STEFAN ŻEROMSKI 
LUDZIE BEZDOMNI 
TOM PIERWSZY 
WENUS Z MILO1 
Tomasz Judym wracał przez Champs Elysées z Lasku Bulońskiego, dokąd jeździł ze swej 
dzielnicy koleją obwodową. Szedł wolno, noga za nogą, wyczuwając coraz większy wskutek 
upału ciężar własnej marynarki i kapelusza. Istny potop blasku słonecznego zalewał przestwór. 
Nad odległym widokiem gmachów rzucających się w oczy od Łuku Tryumfalnego wisiał 
różowy pyłek, który już począł wżerać się niby rdza nawet w śliczne, jasnozielone liście 
wiosenne, nawet w kwiatuszki paulowni2. Z wszystkich, zdawało się, stron płynął zapach akacji. 
Na żwirze, dokoła pniów, pod budynkami, w rynsztokach leżały jej białe kwiatki z ośrodkiem 
czerwonawym, jakby skrwawionym od ukłucia śmierci. Pył bezlitosny zasypywał je niepostrzeżenie. 
Zbliżała się godzina spaceru wielkiego świata i Pola drgać zaczynały od ruchu karet. Na 
drewnianym bruku dudnił jednostajny łoskot, jakby oddalona mowa wielkiej fabryki. Przebiegały 
piękne, lśniące rumaki, migotała ich uprząż, pudła, sprychy lekkich pojazdów — i mknęły, 
mknęły, mknęły bez ustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i sprawiających 
rozkoszne wrażenie; jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy wynurzała się z powodzi 
osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do uwierzenia piękna, że widok jej 
był pieszczotą dla wzroku i nerwów. Wyrywał z piersi tęskne westchnienie jak za szczęściem 
— i ginął unosząc je w mgnieniu oka ze sobą. 
Judym znalazł pod osłoną kasztanów brzeg wolnej ławy i z wielką satysfakcją usiadł tam w 
sąsiedztwie starej i wąsatej niańki dwojga dzieci. Zdjął kapelusz i wlepiwszy wzrok w rzekę 
pojazdów, walącą środkiem ulicy, z wolna wystygał. Na chodnikach przybywało coraz więcej 
osób ubranych wykwintnie lśniących cylindrów, jasnych paltotów i staników. W pewnej 
chwili stare babsko z chytrymi oczami wprowadziło między strojny tłum młode koźlątko z 
sierścią jak śnieg bielutką. Stadko dzieci postępowało za koziołkiem uwielbiając go gestami, 
oczyma i tysiącem okrzyków. Kiedy indziej wielki obdartus czerwony na gębie przeleciał jak 
fiksat, wywrzaskując głosem ochrypłym rezultat ostatniego biegu koni. I znowu spokojnie, 
równo, uroczo płynęła rzeka ludzka na chodnikach, a środkiem rwał jej nurt bystry, uwieńczony 
pianą tkanin przecudnych, lekkich, w oddali niebieskawozielonych... 
Każdy rozpuszczony liść rzucał na biały żwir z okrągłych kamyków wyraźne odbicie swego 
kształtu. Cienie te posuwały się z wolna, jak mała wskazówka po białej tarczy zegara. Na 
ławkach było już pełno, a tymczasem cień opuścił miejsce zajęte przez Judyma i ustąpił je 
roztapiającej kaskadzie słońca. Naokół innego asilum3 nie było, więc doktor rad nierad wstał i 
powlókł się dalej ku placowi Zgody. Z niecierpliwością wyczekiwał, kiedy można będzie 
przemknąć się wskroś istnego odmętu karet, powozów, dorożek, bicyklów4 i pieszych na zakręcie głównej fali pędzącej od bulwarów w stronę Pól Elizejskich. Wreszcie stanął pod obeliskiem5 
i poszedł w głąb ogrodu des Tuileries. Tam było prawie pusto. Tylko nad nudnymi 
sadzawkami bawiły się blade dzieci i w głównym szpalerze kilku mężczyzn rozebranych do 
koszuli grało w tenisa. Minąwszy ogród Judym zwrócił się ku rzece z zamiarem wędrowania 
w cieniu murów na placyk przed kościołem Saint-Germain-l’Auxerrois i ogarnięcia bez troski 
miejsca na imperialu6. W owej chwili stało w jego myśli puste kawalerskie mieszkanie aż na 
Toulevard Voltaire, gdzie od roku nocował, i mierziło go pustką swych ścian, banalnością 
sprzętów i nieprzezwyciężoną, cudzoziemską nudą wiejącą z każdego kąta. Pracować mu się 
nie chciało, iść do kliniki — za nic na świecie. 
Znalazł się na Quai du Louvre i z uczuciem błogości w karku i plecach zatrzymał pod cieniem 
pierwszego kasztana bulwaru. Ospałym wzrokiem mierzył brudną, prawie czarną wodę 
Sekwany. Gdy tak sterczał na podobieństwo latarni, zapaliła się w nim myśl, jakby z zewnątrz 
wniesiona do wnętrza głowy: „Dlaczegóż, u licha, nie miałbym -pójść do tego Luwru?...” 
Skręcił na miejscu i wszedł na wielki dziedziniec. W cieniach przytulonych do grubego 
muru, w które zanurzył się niby w głębie wody, dotarł do głównego wejścia i znalazł się w 
chłodnych salach pierwszego piętra. Dokoła stały odwieczne posągi bogów, jedne wielkości 
niezwykłej, inne naturalnej, a wszystkie prawie z nosami i rękoma uszkodzonymi w sposób 
bezbożny. Judym nie zwracał uwagi na tych zdegradowanych władców świata. Czasami zatrzymywał 
się przed którym, ale przeważnie wówczas, gdy go uderzył jakiś zabawny despekt 
boskich kształtów. Nade wszystko interesowała go sprawa odpoczynku w doskonałym chłodzie 
i z dala od wrzawy ulicy paryskiej. Szukał też nie tyle arcydzieł, ile ławki, na której by 
mógł usiąść. Zdybał ją po długiej wędrówce z sali do sali w narożnym zetknięciu się dwu długich 
galerii, przeznaczonym na schronienie dla Wenus z wyspy Melos. 
W zakątku tworzącym jakby niewielką izbę, oświetloną jednym oknem, stoi na niewysokim 
piedestale tors białej Afrodyty. Sznur owinięty czerwonym pluszem nikomu do niej przystępu 
nie daje. Judym widział już był ten cenny posąg, ale nie zwracał nań uwagi, jak na 
wszelkie w ogóle dzieła sztuki. Teraz zdobywszy w cieniu pod ścianą wygodną ławeczkę jął 
dla zabicia czasu patrzeć w oblicze marmurowej piękności. Głowa jej zwrócona była w jego 
stronę i martwe oczy zdawały się patrzeć. Schylone czoło wynurzało się z mroku i, jakby dla 
obaczenia czegoś, brwi się zsunęły. Judym przyglądał się jej nawzajem i wtedy dopiero ujrzał 
małą, niewidoczną fałdę między brwiami, która sprawia, że ta głowa, że ta bryła kamienna w 
istocie — myśli. Z przenikliwą siłą spogląda w mrok dokoła leżący i rozdziera go jasnymi 
oczyma. Zatopiła je w skrytości życia i do czegoś w nim uśmiech swój obraca. Wytężywszy 
rozum nieograniczony i czysty, posiadła wiadomość o wszystkim, zobaczyła wieczne dnie i 
prace na ziemi, noce i łzy, które w ich mroku płyną. Jeszcze z białego czoła bogini nie zdążyła 
odejść mądra o tym zaduma, a już wielka radość dziewicza pachnie z jej ust rozmarzonych. W 
uśmiechu ich zamyka się wyraz uwielbienia. Dla miłości szczęśliwej. Dla uczestnictwa wolnego 
ducha i wolnego ciała w życiu bezgrzesznej przyrody. Dla ostrej potęgi zachwytu zmysłów, 
którego nie stępiły jeszcze ani praca, ani zgryzota, siostry rodzone, siostry nieszczęsne. 
Uśmiech bogini pozdrawia nadchodzącego z daleka. Oto zakochała się w pięknym śmiertelniku 
Adonisie7... Cudne marzenia pierwszej miłości rozkwitły w łonie jej jako kwiat siedmioramienny 
amarylisa. Barki jej wąskie, wysmukłe, okrągłe dźwignęły się do góry. Dziewicze łono drży od westchnienia... Długi szereg wieków, który odtrącił jej ręce, który zrabował jej 
ciało od piersi i zorał prześliczne ramiona szczerbami, nie zdołał go zniweczyć. Stała tak w 
półmroku „wynurzająca się”, Anadiomene8, niebiańska, która roznieca miłość. Obnażone jej 
włosy związane były w piękny węzeł, krobylos. Podłużna, smagła twarz tchnęła nieopisanym 
urokiem. 
Gdy Judym wpatrywał się coraz uważniej w to czoło zamyślone, dopiero zrozumiał, że ma 
przed sobą wizerunek bogini. Była to Afrodite, ona sama, która się była poczęła z piany morskiej. 
I mimo woli przychodziła na myśl nieskromna legenda o przyczynie onej piany wód za 
sprawą Uranosa9. A przecież nie była to Pandemos10, nie była nawet żona Hefajstowa ani kochanka 
Anchizesa11, tylko jasny i dobry symbol życia, córka nieba i dnia... 
Judym zatonął w myślach i nie zwracał uwagi na osoby, które się obok niego przesuwały. 
Było ich zresztą mało. Ocknął się dopiero wówczas, gdy usłyszał w sąsiedniej sali kilka zdań 
wyrzeczonych po polsku. Zwrócił głowę z żywą niechęcią w stronę tego dźwięku, pewny, że 
zbliża się ktoś „z kolonii', ktoś, co siądzie przy nim i zabierze na własność minuty rozmyślania 
o pięknej Wenus. Zdziwił się mile, zobaczywszy osoby „pozaparyskie”. Było ich cztery. 
Na przedzie szły dwie panienki — podlotki, z których starsza mogła mieć lat siedemnaście, a 
druga była o jakie dwa lata młodsza. Za nimi ciężko toczyła się dama niemałej wagi, wiekowa, 
z siwymi włosami i dużą a jeszcze piękną twarzą. Obok tej matrony szła panna dwudziestokilkuletnia, 
ciemna brunetka z niebieskimi oczami, prześliczna i zgrabna. Wszystkie stanęły 
przed posągiem i w milczeniu go rozpatrywały. Słychać było tylko ciężkie, przytłumione 
sapanie starej damy, szelest jedwabiu odzywający się za każdym ruchem podlotkóuv i chrzęst 
kart Bädeckera12, które przewracała starsza panna. 
— Wszystko to pięknie, moje serce — rzekła matrona do ostatniej — ale ja muszę usiąść. Ani 
kroku! Zresztą warto popatrzeć na tę imość. Tak... jest tu nawet ławeczka. 
Judym wstał ze swego miejsca i wolno odszedł kilka kroków na bok, jak gdyby dla obejrzenia 
biustu z innej strony. Te panie spojrzały sobie w oczy z wyrazem pytania i przyciszyły 
rozmowę. Tylko najstarsza z panien, zajęta Bädeckerem, nie widziała Judyma. Otyła babcia 
energicznie usiadła na ławce, wyciągnęła nogi ile się dało, i na jakieś szepty młodych towarzyszek 
odpowiadała również szeptem właściwym starym paniom, który ma tę własność, że w 
razie potrzeby może zastąpić telefonowanie na pewną odległość: 
— A, Polak nie Polak, Francuz nie Francuz, Hiszpan czy Turek, to mi jest wszystko jedno. 
Niech mu Bóg da zdrowie za to, że stąd wylazł. Nogi mi odjęło z kretesem... A teraz patrz 
jedna z drugą na tę, bo to przecie nie byle co. Już ją człowiek raz widział dawnymi czasy. Jakoś 
mi się wtedy inna wydała... 
— A bo to pewno inna... — rzekła młodsza z turystek. 
— Nie myśl no o tym, czy inna, czy nie inna, tylko się przypatrz. Spytają później w salonie 
o taką rzecz, a ty ni be, ni me... Druga panienka bez zachęty obserwowała Wenus w sposób 
zadziwiający. Była to śniada blondynka z twarzą o cerze mętnej, smagławej. -Czoło miała 
dość wąskie, nosek prosty, wargi cienkie i zawarte. Nie można było określić, czy jest ładna, 
czy brzydka. Wywierała wrażenie śniącej czy rozmarzonej, bo powieki miała prawie przymknięte. 
Judyma zaciekawiła ta twarz, więc stanął i nieznacznie ją śledził. Patrzyła na marmurowe 
bóstwo od niechcenia, a jednak z takim wyrazem, jakby go się uczyła na pamięć, jakby je 
spod oka wzrokiem chłonęła. Kiedy niekiedy wąskie i płaskie jej nozdrza rozszerzały się lekko 
od szybkiego westchnienia. W pewnej chwili Judym zauważył, że powieki spuszczone z 
nabożeństwem i dziewiczą skromnością dźwignęły się ociężale i źrenice dotąd zakryte widzą 
nie tylko Wenus, ale i jego samego. Zanim wszakże zdążył zobaczyć barwę tych oczu, już się 
skryły pod rzęsami. 
Tymczasem najstarsza z panien odczytała cały rozdział o historii posągu i zbliżyła się do 
pluszowego sznura. Oparłszy na nim ręce zaczęła przyglądać się rzeźbie z ciekawością, entuzjazmem 
i oddaniem się, właściwym tylko niewiastom. Można by powiedzieć, że w owej 
chwili przystępowała do zobaczenia Wenus z Milo. Oczy jej nie były w stanie nic prócz posągu 
zauważyć, pragnęły i usiłowały zliczyć wszystkie piękności, wszystkie cechy dłuta Skopasa13...
o których mówił Badecker, spamiętać je i ułożyć w głowie systematycznie jak czystą 
bieliznę w kufrze podróżnym. Były to oczy szczere aż do naiwności. Zarówno jak cała twarz 
odzwierciedlały subtelne cienie myśli przechodzących, oddawały niby wierne echo każdy 
dźwięk duszy i wszystko mówiły bez względu na to, czy kto widzi lub nie, ich wyraz. 
Judym po kilkuminutowej obserwacji tej twarzy nabrał przekonania, że gdyby piękna panna 
pragnęła szczerze zataić otrzymane wrażenie, mowa oczu natychmiast je wyda. Stał w cieniu 
i przyglądał się grze uczuć przesuwających się po jasnej twarzy. Oto mało wiedząca ciekawość... 
Oto pierwszy promyczek wrażenia sunie się po brwiach, przyciska rzęsy i zmierza 
ku wargom, ażeby je zgiąć do miłego uśmiechu. Te same uczucia, które Judym przed chwilą 
miał w sobie, widział teraz na licach nieznajomej. Sprawiało mu to szczerą przyjemność. Rad 
by był zapytał, czy się nie myli, i usłyszał z pięknych ust wynurzenie wrażeń. Nigdy jeszcze w 
życiu nie doświadczał takiej chęci rozmawiania o sztuce i słuchania z pilnością, co sądzi o 
ulatujących wrażeniach drugi człowiek... 
Tymczasem ów drugi człowiek, zajęty statuą, na śledztwo ani na badacza żadnej uwagi nie 
zwracał. 
— Pamiętam — rzekła dama w wieku — inną grupę z marmuru. Była to jakaś scena mitologiczna. 
Geniusz czy amorek ze skrzydłami całuje śliczne dziewczątko. Jest to może cokolwiek 
niewłaściwe dla was, moje sroki, ale tak piękne, tak urocze, tak agréable14, tak sensible15... 
Najstarsza z panien podniosła głowę i, wysłuchawszy całego zdania z uwagą, rzekła przerzucając 
kartki: 
— Coś tu zauważyłam... L'Amour et Psyché... Antoine Canova16. Czy to nie to? 
— A może i Psyche. Tylko że waham się, czy wam to pokazać — dodała ciszej. 
— W Paryżu! Jesteśmy teraz w Paryżu! Musimy umoczyć nogi w pucharze rozpusty... — 
szepnęła brunetka do starej damy w sekrecie przed młodszymi towarzyszkami. 
— A co mię tam ty obchodzisz? Ty sobie oczy wypatruj na wszelkie Amory malowane i 
rzeźbione, ale te oto... 
— Babcia myśli, że my rozumiemy cokolwiek... — rzekła z przepyszną miną najmłodsza. — 
Nie wiem tylko, po co tyle czasu tracić na oglądanie tych rozmaitych korytarzy z obrazami. 
kiedy na ulicach jest tak bosko, taki Paryż! 
— Ależ, Wando... — jęknęła brunetka. 
— No, pani to rozumie, a ja zupełnie nic! Co w tym jest ciekawego? Wszelkie te muzea i 
zbiory zawsze mają w sobie coś z trupiarni, tylko są jeszcze nudniejsze. Na przykład... Cluny17. 
Jakieś doły, pieczary, kawałki odrapanych murów, cegły, nogi, ręce. gnaty... 
— Cóż ty mówisz? 
— No więc nie? Weźmy Carnavalet18... Piszczele, paskudne. zakurzone truposze, stare rupiecie 
spod kościołów. W dodatku trzeba koło tego chodzić z miną uroczystą, nadętą, obok 
każdej rzeczy stać kwadrans, udając; że się patrzy. Albo i tutaj: obrazy, obrazy i obrazy bez 
końca No i te figury... 
— Moje dziecko — wtrąciła babka — są to arcydzieła, że tak powiem... 
— Wiem, wiem... arcydzieła. Ale przecież wszystkie obrazy są do siebie podobne jak dwie 
krople wody: wylakierowane drzewa i gołe panny z takimi tutaj... 
— Wando! — krzyknęły wszystkie trzy towarzyszki z przestrachem, oglądając się dokoła. 
Judym nie wiedział, co czynić ze swoją osobą. Rozumiał, że należałoby wyjść, aby nie słuchać 
mowy osób, które nie wiedzą, że jest Polakiem, ale żal mu było. Czuł w sobie nie tylko 
chęć, ale nawet odwagę wmieszania się do tej rozmowy. Stał bezradnie, wytrzeszczonymi 
oczyma patrząc przed siebie. 
— No to chodźmy do tego Amora i Psyche... — rzekła stara dama dźwigając się z ławeczki. — 
Tylko gdzie to jest — wbij zęby w ścianę... 
— Niech babcia nie zapomina, że dziś jeszcze raz miałyśmy być w tamtym prawdziwym 
Luwrze19. 
— Cicho mi bądź! Czekajcie no... Gdzież jest ów Canova? Pamiętam, byliśmy tam z Januarym... 
Szło się jakoś... Zaraz... 
— Jeżeli panie pozwolą, to wskażę im najbliższą drogę do Amora... to jest... Antoniego Canovy... 
— rzekł dr Tomasz zdejmując kapelusz i zbliżając się wśród ukłonów. 
Na dźwięk mowy polskiej w jego ustach wszystkie trzy dziewice odruchowo zbliżyły się 
do starej damy, jakby się przed zbójcą chroniły pod jej skrzydła. 
— Aa... — odezwała się babka wznosząc głowę i mierząc młodego człowieka okiem dość 
niechętnym. — Dziękuję, bardzo dziękuję... 
— Panie darują, że gdy się słyszy... W Paryżu tak rzeczywiście... bardzo, bardzo rzadko... — 
plótł Judym tracąc pewność nóg i języka. 
— Pan stale w Paryżu? — spytała ostro. 
— Tak. Mieszkam tu od roku. Więcej niż od roku, bo jakieś piętnaście miesięcy... Nazywam 
się... Judym. Jako lekarz studiuję tutaj pewne... To jest właściwie... 
— Więc mówi pan, że jako lekarz?... 
— Tak jest — mówił dr Tomasz, oburącz chwytając się wątka rozmowy, pomimo że wyciągała 
na wierzch kwestie tyczące się jego osoby, których nie znosił. — Skończyłem medycynę w 
Warszawie, a obecnie pracuję tutaj w klinikach, w dziedzinie chirurgii. 
— Miło mi poznać pana doktora... — cedziła dama dość ozięble. — My wojażujemy, jak pan 
widzi, we czwórkę z kąta w kąt. Niewadzka... To moje dwie wnuczki, sieroty, Orszeńskie, a 
to ich i moja najmilsza przyjaciółka, panna Joanna Podborska. 
Judym kłaniał się jeszcze z wrodzonym plątaniem się nóg, gdy pani Niewadzka rzekła z 
akcentem żywego interesu w tonie mowy: 
— Znałam, tak, nie mylę się, kogoś tego nazwiska, pana Judyma czy pannę Judymównę, na 
Wołyniu bodaj... zdaje się, że to tak, na Wołyniu... A pan z jakich okolic? 
Dr Tomasz rad by był udać, że nie słyszy tego pytania. Gdy jednak pani Niewadzka zwróciła 
ku niemu wejrzenie, mówił: — Ja pochodzę z Warszawy, z samej Warszawy. I z bardzo 
byle jakich Judymów... 
— Dlaczegóż to? 
— Ojciec mój był szewcem, a w dodatku lichym szewcem na Ciepłej ulicy. Na Ciepłej ulicy... 
— powtórzył z kłującą satysfakcją. Uniknął wreszcie chwiejnego gruntu i grzecznych delikatności, 
w czym nie był mocny i czego się w przesadny sposób obawiał. Panie umilkły i 
posuwały się z wolna, rówolegle, szeleszcząc sukniami. 
— Bardzo się cieszę, bardzo... — mówiła spokojnie pani Niewadzka — że miałam sposobność 
zawarcia tak miłej znajomości. Więc pan zbadał tutaj wszelkie dzieła sztuki? Zapewne, mieszając 
stale w Paryżu... Jesteśmy bardzo obowiązane... 
— Amor i Psyche będzie chyba w innym gmachu — rzekła panna Podborska. 
— Tak, w innym... Wyjdziemy na dziedziniec. 
Gdy tam stanęli, pani Niewadzka zwróciła się do Judyma i z imitacją uprzejmości rzekła: 
— Tak ostro pan wymienił zatrudnienie swego ojca, że czuję się prawdziwie upokorzoną. 
Zechce mi pan wierzyć, że nie miałam intencji pytaniem o jakieś tam koligacje sprawić mu 
przykrości. Po prostu nałóg starej baby, która długo żyła i dużo ludzi na świecie widziała. 
Miło jest, to prawda, zetknąć się z człowiekiem, którego osoba mówi o dawnych rzeczach, 
ludziach, stosunkach, ale o ileż przyjemniej, o ileż... przyjemniej... 
— Ojciec pana, ten szewc, robił damskie obuwie czy męskie kamasze? — zapytała przymrużając 
oczy młodsza z panien Orszeńskich. 
— Trzewiki, głównie trzewiki, w dość odległych jedna od drugiej chwilach przytomności, 
najczęściej bowiem robił po pijanemu awantury, gdzie się dało. 
— No, to już zupełnie w głowie mi się nie mieści, jakim cudem pan został lekarzem, i do 
tego — w Paryżu! 
Panna Podborska cisnęła na mówiącą spojrzenie pełne rozpaczliwego wstydu. 
— W tym, co nam pan o sobie wyznał — rzekła stara jejmość — widzę dużo, dużo odwagi. 
Doprawdy, że po raz pierwszy zdarzyło mi się słyszeć taką mowę. Proszę pana doktora, jestem 
stara i różnych ludzi widziałam. Ile razy zdarzyło mi się obcować z... indywiduami nie 
należącymi do towarzystwa, z osobami... jednym słowem, z ludźmi pochodzącymi ze stanów 
zwanych — słusznie czy niesłusznie, w to nie wchodzę — gminem, to zawsze ci panowie usiłowali 
starannie ominąć kwestię swego rodowodu. Znałam co prawda i takich — mówiła jakby z 
pewnym zadumaniem — którzy w jakimś okresie życia, zwykle w młodości, przyznawali się z 
emfazą do swego stanu kmiecego czy tam do czegoś, a później nie tylko że ta ich demokratyczniechełpliwa prawdomówność szła sobie na bory, na lasy, ale prócz tego miejsce jej zajmowały 
jakieś herby przylepione do drzwiczek karety, jeśli ją fortuna postawiła przede 
drzwiami mieszkania. 
Judym uśmiechnął się szyderczo, kilka kroków szedł w milczeniu, a później zwrócił się do 
panny Podborskie z pytaniem: 
— Jakież wrażenie zrobiła na pani Wenus z Milo? 
— Wenus... — rzekła brunetka, jakby ją to pytanie zbudziło ze snu przykrego. Twarz jej oblał 
rumieniec, wnet znikł i skupił się w prześlicznych ustach, które nieznacznie drgały. 
— Ma caluteńkie plecy poszarpane, jakby ją kto przez cztery dni z rzędu prał ekonomskim 
batem... — rzekła kategorycznie panna Wanda. 
— Prześliczna... — półgłosem wymówiła panna Natalia, zwracając w stronę Judyma swe 
matowe oczy. Drugi raz doktor miał możność spojrzeć w te oczy i znowu krótko gościło we 
wszystkich władzach jego duszy nieuchwytne zatrwożenie. We wzroku tej dziewczyny było 
coś, jakby zimny, niepołyskujący blask księżyca, kiedy nad senną ziemią tarcza jego we 
mgłach się kryje. 
Panna Podborska ożywiła się i zaraz twarz jej ukazała wewnętrzne wzruszenie. 
— Jakaż ona piękna! jakaż prawdziwa! Gdybym w Paryżu mieszkała, przychodziłabym do 
niej... no, milion nie milion, ale co tydzień, żeby się napatrzeć. Grecy w ogóle stworzyli świat 
bogów tak cudowny... Goethe... 
Usłyszawszy wyraz „Goethe” Judym doznał niesmaku, czytał bowiem z tego poety coś, a 
nadto niegdyś. 
Los zdarzył, że stara dama zatrzymała się w przedsionku prowadzącym do sali „Amora i 
Psyche” — i niemym znakiem w dużych bladych oczach pytała Judyma o drogę. Kiedy się 
znaleziono w obliczu wygłaskanej grupy, owego malowidła w białym marmurze, wszyscy 
umilkli. Judym ze smutkiem myślał, że właściwie rola jego już się skończyła. Czuł, że wyrwawszy 
się z wiadomością o papie z Ciepłej nie może towarzyszyć tym paniom i szukać ich 
znajomości. Znowu w umyśle jego przesunął się pokój „na Wolterze”20 i stara, wstrętna żona 
concierge'a21 ze swymi wiekuistymi pytaniami bez sensu. W chwili kiedy najbardziej nie 
wiedział, co czynić, i nie był pewny, w jaki sposób wypada się rozstać, pani Niewadzka jakby 
zgadując, o czym myśli, rzekła: 
— Wybieramy się do Wersalu22. Chciałybyśmy zobaczyć okolice, być po drodze w Sévres23, 
w Saint-Cloud24... Te wartogłowy pędziłyby z miejsca na miejsce dzień i noc, a ja formalnie 
upadam. Czy jeździłeś pan do Wersalu? Jak wygodniej? Koleją? Piszą tu o jakimś tramwaju 
pneumatycznym25. Czy to co lepszego niż pociąg? 
— W Wersalu byłem dwa razy tym właśnie tramwajem, który wydał mi się bardzo dogodny. 
Idzie wprawdzie wolno, pewnie dwa razy wolniej niż wagon kolejowy, ale za to daje możność 
obserwowania okolicy i Sekwany. 
— A więc jedziemy tramwajem! — zawyrokowała panna Wanda. 
— O którejże godzinie wychodzi stąd tenz u p i r a k? 
— Nie pamiętam, proszę pani, ale to tak łatwo się dowiedzieć. Stacja główna mieści się tuż 
obok Luwru. Jeżeli panie pozwolą... 
— O! czyliż śmiałybyśmy pana trudzić... 
— Ale dowie się pan, co to szkodzi, moja babciu. Pan tutejszy, paryżanin... — deklamowała 
panna Wanda odrobinę parodiując ton mowy Judyma. 
Tomasz kłaniając się odszedł i zadowolony, jakby mu się przytrafiło coś niesłychanie pomyślnego, 
biegł pędem ku stacji tramwajowej na Quai du Louvre. W mgnieniu oka wyszukał 
konduktora, wbił sobie w głowę wszystkie godziny oraz minuty i wracał prostując się co 
chwila i poprawiając krawat... Kiedy zawiadamiał te panie o terminie odjazdu i udzielał im 
wskazówek, jak się kierować w Wersalu, panna Wanda wypaliła: 
— A więc jedziemy do Wersalu. Bagatela! Do samego Wersalu... Jedziemy tramwajem jakimś 
tam — a pan z nami. 
Zanim Judym zdołał zebrać myśli, dodała: 
— Już babcia orzekła, że malgré tout26 może pan jechać... 
— Wanda! — z rozpaczą prawie zgrzytnęła pani Niewadzka rumieniąc się jak dziewczątko. 
Po chwili zwróciła się do Judyma i usiłowała wywołać przyjazny uśmiech na drżące jeszcze 
wargi: 
— Widzi pan, co to za diabeł czubaty, choć już dopomina się o długą suknię.. 
— Czy istotnie pozwoliłyby panie towarzyszyć sobie do Wersalu? 
— Nie śmiałabym prosić pana, bo to może przerwie zajęcia, ale byłoby nam bardzo przyjemnie. 
— Bynajmniej... Byłbym wielce szczęśliwy... Tak dawno... — bąkał Judym. 
— Panie, o dziesiątej! — rzekła do niego panna Wanda z palcem wzniesionym do góry i wykonując 
oczami cały szereg plastycznych znaków porozumienia. 
Doktor już lubił tę dziewczynę zupełnie jak dobrego koleżkę, z którym można paplać bez 
miary o wszystkich rzeczach i niektórych innych. Trzy osoby starsze od panny Wandy zachowywały 
niezgrabne milczenie. Judym czuł, że wtargnął do towarzystwa tych pań. Rozumiał 
swą niższość społeczną i to, że jest w tej samej chwili szewskim synem tudzież aspirantem do 
„towarzystwa”. Odróżniał w sobie te obydwie substancje i do krwi gryzł dolną wargę. 
Po obejrzeniu medalionów Dawida d’Angers27, z których kilka wniosło do serc obecnych 
coś jak gdyby modlitwę, wycofano się z muzeum na dziedziniec, a stamtąd na ulicę. 
Stara pani przywołała fiakra i oświadczyła swoim pannom, że jadą do sklepów. Judym pożegnał 
je z elegancją, której w tym właśnie momencie pierwszy raz w życiu zażywał — i oddalił 
się. Na piętrze omnibusu dążącego w stronę Vincennes wpadł w głębokie i misterne rozmyślania. 
Było to w jego życiu zdarzenie kapitalne, coś w rodzaju otrzymania patentu albo 
fabrykacji pierwszej samoistnej recepty. Nigdy jeszcze nie zbliżał się do takich kobiet. Mijał 
je tylko nieraz na ulicy, widywał czasem w powozach i marzył o nich z nieugaszoną tęsknotą, 
w skrytości ducha, do której nie ma przystępu myśl kontrolująca. Jakże często, będąc uczniem 
i studentem, zazdrościł lokajom ich prawa przypatrywania się tym istotom cielesnym, a przecież 
tak podobnym do cudnych kwiatów zamkniętych w czarownym ogrodzie. Zarazem przyszły 
mu na myśl jego kobiety: krewne, znajome, kochanki... Każda mniej lub więcej podobna 
do mężczyzny z ruchów, z ordynarności, z instynktów. Myśl o tym była tak wstrętną, że 
przymknął oczy i z najgłębszą radością słuchał szelestu sukien, którego jeszcze uszy jego były 
pełne. Każdy bystry ruch nogi wysmukłych panien był jak drgnienie muzyczne. Połyski ślicznych 
mantylek, rękawiczek, lekkich krez otaczających szyje, rozniecały w nim jakieś szczególne, 
nie tyle namiętne, ile estetyczne wzruszenie. 
Nazajutrz wstał wcześniej niż zwykle i z wielkim krytycyzmem zbadał swą garderobę we 
wszelkich jej postaciach. Około dziewiątej wyszedł z domu, a że czasu było jeszcze aż nadto, 
postanowił iść piechotą. 
Przeciskając się wśród tłumu, rozmyślał o dyskursie, jakim bawić będzie te panie, układał 
w myśli całe dialogi nad wyraz wdzięczne, a nawet flirtował w imaginacji, co aż do owej 
chwili poczytywał był za plugastwo. Przy stacji tramwajów było pusto. Judym zatrzymał się 
pod jednym z drzew i pełen niepokoju oczekiwał przybycia wczorajszych znajomych. Co 
chwila rozlegał się ryk statków nurzających się w falach Sekwany, wrzał turkot omnibusów na 
mostach i przyległych ulicach. Po tamtej stronie rzeki wybiła gdzieś czystym dźwiękiem godzina 
dziesiąta. Judym słuchał tego głosu jakby uroczystego słowa zapewnienia, że piękne 
istoty nie przyjdą, że nie przyjdą dlatego mianowicie, że on ich oczekuje. On, Tomasz Judym, 
Tomek Judym z Ciepłej ulicy. 
Stał tak, patrząc na szarą, ciężką wodę i szeptał do siebie: — Ulica Ciepła, ulica Ciepła... 
Było mu nad wszelki wyraz głupio, jakoś niesmacznie i gorzko. W dalekim krańcu przelotnego 
wspomnienia snuł się obraz brudnej kamienicy... 
Podniósł głowę i otrząsnął się. Obok niego przesuwali się ludzie wszelkiego typu, a między 
innymi wędrowny herold „Intransigeanta”28 dźwigający na wysokim drągu treść ostatniego numeru tej gazety przyklejoną do poprzecznej deski. W owej chwili roznosiciel spuścił ogłoszenie 
na dół, wsparł się na jego kiju i gawędził ze znajomym. Tytuł gazety skojarzył się w 
umyśle Judyma z przeróżnymi myślami, w których szeregu błąkało się uprzykrzone, niemiłe, 
bolesne prawie pojęcie: ulica Ciepła, ulica Ciepła... 
O rodzinie swej, o warunkach, w jakich żywot jej upływa, myślał w owej chwili niby o 
czymś niezmiernie obcym, niby o typie pewnej familii małomieszczańskiej, która nędzną egzystencję 
swoją pędziła za panowania króla Jana Kazimierza. Te damy, które zobaczył dnia 
poprzedniego, stały się dlań tak szybko istotami bliskimi, siostrzanymi, przez wykwintność 
swych ciał, sukien, ruchów i mowy. Żal mu było, że nie przychodzą, i prawie nieznośnie na 
samą myśl, że mogą nie przyjść wcale. Jeżeli tak będzie, to dlatego, że z tych szewców wiedzie 
swój „rodowód...” 
Postanowił jechać do Wersalu, ukłonić się im z daleka i wyminąć... Cóż go mogą obchodzić 
jakieś panny z arystokracji „czy tam z czego”? Chciałby tylko zobaczyć raz jeszcze, 
przyjrzeć się, jak toto chodzi, jak patrzy na byle obraz ciekawymi oczami... 
„Juścić — myślał gapiąc się na wodę — juścić jestem cham, to nie ma co... Czyliż umiem się 
bawić, czym kiedy pomyślał o tym, jak należy się bawić? Grek połowę życia przepędzał na 
umiejętnej zabawie. Włoch średniowieczny udoskonalił sztukę próżnowania, to samo takie 
kobiety... Ja bym się zabawił na wycieczce, ale z kim? Z kobietami mego stanu, z jakimiś, 
przypuszczam, pannami "miastowymi", ze studentkami, z białogłowami jednym słowem, co 
się nazywa. Ale z tymi! To jest tak jakby wiek dziewiętnasty, podczas kiedy ja żyję jeszcze z 
prapradziadkami na początku osiemnastego. Nie posiadam sztuki rozmawiania, zupełnie jakby 
pisarz prowentowy chciał układać dialogi ŕ la Lukian29, dlatego że umie pisać piórem... Nie 
bawiłbym się, tylko bym dbał, żeby nie zrobić czegoś z szewska. Może to i lepiej... Ach, jak 
to dziwnie... Każda z tych bab tak jakoś żywo interesuje człowieka, każda, nawet ta stara, to 
istota nowoczesna, wyobrazicielka tego, co tytułujemy kulturą. A ja, cóż ja... szewczyna...” 
— Nie powiedziałam, że doktorek będzie już na nas czekał! zawołała tuż za nim panna 
Wanda. 
Judym odwrócił się prędko i ujrzał przed sobą wszystkie cztery znajome. Twarze ich były 
wesołe. Wśród miłej rozmowy panie wdrapały się na imperial, Judym z precyzją windował 
tam babcię. Gdy się znalazły tak wysoko, przed oczyma ich ukazała się ruchliwa toń Sekwany. 
Pędziła między granitowymi brzegi zdyszana, udręczona, jakby w ostatnim wysiłku robiła 
bokami. Nieczysta, zgęstniała, bura, prawie ciemna woda, w której chlupały parostatki rycząc 
co chwila, sprawiała smutne wrażenie, jak niewolnica, której szczupłe ręce obracają ciężkie 
żarna. 
— Jaka mała, jaka wąska... — mówiła panna Joanna. — Phi!... wygląda jak wnuczka Wisły! 
— Zupełna karykatura Izary30... — rzekła panna Natalia. 
— To prawda! Panno Netko, pamięta pani Izarkę. Izunię naszą jasnozieloną, czystą jak łza... 
— unosiła się panna Wanda. 
— Ech, jak łza... — wtrącił Judym. 
— Co, nie wierzy pan! Babciu, ten pan formalnie wyznał, że nie wierzy w czystość Izary. 
— Rzeczywiście, jakaż to okropna woda! — mówiła wiekowa dama usiłując zamazać co 
prędzej ostatnie słowa panny Wandy, które nie wiedzieć czemu wywołały rumieniec jak 
przelotny obłoczek na twarzy panny „Netki”. 
W chwili kiedy Judym zamierzał spełnić coś statystycznie-uczonego o wodzie Sekwany, 
tramwaj beknął przeciągle i wyginając swe wagony na zwrotnicach, niby członki długiego cielska, posunął się wzdłuż brzegu czarnej rzeki. Gałęzie kasztanów z długimi liśćmi kołysały 
się tuż obok twarzy jadących. Sadza i ostre pyły miejskie wżarły się już w jasną zieloność 
miękkich powierzchni i obłóczyły je z wolna jak gdyby w śniedź rudawą. Dzień był chmurny. 
Co chwila przemykały się nad okolicą już to głębokie cienie obłoków, już popielate światło 
zasępionego przedpołudnia. Ale nikt na to uwagi nie zwracał, gdyż przyciągały wszystkich 
domki z różowego kamienia na przedmiejskich ulicach. 
— Cóż to za kamienie? Co za kamienie, panie, panie? — nastawała panna Wanda. Zanim 
jednak zdążył zebrać myśli, już mu dała pokój, z uśmiechem zwracając głowę w przeciwną 
stronę. Nad ogrodami, które ze wzgórza zbiegały tam ku rzece, unosił się i wypełniał całe 
powietrze zapach róż upajający, rozkoszny... Gdzieniegdzie między drzewami widać było 
ogromne rabaty przebijające się na zewnątrz zielonej zasłony płomieniem pąsowej i żółtej 
barwy. Judym obserwował twarze swych pań. Wszystkie nie wyłączając staruszki były jakby 
natchnione. Zwracały się mimo chęci w kierunku źródła prześlicznej woni i z przymkniętymi 
powiekami, z uśmiechem na wargach wciągały ją nozdrzami. Szczególniej twarz panny Natalii 
przykuwała w owej chwili jego uwagę. Ta istota, pochłonięta przez zapach różany, zdawała 
się być niby jasny motyl, dla którego ten kwiat został stworzony i który sam jeden ma do niego 
tajemnicze prawo. 
Spomiędzy ogrodów wydzierały się tu i ówdzie sczerniałe mury i kominy fabryk, podobne 
do wstrętnego kadłuba i obmierzłych członków jakiegoś pasożyta, który z brudu się rodzi i 
nim żyje. Nad wodą i daleko wzdłuż brzegu wlokły się domy przedmieścia biedne, ordynarne 
i małe. W pewnym miejscu otworzył się przed wzrokiem, jak czeluść, skład węgla roztrząsający 
na sąsiednie ściany, drzwi i okna swój czarny oddech. Daleko w przestrzeni widać było 
przymglony las Meudon. 
— Cóż pani się najbardziej podobało w Paryżu? — rzucił Judym do panny Natalii, która 
obok niego siedziała. 
Było to jedno z zapytań przygotowanych jeszcze wczoraj, jak lekcja. 
— W Paryżu? — mówiła rozciągając ten wyraz z uśmiechem na ślicznych wargach. — Podoba 
mi się, to jest sprawia mi przyjemność, wszystko... Ruch, życie... Jest to jak burza! Na 
przykład w okolicy Gare Saint-Lazare — nie wiem, jak się ta ulica nazywa — gdy się jedzie w 
powozie i gdy się widzi tych ludzi pędzących trotuarami, te fale, fale... Hucząca powódź... 
Raz widziałam powódź okropną u stryja, w górach. Woda nagle wezbrała... Wtedy chciało się 
wołać na nią: wyżej, prędzej, leć! Tu to samo... 
— A pani? — zapytał Judym pannę Wandę. 
— Mnie... to samo... — mówiła prędko — a oprócz tego Louvre. Tylko nie ten malowany. 
Fe!... Wie pan, tamten. Teraz, rozumie się, skieruje pan swoje pytanie do „ciotki” Joasi, chociaż 
od niej trzeba było zacząć, bo ona jest nauczycielką i kochaneczką. Widzi jegomość — 
mała rzecz a wstyd. Otóż ja panu powiem. Pannie Joasi podoba się primo „Rybak”31, secundo 
„Myśl”, t r z ei o „Wenus”,z w a r t o... Zresztą nam się wszystkim ogromnie podoba i 
„Rybak”, i „Myśl”... Babci... 
— Cóż to za myśl? 
— To pan tego nawet nie wie! A wiecie co... „Myśl” wymalowana w nowym ratuszu. Z zamkniętymi 
oczami, chuda, młoda, dla mnie osobiście wcale nieładna. 
— Ach, w ratuszu... 
— W ratuszu, ach... Teraz „Rybak” w galerii jakiej to?... 
— Właśnie ciekawi jesteśmy, w jakiej? O to nam tylko chodzi... w jakiej... — wtrąciła babka. 
— Zaraz... Myśli babunia, że takiego głupstwa nie wiem. O, przeprasza się delikatnie szanowną 
publiczność: za Sekwaną, w tym ogrodzie, gdzie to woda i te kaczki z czubami... 
— Luksemburskim... — szepnęła panna Natalia. 
— W Ogrodzie Luksemburskim! 
— Zna pan „Rybaka” Puvis de Chavannes’a? — rzekła panna Podborska. 
— „Rybaka”? nie przypominam sobie,.. 
— Taki z pana znawca i paryżanin — drwiła panna Wanda wydymając wargi ze wzgardą. 
— Alboż to ja jestem znawca i paryżanin? Ja jestem pospolity chirurg... 
Kiedy to mówił, ukazał mu się obraz, o którym była mowa. Widział go przed rokiem i uderzony 
niewypowiedzianą siłą tego arcydzieła zachował je w pamięci. Z czasem wszystko, co 
stanowi samo malowidło, szczególną rozwiewność barw, rysunek figur i pejzażu, prostotę 
środków i całą jakby fabułę utworu, przywaliły inne rzeczy i zostało tylko czujące wiedzenie o 
czymś nad wszelki wyraz bolesnym. Wspomnienie owo było jak mętne echo czyjejś krzywdy, 
jakiejś hańby bezprzykładnej, której nie byliśmy winni, a która przecie zdaje się wołać na nas 
z ziemi dlatego tylko, że byliśmy jej świadkami. Panna Joanna, która rzuciła pytanie o „Rybaka”, 
siedziała na końcu ławki za obydwiema panienkami i babcią. Czekając odpowiedzi wychyliła 
się trochę i uważnie przyglądała Judymowi. Ten, z konieczności, patrząc w te oczy 
jasne, prawdziwie jasne, podniecony ich wynurzeniem zachwytu, które zastępowało w zupełności 
tysiąc słów opisu płótna Puvis de Chavannes’a, zaczął przypominać sobie nawet barwy, 
nawet pejzaż. Uniesienie tych oczu zdawało się przytaczać mu obraz, podpowiadać dawno 
zatarte wrażenie. Tak, pamiętał... Chudy człowiek, a właściwie nie człowiek, lecz antropoid32 
z przedmieścia wielkiej stolicy, obrosły kłakami, w koszuli, która się na nim ze starości rozlazła, 
w portkach wiszących na spiczastych kościach bioder, stał znowu przed nim ze swą podrywką 
zanurzoną w wodę. Oczy jego spoczywają niby to na pałąkach trzymających siatkę, a 
jednak widzą każdego człowieka, który przechodzi. Nie szukają współczucia, którego nie ma. 
Ani się żalą, ani płaczą. „Oto jest pożytek wasz ze wszystkich sił moich, z ducha mojego...” — 
mówią doły jego oczu zapadłych. Stoi tam ten wyobraziciel kultury świata, przerażający produkt 
ludzkości. Judym przypomniał sobie nawet uczucie zdumienia, jakie go zdjęło, gdy słyszał 
i widział wrażenie innych osób przed tym obrazem. Skupiały się tam tłumy wielkich dam, 
strojnych i pachnących dziewic, mężczyzn w „miękkie szaty odzianych”. I tłum ten wzdychał. 
Łzy ciche płynęły z oczu tych, którzy tam przyszli obarczeni łupami. Posłuszni rozkazowi 
nieśmiertelnej sztuki przez chwilę czuli, jak żyją i co stwarzają na ziemi. 
— Tak — rzekł Judym — prawda, widziałem ten obraz Puvis de Chavannes’a w Galerii Luksemburskiej. 
Panna Joanna cofnęła się za ramię pani Niewadzkiej. Doktor ujrzał tylko jej białe czoło 
otoczone ciemnymi włosami. 
— Jak tam panna Netka beczała... Jak beczała!... — szepnęła Judymowi panna Wanda prawie 
do ucha. — Zresztą my wszystkie... Mnie samej leciały z oczu łzy takie ogromne jak groch z 
kapustą. 
— Ja nie mam zwyczaju... — uśmiechnęła się panna Natalia. 
— Nie? — spytał doktor, leniwie mierząc ją wzrokiem. 
— Bardzo mi żal było tego człowieka, szczególniej tych jego dzieci, żony... Wszystko to takie 
chude, jakby wystrugane z patyków, podobne do suchych witek chrustu na pastwisku... — 
mówiła rumieniąc się, a jednocześnie z uśmiechem przymykając oczy. 
— Ten „Rybak” zupełnie podobny jest do Pana Jezusa, ale to jak dwie krople wody. Niech 
babcia powie... 
— „Rybak”? A tak, podobny, istotnie... — mówiła stara pani, zajęta rozpatrywaniem krajobrazu. 
Tramwaj wjechał w ulicę miasteczka Sevres i zatrzymał się przed piętrowym domem. Podróżni 
z imperialu mogli zajrzeć wprost do numerów austerii33. Nie był to widok dla panien. 
Pijany żołnierz, w kepi na bakier, obejmował wpół wstrętną dziewczynę i para ta wychyliwszy 
się z okna robiła do jadących małpie miny. Na szczęście tramwaj puścił się w dalszą drogę. 
Ledwie wydostał się za ostatnie domy mieściny, na pustą i smutną przestrzeń w szczerym 
polu, ściemniło się raptem. Zerwał się ostry wiatr. Las najbliższy oblókł się w jakąś szarą 
ciemność i wkrótce gęsty, gruby deszcz sypnął jak ziarno. W wagonach powstała panika. 
Smugi deszczu wdzierały się pod daszek tnąc z boku i zalewały ławki. Wszystkie panie zbiły 
się w gromadkę i w miejscu najbardziej zasłoniętym otuliły się sukniami, ile mogły. Judym po 
rycersku osłaniał je od deszczu swoją figurą. Gdy tak stał, plecami wsparty o poręcz, zauważył 
wysuniętą z głębi mnóstwa skupionych sukien czyjąś nóżkę. Stopa w płytkim lakierowanym 
pantofelku na wysokim obcasie wspierała się o żelazny pręt balustrady, a wysmukła noga 
w czarnej, jedwabnej pończosze odsłonięta była daleko. Judym przemyśliwał, komu należy 
przypisać ten uroczy widok. Poczytywał go za wynik trafu i nieuwagi, toteż lękał się wznieść 
oczy i tylko z cienia rzęs spełniał złodziejstwo z włamaniem się i premedytacją. Pociąg 
wszedł w olbrzymią aleję wersalską. Rozrosłe, odwieczne drzewa zasłoniły nieco podróżnych 
od deszczu. Panie starały się jako tako otrząsnąć i wygładzić swe szaty. Śliczna nóżka nie 
znikała. Krople deszczu pryskały na błyszczącą skórę strącając niby uderzeniami palców lekki 
pył z krótkiej przyszwy i ginęły w miękkim jedwabiu. Judym wiedział już teraz, czyja to własność. 
Podniósł oczy na twarz panny Natalii i uczuł, jak zatapiają się w nim zimne kły rozkoszy. 
Panienka miała, jak zwykle, oczy spuszczone. Czasami tylko jej brwi, dwie linijki nieznacznie 
zgięte, unosiły się nieco wyżej niby dwie dźwignie ciągnące do góry uparte powieki. 
Na wargach, z których dolna była leciutko odchylona, stał uśmiech nieopisany, uśmiech pełen 
jadu i swawoli. 
„Ach, tak...” — myślał Judym przypatrując się tej twarzy szczególnej. 
Panna Natalia wyczuła wzrok jego. Barwa jej policzków przeszła w bladość, która, zdawało 
się, roztopiła w sobie uśmiech otaczający usta. Wówczas jeszcze bardziej modrymi stały 
się cienie dokoła zamkniętych oczu i ostrzejszą linia chrząstkowatego nosa. 
Tramwaj zajechał dość szybko na plac przed pałacem wersalskim i podróżni spiesznie opuścili 
jego obmokłą górną platformę. Doktor zdobył i utorował dla swych towarzyszek miejsce 
w małej budce stacyjnej, gdzie wbiło się tyle osób, że literalnie trudno było poruszyć ręką. 
Zdarzyło się, że doktor Tomasz stał za plecami panien Joanny i Natalii. Reszta pasażerów 
tramwaju tłocząc się do budyneczku w rejteradzie przed deszczem wprost złożyła ciało ostatniej 
z tych panien na piersiach Judyma. Twarz jej znajdowała się tuż obok jego wąsów. Rozstrzępione 
przez modę i deszcz płowe włosy panny Natalii snuły się po jego twarzy, ustach, 
oczach, wywołując wstrząsające dreszcze. W całym zgromadzeniu panowało milczenie. Przerywał 
je tylko ciężki oddech jakiegoś astmatycznego grubasa. Dreszcz nieprzerwanymi strugami, 
z chlupaniem ściekał z daszka i zasłaniał otwarte drzwi jakby ciemną kotarą. 
W pewnej chwili panna Natalia usiłowała poruszyć się, ale tylko lewym ramieniem oparła 
się na barku Judyma. Wówczas jeszcze wyraźniej zarysował się przed jego rozmarzonymi 
oczyma profil jej twarzy. Chciała o czymś mówić, ale tylko uśmiechnęła się prędko... W pewnej 
chwili uniosła wiecznie spuszczonych powiek i przez moment czasu śmiało, badawczo, 
upajająco patrzała mu w oczy. 
Tuż obok drzwi stała pani Niewadzka. Miała najwięcej ze wszystkich powietrza, a mimo to 
dech jej był ciężki, a twarz mocno czerwona. 
— Wiecie wy, moje pannice — rzekła swym szeptem donośnym — że wolałabym moknąć na 
deszczu, niżłykać oddechu tych m a r s z a n d e w e n ó w. 
— Skądże babcia wie, że to są marchands de vin34? 
— Bagatela! — rzekła staruszka błyskając wypukłymi oczyma. — Dmą mi wprost na twarz 
dwie skwaśniałe piwnice i jeszcze się będzie pytała, skąd wiem... 
Mówiła to do panny Wandy, ale Judym słyszał ich rozmowę. Co do niego, to nie miał 
wcale zamiaru przekładać deszczu nad ścisk w lokalu tramwajowym. Rzekł jednak do pani 
Niewadzkiej po polsku: 
— Moglibyśmy rzeczywiście prędko przebyć plac. To blisko... Ale panie zmokną... Nie 
mamy nawet parasola... 
Mówiąc te słowa podał się nieco naprzód, jak gdyby miał zamiar wyprowadzić starszą panią 
z tłumu. Wtedy całe jego ciało zetknęło się z ciałem panny Natalii, odzianym w delikatne, 
wiotkie suknie. Rozpłomienionymi oczyma wpatrywał się w blade, zimne, kamienne rysy 
twarzy o spuszczonych powiekach. 
Deszcz z wolna ustawał i tylko z rynny sąsiedniego domu zlewała się z nieustającym głośnym 
szelestem struga wody. Kilku mężczyzn uzbrojonych w parasole wysunęło się z domku. 
Wolnego miejsca przybyło, a mimo to panna Natalia przez zachwycającą chwilę nie zmieniała 
swej sytuacji. Wreszcie i ona posunęła się ku drzwiom w ślad za młodszą siostrą, która już 
przez wyciąganie rąk na zewnątrz drzwi badała, czy deszcz jeszcze pada. Nim ustał zupełnie, 
zaświecił na chwilę wesoły blask słońca. Kamienie pochyłego placu migotały jakby obsypane 
szkłem tłuczonym, a widok ten wywabił wszystkich z ciasnej nory. Judym podał ramię babci i 
całe towarzystwo szybko podążyło ku pałacowi. W długich i wielkich salach, wobec ścian 
zawieszonych historycznymi malowidłami, jednolita gromadka jak gdyby się rozdzieliła. 
Każda z osób przypatrywała się na swoją modłę lichym płótnom niższego piętra. Wkrótce te 
malunki poczęły nużyć. Judym szedł jak gdyby przez długie, długie strzyżone aleje i martwił 
się bezwiednie, że końca ich — ani śladu. Był już zresztą w Wersalu, więc ani komnaty królewskie, 
ani sala lustrzana nie zaciekawiały go bardzo. Stąpał wolno po prawicy starej damy, 
która stawała co kilka kroków i przykładając do oczu lornetkę na długiej rączce szyldkretowej 
niby to obserwowała malowidła. Szereg bitw napoleońskich, tłumy wojska, teatralne twarze i 
gesty wodzów, dzikie spienione rumaki — przesuwały się w oczach doktora jakby szeregi odległych, 
młodzieńczych rojeń. Gdzieś daleko zatrzymano się przed białym, marmurowym posągiem 
umierającego Korsykanina. Kiedy całe towarzystwo wracało z tamtej okolicy pałacu i 
kiedy znowu mijano sale pełne batalii, stara pani ujęła wpół pannę Joannę i rzekła: 
— Jesteśmy daleko stąd, w świecie bohaterów... Marzymy, marzymy. 
Panna Joanna zarumieniła się, a raczej sczerwieniła się, i zmięszana bąkała: 
— Nie.. ale gdzież tam!... co znowu!... Ja tylko tak sobie... 
Od tej chwili, pomimo że Judym bardzo niewidocznie ją śledził, trzymała się na wodzy i 
usiłowała spędzić z twarzy historię doznanych wrażeń. Szczegółowo zwiedzono apartamenty 
królewskie. Gdy już pani Niewadzka z miną bardzo uroczystą wysłuchała wszystkiego, co jej 
rozpowiadał z nadzwyczaj plastycznymi ruchami oprowadzający szwajcar, i gdy obszedłszy 
małe saloniki skierowała swe towarzystwo ku wyjściu, panna Wanda obejrzała się poza siebie 
i syknęła: 
— Panno Netko, idziemy! 
Judym poszedł za wzrokiem najmłodszej z dziewic i przypatrzył się pannie Joannie. Stała 
oparta o jedno z niewielkich krzeseł, kryte nikłym błękitnawym adamaszkiem, i patrzyła w 
okno. Wyraz twarzy jej był tak dziwny, że Judym wstrzymał się mimo woli. Później zbliżył 
się do niej i rzekł nawiązując myśl do tego, co portier mówił przed chwilą: 
— Myśli pani o Marii Antoninie35? 
Spojrzała na niego z zakłopotaniem, jak osoba ujęta na gorącym uczynku, i wahającym się 
głosem mówiła: 
— Widać stąd, przez to okno, wielki dziedziniec i bramę. Tamtędy... Tamtędy wdarł się 
motłoch. Pijane kobiety, mężczyźni uzbrojeni w noże. Maria Antonina widziała z tego okna! 
Doznałam tak dziwnego wrażenia... Cały ten straszny tłum krzyczał: „Śmierć Austriaczce!” I 
tędy, tymi drzwiami uciekła, tędy uciekła... 
— Panno Joasiu... — nawoływano. 
— Ale wspomniała pani o wrażeniu. 
— Wspomniałam o wrażeniu... — mówiła spuszczając oczy i blednąc jeszcze bardziej. — My, 
proszę pana, jesteśmy bardzo tchórzliwe. Boimy się nie tylko na jawie, ale i w tak zwanych 
marzeniach. Ja zlękłam się bardzo tego motłochu, o którym właśnie myślałam. 
