Pola Gojawiczyńska 
Rajska jabłoń 
I 
Nowa Kwiryna przyszła na świat jesienią dwudziestego drugiego roku. 
Stało się to na skutek pomyłki Romana, który zważył pewnej klientce 
żądającej pół funta cukru — funt, no, powiedzmy dla ścisłości, niecały funt. 
Klientka była ubogą dziewczyną o rozwichrzonej, bujnej blond fryzurze, i ta 
fryzura zasłoniła twarz Romana stojącego za ladą, tak że Kwiryna na próżno 
dawała mu znaki mitygujące. Cukier ów zdobyła tylko dzięki swej 
przedsiębiorczości po niesłychanych staraniach i zabiegach, umyśliła go więc 
zachować dla klienteli stałej i dobrze płacącej. Ale Roman nie tylko zdawał 
się o tym zapominać, on posuwał się nawet do tak niebywałego roztargnienia! 
Nigdy nie zwracała mu uwagi przy klientach, teraz jednak postanowiła 
zapobiec szkodzie. 
— Czyś ty się nie pomylił, Romanie? 
— Nie. Pół funta cukru. 
W głosie jego zabrzmiało coś gniewnego, to uderzyło ją i powstrzymało 
dalsze pytanie. Spojrzała jeszcze raz na Romana, a potem na dziewczynę i 
zacisnęła usta. Zauważyła, że byli zmieszani. W tej chwili rozległy się 
uderzenia w sufit. To garbata ciotka dawała znać o posiłku. Roman powstał. 
Nie jadali razem południowego posiłku, a obiad odkładano na wieczór. 
Nieraz jednak przekomarzali się: kto pójdzie pierwszy? Dziś Roman powstał, 
rzekł: 
— Zaraz wrócę — i wyszedł. 
Słyszała trzask stopnia, odgłos drzwi na górze, a potem śpieszne dreptanie 
ciotki. Garbata ciotka nosiła pantofle na wysokich obcasach, aby się 
podwyższyć. 
Na razie nic się nie stało. Kwiryna obiecała sobie powrócić do tej sprawy. 
Tego dnia odbywały się zapisy do szkoły na Nowolipkach i Kwiryna 
otworzyła obydwie połowy drzwi, aby uchronić szyby od strzaskania. Co 
chwila wpadał zadyszany berbeć łomocąc nowym obuwiem, z szyją 
uwięzioną w sztywnym kołnierzu nowej bluzy szkolnej, z ramionami 
ruchomymi niczym skrzydła wiatraka. 
— Wody sodowej... 
Kwiryna stojąc brzęczała szklankami: 
— Z sokiem, bez? Z malinowym, cytrynowym?... 
Dziewczynki wchodziły spokojniej, po dwie, trzy i dzieliły się jedną 
szklanką, ceremoniując. 
— Proszę cię, skosztuj, ja i tak nie wypiję wszystkiego. 
Liście akacji, gęsto przetkane złotem, pokryły skwer. Wsparci o żelazne 
sztachety czekali rodzice na wynik wstępnych egzaminów. Okna szkoły 
szeroko otwarte, całe pierwsze piętro nad sklepem panien Ziemskich, tchnęły 
jakąś głuchą ciszą mimo licznych głów dziecinnych sterczących nad 
pulpitami. Ciągle jeszcze napływały gromadki maruderów. Strzępy rozmów 
wpadały do sklepu i zdawały się tu gasnąć w ciszy. Matki, trzymając mocno 
w swych dłoniach dłonie dzieci, udzielają im zbawiennych rad, kładą im w 
głowy: 
— Nie bój się, przecież cię w szkole nie zjedzą. Nie znasz tej nauczycielki, 
czy co? Ona mieszka w domu Majewskich... Ukłoń się, żebym ci nie 
potrzebowała o tym przypominać. Czytaj głośno i wyraźnie. Nie zrób mi 
wstydu. pamiętaj !... 
Podniecone, roztaczają przed dziećmi — czy przed sobą? — oszałamiające 
perspektywy: 
— To nie tak jak za moich czasów, teraz jak się tylko będziesz dobrze 
uczył, możesz zajść, dokąd zechcesz... Ho ho! Jeszcze ministrem 
zostaniesz!... 
Pod sztachetami trysnął serdeczny śmiech. Wzniósłszy oczy dostrzegła 
jednak Kwiryna na twarzach oczekujących, mimo drwiny wstydliwie 
skrywaną nadzieję. Prawdę powiedziawszy, każdy myślał sobie: „Hm... 
dlaczegóżby nie? to jest możliwe... to nie jest nieprawdopodobieństwem”. 
Panny Ziemskie, stojąc na stopniach sklepu, okazywały żywe 
zainteresowanie potomstwem swych klientek. 
— Czy to jest Czesio? — dziwiły się. — No, no, nigdy bym go nie poznała w 
tym mundurku!... Zupełny młodzieniec!... — Chwaląc urodę, dobre 
wychowanie, wzrost i wagę lub ubolewając nad mizeractwem, skarbiły sobie 
względy matek, zyskując przy tym temat do rozmów wieczornych, po 
zamknięciu sklepu, kiedy to, siedząc we dwie w czyściutkim pokoiku za 
sklepem, wzbogacały i rozszerzały swe monotonne i samotne życie, życiem, 
troskami i nadziejami innych. 
Kwiryna spenetrowała wystawę mydlarni. Znów zmieniły wystawę. Odkąd 
w wielu domach zaprowadzono wreszcie elektryczność, panny Ziemskie 
usunęły ogromny rezerwuar z naftą, zajmujący pierwsze miejsce w sklepie, i 
położyły nacisk na inne działy. Toteż wystawa stała się wystawą jakiegoś 
składu, a nie mydlarni. Kwiryna dostrzegła z dala obnażoną pannę na 
reklamie, z gołymi ramionami i udami, skutecznie wskazującą na konieczność 
pielęgnacji ciała i urody przez kupowanie kremów, pudrów, wody kolońskiej, 
soli kąpielowej, perfum. Kto by się tego był spodziewał po pobożnych, 
zapiętych pod szyję pannach Ziemskich! 
Ale poszły tylko za wskazaniami czasu. 
Przemknęła z roztargnieniem oczyma po świeżo odnowionym froncie 
cukierni Kaca. Na drugim rogu, vis-a-vis, otwarto niedawno nową owocarnię. 
To wszystko jeszcze było świeże, błyszczące i świetne, odcinało się jaskrawo 
od ochlapanych błotem kamienic i oderwało Kwirynę na chwilę od jej 
rozmyślań. Wyszedłszy na chodnik, by spojrzeć na front domu, który za kilka 
dni będzie jej domem, dostrzegła w oknie pierwszego piętra garbatą ciotkę 
tkwiącą znów na swym posterunku ciekawskiej. Upudrowana, z włosami 
nastroszonymi, z złotym medalionikiem na szyi, niczym osoba żyjąca z 
własnych funduszy. Zobaczywszy Kwirynę, cofnęła się, w głąb. Dobrze, że 
ma choć tyle poczucia, próżniak. 
A więc Roman już wrócił? 
Stał za ladą, nad rozłożoną gazetą. Kwiryna przypomniała sobie poranne 
zajście i minęła go bez słowa. Za chwilę zacznie się przedobiedni ruch w 
sklepie, a okazało się, że Romana teraz nie można spokojnie zostawiać 
samego. Weszła do mieszkania zadyszana i nakazała natychmiastowe podanie 
obiadu. 
— Czy Kwiryńcia nie umyje rąk? Przygotowałam wodę. 
To Roman zaprowadził zwyczaj mycia rąk przed i po jedzeniu, ale 
Kwiryna odsunęła ten wymysł od siebie dumnie, zarówno jak i umizgi ciotki. 
Zjadła obiad byle jak, nie patrząc co je, głośno, rozpryskując zupę i z 
brzękiem odsuwając talerze. Garbata ciotka zastrzygła uszami, jej nos 
wydłużył się i zaostrzył ciekawością, to zmusiło Kwirynę do zapanowania 
nad sobą. Gdy zeszła na dół, środek sklepu, zapełniony ludźmi, brzęczał 
jakby pieśnią monotonną, podrywaną głosami spieszących się, niecierpliwych 
czy po prostu wesołych. 
— Ósemkę masła! herbaty! kawy! cukru! sera szwajcarskiego! trzy śledzie! 
— Kwiryna zajęła swe miejsce przy kasie i przyjmując należność, wydając 
resztę, zerkając na wagę, wyławiała wzrokiem z ciżby kogoś znaczniejszego, 
aby zabarwić swój głos odcieniem życzliwości i poszanowania. Roman za 
ladą dwoił się i troił w jej oczach. Zawsze tak, w ostatniej chwili wszyscy na 
raz pędzą do sklepu, kobiety, zabawiające się gawędą, przytomnieją przed 
samym obiadem. 
— Skocz no do Kwiryny po mąkę! ach! zabrakło mi soli! cukru! octu! — 
Roman piął się na drabinki, wbiegał za przepierzenie, gdzie stały beczki, 
wyciągał ramiona, schylał się, dziękował, kłaniał, pytał o zdrowie, zmęczony, 
lecz panujący nad zmęczeniem z twarzą pobladłą, z chłopięcym kosmykiem 
włosów na czole. Wątły, szczupły. Wówczas, pomna wysiłków i kosztów, 
jakie włożyła w ratowanie go po rozlicznych chorobach niewoli, postanawiała 
wziąć pomoc do sklepu. To postanowienie bladło z chwilą, kiedy ruch w 
sklepie ustawał. Jeszcze zawsze będzie na to czas. 
Roman nie pomylił się już więcej. 
Kwiryna znajduje w tym jakąś pociechę i odzyskuje spokój. O tej porze 
klientela zmienia się i dobre samopoczucie jej wzrasta przy wtórze 
zamówień, które świadczą o sutych obiadach, przekąskach i deserach. Żądano 
sardynek, orzechów, sera i najlepszych śledzi, statecznie i cicho wybierano 
wina. Służące z bogatych kupieckich domów prosiły o pierniki i miód, owoce 
i szproty. Ktoś nawet zapytał o kawior. Kawior?... 
Kwiryna powinszowała sobie dobrego zaopatrzenia sklepu, takiego 
towaru nie ma w pobliżu. Wojny skończyły się, przetasowano karty i ona 
umiała przewidzieć, że karty będą przetasowane, a w dzielnicy zamieszkają 
ludzie nowi, nie ta dawniejsza biedota, co to ani umierać, ani żyć. Dawniejsza 
biedota też się zmieniła, ludzie zawsze posuwali się po trochu naprzód, ale 
wojna przyspieszyła bieg, uczyniono wielki skok. Podniosły się zarobki, 
osiągano posady nauczycielskie, urzędnicze i tak dalej, coraz wyżej. Ludzie 
też wygłodzili się pod każdym względem i teraz chcieli jeść, spożywać, 
apetyty mieli niezgorsze i na coraz to lepsze rzeczy. To było do przewidzenia. 
Przez otwarte drzwi wtargnął gwar głosów, cichy plac ożywał się. W 
szkole ukończono zapisy i ukazały się osłupiałe matki w towarzystwie 
zabeczanych dzieciaków. Nie było już wolnych miejsc. Stara szkoła nie 
zdołała pomieścić wszystkich. 
— Zdał, zdał! Wszystko umiał doskonale! Cóż z tego, kiedy nie ma miejsc! 
Pokazywano sobie karteczki odsyłające dzieci do szkół na Dzielną, na 
Orlą, Leszno, Bóg wie dokąd. Ci, którzy mieszkali blisko szkoły, oburzali się. 
— To ja mam szkolę pod nosem, a dzieciaka będę gnał tyli świat! 
Mówiono też o dwóch zmianach, szkoła pójdzie na dwie zmiany, rano i 
po południu. 
— Co za przewrót w domach!... Obiad na osóbki! 
Nikt teraz nie wstępował do sklepu na sodową wodę. Kwiryna, stojąc we 
drzwiach z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, przysłuchiwała się 
rozmowom. Oskarżano nauczycielkę, jak gdyby to ona winna była brakowi 
miejsc, a to, że mieszka w domu Majewskich, że jest swoja, nie było już 
zaletą, lecz wadą. 
— Wiadoma rzecz — mówiono — że nie skończyła szkół, niedouczona, a 
przy tym córka szewca, nie umie sobie poradzić z władzami szkolnymi. — 
Kwiryna nie wiedziała, czy śmiać się, czy oburzać na głupotę i podłość 
ludzką. O, znała ich, znała i traktowała, jak na to zasługiwali, z góry, bez 
złudzeń. 
Panny Ziemskie rozpływały się we współczuciu i pocieszaniu: niezadługo 
będą budować nową szkołę na Nowolipkach, wielki gmach. Słyszały to od 
samego kierownika, gdy kupował wodę kolońską. Ale czekaj tatka latka! 
— Po coście tyle dzieci narodziły?! — krzyknął gruby głos spod akacji. 
Tłuściutka i różowa pani Bauman, żona portiera ze szpitala 
ewangelickiego, ze zgorszeniem wzniosła ramiona. Bezwstydni! Oto do 
czego doszło! Kwiryna wybuchnęła śmiechem. Ale w tej chwili śmiech 
zamarł w jej gardle, dostrzegła dziewczynę, blondynkę, z chłopakiem 
trzymającym się jej boku. Miała oczy utkwione w sklep, ponad ramionami 
Kwiryny, zmieszana i uśmiechnięta. Kwiryna obejrzała się. Za jej plecami 
stał Roman z twarzą tak samo ożywioną. 
— No i co? Przyjęty? — krzyknął. Dziewczyna skinęła głową i pociągnęła 
brata za rękaw. 
Kwiryna patrzyła za nimi, szli w Mylną. Po czym wycofała się z drzwi 
sklepu. 
Miała tylko krok do kasy, ale gdy tam zasiadła, usłyszała swój własny 
oddech, głośny ze zmęczenia. Przeczekała, aż to minie, potem spytała: 
— Co to za dziewczyna? — Roman, za ladą już, odpowiedział: 
— Dziewczyna?:.. nawet nie wiem. 
— Nawet nie wiem! — krzyknęła Kwiryna szyderczo. — A że zaprowadziła 
brata do zapisu, to wiesz? 
Otworzył szeroko oczy: 
— Tego się łatwo było domyślić. 
Chciała milczeć, naprawdę, nie chciała mówić dalej, ale już się zaczęło! 
— Co cię to jednak obchodzi? — spytała i nie otrzymała odpowiedzi. Wtedy 
krzyknęła: — Cukier jej też przeważyłeś dziś rano!! 
Wzruszył z gniewem ramionami i usunął się w bok, za słoje stojące na 
ladzie. 
To była pierwsza ich sprzeczka i Kwirynie pociemniało w oczach: 
Zaledwie wczoraj, gdy leżeli w łóżkach przed snem, powiedziała mu, że 
doszła wreszcie do ładu z Majewskimi i kupuje dom. Akt hipoteczny 
sporządzą w tym tygodniu, przypuszcza go do połowy domu. Połowa domu i 
połowa sklepu... A już dziś poczuł się w prawie! Kwiryna czuje gwałtowne 
zwekslowanie, dotąd obracała się w kole określonych myśli i kombinacji, ale 
teraz zmuszono ją do innego wysiłku. Ogarnęło ją oszołomienie. Co to za 
dziewczyna? Gdzie się zwąchali? Jak dawno? Czy jeszcze się z nią nie 
zeszedł, a tylko się do niej zaleca w ten głupi sposób? Kwiryna wstawała 
nieraz o świcie i pędziła na dworzec Gdański, Wschodni, Główny, aby 
przyspieszyć ekspedycję towaru, i zostawiała Romana samego: Prześlepiła 
taką rzecz, pod samym nosem!... Usiłuje przypomnieć sobie twarz 
dziewczyny — smarkula, ledwo rozwinięta, chuda jak patyczek, w jakiejś 
bluzczynie na płaskiej piersi. I mimo wzburzenia nie może się powstrzymać, 
aby nie policzyć szybko w myślach, ile takie chuchro potrzebuje, aby się 
odgryźć. Potrzebuje więcej niż jakikolwiek inny człowiek. 
Spojrzała ze wzgardą na męża. Stojąc przed półkami, Roman ustawia 
słoje konfitur dobierając gatunki, rozmiar i wielkość. I nagle, jakby zasłona 
zsunęła się z jej oczu, Kwiryna widzi drugą stronę tej sprawy, teraz dopiero 
czuje, że traci coś więcej niż jakieś tam pół funta cukru! Uczuwa 
przeszywający ból, nie może sobie dać rady z tym bólem szczególnym, tego 
jeszcze nie doświadczała nigdy — co to jest?! I zakryła twarz ręką, by nie 
wydać z siebie krzyku, głosu nieopanowanego, jakby po raz drugi, w bólu, 
przychodziła na świat. 
Ale czy może sobie pozwolić na chwilę zapomnienia, czy może na chwilę 
odbiec myślą od sklepu? Oto zaczyna się przedwieczorny ruch, a środek 
sklepu znów rozbrzmiewa głosami. Ludzie tylko na to czyhają, na 
roztargnienie. Kwiryna przyjęła banknot i oprzytomniała. Zerknęła na twarz 
klienta, a potem na pieniądze. Naturalnie, fałszywe. I twarz, i pieniądz. Znów 
ją chciano nabrać. 
Uważać, uważać, uważać! Patrzeć na ręce Romana, patrzeć na ręce 
kupujących. Ciągle, aż do późnego wieczora, gdy żaluzje zaskrzypią i Roman 
zasłoni ostatnie okno. I wtedy jednak ogarnia ją niepokój. 
— Zamknąłeś dobrze? 
— Tak, tak, bądź spokojna. 
Właściwie żaluzje powinien zasuwać stróż, ale trzeba by mu za to 
oddzielnie płacić, i jeszcze pytanie, czy można mu zaufać. Gdy jednak dom 
prawnie przejdzie w ich ręce, stróż będzie to musiał robić bez dopłaty, a 
Roman go przypilnuje. 
Zamknęli jeszcze małe, ciężkie drzwi od tyłu i jęli wstępować na schody. 
Słychać było, jak w mieszkaniu garbata ciotka drepce prędko z kuchni do 
pokoju. Stopnie zatrzeszczały pod ich krokami. Wówczas z góry otworzono 
drzwi i garbata ciotka wyszła im na spotkanie z lampką w dłoni i 
przypochlebnym uśmiechem na ustach. 
— Chodźcie, chodźcie! Do stołu już nakryte, łóżka posłane. W piecyku też 
troszkę przepaliłam. 
— Po co?! 
— Dajże spokój, Kwiryno! — rzekł Roman. 
Ilekroć występowała, miała ich przeciwko sobie: ciotkę i Romana. 
Dlaczego dotąd tego nie zauważyła? I odkąd to garbata ciotka zaczęła się 
pudrować, rurkować włosy i przypinać olbrzymie kokardy do stanika na 
piersiach? Kwiryna sięgnęła wstecz pamięcią i stwierdziła, że to się stało po 
chorobie Romana, gdy wstał już i łaził po domu, a ciotka dotrzymywała mu 
towarzystwa. Zawarli przymierze za jej plecami, a ona, głupia, była nawet 
zadowolona, że Roman ma z kim porozmawiać, gdy ona jest w sklepie. Jak 
oni się do siebie czulą! „Proszę cioci..:” „Bardzo się Roman dziś, zmęczył?” 
Dlaczego nikt nie zapyta o zmęczenie Kwiryny? Przeszła do sypialni, by 
zdjąć serdak. Nie zapalała światła, z nie domkniętych drzwiczek piecyka 
padał czerwony blask. Swoją drogą, to miła rzecz taki piecyk. Jednakże 
mieszkanie jest duże, zima dopiero idzie i ogrzanie tych landar pochłonie 
wiele węgla. Wyprostowała się i jęknęła, od całodziennego siedzenia przy 
kasie bolały ją wszystkie kości. Zdjęła serdak i została w swetrze 
granatowym, zapiętym pod szyją. Chciała przyczesać włosy, lecz nie znalazła 
na komódce grzebienia. Szukała go na oknie, gdzie dostrzegła błysk zbitego 
lusterka. Szyby lśnią od światła ulicznej latarni. Czuby akacji rzucają cień aż 
na sufit. Gołe, nie osłonięte okna występują ostro z ciemnych ścian. Z 
miejsca, na którym teraz stoi, pierwsze piętro front, trzy pokoje z kuchnią, 
Kwiryna patrzy wraz z swoim domem licznymi oknami w perspektywę 
Nowolipek. Ma już za sobą uliczkę Mylną, a dom, wysunięty naprzód, stoi na 
czele trójkąta kamienic. W tej chwili czuje się wrośnięta weń stopami mocno 
wspartymi o podłogę, ramieniem o mur, jest częścią jego nierozdzielną, to 
ona i dom patrzą oczyma okien. Świat przybliżył się, odkąd tu zamieszkała. 
Skwer i akacje. Żelazne, niskie sztachety. Jakże to inaczej wygląda, gdy się 
patrzy z okien pierwszego piętra, własnej kamienicy, a nie jako przechodzień 
z ulicy Mylnej. Dużo się zmieniło. Ale pod cukiernią Kaca tak samo drepcą 
dziewczyny. 
Z kuchni dobiegły ją wesołe głosy ciotki i Romana. Zawsze, gdy jej nie 
ma, rozmawiają takimi innymi, podniesionymi i ożywionymi głosami. Zawsze 
mają sobie wtedy coś do powiedzenia ciekawego. Kwiryna odnalazła 
grzebień i przyczesała włosy. Jej kroki głucho rozległy się w pustawym 
mieszkaniu. Ci tam zamilkli, gdy stanęła na progu. Ręka ciotki z drewnianą 
kopystką zawisła nad miską, Roman, czerwony od ognia, odwrócił się 
szybko. 
— Zachciało mi się placków kartoflanych! — krzyknął. 
Kwiryna ze złością odsunęła krzesełko i zasiadła do stołu. Znów wyjdzie 
dużo tłuszczu, mimo że na stole postawiono otwarte pudełko szprotów, ser i 
kiełbasę. Garbata, ciotka rzuciła kopystkę, by nalać zupę na talerze. 
Oczywiście, lampa znów rozkręcona była do niemożliwości, dziwne, że szkło 
dotąd nie pękło. Kwiryna przykręciła lampę i zabrała się do zupy, jednak tak 
była rozgoryczona, że jedzenie więzło jej w gardle. Roman, z talerzem 
placków i gazetą, zajął swe miejsce przy stole, ale ciotka, spłoszona, usunęła 
się z jedzeniem aż pod płytę. Roman próbuje zagaić rozmowę: 
— To nie ma sensu tak późno jadać obiad... — drożna mu powinszować 
zręczności, Kwiryna wzrusza ramionami i wstaje. Naturalnie Roman chciałby, 
aby podczas największego ruchu zamykano sklep. Tak jak widział to u 
Niemców. Ona jednak nie straciła, dzięki Bogu, zdrowego rozsądku. 
Żar w piecyku jeszcze nie wygasł, a rozesłane łóżka ciągną do spoczynku. 
Roman nadszedł z lampą i gazetą. Rozbierając się, ze względu na nie 
osłonięte okna, przykuca wstydliwie między łóżkiem a komodą. Kwiryna nie 
zwraca uwagi na te głupstwa, ściąga sweter przez głowę, jej pyszne ramiona, 
gołe, rysują się na tle szyb, obwiedzione linią światła. Olbrzymi, czarny 
warkocz uwolniony od szpilek padł głośno na plecy. Roman ułożywszy się 
odkręcił światło, by móc czytać. Wówczas wystąpiły z cienia sprzęty i 
mroczne kąty. 
Sklep wtargnął aż tutaj, do pokoju. Wieńce grzybów rozwieszone na 
gwoździach, tu gdzie dawniej u Majewskich wisiały obrazy w złoconych 
ramach. Worki kasz i mąki pod ścianami, paki konserw i gromadki butelek. 
Kręgi suchych kiełbas wieńczą dwa posążki gipsowe, jeszcze po rodzicach. A 
kulawa komódka dźwiga na sobie słoje marynat. Nie powinno się tu palić w 
piecach. 
Jedną z przyczyn, dla których marzyła o wynajęciu mieszkania po 
Majewskich, była jego pańskość. Gdy przychodziła tu dobijać targu o sklep, 
rozkoszowała się atmosferą tak inną niż w ciupce za sklepem na Mylnej, 
gdzie zapachy kapusty, śledzi, warzyw wisiały gęsto w powietrzu. Siadywała 
w miękkim, starym fotelu o wygiętym grzbiecie i rozmawiając o interesach, 
patrzyła na swe odbicie w lustrze o złoconych ramach, wiszącym nad 
marmurową konsolą. Widziała swą twarz o dobrodusznym i skromnym 
uśmiechu, co pozwoliło Majewskim traktować ją jak „własną córkę” i iść na 
wszelkie ustępstwa. Wtedy właśnie myślała o tym, że urządzi sobie taki sam 
dom z bawialnią i sypialnią, a Roman, któremu ciągle było duszno, będzie 
miał wreszcie dużo powietrza. W myśli kupowała meble i rozmieszczała je w 
pokojach, ozdabiała ściany i okna. Ale później wszystko to wywietrzało jej z 
głowy, w owym czasie zaopatrzenie sklepu nastręczało duże trudności. 
Wyszło to zresztą tylko na dobre. Cóż Majewskim po fotelach i meblach, 
kiedy, przeniósłszy się na wieś, do domu z ogrodem, zadłużyli się właśnie u 
niej, u Kwiryny, po uszy? Instynkt kazał jej robić plany w grubych. zarysach: 
najpierw sklep Majewskich, potem mieszkanie, teraz dom, zdobywała to 
kolejno. Drobiazgi same wypadały z kręgu jej myśli, a jeśli przykro 
nastręczały się w toku dnia, glos wewnętrzny odpychał je: na to zawsze 
jeszcze będzie czas. Bywały okresy, że pieniądze za towar strugą płynęły do 
kasy, ale ona nie miała ufności do takiego pieniądza, jej fortuna musi mieć 
fundament murowany. Tułuby ciułały: złoto. 
Roman zgasił światło. Nie słychać było żadnego szelestu, to znaczy, że 
leży, nie zasnął, z gazetą rozpostartą na kołdrze. Teraz pozostała tylko 
ciemność w pokoju o pustych ścianach, gałęzie akacji rzucały nieruchomy 
cień na sufit oświetlany światłem ulicznej latarni. Leżeli nogami do okien, 
wyciągnięci na łóżkach rozdzielonych małą szafką nocną. Kwiryna 
zdrzemnęła się, jej sen trwał ledwo na przymknięcie powieki. Ale przez to 
mgnienie wypłynęła przez okno na łóżku i bujała na straszliwej wysokości 
nad Mylną, Karmelicką i Nowolipkami. Dom zniknął z jej oczu i ogarnął ją 
strach, ponieważ pamiętała, że łóżko po rodzicach ma pod siennikiem cienkie 
deski, oczekiwała trzasku, jak uderzenia pioruna, kurczowo trzymała się 
poręczy łóżka. Kołdra spadła w dół, niczym kamień, ulotniła się poduszka, 
wszystko przepadło. Kwiryna, z rozpostartymi ramionami, płynęła wyżej i 
wyżej wśród nieruchomych chmur i rozżarzonych ogni gwiazd, wśród 
wielkiej ciszy i bezruchu. 
Ocknęła się z jękiem. Leżała na wznak, nogami do okien, oczy schwyciły 
obraz skrawka posępnego nieba nad akacjami i czarne kominy niedalekich 
domów. Postanowiła zaraz rano przestawić inaczej łóżka. Ale martwa 
samotność, której zaznała we śnie, nie ciała się odpędzić, przejęła ją 
głębokim smutkiem, obcością. Ach, dlaczego pokłóciła się z Romanem, lepiej 
już o niczym nie wiedzieć, lepiej udawać, że się nie wie, niż ta złowroga 
obcość. Przecież to był swój człowiek, wybrała go sobie i gdyby nie dało się 
go uratować wtedy, gdy chorował, pozostałaby, na resztę życia sama. Sama, z 
garbatą ciotką. Przy tym i tak musi zacząć z nim rozmawiać, gdy pójdą do 
hipoteki, do rejenta, wstyd też przed Majewskimi. Rzuciła w stronę Romana 
przyciszone pytanie. 
— Śpisz? 
— Nie, nie, nie śpię. 
Nie spał? Kwiryna siadła na łóżku i oprzytomniała zupełnie. Nie spał? O 
czym myślał? W tej chwili nic tak nie chciała zdobyć, jak tylko określenie 
tego, co się z nią działo, jakąś nazwą, imieniem, jak gdyby to mogło rozwiać 
wszystek niepokój i całą tajemnicę. 
— Romanie, co to za dziewczyna, powiedz mi! Ja dłużej tak nie 
wytrzymam! — I powtarzała w kółko. — Co to za dziewczyna, co to za 
dziewczyna — z akcentem lamentu, który ogarniał ją jak ogień. 
Roman mruknął. 
— To nie da zniesienia! — Wstał wlokąc kołdrę i drżącymi rękoma 
ogarniając się nią, szedł ku drzwiom. Patrzyła z osłupieniem. Usłyszała 
odgłos zamykanych drzwi, a potem przesuwanego sprzętu. Stała tam kanapka, 
wygnieciony grat, na którym ongiś sypiała w ciupce na Mylnej, gdy była 
młodziutką dziewczyną. A więc zatarasował nią drzwi?... Krew uderzyła jej 
do głowy. Głupiec. Głupiec. Przecież nie pobiegnie za nim. Tak źle jeszcze z 
nią nie jest. 
II 
Przez furmana, który przywoził mleko, dała Kwiryna znać Majewskim, 
oznaczając dzień ich przyjazdu, ażeby zaś zadzwonić do rejenta, musiała 
udać się do apteki na Leszno, gdzie aparat telefoniczny mieścił się w 
osobnym pokoiku. Siedział tam akurat aptekarz nad gazetami, obok na biurku 
stała taca przykryta koronkową serwetką, syfon wody i butelka z sokiem. 
Ujrzawszy Kwirynę, aptekarz krzyknął. 
— Ładne rzeczy się dzieją! co?! 
— Co się stało? 
— To pani nic nie wie? 
Założywszy okulary, jął odczytywać jakiś artykuł o wyborach. Kwiryna 
słuchała z odętymi wargami, niecierpliwie spoglądając na telefon. Aptekarz, 
jak przystało na człowieka statecznego, zawsze był kimś umiarkowanym, 
zachowawczym, a małżeństwo, dobrobyt i szczęście, jakie znalazł przy boku 
Amelki, wzmogło w nim chęć utrwalenia tego, oparcia na niewzruszonych 
fundamentach i otoczenia nimbem świętości. Wszelki niepokój świata 
traktował jako coś zagrażającego mu bezpośrednio. Kwiryna z ironią 
patrzyła, jak twarz jego w miarę odczytywanych słów czerwieniała z 
oburzenia i złości. 
— Ci socjaliści!... 
Natrafiła na chwilę, kiedy aptekarz chwytał oddech, aby zapytać. 
— Jak tam interesy? 
Aptekarz spojrzał na nią z rozczarowaniem sponad szkieł i oblany zimną 
wodą, odpowiedział. 
— Doskonale. Muszę przyjąć jeszcze jakiegoś młodego kolegę na 
zastępstwo. 
— Przecież pan ma już tę pannę prowizorkę. 
Ale aptekarz potrząsnął głową. Jest uwięziony pół dnia w aptece i często 
w najciekawszych momentach nie może wyruszyć na miasto. 
— Czy pani wie, co się wczoraj działo, na przykład na uniwersytecie? 
Kwiryna potrząsnęła głową. 
— Czy to prawda, że telefony podrożały? 
— Dziś wszystko jest możliwe — rzekł aptekarz. 
— Miałam sobie już założyć aparat, ale wobec tego zaczekam. Czy pan 
pozwoli, że zadzwonię? 
Aptekarz wycofał się, dyskretnie do apteki i Kwiryna uzyskała połączenie. 
Już przedtem omówiła sprawę z rejentem i temat przeżyła chwilę strasznego 
wahania, zanim ostatecznie wyjawiła rejentowi swą nową wolę. akt, kupna ma 
być sporządzony na jej imię wyłącznie. Odstąpiła od zamiaru podziału 
majątkowego. 
Wbrew jej przewidywaniom rejent zdawał się pochwalać tę zmianę. To 
napełniło ją podejrzeniem, że wie coś o Romanie, że coś dostrzegł, że 
wszyscy już wiedzą, tylko ona nie wiedziała! Wdała się więc w dłuższą i 
dyplomatyczną rozmowę, ale nie zdołała wydobyć z rejenta nic więcej prócz 
„wrażeń”. Rejent miał wrażenie, że Roman nie jest człowiekiem interesu, 
miał ponadto wrażenie, że szanowny małżonek jest nieufny, zamknięty w 
sobie i w ogóle niewyraźny. 
Kwiryna potakiwała z bijącym sercem. tak, tak, tak. Czekała jeszcze, bo 
przecież taki kobieciarz jak rejent, obstawiony urzędniczkami i 
maszynistkami niczym Turek, musi znać się na ludziach. Ale rejenta 
obchodziła ta sprawa raczej od strony kobiecej i porzuciwszy Romana, jął 
wychwalać jej zmysł trzeźwości, szybką orientację itd. Kwiryna ze 
zdumieniem stwierdziła, że rejent jakby się do niej zaleca, i pomyślała z 
gorzką dumą w stronę Romana. „Widać, że nie jestem już taka ostatnia”. Po 
czym poczuła się tak dobrze i pewnie, że mogła stawić czoło nawet pańskim 
fumom Amelii. 
— Czy Amelka jest na górze, u siebie? 
Niestety, Amelka od rana przebywała w domu parafialnym, u księdza, na 
posiedzeniu komitetu pań. Aptekarz, w białym fartuchu, kręcąc jakąś 
miszkulancję w porcelanowej miseczce, rozwiódł zachwyty nad 
pracowitością i dobrym sercem swej żony. 
— Przedwczoraj dopiero skończyła serwetę na ołtarz, a już wczoraj 
wieczorem własnoręcznie przykroiła sukienki dla biednych dzieci parafii. 
Aptekarz bał się o jej oczy, ale widać było, że jest zadowolony z 
poczynań żony. Zapraszał Kwirynę na wieczór, co za miłe mają wieczory, 
kiedy jest wolny od dyżuru i gromadzą się we trójkę przy stole... Drzwi od 
sieni stuknęły, aptekarz spojrzał spod szkieł i krzyknął. 
— Otóż i mamusia! 
Pani Raczyńska, w czarnym szewiotowym kostiumie, ubrana już do 
wyjścia, weszła z listem w ręku, poruszona czymś ogromnie. 
— Na miłość boską, gdzie Amelka? List od Cechny!... list od Cechny!... — 
Miała jeszcze na tyle przytomności, że skierowała swe kroki do pokoiku, ale 
tam z miejsca rozszlochała się. — Moje dziecko! moje dziecko!... 
Od iluż to lat nie wymawiało się imienia Cechny w tym domu, i teraz 
możność opowiadania o niej wprawiła panią Raczyńską w stan gorączkowego 
zupełnie podniecenia. Aptekarz po daremnym uspokajaniu słowami. 
— No, mamusiu, nie wzruszać się, nie wzruszać... — wyszedł po walerianę. 
Kwiryna przygotowała szklankę z wodą. Ale pani Raczyńska energicznym 
gestem odsunęła od siebie to wszystko. 
— Czyście widzieli fotografię? 
Drżącymi palcami wyciągnęła z koperty sztywny karton i ukazała 
fotografię amatorską, na której miły berbeć w puszystej, białej szubce śmiał 
się całą buzią. Aptekarz, z szkłami osadzonymi jak najlepiej, pochylił się, a 
potem wyprostował, przetarł szkła i zapytał. 
— Co to jest? — Pani Raczyńska szepnęła rozdygotanymi wargami. 
— Dziecko. 
— Czy Cechna wyszła za mąż? — spytała z osłupieniem Kwiryna. Aptekarz 
niecierpliwie i z zakłopotaniem zabębnił palcami po biurku, a pani 
Raczyńska, zaczerwieniona po uszy, spojrzała na nią z wyrzutem. 
— Naturalnie — rzekła — właśnie mi pisze... 
I poprosiła zięcia, aby przeczytał list głośno i wyraźnie, bo ona z tego 
wszystkiego myśli zebrać nie może, a litery skaczą jej przed oczyma. 
Aptekarz przeczytał, że Cechnie powodzi się doskonale, ma swój dom, 
męża i dziecko i bardzo żałuje, że okoliczności dotąd nie pozwoliły jej 
skomunikować się z rodziną. Ale teraz ma nadzieję, że wkrótce będzie mogła 
wpaść z mężem do Warszawy i uściskać wszystkich swoich. 
— Niedobre dziecko!... — wyjąkała pani Raczyńska — jak ona mogła... tak 
długo. 
Kwiryna spojrzała na kopertę. List był adresowany na Nowolipki. 
A więc Cechna nic nie wie! Nie wie o małżeństwie Amelki, o 
przeprowadzce, nie wie, że małe kończą już pensję. Pani Raczyńska znów się 
rozpłakała. 
— Niczego więcej nie pragnę, tylko dożyć tej chwili, kiedy wszyscy 
zbierzemy się razem. 
— Wyprawimy bal, mamusiu — rzekł aptekarz — ubijemy wołu. 
Pani Raczyńska uczuła potrzebę modlitwy, wstała, by pierwsze kroki 
skierować do kościoła, do stóp ołtarza, podziękować za wszystkie łaski, jakie 
niebo jej zsyła. 
— Ile ono może mieć? Jak wam się zdaje? — medytowała jeszcze nad 
fotografią. Ale ani Kwiryna, ani aptekarz nie znali się tak dalece na dzieciach, 
aby mogli określić wiek puszystej szubki. 
— I pomyśleć — krzyknęła pani Raczyńska — że ona nawet nie pisze, czy to 
córka, czy syn — po prostu dziecko i już. 
Aptekarz, wezwany do apteki, oddalił się. Wtedy pani Raczyńska objęła 
Kwirynę, aby uściskać ją z całej siły. 
— Ach, moja droga, moja droga!... — Teraz dopiero przyjrzała się 
rzadkiemu gościowi i zapytała współczująco. — Co też u ciebie słychać? Tak 
zmizerniałaś! 
Przez moment Kwiryna uczuła chęć oparcia czoła na ramieniu pani 
Raczyńskiej i zapłakania, zwierzenia się ze swych zmartwień. Zamiast tego 
rzekła. 
— Kupuję dom od Majewskich, wie pani. Właśnie dzwoniłam do rejenta. 
— O! — zawołała pani Raczyńska z odcieniem uszanowania — jaką ty masz 
głowę, Kwiryno! 
Zaproponowała jej wspólną modlitwę u Panny Marii, może też odnajdą 
tam Amelkę, Ale Kwiryna przypomniała sobie, iż Roman został sam w 
sklepie, i pożegnała się gorączkowo. 
Dopiero teraz na ulicy, może ze względu na ostateczny telefon do rejenta, 
a może na widok atmosfery pogody i szczęścia w domu Amelki, zdała sobie 
Kwiryna sprawę, jak wielkie zmiany zaszły w jej życiu. Miała tylko Romana, 
a on zawiódł ją. Obdarowała go dobrem, przecież gdy go poznała, był 
chłopcem na praktyce w sklepie u kupca, a gdy wszedł w jej dom, nie miał na 
sobie nic prócz zawszonych łachmanów jeńca. Zawiódł ją, knuł coś za jej 
plecami, dla wszystkich zrobił się dobry i miły i nawet z garbatą ciotką miał 
coś zawsze do pogadania, a ona czuła się zbędna i obca w swoim własnym 
domu. Obca? O, nie. Ma ich w ręku. Ona jest w pozycji aptekarza, w roli 
dawcy, powinni koło niej skakać, tak jak Amelka i pani Raczyńska skaczą 
koło pana domu. A jeśli tego nie robią, to ona ich nauczy. 
Wracała do sklepu z bronią w ręku, z biczem na Romana. Nie będzie 
podziału majątkowego. To otworzy usta Romanowi. Dowiedziawszy się o 
tym, pewnie nie umknie do drugiego pokoju. Tylko że role się zmienią. Nie 
ona będzie pytała i prosiła, tylko on. 
Ale Roman nie zwrócił uwagi na tę całą sprawę. Nadszedł oznaczony 
dzień, przyjechali Majewscy i Kwiryna udała się wraz z nimi na Hipoteczną, 
a Roman nie zainteresował się wcale, czemu został pominięty. Tak jak gdyby 
wypadło mu to z pamięci, jak gdyby połowa domu była groszem, po który nie 
warto się schylić. Kwiryna przyglądała mu się posępne. To przechodziło jej 
pojęcie, żeby kto zapomniał o obiecanej połowie domu. Jednak on zdawał się 
właśnie zapomnieć na śmierć, na amen. Ręce jej po prostu opadły. Natknęła 
się na coś niezrozumiałego, ciemnego i skrytego w Romanie i nazwała to 
nieznanym imieniem dziewczyny, zaprzeczając sobie zaraz i wracając 
nieodparcie ku tej myśli. 
Wieczorem, gdy już spoczywali, przy bladym świetle latarni ulicznej 
(łóżka jeszcze nie przestawione!), nagle zapytał. 
— Jak właściwie jest z tym domem? 
Kwiryna spostrzegła, że długo się nosił z pytaniem, i ogarnęło ją 
podniecające uczucie triumfu, ale odpowiedziała ostrożnie. 
— O co ci chodzi? — Przygotowywała się do walnej rozprawy i zdumiało ją 
następne pytanie. 
— Czyś kupiła za gotówkę? — Uniosła się na posłaniu, wsparta na łokciu, 
spojrzała na Romana. Latarnia użyczała na tyle światła, iż oczy jej odnalazły 
jego twarz, ale nie zdołały pochwycić rysów i odczytać wyrazu. Ten 
zagadkowy, piękny i młodzieńczy kształt na pościeli — to był Roman. Patrzyła 
na coś ciemnego, niezrozumiałego, obcego jej pojęciom — to był Roman. 
Doznała uczucia, jakby stała nad ciemną wodą, przed murem nie do 
przebycia, nad przeszkodą nie do wzięcia, wściekłe, nieugaszone poczuła w 
sobie rozdrażnienie. Wszystko, co w niej było władczego, żądnego posłuchu, 
ocknęło się nagle. Zniszczyć, poniżyć, owładnąć nim... Nie wiedząc prawie, 
co czyni, swymi mocnymi ramionami objęła Romana dławiąc go, dusząc, z 
pomrukiem niezrozumiałych gróźb i wściekłości, prośby i wzgardy. 
Taki był mały przy niej. Słaby. Chuchro. Nic. 
III 
— Prędzej, prędzej! bo się spóźnimy!... — Aptekarz od rana popędzał 
Amelkę i panią Raczyńską, nie dał im ani ubrać się spokojnie, ani zjeść. Pani 
Raczyńska, z wypiekami na twarzy, biegała między oficynką, gdzie po ślubie 
Amelki ulokowano małe, a mieszkaniem aptekarzostwa na pierwszym piętrze. 
Jej chudoba była i tu, i tam. 
— Gdzie mój żabot?! Dopiero co byłam w oficynce i znów muszę wracać! 
Już nóg nie czuję! 
Amelka najspokojniej w świecie ubierała się w swej sypialni. Głęboko o 
czymś zamyślona. Ale, gdy usłyszała zniecierpliwiony głos aptekarza-męża, 
ręce jej zadrżały i puder posypał się na czarną suknię. 
— Czyś już gotowa? Nareszcie! 
Na ulicy wszyscy troje obrzucili się uważnym spojrzeniem. Aptekarz w 
futrze z fokami, pani Raczyńska w czarnym płaszczu z kołnierzem 
skunksowym, Amelka w karakułach. Zdenerwowanie minęło i poczuli się 
jakoś dobrze. 
— Czy pojedziemy? 
— Nie, przejdziemy się. 
Tramwaje nie szły. Na ulicy panował senny spokój. Amelka ostrożnie 
stawiała stopy w cienkich pantofelkach. Udała, że to przez zapomnienie nie 
wzięła kaloszy. 
— Ach, zapomniałam kaloszy. — Ale aptekarz za nic w świecie nie chciał 
zawracać, a pani Raczyńska gniewnie zacisnęła usta. Wiedziała dobrze, że 
Amelka zrobiła to umyślnie, przez głupią elegancję. Chodnik zalegało błoto 
tak dalece, że aż chlupało pod nogami. Naturalnie, w takim dniu nikt nie 
myślał o sprzątaniu. 
— A jednak właśnie dziś powinni uprzątnąć! — rzekła głośno pani 
Raczyńska. 
Aptekarz ze względu na swoje przekonania polityczne nie wiedział, czy to 
lepiej, czy gorzej, że nie jest sprzątnięte, czy to źle, czy dobrze, że nie idą 
tramwaje? A więc przemilczał. Pozostawała kwestia, dokąd się udać wobec 
opóźnienia? 
— Jak mama myśli, czy pod Belweder, czy na plac Zamkowy? 
Pani Raczyńska była zdania, że jeśli już mają „coś widzieć”, to muszą iść 
w stronę Belwederu. Na placu Zamkowym kondukt ma tylko kilkanaście 
kroków do Zamku, skręci do bramy i już. Czy przez taką chwilę można 
będzie coś zobaczyć? 
Aptekarz przyśpieszył kroku, przecież to kawał drogi. Pani Raczyńska 
usiłowała dotrzymać mu towarzystwa, ale Amelia dreptała i zostawała w tyle. 
Przechodząc koło wystaw sklepowych, odnajdywała w szybach odbicie 
swojej postaci. Matka przychwyciła ją na tym i zmartwiona potrząsnęła 
głową. Ach, ta jej próżność, ta próżność!. Odkąd Amelka ma pieniądze na to, 
żeby się stroić, tonie w próżności. Mogłaby przynajmniej robić to tak, aby 
aptekarz się nie spostrzegł. Pozwoliwszy zięciowi iść naprzód, została w tyle, 
aby upomnieć Amelkę. 
— Nie opóźniaj się, bo Filipa to drażni, idź razem z nim. — Amelka 
wyprostowała się i dopędziła męża. 
Na Rymarskiej natknęli się na delegację Żydów w długich i uroczystych 
chałatach. Aptekarz zauważył ironicznie. 
— Bez nich tam się nie obejdzie!... 
Pani Raczyńska zwróciła uwagę na flagi, opuszczone i zdobne w kokardy 
z krepy. W sklepach wystawiono portrety zamordowanego prezydenta1. Pani 
Raczyńska wpadła w podniosły nastrój i zaczęła szeptać wieczny 
odpoczynek. Ale aptekarz, gniewny i podniecony, zwrócił na nią swe 
spojrzenie i wargi jej przestały się ruszać. 
— Inaczej nie mogło się to skończyć! — rzekł posępnie. 
— Ale... dlaczego? — zapytała Amelka melodyjnie i bezmyślnie. 
Aptekarz przystanął i wybałuszył na nią swe blade oczy. Amelka 
zmieszała się. 
— Jak to dlaczego? Tyle razy ci tłumaczyłem, a ty znów nic nie wiesz? 
Wybrano go wbrew woli narodu, znieważono naród, przecież wybrali go 
Żydzi, komuniści i socjaliści.... 
Amelka przypomniała sobie gazety czytywane głośno przez aptekarza, 
sławo w słowo to samo. Chodząca gazeta. Skinęła głową, a aptekarz ruszył 
naprzód, rozgoryczony. Po raz pierwszy powziął podejrzenie co do 
wlepionego weń spojrzenia żony przez wszystkie te wieczory, gdy 
odczytywał głośno gazetę, a ona siedziała naprzeciw, zajęta, szyciem 
sukienek barchanowych dla biednych dzieci parafii, i słuchała z natężoną 
uwagą. A jeśli otworzyła usta, to tylko po to, aby wydać okrzyk zgrozy, 
przestrachu, oburzenia, co świadczyło, jak żywy brała udział w śledzeniu 
wypadków politycznych. A teraz najspokojniej w świecie zadaje takie 
pytanie! 
Pani Raczyńska, której przerwano... „wieczny odpoczynek...”, odczuła 
coś w rodzaju buntu przeciwko zięciowi. Zawsze działała kojąco, dbała o spokój w swym domu: cicho i zgodnie — to było jej hasłem. Dała się jednak 
wciągnąć aptekarzowi w grę, kiedy jej powiedział, że wyrzucono krzyż z sali 
sejmowej. Tedy pani Raczyńska stanęła po stronie aptekarza, a wszystko, co 
się potem stało, było przez nią dokładnie przewidziane jako kara za grzechy, 
nic innego. Jednak co teraz robi sam aptekarz? Jak postępuje? Przecież 
kościół nakazuje modlitwy za zmarłych. 
Musieli zwolnić kroku, chodniki płynęły falą ludzką w stronę Belwederu. 
Szmer kroków, odgłos posuwanych stóp, poza tym zupełne milczenie. 
Aptekarz chciał jak najprędzej dostać się do Alei i skręcił w przecznicę — 
była już zapełniona. Przypomniał sobie, że wczoraj w aptece rozmawiał z 
pewnym przodownikiem policji, który miał tu gdzieś służbę, i uparł się, aby 
go odszukać. Amelka, idąc za mężem, z roztargnieniem wodziła oczyma po 
plakatach rozlepionych gęsto na murach. 
— Obywatele, Polacy! Bracia Chłopi! Ludu pracujący! Towarzysze! 
Narodzie! Synowie i córki nasze! 
Nic nie rozumiała, to prawda, to jej się w głowie pomieścić nie mogło. 
Zdawało się teraz, że cały naród żałuje, a przecież znaleźli się tacy, co zabili 
prezydenta. Aptekarz, jej mąż, usprawiedliwiał to zabójstwo, to jedno tylko 
zrozumiała z jego mętnych wywodów, a teraz idzie na pogrzeb. Dlaczego? 
Czego chcą socjaliści, kto to są narodowcy? Mimo ciągłych wykładów 
męża nie mogła się zorientować w partiach politycznych. Przedtem to było 
zrozumiałe, występowano przeciw Rosji, a potem przeciw Niemcom, to było 
jasne. Miała dużo dobrej woli, chciała zrozumieć i wyjawiła swe wątpliwości 
aptekarzowi. Aż ręce załamał i zaniemówił, przez co dał pani Raczyńskiej 
możność naprawienia niezręczności córki. 
— Ależ, Amelciu, zawsze tak było! Nie, pamiętasz?! Jedni śpiewali "Boże 
coś Polskę”, a drudzy „Czerwony sztandar”. 
Amelka zawstydziła się wówczas głęboko, a aptekarz odzyskawszy głos 
oświadczył, że jej nieświadomość uchodziła na Nowolipkach, ale jego żona 
musi być kobietą światłą. 
Teraz nie odnalazł przodownika i rozgniewał się na swoje panie. Gdyby 
się tak nie guzdrały z ubieraniem, byliby tu wcześniej, zanim nadpłynęły 
tłumy. Upatrzył sobie nawet doskonałe miejsce na rogu Bagateli. 
— Tam widać wszystko jak na dłoni!... — Nagle przypomniał sobie, że 
znajomy przodownik miał służbę na Szopena, i jął się przeciskać w tę stronę. 
Nie rozjaśniło się, dzień pozostał posępny, chmurny i cichy, niebo wisiało 
tuż nad ulicą, niby całun żałobny. Amelia, popychana i przynaglana przez 
męża, ujrzała nagle przed sobą drzewa Alei Ujazdowskich, nagie, czarne i 
nasiąknięte wilgocią. Wokół — milczący tłum z odkrytymi głowami zalegał 
chodnik. Aptekarz, z wyciągniętą szyją, wspięty na palce, tkwił przed nią. Za 
sobą usłyszała głos matki, przyciszony, i pomyślała z niezadowoleniem. 
„Mama już z kimś zawarła znajomość”. Aptekarz odwrócił się i szepnął 
rozjaśniony. 
— Są wszyscy, wszyscy! — Twarz jego przybrała wyraz zadowolenia. 
Dostrzegł twarze znane z fotografii, głośne nazwiska, przywódców. — 
Przyznam ci się — szepnął do ucha żonie — że byłem już niespokojny, czy to 
wypadało przyjść na ten pogrzeb, ale widzę, że dobrze zrobiłem. 
Amelka niepewnie skinęła głową i ogarną ją niewytłumaczony wstyd. Na 
pogrzeb idzie się z żalu, z smutku, w żałobie, a nic przecież z tych uczuć nie 
było w aptekarzu. Ona poszła tylko za mężem. Pani Raczyńska, która często 
bywała na wyprowadzeniu zwłok ludzi zupełnie nieznajomych, zachowała się 
jak zwykle. Amelka dosłyszała jej głos. 
— Czy zostawił rodzinę? 
— Tak, syna i córkę — odpowiedziano. Pani Raczyńska dowiedziała się 
ponadto, że zmarły był uczonym, który zyskał sobie sławę i miłość ludzką za 
granicą, że wrócił do kraju, aby pracować dla swoich. To było zupełnie coś 
innego, niż mówił Filip, ale to pozwoliło pani Raczyńskiej z współczuciem 
odmówić modlitwy za zmarłych. 
Sztandary spowinięte krepą, sukmany chłopów, zwarty blok stowarzyszeń 
robotniczych — przejęły aptekarza mimowolnym szacunkiem i podziwem. 
Ależ to prawdziwa żałoba! Teraz, gdy stał tu, nie mógł sobie zdać sprawy z 
swych uczuć. Nie wiedział, jaki przybrać wyraz twarzy, oblekł się w powagę. 
Z posępnego nieba osunęły się ciężko ogromne płaty śniegu. We mgle i 
mroku grudniowego południa zapalone latarnie drżały wątłym światłem. 
Głucha cisza stała się jeszcze głębsza, stłumiona i miękka od śniegu. Nagle 
od Belwederu nadpłynęły wysokie dźwięki trąb. Tłum drgnął, zwrócił głowy 
w tamtą stronę i zastygł. 
Ukazało się duchowieństwo, długi szereg habitów zakonnych, z 
zapalonymi światłami. Trumna nadpłynęła z wysoka, okryta sztandarem. 
Głuchy łomot kopyt końskich padał nieodwołalnymi uderzeniami. Amelka 
ujrzała tuż za trumną młodzieńca, wzrok jego sunął po tłumie zalegającym 
chodnik. Syn. 
— To syn — szeptano. 
Zdawało się Amelce, że przez moment wzrok ten dotknął jej twarzy 
pytającym spojrzeniem, i zadrżała. Wzniosły się westchnienia. Wśród 
żałobnego tłumu zabielały wyciągane pospiesznie chustki. Pani Raczyńska 
nie mogła powstrzymać łez, płakała, nawet aptekarz był poruszony i przejęty. 
I pomyśleć, że można oddać życie za coś podobnego, za ten tłum wokół, 
rządzony najsprzeczniejszymi uczuciami, otępiały i nieświadomy?... Amelka 
wiedziała dobrze, co to jest fałsz, całe jej życie, jej młodość pierwsza 
naznaczona została udawaniem uczuć, których nie doznawała. Wtedy musiała 
tak postępować, ale teraz czemu? Dlaczego przytakuje mężowi, skoro nie 
podziela jego nienawiści, wzdryga się na jego parskanie, nie cierpi, kiedy 
Filip mówi jak chodząca gazeta... Wystrzegała się, aby źle nie myśleć o 
mężu, śmiertelnie się bała, aby nie zaczęło się to samo, co z panem 
Michałowskim, aby nie zaczęła z niego szydzić po cichu, wytrząsać się nad 
nim i naigrawać. Wówczas wszystko się popsuje. Teraz, kiedy jej było tak 
dobrze, pragnęła widzieć koło siebie tylko rozjaśnione, zadowolone twarze. 
Chciała widzieć Filipa mądrym i dobrym, i wyrozumiałym. Strzegła się 
uświadomienia sobie jego wad i śmiesznostek. Ale to się samo nastręczało, 
tak jak dzisiaj, musiała o tym myśleć, gdy biegł tu ciekawy i 
rozgorączkowany, a teraz tracił na minie, ponieważ pogrzeb był wspaniały, a 
powszechna żałoba nie odpowiadała jego uczuciom. 
Popychana przez następujące z przecznic delegacje, Amelka znalazła się 
w środku konduktu. Ulica płynęła teraz ścisłą, falującą rzeką za trumną 
okrytą sztandarem, lśniącą jak czerwona kropla stężała w mroku posępnego 
dnia. Huk dzwonów niósł się nisko nad głowami. Nic nie mogło wznieść się, 
wzlecieć, wyzwolić, niewymowny ciężar wisiał nad miastem. Amelka czuła to 
jak ucisk ze wszystkich stron, nacisk ludzi i posępnego nieba. Gęste i 
ogromne płaty padały prosto i ciężko, śnieg pokrył ulicę. 
Usłyszała za sobą szept męża: 
— Źle się stało. To był czyn niepoczytalnego człowieka, nikt temu nie jest 
winien. — Tak, tak, teraz się cofa. Znów zacznie rozwijać pod nią nowy punkt 
widzenia. Amelka westchnęła. Ciągle w nią coś wklepywano, odkąd 
zapamiętać zdoła, panie z Sewerynowa swoje, matka swoje, a teraz aptekarz. 
Głowa ją rozbolała. Rozdrażniona i osowiała, patrzyła, jak trumna znika pod 
niskim sklepieniem bramy Zamku. Wokół niej ludzie odstępowali z twarzami 
tak samo osowiałymi, pełnymi zmęczenia i smutku. 
Pani Raczyńska odnalazła się w sam czas, by rzec raźno: 
— No, teraz śpieszmy na obiad. — Aptekarz, niepewny ciągle, zapragnął 
jakiejś ulgi, ciepła domu i zaproponował, by Amelka wstąpiła po małe i 
zaprosiła je na obiad: Zaszedł do Loursa, by zakupić pudło ciast, 
zadowolony, że znalazł dobre zakończenie dnia. Słyszał już rozgwar głosów 
przy stole, gdzie królował, pani Raczyńska rozlewała zupę, a Amelka 
podawała talerze, najpierw, oczywiście, mężowi... 
Ale małe słuchać nie chciały o wspólnym obiedzie. Rozpaliły właśnie 
ogień w kuchence i pitrasiły jakąś ulubioną potrawę. W jasnych szlafroczkach 
kręciły się po pokoju umeblowanym sprzętami z dawnego mieszkania matki 
na Nowolipkach. Kanapę i miękkie fotele pokryto na nowo zielonym rypsem, 
stół pociągnięto politurą, łóżka zasłonięto parawanami. Naturalnie, czuć było 
gotowanie. Amelka przysiadła na kanapie w futrze i namawiała siostry, by się 
ubrały. Nie mogła zrozumieć, że siostry wolą swoją ciupkę niż jej przestronną 
jadalnię, gdzie było tak czysto, wonnie, na stole stały kwiaty. 
— Chcesz wiedzieć? — rzekła Helenka. 
— On jest taki nudny, ten twój Filip — postawiła jasno sprawę młodsza, 
Fela. — Ciągle chce się przed kimś popisywać, po to nas zaprasza. 
Zjawiła się pani Raczyńska z energicznym upomnieniem. 
— No, dzieci, dzieci, czekamy na was! — I dodała: — Nie zapominajcie, jaki 
Filip jest dobry, zafundował dla was ciastka. A pogrzeb był wspaniały, ach, 
wspaniały! Spłakałam się... 
IV 
W dwóch kątach pokoju małżeństwo pogrążyło się całkowicie w 
załatwianiu swych spraw. Otworzywszy szafę w murze Ignacy wyciągnął z 
głębi stary plecak i wytrząsnął jego zawartość wprost na podłogę. Magdalena, 
podpisując szybko jakiś karteluszki, usłyszała hałas i rzekła z roztargnieniem: 
— Ach, co ty wyprawiasz!... Czego właściwie szukasz? 
Szukał fotografii do, pamiątkowej księgi legionów, ale pierwszą rzeczą, 
na którą się natknął, była czerwona wstążka, związana w kokardę, 
wygnieciona, spełzła i brudna: Leżała wśród pogiętych orzełków, 
maciejówki, odznak pułku, wystrzelonych naboi, srebrnych naramienników, 
fajeczki, pustego pudełka od papierosów z datą nakreśloną na wieczku 
atramentowym ołówkiem, fonografii, listów i kart pocztowych. Podjął ją, 
zaintrygowany, jednak na próżno szukał w pamięci, czerwona wstążka jakoś 
nie wiązała się z tym okresem czasu. Kiwając się na swych długich nogach, 
trochę zgarbiony, w rozpiętej kurtce domowej, Ignacy rzucił szereg głośnych 
pytań, patetycznie i drwiąco: 
— Co znaczy ta pamiętna ongiś data? Cóż to za wystrzelony nabój? Czyjąż 
główkę zdobiła ta czerwona kokarda? 
— Cicho bądź!..: — rzekła żona. 
Podszedł na palcach i przymierzył wstążkę do włosów Magdaleny, 
rozśmieszony kontrastem, jaki stanowiła z gładką jej fryzurą. 
— Czy ty się wreszcie uspokoisz! Co cię dziś napadło?!... — Odwróciła się i 
kokarda spadła na biurko. Teraz trzymała ją w końcach palców, ostrożnie. Jej 
granatowe, mocne i pyszne oczy dostrzegły w zasupłanym węźle kilka 
włosów. Rzekła: — W każdym razie to nie są moje włosy. Za ciemne. 
Ignacy roześmiał się. 
— Po co, u licha, zachowałem to? 
Magdalena odpowiedziała: 
— Na dobrą o kimś pamięć. — Z miną eksperta orzekła, że kokarda musi 
sięgać okresu przedwojennego, ponieważ w czasie wojny nie bawiono się w 
warkocze i kokardy. Po czym zgrabnie odrzuciła wstążkę. — Wynoś się, bo mi 
przeszkadzasz. 
Weszła pokojówka, w białym fartuszku i czepeczku, wymusztrowana, 
meldując: 
— Proszę pani, przyszła ta pani... 
Magdalena zarządziła: 
— Poproś, żeby zaczekała, i podaj nam tu zaraz herbatę. 
Ignacy, ciągle z wstążką w ręku, pochylił się nad rozrzuconymi okruchami 
dawnej chwały, a ponieważ było mu niewygodnie, siadł na podłodze. Żona 
uważała, że strasznie łatwo jest utracić powagę i znaczenie u służby, i 
poprosiła: 
— Wstań, Ignacy, chociaż na chwilę, kiedy ona będzie podawać herbatę. 
— Ani mi się śni. 
Pogrążony w odczytywaniu listów, otrzymał herbatę na podłogę, wraz z 
talerzykiem ciasta i konfiturami. Magdalena, złożywszy swe papiery, 
zapragnęła rozmowy. 
— Skończ z tym czytaniem, dobrze? Mam przykrą sprawę do załatwienia. 
— Czy mam cię wyręczyć? 
Parsknęła śmiechem. 
— Nie, na miłość boską! — I opowiedziała, że jedna z członkiń zarządu, 
którego była przewodniczącą, poskarżyła się na sekretarkę, że ta bałamuci jej 
męża. 
Ignacy wskazał na drzwi. 
— To ta? 
Magdalena skinęła głową. 
— Uhm... Muszę się z nią rozmówić. Żądają jej wydalenia. Mówią, że ma 
fatalną opinię, że jest... no wiesz... 
Siedząc na podłodze po turecku, Ignacy z powagą oznajmił, że wojna 
stworzyła nową kastę kobiet. Jest taka panienka na posadzie, trudzi się 
biedactwo, a potem okazuje się, że jej właściwe zajęcie jest zupełnie inne. 
Ale Magdalena uważała, że takie rzeczy nie mogą spadać na człowieka tak 
nagle jak cegła na głowę. Dotychczas było wszystko w najzupełniejszym 
porządku i raptem jakby się worek rozsypał. 
— Gdyby się chociaż stroiła! — rzekła bezmyślnie Magdalena. 
— Więc nie? 
— Nie. Powiadam ci, nie wygląda na to. Coś w tym tkwi. I to przed 
walnym zebraniem, a ta dziewczyna pracuje doskonale. Zupełnie nie wiem, 
co robić... 
Widać było jedno, że jest zdecydowana bronić całości swej pracy, bronić 
sekretarki. Miała za złe damie z zarządu, że bezwstydnie ujawnia swe 
rozdźwięki małżeńskie i że żąda zadośćuczynienia tego rodzaju. 
Ignacy, ubawiony, dołożył starań, aby zaognić sytuację. Dobra jest taka 
paniusia, co? A jeśli to nieprawda? Kobiety są podejrzliwe i mściwe. Z 
drugiej jednak strony dochodziły go słuchy itd. Trwało to chwilę, zanim 
Magdalena zorientowała się, że mąż naciąga ją po prostu, i naprawdę 
rozgniewana, powstała. 
— Ach, te twoje żarty!... 
Ignacy odnalazł wreszcie fotografię i wśród licznych malutkich i bladych 
twarzy poszukał siebie. Stał z boku, w mundurze, niedbale wsparty plecami o 
mur jakiejś przygodnej siedziby. Czy ta się nada do reprodukcji? Zgarnął 
manatki do plecaka i poszedł do gabinetu. Z przyległego pokoju dobiegł 
równy, spokojny głos żony. I nagle cała ta historia wydała mu się tak dalece 
niesmaczna, że obruszył się na nie domknięte drzwi. 
Siadł cicho przy biurku, wyjął czysty arkusz z kasety i zaczął pisać: „Moi 
drodzy! Przysyłam...” 
Magdalena mówiła w drugim pokoju: 
— Przecież te rzeczy nigdy nie są całkowicie bezpodstawne, powinna pani 
uważać na swoje postępowanie. Pani X jest osobą zbyt poważną, aby... 
Ignacy pomyślał: "Dlaczego tamta milczy?” Po prostu dlatego, że 
Magdalena mówi nieprzerwanie. Wydało mu się nieprzyzwoitością to 
niedopuszczenie do głosu oskarżonej. Magdalena zaczęła się denerwować: 
— To jest dla mnie niesłychanie przykra sprawa, miałam do pani takie 
zaufanie... 
A potem: 
— Gotowa jestem jednak... 
Ignacy usłyszał nagle blisko, tuż za drzwiami, cichy głos: 
— Proszę panią o zwolnienie. 
Magdalena krzyknęła: 
— Jak to? Chce pani odejść?... — Opanowała się natychmiast i rzekła 
sucho: — Jak pani uważa. Ale decydując się na ten krok, sama pani wydaje na 
siebie wyrok. 
Czy odpowie co? Ignacy nasłuchiwał chwilę. Nie. Więc napisał dalej: 
— „...wam fotografię. Jest marna. Zwróćcie się jeszcze do Kozackiego, 
może on...” 
Cichy głos zapytał za drzwiami: 
— Komu mam przekazać sekretariat? 
Ignacy, pomyślał: „Oto co się nazywa odebrać partnerowi kartę”. Jakoż 
Magdalena oznajmiła niepewnie a, grzecznie: 
— Dam pani znać do biura. — Usłyszał stuk odsuwanego krzesła i zanim 
zdążył powstać, panie przeszły przez pokój. Skłonił się niezręcznie, choć na 
niego nie patrzono i nikt nie oczekiwał żadnych grzeczności. Nagle kobieta, 
idąca przodem, wydała mu się znajomą. Ta pochylona trochę w bok głowa, 
lekkie, wahające się kroki... Znikła. 
— To niesłychane! — rzekła Magdalena wracając. — Słyszałeś? 
— Tak, słyszałem... — Tknięty jakąś myślą stał chwilę, nagle przedarł 
niedokończony list i zadecydował: — Zaniosę im sam. 
— Ona jest winna! — z przekonaniem oznajmiła Magdalena — i ani słowa 
usprawiedliwienia, żadnych wyjaśnień, nie!:.. doprawdy! Nie, nie, jeśli 
miałam jakieś wątpliwości, to teraz... 
Ale Ignacy nie słuchał już reszty. Wyszedł. 
I zaraz za domem zobaczył ją wyłaniającą się zza węgła narożnej willi. 
Musiała nie znać tej nowej dzielnicy i obeszła blok dookoła. Podniosła 
głowę, aby odczytać nazwę ulicy, i wtedy ujrzał jej twarz. 
To była Bronka. 
Cofnął się, przeczekał, a potem poszedł za nią w zapadającym szybko 
zmierzchu. Trzymała się drucianych siatek ogrodzeń, za którymi niskie 
krzewy spały jeszcze zimowym snem. Chwilami słyszał stuk jej wysokich 
obcasów w miejscach, gdzie wiatr zwiał śnieg i płyty chodnika ukazywały się 
obnażone. Szedł wolno, zatrzymywał się, ale ani jednej myśli, nic, prócz 
głuchego pociągu, prócz chęci wędrowania za nią pustymi ulicami. Przeszła 
plac i skręciła w Koszykową. Uczuł słabe zainteresowanie, gdy przechodzili 
koło dawnego jego domu rodzinnego. Ale przeszła bez żadnych oznak uwagi, 
krokiem równym i prędkim. 
Weszła do narożnej cukierni i za chwilę ujrzał na bladym tle firanki jej 
ciemny cień. Dwie głowy, naprzeciw siebie, przy małym stoliku. Ściśnięta 
staniczkiem pierś drżała w przyśpieszonym oddechu, lekko odęte, tak znane 
wargi snuły cienką nić dymu. Zupełne zatarcie się rysów sprawiło, iż ciemna 
maska tej twarzy stała się zagadkowa i odległa. 
Odstąpił stąd i wpadł w pierwszy lepszy przechodzący właśnie tramwaj. 
V 
Strajk!... Prosto z odczytu o higienie zawodowej Ignacy wpadł do domu 
po niezbędne drobiazgi, aby tej jeszcze nocy udać się do Dąbrowy Górniczej. 
Odczyt urządzony staraniem stowarzyszenia społecznego, na czele którego 
stała Magdalena, wypadł nadzwyczajnie. Ignacy był zdumiony wielką liczbą 
osób na pozór nie mających nic wspólnego z tą dziedziną zagadnień. Co 
chwila słyszano przy wejściu na salę: 
— A, pan generał!... Pan minister był łaskaw! 
Ignacy wyszedł, a ostatnie słowa, które słyszał w szatni, były głosami 
Magdaleny, stojącej w górze wspaniałych schodów: 
— Mój mąż opuścił odczyt, delegowany do Dąbrowy jako mediator między związkami zawodowymi a dyrekcją. Grozi nam strajk węglowy... 
Uniósł w oczach obraz świetnego zebrania i z uznaniem myślał o 
Magdalenie. To było coś nowego — ten pomysł — i patrzcie, wzięło ludzi, 
zainteresowało ich. 
Sto pięćdziesiąt procent i sto dwadzieścia procent. Oczywiście sto 
pięćdziesiąt procent zwyżki żądali robotnicy. Ignacy miał poprzedniego dnia 
dwie konferencje w ministerstwie, dwa posiedzenia poza swym 
urzędowaniem, proszoną kolację i brydża. Był zmęczony. Osądził też, że zbyt 
późno zwrócono uwagę na ów zatarg i późno podjęto się roli rozjemcy. 
Potem, w rozmowach na miejscu, starał się chronić słabe i niebezpieczne 
punkty tej sprawy, kryć swe zmęczenie i niepokój. Uderzył w niezawodny tak 
często ton. 
— Panowie — rzekł do przedstawicieli robotników — Strajk? tu?... W takiej 
chwili, gdy stan naszego posiadania węgla na Górnym Śląsku znajduje się w 
rękach kapitału niemieckiego, gdy... 
Przerwano mu. Chudy, wysoki robotnik wpatrzył się w niego bladymi 
oczyma, odwrócił je i rzekł z niechęcią: 
— Panie naczelniku, to już nie nasza rzecz. To już niech tam rząd... 
— Tu kapitał niemiecki, tu francuski. Wsio ryba. 
Dostał nauczkę, trzymajmy się zatem ściśle istoty zatargu. Delegat 
związku zawodowego usuwał się w cień, milczał, głos zabierali skąpo 
delegaci robotników kopalni. Ignacy tym razem nie usłyszał nic, co by mógł 
nazwać „frazesem klasowym”. Ci ludzie uporczywie wskazywali na jedno: na 
zwyżkę kosztów utrzymania. Żaden zarobek nie nadążył za fantastycznie 
skaczącymi wzwyż cenami artykułów pierwszej potrzeby. Uważali, że i tak 
późno chwycili się ostatecznej broni: strajku. Kiedy mieli wysunąć swe 
żądania jak nie teraz? Ostatni czas, prawie koniec kampanii w kopalniach i 
tylko patrzeć, jak zaczną się redukcje. 
Dyrekcje słyszeć nie chciały o ustępstwach. Wielkie zyski przemysłu w 
czasie wojny brzmiały teraz jak: wielkie straty, wielkie zniszczenia, ruina. 
Obecny rząd nie dawał nadziei, by interesy przemysłu były brane pod uwagę. 
Wzrost świadczeń, nadmierne wymagania związków zawodowych i tak dalej, 
i tak dalej bez końca. Ignacy, spędziwszy niezliczoną ilość godzin na zupełnie 
bezpłodnej dyskusji, pod wieczór przeprowadził telefoniczną rozmowę z 
Warszawą. Polecono mu przeciągnąć pertraktacje i czekać. 
Długo i samotnie włóczył się po okolicy, którą znał z czasów, gdy 
przekraczał granicę. Ubóstwo tych miejsc, ich szarość, nędza i szpetota 
napełniały go melancholią. Nagle — posępny krajobraz przypomniał mu 
czerwoną kokardę z plecaka i teraz wiedział: należała do Bronki, łączyła się z 
nią. Kiedy to było, w jakich okolicznościach, tego już nie mógł sobie 
przypomnieć. Musiało to być bardzo dawno. 
Błąkając się na odludziu, myślał o swym życiu, o związku z Magdaleną 
spotkaną w kołach niepodległościowych i ogarnął go spokój. Tamto — to był 
epizod. Cały ten okres znajomości z Mossakowskimi, miłość do Bronki — to 
był akord tylko, przejściowy okres młodości przed ustaleniem się, przed 
dojrzałością i statkiem życiowym. Nad całą tą sprawą, jak nad każdą 
romantycznością, wisiał cień smutku, bezbolesnego, wypranego już z 
wszelkich emocji. Ignacy nie myślał i nie wiedział, że tamto jakoś procentuje 
— te Nowolipki i Leszno, że miało znaczenie w przebiegu i ukształtowaniu się 
obecnego jego życia. Syn rzemieślnika, pośrednik między górą a młodzieżą 
chłopską i rzemieślniczą w POW, otrzymał stanowisko właśnie w 
Ministerstwie Pracy, a dla uspołecznionej Magdaleny jego pochodzenie było 
prawie tym, co w znacznej mierze zadecydowało o jej uczuciu. Świetnemu 
oficerowi, interesującemu ją mężczyźnie trzeba było jeszcze tego nimbu 
"samotnego przedzierania się przez życie”, aby mogła zań walczyć zaciekle 
ze swą ziemiańską rodziną. 
Wrócił niespodziewanie po południu i nie zastał. Magdaleny w domu: 
Pokojowa poinformowała go, że pani jest na jakimś posiedzeniu. Wziąwszy 
kąpiel, zjadł, co mu dano i zaczął telefoniczne poszukiwania. Znalazł 
Magdalenę w Związku Kobiet, miała tam jeszcze zabawić jakąś godzinkę. 
— Może wpadniesz po mnie? 
Nie znosił już teraz samotności i zgodził się. Potem długo szukał owego 
biura w starej dzielnicy miasta, przemierzał schody i ganki, aby wreszcie 
znaleźć wejście we wnęce, za załomem potężnego muru. Wszedł do sali o 
sklepionym suficie pod którym światło zapalonej lampy słabo walczyło z 
gęstym mrokiem kątów, łuków i załamań: W bladym jej kręgu, przy stole 
zarzuconym papierami, Magdalena i Bronka pracowały pochylone. 
— Ach, to ty! Siądź, mój drogi, i poczekaj chwilę. 
Wskazała mu miejsce tak, że znów mógł złożyć nieobowiązujący ukłon z 
oddali. Przeglądając jakieś czasopismo myślał, jak ma teraz postąpić? Czy 
powiedzieć Magdalenie o dawnej znajomości? Wtedy, oczywiście, zapyta, 
dlaczego mówi jej to dopiero teraz. Wówczas on powie, że, widząc ją po raz 
pierwszy, nie poznał. Nagle uprzytomnił sobie, że sama Bronka, pracując z 
Magdaleną, wiedziała na pewno, że jest jego żoną, i ani słowem nie zdradziła 
chęci odwołania się do przeszłości. I ogarnęło go zabawne i przykre 
rozczarowanie, apotem duma. Tak, w tym stanie rzeczy to nie jest dla 
dziewczyny przyjemne. 
Czy Magdalena ma zwyczaj, przedstawiania go swoim pomocnicom? 
Nie. 
Przypomniał sobie jakąś maszynistkę nawiedzającą ich dom 
niejednokrotnie. Nie znał nawet jej imienia. 
Siedział i przysłuchiwał się głosowi Magdaleny oddającej Bronce 
papiery: 
— Niech pani to zredaguje, moja złota. Pani to doskonale potrafi. Niech 
pani to przepisze, moja droga... A ten list, kochana pani, biorę ze sobą. 
Moja droga, moja złota?... Czyżby sytuacja uległa zmianie? Podniósł 
głowę znad czasopisma i osłaniając się spojrzał na Bronkę. Miał ją na wprost 
siebie, pod lampą, która oświetlała ją dokładnie. Jakże się zmieniła! Ta twarz, 
ongiś tak wrażliwa w przyjmowaniu słowa, zmienna i czuła, i czysta, nosiła 
na sobie nieprzenikniony wyraz, całkowicie zamknięta i nie wydająca się ani 
jednym drgnieniem. Ostre rysy biegły od nosa do ust, zawartych tak, jakby 
już nigdy nie miały przemówić. Cóż to musiało być za słodkie życie, które ją 
przeistoczyło? Przy pięknej, jasnej twarzy Magdaleny wyglądała staro, 
ciemno i nikle. Powieki miała opuszczone. Tylko w czole, tu gdzieś między 
brwiami czy właśnie w tych przymkniętych oczach, tkwiło coś żywego i 
podniecającego. Ignacy przypomniał sobie paradne słowa Magdaleny, które 
go wówczas tak rozśmieszyły: 
— „Gdyby się chociaż stroiła!” 
I jego męskie znawstwo znalazło żołdackie słowo dla tego 
niedostrzegalnego uroku, za którym ciągnęli mężczyźni. Odwrócił oczy. 
— Jak długo jeszcze, Magdaleno? 
A potem, czując, że robi niewymowne głupstwo, wstał i zbliżył się do 
stołu, mrużąc oczy od światła. Usłyszał: 
— Ignacy, to nasza nieoceniona sekretarka, panna Mossakowska... 
Ujął dłoń Bronki i przeczekał sekundę, a ponieważ milczała, udał 
zdziwienie i rzekł: 
— Ależ, my się chyba znamy? 
Uśmiechnęła się blado, powiedziała: 
— Tak — lecz zaraz, w sposób, którego nie oczekiwał od tamtej dawnej, 
wahającej się Bronki, uchyliła się od dalszej rozmowy. 
— Czy będę jeszcze pani potrzebna? 
Złożyła papiery, pożegnała się, wyszła unosząc swą skomplikowaną 
egzystencję, swe niejasne i niepewne sprawy, swoje nie wiadome nikomu 
życie. 
— Nie jest pociągająca, co? — rzekła Magdalena. — Skąd ją znasz? 
VI 
O starościnie mówiono, że pochodzi z prostej rodziny i że nie ma żadnego 
wykształcenia. Skąd to gadanie poszło między ludzi, nie wiadomo, bo 
pozornie wcale na to nie wyglądała. Gdy wchodziła na salę balową, wsparta 
na ramieniu męża, gdy zasiadała w pierwszych rzędach na paradnych 
przedstawieniach i uroczystych akademiach, gdy przewodniczyła na 
zebraniach, czyniła to wszystko swobodnie i z pewnością siebie. Wysoka i 
ponętnie zaokrąglona patrzyła otwarcie spojrzeniem swych mocnych, 
błękitnych oczu. Miała też fantazje, na jakie pozwolić sobie mogą w małym 
mieście tylko ludzie bardzo znaczni: trzymała do chrztu wszystkie nieślubne 
dzieci i podrzutki powiatu, takie miała dziwactwo. Jeśli jakiej dziewczynie 
zdarzył się wypadek, wędrowała do miasteczka i ciągnęła ku kuchennym 
schodom dworku. Kucharka Teodozja już z daleka otwierała drzwi, wołając z 
humorem: A, zdrastwuj, zdrastwuj!... 
Gdyby tylko sama nie dawała powodów do owych dociekań, gdyby sama 
nie podsycała ciekawości ludzkiej!... Kobiety siedziały u doktorostwa w 
bawialni, tuż przy oknach, wychodzących na główną ulicę miasteczka. Biły 
dzwony w cerkwi. Szedł orszak weselny. Kobiety, panie z towarzystwa, jęły 
wspominać swe śluby, druhny i orszaki weselne. Starościna rzekła wówczas 
ze śmiechem: 
— Co do mnie, to spłynęłam z okna rodzinnego domu prosto w ramiona 
mego męża. 
Panie, zdumione i zaskoczone, pytały: 
— Jak to, jak to? 
Żartowała chyba, mówiła w przenośni? Starościna potrząsnęła głową: 
— Tak było, naprawdę. — Zaraz jednak potem zmieniła temat rozmowy. 
Ale uchyliła furtkę i ludzie wtargnęli przez nią. 
Pewien przejezdny pułkownik, grubas, długo wpatrywał się w starościnę 
na proszonym obiedzie, aż spytał: 
— Pani starościna z jakich stron naszego kraju pochodzi?... wolno 
wiedzieć?... 
Pani odpowiedziała: 
— Z Warszawy. 
A starosta, który lubił czasem błysnąć przed ludźmi słowem, tak jak 
błyskał herbowym pierścieniem na palcu, dodał: 
— Moja żona jest z domu Raczyńska. 
Tedy pułkownik podjął rzecz: 
— Z jakich to Raczyńskich? 
Lecz zanim starosta otworzył usta, żona ubiegła go: 
— Z tych... przystojnych — rzekła. 
Wspaniale wyglądała w tej chwili, z twarzą ściągniętą śmiechem i 
błyszczącymi oczyma. Wspaniale wyglądała przy uroczystych aktach chrztu, 
w cerkwi czy w kościele, strojna w puszyste futro, z palcami 
upierścienionymi, tak jakby chciała użyczyć całego swego splendoru i 
bogactwa nędznemu bękartowi, piszczącemu tłumoczkowi, który trzymała w 
swych objęciach. I podczas gdy prawdziwa matka płakała z żalu i wstydu, 
stojąc u progu zakrystii, gdy ojca w ogóle na oczy nie widziano, starościna 
swym dźwięcznym głosem nadawała imiona dzieciom zrodzonym w grzechu, 
które miały być bezimienne, nieznane, niewiadomych rodziców: Maria, Zofia, 
Tatiana, Olga, stosownie do wiary matki. Umiała wybrać ojca chrzestnego 
tak, aby to było z korzyścią dla noworodka. Był to okoliczny ziemianin, 
znany z szerokiego gestu, lekarz powiatowy, znany z swego serca i 
poświęcenia, bogaty rejent, wyższy oficer. Umiała rzucić swój dar dla 
noworodka takim gestem i w takiej chwili, aby wywołać dar jeszcze większy 
ze strony mężczyzny. 
Co do jej wykształcenia, to sekretarz starostwa był świadkiem, jak 
starościna, zaszedłszy raz do gabinetu męża, spojrzała od niechcenia na 
pewien papier leżący na biurku i krzyknęła: 
— Ach! 
Starosta zapytał: 
— Co się stało? 
A ona na to: 
— Ten podpis... mój Boże!... czy to nie dawna moja nauczycielka?... 
Papier pochodził z gimnazjum z przyległego miasta wojewódzkiego, 
starosta więc odrzekł: 
— Możliwe. 
Chciał też zaraz połączyć się z gimnazjum telefonicznie, lecz starościna, 
zmieszana i poruszona, położyła dłoń na telefonie: 
— Nie, nie, tak nie można, muszę do niej napisać, to może wcale nie ta 
sama osoba. 
Jeśli jednak miała nauczycielkę, i to z gimnazjum, musiała otrzymać też 
jakieś wykształcenie. 
Kucharka Teodozja, która służyła przedtem u ostatniego gubernatora, 
wzruszała na wszelkie gadania ludzkie ramionami: jej obecna pani ma akurat 
takie same fumy jak gubernatorowa. 
Dom stał w ogromnym ogrodzie, zbudowany przed samą wojną przez 
bogatego mieszczanina, który zakupił leżące w tyle ulicy grunta, chcąc 
zabawić się w posiadacza ziemskiego. Drewniany, niski i szeroko rozsiadły, 
miał od frontu nieunikniony ganek, oszklony kolorowymi szybkami, strojny w 
ażurowy czub drewnianych ozdób. Rząd kasztanów osłaniał go od drogi, a 
wysokie, jakiegoś nieznanego gatunku bujne malwy sięgały połowy okien. 
Wieczorami, gdy dom oświetlono ciepłym i złocistym światłem lamp 
naftowych, można było widzieć z ulicy ciemne pułapy z drzewa nad jasnymi 
ścianami. Od frontu mieściły się pokoje: gabinet, salon i gościnny, od ogrodu 
skupiało się życie bardziej osobiste. Obszerne iżby pełne były sprzętów po 
zbiegach, sprzętów, którymi nowa administracja obdarzała swych 
urzędników, napływających do miasta częstokroć z jedną tylko walizką. To 
nadawało wnętrzom pozór tymczasowości. Ale starościna dobrała meble jak 
najstaranniej, a drobiazgi, jakimi kobiety tak chętnie moszczą swe gniazda 
rodzinne, nadały izbom odmienny charakter zadomowienia. Salon oświetlano 
tylko i tylko świecami, ściany gabinetu posiadały ornament ze starych rycin 
bez oprawy, wynalezionych w odwiecznej księgarni żydowskiej. Jadalnia 
otrzymała specjalnie dorobione półki z ciemnego drzewa, zapełnione 
jabłkami, kręgami słoneczników, a nawet małymi owocami dyni. 
Odwiedzające starościnę panie wzruszały ramionami, zwykłe były chować 
swe zapasy do spiżarni. Ale wprędce zauważyły cel tego pozornego bezładu, 
spostrzegły dekoracyjność i efekt tych barwnych płodów ziemi. To nie miało 
jeszcze wzorów, starościna kierowała się instynktem: unosiła w górę rzeczy, 
które jej się podobały, dość nieznane, aby się stały cenne. Wiązki zeschłej 
macierzanki, długie wiechy kłosów, liści, pędów, cały ten kram, rosnący w 
rowach przydrożnych, czepiał się ścian, drżąc, srebrniejąc, płowiejąc, 
wydawał nieopisany zapach, dziki i przenikliwy. Częstokroć starosta natykał 
się w swych szufladach na kupkę zeschłego ziela porzuconego przez żonę i 
uśmiechał się: była jak sroka znosząca do swej dziupli skradzione skarby. 
Kruszył zeschłe łodygi w palcach, wówczas nikły zapach przypominał mu 
woń jej włosów, jej rąk, jej ramion, i noc, kiedy ją spotkał, wałęsającą się w 
Alejach, przesyconą tym samym zapachem. Chwytał swą urzędową czapkę i 
wybiegał z biura, „wpadał na chwilę” do domu. Szukał jej. Ale była akurat w 
ogrodzie, schylona nad grzędami, ręce miała oblepione ziemią, a na czole 
kropelki potu. Z roztargnieniem uchylała się od pieszczoty. 
— Chcesz jeść? Zadzwoń na Teodozję, muszę to skończyć. 
Wybuchał śmiechem w napadzie dobrego humoru. Czyż mógł przypuścić, 
że dziewczyna, którą ongiś poznał w gabinecie dentystycznym i która mu się 
tak podobała, którą spotkał i wziął sobie po prostu na kochankę burzliwego 
okresu wojny, stanie się zapobiegliwą gospodynią, żoną i matką? Śmiał się 
bez złośliwości: oto jakie los płata figle człowiekowi. Wystarczyło, aby 
trochę dłużej to trwało, wystarczyło teraz trochę nie zabrukowanej ziemi pod 
stopami, a ona już zapuściła korzenie. 
A może sam dał temu początek? W jego opowiadaniach motyw 
sprzedanej, w sam raz przed rewolucją „utraconej”, ziemi i domu za 
kordonem przewijał się tym piękniej, tym tęskniej, że był wolny od goryczy 
straty materialnej. 
— U nas w domu — mówił — u nas w ogrodzie — u nas w sadzie. Moja 
matka robiła to tak i tak. Moja matka tak mówiła, tak poruszała się, tak 
rozsądzała. — Słuchała chciwie: to kobieta tworzyła dom. A ona kiedyś 
chciała, ażeby uczynił to mężczyzna, dawała mężczyźnie władzę opiekuńczą, 
sama była tak pieszczotliwa, oddana, przylegająca do drugiego człowieka. 
Zaczęła się uczyć szybko i po swojemu: stawała nad robotnicami w ogrodzie, 
towarzyszyła krok w krok ogrodnikowi, podglądała sekret ich pracy, ich 
zabiegów i nigdy nie zadawała pytań zdradzających jej nieświadomość. I 
podczas gdy mąż parał się dość dorywczo i nieudolnie zaprowadzeniem 
administracji rozległego powiatu, pozostawiona sobie, budowała swój dom na 
zdrowych i mocnych fundamentach swojej pracy. Nawet ciąża i wojna 
dwudziestego roku nie przerwała jej zajęć: gdy wojska ciągnęły z dalekich 
pozycji, widziano ją jeszcze w ogrodzie, brzemienną, mającą zlec lada dzień, 
jak zbierała do koszów wczesne jabłka. A pierwszą jej robotą po powrocie, 
zanim ziemia stwardniała, było wykopywanie krzaków agrestu: tego roku 
miał rdzę. 
Ich dostatek rósł szybko: mieli swoje krowy, warzywa, owoce, drób, 
wędliny. Wydzierżawiono łąki za domem na paszę, a potem przyległe z boku 
pola na kartofle. Wydatki reprezentacyjne, fety, przyjęcia przejezdnych 
dygnitarzy, na które tak z początku narzekali, przestały im już dokuczać. 
Wkraczali wraz z całym miasteczkiem w okres spokoju, osiadania, dostatku i 
spoczynku. Skompletowano potrzebne urzędy, ludzie przestawali się czuć jak 
ptaki w przelocie. Ogrody i warzywniki kwitły i obradzały, z lasów dobiegał 
huk siekier. Niczego innego nie trzeba było w tych stronach, zapadłych i 
sennych, płaskich i dymiących wilgocią i mgłami. Niczego innego, jak tylko 
spojrzenia w ziemię, chodzenia koło ziemi. 
VII 
Dziecko. Oto ono. Leży i spoczywa. Z początku to jest nic, sama rozkosz 
z jego istnienia. Mało sprawia kłopotu, śpi, przebywa w jakimś innym 
świecie, śpi i rośnie, rozwija się jak roślina, śpiąc gromadzi w sobie siły. 
Budzi się i kwili: trzeba je nakarmić lub przewinąć. Potem znów zasypia. 
Matka kładzie się obok, na łóżku, i spogląda nienasycenie. Źdźbło. Lecz gdy 
leży tak, obok jej ciała... czyż to możliwe, aby było to w niej, tak 
niedawno?... Jakie duże! Aby utworzyło nowy kształt z twego ciała, z twojej 
krwi, z ciebie? Tak, oto ono. Matka leży z dziecięciem przy boku, nie chce jej 
się wstać i zająć innymi sprawami. Obydwoje nabierają sił. W ciszy i 
spokoju. 
Dziecko potrzebuje ciszy. O, jakże się wzdraga na każdy hałas świata, 
każdy ruch życia. Ono jeszcze tkwi w swym bycie tajemnym. Oczy jego 
najchętniej zsuwają się pod czułe, drżące schrony powiek, wyczuwa ciepło 
piersi i nawet sutki szuka po omacku. Cicha, cicho, o cicho!... — Nie budźcie 
mi dziecka — mówi matka — dziecko śpi. — I uczy wszystkich ciszy, kładzie 
pieczęć milczenia na domu. 
Z początku to jest nic: daje samą rozkosz. Uśmiech rodzi się pewnego 
dnia, dziecko śpi i uśmiecha się we śnie: o czymże myśli, jaki to błękit 
nasunął się pod zamknięte powieki? Nieba, anioły, niebiańska muzyka, nic 
ziemskiego nie ma w tym uśmiechu, źródło jego jest nie z tego świata... 
Potem oczy pozostają otwarte na dłużej. Matka jest tuż spoczywa obok, 
podtrzymuje głowę ręką i patrzy, pochylona. Dziecko wznosi spojrzenie w 
górę, szuka. Oczy ich spotykają się i nieruchomieją. 
— To ty? 
— Tak, to ja... 
— To ty? 
— To ja, mama. Mama. 
Patrzą bez drgnienia, toną w sobie. O, cóż to za porozumienie, cóż to za 
rozmowa bezsłowna, jakie poznanie tajemnicze. Trwa to długo, zawiązuje się 
jeszcze jedna więź, mocniejsza niż więź cielesna. 
Dotychczas byłaś ty tylko: ty, jeden człowiek. I cokolwiek uczyniłaś, jakie 
były twe myśli, twe postępki, to dotyczyło tylko ciebie. Ale teraz jest was 
dwoje, związanych z sobą, nierozdzielnych. I podobnie jak pożywienie, które 
przyjmiesz, przenika weń, wywołuje pierwsze choroby i zaburzenia, 
podobnie jak twój płacz i cierpienie kwasi i zatruwa pokarm, nie jest że tak 
samo z twą myślą, z wszystkim, co w tobie jest? Strzeż się, strzeż się, pilnuj 
się bezustannie. 
Ale kiedy się już doszło do tej myśli, nie podobna było zatrzymać się, nie 
było granicy. Następowało ciągłe rozszerzanie się — rozszerzanie się i 
przenikanie. Dzieci praczki zachorowały i trzeba było zabronić, aby ta 
kobieta przychodziła do kuchni. Dobrze, ale przechodziło się koło jej chaty, 
stąpało się po wylanej za drzwi wodzie, a poza tym, czy możliwe było 
upilnować Teodozję, która była z praczką w przyjaźni? To mogła być 
szkarlatyna, to mógł być tyfus, panował właśnie tyfus. I starościna żądała 
doktora, na gwałt, posłała po lekarstwa, w końcu, przerażona i niepewna, 
stanęła na progu chaty. Tylko na progu, rozdarta między strachem zarażenia 
swego dziecka a namiętnym pragnieniem zduszenia choroby w zarodku. Ale 
to było do niczego, ci ludzie nie potrafili sobie dać rady, nie podobna było 
stać z daleka i patrzeć na nieudolne zabiegi praczki. Przezwyciężyła bojaźń i 
weszła. W imię dziecka! dla dziecka! przez swe dziecko! Potem gdy kobiety 
wychwalały ją, gdy coś w rodzaju nimbu zawisło nad jej głową, uczuwała 
wstyd. Tak, tak, mogła to zrobić prościej. Dla nich samych, dla matki i dla 
tamtych dzieci. 
Dziewczyna jakaś usiadła na schodkach kuchennych i płacze. Co to za 
jedna? Czemu płacze? Kucharka Teodozja zmarszczyła surowo brwi i rzekła: 
— Zgrzeszyła, to i płacze. 
Ale to ona siedzi na schodkach kuchennych i płacze, dawna Cechna. 
Płacze i oczekuje pomocy, kolejno przywiązuje swą nadzieję do Kwiryny, do, 
matki, do Henryka. Nikt jej nie pomógł, wszystko sprzysięgło się przeciw 
niej, sama musiała uznać, że mieć dziecko w tamtych warunkach było 
szaleństwem. Wszystko było trudne, wszystko było nie do przezwyciężenia. 
Potem przekonała się, że można przemóc swój los, że można sobą 
pokierować. O, jak wiele można uczynić, gdy się ma po temu wolę, gdy się 
ma o co zaczepić ręce i serce. Wyszła na ganek i znalazła słowa akurat 
potrzebne: 
— Nie płacz, głupia. Chcesz donosić to dziecko? Ja ci pomogę. 
Co za ślepota, macierzyństwo nie było grzechem. Tęsknota za miejscem 
na ramieniu mężczyzny, wgłębieniem, gdzie spoczywała głowa, ta ciągła 
czułość, niewyczerpane, nie zasychające źródło, przerodziła się w triumfalne 
uczucie mocy, w tworzenie życia. To powinno być niezawisłe od wszelkiego 
głupstwa na świecie, to powinno mieć swoje ujście. 
Studnia w dziedzińcu jest zanieczyszczona, któż dbał o studnie w czas 
wojny. Pojono konie z wiadra, a ludzie wędrowni przytykali spieczone usta 
do jego brzegu. Studnia? Oczyści się. Przychodzą ludzie i czynią swoje. Ale 
tuż obok, we wszystkich tych podwórkach zarośniętych trawą, koło tych 
wszystkich domków zapadłych i troskliwie obielanych są studnie od lat nie 
czyszczone. I starościna podejrzewa, że na podobieństwo spraw ziemskich, 
tam, w głębi, biegną jakieś korytarze, przenikają się wzajemnie prądy 
podskórne. Nic nie stoi na uboczu, nic nie trwa oddzielnie, przed niczym nie 
można się odgrodzić całkowicie. 
— Słuchaj, Władku, jak jest właściwie z tymi studniami?... 
— Ze studniami? — pyta zdumiony. Jest akurat w fazie organizowania 
samorządu, nie może zaprzątać się małymi sprawami. 
— Do kogo to należy? Do doktora, do urzędu sanitarnego? 
Starościna chodzi, rozpytuje się i dociera, gdzie trzeba, ze swoją 
nieświadomością i swoim zapałem. To już nie jest kochanka, skłonna paść w 
objęcia na każde zawołanie, nienasycona w pieszczotach. Mężczyzna czuje to 
i nawet nabiera pewnego szacunku. Ale gdzie jest szacunek, tam umiera 
pożądanie — nie mówmy o tym. 
Wszystkie te matki, porzucone i zbezczeszczane, wszystkie te małe życia 
zabite w zarodku, wszystkie te żyjące i głodne, oskubane pisklęta z cienkimi 
szyjkami, o wielkich, chwiejnych głowach, wygiętych nóżkach, łyse, 
ziemiste... Zdawało się Cechnie, że jest przeszyta tysiącami boleści, tysiącami 
radości. Czuła, jak serce jej rozszerzało się aż do bólu, aż do stanu tak 
wielkiej miłości, że dom i pokój dziecinny nikły jej z oczu. Wychodziła z 
domu na długie godziny, które mknęły niepowstrzymanie. Niespokojna, 
wracała, by chwycić małą w ramiona. Wyrzucała sobie: opuszczam ją, 
zaniedbuję swe dziecko. Ale czyż nie robiła wszystkiego dla dziecka, przez 
dziecko, w imię dziecka!... 
To dziwne, że w końcu, poza tymi wszystkimi zabiegami o jego zdrowie, 
dobro i wygodę, najwyższą radość i uniesienie odnajdywała w oczach 
zwróconych na nią, zatopionych głęboko w jej oczach. 
— To ty? Tak, to ja. 
— To ti? to ti? — tak, to ja, mama, mama, mama. 
VIII 
Usłyszano przenikliwy krzyk pani: 
— Nianiu! Nianiu! — i kucharka Teodozja pierwsza wbiegła do pokoju. 
Furman Iwaś, pożywiający się właśnie w kuchni, z kromką chleba podążył za 
nią. Niania przybiegła z dziedzińca, z sztukami mokrej bielizny 
przewieszonej przez ramię. Ujrzano dziecko z wyciągniętymi rękoma idące 
na własnych nóżkach przez pokój, podczas gdy przerażona matka zdawała się 
drżeć i lękać o każdy krok małej. Niańka z otworzonymi ustami wpatrzyła się 
w stworzenie, które przed chwilą jeszcze nosiła w swych objęciach: chodzi! 
Nikt nie dostrzegł, kiedy zdążyło posiąść tę umiejętność, i teraz dziwiono się 
chórem: 
— A cóż to za takie dziecko! Czy kto widział kiedy? Nie pełznie, a wprost 
idzie! Na czworakach wcale nawet nie popróbowało!... 
— A kiedyż ty, kiedyż nauczyła się, aa? 
Wszyscy przykucnęli i wabili je ku sobie: 
— Do mnie, do mnie! Tu, tu, tu! Ot, co ja tobie dam, cukiereczka! 
Ale mała ominęła wyciągnięte ramiona i podreptała swoją własną drogą. 
Zdobywała sobie sama pokój po pokoju w obszernym domu. Trzymając się 
framugi drzwi, przestępowała progi, a nogi stołowe na długo stały się 
niezawodnymi przyjaciółmi, które chwytała w objęcia, gdy krok stawał się 
chwiejny. 
Teraz stawało się bardziej ludzkie, gdy nie spoczywało już ciągle przy 
boku matki. Skończyła się tajemna rozmowa oczu, najoczywistsze 
porozumienie. Stawało się bardziej ludzkie i stawało się złe, a kiedy zaczęło 
ranić, zraniło najpierw matkę. 
Cechna doznała podwójnego bólu. Odczucia fizyczne splątały się z 
niejasnymi przeczuciami duszy, nie mogła tak od razu tej sprawy ogarnąć. 
Pewnego dnia mała ścisnęła pierś matki wyrzynającym się, skrytym w dziąśle 
zębem. Matka krzyknęła z bólu. Puściło pierś, spojrzało bacznie spojrzeniem 
już świadomym i roześmiało się. To było niesamowite, przez chwilę, zanim 
nie przemówił rozsądek. Aha, dostaje zęby. A ostry krzyk matki i jej 
zmieniona twarz wywołały ten efekt śmiechu. Na wszelki jednak wypadek 
Cechna wymierzyła klapsa w różowy tyłeczek i postarała się o korzeń 
fiołkowy. 
Ale później wracało do swego, znów. Później często badało efekt swych 
wystąpień na twarzach dorosłych. W czasie spożywania kaszki nagle talerz z 
hukiem padał na podłogę, a krągłe oczka patrzyły z spokojną ciekawością na 
starszych. Co też powiedzą? Zjawisko gniewu doprowadzało dziecko do 
serdecznego śmiechu. Tak samo wybuchało śmiechem, jeżeli ktoś się potknął 
i upadł, uderzył, skaleczył. Krzyk bólu wywoływał śmiech. Matka śledziła je 
w osłupieniu: w tym różowym ciałku, w tym anielstwie, w tych oczach 
czystych tkwił już zalążek zła i rozwijał się, i rósł, i potężniał?... Chwytała 
małe w objęcia i natychmiast następowało zjednoczenie, jakby tylko ciała 
posiadły zdolność kojenia, zdolność godzenia rozdźwięków. Ale już zsuwało 
się z kolan, już biegło, już odchodziło. Matka miała przed sobą nieznany 
teren, na którym nie umiała się jeszcze poruszać, to nie był ogród, to nie była, 
ziemia, którą tak szybko opanowała. To nie jest roślina, tak jak nieraz 
mówiono, na którą wystarczało chuchać i dmuchać, pielęgnować i miłować 
ją. Już wówczas matka zaczęła kapitulować przed siłami, które dochodziły do 
głosu szybciej, niż można je było ogarnąć i zapobiec, wymyślić jakieś metody 
postępowania. Najpierw odrzuciło powijaki i kołdrę, skopywało wszystko, co 
cisnęło, grzało i ochraniało nagie ciałko. Tak samo później odrzuciło łyżkę. 
Łyżka służyła małej do bębnienia na stole hucznego uderzania w talerz, 
wywoływania fontann z rozpryskującej się zupy, wreszcie, w chwili gniewu, 
do puknięcia niańki w głowę. Do wszystkiego — tylko nie do jedzenia. 
Chciało jeść palcami, zaciskało usta przed łyżką, odwracało głowę, 
wymiotowało. Każdy posiłek kończył się płaczem, krzykami i głodem. 
Zaczynała się walka, och, przemóc tylko ten upór, zwalczyć go — a wszystko 
pójdzie łatwiej! Ale mała tak zmizerniała ze złości i niedojadania, że matka 
doszła do punktu, w którym się mówi: Ach, wszystko mi jedno, niech je 
palcami, nożem, dłonią, byle jadło. — I obiecywała sobie: potem, gdy będzie 
większe, potem, gdy zrozumie... 
Tymczasem, kolejno, dziecko posiadło sztukę obrony i sztukę dręczenia, 
drapało i gryzło. Niewiadomym sposobem poznało, co to jest prawo 
własności, i strzegło przed rówieśnikami swych łopatek, kubełków i 
obrazków. Nie rusz, to moje, moje, moje! Zazdrość dotknęła je także: matka 
nie mogła ucałować obcego dziecka, aby nie wywołać namiętnego sprzeciwu 
małej. 
Pewnego dnia zginęło i pół miasteczka stanęło na rogi, aby je odszukać. 
Trzeba było wyjść aż za ostatnie domy, aby zobaczyć mały, poruszający się 
punkt na ścieżce dalekiej i mokrej łąki. Gdy usłyszało nawoływanie i kroki 
pogoni, odwróciło się, a potem zaczęło uciekać pędem, biec co tchu, naprzód. 
Uciekało, uciekało. Dopiero później, leżąc z matką na szerokiej kanapie, 
wyznało z wyrzutem: szła przecież zdobyć śliczne kwiaty dla niej, dla matki. 
— Czy kochasz mnie? 
O, te rozbicia i te pojednania, w czasie których miłość przyrzekała sobie 
stwarzać cuda, przeistaczać, przerabiać, rodzić na nowo, od początku!... 
Cechna wiodła małą do ochronki, do sierot, i nakazywała dzielić się 
podwieczorkiem i słodyczami. Mała dostawała mleko i nawzajem hojną 
dłonią rozdawała wszystko, co ze sobą przyniosła. Ale to trwało tylko do 
chwili odejścia. Wtedy mała spoglądała na puste ręce i zawracała szybko od 
drzwi, aby odebrać to, co było jej. Matka, zawstydzona, usiłowała ją 
powstrzymać. Potem ukradkiem przygotowywała drugą paczkę. 
— Masz, to twoje. 
Krok naprzód i trzy kroki wstecz, oto co czyniła. Jakiejś jesieni Cechna 
wynalazła w mieście elementarz Falskiego i zaczęły się cudowne popołudnia. 
Ogień trzaskał na kominie w jadalni, można było siąść na podłodze, na grubej 
podlaskiej derce, i czytać. Cóż to był za elementarz. Matka zachwyciła się 
jego łatwością, melodyjnością tekstów, skojarzeniem słów, które od razu 
dawały całość. To nie było mozolne dukanie be, ce, de, ee... Cechna czytała 
głośno: 
— Ola. Ola i Ala. To las. Ola i Ala poszły do lasu. 
Mała słuchała bacznie, leżąc brzuszkiem na derce, z oczyma wlepionymi 
w elementarz. Gdy zmęczona matka przystawała na chwilę, domagała się: 
— Czytaj. czytaj dalej! — Niania próbowała panią wyręczyć, ale nie umiała 
czytać, a mała nie dała się oszukać. — Nie tak! nie tak! — Melodia i 
uszeregowanie słów tkwiło już w niej tak żywo, tak zostało przyswojone, że 
najmniejszy fałsz wywoływał wybuch. Niania chytrze wywodziła: 
— No, to jak? No powiedzże, kiedy wiesz?... 
I mała chwytała w gniewie za elementarz, aby wyrecytować nieomylnie 
wszystkie te dopiero co poznane objawienia. 
Kiedy nauczyła się chodzić? Kiedy nauczyła się czytać? Nie do wiary, to 
wszystko stało się samo, matka nie pokazała jej właściwie ani jednej litery. I 
nabierała ufności: skoro zacznie odróżniać złe i dobre, wybierze dobre. 
Mężczyzna, ojciec, trzymał się dotąd na uboczu, ale teraz wkroczył. 
Uznał wszystkie wady za zalety, to mu się podobało!... 
— Nie daj się, córko! Ho, ho, zuch z ciebie, masz rację: co twoje, to twoje. 
— Bawiła go. Gdy krzyczała za głośno, gdy naprzykrzała się, otwierał drzwi i 
wyrzucał ją po prostu: — Marsz! 
Cechna śledziła go, patrzyła, gdy szedł z małą, i serce jej uderzyło nagle i 
głośno. Ten sam ruch ręki, ten sam chód, to sama brzmienie głosu. Jaki on 
jest, jaki on jest, poza pocałunkami, poza tym wszystkim, co ich złączyło? 
Nagła, przeszywająca myśl, że tu oto, w tym dziecku, rośnie ich dwoje, 
połączonych... Coś ze mnie i coś z ciebie, dziedzictwo. 
IX 
Amelka przeszła przez korytarz, prowadzący do zakrystii, na palcach, 
było to przyzwyczajenie dzieciństwa, zawsze tędy przechodziły dzieci na 
palcach, przez uszanowanie dla przyległego prezbiterium, aby nie zakłócać 
ciszy krokami, które brzmiały pod pięknie sklepionym sufitem. Przemknęła 
wzdłuż ścian, na których z jednej strony czerniały pożółkłe portrety 
fundatorów i dobrodziejów, lśniły bladym złotem litery tablic nagrobnych, z 
drugiej — przez umieszczone wysoko, okratowane okna pasma słoneczne 
padały skośnie, a bezlistne gałęzie drzewek z ogrodu uderzały o szyby. 
Panował tu chłód. Ale wyszedłszy z apteki pachnącej lekami Amelka 
zachłysnęła się powietrzem łagodnym, które wtargnęło w nią przez 
wpółotwarte usta i przebiegło nagłym drżeniem ciało. Zupełna wiosna. 
Minął ją zakrystian, pan Łapko, zgięty z uszanowaniem, szepcąc: 
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. 
Amelka pochyliła głowę, wargi jej drgnęły słowami niedosłyszalnej 
odpowiedzi. Pan Łapko zawrócił nagle, zmieszany. 
— Czy odbędzie się posiedzenie komitetu, proszę pani? Ksiądz proboszcz 
nic mi nie mówił, sala na górze jeszcze nie sprzątnięta. 
Amelka uspokoiła go. Tylko ona została zaproszona na rozmowę z 
księdzem proboszczem. 
Skręciła na lewo, wspięła się na schodki pod oszklonym dachem, łączące 
dom parafialny z zakrystią. Gdzieś z głębi tego domu nadpływały zgłuszone 
tony, matowe i głębokie akordy fisharmonii. Amelka zastanowiła się: czy 
wypada iść wprost do mieszkania proboszcza? Po raz pierwszy spotkało ją to 
wyróżnienie, iż została zaproszona poza komitetem, i czuła się z tego tak 
dumna... Naturalnie, że do mieszkania! Usłyszała za sobą śpieszne kroki. To 
pan Łapko, zadyszany. 
— Ksiądz proboszcz przeprasza, zatrzymano go w kancelarii. Ksiądz 
proboszcz prosi, aby pani poczekała w pokoju zebrań. 
A więc nie. Amelka zataiła rozczarowanie, podziękowała kościelnemu i 
zatrzymała się przy oknie wychodzącym na ogród. Pan Łapko zniknął. Widać 
stąd było skopaną grzędę, porzucona łopata błyszczała w słońcu. Małe 
drzewka owocowe, szare, zdawały się, pęcznieć od soków i róść w oczach z 
ciepła słonecznego. Amelka wzniosła twarz ku górze. Słońce ogrzało ją 
natychmiast. Stała, cała połyskliwa w swym brązowym kostiumie obłożonym 
suto futrem rudego lisa, pociągnięta jakby ciemnym ogniem od stóp, obutych 
w brązowy zamsz, poprzez złote włosy pod rudym filcem kapelusza. 
Oddychała lekko. Wargi jej zaczerwieniły się. Od rana, zaraz po 
przebudzeniu, czuła w sobie coś rozbłysłego i złożyła to na karb dnia iście 
wiosennego, choć to dopiero połowa lutego. Powieki nie mogą znieść słońca i 
drgają bezustannie. Oderwała się z żalem od okna. Dźwięki fisharmonii 
zbliżały się, to organista tak wściekle dudli swe pobożne wprawki. Amelka 
pchnęła drzwi. 
To nie organista. 
Pokój zebrań był pusty, krzesła i ławy odsunięto pod ściany. Tuż przy 
drzwiach złożono szczotki, ścierki i kubeł z wodą. Okna szeroko otwarte. W 
kącie przy fisharmonii przysiadł, jakby na chwilę, młodzieniec w palcie i 
czapce studenckiej na głowie. Teka i zwitek bristolu leżały porzucone na 
podłodze. Zmieszana Amelka przeszła cicho w głąb sali, przesunęła się 
bezszelestnie, by zająć miejsce przy oknie, w fotelu. Patrzyła na zgięte 
niedbale plecy chłopca, widziała białe dłonie i długie palce poruszające się 
powoli i z niespodziewaną siłą przyciskające klawisze. Gdy tony przycichały, 
słychać było gruchanie gołębi spod dachu i głosy ludzi pracujących w 
ogrodzie. Lekki wiatr przywiał jakiś miły, zapach. Na ławach koło szklarni, 
na ścieżce, ustawiano rzędem doniczki z rozkwitłymi hiacyntami. Były 
jeszcze niskie, nie wyrośnięte i kryły się sztywno wśród zielonych mieczyków 
liści. Zakrystian Łapko kręcił się, pochylony nad kwiatami. Te białe — na 
ołtarz. Sześć sztuk. 
Twarz kościelnego, blada i obrzękła, przykro odcinała się od świeżości 
kwiatów. Nogi, przyzwyczajone do niewzruszonego gruntu posadzki 
kościelnej zdawały się giąć na miękkiej ziemi. 
— Te różowe — do mieszkania księdza proboszcza. 
Zjawił się na widowni pan Gończyk, dźwigając swój towar, pobożne 
broszury i pisma, które rozprzedawał przed kościołem po nabożeństwach. 
Teraz składał je na przechowanie w domku ogrodnika. Zwichrzona jego 
broda sterczała ostro naprzód, spod daszka sportowej czapki wysuwała się 
bujna, trochę posiwiała czupryna. Kamaszki, rozklapane ze starości, ślizgały 
się na ścieżce rozmiękłej, a palto z fokowym kołnierzem ukazywało kłapcie 
waty spod podszewki. 
— Panie Łapko, a to grzeje, co? 
Amelka odpięła futrzany kołnierz i palce jej z rozkoszą dotknęły jedwabiu 
bluzki. Ulegała jakimś wstrętom przy dotknięciu nieprzyjemnego materiału, 
zęby jej zgrzytały i dłonie pokrywały się gęsią skórką. Jesienią, gdy szyła 
sukienki z barchanu dla biednych dzieci parafii, było to dla niej istną 
męczarnią, ale przezwyciężyła się. Zaledwie skończyła tamtą robotę, trzeba 
myśleć o sukienkach letnich. Na szczęście, perkal nie jest tak nieprzyjemny. 
Ileż tego będzie potrzeba? Po cichutku wyjęła notes z torebki. Dziesięć 
sukienek, bagatela! Aby zdążyć uszyć je na Wielkanoc, nie licząc fartuszków, 
chusteczek i bielizny, będzie musiała także zaprząc do roboty młodsze 
siostry. I wyobraziła sobie pokój, gdzie się będą zbierać wieczorami, aby szyć 
i opowiadać sobie wszystkie zdarzenia dnia, i snuć projekty. 
Ozwał się chór przyciszonych głosów, fisharmonia śpiewała teraz 
przyciszonymi głosami. Amelka — zdawało się, że lada chwila zaśnie, 
ukołysana. Osunęła się na oparcie fotela i przestała patrzeć i myśleć. Wiatr 
szeleścił między pasmami pociętej bibułki strojącej okna i wieńczącej obrazy. 
Kiedy głębia tonów przepełniała drżeniem powietrze, następowały spadki, 
ściszenia tak czułe, iż zastygała w zimnie przenikliwej ich czystości. Nie 
spoglądała już w stronę grającego, patrzyła w niebo. Marzyła sobie, że jest 
młodziutką dziewczyną. Nic nie było przedtem, ani chłopca, który odszedł do 
Kwiryny, ani pana Michałowskiego, ani żadnych sprytnych wybiegów 
urządzenia się w życiu. Siedziała w słońcu, chwytając nozdrzami nikły 
zapach hiacyntów, nucąc bezgłośnie wraz z fisharmonią. Któż to może być, 
ten młodzieniec? Pragnęła, aby to nie był nowy kandydat na pianistę ani też 
jakiś pobożny pupil księdza ze stowarzyszenia młodzieży. Drzwi stuknęły... 
— To mój bratanek — rzekł ksiądz proboszcz od progu. 
Amelka powstała z opuszczonymi powiekami, pobladła i piękna, cała ruda 
jak ciemna skra rozżarzona w górze świetlistą aureolą włosów. 
„Jak ona się zmieniła” — pomyślał ksiądz. I przypisał to zmianie ubioru. 
X 
Amelkę bolała głowa tak uporczywie, że aptekarz po dwukrotnej dawce 
proszku swego własnego wyrobu, zalecił jej więcej ruchu na świeżym 
powietrzu. Dlaczegóżby przeto nie miała korzystać ze spacerów w ogrodzie 
przykościelnym? Pani Raczyńska, ze względu na przypuszczalny przyjazd 
Cechny z dzieckiem, odwiedziła ogrodnika, zakupując parę doniczek 
kwiatów. Bystre jej oczy wypatrzyły trzcinowy fotel w szopie z narzędziami, 
a ściana domku zasłaniająca od wiatru i wystawiona na słońce wydała jej się 
w sam raz dogodna dla miłego odpoczynku. Tak więc Amelka nie 
potrzebowała się o nic troszczyć. 
— Idź, Amelciu, posiedź sobie i pochodź, jeden jest tylko feler, że na 
probostwie ktoś się ćwiczy na fisharmonii i nie wiem, czy ci to nie zaszkodzi 
na głowę. 
Aptekarzowa zeszła na dół, owinięta w ciepły granatowy płaszczyk, z 
głową lekko omotaną gazowym szalem. Wzięła z sobą szycie, ale od ziemi 
ciągnęło jeszcze i nie można było długo siedzieć. Wstawała i chodziła 
ścieżkami, na których nowa trawa snuła swe delikatne, blade pasma. Drzewa 
były ciągle szare, gdy się patrzyło z bliska: Ale z daleka, z drugiego końca 
ogrodu, widziało się na nich zieloną smugę, lekki nalot wiosny. Ziemia 
rozwarta ostrzem łopaty zawała się dymić. Grudki rozpadały się same, 
kruszyły się, poruszały, ulegając jakimś wstrząsam i nakazom tajemnym. 
Amelka przypatrywała się temu ściągniętymi brwiami. Czuła spazmatyczny 
krzyk w sobie, w swym ciele, w nabrzmiałym gardle. Przyśpieszyła kroku. 
Dźwięk padał z otwartych okien probostwa. Amelka nie mogła się oprzeć 
chęci spacerowania po tej części ogródka, koło domu. Raptem tony umilkły. 
Andrzej, bratanek księdza, zobaczył ją i zszedł na dół. Dźwigał poduszki, 
którymi wymościł głąb trzcinowego fotela. Pytał: 
— Jak się pani dziś czuje, czy głowa ciągle boli? 
Czuła się w tej chwili doskonale, oczy jej błyszczały, a dłonie nabrały 
mocy. Zaczęła szyć. Andrzej przysiadł na niskim klocku do rąbania drzewa, a 
potem wynalazł deseczkę, którą ulokował tak, aby mogła wesprzeć na niej 
stopy. W domu trzeba było zabiegać koło mężczyzn, krzątać się koło nich i 
służyć im. Amelka nigdy nie doświadczała tych drobnych usług męskich i 
teraz przyjmowała je jako coś wyjątkowego, coś nadzwyczajnego. Na 
probostwie Andrzej pomagał jej zdjąć płaszczyk, przysuwał krzesło, podawał 
herbatę, bułeczki, masło, poświęcał jej dużo uwagi. Cóż to była za różnica z 
aptekarzem, któremu trzeba było służyć, którego trzeba było słuchać. Amelka 
czuła się teraz jakoś więcej warta, wywyższona, piękniejsza i słabsza. 
