Jarosław Iwaszkiewicz
MŁYN NAD UTRATĄ
Blue, blue heaven,
Dark, dark shadow...
Negro Spirituals
Przed niedawnym czasem musiałem się zająć pogrzebem
jednego z naszych wiejskich sąsiadów i przy tej sposobności
zabrnąłem na odludny cmentarz w Sulistrzycach, powiatu
warszawskiego. Cmentarz to nieosobliwy, posiada tylko
kilka ładnych drzew, których gałęzie zwisają nad zatartymi
mogiłkami, pokrytymi trawą bardzo okazałą. Połamane
krzyże z resztkami napisów sterczą tu i ówdzie. W tej
wiejskiej i nędznej samotni zwrócił moją uwagę pomnik
stojący w rogu cmentarza. Duży czarny kamień, na którym
wyryto dwa nazwiska: jedno znanego przed pewnym czasem, nawet modnego, pisarza i poety, o którym już dzisiaj
nikt nie pamięta; drugie nazwisko, niegdyś bardzo głośne
w sferach przemysłowych i mieszczańskich Warszawy, dziś
także byłoby zapomniane, gdyby nie pozostało jako ślad
minionych pokoleń w nazwie jednej z największych firm
budowlanych stolicy. Młody wiek obu zmarłych, zbieżność
dat ich zgonów — różnica nie wynosiła ponad parę tygodni — samotność tego wspaniałego pomnika, na którym
słoty, wiatry i mrozy mazowieckie już rozpoczęły dzieło
zniszczenia, wreszcie dodatek do napisu, iż „tę przyjacielską pamiątkę stawia Desmond King, poeta" — poruszyły
ogromnie moją wyobraźnię. Wkrótce też zawarłem kilka
znajomości w tej okolicy, niezbyt oddalonej od miejsca,
gdzie obecnie zamieszkuję, i dowiedziałem się o obu zmarłych wszystkiego, czego się można było od ludzi dowiedzieć.
Jest to bardzo dużo — i bardzo mało zarazem, ponieważ
ludzie sądzą opacznie i widzą nawet tylko to, co chcieliby
widzieć. Pewne opinie i orzeczenia, niektóre relacje zdarzeń
musiałem konfrontować, inne uzupełniać intuicją. I oto
w miarę jak rozszerzałem zakres moich rozmów, wyłoniło
się przede mną życie dwóch ludzi, nawet i trzech, bo
o Desmondzie Kingu dowiedziałem się także wiele. Życie
każdego człowieka, gdyby nawet nie posiadało jakichś
specjalnych odchyleń od szablonu, opisane szczegółowo,
może być ciekawe i pouczające. Życia Juliusza Zdanowskiego i Karola Hopfera były bardzo nadzwyczajne, choć
rozegrały się na szczupłym terenie wsi podwarszawskiej'.
Tak mi się przynajmniej wydawało i dlatego postanowiłem
poświęcić im trochę uwagi — i opisać je. Uczyniłem to
może nie tak szczegółowo, jak zasługiwały, ale brak mi było
dokładniejszego materiału, który i tak w wielu razach
musiałem uzupełniać dość dowolnie, za co przepraszam
czytelnika.
A oto są ich dzieje:
Ustalił się zwyczaj, że Julek Zdanowski spędzał wakacje
na Krzywiźnie. Krzywizna leżała niedaleko od Warszawy,
ale jak wiele podobnych jej miejscowości była zupełnie na
uboczu. Dojeżdżało się od podmiejskiej stacji, jakie trzy,
cztery kilometry przejeżdżało się piaszczystą zapadliną,
następował mały brzozowy lasek, a potem na zielonym
posłaniu koniczyn wylęgał mały folwarczek z czerwonej
cegły. Skoro się przebyło jego ściany — niby most zwodzony średniowiecznej fortecy — zapominało się o Warszawie
i było się od niej o sto mil. Stały mieszkaniec Warszawy
nawet się nie domyśla, ile takich miejsc jest pod samą
stolicą, ile folwarków w promieniu kilku mil od Szymanowa
czy Radziwiłłowa, gdzie niby w rezerwuarze przyroda przechowuje najpierwotniejsze elementy wiejskości, prymitywu,
żywiołu czy jak kto sobie chce nazwać, aby w odpowiednim
momencie zasilić nimi degenerującą się stolicę.
Wewnątrz murów było wielkie podwórze porośnięte lebiodą, ogromna stajnia i stodoła z kamienia polnego
wystawiona, potem przestrzenie zarosłe krzaczastym brzostem i buzyną, a za nimi nagła sielanka: podłużny biały dom
z jasnymi oknami, jabłonie za nim ogrodowe i na pół
przykryta rzęsą sadzawka, po której pływała balia raczej
niż łódka. Sadzawka, otoczona gąszczem prawdziwych
bzów, brzegi miała porośnięte trzciną i zdarzały się takie
dnie w ciągu roku, kiedy była bardzo ładna. O letnim
zmroku na przykład, czasami, kiedy niebo różowiało, albo
nawet w zimie około Bożego Narodzenia, kiedy nie zamarznięta woda czerniała jak agat obok pokrytych topniejącymi
śniegami brzegów. Ale najczęściej sadzawka wyglądała
pospolicie, pływały po niej kaczki białe i siodłate, a czasami
wyrzucały się białym brzuchem spore płotki uciekające od
szczupaka. Z sadzawki bowiem wypływał mały strumyk,
naprzód kryjąc się między ciemnozielonymi liśćmi pokrzyw,
bzów i łopuchów — potem uchodząc w zielonawe podłoże
lewady; oglądając się tu i ówdzie tworzył on na polach małe
oka, pełne trzcin, jeżyn i, około świętego Piotra, także
dzikich kaczek. Pomimo niepozornego wyglądu, strumyk
ten stanowił jeden ze znakomitszych dopływów pobliskiej
Utraty.
Wszystko to razem nie pozbawione było uroku, zwłaszcza pod wieczór, kiedy wracano z pola, i obszerne podwórze, pełne lebiody, napełniało się ruchem kończącym pracowity dzień. Pola pustoszały, pokrywały się błękitem samotności, chłodek wzrastał, a z nim zapach koniczyny, i widać
było, jak ptaki zapadały w zarośla i krzewy. Julek najbardziej lubił wtedy wychodzić spacerem na skromne pola, bynajmniej nie wygładzone zbyteczną kulturą. O ile Karol
był w domu, on także towarzyszył Julkowi — i długo
chodzili miedzą pomiędzy saradelą a burakami, rozmawiając o rzeczach od tej wsi zacisznej bardzo odległych.
Aż im czasem dziwno się robiło, gdy wracali na folwark,
a tam toczyło się w dalszym ciągu zwyczajne życie: woda
chlustała do jasnych wiader i konie wciągały ją długo,
pochrapując z lekka. Siadali na ganku albo na balkonie
od ogrodu i jedli kwaśne mleko, które przynosiła im
poczciwa pani Sikorska. W niedzielę były nieodmiennie
kurczęta i Karol dostawał trochę wódki. Zresztą tak często
wyjeżdżał, że Julek pamiętał raczej samego siebie siedzącego na balkonie i patrzącego na rozłożyste jabłonie, pod
którymi kwitły biało-czarne boby.
Ten zapach kwiatów bobu i koniczyn stanowił niejako
samą istotę pogodnych letnich dni, spędzanych na folwarku. Krzywizna stanowiła ostatek ongi wielkiej fortuny
podwarszawskiej, która w ciągu trzech pokoleń wzrosła,
osiągnęła szczyt i upadła, zostawiając ostatniej odrośli
mieszczańskiego rodu, Karolowi, ten mały szmat ziemi
i wielkopańskie nawyknienia. Fortuna miała okres takiej
wielkości, że Karol żył wciąż jej resztkami, ciągle odkrywając to jakiś dom w Radomiu zapomniany, jaki się
udało sprzedać, to znowu jakąś hipotekę, która wyłaziła
szczęśliwie w momencie czyjejś tam transakcji. Zresztą
w gruncie rzeczy potrzeby Karola nie były wielkie: samochodu nie trzymał, za granicę nie jeździł, a to, co puszczał
z przyjaciółmi na wódkę, nie wynosiło dużo. W koniach się
lubował, ale także nigdy więcej niż czwórka nie stała na
stajni. Jeden miał tylko kaprys dosyć dziwny: bardzo
dobrego kucharza, płacił mu tyle miesięcznie, co całej innej
służbie razem, i to po to, aby zjadać na kolację kwaśne
mleko, a na obiad żurek z kartoflami. Toteż kucharz, pan
Kletkie, włóczył się dzień cały nad sadzawką i ustawiwszy
zgrabnie nogi, patrzył na obłoki odbijające się w wodzie.
Czasem brał wędkę Karola i zarzucał ją pomiędzy trzciny,
ale rzadko co łapał prócz żab.
Żadne miasto na świecie nie prowadzi równie nieporządnego trybu życia co Warszawa, a Karol Hopfer był wiernym
synem Warszawy; jego sposób spędzania czasu stawał się
naprawdę drażniący. Posunął się do tego, że nie nosił przy
sobie zegarka. Że przy tym mieszkał pod miastem, prowadziło to do ustawicznego zamieszania. Nigdy nie przyjeżdżał zapowiedzianym pociągiem i wolant, zaprzężony w parę mocnych siwków, ze starym Łukaszem na koźle, całymi
dniami stał na stacji w cieniu ogromnej topoli nadwiślańskiej. Nie było to bez pożytku, gdyż stary Łukasz, przypomniawszy sobie z nudów sztukę czytania, w którą za dawnych czasów wtajemniczyła go jeszcze babka Karola, odczytywał od deski do deski „Express Poranny", wypożyczony od zaprzyjaźnionego kierownika miejscowego kiosku.
Najdziwniejsze było to, że Karol naprawdę nic nie robił,
nie miał żadnego zajęcia. Miał mnóstwo przyjaciół najrozmaitszego kalibru i wieku, których sprawami zajmował się
jak swoimi, miał mnóstwo kobiet, wśród których musiał
lawirować (dlatego ściśle konspirował swoje mieszkanie
w Warszawie), wreszcie musiał od czasu do czasu „pogonić
za pieniędzmi", jak mówił, co oczywiście też mu sporo
czasu w tych ciężkich okresach zajmowało. Czasem „gonił
za pieniędzmi" aż do Lublina czy Lwowa, Częstochowy lub
Katowic — i Krzywizna otrzymywała tylko depesze: jestem
tam a tam, przyjadę wtedy a wtedy. Kiedy Julek otrzymywał depeszę z Katowic, Karol już był w Krakowie, i,
oczywiście, w oznaczonej godzinie nie przyjeżdżał.
Za to, gdy już przyjeżdżał, na Krzywiźnie robiło się
wesoło; opowiadał, gadał, żartował, nawet zanadto, jak
przystało na „pana dziedzica", bo go tak wciąż nazywano.
I prawie za każdym razem, co przyjeżdżał po dłuższej
nieobecności, przywoził jakąś nową manijkę, jakiś niezwykły pomysł, jakiegoś nowego przyjaciela. Tak kiedyś z podróży do Krakowa przywiózł pana Kletkiego, tak tych
ostatnich wakacji natrafił gdzieś w Warszawie na Desmonda Kinga, który przez pewien czas stał się centralną postacią na Krzywiźnie, choć był to tylko skromny, czarny
nauczyciel angielskiego i wymowy, który zabłąkał się jemu
tylko wiadomymi drogami do Warszawy i tu przymierał
z głodu, czytał w radiu wiersze Longfellowa i własne, dawał,
gdzie mógł, lekcje, bo rzeczywiście ślicznie mówił po angielsku, nie gardząc czasami pokazaniem kilku murzyńskich
tańców w jakimś podrzędnym kinie czy małym kabarecie.
Miał teraz uczyć Karola angielskiego, a raczej przypomnieć
dawną naukę, czytając z nim razem klasyków angielskich.
I oto pewnego razu Desmond King zajechał na Krzywiznę
mając w ręce teczkę, w której znajdowała się piżama, dwie
koszule i wypłowiały beret. Lekcji odbył z Karolem trzy czy
cztery, ludzie strasznie wydziwiali na niego z początku,
a potem się przyzwyczaili, zwłaszcza gdy się okazało, że
Desmond jest katolikiem i chadza do kościoła. Murzyn
z nudów poduczył się trochę po polsku i skończyło się na
tym, że spędzał całe dnie nad sadzawką z wędką w ręce.
Zawsze jednak wybierał brzeg przeciwny niż pan Kletkie
i nigdy się jakoś nie mógł zaprzyjaźnić z kucharzem,
aczkolwiek powinny były ich połączyć wspólna bezczynność i wspólne zamiłowanie do łowienia płotek.
To lato było specjalnie intensywne dla Julka. Zdał ostatnie egzaminy na filozofii i przygotowywał się do doktoratu.
Za temat wybrał sobie pracę „Święty Tomasz z Akwinu
a święty Franciszek z Asyżu" — i postanowił przeciwstawić
cały przepych nauk Tomasza ubóstwu nauk Franciszka,
ująć w jedną całość naukę chrześcijańską i katolicką,
łączącą się w jedno pomiędzy tymi dwoma biegunami.
Religijność Julka w ostatnich czasach znalazła sobie w jego
duszy nurt spokojny, głęboki i bardzo już pewny. Nie
nawiedzały go, jak przed kilku jeszcze laty, żadne paroksyzmy strachu ani tragicznych zwątpień. W momentach,
kiedy znowu musiał decydować o sobie, o drodze swej — 
z łatwością podnosił się myślą z prochu, w którym żył, ku
Temu, który istniał ponad nim. Nazywał to „wewnętrznym
wyprostowaniem się" i mawiał: należy tylko wyprostować
się dostatecznie, a głowa nasza zanurzy się w tym ożywczym
i zbawczym prądzie wieczności. Karol, z którym czasami
o tych sprawach rozmawiali, powiadał, że Julek ma Pana
Boga na każde zawołanie. I aczkolwiek był to żart, odpowiadał on tej prawdzie radosnej, jaka w duszy Julka żyła.
Z Karolem był Julek tak zaprzyjaźniony, i to od dawna,
że poruszali nawet najbardziej intymne kwestie, jak odczuwania religijne. Karolem miotały na ten temat pewne
niepokoje i zagadnienia, kiedy między dwoma wypadami
do Warszawy siadał na chwilę na balkonie dworku w Krzywiźnie i kiedy go otaczała rzadko doznawana cisza wiejskiego wieczoru. Julek, zapominając o swoich własnych
zrywach i upadkach, traktował te przyjacielskie problematy
z pewnym lekceważeniem, właściwym osobom, które posiadły pewność i znajdują się raz na zawsze w bezpiecznej
przystani. Julek nie mógł się powstrzymywać, uważając to
za dowód wiary — od okazania Karolowi wyższości swojej
pozycji religijnej i wszystkie wątpliwości przyjaciela zbywał
machnięciem ręki. Bo też to były wątpliwości! — obok
zagadnień czysto religijnych, obok przeżyć mistycznych
Karol stawiał jakieś uczucia wyraźnie erotyczne, miłosierny
swój uczynek względem Desmonda porównywał do czynów
świętego Franciszka z Asyżu i niejasne pojęcia o świętym
Tomaszu uzupełniał malowidłami platońskiego idealizmu
i anielskimi drabinami płomiennymi neoplatończyków.
 — Jednym słowem, kasza, zupełna kasza! — stwierdzał
w konkluzji takich rozmów Julek, bardzo wyraźnie zaciskając swoje wąskie wargi.
 — Ach, mój drogi, czy to nie wszystko jedno! — kiwał
ręką Karol — tak samo nic nie wymyślę jak wszyscy inni,
tamci! A gdzie jest prawda, to albo wszyscy się dowiemy po
drugiej stronie, albo się nikt nie dowie.
 — Dowiemy się — mruczał pod nosem Julek, zadzierając w górę podbródek — dowiemy się, ale oby nie za późno.
Parafia Krzywizny, gdzie Julek odbywał wszystkie swoje
obrządki w ciągu lata, leżała niedaleko. Była to bardzo
mała parafijka, obejmująca oprócz Krzywizny jeszcze jeden
folwarczek, wioseczkę, położoną obok kościoła, i młyny
nad niedaleką Utratą. Kościół był stary, ale nieładny,
otoczony akacjami, które wyglądały pięknie tylko w krótkiej epoce kwitnienia; za kościołem stała plebania, drewniany domek, raczej podobny do rosyjskiej willi, cały
zarośnięty dzikim winem. Dalej ciągnął się cmentarz, który
zlewał się prawie z ogrodami maleńkiej wioszczyny Sulistrzyce; na tę parafijkę wysyłano starych, schorowanych
księży dla wypoczynku lub przed ostateczną już emeryturą.
Ot, i teraz rezydował tu staruszek siwy, brzydki, w ogromnych okularach, o skrzekliwym głosie; nazywał się ksiądz
Górski. Ręce mu się trzęsły, gdy podnosił kielich do góry,
a w czasie mszy wyjmował z kieszeni chustkę, ocierał sobie
czoło, wycierał nos i z trudnością odwracał się w stronę
wiernych, aby powiedzieć swoje drżące Dominus vobiscum.
Do tego kościoła i do tego księdza przyzwyczaił się już
Julek, aczkolwiek spowiednikowi swojemu mógł stawiać
większe wymagania. Swój francuski katolicyzm cenił Julek
bardzo wysoko i zdobyty pogląd na świat uważał słusznie
za wielki skarb, trudno mu więc było obnażać się przed
maluczkim i prostym księdzem. Jednak uważał to za akt
pokory, na który należało mu się zdobyć. Spowiedzi u księdza Górskiego odbywał jako upokorzenia należne jego
dumnemu duchowi, jako ćwiczenia specjalne, odświeżające
jego samotną religijność.
Karol trochę się podśmiewał z tych obrządków. Julek
przez dwa dni przed taką pokutą chodził skrzywiony
i niechętny, wieczorami zamykał się w swoim pokoju
i w ogóle, zdaniem Karola, miał minę taką, jak gdyby miał
zażyć olej rycynowy. Ale po powrocie z kościoła twarz
Julka odmieniała się, czupryna sterczała do góry, jako znak
pewnej wyższości nad otoczeniem. Jednym słowem, Julek
wracał do normy i z lekkim uśmiechem człowieka wtajemniczonego traktował różnorodne i skomplikowane zagadnienia Karola, jak i bezdomną bezradność Desmonda.
Lato tego roku było wyjątkowo piękne. Drzewa i kwiaty
na Krzywiźnie rozrosły się tym bujniej, że nie było nikogo,
kto by je podcinał czy musztrował w jakikolwiek bądź inny
sposób. Rosły jak Pan Bóg przykazał i napełniały zagłębienie koło sadzawki jakimś zielono-różowym blaskiem.
Najpierw kwitły jabłonie, potem stokrotki, potem peonie,
a nareszcie róże, których było bardzo dużo. Za mostkiem,
za sadzawką mały zaroślak leszczynowy przechodził w zagajnik i można było tam trwać całymi godzinami, mając
wodę, róże, biały płaski dom przed sobą. W domu było
jasno, czysto, spokojnie. Meble kryte kretonem, bardzo
dużo nieporządnie porozrzucanych książek, na poddaszu
pokoik Desmonda ze sławną kanapą, na której spał już
niejeden „wielki człowiek", obok przedpokoju apartamenty Julka i Karola. Pani Sikorska, wiedząc o Julku, że
jest pobożny, powiesiła mu nad łóżkiem ogromny portret
Piusa IX w złoconych ramach. Mały czarny krzyżyk,
prywatna własność Julka, widniał na bielonej ścianie w głowach jego łóżka. W prostym glinianym dzbanku stały
zawsze róże albo polne kwiaty. Wszystko dyszało tu spokojem, którego Desmond tak zazdrościł Julkowi. Murzyn zaś
za pomocą swojej piżamy, trzech koszul i beretu oraz
książek, branych z dołu, potrafił zrealizować w swoim
małym pokoiku na górce ideał nieporządku. Sikorska i jej
pomocnica, garkotłuk Genowefa, nie mogły się nadziwić,
jak to on potrafi.
Desmond podobał się Karolowi chyba dlatego, że posiadał równie ograniczone pojęcia o normach czasu i przestrzeni. Potrafił się spóźnić na obiad sprzed samego domu
i kiedy na jego pytanie, czy jest „to łatę", odpowiadano
twierdząco, ogromnie się dziwił. Uważał Polaków za bardzo źle wychowanych ludzi. Niecierpliwiło to kucharza,
który przez to przypalał sobie zupy i polewki.
Pewnego razu, w czerwcu, Karol powrócił ze specjalnie
długiej i nudnej podróży do Wilna, gdzie procesował się
o jakiś spadek; deszcz lał od tygodnia i obaj stali mieszkańcy Krzywizny wynudzili się porządnie. Ucieszyli się z przyjazdu Karola i nagle po południu zrobił się nastrój podniecony i specjalnie wesoły. Karol zawołał pana Kletkiego,
który z niechęcią porzucił wędki, bo ryby akurat dobrze
brały, i długo się z nim naradzał, jaką dać kolację.
 — Ja radzę jaśnie panu — powiedział Kletkie, specjalnie
podkreślając szeroką wymową owo „jaśnie panu" — po
prostu nasze staroświeckie vol-au-vent.
Kletkie miał mowę ozdobną jak jego stroiki przyodziewane na niedzielę. I teraz właśnie starał się pokazać nogi
odziane w pończochy i kraciaste pumpy i głaskał lewą ręką
przystrzyżony wąsik. Na szyi miał wole, które powstało,
jeśli można było wierzyć jego słowom, od „wysokiego cis",
wziętego pełnym głosem w mroźny poranek, gdzieś w „głębokiej Rossyi", a na prawym oku bielmo, które miało tę
właściwość, że myliło co do kierunku, w jakim spoglądał
kucharz.
Oczywiście „nasze staroświeckie vol-au-vent" nie udało
się, a na ostre wymówki Karola pan Kletkie odpowiadał, że
koń ma cztery nogi, a i to się potyka. Wrócono więc do
kwaśnego mleka, przy którym Karol kropił jeden koniak po
drugim. Desmond dotrzymywał mu towarzystwa.
Rozmowa zeszła na księdza Górskiego. Karol opowiedział parę anegdotek o śmiesznym staruszku. Okazało się
przy tym, że stary ma jedną manię: oto odprawia wszelkie
możliwe w ciągu roku nowenny, do świętego Antoniego, do
świętych Piotra i Pawła, do Przemienienia Pańskiego, do
Serca Jezusowego. A wszystko na tę intencję, aby mu było
dane na ziemi zobaczyć prawdziwego świętego. Nie aby mu
się ukazał duch świętego umarłego i kanonizowanego, ale
świętego z krwi i kości, który by swym rzeczywistym
i ziemskim istnieniem dał świadectwo potędze Kościoła
katolickiego.