— Motłochu? — mówił Judym. 
— Tak... To jest krzyku ich. Zlękłam się, sama nie wiem, czegoś takiego... 
Podniosła oczy niewinne, o przedziwnym jakimś wyrazie strachu czy boleści. Jeszcze raz 
rzuciła na małe izdebki wejrzenie pełne serdecznego żalu i poszła prędko za towarzyszkami. 
W powrocie z Wersalu do Paryża koleją zatrzymano się w Saint-Cloud. Stanąwszy na 
wzgórzu, tuż za dworcem kolejowym, panny wydały okrzyk. U nóg ich leżała, ciągnąc się w 
głąb kraju i gubiąc w rudych mgłach, pustynia kamienna: — Paryż. Barwa jej była czerwonawa, 
ryża, tu i ówdzie rozdarta przez dziwaczny znak ciemny, przez Łuk Tryumfalny, wieże 
kościoła Notre-Dame albo wieżę Eiffla. Z krańców niedościgłych dla oka mgły zabarwiały się 
błękitnawymi smugi. Stamtąd płynęły dymy fabryczne snując się z kominów podobnych w 
dali do grubych biczysk. Te baty pędzą rozrost pustyni. Odgłos jej życia tam nie dochodził. 
Wydawało się, że skonała i zastygła w swej kamiennej, chropawej formie. Jakieś dziwne 
wzruszenie ogarnęło przybyłych, wzruszenie takie, jakiego doświadcza się tylko na widok 
wielkich zjawisk przyrody: w górach, pośród lodowców albo nad morzem. 
Judym siedział obok panny Tali, ale nawet o tym sąsiedztwie zapomniał. Tonął oczyma w 
Paryżu. W głowie jego przegryzały się myśli bez związku, własne, niepodzielne, niżej świadomości 
stojące postrzeżenia, z których się zwierzyć człowiek nie jest w możności. Wtem 
zadał sobie wyraźne pytanie: 
„Dlaczegóż tamta powiedziała, że się zlękła wyjrzawszy oknem z sypialni Marii Antoniny?” 
Oderwał oczy od widoku miasta i chciał znowu przypatrzeć się pannie Joasi. Teraz dopiero 
lepiej zauważył, jaki jest jej profil. Broda miała kształt czysto sarmacki czy kaukaski36. Wysuwała 
się nieco, a w taki sposób, że między nią i dolną linią nosa tworzyła się jakby prześliczna 
parabola, w głębi której kwitły różowe usta. Gdy tylko rysy twarzy rozwidniał blask 
wrażenia, w mgnieniu oka wargi stawały się żywym ogniskiem. Wyraz ich zmieniał się, potężniał 
albo przygasał, ale zawsze miał w sobie jakąś szczególną siłę prawdziwej ekspresji. 
Patrzącemu przychodziła do głowy myśl uparta, że nawet impuls zbrodniczy odzwierciedliłby 
się w tej twarzy z taką samą szczerością jak radość na widok rozkwitłych irysów, wesołych 
barw krajobrazu, dziwnych fantazji malarskich, a również na widok pospolitych przedmiotów. 
Widać było, że każda rzecz staje wobec tych oczu jako zjawisko naturalne i dobre. Czasami 
jednak przebijała się w nich zmęczona niechęć i uśmiech zabity. Ale i w tym było coś dziecięcego: 
szczerość, szybkość i potęga. 
Jak wyraz twarzy, tak samo ruchy panny Joanny miały w sobie coś... niepodobnego... Jeżeli 
chciała oddać słowami to, co czuła, bardzo żywo, prędko, na mgnienie oka wznosiła ręce, a przynajmniej brwi, jakby uciszała wszystko zdolne zagłuszyć ową melodię jej myśli, wyrazów, 
uśmiechów i poruszeń ciała. 
„Kogo ona przypomina? — myślał doktor, od niechcenia patrząc na jej czoło i oczy. — Czym 
jej nie widział gdzie w Warszawie?” 
I oto przyszło mu do głowy miłe a nielogiczne notabene37, że ją przecie widział wczorajszego 
dnia przed tym białym uśmiechniętym posągiem... 
Na dworcu Saint-Lazare rozstał się z turystkami. 
Stara pani zawiadomiła go, że nazajutrz wyjeżdża ze swą „bandą” do Trouville38, a stamtąd 
do Anglii. 
Judym pożegnał je ostentacyjnie i wrócił trochę znużony do swojej klety. 
W POCIE CZOŁA 
Po upływie roku, jednego z ostatnich dni czerwca Judym zbudził się w Warszawie. Była 
godzina dziesiąta rano. Przez uchylone okna włamywał się do pokoju łoskot ulicy Widok, 
starodawny, znajomy łoskot d r y n d tłukących się o kamienie wielkości bułki chleba. Z dołu, 
z wąskiego dziedzińca, na który wychodziła większość okien chambres garnies39, gdzie się w 
przeddzień zatrzymał, wlokły się już w górę na skrzydłach ciepła rozprażone wapory. Judym 
zerwał się, zbliżył do okna i przez szpary między jego połowami oglądał figurę stróża z mosiężną 
blachą na czapie, który z rodzimym grubiaństwem tłumaczył coś starej damie w czarnej 
mantylce. Młodość kipiała w żyłach doktora. Czuł w sobie uśpioną siłę, jak człowiek, który 
jest u podnóża wielkiej góry, stawia krok pierwszy, żeby wstąpić na jej szczyt daleki — i 
wie, że wejdzie. Nie strząsnął ze siebie dotąd znużenia po drodze „Paryż-Warszawa”, jednym 
tchem odbytej, ale w przeddzień doznał tylu miłych uczuć, że kazały mu w zupełności zapomnieć 
o sadzy węgla; którą był przesiąkł. Gdy z okien wagonu widział krajobraz, wioski z ich 
białymi chatami, bezbrzeżne pola, zboża dojrzałe nie wyczuwał wielkiej różnicy między tym 
krajem a ziemią francuską. Tu i ówdzie sterczały dziwne kształty fabryk i wskroś jasnego nieba 
szły dymy. Do wagonu wsiadali wieśniacy bynajmniej nie głupsi od francuskich, czasami 
tak mądrzy, że aż miło, rzemieślnicy i robotnicy — tacy sami jak francuscy. Słuchając ich rozmów 
mówił do siebie co chwila: „A bo to prawda, że jesteśmy barbarzyńcami, półazjatami? — 
Nieprawda! — Tacyśmy sami jak każdy inny... Walimy naprzód i kwita! Żeby tu wsadzić jednego 
z drugim, to widziałoby się, czyby i tak potrafili, wycackani przez ich parszywe konstytucje...” 
To miłe, optymistyczne wrażenie Judym przywiózł w sobie do miasta, jakby żywy i słodki 
zapach pól rodzinnych. Wyspał się setnie, a teraz pierwszym rzutem oka witał „starą budę”, 
Warszawę. 
Wraz z tym spojrzeniem — przyszli mu na myśl krewni. Czuł konieczność odwiedzenia ich 
nie tylko z obowiązku, ale także dla samego widoku swoich twarzy. Wyszedł z hotelu i posuwając 
się noga za nogą zginął w tłumie, który przepływał chodnikiem ulicy Marszałkowskiej. 
Cieszyły go bruki drewniane, rozrost drzewek, które już pewien cień rzucały, nowe domy powstałe 
na miejscu dawnych ruder. 
Minąwszy ogród i plac za Żelazną Bramą, był u siebie i przywitał najściślejszą ojczyznę 
swoją. Wąskimi przejściami, pośród kramów, straganów i sklepików wszedł na Krochmalną. 
Żar słoneczny zalewał ten rynsztok w kształcie ulicy. Z wąskiej szyi między Ciepłą i placem 
wydzielał się fetor jak z cmentarza. Po dawnemu roiło się tam mrowisko żydowskie. Jak 
dawniej siedziała na trotuarze stara, schorzała Żydówka sprzedająca gotowany bób, fasolę, 
groch i ziarna dyni. Tu i ówdzie włóczyli się roznosiciele wody sodowej z naczyniami u boku 
i szklankami w rękach. Sam widok takiej szklanki oblepionej zaschłym syropem, którą brudny 
nędzarz trzyma w ręce, mógł wywołać torsje. Jedna z roznosicielek wody stała pod murem. 
Była prawie do naga obdarta. Twarz miała zżółkłą i martwą. Czekała w słońcu, bo ludzie 
tamtędy idący najbardziej mogli być spragnieni. W ręce trzymała dwie butelki z czerwoną 
cieczą, prawdopodobnie z jakimś sokiem. Siwe jej wargi coś szeptały. Może słowa zachęty do picia, może imię Jego, Adonai40, który nie może być przez śmiertelnych nazywany, może w 
nędzy i brudzie jak robak wylęgłe — przekleństwo na słońce i na życie... 
Z prawej i lewej strony stały otworem sklepiki, instytucje kończące się niedaleko od proga 
— jak szuflady wyklejone papierem. Na drewnianych półkach leżało w takim magazynie za 
jakie trzy ruble papierosów, a bliżej drzwi nęciły przechodnia gotowane jaja, wędzone śledzie, 
czekolada w tabliczkach i w ponętnej formie cukierków, krajanki sera, biała marchew, czosnek, 
cebula, ciastka, rzodkiew, groch w strączkach, kubły z koszernymi serdelkami i słoje z 
sokiem malinowym do wody. 
W każdym z takich sklepów czerniała na podłodze kupa błota, która nawet w upale zachowuje 
właściwą jej przyjemną wilgotność. Po tym gnoju pełzały dzieci okryte brudnymi łachmany 
i same brudne nad wyraz. Każda taka jama była siedliskiem kilku osób, które pędziły 
tam żywot na szwargotaniu i próżniactwie. W głębi siedział zazwyczaj jakiś ojciec rodziny, 
zielonkowaty melancholik, który od świtu do nocy nie rusza się z miejsca i patrząc w ulicę 
trawi czas na marzeniu o szwindlach. 
O krok dalej rozwarte okna dawały widzieć wnętrza pracowni, gdzie pod niskimi sufitami 
skracają swój żywot schyleni mężczyźni albo zgięte kobiety. Tu widać było warsztat szewski, 
ciemną pieczarę, z której wywalał się smród namacalny, a zaraz obok fabrykę peruk, jakich 
używają pobożne Żydówki. Było takich zakładów fryzjerskich kilkanaście z rzędu. Blade, 
żółte, obumarłe dziewczyny, same nie czesane ani myte, pracowicie rozdzielały kłaki... Z 
dziedzińców, drzwi, nawet ze starych dachów krytych blachą lub cegłą, gdzie szeregiem 
tkwiły okna facjatek, wychylały się twarze chore, chude, długonose, zielone, moręgowate i 
patrzały oczy krwawe, ciekące albo zobojętniałe na wszystko w niedoli, oczy, które w smutku 
wiecznym śnią o śmierci. Przy pewnej bramie Judym zetknął się z kupcową dźwigającą na 
obu rękach ciężkie kosze z jarzyną. Była całkiem rozmamłana. Perukę zsunęła w tył niby 
kaszkiet i ogolone jej ciemię bieliło się jak łysina starca. Wypukłe oczy patrzały przed siebie z 
wyrazem męczarni, która przeistoczyła się w spokój — bez żadnego życia, jakby były skorupami 
jaj, w nabrzmiałych wenach41 czoła i szyi krew zdawała się głośno stukać. Na progu 
jednego ze sklepów siedział stary, zgarbiony Żyd-tragarz. Zostawił wśród ulicy dwie szafy 
związane sznurem, które aż do tego miejsca przydźwigał na plecach, i jadł surowy ogórek 
zagryzając ten obiad kawałkiem chleba. 
Judym szedł prędko, mrucząc coś do siebie. Mury o kolorze zakurzonego grynszpanu albo 
jakiejś zrudziałej czerwoności, niby pstre, ubłocone gałgany, nasunęły mu się przed oczy. 
Ciepła... Chodniki były jak niegdyś zdruzgotane, bruk pełen wądołów. Nie było tu już ani 
jednego przechodnia w cylindrze, rzadko trafiała się dama w kapeluszu. Ogół idących podobny 
był do murów tej ulicy. Szli ludzie w ubraniach do pracy fizycznej, najczęściej bez kołnierzyków. 
Przejeżdżająca dorożka zwracała uwagę wszystkich. Z dala już dostrzegł Judym bramę 
rodzinnej kamienicy i zbliżył się do niej z niemiłym uczuciem tak zwanego „fałszywego 
wstydu”. Trza było witać osoby niskiej kondycji. Teraz, gdy wrócił z zagranicy, było mu to 
przykro, bardziej niż kiedykolwiek. Wszedł co tchu w bramę z nieuświadomionym planem: 
unikać obcych... 
Dziedziniec rozchodził się w trzy strony świata. Nad jedną jego szyją wznosiła się jakaś 
hałaśliwa fabryczka, która była dla Judyma nowością, drugą po dawnemu zajmował skład 
węgla, a trzecia prowadziła do kilkupiętrowej oficyny. Tam właśnie Judym skierował swe 
kroki. Gdy stanął w sieni brudnej jak apartament Lucypera, usłyszał w suterenie szczęk znajomy: 
to „sąsiad” Dąbrowski, ślusarz, ciął swoją sztukę. Judym zeszedł po schodach i zajrzał 
w sionkę, która prowadziła na lewo od drzwi ślusarza. Widać tam było czeluść otwartą, prowadzącą do rodzinnej sutereny. Kwaśny chłód przystąpił do Judyma i odepchnął go stamtąd. 
Z warsztatu ślusarza wyszedł mały umorusany chłopak i zaczął się przyglądać gościowi. Judym 
szybko pobiegł na górę. Minął pierwsze piętro, drugie i dopiero na wysokości strychu 
zwolnił kroku. Miał przed sobą okienko bez szyb, pewien rodzaj strzelnicy w murze. Cegła, 
zamykająca ten otwór z dołu, była tak wyślizgana przez dzieci, które się tam bawiły, że przybrała 
kształt owalny. Ileż to razy on sam, Judym, wyłaził przez ten otwór na zewnątrz muru i 
wisiał w powietrzu! W kącie czerniał wodociąg ogólny, rozprowadzający wilgoć na całą ścianę. 
Nad nim aż do sufitu sięgała plama kopciu z lampy naftowej. Ściany były pełne cienia i 
smutku, jak deski składające trumnę. 
Ostatnia kondygnacja schodków prowadziła do mrocznej sieni, która przecinała wzdłuż 
poddasze. Judym stanął przede drzwiami w głębi i zastukał raz, drugi, trzeci. Nikt mu nie odpowiedział: 
Gdy jeszcze raz kołatał klamką, z drzwi sąsiednich wysunęła się dziewczyna lat 
trzynastu i zmierzyła go wzrokiem dojrzałej kokietki. Nie pytana rzekła: 
— A kogo to pan szuka? 
— Tu jest mieszkanie Wiktora Judyma? 
— Tutaj. 
— Nie wie panienka, czy jest kto w domu? 
— Dopiero była ciotka, musi być... A może i zeszła na podwórze z d z i ei a m i. 
Mówiąc to wychyliła się jeszcze bardziej i zaglądała Judymowi w oczy ze śmiałością wielkomiejską. 
W tej chwili w głębi mieszkania rozległ się straszny wrzask, jakiś potok wyrazów 
złorzeczących, klątw ordynarnych bez związku, zlewających się jakby w ryk bydlęcia. Judym 
zdziwiony nastawił ucha, a potem cicho spytał się dziewczyny, co to znaczy. Uśmiechnęła się 
filuternie i rzekła: 
— To tam moja babka, wariatka. 
— Wariatka? Trzymacie ją w domu? 
— A w domu. Gdzież mamy trzymać? 
Odsunął dziewczynę na bok i zajrzał do wnętrza. W kącie, pod piecem, siedziało widmo 
człowiecze, za ręce i nogi przywiązane do haka wystającego z ziemi. Siwe kudły nakrywały 
głowę i ramiona tej istoty, a jakieś stargane łachmany resztę ciała. Czasem spod włosów ukazywały 
się straszliwe oczy jak dwa błyskające płomienne miecze, kiedy niekiedy usta ciskały 
ładunek okropnych wyrazów. Judym instynktownym ruchem cofnął się do sionki i zaczął wypytywać 
dziewczynę. 
— Czemuż jej nie oddacie do szpitala? 
— A ja wiem czemu! To dobre! Nie można oddać. 
— Dlaczego nie można? 
— Bo nie ma miejsca. A po drugie, skądże my weźmiemy pieniądze na to, żeby za nią płacić. 
— Czemuż ją tak przykuwacie? 
— A ba! Czemu? Bo złapie siekierę, nóż, tasak i pozabija dzieci, ojca, mamunię. To taka 
szelma zła, że proszę siadać! 
— Dawno już chora? 
— Albo ona chora? Wariatka, nie chora. Żebym ja takie zdrowie miała jak ta. Przyjdzie ją 
ojcu wiązać, to się tak utargają oboje, że no! Ojciec to samo nie ułomek, a ledwo tę psiakrew 
ujeździ... 
Judym machnął ręką i uciekł po schodach. Gdy stanął na dziedzińcu, dostrzegł w jego szyi 
pod murem fabryki mnóstwo dzieci skaczących, biegających, rozbawionych. Na kupie opalonych 
belek siedziała ciotka Pelagia, kobieta stara, łaskawy chleb od lat wielu jedząca u siostrzeńca, 
a brata Judymowego, Wiktora. Była to jejmość chuda, chorowita i zrzędna. Rzadko 
kto słyszał od niej dobre słowo, a dzieci nabrały się szturchańców ile wlezie. Judym szedł ku 
niej wolno, krzywiąc się pod wąsem i mocując ze sobą. Przykro mu było witać się na placu, 
wobec lokatorów i gapiów. Doświadczał nieprzyjemnego uczucia półodrazy, zbudzonej i wydobytej 
na jaw przez szczególne politowanie, stanowiące rdzeń uczuć familijnych. Ciotka 
Pelagia odwróciła głowę i spostrzegła go, ale nie ruszała się z miejsca. Gdy przyszedł i dotknął 
nosem jej zabrudzonego rękawa w okolicach dłoni, schyliła się prędko i cmoknęła go z 
dala we włosy. 
— Kiedyż T o mi u przyjechał? Nic my nie wiedzieli... — rzekła z właściwą jej oschłością. 
— Wczoraj wieczorem dopiero. Jakże zdrowie ciotki? 
— Ej... jakież ta moje zdrowie... Tak k i p i ę. Teraz ciepło, to siedzę tutaj we dnie, a p r z y 
ń d z i e zima, to się może nareszcie skończy. 
— Ech, nie lubię też tych wszelkich... 
— A wiem... 
— Ciotka nieźle wygląda. Cóż słychać u Wiktorów? Jakże on? 
— A cóż... Jak to Wiktor. 
— No? 
— Jest ta w tej fabryce. 
— U Milera? 
— Gdzie zaś! W żelaznej, ale przy stalowni. 
— Przy stalowni! — zdziwił się Judym. 
— A w stalowni. 
— Dlaczegóż to? 
— Przerzucił się. Mówi, że woli. No i łatwiej mu będzie... te... Ale to T o mi u winien, 
nie kto inny... — rzekła obojętnie, prostując fałdy spódnicy. 
— Ja winien jestem, że się Wiktor przerzucił? 
— Że się przerzuca, to temu T o mi u winien. Jak był głupim drągalem, to robił, co wlazło. 
Wziąłże T o mi u kłaść mu w głowę mądrości i teraz mu się odechciało roboty. Zabrał 
się do nie swoich rzeczy. Książki czyta. A jakże... To uczony człowiek! uśmiechnęła się szyderczo, 
pokazując białe zęby. 
Judym słuchał obojętnie. Później zapytał: 
— Dużo zarabia? 
— Nie, niedużo. Ona musiała stanąć do roboty, bo przyszła bieda. 
— Gdzież ona? 
— W fabryce cygar. Rozchodzą się rano, a ja muszę dzieci pilnować, strawę gotować, dom 
cały obrządzić. Gdzież T o mi u będzie mieszkał, niby na stałe? Tutaj czy gdzie we świecie? 
— zapytała z udaną obojętnością. 
— Jeszcze nie wiem, dopierom wrócił. 
Rozmowa się urwała. Judym patrzał spod oka na skrawek asfaltu zabłąkany w tym miejscu 
i leżący tam wśród brył kamiennych jak gdyby wskutek czyjegoś roztargnienia, na drzewko 
wyrastające wprost z asfaltowej skorupy. W sąsiedztwie pniaka leżała krata ścieku podtrzymująca 
przeróżne odpadki. Słońce dogrzewało. W cieniu wysokiego muru fabryki bawiło się 
stado dzieci. Jedne z nich były mizerne tak bardzo, że dawała się widzieć w tych przeźroczystych 
twarzach sieć żył błękitnych; inne opaliły na słońcu nie tylko swe buziaki, ręce i szyje, 
ale także skórę kolan wyłażących obszernymi dziurami. Pośród wierzgającej gromady pełzało 
jakieś małe, rachityczne, ze sromotnie krzywymi nogami i ze śladami ospy na gołych, mizernych 
gnatach. Cała ta banda sprawiała wrażenie śmieci podwórza czy zeschłych liści, które 
wiatr miota z miejsca na miejsce. Rej wodził między całą hałasującą czeredą chłopak ośmioletni, 
wysmukły, bez czapki, ubrany w ojcowskie i n e k s p r y m a1 e42 i matczyne trzewiki. Kawaler ten darł się wniebogłosy, do czego uprawomocniała go komenda nad resztą w 
prowadzeniu jakiejś batalii. Kiedy przebiegał jak jeleń, dążąc ku środkowi dziedzińca, Judym 
go poznał: 
— Przecie to Franek! 
— A Franek... — rzekła ciotka. 
Dr Tomasz zatrzymał siostrzeńca i wywołał tym na jego f i z y s oznakę szczerego niezadowolenia. 
Z tłumu posunęła się naprzód dziewczyna młodsza od Franka i zbliżyła się do 
ciotki. Była to Karolina, siostrzenica Judymowa. Oczy miała duże, w szarej, znędzniałej twarzy 
palące się jak węgle spod grzywy, która zakrywała jej brwi i kończyła się na nosie. To 
dziecko miało fizjonomię starą i chytrą, spojrzenie uparte i badawcze, jak człowiek, który już 
przeżył gorycz setki zawodów i którego już nie okłamują złudzenia. Judym przyciągnął Karolę 
do siebie i ucałował. Nie broniła mu tego. Wpatrywała się tylko w jego oczy swym ciężkim 
wzrokiem, jakby z zapytaniem, co jej z tego przyjść może. Franek palnął „wujka” w 
mankiet i bąknąwszy coś mdłego na kilka pytań, wydalił się w kierunku kupy kolegów. Dyskurs 
z ciotką nie kleił się, a natomiast, jak to często w takich razach bywa, przychodziły Judymowi 
do głowy myśli własne, nowe, nie nadające się wcale do zużytkowania ich w tej rozmowie. 
Te dzieci biegające w ciasnym zaułku, ogrodzonym przez nagie i niezmierne mury, 
przypominały, nie wiadomo czemu, stado wiewiórek zamkniętych w klatce. Gwałtowne ich 
ruchy, nieustanne skoki domagały się szerokiego placu, drzew, trawy, wody... 
— T o mi u by się chciał pewnie zobaczyć jak najprędzej a Wiktorem? — rzekła ciotka nie 
lubiąca nigdy udawać szczerości uczuć, których nie żywiła. 
— Ano, rozumie się. 
— Z nim trudno się t e r a zetknąć. Czasem to i trzy dni, trzy noce w domu go nie ma. 
— A gdzież on bywa? 
— Ba, wie to kto? Może zresztą dziś akurat p r z y ń d z i e... 
— To ja tu wpadnę wieczorkiem, a teraz chciałbym się z bratową przywitać. Można do niej 
zajść do fabryki, wpuszczą mnie tam? 
— Czasem to i wpuszczą. Niech T o mi u spróbuje. Przecie wam, panom doktorom, łatwiej 
niż nam, hołocie... 
— Gdzież się ta fabryka znajduje? — zapytał Judym, któremu ta rozmowa zaczęła już ciężyć. 
Ciotka wskazała mu kierunek drogi i adres. 
Wysunąwszy się z tego domu, doktor szedł ulicami w stronę przedmieścia ze zwieszoną 
głową, machinalnie szukając oczyma fabryki cygar. Nie było tam już jednolitego szeregu kamienic 
i rzadziej trafiały się domy piętrowe. Natomiast szły w dal drewniane, niskie, odrapane 
budynki, niepodobne ani do dworów, ani do chałup wiejskich, a przypominające jedne i drugie. 
Domostwa te były obwieszone jaskrawymi szyldami i zbryzgane błotem. Brud nie puszczał 
wzroku przechodnia do wnętrza mieszkań i mógł wcale skutecznie zastępować żaluzje. Od 
frontu mieściły się tam zresztą głównie sklepiki. W jednym sprzedawano nędzne kiełbasy, w 
drugim, bardziej może mizerniejszym, liche trumny. 
Gdzieniegdzie ze środka tych zagród miejskich, okrytych starą ceglaną dachówką albo papą, 
na której rozkłada się już tu i ówdzie pleśń zielona, strzelała w górę nowa kamieniczka, 
szybko postawiona; jakby wydmuchnięta z piasku. Taka figura, z niewidocznym dachem, z 
trzema ślepymi ścianami i jedną uzbrojoną w szereg okien, sterczała wśród siedzib starego, 
niemal średniowiecznego kształtu, jak drogowskaz nowego porządku rzeczy, zwiastujący 
aneksję tych okolic na rzecz rozwoju wielkiego miasta z jego bezlitosną, surową linią, z jego 
brukiem i więziennym, nagim, chropawym murem. Jeszcze częściej połać domów niskich 
przerywał ogromny tors fabryki z tęgimi murami, szeroką bramą i baterią kominów. W dali na 
horyzoncie dachów ukazywały się wszędzie te kominy i kominy. 
Środkiem ulicy, po zrujnowanym bruku, wlokły się noga za nogą wozy z cegłą, wytrząsające 
na wsze strony pył różowy. Odstawiali ją woźnice przysypani tym kurzem od czubka 
głowy do obcasa, z twarzami bezmyślnymi jak cegły. Kiedy indziej dudnił wielki wóz frachtowy 
z pakami poobwijanymi w rogoże. Na szczycie takiego statku siedział zazwyczaj monstrualny 
Żyd w czerwonym barchanowym kaftanie, wywijał batem i wrzeszczał na parę koni, 
stawiających każdy krok nowy z niezmiernym wysiłkiem. Jeden z wozów zagrodził Judymowi 
drogę wjeżdżając w bramę dużego budynku. Numer domu wskazywał właśnie instytucję, 
której doktor Tomasz poszukiwał. Stwierdził to również ckliwy i niemiły zapach tytoniu, który 
otaczał zabudowania i panował na znacznej przestrzeni ulicy. Judym wszedł w bramę i 
zwrócił się do szwajcara z zapytaniem, czyby nie można zobaczyć się z robotnicą nazwiskiem 
Judymowa. Stróż nie chciał słuchać o niczym, dopóki nie uczuł w garści czterdziestówki. Pod 
wpływem tego wrażenia zaczął forsownie myśleć, a wreszcie znikł na chwilę i przyprowadził 
jakiegoś kapcana okrytego pyłem. Ten po długich debatach kiwnął na Judyma palcem i 
wprowadził go do wnętrza bocznej oficyny. Proszek tabaki wdzierał się tam do nosa, gardła, 
płuc przychodnia i podwajał szybkość oddechu. Na pierwszym piętrze ukazała się duża sala, 
formalnie wypełniona przez tłum kobiet złożony z jakich stu osób, pochylonych nad długimi a 
wąskimi stołami. Kobiety te, rozebrane w sposób jak najbardziej niepretensjonalny, zwijały 
cygara prędkimi ruchami, które na pierwszy rzut oka czyniły wrażenie jakichś kurczów bolesnych. 
Jedne z nich schylały głowy i trzęsły ramionami jak kucharki wałkujące ciasto. Te zajęte 
były zwijaniem grubo siekanego tytoniu w liście, które poprzednio zostały szybko a misternie 
przykrojone. Inne kładły zwinięte cygara w prasy drewniane. Duszące powietrze, pełne 
smrodu ciał pracujących w upale, w miejscu niskim i ciasnym, przeładowane pyłem starego 
tytoniu, zdawało się rozdzierać tkanki, żarło gardziel i oczy. Za pierwszą salą widać było drugą, 
daleko obszerniejszą, gdzie w ten sam sposób pracowało co najmniej trzysta kobiet. Przewodnik 
nie pozwolił Judymowi zatrzymywać się w tym miejscu i poprowadził go dalej przez 
wąskie schody i sionki, obok maszyn suszących liście, obok młyna mielącego tabakę i sieczkarni 
krającej różne rodzaje tytoniu — do izb, gdzie pakowano towar gotowy. Wrzała tam 
szalona praca. Przechodząc Judym zauważył dziewczynę, która paczki cygar oklejała banderolą. 
Szybkość ruchów jej rąk wprawiła go w zdumienie. Zdawało mu się, że robotnica wyciąga 
ze stołu nieprzerwaną tasiemkę białą i mota ją sobie na palce. Z rąk leciały do kosza pod 
stołem gotowe paczki tak szybko, jakby je wyrzucała maszyna. Ażeby zrozumieć sens jej 
czynności, trzeba było wpatrywać się usilnie i badać, gdzie jest początek oklejania każdej torebki. 
Za tą salą otwierała się izba przyćmiona, gdzie, według słów przewodnika, pracowała bratowa 
Judyma. Okna tej izby zastawione były siatkami z drutu, których gęste oka, przysypane 
rudym prochem miejscowym, puszczały mało światła, ale natomiast powstrzymywały od emigracji 
miazmaty wewnętrzne. Leżały tam w kątach sąsieki grubo krajanego tytoniu. W środku 
sali było kilka warsztatów, na których towar pakowano. Z każdego stołu wybiegała zakrzywiona 
rurka, a z niej strzelał poziomo z sykiem długi język płonącego gazu. Dokoła każdego 
stołu zajęte były cztery osoby. Przy pierwszym Judym zobaczył swoją bratową. Miejsce jej 
było w rogu, tuż obok płomyka gazowego. Z drugiej strony stał, a raczej kołysał się na nogach, 
wysoki człowiek o twarzy i cerze trupa. Dalej, w drugim końcu, siedział stary Żyd w 
czapce zsuniętej na oczy tak nisko, że widać było tylko jego długą brodę i zaklęsłe usta. W 
sąsiedztwie Judymowej po lewej stronie stała dziewczyna, która nieustannie brała z kupy 
garść grubego tytoniu, rzucała ją w szalę, a odważywszy ćwierć funta, podawała człowiekowi 
kołyszącemu się na nogach. Doktor wstrzymał się przy drzwiach i stał tam długo, usiłując 
znowu zrozumieć manipulację tej czwórki. Był to widok ludzi miotających się jak gdyby w 
drgawkach, w konwulsyjnych rzutach, a jednak pełen nieprzerwanej symetrii, metody i rytmu. 
Po stolnicy, przy której te osoby były zatrudnione, między Judymową a jej sąsiadem przebie
gały ciągle dwa blaszane naczynia z jednej strony rozszerzone w kształcie czworokątnych 
kielichów, z drugiej równoległościenne. Formy te były wewnątrz puste. Judymowa w każdej 
chwili chwytała jedną z nich w lewą rękę, zwracała szerokim otworem ku dołowi i opierała na 
kolanie. Prawą ręką ujmowała ze stosu kartkę z wydrukowaną etykietą fabryki, otaczała tą 
ćwiartką koniec blaszanej formy, zawijała rogi papieru i kleiła je lakiem, który błyskawicznym 
ruchem topiła w płomyku gazowym. Ledwie zawinięty róg przytknęła palcem, całą formę 
brał z jej rąk sąsiad mężczyzna, podczas gdy ona odbierała stojącą przed nim, dla wykonania 
tej samej pracy. Mężczyzna zwracał blachę otworem do góry. Koniec jej wyższy, oblepiony 
etykietą, zanurzał w stosowne wyżłobienie stolnicy. Przyjmował z rąk dziewczyny ważącej 
tytoń szalkę. Wsypywał ćwierć funta w otwór naczynia i tłokiem odpowiadającym 
kształtowi blaszanki ubijał zawartość. Dokonawszy tego przez dwa rytmiczne schylenia ciała, 
wyjmował formę z pełnej już tytoniu papierowej torebki i sięgał po nową, którą w tym czasie 
Judymowa oblepiła. Trzeci pracownik paczkę zostawioną wydobywał z otworu i zaklejał z 
drugiej strony, maczając lak w ogniu, na wzór towarzyszki z przeciwnego końca warsztatu. 
Pracownicy jednego stołu ładowali w ciągu doby roboczej tysiąc funtów tytoniu w ćwierćfuntowe 
paczki. To znaczy, że dostarczali ich cztery tysiące. Na zapakowanie jednej tracili nie 
więcej czasu jak dziesięć sekund. Były to zgodne ruchy, nagłe a niestrudzone rzuty rąk, jak 
błysk światła lecące zawsze do pewnego punktu, skąd odskakiwały niby sprężyste ciała. Judym 
widział tam jak na dłoni to, co chłopi zowią „sposobem”: usus43, wypróbowany w krwawym 
trudzie szereg środków cudacznych, które stanowią najkrótszą, najłatwiejszą a niezbędną 
do przebycia linię między dwoma końcowymi punktami pracy. Przypomniały mu się własne 
„sposoby” w klinice, na sali operacyjnej, i tym głębiej zanurzyły jego uwagę w trud istot, 
które miał przed sobą. W głębi izby stał stół zupełnie podobny do pierwszego z brzegu, a 
obok płomyka robiła kobieta w czerwonej chustce na głowie. Szmata zupełnie okrywała jej 
włosy. Widać było spod niej duże, wypukłe czoło. Żyły skroni i szyi były nabrzmiałe. Zamknięte 
oczy po każdym małpim ruchu głowy otwierały się, gdy trzeba było przylepić lakiem 
rożek papieru. Wtedy te oczy spoglądając na płomyk gazowy błyskały jednostajnie. Twarz 
kobiety była wyciągnięta i ziemista jak wszystkie w tej fabryce. Na spalonych, brzydkich, żydowskich 
wargach co pewien czas łkał milczący uśmiech, w którym zapewne skupiło się i w 
który z musu zwyrodniało westchnienie zaklęsłej, wiecznie łaknącej powietrza, suchotniczej 
piersi. Błysk pracowitych oczu i ten uśmiech wraz z całą czynnością przypominały szalony 
ruch koła maszyny, na którego obwodzie coś w pewnym miejscu migota jak płomyczek świecący. 
Gdy Judymowa ujrzała szwagra, ręce jej drgnęły i nie trafiły z lakiem do płomienia, a z 
oczu stoczyły się dwie łzy grube prędzej, nim z ust wybiegło słowo radosnego powitania. Stanęła 
w pracy i oczyma pełnymi łez patrzała na gościa. 
Człowiek wpychający tytoń w torebki nie widział Judyma. Nie otrzymawszy formy we 
właściwym momencie, spojrzał na Judymową takim wzrokiem, jakim patrzeć by mogło chyba 
koło trybowe na drugie koło, gdyby tamto w biegu stanęło. 
Judym podszedł do bratowej, przywitał ją skinieniem głowy i rzekł, że czekać jej będzie na 
dziedzińcu fabrycznym o godzinie dwunastej. Do południa zostawało nie więcej nad kwadrans 
czasu, więc wyszedł z sal cygarowych i czekał w sieni przy wejściu. W czarnych norach 
na dole siedziały tam stare baby, w milczeniu segregujące liście tytoniowe. Zasypane tabaką, 
wychudłe, nędzne, siwe, potworne, z czerwonymi oczami, były jak Parki44 odprawiające tajemnicze misterium45 swoje. Z głębi oczodołów tych istot spoglądały na Judyma, gdy czekając 
na bratową stał we drzwiach, źrenice o wyrazie tak srogim i pełnym zemsty, że zmuszony był 
ich unikać i odwrócił się plecami. 
Skoro tylko uderzyła godzina obiadu, Judymowa pierwsza zbiegła ze schodów. Za nią wysypał 
się cały tłum kobiet. Bratowej doktora sprawiało to widać niemałą przyjemność, że mogła 
pochwalić się przed wszystkimi swym szwagrem. Mówiła ciągle i głośno: 
— Kiedyż brat przyjechał? Cóż u brata słychać? Był brat u nas na Ciepłej? 
Jej brudna, sterana twarz promieniała zadowoleniem i pychą. Wargi rozchylające się od 
szczerego śmiechu ukazywały rzadkie, zielone zęby. Oczy świeciły się jak węgle. Wyszła w 
towarzystwie Judyma z bramy fabrycznej i dążąc na obiad z przyzwyczajenia co tchu pędziła 
ulicą. Doktor jej nie wstrzymywał i sam biegł po bruku. Dopiero gdy byli przy bramie kamienicy 
na Ciepłej, Wiktorowa stanęła i uderzyła się ręką po fizjonomii: 
— Jezus! czegóż ja lecę jak oślica? Bratam przegnała tyli kawał. 
— Nic, nic, będziemy mieli więcej czasu do rozmowy. Czy Wiktor będzie? 
Twarz jej sposępniała. 
— Gdzież ta! On je obiady u Wajsów, tam u jednych z fabryki. Mieszkają na Czerniakowskiej. 
— No i słusznie. Trudno wymagać, żeby chodził tyli kawał drogi. 
— A tak i on mówi... — rzekła prędko. 
Gdy się wdrapywali na schody, doszedł Judyma zapach mięsiwa smażonego na tłuszczach, 
który znał dobrze z lat dziecięcych. Przez drzwi kuchenki, otwarte na korytarz, buchało gorąco 
i zaduch, jak się zdawało, nie do wytrzymania. Wiktora Judyma nie było w domu. Obiad 
gotowała ciotka. Teraz już prawie nie spostrzegała obecności doktora Tomasza. On także nie 
nasuwał się jej przed oczy i chętnie z pierwszej stancji, która pełniła zarazem obowiązki 
kuchni i mieszkania ciotki, wysunął się do drugiej, sypialni Judymów. Było to niskie poddasze. 
Sufitu dosięgało się głową. Stały tam dwa łóżka zawalone pościelą, a między nimi komoda 
okryta szydełkową serwetą. Nad łóżkiem wisiały fotografie krewnych w tużurkach (w 
środku fotografia doktora w mundurze studenckim), wszystkie w ramkach wyciętych laubzegą. 
Gdzieś w kącie szczękał zegar z długimi wagami. Doktor objął wzrokiem te sprzęty i niektóre 
z nich przypomniał sobie: były w suterenie rodziców. 
Brat Wiktor nie nadszedł, w mieszkaniu było piekielnie gorąco, więc Judym wyszedł obiecując 
wrócić wieczorem. Z myślą ukrycia się przed skwarem, wszedł do Saskiego Ogrodu, 
usiadł w bocznej alei i niepostrzeżenie zapadł w marzenia. Od dawien dawna, od czasu kiedy 
w szkołach zaczął się uczyć dla samej nauki, snuły mu się po głowie pewne nieokreślone idee 
z dziedziny chemii, fizjologii. Dosięgał zawsze myślami jakiegoś potężnego światła, tysiąc 
razy silniejszego od elektryczności, które oczom lekarza odsłoni wnętrze płuc suchotnika. 
Tworzył kolosalne odkrycia w terapii gruźlicy, budował szpitale, jakich świat nie widział. 
Drugą chimerą, która go ścigała, było zużytkowanie nieczystości wielkich miast. Trzecią, wynalezienie 
jakiegoś nowego środka lokomocji, który by zniweczył siłę wzrostu miast fabrycznych 
i rozproszył te zbiorowiska cegieł i ludzi po całym kraju. Rojenia uczniowskie przeistoczyły 
się później w silne, skryte namiętności. Ileż to godzin strawił nad swoim nowym motorem! 
W mieszkaniu studenckim miał kąt zastawiony butlami i retortami, które, zdawało się, 
mieściły w sobie cudowne tajemnice. Z czasem owo wielkie światło, jak aureola rozwidniające 
młodość biednego studenta, przygasło pod tchnieniem krytycyzmu, ale mistyczna jego zorza 
strzelała przy każdej okoliczności.. Miejscem, które te wielkie wynalazki miały uszczęśliwić, 
była zawsze „stara buda”. Od chwili zaprowadzenia nowych, Judymowych kolei datował 
się jej rozwój nieznany. Warszawa-ogrom, rozsiadła na przestrzeni mil, z sosnowymi parkami, tonąca w drzewach, gdzie skasowaną została suterena i poddasze, gdzie wytępiono gruźlicę, 
ospę i tyfus... 
Obecnie przyszły znowu dawne widziadła. Koncepcje nieuchwytnych pomysłów, szlaki 
samej istoty wynalazku wdzierały się w mrok niby długie linie światła i ukazywały figury tajemnych 
rzeczy, które tam leżą. 
W ogrodzie było mnóstwo ludzi. Judym ani się obejrzał, kiedy minęło południe. Ku wieczorowi 
nadciągać zaczęły istne hordy Żydów, aleję główną, boczne i wszystkie dróżki zalała 
powódź ludzka. Nie było już gdzie spacerować, więc całe towarzystwa sterczały na ulicach 
albo poruszały się kilka kroków w prawo i w lewo. Tłum ten był jaskrawo ubrany. Kobiety 
miały na sobie modne barwy. Cały ich ogrom mienił się od pąsowych i jaskrawoniebieskich 
staników, od fioletowych i czerwonych kapeluszów z ptasimi skrzydłami albo z kwiatami, 
które za każdym ruchem osoby kiwały się nad jej głową. Mężczyźni fason modnych ubrań 
doprowadzili do stanu wulgarności, przesady i absurdu. W pięknym parku było duszno. Zdawało 
się, że zwieszone liście więdną, że trawy obumierają i dobrotliwy zapach lewkonii kona 
nie mogąc zwyciężyć ludzkiego zaduchu. 
O zmierzchu Judym wyszedł z ogrodu w stronę placu Teatralnego. Gdy zapalono latarnie, 
był na Bankowym. Jaskrawy blask rewerberu46 padł właśnie na chodnik prowadzący w kierunku 
ulicy Elektoralnej. W świetle tym widać było fale ludzi spływające bezustannie za 
ciemną sylwetkę banku jakby w szyję naczynia. Judym stanął. Te czarne masy głów i tułowiów, 
sunące prędko niby mrówki, zbudziły w nim uczucie fizycznej odrazy. Zdawało mu się, 
że spogląda na sunące ławy robactwa. Wmieszać się w motłoch mieszkający tam, za tym placem 
— przenigdy! Przenigdy! 
Zawrócił na miejscu z mocnym postanowieniem zobaczenia się z bratem kiedy indziej — i 
wszedł do wykwintnej restauracji. Nazajutrz wstał o godzinie piątej rano i poszedł do brata. 
Gdy wchodził w bramę, słońce oświetlało górne części oficyn i udzieliło nawet tym biednym, 
różowobrudnym ścianom uroku swojego przyjścia. Zdawało się, że nędzne okna, za którymi 
kryje się ubóstwo, te jakby znużone oczy chorego domu stoczonego wewnątrz przez biedę, 
wieczyście pozbawione blasku wesela, teraz, w tej jedynej chwili, otwierają się, patrzą w niebiosa 
i modlą się do słońca. Gdy doktor Tomasz zastukał we drzwi mieszkania, stanął w nich 
brat Wiktor, już ubrany. Był to słuszny mężczyzna. Nosił dużą jak łopata, zapuszczoną brodę, 
która otaczała jego rysy niby rama. Twarz miał bladą, nie opaloną, o skórze jak gdyby przesiąkniętej 
czymś czarnym. Gdy spojrzał na brata, oczy mu się zaśmiały jak u dziecka, mimo 
że słowa, które wymówił na przywitanie, miały prawie zimny ton urzędowy: 
— Jak się masz, Tomek... 
— Cóż u ciebie słychać... — rzekł doktor, również bez czułości witając brata. 
— Ano tak... idzie... 
— Wiesz, odprowadzę cię. 
— Dobra... — rzekł Wiktor biorąc blaszankę. 
Gdy się znaleźli w ulicy, szli przez czas pewien obok siebie w milczeniu, po prostu nie 
wiedząc, od czego zacząć. Wreszcie Wiktor rzekł: 
— W Paryżuś był? 
— Byłem. 
— Teraz tu zostaniesz? 
— Pewno. Trzeba będzie tu osiąść. Zobaczę, jeszcze nic nie wiem. Chciałbym tu być, ale 
czy wyżyję... 
— No, i po tylu latach nauki jeszcze byś nie wyżył! — uśmiechnął się z niedowierzaniem i 
odrobiną ironii. — Tak ci się to zdaje. 
— Pewnie, że mi się zdaje. Co ja m o g i ę wiedzieć? 
Judym zauważył to „mogię” i wnet go poczęło drażnić. Znowu szli milcząc. Ulice były 
prawie puste. Kiedy niekiedy jechał wóz z jarzynami albo pieczywem. Nadzwyczajnie hałasując 
przemknęła się dorożka wioząca niewyspaną osobę z jakiegoś wczesnego pociągu. O 
ściany kamienic rozbijał się łoskot kroków ludzi idących do pracy z blaszankami w ręku. 
W pewnej chwili wyminął braci stary Żyd dźwigający na plecach w ogromnym koszu dwa 
wielkie połcie mięsa. Stróże na całej długości ulic rozbijali miotłami suchy kurz i brud wczorajszy. 
— Mówiła mi ciotka, że przerzuciłeś się znowu... — zaczął doktor. 
— A tak. Pożarłem się z Raczkiem, tam z jednym majstrem. Niech go tam zresztąa s n o ś 
c i!... 
— O co? 
— A o co? Ścierpieć my się nie mogli i dość. Mówi, że ja nie na robociarza, że w kamaszkach, 
w żakiecie chodzę, w krawacie... To, mówi, nie tego... A jemu p s i ą k r w i co do 
moich kamaszków! Idę do roboty jak każdy inny f ae t, w takiej, o, koszuli i w takich portkach... 
— Pewnie, ale po co się drzeć o byle co? 
— E, o byle co! My ta wiedzieli, o co się drzemy... — rzekł Wiktor spluwając. — On mi się 
tylko czepiał, d r a ń, ja wiem. Bo co mu do mnie! M o g i ę na mieście w święto papierowy 
kołpak włożyć na łeb i chodzić w tym po alejach, to i tak mu nic do tego,h a ł uo w i. Wz 
i e n e m, z r u g a ł e m raz i drugi — no i trza się było w yl a ć z tamteju d y. 
— Jakże ci teraz? 
— Z początku byłar y n d z a, ale jak raz zaprowadzili tę gruszkę Bessemera47 czy ta jakiego, 
i nadałem się. Robota jest ciężka, oczy żre, ale tu wolę. 
— Widzisz, to ci chcę powiedzieć, że ty może wolisz, ale Teosia musiała stanąć do roboty. 
Ja wczoraj byłem w tej jamie, gdzie ona chodzi. 
— Ja jej nie zmuszał. 
— Tyś jej nie zmuszał, ale brak zmuszał. Powiem ci, że ona w tym tytoniu długo robić nie 
powinna. To jest za ciężka praca. 
— Teraz 1 e t k i epracy mało na świecie — rzekł Wiktor obojętnie. — Cóż ja miałem robić? 
Przecie nie próżnuję. 
— Ja też ci nie robię wyrzutów, tylko mi żal twojej kobiety. 
— I mnie jej żal, ale cóż na to poradzić... — rzekł Wiktor w tonie ironicznym, z boku rzucając 
okiem na brata. — Tyś wyszedł na ludzi, a my zostali w swoim stanie. Żałujesz... „mojej 
kobiety”... Ja to samo... Ale choćbyś żałował i przeżałował, to się psu na budę nie zda. Już nie 
trzeba, jak ja się staram, żeby się wybić na ludzi... 
— Myślisz, że ci ubliża to, co mówi taki Raczek! 
— Nie ubliża mi! Kazałbym ja ci chodzić w grubych buciorach, w zgrzebnych gałganach, w 
drelichu, jake 1 e chłopu od kanalizacji, co ze wsi przylazł... Tobyśmy zobaczyli... 
— Ubranie o wartości człowieka nie stanowi... — rzekł doktor, myśląc jednocześnie, że ta 
maksyma stanowi wyświechtane słowo, pasujące do treści skarg Wiktora jak kwiatek do kożucha. 
Tamten szedł kilkanaście kroków nic nie mówiąc. Raptem zwrócił się do Tomasza i rzekł 
szorstko: 
— Widzisz, tak: tyś t e r a pan, a ja taki se człowiek, mało co lepiej ubrany od naszego nieboszczyka 
ojca. Wzięła cię ciotka z domu, wychowała, dała cię do szkół — no i dobrze, bardzo 
dobrze: To mię, sumiennie ci mówię, szczerze cieszy. Twoje życie było jak różyczka w ogrodzie, 
a moje, uważasz... Jak się ty będziesz ubierał, mnie to nic a nic nie obchodzi, chociaż to 
ubranie, twoje, nosisz z tej racji, że cię, widzisz, ciotka wzięła. Bez tego to cóż byś ty był? A 
jak sobie ja kupię żakiet, tom do tego żakietu doszedł własnymi pazurami, jakbym go z muru 
wygrzebał. Uważasz mię? 
Doktora zakłuły te słowa. 
— Zdaje ci się — rzekł — że moje życie było jak różyczka w ogrodzie. Żebyś ty wiedział... 
— Skąd ja mam co wiedzieć! — krzyknął prawie Wiktor. Byłeś to brat dla mnie! Pamiętam, 
że ciotka raz przyjechała d r y n d ą, jak my oba na bosaka ł ah a 1 i po rynsztokach. Ciebie 
wzięła, boś był przystojniejszy — i koniec. Przychodziłeś do nas czasami naa k i e g o d z i 
n k i e, aleś był wystrojony, potem w mundurze, i boczyłeś się na mnie, obdartusa z terminu. 
— Co ty... 
— No, no, ja t a na wiatr nie gadam! Dopiero jakeś poszedł do uniwersytetu, zetknęliśmy 
się, ale to co innego, i zresztą... 
— Ciotce zawdzięczam wiele — mówił doktor patrząc w ziemię. — Gdyby nie ona, zostałbym 
był na naszym podwórzu. To prawda. Ona mię w świat wepchnęła, ale też com ja z jej powodu 
przeżył? 
— Tyś przeżył? 
— Wiesz przecie, kim była nasza ciotka. 
— Przecież, że wiem. 
— Była to podobno niegdyś cudna dziewczyna. Toteż prędko z sutereny ruszyła w świat... 
— Cóż ty będziesz w e f 1 a n e 1 ę obwijał? „Ruszyła w świat” — tere fere... To była, podobno, 
najpierwsza g r a n d a w Warszawie! Jeden f ae t, co mu ojciec nieboszczyk buty 
robił, rozpowiadał staremu, że to, mówię ci, hrabiowie, nie hrabiowie... 
— No dobrze, dobrze! — mruknął Tomasz z niecierpliwością. 
— Gniewa cię to? — śmiał się tamten ordynarnie. 
— Chcę ci powiedzieć, jak było, boś o tym zaczął, a nie wiesz: zebrała sobie kupę pieniędzy, 
mieszkanie najęła na drugim piętrze, cztery pokoje... miała śliczne meble. Czego tam 
nie było! 
— Podobno szyk najpierwszy! 
— Tak jeszcze stała, gdy mnie wzięła do siebie. Była już wtedy przekwitła, życia dawniejszego 
nie prowadziła, ale bywało u niej mnóstwo znajomych. Grało to w karty, piło. Przychodzili 
najrozmaitsi ludzie, młode i stare baby. Tam ja to rosłem „jak różyczka w ogródku”... — 
mówił z bolesnym uśmiechem. — Pierwszych lat byłem na posyłkach, froterowałem, czyściłem 
posadzki, myłem w kuchni garnki, rondle, nastawiałem samowary i latałem, latałem bez końca 
za sprawunkami. Jeszcze dziś pamiętam ten dom, te schody kuchenne! Ile ja tam cierpień... 
Może we dwa lata wzięła ciotka i wynajęła pokój w korytarzu z osobnym wejściem jednemu 
studentowi. Płacił niedużo, ale za to miał obowiązek mnie uczyć i przygotowywać do gimnazjum. 
Ten f ae t mię uczył sumiennie i przygotował. Radek się nazywał... Poszedłem do s z 
t uy. Ciotka płaciła wpis, nie mogę powiedzieć, ale też za to używała na mnie co się zmieści. 
Dowiedziałem się później, gdy byłem starszy, że dużo przegrała w karty. Wówczas nie 
rozumiałem wcale tego, co się tam działo. Doświadczałem tylko na sobie bez ustanku, że 
ciotka jest coraz bardziej skąpa i wściekła. Formalnie wściekła. Opanowywała ją czasami jakaś 
furia i gnała po pokojach, z jednego w drugi. Nie daj Boże wpaść jej wtedy w ręce! Sypiałem 
zawsze w przedpokoju, na sienniku, który wolno mi było przywlec z ciemnego pasażyka 
za pokojem ciotki wówczas dopiero, gdy się już wszyscy goście od niej wynieśli. Kładłem 
się spać późno w nocy, a wstawać musiałem najwcześniej ze wszystkich. Z czasem go29 
ści przychodziło coraz mniej, ale za to wynajęła trzy pokoje, do których wchodziło się ze 
wspólnego korytarza, sublokatorom. I wtedy nie wolno mi było kłaść się spać przed powrotem 
ostatniego z tych nędznych nocnych włóczykijów. 
Wstawać musiałem, gdy jeszcze wszyscy spali. Prał mię, kto chciał: ciotka, służąca, lokatorowie, 
nawet stróż w bramie wlepiał mi, jeśli nie kułaka w plecy, to przynajmniej słowo, 
często twardsze od pięści. I nie było apelacji. Moje lekcje, gdy Radek się wyprowadził po 
skończeniuu d y, odrabiałem w kuchni, na stole zawalonym rondlami, wpośród ziemniaków 
i masła. Ileż to razy ciotka mię wyganiała precz, za byle winę! Ile razy musiałem błagać na 
klęczkach, żeby mię znowu przyjęła do swego „domu”! Czasami w przystępie świetnego humoru 
dawała mi swoje rozklapane trzewiki, w których ku szczerej radości całego gimnazjum 
chodzić musiałem. Trafiła się zima, kiedy s y p a ł o się w prunelowych pantoflach z wysokimi 
obcasami, albo inna, w której całym ciągu mogłeś był widzieć na śniegu ślad moich bosych 
nóg, choć niby to były okryte przyszwami. Jakem się tylko przywlókł do piątej klasy,r 
y k n ą ł e m stamtąd. Ale całe moje dzieciństwo, cała pierwsza młodość upłynęły w nieopisanym, 
wiecznym przestrachu, w głuchej nędzy, którą teraz dopiero pojmuję. A zresztą, a 
zresztą... co to gadać... 
— To ci ciocia dopiero... — śmiał się Wiktor. — Nieboszczyk ojciec nie lubił o niej gadać, o 
tej ciotce, a jak się tylko u r ż n ą ł zdrowo, to zaraz na nią klął co się zmieści. 
Tomasz machnął ręką i szedł w milczeniu. 
Ulice pełne już były światła słonecznego. Przy domach otulonych drzewami słały się fiołkowe, 
pachnące cienie. 
Tomasz i Wiktor zawrócili właśnie w kierunku dzielnicy fabrycznej i stanęli na wzgórzu, 
skąd ją całą można było widzieć. Z głębi odległych murów ciągnęła w szczere pole Wisła, 
wygięta jak ogromny łuk z jasnego srebra. Zdawało się, że płonie białym blaskiem, zapalona 
przez słońce poranne. Spragnione oko chwytało daleki widok tej swobodnej wody, zielonej 
równiny łąk, sinych lasów, nikłymi liniami ginących w przestworzu. Bliżej nad Wisłą ciemniały 
kępy jakichś drzew rozłożystych. 
Bracia usiedli pod murem ogrodowym na trawniku i milcząc patrzyli w krajobraz, który 
mieli przed sobą. Z niziny fabrycznej, z owej masy ślepych murów bez okien, z wąskich i 
podłużnych budowli, które cienkimi rurami wydychały kłęby pary, przecudne w promieniach 
słońca, jak ruchome bryły srebrne, dochodził nie milknący łoskot żelaza. Doktor Tomasz ulegał 
złudzeniu, że te dźwięczne uderzenia młotów, owe jęki jak gdyby targanych łańcuchów 
wydaje para buchająca na wsze strony z dachów okrytych zadymioną papą. Zdawało mu się, 
że drżący z jakiegoś nienasyconego pośpiechu, dziki, zdławiony i twardy ryk motorów daje 
się umiejscowić, że go widać w ogromnych kłębach burego dymu, magających ciągłe i prędkie 
półkola. Ten dym mnóstwa wysokich kominów z cegły i wąskich, okrągłych, z blachy 
spojonej, gangrenował już przestwór czystego nieba, zniżał się, wałęsał nad gmachami i zalewał 
ulice niby szara mgła, w której traciły wyrazistość kształtów domy, latarnie, wozy i ludzie. 