Milczeli. Za ścianą, w domku ogrodnika, brzęczały fajerki i błękitna 
smuga dymu płynęła z komina. Gołębie stękały głucho. Białe palce 
aptekarzowej ciągnęły z tkaniny długą nić. Nagle rzekła z namysłem: 
— Dlaczego nie kolorowe? 
— O czym pani mówi? 
Myślała o sukienkach, które szyła. Były szare w czarne cętki i kwadraty, 
smutne. 
— Czy koniecznie biedne dzieci parafii muszą chodzić tak, ubrane, aby 
każdy z góry poznał, że to są dzieci obdarowywane przez komitet? 
Andrzej zapytał z ciekawością: 
— Dlaczego pani to przyszło na myśl? 
Amelka przegryzła nić zębami, jak to czynią proste szwaczki, i odrzekła z 
uśmiechem: 
— Gdy byłam dzieckiem, niejedną łzę wylałam z powodu brzydkiej 
sukienki. 
Andrzej wymierzył lekkiego klapsa w wzniesioną do ust dłoń: 
— Czy tak się robi?::. Dlaczego nie ma pani nożyczek? 
Aptekarzowa poczerwieniała i Andrzej schwycił ją za rękę, całując i 
przepraszając: 
— Czy zabolało? Przepraszam, przepraszam, uderzyłem za mocno. 
Był to jego zwykły gest, taki pocałunek składał znienacka na rękach matki 
i innych kobiet z rodziny, a one uśmiechały się. Teraz widział, że ten sam gest 
wywarł na Amelii zupełnie inne wrażenie. Andrzej, pozornie swobodny, był 
w gruncie rzeczy nieśmiały i poczuł się zmieszany. Ba, kobiety w jego 
rodzinie, w zapadłym dworze, nie nosiły tak przezroczystych, jedwabnych 
pończoch, jakimi są obciągnięte smukłe nogi aptekarzowej. Andrzej miał je 
tuż przed oczami i Amelia zręcznie obciągnęła sukienkę. 
— Niech mi pan nawlecze igłę. 
Dłonie ich znów się spotkały i Andrzej nie mógł powstrzymać się od 
pochwał, ciągnęło go wprost nieprzeparcie, aby dotykać jej rąk, wszystko 
jedno pod jakim pozorem. 
— Jakie piękne ma pani palce. Czy nie ukłuła się pani? nie? zmęczona? 
może już dość tej roboty?... — Nie mógł wiedzieć, że to są słowa dawno nie 
słyszane, że może nikt jej tego nie mówił, nikt przedtem tak nie przemawiał, 
że to są słowa obezwładniające. Amelka cofała rękę, aby za chwilę wynaleźć 
pozór do nowego zbliżenia. Potem ogarniało ich rozleniwienie, widzieli jak 
przez mgłę ogrodnika, pracującego w ogrodzie i kolportera pobożnych pism, 
który wałęsał się bezczynnie, odpoczywając. Amelka próbowała jeszcze 
rozmawiać. 
— Jak tam z pana staraniami? 
Andrzeja który przyjechał do stolicy, aby załatwić formalności związane z 
wyjazdem na studia, machnął niedbale ręką. 
— Ach, wszystko mi jedno! mam czas! 
Amelka westchnęła: 
— Szkoda, że pan wyjeżdża. 
Andrzej, zachwycony jej żalem, wyraził nadzieję, że to się pewnie 
przeciągnie w nieskończoność. W biurach nie śpieszą się. A poza tym, 
jeszcze nie wiadomo, czy matka nie zechce, by spędził lato na wsi, w kraju. 
Amelka, smutnie zapatrzona w przestrzeń, rzekła: 
— To musi być cudownie, jechać w świat, kiedy się zechce. 
Andrzej podchwycił: 
— A pani? 
Amelka spoważniała i rzekła: 
— Ach, ja! ja mam obowiązki, młodsze siostry, które się jeszcze uczą, 
dom. Nie ma co marzyć! 
Znów uśmiechnęli się do siebie. W ogrodzie kolporter Gończyk zmrużył 
znacząco oko i rzekł do ogrodnika: 
— Zdaje mi się, że z tego coś będzie. 
Także i gospodyni księdza, gdy tylko umilkły tony fisharmonii, nie mogła 
usiedzieć w kuchni, kręciła się po pokojach i wreszcie stanęła w otwartym 
oknie. Zauważyła brak poduszek na kanapie, oto gdzie są poduszki. Weszła 
do pokoju, gdzie ksiądz pracował, i rzekła: 
— Nasz pan Andrzej jest galant, proszę księdza proboszcza, tak się koło tej 
aptekarzowej kręci, poduszki jej zaniósł. Jeszcze ludzie Bóg wie co pomyślą. 
Ksiądz, zaniepokojony, podszedł do okna i zawołał: 
— Andrzeju! 
XI 
Na drugi dzień jął siąpić deszcz, a pod wieczór krople wody zamieniły się 
w płatki śniegu. A potem jeszcze jeden dzień, pełen ciszy i bieli, jeden po 
drugim, głuche dnie. Amelka chodziła od okna do okna, przystawała i 
patrzyła w zacichły świat. Zdawało jej się, że jest śmiertelnie chora, 
obezwładniona, uwięziona. Któregoś jednak wieczoru starannie zawiesiła 
swój brązowy kostium na ramiączku w szafie, a wyjęła futro. Kostium 
przygotowany był do wyjścia, zdawało jej się, że cała trudność leży właśnie w 
tym, żeby zmienić kostium na futro. I jęła się śpieszyć na gwałt. Schodząc 
wstąpiła do apteki, aby tak jak dawniej matce opowiedzieć się mężowi. 
— Filipie, ja wychodzę na chwilę do proboszcza. 
— Tylko wracaj prędko. 
— Dlaczego? 
— Dlatego, że mam wieczór wolny i nie chcę siedzieć sam w domu. 
Amelka już miała powiedzieć: 
— Przecież jest mama. — Zawahała się i wyszła stuknąwszy za mocno 
drzwiami. Cóż to za niewola, co za niewola. Ale ona nie myśli się z tym 
liczyć, da sobie radę: powie, że ją zatrzymano na herbacie. 
Wróciła jednak zaraz. 
Księdza nie było w domu, drzwi otworzyła gospodyni. Amelka chciała 
zapytać: 
— A pan Andrzej? 
Nim otworzyła usta, gospodyni zamknęła drzwi po prostu przed nosem. 
Amelka stała chwilę i usilnie starała się sobie przypomnieć, kto to już raz tak 
samo kiedyś stanowczo zamknął przed nią drzwi? Ach, garbata ciotka. 
Wówczas też zachodziła do Kwiryny tylko po to, aby zobaczyć pewnego 
chłopca, Romana. 
Nagle rozgniewała się strasznie na siebie i prędko zbiegła na dół. Czy 
ciągle będzie wracać myślą w przeszłość? porównywać? wspominać? Teraz 
jest zupełnie inaczej, ma swój dom, stanowisko, męża i nie potrzebuje się 
martwić o dzień jutrzejszy. Czego szuka po ludziach, po obcych domach? 
Zawróciła prędko i wpadła do apteki akurat w chwili, gdy aptekarz 
przekazywał resztę recept swej pomocnicy. 
— Jestem! 
Zajęła się osobiście kolacją i nawet nie pragnęła obecności matki i sióstr. 
Na stale przy nakryciach ustawiła hiacynt biały i różowy, a potem zniknęła na 
chwilę, aby ukazać się w szlafroczku pełnym koronek, z lśniącą atłasową 
kokardą na piersi. Także i służąca otrzymała strojny fartuszek i czepeczek. 
Aptekarz mył ręce, wrócił i zdziwił się: cóż to za gala?! 
Potem po kolacji przeszli do sypialni i aptekarz siadł w fotelu z 
nieodłączną gazetą, a Amelka własnoręcznie ścieliła łóżka. Nagle stanęła w 
pół drogi i zawróciwszy usiadła mężowi na kolanach. Odłożył gazetę. Ukryła 
twarz na jego piersi, uczuł żyzne ciepło jej paliczków i usłyszał 
przyśpieszony oddech. Poklepał ją lekko po plecach. 
— No, no, staruszko, cóż? co powiesz? 
Chwilę oczekiwał odpowiedzi, tak jakby w ogóle odpowiedź była tu 
potrzebna, ale Amelka milczała. Gładził ją cierpliwie i pieszczotliwie po 
lśniących i puszystych włosach, po ramionach, po plecach, czuł drżenie, jakie 
przebiega to ciało, i nieustannymi dotknięciami uspokajał ją, tak jak 
monotonnymi słowami usypia się niespokojne dziecko. Było mu błogo i 
przyjemnie. Zapadła cisza. Myślał, że Amelka zasnęła, i bał się poruszyć. 
Lampa, osłonięta błękitnym abażurem, oświetlała łagodnie pokój. Tuż obok, 
na kanapce, leżała porzucona sukienka żony, różowy atłasowy perek z 
podwiązkami i przejrzysty koronkowy staniczek. Delikatna woń perfum 
zdawała się dymić z tych szmatek. Muszę jej powiedzieć, żeby nie 
perfumowała się tak, idąc na probostwo. 
Usłyszał lekkie westchnienie. Amelka wstała mówiąc: 
— Kładźmy się, Filipie. Mama pewnie już nie przyjdzie. — A potem, w 
łóżku już, zapytała: — Ciekawa jestem, czy jutro się wypogodzi? 
Aptekarz nie dosłyszał, o czym mówiła, i na wszelki wypadek mruknął 
uprzejmie: 
— Uhm. 
Rano grube poduchy śniegu leżały za oknem, a drzewa z przykościelnego 
ogrodu stały puszyste od śniegu. Amelkę obudził odgłos powszechnego 
czyszczenia chodników, szufle i łopaty puszczono w ruch, ale mimo to 
panowała jakaś głucha cisza, stłumienie. Pani Raczyńska weszła do pokoju 
zaczerwieniona od chłodu, ze słowami: 
— Co się nie dzieje na tym świecie! Dopiero słońce, dopiero śnieg i zimno. 
Wstawaj, Amelciu, Filip lada chwila wpadnie na śniadanie, a nie lubi sam 
siedzieć przy stole. Przecież już nie śpisz, a wylegujesz się. 
Głos matki, choć nikły, i te nudne, zawsze jednakowe słowa robiły swoje. 
Amelka wstała. Zjedli śniadanie w trójkę, pani Raczyńska nawet „była przy 
apetycie”, ponieważ wyszła do kościoła wczesnym rankiem, na czczo. 
Przystępowała do komunii świętej. 
— Może Filip zjadłby coś solidniejszego? 
Aptekarz, owszem, uważał to za dobry pomysł, bo obiadowe godziny miał 
zajęte w aptece, nie zaszkodzi pożywić się już teraz. Więc co? Befsztyk? 
Zgoda na befsztyk. I aptekarz jak zwykle zaczął wyliczać, jaki to ma być ten 
befsztyk. Krwisty, z wierzchu mocno ścięty, z cebulką na obfitym maśle. Pani 
Raczyńska, choć znała to wszystko na pamięć, nie omieszkała za każdym 
słowem zięcia kiwnąć głową potakująco. Amelka patrzyła na czerwoną, 
doskonale wymytą i ogoloną twarz męża. Jego mętne oczy pozostały 
nieruchome i blade, choć rozprawiał z ożywieniem o potrawach, na które 
miał apetyt i które by trzeba wprowadzić do menu domowego dla 
urozmaicenia. Matka z ciekawością słuchała wtrącając swoje uwagi co do 
przypraw. Właściwie aptekarz byłby wymarzonym mężem dla matki, czego 
mu więcej potrzeba?... 
Co za nuda. Pomyślała ordynarnie: „Ciągle o tym żarciu i żarciu. 
Zaledwie się skończy to przydługie śniadanie, trzeba będzie szykować tacę z 
obiadem na dół, do apteki”. 
— A ty, Amelciu, co byś zjadła? 
— Nic, dziękuję. 
Wstała od stołu. Trzeba było jeszcze cmoknąć męża w policzek. Zrobiła 
to. 
Dzień uchodził. W jaki sposób postępowała, że dotąd dnie płynęły nie 
wiadomo kiedy i jak, i było dobrze? Natknęła się w szafie na zwód perkalu: 
sukienki sierot, nie dokończone i porzucone! Jak mogła o tym zapomnieć, 
przecież każdy ścieg zbliżał ją do probostwa. Znalazła powód, aby tam iść. Z 
furią zabrała się do roboty. Maszyna furczała ostro. Perkal sunął spod rąk na 
błyszczącym blacie. Ta robota koniecznie domagała się śpiewu i Amelia 
zaśpiewała starą piosenkę Marii Mossakowskiej: 
Kochanek mnie porzucił 
Już teemu wieele lat — 
Wyjechał zrozpaczony 
W dalekie, obce strony, 
W nieznany ruuszyl świat! 
W nieznany ruszył świat!... 
Słowa były akurat odpowiadające sytuacji, a melodia wtórowała 
niespokojnemu smutkowi, natarczywym pytaniom. Co on o niej myśli? czy 
myśli? Ile może mieć lat? Pewnie dwadzieścia. A ona — aż dwadzieścia 
osiem!... Ogarnęło ją zdumienie, obejrzała się za siebie, jakby chcąc 
zobaczyć uszłe lata, i na gwałt zaczęła sobie przypominać, kiedy te lata 
zbiegły? Wzięła ołówek, którym obrysowywała formy do kroju, i na 
malutkim papierowym karczku obliczyła, ponieważ zdawało jej się, że to 
niemożliwe, że się myli!... Zgadzało się. 
Odechciało jej się nagle wizyty na probostwie. Skończyła robotę, 
zapakowała i odesłała przez Katarzynę. 
— Komu mam oddać, proszę pani? 
Pani odpowiedziała cierpliwie: 
— Wszystko jednio, komu. 
Pani Raczyńska weszła do pokoju, pozbierała skrawki materiału i 
pochwaliła córkę za szycie sukienek. 
— Co to ja chciałam powiedzieć?... Wyobraź sobie, że małe chcą grać w 
tenisa... 
Amelka nie okazała żadnego zainteresowania i pani Raczyńska musiała 
ciągnąć dalej. Szkoła szkołą, ale prawdziwe stosunki zawiązuje się poza 
szkołą, właśnie wtedy gdy się dziewczynki bawią. Ale na to potrzeba 
pieniędzy. 
— Tego, Amelciu, nie zaoszczędzę z życia, bo to za duża suma. Musisz 
chyba poprosić Filipa? 
Amelka przykucnęła przy piecu, w którym akurat palono, i otworzyła 
drzwiczki. 
— Co ci jest? — spytała matka. — Zamknij piec, bo się wypali i ciepło 
ucieknie. Co ci jest?... 
Amelka wyszeptała: 
— Nie, nic mi nie jest. — I nagle, skuliwszy ramiona, zapłakała. 
Pani Raczyńska przestraszyła się. Od niepamiętnych czasów nie widziała 
łez córki. A już tak było dobrze!... 
— Słuchaj, Amelciu, jeśli się czujesz źle, idź do doktora, bo nie ma nic 
gorszego dla mężczyzny niż chora żona w domu. Filip tak doskonale się 
trzyma, a ty tu zaczniesz stękać i kwękać i życie mu obrzydzisz. Przecież ja 
widzę, że od pewnego czasu ledwo się trzymasz na nogach. 
Amelka zgodziła się apatycznie. Ale kiedy weszła do gabinetu lekarza, na 
Karmelickiej, rozzłościła się w duchu na matkę. Nie wiedziała, co jej dolega, 
co ją boli? Co powiedzieć? I doktor musiał to wziąć na siebie. 
Zakłopotał się, a potem zniecierpliwił, bo musiał tej pacjentce mówić 
takie rzeczy, jak: 
— Niech pani zdejmie bluzkę, niech pani zsunie ramiączka koszuli. — 
Potem przypomniał sobie pobożną panią Raczyńską i sferę, z jakiej pochodzi 
aptekarzowa, i postanowił, że będzie pobłażliwy. 
— Doktora nie trzeba się żenować. Przecież muszę panią osłuchać i 
opukać. 
Ile lat, ile dzieci, czy było poranienie? Nie, nie, nie, Amelka zaprzeczała z 
powagą, jak to dobrze, że tych rzeczy nie widać, że to nie zostawia żadnego 
śladu w organizmie. Oddychała i kaszlała. Gdy słuchawka doktora zatrzymała 
się dłużej z lewej strony piersi, zrozumiała, że tu może się kryć choroba, i 
serce jej uderzyło mocniej. Doktor odrzucił słuchawkę i gołym uchem 
przylgnął do ciała. Ponieważ drżała, ramię doktora mocnym chwytem objęło 
jej plecy. 
Wyprostowany, doktor rzucił wesoło: 
— A jak tam sprawy małżeńskie? 
Zaczerwieniła się. Ta kobieta oblała się wprost czerwienią. Dwadzieścia 
osiem lat!... Obrażona, zapytała gniewnie: 
— Co to ma do rzeczy? — Potem prędko, drżącymi palcami zapinając 
bluzkę pod samą szyję, wyjaśniła, że uczuwa ból z lewej strony, tam gdzie 
serce. Wszystkie kobiety ukazywały serce jako źródło swych chorób. 
Ubawiony doktor odwrócił głowę w stronę okna i rzekł: 
— A czy słyszała pani o tak zwanym nerwie sympatycznym? 
Złowrogie milczenie. Więc rzekł z powagą: 
— Niechże pani poprosi męża, aby tu do mnie wpadł wieczorkiem. 
Wracając Amelka myślała z nienawiścią o doktorze. Mądrala. Niby 
wszystko wie, ale żadne leki nie zdołają zapobiec temu, aby nie wybuchnąć 
płaczem i nie trząść się z zimna, nawet gdy się siedzi przy otwartym i 
rozpalonym piecu. Głupiec. 
XII 
— Sto pytań mam na końcu języka — monologowała głośno pani 
Raczyńska. Amelka otworzyła właśnie drzwi do kuchni i zdziwiona spytała: 
— Do kogo mama mówi, mamo? 
Pani Raczyńska, zmieszana, odpowiedziała: 
— Czy ja co mówiłam?... 
Sto pytań miała na końcu języka, ale wolała nie pytać. Lepiej nie pytać. 
Bo cóż. Amelka zasięgała porady u doktora, właściwie ni z tego ni z owego 
leczy się Filip. Po kryjomu, cichcem przyjmuje jakieś pigułki. Taki zdrów 
mężczyzna!... 
Lepiej nie pytać, dlaczego Filip się leczy i dlaczego na przykład Cechna 
po tym jednym liście umilkła zupełnie. Mogłoby się okazać Bóg wie co. 
— Pojęcia nie mam — monologowała pani Raczyńska — co może być z 
Filipem. Ale z Cechną, domyślam się: mąż nie jest mężem, ojciec nie jest 
ojcem, dziecko nie jest dzieckiem — oh! co ja plotę!... co to, to nie! 
W każdym razie lepiej o Cechnie w rozmowach nie wspominać, nie kusić 
losu. Filip nie powinien o niczym takim wiedzieć. 
Teraz trzecia sprawa. Dlaczego bratanek księdza przesiaduje całymi 
dniami z Amelką, co oni z sobą mają? Wprawdzie bratanek księdza powinien 
być ponad wszelkimi podejrzeniami, ale co zanadto, to zanadto. Przez parę 
dni jakoś nie było go widać, a tu naraz masz! Jest!... Trzeba mieć na tę 
sprawę oko ze względu na Filipa. 
Katarzyna wyszła zmaglować bieliznę. Pani Raczyńska ustawiła trzy 
filiżanki na tacy i wniosła je wonne i dymiące do saloniku. Teraz jednak nie 
potrzebowała przepraszać, że nie ma nic do herbaty, bo okrągły stolik cały 
zastawiono ciasteczkami, konfiturami i owocami. 
Siedzieli naprzeciw siebie i patrzyli na siebie, oto wszystko. Naturalnie, 
gdy tylko weszła, zaczęli na gwałt rozmawiać. 
— Jak się pani czuje? 
— Dobrze — o! dobrze!... 
— Amelka jest zupełnie zdrowa — rzekła pani Raczyńska. 
— Nie mogłem wcześniej przyjść, bo wyjeżdżałem. 
— Wyjeżdżał pan? 
— Tak. Matka wezwała mnie. Załatwiałem też sprawy wojskowe. 
Amelka patrzyła oszołomionymi oczyma. Andrzej powstał nagle, 
zmieszany i pochylił się nad jej dłonią. 
— Nie przywitałem się jeszcze z panią. 
Pani Raczyńska rzekła: 
— Jak to? Witał się pan z córką w przedpokoju. 
— Naprawę?! 
— Czy pan słodził herbatę? — zapytała starsza pani. 
— Tak, dziękuję. 
Zapadła cisza, podczas której każde z nich tkwiło nad swą filiżanką, 
wpatrując się zagadkowym wzrokiem w ciemny napój. Pani Raczyńska 
usadowiła się wygodnie w fotelu i spod oka lustrowała młodą parę. Bratanek 
księdza odstawił nagle filiżankę i rzekł jakimś szczególnym tonem: 
— oŚliczną ma pani suknię, pani Amelio. 
— oCo słychać w naszym ogródku? 
O czym oni rozmawiają? Jaki ogródek? Co ma suknia z ogródkiem? Pani 
Raczyńska przysięgłaby, że to są słowa umówione, i przerwała pośpiesznie 
porozumienie, podsuwając Andrzejowi ciastka: 
— oMoże pan jeść spokojnie, to domowego wypieku. — Andrzej ujął tackę i 
usłużył Amelce. 
— Proszę, Aimee. 
Co to znaczy? Czyżby mówili sobie po imieniu? To słowa brzmiało 
trochę jak imię Amelki, ale i przypominało lekcje francuskiego, gdy małe 
uczyły się słówek. Co to wtedy mówiła Felcia? „Najrozkoszniejsze słowo!” 
Pani Raczyńska spojrzała bystro na córkę. Amelka z rozchylonymi ustami, 
podana naprzód, patrzyła na Andrzeja czule i otwarcie. Pierś jej falowała w 
spokojnym oddechu. Pani Raczyńska poruszyła się nerwowo i znów chciała 
zaproponować herbatę czy cytrynę, czy ciasteczka, ale zabrakło jej odwagi. 
Bo Andrzej patrzył na Amelkę tak samo otwarcie i czule. Cóż to za piękna 
para!... Trzeba przyznać, że wyglądają jak wymarzeni, jak z obrazka. I przez 
chwilę ogarnęły ją wątpliwości, czy dobrze zrobiła, klecąc na gwałt to 
małżeństwo z aptekarzem. Ale kto by mógł przypuścić, że bratanek samego 
proboszcza, z takiej rodziny, z majątku, ze wsi, straci głowę dla Amelci? Bo 
on stracił głowę, to nie ulegało wątpliwości! 
— Pani Amelio — rzekł nagle Andrzej zupełnie innym głosem — ja już 
wszystko załatwiłem. 
— Załatwił pan? 
— Tak. I dostałem odroczenie z wojska. 
— Oo! 
— Miałem trochę trudności. Ale w końcu... trzeba jechać. 
— Mamo! — krzyknęła nagle Amelka błagalnie i rozpaczliwie. Pani 
Raczyńska zrozumiała, że ma wyjść z pokoju, ale udała ślepą i głuchą, choć 
ręce jej się trzęsły ze wzburzenia. Prawda, że dawniej zostawiała Amelkę 
samą z chłopcami w ładnym pokoju na Nowolipkach — ale teraz — nie, nie! 
Ujrzała, że Amelka zbladła, a potem na jej twarzy ukazał się wyraz takiej 
determinacji, że nie było innej rady, tak przypomnieć jej o aptekarzu. 
— Amelciu, czy Filip dostał podwieczorek? 
Andrzej powstał. Amelka po dawnemu, ze wzgardą odęła usta. Potem 
rzekła: 
— Co za piękny dzień! może przejdziemy się trochę? — Głos jej brzmiał 
niewinnie i odważnie i pani Raczyńska zrozumiała, że Amelka zrobi, co 
zechce, że wyjdą, że pójdą sobie... Wycofała się pośpiesznie z pokoju. Aby 
tylko Filip nie zobaczył ich wychodzących! Zeszła czym prędzej na dół, zająć 
Filipa, gdyby przypadkiem stał w otwartych drzwiach apteki, jak to miał we 
zwyczaju. Ale już na schodach usłyszała głos aptekarza. A więc był w 
laboratorium. 
— No, jak tam idzie, panie Gończyk? 
— Wszystko dobrze, dziękuję panu, dziś rozprzedałem nawet broszury, 
interes idzie doskonale. 
— Tak, tak, ludzie oprzytomnieli. 
— Tylko żeby nie te nogi!... 
Aptekarz doniosłym głosem przerwał: 
— To trudno. Rodzaj pańskiego zajęcia sprowadza na pana te 
dolegliwości. Choroba zawodowa, Gdy ktoś przebywa nieomal cały dzień na 
ulicy, bez względu na pogodę, stoi na bruku z nogami często mokrymi od 
wilgoci, musi się to odbić na zdrowiu. Dam panu tę maść do wcierania. 
— Czy droga? 
Pani Raczyńska chrząknęła i weszła pośpiesznie, ale znów nie zdążyła 
temu zapobiec, bo aptekarz właśnie rzekł: 
— Głupstwo, nic panu nie policzę. 
Na ulicy Andrzej i Amelka milczeli. Gdy zostali sami, ogarnęło ich 
zakłopotanie. Blade światło przedwieczerza lśniło nad oświetlanymi już tu i 
ówdzie sklepami. U wylotów ulic ciemniało głębią mocniejszą. Na 
skrzyżowaniach przeciągały lekkie smugi zapachów. Fiołki, bez, konwalie — 
kwiaty miasta na płaskich talerzach mokrych od wody, w koszach i na 
stoiskach, a ponad tym, wyżej, wątłe gałęzie drzew drżały czule, jasne od 
świateł latarni. 
— Gdzie pójdziemy? — Nie znaleźli odpowiedzi i tymczasem ruszyli tylko 
przez jezdnię. Andrzej ujął łokieć Amelki, aby ją przeprowadzić wśród 
nawoływań dorożkarzy i natarczywych dzwonków tramwajowych. Utknęli 
nagle na środku u wylotu Leszna i Karmelickiej, i oto znaleźli się w błogim 
odosobnieniu, wśród parujących pysków końskich i wspaniale obojętnych 
źrenic zwierząt, wśród zamętu zbyt wielkiego, aby — para ludzi zabłąkanych — 
stanowili coś. Bruk drżał pod ich stopami, ognista skra przebiegła w górze 
przez skrzyżowane druty. Przez krótką chwilę, przylgnięci do siebie z 
splecionymi kurczowo ramionami, w zgrozie i szczęściu ujrzeli całe swe 
szaleństwo, nie przeżyte. 
Potem, na chodniku już pożegnali się natychmiast i niezręcznie. 
To wszystko już było, tak było już kiedyś. W ten sposób patrzyła na 
chłopca, Romana, tak uśmiechała się spragniona, do pana Michałowskiego, a 
tak znów pełna skromnej, powściągliwości, zdobywała aptekarza. Ale teraz 
co robić, jak postępować z Andrzejem? Amelka wodziła palcami po ślicznych 
brwiach, dotykała powiek pociemniałych z tęsknoty. Uważnie i starannie 
naciągała jedwabne pończochy na wąskie stopy. Jej krótkie spódniczki i 
gładkie bluzki czyniły ją młodą dziewczyną, jej szlafroki i suknie domowe 
pieniły się falą koronek, szumiały drażniąco jedwabiem i doprowadzały do 
wybuchów miłości gadatliwego męża. Stała przed lustrem i zdawała się 
szukać, jakiejś nowej miny, nowego wyrazu twarzy, czegoś osobnego dla 
Andrzeja. Ale nic nie stawało się w życiu za dermo, nic nie ginęło. Płaciło 
się, pozostawały ślady głębokie i ponure. O, to jej ciało, lepkie od miękkich i 
uporczywych pocałunków męża, oślinione, ugładzone sennie, znaczone pręgą 
tajemnego macierzyństwa... Szydziła: "Teraz dopiero zaczynam myśleć, 
teraz, gdy mam lat dwadzieścia osiem!...” 
Zaciskała usta, a twarz jej, pogodnie uśmiechnięta przed chwilą, znaczyła 
się nagle ostrymi strychulcami zmarszczek. Być prawdziwą!... Z wysiłkiem, 
cierpliwie, mozolnie tworzyła nie tylko nowy swój głos, słowa, gesty, 
tworzyła nowe pojęcia, nowe myśli. Ależ ona dotąd była nieodpowiedzialna 
za nic, co się z nią działo; czy wiedziała, co robi, wychodząc za aptekarza? 
Czy mogła mieć pojęcie? Cierpiała. I Andrzej patrząc na nią odnajdywał w 
tej twarzy natężonej rys, który go zachwycił, jakby pierwszy akord do pieśni 
wstrząsającej. Amelka zauważyła to wrażenie. Ucieszona, marzyła, że ma 
przed sobą długą, długą drogę, którą przebędzie z Andrzejem. Zachwycającą 
drogę, pełną niespodzianek — spojrzeń tak jasnych i zrozumiałych jak słowo. 
Przebaczała aptekarzowi, matce, życiu. Jeszcze nie jest za późno, jeszcze 
można wiele rzeczy odrobić, przeżyć inaczej, pełniej, zrozumiałej, bez 
kłamstw. 
Zwykle dom był pusty. Amelka mogła do woli wystawać przy oknach i 
patrzeć w stronę ogrodu przykościelnego. Ale właśnie dziś pani Raczyńska 
skłoniła małe, aby przyszły na górę zaskarbić sobie względy bogatej 
fabrykantowej powozów, członkini komitetu parafialnego, która miała być z 
wizytą u aptekarzowej. Dama ta nadeszła przed Andrzejem i z miejsca 
wszczęła rozmowę o kolorowych sukienkach sierot. Klika rzeczowych jej 
uwag i pytań tak dalece oszołomiło Amelkę, że nie umiała wytłumaczyć 
swego kroku. 
— Nie należy w tych ludziach budzić próżności — rzekła dama — bo jej nie 
będą mogli zaspokoić. 
Ostatecznie sieroty i tak zostały nazwane zaraz „kolorowymi sierotami 
aptekarzowej”. 
Wszedł Andrzej uprzedzając o krótką chwilę księdza, który wstąpił do 
apteki. Całe towarzystwo, rozsiadłe szeroko w ulubionym przez Amelkę kącie 
bawialni, między owalnym lustrem, piękną staroświecką kanapą i krągłym 
stołem, umilkło. Amelka ujrzała Andrzeja w lustrze, gdy wchodził, w 
pięknym szarym garniturze, zupełnie innego, światowego młodzieńca, o 
nienagannej fryzurze. Nawet krok jego, gdy zmierzał w jej stronę, był inny, 
równy, pewny siebie i wymierzony doskonale. Ale wyraz jego twarzy sprawił, 
że Amelkę ogarnął strach. Z nagłą nienawiścią pomyślała o wszystkich 
siedzących w pokoju: „Jak trzeba, to nikogo nie ma, a teraz poschodzili się i 
siedzą...” Helcia, która siedziała obok niej, ustąpiła Andrzejowi miejsca i 
Amelka uczuła przypływ gorącej wdzięczności do siostry. Wkrótce potem 
usłyszała tuż nad uchem: 
— Przychodzę się pożegnać. 
Ksiądz który właśnie wszedł, przestraszył się wyglądu aptekarzowej. Jej 
oczy tkwiły w lustrze, gdzie odbicie twarzy Andrzeja matowiało i bladło, jak 
wtórny obraz na ekranie. Sądziła, że kryje doskonale swe uczucia, lecz 
wszyscy obecni widzieli jej sztywną postawę, jej bladość, nieruchome 
spojrzenie, jej skryty wysiłek. Fabrykantowa powozów pośpiesznie zagajała 
rozmowę. 
— Ach, więc wyjeżdża pan za granicę? 
Rozwiodła się o swych przedwojennych podróżach, podczas gdy pani 
Raczyńska rozdzielała filiżanki, talerzyki i ciasta, truchlejąc wewnętrznie, 
żeby tylko ta Amelka wytrzymała do końca. Co się z nią dzieje?! Przecież 
bratanek księdza już wyjeżdża i nie ma o czym mówić. Fabrykantowa — 
westchnęła, oznajmiając, że wojna i motoryzacja zrujnowała tę gałąź 
przemysłu, fabrykację powozów, więc nie ma mowy o wyjazdach za granicę. 
— Nawet do ślubu jeździ się taksówkami, prawda, księże proboszczu? 
Ksiądz przytaknął i podziękował za herbatę. Mieli już tak mało czasu 
przez sobą. 
— Widzi pani, ja jeżdżę jeszcze poczciwą dryndą... No, Andrzeju, to mi 
przypomina, że musimy się żegnać. 
I nagle ulegając litości i poszanowaniu dla tego niewątpliwego męstwa, na 
które patrzył, myśląc o uczuciu, które nakazało tej nijakiej kobiecie zmagać 
się z sobą, zaproponował: 
— A może odwieziemy go razem na stację, pani Amelio? 
Chciał utwierdzić ją w dobrym, nagradzając, boć przecie i sama 
Opatrzność zsyła ludziom krótkie odetchnienia między jednym a drugim 
smutkiem. Ale potem, w dorożce już, pożałował swej słabości. Wysłano 
przodem kościelnego z bagażem, Andrzej siedział naprzeciw aptekarzowej, 
na małej ławeczce. Stopy ich stykały się, nieruchome głowy, odchylone, 
patrzyły z wysoka uważnymi oczyma. Ksiądz chciał uczynić z tego 
pożegnania wesołą przejażdżkę na dworzec i wszczął żartobliwą i głośną 
rozmowę. Ale nie dali się w to wciągnąć, odpychali to od siebie, nie chcieli, 
nie chcieli. Z nikłej sympatii, jak sądził, z przychylnej skromności czynili 
rzecz wielką, spowijając ją w milczenie, ratując od pospolitości. Tego im, 
widać, było trzeba, tędy wiódł ich instynkt przedłużający na niewiadomy czas 
to, co miało zaraz zgasnąć. 
W domu aptekarz spożywał obiad sam, przekomarzając się z Katarzyną 
na temat jej kulinarnych zdolności, pobitych całkowicie przez zdolności pani 
starszej, pani Raczyńskiej. Katarzyna, która otrzymywała częste wychodne do 
kościoła i miała teraz przynajmniej do kogo „usta otworzyć”, nie dała się 
jednak unieść ambicjom i odpowiadała bez animuszu. Aptekarz skończył 
obiad, a ponieważ miał wolne popołudnie, udał się do sypialni. Był pewien, 
że żona jeszcze nie wróciła, i zdziwił się ujrzawszy ją siedzącą na łóżku, w 
kapeluszu i płaszczu, w rękawiczkach na splecionych dłoniach, jak obcą w 
tym intymnym pokoju. Otworzył trochę usta, bowiem nie słyszał dzwonka u 
drzwi. 
— Miałam z sobą klucze. 
Porzucił gazetę i rzekł: 
— Wyglądasz jak dama na wizycie. — Przysiadł koło niej, na brzeżku. — Co 
pani powie, moja pani? — Raptem ten jej strój zapięty pod szyję, ta obcość 
zbudziły w nim niezrozumiałą chętkę. Objął ją i szepnął coś do ucha, ale 
potrząsnęła głową, odsunęła się. To go podnieciło, tego mu było potrzeba — 
No, moja pani, po cóż tu pani przyszła do sypialni?... Co panią sprowadza?... 
— Mówił dysząc, mówił ciągle, nieprzerwanie, ucieszony niespodziewaną 
przygodą o tej porze dnia, w takich okolicznościach. Mówił, gdy zdejmował 
żakiet, rozpinał bluzkę i obnażał ramiona. O, to młode ciało, różowe od krwi, 
gorące od pragnienia... 
A potem, poklepując ją po ramionach, ciągle zdumiony: 
— A to dopiero! A to dopiero! 
Wstała porządkując swe spódniczki. Nic nie czuła, ani wstrętu, ani 
rozkoszy, ani nienawiści, ani miłości. Więc tak już zostanie, więc tak już 
można żyć, można wytrzymać?... 
— Słuchaj.... — rzekła niepewnie — mama mówiła mi coś o małych... że 
małe chcą uczyć się grać, w tenisa... — ogarnął ją wstyd, jak nigdy, ale 
aptekarz, sapiąc jeszcze, zapytał tylko: 
— Ile? — Odnajdywał sens w swoim starokawalerstwie dawnym, w 
gromadzeniu pieniędzy, w skąpstwie: po to, aby móc teraz tak niedbale 
zapytać Amelcię: — Ile? 
XIII 
Krew się zażegła między Romanem a Kwiryną od owej pamiętnej nocy, 
kiedy to wyciągnęła po niego rękę, kiedy to zwarła się z nim, pokonała i 
porzuciła oszołomionego, wyzbytego z sił, na wpół omdlałego. Któż mógł 
przypuścić, iż z tej nienawiści i gniewu, i żalu zrodzi się ten płomień i 
porozumienie? 
Gdy tylko zjedzą kolację, Kwiryna chwyta za lampę: 
— Chodźmy już, Romanie! — ręce jej drżą, szkiełko brzęczy o klosz. 
Wychodzą i zamykają za sobą wszystkie drzwi na klucz. Oczy Kwiryny 
zrobiły się wielkie w zmizerowanej twarzy, jej czarne włosy lśniły rdzawo. 
Wyglądała jak drzewo osmalone ogniem. Garbata ciotka długo nadziwić się 
nie mogła tym przemianom, długo musiała śledzić i nasłuchiwać, i wyciągać 
Romana na słówka, nim zrozumiała. Ta bezwstydnica pożera go wprost, 
wyciąga zeń wszystkie siły. A nim tłusty schudnie, chudego diabli wezmą. 
Roman wyglądał jak cień. 
Nie było już mowy o blondynce, mogła sobie przychodzić po zakupy i 
kręcić się koło sklepu. Kwiryna oczu nawet nie podniosła, by skontrolować 
Romana. To nie przeszkadzało, że przedtem dowiedziała się wszystkiego o 
tej dziewczynie: lepiej wiedzieć. Blondynka mieszka na Mylnej, akurat 
naprzeciw dawnego sklepu Kwiryny, na poddaszu. Jest sierotą, ma przy sobie 
małego brata. To repatrianci. 
Kwiryna rzekła: 
— Powinnam być jej wdzięczna. 
— Komu? 
— Tej blondynce. Bo przez nią stało się to między nami... wiesz? 
Roman długo patrzył na żonę, zanim spytał: 
— Byłaś o nią zazdrosna? 
— Tak. 
Wtedy roześmiał się. Siedzieli na górze, w sypialni. Wszystko zostało tu 
po dawnemu, nawet łóżek jeszcze nie przestawiono: stały nogami do okien. 
Roman podszedł i pogładził Kwirynę z miłością po głowie: 
— Byłaś o nią zazdrosna? Ach ty głuptasie!... 
Kwiryna, z sercem ściśniętym z rozkoszy, żartowała: 
— No, przyznaj się, przyznaj! 
— Czy myślisz, że się do niej zalecałem? 
Wzniosła ku niemu swe cygańskie piękne oczy: 
— A może nie? — Roman zmieszał się a potem rzekł powoli: 
— Mnie jej tylko żal było. 
Nie poruszyła się, pozwoliła mu mówić i wtedy powiedział jej wszystko, 
wydał się. Żal mu było i dlatego przeważał jej cukier, a raz herbatę, parę 
łutów. 
— Ludzie tak się mordują, wszystkiego im brak... — Musiała długo myśleć, 
żeby pojąć, o co mu chodzi, a wtedy po prostu zamarła. To było gorsze niż 
zdrada, to było gorsze od najgorszych jej przypuszczeń. Krzyknęła: 
— Czyś ty zwariował?! 
Za całą. odpowiedź usłyszała: 
— Byłem na wojnie, prawda? — Rozwarła szeroko oczy, a on ciągnął swoją 
mętną opowieść o wojnie, zawracał głowę tą zapomnianą wojną, której on 
właśnie nie mógł zapomnieć. Cóż to mówił doktor, gdy Roman chorował po 
powrocie z niewoli?... Że odniósł „pewien uraz psychiczny”. Wtedy śmiała 
się z tego: Roman po prostu był wygłodniały, zbiedzony, chory po tyfusie. 
Pilnowała, żeby brał lekarstwa, a ciotka z zegarkiem w ręku czuwała nad — 
godzinami posiłków. I na co się to zdało? Uraz psychiczny. I Kwiryna omal 
nie załamała rąk w ostatniej rozpaczy. Trzeba mieć do wszystkiego szczęście. 
Ktoś inny mógł otrzymać ranę w nogę, rękę, palec czy ucho, a akurat Roman 
musiał wynieść z wojny jakiś tajemniczy „uraz” i nie mógł się tego pozbyć 
przez tyle, tyle lat!... Słuchała, jak filozofował dalej, tak głupio, jakby nigdy 
nie przebywał u kupca na praktyce i nie uczęszczał na wieczorowe kursy 
handlowe. Mówił, jak w jego oczach wszystko się na tej wojnie sypało w 
gruzy, ludzie zapracowywali się przez całe życie aby potem wszystko stracić 
w jednej chwili. Nic nie było stałego, niewzruszonego. Pieniądz? majątek? 
dom? Dziś jest, jutro nie ma. Tylko ludzi szkoda. 
— A mnie ci nie szkoda? — rzekła gorzko Kwiryna — jak tak dalej pójdzie, 
to cały sklep rozdasz!... 
Roman pochylił się i swawolnie ucałował odsłonięty kark żony: 
— To co? to co? będziemy się dorabiać na nowo! Ty nawet to lubisz: 
dorabiać się. A niedługo już będziesz miała wszystkiego pod dostatkiem i co 
wówczas? 
Tak może mówić tylko człowiek całkiem głupi. Kwiryna powiedziała 
dobitnie: 
— Głupi jesteś. Czy ty masz pojęcie, jak z nami właściwie jest? 
Wpakowała gotówkę ciężką w kupno domu i co się okazało? Komorne 
jest tak śmieszne, że nie ma o czym mówić, a tu ochrona lokatorów, a tu 
konieczny remont, marka spada na łeb na szyję i dochód z domu nie pokrywa 
wydatków. Kwiryna zamyśliła się: 
— Jedyny ratunek to pozbyć się niektórych lokatorów i wziąć odstępne za 
mieszkania, oczywiście, w dolarach. 
Roman krzyknął: 
— Kwiryno! — takim głosem, aż w niej serce zadrżało. Ale rzekła 
nieulękle: 
— A co ty myślisz? czy po to kupiłam dom, żeby do niego dokładać? 
Wtedy rzekł: 
— Czy wiesz, co o tobie mówią? 
— No co? 
— Ludzie o tobie mówią, żeś wyzuła Majewskich z majątku, żeś kupiła 
dom za psi grosz, żeś tak przerachowała ich długi i pożyczki... — skrzywił się 
i położył rękę z lewej strony na piersi, ale Kwiryna nawet nie spostrzegła tego 
ruchu i powiedziała grubiańsko: 
— Gdzieś mam ludzi i ich gadanie! Niech sobie gadają. 
Umilkł i położył się na wznak na łóżko. Kwiryna ochłodła z gniewnego 
uniesienia. Rzeczywiście, czy musiała mu wszystko mówić? Wyjęła szpilki z 
włosów i ziewnęła. Rozebrała się. 
— No, Romanie, spać! 
Leżał nieruchomo i nie odpowiadał. Wtedy wyciągnęła się na całą długość 
swego ciała i, zdjęta dreszczem, szepnęła: 
— Chodź! słyszysz? Chodź do mnie! 
Roman zbladł, zmieszał się, widziała, jak się z sobą zmagał, zanim rzekł: 
— Daj mi spokój, ja nie mógłbym teraz dotknąć ciebie. Tak się nad 
wszystkim trzęsiesz, tak wszystko oczyma liczysz, że jak jem, to mi jedzenie 
w gardle więźnie... Dlaczego ciotka nie dostała dzisiaj kotleta? 
Kwiryna spytała głucho: 
— Jakiego kotleta? O jakim ty znów kotlecie mówisz? Czy ja się w to 
wtajemniczam? Czy wydzielam jej jedzenie? 
Roman na to, urągliwie: 
— Nie, ty nie wydzielasz, niewiniątko. Ty tylko mówisz: „Niech ciotka 
kupi ćwierć kilo mięsa, będzie dość”. Ty się nie wtajemniczasz, czy to będą 
dwa kotlety, czy trzy. 
— No, no, już ty się nad ciotką nie rozpadaj, ona sobie nie da krzywdy 
zrobić, ona także nie zapomina o towarach w sklepie, tak jak ty. Coraz to coś 
uszczknie... — Myślała, że go tym powiedzeniem dosięgnie, ale Roman rzekł z 
całą naiwnością: — To ty ją skazujesz na suche jedzenie, ukradkiem! 
To już „szczyt wszystkiego”! Kwiryna z wściekłością zbiła poduszkę, 
poruszając zleżałe pierze, i już chciała powiedzieć: „To niech sobie kartofli 
ugotuje...”, ale opamiętała się. Trudno, trzeba go traktować jak chorego. 
Westchnęła, a potem rzekła cicho: 
— Czy ty mylisz Romanie, że ja ciebie nie rozumiem? Doskonale cię 
rozumiem, bo ja sama byłam taka, dopóki się nie przekonałam, że nad ludźmi 
nie warto się rozpadać, bo sami są winni swojej biedzie. Miałam koleżanki 
szkolne, pamiętasz Franię, Bronkę i Cechnę, i Jankę? Ja się nie chwalę, ale 
dużo im pomagałam, także ze sklepu wynosiłam, co się dało, po kryjomu 
przed rodzicami i dawałam im. 
Roman podniósł głowę i mruknął: 
— Tak? — a Kwiryna, zachęcona jego zainteresowaniem galopowała: 
— Raz nawet sprawiłam Frani sukienkę, tak, nie żałowałam, bo wtedy 
chodziło o ustalenie jej losu. 
Roman wstał ze swego łóżka i przysiadł na brzeżku łóżka Kwiryny. 
— No? no?... — i Kwiryna, rozgrzana rozwiodła się szeroko o tym, jak to 
sprawiła suknię Frani na egzamin w szkole aplikacyjnej i nawet wpłaciła 
czesne. Suknia co prawda nie była nowa, a przeróbki dokonała za darmo 
Maria Mossakowska, ale o tym nie trzeba mówić Romanowi. Chodzi o sam 
fakt. 
— Ale im się robić nie chciało, ciągle tylko marzyły o kawalerach, ubraniu. 
Żadna palcem nie ruszyła, żeby pracować i dorabiać się powolutku. Czy 
jestem temu winna? 
— Co się z nimi stało? 
Kwiryna wzruszyła ramionami. 
— Co się stało? Łatwo się domyślić... 
Westchnął i położył głowę na jej obnażonych piersiach. To ją strasznie 
wzruszyło, to było nowe, bliskie obcowanie. Wcale nie wiedziała, ile takich 
rzeczy kryje się we współżyciu z Romanem. Przesunęła dłoń po włosach 
męża, pogładziła go, jak się gładzi dziecko, a potem podsunęła ramiona pod 
jego barki i podciągnęła go ku sobie. 
— Cóż ty tak leżysz niewygodnie, skurczony? 
Ułożył się, ale wrócił do swego. 
— Pamiętasz, Kwiryno, jak się wojna zaczęła, co mówili ludzie? Ludzie 
mówili, że jest na świecie ciasno, przepełnienie i przeludnienie, a specjaliści, 
zajmujący się sprawami świata, od dawna przepowiadali wojnę, orzekli, że 
inaczej być nie może. Przepełnienie i przeludnienie. Gdy się to powiedziało 
na Nowolipkach z przyległościami, pamiętam, o takiej porze wypoczynku, 
gdy ludzie siedzieli przed bramami, na skwerze, na schodkach sklepów, to był 
nie lada jaki argument. Któż by tego nie rozumiał, mając na względzie swoje 
własne przepełnione domy rodzinne? Nie, do tego jeszcze nie doszli, by 
chcieć żyć kosztem swoich bliskich, ale czy ich się kto pytał? Wyższa 
konieczność i już. Byli tacy, co chwalili wojnę. Podorabiali się majątków, 
wyszli na ludzi... 
Kwirynie oczy zabłysły: 
— A co, może nie? Przepraszam cię, Romanie — rzekła uroczycie — 
zapominasz, że z tej wojny wynikła Polska. 
Roman na to: — że tak — ale on mówi „ogólnie”. 
Ogólnie. Kwirynę ogarnia zniechęcenie. Takie „ogólne” gadanie to do 
niczego, , to nie na jej głowę. Wolałaby mówić o swoich sprawach, na 
przykład o cenach, niestety, ceny trzeba prawie codziennie zmieniać, żeby nie 
stracić włożonego w towar kapitału. Naturalnie, co Romana to obchodzi? 
— Czy za mało ludzi wybito? — pyta Roman dramatycznie — Weź na 
przykład taką oficynę w naszym domu. Jakem tam wszedł, to aż mi się słabo 
zrobiło. Po dziesięć osób w jednym pokoju. 
— Nabrali sublokatorów! — krzyknęła Kwiryna — i zarabiają, a ty to 
nazywasz sprawiedliwością? Gniewasz się, że im podwyższam komorne. 
Prosiłam, żebyś odmówił meldunku, a ty swoje. 
— Tego zrobić nie mogę, przepisy nie pozwalają, policja... 
— Każdy ma coś do gadania, tylko ja nie. W moim własnym domu! Ale ja 
z tym zrobię porządek. Oficynę trzeba wyremontować gruntownie, 
zapaskudzili ją tak, że jeszcze runie. Powyrzucam ich — i już! 
Roman, czy się przeląkł?... wyciągnął bowiem ramię, zgiął łokieć i wsunął 
pod głowę żony, co tak bardzo lubiła. 
— Nic nie zrobisz, bo ja ci nie dam. 
— Nie dasz? no, to jeszcze zobaczymy. 
— Zobaczymy. 
— Zobaczymy. 
— Zobaczymy. 
Zaczęli sobie wyrzucać to słówko, najpierw spokojnie, a potem przez 
zaciśnięte zęby, z gniewem i wściekłością, aż się znów zwarli ze sobą, a to, 
co odczuwali, uczyniło ich namiętność groźnym zmaganiem się, 
niszczycielską sprawą, w której jedno musi ulec, a drugie zwyciężyć. I 
jeszcze raz — pojednanie. 
XIV 
Dłoń Kwiryny zawściąga się i rozwiera. Są to ruchy instynktowne, nie ma 
nad tym żadnej władzy, są to odruchy ciała, które cierpi strasznie nad każdym 
objawem rozrzutności Romana. „Jakby mnie nożem krajał” — myśli wówczas. 
Drzwi skrzypią, u progu staje dziad i mamrocze swe prośby. 
— Cóż to, dziadku, pomyliło wam się? — mówi Kwiryna — daję w piątek. — 
Dziad zbiera się da odejścia, ale to długo trwa, nim taki dziad się namyśli i 
wyniesie za próg. Oczywiście, nie zamknął drzwi za sobą i stoi jeszcze na 
schodach. — Romanie, zamknij drzwi. 
Roman wychodzi zza lady i tak skwapliwie wyprasza dziada, że aż się 
wysunął na ulicę. Potem, jakby nigdy nic, wraca. Ale Kwiryna już wie. 
— Czyś ty mu, coś, dał? 
— Nie. 
Kłamie. Kłamie. Kwiryna, wzburzona do głębi, mówi jednak spokojnie: 
— Nie trzeba ich rozpaskudzać, bo sobie rady nie damy. Tyś musiał już 
nieraz tak robić, boby ten dziad nie szedł tu jak w dym. 
Roman zaczyna coś układać na ladzie, ręce mu się trzęsą tak, że stos 
blaszanek konserw leci w końcu na ziemię. 
— Ludzie już od ciebie uciekają. 
— Uciekają — rozdyma nozdrza Kwiryna — to i dobrze. Nie dbam o to. 
Kogo ludzie szanują, tego się i boją. 
Ale jest dotknięta w samo serce, bo właśnie dziś weszła na schody, a 
kobiety, które tam plotkowały, zamilkły jak na komendę. Żadna nie raczyła 
powiedzieć dzień dobry. Także i dzieciaki, gdy pokaże się na podwórzu, 
przestają wrzeszczeć. Ona brała to za dowód uszanowania, a Roman tak sobie 
tłumaczy?... Jeśli chciał ją dotknąć śmiertelnie, no, to udało mu się. Kwiryna 
nie może odzyskać równowagi, straszy ją każde słówko klienta, podejrzliwie 
patrzy na ludzi. Ale w jakiejś chwili, gdy nikogo nie ma w sklepie, Roman 
wychodzi za przepierzenie i po chwili przywołuje ją głosem zimnym i 
surowym. 
— Kwiryna, chodź no tu na chwilę, chodź! 
Kwiryna idzie jak na ścięcie, zimny dreszcz ją przenika, Bóg wie co 
przychodzi jej do głowy, przez chwilę widzi za kontuarem zwaliste zarysy 
ciał tułubów, przesiąknięte krwią. Oni padli, bo też bronili swego. Jest pod 
wrażeniem nienawiści, serce jej tłucze się gwałtownie w piersi. „Jeszcze mnie 
kiedy ten Roman walnie czym i będzie po wszystkim”. 
Za przepierzeniem Roman z twarzą poruszoną i bladą obejmuje ją 
porywczo, ściska, jakby ją chciał udusić, i szepce: 
— Ja cię tak kocham, Kwiryno. 
— To dlaczego mnie tak dręczysz? 
Wcale nie chciał jej dręczyć. Nie mógł tylko znieść tych kwasów dookoła, 
tego trzęsienia się nad każdym groszem i każdym wydatkiem. Po co sobie tak 
życie zatruwać? On już tyle przeżył cierpień i smutków, że teraz chciałby 
zapomnieć i odpocząć. 
— Mówię ci, że to nie warto, Kwiryno, nie warto, nie warto — przekonywał 
ją. 
Dłoń Kwiryny zawściąga się i otwiera, liczy i chowa w skrytkach, a 
czasem roni okruch — po drodze do bogactwa. Ale ilekroć palce zawierają się 
skąpo, Roman odchodzi do pustego pokoju i śpi na panieńskim wyrku 
Kwiryny. Znalazł broń na nią, odwet nieodparty. Mówi bezwstydnie, wprost 
w jej oczy: 
— Dziś nawet bym dotknąć cię nie potrafił: żeby z sobą żyć, trzeba do 
siebie coś czuć. 
Kwiryna gryzła palce z wściekłości, samotna, zawzięta i zrozpaczona. 
Wstała, by się napić wody, i zdybała w korytarzu garbatą ciotkę pod 
drzwiami. 
— Co ciotka tu robi w nocy? Podsłuchuje? 
— Po co podsłuchiwać — rzecze hardo ciotka — ja i tak wiem, co się tu 
dzieje, myślałam tylko, że się Kwiryńci zrobiło słabo. 
Raz ustąpiła, a teraz musi ustępować ciągle. Patrzy przez palce, jak 
rozdaje dzieciakom landrynki, jak przeważa, przemierza, udziela nawet 
kredytu. 
— Jak myślisz, przeliczyć ten, dług, Romanie? marka ciągłe spada. 
— Dajże spokój, kto by tam przeliczał kilo mąki, zwariowałaś?... 
Kiedy się ma takiego męża, kiedy się go kocha, nic innego nie pozostaje, 
tylko skrycie robić swoje, a udawać, że ją przekonał. 
Trzeba było oddzielić noce i dnie, noce, o których nikt chyba na świecie 
nie miał pojęcia, gdy Roman przychodził sam, nie przywabiony, i kochał ją 
aż do rana. Ażeby móc pracować po tym wszystkim, Kwiryna wychodzi do 
pustej o tej porze kuchni i pod kranem puszcza prąd zimnej wody na głowę. 
Włosy jej schną prawie zaraz, suche, trzeszczące za dotknięciem paznokci i 
grzebienia. Ciotka wraca niespodziewanie i zastaje ją na środku kuchni z 
rozpuszczonymi włosami, obrzmiałe usta i wielkie oczy ledwie mieszczą się 
w jej zmizerniałej twarzy. Zdjął ją strach nad tą nieokiełznaną naturą ludzką, 
nad tą nieprzytomnością. Bała się Kwiryny, ale rzekła z przestrogą: 
— Trzeba się zastanowić, tak nie można!... 
Kwiryna jęknęła, opuściła ramiona i wyszła z kuchni. A potem, jakby nie 
mogła darować tego ostatniego słowa, zawróciła i rzeka zimno: 
— Niech ciotka nie wtrąca się w nie swoje rzezy. Jeśli ciotka raz jeszcze 
pozwoli sobie na coś podobnego, to możemy się rozstać, nikt tu ciotki 
gwałtem nie zatrzymuje. 
Zarabiać, dużo zarabiać. Tu już nie wystarczyło tkwić za kasą i liczyć na 
te marne zyski. W tajemnicy przed Romanem Kwiryna rzuciła się na grube 
interesy, kupno dolarów i złota, sprzedaż dolarów i złota. Pierwszą okazję dał 
rejent, patrzył na swoją klientkę jak na obiecującą uczennicę, smakował ją. 
Pod pozorem zamówienia towarów opuszczała sklep, aby przy tej okazji 
kupić w jednej chwili wagon mąki i sprzedać go z miejsca z grubym zyskiem 
w podejrzanej cukierence na Chmielnej. Miała teraz do czynienia z takimi 
ludźmi, że trzęsła głową nad głupotą i naiwnością Romana. To są szakale, 
gotowi w każdej chwili wydrzeć jej zysk, a nawet jej, własny kapitał, zatopić 
nóż w jej sercu... Czujna, małomówna i nie wydając ani na mgnienie swego 
strachu, użerała się z tymi typami i wracając do domu rozumiała wreszcie 
Romana. Dobrze, że taki jeden jest na świecie, to ma też swoją wartość. 
Dom, kamienica, to zastało ciągle jeszcze oczkiem w jej głowie. 
Odnowiono front. Trzeba by założyć elektryczność, w mieszkaniach powinni 
to zrobić lokatorzy na swój koszt. Ale o tym, szczególnie w oficynie, mowy 
nie było! Ach, ta oficyna... Kwiryna ominęła ją chytrze przy remoncie, 
mówiła coś głośno o, komisji, ale w rzeczywistości o żadną komisję nie 
zbiegała. 
Można to było nazwać studiami psychologicznymi, te jej rozważania nad 
każdą klitką zamieszkałą przez „jej” lokatorów. Sięgała nie tylko do 
zarobków, sięgała do wydatków, do apetytów, usposobień, garnków, betów, 
ubrań i nadziei na przyszłość. Do dzieci. 
Inżynier budowlany, pierwsze piętro, front, naprzeciw Kwiryny, trzy 
pokuje z kuchnią, to sama solidność i akuratność. Ale buduje na Mokotowie 
fabryczkę i niedługo wyniosą się z młodą żoną na swoje. 
Na drugim — urzędnik z magistratu, wypłaca punktualnie, chorowity. Jeśli 
umrze, żona będzie miała emeryturę i chyba jakiś kapitał. Ta kobieta lubi się 
stroić. Naprzeciw — starsza panna od Hersego, z matką i młodszym bratem na 
uniwersytecie. Panna dobrze zarabia, a przed bratem piękna przyszłość. Tak, 
co do frontu Kwiryna może być spokojna, mieszkanie po techniku może 
sprzedać i dobrze zarobić. 
W oficynie na prawo — jako tako. Szewc, ten, co ma córkę nauczycielkę, 
chciałby zmienić mieszkanie na większe, pozycja ich się zmieniła. Tak, ale 
szewc nie ma własnego warsztatu, co wart rzemieślnik bez warsztatu? A oni 
zaraz zaczęli jadać lepiej, ubierać się itd. A młodsza dziewczynka coraz 
wpada do sklepu po smakołyki. Skąd oni na to biorą, jak długo to potrwa? 
Kwiryna powiedziała głośno na ten temat parę słów, ktoś im doniósł i straciła 
klientów: szewcowa zaczęła się krępować gospodyni. Mogła hej przecież 
podwyższyć komorne. 
Nauczycielka przyszła dowiedzieć się o mieszkanie po techniku. Bywają u 
niej koledzy, raz nawet zaszedł z wizytą pewien pan z kuratorium szkolnego, 
a tu tylko jeden pokój na całą rodzinę. Kwiryna doskonale rozumie, że 
czasem takie sprawy decydują o losie człowieka, nie wiadomo na przykład, 
jakby się skończył flirt Amelki z aptekarzem, gdyby pani Raczyńska nie 
zachowała mieszkania i bawialni, gdzie Amelka mogła pod okiem matki 
przyjmować chłopców. Oczywiście, nauczycielka powinna mieć ten swój 
osobny pokój przy rodzinie. Ale czy stać ich będzie choćby na część 
odstępnego? 
W dodatku ta gapa wygadała się, że latem musi przechodzić kurs 
nauczycielski. 
— Jak to, pani się jeszcze uczy? 
— Ależ tak, ona jeszcze nie ma pełnych świadectw. 
— Nie mam wolnego mieszkania — mówi zimno Kwiryna. 
Jak ci ludzie galopują, co oni sobie wyobrażają?... Prócz szewca mieszka 
drobny łaciarz, blacharz, majster mularski, biedota chrześcijańska i 
żydowska, wraz z całą kupą dzieciaków. Dzieciaków tych doliczyć się nie 
podobna. Żadna z tych rodzin nie ma stałego dochodu, żyje z dnia na dzień i 
czekają na łaskę boską, na robotę, a jak się trafi robota i pieniądz, to tracą 
głowy, szastają się, ubierają, tłusto jedzą. To tam ulokował swą litość Roman, 
to tam topnieje sklep Kwiryny. To nad nimi rozmyśla Roman, „że ich 
położenie jest bez wyjścia...” 
— Choćby sobie ręce po łokcie urobili, to nie wybrną — mówi. 
Przychodzi Amelka, aptekarzowa, i Kwiryna wskazuje ją Romanowi jako 
wzór zwycięskiego życia. Jej matka, pani Raczyńska, została z czworgiem 
dzieci, wdowa, i dała sobie radę. 
— Tak — odpowiada Roman — ale cóż by z tego było, gdyby nie bogaty 
mąż? 
Amelka jest ożywiona, mizerna, ale elegancka jak nigdy. Kwirynie aż 
oczy wyłażą, gdy spogląda na jej suknię z najlepszej wełny, popołudniową, 
na jej polakierowane paznokcie, zafryzowaną główkę, to się nazywa 
ondulacja, torebkę, rękawiczkę, trzewik. No, no! Amelka nie daje jej przyjść 
do słowa, tylko szczebioce: 
— Mam dziś wieczorem gości, co mi radzisz wziąć na przekąskę, 
Kwiryno? 
— To już niech ci Roman doradzi — mówi wspaniałomyślnie Kwiryna. 
Roman, jakby się uwziął, owszem, doradza, ale co chwila zwraca się do 
żony. 
— Moja droga, ostre anchois3 do wódki? Ser? sardynki?... 
Ma przy boku Amelcię, która weszła za ladę i gospodaruje wśród puszek, 
ale Roman każdym ruchem, każdym mrugnięciem oka składa hołd Kwirynie. 
Amelka zbliża się do kasy. Przysiada obok i nagle szepce niemal ze łzami: 
— Ach, jak wy się kochacie, Kwiryno! 
— Tak — mówi Kwiryna wzruszona. — A ty? 
— Ja?... 
Wielu rzeczy Kwiryna nie rozumie, ale teraz rozumie Amelkę i 
współczuje jej z całego serca. Żyć z mężczyzną bez miłości, niechby to nawet 
był własny mąż — to straszne. Zamyka nagle kasę na klucz, choć w sklepie 
jest tylko Roman, i pociąga Amelkę za przepierzenie. Następuje jedno z tych 
zwierzeń kobiecych, szeptanych na ucho. 
— Jak to Amelciu, ty do aptekarza nic nie czujesz? 
— Nic a nic. 
Kwiryna wyobraża sobie, że Amelkę czeka jakiś straszny los i ściska ją 
mocno. 
— Może się do niego przyzwyczaisz. 
— Ja się już przyzwyczaiłam — mówił martwa Amelka. Chwilę milczy, a 
potem pyta: — A twój Roman? 
— Roman mnie kocha mocno, mocno. 
XV 
Kurtyna zapadła wśród oklasków i natychmiast powstał szmer i 
poruszenie. Było to tylko jedno z tych przedstawień, na których nie szło o 
sztukę, tylko o widzów. Gala. Pierwsze rzędy krzeseł zamieniały ukłony 
pełne szacunku. W tyle szeptano: 
— Patrz, tam, w loży... Premier... ministrowa... dyrektor... 
Magdalena czuła się w swoim żywiole: miała przyjaciół wszędzie. Ale 
Ignacy wśród tego wrogiego sobie obozu lawirował ku paniom, unikając 
mężczyzn. Miał je dwie z obu stron, wysmukłe, pachnące kobiety, dyskretnie 
obnażone, na tyle jednak, że gołe i żywe ciało użyczało sąsiadowi swego 
ciepła podniecającego. Rozmawiały lekko i ładnie, lecz Ignacy prawie nie 
słyszał słów, jego oczy zajęte były obserwowaniem tych powabnych 
powściągliwych gestów, poruszających się warg, za którymi błyskały białe i 
mocne zęby. Damy były wysoko postawione i Ignacy, odpowiadając z 
szacunkiem, zachował w swej postawie coś niedbale poufnego w wzniesieniu 
ramion, w wilczym wyciągnięciu głowy. Ta jego maniera irytowała 
Magdalenę i jednocześnie przepełniała ją jakimś drżeniem wewnętrznym. 
Damy straciły nagle chęć do rozmowy, a zleniwiałe usta stały się mimo to po 
stokroć bardziej wymowne. 
— Co panu jest?... Tkwi pan tu nad nami niczym sęp. 
— Wyjdźmy na papierosa... 
Płomień zapalniczki oświetlił purpurowe, ukarminowane usta, ruchliwe 
nozdrza wysnuły cienką smugę dymu. Ignacy, pochylony ciągle ku milczącym 
towarzyszkom, zdawał się nasłuchiwać. 
— Nie mogę znaleźć tego pańskiego zbójeckiego spojrzenia — rzekła nagle 
jedna z pań. 
Ignacy roześmiał się. W pobliżu grupa posłów sejmowych rozprawiała 
zbyt głośno, wcale się nie krępując. Damy płynęły po schodach do palarni, 
pozostawiając ufnie swe łokcie w mocnych dłoniach Piędzickiego. Strzępy 
rozmów wlokły się za nimi. 
— Reforma rolna... 
— Bez odszkodowania?... 
— To szaleństwo — rzekł ktoś uzupełniając inny temat rozmowy. — Jak się 
pani podoba Leszczyński?... 
Żywo komentowano wymianę listów między marszałkiem a ministrem 
wojny. Damy, za piękne, aby interesować się sprawami polityki, spytały 
naiwnie, a propos czego wynikła ta historia? 
— A propos ustawy o organizacji władz wojskowych — objaśnił tym 
samym stylem Ignacy. 
— Ach, tak? 
Magdalena, niespokojna o męża, zdołała się uwolnić z otaczającego ją 
kręgu wielbicielek i działaczek. Zbliżyła się. 
— On jest zachwycający — rzekła. — prawda? Jak wam się podoba?... 
— Rozumie styl Fredry. 
Otyła dama w jedwabiach, stojąca obok, kiwnęła głową na powitanie i 
zgłosiła swe zastrzeżenia co do gry zespołu. 
— Za moich czasów w dawnych „Rozmaitościach” można było zobaczyć 
prawdziwego Fredrę. 
— Wszystko, co dawne, było lepsze, prawda? — roześmiała się Magdalena. 
— Kamiński, Frenkiel, Trapszo... 
— Tak, tak. 
— Jesteśmy zaproszeni na kolację — oznajmiła Magdalena. Ignacy 
przecząco potrząsnął głową. Magdalena miała dziś swój piękny dzień, poza 
tym głębokie przekonanie o konieczności podtrzymywania stosunków. Jej 
czarna suknia, przecięta w pasie smugą czerwieni, ujawniała spod 
zakręconych fal drobne stopy w czerwonych pantofelkach. To było śmiałe. 
Uśmiechnęła się do męża. — Pójdę sama, dobrze?... 
Rozległ się dzwonek. Dama z prawej strony, wsparta na ramieniu 
Ignacego, wspięła się lekko na palce, wzniosła twarz, aby szepnąć tuż przy 
jego twarzy: 
— Mój mąż ma dziś ważną konferencję, nie mógł mi towarzyszyć. Czy pan 
mnie odwiezie? 
Za całą odpowiedź skłonił się głęboko i dziękczynnie. Kobieta, którą 
ledwie znał, czyniła mu awans, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. A 
nigdy jeszcze nie doznał tak żywo dziwnego uczucia rozbicia, 
niezadowolenia i niechęci. Zdawało mu się, że nad całą tą salą wisi duszny 
opar, że nie podobna oddychać swobodnie, jest grząsko, niebezpiecznie i 
ślisko, trzeba uważać na słowa, na myśli, nie podobna dać ujścia swemu 
niehumorowi i ironii. Magdalena idzie na kolację. On odwozi tę damę do 
domu i niewątpliwie znajdzie się w kropce, cokolwiek bądź się zdarzy. 
Biedne kobieciątko... Dalej, o ile chodzi o sprawy publiczne... Utknął nagle, 
spotkawszy się oczyma z oczami Bronki. Szła naprzeciw, w towarzystwie 
wysokiego i grubego jegomościa, doskonale zadowolonego. Ignacy zawahał 
się przez moment, ale ten moment wahania wystarczył. Gdy się następnie 
ukłonił, nie odpowiedziano mu ukłonem. Bronka przeszła nie odwracając 
głowy, nie udając bynajmniej, że go nie widzi. Natomiast Magdalena żywym 
skinieniem głowy pozdrowiła jej towarzysza, nie zauważywszy swej 
sekretarki. 
— Kto jest ten pan? 
— To Tiess, przemysłowiec. Pomógł mi w ratowaniu finansów pewnego 
stowarzyszenia. 
Ignacy usiadł na swym miejscu z niejasnym uczuciem przykrości i 
niezadowolenia z siebie. „Dawniej nigdy bym sobie na coś podobnego nie 
pozwolił” myślał. Upokarzanie ludzi nie leżało w najmniejszym stopniu w 
jego charakterze. Ależ to był tylko odruch. Tak, skąd się jednak wziął ten 
odruch? Uczuł żywą pretensję do wszystkiego, co go w życiu teraz otaczało, 
nawet do Magdaleny. 
Odwiózł damę do domu, traktując ją z ubliżającym szacunkiem, zabójczo 
powściągliwy. Czuł jej oczy zwrócone ku sobie w aucie, a potem, jak się 
szybko dostosowała do narzuconej sobie roli, i głos jej chłódł od zdawkowej 
uprzejmości. Pożegnał ją u drzwi willi za miastem. 
Nazajutrz wracając z ministerstwa, zaszedł jeszcze raz do Magdaleny do 
biura. Pamiętał, że z lewej strony sali, w kącie jest wgłębienie z biurkiem i 
małym oknem, umieszczonym i zakratowanym. Tam, nie wiadomo czemu, 
usadowił Bronkę. I wyobrażał sobie, jak pracowała przy świetle nagiej 
żarówki w tym kącie, ciemnym nawet za dnia, wznosząc twarz w górę, do 
okna, za którym nie było nieba, tylko stary prawie zielony z wilgoci mur. 
Chciał naprawić to, co stało się wczoraj. Winien to był dawnej przyjaźni 
łączącej go z rodziną Mossakowskich. 
Magdaleny nie zastał w biurze, a przy biurku pod zakratowanym oknem 
ujrzał kogoś zupełnie obcego, panienkę z gładko zaczesaną głową, w 
angielskiej bluzce z krawacikiem, kogoś zupełnie beznadziejnego, jedną z 
tych młodych, o których Magdalena twierdziła, że „do nich należy 
przyszłość”. A więc Bronka odeszła? Poruszony, zapytał o adres dawnej 
sekretarki i panienka przerzuciła alfabetyczny katalog, aby mu następnie 
oznajmić, że nie znalazła tam panny Mossakowskiej prawdopodobnie 
dlatego, że była to pracownica płatna, a katalog zawiera nazwiska członkiń. 
Wyszedł. Przypomniał sobie, że już raz tak jej poszukiwał, ujrzał 
wniesione ramiona pani Raczyńskiej, gdy mówiła: 
— Niech się pan nie pyta! Na złą zeszła drogę!... 
Jak było naprawdę? Jak jest? Znów legitymował się przed sobą dawną 
przyjaźnią z Mietkiem Mossakowskim, to go jakoś usprawiedliwiało. Zaszedł 
do biura adresowego i wypełnił kartę. Gdy wypisywał nazwisko Bronisławy 
Mossakowskiej, doznał nagle dramatycznego uczucia, że poszukuje kogoś 
zagubionego, kogoś straconego na zawsze i zapisanego w innych, jakichś 
zaświatowych rejestrach. Potem, gdy oczekiwał na zwrot kartki, zdumiał się, 
iż koło tej całej sprawy i osoby Bronki, tak nikłej, zaczyna snuć jakiś wyraz 
patetyczny. 
Zwrócono mu kartkę — miejsce pobytu nieznane. 
— Jak się skończyła ta historia z twoją sekretarką a moją znajomą? — 
zapytał swobodnie przy obiedzie. Niespodziewanie Magdalena „wzruszyła się 
na temat swojej pomocnicy”. Głównie dlatego, że osoba przyjęta na jej 
miejsce okazała się tępakiem niegramatycznie piszącym i bez żadnego 
pojęcia o sztuce przyzwoitego redagowania protokołów z posiedzeń zarządu. 
A posiada języki, maturę i jakieś kursy! 
Udał głębokie współczucie i doprowadził do tego, że spytała z wahaniem: 
— Słuchaj, może byś ty się o nią dowiedział? Mówisz, że znasz ją od 
dziecka, a może ona nie ma żadnej pracy? To nawet nieładnie, że nic o niej 
nie wiemy. Może jej coś potrzeba, może... 
Przerwał jej pospiesznie: 
— Dobrze, dobrze. Daj mi tylko jej adres. 
Mieszkała na Mokotowie, na tak zwanym dolnym Mokotowie, daleko od 
miasta i linii komunikacyjnej. Zrobił pewnego dnia spacer, szedł Alejami, 
zapach drzew w szczególny sposób przypomniał mu opustoszałe wsie 
podczas wojny, pełne zapachu lata. Przeżywał wtedy dziwną, przejmującą 
swą miłość, miłość do Bronki, pisywał listy, których nie mógł wysłać. Teraz 
szedł ulicą ostro spadającą w dół, za parkanem zieleniły się ogrody i gałęzie 
drzew zwisały dobroczynnie nad chodnikiem ulicy, użyczając swego uroku i 
chłodu. Ludzie wracali z pracy z blaszankami i zawiniątkami, niektóry nawet 
tato niósł dziecko na ramieniu, a drobna niewiastka dreptała pośpiesznie 
obok, upominając: 
— Józiu, a nie upuść mi go. 
Odgłos kroków, ten powrót po trudach pracy, zapach warzonej strawy, 
obficie kwitnące kwiaty w oknach, to wszystko miało jakiś prosty sens, 
podczas gdy jego teraźniejsza praca w ministerstwie nie miała sensu. Jej 
początek zaczynał się gdzieś w górze, u szczytów władzy, a koniec topił się w 
samym życiu, zawsze innym niż przepis, prawo i zawarunkowanie... 
Drewniaki „tubylców” wypierane przez zbytkowne wille, budki z wodą 
sodową i studnie uliczne. Jak się tu ułożyło współżycie? Nastąpi na pewno 
przenikanie się warstw, i to jest dobre. 
Gdzie znajdzie Bronkę? w jakim otoczeniu? czy jest sama? 
Dom, w którym mieszka, wygląda jak ostatni wyraz nowoczesności. Białe 
i duże okna odsłaniają wnętrza przewiewne i skąpo umeblowane. Przeszedł 
przez dziedziniec tonący w kwiatach, zamknięty ścianami dzikiego wina i róż. 
Co za sielanka. Mnóstwo kotów wylegiwało się w zachodzącym słońcu na 
trawniku, stopniach schodów, parapetach okien. Zapukał do drzwi 
czerwonych i nieprzyjemnie lśniących. Długo czekał w zupełnej ciszy. 
Nagle usłyszał kroki i otworzono drzwi bez sakramentalnego zapytania: 
"Kto tam?” W przedpokoju, za progiem, stała Bronka. Kogo oczekiwała? 
Milcząc patrzyła chwilę. Potem rzekła: 
— Proszę. 
Musiała wstać dopiero co, tapczan zachował jeszcze wgłębienie ciała, a 
rozwarta książka leżała na podłodze. Nieliczne sprzęty zarzucane 
poduszkami, ubraniem i gazetami dawały pojęcie o wewnętrznym 
rozprzężeniu mieszkanki. Wszystko tu było jakby porzucone w pół drogi, 
odsunięte, zaniechane. Festony ciemnej pajęczyny zwisały w kątach u sufitu. 
Maszyna do pisania, rozrzucona kalka i papier zalegały okrągły stolik. Koło 
lustra dymił zapachem mocnym rozwarty flakon perfum. 
Uczyniła ręką gest zapraszający. 
— Niech pan siądzie. 
— Moja żona — rzekł — jest o panią niespokojna... 
Przerwała mu w sposób nieprzyjemny, mówiąc: 
— Wzruszyła się na mój temat, tak? Niech się pan tym nie przejmuje. 
Puścił to mimo uszu, teraz dopiero jednak spostrzegając, że Magdalena 
ma swoje uświęcone zwroty, znane już obcym. 
— Chciała wiedzieć, czy pani ma pracę? 
Podniosła powieki i spojrzała wprost burymi, okrągłymi oczyma. 
— O, tak. Taką pracę zawsze się znajdzie. Jest mnóstwo stowarzyszeń. 
Niech pan uspokoi żonę. 
Żadnego drgnięcia głosu, żadnego gestu, żadnego odwołania się do 
przeszłości. Ta zimna, zgaszona, milcząca twarz stała się nagle przerażająca. 
Zapytał: 
— Co się stało z rodziną pani? Czy były jakieś wiadomości? 
Skinęła głową. 
— Matka umarła. Siostry powychodziły tam za mąż. A Mietek... Mietek 
zginął bez wieści. 
Siedzieli milcząc, z opuszczanymi głowami. Ignacy rzekł przerywanym 
głosem: 
— Chciałbym wyjaśnić... że wtedy, po powrocie, poszukiwałem cię. Byłem 
na Nowolipkach. 
Wzniosła ostrzegawczo dłoń w górę i krzyknęła: 
— Nie!... — Potem spokojnie już: — Nie trzeba o tym mówić. O takich 
rzeczach się nie mówi. To było już tak dawno. 
Czuł, że wszystko, co może powiedzieć, na nic się tu nie zda. To życie 
zdawało się być przeinaczone, rozdarte do gruntu. To było coś gorszego niż 
zabawianie się z mężczyznami w miłość, to byłoby weselsze, zrozumialsze, 
tym można by wzgardzić, przejść obok i nie czuć się winnym jakąś 
nieokreśloną winą. Ale to złowrogie rozbicie... 
Tarła palcami grzbiet dłoni, twarz jej zszarzała od nie ukrywanego 
zmęczenia i niecierpliwości. Tak, jakby nagle zgasła. 
Czy ma odejść? 
Wstał zmieszany i oczekiwał na jakieś słowo czy ruch ręki, na coś, co 
pozwoliłoby mu odejść bez poczucia tego ciężaru, spokojniej. Siedziała 
nieruchomo. Skłonił się i wyszedł. 
Kroki jego zadźwięczały na flizach4 wąskiego chodnika. Wonny i barwny 
dziedziniec opustoszał. Koty, które wyruszyły już na łów, padały miękko i 
głucho z drzew, czołgały się, podskakiwały. Ogromny księżyc wisiał nad 
drzewami. Ignacy pchnął furtkę, zgrzytnęła przeciągle i żałośnie. 
XVI 
Leży na tapczanie i czeka nocy. Nie może spać. Nad miastem ciągle 
jeszcze płonie łuna świateł i odblask ponuro pada aż tu, na dolny Mokotów. 
W końcu jednak musi przyjść ciemność. Ze wszystkich rzeczy łaknie się teraz 
tylko snu i ciemności. 
Można też chodzić od okna do okna. Okna na ukwiecony dziedziniec 
pełen kotów. Okno na cudzy plac i drewniaki o dachach z czarnej papy. 
Drewniak z prawej już śpi, matka poukładała dzieci do snu, widać to było 
przez okno. Wystawiła balię na placyk i nakazała myć się od głów do stóp. 
Chłopcy mieli tylko opaskę koło bioder, a dziewczęta kostiumy kąpielowe, 
tak spędzili dzień na placyku przed domem. W rozwartej szopie przybudówki 
wietrzyła się pościel. Ta rodzina rzemieślnicza mogłaby dostać nagrodę na 
jakimś konkursie porządnego życia. 
Ale obok w drugim drewniaku za parkanem, grają jeszcze na gramofonie. 
„Ostatni list” i „Tango augustowskie”. A potem słychać będzie podniesione głosy, ohydne słowa, odgłos, uderzeń, wreszcie krzyk: 
— O Jezu, Jezu, Jezu!... za cóż ty mnie bijesz, za co?! 
Dzieci płaczą. 
Kto zasiał w sercu człowieczym burzę? Kto mu dał ciszę i spokój? Komu 
układać hymn dziękczynny i komu złorzeczyć? 
Przyszedł tu Ignacy. Przysłała go jego żona, Magdalena. Ponieważ ona 
ma tak zwany charakter i nie chce nosić z sobą żadnej winy. Prawdopodobnie 
chcą ją podźwignąć, dopomóc, przygarnąć czy jak tam to między sobą 
nazywają w swoim języku społecznikowskim. 
Co wie o życiu Magdalena? Co wie o życiu Ignacy? Dwie godziny 
urzędowania w Związku, trzy godziny w Opiece, dwie w Rodzinie, to daje 
niezależność. Potem, po południu, posiedzenia, obowiązkowe spacery po 
świetlicach, „przystaniach” czy „gniazdach”. To daje niezależność. 
— Czy panie nie uważają, że to jest za małe wynagrodzenie? 
— Ależ to tylko dwie godziny pracy dziennie, przez trzy dni w tygodniu. 
Ta zawiła matematyka kończyła się zresztą bardzo prosto, robiły się trzy 
godziny, potem co dzień, a potem jeszcze dochodzą różne prace 
nadprogramowe. Ci, co uprawiają filantropię, uprawiają też swoisty wyzysk. 
Mówiło się pionkom, że koszty administracyjne nie mogą pochłonąć budżetu. 
Ciężka praca, jeśli się przy tym myśli, nie trzeba myśleć, to uniemożliwia 
człowiekowi jaką taką egzystencję. Należy myśleć tylko — odtąd dotąd — dalej 
ani kroku. Ciężka praca, jeśli się nie wierzy bez reszty w celowość tego 
wszystkiego. 
Trzeba było ponadto stać się pewnego rodzaju znakomitością w tym 
zawodzie sekretarki stowarzyszeń społecznych, aby się utrzymać na 
powierzchni, bez świadectw z ukończenia szkoły, bez języków i bez 
stosunków, w tych czasach, kiedy panny z najlepszych domów, z językami i 
stosunkami, zmuszone były „ze względów materialnych” jąć się pracy. 
Trzeba było poznać wszystkie tajemnice tego światka, adoracje i nienawiści, 
skryte zresztą pod pozorami najlepszego współżycia, różnice polityczne i 
sojusze, stanowiska mężów i pozycje w świecie towarzyskim, zasięg i wagę 
wpływów. Trzeba było tkwić w samej kuchni, od tyłu, i widzieć, jak to się 
wysmażało, jakiego materiału użyto, na przykład, do odezwy do 
społeczeństwa, do wzmianek w gazetach, do listu prywatnego do premiera. 
Trzeba było poznać tę małość pod pozorami szlachetności, fałsz pod 
oznakami szczerości, pychę, dumę i wyniosłość pod oznakami braterstwa. 
Trzeba było wiedzieć, że dama zajmująca pięciopokojowy apartament w 
Alejach bierze cichy, lecz znaczny procent od urządzanych imprez, i trzeba 
było wiedzieć, że ta druga aczkolwiek oficjalnie nie bierze procentu, ale ma 
zwyczaj nieoddawania wpływów osiągniętych z sprzedaży znaczka czy 
biletów wstępu na bal, czy haftów i robótek — i trzeba być z nią ostrożnie, ale 
nie dać jej tego odczuć, bo „ma wpływy”. 
Należało też odróżnić i oddzielić górę i dół, klasę oświecaną i czarny 
ugór, który uprawiano, zwyczajnych członków-naiwniaków, którzy wierzyli, 
że w jedności siła i że tkwiąc tu przysługują się ojczyźnie. Otrzymywali tu 
pewnego rodzaju „wyrobienie się” i przy szczęśliwych okolicznościach 
awansowali wyżej. Tu bowiem w dalszym ciągu szafowało się wpływami, 
stypendiami, posadami i zapomogami, tu był jeszcze ciągle wylot dla wielu 
istnień, dla tych z Nowolipek, tak chwiejnie osadzanych w gruncie życia, 
nawet gdy to stał się grunt ojczysty, gdzie: rola i strzecha każdemu 
obywatelowi. Tędy szła droga. 
Wzajemna potrzeba: ciemna masa, która służyła za grunt do uprawy dla 
klasy oświeconej, za szczeble do wyniesienia się, za rezonans dla głosu. 
Prości ludzie przychodzili tu i „otrzymywali szkołę”, a żaden cios noża na 
rozprawach przedmieścia nie dorównywał niczym tym sztychom, jakie 
zadawali sobie ludzie kulturalni, świadomi lepszych i skuteczniejszych 
środków uśmiercania. 
A przecież — cóż robiono innego, podąwszy od filantropijnych dam, a 
skończywszy na politykach na wielki kamień — cóż robiono innego — jak nie 
urabiano człowieka? Urabiano politycznie, społecznie, kulturalnie?... 
Tak jak gdyby to było możliwe!... 
Człowiek musi się stwarzać sam, dźwigać sam, uczyć sam. Nic istotnego 
nie można dla człowieka zrobić z zewnątrz, to będzie tylko nalot, to będzie 
twoje, a nie moje. Ale tu jeszcze wierzono w te rzeczy. 
Ten świat cuchnął. Bronka ze zdumieniem i pasją śledziła rozmiar i 
postępy rozkładu. Rozkładał się i trzymał wodze, cuchnął i nauczał — konał i 
miał pretensję do stwarzania nowej społeczności. To nieoficjalne 
przedstawicielstwo narodu, ten wykładnik usłużny każdego rządu. Rola tej 
klasy, rola tak zwanej inteligencji była skończona od wewnątrz, ale na 
zewnątrz zdawała się nie mieć końca. 
Babrać się w tym kilka godzin z rzędu, co dnia, to stawało się nieraz 
torturą. Nadszedł czas, że trzeba się było zastanowić poważnie i cynicznie 
nad pytaniem: czy nie lepiej było żyć jak przedtem? Z jakimś bubkiem, który 
urządzał to wszystko? Ale na dłuższy dystans to okazało się też nie do 
zniesienia. Pantofelki i futerko, suknia i co dzień zapewnione jedzenie, i tak 
zwane bezpieczne jutro — to trzeba było poznać, aby odrzucić. Mieć to, aby 
odejść. Posiadać, aby się wyrzec. Wszystko to przeżyte było potrzebne, było 
potrzebne!... 
Ignacy należy do tamtego świata, wszedł tam poprzez ożenek. Ocierała się 
oń, niewidzialna, z daleka, przypatrywała się i — kto jest kto? — zadawała 
sobie żartobliwe pytanie. Zdjął swą czapkę legionisty, tak jak się zdejmuje 
piękną młodość, tak jak się odchodzi od romantyczności. Cóż innego robił 
teraz, jak nie to samo, co ona ongiś, głupia? Karierę. Ale ona już miała to 
poza sobą. 
Zdjął swą czapkę legionisty, obracał się w gronie kobiet z wielkiej 
rodzimej finansjery, całował z szacunkiem ich ręce i — wiedziała o tym — 
pocieszał je po męsku, gdy były „nieszczęśliwe”. Mówił, tak samo jak 
Magdalena, obojętnym ludziom „drogi panie”, „droga pani”, miał w 
repertuarze te same zwroty i frazesy i tak samo przykładał wagę do różnych 
nieistotnych spraw. Zdjął swą czapkę legionisty, ach, po cóż było stać pod 
parkanem na grochowskiej szosie i płakać, że nie dotrzymało się wiary, 
miłości czystemu życiu? 
Pobudował dom, willę na kolonii, ponieważ ludzie z majątków, z kresów, 
źle znosili mieszkania w domach czynszowych. Willę z suterenami, gdzie 
oczywiście ulokowano służbę. I ta Magdalena, która prawdopodobnie nieraz 
wygłaszała zdania o wpływie sutereny na zdrowie i psychikę ludzką!... No, 
no, „ich” suterena jest „widną, słoneczną i suchą” sutereną. 
Zaczyna się... Drewniak z lewej już wrze: 
— ...O Jezu, nie bij mnie! nie bij, nie bij? 
— Nikt z wielkiego domu naprzeciw nie ruszy się, aby poskromić tego 
bydlaka, ludzie przywykli. Trzeba zacisnąć zęby i przeczekać to, ...jeszcze 
trochę, jeszcze trochę. 
Dzieci płaczą. Wreszcie zapada cisza. 
Bronka wyciąga się jak długa, sięga ręką do ściany i skręca kontakt. Ze 
wszystkich rzeczy łaknie się teraz tylko snu i ciemności. 
Co za oszukaństwo, nie ma ciemności. To się tylko tak zdawało, że za 
oknami stoi ciemność. Okropna szarość wisi nad światem, kontury domów 
zarysowują się czarno, w oknach stoi cisza i mrok. I cóż to za światło — coś, 
czego nie podobna nazwać świtem, co nie jest już mrokiem. Siność. Sine 
niebo, sine, ciężkie, nabrzmiałe czymś powietrze. Czarna pod tą szarością, 
milcząca ziemia, ciemne domy. 
Wizja świata w tym oświetleniu złowieszczym. Wizja ludzi 
spoczywających w swych schronach przyziemnych, śpiących z otwartymi 
osiami, z głuchymi oczodołami pod powieką, z twarzami zwróconymi ku 
niebu, od którego odgradza ich tyle a tyle pięter, papa, żelazo, beton, cegła, 
wapno, drzewo. Te halucynacje zamknięte w czaszkach, sprzęgnięte z ciałem, 
podległe ciągle i zawsze jednym prawom głodu i miłości. Ciemny zamysł o 
życiu, które jest głodem i miłością, czymś raczej zwierzęcym, niczym więcej. 
Ale ona wyszeptała się już, wydała bez reszty. Leży z pustymi ramionami, 
dłonie ma puste. Wszystkie ognie wypaliły się, wygasł nieśmiertelny interes 
życia: głód i miłość. 
XVII 
To się stało najważniejsze. Może dlatego, że nie przeżyte do końca? 
Światło płonie w tamtych oknach. Ignacy pchnął zdecydowanym ruchem 
furtkę, wchodzi na schody i puka. 
Klapka w środku drzwi, „oko judasza” zostało lekko poruszone. 
Wewnątrz ktoś waha się, czuje się czyjeś wahanie. Potem drzwi ustępują. 
— Niech pan wejdzie. 
Głos nie ten sam, lekko podniecony w ciemności przedpokoju. Ignacy 
pyta z pozorną swobodą: 
— Dlaczego tu tak ciemno? 
— Nie ma żarówki. 
— Aha. 
Zdejmuje palto powoli, ociągając się, podczas gdy Bronka pyta 
zdawkowo: 
— Napije się pan herbaty?... — I zaraz potem, ze śmiechem: — Niech pan 
nie mówi „tak”, sprawiłoby mi to kłopot. 
Wpada w jej ton, znajduje się dowcipnie w sytuacji i zapytuje: 
— Czy można zajrzeć do kuchni? 
Oczywiście, zaniedbała zgłoszenia do gazowni, choć znajduje się tu cała 
instalacja. 
— Jak sobie pani radzi? 
— Hm... rozpalam ogień. Ale to jest dość uciążliwe. 
Ignacy podsuwa w górę rękawy marynarki i bierze się do dzieła. Nauczył 
się tego w wojsku, ale już wyszedł z wprawy, niesporo mu idzie. Bronka 
siedzi na wysokim taborecie kuchennym wśród rozstawionych naczyń, 
pieczywa, paczek, papierów i ściereczek. Jest tak nieomal jak w kuchni na 
Nowolipkach. O Boże, jak w kuchni na Nowolipkach!,.. Stoi tu nawet łóżko, 
paradnie zasłane, ogień trzaska pod blachą, a czajnik zaczyna szumieć 
piosenkę dawno nie słyszaną, piosenkę domu, wnętrza i zaciszności. Zdaje 
się, że lada chwila skrzypną drzwi, wejdzie starsza pani Mossakowska i 
powie z uciechą: 
— Aa, to Ignaś, witamy! 
I jeszcze coś — to przedwieczerze, kiedy siedzieli razem w kuchni po jego 
powrocie do kraju — to chyba wtedy zaczęło się coś między nimi?... kiedy 
gładzi jej dłonie, pocieszając w niewiadomych, w dziewczyńskich smutkach, 
a zespół Mietka brzęczał w pokoju. Usłyszał nagle głęboki gros wiolonczeli, 
„najprawdziwszy głos człowieczy”, i straszny żal ścisnął mu serce. 
— Coś ty z sobą zrobiła! — rzekł w niespodziewanym wzburzeniu — coś ty 
zrobiła!... 
Nawet nie drgnęła, siedziała z pochyloną głową, czubek jej małej stopy 
zawisł nieruchomo nad podłogą, Podszedł i podjął jej twarz do góry. Była 
bladą, tylko krągłe oczy patrzyły wprost z jakąś błyszczącą skrą w głębi, a 
wargi przybrały znany już wyraz upartego milczenia. Zdawało się Ignacemu 
w tej chwili, że zapłacze z bólu, i żeby się zmóc, zacisnął z całej mocy palce 
na jej ramionach. Miękkie, uległe, jakby bezwładne ciało z stalową sprężyną 
oporu wewnątrz, stalowy pręt rozprostowujący się nieubłaganie. Nic mu nie 
powie! Nigdy nie będzie wiedział naprawdę, jak to z nią było. 
Pokrywa czajnika zabrzęczała nagląco i gwałtownie. Ignacy odetchnął, 
zaczerpnął powietrza i rzekł: 
— Cóż będzie z herbatą? — Wstała natychmiast, jakby rada tej zmianie, i 
przygotowała filiżanki. To go wzruszyło. Schwycił jej dłoń w przelocie. — 
Przebacz — mruknął i ucałował drobne palce. Patrzył z wysoka na zbiedzoną 
twarz, miłe czoło z lekko zapadłymi skrońmi i cień w kątach oczu. Objął ją i 
przygarnął ku sobie, dźwignął w górę. Uczuł, że uchyla twarz, że uchyla 
uporczywie, kryje ją. Nagła myśl przeszyła go: — Wtedy, wówczas, niewinna, 
nie broniła się wcale. Ale wtedy kochała... 
To się nie da przerobić, tak już będzie. Oto spartaczone istnienie. 
Poszukał ust, wargi miała gorzkie i suche, było mu tak, jakby zakosztował 
trucizny, a zarazem jakby skosztował samego życia. Trzymał ją w uścisku i 
nigdy jeszcze nie doznawał takiego straszliwego pragnienia szczęścia i 
spełnienia. Ciemność napływała na twarze, które stawały się surowe, blade i 
obce. Mruknął: 
— Bronka...? — To była kobieta jego krwi, miał ją we krwi, mimo 
wszystko. Dotknął jej ust. O, to zwielokrotnienie, to pomnożenie w 
nieskończoność, rozszerzanie się i przenikanie, w nieskończoność — może w 
wieczność?... 
Ocknął się w głębokim mroku, chwilę leżał nieruchomo. Spojrzał na 
przegub dłoni. Błyszczące wskazówki szwajcarskiego zegarka wskazywały 
drugą godzinę nocy. Nie uprzedził Magdaleny, że wróci tak późno. 
Nie chciał zapalać światła. Poszukał po omacku dłońmi koło siebie, 
powiódł palcami po nieruchomym ciele, leżącym na wznak, znalazł ręce 
podłożone pod głową. 
— Trzeba mi iść. 
Cisza. 
Już oswoił się z mrokiem i widział ciemny kształt na białym tle pościeli. 
— Pożegnaj się ze mną... Nic mi nie powiesz? 
Milczenie, milczenie, milczenie. 
Pomyślał, że trudno jej mówić teraz. Schylił się, ucałował jej czoło. 
Zarzucił płaszcz na ramiona i wyszedł. Noc była ciepła i cicha. Na dziedzińcu 
kot z pomrukiem otarł się o jego nogi. Obejrzał się za siebie. W tamtych 
oknach jeszcze panowała ciemność. Zapukał do okienka przy furtce, brzęknął 
sutym napiwkiem i poszedł na przełaj, przez pola, w górę miasta. 
XVIII 
Gdy już rozmyślał nad tym, jak te sprawy ułożyć i urządzić, okazało się, 
że nie ma co urządzać i nad czym rozmyślać. Przyszedł i zastał czerwone 
drzwi zamknięte na amen, nikt nań nie zerknął z otworu „judasza”. Wrócił 
jeszcze raz i jeszcze raz — nie było jej. Zostawił kartkę z numerem telefonu w 
biurze. Cisza. Wtedy zrozumiał, że ona to życie miała już jakoś urządzone po 
swojemu, że właściwie jakby się „nic nie stało” i teraz oto swą nieobecnością 
wyznaczyła mu pewne miejsce, dość niewyraźne i dość dalekie. 
Długo chodził po wąskim, pokruszonym chodniku tej ulicy, 
przeszkadzając kobietom obarczanym wiadrami wody. Na razie nie mógł 
nawet zorientować się, dlaczego dźwigają tę wodę aż z ulicy? Brały wodę z 
pompy koło rynsztoka, ze zgrzytem unosiły i zniżały żelazne ramię, płaciły 
jakieś grosze skurczonemu człeczynie siedzącemu pod parkanem i kołysząc 
się, stękając, rozlewając, odchodziły do sąsiednich drewniaków, het, w głąb 
ulicy. 
— Cóż to, nie macie wody w domach? — zapytał jakiejś kobieciny. 
Roześmiała się ukazując pożółkłe zęby i odpowiedziała raźno: 
— A no, jak pan widzi, nawet za wodę trza płacić. Teraz to nic, ale zimą!... 
Tak, psiakrew, kiedy się ma liczną rodzinę, można to bez przesady 
nazwać krwawą wodą. Pewne bulgotanie, warkot jakiejś maszynerii i 
dokuczliwe zapachy na uroczym dziedzińcu domu Bronki dawały znać, że 
zainstalowano tu miejscową kanalizację. Ale drewniaki nie posiadały nawet i 
tych urządzeń. 
Wreszcie powlókł się do miasta. Ani przez chwilę nie pomyślał, że w 
późnym powrocie Bronki mógł grać rolę jakiś pan Tiess, przemysłowiec, ten 
sam, który ratował społeczny budżet Magdaleny i zabawiał się prowadzeniem 
sekretarek do teatru. Instynkt mężczyzny mówił mu, że tu nie ma ani 
mężczyzny, ani nawet tej niezliczonej hordy „koleżanek”, którymi tak lubiły 
się otaczać kobiety po wojnie, przyjaciółek od pracy, od zabawy, od zwierzeń 
i sekretów. Trzeba być ostatnim głupcem, aby być tam i nie zauważyć, nie 
odczuć tego zupełnego osamotnienia, tej niedbałości, mrukliwej maniery 
rozmowy i tego czegoś nieuchwytnego, co sprawia, że człowiek nie myśli o 
tego rodzaju bzdurstwach. Ale, w takim razie gdzie przebywa? co robi? kim 
był pan Tiess? Pan Tiess mógł być przechodniem, czymś w rodzaju łącznika 
z życiem, bo człowiek żaden nie wytrzymałby zupełnego milczenia. Czy 
jednak on sam, Ignacy, nie stał się też przechodniem i łącznikiem? 
Tej nocy nie spał. 
Obudził się z pierwszego snu w jakimś pokoju oblanym światłem, nie 
poznał, że to jest jego własny pokój, i nie mógł zrozumieć, skąd się bierze to 
piekielne, dziwaczne światło. Szło od strony okien górą i siało swój blask na 
cały pokój. Naturalnie, latarnia uliczna. Stała tuż pod samym oknem i, widać, 
akurat dziś włączono ją do sieci. 
Jęknął ze złości. Otworzyły się drzwi i weszła Magdalena w jakimś 
zwiewnym, pachnącym nocnym stroju, oburącz dźwigając coś przed sobą. 
Wytrzeszczył oczy. Magdalena tak całkowicie wypadła z jego myśli, jakby jej 
nigdy nie było. 
Przeprosiła go, że przez parę dni nie mogła się nim zająć. 
— Przepraszam, Ignasiu, byłam zapracowana, a ty wracałeś tak późno do 
domu. — Ustawiła misę z owocami na stoliku przy łóżku. — Organizuję lotne 
oddziały higieny na peryferiach, wiesz, i zanim to wszystko wprawię w ruch... 
Długo tarł twarz i czochrał włosy, zanim oprzytomniał i zapytał 
odruchowo: 
— A czy mają tam przynajmniej wodę? 
Tego, naturalnie, Magdalena nie wiedziała. Zresztą, najważniejszą rzeczą 
jest: nie dać się pochłonąć drobiazgom. 
— Uważasz to za drobiazg? 
Magdalena usadowiła się w nogach jego łóżka, w kucki, ulokowała misę z 
owocami między nim a sobą, po czym rzekła: 
— W pewnym sensie, tak, to drobiazg. Gdybym wiedziała z góry, że tam 
nie ma wody, gdybym zaczęła zastanawiać się nad celowością pracy moich 
lotnych oddziałów i brakiem wody, na pewno ręce by mi opadły. Tymczasem, 
gdy nauczę tamtych ludzi myć się, szorować, kąpać, oczyszczać wnętrza, 
prać, to w końcu zaczną się wielkim głosem domagać wody i miarodajne 
czynniki muszą... 
Ignacy śmiał się. 
— Z czego się śmiejesz. Ignasiu? Wy też tam, w ministerstwie, naprzód 
tworzycie przepisy, a potem żądacie ulepszeń w fabrykach. — Magdalena 
dźwignęła się i potrząsnęła głową, włosy jej rozsypały się, wyglądała teraz 
jak archanioł wieszczący dobrą nowinę. — Ja stworzę przepis na czystość i 
zmuszę władze miejskie, by przeprowadzono wodę! — Ignacy śmiał się na 
dobre. 
To było coś nowego, dotychczas uznawał prawie bezapelacyjnie pracę 
Magdaleny. 
— Cóż to za zwątpienie, Ignasiu? — Ale on zignorował pytanie i całą 
poprzednią rozmowę. 
— Aha, aha, byłbym zapomniał... Twoja dawna sekretarka, panna 
Mossakowska, kazała ci podziękować za pamięć i odrzuciła wszelkie nasze 
awanse z mina grandezzy.5 Twierdzi — koloryzował — że jest dość 
stowarzyszeń, które przyjęłyby ją z otwartymi rękoma. 
— Niestety! — jęknęła Magdalena — ona mówi prawdę. 
— Ileście jej płaciły? 
Wymieniła sumę równającą się tygodniowym wydatkom Ignacego na 
tytoń i to sprawiło, że opuściła go wszelka przyzwoitość. 
— Muszę ci powiedzieć — rzekł kwaśno — że pretensje tej baby o męża były 
całkowicie nie na miejscu. I przykro mi, że się mieszasz do takich spraw. 
Byłem tam, widziałem i... 
Przerwała mu. 
— Słuchaj, Ig — rzekła dobitnie — nie wymyśliłeś nic nowego. Zawsze się 
tak zaczynało, że przychodził mąż po żonę do Związku i potem wracał pod 
byle jakim pretekstem. Od tego poszły te całe awantury i historie. Ale, co do 
mnie — ona jest ostatnią osobą ostatnią osobą, o którą mogłabym być 
zazdrosna. 
Zsunęła się zręcznie z łóżka i z więzią winogron wzniesionych wysoko, 
nad ustami, uszła... 
Nazajutrz, właśnie gdy miał w gabinecie raporty dwóch inspektorów 
pracy, zabrzmiał telefon. To Bronka. 
— Jeśli pan nie ma nic lepszego do roboty, będę dziś w domu. 
— Co pani robiła przez te wszystkie dni? — zapytał, siląc się na obojętność 
w obliczu patrzących na niego mężczyzn. 
— Co robiłam?. Nic ważnego — odpowiedziała, i zaraz: — A więc, do 
widzenia. 
Zjadł obiad na mieście, co mu się rzadko zdarzało i co już było pełną 
oznaką wykolejenia. Czuł jakiś niepokój i niezadowolenie, pił. Miał przed 
sobą zachmurzony horyzont — w domu z powodu wczorajszej rozmowy z 
Magdaleną, w biurze, ponieważ tam już namyślali się, co zrobić z takim 
psiakrewskim piłsudczykiem — i tę jakąś niejasną sytuację z Bronką. Wziął 
taksówkę i jadąc układał sobie mniej więcej praktyczną część rozmowy, aby 
mieć to już poza sobą. 
— Powiem jej, że... 
Znów leżała na tapczanie, znów ani śladu ludzkiego życia, jedzenia, 
krzątania się i tych wszystkich oznak codziennego dnia. Ale wydała się jakaś 
weselsza, bardziej chętna, zrozumialsza. Od razu przyciągnął ją ku sobie. 
— Co byś powiedziała — rzekł — na zmianę mieszkania? 
Spojrzała z dołu, uważnie i zapytała: 
— Co to ma znaczyć? — Zaczął jej klarować spokojnie, ale po kilku 
słowach zmieszał się i potem, gdy wspomniał tę rozmowę, czuł jeszcze jej 
smak nieprzyjemny. Zdołała już wyśliznąć się z jego ramion, siedziała na brzeżku tapczanu i jakimiś gestami wymownymi dała mu znać, że chce 
zapalić. 
Nie, nie chce żadnej zmiany, wytłumaczyła mu to niedbale i bez 
przekonania, że już próbowała, że wszędzie jest mniej więcej jednakowo, że 
nie warto: Kilku słowy i gestami naszkicowała mu domy i ludzi, gdzie 
dawniej odnajmowała pokój „przy rodzinie”. Ożywiła się, odrzucała coś od 
siebie leniwymi ruchami rąk, nabrała w tej chwili jakiegoś nieodpartego 
uroku. Wyglądała jak czarownica odprawiająca swe czary i na to się musieli 
łapać tacy solidni mężczyźni, w rodzaju Tiessa. Jej nagie palce, nie zdobne w 
trofea, jakimi kobiety tak chętnie dokumentują cenę swej wartości, 
przywabiały nawet w tych odżegnywających się gestach, a mądre wargi 
czyniły słowa tak uroczymi, iż przestawało się chwytać ich sens, aby nie 
stracić tych drgnień wymowniejszych niż słowo. Czy była tak prosta, czy tak 
wyrafinowana? Ignacy rzekł z namysłem: 
— Nie, nie, to byłoby krępujące. Myślę o jakimś oddzielnym mieszkanku 
w śródmieściu. 
Wtedy spoważniała. Powiedziała niechętnie: 
— Tak jak jest, jest mi dobrze. Zostaw mnie. Ja już nie chcę próbować, daj 
mi spokój. 
— No, no, podnieś się, dźwignij! — rzekł, jak się mówi do dziecka. 
Rzuciła niedopałek papierosa i zapytała z nieopisanym akcentem: 
— A co mi za to dasz? 
Czuł, że stoi w jakimś kręgu magicznym, i zaraz, na gorąco, 
odpowiedział: 
— Pogadam w domu o rozwodzie... — Przerwał, bo spojrzała na niego 
zdumionym i drwiącym spojrzeniem, patrzyła długo, aż wyjaśniła z trudem: 
— Nie, to nie to!. Chcę wiedzieć, jak długo... jak długo będziesz do mnie 
„przychodzić”... jak długo dasz się — kochać? 
Nie — mówili dwoma obcymi językami, mówili jak cudzoziemcy. Przez 
moment Ignacy myślał o życiu jak o dżungli pełnej ciemności. Wstał i 
machnął ręką. Ale oto, leżąc, wyciągnęła do niego ramiona, bez słowa. 
Przyjęła go w nie tak blisko, jakby do samego serca. Oczy odnalazły się i już 
nie zechciały, nie mogły się rozstać. Znów to bolesne przenikanie się, to 
uczucie, iż serce ściska się boleśnie ze szczęścia. Wszystko staje się 
zrozumiałe, gest, spojrzenie, ruch głowy, dotknięcie ręki — pełne jest 
nieopisanej łaski. Najprawdziwsze prawdy, ogromne i jedyne prawdy, w 
oczach wzniesionych ku sobie, w splątanych ramionach, w tętnie krwi. 
Oddycha się jak po wielkim płaczu. Uzyskuje się jakąś straszliwą dal. Wielką 
samotność. Wielki, ogromny smutek. Wie się. 
Tak, tak, jest dobrze. Tak jak jest. Zgoda, zgoda, zgoda. Niech tak 
zostanie... 
Cóż to było? Jakiś niespotykany instynkt miłości, jakieś ślepe wzniesienie 
się i lot w mroku. Ignacy przychodzi i odchodzi, wpada na chwilę i przeżywa 
życie zawarte w tej chwili. Przychodzi i zastaje drzwi zamknięte, przychodzi i 
zastaje wyciągnięte ramiona. Nic z tego, co ludzie nazywają „zjednoczeniem 
się, zespoleniem w jedno”. Nic z tych wywnętrzań się bez reszty. Jakieś 
natężenie, jakaś szalona wewnętrzna praca serca, o której się nic nie wie. 
Chwyta jej ślady w zmarszczkach twarzy, w nagłych zamroczeniach oczu, w 
myśli tak wysilanej, że kładzie się jak coś żywego na czole. Sądzi, że coś ją 
zabolało, pyta: 
— Cierpisz? — I kładzie współczującą dłoń na głowę. Sądzi, że coś ją 
uszczęśliwiło, pyta: — Dobrze ci?... 
Efekt przychodzi później. Ignacy zdąża do domu i odnajduje w swych 
krokach, ruchach i słowach pewność, nieomylność i zdecydowanie. Wie już, 
jak zachować się wobec Magdaleny, jak przejść przez jadalnię, pozdrowić i 
zamienić parę niezbędnych słów. Zdąża do biura. 
— Bądź ostrożny! — mówi zawsze Magdalena, ale Bronka nie mówi nic, 
nie pyta o. nic. — Bądź ostrożny!... — Sens tych słów, te wilcze doły, zasadzki 
i pułapki urzędowania wśród ludzi nie ufających sobie za grosz, czyhających 
na siebie jak zwierzęta, to wszystko, co uczyniło go już trochę 
niezdecydowanym, układnym i milczącym, staje się nagle śmieszne. Ależ to 
jest śmieszne. Znajduje postawę, jaką należy przybrać w tym zagmatwanym i 
zamglonym obrazie, wobec góry z socjalistycznym ministrem i endeckim 
rządem. W ślad za tym jawią się rozstrzygnięcia spraw, dotąd tak trudnych, 
nie przygotowanych do dotknięcia, odłożonych (do jakichś, niewiadomych w 
terminie) „ad acta”. Gest, z jakim, wchodząc do biura, odpowiada na 
pozdrowienia, pchnięcie drzwi, pierwsze słowa — są już inne i ludzie to czują. 
Biedacy, teraz oni zapewne powtarzają sobie jako hasło: „Bądź ostrożny!” 
Dranie, teraz oni zapewne rozmyślają o zasadzkach, dołach i pułapkach 
tkwiących w takim zachowaniu się Ignacego Piędzickiego. 
Tego dnia wychodzi z ministerstwa z poczuciem, iż wiele dokonał, choć 
właściwie postąpił tylko krok, krok naprzód. 
XIX 
Zamieniono listy między gimnazjum wojewódzkim a miasteczkiem 
powiatowym. „Imię jest mi dobrze znane, ale nazwisko nie — pisała dawna 
pani ze szkoły. 
— Cechno Raczyńska, czy to ty?” 
Dawna Cechna Raczyńska odpowiedziała i natychmiast otrzymała drugi 
list. „Jakże się cieszę! Masz męża, dom, dziecko — to wielkie szczęście i 
wielka odpowiedzialność. Pamiętaj, dziecko drogie, by dom twój stał się 
ciepłym ogniskiem kultury polskiej. Czy pamiętasz Słowackiego: „Postawcie 
polską myśl nad poduszkami...” 
Cechna przeczytała list i rozpłakała się. 
— Musisz być porządnym człowiekiem!... — rzekła w stronę śpiącego 
dziecka. Potem przeszła na palcach przez wszystkie pokoje, barwne, ciche i 
wonne, wyjrzała na ogród i uczuła straszną dumę. Dopiero ten list ukazał jej 
jasno, co zrobiła, czego dokonała przez ten krótki czas. 
Zaszła do kuchni i wydała rozkazy. Kucharce, pokojowej i woźnicy. 
— Przyjedzie do mnie walny gość. 
Kucharka rzekła: 
— Musi wojewoda? 
Ale pani roześmiała się i powiedziała, że jeszcze ważniejszy, drogi gość: 
— Moja nauczycielka ze szkoły. 
Sam starosta wydał dyspozycje co do koni. Zajechał powóz i pani udała 
się na stację. O tej porze dzwony w obydwu cerkwiach odezwały się 
głębokimi głosami, a dziewczęta, wyszorowane, w białych chustach 
zawiązanych pod brodę, z czerwoną peonią, miętą lub nawet różą w 
splecionych palcach, zdążały na wieczorne nabożeństwo. Środkiem jezdni 
leniwie wędrowały krowy wracające z pastwisk i niejedna, zdjęta fantazją nie 
do pojęcia, wkraczała nagle a poważnie na chodnik. Rozlegały się piski: 
— Ach, paskudna! poszła stąd! 
Lipy przy gankach wzdłuż całej ulicy kwitły jak powariowane, tak że stały 
całe złote od drobnego a obfitego kwiecia. 
Spacerowali także i urzędnicy, i panny z biur, żołnierze z kadry i 
oficerowie zdążali śpiesznie z brzękiem ostróg. 
W domu starosta sztafirował się na ostatni guzik i pokojowa miała z tego 
powodu ciężki los. Spodziewano się, że gość będzie poważną już osobą, ale 
kiedy powóz zajechał przed ganek, z stopni żywo zeszła pani chyba wcale nie 
starsza niż sama starościna. 
— Prawdziwa pani z pań — orzekła kucharka przypatrująca się zza płotu. 
Miała matową cerę, a jej błyszczące, czarne oczy patrzyły tak poważnie, że 
starosta skłonił się nisko, jak nikomu innemu. Wyciągnęła bardzo białą rękę 
na powitanie i zapytała Zaraz: 
— Gdzie dziecko? pokażcie mi je jak najprędzej! 
Dziecko spało. 
Starościna poprowadziła gościa do sypialni i stara niania, która tam 
tkwiła, usłyszała szept: 
— Jakie śliczne! Cechno! jakie śliczne!... 
Obydwie panie uklękły obok łóżka i objęły się ramionami. Niania wyszła 
na palcach, ostrożnie zamknęła drzwi. W stołowym, przy nakrytym już stole, 
gospodarował starosta między butelkami. 
— Zapal świece — rzekł. Potem poprawił włosy, dotknął kołnierzyka i 
niania wyszła prędko, w strachu, aby znów nie usłyszeć czegoś o tych 
kołnierzach ciągle i ciągle jeszcze źle prasowanych. 
Mała Zuzanna obudziła się, w całym domu słyszeć się dały podniesione 
głosy i śmiechy. Ucichły. Zadzwoniono, by podawać wieczerzę. Dyrektorka 
weszła pierwsza, wiodąc za rękę Zuzannę, oczarowaną i cichutką. Mała nie 
spuszczała z niej oczu. Starościna zaśmiała się: 
— Patrzcie, i ona uległa temu urokowi. 
Starosta zagaił rozmowę: 
— Jak się ułożyły stosunki w pani pracy? Czy pani zadowolona z pobytu 
na kresach?... 
Dyrektorka gimnazjum odpowiedziała, że ma jedną z najpiękniejszych 
szkół w kraju, ale, oczywiście, są też i różne braki. Starosta na to z niedbałym 
ruchem ręki: 
— Pogadam z wojewodą, to się zrobi. Jak pani z nim jest? 
Dyrektorka, z nieopisanym uśmieszkiem, że: 
— Na należytym dystansie. 
Starosta roześmiał się lekceważąco i palnął: 
— To osioł. 
— Pss — syknęła Cechna. Zaczerwieniła się i rzekła: — Nie, to porządny 
człowiek. 
— Znam go! — powiedział starosta. — Ach, ci panowie z centrali!... Siedzą i 
wydają swe rozporządzenia z którymi nie wiadomo co począć... — Potem 
obiecał dyrektorce, że wstawi odpowiednią sumę do budżetu samorządu, aby 
przyjść z pomocą gimnazjum. 
— Dziękujemy i za obecny okres — rzekła dyrektorka. Ale starosta machnął 
ręką i oznajmił: 
— To głupstwo! Teraz każę uchwalić sumę trzy razy większą. 
— Czy członkowie sejmiku będą również tak hojni? 
— Muszą — rzekł sucho starosta. — Sejmik jest nie po to, żeby dyskutować, 
tylko żeby jednogłośnie uchwalać. 
Wstał i przeprosił panie. Ma jeszcze jedną ważną konferencję. 
— Tak późno? — rzekła żona. — Zostań. Odłóż to do jutra. — Starosta 
roześmiał się i z naciskiem oświadczył, że „to” nie może być odłożone do 
jutra. 
Gdy wyszedł, dyrektorka zwróciła się zaraz do małej. 
— Czy znasz „Żółty wiersz”? — Sprzątnięto ze stołu i cała trojka 
wpakowała się na tapczan. Zgaszono świece, tylko jeden pięcioramienny 
świecznik oświetlał pokój. Zioła u pułapu rzucały fantastyczne cienie. Cierpki 
ich zapach zmieszany z zapachem owoców i kwiatków, napełnił pokój. 
— Nie! — szeptała Zuzanna. — A ty? powiedz!!! 
I dyrektorka, wyprostowana, z rękoma złożonymi na kolanach 
wypowiedziała wiersz uroczyście, głosem przyciszonym, niczym nieśmiała 
uczennica na popisie. Mała słuchała z szeroko otwartymi oczyma. Cechna, 
wpół leżąc, rozmarzona, przypominała sobie szkolne lekcje deklamacji. 
Na łące rośnie żółty jaskier, 
Po ścieżce chodzi złoty paw, 
O, połóż się na suchym brzegu 
Pośrodku traw... 
W studzience leży złoty kubek, 
Na dnie zalega żółty żwir.6 
Gdy skończyła, mała szepnęła z błagalnie wzniesionymi dłońmi: 
— Jeszcze, jeszcze!... 
Dyrektorka powtórzyła wiersz. W przerwach słychać było ćwierkanie 
świerszczy i daleki rechot żab z mokrych łąk. Słowa padały coraz ciszej i 
coraz wolniej. Mała, zmęczona tylu wrażeniami, zasnęła, akurat gdy anioł po 
raz trzeci rozsiewał „cieniutki złoty kurz”. Z tym ułożono ją w łóżku. 
— No, a teraz opowiadaj — rzekła dawna pani ze szkoły — opowiadaj! 
Wiesz, że byłam w Rosji, musieliśmy poddać się ewakuacji ze względu na 
stanowisko mego męża. Straciłam z wami kontakt. Jak się to stało, Cechno, 
gdzie poznałaś twego męża? Taka jestem ciekawa tego wszystkiego... 
Cechna zaczerwieniła się. Są rzeczy, o których nie można mówić, jakże 
opowie tej siedzącej przed sobą doskonałości, tej prawości, o wariackich 
pragnieniach, a potem o klęsce. Jakże powie o Henryku i o tamtym dziecku? 
