje ramiona, przebija na wylot lutowia, zdaje mu się, że druzgoce Zło samo. Niech się 
rozpada w drzazgi, niech nigdy nie wstanie! l łagodny Godfryd z rozkoszą czuje pod kopytami trzeszczące 
kości powalonych nieprzyjaciół.
Pięć godzin już walczą bez przerwy w rozedrganym upałem powietrzu, żarze słonecznym tak srogim, że 
rozpalony pancerz parzy ciało przez kaftan skórzany, gdy wojska obu
bertów, Szczepana de Blois, Hugona i Boemunda, warujące P Przeciwnej stronie grodu, dowiadują się 
dopiero o bitwie. ; ciuchu stają w szeregu, ruszają skoro w bój. Lecz droga atwa. Z jednej strony miasto, z 
drugiej własne obwarowane obozy, oparte o stronie wzgórza, z zachodniej strony jezioro. W wąskim 
przejściu pomiędzy murami grodu a częstokołem obozowym z kołów drewnianych i ludzkich piszczeli, z bramy wschodniej 
wypada Ibrahim, syn emira Mudżahida, z trzema segbat przedniej jazdy. Zastawia drogą. Nie mogąc 
rozwinąć się ni przeciwnika ominąć, rycerze stracą na walkę z Ibrahimem czas dość długi, który 
wystarczy, być może, Kilidż-Arslanowi na przełamanie Lotaryńskich i Prowansalczyków.
Zawsze przytomny Boemund nie pcha się do walki, gdzie tylko pierwsze czwórki biją się, a reszta 
depcze sobie po piętach i klnie. Wyłazi samojeden na jedną z rozpoczętych wież oblążniczych, 
niezdarny stos belek i drągów. Z tego podwyższenia ogarnia wzrokiem większą przestrzeń. Widzi, jak 
Flandryjczycy ścierają się z Ibrahimem, zatrzymując cały pochód. Z murów oblężeni miotają na nich 
kamienie, oszczepy, włócznie. Szyją chmurą strzał. Taka zabawa może trwać snadno do wieczora.
W oddali, z drugiej strony grodu, obłok kurzawy zdradza miejsce, gdzie toczy się walka. Upragniona 
bitwa rozgrywa się tam bez rycerstwa, stojącego tu bezczynnie!
Szybko Boemund schodzi z wieży, cofa swych ludzi, wydaje rozkazy. W mig rozwalają częstokół 
zasypując fosę. Pędzą w poprzek obozowiska sadząc przez sznury namiotów, Struchlałe niewiasty i 
pachołcy patrzą na nich w zadziwieniu.
Już obalają częstokół po przeciwnej stronie, wdzierają się na wzgórza, spuszczają stromym stokiem w 
dół i — na koniec droga wolna. Konie pędzą muskając brzuchami ziemię. Schylone w pół ucha kopie 
lśnią niecierpliwie. Już minęli Ibrahima. Czy uderzyć nań od tyłu, czy lecieć, nie tracąc chwili, ku 
tamtym?
— Na krew świętego JanuaregoH — krzyczy strasznym głosem Tankred — patrzcie!!
Podnoszą przyłbice osłaniając oczy dłonią; pod ochroną jazdy Ibrahimowei, u stóp murów, dzieją się 
okrutne rzeczy. Saraceni wywlekli z grodu więcej niźli tysiąc Ormian i mordują ich teraz spokojnie, 
zimno, bez pośpiechu, tak jak tylko Wschód mordować potrafi. Pośród ofiar są wszystkiego wieku i 
obojej płci. Niedolatki, starce, dzieci. Skowycza obłąkani z trwogi, w śmiertelnym popłochu rzucają 
się na oślep trafiając wszędzie na mur ostrz. Saraceni młodszych kobiet nie mordują od razu. 
Zwlókłszy z nich szaty powalają na ziemię, rozkrzyżowane dłonie i stopy przykrępowując do zabitych 
w ziemię kołków. Tak ostaną. Niech je hańbi, kto chce. Niech
je żrą mrówki, rozszarpie w nocy szakal, w dzień sępy. To odpowiedź emira Mudżahida na 
lekkomyślne pogróżki Franków... . _ Za mną! — krzyczy Tankred zawracając konia, lecz
Boemund żelazną ręką chwyta go za ramię.
_ . stój! Nie mamy czasu! Co ci do nich? To nie nasi!
_ Chrześcijanie!
_ . Schizmatyki... Tam trzeba nam czym prędzej, tam, zanim Prowansalczyki wszystką sławę zbiera,. ,
Z żalem, blady z gniewu, Tankred daje się odciągnąć. Zresztą Boemund ma słuszność. Największy 
czas wesprzeć Rajmundowych, Godfrydowych, którym po sześciogodzinnym boju w spiekocie 
ramiona mdleją, tchu nie staje. Spod przyłbicy ściekają pot i krew. Wyschłe usta nie mogą wydobyć 
głosu. Gdybyż z rozpalonych niebios spadła kropla deszczu! Gdybyż kto dał kubek wody!...
Ta myśl słaniających się z pragnienia i trudu rycerzy miałaż w sobie moc porozumiewawczą? 
Siedząca w namiocie Elwiry Florina podsuwa nieśmiało, że może by zanieść wody walczącym 
rycerzom?,.. Od rana tkwią na upale...
Elwira się waha, ale inne podchwytują. Blanka gotowa jest pobiec od razu. A dworki Elwiry aż ręce 
składają, by im również pozwolono. Więc dumna pani przystaje.
I już biegnie bezładna gromada kilkudziesięciu kobiet, z konwiami, stągwiami, kubkami i czerpakami. 
Porwane zapałem nie dbają o możliwe niebezpieczeństwo. Mogą je pogany ogarnąć, mogą dosięgnąć 
strzały z murów. Mniejsza o to. Dostoją swoim. Nie przyszły tutaj na próżno, nie są dla mężów 
zawadą. Choćby wypadło zginąć, czyż nie są wszystkie z dobrej krwi rycerskiej?
Już je ujrzeli walczący woje. Początkowo niechętne zdumienie przeradza się szybko w radosne 
uznanie. Ciepła mętna woda smakuje jak nektar. Spalone usta z rozkoszą cedzą ożywczą wilgoć, 
starając się zatrzymać ją w sobie jak najdłużej. Nie> piją wiele, pomni, że tylu innych czeka. Farę 
łyków wystarczy. Z wdzięcznością patrzą na poczciwe białki, czując w sobie rosnącą chęć 
najświetniejszego wykazania się ich oczach. Hej, to już nie zdobywanie „twierdzy miłości" ni turniej 
na dziedzińcu, ani gonitwa do pierścienia! Niech viazą dobre dziewczęta, jak walczą ich rycerze, niech 
się po-"Wą. Spłonione dziewki, okrutnie rade ze swego pomysłu,
kwa
pią się stąd odchodzić.
. — " Tour wiedzie Rajmunda ogłuszonego silnym ciosem,
co spełzł po szyszaku. Szłom wytrzymał, lecz grabiego zamroczyło. Zapominając o zwykłej dumie, Elwira 
śpieszy ku niemu z wodą, z dłońmi pragnącymi przynieść ulgę.
— Dobra, dobra żono... — bełkocze Rajmund na poły przytomny. Pierwszy raz ją taką widzi. Coś wiąże 
się pomiędzy nimi i rośnie, nie znane dotychczas. Bliższa wspólnota na dobro i zło.
Bitwa trwa nadal, nieustępliwa, okrutna, zażarta. Normanowie, Flandryjczycy przerąbali się nareszcie 
przez Ibrahimowych i walą z chrzęstem w bok wojsk muzułmańskich. Baczny na wszystko, stojący na 
wzgórzu sułtan wysyła przeciw nirn ostatnie, nieczynne dotąd dżamaty. Ścierają się z Normanami w 
pędzie, przelatują skroś siebie, zawracają, by znowu uderzyć. Równocześnie niebo, stojące dotąd nieruchomym, rozżarzonym słupem, poczyna drgać, rudzieć i szarzeć jak spłowiała ścierń. Z nagła porywa się 
wicher. Kręci tumanem kurzawy, oślepia, rozdyma burnusy jak żagle, ogony końskie jak żagwie, proporce 
jak napięte struny. Dmie od chrześcijan ku Arabom, z północy na południe. Wielbłądy chrapią i stękają. 
Konie cofają się. Allach doświadcza wiernych, Iblis wspomaga giaurów!...
Podobni sępom Beduini pierwsi zawracają konie. Za nimi reszta. Gdy.hasło raz dane, daremnie grozi 
sułtan, daremnie szeicy zawodzą wspaniałe sury. W świście burzy nikt nie słyszy ich głosu, nawoływania. 
Nim jeździec zamyśli odwrót, koń sam sią obraca z wiatrem. W żrącym rudym tumanie rycerze ścigają 
pierzchających. Zrozpaczony Ibrahim zabiera niedobitki swoich, zachodzi z boku, uderza na oślep, 
borykając się z wichurą. Zaledwie się sczepił z Fryzami, wpada nań z tyłu Szczepan de Blois ze swoimi 
ludźmi. Daremne męstwo. Oddział Ibrahima otoczony, ujęty w żelazne kleszcze. Nie ujdzie z niego ani 
żywa noga!
Elwira, Blanka, Florina, reszta kobiet, schwycona przez zawieruchę, zbłąkane, nie wiedzą, co począć, 
gdzie iść, W trwodze przypadły jak przepiórki pod skałami. Ani marzyć o odnalezieniu drogi do obozu w 
gęstej oćmie walącej z nóg, zapierającej dech. Są same. Paziowie Elwiry, chwyciwszy broń i konie 
zabitych, pognali za rycerstwem w swych kusych, cudackich strojach. Niech ich ukarzą za to, że rzucili 
wacniarz pani i pachnidło. Trudno. Nie mogli dłużej wydzierżyć!
Na pobojowisku siła trupów. Całe zwały. Ukazują się, to giną w przebłyskach dnia, gdy na chwilę przerwie 
się obłok
kurzawy. Leżą społem dobrzy rycerze, giermcy, ścierciały, oachołcypoganie. Splątani razem w objęciu 
śmiertelnym, v,o walczyli jeszcze na ziemi, do ostatniego tchu. Konie, wielbłądy leżą przewalone. Obok 
nich wyprute jelita w buchających parą lub zsiniałych, strupiałych już kręgach. Tu i ówdzie odrąbane 
głowy, ramiona. Bezkształtne tułowia. Nad głowami skulonych ze strachu kobiet łomot skrzydeł. To sępy 
zleciały na skały. Będą tu czekać do rana. Zdobycz im już nie ucieknie. W swej sępiej mowie wychwalają 
świętą wojnę. Jakikolwiek jest jej wynik, one osiągają korzyść.
Niewidzialne za chmurą pyłu słońce zaszło i wiatr raptownie ucicha. Tak raptownie, że przyzwyczajone do 
przeciwstawiania się jego naporowi ciało chwieje się niby zapadając w próżnię. Pył powoli opada. Daleko, 
w górze, ukazuje się chłodne seledynowe niebo, na którym za chwilę wzejdzie czerwony miesiąc. Gdzieś 
tuż blisko skomlą żarłoczne szakale. Od leżących nieruchomo trupów idzie groza.
Ukryte w załomie skalnym kobiety nie śmią opuścić swojej kryjówki. Zresztą nie wiedzą, gdzie droga. W 
pustynnej zamieci odbiły się daleko od obozu, aż na drugą stroną grodu. Co począć teraz? Po upalnym 
żarze dnia chłód nocy przenika je aż do kości. I strach, strach...
W oddali tętent kopyt. Kto nadjeżdża? Swój czy wróg? Ktoś woła. Wywołuje po imieniu. To swoi!
Tak, to Rajmund St. Gilles, z nim Swenon, d'Armailłac, de la Tour, de Foix,- de Beaugency. Nie zastawszy 
niewiast w obozie szukają ich strapieni. Są czarni z trudu, zachrypli, lecz zadowoleni z boju.
— Tym chłystkom daruj — mówił Rajmund do Elwiry, która żali mu się na paziów — dobrze stawali, jak 
mi Bóg miły! Jużem im obiecał giermkowanie... Zwycięstwo jest wielkie, nie ma co gadać. I nasze, własne, 
bo Normany z Fryzami przyszły na sam koniec... Butumitos, gad obrzydły, ani się pomknął z pomocą. Stał 
i czekał, co z nami... Posłem mu za to trzy tysiące, albo więcej, głów pogańskich. Niech widzi, jako 
wojujem... Resztę głów procami ciśnie się do grodu...
Siła ich legło? — dopytują ciekawie niewiasty. Na oko więcej niźli sześć tysięcy... naszych także niemało... Siadajcie na koń, bo kawał drogi, a późno.
Podsadzają niewiasty na okryte kropierzami końskie zady. *vazdy rycerz bierze jedną, a poniektóry dwie. 
Jedną z przou na łęk, drugą z tyłu. Konie wprawdzie setnie znużone, ale jakoś się dowloką.
— Szmat drogi musim nadłożyć — objaśnia Rajmund Elwirę — bo podle wschodniej bramy 
leżą te niebogi Ormianki, więc i niebezpiecznie tamtędy jechać, i wam nieprzystojnie.
— Co za Ormianki?
— Jeszcze przed południem pogany wywlokły z grodu wszystkich chrześcijan i ubiły.., 
Panienek przy tym ze sto pohańbili do kołków przywiązawszy i tak, żywe, poniechali.
— Żyją jeszcze? — pyta Blanka z rozszerzonymi grozą oczyma.
— Królewicz duński prawi, co żyją. Krzyczały pono pomocy, gdy przejeżdżali.
— To trzeba je zwolnić co prędzej!
— Zwolnić?! A kto by je dotknął?! Pogańskie nasienie na nich. Żaden chrześcijanin ani tam 
podejdzie...
— Pewnikiem już pomarły, piasek musiał je zadusić... — zapewniał Swenon przyciskając tkliwie 
ramionami szczupłe ręce Floriny, obejmujące go wpół piersi.
— Straszne, straszne — powtarza Blanka siadając na konia pana de Foix. Udaje iż nie widzi, że Raul 
de Beaugency podprowadza jej swojego.
Miesiąc już się wytoczył wysoko na niebo. Już się wyzłocił z czerwieni. Ciche przed godziną pole 
zaczyna się ożywiać. Wśród zmarłych kręcą się żywi. Gromady sług obcinają głowy zmarłym. Śpieszą 
się, gdyż o świecie głowy mają być rzucone do miasta. Sprawnie to czynią i szybko, jakby jesienią na 
polu obcinali z naci rzepę. Przerzucają się do siebie głowami ze śmiechem. Inni pchają je do wielkich 
skórzanych miechów i taszczą do obozu. Jeszcze inni zbierają broń, obdzierają ciała z przyodziewku, 
kłócąc się przy tym zawzięcie. Giermcy twierdzą, że po cięciu poznają rękę swego pana. przeto dana 
zdobycz do niego należy. Szakale ziewają wśród skał. Łatwiej żreć rozdziane trupy, ale przykro 
czekać.
Dobiwszy do obozu rycerze padają na posłanie strudzeni. Rychło śpią snem kamiennym. Jeden tylko 
Rau] de Beaugency nie idzie na spoczynek. Sen się go nie ima. Jest podniecony, niespokojny. Ozeźliła 
go Blanka. Dawniej chętnie na niego patrzała, a teraz zgoła nie widzi? Poza tym dręczy go 
wspomnienie umęczonych kobiet zawidzianych przelotnie w przejeździe. Bieliły się tak dziwacznie w 
księżycowym blasku. Niezdrowa, nieprzeparta chęć popatrzenia na nie jeszcze raz nie daje spocząć. 
Okrutna rozkosz widoku męki, do której wstyd się przyznać samemu przed sobą. Każdy inny
brzydziłby się podobnej myśli i odegnał od siebie ze strachem, lecz Raulowi wszystko jest zarówno. 
Nic mu nie pomoże,' nic mu nie zaszkodzi. Potępienie nie zna stopni, równie iak zbawienie. Zapada 
się weń bez różnicy. Potępiony może bezkarnie iść, gdzie chce, robić, co chce, czynić wszystko, na co 
mu przyjdzie ochota. Tak czy owak, czyż nie jest własnością szatana?
Miesiąc świeci przeraźliwie. Każdy kształt jest czarny lub biały, zarysowany ostro. Z pobojowiska 
zeszli już obcinacze głów, ograbiacze trupów. Zostały tylko szakale. Ludzie śpią twardo, zmożeni 
całodzienną pracą. Nie masz wokoło nikogo. Tylko potępiony włóczy się po nocy. Jak złodziej, 
niewidzialny w cieniu, posępny rycerz sunie pod częstokołem, świecącym z góry trupimi czaszkami, 
czaszkami pomordowanych krzyżowców z armii Piotra Eremity. Zdąża spiesznie ku bramie 
wschodniej, przy której wymordowano tysiąc ludzi w zamian za ostrzeżenie z porady Butumitosa 
wysłane.
Oto to miejsce przeklęte. Zwał martwych ofiar. A dalej one. Nagie ciała bielą się z dala, niby 
czarnoksięski magiczny krąg.
Raul de Beaugency poczuł zimny dreszcz wzdłuż krzyżów, pożądanie w lędźwiach, chwytający za 
gardło strach, a ponad wszystko wstręt do samego siebie. Czego tu chciał? Po co przyszedł? Jednak 
szedł dalej, zbliżył się już do rozkrzyżowanych. Leżały do polowy zanurzone w nawianym wichurą 
piasku, przygwożdżone, rozwarte. Niektórym na łonie wycięto szyderczy znak krzyża. Tym żywoty 
wzdęły się już i sczerniały, a litościwa śmierć zgasiła powieki. Lecz większość żyła jeszcze. Zdradzały 
to konwulsyjne drgania ciał, a czasem żałosne jęki. Raul stał w pośrodku nich, spoglądając wkoło 
niezupełnie przytomnym wzrokiem. Widziało mu się chwilami, że sam jest szatanem, patrzącym na 
oddane w jego moc dusze. Naraz drgnął: posłyszał kroki. Instynktownie skoczył w cień i przysiadł na 
ziemi niewidoczny. Zabezpieczony mrokiem patrzył uważnie, zdumiony. Któż to był? Smukła postać 
w ciemnym płaszczu... Trzyma naczynie, zapewne z wodą. W drugiej ręce coś błyszczącego... Nóż? 