Kiedy niekiedy dawały się uczuć w równych odstępach czasu dwa idące po sobie ciosy 
młota parowego, dzięki którym ziemia drżała w odległości kilkudziesięciu kroków od fabryki. 
Po rozbitym bruku ulicy toczyły się wozy ciągnione przez ogromne koniska. Wehikuł taki 
składający się z dwóch słupów złączonych, które leżąc na grubych osiach dźwigały ciężar 
żelaza, przewłóczył z miejsca na miejsce bryły „gęsi” surowcowych48, podobne do zastygłych 
skib grudy, płaskie sztaby żelaza, proste albo zwinięte jak wstążki relsy, drągi, ogromne części 
mostów, krat, maszyn. Niektóre z nich słychać było w sąsiedniej ulicy. Jakieś dwa ogony 
długich kutych sztab, wysunięte poza tylne koła wozu, przy każdym jego wstrząśnięciu trzepały 
się o siebie wydając wrzask nieznośny. Zdawało się, że to wściekłość obłąkana, skuta łańcuchami, w diabelskiej furii wali ogonem i wyszczekuje w męczarni ostatnie swoje tchnienie. 
Kiedy Judymowie siedzieli przeczekując nerwami wędrówkę jednego z najhałaśliwszych 
transportów, nagle z drugiego trotuaru dał się słyszeć głos: 
— Judym! Czegoż ty tam siedzisz... Judym! 
Bracia nierychło ten głos usłyszeli. Wreszcie Wiktor rzucił okiem i wnet wstał z miejsca. Z 
drugiej strony ulicy szedł młody człowiek wysokiego wzrostu, blondyn, z jasną, krótką brodą i 
niebieskimi oczami. Twarz jego była po fabrycznemu przybladła, ale usta zachowały jeszcze 
uśmiech i barwę zdrowia. Miał na sobie zniszczone ubranie i perkalową koszulę. Głowę jego 
okrywał duży kapelusz z rondem w postaci skrzydeł. 
— To nasz nowy pomocnik tego inżyniera, co pierwszy ustawiał „gruszkę” — rzekł Wiktor. 
Młody człowiek zbliżył się do nich i zaczął rozmawiać. Co parę chwil rzucał bystre, jasne, 
prawdziwie badawcze spojrzenia na Tomasza. 
— To mój brat — rzekł Wiktor — doktór. Wrócił w tych dniach z Paryża. 
Technik wyciągnął rękę i powiedział niewyraźnie, jak zwykle przy prezentacji, jakieś nazwisko. 
Rozmawiając o rzeczach obojętnych, wszyscy trzej schodzili wolno w dół ulicy. Wiktor, 
pełen zadowolenia, że może się pochwalić takim bratem, choć usiłował tego nie zdradzać, 
mówił dużo, a wreszcie nie pytając Tomasza prosił młodego inżynierka, czyby doktor nie 
mógł zwiedzić fabryki, a osobliwie stalowni. Ten wahał się przez chwilę, a wreszcie przyrzekł 
protegować gościa. Zeszli w wąską uliczkę utworzoną przez nagie mury fabryk i stanęli u 
ciasnych drzwi. Była już zapewne godzina siódma. Na podwórzu fabrycznym otoczył ich 
szczęk młotów i głuche warczenie motorów dynamoelektrycznych o sile blisko tysiąca koni. 
Wiktor gdzieś znikł i doktor został sam na sam z młodym zawodowcem. Ten prowadził go 
przez sale, gdzie heblowano sztaby żelaza długie kilkadziesiąt łokci, gdzie borowano w nich 
dziury za pomocą świdrów i gdzie skromne maszynki w mgnieniu źrenicy wybijały w płytach 
grubych na dwa palce duże otwory z taką łatwością, jakby rzecz szła o przedziurawienie palcem 
plastra miodu. W jednym miejscu nitowano kraty mostów za pomocą śrub rozpalonych 
do białości, gdzie indziej cięto nożycami sztaby jak płótno. Z ogromnych izb warsztatowych 
Judym przeszedł do pustej hali, gdzie pracowało zaledwie kilkunastu ludzi. Tu spajano relsy. 
Doktor Tomasz ciekawie przyglądał się tej robocie. Mało tam miały do czynienia maszyny. 
Działały za to wyłącznie muskuły i młoty na długich toporzyskach. W rogu sali dłubał nad 
czymś mężczyzna o takim kadłubie, o takich bryłach mięśni, że Judym przypatrywał mu się 
jakby nieznanemu gatunkowi człowieka. Widział podobne kłęby bicepsów, ale tylko w marmurze 
i na rysunkach. Zdawało się, że gdyby to ramię podniosło się, ta pięść w mur trzasnęła, 
toby go w mgnieniu oka zgruchotała na szczątki. I był to wspaniały widok, gdy siłacz ujął 
swój młot i zaczął do spółki z towarzyszem łączyć uderzeniami dwa rozpalone końce szyn. 
Doktorowi nie chciało się stamtąd wychodzić. Z żywą ciekawością przyglądał się siłaczowi, 
rozpatrywał i przepowiadał sobie na nim muskuły. Z daleka posuwając się za swym inżynierem, 
cieszył się widokiem kowalskiego kadłuba. 
— To także silny chłop! — rzekł towarzysz. 
— Który? 
— A ten... 
Obok potężnego kowala stał bokiem odwrócony człowiek młody, lat może dwudziestu 
ośmiu, z twarzą tak piękną, że Judym ujrzawszy ją stanął jak wryty. Były to ostre rysy chudej 
twarzy, regularne i jakby wyrzeźbione z kości. Górną wargę ocieniał mały, czarny wąsik. 
Człowiek ten był prawie szczupły, tylko jakoś przedziwnie kształtny. Ruchy miał nie szybkie, 
lecz pewne swego celu, nieodzowne i harmonijne. 
— Czyż to także kowal? — szepnął Judym. — W porównaniu z Herkulesem wygląda jak 
chrabąszcz. 
— Ej, tak źle nie jest... — uśmiechnął się przewodnik. 
Wkrótce potem chudy robotnik, gdy kolej na niego przyszła, dźwignął swój młot i zaczął 
uderzać. Wtedy dopiero Judym zobaczył. Młot obiegał krąg rozsunięty i trzaskał w żelazo z 
ogłuszającą potęgą. Nagie ręce wyrzucały go w prawo i w tył i zadawały sztabie cios z boku, a 
od samej ziemi poczęty. Korpus ciała stał prosto, jakby w tej czynności nie brał udziału. Tylko 
biodra wzdrygały się pewnym, minimalnym ruchem, który ukazywał stopień samej siły, i 
mięśnie łopatek naciągały koszulę. Snopy iskier wyfruwały spod młota w kształcie gwiazd 
błękitnych i złotych. Otaczały wspaniałą figurę rycerza jakby aureolą, należną wielkiej mocy i 
cudownej piękności. Po ostatnim uderzeniu młody kowal usunął się w kąt hali melodyjnym 
ruchem, wsparł ręce na toporzysku i świstał przez zęby. Krople potu stały na jego czole i płynęły 
strugami z usmolonej twarzy. 
Z szopy kowalskiej wchodziło się do odlewni żelaza i stali. Dym słomy wolno węglejącej, 
zapach przeróżnych kwasów i duszne, do ostatka wynaturzone powietrze wypełniały te hale 
grobowe, czarne, ziejące ogniem. Grunt ich zryty i sprzewracany dymił się i parzył nogi. 
Czarne, ranami okryte ściany dygotały jak gdyby z wiecznego bólu. W jednym końcu olbrzymiej 
szopy stało naczynie w kształcie gruszki. Podstawa jego była szeroka, szczyt zwężał się i 
zakończony był niedużym otworem. Ta wielka retorta obracała się na poziomej, wewnątrz 
próżnej osi, która wprowadzała do środka ogrzane powietrze z maszyny wiatrowej. Całe to 
naczynie mogło przechylać się w taki sposób, że przez otwór górny wylewała się we właściwej 
chwili zawartość. Gdy Judym wszedł do sali, „gruszka” stała pionowo, naładowana warstwami 
surowca i koksu. Puszczono prąd powietrza o temperaturze ośmiuset stopni, które z 
dołu wdziera się do wnętrza i dmie z olbrzymią siłą. Wówczas przez otwór w górze zaczął 
wybuchać czarny kopeć, w którym błyskał kiedy niekiedy rozdymający się płomień. Mroczne 
kłęby napełniły budynek i wypływały przez ogromne wrota. Dym strzelał w górę ze wzrastającą 
szybkością, był coraz bielszy i cieńszy. W pewnych odstępach czasu miliardy gwiazd 
leciały z jego głębi. Gdy koks spalił się całkiem, zaczął spomiędzy nich buchać z przeraźliwym 
hukiem wielki płomień, długi, drgający. Zrazu był czerwony, później bladł, błękitniał, 
wreszcie przybrał jakiś kolor, który oślepiał. W samym prawie ogniu, tuż przy gruszce, było 
kilku ludzi. Na czele ich stał młody technik. Iskry przepaliły mu rondo kapelusza, zniszczyły 
ubranie. Twarz jego wznosiła się ku płomieniowi. Zakrwawione oczy badały kolor ognia, 
ażeby po jego barwie osądzić, czy stal się już wytwarza. 
W pewnej chwili dał rozkaz, ażeby wrzucić w paszczę naczynia krzemionkę (silicium), 
która się w tej temperaturze 1400 stopni asymiluje mechanicznie z żelazem. 
Płomień szalał. Słup jego, zwężony jak miecz obosieczny, wydawał zduszony ryk — i leciał. 
Zdawało się, że ten ogień wydrze się ze swego miejsca, zerwie i buchnie w górę. Wzrok nie 
był w stanie znieść blasku, który rozświetlił ponurą halę. 
Wówczas na galerii z żelazną balustradą, za płomieniem, a w połowie jego wysokości, 
zdawało się, że w samym ogniu, jak salamandra, ukazała się czarna figura. 
Doktor ciekawie wlepił wzrok i śledził ruchy tej postaci. 
Robotnik długie narzędzie, pewien rodzaj miotły kominiarskiej, zanurzył w ciecz parskają
cą. 
Wtedy doktor poznał w tej czarnej osobie swego brata i serce zapaliło się w nim, jakby w 
nie zleciała iskra z płomienistego ogniska. 
MRZONKI 
Powrót z wywczasów letnich doktora Antoniego Czernisza stanowił dla świata lekarskiego 
jak gdyby otwarcie roku. Doktor Czernisz był prawdziwie niezwykłym człowiekiem. Jako 
lekarz zajął jedno z pierwszych miejsc nie tylko w Warszawie. Imię jego było na ustach publiczności, 
powtarzało się w pismach specjalnych i nieobce było naukowemu światu zagranicy. 
Owszem, wyznać trzeba, że tam cieszyło się większym uznaniem niż w domu. 
Dr Czernisz pochodził ze sfery ludzi biednych. O własnej sile ukończył nauki, zdobył sobie 
imię w świecie i byt. Stosunkowo dość późno, bo dopiero po czterdziestym roku życia, gdy 
już był człowiekiem zamożnym, ożenił się z kobietą wielkiej piękności. Pani Czerniszowa 
była „jedyną nadzieją” zrujnowanej rodziny półarystokratycznej. Wyszła za mąż nie z miłości 
prawdopodobnie, lecz z przekonania. Była to swego czasu żywa bojowniczka emancypacji. Z 
biegiem czasu dzieci przychodzące na świat, obowiązki i stosunki usunęły ją od życia szerszego, 
ale nie zburzyły jej aspiracyj i wierzeń. Do sprawy uczciwej zawsze przyłożyła ręki. 
Już to nie były dawne prace tchnące entuzjazmem, ale jeszcze tkwił w nich pewien umiarkowany 
zapał. W salonach doktorstwa Czerniszów gromadziła się sfera myśląca. Wszystko, co 
Warszawa miała wybitnego, znajdowało tam gościnę. Przyjęcia rozłożone były w ten sposób, 
że jednego tygodnia w umówione środy zbierała się inteligencja wszelkich zawodów, drugiego 
— tylko lekarze. Jeżeli w dniu niewłaściwym przybłąkał się ktoś spoza koła medycznego, 
był gościem pani. Grono lekarskie nie trwoniło swych zebrań środowych na gawędkę. Zgromadzenia 
te, początkowo obejmujące grupę najbliższych przyjaciół gospodarza, literalnie 
wciągały ludzi. Jeżeli kto miał ukończoną pracę, to ją tam czytał; jeżeli nastręczał się komu w 
praktyce niezwykły wypadek, to tam był podawany do wiadomości kolegów. Przybył ktoś ze 
świata, z wycieczki naukowej, tam zdawał sprawę z tego, co widział i do stosowania w kraju, 
w granicach sztuki lekarskiej, za słuszne uważał. Posiedzenia nie miały charakteru napuszonego, 
ale też nie trąciły szlafrokiem. Liczono się z nimi, a co ważniejsza, lubiono je. Gospodarz, 
człowiek skromny a mądry, pełen dystynkcji i słodyczy, pani domu czarująca każdym 
słowem i gestem, salony, w których znajdowało się urządzenie wytworne, niejedno dzieło 
sztuki, a nade wszystko owa atmosfera myśli, wyższości prawdziwej i kultury — przyciągały 
wszystkich. 
Judym, który doktora Czernisza znał będąc jeszcze studentem, złożył mu w pierwszych 
dniach września swe uszanowanie i został zaproszony do koła. 
W połowie następnego miesiąca odbyła się pierwsza środa lekarska. Dr Tomasz wybrał się 
na to zgromadzenie... z odczytem. Wahał się bardzo długo, lękał i zapalał, aż wreszcie postanowił 
przedstawić rzecz swoją. Napisał ją dawno, jeszcze w Paryżu. Teraz przypiął do niej 
wstęp i trochę cyfr statystycznych miejscowych. Dr Czernisz zachęcał go do czytania tej pracy 
(której zresztą wcale nie znał) usilnie i wymownie, prosił, a nawet zobowiązywał. 
— Jak to? -– mówił — kolega pytasz się, czy masz nam wyrazić myśl, którą przywiozłeś z 
Paryża po dwuletnich blisko studiach... Więc cóż mamy czytać, gdy się zejdziemy? To, co 
wiemy wszyscy, co tu między sobą obgadaliśmy tysiąc razy? 
Judyma przekonywały te argumenty tym skuteczniej, że za granicą zdarzało mu się czytać 
w towarzystwach różne wypracowania. Było w tym nawet nieco ambicji z lichszego kruszcu... 
Powstrzymywała go tylko jakaś trwoga czysto lokalna. W dniu oznaczonym jeszcze raz zbadał 
swój rękopis, ubrał się w czarne szaty i o zmroku wyruszył. Gdy miał już przekroczyć 
bramę domu, uczuł mocne ściśnienie w gardle, które wnet zwyrodniało w zupełną chęć od
wrotu. Była nawet chwila zupełnego tchórzostwa... Mimo to przycisnął wreszcie guzik 
dzwonka, nad którym widniało nazwisko „Dr Czernisz”. Wnet usłyszał z bólem w głowie 
kołatanie we drzwiach zasuwki, szereg tępych dźwięków, wydających coś jak bełkot czy jak 
śmiech szyderczy... 
Wszedł na marmurowe schody zasłane szerokim, barwnym chodnikiem, do rzęsiście 
oświetlonego przedpokoju i poczuł na ramieniu dłoń gospodarza. Otoczył go gwar mężczyzn 
żywo rozmawiających. 
Niezgrabnie, potykając się na dywanach, zawadzając o meble, przyszedł wreszcie, prowadzony 
przez Czernisza, do kozetki, z której podnosiła się śliczna kobieta. Miała może lat trzydzieści. 
Była ubrana bez elegancji, ale z takim wdziękiem obłóczyły ją te proste suknie, że 
Judym uczuł zaraz swoją wrodzoną szewską strachliwość i wprowadził w czyn niemniej 
szewskie ukłony oraz maniery. Pani Czerniszowa spostrzegła to jego stropienie się i wnet nie 
tylko zrozumiała je z całą żywością natur szlachetnych, ale sama czuła się równie zmieszaną i 
nieszczęśliwą. W tej chwili dr Tomasz przypomniał sobie, że bez względu na ten brak jasności 
umysłu, który w danej chwili przechodził, ma jeszcze czytać, zabrać głos wśród tych ludzi 
obcych, pewnych siebie, przygotowanych do sądu, do rozmowy i do wyładowania konceptu. 
Doktorowa mówiła z nim o Paryżu i usiłowała to sprawić, ażeby się poczuł swobodnym. 
W części jej się to udało. 
Judym powziął dla niej rozpaczliwą sympatię. Zaczął mówić... Tymczasem ktoś inny przysiadł 
się z lewej strony, ktoś trzeci odwołał ją w drugi koniec salonu. 
Rozglądając się, gdy sam został, Judym spostrzegł wielu lekarzy. Znał ich z widzenia, ze 
szpitala i z ulicy. Uściśnieniem ręki mógł przywitać ledwie paru. Siedział w swym fotelu 
sztywnie, ze zdrętwiałymi nogami, które jak kłody tkwiły na miękkim dywanie — i przechodził 
męczarnie oczekiwania. Co chwila u drzwi brzęczał dzwonek i nowa osoba ukazywała się w 
jasnym świetle. Gdy już salon i przyległe gabinety napełniły się zupełnie, dr Czernisz swym 
cichym, miękkim głosem zawiadomił zebranych, iż kolega dr Judym, świeżo przybyły z Paryża, 
odczyta pracę swą pad tytułem... Kilka uwag czy Słówko w sprawie higieny... Judym słuchał 
tego zawiadomienia z formalnym przerażeniem. Jednakże gdy oczy zgromadzonych 
zwróciły się do niego, ochłódł, wstał pewien siebie, zbliżył się do małego stoliczka, wydobył 
swój rękopis z bocznej kieszeni surduta. Gwar wolno, jakby niechętnie, zamieniał się na 
szept, w którym brzmiał dźwięk mętny... Judym... Judym... niby akord gasnący w przestrzeni. 
Dr Tomasz zaczął czytać. We wstępie, ukutym robotą kowalską ze zdań i wyrazów pełnych 
erudycji, była mowa o współczesnym stanie higieny. Nie tylko sentencje, w których ten sam 
rzeczownik powtarzał się kilkanaście razy, ale i myśli były twarde tudzież znane jak Powrót 
taty. Prelegent czuł na sobie i widział niby we mgle spojrzenia zimne, ostre i już ubarwione 
drwiną. Ale to mu dobrze zrobiło. Czytał o nowych usiłowaniach w sprawie dezynfekcji, stosowanych 
w szpitalach, które zwiedził, o nowych środkach i zabiegach, na przykład o chinozolu, 
o przeróżnych stosowaniach sublimatu, o wszystkim, słowem, co z książek i czasopism 
obcych wygrabił. Zaczęło to poniekąd interesować słuchaczów. Ciekawość ich wzrosła, gdy 
opisywał nowe środki dezynfekcjonowania mieszkań prywatnych, jak niepolimeryzowany 
formaldehyd — i inne. — Ta kwestia wypełniła pierwszą część rozprawki. 
Na początku drugiej Judym zadał sobie pytanie, co nauka, tak bardzo w ogóle interesująca 
się sprawą zdrowotności, przedsiębierze dla higieny życia motłochu. Ażeby zbadać tę kwestię 
ze stron rozmaitych, zaczął opowieść o zjawiskach, które miał możność widzieć w Paryżu i 
gdzie indziej. Mówił tedy o trybie życia tak zwanej armii rezerwowej przemysłu, o bandach 
koczujących, przepojonych absyntem, balujących w sali du Vieux-Chene, przy ulicy Mouffetard, 
albo w sali de la Guillotine itd. Była to długa historia. 
Słuchano jej z pewnym zajęciem. Prelegent opuściwszy ten przedmiot zwrócił się do opisu 
instytucji noclegowej, Château-Rouge. 
— Chodziłem tam często — mówił — a nawet, wyznać muszę, spędziłem w tej norze jedną 
całą dobę. Nigdy nie wyjdzie mi z pamięci ten sen nocy zimowej. Wchodzi się tam z małej 
uliczki Galande, leżącej w sąsiedztwie Notre-Dame, w najstarszej dzielnicy paryskiej. W pobliżu 
kwitnie sławny szynk Pére-Lunettes. Klientela dawnego pałacu „pięknej Gabrieli”49 
(D’Estrées) jest dwojakiego gatunku. Pierwszą stanowią „goście” zwiedzający, drugą — biedacy, 
którzy tu znajdują tani absynt i kilkugodzinny przytułek. Tak zwana consommation50 
kosztuje w Château-Rouge 15 centymów, za co gość ma prawo siedzenia przy stole tudzież 
oparcia dwu rąk i głowy na jego krawędzi aż do godziny drugiej w nocy. W czasie mroźnych i 
dżdżystych wieczorów goście, z których, rzecz prosta, ani jeden nie posiada własnego mieszkania, 
leżą po prostu jedni na drugich. Wyrzuceni po pierwszej w nocy, rozłażą się w cztery 
strony świata. Jedni idą spać pod mosty, na fortyfikacje, do Lasku Bulońskiego, na Vincennes... 
Inni, którzy mają w kieszeni kilkanaście groszaków, szukają jakiegoś marchand de 
sommeil51. Największa ilość nocuje w Chateau, po czym jedni idą do Hal Centralnych, ażeby 
za dwa sous52 spożyć soupe au riz53, a w ciągu dnia za kilkanaście, czasami za kilkadziesiąt 
centymów pomagać urzędowym tragarzom. Inni, zbieracze ogryzków papierosowych, niedopałków 
cygar, czekają przy pomniku E. Doleta54, na placu Maubert, już o godzinie szóstej 
rano, i robotnikom dążącym do fabryk sprzedają torebki z wytrząśniętym tytoniem po 10 
centymów sztuka. Château-Rouge może w sobie pomieścić kilkaset osób. W zimowe noce 
bywa ich tam pięćset. W pierwszej izbie z bufetem zbierają się przeważnie kobiety i dzieci, 
ponieważ kopci się tam w blaszanym piecu. W drugiej, dawnej sypialni pięknej kochanki 
Henryka IV, leżą na gołej podłodze sami mężczyźni. Za prawo snu do drugiej w nocy właściciel 
pobiera od każdego 10 centymów. W izbie trzeciej, ozdobionej freskami, którą zowią 
„senatem”, ludzie śpią na stołach i na ziemi. Tam zbieracze niedapałków wydmuchują z gilz 
swój towar i układają go w torebki, tam les dos55 czekają cierpliwie na swe marmittes56, nocne 
pracownice, które ich utrzymują. Tam śpią znużeni akrobaci podwórzowi, częstokroć tatuowani, 
drobni rzemieślnicy, ludzie, których zajęcie stanowi pławienie psów w rzece, otwieranie 
dorożek przy dworcach kolejowych, wyławianie zdechłych kotów, i inne fachy, nie nadające 
się do ogłoszenia. Z lewej strony od „senatu” jest izba, zwana salon des morts57, gdzie 
pokotem leżą pijani, chorzy albo osoby cieszące się względami gospodarza. Istnieje wreszcie 
tzw. „salon”, z freskami wyobrażającymi dzieje zbrodniarza Gamahu, zabójcy M-me Bannerich. 
Zwykle jakiś nędznik objaśnia te tajemnicze bohomazy gościom zwiedzającym albo im 
śpiewa w argot parisien58 piosenki, które ukazują bezdenną nędzę rodu ludzkiego, jak ta, na 
przykład, zaczynająca się od słów: 
C’est de la prison que j’t’ecris; 
Mon pauv’ Polyte, 
Hier je n’sais pas c’qwi m’a pris, 
A la visite; 
C'est des maladi’s qui s’voient pas, 
Quand ca s’déclare, 
N’empech’ qu’aujourd’hui j’suis dans 1’tas 
A Saint-Lazare!...59 
Kiedy do Château-Rouge wszedłem po raz pierwszy, miałem na głowie cylinder, więc 
uprzejmy właściciel pałacu wziął mnie za Anglika zwiedzającego osobliwości miasta i z lampą 
w ręce oprowadzał po swej instytucji. Była to noc późna. Rozmowa nasza i światło budziły 
niektórych gości. Spod muru podniosła się uliczna dziewczyna w łachmanach, z twarzą 
obrzękłą, spieczoną przez jakiś ogień wewnętrzny, i przez kilka minut patrzała na mnie dużymi 
oczami. Ten wzrok był tak straszliwy, tak nieopisany, że, jeśli wolno użyć słów poety60: 
„aż dotąd pali moją duszę”... 
Tego rodzaju wyskok liryczny zdziwił słuchających. Poczytywano go za zwrot krasomówczy 
i puszczono płazem niefortunną przygrywkę na sentymentalnej fujarce. Judym tymczasem 
uczuł w sobie istny „ogień”, który pali duszę. Opowiadał o dzielnicy Cité Jeanne d'Arc, w 
sąsiedztwie szpitala Salpetriére, mieszczącej kilkadziesiąt mieszkań wyrobniczych. Każda 
familia ma tam swój kąt, lecz wszyscy przez cienkie ściany słyszą nawzajem swe kłótnie; 
dzieci całymi gromadami snują się po schodach, rynsztokach i ulicy, zarażając się wzajemnie 
chorobami i zepsuciem. Kobiety żyją w nierządzie; mężczyźni hulają. Nawet ten cień ogniska 
domowego znika u mieszkańców Cité Dore, Cité des Khroumirs oraz Cité de Femme en Culotte 
za północno-zachodnimi fortyfikacjami. Jedno z takich obozowisk składa się z alei chałup 
otoczonych śmietnikami, po których łaziła dawniej właścicielka gruntu, eks-śmieciarka, 
nie wiadomo czemu w męskie szaty ubrana i zbierała komorne. Drugie zbiorowisko składa się 
z istnych chlewów wzniesionych na wolnych terenach, gdzie dzieci śpią na kupach gałganów i 
brudu, gdzie Haussonville61 widział wiekową niewiastę skrobiącą żyły mięsne ze starej kości 
śmietnikowej na skórkę sczerniałego chleba — tudzież parę starców, „mającą za mieszkanie 
budę na kołach”, w której ci „ludzie” przenosili się z jednej cité do drugiej. 
Niech nas to przecież nie przyprawia o smętek. I my mamy swój własny „Paryż” za murem 
powązkowskim62 oraz dzielnicę żydowską wcale nie gorszą od Cité des Khroumirs. Warto 
choć raz w życiu przejść się zaludnionymi ulicami w stronę żydowskiego cmentarza. Można 
tam zobaczyć wnętrza pracowni, fabryczki, warsztaty i mieszkania, o jakich się filozofom nie 
śniło. Można zobaczyć całe rodziny sypiające pod pułapami sklepików, gdzie już nie ma ani 
światła, ani powietrza. W tym samym gnieździe kilku rodzin leżą stosy wiktuałów, załatwiają 
się rzeczy handlowe, przemysłowe, familijne, miłosne i łotrowskie, praży się jadło na śmierdzących 
tłuszczach, kaszlą i plują suchotnicy, rodzą się dzieci i jęczą przeróżni nieuleczalni 
wlokący kajdany żywota. Te miejsca odrażające wzdychają, gdy się przechodzi. A jedynym na 
to wszystko lekarstwem jest antysemityzm. 
A na wsi? Czyliż nie jest zjawiskiem pospolitym lokowanie dwu rodzin z mnóstwem dzieci 
w jednej izbie, a raczej w jednym chlewie folwarcznym, gdzie znajduje się spiżarnia, odgrodzona 
deskami, z kupą gnijących ziemniaków i zbiorem żywności, jak kapusta, buraki itd.? Robotnicy nieżonaci (fornale), tak zwani stołownicy, mięso dostają tylko na Wielkanoc i 
Boże Narodzenie, a tłuszcz w strawie okraszonej stęchłą słoniną, czyli tzw. sadłem, w homeopatycznej63 
dozie, gdyż przy większej ilości, z racji silnego odoru i smaku sadła, strawa nie 
byłaby jadalną. Specjalnego pomieszczenia dla siebie ci ludzie nie mają. Śpią w stajniach i 
oborach pod żłobami, dziewczęta zaś w jednej jakiejś izbie, nierzadko razem z kupą mężczyzn. 
U żonatych parobków w jednej izbie, wśród błota zalegającego od ścian na wiosnę, 
hoduje się razem dzieci i prosięta. 
Zgromadzeni przyjmowali te wszystkie szczegóły w milczeniu, które nie wiedzieć co 
oznaczało. Tymczasem mówca wchodził w fazę, o jakiej marzył. Uczuł w sobie jakby zarzucenie 
się żelaznego haka na czekające ogniwo i szarpnięcie całej duszy na wysokość zimnego 
męstwa. Wówczas dowodził, że jakkolwiek tego rodzaju objawy dzikości są rezultatem bardzo 
wielu przyczyn, to przecież mają także jedną — w obojętności lekarzy. 
— Umiemy — mówił — pilnie tępić mikroby w sypialni bogacza, ale ze spokojem wyłączamy 
z zakresu naszego widzenia fakt przemieszkiwania dzieci pospołu z prosiętami. Któryż z medyków 
tego wieku zajął się higieną hotelu Château-Rouge? Kto z nas tu w Warszawie wdał 
się w to, jak mieszka rodzina żydowska na Parysowie? 
— Co to ma być? — spytał prawie szeptem jakiś głos z głębi sali. 
— Ce sont64 des flaki z olejem... — rzekł blondyn o twarzy Appolina trąc swe binokle w rogowej 
oprawie. 
Judym słyszał szyderczy ton i widział złe uśmiechy, ale brnął dalej w swoim podnieceniu: 
— Czy nie jest naszym obowiązkiem szerzyć higienę tam, gdzie nie tylko jej nie ma, ale 
gdzie panują stosunki tak okropne? Któż to ma czynić, jeśli nie my? Życie nasze całe składa 
się z pasma poświęceń. Wczesną młodość spędzamy w trupiarni, a całość wieku w szpitalu. 
Praca nasza jest to walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na 
roli, czy w fabryce, czy „zajęcie” urzędnika, kupca, rzemieślnika, nawet żołnierza? Każda 
myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężaniem ślepych i strasznych sił natury. Ze 
wszech stron, z oczu każdego chorego patrzy w nas zaraza i śmierć. Gdy zbliża się cholera, 
gdy wszyscy ludzie tracą rozsądek, zamykają w pośpiechu szachrajskie kramy swoje i uciekają, 
lekarz sam jeden idzie naprzeciwko tej niedoli kraju. Wówczas dopiero widać jak w lustrze, 
czym my jesteśmy. Wówczas słuchają naszych rad, naszych zleceń, postanowień i rozkazów. 
Ale gdy mór przemija, plemię chlebożerne wraca do swego zgiełku i urządza się tak, 
jak z tym silniejszym w gromadzie dogodniej. Rola nasza się kończy. Idziemy między tłum i 
zgadzamy się z rozsądkiem stada. Zamiast ująć w ręce ster życia, zamiast według praw nieomylnej 
nauki wznosić mur odgradzający życie od śmierci, wolimy doskonalić wygodę i 
ułatwiać życie bogacza, ażeby pospołu z nim dzielić okruchy zbytku. Lekarz dzisiejszy — to 
lekarz ludzi bogatych. 
— Proszę o głos! — rzekł wysoki, chudy staruszek z faworytami białymi jak mleko. 
— Proszę o głos! — ostro, z niedbałością rzekł ów blondyn w binoklach, z lekka unosząc się 
na krzęsełku w stronę gospodarza domu. 
Przez salę płynął szmer znamionujący głęboką niechęć. 
— Medycyna dzisiejsza — ciągnął Judym — jako fakt bierze powód choroby i leczy ją samą, 
bynajmniej nie usiłując zwalczać przyczyn. Ciągle mówię o leczeniu nędzarzy... 
W sali ktoś półgłośno się roześmiał. Szmer był coraz wyraźniejszy i niegrzeczny. 
— Ja tu nie mówię o nadużyciach ordynarnych, o praktykach przeróżnych lekarzy kolejowych, 
fabrycznych itd., lecz zawsze o położeniu higieny. Mówię o tym, że gdy człowiek pracujący 
w fabryce, gdzie po całych dniach płukał sztaby żelaza w kwasie siarczanym, w wodzie i wapnie gaszonym, dostaje zgorzeli płuc i uda się do szpitala, zostanie wykurowany jako tako, 
to ów człowiek wraca do tegoż zajęcia. Jeżeli pracownik zajęty w cukrowni przy wyrobie 
superfosfatu przez oblewanie węgla kostnego kwasem siarczanym, gdzie całe wnętrze szopy 
napełnia się parą kwasu siarkowego i gdzie gazy po spaleniu pikrynianu potasu wdychane 
wywołują zgorzel płuc — ulegnie tej chorobie, to po wypisaniu go ze szpitala wraca do swojej 
szopy. W lodowniach browarów... pleuritis purulenta65... 
— To rzecz jakiejś opieki nad wychodzącymi ze szpitala, a bynajmniej nie lekarza... — rzekł 
gospodarz. 
— Lekarza obowiązek — właśnie wykurować. Gdyby zaczął szukać miejsc odpowiednich dla 
swych pacjentów, byłby może dzielnym filantropem, ale z wszelką pewnością złym lekarzem... 
— wołał ktoś inny. 
— Zawsze „opieka”, zawsze „filantrop” — bronił się Judym. Nie jest moim zamiarem żądać, 
ażeby lekarz szukał miejsca dla swych uzdrowionych pacjentów. Stan lekarski ma obowiązek, 
ma nawet prawo zakazać w imieniu umiejętności, ażeby chory wracał do źródła zguby swego 
zdrowia. 
— Dobre sobie! Znakomita idylla! Co też kolega!... — słychać było ze stron wszystkich. 
— To właśnie, coście tu szanowni koledzy swoimi protestami stwierdzili, nazywam lekceważeniem 
i zgoła pomijaniem przyczyn choroby, kiedy idzie o ludzi biednych. My lekarze 
mamy wszelką władzę niszczenia suteren, uzdrowotnienia fabryk, mieszkań plugawych, 
przetrząśnięcia wszelkich krakowskich Kazimierzów66, lubelskich dzielnic żydowskich. W 
naszej to jest mocy. Gdybyśmy tylko chcieli korzystać z przyrodzonych praw stanu, musiałaby 
nam być posłuszna zarówno ciemnota, jak siła pieniędzy... 
To rzekłszy Judym złożył zeszyt i usiadł. Nie był to wcale koniec odczytu. Istniała tam 
jeszcze część trzecia, zawierająca przeróżne liryczne projekty. Do wygłoszenia tego ustępu, 
oddzielonego w rękopisie trzema gwiazdkami, dr Tomasz nie czuł się na siłach, formalnie 
tchu nie miał. Miny zgromadzonych, zakłopotanie gospodarza, sama wreszcie atmosfera zebrania 
wyraźnie znamionowała zbazgranie się prelegenta zupełne. Lekcja ani była dość silna, 
żeby rozjątrzyć i wstrząsnąć, ani dość nowa, ażeby czymkolwiek olśnić. Patrzono na Judyma 
ze spokojem i bez gniewu, a te wejrzenia mówiły: „Widziało się, żeś lew srogi, a tyś tylko d u 
d y czyjeś, i to kto wie, czy nie ośle...” 
Gdy się zupełnie uciszyło, wstał z krzesła staruszek z faworytami, dr Kalecki, i zaczął wyłuszczać 
swe zdania sformułowane i pełne życia: 
— Kolega Judym — mówił — dał nam rzecz piękną, pochlebnie i wymownie świadczącą o jego 
uczuciach altruistycznych, żywości imaginacji — i studiach w Paryżu. Miło jest w dzisiejszych 
czasach, niestety bardzo przesiąkniętych utylitaryzmem, spotkać lekarza z czuciem tak 
żywym, z sercem tak gorącym i pełnym tkliwości. Toteż ośmielę się złożyć w imieniu zgromadzonych 
koledze Judymowi szczery wyraz wdzięczności za jego pracę... 
Po tym zwrocie, który Tomaszowi zdał się być natrząsaniem z jego nędzy, dr Kalecki przystąpił 
do odczytu ze strony krytycznej i mówił: 
— Rzecz poruszona przez kolegę Judyma właściwie składa się z kilku kwestii, a zahacza o 
niebo i piekło. Z tego wszakże, cośmy słyszeli, dadzą się, jak myślę, wydzielić trzy sprawy 
główne: primo — sprawa czysto naukowa: sprawa higieny żywota klas ubogich, secundo — 
sprawa społeczna, tertio — środki zaradcze. Każdy z tych punktów — to góra obrosła dzikim 
lasem, zawalona odłamami skał, przecięta jarami, gdzie jeszcze wiedźmy nocują. A więc — co 
się tycze punktu pierwszego. Nie będę wspominał o tym, co tu kolega prelegent nam przedstawił. 
Są to fakty sumiennie spostrzeżone i barwnie opowiedziane. Fakty, dodam od siebie, bardzo smutne. Co się tycze stosunków francuskich, to rzecz prosta, kwestię muszę zostawić 
na uboczu, gdyż jej nie badałem specjalnie. Wiem jednakże z pewnością, iż cele miłosierdzia 
pochłaniają w Paryżu dziesięć milionów, wyraźnie, dziesięć milionów franków rocznie. Nie 
jest to sumka mała. Wiadomo również, że istnieją tam całe stowarzyszenia łotrów żebrzących, 
całe syndykaty utrzymujące baby, które na ulicach symulują porody, rozsyłające mniemanych 
epileptyków, obłąkanych, wszelkiego rodzaju kaleki — itd. W ogóle nie należy zapominać, 
kiedy się te sprawy roztrząsa, o wiecznie mądrym zdaniu Herberta Spencera67: „Wymawiając 
słowa — biedny człowiek, nie myślimy wcale — zły człowiek”. Nie chcę przez to powiedzieć, 
że lekceważę takie zjawisko jak Cité de Femme en Culotte... 
Przejdźmy do stosunków naszych. Kolega prelegent ubolewał tutaj nad dolą parobków, żydostwa 
itd. W istocie rzecz się ma i tu, i tam nieświetnie, ale z naciskiem to muszę sformułować, 
choćby się kolega Judym miał na mnie gniewać, że to nie są rzeczy lekarza. Amicus 
Plato, sed magis amica veritas68 — to darmo. Tak to wygląda, jakby lekarz pogotowia ratunkowego 
wezwany do dwu szewców, którzy się skłuli nożami, zamiast ich opatrzeć, rozpoczął 
prelekcję o szkodliwości bójek. Co tu mogą zaradzić lekarze? Oświecać, oświecać ciemny 
motłoch folwarczny i wpływać na jego chlebodawców — to i wszystko. Ale to się robi, robi się 
na pewno, jak stwierdzają koledzy praktycy z prowincji. Robi się więcej, niżby sądzić można 
z daleka, z wysokości takich czy innych paradoksów69. Jak wszędzie, tak i tutaj najlepszą 
cząstkę obiera sobie, a przynajmniej powinna obierać filantropia, owa siostra miłosierdzia 
ludzkości. Patrzmy na stan rzeczy. Mamy przed oczyma wzrost ducha miłosierdzia, ofiarności, 
istnego zapału klas wyższych do spieszenia z pomocą tam, ku tej ninie, którą dr Judym z 
taką swadą maluje. Ileż to ofiar spłynęło do sakwy jałmużniczej w ciągu tego roku, ile łez 
otartych zostało bez żadnego frazesu, w sekrecie nawet przed obrońcami „ludu”. Nie będę 
nazywał, nie będę wytykał palcem tych spomiędzy kolegów tutaj zebranych, którzy spieszą na 
każde wezwanie cierpiącej niedoli, którzy czas swój, zdrowie i życie niosą w ofierze, bez myśli 
o tym, że spełniają jakąś tam misję. Po prostu czynią, co trzeba, co wskazuje obowiązek 
serca, sumienia... źle mówię, przyzwyczajenia albo wprost — nałogu. 
— Brawo! brawo!... — słychać było żywe okrzyki ze wszystkich kątów lokalu. 
— A teraz rzućmy jeszcze okiem... Czy w istocie tak źle jest z nami? Oto powstają wystawy 
higieniczne, towarzystwa przeciwżebracze, urządza się przytułki noclegowe, funduje kąpiele 
dla ludu, zabawy — a wreszcie towarzystwa higieniczne, nic nie mówiąc o dziełach miłosierdzia 
dokonywanych w ciszy. Panowie, nie mamy potrzeby rumienić się wobec zarzutu kolegi 
dra Judyma, jakoby lekarz dzisiejszy był lekarzem ludzi bogatych. We wszystkich tych sprawach, 
na które patrzymy, stan lekarski nie tylko dawał inicjatywę, ale może z dumą o sobie 
mówić: magna pars fui70. Kolega Judym jest młodym człowiekiem. Serce podyktowało mu 
słowa goryczy, bo samo, widać, wiele cierpień zniosło. Dziś on się może jeszcze do zawziętości, 
do stronniczego uprzedzenia względem medyków warszawskich nie przyzna, ale gdy mu 
szron włosy ubieli, na pewno potwierdzi moje słowa, że wydał dziś sąd zły i krzywdzący. My 
mu to wszystko już dziś szczerze i zupełnie z serca odpuszczamy... 
Judym uczuł w sobie ni z tego, ni z owego coś w rodzaju skruchy. Nawet w myśli nie postało 
mu nigdy przypuszczenie, że to, co mówił o rzeczach higieny, można mu będzie z serca 
odpuścić. Zanim jednak zdołał zorientować się w gąszczu nowych, a tak niezwykłych uczuć, wstał doktor Płowicz, który był jednocześnie z drem Kaleckim o głos prosił, i ostrym, donośnym 
tonem rzekł, co następuje: 
— Szanowny kolega Kalecki sformułował wszystko, co o materiach przez prelegenta poruszonych 
rzec by można. Według mnie kolega Kalecki w jednym tylko miejscu użył barwy 
zbyt nikłej na odparcie zarzutów doktora Judyma. Mówię o tym punkcie, gdzie autor odczytu 
narzuca lekarzowi dzisiejszemu obowiązek ulepszania stosunków społecznych. Jest to pretensja 
dzika, a przemienia się w napaść formalną, gdy surowy krytyk twierdzi, że praca lekarza 
polega na udoskonalaniu życia bogaczów, ażeby pospołu z nimi dzielić się okruchami zbytku. 
Ja tu wiele rzeczy pominę zupełnym milczeniem. Nie będę się rozwodził nad tym, że rdzeniem 
życiowym, istotą spraw ludzkich niezwalczoną jest dążność każdego człowieka do kultury, 
wyższości, życia w pięknym mieszkaniu, nawet, horribile dictu!71 dążność do bogactwa. 
Nie wiem, dlaczego lekarz miałby być wykluczony od uczestnictwa w podziale tych zresztą 
marnych bogactw tutejszego padołu. Chyba dlatego, że, jak sam przyznaje nasz srogi zoil72, 
harujemy ze wszystkich zawodowców najciężej i w najpodlejszych warunkach. Ale, jak zaznaczyłem, 
nie będę się nad tym rozwodził, bo, co tu w bawełnę obwijać, nie ma nad czym. 
Gdy doktor Judym zawiesi na swych drzwiach tabliczkę z godzinami przyjęć, gdy będzie miał 
do okrycia i wykarmienia nie tylko swe studenckie ciało, ale także osoby drogiej kobiety i 
dziecka, wówczas da Bóg doczekać, może usłyszymy od niego mniej surowe słowo na temat 
przywar stanu lekarskiego. 
Chcę tu podnieść rzecz inną, mianowicie zwrócić uwagę kolegi Judyma na tę okoliczność, 
że jego myśli i wzloty altruistyczne nie mają silnego gruntu. Lekarze nie trzymają wcale w 
ręku władzy, jaką im kolega przypisuje. Gdyby najszczerzej i najusilniej chcieli zmusić szynkarza 
z Château-Rouge do zastosowania tak zwanych wymagań higieny, to im się to w żadnym 
razie nie uda. Świat jest to chytry przemysłowiec, który nie myśli wcale pieniędzy zebranych 
wydawać w tym celu, ażeby biedny pracowniczek mógł sobie lepiej a wygodniej przepędzać 
życie. Dla sprawdzenia, że tak jest, trzeba zstąpić z wyżyny na padół. Kazania, choćby i 
bardzo piękne, nic tu nie poradzą. 
To powiedziawszy doktor Płowicz usiadł. Nastało milczenie trwające czas pewien, milczenie 
kłopotliwe i przykre. 
— Chciałem dorzucić parę wyrazów... — rzekł Tomasz głosem wątłym, chwiejnie dźwigając 
się ze swego krzesełka. 
— Prosimy... — szepnął ktoś z głębi. 
— Otóż, otóż... nie myślałem, że mój wywód, to jest... moje przedstawienie rzeczy sprowadzi 
tak niespodziewane opinie... Nie miałem myśli obrażania stanu lekarskiego, owszem, pragnąłem 
go uczcić za pomocą tego, com mniemał o jego roli w społeczeństwie ludzkim. Zdaje 
mi się to być dziwnym, że szanowni koledzy znaleźli w tym właśnie kamień obrazy. Przecie 
ja nie wymagałem od lekarzy ani filantropii, broń Boże! ani tego, żeby nie byli ludźmi bogatymi. 
Czyż ja nie mówiłem? Mówiłem i powtarzam, że lekarz dzisiejszy jest sługą, lekarzemsługą 
ludzi bogatych. Czy sam jest bogaczem, to rzecz drugorzędna. Ponieważ zaś moja myśl 
zrozumianą nie została, więc ją rozwijam w inny sposób. Lekarz dzisiejszy nie chce nawet 
zrozumieć, a raczej usiłuje nie zrozumieć tej prawdy, że sprowadzając do zera posłannictwo 
swoje współdziała z chytrym, jak mówi dr Płowicz, światem-przemysłowcem. Nie należy 
służyć „mamonie”. Mieć ją można — mnie to ani grzeje, ani ziębi. A teraz co do mieszkań, 
przytułków i tych poczciwych kąpieli... Sądzę, że szanowny kolega Kalecki źle zapatruje się 
na znaczenie tych instytucji. Fundowanie kąpieli dla ludu przez osoby postronne, przez filantropów, 
uważam za dążność chybioną... 
— Paradne! — zawołał ktoś na sali. 
— ...gdyż odwraca naszą uwagę od tego, czyim obowiązkiem jest kąpiel dla swoich pracowników 
urządzić. Jeśli dyrektor kopalni węgla wychodzi z podziemia, to ma do dyspozycji 
wannę urządzoną przez właściciela kopalni. Cóż byśmy sądzili, gdyby dla takiego dyrektora 
fundował wannę kolega doktór Płowicz z własnych, krwawo zapracowanych, a jednak marnych 
funduszów? Tymczasem gdy chodzi o jakiegoś człeczynę poniżej sztygara stojącego na 
drabinie socjalnej, nic nie mamy przeciwko temu, ażeby doktór Płowicz z własnego majątku 
fundował mu sposób ablucji73 zabrudzonego siedliska duszy. Oto gdzie leży kwestia. Utyskujemy, 
łamiemy ręce nad brudami miast, nad niechlujstwem ludu, my, lekarze, a gdy nastręcza 
się możność od jednego zamachu skasować niechlujstwo... 
— Ciekawa rzecz, gdzie się ta możność nastręcza? 
— ..żądając otwarcia łaźni przez tego, w czyim interesie potem i brudem okryli się ludzie — 
my na miasto, do filantropa. To samo... 
— Ale kto ma nastawać, kto? Jaki organ, jakim sposobem? 
— My, lekarze My, sól ziemi, my, rozum, my, ręka kojąca wszelką boleść... 
— Jakim sposobem, jakim cudem? 
— Zastanówmy się między sobą, naradźmy, wydajmy uchwałę i walczmy z głupotą społeczeństwa, 
które nie widzi, co to jest ulica Krochmalna albo Kazimierz krakowski... 
— Kpisz pan czy o drogę pytasz! 
— Bynajmniej! Jeżeli przychodzą do mnie po radę, to niech jej słuchają! W przeciwnym razie 
nie leczę, nie leczę wcale! Jeśli nie niszczę źródeł śmierci... 
Mówiąc to wszystko Judym tracił stopniowo a szybko poczucie pewności siebie. Formalne, 
kategoryczne a śmiałe zaprzeczenia wydarły mu z głowy najsilniejsze argumenty. Chciał mówić 
jeszcze o mnóstwie kwestii, ale podobnie jak przedtem — stracił odwagę. W tej samej 
chwili, gdy on nie wiedział, co właśnie dalej mówić, nastało w sali zupełne milczenie. W 
przeciwległym kącie grono zebrane przy stoliku zaczęło głośno rozmawiać o czym innym. 
Gospodarz uniósł się ze swego miejsca i oczyma dał znać żonie, że czas prosić do kolacji. 
Większość zebranych wstawała... 
Judym usiadł na swym miejscu spocony, z uczuciem, jakby miał głowę pełną suchego piasku. 
Widział, że goście przechodzą grupami do sali jadalnej... Nie był pewny, czy ma wyjść, 
czy zostać. Gdy się wahał, usłyszał obok siebie głos dra Czernisza: 
— Kolega będzie łaskaw... Proszę... 
Wtedy wstał ze swego miejsca i wraz z innymi przeszedł do pokoju stołowego. Przy kolacji, 
która dla niego była prawdziwą męczarnią, miał w sąsiedztwie doktorową Czerniszową, 
która zadawała mu jakieś uprzejme pytania, zmuszała do wypowiadania bezmyślnych zdań o 
literaturze, malarstwie, nawet o jakimś bilu angielskim74... Chwilami czuł dziką wściekłość; 
miał formalny impuls, żeby powstać i zdzielić tę piękną kobietę pięścią między oczy. Jak na 
urągowisko nie tylko trzymał, ale ze wszystkich stron widział w umyśle racje swoje, głębokie 
fikcje obmyślone w samotności. Nikt nań uwagi nie zwracał, więc mógł w przerwach między 
pytaniami gospodyni ćwiczyć do woli swój esprit d'escalier75. Kiedy niekiedy tylko zatrzymywało 
się na nim w przelocie czyjeś spojrzenie i wówczas widział w nim drwinę, której 
bezlitosne oblicze zakryte było kapturem towarzyskiej przyzwoitości. 
Późno w nocy skończyła się kolacja. Część zgromadzenia wróciła do salonu. Inni z cygarami 
wędrowali do gabinetu, niektórzy zaś po angielsku wymknęli się za drzwi. Do szeregu 
ostatnich należał Judym. W bramie kamienicy, która była od dawna zamknięta, kilku z 
uczestników zebrania „wypukiwało” stróża stękającego przed opuszczeniem izdebki. Grono to milczało i gdy się drzwi otwarły, pożegnano Judyma szybkim „dobranoc” i uchyleniem 
kapeluszów. Został i szedł w , tę samą stronę tylko jakiś otyły, niski, wiekowy eskulap, którego 
Judym zauważył na zebraniu. Była to figura rozlana, o żydowskich rysach i ruchach. 
— Kolega w którą stronę? — spytał Judym. 
— Ja w stronę Krochmalnej... A kolega? 
— Na Długą. 
— No to idziemy w jednym kierunku. 
— Niekoniecznie. 
— Owszem. Dlaczego? Ja mogę zboczyć. Przyznam się zresztą koledze, że milej mi będzie 
iść razem. O tej godzinie... po prostu strach jest iść piechotą. W naszej okolicy, niech Bóg 
zachowa! 
— A, jeżeli tak. 
Judym szedł wielkimi krokami. Grubas biegł przy nim, sapiąc i wydmuchując dym z cygara, 
którego niedopałek żarzył się w samych niemal jego wąsach. 
Gdy już oddalili się znaczcie od mieszkania doktorstwa Czerniszów, dr Chmielnicki rzekł: 
— Szczerze dziś współczułem koledze... 
Judym miał inne wyobrażenie o tym współczuciu, zauważył był bowiem przypadkowo tłuściocha, 
jak prześcigał innych we wzgardliwym nadymaniu ust i w obfitości min ironicznych. 
— Dlaczegóż to kolega miał mi współczuć?... 
— Jak to dlaczego? Czy kolega może dziś czuć przesyt z nadmiaru krytyki życzliwej? U 
nas, niestety, tak zawsze. Jeżeli kto wyrasta nad głowy tłumu, zaraz go... 
— Szanowny kolego, ja nie marzyłem o wyrastaniu nad jakiekolwiek głowy. 
— Ja wiem, ja rozumiem! Mówię nie o zamiarze, lecz o fakcie... 
— Żałuję teraz, że czytałem moją elukubrację76... 
— Ależ dlaczego? 
— Dlatego, że ten wyskok sprowadził między innymi takie oto drwiny szanownego kolegi. 
— Kolega się mylisz! Na honor... Mnie imponują ludzie odważni. A co znaczy być wyśmiewanym, 
być zadręczonym tym wiecznym śmiechem, jak chory indyk przez stado, to ja 
wiem najlepiej. 
— Jak to? 
— Proszę kolegi, od pierwszej klasy przez całe gimnazjum, przez cały uniwersytet, przez 
całe życie jestem śmieszny. Dlaczego? Ja nie wiem. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że 
mam przyjemność być z Żydów, a po wtóre dlatego, że się nazywam Chmielnicki. Przodkowie 
moi, nawiasem mówiąc wcale nie lichwiarze ani nie oszuści, pochodzili z miasteczka 
Chmielnika, więc ich zwano Chmielnickimi. Gdyby byli wiedzieli, ile z racji tego nazwiska 
wycierpi ich potomek, wcale niegłupi doktór, byliby wybrali dla siebie i dla mnie nie tyle kozackie 
nazwisko. Mogliby się byli przecież nazwać Staszowskimi, Stopnickimi, Oleśnickimi, 
Kurozwęckimi, Pińczowskimi, Buskimi. Byłoby to im, a i mnie najzupełniej obojętne. Ze 
mnie drwili nawet profesorowie. Pamiętam, w Dorpacie nasz nieboszczyk prosektor77 pyta 
mię pewnego razu przy całym audytorium: 
— Panie Chmielnicki, czy aby wierzysz w nieśmiertelność duszy? 
Pytanie było żartobliwe, ale kategoryczne. Odpowiedziałem: — Panie profesorze, tak jest, ja 
wierzę. 
— A gdzież ona jest ta pańska dusza? 
— Jak to gdzie? Jest w ciele człowieka. 
— W całym ciele czy w jakiej części siedzi pańska dusza, panie Chmielnicki? 
— W całym ciele siedzi, profesorze. 
— A jeżeli człowiekowi urzynają nogę, cóż się dzieje z duszą? Czy urzynają również kawałek 
duszy? 
Pomyślałem chwilę i mówię: 
— Nie. Wtedy zapewne dusza podnosi się cokolwiek wyżej. 
Ten dialog szeroko i daleko uczynił mię sławnym. Gdybym dziś dał światu nieomylny sposób 
leczenia gruźlicy, zawsze pamiętano by, że to ten „Czerkies” Chmielnicki, co ma nieśmiertelną 
duszę, która w miarę okoliczności podnosi się wyżej. 
— Proszę kolegi, czyliż jest choć jeden człowiek, który by nie dźwigał na plecach takiego 
kosza śmieszności? My sami każdemu z przechodzących wrzucamy jakąś bryłkę ciężaru. To 
samo czynią z nami bliźni nasi. Nic darmo... 
— Nie, nie! Co innego jest to, o czym kolega mówisz, a co innego specjalne brzemię moje. 
To nie kosz, który można zrzucić, lecz garb. Niosę zawsze taki, jakiego ciężar poznałeś pan 
dzisiejszego wieczora. 
— Ależ to co innego. 
— Tak, co innego, bo to było, daruje kolega, zasłużone, cokolwiek zasłużone, moje zaś jest 
to śmieszność, którą się niesie bez własnej winy. 
— Więc ja dziś zasłużyłem... 
— No, nie! Ja się mało znam. Ale, proszę kolegi, jak można... Takie ostre wystąpienie przeciwko 
uznanym prawdom, a nawet, powiem sumiennie, przeciwko... oczywistości. Medycyna 
to jest medycyna, to jest fach. Ja się nauczyłem, wydałem pieniądze, włożyłem ogrom pracy, 
ja umiem, mam patent — więc leczę. Dlaczego medycyna ma być związana z filantropią, a 
inżynieria nie, prawo nie, filologia nie! 
— Nic nie chcę słyszeć o filantropii! 
— No, to z tymi obowiązkami społecznymi. Dlaczego nie ma obowiązków społecznych 
rzeźnik, stolarz, poeta, tylko lekarz? 
— Wie pan co, nie mówmy o tym. 
— Możemy nie mówić, jeżeli kolega nie życzysz sobie mówić o tym ze mną. Ale mnie kolegi 
żal. 
— Ech, jeszcze stoję na nogach. 
— Kolega wspomniałeś o tych biednych szajgecach z Parysowa... Ach, Boże! To była krótka 
wzmianka, ale w niej malowało się coś takiego... Dzisiaj już mało kto mówi u nas o Żydach 
jak o ludziach. Jeżeli się o nich mówi, to po to tylko, żeby ich przyrównać do „robactwa”, 
które oblazło i żre „ludzi”. Kiedy czytam dzisiejsze pisma, pisma, które jawnie wzywają 
do nienawiści, do wygładzania, wyrzucania, tępienia Żydów, dzisiaj, i to w imię zasad Jezusa 
Chrystusa... 