Zdawało jej się w tej chwili, że po raz drugi przyszła na świat, że życie jej 
poczęło się od objęcia tego domu, od urodzenia tego dziecka. Nie umiała już 
kłamać, nie mogła. I siedząc obok, objęta ramionami, opowiedziała o swej 
ucieczce z domu i spotkaniu mężczyzny, który miał się stać jej mężem, ojcem 
Zuzanny. Mówiła o wędrówkach z miasta do miasta, przez cały czas wojny, o 
tych wszystkich obcych mieszkaniach, hotelach, zajazdach, gdzie się 
zatrzymywali, gdy byli jeszcze z sobą nie związani. Dyrektorka słuchała i 
starała się zapanować nad swą twarzą, twarz jej musi pozostać niewzruszona. 
— Kiedy to było?... 
Drgnęła. Ach, tak niedawno! Ach, w takich okolicznościach!... Pewne 
zwroty, słowa i zachowanie się starosty dały jej dużo do myślenia. Ten 
piękny dom zbudowany został na piasku... 
— Powinnaś pamiętać — rzekła nieopanowanie — że są ludzie, którzy rosną 
i starzeją się, ale nie dojrzewają nigdy. Nigdy nie stają się dojrzałymi... 
Nagle, gdy to wypowiedziała, ogarnęła ją niewymowna litość i strach. Jej 
serce, nieznużone w miłości, znalazło punkt pokrzepiający, oparcie 
niezawodne. Dziecko. Dom. Uścisk ramion stał się tak mocny, że aż bolesny. 
— Dokonałaś wielkich rzeczy, Cechno, stworzyłaś sobie taki dom w 
czasach, gdy domy ulegały rozbiciu. Byłaś słabym, miłym i czułym 
dzieckiem, a stałaś się taką silną kobietą. („Ona jeszcze nic nie wie, ona 
patrzy na tego człowieka niewidzącymi oczyma”). Skąd ty to wszystko 
wiesz? Gdzie się nauczyłaś? Jak doszłaś? — Cechna, leżąc w tych mocnych 
objęciach, czuła niezachwianą więź między pewnym rokiem szkolnym, gdy 
siedząc w ławce wpatrywała się w swoją panią, gdy słuchała, gdy łowiła 
najmniejszy objaw jej zadowolenia, każdy zdziwiony i zgorszony ruch brwi. 
Ziarno, rzucone ongiś, wschodziło, wzeszło. 
— Ach wyjąkała — pani nas tak kochała!... 
Ułożyły się do snu w pokojach sąsiadujących z sobą, pozostawiając drzwi 
otwarte. Zegar w jadalni podał godzinę pierwszą, drugą. 
— Śpij już, śpij! 
— Dobranoc drogie dziecko. 
Ale Cechna chciała jeszcze wiedzieć o gimnazjum, zanim przyjedzie je 
obejrzeć. 
— Ależ — rzekła dyrektorka śmiejąc się — to proste, wiesz, przecież ja 
zawsze mam jakiś dalszy ciąg. Wy się, wcale nie kończycie, moje Cechny. 
— A kajet? Kajet z nazwiskami? 
— Tak, tak, jest! 
Starościna, z pluskiem bosych stóp, zjawia się znowu już w długiej nocnej 
koszuli przybiegła aby raz jeszcze powiedzieć dobranoc. Tamta siedzi na 
krawędzi łóżka z rozpuszczonymi włosami, z małym loczkiem na matowym 
czole tak gładkim, jakby to było czoło iście dziewczęce. 
— Jakaś ty młoda! — rzekła starościna z uciechą, tykając ją, swoją dawną 
panią. — A rosyjski mąż? 
Dyrektorka zaśmiała się srebrzyście. 
— Rosyjski mąż jest zawsze tak czarujący, że muszę mu dotrzymać kroku 
w wyglądzie, wiesz? — Zamyśliła się i szczególny uśmiech ściągnął jej twarz. 
— Wszystko się wyrównuje — rzekła. — Nic nie przepada! Czy pamiętasz, jak 
musiał mnie osłaniać przed rosyjskimi inspektorami? Nasze lekcje polskiego? 
Teraz ja go osłaniam nieraz przed władzami kuratorium: jest dyrektorem 
szkoły białoruskiej... 
Było już szaro, gdy huknęły frontowe drzwi. Obydwie spały mocno. Ale 
dyrektorka, przyzwyczajona do czujności w internacie zamieszkałym przez 
sześćdziesiąt dziewcząt, obudziła się i od razu usiadła na łóżku. Liliowy świt 
poranka napełnił pokój. Okna na ogród stoją otworem. W głębi domu głos 
męski zamamrotał coś niezrozumiale, potem zagwizdał piosenkę i urwał. Coś 
upadło na podłogę. „To but” — pomyślała. Przeczekała, aż upadnie drugi. 
Chwilę nasłuchiwała, czy nie obudziło się dziecko? Po czym ułożyła się z 
powrotem na wznak, z wyrazem głębokiej troski na twarzy. Nie mogła już 
zasnąć. 
XX 
Sprzątano już ostatek kartofli na wydzierżawionym polu, kopaczek było 
znacznie mniej niż w początkach sprzętu, same znajomki. Chodziło już nie o 
pośpiech, ale o to, by tym, które potrzebują, dać większy zarobek. Z początku 
starościna obawiała się deszczu: Teraz pogoda ustaliła się, można nie naglić z 
robotą. 
Same znajomki. Niania, kucharka i Zuzanna niecierpliwie oczekiwały 
pory podwieczorku, aby wreszcie ruszyć w drogę z koszyczkami pełnymi 
chleba, sera i jabłek. Cały dom, obejście wypełniał zapach siana. W sadzie 
pod drzewami stały już kosze pełne jabłek. A jedna, słoneczna ściana domu 
uwieńczona zastała sznurami suszących się grzybów. W tę porę zbiorów, 
plonów i dostatków napadły starościnę pewne niepokoje i wątpliwości. 
Wczoraj na przyjęciu u rejenta spędziła czas na przyjemnej, długiej 
rozmowie z doktorem. Nagle ów zapytał niespodziewanie: 
— Proszę mi wybaczyć, jak to się stało, że poślubiła pani swego męża? — 
Była w tak dobrym humorze, iż roześmiała się i rzekła: 
— Ależ, zupełnie prosto... — W tej chwili zorientowała się jednak, że w 
pytaniu doktora zawierało się coś obraźliwego czy niechętnego dla starosty, i 
zażądała, by się wytłumaczył. Wówczas rozpłynął się w przeprosinach i 
wyjaśnieniach. Miał na myśli tylko to, że starosta był zupełnie inny, zupełnie 
różny od niej. Ale właśnie z takich kontrastów składają się podobno najlepsze 
małżeństwa — powiedział w końcu. 
Krawiec, który szył jej kostium, zaczął jakoś podejrzanie unosić się nad 
jej urodą, jej rozumem i znaczeniem w mieście. Żydek, który kręcił głową, 
cmokał i wydawał się czymś zupełnie zaskoczony. 
— Mieć taką żonę, taką żonę!... — Starościna jednym słowem osadziła go 
na miejscu. Jednak jego entuzjazm wydał się jej bardzo podejrzany. 
Nic się nie ostawało oczom ludzkim w pewnym, znajomym już i 
niewzruszonym kształcie. Mężczyzna, za którym się idzie, ma te właśnie usta, 
ten uśmiech, oczy i wzięcie się, jedyne. Mówi przekonywające słowa, które 
sprawiają, że mu się wierzy. Cechna już dawno wie, że ten sam mężczyzna 
jest próżny, zarozumiały, trochę kłamliwy, wymagający i egoista. Ale jest to 
świadomość ukryta, nie dopuszczana do głosu, do podsumowania. Teraz 
zaczynają to samo widzieć inni. Uczuwa niepokój. 
„Jaka jest istota nieporozumienia między wami? pisze dawna pani ze 
szkoły. — Zastanów się nad tym. Pamiętaj, że nie ma nic gorszego niż 
niechęcią zaprawiony krytyczny stosunek do najbliższej osoby”. 
A później, w tydzień potem: „Pozwól sobie powiedzieć po prostu, że 
przerastasz go inteligencją, rozumem, charakterem i sercem. Różnicie się tak 
znacznie, że po pierwszej u was bytności ogarnął mnie lęk”. 
Nagle wszystko staje się jasne. Pewnego dnia, szukając czegoś w biurku, 
od razu, zaraz z wierzchu natknęła się na ten list: brulion? zwierzenie? próbę 
listu? Oczy jej zatrzymały się na jakimś słowie bezmyślnie, a potem już 
przeczytała prędko, łapczywie, od góry do dołu, od początku do końca. Co, to 
jest? Jeszcze raz, uważniej, powoli. Ale tym mniej rozumiała, tym silniej 
owładnęło nią jakieś szczególne otępienie. Co to jest? Co on tu pisze? Do 
kogo? 
„Nigdy nie kochałem swojej żony, moje małżeństwo to przypadek. Kiedy 
powiedziała mi o dziecku, nie miałem dość pieniędzy, aby...” Opuściła się 
ostrożnie na brzeżek kanapy, z listem w ręku. Krew uderzyła jej do głowy i 
nagle, w wzburzeniu, wszystko stało się jasne, przeraźliwie jasne. Krzyknęła: 
— Zuzanna! Zuzanna! — tak jakby dziecku groziło śmiertelne 
niebezpieczeństwo. I przez cały ten czas, odczytując ów listy gryząc do krwi 
wargi, zmagając się, myślała tylko o dziecku. „Dziecko przypadku!” Ogarnia 
ją zgroza. To żywe ciało, ta suma męki i rozkoszy, ten mały człowiek 
dojrzewający do straszliwego życia — to przypadek. 
Natęża myśl. A może to tylko prawda? Pamięta, że, wydawali wówczas 
całą pensję na bieżące wydatki i zadłużyli się stołując się w restauracjach. 
Wtedy właśnie wzięła się za gospodarowanie. Ale serce ukazuje jej także 
inny bieg rzeczy, wydobywa jakieś słowa oddania, podziwu i zachęty. Co jest 
prawdą? Co to się z nimi stało? Zabrała się znów do odczytywania listu. 
Jeszcze raz, jeszcze raz. Zsunęła się w jakieś gorące słowa skierowane do 
tamtej, innej kobiety, jakieś zapewnienia i nadzieje „lepszej przyszłości”. 
Wszystko byłoby dobrze, żeby mogła oderwać się od tego listu, musi zaraz, w 
tej chwili coś zrobić! Wstała. Podłoga rybko uciekła spod jej stóp, a okna 
obróciły się wkoło i stały się bardzo liczne, pełne ściany okien. Zacisnęła ręce 
i zsunęła się z powrotem na kanapę. 
O nic nie potrzebowała pytać. Wiedziała. Zaczęły się mnożyć zdarzenia, 
poszlaki, współczujące spojrzenia ludzi. Wiedziała tak nieodparcie, że byłaby 
ostatnim głupcem, żądając jakichkolwiek wyjaśnień, wszczynając rozmowę. 
Ale w nocy, gdy cały dom śpi już głęboko, słychać krzyk. Gwałtowny i 
gniewny krzyk, trzask czegoś upadającego, koniec świata. Niańka zrywa się 
pierwsza, budzi kucharkę i nasłuchują. 
— Musi dowiedziała się! — wzdycha kucharka. 
Z jękiem powstaje i szuka dokoła przyodziewku. 
— Zaraz nastawię samowarek, ugotuję herbatki... 
Ale niańka czujnym uchem wśród głosów wyławia głos dziecka i, tak jak 
stoi, w długiej, zgrzebnej koszuli, biegnie tam. Widzi kobietę i mężczyznę, 
całkowicie ubranych, trzęsących się z wściekłości, lżących się, 
wygrażających, podczas gdy dziecko pląta się u ich stóp, obejmuje ich nogi, 
daremnie chcąc zwrócić na siebie uwagę, płacze i prosi: 
— Ach, mamusiu, mamusiu, ach, tatku, tatku!... 
Chwyta dziecko w imię Boga i unosi je, krzycząc, do kuchni. Kucharka 
już dmucha w samowar co sił, jakby od tego zależało zbawienie świata. 
Zobaczywszy dziecko, smarknęła i zawodzi: 
— O sierota ty, sierotka, zapomnieli o tobie. 
Wasyl, przyłożywszy ze dworu twarz do szyby, usiłuje wypatrzyć, co się 
stało tam, wewnątrz. Konie w stajni niespokojnie łupią kopytami. 
Nagle, trzęsąc się, nasłuchując, Zuzanna wyrywa się niańce. 
— Puść mnie! Moja mama! moja mama!... 
Nie wiadomo, czy usłyszano ten krzyk? Zapada cisza w pokojach. Drzwi 
otwierają się, wchodzi pani, dysząc, ujmuje dziecko. Cóż uczyniła, cóż 
uczyniła? Dlaczego nie zapanowała nad sobą! Czemu nie mogła powstrzymać 
się! Dom runął. Dom jej dziecka runął. 
Siedzi w pokoiku za kuchnią. Jest znów dawną Cechną, opuszczoną i 
odtrąconą, okłamaną i niepewną. Wszystko jej odebrano. Przez krótki czas, 
przez mgnienie, czuła się silną, twórczą, coś wartą, potrzebną w życiu. Ale 
znów staje u progu i nie posiada nic. Pierwsze słowa, jakie wymawia, 
przejmują ją drżeniem. Ma znów pokorny, niepewny, szukający czyjegoś 
potakiwania głos. 
XXI 
Na mieście już gadano. I starosta, ochłonąwszy, mógł wreszcie wejść do 
pokoju żony, by oświadczyć z miną oskarżyciela, że oczekuje od niej co 
najmniej lojalności. 
— Mój prestiż nie może być narażony przez tego rodzaju awantury. Mam 
wrogów, którzy tylko na to czekają, by mi podstawić stołka. Sądzę, że i w 
twoim interesie nie leży, by nas stąd ruszano. 
Mówiąc to, oczekiwał znów wybuchu, ale usłyszał niepewny głos: 
— Chcesz powiedzieć, że ja będę temu winna, co? 
To był głos dawnej Cechny, z tych czasów gdy się poznali, gdy nie miała 
nikogo i była całkowicie zdana na jego łaskę i niełaskę, i trzymała go się 
kurczowo. Teraz pragnął tylko ujść cało: utrzymać istniejący stan rzeczy, 
obydwie kobiety. Zdawał sobie sprawę, że tego rodzaju dom i taka żona 
przydają mu znaczenia, ale ani myślał o wyrzeczeniu się czegokolwiek. 
Uznał, że jak na dziś, ten pokorny głos żony to dość. Wyszedł i krzyknął, by 
zaprzęgano konie. W roli obrażonego miał prawo nie jadać i nie 
przesiadywać w domu. 
Cechna leżała w kłębek na tapczanie i usiłowała jakoś dojść z sobą do 
ładu. Czuła w sobie jakieś miejsce niepokojące i omijała je, bała się dotknąć. 
Rozmyślała o tamtej, o tej drugiej kobiecie. Była to jedna z tych młodych 
nauczycielek, dość już zdławiona przez życie, aby nie wziąć odwetu, gdy się 
nadarzała taka okazja jak „sam” starosta. Cechna nie mogła wykrzesać z 
siebie ani trochę nienawiści, żalu do niej czy pretensji. Więc cóż to było, ten 
wybuch?... Może tylko zraniona aż do krwi miłość własna? Przez wszystkie 
te lata wzbierała na sile, na poczuciu swej wartości, na znaczeniu, a teraz 
znów stoi u progu. Czuje jakiś dojmujący brak, ale jakże to możliwe, aby 
czuć się nagle nic wartą z powodu postępku drugiego człowieka? Jest tak, 
jakby ją podcięto, postawiono na dawnym miejscu. Ale teraz nie potrafiłaby 
otworzyć okna i uciec w mrok, w świat. 
Musi powziąć jakieś postanowienie. Co robić? dokąd iść?... I nagle 
dotyka tego miejsca niepokojącego, to jest po prostu strach. Strach przed 
życiem, przed szukaniem sobie nowego punktu, o który się można zaczepić. 
Spogląda z osłupieniem na pokój, który tak niedawno urządzała, wyzbywszy 
się starych gratów. Jasna sosna kryta samodziałem w delikatny spłowiały 
wzór. Ciemne garnki zapełnione błękitnym ostem... Jak to, ma odejść? 
Porzucić to?... 
Co robić, co robić? Iść znów ciemnymi ulicami między obcych ludzi, 
mijać ich ciepłe domy, ich miłość wspartą o siebie, ich przywiązanie i wiarę. 
Raz spróbowała nie być tym kimś z ubocza, kogo się bierze i odrzuca, i 
zapłaciła gorzko! ach, zapłaciła gorzko! Dostaje znów pustą formę, którą ma 
wypełnić treścią, bolesny surowiec, który musi przerobić od początku. Jaki 
ma temu nadać kształt? 
Pytania, pytania i ani jednej odpowiedzi. Jednak po południu opuszcza 
wreszcie swój pokój. Wdać ją w ogrodzie błądzącą między drzewami, które 
oddały już swój owoc, a teraz tracą liście. Przez otwarte okna kuchni 
wypływa smutna i szeroka nuta białoruskiej pieśni. Jest w niej pokora, 
poddanie się, uległość ciemnemu i niezrozumiałemu losowi. Nie można tego 
wytrzymać, nie można słuchać. Cechna zagląda przez okno. To niania, 
trzymając na kolanach umorusaną Zuzannę, zawodzi. 
— Dlaczego siedzicie w kuchni? 
I niania odpowiada żwawo: 
— Znaczy się, że już można? 
Twarz starościny pokrywa się rumieńcem. Widzi, że przez te wszystkie 
dnie cały dom przycupnął w granicach kuchni i też jakby oczekiwał jakiegoś 
rozstrzygnięcia. Jedzono, myto i ubierano się chyłkiem, mówiono 
przyciszonymi głosami. Teraz niania zabiera się do roboty, nalewa przede 
wszystkim wody w ogromną misę i zaprasza Zuzannę. Dziecko nie patrzy na 
matkę, garnie się do niani, niezawodnej nigdy. 
— No, dawaj, dawaaaj, umyjemy uszki. Uszki i rączki, i buziaka... — I 
zaczyna się ta błoga paplanina, w której celują obydwie. 
W jadalni, w kącie na podłodze, zwalono stosy płócien, przyniesione 
akurat przed tym zdarzeniem, które zakłóciło zwykły bieg prac domowych. 
Cechna przyklęka i palce jej bezwiednie próbują cienkość i gatunek płótna. 
Czuje, że to będzie tylko pretekst, ale jest rada z tego. Ma jakąś niejasną 
nadzieję, że wszystko, co się nastręcza oczom i dłoniom, pomoże jej. Nagle 
załamuje ręce: 
— Jakim sposobem, na miłość boską?... Czy to coś znaczy naprawdę? 
Ale oto zmogła się i rozłożyła pierwszy zwój. Znajduje wielki urok w tym 
wątku tkanym na wiejskim warsztacie, pełnym zgrubień, supłów i 
urozmaiceń. Płótno zachowało jeszcze charakterystyczny zapach chaty, woń 
potu, chleba i kartofli. Cechna rozwija zwój i medytuje: Obrus? serwetki? 
ręczniki? Już widzi czarną i cieniutką nić, białoruskie krzyżyki tworzące 
bogaty szlak. I nagle spływa na nią olśnienie: tu, w tej izbie pousadza 
dziewczęta, które nie mają co robić w długie zimowe wieczory. Nakupi się 
płótna, dużo, dużo płócien... Tak, musi sobie stworzyć nowe zainteresowania, 
wypełnić dzień i tydzień, miesiące i lata. Nie zdaje sobie sprawy, że ucieka 
się do wypróbowanego, starego środka zawiedzionej kobiety, do tak zwanej 
pracy społecznej pojętej jako zapełnienie pustki, która się nagle wytworzyła. 
Akurat tego dnia odbywa się posiedzenie stowarzyszenia kobiet. Dlaczego by 
miała nie iść? To, co ją spotkało, jest rzeczą najzupełniej osobistą i nie 
powinno zaciążyć nad pracą, do której się zobowiązała. 
I oto ujrzano starościnę przechodzącą główną ulicą miasta. Jest tak samo 
starannie ubrana, ale jakże zmieniona! Ruch głowy, gdy odpowiada na 
ukłony, jest jakiś niepewny, spłoszony i wahający się, na twarzy widnieje 
wyraz skrywanej udręki. Przyśpiesza kroku, biegnie prawie, z opuszczonymi 
powiekami, aby wpaść bez tchu na ganek domu, w którym mieści się 
stowarzyszenie. Przybierając najbardziej opanowany i obojętny wyraz 
twarzy, wchodzi do sali wypełnionej po brzegi i gwarnej. Nagle zapada cisza, 
wszystkie oczy kierują się na nią, spojrzenia współczucia, ciekawości i 
pożałowania. Ach, to jest gorsze niż wszystko inne, czuje się jak żebraczka, 
obnażyła swe rany i wystawiła je na ogólny widok... Pozornie opanowana, 
otwiera posiedzenie, ale w połowie jakiegoś zdania głos jej załamuje się. 
Przygryzła do krwi usta, pochyliła się nad rozłożonymi papierami i chwilę 
trwała tak, aby potem nagle powstać i wyjść. Nie, nie, to na nic! 
Pozostaje ciche, zamknięte domowe życie. Życie w domu, z którego 
uleciało wszystko ciepło, w którym zgasły wszystkie barwy. 
— Pan nie wróci na noc oznajmia kucharka. 
Znów się czuje chęć do krzyku, do przekleństw i złorzeczeń. Zdawało jej 
się, że ten człowiek stał się jej obojętnym, nawet nienawistnym, a teraz czuje, 
że to boli, boli aż do krwi. 
Z przyległego pokoju dobiega cienki głos Zuzanny: 
— „Liściu, liściu jesienny, dokąd lecisz, liściu? Porwał cię wiatr, liściu. 
Dokąd lecisz?” 
Głos jej nagle zgrubiał i ścichł. Teraz mruczała: „W błoto. Na ziemię. Do 
rynsztoka. Na śmietnik!” Cechna otworzyła gwałtownie drzwi. Mała siedziała 
na swym łóżeczku, w koszuli, z głową nakrytą skrajem prześcieradła, kiwając 
się śpiewała. Jej dzieciństwo minęło. Nie ma miejsca w tym domu dla 
dziecka. Ukazała tragiczne, wylęknione oczy, zarzuciła matce ręce na szyję, 
by spytać nagle: 
— Mamo, już nic? Już nic nie będzie? Już nie będziesz krzyczeć? 
Przez te wszystkie dni jadała w kuchni, kucharka litowała się: 
— Bidne ditia, sirotka. 
A rano na spacerze pewna pani zatrzymała ją, by spytać, jak się ma 
mamusia? Potem wyjęła chustkę, otarła głośno nos i rzekła: 
— Bądź dobra dla mamusi, twoja mamusia jest nieszczęśliwa. 
Zsunąwszy się na kolana przy łóżku, z dzieckiem w objęciach, Cechna 
przyrzeka gwałtownie i nierozumnie. 
— Nie, nie, moje złoto. Śpij spokojnie... — Chce jakoś wytłumaczyć małej 
tamtą okropną scenę, powiedzieć coś w rodzaju: — Mama wtedy była chora, 
widzisz, teraz jest zdrowa — tak jak się zwykle kłamie i skrywa porachunki 
dorosłych przed dziećmi, ale porzuca ten zamiar. Jeśli Zuzanna instynktem 
wyczuwa istotę tej awantury, niech tak zostanie. 
Rozbiera się i kładzie obok, koło małej. Deszcz bębni o szyby. Zgasiła 
światło. Ale nie mogła zasnąć. Przez te kilka dni wszystko zmieniło się tak, 
jakby ktoś złośliwie odwrócił suknię i pokazał podszewkę rzeczy. Nawet 
zajęcie się jej podrzutkami i nieślubnymi matkami uzyskało nową wersję: na 
mieście mówiono, że naprawiała tylko to, co jej mąż, starosta, zepsuł. 
XXII 
Wreszcie przychodzi to najgorsze. pragnienie utwierdzenia się, 
utwierdzenia w drugim człowieku, młodociane i głupie pragnienie miłości. 
Kurczowe wyciągnięcie rąk do jakiejś drugiej — silniejszej, bogatszej istoty. 
Bogatszej miłością. Bogatszej pragnieniem, instynktem życia. 
Którejś nocy wchodzi do tamtego pokoju, a mężczyzna chętnie przyjmuje 
zgodę. Cechna ma wrażenie, że jej serce krwawi, chce zrobić wszystko, 
wszystko, aby załatać to rozbicie, aby ocaleć. Wyciąga ramiona i ten gest, 
dotąd jakby jej przyrodzony, ma w sobie coś okropnego, sponiewieranego i 
żałosnego. Ale w chwilę później doświadcza uczucia najzupełniej fizycznych 
mdłości. Zaciska zęby, pot występuje na jej czoło. Nie, ciało wzdryga się 
przed tym pojednaniem złowieszczym, w którym nie padło ani słowo 
przebaczenia, ani słowo miłości. Przemóc się, przemóc, przemóc. 
Napęczniałe jej gniewne i okrutne usta przyjmują i oddają pocałunki twarde 
jak kamień... Potem odsuwa się ku ścianie i w milczeniu przeżywa swe 
pierwsze, najstraszliwsze upokorzenie. Nie znalazła utwierdzenia, leży na 
samym dnie, poniżona. Czegóż bo w końcu chciała? Kłamstwa. Nie. Miłości. 
Miłości. Miłości. Po to rzuciła raz jeszcze swe ciało. Każdej nocy, która 
zsuwała się teraz na ziemię, która zsuwała na dom litosną ciemność. Ale 
rodziła tylko plugawą bliskość, nieopisaną poufność i wspólnictwo w czymś 
ohydnym, zgodę na świństwo. 
Ocknęła się któregoś ranka. W piecu paliło się z hukiem, wyschnięte 
polana trzaskały. W pokoju, za zamkniętymi okiennicami, panował szary 
mrok. Cechna usłyszała trzask drzwi kuchennych, a potem, jak ktoś człapał 
ciężko koło domu. Otwarto okiennice. 
Ukazał się ogród, martwy, pokryty grubym, pierwszym śniegiem. Wielkie 
milczenie objęło ziemię. Czarne kikuty drzew sterczały nieruchomo. 
Akurat nadszedł list. Tym razem to był Kasprowicz. Dawna pani ze 
szkoły cytowała Kasprowicza. Cechna głuchymi, oślepłymi jakby oczyma 
czytała. 
,Nikt cię nie kochał? A ty, czyjeś serce tak umiłował, abyś mógł 
zapomnieć...” 
To nie miało tu żadnego zastosowania. Nie można — było w niczym tych 
słów przystosować do ostatnich przeżyć. Do nocy wypełnionych brudem po 
wręby. Cechna zmięła te słowa, zgniotła kartkę i rzuciła z rozmachem w 
otwarte drzwiczki pieca. 
XXIII 
Roman wynalazł coś nowego. chciałby żyć po ludzku. 
— A jak ty żyjesz? — pyta Kwiryna. — Czego ci brak? 
Właściwie, nie powinna się wdawać z nim w dysputy, bo w końcu musi 
mu przyznać rację, a racja Romana... to nowy wydatek. 
— Ty to nazywasz ludzkim życiem? — odpowiada z goryczą. I ukazuje z 
ironicznym uśmiechem paki z towarem, zalegające mieszkanie, grzyby, ryby i 
wędliny. — Ledwie człowiek wyjdzie z jednego sklepu, już ma drugi na 
pogotowiu, w domu. Siedzi się jak w norze. Czy my gdzie chodzimy? Czy my 
co widzimy poza handlem? Ja już sam nie wiem, czy sklep dla nas, czy my 
dla sklepu. Żyjemy jak odludki. 
Kwiryna kiwa głową. 
— Tylko poczekaj, tylko poczekaj! Już ja się tym zajmę! — Zamiarem jej 
było przecież urządzać się elegancko i wygodnie. Jeśli tego dotychczas nie 
zrobiła, to nie przez skąpstwo, lecz po prostu z braku czasu. Te interesy! 
jeden się kończy, drugi się zaraz nastręcza. Ale, oczywiście, Roman nie ma o 
tym najsłabszego pojęcia. 
— Ja już nawet oglądałam meble w jednym magazynie — mówi Kwiryna. 
Roman gorąco odmawia. Czy to wiadomo, co się bierze z magazynu? 
Grunt to drzewo. Ładna niespodzianka, gdy ci meble zaczną pękać. Drzewo 
musi być gwarantowane, suche. Kwiryna wzdycha: 
— Ach, żeby to żył stary Mossakowski! Co on za meble robił!... 
A Roman jakby tylko na to czekał. 
— Mam takiego znajomego stolarza, właśnie wczoraj tu był i tak żeśmy się 
zgadali, bardzo sympatyczny człowiek... 
Tu cię boli. Kwiryna z góry nie ma najmniejszego zaufania do człowieka, 
którego zachwala Roman, musi to być jakiś bankrut, który chce złapać trochę 
pieniędzy. Ale to dobry znak, że Roman zapomniał o urazie psychicznym i 
myśli o dobrze urządzonym mieszkaniu. Kwiryna przypomina sobie, że 
właściwie Roman ma jakichś krewnych i wcale z nimi nie żyje, bo może się 
krępował. No więc, owszem, mogą zacząć używać różnych wygód za swoje 
pieniądze. 
Idą do tego stolarza... i co się okazuje? Roman prowadzi Kwirynę na 
Chłodną, w znane miejsce, akurat tam, gdzie był dawniej warsztat i domek 
Piędzickich. 
— Przecież to warsztat Piędzickiego!!! 
— A widzisz! — odpowiada Roman z triumfem — on odkupił warsztat od 
Piędzickich i jeszcze ma stare drzewo sprzed wojny. — To napawa Kwirynę 
otuchą. — On dostawia robotę do pierwszorzędnych magazynów. 
— Dobrze, dobrze, zobaczymy. 
Wchodzą do oficynki, majster wychodzi naprzeciw, rzeczywiście 
sympatyczny człowiek, starszy wiekiem. Witają się z Romanem jak 
przyjaciele. Kwiryna pyta od razu z miejsca. 
— Czy ja się mylę, Czy ten warsztat i dom należał kiedyś do Piędzickich? 
Potem mówi też o Mossakowskich, po prostu dlatego, żeby majster 
wiedział o tych znajomościach stolarskich i nie próbował jej oszukać. 
Okazuje się, że znał i Mossakowskich, i wyzwalał się na czeladnika u starego 
Piędzickiego. 
— To byli stolarze — mówi — całą gębą majstrowie cechowi. 
— Jak interesy? 
Majster macha ręką. O wielkich interesach nie ma mowy, odkąd 
zamknięto rynek rosyjski, a z kresów sypią antyki, po prostu za psi pieniądz. 
— Ale mam tu niezłe sztuki, obstalowane, może państwo pozwolą. 
Rozkłada rysunki. Kwiryna mało co widzi z tych rysunków, za to Roman 
orientuje się znakomicie. 
— Łóżka niskie? 
— Tak, to najmodniejsze. 
— Lustro, widzę, zupełnie okrągłe? 
Kwiryna wolałaby po prostu stare meble, takie jakie były u Majewskich, 
ale Roman nie widzi powodu, ażeby nie mieli urządzić się nowocześnie. 
— Przy sposobności odnowimy mieszkanie. 
Kwiryna bąka. 
— Czy mamy tak decydować łapu-capu? Trzeba się namyślić. 
Stolarz popiera ją, chciałby obejrzeć pokoje. Teraz Kwiryna nabiera do 
niego zaufania i ostatecznie umawia się na jeszcze jedno spotkanie. 
Już jest wciągnięta na dobre w plany Romana. Wracają do domu, śpieszą 
na górę, zapalają światła i już meblują swoje mieszkanie. Tu stanie 
bieliźniarka, tu łóżka, bokiem do okien, wysunięte trochę na pokój, tu... 
— Dlaczego bokiem? — pyta Roman. 
Kwiryna nie chce powiedzieć. 
— No, bo tak, i już. — Roman nalega. — Co masz na myśli? 
Wreszcie wydostaje z niej prawdę. Ludzie wystrzegają się ustawiania 
łóżek nogami do okien, bo wtedy ktoś się może wynieść. 
— Wynieść? 
Nic nie rozumie. Więc po długich ceremoniach Kwiryna wyjaśnia. 
— Wynieść na tamten świat. 
Roman wybucha śmiechem. 
— Boisz się tego? 
— Nie dla siebie, tylko dla ciebie — odpowiada Kwiryna. 
Ogarnia ich wielkie wzruszenie, obejmują się mocno, są sobie wdzięczni 
za ten strach i za miłość. Roman szepce. 
— Ja już się przyzwyczaiłem tak spać. 
Myślą o swoich nocach miłosnych, kiedy się budzą w ciemności i widzą 
czuby akacji na skwerze, a ponad nimi szerokie, szerokie niebo. 
— No, więc dobrze, jak sobie chcesz... — Kwiryna w tej chwili nie boi się 
niczego i nikogo. Nawet samego diabła. 
— Wypuścimy się gdzieś na miasto? 
— Do kina? 
— Nie. Jak już mamy bawić się, to z szykiem. 
Garbata ciotka gotuje coraz gorzej, po prostu przez złość, że Kwiryna 
dobrze żyje z Romanem. Kwiryna od czasu do czasu zje coś na mieście przy 
przymusowym poczęstunku z tymi kombinatorami, którzy z nią handlują, ale 
Roman skazany jest tylko na pitraszenie ciotki, choć na pewno nieraz czuje 
chętkę na coś smacznego. Można by to zrobić i w domu, jednak jak ciotka 
zacznie wyliczać, co do takiego smacznego dania trzeba dodatków, Kwirynie 
odechciewa się wszystkiego. 
— Co, na dwie osoby?... 
— Na trzy — poprawia Roman. 
— Niech będzie na trzy — mówi Kwiryna ale to się nie opłaci! tyle kramu! 
Wybierają się po prostu do restauracji, a jeśli garbata, ciotka ma nadzieję, 
że ją wezmą ze sobą, no to się rozczaruje. Wprawdzie Roman bąknął coś o 
tym, ale Kwiryna zgromiła go. 
— Dajże pokój! z jej kalectwem! 
Dała mu do zrozumienia, że to jest pewnego rodzaju niedelikatność. 
Jednak ciotka żywi jakąś nadzieję, bo jest usłużna jak nigdy. 
— Którą suknię Kwiryńcia włoży?... — Głupie pytanie. 
— Tę z trenem i brylantami — odpowiada ironicznie Kwiryna. Ma tylko 
jedną suknię do wyjścia. 
— Jak ci się wydaje? — pyta Romana. Roman przygląda się z namysłem i 
orzeka, że suknia jest dosyć sobie, urozmaicona. 
— Urozmaicona? 
— No, tak. — I wskazuje na koronkę, strojącą przód i rękawy, podbite w 
dodatku jedwabiem. 
W końcu przychodzi do kłótni, naturalnie znów o ciotkę, zawsze o ciotkę. 
— Dlaczego ty do niej tak szorstko mówisz, czy naprawdę nie możesz być 
dla niej milsza? 
— Nie chcę wiedzieć — odpowiada znacząco Kwiryna — czemu ty za nią tak 
obstajesz ciągle. Ale jak mamy iść, to chodźmy. 
Kwiryna proponuje od razu Lijewskiego, a Roman restaurację w hotelu 
Saskim, na pierwszy raz, żeby zobaczyć w ogóle, jak to wygląda. 
— My nic nie wiemy, wcale nie bywamy między ludźmi! 
— No dobrze, dobrze, przecież już idziemy! — mówi ze złością Kwiryna. — 
Wygląda tak, jakbym cię więziła w domu. 
Naturalnie, po takiej rozmowie wchodzą trochę poirytowani do szatni i 
zdejmują okrycia. Kwiryna mówi z pogardą. 
— Co za gwałt! 
Mówi tak, żeby ukryć zmieszanie. Nie spodziewała się takiego szyku, tak 
hucznej zabawy. Muzyka grzmi dziko, a przez otwarte drzwi do sali widać 
lśniące nakrycia stolików, wydekoltowane kobiety, kwiaty i baloniki. W 
środku, na malutkim kręgu wolego miejsca, suną pary objęte ramionami, 
mężczyźni i kobiety przylgnięci do siebie jak jedno ciało. Kwirynie krew 
uderza do twarzy, chciałaby się wycofać, ale Roman dotyka jej ramienia i 
popycha lekko. Obejmuje komendę i z pomocą kelnera zdobywa stolik. Gdy 
się już usadowili, Kwiryna doznaje sprzecznych uczuć. Doskonale zdaje 
sobie sprawę z tego, że jej suknia jest nieodpowiednia, ciężka, niezgrabna i 
uboga, a zarazem gorszy się, że kobiety poubierane są w suknie podobne do 
koszulek, u góry wycięte, u dołu do kolan. Jest zadowolona, że Roman umie 
się znaleźć, i złości się. „Skąd on to wie? Gdzie się nauczył? Czy w tej 
"strasznej" niewoli, czy na tej "okropnej" wojnie?” — myśli z ironią. Podczas 
jej rozmyślań Roman zdążył już coś zamówić, a teraz wyciągnął srebrną 
papierośnicę, którą mu podarowała w rocznicę ślubu, i zapala papierosa. 
— Co ty, znów wracasz do palenia? 
— Niezupełnie — odpowiada Roman. 
— Wiesz, że ci to szkodzi — gderze Kwiryna. 
— Jeśli po to wyszliśmy z domu — mówi Roman z goryczą — abyś 
prowadziła takie rozmówki, to możemy wracać. 
Siedzą w ponurym milczeniu i w chwilę potem, gdy Kwiryna podnosi 
oczy, widzi w lustrze naprzeciw ciemno ubraną parę, nabzdyczoną, a 
twarzami czerwonymi i lśniącymi, siedzących sztywno i niezręcznie. 
Tak, to oni. Wyglądają jak chłopy z podwarszawskiej wsi. Akurat kelner 
przydźwigał tacę pełną przekąsek i koniak. 
— Zamówiłeś koniak? — pyta Kwiryna. 
Usta Romana drżą, ma taki wystraszony wyraz twarzy, że Kwirynie robi 
się żal. Na miłość boską, kiedy ona wreszcie opanuje się i będzie władać sobą 
chociaż na tyle, aby nie gadać głupstw i nie dręczyć Romana!... 
— Doskonale, właśnie miałam zamiar napić się czegoś, nalewaj. 
— Już nalane — odpowiada Roman — nie widzisz? 
Rzeczywiście, kelner ich obsłużył, przyglądając się spod oka tej dziwnej 
parze. Akurat też przestano grać, muzyka umilkła, ludzie wrócili na swe 
miejsca i Kwirynie się zdaje, że wszyscy im się przypatrują i robią uwagi na 
ich temat. Widzi swe ręce, czerwone, spracowane i zaniedbane, trzymające w 
niezręczny jakiś sposób nóż i widelec. Roman jest delikatniejszy i wygląda 
lepiej. Rozgniewana, Kwiryna zabiera się gwałtownie do jedzenia, jakby 
tylko tym zaprzątnięta. Tak, nie dość jest zarabiać pieniądze, trzeba też umieć 
żyć. Zaniedbała się, zbrzydła, w domu chodzi w serdaku, zamiast kupić sobie 
elegancki sweter, i w ogóle — jest nie do ludzi. 
— Pani pozwoli? — pyta kelner z półmiskiem w ręku. 
— Proszę.... 
To się nazywa być obsłużonym, nie tak jak w domu, gdzie ciotka ciska 
nakrycia na stół byle jak. Kwiryna, ośmielona już trochę, rozgląda się. Jej 
bystre oczy widzą już teraz to, czego nie dostrzegały poprzednio, olśnione 
ogólnym blaskiem. Może jej suknia jest nieelegancka, ale materiał — to 
prawdziwa angielska wełna, a te tu wszystkie jedwabie, cekiny, blaszki, 
koraliki — to po prostu nędzne szmaty. Słyszy też, że dama przy sąsiednim 
stoliku wdzięczy się do mężczyzn w taki sposób, na jaki Kwiryna nigdy by 
się nie zdobyła w stosunku nawet do własnego męża, nawet gdyby chodziło o 
śmierć i życie! A ta, przy drugim stoliku, po każdym tańcu zaczyna tę samą 
historię: zostawiła swe dziecko zamknięte w numerze na klucz, a sama tu 
tańczy z drżeniem serca. Takie tam nabieranie, dobrze, że Roman nie słyszy. 
Nagle oczy Kwiryny stają się okrągłe ze zdumienia, przechyla się i szepce do 
Romana. 
— Patrz! Tam, w kącie! Amelcia z aptekarzem! 
Aptekarz i Amelka siedzą tak samo osowiali i milczący. W pożyciu ich 
zdarza się podobna historia. Przez całe lato Amelka chorowała, a teraz oto 
dostaje napadów płaczu. Lekarz twierdzi, że jest zupełnie zdrowa, i zaleca 
aptekarzowi, aby żona „rozerwała się” trochę. Poszli więc do teatru, a z teatru 
na kolację. Amelka ożywiła się, aptekarz z troskliwością asystował przy 
ubieraniu i śmiał się, że żona ubiera się od stóp do głów. Włożyła jedwabną 
bieliznę, pończoszki z naturalnego jedwabiu i czarną prześliczną suknię, przy 
której jej skóra i złote włosy wyglądały olśniewająco. W teatrze dawano 
jedną z tych powojennych sztuk, gdzie słowo miłość powtarzało się sto razy 
w różnych odmianach. Humor Amelki się ulotnił, popadła w jakieś niewesołe 
zamyślenie. 
— O czym tak rozmyślasz? — spytał mąż, gdy już siedzieli w restauracji. 
Wzniosła na niego swe błękitne oczy i odpowiedziała szczerze. 
— Myślę, kiedy ostatni raz tańczyłam? 
— No i? przypomniałaś sobie? 
Zmarszczka namysłu ukazała się na gładkim czole Amelki. 
— To było... tak, tak, to było na Bielanach, dawno, przed wojną... — 
Zaczerwieniła się i pomyślała. — „Z panem Michałowskim”. Aptekarz 
poprawił kołnierzyk, który mu dokuczał, i rzekł: 
— Niestety, nie mogę ci służyć, w moim wieku... — Oczekiwał 
zaprzeczenia, ale Amelka rzekła tylko. 
— Ja nawet nie wiem, czy potrafiłabym tańczyć tango. Nigdy nie 
tańczyłam tanga... — A potem, z dreszczem. — Co za dziwna i piękna melodia. 
Aptekarz, naturalnie, nie podzielał jej zdania. Powiedział, jak chodząca 
gazeta. 
— Barbarzyńska melodia, niemoralne tańce — i odsunął od siebie tę sprawę. 
Na drugi raz wybierze restaurację bez muzyki i bez tańców, będzie można 
trochę porozmawiać. 
Od dawna Amelka zauważyła Kwirynę i Romana, ale z początku nie 
myślała nawet o przywitaniu. Jak ta Kwiryna nie ma za grosz gustu!... W 
końcu jednak — to głupio siedzieć tak we dwoje, a Roman prezentuje się 
przyzwoicie i ma w sobie coś pociągającego. 
— Filipie, patrz, Kwiryna! Może ich zaprosić do naszego stolika? 
Wyglądają tak nieswojo... 
Aptekarz, oczywiście, zgadza się natychmiast. Omijając tańczące pary 
staje przed Kwiryną. 
— W imieniu żony przychodzę państwa prosić... 
Roman podejmuje się zlikwidować niepotrzebny już stolik i Kwiryna 
nieznacznie wsuwa mu swą portmonetkę do ręki. Amelka wita się z 
rozczuleniem. 
— Ach, Kwiryno, jak to dobrze, że cię spotykam!... — Jak tylko Kwiryna 
usiadła, pochyla się i szepce. — Będziesz musiała sprawić sobie nową suknię, 
dam ci krawcową. 
— Nie, dziękuję — odpowiada Kwiryna — w naszym domu mieszka starsza 
panna od Hersego. Ale ja nigdy nie mam czasu dla siebie, teraz na przykład 
wzięłam się za mieszkanie. Sprawiam meble. 
— Oho!... Jakie? 
Kwiryna marszczy brwi, a potem mówi jak w natchnieniu. 
— Mahoń i palisander. 
Nagle powstaje Roman i skłania się przed Amelcią. 
— Ależ, panie Romanie, ja nie znam nowych tańców. 
— Ja też nie — mówi Roman niedbale — jednak spróbujmy. — Ma tak 
komiczną minę, że wszyscy wybuchają śmiechem, a Kwiryna zachęca 
życzliwie. 
— Spróbuj, Amelciu, co ci to szkodzi, przecież dawniej świetnie 
tańczyłaś... — Wreszcie Amelka oddaje aptekarzowi torebkę i rękawiczki i 
powstaje z miną, jakby się rzucała z mostu do wody. 
Z początku idzie im kiepsko, to widać. 
— Czy pani lubi muzykę? — Amelka zasępia się na wspomnienie Andrzeja, 
a potem mówi z uniesieniem. 
— Ach, tak, tak! 
— No, to słuchajmy muzyki, a reszta sama się zrobi. 
Amelka dopiero teraz spostrzegła, że z jej otoczenia Roman jest 
najinteligentniejszy. Milknie i stara się wpaść w takt melodii. Nogi ich 
zaczynają się posuwać rozumniej i jakoś łatwiej, a potem w ogóle zapomina 
się o trudnościach. 
Jak to dziwnie i strasznie spoczywać znów w męskich objęciach, w 
ramionach, które nie są ramionami Filipa. Amelka unosi powieki i widzi tuż 
koło swej twarzy twarz Romana. Jest nieco od niej wyższy i gdy patrzy, 
patrzy z góry. Ma twarz wygoloną, a jego wąskie usta są czyste i poważne, 
wyglądają tak, jakby nie dotykały nigdy jeszcze ust kobiety. Amelkę 
przebiega dreszcz. To nie jest Andrzej, a ona drży. To nie jest Andrzej, a ona 
uczuwa pragnienie. „Teraz będę ciągle tak dygotać przy każdym mężczyźnie” 
— przemyka przez głowę myśl niedorzeczna. Ale czuje, że jest w tym jakaś 
prawda, jakiś lek na, jej płacze i niepokoje, i przytula się do Romana. A on, 
jakby wszystko rozumiał i wszystko wiedział, przygarnia ją do siebie mocno. 
Przy stoliku aptekarz i Kwiryna zagadali się o interesach. Taki porządny 
człowiek jak aptekarz nie może zrozumieć, że Kwiryna paskuje, i dziwi się 
trochę rozkwitowi jej dobrobytu. Ale znalazł nagle przyczynę i ucieszył się. 
— Co, polepszyło nam się, pani Kwiryno?... Znajduje pani znaczną 
poprawę, prawda? Tak, tak, stały pieniądz, to wszystko. A kto ustabilizował 
pieniądz? Właśnie rząd narodowy. — Po czym zaczyna narzekać na Kasę 
Chorych, te wymysły socjalistów zrujnują kraj. 
— Przecież pan też więcej sprzedaje, co pan chce? 
— Owszem, ale ani zakładają swoje apteki. 
Kwiryna współczuje aptekarzowi, bo to mu zabierze klientów, ale 
osobiście ani, ją to ziębi, ani grzeje, bo nie płaci żadnych składek, tylko, za 
dozorcę. 
— Jak to, a służąca?... 
— Nie trzymam służącej, gospodarstwem zajmuje się swój człowiek, 
ciotka. 
— Nie płaci jej pani pensji? 
— Nie. 
— No, to w porządku. 
— Niech pani patrzy! tańczą doskonale! 
Aptekarz założył szkła i przyglądał się Amelci. Kwirynie ani w głowie 
zazdrość, tylko dziwi się, skąd Roman nauczył się tych tańców i jaka ją 
jeszcze niespodzianka czeka z jego strony. Właśnie muzyka milknie i Amelka 
wraca na swe miejsce u boku męża. Kwiryna patrzy na Romana i widzi, że 
zaszło coś nowego. Jest dotknięty i zdziwiony tak żywo, że gdy tylko usiadł, 
mówi. 
— Czy wiesz, kogo tu spotkałem? 
— No, kogo? 
— Blondynkę z Mylnej, pamiętasz? 
Kwiryna zaniemówiła na chwilę ze zdumienia. 
— Może ci się przywidziało, cóż ona by tu robiła? 
— Spojrzyj tylko — mówi Roman — tam, na lewo, trzeci stolik. 
Amelka, pudrując nos, dopytuje się, o czym mowa? Blondynka siedzi 
przy stoliku z starszym, grubym panem, ale siedzi tak jakoś bokiem, niedbale, 
twarzą zwróconą w ich stronę, i ogromnymi oczami patrzy na Romana. Patrzy 
otwarcie i bezwstydnie, wcale się nie krępuje ani swego towarzysza, ani 
Kwiryny. Ma na sobie lśniącą niebieską suknię, przybraną kwiatami, perły na 
szyi, nogi odsłonięte do kolan, w jedwabnych pantofelkach. Jest umalowana i 
wygląda lepiej, nie tak żółto jak wówczas, gdy przychodziła do sklepu. 
Kwiryna wybucha śmiechem. 
— No cóż, zrobiła karierę, a ty się tak litowałeś! 
Amelka z trzaskiem zamyka puderniczkę. 
— O kim mówicie? O tej w niebieskiej sukni? To fordanserka. Ona tu 
tańczy z mężczyznami, którzy jej za to płacą. 
— Za to i za coś jeszcze innego — aptekarz przymyka oko i mruga na 
Romana. 
— Świństwo — mówi Roman — to była taka porządna dziewczyna, z 
lepszego domu. Mówiłem Kwirynie, żeby jej pomóc... 
Zaczyna. się , denerwować, nic sobie nie robi z osłupiałej twarzy żony, z 
ciekawości Amelki i aptekarza. 
— Prosiłem Kwirynę, opowiadałem, co to za bieda, ale Kwiryna dałaby się 
w kawałki pokroić za pół funta cukru. 
— Romanie! 
— Przepraszam cię, ale tak jest! Gdybyśmy wtedy cokolwiek zrobili, 
dziewczyna nie poszłaby na ulicę. 
Kwiryna prostuje się i pyta surowo. 
— A co ciebie to obchodzi? 
Amelka próbuje zagadać sytuację. 
— Czy wiesz, Kwiryno, zapomniałam ci powiedzieć, że mamy wiadomości 
od Cechny, przyjedzie na pewno z mężem i dzieckiem... 
— Tak? Wyobrażam sobie, jak pani Raczyńska się cieszy — odpowiada 
wzburzona Kwiryna. Ale w Romana jakby diabeł wstąpił, bo nagle 
oświadcza. 
— Jeżeli każdy może z nią tańczyć, to i ja zatańczę. 
Kwiryna zaciska ręce. 
— Nie zrobisz tego! 
Aptekarz śmieje się. 
— Niech pan da spokój, ona już jest zajęta! 
Roman powstaje, wyjmuje z kieszeni portmonetkę, którą mu niebacznie 
powierzyła Kwiryna, sprawdza jej zawartość i odchodzi. Kwiryna, Amelka i 
aptekarz patrzą za nim, zaskoczeni i ciekawi. Roman staje przed blondynką i 
prosi o taniec. 
— Ta pani jest ze mną — mówi podniesionym głosem grubas. 
— Nic mnie to nie obchodzi — woła Roman. 
Muzyka ma już doświadczenie, zaczyna grać jakieś grzmiące shimmy, 
blondynka powstaje i składa dłoń na ramieniu Romana. Przy stolikach 
rozlegają się oklaski. 
Kwiryna zrywa się i uchodzi. Opędza się Amelce. 
— Zostaw mnie, zostaw!... — Co za wstyd przed aptekarzami! Przypomina 
sobie, że tak niedawno jeszcze mówiła Amelce. „Roman kocha mnie 
namiętnie, namiętnie”. 
Jak przez mgłę widzi Romana drepcącego na środku sali, z kosmykiem 
włosów opadających na czoło, z blondynką przyciśniętą do piersi. To jest 
ostatnie, co widzi, z tym wypada za drzwi. Jest głęboka noc, w wąskiej i 
pustej uliczce słabo drgają latarnie. Nareszcie może się wypłakać. Potykając 
się Kwiryna zdąża Kozią w stronę Miodowej. Na rogu spacerują dziewczyny. 
— A to ryczy — mówi któraś — Co ci się stało? 
— Facet ją rzucił. 
W domu garbata ciotka otwiera drzwi i ględzi o jakimś tynku. 
— To Roman nie wrócił? — pyta przerywając swe opowiadanie. Ale jedno 
spojrzenie na twarz Kwiryny wystarcza. Ciotka wycofuje się pośpiesznie do 
kuchni. Upływa długa chwila, ciotka już znów zasypia, gdy wchodzi 
Kwiryna. 
— O jakim tynku ciocia mówiła? 
Okazuje się, że w oficynie u blacharza oberwał się kawał tynku tuż nad 
łóżkiem. Co za szczęście, że dzieci w domu nie było!... 
— Gdzie się podziały? — pyta bezmyślnie Kwiryna. 
— Akurat blacharzowa zaprowadziła je do rodziny, bo, powiada, nic w 
domu do jedzenia nie ma, wraca, a tu na łóżku pełno gruzu. Jezus Maria, żeby 
godzinę temu!... Już miała ułożyć je spać, ale coś ją tknęło, żeby je zabrać i 
iść, bo rano nie mieli nic na śniadanie. Żeby je była pokładła spać... 
— No to co? — przerywa Kwiryna to opowiadanie „dokoła Wojciechu” — 
mniej by nieszczęścia było na świecie... 
Ciotka, — która już siedziała na łóżku, układa się gwałtownie z powrotem” 
naciąga kołdrę po szyję i resztę nocy spędza na rozmyślaniach, żeby się 
zabrać z tego domu i iść, nie żyć z takim potworem pod jednym dachem. Ale 
dokąd? 
XXIV 
Kwiryna przejawia ożywianą działalność. Trzeba coś zrobić z tą dziurą u 
blacharzów. Zaczyna od lokatora inżyniera, udaje się po poradę. Otwiera jej 
drzwi żona, ładna kobietka w strojnym szlafroczku. 
— Męża nie ma w domu. Od świtu jest na budowie. 
Miło jest tu posiedzieć, w tym. mieszkaniu pełnym kwiatów, o oknach 
strojnych w biel firanek, czyściutkim i wymuskanym gniazdku, ci państwo 
niedawno się pobrali. Inżynierowa zaprasza Kwirynę i nawet chce częstować 
herbatą. 
— Może pani mi powie, o co chodzi, to powtórzę mężowi, on nieraz 
niespodziewanie wpada do domu. 
Kwiryna opowiada o wypadku, jaki się zdarzył, a inżynierowa oddycha z 
ulgą. Myślała, że chodzi o termin przeprowadzki, a mieszkanie na Mokotowie 
jeszcze nie gotowe, cały wysiłek i kapitał mąż jej skierował na fabrykę. 
Kwiryna oczywiście rozumie to. dobrze, bo i ona, najpierw i przede 
wszystkim myślała o handlu, o tym, co daje chleb. Przy tym wcale nie 
śpieszno jej pozbyć się takich lokatorów, choć na mieszkanie ma wielu 
amatorów. Inżynierową przerywa. 
— Jak tylko mąż wróci, zaraz do pani zajdzie. 
Rzeczywiście, jeszcze przed południem inżynier zjawia się jak na 
zawołanie. Z przyjemnością będzie służyć radą, a nawet, jak zajdzie potrzeba, 
może przeprowadzić niezbędny remont, bo ma robotników na budowie. 
Kwiryna zaciska usta, mówi. 
— To jeszcze zobaczymy — i prowadzi inżyniera do oficynki. 
Inżynier nie jest młodzieńcem, to człowiek doświadczony w swym fachu, 
ale Kwiryna spodziewa się od niego także znawstwa życia. Ten człowiek nie 
wie, że w tej chwili zdaje egzamin przed gospodynią. No, a więc? 
Blacharzowa odsunęła sprzęty w drugi kąt izby, a z lewej, na wprost 
drzwi widnieje ta dziura w suficie, na wylot, na strych. Oczywiście, korytarz 
jest pełen bab, które znikają z chwilą, gdy ujrzały gospodynię. Blacharzowa 
próbuje opowiedzieć swoją epopeję o dzieciach, ale Kwiryna dotyka jej 
wzruszonej twarzy ciężkim wzrokiem i mówi. 
— Myśmy tu nie przyszli na gawędy. 
Żywi nie litość, lecz pogardę dla tej matki, która nie potrafi obronić swych 
małych, siedzi tu i biadoli, zamiast nająć się do prania czy do jakiejkolwiek 
roboty. Ona ma prawo tak osądzać ludzi, czy miłość jej nie ocaliła i nie 
wyrwała Romana z czeluści wojny, głodu i chorób? 
Nie trudno zorientować się w całej tej sprawie, że dach po prostu zacieka. 
Na suficie widnieją rozległe zatoki, a belki na strychu na pewno przegniły. 
Kwiryna udaje całkowitą nieświadomość tego stanu rzeczy, choć wiedziała, 
że tak się skończy, i czekała na to niewinne ostrzeżenie. No więc, czy tylko 
dziura w dachu i dziura w suficie?... 
Inżynier zabiera się do solidnych oględzin, od fundamentów do stropu, i 
okazuje się, że najwięcej, niepokoi go ta ściana, przy której stało łóżko 
blacharzów. W miarę oględzin kręci głową i poważnieje, a w końcu wyjawia 
swe zdanie. Oficyna, Bogiem a prawdą, nie nadaje się do żadnego remontu, 
tylko do rozbiórki. Oczy Kwiryny błysnęły w mroku sionki, ale zataiła swą 
radość. Zgodzili się z inżynierem, że oficyna jest właściwie starym domem, 
do którego dobudowano front i boki o wiele później. W dzisiejszych czasach 
i w tym handlowym punkcie miasta właściwie szkoda jest placu i miejsca na 
taką ruderę, można by wyciągnąć ze trzy piętra. Kwiryna wściekła jest, że 
mieszkanie jej nie urządzone, że nie ma gdzie zaprosić inżyniera na rozmowę, 
w której by ją pouczył, co ma zrobić i gdzie się udać, aby uzyskać 
przymusową eksmisję lokatorów. Trudno, robi to w sionce, bo w sklepie, 
przy Romanie, też nie może wszczynać takich spraw. Myśli złośliwie, że mu 
oto szykuje niespodziankę, podczas gdy inżynier poucza ją, co i jak ma 
zrobić. 
Teraz, gdy trzyma już całą oficynkę w swojej garści, może zająć się 
domem i sobą. Żadnych rozmów z Romanem, od owego wieczoru w 
restauracji Saskiej nie przemówili do siebie ani słowa. Roman śpi znów na 
wyrku w pustym pokoju, a ciotka, wniebowzięta, kręci się koło niego i 
dogadza mu. Kwiryna ze wzgardą myśli o swojej naiwności — cóż to za uraz 
psychiczny, on się po prostu kocha w tej dziewce, jest o nią zazdrosny, dba o 
nią. Nie będzie się pojedynkować z Romanem o taką miłość, nie, jeszcze do 
reszty nie zwariowała. Sięga po inną broń i wieczorkiem udaje się do panny, 
od Hersego, Starsza panna zmęczona jest bardzo zbliżającym się 
karnawałem, ale Kwiryna nie zajmie jej dużo czasu. Chodzi też o poradę. Nic 
nie wie, co się teraz nosi, na przykład do restauracji, na wieczór? na wizytę w 
domu? Kręci i kołuje, aż starsza panna domyśla się, o co chodzi. Jest uczciwą 
osobą i jedyne, co może zaproponować, to żeby pani gospodyni przyszła do 
magazynu i wybrała sobie niezbędne suknie, a ona weźmie to na swoje konto 
i uzyska rabat przysługujący pracownikom firmy. Kwiryna dziękuje jej z 
wylaniem. 
Na drugi dzień jest u stolarza na Chłodnej, potem w kawiarni z 
handełesami, potem u fryzjera. Ale i Roman zdradza też ożywioną 
działalność: zmienił wystawy w sklepie, sprowadził towar, sporządził wykaz 
wpływów za ostatnie dni, niczym najęty subiekt. Kwiryna wyraźnie okazuje, 
że jej to nic nie obchodzi, zostawiła sklep Romanowi jakby na stracenie. 
Właśnie siedzi na górce w sypialni i poprawia włosy, przeglądając się w 
stłuczonym lusterku, gdy wchodzi Roman. Kwiryna zastyga wewnętrznie, tak 
bardzo jest zależna od tego Romana, że wystarczy, aby stanął z bliska, a 
wszystko w niej zatrzymuje się, staje, oczekuje. Ale na pozór jakby nigdy nic, 
Kwiryna poprawia zaondulowane pukle włosów i patrzy tylko w lusterko. Jest 
pewna, że Roman chce zbliżenia i skorzysta z okazji, by powiedzieć — Jak 
pięknie ci w tym uczesaniu... — Zamiast tego cóż jednak słyszy?... Blondynka 
poszła na ulicę, blacharzowa oddała dzieci z domu....Co, już i o tym wie?! 
Kwiryna wstaje, patrzy na Romana i z okrucieństwem oznajmia: 
— Co robić? Trudno, pogodziłam się już z tym, że mam męża wariata. 
Zachodzi do blacharzów. 
— Gdzie pani stary? 
Łatwo zgadnąć, że sterczy przy sztachetach na skwerku i z innymi 
mądralami narzeka na złe czasy. 
— To istna ironia losu — mówi Kwiryna — żeby nad mieszkaniem blacharza 
dach przeciekał, a on palcem nie ruszył. — Blacharzowa tłumaczy potulnie, że 
jakżeby śmiał bez wiedzy pani gospodyni, że przecież chodziła i opowiadała 
się z tym dachem, ale Kwiryna już nie słucha. — Niech no go pani zawoła! — 
poleca. 
Teraz, kiedy ma zagrożoną ścianę, może choć prowizorycznie naprawić 
dach. I podczas gdy blacharz, kręcąc niedbale czapkę w ręku, usiłuje 
przeniknąć, jak gospodyni postąpi z zapłatą, Kwiryna myśli chytrze. „Co mi 
tam dach, mam ścianę!...” Będzie wojować tą ścianą. Po czym 
wspaniałomyślnie oznajmia. 
— Dam wam na blachę, a choć jesteście mi winni za komorne, nie strącę 
wam, a zapłacę za robotę gotówką. 
Ci ludzie są tak zbiedzeni, że rzucają się do jej rąk. Szkoda, że Roman 
tego nie widzi. 
Blondynka nie zrobiła kariery, nie ma co. Gdy pędzi do tramwaju z 
Mylnej na róg Karmelickiej, gubiąc swoje płytkie pantofelki na wysokich 
obcasach, zadyszana, zziajana i zapędzona, Kwiryna z łatwością może sobie 
odtworzyć jej dzień: jak po nieprzespanej nocy wstaje rankiem i szykuje brata 
do szkoły, potem sprząta i pitrasi obiad, zmywa, pewnie robi i małą 
przepierkę, i zreparować coś trzeba, i sobie garderobę wyszykować. A tu już i 
wieczór. Kwiryna widzi ją z zawiniątkiem pod pachą, z włosami krótko 
obciętymi, rozwianymi wokół małego kapelusika, chudą jak trzcinka... Nie 
zrobiła kariery. Rozmaici mężczyźni mogli ją obszczypywać i przyciskać do 
siebie, i gadać świństwa za swoje parę groszy, a ona musiała z nimi tańczyć, 
śmiać się i udawać zachwyconą. Nikt po nią nie zajeżdża autem ani dorożką 
tak jak po Marię Prymas, nie te czasy! Pędzi, zadyszana. Ma tylko tyle, żeby 
nie zdychać z głodu i opłacić komorne. 
Za to blacharzowa, jak tylko złapała te parę złotych od gospodyni, zaraz 
zajrzała do sklepu po zakupy. Nie mogła ukryć swojej radości przed 
Romanem, który ważył i pakował zawzięcie, i zdawał się wcale nie słuchać. 
Ale gdy blacharzowa rzuciła okiem na paczkę i spytała z niepokojem. 
— Co mi pan tu daje?... chciałam tylko aby mąki i cukru, i herbaty... 
Roman roześmiał się jak swawolny chłopiec i mruknął. Psst! — W domu 
blacharzowa przekonała się, że dodał jej kawałek masła i karmelków dla 
dzieci. No, no!... 
Jak na skrzydłach pędzi po swoje wypłakane, wymarzone dzieci. Chłopak 
i starsza dziewczynka, oddani do ciotki, która służy, wrócili sami do domu, 
nie czekając, aż ich ktoś zawoła. Znudziło im się sterczeć w cudzej kuchni i 
słuchać ciotczynych peror. Ale najmłodsza, sześć latek, Antosia przebywała u 
stryja bogacza, który nie dość że sam był ślusarzem na stałej pracy w fabryce, 
jeszcze żona jego dostała filię piekarni na Sosnowej. Szmat drogi, ale 
blacharzowa szła tam jakby na swoje wesele i wyobrażała sobie, jak to 
Antosia siedzi w kąciku i tęskni, a może popłakuje za matką i za domem? 
Zastała ją akurat przy śniadaniu, ślusarz już wyszedł do roboty. Antosia 
spojrzała na matkę i jakby się przestraszyła, wielkie to na niej zrobiło 
wrażenie. Siedziała przy stole, na krzesełku, nakrycie miała przed sobą jak 
dorosły człowiek, a nawet jakiś nowy fartuszek na sobie, w różowe paseczki. 
— No, Antosiu, zabieraj się. 
Antosia, nieporuszona, spuściła głowę, a potem podniosła ją i spojrzała na 
matkę tak jakoś spode łba. 
— No, a może ty chcesz zostać? — spytała żartobliwie blacharzowa, sama 
swoim uszom nie wierząc, skąd to jej się wzięło. Dziecko spojrzało na nią z 
uśmiechem, potem na stryjenkę i rzekło. 
— A stryjenka uszyła mi fartuszek i jeszcze koszulkę szyje. 
Stryjenka nie wtrącała się wcale do rozmowy, ale patrzyła pilnie na 
Antosię. Nie miała swoich dzieci. Teraz wstała i powiedziała niby to 
obojętnie. 
— A może mi ją bratowa zostawi? 
Blacharzowa na to: 
— Nie mam dzieci do oddania. 
Stryjenka zbliżyła się do Antosi, położyła jej rękę na głowie i rzekła: 
— No, to idź, Antosiu, z mamą. 
Fartuszek z niej zdjęła. 
Wyszły z tego pachnącego chlebem raju i milczały w drodze. Antosia 
nagle obejrzała się skrycie za siebie, w tamtą stronę, skąd uchodziły. 
Blacharzowa rzekła ze zgryzotą. 
— A nie żal ci mamy? — Antosia westchnęła i dreptała bez słowa. — Ty byś 
się mamy wyparła?... 
Nagle blacharzową ogarnął taki niewypowiedziany smutek, że łzy 
popłynęły jej z oczu, chociaż to było na ulicy. Szła do domu, a obok dreptało 
jej dziecko i ciągle oglądało się za siebie, jakby chciało zawrócić. Było 
zupełnie jak nie to samo, jak urzeczone. 
W kamienicy zastały gwałt: komisja. Szczególniej izdebka blacharzów 
wzbudzała zainteresowanie. Naturalnie, ludzie czując, co się święci, wylegli 
na podwórze, szli trop w trop za wędrującym urzędem i nie spuszczali oczu z 
ich warg, aby wyłowić każde słówko. Nie można powiedzieć, aby 
blacharzowa z powrotem Antosi wybrała się w porę, sprowadza dziecko, a tu 
im grozi wyrzucenie z mieszkania, z jedynego kąta na świecie — dokąd? 
gdzieś na psie budy, w pole. 
Podniosła ręce do twarzy i zapłakała. Za nią szewcowa. Ale mężczyźni, 
mniej skłonni do płaczu, wypowiedzieli swoje racje, dlaczego oficyna nie 
została wyremontowana wtedy, gdy się remontowało front? Czy gospodyni 
czekała, aż ich tu wygniecie jak szczury, czy też żeby ich wyrzucono na ulicę 
w samą zimę? Inżynier-lokator, który najwięcej obstawał przy remoncie, 
zaczął się chwiać. Uszli na stronę z technikiem z komisji i coś tam szeptali, 
szli na plac za domem, do przyległego składu węgla, i obmacywali ścianę 
uważnymi oczyma, jakby jej dotykali dłońmi raz koło razu. W końcu kiwnęli 
głowami. Ścianę można zabezpieczyć, podstemplować. 
Kwiryna pośpiesznie wycofała się z tłumu. Dziwna rzecz, że w tej chwili 
nie myślała o oficynie, a o tym, że inżynier nie dokończy fabryki, nie 
dokończy domu i niczego w życiu nie dokona. 
XXV 
Wiec. Nad estradą ostry snop światła sieje blask biały i olśniewający. 
Sala, oświetlona górą, ukazuje piękne i proste sztukaterie, łuki wzniośle 
sklepionej wysokości, podczas gdy dół tonie w gęstym półmroku. Czarna, 
bezimienna masa zalega parter. Wielka twarz tłumu zwrócona w stronę 
prezydium, gdzie kilku mężczyzn spokojnych i jakby sennych odprawia nad 
białymi płachtami papieru tajemnicze misterium władztwa. Szelest kart, 
dyskretne wciągnięcie ręki w stronę karafki z wodą, nagły, samotny stuk 
ołówka, wszystko to było prawie nieruchomością wobec szybkiego, drżenia 
palców notującej protokolantki. Przemawiał znakomity pisarz i głos jego 
padał ciężko, wyraźnie i jasno w wielką przestrzeń sali. „Walcząc o prawa 
polityczne ludu wskazaliśmy drogę wyjścia z tego położenia politycznego, w 
jakim kraj się znajduje”. Ktoś dotknął z boku ramienia Bronki. 
— Niech pani odpocznie, to nie improwizacja, dostaniemy odbitkę 
maszynową. 
Bronka, która notowała raczej z chęci zaprzątnięcia uwagi niż z istotnej 
potrzeby, uśmiechnęła się niby dziękczynnie i posłusznie zamknęła pióro, aby 
za chwilę żałować tego gestu. 
Siedziała na wzniesieniu, twarzą zwrócona w nabrzmiałą ciemność i ciszę 
sali, ale gdy nie pisała, a patrzyła, mogła już rozróżnić twarze ludzi, schwytać 
uchem utajone i ogromne westchnienie tłumu. Nawet przy zupełnym braku 
chęci do wspomnień nietrudno było dostrzec wiotki, przemykający cień 
matki, cień ojca. Mógłby to być o ten... siedzący z boku koło estrady, z 
wysuniętą brodą, z uważnym, nasępionym czołem, z spojrzeniem chciwym i 
pytającym. Krawat ma przekrzywiony, śpieszył się po fajerancie. Co, znów 
szuka, jeszcze szuka, wiecznie? Umarł i zmartwychpowstał, taki sam, 
poszukujący, ten sam! Co do matki, to czarny szal jedwabny spływa z jej 
głowy na wątłe ramiona, nie osłaniając wzdętego brzucha, na którym 
spoczywały dłonie ciemne i spracowane. To był punkt centralny tej słabej i 
drobnej postaci, ów brzuch wzdęty, ponieważ rodził i przez długi szereg dni, 
lat był wsparciem dla nieskończonej ilości wielkich garów dźwiganych z 
płyty kuchennej, gdy ramiona nie mogły podołać ich ciężarowi, kręgosłup 
wysuwał się naprzód, a ciało szukało miejsca bezpiecznego w sobie, źródła 
siły. Czy dowiedziała się już ta, w kole oświeconych, że mogłaby nie rodzić, 
nie niańczyć, a tym samym nie dźwigać tylu garów, nie mieć tylu gąb do 
wyżywienia, nie mieć pierworodnego, ukochanego Mietka, najmłodszej 
Bronki, pięknej Marii i buntowniczej Janki, tego akordu składającego się na 
pełnię jej ubogiego życia? 
Tu siedzi Mietek, wsłuchany w muzykę przyszłości, jaką dla niego jest 
niewątpliwie ta mowa znakomitego pisarza — a ten, z ustami wpółotwartymi, z 
okiem przymrużonym łobuzersko, czyż to nie dziobaty Janek, terminator? 
Wygląda, jakby nie chciał dać się nabrać. Setki znajomych z tamtego brzegu, 
oddzielonych od niej rampą. Żałosne widma, te same, zawsze te same w 
nowym porządku rzeczy. Żałosne widma, dla których ciągle jeszcze trwa 
nieustanny kryzys, inaczej nie wyszliby z domów na wiec. Siedzą milcząc. 
Mowa jest o nich, ale milczą. Niepodobieństwem jest przypuścić nawet, aby 
ktokolwiek z nich otworzył usta i przemówił w tej sali. Zresztą, to było 
niepotrzebne, ci w górze wiedzieli lepiej, czego potrzeba ludziom pracy, 
światowi pracy. 
Ktoś szepnął obok nagląco. 
— Rezolucje. 
Bronka szybko sięgnęła do teczki i podała wąskie skrawki zadrukowanego 
papieru. Wszystko już było gotowe, ułożone, znane. Wypoczęty, świeży głos 
odczytał rezolucje. Milczenie. Oklaski. Milczenie. 
— Jednogłośnie. 
Na dolnym Mokotowie ciągle jeszcze nie było wody, a raczej było jej za 
dużo, tuż koło piwnic, koło fundamentów. Ludzie nocowali na polach, w 
jamach i dołach, pod gołymi krzaczkami. Ale ci na widowni wbrew swemu 
życiu nędznemu mieli na tyle przyzwoitości, iż nie wytaczali swych bied w 
obliczu „wielkich” zagadnień. Za to góra, intelektualiści, adwokaci, 
ekonomiści, pisarze, poeci, syci, obsiadli i światli, z całą swobodą i 
stanowczością popełniali tę nieprzyzwoitość, iż przemawiali w imieniu ludu. 
Ten sam głos, głos niejako prywatny, szepnął z boku. 
— Noo, doskonale, zbliżamy się do szczęśliwego końca. Można by teraz 
pomyśleć o jakimś godziwym zakończeniu wieczoru...? 
Bronka uśmiechnęła się blado i nie podjęła propozycji. Miała rendez-vous 
z pewną malarką w kawiarni, gdzie kwestowano na więźniów politycznych. 
Zresztą ten bubek uważa, że to dla niej przyjemność wpaść z jednej gadaniny 
w drugą, jeszcze bardziej cyniczną niż ta na pokaz, z estrady. Zjeść kolację w 
gronie rozżartych polityką mężczyzn, zablagowanych na amen, to ci frajda. 
Koło niej już tworzyły się grupy i dobierały pary. Stypa czy bankiet 
triumfalny? Za szeroko otwartymi drzwiami sali oczekiwali już ludzie, a długi 
ich szereg ciągnął się w dół, przez schody. Teraz dopiero zaczynała się rzecz 
istotna, ta sama, co na terenie Magdaleny. Prośby. Sekrety. Interesy. Z daleka 
czyni to wrażenie skomlenia, przeciągłego i błagalnego jęku. U szczytu 
schodów tkwił jeszcze otoczony asystą mówca, znakomity pilarz i poseł 
socjalistyczny. Mówiono. — Towarzyszu — i Bronka składając swe manatki 
myślała drwiąco i mściwie. „Jakiż on ci towarzysz, głupcze!...” Chodziło o 
jakąś eksmisję, o jakieś chore dzieci, których nie wysłano na kolonię, o jakieś 
rugi partyjne w fabryce — i o zgrozo! — o tęż samą, co na prawicy, ciepłą 
odzież na zimę, wpisy do szkoły, całe buty i... i... obiady. Ten sam tok 
współżycia, te same środki kaptowania, ta sama forma dawania i brania. 
— Odwołajcie się do Sądu Pracy. — Zwróćcie się do sekretariatu. 
— Pomówię z waszym delegatem fabrycznym. 
Słowa padały tak stanowczo i ważnie, że już same przez się dodawały 
otuchy i ludzie z lżejszym sercem odstępowali na bok, wracali do domów. 
Bronka, zwarta w sobie, z oczyma niewidzącymi, przemknęła przez schody. 
Była już spóźniona. Dopadła tramwaju, który przeniósł ją i wyrzucił 
zadyszaną na drugi brzeg, tak samo tonący w światłach. 
— Halo, tu! 
Malarka podniesioną ręką dawała jej znaki. Wokół zasyczano. Na 
niewielkim wzniesieniu młoda, smukła dziewczyna w aureoli rozsypanych 
blond włosów recytowała swój utwór. Kelnerzy uwijali się bezszelestnie, 
kobiety, objuczone, futrami i klejnotami, zalegały obficie małe powierzchnie 
stolików. Ich ogromne ramiona, potężne uda opięte krótkimi suknami nie 
mieściły się w cieniu nie poddawały zręcznym manewrom. Litościwie 
pierzaste palmy, rozstawione w sali, kryły swym cieniem zwaliste ruiny. 
Powstań, proletariuszu... 
Bracie... 
Bronka uczuła nagły skurcz gardła i, wściekła na siebie za to wzruszenie, 
przystanęła z boku. Ale malarka gestami przynaglała i torowała drogę. 
— Siadaj, moja miła. Teraz nie możemy rozmawiać, za chwilę. 
— Pół czarnej. 
Bronka zamieniła ukłony. Poeta Zaniwski, jakaś młoda panna, pani 
Lisocka, żona dygnitarza z Zagłębia, tak zwana „czerwona dama”, 
niestrudzona pracownica „na niwie”, i tak dalej, pan w binoklach... Zaniwski, 
w nieposzlakowanym stroju, szepnął z aprobatą w stronę podium, tak głośno, 
aby go słyszano. 
— Świetne, świetne! 
Wśród oklasków recytatorka zeszła z estrady, na której zjawiła się teraz 
głośna autorka z rękopisem w dłoni, wydekoltowana, obciśnięta wspaniałą 
suknią z velours-chiffonu. Jej ukłon, uśmiech, sposób, w jaki obrzuciła 
wzrokiem publiczność, mówił o dużej znajomości rzeczy. Za nią chyłkiem i 
pośpiesznie wniesiono krzesełko. 
— Dlaczego nie dwa? — rzekł ktoś złośliwie. Ona lubi siadywać na dwóch 
stołkach. 
— Jezu! A po cóż ten strój? 
Grzmiące oklaski powitalne pokryły te słowa. Złośliwiec powstał i, 
pochylony w ukłonie, oklaskiwał najzawzięciej. Słuchano pierwszych słów 
niczym pierwszych taktów muzyki, z uwagą, zanim spostrzeżono melodię 
znaną i ograną. Zresztą każdy chciał mówić o sobie, a przynajmniej o 
rzeczach i sprawach w pewien okrężny sposób osobistych. 
Malarka szepnęła. 
— Teraz można — i przysunęła swe krzesełko ku Bronce. 
Wędrując tego lata po kraju, powzięła zamiar stworzenia małej placówki, 
w stolicy, gdzie artystyczne rzemiosło wsi znalazłoby punkt zbytu. 
— Pani wie, że ja jako rzecz zarobkową uprawiam dekorację i urządzanie 
wnętrz, w poszukiwaniu materiału natrafiłam na nie wyzyskane i nie skażone 
jeszcze piękności. Żadne tam paski łowickie i krakowskie!... Zwiewne cuda 
na tiulu, ceramika, lichtarze kute z żelaza, tkaniny tak subtelne w barwie, 
jakby poddane patynie czasu. Można to utrzymać i można to zepsuć, to są 
cechy i wartości wrodzone, Kurpie i Polesie. 
Pragnęła tę imprezę oprzeć o jakąś organizację społeczną, o nazwiska, o 
ludzi. Mówiła cicho i Lisocka biedziła się, co za sprawę obgaduje ten żywy i 
awanturniczy talent ze znanym jej skądinąd tym „odpryskiem zgniłego 
drobnomieszczaństwa”, jak ochrzciła Mossakowską. 
— Co pani myśli? Pani zna ten gatunek ludzi, czy może mi pani wskazać 
kobiety z sensem, wie pani, z którymi można od razu dojść do ładu? Dla mnie 
wszelka gadanina to śmierć. 
— Zaraz, zaraz. Zastanowię się. 
Lisocka, zwrócona w stronę panów, już szkicowała projekt zespołu 
artystów, przeciągający na dalszą metę „ten dzisiejszy tak pięknie 
zapowiadający się wieczór”. Chodzi o utworzenie zwartego frontu wspólnie z 
światem pracy, aby nie byli osamotnieni w swej walce. 
— Zorganizowanie ludzi poczuwających się psychicznie do czynnego 
zaangażowania po stronie proletariatu. Tylko to uczuciowe, psychiczne 
nastawienie da nam gwarancję. 
— A talent? — rzucił Zaniwski. 
Jednak panu w binoklach, który okazał się znakomitym krytykiem, 
podobał się ten projekt. 
— Najwyższy czas — rzekł — aby talent zaczął służyć istotnym wartościom 
społecznym. Aby nasza literatura odeszła od biurka, od fikcji, bladości i 
bezpłciowości artystycznej i stała się warsztatem badań społecznych. Należy 
wejść w życie, w lud miejski i wiejski, w społeczność, dotąd prawie przez 
literata dzisiejszego nie tknięty. Należy stanąć po stronie wszelkiej nędzy 
społecznej, wszelkiego masowego cierpienia za nie popełnione winy. 
Naciśnięto jego guzik i zapalił się. Od dawna już powieść, która nie 
mówiła a społeczności, nie mogła liczyć na jego pochlebną ocenę. Ten rybak 
czuł się doskonale na mętnych wodach opowieści, gdzie brak talentu 
pokrywano głęboką troską o społeczność. Czuł się w społeczności niczym 
złodziejaszek w gęstym tłumie, gdzie łatwiej o łup. Chwalił społeczność. 
Bronkę rozbolała głowa. I pomyśleć, że ta Lisocka, ta wspaniała 
rewolucjonistka, rzucała kiedyś bomby!... 
— Co pani chce, teraz rzuca głupstwa! — szepnęła malarka. — Ona już przy 
wielkich mężowskich dochodach, aucie i sobolach nawet nie odczuwa 
zakłamania. 
— Co do mnie — rzekła głośno — to mann podwójne kwalifikacje, aby wejść 
do tego rodzaju zespołu. Kwalifikacje, że tak powiem, wyjątkowe, ponieważ 
wszelkie usługi domowe koło sutej osoby spełniam sama, a jeśli chodzi o 
stronę techniczną mego zawodu, to często staję do warsztatu z 
współpracownikami, rzemieślnikami, o czym mogą zaświadczyć moje ręce. 
Nikt nie może posądzić mnie o gadanie frazesów. Położyła ręce na stole 
brutalnie. — Oto moja legitymacja. — Zaniwski z komicznym nabożeństwem 
pochylił się i ucałował je. 
— Coś o tym wierzy — rzekł. 
Lisocka z dziwnym uśmiechem potwierdziła. 
— Pani nie trzeba agitować. — Malarka leciała na tęgie bary i prostotę, tak 
mówiono. Jakiś przystojny młodzieniec przechodząc ukłonił się czołobitnie i 
młoda panna, dotychczas milcząca, zainteresowała się nim. 
— Czy jest z kobietą? 
— Ależ to pederasta. 
— Cóż więc robić? — rzekła z roztargnieniem malarka. Nastąpił dyskretny 
wybuch śmiechu. Głośna autorka już dawno zeszła z estrady. W sali 
zapanował gwar. Puszczono w ruch wentylatory, ale natarczywy terkot 
maszynerii nie zagłuszał terkotu rozmów. 
— Przeżyłam niesamowity dzień — rzekła Lisocka — wczoraj, od rana. 
I opowiedziała, że spędziła niezliczoną ilość godzin w pościgu autem za 
swymi dziećmi bawiącymi na wycieczce w górach, ponieważ stara niania 
miała w nocy zły sen, przyszła i powiedziała pani, że dzieciom coś się 
musiało stać, że „otrzymała znak”. 
— Wsiadłam w auto i po prostu szalałam z przerażenia, zanim nie 
odnalazłam dzieci, całych i zdrowych. 
Bronka roześmiała się i postawiła „czerwoną damę” koło starej pani 
Mossakowskiej. Tylko że tamta nie miała tak różnych wartości „na wynos” i 
do domowego użytku. Młoda panna zakasowała jednak Lisocką, ponieważ 
poprzednią noc spędziła w areszcie. Zabrano ją wprost z wiecu 
komunizującej młodzieży. 
— Pan powinien o tym napisać! — rzekła do Zaniwskiego. — Spędziłam noc 
w areszcie razem z prostytutkami i różnymi mętami. — Powtórzyła z 
oburzeniem. — Z prostytutkami i złodziejami! Cóż to jest? 
— Czy wszystkich zwolniono? 
— Nie, zatrzymano ludzi, którzy rozwinęli transparent i wznieśli okrzyk. 
Komitet organizacyjny wyszedł cało, byliśmy dobrze urządzeni i nie mieli 
dowodów w ręku. 
Bronka wstała. 
— No i co? — spytała malarka nawiązując do swego projektu. Bronka 
obiecała zadzwonić do niej, pożegnała się i wyszła wśród buczących 
dźwięków orkiestry, przygotowującej się do zwykłego, wieczornego 
dansingu. Zapadła już gęsta ciemność i z dołu od Mokotowa, Czerniakowa, 
Siekierek szedł zimy, porywisty wiatr. Bezgwiezdne niebo zawisło rad samą 
ziemią. 
— W prawo czy w lewo? — dobiegło zza węgła żartobliwe pytanie. 
To Tiess. 
Odrzekła bez zapału. 
— Przed siebie — i wyciągnęła na powitanie rękę. 
XXVI 
Pozostawała ulica i chęć wałęsania się, to się stało nałogiem Bronki. 
Ulicami, miastem, gdzie stare tropy krzyżują się z nowymi. Można było 
zgubić swą samotność w wielkim morzu, gdzie wszystkie fale są jednakie, 
giną, zacierają się w jedno. Niesie się swoje wnętrze okaleczałe, nikt o tym 
nie wie. Gdy się nie ma już nic do dania, gdy się już nie chce brać, nawiązuje 
się związki iście mistyczne. Życie samo podsuwa litościwy lek. Nie można 
istnieć w ciągłym przeczeniu. 
Związek z latarnią drżącą w cichym zaułku, z lśniącym kręgiem światła na 
bruku. Związek z księżycem miejskim, bladym i omglonym. Z kamienicami o 
przesmutnych obliczach, z żałosnymi drzewami o zwarzonych liściach, z 
dymnym wnętrzem kawiarni. Z człowiekiem, o którym nic nie było wiadomo, 
tylko, że szedł i dźwigał ciężar. Że szedł głęboko smutny, o czymś 
zamyślony. Że szedł i uśmiechał się życzliwie. Że powłóczył ciężko nogami. 
Ale biegł też prędko, jak na skrzydłach, na spotkanie. Był samotny, szedł i 
jego wargi poruszały się, mówił do siebie i gestykulował. Stał przed witryną 
sklepu i patrzył łapczywie, Kroczył z książką przygarniętą szczególnym 
ruchem do piersi. Wiódł swe dzieci przez ruchliwą ulicę i wskazywał im 
drogę, i ostrzegał wesoło. 
— Uwaga, uwaga! 
Odzyskiwał swą wielkość — człowiek niewiadomy. Rósł w oczach. 
Oddawała jemu i sobie z powrotem wartość utraconą. Jest na pewno kimś 
przechodzień. Ma jakąś wiarę, zmaga się z swym losem, dąży swoimi 
drogami ku swojej doskonałości. Cierpi po drodze, wybiera i odrzuca. O, nosi 
w sobie zarodki wielkości, zostawcie go tylko w spokoju!... 
Rodziły się znaki porozumiewawcze niczym świetlne sygnały, błysk 
rozpoznania przy spotkaniu. Potem przyszły słowa najzwyczajniejsze. 
Papierosiarz w budce, gazeciarz, sklepikarka, panna ze składu aptecznego, 
czarno ubrana, o pięknych, widzących oczach dziennikarka, pies Dżek, który 
punktualnie o jednej godzinie naszczekiwał pod oknem na przywitanie. 
Dozorca, który wciąż coś czynił, malował, przybijał, uprzątał lub tkwił nad 
kwiatami dziedzińca. I jabłoń w pośrodku trawnika, ogromna jabłoń, ostatek 
dawnego sadu, jabłoń niesamowita w rodzeniu, źródło najdłuższych 
kontemplacji, dawczyni równowagi, namiętne i ciemne słowo rozkoszy, 
ofiarowane ziemi. 
Ta droga, przez ukwiecony i cichy dziedziniec na szeroką ulicę pełną 
odprysków ścieżek, splątanych śladów w górę do miasta. Miasto otwierało się 
szeroko, ofiarowywało się w swym gwałcie i ciszy, w swej nędzy i 
wspaniałym wyrazie miłości. Ciągłe spotkania, omijania się, kontakt 
niezliczonych ramion, zbliżenia i ustępstwa. Ale gdy tak kluczyła ulicami, 
wędrowała codziennymi drogami, nogi niosły się same w jedną stronę, w 
jedno miejsce. Przemykając oczyma po domach, ludziach i sklepach, Bronka 
dumała. „Jak tam teraz jest na Nowolipkach? Czy pozna? Czy pamięta na 
tyle, aby trafić nieomylnie?” Opierała się tej głuchej chęci, uchylała się, 
omijała. Głosy miasta, sygnały aut, dzwonki tramwajów i krzyk gazeciarzy 
stawały się jednym głosem nawołującym i nieprzezwyciężonym. A więc, 
powrót... 
Na Lesznie fabryki powozów, szyldy te same co dawnej. W kawiarni z 
tamtych czasów — pan z brodą, rozłożoną na piersi jak ogromny wachlarz, 
wychodzi zza lady i obdarza gościa głębokim i godnym ukłonem. 
Czerwone, aksamitne meble, lustra za bufetem, wypchany ptak nad 
drzwiami do garderoby i zegar w szafce. Wszystko tak samo. Czas jakby 
stanął w oparach kawy, wśród makartowskich zakurzonych bukietów. Tylko 
ciastka utraciły swój dawny, upragniony smak. Bronka myślała sennie. „Po co 
ja tu przyszłam?...” Potem zapłaciła, przyjęła z zażenowaniem jeszcze jeden 
wersalski ukłon i wyszła. 
Stamtąd był tylko krok i, drżąc wewnętrznie, uczyniła ten krok. 
Czy to ten dom, czy tamten, dalej? Z którego to balkonu wołała Regina? 
Bronka weszła do bramy i ogarnęła ją rozpacz. Nic nie pamięta, nic nie wie! 
Nagle podmurówka w bramie, występ muru szeroki na tyle, że dzieci tam 
siadywały, na co znów tak gniewała się stróżka, Prymasiakowa... To tu! 
Podąża w głąb podwórza, serce już nie tętni, ale wali — nie ma drewniaka w 
głębi, z kasztanami przy sionce, kasztany wycięto! Stoi tu murowana 
oficynka, niby taka sama, a inna. Po tej stronie, gdzie mieścił się warsztat, jest 
teraz jakaś fabryczka, ponure, okopcone ściany, bez śladu życia. Taka sama 
przejrzysta ze starości i kurzu firaneczka w oknie, nad płytą kuchenną na 
murku ćmi się mała lampka ze zbitym szkiełkiem, kopci. Dwa dalsze okna są 
ciemne, ale drugi i ostatni pokój jest oświetlony także małą lampką, podczas 
gdy ogromna świąteczna lampa wisi w pośrodku sufitu, widać tylko dla 
ozdoby, osłonięta kawałkiem muślinu od much i kurzu. Hm... dawniej co 
wieczór zapalano duże lampy w pokojach nad rodzinnymi stołami, choć dużo 
wychodziło nafty. A także nie ma tych premii Sztuk Pięknych na ścianach, a 
jakieś parszywe oleodruki. Czyżby się cofnięto?... 
W głębi zapewne stoi łóżko, nie widać go. Ale widać szafę tak samo 
ustawioną, pełną figlasów ozdobnych, „triumo” i słupek z kwiatem nazwanym 
„szerokie liście”. Ten kwiat nie kwitnie. 
Ściany przeważnie koloru zielonego w esy-floresy, palmy, ptaki, kwiaty. 
To ulubiony kolor tu, zielony czy żeby wydało się weselej? Ponure 
nieporozumienie, te ściany są złe, gryzą. A zapchany po wręby pokój jest tak 
samo norą, gdzie się usycha z tęsknoty „za światem”. Jak się to ma do 
propagandy „celowo urządzonego wnętrza”, przeprowadzanej przez 
organizacje pod batutą pań Piędzickich? Bronka zachichotała. Ta propaganda 
została przeprowadzona z pomocą najdroższego pisma stolicy, a co się tu 
teraz czyta, na Nowolipkach? 
Podejrzewam, że nic się nie czyta lub bezpłatną bibułę komunistyczną. 
Ludzie powymierali, ci dawni. Schli z tęsknoty w dalekiej Rosji za tymi tu 
kątami. Janina pisała ogromnymi, niewprawnymi literami, naiwnymi słowy. 
„Ja mieszkam teraz na wsi, mam swój dom, mam młodego, przystojnego 
męża, nie znam żadnych niedostatków. Mamy konia wyjezdnego, jesienią 
daliśmy 800 rub., od rodu jemu tylko trzy lata... No, czuję się bardzo 
nieszczęśliwa, zdrowie mam popsute z tej tęsknoty, tak daleko od swego 
rodzinnego kraju. O Boże mój, jak ja strasznie tęsknię, o święta moja 
Polsko”. Jak się mają te sprawy, mistyczne mimo młodego konia i młodego 
męża, do prelekcji utalentowanych poetów w kawiarni? 
Z bramy wyszedł dozorca i spytał. 
— Czego pani tu uważa? 
Bronka mruknęła coś, wyciągniętą ręką dotknęła ściany domu i odeszła z 
tego miejsca. Żelazny wodociąg ciurkał głośno. 
Sąsiedzki drewniak na drugiej stronie, tu mieszkał chyba, Fiszel? 
Oklejona czerwonym papierem klitka, z rozbebeszonym łożem, gdzie 
mężczyzna i kobieta w milczeniu oddają się przedwstępnym zabiegom 
miłości. Wyglądają jak zanurzeni w krwi i ogniu. A mieszkanie od frontu, 
parter, dawne mieszkanie Raczyńskich wygląda jak nawiedzone przez gości 
całego świata. Nad rozłożonymi na stołach szmatami, formami z papieru, 
szkieletami z trzciny i drzewa gromada ludzka z pochylonymi grzbietami 
pracuje w złowróżbnym milczeniu. Nie ma mowy o paradnym pokoju z 
miękkimi meblami, wszystko zapełnione po wręby. Tu się już nie tęskni, nie 
wzdycha i nie walczy, i nie uprawia dewocji w tym „domu”, bezkształtnym 
jarmarku cuchnącej szmatami, pracy, tu się nie ma swoich kątów i swego 
posłania. Tu się zdycha beznadziejnie. Jak się to ma do deklamacji o nowym 
człowieku?... 
Ulice wciągają w głąb. Nagle kończy się jaki taki chodnik, nogi potykają 
się, grzęzną, ślizgają. To Smocza. Ogromne, cztero, pięciopiętrowe domy, 
zapełnione ponad, zdawałoby się, swą możność. Zapada głęboki wieczór, 
oświetlane wnętrza mieszkań wydają się oczom jak na dłoni, tu, z ulicy. 
Strzępy firanek, żałobne łachy w oknach, nie przeszkadzają widzieć. Nagie 
żarówki u sufitu sączą światło mętne i żółte na straszliwe wnętrza, spiętrzone, 
poupychane sprzęty, bogactwo, legitymację pracy, na gołe pręty żelaznych 
łóżek, świadectwo bezrobocia, które wynosi ostatnią poduszkę na Kercelak. 
Sufity nie są wolne, sufity poobwieszane gęsto i dziwacznie — czym? 
Na rogu Pawiej, w drewniaku, za czerwoną satynową kotarą, w małej, 
ohydnej budzie coś się dzieje. Seans śmiechu — głoszą afisze — duet tancerzy 
wejście dla młodzieży 10 groszy, dla starszych 15. Jak to się ma do 
propagandowych przedstawień w śródmieściu, świecących pustkami na 
widowni? Tłumy na ulicy, nikt nie siedzi w domu, domy nie mieszczą ludzi, 
tam się tylko śpi i pracuje, przykuty do stołka do warsztatu. Tłum tych, co nie 
posiadają forsy na seans śmiechu, zalega ulicę. Niemowlęta pełzają po 
trotuarach, matki stoją u bram. Dzieciaczyska wiszą u okien sklepów z 
owocami, nędznych klitek z wodą sodową, sokiem malinowym. Wre jeszcze 
robota u szewców, w sklepikach z przepierzeniem tekturowym. Tu stołek, 
warsztat, o krok łóżko i żelazny piecyk, i deski miast stołu. Mieszkanie. 
I nie podobna stąd odejść! I nie podobna oderwać nóg od tego 
straszliwego bruku, oczu od okien! Bronka błądzi i kołuje, idzie w głąb i 
zawraca, aby nagle utknąć na rogu Karmelickiej, pod cukiernią Kaca, pod 
latarnią. Na tym miejscu ongiś rozstawała się, kogoś żegnała, a potem, 
kroczyła, szczęśliwa, ku domowi... 
Spostrzegła się w tej chwili. Umówiła się z Ignasiem i zapomniała. Miała 
na niego oczekiwać w domu, u siebie, i wyszła. Leniwie dźwignęła rękę i 
potarła twarz. Miała uczucie, jakby zgubiła Ignacego w tym tłumie. 
Rozwlokła pamięć o nim na ulicach, między ludźmi, po bruku. Może to i 
lepiej... 
XXVII 
Energia i nowy fason Piędzickiego wydały wreszcie owoce, władza 
zdecydowała się wreszcie siupnąć go z centrali, niech się tu nie pęta. 
Postanowiono go jednak oszczędzić ze względu na małżonkę, panią 
Magdalenę, i jej to zawdzięczać należy, że nie siupnięto go całkowicie. 
Dostał pomniejszą rangę inspektora pracy na prowincji, z nadzieją, że 
fabrykanci go i tak wykończą. 
Układy o zmianę gabinetu toczyły się w atmosferze niesłychanego 
bałaganu i cynizmu, łączono najnieprawdopodobniejsze nazwiska polityczne i 
klecono sojusze. Mimo jednak tego bałaganu i chwiejnego gruntu pod nogami 
nie omieszkano przenieść kilku szarż wyższych a niewygodnych do 
prowincjonalnych garnizonów i wydać zarządzenia o odebraniu broni 
wszystkim organizacjom przysposobienia wojskowego. Aczkolwiek 
Magdalena postarała się pewnymi posunięciami towarzyskimi uczynić 
sympatie Ignacego bezbarwnymi na zewnątrz, jednak w tej chwili okazało się, 
że on ani myśli korzystać z takiego parawanu i bez ogródek wypowiada 
wszędzie swoje zdanie. Nie znalazł oddźwięku. wszystko wokół było 
dokładnie zastraszone, zaszpiclowane i tajemnicze. W tym nastroju jechał do 
Bronki jak do oazy spokoju i prawdy. Tu nie było żadnych rachub i 
niewyraźnych kombinacji. Taksówka przemknęła przed Aleje i ostrym pędem 
skoczyła w dół, skręciła na łagodnym wirażu, aby zastygnąć przed domem. 
Koty pochowały się przed zimnem i brak mu było zwykłej eskorty, 
miauczącego pochodu, aksamitnie ciągnącego się za nim aż do drzwi. 
Rozpięte wino umierało na białej ścianie. Jabłoń spała. W sąsiedniej willi 
ktoś grał na fortepianie, ale to tylko akcentowało ciszę drogocennymi 
kroplami tonów. 
Wszedł na schody i natknął się na mężczyznę schodzącego z góry. W tej 
chwili trzasnęły na piętrze drzwi. Panowie ustąpili sobie z drogi. Ignacy 
pomyślał. „Skąd ja znam tego gościa?”. Nagle owładnęło nim jakieś 
nieodparte podejrzenie, ogromnymi susami pomknął w górę i gwałtownie 
zadzwonił. Otworzono mu natychmiast. Bronka stała w przedpokoju, 
mocując się z na wpół ściągniętą suknią. Ignacy uspokoił się raczej na sam jej 
widok, z powodu jej obecności w domu. Z głową uwięzioną w suknu 
szamotała się rozpaczliwie, palce jej drżały z niecierpliwości. 
— Przepraszam... 
Rzucił palto gdzie bądź i przeszedł za nią do pokoju. Ujrzał ją w 
błękitnawym blasku ostro szeleszczącego dessous, z włosami rozburzonymi. 
Po raz pierwszy widział jej obnażone ramiona, ciemne i drobne. Dawała mu 
swą miłość zawsze ubrana i zapięta pod szyję, w odurzającym milczeniu, a jej 
skąpe słowa nie były bynajmniej słowami pieszczot. Wodził za nią oczyma, 
zaskoczony tą nagłą swobodą, z jaką mu się ukazywała obnażona. Znów 
powróciło podejrzenie, usiłował zapanować nad sobą, był zbyt wzburzony, 
aby zdać sobie sprawę, czy chce całej prawdy. Mówił sobie. „To niemożliwe! 
niemożliwe!...” Śledził ją w milczeniu, jak błądziła po mieszkaniu, szukając 
czegoś we wnętrzu szafy, w przedpokoju, w łazience. To go nawet rozbawiło, 
szuka szlafroka, ale oczywiście i ta prosta sprawa jest dla niej trudna. 
— Czemu to wczoraj nie zastałem cię w domu? 
— Zapomniałam, naprawdę! 
— Gdzie byłaś? 
— Na Nowolipkach. 
— Odwiedzałaś tam kogo? 
— Nie, nie! Kogoż by? Tak sobie, łaziłam. 
Zaniechała poszukiwań, zrezygnowana przysiadła na brzegu tapczanu i 
poprosiła o papierosa. Projekty Ignacego o przeniesieniu, wyjeździe jakimś z 
nią układzie — nagle odsunęły się na dalszy plan rozmowy, a tuż zaraz i 
przede wszystkim tkwiła sprawa mężczyzny schodzącego z piętra. I 
pomyśleć, że jej zaufał! Że zawierzył swemu „instynktowi męskiemu!” 
Przypomniał sobie z ironią, jak kruszył o nią kapie z Magdaleną. Zgniótł 
stanowczym gestem papierosa, nakazał sobie cierpliwość i spokój i zapytał. 
— Spotkałem na schodach kogoś znajomego?... 
Oczekiwał po prostu zaprzeczenia, najwygodniejszego, ale odpowiedziała 
zaraz. 
— To Tiess. — I, jak gdyby nie chcąc mu pozostawić i żadnej wątpliwości, 
dodała. — Tak, widziałeś go ze mną w teatrze. 
— Był tu, u ciebie? 
— Odprowadził mnie. 
Ta jej straszliwa i, pozorna szczerość!... Cierpliwości, cierpliwości, nie 
znał jej przecież wcale. Znał niewinną dziewczynę, która poszła za nim bez 
wahania, znał milczącą kochankę, którą zdobył sobie z powrotem tak, łatwo. 
Może zechce mówić, może wreszcie powie coś o sobie? 
— Słuchaj — rzekł — jak z nami właściwie, jest, co ty myślisz? 
Spojrzała na niego z niechęcią, w oczach jej błysnęło wyraźnie. „Mój 
Boże... znów?” Nie znosiła wyjaśnień i czuła nieprzezwyciężony wstręt do 
układania spraw wewnątrz i zewnątrz. Mogła mu powiedzieć o sobie 
wszystko i właściwie nic, jak tu ubrać w słowa taką prawdę o sobie?... 
Zapytała jeszcze: 
— A ty, Ignasiu, chciałbyś, aby jak między nami było?... 
Przypomniał sobie nastrój, z jakim tu jechał, ów nieodparty związek 
Bronki z najpiękniejszym okresem jego młodości, i on właśnie znalazł 
potrzebne słowa. Chciał, aby żyli, z sobą w miłości, aby się nie pętał między 
nimi jakiś pan Tiess, aby stworzyli swoje osobne życie. 
Stworzyć życie... Wargi jej skrzywiły się szczególnie. 
— Jak myślisz, skąd ma to się we mnie brać? Skąd się bierze, że człowiek 
jest taki lub inny? 
Teraz nie pragnął już, aby mówiła — niech lepiej milczy! Tak dziwnie 
wyglądała ta twarz widziana z boku, zdawało mu się, że patrzy na kogoś 
obcego, że przyszedł tu z ulicy za jakąś kobietą zupełnie nieznaną. Wyglądała 
staro i znużenie, z twarzą pochyloną nisko, z bruzdą koło ust, na czole, koło 
oczu. Stworzyć życie... Myślała z zazdrością i ironią, że on może jeszcze w 
ten sposób czuć, tak mówić. Zniecierpliwiona, z swą, wiedzą o życiu, 
dojrzała, z swą świadomością o rozkładzie i nieuchronnym końcu — śmierci. 
O największym strachu ludzkim, strachu przed samotnością. O związkach 
zrodzonych z pożądań i obaw. To było prawdą, którą usilnie starano się 
zaklepać wszelkimi akcesoriami, szło za człowiekiem trop w trop od kolebki 
do dnia ostatniego. Lepiej nie dochodzić takiej prawdy w związkach 
ludzkich. Myślała. „Jestem mu w pewien sposób potrzebna”. I walczyła z 
sobą przez chwilę, przez krótką chwilę, w której żarliwa miłość splotła się z 
chęcią niszczenia. 
— Moje noce — rzekła — nie były samotne, ale dnie, tak. A to coś znaczy, o, 
to znaczy dużo... 
Zaciągnęła się głęboko i chciwie, wzniosła oczy i spojrzała spoza 
zwiewnej zasłony dymu. Ignacy przeraził się. Twarz jego tężała pod tym 
spojrzeniem, oczy nieruchomiały tak samo jak jej oczy. Bronił się, nie chciał, 
ulec, teraz nie może ulec, nie, nie! Teraz, gdy już wiedział... Ale szybko 
zsuwali się w ciemność, pełną głuchych westchnień, twardych, kamiennych 
objęć. Jeśli istniało zapomnienie, to tu. Drobne usta zadrżały pod jego 
wargami, gołe ramiona palącym węzłem objęły barki. Jakieś jej poruszenie, 
chytre i świadome, zdjęło go dreszczem. Przemknęła obrzydła myśl o 
doświadczeniu, jakie stało się jej udziałem. Odpędził to. Miał wrażenie, że w 
tej chwili może ją odnaleźć lub zgubić, szukał w tym ciele, którym zawładnął, 
upragnionego wyrazu, czuł, że to w niej istnieje. Tracił ją i odnajdywał w 
tych ciemnościach czułości i wstrętu, usta wymykały mu się spod ust, 
rozwarte oczy gasły, nieruchomiała, aby nagle wypełnić sobą jego ramiona. Z 
ciałem stężałym z bólu, warczał: 
— Bronka... Bronka... Bronka... 
W jakiej głębi, na jakim szczycie mieli osiągnąć swe porozumienie?... 
Ocknął się z głową u jej stóp, w śmiertelnym zimnie i niedosycie. Nieład 
pokoju, porozwłóczone suknie, festony pajęczyny i przejmujący chłód nagich 
ścian ujawniły mu się nagle w innym świetle, w świetle jego zawodu i 
gniewu. To była kobieta z duszą dziewki!... Wszystko rwało się w tych 
bezwstydnych dłoniach, wszystko się psuło, wszystko więdło... Nie patrząc na 
nią ruszył do przedpokoju i wyszedł nie mogąc się opanować na tyle, aby nie 
huknąć drzwiami. Skończone. 
Teraz — odbywał się pewnego rodzaju powrót, powrót do domu, powrót 
do uregulowanego, uporządkowanego życia. Magdalena stanęła na wysokości 
zadania. Przeszła zbyt dobrą szkołę życia, zbyt surową stosowano do niej 
regułę wychowawczą, aby nie potrafiła opanować sytuacji. Jej dłonie zostały 
ukształtowane nie do niszczenia, a do odbudowy, a tak zwane dobre ułożenie 
czymże było, jak nie doskonałym opanowaniem uczuć? Ignacy bywał teraz 
rzadkim gościem w domu i niespodziewany odgłos jego kroków wywołał całe 
zamieszanie. Zamknął się w swym gabinecie, to coś znaczyło? Magdalena 
zostawiła mu godzinę czasu, zadając sobie pytania, czy chce rozmowy? 
Czuła, że nie, ale nie mogła sobie zdać sprawy, czy na rozmowę za późno, 
czy za wcześnie. Poślubiając Ignacego, poślubiła nie tylko ukochanego 
mężczyznę, ale jakby i pewną swoją ideę. Czyżby miała ponieść porażkę 
zupełną, klęskę na całej linii? Tu już nie chodziło o jakiś nic nie znaczący 
epizod miłosny, to trzeba by rozważyć gruntownie. I Magdalena, która nigdy 
nic nie odkładała na później, odłożyła na później tę „zasadniczą” rozmowę. I 
weszła do pokoju męża, aby zapytać po prostu, co zjadłby na kolację? 
W następstwie tego zbawiennego systemu wychowawczego, jakiemu 
poddano jego żonę w latach dzieciństwa, Ignacy przeżył godziny 
niesamowitego fałszu. Stała obok, wsparta o biurko, wonna, strojna w jakąś 
suknię, której nie znał, z włosami odgarniętymi z czoła. Ignacy przechylił się 
swoim dawnym niedbałym gestem i ucałował dłoń żony. To wypadło dość 
blado, lekko i powierzchownie, ale Magdalena nadała akcent temu gestowi. 
Położyła drugą dłoń na głowie siedzącego w fotelu męża. Ignacy zmarszczył 
się, uczuł przejmujący ból i, nie wiadomo kiedy, czoło jego przylgnęło do 
ciepłych ud stojącej przed nim kobiety. Magdalena, biorąc to za skruchę, za 
opamiętanie, za powrót i prośbę o przebaczenie, przygarnęła go do siebie. 
Był jeszcze pełen tamtej, Bronki, lżył ją i nienawidził, i pragnął, a oto 
pozwalał, aby druga koiła rany zadane jego miłości. Przyjął to z zaciśniętymi 
zębami, zmógł się, szukał jakichś słów i rzekł niespodziewanie. 
— Miałem zatarg w ministerstwie i otrzymałem przeniesienie... 
Magdalena szepnęła: 
— A widzisz! — tonem jasno mówiącym, że stało się to dlatego, ponieważ 
ona nie czuwała nad jego postępowaniem i sprawami. Westchnął ze 
zniecierpliwieniem i rzekł jeszcze. 
— Będę musiał często wyjeżdżać. 
Ale oczy Magdaleny błysnęły i odpowiedziała niedbale. 
— Nie martw się, ja to załatwię... Teraz nie pora na wyjazdy!... 
Bo Magdalena nic sobie nie robiła z niepewnej sytuacji politycznej, a 
robota społeczna, którą rozsnuła poprzez wszystkie partie i obozy, jej związki 
rodzinne i towarzyskie uczyniły ją tak pewną w tym chaosie jak nigdy. 
XXVIII 
Fotel stał przy oknie w wykuszu i Amelka spoczywała tam całymi 
godzinami. Otaczały ją sztywne rododendrony i fikusy odsunięte trochę na 
bok, a biel koronkowej firanki stanowiło tło dla jej bledziutkiej twarzy. Pani 
Raczyńska weszła i spojrzała, wygląda jak śmierć na katafalku. 
— Jak się czujesz? 
— Mnie nic nie boli, tylko mi się w głowie kręci — jęknęła Amelka. 
Pani Raczyńska uspokoiła ją: 
— To osłabienie, nic więcej. Pamiętasz, Amelciu, już raz tak chorowałaś, 
wtedy, co to przychodził poczciwy pan Michałowski i tak się troszczył o 
ciebie... 
Amelka spojrzała na matkę z uwagą i rzekła ironicznie. 
— Niech mama będzie spokojna, to nie to samo. 
— Co mówisz? 
— Nic. 
Wobec tego pani Raczyńska przystąpiła do rzeczy. 
— Myślałam, że mi pomożesz w gospodarstwie, bo to i święta, i lada 
chwila Cechna przyjedzie. Ja nie mówię już o grubej robocie, ale żebyś 
rzuciła okiem, jak to wszystko wygląda. Zawsze taki starosta — to musi być 
figura. Cechny można się nie krępować, ale starosta! 
— Wstanę, mamo. Tylko czekam na zastrzyk. 
Pani Raczyńska ucieszyła się i zeszła do apteki, aby przynaglić Filipa. Co 
ten Filip tak się guzdrze? Okazało się, że Filip dyskutuje w najlepsze z 
nowoprzyjętym prowizorem, naturalnie o sprawach publicznych. Ledwie 
przebolał sprawę spadku złotego, jeszcze nie bardzo zdawał sobie sprawę, że 
od lipca złoty leci w dół, a tu prowizor mówi mu o jakimś sojuszu 
narodowców z socjalistami! 
— Nie, panie! tu mi włosy wyrosną! — krzyczał aptekarz i wysuwał 
odwróconą rękę. — Nigdy, panie! nigdy! To niegodne kłamstwa, zmierzające 
do skompromitowania naszego obozu. 
Prowizor na to spokojnie. 
— Zobaczy pan. 
Pani Raczyńska wsunęła swoje. 
— Filipie, jak tam z tym zastrzykiem? 
Ale okazało się, że Filip po prostu zwleka z pójściem na górę, bo nie ma 
odwagi dokonać zastrzyku. 
— Mamo, nie mogę, nie mogę, Amelka tak się denerwuje przy zabiegu, że 
mi się ręce trzęsą. Wczoraj omal nie złamałem igły. Trzeba poszukać 
felczerki. Amelcia będzie się więcej krępować. 
Pani Raczyńska tak była podminowana przyjazdem Cechny, że rzekła z 
wyrzutem. 
— Ja nie wiem, czy Filip jest mężczyzną, czy nie? Powinien Filip być 
bardziej stanowczy... 
Prowizor uśmiechnął się i zaofiarował swe usługi. Aptekarz dziękował mu 
z wylaniem. 
— Jeśli koledze to nie zrobi różnicy. 
Prowizor wzruszył ramionami i rzekł. 
— Żadnej. 
Zmienił kitel i poprosił panią Raczyńską o przygotowanie wody. Aptekarz 
wyjął pudełeczko ze szprycą, spirytus i zastrzyki. 
— Niech jej tam kolega przemówi do rozumu, temu smarkaczowi! 
Ale prowizor po prostu nie wdał się w żadne gawędy. Wszedł do pokoju, 
przedstawił się Amelce i przystąpił do dzieła. Jego obejście, ruchy i milczenie 
zaraz natchnęły panią Raczyńską dziwną ufnością. Prawdziwy mężczyzna, 
poważny, młody i elegancki człowiek. 
— Pani pozwoli ramię. 
Amelka, wściekła na matkę, na Filipa, na tego obcego i nieprzyjemnego 
człowieka, wyciągnęła rękę i drżącymi palcami odsunęła wysoko koronkowy 
rękaw szlafroka. Rozeszła się woń spirytusu. Prowizor już miał zagłębić igłę, 
gdy Amelia, drżąc, krzyknęła. 
— Nie, nie, zaraz! 
Mruknął. 
— No, no! spokojnie! — przytrzymał mocną ręką jej ramię i nacisnął 
szprycę. Amelka uczuła nieznaczne ukłucie, przymknęła oczy, chciała 
krzyknąć, gdy w tejże samej chwili uścisk zelżał. 
— To już?! 
— Wstydź się, Amelciu! — rzekła pani Raczyńska — o, byle głupstwo tyle 
hałasu. 
Prowizor, składając manatki, obrzucił spojrzeniem aptekarzową. 
— Cóż pani tak się poobstawiała tymi fikusami? — rzekł swoim 
nieprzyjemnym głosem. — Trzeba się ruszać, chodzić, zająć czymś i mniej 
myśleć o sobie. 
Krew uderzyła do twarzy Amelki. 
— Jestem osłabiona — rzekła sucho. 
Pani Raczyńska pomyślała sobie, że chyba ozłoci tego człowieka. Cechna 
przyjeżdża, a tu choroba w domu. Prowizor, zbierając się do wyjścia, rzekł 
jeszcze. 
— Zbliża się pani do okresu, kiedy kobieta musi walczyć z tego rodzaju 
przypadłościami organizmu. 
Pani Raczyńska nie bardzo rozumiała, o co chodzi, ale rozpłynęła się w 
podziękowaniach, odprowadzając prowizora do przedpokoju. 
— Może pan pozwoli do nas kiedy na obiad, prosimy bardzo. 
„Zbliża się pani do okresu” — to wystarczyło, aby Amelka wstała. I ona, 
tak jak matka, nie wiedziała o co chodzi, ale już czuła mętnie jakąś aluzję 
zawstydzającą i dotyczącą jej pożycia małżeńskiego. Dziwna rzecz, gdy 
wychodziła za aptekarza, nikt jej nie mówił ani o miłości, ani o różnicy lat, 
wszyscy zachwycali się tylko, że taką karierę robi. A teraz jakby się uwzięli. 
Amelka wstydziła się tych półsłówek jak nieszczęścia, jak utajonej choroby. 
Ilekroć napomknięto o jej niedomaganiach, ogarniał ją wstyd i strach. To 
powinno zostać ukryte, to był jej sekret, tajemnica. Wstała prędko i obeszła 
dom, a pani Raczyńska rychło pożałowała tego nagłego wyzdrowienia córki. 
Amelce nic się nie podobało. 
— Co mama myśli, że oni będą sypiać w bawialni na kanapach? Mama o 
niczym pojęcia nie ma. — Z miejsca poprzewracała wszystko do góry nogami, 
ale trzeba przyznać, że pod wieczór całe mieszkanie zastało urządzone i 
elegancko, i wygodnie dla gości. Filip miał spać w stołowym. 
— Czy tylko się nie obrazi? 
— To już moja rzecz. 
Pod wieczór siostry, Helcia i Felcia, przywiozły choinkę i własnoręcznie 
wciągnęły na górę. Pootwierano drzwi i zapach ciasta rozniósł się po 
pokojach. Zimne i wonne drzewo stało w jadalni i tajało dużymi kroplami 
wody. Pani Raczyńska, rozpromieniona, udała, że się złości. 
— Całą podłogę na nic mi zniszczą! Wynoście mi to zaraz na balkon! 
Amelka zaproponowała. 
— Weźmiemy się do zabawek, co? — Helcia skoczyła do oficynki, by 
przynieść pudła z cackami zbieranymi przez wiele, wiele lat, z roku na rok od 
gwiazdki do gwiazdki. 
— Ach, moje dzieci, nawet gdy jeść nie było co w domu, zawsze wam 
choinkę wyszykowałam na święta! — zawołała pani Raczyńska, 
Amelka gorączkowo zarządziła podawanie kolacji. Przyszedł aptekarz, po 
cichu, przygotowany na ciszę i ciemność z powodu słabego zdrowia żony. 
Tymczasem wpadł w rozweselone głosy i twarze kobiece, musiał prędko 
łykać kolację, po czym zasiadł ze słuchawkami na kanapie. Pani Raczyńska 
podłożyła mu poduszeczkę pod głowę, aby twardy kant nie dawał mu się we 
znaki. Pośrodku pokoju, przy stole, siostry rozpakowywały pudła, 
wydzierając sobie cacka z rąk, z okrzykami zdumienia i zachwytu. 
— Ach, patrzcie, paw! Baletnica, baletnica!... 
— Ostrożnie, ostrożnie, ostrożnie! 
Z kuchni, zwabiona krzykami, przyczłapała Katarzyna. 
— A to dopiero? Pani bawi się jak dziecko!... 
Były tam żółto-czerwone szkliste jabłka i gruszki, czerwone wiśnie, 
puszyste, choć pogniecione baletnice. Siatki cięte z bibułki, z złoconymi 
orzechami wewnątrz. Aniołki z aureolą złota koło kędziorków. 
Czarodziejskie latarnie z kolorowego papieru. A w oddzielnej paczce 
troskliwie przechowano coś dużego i lekkiego. Pani Raczyńska odwinęła 
pożółkłe gazety i założyła okulary. To szopka. 
— Wiecie, dzieci, że to jeszcze nieboszczyk wasz ojciec kleił?! 
Tekturowe postacie pokrzywiły się, poodklejały, zielone palmy zgięły 
pierzaste głowy, tiul koło żłóbka pożółkł zupełnie. Teraz dla odmiany Fela 
skoczyła do oficynki po kolorowy papier, bibułę, słomkę. Jakie szczęście, że 
miały to wszystko z godzin prac ręcznych na pensji! — Sklepy już 
pozamykane. 