Nachyla się nad każdą z leżących". Zlewa wodą. Rozcina więzy. Lub pewnym ruchem unosi dłoń do 
góry i zadaje cios, który skraca mękę...
bl t w*edza.c nici ze jest śledzona, postać podeszła tuż MSo' W pewnej chwili Raul zobaczył jej 
twarz w pełnym u księżycowym ł zakrzyknął ze zdumienia:
— Blanka! Blanka de Montbeliard!
Nie wytrzymał. Wyskoczył z ukrycia, chwycił ją za dłoń, tę, w której trzymała nóż.
— Co tu robisz,? — zapytał półszeptem.
Ochłonęła z chwilowego przestrachu i odrzuciła dumnie głowę.
— Przeca widziałeś.
— Co robisz? — powtórzył niepewnie. Nie wiedział sam, co ma uczynić ani jak sądzić jej dziwny 
postępek. W głowie
miał mat.
— Puść mnie — rzekła z niechęcią, usiłując uwolnić dłoń. Zacisnął palce tym mocniej. Z przegubu jej 
gorącej, szczupłej ręki spłynęła ku niemu żądza.
— Miłuję cię z dawna, wiesz... — szepnął schrypłym głosem.
Zatrzęsła się z oburzenia. Słowa te wobec otaczającego
obrazu wydały się jej potwornością.
— Puść mnie! — powtórzyła gniewnie.
— Pędzisz mnie od siebie... Na mojego konia nie chciałaś siąść... A ja cię miłują...
— Puść!
— Nie puszcze! — zakrzyczał z gniewem. Opór jej budził w nim złość. Zapragnął namiętnie zedrzeć z niej 
płaszcz, rozłożyć nagą na ziemi, jak tamte. Jest wszak w jego mocy, na jego łasce. Jeśli opowie w 
obozie, gdzie ją zastał, zakopią ją żywcem albo żywo spalą. Widział naocznie, jak dotykała 
pohańbionych kobiet. Zebrała na siebie czary, tkwiące w nasieniu pogan, którzy je uprzednio gwałcili. On 
jeden nie bał się jej dotykać, nic mu bowiem nie mogło zaszkodzić. Ale co powiedzą inni?
Patrzyła mu w twarz hardo i wyzywająco.
— Puść natychmiast! Czego chcesz?
— Połóż się — warknął. Roześmiała się złym śmiechem. — Z tobą — nigdy.
— Powiem wszystkim, gdziem cię zastał.
— Powiadaj. Uwalniałam te nieszczęsne, a które już ledwo dyszą, dobijałam, żeby się nie męczyły 
dłużej. Powiadaj. Ja ciebie zapytam wtedy: Coś ty tutaj robił?
Zmarkotniał, ale tylko na mgnienie.
— Tropiłem ciebie.
— Kłamiesz. Zobaczyłeś mnie dopiero przed chwila.
— Jak tego dowiedziesz?
.__Puść! — wrzasnęła rozzłoszczona — pość! Mam nóż...
Nie boję się ciebie... Nie dostaniesz mnie nigdy, zrozumiałeś,
nigdy!
— Spalą cię.
— Spalą nas razem oboje.
Zręcznym, niespodziewanym ruchem wyrwała mu się i uciekła w noc. Został sam, zawiedziony i wściekły. 
Krew w nim kipiała. Przestał nęcić nieruchomy krąg kobiet, pół-trupy z wzdętymi brzuchami, okaleczone, 
potworne. Tamtej chciał. Ciepłej, żywej. Musi ją mieć, chociażby miano ich potem spalić, jak 
przepowiadała.
Emir Mudżahid, syn Dżubaira, siedzi w swym pałacu w sali zegarowej. Złoty krogulec upuszcza sześć 
złocistych kuł, które toczą się z brzękiem po złocistej misie, gdy aga-szeik w otoczeniu muszyrów przynosi 
mu głowę Ibrahima rzuconą na wały. Tył czaszki zgnieciony procą, lecz twarz prawie nieruszona. Cienkie 
dumne rysy. Zawarte na wieki oczy. Odszedł chwalebnie, wzgardziwszy szatą długiego wieku. Ukochany 
jedynak, Ibrahim...
— Bism'ilah el rohman el rahim — mówi emir pewnym głosem — przez Boga miłosiernego i łaskawego, 
jestem szczęśliwy, że syn mój zginął w świętej wojnie, jestem ponad pojęcie szczęśliwy...
Obecni schylają głowy z uznaniem.
— Niechajcie mnie chwilę samego — prosi szczęśliwy emir półgłosem, jakby wstydliwie.
Wychodzą z głębokim ukłonem, tylko głowa Ibrahima pozostaje, biała jak giezło na purpurowej chuście.
Emir Mudżahid ujmuje ją ostrożnie w ojcowskie dłonie. Fontanna cicho pluszcze. Na martwe lico 
poczynają padać sznurem lśniące krople... Z fontanny? Nie, to emir Mudżahid płacze starczymi, bezsilnymi 
łzami, niegodnymi pobożnego wyznawcy Koranu. Niech mu to Prorok wybaczy!
W żarnym gorącu rozkład ciał następuje szybko i gdy wysłani z latyńskiego obozu rycerze wysypują przed 
Butumitosem miechy obciętych głów, powietrze zatruwa się wkoło feorern. Straszne są te głowy napuchłe, 
sine. W obcięciu szyi się, już od robactwa. Ociekają trupią ropą. Butumitos "flryga się z 
obrzydzenia, lecz nie daje tego poznać po sobie.
Pan de Melun, stojący na czele wysłańców, ujmuje się dumnie pod boki.
— Dobrzy rycerze, grabią de Vermandois, książęta: normandzki, flandryjski, lotaryński, grabią St. 
Gilles, grabią de Blois i królewicz duński przesyłają wam, wodzu, tę żołnierską zdobycz, z żądaniem, byś ją co 
szybciej odesłał basileusowi jako dar Latyńców. Jest tu tych głów trzy tysiące z górą. Drugie tyle cisnęliśmy 
do grodu na postrach. Głowy należały do wojów sułtana Kilidż-Arsłana, tego samego, przed którym drżało 
Bizancjum...
— Uczynię natychmiast, jako wodzowie sobie życzą — zapewnia uprzejmie Butumitos. Głośno po łacinie 
wydaje rozkaz, by co duchu ładowano miechy na galerę, która nie mieszkając popłynie do Bizancjum — po 
grecku zaś dodaje:
— Jeno odbijecie od brzegu, zatopić tę zgniliznę w morzu, a pokład dobrze ługiem wyszorować... Zaraza z tego 
gotowa... Co za barbarzyństwo!
Nie okazując niczym tych uczuć na zewnątrz, obdarza suto przybyłych w imieniu cesarza. Częstuje mrożonym 
winem i odprawia zapewniając o radości basileusa. Zaledwo odjechali, zasiada do rady wojennej. Biorą w niej 
udział dowódcy oddziałów, dawny stratigos zabranej przez muzułmanów prowincji i Pantopulos, biegły 
budowniczy wież.
— Kilidż-Arsłana rozbili — stwierdza z zadowoleniem wódz — to najważniejsze. Opłaciła się półroczna 
udręka z nimi w Bizancjum... Teraz chodzi o umiejętne wyzyskanie zwycięstwa... Nicea musi się poddać, ale — 
nam...
— Przecież przysięgli, że nie zatrzymają?...
— Wiela nam przyjdzie z tego, że oddadzą gród, skoro wpierw ograbią go, zniszczą, ludność wysieką!... Nie 
trzeba nam pustych murów... Tak... tak... Czas zwrócić uwagę ich durnych umysłów, że galery dowożą miastu 
żywność i że bez floty miasta nie ogłodzą... Flotę mamy my... Pantopulos Pojedziesz do nich budować belaurdy 
i odkryjesz galery...
— Widzieli mnie tu u Waszej Dostojności... Mogą poznać i zdziwić się, że wcześniej nie przyjechałem... — 
zauważył Pantopulos.
— Nie poznają z pewnością, a choćby, twoja głowa, by coś odpowiedniego wymyślić... Pojedziesz tam zaraz 
jutro jako budowniczy wysłany z Bizancjum...
Rozdział czternasty O NIEDOSZŁYM SĄDZIE BOŻYM
W skład sądu, prócz biskupa, który przewodniczył, wchodzili panowie: Rajmund St. Gilles, Godfryd lotaryński, 
obaj Roberci, kapelan *'ij itiq, de Rohes, kanonik Rajmund d'Aguilers, Szczepan, Hugo de 
Vermandois i archidiakon Alberon. Siedzieli na krytej suknem ławie, ustawionej przed
namiotem. Raul de Beaugency, naprzeciw, podsądna z matką z boku, Ciasny wieniec stłoczonych 
widzów dokoła. Samo najprzedniejsze rycerstwo.
Szczęściem, iż muzułmanie w grodzie zajęci byli grzebaniem głów swoich zmarłych, że śpiewne zawodzenia 
płaczek dolatywały aż tutaj, inaczej bowiem mogłi byli snadno zrobić wycieczkę i wpaść bezkarnie aż do obozu. 
Wszystkie umysły, wszystka uwaga i baczność zwrócone były ku toczącej się sprawie, pochłonięte sprawą. 
Dziwną, niepojętą, okropną.
Czy spodziewałby się kto kiedykolwiek, że dobry rycerz de Beaugency oskarży szlachetną Blankę cle 
Montbeliard z dobrego rodu Salyiac de Viel o wszeteczne czarownictwo!!? Zdybał ją pono, jak dotykała trupów 
kobiet splugawionych przez pogan. Widział, jak je dobijała, zapewne, by zebrać krew dla diabelskich praktyk... 
Jakże trudno w to uwierzyć, a przecież rycerz nie kłamie... Zresztą podsądna nie wypierała się wcale, twierdząc 
jeno, że nie dla praktyk to czyniła, ale z litości. „Przez miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa..." Tak mówiła 
śmiele w obliczu tłumu, patrząc sędziom prosto w twarz... Przez miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa... Nie 
lękała się wymówić Przenajświętszego Imienia i połączyć je z obmierzłą zbrodnią!...
Biskup trwał w milczeniu, przesłoniwszy oczy dłonią. Rada sędziów zamieniała półgłosem urywane słowa, za 
to widzowie nie szczędzili głośnych uwag.
— Sarn duszę diabłu zaprzedał, a teraz dobrą białkę
szarża...
— Wody nam przynosiła z innymi, ninie zaś mają ją
sądzić... — I... i... nie lepsza ona od Pikardczyka... Pamiętacie jako
pomarł Montbeliard?
— Jużcić prawda! Struła go!
— Struła, struła! Wszystkim z dawna to wiadomo!
— Trucicielka!
— O wilkołaku mówiła, że pies zwyczajny!...
— Reta! Żeśwa zahaczyli... Widno była z nim w znajomstwie...
— Na kości świętej Cyrgi!! Pewnikiem już dawno czarami się paskudziła, a myśmy ją mieli za cną!...
— Z wilkołakiem wspólnictwo było oc^wiste, pomnę jak dziś... ',
— Czarownica! Czarownica! Spal, 
— Spławić pierwej! Nad jezioro! '.
— Kto ma sznur!?
— Na co próba!? Czarownictwo jawne!... Spalić obrzydłą
co prędzej!
— Spalić Spalić!
Blada jak kamień, nieporuszona jak kamień, Blanka stoi milcząc. Zacięte usta. Zastygła twarz. Matka, 
drobna, zgarbiona staruszka, wysuwa się przed nią ze szlochem.
— Panowie, dobrzy rycerze! — woła ku sędziom — na miłosierdzie Boże, wierzcie mi! Nie czarownica 
moja gołąbka! Nie było dziecka o lepszym sercu dla swej starej matki... Kwiatuszek mój, córuchna 
moja... Ani Bóg stworzył kiedy czystszą duszę. Wołają tu: trucicielka! Nieprawda! Mnie skażcie! 
Ja trułam! Przy miesiączku szalej i bieluń zbierałam... Żmijowy jad warzyłam... Ja! Ja! Nie ona!...
— Wiedziałam, co chcesz czynić, matko, i nie przeszkadzałam — odpowiada głucho Blanka.
— Przyznaje się! Przyznaje się sama!!! — huczy tłum.
Ademar de Monteil podnosi głowę. Nie wie nic. Nie rozumie nic. Nie może, nie może uwierzyć, by Blanka 
była czarownicą. Nie powziął jeszcze żadnego postanowienia. Dokoła aż grzmi od krzyków: Trucicielka! 
Czarownica! Spalić! Spalić!
Na stos!
Wyciągnięte dłonie żądają słusznego wymiaru kary. Lecz biskup nie chce być Piłatem. Nie umyje rąk.
— Odkładam wyrok do jutra — powiada silnym głosem. — Sprawa nie jest prosta. Trzeba wpierw 
Boga o rozeznanie prosić.
powszechny szmer... Sprawa nie jest prosta?! A cóż może być prostszego?! Mało dowodów? Wątpliwość 
może zachodzić tylko co do jednego: czy nie lepiej spalić matkę od razu wraz z córką?
__Odkładam wyrok do jutra — powtarza biskup. Spogląda
na swych towarzyszy. Zgadzają się. Rajmund z zadowoleniem. Zawsze lubił Blankę. Godfryd obojętnie. 
Jest w ogóle przygaszony, wychudły, sterany jakimś ukrytym cierpieniem. Baldwin słucha postanowienia 
z roztargnieniem. Co go to obchodzi? Gontrana bardzo kiepska, dłużej jak trzy, cztery dni nie pociągnie na 
pewno. W związku z tym Leona staje się coraz natarczywszą. Twierdzi, jakoby zaszła w ciążę... Co za 
kłopot!
Hugo de Vermandois ziewa z niesmakiem, rad powstając z miejsca. Tylko Arnuld de Rohes potrząsa głową 
z niezadowoleniem.
— Wola Waszej Dostojności... Przeca my sądzim, że lepiej zakończyć dziś jeszcze. Dla przykładu! 
Podobnym zbrodniom nie Iza folgować, bodaj paru godzin. Występki trza wypalać co rychlej! 
Pobłażliwość staje się wspólniczką zbrodni...
— Słuszna, słuszna — przytwierdza skwapliwie Alberon archidiakon. Swiatowiec strojny jak 
Hugo, pisuje piękne wiersze po łacinie. Powiadają o nim, że lubi towarzystwo kobiet, przeto 
korzysta ze sposobności, by zaznaczyć swoją poważną surowość.
Lecz biskup jest nieustępliwy.
— Odkładam wyrok do jutra — powtarza po raz trzeci. — Podsądne niech wracają do siebie.
Zebrani rozchodzą się z żalem. Raul. pozostaje, zawiedziony. Cały czas rozprawy patrzył na Blankę, 
czekając na jej twarzy oznaki błagania, trwogi. Gdyby raz spojrzała na niego prosząco — byłby się cofnął... 
odwołał... Jak? Tego sam nie "wiedział. Czuł jednak, że zawziętość jego prysłaby natychmiast, stopniała... 
że ratowałby jej głowę, choćby z narażeniem życia...
Lecz, Blanlka nie spojrzała ani razu. Nie widziała go. Nią oskarżała nawet.
Ano dobrze. Skoro tak, niech ją spalą. Niech ją spalą.
c -ym okiem patrzył, jak odchodziła, podtrzymując wpół
^ wjącą się z rozpaczy matkę. Ludzie odsuwali się od nich
n s"Ętem. Szły jakby pustą ulicą, wymoszczoną powszechobrzydzeniem i pogardą. Znikły w swym namiocie. Nie
strzeżono ich, nie pilnowano, bo po co? Gdzieżby mogły uciec? Dokąd?
...Tak, nie zdołają nigdzie uciec — myślał jakby z żalem biskup wracając do siebie. — Nic nie pomoże. 
Trzeba wydać wyrok. Wszystko przeciw niej. Wszystko.
— Szatańska sprawa... — rzekł na poły głośno.
— A szatańska! Szatańska! — zaskrzeczał w kącie głos tak niespodziewany, że Ademar aż się wzdrygnął. 
To Piotr Eremita, „Kukupetros", odzywał się ze zwykłej swej kryjówki za tapczanem.
— Diabelska rzecz — powtórzył. — Wszystko jest diabelstwem... Cała krucjata... Diabelstwo!
— Cicho bądź. Wiesz, że nie wolno ci tak mówić.
— Dlaczego, Wasza Dostojność? Dlaczego? Wszyscy już o tym wiedzą. Każdy wie. We władaniu szatana 
jesteśmy. Wielmożnego, jasnego, wszechmocnego szatana...
— Milcz! — zakrzyknął z gniewem biskup — Milcz, bym nie musiał, nieszczęśniku, sądzić i ciebie 
jeszcze...
— Co mi sąd? Chciałem, żeby mnie ubiły w bitwie... Nikt mnie nie ubił... Co mi sąd...
Przyboczny giermek Rajmunda odsunął zasłonę namiotu.
— Wasza dostojność, Greki przysłały takiego, co buduje beluardy. Pono onegdaj przyjechał z 
Bizancjum...
— Dobra wiadomość — rzekł biskup. — Dawajcie mi go. tu skoro.
Ściemniło się już na dworze, gdy stara pani Sahdac de Viel weszła do Raulowego namiotu. Popatrzył na 
nią szyderczo.
...Aha, Blanka sama nie chce prosić. Przysłała matkę... Nic z tego...