— Proszę kolegi... 
— Proszę kolegi, ja każde niedzielne wydanie pism... tych pism antysemickich odchorowuję... 
— Po cóż się wzruszać byle czym! 
— Byle czym! 
— No tak. Pisma takie wydają szuje, nędzne łajdaki, które na szerzeniu nienawiści między 
ludźmi, na niszczeniu solidarności robią majątki. Z tego zatrutego posiewu budują sobie kamienice. 
Ale czy wy sami dużo zrobiliście dla podniesienia żydowskiej masy? 
— Czy wiele zrobiliśmy! Życie w to kładziemy. Pracujemy dzień i noc. 
— Więc dlaczegóż, kolego, mówisz, że nie mam racji wzywając medyków do roli, jaka im 
się należy? 
— Bo tamto robimy dla Żydów, my, Żydzi. Tu gra rolę miłość. 
— Właśnie, właśnie. Miłość! Mało też zrobiliście nadymani przez waszą „miłość”. Ja 
chciałem udowodnić lekarzom, co powinni czynić pod naciskiem nie miłości bynajmniej, lecz 
wskazań zimnego rozumu. 
Byli na Długiej, przed bramą domu, w którym mieszkał dr Tomasz. Na odgłos dzwonka dr 
Chmielnicki zorientował się dopiero, że gawędząc przycwałował aż tak daleko. Właśnie 
przejeżdżała dorożka, więc ją zatrzymał i gramoląc się na stopień perorował: 
— Kolega się mylisz! Medycyna — to fach. 
Zlazł raptem znowu, potknął się w rynsztoku, chwycił Judyma za klapę paltota i mówił mu 
w sekrecie: 
— Medycyna to interes jak każdy inny. Nie zapomnij kolega o tym... 
— Dobrze, dobrze. Nie mam możności o tym zapomnieć, nie mam nawet środka. Ale gdyby 
mi danym było przeżyć na tym świecie pięćdziesiąt lat jeszcze, ujrzałbym wszystko to, o 
czym dziś mówiłem, jako fakty zrealizowane. Medycyna będzie wykreślała drogi Tycia masom 
ludzkim, podniesie je i świat odrodzi. — Mrzonki... 
— Tak samo z pewnością mówili w zeszłym wieku ci „medycy”, co to z narzędziami swego 
„fachu” objeżdżali dwory pańskie pokornie wypytując się, czy kto nie jest słaby, gdy im kto 
twierdził, że stan lekarski będzie zajmował to ogromne stanowisko, jakie już ma dzisiaj. Kolega 
się żalisz na szyderstwa, które cię spotykają. Pomyśl, co by cię czekało, ciebie, Żydalekarza, 
sto lat temu?... 
Doktor Chmielnicki wwalił się w dorożkę i krzyknął na woźnicę pragnąc zagłuszyć 
wzmiankę o żydostwie: 
— Krochmalna!... 
SMUTEK 
Piątego października doktor Judym wyszedł na spacer w Aleje Ujazdowskie. Był to dzień 
piękny. Słońce rozlewało ciepło łagodne i blask jeszcze jasny, ale już odchodzący za dziewiątą 
górę, za dziesiątą rzekę. Szereg drzew w Alei, których widok tak dużo wspomnień nasuwał, 
okrył się już rdzą czerniejącą. W dali, spomiędzy koron kulistych jeszcze, wysuwały 
się gałęzie bez liści jak smutny jakiś drogowskaz. Ze szczytów sączyły się barwy trupie, 
zgniłe, czerwonorude i coraz niżej wsiąkało w ciemną zieloność jasnożółte zniszczenie. Tu 
liść jeszcze żywy otoczył płomień śmierci jakby obwódką dziwnej żałoby, gdzie indziej strawił 
go do rdzenia, pozostawiając tylko prążki zielone. Błękit niebieski rozciągniony nad tą 
wąską smugą przestrzeni był już nikły, zasnuty przędziwem chmurek zwianych i płynących 
wiotkimi pasmami w dal niedościgłą dla oka. 
Doktor minął bramę i wolno schodził w głąb parku. Ogromne liście klonów płynęły z 
drzew i migały przed oczyma nad ziemią to tu, to tam, jak złote ptaki. Liście orzechów włoskich 
i drzew octowych plamiły zieloność trawników niby krew rozlana i skrzepła. Na dnie 
pustego parku, w cieniu sokor królewskich niedostępnym dla słońca, spoczywał i wyciągał się 
mrok chłodny. Daleko, w przecięciach szpalerowych, oświetlone czuby żółtych kasztanów 
buchały płomieniami jak jęzory żywego ognia. Wszędzie stał rozlany w chłodnym powietrzu 
miły, ostry zapach liści zwiędłych. 
Unikając miejsc ludnych Judym szedł dawną aleją na koniec parku. Rosły tam najściglejsze, 
prawdziwie niebotyczne topole, szeleszczące jeszcze twardymi liśćmi; cicho szumiały 
srebrne, długowłose wierzby, co patrzą w obumarłe wody kanałów — i świerki jak posępne 
mnichy w czarnych habitach, zamykające odległe widoki, marzyły w samotności. Powiew 
śmiertelny obszedł już wokoło te drzewa i na straży ich postawił wylękłą ciszę. 
Dalekie głębie wydawały kiedy niekiedy szmer prędko gasnący, który i człowieka zmuszał 
do cichego westchnienia. 
Gdy w pewnej chwili rozległ się gwar i śmiech dziecięcy, wydał się czymś dziwnym i rażącym 
wśród surowego szeptu, który mówi o śmierci. 
Na gładkie łączki, niby jeziora śniące między kępami zarośli, zstępowały smugi światła 
prawie białego i ostrymi rysami przerzynały chłodne murawy. Tuż obok drogi zasłanej liśćmi 
taiły się baseny wody nieruchomej, ślepej i głuchej, która przyjmując w siebie poszarpane 
plamy firmamentu dawała jakieś kłamliwe ich odbicie, brzask srebrzący się a niepochwytny. 
Rysowały się tam czarne pnie i gałęzie olch nachylonych. Każdy ptak siadający dla wypoczynku 
strącał z nich mnóstwo liści. Chłodne oddechy jesienne niosły te zwłoki skurczone i 
osadzały na zawsze w cichej powierzchni. Zielona woda płaszczyzn bardziej otwartych pieściła 
w łonie swym gałęzie kasztanów z liśćmi tak żółtymi, że się wydawało, jakoby płynna 
jasna farba sączyła się z nich i w głębi odmiennej tonęła. Liście te były zwieszone, przejrzyste, 
delikatne, a rzucały na środek wody ruchome odblaski, które z jej barwą zlewały się w 
podobiznę przepysznie lśniącego brązu. W jednym miejscu słońce, znalazłszy wśród przerzedzonych 
liści obszerną drogę, rzuciło się w głąb wody jak wytrysk roztopionego złota o barwie 
zbyt trudnej dla źrenicy. Między drzewami co chwila migały błyszczące pudła powozów 
pędzących na gumowych kołach. Głuchy turkot ich przerywający milczenie był głosem, który 
z zimnem przyrody harmonizował. To był wyraz bogactwa, czegoś tak obojętnego jak ona 
sama. W umyśle budziły się skojarzenia, które milczą, chociaż istnieją, podobnie jak dźwięk 
w natężonych strunach. 
Doktor Tomasz w powszedniej trosce życiowej nie roztrząsał ich ani kształtował, ale one z 
dnia na dzień jak miriady niewidzialnych mikrobów asymilowały się z umysłowością. Teraz 
spajały się w silne sylogizmy78 i od zjawiska przechodziły do zjawiska, sięgając do głębin 
treści. Były w myśli parweniusza, który trafem stanął u drzwi pałacu kultury. Tkwiła w nich 
przede wszystkim skryta pod maską miłości ubogich drapieżna zazdrość indywidualna względem 
cudzego bogactwa. Od wieków płonęła jak piekielny ogień w sercu przodków, była najsilniejszym, 
choć najskrytszym ich uczuciem. W duszy ostatniego potomka nie zionęła już z 
niej śmiertelna, ślepa zemsta, tylko wysnuwał się głęboki, rozległy żal. Niegdyś, za czasów 
dzieciństwa i młodości, wytryskiwała z tego samego źródła potężna energia człowieka z ludu, 
który cwałem biec musi tam, gdzie wszyscy inni „dobrze urodzeni” równo, systematycznie i 
bez trudu idą. Później wyłamywały się z tej zazdrości złudy oryginalne, hipotezy, plany i 
gwałtowne marzenia, które nieraz przeradzają się w namiętności i łamią siłę nawet pieniędzy. 
Teraz, w dniu spaceru, wszystko pierwszy raz owiał jak gdyby chłód jesienny. Judym uczuł w 
sobie nie dającą się określić jasnymi słowy agonię tych właśnie dawnych marzeń. Uczucie 
jego znosiło proces podobny do lotu strzały rzuconej z tęgiej cięciwy i pędzącej jeszcze w 
przestrzeń, kiedy na wielkiej wysokości zwalnia biegu, uczuwa nagle swój ciężar, który ją 
wkrótce, choć nie wiadomo kiedy, odwróci grotem na dół i porwie ku ziemi. W którąkolwiek 
stronę rzuciła się dusza młodego lekarza, wszędzie uderzała w jakąś siłę zdradziecką, podobnie 
jak pływak, z męską mocą wyrzucający ramiona wśród wodnej przestrzeni, zajęty zwalczaniem 
tylko jej słabego oporu, gdy się z nagła uderzy piersiami o pal nieznany. Judym uczuł 
pierwszy raz w życiu, że pal mocniejszy jest niż piersi ludzkie. I pierwszy raz zastanowił się 
nad tym, że można pływać tylko po wiadomej, przez wszystkich sprawdzonej toni. Z cichego 
szelestu liści płynęło do jego serca rozumienie, że się na świecie nie jest niczym osobliwym, 
że się będzie jednym z wielkiego szeregu. Był to jakby bezwiedny rachunek z samym sobą, 
zbieranie do kupy rzeczy już zdobytych dla sporządzenia skrzętnego ich rejestru. Wypadało z 
tych obliczeń, że to, co już zostało zdobyte, to jest los bardzo wielki. Ale zarazem nie ginął 
jeszcze z oczu przestwór dawny, owszem, roztwierał się daleki, nieobeszły... To, co chce 
uczynić, co mógłby, za co życie swe gotów jest położyć człowiek nowoczesny, doktor Judym 
widział w głębi swego serca. I czuł, że od tych prac musi cofnąć ręce. 
Wszystko, czym dusza jego żywiła się, tak samo jak ciało chlebem, w czyn się zamienić 
nie mogło, musiało pozostać sobą, tym samym, marzeniem. Ze wszystkich tych zazdrości i 
pragnień ofiarnego działania na dużym polu, z żarłocznych egoizmów, które się przeistoczyły 
w czucia nadindywidualne, wolno teraz idących drzemać w przymusową bezsilność, sączył 
się smutek jak palące krople trucizny. Napojone nim serce obejmowało świat, ludzi i rzeczy 
jakby w minucie pożegnania. 
Smutek, smutek... 
Rozkuwał marzenia z kajdan myśli i przenikał na wskroś, jak noc przenika wodę. Zostawał 
z człowiekiem sam na sam niby ulotny a niewątpliwy cień jego postaci. W którąkolwiek stronę, 
do jakiej rzeczy wzrok było obrócić, wił się po ziemi niedocieczony a wszędzie obecny. 
Doktor Judym szedł pustym szpalerem, z głową zwieszoną, z rękami w kieszeniach paltota. 
Czasami potrącał nogą kasztan świeżo wyłusknięty, błyszczący wśród suchych liści, albo 
świstał przez zęby aryjkę gdzieś niegdyś słyszaną i licho wie dlaczego trzymającą się pamięci. 
Stanął u końca alei nad wodą i chciał przejść na drugą stronę szosy, ażeby skierować się ku 
pałacowi, a potem ku wyjściu. Karety jedna za drugą pędzące wstrzymały go na miejscu. Leciała 
jedna, tuż za nią druga, trzecia... Judym ścisnął zęby i zmrużonym okiem przeprowadzał 
te pojazdy. Do melodii jego aryjki przyczepiło się słowo: 
— Powozy, powozy, powozy... 
Trzeba było jeszcze stać na miejscu, gdyż z oddali pędził ostrym kłusem czwarty, lśniący 
wolancik. 
Doktor wsparł się na niskiej barierze i ociężałym wzrokiem spotykał jadące osoby. Nagle 
doznał takiego wrażenia, jakby go ze wszech stron otoczyło promienne światło wiosny i zapach 
róż. W powozie siedziały trzy panienki, z którymi swego czasu zetknął się w Paryżu i 
jeździł do Wersalu. Starsza z nich, panna Natalia, odwróciła głowę i poznała doktora. Gdy 
nieśmiałym ruchem niósł rękę do kapelusza, skinęła mu głową i rzekła coś do towarzyszek. 
Wówczas odwróciła się panna Joanna i Wanda zajmująca przednią ławeczkę. Doktor zobaczył 
tylko twarz i uśmiech pierwszej, gdyż konie porwały wolant i uniosły go między drzewa. 
Uśmiech ten snuł się przez mgnienie oka w jego źrenicach jak błysk światła. Potem z wolna 
rozwiał się w nicość. 
Promienie słoneczne gasły na wodzie i zamierały w głębinie liści, jakby ustępując przed 
ostrym chłodem, który się z wody i z ziemi dźwigał. Sennie i z posłuszeństwem, niby na rozkaz 
tych martwych fal niewidocznych, płynęły żółte liście i kołysały się na powietrzu. Zdawało 
się, że wybierają dla siebie mogiły zstępując z ciemnych schodów. Judym szedł w swoją 
drogę ze spuszczonymi powiekami, zatopiony w marzeniach. 
PRAKTYKA 
Proroctwo doktora Płowicza co do dalszych losów Judymowych spełniło się o tyle, że 
istotnie tablice z wyszczególnieniem godzin przyjęcia umocowane zostały nie tylko na 
drzwiach mieszkania doktora Tomasza, ale także u wejścia do sieni kamienicy, w której zamieszkał. 
Szyldy te opiewały, że doktor przyjmuje w godzinach popołudniowych, między 
piątą a siódmą. Całe ranki spędzał w szpitalu na oddziale chirurgicznym, gdzie pełnił obowiązki 
asystenta. Stołował się, jak za czasów studenckich, na mieście, a od godziny piątej, 
stosownie do wskazań spiżowymi literami wyrytych na tablicach, siedział w „gabinecie” aż do 
siódmej. Nie pozwalał sobie ani najdrobniejszego przekroczenia godziny piątej, tym mniej 
wydalania się przed siódmą. Już w chwili wynajęcia lokalu zdecydował, że trzymać się będzie 
tego przepisu jak najściślej, toteż wykonywał go ze skrupulatnością nieubłaganą, odtrącając 
wszelkie impulsy i mamidła przez wzgląd na kształcenie w sobie charakteru, a osobliwie wytrwałości. 
Prawda, że w ciągu miesiąca września, października, listopada, grudnia, stycznia i 
lutego nie zjawił się w tym mieszkaniu ani jeden pacjent, ani jeden „kulawy pies niosący w 
zębach rubla”, jednak nie upoważniało to wcale do zrywania tablic, a tym mniej do jakichkolwiek 
przerw i uchybień w kształceniu woli. Było i jest rzeczą wiadomą, że początki praktyki... 
itd. Toteż doktor Tomasz czekał niezachwianie. Lokal składał się jak gdyby z trzech 
pokojów. Największy z nich (właśnie „gabinet”) oddzielony był sienią od znacznie szczuplejszego, 
który stanowił „poczekalnię”. Zarówno sień, jak poczekalnia przepołowione były 
forsztowaniami, pierwsza na sień i pseudokuchnię, druga na poczekalnię właściwą i, jeżeli 
godzi się tak go nazywać, pokój sypialny. Cały apartament mieścił się na dole, od frontu, co 
zaopatrywało go wprawdzie w turkot ulicy Długiej oraz w wilgoć, ale za to pozbawiało światła 
dziennego. Co się tyczy umeblowania, to doktor Judym żywił i wprowadzał w czyn mniemanie 
radykalne: „Po co — myślał — mam meblować mieszkanie, cui bono79? Czy mój pacjent 
zyska co na tym? Czy może ja za pomocą kanap i obrazów zyskam pacjentów? Bynajmniej!” 
Co postanowił, to wykonał, a raczej nie wykonał w tym mieszkaniu nic prawie. W „gabinecie” 
stał stolik przykryty bibułą, na nim kałamarz, pióro i papier do pisania recept. Obok 
stolika czekały cztery drewniane stołki. Przy ścianie nudziła się stara sofa obita czymś wzorzystym. 
W „poczekalni” mogło się rozsiąść wygodnie co najmniej pięciu pacjentów. Była tam kanapa, 
dwa fotele, parę stołków, „Tygodnik Ilustrowany”, pojedyncze numery różowego czasopisma 
„Głos” i jakiś impresjonistyczny rysunek w ramkach na ścianie. Wszystkie te meble, 
z wyjątkiem naturalnie „Tygodnika”, „Głosu” i rysunku, kupione zostały za gotówkę na ulicy 
Bagno w pewnym bardzo renomowanym składzie bardzo „hrabskich” mebli. Podłogi zostały 
świeżo pomalowane olejną farbą, w przedpokoju umieszczono lustro (wszystko ku wygodzie i 
niezbędnej potrzebie pacjentów). Co prawda lustro miało właściwości szczególne. Pacjent 
najbardziej trzeźwo usposobiony mógł dostać pomieszania zmysłów ujrzawszy w tej tafli 
szklanej swe oblicze... Nos ukazywał się tam zawsze rozdęty jak kolba dubeltówki, jedno oko 
w czole, a drugie tuż przy prawej dziurce nosa, usta literalnie od ucha do ucha i nad podziw 
imitujące buzię nosorożca. Obowiązki gospodyni mieszkania, służącej a zarazem portierki, 
która by na pierwszy odgłos dzwonka otwierała drzwi pacjentom, przyjęła niejaka pani Walentowa, 
małżonka wędrownego bednarza. Mieszkała w suterenie tego samego domu, a tuż pod „gabinetem” doktora Judyma, co w znacznej mierze ułatwiało komunikowanie się za pośrednictwem 
walenia obcasem w ziemię. Pani Walentowa było to babsko stare, grube, skręcone 
przez rozmaite suterenowe ł a m a n i a, niewątpliwie żłopiące m o n o p o 1 w dużej ilości, 
aczkolwiek w sekrecie — jednym słowem g r z m o t warszawski. 
Jako wyręczycielka m a m y spełniała czynności mniej więcej piętnastoletnia córka, dosyć 
ładne dziewczątko, czekające tylko odpowiedniego wieku, ażeby wyjść na ulicę z ciemnicy 
suterenowej. 
Te białogłowy zagospodarowały się w mieszkaniu doktora Tomasza z taką wszechwładzą, 
że mowy być nie mogło ani o ukróceniu ich praw, ani tym mniej o jakiejś zmianie trybu postępowania. 
Wyrzec się ich usług nie było możności, gdyż zaczynały obydwie ryczeć jednym 
strasznym bekiem, wzywając na świadectwo głód, chłód, nędzę, bóle, łamania... Procesować 
się o wszelkie rzeczy ginące nie wypadało, gdyż zaklinały się z miejsca na tyle i takich sakramentów, 
że chyba człowiek wyzuty ze wszelkiej delikatności mógłby je podejrzewać o krzywoprzysięstwo. 
Co się działo ze świecami, z naftą, węglem kamiennym, cukrem, chlebem, 
herbatą, masłem, ze składowymi częściami garderoby męskiej itd. — to jest wieczną tajemnicą. 
Każdy prawie przedmiot kupiony za pieniądze tyle istniał w świecie zjawisk rzeczywistych, o 
ile figurował w rachunku. Poza tym bytował tylko w imaginacji Judyma podsycanej przez 
niektóre ze zmysłów. Świec nabytych nigdy, literalnie nigdy nie było. Wstępując nocną porą 
w progi domowe doktor Tomasz zawsze lazł omackiem i nadaremnie szukał zapałek, lichtarza, 
lampy... Że jednak świece rzeczywiście w mieszkaniu egzystowały i płonęły, o tym 
świadczyła wielka obfitość kropel zastygłej stearyny nie tylko na lichtarzu; na podłodze, na 
obiciu kanapy, stołków, na prześcieradłach łóżka, ale także dziwnym zbiegiem okoliczności 
na ineksprymablach i żakietach wiszących w szafie na klucz zamkniętej. Lampa była wiekuiście 
wewnątrz pusta, z upalonym knotem, ale za to niewątpliwie naftą pooblewana ze strony 
zewnętrznej i cuchnąca tym szlachetnym paliwem z odległości pięciu kroków, co w każdym 
razie wskazywało, że co kupiono, to wylewano ze szczodrobliwością. Cukru i bułek dr Tomasz 
nigdy w szafie nie znalazł, choćby się z głodu wił pod jej drzwiami, natomiast nie zamiecione 
okruszyny słały się wszędzie, a szczególniej w łóżku... Jedna poręcz wyściełanej 
otomany, kupionej za gruby pieniądz, wkrótce okryta została jakimś szczególniejszym tłuszczem, 
a druga uczerniona s z u w a k s e m i zwalana błotem, jak to mówią, do cna. Wyobraźnia 
doktora widziała niby w biały dzień na jednym z wałków cennego mebla wypomadowaną 
głowę panny Zośki, a na drugim oparte tejże Zośki k o p y t a (wyobraźnia widziała 
mianowicie k o p y t a — nie nogi). Stolik świeżo „na moje sumienie” politurowany, kiedy go 
kupowano w sklepie, był wkrótce zbiorowiskiem okrągłych śladów (wymownie świadczących 
o tym, że jednakże samowar doktorski produkuje znakomity wrzątek). Z początku dr Tomasz 
usiłował wytworzyć stosunek pełen życzliwości, braterski. Nim upłynął miesiąc, już walczył, 
a w listopadzie był zwyciężony i wzięty do niewoli. Odtąd, jeżeli nawet zastał Zośkę wylegującą 
się na kanapie z k o p y t a m i obarczonymi błotem, jeżeli nawet spostrzegał Walentową 
żłopiącą herbat z arakiem przy stole obficie zastawionym jego wiktuałami, stosował jedynie 
możliwą, aczkolwiek mało skuteczną metodę włoską: guarda e passa80. Nie było innej rady... 
Zamykał się w swym „gabinecie”, a resztę mieszkania oddawał in direptionem81... 
W godzinach przyjęcia doktor Tomasz nie ośmielał się czytać książek. Siedział za swym 
stolikiem wyprostowany i czekał. Tak było we wrześniu, w październiku... Z czasem pozwolił 
sobie na czytanie gazet w pozie już to siedzącej, już leżącej. Przy końcu grudnia tegoż roku 
czytanie gazet odkładał w ciągu doby na godziny przyjęć, a po Nowym Roku zaczął znosić do 
gabinetu na te właśnie godziny rozległe utwory Zoli, Jokaja, Dumasa, Lama. W sieni zawsze o tej porze siedziała Walentowa na wyściełanym krzesełku, z nogami okręconymi jakimś grubym 
wojłokiem. Z początku tak zwanej wizyty baba kaszlała, stękała, wzdychała na świadectwo 
czuwania — w środku stopniowo zacichała, a wkrótce potem dawało się słyszeć tęgie 
chrapanie. Bywały dnie takie, że w ciągu drugiej części programu rozlegał się rumor i łoskot. 
Walentowa w trakcie drzemki zlatywała z chwiejnego krzesła. Po każdym takim wypadku 
doktor musiał jej dawać kopiejki na arak, gdyż przysięgała na wszelkie świętości, że to słabość 
z głodu i czczości tak nią rzuca o ziemię. Kilkakrotnie wzywano młodego eskulapa do 
mieszkańców domu w raptownych wypadkach zasłabnięć, przeważnie poniedziałkowej natury. 
Raz w jesieni przyszedł stary introligator z sąsiedniej kamienicy, zadzwonił, zbudził Walentową 
i narobił istnego piekła. Judym badał go, stukał, pukał, wyginał, kładł na sofie, gniótł, 
oglądał ze wszystkich stron i wypuścił, rozumie się, bez pobrania honorarium. Po tym zdarzeniu 
nastała cisza trwająca dobre dwa miesiące. 
Pewnego dnia w marcu, znowu w godzinie przyjęć, dał się słyszeć cichy głos dzwonka. 
Walentowa otwarła drzwi i wpuściła małą, chudą damę w czerni, o twarzy wywiędłej, suchej i 
mizernej. 
Przybyła spytała o doktora Judyma i powziąwszy wiadomość, że jest u siebie, weszła do 
gabinetu. 
„Pacjentka, jak mi Bóg miły!...” — jął myśleć doktor Tomasz i doznał ciepłego uczucia na 
samą myśl o pierwszym rublu zapracowanym we własnym apartamencie. 
Dama wśród ukłonów obustronnych zajęła miejsce i rozejrzała się po umeblowaniu. 
— Pani dobrodziejka jest cierpiąca? — zapytał doktor. 
— O, tak, panie konsyliarzu... Od lat, od całego szeregu lat... 
— I jakież to cierpienie? 
— Gdybyż to jedno! Cały szereg chorób, które inną osobę, mniej wytrzymałą, dawno by 
wpędziły do grobu. 
— Ale główna, zasadnicza? 
— Czy– ja wiem, panie konsyliarzu. Zapewne wątroba... 
— Wątroba... Otóż... 
— Bo to jakaś duszność, bezsenność, kaszel, bóle... 
— Więc są bóle? I to w tej okolicy? 
— Ach, jakie bóle! Język ludzki wyrazić tego nie jest w stanie! 
— Bóle... rozdzierające, uczucie rozdzierania, nieprawdaż? 
— Tak, bywa i to. Nieraz budzę się rano, to jest, podnoszę się rano przepędziwszy noc bezsenną 
i jestem tak upadająca... 
— Proszę pani, apetyt? 
— Ale któż by na to wszystko zwracał uwagę, panie konsyliarzu, któż by przykładał swoje 
cierpienia do tego, co znosi nieszczęśliwa ludzkość. 
„Patrzajcież... — myślał Judym — a to co znowu?” 
— Zapewne pan konsyliarz słyszał... — zaczęła dama poprawiając się na krześle i przyciskając 
do piersi swoją torebkę — o naszym stowarzyszeniu, którego celem jest nawracanie dziewcząt, 
pojmuje pan konsyliarz, złego prowadzenia się. 
Tu dama spuściła oczy i zaczęła patrzeć w kąt gabinetu. 
— Nic a nic nie słyszałem... — rzekł Judym. 
— Otóż... celem naszego stowarzyszenia jest — po pierwsze.. 
I jazda! Minęło pół godziny, trzy kwadranse, godzina... Dama bez przerwy mówiła o celach 
stowarzyszenia. Na początku drugiej godziny zaczęła mówić o środkach, a właściwie o braku 
środków. 
Gdy upłynęło mniej więcej sześć kwadransów od chwili zaczęcia tej dyskusji, nastąpiła 
wreszcie prośba o wsparcie zasiłkiem stowarzyszenia, które itd. 
Doktor bez wahania wyjął rubla papierowego, położył go na stole i rozprostował palcami. 
Dama niezwłocznie wzięła datek, zapisała coś w karneciku i znowu wśród słów biblijnych, 
ukłonów, uśmiechów i dziękczynień wionęła za drzwi. 
Walentowa po wyjściu kwestarki dostała wściekłego kaszlu. Doktorowi, gdy stał na środku 
gabinetu i świstał przez zęby, wydało się, że g r z m o t, który, rozumie się, podpatrywał 
przez dziurkę od klucza, pęka ze śmiechu, że się dusi i parska... 
Takie były w krótkim zarysie dzieje początkowe kariery doktora Judyma. Resztki funduszu 
zostawionego przez ciotkę wyczerpały się, kredyt u sklepikarzy był poderwany, a przyszłość 
nadchodziła mglista. Od chwili wypowiedzenia niefortunnej lekcji o pauperyzmie w salonach 
doktora Czernisza Judymowi było w świecie lekarskim nijako. Nie mógł się skarżyć na to (nie 
miał prawa), żeby ktokolwiek odsunął się od niego czy świadomie stronił, ale czuł dokoła 
siebie próżnię i wyziębłe miejsce. Starsi i młodsi koledzy witali go, jak dawniej, uprzejmie; 
byli tacy, co może nawet niżej kłaniali mu się kapeluszami, ale w powietrzu drgała rada: bierz 
manatki, filozofie, i ruszaj w świat, bo tu nic nie wysiedzisz... 
Doktor Tomasz rozumiał to sam znakomicie, że w organizmie żywym uczepił się jak obce 
ciało, które tamuje krążenie krwi pulsującej. Gdyby się był zbliżył do ludzi wybitnych, zasięgnął 
ich wskazówek, odwiedzał ich jako gość i domownik, stałby się wkrótce jednym z trybów 
tej maszynerii i zyskał klientelę. Rozumiał to wszystko bardzo pięknie, wiedział, jak by 
być mogło, co by należało zrobić, ale dzikie myśli i uparte trzymanie się tego, co one już 
spłodziły, powstrzymywały go od zmiany trybu postępowania. 
Zdecydował się iść drogą, którą sobie był obrał, no i szedł, rzecz prosta, w niezupełnie całych 
butach. 
W tym czasie (przy końcu marca) wczesnym rankiem przybiegła Wiktorowa z wiadomością 
o mężu. Rozpowiadała, jak co było, głosem z płaczu oślizgłym blisko godzinę, a później, 
wymieniwszy wszelkie szczegóły skrupulatnie, zabrała się i odeszła do swej fabryki. 
Doktor długo siedział w mieszkaniu, pełen myśli iście marcowych. Wszystko szło dziwnie 
źle, opacznie, piętrzyło się, jak zator kry na rzece, tamując bieg życia. Rozmyślał o tym, że 
musi obecnie pomagać bratowej, utrzymywać i ją, i całą familię w zastępstwie Wiktora, gdyż 
zostawić ten obowiązek wyjątkowo na barkach biednej kobiety nie było możności. Tymczasem 
finanse były w stanie opłakanym. Pełen gorzkich myśli udał się Judym do swego szpitala. 
Wyszedł stamtąd wcześniej niż zwykle, czuł bowiem w sobie jakąś niemoc wewnętrzną przeszkadzającą 
mu w pracy. Ze wstrętem powlókł się do mieszkania Wiktora. Zastał tam tylko 
ciotkę, która coś pod oknem ścibała, i dzieci dokazujące w sąsiedniej izbie. Ciotka miała oczy 
przekrwione od płaczu, usta zacięte, nos jeszcze bardziej ostry. Przywitała go wzrokiem pełnym 
niechęci, prawie odrazy. Zawsze na niego krzywo patrzała jako na pupila i spadkobiercę 
siostry swej, którą przed laty okropnymi słowami wyklęła... Teraz, widać, zawziętość wzmogła 
się i dosięgła ostatniej granicy. 
Judym nie zwracał na starą uwagi. Usiadł w kącie i sennym okiem przypatrywał się izbom 
dotąd nie uporządkowanym. Widok zdziczałych dzieci nasunął mu myśl, żeby teraz, kiedy nic 
lepszego nie ma do roboty, zająć się edukacją tych siostrzeńców. Wziął na spytki chłopca i 
przekonał się, że urwis czyta jako tako, choć z ciężkim stękaniem, ale poza tym ani be, ani 
me. Owa sztuka czytania było to dzieło ciotki, która teraz spod oka patrzyła na praktyki Judymowe. 
Karola zaledwie umiała rozróżnić litery. 
Był prawie zmrok, kiedy doktor stamtąd wyszedł. Brnął z nastawionym kołnierzem, ze 
wzrokiem upadłym, pełen wewnętrznej nudy i lenistwa. Odruchowo, nie widząc ani ludzi, ani 
ulic, żeglował w stronę cukierni, gdzie czasami czytywał dzienniki. Na rogu, szybko skręcając 
w dzielnicę ludniejszą, zetknął się z doktorem Chmielnickim. 
— O, cóż to kolega tak siarczyście maszeruje? — zawołał grubas — o małoście mię nie 
uszkodzili... 
— Ja? Ale gdzież tam — idę... 
— Widzę, widzę — do chorego. 
— Akurat! — parsknął Judym na całe gardło. 
— Nie do chorego? — spytała chluba miasta Chmielnika z odrobiną ironii w głosie. 
— Nie mam wcale chorych! — rzekł Judym i wyciągnął rękę na pożegnanie. 
— Zaraz, czekajcie chwileczkę! Jeżeli wam do zdechlaków nie pilno, to dlaczegóż nie uciąć 
gawędki? 
— Kiedy zimno. Chodź kolega na kawę, to będziesz gadał, a ja posłucham. 
— Dobra! Idę na świeżego „Kuriera”, akurat mam odrobinę czasu. 
Poszli ulicą i wkrótce zasiedli przy marmurowym stoliku w pięknej cukierni. Dr Chmielnicki 
wyładowywał ze siebie półgłosem rozmaite świeże k a w a ł y, z wielkim obiektywizmem 
wciągając do tej serii k a w a ł y, gdzie jego rodacy prezentowali się nieszczególnie. 
Judym śmiał się z anegdot, ale tym uśmiechem warg, w którym oczy nie biorą żadnego 
udziału i który zbyt przeczulona subtelność narratora mogłaby poczytywać za impertynencję. 
W trakcie jednej ze szczególnie jakoby paradnych historyjek „Czerkies” znienacka zapytał: 
— Ale, ale, może byście wyjechali na prowincję? 
— Czego? — krzyknął dr Tomasz. 
— Nic, nic! Ja tu mam misję wyszukania asystenta dla mojego kolegi Węglichowskiego, 
który jest dyrektorem zakładu w Cisach. Jeśli wy nie chcecie, to trzeba będzie szukać kogoś 
innego. Na śmierć zapomniałem... 
— No, to ja nie pojadę na prowincję. 
— To nie jest jakaś ordynarna prowincja, jakieś Kurozwęki (choć to stamtąd niedaleko) ani 
tym podobny Łagów. Uchowaj Boże! 
— Nie jadę do Kurozwęk ani nawet do Łagowa. 
— Ach! Czy ja was biorę za kołnierz i ciągnę do Łagowa? Mówię tylko, relata refero82. 
Niezwłocznie obraza! Rozumie się, że wy nie możecie tam jechać. Jak to? Być w Paryżu u 
Lucas Championiera83 i potem jechać do Cisów. To przecież n o n z e n s. 
— Spodziewam się, że to nie tylko „nonzens”, ale nadto nonsens. 
— Bez wątpienia. No, ale nie idzie za tym, żebyśmy nie mieli deliberować nad kwestią obsadzenia 
asystentury u tego kochanego „Węglicha”. 
— Co to znaczy słowo „Węglich”? 
— Węglichowski jest moim kolegą z Dorpatu. Mieszkaliśmy razem. Tęgi lekarz... mógłby z 
niego być, gdyby nie to, że ten człowiek zawsze wszystko brał lekko. Nie lubi czytać — ot, co 
jest. A od chwili znanego przewrotu w medycynie warszawskiej, kto nie czyta, kto nie pozuje 
na uczonego, ten musi szukać jakichś Cisów. Znasz kolega Cisy? 
— Nie znam. Słyszałem o tym coś... To w Kieleckiem zdaje się... 
— Aj, „zdaje się”... Jak można takich rzeczy... „Cudze rzeczy znać dobrze, a swoje potrzeba!”
— Kolega mi aplikuje niniejszą sentencję w sensie admonicji85 czy tylko jako wzór krajowego 
przysłowia? 
— Doskonale, paradnie! Ale wracając do „Węglicha”... 
— Ach, z tym „Węglichem”... 
— Ależ posłuchajcie! Wy tam młodsi znacie się między sobą, łatwiej możecie wskazać odpowiedniego 
człowieka. Miejsce wcale niezłe. Dają tam sześćset rubli... 
— Fiu — fiu... 
— Pyszny lokal i całkowite utrzymanie. 
— A cóż trzeba robić? 
— Zwyczajne rzeczy. Głupstwa. Latem zjeżdża się dosyć chorych, więc pospołu z innymi 
lekarzami trzeba się nimi zająć. Kąpiele, uważacie, wanny, natryski — o, takie rzeczy. Figle w 
gruncie rzeczy, a w okolicy praktyka jak sto tysięcy diabłów. To nie jest byle co. Może kto z 
waszych znajomych skusi się na te Cisy. 
Judym zamyślił się, kazał sobie podać jeszcze jedną filiżankę kawy, wypiął ją duszkiem, 
odstawił i rzekł do Chmielnickiego: 
— No, dobrze, ja mogę jechać na to miejsce. 
— A co? Nie powiedziałem? Pyszna myśl! 
— Gdzież jest ten doktór Węglichowski? 
— Jest właśnie w Warszawie i jutro zgłosi się do was. 
— No, to już może ja do niego? 
— A dlaczego? Przyjdzie do was. O której godzinie? 
— Między piątą a siódmą. 
— Tam u was, na Długiej? 
— Na Długiej. 
— Dobra! 
Dr Chmielnicki zapisał sobie coś w notesiku patrząc do jego wnętrza lewym okiem jak 
przez lupę, złożył gazetę na sąsiednim stoliku, gdzie właśnie jakaś „piękna Iza” szczerzyła 
zęby do wymokłego lowelasa, i podał Judymowi prawicę. 
— A więc do jutra! Świetna myśl... 
— Zobaczymy... — mruknął doktor Tomasz zwieszając głowę. 
Gdy dr Chmielnicki zniknął, pogrążył się w rozmyślaniach: 
„Tak, tak... Trzeba dokądś iść, to darmo. Wiktorowa się nie wyżywi, a i ja czyż długo bym 
potrwał z taką sumą pacjentów jak obecnie. Pojadę. Może nie na zawsze, może na rok, na 
dwa, Może gdy wrócę, będzie, do stu tysięcy diabłów, co innego”. 
Za powrotem do domu, w nocy i następnego dnia bez przerwy myślał o wyjeździe. Żałował 
Warszawy całym sercem. Porzucenie jej było dla niego tym przykrzejsze, że sam był z urodzenia 
łykiem, mieszczuchem, znającym wieś z wycieczek letnich, z romansów, opowiadań 
ustnych, z rysunków. O tym, jak to się zimą mieszka wśród tych pól olbrzymich, po których 
zamieć tańcuje, nie myślał nigdy. Teraz to wszystko snuło mu się przed oczyma i przygnębiało. 
Nazajutrz o godzinie piątej zasiadł w swym fotelu i spokojnie oczekiwał kataklizmów mających nastąpić. Minęły zaledwie dwa kwadranse, gdy dzwonek mocno szarpnięty zadrżał 
jakby ze strachu i począł krzyczeć na starą o roztwieranie drzwi co rychlej. Wszedł do mieszkania 
i zapytał o Judyma pan niskiego wzrostu w zniszczonych bobrach. Gdy doktor Tomasz 
wybiegł na jego spotkanie, usłyszał oczekiwane nazwisko: 
— Węglichowski. 
Był to człowiek lat pięćdziesięciu kilku, niski, bodaj za mały, chudy, kościsty. Należał do 
rasy jędrnych, zdrowych, zwinnych staruszków, którzy prawie nie zmieniają się w ciągu piętnastu, 
dwudziestu lat od czasu, gdy posiwieli. Twarz miał przyjemną, o rysach regularnych, ze 
skórą rumianą koloru wypieczonego chleba. Z natury krótka, kędzierzawa broda, bieluteńka 
jak mleko i takież wąsy zdobiły ją harmonijnie i dopełniały mile barwę twarzy, nadając obliczu 
wyraz szczególnego wdzięku. Mimo woli witało się tę głowę myślą: „Jaki to przystojny, 
jaki ładny staruszek!” Włosy na jego skroniach, zupełnie tak samo białe jak broda, srebrzyły 
się dokoła łysiny. Nade wszystko uderzały oczy. Właśnie uderzały. Czarne jak tarki, błyskotliwe, 
mieniły się od postrzeżeń, znamionując rozum, a raczej spryt pierwszorzędny. Dr Węglichowski 
ubrany był w skromne, czarne suknie, które na nim dziwnie dobrze leżały. Jego 
zwykły stojący kołnierzyk, czarny, niemodny krawat były w harmonijnej zgodzie z całą postacią, 
a jednocześnie wskazywały na dbałość o siebie daleką od elegancji, na czyściuchostwo, 
które stało się przywarą, nałogiem, prawem. 
Wszedłszy do gabinetu doktor Węglichowski zmierzył badawczym spojrzeniem (wcale nie 
ukradkiem ani przelotnie) wszystkie sprzęty, usiadł na podanym krześle z dala od stolika, 
strzepnął jakąś prószynkę z klapy surduta, zmrużył powieki i wlepił w Judyma swe mądre 
oczy. Ten doznał bardzo niemiłego uczucia przymusu, a raczej podwładności wobec tego 
człowieka, którego pierwszy raz w życiu widział i z którym był mocen rozejść się bez zwłoki. 
Poznanie wewnętrzne mówiło mu, że nie mógłby władać tym staruszkiem za pomocą żadnej 
siły: ani za pomocą pieniędzy, ani za pomocą siły nauki. Jakby dla skasowania tej obserwacji 
twarz dra Węglichowskiego rozwidnił grzeczny uśmiech: 
— Przyjaciel mój z czasów dorpackich, doktór Chmielnicki, mówił mi, że kolega zgodziłbyś 
się wyjechać z Warszawy w charakterze asystenta... 
Słowa te brzmiały miękko i cicho. 
— Tak, wspomniałem koledze Chmielnickiemu... — odrzekł Judym bez własnej woli i wiedzy 
tym samym tonem — chociaż zależałoby to od wielu okoliczności. 
— Zależałoby od wielu okoliczności... Kochany panie... Czy znasz kolega Cisy? 
— Nie, ani trochę, tak dalece, że wczoraj nie umiałem powiedzieć, gdzie, w jakiej guberni, 
w jakiej okolicy kraju leżą te Cisy. 
Dyrektor Węglichowski milczał przez taką akurat chwilę, jaka mogła w sobie zawrzeć 
zdanie: Dziwi mię, że się tym chwalisz... 
— Czemu chcesz wyjechać z Warszawy, kochany panie? — rzekł głośno. 
— Dla bardzo prostej przyczyny: nie mam tu z czego żyć. 
— Z czego żyć... — powtórzył doktor Węglichowski jak echo, takim głosem, jakby nie tylko 
racja wydała mu się zupełnie wystarczającą, ale nadto jakby położenie młodego lekarza bez 
praktyki uważał za całkiem wzorowe i z prawem zgodne. 
— Zresztą — ciągnął doktor Tomasz niechętnie — są jeszcze inne powody. Nie chcę ich 
ukrywać przed panem. Miałem tu w jesieni roku zeszłego odczyt, który jest wyrazem moich 
stałych i niezmiennych przekonań, a który nie podobał się ogółowi lekarzy. Nie mam nadziei, 
żebym kiedykolwiek mógł tutaj stworzyć sobie możność jakiejś szerszej działalności. 
Dyrektor nie spuszczał z Tomasza oka, gdy ten mówił frazesy powyższe. Oczy jego nie 
tylko przypatrywały się twarzy mówiącego, ale wywłóczyły zeń prawdę, jak magnes rusza i 
ciągnie z ich miejsc martwo leżące opiłki żelaza. Po długiej chwili takiego indagowania 
wzrokiem dr Węglichowski rzekł: 
— Wiem o tym. Opowiadano mi tę historyjkę ze wszelkimi szczegółami. Wiedziałem o 
niej, gdym się tu wybierał. Kochany pan byłeś w Paryżu? 
— Byłem. 
— Rok z górą? 
— Tak jest. 
— No i mówisz po francusku? 
— Mówię. 
— Płynnie, wykwintnie, po parysku? 
— Czy tak znowu po parysku, tego twierdzić nie mogę. Mówię z zupełną swobodą. 
— Z zupełną swobodą... Czy nigdy nie zdarzyło ci się widzieć za granicą urządzeń kąpielowych? 
Na przykład hydropatycznych86 wanien?... 
— Owszem, widziałem to w Paryżu, a szczególniej w Szwajcarii, w Albis, w Baden, na Righi 
i w innych miejscach. Jeździłem tam ze znajomym, pewnym inżynierem z górnictwa, który 
tułał się po takich zakładach. Wyciągnąłem go z ogródka systemu Kneippa87 w Zurychu i 
woziłem z miejsca na miejsce. Znudziło mnie to prędko, więc zostawiłem go na pastwę kąpielowym 
w doskonałym Righi Kaltbad. 
— Kaltbad... Doskonałym... Proszę kochanego pana, czy możesz mi określić, jakie jest 
twoje usposobienie: czy lubisz towarzystwo, tańczysz, bawisz się? 
Judym musiał powtórzyć sobie w myśli to pytanie, ażeby przede wszystkim samemu sobie 
zdać sprawę, jakie właściwie jest jego usposobienie. 
— Zdaje mi się... — rzekł ze śmiechem — że dosyć lubię towarzystwo, tylko nie bardzo 
umiem być człowiekiem miłej zabawy, gdyż pochodzę... 
— Kochany panie, wiem, skąd pochodzisz, i dlatego tu przyszedłem... — przerwał dyrektor 
głosem szorstkim i patrząc mu w oczy tak prosto, jakby w tym wzroku i brzmieniu mowy 
istotna prawda zamknięta była. — Lekarz, kochany panie, ma w herbie lancet. Zresztą, o czymże 
to mówimy! Czy znasz warunki utrzymania w Cisach? 
— Nie znam. 
— Otóż są takie: lokal, światło, opał, całkowite utrzymanie, usługa, konie itd. Pensji sześćset 
rubli rocznie. Prócz tego możesz czynić użytek z gabinetu i narzędzi do praktyki osobistej 
zimą, latem zaś urządzisz sobie ambulatorium w specjalnym budynku poza parkiem. Istnieje 
tam nadto mały szpitalik, także poza parkiem, w dominium pani Niewadzkiej. Bo nie wiem, 
czy wiesz, że egzystuje zakład Cisy i majątek tegoż nazwiska, własność pani Niewadzkiej. 
— Pani Niewadzkiej? — zapytał Judym, oszołomiony mnóstwem tych wiadomości. 
— Tak jest. Stara babina, bardzo uczynna, kochany panie, bardzo... Matrona... 
— Czy ta pani nie podróżowała w roku zaprzeszłym, czy nie była we Francji? 
— Była, a jakże, z wnuczkami. 
— Z dwiema wnuczkami i nauczycielką? 
— Tak, z panną Podborską. Skądże wiesz o tym, kochany panie? 
— Ależ bo je spotkałem... Jeździłem z nimi do Wersalu. 
Staremu dyrektorowi oczy się zaświeciły. 
— Widzisz, kochany panie, to ładnie się składa. Nasza dziedziczka będzie zadowolona, gdy 
w nowym asystencie pozna towarzysza wycieczki. Co się tyczy lekarskiej strony Cisów, to ta 
przedstawia się jak następuje. 
Tu dr Węglichowski rozwinął przed Judymem historię tej instytucji: pierwsze lata istnienia, 
rozkwit, później prawie zupełny upadek, bliskość ruiny całego przedsięwzięcia, zmiany 
różnych zarządów, a wreszcie swój w całej sprawie współudział. Na odchodnym wydobył z 
bocznej kieszeni surduta sprawozdanie roczne na ozdobnym welinie, z widokami, mapą, tablicą 
i wręczył je Judymowi. 
— To wszystko, co mogę powiedzieć na razie. Rozważ to, panie kochany, rozpatrz się. Kiedyż 
mógłbyś mi dać decyzję ostateczną? 
— Dam ją, dam ją... jutro. 
— Jutro o tej samej porze? 
— Tak, ale to już ja zgłoszę się do szanownego kolegi. 
— Proszę, proszę... W mieszkaniu Chmielnickiego. Więc o tej porze? 
— O tej porze... 
— Zegnam cię, kochany panie, i życzę: przynieś mi jutro zgodę. 
Doktor Węglichowski wyciągnął rękę z życzliwym uśmiechem i przez chwilę zatrzymał w 
niej dłoń Judyma. Później prędko się oddalił. 
Było ciemno. Judym nie kazał babie przynosić światła i po wyjściu dyrektora błądził zamyślony 
z kąta w kąt gabinetu. Już się zdecydował na wyjazd. Rozpoczynał jak gdyby nową 
stronicę życia. Czasami błąkał się w jego myślach zgryźliwy frazes: „Filister zabiera się do 
robienia kariery, filister, filister” — lecz szybko ta gorzka nuta ginęła w cichej rozkoszy, jak 
tęsknota ściskająca piersi. W mroku napływającym do pokoju zdawały się być z nim uśmiechy 
dziewicze i śliczne twarze, już prawie zapomniane, uparcie wymykające się od schwycenia 
ich wyobraźnią, jakby między ciemnymi drzewami szły w przestworze. Ukazywały się i 
cofały w ciemny obłok. Tam jedna z nich w ramie bujnych czarnych włosów, twarz biała, tak 
biała, że zdaje się światło naokół rozlewać. 
Oto druga — szczupła, delikatna. Chowa w sobie milczącą a szaloną namiętność, która porywa, 
która wypełnia duszę zapachem, rozkoszą i westchnieniami... 
SWAWOLNY DYZIO 
Jednego z ostatnich dni kwietnia dr Judym ukończył wszelkie rachunki z miastem Warszawą, 
spakował manatki do walizy, którą bez żadnego zgoła wysiłku mógł nosić z miejsca na 
miejsce, wręczył honoraria i napiwki starej, Zośce, stróżowi — wsiadł do powozu i kazał ,się 
zawieźć na dworzec. Uregulowanie rachunków odbyło się na konto przyszłej pensji w Cisach. 
Dr Węglichowski nadesłał był Judymowi listownie rodzaj zaliczki w kwocie stu rubli i 
uprzejmie żądał przyjęcia jej celem spłaty długów i opędzenia kosztów podróży. Dr Tomasz 
burzył się w duchu na wydawanie pieniędzy, których jeszcze nie zarobił, ale koniec końców 
nie tylko zużytkował tę sumę, ale zużytkował tak gruntownie, że po opłaceniu biletu klasy 
drugiej w wagonie dążącym z Warszawy do ostatniej stacji kolejowej przed Cisami została 
mu w kieszeni trocha łupaków88 miedzianych i dwie marki po siedem kopiejek każda. Gdy 
pociąg ruszył, Judym wsunął się do przedziału, gdzie służący ulokował jego walizę, i znalazł 
miejsce w rogu sofy. W coupé89 siedziały już trzy osoby: jakiś wiekowy oficer i dwie panie. 
Osoby te miały dużą ilość kufrów, a zabierały się do drogi systematycznie: pan umieścił swą 
szablę i czapkę w rogu, panie rozstawiły obfity zbiór koszyków, skrzynek, pudeł, neseserów 
itd. Gdy przebyto most, Pragę, resztki zabudowań, gdy nasunął się pierwszy las, brzozy jak 
senne marzenia wynurzające się z ciemnej głębiny sosen, pola z ich nikłą runią zbóż jasnych, 
dr Tomasz nie mógł od okna wzroku oderwać. W niebiosach, gdzie przecudny, dobrotliwy 
błękit zdawał się roztwierać ostatnie swoje zasłony, płynęły wiotkie chmurki. Na ziemi 
wszystko tchnęło życiem, rozrostem i pięknem. Czasami odmykał się przestwór równiny dalekiej, 
to znowu zasłaniały go wsie, dwory i piękne, prawdziwie czcigodne sylwety kościołów. 
Judym nasycał oczy tym krajobrazem, gdy wtem drzwi otworzyły się i nie tyle weszła, ile 
wdarła się do przedziału dama wysoka i chuda prowadząc za rękę chłopczyka mniej więcej 
dziesięcioletniego. Dama była niepiękna i, jak się rzekło, chuda w sposób taki, że widzowi 
mimo woli przychodził do głowy akt dziękczynienia za to, że istnieją, chwała Bogu, szaty 
damskie i że uwalniają śmiertelnych od widoku dam tego rodzaju — w negliżu. Nowo przybywająca 
miała spory nos, usta ściągnięte i oczy zmrużone. Konduktor i jeszcze jakiś funkcjonariusz 
wagonowy wrzucili za nią do przedziału kupy węzełków, skrzynek, wózków, drewnianych 
koni wielkości źrebięcia, parę, walizek i pudełek kartonowych. Dama zostawiła to 
wszystko razem i każdą rzecz z osobna losowi naturalnemu. Zepchnęła tylko niektóre meble 
krępujące swobodę jej ruchów na nogi sąsiadom... Ukończywszy to zajęcie padła na sofę i 
wzięła się do oglądania towarzyszów drogi. Mały Dyzio stał pośród sprawunków nawalonych 
w przejściu między siedzeniami i, gwiżdżąc, również przyglądał się obecnym. W ręce trzymał 
brudny patyk ze sznurem uwiązanym do niego w kształcie bata. Włosy tego chłopięcia były 
szare, a rosły jakoś naprzód, w kierunku widza. Cała postać, a szczególnie oczy, włosy i ręce 
przypominały rysia czy żbika. Ubranie było wytarte niepospolicie i świadczyło o jakichś piekielnych 
walkach z ziemią, wodą i smarowidłami. Pończochy wypchnięte na kolanach i przedziurawione 
odsłaniały nogi okryte krwią i mnóstwem siniaków. 
— Dyziu, usiądź... — rzekła matka głosem omdlewającym. Mówiąc to patrzyła nie na swego 
potomka, lecz na Judyma, jakby do niego mianowicie zwracała się z tą serdeczną i troskliwą 
radą. 
Dyzio zachował się tak, jakby słowo matki rzeczywiście skierowane było do kogo innego. 
Z żywą ciekawością pochylił się ku oficerowi siedzącemu w kącie przedziału i zaczął szczegółowo 
oglądać guziki munduru biorąc każdy z nich w palce zawalane rozmaitymi substancjami. 
Wojskowy zgodził się bez protestu na tę badawczość młodocianej imaginacji i z niejakim 
uśmiechem czekał końca oględzin. Tymczasem Dyzio dostrzegł pałasz wiszący w kącie 
na haku i sięgnął śmiałą ręką po tę broń między głowy dwu pań. Wówczas oficer usunął go od 
siebie i towarzyszek delikatnie, z uprzejmością i w milczeniu. 
— Dyziu, zachowaj się jak należy... — rzekła matka — bo pan oficer wyjmie pałasz i utnie ci 
głowę. 
Żywy chłopczyk znowu nie wysłuchał słów matki z należytą uwagą. Zamierzył był właśnie 
dostać się do okna i ruszył w tym kierunku po nogach osób siedzących. Rozległ się krzyk dam 
i pana w mundurze, oskarżający Dyzia, że włazi na odciski. Dyzio z miną tryumfatora obojętnego 
na wszystko przedarł się, dokąd zamierzył. Rozkraczywszy nogi stanął na dwu siedzeniach 
i wychylił się za szybę ruchem tak lekceważącym wszelkie niebezpieczeństwo, że obecni 
w przedziale zobaczyli raptem odwrotną część jego ubrania, zdartą, kto wie czy nie bardziej 
niż pończochy. Jedna z pań zwróciła się do stroskanej matki i rzekła: 
— Proszę pani, synek może wylecieć za okno... 
— Dyziu, na miłość boską, nie przechylaj się tak bardzo, bo ta pani mówi, że możesz wylecieć 
za okno! 
Znowu żadnego skutku! Przez pewien czas wszyscy byli zaambarasowani tak wypiętą pozą 
chłopczyny, ale krzyk trwogi buchnął z piersi wszystkich, kiedy malec nachylił się jeszcze 
bardziej, widocznie chcąc dostać rękoma tabliczki przymocowanej pod oknem. Dla zachowania 
równowagi stanął wtedy na jednej nodze, a druga w miarę ruchów tułowia wierzgała po 
przestworze około głów pań siedzących. Oficer zerwał się z miejsca, ujął kawalera za pasek i 
wciągnął do wagonu. Wtedy Dyzio sprezentował, co umie. Przede wszystkim wydarł się z rąk 
i rzucił znowu do okna. Gdy mu to po raz drugi zostało wzbronione, zaczął szarpać się, kopać 
nogami na wszystkie strony bez względu na to, czy razy jego obcasów trafiały w kuferki, czy 
w stopy z odciskami. 
— Proszę pani — krzyknął oficer — co to jest! A to ślicznie wychowany chłopak! Może pani 
będzie łaskawa?... 
— Dyziu, zaklinam cię na wszystkie świętości! — wołała zmęczona matka. 