Amelka cięła wąskie paski papieru na łańcuch. Nagle spytała męża. 
— Jak on się nazywa, ten nowy twój pomocnik? 
Ale aptekarz, ze słuchawkami na uszach, tonął właśnie, jak zwykł był 
mówić, „w eterze” — i uśmiechnął się tylko głupio. Potem rzekł. 
— Tak, tak, to piękne. Piękne i zadziwiające!... 
Pani Raczyńska przyszła mu z pomocą. 
— Filip myśli, że ty pytasz o muzykę i ten wynalazek... jakże tam? radio... 
Rzeczywiście, że do podziwu, żeby raptem chwytać żywe głosy i z czego? z 
powietrza... Dlaczego ja gołym uchem nie słyszę? — rozwiodła swe zdumienia 
pani Raczyńska. Amelka nie dowiedziała się nazwiska prowizora, bo sama 
też zajęła się właśnie dobieraniem kolorów. 
— Czy czerwony i ciemnozielony pasują do siebie? 
— Naturalnie — rzekła Hela. — Trzymaj się zasady, żeby jasne przeplatać z 
ciemnymi. 
Jasne z ciemnymi! Amelka roześmiała się, może i w życiu tak samo? 
Katarzyna, która nie odstępowała nigdy od swoich zwyczajów, wniosła na 
tacy herbatę i konfitury. 
— Trudno, są goście! — rzekła i bez ceremonii odsunęła na bok papiery. 
Ale i to nie zepsuło miłego nastroju Amelki. Spytała. 
— Katarzyno, czy kolędy można wcześniej śpiewać? — i, nie czekając 
odpowiedzi, swoim niskim, piersiowym głosem wywiodła. 
Bóg się rodzi, 
Moc truchleje... 
Siostry pomogły jej. Aptekarz zmuszany był w końcu zdjąć słuchawki z 
uszu. Herbata i konfitury lśniły rubinowo na nie osłoniętym stole. Pani 
Raczyńska własnoręcznie przysunęła fotel. 
— Tu, Filipie! Proszę! 
Jakże mu dogadzają. Co za błogi wieczór. Aptekarz zebrał się w sobie i 
nieomal basem wywiódł. 
Wzgardzony, okryty chwałą... 
Wtem zabrzmiał dzwonek z przedpokoju. Wszyscy zerwali się na równe 
nogi, zaskoczeni. Tylko Katarzyna nie straciła głowy i podreptała do drzwi. 
— Proszę pani, ksiądz proboszcz, ksiądz proboszcz! 
Ksiądz przyszedł, aby osobiście obdarzyć ten dom opłatkiem, a także 
powtórzyć pozdrowienia i życzenia od swego bratanka, Andrzeja. Zasiadłszy 
w fotelu wydobył list. 
— Miło mi, że Andrzej zachował we wdzięcznej pamięci życzliwość, jaką 
go państwo darzyli. Pisze mi tu właśnie... — i przeczytał. „Usilnie proszę 
księdza o przekazanie serdecznych życzeń świątecznych i noworocznych pani 
Amelii”. 
Tylko tyle. Ale Amelia z oczyma pełnymi łez szepnęła. 
— Dziękuję księdzu, o, dziękuję! 
W nocy, właśnie gdy cały dom śpi snem kamiennym i nikt się niczego nie 
spodziewa, znów dzwonek. Tym razem zrywa się pani Raczyńska, która spała 
akurat w stołowym. Jest tak rozespana, że długą chwilę patrzy na wysoką, 
elegancką kobietę i dziewczynkę, stojące u progu. 
— Co to? Do kogo? 
— Mama! 
— Jezus, Maria, Cechna! Amelciu, Filipie! Cechna! — Powtarza w kółko. — 
Cechna, Amelciu, Filipie — kręci się po przedpokoju, płacze, zanim nie 
zostaje objęta i przyciśnięta do wonnego futra córki. Zuzanna stoi z boku, 
zapomniana i niezadowolona, po czym otrzymuje swoją porcję łez i 
pocałunków od Amelii. 
— Ależ to cała panna! 
— Jaka duża! 
Pani Raczyńska mówi do niej. 
— Moje bóstwo... aniołku! — Amelka mityguje ją, jak może. 
— Ależ mamo, dziecko jest zmęczone... — Filip w sypialni ubiera się 
pośpiesznie, by opróżnić łóżko dla gości. 
Dopiero gdy je rozebrano i usadzono, gdy Katarzyna wniosła herbatę, 
szukając jeszcze kogoś oczyma, pani Raczyńska przeraziła się. Poczekała, aż 
Katarzyna wyjdzie, a patem plasnęła wesoło w dłonie. 
— A to dobre!... Zapomniałyśmy o mężu!... a gdzie mąż? ! 
Cechna również wesoło odpowiedziała, że starostę zatrzymały ważne 
sprawy i że przyjedzie jutro, przed samą wilią. 
XXIX 
W trzeci dzień świąt przyniesiono z poczty dużą pakę. Starosta nie 
przyjechał, to prawda, ale dbał o żonę, pamiętał o niej i przysłał dary z domu. 
Rozbito pakę w kuchni. Wielki baumkuchen7 utkany wokół bibułą, kilka 
sztuk pieczonego ptactwa i w oddzielnej drewnianej skrzyneczce owoce 
suche w cukrze, dla Zuzanki. Pani Raczyńska, która przez te trzy dni nosiła 
dramat i drzazgę w sercu, oczekując daremnie przyjazdu starosty, teraz 
odetchnęła. Zawsze lubiła podarki, więc rzekła. 
— To musi być wspaniały człowiek. 
Cechna, stojąc nad rozwartą paczką, przypomniała sobie kuchnię w 
dalekim swoim domu. Gdy wypiekano ciasta, przyjmowano kobietę do 
pomocy. Na płycie kuchennej Teodozja wznosiła istne rusztowania z cegieł, 
ogromny sękacz wolno okręcał się nad ogniem, „na szpikulcu”, jak mówiła 
Zuzanna... Ile śmiechu, gwaru i niepokoju... Cechna wykręciła się raptem na 
pięcie, podjęła oburącz paczkę z owocami i wyszła z kuchni. W sypialni 
Amelki, oddając małej. przesyłkę, rzekła te zadziwiające słowa. 
— Masz, to od Teodozji. — Nawet niepodejrzliwa Amelka zdziwiła się, 
czemu nie od ojca? 
W kuchni pani Raczyńska wyjaśniła Katarzynie. Wszystko to 
przygotowano u zięcia, w majątku... Święta spędzono wesoło mimo braku 
starosty. Tak że nie można było powiedzieć, aby Cechna była w zbyt 
błyszczącym humorze. Ale dom był pełen, Fela i Helenka dowcipkowały jak 
za dawnych czasów, gdy stół był pusty i dodawano sobie otuchy żarcikami na 
temat starannego nakrycia przy kartoflach z solą. Filip zachwycał się jadłem, 
wszystko mu smakowało, przyrządził wódki własnoręcznie. Podejmowano 
gości. prowizor, pan Jan Cichocki, przychodził co dnia, zaproszony na święta 
przez Filipa ze względu na to, że był samotny i nie miał w stolicy rodziny. 
Pani Raczyńska już powzięła pewne plany i zamiary. Bo cóż? Pensja pensją, 
wykształcenie wykształceniem, ale prawdziwe szczęście dla kobiety to dobre 
zamążpójście. Czyż nie ma jeszcze dwóch córek?... 
Indyk przysłany przez starostę był wspaniały. kruche i białe mięso, a 
nadzienie prawdziwie wykwintne: migdały i rodzynki. Pani Raczyńska, drepcąc przez te wszystkie dnie szybko po domu, kroiła, szykowała i nosiła 
półmiski i talerze z jadłem, bez końca. Cechna gniewała się o to bardzo. Jak 
tylko zobaczy. 
— Dziewczynki! — woła do młodszych — dlaczego nie wyręczycie mamy? 
W tej chwili proszę zająć się nakryciem do stołu!... — Głos jej brzmi 
energicznie, rozkazująco i poważnie, ach, jak ona się zmieniła, jak się 
zmieniła nie do poznania! 
Naturalnie, Fela i Helenka usiłują się wymówić, tak samo akurat jak 
Amelka i Cechna, gdy były małe. 
— Doskonale może to zrobić i Katarzyna... 
Ale Cechna nie ustępuje ani na krok. Panny muszą wstać od książek i 
radia i zająć się gospodarstwem. 
— Ja mam u siebie kilkoro służby, a nigdy nie siedzę bezczynnie — 
oznajmia Cechna. 
Amelia uważa, że to jest przesada, a zresztą. 
— Czy nie znasz mamy? Mama tak przywykła do krzątania się, że nie 
może bez tego żyć. 
Pani Raczyńska przeżyła przykrą chwilę, gdy Cechna zadała jej kilka 
pytań, jakby chcąc się wtajemniczyć zupełnie w obecną sytuację. Dotychczas, 
jeśli jej te sprawy przychodziły do głowy, pani Raczyńska żegnała się 
krzyżem świętym i zaraz czuła, że jakoś to będzie, i starała się zanadto nie 
myśleć. Ale Cechna uprzytomniła jej bezlitośnie i wyraźnie, zadała drażliwe 
pytania. Jak długo jeszcze młodsze siostry zamierzają się uczyć? Kto daje na 
ich potrzeby? Kto płaci pensję? Aha, a na pomoce szkolne? Co, także 
aptekarz? Pani Raczyńska zdenerwowała się tą rozmową, mętnie bąknęła coś 
o zniżkach i zwolnieniach w wpisie na pensji, aż wreszcie przyznała, że 
dokazuje istnych cudów bohaterstwa, aby utrzymać córki i nie dać się we 
znaki aptekarzowi. Całe szczęście, że dużo rzeczy można było wziąć na raty, 
po trochu oszczędzać na gospodarstwie i spłacać... 
Starościna siedziała nieruchomo, zamyślona. Potem skinęła głową 
kilkakrotnie. 
— Tak, tak, a więc ciągle to samo!... 
Pani Raczyńska przeraziła się. 
— Jak to, to samo? 
Cechna mówiła tak, jakby im wszystkim, a jej w szczególności, 
nieuchronnie groziła ruina. W ogóle musiała co chwila spoglądać na 
pierścionki córki, biżuterię, suknie i futro, aby upewnić się o jej szczęściu i 
powodzeniu. Tak jest, istotnie, z tych przedmiotów tylko czerpała otuchę, 
zachwianą szczególnym rachowaniem córki. Ale wątpliwości ulotniły się 
nagle. Po tej rozmowie Cechna wstała, poszperała w swej walizce i wręczyła 
matce zwitek banknotów. 
— Powinnam była wcześniej pomyśleć o tym — rzekła. 
Ale pani Raczyńska uspokoiła ją. 
— Bogu dziękuję, że tobie się powodziło przez te wszystkie lata. Nie rób 
sobie wyrzutów. — Przyjęła pieniądze i schowała je zaraz — Amelia i aptekarz 
nie potrzebują o tym wiedzieć. — Mogliby pomyśleć, że uskarżam się na 
jakieś braki w ich domu. 
Ciągle jeszcze trwały święta, na górze, w mieszkaniu. Kobiety, 
pozostawione sobie, rozkładały swe suknie, bieliznę, hafty, oglądały 
fotografie rodzinne, naradzały się, a herbata, orzechy i strucle świąteczne nie 
schodziły ze stołu. W bawialni ciągle jeszcze stała choinka. Jeśli aptekarz 
miał wieczorem dyżur, nadchodził prowizor i panie prosiły go, aby zapalił 
świeczki na samym szczycie pod aniołem. Śpiewano kolędy. Wkrótce 
Zuzanna, wśród ogólnego śmiechu, z determinacją wdrapywała się na kolana 
pana Jana na drzemkę. Pani Raczyńska tłumaczyła. 
— Tęskni pewnie do tatusia, co? — Cechna uśmiechała się blado. 
Pani Raczyńska, siedząc z boku, skrycie przypatrywała się córce. Ogarniał 
ją jakiś respekt wobec tej twarzy poważnej i pełnej uroku, błyszczących, 
wypielęgnowanych włosów, które się same falowały, wobec jej wzięcia się 
towarzyskiego. Ale także Cechna bywała i niespokojna, głęboko o czymś 
rozmyślająca, wychodziła często na miasto i przepadała na całe godziny. 
Onieśmielała ją. 
Pan Cichocki, prowizor, chcąc się widocznie zrewanżować za przyjęcia 
świąteczne, przyniósł pewnego popołudnia bilety, zapraszając panie do 
teatru. Aptekarz chciał też iść i zgodził na ten wieczór zastępcę do apteki. 
Siostry, w czarnych wieczorowych sukniach, tak pięknie podkreślających 
złoto ich włosów i białość cery, wzbudziły zainteresowanie parteru. Amelię 
drażnił aptekarz, wcale już jej nie imponował jego wygląd, ze śmiechem 
przypominała sobie, że on jej to udzielał pierwszych rad przy obmyślaniu 
sukien, radził też, by pudrowała szyję, która nieco zżółkła. Ach, był dla niej 
ongiś szczytem nieosiągalnym, przecież jej marzenia nie sięgały wyżej jak do 
stanowiska jago cichej kochanki i „zabezpieczanego bytu” w postaci 
magazynu z kapeluszami!... 
Teraz wydał jej się staroświecki ze swym brzuszkiem, w odświętnym 
garniturze. 
Grano „Kochanków”, głośną sztukę o kazirodczej miłości. Aptekarz 
próbował bąkać jakieś porównania, sięgając do króla Edypa, ale obydwie 
kobiety nie słuchały go, niecierpliwiły się, nie wiedziały nic o Edypie i 
prosiły, aby ucichł. Podniecone, wyciągały szyje, zapominały się, otwierały 
usta. Po tyloletnim pobycie na prowincji, gdzie trudno o dobry teatr i śmiałą 
sztukę, Cechna, oszołomiona, gubiła się. Wystarczyło kilka dni i kilka 
drobnych pociągnięć, poprawek w sukniach, zmiany fryzury i nowego 
kapelusza, aby uczynić jej zewnętrzną sylwetkę zupełnie i modnie 
współczesną. Ale teraz uczuła się zacofana, stara i śmieszna z swoimi 
pretensjami do zdradzającego ją męża. Miłość!... tak, to wszystko rozgrzesza 
i wszystko tłumaczy, oni, obydwoje, nie mieli nawet tego na swe 
usprawiedliwienie. 
Aptekarz, niezadowolony z wyboru sztuki, wpadł w przygnębienie. 
Akurat, przy nerwowym usposobieniu Amelki trzeba jej słuchać coś 
podobnego!... Gotowa porównywać, wyciągać wnioski, a choćby — marzyć. 
Istotnie, Amelka chwytała natężonym uchem echa swej przygody z 
Andrzejem. aktor grający tę rolę przypominał go zupełnie. Aptekarz kręcił się 
niespokojnie, chrząkał i mruczał, wreszcie zaczął wysnuwać wróżby dla 
swego małżeństwa z tego pojedynku męża z kochankiem, młodości z wiekiem 
dojrzałym, szaleństwa — z wszystkimi przykazaniami boskimi, kościelnymi i 
ludzkimi. Koniec ściął go z nóg. 
Tylko Cichocki pozostał nieporuszony i podkpiwał sobie lekko z 
oszołomienia pań. 
Pani Raczyńska przygotowała w domu kolację, ale wszyscy paczuli 
ochotę przewietrzenia się w jakimś lokalu. Cichocki zapraszał. Zasiedli w 
kącie eleganckiej sali, przy okrągłym stole, na którym płonęły ocienione 
jedwabnymi abażurkami świece. Rychło spostrzegli, że starościna stała się 
celem spojrzeń męskich. Piła. 
Cóż miała przed sobą? Kilkakrotnie zabierała się do pakowania waliz i w 
połowie roboty zatrzaskiwała wieko. 
— Na wyjazd będzie zawsze czas — pocieszała się. Chwaliła sobie ten 
wieczór, teatr, wino... Cóż, ostatecznie może mieć jeszcze parę lat dobrego, 
wesołego życia, potrafi żyć inaczej, teraz, kiedy już trochę zmądrzała. I 
widziała siebie tańczącą i śpiewającą na skraju przepaści, podczas gdy w dole 
błąkało się porzucane dziecko, Zuzanna. 
W tej chwili wzruszyła swymi pięknymi ramionami i wytrzeźwiała. Co za 
melodramat. A jednak — to tak łatwo mogłoby się stać naprawdę... 
Nazajutrz otrzymała list. Pani Raczyńska zapukała do drzwi i wsunęła 
przez szparę, wołając. 
— Pewnie od męża, od pana starosty! 
Niestety, to był anonim. Życzliwa osoba pisała: „Niech pani wraca, bo 
miejsce pani zostanie zajęte na zawsze. To zupełnie pewne, przystawiono 
parę cegieł pod okno sypialni pani starościny od strony ogrodu i to 
wystarczyło, aby widzieć wszystko jak na dłoni. Gdy pani starościna wróci, 
zobaczy cegły pod oknami na dowód prawdy”. 
Wybuchnęła śmiechem, ale zdusiła w sobie ten śmiech tak wyraźnie 
podszyty płaczem. Cóż dotychczas zrobiła? Szarpała się w niezrozumiałych 
odruchach, ulegała ciemnym popędom zazdrości, bólu, żądzy. Czy to warto? 
Czy naprawdę zależało jej na tym wszystkim? Czy nie kłamała sobie? A 
samej sobie kłamać nie wolno. Długo potrwa, zanim ułoży jako tako warunki 
nowego życia. Ale zacząć musi dziś. 
Wstała, przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie matka krążyła 
niespokojnie, niby to okurzając meble. 
— Mamo rzekła dobitnie — ja już nie wrócę do męża, ale — dodała 
uspokajająco i pośpiesznie — nie zostanę też i tutaj, u Amelki. 
Pani Raczyńska zbladła i uniósłszy ramiona w górę, trzepocząc nimi jak 
człowiek tonący, wyszła bez słowa z pokoju, z mieszkania, do oficynki... 
Cechna wróciła do swoich jak list ze złym adresem, który nigdzie nie 
dotarł. Pewnego dnia zajrzała do walizki, do przegródki z pieniędzmi i 
znalazła tam tylko kilka banknotów. Przeraziła się, a potem uspokoiła, miała 
jeszcze pierścienie na palcach, biżuterię, futra. Zabiegała też o coś, bo całe 
poranki, do obiadu, spędzała na mieście i wracała w gorszym lub lepszym 
humorze, z czego można było wnioskować, czy jej sprawy poszły dobrze, czy 
źle tego dnia. Ostatecznie, mogła jeszcze liczyć na przesyłki starosty. Pani 
Raczyńska zobaczyła na własne oczy pierwszy przekaz pieniężny i 
poweselała. Naturalnie, starosta w końcu zmusi żonę do powrotu, choćby ze 
względu na dziecko. Kto by się wyrzekł takiego mądrego dziecka!... 
Po nowym roku Cechna zapisała Zuzannę do pierwszorzędnej szkoły i 
pani Raczyńska znów odetchnęła, przy tej okazji okazało się, że metryka 
chrztu jest w porządku. Ciotki: Fela i Helcia, wstępowały po małą do szkoły i 
wówczas krzyczano w przedpokoju. 
— Zuza Meysztor, przyszli po ciebie!... — Ale listy męża do żony stawały 
się coraz rzadsze, a pewnego dnia Cechna ukazała się w jadalni zapłakana. 
Starostę przenieśli gdzie indziej. Przy czym Cechna wspominała nie tyle 
męża, ile stary dom. 
— A meble? — rzekła pani Raczyńska. — Czy starosta da sobie radę z 
pakowaniem? 
Okazało się, że meble mieli rządowe. A więc tak — jakby nic nie zostało z 
tych lat. I pewnego dnia Bronka ujrzała w swym biurze kobietę wyróżniającą 
się ubiorem, przystojną i elegancką, z listem polecającym w dłoni, o wyrazie 
twarzy już trochę spłoszonym i niepewnym. Petentka. 
Weszła właśnie do pokoju biurowego i przystanęła. Twarz siedzącej za 
biurkiem sekretarki wydała jej się znajoma. Młoda i energiczna woźna 
zwróciła się do przybyłej z pytaniem. 
— Pani do kogo? — nie czekając odpowiedzi, zręcznie usadowiła 
interesantkę na drugim planie. — Po kolei, proszę pani, po kolei, pani 
sekretarka jest teraz zajęta. 
Jakoż Bronka urzędowała osaczona ze wszystkich stron przez kobiety o 
rozwartych torebkach wypchanych dokumentami, adresami i listami 
polecającymi. Na biurku jej tkwił sztywny karton z napisem. „Posad nie 
udzielamy”. Nad biurkiem ogromny plakat. „Stowarzyszenie nie prowadzi 
biura pośrednictwa pracy”. Na drzwiach, a nawet na bramie umieszczono 
odpowiednie ostrzeżenia. Ale prócz zwykłej i licznej rzeszy poszukiwaczy 
zdarzały się osoby, dla których trzeba było mieć pewne względy, i te osoby 
obdarzano listami polecającymi. Do takich bez wątpienia należała dawna 
starościna, „nasza dzielna pracownica na kresach, niestrudzona i ofiarna”. To 
nie znaczy, że zamierzano coś dla niej zrobić. Owszem, dowiedziawszy się o 
zmianie w jej losie, stowarzyszone kobiety ofiarowały swojej dawnej 
towarzyszce, bezpłatne bony na obiady dla inteligencji... nie? Miejsce dla 
dziecka w schronisku dla sierot... nie? Broszury do komisowej rozprzedaży — 
też nie? Z jakimś szczególnym zamiłowaniem preparowano tu z ludzi 
żebraków, zamiast stawiać na nogi — obalano. Cechna broniła się 
rozpaczliwie. W tych wędrówkach po biurach zyskiwała wyraźne poczucie 
rzeczywistości, obraz swego losu: może liczyć tylko na siebie. Dom Amelii, 
gdzie cztery kobiety żyją kosztem obcego, nie kochanego mężczyzny. Jej 
własny dom, w który włożyła tyle miłości i pracy i który dobrowolnie 
opuściła. Mąż, który już nie jest mężem, szczupły zasób pieniędzy. Wielkie 
ceny mieszkań i drożyzna środków żywności. I dziecko, które w swej dumie i 
odwadze chciała wychować tak, aby nie zaznało strasznych doświadczeń 
matki. Ale gdzie było miejsce dla dziecka? Uszła ze swego domu, ponieważ 
to nie było miejsce, gdzie można by wychować dziecko. Przez cały czas 
pobytu u Amelii błądziła z wyraźnym poczuciem, że błądzi, tu też nie było 
miejsc dla Zuzanny. Usłyszała pewnego razu, jak Amelka mówiła do małej: 
— Idź na dół, Zuzo, i poproś pana Jana, żeby przyszedł na górę, żeby 
przyszedł koniecznie. 
Czy przeznaczeniem Zuzanny był ten bezwolny udział w miłosnej grze 
dorosłych?... Marzyła: „Gdybym miała swój kąt!” Chwilami poddawała się 
miłym złudzeniom, wchodziła w bramę jakiejś kamienicy i oglądała 
mieszkanie, gniazdo, które ludzie chcieli przehandlować. Gromadziła w 
myślach środki na „odstępne” i stygła w rozpaczy. To było nieosiągalne, 
najmniejsza ciupka dla niej i dla Zuzanny była nieosiągalna. A potem — nie 
miała nawet najkonieczniejszych sprzętów, wszystko trzeba było kupić od 
nowa. Błądząc po biurach stowarzyszeń społecznych, przechodziła przez 
pokoje zawalone gratami, przez puste kuchnie, przez korytarze pełne walizek 
i tobołków członkiń, którym tu pozwolono złożyć swe manatki, ale nie 
przenocować, boć ostatecznie biuro nie było przytułkiem. Zaproszona na 
jakiś wieczór świetlicowy, aż zatknęła się gęstym fetorem nie mytych ciał 
tych dziewcząt i kobiet, które tu gromadzono dla wspólnej pracy i zabawy. 
Lokal posiadał łazienkę, ale nikomu nie przyszło do głowy, aby 
udostępnić kąpiel tym pupilom. 
Z tym wszystkim Cechna straciła też poczucie swego celu i ogarniał ją 
strach i zdumienie. 
— Po co ja to wszystko zrobiłam! Dlaczego wyjechałam? O co mi idzie? — 
Wyciągnęła swe dziecko z dobrych warunków bytu dla jakichś urojonych 
wartości. Wokół niej ciągle, co dzień, rozstawano się, zdradzano, 
przebaczano, porzucane dzieci pętały się po obcych domach. To było takie 
zwyczajne, takie proste, walczono o kąt, o strawę, o zaopatrzenie — ale nie o 
jakąś tam miłość. W świetle tolerancji, pobłażania i wyrozumiałości dla 
spraw tego rodzaju jak zdrada, zaciętość Cechny wydała się jej samej 
śmieszna. Śmieszna i samolubna. 
W pokoju, w którym czekała, prócz kobiet, tak samo jak ona 
obdarowanych listami polecającymi, siedziało jeszcze grono pań i z urywków 
rozmowy Cechna wywnioskowała, iż omawiano tam jakieś przedsiębiorstwo 
o charakterze dochodowym. Cechna poznała Bronkę. Bure, okrągłe oczy 
patrzyły obojętnie i poważnie, ale Cechna z nową energią zaciskając dłonie 
postanawiała. „Ona musi mi pomóc! Ona mnie zrozumie! Ale jak tu 
rozmawiać przy wszystkich?” W tej ,chwili zwrócono się do niej: 
— Proszę pani!... — Cechna drgnęła, powstała i zbliżyła się do stołu. 
— Czy pani mnie poznaje? 
— Ależ tak. Dawna Cechna Raczyńska. Co cię tu sprowadza? 
Wysłuchała. uśmiechając się współczująco i niepewnie, wyglądało tak, 
jakby za chwilę miała powiedzieć. 
— Nic dla ciebie nie mogę zrobić... — Ale nagle oczy jej zatrzymały się na 
obradującej grupie kobiet i odetchnęła z ulgą. Tu należał się jej pewien 
rewanż za pośrednictwo przy kleceniu imprezy z rękodziełami wsi. Szepnęła. 
— Siądź sobie z boku i poczekaj. 
Cechna wróciła do domu rozpromieniona. 
— Czy wie mama, kogo spotkałam? Bronkę Mossakowską. 
Amelcia krzyknęła. 
— Co ty mówisz!... 
Ale pani Raczyńska nie wydała się zachwycona. Dopiero, kiedy Cechna z 
odrobiną przesady rozwiodła się nad stanowiskiem, jakie zajmuje Bronka, 
stanowiskiem, które pozwoliło jej w tym niefortunnym czasie wynaleźć pracę 
dla dawnej koleżanki, pani Raczyńska rzekła: 
— Zawsze myślałam, że ona wydobędzie się ze złego towarzystwa, bo 
matka wychowała ją bogobojnie, a to się zawsze w człowieku odezwie. — 
Amelia ożywiła się i zaproponowała, aby zadzwonić do Kwiryny i urządzić 
spotkanie. Siostry zeszły do telefonu, do apteki. Ale Kwiryna prosiła, aby 
odłożyć ten projekt na później. 
— Urządzam się, czekam z dnia na dzień na meble. Nic nie robię na łapucapu. 
Jak już się mamy spotkać po tylu latach, to trzeba to porządnie zrobić. 
— Meblujesz się? — zapytała Cechna. — A co zrobisz ze starymi meblami? 
— Kwirynę aż zatknęło ze zdumienia, ale zorientowała się szybko i rzekła: 
— Przyjdź najpierw i zobacz, a potem pogadamy. Do widzenia, bo klient 
czeka. 
XXX 
Po bardzo ciężkiej zimie, gdy troszeczkę na wiosnę przygrzało, zdawało 
się ludziom, że cały świat roztapia się i płynie. Akurat właśnie takiego 
słonecznego ranka zajechały wozy przed dom Kwiryny. Panny Ziemskie 
obydwie stanęły jak na zawołanie we drzwiach mydlarni. 
— Co to może być? Jak ci się zdaje? Pewnie się ktoś nowy sprowadza. 
Żona portiera ze szpitala ewangelickiego, pani Bauman, która akurat 
przechodziła tędy i przystanęła, uczyniła uwagę, że to niemożliwe, bo nikt się 
nie wyprowadzał, wie o tym dobrze. Dopiero szewcowa rzekła gorzko. 
— Gospodyni się mebluje... 
Miała w domu pranie i źle obliczyła, zabrakło jej mydła. 
— Pani Ziemska kochana, niech mi pani da mydła na kredyt. Córka po 
szkole będzie wychodzić, to wstąpi i odda... 
Jak ktoś rozpoczął pranie, stanął do balii i zabrakło mu mydła, nie 
mówiąc już o tym, że nie może sobie pozwolić na zgodzenie praczki na stare 
lata, to może rozgoryczyć, nie? A tu ludzie meble sobie sprowadzają. 
Gdy wyszła, starsza panna Ziemska rzekła: 
— Popisuje się ciągle tą swoją córką, nauczycielką, a wszędzie mają pełno 
długów. 
Ale młodsza panna Ziemska, dobra dusza, odpowiedziała zaraz: 
— Moja Emilko, jedna osoba nie może zapracować na cały dom. 
Pani Bauman szepnęła z namysłem. 
— Patrzę, patrzę i nie mogę rozeznać, co to za drzewo?... 
Akurat tragarze dźwigali wspaniałe lustro, a skrzydła łóżek stały oparte o 
mur. Rzeczywiście, coś nadzwyczajnego. Panna Ziemska, starsza, rzekła ze 
zdumieniem. 
— Czy to nie drzewo różane? 
Sypialnia z drzewa różanego, lśniąca i jasna! Taborecik, kryty różowym 
jedwabiem! Pani Bauman nie mogła już wytrzymać. 
— Żeby prostej, kobiecie po tylu latach małżeństwa zachciało się takiej 
sypialni. Na co im taka sypialnia? 
Panna Ziemska szepnęła: 
— Mówią, że ona tego biednego Romana zamordowuje swoimi 
zachciankami. Ale skąd ludzie takie rzeczy mogą wiedzieć? 
Kwiryna wyszła ze sklepu i przynagliła tragarzy. 
— No, moi panowie, pośpieszcie się, dostaniecie na piwo. Nie można 
barykadować przejścia. Wnoście od razu na górę, od razu na górę!... — 
Rozkazywała jak najgłośniej, zerkając na wystawę sklepu, ciekawa, czy 
Roman wyjrzał i jakie wrażenie zrobiły na nim tak wspaniałe meble?... 
Albowiem od owej kłótni w restauracji stosunki między nimi nie mogły się 
jakoś naprawić, choć blondynka zniknęła z horyzontu, wyprowadziła się z 
Mylnej. Wprawdzie w czasie świąt doszło między nimi do zbliżenia, ale 
Kwiryna wspomina to z wielką niechęcią. Potem nie było żadnej rozmowy, 
Roman jakby się wstydził i unikał jej zupełnie jawnie. Do późna przesiadywał 
z ciotką, głuchy na jej niespokojne westchnienia. 
Kwiryna mówiła stalując niebie. 
— Urządzam się i wszystko inne mało mnie obchodzi. 
Jednak w głębi duszy żywiła nadzieję, że po umeblowaniu mieszkania 
zaczną nowe życie. Wyobrażała sobie, że gdy się zacznie rozstawiać sprzęty, 
urządzać, namyślać, Roman nie wytrzyma, aby nie wziąć w tym udziału. A 
potem — miękkość łóżek, błysk jedwabiu, polor drzewa, całe to 
rozleniwiające piękno też wywrze wpływ na ten charakter ciągle czymś 
zmartwiony. Nie bacząc, że to ulica, Kwiryna z czułością dotknęła 
błyszczącego drzewa. To jest nie sypialnia a wprost marzenie! — Fotel i 
foteliki pokryto różowym, grubym jedwabiem, a mały okrągły stoliczek ma za 
szkłem delikatną koronkę. 
— Paskowała całą wojnę, to teraz może sobie pozwolić!... 
Kwiryna odwróciła się gwałtownie, postąpiła parę kroków i stanęła twarzą 
w twarz z wychodzącą z bramy lokatorką. Tamta zaczerwieniła się po uszy, 
stchórzyła i mruknęła. 
— Dobry dzień, pani gospodyni! 
Kwiryna odpowiedziała spokojnie. 
— Dzień dobry! 
Tragarze wnieśli już sypialnię, a teraz wyładowywali salon. Może by po 
prostu posłać Romana na górę pod pozorem, żeby przypilnował tragarzy? 
Weszła do sklepu i ujrzała, że układał plasterki boczku na grubych pajdach 
chleba. 
— Co to jest?... — zapytała. 
— Zakąska dla tragarzy — rzekł — chyba ich poczęstujesz, co? W 
najbiedniejszym domu mają ten zwyczaj. 
— Dobrze już, dobrze! Lepiej byś jednak poszedł... 
Przerwał jej głuchy huk, a potem wrzask, nagły krzyk i tupot nóg 
biegnących przez bramę ludzi. Nie rzekli ani słowa, ale oboje rzucili się do 
drzwi. Kwiryna pomyślała przez mgnienie: „Tragarze spadli z meblami ze 
schodów!...” Ale już serce jej przeszyła myśl okropna. Wypadła, ze sklepu, a 
potem zawróciła dysząc, aby zamknąć kasę i drzwi. Już wiedziała! Zewsząd 
biegli ludzie krzycząc. 
— Dom się zawalił! ściana! mur! ratunku!... — Wpadła na podwórze i 
oszołomiona spojrzała na oficynę: stała w całości od strychu do suteren! 
Tytko z boku... Kwiryna zorientowała się natychmiast i wybiegła jęcząc, 
pędziła dookoła. Zagrożona ściana dotykała placu, na którym mieścił się 
skład węgla, i w drodze Kwiryna ochłonęła. Uspokoiła się. Ale jeden rzut oka 
wystarczył, Kwiryna wściekle krzyknęła. 
— Nie wchodzić! Nie wchodzić na schody! Nie łazić tam!... 
Albowiem ściana wydęła się łagodnie, sypnęła murem na przybudówkę z 
węglem i obnażyła mieszkanie blacharzów, nic więcej. Pod niebezpiecznie 
wygiętym dachem stało akurat łóżko rozbebeszone, a na łóżku dziecko. 
Kwiryna, węglarz i tragarz, kupa ludzi patrzyła z zapartym oddechem na 
wiszący dach, bojąc się poruszyć. Antosia siedziała w koszulinie, 
wpółosłonięta podniesionym ramieniem — chyba oniemiała z przerażenia... bo 
ani pisku nie wydała. Pierwszy ruszył się węglarz. 
— Trzeba by zajść ze schodów ostrożnie i zwabić ją do drzwi. Dziecko 
lekkie... 
Ale Kwiryna krzyknęła: 
— Niech ręka boska broni!... — Myśl jej pracowała szybko. Wszyscy ludzie 
z oficynki umknęli, a jeśli tu nigdzie nie widać blacharzowej, to jasne, że 
drzwi w tym zawalonym mieszkaniu są po prostu zamknięte na klucz! Poszła 
sobie gdzieś i zamknęła na klucz śpiące dziecko! Szarpać? Odrywać zamek, 
kiedy tu każdy ruch może grozić runięciem? 
— Czego wy tu stoicie! Ruszcie się! Niech. który przypilnuje, żeby w 
Mylną ulicę nie wjeżdżały fury!... 
Teraz wszyscy zaczęli. 
— Po pogotowie! Po straż ogniową!... 
Antosia opuściła wzniesione ramię i ujrzano ogromne oczy dziecka, 
patrzące z przestrachem. 
— Siedź Nie ruszaj się! dlaboga nie ruszaj się! — zakrzyczano. 
Teraz dopiero dziecko uprzytomniało i przeraziło się na dobre. Zapłakało. 
— Boję się, boję! Mamo! Boję się!... 
Kwiryna rozejrzała się wokół z rozpaczą. Nagle oczy jej rozbłysły: ujrzała 
drabinę w karcie placu. Nie czas był teraz na namysły, biegnąc w tamtą stronę 
myślała tylko: „Jak to dobrze, że schudłam! Jak to dobrze!” Zjawił się 
Roman, nareszcie zorientował się, gdzie, tkwi sens tej całej sprawy, przybiegł 
tu i patrzył z przerażeniem na wywaloną ścianę. Węglarz zapytał: 
— Co pani gospodyni chce zrobić? 
Roman zastąpił jej drogę. Ale odtrąciła go brutalnie i stanowczo, 
krzyknęła: 
— Niech mi się nikt nie rusza! Nie ruszać się! — i oparła ostrożnie drabinę 
o kant przybudówki. 
Zrozumieli, o co chodzi, i zawołali. 
— Co pani robi! Zaraz przyjedzie straż! Niech pani złazi! 
Roman jęczał. 
— Kwiryno! Kwiryno!... 
Już wstępowała na stopnie, odwróciła się i pogroziła ściśniętą pięścią. 
— Nie straszyć dziecka!... — Tak ich sterroryzowała, że rzeczywiście nie 
śmieli się ruszyć. Ludzie patrzyli z zapartym oddechem, jak pięła się wolno 
ku górze. Antosia spoglądała bystrymi oczkami, siedząc bez ruchu. Usłyszano 
głos Kwiryny, mówiła raźnie i spokojnie: 
— Zaraz cię wezmę stamtąd, Antosiu, już, już!... Ty jesteś mądre dziecko, 
co?... 
Bała się wstąpić na brzeg muru, zatrzymała się, i teraz nastąpił ów 
moment. kiedy jedno z tych dwojga musiało dać decydujący krok naprzód. 
Kwiryna, stojąc na szczycie drabiny nie mającej już żadnego oparcia, 
sterczącej wysoko ponad dachem przybudówki, wyciągnęła ramiona. 
— Chodź tu! — zawołała cicho i prędko. — Chodź tu, Antosiu! Nie bój się!... 
— Dziecko zsunęło nóżki na podłogę i szybkimi lekkimi krokami przebiegło 
przestrzeń dzielącą je od Kwiryny. 
— Weź mnie za szyję. 
Teraz dopiero, gdy zstępowały, widać było, jak nogi Kwiryny drżą, trzęsą 
się na stopniach drabiny. Śmiertelnie blada, oglądała się za każdym krokiem 
w dół. Roman podskoczył. Wszyscy naraz zaczęli mówić, rozprawiać, 
potrząsać ramionami. Nie wiadomo, skąd wziął się nagle przerażony inżynier. 
Patrzył na dach wsparty jeszcze na dwóch bocznych ścianach i powtarzał w 
kółko. 
— Ależ to jest wbrew prawom fizycznym! Wbrew prawom fizycznym! 
Roman wziął dziecko z rąk Kwiryny. Antosia tak mocno i kurczowo 
zacisnęła zaraz ręce koło jego szyi, że mowy nie było, aby ją kobiety mogły 
od niego oderwać. Któraś, litościwa, narzuciła na nią tylko nędzną chuścinę. 
Kwiryna podniesionym głosem powtarzała: 
— Gdzie blacharzowa? szukajcie blacharzowej! Niech się zajmie 
dzieckiem. 
Już ochłonęła i ogarniał ją gniew. 
— Trzeba zabezpieczyć dach — rzekł inżynier — bo runie. 
Kwiryna odwróciła się gwałtownie. 
— Coo, znów pan chce zabezpieczać — rzekła szyderczo. — Mało panu 
jeszcze? 
Inżynier, zmieszany, powtarzał ciągle. 
— To jest wbrew prawom fizycznym, widzi pani przecież sama. 
— Gdzieś mam pańskie prawa fizyczne! — wrzasnęła Kwiryna. — Więcej 
sobie głowy zawracać nie dam!... 
Zobaczyła, że Roman uchodzi z placu z dzieckiem w objęciach, i chciała 
iść za nim, ale ludzie zastąpili jej drogę. 
— No i co będzie teraz? 
— Co ma być! Szukajcie sobie innych mieszkań. 
Teraz, jak spod ziemi zjawili się wszyscy, blacharz i zapłakana 
blacharzowa, szewc, szewcowa, nauczycielka, dorożkarze, cała oficyna w 
komplecie. 
— To tak? A tak! 
— Pani byś chciała, aby nas tu wydusiło jak szczurów, jak robactwo! Całą 
kamienicę odnawiała, a oficynki nie kazała ruszać. Niech się wali!... 
Kwiryna powołała inżyniera na świadka. 
— Czy nie mówiłam, że oficynę trzeba rozebrać, bo będzie nieszczęście? 
Inżynier kiwnął głową, a ludzie wokół szydzili. 
— Tak, żeby nas wyrzucić z mieszkań, co? Ale się nie udało i teraz się nie 
uda! My tu mamy mularzy, znają się na tym, nie bój się pani. 
Kwiryna zbladła z wściekłości. 
— Przez waszą głupotę omal życia nie straciłam!... — Nagle, gdy się tak 
spierali o tę oficynę, o mieszkania, o drański charakter gospodyni. — rozległ 
się ogłuszający trzask i huk, dach runął, pociągając za sobą ściany, 
mieszkanie blacharzów i cała ta część domu znikła, zamieniając się w kupę 
gruzów z sterczącymi kikutami węgłów. Prawa fizyczne rozstrzygnęły o losie 
lokatorów oficynki. 
Na górze, na nowym łóżku i nowym materacu leżał na wznak Roman z 
głową odchyloną. Krew rzuciła mu się nosem, wszedł do kuchni, usadowił 
Antosię na łóżku ciotki i, zaczerpnąwszy wody w garść, tamował krew. 
Ciotka uprosiła go, aby się położył, tak osłabł, że dał się namówić. Kwiryna 
weszła i popatrzyła w milczeniu. Potem spytała: 
— Co ci jest? 
Nie odpowiedział. Skierowała swe ciężkie kroki do kuchni. 
— Co to za dziecko? — Garbata ciotka akurat wkładała na Antosię swój 
flanelowy kaftanik nocny i rozpromieniona odpowiedziała. — Roman mi 
kazał. 
Kwiryna na to: 
— Niech mi ciotka w tej chwili odniesie dziecko matce. Jeszcze tego 
brakowało, żebym w swoim własnym domu musiała znosić tych podleców, co 
mi nie dadzą spokojnie przejść przez bramę! Niech tylko ciotka spróbuje 
uchylić drzwi dla jednego, to się tu wszyscy wparują. 
Na podwórzu urzędowała już komisja i policja. Usuwano ostrożnie graty 
ludzkie z nie zawalonej części domu. Grzebano w gruzach. Płakano. 
Wydziwiano nad mnóstwem robactwa, szczególnie pluskiew, którymi 
kompletnie naszpikowany był gruby mur. 
— Może i dobrze, że się to zawaliło — rzekł przodownik policji — bo by 
was te robaki żywcem tu zjadły. 
— I co z nami będzie, panie? — zapytał ponuro blacharz. 
Przodownik wzruszył ramionami. 
— Pójdziecie do baraków. 
Blacharzowa otworzyła usta, ale żaden dźwięk nie wydostał się z 
zbielałych warg. 
— Trzeba będzie tę Antosię oddać z domu, trudno. 
Ktoś rzekł. 
— Do baraków na nowe pluskwy, tam ich też nie brak. 
Na górze Kwiryna stała nad łóżkiem nad Romanem i wyliczała 
nieubłaganie. 
— To moja wina, że oficyna runęła. Przestrzegałam, ale teraz wszystko na 
mnie. To moja wina, że blacharz nie ma roboty. To moja wina, że lokatorzy 
nie mają pieniędzy na mieszkanie. Że nie mają co do gęby włożyć. Że mi 
zazdroszczą każdego kęsa, że w swoim własnym domu mam wrogów... 
Garbata ciotka chwytała ją za ręce, za suknię i błagała. 
— Kwiryńciu, na miłosierdzie Boskie, przecież on ledwo żyje, Kwiryńciu, 
to go zabije!... 
Ale Kwiryna opędzała się i ciągnęła dalej. Roman leżał wyciągnięty, 
śmiertelnie blady, z zamkniętymi oczyma. Smużka krwi sączyła się wolno 
przez brodę i wsiąkała w koszulę. Kwiryna wyliczała nieubłaganie. 
— To moja wina, że złoty spada, na łeb, że ten zasrany rząd tak rządzi, że 
jest bezrobocie, nie buduje się nic!! — Pchnęła ciotkę, aż się zatoczyła pod 
ścianę, i krzyknęła nagle ochrypłym i dzikim głosem: — Niech ciotka wynosi 
się, czy ciotka nie rozumie, że to nie chodzi o pieniądze. To sprawa między 
mną a Romanem, o śmierć i życie! 
XXXI 
Bronka ocknęła się z głębokiego snu, w jakimś strasznym popłochu, 
lodowato zimna, zrozpaczona. Leżała twarzą w poduszce, z lewej strony 
czuła dokuczliwy ucisk. Potem oprzytomniała jako tako i przyjęła to 
wszystko z humorem. Gdy ktoś ma zwyczaj zasypiania w ten sposób, musi 
być przygotowany na najgorsze, na przykład na śmierć z uduszenia. A więc 
podsunęła w górę poduszki i spoczęła równo, na wznak, ale to wcale nie 
wyjaśniło sytuacji. Czuła perlisty, zimny pot na czole, nie mogła schwytać 
oddechu. W końcu usiadła, wsparta plecami o ścianę, i to jej zrobiło dobrze. 
A więc przesiedziała tak do rana, drzemiąc i przytomniejąc w obliczu 
wielkich zmian i przeobrażeń nieba. Widziała, jak gwiazdy zbladły 
śmiertelnie i umarły. Do pokoju wszedł brzask różowawy, niebo spłonęło 
lekko nad dachami z czarnej papy i łuna stanęła w oknie. Nieliczne odgłosy 
życia zbudziły się, ludzie idą do swych zajęć do miasta. I zgasły, dom 
opustoszał. 
Pies Dżek stawił się o właściwej porze i szczeknął krótko. Pewnego razu 
rzuciła mu przez okno kawałek mięsa i odtąd nie minął dzień bez powitalnego 
obrzędu. Nie może wiedzieć, że zasłabła, i upominając się jest w swoim 
prawie. Bronka wstała z tapczanu, by poszukać resztek jedzenia, otworzyła 
okno i rzuciła to jak bądź, przed siebie. Pies jął węszyć w trawie, rozgarniając 
nosem wysokie źdźbła. Zwykle rzucano mu smakowity kąsek ze wszystkimi 
względami, był wymownie teraz zgorszony, jedno sterczące ucho opadło i 
stało się wiotkie od smutku, drugie nie traciło nadziei. Wreszcie znalazł, 
zjadł, i, merdając ogonem, spojrzał oczekująco w górę. 
— Nic już nie ma — rzekła głośno Bronka. Naturalnie, że rozumieli się 
doskonale, ale nie odchodził, czekał jeszcze. Bronka z udaną obojętnością 
zamknęła okno. Po tym wysiłku uczuła znów gwałtowne osłabienie i, 
trzymając się ścian, wróciła na tapczan. Ciekawa była, czy pies poszedł sobie, 
czy też jeszcze czeka z łbem wzniesionym i nadzieją. Oto najlepszy dowód, 
że nie należy brać na siebie żadnych zobowiązań i do niczego, i nikogo, nie 
przywiązywać się. Jest chora i troszczy się o obcego psa, podczas gdy o nią 
nikt się nie zatroszczy. Rozczuliła się nad sobą i zapłakała, otarła łzy i 
stwierdziła ze zdumieniem, ze mną naprawdę jest niedobrze. 
Teraz nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać. Czekać?... na co? na 
kogo?... Przy tej okazji uprzytomniła sobie, że jest zupełnie sama, że nikt nie 
przyjdzie, nikt nie zapyta i nikt nie pomoże. Od dawna już nie przychodziła 
nawet „kobieta do posług”. Nie można też sobie było wyobrazić, aby na 
przykład zajrzał ktoś z biura. A potem, te pytania!... Dlaczego pani nie 
wezwie lekarza? dlaczego nie ma gazu? telefonu? posługaczki? przyjaciół? 
Dlaczego to? dlaczego tamto? dlaczego? dlaczego? dlaczego? Bronka 
wzruszyła ramionami i odpowiedziała głośno czterem pustym ścianom. 
— Nie wiem. 
Zegar cyka uspokajająco. Dobre i to. 
Nie, dużo spraw ciemnych. Po co ta rozmowa o Tiessie, po co było o tym 
Ignacemu mówić. Straciła go. Była jak ten robociarz z zadłużoną i nędzną 
tygodniówką. Idzie do szynku i przepija ją. Bo nic innego z niej nie będzie, 
nie starczy na porządne życie i nie starczy na śmierć. Nie mogła się oprzeć 
chęci zranienia go, dlaczego? Miała jeszcze w sobie taką uczciwość inną, a 
nie miała już instynktu życia, a on miał ten instynkt. Po cóż ciągnąć go za 
sobą?... Po cichu, w sobie, miała do niego także głuche i rozliczne pretensje. 
O co? O wszystko. O całe złe życie, w którym tkwiła. O ludzi. O smutne ulice 
i straszne mieszkania. O bezrobocie, o całą tę truciznę, jaką wchłaniała w 
siebie w biurze. Miała właśnie podświadomą pretensję nie do kogo innego, 
tylko do niego, miała go na oczach, był przecież jednym z urządzających 
życie, brał w tym udział. Ocierał się o ludzi wszystko mogących. Rozprawiali 
o tym. Mówili. Pisali. O coś się strasznie żarli. Nauczali. Ale wszystko to 
było taką samą robotą jak lotne kolumny czystości Magdaleny Piędzickiej na 
peryferiach, gdzie nie było wody. Na gwałt, namiętnie rzucono się na 
uświadamianie i oświecanie mas, nie troszcząc się o to, że za oświatą idzie 
pragnienie nieuniknione, wyższego poziomu życia codziennego. Ale: 
„Oświata ludu dokona cudu” — i basta. Bronka miała przeraźliwie jasne 
widzenie tej rzeczy, tej konstrukcji wznoszonej w pustce. Nikt nie zdawał się 
myśleć o daniu ludziom podstaw i możliwości naturalnego, samodzielnego 
rozwoju, o opracowaniu tych ram, w których każdy obywatel będzie mógł żyć 
bez tych straszliwych zahamowań, jakie ciągle istniały w warstwie 
nieuprzywilejowanej. Nikt nie myślał o sprawiedliwej zasadzie równego 
startu. 
Nie mogła się oprzeć krzywym uśmiechom, patrząc na Ignacego. Tak, 
życie samo w sobie nosi zarodek rozkładu, ale ktoś, kto wierzy w życie 
niezniszczalne, niechże mu nada pewien sens. Czy Ignacy da się stłamsić 
przygodom między kiecuszkami dwóch kobiet, czy osiągnął pełnię w tym 
istnieniu między pożytecznym, uregulowanym, jasnym życiem Magdaleny a 
niedbałym i pustym Bronki?... Czy zlepi z tych kontrastów swoją prawdę, czy 
utonie w nich? Była na wskroś kobietą i podświadomie pragnęła, by jej 
samiec był męski nie tylko w pewnej, dość ograniczonej dziedzinie życia. Ta 
skomplikowana, wewnętrzna jej żądza nadawała ich stosunkom cechę 
podniecenia i bólu. 
Straciła go. Straciła go tak dosłownie, że gdy się spotkali, żadnemu z nich 
nie przychodziło do głowy machinalne, zdawkowe pozdrowienie. Patrzyli na 
siebie z daleka, Ignacy ze zdumieniem, że za tą nikłą kobietą mógł tak szaleć, 
Bronka z nieukrywaną ciekawością, jakby pytając: no i co dalej?... Jej głuche 
pretensje nie zdawały się wygasać... 
Nie przespana noc dala o sobie znać. Bronka zdrzemnęła się siedząc, a 
potem opadła lekko na posłanie, z zaciśniętymi kurczowo dłońmi, wzdragając 
się od katastrof przeżywanych we śnie. W tym stanie półświadomości 
zyskiwała śmieszną i poważną wiedzę o człowieku, o sobie, o swoim ciele 
bezsilnym. Odtrąciła wszystkie ręce, a teraz pragnęła trzymać czyjąś rękę w 
swej dłoni. W bólu wyciągała szyję, dysząc, wyciągała szyję z rezygnacją i 
poddaniem pod ogromny nóż losu, tak jakby ta rezygnacja miała oszczędzić 
jej cierpień. Niech się już stanie, niech się już stanie! I, nie, nie, nie, 
poddawała się i jęczała, walczyła tylko samym faktem, że jest jeszcze, że 
trwa. 
O jakiejś porze znów ocknienie. Podwórze, przyległe domy, trawniki i 
jabłoń leżą teraz w jakimś wielkim oddaleniu, w głębi, w otchłani. Skądże się 
wziął ów dystans niezwykły? Nieruchome obłoki stoją na niebie, na wprost 
okna, niczym dekoracja teatralna, zanim powoli, powoli nie zagarnął ich 
mrok. Wtedy z kolei zapaliły się gwiazdy, zawisł sierp księżyca... Zegar 
umilkł nie nakręcony. Trzeba się przygotować do jeszcze jednej niespokojnej 
nocy. 
— Ale właśnie zapukano. — To ze składu aptecznego rzekł kobiecy głos za 
drzwiami. — Pani zamówiła wczoraj krople i nie wzięła. — Bronka otworzyła 
drzwi, panna Aniela weszła i bez pauzy ciągnęła dalej . — Zaraz sobie 
pomyślałam, że pani coś musiało przeszkodzić, i jak tylko zamknęłam skład, 
wyrwałam się i jestem. — Przyjrzała się swej klientce i rzekła. — To serce. 
Dawno poznałam to po pani niskim głosie. 
Oświadczyła, że może zostać i zrobić, co potrzeba. Zamyśliła się. 
— Muszę iść chyba do domu po maszynkę. 
Bronka prosiła o ogień. 
— Ależ to będzie dłużej trwać! 
Ale Bronka nieomal z płaczem upierała się przy ogniu. Panna Aniela 
zrozumiała i zgodziła się. No, już dobrze, dobrze, zapalimy ogień. 
— Gaz — rzekła Bronka — przypomina odgrzewane obiady i samotność. A 
także zapach gazu w kuchni mówi o zawiedzionej miłości i śmierci. Uczepiła 
się tego tematu, ognia, płomienia, trzaskającego drzewa, iskier, zapachu. 
Panna Aniela przyjrzała jej się podejrzliwie. 
— Niech się pani kładzie i leży spokojnie. Zaraz będzie herbata. 
Ułożona na łóżku w kuchni, Bronka nie przestawała mówić. 
— Zmywanie już nie wchodzi w zakres miłosiernego pani uczynku — 
rzekła. 
Panna Aniela odpowiedziała wyniośle. 
— Niech chora będzie cicho! 
Wybuchnęły śmiechem, aż łzy i niepokojące drgnienia przebiegły przez 
twarz Bronki. Panna Aniela odwróciła się dyskretnie do płyty, a potem 
szepnęła. 
— Niech pani tylko rzeknie słówko, a dam mu znać. 
— Komu? 
— Temu facetowi, który nieraz panią odwoził. 
Bronka potrząsnęła głową. 
— Nie? A ten drugi, taki przystojny, wysoki? Nie? A to dopiero! Dawniej 
to kilka razy dziennie przemierzał tę drogę do pani. Ale jak potrzeba, to ich 
nigdy nie ma. 
Bronka przymknęła oczy. Panna Aniela zapytała. 
— Zaśnie pani? Niech pani się niczym nie przejmuje. Ja wpadnę na chwilę 
do domu i zaraz wrócę. 
Ale gdy wróciła po godzinie z bułkami, wędliną i pomarańczami, zastała 
drzwi zamknięte. Chora poczuła się widać lepiej i wyszła. A szkoda. Panna 
Aniela zawiodła się, chciała przecież opowiedzieć też o sobie. I niepotrzebnie 
rozpalało się ogień. 
XXXII 
— Tędy pani nie przejdzie — rzekł policjant — cofnąć się, cofnąć! odstąpić! 
— Od rana ludzie z dołu, z Czerniakowa, Siekierek, dolnego Mokotowa 
gromadzili się na rogach ulic w pobliżu Belwederu i to w końcu zmusiło 
policję do zamknięcia przejścia. Bronka bezradnie upierała się. 
— Ależ ja muszę przedostać się do biura. 
— Nic pani nie musi. Niech pani odejdzie stąd i już! 
Odepchnięto ją, ale natychmiast wróciła na dawne miejsce, z trudem 
opanowując wzburzenie. 
— Niech pan mi powie, co za sens zamykać tę ulicę? 
Patrzyła przez ramię policjanta w pustą, uroczą o tej porze przestrzeń Alei 
Ujazdowskich, w wysoki szpaler kwitnących kasztanów. 
— Nie będę o tym z panią dyskutować, bo nie ja wydaję rozkazy. Gdybym 
wydawał rozkazy, moglibyśmy się spierać, czy jest sens, czy nie ma. 
Ktoś rzekł głośno. 
— Mają pietra, nie wie pani? 
Młodzieniec stający naprzeciw Bronki, jednak już po drugiej stronie 
kordonu, w cyklistówce głęboko nasuniętej na oczy, z rękami w kieszeniach 
marynarki zapiętej na agrafkę, mrugnął do niej porozumiewawczo. 
— Puść pan tę panią — rzekł do policjanta. — Co jest? 
Policjant odwrócił się i natarł na tłum, który czuł ciągle za plecami. 
— Rozejść się, powiedziałem! odstąpić! 
Młodzieniec w marynarce perorował. 
— Co u Boga Ojca, stać nie wolno? Kobiet się już boją, czy co. Puść pan 
tę panią, mówię! — Nie wyjmując rąk z kieszeni udał zgrabnie, że go pchnięto, 
i wpadł na policjanta. 
Bronka błyskawicznie przemknęła koło niego. Rozległ się ostry gwizd 
świstawki policyjnej. Ale młodzieniec w marynarce rzucił się w bok i ulotnił 
jak kamfora, a Bronkę wchłonął tłum. Teraz jednak policja energicznie 
zabrała się do dzieła i mały odcinek ulicy został oczyszczony. 
Biegła prawie, nie oglądając się za siebie, ale potem zwolniła kroku. 
Cisza, wózki z oszołomionymi powietrzem niemowlętami suną bezszelestnie. 
Jest zupełnie spokojnie, tylko wewnątrz głucha myśl o Ignacym, żywe 
poczucie jego obecności od rana. Nagle z zabudowań wojskowych wysunął 
się oddział żołnierzy i Bronka znów przyśpieszyła kroku. Ożywiony ruch na 
placu Trzech Krzyży, grupy ludzi na rogach. 
— Panie, co to się stało? 
— Nie wiem. Ludzie stoją i nie wiedzą sami po co? Już czuć nastrój 
podniecenia w tej niepewności. 
Przed bramą biura, jak nigdy, dozorczyni z synem, woźni, przechodnie. 
Na górze cisza. Nawet petentki z listami polecającymi zawiodły, a woźna 
chodzi od okna do okna, wyglądając. 
— Proszę pani, coś się szykuje!... 
Bronka otworzyła biurko, wyjęła papiery, spróbowała coś robić... Ale 
wreszcie, zdecydowana, wrzuciła je z powrotem do wnętrza szuflady. 
— Ja na chwilę wyjdę!... 
Błądziła po mieście, ulicami, chwytając strzępy rozmów. 
— Wojsko idzie na Warszawę... 
— Jakie?... 
Policja następowała ludziom na pięty, rozbijając większe gromadki, gęste 
patrole krążyły po mieście. Samochody ciężarowe, naładowane żołnierzami, z 
hukiem przemknęły przez jezdnię. Nagle sformował się pochód i okrzyki jak 
race wystrzeliły w powietrze. W głębi Nowego Światu zakotłowało się. 
„Jakaś manifestacja” — pomyślała Bronka i zawróciła do biura. Przez godzinę 
próbowała pracować i podczas gdy przepisywała jakiś list, czuła w sobie 
wielkie natężenie myśli i uczuć w jakimś zupełnie innym kierunku. Telefon 
milczał. Nawet woźna ulotniła się bez uprzedzenia. W pewnej chwili 
zniecierpliwione ręce znów rzuciły papiery do szuflady, biuro zostało 
zamknięte. 
Na mieście już było wiadomo, co zaszło. Ulotki krążyły z rąk do rąk. 
— Marszałek idzie na Warszawę! Marszałek stoi w Grochowie! 
— Nie, na Pradze! 
Bronka rzuciła się w stronę Zjazdu. Przepychając się w gęstym tłumie, 
utykając, nasłuchując, myślała. „Ignacy, Ignacy!...” Wśród tłumu widziało się 
mężczyzn w dawnych mundurach legionowych, bez odznak, pochody 
młodzieży akademickiej, energicznie rozpraszane, formowały się od nowa. 
Jakiś człek, stojąc na skraju chodnika, mówił urągliwie. 
— Póki był potrzebny, to był dobry, bo się bali. A teraz mu wszystko 
odjęli, życie mu zatruli... Co za naród taki!... 
Ktoś rzekł: 
— A bo i prawda, co za naród! W innych krajach, choćby i w takich 
Czechach, choćby i ten Masaryk, to go wynoszą pod niebo i jest 
niedotykalny. A u nas, to aby ugryźć, aby dźgnąć, aby powalić... 
— Naród? — dziwił się jegomość o zamyślonych oczach — czy naród ma tu 
co do gadania?... Halte pysk i basta. To wcale nie naród, to oni gadają za 
naród, ci, ci... 
Bronka wpadła do pierwszego z brzegu sklepu i bez słowa schwyciła tubę 
telefonu. Za chwilę może być za późno! za późno! Żeby tylko zastała go w 
domu!... Chwila, kiedy stała wśród worków i pak sklepu kolonialnego, z 
słuchawką w dłoni, z oczyma utkwionymi bezmyślnie w etykiety na butelkach 
win, wśród dźwięku pieniędzy, zamówień kupujących i gwaru napływającego 
z ulicy, wydała jej się wiekiem. Usłyszała niecierpliwy głos. 
— Halo! — i rzekła bez tchu. 
— Ignasiu, chcę się z tobą widzieć, zaraz, tylko na chwilę! 
Po tamtej stronie odpowiedziano prędko. 
— Mam bardzo mało czasu! gdzie jesteś? 
— Na Krakowskim. 
Chwila milczenia, a potem: 
— Słuchaj, jak tam jest? czy puszczają na Pragę? 
Straciła głowę i odpowiedziała: 
— Nie! tak! ja nie wiem!... 
Wtedy rzucił adres narożnej cukierenki na Zjeździe. 
— Idź tam i czekaj! Czekaj, aż przyjdę!... 
Już zapadał lekki zmierzch. Tramwaje stanęły. Tłum gęstniał tak, że 
trudno było przejść chodnikiem. Mała weranda cukierni, wypełniona po 
brzegi, wrzała od głosów. Przyległa salka, pusta, rozbrzmiewała dźwiękami 
radia. Aż tu dobiegał zmieszany gwar głosów. Na werandzie ktoś informował 
głośno. 
— Wojska rządowe obsadziły most od strony Warszawy. Nie można już 
dostać się na Pragę. 
Glos niewieści, cienki i skłopotany, zapytał: 
— Co to będzie, mój Boże? jak ja się dostanę na kolejkę? 
— Kolejki stoją! 
— Skąd pan wie? 
— Skąd wiem? a stąd, że jestem kolejarzem... — Niski, krępy człowiek, z 
czapką zsuniętą z czoła, klasnął w ręce i półgłosem obwieścił: — Jak trzeba 
będzie, to wszystko zatrzymamy i szlus!... 
Bronka siedziała nieruchomo przy stoliku nad nie dopitą kawą, aż 
granatowy zmierzch stanął w otwartych drzwiach. Od ażurowej kraty 
werandy snuł się cichutki i wstydliwy szept małej sprzedawczyni. 
— Fiołki świeże, pachnące, fiołki... niech pani kupi, niech pan kupi, proszę 
pana! 
Radio zawodziło. 
Kwitną bzy w naszej dawnej alei. 
Księżyc wszedł. 
To wszystko było jakieś nierzeczywiste, nierealne zupełnie. 
Bronka ujrzała Ignacego we drzwiach. 
— Chciałam cię tylko zobaczyć, zobaczyć. 
Trudno im było mówić. Panienka w białym fartuchu przyniosła filiżankę 
czarnej kawy. Ignacy mruknął. 
— Zaraz zapłacę, proszę pani. 
Radio wyrzucało z siebie błagalne, krótkie okrzyki, nikłe słowa na tle 
szumnego akompaniamentu muzyki. Ignacy spojrzał na Bronkę, jak 
zmizerniała! Wyciągnęła ramię szybkim ruchem i położyła skurczoną dłoń na 
stole. Pokrył ją swoją dłonią. 
— Ignasiu — szepnęła — Ignasiu, Ignasiu! 
Oczy miała pełne łez. Mruknął: 
— No dobrze już, dobrze. Wszystko będzie dobrze. 
Wstał. 
— Musimy to wszystko ułożyć, słyszysz? Tak nie wolno żyć. 
I wydało się, iż ten tłum za balustradą, okrzyki, strzępy rozmów i oni sami 
mają w sobie jeden wspólny wyraz, pragnienie oczyszczenia, tęsknotę do 
doskonałości... 
Nagły gwałtowny huk wstrząsnął powietrzem. Znaleźli się na ulicy, wśród 
pierzchającego tłumu, i natychmiast stracili się z oczu. Gesty suchy trzask 
strzałów niósł się z dołu. Bronka, odrzucona w Miodową, stanęła za załomem 
muru. Popłoch trwał chwilę, po czym ludzie pchani ciekawością, gorączką, 
chęcią uczestniczenia w tym, co się stawało, znów napełnili ulicę. Dał się 
słyszeć sygnał karetki pogotowia. Wśród ciągłego przepychania się policji, 
straży, strzelców, podawano sobie z ust do ust ostatnie wiadomości. 
— Biją się na Powiślu! 
— Na Zjeździe! 
— Są już w mieście! 
Ostry grzechot karabinów maszynowych niósł się coraz bliżej. Tłum 
ocierał się o bojowe szeregi żołnierskie, wycofujące się w Senatorską. 
Wyrostki, kobiety, dzieci, robociarze, stateczni mężczyźni plątali się tuż pod 
samą linią obstrzału, przedzierali się chyłkiem, forsowali zaułki, aby dostać 
się na plac. 
— Marszałek jest w komendzie miasta! — rzekł ktoś ogromnym głosem. 
Tłum rzucił się w tamtą stronę. Oddział policji znów zamknął ulicę. 
Na rogu Miodowej, w ciżbie, Bronka usłyszała znajomy głos. 
— Panie rejencie, nie widział pan gdzie mojego męża, mojego męża, 
Romana?... 
Bronka spojrzała w tamtym kierunku i krzyknęła co sił: 
— Kwiryna! 
— Bronka! 
Objęły się drżącymi ramionami i uścisnęły. Rejent, stojąc pod murem, co 
chwila umacniając binokle, z podziwem rozglądał się naokoło siebie. 
— Romana? jakiego Romana? nie! — Po czym powtarzał. — Co za 
nadzwyczajna, niefrasobliwa pogarda dla niebezpieczeństwa. Ci ludzie 
przecież łażą pod kulami. 
— A pan?... 
Kwiryna wróciła do swego. 
— Wyszedł rano i przepadł. Wyszedł zamówić towar. Co się z nim mogło 
stać? Chodzę po szpitalach, po ulicy... — Nagle z akcentem rozpaczy zwróciła 
się do Bronki. — Chodź ze mną na miłość boską, będziemy czekać w domu. Ja 
sama nie mogę wysiedzieć. 
Idąc ogromnymi krokami naprzód, ku zdziwieniu Bronki monologowała 
głośno: 
— Żeby im się tylko udało, niech się to raz skończy, bo już wytrzymać nie 
można. We własnym domu człowiek nie ma spokoju, może wreszcie coś się 
zmieni, czy jak. Może wreszcie nastąpi jakiś ład, tak dalej być nie może!... 
I Bronka, drepcąc obok, miała to samo poczucie jakiegoś innego, 
lepszego życia, jakiejś ulgi. 
TOM DRUGI 
I 
— Nie zatrzymuj Cechny — rzekła pani Raczyńska do Amelki — bo może 
ona ma jakieś swoje plany?... 
Amelka spojrzała na matkę zdziwiona. 
— Co mama ma na myśli? 
Pani Raczyńska znacząco zakłopotała się i zmieniła temat rozmowy. 
Albowiem w głowie jej się pomieścić nie mogło, aby Cechna, jako matka, i 
siebie, i dziecko skazywała na najgorszy los, musi mieć jakieś tajemnicze 
powody, dla których wyprowadza się od Amelki, tak mało zarabiając. 
— Ach, mamo! — machnęła ręką Amelka. — Mama ciągle ma jakieś widoki 
i coś w odwodzie... — Ale nie protestowała i nie zatrzymywała siostry, a nawet 
w kuchni przy Katarzynie powiedziała głośno, że nareszcie w domu zapanuje 
jaki taki spokój i ład. — Wszędzie ta pościel porozkładana, wiecznie stół 
nakryty!... — Amelka znów chodziła rozdrażniona, w dokuczliwym i 
zrzędzącym nastroju. Mówiła.. — Ten Filip jest idealny, że to wszystko 
znosi!... — I nalegała na matkę. — Kiedy wreszcie Hela i Felcia zaczną 
pracować? — Pani Raczyńska nie spodziewała się takiego braku serca u 
Amelci, ale Cechna energicznie poparła siostrę i nawet — o dziwo, ledwo 
sama dostała posadę, zaczęła się kręcić za pracą dla sióstr. I rzeczywiście 
wystarała się — i znów przez Bronkę. 
Pani Raczyńska, gdy się o tym dowiedziała, aż otworzyła usta. 
— Co ta Bronka taka się zrobiła ważna? — Okazało się, że Felcia została 
skierowana przez Bronkę w kilka miejsc, a gdy tam nic nie udało się zrobić, 
posłano ją do pewnego pana, który obdarzył Felcię listem polecającym. Ten 
pan to był nie kto inny, tylko dawny Ignaś Piędzicki. Felcia nie mogła go 
pamiętać, bo w tym czasie, gdy zaglądał na Nowolipki, była malutkim 
dzieckiem, ale gdy tylko wymówiła nazwisko swego dobroczyńcy, trzy głosy 
kobiece krzyknęły jak na komendę. — Ach! i umilkły. Pani Raczyńska 
zatonęła w wspomnieniach i rozgrzana wydobyła z pamięci ów dzień. 
— Kiedy to aptekarz oświadczył się o Amelkę, pamiętasz, Amelciu, tego 
dnia właśnie robiłyśmy porządki w domu? Trzepałam meble w ogródku 
Mossakowskich, a tu zjawia się jakiś oficer w mundurze, wcale go nie 
poznałam... — I pani Raczyńska opowiedziała całą tę romantyczną historię, 
ukrywając oczywiście swą rolę informatorską, bo chociaż to, co powiedziała 
wówczas o Bronce, było prawdą, ale teraz nie należy o tym wspominać. 
— Co komu przeznaczone, to go nie minie! — rzekła uroczyście. — 
Zobaczycie, oni się w końcu pobiorą! 
— Nie, mamo — odpowiedziała Cechna — nie pobiorą się, bo Piędzicki jest 
żonaty. 
— Taak? — Amelia rozgniewała się nagle. — Mama przeżyła tyle lat w 
najgorszych warunkach, a ciągle się mamie zdaje, że w życiu to jak w bajce... 
Mogłabym coś o tym powiedzieć!... 
Pani Raczyńska wpatrzyła się uważnie w wzburzoną twarz córki i rzekła 
ostrzegawczo. 
— Ej, Amelciu, ej! nie kuś losu, bo cię Pan Bóg ukarze!... Jak komu za 
dobrze, to mu zaraz rogi rosną. 
Jednak naprawdę, rzeczywistość jest gorsza niż najgorsze przypuszczenia, 
nie mówiąc już o marzeniach, powiedziała sobie pani Raczyńska zaraz na 
drugi dzień po tej rozmowie. Poszła obejrzeć nowe mieszkanie Cechny i aż 
ręce załamała. Teraz zrozumiała jasno, że Cechna naprawdę chce żyć sama z 
Zuzanną, że nie ma nikogo innego w odwodzie, ale do czego to ją 
doprowadzi? Zmarnuje dziecko! Takie dziecko, które ma pańskie nawyki i 
przyzwyczajenia, jest dumne, żąda wszystkiego, co najlepsze, i które przez to 
tak się babce podobało jak żadne z jej rodzonych dzieci. 
Pokój — bo to był tylko jeden pokój z płytą kuchenną — znajdował się na 
drugim i ostatnim piętrze domu mieszkalnego przy jakiejś nieczynnej fabryce, 
na krańcu przedmieścia. Zlew i wodociąg w sionce, ubikacja na dziedzińcu. 
Jedyne okno, bez słońca, wychodzi na ulicę przerzniętą węzłową linią szyn 
tramwajowych, wybrukowaną kocimi łbami. Straszny hałas, straszny huk, 
stare sprzęty Kwiryny, poustawiane byle jak, drżą i szczękają od ciągłych 
wstrząsów. Pani Raczyńska spróbowała perswazji. 
— Czy Zuzanna nie mogłaby zostać u Amelki, póki ty się jakoś inaczej nie 
urządzisz? 
— Ja już się urządziłam — odpowiedziała Cechna i głęboko obraziła matkę 
mówiąc bez ogródek, że bieda i niewygoda będą w skutkach mniej złe dla 
Zuzanny niż powrót do ojca czy pobyt w domu Amelki. Pani Raczyńska, z 
purpurowymi plackami na policzkach, zapytała. 
— Dlaczegóż to? — Cechna odpowiedziała sucho. — Nie będę mamie tego 
tłumaczyć, bo się nie zrozumiemy. 
Tak, na Cechnie znów trzeba położyć krzyż, po raz drugi i ostatni. Pani 
Raczyńska zajęła się wyprawianiem Felci na posadę. To ją pocieszyło, 
pocieszający widok: dwie walizy, nowe i przyzwoite, z sukniami i bielizną, 
worek z szarego płótna z pościelą i neseser z drobiazgami. Zupełnie coś 
innego niż ongiś wyjazd Cechny na posadę. Amelka przyszła pomagać matce, 
ale zamiast także się ucieszyć, rzekła z podziwem i złością. 
— Ależ mama umie się zakręcić koło interesu! Wyobrażam sobie, ile to 
kosztowało!... — Boć ostatecznie wszystko to szło z jednego źródła — od 
aptekarza. 
Amelka pozostała sama. W pięknym szlafroku przesiadywała w swoim 
ulubionym kącie w bawialni i trzeba przyznać, że gdziekolwiek usadowiła się 
na dłużej, zaraz tworzyła koło siebie przyjemne tło, nastrój zadomowienia i 
ciepła. Rozwarta książka, wazon z kwiatami, patera pełna owoców lub 
orzeszków, ciepły i miękki szal na poręczy fotela, tak ją zastawali domownicy 
przychodzący ze dworu, z kuchni, z apteki. tak oczekiwała. Sama sobie nie 
zdawała sprawy z tego, że oczekuje, nagle tylko odczuwała niespokojne 
poruszenie serca i pytała. „Na co ja tak czekam?” Nasłuchiwała kroków na 
schodach. Ale teraz, gdy była samotna, gdy nikt się nie kręcił po pokoju, nic 
także nie układało się według jej tajemnych myśli. Prowizor ani zajrzał. Od 
matki można się było dowiedzieć, że Filip zatrzymał go po dyżurze, że sobie 
siedzą i gadają. Naturalnie, Filip! 
Amelka zasłabła. Mogła teraz łatwo doprowadzać się do takiego stanu, że 
ręce i nogi lodowaciały, a serce zamierało, i już sama nie wiedziała, czy jest 
naprawdę tak chora, czy udaje? Pani Raczyńska pobiegła na dół, do apteki. 
Zjawił się prowizor w białym kitlu, ze szprycą w pogotowiu, i w milczeniu 
wykonał zabieg. Ale potem odwrócił się do pani Raczyńskiej i rzekł: 
— Niech nas pani zostawi samych. — Powiedział to tak poważnie i 
stanowczo, że pani Raczyńska natychmiast opuściła pokój. Prowizor zamknął 
za nią drzwi, usiadł na brzegu łóżka, spojrzał na chorą i mruknął surowo: 
— Co pani wyrabia! Żeby kobieta w pani wieku nie umiała się jakoś 
urządzić! 
Amelka szepnęła: 
— O czym pan mówi? 
— Pani wie, o czym ja mówię, niechże pani choć przede mną nie udaje, bo 
to zupełnie niepotrzebne. Wzrosła pani w sferze gorszej niż ciemne 
chłopstwo na wsi, chłop przynajmniej ma nie stępiony instynkt. Pani matka — 
prowizor machnął ręką — dość na nią spojrzeć! Pani mąż to mętny nudziarz, 
unikat wśród farmaceutów, którzy na ogół są klasą najbardziej postępową... — 
Amelia uczuła męską dłoń na swoich plecach, leżała bowiem odwrócona i 
słuchała. — U was mówiło się tylko o grzechu, cnocie i karze. Nic o ciele. 
Wyszła pani za mąż z biedy. Dla matki, dla sióstr. No i dla siebie... Założę 
się, że niemałą rolę odegrały w tym te właśnie koroneczki okrywające pani 
plecy... Ale nie opłaciły się, co? 
Ach, to był szatan, szatan! Amelka, przywykła do skrywania uczuć, do 
zasypywania swych burz, wstrętów i pragnień grzecznymi słowy, modlitwą, a 
wreszcie chorobą, przeraziła się tej szczerości. Ogarnął ją lęk przed tym 
człowiekiem, a potem rozczarowanie. nie współczuł jej, myślał o niej w ten 
okropny sposób, że się sprzedała „za koroneczki”. Dwie łzy spłynęły po jej 
policzkach. Nienawidziła w tej chwili prowizora z całego serca. Nagle 
usłyszała. 
— Jest pani także pewnego rodzaju ofiarą ustroju społecznego — i zdawało 
jej się, że to aptekarz mówi. Wszyscy oni jednakowi! wszyscy jednakowi! 
— Niech pani posłucha, pani Amelio. Czy pani wie, co zastrzyknąłem? 
Wcale nie kamforę, a po prostu arszenik, niewinny środek. A pani zaraz się 
czuje lepiej, prawda? Niech pani skończy z tymi sugestiami, z tymi atakami, 
bo więcej tu nie przyjdę. Ma pani najzupełniejsze prawo nie odmawiać sobie 
innych przyjemności życia. Jeszcze rok, dwa — i po wszystkim. Niech pani 
sobie weźmie kochanka. 
Właśnie kiedy oczekiwał okrzyku obrazy i gniewu, Amelka usiadła na 
łóżku i rzekła drwiąco. 
— Jaki pan mądry! To wcale nie jest tak łatwe, jak się panu zdaje! — 
Zaskoczyła go tak bardzo, aż na jego ciemnej, szorstkiej twarzy odmalowało 
się zdumienie. 
— Nie jestem mężczyzną — mówiła Amelka spokojnie — nie mogę wyjść na 
ulicę i skinąć ręką. Tak, tak, jestem wychowana w ciemnych przesądach, 
chciałoby się przy tym wszystkim trochę uczucia!... — Nagle opuścił ją 
spokój, podniosła głos z gniewem, z wzgardą. — Chciałoby się żyć bardziej po 
ludzku... 
— Widzę, że cała burza skrupi się na mnie. 
Odwróciła się i machnęła ręką. 
— Mówię to tylko dlatego, żeby mi pan tak ciągle nie imponował. Nie 
trzeba. Niech się pan wynosi! 
Gdy wyszedł, nastawiła radio. Nie dało się zaraz schwytać czystej melodii 
i zgrzyt, pisk, huk i jęk gdzieś wypowiadanych w świecie słów wzburzył ją 
niespodziewanie. „Jeszcze rok, dwa — i po wszystkim”. To prawda. Jej piękne 
ręce żółkną, policzki obwisają, koło oczu snuje się cieniutka sieć zmarszczek. 
To prawda, niczego już nie zazna prócz mdłej, starczej czułości męża, prócz 
jego dotknięć, od których serce nie bije, a zastyga jakimś 
niewypowiedzianym znużeniem... Nagle, manipulując przy skrzynce, natrafiła 
na jakiś punkt w świecie, gdzie po prostu grano, grano coś błogiego i 
rozmarzającego. Ciało... Nie, to nie wszystko, oddała się przecież temu 
pierwszemu i w jego ramionach przeżyła pierwszy dreszcz i pierwsze 
zaspokojenie. Ale ciągle i ciągle czuje w sobie jakiś brak dojmujący, tak 
samo jakby pieśni, której słucha, odjęto ów ton głęboki i niski, nadający jej 
ten akcent pełny, urok napędzający łzy do oczu, ściskający serce spazmem 
tęsknoty, ciało wielkim westchnieniem. Odjęto jej to, co każdy człowiek musi 
mieć, aby żyć, obrabowano ją z miłości! Cień doznań przemknął koło niej 
wraz z Andrzejem, przy Andrzeju czuła się inaczej: pięknie, dobrze i młodo, 
ujrzała świat i życie w innym oświetleniu. O, te fiołki na ulicy, drzewa w 
ogródku przykościelnym, błysk słońca, zapachy, barwy!... Poznała, co to jest 
zatonąć spojrzeniem w czyichś oczach, wisieć spojrzeniem u czyichś warg, 
wzdychać jednym westchnieniem do nieosiągalnego raju miłości. Łzy nagle 
przebiegły jej policzki, otarła je prędko. Ach, ta piekielna skrzynka, to radio, 
przy którym aptekarz zasypiał lub zapadał w błogostan z uśmieszkiem na 
twarzy, a jego oczy mętniały od przyjemności, jakiej doznawał. Jakże to być 
może, że to, co ją napełniało wzburzeniem, usypiało jej męża? Nie słyszał 
tych krzyków, wołania świata, namiętnego, gwałtownego bełkotu, 
wszystkiego, co ją poruszało do głębi, do dna. 
Drzwi wejściowe szczęknęły. To Filip. Natychmiast w głębi korytarzyka 
dało się słyszeć dreptanie pani Raczyńskiej. Amelka prędko chwyciła książkę. 
— Co to Filip tak wcześnie wrócił? Przecież Filip ma dyżur, a kolacja 
jeszcze nie gotowa. — Aptekarz wszedł do stołowego i skierował się wprost 
do bufetu, do syfonu z wodą. 
— Zirytowałem się, że nie daj Boże! Ależ to jest po prostu bolszewik! 
— Kto? 
— Prowizor. 
Amelia wstała i przeszła do jadalni. Aptekarzowi trzęsły się ze złości ręce 
i woda z syfonu pociekła na lśniący blat kredensu. Pani Raczyńska schwyciła 
za ściereczkę. 
— Co Filip mówi! A ja go miałam za takiego porządnego człowieka! 
— Wygadał się! — rzekł aptekarz. — Ja trochę podejrzewałem, że on coś w 
sobie kryje, aż wygadał się! 
Posprzeczali się z prowizorem o napis nad drzwiami do laboratorium. 
Omnia cum Deo, nihil sine Eo8. O napis i obrazek. Prowizor rzekł. 
— Tu przecież nie kapliczka, ale apteka. Po takie leki pacjenci mogą iść 
naprzeciw, do kościoła... 
— Od słowa do sława, okazało się, że to ateista9, diabli go wiedzą, może 
mason? Dziękuję, mieć takiego na karku, w aptece! — rzekł aptekarz — 
przecież ja się boję do niego ust otworzyć! 
— To go oddal — rzekła niespodziewanie Amelka. Przecież ślubu z nim nie 
brałeś. On do nas nie pasuje jakoś... — Serce jej zabiło, bo w tej chwili 
dopiero uświadomiła sobie, że prowizor pomógł jej w czymś, w jakimś 
poznaniu samej siebie. Jest szorstki, nie można spodziewać się od niego 
miłych rzeczy, ale przynajmniej nie kręci, nie fałszuje i nie zawraca jej 
głowy. Już pożałowała swoich słów, ale właśnie aptekarz odpowiedział. — Co 
ty mówisz! Oddalać takiego znakomitego pracownika! Ja sam nie wiem... bo 
z jednej strony mam dla niego szacunek... z drugiej... 
Amelka uśmiechnęła się wzgardliwie i rzekła. 
— No, to go sobie trzymaj, tylko niech się nie fatyguje z tymi zastrzykami. 
Po co wy taki gwałt robicie koło mnie, czy ja was o to proszę?! 
Ale tego samego dnia prowizor, wychodząc z apteki, wstąpił na górę i 
zupełnie zwyczajnie, przy pani Raczyńskiej, powiedział: 
— Co pani robi dziś wieczorem? Pójdziemy do kina? 
To było w nim też godne podziwu, że nic nie robił chyłkiem, że wszystko 
stawało się tak proste. Nawet pani Raczyńska nie miała żadnych podejrzeń. 
— Idź, Amelciu, rozerwij się trochę, a nie tak ciągle z łóżka na kanapę, z 
kanapy na łóżko. 
W kinie siedzieli obok siebie w milczeniu, nie dotykając się nawet 
rąbkiem ubrań. Pomimo że nie rozmawiali, Amelia nie bardzo wiedziała, co 
się dzieje na ekranie. Przy wyjściu prowizor ujął ją pod rękę. 
— Zapraszam panią na herbatę do siebie. 
— Dobrze! — rzekła Amelka — ale musi mi pan obiecać... 
Puścił jej ramię i rzekł: 
— To śmieszne. Niech pani da spokój. Jesteśmy ludźmi dorosłymi. 
Może to i lepiej iść tak w milczeniu, nie udawać wreszcie, nie grać 
komedii zaskoczenia i wzdragania się. Amelka podniosła głowę. Może to i 
uczciwiej... Szli przez jakąś ulicę, wspięli się na schody, weszli do obcego 
mieszkania. Okno w tym pokoju było zasłonięte, Amelka stanęła w półmroku 
przy drzwiach. Czuła w sobie śmiertelne zimno i pragnienie, zdawało jej się, 
że porzuca w tej chwili na zawsze tamto życie, nie będzie już nigdy aptekarza 
ani szaf z ubraniem, ani domu, wszystkich tych spraw i rzeczy, o których 
utrzymanie tak drżała. Jest tylko dwoje ludzi, poszukujących się w ciemności 
— oto ręce spotkały drugie ręce — podtrzymujących się, wspartych o siebie w 
głuchym milczeniu, obcych a zrozumiałych sobie. 
II 
Zuzanna przyszła do nowego mieszkania po raz pierwszy prosto ze 
szkoły, w pięknym mundurku uczennicy. 
— Czy mamy tu mieszkać? — zapytała ze zdumieniem. Ogarnęła oczyma 
małe wnętrze o bielonych ścianach, stare meble Kwiryny, które Roman 
miłosiernie odnowił jakimś błyszczącym płynem poleconym mu przez panny 
Ziemskie jako uniwersalny środek, pakę do węgla, przykrytą deskami, służącą 
także za umywalkę, lampkę u sufitu, z blaszaną umbrelką10. Nie zapytała o 
nic więcej, ale sposób, w jaki usiadła na zasłanym już łóżku, twarzą do okna, 
nie patrząc na matkę, powiedział Cechnie jasno, że Zuzanna nie aprobuje 
tego wszystkiego i że zacznie uprawiać taką właśnie milczącą manifestację wobec wysiłków matki. Te wysiłki były przecież dla niej niezrozumiałe, 
będzie się czuć pokrzywdzona. Cechna, krzątając się, ni stąd, ni zowąd 
zaczęła opowiadać o pewnej kanapie, nadzwyczajną historię o kanapie, która 
zaważyła na losach pewnej dziewczyny. 
— Podobna do tej, jaka stoi u babci, wiesz? Gdy kanapa była nowa, stała w 
najlepszym pokoju, w najlepszym miejscu i nie siadano na niej, aby nie 
zniszczyć pluszowego pokrycia. Gdy któreś z dzieci zajrzało tylko do tego 
pokoju, matka biegła aż z kuchni, żeby zapowiedzieć: „Nie wolno dotykać 
kanapy!” Okurzano ją co dzień i trzepano co tydzień. A gdy wypadła 
przeprowadzka, przede wszystkim szukano w nowym mieszkaniu miejsca dla 
kanapy. Ojciec rodziny umarł i trzeba było wziąć mniejsze mieszkanie, ale co 
będzie z kanapą? Rodzina pozostała w dawnym mieszkaniu, kanapa na swoim 
miejscu, a pani domu często twierdziła, że inaczej być nie może, bo co zrobić 
z pluszowymi rodzinnymi meblami? Krzywym okiem patrzyła, gdy goście 
kręcili się siedząc na kanapie, ponieważ kręcąc się wycierali plusz więcej, niż 
gdyby siedzieli spokojnie. Głośno ubolewała. „Co pani taka nerwowa?!” 
Goście zaklinali się, że wcale nie są nerwowi i czują się dobrze ze zdrowiem, 
ale to nic nie pomagało, raz na zawsze zastali ocenieni jako ludzie 
niespokojni i nerwowi, wszystko z powodu kanapy. 
Zuzanna śmiała się, rozbawiona. 
Wodziła oczami za krzątającą się, ożywioną, gestykulującą matką. 
— Co do mnie — stwierdziła Cechna to postanowiłam nie przywiązywać 
wagi do tych rzeczy. Człowiek musi być wolny. Pomieszkamy tu trochę, a jak 
nam będzie źle, to wyprowadzimy się gdzie indziej. A jak nam stanie na 
drodze, jakaś kanapa, to sprzedamy ją i basta. 
Zuzanna wyprostowała się. Tak, przecież to śmieszne, żeby człowiek 
krępował się kanapą. Oznajmiła. 
— Mnie jest też wszystko jedno! — Zawahała się i rzekła z pewną goryczą. 
— Najwyżej nie będę mogła zaprosić do siebie koleżanek. 
Matka odpowiedziała żywo. 
— Naturalnie, jeśli to są dziewczynki, które odwiedzać cię zechcą dla 
mieszkania czy mebli, ale nie dla ciebie samej, to cóż ci po przyjaźni takich 
koleżanek? 
Zuzanna z ociąganiem się potwierdziła. 
— Obejdę się bez takiej przyjaźni... — Ale głos jej zadrżał, a potem 
zapanowało znów milczenie, pełne dezaprobaty. Cechna myślała. „Cóż jej 
mam powiedzieć? czym pocieszyć? co obiecać?” Nic nie wolno obiecywać. Z 
rozdartym, zrozpaczonym sercem przyjęła stłumione siąkanie nosem w 
chustkę, którym Zuzanna usiłowała zamaskować łzy. 
Tej pierwszej nocy na nowym mieszkaniu Cechna nie spała. Jest samotna 
w swoich zamysłach, nikt nie może jej zrozumieć. Naprzeciw na łóżku leży 
cichutko jej dziecko, nie śpi, nie słychać oddechu. Leży odwrócone do 
ściany, pełne milczącego protestu i obcości. Tramwaje, zjeżdżając do remizy 
w wściekłym pędzie, mijają dom. W knajpie na rogu jeszcze się bawią i 
stłumione dźwięki harmonii dobiegają aż tu. Czarny krzyż ramy okiennej leży 
na suficie. Jak niegdyś — i jakże inaczej. Za ścianą słychać czyjeś ciężkie 
westchnienia. Cechna, spoczywając w ciemności, zastanawiała się nad taką 
dziwną sprawą. wszystko, co zrobiła, zrobiła dla dobra dziecka, a to jednak 
sprowadzało się tylko do tego nędznego kąta, do tej pozornej krzywdy 
Zuzanny! Czuła, że robi rzecz jedynie słuszną, a przecież ciągle wewnątrz, w 
sobie, czuła przerażenie. Życie jej rozwaliło się, ponieważ źle była 
przygotowana do tej sprawy, jedynej i poważnej. Wszystkie nieszczęścia, 
jakie ją spotkały, wynikły z nie przygotowania do życia jej samej i tych, z 
którymi ją zetknął los. Gdyby jej mąż dojrzał do życia, ich rozstanie się nie 
byłoby czymś tak niszczycielskim. Jak wychować człowieka? Jak wychować 
Zuzannę? Na człowieku opiera się świat, na człowieku spoczywa życie. I 
Cechna czuje, że musi „wymyślić” coś sama, coś wypływającego z nich, a co 
pomoże Zuzannie opowiedzieć się, wybrać i ukształtować znów samą siebie. 
Czuła się jak ów zręczny kuglarz, który demonstruje młodocianym widzom 
szereg sztuczek i obrazów, zmuszając do zastanawiania się nad zjawiskami, 
przyczynami i skutkami. Nie chce na kredyt szacunku dziecka, nie dba o 
autorytet matki i osoby dorosłej. To są uczucia umówione. Musi stanąć z 
Zuzanną na jednym poziomie i iść razem. Musi uczynić sobie z niej 
towarzyszkę, po prostu choćby i dlatego, że samotnie nie udźwignie ciężaru. 
Od tego dnia, od tej nie przespanej nocy, Cechna staje się okazowym 
typem „matki pracującej”. Zuzanna potrzebuje jeszcze opieki, ale rozstają się 
rano, w pół drogi do szkoły, rozstają się po raz drugi po południu, gdy 
Cechna musi spotkać się z malarką, aby odebrać zlecenia. Rozdarta troską o 
samotnie wędrujące do szkoły dziecko, z myślą, co zrobić prędko na obiad 
podczas krótkiej przerwy w sklepie, przedstawiała obraz kobiety zapędzonej, 
oszołomionej, pracownicy zdolnej tylko do wypełniania rozkazów. Przeżywa 
wszystkie męczarnie i lęki matki zmuszonej do porzucenia ślepych małych w 
środku drogi zgiełkliwej. I zarysowuje się przed nią jakaś linia złowieszcza 
wielkiej samotności, jakieś powszechne niezrozumienie warunków jej bytu i 
doli. 
Mimo to uczy Zuzannę zasad obcowania ze społecznością, oto lekcja przy 
rannym tramwaju. „Nie pchaj się, choć jest późno. Ustępuj starszym miejsca. 
Uważaj, abyś nie potrąciła kogoś przy wysiadaniu”. Zuzanna, potrącana 
wielokroć, odpychana niezliczone razy, przeczekująca nieskończone chwile 
na skraju chodnika przy gwarnej jezdni, myślała o matce z ironią i 
szczególną, miłosną litością. A Cechna, patrząc na nią z daleka, gdy ten mały 
okruch ginął jej z oczu, chciałaby, wiedząc, że to się na nic nie zda, błagać 
przechodniów, ulice, tramwaje, auta i konie o łaskę przychylności dla 
niedoświadczonego i bezbronnego wędrowca. 
Szła do sklepu. „Przedmioty Piękne” przetrwały już okres próbny w 
mieszkaniu prywatnym i szykowały się do wypłynięcia na szersze wody, do 
sklepu w śródmieściu. 
— Co słychać w twoich dwóch P? — pytała Zuzanna. 
— Nnic — odpowiadała przeciągle Cechna. Rola jej w pracy 
przedsiębiorstwa była nieokreślona, coś w rodzaju wyręki dla malarki, która 
zastrzegła sobie tylko ogólne kierownictwo. Cechna nie ogarniała całości ani 
nawet pewnych fragmentów tej pracy. Jeszcze szukano drogi. Stworzono 
poradnię mody, podejmowano się urządzania wieczorów, imprez 
artystycznych, przyjęć, jeszcze szukano, co ma stać się luksusem, co będzie 
dochodem? Swoje wynagrodzenie, sześćdziesiąt złotych miesięcznie, Cechna 
otrzymywała z rąk malarki i z jej osobistych funduszów. Odrywana od 
jednego zajęcia do drugiego, od sklepu do pomocy przy urządzaniu wnętrz, 
miała możność uchylenia furtki do tego świata, gdzie nie szczędząc kosztów, 
trudów i fatygi, tworzono domy ludzi bogatych. Piekło handlowego i 
fabrycznego przedmieścia, mały pokoik na poddaszu, brud, nędza — zetknęły 
się z luksusem, choć malarka twierdziła, że „u nas nie ma ludzi prawdziwie 
bogatych”. Cechna stała u skraju tego samego rozgoryczenia i nienawiści, 
której uległa Bronka, nienawiści wypływającej z ostrych kontrastów. Ale tuż 
obok, pod jej łokciem, tkwiła Zuzanna i nieustanna miłość stała się 
nieustannym stanem łaski. Życie jest niezrozumiałe i złe, ale warto żyć, aby 
było lepsze, zrozumialsze dla tej, co kroczy obok. 
III 
Jeśli można zacząć wszystko od początku, od nowa, to ona uczyni to. 
Spróbuje. Było to tak, jakby wchodząc w świat weszła na nową ścieżkę. 
Przyszło jej to na myśl w chwili, kiedy po raz drugi czytała książki znane już 
na Nowolipkach. Zupełnie inne wrażenie! Prawdę mówiąc, wówczas 
przerzucała je tylko, szukając ładnych scen, idąc tropami miłości czy innego 
interesującego zdarzenia. Ludzie byli jacyś niepełni i widziani z jednej 
strony. Ach, straciła wiele — dzieło ludzkie uszło jej uwagi! Dzieło ludzkie — 
to zarówno może być czyjeś życie jak i obraz, wiersz, książka, muzyka. 
Ale gdy się jest głodnym, nie wybiera się, ale zaspokaja swój głód 
czymkolwiek. 
Bronka stanęła na skraju chodnika i wkroczyła na jezdnię, oglądając się 
na prawo i lewo. Przed chwilą panował wściekły gwałt na Nowym Świecie, a 
oto zaskoczyła ją nagle dziwna przerwa w ruchu, martwa cisza. Gdzieś tam, 
w głębi ulicy, dyszą pyski końskie, czerwienieją tramwaje, błyszczą ślepia 
reflektorów aut, ona wstąpiła w lukę. Światła reklam przestają drżeć i 
nieruchomieją krwawe ich znaki, ludzie zamarli przed wystawami sklepów, 
ktoś nawet ostał się tak z ramieniem podniesionym do klamki... Na środku 
cichej jezdni ogarnął ją niesamowity strach, skoczyła naprzód i pchnęła drzwi 
kawiarni. Godzina piąta, spadł śnieg. Ignacego jeszcze nie ma. 
Tych strachów musi się także pozbyć. 
Odczuwa przyjemność znalezienia się w ciepłym, oświetlonym i gwarnym 
wnętrzu. Naprzeciw ma lustro i zerknęła na siebie. To nie jest przywidzenie: 
bruzdy na twarzy zniknęły. Można się z tego śmiać, ale to jest miłość, to jest 
Ignacy, można to nazwać jednym imieniem, imieniem uczucia i imieniem 
człowieka, gdy przyjdzie, powie mu o tym. 
Skrzypce wywiodły swój śpiew wysoki i rozległy, są tony muzyczne, 
które mają właściwość rozszerzania piersi człowieczej, rozległości, 
szerokości, cały świat się tu zmieści. Co za szczęście, że nie wszędzie 
zainstalowano radio. Sztuka potrzebuje krwi, ciała, czującej ręki! Fotografia 
nie jest obrazem. 
— Jestem za bezpośredniością — szepnęła Bronka tonem deklamacji. 
Kelner zbliżył się i nachylił. 
— Słucham? 
— Pół czarnej. 
— Ciasteczko? 
— Dziękuję... 
Trzeba było jednak wziąć „ciasteczko”. Jeśli on ma procent od 
konsumpcji, to marne widoki. Kelner powrócił i Bronka rzekła. 
— I trzy ciastka. 
Tak, śpiewają, śpiewają! A ten człek gruby i krągły, z wrażliwymi, 
wyłupiastymi oczyma, skrzypek, daje swą treść, to, co w nim jest najlepsze. 
Jego twarz kamienieje w osłupieniu nad tonem, dźwiękiem, wyrazem, sam nie 
wiedział, że to w nim jest. Jegomość naprzeciw skinął na kelnera. 
— Hej, panie! niech mi się pan dowie od skrzypka, co to za kawałek?! 
A to głupiec. Mówić i pisać o poezji, pisać o muzyce, o obrazie! Sztuka i 
miłość to jedno. O tym się nie gada, to się czuje i robi, tworzy się. Co za 
cynizm! — ale tak jest! Ignacy się spóźnia. 
Wchodzi młoda dziewczyna, z szykiem. Rozgląda się niedbale — nikt na 
nią nie czeka? Stary, nieruchomy kelner rusza ze swego miejsca i znika za 
portierą, a mina dziewczyny bardzo zrzedła, po prostu z każdym krokiem 
gubi elegancję i pewność siebie, aż wreszcie lokuje się pokornie przy stoliku 
koło portiery. Stary kelner powraca i stawia przed nią garnuszek z jedzeniem, 
hałaśliwie i demonstracyjnie. Aha, przychodzi pożywić się tu. Czy to jego 
córka, czy kochanka? Nie, córka. W jego spojrzeniach i obejściu Bronka 
poznaje ten specyficzny rodzaj uczucia rodzicielskiego, miłość i złość, to 
samo ma Cechna w stosunku do Zuzanny. Człowiek gniewa się na drugiego 
człowieka za to, że jest tak inny, choć bliski. 
Nie, Ignacy już nie przyjdzie! Stracony wieczór, choć nie można go 
nazwać całkowicie straconym. Ten śliczny chłopak tam, w środku sali. Natura 
wysiliła się na tę piękność, taki kształt głowy, nosa, rozległego czoła i 
szczupłej, długiej ręki. A jednak — to jest do kupienia! Sposób, w jaki wodzi 
oczyma za kobietami, za starszymi, wystrojonymi paniami... To piękne mięso 
jest na sprzedaż, proszę! 
W tej samej chwili Ignacy nieopatrznie wszczął ważną rozmowę z 
Magdaleną. Spojrzał na zegarek i osądził, że ma dość czasu do spotkania z 
Bronką. Nie przewidywał żadnych trudności, ponieważ ilekroć była mowa o 
dramatycznych perypetiach rozwodowych ich przyjaciół, Magdalena nie 
mogła zrozumieć kobiet, które nie mają dość ambicji, żeby odejść. I szczerze 
nie wyobrażała sobie pożycia dwojga ludzi, gdy już ich nic nie łączy. Teraz 
pierwsze uczucie, jakiego doznała, było uczuciem krwawej obelgi z najmniej 
spodziewanej strony. Wszystko od dzieciństwa do dnia dzisiejszego składało 
się na to wewnętrzne przekonanie o swej wartości. A tu — porzuca ją się w ten 
sposób! Bojąc się jakiegoś nieopanowanego odruchu wstała, zbliżyła się do 
okna i pozostała już tak, odwrócona, nie ukazując twarzy. Imię Bronki padło 
po raz pierwszy otwarcie między nimi. I, ciągle jeszcze milcząc, Magdalena 
uczuła w sobie nieprzezwyciężony opór przed zgodą na oddanie Ignacego tej 
dziewczynie, która mu zniszczy życie. Co on mówi? Że ma w stosunku do 
tamtej zobowiązania? Jakie zobowiązania? Trzeba być ślepym, aby nie 
rozumieć, że to nie odejście Ignacego „zmarnowało” tamtej życie. Ona była 
po prostu zbyt niedbała, zbyt wiarołomna z natury, aby co innego zrobić z 
swym życiem — jak je zmarnować. To samo stanie się z Ignacym. I to właśnie 
teraz, kiedy wszystko tak doskonale się zapowiada, gdy koło niego zaczynają 
się skupiać ludzie, a jego akcje idą w górę, choć on nic w tym kierunku nie 
robi i o niczym nie wie. I nagle wyobraziła sobie jasno wrażenie, jakie 
odejście męża wywrze w jej świecie. To było wprost niezrozumiałe. 
Rozwodzono się, ponieważ mężczyznom, którzy szli w górę, potrzeba było 
kobiet młodych, reprezentacyjnych, pięknych i wtartych w towarzystwo. Ona 
posiada wszystkie te walory, a Ignacy rzuca ją dla jakiejś podejrzanej 
dziewczyny. Być w ten sposób upokorzoną! Jej rodzina! jej matka, ongiś tak 
przeciwna temu małżeństwu! Jej matka, która jest właśnie tak chora!... Nie, to 
się nie może stać! Należy uratować Ignacego wbrew niemu. I w tej chwili, 
kiedy Magdalena pomyślała o uratowaniu człowieka, gdy wyobraziła sobie tę 
pewnego rodzaju misję, sprawę można było uważać za przesądzoną. Ona to 
zrobi. 
— Dobrze — rzekła spokojnie — nie będę ci stawiać przeszkód, ale... 
Ignacy nachmurzył się, spojrzał na zegarek i przerwał. 
— Umyślnie nie wysuwam spraw materialnych, bo to nie gra roli. Jestem 
gotów... 
Pomyślała. „Oczywiście, teraz, gdy jest zupełnie niezależny przez spadek 
po rodzicach!” Ignacy powstał. Śpieszy się, śpieszy się do tamtej!... Nawet 
sprawa, którą omawiają, nie wydaje mu się dość ważna, aby opóźnić 
widzenie tamtej. Krew uderzyła jej do głowy. Magdalena odwróciła się, 
spojrzała prosto w twarz męża. I nagle wzburzenie, duma, wszystkie niegodne 
obliczenia i zamiary opadły z niej, pozostała tylko twarz mężczyzny, jego 
oczy, znane jej, wilcze wyciągnięcie głowy, zarys trochę ironicznych warg, 
długie, niecierpliwe i namiętne ręce. Magdalena zadrżała pod naciskiem 
nowych, groźnych uczuć. Przemknęła myśl. „Będę teraz za nim szaleć... 
teraz, kiedy go tracę”. Ale nic nie przedostało się na zewnątrz, głosem 
przerywanym szepnęła. 
— Moja matka... moja matka jest bardzo chora. Niewiele już jej się od 
życia należy. Chciałam cię prosić, abyś nie kładł tej ciężkiej sprawy na jej 
ostatnie dni. 
Ignacy zbladł. Przypomniał sobie niedawną śmierć rodziców i to poczucie 
niemożności odkupienia żadnych wobec nich win, wynagrodzenia smutków, 
strat i obojętności przy tym nieodwołalnym końcu. Teraz tylko jednego 
pragnął: aby ta rozmowa nie miała miejsca. Przypomniał sobie wszystkie 
starania i troski Magdaleny w czasie krótkiej choroby jego staruszków i 
głęboko zawstydzony prosił ją, aby zapomniała o tej rozmowie. Dopóki to 
będzie potrzebne, on dołoży starań, aby echo ich osobistych przeżyć nie 
wydostało się na zewnątrz. Mówiąc to myślał o sobie z ironią. „Nawet 
największe jego wyrzeczenia w tym kierunku nie zmienią faktu, że oto on za 
chwilę odejdzie do Bronki, Magdalena zostanie tu sama, właśnie teraz, gdy 
potrzebuje pomocy i oparcia”. Marszcząc się zapytał: 
— Jedziesz tam dziś? 
— Nie, jutro. 
— Pojadę z tobą. 
Szepnęła: 
— Dziękuję ci — i wyszła z pokoju. 
Ignacy westchnął. Rozwarta walizka przy szafie przypomniała mu, że dziś 
zamierzał przenieść się do hotelu. Trącił ją końcem stopy, podniesione wieko 
opadło z głuchym odgłosem. No, trudno... Co powie Bronce? 
Dostrzegł ją zaraz w końcu natłoczonej sali i z trudem utorował sobie 
drogę. Przeciągły śpiew skrzypiec złączył ich spojrzenia. Może w tym tkwił 
cały urok ich uczucia, że się spotykali ukradkiem i witali wciąż od nowa, 
nigdy siebie nie dość pewni?... Jaka przeistoczona! Jej krągłe oczy zajęły pół 
policzków, usta uśmiechają się skrytym uśmieszkiem. 
— Co się stało? 
Opowiedział jej przyczynę swego opóźnienia. Twarz jej drgnęła. Lecz 
opanowała się natychmiast, aby powiedzieć bezosobiście i sucho. 
— Nie można mieć wszystkiego, wiesz? 
To go rozdrażniło. 
— Ale dlaczego, do diabła, dlaczego to ciągle na ciebie pada, te 
przeszkody? 
Błysk zadrgał w jej oczach. 
— No, widzisz, widzisz — rzekła z rozbrajającą zgodą — ja temu nie jestem 
wreszcie winna. Widzisz sam, jak to jest! 
— Ty sobie żartujesz?! 
— Skądże? Cóż, nie mam szczęścia! — Bębniła palcami niespokojnie po 
stole, cała jej twarz była czymś niebezpiecznie podminowana. Czym? 
Śmiechem czy rozpaczą? Nagle wyjęła z torebki chusteczkę i dotknęła nią 
ust. 
— Co ci jest? 
— Nic. Zapłać i chodźmy stąd. Daj mu napiwek, daj mu napiwek 
koniecznie. 
Krztusiła się, śmiała się! To zakrawało na histerię i Ignacy starał się 
zapobiec wybuchowi. 
— Opanuj się, Broniu, co się z tobą dzieje! 
— Ja się śmieję — stęknęła odetchnąwszy głęboko — z siebie, z ciebie, z 
nas, ze wszystkiego. Bo cóż? Pajęczyny wymiecione, telefon — telefon 
założony i gaz też. Nawet klucze od drzwi masz, prawda? 
Ukazała mu tymi słowy wnętrze uporządkowanego mieszkania, na co 
kładł nacisk taki, jakby to było co najmniej ich uporządkowane życie. 
— Ależ to tylko ulega zwłoce! 
Szepnęła z swą straszną szczerością. 
— Czekać na czyjąś śmierć?! 
Lecz Ignacy poprawił: 
— Czemu nie na wyzdrowienie, czemu myślisz o najgorszym? 
W tej chwili przypomniał sobie słowa Magdaleny. „Niewiele już jej się od 
życia należy”. I zmienił temat. 
— Co jest z tym kelnerem? 
Dlaczego kładła nacisk na napiwek? Płacąc przyjrzał się gładkiej, 
wygolonej starczej twarzy, zdolny widzieć teraz, przy Bronce, ciągle ludzi z 
przeszłości, ale ta twarz nic mu nie mówiła. Prawda, ona miała znajomych — 
nieznajomych w różnych punktach miasta i nie wiadomo jakim sposobem 
wiedziała o nich różne rzeczy. I teraz rzekła: 
— To jest jego córka, wiesz? Ta przy portierze, w kącie. 
— Przystojna dziewczyna — rzekł Ignacy. 
— Ona jest jak dojrzałe jabłko. Siedzi tu i czeka, i pragnie, pomimo straży 
ojca. Ktoś, kto po nią sięgnie, nie utrudzi się zbytnio. 
Wyszła pierwsza i, zanim odebrał palto z szatni, ulokowała się w 
taksówce. Puknęła zgiętym palcem i przywołała go ruchem ręki. 
— Pojedziemy do siebie, dobrze? — Nagle rozjaśniona, wsparła ramię i 
wsunęła dłoń pod jego pachę. Wszystkiego mógł się spodziewać, tylko nie 
takiego przyjęcia swej rozwodowej rewelacji. 
— Znam jedną pannę — rzekła. — Nazywa się Aniela i pracuje w składzie 
aptecznym. Dziesięć lat temu przeżyła pewną przygodę miłosną i rozstanie i 
do dziś dnia pozostała samotna. Ze mną los obszedł się łaskawiej. A ty 
chcesz, Ignacy, żebym koniecznie rozpaczała? 
— Chcesz powiedzieć, że jesteś szczęśliwa? 
— Właśnie! Tak, tak, tak. Jestem szczęśliwa... Co ty na to? — Ukradkiem 
sięgnęła po jego dłoń i ułożyła ją sobie na przechylonej w tył twarzy. — Och — 
jęknęła — och! mój drogi! mój drogi! to aż boli! Ty nic nie wiesz! 
— O czym nie wiem? — dowiadywał się ostrożnie. 
Nie wiedział wcale, że te przeszkody wzbudziły w niej pragnienie 
uwięzienia go, zatrzymania w swych ramionach, wchłonięcia w siebie. 
Wyjaśniła mu to przez zaciśnięte zęby, rozpłomieniona. 
Tak więc wszystkie projekty odeszły na razie w cień, i na zewnątrz sprawa 
przedstawiała się tak, że miał dwa domy, żonę i kochankę, to była dosyć 
pospolite w tym czasie. Pajęczyny jednak zostały wymiecione, telefon 
założony, tak że mógł porozumieć się z Bronką nawet podczas objazdu, gdy 
bawił na prowincji. Zawsze teraz była w domu i w końcu myśl, że ona siedzi 
tam, daleko od miasta, na dolnym Mokotowie, i oczekuje — sprawiała mu 
przykrość. Widział ją skurczoną na tapczanie, osamotnioną i bezczynną, 
ponieważ rzuciła popołudniowe godziny pracy. Dzwonił i pytał. 
— Co robisz? — Odpowiadała niezdecydowanie. 
— Nnic. 
Wówczas doradzał jej z drugiego krańca województwa. 
— Idź do miasta! Rozerwij się. — Po jakimś czasie dopiero zauważył, że 
ona wcale się nie nudzi, że jest czymś strasznie pochłonięta, że gdy 
przyjeżdża, musi ją gwałtem ściągać na ziemię z niewiadomych światów. 
Rozejrzał się. Przybyła nowa półka w mieszkaniu, pełna książek, a nad 
tapczanem kilka dobrych reprodukcji. I, jakby szukając tajemnych śladów 
wędrówki Bronki, Ignacy przyjrzał im się uważnie, Cały błękitny, uroczy 
obrazek Renoira11, na którym czarujące kobiety ubiegłego stulecia tańczyły 
pod rozkwitłymi drzewami i lampionami w „ogródku” w towarzystwie brodatych panów. Van Gogh, Gauguin12... Ooo?! 
— Moja droga — rzekł z udaną żartobliwością jaka cegła ma spaść na moją 
głowę? 
Spojrzała na niego i przytuliła się do rękawa wiszącej marynarki, szepnęła 
głosem pełnym winy. 
— Jak to dobrze, żeś przyjechał! wyda... wydałam wszystkie pieniądze i 
myślałam już, że umrę z głodu. 
Roześmiał się. To już wiedział, że pieniądze przeciekają przez jej palce. 
Napiwek szoferowi, napiwek w kawiarni, napiwek dozorcy, listonoszowi, 
posługaczce. Robiła to z jakimi uporem, zdawało się, iż chce czemuś 
zapobiec, rozjaśnić jakąś ciemną koło człowieka sprawę, tak samo jak 
„rozjaśniała sytuację” przypinając do swej czarnej sukni biały goździk. Teraz 
nie zdziwił się już, gdy pewnego wieczoru wśród ulewnego deszczu pędziła 
na gwałt do miasta na koncert. Podczas gdy on obmyślał, jakie by tu stworzyć 
jej środowisko, ludzi i rozrywki, ona już obracała się w nowym swoim 
świecie, ludzie wcale nie byli jej potrzebni. Jednakże dobrze byłoby, aby 
gdzieś wrosła, zatrzymała się i zadomowiła. 
Poświęcił trochę czasu i starań, znalazł dom dość postępowy na to, aby 
sobie pozwolić na przyjęcie jego... jego protegowanej. 
Myślał, że robi Bronce przyjemność, dając jej dowód tej swojej 
troskliwości. I wówczas zdumiony patrzył, jak, uprzejma i ożywiona przy 
wejściu, milkła coraz uporczywiej w czasie wizyty, bladła, szarzała, gasła po 
prostu. Nudziła się nie zadając sobie trudu zamaskowania tej nudy. Oglądano 
jakieś ryciny i okrzyki. „Ach! co za dynamika!” — zarówno jak określenia 
ludzi. „Co to za miły człowiek, jaka to urocza osoba, cóż to za czarujący 
charakter” — wypowiadane owym specyficznie zdawkowym tonem — zdawały 
się ją obrażać i uśmiercać wszystkie dobre wrażenia w samym zarodku. 
Poziewania, tym tragiczniejsze, że skryte niezbyt zręcznie, wykrzywiły jej 
twarz. Gdy rozmowa zeszła na Freuda, Bronka powstała. Rozstano się oschle. 
Już w bramie niecierpliwie żądała taksówki, a w taksówce okazało się, że 
„wszystko ją rozbolało”. I że spotkała już trzy lata temu panią domu i jej 
gości na jakimś zebraniu, rozprawiających o Freudzie. 
— Trzy lata temu! — krzyknęła ze złością. 
Ignacy porzucił swe próby i poszedł za nią. Sam nie wiedział, że ożywiał 
się jej ożywieniem i raz jeszcze przemierzał świat obok tej bezpośredniości, z 
jaką Bronka przyjmowała nowe wrażenia. W ciemności sali czuł uścisk jej 
drobnych palców na ramieniu i wówczas wiedział, że zbliża się coś cennego. 
Z początku był to tylko „Taniec węgierski” Brahmsa, a potem powstańcze 
„Preludium” Szopenowskie i wielki, ponad wszystko wielki Beethoven. 
Łzy spływały po jej policzkach. Ocierała je szybko i skrycie, wierzchem 
dłoni, podczas gdy on siedział nieporuszenie obok, udając, że tego nie 
dostrzega. Tylko silniejsze przyciśnięcie ramieniem jej palców do miejsca, 
gdzie biło serce, dawało jej odczuć bliskość i wspólność przeżywania. 
Zdawało im się, że nie ma smutku, którego by razem nie mogli przenieść, i 
nie ma zgryzoty, by jej razem nie dźwignęli. 
W czwartki Magdalena przyjmowała. Przyjmowała mimo choroby matki, 
ponieważ nawet te, naprawdę zresztą wykwintne i kulturalne, przyjęcia 
uważała za pewien rodzaj służby społecznej. Ignacy opuścił Bronkę, aby 
stanąć u boku żony i witać gości. Nie bez uśmiechu przyjął kilka 
zawiedzionych spojrzeń i zdumionych okrzyków. Tak, Magdalena miała 
rację, nie należy dawać żeru tym ludziom. Prawie był jej wdzięczny — dzięki 
tej ugodzie rozstaną się jak przyjaciele i nikt nie będzie miał powodu do 
współczującej gadaniny. 
Stojąc w progu salonu, ogarnął okiem towarzystwo i ze zdziwieniem 
stwierdził, że orientacja Magdaleny jakby się skrystalizowała. Daremnie 
szukał prawicy. Dostrzegł pewien subtelny przedział między zebranymi. 
Wybitny polityk lewicy, otoczony przyjaciółmi, zajmował kąt przy oknie, 
podczas gdy uważany za rządowca w towarzystwie dam uplasował się tuż 
przy wejściu. Ignacy zatrzymał Magdalenę. 
— Moja droga, co to ma znaczyć? 
— Ach, ty nie wiesz? Oni są strasznie zawiedzeni! — W kilku słowach 
wprowadziła prowincjonalistę w tok wypadków niedostrzegalnych dla 
zwykłych śmiertelników. — Po maju liczyli na pewne koncesje dla partii i... 
— Czy wiecie, że poseł Siwski wycofał się z partii? Nie ma zresztą dnia, 
aby stronnictwa ludowe nie traciły członków, ilościowo i jakościowo. 
— Opozycja została rozbita, nie, ma opozycji. 
— Ale — podchwycił ktoś — zarysowuje się inna... 
Siwowłosy profesor literatury wolałby, aby te zerwania polityczne odbyły 
się przed majem. Sytuacja byłaby jaśniejsza. Nigdy nie wiadomo, z jakimi 
charakterami ma się do czynienia. Ale obok stojący dyrektor departamentu 
któregoś z ministerstw wzruszył niedostrzegalnie ramionami. 
— To się okaże przy nadchodzących wyborach. 
— ...partia udzielając rządowi poparcia powzięła pewne zobowiązania w 
stosunku do swych członków. Te zobowiązania powinny być respektowane. 
— Zerwać z systemem partyjnym!... — Ignacy gotów był przyklasnąć 
mówcy, ale dama w czerni, stojąca obok, na chwilę zagarnęła całą jego 
uwagę. Gdy zwrócił się w poprzednim kierunku, mówca twierdził, że 
jedynym ratunkiem byłoby stworzenie organizacji, skupiającej w sobie 
wszystko, co w kraju jest czynnego i twórczego, organizacji, która... 
„Dobryś sobie!”. — pomyślał i odwrócił się, zniechęcony, znów do damy 
w czerni. 
— Władza — szepnęła bliżej nie znana dama — ma w sobie coś 
obezwładniającego. Czy nie uważa pan? 
Spojrzał na nią z zastanowieniem. Miała różę u piersi, miękko zarysowane 
usta i dziewczęce, gładkie czoło. To coś nowego. 