Wskazał milcząco przybyłej stołek i czekał, co powie. Niełacno jej przychodziło mówić, bo łzy tamowały 
głos. Nie przeklinała ani błagała, jako się Raul spodziewał. Przypominała jeno, że drzewiej, na tuluzańskim 
dworcu, one jedne nie stroniły od niego, potępionego... Czemuż je teraz tak skrzywdził? Czemu na Blankę 
nastaje?...
Łzy wielkie jak groch leciały jej nieprzerwaną strugą.
— Myślałam dawniej, że się pobierzecie... Że będę wasze dzieciątka kołysać... A wyście, panie, tak 
uczynili dzieciątku mojemu...
— Myśleliście, że się pobierzemy? — zapytał niepewnie Raul.
Stara pani kiwa zrozpaczoną głową. Boi się powtórzyć. Boi się CZY n*e zbłądziła w swej szczerości. Może 
rycerz wierzy istotnie w czarownictwo Blanki i obraził się, że ją z nim łączyła?.-. A przecież w jego ręku 
teraz życie dziecka...
__ Myśleliście, że się pobierzemy?... Wiera... sądziłem tak
niegdyś i ja...
__Jezu, Jezu miłosierny.,. — szepnęła stara.
Zacisnęła kurczowo palce na poręczy stołka i podając się naprzód, wyrzuciła z jękiem:
__ Iz miłowania wydaliście ją na męki!?
Spojrzał na nią przekrwionymi oczami.
__ Nie chciała mnie... Nienawidziła mnie...
__I za to, że was nie chciała... Jezu! Jezu!
— Nie mogłem się u niej dożebrać bodaj słóweczka... Spoglądała na mnie jak na psa.
— Mylicie się, wam sprzyjała, nie innemu... Zaniósł się gorzkim pośmiechem.
— Sprzyjała... A jużci!... Kot psu podobnie przaje jak ona mnie! Żeby choć słóweczko... Dzisiaj na nią 
inom patrzył... Gdyby choć raziczek spojrzała jak na człowieka, rzekłbym biskupowi, że wszystko 
zełgane, chociaż to jest prawda.., prawda...
— Prawda?
— Jakże?! Kłamałbym na nią... Prawda... Tamem ją zastał... Ale wszystko bym odwołał... By spojrzała...
— A ja wam. mówię, że was miłowała nad innych... Z dawna, z dawna... Dobrze 
baczyłam... Jeno z nią tak nie można... Chcieliście po niewoli, z góry... Nie taka ona... Harda jest... 
Powiadał mi astrolog, żem chłopca miała urodzić, tylko się coś w gwiazdach pomyliło... I prawda. Blanka 
ze wszystkim na chłopca się podała, nie na dziewkę... Dumna w niej dusza... Męskie serce... Prawa 
towarzyszka dla rycerza. A wyście ją chcieli niewolić... To i zapiekła się w sobie, choć wprzódzi 
miłowała..,
Miłowała... — powtórzył Raul jak echo. — Miłowała... Coś się w nim załamało, odemknęło, prysło. Łzy 
stanęły oczach. Poczuł się biednym, litości godnym... On i Blanka... *oje najnieszczęśliwszych istot na 
świecie... On i Blanka... ___a*a Błądziła go po ramieniu bez żalu. tob ^ synku, jeszcze może wszystko się 
naprawi... Bóg
się nagle. ł ze mną, nie Bóg...
— Co też ty prawisz!!
— Czybym ją wydał, żeby diabeł we mnie nie siedział? żebym diabelski nie był?...
— Przeżegnaj się! Przegnaj go!
— Nie przegnam... Nie poradzę...
— Ej, synku, zaliż Pan Bóg nie silniejszy niż diabeł?... Jego
wołaj...
Spojrzał jakby uderzony odkrytą nagle prawdą. Iście: Bóg
silniejszy...
— Lubiła mnie, powiadacie? — zapytał cicho patrząc
w bok.
Zachłysnęła się płaczem.
— Dyć mówię, że zawdy myślałam, co się pobierzecie... Że przy was wieku doczekam, wnusie będę 
piastować... Synku,
synku...
— Idę do biskupa — rzekł, wstając z nagłym postanowieniem.
Wyciągnęła ku niemu ręce dziękczynnie.
— Idź, idź, a skoro... Ja do niej... Uspokoję ją, gołąbkę moją... Idź.
Wyszli w noc, każde w swoją stronę. Lecz biskup poszedł odwiedzić chorego rycerza de Luz, że Raul nio 
zastał go w domu, zaś pani Sahdac de Viel z przerażonym zdumieniem zastała przed swoim namiotem 
straże. Nie puszczono jej.
— Nikt nie ma wchodzić do czarownicy. Tak grabią przykazał.
— Ja... matka!
— Nie wolno nam puszczać nikogo.
— Wnet wszystkim będzie wiadomo, że ona niewinna... Rycerz de Beaugency już poszedł do 
biskupa... Puśćcie mnie.
Byli nieugięci. Zataczając się z bólu poszła do Rajmunda.
Na kwaterze grabiego St. Gilles powitano ją tak. oględnie i z daleka, że czując się niepożądaną stanęła 
zrozpaczona u progu.
—' Nic nie chcę, jeno by mi zwolili iść do niej... De Beaugency już do biskupa poszedł odwołać wszystko... 
On wie równie jak ja, że jest niewinna...
— Więc czemu głupstwa gadał? — mruknął Rajmund ze złością. Cała ta sprawa była mu nad wyraz 
przykra i niemiła. Żal zbierał nad starą, żal nad Blanką. Stniły Montbeliarda, to wiadomo... Ależ to łotr 
był skończony, okrutnikJ Nawet rodzina nie poczuła się do pomsty, zadowolona, że go ktoś sprzątnął ze 
świata... Parę lat już minęło... Nie ma
o czym mówić i tych starych historyj wywlekać... Co zaś sądzić o obecnych sprawach? ...Jaki giez ukąsił 
Raula? Dlaczego oskarżał?
— Czemu mnie nie chcą puścić? — biadała staruszka.
__. Ech! — machnął ręką — to nie mój pomysł... Inoście
odeszły, kapelan normandzkiego księcia jął nastawać, że Blankę trzeba zamknąć, by na sędziów jakich 
czarów nie rzuciła... My zrazu nie chcieli, ale poty kawęczył, straszył, nalegał, że biskup ustąpił.
Urwał nagle, żyły poczerwieniały mu na skroni z gniewu.
— Zaraza z tą sprawą! — krzyknął uderzając pięścią w stół, aż kubki dźwięknęły. — Po com was tu 
brał, piękna za to odpłata! Przymówek normandzkich musielim słuchać, aż wstyd... Że niby u nas 
czartowskie praktyki, że nasze białki bezecne... Wszystko przez zawiść! Złość ich żre, że my odnieśli 
Wiktorię, nie oni, i czepiają się byle czego... Bodajby ich mór wydusił!
— Ona niewinna, niewinna — powtarza kobieta łkając.
— Daj Boże! Ale de Beaugency kiep, sam nie wie, co gada... Normany będą miały jeszcze 
większą uciechę... Bodaj się zapadł! Chłystek głupi... Boi się diabła, diabeł by stał
takiego durnia... Nie ma strachu, diabeł jest mądry... Na grób świętego Idziego! Dosyć mam tej 
przeklętej sprawy
was wszystkich!
— Boże, Boże! — szlochała stara. Pożałował jej i dodał łagodniej:
— No, jutro rzecz się wyjaśni. Nie płaczcie. Przespać się możecie tutaj. Blance przez noc nic się nie stanie, 
a zebrać się mamy jutro wczas, póki upał nie dokucza...
Ucałowała z wdzięcznością jego dłoń i nieco pocieszona klękła w kącie do żarliwych, błagalnych 
pacierzy.
De Iiainaux krąży wokoło namiotu przybyłego Greka Pantopulosa. Stojący przed namiotem 
protospatariowie patrzą na ruego ze zdziwieniem. Czego chce o tak późnej porze? Pora Jest późna istotnie. 
Ale rycerz dopiero teraz dowiedział się
przybyciu budowniczego. Nie jest w stanie wytrzymać do
szpary namiotu sączy się światło podróżnej lampki
oliwnej. Grek nie śpi. Przywódca straży poszedł oznajmić późnego gościa. Czekając na jego powrót de 
Hainaux siada na kamieniu. Jest śmiertelnie znużony tęsknotą, zdławiony niepokojem. Blisko rok bez 
wieści od niej: lato w pełni a ona miała wczesną wiosną przybyć do Bizancjum! Co się z nią stało?! Co jej 
przeszkodziło?! Gdzie ninie jest!? Wszystkie niebezpieczeństwa mogące na nią czyhać, wszystkie złe przygody, wypadki, włącznie aż do — Boże odpuść! — zdrady, snują się w noce bezsennym, uporczywym 
korowodem. Niekiedy zrywał go z posłania dźwięk wołającego go głosu. Jej głos! Przyzywa go... Skąd, z 
jakiej dalii? O nieudolne ciało ludzkie, wiążące ducha w ciężkim, grubym zmyśle! Czemuż człowiek nie 
jest ptakiem, dla którego nie istnieje przestrzeń? Czemuż nie jest myślą, tchnieniem? Przywiązuje się 
niepotrzebnie, śmiertelnie, jakby to, co miłuje, było wiecznym i on sam wieczny, jakby miłować było 
warto, jakby z tych więzów serdecznych wynikało kiedykolwiek coś innego niż gorycz, ból i utrata!
Przez cały dzisiejszy dzień w obozie nie mówiono o czym innym, jak o sprawie Raula de Beaugency i 
Blanki de Montbeliard, i dobry rycerz Hainaux pomyślał z rezygnacją, że by zaspokoić swą tęsknotę i 
niepokój, gotów uciec się — śladem tamtych dwojga — do czarów,..
Błyszczący srebrnym napierśnikiem dowódca protospatariów wracał uchylając zapraszająco zasłony. De 
Hainaus wszedł czując serce łomoczące pomiędzy żebrami. Choć budowniczy przyjechał zaledwo przed 
kilkoma godzinami, namiot był już całkowicie zagospodarowany. Na ścianie drogocenny ołtarzyk z ikoną i 
wizerunkiem Najdostojniejszego, Najpobożniejszego, Apostołom równego, Autokratora, Aleksego 
Komnena. Zegar wodny, przybór do Jaźni, wygodne sprzęty, w górze' wachlarz dla odświeżania powietrza. 
Sam szlachetny Pantopulos w miękkiej domowej szacie siedział przy składanym stole, założonym 
niezrozumiałymi na pierwszy rzut oka planami. Ku niewymownej radości grabiego znał dobrze łacinę, jak 
każdy zresztą wykształceńszy Bizantyjczyk. Powitał gościa nad wyraz uprzejmie.
— Zastajecie mnie, panie, nad rysunkami wież. Staram się-., rozpoznać, jaki rodzaj będzie tutaj 
najodpowiedniejszy... Wszystko zależy od gruntu... Inny bowiem system kół trzeba zastosować na piasku, 
a inny na skale... Przybyłem dopiero onegdaj i nie wiem...
— Ja właśnie przyszedłem... — zaczął de Hainaux i urwał
czuiąc suchość w gardle a pot na skroni. Wątła nić nadziei rozpinała tym pytaniem most ponad rozłąka... 
Co będzie, jeżeli nić zwiśnie w próżnię? Jak to zniesie?... Musi znieść w sposób godny rycerza...
—. Ze zdziwieniem słyszę, że twierdza dotąd nie okazuje chęci poddania się pomimo klęski zadanej 
odsieczy — ciągnął Pantopulos. — Wszakże to już trzeci miesiąc trwa oblężenie?
— Trzeci miesiąc — przyznał de Hainaux z roztargnieniem... (a ja nie mam od niej wiadomości 
prawie jedenaście miesięcy... trzeci miesiąc, co to znaczy!)
— Musi tam już być głód? Co?
— Nie wiem.
— Jeżeli głodu nie ma, widocznie dowożą sobie żywność z zewnątrz?
— To niemożliwe. Którędy?
— Nie mogę wiedzieć... Pierwszy raz tu jestem... Może przez jezioro?...
Patrzył uważnie na. rycerza, któremu wydało się nagle, że skądś Greka znał... Może go już widział kiedy? 
Mniejsza z tym.
— Przyszedłem, choć o tak późnej porze — zaczął zbierając oburącz odwagę — by was, panie, zapytać o 
jedna rzecz... Dla mnie ważną... Tak niedawno opuściwszy Bizancjum, musicie wiedzieć, zali nie 
przybyła tam francuską lub wioską galerą małżonka moja, grabini de Hainaux... Oczekuję przyjazdu jej od 
wczesnej wiosny.
— Grabini de Hainaux... — powtórzył Grek jakby z namysłem.
Rycerz wlepił w niego wzrok rozgorzały oczekiwaniem,
— Nie przybyła — rzekł stanowczo Pantopulos. — Nie przybyła z całą pewnością. Na targi 
świętojańskie przybywa corocznie siła galer z Zachodu, ale żadna szlachetna niewiasta z nimi nie 
przyjechała.
— ...Nie przyjechała... Nie przyjechała... — powtórzył kilkami otnie de Hainaux. Ścisnął głowę rękami, 
pożegnał gospodarza dość obcesowo i wyszedł na majdan obozowy zalany
światłem
miesięcznym.
Nie przyjechała... Nie przyjechała... Nie przyjechała...
w poprzednim składzie zasiadł, cały plac był już zn onV tłumem, czekającym tu od świtu. Że 
wszyscy owali się na miejscach oprócz Blanki, której jeszcze nie
przywiedziono, huczało wkoło od krzyków. Gdzie czarownica?! Gdzie czarownica? Na stos!!
— Uciszyć się! — krzyczy groźnie de la Tour z polecenia biskupa. — Uciszyć się!
— Niecierpliwość tłumu jest szlachetnym wyrazem pragnienia sprawiedliwości i wstrętu do 
grzechu — cedzi przez wargi Arnuld de Rohes.
— Vox popu// — vox Dei — przytwierdza sentencjonalnie Alberon.
Szczepan de Blois obraca znudzoną, sceptyczną twarz.
— Opowiadajcie to dzieciom. Tłum chce widowiska. Sprawiedliwość tyle go właśnie obchodzi, ile 
zeszłoroczny śnieg.
— Nie godzi się mówić takich rzeczy, grabio.
— Ale wszyscy je myślą...
— Czarownica! Gdzie czarownica! Na stos!
— Uciszcie się! — woła znowu de la Tour. — Zanim przywiodą podsądną, oskarżyciel chce złożyć 
nowe zeznanie! Uciszcie się!
Cisza zalega. Raul de Beaugency wychodzi przed sędziów. Powiada donośnie:
— Wasza Dostojność, prawi baronowie! Ja, rycerz pasowany, cofam moje wczorajsze oskarżenie 
lekce rzucone na szlachetną i wszelkiej czci godną Blankę de Montbeliard z rodu Salviac de 
Viel...
Osłupienie ogólne, zarówno sędziów, jak tłumu. Chwila ciszy i wnet wrzawa.
— Cofa! Cofa oskarżenie?! Co takiego?! Więc łgał wczoraj?! Łgał?!
— Spodziewałem się — szydzi Arnuld. — Czary. Matka czarownicy była wczoraj wieczorem u tego 
rycerza. Zadała mu lek na stratę pamięci i oto owoce.
— Jużcić co tak... nic innego! Jużcić! Raul uśmiecha się wzgardliwie.
— Nikt mi nic nie zadał. Prawdę mówię szczerą dziś, nie wczoraj.
— Łgał! Łgał! Rycerz łgarz!
I już większość tych, co przed chwilą chcieli wlec Blankę na stos, obraca się przeciw Raulowi.
— Łgałem wyznaje tenże spokojnie. — Czyńcie ze mną, co chcecie.
— Czemuście osławę na nią rzucili?
— Bo mi nie chciała być powolna.
Szmer grozy. Teraz już wszyscy przeciw niemu. Spluwają z pogardą. Trzaskają mieczami. Łgarz! 
Oszczerca! Pochutnik!
_ Czekajcie! — mówi biskup prawie z przerażeniem. — Wiec nie była na pobojowisku? Nie dotykała 
"trupów?
_ . Nie była. Nie dotykała. Sam to zmyśliłem.
_ Ależ ona wczoraj przyznawała się do tego, dodając jeno, że litość ją wiodła...
Prawda! Blanka się nie zapierała!... Raul, który zapomniał o tym, milknie zaskoczony. Arnuld triumfuje.
— Zrazu mówiłem, że go zazionęły... Gada to, co mu kazały...
— Sprowadźcie podsądną — mówi biskup z westchnieniem.
Przeczuwane tajnie tej dziwnej sprawy napełniają go przerażeniem. Jest pod tym jakieś trzęsawisko, 
zapadnia, której nie może odgadnąć. Skąd się to wzięło? Co odmieniło tych ludzi, tak prostych dawniej i 
szczerych jak woda w krynicy? Co się z nimi wszystkimi dzieje?
— Przyprowadźcie podsądną — powtarza.
Czterech giermków wyrusza. Pani Salviac de Viel z nimi. Na koniec uściska i pocieszy Blankę!
Biskup trze czoło dłonią. Darmo szukać prawdy. Lepiej się o nią nie kusić...
— Cofacie oskarżenie? — zwraca się do Raula.
— Cofam.
— W takim razie sprawa właściwie upada...
— Za pozwoleniem — oburza się Arnuld — gdy chodzi o praktyki diabelskie, cofnięcie skargi nie 
umarza sprawy.
— Zbyt pochopnie nazywacie praktykami diabelskimi to, co jest może zwykłą kłótnią zakochanych... 
Jeszcze nie przysięgali oboje...
— Dla mnie czartowska ręka w tym wszystkim jest widoma. Mówiłem to już wczoraj.
— Surowy z was sędzia.