Ten nie uznawał się za zwyciężonego: oficera łokciami odepchnął, a w kierunku matki 
wywiesił język tak długi, że można go było za pieniądze pokazywać. Nie było rady. Zostawiono 
Dyzia w spokoju, ale i on się jakoś umitygował. Patrzał tylko ze szczególną niechęcią 
na oficera i spluwał przed siebie. Po pewnym czasie usiadł między matką i Judymem. Nogi 
wyciągnął aż na przeciwległą ławkę, ręce wpakował w kieszenie kurtki i wlepiał w każdą 
osobę z kolei swe sowie oczy. Była to cisza pozorna, wkrótce bowiem zaczął atakować Judyma. Zaglądał mu w oczy, wpierał się w niego ramieniem, łokciem, kolanem, wreszcie wywlókł 
spod ławy swój bat, koniec biczyska wtłoczył w nogę doktora Tomasza i zaczął nim 
oburącz świdrować. Doktor odjął patyk i usunął rękę chłopca. Nie na wiele się to przydało, 
gdyż wkrótce zaczęła się ta sama historia. Matka Dyzia przyglądała się tej procedurze z kwaśną 
miną — a wreszcie wysepleniła: 
— Proszę cię, nie rób tego... Po co to? Czy grzeczny chłopczyk bawi się w ten sposób, czy 
to ładnie? Już tyle razy mama cię prosiła, żebyś nie zaczepiał panów w wagonie. Robisz tym 
mamie ogromną przykrość... Chyba chcesz, żeby nas i z tego coupé 
pan konduktor wyrzucił 
jak z tamtego. Co? powiedz otwarcie... 
Dyzio skierował na rodzicielkę przelotne spojrzenie i wziął się do nowej czynności. Na 
ławce leżał kapelusz Judyma. Chłopczyk chwycił go w ręce sposobem cyrkowym, zaczął kręcić, 
wyrzucać w górę i łapać na patyk. 
— Ach, Dyziu, Dyziu... — jęczała dama. — Nie rób tego, bo ręczę ci, że ten pan rozgniewa się 
i znowu zwymyśla mamę tak samo jak pan pułkownik. Chyba chcesz, żeby ten pan zwymyślał 
mamę. Powiedz otwarcie... Chyba chcesz... 
— No, chcę, żeby mamę zwymyślał... — mruknął syn nielitościwy. 
Nic tedy nie skutkowało. Dopiero znużenie wzięło górę nad żywością usposobienia. Usiadł 
na wolnym miejscu, ku powszechnemu zadowoleniu ziewnął raz i drugi... Wreszcie usnął. 
Judym z całą pieczołowitością umieścił jego kończyny na sofie, a sam wyniósł się z przedziału. 
Nie wrócił tam aż w Iwangrodzie90, kiedy trzeba było zabrać walizkę dla przeniesienia 
jej do innego wagonu. Ze szczerą satysfakcją myślał o tym, że się z Dyziem rozstaje. 
Jakaż była jego złość, gdy ujrzał matkę ze swawolnym synem wstępujących do wagonu, 
gdzie siedział. Była tam salka drugiej klasy wspólna dla znacznej części pasażerów, toteż Dyzio 
używał co się zmieści. 
Około godziny trzeciej po południu zbliżano się do stacji, na której Judym miał wysiąść, i 
dalszą drogę, to jest pięć mil, odbyć końmi. Wydobywszy się z wagonu i minąwszy dworzec 
drugorzędnej stacyjki zastał duży, parokonny powóz i furmana w błyszczącej liberii. Walizę 
przyniósł w ręku bardzo stary Żydek i umieścił ją na koźle. Doktor skoczył jeszcze do bufetu, 
żeby kupić papierosów. Gdy prędko biegł z powrotem, ujrzał Dyzia i jego matkę sadowiących 
się właśnie do jego powozu. Ręce mu opadły i dawno nie używane szewskie przekleństwo 
splamiło mu usta. Znużona matka Dyzia już wiedziała od woźnicy, że ma jechać z jakimś 
panem, już poznała walizkę i z bardzo ujmującym wyrazem twarzy czyniła zbliżającemu się 
miejsce obok siebie. 
W pierwszej chwili Judym zasadniczo zdecydował się nie jechać za żadne skarby świata. 
Ale szereg prędkich zestawień i obliczeń funduszu wywołał w jego umyśle inną decyzję, a na 
oblicze wyraz szczęścia i słodyczy Z tym piętnem na twarzy zbliżył się do damy i zawiązał 
rozmowę pełną wykwintnych ogólników. Wkrótce tobołki umieszczone zostały, gdzie się 
dało, Dyzio, z obawy, ażeby broń Boże nie spadł pod koła, wskutek usilnych próśb matki zasiadł 
na ławeczce w nogach i landara wwaliła się w bagnistą uliczkę żydowskiej mieściny. 
Dama ciągnęła dyskurs nieustannie, wtedy nawet, gdy powóz przechodził istne konwulsje 
w dołach, wybojach, bajorach i suchych grobelkach miejskich. Judyma mdłości ogarniały na 
samą myśl, że ta zabawka towarzyska trwać będzie na przestrzeni pięciu mil, ze wzmianek 
bowiem matki Dyzia okazywało się, że jadą do Cisów. Ale wkrótce za miastem doznał pociechy, 
gdy mu prosto w twarz wionął oddech wilgotny, lecący z niedocieczonego przestworza, z 
pól, z lasów. Role po długich deszczach rozmiękłe, porznięte brunatnymi smugami bruzd mokrych, 
już tu i ówdzie jaśniały szarożółtą barwą wysychając w miejscach wzniesionych. Nad 
nimi kurzył się lekki, siwy opar. Niwki ozimin snuły się wzdłuż i w poprzek cudną barwą 
swoją, która w oddali mieniła się rozmaicie, to zielono, to niebieskawo, jak kolor piórek na 
szyi pawia. Wysoko stały białe obłoki jakby zaspy śniegów spiętrzonych, pomalowane ślicznymi 
cieniami. W głębi ich skrzydeł rozlegał się istny chór skowronków. Nad jasną runią, 
pastwisk magały się czajki, co chwila wydając okrzyk swój wesoły. 
Konie rwały ostrego kłusa i spod kół zaczęły się rozlatywać bryzgi tężejącego błota. Wiatr 
przeszkadzał mówieniu, toteż „konwersacja” stawała się cokolwiek mniej dokuczliwą. Judym 
tonął oczyma w nowym pejzażu. Był on dla niego nowym prawdziwie. Wsi, a raczej ziemi, 
gleby, przestworu w tej porze roku doktor nigdy jeszcze nie widział. Budził się w nim święty 
instynkt praczłowieczy, mglista namiętność do roli, do siewu i pielęgnowania zboża. Uczucia 
jego rozproszyły się i błąkały w tych szerokich widokach. Tam pod lasem, który dopiero zaczęły 
barwić liście, wśród wzgórza otoczonego drzewami leży miejsce na dom. Olchy i sokory 
jeszcze są czarne. Tylko wysmukła, strzelista brzoza okryła się już cienką mgłą liści tak szczelnie, że nagie pręty już się ukryły. Dokoła pniów uśmiechają się bladoniebieskie przylaszczki. 
Obok lasu ciągnie się wąska dolina, a środkiem niej przepływa strumień. Jakiś człowiek 
idzie po zboczu górki, schyla się, coś tam robi, nad czymś pracuje, coś sadzi czy sieje... 
„Szczęść ci Boże, człowieku... Niech się stokrotnie urodzi twe ziarno...” — myśli Judym i 
zatapia oczy w tym miejscu, jakby było domem jego rodzinnym. Ale oto staje mu w oczach 
inny dom: suterena, wilgotny grób, pełen śmierdzącej pary. Ojciec wiecznie pijany, matka 
wiecznie chora. Zepsucie, nędza i śmierć... Co oni tam robili, czemuż mieszkali w jamie podziemnej, 
umyślnie zbudowanej na to, żeby hodować w ciele choroby, a w sercu nienawiść do 
świata?... 
I znowu pieści się z oczyma to wzgórze uśmiechnięte do słońca... 
Powóz mijał wioski, karczmy, lasy, rozdroża i mknął gościńcem błotnistym. Słupy wiorstowe 
dość często nasuwały się przed oczy i upalono już ze dwie mile drogi, kiedy Dyzio dał 
znak życia. Do tej chwili pogrążony był w pewien rodzaj somnambulizmu91. Siedział zmartwiały 
jak bryła soli, wyłupionymi oczyma wodząc po rowach. Właśnie Judym tłumaczył matce 
coś interesującego, gdy uczuł, że go malec zaczyna łechtać po łydkach. W pierwszej chwili 
sądził, że mu się zdaje, ale wkrótce, rzuciwszy okiem, zobaczył na obliczu łobuza znamię 
chytrości i wywieszony język, którym ten pomagał sobie niejako w procedurze łechtania. Dyzio 
wsuwał rękę między nogawicę spodni Judyma i cholewkę jego kamaszka, odchylał skarpetkę 
i wodził po gołej skórze długą, ostrą słomą. Judym nie zwracał na to uwagi, w nadziei 
że mania psotnicza ominie małego towarzysza drogi. Stało się przeciwnie. Dyzio wynalazł 
pod siedzeniem jakiś zabłąkany długi, ostry badyl i tym sięgał aż do kolana. I to mu nie wystarczyło: 
wyskubywał nitki ze skarpetek, usiłował zdjąć kamasz, zawijał ineksprymable, dopóki 
się dało itd. Poczęło to wreszcie doktora drażnić. Odsunął szorstkim ruchem rękę łobuza 
raz, drugi, trzeci. Wszystko na nic. Język, wywieszony na bok, coraz bardziej wskazywał, że 
gotują się nowe eksperymenty. I rzeczywiście: Dyzio zaczął zbierać dłonią duże i lepkie bryzgi 
błota, które osiadały na wachlarzu powozowym, lepił z nich wielką pigułę i pakował na 
gołe ciało za cholewkę doktorskiego kamaszka. Judym wyrzucił pierwszą taką bryłę. Gdy 
malec ulepił drugą i wpakował ją znowu, odepchnął go mocniej, a gdy wreszcie po raz trzeci 
przygotowywał się do tejże czynności, rzekł do niego: 
— Słuchaj, jeżeli się zaraz nie ustatkujesz, to ci zerżnę skórę. 
Chłopak uśmiechnął się zjadliwie, zebrał ręką nową garść błota i rozpostarł je na obnażonej 
nodze. Wtedy Judym kazał furmanowi stanąć. Skoro tylko powóz się wstrzymał, otwarł 
drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął ze sobą Dyzia. Tam ujął go za 
kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolanie i wysypał mu prawą około trzydziestu 
klapsów spod ciemnej gwiazdy. W trakcie tej operacji słyszał rozdzierający krzyk damy, 
czuł szarpanie za rękawy, nawet drapanie paznokciami, ale nie zwracał uwagi. Matka nieszczęsnego 
skazańca zerwała Judymowi kapelusz z głowy, rzuciła go w pole i wrzeszczała jak 
obłąkana. Gdy doktora dłoń zabolała od razów, wrzucił chłopaka na siedzenie powozu, wyciągnął 
swoją walizkę, wziął ją w rękę i kazał jechać. 
— Proszę pana doktora, jakże to jechać? — rzekł furman — jakże jechać? Niechże pan doktor 
wsiada. 
— Nie wsiądę! Jedź do Cisów z tą panią. Ja idę piechotą... 
Furman zafrasował się i zmartwił. Patrzył to na Judyma, to na damę. 
— Jedź, kpie, kiedy ci mówię — krzyknął doktor w pasji. 
Woźnica wahał się jeszcze i mruczał: 
— Pan administrator kazał mi jechać po nowego doktora. Jakże tu?... Ładnie to tak, żeby... 
Ij... u Boga Ojca... 
Ruszył ramionami i stanął. 
— Jedź, do licha! 
— To choć niech pan doktór wsiądzie na kozieł! 
— Nie wsiądę! Słyszałeś? 
— Słyszałem. Ale żeby na mnie nie było. 
Splunął na bok, podciął z lekka konie i ruszył noga za nogą. Jeszcze obejrzał się i zobaczył 
Judyma idącego z walizą w ręku brzegiem drogi. Wtedy ruszył prędzej i powóz oddalać się 
zaczął. 
Doktor maszerował z ciężarem swoim sapiąc potężnie i klnąc na czym świat stoi. Otwierała 
mu się przed oczyma najgłupsza pod słońcem sytuacja, ale nie chciał się już cofną. Nie 
był w stanie przywołać furmana i zmienić tonu oświadczenia. Jak na złość nigdzie nie było 
widać ani wsi, ani ludzi. Gdzieś daleko zza pochyłego garbu wzgórza, z jakiegoś widocznie 
rozdołu, wznosiły się nikłe, śniade słupy dymów. Doktor szedł w tamtą stronę suchą miedzą 
wśród pól rozoranych. Rzeczywiście ujrzał z wyniosłości dużą wieś w nizinie. Było do niej 
jeszcze daleko, ale marzenie o wynajęciu furmanki skracało drogę. Stanął wreszcie u progu 
pierwszej chaty zmęczony, literalnie w pocie czoła. Mokra i przepadająca rola, w której brnął, 
ostre powietrze i znużenie wprawiały go we wściekłość. Szedł od chaty do chaty pytając się o 
konie. Tu nie było ich wcale, tam nie chciano wynająć, gdzie indziej przypatrywano mu się ze 
śmiechem. 
Wreszcie trafił się pewien młody gospodarz, który od razu zgodził się jechać. Zaprzągł do 
wasąga parę małych bułanków i bocznymi drogami, przez dziury i wertepy pomknął jak 
strzała. Dobry humor wrócił, a nawet wstąpiła w eskulapa swada burszowska. Trafił się na 
rozstajnych, błotnistych szlakach sklep z trunkiem. Woźnica tam utknął, zaczął koniom podwiązywać 
ogony, majstrować koło wozu, wchodzić do izby, wychodzić stamtąd ociężale... 
Judym zrozumiał, że jego towarzysz ma chęć wypić kieliszek „Leopolda”. 
Zawołał tedy: 
— Gospodarzu, weźcie sobie flaszeczkę gorzałki. 
— Jakąże, proszę wielmożnego pana, wziąć, małą czy dużą? — spytał tamten bez namysłu. 
Judym zawahał się. Jakże było powiedzieć, że małą. 
— Juści z tych większych. 
W chwili gdy to mówił, przypomniał sobie stan kasy i przeraził się, czy aby ma dosyć pieniędzy... 
Na szczęście wystarczyło jeszcze kopiejek, ale zostało ich kilka zaledwie w kieszeni. 
Chłop wyjął korek piorunem i zmusił Judyma do z a p r óo w a n i a. Kiedy ten obrzęd został 
spełniony, sam wziął się do flaszki. Wypił z połowę, resztę schował do kieszeni i wlazł na 
siedzenie. Teraz zaczęła się prawdziwa jazda! Małe, zwinne konięta rwały jak sarny, wóz 
wpadał w wyrwy pełne „bajecznego” błota, rozwalał kałuże stojące między opłotkami i leciał 
w siarczystych bryzgach. Ziemia w tej okolicy była mocno gliniasta, toteż drogi były śliskie. 
Wóz na pochyłościach zataczał się jak na lodzie i tylko szybkość jazdy wstrzymywała go od 
wywrotu. Z każdej górki chłop popędzał konie i leciał na łeb na szyję wprost do jamy głębokiej 
a kisnącej zwykle w takim „dołku”. Orczyki biły szkapiny po nogach i zmuszały do 
wściekłego galopu. Z jednej drogi woźnica zawracał w inną, leciał dróżkami wąskimi jak 
miedze, nieraz do szerszych szlaków jechał w poprzek pola. Judym nabrał przekonania, że nie 
dąży w kierunku Cisów. Ale było mu najzupełniej wszystko jedno. Ta wariacka wyprawa była 
dlań źródłem prawdziwej satysfakcji. Wiatr świszczał koło uszu, błoto pierzchało w nos, w 
oczy, trafiało do ust i kupami leżało na ubraniu. 
Gdy tak przejechali z półtory mili drogi, chłop zaczął piewa6. Po każdeśpiewce, zwykle 
nie nadającej się do druku, wysączał z butelki potężny łyk i zacinał konie. Mijali jakieś wsie, 
objeżdżali lasy, pędzili przez pastwiska. 
— Daleko do Cisów? — spytał doktor. 
Furman zwrócił na niego białe oczy i coś wybełkotał. Zarazem wrzasnął ochrypłym głosem 
i z szerszego nieco gościńca skręcił co pary w szkapach na boczną drogę. Miejsce było pochyłe 
i wóz szedł na ukos. W pędzie szturchnął się o przykopę. Judym nagle uczuł, że leci w 
przestrzeń, i padł głową w miękki zagon. Leżał tam bez ruchu nie mając siły poruszyć ani 
rączką, ani nóżką. Widział obłoki, głębię firmamentu i gdzieś daleko smugę lasu. 
Dźwignął się wreszcie, usiadł i zaczął się trząść ze śmiechu. Był cały okryty gliną, gdyż 
rozwalił po drodze ze trzy zagony. W sąsiedztwie leżał chłop wśród błota, przysypany słomą 
siedzeń, i martwym wzrokiem patrzał na wóz wywrócony do góry nogami. Konie zeszły w 
rów i z apetytem szczypały młodą trawkę. Od czasu do czasu spoglądały obojętnymi oczyma 
na gospodarza, jakby mu miały zamiar wyrazić zdanie: 
„Widzisz, ośle, coś tu narobił!” 
Po długiej bezwładności woźnica ruszył się wreszcie i wziął do dźwigania wasągu. Okazało 
się wtedy, że wóz ma złamaną rozworę. Gdy go postawiono na koła, wyglądał jak człowiek 
z przetrąconym kręgosłupem. Chłop krzątając się koło odrobienia złego miał ruchy coraz 
bardziej mdlejące, a koniec końców wgramolił się na wóz i runął do jego wnętrza z jakimś 
śpiewnym bełkotem. Judym był w położeniu rozpaczliwym. Nogi jego aż do kolan tonęły w 
rzadkiej glinie, palto, kapelusz, twarz, ręce okryte były urodzajną, wymierzwioną glebą. 
Zgnieciona walizka dzieliła losy jej właściciela. Nie było rady... 
Zostawił lekkomyślnego woźnicę wraz z końmi i wasągiem na drodze, a sam wziął walizę 
i ruszył przed siebie. Zbliżał się wieczór. W odległości kilku wiorst widać było wieże kościelne 
i jaskrawe dachy miasteczka. W tę stronę ciągnął eskulap pogwizdując i co chwila parskając 
śmiechem. Upalił już tym trybem ze dwie wiorsty drogi, gdy nagle usłyszał za sobą tętent 
kilku koni. Z szerokiej alei przecinającej gościniec wypadły dwie amazonki, a obok nich dwaj 
jeźdźcy, i ostrym kłusem pędząc zrównały się z Judymem. Konie ich były zmydlone, zbryzgane 
błotem i buchały parą. Pierwsza z amazonek jechała w szeregu z młodym człowiekiem, 
który siedział na ślicznym, gniadym koniu. Był pochylony na siodle w stronę swej damy i coś 
żywo mówił. Zaledwie obydwoje zwrócili swe twarze w stronę wędrowca... Ale dość było dla 
Judyma tego momentu, żeby poznać pannę Natalię. Ona raz jeszcze odwróciła głowę, ale tylko 
na sekundę, na jedną sekundę. Widziała go niewątpliwie, uśmiechnęła się, ale wnet skierowała 
oczy gdzie indziej, jakby nie miała chwili czasu do stracenia, jakby nie miała prawa 
zajmować się nawet rzeczą tak śmieszną, jak Judym w tej chwili. 
On stał zmaltretowany. Słyszał szatański, parskający śmiech panny Wandy, która w drugim 
rzędzie z jakimś starszym towarzyszem jechała galopem, ale nie zwrócił na to uwagi. Wszystkę 
pochłonęła tamta, przechylona w siodle ku lewej stronie, z mocą i wdziękiem jak w krześle 
osadzona, podająca się wraz ze skokiem rumaka, cudowna w każdym ruchu... 
Stał tak długo w miejscu zgłupiały, śmieszny dla samego siebie i nieszczęśliwy nad wszelki 
wyraz. W rowie bełkotała woda zbrudzona iłem, jakby i ona śmiała się do rozpuku. 
Jeszcze za dnia doktor był w miasteczku i wnet otoczony został przez chmary Żydków, 
dziadów, włóczęgów, którzy go witali chichotem. 
— Co to za miasto? — spytał pierwszego z brzegu. 
— Miasto? Dlaczego miasto? 
— No? 
— To miasto nazywa się Cisy. 
— Dobrze! — krzyknął Judym z radością. — S z ag e c, weź ten kuferek i nieś go za mną do 
zakładu. Wiesz, gdzie zakład? 
— Jak janiemamwiedzieć, gdzie zakład? Pan d or o d ż y z daleka?Pan d or o d ż y 
s ze cokolwiek z ał oz u ł... 
— To nie twoja rzecz, krajowy cudzoziemcze! Nieś to do zakładu. 
Długie, starodrzewne aleje, zniżające się ku wielkiemu parkowi, otwarły się przed oczyma 
doktora. Tragarz objaśniał go, gdzie jest zakład, gdzie kursal,92 gdzie zamek, gdzie pałac 
„hrabiny”, gdzie czyja willa. W alejach i w parku było pusto, toteż nikt nie spostrzegł przybycia 
doktora odzianego w gliniany kostium. 
W dużym przedsionku zakładowym Żydziak wynalazł człowieka mianującego się portierem, 
który z rozdziawioną gębą i niedowierzaniem odprowadził przybysza do pokojów „młodego 
doktora”. Judym jął co tchu zrzucać z siebie mokre obuwie i ubranie, myć się i przebierać 
w suchy, czarny kostium. Wkrótce był gotów. Za chwilę miał wyjść, chciał bowiem przedstawić 
się swoim nowym zwierzchnikom. Czekał tylko na paltot, który portier zabrał do 
czyszczenia. Skorzystał z tej chwili, żeby przypatrzyć się mieszkaniu. Składało się z dwu pokojów, 
a raczej z dwu salonów. Za oknami, przy których stał, o jakie pół łokcia wyniesionymi 
nad poziom, ciągnęła się na prost nich wąska aleja młodych drzew, przeważnie grabowych. 
Jedne z nich były już tęgimi pniami, kiedy inne trwały jeszcze w okresie pacholęctwa. Gałęzie 
ostatnich były poobcinane i wyglądały jak urwisy w szkole, ze łbami ostrzyżonymi przy samej 
skórze. Równolegle z tą aleją ciągnął się duży, kilkułokciowy, stary i gruby mur, nakryty 
mocnym daszkiem z cegieł. Oblekła go już pleśń, zielona wilgoć powyżerała od ziemi. Teraz 
z wiosną i na nim puszczał się młody, aksamitny porost. Między szeregami drzew szła w odległą 
dal parku wąska, wygracowana dróżka. Środkiem była już sucha, ale w zagłębieniach jej 
grzbiet ograniczających nęciły oko ciemnosiwe pasy wilgoci. Młode listki grabowe, które dopiero 
co na świat się urodziły, zmarszczone i tak delikatne, jakby się kurczyły nawet od pocałunków 
promieni słonecznych i od westchnień pachnącego wiatru, zdawały się badać za 
pomocą delikatnych cieniów swoich żółty piasek, ciemną, pulchną ziemię i mdłe trawki wybijające 
się z gruntu. Były tak cudne i tak wesołe jak oczy dziecięce. Gruby mur, za którym 
już się kryło słońce, rzucał na alejkę i jej śliczne tajemnice cień czarny niby drzwi więzienia. 
Tylko w samym końcu parku, gdzie się mur zwracał pod kątem prostym i przecinał odległy 
wylot alei, jeszcze chropawa powierzchnia miała na sobie świetlistą suknię. Zdawało się, że 
ciężka ściana ma w tamtym miejscu jakby swoje oblicze pełne zadumy, że w głąb rozkwitającego 
parku spogląda niewidzialnymi oczami i że powszechny, radosny uśmiech stamtąd wypływa. 
Bliżej okien, za murem, rosły dwie kolosalne topole. Pnie ich sękate wydzierały się z 
głębi wiotkiej tkaniny młodocianego zadrzewienia jak torsy okute w kolczugę kryjącą mięśnie 
tak silne i nie dające się przebić, jak ona. Skądś z wysoka, nie wiadomo z którego drzewa, 
leciały na ścieżkę złotoróżowe łuski pęków... 
Judym stał przy otwartym oknie. Czuł w sobie zjednoczenie z tym, na co spoglądał. Przez 
jego ciało zdawała się płynąć siła natury stwarzająca rozrost drzew i wykwitanie liści. Judym 
uczuł w sobie tę siłę i uczuł władzę spożytkowania jej w wielkiej pracy. Nadzieja trudów, 
które przewidywał w tym miejscu, poiła go rozkoszą. Patrzał w przestrzeń i uderzał ją silnymi 
oczyma. 
Nareszcie, nareszcie! Oto miejsce, gdzie mu będzie wolno włożyć jarzmo i drzeć starą glebę 
głęboko sięgającym pługiem. Będzie tu siał, będzie pracował za tłum ludzi, będzie oddawał 
światu wszystko, co wziął od niego. Nie pożałuje ramion, nie będzie skąpił potu! Niechże 
wiedzą, jak się wywdzięcza ten z motłochu, kogo przyjmą do swej kultury, komu udzielą cząsteczki 
swych praw do czynu. 
W owej chwili siły jego duszy spoczęły na czymś nieuchwytnym, jakby na dźwięku płynącym 
w przestrzeni, jakby na szeleście grabowych liści, który pośród drzew zamierał. 
Było to krótkie, radosne błogosławienie tajemnych potęg świata za owe święte prawo 
człowieka do pracy i za siły, za mocne barki, które do niej służą. 
CISY 
Zakład kuracyjny Cisy leży w dolinie między dwoma łańcuchami wzgórz porosłych pięknym 
lasem. Środkiem doliny przepływa strumień tworzący w samym parku dwa stawy, z których 
drugi jest motorem maszyn zakładowych. Dokoła stawów ściele się olbrzymi park łączący 
się z lasami na wzgórzach sąsiednich. Zakłady kąpielowe (tj. łazienki, hydropatia, natryski 
etc.) mieszczą się w gmachu zwanym, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, „Wincentym”, a stoją 
nad drugim stawem. Z tej samej strony na wzgórzu świeci się wspaniały kursal, otoczony gajem 
roślin, klombów kwiatowych, gazonów, trawników, alejek zacisznych i szpalerów. W 
obrębie parku tudzież poza nim, przy drogach dążących w różne strony, a nawet wprost wśród 
lasu stoją wille. Jedne z nich skupiły się w szereg jak chaty we wsi, inne szukają samotności i 
odgradzają się od świata gąszczami ogrodów. 
Z drugiej strony stawu, w połowie wyniosłości królującej nad okolicą, wznosi się pałac i 
liczne murowane zabudowania dominium Cisy. Jeszcze wyżej za pałacem, na szczycie góry 
widać kościół z dwiema strzelistymi wieżami, które ukazują się oczom wszędzie, gdziekolwiek 
by się w okolicy było. 
Nazajutrz po przyjeździe dr Judym składał wizyty, zwiedzał miejscowość, uczył się tajemnic 
zakładu — i był oszołomiony. Miał tutaj nie tylko poznać wszystko z dokładnością przed 
zaczęciem zbliżającego się sezonu, a1e nadto brać udział w rządzie... 
Dziś tedy obznajmił się ze składem chemicznym źródeł, jutro studiował maszyny wprowadzające 
wodę do wanien, badał system ksiąg kancelaryjnych, orientował się w procedurze 
gospodarczej, w prowadzeniu hotelu itd. To tu, to ówdzie ukazywały się przed nim całe perspektywy 
rzeczy, których wcale nie znał, i nikły, przywalone innym szeregiem zjawisk. Nade 
wszystko interesował go szkielet przedsiębiorstwa, jego budowa materialna. Zakład leczniczy 
Cisy był instytucją akcyjną o kapitale stałym wysokości blisko trzechkroć stu tysięcy rubli. 
Spólników było dwudziestu kilku. Ci wybierali spośród siebie radę zarządzającą, złożoną z 
prezesa i dwu wiceprezesów, komisję kontrolującą również z trzech członków, tudzież dyrektora, 
administratora i kasjera. Obowiązki prezesa rady zarządzającej pełnił wybitny adwokat 
stale mieszkający w Moskwie. Jednym z wiceprezesów był honoris causa93 wspólnik 
Leszczykowski zamieszkały aż w Konstantynopolu, a drugim bogaty przemysłowiec warszawski 
pan Stark. Dyrektorem był dr Węglichowski, administratorem Jan Bogusław Krzywosąd 
Chobrzański, wreszcie kasjerem oraz szczęśliwym małżonkiem damy, z którą dr Tomasz 
podróż odbywał z Warszawy, i ojcem swawolnego Dyzia niejaki pan Listwa. 
Sporo czasu upłynęło, nim dr Tomasz nauczył się historii tego zakładu, która w Cisach 
była istotną magistra vitae94. Historia, a raczej rozmaite minione historie miały tam wpływ 
dobitny na bieg spraw codziennych. O ile ją dr Tomasz mógł poznać z ust wielu, historia zakładu 
była następująca: 
Cisy znane były ze swych wód jeszcze w początkach zeszłego stulecia. Tu i ówdzie trafiają 
się w pamiętnikach wzmianki, że w Cisach leczył się taki a taki dygnitarz. Nie była to jednak 
miejscowość kuracyjna w szerszym znaczeniu tego wyrazu. Korzystały z wód rozmaite osoby, 
ale tylko dzięki uprzejmości właściciela dóbr cisowskich, źródła bowiem znajdowały się w parku otaczającym stary zamek rodowy. Od niepamiętnych czasów majątki te należały do 
rodziny Niewadzkich. Ostatnio był ich właścicielem mąż owej staruszki, którą Judym poznał 
w Paryżu. W ciągu siódmego dziesiątka lat tego wieku ów pan Niewadzki wyjechał z kraju. 
Kiedy powrócił do Cisów, był starcem złamanym i nieuleczalnie chorym. Ogrom cierpień 
przeżytych zmienił zasadniczo jego poglądy. Główną myślą starca było teraz dobro bliźnich, a 
że sam był chory, więc i uczynki jego miłosierne skierowały się przede wszystkim do wspomagania 
ludzi cierpiących. Kąpiele w wodzie ze źródeł w jego parku uznane zostały za skuteczne, 
więc pan Niewadzki wszystkie siły wytężył w tym celu, żeby urządzić zakład leczniczy 
w Cisach. Dla przyspieszenia tej sprawy darował projektowanej instytucji miejscowość 
obejmującą kilkadziesiąt morgów przestrzeni wraz z parkiem, źródłem, częścią przyległych 
lasów i z budynkami, jakie się w obrębie terenu znalazły. Sam stworzył spółkę, do której 
wciągnął przyjaciół, przeważnie po świecie rozsianych. Największą sumę udziałów wziął stary 
kolega i towarzysz, kupiec znad Bosforu, Leszczykowski. Inne rozebrali adwokaci, lekarze, 
przemysłowcy. Na czele zakładu stał w pierwszych latach dyrektor nieodpowiedni, który usiłował 
z tej nowo powstającej miejscowości uczynić od razu kurort europejski. Budowano tedy 
wspaniałe gmachy i wille, a urządzano je z przepychem, który by mógł zadowolić najdalej 
sięgające wymagania. Te ryzykowne eksperymenty popchnęły całe przedsięwzięcie ku ruinie. 
Do Cisów zjeżdżały z całego kraju, a nawet z daleka familie arystokratyczne dla rozrywki. 
Zakład usiłował zyskać sobie opinię stacji letniej europejskiej i urządzał się coraz wykwintniej. 
W tym czasie zmarł założyciel, Niewadzki. Na posiedzeniu rocznym okazało się, że Cisy 
nie tylko nie dają żadnego dochodu, ale wykazują deficyt. Wobec tego, a głównie, jak to zwykle 
u nas, wobec ubytku podpory, która tę rzecz dla idei dźwignęła, całe przedsięwzięcie 
chwiać się zaczęło. Wówczas zgłosił się ów handlarz dywanów z Konstantynopola. Wsparł 
ducha stowarzyszonych, załatał deficyt swoim groszem, otwarcie wymógł na ówczesnym dyrektorze 
zrzucenie się z tej godności i znalazł nowego, również kolegę swojego i nieboszczyka 
właściciela, mianowicie dra Węglichowskiego, który bodaj czy nie więcej od dwu pierwszych 
świata obszedł. Gdy tylko doktor Węglichowski ster wziął w ręce, zaraz rzeczy poszły 
innym torem. Przede wszystkim nowy dyrektor zrzekł się prowadzenia części gospodarczej. 
Mianowano administratorem znowu wspólnego kolegę, Krzywosąda Chobrzańskiego. 
Następny rok nie był już wcale szeregiem zabaw, tańców, teatrów, wyścigów, gonitw, 
strzelań do gołębi, polowań etc., lecz istotnym sezonem kuracyjnym. Wzięto się do reorganizacji 
łazienek, hotelu itd., słowem, do budowania istotnej stacji leczniczej. Dr Węglichowski 
projektował wiele nowych rzeczy i przedstawiał je radzie. Jeżeli się nie zgadzała, pisał list do 
Leszczykowskiego, a ten bez wahania załatwiał sprawę własnym sumptem. Taka stanęła niepisana 
umowa. 
Stary Leszczykowski był wdowcem. Miał pasierbów Greków, którzy go ssali jak gąbkę. 
Był to człowiek bogaty. Burza wyrzuciła go na brzeg Bosforu w jednym obdartym surducie i 
w krypciach bez podeszew. Bywał tragarzem okrętowym, zamiataczem ulic, roznosicielem 
dzienników europejskich, ajentem w pewnym sklepie francuskim, subiektem, komiwojażerem, 
a wreszcie właścicielem ogromnych magazynów, handlarzem dywanów, przemysłowcem 
itd. W trakcie tych zajęć z jego pięknego nazwiska zostały tylko pierwsze trzy litery, możliwe 
dla wymówienia w handlu persko-turecko-angielsko-francuskim. Sam się, nieborak, zwał starym 
„Les” i odmieniał ten strzępek przez przypadki. Leszczykowski był synem ubogiego 
szlachcica spod Cisów. Już w sławnej szkole wojewódzkiej kieleckiej zbratał się z pankiem 
Niewadzkim, z Węglichowskim i Krzywosądem. Twarde życie i dziwne jego koleje na zawsze 
wyrwały go ze strony rodzinnej. Syn rolników od pradziada Piasta — został kupcem. Pracował 
po kilkanaście godzin na dobę i nigdy sobie nie udzielał świąt ani wakacji. Był to nie 
człowiek ułomny, lecz jakby zbiorowisko sił maszyny stalowej, zuchwałych i niezwalczonych. 
A przecież ten „M. Les” wśród wielorakich prac swoich dniem i nocą myślał o czym 
innym. Trzeźwy, chytry handlarz, którego ani Ormianin, ani Greczyn nie ubiegł w sprycie, 
którego Anglik nie wyprzedził w żelaznej systematyczności, był w głębi duszy marzycielem i 
ascetą. Sypiał na twardym łóżku, mieszkał w ciasnej izbie, ubierał się byle jak. Pewną sumę 
przeznaczał „ssakom” — pasierbom, a resztę słał w różne strony. Co dnia prawie na jego biurku 
leżał list „w ludzkim” języku, pisany nieraz z dalekich lądów świata. I żaden nie był odrzucony. 
M. Les był bystry. Nigdy go nie podszedł oszust i nie wyłudził grosza, ale ostatni 
uczciwy fantasta ciągnął zeń tysiące franków. Najukochańszą wszakże myślą M. Lesa był 
zakład leczniczy cisowski. Stary szczwany kramarz śnił wiecznie o przekształceniu swego 
zakątka, o ucywilizowaniu go jak najwyżej. Gromadził pieniądze, odkładał żelazne sumy, 
ciułał jak sknera pewne „ciche kasy” na niesłychane przedsiębiorstwa, jakie założy pod Cisami 
w swoim Zagórzu i okolicy, gdy tylko wróci... 
„Ciche kasy” brał pierwszy lepszy inżynier jadący na studia, malarz potrzebujący Paryża, 
lekarz, technik (zawsze wynalazca in spe95), wreszcie inny jaki. I znowu zaczynały się specjalne 
operacje w celu napełnienia próżni. Tak płynęły lata. Gdy Niewadzki ufundował zakład 
leczniczy w Cisach, który, rzecz prosta, nie mógł pozostać bez dodatniego wpływu na los 
okolicy; stary Leszczykowski mruknął: „Trzeba to wspierać”. I wspierał po swojemu, ze 
swoją już nie żelazną, ale stalową wytrwałością i ze swym dziecięcym zaufaniem. 
W kilka dni po przyjeździe do Cisów doktor Judym otrzymał z Konstantynopola ogromny 
list. W piśmie tym stary emigrant rekomendował się młodemu lekarzowi i zawierał z nim 
znajomość. List pisany był straszną polszczyzną. Plątały się tam wyrazy angielskie, francuskie, 
greckie, bułgarskie, a częstokroć stały dźwięki zagadkowe, prawdopodobnie tureckie czy 
perskie. Wewnątrz była gabinetowa fotografia starego Lesa. Ten list i fotografia dziwnie się 
dopełniały. Zdawało się, że spojrzenie oczu mówi to wszystko, co się w słowach zawrzeć nie 
mogło, czego język wyłamany w służbie pieniędzy oddać nie miał siły. Trudno było wzrok 
oderwać od chudej twarzy i od ciemnych wlepionych w patrzącego oczu. Silnie sklepione 
czoło, nos wystający i wąskie usta miały w sobie piętno rezygnacji, niezłomności i uporu. 
Judym przeczytał kilkakrotnie ten list cudaczny i dziwnie przyzwyczaił się do jego stylu, jakby 
go uznał nie tylko za zjawisko normalne, ale nawet za konieczne. W zdaniach, powtarzających 
się to tu, to tam, opisywał się ten człowiek daleki, a tak przecie mocny, że zdawał się 
chodzić po miejscach, o których w liście mówił. Znał w Cisach wszystko od a do z. Zwracał 
uwagę młodego lekarza na drobiazgi, których ten wcale jeszcze nie dostrzegł. W końcu listu 
była prośba o fotografię i częste, bardzo częste listy. 
„Kocham — pisał M. Les — młodych, bo oni śmiało biorą się do pracy. Ludzie to są zwykle 
lazy96, wiesz pan doktór, jak Anglik powie. A ja nie cierpię! Człowiek nasz, Polak, coś zrobi i 
wnet się zestarzeje. Po to pracuje, żeby nic nie robić. Wtedy jak nic nie robi, korzysta z pracy 
młodego, jego krew pije i jego ramieniem się podpiera, tego młodego, a sam udaje, że to jego 
jest labour97. Nie tak robi Anglik. On wiecznie idzie! Forward!98 Do końca życia. A nie może 
już nastarczyć, to nie leży innym na drodze, idzie na świeżą trawkę, do spacerowania. Wtedy 
młody na jego miejsce przychodzi i od tego miejsca rozpoczyna, gdzie tamten stanął. A my to 
jeszcze wierzymy w kismet99 jak Turcy. Kiedy przecie wszystko leży tu! Wszystko można 
zrobić! Gdybym ja był jeszcze młody, ja bym wszystko zrobił. Mnie się zdaje, że my będziemy 
razem się wspierali, mój panie doktór Judym...” 
Od chwili ujęcia steru przez doktora Węglichowskiego i administracji przez Krzywosąda 
upłynęło lat kilkanaście. Cisy stały się zakładem uczęszczanym, renomowanym, znanym powszechnie. Osobą wielce wpływową był administrator Krzywosąd Chobrzański. Był to stary 
kawaler, przystojny, wysokiego wzrostu i pięknej figury. Nosił długie, spuszczone w dół wąsy, 
które zarówno jak resztki włosów na skroniach czernił tanią farbą, wskutek czego miały 
kolor zielonkawoszary. Ubierał się prawie zawsze w długie buty, szerokie hajdawery i coś w 
rodzaju czamarki. Człowiek ten przeszedł Europę wzdłuż i w poprzek. Mówił chyba wszystkimi 
językami indoeuropejskimi, a przynajmniej chętnie wygłaszał słowa w najrozmaitszych 
dialektach — i wszystko prawie umiał. Jeśli była mowa o chemii, wtrącał się do takiej rozmowy 
częstokroć trafnie. Jeżeli kto zaczął dyskurs o malarstwie, rzeźbie, literaturze, kucharstwie, 
złotnictwie, rymarstwie, podrabianiu obrazów, handlu starożytnościami, krawiectwie, 
szewstwie, płatnerstwie, a przede wszystkim o wszelkiego rodzaju mechanice, Krzywosąd z 
każdej z tych dziedzin zdradzał zapas wiadomości fachowych. Nie dość na tym: znajomość 
każdego z tych kunsztów umiał czynem potwierdzić. Na wigilię on sam gotował zupę i przyrządzał 
ryby. Wprawdzie zupa była oryginalna, bo jeśli ją przesolił w sposób żołnierski, to dla 
złagodzenia ostrości smaku sypał do wazy funt cukru. Wszystkie siodła w zakładzie były jego 
roboty, a raczej jego przeróbki. Jeżeli jakieś stadło zaręczało się lub pobierało w ciągu sezonu, 
Krzywosąd wypraszał sobie tę łaskę, żeby on mógł robić obrączki. W całych Cisach pełno 
było dzieł jego. Sam reperował wszelkie maszynerie, murował z mularzami, rąbał i piłował z 
cieślami, heblował i malował ze stolarzem, kopał z ogrodnikiem. 
Dyrektor Węglichowski miał zegarek emaliowany, dar Krzywosąda i jego dzieło. Tak 
przynajmniej świadczył podpis wydrapany na kopercie tego zegarka jakimś ostrym rylcem: 
„J. B. Krzywosąd de Chobrzanowice Chobrzański eques polonus fecit Lutetiae Parisiorum. 
Anno Domini 1868”100. W sieni kursalu stał zegar szafkowy, grający na żądanie, za pociągnięciem 
sznurka, ucieszną aryjkę. Zegar ten był jakoby rozbity i odbudowany przez Krzywosąda 
na podziw. 
W czytelni zakładowej stało jego arcydzieło, tzw. Groupe allégorique. Był to stolik, na 
którym sklejone kamienie, kryształki, ułamki porcelanowe, szkła, korale itp. tworzyły jakieś 
niby wirchy, jeziora, pieczary. Z głębi tych pieczar miał wychodzić na pogodę zakonnik, ale, 
co prawda, nigdy nie wychodził. Szczyt zdobiły rozmaite alegoryczne figurki, kogutki, żołnierzyki, 
chorągiewki, wieńce cierniowe, a w środku siedział biały ptak ze szkła, w rodzaju gęsi, 
z czarnymi oczami, co mu nadawało pozór, jakby był w okularach. W sali do gry w karty stał 
inny majstersztyk Krzywosąda. Była nim szafa starożytna kością wykładana, z okuciem tak 
przecie misternym, że aż słabo się robiło. Na górnym gzemsie tego mebla widniała data 
utrwalona za pomocą inkrustacji: „A. D. 1527”. Rzecz prosta, że administrator był tylko odnowicielem 
tego zabytku wieków minionych, aczkolwiek złośliwi twierdzili, że był właśnie 
twórcą nie tylko szafy, inkrustacji i okucia, ale także owej daty na szczycie. 
J. B. Krzywosąd Chobrzański znalazł się w Europie w tym samym czasie, co M. Les. Kiedy 
jednak drugi udał się na wschód, Krzywosąd poszedł na zachód. Faktycznie poszedł własnymi 
nogami przez Śląsk, Czechy, Bawarię do Francji. Tułał się w Paryżu, Londynie, Brukseli, 
zarabiając na chleb, czym się dało. W Paryżu był retuszerem u podrzędnego fotografa na 
rue Picpus. Do Londynu zwabił go kolega, który tam uczepił się w fabryce broni. Krzywosąd 
pracował przez czas pewien jako zwyczajny robotnik, nabrał, jak mówiono, wiele wprawy w 
fachu rusznikarskim. Łatwiej wszakże było przyzwyczaić do tej roboty ręce niż wdrożyć szlacheckiego 
ducha. Uciuławszy nieco grosza Chobrzański wraca na kontynent i wędruje do 
Brukseli. Nie znaczy to wcale, że był próżniakiem. Ani trochę! Umiał on wstać o świcie, 
dzień spędzić bez wytchnienia przy twardej pracy i późno w nocy skłonić głowę na nędznym 
posłaniu. Chodził w zniszczonej odzieży, a gotów był i tę oddać biedniejszemu, byleby o tym ludzie wiedzieli. Gdy ktokolwiek zgłosił się do niego o wsparcie, o pożyczkę, każdemu jej 
udzielił, ale chciał, żeby też jemu wyświadczono to i owo dla zasług. Od warsztatu w Londynie 
odepchnęła go jakaś siła niewytłumaczona, żądza czegoś lepszego. Krzywosąd nie myślał 
ani o spokojnym życiu, ani o wielkim bogactwie, choć lubił dostatek. Wśród najcięższych 
kolei losu dążył zawsze do sławy, do wyniesienia, do znaczenia, do wpływu i rozgłosu wśród 
swoich. Chętnie podjąłby trud bohaterski, byleby tylko nie stawał się jarzmem codziennym, 
pracą obowiązującą jego tak samo jak wszystkich, ordynarną i stałą. Mimo to był przez czas 
dość długi kasjerem w pewnej dystrybucji101 brukselskiej. 
Przywykał już nawet do tego zajęcia, gdy grono kolegów koczujących w Monachium dało 
znak życia. Monachium, które widział w przejeździe do Paryża, podobało mu się niezmiernie. 
Ruszył tedy do „Mnichowa”. Znalazł tam całą kolonię. Byli to malarze, studenci, artyści 
wszelkiego kalibru, rzemieślnicy i sieroty bezdomne, „die unglücklichen Polen”102. Wrzało 
tam jak w ulu. Toczyły się spory, tworzyły stronnictwa, partie, odbywały zgromadzenia, sądy, 
a nawet bójki. Chobrzański wszedł, rzecz prosta, do jednego ze stronnictw i wkrótce objął tam 
dowództwo. Był to kierownik energiczny. Zaprowadził w swojej partii taki ład, że częstokroć 
wykonanie przepisów kończyło się w biurze policji. Adwersarzy, których trafnie nazywał 
„ptakami plwającymi we własne gniazdo”, zwalczał ręką tak żelazną, że mu grożono wybiciem 
szyb i skóry. Gdy własnego mieszkania nie miał, groźby redukowały się do nastawania 
na całość skóry, co znowu umiał odeprzeć krzyżową sztuką zażywając sękatego kija. Wnet po 
przyjeździe, nim trafiły się późniejsze roboty, pozował malarzom. Jego piękna twarz, pełna 
dziwnego wyrazu melancholii, dumy i hardości, pociągała artystów. Zyskał sobie opinię ciekawej 
głowy i znany był dość szeroko jako „unglücklicher Pole”. Z czasem ta ściśle etnograficzna 
nomenklatura przeistoczyła się w mniej określoną: „unglückliche Fratze mit vielen 
Konsonanten”103, ale też wówczas Krzywosąd tylko swojej braci pozował, i to nie inaczej jak 
na koniu. 
Stosunki z malarzami pchnęły go do całkowicie innej dziedziny. Naród malarski, zmieniający 
miejsce pobytu, niedbały, dziś tarzający się w złocie, a jutro głodu bliski, stał się źródłem 
zarobków Krzywosąda. Oto, dajmy na to, wyjeżdża jakiś malarz w górę, opuszcza Monachium 
i dąży w świat szeroki. „Wójt” kupuje od niego za byle co albo po prostu dziedziczy 
sprzęty artystyczne, stare ubiory, nieraz jakieś połamane zbroje, draperie, nie dokończone studia, 
szkice, rysunki, a choćby potłuczone ramy. Dla innego trzeba zreparować stylowe siodło, 
zeszyć kostium, naprawić mebel, skleić jakiś zabytek. Krzywosąd brał to wszystko w ręce i 
robił. Raz dobrze, drugi raz źle, ale robił. Przypatrywał się dziwnym procesom tworzenia, 
podsłuchiwał dyskusje, badał ów ogromny kraj, państwo malarza, i zdobywał encyklopedyczne 
wykształcenie w zakresie antykwarsko-graciarsko-rzemieślniczo-artystycznym. Jeżeli czego 
nie umiał zrobić, to przynajmniej wiedział, jak się to robi. Gdyby i tu wytknął mu kto brak 
stanowczości, to w żadnym razie nie mógł zaprzeczyć, że o istnieniu całego mnóstwa rzeczy, 
zupełnie obcych przeciętnemu zjadaczowi chleba, Krzywosąd potrafił gadać. Z czasem w dużej 
izbie na Schwantalerstrasse mieścił się dziwaczny zakład. Były tam i narzędzia stolarza, i 
warsztat ślusarski, tygle, retorty, kupy ram, flaszki z różnobarwnymi płynami, skóry, żelastwa. 
Na ścianach wisiały szkice i obrazy, częstokroć dzieła sztuki, pseudoperskie dywany, przeróżne 
kawałki oręża i zbroi. Po upływie lat kilkunastu spędzonych w Monachium Krzywosąd 
wyszedł na fabrykanta starożytności. Czasem udało mu się zlepić z ułamków według istniejącego 
wzoru jakąś podobiznę starożytnego sprzętu czy mebla i odstąpić to antykwariuszowi, przetłumaczyć, określający w dosadnym humorystycznym skrócie wrażenie, jakie wywierały na obcokrajowcach 
melancholiczna fizjonomia Krzywosąda oraz twarde brzmienie jego rodowitego języka. 
wymyć sczerniałe malowidło kupione za byle co i puścić w świat jako „szkołę włoską” czy 
„holenderską”. Szczególniejszą miłością „wójta” cieszył się styl gotycki. Krzywosąd widział 
ten styl wszędzie, tam nawet, gdzie był inny. Szczytem pochwały w jego ustach było słowo: — 
gotyk! Stąd zbiory jego zawierały tyle rzeczy spiczastych. Wszystko, co tylko miało kształt 
ostrołuku, zasługiwało na uwagę, a więc: żelazne ozdoby sztachet, klucze, okucia drzwi, 
lichtarze chłopskie z okolic Jeziora Bodeńskiego, klamerki u pasków, ramy itd., nie mówiąc 
już o istotnych ułamkach gotyku. 
U Krzywosąda zbierały się nieraz rozmaite grupy burszów104 i artystów. Stary wąsal częstował 
tę młódź lekkomyślną niesłychaną szpagatówką „swego chowu”, serem, który sam 
wyrabiał, i suchym chlebem, którego jeśli sam nie piekł, to przynajmniej osobiście archaizował 
w swych bezdennych szafach do stanu spleśnienia na kolor biały. W drodze szczególnej 
łaski pozwalał wówczas byle komu zbliżać się do „broni” rozwieszonej na ścianach oraz wywłóczył 
skądś ze spodu stare, zagwazdane rysunki i z wyrazem zupełnej niedbałości, jakby 
obwieszczał rzecz najobojętniejszą w świecie, mówił wskazując palcem ten lub ów bohomaz: 
— Piotr Paweł Rubens105... 
Albo: 
— Szkoła bolońska... Trzeci okres Gwdo Reniego106... 
Po rysunkach takich mistrzów zaczynała się prezentacja innych zbiorów, jak na przykład 
książeczki pt. Priapeia107, w oprawie białej, z cielęcej skóry. Książeczka ta była w kilku miejscach 
przebita na wylot. Kiedy zapytywano, co znaczą te rozdarcia, Krzywosąd objaśniał, że 
to było ulubione dziełko Karola XII108, które wszakże służyło mu nieraz za cel do strzałów z 
pistoletu. Była tam również laska Seweryna Goszczyńskiego, zwana czasami laską Wincentego 
Pola. Był sztylet Beniowskiego109 wysadzany muszelkami — mundur oficera z czasów 
Księstwa Warszawskiego, dopełniony przez Krzywosąda w ten sposób, że spłowiałe wypustki 
zastąpione zostały innym, mniej więcej zbliżonym kolorem, a guziki i szlify odpowiednimi 
guzikami i szlifami uniformu piechoty francuskiej z czasów Napoleona III. Za szkłem wisiał 
żupanik atłasowy ześcibany z nie pasujących do siebie kawałków — stał dziwny, pokruszony 
sprzęcik, zwany apteczką Stanisława Augusta, leżała faja z terakoty na zgiętym cybuchu, 
zwana fajką Stefana Batorego itd. 
Nie wszystkim jednak i nie zawsze „wójt” pokazywał swe zbiory. Było na przykład kilku 
ludzi wśród młodej kolonii, którzy go irytowali i wpędzali w zły humor. Jeden z takich, zetknąwszy 
się z antykwariuszem, zaraz po stereotypowym pytaniu o zdrowie dodawał: 
— A cóż Van-Dycki,110 jakże tam? W robocie, co? No, i jakże, udają się? 
Drugi wymoczek udawał głuptasa i kiedy Krzywosąd pokazywał zbiory, wtrącał ślamazarne 
pytanie: 
— A ja gdzieś czytałem, tylko nie pamiętam, w jakim dziele, że Szczerbiec111, miecz Bolesławowski, to podobno jest w pańskich rękach, tylko pan unika o tym rozgłosu, żeby go panu 
stańczycy112 przez nastawionych zbirów nie wykradli. Nam by go pan mógł pokazać... Złożylibyśmy 
przysięgę, że ani mru-mru... 
Miał jednak Krzywosąd i swoich wielbicieli. Tym pokazywał wydobyte z dna inkrustowanej 
szafy kawałki haftowanej materii i zapewniał, że jest to urywek szaty, której druga część 
znajduje się w Cluny — jakąś miniaturkę w sczerniałej ramce... O tym obrazku szeptem i z 
mruganiem mówił, że jest przez pewnego handlarza ukradziony z Brery113 w Mediolanie... 
Gdy zarząd Cisów przeszedł w ręce doktora Węglichowskiego, Krzywosąd począł się 
przed M. Lesem uskarżać w listach na tęsknotę i pisywał te listy tak często, że to wnet uderzyło 
chytrego kupca. M. Les mruknął do siebie: 
— Ta zielona małpa coś knuje. 
Miał on dziwną predylekcję do Krzywosąda. Bardzo często kupował jego bezcenne antyki, 
jego Rubensy i Ruysdaele114, buławy hetmańskie i pamiątki autentyczne po królach. Składał 
to wszystko w pewnym zielonym kufrze i nazywał go „gabinetem zielonej małpy”. 
Nareszcie pewnego razu Krzywosąd wyznał w liście, że ma zamiar wracać. M. Les nie 
sprzeciwiał się i biedny wędrowiec wrócił do Warszawy, a wkrótce potem objął administrację 
zakładu w Cisach. 
Lokal jego tutaj mieścił się na dole starego „zamku”. Prowadziła do tego mieszkania brama 
(rozumie się: gotycka), a właściwie jej resztki grożące ruiną, które Krzywosąd starannie podpierał. 
Dalej szły na prawo wąskie i strome schodki aż do drzwi mieszkania. Przed progiem 
wisiał krużganek otoczony żelazną balustradą. Zarówno schody, jak krużganek były świeżo 
dobudowane przez administratora. Dla przyśpieszenia procesu archaizacji tych gotyków nie 
zamiatano tam nigdy śmieci i nie sprzątano śladów pobytu wróbli, które całymi stadami pod 
drzwiami wysiadywały. Krzywosąd kochał ptaki. Rozmawiał z nimi i sypał tyle okruszyn 
chleba, że wróble miały tam istną synekurę i nie odlatywały z krużganku. 
Kiedy doktor Tomasz zbliżał się z uszanowaniem wolnym krokiem do drzwi administratora 
dla złożenia mu pierwszej wizyty, zobaczył scenę tego rodzaju. U wejścia na schody tłoczyło 
się, wrzeszczało wniebogłosy kilkanaście sztuk dzieci folwarcznych, Żydków z miasteczka 
i innej hołoty. Wysoko stał Krzywosąd w pantoflach i reniferowej sczerniałej kurcie. 
Na poręczy ganku siedział chowany sokół, o którym słyszał już doktor Tomasz całą historię. 
Sokół ten chorował przez całą zimę i ulegał kuracji. Krzywosąd lał mu w gardło oliwę i sadzał 
go przy kaloryferze w takim gorącu, że biedne ptaszysko dostawało, widać, czegoś w rodzaju 
pomieszania zmysłów, bo palacze znajdowali je częstokroć leżące obok drzwiczek wielkiego 
pieca, wśród węgli i popiołu. Tylko błyskanie oczu wskazywało wówczas, że jeszcze żywot 
kołacze się w nieszczęsnym pacjencie. Teraz, gdy słońce wiosenne świeciło tak jasno, sokół 
pierwszy raz wyniesiony został na dwór. Siedział na balustradzie mocno ściskając pręt żelaza, 
rozglądał się, ruszał i dawał wielostronne znaki zdrowia. Krzywosąd pragnął widocznie pokazać 
chłopakom nie tylko ptaka, ale i jego sztuki. Schylił się tedy i tkał mu pod dziób swą głowę 
przemawiając jednocześnie: 
— Kąsi pana, kąsi... 