— Dotychczas — odpowiedział — utarło się potoczne powiedzenie, że 
władza to siła. 
Roześmiała się. 
— Niech pan mnie poprowadzi do kolacji, dobrze? — Ciągnęła dalej. — 
Władza? Człowiek władzy ciągle musi z czegoś rezygnować na rzecz... 
— Ach, ja nie rezygnuję! — przerwał jej Ignacy z żartobliwym zapałem. 
Magdalena śmiejąc się rzuciła w przejściu. 
— Owszem, bo jest tylko angielski bufet. 
Otwarto drzwi do stołowego i na chwilę angielski bufet zjednoczył 
zwolenników rządu i opozycję. Podawano sobie kieliszki i widelce, 
podsuwano półmiski i tace wraz z oświadczeniami, iż od dawna już nie było 
tak ożywianego „sezonu”. Zdobywając wymyślną sałatkę na talerzyk swej 
damy Ignacy dostrzegł grupę młodych ludzi otaczających Magdalenę. Sama 
poezja. 
— Ależ to cały Parnas13!... 
Dawny kamrat z legionów, obecny wojewoda, zatrzymał go w przejściu. 
— No, stary, co słychać w twoim resorcie? 
Ignacy stwierdził wzrost zatrudnienia w przemyśle, co podziałało na 
zwyżkę płac, szczególnie w przemyśle budowlanym i górnictwie. 
— A u pana, ekscelencjo?! Jak tam poddani? 
— Idź do diabła, mój drogi! Mamy na karku wybory. 
Rósł wesoły gwar. Szeptano o nowym ugrupowaniu. Ktoś powinszował 
Magdalenie. 
— Urocza gospodyni nawet nie przypuszcza, że w jej salopie, względnie 
stołowym, powstaje zalążek... — Magdalena nagle spoważniała, cofnęła się w 
głąb, pociągając rozmówcę. 
— Mam nadzieję, że kiedy się to urodzi, zaprosicie mnie na chrzestną. 
— Jak to się ma nazywać? 
— Obóz Walki i Pracy. 
Profesor literatury rozwiódł się nad znaczeniem haseł w nazwach i w 
ogólności. Hasła od niepamiętnych czasów mają wpływ na masy. Dlatego 
nieobojętną jest ich forma. Musi to być — coś... 
— ...bez wątpienia, kraj wkracza w okres prosperity. Dzięki lustrom, 
umiejętnie rozmieszczonym, Ignacy ujrzał w pewnej chwili siebie, ożywionego, pochylonego nad obnażonymi ramionami kobiet. I zdawało mu 
się, że zatoczył wielki krąg, znaczony boleścią, gniewem i nadzieją, po czym 
stanął na dawnym swym miejscu, uspokojony. Odpędził tę myśl od siebie. — 
Ależ !.o tylko prowizorium. Nie ma powodu, ażebym się dlatego dziś nudził. 
IV 
Kwiryna z niecierpliwością oczekiwała godziny piątej. Pośrednik 
nastręczył jej lokatorów na ostatnie wolne trzypokojowe mieszkanie. Nie 
dostanie za to nic, figę — za pośrednictwo płacą ci, co poszukują mieszkania. 
Trzeba by już raz z tym skończyć. Wieczorem ma gości i chciałaby trochę 
wolnego czasu i spokoju. A tu tymczasem uderzają na nią poty: obmyśla 
cenę, waha się. Czterysta? trzysta pięćdziesiąt? Dodaje i odejmuje 
pięćdziesiątkę, mówi z dumą: Ja nie biorę odstępnego! Ale... ale czynsz za 
dwa lata z góry i wysokie komorne. 
Nowo wzniesiona oficyna jest budynkiem luksusowym i zakasowała front. 
Wystrzeliła nad nim o dwa piętra. Z czasem front stanie się obiektem do 
zburzenia. 
Prawo o ochronie lokatorów nie dosięgnie Kwiryny w nowej oficynie. 
Lichwa? Na chwilę zrobiło jej się gorąco. Wstała od kasy, potrzebowała na 
gwałt, aby coś spowodowało rozstrzygnięcie. 
— Romanie, zastąp mnie. Panno Marto, proszę zapalić światła na 
wystawach. 
Panna sklepowa posłusznie skoczyła do kontaktów. Roman do kasy. 
Kwiryna wyszła. 
Kapało z rymem i ciężka kropla odwilży padła na jej czoło, wzdrygnęła 
się. W bramie stróż na jej widok powstał z ławki i zdjął czapkę. Przeszła w 
milczeniu. Okna odbudowanej oficyny lśniły już światłami, zza firanek widać 
było wnętrza, nad którymi Roman nie będzie już mógł łamać rąk. Wnętrza 
jasne, ładnie umeblowane, wcale nie natłoczone ludźmi. Ależ czterysta, ani 
grosza mniej. 
Weszła na schody lśniące czystością. Kazała je zaciągnąć, co było 
prawdziwym dobrodziejstwem dla dozorczyni, nie potrzebowała ich co 
sobota szorować wystarczyło wytrzeć. Przy tej sposobności okazało się, że 
ludzie z jakim takim pojęciem, gdy dostaną rzecz porządną, potrafią ją 
uszanować. Schody pod wieczór nie były znów tak bardzo zdeptane. Kwiryna 
obejrzała dokładnie: żarówki okurzane, zabezpieczane drucianą siatką przed 
złodziejem. Spluwaczki w kątach. Wycieraczki przybite do progów, na 
parapetach okien donice z roślinami, cały ów intymny „komfort”, czyniący z 
oficyny raczej dom prywatny niż czynszowy. Komfort, którego by próżno 
szukać nawet w oficynach domów śródmieścia!... Potem pewnym już krokiem 
otworzyła drzwi i weszła do mieszkania. Coś w niej krzyknęło: czterysta! 
Trzy pokoje, rozkładowe. Ile trudu ją to na przykład kosztowało, aby pokoje 
nie szły w amfiladzie. Ażeby uzyskać potrzebną głębię, musiała poświęcić 
kawałek podwórza. Tym sposobem uzyskano ów wygodny rozkład. Pokoiki 
nieduże, ale śliczne, okna i drzwi lśnią bielą, ściany pastelowymi kolorami. 
Skontrolowała łazienkę, kuchnię, spiżarnię — a może czterysta pięćdziesiąt?! 
Z schodów dobiegła głośna rozmowa i kroki. Poszukiwano gospodyni. 
Kwiryna, po cichutku zamknęła drzwi i na palcach podążyła na górne piętro. 
Nie trzeba, aby ją tu zastano, w pustym mieszkaniu. I zeszła, z miną 
roztargnioną, jakby nigdy nic. 
— Co się stało? Co tu tak głośno? Aa, witam, państwa! 
Od razu dała do zrozumienia nowym lokatorom, że napisy na klatce 
wejściowej: „Wycierać nogi”, „Zachować ciszę”, „Nie pluć na podłogę!” — 
obowiązują naprawdę. Wprowadziła ich do mieszkania, odprawiwszy 
dozorcę, nie potrzebowała świadków. Już poprzednio zasięgnęła informacji o 
tym reflektancie, to handlowiec, solidna firma. Musiał chyba mieć pieniądze? 
Jego żona zachwycona jest mieszkaniem i nie może tego ukryć. Ale 
Kwiryna nie zwraca uwagi na kobiety, to jej sojuszniczki, jeśli chodzi o 
gniazda domowe. Decyduje mężczyzna. Kwiryna lakonicznie wymieniła 
sumę. 
— Oo! — krzyknął handlowiec — przecież to... 
Kwiryna recytowała z naciskiem. 
— Rozkład, łazienka, wszystkie wygody i instalacje. — Po czym, nie 
zachwalając więcej swego towaru, pozostawiła ich samych, niech się naradzą 
swobodnie. — Znajdą mnie państwo w moim mieszkaniu, pierwsze piętro, 
front. 
To był dopiero wstęp, gdy się zgodzą na cenę, Kwiryna wyciągnie 
umowę. To arcydzieło, którego autorem jest rejent, zawierało wszystkie 
obostrzenia i pułapki dla lokatorów, całą korzyść i bezpieczeństwo dla 
gospodyni. 
W kuchni ciotka, rozczerwieniona od gorącej płyty kuchennej, gderała 
ostro na służącą. Kwiryna pomyślała z humorem, że ciotka oddaje 
dziewczynie to samo, co otrzymuje od niej, Kwiryny. Jej usposobienie 
zmieniło się na lepsze: nie kwasi złości w sobie, może ją oddać. Teraz 
otworzyła piecyk. 
— Niech Kwiryńcia obejrzy indyka. Co za indyk! 
Indyk, obłożony kasztanami, dymił apetycznie. Jednak Kwiryna poskąpiła 
pochwały. Zapytała tylko: 
— Czy ryba zastygnie? 
— Tak, ta. Niech się Kwiryńcia nie przejmuje, wszystko będzie gotowe! 
— Ja myślę! — rzekła Kwiryna — jest was dwie w kuchni! 
Zadzwoniono do drzwi. To handlowiec z żoną. Kwiryna z uśmiechem 
poprosiła ich do stołowego, gdzie na brzeżku stołu podpisano umowę. 
— Nie zatrzymuję państwa, bo oczekuję gości. 
Zeszła do sklepu i zwolniła Romana. 
— Idź na górę i przebierz się, tylko patrzeć, jak się zaczną schodzić. 
Roman usłuchał natychmiast, aż ją to zdziwiło i uderzyło. Krzyknęła za 
nim. 
— Przyślij mi tu ciotkę z koszykiem! — Trzeba było też przeliczyć dzienny 
utarg. — Panno Marto, niech się pani zbiera powolutku. Zamykamy 
punktualnie. Mamy, dziś gości. 
Co robić z gotówką? Od półtora roku gotówka napływa i napływa, 
pieniądze nie powinny leżeć bez ruchu, to nawet grzech. Głęboka zmarszczka 
przecięła czoło Kwiryny, a oczy jej stały się tak natężone w spojrzeniu, że 
panna Marta jęła się krzątać gorliwie. Jakaś klientka spytała płaczliwie. 
— Czy to masło aby świeże, panienko? Czy ono świeże? 
Kwiryna ocknęła się. 
— Tu nie targ! — rzekła. — Co pani wącha? Deserowe masło w 
opakowaniu?! W sklepie!? Panno Marto, zamykamy. 
Na górze Roman, jakiś rozpromieniony i zmieszany, kręcił, się przy 
nakrywaniu stołu. 
— Słuchaj, Kwiryno, jeśli będziecie same, to może ja wam będę 
przeszkadzać? 
Aha, chce wyjść. I dokąd? Kwiryna odrzekła sucho: 
— Nie, będzie i rejent. 
— Rejent? 
— Tak, zaprosiłam go, bo... — nachyliła się i szepnęła: — Rejentowi wpadła 
w oko Cechna, może co z tego będzie? To bogaty człowiek. 
Roman aż otworzył usta. 
— Nie, Kwiryno! — rzekł z podziwem — to dobra myśl! Że też na to 
wpadłaś! 
Kwiryna błysnęła pięknymi, smolistymi oczami. 
— A widzisz! — Po czym spytała. — Jaką suknię mam włożyć? 
W sypialni doszło do czułości, aż musiała go mitygować. Ciotka akurat 
weszła, aby się o coś zapytać i wycofała się pośpiesznie. W kuchni nauczała 
dziewczynę: 
— Żebyś mi nigdy nie wchodziła bez pukania! Pukaj i czekaj? Ciągle się z 
sobą całują, jak Boga kocham, tyle lat, a jakby się wczoraj pobrali. Ale nie 
zawsze tak było, o, nie! 
Dzwonek. Juuż? Ciotka pośpiesznie gderała: 
— Włóż fartuch! Nie ten, biały! Ładnie wyglądasz z tą nie umytą szyją!... 
Kwiryna, przechodząc obok drzwi kuchennych, rzekła do Romana. 
— Czy słyszysz, co ta ciotka wyprawia z dziewczyną? Musisz jej zwrócić 
uwagę. — Śmiała się w duszy, bo poszczuła tych troje na siebie i będzie miała 
spokój. 
Amelia, ponieważ mieszkała blisko, przyszła pierwsza. 
— Jak to dobrze, że dziś mam wieczór wolny! 
— Ciekawa jestem, co ty w ogóle robisz, że masz wieczory zajęte — 
odpaliła Kwiryna. 
Amelia uśmiechnęła się. 
— Panie Romanie, niech mi pan pomoże zdjąć buty. 
Roman przyklęknął jak przed świętością i wsparł stopę Amelii o swe 
kalano. Jest w najlepszym garniturze! Ach, ta Amelka! Kwiryna szturchnęła 
służącą, ale za późno. 
— Gapisz się, a pan musi gościom usługiwać! 
Amelia, w jedwabnej sukni koloru beż, weszła do bawialni i wydała 
okrzyk zachwytu. Paliła się tylko jedna lampka przyćmiona abażurem z 
koronki, a przez nie domknięte drzwiczki pieca padała na dywan smuga 
ciepłego ognia. Zapach perfum (Kwiryna skropiła się obficie), kwiatów i 
owoców napełnił pokój, a błysk luster i mebli nadał mu wyraz wykwintu i 
zaciszności. Amelka zasiadła na fotelu i koniuszkiem stopy uchyliła 
drzwiczki pieca. 
— W domu nigdy sobie na to pozwolić nie mogę, bo mama narzeka, że 
piec ostygnie. Panie Romku, niech mi pan przyniesie moją torebkę z 
przedpokoju. 
Potem prosiła o popielniczkę, o zapałki i całkowicie zaprzątnęła sobą 
Romana, ale w taki jakiś szczególny sposób, jakby jej wcale nie zależało na 
samym Romanie, a po prostu żeby się ktoś koło niej kręcił. Kwiryna 
przyglądała jej się spod oka. Na szczęście znów dzwonek. To rejent. 
— Moje uszanowanie pięknej gospodyni, moje uszanowanie. 
Błaznował niby, ale z prawdziwą elegancją wręczył Kwirynie sporą więź 
mimozy, prosząc, aby przyjęła „te skromne kwiatki południa od swego 
prawdziwego przyjaciela”. Kwiryna odczuła żywą przyjemność, że stało się 
to przy Amelce. 
Nadeszła Cechna, zmęczona całodniową pracą. W nadziei, że spędzą 
wieczór same, zostawiła Zuzannę u babki. Kwiryna zaciągnęła ją do sypialni. 
— Idziesz prosto ze sklepu? Popraw się trochę, masz tu puder... 
Zajęła się nią skwapliwie i Cechna przejęta jej dobrocią, objęła ją mocno. 
— Cóż, Kwiryno, znów nas poczęstujesz landrynkami... 
— Jakimi landrynkami? Zaraz będzie kolacja. Jak myślisz, czy Bronka 
przyjdzie? 
Właśnie zapukano. Bronka ubrała się na ten wieczór w wełnianą 
sukieneczkę, chyba dlatego, że wyglądała w niej tak młodo. Kwiryna 
podejrzliwie spojrzała na jej pończochy: naturalnie, oczko puściło. 
— Słuchaj, Kwiryno, nie przypatruj mi się tak krytycznie, bo myślę, że 
brak mi jakiegoś guzika. 
— Guzika? Nie, ale oczko ci puściło w pończosze. 
— Taak? — Bronka pośliniła palec i wyciągnąwszy nogę zwilżyła 
przezroczystą pończochę, dwanaście złotych para. 
— Ach! — rzekła Kwiryna — ja widzę, Broniu, żeś ty się nic nie zmieniła. 
Chodź do sypialni, dam ci igłę z nitką, szkoda takich drogich pończoch. 
Bronce nie chciało się zawracać sobie głowy pończochami. 
„Lekko przyszło, lekko poszło” — pomyślała Kwiryna. 
Z bawialni dobiegał ożywiany głos Amelii. 
— Nasz prowizor mówi, że... ależ nie! pan Cichocki! 
Amelka z Romanem w jednym kącie, rejent przy Cechnie. Kwiryna 
wzruszyła gniewnie ramionami. Cechna słuchała komplementów rejenta z 
roztargnieniem, po prostu puszczała je mimo uszu. — Założę się, że myśli o 
Zuzannie. 
— Późno już, proszę od razu do, stołu. 
Przeszli do jadalni i ukazała się służąca w białym, nakrochmalonym 
fartuchu, niosąc ostrożnie półmisek. Garbata ciotka dreptała za nią, 
musztrując z przejęciem. 
— Nie z tej strony! Z tamtej! Uważaj na suknię! Jak podajesz? Nachyl się! 
— A to szturpak! — rzekła Kwiryna. I zawstydzona, rozgniewała się na 
dobre. Rejent wybuchnął hucznym śmiechem. Podobała mu się Cechna, ale 
prawdziwie szczera była tutaj tylko Kwiryna. 
Zapanowało milczenie, które przerywała gospodyni zapraszając, 
podsuwając półmiski, szczególnie Cechnie, co było niedelikatnością. 
— Jaka ona mizerna! Ona się zapracowuje! — Bronka próbowała ożywić 
towarzystwo. 
— Jak to, Kwiryno, czy nie dostaniemy placków kartoflanych? 
Ciotka wybałuszyła oczy, powiedziano jej, że przyjęcie ma być 
eleganckie. Kwiryna obraziła się. 
— Dlaczego mam dawać gościom placki? Chyba żartujesz? 
Tak, jeśli któraś z nich przypuszczała, że to będzie dawny wieczór, z 
plackami na oleju, kartoflami z popielnika, pestkami zrumienionymi na 
blasze, no, to się zawiodła. Kwiryna ma za duże poczucie rzeczywistości, aby 
urządzać teatr. Po co? Wszystko się tak zmieniło! Amelia zapragnęła nagle 
zadzwonić do apteki i zdecydowała się nawet zejść do sklepu, od tyłu. 
Kwiryna towarzyszyła jej, zła na te pomysły. Stała nad nią nieubłaganie, w 
ciemnym korytarzyku za sklepem, i słuchała. 
— Ach, to pan, panie Janie? Czy Filip jest na górze? Długo pan będzie w 
aptece? — A wreszcie. — Postaram się wrócić wcześnie, jeszcze się 
zobaczymy! 
Kwiryna powstrzymała — się od uwag. Jak sobie kto pościele, tak się 
wyśpi. Wróciły milcząc. Kwiryna dosłyszała słowa rejenta. 
— Pani jest za delikatna na taką pracę, pani potrzebuje opieki, musi ktoś 
dbać o panią. — No, przynajmniej ta sprawa się udaje. Żeby tylko Cechna nie 
była głupia! 
Bronka, nie zadając sobie trudu, aby rozmawiać, spoglądała na zegarek. 
W kuchni, szykując kawę, ciotka głośno zwierzała się służącej. 
— Pamiętam je, jak były takie małe, młodsze od ciebie. Jestem w tym 
domu, odkąd moja najstarsza siostra, matka Kwiryny, została tak okrutnie 
zamordowana. Pozostawiła majątek, może i mnie by się coś należało? Ale ja 
się nie skarżę!... 
Dziewczyna, zachwycona resztkami wina i uczty, i tą poufałością, 
trajkotała. 
— Nic nie powiem! Pani jest rodzoną ciotką pani, po co pani tak haruje? 
— Ach, ty głupia! — rzekła ciotka wyniośle — ja tylko zarządzam. Nieś tę 
kawę do salonu! 
W tej samej chwili za oknem zabrzmiał urwany sygnał taksówki. Bronka 
powstała i zaczęła się żegnać. Kwiryna zaprotestowała. 
— Co znowu? Już?! 
Oczywiście, ktoś po nią przyjechał, umówiła się. 
— To Piędzicki. — oznajmiła Bronka otwarcie. — Pamiętacie go pewnie? 
Kwiryna, do głębi urażona, nie zatrzymywała jej. W bawialni, przy kawie, 
rejent zainteresował się „Przedmiotami Pięknymi”. 
— Jakim kapitałem rozporządzacie? 
Cechna nie wiedziała dokładnie, lecz Kwiryna już słyszała na mieście, że 
ta dziwna placówka utrzymuje się dzięki poparciu bogatych dam i 
stowarzyszeń. 
— Rzuć to, mówię ci, póki czas! Z takiego dziadowania nic nie wyjdzie. 
Jeśli nie nabierzesz rozmachu, nie dasz sobie rady. 
Amelia wycedziła: 
— Daj spokój, Kwiryno, przecież Cechna sama tego chciała. Mogła 
pracować u nas. Filip musiał przyjąć kasjerkę i jeszcze jednego pomocnika. 
Ale Kwiryna nie słuchała już, teraz dopiero dostrzegła, że Romana nie ma 
w bawialni. — Gdzie się podział? 
Wyszła do kuchni i spytała. 
— Gdzie pan? 
Dziewczyna widziała go, jak wynosił palto z szafy w sypialni. A więc 
wyszedł? Chciał wyjść zaraz po sklepie i wyszedł! Kwiryna wróciła do gości. 
Tu już pośpiesznie dopijano kawę. 
— Odwiozę panią — rzekł rejent do Cechny. Broniła się. 
— Ależ ja muszę jeszcze wstąpić do mamy po Zuzannę! 
Rejent nie ustępował. 
— Doskonale, to wstąpimy razem. 
Kwiryna postanowiła: Muszę rozmówić się z Cechną, bo wszystko 
popsuje. 
Gdy goście wyszli, krzyknęła zaraz w przedpokoju. 
— Niech dziewczyna ściele łóżka! 
Ziewając udała się do sypialni. Nie, ciotka nie zobaczy jej zmartwionej 
twarzy, wyrosła już z tego. Popędzała służącą. 
— Prędzej, prędzej, bo ledwo się trzymam na nogach. — Po czym usiadła 
wygodnie przed lustrem w szlafroku i rozczesała gęste włosy. 
Nadeszła ciotka, zaintrygowana nieobecnością Romana, ale Kwiryna 
odprawiła ją. 
— Rachunek zrobimy jutro! Dobranoc? — Kładąc się do łóżka, 
przypomniała sobie o pieniądzach, które otrzymała od nowych lokatorów. 
Otworzyła boczną szufladkę w toalecie i jeden rzut oka wystarczył. Ktoś 
ruszał pudełko z nićmi, gdzie schowała w pośpiechu banknoty. Wyjęła je i 
przeliczyła. Ruchy jej rąk stały się powolne, jakby lunatyczne, bo nim 
skończyła liczyć, już wiedziała, że brakuje. Pierwszy raz to się zdarzyło, aby 
zapomniała zamknąć szufladę na klucz. I proszę. Brakowało półtora tysiąca 
złotych. 
V 
W wolne popołudnie Cechna i Zuzanna wybrały się na spacer „za miasto”, 
ponieważ dzielnica nie posiadała ogrodu. Ulica wylotem swym mierzyła 
prosto w pole, gdzie nędzne zagony kartofli stykały się z nasypem i węzłem 
szyn kolejowych. Ponure, czarne znaki sygnałów, zwrotnic, żurawi wyciągały 
krótkie, okaleczałe ramiona nad zaśmieconą ziemią, pełną odpadków i 
papierów wyrzucanych z okien wagonów. Bezustanny przelot pociągów 
wstrząsał ziemią, a dymy parowozów i fabryk ciągnęły nad nią czarnymi 
pasmami. Stały tu jeszcze rozkrzyżowane na słupach reklamy, jaskrawe i 
obrzydłe strupy miejskiego nalotu, zwrócone obliczami do toru. Płyn do 
opalania, aspiryna, pasta do butów, czekolada Wedla i Gumm?... zachwalały 
swą jedyność i jakość nad zżółkłą trawą, gdzie podczas niedziel i południ 
fabrycznych ludzie rozkładali swe zmęczenie, miłość, chorobę i zabawę. 
Nieopisany smutek tych miejsc nasuwał myśl o śmietnisku, o 
splugawionym krańcu życia. Cechna spojrzała na małą. Zuzanna stała 
nieruchomo, z otępionymi oczyma, smukła i blada, w wyrośniętym już 
palteczku, i Cechnie wydało się, że te długie nóżki załamią się lada chwila w 
kolanach, by paść na żałosną ziemię. Przeszywający ból. Nie było przecież jej 
zamiarem ubożyć tak dzieciństwo Zuzanny. Poruszona pochyliła się i 
zaszeptała gwałtownie. 
— Zuza! powiedz, może ty pójdziesz na jakiś czas do ciotki Amelki, co? 
Było to zwykłe pytanie, ale Zuzanna zrozumiała ukryty jego sens. Jej 
cienkie paluszki schwyciły palce matki i splotły się mocno. Opowiedziała się, 
wybrała, to było zwycięstwo, gorzkie i smutne, ale zwycięstwo. 
Ongiś, w dalekim miasteczku, w dobrobycie i weselu, zdradzała Zuzanna 
dużo zaborczości, egoizmu i instynktu posiadania. Teraz jakby stopniała w 
sobie. Cechna, obmyślając jej rozrywki, mówiła: 
— Dziś urządzamy szaleństwo, Zuzanno, idziemy do kina! 
Wesołe i podniecone, zasiadały w ciemnej sali w oczekiwaniu niebywałej 
uczty. Ale okrutność filmu, dramatyczne perypetie bohaterów spychały je z 
powrotem w smutek życia. Oschła Zuzanna nie mogła się powstrzymać od 
naiwnego okrzyku protestu w czasie akcji, co rozśmieszało przepełnioną salę. 
Gdy zabłysły światła, odwracała od matki twarz gniewną i zalaną łzami, 
wstydząc się swego wzruszenia. Krzyczała wniebogłosy na ulicy, gdy mały, 
zziajany piesek biegł za tramwajem, w którym jego pan rozczulająco 
uśmiechał się zza szyby. Życie wielkiego miasta niosło ku niej co krok swe 
prawdy, obnażało rany ubóstwa, wysuwało kikuty schorzeń i twarde łokcie 
chamstwa. Zuzanna zdawała się topnieć, blednąć, rozpływać w swych wadach 
nie przez żadną tam pracę doskonalenia siebie, ale z samej słabości, na widok 
wszechmocnego zła stworzonego przez dorosłych. Cechna dostrzegła to z 
niepokojem. Tego przecież też nie chciała, bo uczucie niosło w sobie posmak 
jej dzieciństwa, Nowolipek, gdzie w strachu przed życiem wszystkie wysiłki 
sprowadzały się do chęci przymknięcia oczu i przywarcia do drogiego 
człowieka, wszystko jedno, jaki to był człowiek. Tego przecież nie chciała 
dla Zuzanny. 
Szkoła Zuzanny była świetną szkołą i, bez wątpienia, wybierając ją 
Cechna miała na myśli swą dawną „panią” dyrektorkę. Oby Zuzanna w swej 
drodze spotkała kogoś takiego! Także i jej dawne związki przyjaźni z 
koleżankami, landrynki Kwiryny, chleb i ciepło domu Mossakowskich miały 
w sobie coś krzepiącego, nieomal do tej pory przetrwały i pozostały jak 
symbol pocieszającego współżycia. 
Dziecko doznało dobrego przyjęcia, jego inteligencja, sposób myślenia i 
formułowanie tych myśli, żywość nosiły cechę oryginalności i zostały 
odpowiednio ocenione. Naturalnie i tu istniały notatniki wychowawcze i w 
pewnym notatniku przy imieniu Zuzanny zostało zanotowane. „Dziecko b. 
trudne, ale zdolne”. Ta notatka o trudnym charakterze uczennicy nie była 
jednak wstępem do specjalnej nad nią pieczy i pracy. Nawet ta świetna szkoła 
nie zajmowała się indywidualnościami. Dążono do urobienia typu dziecka 
grzecznego, posłusznego, inteligentnego i uspołecznionego, co zresztą w 
większości wypadków pokrywało się z formami dobrego ułożenia. 
Zewnętrznie ułożenie Zuzanny było dość dalekie od poprawności — pewnego 
dnia Cechna została wezwana do szkoły, zasiadła naprzeciw przełożonej, aby 
dowiedzieć się innej prawdy o Zuzannie. O Zuzannie takiej, jaką widziano ją 
tu, w szkole. Jest to Zuzanna krnąbrna, nieposłuszna, wzgardliwa i pyszna w 
stosunkach koleżeńskich, wymagająca ciągłych usług. Cechna, oszołomiona, 
gotowa była wyznać. „Nie znam własnego dziecka”. Ale zaraz, zawstydzona 
tą zdradą w stosunku do Zuzanny, poprosiła o fakty, o coś konkretnego. 
Fakty?... Przełożona z pewnym wahaniem udzieliła tych wyjaśnień i wtedy 
fakty sprowadziły się raczej do gestów, nieopanowanych odruchów złego lub 
dobrego humoru, do głosu, wzruszeń ramionami, gadatliwości, wszystkiego 
wreszcie, co wyodrębniało ją w sposób przykry z grona koleżanek.... Poza 
tym Zuzanna mija się z prawdą... 
— Kłamie?! 
— Tak — odpowiedziała stanowczym głosem przełożona. Cicho i delikatnie 
ciągnęła dalej. — Wiadomo mi przecież, że pani boryka się z bardzo trudnymi 
warunkami życia. Tymczasem Zuzanna opowiada tu koleżankom takie 
rzeczy!... na przykład... o służącej... Pani przecież nie trzyma służącej, 
prawda? 
Cechna ze zdumieniem spojrzała na przełożoną i machinalnie szepnęła: 
— Nie. — Krwawy rumieniec wystąpił na jej twarz. Co u licha napadło 
Zuzannę? Czyżby się wstydziła?... Nagle odetchnęła głośno i omal nie 
wybuchnęła śmiechem. Przypomniała sobie opowiadana Zuzanny o 
koleżankach. Jedna z nich, zapraszając Zuzannę do siebie, rzekła, bynajmniej 
nie w formie żartu. 
— Powiedz portierowi na dole, że idziesz do jaśnie wielmożnych państwa 
Morańskich. 
W wypracowaniach na temat „Jak spędziłam dzień?” pisały. „Wstawszy 
rano, z pomocą pokojowej zrobiłam toaletę ranną”. Po feriach świątecznych 
opowiadania szkolne pękały od wrażeń z podróży samolotem do Gdańska, o 
choince w Zakopanem, o wakacjach nad morzem, prezentach, szykach, 
kinderbalach14; Zuzanna, siedząc w pokoiku nad zeszytem, kręciła z 
zakłopotaniem pióro w palcach. 
— Co ja mam napisać, mamo? 
— Pisz prawdę — odpowiedziała Cechna. — Przecież to nieważne, co będzie 
napisane, tylko jak będzie napisane... — I wrażenia Zuzanny zawarły się 
wreszcie w kilku zaledwie linijkach dziecinnego pisma. 
Małe snobki zburzyły dzieło matki. Cechna z, uwagą spojrzała na przełożoną. Miała przed sobą kobietę godną najwyższego szacunku za 
długoletnią działalność pedagogiczną i wychowawczą, szkoła nosi markę 
najlepszej szkoły stolicy, a jednak z Zuzanną postąpiono powierzchownie. 
To, co matka zrozumiała w lot, te niedostrzegalne powody „mijania się z 
prawdą” nie znalazłyby tu uznania. Skromna sytuacja materialna powinna 
nosić na sobie znamię pokory i wdzięczności, to już należało niejako da 
tradycji. 
— Pani przecież nie trzyma służącej, prawda? 
Cechna spojrzała na swe ręce, chciała wyjawić coś z tych swych myśli, już 
otworzyła usta, ale opanowała się. Jeśli na tych wyżynach panuje taka aura, 
nie ma się o co rozbijać. W rozgoryczeniu dostrzegła, iż poniosła klęskę ze 
swoim dążeniem do kształtowania charakteru. Czy dobrze robi obcinając 
Zuzannie wszelkie pazury? Czymże się będzie bronić? Jaki będzie świat, w 
którym Zuzanna ma żyć? Wśród jakich ludzi? Równość, równość, równość! 
A oto tu kształci się i przygotowuje do życia nowe pokolenie małych snobów, 
zdolnych do upokarzania, nieznośnych w współżyciu przez swą 
zarozumiałość, odgrodzonych murem nie do przebycia od tej wielkiej reszty, 
której służąca nie kąpie i pokojowa nie ubiera. 
Czyżby wylot w świat stawał się możliwy tylko przez mężczyznę?... Ale 
po co odchodzić od Nowolipek, tam nie jest tak źle, jakby się zdawało. I 
przypomniała sobie wieczór u Kwiryny, owe nieśmiertelne „landrynki” 
dzieciństwa, które teraz przybrały postać rejenta, wiele historii z koleżankami 
szkolnymi, świadczących o wielkiej delikatności ich uczuć. I, olśniona tym 
odkryciem, Cechna zawróciła. 
W tym czasie Zuzanna uległa rozmaitym eksperymentom 
doświadczalnym. Matka odebrała ją z doskonałej szkoły prywatnej i oddała 
do publicznej szkoły powszechnej, gdzie Zuzanna nie potrzebowała się 
uczyć, bo „już to umiała”. Wreszcie wylądowała w gimnazjum państwowym, 
zakosztowała upajającego smaku władzy nad pewną grupką wiernych, 
goryczy i rozczarowania detronizacji, aby w końcu, utemperowana, stać się 
jedną z tych czterdziestu, utonąć w masie. 
VI 
— Mrozik umiarkowany! — rzekła pani Raczyńska. Weszła do sypialni 
wprost ze dworu, nie zdejmując okrycia, pod czarną woalką twarz jej, 
zaróżowiona od zimna i płaczu, jaśniała dobrym wyglądem. Amelia spytała z 
łagodną wymówką. 
— Cóż to, mama płakała?... 
— Byłam na Powązkach. 
Amelia, układając bieliznę z premia, zadumała się nad uczuciem matki dla 
ojca, którego tak słabo pamiętała. Ciągle jeszcze chodzi na grób, porządkuje, 
omiata... Ale tym razem to nie ten nieboszczyk wzruszył panią Raczyńską do 
łez. Odwinąwszy połę okrycia, przysiadła na brzegu łóżka i rozłożyła z 
zachwytem ręce. 
— Na jaką uroczystość natrafiłam! Anibyś się spodziewała! Chyba pół 
Warszawy zebrało się z tej okazji. No, może przesadzam, ale było wspaniale i 
rozczulająco! To rocznica, wiesz, tego Niewiadomskiego, co to zabił 
prezydenta. Pamiętasz chyba, byłyśmy z Filipem na pogrzebie?... Tylko nie 
wiem, jaka to rocznica?... 
Zastanowiła się na chwilę, rozprostowując palcami haft falbany przy 
poszewce, ale myśl jej wróciła do grobu, zarzuconego kwiatami, 
błyszczącego od drżących świateł świec. Uszy jej zdawały się łowić echo 
pieśni śpiewanej przez zebranych. 
— Ach, zapomniałam! Pięknie śpiewali, dawno już nie słyszałam tak 
pięknego śpiewu. Spłakałam się. 
Pani Raczyńska westchnęła i wyjęła chusteczkę z torebki. 
— No, mamo, mamo!... kto widział tak się przejmować! — powiedziała 
Amelka, od pewnego czasu pobłażliwa dla matki, dla Filipa, dla Katarzyny. 
— Muszę powiedzieć Katarzynie, że to do niczego — rzekła pani 
Raczyńska. — Czy tak się prasuje haft? Jeszcze trzy takie prania, a poszewka 
będzie na nic. 
Wygładziła zaprasowane fałdki i powstała. 
— Coś ci miałam powiedzieć i z tego wszystkiego zapomniałam!... Aha! 
Chodzi o Helcię. 
Helcia chciała zdawać na dentystykę i pani Raczyńska cieszyła się z tak 
dobrego wyboru fachu, bo to fach popłatny. Zawczasu marzyła, że Filip da na 
urządzenie gabinetu, Helcia będzie pracować na swoim. Ale okazało się, że 
dentystyka jest zapchana, naturalnie takich było więcej, którzy zwrócili 
uwagę na popłatny fach. Mowy nie było o dostaniu się na dentystykę. 
— Ona chce zdawać, Amelciu, do takiej szkoły rolnej. 
Amelka na wpół rozgniewała się. 
— Co ma wspólnego dentystyka z rolnictwem? Cóż to za głupstwa! Nie, 
mamo, niech mi mama da spokój 
— Ależ poczekaj — rzekła pani Raczyńska. 
— Czy Helcia ma majątek ziemski, czy będzie uprawiać rolnictwo w 
doniczce?... 
Pani Raczyńska upadła na duchu, ale nie dała za wygraną. I, zadumana, 
szepnęła: 
— Z tymi rzeczami nic nigdy nie można wiedzieć z góry. Czy to wiadomo? 
Helcia może kogoś poznać, wyjść za mąż, nawet taka Zuzanna, choć to 
młode, ale mądre, zaraz powiedziała, że Helcia może wyjść za mąż na wieś i 
wtedy z tą nauką — jak znalazł. 
— Mama buja w obłokach. 
— Ja ci nie wypominam, Amelciu, ale żeby nie twoje bujanie w obłokach, 
może nie byłabyś aptekarzową. Cóż to zresztą nadzwyczajnego? Czy nie 
przychodził tu pan Andrzej, bratanek księdza, który ma majątek ziemski? Co 
prawda, panu Andrzejowi ktoś inny wpadł w oko, ale może się znajdzie taki, 
któremu właśnie spodoba się tylko Helcia. 
Amelia spojrzała oszołomionymi oczyma. Teraz lepiej jest mieć matkę za 
sobą. 
— Dobrze, pomówię z Filipem. Ostatecznie Helcia musi coś robić. 
— Powiedz Filipowi, że Helcia w przyszłości stokrotnie mu jego dobroć 
odpłaci. 
Ach, jak matka lubi się upokarzać! Amelia zmarszczyła brwi i spytała. 
— Czy mama nie wie, jak Filip ułożył nowe dyżury z tym pomocnikiem? 
Chyba nie będą siedzieć w aptece w trójkę? 
— Ach, grypa szaleje, ludzie mrą jak muchy — rzekła pani Raczyńska. — 
Owszem, wiem. Pan Jan ma dyżurować sam, a Filip z tym nowym, bo chce go 
dopilnować. 
— Wszystko się pokręciło — szepnęła machinalnie Amelia. 
— Co się pokręciło? Filip zaraz przyjdzie na obiad. Co prawda, po 
obiedzie znów wróci na dół, bo panu Janowi wypadł dziś nocny dyżur i 
przyjdzie dopiero koło dziesiątej. 
Amelia odwróciła się i nagle objęła matkę za szyję. Parni Raczyńska aż 
się przestraszyła. 
— Co ci się stało, Amelciu? 
— Nic... Mama wszystko wie! Bez mamy nie dałabym sobie rady. 
Nowa sukienka, granatowa, wisiała na ramiączku. Amelka zdjęła szlafrok 
i przebrała się. Zapuściła dłuższe włosy, ponieważ Jan życzył sobie tego. 
Teraz widziała w lustrze swą twarz, podcienione oczy, rozchylone wargi, 
gładki policzek. Zaróżowione ucho lśniło jak kwiat wśród jasnych pukli 
włosów. Czerwony, szeroki pasek z miękkiej skóry pięknie przystrajał ciemny 
materiał sukni. Zajrzała do jadalni. Katarzyna nakryła już do stołu. 
— Co dziś na obiad, Katarzyno? 
— Pani wygląda jak panienka — rzekła z pretensją w głosie Katarzyna. 
Na stole kuchennym zapasy włoszczyzny przyniesione z piwnicy tajały z 
zimna, dając zapach orzeźwiający i ostry. Rozpieczętowany słój konfitur, 
świeży placek, wyrzucony dopiero co z blachy... 
— Nie, Katarzyno, Katarzyna psuje nas! 
— Co mam robić? Pani wcale nie zajmuje się domem. 
Głos jej zabrzmiał nie skrywaną naganą, Amelia spojrzała na służącą i 
nagle przestraszyła się tej twarzy białej i surowej. Katarzyna w ciemnej sukni 
i błękitnym fartuchu, z broszką pod brodą, gdzie Miłość, Wiara i Nadzieja 
splątały swe znaki w enigmatyczny15 kłąb, onieśmieliła ją. Para buchająca 
spod pokryw, czerwona blacha kuchni, gorące uszy garnków i rondli nie 
naruszyły spokoju i godności tej wzorowej sługi, która służyła przedtem na 
bogatej plebanii, zanim trafiła do aptekarza. Jan mówił o niej, że to jest twarz 
ascetyczna. 
— Niech Katarzyna pozwoli, zrobię dla pana sałatkę. 
Zdjęła z gwoździa fartuch i przepasawszy nim biodra, stanęła przy stole. 
Katarzyna, pojednana, wyłowiła z rosołu gorące warzywa. 
— A może pani chce tuku na chleb? 
Amelia plasnęła dłońmi. 
— Ach, jak ja to lubię! 
Spojrzała z taką wdzięcznością, aż to zmieszało Katarzynę. Jej ręce 
uformowały zgrabną kanapkę z razowego chleba. Gęsty szpik błyszczał 
złocistą pozłotą. 
— Proszę pani. 
Filip, który miał zwyczaj zaglądania do garnków przed obiadem, wszedł 
do kuchni. To ucieszyło Katarzynę, jej pan jest smakoszem i potrafi ocenić 
jej pracę. 
— Co ty tu robisz? — Resztka kanapki wzbudziła w nim szalony apetyt i 
Amelia odjęła ją sobie od ust, aby wsunąć przysmak w otwarte usta męża. 
Aptekarz objął ją wpół i, żując jeszcze, powiódł do jadalni. 
— Co to, nowa suknia? Pokaż się! 
Amelia wyciągnęła ramiona w górę, smukła i zwinna okręciła się na 
palcach. 
— Jesteś co dzień młodsza! 
— Ach, bo mi jest tak dobrze, Filipie, tak dobrze... z tobą! 
— Co, naprawdę? — spytał niby niedowierzająco. Amelka objęła go i 
zakołysała. — Jesteś taki miły, taki dobry, taki oddany. — Aptekarz, 
wzruszony, chrząkając, zdjął szkła i przetarł je, można by przypuszczać, że i 
szkła omgliło wzruszenie. 
— Siadajmy! Siadaj, Filipie! 
Białe jej ręce zwinnie krzątały się nad zastawą stołową, podczas gdy mąż 
rozmyślał, czyby nie zostać w domu? Ale po zjedzeniu zawiesistej zupy uczuł 
się dość ciężko, przypomniał sobie fotel w pokoiku za apteką, plik gazet, 
pomocnika i kasjerkę, klientów zmartwionych chorobami, których mógł 
pouczać i pocieszać. I rzekł. 
— Jaka szkoda, że muszę zejść zaraz po obiedzie do apteki. 
— Ależ nie przejmuj się, odpocznij. 
— Nie, nie, obowiązek przede wszystkim. 
Zeszła z nim na dół, aby zadzwonić do Kwiryny i zapowiedzieć swe 
odwiedziny. Ale potem, gdy ubrana już, opuściła bramę, minęła Karmelicką i 
szybko przywołała taksówkę. Nie umawiała się dziś z Janem, ale on na pewno 
czeka na nią. Uczucie to było jak wielka huśtawka, nigdy nic nie wiadomo! 
Jan, taki mądry i oschły — był teraz tym, który pragnął częstych spotkań. 
— Która godzina? 
Jan nie odpowiedział i, wyciągnąwszy rękę, Amelia poszukała w 
ciemności jego głowy. Palce natrafiły na ściągnięte brwi i przemknęły po 
twarzy. Uspokojona. Szczęśliwa. Przeniknięta pewnością niezachwianą. Jak 
jej się nie chce stąd ruszać! 
— Janku, czy nie czas już na nas? 
Westchnął, usiadł na tapczanie. Po omacku odnalazł kontakt i włączył 
światło. Rozburzone włosy Amelii zasypały poduszkę. Ukazała się, różowa, z 
twarzą obmytą przez rozkosz, z oczyma znużonymi. lecz uśmiechniętymi 
łaskawie. I poskarżyła się. 
— Ach, wracać teraz do domu! 
Spojrzał na zegarek i mruknął. 
— Wpół do dziesiątej. — Potem odwrócił ją, objął i dźwignął ku sobie. — Ja 
muszę iść, ale ty możesz zostać. — Potrząsnęła głową 
— Filip zaraz przyjdzie na górę. — I, chcąc mu okazać, że to odejście nie 
przychodzi jej łatwo, ciągnęła dalej. — Filip przyjdzie na górę... siądziemy do 
kolacji... nastawi radio... jak co dzień, co wieczór! 
Powiedział powoli. 
— Ja mówię o zupełnym pozostaniu. Właściwie po cóż byś miała wracać? 
Te rzeczy można ułożyć. 
Amelia spojrzała na niego zdumiona. O tym nigdy nie pomyślała! Tak 
stracić głowę! Nagle wstała prędko. 
— Podaj mi szlafrok, mój drogi. 
Stukając cicho obcasami pantofelków, krzątała się po pokoju. Nagle 
przystanęła. Jej oczy ogarnęły wnętrze, ubogie i zimne, tapczan kryty 
ciemnym rypsem, szafę o nie domykających się drzwiach, umywalkę w kącie, 
stół i krzesełka. Tylko jej osobiste rzeczy, porozrzucane, kładły weselszą i 
zbytkowną nutę w tę oschłość. Jan milczał. Nie, nie powinna robić tego 
przeglądu, on jest tak przenikliwy. Bąknęła. 
— Nie. Nie mogę odejść tak, bez słowa. To stary człowiek, musiałabym go 
jakoś przygotować... a mama! Ach! Zresztą — ty też nie mówisz na serio... 
Wzruszył ramionami. 
— Rozumiem, pani chciałaby mieć wszystko, zachować i koroneczki, i 
miłość. 
— Nie mów tak! 
Amelka szepnęła te słowa głosem zadąsanym i pieszczotliwym, ubierając 
się dalej. Nic sobie nie robiła z jego ironii, czuła, że i tak go nie straci. I, 
stojąc prawie obnażona w swej przezroczystej bieliźnie, szczotkowała włosy, 
wcale nie zażenowana. Tak niedawno jeszcze byłaby to nie do pomyślenia, 
wstyd opadł z niej. 
— Jesteś taki... taki postępowy, a... 
— Postęp to nie znaczy, żebym mógł spokojnie siedzieć w aptece, podczas 
gdy ty, tam, na górze... z mężem... 
Amelia wyciągnęła żywo ręce. 
— Mogę ci przysiąc na wszystko, że mnie z nim nic nie łączy... — Tak, 
mogła przysiąc z czystym sumieniem, w obliczu tych nowych przeżyć, tamto 
z Filipem — to było nic... 
Ale rozumiała Jana. Zbliżyła się, smutna i znużona, i wsparłszy czoło o 
jego czoło, zatonęła spojrzeniem w jego oczach. Uczuła szybkie pulsowanie 
krwi i chwiejąc się przylgnęła do tego ciała, które użyczyło jej życia. Rzekła, 
jakby z samej głębi siebie. 
— Ja też się męczę, czy ty tego nie widzisz? Po sto razy zbiegam na dół do 
apteki, aby ciebie zobaczyć. Siedzę na górze, ale myślę tylko o tobie, bez 
ustanku. — Dotknęła wargami jego ucha, szepcząc: — Gdy Filip zaśnie, zejdę 
na dół. 
— Uważaj na siebie. 
Powiedział to z czułością, przeciągnął ręką po jej gładko zaczesanej 
głowie. Jak spiskowcy obejrzeli się za siebie. 
— Czy wszystko masz? 
— Tak, tak. 
— Twoje fiołki! 
— Zostaw je! 
Wyszli razem, przeplótłszy ramiona, kiście dłoni, palce. Koło 
Karmelickiej Jan zwolnił kroku. 
— Czy pójdziesz pierwsza? 
Teraz poczuła żal i westchnęła. 
— Co tam! Pewno nikogo nie spotkamy. Tak dobrze iść razem. Słuchaj, 
nie trzymaj zapalonej dużej lampy w dyżurce, dobrze? 
Żegnali się w pustej i słabo oświetlonej bramie. Naprzeciw, we wnęce 
murów kościelnych, ktoś stał przed żałobnymi kartami klepsydr. Amelia 
szepnęła uspokajająco. 
— To kolporter pan, Gończyk. 
— O tej porze? Ależ on kompletnie zidiociał! 
Policzki Amelii pałały. 
— Ach, to okropne, czuję, jak gdybym płonęła! 
Jan dotknął jej twarzy zimną dłonią. 
— Moje biedactwo... Przyjdziesz? 
— Tak. 
Spódniczki jej zaszeleściły na schodach. Zadyszana, z bijącym sercem, 
wpadła do przedpokoju. A jeśli Filip zostawił aptekę pomocnikowi i jest już 
w domu? Nie, on jest taki obowiązkowy. 
Katarzyna uchyliła drzwi od kuchni. 
— Pan był na górze i pytał o panią. 
Krzyknęła z gniewem. 
— Dobrze, dobrze! — W popłochu zrzucała z siebie suknię, kapelusz, 
bieliznę. Lada chwila Filip wejdzie! Gdyby Jan miał tyle rozumu, aby 
zatrzymać go jeszcze na dole... Go powiedzieć? Że była u Kwiryny?... A jeśli 
dzwonił tam? O głupia, głupia, głupia! Mogła przecież powiedzieć, że idzie 
do Cechny, Cechna nie ma telefonu. Ułożyła się jak do snu i przymknęła 
oczy, udawała sen, podczas gdy jej twarz drżała od uczuć. Wtedy wstała i 
zanurzyła ręce w mielnicy napełnionej wodą. Podniecenie opadło. Usłyszała 
kroki Filipa na dole, stuk drzwi. Prędko zgasiła światło. 
— Śpisz? 
Nie odpowiedziała. Nic nie wiedział, uzyskała tę pewność z brzmienia 
jego głosu. Oddychała równo, jak uśpiona. Przeszedł do jadalni, aby „coś 
przekąsić przed snem”. Uczuła głód, od obiadu nic nie jadła. Jan także musi 
być głodny. Czeka tam na nią! I pod wpływem tych drobnych, ale dotkliwych 
przykrości propozycja Jana nabrała powabu. Ach, gdyby tak można żyć z nim 
nie kryjąc się! Jakby to było miło dzielić z nim dzień, posiłki, wypoczynek, 
oczekiwania powrotu, rozrywki. Ale rzecz dziwna, wyobraźnia nie ukazywała 
jej Jana tam, w jego pokoiku na Kruczej, gdzie trzeba było zachowywać się 
dyskretnie i cicho. Widziała go tu, w domu nad apteką. I pomyślała. — „Ależ 
ja się za bardzo krępuję! Można to urządzić...” — Wyrzucała sobie ten 
popłoch, ostatecznie mogła się nie kłaść, zjeść spokojnie kolację i nawet 
zanieść coś do jedzenia na dół, udając, że nie wie o dyżurze Jana, a niesie to 
dla męża. Filip brzękał nakryciem w jadalni, zajadał smacznie, wcale się nie 
krępując. Marudził. Westchnęła i już nie udawała, że śpi, zrezygnowana. 
Usłyszała szelest gazety. Ach, mój Boże, to nie ma końca, będzie musiała 
wstać. i...! Z gniewem usiadła na łóżku. 
— Kto tam jest w jadalni? To ty, Filipie? Obudziłeś mnie! 
Narzuciła szlafrok i, mrużąc oczy od światła, udając rozkoszne zadąsanie, 
namawiała aptekarza, by się już wreszcie położył. Ale dostrzegła mętne oczy 
męża, niepewne ruchy jego rąk, ukradkowe spojrzenia i uśmiech. „Jeszcze i 
to!” — pomyślała. Westchnęła. Podszedłszy do męża, objęła go. Jan tam 
czekał, na dole, widziała go w pokoiku za apteką, palącego papierosy, jeden 
za drugim. I wzmocniła swój uścisk, pieszczoty jej stały się ostre przez swą 
zimną żarliwość i z góry planowany zamysł. Nagle usłyszała dziwny dźwięk, 
przeraziło ją to, zacichła. To aptekarz gruchał, roztkliwiony i zdyszany. 
Zataczając się, pchał ją przed sobą, do sypialni... 
— — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – 
Nie, już nie zejdzie na dół. Leżała martwa, wyciągnięta na wznak, 
bezmyślna. Nie, nie podobna teraz zejść do Jana. Nie potrafiłaby skłamać, 
grać komedię. Stłumiony świst przerwał ciszę. To aptekarz chrapał. Zasnął 
zaraz, wyczerpany. 
Zerwała się bezszelestnie, ogarnęła szlafrok, wsunęła bose stopy w 
pantofle i wionęła jak cień do przedpokoju. Nasłuchując sięgnęła po futro. 
Zamek szczęknął cicho. Drzwi skrzypnęły. Lekki trzask stopni schodów był 
jak wielki huk. Otworzyła drzwi. Jan leżał na wąskiej kanapce, ubrany, nawet 
nie tak dużo wypalił papierosów. Leżał z oczyma utkwionymi w drzwi, 
uśmiechał się zimno i ironicznie. I, niezdolna podejść bliżej, osunęła się na 
krzesło przy drzwiach, kryjąc przed tym spojrzeniem twarz w dłoniach. 
Na górze, w kuchni, obudziła się Katarzyna. Pod kościołem kolporter 
Gończyk przerwał męczącą naukę czytania na klepsydrach i ogłoszeniach 
kościelnych. Zegar na wieży wybił północ. 
— Dwunasta gadzina... godzina duchów — rzekł pan Gończyk do siebie. 
Usiadł na stopniach schodów, wyjął bułkę z kieszeni i zaczął zajadać. 
Dwie czerwone latarnie płonęły po obu stronach świętego posągu. Ujrzał też 
smugę światła z pokoiku aptecznego, zasłona nie była szczelna. Dla 
urozmaicenia przeszedł na drugą stronę, zmrużył jedno oko i wycelował w 
szparę. Pewnej nocy aptekarz usłyszał kroki pod oknem, wyjrzał i zaprosił go 
do wnętrza. Inteligentny człowiek, dużo się od niego można dowiedzieć. Ale 
dziś — na wprost okna na, krzesełku siedziała kobieta. To aptekarzowa, co ona 
tu robi? Spod futra wysuwały się bose stopy w lekkich pantofelkach z 
pomponem i fałdy czegoś białego, po prostu bielizna damska. Nikogo więcej 
nie było widać. Oho, ona płacze. 
Pan Gończyk pociągnął nosem, broda jego wysunęła się tak, że widział ją 
na cieniu. Przeszedł na drugą stronę okna i zajrzał. Na kanapce leżał na 
wznak prowizor z rękami pod głową, patrzył w sufit. Ho, ho! Chyba nie będą 
siedzieć tak długo z daleka od siebie? Spacerował pod oknem i czekał. Ale 
ilekroć zajrzał, nic się nie zmieniało. Dopiero dużo później ujrzał prowizora 
stojącego koło krzesła płaczącej aptekarzowej. No, zaczyna się... Położył 
rękę na jej ramieniu?! I znów nic. 
Pan Gończyk powrócił na drugą stronę. Mury kościoła ziały wilgocią. 
Gdzieś od Żelaznej zaturkotała samotna drynda. Stanął przed klepsydrami i, 
wodząc palcem po czarnych literach, czytał. Śp. We-ro-ro-ni-ka — aha, to ta 
ze Smoczej, co leży w kaplicy na lewo! Dalej mu nie szło, nazwiska nie mógł 
odczytać. Reszta jednak poszła gładko, mógł się domyślić, to było jednakowe 
na wszystkich klepsydrach. Po długich i ciężkich cierpieniach, zm..., to 
znaczy zmarła. Potem dzień narodzin i dzień zgonu, to wszystko. 
Od nowej linii zaczynało się o wyprowadzeniu zwłok. Tego nie 
potrzebował czytać, wiedział od zakrystiana Łapko, że pogrzeb będzie jutro. 
Nagle w rozpaczy zacisnął pięści i uderzył się w pierś. Nie powinien się 
domyślać, nie powinien wiedzieć od Łapki — powinien był czytać, czytać! I 
zabrał się do ślabizówki od początku. 
Biła pierwsza. 
VII 
— Czy ta możliwe wyczynić tyle hałasu li tylko samymi nogami?! — 
krzyknęła Zuzanna. 
Odtańczywszy szalonego dżiga, oddawszy hołd demonowi ruchu, rzuciła 
się na twardą kanapkę z książką w ręku, z torebeczką cukierków w drugiej. 
Albowiem co do tych dwóch rzeczy miała ustaloną opinię. Nie ma nic 
lepszego niż wyhasać się po długim siedzeniu nad lekcjami i nie ma nic 
lepszego jak wieczór w domu, z książką i cukierkami, gdy matka nie 
wychodzi na miasto za interesami, a siedzi tuż, przy stole, na który lampa 
rzuca świetlisty krąg. 
— Dobrze, że na dole nikt nie mieszka — rzekła Cechna. 
Wróciła dopiero co z małej podróży na wieś i rozłożyła przed sodą 
pożółkły tiul, wpatrzona weń bezmyślnie. Znalazła to w pewnej chałupie w 
zapadłej wiosce kurpiowskiej, gdzie gospodyni, otwarłszy skrzynie, ukazała 
paniom z miasta swoje bogactwo. fantastyczne kubraczki bogato haftowane 
koralikami, cekinami, zwyczajną barwną tasiemką, włóczką, nicią jedwabną, 
skórą. Tiulowe czepce kobiet, czepce, do trumny, „śmiertelne”. Małe 
czepczyki urodzinowe, na chrzest. Cienkie koszule zdobne w szydełkową 
koronkę ręczną. Serwety. Przejrzyste kryzy. Nawet derki na konie były 
piękne. Ale nic z tego nie było na sprzedaż, tylko parę metrów tiulu 
pracowicie pozszywanego, z którego nic jeszcze nie sporządzono. I Cechna, 
starannie kopiując kubraki, łykała ślinkę na ów tiul, zanim się zdecydowała 
na kupno. Teraz nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego to zrobiła i po co jej 
ten tiul? 
— Mamo, czy będę miała choinkę? 
To pytanie, które natarczywie zadawała ongiś swojej matce, pani 
Raczyńskiej! Świat mógł iść olbrzymimi krokami naprzód, burzyć domy, 
przesądy i symbole, zaprowadzać wspólne kuchnie i wspólnotę gospodarstw, 
ale dzieci będą nadal pytać. „Czy urządzimy choinkę? czy będzie wigilia?” 
Cechna odpowiedziała głosem stanowczym. 
— Tak. 
Ten tiul, pożółkły, pozszywany lśniącą nicią, nadawał się raczej za szkło 
gablotki muzealnej. Subtelny ścieg splątał się w wzór nie do odcyfrowania, 
zamazany i bezbarwny. 
— Mam nadzieję, że mi kupisz pantofle? 
Cechna zastanowiła się. Już od dawna opór jej skruszał, obiecywała, aby 
potem nie móc obietnic dotrzymać. Pantofle? Za co? I dlaczego pantofle? 
Przecież jest zima. 
— Nikt nie nosi teraz bucików. Wszystkie dziewczynki w gimnazjum mają 
pantofelki i boty — rzekła bystrze Zuzanna. I wytoczyła niezbite argumenty za 
botami. — To się zdejmuje prędko, a ja godzinami muszę sznurować buciki. 
Spóźniam się, wychodzę ostatnia. 
— Dobrze już, dobrze! — zawołała matka z gniewem. Ten gniew wynikł z 
troski. Pantofelki! Boty! Fartuch szkolny! Zuzanna drze w strzępy dwa 
fartuchy rocznie. Nie ma sukienki świątecznej! Pończoch! Dołożywszy do 
tego komorne i wpis, dług w sklepiku i wydatki na święta — Cechna poczuła 
niepokój i czarną noc w oczach. Zmięła tiul i rzuciła na łóżko, zniechęcona. 
Wyrzucone pieniądze. 
Odsunąwszy fajerki, dorzuciła drew na ogień, zasypując je miałkim, „tym 
tańszym” węglem. Nagle spylała łagodnie. 
— Hm... Zuzanno, co myślisz o rejencie? 
— Jakim rejencie? Ach, ten... co mi zafundował czekoladki! To fujara! 
Krew uderzyła Cechnie do głowy. Znów chciała zrobić głupstwo, „oprzeć 
się o kogoś” — i to z powodu pantofli i botów. Na szczęście Zuzanna posiada 
bystry umysł. Cechna roześmiała się nieszczerze. 
— Może przygrzać kartofli na kolację? Dla ciebie jest trochę szynki. 
— Znów kartofle! Wiesz, jeśli już mają być kartofle, to wolę w łupinach i z 
popielnika. 
— Tak na poczekaniu? Nie wiem, czy się upieką. 
— Spróbuj, spróbuj! ty zawsze wymyślasz jakieś trudności! — zagrzewała 
do dzieła Zuzanna. — Nasyp żaru na wierzch! 
Cechna przykucnęła przy popielniku. Zapanowała cisza. 
— „Roland uderzył mieczem o krzemień — rozległ się głos zaczytanej 
Zuzanny. — Walił nim więcej, niżbym zdołał powiedzieć. Miecz zgrzyta, nie 
pryska ani się nie łamie. Odskakuje ku niebu. Kiedy hrabia widzi, że go nie 
złamie, żałuje go w duszy bardzo łagodnie. "Ha! Durendal, jakiś ty piękny i 
święty!... Twoja złota gałka pełna jest relikwii: ząb świętego Piotra, krew 
świętego Bazylego..."”16 — Zuzanna poczyna mruczeć. 
— Co to jest, Zuzanno? 
— „Pieśń o Rolandzie” z mojej czytanki szkolnej. 
— Zacznij od początku, dobrze? Czytaj głośno! Za moich czasów nie było 
tak pięknych rzeczy w czytankach. 
„...i włosy wielebnego świętego Denisa, strzęp szaty Najświętszej Panny. 
Nie godzi się, aby poganie cię posiedli. Obyś nigdy nie dostał się w ręce 
tchórza!” 
Oczy Cechny dostrzegają nagle nieszczęsny tiul. Rzucony na łóżko, padł 
na tkaninę o intensywnej barwie turkusu. Nagle ożył. Uzyskał tło i błysnął 
cenną pozłotą kości słoniowej. Lśniąca nić wzoru pobiegła swoją wyrazistą 
linią, linią naiwnego piękna. Snuje się jak tok bajki, w tym jest coś z dawnych 
opowiadań. 
— „...Tobą zdobyłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol, cesarz 
siwobrody: przez ciebie jest potężny i bogaty...” 
Co z tym zrobić? To musi żyć dalej. Cechna otwiera szufladę, chwyta 
stary zeszyt Zuzanny i ołówkiem szkicuje. Przebacz, Panie Boże, tiul i miecz 
Durendal, to straszne i śmieszne podkładać takie ilustracje pod słowa rapsodu 
rycerskiego. „Tyle szerokich ziem”, pantofle i boty, i choinka... Nie, to nie 
wszystko... 
— Gdzie masz gumkę? 
— W teczce, mamo! 
— „Roland czuje, że śmierć go bierze całego: z głowy zstępuje do serca. 
Biegnie rycerz pędem na szczyt góry, położył się na zielonej murawie, twarzą 
do ziemi. Pod siebie kładzie swój miecz i róg. Ku Hiszpanii obrócił twarz”. 
Tak, dzieło dobiega końca. Ale strofy nie obniżają swego napięcia ani 
poziomu, zarówno doskonałe w początku swym i zmierzchu. Zuzanna jest 
dziełem nie dokończonym. „Obyś nigdy nie dostał się w ręce tchórza! Oby 
nie posiedli cię poganie...” — Czy stan ma być wysoko czy nisko? Ależ ta 
suknia wymaga stylu. Co to jest styl? Jaki to ma być styl? O Boże, nic nie 
umiem, nic nie wiem... 
— „Wiele rzeczy przychodzi mu na pamięć: tyle ziem, które zdobył dzielny 
rycerz, i słodka Francja, i krewniacy, i Karol Wielki, jego pan. Płacze i 
wzdycha, nie może się wstrzymać. Ale nie chce przepomnieć samego siebie, 
bije się w piersi...” 
Styl to musi być coś wynikającego z samego ducha rzeczy. Tak jak rytm 
tych słów wynika z opowieści bohaterskiej. Co jest w tym strzępie tiulu? 
Gałązka choiny. Mróz na szybach. Puszyste pióra ptasie. Łeb fantastycznego 
zwierza z ziejącą paszczą. Rozszczepiony kwiat lilii... 
Zuzanna powstała, aby odczytać końcowe strofy. Ma już na tyle smaku, 
aby nie czytać z „przejęciem”. Czyta z powagą. 
— „Ofiarował Bogu swą prawą rękawicę, święty Gabriel wziął ją z jego 
dłoni. Opuścił głowę na ramię, doszedł, ze złożonymi rękami, swego końca. 
Bóg zsyła mu swego Anioła Cherubina i świętego Michała Opiekuna, z nimi 
przyszedł i święty Gabriel. Niosą duszę hrabiego do raju...” 
Oby mogła odejść tak kiedyś, ze złożonymi rękami doszedłszy końca. Z 
sercem spokojnym o swą miłość pozostawioną ludziom i ziemi. 
VIII 
Jaki ten Roman nieskomplikowany. Tysiąc pięćset złotych ulotniło się jak 
kamfora, a on ma minę niewiniątka. Kwiryna nie pisnęła ani słówka, czeka. 
Ktokolwiek z tych trojga wziął, wyda się powolutku. Dziewczyna, a nawet 
ciotka nie wytrzymają, ażeby sobie nie kupić czegoś zbytkownego. A jeśli 
Roman... 
Nie trzeba było czekać długo. W kilka dni potem wraca z miasta 
zdenerwowany i klnie kogoś, kto wymyślił... baraki. 
— To istne piekło! — Kwiryna przetłumaczyła to sobie zaraz po swojemu: 
ściągnął pieniądze i zaniósł blacharzom na kupno mieszkania. A kiedy znów 
pewnego wieczoru zaczął narzekać na ludzi. — Co to za ludzie! Nie warto się 
nad nimi litować! — i okazywał Kwirynie niezwykłą tkliwość, też wiedziała, 
czemu to zawdzięcza: blacharz pieniądze wziął, ale z baraków nie wyniósł 
się. 
Coś jej mówi, że to są ostatnie sprawki Romana, i w cichości ducha 
poświęca tę stratę. Wypuszcza tylko jedną strzałę. 
— Co robić z pieniędzmi? Gotówka ulatnia się czasem jak kamfora. A 
nawet gdy leży w banku, co za pociecha? Gotówka nie może leżeć, to nawet 
grzech. 
— Słuchaj Romek, ty przecież chodziłeś na kursy handlowe, więc co 
myślisz? 
— Bo ja wiem? A ty co zamierzasz? 
Pytanie za pytanie, na to go tylko stać. Kwiryna opina szlafrok, jak 
zwykle, gdy wpada w natchnienie, wtedy przeszkadza jej nawet 
najwygodniejsze ubranie. Siedzą w fotelach w bawialni i grają w loteryjkę. 
Ostatecznie to jest najlepsze spędzenie wieczoru, Kwiryna przepada za 
loteryjką. Przyjmowanie gości jakoś się nie zawsze udaje, jest i kosztowne, i 
męczące, szczególnie dla Romana. Roman jest wyraźnie pod wieczór 
zmęczony. Ciągną drewniane gałki na zmianę. Grają o pieniądze. 
— Dziewięć! — mówi Kwiryna. — Czy zauważyłeś, Romanie, że Amelka 
ciągle wtrąca do rozmowy prowizora? Piętnaście! 
— Mam — odpowiada Roman i zakrywa numer. — No to co z tego? 
— Jak to, co z tego?... Pięćdziesiąt! Czy po to się wychodzi za mąż, aby 
ciągle mówić o innym mężczyźnie?! 
— Paradne! Czy ma ciągle mówić o mężu? 
— Uważaj! — odpowiada Kwiryna — masz ten numer i nie zakryłeś. Czy 
naprawdę nie możesz grać i rozmawiać?... — Ciągnąc dalej numery Kwiryna 
nie przestaje roztrząsać życia swych dawnych koleżanek. Amelia myśli o 
prowizorze, Bronka romansuje z żonatym. Kwiryna ma wątpliwości, czy 
powinna zapraszać Bronkę. — Pięć... Odebrała innej kobiecie męża, a ja 
wiem, jak to smakuje. 
— Jeszcze ci nikt mnie nie odebrał. 
— No, no! Gdybyś tylko mógł... Kto wie! 
— Zdaje mi się, Kwiryno, że ty źle obliczasz. Ty umiesz obliczać tylko 
cyfry, ale uczuć ludzkich... 
— Dość — mówi Kwiryna — zakryłam całą kartkę, możesz sprawdzić! — 
Zagarnia pieniądze, oddaje Romanowi woreczek z gałkami i odpowiada z 
ironią. — Tylko nie tak górnie! Wiem, o kim mówisz. O Cechnie. Że ze 
swatania rejenta nic nie wyszło. To wcale nie dlatego, mój drogi. Ja ci zaraz 
powiem o uczuciach ludzkich: już nie ciągnie do mężczyzn. Cała wlazła w 
swoje dziecko. 
— Dwa — obwieszcza Roman i wylicza pośpiesznie. — dwadzieścia, 
trzydzieści pięć, czternaście!... 
Ale Kwiryna bynajmniej nie ceni loteryjki bez rozmowy. Zresztą i 
loteryjka, i rozmowa mają znaczenie czysto powierzchowne. Przez cały ten 
czas Kwiryna kombinuje i wcale jej to nie przeszkadza, że musi uważać i 
rozmawiać. Nie, to nawet pomaga. 
— Co się tak śpieszysz? Nie zdążę nakrywać. 
Sięga do talerza z bakaliami, który stoi obok na stoliczku. Potrzeba jej 
czegoś słodkiego w ustach, gdy myśl pracuje. 
— Zadzwoń, niech nam da herbaty. 
— Gramy czy nie gramy?! — gniewa się Roman. 
— Gramy, ale herbatę też możemy wypić. Co ty się tak zataczasz na 
nogach? 
— Nie wiem. Zasiedziałem się widać i w głowie mi się kręci. 
— To z żołądka. 
Zanim ciotka podała herbatę, Kwiryna obrała jabłko. 
— Zjedz, to ci dobrze zrobi, a na noc dostaniesz śliwek. Boli cię co?... 
Taka troskliwość nie może człowieka nie ująć, Roman patrzy na żonę z 
rozczuleniem i zachwytem. Smoliste jej czarne oczy lśnią rozmarzająco, 
zamyśliła się o czymś, wargi uśmiechają się łagodnie. Jaka ona wciąż ładna i 
pociągająca... Nagle Roman krzywi się i odwraca oczy. Ona w ten sposób i w 
tej chwili układa interesy! I rzeczywiście. 
— Na Lesznie, naprzeciw apteki, jest sklep do sprzedania. Dobry punkt. 
— ?... 
— Jeśli się sprowadza towar do jednego sklepu, można sprowadzać do 
dwóch, trzech, czterech... 
— Myślisz o filiach? 
— Tak! 
Popijając herbatę Kwiryna oświadcza, że już jej się to wszystko znudziło. 
Sklep? Cóż to jest? Kilo. Pół kila. Ćwierć kila... Przedrzeźnia żądania 
klientów i obroty w swoim „sklepiku”. Roman patrzy na swą nienasyconą pod 
każdym względem żonę i znajduje w jej projekcie jeden dobry punkt. 
— Kogo tam posadzisz? 
Kwiryna odpowiada bez namysłu. 
— Pannę Martę, sklepową. — Po to właśnie przyjęła ją do sklepu, aby ją 
wyszkolić i przyjrzeć się, jaki to człowiek. A więc nosiła się z tym projektem 
od dawna! Roman zagryza wargi i wypowiada swe zdanie o pannie Marcie. 
Owszem, ona jest obrotna i pracowita, ale na Leszno nie nadje się. 
— Dlaczego? 
— Bo jest ordynarna i nie zawsze grzeczna dla klientów, a tam jest lepsza 
klientela. Tam trzeba kogoś inteligentniejszego. Ja ci poradzę: weź tę 
nauczycielkę z naszego domu. 
— Nauczycielkę?! 
— Jest zredukowana. 
Co za przewrotność! Romana ogarnia wzburzenie, nie wierzy, aby 
Kwiryna o tym nie wiedziała. Wie, tylko udaje. 
— Patrzcie państwo! To ona już nie jest na posadzie! Co ty mówisz? I za 
cóż ją wyleli? 
— Nie wyleli, tylko zwolnili z „powodu braku kwalifikacji”. 
— Wykolejona istota, niedouczek! — mruczy Kwiryna. — Ładna historia! 
Przecież ani zalegają z komornym. 
— No, więc widzisz — mówi Roman — Z twojej strony będzie to czysty 
interes, jak jej dasz pracę! Zarobi i zapłaci. 
— I będzie mi wszystko wynosić ze sklepu do domu. 
— Robisz z niej złodzieja! Z góry! 
— Ja wiem, co mówię. Przecież u nich nikt nie pracuje, tylko „pobiera 
nauki”. Ta młodsza, zamiast iść do jakiegoś zajęcia, spaceruje w mundurku 
jak pensjonarka. 
— Uspokój się! Nie wytykaj jej tego mundurka, bo już nie chodzi do 
szkoły. 
— Oo? — dziwi się z przekąsem Kwiryna — drugi niedouczek! 
Roman na to z irytacją. 
— To nie jej wina? Gdybyś czytała gazety, nie tylko o kursie dolara, 
dowiedziałabyś się, że tego roku dzieci ze szkół powszechnych nie 
pozdawały egzaminu do gimnazjów. Ale ty widzisz tylko koniec własnego 
nosa. 
— Nie, ja wszystko przewiduję z góry! A czy nie mówiłam, że „oni” 
galopują? Nie przypominasz sobie, jak to jednego roku przy zapisach do 
szkoły żartowali niby, że swoje dzieci na ministrów wykierują? Nie, z tych 
projektów na ministrów nic nie będzie, to tępaki! 
Roman krzyczał ze złością i rozpaczą. 
— To nie ich wina! To nie ich wina!!! Zrozumże! Okazało się, że programy 
w szkole nie zostały jeszcze uzgodnione. Przez tyle lat! Tyle lat 
zmarnowanych! 
Kwiryna chciała też wybuchnąć, ale zmitygowała się. 
— No, gramy. Ty ciągniesz! 
Roman odchrząknął, sięgnął po gałkę i rzekł cicho. 
— Dziesięć. 
Ten cichy jego głos strasznie wzruszył Kwirynę. Rzekła łagodnie. 
— Zmieszaj gałki, bo ciągle się powtarzają te same numery. I dlatego ty nie 
wygrywasz. 
— Nie — rzekł Roman ponuro. — Takie już moje szczęście! 
— Ach, bo ty nie umiesz ciągnąć! Daj mi woreczek! 
I zerknęła na karty Romana, aby zobaczyć, jakie ma numery. Teraz 
wyciągała gałki akurat dla niego. Zakrywał, ożywiony tą zmianą fortuny. 
— Dwadzieścia trzy — oznajmiła Kwiryna. — Wiesz, interes inżyniera idzie 
dobrze. A ja już myślałam, że on do niczego nie dojdzie. Oszukałam się w 
sensie dodatnim... Siódemka, zakrywaj. Domu mieszkalnego, co prawda, nie 
wykończył, ciągle siedzą w tych trzech pokoikach u nas, ale jeżdżą już autem. 
Byłam tam, fabryka wykończona, tylko nie otynkowana, no i kanalizacji 
jeszcze nie ma. Ale to nie z powodu braku pieniędzy, tylko braku czasu. 
Ciągle ma zamówienia rządowe na budowy... Trzydzieści!... Nie ma co: 
ruszyło się, ludzie robią interesy. — Nagle przerwała i plasnęła w ręce. — Ależ, 
Romanie, wygrałeś! 
Udała śmiertelnie zmartwioną i Roman jął ją pocieszać. Ni z tego, ni z 
owego znaleźli się na małej, różowej kanapce. Kwiryna szeptała swym niskim 
głosem. 
— Co do tych sklepów, myślę, że to się opłaci, ale łącznie z czymś takim... 
na większą skalę. Sam handel, w nie, o już mnie nie zadowala. Jakaś 
wytwórnia, przetwórnia — bo ja wiem? Jakiś warsztat pracy. — Marmolada, 
konfitury, warzywa, szproty, ryby, masło — z pierwszych źródeł — w 
opakowaniach naszej firmy. Da się zarobek ludziom. 
Roman słucha i wzdycha, i całym sercem jest przy tych projektach, ale nie 
może się powstrzymać. 
— Nie rób tylko z tego zaraz jakiegoś posłannictwa. Tobie chodzi o twój 
zarobek, przede wszystkim! 
Kwiryna machnęła ręką. 
— No, niech ci będzie! Chodźmy spać! 
Już zasypiali, gdy krzyknęła. 
— Ależ one się urządziły! 
Roman ocknął się i zapytał. 
— Kto? 
— Amelia. Cechna. Bronka! Ależ się urządziły! One ciągle jeszcze wiszą 
w powietrzu! 
IX 
Ściśnięte palce rozwarły się i gruby zeszyt ilustrowanego pisma padł na 
podłogę, otwarty na stronicy, którą oglądała tak długo. Bronka zsunęła się na 
brzeg tapczanu i spojrzała jeszcze raz. Na fotografii Magdalena Piędzicka 
prezentowała „najpiękniejszą toaletę sezonu” zaprojektowaną i wykonaną 
przez panią Czesławę Meysztor. Stała na małym podium, ukazując na cel 
dobroczynny — smukłe nogi i biodra pod obcisłym jedwabiem spodu, na 
którym to tle tiul z gospodarskiej skrzyni kurpiowskiej rozsnuwał swą 
zwiewną i mroźną baśń. Ukazywała obnażone ramiona, piękne dłonie 
splecione gestem zadumy, zamyślone, szeroko otwarte oczy. Miała za sobą 
tkaninę z „Przedmiotów Pięknych”, „projektowaną przez znakomitego 
malarza” — przed sobą głowy widzów z pierwszych rzędów krzeseł. Gruby 
napis nad fotografią. „I nagroda”. Mniejszy napis. „Pani M. P. ze sfer 
towarzyskich i politycznych stolicy...” Po czym, maczkiem, opis wieczoru z 
wypomnieniem „znanych osobistości”, które swą obecnością zaszczyciły tę ze 
wszech miar udaną imprezę, dochód z której... itd. 
Dwa mniejsze zdjęcia dawały dwa fragmenty wieczoru. Na jednym z nich 
Ignacy we fraku wiódł dwie damy, „pierwszą i drugą nagrodę”. Nagrody owe, 
w postaci „kosztownej kasety kosmetycznej, daru znanej firmy”, i bransolety, 
„daru znanego z filantropii jubilera”, sprzedane doraźnie na owym wieczorze 
przez urocze właścicielki, wybitnie zasiliły dochód... Ciemna twarz Ignacego 
wyraziście odcinała się od bieli gorsu, nieposzlakowany przedziałek i 
gładkość włosów czyniły go obcym. Obcym, eleganckim, interesującym, 
odległym. 
Na drugim zdjęciu wytworne i rozbawione grono zajęło stolik w loży. 
Bronka poczuła raczej, niż poznała Cechnę naprzeciw Magdaleny. Zanadto 
znała istotnie dobre cechy charakteru pani Piędzickiej i jej prawdziwy, 
duchowy płytki wykwint, aby się zdziwić. Magdalena dbała o opinię i uznanie 
osób „wybijających się”, a zarazem życzyła im dobrze i zaprosiła 
projektodawczynię swej toalety do stolika. Bronka nieomal widziała gest, z 
jakim Magdalena to uczyniła, słyszała głos, przeczuwała jej słowa. 
Ziewnęła i podciągnęła nogi pod szlafrok, ponieważ zmarzły. Wbrew 
poziewaniom twarz jej miała wyraz napięcia, a brązowe oczy, napełnione 
światłem, stały się nieomal żółte i przejrzyste. Zdawała się drzemać, 
zwrócona do wąskiego skrawka nieba ponad dachami z czarnej papy. Nie 
oczekiwała Ignacego. Karnawał trwa. To, łącznie z jego zajęciami 
zawodowymi i reprezentacją małżeńską, zabiera wszystek czas. Zachował się, 
jak przystało na człowieka, który bardzo pragnął i otrzymał, a teraz ma ów 
ton pewnego siebie posiadacza. Bronka ma na tyle przenikliwości, iż nie 
wierzy w chorobę matki Magdaleny. To nie jest powodem zwłoki. Zanadto 
dobrze zna chwyty tamtego świata, etykietalne podejścia i niewidoczne 
uśmiercania. Czyż mało razy usuwano ją za pomocą takich właśnie posunięć, 
ploteczek, omijania prawdy? Przedtem odchodziła bez słowa, nie broniąc się, 
nie odczuwając żadnej ku temu potrzeby. Mówiła sobie, że niczego innego 
nie spodziewała się od „tych ludzi”. Ale teraz... 
Jeśli ma coś zrobić, to musi działać tak, jak działa człowiek, któremu na 
czymś naprawdę zależy... Podsyca swą leniwą wolę, swe nikłe poczucie 
humoru, swój żaden dowcip. Dopiero gdzieś, na samym dole, leżą pokłady 
pewnej nienawiści, także zbyt wątłej, aby to się miało zatlić i wybuchnąć 
ogniem. Nienawiści do tamtego świata niszczycielskiego. Tak, trzeba czegoś 
pragnąć namiętnie, bez skrupułów, bez odwracania się i poniechań, Ignacy... 
taki, jakim był wówczas, na Nowolipkach, zainteresowany sprawami ,ich 
życia, warsztatu, domu, z swą tak bezinteresowną przyjaźnią dla biednego 
Mietka, z szacunkiem dla matki, pochylający się do jej rąk przesyconych 
zapachem gotowania. Świat, w który odchodził, te tajemnicze zbiórki i 
wyjazdy — nie odrywały go całkowicie od nich. Przyjeżdżał i wracał, pędził 
na Nowolipki i wołał. 
— Pani Mossakowska, to ja! — Ignacy, ten sam, który ją wziął w pierwszy 
uścisk męskich ramion, a mówił przez zaciśnięte zęby. — Broń się! Nie daj 
się! — Ten sam, co pisał w pierwszym liście. — Niech Ci Bóg da siłę woli. 
To jest warte gry! Wygrać nie rozwód, wygrać Ignacego przeciwko niemu 
samemu. Nie tego kruszejącego pod wpływem Magdaleny i życia, lecz 
dawnego „Ignasia”., To jest warte gry! 
Powstała i przeszła do przedpokoju. Niech Magdalena pocierpi, trzeba, 
aby człowiek cierpiał „troszeczkę”. Da Ignacemu poglądową lekcję 
położenia, w jakie się uwikłał w drodze do ułożenia sobie i jej życia. 
Uzyskawszy połączenie telefoniczne, długo pertraktowała o przywołanie 
jakiejś panny Zosi — „z pracowni na parterze”. 
Ciosy, ciosy, ciosy! Szybkie i dotkliwe, jeden za drugim, Magdalena nie 
mogła domyślić się, jaka ręka je zadaje. Pojętna uczennica, Bronka, użyła 
tego samego sposobu, jakiego tylekroć użyto w stosunku do niej. 
Kwestionowała czystość czyjejś intencji, sens czyjejś pracy. To było mniej 
ordynarne niż ciosy zadawane jej. Ale dotkliwsze, dotkliwsze! W kilka dni po 
rozmowie telefonicznej jedna z pupilek świetlicy zadała pani Magdalenie 
Piędzickiej, utrudzonej montowaniem programu wieczorów świetlicowych, 
niespodziewane pytanie. 
— Po co pani to wszystko robi? 
Ton tego pytania był taki, że Magdalenie krew uderzyła do twarzy. Wokół 
stały dziewczęta i wyraz tych oczu, wzniesionych, na nią, był chciwy i wrogi. 
Magdalena odczuła tę wrogość, nigdy dotychczas nie odczuwaną, i 
opanowała się natychmiast. Serce jej biło. 
— Dla tego samego powodu, dla którego i pani tu pracuje. 
Tamta roześmiała się. 
— O nie, proszę pani! Ja tu przychodzę, bo ciągle czegoś potrzebuję. Nie 
mam pracy i kręcę się tu po świetlicy, i przypochlebiam się paniom, bo mi się 
zdaje, że jak się dobrze zasłużę, to panie ze świetlicy wynajdą mi jakieś 
zajęcie. Skończyłam szkołę i nie wiem, co z sobą robić. Przychodzę, bo 
muszę, bo w domu ciasno. Ale pani przecież niczego nie potrzebuje, mogłaby 
pani przyjemniej spędzać czas. 
Magdalena zbladła, zacisnęła usta i pochyliła się nad zeszytem. Potem, 
gdy została sama z kierowniczką świetlicy, zażądała informacji o 
dziewczynce, która zaczęła ową rozmowę. Była to córka szewca z rogu 
Mylnej, ojciec stary i słabowity, brat uczy się w szkole technicznej, siostra 
jest zredukowaną nauczycielką. W świetle tych danych uraza Magdaleny 
stopniała. Przez moment zastanowiła się nad szewską rodziną, która 
widocznie miała w swej przeszłości okres wzlotu. Syn kształcił się na 
technika, córka na nauczycielkę, a młodsza chodziła także do szkoły... I, 
wyjąwszy prędko notesik, zapisała swym spiczastym wyraźnym pismem. 
„Zająć się urządzeniem Zosi P...” 
— Musimy wnieść na zarząd jakiś projekt zatrudnienia tej młodzieży — 
rzekła do kierowniczki. Cóż my im w gruncie rzeczy dajemy? Trochę 
zabawy... 
Kierowniczka, absolwentka Wszechnicy, podniosła brwi do góry. 
— Ależ, proszę pani, a wykłady?... 
Magdalenie błysnęły oczy: tak, wykłady mogłyby stać, się pewnym 
pomostem zbliżającym obie strony. Trzeba by się tym zająć bliżej i 
dostosować je do okoliczności. I wciągając rękawiczki, śpiesząc się, 
poprosiła jeszcze o program wykładów. 
Dopiero wychodząc uprzytomniła sobie, że tego rodzaju rozmowa z 
dziewczętami jeszcze tydzień temu byłaby nie do pomyślenia. Opiekunka 
świetlicy, pani Piędzicka, stała ponad wszystkim, jej wejście było witane 
ciszą, a gdy zwróciła się do dziewcząt, odpowiadały jej same tylko uśmiechy. 
— Tak, proszę pani! Nie, proszę pani! — a co najwyżej. — Ach, jaka pani 
dobra! 
Coś się zmieniło. Miała jeszcze w uszach niby szczery, a w istocie 
zuchwały głos córki szewca i czuła wszystkie te spojrzenia drwiące i 
niechętne. Co to ma znaczyć? Wieczorem tego samego dnia Magdalena 
powróciła do myśli o tym, ale już inaczej. — „Przywidziało mi się, 
wyolbrzymiłam sama znaczenie tego głupstwa”. 
Jednak najbliższe dni niosły w sobie znów to samo. Cios za ciosem, 
szybko, dotkliwie i niespodziewanie. Magdalena asystowała na owym 
wykładzie, traktującym o wniesieniu przez dziewczęta pewnych wartości do 
domów rodzinnych. Rozpięte na ścianach plansze do wykładu ukazywały 
wnętrza mieszkań robotniczych za granicą i „u nas”. Stojąc przed nimi z 
trzcinką w dłoniach, gruba prelegentka wskazywała powaby jednych i 
szpetotę drugich wnętrz i za pomocą tej właśnie trzcinki usuwała z 
warszawskich mieszkań szpetne kubły ze śmieciami przy kuchniach, bieliznę 
suszącą się w izbach, straszne garnki-żeleźniaki na stołach jadalnych, 
rozwieszała firanki i stawiała kwiaty w oknach, powtarzając: 
— Te właśnie malutkie zmiany pozwolą nam... Takie na pozór nic nie 
znaczące przedmioty umilą nam... — I po kilkakroć z naciskiem oświadczała. 
— To nic nie kosztuje! Tylko trochę pracy i dobrych chęci, a na tym wam nie 
zbywa, co? 
Nagle usłyszano szloch tym okropniejszy, że zdławiony, zduszony, 
rozpaczliwie powstrzymywany, i wszystkie głowy zwróciły się w jedną 
stronę. To płakała Mania-czyścioszka, przezwana tak z powodu swego 
zamiłowania do porządku i czystości. Właśnie ona... Z osłupieniem patrzano 
na jej żółte, gładko zaczesane włosy, twarz ukrytą w czerwonych, 
popękanych rękach, drgające ramiona. Magdalena powstała prędko z 
krzesełka i przecisnęła się do niej. Jej dłonie dotknęły drgających ramion i 
przejęte przesunęły się nawet po tłustych włosach. 
— No, co się stało? Co ci jest? Słabo? 
Tamta podniosła nieco głowę i wyszlochała z rozpaczą taką, jaką może 
czuć tylko szesnastoletnie serce. 
— Żeby pani wiedziała... żeby pani wiedziała! 
Nie, tego istotnie Magdalena nie mogła wiedzieć, że ta dziewczyna 
mieszka w izbie, gdzie dziesięcioro ludzi żyje społem i śpi pokotem, że stacza 
bohaterskie walki z brudem, nędzą i niechęcią otoczenia, hoduje kwiaty 
właśnie nie w doniczkach, bo to kosztuje, ale w dziurawych emaliowanych 
naczyniach zdobytych na śmietniku. I że załamała się patrząc na piękne 
mieszkania „zagranicznych” robotników. 
— To histeria — szepnęła Magdalena do kierowniczki świetlicy. — Czy pani 
nie ma gdzie pod ręką waleriany? 
Ale nazajutrz rano pierwszy telefon jaki otrzymała, napełnił ją takim 
zniechęceniem, że stojąca opodal pokojowa usłyszała panią mówiącą samą do 
siebie. Ręce mi opadają! 
— Co się stało, proszę pani? 
— Ach, nic!... 
Jednak ponieważ nie było nikogo innego, komu by mogła naraz oddać 
swe wzburzenie i żal, powiedziała. 
— Pamiętasz to „Gniazdo” na Woli, gdzie woziłaś raz stare książki? 
Wyobraź sobie, że ci chłopcy wczoraj wieczorem ukradli, co się dało, 
porąbali i spalili sprzęty i uciekli. 
— Co za łobuzy! — krzyknęła pokojowa — doprawdy, proszę pani, nie warto 
się trudzić dla takich!... 
— — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – 
Kiedy Bronka umówiła się z Ignacym w pewnej cukierni, nikt nie mógł 
podejrzewać, że umyślnie wybrała cukiernię, w której akurat odbywa się 
wenta. Sama przyszła wcześniej i ulokowała się w kącie sali. Stamtąd 
widziała w lustrze złoty węzeł włosów Magdaleny, wysuwający się spod 
lekkiego, wieczorowego kapelusika, jej proste plecy i chwilami — łagodny 
owal policzka, z boku. Widziała ogromne drzwi wejściowe, ku którym 
właśnie zwrócona była Magdalena, i jej wyciągniętą, z bukiecikiem 
sztucznych fiołków, rękę. Kwestująca kołysała się lekko na wysokich 
obcasach. Grano, jeden po drugim, walce Straussa i obie kobiety na swój 
sposób poddały się nastrojowi. Magdalena wspomniała pierwsze dnie swego 
małżeństwa, obce miasto, w którym ich zbudził w głęboką noc taki właśnie 
walc grany w restauracji na dole, oczarowane spojrzenie Ignacego. Bronka 
miała za sobą tylko wspomnienie owej majówki przedwojennej i odruchowo 
odsuwała je w cień. Ale ta muzyka, lekka i niefrasobliwa, napełniła ją nagle 
żalem. 
— Ach, czemu nigdy nie byłam naprawdę młoda, dlaczego nie cieszyłam 
się życiem całą duszą! Czemu nigdy nie śmiałam się z głębi szczęśliwego 
serca! 
Lustrzane drzwi błysnęły i odsłoniły Ignacego. Bronka widziała, jak 
Magdalena zastygła naprzeciw wchodzącego męża z wyciągniętym 
ramieniem, z bukiecikiem fiołków w palcach. To trwało krótką chwilę, po 
czym Magdalena podała się naprzód i ślicznym ruchem zaofiarowała mu 
bukiecik fiołków, odsłaniając jednocześnie tacę z datkami. Sądziła, że 
przyszedł dla niej! Bronka śmiała się. No, co dalej, co dalej?... Zmieszany 
Ignacy brzęknął srebrem i został natychmiast zaanektowany przez znudzone 
damy siedzące przy tacy. Stamtąd, rozmawiając, ogarnął okiem salę. 
Dostrzegł Bronkę i teraz czekał sposobnej chwili, by się wycofać. Ale 
Magdalena odeszła od drzwi, zapragnęła odpoczynku i z westchnieniem ulgi 
opuściła się na miękki fotelik. 
— Mój drogi, przywołaj kelnera, chcę pić. 
Co za nieznośna sytuacja! Gdyby nie obecność dam, odszedłby zaraz, ale 
nie sposób było przy nich upokorzyć Magdalenę. Oczywiście wyśledziłyby 
zaraz, że umówił się tu z dawną jej sekretarką. Spojrzał ukradkiem w kąt 
kawiarni i struchlał na widok pobladłej i uśmiechniętej twarzy Bronki. Teraz 
już nie mógł pozostać. Powstał. 
— Nie jestem sam, przepraszam. 
Magdalena odwróciła się nagle. 
— A z kim jesteś? Ach, ze swoją towarzyszką młodości, panną 
Mossakowską?... Zaproś ją tu do nas, będzie weselej... 
Można jej było powinszować zręczności, jeśli chciała odwrócić 
podejrzenia, uczyniła to w tej chwili. I jeszcze coś, coś, co zrozumiał od razu: 
dała mu swe sankcje, swój patronat, osłoniła go. Poczuł ulgę i poczuł dla niej 
wdzięczność, odetchnął. 
Jednak gdy szedł w stronę Bronki, opadło go znów zakłopotanie. Nie 
miała twarzy niechętnej i rozgniewanej, przeciwnie — dostrzegł lekki, drwiący 
uśmieszek, badawcze i spokojne oczy, tę minę bezstronnego obserwatora 
trwającego w oczekiwaniu — co dalej? I to budziło właśnie niepokój. 
Ucałował solennie jej rękę, poprosił o kawę i zajął miejsce naprzeciw niej, 
rad, że ma za plecami resztę kawiarni. W tej samej chwili przeklęte lustra, 
rozmieszczone najrozmaiciej, odbiły wyraźny obraz tego trójkąta 
połączonego niewidzialną nicią. Ręce poruszały się nerwowo, głowy 
odwracały się, spojrzenia zahaczały się i rozbiegały zaraz, podczas gdy 
twarze ogarniało coraz większe upokorzenie. Bronka nuciła cicho. Schwycił 
kilka jej spojrzeń w stronę sąsiedniego stolika, gdzie jakiś wygolony 
jegomość nie zdejmował z niej nieruchomych oczu. Naturalnie, teraz się 
zacznie odgrywać! Ona nigdy i w żadnej sytuacji nie uzna się za pokonaną, 
nosi w zanadrzu broń: swoją zupełną. niezależność i swoją bezsiłę. 
— Magdalena zaprosiła cię do swojego stolika. 
— O!... to ładnie z jej strony! 
Jak ona to powiedziała! Niestety, on czuł coraz większe skrępowanie i 
zakłopotanie. Jak długo trzeba będzie tu siedzieć, aby te dwie kobiety nie 
stanęły naprzeciw sobie? Błagał w duchu Magdalenę, aby odeszła od drzwi, 
zajęła się swymi towarzyszkami, aby wreszcie wyszła stąd! Potem obruszył 
się na swoją niesprawiedliwość. Ona była stroną poszkodowaną, mimo to 
okazała dużo dobrej woli. Rzekł: 
— A więc i ty postąp ładnie, podejdź tam choć na chwilę i przywitaj się. 
Spojrzała na niego spod oka. 
— Nie chce mi się, mój drogi... 
Wtedy rozgniewał się. 
— Dlaczego? Nie widzę powodu, dla którego miałybyście publicznie 
urządzać manifestację nieprzyjacielską. To śmieszne. Ostatecznie, to sprawa 
wychowania, to sprawa kultury osobistej, nie róbże z siebie nieokrzesanego 
dzikusa... Zaraz potem wyjdziemy. 
Wzruszyła ramionami i powtórzyła. 
— Wyjdziemy? Wyjdziesz razem ze mną?... — Rozdrażniła go tym 
pytaniem, uprzytomnił sobie, jak to będzie wyglądać w rzeczywistości. 
Ciągnęła dalej. 
— Cokolwiek bądź teraz zrobisz, wszystko będzie śmieszne i wszystko 
będzie złe. Czy wyjdziesz ze mną, czy pozostaniesz z Magdaleną, czy ja 
wyjdę sama... Ależ to fałsz. Magdalena nie może czuć do mnie żadnych 
uczuć przyjaznych, bo jej zabrałam ciebie! Ja mam dla niej tylko niechęć, i 
mamy udawać? Ty nazywasz to „kulturą”? Mój drogi, ty jesteś gotów do 
wszelkich ustępstw, we wszystkich kierunkach. 
— Dajże spokój! Robisz z błahego spotkania wielką historię. 
Wiedział już, że mu niczego w tej chwili nie ułatwi, że będą tu tkwić bez 
końca. Jej upór dał mu do myślenia, mruknął. 
— Gotów jestem przypuszczać, żeś to wszystko zainscenizowała... 
W tej chwili pożałował tych słów, ona jest po prostu za leniwa na takie 
rzeczy. Spojrzała na niego jasnymi oczami. 
— Ależ tak! 
— Wiedziałaś o tej wencie?! 
— Tak. 
Oburzył się. 
— Gdybyś wiedziała, jak ciężki okres ma teraz Magdalena, ile 
nieprzyjemności przytrafiła jej się w tych dniach... 
Przerwała mu śmiejąc się. 
— Wiem! przecież to też ja... też ja... 
Musiało być coś w jego wzroku, bo przerwała nagle i jakby zgasła w 
swym uniesieniu. 
— Nie potrzebowałam trudzić się bardzo i nie mogłam przewidzieć 
wszystkiego. Wystarczyła jedna rozmowa. Wasi pupile mają dość. Oto cały 
sens niepowodzeń społecznych Magdaleny... — ziewnęła. To ziewnięcie nie 
było wcale udane i Ignacy wiedział, że wpada teraz w nastrój „wszystko mi 
jedno”. Nagle powstała. 
— No, do widzenia, Ignasiu. 
Stuknął na kelnera, ale nie dała się tym powstrzymać. Patrzył uważnie, jak 
przeszła koło Magdaleny z zupełną obojętnością, nie kłaniając się. Było coś 
w tym obelżywego dla nich, żałosnego dla niej. I szepnął sobie, jakby coś 
wspominając: 
— Ty idź pierwsza, ja wyjdę za tobą. 
X 
Przez rozsunięte skrzydła lustrzanych drzwi Ignacy mógł widzieć Bronkę 
krzątającą się przed snem. Cała tamta połowa mieszkania tonęła w mroku, 
tylko lampka przy tapczanie rzucała słaby krąg światła. Bronka ukazywała się 
i niknęła. Słyszał stuk jej pantofelków, bliżej, dalej, tuż. Wówczas podnosił 
głowę znad swej pisaniny. Stała przy oknie, z oczyma wzniesionymi nieco w 
górę, tam gdzie ponad dachami z czarnej papy lśniła gwiazda. Szedł ostry 
zapach ziemi z ciemności, latarnia nad drzwiami wejściowymi oświetlała 
najbliższe krzewy, pokryte bladymi listkami wiosny. Dalej, pachnąca 
ciemność ogrodu żyła tajemniczymi drgnieniami roślin i zwierząt, 
przycichłych i oszołomionych. 
Kroki odeszły w głąb. Podczas gdy Ignacy mozolił się nad sytuacją w 
przemyśle budowlanym, któremu w najbardziej obiecującym sezonie groził 
strajk, Bronka odprawiła swe wieczorne nabożeństwo, chodząc od okna do 
okna. Pożegnanie ze światem przed snem. Jeszcze jedno spojrzenie przed 
rozstaniem. Usłyszał stuk okna, ciche cmoknięcie, a potem równie ciche, ale 
oszalałe z nadmiaru psiego uczucia skomlenie. Uśmiechnął się. Bronka rzekła 
w ciemność głosem grubym i surowym. 
— No, no, uspokój się, co to znów takiego?... 
Lekkie, nierówne kroki utknęły w przedpokoju. Cisza. Co ona tam 
porabia? Jego raport dobiegał końca stronicy. Wstał i na palcach podszedł do 
drzwi. Siedziała na kufrze, przyglądając się kolekcji okryć męskich na 
wieszaku i rozwartej, na wpół opróżnionej walizce. 
— Myślisz, gdzie to ulokować? 
Potrząsnęła głową. Nie, syciła się po prostu obecnością tych rzeczy. 
Ukazała mu wzruszone oczy i nieśmiały uśmiech, jakby za coś 
przepraszający. Usiadł kolo niej na kufrze, teraz wyglądali jak ludzie 
powracający z długiej podróży do starego mieszkania, wypatrujący kątów, 
gdzie by się tu można ulokować. Bronka szepnęła. 
— Będzie ci tu ciasno. 
Albowiem dziś właśnie zabrał walizkę i w drodze na dolny Mokotów 
kupił tapczan, polecając odesłać go pod wskazany adres. Oto konsekwencje 
pewnego spotkania w kawiarni; Bronka, nic właściwie nie czyniąc, potrafiła 
mu obrzydzić „prowizorium”. Odtąd dawny dom będzie służyć tylko do 
reprezentacji, w czwartki. Ignacy przyznał w duchu, że sam fakt 
przewiezienia walizki dziwnie wszystko wokół wyprostował. 
Teraz objąwszy Bronkę stanął między rozsuniętymi drzwiami, które 
dawały dwa wnętrza o dwu oknach, stolikach i tapczanach naprzeciw siebie. 
Jeszcze przez chwilę przemknęła myśl. „Kto tu dawniej rezydował przed 
nim?” Ale zaraz skrzywił się komicznie — ta pretensja, według Bronki, byłaby 
znów nieistotna. Ona nie tkwiła w przeszłości ani nie wybiegała w przyszłość, 
żyła dniem dzisiejszym, Jedyna istotna przeszłość to były jej wspomnienia 
dzieciństwa. A to właśnie łączyło ich. 
Uścisnął ją. 
— No, kładź się. Ja muszę jeszcze popracować. 
Rozstali się. Bronka powróciła na palcach, aby przymknąć drzwi, Ignacy 
siedział już bokiem przy stole, zagłębiony w papiery, i mruknął. 
— Zostaw, to mi nie przeszkadza, przeciwnie! będę mógł cię widzieć... 
Te słowa napełniły ją wielkim zmieszaniem i wielką słodyczą. Nie 
przywykła do takiego obcowania, do takiej bliskości. Nagle zjawiły się łzy, i 
ażeby je otrzeć i opanować, wyszła do kuchni. Odtąd będzie żyć — widziana 
bezustannie, biada! Wróciła szybko do siebie i ułożyła się do snu, 
niespokojna. Teraz dopiero zrozumiała, że nigdy dotychczas nie oddała się 
Ignacemu całkowicie, duszą i myślą, zawsze nastawiona na zerwanie, gotowa 
do odlotu, do nieuniknionego odejścia i śmierci tej miłości czy tylko 
przygody? Nie chciała już zawierzać losowi i ludziom. A teraz?... 
Rozbrojona, pokonana, rozwarta, zdana na jego łaskę i niełaskę! Może 
ponieść klęskę przy wszystkich pozorach zwycięstwa. Nagle, z właściwą 
sobie zmiennością, poczuła dumę. Nagięła go ku sobie. Przyszedł do niej, 
przyjął wszystko, co było nią. Jej tryb życia, jej mieszkanie, a co 
najważniejsze — jej ocenę Magdaleny, jej ocenę życia i prawdy! Co do 
przeprowadzki, to nie wątpiła, że Ignacy wyniósł się bez żadnych dalszych 
rozmów w domu. Jeszcze jedno przemilczenie! Zachichotała. 
— O co chodzi? — zapytał półgłosem Ignacy. 
— O nic. Zasypiam! — odpowiedziała sucho. Widział jej twarz wśród 
ciemnych pasm włosów, lekko zapadłe miłe skronie i wydłużone policzki z 
cieniem od przymkniętych powiek. Za tą głową, wciśniętą w poduszki, niebo 
odgrodzone lśniącą taflą szyby uzyskiwało coraz ciemniejszą i większą 
głębię. Biel ramy okiennej i czerń nocy, cisza i krąg światła małej lampki, i ta 
zagadkowa kobieca twarz, którą wyobrażał sobie, że zna tak dobrze, może to 
wszystko, co człowiekowi potrzebne do szczęścia? Zdawała się zasypiać. 
Nagle dźwignęła głowę i wsparła ją na dłoni. Wydłużone policzki zaokrągliły 
się, a zwarte szczęki dały ów skrót, wyraz na wpół zwierzęcy, na wpół 
dziecinny. 
— Aha, zapomniałam. Szukano tu dzisiaj ciebie. 
Ignacy zdziwił się. Już tu trafili! Potem, siląc się na obojętność, ażeby nie 
okazać, że go to nieprzyjemnie zaskoczyło, zapytał: 
— Któż to taki? 
Ożywiona, określiła mu starszego, wykwintnego para z teką pełną 
papierów i dwóch młodzieńców ze Związku Młodej Demokracji. Paradne! 
Czego oni mogli chcieć? I zastanowił się nad tym, że coraz częściej jacyś 
obcy ludzie szukają z nim kontaktu. Nagle przypomniał sobie, że mu już o 
tym mówiono w domu i w biurze, a nawet Magdalena zreferowała mu sprawę, 
ponieważ pośrednio wiązało się to z propagandą jej lnu. Starszy pan jest 
autorem interesującego projektu walki z bezrobociem. Projektu opartego o 
handel i wytwórczość regionalną, łącznie z osiedleniem bezrobotnych na 
kresach wschodnich. Połowa inteligentów i połowa proletariuszy — oto 
komórka. 
— Merci — rzekła Bronka. 
Inteligencja nie zdała egzaminu ze swej roli przodującej. Ignacy 
spostrzegł się: ona mówiła o inteligencji jak dzikus, który, zetknąwszy się z 
cywilizacją, miał nieszczęście zetknąć się z najgorszymi jej stronami. Mówiła 
też w ten sposób, jak sfery katolicko-kościelne o masonach, przypisując im 
tajemniczą a złowrogą władzę. 
...kilka procesów polityczno-społecznych ostatnimi czasy miało tę wielką 
zaletę, że odsłoniły niejako publicznie cały ten schorzały, ogniły, kaleki 
organizm klanu.17 Tylko inteligencja mogła stworzyć taki proces 
Brzozowskiego i zadać mu taki cios. Bronka miała pod ręką tysiąc i sto 
przykładów i Ignacy dziwił się, ponieważ mówiła o ludziach osobiście mu 
znanych z najlepszej strony — w najgorszy sposób. Była jakby tym drugim 
widzem, od kulis, nikt się jej nie krępował. Ale konfrontacja tych dwóch 
opinii miała w sobie jakąś prawdę. Krzyknęła drwiąco: 
— Ta spółka kresowa wyda ładnych bękartów! 
Między innymi prosty człowiek dowie się od inteligenta o kilku rodzajach 
zboczeń erotycznych, środkach podniecających i środkach otępiających, a także, że większość jego walk i zmagań to zapory śmiechu warte. 
Inteligenckość — to coś specyficznego, to nawet czasem postępowość, to 
nawet kultura, to nawet tolerancja i wszystkie ponętne zalety, wypływające 
jednakże nie z wielkich charakterów — ale z braku charakteru. Prostak 
powinien po sto razy i ze wszystkich stron dobrze obejrzeć hasła swoich 
inteligenckich przewodników i swoich rodzimych mężów zaufania, zanim je 
przyjmie. Oni pożarli swe własne ciało i szukają nowej pożywki dla 
żałosnych resztek. A więc „zasilić kadry narodu młodą umysłowością, świeżą 
krwią, młodą, świeżą, nie znużoną inteligencją”! Po okresach gwałtownej 
miłości zjawia się hasło. „Nie wysferzać”... Jest w tym i pewne 
oprzytomnienie tych z dołu. Cośmy zyskali? Jest i pragnienie ocalenia 
prawdziwych wartości, i chęć zatrzymania gruntu pod nogami. Wydaje się to 
zdrowe. Ale rzecz dostaje się na łamy dzienników, na wiece, na dyskusję. No 
i proszę: jeszcze jedno pokolenie niepodległej Polski nie opuściło szkół, a już 
się mówi o nadmiarze wykształconych proletariuszy. Już się zadaje pytania, z 
nieskrywaną pretensją. „Dlaczego synowie chłopscy i rzemieślniczy "pchają 
się" do wyższych uczelni? Czemu kierują się "na panów", adwokatów, 
doktorów, księży, gdy nie znajdą pracy? Dlaczego natomiast nie kształcą się 
w dziedzinie gospodarki samorządu wiejskiego, spółdzielczej, roli swej?” W 
miasteczkach co prawda siedzi po kilku potajemnych doradców prawnych i 
nieźle obrośli w pierze, po wsiach leczą babki i machory, wszystkie „nowe” 
fachy w samorządzie i wszystkie „cywilizacje” wiejskie są całkowicie 
uzależnione od ekonomicznego stanu wsi — ale to wszystko nie są 
kontrargumenty. 
Już się mówi o powrocie synów chłopskich w opłotki wsi i powrocie 
synów rzemieślniczych do warsztatów. Brawo! To też jest zdrowe, 
wykształcony rolnik i wykształcony rzemieślnik to jest ktoś. Ale dyskusja 
inteligencka zatacza coraz szersze kręgi i teraz mówi się, czy w ogóle to 
pierwsze pokolenie świeżej inteligencji może być inteligencją i czy może 
wnieść jakieś wartości do życia zbiorowego? Dalej i dalej, dyskusja toczy się 
i obrasta w zadziwiające rewelacje. Pewien profesor na zebraniu młodzieży 
wiejskiej wypowiedział bez ogródek swe zdanie. „Umysł wymaga uprawy i 
dyscypliny pokoleń”, w ich żyłach płynie jeszcze krew bitych 
pańszczyźnianych chłopów, to pozostawia na charakterze człowieka ślady 
pokory i niewolnictwa. Nie są wolni z ducha, nie stworzą nowych wartości, 
nie mogą być przewodnikami żadnej gromady. Ten przynajmniej był szczery. 
Lecz tu nie chodzi ani o to, ani o owo, ale po prostu o utrzymanie niepisanych 
przywilejów w obrębie klanu. Ukształcony syn chłopski niech sobie idzie na 
sekretarza gminy, to dla niego w sam raz, niech się nie wysferza, bo to 
niezdrowo... Oto jak ich obrobiono delikatnie pod pozorem troski o dobro 
kraju i przyszłość ludu. Ależ owszem, należy się wysferzać, i to na gwałt, ale 
nie po to, aby wejść do innej znów sfery, ale wejść w społeczność. Pewna 
znów pani... 
— Ach, ty Szwejku! — krzyknął Ignacy od swego biurka. Zapadła cisza... — 
No i co znów z tą panią? 
— Ta dama — podjęła z humorem Bronka — na zebraniu w sprawie lektury 
dla świeżo nawróconych na oświatę dorosłych analfabetów oznajmiła, że 
„,dla nich trzeba pisać tak jak dla dzieci”. Zaobserwowała bowiem, że 
ordynans w znajomym domu czyta książki dziesięcioletniego siostrzeńca 
domu i obydwaj są równie zainteresowani i zachwyceni. Co za prostota, ten 
sam poziom. To duże dzieci... Wieczne pióra panów referentów ministerstwa 
oświaty poszły w ruch, na jednym i drugim zebraniu notowano gorliwie. 
Jeżeli, z tych dyskusji elity bierze się choć trochę materiału do praktycznych 
zajęć przy biurkach, to... 
— Gadasz wszeteczeństwa! — rzekł ponuro Ignacy. Złożył już swe papiery, 
jego uwagi „o zagadnieniu ołowicy zawodowej, najbardziej 
rozpowszechnionym zatruciu zawodowym”, ustąpiły teraz miejsca temu 
szczególnemu wypadkowi zatrucia, jaki miał przed oczyma. Droga Bronki z 
dołu do góry to był dość typowy szlak wykolejeńców. Złożył swe papiery, 
przeszedł na Bronczyną stronę pokoju i przysiadł na brzeżku tapczanu. 
Objąwszy swą dziwną kochankę, przyciągnął ją ku sobie. Zsunęła się, złożyła 
głowę na jego kolanach. Wszystko to, co mówiła, mówiła bez namiętności, 
ale wolałby ją widzieć bardziej opanowaną i mniej zaangażowaną uczuciowo 
i mniej wzgardliwą. Przecież nie będą mogli żyć ciągle na uboczu! Ale w tej 
chwili uwaga jego została skierowana w inną stronę. Znalazł jakieś małe 
zadarcia naskórka na jej twarzy i wodził delikatnie palcami po policzkach. 
Roześmiał się z odwagi, z jaką wysuwała, nie kryjąc, braki swej urody. 
Zaczęła już wiosenne wędrówki po mieście i zmieniała skórę jak wąż. Na 
czole, kościach paliczkowych i nosie skóra schodziła znacząc drogę słońca, 
wiatru i deszczu, świadcząc też o niepożytej zdolności odradzania się tego 
organizmu, tak na pozór wątłego. Schwyciła jego badawcze spojrzenie i 
sprytnie wydeklamowała stylem molierowskich komedii: 
— Azaliż mój Ignatio kocha mnie za nos mój? za nogę? za ucho? 
Była pełna mądrości zebranych za dnia i podczas kiedy Ignacy 
wynajdywał coraz to inne właściwości łepetyny, którą trzymał na kolanach, 
opowiadała mu „różne rzeczy” o ludziach i sprawach, co równie dobrze 
mogło być przyczynkami i oświetleniem polityki, ekonomii i „dziedziny 
pracy”, którą właśnie uprawiał. Nastawił ucha. Skąd ona to wszystko wie, 
jaką magię odkrywczą stosuje do jednego zasłyszanego słowa, ruchu, 
uśmiechu, zmarszczki? Zbierała wiadomości i urabiała sobie sądy przed 
wystawami sklepów, na ulicy, w czytelni, w tramwajach i poczekalniach biur, 
nawet tablice modlitw na ołtarzach kościelnych, z marginesami pełnymi 
napisów ołówkiem, użyczały jej wiedzy o życiu. „Daj Boże, abym potrafiła 
wychować swe dziecko” widniało z jednej strony, podczas gdy w dole 
dziecinna dłoń nakreśliła kulfonami. „Daj Boże, aby tato nie pił i był dobrym 
dla nas sierot”. To przypomniało Bronce lata dziecinne, kiedy także skłonna 
była powierzać Bogu swe kłopoty dotyczące stopni Mietka, posłuszeństw 
Janki, niehumorów i ucieczek ojca. I ogarnął ją smutek, stokroć gorszy od 
tamtych smutków, którym czas odebrał bolesne zabarwienie. 
Słyszała rozmowę eleganckiej panny w sklepie z czekoladą, która 
zarabiała osiemdziesiąt złotych miesięcznie, ale musiała być porządnie 
ubrana i jeszcze z tego pomagać rodzinie. Zakochana para z parku nie mogła 
się pobrać, ponieważ nie mieli gdzie mieszkać. Kwiryna płaci swojej 
ekspedientce dwadzieścia złotych i obiad za przepierzeniem w sklepie. Pewna 
dziewczynka, która ukończyła szkołę powszechną i przeszła przez różne 
kursy dokształcające, dostała pracę w fabryce przedmiotów z gumy i tnie 
gumę za złoty siedemdziesiąt dziennie od siódmej rano do siódmej 
wieczorem. Co to za zarobki, cóż to za poziom życia, cóż to za rozmach! 
— O czym myślisz? — zapytał Ignacy. 
— Czy ministrowie nigdy nie chodzą na piechotę? 
Uważała, że w tym tkwi całe zło, auto i pośpiech, utarty szlak między 
sejmem, prezydium, domem i ministerstwem. Ignacy roześmiał się. Właśnie 
zamierzał kupić auto. 
— Ależ poczekaj — szepnęła z tanią złośliwością dostaniesz wkrótce 
rządowe! 
W trosce o jej charakter odpowiedział z wyrzutem. 
— Nie mów tak, ciebie przecież stać na coś innego... 
Leżeli wyciągnięci, objąwszy się ramionami jak dwoje kochanków 
smutnych z wielkiej miłości. Miał nadzieję, gdy tak biegała przez pewien czas 
na koncerty i wystawy, że zawarła pewne przymierze ze światem... Ale nie, i 
to było na nic. Wzruszyła lekko ramionami. 
— W takich warunkach sztuka przestaje być złączana z życiem, a staje się 
ucieczką od życia. 
Wtedy krzyknął z naiwną rozpaczą. 
— Co też ty teraz będziesz robić! 
Roześmiała się. 
— Będę cię kochać, to wszystko. 
Hm... to niezłe zajęcie. Ale był niezadowolony, nie wierzył, zdążył 
poznać tę naturę tak rychło rozczarowaną. Widział już jej wyciągniętą i 
znużoną twarz w ową godzinę miłości, gdy się już „ma dość”. Lecz Bronka, z 
twarzą wtuloną pod jego ramię, wiedziała, że ona z nich dwojga będzie 
płakać ostatnia. Ona zostanie skwitowana — przez niego? przez życie? przez 
porządek rzeczy? Nosiła w sobie nieomylny rachunek i w przeczuciu 
przyszłej klęski wzniosła się, dźwignęła na posłaniu, aby poszukać wargami 
jego oczu i ust wspaniałym namaszczeniem pocałunków. 
XI 
Zdaniem Amelii stało się tylko: milczeć, wystrzegać się rozmowy, nie dać 
się wciągnąć w rozwlekłą gawędę, w jakiej celował mąż. Inaczej to się nigdy 
nie skończy. Aptekarz, w szlafroku, domowych pantoflach, z gazetą w ręku, 
przy nastawionym radiu wyglądał, jakby już nigdy nie miał wyjść z domu. Co 
się stało z jego dyżurami z aptece?... Bała się zapytać, nie była pewna swego 
głosu. Kto jest teraz w aptece, Jan czy ten drugi? gdzie jest Jan? Nie, nie 
trzeba pytać, aby nie zwracać uwagi. Radio śpiewało. 
„O dziewiątej... minut pięć...” 
Nagle ujrzała mały i ciemny pokój, różowy abażur, fiołki w szklance, 
zasłonięte okno... I podczas gdy niski, głęboki głos męski wysnuwał się z 
piekielnej skrzynki, odbywała w myślach znaną drogę gwarnymi ulicami, 
które zmierzch i noc czyniły tak pięknymi. Ujrzała schody, które przebywała 
biegnąc z szumem sukni, zapach perfum, błysk oczu Jana, gdy otwierał drzwi, 
pierwszy uścisk. A ponad wszystkim smak rozkoszy, łzy na gorących 
policzkach i przeszywający spazm w piersiach. Żałuj, żałuj, żałuj! 
Weszła pani Raczyńska, w kapeluszu, w kostiumie, trochę zmieszana, 
ponieważ nie spodziewała się obecności córki i zięcia w domu. Paczka, 
ukryta w głębi kredensu, była powodem, dla którego w ogóle wstąpiła do tego 
domu, w którym nie miała już co robić. Szła do Cechny. To zadziwiające, jak 
pani Raczyńska w porę, w lot przeczuła czyjeś powodzenie i jak ciągnie w 
tamtą stronę. Odkąd o Cechnie umieszczono wzmianki w gazecie, pani 
Raczyńska spędza całe dnie u młodszej córki w pokoiku na poddaszu. 
Żałowała tylko, że nie wymieniono panieńskiego nazwiska Cechny, nikt nie 
wie, o kogo chodzi. Nawet Kwiryna nie zorientowała się i przegapiła 
pierwszą wzmiankę. Dopiero gdy pani Raczyńska pokazała jej fotografię z 
balu, wyciętą z pisma ilustrowanego. 
— Ach, nigdy nie zapomnę jej miny! Aż mi się śmiać i płakać chciało! 
Poczciwa Kwiryna była tak przejęta, jakby sama znalazła jakieś szczęście! 
Zadzwoniła do Cechny zaraz i udzieliła jej dużo dobrych rad. 
Bo, niestety, Cechna potrzebuje dobrej i praktycznej rady. Nie umie 
wykorzystać swego powodzenia, nie wzięła nawet służącej i mieszka nadal na 
poddaszu. 
— Przyjeżdżają po nią autami, a ona nawet nie może zaprosić gości na 
górę, muszą czekać pod bramą. 