— Wiera, żeśmy surowi, bo u nas, Normanów, podobne rzeczy się nie zdarzają.
Rajmund powstał siny z giewu.
~~ Ejże, dość tych przytyków! Nie zdarzają się? Jakie mi święte!.
^ — Kto święty?... — parska nieoczekiwanie stojący za krze!em Robert Omer de Guillebaut. — Może niewiasty norłzkie? A już! Najgorsze gamratki ze wszystkich! Do nich
uJą się przepowiednie Merlinowe... Słyszeliście?... „Porwie
S czapla z Kalateryjskiego kraju..."
„.
Śmiechy wokoło. Arnuld jest wzburzony.
— W imieniu księcia rozkazuję: stulcie gęby! — syczy w ucho rycerza, który milknie patrząc 
dokoła głupawo.
— Siadaj i siedź cicho — mówi doń Robert. Omer siada.
— Ano usłyszelim prawdę o białogłowach normandzkich — stwierdza bezstronnie Szczepan 
uśmiechając się pod wąsem, bo nikt nie lubi Arnulda.
Lecz kapelan nie daje za wygrana.
— Niewiasty są wszędzie jednakie — powiada niedbale. — Nigdym jednak w Normandii nie spotkał 
rycerza, co by dziś mówił tak, jutro inaczej, albo oszczerstwem się bawił...
— .Bo u was co dnia fałszywie gadają!
— Co takiego?! — ryczy Robert normandzki zrywając się z miejsca.
— Prawdę mówię! Znam was, łupieżcy kościołów, złodzieje świętości!
— Milcz!
— Nie będę milczał! Dosyć mi dojadł ten klecha! Nie złupiliście to Nantes, Chartres, Rouen? Nie 
uciekano po całej Francji, uwożąc przed wami najświętsze relikwie?!
Robert stoi, dysząc ciężko z wściekłości. Naraz wybucha śmiechem i siada uspokojony.
— Ale przyznajecie, że przed nami uciekano... Rajmund zagryza wargi, zły na samego siebie. 
Niezręcznie
powiedział.
Trudno. Słowa, które uleciało, niepodobna już cofnąć. Wzrusza obojętnie ramionami.
— Uciekano nie znając cechy normandzkiej, że wam nieśpieszono do bitwy...
— Co takiego?! Obaczymy!
— Obaczyliśmy to już trzy dni temu... Czasu boju z Kilidż-Arslanem...
— Przyszliśwa, jak można najskorzej, i dopiero przed nami Saraceny pierzchły...
— Moiściewy, ot, nowina! Więc to wy zwyciężyliście?
— A któż by?!
— Górze! Górze! Tuluza! Tuluza!
— Normany! Normany!
—' Jeruzalem! — woła biskup z rozpaczą wpadając pomiędzy nich. Znów jak tylekroć błaga, zaklina, 
prosi, upomina, przywodzi pamięci święty cel wyprawy. Jak to, bić się będą
teraz, po świetnym zwycięstwie nad niewiernymi? Hańba by to była ostateczna! Co by Greki 
powiedziały?
To ostatnie przekonywa. Siadają uspokojeni. Pan Tuluzy uderza ręką w piersi:
— Poniecham ich, ale przysięgam, że od Nicei pójdą swoim szlakiem, z dala od Normanów, nie 
chcąc mieć z oszkliwcami nijakiej wspólnoty...
__ Toż samo my z warni.. Ino ruszymy z Nicei...
__ Wpierw ją zdobądźcie, panowie! Wpierw ją zdobądźcie!
— Zdobędziemy rychło... O, dla Boga! Co się stało?
Od kwatery Montbeliardów biegnie kupa ludzi. Krzyczą i machają rękami. Nadlecieli zadyszani.
— Nie żyje! Nie żyje!
— Nożem się pchnęła!
— Pewnikiem nocą, bo już ze wszystkim zastygła...
— Kto taki?! Kto!?
— Dyć czarownica... Blanka.
Cały sąd wstaje poruszony. Spieszy na miejsce nieszczęścia. Biskup, wodzowie, trzej księża i Raul 
blady jak trup.
...Powiadała stara, że Bóg silniejszy niż diabeł... Awo kto silniejszy... Dowodnie się okazało...
Prawdę wołali ludzie. Blanka de Montbeliard nie żyje. Leży na swym tapczanie wpół skręcona, jak 
gdyby z wysiłkiem wbijając sobie w serce nóż, na którym zastygła jej dłoń. Oczy rozwarte szeroko. 
Usta wpół otwarte, choć nieme. Gdy matka się nad nią nachyla, wylatują z nich z brzękiem dwie 
muchy...
— Boże, bądź miłościwy nieszczęsnej — mówi biskup z Puy. — Najgorszą zbrodnią — 
samobójstwem przypieczętowała
swój grzeszny żywot — stwierdza sucho Arnuld de Rohes.
Staruszka matka leży bezwładnie, obejmując ciało córki, i nie słyszy nic z tego, co mówią dokoła, ale 
Raul odwraca się groźnie:
— Rzekłem już, że Blanka de Montbeliard była cną niewiastą, na którąm ja rzucił osławę... Nie 
wolno lżyć jej pamięci nikomu. Pchnęła się nożem, nie mogąc przenieść hańby, o niewinnie na nią 
spadła...
W takim razie czymże wy jesteście, rycerzu? — zapytuje drwiąco kapelan.
~~ Potępiony — mruknął Raul. — Zresztą rzekłem: czyńcie mną, co chcecie, otom jest...
___^ T 
Jakiej kary żądacie na oskarżyciela córki? — zapytuje
Lecz pani Salyiac de Viel nie słyszy, nie rozumie. Podnoszą ją, odrywają od ciała, powtarzają zapytanie. 
Potrząsa nieprzytomnie głową.
— Kary? — bełkocze — kary na Raula?... Nie...
I nagle, jakby sobie przypomniawszy, porywa się z zaiskrzonymi oczyma:
— Na tego chcę kary, na tego chcę pomsty, co mnie do niej wczoraj wieczór nie dopuścił!... Sama 
była, sama, gołąbka moja, sieroteńka moja... Bodaj go Bóg skarał, bodaj mu oczy wygniły, bodaj po 
śmierci nie zaznał spokoju, bodaj zdechł jak pies bez chrześcijańskiego zaopatrzenia, bodaj go święta 
ziemia nie przyjęła, bodaj go żywcem diabli do piekła porwali!...
— Cicho, cicho, matko, uspokójcie się... Więc na rycerza de Beaugency kary nie żądacie?...
— Nie.. Zawdym myślała, że się pobiorą... Że będę wnusie kołysać... Córuchno moja, córuchno...
Wyszli ostawiając niebogę. Sąd zajął poprzednie miejsca. Biskup powstał, by ogłosić wyrok.
— W imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa! W uczciwości i najlepszej chęci sprawiedliwego 
rozsądzenia rzeczy, taką
.ogłaszam rezolucję: Rycerz de Beaugency cofnął skargę na szlachetną Blankę de Montbeliard, zanim to jej 
jednak donieślim, śmierć sobie zadała. Rycerz de Beaugency oskarżony jest z kolei, że spowodował lekce 
zgon uczciwej białogłowy. Pytalim matki zmarłej, jakiej chce na niego kary? Powiada, że nie chce nijakiej. 
Zatem, jak mówi prawo: Nie ma oskarżyciela, nie ma sędziego...
— My żądamy kary — rzekli jednym głosem panowie bracia Salviac de Viel wysuwając się równocześnie 
z tłumu. Powitał ich szmer niechęci. Gdzie to byli wczoraj? Czemu nie ujęli się za krewniaczką, nie 
świadczyli za nią lub przeciw? Wiadomo! Skryli się jak najdalej, udając, że o niczym, nie wiedzą, nieradzi 
przyznawać się do krewieństwa z czarownicą. Teraz to są.
Pan strażnik grodzki z Clermont i brat jego bliźniaczy przestępują z nogi na nogę z zakłopotaniem. Jużcić, 
prawda, że tak było. Wczoraj, gdy po całym obozie huczało, że Blanka jest bez ochyby czarownicą, woleli, 
by o nich zapomniano. Dziś co innego. Że są dobrymi ludźmi, żal im i wstyd. Radzi by wczorajszą 
obojętność naprawić. Obaj pałają gniewem na de Beaugency.
— Żądamy kary — powtarzają srogo.
— Zawiniłem, czyńcie ze mną, co chcecie — powiada Raul, po raz nie wiedząc który.
__Chcemy głowy oszczercy! Rycerz łgarz!
__. Uciszcie się! — woła biskup — łgarstwo nie jest dowiedzione! Możecie szukać na nim pomsty za to, 
że spowodował śmierć bratanicy, ale nie za łgarstwo!
— Jakże, sam się do łgarstwa przyznaje!
__ Wczoraj, w obliczu sądu, zmarła Blanka de Montbeliard
przyznawała się, że chodziła do pohańbionych kobiet i dotykała ich... Zatem rycerz de Beaugency nie 
kłamał, chociaż dziś mówi, że jej tam zgoła nie widział...
Bracia patrząc po sobie zaskoczeni nic nie rozumieją. Biskup ciągnie:
— Sprawa to tajna i zawiła, i nie ludzkie zmysły rozsądzą, kto był praw, kto był winien... Jeno sąd 
Boży zdolen rozstrzygnąć. Jeżeli żądacie kary za łez, sąd Boży musi wpierw wykazać, czyli oskarżony łże.
— Sąd Boży! Chcemy sądu Bożego! Niech się potyka z nami po kolei!
— Niech się tak stanie.
— Sąd Boży!
Natychmiast giermkowie odmierzą plac i ogrodzą, udepczą starannie ziemię. Biskup poświęci broń i 
zapaśników. Rozprawa musi się odbyć rychło, dziś jeszcze, gdyż od wyniku jej zależy, czy zmarła Blanka 
de Montbeliard otrzyma uczciwy pochówek, należnym szlachetnej taiałogłowie, czy pogardliwe rzucenie 
trupa w jezioro.
Pachołcy pilnie grodzą. Zapaśnicy rozeszli się do swych namiotów przygotować się dusznie do rozprawy. 
— Módlcie się i proście Ducha Świętego o wspomożenie! — woła za nimi biskup. Za godzinę mają się tu 
zejść z powrotem. Trąba da znak.
Panowie Sahdac de Viel modlą się gorliwie, bijąc w piersi skruszonymi dłońmi. Skulony w swoim 
namiocie Raul nie ttiodli się wcale. Cóż by mu pomogły pobożne słowa? Z trudem usiłuje wprowadzić jaki 
taki ład w poplątany kłębek ™-Yśli.,. Jakże to wszystko było od początku? Jak się to stało? w głowie kołują 
na przemian to czarnoksięski przeklęty krąg naSJich kobiet, to Blanka, martwa jak one. Skurczona, z sinych 
ust wylatują muchy... Blanka nie żyje!
br lanka nie żyje!... On, Raul, ma się potykać z dwoma dobrYmi rycerzami o jej sławę. Sąd Boży, sąd Boży! 
Bluźnierczy sąd, a nie Boży! Biskup poświęcił broń i pobłogosławił... A Raul czuje niezbicie, niezawodnie, 
nieodparcie, że zabije obu braci. Nie tylko, iż jest młodszy, silniejszy, sprawniejszy, lecz że diabeł nie 
opuści takiej sposobności, by jeszcze więcej zła wyrządzić... Pokieruje śmiertelnie jego dłonią chociażby 
wbrew woli... Nie ujrzą dzisiejszego zachodu słońca obaj stryjowie Blanki... Sąd Boży... Każdy go uzna... I 
Blanka nie będzie miała pochówku.
...Sąd Boży wykaże niewinność jego, Raula, a potępi zmarłą... Jakże do tego dopuścić? Co czynić? Zabić 
się jak ona? Jej dłoń kobieca nie drżała, gdy jędrne, giętkie ciało przebijała nożem... Jego, męska, drży... 
Ha, piękny rycerz, co się boi śmierci! Jeszcze nie widziano takiego! Należyta postawa w obliczu zgonu to 
jedna z najważniejszych, najistotniejszych zalet rycerstwa, tak wrodzona i właściwa, że nie może podpadać 
w niczyją wątpliwość. A de Beaugency z prastarej, dobrej krwi boi się śmierci jak każda baba!?
...Jakże się nie bać, gdy wiadomo pewnie, że za śmiercią rozpoczyna się potępienie?! Gdy własną ręką 
trzeba otworzyć furtkę na ogień piekielny!? Strach przenika kości. Nie odważy się. Lepiej znieść hańbę, 
lecz odwlec bodaj o godzinę spotkanie się z larwami piekielnymi oko w oko. Przeciągnąć bytowanie, 
nędzne, ale na Bożym świecie... W blaskach słońca, nie tam, nie tam......Straszliwa pożoga wnętrzności 
ziemi
na władztwo duchów ciemności oddanych.,. Ogień nieugaszony, co spali oddzielone od ziarna plewy... 
Raul jest tą plewą właśnie... Nie odważy się...
...Wiec co czynić, Boże, którego nie ma się prawa przyzywać? Szatanie, któryś ustawicznie bliski?...
...Trup Blanki leży samotny... Tylko matka przy nim... Płaczki, żałobnicy przyjdą dopiero, jeśli wynik sądu 
wskaże niewinność zmarłej... Dopieroż obmyją jej młode ciało, co tak mało radości w życiu zaznało, 
przystroją w białą szatę, dopiero...
...Więc co czynić, co czynić, udręczona duszo? Nie stawić się wcale na sąd?... Hańba ostateczna, 
niebywała, śmiertelna... A innego wyboru nie ma... Albo zabić się, albo nie stanąć, albo pokrzywdzić 
Blankę jeszcze jeden, ostatni raz...
Trąba wzywa po raz pierwszy. — W imię Boga! Stawajcie!... Zimny pot na czole rycerza... Boże, Boże! 
Ejże, wara ci od imienia Boga! Zaliżeś nie potępiony? Zaliś nie wzywał niegdyś nocą Złego na rozstaju?...
Trąba po raz drugi grzmi potężnie, zwołujące... W imię Boże stawajcie!... Raul spogląda przez szpary w 
namiocie. Na majdanie tłumy, tłumy... Wszyscy w naprężeniu czekają...
...Jeszcze czas skoczyć... Uratować cześć... Zabije obu braci... Blankę wrzucą do jeziora...
Po raz trzeci trąba jęczy, długo, przeciągle, nagląco... Nad obozem cisza oczekiwania. Cisza śmiertelna. Na 
koniec po długiej chwili słychać pojedynczy, donośny głos. To biskup ogłasza, że sąd Boży się nie odbył, 
bo pozwany się nie stawił. Sam uznał swoją winę. Winien jest!
Jak poryk burzy porywa się gwar. Hańba! Hańba! Nie stanął! Nie stanął! Tchórz i kłamca! Panowie Sałviac 
de Viel oddychają z ulgą radosną. Poprzednio w namiocie niemało się natrapili zanosząc gorące modły. De 
Beaugency wprawny w robieniu mieczem jak mało kto, a Bóg jeden wie, jak tam było w istocie między 
nim a Blanką?... Niepewna, niepewna sprawa... Bogu Najwyższemu dzięki, że tak się skończyła...
Powoli tłum się rozchodzi, ucicha. Raul siedzi nieporuszony. Czy kto nie przyjdzie tutaj? O nie! nie! Nie 
przyjdzie nikt. De Beaugency wie o tym dobrze. Zna prawa. Wie, że po prostu przestał istnieć. Przestał być 
prawym rycerzem, dobrym rycerzem. Może chodzić wśród swoich dawnych druhów towarzyszy, .nikt się 
za nim nie obejrzy, chyba, by plunąć ze wzgardą... Nikt go nawet nie kopnie, nie uderzy, by się nie splamić 
dotknięciem... Może w ich oczach dokonać największych czynów... nikt ich nie uzna... Może ginąć z pragnienia i głodu, nikt mu kubka wody nie poda... Nie ma go! Nie ma go! Wykreślił się ze społeczności...
...By był okrutnikiem bezecnym jak nieboszczyk Montbeliard, rabusiem, żarłokiem jak de Mełun, 
krzywdzicielem kobiet jak Guiłlebaut — wybaczono by mu łacno. Świat rycerski jest wyrozumiały. Nie 
ścierpł jeno dwóch rzeczy: łgarstwa i tchórzostwa. Jego zasię mają teraz za kłamcę i tchórza...
Godziny mijają w odrętwieniu. Żar dnia. Chłód wieczoru. Mrok. Ktoś się porusza u wejścia. Ktoś wchodzi. 
Matka Blanki. Nie wie nic, nie rozumie nic, ale instynktem czuje, że znajdzie tu jedyne serce, które jej 
żałość podzieli. Opowiada Stosem przerywanym łzami... Na podwyższeniu obitym suknem stoi trumna 
Blanki... Sukno dał grabią St. Gilles... Biskup n&d nią odprawił egzekwie... Sam biskup... A taka pogodna 
teraz, gdy jej zamknięto powieki...
~~ To dobrze... dobrze... — wzdycha Rauł. Pani Salyiac,
— ...Myślałam drzewiej, że się pobierzecie... Że będę wnusie kołysać...
Gryząc w zębach suche źdźbło spalonej trawy Florina słucha z niepokojem słów narzeczonego:
— Wiesz już o postanowieniu wodzów... Gdy stąd ruszym, wojska mają iść osobno, całkiem osobno, 
daleko od siebie... Co wtedy będzie z nami?
— Co będzie z nami?... — powtarza niepewnie Florina.
— Nie wiedziałaś o tym?
— Wiedziałam, mówił mi grabią.
— Więc jakże, cóż poczniem?
Westchnienie bez odpowiedzi. Swenon zapala się, gniewa.
— Będziemy szli z osobna, nie widząc się, Bóg wie jak długo... Jedno może zginąć, a drugie dowie 
się o tym kajś dopiero po wielu miesiącach...