Chodziło o to, że sokół powinien był pieszczotliwie szczypać dziobem resztki farbowanych 
włosów. Czy świeże powietrze, czy może lepszy stan zdrowia wpłynął na sokoła tak fatalnie, 
dość że kiedy administrator ukląkł i podstawiał coraz bliżej łysinę, ptak dźwignął się na łapy, 
nasrożył i z całej siły huknął „pana” dziobem w czerep, aż szczęknęło. Zgromadzeni wydali 
okrzyk radości, zaczęli klaskać w ręce i podskakiwać. Tymczasem Krzywosąd przyniósł długi 
pręt i przemówił do sokoła: 
— To ja do ciebie, łajdaku, jak do rodzonego siostrzeńca z pieszczotami, a ty mię będziesz 
kuł po łbie! Va-t’en!115 
To mówiąc zrzucił ptaka na ziemię i zaczął go okładać prętem, aż pierze leciało. Sokół 
rozpuścił skrzydła i na piechotę z wrzaskiem uciekł w głąb mieszkania, do którego drzwi zostały 
zatrzaśnięte. 
Judym otwarł te ciężkie podwoje i wszedł ostrożnie do wnętrza. Składało się ono z dużej, 
sklepionej sieni o kamiennej posadzce tudzież z dwu izb mieszkalnych. Z przedsionkiem sąsiadowało 
pomieszczenie na kaloryfer, gdzie właśnie sokół znosił w tej chwili tak bardzo zasłużoną 
karę. Dawały się stamtąd słyszeć jego zuchwałe wrzaski. Judym wkroczył do izby na 
lewo i zaraz w progu szepnął: 
— Twardowski! Jak mi Bóg miły, Twardowski... 
W istocie mieszkanie to przypominało do złudzenia lokal mistrza. Mury tu były ogromnie 
grube, okna zakratowane, sufity sklepione. W pobliżu okna stały warsztaty gospodarcze i 
krzesło z wysokim oparciem, skórą obite. W głębi było szerokie, drewniane, starożytne łoże z 
baldachimem opartym na słupkach misternie rzeźbionych. W kątach leżały stosy żelastwa, 
rzemieni, klepek. Na ścianach wisiały owe sławne obrazy, o których Judym tyle już słyszał. 
Gdy Krzywosąd po egzekucji przyszedł wreszcie do izby, zajął się gościem z żywością. 
Posadził go w fotelu, co na Judyma wywarło taki urok, jakby go zanurzono w wannie, i puścił 
się w dyskurs uprzejmy. Gdy rozmowa zeszła na Cisy, Krzywosąd wyrażał się o całej instytucji 
z taką samą niedbałością, jaka cechowała jego mowę w trakcie pokazywania rysunków 
Rubensa. Judym zauważył również, że administrator używał takich tylko zwrotów stylowych, 
które by dobrze malowały jego władzę w tym miejscu. Mówił tedy: 
— Kazałem przebudować cały zamek... Muszę wziąć się jeszcze do urządzenia parku. Mam 
na myśli całkowite odrestaurowanie łazienek, tylko że oto jak na złość brak mi czasu... 
Mówił ciągle: 
— To się zrobi, to się każe zrobić. 
Szczególnie często powtarzał zdanie: 
— To mi, wie pan doktór, pasowało... To mi dobrze robiło... Bawiło mi oko, więc kazałem 
zbudować... 
Judymowi ten rodzaj pewności mącił nieco wyrazistość spostrzeżeń. Wiadomą było skądinąd 
rzeczą, że na przykład przebudowanie gmachów zależało nie tylko od tego, czy administratorowi 
„dobrze” albo „źle robiły”, ale również od innych przyczyn, głównie zaś od decyzji 
rady zarządzającej. 
Później przekonał się, że jednak taki sposób wyrażania gustów i wpływu tych gustów na 
bieg spraw cisowskich — wcale nieźle malował istotny stan rzeczy. 
Kasjerem zakładu był pan Listwa, którego Krzywosąd w oczy i za oczy nazywał starym 
niedołęgą albo jeszcze złośliwiej — przedętą fujarą. Pan Listwa był mężem matki Dyzia i ojczymem 
tego chłopczyka. Niedołęgą w ścisłym znaczeniu tego wyrazu, a tym mniej „przedętą 
fujarą” kasjer cisowski nie był, ale też i do rodu farysów116 już się nie mógł kwalifikować. W 
gruncie rzeczy był to człowiek zgipsiały w ciężkich warunkach, a osobliwie w kajdanach małżeństwa. Żona i Dyzio tak urozmaicali życie pana Listwy, że praca w kancelarii zakładu, zimnej 
i wilgotnej, wysiadywanie tam wśród ksiąg, kwitów, rachunków — była dla niego jedyną 
wprawdzie, ale za to istotną rozkoszą. Kasjer czuł, że żyje wtedy dopiero, gdy wychodzi z 
domu. W obrębie progów rodzinnych przypominał coś w guście złamanego parasola: krył się 
w ciemnych kątach, ustępował z placu i milczał. Mimo tak skromnej postawy był kozłem 
ofiarnym we wszelkich zatargach z Dyziem, który na wiekowym ojczymie wprawiał się w 
dowcip. Były chwile, że pan Listwa próbował opozycji. Ale te eksperymenty mijały szybko i 
trafiały się coraz rzadziej. Wszystko sprowadzał do absolutnego poziomu jeden jedyny 
dźwięk padający z „jej” ust: 
— Hipolicie! 
KWIAT TUBEROZY 
Poznanie Cisów zajęło Judymowi tyle czasu i tak go absorbowało, że o zwiedzeniu szpitala 
nie było mowy. Co dnia prawie obijał się o jego uszy ten wyraz: „szpitalik”. Dr Węglichowski 
kilkakrotnie wspominał mu wśród innych wiadomości: 
— Pamiętaj, kochany panie, że masz pod sobą szpitalik... 
— Może byśmy go mogli obejrzeć... — gorączkował się Judym. 
— Nic pilnego! Poznaj no kolega zakład, tamto rzecz uboczna. Mówię dlatego, że i tamto... 
Tak schodziło. Nareszcie pewnego dnia doktór nie mógł wytrzymać. Rozpytywał się detalicznie, 
gdzie ów szpital się mieści, i poszedł sam, żeby przynajmniej zobaczyć rozmiary i 
jakość budynku. Nadzieja pracy samoistnej w swoim, niemal własnym szpitalu nęciła jego 
entuzjazm. 
Za bramą parku rozchodziły się pod kątem prostym dwie ogromne aleje lipowe. Jedną z 
nich przybywało się do Cisów ze świata, od strony kolei — druga prowadziła do pałacu, kościoła 
i szpitala. Było tej drogi więcej niż wiorsta, drogi szerokiej, ale bagnistej. W chwili 
kiedy ją Judym przebywał, podsychała już, ale jeszcze tu i ówdzie gładko z wierzchu zmulona 
i wymyta glina pod nogą rozstępowała się i lgnęła do niej bryłami. Wielkie drzewa stojące nad 
tą drogą już okrywały się liśćmi; w rowach szumiały strumienie płynnego iłu; szybko z góry 
biegnące. 
W duszy Judyma było takie wesele jak chyba nigdy jeszcze w życiu. Gdy się zbliżał do zabudowań 
folwarku rozrzuconych na dużej przestrzeni, serce silnie biło mu w piersiach. Wiatr 
wiosenny owiewał go jakimiś marzeniami, po prostu uczniowskimi. Śniły mu się na jawie 
zdarzenia, bohaterstwa, szalone operacje i niewysłowione pocałunki czyichś ust pachnących. 
Z obojętną miną, jak na trzeźwego eskulapa przystało, wyminął kilka domów, mieszkań rządcy, 
kasjera, ekonoma, i szedł na lewo ku kościołowi, zostawiając po prawej stronie szeroką 
drogę wjazdową w stronę pałacu. 
Obok kościoła świeżo wzniesionego z czerwonej cegły — budowy pięknej, z dwiema strzelistymi 
wieżami w stylu gotyckim mieściło się probostwo. Dalej krył się w drzewach znacznie 
dawniejszy, obszerniejszy dom: szpital. 
Judym nie miał zamiaru wchodzić do środka. Pragnął to uczynić w towarzystwie swego 
zwierzchnika. Poszedł najprzód obejrzeć kościół, który właśnie był otwarty. Brakowało tam 
jeszcze posadzki, bocznych ołtarzów w nawach, konfesjonałów, malowideł, ławek. Ceglane 
filary stały w piasku. Tu i ówdzie mieściły się ławy zbite naprędce z tarcic. Tylko w prezbiterium 
były już stalle rzeźbione. Panowało tam światło różnobarwne, przyćmione przez kolorowe 
witraże. Właśnie ksiądz odprawiał mszę cichą. Przed głównym ołtarzem stała gromadka 
ludzi. Judym obszedł lewą nawę i wolno, bez żadnego szelestu, po piasku, który zupełnie tłumił 
odgłos jego kroków, zbliżył się do prezbiterium. Gdy tam stanął, ujrzał w ławkach kolatorskich 
trzy swoje znajome paryskie — panny: Natalię, Joannę i Wandę. Z brzegu siedziała 
panna Natalia. Doktor poznał ją bardziej przez słodkie zemdlenie zmysłów, przez jakiś chłód 
wewnętrzny ściekający po twarzy i piersiach niż siłą wzroku. Miała na głowie lekki kapelusik, 
a twarz zasłoniętą woalką barwy rudawordzawej. Tło ciemnych, brązowych tafli rzeźbionego 
drzewa otaczające jej głowę sprawiało, że wyglądała jak przecudny rysunek sangwiną117. 
Ostre, medalowe rysy jej nosa i brody znaczone były w tkaninie woalki, podczas kiedy oczy znać było tylko jak ciemne wgłębienia. Judym przez chwilę miał wzrok do tej głowy wprost 
przykuty. Nie wiedział, czy ma się ukłonić, gdyż nie był pewien, czy go spostrzeżono. Za 
chwilę dopiero złożył ukłon. Panna Natalia ledwie widocznym ruchem schyliła głowę. Wtedy 
także oczy Judyma spotkały się z oczami panny Joanny i oddały sobie w przelotnym błysku 
przywitanie dusz młodych i czystych, tułających się na ziemi we wzajemnej tęsknocie. Twarz 
panny Joanny pełna była uśmiechów, pomimo że oczy i wargi jej starały się nie wyrażać ich 
szczerze. 
Nabożeństwo skończyło się wkrótce i garstka mieszczek gwarząc opuszczała kościół. 
Doktor szedł pospołu z tłumem, aby nie było śladu, że czeka na wyjście panien. Ale za 
drzwiami kościoła krążył to tu, to tam, niby dla poznania architektury pięknej świątyni. 
Gdy tak stał z głową zadartą obserwując kamienne łuki, otworzyły się boczne drzwiczki 
prowadzące do zakrystii i wyszedł tamtędy ksiądz jeszcze młody, który dopiero co mszę odprawił, 
a z nim trzy panny. 
Nastąpiło spotkanie. Doktor przywitał panienki i przedstawił się księdzu. Ten wziął go 
wnet pod ramię i wszczął miłą rozmowę, pełną życzliwości i smaku. Był to księżyna zażywny, 
z oczami siejącymi blask wesoły, z ustami do śmiechu. Ledwie kilka srebrnych włosów 
plątało się w jego bujnej czuprynie, a czerstwa twarz sprzeczała się nawet z tymi nitkami. 
— Kto nogą stąpił na księże terytorium, ten idzie do księdza na śniadanie! — zawyrokował 
młody pleban. 
— Z wyjątkiem panien! — protestowała panna Podborska. 
— Bez żadnych wyjątków. Ksiądz, panna i anioł trzeci — to rodzone dzieci. Zresztą ja tu 
rozkazuję, nie jakieś tam młode panny. A to mi się podoba! Nieprawdaż, doktorze? 
— A, skoro takie prawo... Muszą się panie poddać. 
— No? I cóż teraz? Ksiądz i doktór, to, jest, źle mówię, doktór i ksiądz zdecydowali, więc 
już jesteśmy na plebanii... — mówił proboszcz otwierając furtkę w nowym murze, który otaczał 
cmentarz kościelny. 
W dużych, wygodnie umeblowanych pokojach księżego mieszkania pełno było kwiatów, 
obrazów (oleodruków), pism, ilustracji. W sali jadalnej mieściła się szafka z wydawnictwami 
dla ludu, w ustronnym gabinecie leżały na stole pisma tygodniowe, miesięczne, gazety i stała 
spora biblioteka. Ksiądz bawił gości swym jowialnym humorem, który wszakże usiłował być 
humorem lepszego tonu, i dopytywał się u zgrabnej gospodyni o śniadanie. Wkrótce je podano. 
Proboszcz znał już historię paryską dziewic i doktora. Ciekawy był przede wszystkim drogi 
do Lourdes, wybierał się tam bowiem od lat kilku. Panny egzaminowały go, czy duże zrobił 
postępy w języku francuskim. Przy końcu śniadania proboszcz wywołał Judyma do gabinetu 
na papierosa, a dziewice przeglądały tymczasem w salonie świeże pisma. Okna gabinetu wychodziły 
na drogę lipową. Proboszcz mówił żywo i tak rozumnie, że Judym co chwila myślał: 
„Patrzajcież, jaki to mądry i jaki miły p o m i d o r e k...” 
Ksiądz z ciekawością pytał się doktora o różne rzeczy wielkomiejskie, gdy wtem rzucił 
okiem na drogę i skrzywił się brzydko. Tą drogą szedł właśnie prędkim krokiem młody człowiek 
w eleganckim demi-sezoniku118 i jasnym kapeluszu. Dr Tomasz poznał w zbliżającym 
się młodzieńcu kuracjusza, którego był widział jadącego konno w dniu swego przybycia do 
Cisów, a później dostrzegł przy ogólnym stole w zakładzie. Nazwiska nie pamiętał, więc 
spytał o nie księdza. 
— A to jest pan Karbowski, wasz przecie kuracjusz. Choć taki on chory, jak ja aptekarz! 
— Dlaczegóż to? 
— Widzi pan... to jest łobuzina. Pochodzi, jak mówią, z bardzo dobrego rodu, odziedziczył 
po ojcu majątek — no i puścił go we dwa lata, ale to co do gronia. Bywał w Monte Carlo, w Monaco, w Paryżu, gdzie kto chce. Gra w karcięta, ale to nie tak po naszemu, tylko z premedytacją. 
W tym sęk!... 
— Nie spostrzegłem... 
— No, to doktór jeszcze zdąży. W sezonie, co tylko przyjedzie bogatszego, a z fiu fiu w 
główce, młodzież złotą, a nawet rozmaite damule, ogrywa tak, że z płaczem wyjeżdżają. Z 
tego żyje. 
— Czyż tu bywają tacy? 
— Bagatela! Ten pan Karbowski — ho-ho... Zimą, gdy się urwie kampania bogatsza, siedzi 
jak suseł. Czasem wyjedzie, znowu wraca... Gdy go nędza przyciśnie, pożycza od lokajów, od 
kąpielowych, od Żydków, felczerów, od każdego, kto na placu. Mówię dlatego, że i doktora 
nie ominie. 
— Ech, ode mnie trudno pożyczyć, szczególniej w tym czasie... — zaśmiał się Judym. 
— No, no... Straciłem do niego serce, bo umie oszwabić biednego człowieka. Przychodzi, 
dajmy na to, do felczera, który przez sezon uskładał sobie pewną sumkę, i prosi go o zmianę 
dwudziestu pięciu rubli. Głupi Figaro119 zachwycony poufałością „takiego pana” wywleka z 
szuflady rubeliansy i rozkłada na stoliku. Ten zgarnia to do pugilaresu, później udaje, że zapomniał 
wziąć ze sobą dwudziestopięciorublowego papierka, i każe felczerowi przyjść do 
hotelu. Zajdziesz, mówi, to sobie weźmiesz, bo mi się teraz nie chce lecieć po pieniądze — idę 
akurat do zamku... Lokaje nauczeni nie dopuszczają golibrody do „pana hrabiego”, a on tymczasem 
rżnie w karty licząc na to, że wygra owe dwadzieścia pięć tysięcy rubli i odda. 
— Ale czy oddaje przynajmniej? 
— Dziś jeszcze oddaje, gdy go nacisnąć. Ale co zrobi jutro? Za numer w hotelu nie płaci 
chyba od roku. A zresztą teraz on tu ma co innego na myśli. 
Gdy to dobrodziej mówił, dało się słyszeć lekkie stukanie we drzwi prowadzące z przedpokoju 
do salonu. Ksiądz coś mruknął i wyszedł pociągając za sobą doktora. W drzwiach 
przeciwległych stał ów pan Karbowski. 
Był to wysmukły, blady brunet. Maleńki, nie podkręcony wąs ocieniał jego czerwone wargi. 
Ciemne, mgliste oczy zdawały się nie widzieć nikogo w pokoju. Gładko od lewego kąta 
czoła przyczesane włosy harmonizowały z całą osobą pełną szczególnego czaru. Modny smoking 
leżał na nim i uwydatniał zgrabność powolnych ruchów. Karbowski przywitał młode 
panienki ogólnym ukłonem, księdza cmoknął w ramię. Judymowi z miłym skinieniem głowy 
podał rękę i usiadł obok panny Wandy, a naprzeciwko Natalii. 
Ta od chwili wejścia do salki młodego człowieka była blada jak papier. Usta jej przymknęły 
się w sposób szczególny, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem, a cała twarz 
stała się tak piękna, że niepodobna było oczu oderwać: Karbowski mówił do panny Joanny o 
książce, którą ta trzymała w ręku. 
W czasie tej rozmowy pewnym, jakby ociężałym ruchem uchyliły się jego powieki i oszalałe, 
bezmyślne, dzikie z miłości oczy wlepiły się w twarz panny Natalii. Ona także nie miała 
już siły ukrywać wyrazu swoich. Panna Joanna pełna trwogi i wzburzenia mówiła żywo do 
Karbowskiego, ale słowa jej plątały się i więzły w gardle. On pytał się, uśmiechał, rozumował, 
z pozoru sądząc, trzeźwo i chłodno, ale tylko na przelotne i bolesne chwile odrywał 
wzrok od tamtej. Mówił wolno i dźwiękami tak widocznie obcymi jego mowie, że wydawały 
się nie tylko jemu, ale i wszystkim przytomnym czymś dalekim i kłamanym. 
— Pan długo jeszcze zabawi w Cisach? — zapytała go panna Natalia. 
— Tak, jeszcze dosyć długo. Nie wiem... Może umrę... — rzekł z uśmiechem prawdziwie 
śmiertelnym. 
— Umrze... pan? — szepnęła. 
— Tak długo, tak dawno... tu leczę się bezskutecznie... Straciłem nadzieję. 
— Może by panu jaki inny kurort pomógł... — wtrącił ksiądz oglądając swe paznokcie. 
Karbowski musnął wąsika i przelotnie dotknął proboszcza spojrzeniem, które, zdaje się, 
mogłoby zabić. W tej chwili rzekł jak gdyby do siebie: 
— Ach, tyle czasu... Tak, tak... Ksiądz proboszcz ma rację, inny kurort... Może być, że pojadę. 
— Kiedy? — zapytała znowu panna Natalia. 
Po tym słowie niewinnym panna Joanna drgnęła i wstała ze swego miejsca. 
— Jedźmy już! — rzekła do towarzyszek — babunia będzie niespokojna. 
Panna Natalia udała, że nie słyszy tych wyrazów, tylko źrenice jej zaszkliły się białym blaskiem 
okrutnego gniewu jak żywe srebro. Panna Wanda, która przerzucała ułożone z całego 
roku numery jakiejś ilustracji, podniosła głowę i zapytała: 
— Więc jedziemy? 
Nikt nie odpowiadał. Ksiądz siedział przy osobnym stoliku i bębnił weń palcami. Oczy jego 
patrzały w przestrzeń, a wargi były odęte. Taki wyraz twarzy nie zdradzał wcale zadowolenia 
z wizyty pana Karbowskiego ani z toku rozmowy. Ale panna Natalia i Karbowski tego nie 
widzieli. Było rzeczą jasną, że chodziło im o wyzyskanie tych sekund per fas et nefas120, o 
napatrzenie się sobie wzajem w oczy, o przypomnienie, w uśmiechach i dźwięku słów obojętnych, 
mórz bezdennych tęsknoty. Słowa płynące z ust młodego człowieka panna Natalia witała 
dziwnymi, pełnymi boskiego wdzięku ruchami warg i nozdrzy, jakby czuła zapach każdego 
wyrazu i na każdym niby na róży przysłanej składała pocałunek. 
Panna Joanna żegnała się z proboszczem. Za jej przykładem uczyniły to obydwie towarzyszki. 
Gdy nadeszła kolej pożegnania Judyma i panna Natalia stanęła przed nim, ujrzał jej 
srogie oczy skamieniałe z żalu, a jednak wydające jak gdyby krzyk rozpaczy. Przez chwilę 
myślał, że oddałby życie, gdyby te oczy jedną godzinę tak za nim tęskniły... Ale zahuczał w 
duszy jego diabelski śmiech i coś złamało się wśród głuchego bólu. 
Obydwaj z Karbowskim wyszli jednocześnie z probostwa. 
Przed gankiem stał lekki odkryty wolant, do którego wsiadły wszystkie trzy panny. Konie 
szybko z miejsca ruszyły... 
Panna Natalia nie obejrzała się ani razu... Za to Karbowski patrzał w stronę oddalającego 
się pojazdu wtedy nawet, gdy ten znikł już na skręcie alei. Oczy jego miały wyraz dziwnej 
senności, a twarz była skrzywiona cierpieniem, którego nie mogła pokryć ani maska dumy, 
ani uśmiech towarzyski. 
Judym zazdrościł temu młodzieńcowi wszystkiego, nawet cierpień, jakich tamten doświadczał. 
Tą samą drogą szedł przed godziną z sercem pełnym ognia. Rwał się do pracy w szpitalu, 
silnie pragnął przynajmniej ujrzeć mury tego budynku, gdzie będzie kładł duszę w twardą 
pracę lekarską, a oto teraz cały ów szpital tak nie istniał dla niego, jakby się w ziemię zapadł. 
Co więcej, aspiracje odczuwane przed godziną wydawały mu się w owej chwili jak coś głupiego 
do absurdu, jak coś z nie istniejącej krainy dubów smalonych. Rzeczywistością było to, 
że panna Natalia jest zakochana w Karbowskim. 
Judym przypatrywał się z ukosa postaci tego franta, jego ruchom, gestom z natury i wystudiowania 
zgrabnym i w smutku tak bezbrzeżnym, jego ubraniu pełnemu smaku i elegancji. 
Nie byłby pewno wyznał tego przed nikim ani nawet przed sobą, ale czuł to, że całe życie, 
wszystkie wysiłki, plany, dążenia, jest to jedno wielkie głupstwo w stosunku do życia Karbowskiego. 
Po cóż to wszystko? Po co zabiegi, idee, trudy? Czyliż Karbowski nie zrozumiał 
życia tak, jak je rozumieć należy? Być człowiekiem pięknym, wykwintnym i dla tych przymiotów być kochanym przez najcudowniejsze zjawisko ziemi, przez taką pannę Orszeńską. 
Wszystko w Karbowskim zdało się Judymowi doskonałym i logicznym, nawet jego karciarstwo 
i szacherki. Nie przywiązywał do tego wszystkiego wagi, jak nie przywiązujemy wagi do 
niczego oprócz piękności patrząc na tajemniczy kwiat tuberozy. „Przecie — myślał Judym — 
taki kwiat jest owocem Bóg wie jakich trudów, wydatków, zachodów, jest bezużyteczny i 
szkodliwy, gdy go porównać ze źdźbłem tymotejki, kłosem żyta alb kwiatem koniczyny, a 
przecież komuż by przyszło do głowy deptać go za to nogami...” 
Z głębi duszy młodego lekarza wychylił się znowu żal gorzki i nienasycona zazdrość, czemu 
i on, czemu i ona... 
PRZYJDŹ 
Burza już przeszła... Zdawało się, że wszystko ucicha, gdy wtem zaczynały trzepać nowe 
bicze kropel ogromnych, ciężkich, sznurem idących na ziemię. Wzdłuż ścieżek wypukłych, 
rumianych od starej cegły, płynęła bez ustanku lśniąca woda. Po placach nieco głębszych stały 
jeziorka pełne baniek szklistych a wzdętych jakby przez usta swawolnych dzieci. W cieniu 
kasztanów chowały się zielone smugi, a w nich widać było pnie wywrócone. W górze, między 
ogromnymi kępami wierzchołków jaśniał wyimek nieba o tle pozłocistym, świecącym niby 
owe niebiosa, które oglądać można w ołtarzach kościołów wiejskich. Po nim pędziły kłęby 
chmur pierzastych, rozwianych, cienkich, fioletowych, tak prędko jak dymy. Co chwila odzywał 
się jeszcze grom daleki, grom wiosenny... 
Najbliżej stała akacja o pniu grubym i czarnym, a gałęziach jakby wykręconych z żelaza. 
Te potworne konary roztrącały zasłonę delikatnych, jasnych liści. Z cieniów starego muru biły 
w górę tysiączne gałązki młodych akacji, które jeszcze krzewem być nie przestały. Młode 
pędy osnute żywymi liśćmi, a na samych końcach maleńkimi ich śladami, wyciągały się ku 
chmurom, gdyby pieszczone ręce dziewicze, których dotąd słońce nie skalało. Czasami przylatał 
wiatr, rozbujał ten krzew lekko, równo, cicho — i wtedy cudowne strofy liści kołysały się 
w ciepłym, wilgotnym powietrzu sennymi akordami niby muzyka, która oniemiała i, przybrawszy 
na się kształt tak przedziwny, zastygła. 
Judym siedział u otwartego okna w swoim mieszkaniu. Płonął od głębokiej radości. W 
pewnych sekundach wznosiły się w jego sercu jakieś tchnienia uczuć podobne do tych, co 
kołysały wierzchołki drzew. Wówczas na jego usta wybiegały dźwięki pieszczotliwe a zapalające, 
jakby z ognia. Mówił nimi do drzew wielkich, do młodych krzewów, do jaskółek szybujących 
wysoko nad szczytami po świetlistej otchłani. Tajemnicza radość pociągała wzrok 
jego ku końcowi alei, a serce ulatywało z głębi piersi jak zapach. Na coś niesłychanego czekał, 
na przyjście czyjeś... 
ZWIERZENIA 
17 października. Dziś rocznica mego przyjazdu do Warszawy. Więc to już sześć lat upłynęło! 
Sześć lat! Ogromny tydzień mojego wieku. Wtedy miałam siedemnaście dziś już dwadzieścia 
trzy „wiosny”. Jeżeli porównać tamtą Joasię z dzisiejszą — jakiż to deficyt! Jaosiu, 
Joasiu... 
Postanowiłam pisać dziennik na nowo, a raczej wskrzesić z martwych dawny. Uczyła nas 
przecie wszystkie tej sztuki Stacha Bozowska121. Ona pierwsza w Kielcach pisała dziennik 
umiejętny, to jest dziennik szczerych uczuć i „prawdziwych” myśli. 
Biedna po stokroć Staszka... W jednym z ostatnich listów pisała do mnie: „Właściwie byłam 
w tym życiu uzdolnioną autorką mojego dziennika — i niczym więcej. Teraz napaliłam w 
moim szkolnym piecu trzynastoma księgami oprawionymi w grubą tekturę i czarne, zrudziałe 
sukno. Żegnaj, dzienniku...” 
Źle zrobiła! Dlaczegóż tępić zwierzenia, które nikomu wadzić nie mogą, a dla nas samotnic 
zastępują (wielki Boże!) kochanków, mężów, braci, siostry i przyjaciółki? Nie — będę pisała 
w dalszym ciągu! Czuję do tego nałóg taki, jak np. mężczyźni do palenia tytoniu. Pod 
wpływem szyderstw frazesowicza S. przestałam pisać, a teraz niewymownie żałuję. Odmawiałam 
sobie przyjemności przez lat sześć — i dlaczego? Dlatego, że S. na ten temat dowcipkował? 
Mniejsza zresztą... 
Ileż to zmian! Henryk w Zurychu, Wacława nie ma, Staszka już dawno w grobie... A u 
mnie? Ileż to zmian! 
Jak dziś pamiętam tę noc ostatnią, gdy przyszedł telegram od. pani W. W ciągu czterech 
godzin zdecydowałam się opuścić Kielce, jechać do Warszawy — i pojechałam. Telegram 
brzmiał (umiem na pamięć te słowa): „Miejsce u Predygierów jest. Przyjeżdżać niezwłocznie. 
W.” 
Ach, ten dzień, ten popłoch! Zbieranie rzeczy, bielizny, drobiazgów, szybko, szybko, drżącymi 
rękoma, wśród łez i wybuchów odwagi... Poczciwa pani Falikowska „użycza” mi pieniędzy 
na drogę — i wyjazd! Głęboka, ciemna noc w jesieni. Jak to wówczas dorożka dudniła 
w pustych ulicach kieleckich, jakie dziwne wywoływała echa i wrzaski między ścianami starych 
kamienic! Sama jazda koleją była to już czynność co się zowie. Pod sekretem mówiąc, 
przecie to pierwszy raz jechałam wówczas „koleją żelazną”. Pierwszy raz — i prosto w świat! 
Nie zmrużyłam oka, tylko z głową wspartą o deski wagonu marzyłam bojaźliwie o życiu. Tyle 
akurat o nim wiedziałam, co człowiek idący do lekarza pod naciskiem nękających go a zagadkowych 
cierpień. Jak on nic nie wie o istocie samej choroby, nie rozumie, co ona jest, co z 
niej może wyniknąć, dokąd rzuci jego ciało, losy, myśli, uczucia — i tylko marz ostrymi a 
przebiegłymi wiedzeniami, usiłując wszystko zrozumieć — tak samo ja wtedy... Waliłam w 
życie z kapitałem składającym się: z biletu kolejowego, z tobołka rzeczy, pięciu złotówek 
„grosza gotowego”, no i z telegramu pani W. Za sobą zostawiłam dwu braci, ciotkę Ludwikę, 
która (w braku kogoś bardziej odpowiedniego) zastąpiła mi matkę, gdym „uczęszczała” do 
gimnazjum, która dzieliła się ze mną małym kawałeczkiem swego chleba — i chyba nic więcej... 
Ach, nie, nie „nic więcej”! Kochałam Kielce, różne tam osoby, braci, Wacka i Henryka, 
Dąbrowskich, Multanowiczów, Karczówkę, Kadzielnię122 — i tak w ogóle wszystkich. W tych latach tak łatwo człowiek właśnie wszystko miłuje! Cóż dopiero Kielce! Tej nocy w wagonie 
było mi tak żal! Koła uderzające o szyny wołały na mnie okrutnymi słowami. Zgrzyty ich kruszyły 
mą wolę i siłę na jakąś mgłę trwogi. Przypominam sobie te chwile przestrachu, kiedy 
nim jak płomieniem objęta postanowiłam wysiąść na pierwszej stacji i wrócić. Wrócić, wrócić! 
Ale wagon mój rwał w nocy jesiennej wskroś jakichś miejscowości ponurych i żelazną, 
dziką mocą swoją precz mię unosił od wszystkiego, com czule kochała. Zresztą, czyż mogłam? 
Wrócić do biednej ciotki utrzymującej stancję uczniowską? Mieszkać znowu w nędznej, 
ciemnej i ciasnej izdebce! Sypiać na starej kanapie, wśród zaduchu sosów, wśród wiecznego 
deficytu ciotecznego, trosk o masło i żalów na drożyznę kartofli, ach, i wśród afektom 
ósmoklasistów, zepsutych, niemądrych i rozpróżniaczonych? Nie mogłam, żadną miarą nie. 
mogłam... 
Zresztą musiałam przecie, według ślubu tak solennie złożonego u świętej Trójcy, przygotować 
drogi dla Wacława, który był wówczas w siódmej klasie, pomagać Henrykowi. Dawne, 
dawne dzieje... 
Ranek dnia przy końcu jesieni, ranek chory i jakby spłakany, gdy drżąca z zimna i (powiedzmy 
szczerze, co tam!) — ze strachu, trzęsłam się jednokonną dryndulą do pani W. Przybywam, 
trafiam na tę uliczkę Bednarską, co niby jakaś figura czy bestia wiła się w moich 
uczuciach — i wkrótce idziemy we dwie z panią Celiną do Predygierów. Mijam ulice, które 
pierwszy raz widziane w taki dzień (przez oczy struchlałe z niedołęstwa) są zimne, obmokłe, 
niegościnne, niby owa „skorupa”, w której „pływa jakiś płaz”123 .. Wchodzimy. Zmierzone 
jak łokciem okiem lokajskim, wyczekujemy w pysznym gabinecie. Po długim udręczeniu słyszę 
wreszcie jedwabny szelest sukien. Ach, ten jedwabny szelest sukien... 
Ukazuje się pani Predygierowa. Nos wprawdzie żydowski, ale za to spojrzenie arystokratyczne, 
całkowicie według wzorów sarmackich. Mówimy o mnie, o moim patencie, o tym, co 
mam wykładać Wandzie, mojej przyszłej uczennicy, wreszcie przerzucamy się mimo woli z 
języka polskiego we francuski. Koniec końców — pytanie: ile żądam miesięcznej pensji? Minuta 
wahania się. Później ja, kielczanka, zdobywam się na heroizm i własnym uszom nie wierząc 
wygłaszam maksymalną cyfrę, jaka kiedykolwiek powstała w mojej imaginacji: piętnaście 
rubli. 
Pokój osobny, utrzymanie całkowite i piętnaście rubli miesięcznie! Czy słyszycie wy, które 
oświecacie głupie dzieci między rogatkami biskupiej stolicy? 
Pani Predygierowa nie tylko się zgadza, ale „z chęcią”... Tej samej nocy już spałam w zacisznym 
pokoiku od ulicy Długiej. Niech będzie błogosławiony rok, który tam przeżyłam! Nie 
znająca Warszawy tak dalece, że mogłam pod tym względem z artyzmem reprezentować cielę 
(gdyby Warszawę porównać do wrót malowanych), wzorowo siedziałam w domu, pracowałam 
nad Wandą i czytałam. „Biblioteka pana Predygiera stała przede mną otworem”... Nigdy 
w życiu, ani przedtem, ani potem tyle książek nie wchłonęłam. Czegóż to wówczas nie miałam 
w ręku! Ale co tam! Byłam wówczas dobra jak cukier lodowaty... „W tym rzecz!” — jak 
mówił zacny pan Multanowicz. Kochałam Wandzię, moją uczennicę, kochałam ją szczerze 
jak rodzoną młodszą siostrzyczkę. Kochałam nawet panią Predygierową, choć była względem 
mnie zawsze twarda, wyniosła i z góry wielkością olśniewająca jak latarnia gazowa. Byłabym 
może szerokim sercem miłowała i pana Predygiera, gdyby nie to, że był bogatym, niezrozumiałym, 
obrzydliwym, tłustym mężczyzną, w którego oczach widziałam przez cały rok tylko 
dwa uczucia: albo chytrość, albo tryumf. Stopniowo wszystkie afekta zgasły. Nie zakwitła w 
tamtym mieszkaniu między mną i tymi ludźmi nawet przyjaźń, nawet życzliwość. Dziś już wiem, że nie ma w tym nic dziwnego... Bo czyliż najnędzniejszy ze wszystkich, najlichszy 
kwiatuszek może się rozwinąć w lodowni? 
Pamiętam moją pierwszą bytność w teatrze, na koncercie „Lutni”124, na odczytach. Dziś 
tylko słabą reminiscencją poznaję te urocze, prawie mistyczne wzruszenia, kiedy zobaczyłam 
na scenie... Mazepę. Gdym usłyszała świetnych aktorów głoszących cudowne wiersze Słowackiego, 
które umiałam na pamięć, „moje” wiersze... Wówczas także los dał mi możność 
„ujrzenia” kilku literatów, których miałam w prostactwie moim, z miasta Kielc importowanym, 
za wiodących ród swój od Apollina. Później, ale dopiero później, przekonałam się, że 
daleko częściej wywieść by się mogli od Bachusa i Merkurego. Teraz już wiem, że talent to w 
większości wypadków — torba, czasem cennych klejnotów pełna, którą na plecach nosi z 
przypadku byle f ae t, a nieraz byle rzezimieszek. Wtedy! Ta groza wielka, kiedy wchodziłam 
do pokoju, gdzie zaproszony przez pana Predygiera na pieczeń siedział on, sam on... 
Ale swoją drogą... I dziś jeszcze tak bym pragnęła zobaczyć z jakiegoś kącika: Tołstoja, Ibsena, 
Zolę, Hauptmanna. Chciałabym także słyszeć mówiących: Przybyszewskiego, Sieroszewskiego, 
Tetmajera i jednego tylko iz a (rozumie się — Witkiewicza125). 
Od tych wielkich wolę dziś świat, z którym zetknęłam się tutaj. Ten, co mię najmniej rozczarował, 
środowisko czujące bez afektacji, nasze „matki-panny”, ludzie pokornego serca, o 
wykrzywionych butach i zrudziałych mantylach. Zdawało mi się niegdyś, że świat z nich się 
składa. Reszta, sądziłam, są to czasowo zaniedbani, którzy otrzymawszy prawdę zwrócą się 
ku niej i zaczną nowe życie. 
Utwierdzały mię w tych rojeniach listy Staszki Bozowskiej pisane z zapadłej dziury, dokąd 
pojechała. Te listy było to nic więcej tylko wzniosłe nieprawdy, obcowanie dusz łatwowiernych. 
Dziś oto już Staszka umarła. Ja mam łez pełne serce i oczy... 
18 października. Kiedy zaczęłam pisać, chciałoby się uprzytomnić sobie i to, i tamto. Tyle 
nasuwa się szczegółów, tyle osób, zdarzeń i uczuć. Wszystko to nie daje się objąć i złączyć, 
rozpierzcha się jak żywe srebro i leci w swoje strony. Takie jest nasze życie: ruchliwe, prędkie, 
bez steru... 
Myślałam dziś w nocy o Wacławie i znowu mam ten ucisk serca. Jest to rzeczywiście jakaś 
szydercza fatalność: Henryk, który został wyrzucony z szóstej klasy, siedzi w Zurychu, chodzi 
sobie na „filozofię” i ma się dobrze, a Wacek, który opuścił gimnazjum ze srebrnym medalem, 
świetnie pracował tutaj na przyrodzie, był przez wszystkich poważany — tak bezużytecznie 
skończył. Potworna jest logika tych faktów. Ciotka Ludwika rzekłaby pewno: „To wszystko 
dlatego, że jesteście za mało religijni...” 
Często mi się zdaje, że ludzie mają jakieś ukryte podobieństwo ze zwierzętami: osobniki 
wyróżniające się prześladują jednomyślnie, a bez porozumienia między sobą, jakimś odruchem 
stadowym. 
24 października: Byłam w teatrze. Grano Nauczycielkę126, utwór wyróżniony przez gremium 
krytyków. Dziwi mię, dlaczego autor przedstawia swą heroinę jako uwiedzioną, kiedy 
takie fakty nie mają chyba miejsca. Prawda życiowa jest z pewnością brutalna. Wiem np., 
jakich tentacji127 doświadczała Hela R. albo panna Franciszka W. Cnotliwi mężowie spod 
pantofla są w tych szrankach stokroć bystrzejsi od kawalerów. Guwernantki bywają mądre 
albo głupie, złe albo dobre, brzydkie albo ładne, ale wszystkie muszą być pod tym względem bez zarzutu. Może cudzoziemki — tego nie wiem. Tam zachód podobno łatwiej się opłaca. Ale 
żywioł miejscowy... 
Guwernantka, jako istota obca, zazwyczaj społecznie niższa, jest ciągle na cenzurowanym. 
Gdyby dała tylko powód do wzmianki — już po niej! Cenzura może być łaskawą, nawet życzliwą, 
nawet pochlebną, ale nie ustaje nigdy. Przy tym już to samo, że się zajmuje stanowisko 
trudne i niższe, a jest się częstokroć znacznie wyżej — tworzy i udelikatnia uczucie dumy, 
szlachetne uczucie, które jak kij służy do podparcia w chwili znużenia i do obrony przed wrogiem. 
Ono samo już jest hamulcem niemałym, kto wie, może całkowicie wystarczającym. 
26 października. Czytam Ludwikę Ackermann128. Ona mówi w pewnym miejscu, że kobieta 
pisząca poezje jest śmieszna. Zdaje mi się, że ma rację. Dlaczego? 
Poezja jest to szczery głos duszy ludzkiej, wybuch pewnej formy namiętności. Ten rzut ducha 
musi być walką o rzeczy nowe, głoszeniem tajemnic nieznanych. 
Kobieta dotychczas za twórcę uważać się nie ma prawa. Śmieszna jest, gdy przeoczy całą, 
a tak ogromną wyrwę, która ją dzieli od człowieka szczerego. Jakież to nowe prawdy duszy 
kobiecej jej poezja zawiera? Tylko miłość (notabene męską). Czasami wrzask rokoszu, to jest 
czegoś przejściowego, co raczej uboży, niż zbogaca... 
Dość często bunt o prawo głoszenia tego, co już zostało powiedziane przez mężczyzn. 
Najczęściej zaś obłudę albo pięknie, ciekawie, zagadkowo (dla mężczyzn) czujące niedołęstwo 
miłosne. Wszystkie prawdziwe poetki osobistość swoją rzeczywistą zostawiają w cieniu 
(np. Ada Negri129). Jeżeli Safo130 nowoczesna chce mówić zrozumiale jako człowiek, musi 
mówić jak mężczyzna. 
W rzeczywistości wszystkie te same uczucia ona posiada, może nawet serce jej zawiera ich 
więcej i daleko subtelniejszych, ale nie może ich, nie śmie wyrazić szczerze. Myśli jej biegną 
odmiennym łożyskiem, mianowicie są czystsze, a raczej nie tak brutalnie zmysłowe, namiętności 
zaś zgoła inne, wcale nie takie, jak je przedstawiają dzisiejsi autorowie, i to nie tylko 
mężczyźni, ale i kobiety. Mężczyźni wszyscy są zmysłowi w sposób ohydny, na przykład dla 
młodego dziewczęcia. Tak się malują w sztuce, którą stworzyli. I tacy są naiwni w tej swojej 
zwierzęcości, że litować by się trzeba nad nimi jak nad małymi dziećmi. Co tylko w ich sąsiedztwie 
„caca”, to zaraz do buzi! Nie uważają sobie wcale za obowiązek z większą ostrożnością 
wyrażać swych brutalstw, choćby przez grzeczność, przez wzgląd, że może „płeć słaba” 
inaczej to samo czuje... 
Wszystko zaś, co w wielkiej sztuce mogłoby wyjść od kobiet (rozumie się: równie silnego), 
dotychczas przynajmniej, musi się wpierw ukształtować na modłę męską. Toteż można 
czasami czytać utwory pisane przez kobiety i malujące niby to uczucia niewieście, utwory 
skłamane świadomie od a do z. Jest to kokietowanie przez damy rodzaju męskiego za pośrednictwem 
literatury. Mężczyźni tymczasem doskonale bronią swego ustroju i potępiają wszelkie 
próby wyodrębnienia się duszy odmiennej i nowego, jeszcze nie znanego rodzaju sztuki 
wraz z jej bezgraniczną sferą tajemnych sposobów. Panowie świata musieliby ulec nowej, z 
gruntu i n a k s z ekrytyce, co nie mogłoby być miłe. Toteż sądy dzisiejsze w tej dziedzinie 
nie tylko mężczyzn, ale w ich szkole wychowanej masy kobiet, bardzo są zbliżone do pojęć 
Indusów, którzy uważali białogłowę za nieczystą, gdyż... bywa taką czasami. Jedno i drugie 
nie od jej woli zależy, ale traktowane jest z prostotą prawdziwie indyjską jako fakt, który sam 
w sobie jest rozważany. 
Czyliż mężczyźni uczuć najbardziej wzniosłych, poeci, szanują w kobietach ducha ludzkiego? 
Wydaje mi się, że nie. Oni uwielbiają piękną istotę, o ile jest skarbnicą właściwości dla nich rozkosznych, chociaż posiadanie tych cnót nie może być liczone na karb jej zasług. 
Najbardziej zawsze sławiony był typ kobiety wywierającej jakiś wpływ demoniczny. Może 
mniej, ale szczerze i ślicznie wychwalano dusze czyste, cierpiące bez skargi, słodkie istoty, 
które nie myślą bronić się ani mścić, jak Ofelia. Istoty korzystającej z praw do szczęścia osobistego, 
użytkującej z sił przyrodzonych ducha i zdolności umysłu — prawie nie ma. Daleko 
łatwiej znaleźć w literaturze szlachetne dążenie mężczyzn do rehabilitacji kobiety winnej niż 
oddanie praw i szacunku pokrzywdzonej. To drugie nie jest ani sielanką, ani tragedią, więc 
nie może budzić „estetycznego” wrażenia. Dopiero Ibsen131, nieśmiertelny prawdomówca, 
ten, co postacią Jadwigi w Dzikiej kaczce śmieje się jak szatan, jak nieczłowiek z kultury 
ludzkiej — zaczął przezierać istotę rzeczy. Ale i on nie może się powstrzymać od hołdowania 
prawom kierowniczym sentymentu męskiego. Istotna poezja kobieca drgała może, ale w pieśni 
niewolnicy, gdy na tarasie rzymskiego magnata, wobec tłumu rozwalonych patrycjuszów 
musiała śpiewać dla ich zabawy pieśń swego kraju... 
My jej nie znamy. Kiedy się wmyślam w ten śpiew i chcę go odgadnąć, zda mi się czasami, 
jakbym słyszała go gdzieś za czwartą ścianą. Niekiedy sięga do mego serca i wówczas przez 
cały dzień słyszę w sobie dźwięk tych strun szarpanych w boleści przez zakrwawione palce. 
Wtedy poetka mówiła prawdę: „Oto jest, co ja czuję! To jest w mym sercu! Wszystko mi jedno, 
co powiesz o mojej pieśni. Ja sobie samej, sobie jedynej śpiewam...” 
Ale dziś... I dziś istnieje ten sam płacz kobiety oszukanej, sprzedanej przez rodzinę, niewolnicy 
mężowskiej, która kocha innego, upadłej i wzgardzonej przez obłudną cnotliwość 
gromady. Istnieją marzenia zakochanej niewinnie i namiętnie, tej, co poczęła i pod sercem 
nosi dziecię... Cóż znowu! Takich dźwięków nie można wydobywać z „liry”! Byłoby to niemoralne, 
szerzyłoby zepsucie... 
27 października. Przeczytałam, co tu stoi od wczoraj i nadal będzie s t oa ł o ku oświeceniu 
wieków. Chciałabym pisać prawdziwie i szczerze, a to jest trudność niesłychana. Mam 
dużo myśli na pół świadomych, jakby zabłąkanych z cudzej okolicy, które jeżeli nawet sama 
sobie zechcę sformułować, już się zmieniają pod piórem i nie są takie... Jak to zapisywać? 
Tak jak nadchodzi, czy też jak się w słowie zmienia? To drugie przypomina mi z Nieboskiej 
komedii tę chwilę, kiedy Mąż, rozpaczający pięknymi zdaniami nad niedolą żony obłąkanej, 
słyszy obcy głos: „Dramat układasz”... 
30 października. Pisałam dwa dni temu o większej czystości kobiet. Zdarzyło mi się już 
nieraz, że gdy jestem jakąś myślą szczerze i głęboko zajęta, w świecie otaczającym znajduję 
jeśli nie rozwinięcie dalsze, to w każdym razie szczegóły i ułamki, które do niej należą. Prawdopodobnie 
to skupiona myśl jak światło w ciemności wyławia z otoczenia wszystko, czego 
by w innych warunkach nie dostrzegła, gdyby nie wiem jak nasuwało się przed oczy. 
Byłam u Maryni. Rzadko się z nią widuję, a lubię ją — jak by to wyrazić? — odruchowo, 
wbrew, a może na przekór woli. Ona jest do gruntu niewinna, czysta, bielutka i bardzo prostego 
serca, a przecież bardzo lubi więcej niż jednego, niż dwu lub trzech mężczyzn. Pierwiastek 
erotyczny stanowi w tym wszystkim tylko pewną domieszkę. Nie chcę powiedzieć, żeby nie 
grał żadnej roli, ale jest to daleko bardziej coś w guście manii wielkości. Gdy jej f u n d o w a 
ł a m delikatną uwagę, orzekła mi ze szczerozłotą naiwnością, że nie wie, czemu by nie można 
było kilkoma na raz być „zajętą”. („Nie zakochaną — cóż znowu!”) 
Te sympatie są w zupełności odrębne, łączą się przecież między sobą, podobnie jak na 
przykład warstwy w torcie. Każda z osobna jest inna i bardzo dobra, a czyliż z tego wynika, żeby wszystkie razem wzięte miały źle smakować? A przecie, mimo tej łobuzerskiej filozofii, 
Marynka nie byłaby zdolną wyładować ze siebie ani krzty tej „bezbożności”, na którą skarży 
się w swej piosence Ofelia. 
4 listopada. Jeden z tych dni ciężkich, co to wydają się być podobnymi do istot srogich i 
nikczemnych. Dzień taki trwa długo i nie chce odejść, jak lichwiarz, który wszystko swoje 
musi w tym terminie wydusić. A gdy już wreszcie zdechnie, zostawi po sobie czarny cień, noc 
bezsenną, pełną łez, widzeń i strachów. Jedna z „życzliwych mi” osób, pani Laura, w której 
domu od trzech lat daję lekcję dziewczętom, z emblematami żywej jakoby litości zakomunikowała 
mi smutną wiadomość. Czerpie ją od współplotkarki świeżo przybyłej z w oa ż u. 
Oto — Henryś podobno nie „robi doktoratu”, jak mię tysiące razy upewniał, ale robi długi, 
skandale i awantury. Miał jakiś pojedynek, uczestniczył w burdach knajpiarskich, siedział w 
kozie miejskiej, był przez policję zrąbany szablami. Jest tego wszystkiego tyle, że trudno wyliczyć, 
a najważniejsze ze wszystkiego — kłamstwo. Jakoby wcale od dwu lat nie chodził na 
wykłady. Brak mu minimalnej ilości semestrów132 potrzebnych do egzaminu — słowem, plugawe 
bagno faktów. Słuchałam tego cierpliwie, z uśmiechem, jednocześnie mówiłam ustami: 
— Wiem, wiem, proszę pani, jaki to łobuz... 
W duszy miałam co innego. 
Musi w tym być sporo prawdy, jeżeli mu cofnięto stypendium muzealne. Wszystko to 
zresztą nic, ale kłamstwo, „nabieranie” głupiej siostrzycy. Gdyby opisał, jak jest, ani bym mu 
robiła wymówek, ani bym nawet nie uważała za złe. Od tego jest tęgi bursz, żeby robił skandale. 
Tylko to dowiadywanie się z boku, od ludzi obcych, którzy pomimo woli wyładowują na 
mnie gnijącą w każdej duszy człowieczej Schadenfreude133... 
5 listopada. Mało snu, bo dopiero nad ranem zapadam w stan drzemania i dziś łażę z 
wdziękiem zmokłej kury. Lekcje odbywałam jak ciężkie roboty. Zgnębienie dusi, sprawia, że 
człowiek usuwa się, kurczy, nędznieje. Postanowiłam z tej dusznej ciasnoty, gdziem była zatarasowana 
przez gorzką wiadomość, siłą się wydobyć. Nie, nie opuszczę Henryka! Będę dwa 
razy więcej pracowała, wezmę nowe lekcje, może nawet ranne. Niech skończy choć jakiekolwiek 
kursa, to przecież będzie mógł tutaj lżej pracować. Nigdy nie odżałuję, że nie zdał do 
politechniki — ale to trudno. Te „freifachy”134 trwały już rzeczywiście nieco za długo. 
6 listopada. Dla oszczędności biorę do siebie pannę Guępe. Zagrodzi mi to życie więcej 
niż o połowę, ale trudna rada. Już moja izba będzie tylko w części kryjówką, nawet ten dziennik 
będzie się tylko dorywczo pisało. Wpłynie wszakże tym sposobem co miesiąc prawie 
osiem rubli. Muszę dać Wacławowi na kożuch, walenki... Jegierowskie ubranie. Trzeba by po 
dwie pary. Pamiętać, pamiętać, że pani F. jedzie 18, 18, 18! 
13 listopada. Wzięłam nową lekcję. Wcisnęłam ją między Lipeckich i Zosię K. Nowa robota 
jest to przygotowanie dziewczynki, Heni L., do klasy wstępnej na pensję. Nie zna się 
jeszcze na niczym. Ani dyktanda, ani tabliczki mnożenia, ani żadnej rzeczy. Pokój duży, 
ciemny, jak piwnica, o jednym oknie wychodzącym na ciasny dziedziniec. W tej porze jeszcze 
słońce nie zachodzi, ale tam już jest wieczór. Siedzimy z tą Henią naprzeciwko siebie przy 
stole i wydajemy, to jedna, to druga, dziwne głosy. 
— Ces enfants ont trouvé leurs mouchoirs, mais ils ont perdu leurs bonnes montres.135 
Najprzód ja to mówię wielkim głosem, później ona z usiłowaniem wydobycia ze siebie 
dźwięków takiej samej grubości. Myśli pewno, że po francusku trzeba mówić tak grobowo. W dużym i ciemnym mieszkaniu rozlega się to wszystko gdyby jakieś wywoływania wolnomularskie136. 
Czasami małej przychodzą do głowy dziwne kombinacje. Zadaje mi pytania, na 
które żadną miarą nie można dać odpowiedzi... 
Stamtąd, wysiedziawszy godzinę, pędzę co koń skoczy na gumach kaloszowych w głębie 
Powiśla do Blumów z pilną wiadomością, że „trybem oznajmującym wypowiadamy czynności 
w stosunku do odnośnego podmiotu rzeczywiste — rozkazującym rozkazane lub zakazane, 
warunkowym czynności tylko możebne, przypuszczone, zamierzone...” Tam czeka zawsze 
czuły kuzyn. 
Teraz dzień już jest napchany, formalnie napchany jak żydowska torba, lekcjami. Tak się 
przyuczyłam do systematycznego chodzenia w oznaczonych terminach, że w niedzielę, trawiąc 
poobiednie godziny lekcyj na czczej gawędzie albo czytaniu, doznaję co chwila odruchów 
przestrachu i zrywam się jak wariatka. Same nogi skaczą i wykonywują jakieś logarytmy 
kursów na Smoczą lub na Dobrą. 
Któż by uwierzył, że ja, nędzny twór kielecki, dojdę kiedyś w samym środku Warszawy do 
62 rubli miesięcznego zarobku z wysiewania po różnych ulicach tajemnic wiedzy! 
Guępe już się sprowadziła. Ma kardynalną wadę Francuzek: jest gadatliwa. Wprawdzie ja 
korzystam z tego, bo wieczorami muszę z nią gwarzyć i małpiarskim, czysto kobiecym trybem 
nabieram paryskiego akcentu we francuszczyźnie, ale za to śpię kiepsko. O dwunastej 
jeszcze się śmieję z jej przygód. Często później nie mogę usnąć. Biją godziny... 
Wstaję słaba i wówczas coś dygoce we mnie jak w naszym starym ściennym zegarze, gdy 
go było poruszać. Dziwne jest to, że w takich razach wcale mi się spać nie chce. Chyba że się 
zmęczę, zmorduję aż do upadku. Gdy to nastąpi, jestem wprost bez przytomności, nie wiem, 
co do mnie mówią i trajkoczącej „Giepce” odpowiadam trzy po trzy. 
15 listopada. Czytałam w niedzielę dużo rzeczy pięknych. Dotąd je mam w głowie niby jakieś 
przedmioty nie moje, słabo zrośnięte z moją osobą duchową. 
Niewiele uczuć może taką żądzą pożytecznego działania napełnić serce, jak oschła świadomość, 
ile cierpiano, ile znoszono dla szczęścia pokolenia dziś żyjącego, którego cząstkę my 
tu stanowimy. Jest jakieś dziwne braterstwo idące wstecz do tych, co już wszystko spełnili. 
Nikogo z żywych nie można otoczyć w myśli taką czcią, świętą czcią, jak tych, co zostają za 
nami w mroku niepamięci. 
Przyszłam do wniosku, że i bardzo ciężkie cierpienia moralne, troski subtelne, tkliwe i głębokie, 
można jeśli nie leczyć, to w każdym razie znieczulać pewnego rodzaju naciskami. Gdy 
się jest tak smutną, że łzy płyną z oczu za lada powodem, trzeba czytać, na przykład jakieś 
„Sprawozdanie z siódmego okresu czynności Banku Handlowego” albo „Jedenaste zgromadzenie 
ogólne, zwyczajne, akcjonariuszów Drogi Żelaznej Warszawsko-Terespolskiej”... Gdy 
się takie rzeczy w chwilach odpowiednich uparcie i świadomie studiuje, to działają one swoją 
olbrzymią obcością, swoim bezwzględnym, g u s t a 1 o w y m137 egoizmem na subtelne i 
czułe uczucia tak mocno jak roztwór Schleicha138. Ta sól na pewien czas odrętwia pnie nerwowe 
tak do gruntu, że można okolice przez jej pole działania zajęte krajać bez bólu lancetem. Inna rzecz, gdy cierpienie jest srogie. Wtedy „Jedenaste sprawozdanie” samo z rąk wyleci 
jak ciężar nadmierny. 