Patrzyła z zakłopotaniem na kredens. Czy będzie, zmuszona wyjąć paczkę 
mimo wszystko? Gotowi jednak myśleć, że tam jest Bóg wie co, a to tylko 
konfitury dla Zuzanny. 
Amelka zazdrościła siostrze. Teraz dopiero zrozumiała, do czego zdążała 
Cechna odsuwając się od nich wszystkich. 
— Jest wolna — rzekła — i może robić, co jej się podoba. 
Spojrzały na siebie z matką i zrozumiały się w lot. Jeśli ty mi pomożesz — 
mówiły oczy Amelii — to i ja także. — Pani Raczyńska zawołała. 
— Jak to, Filipie, Filip nie zejdzie już do apteki? 
— Mam zamiar użyć nareszcie życia! — odpowiedział aptekarz. — Należy 
mi się, nie? 
Czuł się źle, był przepracowany. Rozdzielił dyżury między dwóch 
zastępców, a sobie zostawił wolną rękę. Amelia zbladła. Pani Raczyńska 
roześmiała się i śmiało sięgnęła do kredensu po paczkę. 
— Ależ Filip zanudzi się na śmierć! Filip jest taki towarzyski! — Ale 
aptekarz z miną filuterną oświadczył, że on i Amelia wystarczają sobie w 
zupełności. 
No, niech sobie Amelia radzi. Pani Raczyńska miała już swoją paczkę, 
śpieszyła się, rzekła. 
— Do widzenia!... 
Już na schodach zdjęło ją jakieś złe przeczucie, znała Amelkę: jej nie 
trzeba doprowadzać do ostateczności. Zawróciła: 
— Amelciu, pozwól no na chwileczkę!... — W ciemnej sieni szepnęła z 
przymusem, bo rozum mówił jej, że robi głupstwo. — Wiem dobrze, że się 
nudzisz, ale bądź spokojna i nie sprzeciwiaj się Filipowi. — Po czym, czując 
na sobie przyśpieszony i gorący oddech córki dodała. — Wstąpię na dół i 
poproszę pana Jana, żeby was odwiedził, nie będziecie sami! 
Amelka wionęła do mieszkania, nucąc. Natknęła się na aptekarza, który 
stał tuż za drzwiami. Przekrzykując radio, zawołał. 
— Pewnie mama prosiła cię o pieniądze, co?! — On, taki dawniej szczodry, 
w ostatnich dniach sam robił rachunki z Katarzyną. Nie zwróciła na to uwagi, 
rada była, że zdjął z niej ten nudny obowiązek, a po prawdzie uważała, że po 
tylu latach pracy można Katarzynie zaufać. Ale to nie chodziło o Katarzynę, 
on kontrolował panią Raczyńską! Zrozumiała to w jednej chwili i zaraz 
błysnęła myśl. 
A jeśli to sprawka Katarzyny? Jeśli Katarzyna zwróciła mu uwagę na 
rozbieżność między wydatkami a rachunkami matki? I czy tylko do 
rachunków ograniczyła służąca swe spostrzeżenia? Ta myśl tak ją przeraziła, 
że nie odpowiedziawszy mężowi, wpadła do sypialni i pełna złości na Filipa, 
obrazy na matkę, gniewu na zdradliwą Katarzynę, rozsiała tumany pudru, aby 
przystroić się na przyjęcie kochanka. W tej chwili zaczłapały za nią kroki 
męża. Co, już?! Czy naprawdę nie może pozostać ani chwili sama?... 
Odwróciła się od lustra, z twarzą białą, w której błękitne oczy wydały się 
teraz nieomal czarne, a wzniesiona dłoń z puszkiem niosła w sobie rozmach 
uderzenia. Ale głos już był po dawnemu pieszczotliwy i słodki. 
— Filipie, ty nie możesz być sam, mama ma rację, nudzisz się! 
Zaprotestował. Chciał tylko, aby posłuchała piosenki. 
— On ma złą dykcję — rzekł. — Czy ty co rozumiesz? — I otworzył drzwi. 
Zdejmując pośpiesznie szlafrok Amelka nasłuchiwała. Potem, z granatową 
sukienką w ramionach, w krótkiej koszulce, powtarzana za każdą 
prześpiewaną zwrotką. 
— Kilka łez 
w smutnych oczach zostanie, 
gorących kilka łez, 
tak się kończy kochanie... 
Tak przecież zawsze jest. 
Kiwnął głową, patrząc na nią spoza szkieł upartym spojrzeniem, 
szczególnym, przeraźliwym, białym wzrokiem, choć na ustach miał 
rozbawiony uśmiech. Tak, tak, to święta prawda! — I zanucił fałszywie. „Tak 
przecież zawsze jest, gdy kończy się kochanie!”... Po czym urwał, aby 
zapytać: 
— Cóż to? Przebierasz się? Po co? 
Odwróciła się do lustra i odpowiedziała. 
— Czy mam ciągle chodzić w szlafroku? 
Cofnął się do stołowego, a potem wrócił. 
— Jeśli ktoś siedział cały dzień w szlafroku, to śmieszne przebierać się na 
noc!... 
— Nudny jesteś! 
Jan nie nadchodził. Amelka niespokojnie krążyła po mieszkaniu. Co to 
znaczy? Czy nie było go w aptece? Czy nie chce przyjść? Czy nie może? 
Przypomniała sobie jego zazdrość o aptekarza i wstała, aby wyjść do kuchni. 
Zapominając o ostrożności, zamierzała prosić Katarzynę o usługę. Niech się 
dzieje, co chce, kupi jej potem jakiś prezent, zjedna ją! Dochodziła już do 
drzwi, gdy wstrzymał ją głos męża. 
— Jeśli chodzi o kolację, to rozmówiłem się już z Katarzyną. Zamówiłem 
papu, że palce lizać. Zrazy z grzybami, karaski z obiadu i kompot. 
Zacisnęła ręce. Skóra jej płonęła suchym ogniem, oczy błyszczały. Czuła 
się jak więzień. I wyobraziła sobie ten dzień, kiedy już nie zmieni szlafroka 
na suknię, tylko włoży domowe pantofle, tak samo jak Filip, i usiądzie z 
drugiej strony stołu, nad talerzem pełnym jadła, tak samo jak Filip. Jan 
znużony przeszkodami, znękany zazdrością, odejdzie od niej. Dobrze! 
Teraz nastąpiła ta ostateczność, o której myślała pani Raczyńska. Amelka 
powstała z swego miejsca, złożyła robotę i rzekła sucho. 
— Schodzę do telefonu. 
Nie zatrzymał jej. Zawołał tylko z humorem. 
— Miała to być niespodzianka, ale ci powiem: jutro założą nam aparat w 
domu! 
Aparat w domu! Tego jeszcze brakowało! Poczuła na sobie niewidzialne 
nici, jakby ją osnuto wokół siatką, i wzburzona zbiegła na dół. Jan jej 
poradzi! Musi zaraz opowiedzieć mu wszystko! Gdy otworzyła drzwi, 
spojrzano na nią ze zdziwieniem. kasjerka i Jan stali naprzeciw siebie z 
bloczkami i kwitami w rękach i jednocześnie odwrócili głowy. Bez słowa 
przeszła do pokoiku. Z miejsca przy biurku widać było kasę, ta dziewczyna 
patrzyła, wcale się nie krępując, na Amelię. Ktoś wszedł do apteki. Amelia 
udała, że dzwoni, że nie uzyskała połączenia. 
— Oliwy zielonej z terpentyną, do smarowania. 
— Za ile? 
Zirytowana, Amelka pchnęła końcem stopy drzwi, które przymknęły się z 
trzaskiem. Natychmiast zjawił się Jan. 
— Co się stało? 
— Nie będę mogła wyjść. Musisz przyjść na górę, na kolację! Czy mama ci 
nic nie mówiła? 
Zmarszczył brwi i odpowiedział: 
— Wiesz, że tego nie lubię. 
Błagała go, by przyszedł, czy nie może ponieść dla niej tej ofiary? Ona 
nie zniesie tego wieczoru z mężem sam na sam! Jan spojrzał na nieosłonięte 
okno, na oszklone drzwi, przez które widać było kasjerkę, i westchnął. 
— W końcu i tak będę musiał odejść, a wy zostaniecie razem. 
— Nie mów tak! 
Załamywała ręce, wzburzona, te przeszkody wydały jej się nagle groźne. 
Jan pogłaskał jej dłonie. 
— Uspokój się, uspokój. Jakaś ty gorąca, biedactwo... — Jej cierpienia 
cielesne wzruszały go więcej niż prośby. I nagle ustąpił. — Dobrze, przyjdę. 
Nie miała pojęcia, że ten wieczór będzie tak ciężki. Spędziła parę godzin 
między dwoma mężczyznami, z których jeden gadał bezustannie, a drugi 
milczał ponuro. Niezadowolona i chmurna Katarzyna usługiwała ospale, 
bezustannie stercząc przy kredensie. Amelka musiała uważać na siebie, aby 
nie narazić się mężowi, a także, by nie zasmucać Jana. Wszyscy udawali, że 
są zajęci jedzeniem, tylko aptekarz przechwalał się głośno, iż „cieszy się 
wilczym apetytem”. W końcu zażądał owoców, sera i czarnej kawy. Amelka 
opierała się. 
— Po czarnej kawie nie będziesz mógł zasnąć. 
Wtedy uśmiechnął się obrzydliwie. 
— To doskonale! — krzyknął z udaną uciechą. 
Jan wstał i przeprosił, że wyjdzie zaraz po kolacji. Jest zmęczony. 
W przedpokoju zrozpaczona Amelia próbowała umówić się z nim na 
jutro, ale drzwi od kuchni były uchylone, a gdy je zamknęła, w drzwiach 
jadalni ukazał się aptekarz. Uważał, że w przedpokoju wieje i Amelia może 
się zakatarzyć. Stał, póki drzwi wejściowe nie zatrzasnęły się za prowizorem. 
Potem krzyknął: 
— Do łóżka, mamusiu, do łóżka! 
Zaczął ją nazywać „mamusią”, „staruszką” i czynił to uparcie przy 
prowizorze. Chciał ją ośmieszyć. W sypialni Amelia ogarnięta tchórzostwem 
i złością, płakała skrywając łzy przed nim. Zdawał się rzeczywiście nie 
widzieć jej zdenerwowania i łez, a potem, jakby chcąc ją pocieszyć, rzekł: 
— Zaprosiłem go na niedzielny obiad. 
Amelka nie wiedziała, czy mąż jest taki dobry, czy taki podły. Czy 
domyśla się jej romansu, czy o niczym nie wie? Czy podejrzewa tylko? 
XII 
— Idę do krawcowej, do fryzjera, po sprawunki, do dentystki — to się stało 
codziennym chlebem Amelii. Nie potrzebowała myśleć długo, miała 
klasyczne wzory pretekstów wyjścia z domu. Za każdym razem aptekarz 
chrząkał. 
— Hm... hm... 
Jan czekał na nią w pobliskiej cukierence. Wpadali na chwilę „do siebie” 
po to, aby mówić... o aptekarzu... Jego postępowanie było zastanawiające. 
Zdawał się o niczym nie wiedzieć, nigdy nie zwrócił Amelii uwagi wprost, 
nigdy nie wydał, o co mu chodzi, ale robił jej trudności. To mogło wypływać 
także z chęci dłuższego obcowania z żoną. Amelka uspokajała siebie i Jana. 
— Ależ tak, on nie może być sam! — I aby go ukarać, uparcie milczała albo 
odpowiadała monosylabami. 
Nasłuchiwała po dawnemu oddechu śpiącego, męża i z bijącym sercem 
biegła na dół, by w pokoiku za apteką zamienić bodaj jeden rozpaczliwy 
uścisk. Raz, wchodząc niespodzianie do apteki po pieniądze, usłyszała, jak 
kasjerka mówiła do drugiego pomocnika. 
— Ta kobieta straciła głowę! — ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że to 
o niej mowa. Katarzyna, ubogie babki pod kościołem, kolporter Gończyk i 
zakrystian Łapko, wreszcie ogrodnik, panny ze sklepu i z cukierni wodzili za 
nią oczyma, gdy przechodziła ulicą, strojna i obca, gdy wsiadała pośpiesznie 
do taksówki, gdy wracała dziwnie piękna, z wielkim pękiem fiołków między 
splecionymi palcami. Rozzuchwalała się, gdy ucisk Filipa słabł, i przycichała, 
gdy mąż stawał się zrzędnym i wymagającym. Pewnej nocy zaszło coś, co 
rozbiło jej spotkania z Janem. 
Właśnie zbiegła do apteki i ledwo zdążyła przysiąść na brzegu kanapki, 
gdy tylne drzwi skrzypnęły. Porwali się z miejsc. Wszystko przepadło! Nagle 
Jan pchnął ją brutalnie za szafę apteczną, w kąt, rzuciwszy za nią grubą, 
puszystą chustkę, jaką była okryta. Rozległ się suchy trzask i smuga światła z 
latarki elektrycznej przemknęła po ciemnej aptece. W ciszy zaczłapały 
pantofle. Jan udał przebudzonego, zawołał. 
— Kto tam? ach, to pan? czy pan zasłabł? 
Aptekarz wszedł po weronal, nie mógł spać. Nie chciał zapalać 
elektryczności, ażeby go nie zobaczył „ktoś” z ulicy. Jan roześmiał się 
swobodnie. 
— Ktoś? kto taki? 
— Ach, kolego, czy to można wiedzieć? — odpowiedział tajemniczo 
aptekarz. 
Jan, znęcony zwrotem „kolego” i tym tonem poufnym, zaczął odradzać 
aptekarzowi użycie weronalu. Zalecał raczej niewinne środki roślinne na 
uspokojenie nerwów, jak na przykład kwiat pomarańczowy. Oczywiście, 
trzeba to przygotować wcześnie z wieczora, a nie czekać nie spanej nocy. 
— Muszę powiedzieć o tym Katarzynie, a najlepiej pani Amelii — 
zaryzykował fałszywie Jan. Amelia po raz pierwszy usłyszała taką intonację 
jego głosu i zadrżała w swym kącie. Aptekarz krzyknął. 
— Ach, niech pan nie mówi nic Amelci, zmartwiłaby się! Ona i tak ma 
jakieś kłopoty rodzinne, gdy zasnę, wymyka się do matki. 
Jan ciągnął głosem dla jej ucha straszliwie zmienionym. 
— Rozrywki, dłuższe przechadzki na świeżym powietrzu, wczesna i lekka 
kolacja. 
Amelia uczuła drobne a dokuczliwe ściśnienie serca, przypomniała sobie, 
gdy i jej dawał „zbawienne rady”. Myślała o sobie dawnej, pełnej najlepszej 
woli, gdy wychodziła za aptekarza, walczącej z sobą, gdy zakochała się w 
Andrzeju. Co za upadek od dnia, w którym Jan rzekł. „Niech pani sobie 
weźmie kochanka!” Ciemność, mrok, kłamstwo, przekradanie się i strach, 
zanik reszty dumy i ambicji, tak jakby samo uprzytomnienie podkładu jej 
cierpień „czysto fizjologicznych” zniszczyło ją, skruszyło, starło. A jednak... 
Jednak nie mogła żyć bez tego, nie mogła wyrzec się rozkoszy raz poznanej, 
nie mogła nie być kobietą, nie mogła... 
W aptece Jan nagle ziewnął i aptekarz odpowiedział mu ziewnięciem. 
Roześmieli się, Czasem wystarczy wyjść z łóżka, a sen powraca. 
— Dobranoc! 
Ody wyszedł, Jan pomógł Amelii wydostać się z kryjówki. Jej biały 
szlafrok pokrył się kurzem i pajęczyną, kosmyki włosów wysunęły się na 
szyję, krew uciekła z twarzy. Patrzyli na siebie. 
— Co to było? Czy przyszedł umyślnie? Czy to przestroga? 
Jan rzekł spokojnie. 
— On ci ufa. 
Co za wyrzut w tym głosie. Amelka stała z opuszczoną głową, jakby 
wyczekując na wyrok. Jan obrył ją chustką. Potem pchnął lekko w stronę 
drzwi. 
— Idź już, idź! Na razie musimy przestać się widywać! 
Patrzyła na niego przerażonymi oczyma, oczekiwała, że powie: Albo... 
albo odejdziesz do mnie, ale Jan rzekł: 
— Nie zostawię cię samej, będę przychodził, jak dawniej, na górę. Nie 
trzeba z tego wszystkiego robić dramatu, bierzmy to zwyczajnie. Nic się 
właściwie nie stało. 
Jak dawniej. W niedzielę zasiadła Amelia do stołu między dwoma 
mężczyznami, zajętymi sobą i tylko sobą. Usadowiła się tak, aby móc patrzeć 
na Jana. Nagle wszystko w niej i dokoła niej ucichło. Katarzyna, odmieniona, 
cicho i z godnością podawała półmiski. Aptekarz gościnnie częstował, Jan 
dziękował, jadł, smakowało mu. Wszyscy zdawali się wyrażać zgodę na taki 
stan rzeczy. To było do przyjęcia. Amelia, która marzyła o tęsknocie, co 
upiększa tę dobrowolną rozłąkę, o spojrzeniach, o delikatnych względach, 
uczuła się wytrącona z równowagi, zmącona i niespokojna. Coś jej się w tym 
nie podobało. Więcej niż nie podobało obrażało. Mimo woli spychali ją obaj 
gdzieś w dół, odebrali łaknieniu jej ciała sens i godność. 
Wróciwszy z kościoła, aptekarz przewertował grubą gazetę niedzielną i 
teraz wszczął dyskusję o włoskim ruchu narodowym, jak mu tam?... 
faszyzmie. Prowizor chętnie podjął ten temat. Aczkolwiek panowie byli 
zupełnie przeciwnych przekonań, a może właśnie dlatego, rozprawiali z 
ożywieniem, ale bez rozdrażnienia. Amelka posmutniała. Nie słuchała, co 
mówią, chwytała tylko pojedyncze siewa i myślała: „Wszystko to blaga!” Po 
raz pierwszy ogarnęła jednym określeniem i aptekarza, i Jana i zdumiała się. 
Właściwie byli do siebie podobni, gdy tak gadali z zapałem, nie zwracając na 
nią uwagi. Obydwaj byli gotowi zawsze odejść od miłości, gdy mieli pod ręką 
coś nowego. Miłość! — Oto była z nią sama. Ale gdy zostawała z nią sama, 
miłość przestawała być miłością, rozwiewała się, nie było jej. Czy po to 
przeszła przez drzwi grzechu, aby odnaleźć pustkę i po tamtej stronie?... 
Zacisnęła pięści, aż zbladły wątle palce... I odepchnęła te myśli. 
Radio grało. Amelka wstała od stołu, by pomóc Katarzynie, która miała 
„wychodne”. Musiała sprawdzić w kuchni, co jest na podwieczorek, na 
kolację, i znalazła w tym pewną rozrywkę, troszcząc się o ulubioną sałatkę 
Filipa i o zimny rozbef, który lubił Jan. Gdy wróciła do pokoju, ujrzała ich 
siedzących przed warcabami. Spróbowała uczestniczyć w tej grze, stanęła za 
krzesełkiem Jana, ale odwrócił się i rzekł ze swoją szorstką 
prawdomównością. 
— Pani mi przeszkadza. 
Przegrywał. Aptekarz, postukując drewnianymi krążkami, żartował na 
oklepany temat powodzenia w miłości i powodzenia w grze. Filuternie a 
tajemniczo zawołał: 
— Cień kasjerki unosi się nad tą przegraną! 
Kasjerki? Dlaczego kasjerki? Amelia uczuła znużenie i smutek, opuściła 
mężczyzn i przeszła do sypialni. Nie zastanawiała się nad słowami męża, 
Filip lubił pleść byle co. Leżąc na łóżku, patrzyła na letnie, niedzielne niebo 
za oknami. Ulica, tak hałaśliwa w dzień powszedni, teraz wydala się 
opustoszała i cicha. Jak głupio spędzali czas, zamknięci w domu, związani 
dziwacznym węzłem. Ale ani aptekarz, ani Jan nie decydowali się wyjść na 
miasto ze względu na niedzielne tłumy. Leżąc tak Amelka właściwie czekała, 
że zainteresują się jej nieobecnością, że Jan zajrzy tu. Godziny upływały. 
Amelka wspomniała czas, gdy wędrowała z pokoju do pokoju, z kanapy na 
fotel, wyzbyta sił, zdenerwowana, nudna i zrzędna, wszystkie te dni bez 
uśmiechu, bez celu, bez żadnej radości i nadziei... Wstrząsnęła się. Nie, warto 
było cierpieć, aby czuć, że się żyje! 
— Przynajmniej czułam, że żyję! — powtarzała sobie. 
Wstała, poprawiła włosy przed lustrem i sięgnęła po puder. Nagłe 
dostrzegła na twarzy dwie ciemne, dziwne smugi. 
— Gdzież to się zdążyłam usmarować? — Potarła palcem, lecz to nie 
pomogło. Wówczas sięgnęła po małe, ręczne lusterko i przyjrzała się bacznie. 
Ta szarość to były głębokie bruzdy od nosa do ust, to był cień policzków. 
Patrzyła z przerażeniem. To stało się w ciągu tych kilku dni szarpiącej 
niepewności, płaczu, złości i tęsknoty. Wzdrygnęła się i prędko otworzyła 
pudełko z kremem. Dużo kremu i dużo pudru, zanim nie rozmówi się z 
Janem. 
Ta rozmowa wypadła w tydzień później. Choć Filip schodził już do 
apteki, Amelia nie skorzystała z okazji. Pozostała w domu, aby zupełnie uśpić 
uwagę męża. Zręcznymi rozmowami dowiedziała się o godzinie zmiany 
dyżuru, wyszła wcześniej i spotkała Jana na ulicy. Ale gdy weszli w 
Rymarską, zamiast w stronę domu, pociągnął ją w stronę ogrodu. Chciał 
łyknąć powietrza, a i jej to dobrze zrobi. Amelka biernie zgodziła się. 
Czekała, że zacznie sam mówić, że coś obmyślił i ułożył, że coś 
zadecydował. Długo namyślał się nad wyborem stolika w kawiarni, a potem 
niemniej długo nad wyborem kawy i ciast. Wreszcie, gdy kelner odszedł, Jan 
oznajmił jej, że w końcu lipca otrzyma urlop i że drugi kolega z apteki 
zamierza się ożenić. Amelka spojrzała na niego oszołomiona. Wyjeżdża! 
Uczuła nagle brak tchu, brak powietrza, jakby on był tym życiem i tym 
powietrzem uchodzącym. 
— Co się ze mną stanie? Co ze mną będzie? 
Nakrył dłonią jej dłoń leżącą na zimnym marmurze stolika i opowiedział, 
że opadły go skrupuły co do postępowania ich z aptekarzem. To biedny 
człowiek, który ją kocha, właściwie posiada więcej zalet niż wad. Jan czuł się 
skrępowany jego ufnością i względami. Amelia rzekła z ironią: 
— Za późno! Czemuś wcześniej tak nie myślał? 
— Dlaczegoś nalegała, abym bywał u was w domu? 
Kładł nacisk na to, tak jak gdyby uwiedzenie żony mężowi, którego zna, z 
którym się żyje, było dopiero sprawą niegodną. Przypomniał jej rozmowę, 
kiedy proponował wyjście z tej sytuacji, chciał wówczas, aby — pozostała u 
niego. 
— A teraz chcesz mnie porzucić? 
Głos jej schrypł, oczy patrzyły jakimś ślepym, matowym nalotem. Jan jest 
w porządku. Aptekarz jest w porządku. Tylko ona nie, tylko ona! Ach, ci 
porządni ludzie! Uczuła się nagle czymś wzniesiona wyżej, lepsza, 
prawdziwsza od nich. I z łagodnym uśmiechem smutku westchnęła. 
— A więc wszystko skończone! 
Nadspodziewanie Jan nie skorzystał z okazji, o co go podejrzewała. 
Rozgniewał się. Kto mówi o jakimś rozstaniu czy porzuceniu, on jej tylko 
zawierzył swoje nastroje w związku z aptekarzem! A potem te ciągłe niby 
niewinne aluzje aptekarza, to go zastanawia. Co to ma znaczyć? 
Amelia odetchnęła. Rozumiała Jana, przecież i ona płakała pewnej nocy w 
pokoiku za apteką, ponieważ przedtem musiała ulec mężowi. Tak, życie we 
troje jest okropne. Skrzywiła się. 
— Za dużo o nim myślimy, ciągle, tylko on i on! Spotykamy się tylko po 
to, aby mówić o nim! To śmieszne! — I zaczęła żartować, że aptekarz mógłby 
być cieniem, ach nie! — mgłą, która się rozwieje, zniknie, przepłynie bez 
śladu. Ale niestety, on był i zajmował tak dużo miejsca w ich miłości. 
XIII 
Kwiryna siedziała nasępiona, z odętymi wargami, czarne jej oczy z 
powątpiewaniem wpatrywały się w twarz lekarza. Gdy skończył, rzekła z 
rozdrażnieniem i pretensją. 
— Ja nie rozumiem, panie doktorze! Przedtem mówiono o jakimś urazie 
psychicznym, co miało mieć związek z usposobieniem męża, a nie jego 
zdrowiem, a teraz okazuje się, że on jest najzwyczajniej chory, po prostu 
chory. Gdyby mi tak powiedziano od razu... 
Lekarz przerwał jej. 
— Uraz psychiczny? Ja nie jestem lekarzem chorób nerwowych, zresztą 
zostawmy jego duszę i umysł i zajmijmy się ciałem. Otóż, proszę pani, mąż 
cierpi na złośliwą anemię. 
— Myślałam, że na anemię chorują tylko dzieci — rzekła nieubłaganie 
Kwiryna. 
Lekarz znów jej przerwał. 
— Na złośliwą, złośliwą anemię — rzekł z naciskiem — to jest choroba krwi, 
ciężka i przewlekła. No, ale zabierzemy się do niego... — I tu jął wyliczać, co 
Roman ma jeść. 
Kwiryna słuchała bez przekonania. Od pierwszej chwili, gdy kazano 
zrobić analizę krwi, odnosiła się do lekarzy bez przekonania i na to nic nie 
mogła poradzić. 
— Czy Roman jest chory na jakąś „brzydką” chorobę? — zapytała. Ależ 
nie, wytłumaczono jej cierpliwie, że nie tylko w tych wypadkach bada się 
krew. Teraz znów z tą dietą. Przecież Roman je tak mało, że jeśli jeszcze w 
dodatku zastosuje się dietę, to co z tego człowieka pozostanie? Skóra i kości. 
— Niech no pani posłucha — rzekł lekarz. — Ja mówię, odpowiednia dieta... 
To nie znaczy wcale, żeby jadł mało, tylko żeby jadł rzeczy odpowiednie. A 
więc: owoce, jarzyny i środek najważniejszy a najnowszy. wątróbka. Ta 
wątróbka ma być tak ugotowana... 
Kwiryna przerwała. 
— Chwileczkę, panie doktorze, zaraz zawołam tu osobę, która zajmuje się 
gospodarstwem w domu. Boję się, że mogę coś zapomnieć albo nie tak jak 
trzeba, powtórzyć... — I zadzwoniła na ciotkę dwa razy. 
Ciotka weszła z zabeczanymi oczami i Kwiryna odwróciła się, aby na nią 
nie patrzeć. Czego ta idiotka płacze? No, ale przynajmniej będzie się miało 
pewność, że dopilnuje i diety, i Romana. Kwiryna była święcie przekonana, 
że z tą chorobą Romana jest to samo, co z urazem psychicznym, i za nic w 
świecie nie dopuszczała do siebie zwątpień. Nagle, z błyskiem w oczach, 
spytała: 
— Czy ma leżeć? 
— Nnie. Jeśli tylko będzie czuł ochotę do chodzenia, nie trzeba mu tego 
bronić. 
Garbata ciotka chlipnęła. „Jeśli będzie miał ochotę”. To wyglądało tak, 
jakby doktor wątpił, czy Roman będzie mógł chodzić. Ale Kwiryna nie 
zwróciła uwagi na te subtelności i zastrzeżenia, a sam fakt, że Roman nie 
potrzebował leżeć, ucieszył ją. Nie jest widocznie tak ciężko chory. I w 
ogóle, cała ta choroba! 
— Pierwszy raz słyszę o takiej chorobie! 
Roman jednak nie po raz pierwszy musiał słyszeć o tej chorobie, bo wpół 
siedząc na wysoko zasłanym łóżku, w pięknej, ciemnobłękitnej piżamie, 
żartował sobie: 
— Pewnego dnia czerwone ciałka krwi znikną z moich żył bez 
wypowiedzenia, nawet moja ukochana małżonka nic o tym wiedzieć nie 
będzie. Wtedy nastąpi generalna klapa. 
Garbata ciotka jęknęła: 
— Ach, Romciu, co Romciu wygaduje?... — i naturalnie chlipnęła. 
— Ciotka chyba zwariowała — rzekła Kwiryna. — Czy Romanowi nawet 
żartować nie wolno? Niech ciotka zajmie się tą... wątróbką. Wątróbka! Boże 
święty, pamiętam, jak siostry Mossakowskie miały anemię, matka gotowała 
im grochówkę, bardzo tłustą. A tobie lekarz zabronił tłuszczów. Wątróbka! 
— To nie jest takie głupie, Kwiryno. 
Ciotka zajęła się wątrobą. Kwiryna zasiadła przy chorym. Od piwnego 
czasu wszystko się zmieniło, trzeba było powierzyć sklepy obcym ludziom, a 
sobie zachować tylko ogólny nadzór nad interesami. Kwiryna chwaliła to 
sobie. 
— Tyle lat przesiedzieć w kasie, przyjmując groszaki... to zmarnowane 
lata! 
Roman żartował w dalszym ciągu. 
— Czy prędko przeniesiemy się w Aleje Ujazdowskie? — Kwiryna 
odpowiadała żartobliwie. — W ciągu tego miesiąca... Ach, nie, trzeba 
przeprowadzić remont! 
Remont przypomniał jej parterowe mieszkanie od frontu, oddane po 
zawaleniu się oficynki szewcowi. Musiała je po prostu odkupywać, swoje 
własne mieszkanie! Musiała dać szewcom w zamian piękne mieszkanie na 
parterze w nowej oficynie. Na gotówkę to wyniesie... Roman zachichotał. 
— Nie, Kwiryno jak sobie przypomnę twoją rozmowę z doktorem! 
— To nie takie łatwe, jak ci się zdaje — odpowiedziała już z 
roztargnieniem. Myślała o interesach. Jednak ta zamiana była konieczna, bo 
wybiło się przejście i połączyło tę połowę parteru ze sklepem. Kwiryna 
odbyła parę konferencji z rejentem i parę podróży: jedną do Gdyni, drugą na 
wieś do ogromnego majątku. Tu zakontraktowała ryby, tam owoce. 
Opakowania blaszane z własną firmą zamówiła w fabryce na Woli. 
Uruchomiło się wytwórnię konserw z czterema pracownikami, śmiech 
powiedzieć, to było prawie nic, a różnica jej w zysku bardzo znaczna. I gdy 
tak stała w pośrodku „swej wytwórni” — ogarniając wzrokiem wnętrze dwóch 
izb z kuchnią i wielkimi kotłami, cztery stoły, kupę blaszanek, przyrząd do 
zamykania wieczek — otworzył się przed nią świat. I pomyśleć, że latami nie 
ruszała się z domu, że często miesiącami nie wydalała się poza obręb ulicy 
Mylnej, że jak pies w budzie tkwiła w swej kasie! Nic dziwnego, że Roman 
po powrocie z niewoli miał różne napady, bo to naprawdę można dostać 
melancholii w takiej stojącej wodzie. Niby żartem, a w istocie z gniewem 
krzyknęła „swoim pracownikom”. 
— Prędzej, panowie, prędzej, prędzej, ruszać się! — Dziewczęta, 
nakładaczki, pracowały sprawniej, nerwowo i mężczyźni nie nadążali 
zakładać wieczek... „Trzeba będzie wziąć oddzielny personel do kuchni” — 
pomyślała Kwiryna. 
Skosztowała marmolady i skrzywiła się. Nie żeby to było całkiem złe, ale 
nie miało tego smaku jak marmolada sporządzona w domu. Siedząc potem w 
głębokiej zadumie naprzeciw Romana, który wstał już, żeby rozprostować 
nogi, rzekła niespodziewanie: 
— Moja matka miała rację. 
Roman spojrzał na nią, zdziwiony: nigdy prawie nie wspominali 
rodziców. 
— Z czym miała rację? 
— Z kapustą. 
Matka sama kwasiła kapustę na sprzedaż i ludzie odchwalić się nie mogli 
tej kapusty. Matka przypisywała to temu, że kapusta była dobrze udeptana i 
nie psuła się. Miała rację i nie miała racji. Przyrządzali starannie kapustę i w 
tym tkwił cały sens. 
— Ta kapusta, którą sprzedajemy u siebie, z mechanicznej przetwórni, nie 
ma najmniejszego smaku. Dziwię się, jak ludzie to jedzą! Ale nie ma smaku 
nie dlatego, że jest mechanicznie przetwarzana, tylko że nie fatygują się 
doprawiać ją dodatkami. Zwykłe niechlujstwo i tyle! 
Roman bawił się doskonale. Co za logika w tej Kwirynie, co za głowa!... 
— Śmiej się, śmiej! Ale ja już wiem, na czym ma stać moja wytwórnia. Nie 
ilość, tylko jakość. Muszę mieć swoją specjalność. 
Przypomniała sobie, że jej klienci wyróżniali wędlinę z pewnego majątku. 
Dlaczego? Dlatego, że ta wędlina wyróżniała się dobrocią, ktoś ją starannie 
przyrządzał. Matka kładła do kapusty całe ziarnka pieprzu, liść bobkowy, 
trochę marchewki i rajskie jabłuszka. Pewien adwokat, którego poznała u 
rejenta, chodził aż na Piwną do sklepiku po osmażane śledzie, ponieważ jego 
kucharka nie potrafiła tak tych śledzi przyrządzać jak sklepiczarka. Kwiryna 
nie myślała ani wyłącznie o kapuście, ani o śledziach, myślała o tysiącu 
innych potraw. Ale do tego trzeba jej jeszcze chemika. 
— Na co ci chemik? 
— Pierwsze próby — rzekła uroczyście Kwiryna mogę przeprowadzić sama 
z ciotką, w swojej własnej kuchni. Ale chemik musi mnie pouczyć, co robić, 
żeby z jednej strony żywność się nie psuła, a z drugiej nie traciła smaku. 
Podczas gdy Roman łykał ślinkę na te wszystkie smakołyki, Kwiryna, 
zagłębiona w fotelu, z ramionami skrzyżowanymi, widziała już nie tylko 
„swoje” sklepy zapełnione „swoim towarem”, ale i swój towar we wszystkich 
sklepach miasta, ba, całego kraju! Roman wydziwić się nie mógł, jak ona 
przystępowała do rzeczy: żadnego na pozór planu, żadnego kosztorysu, 
żadnej bliżej określonej sumy, a jednak w końcu wszystko zgadzało się jak w 
doskonałym rachunku. Miała „natchnienie”. 
Zmęczony, powrócił do łóżka, a potem uczuł głód i poprosił o jedzenie. 
Ciotka, rozpromieniona swą rolą, przyniosła ową wątróbkę, własnoręcznie 
przyrządzoną. Niosąc ją, powtarzała w kółko: 
— Ja sama, Romciu, sama to zrobiłam, tak jak doktor zalecił! 
Roman, krzywiąc się zjadł ledwie obgotowaną wątróbkę, po czym opadł 
na poduszki. Można by pomyśleć, że teraz dopiero ta choroba zasmuciła go. 
A przecież nigdy nie był smakoszem i jeżeli wymyślał jakieś potrawy, to 
raczej po to, aby dogodzić domownikom, nie sobie. Pod wieczór ogarniał go 
niepokój. Chciał zejść do sklepu, chciał zobaczyć, co słychać w wytwórni. 
— Przecież dopiero co wstawałeś i wróciłeś do łóżka — rzekła zdławionym 
głosem Kwiryna. Wreszcie poprosił, aby odsunięto rolety z okna. Kwiryna 
uczyniła to, ale gdy wzrok Romana wybiegł w dal, za okno, ponad czubami 
akacji, przestraszyła się czemuś. Nagle widmo wielkich zakładów 
przetwórczych zbladło w jej wyobraźni, ogarnęło ją nigdy nie doświadczane 
zniechęcenie i strach. Żeby to ukryć, wyszła prędko do stołowego. 
— Co Roman tam widzi, Romku? — usłyszała głos ciotki. — Co Roman tak 
patrzy? 
— Tak sobie! — odpowiedział wesoło Roman. A patem zapytał. — Czy 
Kwiryna zeszła do sklepu? 
— Nie wiem — rzekła ciotka — ale pewnie zeszła, bo ona bez sklepu żyć nie 
może. 
Na to Roman westchnął krótko i ściszył głos. Ciotka piskliwie 
odżegnywała się od czegoś. 
— Ale co też Roman! co też Roman! 
— Niech ciotka przyrzeknie, że w razie czego nie opuści nigdy Kwiryny! 
Kwirynę zdjął taki gniew, że aż zdławiło ją w gardle. Przeszła na palcach 
do kuchni, wysłała służącą na dół do sklepu i krzyknęła: 
— Ciociu! 
— Jak mi ciotka jeszcze raz zacznie taką rozmowę z Romanem, to może 
ciotka od razu pożegnać się z naszym domem! Ciotka zdrowego doprowadzi 
do choroby tą swoją przestraszoną miną i płaczem! 
Ciotce od razu łzy obeschły na policzkach i zaklęła się na wszystkie 
świętości, że „już nie będzie”. Kwiryna wróciła do sypialni. 
— No cóż? Może zagramy w loteryjkę! — krzyknął wesoło Roman. 
Ależ on jest zupełnie zdrów, tylko osłabiony, zawracanie głowy z jakimiś 
ciałkami krwi! Targował się o stawkę, chciał, by grali o większą sumę, na 
przykład o dziesięć złotych. Kwiryna zgodziła się, a potem pożałowała tego, 
ponieważ przegrywała. Uważała to za złośliwość ze strony Romana, że nie 
omieszkał nigdy zdenerwować ją takimi głupstwami. 
— Czy ty przypadkiem nie szwindlujesz? — żartowała z odcieniem złości. 
Ale Roman bynajmniej nie żartował, zamierzał ograć ją, aby wyzbyła się 
swego skąpstwa, choć w loteryjce. Wiedział już, że dałaby sobie utoczyć krwi 
dla niego, ale te przegrane dziesięć złotych długo będą w niej pokutować. 
Wtedy pomyślała. „Czy nie jestem szlachetniejsza od Romana?” Poprzednim 
razem, gdy przegrywał, fałszowała numery, aby mu tylko zrobić przyjemność. 
XIV 
Dźwignąwszy się na łokciu, Roman spojrzał na boży świat. Ruchliwy róg 
karmelickiej pod cukiernią, pełen był ludzi, zwykłych gapiów, którzy 
przystawali na chwilę, jakby w głębokim namyśle, i ruszali dalej. Sprzedawcy 
chwytali tu swoich przygodnych klientów, kumoszki ciekawe nowiny z 
przyległych domów. Widział jeszcze ostatnie akacje skwerku, pod którymi 
pstrzył się kolorowymi okładzinami pism kiosk. Z hukiem przebiegały 
tramwaje, Roman widział je krótką chwilę, gdy mijały przecznicę Nowolipia. 
Gwar wzmagał się i cichł. Zapadł zmierzch, niebo stało się granatowe. 
Ciotka, siedząca pod ścianą i szydełkująca zawzięcie, usiłowała zawiązać 
rozmowę, ale Roman odpowiadał niechętnie. Brzuch miał cały rozbolały, 
niesmaczny język i wargi jakby obrzmiałe. Ciotka powstała, aby zająć się 
jedzeniem. 
— Może Roman trochę podrzemie? Kwiryna powinna zaraz wrócić — 
rzekła ciotka i dodała z przekąsem. — Chyba po nocy tego placu kupować nie 
będzie? 
Gdy wyszła, Roman zsunął się na poduszki. Ujrzał skrawek nieba nad 
samym oknem i nagle w zapadającym zmierzchu doznał błogiej ulgi, 
zupełnego odetchnienia. Mógł sobie z góry powiedzieć, że wszystkie plany, 
jakie tu snuła Kwiryna przy jego łóżku, zostaną zrealizowane, że ona rzuci się 
na oślep w tę robotę. Targowała przyległy plac węglarza, lecz gdy się 
dowiedziała, że w tym punkcie miasta nie dostanie pozwolenia na 
uruchomienie fabryki przetwórczej, natychmiast odstąpiła od kupna. 
Odbywała niezliczone wędrówki za miasto i niezliczone konferencje z 
pośrednikami. Nie próbował już narzucać jej „swoich” ludzi, na nic to się nie 
zdało, mimo to podniecał ją do działania. Chciał, aby miała roboty jak 
najwięcej, ale gdy nadchodziła z miasta, pełna energii i nowych pomysłów, 
myślał ze zniechęceniem. „Po co to wszystko? po co?” 
Czuł raczej, niż widział, że zapłonęły światła latarń. Usiadł na łóżku. W 
nagłej ciszy ulicy ukazała się ogromna dziewczyna, w chustce narzuconej na 
ramiona, przeszła przez jezdnię kołysząc biodrami i stanęła pod latarnią. Jej 
twarz zdawała się patrzeć wprost w okno wielkimi plamami podczernionych 
oczu. Roman nagle ujrzał tysiące rzeczy, których dotąd nie dostrzegał, i 
tysiące myśli przebiegło przez jego głowę. Czuł się wyswobodzony z 
niewidocznych więzów, z domu, z Kwiryny, z sypialni z różanego drzewa. 
Krew, ta jego rozrzedzona krew, uderzyła mu do piersi. Czuł się wesoły i 
wolny. Dziewczyna pod latarnią stała nieruchomo i patrzyła wciąż w tę 
stronę, w okno. Miał ochotę machnąć ku niej ręką. Dojrzał świat, miasto z 
niezliczonymi domami i ulicami, zarojone ludźmi, których nie znał i których 
pewnie nigdy nie pozna. Czułość i szczególne poczucie braterstwa, i 
ciekawość jakby wzniosła jego serce. Chciałby porozmawiać, ale nie z ciotką 
ani z Kwiryną, ani z nikim ze sklepu. Wstał, spuścił nogi, czuł się zupełnie 
dobrze. Naszła go zaduma i chwileczkę posiedział tak, na brzegu łóżka. Już 
go tu nie było, już szedł ulicami, w ciepłym zmierzchu, sam, z szczególnym, 
rozpierającym uczuciem w piersi. Ciotka, która weszła z wątróbką z rusztu, 
zastała go już ubranego, przed lustrem, i osłupiała patrzyła, jak ze 
starannością robił przedziałek we włosach. Załamała ręce. 
— Co to? Roman wstał? 
— Uhm — mruknął i nie siadając pochylił się nad tacą z jedzeniem. Gdy 
dziobnął widelcem pierwszy kąsek, ciotka otrząsnęła się z wrażenia i zbiegła 
na dół, do sklepu, po ratunek. Może Kwiryna już wróciła? 
Roman porzucił niesmaczną wątróbkę, umył ręce, wyjął czystą chusteczkę 
z bieliźniarki i skropił ją wodą kolońską. W ostatnich miesiącach prowadził 
rachunki Kwiryny, przyjmował komorne i dokonywał wypłat. Wsunął więc 
do nowiutkiego portfela kilka setek i szepnął. 
— No, gotów! Teraz tylko płaszcz, kapelusz, rękawiczki... — Gdy znalazł 
się w bramie, tak wystrojony, wesoły jak nigdy, dozorca zerwał się na nogi. 
— To pan gospodarz już zdrów?! 
— Nic mi nie było — odpowiedział i, poszperawszy w kieszeni obdarował 
go ni z tego, ni z owego pięciozłotówką. Stanowczym krokiem przemierzył 
bramę, wstąpił do sklepu, zajrzał do pracowni i krzyknął: 
— Dobranoc! Dlaczego nie zamykacie? Chcecie płacić karę? — wyszedł 
lekko i szybko na ulicę. 
Ciotka minęła się z nim, biegła na górę po schodach, monologując: 
— Co ja powiem Kwirynie? Niech mi Romcio tego nie robi, bo co ja 
powiem Kwirynie? 
Na ulicy zlustrował wystawę panien Ziemskich. Przedstawiała się ubogo i 
szaro, co to znaczy? Czyżby panny Ziemskie nie szły już z prądem czasu? 
Wszedł do ich bramy i cofnął się. Po co? Mógł sobie wyobrazić, jak siostry 
siedziały w swym pokoju po zamknięciu sklepu, na miękkich fotelach, 
między poduszkami w czerwone róże, pieskami z włóczki, baletnicami z 
organdyny. 
— Pragnę innych wrażeń! — rzekł w nim patetycznie obcy, gruby głos. 
Roman, idąc ulicą jak we śnie, znalazł się na rogu, pod cukiernią, twarzą 
w twarz z ogromną dziewczyną. Chciał jej powiedzieć „chodź”, ale, nie 
wiedział, jak to zrobić, jak się zachować w takiej sytuacji, Na szczęście 
dziewczyna sama ruszyła z miejsca i przechodząc, dziwnym, zręcznym 
ruchem otarła się o niego. Usłyszał szept. 
— Pójdziesz, kotku?... — Roman stanął jak wryty, patrząc, jak oddalała się 
z rozkołysanymi biodrami. Kotku? Jak śmiesznie zabrzmiałyby te słoma w 
ustach Kwiryny! Nie mógł sobie tego wyobrazić. Łaknął czułych słów. 
Pragnął słów jak nieznanej pieszczoty. Zupełnie zapomniał o ogromnej 
dziewczynie, zawrócił i poszedł Karmelicką do Leszna. Myślał o Kwirynie, o 
dziwacznym stworze rządzonym ślepym instynktem posiadania, o niemych 
ustach i mocnych ramionach, o oczach czarnych jak głęboka noc. Wśród 
zapuszczonych żaluzji sklepowych ujrzy jedną jasno oświetloną witrynę. Aha, 
to cukiernia. Pchnął drzwi i wszedł tam. Ukazał się jegomość z patriarchalną 
brodą i powitał go ukłonem, kelner ruszył spod ściany. Ogromny zegar cykał 
głośno i sennie, wypchany ptak nad bufetem, z rozwiniętymi skrzydłami, 
zastygł w tym martwym locie. Roman ulokował się na czerwonej, aksamitnej 
kanapce, zażądał kawy i dzienników Potem przypomniał sobie, że nie ma 
papierosów i poprosił o papierosy. Obok siedziała młoda para, dalej jakiś 
samotny pan, zagłębiony w studiowaniu kuriera, na wprost, w pierwszym 
pokoju, samotna pani ze znajomą twarzą. Przyjrzał się jej z daleka i 
zadecydował, że to panna Mossakowska. Skąd tu się wzięła i dlaczego sama? 
Zanim namyślił się, czy wypada dojść do niej, powstała, zapłaciła i wyszła. 
Sama, to smutne. Przeczytał napisy na ścianach i czuł się obrażony ich 
treścią. „Nie pluć!” To nie schody Kwiryny, ostatecznie tu się spotykają 
bezdomni zakochani.... Nagle zasłonił twarz kurierem. Szybko weszła 
aptekarzowa, Amelia, cała na czarno, z krótką woalką na małym kapelusiku. 
Podniecony, jakby sam przeżywał przygodę, śledził, jak usiadła przy panu z 
kurierem, w jaki sposób przywitali się, spojrzeli na siebie, uśmiechnęli się. 
Gwałtownie zaczął robić przypominać, czemu właściwie wstał z łóżka, i 
opuścił dom, po co? dlaczego? Miał przecież jakiś zamiar. Nagle stanęła mu 
w oczach blondynka z Mylnej i uspokoił się, bo już wiedział, co ma robić. 
Cicho, bokiem, aby nie żenować Amelii, wyniósł się i w pierwszym pokoju 
uregulował należność. Potem długo błądził ulicami, wstąpił nawet do kina, 
aby wreszcie koło jedenastej stawić się w restauracji hotelu Saskiego. Zdziwił 
się, tak tu jakoś było inaczej niż wówczas, gdy pierwszy raz balowali z 
Kwiryną, Jakoś nędzniej i gwarniej — czy może on patrzył innymi oczyma. 
Zajął stolik w kącie i rozejrzał się po sali. Dwa czy trzy stoliki byty zajęte, a 
w głębi wystrojone młode kobiety zdawały się oczekiwać. To na pewno 
fordanserki. 
Ale nie było wśród nich blondynki z Mylnej. Zaniepokoił się, przecież to 
kawał czasu, gdy ją tu spotkał! 
Zbliżył się kelner z kartą, Roman wybrał jakąś drogą potrawę i równie 
drogie wino. Nie chciało mu się zupełnie jeść, a nawet czuł niesmak na myśl 
o jedzeniu i pomyślał sobie. „Bawię się jak defraudant”. Był też jak 
defraudant, podniecony i smutny. Zanim przyniesiono zamówioną potrawę z 
kuchni, kelner troskliwie ustawił na stoliku koniak, wino, kieliszki i półmisek 
z przekąskami. W kącie wystrojone kobiety poruszyły się, przypudrowały 
twarze, poprawiły włosy. Muzyka zagrała nudnie i sennie. Nikt nie tańczył. 
Roman wypił kieliszek koniaku i choć blondynki nie było wciąż jeszcze na 
sali, nie tracił nadziei, że ją dziś spotka. Patrzył w głąb, na jej koleżanki, z 
sympatią, ,bo każda z nich mogła być po trosze blondynką z Mylnej, 
pracować ciężko „na życie”. Roman zastanowił się nad tą sprawą. Na życie 
pracuje się jakby podwójnie, zewnętrznie i wewnętrznie, Wychylił jeszcze 
jeden kieliszek i nagle błysnęło mu w głowie, że wewnętrznie pracuje się na 
śmierć. W tej chwili zwątpił, czy spotka blondynkę, i pożałował tego jak 
ostatniej rzeczy, która mu się w życiu należała. Ale czyż przyszedł tu po to, 
aby się smucić? Otrząsnął się gwałtem z tego nastroju, wstał, przeszedł przez 
salę i skłonił się przed pierwszą z brzegu tancerką. Położyła mu tak dziwnie 
dłoń na karku, jakby go owinęła jednym ramieniem. Gdy już tańczyli, 
zapytała: 
— Pan tu u nas pierwszy raz? 
Odpowiedział szczerze, że szuka tu kogoś. 
— Może pani wie? Tańczyła tu taka młodziutka blondynka, mieszkała z 
bratem na ulicy Mylnej?... 
Dziewczyna spojrzała mu prosto w twarz czarnymi, wesołymi oczyma i 
zawołała. 
— Ach, Tamara! fiu, fiu, ona tańczy teraz w eleganckim lokalu, mój panie. 
Roman zwątpił, czy to ta sama, czyżby nazywała się Tamara? 
— Nie — rzekła tancerka — powiem panu prawdę. Ona nazywa się Olesia, 
Aleksandra. No, ale wie pan, zmieniła imię, bo u nas... 
Podczas, gdy opowiadała, jak to dziewczęta zmieniają imiona, Roman 
nabrał pewności siebie, wiedział już, co ma robić. Przeprosił swoją tancerkę, 
uczęstował winem przy stoliku i zdobywszy adres „eleganckiego” lokalu, 
uregulował rachunek i wyszedł. 
Tu sala była całkiem okrągła, otoczona pierścieniami stolików, lożami, 
nakryta krągłą kopułą sufitu. W dole widniała jakby arena, tańczono w 
przyciemnionym świetle ukrytych lamp. Roman zajął mały stolik przy samej 
barierze i nagle ujrzał w głębi, naprzeciw siebie, poszukiwaną. Jakże 
zmieniona! Siedziała sama, z obnażonymi ramionami, w wielkiej, 
wieczorowej, czarnej gali. Jej szczupła twarzyczka jakby wypełniała, zżółkła 
dawniej skóra nabrała świetnego połysku, blond włosy, sczesane do tyłu, 
spływały krótkimi, gęstymi lokami na kark. Chude dawniej dłonie leżały na 
ciemnym drzewie stolika jak dwa piękne kwiaty. Roman pomyślał z goryczą, 
że w „porządnym” życiu nigdy by tak nie wypiękniała, nie rozkwitła, nie 
rozbłysła... Wyfraczony kelner stał za nim, więc pochylił się nad kartą i 
zamówił wino. Gdy podniósł głowę, blondynki już nie było na dawnym 
miejscu. Muzyka umilkła, goście wrócili do swych stolików. Nagle w górze 
rozbłysły światła, wrzasnął tusz jak w cyrku, na arenę wybiegł apasz z 
dziewczyną. Francuski dialog, poparty wymownymi gestami, tańcem, 
błyskiem ogromnego kuchennego noża i pocałunkami, stał się całkiem dla 
Romana zrozumiały. W tej parodii tańca chodziło także o l’argent18. Apasz, 
przeciąwszy cienki włos na głowie swej kochanki, zdobył sakiewkę ukrytą w 
jej pończosze. Nagle otrzymał potężny cios, padł, powstał, znów padł, zwinął 
się na chwiejnych nogach, sakiewka zaczęła wędrować z rąk da rąk. Wśród 
śmiechu i okrzyków widzów sypały się razy, kopniaki, mordercze piruety, 
dokumentowane wesołym słówkiem: c’est l’amour, c’est l’amour19. Tancerz 
dyszał niesamowicie, jego ubranie, wytytłane w kurzu, wisiało w strzępach. 
— Ależ jego stąd zabierze pogotowie! — szepnął ktoś obok. 
Ale jego mała partnerka była niezmordowana i grzmot oklasków okrył jej 
zwycięstwo. Roman był zdumiony. Dlaczego czuł taki wstyd w sobie, gdy 
wszyscy wokół wrócili już do jedzenia, picia, rozmowy? Powiódł wzrokiem 
po stolikach i odkrył kilka zasępionych twarzy, niezadowolonych spojrzeń i 
zdawkowo uśmiechniętych ust. 
— Boże, jaki człowiek jest samotny! — westchnął. 
Odkrył blondynkę, stała tuż u wejścia na arenę i teraz widział, że nie była 
już ani świetna, ani młoda, ani błyszcząca. Patrzyła ze zmarszczką między 
brwiami w miejsce, gdzie przed chwilą tych dwoje waliło się z takim 
temperamentem i ochotą. Taka sama zmarszczka skrzywiła jej usta, nuda, 
wstręt i ciężki nad sobą namysł wyjrzały z jej twarzy. Jakiś mężczyzna we 
fraku dotknął ręką jej obnażonego ramienia. Rozległ się gardłowy głos 
zapowiadacza. Blondynka zeszła na arenę. Roman ujrzał ją teraz całą, w całej 
postaci, od drobnych stóp, wymykających się z szumiącego kielicha długiej 
sukni, aż po gołą pierś ozdobioną kwiatem. Te stopy sunęły lekko, 
wykwintnie, rysując nieposzlakowaną linię pospolitego tańca, któremu 
tancerka dała swą szlachetność. „Ale, ona tu wcale nie pasuje do tego lokalu 
"eleganckiego" — pomyślał Roman i uczuł w sobie jakieś wesele. Patrzył na nią zachłannie, nie odrywając oczu, może Kwiryna miała rację, że „się kochał 
w blondynce z Mylnej”? Nie, czuł do niej teraz, zupełnie coś innego, nie 
współczucie, jakie żywił dla tamtej, nie smutek, z jakim patrzył na 
młodziutką, wymalowaną, różowo ubraną fordanserkę z restauracji hotelu 
Saskiego. Czuł w niej jakąś dojrzałość czy znużenie, jakieś poznanie, coś 
bardzo bliskiego z nim samym, jakby braterstwo. I cieszył się podle, że ona 
nawet nie może mieć powodzenia w tym lokalu, bo się nie umie bawić jak 
inne, śmiać, a cóż dopiero naciągać gości? I prawie z niedowierzaniem 
słuchał grzmotu oklasków, gdy taniec się skończył. 
Jej tancerz usadowił ją znów na dawnym miejscu i odszedł. Roman 
powstał i szybko, zbliżył się do stolika. 
— Czy pani mnie poznaje? — Uśmiechnęła ślę pojaśniała nagle. 
— Tak, poznaję. Pan się bardzo zmienił, ale ja pana nigdy nie zapomnę... — 
Spojrzała w głąb, w stronę bufetu, i szepnęła. — Niech mnie pan zaprosi do 
swego stolika! Albo nie... Zatańczymy! 
Objął ją i powiódł w koło tańczących. Serce mu biło gwałtownie. 
— Niech pani posłucha... Przyszedłem tu... — Uczuł, jak lekko i miękko 
spoczywała w jego ramionach, i zrozumiał, że musi wzmocnić uścisk, jest 
mężczyzną, musi ją poprowadzić. Ach, ale Kwiryna wcale by na to nie 
czekała! I uczuł się nagle ograbiony ze swojej siły, ze swoich zdolności, 
przez Kwirynę. Tańcząc przypomniał sobie, że miał coś załatwić, coś 
ważnego ostatecznie skończyć... Aha! Schylił się i przygarnął mocniej swą 
tancerkę. 
— Będę musiał wyjechać na dłużej. Myślę nieraz, czy pani sobie da radę? 
Mam... Mam pieniądze... niedużo, ale jutro, pojutrze będę miał większą 
sumę... 
Zawołała swym śpiewnym głosem. 
— Co pan mówi? Nie trzeba tak, nie trzeba! 
Oboje zmieszani, przetańczyli jeszcze jedno koło, Roman wyklinał w 
duchu swoje chamstwo i znów wspomniał Kwirynę. To ona nauczyła go 
patrzeć na wszystko od strony pieniądza. Zapytał jednak. 
— Dlaczego? 
Wtedy, bardzo zmieszana, odpowiedziała. 
— To już za późno, za późno, bo teraz mi wszystko jedno, jak ja żyję. 
Nagle i delikatnie zatrzymała go przy schodkach. 
— Niech pan idzie za mną — rzekła z opuszczonymi powiekami. 
Poprowadziła go w głąb lokalu, za kotarę. Zatrzymała się w pustym 
korytarzyku, stanęła przed nim, zamyślona. Potem wspięła się na palcach, 
oburącz objęła jego twarz i pocałowała go, wprost w usta, długim 
pocałunkiem, tak jakby piła czystą i zimną wodę. Może po raz pierwszy 
całowała bez przymusu, może nigdy nikogo przez całe swe krótkie życie nie 
całowała z chęci swego serca? Straszliwa słodycz spłynęła w ciało Romana, 
stał głęboko wstrząśnięty, bez ruchu, pełen olśniewającego światła. 
Z sali dobiegał głuchy szum, tu było cicho. Nie wiadomo, jak długo tak 
stali, w milczeniu. Dziewczyna szepnęła. 
— Mam teraz taki numer, solo. Muszę już, iść, ale niech pan nie zostaje, 
niech pan wraca do domu... 
Znalazł się w pustej ulicy, koło ogrodu Saskiego.. Stąd płynął ten mocny, 
upajający zapach, jaki Roman czuł w sobie, koło siebie. Nie widział już, czy 
to zapach ziemi, drzew i kwiatów, czy zapach życia? Noc była ciepła, 
głęboka, księżyc wisiał tuż nad ostrym mieczem sztacheta. 
— Są chwile — szepnął do siebie są chwile... 
Ale nie mógł znaleźć słów dla swego przeżycia, dla głębokiego zachwytu 
w sercu, i w tym zachwycie, jak we śnie, okrążył ogród, wszedł w Senatorską, 
Rymarską, Leszno i ciągle głęboko zadumany, ocknął się u siebie w domu, w 
bawialni. Nie pamiętał, kto mu otworzył drzwi — a może pozostawiono je nie 
zamknięte? „To niepodobne do Kwiryny” — pomyślał. Siedział w głębokim 
fotelu i patrzył uważnie na gipiurę bogatych firanek, na stolik z haftem pod 
szklanym blatem, na olbrzymie lustro i piękne fotele. Opuścił to mieszkanie 
wczoraj wieczorem — a zdawało mu się, że przeżył strasznie dużo, 
gwałtownie i gorąco. Nic się przecież nie stało, blondynka mogła zrobić wiele 
rzeczy, których nie zrobiła. Mogła wziąć pieniądze, mogła zabawić się z nim, 
pić, umówić się na drugą randkę, mogła... Kwiryna zaciągała więzły mocno, 
do samego końca, wiązała swe sprawy w supeł nierozerwalny... 
Niebo spłonęło różowo nad Nowolipiem, nad dachami. Roman, ciągle z 
swym bogactwem w piersi, przeszedł na palcach do sypialni i stanął nad 
uśpioną Kwiryną. Spała mocno, musiała zasnąć niedawno, mała lampka 
błyszczała jeszcze nieważnym, mdłym światłem. Ta smagła, ciemna twarz 
Kwiryny, jej aksamitne czarne włosy, rozrzucone, zmyliły mu się w oczach z 
białą twarzą i, jasnymi lokami blondynki z Mylnej. Nagle zrozumiał, że tę 
kocha, nie tamtą, że w tamtej tylko znalazł to, czego Kwirynie nie staje. 
Uczuł wielkie znużenie i, tak jak stał, w ubraniu, zsunął się na łóżko. 
XV 
„Don’t interfere with me, little dog! — Nie przeszkadzaj mi, mały psiaku. 
Czy nie widzisz, że ja jestem a dog with a job? pies z zajęciem?” 
„Who was he? I asked the lurcher at Nr 5. — Kto to był? — zapytałem 
lerczera spod piątego”. 
„A, sheep dog — a collie — he answered. — To owczarek — odpowiedział”. 
Nie wiadomo, jak przetłumaczyć lurcher, jest to pewnie rasa psa, ale 
jaka? Niech sobie będzie tymczasem lerczer, można potem zapytać miss w 
szkole. Na razie Zuzannę interesują same losy pewnego angielskiego 
Tobiaszka, który jest własnością Mrs. Mournsher, praczki mieszkającej in 
black North Country town — w czarnym północnym okręgu. Mydliny 
ociekające z balii i pył węglowy nie pozostają bez wpływu na jego 
zewnętrzny wygląd. Siaduje on zwykle na schodach z sutereny na ulicę. Stąd 
widzi the boots and shoes = buty i trzewiki. Tobiasz czerpał swoje 
doświadczenia o człowieku z zapachu jego butów. 
„All the boots were hurrying boots — wszystkie te buty były spieszące się 
buty, ponieważ podwórko leżało przy chodniku wiodącym na stację. Jedne 
buty szły w stronę stacji, drugie ze stacji, tak że Tobiasz nie mógł zrozumieć, 
whether their owners thought the station nice or nasty — czy ich właściciele 
myślą, że stacja jest ładna, czy brzydka. Kiedy ludzie się do czegoś śpieszą, 
to robią to przeważnie dlatego, że to „coś” jest ładne, a gdy od czegoś 
uciekają, przeważnie to jest brzydkie... but when they do both, how is one to 
tell? — gdy czynią i to, i to, co można o tym sądzić?” 
— Paradny psiak! — rzekła Zuzanna. 
Matka milczała, zasępiona i pogrążona w swej pracy. Ona także robiła i 
to, i to i Zuzanna mogła pytać tak samo jak Tobiasz. Co o tym sądzić? Ze 
swego miejsca przy stole widziała kartony, na których ledwo naszkicowane 
suknie ustępowały miejsca wieczkom ozdobnych pudełek, deszczułkom 
kalendarzowym, garnkom, a przede wszystkim sprzętom. Stoły, krzesełka, 
szafki i półki wchodziły ciężko na zwiewne linie „wielkich” toalet, całkowicie 
je przekreślając. Gdybyż matka chciała dalej projektować piękne suknie! Ale 
zaprojektowała tylko trzy i „poupychała” wszystkie sprawunki i wydatki 
Zuzanny. Co dotyczy domu, to dom zyskał na tym tylko zasłonę z 
angielskiego kretonu, którą się zawieszało gospodarczą część pokoju. 
Owszem, to już coś znaczyło, przyjemnie jest, gdy w najmilsze chwile 
czytania wzrok, zamiast na kuchnię, garnki i rondle, pada na kretonowe róże i 
liliowe bzy. Ale o niczym innym, na przykład o zmianie mieszkania, nie było 
mowy. Raptem matka zaczęła odwiedzać bliski bazar wdając się w 
pogawędki z właścicielami drewnianych bud, gdzie straszne figury z gipsu, 
gotowe sukienki dziecinne, sprzęty pociągnięte bejcem i politurą, oleodruki, 
ustawione rzędem pod murem na ulicy, straszyły Zuzannę, niczym zmory. 
— Trzymaj się ceny! — krzyczała ciotka Kwiryna. — Staniesz się modna i 
będziesz dużo zarabiać! 
Ale matka najoczywiściej zwątpiła, czy projektowanie pięknych sukien 
może stać się celem życia człowieka, i, ciotka Kwiryna orzekła, że: „Twojej 
matce przewróciło się z tego wszystkiego w głowie”. Nagle ni stąd, ni zowąd 
matka rzuca suknie i staje do konkursu na urządzenie mieszkania 
robotniczego. Jej „Jedna izba” wyszła bardzo pięknie, sprzęty z sosnowego 
drzewa wyglądały jak samo słońce, a gdy pewna kobieta, zwiedzająca 
wystawę, ułożyła w łóżeczku swoje uśpione dziecko, zdawało się, że pokój 
już jest zamieszkały na dobre, ludzie się z tego i śmieli, i cieszyli. Ale cóż? 
Zarobek matki był żaden, bo oznaczyła najtańszą cenę, o „Jednej izbie” nie 
zamieszczono w dziennikach, tylu wzmianek, co o nagrodzonej sukni, a, co 
najśmieszniejsze, „Jedną izbę” robotniczą kupili jacyś bogaci państwo! 
— No, dalej, na czym stanęłam? Aha. 
„But when they do both, how is one to tell? — Gdy czynią i to, i to, co 
można o tym sądzić?” 
Po niezliczonych perypetiach Tobiaszek nagle staje się tym, o czym 
marzył: psem z zajęciem. „I was an actor now — byłem teraz aktorem — the 
chief actor in the drama — głównym aktorem dramatu. — No, no, słyszysz, 
mamo? — Without me — beze mnie — my master — mój pan nie mógłby 
zarobkować w ten sposób. — The play was "Punch and Judy". Sztuka 
nazywała się "Punch i Judy". Jedynie Tobiasz był żywy w zespole, reszta to 
marionetki. — Poor things they did just what my master bade them — biedne 
rzeczy! one robiły tylko to, co im kazał mój pan — in a stupid puppetlike way 
— w głupi, bezmyślny sposób! — I shall never forget the day of my first 
performance — nigdy nie zapomnę dnia pierwszego przedstawienia. Kiedy 
przechodziłem przez ulicę — I drove away the cats and dogs — pędzili za 
mną... co to może być?! Dosłownie: koty i psy. Anglicy używają także tego 
określenia na deszcz-kapuśniaczek, na złą pogodę. Mówią wtedy: co za 
grochowa zupa! śnieg z deszczem! koty z psami! Ale w tym wypadku może 
być: ciżba, tłum. Niech będzie tłum. — Słyszałem pochlebny szmer — There 
goes Toby, the actor! — To idzie Tobi, aktor! The dog with a job! — Pies z 
zajęciem! — I was happy then — byłem szczęśliwy!” 
Matka odezwała się wreszcie głosem ironicznym i podniesionym. 
— Miałam także chwilę takiego triumfu na konkursie mody. Szeptano za 
mną. „To ta pani Meysztor, autorka nagrodzonej sukni”. I dodawano: 
„Szkoda tylko, że sama jest tak źle ubrana.” 
— Bo czemuś nie wzięła wieczorowej sukni? 
— Ponieważ nie przyszłam tam jako gość, tylko jaka pracownica dwóch P. 
— Ach, te, twoje skrupuły! 
Następuje wyjazd do Londynu. Po raz pierwszy Tobi ujrzał tam inny 
zespół przedstawiający „jego” sztukę. Oni byli bardzo marni. 
— To ma być przedstawienie? — rzekł z politowaniem jego pan. — The 
strange Toby heard us — konkurencyjny Tobi usłyszał nas. Who’s that 
country bumpkin? — Kto jest ten wiejski facet? szczeknął swym głupim 
głosem. Byliśmy rozczarowani. W jego grze nie było owego wuff! w scenie z 
dzieckiem ani tańca przez fajeczki, żadnego z tych drobnych szczególików, 
które czyniły moje przedstawienie tak doskonałym! 
Cechna śmiała się. Szczególiki, szczególiki! Zuzanna wobec tych 
objawów humoru mogła zaryzykować. 
— Nic nie wiem, jak ja tłumaczę, bo nie mam słownika i wszystkiego 
muszę się domyślać! 
To był atak na kieszeń matki i Cechna odpowiedziała. 
— Ja się też wszystkiego w mojej pracy muszę domyślać, a zresztą, gdy 
byłaś maleńka, w ten sam sposób nauczyłaś się sama czytać. 
— Ach, polskiego! — krzyknęła Zuzanna. — To się ma we krwi! 
We krwi... We krwi miało się język ojczysty i wiarę, i miłość swojej ziemi 
i Zuzanna nie mogła zrozumieć, dlaczego starsi z takim zapałem starają się 
utwierdzić młodzież w tych uczuciach przyrodzonych i oczywistych. Jej 
praktyki religijne (chwila przed spoczynkiem spędzona w jej tylko wiadomej 
milczącej modlitwie) trwały bez względu na to, czy ksiądz prefekt 
kontrolował bytność dzieci w kościele, czy nie, i mimo że matka nigdy a 
nigdy nie zadawała owego klasycznego pytania babci Raczyńskiej. 
— Czy przeżegnałaś się? czy zmówiłaś pacierz? 
Tak samo jak miłość ojczyzny była w niej mimo stu akademii, na których 
słowo to powtarzało się nieskończoną ilość razy. Zuzanna i jej podobne 
„wyrodki” zdradzały jakąś surową wstydliwość w okazywaniu i mówieniu o 
tych swoich uczuciach. Idąc dalej po tej linii oporu i sprzeciwu, Zuzanna 
wykręcała się od noszenia znaczka. Cechna zdumiewała się: zaczęło się od 
błahych i śmiesznych rzeczy, od instynktownych odruchów kokieterii, od 
ratowania czapki, fryzury, kokardy, poprzez chęć uratowania swoich wolnych 
godzin, aż do uświadomienia sobie prawa do samotności i samodzielności. 
Zuzanna nie należała do żadnej z licznych organizacji szkolnych. stwierdziła, 
że dość ma siedmiu dzwonków szkolnych na dzień, które regulują jej 
godziny, czy reszta dnia ma też być sygnałem, gwizdkiem i rozkazem? Matka 
ostrzegała ją: 
— Będziesz samotna! — Ale Zuzanna zdawała się już rozumieć, że w tym 
powszechnym organizacyjnym koleżeństwie nie było też miejsca na osobne, 
bliskie i do czegoś zobowiązujące przyjaźnie. 
Cechna patrzyła na nią z obawą i smutkiem, posądzała ją o oschłość 
uczuć, egoizm. Ale potem, nieoczekiwanie, w chwili gdy sztandar wjeżdżał 
na maszt przy nowej, letniej siedzibie szkoły, serca „wyrodków” właziły na 
oczy, które z natężoną uwagą śledziły jego bieg wzwyż, jego spoczynek u 
szczytu. Kiedy indziej wszystkie wyłączności i odosobnienia topniały wobec 
choroby surowej „Dyrki” lub wobec wypadku, gdy taż sama „Dyrcia”, 
przyszedłszy się pożegnać na przystań na chwilę przed wyruszeniem 
wycieczki szkolnej do Gdyni, wyrwała swe uczennice z ciasnego, 
niewygodnego i zapchanego statku, stawiając czoło różnym kapitanom portu, 
zmieniając marszrutę i statek. „Hura” na cześć pani dyrektorki krzyczały 
wtedy zgodnie żywioły zorganizowane i nie zorganizowane. Dziesięć 
akademii było nieudanych, a potem coś się zmieniło wobec jednej wystawy 
urządzonej w szkole. Można było w cichej auli o każdej porze dnia spotkać 
najbardziej odosobnione osobistości, tkwiące przed drukami, listami, 
fotografiami, mapą plastyczną walk, aby nie z nakazu, lecz naprawdę w 
samotności usłyszeć i zrozumieć słowa. „Dźwignąć człowieka, uczynić go 
lepszym, wyższym, szlachetniejszym”, 
To była chwila, która niosła w sobie wspólną miłość, wielką dumę i 
ufność. Zuzanna oprowadzała matkę. Cechna była zachwycona 
przejrzystością wystawy, pewnie rzeczy były dla niej zupełnie nowe. I nagle, 
gdy tak szła z Zuzanną ręka w rękę, zdumiała się skrycie, że wszystko nowe i 
cenne przychodzi do niej przez Zuzannę, choć obraca się teraz między tylu 
ludźmi! I czuła się wynagrodzona za to, co ją ominęło, a jej braki wydawały 
się mniejsze, do odrobienia i do powetowania. W imię tej radości próbowała 
chytrze związać odznaki szkolne i karność, i potrzebę organizacji z wystawą, 
sztandarem, patriotyzmem. Ale Zuzanna z uporem nie chciała przyjąć tak 
powiązanych spraw. Nie chciała takiego utożsamiania. To było małe, to 
wielkie. 
Cechna ongiś szukała upewnień, ale Zuzanna dawała je sobie sama. Gdy 
matka była zajęta gdy omijała ją któregoś dnia zwykła porcja matczynych 
czułości, spojrzeń i słów, mówiła z głośną stanowczością. 
— Jesteś miła, Zuzanno, jesteś dobra, Zuzanno, jesteś całkiem do rzeczy, 
Zuzanno! a, jaka ty jesteś ładna! — Teraz mogła już znieść smutek 
osamotnienia, zająć się lekcjami, sprzątaniem i nawet przygotować kolację, 
zasłać łóżka, aby godnie odpowiedzieć tym prawionym sobie komplementom. 
Matka nie kontrolowała jej lektury. Ale wszystkie książki, które Zuzanna 
fragmentami odczytywała matce, mówiąc: — Posłuchaj, jakie to piękne! — były 
książkami doskonałymi. Zuzanna sama przesiała książki przez swoje sito 
wysokich wymagań. Tak zwane książki niemoralne nie pozostały w niej i nie 
wyżłobiły śladów, ponieważ przeważnie były „marne”.. Wbrew 
powszechnemu prądowi Zuzanna nie interesowała się sportem. Ale pewnego 
dnia, stanęła do zdobycia sportowej odznaki szkolnej bez specjalnych 
przygotowań i mimo, protestów matki przerobiła wszystkie przewidziane 
regulaminem wyczyny, otrzymała ową odznakę i spoczęła na laurach. To nie 
miało żadnych następstw. I Cechna zrozumiała, że to był egzamin dla samej 
siebie. Potrafię? No to wspaniale! 
— What is pink? a rose is pink, by the fountain’s brink... — Cechna nawet 
nie zauważyła, kiedy czytanki polskie stały się czytankami angielskimi. 
Niezrozumiałe słowa postawiły jakąś zaporę w godzinach, kiedy „obydwie się 
uczyły” na facjatce w domu wstrząsanym hukiem ciężarowych aut i wozów 
tramwajowych, Wieczorem grzmiała muzyka w knajpie na rogu. Wszystkie 
głosy zdawały się lecieć w górę i huczeć pod niskim sklepieniem sufitu. 
Zuzanna mrucząc wchodziła do nieznanego kraju. Jeśli pewne rzeczy tkwiły 
we krwi, jeśli się z nimi przychodziło na świat, to cóż znów miała znaczyć 
angielszczyzna Zuzanny? To już wcale nie było odrabianiem lekcji, 
wykuwaniem słówek. Zuzanna tłumaczyła posługując się gestem, 
improwizacją, okrzykiem. Od śmiesznej historii ambitnego Tobiaszka, 
poprzez wiersz o kolorach, zjawiły się nagle słowa „Home, sweet home” i jęły 
się wić poprzez wszystkie opowiadania, wiersze i pieśni. Czemuż to Zuzanna, 
która „liznęła” trochę francuskiego, niemieckiego, utknęła tak ponad miarę 
szkolnych zainteresowań w angielskim? Wiersz Roberta Burnsa, wielokroć 
powtarzany, wrył się w pamięć nasłuchującej Cechny. „My heart’s in the 
Higlands, my heart is not here...” Ołówek zatrzymywał się, ręce Cechny 
nieruchomiały. Gdzież to wędrowało serce Zuzanny, dokąd odchodziło z 
małego pokoiku na poddaszu nad gwarną ulicą? Not here... nie tutaj!... 
Odloty i powroty skrzyżowały się, nadszedł Longefellow z swym 
upewnieniem melodyjnym. „Stay, stay at home, my heart, and rest”, ale to nie 
uspokajało całkowicie. W brzmieniu głosu Zuzanny lśniło coś uparcie 
stęsknionego i wyłącznego, mimo że usta namawiały i przekonywały 
dziecinnie: 
Pozostań, pozostań w domu, moje serce, 
I spoczywaj, 
Serca, które trzymają się domu, są najszczęśliwsze. 
Albowiem ci, którzy błądzą, sami nie wiedzą dokąd, 
Pełni są zamieszania i pełni troski, 
Pozostać w domu jest najlepiej... 
„Co to ma znaczyć? — myślała Cechna puszczając w ruch swój ołówek. — 
Czego ona tak poszukuje na tej obczyźnie?” Zuzanna, siedząc po turecku na 
starej kanapie Kwiryny, kiwając się, splatała nieznane słowa z tłumaczeniem, 
jak piękny wianek. Jej ciemne oczy zdawały się nic nie widzieć, nie 
spoglądały już ukradkiem w stron kartonów matki. I nagle Cechna 
zrozumiała, że Zuzanna ucieka w swoją Anglię, pełną starych domów, 
kominków, grzanek, do życia bezpiecznego i uregulowanego, a tak wolnego, 
od ciasnego pokoiku na poddaszu, od matki, ciągle jeszcze poszukującej, od 
przymusów młodego życia. Zdawała się wyczuwać, jeszcze niejasno, te 
wiązadła, które łączyły stare, nieprzemijające wartości, solidne oparcia, na 
których mogło wszystko róść bujnie i po swojemu i które sprawiały, że dom 
stał się bezpieczny i dumny. 
— Weary and homesick and distressed: — Znużeni, stęsknieni, przygnębieni 
— idą na wschód — na zachód — i oszukani — zbici — schłostani — powracają... 
Cechna przeraziła się tych słów, przeraziła się upływającego czasu, swego 
niezdecydowania, poszukiwań i niezadowoleń. 
— Moje życie już się skończyło! Nic już nie zrobię! Ale ona... 
Ujrzała nagle, jak Zuzanna odchodzi ogromnymi i wspaniałymi krokami 
młodości od wszystkiego, w czym jej przecież wypadnie żyć, bo zawsze się 
wraca do miejsca, skąd się wyszło, zawsze się wraca! Nie było sposobu, aby 
to powiedzieć Zuzannie, jedyny sposób to poznanie. Cechna uczuła nagle w 
sobie jakąś ciszę i pustkę i w tej ciszy w pustce mogła już zacząć pracować, 
bez wahania, bez oglądania się. Ołówek przemknął strzelistą linią przez 
sztywny karton. Cień zwinął się koło stóp wyimaginowanej piękności, krągłe 
linie ramion opadły miękko. A teraz barwy... 
— No, Zuza, jak ci się to podoba?... 
— Oo! 
Co za ulga w tym głosie. Szyderczy uśmieszek zjawił się na bladych 
ustach Cechny. Ach, ona właśnie czekała na suknię, ten mały i poetyczny 
rachmistrz. Ale i Cechnie jest lekko, jak lekko bywa człowiekowi, który coś 
rozstrzygnie. 
— Wyobrażam sobie jakąś piękną kobietę w tej sukni mamo! 
— Piękną i... bogatą — mówi Cechna. — Bo to będzie droga suknia, bardzo 
droga suknia, moje dziecko. Szczególiki, szczególiki... jak powiada Toby, the 
dog with a job, pies z zajęciem. 
XVI 
Aptekarz zdjął okulary, przetarł je i starannie nałożył powrotem. Amelka 
przeszła przez popój, w szlafroku i domowych pantofelkach, niosąc czystą 
bieliznę do łazienki, ale nie oszukała go tym wszystkim. Starannie zaczesane 
włosy, przypudrowana twarz i nikły zapach perfum składały się na obraz 
kobiety, która czeka tylko okazji, aby wyjść z domu. Powiódł za nią oczyma i 
chrząknął. Odwróciła się. Czytał już gazetę, pochylony nad stołem. 
Wyglądało to zupełnie niewinnie. 
— Mój drogi, na co ty czekasz? Dlaczego się nie kładziesz? 
— Na rachunek. Katarzyna nie dała mi jeszcze rachunku. A co będzie jutro 
na obiad? 
Nieśmiertelne pytanie! Amelka rozgniewała się nagle. Przy śniadaniu jest 
mowa o obiedzie, przy obiedzie o kolacji, i tak ciągle w kółko. Wpadła do 
kuchni i podniesionym głosem zażądała, aby Katarzyna natychmiast dała 
panu rachunek. Katarzyna podjęła walkę i weszła do pokoju, aby osobiście 
zapytać swojego pana, czy ma zdawać rachunek akurat teraz, gdy zmywa 
naczynia po kolacji? 
— Nie, nie! — rzekł aptekarz — mnie się nie śpiesz! I tak nie sypiam dobrze, 
nie chcę się tak wcześnie kłaść spać. 
W tej chwili rozległ się zgrzyt żaluzji na dole, zamykano aptekę. Już 
dziesiąta! Jeszcze przez pół godziny Jan będzie załatwiał rachunki z kasjerką, 
a potem wyjdzie. Umówili się, że Amelia zejdzie z góry jednocześnie. Amelia 
ustąpiła z placu, niech sobie tu Filip z Katarzyną układają plany na jutro, to w 
sam raz dla nich zajęcie! 
— Trudno. On mnie zmusza do ostateczności! — rzekła sobie. Miała już 
wszystko do wyjścia przygotowane w sypialni. Mały aksamitny toczek, 
płaszczyk, rękawiczki, torebkę. Ale aptekarz jak strażnik rozbił swój namiot 
w jadalni, dokąd uwiodły wszystkie wyjścia z pokojów. Ubierając się, przez 
chwilę marzyła o tym, że podejdzie do niego, obejmie i jak człowiek 
człowiekowi powie, żeby jej pozwolił przeżyć to do końca, żeby jej nie 
stawał na drodze... Potrząsnęła głową. Tak, tak, teraz zaczynać z nim 
rozmowy, tego tylko brakuje! Jednak taka rozmowa czy prędzej, czy później 
była nieunikniona, Amelka czuła, jak w niej się wszystko rozprzęga, i były 
chwile, że już nie miała nic przeciwko temu, aby odejść stąd tak, jak stała. 
Przecież w końcu Jan się nią zajmie. Nagle ręce jej opadły i stanęła 
nieruchomo przed lustrem. Nie czuła już Jana za sobą, tu był jakiś ciemny 
punkt, jakieś złe przeczucie, jakiś strach. W szklistej powierzchni zobaczyła 
kobietę samą, strojną w jedwabną combinaison, o nagich ramionach, 
smukłych nogach, pobladłej twarzy i pociemniałych oczach. Znalazła, że jest 
prawie piękna, i śpiesznie sięgnęła po suknię. Przestraszyła się ogromnie, że 
podczas gdy tu rozmyślała tak głupio, Jan wyszedł i czeka na nią na ulicy. 
Drżącymi palcami chwyciła za kapelusz. W tej chwili drzwi skrzypnęły. Nie 
patrząc czuła, jak aptekarz stoi w progu, ale to jej nie powstrzymało od 
narzucenia płaszcza. 
— Dokąd to? 
Człapiącymi krokami przeszedł przez pokój i przysiadł na skraju łóżka. 
Stamtąd, odsunąwszy okulary na czoło, spojrzał na nią wyblakłymi, mętnymi 
oczyma. Stała tuż przed nim, ale te oczy patrzyły jakby poza nią, przez nią, 
ponad jej głową nieruchomym spojrzeniem ślepca. Jak to, stała tu żywa, 
objęta gorącym zniecierpliwieniem, stała tu żywa kobieta! — A on patrzył na 
nią jak na przedmiot, gorzej, jak na coś nie istniejącego! Odpowiedziała. 
— Wychodzę. 
To zabrzmiało głucho i dramatycznie. Filip stęknął i niespodziewanie jął 
narzekać. Czuł się źle, nie mógł sypiać, nie trzeba go zostawiać samego. Nie 
może liczyć nawet na panią Raczyńską, która pomaga starościnie w 
urządzeniu się na nowym miejscu. 
— Twoja siostra już zadatkowała trzy pokoje w nowym domu na kolonii 
Staszica, w najdroższym punkcie miasta, wiesz o tym? 
Amelka poprawiła kapelusz. 
— Tak, tak, wiem... 
Oczywiście, próbuje ją zagadać, powstrzymać. 
— Połóż się, Filipie, ja niedługo wrócę. Jeśli zaczniesz wmawiać w siebie, 
że nie możesz spać, to oczywiście nie będziesz mógł zasnąć. Poradź się 
wreszcie lekarza, zażyj jakie proszki, bo ja wiem wreszcie co! Nie jesteś 
dzieckiem! 
— Jak to, i ty naprawdę chcesz wyjść? 
— Tak, muszę. 
— Żartujesz chyba! Musisz? Dlaczego musisz?... Co to jest? Wychodzisz z 
domu, w nocy, i nawet mi nie powiesz, o co chodzi. Czy się, co stało?... 
Przez moment Amelia szukała jakiegoś kłamstwa, ale w tejże chwili serce 
jej, zabiło mocno, poczuła, że nadeszła chwila rozstrzygająca wszystko. 
Pobladła i spojrzała na męża z obawą i strachem. I nagle strach, obawa 
zmieniły się w uczucie ulgi. Byle prędzej, byle prędzej! Ale aptekarz ujął ją 
za rękę i jął się ślimaczyć. 
— Czy tak się zostawia chorego męża? czy to moja staruszka tak robi? czy 
to moja mamusia? — Wzruszyła ramionami. Filipowi nie chodziło o 
wyjaśnienia, nic nie wiedział, niczego nie podejrzewał. Chciał ją tylko 
zagadać, ponieważ nudziło mu się samemu. I dlatego ona tu tkwi! I dlatego, 
tu tkwi, przy tym starym człowieku, który ją sobie kupił w najgorszym 
momencie jej życia! Szarpnęła rękę. Aptekarz, odtrącony, krzyknął nagle 
głosem nieswoim jakby gwałtem wyszarpniętym z głębi. 
— Nie pójdziesz! Nie! 
Amelia krzyknęła: 
— Co? — krzyknęła tak samo cudzym głosem i, podniecona, odpowiedziała 
bezzwłocznie. — Pójdę! Pójdę! Wyjdę w tej chwili! A chcesz wiedzieć, gdzie 
idę? do kogo? to ci powiem! — Schyliła się mad siedzącym ciągle aptekarzem 
i szepnęła przez zaciśnięte kurczowo zęby. — Do kochanka... do mojego 
kochanka... do człowieka, z którym żyję od dawna... — Nie widziała przed 
sobą twarzy męża, w oczach jej pociemniało, ręce zacisnęła na poręczy łóżka. 
— Teraz już wiesz, co? wiesz? puść mnie! puść! — Zaczęła krzyczeć, 
pochylona w stronę Filipa, w tej chwili Katarzyna, zwabiona tym krzykiem, 
otworzyła drzwi, ale nawet jej nie zauważyli, po raz pierwszy spojrzeli sobie 
w oczy, z bliska, twarzą przy twarzy, sięgnęli w jakąś mroczną głąb. 
Wiedział! Wiedział... I Amelia ujrzała nagle, jak mąż usunął się przed 
naporem jej twarzy, opadł na poduszki i zakrył uszy dłońmi, oczy jego stały 
się znów mętne i uciekły w bok, a usta zacisnęły się wyrazem oporu. Nie 
mogła tego na razie zrozumieć, a potem zamarła ze zgrozy. Zrozumiała, że 
wiedział od dawna, ale nie chciał wiedzieć! że gdyby mu po sto razy 
wykrzyczała swoją prawdę, to ją przemilczy, zamknie oczy i uszy, że 
rzeczywiście chce przeczekać to wszystko! I mogła rozmawiać z Janem, i 
mógł ją całować, domagać się jej pieszczot, mógł ją trzymać przy sobie! 
Nagle dotknęła tego miękkiego, wstrętnego dla niej człowieka i odpadła 
drżąc. Obydwoje dyszeli głośno, jak ludzie. śmiertelnie zmęczeni. Radio 
huczało w przyległym pokoju, ale tu panowała wielka, osobna cisza. 
Jak długo to trwało? Amelia ocknęła się w swoim a obcym pokoju. 
Wszystko tu było nie jej, a najbardziej ten człowiek, bardziej obcy niż 
wszystkie martwe sprzęty. Czy zasnął?... Nie. Przywołał ją ruchem ręki. Nie 
patrzył na nią. 
— Zejdź na dół i przynieś mi weronal. Chcę spać. Jestem... jestem 
zmęczony tą bezsennością. 
Ani słowa o tym, co między nimi zaszło. Amelia skinęła leniwie gzową. 
Tak tak. Wszystko zostanie po dawnemu mimo tych słów, które rzuciła mu w 
oczy. ,I cóż to za nowość — myślała na zimno — tak przecież zawsze 
postępowała matka. Osądziła, że jest pokonana. Pokonana, to mało! Czuła się 
jakby wzgardzona, powalona nie przez siłę, ale przez bezwład. Nie przez 
gniew, oburzenie, przemoc, lecz przez Nic. I tak ma już być do końca życia! 
Skinęła jeszcze raz głową i zeszła na dół. Jan czytał coś, wsparty o 
kontuar. 
— Nie czekaj już na mnie, Filip zachorował. Może przyjdę do ciebie 
później. Daj mi weronal. On chce weronalu. 
Jan sięgnął do oszklonej szuflady, wyjął flakonik i sprawdził etykietki. Po 
czym rzekł rzeczowo: 
— Dwie pastylki, nie więcej. Na zimną wodę. — I dodał. — Do jedenastej 
mogę czekać w kawiarni. 
Jednak pragnął ją widzieć! Gotów był, jak dawniej, godzinami 
wyczekiwać na nią w kawiarni! W sieni rozległy się kroki. To drugi 
pomocnik, który obejmował nocny dyżur. Amelka spytała głośno. 
— Więc dwie? — i wyszła. 
Drugi pomocnik, mijając ją z ukłonem, zapytał: 
— Czy kto zasłabł u państwa? 
— Ach, nie, to tylko bezsenność. 
Drugi pomocnik oświadczył, że aptekarz od dawna uskarżał się na różne 
dolegliwości i jego zdaniem trzeba w końcu poradzić się lekarza. Amelka 
bąknęła. 
— Tak, oczywiście... 
W kuchni świeciło się jeszcze. Katarzyna przyniosła wodę w szklance, jej 
oczy prędko obiegły cały pokój. Aptekarz leżał na łóżku, twarzą do ściany, i 
nie poruszył się nawet, gdy kobiety weszły. Amelia odkręciła metalowy 
czopek i szpilką wyciągnęła mały kłaczek waty. 
— Może Katarzyna kłaść się spać. 
W ciemnej jadalni radio nastawiane na zagraniczne stacje wołało 
przyciszonymi głosami, wszystkie kraje, wszystkie niezrozumiałe języki, 
przemawiające dźwiękiem nagle zrozumiałym. Szorstkie głosy, aksamitne 
głosy, przeciągłe głosy. 
— Ich liebe dich... 
— Ma chere. 
— Yes, yes... Nein!... 
Wysoki trel przemknął jak ptak i otworzył zasłonięte storami okna. 
Amelia szła Nowolipkami, w jedwabnych pończoszkach, mężczyźni oglądali 
się za nią... Miała osiemnaście lat i marzyła jeszcze o miłości. Amelia 
siedziała w ogrodzie Saskim, na ławce, pod krzakiem bzu. 
— Viens, ma petite!20 — rzekł męski głos w oddali. Była wiosna... Dwie 
pastylki plusnęły w szklankę, napełnioną wodą. Była noc. Świat wzdychał 
miłością, gdziekolwiek to było, na drugiej półkuli, morzu, lądzie i niebie. 
Amelka odzyskała nagle swe usta, rozpęknięte i ogromne, uczuła je, 
odzyskiwała smukłe nogi, pełne westchnień piersi, wiotkie ramiona, szyję 
pulsującą. Biegła ulicą Długą koło magazynów mód, szła Freta, gdzie 
usługiwała bogatej staruszce. Nagle to wszystko zniknęło i przeobraziło się w 
wąski pokój kawiarniany, czarny napis „Nie pluć!” i zegar w starej szafce, z 
posuwającymi się wskazówkami. Spienione, goniące, przeszywające głosy 
wypełniały cały świat, Amelia znalazła się w wirującym kręgu brzmień i 
dźwięków. Głowa jej huczała, jakby się wszystko w niej zbiegło. Przymknęła 
oczy i przechyliła ampułkę. Teraz zaśnie na pewno. Teraz nie będzie 
nasłuchiwał. 
— Czy śpisz? 
Głos jej zabrzmiał cicho. W następnej chwili aptekarz odchylił głowę i 
wyciągnął szyję ruchem człowieka spragnionego. Podała mu szklankę. Wypił 
z zamkniętymi oczyma, z twarzą nieczułą i surową. Strach, rozpacz, litość i 
przerażenie wstrząsnęły nią przez moment. Ale aptekarz z pomrukiem 
zadowolenia osunął się na poduszki. 
— Zgaś światło i usiądź tu trochę koło mnie. 
Usłuchała, ciągle jeszcze w kapeluszu i w płaszczyku. Smuga światła z 
aparatu radiowego kładła się ciepłym błyskiem na podłogę jadalni. Wystąpiły 
ze ścian oświetlone okna, omglone tiulem firanek. Na dole szczęknęły drzwi. 
W jakiejś chwili Amelia uczuła, że jest sama mimo zwalistej postaci ludzkiej 
na łóżku. Jest sama, jest wolna... I powstała, aby bezszelestnie wysunąć się, 
lekkimi kroki przemierzyć pokój... Odejść stąd! 
XVII 
Wracając z rannej mszy, pani Raczyńska wstąpiła do aptekarzów na górę, 
aby coś przekąsić i podzielić się nowinami. Zastała córkę już kompletnie 
ubraną, co się rzadko zdarzało. Amelia siedziała właśnie przy śniadaniu. 
— Niech będzie pochwalony — rzeka pani Raczyńska — a to się dobrze 
złożyło, bo jestem głodna jak wilk! Wczoraj się tyle nabiegałam za sprawami 
Cechny, że nóg nie czułam! 
Amelka ściszonym głosem odpowiedziała. 
— Musi mama sobie sanna usłużyć, bo Katarzyna wyszła już do miasta. 
— Dobrze, dobrze? Ale dlaczego mówisz tak cicho? 
— Bo Filip jeszcze śpi. 
— Śpi? O tej porze? Ty chyba żartujesz? Przecież powinien być od dawna 
w aptece? 
Amelia wzruszyła za całą odpowiedź ramionami. Pani Raczyńska przeszła 
na palcach do sypialni i rzeczywiście ujrzała śpiącego Filipa odwróconego 
twarzą do ściany. Na stoliczku stała jeszcze szklanka z wodą i szklana tubka, 
tubka i kłaczek waty. Aha, musiał brać jakieś lekarstwo. Pani Raczyńska 
miała zamiar zwrócić córce uwagę na stan zdrowia jej męża, ale w drodze do 
kuchni po kawę już o tym zapomniała. Tyle nowych spraw zaszło w ciągu 
ostatnich dni, i w dodatku spraw przyjemnych, że po prostu pani Raczyńska 
nie miała serca do chorób i smutków. A ten zapach kawy! a te chrupiące 
bułki! Gdy pani Raczyńska zasiadła na wprost córki, przy pięknym dębowym 
stole, gdy na nią spojrzała, przyszło jej na myśl, czy rzeczywiście Amelka nie 
jest nieszczęśliwa z tym Filipem, który robi sam rachunki, wiecznie siedzi w 
domu i w dodatku zaczyna kwękać, Amelka wyglądała kwitnąco. 
— Czy ty gdzie wychodzisz? 
— Tak do krawcowej. 
— Niedługo już nie będziesz potrzebowała łamać sobie głowy nad 
fasonami sukien. Cechna otwiera pracownię — to jest... nawet nie pracownia... 
jak to ona nazywa... aha! atelier! — panią Raczyńską aż rozpierały nowiny i 
krzyknęła głośno w zdumieniu nad cudowną zmianą, jaka zaszła w Cechnie. — 
Jak, ona to wszystko potrafi! Jak ona umie się postawić! „Co to? — pyta 
klientki — pani ma na sobie gotowy komplet? Wygląda pani jak żołnierz. Nie 
rozumiem, dlaczego kobiety dobrowolnie przywdziały umundurowanie, 
rezygnują. z wdzięku, z miękkości, z koronek, z kwiatów...” Nie, ja nie 
potrafię ci tego powtórzyć!... Ale był tam jeden rzeźbiarz i zrobił taką 
nieskromną uwagę, że dawniej było przynajmniej z czego kobiety rozbierać. 
Ach, uśmiałam się, że nie wiem! 
— Ależ mama się zmieniła! — rzekła Amelia. 
— Wszystkieśmy się zmieniły — odpowiedziała pani Raczyńska. — Kto by 
to pomyślał, na przykład, że Cechna tak sobie da radę, porzucona przez męża, 
z dzieckiem. W dodatku ona zawsze była taka ślamazarna, nieboszczyk wasz 
ojciec bardzo się o nią martwił, że sobie nie da rady w życiu. A teraz! Ach, 
jak ona umie z ludźmi postępować! I od razu, z miejsca, wzięła trzy 
eleganckie pokoje, Zuzanna ma mieć swój pokój, meble sama narysowała i 
stolarz wszystko robi pod jej dyrekcją... 
— Skąd ona ma pieniądze, mamo? 
Pani Raczyńska krzyknęła. 
— Skąd? Zarabia! zarabia! Czy ty masz pojęcie, ile ona bierze za model 
sukni? Malarka też jej pożyczyła! — Pani Raczyńska zniżyła głos i prawie 
szeptem przejmującym dodała. — Czy ty wiesz, że ona sama, dobrowolnie, 
ofiarowała się łożyć na wykształcenie Helci? Wczoraj się zgadały o tej szkole 
rolniczej, bo Helcia jest zupełnie zwariowana na tym punkcie, i Cechnie tak 
się to spodobało, że, powiada, — ja ci pomogę, powiada. Zdziwiłam się, bo 
skąd też Helci wziął się pociąg do wsi, ale Cechna od razu z góry na mnie. 
„Nic dziwnego, mamo, przecież my pochodzimy z chłopów. I mama, i ojciec 
przyszli do miasta prosto z chałupy wiejskiej”. No dobrze, ale po co o tym 
mówić? 
Amelka zapaliła papierosa i rozparła się w fotelu. 
— Dobrze, się stało, moja mamo, bo mnie coraz trudniej z Filipem, jeśli 
chodzi o pieniądze. Zresztą tyle lat pomagaliśmy wam, że teraz niech Cechna 
pomoże. Mnie się też coś wreszcie od życia należy! 
Na te słowa pani Raczyńska powstała. 
— Ja wiem, moje dziecko. Myślisz, że nie wiem, jak ci nieraz ciężko?... — 
Przyszło jej do głowy, że się zagalopowała z opowiadaniem o dostatkach 
Cechny, że Amelia gotowa skorzystać z okazji i pozbyć się wszelkich 
obowiązków rodzinnych. I z miejsca zmieniła temat rozmowy. — Czy nie 
należy obudzić wreszcie Filipa? 
— Po co? Pan Jan zastąpił go w aptece. Filip brał wczoraj weronal i nic 
dziwnego, że śpi. 
— No, to ja pójdę — rzekła pani Raczyńska. — Pójdę do Kwiryny. Chorych 
trzeba nawiedzać, spotkałam w kościele lokatorkę z domu Kwiryny i 
powiedziała mi, że Roman jest ciężko chory. 
— Roman?! 
Amelia nagle zbladła i załamała ręce. Panią Raczyńską zdumiało to. Cóż 
u Boga, przecież to obcy człowiek. Ale Amelka potrząsnęła głową. 
— Czy mama pamięta, że on kiedyś do mnie chodził? 
— Kiedy to było, moja droga! 
No tak, ale Amebę opadły nagle wspomnienia i strachy. Powiedziała 
matce, że zawsze czuła jakiś dziwny związek z losem Romana, i potem, gdy 
już chodził z Kwiryną, często zaglądała do nich z jakiejś tajemnej potrzeby. 
Pani Raczyńska nic z tego nie rozumiała. 
— No, ja już idę! 
Amelka przestraszyła się. 
— Nie, mamo! Niech mama zostanie! Trzeba... może rzeczywiście obudzić 
Filipa? To dziwne, że jak się ułożył na jeden bok z wieczora, tak go zastałam 
rano! 
— Już sobie wzięłaś do głowy! — rzekła pani Raczyńska i nagle spojrzała 
na córkę. — A w nocy? Czy budził się?... 
Nie mogła się doczekać odpowiedzi i ruszyła do sypialni.. Idąc tuż za nią 
Amelia widziała, jak matka dotknęła ramienia męża, jak potrząsnęła nim i 
wreszcie odwróciła na wznak. Ukazała się nagle twarz aptekarza z tym 
samym poważnym i surowym wyrazem, jaki miał wczoraj, gdy mu podawała 
szklankę. 
— Ach! 
— Cicho! — krzyknęła pani Raczyńska. — Co to jest? Ani ciepły, ani 
zimny... Filipie, Filipie! niech się Filip ocknie! — Surowa twarz ani drgnęła i 
pani Raczyńska krzyknęła co sił. — Biegaj, Amelciu, do apteki, do doktora, 
wołaj ludzi! Jego trzeba obudzić, bo gotów zasnąć na wieki wieków... 
Zastrzyk... tlen... tlen... zastrzyk... Jan, w białym fartuchu, asystował 
doktorowi niezmordowanie i uparcie. Amelia, stojąc za skrzydłem łóżka, 
ujrzała na jego czole kropelki potu. To ją przeraziło. W pewnej chwili 
wyszedł do drugiego pokoju i skinął na nią. 
— Ile pani włożyła tabletek do wody? — zapytał po raz setny. 
Pani? Dlaczego pani? Jeszcze przed chwilą, w przerażeniu i pośpiechu, 
mówił jej: ty. Amelia skrzywiła się boleśnie, ale opanowała natychmiast ten 
skurcz twarzy. 
— Dwie. 
— Na pewno dwie? 
— Na pewno. 
Puścił jej rękę i otarł pot z czoła. Patem szybko zawrócił do sypialni. 
— On się otruł, panie doktorze! 
— Pss! — zasyczano. 
Doktor, z ręką wzniesioną do góry, z uchem przywartym do nagiej piersi 
aptekarza, nasłuchiwał. Katarzyna z filiżanką czarnej kawy zamarła w progu. 
Amelii wydawało się, że to trwa wieki. Nagle doktor wyprostował się. 
— Proszę otworzyć okna. 
W ciszy skrzypnęły drzwi i ukazała się pani Raczyńska z gromnicą w 
ręku. Nikt się nie poruszył. Rozległy się kroki doktora śpiesznie zdążającego 
do przedpokoju. Amelia usłyszała jeszcze, że Jan coś cicho mówił zdążając 
za doktorem. 
— No, tak. Ale ja nie mogę wystawić świadectwa zgonu! Trzeba dać znać 
lekarzowi dzielnicy... Takie wypadki... komisariat... — Amelia poruszyła się 
wreszcie, aby podejść do okna i otworzyć je szeroko. Po czym powróciła i 
uklękła przy łóżku, z twarzą ukrytą w dłoniach. Pani Raczyńska chlipnęła. 
Jan wyprawił doktora i bardzo blady stanął we drzwiach. Nagle rozległ się 
cichy i spokojny głos Katarzyny: 
— Mój pan miałby się otruć? Taki religijny człowiek? Jeszcze 
przedwczoraj był u spowiedzi... A pan takie głupstwa mówi! Otruł się! 
Pani Raczyńska przerwała modły. 
— Nieumyślnie, Katarzyno, nieumyślnie! Ach, Boże, Boże, Boże — 
wypadek! I już! Gdyby ten doktór przybył wcześniej, gdybym ja tu wczoraj 
była, gdyby... 
Amelka jęknęła. Pani Raczyńska ucichła. Jan zbliżył się i pochylił nad 
swą kochanką. Pani Raczyńska widziała, jak ją dźwignął pod łokcie i 
podniósł. Ten porządny człowiek, ten prawdziwy przyjaciel w nieszczęściu! 
Gdy wyprowadził Amelię z pokoju, pani Raczyńska, odmawiając wieczny 
odpoczynek, wyjęła prześcieradło z bieliźniarki i zakryła nim nieboszczyka. 
XVIII 
— A, a, a! wspaniale, wspaniale! — Począwszy od progu przedpokoju 
Bronka złożyła szereg ukłonów w stronę szaf, stołków, obrazów i wszelkich 
luksusów nowego mieszkania Cechny. Nie zdejmując palta, przedefilowała 
przez trzy pokoje, nowoczesne, niskie, ale szerokie. — Czy zajęłyście cały 
parter?! 
— Tak, tak, na górze mieszka tylko gospodarz! — Zuzanna w podskokach 
towarzyszyła jej trop w trop, pęczniejąc z zadowolenia. Nie trzeba chyba 
dodawać, że ciotka Bronka ze wszystkich ciotek najbardziej imponowała 
Zuzannie, choć matka mówiła o niej zawsze z westchnieniem i zmarszczką na 
czole. Wraz z ciotką Bronką wchodziło do mieszkania tysiące możliwości, to 
się czuło. 
— Gdzie matka? 
Zuzanna odpowiedziała. 
— Na mieście — i otworzyła duże balkonowe drzwi. — Słuchaj, czyś ty 
widziała kiedy taki taras i ogródek? Taras obsadzony różami! bez! prawdziwe 
winorośle! To wszystko należy do mieszkania, gospodarz to starszy facet, 
wcale nie interesuje się ogrodem! 
— Zadzwoń i, każ niewolnicy podać herbatę! — rzekła wspaniale Bronka 
siadając na tapczanie. Zuzanna uczyniła to. Matka zawsze sama dreptała do 
kuchni po herbatę. Zuzanna nakryła i przysunęła mały stolik. — Ale dlaczego 
się nie rozbierzesz? — spytała. — Mama zaraz nadejdzie. 
— Bo mi się nie chce, zresztą ja tylko na chwileczkę! — Wybuchnęły 
śmiechem, po czym zerwały się, ponieważ usłyszały pisk i trzask żelaznej 
furtki wejściowej. 
— To matka!... 
Cechna, obładowana paczkami, szła ścieżką w stronę domu. Bronkę 
uderzył jej niewyraźny uśmiech pod kapeluszem. Nagle Zuzanna krzyknęła. 
— Co to? czekolada?! 
— To dla ciebie od pani Piędzickiej — rzekła Cechna. 
Aha, stąd pochodzi jej zakłopotanie. Bronka uczuła nowy przypływ 
humoru i nieomal zawyła. 
— Co? Prezent od Magdaleny? Dawaj tu, Zuza, nie waż się zjadać sama! — 
Cechna odetchnęła i pomyślała z pewnym politowaniem. „Odgrywać się na 
czekoladkach!” Nagle wzrok jej zatrzymał się na Zuzannie, gdy tak, 
pochylona wraz z Bronką nad otwartym pudełkiem, wyszukiwała najlepsze 
kąski, i zadrżała. 
— Co za podobieństwo! Jakże ta Zuza podobna do ciebie! 
Sens tego okrzyku był tak jaskrawy, że Bronka spłonęła obrazą. Lecz 
natychmiast podniosła głowę i rzekła. 
— No, to wcale nie jest takie złe, jak ci się zdaje! — Sucho, dumnie i 
krótko. — One mnie biorą za coś w rodzaju Marii Prymas, to wspaniale! — 
Wobec tego mogła zsunąć z ramion płaszczyk i ukazać nieodpowiednią na tę 
porę dnia i roku suknię, przejrzystą, koloru dymu. Wstążki bielizny przebijały 
przez nią bladym błyskiem atłasu. 
— Co za cudo! Ile to kosztuje? 
— Jesteś źle wychowana — rzekła Bronka. — Nie należy pytać o cenę. 
Ładne, co? 
Cechna zacisnęła usta, po czym rzekła: 
— Zuzanno, wyjdź, chcę porozmawiać z ciotką Bronką... 
Bronka mruknęła: 
— Tak, tak, idź pobiegać, moje dziecię, po ogródku... 
Ledwie drzwi zamknęły się za Zuzanną, Cechna załamując ręce szepnęła: 
— Co ty robisz, Broniu! stracisz go, stracisz! 
Bronka zbladła. Trwało to tylko moment, po czym fala dymu przepłynęła 
przez jej twarz, a ochrypły głos rzekł. 
— Przesada. Czy ja go kiedy miałam? 
Cechna nie mogła zrozumieć tej gry, tego udawania, tej dumy 
zabraniającej uznać swój błąd. Przecież Piędzicki to ostatnia stawka Bronki, 
ostatni ratunek! W ciszy, jaka nastąpiła, Cechna usiłowała szukać jakiejś 
drogi dla swej szalonej przyjaciółki, ale nie znalazła jej. Ta leniwa, niedbała, 
nie umiejąca się z niczym liczyć Bronka! Co się z nią stanie? 
— Był tam? — spytał głuchy głos. 
— Tak, tak. 
Wracała właśnie z wielkiego zebrania towarzyskiego u pani Magdaleny. I 
choć tyle jej zawdzięczała, nie mogła przez cały czas wyzbyć się przykrego 
wspomnienia Bronki. Piędzicki był tam i nawet najwprawniejsze oko nie 
mogło w nim widzieć gościa, lecz tylko i wyłącznie gospodarza domu. Ci, co 
wiedzieli o istnieniu Bronki, szeptali coś o „przemijającym potknięciu”. A 
przecież jeszcze tak niedawno, a propos jakiejś jasnej toalety, Magdalena 
sama bąknęła Cechnie coś o mającym nastąpić rozwodzie. Teraz nie ma o 
tym mowy! 
— Ignacy — rzekła Bronka rzeczowo a wymijająco ma bezterminowy urlop 
z ministerstwa... Wyjeżdża... „robi w terenie”, uprawia teraz politykę! — Usta 
jej wykrzywiły się cienkim, uroczym uśmieszkiem. — Coś mi się zdaje, że pan 
Piędzicki interesuje się teraz bardzo i wyłącznie... związkami zawodowymi... 
Ku zdumieniu Cechny uderzyła lekko palcami w swe usta, jakby tknięta 
jakąś myślą, i wydała cały szereg pomruków. Czyżby? co? nie, nie! a 
jednak?! — Cechna krzyknęła z rozpaczą. 
— Słuchaj, ale co to ciebie obchodzi! Ty pilnuj go jako swego człowieka! 
— Pomyślałby kto, że te słowa wyszły z ust samej pani Raczyńskiej, 
nieodrodna córka pani Raczyńskiej, szybko ta Cechna jedzie! 
— Ależ pozwól — rzekła wymownie Bronka — jakiego człowieka? czy 
mojego kochanka? czy pana Piędzickiego, który tak gorąco interesuje się... 
związkami zawodowymi? Powiedz mi lepiej, kto tam był? Towarzystwo 
zgrane czy mieszane? 
— Bardzo mieszane... 
— A, no widzisz. Chłopomani, apostołowie robotników?... O czym rzecz 
szła? — Cechna wymyślając sobie od domowych szpiegów, bąknęła. — Raczej 
robotników. Ale błagam cię, Broniu, jeśli jeszcze możesz, masz wpływ, to 
przyj do rozwodu. 
Jak ona to powiedziała? „Przyj” do rozwodu! — Bronka wzruszyła 
ramionami i krzyknęła w stronę otwartego okna: 
— Zuzanno, możesz wejść, dziecię moje! Pojedziesz z ciotką na 
czekoladę! dryndą! 
Patrząc na nią spod oka, Cechna zrozumiała nagle, że Ignacy mógł dla 
niej odejść od pięknej Magdaleny i pięknego domu i mógł powracać, 
znużony. Tak samo jak i Zuzanna, która w mgnieniu oka ubrała się nie 
pytając o pozwolenie i w berecie, i granatowym płaszczyku stała już gotowa 
do drogi. A przecież nie widziała matki prawie cały dzień! I odchodzi tak 
łatwo! 
— Czemu nie pójdziesz razem z nami, mamo? 
Zanim odpowiedziała, rozległ się dźwięk dzwonka u furtki. Zuzanna 
wyjrzała. 
— To Katarzyna od ciotki Amelii! 
Cechna krzyknęła: 
— Co się stało?! Mój Boże, mama! — Jej krzyk skierował Katarzynę, 
zamiast do drzwi, pod okna. 
— Pani starsza prosi, żeby pani zaraz przyjechała, pan umarł. 
Jadąc taksówką, podczas tej szybkiej drogi na Leszno ani Cechna, ani 
Bronka nie zdawały. sobie sprawy z tego, co się stało. Katarzyna zachowała 
się mrukliwie. Pan położył się z wieczora jakby nigdy nic, a rano nie obudził 
się i już... Siedząc na przedniej ławeczce taksówki obok Zuzanny, skubała w 
zamyśleniu frędzle swego czarnego jedwabnego szala, z powiekami 
spuszczonymi, z twarzą bladą i surową. Dzięki tej dyskrecji przybyłe znalazły 
się przed domem na Lesznie wobec tajemniczo szepcących grup ludzi, bab w 
chustkach, panien sklepowych, służby kościelnej i pobożnych paniuś 
wychodzących właśnie z zebrania. Cechnę ogarnęło złe przeczucie, 
pożałowała, że wzięła ze sobą Zuzannę. 
— Uspokój się! — rzekła Bronka. — Pogrzeb to dla nich gratka. 
Pani Raczyńska otworzyła drzwi, z twarzą rozczerwienioną od płaczu. 
— Taki porządny człowiek, taki zacny! 
— Ale co się stało talk nagle, mamo? 
Pani Raczyńska zapomniała o łzach i odpowiedziała wprost. 
— Ja sama nie wiem, moja droga, wziął na sen i zatruł się. Ciągle narzekał 
na bezsenność i nawet prowizor zalecił mu kwiat pomarańczowy. 
— Prowizor? 
Cechna i Bronka spojrzały na siebie i odwróciły się gwałtownie. Pani 
Raczyńska dostrzegła ten ruch i przestraszyła się. 
— Tylko nie odchodźcie, moje drogie, nie zostawiajcie nas samych! 
Cechna szepnęła. — Gdzie on leży, mamo? — i ruszyła naprzód, Pani 
Raczyńska idąc za nią odpowiedziała. 
— Gdzie leży? nie ma go, zabrali ciało i już. Biedaczysko, nawet po 
śmierci nie ma tego spokoju, co go tak lubił. 
Osłupiała Cechna osunęła się na krzesło w jadalni, Zuzanna 
rozszerzonymi oczyma spoglądała wokół, jakby widząc wszystko tu po raz 
pierwszy. Bronka, wspominając pogrzeb Frani, jej samobójczą śmierć, 
szepnęła. 
— Tak być musi, zrobią sekcję. 
— Gdzie Amelia? 
Okazało się, że Amelia wyszła zaraz po zabraniu zwłok, aby załatwić 
różne formalności związane z pogrzebem, Pani Raczyńska przyłożyła palec 
do policzka i twarz jej wyraziła głęboki namysł. 
— Gdzie to może być? 
— Co, mamo? 
— Testament. Przecież to niemożliwe, żeby taki poważny i akuratny 
człowiek umarł bez testamentu. 
— Ach, mamo! 
— No, moja droga, już mi nikt nie może zarzucić, że nie kochałam 
nieboszczyka, że nie dbałam o niego. Ale przecież testament musi gdzieś być. 
Nieboszczyk nie miał bliższej rodziny... — Pani Raczyńska miała więc już 
teraz drugiego nieboszczyka i o nim tylko mówiła. — Siedzimy z założonymi 
rękoma i nic nie możemy dla nieboszczyka zrobić, póki nam go nie oddadzą i 
nie pozwolą zająć się pogrzebem. Siadaj, Zuzanno, nie stój tak koło mamusi, 
zaraz podam herbatkę. 
Rozległ się cichy dźwięk dzwonka i weszła Amelia czarno ubrana, blada i 
milcząca. 
— Ach, ci ludzie przed bramą! Jakie to okropne! 
Przywitały się w milczeniu. Amelia rzekła: 
— Dziękuję ci, Broniu, żeś i ty przyszła... — Musiała przejść przez chodnik, 
między grupkami ludzi, i cisza, jaka nastąpiła na jej widok, napełniła ją 
strachem i przerażeniem. — Wystarczyło, że zjawił się w domu policjant, i już 
mają sensację. 
Cechna podniosła głowę. 
— Jak to, była tu policja?... 
Pani Raczyńska rzekła z ożywieniem. 
— Ach, moja droga, całe popołudnie nas mordowali, przepytywali, taki 
sympatyczny nawet ten przodownik z naszej dzielnicy, ale trudno, musiał 
robić, co mu kazali... 
Cechna opuściła głowę, zdawało jej się, że ta rozmowa kryje w sobie 
coraz gorsze niespodzianki. Amelia zerwała się z krzesła i szepnęła z nie 
skrywaną złością. 
— Wszystko przez tę idiotkę — Katarzynę! Gdyby nie ona, stwierdziliby 
przypadkowe zatrucie. Ale jak wtrąciła swoje trzy grosze podczas bytności 
policjanta... no, trzeba było to widzieć! Jej pan, taki religijny, miałby się 
otruć! Jej pan, aptekarz, miałby się pomylić... nawet apetyt Filipa posłużył jej 
za dowód — jej pan, który się cieszył takim apetytem, miałby odejść od życia! 
— Amelia, nerwowo krążąc po pokoju, z furią poprawiała co chwila 
kołnierzyk, jakby ją dusił... 
— Uspokój się, Amelciu, czy to człowiek w takim rozgardiaszu wie, co 
powiedzieć — rzekła pani Raczyńska. — Mnie się samej w głowie nie może 
pomieścić, doby nieboszczyk... żeby Filip mógł się tak zapomnieć... 
Amelia krzyknęła: 
— Ach! to nie do wytrzymania! — i wyszła z pokoju trzasnąwszy drzwiami. 
Bonka powstała. 
— Chodźmy, Cechno, Amelii potrzeba spokoju... — I zwracając się do pani 
Raczyńskiej, dodała. — Niech jej pani tak często nie wspomina tego 
nieboszczyka, testamentu i tak dalej, bo to nic przyjemnego... Czy Amelia ma 
jakiego znajomego adwokata? 
— Adwokata?! — krzyknęła pani Raczyńska. — Po co? Testament musi tu 
być gdzieś, w domu! 
Bronka rozgniewała się i pociągnęła za sobą bezwolną Cechnę. 
— Z twoją matką nie podobna rozmawiać! — Przed domem ludzie 
wystawali dalej, z niezwykłą cierpliwością. Zuzanna i Cechna, splótłszy 
ramiona, poszły przodem. Ich milczenie, ich przylgnięcie do siebie uderzyło 
Bronkę. One już jakby nie należały do rodziny, należały do siebie. Mijając 
aptekę, z grupki ludzi usłyszała słowa. „Piękna aptekarzowa z Leszna”... I 
przeszedł ją dreszcz, bo w tych słowach mieścił się podźwięk piosenki o panu 
Wiśniewskim z ulicy Kościelnej numer domu trzeci, którą ongiś śpiewali 
terminatorzy w warsztacie ojca. 
XIX 
Pokój by miękki, obcy, inny, bez wspomnień. Przez ścianę, przez 
zamknięte drzwi, dobiegał głos Ignacego. Brzmiał dobitnie, mocno i pewnie. 
Bronka ocknęła się z krótkiego snu. Nad nią sufit snuł bokami ozdobne 
sztukaterie i uwypuklał w pośrodku wspaniały zbiór martwych gipsowych 
owoców. Czerwony dywan na podłodze, lustro, aksamitna kanapka i fotele 
przyciągnęły kolejno jej uwagę. To nie był jej pokój na dolnym Mokotowie i 
przez chwilę żyła przyjemnym złudzeniem, że ona sama jest też kimś innym. 