Mówiono po francusku. Desmonda nie dziwiły bynajmniej intencje księdza Górskiego, przeciwnie, uważał je za
zupełnie naturalne. Kościół ma w każdej chwili swoich
świętych, aczkolwiek nikt nie wie o ich istnieniu, może
prócz ich spowiednika. Gdyby święty przyszedł do spowiedzi u księdza Górskiego, niechybnie mógłby on go poznać,
tym bardziej że sam prowadzi, zdaje się, żywot bardzo
świątobliwy.
 — Tak — powiedział na to Julek — ale święty w życiu
codziennym jest zupełnie zwyczajnym człowiekiem. Gdyby
w tej chwili siedział między nami, cnoty jego heroiczne nie
przemawiałyby do nas tak wyraźnie, żebyśmy się mieli aż
rzucać przed nim na kolana. Moim zdaniem, świętość
polega właśnie na niestwarzaniu pozorów świętości, na
codzienności cnót. To nietrudno grzmieć w trąby na Wielkanoc, ale codziennie podawać głowę pod jarzmo dnia: to
dopiero jest cnota!
Desmond zaprotestował:
 — Świętość jest czymś tak niezwykłym, czymś tak wyjątkowym, niecodziennym, że musi się od razu rzucać w oczy.
Ksiądz Górski ma rację: chciałbym i ja zobaczyć świętego.
Karol dorzucił swoje:
 — Bo mnie się zdaje, że święty musi się od innych
śmiertelników odznaczać spokojem. Pomyślcie bowiem,
czym jest życie ludzkie? Jak moje na przykład? Jeżdżę po
całej Polsce za interesami. Ale może robię to tylko dlatego,
żeby zapomnieć, że noc jest zawsze bardzo czarna, a dusza
nasza czarniejsza. Nie patrzeć na niebo i nie patrzeć na to,
co się dzieje w człowieku, to przecie jest wielki wysiłek. To
tak, jak ten Arab, któremu powiedziano, że całe życie
będzie szczęśliwy i że będzie mu się powodziło, i że dożyje wszelkich pomyślności, jeżeli nigdy nie pomyśli
o wielbłądzie. Oczywiście, że myślał tylko o wielbłądzie.
Tak samo i człowiek wymyśla tysiące rzeczy, aby nie
pomyśleć o wiecznej nocy, a właściwie mówiąc, myśli tylko
o nocy.
Julek uśmiechał się:
 — Ten tylko myśli o nocy, kto nie widzi dnia — 
powiedział. — Ale zacząłeś mówić zupełnie co innego.
Mówiłeś, że świętego można poznać po spokoju.
 — Ależ tak. Tylko po spokoju, takim jak twój. Ty
w ogóle wyglądasz mi na świętego. Cha, cha, cha! Trzeba
dać znać księdzu Górskiemu, że taki mały święty znajduje
się na Krzywiźnie. Niedobrze? Co?
 — Mam wrażenie, że tych koniaków było za dużo — 
z pewnym łagodnym gniewem powiedział Julek.
 — Tak, tak — wołał nieumiarkowanie Karol — niech
pan na niego patrzy, panie King. To jest taki mały święty,
un petit saint, malutki, ale święty.
I Karol począł zachodzić się ze śmiechu, pokazując
palcem zaciśnięte usta przyjaciela, którego aż Desmond
musiał wziąć w obronę.
 — Ale, ale — powiedział Karol, uspokoiwszy się — mam
wrażenie, że zachodzi w naszej całej rozmowie pewne
zasadnicze nieporozumienie. Otóż wszyscy mówimy o świętości, nie zastanawiając się po prostu, czy ona rzeczywiście
istnieje?
Desmond podskoczył na kanapie i przekrzywił swoją
chudą szyję.
 — Proszę pana, proszę pana — powtarzał w kółko
swoim zabawnym angielskim akcentem — jak można coś
podobnego mówić? Świętość... świętość... a święty Franciszek z Asyżu? A święta Teresa z Lisieux? A ten ksiądz
belgijski, który mieszkał z trędowatymi przez dziesięć lat na
Oceanie Spokojnym?
 — Ja przynajmniej sądzę — powiedział spokojnie Julek, choć w jego ciemnogranatowych oczach grała cicha
pasja — że w ogóle nie mamy o czym mówić, jeżeli
założymy nieistnienie świętości. Świętość to po prostu
ofiara. Złożenie wszystkiego na ołtarzu i pogodzenie się ze
wszystkim, co może się przytrafić twojej indywidualności...
 — Jest to ofiara z indywiduum? — zapytał Karol.
 — Nie, nie... — zaprzeczył Desmond — jest to poświęcenie życia w imię indywidualności.
Karol pomilczał chwilkę i tamci również milczeli. Zamyślili się.
 — A mnie się zdaje — powiedział cicho i poważnie Karol — że to jest wyrzeczenie się lęku... największego naszego
bogactwa, jakim jest strach i tęsknota...
 — Wkraczamy tu w dziedzinę poezji — powiedział
Julek.
 — Ty, jako poeta, powinieneś wiedzieć, że te rzeczy nie
mają ściśle oznaczonych granic.
Desmond uśmiechnął się.
 — Toteż dla mnie — powiedział — poeta jest czymś
świętym. I to właśnie nie dlatego, że, jak pan powiedział,
rezygnuje z lęku. Przeciwnie, dlatego że ma odwagę spojrzeć
strachom w oczy. Że nie odchodzi od otwartego okna, za
którym leży noc.
I bez żadnego związku z rozmową, zwyczajnie, jak refren
powracający w momentach milczenia, a odpowiadający swą
wewnętrzną muzyką (innere Stimme) nastrojowi, począł
powtarzać jakieś angielskie wiersze. Nie odchodził od okna.
Za niskim parapetem stała wypogadzająca się noc czerwcowa, dotykalna, aromatyczna. Żaby grały w sadzawce,
drwiły z pana Kletkiego, a Murzyn nachylał się ku granatowej płaszczyźnie i ku różom, rosnącym pod oknem, powtarzając swoim nieskazitelnym oksfordzkim akcentem:
Ali night have the roses heard
The flute, violin, bassoon...
ii 
Julek na słowo „poeta" zżymał się trochę. Nie lubił, gdy
go tak nazywano, chociaż oczywiście był poetą. Porównanie poezji z kapłaństwem trochę go mierziło swoją oficjalną teatralnością. Ach, nie był, niestety, kapłanem!
Podczas kiedy Desmond, odwrócony do okna i do
granatowej nocy, powtarzał sobie takie wiersze, Julek nagle
ujrzał swoje ułomności, upadki, grzechy, odrobinę pychy,
jakie widział w sobie; ogarnął go żal, że w ten sposób
marnuje wielki dar łaski, jaki otrzymał, i postanowił nie
zwlekać dłużej ze spowiedzią, aby na nowo poczuć łatwość
wiecznego wyboru. Wybrał Chrystusa i łatwo mu było teraz
określać swój każdy czyn: gdy go zbliżał do Niego, był
dobry, gdy go oddalał, był zły.
Julek popatrzył na Karola. Siedział w świetle lampy, na
małej jedwabnej kanapce. Od morelowego obicia odbijała
bardzo wyraźnie jego zielonawa cera i popielate włosy.
Czarne, szerokie brwi ściągnął z wyrazem zmęczenia i niepokoju. Wpatrywał się w srebrny przedmiocik, którym się
bawił nerwowymi palcami, wpatrywał się tak mocno, aż mu
szare oczy zaszkliły się łzami. Myślał o czymś boleśnie
i intensywnie, a jednocześnie słuchał dźwięcznych słów
Desmonda. Julkowi zrobiło się nagle strasznie żal przyjaciela. A ten tymczasem, kiedy nastała cisza, westchnął i odwracając się do Murzyna, powtórzył:
Ali night have the roses heard
The flute, violin,bassoon...
I zaraz przetłumaczył:
Całą noc słyszały róże
Fletów, skrzypiec, basów gwar...
Julek uśmiechnął się:
 — Świętość w tobie przybrała formę poezji — powiedział złośliwie — niekoniecznie jednak najlepszej.
 — To trudno. Inaczej przełożyć tego niepodobna. Musi
być ten „gwar" czy „dźwięk", czy „głos" na końcu. To
przekleństwo polskiego języka.
W parę dni później Karol znowu wyjechał do Warszawy.
Te rozmowy czerwcowe, jakie wtedy toczyli na Krzywiźnie,
były najszczęśliwszym i najspokojniejszym czasem z całej
ich przyjaźni, a kto wie, może i z całego ich życia. Desmond
pomimo swojego cherlactwa miał niezmąconą pogodę młodości i wierszy angielskich, francuskich i duńskich umiał
zatrzęsienie. Po deszczach dni były pogodne i nie bardzo
gorące. Łazili trochę bez sensu po polach, jak gdyby nie
mogli wytrzymać w pokojach. Skowronki zalewały się po
prostu nieskończonym, radosnym śpiewem nad zielonymi
polami żytnimi, pełnymi, niestety, bławatków. Łubiny kwitły i ich zapach prawie owocowy stał o zachodzie nad
polami, dolatywał do ganku. Było bardzo pięknie.
Ale kiedy Karol wyjechał, wszystko się rozsypało. Desmond wrócił z powrotem do swojej wędki i nie mówił już
wierszy. Postać jego, drobniutka i cienka, widniała nad
wodą, odziana w odwieczny sweterek. Sterczał nad wodą,
zakryty prawie nadbrzeżnymi trzcinami, i słychać było, jak
wykrzykiwał od czasu do czasu swoje angielskie: Oooo!
Oooo! nadając tym okrzykom ton zdziwienia, podziwu lub
zniecierpliwienia, zależnie od okoliczności.
Pewnego wieczora Julek zdecydował się ostatecznie na
długo odkładaną spowiedź. Upewnił się, że ksiądz Górski
będzie na niego czekał, i przed zachodem przeszedł się po
ogrodzie, po zagajniku i po polach, aby należycie się skupić
przed przystąpieniem do sakramentów. Kiedy wracał już do
domu, zatrzymał się na grobli nad sadzawką. W wolnych od
zielonej rzęsy częściach czarnej wody odbijały się różowe
pasma, snujące się po niebie. Na prawo stał Desmond, na
lewo Kletkie. Obaj zarzucili wędki do wody i czekali ze
skupionymi minami jak na objawienie. Nie rzucili spojrzenia ani na Julka, ani na niebo dogorywające. Kletkie
tylko czasami oganiał się od komarów z cichym przekleństwem. I Julkowi przyszło do głowy, że oni nie ryby tak
łowią, stojąc naprzeciwko siebie w religijnym skupieniu. Że
pod kopułą ciemniejącego wieczoru inne, ważniejsze pragną
ułowić istoty czy sprawy.
Nazajutrz był dzień pogodny i pracowity, poczęto kosić
łąki, więc karbowy wygnał, co było żywego ducha, z kosami
i grabiami. Julka nie miał kto odwieźć do kościoła, postanowiono więc wyzyskać w tym celu nieprodukcyjne siły
kucharza. Zaprzężono mały szaraban, pan Kletkie dość
chętnie wdrapał się na kozioł i pojechano. Przez całą drogę
kucharzowi nie zamykały się usta, nie przestawał opowiadać rzeczy niesłychanie wytwornych, podpatrzonych
z kuchni. Nie bawiło to Julka, ale musiał przez uprzejmość
udawać, że słucha i nachyla ucha do konfidencyj Kletkiego
o jakichś zakazanych księżnych czy hrabinach, dla których
kiedyś smażył pulardy i gotował rosoły. Zresztą nie była to
daleka podróż. Mały kościółek świecił absolutną pustką.
Bielone ściany, chropawe i nierówne, pochylały się i wyginały ze starości miejscami. Na ich tle czarno oprawne i same
sczerniałe stacje Męki Pańskiej otwierały się niby okna do
innego świata patrzące. Prawdziwe okna okrywał kurz
i zasnuwały pajęczyny. Ocierały się o nie drobne liście
brzydkich akacyj. Pachniało wapnem, kurzem, wystygłym
kadzidłem, więdnącymi ziołami. Gałęzie w bocznych ołtarzach i snopy tataraku, pozostałe od Zielonych Świąt,
pokurczyły się i wydawały dość przykrą woń schnących
roślin. Cisza panowała zupełna, tylko czasami dolatywały
odgłosy dalekie ptaków: kura gdakała we wsi, kogut piał na
cmentarnym płocie, skowronki trzepotały się w niebie.
Ksiądz Górski wyszedł do konfesjonału jak gdyby trochę
zażenowany. Usiadł w czarnym krześle, zamknął kratki
przed twarzą i na chwilę zamknął oczy. Modlił się. Julek
odważnie ukląkł na stopniu i, pochyliwszy się, szybko
odmawiał Confiteor po łacinie. Potem podniósł głowę,
ksiądz Górski nachylił się ku kratkom okienka i, zakrywając usta końcem stuły, powiedział:
 — Słucham cię, mój synu!
Julek bardzo spokojnie i powoli zaczął mówić. Zresztą
starał się, żeby to, co mówił, było jak najbanalniejsze, jak
najpokorniejsze. Wyliczeniem swoich grzechów starał się
pokazać, że jest zupełnie zwyczajnym penitentem, że nie ma
żadnych ambicyj wielkiej wiary, że nie przeżywa żadnych
nadzwyczajnych wstrząsów. Toteż wyznanie grzechów
trwało niezmiernie krótko. Gdy Julek skończył i zawahał się
jak gdyby, ksiądz Górski podniósł po raz pierwszy na niego
brzydkie oczy, zasłonięte spuchniętymi powiekami, i przyzwyczajony widać do pustki w kościele powiedział o wiele
za głośno:
 — Czy więcej grzechów nie przypominasz sobie, moje
dziecko?
 — Nie przypominam sobie — równie głośno odpowiedział Julek.
Ksiądz Górski chrząknął, poczekał chwilę i potem powiedział, trochę zresztą ciszej:
 — A powiedz mi, dziecko, czy wiara twoja jest głęboka?
Czy jest czysta? Czy nie masz nigdy żadnych wątpliwości?
Czy nie lubujesz się w dociekaniach? Czy nie mędrkujesz?
Czy wierzysz po prostu?
Julek odpowiedział bez zdziwienia:
 — Od chwili, kiedy doznałem łaski, wiara moja jest
niezmienna.
Ksiądz Górski chrząknął raz jeszcze i dłużej pomilczawszy rzekł:
 — Zbadaj sumienie ducha twego i bacz, aby pewność
twoja nie pochodziła z pychy. Myśl o tym, aby wiara twoja
nie była dumą. Lepsze są wątpliwości niż pewność, która
wypływa z poczucia wyższości...
Julek nie rozumiał tej nauki, która na dobitek wypowiedziana była głosem niepewnym i przerywanym. Ksiądz
z trudnością szukał wyrazów i czuło się, że nie odpowiadały
one jego myśli. Wreszcie zawahał się, urwał, chciał, widać,
coś jeszcze powiedzieć, ale zaniechał tego zamiaru. Przez
chwilę milczał, a potem znowu, ukośnie spojrzawszy zza
okularów, dodał:
 — A teraz żałuj za swoje grzechy...
Julek pochylił się bijąc się w piersi, podczas kiedy ksiądz
wymawiał słowa absolucji. Gdy podniósł się, ksiądz powiedział:
 — A za pokutę zmówisz przez trzy dni rano i wieczorem
trzykrotnie Wierzę w Boga, przy czym słowa „świętych
obcowanie" powtórzysz trzykrotnie na intencję Kościoła
świętego.
Potem stuknął trzy razy w kratkę.
Julek odszedł od konfesjonału z uczuciem zwykłej ulgi.
Poczucie lekkości nie opuszczało go, gdy padł na kolana
w jednej z ławek, i zanim otworzył modlitewniki, które
przywiózł z sobą, przez chwilę pogrążył się w błogi stan,
spowodowany rozwiązaniem i odpuszczeniem wszystkich
przewinień, tych, które wyznał, i tych, których nie pamiętał,
wszystkich.
Ksiądz wyszedł z mszą. Kościół w te dni sianokosów był
tak bezludny, za nawet nie przyszedł chłopak do służenia
przy mszy i stary organista, zamiast wygrywać na chórze
stare krakowiaki i nowe fokstroty na zepsutej fisharmonii,
jak to czynił zazwyczaj, ukląkł, ubrany w zniszczoną komeżkę, i brząkał w srebrny dzwonek.
Msza potoczyła się nieodmiennie i spokojnie od wzruszającego: „Introibo ad altare Dei, ad Deum qui laetificat
iuventutem meam." Szmery głosu księdza, to wzbierające
ku górze, to opadające w szept, szybkie i trochę mamrzące
łacinę odpowiedzi organisty mieszały się z ćwierkaniem
jaskółek za oknem, dźwięk dzwonka odbijał się o puste
ściany, a zwiędłe tataraki pachniały coraz mocniej. Cisza
i szept, ćwierk i zapach ułatwiały modlitwę i żal. Julek czuł,
jak dusza warstwicami oczyszczała mu się ze wszystkich
nalotów, paliła się spokojnym płomieniem pewności, nalana czystością po brzegi. Czuł w ustach smak łaski.
Już po Ewangelii rozległ się skrzyp drewnianych drzwi
wejściowych i szybkie, nierówne kroki. Jakaś kobieta weszła do kościoła i uklękła obok ławki Julka. Julek nie zwrócił
na to uwagi. Usunął się nieco, aby jej dać miejsce, ale
kobieta nie weszła do ławki. Klęczała, ukrywszy twarz
w dłoniach.
Kiedy po komunii, z jestestwem przepełnionym obecnością Boga, Julek powracał na swoje miejsce, spostrzegł, że
kobieta, osiadłszy na piętach, wciąż zakrywa twarz rękami
i bardzo gorzko płacze. Usiadł, a po chwili pochyliwszy się
ku niej powiedział:
 — Niechże pani usiądzie!
Kobieta usłuchała go, nie przestając płakać. Julek otworzywszy swój modlitewnik i ołówkiem, który miał w kieszeni, zakreśliwszy jeden ustęp podsunął go swojej towarzyszce. Ta nagle spojrzała na Julka. Była to kobieta nie
pierwszej już młodości, czarnooka, zapłakana i brzydka
w tej chwili. Podniosła potem wzrok na książkę i przeczytała zakreślone słowa:
„Żal mój, o Panie, to niezrozumiałe marzenia moje; to
wyrywanie się duszy mojej ku wszystkiemu, co piękne;
to walka moja z przeszkodami, które mnie dzielą od Ciebie;
to przykrości, nieszczęścia i smutki ziemskie.
Żal mój, o Panie, to tajemnica, która zewsząd mnie
otacza; to zwątpienie, które mnie czasem dręczy; to niespokojność, która mi nigdy spocząć nie daje, to niecierpliwość, która mnie odrywa od tego, co zrozumiałam, ku
temu, co nie pojmuję.
Kwiat nie marzy, nie płacze — rośnie i rozkwita bez
nadziei, umiera bez rozpaczy. Żadna myśl mu nie przyjdzie,
bo on cząstką nieustanną Rozumu Twego! Tyś go stworzył,
ale Tyś się nie rozmiłował w nim.
Mnie dałeś być przez siebie samą na podobieństwo Twoje — mnie ukochałeś sercem Twoim — nie chciałeś, bym
żyła bez wiedzy, że żyję.
Dziwnie przez mękę moją wyszlachetniłeś mnie. Panie!
I dlatego ku Tobie dążę bez wytchnienia — poczuwam
się, że jestem częścią Twoją i sobą zarazem."
Przeczytawszy zamknęła książkę i odsunęła ją po pulpicie
w stronę Julka. Msza zbliżała się ku końcowi. Julek modlił
się głęboko i cieszył się jednocześnie na czerwcowy radosny
dzień, jaki dzisiaj spędzi. Nie zwrócił uwagi na to, że jego
Sąsiadka wstała przed końcem nabożeństwa i wyszła, tak
samo jak weszła, krokiem szybkim i nierównym.
Ksiądz Górski pochylił się nad ołtarzem i objął go jak
gdyby w ramiona, ściągając zeń ruchem rąk zapachy modlitwy i tataraku. Wspierając się o ołtarz odwrócił twarz ku
wiernym, których w tej chwili reprezentował samotny
i chmurny młodzieniec z jasnymi potarganymi włosami nad
czołem, z ustami zaciśniętymi pewnością, jaką daje niezachwiana wiara.
Ksiądz spojrzał na samotność chmurnego chłopca w pustym kościele, pełnym tylko wyblakłych chorągwi, ongi
czarnych, zielonych i niebieskich, i jakby przedzierając się
do niego przez gąszcz feretronów i promieni ukośnych,
które padały z jaskółczych okien i krzyżowały się w świątyni, wyciągał rękę do błogosławieństwa i skreślił krzyż łaski
na pustym powietrzu, otaczającym jak złota aureola głowę
Julka.
Przez chwilę jeszcze stał ksiądz przed ołtarzem, bo trudno
mu się było poruszyć, i patrzył na pochylonego w gorącej
modlitwie młodzieńca. Pomyślał sobie, że tak by mógł
wyglądać święty, jeżeli dane by mu było oglądać go na
ziemi. Przestraszył się tej myśli, jak gdyby realizacji marzenia i, odwróciwszy się do Ewangelii, rozpoczął powtarzać:
„na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem
było Słowo..."
Odchodząc od ołtarza postanowił złożyć wizytę na Krzywiźnie.
Tymczasem Julek, wyszedłszy z kościoła, spostrzegł, że
kobieta, która przed chwilą przy nim siedziała, konferuje
z kucharzem i rozmawia bardzo ożywienie. Gdy zbliżył się
do wózka, pan Kletkie powiedział:
 — Pani właśnie pyta, czy nie jedziemy w stronę młynów.
Odpowiedziałem, że jak przystało na dżentelmenów, możemy w każdą stronę pojechać...
Odwróciła się ku niemu i bez słowa podała mu rękę. Na
głowie miała czarną koronkową chusteczkę, jaką w Rosji
nosiły kobiety z ludu. Pan Kletkie ciągnął z ozdobami:
 — Cóż to znaczy nadłożyć trzy lub cztery kilometry, gdy
można usłużyć damie...
„Dama" zaśmiała się niewyraźnie. Ślady łez, jak w ogóle
ślady wszelkiego wzruszenia, zamarły na jej pospolitej
twarzy. Wskoczyła do bryczki, a Julek usiadł obok niej. Pan
Kletkie zaciął konia, pojechali w stronę przeciwną, niż
leżała Krzywizna.
 — Pani mieszka w młynach?
Pani zaśmiała się:
 — W jednym oczywiście, w jednym młynie. Nazywa się
Tarnice.
Juliusz nie znał tej drogi ani miejsca, do którego się
udawali. Było tam bardzo ładnie. Suche i piaszczyste pola
nagle się urywały nad zielonym zagłębieniem; zielona łąka
ciągnęła się w obie strony dość daleko, a środkiem przebłyskiwała mała i kręta rzeczka, zarośnięta, ale dosyć bystra.
Miejscami kwitły na niej białe lilie. Woda wydawała się
jasna i lekka jak niebo.