17 listopada. Zdaje się, że spisywać pamiętnika takiego, jak zamierzałam, nie mogę. Zbyt 
skromny mam zapas stałości. Trudno by mi było utrzymywać, że dzisiaj rano spokojna i prawie 
wesoła, nie będę o zmroku tonęła w rozpaczy, niestety! — nawet bez wielkich powodów. 
Brak pieniędzy, milczenie Wacka, myśli o Henryku, jakieś czcze, drobne, małe dzieje dnia jesiennego, które Krasiński tak słusznie mianował „podłymi...” Najczęściej jakaś niedola daleka, 
daleka, nie moja ani twoja, tylko tutejsza... Wtrąca mię to w smutek, a raczej w jakąś 
bolesną oziębłość. Nie jest to bynajmniej spokój! O, nie! Spokój to stan bezcenny. Troski i 
biedy uczą odczuwać spokój jako szczęście. Tych stanów przejściowych niepodobna tu zanotować, 
tak samo jak nie można patrzeć w lustro, gdy się jest czymś do głębi wzruszoną. Nie 
sposób ich także odtworzyć, używając równoległych i tej samej miary słów pięknych, gdyż i 
tak byłoby to coś wręcz innego. Mnóstwo rzeczy minęło i ciągle mija, a ja nie tylko nie mogę 
ich przytoczyć, ocenić, ale nawet wskazać. Czasami jestem tak bez sił, że nie sprawiłoby mi 
wielkiej trudności usiąść na brzegu trotuaru, którym pędzę z lekcji na lekcję, i wypoczywać 
wśród śmiechu przechodniów. 
Jakże szczęśliwe są te damy, które mijam, wolnym krokiem idące na spacer czy tam dokąd. 
Toczą miłe, urocze, wesołe rozmowy z modnie ubranymi panami. Kto są ci ludzie? Co oni 
robią, gdzie mieszkają? Nie znam ich wcale. Świat jest tak mały, taki ciasny, a taki zarazem 
olbrzymi! Człowiek na nim jest to biedny niewolnik biegający wciąż tą samą ścieżką, tam i z 
powrotem, jak wilanowska kolejka. 
Cofnęłam się myślą do miejsc, gdziem dawniej była, i samą siebie przypomniałam sprzed 
lat kilku. 
Byłam wtedy lepsza. Dziś nie mogłabym już tak zamęczać się pracą, byle „coś dobrego 
zrobić”. 
Cóż to będzie? Czy ciągle będę coraz gorsza, coraz gorsza? Wtedy w Kielcach, w naszych 
Głogach, w Mękarzycach, a i tu dawniej, w Warszawie, robiłam wysiłki, żeby być inną. Teraz 
jestem jakaś popędliwa, pełna złych myśli. Jakaż to dawniej byłam ascetka we względzie wygód! 
A teraz drobnostka mi dokuczy. 
Długo nad tym myślałam, co się mianowicie we mnie zmieniło. Miałam dawniej wiele 
wiary w dobroć ludzi i dlatego byłam gotowa spieszyć się ku nim. Miałam łaskę zupełnego, 
całym sercem oddania się myśli o rzeczach niematerialnych, o sprawach innego porządku. 
Dziś jestem taka zimna! Tamte krynice rozkoszy ledwie pamiętam. Zrobiłam się jakaś nieczuła 
na cierpienia innych. Mogę powiedzieć, że bardziej chłodno (a może tylko nie tak) odczuwam 
biedy własne. 
Naprawdę mam i teraz dla wielu osób dużo uczucia, ale takiego często doświadczam złudzenia, 
jakbym już Henryka ani Wacława nie kochała dawnym sercem. Zrobię jeszcze dla 
nich i dla innych ludzi, co mogę, ale nie czuję już szczęścia z tej prostej racji, że i ja przecie 
do czegoś służę. Mam jeszcze dużo entuzjazmu dla dobrych i płonących natur, dla wszystkich, 
co się męczą a pogardzają złem ukrytym, ale to już jest inne. Nie wiem, nie mogę tego 
szczerze wyznać, czy kocham takich ludzi, czy tylko chciałabym iść z nimi w szeregu z tego 
wyrachowania, że to jest szereg, w którym iść najbezpieczniej, bo do zwycięstwa. Jest to ta 
droga, po której „dusza w ciemności schodzi, w ciemności noc bezdenną...”139 
Dawniej istnieli dokoła mnie szlachetni ludzie, natury głębokie, ciche, skromne, tkliwe, 
często w swej poczciwości wytrwałe jak żelazo, skłonne do zupełnego zaniedbania siebie dla 
innych. Cechowała ich jednolitość dążeń i usposobienie równe. W ich obecności było tak dobrze, 
tak ufnie i tak cicho na sercu... Byli to moi rodzice, sąsiedzi, niektóre osoby w Kielcach. 
Czy to była dusza inna, czy może tylko zdolna do ślepej łatwowierności? W moim dawnym 
świecie nie było ani jednej osoby, do której czułabym odrazę. Dzisiaj ileż jest takich! Na 
przykład ten jakiś kuzyn u Blumów, który zawsze drzwi mi otwiera i pomaga zdjąć okrywkę. 
Czekam z cierpliwością, że mię kiedyś w tym korytarzu zechce zaczepić w sposób licujący z 
jego wejrzeniami. Wydaje mu się apetyczną ta nauczycielka przychodząca do jego kuzynek... 
Nie mogę przecie żądać, żeby mi drzwi nie otwierał i nie pomagał zdejmować mantyli, ale 
darzę go taką odrazą, jakbym patrzyła na stonogę albo na brudny gęsty grzebień. Dziwię się, 
że on nie odczuwa tego afektu. Zdaje mi się, że to ze mnie promieniuje. A może w miłości 
tego rodzaju, jaką on ma na myśli, uczucia wstrętu strony słabszej nie wchodzą wcale w rachubę... 
Nie powinno mię to wszystko wcale obchodzić. Mam zupełną możność traktowania 
tej osoby z taką przedmiotowością jak, dajmy na to, barana albo innego reprezentanta fauny, 
ale nie mogę... W ogóle trochę za dużo interesuję się tą sprawą, tyle o tym piszę, że to budzi 
podejrzenie. Czy tylko w tej „odrazie” nie kryje się krzyna jakiej satysfakcji? 
18 listopada. Na Waliców tramwajem. Kiedy wsiadłam do przedziału i już zapłaciłam 
konduktorowi, dopiero spostrzegłam, że w rogu siedzi ten śliczny jegomość w cylindrze. To 
już trzeci raz go spotykam. Ścierał co chwila ręką parę i wyglądał przez oczyszczony kawałek 
szyby. Na co on czekał? Jeżeli to miała być kobieta, to jakaż jest szczęśliwa! Kto on jest? Co 
robi? Jak mówi? Jakie też myśli kryją się w tej prześlicznej, w tej arcygłowie? Mam ciągle w 
oczach jego twarz zamyśloną i wyobrażenie całej postaci. Dziś na lekcji u F. bezwiednie i bez 
żadnego wysiłku, na pół wiedząc o tym, co kreślę, zrobiłam ten profil o bardzo subtelnej 
kombinacji rysów, pełen harmonii i jakiejś walecznej siły. Jak to dobrze, że sobie wyskoczył 
na rogu Ciepłej, bo, kto wie, może bym się była w nim zakochała. Przez cały dzień ciągle było 
mi bez żadnego powodu przyjemnie, jakoś tak radośnie, jak gdyby za chwilę miało mię spotkać 
coś nad wyraz miłego. Gdym usiłowała zrozumieć, co mi się dobrego zdarzyło, płynęła z 
ciemności jego twarz — i te oczy szukające czegoś za szybą. 
Niech go spotka w życiu wszystko dobre... 
19 listopada. „Najzacniejsza pieśń Salomonowa”140 mówi: „I któż to jest, który wychodzi 
z puszczy, jako słupy dymu, kurząc się od mirry, od kadzidła i od wszystkich prochów wonnych...” 
Najzacniejsze słowo! Jest to realny opis uczucia... Tego, które przychodzi z puszczy... 
Słowa bez sensu tłumaczą istotę uczucia tak ściśle jak algebra. 
20 listopada. „Na łożu moim w nocy szukałam tego, którego serdecznie miłuję, szukałam 
go, alem go nie znalazła. A przeto teraz wstanę, a obejdę miasto, będę szukać po ulicach i po 
miejscach przestronnych, tego którego z duszy miłuję. Szukałam go, alem go nie znalazła...” 
Nieskromne, upokarzające!... Te słowa — to rumieniec. Każda litera pali się ze wstydu. 
Cóż, kiedy prawda, cóż, kiedy prawda... 
22 listopada. Znowu ten kuzyn ze swoim uśmiechem przyklejonym do warg gumą arabską! 
Kiedy on staje we drzwiach w chwilę po naciśnięciu przeze mnie dzwonka, jestem wprost 
bezsilna. Czuję od razu, że robię się czerwona jak burak. I żebym nie wiem jak usiłowała 
zblednąć — wszystko darmo. Tracę władzę nad głupim czerwienieniem się, ręce mi drżą. Ten 
frant gotów pomyśleć, że wywiera na mnie tak piorunujące wrażenie, a on mi tylko ubliża. 
Czemuż to nie jest tamten z Pieśni nad pieśniami? Rumienić się w towarzystwie osób dobrych 
i delikatnych nie jest wcale tak bardzo przykro. Jest to wówczas, jakby się nie chciało wymawiać 
pewnych słów ordynarnych, ciapać wargami alby patrzeć na rzeczy nieprzyzwoite. Ale 
tu! Czytałam gdzieś, że w Egipcie sprzedawano talizmany, które miały strzec kupującego od 
uroków. Mówiono wtedy: „Od spojrzeń dziewczyn, ostrzejszych niż ukłucie szpilką, od oczu 
kobiet, ostrzejszych niż noże, od spojrzeń chłopców, bardziej bolesnych niż uderzenie batem, 
od spojrzeń mężczyzn, cięższych niż uderzenie siekierą”. Jakżebym chciała być zabezpieczoną 
od ostatnich spojrzeń, od „tych” spojrzeń!... 
Dzisiaj pani B. przytrzymała mię w swym „zagraconym” salonie, a ten „literat” wsunął się 
tam niezwłocznie jedwabnymi kroki. Czułam jego osobę, mimo żem nie podnosiła oczu. Zaczął 
mówić rzeczy oklepane, które pewno słyszał od kogoś mądrzejszego. 
O Nietzschem141! Mam silne poszlaki, że uważa się za nadczłowieka i za ucznia filozofa, 
którego sądzi z „artykułów” pism warszawskich. Specjalnie jest znakomity, kiedy rozpoczyna 
zdanie w sposób pełen obietnic: 
— Bo trzeba pani wiedzieć... 
Albo: 
— Pewno pani sądzi, że... otóż... 
I dopiero wygłasza myśl znaną mi i niepotrzebną jak wyświechtany komunał. Rozmowa 
jego zmierzała do tego, żeby podkreślić pewne w niej wyrazy. Ciekawam, czyby się ten n a d 
f ae t odważył tak te wyrazy akcentować w rozmowie z jedną z pań bogatych, która mogłaby 
mu na to odpowiedzieć z całą śmiałością? Ale niech go tam Pan Bóg ma w swojej opiece! 
Cóż z tego, że ktoś mi da dowód swego lekceważenia, korzystając z tego, że jestem nauczycielką? 
Czy to mię ma boleć? Jest wcale nie zasłużone... Znosić tego nie mogę bez udręczenia, 
ale mogę przecie lekceważyć. Muszę zresztą, bo nie starczyłoby mi innej odporności na 
takie szarpanie nerwów. Tego rodzaju zdarzenia wstrzymują mię od poszukiwania towarzystwa. 
Jest to także brak odwagi cywilnej. Wiem, że nie odstąpiłabym osoby dobrej dlatego, że 
ją lekceważą, a samej siebie nie mam śmiałości ostro bronić. 
23 listopada. Będę zmuszona do porzucenia lekcji u B. Trudna rada! Nie mogę robić 
awantur w przedpokoju ani zanosić skarg do tej pani. Musiałam się bronić. Dziś ch. m. w. w 
p. i m. Popamięta on tę sekundę! Ale swoją drogą, jakież to jest wszystko podłe! 
Dawniej myślałam, że złą jest nienawiść. Gniewać się, mieć urazę — to inna rzecz, ale nienawiść. 
Przecie to jest pragnienie krzywdy. Nic złego nie zrobiłabym sama temu nawet adonisowi, 
ale wiedza o tym, że mu się coś takiego zdarzyło, nie byłaby mi już wstrętną. Powoli 
może przyjdę do pragnienia zemsty. Czemuż nie? Idąc po stopniach, zstępuje się koniecznie 
tam, dokąd one prowadzą. Wiem o tym, ale nie czuję złości do siebie, gdy jestem tak wrogo 
usposobiona. I któż wie, czy w istocie rzeczy nienawiść jest zła i niemoralna? Taka nienawiść... 
Któż to wie? tylko po co ja o tym wszystkim muszę się dowiadywać, na co to wszystko 
muszę roztrząsać? 
26 listopada. Cicho, cichutko umarła panna L. W niczyim sercu zapewne nie zostawiła 
uczucia głębokiego żalu. Kochano ją, jeżeli tak można powiedzieć, przez obowiązek. Mój 
Boże, a nieraz najgorsze osoby, gdy umierają, budzą żal żywy i szczery. Któż może być poczytywany 
za wzór nie tylko człowieka, ale za wzór ucznia Chrystusowego, jeśli nie ona, ta 
matka-panna? To była nie tylko istota duchem czysta, ale przedziwnie czysta ciałem, jeden z 
posłańców bożych, co na wzór Jego „trzciny chwiejącej się nie złamie i lnu kurzącego się nie 
przygasi”, jak mówi święty Mateusz. Całe życie spędziła w nauczycielstwie jakby w jakimś 
zakonie. Może i ona miała wady ukryte, może w tajemnicy przed bystrzejszym okiem popełniała 
jakie grzechy, o których nikt nie wie, ale po handlarsku ważąc jej życie, owo życie 
ośmieszonej starej nauczycielki, nie znajduję w nim występku. Praca, głucha praca pracainstynkt, 
praca-namiętność, praca-idea, ułożona systematycznie jak teoremat142 geometrii. 
Życie rozłożone na lata i kwartały szkolne, a z jego rozkoszy czerpanie tylko owoców rodzinnej 
kultury. Nie widziałam nikogo, kto by się tak radował istotnym „weselem wielkim”, kiedy 
zjawiały się w literaturze piękne dzieła, jak Potop alby Faraon. Ona doprawdy czuła się szczęśliwą, że żyje w tym samym czasie, kiedy tworzy Sienkiewicz, a portret tego pisarza 
miała w swej izdebce opleciony bluszczem. 
W wielu sądach nie mogłam się zgodzić ze zmarłą, a raczej nie potakiwałam jej w głębi 
serca, gdy to mówiła. Bo kiedy indziej!... Nie mogła zrozumieć pewnych nowych sił świata. 
Żyła w dawnym zakonie, który przez „Macht” 
Bismarcka143 nogami zdeptany został. Jakimże 
sposobem przystosowała owe dawne prawa do nowego życia? Zrobiła to prosto, jak nie można 
prościej. Oto entuzjazm zaklęła w pracę, wtłoczyła go wewnątrz swoich obowiązków. Było 
to trudne, z pewnością trudne, takie skroplenie uniesienia. Trzeba było powoli, w ciągu całego 
szeregu lat wytwarzać system, murowany system. Tak uczyć gramatyki, stylistyki, uczyć pisania, 
jak to czyniła panna L., już nikt nie potrafi. W tej nauce pedanckiej, prawie dokuczliwej, 
zajadłej, był właśnie entuzjazm. 
U trumny panny L. postanowiłam sobie naśladować ją. Nie przedrzeźniać, ale właśnie naśladować. 
Jej życie było tak wysoce kulturalne, że z naszej strony byłaby to ośla głupota, gdybyśmy 
mieli zaniedbać stosowania tych doskonałych wzorów. Mężczyźni naśladują przecie 
Anglików, ludzi innego kraju i typu, ludzi zza morza, a my mając w domu taki widok... A 
więc: 1) tłamsić w sobie upadki, osłabienia, czułości, a głównie, głównie, głównie wzdychający 
smutek; 2) ciągle podniecać wytrwałość i kształtować wolę; 3) układać z premedytacją i 
krytyką plan zajęć; 4) ściśle wykonywać, co się po rozwadze zdecyduje, choćby kije z nieba 
leciały. To w szczególności. A w ogóle: zachowywać czystość duszy i nie dawać do siebie 
przystępu niczemu podłemu. Wprost nie dawać przystępu. Jeżeli bierze na się formę kuszącą 
jako nowoczesność, nowotność, uderzać łajdactwo w piersi całą mocą ducha. 
U trumny panny L. przyszła mi do głowy myśl, że człowiek sprawiedliwy żyje tu na ziemi 
daleko dłużej niż głupiec. Małe, skurczone, uśmiechnięte zwłoki panny L. oddziałały dziś na 
mnie daleko silniej niż niejedna rozprawa mędrca. Jej nauczycielstwo nie skończyło się z 
chwilą śmierci. Owszem, zaczęło być całkowicie zrozumiałe to, co czyniła, niby doskonała 
książka, której ostatnią stronicę wraz z ostatnim przeczytaliśmy wnioskiem. Tak nie tylko żył, 
ale i leczył po swojej śmierci doktór Miller, zmarły na dżumę, który w chwili zgonu przepisywał, 
jak ma być zdezynfekowane jego ciało, ażeby komukolwiek z bliźnich nie przyniosło 
zarazy w cztery dni po jego zejściu. To są ludzie, którzy osiągnęli na ziemi główną siłę: nie 
bali się zstąpienia do grobu. Toteż ich śmierć jest tylko jakąś tajemnicą poważną, pełną czci i 
smutku. Śmierć ludzi, którzy jej się lękali, ciska urok wstrętny, przerażający, każe myśleć, a 
raczej topić się i dusić w myślach o tym rozkładzie ciała, pełnym nieopisanej ohydy. I wówczas 
jest jak potwór obmierzły i bezmyślny, a nade wszystko wszechwładny. 
Ale jeszcze rzecz jedna. Czy życie panny L. byłoby równie pożyteczne, gdyby została mężatką 
i miała dzieci, a właściwie, czy byłoby pożyteczniej dla świata, gdyby zamiast tylu 
uczennic wychowała dobrze tylko swe dzieci? I czyby je wychowała tak dobrze? Zdaje mi się, 
że to jest również macierzyństwo, a raczej macierzyństwo wyższego stopnia — tak kształtować 
dusze ludzkie, jak to panna L. czyniła. Nasze matki lekceważą sobie znaczenie matekwychowawczyń. 
Tymczasem urodzić dziecię to wielka i cudowna sprawa natury, ale znowu 
nie dyplom na wychowawczynię. Potrafi to samo byle obywatelka z rodu Kafrów144 czy Papuasów145. 
Może popełniam herezję wypisując tutaj to zdanie, ale je uważam za słuszne. Myśl 
moja jest taka: na świecie pełno jest kobiet niemądrych i niedobrych, ale za to pięknych i zdrowych. Są to Sabinki146, które na pewno zostaną porwane. Nie wynika jednak z porwania, 
ażeby każda Sabinka stawała się przez to skarbnicą wiedzy. Obowiązek (ale już wtedy i prawo) 
wychowywania pokoleń coraz lepszych, jeżeli idzie o to, ażeby pokolenia były coraz lepszymi, 
musi być odjęty niemądrym i niedobrym Sabinkom i oddany brzydkim pannom L. 
28 listopada. Dziś w myśl powziętych zasad zrobiłam obrachunek dochodów i wydatków. 
To materialistyczne pojmowanie dziejów mego życia z ostatnich trzech miesięcy i jeszcze 
bardziej materialistyczne wysiłki przewidzenia przyszłości okazały, że prawie dwa razy więcej 
wydaję, niż zarabiam. Kupiłam wprawdzie bieliznę dla W. i posłałam H. na dwa miesiące, 
a co najważniejsza, spłaciłam ze starego długu ciotki Ludwiki 40 rubli Siapsi Bożęckiemu, ale 
znowu zaciągnęłam u samej Marynki długów na 100 rubli z czubem. Przeraziłam się tą moją 
rozrzutnością, a właściwie nędzą, i postanowiłam do minimum ograniczyć wydatki. Zaczęłam 
od tego, że razem z Marynką kupiłam bilet do teatru. Grano Moliera Chorego z urojenia. 
Obydwie z M. przyszłyśmy do jednego wniosku... Częstokroć daje się czytać, a szczególniej 
słyszeć, zdanie, że na świecie „wszystko już było”. Na tym fundamencie, że wszystko już było, 
rozmaici panowie i damy pozwalają sobie na takie rzeczy, które istotnie możliwe były tylko 
w przeszłości. Przypatrując się takiej sztuce Moliera widzi się dopiero, jak ludzkość postąpiła 
naprzód, i to nie tylko w zakresie medycyny, ale przede wszystkim w dziedzinie etyki. 
Taką dzicz, jaką widzimy na tej scenie, z pewnością może, kto zechce, zobaczyć jeszcze w 
Radomskiem, Kieleckiem, a nawet w Sandomierskiem, a niewątpliwie wszystko to należy już 
przecie do epoki, którą opisuje Molier. 
Małe to i już osobiste spostrzeżenie. Jestem niby to zgnębiona śmiercią panny L. i innymi 
okolicznościami, a przecie potrafię pękać ze śmiechu za lada konceptem. Zawsze miałam to 
pochlebne o sobie mniemanie, że jestem lekkomyślna. Teraz ten przymiot zdaje się wzmagać. 
Nic we mnie stałego, niezmiennego. Gotowam jak najswobodniej się bawić, i to nie tylko w 
teatrze, ale z pierwszym lepszym knotkiem na lekcji, pomimo że niby to mam swoje smutki. 
Jakże wobec tego można sobie ufać, gdy w człowieku jest jakieś licho ukryte, nie dające 
chwycić się za uszy. Musi to być, widocznie, siła tej ziemskiej powłoki, siła zwierzęca, dla 
której śmiech jest konieczny, jak targanie przez wicher dla roślin. Należałoby umartwiać to 
mieszkanie ducha... 
30 listopada. Nazywa się: doktór Judym. 
1 grudnia. Nie jestem wcale przesądna, nie wierzę w znaki, a swoją drogą; gdy się coś takiego 
zdarzy, jest mi bardzo przykro. Teraz szczególniej, po dzisiejszej nocy. Zdaje mi się, że 
stoję wobec jakichś brutalnych i potężnych osób, które mię skrzywdzą. Usnęłam późno, w 
znużeniu i smutku. Ujrzałam we śnie salę ciemną, coś jakby sąd w Zurychu, gdziem nigdy 
przecie nie była. Wprowadziły mię tam osoby w ciemnych, skromnych uniformach. Szczególniej 
jeden... Skąd taka twarz?... Widzę go jeszcze. Osoby te rzekły do mnie, że Henryk popełnił 
zbrodnię morderstwa. Ogarnął mię przestrach, jakiego nigdy w życiu nie doświadczyłam. 
Zarazem uczułam w sobie decyzję tak przejmująco silną jak ta wiadomość: nie pozwolę! Stałam 
przy oknie wpuszczonym w gruby mur, które prowadziło do groźnej izby złote i jasne 
światło słoneczne. W dali było granatowe, faliste jezioro i białe góry. Wtem dał się słyszeć 
głos: — przyprowadzić! 
Henryk wszedł do sali. Na jego twarzy bladej i wychudłej był uśmiech, ale jakiż straszny! 
Czułam się tym uśmiechem na wskroś przeszyta. Gdy chciałam zbliżyć się, wszedł człowiek 
pospolitego wyglądu, ze stalowymi nożyczkami w rękach. Henryk usiadł na krześle i wtedy 
jego uśmiech stał się jeszcze bardziej, jeszcze bardziej... podłym. Felczer strzygł włosy, piękne, jasne włosy mojego drogiego braciszka. Pukle ich toczyły się po czarnym ubraniu i spadały 
na brudną ziemię. Ktoś mię wtedy ujął za rękę... Ale któż to był... O, Boże! 
Usiłowałam przemówić, krzyczeć, ale ani jednego dźwięku nie było w mojej gardzieli. 
Nawet płacz nie mógł się z piersi wydobyć. Guępe zawołała na mnie. 
Obudziłam się i usiadłam pełna jakiegoś strasznego uczucia. Nie mogę tego wypowiedzieć... 
Ten ból senny, stokroć boleśniejszy niż jakikolwiek za dnia, i owo tajemne a samo z 
siebie widzące przeczucie... Może, ach, najpewniej — wieszczba nie znanych mi cierpień przyszłych, 
a tak głębokich, że objąć je — już jest boleść... Nie mogłam poruszyć ani ręką, ani nogą. 
Z wolna odlatywała od mojego serca zmora, i cicha radość, że to był sen, radość jak święty 
promień słoneczny sączyła się do jego głębi. Cóż by kto mógł tak na świecie kochać, jak ja tej 
nocy mojego brata? Zdaje się, że ludzie najsilniej kochają swoją familię. Ja nie lubię tych 
moich uczuć rodzinnych ani je cenię, a nic nie ma nade mną takiej okrutnej, takiej niezgłębionej 
władzy, jak one. I co to jest? 
Czy należy mieć takie uwielbienie dla osób, które może tego nie są warte? 
Przecie tyle zjawisk, osób i spraw na ziemi... Jakież to zdanie wypisałam tutaj?... 
2 grudnia. Henia ma odrę, a ja godzinę wolną. Wpadłam do domu i siedzę sama. Ach, jak 
niemiło... Mgła o barwie śniadej wlała się w zaklęsłe podwórza. Dopiero godzina czwarta, 
dzień jeszcze, a nie widać odległych wieżyc dachów, które zawsze rysują się na moim horyzoncie. 
Tylko bliższe kominy, zarówno kwadratowe, ceglane, jak wąskie, okrągłe, z blachy, 
odbijają się w zmoczonych, oślizgłych płaszczyznach swych dachów, jak pale i słupy w wodzie 
stojącej. Co dzień szare i żółtawe mury są teraz jakieś sine, przeziębłe. Okna znikły prawie 
albo majaczeją niby zapadnięte doły oczne twarzy śmiertelnie chorej. Asfaltowy trotuarek 
na dnie podwórza ślini się rzadkim błotem. Tuż blisko za oknem słychać monotonny szelest. 
Wychylam się, natężam wzrok i przez zapocone szyby, niby przez pajęczynę, dostrzegam coś 
we mgle. Kupa żółtej gliny, a w niej coś się rusza, coś się g m e r a, jak u nas mówią. 
Czapka z daszkiem wciśnięta na bezbarwną głowę ciasno jak czepiec, brudny kubrak, fartuch 
okrywający figurę od pasa, buty, ręce, rydel. To chłopiec od zduna „wyrabia” glinę. Co 
chwila dolewa wody w rzadką masę i przerzuca to kleiste błoto. Ruchy ma jakieś żabie, prędkie, 
trzepiące się. Nogi jego brodzą w żółtym, rozbabranym ile, szybko odrywają się i głęboko 
toną, odrywają się i głęboko toną... Przemokłe buty, oblepione bryłami... 
W mojej stancyjce gospodyni kazała napalić. Ciepło tu i milutko, ale przez szczeliny 
okienne wciska się dech jesieni. Mgła coraz gęstsza już nie spada, lecz wali się zewsząd, lgnie 
do murów, pełza, rozciąga się, kurczy i pływa w przestrzeni jak lotne błoto. 
Czyż to mgła? Serce stęka z duszącej bojaźni. Zda mi się, że to coś obłudne wzięło na się 
postać mgły, że to coś bada ziemię, siedliska ludzkie, zagląda do okien i patrzy w nie, usiłując 
zobaczyć struchlałe serca. 
To śmierć. 
W bramie przesuwa się jakaś postać, jakaś bryła o ludzkim kształcie. Zapalono pierwszą 
latarnię i żółty błysk jej rozłazi się w rudym mroku, dosięga kupy gliniastej i przetrąca się na 
postaci małego zduna. 
Zapalam i ja świecę co prędzej, co prędzej — i usiłuję czytać. Daremnie. Ciapanie rydla i 
blaszany szczęk wiadra odbijają się we mnie jak echo w kamiennej zaklęsłości. Słyszę każdy 
krok tego dziecka, czuję każdy ruch w mokrych gałganach. Zdaje mi się, że już dawno, dawno 
widziałam taki dzień, że nawet przeżyłam te same uczucia. Tak mniemam patrząc w miazgę 
świata pochłanianą i trawioną przez ciemność i nie wiem, kiedy myśli moje wpływają w słowa 
harmonijne, w dźwięki czcigodne, które to wszystko zawierają w sobie: 
Nie budźcie ich, aż ciemność się odmieni, 
Przeklęty mrok, gdzie świętym oczy ślepną, 
Nie budźcie ich w tę smutną noc jesieni, 
W ten zgniły chłód, gdy duchom skrzydła lepną. 
Dziś pracy plon i pełne krwi zasiewy 
Z rozkisłych pól wchłonęły już kantory... 
Nie budźcie ich modlitwą i pieśniami... 
Skądże ja wiem te słowa? Czyje to słowa? 
I oto tam, w tych mokrych falach przesuwa się i znika mała, obdarta, skulona postać mojego 
starego, mojego kochanego nauczyciela, Mariana Bohusza147. Szarpie ją wicher, osacza 
przebiegłe zimno, ostatni goniec ziemi: siedliska zbójców. Biegnę za nim myślami po jakichś 
bezdrożach, po miejscach samotnych, opustoszałych, gdzie na nieszczęśliwych ludzi śmierć 
cierpliwa wyczekuje; szukam go i ścigam nad brzegami rzek, w nurtach i w głębinach iłu 
wodnego, między trzciną zeschniętą w szuwarach i karpach wodnych. Gdzież jest ten dół 
śmierci, w którym zgasiło się to serce najbardziej czułe, serce na miarę niewidzianą i niesłychaną, 
spalone od uczuć wiecznych. 
Cieniu bolesny... 
I oto z mroku ogarniającego świat, we łzach, co moje oczy zalały, ukazuje się twarz. Na 
pół oślepłe oczy wpatrują się we mnie, zuchwałe, obłąkane oczy mędrca. Strugi łez spłynęły z 
nich, toczą się po zwiędłej twarzy i wyżerają na policzkach długie krwawe bruzdy. 
Wieczny odpoczynek... 
4 grudnia. Po bardzo długiej niebytności odwiedziłam wczoraj pannę Helenę. Nie są to już 
five o’clock’i, lecz zebrania późnowieczorne. Dla kochanej panny Heleny mam wiele 
wdzięczności z owych jeszcze czasów, gdy mię tu nikt a nikt nie znał. Ona mi pomogła dostać 
niejedną lekcję i uczyniła to (co jest rzeczą godną pamięci) bez wyrachowania. Swoją drogą, 
na tych jej recepcjach nie czuję się w swoim żywiole. Może dlatego, że hasam tylko za lekcjami 
i wyzbywam się wielu szczególików salonowych, a może dlatego, że się tam zgromadza 
towarzystwo zbyt wielkich literatów i artystów. 
Główny kontyngens stanowią młodzi nieśmiertelni bieżącego sezonu. Muszę wyznać, że 
nie lubię ani książek modnych, sezonowych, ani ludzi tego autoramentu. 
Wczoraj, idąc po schodach do mieszkania panny Heleny, czułam formalne tchórzostwo. W 
chwili kiedy trzeba wejść do saloniku, gdzie zgromadziła się już pewna ilość osób, notabene 
mężczyzn, czuję, jak dalece jestem do tego czynu nie przygotowana. Zapomniało się o tysiącu 
rzeczy służących ku temu, żeby ładnie wyglądać. Wówczas formalna trema... Z tego się okazuje, 
że towarzystwo mężczyzn jest bardzo pociągające. Ja, przyznam się, mocno je lubię, ale 
koniecznie mężczyzn delikatnych, rozumnych, a przy tym nie pedantów, którzy by lekceważąco 
traktowali moje myśli i słowa. Mężczyźni wszyscy interesują się pannami, a kłamstwem 
byłoby przeczyć, że jest miło, ach, jeszcze jak miło wywoływać zajęcie. Wchodząc w celu 
(nie uświadomionym) wywołania tego mianowicie zajęcia kogoś swoją osobą, znajduję zawsze 
tyle wad i braków w mojej posturze, że mam chęć sromotnie zmykać. 
Salon panny Heleny jak dawniej: śliczne, duże palmy, sofy i krzesła w stylu chińsko-japońsko-maison-niponowym. Światło, jak dawniej, przyćmione. Na sofach 
tkwiły już rozmaite wielkości. Wszystko — nasi sławni. Wejście moje nie zostało dostrzeżone 
i nie przerwało rozmowy, która była bardzo żywa. Znowu opłakana kwestia kobieca. Roztrząsał 
ją (przeważnie za pomocą zwycięskich aforyzmów) poeta Br. Dla niego ta kwestia „nie 
istnieje”. Któż broni kobiecie robić, co jej się żywnie podoba? Chce się uczyć, to się uczy, chce działać jak mężczyzna, wolno jej i to... Ze swej strony poeta Br. „ośmielał się twierdzić”, 
że białogłowa powinna korzystać z praw przysługujących jej, ale przeważnie w zakresie etyki... 
Udoskonalać swą duszę, czynić ją niepochwytną, niedoścignioną dla grubej i ciężkiej siły 
mężczyzny. Cóż z tego, że kobieta będzie adwokatem, doktorem medycyny albo profesorem 
matematyki, kiedy ją z tych zawodów (prawdziwych dla niej z a w o d ó w) wyrwie dziwna 
tęsknota za czymś nieuchwytnym... (Zofia Kowalewska149). Według niego kobiety dążące do 
tak zwanej emancypacji pozbawiają się jednej ze swych sił faktycznych — uroku, gdy chcą 
zniszczyć w sobie pełną wdzięku niewiadomość różnych rzeczy i spraw tego świata. Dla poety 
Br. jest coś brutalnego w tym, gdy kobieta nie ma już o co spytać mężczyzny. W końcu 
swego wywodu zadał światu babskiemu w istocie trudne pytanie: czy można twierdzić śmiało, 
że kobiety uzyskanej absolutnej wolności nie użyją na złe, tak jak to robią dzisiaj mężczyźni? 
Przecie jest masa złych kobiet, a jak twierdzi psychiatria, daleko więcej pierwiastka zła wskazuje 
sprawowanie się obłąkanych kobiet niż mężczyzn. Poeta zgadzał się, gdy go zaczęto 
przyciskać do muru, że to jest właśnie suma uczynków świata, ale „nie wierzył”, żeby można 
było wpłynąć na zmianę tego stosunku środkami, które przedsiębiorą kobiety. 
Z mojego kąta pod palmą ośmieliłam się wydać głos, rozumie się, słaby, nie mój i drżący 
(co niechaj policzone mi będzie na karb trwogi wobec tylu liryków, dramaturgów, nowelistów, 
„estetów”) i za pomocą tak niskiego organu wyraziłam niezdarnie parę sentencji. Czepiając 
się ostatniej wątpliwości mówcy, rzekłam, że nie można jej żadną miarą podzielać, 
jeżeli się wierzy w siłę dodatniego działania kultury na duszę człowieka. Panna, która skończyła 
uniwersytet, może być tak samo niedobra jak chłopka, ale uczynki moralne pierwszej z 
musu będą lepsze niż uczynki chłopki, na czym świat otaczający bezwarunkowo zyskuje. W 
miarę wzrostu kultury wyższej zacierają się różnice wywołane niższością umysłu kobiecego i 
brakiem pracy nad jego rozwojem. Jeśli w duszy kobiety jest próżnia, którą mogłaby zająć 
dążność do jakiegoś światła, to w tej próżni naturalną koleją rzeczy rosną owoce złości, głupoty, 
złego wychowania. Dlatego to w szpitalach jest statystyka tak fatalna dla kobiet... 
Co do twierdzenia, że emancypantka, która już nie ma o co zapytać mężczyzny, jest zjawiskiem 
brutalnym, to wyznałam, że takiej kobiety dziś jeszcze wcale nie ma. Doścignąć mężczyzny 
nie może wprost z powodu mniejszego zasobu sił fizycznych (gdyby nawet miała 
przed sobą drogę bez przeszkód i... pułapek). Jeżeli zatem „niewiadomość” nie tylko „grzechu 
nie czyni”, ale prócz tego nadaje „urok”, to -pomimo wszelkich wysiłków, jeszcze długo kobieta 
będzie „bardzo uroczo” głupsza od mężczyzny. Dziś zresztą nie chodzi wcale o to, żeby 
mężczyznom dorównać, lecz o to, żeby coraz mniej zostawać w tyle we wszystkim, nawet w 
szpitalu obłąkanych. W końcu ośmieliłam się wtrącić małe żądło, jakby na świadectwo, że 
guwernantki istotnie gorsze są od poetów płci męskiej. Rzekłam, iż może to jest bardzo urocze 
potrzebować opieki, ale dopiero wówczas, gdy jej zabraknie, gdy jej na całym wielkim 
świecie wcale nie ma, wtedy czuje się, jak dalece w tym nie ma najlichszego uroku. 
Takie maksymy wygłaszałam w tym zgromadzeniu. 
W czasie powrotu do mojej izby myślałam jeszcze o tym wszystkim i czułam pewien niepokój. 
Nawet nie pewien, ale duży niepokój! Czy uwolnione kobiety nie użyją na złe swobody, 
tak samo jak jej dziś zażywają mężczyźni? Teraźniejsza dola płci nadobnej z pewnością 
jest następstwem jej stanu moralnego. Gdyby szło o jakąś walkę i o samo zwycięstwo, to trzeba 
by powiedzieć: gdy mężczyźni mają prawo być wolnymi i robić sobie, co zechcą, to takie 
samo prawo powinno przysługiwać kobietom. Ale to przecie nie chodzi o walkę, tylko o dobro. 
Zresztą sumienie moje, gdy mowa o tych sprawach, tak łatwo dostaje dreszczów! Jest to 
widocznie moc przesądu, odziedziczonego po szeregu prababek. Ja nie znam życia. Parę razy zdarzyło mi się czytać takie rzeczy, od których włosy powstają na głowie i ciało drży jak w 
malarii (Guy de Maupassant150, Owidiusz151). Idąc ulicami trafiam często na widok, który mię 
nie tylko przeraża, ale wprost ogłupia. Tymczasem setki ludzi przesuwają się obok tego jak 
obok latarni albo szyldu. Egzystują jakieś nie znane mi łotrostwa, rzeczy pełne okrucieństwa i 
hańby, w których kobiety biorą udział. Któż je wyuczył tych potworności? A jeżeli one same 
odnalazły w swych duszach to wszystko? Oto dlaczego boję się zdania poety Br., że babiny 
mogłyby nadużyć wolności. 
Czy to ma się tak tłumaczyć, że trzeba opuścić ręce? Nie, przenigdy! Ktokolwiek jest winowajcą 
straszliwych grzechów rodu ludzkiego, trzeba dźwigać się z brudu! Niech to czynią 
mężczyźni i kobiety. 
5 grudnia. Wczoraj wspomniałam o Owidiuszu. Sama nie wiem, czemu przyszła mi myśl 
przeczytać go jeszcze. 
Guępe ma wśród mnóstwa swych romansideł dwie śliczne, stare książeczki z zeszłego 
wieku wydane w Londynie, pt. Les oeuvres amoureuses d’Ovide152 . 
W tomiku drugim są dowcipne, pełne uroku i... zepsucia Elégies amoureuses153, i najładniejsza 
z nich, zaczynająca się od słów: L’oiseau le plus charmant qu’on pűt voir dans le 
monde, mon fameux perroquet154... 
Tłumaczę to sobie moim nieudolnym językiem w taki sposób: 
Papuga, wielomówny gość z Indii — nie żyje! Schodźcie się na pogrzeb, ptaki nabożne. 
Idźcie za zwłokami tłumem smutnym, bijcie się w piersi skrzydłami. Szarpcie pazurami policzki, targajcie 
z braku włosów zwichrzone pióra na głowach. Niech zamiast trąby pogrzebowej zadzwonią 
wasze pieśni wdzięczne. Philomelo-słowiczku, zapomnij już o zbrodni Tereusza, który ci język 
urżnął. Długie lata powinny były osłabić twój smutek. Los Itysa-bażanta smutny jest z wszelką pewnością, 
ale przecie to było tak dawno! Płaczcie, wszystkie stworzenia skrzydlate, co lotem skrzydeł 
swych kierujecie w przezroczystym powietrzu, ale nade wszystko rozpaczaj ty, synogarlico, towarzyszko 
zmarłej. Tak, o papugo! Czym był Pylades dla Orestesa155, tym dla ciebie była synogarlica. 
Ale na cóż ci wierność i piękna barwa twych skrzydeł? Cóż z tego, że spodobałaś się natychmiast 
prześlicznej kobiecie, kiedym cię przyniósł jako podarunek miłości... 
Jest w tym jakaś dziwna swoboda, maluje się samo życie kontemplujące, próżniacze, ale 
równe i jasne. Owidiusz sam się oskarża, że jest „poetą swej własnej lekkomyślności”. Widać 
z innych utworów, że zna on straszne pieczary boleści, ale od nich ucieka do swoich niewiast 
pięknych, zepsutych, nikczemnych, z cudnymi oczyma i włosami o barwie „cedru z wilgotnych 
dolin pochyłej Idy”. Na lirze swojej kocha jedną strunę, która dźwięczy przez tyle wieków 
i dla tylu pokoleń... Jest to śliczne i jakieś takie dziwne. Tuż obok pięknego smutku, który 
można odczuć tak żywo, jakby się w sercu naszym znajdował, są karty niepojęte, straszliwe 
w swym nieludzkim cynizmie, jak np. potworna elegia trzydziesta ósma. Dech zamiera w 
piersiach, gdy się to czyta, jakby go śmierć chwytała. Niestety, w ohydach jest tak samo cudna 
poezja. Z tych kart starych ulatuje jak zapach mocnych perfum czy przed tysiącem lat zerwanych 
róż, które wieńczyły skronie poety. 
7 grudnia. Zmęczenie, zmęczenie... Jest późny wieczór. Śnieg z deszczem zmieszany płacze 
za oknem, dudni w rynnach jak skarga nędzarza i szkli się na kamieniach podwórza, które 
oświetla chwiejny błysk latarni. Oczy mimo woli wlepiają się w kałuże słabo błyszczące, co 
drżą od padających kropel. 
Pod sekretem muszę sobie wyznać, że teraz jestem daleko bardziej zmienna niż dawniej. 
To są pewno jakieś zmęczenia nerwowe. „Nerwy”, których wytrzymałości tak ufałam, jak sile 
rzemiennych naszelników prowadzących bryczkę, gdy się zjeżdżało z góry ku Głogom... 
A teraz po każdym wzruszeniu — bicie serca, po usilnej pracy — ból głowy, ociężałość, na 
przemiany to roztargnienie, to automatyczność. Tak źle sypiam! Po nocy bezsennej mam tę 
ciągłą nierówność bicia serca, oczy jakby piaskiem zasypane, szum w uszach, ból w gardle — i 
jakąś obmierzłą trwogę w duszy. Choćbym w taki dzień miała sumienie czyste, choćbym wytężała 
wszystkie siły, żeby się niczym nie splamić — nie jestem szczęśliwa ani swobodnej myśli. 
Biegnę na lekcje jak rzecz popchnięta, odrabiam je jak idiotka. Gdy na przykład rozwiązuję 
zadanie arytmetyczne z Anusią, to tylko pierwsze słowa każdej myśli jasno rozumiem, 
dalsze ciągi gadam jak katarynka swą melodię. Dopiero po wymówieniu zdania — s ł y s z ę 
jego sens w głowie niby wyrazy czyjeś, które dokładnie zrozumieć przeszkadzała mi dyskusja 
z kim innym. Brak siły nerwowej. Biedne, strudzone, ogłupiałe nerwiska nie mają odpoczynku. 
Każda przeszkoda staje się dla nich uciążliwą, a naprawdę płakać się chce, gdy zdarza się 
sposobność rozrywki, a i do niej brak ochoty. Ze wszystkiego jednak najcięższy powrót z lekcji 
do domu. Nogi idą niby spuchnięte. Przemokłe, jak dziś na przykład, buciki dolegają i ciążą, 
zabłocona suknia nie czyni wrażenia stroju ani odzieży, tylko jakiejś paskudnej szmaty. 
Ach, to ubranie do ziemi! Jest ono zapewne miłe, doskonałe i piękne, ale dla pań, które nigdy 
nie chodzą po zabłoconych ulicach, tylko jeżdżą w karetach. Dla nas, co musimy grasować po 
bagnach dzielnic ubogich — jest to prawdziwa katusza. Obrzydłe jest podkasać suknię wyżej 
(zresztą niemożliwe, bo wnet dziesięciu panów zacznie się przyglądać), a ręce kostnieją trzymać 
ją, dbać o nią — albo zachlapać i nosić na sobie kupy brudu. W jednej ręce niosę parasol, 
książki, kajety, drugą muszę wiecznie piastować swój ogon i w tym kształcie upędzać się po 
trotuarach. Skromność pozwala dekoltować się, odsłaniać nagie ramiona i piersi, ale zakazuje 
demonstrowania światu nogi wyżej kostki, w grubej pończosze i wysokim trzewiku. Ciekawam, 
czy też w chwili gdy moda każe nam przyczepić sobie z tyłu ogon kangura, będziemy 
wykonywały jej polecenia z takim samym pietyzmem jak teraz, gdy dźwigamy ogony sukienne? 
Dziś biegnąc na trzecie piętro do Lipeckich, zabłocona, przemokła i buchająca parą jak 
zdrożony koń pocztowy, w środku tych krętych schodów kamiennych usłyszałam muzykę. 
Ktoś grał bardzo biegle za jakimiś trzecimi drzwiami. Zatrzymałam się na minutkę, z początku 
żeby usłyszeć, co to grają, a później nie chodziło mi już o to — i do tej chwili nie wiem. 
Harmonijne tony wzięły mię opływać dokoła, ni to pytania jakieś bolesne; zaczęły patrzeć we 
mnie jakby wielkie, pełne łez oczy błękitne. Litowały się nade mną jakoby dobrzy, kochani 
bracia, ujrzały we mnie coś litości godnego, jakieś, widać, zmiany niepożądane, bo łkały z 
żalu. 
Ale wnet zaczęły się w sercu moim uśmiechać — wołać mię jak gdyby pieszczotliwymi nazwami, 
a tak dziwnie, tak nadziemsko, jak tego już nie usłyszę nigdy na świecie. Otoczyła 
mię całą od stóp do głów wiosenka jedna, dawno, dawno, przed laty w Głogach spędzona, 
kiedy jeszcze żyła mama i ojciec. Widziałam w oczach zamkniętych ścieżkę do stoku pod 
wielką gruszą, wokoło jaskry u źródlanej wody, długie smugi kaliny, jeżyn i dzikiego chmielu. 
Widziałam wodę połyskującą za upustem, zielone pręty sitowia. Srebrne płotki przekręcały 
się do słońca pod samym wierzchem i okonie z ciemnymi pręgami wychylały swe ostre 
grzbiety z zimnego nurtu. Drewniana figura świętego Jana stała wśród grobli nad stawem i 
czarne olchy z krzywymi pniami... 
Nie mogę napisać... 
9 grudnia. Gdy się tak człowiek od lat kołacze po świecie, wciąż mijając nowe osoby, nabiera 
dziwnej wprawy w zgadywaniu ludzi. Nie jest to wcale zdolność poznawania myślami, 
lecz prędzej widzenia źrenicą. Daleko lepiej i z większą stanowczością udaje mi się przeczuć 
człowieka, niż gdybym się zabierała do długich i systematycznych studiów, do obserwacji 
świadomych (chociaż i tych nie przerywam). Czasami złudzi mię jeszcze światowa gra życzliwych 
uśmiechów, często tak dobrze oddana, ale omyłka trwa chwilę, bo wewnętrzna nieprzyjemność 
zaraz mię ostrzega. Czekam wówczas cierpliwie i poczciwe życie przynosi 
stwierdzenie szeptów instynktu. Ileż to już razy tak było! 
Oprócz tego „czuja” mam jeszcze kilka swoich środków wydobycia prawdy. Oto — nie zaspokajam 
ciekawości i nie odpowiadam na złośliwość. Wprost „nie raczę” uczuwać pewnych 
uśmiechów, słów, aluzji. 
Szlachetni współobywatele prędko przychodzą do wniosku, że to pień jakiś, twór wyjątkowo 
tępy, który wcale ukłuć nie czuje. Wtedy odsłania się prawda... 
Czy kiedy miałam skłonność do takich badań? Zdaje się, że nie. Życie wszystko potrafi 
wykrzesać. 
Nie ma w tym dawnej mojej a tak naiwnej pokory — och, ani odrobiny! — prędzej jest jakaś 
zła pycha. Nieraz myślę sobie, że coraz dalej jestem sercem od ludzi. Dokądś odchodzę, do 
jakichś sennych widziadeł, do jakichś bohaterskich, czystych cieniów. One to stanowią prawdziwe 
towarzystwo. 
Świat nasz otaczający, półinteligentny, półbarbarzyński, a główna — chytry... Przebiegłość 
służy w nim złośliwości, a złośliwość praktykuje się dla niej samej. Zawsze chodzi o stwierdzenie 
czyjejś niższości, i to tym bardziej, im ciężej tę niższość odnaleźć. Kobietki, nasze 
anioły domowych ognisk, te z maestrią uprawiają sztukę! 
Jesteśmy wszystkie tak zaawansowane w sztuce mielenia językiem na szkodę bliźnich, że 
kiedy mężczyzna zbliża się pierwszy raz do obcej, z pewnością formułuje sobie pytanie: jaki 
też to rodzaj zwierzęcia? W tym czczym życiu panuje wszechwładna obłuda. 
Kłamstwo wcale nie tylko nie jest tępione, ale nie budzi nawet odruchowego wstrętu. 
Wszystko złe toleruje się z obiektywizmem, a w razach natarczywych daje się rzeczom za 
pomocą sofizmatów156 wygląd nieprawdziwy albo się wprost udaje, że nie są wiadome najdokładniej 
roztrząśnięte fakty. W tej atmosferze oddycha kwiat wychowania domowego niewinnych 
dzieci. Nawet gdybyśmy mieli wrodzone zamiłowanie kłamstwa, trzeba by je niszczyć 
dla krzywd, które wyrządza. Ale wszelkie moralne dążenia tnie batem ciągła świadomość, że 
obok nas żyją ludzie, którzy wprost nie mają potrzeb moralnych, których wcale nie czyni nieszczęśliwymi 
widok nadużyć. Męka moralna samotnych jednostek wydaje się być czymś 
przybłąkanym, niezdatnym do niczego, bez związku z czymkolwiek, niby jakaś właściwość 
osobliwsza, przedawniona czy za wczesna. A czyliż te uczucia mogą być tak samotne? Toż 
zaginą jak ziarna zboża w cierniach z boskiej przypowieści. 
Ileż to razy usiłowałam wytworzyć w duszy tej lub owej uczenniczki takie ognisko miłości 
prawdy, rozchuchać przygasły węgielek cudnej władzy, która tyle szczęścia daje człowiekowi. 
I ileż razy znajdowałam tam opór oszańcowany murem szyderstwa... Moja misja rodziła 
drwinę. Wtedy zawsze czuję się tak samotną i opuszczoną. I dziś znowu to samo... 
Maniusia Lipecka jest to tak zwana „główka”. Zdolności jej są rzeczywiście bardzo piękne, 
ale pewno pójdą w jednym kierunku. Oto, co wymyśliła. Gdy przychodzi dziadek Hieronim, 
Maniusia cichaczem prosi go o czterdziestówkę na tak zwane „pieczątki”. Gdy wpada wujaszek 
Zygmunt — to samo; z ciocią Teklą — to samo. Tymczasem mała figlarka ani myśli kupować 
pieczątek. Zebrane pieniądze chowa do skarbonki. Gdy chciałam przeciwdziałać temu talentowi gromadzenia pieniędzy w ósmym roku życia, mama oparła się z wytrzeszczeniem 
oczu. Jest to, według niej, zapowiedź sprytu i oszczędności. 
Uczucia nasze nie mogą drzemać, muszą mieć jakiś wyraz w czynach. Budzi się we mnie 
głęboka awersja do tego, co na mieszczańskich piętrach uważane jest za moralność. Stempel 
obłudy wyciśnięty przez matadorów starczy tam za wszystko. Każda z jednostek zadrżałaby 
na samą myśl, że może być źle odstemplowaną. A i ja sama czyż mogę się chełpić, że mię nie 
obchodzi, co szepce pani Lipecka, Blumowa albo inna „matka”, zajęta systematycznym psuciem 
duszy swego dziecka pod pretekstem edukacji? Bynajmniej! Liczę się z tym wszystkim. 
I jak jeszcze! Tylko już was znam, bydlątka boże! Już wiem, że jeśli mię boli i nęka opór waszych 
dzieci wobec mojej etyki, to nie dlatego, żebyście wy jako gromada były mądre i dobre. 
10 grudnia. List od Wacka. Oto, co pisze: 
„Droga zmęczyła mię i znudziła, a na dobitkę ząb mię bolał nie dając w ciągu dziewięciu 
dni ani chwili spokoju. Właściwie to nie tak sama droga nuży, jak noclegi w powarniach. Nie 
wiadomo, co wtedy robić ze swoją osobą. Wyjść na czas dłuższy nie można, gdyż pięćdziesięciostopniowy 
mróz to nie żarty, czytać trudno, przy tym stan ciągłego wyczekiwania, obawa, 
że renifery rozbiegną się i trzeba będzie z konieczności kilka dni zatrzymać się w takiej 
dziurze, wszystko to, razem wziąwszy, wywoływało nasz pośpiech. Renifery rozbiegały się 
kilkakrotnie, ale udało się nam z Jasiem dość prędko je gromadzić do kupy. W ciągu całej 
podróży nie straciłem ani jednego dnia. Nulla dies sine linea157. Widzisz, jak to dobrze umieć 
łacinę! Taka linea w tych stronach znaczy kilkadziesiąt wiorst. Renifery wszędzie dobre, droga 
z małymi wyjątkami znośna, więc mknęliśmy z szybkością dziesięciu (do dwunastu) wiorst 
na godzinę. 
Powarnie czasami okropne! Tyle się już o nich czytało, tyle słyszało, a jednak rzeczywistość 
znacznie przechodzi wyrobione o nich pojęcie. Są to ogromne, niskie landary bez podłogi, 
bez nar, z dymiącym kominem, ze szparami w ścianach — jednym słowem, do mnie podobne: 
ze wszystkimi wadami, ale za to bez żadnych zalet. Na pierwszy rzut oka przedstawiają 
się poetycznie, szczególniej kiedy ogień oświetli ściany pokryte białym szronem, soplami, 
i niby tysiącem znikających diamentów zacznie migotać. Ale estetyczne zadowolenie 
ustępuje miejsca rozczarowaniu, kiedy ta fantastyczność zaczyna kapać na nos i ubranie wędrowca. 
Na noc w powarniach nigdy się nie rozbierałem, przeciwnie, ubierałem się ciepło, co 
do przyjemności nie należy. Przy tym, dopóki ogień się pali, takie g o r o ńo, jak mówią 
twoje Litwinki, że nie wiadomo, gdzie się ukryć, a jednocześnie nogi i plecy marzną. Czasami 
zamiast w powarni udawało nam się nocować w jurcie; ale i te chambres garnies nie są bez 
„ale”. Kilkanaścioro ludzi płci męskiej, żeńskiej i nijakiej gnieździ się w małej jurcie razem z 
psami, cielętami, w bezpośrednim sąsiedztwie bydła. Dołączony do tego zapach gnijących ryb 
powoduje to, że trzeba było wyskakiwać na jednej nodze dla złapania tchu. 
Rano znowu jazda. Wytrzymałość reniferów — zadziwiająca. Trzeba je widzieć (choć nie 
radzę...) obciążone naładowanymi nartami, gdy się wdzierają na pionowe urwiska gór lub gdy 
pędzą po błotnistych kępach, ledwie-ledwie pokrytych śniegiem. Pędzimy przez błota! Narty 
skaczą, chyboczą się po kępach jak łódź w czasie wiatru na wodzie. Noc ciemna, widać tylko 
jakąś nikłą, białą płaszczyznę. Woźnice krzykiem poganiają zwierzęta do szybszego biegu. Za 
sobą słyszę coś w rodzaju sapania lokomotywy i co chwila to z prawej, to z lewej strony ukazuje 
się poczciwy, rogaty pysk jelenia, obrośnięty szronem, buchający parą, z wywieszonym 
jak u psa jęzorem. Gdy ścisnęły silniejsze mrozy, jelenie przestały sapać i stuliły buziaki. W 
czasie jazdy trzeba się ciągle przechylać to w tę, to w ową stronę dla zachowania równowagi 
albo, dla przywrócenia jej, uderzać nogą w ziemię. Wjeżdżamy w las, przecinamy wzgórza, po czym szalonym pędem staczamy się znowu w dolinę. Jelenie pędzą jak wiatr i narty lecą, 
aż dech zamiera w piersiach. Na dole przednie narty zwalniają biegu, następnie wszystkie z 
trzaskiem uderzają się o siebie i rozskakują na wsze strony. W dolinie znowu kępy, znowu 
podskoki nart niby po wzburzonych falach. Zmuszonemu do ciągłych ćwiczeń gimnastycznych 
— ciepło, ale nogi marzną, a przy szalonym pędzie po kępach w ciemności nie może być 
mowy o rozgrzaniu się w jakikolwiek sposób. Nareszcie w oddali ukazuje się słup iskier. To 
jurta! Witamy ją radośnie jak żeglarze latarnię morską. Po chwili rozgaszczamy się w cieple, 
jemy i pijemy jak bohaterowie Homera, a zaraz potem spać, spać! No i tak co dzień — przez 
trzy miesiące i dwa dni. Mój aparat, szkło, przybory dowiozłem w całości, czemu się okrutnie 
dziwuję. Mają mi przysłać z Jakucka klisze, papier i w ogóle wszystko. Cóż tam u ciebie, 
moja słodka dziewczyno, moja miła siostrzyczko...” 