— Nie możesz przejść do naszych, jak Lotaryńczyki? Obruszył się.
— Co też gadasz! Towarzyszów, z którymi razem wyszedłem, będę rzucać! Sarna byś mi to ganiła... Z 
Robertem flandryjskim drużstwo wojenne mam zaprzysiężone... Ty chodź do nas...
Wyprostowała się dumnie, dotknięta.
— Jako moja żona — pośpieszył wyjaśnić. — Innego sposobu nie widzę. Najmilsza moja! Toż pomyśl...
— A przysięga!?
— Och, przysięga! Zrazum jej nie chciał... Po co ona... Od tego czasu jesteś mi jak obca, jak cudza... 
Przysięga! Nie w kościele była składana, ale na wodzie... Biskup nas z niej
zwolni...
— Nie, nie! Przysięgaliśmy uczciwie... Bóg by nie błogosławił...
— Ejże, czyż mało dla Niego cierpimy?... Pomyśl tylko: by nie krucjata, wziąłbym cię od pana ojca 
burgundzkiego... Powiózłbym na mój dworzec drewniany, malowany dworzec w Dunii... Pięknie tam jest... 
Inaczej niż we Francji, ale pięknie... Kwiatuszku mój... Tam byśmy się miłowali wzajemnie w spokoju... 
Słonko zachodzi — my razem... Wschodzi — nry razem... Na morzu cisza, to burza, a my zawdy razem... T 
wrócić tam, miła, z tobą...
Rozejrzał się wkoło i wzdrygnął.
l popatrz, zali" tu nie straszno? Strzeżoga, smród, kłótnie miedzy panami baronami, a ca dalej będzie, nie 
wiada...
__ Grzech tak mówić — szepnęła.
__. pyć ja Bogu nie wypominam. Chętnie Mu naszą dolę
ofiaruję, jeno mi ciężaru nie przyczyniaj, bo go i tak dość.
__ ja nie winna, że chcą nas rozdzielić.
__Tyś nie winna, ja nie winien, a na kim się zmiele, na
nas się skrupi... Tobie to może jedno, a ja i myśleć nie mogę, by cię tak długo nie widzieć!
Nie odpowiedziała nic patrząc w przeciwną stronę. Z oczu jej leciały łzy. Nie chciała, by to obaczył. Nie 
była już zgoła podobna do dawnej pieszczotki, szczebiotki, co przed dwoma laty w Clermont ślubowała 
cienkim, na poły dziecinnym głosikiem, że pójdzie na świętą wyprawę. Jak gdyby te dwa lata starczyły za 
dziesięć, przemieniła się, dojrzała. Aniby ją macierz poznała. Dobra macierz, o czterech podbródkach i 
obfitej piersi. Płaksiwa i łagodna, bo z gniewu mogłaby się zatchnąć. Aniby ją poznał pan diuk burgundzki, 
najpotężniejszy władca francuski, co sądził, że na piękną, spokojną przejażdżkę posyła swoją pieszczochę!
Siedząca obecnie na skarpie obwałowania obozu Florina jest wyrośnięta, wychudła. Twarz opalona, 
brunatna, jasnejwłosy straciły połysk od słońca. Kosy, przedłużane dawniej złotymi wstążkami, owija teraz 
dokoła głowy, bo kurzą się i plączą. Nie może już kręcić w palcach dawnym ruchem wdzięcznego 
zakłopotania. Nie robi figlarnych minek. To wszystko dobre było niegdyś, w domu, w domu... Słuchając o 
malowanym duńskim dworcu uśmiecha się pobłażliwie, jakby ona była starszą. To, co mówi Swerion, to są 
marzenia, a tu jest życie, twarde, srogie życie. Temu życiu trzeba sprostać. Trzeba godnie zastępować 
nieobecnego wśród krzyżowców pana Burgundii, Filipa...
— Gdy przysięgalim — dowodzi Swenon — nie wiedzieliśmy, że wojska pójdą osobno... Biskup nas 
zwolni na pewno da ślub...
— Nie — powiada Florina stanowczo — ślub weźmiem, owszem, lecz przysięgę zachowamy... PatrzYł na nią 
zdumiony. — Jakże to?
— ŻYć będziem w czystości. chcę, nie! Nie wydzierżę!
— Wydzierżym... Pewnikiem już przecie niedługo... A będziemy blisko siebie.
— Nie chcę! Nawet mi o tym nie gadaj!
Lecz ona uchwyciła się tej myśli jak zbawienia.
— Posłuchaj... Nie rozłączymy się... Będę zawdy w dzień przy tobie. Będę mieszkać w jednym namiocie 
z Boniną, a ty w, drogim, podle... Będzie jak dotąd... Dopieroż gdy zdobędziem Jeruzalem, powiodą nas 
z pochodniami do łoża...
— Nie, nie! Biskup nas rozwiąże z przysięgi... Tyś dziecko. Nie wiesz, co mówisz... Nie wiesz, co by to 
było za życie!
— A jakoż jest teraz?
— To co innego... Być małżeństwem, a nie być, to męka... To męka... Nie mogę.
— Wolisz, by nas rozdzielono?
— Wolę cię mieć, chcę cię mieć! Bogu i tak dużo dajem! — Grzesznie mówisz. I daremnie. Ja przysięgi 
nie złamię.
Dotrzymam. Z takiego rodu, że dotrzymam.
— Dziecko, dziecko! Szalone dziecko!
Nazywał ją dzieckiem, choć w głębi czuł, że jest silniejsza od niego, że ona jego ugnie, nie on ją. Na poły 
już zrezygnowany ścisnął głowę dłońmi powtarzając żałośliwie:
— Nie będzie to dobrze. Obaczysz, nie będzie to dobrze!
Budowa beluard postępowała szybko. Jedna wielka wieża
czterech piętrach, dwie mniejsze o trzech. Na wielkiej mogło stanąć stu ludzi. Most rzucony z góry 
zatrzaskiwał się, że prawie niemożliwością było go odrzucić. Obrońcy musieliby go dopiero rąbać, co nie 
było łatwe, gdyż pomost wzmocniono żelaznymi nitami. Patrząc na te potężne, a zarazem lekkie, łatwe 
do poruszania i niewywrotne budowle, Latyńcy odczuwali mimowolny podziw dla umiejętności 
greckiej. Najbardziej zdumiewało ich to, że Pantopulos wykreślał sobie
obliczał wszystko na papierze, rozdając robotnikom poszczególne roboty, które potem bez 
przymierzania pasowały do siebie jak ulał. Może znał odpowiednie zaklęcia? Zaglądali do jego 
zapisków w nadziei odkrycia tajemnicy umiejętności. Dotykali ostrożnie szeleszczących kart papieru, 
którego wyrób był im nie znany, wodzili niespokojnie wzrokiem po szeregach liczb, przypominających 
rachunki sukiennika. Nic prócz cyfr!
Cieśle, którzy tyle czasu i drzewa spartolili na klecenie nieudolnych, niezdatnych do niczego machin, 
kiwali głowami
zazdrością: Ot, jak na wszystko jest sposób, dobry sposób, cała rzecz w tym, by go znać.
Zmęczeni trzymiesięcznym, beznadziejnym rąbaniem murów, rycerze schodzili się gromadnie, popatrzeć, 
jak postępuje budowa. Kiedyż nareszcie będzie można zacząć szturm?
__Grek prawił wczoraj grabi, że za dwie niedziele — objaśniał przybyłych z nim Ślązaków de la Tour.
— Jeszcze dwie niedziele! Wyschniem z tego czekania na szczęt!
.— Grek prawił jeszcze co innego. Że nocą nie mogąc spać z racji fetoru (jaki delikatny!), słyszał pluski na 
jeziorze... Przypuszcza, że pogany zwożą żywność potajemnie nocą...
— Et! — roześmiał się Głowacz — gdzieżby trzymali galery?
— To sarno i grabią powiedział... Od tej strony nie widać nijakiej bramy czy wejścia... A Grek swoje. 
Może — powiada — tak jest ukryte, że nie można dojrzeć?
— Licho wie, może i prawda?...
— Nie przyzywajcie licha w złą godzinę... Dosyć go i tak się plącze... Jakby to była prawda, trzymałbym 
siebie i wszystkich nas za dudków i wartogłowów... Może by nocą obaczyć...
— Obaczysz, jak się kot we łbie zalęgnie.., Żadnych galer nie ma. Już by je dawno zoczyli!
— O, właśnie Grek idzie ku nam...
— Obmierzła gnida jak każdy Grek...
— Cichajcie, on wszystko rozumie...
Pantopulos istotnie spostrzegł ich z daleka i podchodził z _ uprzejmym uśmiechem, którego nie 
odwzajemnili. „Obmierzła gnida", jak powiedział d'Armaillac. Przyznawali mu godną zazdrości i podziwu 
biegłość w budowie machin, lecz poza tym był im równie niemiły jak stratigos Argyrios, Butumitos, 
Tatikios, Euforbenos, Kalatos, czy sam basilcus. v swych dziecinnie prostych umysłach nie widzieli różnic 
ludźmi innej rasy, uogólniając swą opinię o nich bez "eń. Wszyscy Grecy wydawali im się jednakowi.
Te same ruchy 
skończym robotę — zapewniał Pantopulos. — zacząć walne natarcie... A nie baczyliście, szlachętni panowie, co się dzieje na jeziorze? Dziś w nocy znów słyszałem plusk...
— Właśnie gadaliśmy o tym, jak by się przekonać.
— Jak? — Pantopulos uśmiechnął się nieznacznie. — Moim zdaniem, zbudować krypę i wieczorem 
skradką wypłynąć... Zasadzić się cicho i czekać do rana... Co?
— Prawda! Jak mi Bóg miły, prawda!
— Przednia myśl!
— Desek mam dosyć... Cieślom pokażę, jak mają robić. Grzeczna krypa będzie na jutro gotowa. 
Czas dobry na zasadzkę, bo miesiąc wschodzi dopiero po północy.
— Ano, zgoda.
— Zgoda.
— Pojechać można — rozważał de Foix — i krypa się przyda. Ryb sobie nałowim. Po prawdzie 
przydałoby się już dawno, jeno nam jakoś nie wpadło do głowy...
...Ciekawym, czy wam kiedy co wpada do głowy? — pomyślał w duchu Pantopulos żegnając zacne 
rycerstwo.
Jak powiedział, krypa, wprawdzie lepka od smoły, była nazajutrz zdatna do użytku i spuszczona na wodę. 
Wsiedli do niej de la Tour, de Foix, de Luz, d'Armaillac, Imbram, Jasiek Zawora i Nowina Dąb. 
Wiosłowało sześciu sendensów, Nieodstępny Imbramowy Benito wśród nich. Niepodobny zgoła do owego 
chudzielca, przybranego niegdyś z litości, rozrósł się w pięknego, krzepkiego pachołka. Płynęli cicho, nie 
wyciągając wioseł z wody, by nie pluskać. Noc była ciemna, bezmiesięczna. Jezioro stało nieruchomym 
obrusem, ścielą stalową, płaszczyzną bez końca. Nie opodal czerniał gród. Na ciemnym niebie majaczyły 
zarysy baszt i zębata koronka murów. W przeciwieństwie do pozostałych trzech stron grodu, gdzie na 
murach gęsto paliły się ognie strażnicze, od jeziora nie błyskało ani jedno światło. Ciemność i cisza 
panowały, jak gdyby gród był wymarły.
— Nie strzegą się tutaj zgoła — zauważył Imbram.
— Grek jucha miał dobrą myśl z tą krypą... Gdyby tak tratwy wielkie zbić, nocą znienacka 
podpłynąć i tedy uderzyć?
— Głowę dajęć, prawda! Cicho. Awo, jest światło.
Było rzeczywiście. Jedno. Płonęło równym, spokojnym płomieniem jak latarnia, nie ognisko.
— Zapalili je chyba co ino. Nas już bestie wypatrzyły?
__Podpłyńmy bliżej pod wały.
Posunęli się ostrożnie w cień murów. Stanęli nieruchomo, czekając. Po godzinie łódź zaczęła się kołysać z 
lekka. Wiatr, uciszony na porę spoczynku słońca, powstał znowu, marszczył drobne fale. Uderzały o dno 
łodzi niby spiesznymi palcami. Rycerzom przyszło na myśl, że może to zmarli wrzuceni do jeziora pukają 
do nich z wody, i włosy zjeżyły im się z trwogi pod hełmami. Stali jednak mężnie, bez ruchu. Ogarnęło ich 
niesamowite wrażenie, to samo, co niegdyś w cysternie basileusowej. Woda i noc to dwaj sprzymierzeńcy. 
Potęgują się, wzmacniają, nasiąkają wzajem grozą.
,__ Baczycie? — szepnął nagle Nowina nastawiając wprawne puszczańskie ucho.
— Isto. Coś kołacze...
— I chlupie... Coś płynie...
Zamilkli zamieniając się we wzrok i słuch.
Noc była nadal ciemna, nie na tyle jednak, by przyzwyczajone do jej mroku oczy nie dojrzały 
przepływającej galery. Wyszła jakoby wprost z muru i bezszelestnie przesunęła się nie opodal od nich. Szła 
samym żaglem, a może wiosłami tak umiejętnie czyniono pod wodą, że nie było słychać plusku. Tylko 
spieszne kołatanie drobnych fal o kadłub. Nie było na niej światła. Sunęła jak widmo.
— Grek, mądrala, miał... — Cicho... Druga...
— Trzecia... Czwarta...
Cztery. Przepłynęły, znikły. Czekali jeszcze długi czas. Nic nie nadjeżdżało. Postanowili powracać.
— One sobie co noc pewnikiem tak wypływają, a my stoimy na brzegu jak głupie — biadał Imbram.
— Pogany zatracone, fałszywce!
— Grek ich przejrzał, bo sam taki, a skąd nam mogło przyjść do głowy, którzyśmy uczciwej 
walki zwyczajni...
~ Bo pewnie...-> Do brzegu skoro, do brzegu!
Jedno mnie dziwi — zauważył milczący dotąd de la our ' Jak Grek mógł słyszeć z brzegu 
pluski?... Dyć my tuż, a mało co było słychać? ' Ech, oni mają na wszystko sposoby...
omo^ PrzYwieziona przez rycerzy wywołała wielkie p a ra^z^e baronów. Poprzednie zajścia, kłótnia 
między Rajmundem St. Gilles a Robertem normandzkim, świeża,
tak ciężka i dziwna sprawa Blanki de Montbeliard i Raula de Beaugency, nieoczekiwane żądanie Floriny, 
by Rajmund w zastępstwie ojca udzielił jej zezwolenia na „biały" ślub z królewiczem duńskim, a biskup 
tego ślubu dziewiczego udzielił — wszystko to poszło na razie w zapomnienie. Saraceny zaopatrywały się 
w żywność i broń tuż pod nosem oblegających! Jak im w tym przeszkodzić?
Wyjątkowo Pantopulos był dopuszczony do rady. Nikt go nie lubił, lecz bądź co bądź on wykrył praktyki 
pogańskie. Boemund spoglądał na niego z zazdrością.
...Jak mogłem sam wcześniej na to nie wpaść? — powtarzał sobie w duchu. — Okazałeś się, Boemundzie, 
równie durnym, jak ci wszyscy razem wzięci... Nie postawić dotąd straży na jeziorze, co za niedołęstwo! 
Trzebaż, żeby Grek jakoby palcem pokazał...
— Źle się stało — mówił rozważnie biskup — ale zamiast biadać, postanówmy, jak zamknąć twierdzę od 
strony jeziora? Trzeba statków... Chyba je budować?...
— Budowy statków mógłbym się podjąć — rzekł wahająco Pantopulos — ale to długi mozół. Wiele 
czasu zajmie. Insza rzecz zbudować krypę, a co innego galery, mogące się mierzyć z galerami w walce. 
Jeśli wolno mi wyrazić moje zdanie, radziłbym zwrócić się do szlachetnego Butumitosa z prośbą o 
przeprowadzenie naszych galer z morza na jezioro. Szlachetny Butumitos zgodzi się niechybnie, cel 
chrześcijański wyprawy mając przede wszystkim na uwadze...
— Ha, może to dobra myśl...
— Jeżeli Wasza Dostojność sobie życzy, mogę powiadomić szlachetnego Batumitosa o tym życzeniu 
Waszej Dostojności.
— Życzenie nie jest jeszcze uchwałą. Dziękujemyć na razie za dobre intencje. Wezwiemy was, panie, 
skoro postanowienie zapadnie.
Znaczyło to, że chcą gadać swobodnie bez niego. Pantopulos zrozumiał natychmiast i wyszedł. Wyszedłszy 
przystanął na chwilę. Boemund uchylił zasłony, by sprawdzić, czy Grek nie podsłuchuje. Zmierzyli się 
chłodno uprzejmym wzrokiem. Pantopulos odszedł niezmieszany. Był zadowolony. Jak dotąd szło niby z 
płatka.
Na radzie wszyscy mówili jeden przez drugiego.
— Greków mamy prosić o pomoc! A niedoczekanie!
— Jeśli skorzystamy z ich galer, wezmą całe zwycięstwo dla siebie...
— Powiedzą, że bez ich pomocy nie daliśmy sobie rady—
.__ Wstyd! Wstyd! Lepiej rok tu jeszcze siedzieć, ale ich nie
prosić!...
__ Wstyd żaden — łagodził biskup — są przecież naszymi
sojusznikami... Niemiło prosić, ale dobro sprawy ważniejsze... Naszym celem nie jest Nicea, ale Jeruzalem. 
Nie stoimy o próżną chwalbę zwycięstwa, gdy właściwa chwała dopiero leży przed wami.