Jechali piaszczystą i wyboistą drogą, na samej granicy
pomiędzy wyschłym polem, gdzie rosło rzadkie żyto, a zieloną łąką, świeżo skoszoną, na której już odrastająca trawa
zieleniła się przezroczyście. Kiedy wyjechali na pewnego
rodzaju górkę, raczej zakręt drogi, ujrzeli przed sobą rozszerzenie łąki, rzeczka tworzyła tu parę łuków i zahamowana zastawami rozlewała się w dość duży staw. Leżał on teraz
szeroki, obrośnięty olchami i wierzbami, nieruchomy i senny. Słońce dopiekało coraz mocniej.
 — Pan nie zna tych okolic? To są Tamice — pokazała
staw.
Nad stawem stał młyn. Dziwna to była konstrukcja,
zapewne bardzo stara. Nad drewnianym parterem, pociemniałym od wieku, czarnym prawie i nieco nadpróchniałym,
połączona z nim wielkimi schodami, wznosiła się mieszkalna tynkowana nadbudówka, okryta łamanym dachem,
niezmiernie prosta, a jednak mająca wiele wdzięku w jednakowych, trzyokiennych, zwróconych w cztery strony
świata fasadach. Na każdej z tych fasad widniały małe
balkony, największy od strony stawu. U grobli przed
młynem położonej uchodziła spod wysokiego mnicha, spod
uniesionej zastawy, strumieniem, przezroczysta Utrata
i rozlewała się dalej po łąkach, sprzęgnięta znowu w pewnej
odległości szarą sylwetą młyna, i znowu pobłyskiwała
stawem. Julek spojrzał w tamtą stronę:
 — Tam są także młyny — powiedziała towarzysząca mu
kobieta nie schodząc z bryki i wskazując szerokim gestem
ręki — ale już prawie nieczynne. A nasz jeszcze działa — 
dodała z pewną dumą. — Mamusia się tak stara — i znowu
zaśmiała się nieprzyjemnie.
Julek zeskoczył z bryczki i starał się pożegnać, ale dama
nie chciała o tym słyszeć — zaprosiła go na pierwsze
śniadanie.
 — Pan przecie jest na czczo? Widziałam, jak pan przystępował do komunii — powiedziała tonem jak gdyby
kokieteryjnym, z lekkim uśmiechem przechylając głowę.
Niecierpliwiło go to coraz bardziej, ale musiał ustąpić.
Przyznał potem, że ten posiłek w środkowym, dużym
pokoju młyńskiej nadbudówki rzeczywiście smakował mu
bardzo. Balkon wychodził na staw, połyskujący mnogimi
iskrami na słońcu — a na stole, przykrytym kolorowym
obrusem, położyła pani Rygielowa, matka jego towarzyszki
i właścicielka młyna, na granatowych talerzach chleb,
masło, ser, ogórki, miód; nalała pachnącej kawy do dużych
filiżanek, na których widniał napis: „Pamiątka z Częstochowy", a które kształtem swym przypominały kwiat
kampanuli. Pani Rygielowa, ruchliwa, starsza, szczupła
kobieta, bez żadnej zwłoki i żadnego wahania, jak gdyby
tylko na niego czekała, zaznajomiła Julka ze stanem swoich
spraw finansowych i familijnych. O córce zawsze mówiła
„Łowiecka", co Julka w pierwszej chwili dezorientowało.
W młynie panowało straszne gorąco, bowiem wielki piekarski piec sąsiedniej kuchni graniczył z pokojem, udzielając
mu swego ciepła nawet latem. Pani Łowiecka zniknęła na
chwilę, a pani Rygielowa nie przestawała gadać, częstując
Julka kawą, chlebem, wędliną — wreszcie jakąś specjalną
nalewką na tarninach, które tu rosły w wielkiej obfitości
i od których młyn wziął swą nazwę. Wszystko to razem
rozmarzyło go wreszcie.
Zaczął przypatrywać się pani Łowieckiej, która stała
w tym momencie na balkonie i patrzyła na letni, pogrążony
w ciszy gorącego ranka staw. Młyn nie szedł i kiedy milkła
pani Rygielowa, nadchodziła cisza. Pani Łowiecka wychyliła się przez balkon i wołała:
 — Chłopcy, proszę nie ruszać łódki, to stary grat.
 — To jej synowie — pochyliła się ku niemu porozumiewawczo stara Rygielowa — uciekła z nimi od męża.
Julek nie rozpytywał o nic więcej. Nic go w tej chwili nie
obchodziło. Pani Łowiecka nie była ładna i przekroczyła
niechybnie już dawno trzydziestkę. Synowie jej musieli mieć
już jakie 10-12 lat. Nie była ładna, a jednak Julkowi wciąż
przychodziło do głowy pytanie: dlaczego? Gdyby tutaj na
jej miejscu istniał ktoś piękny i niepospolity, jakże innego
charakteru nabrałby cały młyn, piękny, empirowy młyn, zabłąkany na tej zielonej łące nad Utratą. Poczuł niewyraźnie,
że go parę kieliszków tarniówki rozbierało coraz bardziej,
i dzień mu się wydawał nieprawdopodobnie, nieludzko
piękny. Piękniejszy, niż może być taki dzień czerwcowy,
niebieski i do połowy napełniony obłokami.
Musiał wracać do Krzywizny. Przy koniach zastał Kletkiego w rozmowie oczywiście bardzo ożywionej z przystojnym parobczakiem z młyna. Perorował coś zawzięcie, posyłając chore oko nad poziomy, ku obłokom lecącym stadem
jak ptaki. Widać nie tylko sam gadał, ale i chciwie słuchał
mieszkańców Tamie, gdyż całą drogę zabawiał Julka wiadomoścami o młynie i o jego właścicielkach. Wywiedział się
przez krótki czas postoju niejednego szczegółu i teraz,
ubarwiając wszystko po swojemu, przekazywał potomności, czyli Julkowi. Ten zresztą, śledząc roztargnionym
okiem chmury nad zielonymi łąkami i skręty Utraty, roztargnione również ucho skłaniał ku opowieściom pana Kletkiego. Dowiedział się tylko, to znaczy przyjął do wiadomości — że Łowiecką mąż, leśniczy w lasach państwowych
na Huculszczyźnie, mocno nieraz bijał i zniecierpliwiona
takim zachowaniem chwyciła się środka ostatecznego, uciekła do matki z synami, pewna pogoni i pogodzenia. Tymczasem mąż ani myślał jej gonić ani synów odbierać i cała
sprawa utknęła na martwym punkcie.
Zajechali przed dom w skwarze południa. Wszystkie
okiennice były zamknięte i w żółtych ich szparach czaił się
dzień letni, i w brzęku much kręcących się pod sufitem.
W salonie, wśród biało-czerwonych kretonów, przykrywających stare meble, i wśród zielonych luster w mocno
złoconych ramach, stał Desmond King i deklamował głośno, uważnie śledząc swoje usta w taflach szkła. Julek stanął
w progu niepostrzeżony, gdy Desmond, pochylając się nad
zwierciadłem, powtarzał powoli początek wiersza LongfelIowa:
It was the schooner Hesperus
That sailed the wintry sea...
Julek zawrócił, poszedł na górę, umył się, wciąż powtarzając angielskie słowa:
It was the schooner Hesperus
That sailed the wintry sea...
And the skipper had taken his littie daughter
To bear him company...
Tak uciszyło się powietrze, że dolatywał głos dzwonów
południowych, dzwoniących na Anioł Pański w Sulistrzycach. Julek uczuł wielki spokój, jak gdyby to nadeszła ostatnia chwila spokoju. Powtarzając wyrazy angielskiego wiersza
poszedł jednak mimo upału na podwórze. Przeszedł nad sadzawką i usiadł na wzgórku, jaki się podnosił za nią ku sosnowemu zagajnikowi. Z punktu tego widział sadzawkę, jak
zielone oko przykryte rzęsą, jabłonie szerokie, stare i nieruchomo pochylone pod obfitym zielonym owocem, płaski
i biały dom z czerwonym dachem. Kiedy usiadł, poczuł, że
upał przerodził się w parność. Zza zielonego zagajnika na
niebo z lekka pobladłe od gorąca z wolna wyłaziła okrągła,
wielka chmura, fioletem swoim zapowiadając burzę.
I nagle przyszedł nań w tym gorącym spokoju moment
nieoczekiwany i przyniósł przeżycie, które od dawna już się
nie powtarzało. Raptem ten cały cichy pejzaż wydał mu się
zasłoną zapuszczoną na jego oczy — i uczuł poza tą zasłoną
obecność tak rzeczywistą i dominującą innego świata, że
pod wpływem siły tego przeżycia osłabł fizycznie. Liście
i woda, drzewa i przedmioty znowu wydały mu się wyobrażeniem i odbiciem innego świata, a najwyższe objawienie
konkretne i słodkie dosłownie powaliło go o ziemię. Odchylił głowę w tył i jednocześnie, czując łechtanie źdźbeł trawy
o kark, czuł ogrom wszystkiego ponad sobą i ogrom tego,
co się w nim działo. Zamknąwszy oczy powtarzał słowa
sprzed kilku godzin:
 — Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach
mój...
A mimo to czuł, jak ów Pan zabierał go i pochłaniał niby
nieskończony ocean, porywał go i ciągnął za sobą w wir
nieskończony rzeczywistości bardziej rzeczywistej od wszystkiego, na co patrzył i co czuł. Oddawał się temu wirowi,
przeniknięty do głębi jego chłodem i bólem, oddawał się
całkowicie Panu Bogu swojemu, który spadał na niego niby
orzeł większy od fiołkowej chmury, niosącej burzę.
Trwało to tylko chwilę. Kiedy przymykał oczy, widział,
jak Desmond pochylał się, aby wybrać przynętę, gdy je
otworzył, widział Murzyna, jak wyprostował się i okrągłym
ruchem zarzucił wędkę w zieloną wodę. Przez ten moment
przeżył tak wiele, jak nie dane jest przeżyć innym ludziom
przez całe życie. Usiadł znowu na trawie i olbrzymie
szczęście wiary i pewności ułożyło się w nim wygodnie,
napełniając go całego. Śledził spokojnie nadchodzącą
chmurę.
Burza przeszła lekka i krótka, odświeżając tylko powietrze i obmywając liście jabłoni. Przyroda cała odetchnęła
głęboko — i po odejściu chmury zajęła się swoimi sprawami
ze zdwojoną energią. Ptaki śpiewały wysoko i cisza odeszła.
Julek stanął w salonie, znowu z angielskim słowem
w ustach:
It was the schooner Hesperus
That sailed the wintry sea...
Patrzył na ogród omyty z kurzu i na pobite róże i kampanule, które podnosiły głowy, w miarę jak wysychały.
Zapach bił z otwartego okna. Zarazem w szczęśliwym jego
i spokojnym umyśle, w duszy, która Boga posiadła, począł
się rodzić pewien zupełnie nieokreślony, ale niedobry niepokój. Nie było w tym nic ważnego ani nic złego, drobne
uczucie niewygody, nic więcej. Wzmogło się ono po doskonałym obiedzie, który po powrocie „sklecił naprędce" pan
Kletkie. Nawet wydało mu się ono tak zewnętrzne, że przypisał je po prostu przejedzeniu się naleśnikami z gotowanym kremem, który pan Kletkie tak znakomicie przyrządzał. Dla ułatwienia więc funkcyj trawienia poszedł na łąki,
do koszących siano. Chciał pomóc robotnikom, ale z kosą
„nie miał łatwości", wziął więc grabie i poszedł do bab,
które rozrzucały przemoczone nieco burzliwą ulewą kopki.
Dopiero teraz uświadomił sobie, że rzeczka, która tymi
łąkami przepływała, to Utrata i że łąki tarnickie stanowią
dalszy ciąg krzywiźniańskich, które odległym łukiem, omijając suche miejsca Sulistrzyc, ciągną się aż do młynów.
Karol dzień ten spędził w Warszawie, i to dość niezwykle.
Po prawdzie lubił on te gorące dni w szarym i brzydkim
mieście. Nastrój otwartych werand restauracyjnych, wódki
zimnej jak lód, zup z ogórkami i rakami, do których kazał
sobie zawsze podawać dobrego burgunda, za ciężkiego na
takie upały — miał w sobie dużo wdzięku.
Mieszkanie Karola, a właściwie ciasny kawalerski pokoik, było ściśle zakonspirowane, pomimo to nachodził go
zawsze w tym odosobnieniu tłum cały przyjaciół i znajomych. Każdy niby to szukał jakiejś rady czy pomocy,
a właściwie chciał się tylko wygadać, pożyczyć pieniędzy lub
pójść na bezpłatną kolację. Interesu swojego, polegającego
zwyczajnie na pójściu do adwokata, który prowadził skomplikowaną sprawę handlową, Karol nie mógł ani rusz
załatwić, tak mu ciągle przeszkadzano. Obiad jadł w Wilanowie, potem ukryto się przed nadciągającą burzą u Rydza
w Alejach Ujazdowskich i mimo że burza przeszła bokiem,
zanim się wydobyto z restauracji, godziny przyjęć mecenasa
już dawno minęły. Pojechano więc na czarną kawę do
jednego z obecnych, który mieszkał na Saskiej Kępie. Był to
podkomisarz policji, człowiek jeszcze młody i bardzo przystojny. Mieszkał sam, był wdowcem, mieszkanie miał bardzo ładne. Podkomisarz przeszedł do policji z wojska i mieli
dużo wspólnych znajomych. Wytworzył się więc nastrój
przyjaźni i do wypicia bruderszaftu trzeba było ruszyć
ławą, ze dwanaście osób ich było, do restauracji, gdzie po
raz drugi wiele wypito — i to najrozmaitszej mieszaniny.
Jednym słowem, Karol znalazł się na moście nad Wisłą
w towarzystwie komisarza głęboko po północy i bardzo
zalany. Nie mogli się rozstać z sobą, dawno mówili sobie po
imieniu i z pijackim uporem powtarzali sobie: „Felicjanie",
„Karolu" — kiedy nagle komisarz zatrzymał się na moście,
w jednym z tych ładnych, okrągłych zagłębień, gdzie stoją
ławki, i spoważniawszy powiedział:
 — Karol, wiesz, moja żona, tu, z tego miejsca...
I wymownym ruchem wskazał na czarny w tej chwili
nurty który się przewalał spodem, atramentowy w pierwszych zielonych blaskach.
Karol otrzeźwiał momentalnie i ujął komisarza pod rękę.
Szli tak przez chwilę w milczeniu — a serce Karola
świdrowała nagła i gwałtowna litość.
 — Człowiek, Boże, Boże, człowiek... to człowiek... — 
powtarzał teraz.
Ogromny, bardzo konkretny żal przejął Karola. Żal
istoty ludzkiej. Nie tego nie znanego komisarza, którego
porzuci za chwilę, aby się już nigdy nie spotkać. Nie, ale żal
człowieka, każdego człowieka, który jest jak żuk tonący
w wodzie, któremu nie można pomóc. Wstrząsające to
uczucie przenikało w tej chwili Karola tak, że nie był
w stanie wypowiedzieć ani słowa. Wódka rozmiękczyła
w nim tak dokładnie wszystkie opory, że czuł nadchodzące
łzy. Szedł bezwolnie za swoim kompanem. Świtanie zajmowało niebo wielkimi połaciami nad wieżami Świętego
Floriana. I nagle pijany podkomisarz odwrócił się na
miejscu i ukrywając twarz na ramieniu Karola zaczął
płakać. Donośny płacz, wstrząsający barkami w granatowym mundurze, rozległ się w ciszy nocy. Karol nie wiedział,
co począć. Sam płakał także, ale bezwiednie i z pijaństwa,
i obejmując nowego przyjaciela patrzył na szeroki pęd
wody, na brzegi znaczone wysokimi topolami. Powtarzał:
 — Cicho, Felicjan, cicho...
 — Ty nie myśl tylko, że ja jestem pijany — powtarzał
podkomisarz wśród szlochów i nagle zawstydził się widać
własnej słabości, bo opanował się, obciągnął kurtkę na
sobie i powiedział pewnym głosem:
 — No, do widzenia, do widzenia. Wracaj do domu, bo
już późno, a ty mieszkasz daleko. Do widzenia! Zadzwoń
któregoś dnia — wygłosił znaną formułkę nie podając
zresztą numeru telefonu.
Nim się Karol zorientował, kroki wojskowe komisarza
zadzwoniły o beton chodnika, oddalając się coraz bardziej.
Stał przez chwilę i patrzył na odchodzącego. Potem zwrócił
się ku miastu, stało całe różowe w zbliżającym się świcie.
 — Człowiek, Boże drogi — powtarzał Karol — Boże
drogi, żałosna istota... Jak to mówi Edyp? O świcie chodzi
na czterech, w południe na dwóch, wieczorem na trzech...
człowiek, żałosny człowiek... O, Boże! O, Boże!
Szybko podążył w stronę swojego mieszkania.
Dopiero obudziwszy się po śnie bardzo ciężkim i pełnym
bolesnych reminiscencyj zrozumiał, jak bardzo był pijany.
A jednak męczące uczucie żalu dla ludzi nie opuściło go
wraz z oparami spirytusu ani później nawet, kiedy świeży
i ładny dzień czerwcowy wywietrzył z niego wszelki kacenjamer. Odwiedziny w brązowym, bardzo poważnym gabinecie mecenasa nie podziałały lepiej. Przeciwnie, prawie do
łez żal mu było adwokata, który przekonany o wielkości
i znaczeniu swej małej osoby wichrzył swe popielate włosy,
wytrzeszczał swoje popielate oczy i otrząsał z wielką starannością popiół swojego cygara na błyszczące popielniczki,
porozstawiane na brązowym biurku. Sprawa była na rozum
zwykłego człowieka bardzo prosta i jasna. Ale mecenas
piętrzył nieprzewidziane trudności, burzył je następnie jednym ruchem władczej ręki i wynajdywał nowe skomplikowane wyjaśnienia starej prawdy, że dwa razy dwa jest
cztery. Do głowy mu nie przychodziło, że młody, niepozor
ny, choć dobrze zbudowany człowiek, siedzący naprzeciwko niego, ma serce przepełnione współczuciem dla niego
i myśli o jego mizernym życiu, które mecenasowi wydawało
się ideałem równowagi i dobrego myślenia. Zdziwił się
dopiero, kiedy Karol przerwał mu w pół zdania i powiedziawszy:
 — To już jak pan mecenas uważa, na pewno zrobi pan,
jak będzie najlepiej... — podniósł się i pożegnał go dość
roztargnionym ruchem.
Cóż było robić? Karol wyszedł od mecenasa i polazł
gdzieś na kawę, potem znowu w Aleje, o godzinie, kiedy
wielkie lampy zapalały się w gęstwinie niebieskich drzew.
Upił się znowu w bardzo wesołej kompanii, grał w pokera
w jakimś zamkniętym lokalu, z balkonem wystawionym na
ogród, wygrał, i znowu nad ranem wrócił do domu z uczuciem pustki — i pewnego rodzaju przerażenia. Miał nieodpartą chęć, zamiast gotować sobie herbatę na gazie,
odkręcić kurek i nie zapalać go. Całym wysiłkiem woli
przytknął do maszynki zapaloną zapałkę. Przestrach i niepokój ogarniały go, otworzył okno, z którego miał widok
na sąsiednie blachy dachów, i wydawało mu się, że żyje
w takim szarym blaszanym świecie, gdzie powyginane
sylwetki z metalu udają, że przepływa przez nie nurt życia.
Niebo białoszare otwierało się przed nim, sztuczne i nierzeczywiste. Patrzył na nie. Wtem czajnik zagwizdał. Znak,
że woda zagotowana, jemu wydał się ironią. Zgasił gaz,
sprawdził, czy kurek dobrze zakręcony, i nie dotykając
herbaty położył się na wygodnym łóżku. Ranek, pełen
słońca, znowu go uspokoił.
Tymczasem ksiądz Górski wybrał się z wizytą na Krzywiznę wcale niefortunnie. Hopfera nie było w domu. Zdanowski ukrył się w zagajniku i do księdza wyszedł jedynie
Desmond King. Okazało się, że ksiądz Górski spędził
kilkanaście lat pracy w Stanach Zjednoczonych, mówił po
angielsku bardzo z polska, bardzo po amerykańsku, ale
biegle. Mogli się więc porozumiewać. Rozmowa podobna
raczej była do katechizacji, ksiądz Górski zadawał pytania,
Desmond odpowiadał.
Mała i chuda, filigranowa figurka „Murzynka", jak go
potocznie na Krzywiźnie nazywano, nie tkwiła nieruchomo
w wielkim fotelu. Na tle białego kretonu w wielkie czerwone
maki poruszała się ona nieustannie w żywej gestykulacji.
Ulubionym gestem Kinga, bez żadnego związku z całością
rozmowy pozostającym, było unoszenie prawej ręki z wyciągniętym ku górze palcem i potrząsanie nią, jak gdyby
perswadowanie dobitne i mocne. W połączeniu z opowiadaniem, na przykład o miejscu urodzenia lub spędzenia lat
szkolnych, gest ten przez swą niewłaściwość nabierał cech
komicznych.
 — Urodziłem się w Porto Rico — mówił uprzejmie,
pochylając się w stronę księdza Górskiego, a jednocześnie
potrząsał kazalniczo palcem.
 — Jestem katolikiem, matka moja była Hiszpanką — 
i znowu kiwał ręką, jak gdyby mówił: no, no, no!
Ksiądz Górski miał uśmiech pobłażania na twarzy i patrzył na „Murzynka" jak na małpkę. Dziwił się każdej
odpowiedzi Desmonda, podnosząc brwi nad okularami i zatapiając opuchnięte oczy w fałdkach uśmiechu, jak gdyby
Desmond mówiąc wykonywał jakąś sztukę trudną i nieoczekiwaną, jak gdyby nauczył się tak mówić jak sroka czy papuga. Za każdym razem w twarzy księdza odbijała się myśl:
„Patrzcie, taki czarny, a gada jak człowiek!"
I przypatrywał się mu nie odrywając wzroku od małej
postaci, zabłąkanej i prawie niepotrzebnej w tej bawialni
krzywiźniańskiej, tak bardzo polskiej i prowincjonalnej.
Desmond pajęczymi rączkami bawił się frędzlą staroświeckiej kanapy i obszernie odpowiadał na wszystkie pytania
prałata, jak gdyby odpowiedzi te od dawna miał w głowie
ułożone i wypowiadał je jak na egzaminie.
Ale w pewnej chwili Desmond niespodzianie uniósł się
i kiedy mówił o jakiejś murzyńskiej komedii, w której
występował Pan Bóg i aniołowie, podniósł się i zaczął
głosem schrypniętym i bezbarwnym mówić o tym, jak
Murzyni widzą chwałę Pana Zastępów, jaka się ich prostemu sercu wydaje ta moc niebiańska. Stanął i podnosił
palec w górę, i jąkał się mówiąc, i mówił chrypliwie,
a tymczasem ksiądz Górski patrzył na niego z uśmiechem
pobłażania, podobnym do tego, z jakim spogląda bardzo
dobrze wychowana osoba na kogoś, co nie umie używać
noża i widelca.