Natychmiast ogarnęła ją błogość. Głos znajomy umilkł, ktoś chrząknął i po 
tym znanym, tradycyjnym chrząknięciu mówców rozległ się głos nieznany, 
przyznający „zupełną słuszność szanownemu przedmówcy”, że do pracy w 
świadomym tworzeniu państwa powinna być wyciągnięta jak najszersza 
zbiorowość, że pewne warstwy nie mogą trwać wiecznie jak martwe części 
żywego organizmu, ale... Bronka obudziła się na dobre, a ponieważ końcowe 
„ale” ciągnęło się i powtarzało zbyt długo, przestała słuchać. Wiedziała już, 
że jest z Ignacym „w terenie”, w obcym mieście, w hotelu. Znów odezwał się 
jego głos. I znów wiedziała już swoim własnym domysłem, że ten głos 
opanowany, doskonały i jasny wcina się jak ostra klinga w spoistość 
związków zawodowych. Pomyślała. „Czy Ignacy ma wiarę w swoje słowa?” 
Jeśli miał wiarę, wszystko, co mówił i robił, mogło stać się sprawą 
najsłuszniejszą, mogło uzyskać sens, cokolwiek by to było. Jeśli miał wiarę, 
wszystko było dobre. Czy miał wiarę?... 
To monotonne upominanie się o czyjąś wiarę, powtarzanie tej samej myśli 
znów dało jej przyjemne złudzenie, uczucie oderwania. Gdyby to można żyć 
w oderwaniu od wszystkiego, co już było, co już się stało! Cóż było jej 
przeszłością?... Nowolipki, środowisko, jej miłość, jej rozbicie, jej nędza?... 
Nagle pokój hotelowy stał się formą i kształtem wiadomym, odtworzyła w 
pamięci wszystkie czerwone dywany, aksamitne kanapki, zamarłe lustra w 
złoconych ramach. Ogromne, tysiączne ramiona objęły ją, gorące usta 
ucałowały. Wchodziła w nieznane domy, dotykała niewiadomych istnień 
dłońmi bezwstydnymi i współczującymi, wchodziła w bezimienny tłum. 
Chłonęła słowa obrzydłe i wieczyste. Słyszała głos Ignacego zza ściany i 
tysiące głosów innych, chór, który ją wzniósł, chór, który ją powalił, była 
wewnątrz, uległa i rozwarta, ślepa i czuła, żyła obok, żyła tuż, urabiana 
wielkimi dłońmi rzeczywistości, kształtowana rozmaitymi palcami 
rzeczywistości. Może dlatego tak bardzo obstaje przy rzeczywistości, tak 
bardzo ją czuje, tak się przy niej upiera? Zdawało się Bronce, że za chwilę 
zerwie się, puknie zgiętym palcem w ścianę i szepnie. 
— Hej, wy tam, uwaga, człowieku obok, nie jesteś sam! Wszystko, co 
zrobisz, wszystko, czego się tkniesz, każdy twój ruch i słowo jest w pewnym 
sensie i moim... 
Rumor odsuwanych krzeseł postawił ją na nogi. Szybko umyła się, 
zaczesała włosy i wyjęła z szafy suknię, tę „przydymioną”, aby wreszcie po 
tylu wysiłkach znów przycupnąć na brzegu fotela. Wszedł Ignacy z miną 
tygrysa, który tylko co rozszarpał nieprzyjaciela. Mięśnie twarzy jeszcze 
naprężone, brwi ściągnięte, oczy zimne, uprzejmy, zniewalający uśmiech na 
wargach. 
— Zmęczona, co? Każ sobie coś podać, bo niestety ja nie wiem, kiedy 
będę miał czas na obiad. Za to wieczorem... psiakrew, jeszcze to 
przemówienie... ale potem postaram się jak najwcześniej. — Mówił to 
wszystko przebierając się, ciągle z tym naprężonym wyrazem twarzy, aż 
stęknął od wewnętrznych emocji. — A to dranie! 
— Ale uważaj, żeby oni nie powiedzieli tego samego o tobie. 
— Niech sobie gadają, ja na nich nul wnimanja21 moja miła. 
Bronka szepnęła: 
— Po coś ty mnie właściwie ciągnął z sobą?... 
Przewracając w walizce wszystko do góry nogami, Ignacy parsknął. 
— Jak to po co? dobre sobie! — I wyłożył, że czyjaś obecność może być 
człowiekowi potrzebna nie dla ględzenia czy tkwienia przy sobie– — Muszę 
cię czuć teraz blisko, i już. A ty zjedz, wyjedź, obejrzyj sobie miasto i czekaj 
tu na mnie. 
— Do licha — rzekła Bronka — nie rób z siebie pępka świata, dam sobie 
radę. 
— Naturalnie! — rzekł Ignacy — ona by wytrzymała, żeby coś takiego nie 
powiedzieć... — Znalazł chustkę, wetknął niedbale do kieszeni rynsztunek 
papierosów, cygarniczek, zapałek, po czym objął Bronkę. 
— Niestety — stwierdził — ona wie, czemu się tak stawia — jestem ciągle jej głodny, mimo wszystko... To mimo wszystko obejmowało i Magdalenę, i 
pewien przelotny flirt, i nawet... nawet ostatnie sukcesy w robocie, która go 
tak przecież pochłaniała. Mógł wytrzymać bez Bronki tydzień, dwa, nawet jej 
nie wspominając, aż nagle wyłaniała się tuż obok, w pamięci, natarczywie 
powracająca wciąż myśl o niej. Tu nie chodziło już o cielesne obcowanie, 
Ignacy trzymał ją teraz w objęciu, jakby trzymał oburącz swoją młodość, 
swoją prawdę, swoją słabość. 
— No, żegnaj tymczasem. 
Gdy wyszedł, długo stała przy oknie, za którym rysował się świat 
chmurny, z kominami bodącymi niebo, z niebem owianym smugami dymów, 
z połyskliwymi blachami dachów zjeżonych kijami anten. Wiotkie druty 
kołysały się miękko, inne, sprężone boleśnie, biegły w omurowaną 
przestrzeń. W dole leżała błotnista i omglona ulica, rozdygotana, drżąca od 
świateł, z mlecznymi plamami okien tajemniczych, z grzmiącym przelotem 
wozów i kląskaniem taksówek. Lotny dech tego życia sunął ku górze niczym 
zjawa o cielesnych kształtach, rozwianych, szerokich ramionach, wyżej, 
wyżej, aż do kresu, gdzie tkwił oczyszczający oczy mały krąg nieba. 
Westchnienie, niczym spazm, wzniosło ciało Bronki. Nie patrząc namacała 
płaszcz, kapelusz, torebkę i zbiegła na dół. Padał drobny deszcz. To 
wszystko, miasto, sklepy, ludzie skuleni pod ścianami, było znane, nienowe, 
doskonale dające się przymierzyć do warszawskich dzielnic handlowych, 
fabrycznych peryferii, ubogich i zaszlajanych po pierwsze piętro dzielnic. 
Skądże to osępienie, ten rozdrażniony a chciwy bieg stóp po twardym bruku? 
Nic nie czeka za zakrętem, tego można być pewnym. Ale sam fakt, że za 
skupiskiem ludzkim jest inne, Warszawa pomnożona przez osady, miasta, 
osady, miasta, rozszerzający się w ten sposób świat, większy zasięg widzenia, 
wszystkie nieszczęścia i szczęścia pomnożone przez tylekroć, oto 
niespodzianka osępiająca dla kogoś, kto sądzi, że zdeptał wszystkie drogi nie 
wychodząc z swego kręgu. Oto te same krzyże rozpięte nad posłaniami 
ubogich, te same lampy, „chromowane” kitki nad stołami jadalnymi, te same 
warsztaty, świece szabasu, dziewczyny na rogach ulic, kobiety nad baliami 
lub „reperacją” odwiecznych łachów i kawiarnie, gdzie ludziska oszukują swą 
samotność. Błądząc tak, Bronka natknęła się na piękny gmach, rzęsiście 
oświetlony, załóżmy się, dom robotniczy, w którym wysokie komorne nie 
pozwoliło temu elementowi — jak mówiła przez nos pewna dama — wynająć 
mieszkań, i w pierwszym lustrzanym oknie ujrzała mówcę pochylonego nad 
stołem prezydialnym. Ignacy. Ten znany tak dobrze obraz zgromadzeń 
zainteresował ją, wspiąwszy się na palce, ujrzała czubki głów bardziej 
wybujałych wzrostem słuchaczy i ogarnęła salę, wypełnioną „po wręby”. 
Wytarłszy nogi o drewniany drapacz u wejścia, przygładziwszy kosmyki 
włosów, wśliznęła się nie bez wzruszenia w tłum, który wylewał się przez 
drzwi na korytarz. Uczuła przyjemność, że Ignacy „ma tak pełno”, i jego głos, 
mówiący tak z daleka i bezosobiście, przyśpieszył poruszenia jej serca. 
Owładnęły nią jakieś złożone i skomplikowane uczucia, obawy, jaka jest 
sala? czy przychylna mówcy? dumy — podczas potakujących szmerów, 
wstydu, że można tak wywyższyć się i nauczać z góry i niezachwianie, że 
można czuć się powołanym do objaśniania i że to robi on, Ignacy. Była 
poruszona i szum w uszach, zamęt uczuć i myśli nie pozwoliły jej śledzić 
wywodu mówcy. Oczy, oswojone już, zagarniały twarze — i skąd tu tyle 
eleganckich, strojnych, młodych kobiet? Na chwilę skupiła uwagę i 
spostrzegła, że Ignacy, nawiązując do tradycji robotniczego ruchu 
niepodległościowego, mówi o dalszym ciągu tego nie starganego związku w 
pracy dla państwa, dla zbiorowości, od której nikt i nigdy nie może odstać. 
To samo, co w ścisłym gronie omawiano rano w hotelu, chodzi pewnie o 
przeforsowanie pewnych wpływów do władz związków zawodowych. Pamięć 
natychmiast nasunęła jej wspomnienie tych wszystkich posunięć na terenie 
stolicy, w kołach, gdzie nie mówiono wcale a wcale o wciągnięciu szerokich 
warstw, a przeciwnie: o stworzeniu elity, o stworzeniu kwiatu kwiatów i 
esencji. Nagle ziewnęła. I potem już, poziewając skrycie a bezustannie, 
oddała się bez reszty gapieniu na zagadki, śmiesznostki i uroki oblicz 
ludzkich, aż do chwili gdy grzmot oklasków oderwał ją od tego 
interesującego zajęcia. Ujrzała Ignacego otoczonego gronem winszujących, 
ściskających mu dłonie, uśmiechających się, proszących „o słówko”, „małe 
wyjaśnienie”, „parę chwil”. Ze zdziwieniem dostrzegła, że był naprawdę 
wzruszany, naprawdę wstydliwie zaskoczony i mile przejęty. O Boże, 
widziała takich winszujących słuchaczy po sto razy po każdym wiecu, przy 
każdym prelegencie, jest się czym wzruszać. „Jaki on jeszcze naiwny — 
pomyślała i: — Jaki on jeszcze młody”. I zachmurzyła się w sobie od 
świadomości, że ona nic nie jest w stanie odczuć, że stała się jak kaleka, ale 
dlaczego? Tu szerokie warstwy, tu elita, oto rzeczywistość, jaką tworzy 
Ignacy, nie wiedzący, że go słucha osoba żądna pokrycia dla słów. I rzuciła 
swego trupa wewnętrznego, którego przecież czuła, że nosi w sobie, na jego 
głowę, na jego rachunek, na jego konto. Czymże, w końcu, różnił się od 
kochanków, których miała? Piękne słowa i ten sam rezultat, koniec... 
Gdy Ignacy wrócił do hotelu, spała. 
XX 
Kwiryna usiadła na łóżku, jeszcze nieprzytomna z krótkiego snu. 
Przypomniała sobie tę straszną noc, podczas której zdawało się, że Roman 
odchodzi na zawsze. Nie mogła sobie tylko uprzytomnić, jak to minęło, kiedy 
Roman zasnął? Po nocach nie spanych z miłości przyszły noce groźne, 
bezsenne z trwogi, pełne śmiertelnej ciszy. Jak to się człowiekowi wszystko 
obraca na nice, jak to człowiek za wszystko musi płacić z procentem! 
Każdy mógł zwątpić, ale ona nie. Zdawało się Kwirynie, że gdy ona 
zwątpi, Roman umrze. Jeśli ona dopuści złą myśl, wyda na niego wyrok. Oto 
minęła jeszcze i ta noc. Roman śpi. Kwiryna wstała po cichutku, 
bezszelestnie rozsunęła story, ale koronkowe firanki udrapowała w fałdy tak 
gęste, że dawały tylko światło, nie dawały widoku w perspektywę Nowolipia. 
Roman złościł się na zasłonięte okna, a ona bała się, gdy jego oczy uciekały 
w dal. Skupiła życie swoje i życie Romana tu, w sypialni, w cichym 
mieszkaniu, bo jej się wydało, że tak będzie najbezpieczniej. Od owego dnia, 
gdy wrócił do domu po nie przespanej nocy, nie odstąpiła go nawet na krok. 
Przysposobiła pokój do takiego trybu życia, aby mieć wszystko pod ręką, 
wstawiono tu okrągły stolik z salonu i fotel, i mały kantorek z księgami 
rachunkowymi. Teraz byli tylko dla siebie. Stąd, z tej sypialni, Kwiryna 
zdążyła kupić jeszcze za pośrednictwem rejenta plac węglarza, z samej 
zapobiegliwej złości, aby ktoś jej pod łokieć nie wlazł z budową. Z fabryki — 
nic. Po cóż jej, na miłość boską, fabryka?! 
Z kuchni dobiegły czyjeś głosy i Kwiryna syknęła usłyszawszy cienki 
dyszkant ciotki. 
— Ta idiotka! Wyrzucę ją! — postanowiła w tej chwili Kwiryna. 
Stąpając ostrożnie, doszła do przedpokoju — i naturalnie! W kuchni w 
rozwartych drzwiach stała ciotka i toczyła gawędę z trzema lokatorkami. W 
głębi ujrzała Kwiryna inżyniera, który zatrzymał się w przejściu, dalej 
inżynierową w otwartych drzwiach swego mieszkania, w końcu szewca w 
fartuchu, z okularami zsuniętymi na czoło. Serce jej zabiło gwałtownie. Co 
się stało? 
— Nic, nic. Ci państwo pytają się o zdrowie Romana. 
Kwiryna podeszła bliżej i rzekła przez zaciśnięte zęby. 
— Dziękuję, mąż ma się lepiej — po czym szybko zamknęła im drzwi przed 
nosem. To zainteresowanie zdrowiem Romana wydało jej się złowrogim. 
Niby to współczują, a w gruncie rzeczy czyhają na jego śmierć, oczekują 
katastrofy. 
— Coraz to ktoś zapuka do drzwi i zapyta, czy lepiej? — rzekła ciotka. — 
Wczoraj przychodziła panna Ziemska, ta starsza, pani Bauman ze szpitala i 
nawet blacharz z baraków, koniecznie, żeby go wpuścić do Romana. 
— Niech się ciotka nie waży! — rzekła Kwiryna. — Zwariowali! Dość od 
niego nawyciągał! Roman potrzebuje spokoju. 
— Ja też to powiadam! — pisnęła ciotka. — Czy szykować rosół? 
Kwiryna wróciła do sypialni, Roman obudził się i leżał ma wznak. Czy jej 
się zdaje, czy mrugnął znacząco powieką, z porozumieniem, ku niej? 
Podeszła i pochyliła się. 
— To ja jeszcze nie umarłem? — szepnął. 
A to żartowniś!... Kwiryna tak samo znacząco mrugnęła powieką. 
— A figa! 
Chwilę leżał, jakby sobie coś przypominał, i nagle spytał: 
— Kto to przyszedł kuchnią? Czy pani Amelka? 
— Amelka? Skądże znowu?! 
— Śniła mi się w nocy — szepnął Roman. 
Śniła mu się w nocy, przyszła taka blada, w podartej sukni i podartych 
trzewikach... Kwiryna, ocierając mu twarz z zimnego potu, rzekła urągliwie. 
— Baj baju, będziesz w raju! Amelka w podartej sukni, akurat! 
Roman odsunął delikatnie jej rękę i przymknąwszy powieki rozważał swój 
sen: drzwi otworzyły się i weszła Amelia, widział ją tak wyraźnie, gdy 
przechodziła przez pokój, mimo łóżka, koło toalety, dopiero u okien rozwiała 
się w blady cień, jakby wsiąkła w firanki. Kwiryna rzekła głośno. 
— Sny trzeba sobie tłumaczyć odwrotnie, na pewno Amelia szykuje się na 
wieczór, na jakiś dansing czy teatr, i zawczasu mizdrzy się przed lustrem... 
Roman ożywił się. 
— No, cóż! my też możemy urządzić sobie bibkę! 
— Co masz na myśli? Chciałbyś wstać? 
Wstać? Roman skrzywił się na taką naiwność... On chwilami nie czuł już 
własnego ciała i tyko w chwilach przytomności chciał odwrócić i zająć myśli 
Kwiryny. Wstać? Nie, ale gdyby tak ciotka upiekła ciasteczek, takich 
kruchych? Miał wielki apetyt na takie ciastka. 
— Podacie herbatę, ciasteczka, a ciotka usiądzie z nami i opowie wszystkie 
nowinki. 
— No, obejmij mnie — rzekła Kwiryna — to cię podciągnę wyżej na 
poduszki. 
Weszła ciotka z rosołem, z twarzą tak przerażoną, że aż Kwirynę zatkało. 
— Niech ciotka postawi ten rosół i zbije Romanowi poduszki, prędko! 
Trzymając Romana w objęciach, zaniepokoiła się jego bezwładem, 
bezsiłą, apatią. Ale właśnie szepnął. 
— Jak ci ładnie w tym szlafroku! 
— Mnie zawsze było do twarzy w czerwonym — rzekła Kwiryna. — No 
ciociu, już? 
Ciotka dyszała ciężko z emocji, czyżby znalazła Romana tak zmienionego 
po tej męczącej nocy, że to wprawiło ją w przerażenie? Spokojną dłonią 
Kwiryna sięgnęła po talerz i poniosła łyżkę do ust Romana. 
— Jedz, ciągnij, zaraz nabierzesz sił. 
Ciotka wyszła z pośpiechem, a Roman po dwóch łyżkach miał dość. 
Kwiryna odniosła talerz do kuchni. 
— Co się ciotce znów stało? 
— Ach, Kwiryńciu — rzekła ciotka, z przejęcia aż parskając śliną — była tu 
zakrystianowa od Panny Marii... aptekarz umarł! 
— Jaki aptekarz? — zapytała Kwiryna. Nagle przypomniała sobie sen 
Romana i przestraszyła się. Co to ma jednak do rzeczy? Machnęła ręką. — To 
był stary człowiek, niech ciotka nie mówi nic Romanowi. 
Ciotka nie powiedziała jeszcze wszystkiego, dopiero teraz nastąpiła 
największa sensacja. 
— Mówią — szepnęła ciotka — mówią, że został otruty! 
Kwiryna spojrzała na nią spode łba. 
— No to co? O mnie też mówią, że zamordowałam Romana swą miłością, 
a czy to jest prawda? — Odetchnęła ciężko i rozkazała. — Niech ciotka 
zagniecie kawałek ciasta na ciasteczka dla Romana. — Zamyśliła się i dodała. 
— A do wyskrobków dodać trochę mąki i zrobić placuszki. 
Te placuszki miały być dla ciotki i dziewczyny, Niech też użyją. 
Szybko wróciła do sypialni. Roman znów zdrzemnął się. Czy to dobrze, 
czy źle, że tak ciągle zapada w sen? Pewnie, że dobrze, sen pokrzepia. 
Kwiryna wspomniała lekarzy, ilu ich przeszło przez ten dom, i wzruszyła 
ramionami. 
— Odżywiać Romana i zapewnić mu spokój, o potrafię i bez nich. 
Odkąd jakiś profesor zadecydował, że Romana trzeba wziąć do szpitala, 
Kwiryna rzekła sobie: 
— Basta z lekarzami — a Roman jej przytwierdził. Wściekał się na projekt 
transfuzji krwi, nie chciał cudzej krwi, za nic! No i żyje... 
Kwiryna pochyliła się nad nim i posłuchała oddechu. Oddech miał 
urwany, krótki i ciężki, ale spał. Uspokojona, zasiadła przy kantorku. Nic jej 
nie obchodziły interesy, ale pewne sprawy trzeba było jednak pozałatwiać. 
Krzesło skrzypnęło, gdy siadała. Roman ocknął się. 
— Co tu tak ciemno? — jęknął. 
— Ciemno? — rzekła Kwiryna z przestrachem. — Zdaje ci się! Chociaż 
dzień jest teraz krótszy. 
Na te słowa Roman poruszył się niespokojnie, podniósł rękę i przywołał 
ją ruchem długiego, wychudłego palca. Z wewnętrznego pośpiechu i 
rozdrażnienia pot znów wystąpił mu na czoło. Tyle miał na raz do 
powiedzenia, śpieszył się tak, że pierwsze słowa powiedział zupełnie 
niezrozumiale. 
— Plac... plac... 
— Jaki plac? — zapytała Kwiryna ze zdziwieniem. Wstała od kantorka i 
pochyliła się nad mężem. Nie chciała, aby się męczył rozmową, i rzekła. — 
Aha, plac węglarza? Tego drugiego na fabrykę nie kupiłam, bo za dużo 
chcieli... tymczasem ruch budowlany znów zmalał i oni sami z tym placem 
przyjdą się prosić o kupno. Poczekam! 
— Posłuchaj, co zrobisz z tym placem węglarza? 
Kwiryna nie zastanawiała się jeszcze nad tą sprawą. Ale ucieszyło ją 
zainteresowanie Romana, widać naprawdę mu lepiej! I rozwiodła się szeroko 
nad tym kupionym placem. Ile kosztował, jaki miał rozmiar, jaki był foremny, 
narożny, sięgał aż do Mylnej. Romanowi rozbłysły oczy. 
— Buduj! 
Kwiryna udała zdumioną. 
— Budować? 
Roman przytwierdził. 
— Buduj! buduj! — przyciągnąwszy ją jak najbliżej, szeptał. — Buduj donn 
nie wysoki, ale szeroki, narożny, z ogródkiem w środku, niech będzie trochę 
zieleni — posadź ze trzy, cztery drzewa! 
Od jego gorącego, przejętego głosu Kwirynie pomieszało się wszystko w 
głowie i spytała: 
— Jakie drzewa? akacje? 
Zaprzeczył ruchem głowy. 
— Nie, nie, kasztany! Pamiętasz? koło drewniaka Mossakowskich rósł 
kasztan. 
— Dobrze, dobrze. 
Krzyż bolał ją, bo ciągle jeszcze stała tak, pochylona nad leżącym 
Romanem, i nagle jakby wyzbyta z sił usunęła się na klęczki. Roman z 
wysiłkiem zsunął się na brzeg poduszki, twarze ich znalazły się koło siebie, 
tuż-tuż. 
— Czy pamiętasz tę zabawę u Raczyńskich i jak wybrałem ciebie, 
bawiliśmy się w pocztyliona? 
Kwiryna, wstydząc się głęboko takiego dziecinnego udawania, przemogła 
się i rzekła łykając łzy, z uśmiechem na ustach. 
— Puk-puk... kto tam? Pocztylion z listem... do panny Kwiryny, z 
czerwonymi pieczęciami... mam nie pamiętać? 
Nagle ogarnął ją okropny strach, poczuła, że ciało Romana sztywnieje 
pod jej gorącymi palcami, z krzykiem zerwała się i biegła ku drzwiom. W 
oczach jej pociemniało, huknęła głową o futrynę. To ją otrzeźwiło. 
— Prędzej, doktora! doktora! 
Ciotka wpadła do pokoju i pochyliła się nad Romanem. Kwiryna, nagle 
wyzbyta z sił, osunęła się na łóżko w kuchni. Czy nie chciał ciasteczek, czy 
nie rozmawiał o placu, czy nie chwalił szlafroka? W pokoju zapadła 
śmiertelna cisza, ciotka wbiegła drobnym kroczkiem, z twarzą zbielałą, ale 
spokojną. 
— On prosi księdza. 
Kwiryna chwyciła się za głowę i krzyknęła ochrypłym głosem. 
— Niech się ciotka nie waży! po doktora!... — ale ciotka z zaciętymi ustami 
krzątała się koło szafy z ubraniem, głucha na jej gniew. Kwiryna poczuła się 
nagle w mocy czegoś nieubłaganego, wielkiego, uświęconego, zemdlała. 
Straciła przytomność, zapadła się w ciemność, a jednak czuła, że powinna 
teraz zachować siły, stać przy Romanie, bo go zakraczą, pokropią, wyniosą! 
Ta straszna świadomość podrywała ją kilkakroć. Ale nogi gięły się jak 
wiotkie trzciny, ręce fajtały się koło ciała. Kwiryna ujrzała szewcową 
szperającą w bieliźniarce, gospodarującą jak w swoim własnym domu i 
słyszała słowa. 
— Koszula, prześcieradło, macie krzyż, nie? 
Nagle gdzieś w dole, na schodach, rozległ się cichy dźwięk dzwonka, 
drzwi otwarły się bezszelestnie, Kwiryna ujrzała ludzi klęczących na 
schodach. I drżąc, sama osunęła się na klęczki, ugięła się i znów zapadła w 
ciemność. 
Ocknęła się u drzwi do sypialni, klęczała z czołem wspartym o ścianę i 
nasłuchiwała głosów idących stamtąd. Były łagodne, ciche, wokół panował 
wielki spokój. Znów rozległ się cichy dźwięk dzwonka, drzwi otworzyły się 
szeroko. Ktoś dźwignął ją z wielką siłą, Kwiryna odwróciła głowę w bok i 
ujrzała Bronkę z twarzą wykrzywioną boleśnie. Pomyślała. „Skąd tu się 
wzięła Bronka?” — i nagle odzyskała świadomość siebie. Prowadzona, weszła 
do pokoju i poczuła raczej, niż zobaczyła, płonące świece. Roman leżał 
spokojny, wyciągnięty, jakby zadowolony, na skraju łóżka siedział siwiutki 
ksiądz, już bez komży, w czarnej sutannie, i głaszcząc wyciągnięte ręce 
Romana mówił wesoło i łagodnie. 
— Bracie, mój bracie, braciszku... 
Twarz Romana rozbłysła uśmiechem, ksiądz pochylił się i przylgnął 
czołem do jego czoła. 
— Co to znaczy? — zapytała siebie Kwiryna. — Co to jest? 
Szept księdza umilkł i teraz usłyszała głos Romana, czysty i spokojny. 
Rozmawiali sobie jak najlepiej! Usłyszała głos księdza. 
— Wyjdziesz mi naprzeciw, pamiętaj! — ale nie zrozumiała sensu tych 
słów, zrozumiała, tylko, że Romanowi jest lepiej śmieje się, rozmawia, 
patrzy... 
Ksiądz powstał i uczyniwszy dłonią wielki krzyż, wyszedł do przyległego 
pokoju. Kwiryna podążyła za nim. Odwrócił się. 
— Piękna dusza! — rzekł patrząc na nią. — On jest w stanie łaski. 
Tak, wszyscy ujrzeli ten cud. Romanowi było lepiej. W kuchni szewcowa 
opowiadała piąty wypadek z swego doświadczenia, kiedy to śmiertelnie 
chorym po Ostatnim Namaszczeniu zrobiło się lepiej. Ciotka, nalewając 
herbatę, powtarzała w kółko., 
— On tak tego pragnął, biedaczek, tak prosił! 
Dziewczyna, sługa, złożonymi jak do modlitwy rękoma wielbiła księdza. 
Gdy wychodził, pogłaskał ją po głowie. Istny święty! 
— Skąd go ciocia wzięła? 
— Od augustianów — odpowiedziała ciotka zakasując rękawy. 
Roman zdrzemnął się. Bronka pociągnęła Kwirynę do bawialni. Teraz 
dopiero Kwiryna zapytała. 
— Czy ci ktoś dał znać? — Bronka potrząsnęła głową szepnęła: 
— Czy wiesz o aptekarzu? 
Kwiryna, przez pamięć tego, co przeżyła przed chwilą, uczuła wielkie 
współczucie dla Amelii i powiedziała: 
— Przeproś Amelię, że mnie tam przy niej nie ma, ale widzisz sama, co się 
dzieje! 
Bronka, która przyszła naradzić się właśnie z Kwiryną nad sprawą Amelii, 
dała temu spokój. 
— Może potrzeba im pieniędzy? 
— Nie, nie. 
Gdy wyszła, Kwiryna udała się do kuchni, aby jednak posłać po lekarza. 
Ciotka zagniatała ciasto, pod kuchnią buzował się wielki ogień. To wszystko 
uspokoiło Kwirynę. 
— Więc ciocia robi te ciastka? 
Ciotka z namaszczeniem odpowiedziała. 
— Trzeba Romanowi dawać teraz wszystko, czego zapragnie! 
Kwiryna nie zwróciła uwagi na te słowa, wydała polecenie służącej i 
stojąc wypiła herbatę. Nie mogła sobie znaleźć miejsca, wróciła do sypialni. 
Roman spał, spał snem głębokim. Teraz wreszcie mogła odpocząć. Usiadła w 
fotelu, ale niepokój nie pozwolił jej nawet przymknąć bolących oczu. Czuła 
taką straszną pustkę w głowie, nie mogła usiedzieć. Znów wyszła do 
bawialni, aby na widok pięknych mebli pomyśleć bezwiednie: „Na co mi to 
wszystko?” 
Dziewczyna uchyliła drzwi i szepnęła: 
— Proszę pani! Doktor wychodził właśnie do drugiego chorego i 
powiedział, żeby panu dać na noc proszek, a rano, raniutko przyjdzie sam. 
Teraz Kwirynę uspokoiło to na dobre. Skoro doktor tak mówi, to widać, 
że nie ma żadnego niebezpieczeństwa! Ciotka wyjęła akurat blachę pełną 
malutkich ciasteczek i Kwiryna własnoręcznie, dmuchając na palce, ułożyła 
je, gorące, na tacy, co do jednego. 
— A tamto będzie dla was — rzekła. 
Ustawiła ciasteczka w sypialni na stoliku, z którego sprzątnięto już 
krucyfiks i świece. Ze strasznego i uroczystego aktu nie pozostało nic prócz 
wypogodzonej twarzy Romana i zapachu świec. Kwiryna czuwała. Z 
początku myślała tylko o Romanie, o jego chorobie i lekarzach, ale potem 
myśli jej zaczęły błądzić po sklepie, po pracowni, drugim sklepie, szperać w 
szufladach, na półkach, ważyć towar, nasłuchiwać słów i nade wszystko 
patrzyć na ręce personelu. Tam się musi dziać, Chryste Panie! Tam sobie 
używają za wszystkie czasy, istny pogrom jej majątku! Miała w jednym 
sklepie skaptowaną pannę, w drugim młodziutkiego subiekta, ale i im nie 
wierzyła. Siedząc w fotelu nad łożem męża, układała przemyślne posunięcia, 
mające zaszachować „tamtych”, ale zmęczenie zmogło ją. Zdrzemnęła się na 
chwilę, a zdawało jej się, że śpi wieki całe. Obudził ją jakiś szelest. Ciotka 
stała w nogach łóżka. Ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie. 
— Co ciotka tak patrzy? 
Spoglądali na siebie z Romanem, bo już nie spał i uśmiechał się słabo. 
Poruszył nozdrzami, poczuł zapach świeżego pieczywa i wargi jego zadrżały. 
Ciotka przysunęła się z chustką, by mu otrzeć pot z czoła. Szepnął z 
uśmiechem. 
— No, co, ciociu, dobre były ciasteczka? 
I wtedy — okropność! — ciotka zatrajkotała. 
— Nie wiem, Romciu, bo jadłam z dziewczyną zupełnie inne ciastka, po 
prostu buły! — Nie wiadomo, czy ciotka chciała go rozbawić, czy z głupoty, 
ze złości, dość, że powiedziała to... Roman dźwignął się na posłaniu, spojrzał 
na Kwirynę z nieopisanym smutkiem i rzekł wyraźnie i surowo. 
— Ja umieram! a ty... 
Opadł na posłanie i przymknął oczy. Kwiryna, zdrętwiała, przysunęła się, 
poprawiła kołdrę, po czym wzięła tacę z ciastkami, podała ciotce i wypchnęła 
ją za drzwi. Czuła w sobie coś strasznego i przełamała to ze zgrzytem zębów, 
niczym żelazo, niczym kamień. Wszystko obracało się przeciw niej, czy 
chciała, czy nie! Czy robiła coś w złej myśli, czy bezmyślnie! Pochyliła się z 
jękiem nad zmienioną twarzą Romana. 
— Słuchaj, Roman, słuchaj! Ta kamienica... ten plac... masz krewnych... 
powiedz, jaka jest twoja wola... połowę... ja dotrzymam! poślę po rejenta, 
chcesz? 
Roman spojrzał przytomniej, ujrzała błysk uwagi, w jego oczach, oczy te 
stały się nagle ciężkie, kamienne, obce. Z wysiłkiem podniósł dłoń i dotknął 
jej piersi bez słowa. Jednym palcem godził w nią, zanim rzekł złośliwie, ostro 
i sucho. 
— Nie, nie! ty sama... sama! 
Obydwoma rozcapierzonymi rękami zwalał na nią dziedzictwo po 
tułubach, brzemię, które ich przygniotło, które przygniecie i ją. Masz, syć się 
tym, paraj się tym, zmagaj się, do końca! Nie rzekł ani słowa więcej, 
przymknął powieki i leżał bez ruchu, i osłupiała Kwiryna poznała po ruchu 
jego zaciętych warg, że nic więcej nie powie. 
W, nocy obudził ją jakiś straszny głos, zerwała się i usiadła na łóżku. Co 
to?! Ujrzała, jak wielkie błyski i wielkie drżenia przepływały przez twarz 
Romana, wyciągniętego w ogromnej długości. Nie krzyknęła o pomoc, nie 
chciała już ludzi z ich gadaniem, niech go ma dla siebie. Z jękiem układła się 
obok i objęła go ramionami. Ciało jej krwawiło, czuła jak krwawi, krew z niej 
uchodziła tak samo, jak z niego uchodziło życie. Jęczała i wzdychała jednym 
z nim jękiem, wzdrygała się od światła i ciemności, konała z nim razem, 
umierała w swej śmiertelnej miłości. Uczucia odpływały jak wielkie fale, 
nieustannie bijące w przestrzeń, cichły, aż usłyszała w tej ogromnej ciszy 
szczebiot poranny wróbli na akacjach skweru. Wzniosła oczy. Okno było już 
szare od świtu, brzask wschodzącego dnia stał nad dachami Nowolipia... 
Roman zmarł w jej objęciach. 
XXI 
Pani Raczyńska przeniosła się na górę, żeby Amelia nie była tak 
osamotniana w tych pierwszych dniach wdowieństwa. Nie wzięła nic z 
oficynki, ulegając głosowi tajemnemu, który ją ostrzegał przed burzeniem 
starego gniazda, kiedy nowe było tak niepewne! Pani Raczyńska nie mogła 
się opędzić przeczuciom i wrażeniom, że dach lada chwila spłonie nad jej 
głową, a podłoga ugnie się pod stopami. Bo cóż? Któregoś dnia otworzą się 
drzwi i zjawi się nieznana rodzina nieboszczyka z testamentem. Tyle 
przykrości! śledztwo! plotki, gadania! I w końcu się okaże, że człowiek na 
stare lata nie ma się gdzie przytulić, a Amelia zmarnowała swą młodość. 
Zapragnęła wiedzieć, jakie jest prawo dziedziczenia po mężu? 
Pan Cichocki, prowizor, starał się o uruchomienie zamkniętej apteki w 
zastępstwie zmarłego szefa i uzyskał je. 
— W panu teraz cała nasza nadzieja! — rzekła pani Raczyńska. Pan Jan 
skłonił się i zapewnił, że jeśli chodzi o jego pracę, wszystko będzie w 
porządku. Ale ponieważ musiał pilnować apteki, zamówień, interesu i baczyć 
na personel, nie mógł tak często wpadać na górę i wymówił się od obiadów i 
przekąsek. Pani Raczyńska chodziła z mnóstwem różnych pytań i wątpliwości 
nie rozstrzygniętych. Wracała z kościoła i, pokrzepiona modlitwą, roztrząsała 
szczegółowo charakter Filipa, jego akuratność i hojność, mówiła: 
— Nie, nie! to niemożliwe! Filip by tego nie zrobił!... 
Tego szczęśliwego ranka Amelia została wezwana do sędziego śledczego 
i strasznie guzdrała się z ubieraniem, szukając w bieliźniarce jakiejś ulubionej 
swojej koszuli. Znalazła ją pod stosem jedwabnych fatałaszków, a obok grubą 
kopertę przewiązaną różową wstążką. Pani Raczyńska, popijająca właśnie w 
jadalni poranną kawę, usłyszała nagle przeraźliwy krzyk córki i chwyciwszy 
się za serce, wbiegła do pokoju. Amelka stała wyprostowana, trupio blada, 
szeroko otwartymi oczyma patrząc na swe znaleźne. 
— Co to jest?! Mamo, co to?... 
Poznała pismo męża i to niespodziewane posłanie wydało jej się 
posłaniem zza grobu. Ale pani Raczyńska natychmiast zrozumiała: 
testament... 
— Skąd to masz?! Gdzie był? 
Amelka wyszeptała. 
— W bieliźniarce, w bieliźniarce!... 
Pani Raczyńskiej łzy trysnęły z oczu na wspomnienie aptekarza 
chowającego domownikom jabłka pod poduszki, małe upominki pod 
serwetkami przy nakryciach... Jakie to do niego podobne! 
— Że też ja się od razu nie domyśliłam! 
Gdzież, jak nie w bieliźniarce, gdzie Amelka zgromadziła wszystkie swe 
rzeczy najbardziej osobiste, aż się nieraz wszyscy śmieli, że dusza Amelii 
siedzi w bieliźniarce, razem z jej bielizną! 
Pani Raczyńska otarła łzy i chwyciła za kopertę. 
— Co tu napisane na wierzchu? 
Amelia drżącym głosem przeczytała: 
— „Mojej ukochanej żonie, Amelii!” 
Nagle usta wykrzywiły się jak od trucizny i rzuciła pakiet na łóżko. Pani 
Raczyńska odetchnęła, ten napis wróżył — wszystko najlepsze. Rozumiała 
wzruszenie Amelii, ale przecież. 
— Nie odrzucaj tego, Amelciu, żal żalem, ale tu jest twoja przyszłość, twój 
los! 
Córka ubierała się pośpiesznie, z twarzą rozsrożoną. 
— Co to? Znów od rana wychodzisz z domu? Przecież trzeba to 
przeczytać! zastanowić się! 
— Mama zapomina, że mam wezwanie do sędziego. 
Pani Raczyńska spojrzała na kopertę i uroczyście oznajmiła. 
— Co, tam sędzia śledczy, widzisz, jak Opatrzność wynagradza cię za 
wszelkie przykrości. Nie pójdziesz chyba na czczo? Zjedz coś, posil się! 
Powiem Katarzynie, żeby zaraz podała śniadanie... 
Wyszła pośpiesznie, zajrzała do kuchni i zasapana zbiegła do apteki, aby 
sprowadzić pana Jana. On przeczyta testament i uspokoi Amelcię, on tak 
umie z nią postępować! Na górze Katarzyna nakryła stół i podała śniadanie, 
po czym, otworzywszy bez pukania drzwi do sypialni, poprosiła panią do 
stołu. Amelka wzdrygnęła się. 
— Dobrze, dobrze! 
Tysiąc razy zbierała się na odwagę, aby wymówić Katarzynie miejsce. Ta 
jej małomówność, ta oskarżycielska mina, te spojrzenia! Ręce Amelii drżały 
ze wzburzania tak mocno, że łyżeczka z brzękiem padła na talerz. Nie, nie, 
nie trzeba tego robić! Czuła się wyodrębniona od wszystkich i od wszystkiego 
swą tajemnicą (jaką tajemnicą? — zapytała siebie natychmiast), zależna tylko 
od siebie, od swojej woli i opanowania. Rzekła sucho, ale grzecznie, nie 
patrząc na usługującą. 
— Dziękuję. Nic mi już nie potrzeba. 
Wszedł Jan z panią Raczyńską i natychmiast zajął się testamentem. Pani 
Raczyńska przyniosła z sypialni ów akt, związany jeszcze różową wstążką 
niczym list miłosny od sentymentalnego kochanka. Jan spojrzał ze 
zdumieniem. 
— Gdzie pani to znalazła? 
— W bieliźniarce. 
Skrzywił wargi i Amelia drgnęła pod jego podejrzliwym wzrokiem. Czy 
to możliwe? O co on ją podejrzewał? W końcu rozwiązał wstążki. To był 
wyciąg z aktu rejentalnego, zupełnie w porządku. I zaczął czytać, a pani 
Raczyńska i Amelia słuchały oszołomione. Aptekarz zapisywał żonie cały 
swój majątek ruchomy i nieruchomy, meble, aptekę, gotowiznę w banku, 
posiadłość w miasteczku Pyzy, składającą się z ogrodu, pola i domu 
mieszkalnego, obecnie wydzierżawioną — pani Raczyńska nie słuchając 
dalszego ciągu pokrzykiwała co chwila. 
— Dom! jaki dom! nic o tym nie wiedziałam! gotówka! w banku! co ten 
Filip wyrabia! 
Ale Jan podniósł rękę. 
— Niechże pani uważa! — Znalazł legat na rzecz „teściowej mojej, Felicji 
Raczyńskiej, wdowie po Wiktorze Raczyńskim, w sumie piętnastu tysięcy 
złotych, i długoletniej gospodyni, Katarzynie Skorupskiej, w sumie dziesięciu 
tysięcy”. 
Pani Raczyńska krzyknęła i dostała ataku serdecznego płaczu. Amelia, z 
szklanką wody w ręku, z twarzą wykrzywioną ze współczucia, głaskała ją po 
ramionach i plecach, powtarzając: 
— No, no, już debrze, dobrze, niech się mama uspokoi, wszystko będzie 
dobrze! 
Akcent jej głosu zdumiał Jana, wyglądało to tak, jakby uspokajała i 
upewniała sama siebie. I czy to nie dziwne i zastanawiające, że pani 
Raczyńska, która całe życie wisiała przy kimś, żyła okruchami czyjejś łaski i 
niełaski, i miłosierdzia, nagle, pod starość, stała się osobą niezależną i 
zamożną?! Uspokoiwszy się, wypowiedziała swą myśl w słowach 
podniosłych. Nieboszczyk Filip przewidział, czym ją uszczęśliwić i jak 
obdarzyć, patrzył na jej życie, znał je! 
— Ja wiem, że Amelka nie zostawiłaby mnie bez niczego, ale tak, to 
zupełnie inaczej. 
W końcu przywołano Katarzynę, aby wśród uroczystej i żałobnej już 
ciszy odczytać ustęp aktu dotyczący jej osoby. Ale łzy nie wybiegły z jej 
wyblakłych i poważnych oczu, Katarzyna wysłuchała bez drgnienia, bez 
ruchu, tych kilku słów swego dawnego pana. Nagle odezwała się Amelka: 
— Co Katarzyna zamierza teraz robić? 
Ku zdziwieniu wszystkich Katarzyna poprosiła, żeby pani zatrzymała ją 
dalej na służbie. Przywykła do tych kątów, do kościoła, do ludzi, ale 
najbardziej do kościoła. Amelka ze zmarszczonymi brwiami skinęła głową. 
„Na co ona czeka?” — pomyślała. I zdawało jej się, że Katarzyna pozostała tu 
na straży czegoś nieokreślonego, przez moment zdjął ją strach, chciała 
krzyknąć. „nie!”, ale Katarzyna rzekła głosem nagle wzruszonym i ciepłym. 
— Dwadzieścia lat tu służę, proszę pani, przyszłam młodą dziewczyną... 
Pani Raczyńska krzyknęła: 
— Co tu .gadać, Katarzyna zostanie i już! ja wiem, co to znaczy 
przeprowadzka! Sama nieraz chodzę na Nowolipki i do augustianów. 
Amelia powstała, patrząc na zegarek. W zamyśleniu oczekiwała wyjścia 
Katarzyny, a potem skinęła na Jana. Pani Raczyńska, nie tylko że nie 
podążyła za nimi do sypialni, ale w ogóle wyszła za Katarzyną do kuchni. Już 
nie potrzebowała pilnować Amelii, uważać na nią i przestrzegać. Tam, w 
sypialni, Amelia w swej prostej a wykwintnej czerni, z połyskiem złotych 
włosów pod kapeluszem, z oczyma aż ciemnymi z natężonego błękitu, istna 
bohaterka dramatu, spytała, myśląc o czekającym ją przesłuchaniu. 
— Co ja mam powiedzieć? Co ja mam mówić? 
Jan zdziwił się. 
— Prawdę! tylko prawdę! 
Spodziewała się tego, Jan nie mógł powiedzieć inaczej. I wzruszyła 
ramionami nad swoją naiwnością. Prawdę? Ruch ręki przechylającej szklaną 
rurkę z pastylkami był zbyt nikły wobec uczuć, jakie opadły ją owego 
wieczora. Zginął w wzburzeniu, zatarł się. utonął. Czy naprawdę chciała 
śmierci Filipa? Nie, chciała, żeby zasnął, żeby jej nie męczył. Chciała wyjść! 
To tylko pamięta. Chciała wyjść, by spotkać się z Janem! Oto jej prawda. 
Gdy wróciła, aptekarz spał, odwrócony tak samo twarzą do ściany. Wówczas, 
pamięta to dobrze, że pomyślała: „Śpi, ponieważ dałam mu za dużą dozę 
weronalu”. Ale zabrała swą pościel i spędziła tę noc w saloniku, wspominając 
czułość Jana dla niej i oburzenie na aptekarza, gdy się dowiedział szczegółów 
sceny, jaka zaszła między nią a mężem. Tej nocy rozstali się w kawiarni. 
Ocknęła się i wzdrygnęła. Jan, oparty plecami o framugę drzwi, patrzył na 
nią badawczo. Powtórzyła bezmyślnie: 
— Co ja mam powiedzieć? — i widząc, że Jan otwiera usta, zniecierpliwiła 
się nagle. — Wiem, .. wiem, ale nie o to chodzi! Jeśli będą pytać, gdzie byłam, 
gdy on zasnął?... dozorca otwierał mi bramę. 
— Powie pani tak, jak było, że oczekiwałem pani w kawiarni... aby.., aby 
omówić stan zdrowia i postępowania zmarłego, które dawało nam do 
myślenia. 
Jakie to proste! Trzeba mówić tak, jak było. Spojrzała na Jana 
uspokojona. Uśmiechnął się swobodnie, po czym dodał: 
— O tym, co nas łączyło, nie trzeba mówić bez potrzeby. To nie ma nic do 
rzeczy. 
Zresztą, on sam złożył w tym sensie swe zeznania. Przyjaźnił się z domem 
i rodziną zmarłego szefa... Amelia, z jakimś spragnionym wyrazem twarzy, 
nie patrząc, wyciągnęła ku niemu rękę. Oczekiwała, że ją przyciągnie ku 
sobie, obejmie i uspokoi, ale pochylił się i ucałował jej dłoń z 
powściągliwością, po czym krzyknął: 
— Ależ to najwyższy czas! Spóźni się pani! 
Sprowadzając ją po schodach, rzekł z żalem: 
— Czemuż nie dałem pani tylko dwu pastylek, będę miał z tego powodu 
całe dochodzenie, nie mówiąc już o wyrzutach sumienia. 
Amelka szepnęła: 
— Czy pan myśli, że jeśli on chciał odejść... — poprawia się. — zasnąć, nie 
znalazłby weronalu? — Spojrzeli na siebie i spuścili zaraz oczy. Stali już 
przed tylnym wejściem do apteki, w owym ciemnym i cichym kącie koło 
schodów, gdzie w pierwszych dniach miłości nieraz ją całował, namiętnie i 
rozpaczliwie, kradzionymi pocałunkami zdrady. 
— Do widzenia! Panuj nad sobą... — szepnął. 
Te słowa, to „ty” po tylu dniach gładkiej życzliwości, nagle znów ich 
zbliżyło i związało. Idąc ulicą Amelka myślała. „Wszystko to się skończy, 
minie, uspokoi...” I widziała siebie i Jana, wolnych i niczym nie 
skrępowanych, układających sobie życie po swojemu... Ten obraz opanował 
jej wyobraźnię, zapomniała o wszystkim innym. Miała też jakieś poczucie 
wolności i swobody, po przesłuchaniu nie potrzebowała się spieszyć do 
domu, pilnować godziny obiadu, podwieczorku. Nagle postanowiła: „Zjem 
obiad na mieście”. Jej wdowi welon nie osłaniał twarzy i wystawiła z 
rozkoszą twarz na ciepłe jeszcze promienie jesiennego słońca. Po dwu 
pogrzebach, aptekarza i Romana, po otarciu się o cmentarze, modlitwy, łzy i 
strach, nagle odczuła z wielką, straszną siłą radość życia, radość, że żyje. 
Łagodne powietrze, ruch, zieleń drzew ulicznych koło Rymarskiej wydały jej 
się nieopisanie piękne. Znalazła się nagle na Długiej, sprawdziła godzinę i 
przyśpieszyła kroku, aby zobaczyć, skoro już tu jest, dawny magazyn 
kapeluszy z złotym napisem „Modes”, na czarnym tle. Ciągnęło ją 
nieprzeparcie, nawet gdyby miała się spóźnić, a zresztą w urzędach nigdy nie 
są punktualni. Przebiegła na drugą stronę — minęła jakiś sklep spożywczy, 
kwiaciarnię, stołówkę — i dopiero teraz spostrzegła, że na całej tej stronie nie 
ma ani jednego magazynu mód. A przecież to była wtedy dzielnica 
kapeluszniczek, klientki wędrowały od sklepu do sklepu, dobierając 
„twarzowe” fasony. Usłyszała śmiech panienek podręcznych, śpiewy 
ulatujące z każdego przepierzenia za sklepem, chłopców oczekujących pod 
sklepami, pod bramą, na rogu ulicy. Godzina zamknięcia, zasunięcia żaluzji i 
sztab żelaznych! Tumany pudru przed lustrem, łabędzi puszek wędrujący z 
rąk do rąk, podniecająca, ostra nadzieja w sercu... ach! podbiegła aż do 
odwiecznej cukierni Borytko, aż do rzeźnika, gdzie kupowała serdelki dla 
starszych panien i gdzie dawano jej dokładki, aż utknęła przed fotografem. 
Mnóstwo par, mnóstwo welonów i wieńców, bukietów i białych rękawiczek, i 
fryzur. Wydało jej się, że jest wśród znajomych dawno nie widzianych. I 
wyobraziła sobie życie po ślubie, z takim chłopcem wysztywnionym od 
uroczystego stroju, w tych domach na rogu Freta, między kościołem a 
kościołem, w małych pokoikach, gdzie łóżka zawalały i tarasowały przejścia, 
a balia królowała w kuchni. Skrzywiła się. Nie potrafiłaby już tak żyć, za nic! 
W jakiejś szybie wystawowej ujrzała swą sylwetkę, ciemną i cienką, strojną w 
puszyste futro u szyi. Przyśpieszyła kroku, wyjęła z torebki wezwanie i 
zmęczona, ze stukiem serca wbiegła na schody. 
Tego dnia pani Raczyńska nie mogła doczekać się Amelii. Obiad wystygł, 
musiała zjeść sama, pan Jan, prowizor, kilkakrotnie dzwonił na górę, pytając 
się czy Amelka wróciła. Dopiero koło piątej zjawił się policjant z 
zawiadomieniem, że zatrzymano ją w areszcie wskutek zarządzenia sędziego 
śledczego. Pani Raczyńska w osłupieniu przeżegnała się krzyżem świętym i z 
płaczem wpadła do kuchni, do Katarzyny. 
XXII 
Obserwowała Ignacego spod oka, jak dręczył długimi palcami wysuniętą 
brodę, tarł czoło i policzki. Jeśli wnętrze ludzkie ma wpływ na kształtowanie 
się twarzy, oto twarz człowieka nastawionego na zadawanie i szybkie 
parowanie ciosów. W lekko wciągniętych policzkach, pod upartym czołem, 
tkwił wychudły, złośliwy, ostro godzący w przeciwnika nos, bystre, 
podstępne oko, rozczarowane i okrutne usta. Zstąpiwszy do piekieł Ignacy 
zyskał wyraz bezwzględności w zachowaniu się i zdradził temperament 
bojowego mówcy. Pisma rozbrzmiewały jego nazwiskiem i echem walki o 
związki zawodowe, które Ignacy szerokimi i szybkimi posunięciami wiązał z 
stronnictwem rządowym. Zajęto się jego osobą, jego przeszłością, od 
niepodległościowych związków. młodzieży, od chwały legionów poprzez 
ministerstwo, inspektorat pracy, aż do ostatniej godności „rozbijacza jedności 
robotniczej”. Tak wytknięta droga miała swoistą i żałosną wymowę, 
zważywszy, że w walce nie przebierano w środkach i uciekano się aż do 
redukcji, wymówień pracy i drobniejszych, acz dokuczliwych, represji, o 
czym Ignacy zdawał się nie wiedzieć, tak bardzo nie chciał wiedzieć. Tak 
samo zdawał się nie wiedzieć, że podczas gdy on i jego przeciwnik, poseł 
lewicy, wymieniali słowo za słowo i obelgę za obelgę — inaczej 
zainteresowani robotnicy jęli wymieniać między sobą argumenty kamieni, 
noży i strzałów rewolwerowych. Pisma donosiły i o tych wypadkach 
drobnymi literkami na ostatniej stronie z etykietą: porachunki partyjne. 
Rozbijacz!... W owych dniach bytowanie kochanków odznaczało się 
wybitną małomównością, ale Bronka nie poziewała już ani nie stawiała sobie 
śmiesznych pytań: ”Czy Ignacy ma wiarę?” Pod jej milczeniem czuło się 
pełne zainteresowanie. Tak, Ignacy miał wiarę i rzucił ją jej zawartą w 
krótkich słowach: interes państwa. „Ale dlaczego — myślała Bronka — nie 
odwracało się nigdy sensu tych słów, a łączyło się zawsze a zawsze z 
interesem klas posiadaczy, z wielkim przemysłem, z wielką własnością rolną, 
z wielkim handlem, aż to nieomal stało się jednoznaczne?” Dla Bronki 
najoczywiściej interes państwa leżał właśnie w tych najszerszych, 
pracowniczych masach narodu, tu tkwiła zarówno jego obronność, jego 
rozkwit jak i największy, nie wygadany i nie związany z zyskami kapitał 
miłości. Rozbijacz... to mogło nawet już nie boleć, nie chodziło już, pod 
czyim wpływem będą związki zawodowe — a jakie stronnictwo wreszcie 
odwróci sens słów: interes państwa? Kto zacznie pod tym kątem mówić o 
poziomie płac i poziomie życia, o skróceniu dnia pracy w górnictwie i 
reformie rolnej? Ignacy rzucił niecierpliwie. 
— Komunizowali. Trzeba było zrobić coś natychmiast, na gwałt! 
Tak, to było łatwiejsze, efektowne, natychmiastowe, szły wybory. Bronka 
otworzyła usta, aby coś jeszcze powiedzieć, aby powiedzieć: „Ignacy, rób 
rzeczy trudne, nie bój się rzeczy trudnych, rób na długą metę, na długi zasięg, 
na wielki zysk...”, ale żachnęła się na swoją naiwność. W stronnictwie 
Ignacego szedł kurs na grube ryby ziemi i grube ryby kapitału i tam to 
powiódł on swych pupilów, związanych niczym barany. 
Wówczas wzdrygnęła się od niespodzianek wewnątrz siebie, sądziła, że o 
nic już nie dba, że życie wypruło z niej doszczętnie zdolność wzruszania się — 
a oto cierpiała. Jej ironia, jej obojętność, jej poczucie samotności człowieka 
rozpadły się jak kruchy pagórek popiołu, pod którym tli się niewygasły, 
niewzruszony płomień ludzkiej miłości. Biedni ludziska, ci, dla których 
„przekonana” stanowiły nieraz całą godność życia — okazało się, że jak świat 
długi i szeroki nie mają komu zaufać! Rozbijacz... co za okropny skok od 
owego burzliwego wieczoru maja, kiedy to huk armat stał się pragnieniem 
oczyszczenia i odkupienia, tęsknotą do doskonałości? Cóż to on wtedy 
powiedział?... 
— „Tak nie wolno żyć!” 
Tłumaczyła sobie z grymasem, że nie miała znów tak wielkich co do 
Ignacego złudzeń, że to wszystko było do przewidzenia. A jednak nosiła w 
sobie jakąś podświadomą nadzieję, raz jeszcze zgaszoną, jeszcze jedno 
zmartwychwstanie i jeszcze jedną śmierć. 
Tego właśnie dnia Ignacy wpadł na chwilę między jedną a drugą 
konferencją i, siedząc przy malutkim stoliku przy kawie, dostrzegł wreszcie 
naprzeciw siebie tę kobietę zmienioną i złamaną, z bolesnymi bruzdami koło 
ust. Lewe ramię miała nieco wzniesione dawnym dziewczęcym gestem i na 
tym wzniesieniu spoczywała pochylona w bok głowa. Stamtąd biegło skośne i 
uporczywe spojrzenie, oczu skrytych pod powiekami. 
— Co ci jest? — zapytał z niepokojem. 
Wyglądała po prostu na chorą. Przypomniał sobie, że ona pracuje jeszcze 
na na wpół wrogim mu terenie, w tych swoich biurach, że pewnie ma z jego 
powodu duże przykrości, że niejedno tam o nim słyszy... Nie odpowiedziała, 
wstała i wyszła. Ignacy czekał przez chwilę, a potem stanowczym gestem 
odsunął stolik i rzekł żartobliwie w ciemność drugiego pokoju. 
— Widzę, że muszę tu zrobić jakiś porządek! — Znalazł ją przy oknie, za 
którym mdłe i skąpe światła mokotowskich uliczek wydobywały lśniące 
plamy z czarnych, ponurych dachów z papy. — No, cóż to się stało?... — 
Milczała. Dotknął lekko jej pleców i uczuł, że drżą, wzdrygają się w 
męczącym, ukrytym spazmie płaczu. I nie dowierzając sobie, nie dowierzając 
jej, przeciągnął dłonie po pochylonej twarzy. Była mokra. — Co za bogactwo 
— mruknął bezmyślnie. Nagle zrozumiał i umilkł na długo, przejęty tymi 
łzami, których nie wycisnęła miłosna udręka ani zazdrość, ani gniew. Od 
dawna kobiety nie obdarowywały go łzami, kobiety nie płakały już, jakby na 
amen wyschło czułe źródło łez. Nawet Magdalena, jego żona, nie płakała 
przy rozstaniu. A, tu w dodatku łzy — z powodu linii jego życia! Nie mógł 
nawet ironizować, poczuł nagle, że ten cichy wybuch ma głąb i charakter, 
który należy uszanować. 
— Nie płacz! nie wart jestem twego płaczu! — mruknął. 
Musiał iść. I pozostawił ją tak, stojącą bez ruchu przy oknie, bez 
pożegnania. 
Nazajutrz — ani śladu poprzedniego nastroju, leniwa i zgodna cisza. Było 
mu to na rękę, ponieważ już zaczęto zerkać w stronę prywatnego życia 
przyszłego leadera. Ignacy uznał potrzebę jakiegoś neutralnego gruntu poza 
dolnym Mokotowem. Tu w sam raz przydawała się Magdalena, ale nagle, 
zgorzkniały i chmurny, strząsnął z siebie obydwie kobiety prostym 
obejrzeniem apartamentu w śródmieściu, składającego się z gabinetu i małej 
sypialni z łazienką. Po czym oddał wspaniałomyślnie Bronce, co jej się 
należało, powierzając jej właśnie protektorat nad tą „oficjalną” stroną 
swojego życia. 
— Idź tam, obejrzyj, zarządź, co trzeba, i zgódź mi jakiegoś dryblasa dość 
rozgarniętego w dziedzinie przyjmowania telefonów, spławiania interesantów 
i oddawania posług starszemu panu na stanowisku... 
Bronka spojrzała na niego ubawiona. O co mu jeszcze chodzi? Czego on 
jeszcze ode mnie oczekuje?... I przecięła grę, poddając się temu niejasnemu 
impulsowi, który rządzi człowiekiem w chwilach zmęczenia, zniechęcenia i 
wzgardy. 
— Nie rób tego, mój drogi. Ja? Ależ ja nie potrafię! Wszystkiego będzie ci 
brak!. Posłuchaj mojej rady: poproś panią Magdalenę, ona ma wybitny talent 
organizacji. — Dawała mu wolną rękę, bezbolesne i bardzo zwyczajne wyjście 
z sytuacji, ale nerwy Ignacego nagle odmówiły posłuszeństwa. Przestraszył 
się tego gładkiego i wzgardliwego zerwania, gdy druga strona nie żąda nawet 
wyjaśnień, nie chciał tego... Nieludzko przemęczony potrzebą ciągłego 
opanowania zarówno w kole politycznych przyjaciół jak i wrogów, grzmotnął 
krzesłem w kąt pokoju i oznajmił że „ma dość tego wszystkiego” i wyjeżdża 
na parę, dni, na wieś gdzie go ani oko, ani ucho... 
— Pakuj się! 
Zerwała się oszołomiona. 
— Jak to, to i ja mam jechać? 
Ignacy krzyknął: 
— Tak, do diabła! może choć trochę przyjdziemy do sobie! 
Bronka, trzymając już kapelusz, który machinalnie chwyciła ze stolika, 
jakby gotowa do natychmiastowej drogi, zawahała się. 
— Przecież muszę się zająć sprawą Amelii. 
Ignacy omal się nie roześmiał z wrażenia, jaki energia jego odniosła 
skutek. Mimo wszystko Bronka była bezwolna jak dawniej, gotowa ulec, nim 
zaczęła myśleć. Jechać? Już... Jeszcze raz się namarszczył. 
— Ani mi się waż wtrącać! Wszystko tyko nie to! Adwokata — proszę! 
Dam adwokata! Ale ty masz się trzymać z daleka... jeszcze tego brakuje! 
I nagle, jak oszaleli, rzucili się do szaf, do walizek i wieszadeł, z 
uczuciem, że uchodzą przed czymś nieuchronnym, ale oddalonym jeszcze o 
dzień — dwa — trzy?.. 
XXIII 
Widziano panią Raczyńską, jak kilka razy dziennie przemierzała drogę do 
kościoła, niosąc kwiaty lub świece przed ołtarz. Rozdawała też jałmużnę 
dziadom i babom, a kolportera Gończyka sama zagadnęła, czy nie dokucza 
mu reumatyzm i czy nie potrzebuje maści? Nikt tu nic nie miał przeciwko 
pani Raczyńskiej, była to kobieta pobożna, ale dzieci to jej się nie udały, o 
nie! Przypominano sobie Amelię, aptekarzową, gdy wychodziła z bramy czy 
z apteki, pachnąca i wypiękniona, nie patrząc nawet na ludzi z wyżyn swego 
grzechu. I nie było człowieka, który by głowy nie dał, że to ona otruła 
aptekarza, umyślnie, ponieważ miała kochanka. Co do prowizora, to on nie 
wchodził tu w oczach ludzkich w rachubę. Cóż on temu winien? Kobieta 
szalała za nim, po sto razy schodziła do apteki, ale w jego zachowaniu się nie 
było nic podejrzanego. Tak samo odnosił się do aptekarzowej jak i do innych 
kobiet, do żony fabrykanta powozów, do kasjerki, a nawet do zakrystianowej. 
Radził im po ludzku w chorobach, które nie wymagały porady lekarzy, w 
proszkach, maściach i plasterkach, pytał, co słychać? i jak tam zdrowie? Pod 
tymi względami był kubek w kubek podobny do zmarłego aptekarza! Żyli po 
przyjacielsku, ale kobieta się między nich wplątała. 
— Czy pan pamięta, panie Łapko — rzekł kolporter, Gończyk — jak ona 
zalatywała koło pana Andrzeja, bratanka księdza? Od razu mówiłem, że coś z 
tego będzie! Ale pan Andrzej wyjechał, a ten był pod ręką... 
Gospodyni księdza też to musiało przyjść na myśl, bo rzekła: 
— Zdaje mi się, proszę, księdza, że nasz pan Andrzej uniknął wielkiego 
niebezpieczeństwa. 
I przypomniała sobie aptekarzową w ów dzień pierwszego spotkania, całą 
rudą od koloru ubrania i włosów, bladą i niby niewinną, a palącą jak ogień. 
Amelka w różnych strojach, w różnych pozach i sytuacjach zdawała się snuć 
tu jeszcze po korytarzach przykościelnych, ogródku, plebanii i ulicy, niczym 
widmo piękne i złowieszcze. 
Katarzyna uspokoiła panią Raczyńską: 
— Niech pani się modli, proszę pani, Bóg rozstrzygnie tę sprawę, bo bez 
woli Boga włos nikomu z głowy nie spadnie. Wszystko się wyda, jak byto 
naprawdę, i będziemy wszyscy spokojni. 
Pani Raczyńska pomyślała sobie. „Może to i lepiej, że się tak stało? Jeśli 
ludzie mieli gadać i podejrzewać do samej śmierci? Cóż mówić o obcych, 
kiedy Helcia nie chciała zamieszkać teraz u aptekarzowej, lecz przeniosła, się 
do bursy? Kiedy, Cechna dopomogła jej do tego?” 
— Niedobre dziecko! — rzekła pani Raczyńska — to ty opuszczasz matkę w 
takim nieszczęściu? 
— Ale Helcia mruknęła: 
— Mama sobie doskonale daje radę sama, mamy nigdy nie ma w domu, a 
ja mam i szkołę, i lekcje w drugim końcu miasta! 
Pewnie, że pani Raczyńska nie mogła założyć rąk i czekać, co będzie 
dalej. Musiała być i u sędziego, i pogadać o interesach z panem Janem, 
prowizorem, i zajrzeć na cmentarz, i być u rejenta, i w końcu — adwokat! 
Do końca życia będę błogosławić tego Ignasia Piędzickiego. Dał mi 
takiego adwokata! Najsławniejszego w Warszawie! Ja tu się kłopocę, pan Jan 
mówi, że lepiej będzie, jak on się nie złączy z tą sprawą, Cechna pieniądze, 
owszem, da, ale poradzić nic nie umie a tu masz! Dzwoni najsławniejszy 
adwokat i powiada, że jego klient, pan Piędzicki, prosi go o obronę Amelci! — 
Pani Raczyńska poprawiła żabocik, czarny z białym, pod brodą i zamyśliła 
się. Stanął jej w pamięci salon sławnego adwokata z czerwonymi pluszowymi 
meblami, pełen pięknych obrazów i posągów, gdzie oczekiwała, przejęta 
ważnością chwili, przyglądając się innym klientom i usiłując odgadnąć, co 
ich tu sprowadza? Jakie są ich sprawy? Zaczęła lubić te chwile oczekiwania i 
szykowała się do rozmowy jak do wielkiej uroczystości. Ażeby bronić 
Amelii, adwokat musiał poznać dokładnie ich życie, a Amelia mówi tak mało! 
Obraża się! Krępuje! Pani Raczyńska mówi wszystko, jak było, i o 
nieboszczyku mężu, i o nieboszczyku Filipie, a adwokat bardzo się tym 
interesował. 
Pani Raczyńska podejrzewała nawet, że może to i do sprawy 
niepotrzebne, ale ten adwokat był po prostu ciekaw ludzkiego życia. I 
doświadczała dziwnych uczuć, gdy siedziała w pięknym gabinecie, naprzeciw 
tego eleganckiego i wykształconego człowieka, i opowiadała mu dzień po 
dniu, jak sobie dawała radę z czworgiem dzieci, samotna wdowa bez żadnego 
zabezpieczenia ani fachu, tam na Nowolipkach. Spojrzała z roztargnieniem na 
córkę. Rzeczywiście! Na cóż jej potrzebna teraz ta Helcia, z miną grobową i 
krytyczną. 
— No, idź już, moje dziecko! zrób, jak chcesz! ja cię nie zatrzymuję, bo 
tyle mam na głowie, a ty wiesz najlepiej co dla ciebie będzie dobre. 
Helcia otworzyła szeroko oczy i nie mogła się powstrzymać od tej uwagi: 
— Szkoda, że mama dawniej tak nie myślała! Przedtem tylko mama 
wiedziała, co jest dla nas dobre. 
— Ach, dawniej! — rzekła pani Raczyńska — gdzie te czasy! 
Powiedziała to lekko, bez smutku, przeciwnie, z jakimś lekceważeniem, 
ale gdy Helcia wyszła, a pani Raczyńska znalazła się w ciemnej, trochę 
ponurej jadalni aptekarzostwa, ogarnął ją niepokój. Odkąd pamiętała, przy jej 
stołach zawsze było pełno — choćby i na tych Nowolipkach — głodnych, 
zasiadali do stołu w pięcioro! Przychodziła Mossakowska, wpadały 
dziewczęta, Mietek, a później — chłopy Amelci. Także i tu, w pierwszych 
miesiącach małżeństwa, dzień w dzień stół był zajęty. Ileż ich było? — 
Zaczęła liczyć na palcach, samych swoich, domowników, znów pięcioro z 
aptekarzem, potem Cechna z Zuzanną, nieraz pan Andrzej, ksiądz, panie z 
komitetu parafialnego, a wreszcie na ostatku — pan Jan! Gdzie się to wszystko 
popodziewało, te wieczory, obiady, kawy i podwieczorki, ci ludzie, niby 
przecież przyjaciele? Zdjął ją dreszcz, gdy spojrzała na sześć pustych 
dębowych krzeseł, na prosty fotel Filipa koło aparatu radiowego, którego się 
teraz bała jak diabła. Z kuchni dolatywało chrapanie Katarzyna zasnęła po 
obiedzie. Panią Raczyńską ogarnął po prostu strach w tym opuszczonym 
mieszkaniu, prędko poszła do sypialni, włożyła kapelusz przed lustrem 
przypudrowała się nawet i wzięła cieplejsze okrycie, bo wieczory były już 
chłodne. Tak, Kwiryna! Ona też pogrążona w żałobie, będą miały o czym 
pogadać, a przy tym to swój człowiek... I zmów się zdziwiła nad różnicą 
między na przykład, taką Kwiryną a Cechną. Cechna była jak obca! Może 
dlatego, że tak wcześnie wyszła w świat z domu — po prostu uciekła?! 
Garbata ciotka otworzyła jej drzwi z palcem na ustach. 
— Sia! — Kwiryna przed chwilą wpadła ze sklepu i zamknęła się w pokoju. 
Pani Raczyńska, wystraszona, chciała pukać, ale ciotka powstrzymana ją. — 
Potem wszystko skrupi się na mnie! Kwiryna ma teraz takie swoje napady, 
niby to schodzi do sklepu i zajmuje się interesami, i siedzi za kasą, aż tu 
nagle trach-trach, zamyka szufladkę z pieniędzmi i pędzi na górę. Ja nie 
wiem, czy ona myśli, że tu jeszcze Roman leży na łóżku, czy co? 
— Jak ona to wszystko zniosła, biedaczka? — spytała pani Raczyńska 
siadając w kuchni na taborecie. 
— Najgorzej, że nie może płakać — rzekła ciotka — Gdyby mogła zapłakać, 
zaraz by jej było lepiej. Dusi w sobie. 
— Albo pomodlić się! Ja po śmierci Filipa i w tych wszystkich 
nieszczęściach znajduję ulgę w modlitwie. 
Ale ból Kwiryny był widać jakiegoś innego gatunku, bo nie płakała nawet 
na pogrzebie, gdy grudy ziemi stuknęły o trumnę Romana. Zemdlała, a ani 
jednej łzy! Gdyby mogła zapłakać! 
— Tak, tak — rzekła pani Raczyńska — to by było dla niej, zbawienie. 
Ponieważ ciotka pilnowała właśnie obiadu, a dziewczyna pomagała w 
pracowni na dole z powodu nawału roboty, przystawiono czajnik z herbatą do 
ognia, a ciotka nakryła sosnowy kuchenny stół serwetą. 
— Przepraszam, że przyjmuję panią w kuchni, ale to ze względu na 
Kwirynę, nie zakłócajmy jej spokoju! 
Pani Raczyńska rzuciła: 
— Nic nie szkodzi — i zdjęła okrycie. Nie mogła pogadać z Kwiryną, ale 
mogła pogadać z ciotką. I rzekła: — Żeby nie ten deszcz, to by Roman miał 
piękny pogrzeb. 
Ciotka ożywiła się. 
— A czy widziała pani te tłumy? Wszyscy poszli! Przepraszam: masło czy 
smalec do chleba? Mam tu akurat taki smalec, że palce lizać, delicje. Bo nie 
wiem, czy pani wie, żeśmy z Kwiryną przed śmiercią Romana zaczęły 
produkować rożne takie specjalności i mnie się udało zrobić smalec — coś 
nadzwyczajnego! 
— Co pani dokłada? — spytała ciekawie pani Raczyńska. Ale ciotka 
zaśmiała się cichutko. 
— To sekret? 
Pani Raczyńska poprosiła o sól i pieprz, przyprawiła posmarowaną 
kromkę chleba i jedząc zachwycała się: 
— Rzeczywiście nadzwyczajny! 
Ciotka ciągnęła dalej: 
— Nawet w gazetach pisali! Mówię o pogrzebie. Więc nawet w gazetach 
pisali, inżynier mi tu przyniósł, wycięłam sobie na pamiątkę. Tłumy ludzi! 
Wszyscy lokatorzy, chyba cała ulica, a nawet ci dawniejsi, co mieszkali w 
starej oficynie, zwlekli się tyli świat drogi, z baraków, z Mokotowa, z drugich 
końców miasta. Czy pani wie, że nawet Żydzi poszli?! na sam cmentarz! 
Jakem zobaczyła ten ogromny składkowy wieniec, z napisem na szarfach. 
„Zacnemu gospodarzowi — lokatorzy”, to zapomniałam, że Roman umarł, i 
myślę sobie. „Że też on tego, biedaczysko, nie widzi!” — Ciotka rzuciła nagle 
chleb na stół i rozpłakała się cienkim, pochlipującym płaczem. — Chociaż po 
śmierci go ocenili, chociaż po śmierci, bo tak to Kwiryna mówiła o nim: 
wariat! 
Pani Raczyńska aż sapnęła. 
— To oni źle ze sobą żyli? 
Ciotka machnęła ręką. 
— Gdzie tam! aż za dobrze! tylko byli do siebie nie dopasowani 
charakterami... — Pochyliła się i w samo ucho pani Raczyńskiej szepnęła 
tajemnicę. — Czy pani wie, że on przed samą śmiercią, w chorobie, pozniżał 
niektórym lokatorom komorne, a od inżyniera wcale nie wziął, bo tamtego 
akurat w fabryce mieli licytować? 
— Co to był za człowiek! 
— Kwiryna o niczym jeszcze nie wie — pisnęła ciotka — ale jak się dowie! 
nie chcę wtedy być w domu! 
Pani Raczyńska aż otworzyła usta aby powiedzieć, że te darowizny 
Romana bez wiedzy żony są nieważne, gdy wtem drzwi od mieszkania 
stuknęły i Kwiryna zawołała: 
— Kto tam? Kto tam jest? 
Ciotka zerwała się na równe nogi, pani Raczyńska chwyciła za swoje 
okrycie. W otwartych drzwiach stanęła Kwiryna. 
— A, to pani?... Co słychać u Amelci? 
Szła w głąb mieszkania i pani Raczyńska, podążyła za nią, struchlała na 
widok tej sczerniałej twarzy, wychudłej postaci, na której czarna suknia 
zwisała luźno. Co za spustoszenie!... Czarne, ogromne i piękne oczy Kwiryny 
tak zwykle żywe i błyszczące, wyglądały teraz jak pociągnięte bielmem. 
Włosy, skręcane w krótkie loki, rozrzucone, leżały na czole, na policzkach, 
niczym czarna chmura. „Ona odmłodniała!” — pomyślała w głębi duszy pani 
Raczyńska, lecz głośno rzekła z akcentem współczucia i nagany. 
— Jak można tak do siebie dopuścić! jak można! 
Rozejrzała się szybko po pokoju, jakby szukając przyczyny samotnego 
przebywania tu Kwiryny, ale dostrzegła tylko okno, zawieszone 
prześcieradłem, naprzeciw zasłanego łóżka Romana. „Co za sens!” — 
pomyślała pani Raczyńska, ale przypomniała sobie nagle opustoszały fotel 
Filipa koło radia i chcąc poruszyć Kwirynę, wyrwać ją z tego zamyślenia, 
rzekła. 
— Czy ty wiesz, co opowiadają o moim dziecku, o Amelci?! 
Kwiryna podniosła powieki, spojrzała na nią i odpowiedziała z wolna. 
— Ona go nie kochała. 
— Co za słowa!... czy to znaczy, że mogła otruć Filipa?! Czy to znaczy, że 
chciała jego śmierci?! 
Wzdrygnęła się z oburzenia, ale Kwiryna powtórzyła jeszcze raz z 
naciskiem. 
— Ona go nie kochała!... — jakby to był wyrok, usprawiedliwienie i 
rozgrzeszenie. Oczy jej nagle ożyły i błysnęły. 
— Czy można ją odwiedzić? 
— Nie, nie! 
Pani Raczyńska sama rzadko otrzymywała widzenie, zresztą Amelcia 
mówi tak mało!... Jedyne jej życzenia dotyczą jedzenia, mydła, gazet. 
Kwiryna usiadła w fotelu, tym samym, na którym czuwała przy Romanie, tak 
samo odwróconym w stronę łóżka i wysłuchała w milczeniu opowiadania o 
adwokacie, staraniach przyśpieszenia procesu, o kaucji i wszystkich ludziach 
świeżo przy tych okazjach poznanych przez panią Raczyńską. Zrozumiała, że 
pani Raczyńska musi się wygadać, że ma tyle wahań i pytań... Ale ona! Ona 
nie miała komu zadawać pytań, jej sprawy były zupełnie inne, musiała to w 
sobie nosić sama i powolutku rozwijać je, rozpatrywać i sama roztrząsać, i 
sobie odpowiedzieć. Cóż ta pani Raczyńska wie? Nic nie wie!... Mogła tylko 
zapytać... 
— Ludzie mówią — rzekła zwyczajnie i spokojnie, jakby powodowana 
tylko ciekawością — że gdy tak łóżka stawia się nogami do okna, to człowiek 
wychodzi z domu na tamten świat... czy to prawda? 
Owszem, pani Raczyńska wierzyła w te rzeczy i miała pod ręką setki 
przykładów, ale czy należy tej biednej Kwirynie jeszcze dokładać wyrzutów? 
Nie. Pani Raczyńska oznajmiła, że: 
— Mało to ludzie gadają, aby wynaleźć przyczyny nieszczęść! 
— Powiem ci, że on był wprost nie do życia. 
I Kwiryna podniosła głowę. Nie do życia? Dlaczegóż to? 
— On był taki, delikatny, taki ciepły, tak się wszystkim przejmował... — 
pani Raczyńska nie mogła jaśniej się wytłumaczyć, więc jeszcze raz 
powtórzyła. — Nie do życia! 
Kwiryna szepnęła przez zaciśnięte zęby. 
— To drań może żyć, a delikatny człowiek — nie?! 
Pani Raczyńska, dotknięta, powstała. 
— Moja Kwiryno, Bóg wie, co robi, kiedy ludzi zabiera... 
Ale oczy Kwiryny już rozpaliły się ogniem życia i gniewu, krzyknęła: 
— Niech mi pani da spokój z swoim Bogiem! Bóg! Ludzie mu nie dali żyć, 
świat mu nie dał żyć!... 
Pani Raczyńska wycofywała się ku drzwiom z twarzą zbielałą, Kwiryna 
następowała na nią: 
— Czy to Bóg winien, że Amelcia siedzi teraz w areszcie? Czy to pani — 
pani — pani?! 
Garbata ciotka stanęła w progu, wstrząśnięta tą sceną i odkryciem, że w 
Kwirynie nie wygasła złość, mimo śmierci Romana. 
— Co pani jej takiego powiedziała, co?... 
Pani Raczyńska zbielałymi wargami zarzekała się. 
— Nic, nic — z okiem utkwionym w tę mściwą zjawę, w Kwirynę, której 
ból odebrał rozum. Wreszcie znalazła się przy drzwiach, otworzyła je i 
zbiegła na dół. Nogi pod nią drżały, świat kręcił się w oczach dookoła. 
Przeszła parę kroków i przystanęła przy sztachetach skwerku. Co ta Kwiryna 
powiedziała? Za co ta napaść? Ona jest winna, że Amelka siedzi w areszcie? 
Czysta głupota! To po prostu omyłka, która się wyjaśni. 
— Proces poszlakowy — powiedział sławny adwokat. Ruszyła z miejsca i w 
szybie wystawowej na Karmelickiej spostrzegła, że ma przekręcony na 
głowie kapelusz. Poprawiła go i sama jakoś przyszła do równowagi. 
Ale o kilka kroków dalej, przy koszykowej etażerce z gazetami 
wytrzeszczyła oczy. 
— Ależ to nasza apteka! Okno w pokoju Amelci! okno sypialni! 
Ujrzała to wszystko wyraźnie na fotografii, naznaczone krzyżykami. 
Oszołomiona, kupiła gazetę, serce jej waliło mocno. Dopiero co to przejście z 
Kwiryną, a teraz znów jakaś niespodzianka! „Ja jeszcze kiedy trupem padnę z 
tego wszystkiego — pomyślała sobie. — I czy nie lepiej siedzieć w domu?...” — 
Nie była biegła w czytaniu, ale znalazłszy się w mieszkaniu i wydobywszy z 
torebki okulary, odczytała tytuł: „Tajemnica śmierci aptekarza...” „Piękna 
aptekarzowa...” „Kolporter Gończyk mówi...” W oczach jej się ćmiło. Co 
może mówić pan Gończyk? Ach, ci ludzie! Czyż Filip nie dawał mu maści 
bez pieniędzy? Czy nie świadczyli mu różnych dobrodziejstw?... Co za 
niewdzięczność!... 
Ale co on może wiedzieć, ten marny Gończyk, ten półgłupek! Pani 
Raczyńska potoczyła wzrokiem po pięknej sypialni Amelii, w której sama 
teraz sypiała, i zdjął ją po prostu śmiech i politowanie nad Gończykiem. 
Jutro, idąc do kościoła, nawet nie spojrzę w jego stronę. Nie będzie się od 
niego brać gazet! Ach prawda, odkąd Filip umarł, gazet się nie kupuje! Musi 
iść dzisiaj do adwokata i pomówić z nim, czy nie można zrobić, żeby gazety 
nie rozpisywały się o sprawie Amelii? 
I podniesiona tą myślą, rada, że ma znów powód do wizyty u adwokata, 
do przebywania w jego pięknym, poważnym salonie, wyszła do kuchni 
prawie z uśmiechem. 
— Niech Katarzyna da mi herbaty, tylko świeżej i mocnej. A co mamy na 
kolację?... 
Można powiedzieć, że los wynagrodził ją pod koniec przykrości tego 
dnia. Właśnie Katarzyna nakryła mały stolik serwetką, gdy dzwonek 
zabrzęczał u drzwi. Zuzanna!... Sama!... Co za dorosła osoba, w kapelusiku 
zamiast beretu, z bukiecikiem fiołków w ręku. Amelia tak lubiła fiołki!... 
— Mama jest zajęta, ale ja mam czas, więc przyszłam babcię odwiedzić. 
— Złote dziecko!... 
XXIV 
Rozdarta między niecierpliwym pragnieniem odwiedzenia grobu Romana 
a koniecznością tkwienia przy kasie, Kwiryna przywołała garbatą ciotkę z 
góry. Przeliczyła gotówkę i uroczyście przy wszystkich wręczyła jej klucz. 
— Niech ciocia (powiedziała. „ciocia!”) mnie zastąpi, tak jak gdybym tu 
sama była!... 
Ciotka wystraszyła się nieco tym ceremoniałem, wyglądało to tak, jakby 
Kwiryna odchodziła stąd na zawsze. 
— Kiedy Kwiryńcia wróci? — spytała drżącym głosem. 
— Koło czwartej. Obiad może być później. 
Garbata ciotka ujęła klucz, wciągnęła sweter na ramiona, zapięła go pod 
szyję i zasiadła przy kasie. Ręce jej się trzęsły. Patrzyła na personel 
spłoszonym wzrokiem kury, która nie wie, czy może dziobnąć to coś, czy 
nie? Kwiryna pomyślała, że robi szaleństwo zostawiając tu ciotkę. Niech 
tylko ludzie spostrzegą mizdrzenie się ciotki, jej przypochlebne miny i 
grzeczność zabiegliwą, zaraz jej wlizą na głowę, będą ją mieć za psi pazur. 
Stało się. Kwiryna wyszła. Gdy jednak, ubrana w swą grubą żałobę, schodziła 
z mieszkania na dół, usłyszała głos ciotki, jak w składziku za sklepem 
gromiła subiekta, że bierze ogórki palcami. Głos ten był już całkiem inny, 
zwięzły i rozkazujący — co za cuda sprawia klucz od kasy!... Uspokojona 
trochę, Kwiryna ruszyła w swą drogę. Musiała zboczyć na Leszno, do 
ogrodnika, gdzie zamówiła wieniec. Chciała, aby kwiaty były jak 
najświeższe. 
Był piękny, prawie gorący dzień jesienny i zgrzała się zaraz w swej 
czerni. Ten kawałek drogi przez Karmelicką zmęczył ją tak, jakby zeszła pół 
świata. Co krok — to wspomnienia. Gdy człowiek mieszka w jednym miejscu 
całe swoje życie, każdy kamień, każdy dom, sklep coś mu przypomina. Tu 
szła z Romanem, tu kupiła mu chusteczkę jedwabną do kieszonki marynarki, 
tu znów zamawiała monogram do palta... Nie lubił monogramów, w pierwszej 
chwili coś mruknął o znaczeniu swojej własności i że jak mu palto ściągną, to 
i monogram nie pomoże, ale zaraz opamiętał się i tak jej dziękował, tak 
dziękował!... Na wspomnienie wdzięczności Romana zrobiło jej się całkiem 
słabo i ze zbielałą twarzą dopadła drzwi kwiaciarni. Wieniec już był gotów, 
leżał na ladzie, nieduży, ale bardzo piękny, z ciemnych sztywnych liści i z 
wielką wiązanką białych róż. Kwiryna zapłakała. 
— Biedna pani! — rzekła ogrodnikowa. — Czy mam go zapakować? 
— Tak. Żeby się tylko nie zgniótł!... — szepnęła Kwiryna głosem 
zdławionym przez łzy. Potem dodała. — Muszę wziąć dorożkę. 
Usadowiona w dorożce, z wieńcem na kolanach, znalazła się nagle w 
dzielnicy handlowej i przez długą chwilę nie mogła zrozumieć, co to się 
dzieje, na co ten gwałt, czego ci ludzie tak się strasznie śpieszą?... Potem, 
rzuciwszy okiem na wielkie handlowe składy, pomyślała. „No, ci to wiedzą, 
jak chodzić koło swoich interesów!” — i ogarnął ją niepokój — o sklep, o 
pracownię, dręczący wyrzut, że czegoś zaniedbuje... Poruszyła się na 
siedzeniu i zawołała na dorożkarza: 
— Niech się pan trochę pospieszy... — Chciała dodać: „Nie jedziemy za 
pogrzebem!” Zacięła usta i opadła na siedzenie. 
Nagle zwalił jej się na głowę cały ten pogrzeb Romana, ze śpiewami 
księży, z tłumem obcych ludzi, z wieńcami a wraz z tym powstały 
nierozstrzygnięte pytania. Co on miał na myśli, godząc w nią palcem i 
wołając: 
— Nie, nie! ty sama... 
To były ostatnie słowa męża do żony, nie powiedział nic więcej, nie 
pożegnał się z nią. Czy tak się robi? Gdy się ocknęła w nocy, był 
nieprzytomny. Nie, nieprawda, był przytomny, tylko już zajęty swoją sprawą: 
umierał. Trzymała go przecież w ramionach i mogła widzieć śmierć jako 
straszną pracę ciała. Te wielkie drżenia, blask i mrok, i głosy w piersi, i 
rozdzierające westchnienia... Odłączony od domu, od niej, od całego świata, 
Roman umierał, samotny. „Głupia ze mnie baba, wiele rzeczy nie rozumiem, 
ale tę straszną samotność zrozumiałam” — przypomniała sobie. I już nic nie 
mogła dla niego zrobić, jak tylko pomóc mu przejść próg między życiem a 
śmiercią, podtrzymać go ramionami i wejść razem z nim. 
— Czemu wtedy nie umarłam! 
Dorożkarz sądząc, że znów go przynagla, zaciął konia i Kwiryna, w 
żałobnym rozwianym welonie, z wieńcem kurczowo podtrzymywanym na 
kolanach, kłusem zajechała przed bramę cmentarną, aż baby podnosiły głowy 
znad doniczek kwiatów, darni i świerkowych wianuszków. To ją znów 
rozgniewało, ale w miarę jak szła w głąb cmentarza, wszystkie uczucia 
opadały z niej jak strzępy, a rosło wspomnienie niedawnego pogrzebu. 
Pojękiwała z cicha, zraniona dotkliwie, snując się po zawiłych ścieżkach, 
kwaterach i drogach, z głową pochyloną i szyją wyciągniętą jak wierny pies, 
który zdąża śladami pana. Dyszała. Wśród niewzruszonych kamiennych 
krzyży, nieruchomych drzew, cichych plam słonecznych, gipsowych i 
marmurowych figur, zastygłych gestów — ona jedna wnosiła tu wyraz życia: 
pośpiechu, bólu i tęsknoty. I wreszcie osunęła się na kolana u grobu Romana 
z uczuciem tępego zdumienia. To już! to wszystko! 
Gdzie był owej nocy, po której tak śmiertelnie się rozchorował? Tego już 
się nie dowie. Co znaczyły te słowa: — Nie, nie! ty sama! Tego już się nie 
dowie. Dlaczego odrzucił połowę majątku, a pozniżał komorne, przecież 
mógł żądać, aby tę jego połowę rozdać biednym!... O tym nic już nie będzie 
wiedziała. Wie teraz tylko, że razem z Romanem odszedł od niej cały sens 
życia, i nagłe skinęła głową nad płytą kamienną, pod którą leżał, 
wyprostowany, twarzą zwrócony ku niej. Zabiegała, męczyła się i trudziła, ale 
śmierć przeszła jej drogę i teraz powinna stać w miejscu. Po cóż jej piękne 
meble, dom, fabryka, zysk? Nic już nie zrobi. Będzie żyć cicho. 
I drgnęła, olśniona. Roman to przewidział! Roman przewidział i ostrzegał 
ją, mówił z naciskiem, że nie warto robić z życia pogoni za majątkiem. 
Roman też pracował, ale jakoś inaczej, weselej, życzliwiej i nieraz zarażał ją 
tym swoim nastrojem, udzielał jej swojej beztroski. Ależ on nie liczył się z 
groszem! Tak żyjąc, można zejść na dziady. Zejść na dziady! Ale cóż jej 
teraz po tym wszystkim? Co mi teraz z tego dostatku przyjdzie?! Co mi po 
tym?! 
Liść oderwał się od drzewa i bezszelestnie spłynął na kamienną płytę. 
Kwiryna podjęła go i odrzuciła. Gdyby można żyć od nowa, bez żalu 
oddałaby cały majątek, żeby mieć Romana. 
— Mówisz tak, bo wiesz dobrze, że śmierci odrobić nie można... — 
szepnęła samej sobie. 
Śmierć? Co to jest śmierć? Gdzie jest teraz Roman? Ludzie mówią „na 
tamtym świecie”, w „niebie”, ale nie mogła sobie wyobrazić skrzywionego i 
smutnego Romana w niebie, w błogości, z aniołami. Cóż by on tan robił ze 
swoim przyzwyczajeniem do marzeń? Dla Kwiryny leżał tu, pod kamienną 
płytą, na wieki wieczne. Nagle przypomniała sobie staruszka księdza, jak 
siedział na skraju łóżka, trzymając ręce Romana, i mówił: 
— Bracie, wyjdź mi naprzeciw... 
Co to miało z być? Czyżby ten staruszek ksiądz wiedział, że spotka 
Romana kiedyś, gdy też umrze?... Czyżby Roman był tu i był gdzie indziej?... 
Osłupiała wpatrzyła się w wielkie litery napisu, w niezłomne świadectwo, że 
tu spoczywa. Ze zmarszczonymi brwiami, machinalnie jęła szeptać słowa 
codziennej modlitwy, aż doszła do „żywot wieczny, amen”. Ogarnął ją 
niepokój, Roman rozdwoił się, leżał tu martwy, to prawda. Ale czuła, że jest 
jeszcze inny, drugi Roman, jakby żywy i czujący, a ten unosił się w nieznane 
krainy w najpiękniejszym, młodzieńczym swym kształcie. Uchodził jej, 
jeszcze raz! Teraz nic jej już nie pozostawało! 
Zgromadziła tu swe bogactwa, marmurową .płytę i czarny marmurowy 
krzyż, złocone litery. Obok leżał porzucony piękny wianek z róż. 
Przychodziła tu z swym jękiem, z swymi pretensjami i pytaniami. O, głupia! 
Roman uszedł jej, przebywał gdzie indziej. Nigdy go dobrze za życia nie 
rozumiała, nigdy nie wiedziała, jaki on właściwie jest, a teraz stawał się 
wprost niepojęty, tajemniczy i mglisty... Nie ma tu po co przychodzić. Na nic 
jej żałoba, chciała kiedyś tu spocząć przy nim, zakupiła grób dwuosobowy, 
dla niego i dla siebie, dwa miejsca. Po co? Jego tu nie ma. Drgnienie 
wściekłości uniosło ją na nogi. Obrabowana, obrabowana że wszystkiego! 
Pochyliła się i prawie nie patrząc ułożyła wieniec. Potem przeżegnała się. I 
poszła ścieżką wzdłuż szeregu grobów, na skręcie odwróciła się raz jeszcze i 
zobaczyła, że na jej miejscu klęczy jakaś kobieta w czarnym okryciu i 
kapeluszu. Aha, pani Raczyńska. Przyszła wdać odwiedzić swoich i zaszła do 
grobu Romana. Kwiryna zawróciła i stanęła obok, czekając, aż tamta skończy 
swoje modlitwy. Czuła teraz coś pokrewnego z panią Raczyńską — czyżby 
pani Raczyńska zdawała sobie sprawę, co robi, wydając młodziutką Amelię 
za mąż za nie kochanego, starego aptekarza? Czy Kwiryna wiedziała, co robi 
użerając się o każde głupstwo z Romanem? Obydwie ulegały tylko swojej 
naturze. Życie jest ciemną sprawą, litość nad sobą i nad klęczącą kazała jej 
powiedzieć, gdy stanęły obok siebie: 
— Pani Raczyńska, niech mi pani nie pamięta przykrych słów. 
Pani Raczyńska skinęła głową i odsunęła od siebie te wszystkie urazy tak 
marne, gdy się jest na cmentarzu, w obliczu grobu, i w obliczu śmierci. 
Przyciszonym głosem szepnęła: 
— Nie chciałam cię rozżalać, Kwiryno, i dlatego nie powiedziałam ci nic o 
tym, jak Amelia strasznie przejęła się chorobą twojego męża. Gdy się 
dowiedziała, że jest umierający, zbladła tak, że myślałam, że zemdleje... 
Kwiryna nadstawiła uszu, po czym zamyśliła się głęboko. 
— To dziwne! — szepnęła — ale i Romanowi wieczorem przed śmiercią 
zdawało się, że Amelka przyszła. Śniła mu się nawet... To strasznie dziwne. 
— Mieli przeczucie — odpowiedziała pani Raczyńska — jedno drugiemu 
udzieliło swoich myśli. Lubili się. 
Oszołomiona, Kwiryna patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma. Myśl 
jej pracowała szybko. A jeśli jest jakiś inny, tajemniczy świat, gdzie ludzie 
mogą w taki sposób obcować ze sobą, użyczać się sobie w życiu i po śmierci? 
Co jest potem? Co jest po śmierci? To przecież niemożliwe, żeby życie było 
nie wiadomo po co i na co, żeby człowiek męczył się bez celu i ginął bez 
śladu? 
— Piękny marmur! — rzekła pani Raczyńska patrząc na pomnik. — Ile też 
kosztował? 
Kwiryna nie pamiętała ceny, wybrała tylko marmur, a kupna dokonał 
rejent, ona wtedy nie miała głowy do takich spraw. Przyklękły jeszcze raz 
przeżegnały się. I poszły razem szeroką aleją ku bramie cmentarnej. 
Pani Raczyńska robiła rozmaite uwagi o pomnikach, grobach i 
dekoracjach kwietnych. Na wiosnę weźmie się do porządków, obsadzi boki 
swoich grobów bratkami, a w głowach, przy krzyżach, trzeba posadzić jakieś 
krzewy — może bluszcz? 
— To podobno niszczy kamień — rzekła Kwiryna. 
Zdawała się słuchać uważnie, ale jej dusza podobna była teraz do twarzy 
Romana w ów ranek śmierci. Drgnienia i światła przepływały przez nią jak 
wielkie fale. Przypominała sobie katechizm i nauki księdza w kościele, i 
kazania, wszystko to, co złożyło się na jej wiarę i w czym odnajdywała ślady 
istnienia pozagrobowego, obietnicę obcowania nawet po śmierci w tym 
jakimś innym „tamtym świecie”. Nie mogła sobie wyobrazić nieba, ale 
doskonale mogła sobie wyobrazić spotkanie Romana ze staruszkiem 
księdzem, to jej utkwiło w pamięci, rysowało się jak obraz. Roman wychodzi 
naprzeciw z wyciągniętą ręką z jakichś zaświatów, z mgieł, z powietrza... 
— Tramwaj! prędzej, Kwiryno! 
Dopadły tramwaju, znalazły jeszcze miejsca i zapłaciły za bilety. Kwiryna 
zauważyła, że pani Raczyńska ma nową czarną torebkę, czarne nowe 
rękawiczki, obsprawiła się. 
— On jest w stanie łaski — rzekł staruszek ksiądz. 
A ona! Nie, Roman może nie wyjść z wyciągniętą ręką naprzeciw niej, 
swojej żony, może ich rozdzielić ta sama przepaść co w życiu. Ażeby go 
spotkać, trzeba mu dorównać. Przeszyły ją dreszcze na myśl, że musiałaby 
postępować tak głupio jak Roman, mizdrzyć się do ludzi, wysłuchiwać ich 
zdechłych smutków i boleści, pochwalać ich próżniactwo, niedołęstwo i 
głupotę. Wszystko się w niej wzburzyło na samą myśl o tym, aż szepnęła 
półgłosem. 
— Nie, nie, to niemożliwe! 
— Co mówisz, Kwiryno? 
— Nie, nic. 
Zazdrościła pani Raczyńskiej, której twarz po tylu przejściach miała w 
sobie tyle spokoju, a nawet jakby odcień — zadowolenia. Przez chwilę 
marzyła o starości jak o błogim stanie, w którym nic już nie jest takie ważne, 
gdy się ma co jeść, dach nad głową i nic nie boli. Czy to znaczy, że ma 
wyrzec się Romana, teraz i na wieki? 
Głęboko zamyślona żegnała się z panią Raczyńską i skręciła na skwerek. 
Sklep, jak zwykle o tej porze, był pełen klientów, z daleka usłyszała 
podniesiony głos ciotki, komenderujący personelem. Nawet tam nie wstąpiła, 
poszła wprost na górę, ale doznała jakiejś ulgi, jak gdyby połowę ciężaru 
złożyła na czyjeś barki. A przy tym bezpieczna o swoje: ciotka, obdarzona 
władzą, wyróżniona i zaszczycona jej zaufaniem, będzie pilnować jej dobra 
jak pies. A ona musi przecież dojść da ładu sama z sobą. 
Wieczorem przyszedł rejent. Zastał Kwirynę w szlafroku, tym 
czerwonym, z włosami ciągle jeszcze wzburzonymi. Wychudła i ciemna 
wyglądała jak drzewa boleśnie osmalone przez ogień. Rejent pochwalił sobie 
ten czerwony szlafrok, świadczyło to, że Kwiryna nie przywiązuje wagi do 
żałoby. Poczęstowany herbatą i smakołykami w bawialni, zapytał czule i 
delikatnie, czy można z nią już mówić o interesach? 
Spojrzała z roztargnieniem. 
— O jakich interesach? 
— Czyżby pani zaniechała myśli o kupnie placu i budowie fabryki? 
— A pewnie!... Co mi po tym? 
Rejent poprawił szkła, przyjrzał się jej i rzekł poważnie. 
— Niech pani tego nie robi, pani Kwiryno, pani potrzebne jest zajęcie, 
dużo pracy, i to pracy efektownej... 
Kwiryna pomyślała sobie: „Może rejent mógłby odpowiedzieć jej na 
wszystkie nie rozstrzygnięte pytania? Przecież to człowiek wykształcony i 
inteligentny?” 
— Panie rejencie, czy pan wierzy w życie pozagrobowe? 
Niestety rejent potrząsnął tylko głową. Jego zdaniem wszystko kończyło 
się z śmiercią człowieka. 
— Jeśli panią to interesuje, to mogę pani przysłać jakieś dzieła naukowe — 
rzekł, choć nie mógł sobie wyobrazić Kwiryny czytającej dzieło naukowe. W 
tej chwili spostrzegł na jej twarzy uśmiech politowania. Rzeczywiście! Miała 
się też kogo pytać o życie pozagrobowe. Tego lamparta, który na tamtym 
świecie może co najwyżej spotkać swoje maszynistki!... Już lepiej mówić z 
nim o interesach. 
— Ja nie wiem, panie rejencie, czy nie zlikwiduję tego, co mam?... Tej 
pracowni, pakowni czy przetwórni?... 
Ale rejent nagle zorientował się w sytuacji i sięgnął po najtęższy 
argument. 
— Niewątpliwie nie byłoby to zgodne z życzeniem zmarłego Romana. 
Przecież pani pamięta, jak on się interesował pani planami, a mnie sam 
mówił, że taka praca da pani dużo zadowolenia. A czy nie mówił na przykład 
o budowie domu?... 
Kwiryna zasłoniła oczy ręką. Prawda! Nawet nie spojrzała na rejenta, 
tylko w roztargnieniu odsunęła szklankę z nie wypitą herbatą, wstała i wyszła 
do sypialni. 
XXV 
Po nie przespanej nocy w wagonie podróżni przesiedli się na małą 
wąskotorówkę, gorliwie pykającą i sapiącą, i pojechali w głąb kraju niczym w 
głąb lądu dziewiczego. Kolejka biegła przez środek potężnego lasu, gdzie 
ogromne drzewa zdawały się sięgać niebios i zastępować drogę wątłym 
szynom i śmiesznym, drżącym wagonikom. Dla kogoś takiego jak Bronka, 
kto całe życie spędził w mieście i podwarszawskich okolicach, było to 
wszystko wielkim objawieniem. Usadowiona przy oknie, przez cały czas tej 
podróży nie pisnęła ani słowa, a jej oczy stały się, jeśli to możliwe, jeszcze 
bardziej okrągłe. Ignacy drzemał, budził się, na dźwięk rozmów, zapalał 
papierosa i znów drzemał. Wagonik drugiej klasy był prawie pełny, ludzie 
wracali z miasta, jak się można było przekonać — z zebrań przedwyborczych. 
Urzędnicy, administracja i ziemianie. Szeleściły odezwy, cyrkularze i inne 
papierzyska, padały te same co w stolicy słowa i „chytre” omówienia 
miejscowych kandydatur. W pewnej chwili Bronka spojrzała na Ignacego z 
zabawnym ubolewaniem. W przyległym przedziale padło i jego nazwisko i 
mógł usłyszeć na własne uszy, że to nazwisko otoczone jest już, legendą 
pochlebną i w pewnym sensie złowrogą. Wzruszył ramionami. Gaduły! 
— Czy daleko jeszcze? — zapytała Bronka. 
Ignacy zerknął na zegarek i nakazał powolutku „zbierać się”. To wcale 
jednak nie wróżyło końca podróży. Pociążek wlókł się i wlókł, przystając na — 
jakichś głuchych przystankach, przy tartakach czy wyrębach. W tym stanie 
rzeczy Ignacy zaniepokoił się losem nadanej depeszy. Po pierwsze — mogła 
nie dojść na czas, po drugie — mogła nie zastać adresata. 
— Wszystko mi jedno — rzekła Bronka. 
— Mamy jeszcze bagatelną podróż końmi, nie myśl sobie jednak, że to 
podróż na Mokotów. 
Rzeczywiście, gdy przystanęli wśród rozległej łąki, nic nie zdawało się 
świadczyć, że depesza doszła i adresat był w domu. Jakiś wysoki człek w 
szarych samodziałach stał co prawda nie opodal, ale, odwrócony tyłem do 
stojącego właśnie pociągu, zdawał się interesować tylko pobliską kępą drzew, 
za którymi trajkotał młyn, ciągnęły się chałupy i murowane zabudowania 
dworskie. Ignacy z rozmachem rzucił walizkę w bujną tratwę i pomógł 
Bronce zeskoczyć z wysokiego stopnia. Po czym krzyknął bez przekonania, 
półgłosem i raczej dla próby. 
— Te, Wojtek! 
Wysoki człek w samodziałach odwrócił się i odkrzyknął. 
— Jak się masz, Ignaś!... Konie są, nie bój się! 
Bronka, trzymając się w rezerwie, obserwowała spod oka, jak obaj 
panowie zetknęli się, objęli i poszturchali po plecach, pokrzykując. 
— He, he, chłopie!... no człowieku!... — i dopiero potem ogarnęli się 
oczyma, Ignacy rzekł „wykwintnie”. 
— Pozwól no, Broniu? — I przedstawił swego towarzysza, 
Wojciechowskiego, obywatela „Wojtka” lub „Dyplomatę”, która to ostatnia 
nazwa bynajmniej nie świadczyła o zdolnościach dyplomatycznych tegoż, a 
raczej o braku ich. Ignacy, w doskonałym humorze, perorował. — 
Podejrzewam nawet, że to się stało ową tajemniczą przyczyną, dla której 
obywatel Wojtek zarwał z cywilizacją i zaszył się „w głusz leśną” w randze 
podleśnego. 
— No, no, dobra, synu, dobra! — rzekł tamten. I pochwalił się zaraz. — A ja 
panią znam! 
— Skąd?! 
— Z listów, jakie ten bohater smarował do pani „dniamy i nocamy” z 
wojska. 
Ignacy szepnął szyderczo: 
— A co, nie mówiłem?... — Po czym krzyknął. — Wio, jazda! jedziemy? — i 
podsadził Bronkę na wysoki stopień bryczuszki. 
— Zostawiłem je tutaj — rzeki zakłopotany Wojtek — bo się szelmy płoszą 
od tych kolejowych samowarków. 
Skoro tylko znaleźli się w bryczce, „wszystko poszło jak po maśle”, 
według oświadczenia Ignacego, wyjąwszy tylko tego woreczka mąki z młyna 
i produktów od Berka, i raportu do dworu, z którym to raportem skoczył nie 
sam pan leśniczy, ale jakieś chłopię. Pijana ostrym powietrzem, Bronka 
uprzedziła, aby na nią nie liczono, bo będzie spać. Istotnie, kiwała się tak 
bardzo i tak bardzo leciała w bok, że Ignacy ogarnął ją ramieniem i dla 
pewności obetkał ze wszech stron pledem. Ukołysana ruchem bryczki 
głosami pokrzykujących przyjaciół, drzemiąc, wzdrygnęła się nagie od 
wielkiej ciszy i bezruchu. Bryczka stała w ogromnym lesie przed chatą, 
wokół której wykarczowano drzewa na rozległy sad. Na chwiejnych nogach 
dobrnęła do ganku i znalazła się w malutkim pokoiku, prawie ciemnym od 
krzewów, które pchały się na gwałt do wnętrza przez otwarte okno. W uszach 
jej szumiało, nieliczne sprzęty wirowały w kółko. Starała się zatrzymać i 
umiejscowić jeden z nich, najbardziej upragniony: łóżko — i ułożyła się 
ostrożnie, z zamkniętymi oczyma. Ignacy parskał już w przyległej izbie 
lodowatą wodą i raźno pokrzykiwał: 
— No, jakże ci tam? żyjesz?! 
— — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – 
Nie wiadomo, co ją obudziło, że wstała o szarzejącym świcie i 
narzuciwszy obszerny, miękki sweter Ignacego, wymknęła się przed dom. 
Lekkie owale mgieł sunęły z ziemi ku górze, otulały drzewa i wznosiły się 
wyżej, powoli a wyżej, jak czarodziejska kurtyna w teatrze. Było jeszcze tak 
wcześnie, że ptaki spały w swych gniazdach, wiatr spał, słońce nie wzeszło, 
liście nie drgały od podmuchów. W tej wielkiej ciszy słychać było tylko 
szelest opadającej rosy, dźwięczny głos, jaki dawały obmyte dopiero co, 
rosiste drzewa. Rosiste drzewa! To tak wyglądało!... Rosa srebrnymi 
kroplami pada z drzew... Bronka długo stała nieruchoma, zanim w gęstwinie, 
w głębi, rozległ się nieśmiały a przeciągły gwizd pierwszego ptaka. Nagle jak 
strzała przemknął między rude pnie sosen błysk słońca. Coraz więcej głosów, 
poświstów, brzęczeń... Bronka pośpiesznie wróciła o do chaty. W pierwszej 
izbie spał Ignacy z dramatycznie rozkrzyżowanymi ramionami, z głuchą 
twarzą, zupełnie inną. Dotknęła jego czoła i zaszeptała gwałtownie. 
— Wstawaj, Ignaś, wstawaj! 
Naprzeciw — otwarte drzwi ukazywały wnętrze kuchni. Ogień płonął już 
na kominie i mocny zapach smolistych drzazg uderzał w nozdrza. Pod 
pewnymi względami było tu tak jak w kuchni na Nowolipiu. Odsunięte garnki 
z przegotowanym mlekiem i kawą stały na blasze, czajnik szumiał, a bochen 
chleba leżał na stole. Bronka znalazła kubki i łyżki w brązowo pomalowanej, 
niskiej szafce z szufladami na noże i widelce, sznurki, gwoździe i korki. 
Polewana, gliniana miska służy pewnie do mycia?... Doskonale dawała sobie 
radę w tym nowym i obcym domu i Ignacy rzekł: 
— Tak jakbyś się tu urodziła! 
Poza tym wszystko stawało się jakby samo, gdy szli w głąb lasu, Ignacy 
przodem a ona za nim, w głębokiej ciszy. Za jakąś tajemną i wzajemną zgodą 
nie wszczynali rozmowy o swoich sprawach, o żadnych sprawach. Po długim 
marszu, gdy odpoczywali, ziemia zdawała się kołysać lekko, a niebo nisko 
zasklepiało swe błękitne skrzydła. Leżąc, tak z dołu, jakimś przyziemnym a 
bliskim pojrzeniem można było odczuć i zobaczyć, i ogarnąć świat i ziemię, 
która rozchylała się, rozstępowała po to tylko, aby rodzić olbrzymy i źdźbła. 
Jej twórczość była namiętna i prosta, pełna niezachwianego ładu i harmonii. 
O swej porze powstawała, wzburzona do głębi, rodziła, aby wreszcie jęknąć 
krwią i blaskiem jesieni. Niezliczone głosy ptaków unosiły się nad nią, chyże 
stopy zwierząt przemierzały ją lekko... Różowy świt zmieniał się w złote 
południe, nadchodził krwawy zachód. Zjawiał się blady księżyc na 
ciemniejącym niebie, była pełnia, psy na leśniczówce biegały niespokojnie 
wokół domu lub obsiadłszy ganek, z łbami wzniesionymi w górę, wyły w 
ostatniej rozpaczy. U rzeźbionych okapów chat, nad okienkami, lśniły złote 
gwiazdy. Tu, jak ornament jedyny i niechybny, wisiały wieńce pachnących 
grzybów i małe snopki lnu, i pęki makówek. Ludzie mówili śpiewnymi 
głosami, a niezachwiana harmonia otoczenia użyczała się ich ciałom, 
ramionom, zdawali się wiedzieć, czemu żyją. Ale pieśń nadbiegająca od 
pracy, z pól, niosła w sobie długie zawodzenie nad ciemną dolą życia, nad 
nieuniknionym jego biegiem. Tu, gdzieś między ich wytężoną pracą, między 
trudem w pocie czoła a tą pieśnią poddania, leżała tajemnica. Bronka 
nasłuchiwała. Bo już dawno przestała szukać różnorodnych wyjść za pomocą 
zewnętrznych posunięć i, zmian! Zerwać z Ignacym czy żyć z nim, zwinąć 
mieszkanie na dolnym Mokotowie i przenieść się do miasta, odszukać Tiessa, 
żyć po dawnemu?... To już nie miało znaczenia. Tu gdzieś leżała tajemnica i 
próbowała ją osiągnąć, nasłuchując, milcząc, tropiąc, z ramionami ulegle 
opuszczonymi, z ciałem podatnym do przyjęcia jeszcze jednego kształtu, 
podobna nowicjuszce, która chce podchwycić nieznany a prosty rytm. Ignacy 
rzekł: 
— Ach, kobieto, ty masz tyle jeszcze przed sobą. Wszystko dla ciebie 
ciągle jest nowe! 
Polował. Huk strzałów wiódł Bronkę w jego stronę. Szła w głąb lasu, 
zawracała, szła na przełaj. W jakimś miejscu ziemia rozstępowała się 
łagodnie i rozlegle. W tym uroczym wgłębieniu, wśród pierścienia falujących 
zboczy, lśniła krągła kropla, wody. Tam biegły w dół niskie, kosmate sosny i 
wybujałe, fioletowe dzikie floksy, niby drogocenne kamienie wprawione w 
zieleń. Białe obłoki, rozkochane w tym widoku, zawisły nieruchomo na 
niebie. Bronka przestała myśleć. Jej serce biło wielkimi, bolesnymi 
uderzeniami, łzy szybko podpłynęły pod powieki. Poszła wyniosłym lesistym 
grzbietem, nad leśnymi jeziorami w dole, stromymi w różnorodną oprawę. Tu 
biegły w krąg białe brzozy o czerwonych, jesiennych splotach gałęzi, tu 
wierzby weszły w wodę, a jeszcze dalej głuche, opustoszałe jezioro z 
wyciętymi wokół drzewami. Szare, obumarłe już pnie sterczały w bagnistej 
ziemi, woda miała nieprzenikniony połysk i rozstępowała się wąsko jak 
materia pod dziobem łodzi Ignacego... 
Przed gankiem leżał pęk ubitego ptactwa. Ignacy, w rozchełstanej koszuli, 
kroił kozikiem pajdy chleba i plastry brązowej wędzonki. Śpiewnie mówiąca 
dziewczyna, Anastazja, nie była gotowa z wieczerzą. Okna leśniczówki 
płonęły od zachodu, Bronka przycupnęła na stopniach, przebierając 
przyniesione rydze. Psy, zadyszane gonitwą, pokładły się plackiem, 
nieruchome, wodziły wzrokiem za ludźmi. Od czasu do czasu któryś tam 
sapnął głębokim, psim westchnieniem. 
— Ignaś, dlaczego pies wzdycha?... co mu się wtedy wydaje? 
— Kto go tam wie. Ale myślę, że wzdycha tak samo jak człowiek. 
Nagle wszystko zgasło, jakby ktoś zdmuchnął wielką lampę. Wszystko 
zszarzało. Ale czuło się za plecami ciepły dech domu, zaciszne wnętrza pod 
niskim belkowaniem pułapów. Bronka powstała, strzepnęła suknię i z sitem 
pełnym rydzów poszła pomagać Anastazji. Przez otwarte drzwi kuchni Ignacy 
widział jej twarz świeżo obmytą, niedbale zwinięte za uszami włosy i lekko 
odęte wargi. W ściśniętych palcach trzymała szczyptę soli i pochylona nad 
kuchnią, soliła grzyby, podrzucała je zręcznie ogromnym nożem kuchennym. 
Mrok izby i ogień pod blachą wydobywał małe fragmenty jej twarzy, ramię i 
celebrujące dłonie. Ukazał jego oczom łagodny owal policzka i trochę 
zapadłą skroń, którą tak lubił czuć pod wargami. Zdawało się Ignacemu, że 
dobił do portu, że wygasły w nim nienasycone pragnienia i aspiracje, oddał 
się złudzie, że to rozległe domisko w lesie i ta kobieta będą mu służyć pod 
koniec dni. Taki wieczór, z czułością dla świata w sercu, to nieomal 
apoteoza! Huk siekiery od strony obórki umilkł. Zbliżał się Wojtek z stosem 
własnoręcznie porąbanych drew na ramieniu. A jednak to chłopisko wybrało 
od razu! 
Jego karabin, szabla i krzyż walecznych zdobiły ścianę nad łożem 
przykrytym kocem, nie jak zamierzchła przeszłość pełna chwały, ale jak 
dopiero co odwalona robota, której przed innymi i przede wszystkim należało 
dokonać. Gdy zdjął mundur, przywdział samodział, taką samą bluzę i portki. 
Dlaczego nie miejską marynarczynę? Czemu nie wahał się, nie szukał i nie 
rzucał na oślep? Ponieważ jego instynkt kazał mu wybrać warunki, w których 
będzie mógł żyć i wyżyć się zgodnie z sobą, w harmonii i w rytmie, co znowu 
tworzy coś ostatecznego, ową pełnię, co sprawia, że człowiek jest 
wewnętrznie zadowolony. Te sprawy dla większości ludzi współczesnych 
były wprost nieosiągalne!... Można by powiedzieć bez przesady, że 
zadowolenie stało się obrazem głupca, pyszałka i ślepca, ale nie człowieka 
serio. Ktoś, kto nie umie się krytycznie odnieść do swojej roboty, przepadł. 
Są jednak sprawy, do których trzeba się odnieść z żarliwością, nie podobna 
ich robić bez przekonania, ponieważ wtedy rozłażą się, z góry idą na 
przegrane. Ignacy miał to uczucie zabierając się do swej publicznej 
działalności. Tak. Miał je. Osiągnął je w sobie. Ale jego sprawy osobiste! Tu 
było to pęknięcie złowieszcze, ten zgrzyt. 
No, przypuśćmy, że rozwiedzie się z Magdaleną i ożeni się z Bronką. 
Czyż można ją sobie wyobrazić w współżyciu z tym nowym światem?... 
(Bronka akurat odwróciła się od ognia z patelnią dymiącą wonią ostrą 
grzybów, szła w stronę izby, blask z kuchni oświetlał ją z tyłu, sunęła: kształt 
ciemny i zwięzły, w obcisłej spódniczce, z twarzą niewidzialną, zatartą). 
Przypuśćmy, że rozstanie się z Bronką i zostanie przy Magdalenie, która tak 
świetnie umie celebrować, która zadowala jego pychę posiadacza, ale która 
jest mu tak obca? Taki drobiazg jak jej bezpośrednie zwroty: rzadko 
nazywała go jego właściwym imieniem, zawsze je przybierała w jakiś akcent, 
skrót lub po prostu ochrzciła go inaczej, prawdopodobnie to, które nosił, 
wydało jej się zbyt pospolite. Drobiazg!... Ale to ją dobrze charakteryzowało, 
to mówiło o niej wręcz wszystko! Gotowa zawsze poświęcić istotę rzeczy dla 
formy. Nie żyje się z kobietą dla reprezentacji, dla świata, dla czegoś. Żyje 
się dla siebie. 
— Ignasiu, prędko, bo wystygnie! 
— Hej, Ignacy, do żłobu! 
Przywołany, stanął nad stołem przykrytym płótnem, zastawionym 
glinianymi misami z jadłem, i objął Bronkę ramieniem. Była ciepła i miękka. 