__ Słuszne słowa — rzekł Boemund — lecz nim się do tego
ostatecznego środka uciekniem, trzeba objechać dokoła jezioro. Dotąd tego nie uczyniliśmy, co jest wielką 
winą i zaniedbaniem. W objeździe łacno sprawdzimy, gdzie pogańskie galery lądują, gdzie mają składy i 
przystań. Może uda się tam zrobić zasadzkę i one galery zniszczyć?... Może brzegi tylko w paru miejscach 
są dostępne, i obsadziwszy je osiągniem to samo co flota... Dziś jeszcze wyruszę z bratańcem biorąc tysiąc 
ludzi. Sądzę, że szlachetna rada zechce się wstrzymać do naszego powrotu z wysłaniem Pantopulosa?
— Oczywiście — zapewnił biskup.
— Ja pojadę z wami! — wykrzyknął Hugo de Vermandois, rad, że wyrwie się na jakiś czas z otaczającej 
spalonej pustaci w rzeźwiejsze nie zniszczone okolice. Wniosek księcia Tarentu uchwalono bez 
sprzeciwu. Podobna jednomyślność zdarzała się rzadko. Byliby jednak uchwalili wszystko, co odwlekało 
konieczność zwrócenia się o pomoc do Greka.
Rycerze, przebywający od trzech miesięcy w spalonej, bezdrzewnej pustym, jaką wokół twierdzy rozsieli, 
chłoną z rozkoszą woń i cienistość boru. Oczy nie mogą się napaść widokiem zieleni, rozpoczynającej się 
już o cztery godziny od obozu, tam, gdzie nie zdołali jeszcze dojść. Plamy słoneczne kładą się na ziemi jak 
złote ruchome krążki. Antylopy i dzikie kozły schodzą pić do jeziora sobie tylko wiadomymi dróżkami. 
Spod kopyt końskich smyrgają zające i przepiórki. Sokoły, znużone długą bezczynnością, trzepocą się na 
pięści sokolnika, kwilą i rwą się do lotu. Toteż Tankred poleca puszczać je raz po raz. Niech się nacieszą! 
Niech użyją! Cieszy się podobnie całe rycerstwo. Rozprostowują kości utru-,zone sterczeniem pod 
obrzydłymi murami. Śpiewają rozgłośnie starą bojową italską pieśń. Nie kryją się wcale. Owszem, by 
zetknąć się z Saracenami. Cóż piękniejszego jak a na zielonej łące, w cieniu drzew? Ale Saracenów nie 
śladu. Kilidż-Arslan cofając się zabrał ze sobą wszystkie plemiona. Pozostała ludność uciekła na tamtą stronę jeziora. Boemundowi woje wędrują trzy, cztery, pięć dni. Nocami palą ognie i wznoszą zagrody z cierni od 
lwów. Na koniec dosięgają miejsca, gdzie zwężający się kształt jeziora wąska tylko smuga gruntu dzieli od 
morza. Wyjeżdżają chyżo na wzgórze. Morze! Morze!
...Ukochane, pośródziemne, rodowite, swoje morze! Zitalizowani Normanie miłują je podwójnie. 
Drapieżną miłością wikingów i czułą tkliwością południowców, dla których morze uosabia najpiękniejsze 
sny. Jest ich właściwą ojczyzna, ulubioną drogą potęgi i sławy. Morze!
Wznosi się wysoko pod niebo jak ciemnoszafirowa chmura. Wieje odeń rzeźwy wiatr, nie mający równego 
sobie. Wiatr, co ma posmak soli i swobody.
Stoją pośrodku przesmyku. Z tyłu na jeziorze nie widać nikogo. Ni statków, ni przystani. Jeżeli są, to 
dobrze ukryte, gdzieś na południowej stronie. A na morzu?
— Jakieś galery tuż na brzegu — ukazuje Tankred. Rzeczywiście, całkiem niedaleko od gromady 
stojących na
wzgórzu rycerzy, nieomal pod ich stopami, widnieją stojące na kotwach okręty. Pochylone maszty, 
zwinięte żagle. Statki czarne, szpetne jak wrony. Na wybrzeżu ludzie palą ogień. Co za jedni?
...Nie Greki, bo szalandy nie malowane i labarum nie ma... Nie Saraceny, bo zielonej chorągwi nie widno... 
Nie Genueńczyki, bo ich galery poznać łatwo z dala... Więc kto?
— Kto?
— Piraty! Piraty! Moje piraty! — woła radośnie Hugo de Vermandois. — Poznaję ich! To Guynemer! Na 
pewno!
— Co za piraty? — zapytuje Boemund zaciekawiony.
— Krzyżowcy jak my, choć zbóje prawe. Razem z nimi przyjechałem, tylko ich Genueńczyk} do 
Bizancjum nie puściły... Bóg nam ich zesłał... Obaczycłe! Nie będziem się prosić Butumitosa!
— Jesteście pewni, grabio, że to oni? — dopytuje nieufnie Boemund. 
"
— Natychmiast się przekonacie: huknijmy społem, jeno głośno: „Bóg tak chce!" odpowiedzą 
zaraz, bo to też krzyżowcy.
— Bóg tak chce! Dio U volt! — runęło gromko ze wzgórza.
— Dio H yolt! — odpowiedziano z dołu od ogniska. Stojący pod nim ludzie jęli się kręcić, pogladając 
ku górze i machając ramionami. — Dio li volt!
— A co?! — triumfował Hugo. — To Guynemer! Ma dziesięć statków, tyle właśnie, wiele nam trzeba... Chodźmy żywo, jeno samotrzeć, bo płochliwi są i obcych nie 
lubią... Mnie v.-net poznają... Przy tym ogniu smażą pewnie na rożnie jakiegoś poganina... Te juchy 
wszystko zeżrą. Chodźmy!
.__ Na oko widać, że opryszki i grabieżniki prawe — stwierdził nie przekonany Boemund. — Odwrotnie, 
niż radzicie, grabio, pchnąłbym naprzód pachołów, by się nie narażać na paskudzenie walką z hołotą...
__. Kiedyż powiadam, że pachołów zabiją niechybnie, a nas
przyjmą jako gości. Z Guynemerem siła wina razem wypiliśmy... Zresztą, pojadę sam wprzód.
Nie czekając odpowiedzi skierował konia wprost w dół z usypiska. Gniady chrapał niespokojnie, osuwając 
się na zadzie. Kamienie leciały spod kopyt tańcząc po stoku. Zgromadzeni przy ognisku oberwańcy, 
osłaniając oczy dłonią, patrzyli niespokojnie i ciekawie w górę na zjeżdżającego ku nim beztrosko jeźdźca. 
W połowie stoku Hugo zakrzyknął ponownie, machając przyjacielsko dłonią. Odpowiedzieli radośnie. 
Teraz już poznali bogatego leniwca, z którym płynęli razem do Bizancjum łakomie spoglądając na jego 
królewską galerę. Sam Guynemer zdarł czarna chustę z głowy i powiewał nią uprzejmie. Boemund z 
Tankredem i dwoma giermkami ruszyli za Hugonem, co prawda niechętnie. Jak tu gadać z tymi ludźmi? 
Wszakże to nieurodzeni?!...
Lecz gdy zeszli, wygląd Guynemera uspokoił ich obawy. Czarny jak Murzyn pirat o zuchwałych, 
okrutnych oczach nosił przecie na wyłojonej, wyplamionej smarem i krwią odzieży rycerski pas skórzany, 
nabijany złotymi ćwiekami. U pasa wisiał mały, krótki mlecz.
— Prawy rycerz morski, Guynemer de Boulogne — rzekł obracając włochatą prawicę dłonią do góry. — 
Zowią mnie królem piratów. Genueńczyk! naznaczyły sto bizantynów za moją głowę. Śiłam okrętów 
zatopił, przeca nie podnosiłem nigdy miecza na pasowanego.
— Chętnie w to wierzym — zapewnił Boemund uspokojony, rozglądając się ciekawie po ludziach. Gęby 
iście w piekle Sptodzone, żelazne gnaty, chudość drapieżnych ptaków, draezne zęby i oczy. Stali z szacunkiem opodal, w karnym żołerskirn szeregu.
Mówiłem szlachetnym rycerzom, że pewnikiem przy tym uu smażycie poganina na obiad — roześmiał się 
Hugo. "Ywało tak, ale dzisiaj mamy dzikiego kozła. Szlachetni
Panowie
raczą się posilić?...
— Jeśli wino rnacie, owszem.
— Wina byśmy nie mieli! I to włoskie, nie greckie, bo Genueńczykom zabrane...
— Ejże, to się; z nimi po dawnemu zabawiacie?
— Żyć trzeba.
— Siła tu macie galer? — przerwał niecierpliwie Boemund.
— Dziesięć. Było więcej, ale poszły odpocząć chwilę na dnie morza.
— Słuchajcież, mości królu piratów: pogany w Nicei mają ukryte galery, nocą wypływają na jezioro, 
lądują, nie wiemy jeszcze gdzie, biorą żywność. Nie mając statków nie możemy im przeszkodzić. Greki 
chcą nam pomóc, swoją flotę przenosząc na jezioro, ale...
— Rozumiem, książę, nie trzeba więcej mówić. Guynemer pojmuje łatwo. Niech piekło pochłonie Greki! 
Dajcie mi trzy setki ludzi, a przeciągniemy moje galery dziś jeszcze...
— Dam tysiąc.
— Nie zawadzi. Gdzie stoją? Niechby się natychmiast brali do rąbania drzew.
— A to na co?
— Na drogę. Cały przesmyk od morza do jeziora musim okrąglakami wymościć.
— Jedźmy wpierw obejrzeć, które miejsca najskladniejsze.
— Już wiem. Dwie niedziele stoim w tej zatoczce. Znam dobrze okolicę. Chłopcy! Wynosić z galer na 
brzeg wszystko, co się da odczepić! Maszty, wiosła, szkatuły, liny, łańcuchy, szmaty... Do diabła! Prędzej! 
Czy mam. was popędzać?! Żywo! Niech piorun strzeli w wasze niemrawe pośladki, jeśli się tak macie 
ruszać!
Zachęcanie do pośpiechu było zwrotem czysto krasomówczym, gdyż piraci na pierwsze słowa, brnąc po 
pas w miałkiej wodzie, dopadli biegiem galer i drapali się na nie jak koty.
— Sprawne pachołki — zauważył Tankred z uznaniem.
— Wyszkoliłem ich co nieco. Znają mnie, żem nie żartowniś. Gdzież wasi ludzie, książę?
— Za wzgórzem. Wnet ich wezwiem.
Tankred skinął na swego giermka, który podniósł róg do ust, b„y zadąć głośno, lecz Guynemer zatrzymał 
go obcesowo.
— Po co mają tu przychodzić, skoro drzewo nad jeziorem rosną, nie tutaj. Poślijcie do nich chłopca, niech 
natychmiast staną, gdzie są, i biorą się do rąbania. Proste, śmigłe drzewa.
Okorować je trzeba i z sęków poociośywać. My za dwie godziny galery mieć będziern gotowe. Na 
świętego Ostremiusza! jeśli wasi nadążą z rąbaniem, nocą możemy już być na jeziorze!
— Słusznie prawicie — przyznał z uznaniem Boemund. — Sam jadę do swoich, by ich. należycie pogonić. 
Pokażcie, gdzie składać drzewo.
Jakoż nie minęła godzina, a na wybrzeżu zapanował ruch płosząc zwierzynę. Łoskot siekier niósł się 
daleko, obijając swój miarowy rytm o dwie tafle wody. Dukt, ułożony ze świeżo odartych drzew, świecił 
się z dala, dosięgał już prawie połowy przesmyku. Mimo całego pośpiechu jednak nie zdążono do wieczora 
wykonać roboty. Dopiero na drugi dzień po południu dwieście ramion chwyciło za liny pierwszej galery, 
wydźwignęło ją z wody, aż zaszumiała fala, wytargnęło na brzeg i trzeszczącymi skokami ciągnęło po 
lądzie, po ułożonym ruchomym szlachu. Guynemer był wszędzie obecny, sam podkładając okrąglaki, 
dźwigając ramieniem kadłub, gdy się gdzie zaparł na sęku. Pracowali w znoju i zapale całą noc. Gwiazdy 
poczynały blednąc, gdy pierwsza galera spłynęła na wody jeziora. Już piraci z gorączkowym pośpiechem 
oblekali ją w należyty rynsztunek, czepiając na właściwe miejsce liny, łańcuchy, maszty, żagle, reje, 
osadzając w dniach wiosła. Że zbyt wielka ilość ludzi przeszkadzałaby sobie w pracy, Boemund pozostawił 
Tankreda z trzema setkami zbrojnych, sarn z pozostałymi zawrócił do obozu, zanosząc dobrą nowinę. Ruszył spiesznie, w obawie, by towarzysze baroni, znudzeni jego długim niepowrotem, nie posłali tymczasem 
gońców do Butumitosa. Niech piorun spali przeklętego Greka! Zadziwi się! Pewnikiem od początku o 
galerach pogańskich wiedział. Oczywiście! Przecież oni budowali Niceę. Musieli znać ukryty za murami 
port. A łotry, łotry! Dopiero gdy Kilidż-Arsłana rozbito, zawiadomił o tym przez Pantopulosa i teraz zechce 
całą korzyść zagarnąć... To jasne... Jasne jak słońce na niebie... Ależ my jesteśmy wszyscy głupi, a ty, 
Boemundzio, najgłupszy, bo się za takiego nie miałeś... Kręcą nami Greki, jak im się podoba... Ale dość! 
Ostatni raz wywiedli mnie w pole! Ostatni!
~ Co za szczęście, że pojechałem — czwanił się Hugo kłusu.jąc pobok niego. — Beze mnie nie bylibyście się porozulle i z Guynemerem... Jednakże my jesteśmy chytrzy, co? To
k~.| Y musr przyznać... Na taki pomysł przeciągnięcia galer
; kto nie wpadłby na pewno...
— — Jesteśmy chytrzy? — mruknął Boemund drwiąco. — Myślałem właśnie nad tym dochodząc do sądu 
zgoła odmiennego...
Hugo spojrzał nań z niedowierzającym zgorszeniem.
Tankred rozmieścił łudzi po trochu na wszystkich galerach. Sam płynie z Guynemerem. Podpłynęli blisko 
grodu. Cały dzień przesiedzieli ukryci w zatoce, o zmroku wypływając w równym oddaleniu niby rybacy 
ciągnący z sieciami. Nad jeziorem leży słodka azjatycka noc, niewypowiedzianie cicha. Cienki 
mahometański nów oświeca niebo. Czarne statki stróżują w milczeniu. Nie czekają zbyt długo na zdobycz.
...Oto już nadpływa ona, niczego się nie domyślając...
Błyszczy z dala złoceniami, uderza wysmukłym kształtem. Nie zwyczajna to galera! Pokład lśni pod blask 
księżyca jak struga zakrzepłej wody. Boki pokrywają rzeźby. Kierujący nią już dostrzegli czekających i 
płyną spiesznie wprost ku nim, pewni, że płyną ku swoim. Czarne statki stoją nieruchomo, milcząco, aby 
nie płoszyć przed czasem.
Na Allacha! To nie swoi! Nagle wszystkie wiosła złocistej galery uderzają rozpaczliwie w tył, aż bulgoce 
wokół woda. Piękny statek staje w miejscu, robi pół obrotu... Nie zrobi więcej! Już dwie pirackie galery 
zacięły wiosłami wodę tak raptownie, że czarne ciała statków aż poderwały się z fali i runęły z dwóch stron 
na uchodzącą. Zatrzeszczały przeraźliwie zderzone burty, zaskrzypiały wiązania. Dzioby uniosły się w górę 
jak konie stające dęba. Już z dwóch stron na lśniący pokład zarzucono mostki. Zwinne czarne postacie 
skaczą po nich jak szatany. Krzywy nóż w zębach, włócznia w jednej ręce, maczuga w drugiej. Biada 
złocistej galerze! Obrońcy stają rzędem na pokładzie. Zawodzą mężnie i śpiewnie: — La ilah el Allah, 
Mohammed rasul Allah! — cienki kobiecy wrzask wybija się nad ich głosy.
— Będzie zabawa po bitwie — zaciera ręce Guynemer wskazując na pokład sułtańskiej galery. Walka 
rozwija się, toczy z szybkością lecącej burzy. Ciosy są szybkie jak zmrużenie oka. Z poszumem wioseł 
pędzą na ratunek pierwszej trzy muzułmańskie galery. Będzie robota dla wszystkich. Piraci już wzięli górę. 
Już się sczepili z nadpływającymi. Po cichej wodzie niesie się wrzawa bitwy, utworzona z trzasku rąbanych 
burt, łomotu padających ciał, charkotu rannych. Piraci wyją z uniesienia jak sto diabłów. Cienki kobiecy głos zanosi się jak poprzednio okrzykiem śmiertelnej
trwogi.
__ Co za baba się drze? Nikt jej chyba jeszcze nie zarzyna .— dziwi się Guynemer i schodzi pod pokład. Nie stoi o babę, ale biada, jeśli który z ludzi zabawia się z 
nią przed ukończeniem bitwy i bez zezwolenia wodza! Tych rzeczy stary rozbójnik nie znosi.
Zeszedł na czas. W wysłanej złotogłowiem kajucie-komnatce wielki czarny eunuch usiłuje przebić nożem 
sułtankę Dżuriszę. Eunuch spełnia swój obowiązek. Sułtanka nie śmie wpaść żywa w ręce niewiernych. 
Lecz na pół przytomna ze strachu kobieta ucieka przed nim zwinnie jak łasica krzycząc przy tym 
wniebogłosy. W sąsiedniej kajucie płacze rozpaczliwie dziecko.
Jednym machnięciem maczugi Guynemer obala czarnego rzezańca, który w zapale nie zauważył 
wchodzącego. Dla pewności dorzyna obalonego nożem, spojrzeniem znawcy ogarniając Dżuriszę.
— Nie wrzeszcz, gołąbko, już po nim. Nie na wiele ci się to przyda, ale przynajmniej użyjesz przed 
śmiercią...