Ale wtedy wszedł Julek, rozmowa się urwała, przeszła na inne tematy. Julek słabo mówił po angielsku,
trzeba było mówić po polsku. Desmond więc przeważnie
milczał.
Julek był zdenerwowany, stan niepokoju wzmógł się,
przypisywał to częstym burzom. Wizyta księdza rozdrażniła go, jeszcze bardziej drażniło go zachowanie się Murzyna, tego czarnego pajaca. Usiłował nadać swoim słowom ton uprzejmy, ale ksiądz Górski wkrótce zauważył
pewien specyficzny uśmiech na jego wargach. Zauważył
i westchnął.
Rozmowa znowu przeszła w regiony tak ważne dla
księdza. Mówiono o granicach poezji i świętości, religii
i sztuki. Julek zabrał głos w tych sprawach i, jak zdawało się, bardzo pewny siebie. Ale natychmiast załamywał się po każdym wypowiedzianym twierdzeniu i jak
gdyby milkł wewnętrznie, a napoczęty frazes musiał wlec
nieznośnie aż do samego pozbawionego już znaczenia
końca.
W końcu porzucono ten temat, który dla Julka stawał się
męczący. Desmond opowiadał o Islandii, gdzie go losy
także rzuciły, potem o Danii, gdzie pracował w duńskim
radiu. Na prośbę księdza Górskiego, jako przykład duńskiego języka, przytoczył parę wierszy:
...Jord, min Moder, Jord, min Moder,
sódt af Soi og Maane tvunget,
du har Floder, du har Floder,
som for mig har aidrig sunget,
lóndomsdybe Vandringsvande,
Maanehulk mód Siv og Sande
gennem farefulde Lande...
Julek nastawił ucha. W wierszach ułowił magiczne formułki, jakich, zdaje się, było mu potrzeba, i myślał o tym,
jak wiersze Longfellowa nagle uprzytomniły i przyśpieszyły
w nim tak ważne przeżycie. Natychmiast po wyjeździe
księdza Górskiego poprosił Desmonda o powtórzenie kołyszących strof; Desmond dał mu tom poezyj Thegera Larsena, zaznaczając utwór, który go zainteresował, i tłumacząc go mu piąte przez dziesiąte. Rytm tej poezji podobał się
Julkowi. Próbował to przełożyć po polsku, ale udała mu się
tylko druga strofa, i to nawet nie bardzo dobrze, nie
oddawała bowiem kołyszącego, wolnego śpiewu tej ballady
o wodach „naszej całej mokrej gwiazdy":
 — Morze przez sen głośno gada,
swoje w przestrzeń sławi jazdy,
rzeki pełne ryb powiada,
chwali naszą mokrą gwiazdę,
doby słone, dna głębokie,
kędy ryby obłobokie,
młode mkną z ogromnym okiem...
Mimo to że nie udały mu się jak należy, wiersze te
zapadły głęboko w jego świadomości. Powtarzał je chodząc
bez sensu po domu, chociaż nie odpowiadały one ani
stanowi jego ducha, ani porze roku, ani sytuacji. Czuł
jednak w tej melodii przewijanie się ziaren jakiejś innej, w tej
chwili zupełnie dla niego niedostępnej rzeczywistości. Miał
ciągle takie wrażenie, jak gdyby spacerował przed jakimiś
zamkniętymi wrotami, i to właśnie uczucie napełniało go
takim wzrastającym każdej godziny niepokojem.
...doby słone, dna głębokie,
kędy ryby obłobokie,
młode mkną z ogromnym okiem...
I znowu znalazł się nad sadzawką, mniej więcej w tym
samym miejscu, co przed paroma dniami, znowu widział
z daleka, jak Desmond zarzucał wędkę do zieloną rzęsą
przykrytej wody, nawet tak samo zbliżała się burza czy
niepogoda, a jednak moment wewnętrzny był zupełnie inny.
Nie mógł zdobyć się na żadne skupienie, myśli przelatywały
z niezwykłą i nieuchwytną szybkością przez głowę, nie
przychodziły żadne decyzje i czasami pobierał je bez żadnej
interwencji świadomości, co zaczynało go niepokoić, chociaż dotyczyło drobiazgów. Krążące kołysanie wierszy poety duńskiego nie ujmowało tego rozdygotania w żaden
rytm mocniejszy. Wszystko było jak nieporządne wiry na
rzece, która by płynęła bez żadnego określonego kierunku.
I tak już trwało kilka dni, bez przerwy niepokój wzrastał,
a oschłość stawała się coraz wyraźniejsza. Nie modlił się
wcale i nawet z trudem odprawił zaleconą pokutę, powtarzał po trzykroć słowa „świętych obcowanie", ale to
wszystko było tak formalne, że nie wiadomo, czy przyniosło
jakąkolwiek korzyść intencjom Kościoła.
Widział Desmonda z wędką i przypominał sobie jego
śmieszny gest — a jednak miał w sobie trochę podziwu dla
tego czarnego trampa. Wewnętrzne i pewne gorąco biło od
czarnego chucherka, podobnego do górskiej wiewiórki.
Wiara w to, że poezja i religia to jedno, na co odpowiadał
uprzejmy, lecz przeczący uśmiech księdza proboszcza i zniekształcone słowa Julka: Jor, min mór, jor, min mór — jak
transponował duńską wymowę na polskie. — Ziemio, moja
matko! — „mokra ziemio"!
Pewną ulgę w nieznośnym, dławiącym uczuciu odczuł
dopiero ku wieczorowi, kiedy spadł na ziemię gęsty, rzęsisty
deszcz. Zmiana pogody zapowiadała się na długo.
Nazajutrz obudził się dość rześki. Lało nieprzerwanie,
cienkimi strumykami. Karol przyjechał, ukazał się w piżamie na pierwsze śniadanie i spał w dalszym ciągu odsypiając
wszystkie ostatnie warszawskie dni. Nagle wybuchła burza
w kuchni, i to tak silna, że echa jej przeniosły się do
pokojów. Był to piątek, pan Kletkie potrzebował ryb na
kolację i mąki do pieczenia ciast niedzielnych, człowiek miał
to przywieźć z samego rana, tymczasem pani Sikorska
o rybach i ciastach zapomniała i rwetes z tego powodu
podniósł się niemały. Kletkie powiedział, że to już ostatni
raz coś podobnego się zdarza, że on porzuci służbę,
i grzmiał, aż Julek się przestraszył, że Karola obudzi
i awantura będzie jeszcze gorsza. Poszedł więc do kuchni,
aby uspokoić skłócone żywioły. Nie bardzo mu się to udało,
bo pan Kletkie powtarzał swoje, a pani Sikorska twierdziła,
że nikogo nie ma na podwórzu, że wszyscy wyznaczeni są
już na robotach, posłano przy tym w inną stronę furmankę,
jednym słowem, że nie ma kto pojechać.
 — Boże drogi, tyle hałasu — niecierpliwił się Julek — no,
to ja sam pojadę. Niech mi zaprzęgną jednokonną bryczuszkę. A dokąd to?
 — Do młyna, do Tamie — powiedziała Sikorska — 
przecież pan zna drogę.
 — No, dobrze, ale w taki deszcz?
 — A co mi tam deszcz — odwrócił się Julek na pokoje — 
ja bardzo lubię jeździć w deszcz.
Rzeczywiście nie blagował. Bardzo lubił, przykryty szeroką peleryną z kapturem, jechać w gęsty deszcz, siekący na
wszystkie strony. Koń człapał po piasku, rozrobionym
deszczówką, woda ociekała z lejców i z fartucha, a Julek
odczuwał wówczas przez sam kontrast coś w rodzaju
komfortu wewnętrznego, jakiejś ciepłej wygody. Tak i teraz,
nie myśląc nawet, dokąd jedzie, skierował konia w stronę
łąk ze spokojem i radością. Mijając dopiero Sulistrzyce
i kościółek, i dom księdza, podobny do rosyjskiej willi,
przypomniał sobie, że jedzie do Tamie, do pani Rygielowej
i pani Łowieckiej. Zastał obie panie w pokoju nad młynem,
a w samym młynie kręcili się chłopcy pani Łowieckiej i ów
przystojny parobczak, Zdzisio Zdyb, cały umączony. Młyn
szedł i dygotał od obrotów wielkiego koła i żaren, woda
pluskała w stawidłach, a mąka sypała się z drewnianej
paszczęki do dużych worków, wiązanych rękami Zdzisia.
Na górze częstowano go znowu tarninówką, pani Rygielowa opowiadała obszernie o swoim nieboszczyku mężu,
człowieku pono najsławniejszym na całą okolicę. Podobno
stary Rygiela opój był i żarłok wielki, ale i pobożny. On to
własnym kosztem nową plebanię w Sulistrzycach pobudował, na miejscu starej modrzewiowej, która tak w ziemię
zapadła, że żaden ksiądz już nie chciał w niej mieszkać.
Julek nie pamiętał, co na to wszystko odpowiadał. Deszcz
lejący za oknem, rytmiczny stukot młyna i plusk wodnej
kaskady, koła, okapujące kroplami, okrzyki chłopców
i Zdzisia — wszystko mu się zmieszało w jedną muzykę.
I dziwna mu była ta słodka przyjemność, jakiej doświadczał
teraz we młynie. Pani Łowiecka prawie nic nie mówiła,
trwała czarna i pospolita, jak zwykle, a stawiając talerze na
stole, opuszczała ciężkie powieki na małe, czarne oczy,
podobne do jagód tarniny. Umówili się, że Julek przyjedzie
do młyna w niedzielę na całe popołudnie. Młyn niedzielami
nie pracuje, panie są wolniejsze, jeżeli będzie pogoda,
pojadą wszyscy razem na spacer. Projekt ten spodobał się
Julkowi.
Pochwalił się nim Karolowi. Niespodziewanie Karol
sfukał go i wykrzyczał:
 — Co się będziesz z jakimiś młynarkami włóczył!
Julek nie rozumiał. Zresztą nie rozumiał także sam siebie.
Po ostatniej wizycie w Tarnicach ustąpiło wszystko: niepokoje, ciężary, żale. Zrobiło mu się nagle lekko i wesoło.
Ponieważ uważał, że Desmond jest smutny (może dlatego,
że tak dawno nie miał listu z Kopenhagi?), deszcz lał
w dalszym ciągu, a w niskim dworze było wilgotno i chłodnawo, namówił Karola, aby kazał dać wina. Wypili dwie
butelki dobrego bordeaux. Znowu skończyło się na recytowaniu wierszy. W salonie po kolacji było ciemnawo
i Desmond deklamował bez przerwy. Karol śmiał się
z niego, ale „Murzynek" nie przejmował się niczym, prócz
swych wierszy.
 — Pan jest poeta — mówił do Julka, skacząc trochę
w górę jak niedopierzony kogucik — pan wie! W poezji jest
taka chwila, kiedy nagle, na mgnienie oka, spostrzega pan
inny świat. A także widzisz pan to, że wszystko jest tylko
cieniem tego innego, prawdziwego świata. Tak jak w modlitwie. Mówi pan najprostsze w świecie słowa, jak te sławne:
Ali night have the roses heard
The flute, violin, bassoon...
i raptem czuje pan dreszcz, widzi pan róże, ale nie te, co
kwitną pod oknem, tylko prawdziwe róże, słyszy pan flety
i fagoty, ale tylko takie prawdziwe, jak u Giotta. Tak, tak,
to banalne, co ja mówię, banalne, ale prawdziwe, banalne,
ale prawdziwe...
 — Ani banalne, ani prawdziwe — zaśmiał się Karol.
Myślał zresztą o czym innym: wczoraj w Warszawie zaszedł
o świcie do kościoła. Wracał z jakiejś libacji i nie bardzo był
przytomny. W kościele stał tłum wiernych, grubych i cienkich, ale cuchnących porannym nieumyciem ludzi. Serce
miał pełne miłości i czuł, że to jest za mało, że trzeba jeszcze
jakiegoś ostatecznego czynu czy też ostatecznego spojrzenia
na te rzeczy. I w dalszym ciągu słowo "człowiek" przyprawiało go o poruszenie wewnętrzne, które zapewne było
o wiele bardziej intensywne niż poruszenie Desmonda przy
deklamowaniu wierszy. Ale mimo woli odczuwał jakieś
pokrewieństwo pomiędzy swoim uczuciem rozczulenia
a Desmondową ekstazą wobec angielskich słów, odkrywających horyzonty prawdziwego świata.
A Julek tymczasem nie poznawał siebie. Wczoraj jeszcze
to wszystko, co mówił skaczący „Murzynek", przejęłoby go
i zajęło. Myślał tak samo. Dzisiaj nie tyle że myślał inaczej — ale myślał zupełnie o czym innym. Zagadnienie
poezji pozostawiało go w zupełnej obojętności. Nie chciało
mu się myśleć ani o wierszach, ani o niczym więcej.
Rozmarzyło go wino. W pewnym momencie szmer słów
Desmonda zlał mu się w uszach w jednostajny spadek wody
na młyńskie koło — i zasnął.
W niedzielę była pogoda. Julek nie pojechał do kościoła.
Tłumaczył się z tego przed samym sobą niejasno:
 — Ponieważ konie będą potrzebne po obiedzie...
Jednym słowem, zaniedbał zwyczaju, przestrzeganego
dotąd bardzo ściśle. Niespokojnie chodził po domu, wychodził przed ganek, gdzie kwitły owe nieprawdziwe róże,
ułożył z nich duży bukiet. Bardzo się rozgniewał, gdy obiad
się spóźnił o kwadrans, nawet o dwadzieścia minut, ponieważ pan Kletkie chciał zrobić jakieś nadzwyczajne antrykoty z kury. Julek posunął się do tego, że zajrzał przez okno
do kuchni. Pan Kletkie w białej czapie, rozpiętej kurtce,
która nie przykrywała jego wola, i z zakasanymi rękawami,
stał podparty pięściami w boki pośrodku ogromnej izby
i spluwając na ceglaną podłogę gadał zawzięcie. Prawdopodobnie zaglądał już dzisiaj do butelki.
 — Jak chcą antrykotów, niech mają antrykoty! Niech
czekają na antrykoty... sama pani hrabina Branicka z Białej
Cerkwi czekała na moje antrykoty... bo to nie są zwyczajne
antrykoty... Ba, ba, takich antrykotów to na cesarskim
dworze nie jadano... A tu kto? Pan Hopfer, no, to pan, to
rozumiem. A tamto? A ten pan Zdanowski? Toż to student,
moja pani Sikorska, po prostu student. A to Murzynisko,
proszę pani, skąd to się wzięło? To nie człowiek, to
kot-przybłęda... małe to, mizerne, ręce jak u małpy, dopraszam się łaski pani, a między panów się pcha i na moje
antrykoty, psiakrew, łakomy... Nienawidzę go — sapnął
nagle na zakończenie.
Julek ogromnie się zdziwił, kiedy już przy spóźnionym
obiedzie Desmond, dość łagodny zazwyczaj, wygłosił wielką mowę przeciwko kucharzowi, twierdząc, że demoralizuje
on. całą służbę, bierze za wysoką gażę i w ogóle jest nieznośny. Im bardziej King zapalał się w tej materii, tym
bardziej Karol się rozbawiał, i wreszcie powiedział:
 — No, niech pan da spokój, panie King, to nie są
pańskie sprawy...
Jakże żałował tych swoich słów! Desmond zmieszał się
bardzo, przełknął parę razy ślinę i utkwił oczy w talerzu.
Nie mówił już nic do końca obiadu, choć Karol parę razy
do niego zagadywał. Żadne opowiadanie nie zabawiło go
ani nie zainteresowało. Jak dziecko się obraził, a przedtem
jak dziecko się unosił.
Julek zdziwił się i zirytował, gdy Karol po obiedzie
objawił, że i on też pojedzie do Tamie. Bardzo to nie
podobało się Julkowi, ale kiedy już byli na miejscu, uważał,
że dobrze się stało. Karol okazał się rozmowny i wesoły, nie
dopuszczał do słowa pani Rygielowej, wypił dużo wódki.
Mówił za wszystkich, bo i Julek, i pani Łowiecka byli
bardzo milczący.
Po podwieczorku pojechali łódką na staw — tylko we
trójkę. Pani Rygielowa z chłopcami objechała staw końmi
i spotkali się „w lesie". Za stawem stało kilkanaście czarnych sosen, ciągnęły się jakieś zarośla. To się nazywało
„lasem"w gwarze młyńskiej. Gdy się spotkali, Karol został
z mamą Rygielowa i chłopcami, usiedli pod jednym z drzew
i patrzyli na widok, jaki się przed nimi rozciągał, prowadząc
pouczającą rozmowę o głębokości stawu, o dochodach
z młyna, o pracowitości oddanego Zdzisia itd. Tymczasem
pani Łowiecka, Jadwisia, tak się nazywała, z Julkiem
wybrali się na kwiaty w zaroślach. Łowiecka miała na sobie
lichą kremową sukienkę w czerwone desenie. Wyglądała
w niej gorzej i starzej niż zwykle, oczy gubiły się pod
powiekami, niekształtny nos, przypudrowany nieumiejętnie, szpecił jej szczery wyraz. Julek rozmawiał z nią wesoło, ale nie umiał się oprzeć myśli powracającej wciąż
do szpetoty jej twarzy. Usta miała tylko dość świeże, szerokie i ładne zęby. W momencie, kiedy popatrzył na jej usta. Łowiecka pochyliła się ku niemu i powiedziała:
 — Niech mnie pan pocałuje!
Julek zawahał się chwilę i poczuł, że pobladł. Ale natychmiast opanował się, silnie ujął za plecy kobietę i mocno
pocałował. Uczuł gwałtowny dreszcz i w momencie kiedy
ona chciała się już wyrwać, przytrzymał ją i pocałował raz
jeszcze.
Wrócili zaraz do towarzystwa, nie patrząc na siebie i nie
mówiąc nic prawie. Jadwisia machała wielką miotłą kwiatów, jak gdyby okurzała nią drzewa, szła, przewalając się
trochę na nogach, pewna i zadowolona. W Julku tak
wszystko szybko zmieniało się i przeobrażało, że nie zdawał
sobie sprawy z tego, co się z nim dzieje. Czuł ciągle na
ustach smak ust tej kobiety, pierwszy pocałunek, jaki
kiedykolwiek na czyich ustach złożył.
Pocałunek ten zabarwiał cały pejzaż na inny kolor. Parę
sosen, staw, młyn, nawet twarz Karola — wyglądały inaczej. Karol spostrzegł pomieszanie Julka i prawie je zrozumiał. Zdwoił swoją rozmowność i opowiadał coś wesoło,
od czasu tylko do czasu rzucając niespokojny wzrok na
twarz przyjaciela. Julek siedział z podkurczonymi kolanami
i bezmyślnie wlepił oczy w błyszczącą płaszczyznę stawu.
Gryzł cienką zeschłą trawę, łaskocząc się w nos jej koniuszkiem. Podbródek mu się uniósł ku górze charakterystycznym grymasem uporu i namiętności. W głębi szafirowych
oczu przelatywały jakieś niepokoje.
Wrócili do młyna w tym samym porządku, Jadwisia
z Karolem i Julkiem łodzią, pani Rygielowa z chłopcami
bryczką. Kazio i Staś prosili bardzo, aby im wolno było
przejechać się łodzią, ale babka nie pozwoliła:
 — Jeszcze państwa wywrócicie. Zawsze takie figle na tej
lodzi wyprawiacie.
 — Ależ, babciu, łódź się nie wywróci, ma płaskie dno — 
z powagą zapewniał Kazik.
 — A zresztą Karol wybornie pływa — powiedział Julek.
Jednak te zapewnienia nie poskutkowały. Chłopcy wrócili bryczką. Na łodzi rozmowa nie była ożywiona.
Przed wieczorem dwaj przyjaciele ruszyli do domu. Był
ciepły mazowiecki zmierzch, skraje nieboskłonu stopiły się
niebieską niewyraźną mgiełką z horyzontem. Łąkami, na
których stały ogromne bociany, szedł chłodny tajemniczy
powiew, jak gdyby zimne powietrze przeciekało skądsiś
wąskimi, rozgałęzionymi strumykami. Koniczyny pachniały mocno, ćwierkały w nich świerszcze polne w niesłychanych ilościach. Pola zdawały się powleczone cienką warstwą
tego skrzypu. W miejscu, gdzie zamazana mgiełka horyzontu przechodziła w zielonawą kopułę utwierdzenia, tkwił
mały księżyc, podobny do uciętego paznokcia. A potem już
wjechali w ogród, bób, róże, matiolę.
Przyjaciele milczeli, Karol sam powoził. Nie mieli sobie
nic do powiedzenia, wiedzieli aż nadto dobrze, co się stało.
Wreszcie Julek odezwał się:
 — Umówiłem się z panią Łowiecką. Przyjedzie we czwartek na Krzywiznę.
 — Bardzo żałuję — odparł spokojnie Karol — ale
w czwartek muszę być w Warszawie. Dlaczego nie umówiłeś
się z nią na inny dzień? Czy kazać zrobić lepszą kolację?
 — Jak chcesz — powiedział Julek.
Kiedy wieczorem Julek spacerował tam i z powrotem po
salonie, Karol znowu siedział na morelowej kanapce. Tym
razem swój natężony wzrok skierował nie na jakieś cacko,
którym się był bawił, ale na niespokojny krok przyjaciela.
Wreszcie się odezwał:
 — Ja bym ci radził, mój Julu, abyś przestał się zajmować
tą sprawą. Daj sobie spokój od razu, to najlepiej.
Julek po zniecierpliwieniu swym poznał, że już nie może
„dać spokoju":
 — Jaka tam sprawa... a zresztą ja się nie wtrącam do
wszystkich twoich niezliczonych warszawskich awanturek.
 — Właśnie dlatego, że są niezliczone.
Julek spojrzał na Karola. Siedział z tymi swymi czarnymi ściągniętymi brwiami i patrzył dość boleśnie w przestrzeń.
 — Dlaczego ci na tym zależy? — zapytał stając przed
nim.
 — Dlaczego mi zależy? To bardzo jasne! Właśnie zadawałem sobie to samo pytanie. Zależy mi na twojej jednolitości, integralności, jedyności. Nie można zaprzeczyć, niedawno rozmawiałem o tym z Desmondem, że jesteś człowiekiem
niezwykłym, osobliwym. Chciałbym, abyś nie zbanalizował
się.
 — Czy miłość nazywasz zbanalizowaniem?
 — Miłość — zaśmiał się Karol — nikt tu nie mówi
jeszcze o miłości!
 — Ja mówię — powiedział twardo Julek — kocham
panią Łowiecką.