„Nie, ja jej nie opuszczę — pomyślał Ignacy — nie po to po raz drugi wchodzę 
w jej życie, aby robić taką grandę...” I pełen uroczystego nastroju usiadł za 
stołem, nad którym płonęła lampa naftowa. Choćby dla tej lampy warto było 
tu przyjechać!... Oczy jego wypoczywały. Świat obrócił się nagle jakby koło 
osi i, widziany z innego miejsca, z wnętrza izby, stał się inny, ale niemniej 
piękny. Księżyc wisiał nad płotkiem, w całej swej pełni. Drżały gwiazdy. Za 
oknem rozciągały się pędy dzikiego wina, misterna i zawiła sieć 
przyciągająca spojrzenia... 
Nazajutrz wstał dziwny dzień. Ciepły, ale bezsłoneczny, z siwym niebem, 
nisko nawisłym. Ani drgnienia. Ptaki snuły się tuż nad ziemią, kryły pod 
okopami ganku. Nad rżyskiem płynęły gęsto smugi babiego lata. Czerwony 
las stał osępiały. 
Ignacy zwiózł siano wespół z Wojtkiem. Za trzecim obrotem ujrzał 
Bronkę na stopniach ganku, uzbrojoną w igłę, nici i ogromny naparstek 
Anastazji. Naprawiała rękaw bluzy Wojtkowej, którą wczoraj Ignacy 
„pożyczył sobie” i rozdarł o sęk drzewa. 
— Rzuć to i chodź ze mną! 
Krzyknęła. 
— Anastazjo! — rzuciła robotę tamtej w wyciągnięte ręce i chyżo podbiegła 
ku niemu. Ignacy był czemuś niespokojny, jakimś bezimiennym niepokojem 
o nic i o nikogo. Rzekł: 
— No, powiedz, co za dzień! 
Poszli naprzód, nad stawy, na groblę, która zawsze była tak wesoła, 
obrośnięta bujnie, strojna w szczawie i rumianki. Ale — czy zmylili drogę? 
Znaleźli się w nieznanym kręgu lasu wysokopiennego, bez poszycia, jakby 
pustego i schorzałego. Biegła tu wygodna, choć wąska droga, wyłożona 
okrąglakami, wyrównana nalotem szpilek sosnowych i ziemią. Ignacy 
gwizdnął. 
— To mi pachnie wojną i Niemcem. Okupacją i rekwizycją. 
Natykali się na miejsca zupełnie opustoszałe, pełne żałosnych sosnowych 
pni sterczących nago spod pożółkłego igliwia. Reszta, która potem szła, 
niedobitki, krzepkie na oko i niebotyczne, nie miały gałęzi. Schorzałe, 
żałosne kikuty, niczym okaleczałe ramiona, z rzadka dźwigały się w górę. Co 
u diabła! to przecie nie pogorzelisko! Ignacy przyjrzał im się uważnie i twarz 
skurczyła mu się jakimś grymasem. Na pniach drzew, wokół, jak okiem 
sięgnąć, z jednej strony na wysokości człowieka bieliły się głębokie, skośne, 
zdradliwe cięcia. Były już jakby nieżywe, zasklepione i nie bolące rany, ale 
widziane tak z bliska, dotykane drżącymi palcami sprawiały przejmujące 
wrażenie. 
— Toczyli żywicę — szepnął Ignacy — o dranie, dranie, dranie!... 
Nacinali uważnie i systematycznie, i chytrze w miejsca umiejętnie 
wybrane, obfite i toczyli żywicę jak krew z żywego organizmu. Pobity, 
obumarły las, który już nigdy nie powstanie. Okaleczałe drzewa, jak 
okaleczali ludzie, rany nie zagojone. Ignacy spojrzał na Bronkę. Blada, o 
zbielałych wargach, uśmiechała się żałośnie rozdzierającym, prawdomównym 
uśmiechem. Zobaczył ją przy tych drzewach tak samo okaleczałą w 
tajemnym, najgłębszym sensie, w swej istocie. Ujrzał ją, dziecko jeszcze, na 
Nowolipkach, bytującą w jakiejś smudze miłości, która wiodła ją od 
powaśnionych matki i ojca do zrozpaczonej Marii, przycichłego Mietka, 
tragicznej Frani i zaplutego, cuchnącego potworka bawiącego się pod 
kasztanem — aby wreszcie palący bukiet tych uczuć złożyć jemu. Była 
miłością... I nic już nie czuł w tej chwili prócz straszliwego współczucia i 
bólu, tak jakby i on został dosięgnięty i zraniony. Objął ją. Ich serca biły 
głośnymi stukami, a skurcz ściskał gardła. Było w tym wszystkim jakieś. 
przebacz mi! przebacz sobie! przebacz życiu! i zrozumienie przeszywająco 
bliskie. 
To cmentarzysko, skazane już na zagładę, ulegało powolnemu wyrębowi. 
Oto znaleźli się na skraju lasu ogołoconego a pełnego ułożonych równo sążni. 
Pobite olbrzymy staczały się po pochyłości i nie osiągnąwszy dna, 
zatrzymane przez krzewy i pnie, tworzyły bezładne pobojowisko, to miejsce 
było całe rdzawe, rude, czerwone, tylko wióry i odpadki od obróbki pni 
tworzyły siwe plamy. Te resztki poddane działaniu słońca, deszczu i 
powietrza, spłowiały, zszarzały, aż do połyskliwych odcieni błękitu. Wrzosy 
bujnie kwitnące, nalot pożółkłych liści, poczerwieniałe krzaczki jagód, tony 
coraz głębsze, znieruchomiałe, jakby już ostateczne. Ignacy schylił się, zdjął 
ostrożnie spod liścia napęczniałą z soków poziomkę i podał ją Bronce. 
— Jaka słodka! 
— Ostatnia. 
Głosy ich padły, stłumione, nie naruszając martwej ciszy. Od stawu 
podniósł się ostry, przeszywający krzyk rybitw. Ignacy szepnął: 
— Wracajmy! 
Suche gałęzie trzaskały pod ich krokami. Musieli wejść z powrotem pod 
górę i słychać było urywany, przyśpieszony oddech Bronki. Nagle jakby 
machnęła nad sobą ręką, jakby przestała udawać, jakby opadła z sił, 
doszedłszy do sobie tylko wiadomego końca. Lecz uśmiechała się łagodnie i 
przepraszająco, gdy odpoczywali na szczycie. Mieli przed sobą, nisko, ową 
rudą i spłowiałą dolinę, piękną i melancholijną, i patrzyli, jakby chcąc 
zapamiętać ten widok na zawsze. Ignacy, z głową złożoną na kolanach 
Bronki, rozmyślał, czyby nie udało się zostać tu jeszcze parę dni?... 
Ale to był ostatni ich wieczór na leśniczówce. Z daleka przed gankiem 
ujrzeli powóz z parą koni, a na ich spotkanie wyszedł z izby w towarzystwie 
Wojciechowskiego młody człowiek w sztylpach, pięknym garniturze 
sportowo-ziemiańskim i z całym tym nieuchwytnym wzięciem pana na swych 
śmieciach. „Okazał się być” synem dziedzica, a niski pan w czarnych 
uroczystościach — miejscowym starostą powiatu. 
— Od wczoraj alarmuje nas telefonicznie Warszawa!... Gdybyśmy 
wiedzieli!... Ależ państwu musiało tu być bardzo niewygodnie!... 
Ignacy, w starych drelichach Wojciechowskiego, nagle i nieuchwytnie 
zmieniony, podziękował, a potem spytał kwaśno: 
— Kto, u licha, mógł wiedzieć?... 
I urwał w połowie zdania. Starosta podchwycił. 
— O ile mogłem wywnioskować, informacji zasięgnięto u małżonki pana, 
moja żona miała ją zaszczyt poznać przy wspólnej pracy społecznej. 
Magdalena!... Bronka z błyskiem humoru w oczach spojrzała na 
Ignacego. Ale od czasów pamiętnego spotkania na kweście w cukierni Ignacy 
zmienił się tak dalece, że ta sytuacja nie zakłopotała go. Sposób, w jaki 
dokonał ceremoniału przedstawienia, zmusił zmieszanych panów do 
namaszczonego pochylenia się do jej ręki. Spłoszona Anastazja nakrywała 
pośpiesznie do stołu. „Niedyplomatyczny” Wojciechowski milczał jak grób. 
Starosta znacząco spoglądał co chwila na zegarek. 
— Obawiam się, że nie dość jasno poinformowałem pana. Punkt ósma 
mamy mieć połączenie starostwa z stolicą i prezydium. Jeśli się 
pośpieszymy... 
— Konie do dyspozycji — rzekł młody dziedzic. Wyglądało to raczej na 
uprowadzenie z eskortą niż na usługę oddaną „interesom publicznym”. W 
powietrzu unosiły się tytuły. Nie mówiono „panie pośle” nie dlatego, iż to 
było przedwczesne, ale ponieważ okazywało się już za małe w połączeniu z 
nazwiskami rozmówców telefonicznie tropiących Ignacego. Jeśli nie 
przyjechał tu sam wojewoda, lecz starosta, to tylko dlatego, że był akurat na 
urlopie. Starosta zrozumiał w jednej chwili atmosferę tego nie tylko bliskiego 
posłowania, ale przodownictwa politycznego Piędzickiego. Jednakże brak 
tytułów okropnie utrudniał mu rozmowę. Przy słowie „pan” namaszczał głos 
tak, jakby już, z góry kładł w nie wszystkie przypuszczalne godności 
oczekujące tego dziwnego gościa. Ignacy przerwał tę sytuację dość sucho, 
przepraszając, że musi się przebrać i przygotować do drogi. Wojciechowski 
zaprosił panów tymczasem „na małą przekąskę”. 
W małym pokoiku Bronka już pakowała walizę. 
XXVI 
Niedziela, można nie patrzeć na kalendarz. Od wczesnego ranka cicha 
uliczka przed drewniakami rozbrzmiewa muzyką. Ludzie z brzękiem 
otwierają lufciki, dzieciaki tworzą ścisłe koło, przechodnie zatrzymują się. 
Niedzielny ranek, jest wesoło, po sobotniej wypłacie szykują się lepsze 
obiady, człowiek jest pełen otuchy, a przez to i dobroci. Muzykanci o tym 
wiedzą. Gdzież masz szukać hojniejszej ręki, jak nie tu, wśród swoich? 
Gdzież cię tak od razu poznają? Bezrobocie i redukcje wygnały niejednego z 
warsztatu, fabryki czy nawet urzędu... na ulicę z instrumentem w ręku. 
Drewniak z lewej strony opustoszał. Jeszcze trochę czasu upłynie, zanim 
wprowadzą się tu nowi ludzie. Tu, gdzie popełniono morderstwo. Którejś 
nocy huk strzału przerwał zwykłą sobotnią kłótnię. Rozległ się przerażający 
krzyk dzieci. Bronka zerwała się z pierwszego snu i przysiadła na tapczanie. 
W ciemności oczy jej doskonale widziały wszystko, co się tam działo, można 
to było sobie wyobrazić z przerażającą jasnością. Ale nie czuła ani bólu, ani 
współczucia, tylko wielką ulgę. W ciszy, jaka potem zapadła, słychać było 
trzask odmykanych drzwi i okien, szybkie kroki sąsiadów i wreszcie gwizdek 
policjanta. Ta nieszczęsna nie będzie już cierpieć przez żadną sobotnią noc, 
wieczny jej pokój, wieczne odpoczywanie. To był jeden z tych związków 
nędzy, których nie rozwiąże nikt i nic — prócz śmierci. Tak, ale ona pewnie 
wolałaby żyć, żyć życiem najmarniejszym, ale żyć!... 
A teraz piszczy klarnet między drewniakami a ozdobnymi kratami will. 
Do diabła, to się wwierca człowiekowi we wnętrzności! Bronka powstała, 
zawinęła drobniaki i rzuciła je z rozmachem. Dało to skutek. Klarnet nie 
zaczął drugiego popisowego numeru, którym był. „Ty, ty moje marzenie!” 
W pokoju czuć było wczorajsze papierosy, stos gazet rósł koło tapczanu, 
jednym słowem, wszystko nieomal jak „przed Ignasiem”. Ten epokowy 
powrót i romans nie stał się, niestety, nową epoką jej życia... Po daremnym 
oczekiwaniu pies Dżek przeniósł się pod inne okno, wystawia czuły nos pod 
inne, lepsze kąski. Nie trzeba wiele, aby świat o tobie zapomniał. 
Telefon zaterkotał, raz, drugi i trzeci. Zanim się namyśliła, żeby wstać, 
umilkł. Kto też to mógł dzwonić? Przez chwilę interesowało ją to pytanie, 
bardzo żałowała, że nie podeszła. Ignacy!... Ignacy spędza niedzielę na łonie 
rodziny, kto wie, może nawet wyjechał na wieś do wciąż „ciężko chorej” 
teściowej... Ostatecznie, kawalerkę urządziła mu Cechna Meysztor, fachman 
od takich rzeczy. Bronka poszła tam pewnego wieczoru w odwiedziny, z 
bukietem fiołków, starannie tym razem ubrana, i siedząc w pięknym i 
zacisznym wnętrzu, przy stoliczku, który usługujący dryblas zastawił prędko i 
zręcznie, doznała dziwnego uczucia. Jakże to byłoby przyjemne, żeby jej z 
tym interesującym pod pewnymi względami Ignacym nic nie łączyło, żadne 
przeżycia, prócz takiej randki przygodnej! Nastrój robił się sam, patrzyli na 
siebie nowym, ciekawym spojrzeniem, nie poruszali żadnych przykrych 
tematów i zapadały chwile milczeń, w których trudno było oczy od siebie 
oderwać. Ignacy rzekł. 
— Parę razy dałaś mi przeżyć coś, czego się nie zapomina. 
To brzmiało nieomal jak podzwonne. 
Tak, czas już, wysnuło się samo. Uczuła to bardzo silnie w czasie powrotu 
ze wsi, w czasie krótkiego postoju w miasteczku i starostwie. Ignacy — 
oficjalny, zwarty w sobie, niby uprzejmy, a trzymający każde słowo na 
wodzy, wytwarzający nieuchwytny dystans między sobą a ludźmi, Ignacy z 
„kurierków”, Ignacy przed mikrofonem, Ignacy przemawiający na wiecu, 
Ignacy przemawiający na komisji, w sejmie, przecinający wstęgę na 
wystawie, goszczący w swoim macierzystym pułku... (Wojciechowski nie 
przyjechał.) Ignacy pchany już teraz tylko niewidzialną a potężną ręką, wśród 
nadarzających się spraw i okoliczności. Gdy się dobrze nad tą sprawą 
namyślić, to jego pierwszy krok — ach, pierwszy krok szczęśliwy i decydujący 
to była owa zamierzchła sprawa zmiany czapek, z progimnazjum na 
Chrzanowskiego, granatową na błękitną. Mietek także bardzo a bardzo chciał 
zmienić czapkę, ale „nie mieli na to środków”. Można by powiedzieć, że 
przez te „środki” miłość ojczyzny stała się u Ignacego bardziej aktywna i 
realna i pozwoliła mu włożyć czapkę legionów akurat wtedy, gdy Mietek 
stanął przy warsztacie, „obarczony rodziną”. Jedynym czynem patriotycznym 
Mietka był strajk szkolny i cios kolbą karabinu w twarz, po którym to ciosie 
ostała mu się biała blizna na twarzy. Z tą blizną zginęli Mossakowscy w 
odmęcie Rosji. 
Ignacy zmienił sferę, zmienił partię, zmienił organizację. Nie mówił już o 
udziale jak najszerszych warstw w pracy dla państwa. Przez kilka tygodni 
Bronka przerzucała gazety, ale nie było mowy ani o reformie rolnej, ani o 
domenie pracy22, ani o... Była mowa o zmianie ordynacji wyborczej. Na 
samym wierzchu stosu leżała gazeta odwrócona akurat na stronie, gdzie poseł 
Piędzicki na uroczystej inauguracji roku w szkole rzemieślniczej. Ależ to 
nieomal męska Magdalena. 
— Nie otchadi, ostań sa mnoju!... — zanuciła nagle niskim, głębokim głosem. 
Przerwał jej, jakby do wtóru, dźwięk gitary, pierwszy akord, jakim grajek 
próbuje instrument, wstęp dla słuchaczy, coś znanego. Takimi oderwanymi 
tonami buczał pokój na Nowolipkach w dzień prób zespołu Mietka. 
Odezwały się krótko i płocho skrzypce, sapnęła harmonia, poważnie 
przytaknęła wiolonczela. Wreszcie brzęknęły miedziane talerze, huknął bęben 
i fala dźwięków runęła na świat. Od tego wstrząsu kilka ostatnich, zeschłych 
liści jabłoni przemknęło za oknem, uniesione wiatrem. Bronka z ramionami 
pod głową, z oczyma przymkniętymi, wyciągnięta, nasłuchiwała. Musiał to 
być duży i doskonały zespół, zgrany i czujny, bo zawrotne kręgi muzyczne 
opadały nagle i miękko, tak czule i zwinnie a szumnie, zawracały tak 
misternie jak zakochane ramiona, którymi tancerz wiedzie swą dziewczynę. 
Było w tym coś znanego, coś odurzającego! Bronka zerwała się na równe 
nogi i zaciskając szlafrok na piersiach, podbiegła do okna. Walc „Piękne 
róże!”... Zespół! I osuwając się na kolana, z głową na parapecie okna, 
szepnęła z osłupieniem. 
— Zeszli na ulicę!... 
Przyjrzała im się, jak stali w krąg, otoczeni tłumem ludzi, na wprost 
otwartych okien, ci sami i inni. Z dawnego zespołu została pani Eugenia i ona 
to zdawała się dzierżyć pałeczkę kapelmistrza. Jej głowa i ręce prowadziły 
chór małymi, niewidocznymi prawie gestami, tak jak to robił Mietek. Obok 
niej — ten mały zgarbiony pan w wytartym palcie. Kto to? Pan Kocio, pan 
Michał, pan Karol z dawnego zespołu? Bronka jęknęła. Twarz pani Eugenii 
była pracowicie zrobiona, ale wędrówki po podwórzach zdmuchnęły puder, 
rozpuściły róż. Włosy ufarbowane. Zrudziały beret kokieteryjnie przechylony 
na ucho, jaskrawa bluzka pod czarnym żakiecikiem. Tęgie, jakby spuchnięte 
dłonie trzymały skrzypce i smyczek, drżąc. Pani Eugenia kołysała biodrami, 
wybijała takt nogą, nawet jakby podśpiewywała. Spod zmarszczonych, 
grubych powiek oczy skrytym spojrzeniem śledziły zbawcze okna, pełne 
zasłuchanych. Bronka uczuła mdłości, gorzka ślina wypełniła jej usta, a oczy 
zsunęły się w ciemność. Powtarzała. 
— Mój Boże, zeszli na ulicę... na ulicę! 
Ale tony płynęły swoim czarującym nurtem, nic nie roniąc z swego wesela 
i piękności. I usłyszała plusk wody, ujrzała karłowate, skręcone wierzby 
nadwiślańskie, brzeg, po którym biegła z Ignasiem, trzymając się za ręce, 
ujrzała siebie w błękitnej sukni z bufiastymi rękawkami i tamtą chwilę, gdy 
zdjęta wstydem, pragnieniem i miłością padła twarzą na jego pierś. Oczy jej, 
pamięć, drżące dłonie wypełniły się nagle tłumem zmarłych, ludzi i uczuć, 
drzew i pieśni. Tony upadały, cichły, aż zgasły w końcowym akordzie. Ktoś 
dał brawo, skąpe miedziaki brzęknęły o bruk. Młodzieniec od bębna zebrał je 
i oddał starszemu panu ze skrzypcami. Oczy tamtego, wybladłe, stare, 
stroskane oczy, przesunęły się po oknach, wzwyż, w górę, aż dosięgły 
skrytym spojrzeniem jesiennego nieba. Pani Eugenia lekkim gestem 
podrzuciła głowę i musiała powiedzieć jakiś żart, jej towarzysze roześmieli 
się. Poprawiła beret i stuknęła smyczkiem w deskę skrzypiec. Zabrzęczał 
cichy akompaniament mandolin. Wysunęła się naprzód młoda dziewczyna w 
płaszczu zapiętym pod szyję, podniosła głowę, jej sąsiad kaszlnął i chrząknął. 
Zaśpiewali czystymi, dobrze postawionymi głosami. 
Już nie kocham cię 
miłością pierwszą, 
już nie kocham cię 
myślą najszczerszą. 
Jeszcze jeden głos męski dołączył się i poderwał chór. Pani Eugenia w 
rozmarzeniu kołysała głową. Nagle schwyciła skrzypce wyżej, pod brodę, aby 
dodać i ich głos strzelistej tęsknoty do żałosnej pieśni podwórza. 
Wiosna młodych lat 
minęła wcześnie. 
I już — nie wskrześnie 
ten dawny świaat! 
— To w sam raz dla nas — zamruczała Bronka. Oczy jej zgasły. — Jakby 
ktoś specjalnie napisał... 
Ściskała portmonetkę w dłoniach, zaczerwieniła się i wysypała pieniądze 
w oddartą gazetę. Zaczerwieniła się na myśl, że oto im rzuci pieniądze z góry, 
skryta za parapetem okna, ona — im. Może jutro, za dzień, dwa, już nie potrafi 
zaczerwienić się i odczuwać przykrości. 
Jak żyć mi trudno 
z miłością bałamutną... 
Patrzyła z zimną uwagą na pooraną, zmarszczoną i pofałdowaną twarz 
pani Eugenii. Ujrzała upływający czas, po raz pierwszy jako coś cielesnego, 
dotykalnego, na twarzy tamtej i na swojej twarzy, i w sobie. To obojętne, 
mądre spojrzenie spod nawisłych, uczernionych powiek, opuszczone kąty ust, 
drżące palce... Oto dystans czasu dzielący ich wszystkich od owej majówki na 
Bielanach! Uczuła straszne znużenie, jak to dobrze, że dziś nie potrzebuje się 
ubierać, wychodzić, że na nikogo nie czeka!... 
Muzykanci ociągając się i rozglądając zawijali instrumenty w czarne 
pokrowce. Nadchodziła pora południa. Czy ta liczna kompania zarobi na 
obiad? Bronka podniosła ramię i rzuciła swój dar, tak jak się rzuca kamień w 
wodę. Oto, co już tylko mogła dać swym wspomnieniom młodości. 
W tym samym czasie Ignacy wyszedł z jakiejś porannej fety ratuszowej i 
wchodząc do pięknej, nowej maszyny rzucił: 
— Na Mokotów! 
Pytające spojrzenie szofera przypomniało mu, że ten nie zna bliższego 
adresu, że jedzie tam po raz pierwszy. Udzielił mu wskazówek głosem z 
miejsca zniecierpliwionym i tak samo niecierpliwie mościł się i szukał 
dogodnego miejsca na poduszkach. Auto poderwało się lekko, niemal bez 
szmeru. 
Znów nawiedził go kompleks Bronki! Przeszkadzało mu to myśleć i 
pracować i najłatwiejsze było pojechać tam. Pojechać tam, aby spędzić jakąś 
godzinę niewypowiedzianych pretensji i zaprzeczeń i uspokoić się samym 
stwierdzeniem, że wszystko jest bez zmiany. Gdyby Bronka chciała okazać 
choć trochę dobrej woli, ostatecznie mogliby się jakoś urządzić. Wysiadł 
przed furtką i bez jednego spojrzenia minął swój ulubiony dziedziniec. Od 
stróżówki kłaniał mu się uniżenie dozorca. 
Bronka zerwała się na dźwięk dzwonka, podbiegła, podniosła nawet rękę 
do zatrzasku. Ale w tej chwili podniecenie opadło z niej niczym łachman. 
Ostrożnie odsunęła judasza i spojrzała jednym okiem. Na tej wysokości 
widziało się tylko, mały, błyszczący guzik i kawałek ciemnego odzienia. To 
nie był Ignaś, goniła za urojeniem. Wyciągała ręce do kogoś nie istniejącego 
już, a może nie istniejącego naprawdę nigdy? To nie był Ignaś z lat młodości. 
Obcy człowiek, zupełnie obcy, pan poseł Piędzicki, przyszła persona grata23, 
krocząca swoją niezrozumiałą drogą. Szepnęła w głębi siebie. 
— Idź sam! 
Stali w milczeniu, po obu stronach progu, oddzieleni czerwonymi 
drzwiami, nic już o sobie nie wiedząc. Usłyszała niecierpliwe uderzenie 
stopą. Kroki na kamiennych schodach, kroki na chodniku wzdłuż trawnika. 
Łoskot furtki. Nasłuchiwała z natężeniem. 
Potem wróciła na tapczan. 
XXVII 
Rozległ się pośpieszny stuk obcasów, ciotka wpadła do pokoju z 
pogrzebaczem w ręku, ciężko dysząc, z twarzą zbielałą. Kwiryna z niechęcią 
podniosła głowę znad stolika, na którym teczki i rachunki leżały nie tknięte, 
tak samo jak przed godziną, jak wczoraj i jak tydzień temu. Znów ciotka 
zaczyna swoje sztuczki!... 
— Co się ciotce stało? 
— Ach, Boże, Boże, widziałam Romana! Roman mi się ukazał! 
Kwiryna spojrzała na nią drwiąco, podeszła do okna nawet jej się spojrzeć 
na tę wariatkę nie chciało. Gdyby nie te ciągłe alarmy i awantury ciotki, 
dawno by doszła z sobą do ładu i znalazła jakieś wyjście z swego okropnego 
położenia. 
— Idę akurat tutaj żeby przegarnąć popiół i rozpalić w piecu, a tu ktoś w 
ciemnym korytarzu wzdycha. Myślałam, że to Kwiryna, pchnęłam drzwi do 
saloniku i wtedy jakby ktoś trącił mnie w ramię, aż się otarł o mnie! Ale czy 
to pierwszy raz! — Ciotka opadła na stołek koło pieca i szepnęła. — Nic 
Kwirynie nie mówiłam, bo myślę sobie: po co ją mam straszyć? nieraz 
wieczorem w domu wytrzymać nie można! Już wolałam siedzieć w sklepie. 
Kwiryna, wpatrzona w wirujące płatki śniegowe za oknem, odpowiedziała 
powoli: 
— Wolała ciotka siedzieć w sklepie? Nie trzeba było wyprawiać takich 
awantur z personelem. Ludzie wytrzymać nie mogli. 
Ciotka zdumiała się. 
— Jak to, czy Kwiryńcia nie nakazywała mi, aby pilnować „tych 
złodziei.”? 
Kwiryna, w swojej własnej pułapce, rozgniewała się. 
— Tak nie powiedziałam! Zresztą, ja ciocię o coś poproszę: dam cioci 
trochę pieniędzy i niech się ciotka inaczej urządzi. Nie mam do ciotki głowy! 
Ciotka otworzyła usta i spojrzała na nią, po czym rzekła stanowczo. 
— Ale, Kwiryńciu, ja nie mogę tego zrobić! 
— Nie może ciotka? — spytała oszołomiona Kwiryna. 
— Nie! choćbym chciała, Bóg świadkiem, nie mogę! — Podniosła w górę 
rękę uzbrojoną pogrzebaczem i szepnęła z wysiłkiem. — Przysięgłam 
Romanowi na śmiertelnym łożu, że Kwiryny nie zostawię samej! 
Kwiryna zbladła. 
— Ciociu, jak to było? Co on mówił? 
Dopytywała się z takim głodem i pragnieniem w głosie, że ciotka, 
układając drwa w piecu, bała się na nią spojrzeć i starała się opowiadać 
najzwyczajniej w świecie. 
— Jak Kwiryna wyszła do kuchni, skinął na mnie i mówi: Niech mi ciocia 
przyrzeknie, że gdyby się coś stało ze mną, nie opuści ciocia Kwiryny, 
Kwiryna, powiada, jest nieraz dokuczliwa — ale w gruncie rzeczy dobra! Więc 
ma się rozumieć, ja obróciłam wszystko w żart. Co się Romanowi troi! — 
powiedziałam — co się ma stać! 
Kwiryna znów stała przy oknie. Śnieg padał coraz gęstszy. Na ulicy było 
prawie pusto. Ciotka ględziła coś dalej, ale Kwiryna nie słuchała jej wcale. Z 
niecierpliwością oczekiwała, aż tamta rozpali w piecu i pójdzie sobie. Skrycie 
załamywała ręce. Ach, mój Boże! Ciągle natykała się teraz na jakąś troskę 
Romana o nią, ludzie spotykani ciągle powtarzali jej jakieś słowa, które 
świadczyły, jak on o niej myślał, jak zapobiegał, jak ją inaczej osądzał i 
szczędził przed ludźmi! Jej ból nie mógł usnąć, ciągle go rozdrapywali na 
nowo! Im więcej czasu upływało od jego śmierci, tym było z nią gorzej. 
Przypominała sobie każdą sprzeczkę, każde słowo, gniew i zrywała się 
szepcąc. 
— Gdybym wiedziała to, co teraz wiem, gdybym wiedziała! 
Oczy jej się otworzyły. Roman umarł, aby jej otworzyć oczy. To stało się 
ich sprawą, sprawą między nimi. Przecież sama kiedyś krzyknęła. „To jest 
sprawa między mną a Romanem, na śmierć i życie!” Przeklęte słowa. Jak ona 
tak mogła w złą chwilę powiedzieć! 
Ciotka, wystraszona jej milczeniem, zbliżyła się i w świetle latarni 
ulicznej ujrzała jej twarz wzburzoną, skurczoną, z zagryzionymi do krwi 
wargami. Na to się nie można było patrzeć i ciotka jęła błagać. 
— Kwiryńciu, niech Kwiryńcia zapłacze, na miłość boską, niech 
zapłacze!... 
Kwiryna z wysiłkiem przełknęła ślinę i rzekła przez ściśnięte gardło. 
— Żebym teraz oczy wypłakała, to i tak nic nie pomoże. 
Ale współczucie ciotki przyniosło jej ulgę. Ogień już trzeszczał w piecu. 
Uspokoiła się i poprosiła o herbatę, przysiadła na małym stołeczku koło 
otwartych drzwiczek i pogrążyła się w swych myślach. Ciotka wyszła na 
palcach. Wolała już siedzieć z dziewczyną w kuchni niż w tej wspanialej 
sypialni, która wyglądała teraz jak grób. 
— O ironio losu! — westchnęła ciotka. — Na cóż Kwirynie teraz ta 
koronkowa pościel? 
Stukając długo łyżeczką o kostkę cukru Kwiryna patrzyła bezmyślnie w 
ogień. Roman powiedział szewcowej. 
— Nie mogę pani sam zniżyć komornego, ale pomówię z żoną. — Roman 
powiedział inżynierowi. — Żona mówiła mi, żeby się pan nie śpieszył z 
komornym, jeśli panu teraz ciężko, możemy poczekać!... 
Pani Bauman ze szpitala wspomniała, że kiedyś opowiedziała mu o jakiejś 
poparzonej dziewczynie przywiezionej przez pogotowie. Dzień w dzień się o 
nią dopytywał!... 
— Czy pani myśli, pani Bauman, że ją uratują? — A gdy już było lepiej, 
zawinął torbę pomarańcz („Były tej zimy drogie” — pomyślała Kwiryna) i 
szepnął mrugając okiem. — To od mojej żony. 
Kwiryna obejrzała się po pokoju. Jak tu pusto, a przecież wszystko stoi na 
swoim miejscu. Roman wszedł do szewcowej i zapytał. 
— Co tu u pani tak ciemno? Czy elektryczność zepsuta? — Szewcowa 
nawet nie podniosła się ze swego stoika, tylko odpowiedziała. 
— Ee, nie, nic nie zepsute! — Roman wyszedł i wrócił z żarówką, wkręcił ją 
i pstryknął kontaktem. („Na co ludziom te nowoczesne wygody, jak nie stać 
ich na żarówkę?” — pomyślała Kwiryna. — Na co się tu porywać? — szepnęła z 
niechęcią). Ale gdy jej to szewcowa opowiadała wspominając Romana, 
Kwiryna widziała go jak żywego, gdy wchodził na stołek i wkręcał żarówkę. 
Serce jej biło. Ta szewcowa doskonale umiała naśladować głos Romana i 
jego ruchy. Pstryknął kontaktem jak magik. 
No, dobrze. Tu żarówka, tu pomarańcze, tu komorne. Ale przecież 
lokatorom z nowej oficyny nic nie potrzebował dawać, tym bogaczom. A 
jednak dentystka przyszła tu z kondolencją i powiedziała. 
— Mąż pani miał tyle serca dla ludzi, że został w ich sercach. 
Został w ich sercach!... Tułuby padły na swym złocie i ludzie wcale o nich 
nie mówili, tylko ze zgrozą o morderstwie. Ona, rodzona ich córka, w 
pierwszej zaraz chwili rzuciła się do blaszanek z landrynkami, gdzie chowali 
swoje złoto. Takie z niej było ciemne bydlątko, ręce jej się trzęsły, nie z 
przestrachu ani żalu nad pomordowanymi, tylko z obawy, żeby ludzie nie 
odkryli i nie dowiedzieli się o jej majątku. Ale Roman coś zrobił ze swego 
życia, niczego nie potrzebuje żałować, gdziekolwiek jest, może ręce założyć 
spokojnie i odpoczywać w pokoju. Ona się tylko męczy i nie wie, jak żyć, z 
jej naturą to nie takie proste. 
Drzwi skrzypnęły, ciotka weszła do pokoju, znów z czymś nowym. 
— Ach, Kwiryno, co się dzieje u inżynierów!... Poszłam tam po klucz od 
góry... 
— Niech ciotka mówi krótko, zresztą co mnie to obchodzi? Dość mam 
swoich zmartwień. 
— Właśnie, po co ja to mówię? Pojutrze mają licytować fabrykę. Już i tak 
maszyny sprzedali. Inżynierowa mówiła mi, że jej mąż płakał jak dziecko, 
gdy maszyny wynosili. 
— Wiedziałam, że tak będzie! — szepnęła Kwiryna — pamięta ciocia? 
Wtedy gdy się oficynka zarysowała, a on przyszedł z komisją i dał się 
ludziom strajlować. Od razu powiedziałam sobie, że on do niczego w życiu 
nie dojdzie i nic w życiu nie osiągnie. 
— Tak, ale kto by to wytrzymał — rzekła ciotka machając pogrzebaczem. — 
Te podatki, te kasy chorych! Dostał trochę roboty, to znów nie tak wiele, bo 
domu nawet nie wykończył. 
— A widzi ciotka! — szepnęła gorzko Kwiryna. — A wam się zdaje, że to 
tak łatwo. Ale auto sobie kupili, co? — Nagle drgnęła i zawołała. — Przecież 
on ma tę fabrykę na Mokotowie! 
Ciotka osłupiała. 
— No to co? 
Kwiryna zerwała się i popchnęła ją ku drzwiom. 
— Prędko, niech ciotka go tu poprosi! Jak to co? Jaka ciotka jest głupia, to 
pojęcie przechodzi! Przecież ja mogę nie dopuścić do licytacji, odkupić i 
założyć tam swoją fabryczkę! Niech mu ciotka powie, że ważny interes! Albo 
— niech mu ciotka nic nie mówi. 
Popychała ją, szła trop w trop, zawróciła od drzwi, przyczesała włosy i 
spięła je szpilką, bo odrosły. Robiąc to wszystko mówiła sobie samej z 
uniesieniem: 
— Ja mu pokażę! Ja mu jeszcze pokażę! 
— Komu, komu, komu?... Romanowi. 
— Ja mu pokażę, że można to wszystko zrobić inaczej! 
Nie umie trząść się nad ludźmi, litować się i załamywać rąk, i czekać 
końca. Ale potrafi pokierować sprawami, umie zakasać rękawy i ma 
pieniądze. Nagle jakby się w niej jakaś luka otworzyła, a w głowie pojaśniało. 
Ma pieniądze! Komu je zostawi? Garbatej ciotce, która sobie sprawi 
pięćdziesiąt kokard do biustu, podwyższy jeszcze obcasiki i będzie się darła z 
ludźmi jak pies z kotem?... 
— Zaryzykuj!... — krzyknęła nieomal głośno Kwiryna. Ręce jej się trzęsły, 
twarz płonęła, myśli rodziły się błyskawicznie. Robić, robić, robić na gwałt! 
W tej chwili uniesienia miała cały plan gotowy, od razu. Nigdy jeszcze nie 
przeżywała takich emocji, bo na kogoż to stawia całą swoją stawkę, cały swój 
majątek? Na kupę niedołęgów, na zbankrutowanego inżyniera, na nie 
douczoną nauczycielkę, na tego blacharza, który nie umiał zreparować 
przeciekającego dachu nad swoją własną głową. Jęknęła. och, och!... bo ten 
blacharz, ta mała Antośka, ta blacharzowa płaczliwa najdotkliwiej zaszyli się 
pod jej skórę. To ci sami, którym Roman dał pieniądze, ściągnięte z domu, na 
kupno mieszkania, a oni te pieniądze przetrwonili. Dawać pieniądze — to nie 
sztuka! Ale zrobić tak, żeby blacharz zaczął znów pracować, żeby Antośka 
chodziła do szkoły, a blacharzowa zamiast cudzych brudów prała swoje 
własne! Żeby blacharz sam wyniósł się z baraków, sam zapragnął pokoju z 
kuchnią i porządnego życia — to jest sztuka! 
Inżynier jakoś nie nadchodził. Kwiryna usiadła w fotelu, ale z uczuciem, 
że ziemia pali się pod jej stopami. Śnieg padał coraz gęściej, suche i lekkie a 
ogromne, płatki wirowały za szybą. Czarne dachy Nowolipia pokryły się 
bielą, a ruch uliczny na Karmelickiej przycichł, przytłumiony, jakby 
zgaszony. W tej bieli światła latarń i wystaw jęły błyskać pozłociście. Kiedyś 
już przeżyła taką chwilę, stała tu przy oknie i patrzyła w Nowolipie... To było 
zaraz jakoś po kupnie domu od Majewskich. Usiłowała sobie przypomnieć, o 
czym wówczas myślała — ach! posprzeczała się wtedy z Romanem o cukier 
dla blondynki i stojąc tu z swym dramatem doznała mocy, pociechy i triumfu, 
że ten dom jest jej, że panuje nad Romanem, że go pokona i zgniecie, jak 
będzie chciała. Ściągnęła brwi, uczuła w sobie te dawne niepokoje, wstręt 
Romana, zastrachany głos ciotki, swoje rozdarcie między miłością a 
skąpstwem, swój bunt i wściekłość. Wszystkie obliczenia ją zawiodły, nic nie 
pozostało z tych uczuć, przetrwała tylko miłość jej i Romana! I nagle ogarnął 
ją taki spokój, po tylu dniach męczarni, taki niewysłowiony spokój, że aż ręce 
złożyła jak do modlitwy. Teraz już wie, co ma zrobić, i zgadza się na to w 
głębi swojej duszy. Jest jakiś inny świat i spotka się tam kiedyś z Romanem 
bez strachu, i znów się obejmą w swojej wielkiej miłości. Nagle stały się jej 
zrozumiałe wszystkie błędy i samo życie. Miało to być jak przedsionek do 
innego, długa próba, długie chłostanie i walka, aż człowiek stanie się 
człowiekiem. Póki życia człowieczego, póty tej nauki. 
Drzwi skrzypnęły, wszedł inżynier. Podniosła oszołomione oczy i ujrzała, 
jak na znękanej twarzy tego człowieka ukazywały się kolejno wstyd i strach, i 
skrępowanie, i nieśmiała nadzieja. Myślał pewnie, że będzie mowa o 
komornym, o mieszkaniu, o eksmisji — czy może o rozłożeniu tej zaległości 
na raty?... Ale Kwiryna po raz pierwszy zdawała się widzieć tyle uczuć na 
raz, tyle rozdzierających wyrazów twarzy, że nie mogła zeń zdjąć oczu i 
zacząć rozmowy. Myślała jeszcze. „Ile też płaci się takiemu inżynierowi, ile 
mam mu dać pensji na pierwszy raz, czy może jakąś sumę za przebudowę 
fabryki, wykończenie domu?...” Ten człowiek był jej teraz bardzo potrzebny, 
a ona mu też. Wszyscy i wszystko jęło się nagle łączyć, zazębiać w jej oczach 
i tworzyć jeden łańcuch, każdy człowiek był jak ogniwo w pewien sposób 
konieczny. Podniosła głowę, zorientowała się, że inżynier ciągle jeszcze stoi 
przy drzwiach i rzekła: 
— Niech pan siada, porozmawiamy... 
— — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – — – 
Kiedy nazajutrz Kwiryna ubrała się od samego rana do wyjścia, garbata 
ciotka zastąpiła jej drogę. Dzień był mroźny, ziąb taki, że aż strach! Bała się 
Kwiryny po dawnemu, ale udała zucha, stanęła we drzwiach z 
rozkrzyżowanymi ramionami i rzekła: 
— A ja Kwiryny nie puszczę na Powązki, niech się co chce dzieje! Klęczeć 
na gołej ziemi w taki czas to pewna śmierć... 
Kwiryna, zajęta układaniem żałobnego welonu, który spływał z jej 
kapelusza, spojrzała na ciotkę z roztargnieniem. 
— Na Powązki? Wcale nie jadę na Powązki, tylko do baraków. 
— Do baraków?! 
Kwiryna dała dowód świętej cierpliwości, zmuszona w tych dniach 
gorączkowego pośpiechu do głupawych rozmówek z ciotką. 
— Co Kwiryna ma tam do roboty?... 
Najkrótszą drogą porozumienia były proste i jasne odpowiedzi i Kwiryna 
odpowiedziała, ciągle jeszcze mocując się z welonem. 
— Szukam blacharzów. — Po czym krzyknęła zniecierpliwiona. — Ach, jak 
ten welon mi przeszkadza! 
Do blacharzów! I welon jej już przeszkadza! Ciotka zmartwiała od 
zgrozy. Tylko patrzeć, jak Kwiryna w ogóle zdejmie żałobę i zapomni o 
Romanie!... Kwiryna, idąc ku drzwiom, rzekła jeszcze: 
— Jak tu przyjdzie nauczycielka, wie ciocia, to proszę jej powiedzieć, że 
będę w domu koło szóstej... 
Wyszła i ciotka, stojąc na środku pokoju, powiedziała głośno. 
— Zostawiła mnie tak samo głupią jak przedtem... Nic nie wiem!... 
Musiała jednak pofolgować sobie w jakiś sposób, otworzyła drzwi do 
kuchni i rzekła dziewczynie zmywającej garnki po obiedzie. 
— Co ty? Tłuste garnki myjesz zimną wodą? Gdzie soda? Gdzie zmywak? 
Co za flejtuch! A nasza pani — dodała ni stąd, ni zowąd — wczoraj jeszcze 
rozpaczała, a dziś tylko do baletu ją oddaj! Welon jej już przeszkadza! 
Jadąc tramwajem Kwiryna układała sobie całą rozmowę z blacharzami i 
cały plan działania. Da mu robotę naprzód przy przeróbce swojej fabryki, a 
potem, jeśli nie znajdzie się u niej coś odpowiedniego na stałe, to zaproteguje 
go na Wolę, do fabryki blaszanek. Bierze tam od nich towar i musi go 
wkręcić. Najważniejsze jest, żeby pracował w swoim fachu. Mieszkanie?... 
Tramwaj wlókł się bez końca, doprawdy, szkoda było czasu, mogła posłać 
ciotkę! Im dłużej jechała, tym bardziej jej plany bladły — ależ to cała podróż! 
Co ona sobie bierze na kark! Wysiadła na końcowym przystanku i jeszcze 
musiała iść kawał piechotą, w czyste pole, gdzie rozsiadły się baraki między 
cmentarzem a przedmieściem. Odnalazła kancelarię i wywiedziała się o 
mieszkanie blacharzów. 
— Czy pani jest może z Opieki? — zapytał urzędnik. 
Kwiryna obraziła się. 
— Z jakiej Opieki?! Jestem ich znajomą! — Wyszła i w drodze do 
wskazanego baraku rozmyślała. „Co ja sobie biorę na kark!... jeśli magistrat... 
jeśli rząd... jeśli państwo.... i wszyscy ci mądrzy ludzie nie znaleźli innej rady, 
tylko wyrzucić ich tu w pole, to co ja poradzę?” Dął zimny, przenikliwy 
wiatr, musiała omotać welon koło szyi i trzymać go zmartwiałymi palcami na 
piersi. Zdawało jej się, że już zmierzcha, przyśpieszyła kroku, twarz jej 
płonęła osmagana przez wiatr, w tej krótkiej drodze zimno przejęło ją aż do 
szpiku kości. Wreszcie dopadła tych drzwi. Chłód wygonił widać ludzi ze 
dworu, nie było się kogo nawet zapytać, pchnęła cienkie deski i weszła. W 
bardzo maleńkiej izdebce, prawie pustej, tarmosiły się dzieciaki. Kwiryna nie 
mogła poznać, czy to są akurat dzieci blacharzów? I co oni zrobili ze 
sprzętami? Mieli przecież jakie takie graty?! 
— Gdzie mama? Gdzie tatko? 
Na podłodze uspokoiło się i głos dziecinny odpowiedział. 
— A bo ja wiem?... 
Cieńszy głos pisnął. 
— Poszła do miasta, a tatko musi tu gdzieś być! 
Kwiryna poznała rezolutną Antosię, tę samą, którą, być może, ocaliła od 
śmierci, znosząc po drabinie z zawalonej oficynki. Tę samą, którą Roman 
trzymał czule w objęciach, a potem kazał ciotce umyć i przebrać. Patrzyła na 
małą uważnie, podczas gdy chłopiec i starsza dziewczynka, bezustannie 
poruszając całym ciałem, wzdrygali się lub wprost ocierali o ścianę, zagapieni 
przy tym na gościa. 
— Antośka! Czy ty mnie nie poznajesz? 
Dziecko podniosło oczy i szepnęło. 
— Poznaję, pani jest panią gospodynią z Mylnej! 
Kwirynie zdawało się, że nie wytrzyma i zapłacze. Co się z tymi dziećmi 
stało! Wszystko by można zarzucić blacharzowej, ale o dzieci swoje zawsze 
bardzo dbała, zawsze były obreperowane, czyste i przyzwoicie się 
zachowywały. A teraz! istne dzikusy! i czego one tak się czochrają? Musi ich 
coś gryźć! Na tę myśl, uczuła swędzenie swego własnego ciała, poruszyła się 
nerwowo i zapytała, czy prędko mama wróci z tych posług, czy prania? 
— Ee, gdzie tam, mama nie ma roboty. A kiedy , wróci, to nawet nie 
wiemy!... 
Kwiryna nie wiedziała, jak się ruszyć z tego miejsca, jak tu wstać i wyjść. 
Przecież nie była chowana w dostatkach, ale czegoś podobnego nie pamiętała 
ani ze swego dzieciństwa, ani z dzieciństwa koleżanek. Żeby 
wykwalifikowany rzemieślnik nie mógł zarobić na jakie takie utrzymanie 
swojej rodziny! Już nie myślała o blacharzach, że to niedołęgi, pomyślała, że 
im się krzywda dzieje. Po co ich było wyrzucać tak daleko od miasta, gdzie 
nie mają o co rąk zaczepić, zostawiają dzieci na łasce boskiej i wędrują po 
świecie. Na Mylnej pożywiłaby je jakaś sąsiadka, a czy Roman im nie 
pomagał? Zapytała prędko: 
— A jest tu jaki sklepik?... 
Cała trójka podniosła głowy i spojrzała na nią pilnie, z uwagą i nadzieją, 
Wstała i skinęła na chłopca. 
— Zaprowadź mnie. 
Kupiła im trochę żywności w sklepiku, gdzie wszystko było w najgorszym 
gatunku i o grosz, dwa droższe niż w mieście, jak na urągowisko. Kwiryna 
kupująca spojrzała złym okiem na Kwirynę sprzedającą. „Poczekaj, jeszcze 
ty za ten grosz drogo kiedyś zapłacisz!” pomyślała w głębi duszy, ale zaraz 
wzruszyła ramionami. Może to jej się tylko przytrafiło, może innym ludziom 
wszystko się dobrze w życiu układa? 
W drodze do tramwaju natknęła się na blacharzową. W pierwszej chwili 
nawet jej nie poznała w tej babinie okutanej szmatami. Szła chyłkiem, 
zgarbiona, z jakimś papierowym zawiniątkiem pod pachą, nogi też miała 
okręcone szmatami zamiast pończoch, a na stopach jasne, sportowe płócienne 
pantofle, zesznurowane sznurkiem. Cienka, gumowa podeszwa tych pantofli 
ślizgała się po zimowej grudzie drogi. A to się ktoś wypuczył z takim darem! 
Twarz blacharzowej, czerwona z mrozu, była surowa w wyrazie, sroga nawet 
od zaciśniętych ust i nisko obwisłych powiek, ale w tej srogości błyszczały 
gorączkowo niebieskie, nieszczęsne, zbolałe oczy, wydając na jaw całe jej 
umęczenie. Nie patrzyła na przechodniów, szyję i całą drobną postać miała 
wyciągniętą w tym marszu w stronę baraków. Gdy się zrównały, Kwirynę 
jakby ktoś w piersi trzasnął od przelotnego spojrzenia jej oczu. Wiedziała już, 
że blacharzowa nie chodzi do miasta ani na posługi, ani do prania, ale po 
prostu na żebry. I mignęła jej myśl. „A może oni już są nawet nieprzydatni do 
żadnej roboty?...” Patrzyła ze zgrozą na blacharzową, zanim upewniła swój 
głos, aby swobodnie wyłożyć „interes”, jaki do nich ma. Postanowiła właśnie 
w jednej chwili, że będzie całą sprawę traktować jak wzajemny interes i nic 
więcej. Ani pary z ust o mieszkaniu, o stałej robocie i tak dalej. Blacharz 
znajdzie robotę przy przebudowie fabryki, a blacharzowa może pomagać parę 
godzin w przetwórni, na zmianę z drugą kobietą, żeby jej całkowicie nie 
odrywać od domu. 
— Pracując we dwoje, chyba dacie sobie jakoś radę? 
Blacharzowa słowa wybąkać nie mogła, długi czas patrzyła na Kwirynę, 
aż nagle rzuciła się do jej rąk. Kwiryna krzyknęła. 
— Co też pani robi!... — i z miejsca ruszyła w stronę tramwaju. Tamta 
dreptała za nią, postękując od radosnych szlochów. 
— Niech pani wraca do dzieci i powie mężowi, żeby się zaraz jutro zgłosił 
do inżyniera. Znacie go przecież, stary znajomy, co? 
Wzajemny interes. „Żeby to tylko chcieli zrozumieć!” — myślała Kwiryna 
w ciągu tych dni, przesiadując w kantorku na Mokotowie. Przez okno widać 
było dziedziniec otoczony z trzech stron czerwonymi, jednopiętrowymi 
budynkami fabryki, a z czwartej, od ulicy — parkanem. Można tu było 
postawić jeszcze okazały front. Dom mieszkalny, na lewo, pod dachem już, 
ale zupełnie nie wykończony wewnątrz, razu w szybkim tempie szykowano 
do stanu używalności. Z powodu zimy można było dokonać przeróbek tylko 
wewnątrz budynków fabrycznych, ale już z końcem miesiąca miała się tu 
przenieść i rozłożyć szeroko mała wytwórnia z Mylnej. 
Od czasu do czasu słychać było na ulicy okrzyk tubalny. 
— Brama! — Dozorca wyłaził ze stróżówki i otwierał wrota, na podwórze 
wjeżdżał wóz, na ziemną wagę, czasem to był wóz z materiałem budowlanym 
dla fabryki, a czasom wóz z sąsiednich fabryczek czy składów, które 
korzystały za małą opłatą z tej wagi. Konie okrążały obszerny plac, z 
drzewem pośrodku. Kwiryna z okna kantorku z roztargnieniem patrzyła na to 
gołe, zmarznięte drzewo, zanim rozpoznała w nim kasztan. Na wiosnę każe 
wokół skopać ziemię, zasieje trochę trawy i zafunduje parę drewnianych ław. 
Można by też coś posadzić koło stróżówki, jakąś fasolę, żeby się pięła aż pod 
daszek, nad którym widniał gołębnik. Oto kasztan Romana, o którym mówił 
przed śmiercią. Oto drzewo, na które podnosić będzie oczy Antośka 
blacharzów, tak jak dzieci na Nowolipkach przed drewniakiem 
Mossakowskich. Co chciał powiedzieć Roman w swym przedśmiertnym 
życzeniu? Czuła jeszcze jego głowę przy sobie, spocone i zimne czoło, oparte 
o jej czoło, oczy zatopione w jej oczach. „Posadzisz tam dwa kasztany... 
Pamiętasz?” Chciał zapewne wyrazić to poszukiwanie koło siebie czegoś 
pięknego i tajemniczego, gdy byli narzeczonymi, oczy ich tak często 
spoglądały na kasztany Mossakowskich!... Spojrzenia całego domu, z 
wszystkich okien, od sutereny Frani po piętro Rubinrotów... Kasztan puścił 
liście. Kasztan zakwitł. Kasztan rzuca owoce. Kasztan poczerwieniał. Kto 
wie, jaką rolę odegrał kasztan w ćwiczeniach stylistycznych Frani, tęsknocie 
Bronki, ucieczce Cechny? 
W drugim kącie pokoju, pod oknem, zredukowana nauczycielka 
wystukiwała powoli na maszynie zaległą korespondencję z dostawcami i 
umowy na warzywa i owoce. Szło jej to jeszcze ciężko i opornie, raz po raz 
sięgała po gumkę. Prawdę mówiąc, Kwirynę niecierpliwiły te zahamowania, 
nieraz w ogóle wydało jej się to wszystko śmieszną zabawą, że nie wzięła 
wykwalifikowanych sił, tylko ludzi „potrzebujących jakiejkolwiek pracy”. 
Ale oto zajechał wóz, nauczycielka zerwała się bez żadnej prośby ani 
wskazówki od stolika i tak jak stała, w sweterku, wybiegła na dwór sprawdzić 
wagę. Kwiryna chrząknęła z zadowolenia. Gdy nauczycielka wróciła, jej 
szefowa rzekła sucho: 
— Niech pani nie wybiega bez okrycia, bo zaziębi się pani i matka będzie 
mieć pretensję... 
Co robi blacharz? Co robi inżynier?... Kwiryna wyszła z kantorka i 
obeszła sale fabryczne, gdzie montowano stoły i ogniska pod kotły. Nie 
wiadomo, czy inżynier naopowiadał coś tym ludziom, że witali ją skwapliwie 
i z uszanowaniem. Jakiś młody technik w roboczej bluzie, wysoki, szczupły i 
rozgadany, pucnął ją w rękę z rozmachem, aż kosmyk włosów opadł mu na 
twarz, po czym otoczył ją takimi grzecznościami, że się wymknęła 
pośpiesznie, niepewna, czy z niej nie podżartowuje? 
Ażeby znaleźć blacharza, wlazła aż na strych i ukazała się zdumionym 
robotnikom w otworze okienka na duchu. Stamtąd patrzała zmrużonymi 
oczyma na blacharza przykucniętego koło rynien. Płomień, rozżarzony w 
małym kociołku, buchnął czadem węglowym i niósł się prosto na nią. Ale nie 
cofnęła się, wytrzymała swoją chwilę, wpajając się widokiem człowieka, 
który myślał, że mu życie przejdzie w nędzy, że tra, la, la wymiga się od całej 
odpowiedzialności za swą kobietę, Antośkę i resztę. Ach, pomylił się! „Już ja 
cię dopilnuję” — myślała Kwiryna. 
Z dołu wołano ją. To inżynier. Chciał, by rzuciła okiem na przeróbkę 
mieszkań. Z jego słów domyśliła się, że szykował pierwsze piętro tak, jakby 
tu ona miała zamieszkać. Potrząsnęła głową, wreszcie musiała wyłożyć swe 
plany. Porzucać Mylną?... To nie tak łatwo, jak się tam przeżyło całe życie i 
szczęście z Romanem. 
Krótko objaśniła: — Na dole kantor i jej gabinet. Z drugiej strony — pokój 
z kuchnią dla blacharzów. Blacharzowa będzie sprzątać biuro. Na górze 
mieszkanie dla administracji i jeden pokój kawalerski dla panny Marii, 
zredukowanej nauczycielki, a teraz urzędniczki, tej od szewców. Niech się 
wreszcie wyprowadzi od rodziców i zacznie życie na swoją rękę. Będzie pan 
musiał, panie inżynierze, wziąć też ich chłopaka z wiosną na budowę za 
robociarza. Bo on skończył szkołę i musi odbyć praktykę, inaczej nie 
dostanie roboty. 
Załatwiła się wreszcie z tym wszystkim i odetchnęła. Wieczorem w domu 
ciotka pozwoliła sobie na gderanie. 
— Cały dzień siedzę tu jak głupia, bez żadnej wiadomości, ludzie mi 
znoszą różne plotki... 
Rzeczywiście, trzeba jej było coś powiedzieć, tak jak się zwierzało swe 
projekty Romanowi. Kwiryna zapięła szlafroczek, przygładziła włosy, 
zasiadła przy stole, odetchnęła swobodnie i rzekła: 
— Przede wszystkim należy się coś ciotce za tyle lat pracy i ja ciotkę 
przypuszczę do udziału w fabryce. Niech dziewczyna prędko podaje, ja nie 
mam czasu na gawędy. Czy rejent dzwonił? 
Ciotka szybko podreptała do kuchni. Jak tak, to tak. Po co, rzeczywiście, 
dużo gadać? U panien Ziemskich aż wrzało od domysłów, pani Bauman ze 
szpitala zachodziła tu już aż dwa razy, szewcowa wylała w kuchni wszystkie 
łzy wdzięczności za przyjętą do biura córkę, ciotka jest stara i mało jej 
zależy, czy umrze z udziałem, czy bez, ale, Boże święty, wszystko to coś 
znaczy! 
— Na co ty czekasz? — rzekła do zagapionej i zdumionej dziewczyny. — 
Czy nie dyszałaś, że pani już wróciła? Podawaj! 
Stuknęła drzwiami, weszła do pokoju i zobaczyła, że Kwiryna siedzi z 
łokciami na stole, z twarzą ukrytą w dłoniach, a ramiona jej drżą. 
— Z czego Kwiryna tak się śmieje? — Kwiryna odsłoniła twarz zalaną 
łzami i rzekła słabym głosem: 
— Z cioci. 
Te łzy to były dla Romana, ale ten śmiech może rzeczywiście z powodu 
ciotki? Ciotka zesznurowała usta i powiedziała komicznie. 
— Bardzo proszę. 
XXVIII 
W dniu procesu pani Raczyńska zakupiła najwcześniejszą mszę ranną. 
Katarzyna, jakby się domyśliła powodu tego wczesnego wyjścia, poprosiła, 
aby jej wolno było iść z panią. Tak więc klęczały razem na stopniach ołtarza, 
świadek obrony i świadek oskarżenia, i modliły się w skupieniu o jedno i to 
samo, o pomyślne zakończenie sprawy. Dla Katarzyny było to wypłynięcie 
oliwy na wierzch, dla pani Raczyńskiej, uniewinnienie córki. Zresztą, jeszcze 
wczoraj sławny adwokat upewnił ją o tym. Nawet gazety nie pisały już o 
sprawie Amelii, „pięknej aptekarzowej z Leszna”... 
Razem z Katarzyną wróciły do domu, razem zjadły śniadanie — jedna w 
kuchni, druga w stołowym, i udały się razem do sądu. 
W pamięci Katarzyny tkwił wyraźnie ów późny wieczór, gdy państwo się 
kłócili, gdy usłyszała podniesione głosy i weszła do sypialni. Ujrzała, jak jej 
pan wpół leżąc na łóżku uchylał się przed żoną, która wyglądała jak furia i 
zdawała się go dusić. A potem widziała niemniej wyraźnie, jak aptekarzowa, 
wziąwszy z jej rąk szklankę z wodą, odkorkowała rurkę z pastylkami. Kazano 
jej wyjść z pokoju. Pan wtedy leżał odwrócony do ściany, wcale nie patrzył 
na pokój ani na lekarstwa. Dla Katarzyny było jasne, że aptekarzowa dała 
mężowi napój w chwilę po jej wyjściu, a on wypił, tak samo nie patrząc, co 
mu to dają. Wróciła do kuchni i położyła się nie rozbierając, myśląc, że może 
być jeszcze potrzebna. Zgasiła tylko światło. Zdrzemnęła się, ale nie tak 
mocno, aby się nie obudzić, gdy pani wychodziła. Jeszcze chwilę leżała 
nasłuchując, a potem wstała i poszła zobaczyć, jak tam z panem? W pokoju 
panowała taka cisza, że się przelękła i zapaliła małą lampkę. Pan spał na 
boku, nie słyszała oddechu, choć nieraz chrapał, aż dobiegało do kuchni. 
Szklanka, kłaczek waty i rurka leżały na stoliku nocnym. Potem dopiero 
przypomniała sobie, u sędziego śledczego, że ta rurka już wtedy była pusta. 
Pusta? Pusta. A pani twierdziła, że dała tylko dwie pastylki, a prowizor 
mówił, że dał jej do rąk pełną rurkę, jeszcze nie napoczętą. Katarzyna 
pragnęła jednego, aby prawda jak oliwa wypłynęła na wierzch. Inaczej, 
urągałoby to Bogu. Miała pani do zarzucania wiele rzeczy, ale zeznając nie 
zeznawała w złości, tylko mówiła prawdę, jak było. 
Pani Raczyńska przypominała sobie ranek przed śmiercią Filipa. Jak się 
wtedy Amelka zachowywała? Zupełnie spokojnie. Była głęboko 
przeświadczona, że Filip śpi. Wybierała się nawet do krawcowej. Dla pani 
Raczyńskiej tylko to było niespodzianką, że w nocy Amelka spotkała się z 
Janem, dla matki to był cios. Podejrzewała, ale nie do tego stopnia? Potem 
powiedziała sobie. 
— No dobrze, ale gdzież się spotkali? 
W cukierni. Amelka w zdenerwowaniu chciała zasięgnąć jego rady, zeszła 
do apteki i umówiła się, byli z sobą w przyjaźni. O niczym więcej ani mówić, 
ani myśleć nie trzeba. 
Na korytarzach sądu panował taki ruch, tyle się odbywało spraw i 
przewijało ludzi, że sprawa Amelii zupełnie zmalała w oczach pani 
Raczyńskiej. Mijały ją twarze jakby znajome. Katarzyna szeptała: 
— Proszę pani, jest sklepiczarka... Jest ten Gończyk... zakrystianowa. 
W drodze do pokoju świadków pani Raczyńska zetknęła się z Cechną. 
Ubrana bardzo dystyngowanie, ale z twarzą chmurną, z oczyma niby 
obojętnymi, ale pełnymi na wszystko potępienia. Katarzyna usunęła się na 
bok, pani Raczyńska rozzłościła się na córkę. Po co ta mina? Mogła wcale nie 
przychodzić. 
— Czy widziałaś Amelię? 
— Tak, pozwolono mi, na chwilę. Czuje się dobrze, jest spokojna. 
Musiały się rozstać, Cechna nie stawała do sprawy jako świadek. Nigdy 
też nie wypowiedziała się przed matką. „Nic nie może powiedzieć o pożyciu 
małżeńskim siostry, nie widziała się z rodziną od wielu lat, nie było jej 
krytycznego dnia u aptekarzostwa itd.” Jednak na pierwszą wiadomość o 
śmierci aptekarza powiedziała sobie: wiedziałam, że tak się skończy. Ona, 
która potrafiła wyrzec się męża, domu, stanowiska i odejść, osądziła już 
Amelię. Dla niej Amelia, czy otruła, czy tylko doprowadziła aptekarza do 
samobójstwa, była winna. Była winna już od chwili, gdy zawiązując stosunek 
z prowizorem została w domu męża i oszukiwała go. Wszystkie dawne 
przewiny nie liczyły się, były typowymi błędami i grzechami młodości. Ale 
od pewnej granicy wieku zaczynała się wreszcie jakaś odpowiedzialność i 
niewątpliwie Amelka to, co robiła, robiła świadomie i z całkowitą wiedzą. 
Nie jest się wiecznie starym dzieckiem. Cechna nie znalazła w swym sercu 
pobłażliwości dla siostry, tak jak nie znalazła ongiś dla męża. Ale na krótko 
przed rozprawą, po rozmowie z matką, adwokatem i przeczytaniu kilku 
omówień sprawy w gazetach, zbudziło się w niej dziwne uczucie, coś, co 
można by nazwać solidarnością klanu, a co w wysokim stopniu posiadała pani 
Raczyńska. Cechna schwyciła się na tym, gdy po zręcznych manewrach w 
szkole spowodowała wyjazd młodszej siostry, Heli, na prowincję przed 
samym procesem, obstawiła Zuzannę lekcjami i na dzień przed procesem 
pośpiesznie skroiła i uszyła Amelii czarną, nową suknię o liniach wykwintnej 
prostoty. Miała wówczas posmak oddawania komuś bliskiemu ostatniej 
posługi. Łzy wolno spłynęły po jej twarzy i wsiąkły w czerń materiału. 
Weszła do zapełnionej już sali i zajęła jedno z ostatnich miejsc, w 
ostatniej ławce. Wbrew wszystkim postanowieniom ogarnęło ją takie 
wzruszenie, iż nic nie widziała wokół siebie. Czuła tylko, iż sala jest 
zapełniona, a z bezustannych szeptów, poruszeń, okrzyków i cichych 
sprzeczek wnioskowała o charakterze zainteresowania. Potem podniosła 
oczy. Obok niej, przed nią, za nią, siedziały kobiety, które w myśli nazwała 
„stałymi mieszkankami Leszna”. Kilka paniuś z parafialnego komitetu 
dobroczynności, dawnych towarzyszek Amelii, fabrykantowa powozów, 
ogrodnik, gospodyni księdza. Wliczywszy w to oczekujących za salą 
świadków, Cechna osądziła, że poruszenie procesem jest czysto lokalne, i 
pomyślała. „Amelka wyprowadzi się z Leszna i to wystarczy, aby 
zapomniano”. 
I powinszowała sobie, że usunęła od tej sprawy młodsze siostry, ich 
pamięć nie będzie obarczona tym wszystkim. 
Nagle zapadła cisza. Z bocznych drzwi wysunęła się Amelia, za nią 
policjant. Dziennikarze ruszyli do swych miejsc. W pomieszaniu, lecz z 
zadowoleniem chwyciła Cechna płynny krok siostry, łagodnie opuszczone 
ramiona i ładnie ustawioną, nie pochyloną głowę. Amelia schudła i zbladła w 
więzieniu, ale jej twarz bez szminki na pierwszy rzut oka wydała się młodsza, 
czystsza, spokojniejsza. Jej proste, ciężkie włosy skręcone w węzeł, 
opuszczony nisko na kark, i owa troskliwie obmyślona suknia nadawały 
Amelii odcień romantycznej szlachetności, czyniły ją jaskrawym wyjątkiem 
wśród kobiet z ław publiczności w pełnym rynsztunku miejskiego 
przedpołudnia. Toteż ktoś rzekł. 
— Kto by to pomyślał, patrząc!... 
Gdy zajęła swe miejsce, w tej samej chwili rozległ się suchy trzask 
aparatów fotograficznych. Za późno podniosła rękę gestem instynktownym, 
aby się osłonić. Cechna zadrżała. Sprawa zapowiadała się nieefektownie, ale 
można ją było rozdmuchać. Teraz rozpoznała wśród sprawozdawców 
sądowych kilka tuzów i niepokój jej wzrósł. 
Otworzono środkowe drzwi w głębi, ukazał się komplet sędziowski. 
Wszyscy powstali i usiedli z powrotem. Obraz sali sądowej, z oskarżoną, 
obrońcą w todze, publicznością, woźnym przy drzwiach i stołem 
dziennikarskim, stał się w tej chwili pełny i skończony, jak dobrze rozłożona 
kompozycja. Nawet policjant za Amelią nie strzegł jej, lecz był fragmentem i 
uzupełnieniem. Wysłuchano bez uwagi personaliów oskarżonej, tylko 
fabrykantowa powozów szepnęła do swej sąsiadki. 
— Myślałam, że czterdzieści... 
Dotyczyło to wieku Amelii. Tamta odpowiedziała: 
— Niewiele jej brakowało. 
W środkowym rzędzie panny Ziemskie, w czerni, z dobrodusznymi 
podbródkami, wlepiały oczy w oskarżoną. Nie poznawały jej, tak samo jak i 
ona nie poznałaby tych dwóch otyłości z wyglądem kapitalistek. 
— Więc która to z Raczyńskich, nic nie rozumiem! — niecierpliwiła się 
jedna, podczas gdy druga przecierając szkła szepnęła: 
— Najstarsza, najstarsza, nie wiesz? 
Pod oknem, w kapeluszu zsuniętym z czoła, z ustami lekko 
uszminkowanymi, w szarym rozpiętym płaszczyku, Bronka wyglądała jak 
roztargniona osoba, która tu weszła przypadkowo. Cechna przyjrzała jej się z 
niedowierzaniem. Przez szereg tygodni Bronka była nieuchwytna, jej telefon 
nie odpowiadał. Porzuciła czy straciła swe posadki „trzy godziny dziennie, 
trzy razy w tygodniu”, wyprowadziła się z dolnego Mokotowa i przepadła, 
aby się zjawić nieoczekiwanie na procesie. Z czego żyła, czym żyła, co jej 
jeszcze pozostało po zerwaniu z Piędzickim? Jej twarz, jej los, jej dłonie 
złożone na kolanach jakimś ostatecznym gestem wstrząsnęły Cechną. Nagle 
uprzytomniła sobie, że jej siostra, Amelia, jest oskarżona o otrucie męża po 
uzyskaniu korzystnego zapisu, oderwała oczy od Bronki i skupiła uwagę na 
odczytywanym właśnie akcie oskarżenia. 
Sławny adwokat, siedząc nieruchomo, patrzył w okno na skrawek nieba, 
który rysował się nad kominami. Amelka słuchała bez żadnego na twarzy 
wrażenia. Za drzwiami ktoś głośno domagał się wpuszczenia na salę. Woźny 
uchylił drzwi i wyszedł. Przez mgnienie ukazał się korytarz natłoczony 
ciekawymi. Jednak ci, co byli wewnątrz, nie znajdowali, aby byli świadkami 
„czegoś nadzwyczajnego”. Ich nadzieje na wzruszenia, sensacje i emocje 
zostały zawiedzione. 
Słuchając historii tragicznego wieczoru, Bronka zdumiewała się: życie 
Amelii i jej czyn, widziane poprzez akt oskarżenia, sprowadzały się do 
bardzo prymitywnych, skąpych i nieprawdziwych linii. A przecież 
wystarczało iść tam raz do aptekarzów w jeden z tych momentów, gdy drzwi 
kokociej, pachnącej sypialni zamykały się za tą parą małżeńską, aby 
wiedzieć, na jakim terenie rozegrał się ów dramat, dramat ciał. To było 
bagno, można było w tym utonąć po uszy, to było do gruntu zgniłe. Trzeba 
było tam być, w tej ciemnawej jadalni, którą oświetlano suto, gdzie gadano 
głośno i wesoło, nastawiano radio od rana do wieczora, co za straszliwe 
przemilczenia pod tymi głosami kochającej rodziny, scementowanej 
pieniędzmi aptekarza!... Lecz ta prostota aktu oskarżenia miała swój sens, 
ostawał nagi szkielet winy i kary. Bo w końcu ta kobieta, przerzucająca się od 
chwilowych buntów do pochwały wygody, kłamstwa i bezpieczeństwa, 
zabiła. Zabiła „powodowana chęcią zysku i zdobycia swobody, gdy mąż jej 
stanął na przeszkodzie”. To wszystko. 
Słuchacze byli przekonani o jej winie, pod wpływem dopiero co 
usłyszanych słów. 
— Tak, ona zabiła — rzekła jejmość w kapelusiku z piórkiem i 
staroświeckim żabociku pod brodą. 
Ten proces to był proces dystyngowany, prawie bezbarwny, oskarżona 
zeznawała miłym, umiarkowanie cichym, lecz wyraźnym głosem. Obrońca 
milczał, jakby chciał przez to zaznaczyć, że fakty powiedzą same za siebie. 
Czy oskarżona wychodziła późnym wieczorem z domu, po zaśnięciu męża? 
Tak. Wychodziła na krótko do pobliskiej cukierni, aby pomówić z 
współpracownikiem i przyjacielem męża, panem Cichockim. Mąż tego dnia 
swoim dziwnym zachowaniem się w aptece i w domu zaniepokoił ich. Nie 
umawiała się, wiedziała, że pan Cichocki po zamknięciu apteki idzie do tej 
cukierni na gazety, na bilard czy pogawędkę... Zeznania świadków wniosły 
nieco ożywienia. Lecz w miarę jak zeznawali i czy te zeznania przemawiały 
na korzyść, czy niekorzyść oskarżonej, przekonania obecnych zaczęły się 
wahać. Być sędzią — co to za straszna rzecz — władza nieomal boska. 
Dozorca, Katarzyna, pani Raczyńska, kelner z cukierni, dwaj prowizorzy z 
apteki kolejno oświetlili zdarzenia owego tragicznego wieczoru, nocy i ranka. 
Wszystkie ich słowa pokrywały się, podpierały i wiązały, tworząc obraz 
wiarogodny, o ile chodzi o czas, przyjście oskarżonej, wyjście, jej słowa i 
ruchy. Pozostawała tylko ta mała chwila między wyjściem Amelii z domu a 
wejściem Katarzyny do sypialni, gdy zobaczyła flakon po lekarstwie pusty, 
szklankę pustą i swego pana śpiącego, jak sądziła. Syfon z wodą znajdował 
się w jadalni na kredensie. 
Amelka siedziała nieporuszona. Myślała. „Czy zabiłam aptekarza? Nie, 
chciałam tylko wyjść”. Lecz jednocześnie pamięć jej nasuwała uczucia 
wszystkich tych momentów, w których wyobrażała sobie, że aptekarza nie ma 
między Janem a nią. I chwilę, gdy przechyliła szklaną rurkę z lekarstwem i 
potrząsnęła nią. I gdy poczuła pustkę wokół siebie, zupełną. Wtedy czuła, że 
został otruty. Ale rankiem, po nocnej rozmowie z Janem, ta pewność rozwiała 
się mgliście jak niewyraźny sen. To jej pomogło być spokojną. On po prostu 
śpi. 
Gdy wprowadzono świadka, Jana Cichockiego, doznała silnego 
wzruszenia. Jej wargi rozchyliły się spazmatycznie, gdy zeznawał swą 
„prawdę i tylko prawdę”. Potem, zacisnąwszy palce pod ławką, nakazała 
sobie spokój. Ta chwila, ciemna w akcie oskarżenia, pozostawała między nią 
a Filipem, mężem, aptekarzem. Należy przetrwać, znieść to wszystko i zacząć 
życie od początku. Czuła to życie jako wielkie wyswobodzenie, wielką ulgę, 
wielkie, szerokie odetchnięcie. 
A więc ta chwila, ten moment. Obrońca zajął się świadkiem, Katarzyną. 
Czy to prawda, że jej pan na kilka dni przed śmiercią był u spowiedzi? 
Potwierdziła skwapliwie. Nie dawała tego dnia panu śniadania, poszedł na 
czczo do kościoła. A czy często tak było, czy często spowiadał się? Nie, na 
Boże Narodzenie, na Wielkanoc, w rocznicę ślubu. Tak, ale tym razem nie 
było żadnej z tych okazji, czy więc nie sądzi, że jej pan był chory, 
wyspowiadał się, zrobił testament, myślał o śmierci? Katarzyna, myśląc o 
oliwie, o prawdzie, zaprzeczyła z siłą. Nigdy! Jej pan był taki religijny! 
Pewnego razu musieli w aptece udzielić pomocy jakiejś pannie, która otruła 
się w bramie jodyną. Katarzyna przypomniała sobie ten wypadek jak w 
natchnieniu. Aptekarz przyszedł wtedy na górę i omawiając zdarzenie 
powiedział, że to jest grzech śmiertelny, życie jest po to dane człowiekowi, 
aby je przeżył do końca. 
— Jeśli cierpiała — powiedział — to jej cierpienia nie skończyły się w chwili 
śmierci. 
Amelię zdjął dreszcz. Jej zęby szczęknęły i musiała zawrzeć mocno usta. 
To wyglądało, jakby sceptycznie i urągliwie przyjęła zeznania Katarzyny. 
Prokurator zapytał świadka, czy jej pani często wychodziła nocy, czy często 
służąca słyszała jej kroki w korytarzu? 
— Zdarzało się to kilka razy, budziłam się. 
— Czy zmarły o tym wiedział? 
— Tego nie wiem, pan nigdy o „takich” rzeczach’ ze mną nie rozmawiał. 
W tym procesie krył się romans, miłość, to leżało na dnie wszelkich 
zresztą konfliktów ludzkich. Miłości głód w swej rozciągłej skali. Prokurator 
zmierzał w tamtą stronę i nie mógł się wydziwić tej luce w akcie oskarżenia, 
tej oschłości i ścisłości sędziego śledczego. Zmierzał w tamtą stronę i zażądał 
przesłuchania świadka Alojzego Gończyka, kolportera pism. Ten świadek 
widział oskarżoną w nocy, w aptece lub powracającą o późnej parze z miasta, 
w towarzystwie męskim. Zjawił się przed sądem w starannie wyczyszczonym 
palcie, które mimo to zachowało na sobie ślady murów kościelnych, wilgoci i 
plwociny, parskającej w złym kierunku z powodu brody. Z tą brodą, 
nerwowymi ruchami głowy i rąk, rozbrajającym uśmiechem i rozwichrzoną 
czupryną nad wysokim czołem wyglądał na artystę, cygana, badacza, 
wszystko, tylko nie kolporter, uliczny sprzedawca. Opowiedział ową pierwszą 
scenę nocną w aptece, podglądaną przez nie dość dobrze spuszczoną roletę. 
— Ależ, u licha, co pan robił o tej porze pod kościołem? — spytał obrońca, 
jak go tylko dopuszczono do głosu. — Przecież nie liczył pan już na klientów? 
Pan Gończyk poważnie potwierdził i dodał, że. właśnie dlatego, o 
spokojnej głowie, uczył się czytać. 
— Czytać?! 
— Tak, z nekrologów. 
— Co świadek chce przez to powiedzieć? 
Czując żywe zainteresowanie sądu, obrońcy, adwokata i publiczności pan 
Gończyk wyłożył swój system nauki. Pamięciowe opanowanie tekstu 
pozwoliło mu poznać litery, połączyć sylaby, wreszcie odkryć całe zdanie. To 
mu musiało dawać wiele przyjemności, wprost rozkoszy, gdy po pokonaniu 
trudności zjawiał się cały sens zdania, ukryty w tajemniczych dotąd literach. 
Musiało go to wprost rozpierać, ta cudowna sztuka, bo błysk zalśnił w jego 
oczach, a policzki pokryły się cieniem rumieńca z podniecenia. Ale dlaczego 
nie uczył się czytać z pism, które sprzedawał? — zapytał obrońca. Potrząsnął 
głową. 
— Bo nie znalem ich treści — rzekł — a wtedy to niełatwe. 
Na sali roześmiano się. Jan, który po przesłuchaniu pozostał na sali, wyjął 
binokle, przetarł je i przyjrzał się świadkowi jak niebywałemu okazowi. 
Amelia oddychała lekko, jak zawsze w obecności Jana. On nosił w sobie 
wielką pobłażliwość, wszystko stawało się łatwe i zrozumiałe, i wybaczalne, 
gdy on to wytłumaczył i oświetlił swoim słowem. Od początku znajomości 
tym ją ujął, tą prawdą i prostotą, może dlatego, że jej życie było pełne 
krętactw? Oddychała lekko. 
Obrońca wzruszył ramionami i wyznał, że świadek Gończyk jest zbyt 
wielkim fantastą, aby można go brać serio. Bronka śmiała się. Cechna, 
wspominając podobne metody Zuzanny, współczuła kolporterowi. Panny 
Ziemskie zgadzały się ze sobą, że przecież ten Gończyk to półgłówek, i 
gorszyły się, że takich „wzywa się do sądu i słucha ich bajdurzenia”. Obrońca 
ciągnął: 
— Przychodzę do przekonania, Wysoki Sądzie, że gdyby świadka w 
młodości nauczono czytać, gdyby światło druku i wiedzy było dlań dostępne, 
nie mielibyśmy dziś tej sprawy. Ta sprawa zrodziła się z podglądania przez 
dziurkę od klucza, przez roletę, której moja klientka nie miała powodów 
uszczelniać i pilnować, z plotek, domysłów i wreszcie zazdrości. Z 
wszystkich świadków. — Obrońca urwał, bo w tej chwili błysnął mu świetny 
pomysł mowy obrończej, począwszy od dzieciństwa i młodości podsądnej, 
domu, matki, środowiska, całego tego mieszczaństwa, Leszna i Nowolipek, 
aż do jej małżeństwa, a potem duchowego wyjścia wymaganiami charakteru i 
uczuć poza tę sferę i poza sferę męża. Na tym tle powstał konflikt i zaostrzał 
się z każdym dniem, aż doprowadził do zdenerwowania, przygnębienia, 
choroby i śmierci aptekarza... Ale pan Gończyk, zachwycony słowem 
„fantasta” i urażony lekceważeniem, chciał jeszcze coś dodać do swych 
zeznań. Gdy zobaczył aptekarzową w nocy, w aptece, w bieliźnie i okryciu na 
ramionach, w domowych pantoflach z pomponami na bosych stopach, i 
prowizora, leżącego swobodnie na skórzanej kanapce, wcale się nawet tak 
bardzo nie zdziwił. Wiedział, co ma o tym myśleć, bo pewnej wiosny 
aptekarzowa na oczach wszystkich zawiązywała romans z panem Andrzejem 
z plebanii i doszło do tego, że gospodyni księdza zamknęła jej drzwi przed 
nosem, a rodzina wysłała prędko młodzieńca za granicę. 
Fabrykantowa powozów po trzykroć skinęła kapeluszem. Ach, 
przypomniała sobie doskonale tę wizytę u aptekarzów! Prokurator jął 
zadawać oskarżonej pytania, dotyczące jej wyjścia z domu i pobytu w 
kawiarni. 
— Czy oskarżona wprost z kawiarni wróciła do domu? 
— Tak! 
— Nigdzie pani nie wstępowała? 
Zaprzeczyła. Poszła od razu do domu, dozorca otwierał jej bramę. Była 
godzina — między jedenastą i pół — a dwunastą. 
Obrońca rzekł: 
— Ja wiem, do czego zmierzają pytania pana prokuratora, i ażeby przeciąć 
tę sprawę i nie wychodzić z ram aktu oskarżenia, ofiaruję się przeprowadzić 
dowód prawdy, zeznanie świadka, które w zupełnie innym świetle ukaże moją 
klientkę, niż ją chcą widzieć świadkowie oskarżenia... 
Sąd po krótkiej między sobą naradzie wydał polecenie sprowadzenia 
Klary Stein, rozwódki, właścicielki mieszkania, w którym jako sublokator 
zajmował pokój pan Jan Cichocki. Amelka zupełnie spokojnie spojrzała na 
drzwi. Pani Raczyńska zbladła i nerwowo otworzyła torebkę. Prowizor 
poruszył się, jakby chciał wstać, otworzył usta i z nagłą determinacją 
poprawił się na krześle i skrzyżował ręce. Katarzyna zwątpiła, czy oliwa 
wypłynie na wierzch. 
Pani Stein, lat pięćdziesiąt, o starannym maquillage’u i solidnym 
wyglądzie rentierki, stanęła przed sądem, aby oświadczyć, że jej sublokator 
wrócił tego wieczoru koło dwunastej, miał swoje klucze. Udał się zaraz do 
łazienki i, w czasie gdy tam przebywał, ona sama otwierała drzwi pani, która 
nadeszła zaraz za nim i która odwiedzała go dość często w ostatnich 
tygodniach. Służąca wtedy spała. 
— Czy to była ta pani? — rzekł prokurator wskazując na Amelię. — Niech 
pani dobrze się przyjrzy. 
Obrońca zaprotestował przeciwko tak sformułowanemu pytaniu. Ale pani 
Stein, wśród naprężonej ogólnej ciszy, spojrzawszy uważnie na oskarżoną, 
rzekła stanowczo. 
— Nie! tamta była niska, brunetka, bardzo młoda, energiczna osoba. Raz 
zamieniłam z nią nawet kilka słów, mówiła mi, że jest kasjerką w tej samej 
aptece... 
Wśród poruszeń, szeptów, lekkich okrzyków i spojrzeń w stronę bohatera 
tej sytuacji nawet nie zauważono, jak Amelka osunęła się bezszelestnie z 
ławki na podłogę. Policjant schylił się, aby ją dźwignąć. Obrońca, kilka osób 
siedzących w pierwszych rzędach, Bronka — zerwali się ze swych miejsc. 
Amelka była zimna, sztywna, śmiertelnie blada. 
Proces przerwano i odroczono do dnia następnego. 
Popołudniowe i wieczorne wydania dzienników przyniosły sprawozdania 
z procesu, a niektóre pisma poświęcały mu całe szpalty z fotografiami, z 
czerwonymi literami tytułów brzmiących bardziej sensacyjnie niż sam tekst. 
Nazajutrz korytarze sądu od rana tak były zapełnione publicznością, że 
ustawiono wartę przy drzwiach sali rozpraw, a kancelaria jęła wydawać karty 
wejścia. Mimo tej beznadziejnej sytuacji publiczność dalej tkwiła przed 
drzwiami i zapełniała poczekalnię rozsiadłszy się na ławkach, parapetach 
okien, wreszcie podpierając ściany. Co chwilę któraś z oczekujących kobiet 
powstawała z miną poważną i wtajemniczoną, aby przypuścić szturm do 
woźnego. Odmawiał nie kryjąc wzgardy. A to maniaczki! W końcu tak go 
zmęczyły, że tylko patrzył nie mówiąc ani słowa i potrząsając przecząco 
głową. Policjant, pełniący służbę w gmachu, był bardziej wyrozumiały na 
słabości ludzkie i zachęcał. 
— Czy koniecznie tu? Są jeszcze inne procesy, też ciekawe. W sali numer 
pięć, w sali numer osiem... I, jak dobry manager24 Sprawiedliwości, tego 
pouczającego widowiska rozpraw, które poruszają w człowieku bezgraniczne 
zwątpienia, dodał z gestem w kierunku drzwi. 
— Proszę, proszę! 
To były procesy: polityczny i prasowy. Starsze damy wyszły i wróciły, i 
znów zajęły ławki. Nic nie rozumiały. Częstowały się cukierkami 
orzeźwiającymi lub papierosami. Jedna z nich poruszała wargami tak, jakby 
odmawiała zdrowaśki. Inna opowiadała z ożywieniem, że kupując pewnego 
razu w aptece olejek kamforowy widziała na własne oczy oskarżoną, 
aptekarzową. Stąd jej zainteresowanie tą sprawą. 
— Była tak wystrojona! uperfumowana! 
Tam na sali obrońca wygłaszał swoją świetną mowę. Pani Raczyńska 
popłakiwała. Publiczność, odmienna niż dnia poprzedniego, strojne kobiety, 
starsi panowie, prawnicy, aplikanci — przyszli tu dla usłyszenia tej właśnie 
mowy. Było prawie gorąco, uchylono górne części okien i wiosenne 
powietrze ciągnęło stamtąd orzeźwiającą smugą. Panny Ziemskie nie 
przyszły. Bronka spóźniła się i nie weszła na salę. Siedząc w pobliskiej 
kawiarni zaczęła od przeliczania kapitałów w torebce. Wystarczyło na kawę i 
papierosy, odetchnęła. 
Nie było Jana Cichockiego, który „musiał” pozostać w aptece, Katarzyny, 
zajętej gotowaniem lepszego obiadu, pana Gończyka, sprzedającego swe 
pisma. Kwiryna, która od kilku dni przebywała za interesami w Gdyni, z 
niesłychanym rozdrażnieniem przeczytała sensacje procesowe w gazetach. 
Skoro świt wyszła z hotelu i zadepeszowała do rejenta, nie licząc się z ilością 
słów. Niech się zajmie tą sprawą bez względu na koszty, w razie skazującego 
wyroku — apelować, wziąć drugiego jeszcze obrońcę. Apelować! 
Osoby najbliższe, siostra i matka, siedziały razem. Amelia, z twarzą 
zapadłą i skurczoną, z założonymi rękami, zdawała się wcale nie uczestniczyć 
w tym, co się działo dookoła. 
Wyrok uniewinniający przyjęła bez wrażenia. Gdy ją przewieziono do 
domu, osłabła tak, że nie mogła o własnych siłach wejść na piętro. Cechna, 
nie znalazłszy w sobie nic z wczorajszych swych uczuć potępiających, uczuła 
przez mgnienie, jakby sprawa winy czy niewinności siostry przeniosła się z 
sali sądowej na inną płaszczyznę, głębiej, z złowrogą siłą kamienia, 
rzuconego z góry. Gdy Amelię prawie niosła na górę z pomocą dozorcy, 
Katarzyna wyszła naprzeciw, w czarnej odświętnej bluzce i błękitnym 
fartuchu, z twarzą tak samo surową i spojrzeniem oczekującym. 
Pani Raczyńska, przewidując powrót córki, kazała usunąć łóżko 
aptekarza. Lecz w tym miejscu powstała jaskrawa luka, pustka, 
przemawiająca stokroć silniej niż usunięty sprzęt. Na toalecie ustawiono 
wazon z pierwszymi narcyzami wiosny. Amelia, osłabła, z ogromnymi łzami 
na policzkach, zdruzgotana tym powrotem, drżąca z zimna, natychmiast legła 
na łóżku. Wszyscy wyszli z pokoju, myśląc, że zaśnie. Po godzinie 
Katarzyna, na własną rękę, odważyła się zajrzeć tam. 
— Czy pani czego nie potrzebuje? 
Amelka leżała na wznak, z twarzą natężoną, jakby nasłuchując głosów 
biegnących z dołu, z apteki. Przesunęła głowę w bok i spojrzała na służącą. 
Już nie bała się jej, już nie czuła się w jej mocy, nie bała się niczego i nikogo, 
uniezależniona od tych wszystkich następujących na nią, podpatrujących 
ludzi. Skinęła na Katarzynę. Zdawała się budzić z jakiegoś wielkiego 
osłupienia i wielkich zamyśleń, oczy jej błysnęły, gdy szeptała: 
— Niech tu przyjdzie pani starsza. 
Katarzyna pochyliła się i podtrzymała, aby poprawić poduszkę. Ciało 
Amelii ciągle jeszcze było zimne, mimo grubego szala, którym ją okryto. 
Katarzyna szła ku drzwiom, w piersi jej coś drgnęło i uniosło w górę. Oliwa 
wypłynie na wierzch. Oliwa wypłynie na wierzch. Boga się nie oszuka. 
Pani Raczyńska, z twarzą zarumienioną od płomienia kuchni, pełna 
smakowitych zapachów, zawołała od progu. 
— Cechna zostaje na obiedzie, a dla ciebie szykuje się kurczak. Drogie 
jeszcze, ale musisz się posilić... — I, wracając do procesu, jęknęła z 
zachwytem. — Ach, jak on pięknie mówił, ten adwokat, co za mówca! 
Spłakałam się, nie mogłam łez powstrzymać!... 
Te słowa, ten znany akcent dźwignął Amelię. Usiadła i przywołała matkę. 
Pani Raczyńska odsunęła kołdrę, aby przysiąść na brzeżku łóżka. 
— No, jak się czujesz? 
Amelka szepnęła. 
— Mamo, ja otrułam Filipa. Wrzuciłam do szklanki wszystkie pastylki, 
wszystkie pastylki! 
Mówiła to głosem tak cichym i spokojnym, że pani Raczyńska osłupiała, z 
wytrzeszczonymi oczyma, siedziała bez ruchu. W tej chwili Amelia myślała o 
wieczorze, gdy Andrzej, bratanek księdza, wyjeżdżał za granicę i przyszedł, 
aby się pożegnać. Wtedy walczyła z sobą, aby milczeć, aby nie zdradzić się 
gestem, słowem i spojrzeniem. Teraz walczyła, by mówić, poganiana 
straszliwym musem wewnętrznym, niezwalczoną chęcią, aby odejść stąd. 
— Niech mama poprosi adwokata, aby mnie dziś przyjął, ja muszę mu 
wszystko powiedzieć, on mi ułatwi, powie, co zrobić, abym mogła, abym 
mogła... 
— Co? odpokutować?... — zabrakło jej tchu, zaczęła szeptem, ale skończyła 
nieomal krzykiem. 
Pani Raczyńska zerwała się nagle i cichymi kroczkami podbiegła ku 
drzwiom. Katarzyna bez dźwięku, ostrożnie, nakrywała do stołu. Czy ona co 
słyszała?... Cechna, na szczęście, rozmawiała w przedpokoju przez telefon. 
Pani Raczyńska przyjrzała się uważnie służącej, rzekła: 
— Nie trzeba jeszcze podawać! — i przymknęła drzwi. 
— O czym ty mówisz, moje dziecko? — szepnęła z podziwem, stojąc nad 
Amelią. — Tobie się chyba w głowie pokręciło przez ten proces i te wszystkie 
przejścia!... 
Oczy Amelii z dołu, z poduszki, patrzyły z przerażeniem na matkę, ale 
pani Raczyńska ciągnęła dalej. 
— Ja myślę!... jak człowiekowi przez kilka miesięcy wmawiają, że otruł, to 
w końcu sam gotów w to uwierzyć!... 
Amelia przerwała ze zgrozą. 
— Niech mama przestanie. To prawda. Mówię mamie, to prawda. Tej 
sprawy już mama nie zagada. Otrułam Filipa i teraz chcę się do tego 
przyznać, muszę się przyznać!... 
Panią Raczyńską ogarnął taki strach i taka straszna złość na córkę, że 
wyciągnęła rękę, jakby chcąc jej zamknąć usta na wieki. Nie tylko więc zabiła 
aptekarza — niechcący! O, niechcący! Ale i chce dobić własną matkę?... 
— Ty tylko o sobie myślisz! Tylko o sobie myślisz, jak ci będzie lepiej! 
Jak ci będzie lżej! Dobrze! Ale za co ja mam cierpieć? Dlaczego przed 
śmiercią ma mnie spotkać taki wstyd, taka hańba? Że miałam córkę 
trucicielkę! W więzieniu! A Cechna? A małe, które wchodzą między ludzi? A 
Zuzanna?... — Pani Raczyńska chwyciła się za serce i ciężko dysząc wyjąkała. 
— Ty mnie zabijesz tym wszystkim! Ty mnie zabijesz! 
Amelia, załamując ręce, zbielałymi wargami powtarzała: 
— Mój Boże, mój Boże, mój Boże! 
Pani Raczyńska ochłonęła i rzekła surowo. 
— Właśnie. Módl się i proś Boga o przebaczenie. Bóg rozsądzi twoją 
sprawę, jak to tam było. — Po czym chlipnęła i dodała chytrze. — Mów sobie 
co chcesz., ale ja w to uwierzyć tak od razu nie mogę! Potrzeba mi czasu, aby 
oprzytomnieć. 
Amelka odwróciła głowę i zamknęła oczy. Szepnęła z osłupieniem i 
rozpaczą: 
— I co ja teraz zrobię, co ja zrobię ze sobą? 
Pani Raczyńska pomyślała. „Jak to dobrze, że ona taka słaba, trudno jej 
się ruszyć”. Wyszła do stołowego i zadzwoniła, żeby podawać, Amelka nie 
wstanie do obiadu. Ale gdy Cechna chciała zanieść siostrze przygotowaną 
tacę, pani Raczyńska nerwowo krzyknęła. 
— Nie, nie! Ja sama zaniosę! A ty siadaj tu i jedz. 
Nie wpuści nikogo do Amelii. Póki jej to nie przejdzie. 
— Ona jest zupełnie rozbita i chora, biedaczka! — rzekła przy stole. — Nic 
dziwnego! Po tylu przejściach! Trzeba ją zostawić w zupełnym spokoju! 
Nie wątpiła, że te napady Amelii miną, jak tylko trochę odżyje, podkarmi 
się, ubierze. Ale Amelia kurczowo trzymała się swego grubego szala, nawet 
gdy wieczór zapadł i trzeba było rozebrać się do snu. Pani Raczyńska 
ulokowała się z cerowaniem, modlitewnikiem i herbatą w jej pokoju. Z ulicy 
dobiegał coraz mniejszy pod wieczór ruch uliczny, zgrzyt kół tramwajowych 
na zakręcie, dźwięczny odgłos kopyt końskich i głuchy huk ciężkich wozów. 
Amelka słyszała także brzęk otwieranych drzwi w aptece, ilekroć tam ktoś 
wchodził. Potem wyławiała kroki, stanowcze stąpania Jana koło oszklonych 
szaf, w laboratorium, wzdłuż sklepu, w stronę kasy. Drętwiała. Niskie jej, 
szerokie łoże stało się podłogą, na której leżała wyciągnięta, z uchem 
przywartym czujnie, rozkrzyżowana, martwa, zmieniona w jakiś czuły 
mechanizm, gdzie kruchy stuk serca odmierzał uczucia i czas. Zapadała cisza. 
Zgrzytały żaluzje. Trzaskały drzwi. Chodnik uliczny dźwięczał krokami 
uchodzących. Teraz nadszedł mrok. Wystąpiły blade okna, omglone tiulem 
firanek, granatowe niebo wiosennej nocy z świetlistymi pąkami kasztanów w 
ogrodzie przyklasztornym. Czerwony brzask padał z dołu: to lampa przed 
posągiem u wstępu do kościoła. 
Pani Raczyńska spala tuż przy drzwiach, na kanapie. Rano nie poszła na 
mszę. Katarzyna, sprzątając, wtargnęła wreszcie do sypialni i ujrzała swą 
panią, w tej samej czarnej sukni co wczoraj, wymiętej, otuloną szalem, z 
niemą i trupią twarzą, wśród której widniały zgasłe oczy. Oliwa wypływała 
powoli na wierzch, wolno, ale to był dopiero pierwszy dzień po wyroku. Pani 
Raczyńska śledziła sprzątającą Katarzynę i przynaglała ją. 
— Prędzej, Katarzyno, prędzej, bo to panią męczy. — Próbowała też mówić 
cośkolwiek przy służącej, ale aptekarzowa nie odpowiedziała ani słówkiem, 
jak gdyby to nie do niej mówiono. 
„Może to i lepiej? — pomyślała pani Raczyńska jeśli ma gadać talie 
rzeczy?” 
Na ulicy kolporter Gończyk wykrzykiwał tytuły pobożnych broszur i 
pism. Poprzez mury huczały uroczyście organy. Pani Raczyńska uczuła się 
jak więzień, przykuta do tego pokoju, do tej wyrodnej córki, która i sobie, i 
wszystkim dookoła życie popsuła. To musiało się wreszcie jakoś skończyć! 
Po porannych porządkach, gdy Katarzyna wyszła do miasta, pani Raczyńska 
siedząc przy łóżku córki uzbrojona w igłę, nożyczki i pończochy do 
cerowania zaczęła lekko a nieubłaganie: 
— Wszystko się odkładało na ten twój powrót, tyle spraw, tyle interesów, 
że aż głowa pęka. Myślałam, że poślesz kwiaty swojemu obrońcy, a jakie 
honorarium? Pojęcia nie mam! Piędzicki go umówił, no dobrze, ale przecież 
kosztów ponosić nie będzie?... Tym bardziej że zerwał z Bronką i ona znów 
jest na lodzie. Przewłóczyła swoją młodość, będzie jej coraz ciężej. Kwiryna 
dowiadywała się o ciebie. Dzwonił rejent. Koncesja na aptekę jeszcze należy 
do nas, ale trzeba tak zrobić, aby komuś poddzierżawić. Właśnie 
rozmawiałam z prowizorem, on chce właśnie wydzierżawić. Skąd ma 
pieniądze?... Kasjerka wnosi mu posag, żeni się. Mieszkanie zostaje przy nas, 
bo cóż? Człowiek przyzwyczaja się do swoich stron, a po drugie mieszkania 
teraz drogie, za byle jaką dziurę płaci się odstępne, i to cud, jak się coś 
znajdzie. 
Amelka siadła na łóżku i, objąwszy kolana ramionami, kiwała potakująco 
głową. Twarz jej, skrzywiona okropnym grymasem uśmiechu, zdawała się 
szczerzyć ku matce lśniące zęby. Komu ona chciała się przyznawać? Za co 
pokutować? Kogo żałować? Płacić?... Ten plugawy testament, związany 
różową wstążką, ta ostatnia wola człowieka złożona między jej koronkowymi 
majtkami i koszulami to była w sam raz zapłata dla niej. Wszystko, co było i 
jest koło niej, uczciwy i wspaniałomyślny mąż, porządny i prawdomówny 
Jan, spokojna w swym sumieniu matka, i ten podwójny sens, podskórne, 
drugie życie, wśród którego została powalona. Teraz gdy zaczynała je 
rozumieć. 
Tu pozostać. Tu żyć. Tu istnieć, aż do niewiadomego końca... Ślina 
wypełniła jej gardło, aż napęczniało od gorzkiego, cuchnącego posmaku, 
wytrzeszczone oczy godziły w matkę, podczas gdy jej głowa zdawała się 
potakiwać. Na jej zbrodni i wstręcie wzrośnie małżeństwo Jana, może będą 
mieć dzieci?... Na jej zbrodni i milczeniu ugruntuje się spokojna i bezpieczna 
starość matki. Ci ludzie będą istnieć, żyć, tworzyć nieubłagany ład porządku 
rzeczy. Jeszcze przez mgnienie wśród tych wszystkich zdarzeń i ludzi błysnął 
jej uśmiech Andrzeja, dźwięk fisharmonii, pękające obrzmienia gałęzi drzew, 
poruszająca się ziemia, ta wiosna w swym niewzruszonym kształcie czystości, 
jedyna wartość i jedyna miłość, przezwyciężona. Ale ten błysk zgasł zaraz w 
napływającym, czarnym mroku innych wspomnień. Ręce zmarłego aptekarza 
zabiegliwie oplątywały jej ciało. Jan udzielał jej swego „męskiego 
współczucia”, objawiał swój ludzki punkt widzenia. Matka przymykała oczy, 
szeptała modlitwy i poszukiwała testamentu. Oczy Katarzyny. Krzyk 
kolportera Gończyka na ulicy. Aż do niewiadomego końca... 
Huk organów drżał wśród murów, przedzierał się przez grzmot jezdni. 
Nikły ich dźwięk błądził po pokoju. 
Czy może być większa pokuta? Czy może być cięższa kara? Czy może 
być sroższe więzienie, gdzie człowiek na poły już pozbawiony brzemienia 
swej winy wiedzie swe dni w nowym kształcie, oczekując wyzwolenia?... 
XXIX 
Gdy w przedpokoju brzęknął dzwonek, Kwiryna zerwała się i dopadła do 
drzwi. 
— Byłam pewna, że to ty albo Bronka — rzekła wpuszczając Cechnę. Była 
wzruszona. Przed chwilą skończyła pracowity dzień wypłat od wczesnego 
ranka w fabryce na Mokotowie, w sklepach, na nowej budowie domu, na 
placu dawnej węglarni. Ponieważ buchalteria wykazała znaczne zyski, 
Kwiryna zarządziła wypłatę małych gratyfikacji świątecznych i miała tę 
słabość, że własnoręcznie je wypłacała. Ludziska popłakali się życząc jej 
Wesołych Świąt i Wesołych Świąt!... Odpowiadała: „Wzajemnie, 
wszystkiego dobrego!...” Ręce miała pełne pieniędzy, głowę pełną cyfr, uszy 
nabrzmiałe podziękowaniami. Z tego rozgwaru cudzych spraw, cudzego życia 
i radości wpadła nagle w swoje zaciszne pokoje, uroczyście wysprzątane 
przez ciotkę, która kupiła nawet dwa różowe hiacynty. Uroczyście 
wyglądające, ale puste. To ją wykoleiło. 
Nie łatwo wypowiedzieć, co się czuje. Czy jednak Cechna, wychodząc z 
domu w to wielkosobotnie popołudnie, sama bez Zuzanny, nie odczuwała też 
jakiegoś braku? 
— Byłam u mamy! — rzekła — i wpadłam tu tylko na chwilę! 
Uśmiechała się stojąc w przedpokoju w nowym, wiosennym kostiumie, z 
kwiatem u klapy żakietu. Ale oczy jej ciemniały od jakiegoś smutku. Ciotka 
wytknęła głowę przez drzwi kuchenne i krzyknęła: 
— Ach! u ludzi już święto, a u nas nic nie gotowe! Wszystko na ostatnią 
minutę! 
— Wcale bym się nie śmiała — szepnęła z namysłem Kwiryna — żeby i 
Bronkę tu przyniosło... 
I pociągnęła gościa do pokoju pod okno, gdzie dwa fotele stały obok 
siebie. Cechnie zdawało się, że jak usiądzie i utonie w tych miękkościach, 
nieprędko wstanie. Była bardzo zmęczona. 
Idąc ze swej kolonii, wpadła w ów płynny szereg ludzki, ciągnący od 
kościoła Zbawiciela aż po kościół Panny Marii. 
W mrocznych nawach obok bolesnych krzyży leżeli rozkrzyżowani ludzie 
z czołem wspartym o zimną posadzkę, z zatajonym oddechem, niczym 
martwi oczekujący na swą łaskę zmartwychwstania. 
— Zawsze mnie to przejmuje dreszczem — rzekła. Myślę: o co oni tak 
gorąco Boga proszą czy za co przepraszają? 
— O, gdyby to można odkupić się przez samo leżenie krzyżem! — szepnęła 
Kwiryna z akcentem takiej goryczy, że Cechna spojrzała na nią zdumiona. 
Ale szybko odwróciły głowy, zmieszały się i poniknęły spojrzeniami pod 
ciemną kopułę nieba. W kuchni ciotka śpiewała żałośnie: 
Trzy niewiasty poszły, 
Maście drogie niosły. 
Akacje na skwerze pokryły się drobnymi i obfitymi liśćmi. Zielona ich 
koronka przysłaniała czeluść Nowolipia. Pod sztachetami nie było dziś 
zwykłej galerii gapiów i wypoczywających. Świąteczny nastrój w domach i 
wędrówki po grobach opróżniły to ulubione miejsce okolicznych 
mieszkańców. Nawet przecznica Karmelickiej opustoszała. Tramwaje stanęły. 
Ciotka przyniosła herbatę i ustawiła szklanki na parapecie okna. 
— Niech się nasz gość nie obrazi, ale tyle mam roboty! Ten szturpak 
dziewczyna jak poszła do kościoła ze święconym, tak i przepadła! — Ciotka, 
zaaferowana, wróciła do kuchni i znów stamtąd dobiegł jej śpiew triumfalny. 
Czegoście pożądali 
Tegoście do-cze-kali! Alleluja! 
Kwiryna rzekła: 
— Wielka Sobota, Wielka Obietnica... — Cechna wspominając swoje 
odwiedziny na Lesznie, Amelię, obezwładnioną, postarzałą, uparcie milczącą, 
uczuła bolesny skurcz serca i pomyślała. „Czy też ona się kiedy odrodzi, czy 
dane jej będzie inne życie? ulga i zapomnienie?...” Kwiryna zapytała. 
— Co z Amelią?... — i wysłuchawszy wzniosła na Cechnę swe poważne, 
omglone oczy. 
— Zostawcie ją tylko. Zostawcie ją w spokoju. 
Popijając herbatę, patrzyły na skwer opustoszały. Jakaś kobieta w szarym 
płaszczyku i czarnym kapeluszu, z łokciami ulokowanymi wygodnie w 
ażurowych zgięciach sztachet, z głową odchyloną i stopami lekko wpartymi w 
chodnik, oddawała się usilnej obserwacji mydlarni panien Ziemskich, nad 
którą nieprzeniknionym błyskiem lśniły okna dawnej szkoły. Było coś w tym 
geście, w tej postawie patrzącej, że Cechna i Kwiryna spojrzały na siebie. 
— Czy nie mówiłam?! To ona! — szepnęła Kwiryna. Roześmiały się z cicha 
i oczy ich zaszły łzami na myśl o uczuciach, które je tu sprowadziły. Cechna 
rzekła: 
— Przychodzi taki czas, że człowiek właściwie nic już nie robi, tylko stoi 
w miejscu i ogląda się poza siebie. Wraca do najwcześniejszej młodości, 
dzieciństwa, do... 
Ale Kwiryna przerwała jej, przestraszona, że Bronka może odejść, po niej 
wszystkiego się można spodziewać! I pchnąwszy okno, zrobiła tubę z dłoni, 
by krzyknąć. 
— Bronka! Bronka! 
Tamta odwróciła się wolno i podniosła ramię w górę gestem powitania. 
Twarz jej jaśniała biało pod ciemnym rondem kapelusza. Kwiryna nagle 
rozgniewała się. 
— Ma też na co patrzeć! — krzyknęła. — Przecież tam już nie ma szkoły, 
tylko hotel! 
Odetchnęły, gdy Bronka ruszyła z miejsca. Kwiryna zatroszczyła się 
nagle, czy jest co jeść w domu? 
— Czy ciocia ma coś gorącego na poczekaniu?! 
Ciotka odpowiedziała z głębi kuchni. 
— Po rezurekcji, po rezurekcji!... teraz mam tylko kartofle w 
mundurkach... 
Kwiryna otworzyła szeroko drzwi, z pompą. Bronka weszła w milczeniu i 
w milczeniu nadstawiła policzek do pocałunków. Musiała być głodna czy 
zziębnięta, bo zaraz zmierzyła w stronę kuchni, gdzie ciotka akurat 
przechylała garnek, wyrzucając na miskę dymiące kartofle. 
— W takim dniu! naprawdę! czy może być mowa o przyzwoitym 
poczęstunku! 
Nikt tego widać nie pragnął, bo ulokowawszy się rzędem i boczkiem na 
łóżku służącej, trzy kobiety, chuchając, zaczęły jeść czerpiąc sól koniuszkami 
palców. Ciotka odkryła pokrywę z kotła, wymacywała widelcem miękkość 
szynki, aby znów pośpiesznie dopaść piecyka, gdzie blachy z ciastem „już 
dochodziły”. Kwiryna zajęczała, jakby dopiero teraz czując gwałtowny bieg 
tego dnia, który zszarzał za oknem. 
— Ach, moje nogi, moje nogi!... 
Ciotka pisnęła cienko. 
— Wszystko na ostatnią chwilę! Wszystko na raz! Na gwałt! Czy panie nie 
znają Kwiryńci?... 
Kwiryna, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, na wpół leżąc oddychała 
z ulgą. Pani Meysztor, w swym wykwintnym kostiumie, wsparta o żelazną 
poręcz łóżka, uznała głośno, że chyba po to błądziła cały dzień, aby znaleźć 
się wreszcie z przyjaciółkami w takiej kuchni. Bronka milcząc przenosiła swe 
wymowne oczy z jednej na drugą. Jej palce zmięły brunatną skórę z kartofla i 
niecierpliwie odrzuciły zlepioną kulkę. Ciotka, wydobywszy ciasta, odsunęła 
kocioł z ognia i odpasała fartuch. 
— Czy nakryć stół pod święcone, Kwiryńciu? 
— Tak, tak. 
W tej chwili zastanowiła się i spytała głośno. 
— Po co? — patrząc na towarzyszki. 
Myślała o Romanie, o jego kręceniu się wesołym koło wielkanocnego 
stołu. Siadał w pokoju i patrzył, po prostu jak dziecko. Ożywiał się, zabiegał, 
aby wytworzyć dobry nastrój, lawirował między nią a ciotką, bo kobiety 
zawsze są wtedy złe, zmęczone... Twarz jej wykrzywiła się z nagłego i 
dojmującego bólu, łzy prędko przebiegły przez ściemniałą twarz. Cechna, 
chcąc ją oderwać od wspomnień, zapytała prędko, czy nie uważa, żeby dla 
Amelii był dobry wyjazd?... Ale Kwiryna znów zapytała. 
— Po co? — i powtórzyła, ciągle z tym bolesnym skrzywieniem. — 
zostawcie ją, zostawicie... ja wiem, co mówię! 
Tedy Bronka, aby dołożyć też swoje do tej stypy szczególnej, biesiady 
wiosennego, granatowego wieczoru, wśród dymiącego ciasta, szynki, 
porozrzucanych na stole korzeni i przypraw, zapytała swoim niskim i pełnym 
głosem: 
— Czy też Cechna nic nie wie o prywatnym życiu Ignacego?... Jak mu też 
się ono ułożyło?... 
Kwiryna, która nic nie wiedziała o tym rozstaniu, spojrzała zdumiona. 
Cechna zawahała się, a potem, jak chirurg, zatopiła nóż w ranę, która widać 
nie zagoiła się, nie! A więc ona o nim myśli, mimo zerwania, mimo tej 
szyderczej rozłąki?... 
— Tak — rzekła — proszono mnie o pewne uzupełnienie jego kawalerskiego 
umeblowania. Przeniósł się do żony na kolonię. To niedaleko nas, nieraz... 
nieraz ich spotykam. 
Bronka podniosła się i przeciągnęła. 
— No, więc macie! — mruknęła patrząc na siedzące z góry. 
Co to miało znaczyć?... No, więc macie! 
Zdruzgotana Amelia, zmarły Roman, opuszczona Cechna, straszna, 
skurczona twarz Kwiryny, i ona sama, dokładnie wyleczona z wszelkich 
chęci, nawet z chęci do życia!... Wzruszyła ramionami. A jednak w tych 
wszystkich klęskach, w tym gromadnym pogromie tkwiły jakieś utajone 
zwycięstwa, jakieś niełatwe przezwyciężenia, coś, co sprawia, że człowiek 
boleje, ale nie czuje w sobie zaskorupiałej, zarosłej podłości. 
Kwiryna nastawiła uszy i twarz jej przybrała wyraz natężenia. Skądś, 
jakby spod podłogi, dochodziły podniesione głosy. To najmłodsza szewców 
znów awanturowała się z matką. Kwiryna zerwała się. 
— Chwileczkę! 
Pozostawiła je zdumione, słyszały jej szybkie kroki po schodach. Na dole 
zapadła cisza. Kwiryna powróciła, zadyszana, z twarzą rozjaśnioną. 
— Powiedziałam jej tak, że popamięta do sądnego dnia! — I wyjaśniła. — 
Zachciało jej się białego beretu i o ten beret wyciąga flaki z swojej rodzonej 
matki. 
Bronka roześmiała się. 
— Ja wiedziałam, Kwiryno, jaka jest twoja nowa życzliwość dla ludzi. 
Jedną ręką dajesz, a drugą walisz w kark! 
Lecz Kwiryna, ta sama Kwiryna, zamiast rozgniewać się zapytała 
stropiona i niepewna: 
— A czy to źle?... 
— Ach, nie! — szepnęła Bronka. — Ty zawsze miałaś w sobie instynkt 
opiekunki... 
Zawahała się, spojrzenie jej szybko i mocno jak uścisk objęło 
przyjaciółki. 
— Czy nie uważacie, że wszystko to musiało być, musiało się stać? 
— Co?! 
— Wszystko, wszystko. Mus życia. Przymus życia. Konieczność przeżycia, 
jak w raju, pod drzewem wiadomości dobrego i złego. 
Zdawała się trzymać w ręku ogromne jabłko, patrzyły jak 
zahipnotyzowane na jej gorzkie usta i brązowe, rozszerzone zdumieniem 
oczy. W wejściowe drzwi ktoś zapukał. To wróciła dziewczyna ze 
święconym, z kościoła. Drobne kroczki ciotki przerwały ciszę. 
— Nareszcie! teraz możemy jeść, podzielić się jajkiem. Stół zastawiony. 
Proszę do pokoju, do pokoju! 
Bronka pochyliła się nad małym węzełkiem serwety, gdzie talerz z 
bochenkiem chleba, solą i jajami, strojny w liście borowiny, tchnął 
świątecznym zapachem. Kwiryna jęknęła powstając. Cechna zaniepokoiła się 
o Zuzannę. Lecz zanim się zdecydowały przejść do pokoju, zanim się 
obejrzały, Bronka stanęła w progu sieni. 
— Adieu! — rzekła głosem ochrypłym i sztucznym od wzruszenia. — Ja 
muszę już iść! 
Kwiryna krzyknęła: 
— Bronka! wariatka! zostań, bo się śmiertelnie obrażę! 
Cechna dopadła okna. 
I zobaczyły ją jeszcze, jak przeszła szybko koło skweru i znikła za rogiem 
Karmelickiej. Kwirynie przeszła ochota na święcone. Cechna zafrasowała się. 
— Zuzanna tam czeka na mnie z niecierpliwością. 
Wyrzucała sobie, że na tak długo opuściła dom. Czuła jeszcze ciężar i 
smutek tych odwiedzin, słów, spotkania, spojrzenia wstecz, ale czuła też nikły 
blask i ciepło pociechy. Miała do kogo wracać. Wyjąwszy z torebki 
puderniczkę, przypudrowała twarz, iżby znikły ostatnie ślady wzruszeń. Po 
czym uścisnęła Kwirynę. 
Było już ciemno. Zgrzytały żaluzje pośpiesznie zamykanych sklepów. 
Blade światła drżały nad wyszczerbionym brukiem Nowolipia. Cechna 
odetchnęła pełną piersią i przywołała taksówkę. 
XXX 
— Stój! — zawołał rozdrażniony, gniewny głos męski. Nieliczni 
przechodnie zatrzymali się i obejrzeli. Szereg lekkich wozów z cegłą utknął 
na skręcie ulicy, z pierwszego zeskoczył młody chłopak i tłumaczył się 
przestraszony. — Dobrze. Dlaczego nie? Ja mogę stanąć, ale mówię panu, że 
nawet nie otarła się o wóz! Ja nie najechałem! Krzyknąłem tylko: Na bok! 
Kobieta leżała na środku jezdni, nieruchoma. Dała dwa, trzy kroki z 
chodnika i padła, tuż obok wysepki na środku placu. Przeniesiono ją tam, 
najbliżej, pod żelazny czarny słup z siatką drutów. 
— Wody! 
Babina z rogu ulicy, od straganu z kwiatami, przyskoczyła dzierżąc w 
drżących rękach butelkę z wodą. Dziewczyna w białym fartuchu, sklepowa z 
wędliniarni, przyklękła i wsunąwszy czerwoną a czułą dłoń pod głowę 
leżącej, usiłowała wlać trochę wody w rozchylone jej usta. Woda spłynęła w 
bok, potem wypełniła usta i znów spłynęła strumieniem. 
— Ach, mój Boże! 
Chłopiec z gazetami, papierosiarz, jakiś goniec z rowerem i człowiek 
dźwigający oburącz paczkę tworzyli grupę zaskoczoną, z otwartymi ustami. 
Potem ozwały się przyciszone głosy. Rozpiąć ubranie, rozpiąć ubranie. 
Dziewczyna, w białym fartuchu, czerwonymi i tłustymi palcami rozsunęła 
szary płaszczyk i usiłowała odpiąć bluzkę. Ręce jej dygotały, a twarz 
krzywiła się od współczucia i przerażenia. 
— Ona nie żyje, nie żyje... 
— Przysięgam, ja nie najechałem — powtarzał woźnica. — Krzyknąłem 
tylko: na bok. 
Okrągłe, bure oczy leżącej, szeroko rozwarte i nieruchome, patrzyły 
niemo i szkliście wprost w niebo, ponad czarnym słupem i wyciągniętymi 
drutami. Rudy brzask ni to słońca, ni to dziwnej poświaty kładł się smugami 
na dachach domów. Kamienny ich krąg zamykał placyk ponurym i 
nieustępliwym pierścieniem. Tylko z boku, ze skweru, ogromne kasztany 
dyszały w skwarze miejskiego lata odrobiną wilgoci. 
Babina od kwiatów przeżegnała się i usiłowała złożyć na krzyż ręce 
zmarłej. Ktoś szepnął: 
— Nie ruszać... 
Stara kobieta nie mogła tego zrozumieć i jeszcze raz skrzyżowała sztywne 
ramiona. Lecz opadły na bok, rozwarte dłonie i zaróżowione lekko palce, 
puste. Dziewczyna w białym fartuchu płakała ocierając oczy rękawem. 
— A tam może na nią w domu czekają?... 
— A może i nie?... 
Ktoś wzdrygnął się. 
— Śmierć na ulicy... 
Ktoś westchnął: 
— Oto twoje życie, człowieku! 
Pan, który zatrzymał wozy z cegłą, biegł teraz z głębi ulicy, od apteki. 
Starowina od kwiatów machnęła ręką. 
— Nie potrzeba już, ech, nie potrzeba!... 
Z oddali zabrzmiał sygnał pogotowia. 
KONIEC 