Wyskoczył z kajuty zawierając drzwi na rygiel. Na pokładzie panuje już cisza, jako że znajdują się na nim 
tylko zmarli i jednooki pirat Mateusz, trzymający ster. Wiosła zwisają nieruchomo w wodzie. Z otworów 
ich ścieka krew czarnymi kroplami łącząc się z czarną wodą. Na pozostałych galerach wre jeszcze bitwa. 
Tankred szaleje tam z towarzyszami skacząc jak tygrys poprzez zwoje lin.
— Nie zabijać wioślarzy! — krzyczy pod pokład, gdzie idzie zaciekła rzeźba -— są może między 
nimi jeńcy, chrześcijanie!
Słuszna uwaga. Nielicznych nieszczęśników pozostałych przy życiu piraci i Tankredowi przestają siec, 
owszem, odrąbują od ław, na których ich chude ciała wytarły wgłębienia, i wyciągają na pokład. Noc już 
pobielała świtem.
Wioślarze dygoczą ze strachu. Tankred przemawia do nich. Nic nie rozumieją. Żegna się znakiem krzyża. 
Trzech pada na kolana ze szlochem, powtarzając święty znak. Wyciągają ku niemu z uniesieniem ręce.
Tych trzech ostawić, nakarmić — mówi Tankred — a .pozostałymi róbcie, co chcecie.
„.- sprawa. Każdego pałką po głowie i do jeziora, rYbom na pożytek.
e SWeJ galery Guynemer gromko wydaje rozkazy. Rozwinać żagle! Wiatr się podnosi, zaniesie wprost do obozu. Pogańskie galery holować. Podział zdobyczy 
nastąpi na brzegu.
— Co książę pragnie zatrzymać dla siebie? — zapytał Tankreda Guynemer, gdy w jakiś czas potem 
wylądowali o milę niespełna od obozów. Na brzegu wznosił się już spory stos zdobytej broni, odzieży, 
sprzętów i różnych cenności.
— Wasz łup — odparł Tankred, wzruszając ramionami. — Nic mi do niego. Co to za niewiasta?
— Dzierlatka, co tak wrzeszczała na początku bitwy. Pono niewiasta samego sułtana, a to jego szczenię...
— Niewiasta Kilidż-Arslana?! — wykrzyknął Tankred ze
zdumieniem.
— Tak powiadają. Na sułtańskiej galerze jechała... Pytałem wioślarzy, tych trzech... Trudno się z nimi 
dogadać, ale powtarzają: Kilidż-Arslan...
— Sutłanka nie jechałaby bez dworu...
— Był jeden rzezaniec, któregom ubił, i cztery dziewki, o których nie wiedziano, i woda je zalała 
w kajucie.
— Sułtanka... — powtórzył Tankred z ciekawością.
Guynemer dał znak, by dwóch piratów podprowadziło nie stawiającą oporu kobietę. Lico miała szczelnie 
przesłonięte zasłoną. Zwoje kosztownego muślinu dzierganego złotem spowijały ją aż do stóp obutych w 
złote ciżemki. Czteroletni malec, nadzwyczaj piękny, trzymał się kurczowo jej szat, błyskając ku obcym 
wielkimi czarnymi oczami nieufnie ł wrogo jak młody wilczek.
Zatrzymali się przed Tankredem. Jeden z piratów zdarł z głowy branki zasłonę. Krzyknęła zakrywając 
twarz dłońmi. Oderwali je i przytrzymali gotując się zewlec szaty.
Tankred powstrzymał żywo.
— Ostawcie, Nie trzeba.
Z ciekawością spojrzał w śliczne odsłonione lico i mimo woli zapłonił się sam jak kobieta. Na krew 
świętego Januarego! Jakże nieprawdopodobnie piękną była ta poganka! Aksamitnołzawe źrenice gazeli, 
cera z płatków róży i śniegu. Maleńkie usta wymalowane w kształt serduszka. Nie w tym jednak zamykała 
się jej czarodziejska uroda. Patrzącemu rycerzowi wydała się być samą esencją kobiecości, ucieleśnioną 
płcią. Była bezwolna, bezgrzeszna, nieodpowiedzialna. Nie zgrzebna, krzepka latyńska towarzyszka życia, 
nie wykształcona, ćwiczona Greczynka, mieszająca się we wszystkie sprawy męskie, lecz kobieta. 
Niewolnica. Jedynym wrażeniem, jakie przychodziło myśli na jej widok, był obraz
uciechy cielesnej. Była doskonałym narzędziem miłości, przednim naczyniem rozkoszy. Udzielanie 
rozkoszy stanowiło jedyną JeJ umiejętność, jedyny obowiązek. Być słodką w miłosnym objęciu mężczyny, 
powolną każdemu jego żądaniu...
Było to tak oczywiste, jawne, że choć osłonięta szczelnie, zdawała się obnosić swoją płeć na zewnątrz, 
widoczną każdemu, l surowy dla siebie Tankred, rycerz bez skazy, twardy jak diament, mężny jak lew, 
piękny jak młody bóg, patrzył w nią niby urzeczony. Nie umiał zdać sobie sprawy z tego, co czuje, pojął 
jednak, iż nie dopuści, by piraci zabawiali się po swojemu z tym pachnącym niewieścim cudem.
Wstrząsnął się i obrócił do Guynemera.
— Skoro to żona sułtana — rzekł żywo — nie wolno jej tknąć bez narady panów baronów. Do czasu 
pozostanie pod strażą moich ludzi, w moim obozie.
Guynemer wyszczerzył szyderczo swą diabelską gębę.
— Ha, w takim razie należałby się nam okup... Ale co tu mają do gadania panowie baronowie? 
Książę jest młody... rozumiem...
Tankred poczerwieniał ze złości.
— Mój wiek nie rna nic do rzeczy! Okup dostaniecie. Kobiety niklt nie ruszy, dopóki rada nie postanowi, 
co z, nią robić...
— To pięknie... A kto nam poręczy okup?
— Ja — wrzasnął Tankred. — Słowo rycerza to dla was mała rękojmia, co?!
— Och, dostateczna, dostateczna... skoro książę sam... — zapewniał pirat mrużąc to prawe, to lewe 
oko. Był widocznie rozweselony.
Nie zwracając na niego uwagi, Tankred kazał odprowadzić Dżuriszę z dzieckiem do swego obozu, dać jeść 
obojgu i strzec jak oka w głowie. Sam siadł na konia i pognał co duch do stryja zdać mu sprawę z 
przebiegu pomyślnej bitwy i zdobycia czterech galer.
— Jedna była sułtańska, cała w złocie i ozdobie — zakończył jechała w niej kobieta z dzieckiem, pono 
Kilidż-Arslana niewiasta... Jest ninie w moim obozie pod strażą...
— Gładka?
— ZdaJe się... tak... — Tankred poczerwieniał. — Zabrałem choć Piratów pobił. zły na siebie — bo 
Kilidż-Arsilan. on sam jest uczciwym wrogiem. Mężnie stawał. To jego niewiasta. Nie widzi mi się rzeczą 
przystojną, by ich na poniewierkę lub śmierć wydawać... Odesłać mu i koniec.
— Słusznie prawisz — przyznał Boemund — ale nasi tego nie zrozumieją. Dla nich to będzie poganka i nic więcej.
— Więc co zrobić? — krzyknął porywczo Tankred. — Wpadła ci w oko, to ją sobie weź...
— Nie! Ja nie dlatego, tylko że mi się to nie widzi rzeczą uczciwą...
— Skoro tak, odeślij ją Butumitosowi. Na pewno będzie rad. Przechowa ją jako zakładniczkę. 
Ale to daleko. Nie będziesz jej mógł widywać...
— Nie chcę jej widzieć na oczy! — zakrzyknął Tankred, już wściekły. Okrzyk brzmiał szczerze. Boemund 
przyjrzał się bratańcowi uważnie. Co za dziwny chłopak!
— W takim razie odeślij Grekom — powtórzył. — Butumitos zapłaci chętnie okup piratom.
— Odeślę ją jutro o świcie. 
— Radzęć, sam odwieź.
Tankred spojrzał podejrzliwie na stryja i zaczerwienił się znowu.
— Wystarczy pismo — mruknął twardo i wyszedł. Wrócił do swego obozu późnym już wieczorem. 
Przeszedł koło namiotu branki sprawdzić straże, czy nie śpią? Spały, oczywiście! Obudzić je, czy nie? Na razie nie 
obudził. Podszedł tuż do namiotu, ujął ręką zasłonę. Stał wahający, niepewny. Nagłym ruchem opuścił 
rękę, zawrócił i odszedł do swojej kwatery.
Zgodnie z przewidywaniem Boemunda Butumitos przyjął Dżuriszę z należnymi honorami. Piratom 
wypłacił sowity okup. Żona i syn sułtana byli dlań nabytkiem cennym. Jeśli krzyżowcom noga się powinie, 
można będzie zawsze z Kilidż-Arslanem wejść w układy i obietnicą wydania rodziny uchronić się przed 
jego zemstą. Po raz pierwszy postępek Latyńców wydał mu się rozumnym i przenikliwym.
Natomiast obecność piratów na jeziorze powlokła chmurą twarz wodza. Nieoczekiwane utrudnienie! Jak 
mogli nasi do tego dopuścić! Należy się spodziewać, że wielki drungarios floty ukarze odpowiednio 
winnych zaniedbania. Trzeba co rychlej porozumieć się z Mudżahidem... — Gołębi stamtąd nie mamy?...
— Nie mamy, Wasza Dostojność — odparł dowódca wigilów.
— Znakami świetlnymi dajcie znać twierdzy, by tu posłańca
przysłali.
— Nie będzie to łatwe teraz, gdy jezioro zamknięte...
_— Na świętego Teodora Stratilatosa! Mudżahid nie znalazłby sposobu wywieść w pole tych ciemnych 
byków, niezdolnych zobaczyć dalej jak koniec swojego nosa!? Spuści z murów którego ze swoich jako 
Ormianina-zbiega...
__. Nie wiem, zali tam są mówiący po grecku?
— Sądzisz, Arystosie, że Latyńcy poznają, czy kto gada po grecku czy arabsku? Nie ma obawy. Byle 
gadał niezrozumiale i miał krzyż na piersi... A jak Pantopulos z wieżami?
— Czeka z ich ukończeniem na rozkaz Waszej Dostojności.
— Niech czeka, aż się porozumiem z Mudżahidem... Możesz odejść, Arystosie.
Upał jest coraz sroższy i trudniejszy do zniesienia. Woda cuchnie. Powietrze cuchnie. Twierdza stoi, jak 
stała. Zakuta w swój podwójny łańcuch murów zaledwie nadwerężonych, bronna w trzysta wież, urąga 
oblegającym. Toteż zawziętość bojowa Latyńców zmienia się w straszliwą nienawiść. Dopaść tych wrogów 
okłętych, odpłacić nareszcie za dwumiesięczne bezsilne sterczenie pod niezłomnymi murami, za 
zdradzieckie naprawki nocne, za dowożenie tajemne żywności, za zrzucanie wężów na głowę, za upał, za 
wszystkie trudy. Och, odpłacić! Zdusić, zgnieść! Ta chwila obecnie nadchodzi... na koniec! Lada dzień 
ruszą do szturmu, wielkiego szturmu, wspartego oblężniczymi wieżami. Już we wszystkich obozach wre 
ruch jak w podrażnionym, mrowisku. Oddziały przepychają się walcząc pomiędzy sobą, byle zdobyć 
stanowisko bliższe murów i jedne z pierwszych wziąć udział w natarciu. Każdy pragnie być tym, co skoczy 
z pomostu na mury. Do obsadzenia wież zgłasza się tylu chętnych, wielu jest wojów w szeregach.
Lecz kiedy upragniony szturm nastąpi? Wieże zdają się gotowe, a Grek wciąż zwleka.
Widzi mi się, że jutro można ruszać — nagabywał go niecierpliwie Rajmund St. Gilles. — Beluardy ze 
wszystkim skończone...
~ Tak się tylko zdaje, Wasza Miłość. Jeśli skutek ma Yc Pożądany, trzeba jeszcze popracować 
parę dni.
Parę dni! — wykrzyknął Rajmund z oburzeniem. — Nad ! Koła już są, młot pięknie chodzi, o... iW?Zy 
Arabia podskoczył i szarpnął za dźwignię. Wielka stanowiąca taran, zakołysała się, a nie trafiając 
na
opór muru, zleciała z hukiem z łożyska, omal nie przygniatając stojącego przy wieży pana de Foix. 
Pantopulos uśmiechnął się pod wąsem,
— Sami widzicie, szla.chetny panie, że wieża jeszcze ukończona nie jest... Raczcie powściągnąć słuszną 
niecierpliwość... Gdy się tak długo czekało, jeden dzień więcej, jeden mniej, różnicy nie zrobi...
— Przeciwnie! Im dłużej, tym większa męka czekać choć godzinę... Jutro sobota, dobry dzień do 
szturmu...
— Dobry istotnie. Niech Wasza Miłość naznaczy szturm na przyszłą sobotę...
— Co? Jeszcze "tydzień! A niedoczekanie! Pracujcie i nocą, ale najpóźniej do wtorku musi być gotowe! 
Inaczej — dorzucił z pasją — zaczniem dochodzić przyczyn tej opieszałości...
Pantopulos zamrugał niespokojnie powiekami.
— Opieszałości! — zawołał żałośnie. -— Bóg miłosierny widzi, jako dla Jego chwały pracuję dzień i 
noc. Taka mnie za to wdzięczność spotyka! Cóżem ja winien, że srogie machiny muszą zająć nieco 
czasu... Zresztą, dostojny panie, każdy dziąń pracuje dla was. Gród teraz już żywności znikąd nie dowozi i 
głód się w nim pewnikiem zaczyna.
— — Toż Y/łaśnie! — zakrzyknął' grabią St. Giłles. — Chcą jeszcze walczyć z dobrymi wojami, nie z 
głodomorami, którym miecz wypada z garści!
— Postaramy się z pomocą Bożą dokończyć do wtorku — zapewnił żarliwie Grek.
Fontanna pluszcze jak zwykle, złote kule padają na misę z tym samym co zawsze dźwiękiem, tylko emir 
Mudżahid nie jest już ten sam co dawniej. Aż dziw, jak postarzał przez ostatni miesiąc. Coraz trudniej 
przychodzi mu utrzymać spokój właściwy doskonałemu wyznawcy Proroka. Choć wierne usta powtarzają 
ulubione sury, dusza nie czerpie z nich pokrzepienia. Ciężar niepewności legł na siwej głowie. Jak postąpić 
dalej? Co czynić? Giaury wyśledziły galery, dowożące żywność, i przejęły je. Co gorsza, żona i syn sułtana 
wpadli w ręce niewiernych. Emir spodziewa się, że sułtanka nie dostała się w nie żywą, lecz jaki los 
spotkał dziedzica sułtańskiego tronu, ukochanego syna Kilidż-Arslana? Czy sułtan nie uczyni 
odpowiedzialnym za ich stratę swojego wiernego sługi? Nie posądzi o lekkomyślne narażenie na zgubę? O, 
czemuż emir ustąpił przed natarczywością Dżuriszy?! Z niewieścim uporem żądała, by ją wywieziono z miasta, w którym nie chciała pozostawać dłużej 
ani chwili... Galery codziennie odpływały i przypływały bezpiecznie... Emir przyznawał w duehu słuszność 
żądaniom sułtanki. Wyjechała. A ot, co z tego wynikło...
A teraz?... Czarne zbójeckie statki trzymają nieustannie straż na jeziorze. W mieście zaczął się na dobre 
głód. Już żywność wydaje się tylko obrońcom. Tłumy łaknące chodzą po ulicach i wyją z głodu lub siedzą 
na placach wzywając głośno Allacha. Giaury podobno gotują się do natarcia. Pobudowali wielkie wieże... 
Bismi'Iah el lahman el lahiml Obyż ruszyli jak najprędzej, póki są jeszcze siły do walki! Póki dłoń 
nieosłabła może z rozkoszą zanurzyć płytkie żelazo w plugawym cielsku tych, co nie znają Proroka! Póki 
przed śmiercią waleczną zdoła się napsuć dość wrogów. Obmierzłych, przeklętych wrogów! Och, jakże ich 
nienawidzi Mudżahid, syn Dżubaira! Jak ich nienawidzi! Za to, że przyszli tutaj w przymierzu z Iblisem 
urągać wielkości Proroka, za głowę syna rzuconą szyderczo na mury, bladą, najdroższą, jedyną głowiczkę 
— za tępotę, hałaśliwość, prostactwo... Jeżeli wolą Allacha, który doświadcza swych wiernych, jest, by 
Nicea wpadła w ręce wroga, niech będzie nim każdy inny, bodaj Grek, byle nie oni!... Nie oni!...
...Tu przy fontannie, na czerwonej chuście leżała blada głowa Ibrahima... jedynaka Ibrahima.
...Życie jest ułudnym skarbem... Uszczupla go każdy dzień, odkrada każda noc... Nie warto oszczędzać 
życia...
...La illah el Allah, Mohammed rasul Allahl Czy warto oszczędzać i drżeć o cokolwiek?... Czemu się 
troskasz, człowiecze! Niech się stanie, co ma być... Niech się stanie...
Ślub Swenona, syna Olafa, i Floriny, córki Filipa, ma ! w przeddzień wielkiego natarcia. W 
namiocie-kaplicy darowanym w Bizancjum biskupowi przez basileusa, zebrali się wszyscy wodzowie. Dookoła tłum 
rycerstwa. 
dzwonów... A kwiecia... kwiecego, barwistego... Ani go oczami objąć! Jakby
wszystkie burgundzkie sady, winnice, dąbrowy, urodzajne żniwne pola zeszły się na pański zamek...