Powiedział to sam dla siebie niespodzianie, powiedział
jednak prawdę. Ale Karol nie przestraszył się, wyznanie
Julka tak gwałtowne i niespodziewane rozśmieszyło go.
Parsknął niepohamowanym śmiechem i oparł głowę o morelowy jedwab kanapki. Ale zaraz przestał się śmiać. Julek
z zaciśniętymi zębami stał przed nim. Nagle gwałtownie
schwycił go oburącz za ramiona kurtki i pobladły z gniewu
potrząsnął nim kilka razy:
 — Jeżeli jeszcze raz zechcesz się śmiać z pani Łowieckiej... — powtarzał przez zaciśnięte zęby.
Karol uspokoił się i przez parę chwil patrzył na Julka
z prawdziwym zdziwieniem, potem odjął jego ręce od
swoich ramion i spokojnie odsunął przyjaciela. Wstał,
otrząsnął się z niewidzialnych okruszyn i powoli skierował
się do drzwi.
 — Myślę, że pogadamy jeszcze o tym — powiedział
szeptem, ale głośno trzasnął drzwiami wychodząc.
Gniewna pasja targała nim. Widział wciąż pospolitą
twarz pani Łowieckiej.
„I taka baba zabiera nam takiego człowieka!" — pomyślał.
Poszedł do Desmonda na górę, ale go tam nie było.
Obok pokoiku Desmonda istniało wyjście na balkon nad
gankiem frontowym. Karol, nie wiedząc, co zrobić ze złości, wyszedł na ten balkonik. Pół nieba o samym zachodzie zaczerwieniło się nagle, purpurowe żyłki leciały po
szarym tle, a wszystko przed gankiem, brzosty, zarośla
i dwa czerwone gmachy gospodarcze, zastygło w tej poświacie. Stajnie i stodoła, jak jakieś nawy zamulone
w zielonym kanale, stały zapadłe w gąszczu. I w tym
zwyczajnym, codziennym widoku zauważył Karol jakiś
ruch czy możliwość ruchu. W zaczajeniu się budynków,
w pochyleniu krzewów bziny odczuł jakby jakieś oczekiwanie. Oniemiał, patrząc na to czerwone oświetlenie, i przez
chwilę wydawało mu się, że pejzaż odsłoni mu swoją
tajemnicę wypowiedzeniem jednego słowa. Ale chwila oczekiwania minęła, pytanie, które Karol taił w głębi ducha, nie
wypłynęło na powierzchnię i nie otrzymało żadnej odpowiedzi. Zasłona Mai drgnęła jak gdyby, a potem zaraz
znieruchomiała.
Karol spojrzał po raz drugi na podwórze przed sobą
i spostrzegł, że jest ono zupełnie zwyczajnym podwórzem.
Ktoś dotknął jego ramienia: Desmond stał za nim. Patrzył
na niego nieruchomym, bardzo smutnym wzrokiem, ale to
był zwykły wyraz twarzy Murzyna.
 — Julek zakochał się w tej pani z młyna — powiedział
Karol.
Desmond nie odpowiedział nic, pokiwał, zdaje się, głową,
Karol nie widział go prawie, czerwień gasła w jego oczach
i na budynkach. Wieczór zapadł.
Od tego wieczora wypadki potoczyły się w tempie katastrofalnym. Karol nazajutrz pojechał do Warszawy. Desmonda można było widzieć tylko przy posiłkach lub nad
brzegiem sadzawki. Ów czwartek, kiedy przyjechała pani
Łowiecka chłopskim wózkiem, zaprzęgniętym w małego
konika, powożonym przez Zdzisia, stał się małą uroczystością. Wszędzie stało mnóstwo kwiatów, pachniały wyfroterowane podłogi i na pięknie nakrytym stole jadalnym
paliły się kolorowe świece. Pani Łowiecka przybyła w skromnej czarnej sukni; uroczysty nastrój, zapach róż i żywe
światła wieczorowych świec odmieniły jak gdyby jej powierzchowność. Stała się zupełnie ładna, chwila starła z niej
pospolitość. Pan Kletkie nie tylko przygotował znakomitą
kolację, ale jak maitre d'hótel w paryskich restauracjach
przyszedł po kolacji zapytać, jak smakowało. Podnosił
okryte bielmem oko ku górze i kładł rękę na piersi pod
wolem. Uznał za stosowne przez chwilę zabawić towarzystwo. Miał na sobie biały kitel kucharski i płócienną czapę,
ale w kieszonkę założył srebrny zegarek z dewizką zakończoną srebrną podkową. Rozmawiając bawił się — igrał
raczej — ową srebrną podkową, która brząkała z cicha.
Opowiadał parę anegdotek o rozmaitych potrawach, na
przykład o chateaubriandzie i o kwiczołach księżny Bichette'y, potem na odmianę o cmentarzach na Rivierze, gdzie
„każdy grób był jak bombonierka", wreszcie o burgundzie
i o jego smakach, a czując, że zaimponował dostatecznie
ubogiemu studentowi i pani leśniczynie, usunął się w głąb
domu paru kontredansowymi krokami.
W salonie, gdy zostali sami, pachniały mocno róże. Julek
nie mówił nic, ale tylko dlatego, że nic nie czuł. Wiedział, że
całe życie zawaliło się. Potem zabrał Łowiecką do swego
pokoju i tu, u stóp portretu Piusa IX, poczęło się ich pożycie
małżeńskie; Julek zupełnie się nie orientował, jak do tego
doszło. Jadwisia nie została na noc tylko dlatego, że Zdzisio
czekał na nią z koniem.
Kiedy Karol po dłuższej nieobecności powrócił do Krzywizny, dowiedział się, że Julek przeniósł się już na Tarnice.
 — W wyniku narady natychmiast przeprowadzonej Desmond pojechał do księdza Górskiego i potem razem z proboszczem zjawił się w Krzywiźnie. Ksiądz Górski był
„terrified", jak powiedział Desmond. Chodził po salonie
i łamał ręce jak baba:
 — Przyznam się panu — biadał — że wtedy, w dzień
spowiedzi, wydał się po prostu świętym...
 — Hohoho — zawył przeciągle Karol — aż tak daleko
ksiądz dobrodziej zajechał, niestety, daleko nam wszystkim
do świętości. Jak to powiada Leon Bloy? Jedyną prawdziwą
tragedią człowieka jest niemożność należenia do świętych...
Ksiądz Górski na te słowa stanął jak wryty:
 — Jak pan powiada, jak pan mówi?
 — To nie ja — zaśmiał się Karol — to Leon Bloy... taki
jeden pisarz francuski... — i powtórzył sentencję.
 — Jezus Maria, Jezus Maria, jedyna prawdziwa tragedia... A ja się tak łudziłem! Kiedy siedział jak dziecko po
komunii, wydało mi się... Ta kobieta była także wtedy
w kościele...
 — Wtedy?
 — Tak, wtedy. Tam się przecie poznali.
 — To prawda.
 — Widzi ksiądz, jak blisko jest od podniesienia do
upadku.
 — Mój Boże, mój Boże — powtarzał ksiądz bezradnie.
Proponowano mu, aby pojechał na młyn i porozmawiał
z Julkiem, ale nie chciał za nic. Wymawiał się, jak tylko
mógł, twierdząc, zresztą słusznie, że za mało zna Julka, aby
się wtrącać w sprawy aż tak osobiste. Ostatecznie postanowiono, że pojedzie do młyna Karol.
13. 
Zwlekał z tą wizytą parę dni. Mial wieści o tym, co się
dzieje w Tarnicach, przez Kletkiego, który jeździł po ryby
i po mąkę. Na pozór nic się tam nie zmieniło, po kilku
dniach jednak kucharz zawiadomił, że pani Rygielowa
wyjechała do siostry, zabierając obu wnuków z sobą.
Zdarzenie to, za którym kryło się zapewne wiele rzeczy,
przejęło niepokojem Karola. Wreszcie zdecydował się pojechać.
Sytuacja nie była miła. Serce mu trochę biło, ale pogwizdywał dla dodania sobie otuchy. Gdy konie zatrzymały się
przed młynem, Zdzisio wyskoczył natychmiast z czeluści,
umączony, ale uśmiechnięty, i ukazując w tym uśmiechu
całe dziąsła, co go ogromnie szpeciło, powiedział, że państwo na spacerze, ale że zaraz przyjdą. Posłał jakiegoś
chłopaka naprzeciwko nich, a sam wrócił do młyna, bo miał
dużo zajęcia. Mała psina. Drucik, czarny i z długim ogonem
młyński kundelek, rozpędzał się od czasu do czasu i żartobliwie uderzał Karola przednimi łapkami w nogi. Karol
stanął na grobli i wsparty na wysokim mnichu patrzył na
staw. Zanosiło się na pogodne przedwieczerze. Okrągły,
szaroniebieski, matowy obłok stał na horyzoncie i odbijał
się w stawie, jego gołębiowy kolor zestawiony ze złotawobłękitnym żywym kolorem nieba stanowił bardzo subtelny
kontrast.
Nadeszli od strony lasu, uśmiechnięci i zgrzani. Jadwisia
jak wtedy dźwigała snop kwiatów i wydała się Karolowi
promienna i zupełnie nawet przystojna. Julek wyglądał przy
niej jak dziecko, zwłaszcza że był w sportowych spodniach;
uśmiechał się, ale w tym uśmiechu znać było pewne zażenowanie. Poszli na górę i siedli we trójkę w kącie dużego
pokoju. Jadwisia siedziała naprzeciwko Julka, nie spuszczając z niego oczu. Julek, mówiąc nawet o najobojętniejszych rzeczach (zaczęli, na przykład, od pająków, których
ogromna obfitość gnieździła się we młynie), rzucał częste
r
spojrzenia na twarz Łowieckiej, jak gdyby szukając aprobaty. Ponieważ gospodarze byli dość milkliwi, Karol opowiadał o Warszawie i o swoich przygodach. Zauważył, że
Łowiecka chętnie słucha tych opowiadań, chociaż atmosfera restauracyj i miejsc zabaw jest jej zupełnie nie znana. Miał wrażenie, że chętnie zapuściłaby się w tę wesołą dżunglę. Stanowiło to ostry kontrast z jej sytuacją
i z ubogim otoczeniem młyna. Julek wiele palił, ale zachowywał się zupełnie jak pan domu, częstował Karola.
Zdzisio przyniósł zagotowanej herbaty, Jadwisia, nie wychodząc z pokoju, nakryła do stołu. Julek jak gospodarz,
nieco ceremonialnym ruchem zaprosił na posiłek. Karol
czuł się bardzo niezręcznie i wciąż czatował na moment,
kiedy Jadwisia zostawi ich samych. Niestety, moment ten
nie nadchodził i Karol zrozumiał, że Jadwisia nie chce
dopuścić do ich sam na sam. Wobec tego zdecydował się na
posunięcie heroiczne:
 — Przepraszam panią bardzo, ale chciałem porozmawiać z Julkiem...
Jadwisia roześmiała się, ale przez śmiech ten przebijało
rozdrażnienie:
 — Mają panowie takie sekreta?
Karola rozgniewało zachowanie się Łowieckiej, zmarszczył się trochę i odpowiedział dość surowo:
 — A właśnie, proszę pani, że mamy...
Wyszli we dwóch z młyna i poszli ścieżyną, okrążającą
wodę i gubiącą się między łąkami. Mocny zapach siana
mieszał się z alkoholem lip, które kwitły, przekwitały raczej,
gdzieś niedaleko. Milczeli oczywiście przez chwilę.
Pierwszy odezwał się Karol:
 — Wiesz doskonale, mój Julku, że nie mam najmniejszego prawa do mieszania się w twoje sprawy osobiste, nie
mam też zamiaru moralizować; kto sam jest bez grzechu,
niech pierwszy rzuci kamieniem, nie jestem żadnym moralistą... i nie chcę, i nie mam prawa... Chciałem cię tylko
zapytać... pomóc ci może... Jak ty sobie wyobrażasz najbliższą przyszłość?
Julek patrzył przez chwilę pod nogi i nic nie mówił.
Potem rzucił się na porosłe trawą zbocze. Pokazał Karolowi
obłok, który się teraz rozproszył i zabarwił na różowo.
Karol siadł obok niego, na kamieniu.
 — Wiesz co — rzekł nagle Julek gryząc trawę — 
wiesz co... wcale sobie nie wyobrażam. Nic nie widzę
przed sobą... i niczego nie chcę. Na razie młyn daje pewne dochody.
 — Tak, ale jak wy sobie dacie radę bez pani Rygielowej?
Przecie to wszystko spoczywało na jej doświadczeniu. Skoro jej nie ma...
 — Zdzisio jest doskonałym robotnikiem.
 — Może was nabierać.
 — W tym względzie nie ma nigdy gwarancji...
 — A czy matka pani Łowieckiej nie wróci?
 — Wiesz, nie chciałbym, abyś nazywał Jadwisię panią
Łowiecką.
Karol zamilkł na chwilę.
 — Panią Zdanowską jej nazywać nie mogę.
 — Dlaczego?
 — Nie o to chodzi. Czy pani Rygielowa powróci?
 — Zapewne nie zaraz. I nie chciałbym, aby teraz wracała.
 — Czy to nieodwołalne? Pokłóciliście się?
 — O, nie! Po prostu Jadwisi nie dogadza obecność
matki. Stara coś mówiła o chłopcach, że nie zdają sobie
sprawy z roli, jąkają tutaj odgrywam... coś takiego... — i to
mówiąc odrzucił daleko przegryzioną słomkę. — Co mnie
to tam obchodzi!
 — Zdaję się, że nic cię nie obchodzi.
 — Prawie nic.
 — Wiesz, był u mnie ksiądz Górski. To on mnie prosił,
aby tu pojechać. Chciał, bym porozmawiał z tobą. 
Karol przy tych słowach nie patrzył na Julka. Dlatego nie
widział wyrazu jego twarzy. A szkoda! Julek jak gdyby
przestraszył się, ale to nie trwało długo. Zaraz się uspokoił.
Nowy, gołębiowego koloru, nie oświetlony zwał widniał na
horyzoncie; nad nim zaś podnosiły się kopulaste różowe
Himalaje. Za każdym razem, co Julek podnosił na nie oczy,
stawały się one coraz bardziej niebieskie, jak gdyby z niebieskiej ich szklanej powłoki uchodziło różowe, gęste wino.
Wreszcie stały się one lodowcowe sine.
 — Widzisz — powiedział po długiej chwili Julek — widzisz, to jest tak. Byłem zbyt pewny siebie i dlatego tamto
wszystko uciekło. Zdaję sobie ze wszystkiego sprawę
i wiem, co utraciłem i za jaką cenę. Ale mnie nie męcz. Po
prostu tamto nie wytrzymało próby szczęścia.
 — Aż szczęścia, Juleczku, czy nie za wielkie słowo? — 
powiedział Karol.
 — Nazywaj sobie, jak chcesz. Nie wytrzymało tej kobiety. Skoro mam pewność chwilową, że jest moją, że jest
czymś, co do mnie niepodzielnie i nareszcie do mnie należy,
że mam ją koło siebie i mogę do niej powrócić co chwila, co
minuta... wszystko jedno, jaka ona jest, ale jest moja. To mi
wystarcza za wszystko. Rzuciłem wszystkie Akwiny i Asyże,
wszystkie niepotrzebne wobec naszej prawdziwej miłości
rzeczy, mówcie i róbcie sobie, co chcecie, mnie to nawet nie
gniewa, przechodzi gdzieś bokiem, nie zawadza o mnie
nawet. No, więc głód czy nędza, no, więc piekło, jeżeli tak
chce ksiądz Górski, ale to mi jest obojętne. Nie znaczy dla
mnie nic, nic, nic...
Karol poczekał chwilkę, a potem dodał:
 — Ksiądz Górski miał cię za świętego.
 — To mania prawdziwa — oburzył się Julek. — Po co ty
mi to powtarzasz? No, jest mi nawet przykro, że zawiodłem
tego staruszka...
 — Desmond też myślał o tobie lepiej.
 — Niech teraz myśli źle. Ale ty, Karolu?
 — Cóż ja? Wiesz przecie, jaki ja jestem. Nad niczym
długo się nie zastanawiam. Nie jestem spokojnym człowiekiem. Teraz będę jeszcze niespokojniejszy, bo wiesz, pośród
tej całej szarpaniny, w kawiarniach, biurach i nocnych
lokalach, w podróżach i pijaństwach, w bardzo dziwnych
nieraz okolicznościach, nie śmiej się, przychodziła mi do
głowy myśl o tobie. Gdzieś jest przecie Julek, to znaczy
równowaga i spokój. On jest w ogóle, a ja co? Bytuję jak
komar, brzęczę nad trzęsawiskiem.
 — Teraz myśl: tam jest Jadwisia i Julek.
Karol zaśmiał się impertynencko.
 — Ale to nie to samo. Tamto oznaczało, że spokój na
świecie jest w ogóle osiągalny, nie ten mój okropny niepokój i chwilowy strach. Ale spokój. Ty się nie odwracałeś od
nocy, jak Desmond, tyś w ogóle nocy nie widział. A teraz,
Julek, teraz powiedz, na Boga, czy ty masz spokój, ten twój
dawny spokój?
Julek znowu rzucił okiem na niebo, ale obłoki zsiniały
i mieszały się z mroczniejącym firmamentem. Widać było
gwiazdy.
 — Teraz — powiedział powoli do Karola — razem z nią
patrzymy w wieczną noc przed nami. To także jest spokój.
 — Julek, Julek — Karol porwał się i szarpnął przyjaciela
za rękaw — nie mów tak, nie mów tak...
Julek uśmiechał się. Przez chwilę widział Karol dawnego
Julka, pewnego siebie; przez chwilę widział jego uśmiech
pobłażania dla wszystkich i wszystkiego; ale potem obcy
element zalał twarz Julka, przeobrażając ją w coś innego,
nowego i jakby martwego. Ciemne szafirowe oczy chłopca
pałały tylko, nagle olbrzymiejąc, jak gdyby rzeczywiście
wpatrzone były w cień wiecznej nocy.
Wstali bez słowa i poszli w stronę młyna. Gdy się już
zbliżali do budynków, Julek stanął i zwracając się do
przyjaciela powiedział tonem, jakim się prosi przy stole
o przysunięcie sosu:
 — I jeszcze jedno. Jadwisia prosiła, abyśmy się więcej
nie widywali. Zrób to dla niej, proszę cię. Dobrze?
Karola zatkało przez chwilę, po czym odpowiedział
spokojnie:
 — Ależ oczywiście.
. I poszli dalej.
Teraz nastąpiły dla Julka miesiące, kiedy nie widywał
nikogo. Znajdował się zawsze i wszędzie z Jadwisia. Mimo
to, kiedy przez chwilę pozostawał sam w polu czy w domu,
uczucie samotności, tak przejmującej jak ból, zjawiało się
natychmiast i trwało aż do momentu, w którym wracała
znowu ta kobieta. Rozumiał, na czym polegał jej czar:
dawał mu złudzenie, że można przezwyciężyć nieodwołalną
samotność, jaka ciąży nad człowiekiem. Musiał ją pocałować, dotknąć jej, słyszeć jej nieco schrypnięty głos — i natychmiast noc przemieniała się w dzień, uśmiech jej odbijał
się w jego uśmiechu, oczy w jego oczach. Patrzyli na siebie
bez przerwy, kontrolowali swoje słowa, mówili jednym
słownikiem, tymi samymi zwrotami, jednym głosem prawie.
Rytm młynarskiej roboty i pokrzykiwania Zdzisia podniecały to całe nieprawdopodobne szczęście, to całe zapamiętanie. I Julek, myśląc o wiecznej szczęśliwości, nie
żałował prawie, że oddał ją za to, czego doznaje obecnie.
Gorsze były noce, zwłaszcza kiedy pod jesień zaczęły się
przedłużać. Budził się i słyszał równy oddech kobiety
uśpionej i wątłej. Ogarniał go wtedy strach odpowiedzialności za nią, za siebie. Siadał w łóżku odrzucając ciężkie
pierzyny mamy Rygielowej i uczucie beznadziejnej samotności powracało. Znikąd pomocy. A wszystko jest straszne:
młyn, Jadwisia, Zdziś, staw — byt cały po prostu. Wydawało mu się, że nie potrafi podnieść ręki do góry, że
nazajutrz nie wyjdzie przed młyn, że będzie wył jak pies
do księżyca, opadały go troski o byle co, a nigdy o to
najważniejsze, o utraconą pewność istnienia. Bóg zaszedł
jak słońce i nie wstał już, nie ukazywał się w blasku na
niebie i cały świat był zimny jak ziemia przed świtaniem.
Czasami wtedy budził Jadwisię. Dotykał jej uśpionej
i równo dyszącej piersi i wzdrygał się, dotyk ten bowiem
powracał go do rzeczywistości: młyna, pająków, spokoju.
O świcie zaczynały turkotać żarna, puszczone ręką czuwającego parobka. Ale niekiedy do świtu było daleko i położenie
dłoni na wzdychającej piersi nie wystarczało, budził zaspaną, niepokoił ją pytaniami bez sensu i bez związku, byle
tylko posłyszeć jej głos i jej senne:
 — Nie zawracaj głowy... śpij...
I .wówczas jak dziecko odwracał się do ściany i jak
dziecko, rysując po murze wzory i litery, zasypiał i spał do
rana, bo ona mu tak kazała. Przypomniał sobie czasy, kiedy
chorował i czuwała nad nim dawno umarła matka, i kiedy
zrywał się w gorączce, chciał lecieć, biec, uciekać, zimna
ręka dotykała jego czoła i ten sam prawie głos mówił mu:
 — Śpij.
Po całych dniach opowiadał teraz Jadwisi swoje życie, nie
zwracając uwagi, że ją zdawało się to nużyć. Życie to nie
miało w sobie nic ciekawego, ani jednej przygody, ani jednej
podróży — wszystkie przygody wewnętrzne nie miały w tej
chwili dla niego żadnego znaczenia, bo nie znajdowały rezonansu u niej — więc mówił o rzeczach najzwyklejszych i potocznych, o niańkach, sukniach matki, szkołach, nauczycielach, pierwszych wierszach — takie zwyczajne smutne
rzeczy, które ożywiał tylko blask dwóch spraw: przeżyć
religijnych i poetyckich.
Jadwisia miała dziwny stosunek do wierszy Julka. Widziała w nich środek zarobkowania, wybicia się, nabrania
znaczenia — a jednocześnie jakby i o to była zazdrosna, nie
lubiła, kiedy pisał zbyt manifestacyjnie odsunąwszy się od
niej, nie lubiła, kiedy czytał jej swoje nowsze czy stare
utwory, wszystko zbywając powiedzeniem:
 — No, ładne, no, ładne...
T
Ale jemu to wystarczało. Dopiero teraz poczuł, jak
dawniej nie miał komu czytać swoich rzeczy. Przyjaźnili się
od dawna z Karolem, jako synowie dwóch przyjaciółek, ale
subtelne i rozsądne zdanie Karola o jego twórczości było
niczym w porównaniu do tego, co mówiła Jadwisia. Dlatego że Jadwisia była kobietą, dlatego że Jadwisia dawała mu
szczęście.
Bo jednak pomimo wszystkich lęków i strachów nocnych, to, co przeżywał obecnie Julek, było najbliższe na
świecie pojęciu ziemskiego szczęścia, a świat, którym wzgardził, dochodził swych praw odległymi i powolnymi drogami. Nie tęsknił do Warszawy ani do towarzystwa wiecznie
pijanych poetów swego pokolenia, z którymi tak długo
przestawał. Był sam i w Warszawie, i w Tarnicach.
Ale przyszły dni krótkie i wieczory bez końca. Młyn
pracował coraz mniej. Z początku wszyscy w okolicy dawali
ziarno do Tamie, po prostu dlatego, aby móc pojechać do
młyna i zobaczyć tę parę dziwnych kochanków. Ale ponieważ kochankowie okazali się zwyczajnymi sobie ludźmi,
a zresztą nie bardzo się pokazywali — moda na młyn
w Tarnicach przeszła bardzo prędko. Przyszła reakcja,
gorszono się: starsza kobieta porzuciła męża i dzieci i mieszka z takim młokosem! „Nie dać im zarobić" — poszło
hasło, puszczone bodaj czy nie przez samego pana Kletkiego, który mieszkańców Tamie nazywał wzgardliwie „ten
element". Zresztą w zapałach swoich przemówień często nie
wiedział, co gadał. Dość że zboża napływało do młyna
coraz mniej.
Na razie, kiedy interesy szły niezgorzej, wydawano za
dużo, łudząc się nadzieją, że stan taki będzie trwać zawsze.
Posyłali regularnie pieniądze pani Rygielowej dla chłopców,
którzy chodzili do szkół, ale bardzo źle się uczyli. Teraz
było coraz trudniej wysłać jaki grosz.
Jesień nadeszła wyjątkowo słotna, a pająki niezwykle
uparte. Okurzano całą górę codziennie, ale one przedostawały się z dołu, z samego młyna, gdzie oczywiście o okurzaniu mowy być nie mogło i gdzie ciężkie jedwabie pajęczyn
królowały we wszystkich kątach i u sufitu.
Julek w dni słotne — które dawniej tak lubił — nie mógł
sobie dać rady. Chodził po całym młynie i zwiedzał wszystkie jego zakamarki — począwszy od małej i bardzo wilgotnej piwniczki, wygrzebanej w samej grobli przez tych, co
przed dawnymi laty ten budynek stawiali. Chodził wokoło
młyńskich kamieni, patrzył, jak mąka przelatuje przez
bębny i gazowe sita i wybiega strumieniem z drewnianych
rur, oglądał tryby i przekładnie. W skrzyniach i sąsiekach
przesypywał otręby, śrutę, razówkę i zboże.
Gdy było coraz trudniej i pieniędzy coraz mniej, pociechą
w sytuacji stawał się Zdzisio. On radził, on jeździł do ludzi
po zboże, on konferował z Żydami. W młynie było wilgotno
i mokro — Julek chętniej się wyrzekał obiadu niż palenia
w wielkim piecu, Zdzisio dostarczał drzewa, a pani Łowiecka nie miała odwagi zapytać go, skąd to drzewo pochodzi.
Nadeszły takie dni gdzieś w listopadzie, kiedy zabrakło na
obiad. Były tylko kartofle, dostarczone bezpłatnie przez
Zdzisia z gospodarstwa dwumorgowego jego rodziców,
położonego o milę za Sulistrzycami. Zdzisio wstał o świcie,
poszedł do domu w dżdżysty ranek, kiedy spuchniętym od
wilgoci powietrzem przelatywały w strugach deszczu pierwsze płatki śniegu, i wrócił z potworkiem kartofli, wydartych
matce, mającej jeszcze do wyżywienia troje zgłodniałych
bachorów. Wreszcie Zdzisio, kradnąc drzewo w lesie, dostał
się w ręce gajowego i poszedł na tydzień aresztu. Pani
Łowiecka nie mogła sobie dać rady, Julek nałożył Zdzisiowe fartuchy i kręcił się po młynie. Od wody ciągnęła
przesączająca się wilgoć, ilekroć otwarto drzwi, wpadał
deszcz, i ludzie, którzy wchodzili do młyna, przynosili na
podkutych butach duże płaty błota, jakie zaraz mieszało się
z wszechobecnym pyłem mąki. Wreszcie zepsuło się coś
w trybach, czego Julek nie potrafił zbadać, i młyn stanął.
T
Pani Łowiecka, podnosząc stawidła, zaziębiła się i naciągnęła rękę. Położyła się do łóżka. Deszcz padał bez przerwy.
Mieszkanie ich składało się z dużego pokoju, z oknami
wychodzącymi na staw, i z czterech małych pokoików, otaczających duży. W jednym z nich spali oni. Inne stały nie
zamieszkane. Julek w przerażająco smutnym nastroju przechodził z jednego pustego pokoju do drugiego i gwizdał.
Potem nakładał kożuszek Zdzisia (swoich rzeczy nawet nie
przywiózł na zimę z Warszawy) i szedł na przechadzkę naokoło stawu. Wszystko teraz wyglądało inaczej niż latem.
Woda zielona wydawała się gęsta i klejka. Skakały po niej
krople deszczu, ale" mimo tego tańca woda drzemała senna
i ociężała. Brzegi oślizły i Julek musiał uważać, aby nie
upaść. Szedł tak do „lasu", gdzie wiatr poruszał niespokojnie gałęziami sosen, a deszcz przekreślał ich sczerniałe pnie.
I one wydawały się teraz wielkimi roślinami podwodnymi,
poruszanymi przez oślizłe prądy. Wracał patrząc na zachód
czerwieniący się pomimo gęstych chmur i deszczu niby na
zaropiałą ranę.
Kiedy wycierając nogi z błota tytłałje w mące — nie przychodziła mu żadna myśl wyraźniejsza. Czuł, jak życie przecieka przez niego, to wszystko. Żadnych żalów, na to sobie
nie pozwalał. Zimny upór trwania przy swoim. Gdy wchodził na górę, odzywał się z sypialni głos chorej:
 — To ty, Julek?
I zaraz zapalało się w nim uczucie bezpieczeństwa.
Pani Łowiecka prosiła:
 — Nie mógłbyś mi zagrzać trochę herbaty na maszynce?
 — Spirytus jest, ale nie ma cukru.
 — To nic, chciałabym czegoś gorącego.
 — Zaraz ci zrobię, kochanie.
I po chwili wchodził do jej pokoju z filiżanką gorącej herbaty. Jadwisia w gorączce podnosiła się na łokciu. Była stara i brzydka. Julek widział to. I pomimo to, kiedy raz tylko
jeden Jadwisia, pomyślawszy o tym, co się stało, wyraziła żal:
 — Wiesz, widzisz, na co ja ciebie naraziłam!
Odpowiedział bez wahania:
 — Jadwisiu, jak możesz tak mówić? Dałaś mi szczęście!
Tak było w rzeczywistości: gdy tylko znalazł się przy niej,
uczucie spokoju i szczęścia napełniało go po brzegi. Nic
innego nie czuł, dopiero kiedy zostawał sam, spokój ten
okupywał ciężkimi nocnymi trwogami.
Około Bożego Narodzenia chłopców trzeba było zabrać
ze szkoły, ponieważ nie miano czym płacić za naukę.
Przyjechali mimo sprzeciwów babki do Tamie i Julkowi
teraz poranne godziny zajęły żmudne lekcje z dwoma
bęcwałami. Starszy, Kazik, okazał się nicponiem i urwisem,
ale za to Zdzisio, który z krótkotrwałego aresztu wyniósł
rodzaj cierpiącej dumy, znalazł w nim dzielnego pomocnika
we młynie. Kazik załatwiał wszelkie posyłki, jeździł do
Żydów do miasteczka, targował się z chłopami o odsyp — 
i nawet, o zgrozo, pijał z nimi wódkę. Zdzisio mógł teraz
przez cały czas siedzieć na miejscu i pilnować interesu.
Młodszy, Staś, był łagodniejszy, bardziej przywiązany do
matki i zazdrosny o nią, nienawidził Julka, którego mu
kazano tytułować "wujkiem". On też bardziej rozumiał
fałszywą sytuację matki i bynajmniej się nie śmiał jak
starszy, Kazik, ze złych, ordynarnych uwag chłopów, którzy wypiwszy jedną lub dwie „małpki", wyładowywali
zboże w gorszącym młynie.
Zdzisio umiejętną reklamą i obniżeniem cen ściągnął
jakoś znowu trochę klienteli do młyna. Interesy się na
krótko poprawiły. Zima była lekka, ryby dawały się łowić.
Pan Kletkie przyjeżdżał po nie od czasu do czasu, przychodził nawet na rozmowy do Julka, który go zbywał
półsłówkami. Zresztą kucharz nie miał wiele zajęcia, ponieważ Karola nie było przez całą jesień na Krzywiźnie.
Karol bowiem w końcu sierpnia pomyślał o tym, że
dawno nie był za granicą. Desmond namawiał go na festiwal salzburski. Rzeczywiście, to było ponętne. Hopfer
„zdobył" jakieś pieniądze, wyrobił sobie paszport, chciał,
aby Desmond jechał z nim razem. Ale Desmond czuł się
zmęczony, wolał siedzieć do czasu na Krzywiźnie — zaprzyjaźnił się teraz z księdzem Górskim i nie wyłaził z plebanii
w Sulistrzycach. Potem miał jechać znowu do Danii.
Zdobywanie pieniędzy, wyrabianie paszportu, namowy
i decyzje trwały tak długo, że kiedy Karol przyjechał do
Salzburga, było już po festiwalu, a jasne i czyste uliczki nad
zieloną Salzachą puste złociły się w słońcu jakby dziewiczym asfaltem. Karol, zaprzątnięty swoimi drobniutkimi
sprawami i nie bardzo czuły na uroki przyrody, nagle
poczuł się wstrząśnięty pięknem tego kawałka ziemi.
Był wrzesień, cała okolica Salzburga zbierała drugie
(czy może trzecie już?) siano. Pachniało więc sianem i gnojówką, jaką polewano łąki, jak długo i szeroko. Pól tu nie
widział, tylko łąki. A w tych zielonych połaciach tkwiły
szare góry i szkliste jeziora, rozsypane jak gdyby od
niechcenia.
Jeździł tramwajem do Berchtesgaden, pływał po Koenigssee, najpiękniejszym jeziorze Europy, brał udział w wesołym jarmarku, pił piwo w ogromnej hali drewnianej,
widział „kobietę-lwa" Lionellę, która miała siedem palców
u jednej nogi i dwanaście u drugiej.
 — Lionella, sagę mir — wołał do niej patetycznym
głosem czemiawy impresario — wo bist du jetzt?
 — Ich bin in Salzburg — dziecinnym głosem, przeciągając manierycznie samogłoski, zapewniała „kobieta-lew".
„Wo bist du jetzt?" — zapowiedziane władczym głosem
brutalnego wyzyskiwacza ludzkiego kalectwa i ludzkiej
głupoty — stało się motywem przewodnim tej podróży.
Poszedł piechotą z Salzburga do Innsbrucku, czarującą
drogą pomiędzy skałami i łąkami. Na zielonej, gęstej jak
mech podszewce łąk alpejskich wyrastały teraz całymi
masami różowe jesienne krokusy. Niebo bez przerwy niebieskie pochylało się nisko nad górami, zrobione z jakiegoś sukna czy gęsto tkanego jedwabiu. Przeszedł niezapomniany Pass Lueg, pełen legend i niebotycznych drzew.
Miał jedną taką noc po drodze w Werfen. Wieczór
zapadał już wczesny i bardzo ciemny. Powietrze jak nagrzane przeciągało uliczkami małej osady, niosąc odurzający zapach jesiennego siana. Gwiazdy wielkie i złote błyszczały w głębi. Chodził główną ulicą tam i z powrotem,
mając nozdrza pełne gęstych odorów górskiej jesieni. Pełno
było strzelców i dziewcząt, dzieci bawiły się, wieczór sprawiał wrażenie święta, ale to było tylko święto pogody.
„Wo bist du jetzt?" — powtarzał sobie i zrobił to
odkrycie, że nie wie, kim jest ani gdzie. Nie może odpowiedzieć na to gwałtownie postawione pytanie. Wie tyle,
ile Lionella, i tyleż będzie zawsze wiedział: nic.
To słowo zatrzymało go pośrodku ulicy. Nic! Straszne
słowo. Chociaż nad nim czarne ciepłe skrzydła tyrolskiej
nocy i gwiazdy złote, on wie, że nie dla niego. Żadnego
znaczenia nie może nadać temu cudownemu, wstrząsająco
pięknemu światu. I znowu przyszedł mu do głowy Julek.
Ten miał wszystko — wiedział wszystko, wszystko było
jasne jak na dłoni — czym jest świat i czym jest człowiek,
i co to wszystko znaczy. Na nasze zapytania miał uśmiech
zacięty, pogardliwy i dumny. Uśmiech pewności i posiadania. I oddał to za pospolity uśmiech tamtej kobiety i za
jesień w młynie, wśród pajęczyn i podmuchów chłodu, za
wulgarne aluzje chłopów, przywożących ziarno do mielenia.
„A gdyby tak wziąć od Julka jego uśmiech i jego tajemnicę?" — pomyślał sobie. Stał teraz w oknie hotelu, pachnącego waniliową wonią świerkowych desek. Przed nim na
tle gwieździstego nieba wznosiła się tej samej co noc barwy,
ale bezgwiezdna, góra, porosła świerczyną, i zamek wysoki
rycerskich rozbójników. Powoli wszystko cichło w tej wiosce, w hotelu rozlegały się ciężkie zrzucania okutych butów,
strudzonych wycieczkami, a w dole szemrała Salzacha,
zawsze opowiadająca nocy o dopiero co skończonym pełnym trudów dniu. Karol stał w oknie i myślał o wydarciu
przyjacielowi jego sekretu.
Ale to nie było łatwe: niebo wznoszące się nad Werfen czy
nad Krzywizną było puste — choć pełne nie wytłumaczonych światów. Czy to Potęgi, Trony i Moce błyskały tam
w niebie? Czy białe karły i czerwone olbrzymy? Co, gdzie,
jak? Wo bin ich? Gdzie jest znaczenie tego wszystkiego?
I wydało mu się, że to, co widzi, jest tylko zasłoną na
oczach. Nigdy jeszcze tak ostro nie odczuł, że wszystko, co
poza siebie rozumem wyrzuca, znajduje się w nim samym.
Że kiedy zamknie oczy, zniknie cały świat.
Zamknął oczy. Ale wtedy przyszedł nagle ciepły podmuch, idący z dołu, od łąk nad rzeką, pełen zapachu,
i chociaż Karol oczy zamknął i świat przestał dla niego
istnieć, ogarnął czoło jego, usta, a potem całe ciało konkretną pieszczotą ziemi. I rzecz dziwna, ten podmuch, który
przecież tak samo wytłumaczyć było można, wydał mu się
potwierdzeniem świata istniejącego poza nim, a zarazem
obietnicą lepszego, konkretniejszego istnienia — niż to,
w którym „cienie śnią o cieniach".
Potem pojechał do Genui, chodził po amfiteatrze ulic,
patrzył na żółte brzoskwinie, zasypujące całe okna wystaw,
w gorące dni słuchał śpiewu licznych śpiewaków w zaułkach
cienistych, jadł figi złotozielone, polewał je białym winem,
jak go nauczyła stara, sympatyczna Amerykanka, spotkana
w Palazzo Rosso. Z wysoka patrzał na port niebieski i nie
wiedział, jakie to wszystko ma dla niego znaczenie.
Jesień późniejszą spędził w Monachium, tym pretensjonalnym, śmiesznym, wzruszającym, czarującym mieście. U stóp
„Bawarii", grubej, nieproporcjonalnej niewiasty, brał udział
w święcie październikowym, patrzył, jak obracają wołu na
rożnie, jak opróżniają się setki olbrzymich beczek piwa, jak
tłum zatrzymuje się przed namiotami fałszywych czerwonoskórych, jak w małej klatce drucianej marznie wystawiona
na październikowe słońce małpka. Odnalazł swoją żałość.
W nymfenburskim parku liście złociły się i opadały, setki
kaczek pływały po kanale, pawilony w oknach ukazywały
porcelanowe ptaki i owoce. Opera otworzyła sezon Śpiewakami norymberskimi. Pierwszy raz słyszał to i dopiero
kwintet w trzecim akcie, ta melodia intonowana przez Ewę,
przenikająca, zdaje się, z niezaznanych wysokości, otworzyła przed nim „fontannę łez" muzyki Wagnerowskiej.
Późną jesienią, prawie przed samym Bożym Narodzeniem, powrócił do Warszawy i nie zaglądał wcale na Krzywiznę. Zdawało się, że wszystkie interesy jego i jego przyjaciół, wszystkie sprawy drobne a nieznośne czekały na jego
powrót, aby wybuchnąć z nową, nie przewidywaną siłą,
zabrać go w swoje sieci, upić i ogłuszyć. Nie przeżył niczego
podobnego do tej zimy w Warszawie. Jeden nieprzerwany
wir zajęć i spotkań, każda godzina zajęta. Od razu wywietrzały wszystkie myśli i uczucia, zdobyte w zielonym Tyrolu. Desmond wrócił z Danii bardzo przygnębiony i chory.
Karol domyślał się, że kochał się on w jakiejś Polce,
zamieszkałej w Kopenhadze, stąd szły jego sentymenty dla
Polski. Potem zachorował na dobre, trzeba go było oddać
do lecznicy, pilnować, rozmawiać z lekarzami. Jednym słowem, Karol był zziajany jak chart. Natomiast interesy jego
znacznie się poprawiły. Majątek oczyszczał się i zaokrąglał — w tym czasie pomyślał o testamencie, wyznaczając
swoim głównym spadkobiercą Juliusza Zdanowskiego, literata, zamieszkałego w młynie Tarnice. Tak czas zszedł do
marca.
Pewnego ranka, kiedy Karol jeszcze spał po nocy burzliwie spędzonej z adwokatami, którzy wygrali mu jakiś tam
proces, zadzwoniono u drzwi wejściowych. Karolowi nie
chciało się otwierać, ale dzwonek powtórzył się raz, drugi
i trzeci. Wygramolił się więc ze swego łoża, otrząsając
żmudny sen — i znalazł się twarzą w twarz z jakimś
wiejskim chłopcem. Twarz ta wydała mu się znajoma, ale
nie mógł sobie uprzytomnić skąd. Chłopiec ukłonił się.
 — Pan mnie nie poznaje, ja jestem Zdyb. Zdzisio Zdyb...
z młyna — przy tych słowach uśmiechnął się, ukazując całe
dziąsła nad ładnymi zębami. Ten uśmiech dopiero przypomniał go Karolowi.
 — A, Zdzisio — powiedział — no, chodź.
Wrócił do pokoju i usiadł zaspany na łóżku. Zdzisio
nieśmiało zatrzymał się na progu. W małym pokoju kawalerskim Karola wydał się olbrzymim drabem ze swoją
miękką, jasną czupryną i angielskimi zębami. Dopiero teraz
Karol zauważył, że Zdzisio jest bardzo ładny.
 — No, i co tam — zapytał — z Tamie przyjeżdżasz?
 — Z Tamie, proszę pana dziedzica.
 — Z Tamie — powtórzył Karol z pewną niechęcią — 
jak tam? Zdrowi?
 — Zdrowi, proszę pana.
 — Kazali się kłaniać? — spróbował ułatwić Zdzisiowi
sytuację Karol.
 — Nie, proszę pana, pani Łowiecka ani pan Julek nie
wiedzą, że przyjechałem do Warszawy. Miałem być tylko
w Grodzisku u Gryca.
(Gryc w Grodzisku znany jest wszystkim okolicznym
mieszkańcom jako najznaczniejszy handlarz zbożem i rybami.)
 — A dlaczego przyjechałeś?
 — Bo, proszę pana, na młynie nie mają co jeść.
 — Jak to nie mają co jeść?
 — Bo ani grosza nie ma w domu. W młynie już dawno
nie ma roboty, jeszcze przynosiłem kartofli z domu, ale
teraz matka nie daje — tu głos mu się zawahał — bo sama
nie ma. Więc już i kartofli nie ma, aby chleb i kluski żytnie.
 — A pan Julek?
 — E, pan Julek to jeszcze dzieciak. Siedzi i pisze na
wszystkie strony, to jeszcze i znaczki kosztują, ze dwadzieścia pięć groszy dziennie na te znaczki idzie, aż wczoraj i tego
zabrakło.
 — A do mnie pan Julek nie pisał?
 — Nie, do pana dziedzica to nie.
 — Czekaj, zaraz ci dam, ale sam niewiele mam. Trzeba
było pojechać na Krzywiznę, wziąć jakich zapasów. Sikorska by dała.
 — Byłem — spokojnie powiedział Zdyb — ale Kletkie
nie dopuścił. Takie rzeczy wygadywał i nie dał ani jednej
„konsierwy".
 — A cóż to ty tak o wszystkim myślisz? — zapytał Karol
drapiąc się sennie w głowę.
 — A kto ma się zająć? Sam jeden ja tam jestem z głową. — powiedział z dumą, zarumienił się jednak przy tym
mocno, aż jego jasnoniebieskie oczy wydały się jaśniejsze.
Chcąc ukryć rumieniec odwrócił głowę do ściany gestem
pełnym naiwności.
Karol uśmiechnął się:
 — Ładna głowa! Powinieneś był już dawno być u mnie.
 — Nie śmiałem.
Karol dał mu pewną sumę pieniędzy, kazał zwracać się
do siebie, ilekroć w Tarnicach będzie głodówka, i odprawił
Zdyba, poklepawszy go po ramieniu. Jednocześnie zdecydował się na wyjazd do Krzywizny. Z jednej strony przecinało to jego dotychczasowy tryb życia w Warszawie, z drugiej zbliżało do terenu. Chciał być obok przyjaciela, któremu się tak źle powodziło, a przy tym przypuszczał, że idylla
o głodnych żołądkach jest skazana na zgubę. Desmond,
wyzdrowiawszy, też podążył za nim do swojego pokoiku, na
poddasze, gdzie przebywał rekonwalescencję. Kletkie miał
dla kogo gotować, ale pił teraz tak, że niewielka była z niego
pociecha.
Od dawna Karol nie był na wsi o tak wczesnej wiośnie.
Jeżeli na jesieni podziwiał krajobrazy olbrzymie i rozległe,
teraz zakres wrażeń zmniejszył się niepomiernie, w małej
jednak skali odkrywał te same wzruszające zjawiska, te
same cuda. Odkrycie przyrody, jakie nastąpiło w Salzburgu
nie zblakło, nie znikło w tej przykrej, dymnej, wietrznej
mazowieckiej wiośnie.