Krocząca w otoczeniu swych dworek Florina niczego nie żałuje' oprócz tego kwiecia. Że go tu nie ma! Na 
jasnych włosach, opływających płaszczem złotą szatką, ma ci wianeczek zielony, ale jakże nędzny! Nie 
znajdziesz tu mirtu ni ruty. Nie wiedzieć nawet, czy rosną w tym kraju. A może liście, z których wianeczek 
spleciono, pochodzą z drzewa nieprzyjaznego małżeństwu? Może sprowadzą niepłodność, swarliwość? 
Lecz jak to poznać? Nikt mocy tutejszych ziół i krzewów nie zna. Że w pobliżu grodu nie znajdziesz ani 
źdźbła zieleni, grabią St. Gilles posłał rankiem ludzi do odległych lasów, by nacięli i przywieźli maju. 
Wracali w samo południe i choć się śpieszyli, wątłą sierpniową zieleń zwarzył upał. Gałązeczki powiędły, 
pokurczyły się listki. Zaledwie wybrano na wianek. Ha, trudno, dobrze, że i taki jest.
Swenon czeka na swą miłą odziany w krótką czerwoną szatę, rozciętą po obu bokach, ozdobioną białym 
naszywanym wzorem. Na purpurowym kubraku pas drogocenny i miecz. Na głowie złota królewska 
opaska. Twarz młoduch ma piękną, ale bladą i umęczoną. Nieradośnie idzie do ołtarza. Za nim stoją dobrzy 
duńscy woje w szłomach ozdobionych rogami turzymi, łbem wilka, albo zębcami niedźwiedzia. Oblicza 
ich uczciwe, jasne, proste. Spoglądają wokół z niedowierzaniem. Na stare bogi mórz! Cóż to za ślub!? Bez 
oczepin, bez pokładzin? Po co? Dlaczego? Milczą jednak, bo nie do nich należy osądzać. Tłumią tajony 
żal. Nie tak, nie tak wyobrażali sobie weselne gody swego królewicza!
Po prawdzie nikt z obecnych nie rozumie celu postanowienia młodych. Sam biskup zalecał im rozwagę i 
namysł.
— Rzecz sama w sobie jest chwalebna i świątobliwa — mówił — lecz wykonanie wielmi trudne z 
przyczyny właściwej ciału miłości przyrodzenia. Powstrzymajcie się jeszcze, radzęć szczerze. Stokroć 
lepiej nie ślubować niźli ślubowanie
złamać.
Swenon przyznawał dusznie słuszność tyrn wywodom, ale Florina uśmiechała się dumnie i przecząco. O 
nie, ona nie ustąpi. Co powiedziała, dotrzyma. Zresztą, o co tyle krzyku? Nicea jutro, najdalej pojutrze 
będzie zdobyta i ruszą prosto już pod Jeruzalem... Przecież przed zimą tam będą! A rozstawać się ze 
Swenonern nie chce za nic. Więc innego wyjścia
nie ma. — Boże wam błogosław... —' wzdycha biskup i oto teraz
wśród uroczystego milczenia wiąże młodym ręce stułą. Obecni rycerze podnoszą mostem prawice, 
świadcząc tym ruchem, że Olafów Swenon i Filipowa Florina są prawowitym małżeństwem. Każdy z nich 
może za to dać gardło.
Zaślubiny już skończone, lecz młodzi nie wstają z klęczek. Chcą jeszcze złożyć przysięgę. Biskup wysuwa 
ku nim rękę z Ewangelią. Kładą na niej palce, Swenon, drżące, Florina pewne i władcze.
Jednocześnie mówią:
— Dla miłości słodkiego Pana naszego Jezusa Chrystusa ślubujemy, małżonkami będąc, czystości 
dochować, póki Grób Pański wyzwolonym nie zostanie. Tak nam dopomóż Bóg. Ślubujemy wspólnego 
łoża nie zaznać ani się obłapiać wcześniej niż w Jeruzalem uwolnionej. Amen.
— Amen — powtarzają wszyscy.
Orszak wychodzi z namiotu. Wita go wrzawa kotłów, trąb, obojów. Witają gromkie okrzyki. Rajmund St. 
Gilles wzywa wszystkich do swego obozu, gdzie, w zastępstwie nieobecnych rodziców młodej, 
przygotował biesiadę. Czekają gędziarze. Będzie muzyka i śpiew.
— Sercem proszę — powtarza, a wiedzą wszyscy, że mówi szczerze — czyńmy społem dobrą myśl, na 
szczęście młodym, na pomyślność jutrzejszego szturmu...
Więc idą hurmem, obsiadają stoły, piją wino; lecz rozmowa się nie klei. Nowożeńcy siedzą cicho obok 
siebie, pozostali myślą o tym, co jutro przyniesie. Jutro, jutro! Wielki dzień! Którzy go przeżyją, którzy się 
sława okryją? Któż zgadnie? Jedno jest pewne, że twierdza jutro wieczór będzie w ich władaniu. Na 
twardej łasce albo niełasce zwycięzców...
Toteż świt nie zdołał jeszcze wsączyć się w pomroki nocy, dy masy wojska posunęły się ku murom. 
Choć tęgo nasmarowane, skrzypiały przeraźliwie koła beluard obciążonych zbrojnych. Olbrzymie 
machiny posuwały się sprawnie, poruszane od wewnątrz przez ludzi, siedzących na dolnym pomoście. Dokoła 
tłum spieszonego rycerstwa. Pachołcy niosą drabiny, liny i haki. Dygoczące z niecierpliwości ręce, rozgorzałe oczy.
— Czego chcesz? — syknął ze złością. Nie znosił obleśnej
wiedźmy. Przy tym co za wróżba! Niczego dziś nie dokona... Gdy baba uczepi się rycerza idącego do 
bitwy, wiadomo, już jest zauroczony... Bodaj mór trzasnął tę starą!
— Czego chcesz? — powtórzył ostro.
— Pani Gontrana was woła, panie. Chce wam coś powiedzieć...
— Mnie?! — zdumiał się szczerze, gdyż Gontrana od kilku dni leżała nieprzytomna, jakoby już w agonii, 
że codziennie ksiądz odmawiał przy niej modlitwy za konających. Chyba też w nieprzytomności mogła 
go wzywać, po raz pierwszy
w życiu.
— Ocknęła się nieboga ze wszystkim i cięgiem was woła — objaśniała Helgunda. — Ale pośpieszajcie, 
panie, bo okrutnie
słaba...
Zachlipnęła się płaczem, szczerym, bo ze śmiercią Gontrany marny jej los na Baldwinowym dworze. 
Baldwin westchnął niechętnie, spojrzał żałośnie ku twierdzy, ale zawrócił, zdawszy na chwilę dowództwo 
Kononowi de Montaigu.
Gontrana była istotnie przytomna ostatnim przedśmiertnym błyskiem świadomości.
— Baldwinie — rzekła do męża ledwo dosłyszalnym głosem — ja nie chcą tutaj umierać... Straszno 
mi...
— Co masz umierać?... — rzekł Baldwin niepewnie — może się jeszcze odmieni...
— Słuchaj, był tu medyk grecki... Prawda, był?... Mówiłeś
mi...
— Był...
— — Ślij po niego, ślij a skoro... Niech mnie uleczy... Boję
się tutaj umierać... Baldwin otworzył szeroko oczy...
— Posyłać teraz po medyka? — powtórzył. — Ależ moja biedaczko, to jest niemożliwe! Idziemy właśnie 
do szturmu... Przy tym do obozu greckiego daleko. Dawno skończysz, nimby on przyjechał... Co ci do 
głowy przyszło?... Zresztą to diabelski sługa... Na trupach rozumu nabrał... Wzywać go to grzech 
śmiertelny... Samaś mi wtedy rację przyznała...
Nie rozumiała nic z tego, co mówił, powtarzając w kółko
żałośnie:
— Ślij po Greka... ślij po Greka... Boję się tutaj umierać...
— Nie mogę posłać — tłumaczył zakłopotany. — Co by na to powiedziano? Oleje święte już 
przyjmowałaś... Nic ci po medyku...
Spojrzała na niego bystro.
__ Nie chcesz posłać?
__. j\jje mogę... Bóg mi świadkiem, że nie mogę.
_- Nie chcesz! Nie chcesz! — powtórzyła. — Wolisz, żebym naprędzej skonała, żebyś się mógł do woli ze 
swoją dziewką pokładać... Nie chcesz! Nie chcesz!
Gniew dodawał jej sił. Oczy błyszczały w twarzy stygnącej 'uż na poły trupiej. Palce konwulsyjnie tańczyły 
po kołdrze.
_ Przeklnę cię, jak zaraz nie poślesz! — rzężała. — Rozumiesz! Przeklnę ciebie! Posyłaj zaraz! Chcę żyć!
,__ Dobrze, dobrze... — bąknął i wybiegł z namiotu zrozpaczony... Gdzie Godfryd? Gdzie Godfryd? 
On jeden poradzi' nią sobie... Gdzież tu medyka sprowadzać, grzech śmiertelny na duszę swoją i jej 
brać, gdy ona i tak do południa nie dożyje?
Godfryda zastał już w zbroi, ze szczytem przewieszonym na szyi, wydającego rozkazy.
— Chodź — błagał Baldwin — chodź! Nie trzeba, by w gniewie umierała, bo spokoju w grobie nie zazna i 
nam spokoju nie da... Będzie wracać... A tego plugawca przecie sprowadzać nie mogę...
— Tak z nią źle" — zapytał Godfryd, patrząc uważnie przed siebie.
— Lada chwila skończy... Chodź, chodź... Zawdy się ciebie słuchała... Przemów do niej... Niech spokojnie 
zamrze... Przeklina mnie, wiesz?
— Jakże pójdę?... — wahał się Godfryd. Baldwina, gdy spojrzał nań, uderzyła zmiana w twarzy brata. 
Wyglądał
dziesięć lat starzej niż zazwyczaj. .
— Jakże pójdę? — powtórzył — gdy trzeba już ruszać ku murom...
— Ja cię zastąpię... Swoich zdałem Kononowi.,. Idź!
— Pójdę — rzekł Godfryd z nagłym postanowieniem. Ściągnął pas szczytu i rzucił tarczę 
pachołkowi. Przed wejściem do namiotu bratowej zawahał się chwilę, przeżegnał
wszedł.
Poznała go od razu i cień uśmiechu przeleciał po jej zapadłej twarzy. Usiadł ostrożnie na brzegu tapczana.
Nie gniewaj się, Gontrano, na Baldwina, że medyka nie zwołuje, o Bogu myśl,.,
Nie potrzeba mi już medyka, gdyś tu jest — odszepnęła.
_Puscił głowę zmieszany nie wiedząc, co odpowiedzieć. Ona
sło " Z wYsił]tiemr zacinając się chrapliwie przy każdym
JE,*.
— Baldwin cię tu przysłał?
— Ano.
— Sam byś nie przyszedł?
— Nie.
Przymknęła oczy jakby uderzona.
— Tyła niedziel chorzeję — użaliła się. — Aniś się kiedy dowiedział o mnie, aniś zaszedł...
— Odkąd zachorzałaś, każdą noc od zorzy do zorzy modliłem się za ciebie — odparł cicho.
— Co mi po modlitwie? Za każdego modliłbyś się jednako...
— Za ciebie się modliłem i... za siebie...
Spojrzała nie rozumiejąc. Patrzyła chciwie na jego pochyloną głowę, jasną kądziel brody, wychudły zarys 
policzków. Nagle z wysiłkiem wyciągnęła ku niemu dłoń, mówiąc wyraźnym, uroczystym szeptem:
— Godfrydzie... Pomrę za chwilę... Na śmiertelnym łożu leżąc pytam ciebie, na cześć rycerska 
odpowiedz mi prawdą. Miłowałeś ty mnie kiedy czy nie?
Zbladł jak chusta. Tym samym uroczystym głosem odpowiedział:
— — Miłowałem cię,. Gontrano, od pierwszej chwili, gdym cię ujrzał, aż do tej, gdy przy twym 
śmiertelnym łożu stoję, i nigdy nie miłowałem żadnej innej niewiasty...
Osłupiała, przymknęła oczy. Spod zapadłych powiek zaczęły płynąć gęste, obfite łzy. Twarz była trupia, 
łzy młode, żywe, gorące. Toczyły się po spalonej skórze jak paciorki.
— Czemuś ini o tym nigdy nie powiedział? — szepnęła ze żrącym wyrzutem.
— Ślubowałem czystość.
— Po co?
Zdumiał się najwyższym zdumieniem.
— Jak to, po co? Cóż Bogu milszego jak czystość?
— To trzeba było do klasztoru iść, nie na świecie ostawać! Czy Bogu miłe, żeś moją duszę zatracił?... 
Byłam dobra, stałam się zła... Zła jak diabeł... Będę potępiona na wieki...
— Nie będziesz potępiona, otrzymawszy odpuszczenie grzechów i Oleje święte...
— Będę, bo i teraz więcej myślę o tobie jak o Bogu... Czemuś, czemuś to uczynił?... Czemuś mi nigdy 
słowem nie powiedział!?
— Jakoż miałem mówić?! Ustrzegłem cię od grzechu, a wiela ciężej mi było niż tobie...
Chciała się roześmiać — nie mogła.
— Co ty wiesz! Komu ciężej?... Całe życie, całe życie... O Boże!
— Aleśmy się grzechu ustrzegli... — rzekł w kształcie pociechy.
— Tyś się ustrzegł, mnie pogrążając... A Baldwin, co winien? Cośmy zawinili oboje?...
Podniósł głowę, by odpowiedzieć, i umilkł. Baldwin wracał do namiotu rozgorączkowany, wzburzony. 
Spojrzał na żonę prawie z roztargnieniem.
— Jakoż, Gontrano — zapytał — Godfryd cię przekonał? Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
__ Przebacz mi, Baldwinie, wszystko zło, com ci czyniła...
Niesłodkie miałeś ze mną życie... Daruj...
— Nie mam ci nic do darowania — odparł zaskoczony. Mówił szczerze. Nie czuł do umierającej żony 
żadnej urazy. Niech Bóg ma w opiece jej duszę... Zresztą wszystkimi myślami był poza namiotem.
— Bogu dzięki — dodał — że gniewu do mnie nie żywisz...' Helgunda idzie za mną... A my, Godfrydzie, 
chodźmy... Coś niedobrego dzieje się w obozie... Trąby rzwą...
— Nacierać! — zawołał Godfryd zrywając się z miejsca.
— Właśnie, że nie nacierać. Na radę. Biskupowy goniec przejeżdżał tutaj co ino... Znów odkładają 
czy co?! Chodźmy żywo!...
Kurczowo zaciśniętą dłonią Gontrana .schwyciła Godfryda za połę kaftana.
— Nie odchodź... — szeptała na poły przytomnie — aby tę chwileczkę ostań... nie dłużej jak dwa 
pacierze... przecie cię już nie obaczę...
Zachwiał się z rozpaczy daremnie usiłując oderwać jej zaciśnięte palce.
— Muszę iść... Bóg z tobą... miła... Grzesznym, że to mówię... Muszę iść... To mój obowiązek... 
Gontrano... obowiązek...
Zapomnij choć raz o obowiązku!.,. Za całe życie... za całe życie... Tę jedną chwilę... Ostań!.,.
Baldwin patrzył na nich ze zdumieniem zaokrąglonymi oczami. Nie rozumiał nic.
Ostanę — rzekł pokornie Godfryd. Pot wystąpił mu na czoło. Przysiadł z powrotem na tapczanie, p ^f^ 
Gontrany wyprostowała się, zmiękła, złagodniała. owieki opadły na oczy. Zeszła na nią 
błogosławiona ulga, ^prężenie. Odmieniła się.
SJie jak burza Konon de Montaigu wleciał do namiotu.
— Książę! — zawołał — na miłosierdzie Boże, chodźcie żywo! Miasto się zdało Butumitosowi! Nocą, 
gdy spalim, Greki weszły potajemnie... Na murach już labarum Basileusowef Naszych nie 
puszczają! Powózki z ogniem greckim stoją u bram! Powiadają, że Nicea ich, a my możem dalej 
iść...
— Na rany Boskie! — ryknął Baldwin i wyskoczył / namiotu. Montaigu za nim. Ostrożnie, czule Godfryd 
odjął palce Gontrany od swojej odzieży. Ułożył jej dłonie na piersi. Nachylił się nad nią 
żegnalnie, nakreślił znak krzyża. Wydało mu się, że wargi jej drgnęły, że szepnęła jeszcze: — 
GodfrydzieL.
— Boże, miej ją w swej opiece! — Nie było już czasu oglądać się wstecz. Wybiegł z namiotu, skoczył 
na konia. Dopędził Baldwina i Konona. Zewsząd już walili inni. W pędzie minęli ich Hugo i Szczepan de 
Blois.
— Graeca fides! — krzyknął ten ostatni do Godfryda — Giaeca iides] Wystrychnęli nas na durniów!
— Chyba nie darujemy tego?! — warczał Baldwin. —- Ruszamy zaraz do natarcia.
...Obiecałem jej, że ostanę... Jeśli się jeszcze ocknęła nieboga...? — myślał Godfryd pędząc wraz z innymi.
Rajmund St. Gilles stał obok biskupa siny z gniewu, targając dłonią kaftan u szyi, bo go dusił.
— Nie wiem o niczym! Nie wiem o niczym! — krzyczał. — Idę do szturmu! Biada schizmatykom 
przeklętym!
— Nie Iza bez zgody rady! — powściągnął go biskup, — Czekajcie, aż wszyscy się zjadą!
— Nie potrzeba czekać, bo cokolwiek byście uradzili, ja nacieram! Nie daruję!
— Ja z wami! — podchwycił Baldwin.
Boemund z Tankredem, obaj Roberci nadjechali równocześnie. Wiedzieli już o wszystkim i z pasji 
straszliwej ręce dygotały im niby w zimnicy.
— Nacierać! Nacierać! — ryczał Tankred.
...Obaczyla, żem ją samą poniechał, czy zmarła szczęśliwie?... — rozmyślał uparcie Godfryd.
KONIEC TOMU DRUGIEGO