Wychodził codziennie od samego rana pomiędzy pola
albo do ogrodu. Skowronki piszczały, podnosiły się w górę
i drobne nutki ich śpiewu były jak pierwsze blade listki na
wdzięcznych brzozach. W deszczach porannych, pomieszanych z zimnym wiatrem, stały polne grusze, całe okryte
pąkami. Czekały na pierwszy promień, aby się rozwinąć.
Krzyż przydrożny, obsadzony czterema krzakami głogu,
czerniał w mokrym powietrzu i wysychał w wietrze, jak
gdyby był żywy.
Obserwował te zjawiska jak posuwanie się strzałki na
zegarze, który miał wybić jakąś nową, radosną godzinę. Nie
umiał się oprzeć uczuciu oczekiwania na wielkie jakieś
i piękne zdarzenie. Czekał na rozwinięcie się drzew, na
powrót ptaków.
Kiedyś wieczorem, już było ciemno, wracał z rozmokłego, czarnego i pachnącego pola. Nad nim przechodziły
niskie, gęste chmury życiodajne. I nagle w tych chmurach
rozległ się krzyk przenikliwy, tęskniący i wiosenny. Krzyk
dzikich gęsi. Przeleciały gdzieś nad nim, nisko lecąc i prędko. Po chwili głos ich rozległ się już daleko.
 — Nie dogonisz, Karolu, nie dogonisz — powiedział
głośno do siebie i serce mu się ścisnęło ostrą żałością.
Desmond, mizerny jak trup murzyński, chodził za nim,
powtarzając angielskie, francuskie i duńskie wiersze, jakie tylko pamiętał, teraz już dodawał do tego repertuaru
i polskie, a tymczasem wiosna się chmurzyła, chłodła,
bladła. Czas na Krzywiźnie dłużył się, a z Tamie nie było
wiadomości.
O tym czasie wydarzył się pewien wypadek. Kletkie pił
tego dnia na umór i leżał nieprzytomny u siebie, wszyscy
w domu spali i Karol z Desmondem też mieli iść na
spoczynek, kiedy nagle przyleciała Sikorska z wiadomością
jak grom z nieba spadającą, że Genowefa rodzi.
Trzeba było zaraz pojechać po akuszerkę do Sulistrzyc.
Pani Sikorska sama się tam wybrała, ponieważ ona jedna
znała dom, gdzie babka mieszkała, a przecie zależało na
pośpiechu. Karol, przerażony i zaniepokojony, poszedł do
chorej. Leżała sama w ciasnej komórce za pokojem Sikorskiej i pocąc się mocno chwytała od czasu do czasu za
poręcz łóżka. Stękała równo i nie bardzo mocno, ale na
Karola zwróciła wzrok mętny i jak gdyby nie bardzo
przytomny.
 — To Kletkie winien — powiedziała, choć wcale o nic jej
. nie pytał.
Postał chwilkę nad nią i widząc, że stan nie przedstawia się groźnie, chciał powrócić na pokoje, ale dziewczyna uchwyciła go za rękę i w przerażeniu błagała, aby nie
odchodził.
Karol myślał, że do rozwiązania jeszcze jest daleko, więc
nie niepokoił się bardzo tą sprawą, gdy nagle Genowefa
krzyknęła raz bardzo głośno, potem wydała z siebie przeciągły odgłos wysiłku i cierpienia i jej mała córeczka przyszła
na świat w oczach Karola. Ujrzał małą istotkę, czerwoną
i przerażającą ze swoją grubą pępowiną, jak leżała między
nogami Genowefy we krwi i w śluzie. Istota ta nagle zaczęła
prychać jak małe źrebię, tylko o wiele delikatniej, i po chwili
spod nóg jęczącej Genowefy rozległ się cienki i żałosny pisk
niemowlęcia.
Karol, wstrząśnięty do głębi, nie puszczał ręki Genowefy,
nieprzytomna ze wstydu i radości, jęczała i płakała jeszcze.
Nachylił się nad dzieckiem, wydało mu się szpetne i tak
żałosne, że także chciało mu się płakać.
„Człowiek" — pomyślał swoje.
Zaraz jednak zjawiła się Sikorska z babką i wyprawiła go
ze śmiechem do pokoju, ale Karol nie mógł się śmiać.
Wstrząsnęło nim to żałosne i nędzne narodzenie człowieka.
 — Wszyscy, wszyscy tak się oni rodzą — mówił do
Desmonda.
A Desmond powiedział: — Mam wrażenie, że pan także
tak samo się urodził. Prawda?
Z Tamie nie mogło być wiadomości, nic się tam nie
działo. Julek pod wpływem trosk materialnych i trwogi
o zdrowie Jadwisi, która zaczęła gorączkować, coraz bardziej zapadał w odrętwienie, które z pozoru można było
wziąć za egoizm. Machinalnie odbywał lekcje z chłopcami,
co stało się niezwykle ciężkim obowiązkiem, potem szedł do
młyna, gdzie mu Jadwisia kazała sprawdzać prace Zdyba.
Ale sprawdzanie to nie zabierało wiele czasu: roboty było
coraz mniej, a na przednówku zupełnie ustała. Zdzisio
przywoził jakieś pieniądze, twierdząc, że to są należności
ściągnięte od chłopów i od Żydów. Julkowi nie przychodziło do głowy, aby wyrazić najmniejszą wątpliwość co
do źródła tych dochodów. Jadwisia wiedziała, że dawał je
Hopfer, wypędzony z młyna przyjaciel Juliusza.
Pewnego dnia pod koniec marca rozegrała się pomiędzy
kochankami bolesna scena. Na obiad znowu była kartoflanka i kluski żytnie, które Julek spożył w milczeniu
i poprosił o herbatę. I wtedy nagle rozdrażnienie i smutek
Łowieckiej spowodowały nieoczekiwany atak i spadły na
głowę Julka inwektywy i wyrzekania. Łowiecka twierdziła,
że przez Julka marnuje sobie życie i życie swoich dzieci we
młynie, że wszystko tak się źle układa przez Julka i że przez
niego żyje w strasznym grzechu. Łowiecka nie była religijna,
życie spędzała w puszczach karpackich, równie chyba dzikich, co młyn podwarszawski — jednym słowem, wszystkie
zarzuty, skierowane do Julka, były bezpodstawne i niesprawiedliwe. Zdziwiło go to bardzo, pomyślał, że nie znał
chyba dotychczas tej kobiety, ale zrobiło mu się jej niewymownie żal i starał się uspokoić łzy, które obficie skropiły
twarz jego wymizerowanej przyjaciółki.
Objął ją serdecznie, posadził, całował w czoło i głaskał po
włosach. Łowiecka się z wolna uspokajała.
 — No, powiedz, mała — mówił do niej łagodnie — no,
powiedz i nie płacz, powiedz, przecież jesteś szczęśliwa,
przecież jesteś szczęśliwa, prawda? Pamiętasz, jak było w tej
modlitwie: „Żal mój, o Panie, to niezrozumiane marzenie
moje... kwiat nie marzy, nie płacze... żadna myśl mu nie
przyjdzie... a Ty nie chciałeś, bym żyła bez wiedzy, że żyję..."
Przecież rada jesteś z tej wiedzy. No, powiedz, jesteś
szczęśliwa?
 — Jestem — dość niepewnie odpowiadała Łowiecka.
 — Widzisz więc, na rzecz szczęścia trzeba ponieść niektóre ofiary. Opłaci się przecierpieć dużo rzeczy za cenę
jednej krótkiej chwili szczęścia.
 — A jeżeli się nie opłaci? — rzuciła przez łzy Łowiecka.
Julek przy tych słowach ujrzał przepaść tego, czego się
pozbawił za cenę krótkiej chwili szczęścia. Przepaść promienną i ogromną, od której oddzielał go teraz płotek
wątły niby stawidła zamknięte. Woda z promiennej przepaści nie przesączała się przez te stawidła nawet skromną
kropelką — i czuł, że wargi ma zeschnięte.
Odtąd powrócił do samotnych wędrówek, aczkolwiek
przedwiośnie było bardzo brzydkie i chłodne powiewy przenikały łatwo jego mizerne palto. Chłodno było i ponuro. Na
spacerze czasami dochodził do tego zakrętu nad łąkami,
skąd widać było już kościół w Sulistrzycach. Pośród ogołoconych szarych drzew sterczała w górę jego pomalowana na
niebiesko wieżyczka, ocieniona rdzawym daszkiem. Drzewa
na cmentarzu, targane wiatrem, wyginały się w stronę
wschodnią, gałęzie miotały się żałośnie, niebo szarzało,
przykryte jednostajnymi, gęstymi obłokami.
Nieraz myślał o tym, żeby pójść jeszcze dalej, minąć kościół i zajść na Krzywiznę. W tej chwili folwark Hopfera
wydawał mu się przystanią, meble kryte kretonem — ogrodem wypoczynku, a Desmond czymś uspokajającym jak
chłodne źródło. Ale wiedział, że nie może tam pójść. Musiałby przejść koło kościoła, uchylić czapki przed zdradzonym krzyżem. A tam, na Krzywiźnie, nie ma już dla niego
miejsca... I kiedy myślał o niemożności pójścia dalej, usprawiedliwiał się króciutką formułką:
 — Jadwisi byłoby tak nieprzyjemnie!
Pewnego razu, gdy przyszedł z takiej samotnej przechadzki zziębnięty porządnie, myślał o napiciu się wódki.
Przed młynem stały nieznajome konie, ale nie zwrócił na nie
uwagi, tyle tu przyjeżdżało furmanek z ziarnem lub po
mąkę. Dopiero przechodząc przez młyn zauważył dziwną
minę Zdzisia, który zagryzając usta odwiązywał worek
razówki od rury. Kiwnął porozumiewawczo głową.
 — Co się stało? — spytał Julek.
 — Pan Łowiecki przyjechał — odparł szeptem Zdziś,
zbliżywszy wargi tuż do jego ucha.
Serce w Julku zamarło. Ale nie zawahał się ani chwili
i pewnymi krokami wdrapał się na schody i wszedł do
pokoju. Jadwisia i Łowiecki podnieśli się od stołu. Łowiecki
był wysokim, szpakowatym mężczyzną z dużymi wąsami.
Jadwisia miała ślady łez na twarzy, powiedziała zresztą
spokojnie:
 — Pan Zdanowski, pan Łowiecki.
Panowie się przywitali, po czym wszyscy usiedli przy stole. Łowiecki zaprosił Julka gospodarskim gestem. Na stole
stało jedzenie. Łowiecki jadł i pił wódkę, potem poprosił
o herbatę. Zdzisio przyniósł zagotowany czajnik i obrzucił
siedzących przy stole spojrzeniem jak gdyby wyższości czy
nawet lekkiej ironii. Julkowi uszy paliły się ze wstydu.
I Julek, i Jadwisia milczeli. Łowiecki za to dużo mówił,
zresztą na tematy obojętne.
 — Dziwi się pan zapewne — zwrócił się do Julka
w pewnej chwili — iż mnie pan tu widzi. Ja sam nie
spodziewałem się, że znowu zawitam do młyna.
Głos miał dość płaski, ale męski, mocny, zaciągał przy
tym kresowo. Był silniejszy, zaradniejszy od Julka. Siedział
naprzeciwko niego i patrzał wprost w jego oczy swoimi
niebieskimi, wypukłymi źrenicami. Na białkach tych oczu
widniały czerwone żyłki, włosy jasne i siwawe, zaczesane na
jeża, podkreślały jego wiejski wygląd.
 — Przyjechałem ja tutaj — ciągnął dalej, mieszając
z hałasem herbatę łyżeczką i pogryzając chleb z wędliną,
jaką widać sam przywiózł, bo w domu nic przecie nie
było — żeby synków zobaczyć. Dawno ich nie widziałem,
no, i stęskniłem się. A z Warszawy teraz będę miał tutaj
niedaleko. W Warszawie teraz mieszkam, do zarządu lasów
państwowych mnie "przeprowadzili". Mieszkanie ładne
mam w kooperatywie na Żoliborzu. Na jesieni chłopców
do .siebie zabiorę. Myślę, że mi ich oddacie? Co, nie? Jak
myślicie?
Mówił to wszystko serdecznie i spokojnie, na Julka patrzył raczej z życzliwością, jak na młodszego brata, i rozmową swą wytwarzał nastrój familijny, zaciszny. W pokoju było ciepło, Julek z przyjemnością pił gorącą herbatę.
Łowiecki wniósł atmosferę prostoty, przyjęcia faktów
dokonanych bez żadnego dramatyzowania. Miał przy tym
niepokojącą pewność siebie. Czuło się, że traktuje tarnicki
epizod swojej żony jako coś przemijającego, nietrwałego,
i ta właśnie pewność przenikała Julka dreszczem.
Łowiecki nie zabawił długo we młynie. Przywiózł chłopcom karmelków, oddał to im, nie skrzywił się, kiedy na
pytanie, z kim się teraz uczą, odpowiedzieli, że z"wujkiem",
przejrzał ich książki i kajety. Przez cały czas jego wizyty
Jadwisia starannie unikała wzroku Julka. Z powiekami zapuszczonymi na oczy, z wątłym uśmiechem na wargach,
milcząca, wydała się pełna lęku i ściszenia. Postać jej jak
gdyby zatarła się w cieniu marcowego wieczora.
Ściemniało się już, kiedy Łowiecki wyjeżdżał. Odprowadzili go oboje na próg młyna, pan leśniczy pochylił się
i pocałował Jadwisię w oba policzki, pobieżnie i sakramentalnieJak gdyby wyjeżdżał na dwa dni do miasteczka. Julek
odczuł bardziej niż kiedykolwiek, że Jadwisia jest cudzą
własnością, należy do innego świata, innego pokolenia.
Że przezwyciężenie jej małżeństwa jest niemożliwością.
Łowiecki, siadając do bryczki, powiedział do żony:
 — Jeżeli będziesz kiedy w Warszawie, to zajdź, zobacz,
jak ja mieszkam. Mogłabyś nawet przenocować, mam teraz
trzy pokoje.
Bryczka odjechała furkocząc gęsto. Łowiecki odwrócił
się, kiwnął ręką i zniknął w zimnym cieniu. Bez słowa
zawrócili do siebie.
Przez tę krótką chwilę, co stali przed domem, Julek
odczuł, że ostry wiosenny wiatr zmienił swój charakter.
Zimno było, a jednocześnie ten wiatr przynosił odległy
oddech topniejących śniegów. W niebieskim zmroku gwizdania tego wichru grały już niejesienną muzyką.
Usiedli przy stole na tych samych miejscach, zielony
klosz lampy rzucał martwe cienie na ściętą twarz Jadwisi.
Bębniła palcami po obrusie.
 — Fiu, fiu — powiedziała nagle — mieszka w Warszawie!
Julek poczuł, że dla Łowieckiej mieszkanie w Warszawie
było od dawna ideałem. Że wiele oddałaby za to, aby móc
się zakwaterować w stolicy. I zamiast aby ocenić wielkość
jej ofiary, że dla niego zostaje w tym pustkowiu, w tej
biedzie, poczuł zazdrość. Nie o Łowieckiego, starszego,
silnego pana, ale o miasto.
Ściemniło się zupełnie, gdy tak siedzieli naprzeciwko
siebie, bez słowa przeżuwając myśli, które im nasunęła ta
niespodziana wizyta. Julek wstał wreszcie i wyszedł na
balkon. Za stawem, na wschodzie, hen, paliła się słaba łuna,
martwo nieruchoma w podmuchach gwałtownego wiatru.
Światła Warszawy odbijały się w czarnym niebie, tak bliskie
zdawało się, a tak nieosiągalnie dalekie.
Wtedy Julek poczuł rzecz przykrą niezmiernie. Już nie żal
ani nie rozpacz. Tylko to, że miłość Jadwisi, prawdziwa,
rzeczywista miłość — to było bardzo, bardzo mało.
Wrócił do niej, pocałował ją, objął serdecznie i prosto.
Po wyrazie jej oczu spostrzegł, że odegnał od niej daleko
nie tylko myśli o dawnym mężu — który ją brutalizował
i bijał — ale i o Warszawie, o wszystkim innym życiu. Ale
jednocześnie czuł, że to życie, które nadchodziło, przypływało z pierwszym marcowym zapachem stopionego
śniegu, zawierało w sobie wielką pustkę i niedokonanie.
Miał kiedyś to wrażenie, kiedy w górach wybrał się na
szczyt, nawet łatwy, i ulegając podszeptom lenistwa zawrócił spod samego wierzchołka.
Zasnął tego wieczora z tym brakiem w duszy i następne
chłodne i chmurne tygodnie nie przyniosły mu zapomnienia
ani rady na ten ciągły smutek.
Pewnego dnia obudziło go o świcie lekkie ukłucie w rękę;
pająk, ugryzłszy go, przebiegł potem po ciele i schował się
za wezgłowiem łóżka. Julek obejrzał małą rankę u nasady
wielkiego palca lewej ręki, gdzie widniał podwójny znak
ukąszenia. Potem próbował zasnąć, ale nie mógł. Przewracał się z boku na bok, pić mu się chciało, wyszedł po
wodę do dużego pokoju. Słońce wschodziło za mgłami na
stawie. Otworzył drzwi i wyszedł na balkon. Było chłodno,
wrócił, narzucił płaszcz i znowu stanął na balkonie.
Woda, zarośla, drzewa — wszystko razem stanowiło jak
gdyby jedną całość, twarz jakąś, zanurzoną w welon mgły.
I Julek długo stał, wpatrując się w ową twarz. Pragnął
przeniknąć jej znaczenie, ale wiedział, że na próżno. Chciał
rozedrzeć tę mgłę i ujrzeć Boga poza nią, ale nie mógł.
Niezrozumiałość świata nie przeniknęła nigdy jeszcze głębszym przerażeniem jego struchlałego serca. Zaplótł ręce na
czole i powtarzał imię, pusty dziś dźwięk dla niego:
 — Boże, Boże, Boże! Co to wszystko znaczy?
I jakby coś od tego zależało, ponaglał to pytanie, czynił je
natarczywym, koniecznym, nieodpartym:
 — No, Boże, no co to wszystko znaczy? Skąd mam wziąć
znaczenie? No, no, no?
Ale martwy pejzaż natury nie dawał żadnej odpowiedzi.
Krzaki stały naokoło młyna bezbarwne i jakby zaczajone,
chciwie pochłaniające swój sekret, jakby cofnięte o parę
milimetrów w głąb wieczności. Szara woda leżała za nimi
cicha i płaska niby cynowy talerz.
Uciekł, przejęty chłodem. O, jakże strasznym chłodem,
który jak lancet ostry i cienki przenikał go i szukał dawnego
rozpalonego serca, aby je porazić. Pustka świata wydała mu
się pustką lustra, w którym nie ujrzał swego oblicza.
Zasnął twardym i głębokim snem. Zbudziła go Jadwisia,
wesoła, jakby młodsza: otwierając oczy ujrzał ją nad sobą
w czerwono-czarnym szlafroku, wyspaną, uśmiechniętą,
i znowu miał to poczucie bezpieczeństwa, istnienia w jej
sferze, w zakresie jej oddechu.
 — Wstawaj — wołała — wstawaj. Tarniny zakwitły!
Zerwał się z łóżka. Mgły poranne podniosły się ku górze
i zrobił się piękny wiosenny dzień. Wyszedł na balkon — 
krzaki, które o świcie wydawały mu się martwe i szare, stały
teraz na tle niebieskiej wody i niebieskiego nieba całe osypane białym śniegiem kwiatów. Prędko połknął śniadanie.
 — Pójdziemy zaraz obejrzeć tarniny — powiedziała pani
Łowiecka.
 — Wiesz — poskarżył się Julek — pająk ugryzł mnie
w rękę... dziś w nocy... o, patrz... — i pokazał jej draśnięcie. — Wiesz, że wciąż mnie to boli.
 — Głupstwo — Łowiecka machnęła ręką — zaraz ci to
obmyję.
Przyniosła wody utlenionej i przemyła rankę watą.
 — No, już. Głupstwo, powiadam ci. — Julek zdziwił się,
złowiwszy nutkę niepokoju w jej głosie.
Poszli na tarniny. Te krzaki ciągnęły się daleko wzdłuż
wody. Nigdy się ich nie zauważało, w lecie jak w zimie były
niepozorne. Dopiero teraz, i na kilka tylko dni, stały w całej
swej krasie. Śnieżne pióropusze, strusie pióra opadały z bezlistnych szarych gałęzi, lekkie jak tchnienie wiatru. W pewnym miejscu tarniny formowały gęste zarośla, wyższe od
człowieka fontanny puszystej, śnieżnej bieli. Chcieli przejść
przez te zarośla i zaplątali się w nich. Jadwisia przeszła
boczną ścieżką i Julek słyszał jej głos już nad stawem.
Wołała:
 — Julek, Julek, patrz, jak ślicznie jest nad wodą!
A on tymczasem nie mógł przedrzeć się do jej głosu. Wydawało mu się przez chwilę, że widzi to we śnie. Otoczyły go
tarniny gęste i kłujące, stracił ścieżkę i darł się na oślep przez
krzaki. Rozchylił dwie gałęzie, obrosłe białym mchem,
i ujrzał staw żywy i błękitny, i Jadwisię, stojącą nad wodą,
zamyśloną, z rękami założonymi nad głową. Cała jej postać
odcinała się na niebieskim tle. Pierwsze wiosenne obłoki
wstawały w stronie Krzywizny i szły niebem. Ogromna
biała twierdza — mieszkanie anioła — stała nieruchoma,
trójkątna, zbita z puchu kwietnego, koloru górskiego śniegu, wieża Babel podniebnych regionów. Obłok poczynał
odbijać się w wodzie.
Obecność Jadwisi w tym pejzażu nadawała mu jakiś sens,
mglisty wprawdzie i nieokreślony, ale przecie uchwytny.
 — Kocham cię — powiedział głośno, choć ona nie mogła
tego słyszeć.
I w uniesieniu ścisnął oba pręty kwitnącej tarniny, które
rozchylał rękami. Ukłuł się w lewą dłoń. Spojrzał — kolec,
ostry, długi kolec tarniny wbił mu się o cal od śladu
ugryzienia pająka. W ukłuciu tym widniała gruba, czerwona kropla krwi. Purpurowa jej farba żywo kontrastowała
z sinym kolorem nieba i wody, z bielą obłoków i kwiatów,
z czernią sylwety kobiecej.
Nie zważając na ukłucie, Julek podszedł do Jadwisi. Zdjął
jej ręce znad głowy i ucałował je. Usiedli nad brzegiem
stawu, objąwszy się, i wciągali w nozdrza świeży zapach
wilgoci i kwiatów, zapach wiosny.
 — Nie martw się, Jadwisiu — mówił Julek — nie martw
się. Jesteśmy szczęśliwi, będziemy szczęśliwi.
I pochyliwszy się ku niej patrzył w jej oczy. Ale w czarnych, nieładnych źrenicach tej kobiety czaiły się jakieś
błyski, jakieś cofnienia. Jakby uchylała się od odpowiedzi,
jakby zamykała się przed Julkiem, jakby odchodziła od
niego myślą. Powtórzyła jak echo:
 — Będziemy szczęśliwi.
A Julek raz jeszcze odczuł ostro osobność swojej istoty,
odrębność jej i samotność. Złudzenie kontaktu z innym
człowiekiem, jakie mu dawała obecność Jadwisi, pierzchało
i zostali sami, choć we dwoje — dwoje samotnych ludzi nad
samotną wodą.
Przybiegł Drucik, odnalazłszy ich w zaroślach. Psisko
ucieszyło się i stukało ich łapkami, ale ta psia radość jak
gdyby powiększała smutek momentu.
Pod wieczór Julek uskarżał się na rosnący ból w dłoni.
Ręka mocno spuchła i na szczycie obrzęku widniały dwie
rany: ślad ukłucia pająka i ślad tarninowego kolca. Jadwisia
posłała Zdyba po wodę Burowa do apteki, ale Zdziś długo
nie wracał. Okazało się, że spotkał Kletkiego i tak sobie
przymówili, że aż ludzie musieli ich rozłączać. Widać zgodę
czy niezgodę musiano zapijać u starego Stukułki, bo Zdziś
wrócił późno, mocno zawiany, i na uwagi pani Łowieckiej
począł się stawiać bardzo hardo.
Julek w nocy rzucał się przez sen i zapewne miał trochę
gorączki. Śnił mu się pająk, umykający w głąb tarninowych
zarośli, pająk, stający się z małego ogromnym. Nad ranem
silny ból ręki obudził go i nie dał mu już zasnąć. Spuchło mu
całe przedramię i wzdłuż muskułów widniały podłużne czerwone pręgi. Jadwisia przestraszyła się i posłała po doktora.
Pod wieczór przyjechał lekarz powiatowy, obejrzał rękę, kazał położyć bardzo silny kompres rozgrzewający i odjechał.
Po południu Julek zapadł w rodzaj drzemki ciężkiej i przerywanej dreszczami. Kazio pomagał we młynie Zdzisiowi,
gdzie było znowu trochę ziarna. Łowiecka posadziła Stasia
przy chorym, a sama piechotą poszła na Krzywiznę pożyczyć termometru, ponieważ Julkowi trzeba było mierzyć
temperaturę.
Tego pogodnego wieczora Karol siedział na balkonie od
ogrodu i czekał na zachód słońca.
Rozmowa z Kletkiem nie dała żadnego rezultatu, nie
przyznawał się do ojcostwa córeczki Genowefy. Stanął
pośrodku kuchni w pozie natchnionej i potrząsając prawicą
nie tylko podawał w wątpliwość zeznania biednej pomywaczki, ale jeszcze wzywał na jej głowę pomstę i wszystkie
nieszczęścia. Skończyło się na odprawieniu.
Pakując potem swe manatki złorzeczył z pianą na ustach
całej Krzywiźnie i jej właścicielowi, wypominając wszystkie
wielkie rody i wszystkie wspaniałe pałace, gdzie jadano
antrykoty i guriewskie kasze.
W porównaniu z tymi splendorami gasła Krzywizna
i gasły nazwiska jej mieszkańców. Ale pan Kletkie, aby
ostatecznie pognębić ich, począł jeszcze wyliczać menu wielkich przyjęć i wesel, które ongi przygotowywał. Sikorska
uginała się pod tymi nazwami. A on stał w kratkowanych
spodniach na ceglastej podłodze i wymachując szpicrutą,
ozdobioną oksydowaną psią główką, sypał nazwami potraw i ingrediencyj, które biednej gospodyni wydawały się
nazwami zamorskich diabłów.
Został teraz tylko Desmond King, który błąkał się po salonie, puszczając coraz to nowe płyty. W spokojnym powietrzu wiosennego wieczora dziwnie brzmiały poryki saksofonów i bardzo tęskny głos piły czy gitary hawajskiej: wszystko stworzone dla nocy w zamkniętych i dusznych lokalach.
Ten jazz rozpływał się bez wrażenia w wiejskim i cichym
czekaniu na koniec dnia. Czerwone słońce nie pochłaniało
jak gdyby tych brzmień i błąkały się one bezdomne i przez
to jeszcze bardziej żałosne w niebieskiej atmosferze, otaczającej dwór. Gitary brzęczały razem z pierwszymi owadami.
Desmond czuł się lepiej. Razem z Karolem mówili
dużo o wiośnie i o nowym życiu, Desmond trzymał
do chrztu małą Genowefy, chciał ją nazwać „Night",
ale polskie zwyczaje na to nie zezwoliły, nazwano ją
Natalcią. Karolowi robiło się jasno — rozsnuwał się
przed nim świat odrodzony i trochę łatwiejszy. Piękne
to były dni.
...Ali night have the roses heard...
Nagle stanęła przed Karolem Łowiecka. Nie spodziewał
się tej wizyty. Suknia na niej była potargana, a włosy rozrzucone. Szła, widać, szybko i zmęczyła się. Prędkimi słowami zaczęła prosić o termometr: Julek jest chory.
Karol przestraszył się z początku, zrozumiał, że coś
jest niedobrze. Uspokoił się zresztą znacznie, dowiedziawszy się, o co chodzi. Jakieś tam głupie ukłucie. Tylko
Łowiecka tak bezładnie i w tak zmieszanych słowach opowiadała, że nie mógł akuratnie wymiarkować, czy to od
ukąszenia pająka, czy też od kolca tarniny to zakażenie.
Ostatecznie nie odpowiedziała mu na to pytanie. Łowiecka siedziała dłużej, niż wymagało tego pożyczenie termometru. Widać było, że się zmagała i męczyła, że chciała
coś jeszcze powiedzieć Karolowi. Ale ten nie zachęcał jej
do wywnętrzenia się, bojąc się, że to będą przeprosiny
za wymówienie domu.
Karolowi wydawało się, że nazbyt wyolbrzymia chorobę
Julka i użyła jej tylko jako pretekstu do przyjścia na Krzywiznę. Ponieważ Karol jutro miał być parę godzin w Warszawie, obiecał przywieźć lekarza, swojego kolegę, znanego
zresztą chirurga.
Łowiecka zwlekała z odejściem, jak gdyby się bała
powracać do młyna. Karol miał wrażenie, że chciała coś
powiedzieć, o coś zapytać. Potem powiedziała tylko, że
Julek prosił, aby pan Desmond przyszedł. Wreszcie, nie
wydusiwszy z siebie rzeczy, zdawało się, najważniejszych,
poszła, zabrawszy termometr.
Nazajutrz Desmond od samego rana pojechał do młyna. Karol dopiero po południu przybył z Warszawy. Lekarz miał przyjechać wieczorem. Karol wprost z kolei
kazał się wieźć do Tamie. Młyn stał bezczynny, nikt nie
wyszedł na jego spotkanie. Przebiegł zamroczoną część
młyna i zakurzone schody. W dużym pokoju natknął się
na kogoś leżącego krzyżem na ziemi. Ku swojemu przerażeniu poznał księdza Górskiego.
 — Jezus, Maria! Co ksiądz tu robi? Co to jest? — i prawie siłą podniósł staruszka z ziemi. Ksiądz płakał.
 — Niech pan sobie wyobrazi — mówił zmienionym
głosem — niech pan sobie wystawi, nie chciał się wyspowiadać, nie chciał się wyspowiadać... odwrócił się
od stołu Pańskiego... odwrócił się do ściany... zacisnął
usta...
 — Co się stało? — Karol odprowadził czym prędzej płaczącego starca w kąt najbardziej odległy od sypialni Julka
i usadowił go na krześle. — Co się stało, proszę księdza?
Czy jest tak źle?
 — Łowiecka mnie wezwała. Przybyłem natychmiast.
A on nie chciał, nie chciał. Taki człowiek!
 — Czy jest tak źle?
 — Bardzo źle.
Karol zostawił księdza, wspartego o ramę okienną
i wstrząsanego gwałtownym, choć bezgłośnym szlochem.
Wszedł do pokoju Julka, cicho otwierając drzwi. Panował
tam półmrok. Łowiecka z rozpuszczonymi włosami stała
nad łóżkiem, Desmond siedział przy chorym trzymając go
za zdrową rękę. Julek w strasznej gorączce leżał na wznak
dysząc ciężko. Pod przymkniętymi powiekami błyskały
białka. Cała lewa ręka spoczywała pod bandażami, spuchnięta jak kłoda. Czerwone pasma zakażenia wydostawały
się spod bandażu na ramię i piersi.
Łowiecka odwróciła się i spojrzała na wchodzącego.
Desmond rzucił także jak gdyby obojętne, ale bardzo
bolesne spojrzenie i znowu powrócił do nieruchomego
wpatrywania się w twarz chorego.
Karol wyciągnął Łowiecką do drugiego pokoju.
 — Co się dzieje? — powtórzył. — Czy znacznie gorzej?
Łowiecka nie odpowiadała, wargi trzęsły się jej od powstrzymywanego płaczu, gładziła bezmyślnie klapy marynarki Karola. Widząc, że wybuchnie ona lada chwila łkaniem, wyciągnął ją jeszcze dalej, do przeciwległego pokoiku
chłopców, którzy tam stali przy oknie. Karol kazał im
wyjść, usunęli się do młyna.
Jadwisia się jednak nie rozpłakała. Opowiadała, że Julek
nie spał całą noc, że ona też czuwała. Że był przytomny, ale
mówił takie dziwne rzeczy, połowy nie rozumiała. Że bardzo chciał widzieć Karola.
Że gorączka jest olbrzymia, że serce słabnie, że posłała po
księdza... Podobno Julek rzeczywiście nie chciał patrzeć na
księdza i odwrócił się od sakramentu do ściany z zaciśniętymi wargami. Ksiądz, obawiając się profanacji, sam spożył
komunikant.
Karol zostawił Jadwisię w pokoiku chłopców, prosił ją,
aby przygotowała gorącej herbaty dla księdza Górskiego,
który teraz siedział cichutko w stołowym, złożywszy głowę
na ręce. Sam poszedł do Julka.
Julek otworzył oczy, ale Karola nie widział. Desmond
półgłosem mówił wiersze, a kiedy ustawał, Julek szeptał:
 — Jeszcze, Desmond, jeszcze.
I Desmond, rzuciwszy znowu przelotne zrozpaczone
spojrzenie na Karola, rozpoczynał recytację:
It was the schooner Hesperus
That sailed the wintry sea...
I ciągnął do końca swoją balladę, a kiedy przestał, Julek
otwierał oczy i mówił znowu mocnym głosem:
 — Jeszcze, Desmond, jeszcze.
15. 
I Desmond bezmyślnie powtarzał ostatnią zwrotkę:
Such was the wreck of the Hesperus
In the midnight and the snów...
Christ save us from a death like this...
Przyjechał doktor, zbadał chorego i wyszedł z Karolem
do stołowego. Ksiądz Górski siedział na fotelu z wielkim
brewiarzem i modlił się prawie głośno. Doktor powiedział
obojętnie:
 — Wczoraj jeszcze była możliwość amputacji ręki.
Gdy Karol odprowadzał doktora przez młyn, ujrzał, jak
w głębi wzburzony i czerwony Zdzisio wznosił rękę do bicia
małego Kazia; grupa ta, oświetlona czerwonawym światłem
z komórki Zdzisia, zginęła mu z oczu, przesunąwszy się
w cień. Po odprowadzeniu lekarza do koni, Karol, wracając
przez ciemny młyn, natknął się na Zdyba.
 — Czego bijesz małego? — oburknął go, myśląc o czym
innym.
 — A bo, proszę pana, świństwa na matkę gada.
 — Świństwa?... Na matkę?...
 — A tak. Taka z niego cholera.
Teraz Julek poczuł się lepiej. Gdy Karol wszedł do
jego pokoju. Łowiecka klęczała przy łóżku, Desmond
przestał mówić wiersze; Julek poznał przyjaciela i uśmiechnął się.
 — Julku — powiedziała nagle pełnym głosem i jakby na
coś zdecydowana Łowiecka — Julku, słuchaj mnie.
Karol struchlał. Julek uśmiechnął się raz jeszcze, słabo
i mniej przytomnie. Powiedział z wielkim wysiłkiem:
 — Jadwisiu... no, co, Jadwisiu?...
 — Ja muszę ci coś powiedzieć. Ja chcę, abyś ty wiedział
wszystko.
Łowiecka usiadła na brzegu łóżka i obu rękami łapała
zdrową dłoń Julka, którą on wysuwał z jej uścisku.
 — Słuchaj mnie, słuchaj...
Karol zrozumiał, że przyszła na niego kolej działania.
Postąpił żywo do łóżka i ujął panią Łowiecką za ramię.
 — Pani Jadwigo — powiedział twardym szeptem nad jej
uchem — pani Jadwigo. Niech się pani zastanowi, Julek jest
chory.
 — Łowiecka odwróciła na niego nieprzytomne oczy, nie
rozumiejąc tego, co mówił.
 — On nie może tak odejść — powiedziała nagle głośno — 
on nie może tak odejść, ja muszę mu powiedzieć całą
prawdę.
Karol szybko opanował sytuację. Szarpnął Łowiecką
z całych sił za ręce, poderwał ją z łóżka; ujrzał, że Julek
szeroko otworzył oczy i przerażony patrzył na ich szarpaninę. Oczy te w gorączce wydawały się prawie czarne
i głębokie jak studnie.
Karol prawie siłą wyciągnął Łowiecką. W stołowym kobieta z histerycznym krzykiem zawisła mu na szyi:
 — Tak, tak, muszę mu powiedzieć. Niech on tak nie
odchodzi, niech on tak nie odchodzi...
Karol wyciągnął ją do schodów:
 — Niech mu pani da spokojnie umrzeć.
Spadli prawie schodami w dół do młyna. Zatoczyli się
w ciemności, oparli się o jakieś worki. Łowiecka szarpała na
sobie suknię.
 — Niech on wie, niech on wie, ja muszę mu powiedzieć...
 — Niech się pani uspokoi! — krzyknął groźnie Karol — 
co pani ma mu do powiedzenia? Niech mu pani da umrzeć
spokojnie!
 — Prawdę, prawdę... chcę mu powiedzieć prawdę.
 — Na czorta mu pani prawda!
 — Ja go zdradzałam, zawsze, zawsze, nim jeszcze tutaj
zamieszkał. Zdradzałam go ze Zdzisiem.
W ciemności rozległo się chrząknięcie mocne i chłopskie.
Zdzisio gdzieś tu był w pobliżu. Karol gwałtownie odepchnął Łowiecką w tym kierunku.
 — Zdziś, trzymaj panią — powiedział.
Prawie nieprzytomny wbiegł na piętro. Tu było cicho.
Ksiądz Górski szeptał pacierze bez przerwy. W pokoju
Julka Desmond stał przechylony nad głowami łóżka i trzymał swą czarną, zimną, małpią rękę na rozpalonym czole
umierającego. Zbiegłymi ustami powtarzał jeszcze szeptem
słowa:
...God save us from a death like this...
 — Jeszcze, jeszcze — próbował mówić Julek, gdy milkły
wyrazy Desmonda.
I Desmond rozpoczynał:
 — Ali night have the roses heard...
I trwało to tak aż do czwartej po południu następnego
dnia, o którym to czasie serce Julka bić przestało. Pani
Łowiecka przyszła, gdy był już zupełnie nieprzytomny.
Kiedy Karol z Desmondem wracali końmi do domu,
Murzyn powiedział:
 — Może te wiersze to była jego komunia?
A Karol tegoż wieczora zmienił testament na rzecz
Desmonda Kinga.
W parę tygodni po pogrzebie Julka Karol wybrał się
jednak mimo wszystko do Tamie, aby odwiedzić panią
Łowiecką. Zastał ją w towarzystwie matki, która już nie
opuściła młyna od śmierci Julka.
Był piękny dzień majowy, bardzo ciepły. Niebo napełniło
się dużymi obłokami; stały one wysokie i oświetlone przez
słońce niby modele jakichś gór nieziemskich. Lotne i białe
przemieniały swe kształty, wędrując po nie nazbyt jaskrawym błękicie. Staw błyszczał czysty i niebieski. Gdy
Karol podjeżdżał do młyna, widział, że obaj chłopcy pani
Łowieckiej majstrują coś przy czółnie, które w zeszłym roku
służyło do przejażdżki po stawie. Zostawił Desmonda przy
koniach.
Pani Łowiecka była spokojna i wyglądała lepiej. Gdy na
chwilkę się oddaliła z pokoju, matka jej zakomunikowała
Karolowi, że Jadwisia dostała list od męża, taki dobry
i 'serdeczny, że się bardzo tym listem wzruszyła i całą noc
płakała. Pani Rygielowa spodziewała się, że Łowieccy pogodzą się i że on jej wszystko przebaczy.
Karol spojrzał przez okno na niebieski staw i pomyślał,
że Łowiecka ma też chyba coś niecoś do przebaczenia
mężowi. I jeszcze pomyślał, że nie warto było tyle zachodu
i komplikacyj, jeżeli to ma się tak skończyć. Ale jakże
mogło się skończyć inaczej?
Rzeki wezbrane powracają do swego łożyska, dusze
zabłąkane odnajdują spokój, młodość przeradza się w starość. W tej chwili może nawet zazdrościł Julkowi, że jest już
po tamtej stronie. Na wieki został młodym i wzburzonym.
Nie zaznał za życia uspokojenia.
Łowiecka opowiadała o wszystkich życzeniach i wszystkich powiedzeniach Julka z nabożeństwem i trochę zanadto
szczegółowo. W mowie jej brzmiało rozmiłowanie się we
własnej boleści. Podawała obfitość szczegółów, która przypominała rozmowy jej matki. O wyznaniach dramatycznych nie było mowy. Osoba Zdzisia zdegradowana znowu
została do poziomu młyńskiego parobka.
Karol milczał, patrząc na twarz tej kobiety, która mówiła
bez przerwy.
W pokoju jak zwykle było gorąco i żar szedł od pieca, choć na dworze było ciepło. Wielki biały obłok, jak
wtedy, wypływał powoli zza stawu; a na jego tle małe,
poprzeczne, fiołkowe kreski przekreślały jego biel, podobną do bieli niektórych kwiatów. Gdy Jadwisia milkła na chwilę, od stawu szły okrzyki chłopców i jeszcze
czyjeś: Desmond wołał coś od koni okropną swoją polszczyzną.
Patrzył Karol uważnie w tę twarz, która była grobem jego
przyjaciela. Jak na grobie — zacierały się na niej kresy
i zmarszczki żalu — tylko o ileż prędzej. Kiedy żył Julek,
zdawało się wszystkim, że Łowiecka bez niego nie będzie
mogła istnieć — a kiedy umarł, nowe, nowsze życie zabarwiło jej rysy, była swobodniejsza, pewniejsza siebie, zwyczajniejsza. Z powrotem stała się pospolita, taka jak wtedy,
kiedy ją Karol po raz pierwszy zobaczył.
Fale życia, zaniepokojone zniknięciem Julka, uspokajały
się. Parę pism wydrukuje jeszcze jego ostatnie wiersze,
potem wydadzą tomik — i już, i wszystko. Ta kobieta wróci
do męża; pani Rygielowa zajmie się z powrotem młynem;
Zdzisio zapuści zastawy, bez żalu; koło się poruszy powoli;
żarna zaturkocą, pomiele się razówka, a na Utracie zakwitną żółto irysy i jaskry.
W tej chwili usłyszeli gwałtowny krzyk i jednocześnie
tupot na drewnianych schodach; wbiegł Desmond, podnosząc ręce w górę i piszcząc jak kurczę:
 — Mister Charles, mister Charles, Charles, Charles...
Wszyscy zerwali się z miejsc.
 — Kazik, Kazik — utopii się, utopii się — wołał Desmond.
Kobiety rzuciły się na balkon, ale Karol nie tracił czasu.
Leciał w dół przez schody i przez młyn, zrzucając jednocześnie marynarkę i kamizelkę. Desmond biegł cały czas za nim,
piszcząc jak szczenię. Szarpał go za rękaw i porywał zrzucane części garderoby. Gdy stanęli nad brzegiem. Staś biegał tu i ówdzie ze strasznym płaczem, wskakiwał bez sensu
po kolana do wody i wołał pokazując: — O, tam, o, tam!
Na najgłębszym miejscu błękitnego i cichego stawu leżała
łódź, wywrócona dnem do góry. Coś poruszało się i bulgotało dokoła niej. Karol jeszcze zrzucił buty i spodnie
i wskoczył do stawu. Woda była lodowata i zatkało mu
oddech na chwilę. Ale pewnymi i mocnymi ruchami popłynął w stronę łodzi. Zwłaszcza na głębszych miejscach
było bardzo zimno. Odczuwał jakieś dreszcze w łydkach,
bał się, że dostanie kurczów. Szybko przepłynął ten nieduży
kawałek. Bez trudności namacał rzucającego się w wodzie
Kazika, pociągnął go za włosy, oparł się o łódkę, która
poczciwie poddała się jego próbom. Kazik był w koszuli, już
nieprzytomny. Wziął go za fałdy na plecach i wyciągnął na
powierzchnię wody. Wielkim wysiłkiem ułożył go na wywróconej łódce, która dno miała płaskie. Odwrócił go
twarzą do góry, nozdrzami i ustami chłopca polała się
woda. Od strony młyna płynęli już ludzie na innej łódce.
Karol wszedł jeszcze raz do wody i ująwszy tył łodzi,
pchnął ją silnie w stronę nadpływających, poruszając mocno nogami. Ale jednocześnie poczuł, że oślizłe deski łodzi
wymykają mu się spod dłoni. Uczuł gwałtowny, niemożliwy
ból w piersiach, zaczerpnął wody do ust i nogi odmówiły
mu posłuszeństwa.
Ostatnim wysiłkiem odwrócił się na plecy i zobaczył nad
sobą wysoki biały obłok i liliowe poprzeczne chmurki na
nim, i niebo bez dna i końca, topniejące w błękit. Trwało to
ledwie ułamek sekundy, jednak poczuł i zrozumiał wszystko
to, czego nie rozumiał przez całe życie, a zwłaszcza tamtej
nocy w Werfen. Zasłona świata ustąpiła, rozdarła się, znikła
i ujrzał — nie, nawet nie ujrzał — ale dotknął palcami, przez
które przelewała się bezbarwna woda, żywej tajemnicy,
która przestała już być dla niego tajemnicą. Była tylko
słodyczą bez miary i spokojem tak wielkim, o jakim tylko
śmierć daje pojęcie.
I podczas kiedy odnalazłszy znaczenie świata świat ten
bez żalu porzucał, przez chwilę jeszcze widział na brzegu
stojącego Desmonda z jedną ręką podniesioną ku niebu.
I wydało mu się, że ten człowiek rósł w nieskończoność, rósł
ku spokojnym obłokom, niby wielki czarny anioł, pokazujący palcem blednący szczyt niebieskiego firmamentu.
lipiec 