15 grudnia. Od pewnego czasu łaknę i poszukuję widoku radości. Szukam książek wesołych. 
Wielką by mi przyjemność sprawiło, żebym widziała czyjeś życie pełne szczęścia. Mam 
dokoła siebie albo nędzne, chorowite egzystencje, albo zapasy z przeciwnościami nad siły. Co 
krok można spotkać osoby zadowolone (ze siebie), ale nigdzie nie widać wesołych. Zadowolenie 
jest tam, gdzie są małe potrzeby, a szczęścia, z którego tryska wesele, tak jakby nigdzie 
nie było. Człowiek stworzony jest do szczęścia! Cierpienie trzeba zwalczać i niszczyć jak 
tyfus i ospę. 
24 grudnia. Wróciłam z pasterki. Byłyśmy wszystkie, to jest panna Helena, Iza i moje bębenki. 
Mróz. Sypki śnieg iskrzy się i chrupie pod nogami. Z mojego okna widzę tylko dachy 
ze srebra. Szeregi zaczarowanych pałaców stanęły w biednej dzielnicy. 
Księżyc świeci. 
Druty telefoniczne osędziały. Są białe jak sznury grubej bawełny, którą zwija na kłębek jakaś 
babcia, ogromnie, ogromnie wiekowa. Jest coś dziwnego w tej nocy jasnej, w tej nocy 
czystej. Niewysłowiony wdzięk leży na murach oblanych światłem miesięcznym. 
Już chyba wszystkie walki ze znużenia w tej ciszy ustały i żelazna pięść przemocy osłabła 
z żalu. 
Gdyby w tej chwili zbójca chciał sztylet utopić w piersiach swojej ofiary — zemdlałaby mu 
ręka. Bo teraz aniołowie zstępują z niebios na ziemię i tulą do serc przeczystych westchnienia 
skrzywdzonych ludzi. 
Kto teraz modlić się będzie... 
W żłobie, gorzej niż niemowlę ubogiego parobka, leży ten, o którym mówił Izajasz, że 
„uderzy ziemię rózgą ust swoich”. Może to Jego królestwo już się zaczęło, może już idzie 
„rok Pański wdzięczny”. Niech się umocnią dusze cierpiące dla dobra wielu, niech wytchną, 
Panie... 
26 grudnia. Święta! Śpię, próżnuję i chodzę na wizytki. Zniosłam do siebie stos książek i 
rzucam się od jutra w srogie czytanie. Guępe wyjechała na tydzień. 
Do naszego apartamentu wyniesiono dla braku miejsca od państwa S. choinkę. Mam w nocy 
miły zapach świerczyny. Ach, żeby tak przejechać się sankami wśród lasu obsypanego 
śniegiem, świecącego soplami, w zimowy wieczór, kiedy to gonty na dachach strzelają! Jak to 
tam jest teraz? 
Puste pola. Ani szmeru, ani szelestu. Księżyc idzie nad rozległym przestworzem. Gdzieniegdzie 
gruszka polna stoi wśród śniegów samotna, obdarta. Rzuca swój cień błękitnawy... 
7 stycznia. Wacław umarł. 
Odebrałam wiadomość od tej pani przed tygod... 
.... ... ... . 
23 marca. Przerzucając rupiecie w szufladzie mojego stolika, znalazłam ten sekretnik. 
Gdym go otwarła, wzrok mój trafił na słowa przed dwoma miesiącami pisane. Jak gdyby coś 
nowego!... Zarazem takie samo zimno, obojętność. Czyliż to ma być moje nieszczęście? 
Gdzież ono jest? Ja go nie czuję. Słowa te są puste wewnątrz i tylko mają formę, powłokę 
bólu znanego ludziom. 
Dawno, gdy jeszcze byłam w domu, nieboszczyk tatko pokazywał mi w Głogach pszenicę, 
którą śnieć zjadła. Szliśmy rano o świcie, obok niwy pod górą, nad strumykiem Kamiennym. 
Tatko urywał kłos, wyjmował z niego ziarno. Było całkiem podobne do ziarna pełnego, miało 
zewnętrzną barwę. Tylko gdy było dotknąć go palcem, wylatywał ze środka złotej łupiny 
murz158 czarny, pyłkowaty, sypki. Tak i moje uczucia... Nie ma w nich czystego chleba uczuć 
siostrzanych, tylko śnieć spróchniała... 
25 marca. Chciałabym tu opisać... 
Zaczynam czuć potrzebę wyjawienia, jakby ekstyrpacji159 z głębi siebie. Jestem taka zabita! 
Żadnych uczuć, żadnych nawet poruszeń. 
Jestem podobna do owej sadzawki Siloe, gdy od niej anioł odleciał160. Czuję, że coś w mej 
duszy, jakaś dawniejsza jej władza — przestała istnieć, a to, co zostało, jest d 1 a m n i e już 
na nic. Jest to tchórzliwe i oziębłe. Nic już nowego na ziemi zrobić nie potrafię. Są jeszcze 
dobre istoty, które cenią we mnie i te resztki, ale ja sama czyż mogę przystać na myśl, żeby 
jakąkolwiek wartość nadawać czemuś, co jest jak nędzny łachman, pozostały z dawnej odzieży. 
Był czas, kiedy sądziłam, że jestem zdruzgotana ze szczętem. Dziś widzę, że tak nie jest. 
Złamane jest tylko moje osobiste szczęście. 
Chcę rozbudzić w sobie siłę życia, biczuję się wspomnieniem panny L., biorę się pazurami 
do robót ciężkich. Ale to wszystko, to wszystko... 
Takie mam ciągle uczucie, jakby mi ktoś podpowiadał, co trzeba, uczył mię, jak trzeba, 
wysilał na to duszę swoją, a ja mu stale, z chłopska nie dowierzam. Często przybiega do mnie 
to ta, to owa znajoma i mówi o swych strapieniach. Wówczas mię to „mile zajmuje”, ale w 
sposób bardzo zbliżony do wzgardy. Myślę sobie patrząc na łzy cudze, jak szczęśliwymi są ci, 
co takie tylko wylewają. 
Ja milczę. 
Znam jedno mądre słowo, o którym Wacek nic nie wiedział. 
Słowo: Hart sei!161 
Byłby mię zabił wzrokiem, gdybym mówiła, że życie trzeba kochać nade wszystko. 
26 marca. Często teraz wcale nie wiem, co jest dobre, a co złe. Zdaje się, że nic „złego” 
nie robię, ale też żadnej nie mam pewności, że takie sprawowanie ma jakąkolwiek wartość. 
Chwilami wydaje mi się, że „dobrym” uczynkiem byłoby właśnie wręcz coś innego. Rozumieć 
rozumiem wszystko tak samo jak przedtem, tylko żadne już pewniki nie mogą mną władać. 
27 marca. Na cóż się zda cierpienie? 
Czy można wierzyć, że taka męka jest zwyczajną, ordynarną koniecznością? Czyją? Gdy 
długie dnie są tym wypełnione, staje się ono dla umysłu niepojętą zagadką, tajemnicą udręczającą, 
której znaczenie, nad wyraz doniosłe, ukryte a władcze, jak ptak mistyczny krąży nad 
głową. 
Czarny, złowieszczy kruk niedoli! 
29 marca. Miałam długą chwilę wmyślenia się w jakiś krajobraz. Kępy błotniste, ledwo 
pokryte śniegiem. Jest mi bardzo niemiło... 
2 kwietnia. Nie wiem, co mi jest. Jakieś uczucie ze wszystkich najsilniejsze i najbardziej 
przejmujące smutkiem... Tęsknota... Smutek, któremu brak wszelkiego przedmiotu, celu i 
myśli. Ach, nie — jest tej myśli jakaś nędzna, uciekająca, bezradna drobina. Taki błędny 
okruch mieści w sobie tylko przeświadczenie, że to co mię o smutek przyprawia, jest najważniejszą, 
najcenniejszą, jedyną wartościową sprawą. Dziwna rzecz: za pomocą tego małego 
atomu odgaduje się prawdziwą treść życia, widzi przestwory, światy rozległe i dalekie, o których 
nic nie wie codzienny, zdrowy rozum. 
Tęsknota, tęsknota... 
Uczucie najbardziej niewypowiedziane, stan próżny wszelakiej ulgi, ucisk serca ciągły i 
jednostajny. 
A przecie on sam w sobie jest upragniony, bo daje jakby lękliwe pożądanie ujrzenia znowu 
onej niedoli. Oziębłość zimowa, którą przeżyłam — nie był to stan dobry. Teraz zaczynam pamiętać 
każde z tych zimnych uczuć, niby jakieś narzędzia z żelaza, które rozdzierają. 
Dawno już temu, z osiem lat może, szliśmy pewnego razu z Henrykiem przez nasz gaj 
brzozowy. On miał w kieszeni rewolwer. Chcąc się pochlubić przede mną, wyjął tę broń, wycelował 
i strzelił. Kula przebiła na wskroś młodą brzozę. Z tego miejsca trysnęła struga soku i 
uchodziła tak długo, tak długo, aż nie mogąc znieść, uciekłam z lasu. Gdym była na jego 
skraju i odwróciłam głowę, widać było jeszcze strugę sączącą się po białej korze. Słońce w 
niej przeglądało się i iskrzyło tak samo, jak się przegląda w nędznej kałuży na drodze, po której 
brodzą cielęta. 
3 kwietnia. Już sama nie wiem, czego chcę. Tęsknię, a raczej usycham z tęsknoty. Chciałabym 
pójść, uciec... Jestem jak człowiek bardzo chory, który sam nie wie, co go najwięcej boli. 
Źle mu jest, a poruszyć się nie ma siły. Gdyby zresztą zdołał, to i zmiana położenia szkodę mu 
przynieść może. 
5 kwietnia. Zdaje mi się, że gdybym mogła usłyszeć trochę dobrej muzyki, może bym była 
tak samo nieszczęśliwa, ale mniej bezradna. Łzy silniejsze są niż wola. Dlatego cierpię i nic w 
sobie zmienić nie umiem. Wszystko pozostaje tak, jak było, te same cele, te same obowiązki. 
Rozumiem to i wciąż jestem bez sił. Nie mogę się uskarżać na brak postanowień... Jest ich 
tyle w mych ustach! Brak tylko jakiejś małej, drobnej rzeczy... 
6 kwietnia. Wstaję rano, idę na lekcje, odbywam wszystko jak się patrzy — i śmieję się z tego 
wszystkiego. Jest to tyle warte, co wiatr karmić. Do niczego nie mam ochoty. Sama siebie 
pytam, czego mi się chcieć może i ciągle, nie mówiąc sobie tego, stwierdzam, że pragnęłabym 
jednej tylko rzeczy: nie być. 
Ta myśl wysuwa się bez żadnych przejść od minionego usposobienia, łzy płyną i w nich 
jest to życzenie... 
7 kwietnia. Z Antosią L. przechodzę teraz literaturę... grecką. Sama umiem z niej (z literatury 
greckiej) tyle, com zasłyszała od Wacka. Czytałam wszakże onego czasu wszystko, co on 
przechodził, a nawet greczyzny samej sporo wchłonęłam. Obecnie czytamy tragedie Eschylosa, 
Sofoklesa, Eurypidesa w przekładzie Z. Węclewskiego162 i K. Kaszewskiego163. 
Któż by pomyślał, że w kartach tych utworów można swój ból spotkać, że już wówczas 
były siostry, którym zabraniano chować w ziemi braci... 
Moja uczennica czytała równym głosem Eschylosa Siedmiu przeciw Tebom164. I oto, co 
tam mówi Antygona: 
Przemożne są krwi związki, która mię jednoczy 
Po rodzicielce biednej i niebogim ojcu! 
Więc znoś cierpliwie krzywdę, serce me, na którą 
On zżymał się, i poświęć życie dla zgasłego 
Z siostrzanej tej miłości. Ciała jego wilcy 
Żarłoczni nie rozszarpią. To się nie pokaże! 
Bo grób wykopię własną ręką i ostatnią 
Posługę, choć niewiasta, oddam sama jemu. 
Wyniosę go w buchastej szacie tej płóciennej 
I sama go pochowam. Nikt mnie nie powstrzyma! 
Skuteczny ten wynajdzie sposób, kto odważny... 
Szalona dziewczyna! Nie, nie! Precz z takimi wzorami! Ja jestem rozsądna, mój ideał — to 
posłuszna Ismena, szanująca rozkazy Kreonowe. Ja nie pójdę kopać grobu dla Polinejkesa. 
11 kwietnia. Święto. Nigdzie dzisiaj nie wyjdę. Tak jestem rozbita i tak mi źle, jakbym siedziała 
w ciemnym i dusznym lochu. W ciągu ostatnich dni napada mnie płacz. Gdy na lekcji 
nie mogę beczeć, duszę ten płacz w sobie i dźwigam go z miejsca na miejsce. 
W święto, gdy Guępe wyjdzie i nikt mnie nie widzi, całymi godzinami pozwalam sobie na 
tę niekosztowną rozrywkę. 
20 kwietnia. Szłam dziś z lekcji niezwykłą drogą: Alejami Jerozolimskimi. Było ciepło i 
jakoś bardzo widno w powietrzu. Daleko, za Wisłą, ciągnęły się przed oczyma lasy niebieskie. 
I oto bez żadnej racji serce zaczęło znowu trząść się i trwożyć we mnie jak biedne głupie 
dziecko Uciekam od płaczu, bo jeśli tylko dzień szlocham, w nocy nie śpię na pewno, a potem 
zaraz idą koleją straszne zmory, jedna za drugą. Och, widma nocne! Powinnam była wyrwać 
zaraz oczy z tej przestrzeni, ale nie mogłam. W żaden żywy sposób! 
Pójdę już z tego miasta! Nie chcę! Wydrę się ze siebie samej, z moich myśli, postanowień, 
prac; obowiązków, ze wszystkiego! Ziemio, nigdy przez człowieka nie zasiewana! 
Szczery, pusty, bezpłodny gruncie! 
Wysokie, szumiące swobodnie drzewa leśne! 
Tamtędy idzie w nasze strony kolej nadwiślańska. Nic nie zdoła oddać porywu radości, jaki 
się mieści w tym głupim pewniku. Gdyby tylko do czerwca przewlec duszę... 
Tam ją obmyję w śnieżnych wodach mojej dziedziny. 
13 maja. Ciepły, jasny wieczór. Na kamieniach mojego podwórza ścielą się łudzące, srebrnoszare 
figury miesięczne w deseń czarodziejski. Stary, brudny, splugawiony zaułek jest jakiś 
inny, niepodobny do siebie, jakby i on marzył... W tej nocy nawet ubodzy nędzarze dźwigają 
się i kierują oczy ku jasnym gwiazdom, które im przypominają dawno wygasłe uczucia. 
Ileż mocy widoki te wlewać powinny w serca nasze, w serca istot młodych, które nie ciągną 
ze sobą ciężkich wozów złej doli, w serca tych, co duszę swoją cenią nade wszystko, kochać 
bardzo głęboko umieją i nie sprzedali jeszcze siły płynącej z czystego serca ani męstwa 
ciskającego rękawicę wszelkiej podłości... 
4 czerwca. Piszę te słowa zardzewiałą stalówką w Kielcach, w hotelu (U n au w Kielcach, 
jak pamięć ludzka wstecz sięgnąć zdoła, wieczyście w hotelach ku wygodzie podróżnych 
leżały zardzewiałe stalówki). 
Co za katastrofa! Jestem znowu tutaj w moim poczciwym mieścisku... Wczoraj zerwałam 
wszystkie lekcje, odrzuciłam dwa zaproszenia na wakacje, u Lipeckich i u tej pani Niewadz
nił pogrzebać jego ciało; wtedy z dwóch sióstr Polinejkesa Ismena podporządkowała się rozkazowi, zaś Antygona, 
nie bacząc na karę, pochowała zwłoki brata. 
kiej z Cisów — spakowane graty powierzyłam „Giepce”, która przez lato zostaje w Warszawie, 
a sama, obarczona trzydziestką rubli i małym sakiem, ruszyłam na łeb na szyję. Nic mię nie 
obchodzi, co się dziać będzie z moją osobą. Wiem tylko tyle, że będę w Krawczyskach na 
grobie mamy i ojca, w Głogach... A zresztą wszystko mi jedno! Zapewne pojadę do Mękarzyc, 
do wujostwa Krzewińskich. Może zabawię tam całe lato, a może tylko kilka godzin. 
Wszystko mi jedno... (Patrz wyżej!) 
Teraz już nie ja rządzę, tylko podmuchy wzruszeń. Lelum-Polelum165.. One mię niosą, dokąd chcą, jak bujne konie. Długo więziłam je w żelaznej stajni, co dzień zatrzaskiwałam 
wrótnię, wbijając palce w płytę z granitu, teraz niech sobie pędzą, jako chcą. Jechałabym natychmiast, 
ale deszcz jak z cebra. 
Niedobre, przebrzydłe Kielce! Co wyjrzę oknem, to zamiast upragnionego błękitu — nowa 
gromada chmur i strugi ulewy. Ale niech tam! Musi się wyjaśnić. 
Przyjechałam w nocy, blisko o czwartej i z trudnością znalazłam ten numerek. Tak to — już 
w mieście Kielcach panna Joasia nie ma nikogo... 
Szybko wygasa domowe ognisko i rozwiewa się w ostrym wietrze wonny dym rodzinnego 
namiotu. Gniazdo człowiecze trwa tak samo długo jak gniazdo pająka. Przebieram w myśli 
osoby tutejsze, które pewno siedzą jeszcze między Karczówką a Pocieszką, ale nie znajduję 
nikogo, kto by zajrzał mi w oczy z braterskim zrozumieniem, gdybym powiedziała dzieje mego żalu, dzieje grobowego smutku, który był jak cień śmierci. Nie mogę nikogo wymyślić — 
jak by to powiedzieć? — z oczami widzącymi. Są to wszystko poczciwi ludzie, których tępe 
serce nie przebija ścian domu familijnego. Ale Bóg z nimi! Umiem już chodzić wśród zimnych 
ludzi jak między nagrobkami cmentarza. Mniejsza o to! 
Moja aleja ku Karczówce, mój wyśniony latami w Warszawie daleki widok górski! 
Bije godzina szósta na dzwonnicy katedralnej. Miły, spiżowy dźwięku zegara, bądź pozdrowiony! 
Jakże ci się obawiałam niegdyś, z jak głęboką trwogą słuchałam cię pierwszy raz 
po przyjeździe z Głogów do szkoły! A oto... Ale precz ze wszelkimi wspomnieniami! Nie 
wolno myśleć o rzeczach dawnych, bo znowu zaczną się brewerie płaczowe. 
Cicho, tylko deszcz gada w rynnach i od czasu do czasu przemknie się z łoskotem wehikuł 
kielecki. 
Tegoż dnia w Mękarzycach. Już jestem tutaj, u wujostwa. Bardzo późno... Jaka błogosławiona 
cisza. Nocuję sama, na „drugiej stronie”, w tej starej „salce”. Jestem szczęśliwa, ach, 
jakże jestem szczęśliwa! Cicho, na palcach stąpam w tym pustym pokoju, gdzie stoją dawne 
graty, które pamiętają umarłych — i nasycam się świadomością, że to nie złuda. Tu, w Mękarzycach! 
W tych niskich stancjach bywałam z mamą nieboszczką, gdym miała trzy, cztery 
lata... Powała z dwiema belkami, cokolwieczek skrzywiona; ściany wybielone wapnem, które 
tu i ówdzie odpada, ukazując suche i twarde drewna modrzewiowe. Okno zasłonięte kępami 
georginij, malw i bzów. Z ram jego deszcz spłukał pokost. Zasuwki, stare zasuwki dziwnej 
formy, ozdobnie wykute przez jakiegoś ucznia Tubalkainowego166, powlekła rdza warstwą tak 
grubą, że uczyniła z tych żelazek rzeczy doprawdy piękne. Gdy się wmyślam uparcie, to zda 
mi się, że jak przez sen widzę tego, kto te zasuwki przybijał. Był to młody kowal... Miałam 
wtedy może cztery lata. Wszystko to: przepalone szyby, drzwi, ściany, sprzęty i stare litografie 
noszą na sobie jakąś cechę wzruszającą. Istnieją bez żadnej zmiany w ciągu kilkudziesięciu 
lat, na tych samych swoich miejscach, wytrzymują działania pór roku i stają się jakby niezbędnymi 
cząstkami tutejszej przyrody. Każdy z tych przedmiotów ma swoją historię i wprost 
należy do familii. Stary dwór schyla się, paczy i garbi, ale trwa w gruncie rzeczy taki sam jak przed laty. Jest to dom rodzinny, zrośnięty z polem, z sadem, z drzewami i kwiatami. Kiedyś 
może w próchno rozsypie się i zginie z powierzchni, tak samo jak umiera człowiek... 
Psy szczekają. Zwabione światłem w oknach pokoju, gdzie zwykle wieczorem bywa ciemno, 
sadowią się tuż za szybą i ujadają okrutnymi głosy. 
Ale do rzeczy. Każde extemporale167 trzeba pisać według punktów. Najprzód wstęp... A 
więc: Wyjechałam dziś z Kielc przed południem. Deszcz był troszkę nacichł, choć nie ustał. 
Siał sobie swoje mokre plewy, czasami tylko puszczając grubsze ziarno. Najęłam dorożkę za 
cztery ruble (słuchajcie, słuchajcie!) — i jazda! Woźnica mój podwiązał chudym szkapom 
ogony, otulił dobrze nogi (swoje) derką i z niebywałym trajkotem wyruszył z miasta. Gdy 
wpadliśmy na szosę, naszą starą, szczerbatą od wybojów, kochaną szosę, gdy zaczęło spod kół 
pierzchać rzadkie błoto... Nie mogły go wstrzymać wachlarze d r y n d y, dzwoniące zupełnie 
na wzór janczarów, tylko obdarty fartuch jak mógł mię, poczciwiec, zasłaniał. Na tym poczciwcu 
utworzyło się wkrótce jezioro wody, przebiegające z miejsca na miejsce jak żywe 
srebro. 
Byłam znużona, senna i jeszcze bardziej szczęśliwa niż teraz. Uwagę moją, a raczej mój 
uśmiech błąkający się w przestworze, skupiały co chwila na sobie dwie latarnie, służące, jak 
sądzę, ku ozdobie pojazdu. W gruncie rzeczy wybite szyby i odwalone wierzchy nic im innego, 
doprawdy, nie zostawiły prócz tego honoru. Jeden z tych szczątkowych organów powozu 
przywiązany był do macierzystej sztabki żelaza rozmokłym szpagatem. Kadłub foszmana, w 
opończy koloru błękitnego, z odcieniem słoty, zasłaniał mi świat, a jedyny, samotny, żółty 
guzik w pasie z wyobrażeniem jakiegoś herbu — przyciągał oczy. Przestrzeń widzialną obsiewał 
drobny deszczyk. Daleko, w mgławym, burym powietrzu snuły się zarysy wzgórz. Ich 
kształty, raz po raz uciekające we mgłę przed oczyma, były dla mnie prawdziwymi wyrazami 
żalu. Jeżeli tylko dosięgłam ich wzrokiem, wnet uczuwałam, jak mię bolą. 
Tak ongi małej dziewczynie wiezionej do gimnazjum ściskało się serce, gdy żegnała wzrokiem 
te ukochane wzgórza... Dorożka skacze z dziury w dziurę, chwieje się co moment niby 
osoba chora na tabes168, która wszakże ukrywa swój defekt, żeby nie stracić posady — ślizga 
się na zakrętach, jakby w złych momentach rozpaczy pragnęła raz wreszcie rzucić się samobójczo 
do rowu. Oto wysuwa się wieś, złożona z chałup szarych jak pole, choć ściany ich niegdyś 
bielono. 
Wierzby z grubymi pniami, z których strzelają młode, jasne, bujne pręty; dzikie gruszki w 
polach, dzikie tak samo jak za owych czasów. Tam, gdzie się grunt nachyla, jest rzeka w nizinie. 
Ta rzeka idzie z mojej wsi, z Głogów. Zjeżdżamy ze wzgórza na długi most. Zmoczone 
konie idą noga za nogą, para z nich wali. Ja wychylam się z budy i sięgam wzrokiem czystej 
wody sączącej się po kamieniach i grubym piasku, wody, która przepłynęła koło domu moich 
rodziców. Szlaban. Powóz się zatrzymuje. Trzeba płacić kilka groszy. Szukam ich w kieszeni, 
nie ja szukam wszystkimi zmysłami dźwięku tej rzeki, która tam w dole coś do mnie pluszcze. 
Ruszamy znowu wolno pod górę. Obok idą ludzie zgarbieni, zaciapani w błocie, okryci 
włosem, który może się nazywać tylko kudłami. Coś gadają do siebie, drą się obrzydle i swarzą. 
Jedną twarz poznaję. To nasz chłop, Wicek Michcik. Taki sam był za czasów mego dzieciństwa. 
Trochę się zestarzał. Konie ruszają i w brzęku żelastwa, w turkocie kół słyszę słowo 
niedawno w Biblii przeczytane. Żyła, widać, ta skryta myśl we mnie, jak gdyby stalowym rylcem 
na ołowiu wypisana: „Nie będzie pamięci tak mądrego, jak i głupiego na wieki, gdyż 
przyjdą dni, kiedy wszystkiego zapomną, a jak umiera mądry, tak też i głupi...” 
Ta cyniczna mądrość rzucona przez zuchwałego króla, znawcę „wszystkich spraw pod 
słońcem”, nie niosła mi przykrości. Była prędzej jak prawda doskonała, harmonizująca ze 
wszystkim, niby płyn, ca wypełnia każdy punkt żądny nasycenia. Wszystko cichło we mnie, 
uśmierzało się i jak gdyby kładło do snu. Wtuliłam się w kąt powozu i przesuwałam w pamięci 
ponure słowa, które przychodziły, nie wiem czemu. 
Ze wzgórza roztoczył się widok na płaszczyznę. Daleko, daleko ujrzałam drzewa mękarzyckie. 
Wtedy znowu żarzyć się we mnie poczęła cicha radość, która mię do tej chwili nie 
opuszcza. Wiedziałam, że nie znajdę tu tego, czego szukam, ale widok lasów sennych, długich 
i szerokich pustek zarosłych małym jałowcem ciepło rozlewał po moich żyłach. Tam bór, 
w którym nigdy nie byłam, obcy i niemiły, ale z drugiej strony mękarzyckie aleje, roztopione 
we mgłach i jakby z mgły utkane... 
Wtedy także przyszło mi na myśl, że nikogo nie zawiadomiłam, że właściwie nie wiem; 
czy tu wujostwo mieszkają. A może już się wyprowadzili, może poumierali? Tyle lat do nich 
nie pisałam! Zaczęłam liczyć... To już dziesięć z górą, jakem tu nie była. 
Nad wieczorem moja d r y n d a zboczyła z szosy i wjechała w szpaler topolowy. Stare, 
obdarte budynki, dwór w ziemię zapadły, rozwalone płoty... 
Weszłam w znajomą sień: — nikogo... Uchyliłam pierwsze drzwi i skoczyłam jak trzyletni 
bęben: stary poczciwiec fortepian, nad nim książę Józef... Ależ rozumie się! 
A teraz, gdy piszę te zdania, czuję, że tu jestem obca, cudza, samotna. I cóż z tego? Szum 
starych topól, który mię tylekroć przerażał, gdyśmy stąd w późną noc z mamusią odjeżdżały... 
Do niegom się przywlekła. Czyliż może być czulszy głos na tej ziemi? 
5 czerwca. Minął dzień i krótki wieczór. Byłam w stajni, w oborze, na czworakach, w polu, 
na łące. Nie wiem, czy to jest rzeczywiste, czy złudne uspokojenie, ale czuję się bardzo dobrze. 
Żadnej skłonności do płaczu, nawet pewien (niemiły) wstręt do wzruszeń. Opowiadanie 
o Wacławie formalnie męczy. Wacław w dniu śmierci swojej przekazał mi jak gdyby spadek. 
Twardym prawem dziedzicznym narzucił mi próżne miesiące zimowe, dni, w poprzek których 
płynęły same tylko łzy, i noce bezsenne, zapchane pracą ducha tak bezpłodną jak zgadywanie 
przyczyn rzeczy, a tak samo twardą, przymusową i konieczną, żeby żyć, jak oddech. Teraz 
ledwo-ledwo rozumiem, że się to ze mną zdarzyło. Przeszło jak powódź w górach. Tylko 
rozmiecione bryły kamieni i muł wiszący na krzewach wskazują, dokąd sięgało zniszczenie. 
Tak, bez wątpienia: wieś stworzył Pan Bóg, a miasto diabeł, i to diabeł bourgeois169. Ludzie 
mieszkający na wsi są tak zdrowi i szczerzy w swym zdrowiu, że po prostu przedstawiają 
mi się jak niewiarygodna anegdota. I to są właśnie ludzie, z których ja się wywodzę! 
Gdy dziś o godzinie piątej czy szóstej rano mój wujaszek zaczął krzyczeć na kogoś z ganku, 
zerwałam się i w bieliźnie wypadłam jak fiksatka, sądząc, że to pożar czy napad zbójów. 
Okazało się, że wujaszek w y h a ł a s i ł kogoś przed stajnią. Nic nadto. 
Może to jest źle i nieszlachetnie opisywać osoby, u których się bawi (a w dodatku u krewnych), 
ale nie mogę powstrzymać się i wyjść ze zdumienia. Czyż to jest naprawdę ciotka Waleria, 
wujaszek Hipolit i córka ich, a moja siostra cioteczna, Tecia? Ja znałam tych ludzi, ale 
oni byli całkowicie inni! Nie, to ja byłam inna. Widziałam ich dawną parą oczu... tutejszych. 
A teraz tamtej mnie — już ani śladu! Oni zapewne są ci sami. Tu się mało co zmienia. Lat 
przybywa, plecy się wypaczają, włosy siwieją, dom wchodzi w ziemię, a okrom tego wszystko 
po staremu. Gdyby wstał z trumny dziadek Józef, niewiele by znalazł rzeczy obcych sobie. 
A ze mną, ze mną co się zrobiło! Z istoty takiej właśnie, osiadłej na gruntach ojcowskich, 
stał się 1 a u f e r170 biegający po świecie za lekcjami, coś w rodzaju motyla wykwitłego z 
poczwarki (jeśli wolno użyć tak wyszukanej metafory). W całodziennych rozmowach dzisiejszych z ciotką Walerią i Tecią wobec samej siebie zdawałam jak gdyby egzamin z mojego 
życia. Przypomniałam sobie żywo nie tylko te obydwie krewne, ale w całej pełni — siebie samą. 
Daleko więcej materiału do zdumienia ja muszę dla nich przedstawiać. Tak przynajmniej 
chciałabym sobie tłumaczyć obojętność ich wszystkich. Nie jest to zimno zewnętrzne. Całujemy 
się i płaczemy dość często, ale w tym wcale nie ma serca ani nawet litości. Ciotczysko 
całując mię wylewa łzy dlatego, że myśli o drugiej, młodszej swej córce, która wyszła za 
technika mieszkającego aż pod Ufą171. Tecia duma o sobie, zestawia me wolne życie z jej 
ciężką niewolą rodzinną i płacze nad sobą. Wuj ani myśli płakać, gdyż nie leży to w jego 
atrybucjach172 („baby są od szlochów”), natomiast przemyśliwa, po co ja też zawitałam w te 
strony, i ciągle mię wtajemnicza w swe fatalne interesy, biada na kiepskie oziminy, procenta, 
posuchy, motylice, choroby pyska i racic... Przewiduje, nieszczęśnik, że lada chwila wypalę 
orację o pożyczkę pieniędzy. Odetchnąłby pełną piersią, gdyby wiedział, że ja tylko do powietrza, 
do wody i ziemi... 
Tak, to jest dla mnie świat zgoła obcy. Ci ludzie nic nie spostrzegają na ziemi oprócz Mękarzyc 
i nie mają żadnych innych widoków oprócz swoich pieniężnych skojarzeń. Starzy wujostwo 
zajmują się tym tylko, co jest w granicach folwarku. Promieniem ich życia jest Felcia, 
obecnie Balwińska, ciemną stroną — Tekla, która „nie wyszła” i, obym była fałszywym prorokiem, 
zostanie starą panną. To familijne zamknięcie horyzontu jest tak szczelne, że ja wcale 
się w nim nie znajduję, nawet w tej chwili, kiedy tu siedzę. Moje całe życie byłoby mocno 
podejrzane, gdyby nie to, że jest do gruntu obojętne. Czytam to w ich oczach, gdy szczerze 
mówię wszystko i gdy oni z uśmiechami niby współczucia słuchają. 
Historia Wacława! 
W istocie jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi. 
Słucham długich i szczegółowych pieśni epickich o tym, jak to Felcia „spodobała się” 
owemu inżynierowi na balu w Kielcach, jak przeszły „konkury”, oświadczyny, ślub, wyjazd, 
urodzenie dziecka. W tych sagach173 familijnych Felcia jest jak gdyby heroiną. Ją to wszystko 
już spotkało. Już spełniła, co do niej należy. 
Tecia jest smutkiem rodziny. Ona jeszcze... nikomu się nie spodobała i jeśli była celem jakich 
konkurów, to mówić o nich szkoda, bo nic z tego. 
Z myślą i uczuciem „Tecia” łączy się zgryzota: „tych kilka tysięcy” posagu i „wyprawa”. 
Poczciwa ciotka urządza mi interwiew174, jak też ja sądzę: czy lepiej dać więcej w gotówce, 
czy więcej „włożyć w wyprawę”? Jak też ja sądzę? „Bo to wy tam na szerokim świecie lepiej 
te rzeczy macie sposobność widzieć niż my na wsiach. Tu u nas rozmaicie sądzą. Okolicami 
panu je zwyczaj, że się do wyprawy nie daje tego a tego...” Ciotczysko sądzi, że lepiej jest 
włożyć tyle a tyle w srebra, bo „srebra zostają na całe życie...” Z jakim uczuciem wygłasza tę 
maksymę! Stanęłam twardo po stronie sreber. 
Biedna Tecia siedzi w Mękarzycach i czeka. Cała jej istota przypomina nogę Chinki, od 
dzieciństwa urabianą w drewnianej formie. Tecia uśmiecha się, mówi, opowiada, żartuje i 
płacze na wzór ciotki i wuja. Wujaszek ma zwyczaj określania pewnych rzeczy, obcych mu, 
terminem: — „głupstwo!” — albo łagodniej: — „pewno jakieś głupstwo!” — albo (w najlepszym 
razie): — „tego nigdy dawniej nie bywało”, bez wytykania palcem, może przez grzeczność, 
samego terminu: — ,;tego głupstwa nigdy dawniej...” 
Otóż i Tecia używa tych samych zwrotów. Czasem, gdy ja mówię coś dziwacznego dla 
Mękarzyc, Tecia szybko bada okiem twarze rodziców i przybiera na swoją ich uśmiech. Nie mówię o myślach i sądach. Wszystkie te sądy o rzeczach są takie same, jak były kilkadziesiąt 
lat temu, kiedy ciotka Waleria była panną i uczyła się w Ibramowicach. Tecia, dziś żyjąca, jest 
właściwie mówiąc, panną z czasów Klementyny z Tańskich Hoffmanowej175... Świat przeszedł 
sto mil ze swoim dobrem i złem. W pokoju Teci, który przylega do sypialni wujostwa i 
jest z przewidującą czujnością strzeżony, znajduje się nieco książek. Są to zabytki bibliograficzne, 
tak zwane „książki dobre”. Rozumie się: ta Klementyna z tych Tańskich, stosy przekładów 
z angielskiego... Wśród tych wszystkich dobroci leżą, o zgrozo! Poezje ni mniej, ni 
więcej, tylko samego Kazimierza Przerwy-Tetmajera! 
Skądże ten tutaj? Trafił przypadkiem, pożyczony z sąsiedztwa jako „coś do czytania”. Został 
odczytany tudzież (pochlebiam sobie!) wyrokiem familijnym zganiony. 
Czy jednak cząstka Tekli nie jest lepsza od mojej? Och, na pewno jest lepsza! 
Dom rodzinny, cisza, opieka, ta jakaś spokojność, do której tak wzdychałam w Warszawie! 
Tu przez mur nudów nie dochodzą wzruszenia, ale wraz z nimi nie wciskają się bóle. Tu nie 
wpada w rękę Owidiusz ani w ucho zła mowa, nie rani hak podstępnej myśli ani nagość obrazów 
życia. Tu jest tak cicho... Jeśli przyleci głos jaki ze świata, to niby echo żywej rozmowy 
prowadzonej za trzema ścianami. 
Ale, kochana Teciu, gdyby mi przyszło wybrać twój los (nawet przy boku moich rodziców) 
— już bym się nie zgodziła. Przenigdy! Ja już jestem człowiek. 
Sucha kromka chleba, ale moja własna; niebogata przyszłość, ale urobiona własnymi rękami. 
Z obu stron mojej samotnej kamienistej ścieżki, po której idę, roztacza się świat nowoczesny 
jak dojrzewające zboża pól nie ogarniętych oczami. Rozum mój i serce karmią się 
kulturą żyjącego świata, w której z dnia na dzień przybywa pierwiastka dobra. 
I ja tym wzrostem cieszę się i żywię. Gdzie on tam płynie w żyłach ludzkości, „jak krew po 
swych głębokich, niewidocznych cieśniach”'. 
6 czerwca. Dziś jeździłam na grób mamy i ojca do Krawczysk. Szłam od gościńca szeroką 
miedzą. Na tej drodze nie ma kolein, są tylko ścieżki, często deptane stopami ludzkimi. Obok, 
z prawej i lewej strony, kołysze się ciemne, stalowe żyto o kłosach brunatnych, które dopiero 
świat ujrzały. Z dala, w nizinie, widać ogromne drzewa i biały mur. To tam. 
Cmentarz już się zapełnił mogiłami, więc rozszerzone zostały jego granice bez usuwania 
ścian dawnych. Otoczono zuchelek szczerej wydmy u wejścia do dawnego cmentarza ledwie 
ociosanymi żerdziami i żółte mogiły już się chłopskim rzędem układają pod tym świerkowym, 
pod płotem... 
Bramę dawnego cmentarza zamknięto. Nikt tam już nie wchodzi ani z żywych, ani z 
umarłych. Jest to miejsce poświęcone tym, co przed wieloma laty zasnęli w Panu. Gonty w 
daszku, który niegdyś stare mury osłaniał, zgniły i wypadły. Tylko spróchniałe, obnażone krokiewki 
jak piszczele świecą się ku słońcu. Gdzieniegdzie połyskuje żelaznym łebkiem 
gwóźdź-gontal osamotniony, bez racji sterczący. 
Ruszyłam wrótnie bramy, złączone ze sobą żółtym od rdzy ryglem dużego zamka. Rozsunęły 
się cicho, bez zgrzytu ani oporu. Tak może odmykają się przed duszami drzwi raju... Weszłam na ten ugór święty. Bujne, aż czarne trawy, okryte rosą, ślicznie czerwone kwiaty koniczyny, 
maków... Deptałam je nogami za każdym poruszeniem. Mogił już nie znać. Ani jednej! 
Tu i owdzie grunt się zakląsł. Przyszło mi do serca uczucie, że w takich dołach muszą leżeć 
ludzie nieszczęśliwi. W pewnym miejscu runął na ziemię wielki krzyż drewniany, w próchno 
się rozsypał i krwawy ślad w postaci krzyża leży tam w bujnych, soczystych trawach, jakby 
płonącą żagwią wypalony. 
Mogiły rodziców nie były wcale niczym oznaczone. Nie wiem, gdzie są. Szukałam ich z 
początku wzrokiem, później cały cmentarz obeszłam. Ani śladu! 
Szukałam tego krzewu, który mi wówczas został w pamięci, gdy obok niego mamę złożono. 
Daremnie. 
Rozłożyste kępy jasnej brzeziny, którą mój ojciec tak lubił, utworzyły całe gąszcze i smugi. 
Może u jego wezgłowia się plenią nadobne i woniejące... 
Śpią tu pospołu wszyscy, rolnik przy rolniku, którzy tę ziemię orali, sami dzisiaj kwiatami 
jak łąka zasiani. Cisi — osiedli dziedzicznie tę ziemię cmentarną. 
Wysoko i nisko śpiewały ptaszyny. Kiedy niekiedy ciepły wiatr niósł tu na skrzydłach 
swoich odgłos szelestny młodego zboża, rozchylał gałęzie krzewów i cicho przechodził po 
trawach nie tkniętych nogą niczyją, jakoby anioł-odźwierny, świętej ciszy troskliwie pilnujący. 
Pod przejrzystymi jego stopami uginało się ziele. Wysmukła akacja, której pniak strzelisty 
i ścigłe, czarne gałęzie zdają się lecieć ku niebu, szumiała z trwogą i ze wszystkich drzew 
najwyraźniej, kołysząc się pod jasnym słońcem przezroczystymi listkami. Zdawało mi się, że 
coś mówi to poświęcone drzewo, zdawało mi się, że usłyszę śpiewne jego wyrazy. Gdy się 
zasłuchać, wtedy wiadomym się staje, że ono tylko wzdycha wieczyście. 
Prosiłam się w głębi duszy mojej, czy spotkam kiedy... 
7 czerwca. Jutro wyjeżdżam. Tak przynajmniej zdecydowałam. Nie mogę sobie dać rady! 
Zamiast ukojenia, którego doświadczyłam z początku, ciągnęłoby to za sobą irytację wewnętrzną 
albo jakie spory, czego nie chcę za skarby świata. Stosunek do chłopów, do służby, 
do ludzi zatrudnionych na folwarku! Może to są sobie śmieszne idealizacje miejskiej panny, 
bardzo wszystko być może, ale ja nie znoszę dziczy. Nie mogę w tym oddychać. 
— Żebyś tak pomieszkała wśród tych łotrów... — mówi wujaszek — bo to tam u was łatwo 
gospodarować przy stoliku, z książeczką w ręce... 
Otóż nie będę już mieszkała wśród „łotrów” i uciekam. To jest właśnie jedyny mój sukces, 
że mogę odejść, dokąd mi się chce i kiedy mi się podoba. 
Taki stan emancypacji przeżywali chłopi mojego dziadka Józefa za czasów Księstwa Warszawskiego176, 
kiedy zdjęto im z nóg kajdany, ale razem z butami. Ja zdjęłam z nóg także 
kajdany razem z trzewikami, to jest fakt historyczny, ale też mogę chodzić swobodnie z miejsca 
na miejsce, jak chłopi owego czasu. Dokądże tedy idę jutro? Płacz ze szczęścia, serce 
moje... Do Głogów. 
10 czerwca. Znowu Kielce, w hotelu. Już się kończy wyprawa, bo się kończą fundusze. 
„Wracam na Liban, do mojego domu...”177 Już za mną zostały Głogi, Krawczyska, Mękarzyce... 
Jestem zupełnie spokojna i zdrowa. 
Trzeba tylko jeszcze po porządku wszystko, jak było, wyłuszczyć. Z Mękarzyc uciekłam 
dziewiątego, chłopską furmanką, bardzo rano. W dniu poprzedzającym to zdarzenie zamówiłam 
sobie na wsi parę szkapiąt i wasąg, ładowany słomą. Zrobiłam ten „afront” wujostwu z 
umysłu, ale nie dlatego wcale, żeby im dokuczać, lecz żeby nie będąc związaną ich grzecznością 
robić ze sobą, co mi się podoba. Gdy pewnego razu bąknęłam w rozmowie, że chcę być 
w Głogach, wszyscy wytrzeszczyli na mnie oczy, jakbym ogłosiła światu coś obrażającego 
uczucia ludzkie. 
— Po co?! — dał się słyszeć trójjedyny okrzyk. — Przecie tam mieszka obecnie Żyd, Lejbuś 
Korybut. 
Cmentarz w Krawczyskach — to jeszcze było zrozumiałe, ale myśl jazdy do Głogów, gdzie 
mieszka Korybut, traktowano jak rzecz wprost głupią, a z punktu widzenia folwarcznostajennomękarzyckiego nawet niemożliwą, gdyż jakieś tam siwki cugowe... Tecia pytała mię 
ze swym familijnym uśmiechem, co ja tam myślę robić. 
— Zajedziesz — mówiła — do tych Głogów — no i cóż zrobisz? Gdzież wysiądziesz? Przecie 
we dworze mieszkają Żydy... 
W istocie, gdybym zajechała końmi i bryczką z Mękarzyc, skupiłabym na sobie uwagę 
wszystkich. Toteż zdecydowałam się użyć podstępu. Gdy furmanka zaszła przed ganek, dopiero 
oświadczyłam, że jadę do Kielc, i to niezwłocznie. Za użycie takiego fortelu przeprosiłam 
jak tylko umiem najpiękniej, oddałam i przyjęłam pocałunki rodowe, których się używa w 
oznaczonej (bardzo wielkiej) proporcji zupełnie tak, a bez potrzeby, jak na przykład tytułów 
w listach... Odjechałam. 
Za wsią, gdyśmy się zbliżali do szosy kieleckiej, zagadnęłam mojego woźnicę, co będzie 
chciał. 
— Odwieziecie mię — rzekłam — najprzód do Głogów, a dopiero później do miasta. 
Chłop aż konie wstrzymał na drodze, tak się wziął namyślać. Mruczał coś o sianie, obroku, 
o dniu zmarnowanym, o czterech milach drogi, które trzeba nałożyć, aż wreszcie wypalił, że 
muszę mu dołożyć pięć rubli. Naturalnie, że się zgodziłam. Gdyby, głupi, zażądał był dziesięciu, 
a nadto okrywki i kuferka — także bym przystała. 
Zaraz skręciliśmy i przez pastwiska, omijając Stróżów pociągnęliśmy w górę. Była może 
godzina szósta rano. Dzień był ciepły , umyślnie zesłany, tylko przymglony jasnymi i cienkimi 
włóknami mocnych tumanów, które jeszcze wysypiały się w nizinach podleśnych — niby sieci 
pajęcze. Ja sama zapadłam w jakąś obłudną martwotę. Serce moje było czujne jak nigdy, ale 
rozpostarła się nad jego uniesieniem nasza górska i leśna cisza. Wóz mój wolno dosięgnął 
przełęczy i znalazł się w kolejach starej, trawą zarosłej drogi, zwanej „na górę”. Leszczyny i 
brzozy rozrosły się tam w las prawie. Chłopina podciął konie, minęliśmy wąwóz gliniasty pod 
szczytem — i oto daleko w dole ukazały się przed mymi oczyma — Głogi. Z łąk, z rzeki, ze 
stawu dźwigały się mgły znikające w wyżynie. Dom nasz białymi ścianami jaśniał w zieleni 
ogrodu i przeglądał się w głębi wody... 
Młode szkapki, nie przyzwyczajone do dróg tamtejszych, nie mogły utrzymać wasąga. Orczyki 
biły je po nogach, toteż pędziliśmy ze stromego zbocza góry co tchu, wskroś jałowców. 
Dopadliśmy strumienia. Tam dopiero konięta wydobyły swe małe łby z chomąt, które im wyprężone 
naszelniki wcisnęły aż za uszy. Woźnica stanął, a ja wysiadłam. Wskazałam mu drogę, 
którędy ma przejechać na drugą stronę Głogów, aż do szynku przy trakcie kieleckim. 
— Przyjdę tam w południe — mówiłam. 
Chłop patrzał spode łba, ale walizka moja zostająca na wozie dodała mu otuchy. Gdy 
wreszcie odjechał, poszłam ścieżką. Trawy nie były jeszcze skoszone. Otoczyły mię kwiaty 
moje, zarośla. Szłam w szczęściu niby w jakim obłoku. Oto kwiaty, które poznaję nozdrzami, 
zanim ujrzę oczyma, wychylają się z łąki. „Jaskółki” bladofioletowe, siostrzyczki moje rodzone, 
najdroższe moje. Nie zrywałam żadnej, tylko stawałam nad nimi, całując je spojrzeniem. 
One pytały mię także, czemu odeszłam z tej krainy, dlaczego nie mieszkam we wsi rodzinnej... 
Ale oto przy mojej ścieżce na pastwisku ujrzałam coś nieznanego: duży krzak rokiciny. 
Stał samotny... 
— Nie znam cię... — rzekłam mu. Ale w tej samej chwili rozsunęło się przede mną wspomnienie... 
To on! 
Do kuchni naszej w tym dniu, kiedy ja przyszłam na świat, zabłąkał się biedny, wędrowny 
pies. Nikt nie wiedział, skąd jest i jak się zowie. Że w takim dniu przyszedł, dano mu jeść jak 
gościowi. Od tej chwili został przy dworze. Przezwano go „Rozbojem”. Był dobry, poczciwy i 
wierny. Lubiła go mama, bracia i ja bardzo. Gdyśmy do domu na wakacje wracali, zawsze 
jego szczekanie słychać było pierwsze, z daleka. W chwili odjazdu patrzał nam w oczy z taką 
żałością... 
Kiedy ja miałam lat czternaście, on był już tak stary, że się z miejsca nie ruszał. Osiwiał 
cały, ogłuchł i przestał szczekać. Leżał na słońcu i starczym, smutnym, sennym wzrokiem 
spoglądał dokoła. Gdy było zbliżać się ku niemu, machał jeszcze ogonem, dźwigał łeb i 
uśmiechał się jak człowiek. 
Pewnego dnia rano, o świcie, usłyszeliśmy, że skowyczy. Rzuciłam się do okna i ujrzałam 
na pastwisku strzelca Gązwę. O kilkanaście kroków od niego szarpał się „Rozbój”, przywiązany 
do kamienia. Blask fuzji, błękitny dymek... Później huk. 
„Rozbój” szczeknął raz, drugi... 
Gdyśmy z Wackiem, z Henrysiem jęcząc przypadli, już Gązwy nie było, a on leżał zabity. 
Przednia łapa jeszcze drgnęła. W moich rękach ostygła. 
Tuśmy dół wykopali i na grobie starego psiska posadziliśmy gałąź rokiciny. 
To on jest. W tych prętach krew jego ciepła... Zbliżyłam się i dotknęłam go ręką. Cały w 
białą rosę nalistnicę jak w albę obleczony. Może pniak czarnego drzewa wyda radosne szczekanie, 
może martwe liście się poruszą. Nic. Tylko zimne, milczące, rzęsiste krople spadły na 
moje ręce. 
Przyszłam łąkami do źródła. Stara grusza pod urwiskiem i stok w głębi zupełnie te same 
zostały. Nawet głazy, po których się dochodzi... 
Tak samo ze zdroju wyskakują kłęby i banie wodne, zakwitając na wierzchu niby róże 
wieczne, latem i zimą żywe. Siadłam przy źródle i straciłam świat z oczu. 
Ptaki śpiewały w gęstwinach, wśród których lśnią się strugi płynące kilkoma łożyskami ze 
stoku. W pobliżu przecina je droga piaszczysta. 
Nad źródliskiem czerwieniła się obfitość centurii, którą zrywałyśmy w tym miejscu z mamą 
nieboszczką. Odwar tego ziela pomagał jej na ból głowy. Ściągnęłam rękę i machinalnie 
zerwałam kilka tych kwiatów opornych, ale natychmiast, jakby kara za śmierć ich, przeszyła 
mię straszna świadomość. Uczułam w ustach smak goryczy centurii i krople jej płynące do 
serca. 
Odeszłam stamtąd. Przede mną była grobla prowadząca do dworu. Wszystko inne, inne... 
Nowe gaje drzew wyrosły. Tylko iskry palące się na falach stawu i na śliskich łodygach sitowia, 
tylko zapach tataraku i wilgotna woń rokit — ta sama. Biało-żółte lilie wodne ze swych 
szerokich liści uśmiechały się do mnie i sączyły w serce wino radości. 
Spostrzegłam, że wielkie olchy nad wodą zostały ścięte i że św. Jana już nie ma. Upust, 
widać, powódź zniosła, bo zastąpiono go śluzą, z której płynie nadmiar wody. Teraz nie sączy 
się wcale, toteż uderzył mię brak melodyjnego szumu, który trwał tak długo jak moje szczęście 
w dzieciństwie... 
I już tego wszystkiego nie ma, jak wody, która wtedy płynęła, już tego nie znaleźć, jak kropel, 
co uciekły i w morzu utonęły. Stary, czarny młyn za groblą tak samo tonął w zieleni. Modrzew 
nad drogą rozrósł się jeszcze bardziej. Dwie iwy obok czworaków spróchniały już zupełnie 
i tylko para łodyg zielonych wyrasta z ich pniów umierających. 
Stanęłam wobec domu naszego. 
Jakież zniszczenie! Płoty, klomby, dróżki — wszystko skasowane bez śladu. Nawet dzikie 
wino przy ganku wydarte, ganek sam rozwalony, ściany odrapane, okna zabite. 
Weszłam do sieni, uchyliłam drzwi dużego pokoju, w którym umarli moi obydwoje rodzice. 
Było tam pełno gratów żydowskich. W tym kącie stoi łoże z mnóstwem pierzyn. 
Uciekłam co prędzej. 
Nikt z dorosłych nie widział mię zrazu, tylko mały Żydek, pewno sześcioletni, skądś wylazł 
i zabiegał mi drogę. Gdy stanęłam na podwórzu, obskoczyło mię z dziesięć osób. Szli ze 
mną, dopytywali się, com za jedna, czego żądam. Coś im mówiłam. Jeden stary Żyd dreptał 
tuż przy mnie badając słowem i wzrokiem. Minęłam dziedziniec, lipy i skierowałam się kuBukowej. Ów stary Żyd w atłasowym chałacie szedł i coś gadał bez przerwy. Nie mogłam 
mówić. Wlokłam się... Nareszcie został. Śledził każdy mój krok z oddali, a zza krzaków wyglądały 
jego dzieci. 
Dusza moja była owiana mrokiem, serce zastygło i nie mogło wydać ze siebie ani jednego 
uczucia. Tylko myśl sroga, bolesna i mściwa, jak błyskawica oświetlała to miejsce. Miejsce 
zostało to samo. Wszystko przeminęło w czasie, odpłynęło z wodą. Grunt obojętny został sam 
jeden i jak przed wiekami zielenił się do końca. Nic tu nie ocalało po moim ojcu, po mojej 
matce, po mnie i braciach. Obszar, przesiąkły pracą, myślami i uczuciami nas wszystkich, 
wziął inny człowiek. 
W tym miejscu, gdzie ostatni jęk wydali oni, które jest dla mnie świętym świętych — 
szwargocą cudzy ludzie. Drzewa, co żyły w ciągu lat tęsknoty w duszy mojej jak święte, tajemnicze 
symbole spraw zakrytych przed śmiertelnymi oczyma, koleje dróg wyżłobione w 
żółtym piasku, co jak złote liny ciągnęły mię do tego kraju pośród łez i mroku nocy zimowych, 
łąki moje i błysk wody w zakrętach rzecznych między olszyną — wszystko dziedziczy 
przychodzień! Dla niego te wszystkie skarby duszy mojej są tylko przedmiotami lichego zarobku. 
I on tak samo jak my przeminie i zstąpi ze swoim handlarskim mózgiem w tę ziemię, która 
wszystko pożera. Ujrzałam wtedy jej prawdziwe oblicze! Jej uśmiech do wiecznego słońca, w 
którym było jakby drwiące natrząsanie się z miłości mojej dla niej, jakby cyniczna spowiedź, 
że ona mię nigdy nie widziała, że nie wie wcale, kto jestem! Ona nie taka jest, jaką kochałam. 
Na miłość serca ludzkiego nie odpowiada. A gdy ku niej z całej mocy dusza się wydziera, 
ona odsłania w błysku sennym jakiś cel zaziemski, którego niczym, co jest w mocy człowieka, 
nie można dosięgnąć. 
Obok wąwozu, w tym cichym kąciku między polami, nagle stanęłam. Zwróciła mię moc, 
której w sobie nie znam.. Byłam tak blisko moich rodziców, że prawie słyszałam ich osoby, 
mogłabym dotknąć ich rękoma. Zdało mi się, że są za mną, że jeśli odwrócę się i wejdę w 
bramę folwarku, to ich zobaczę pod lipami. Łaski takiej bliskości nie miałam nawet w Krawczyskach. 
Było cicho. Złuda trwała przez małą chwilę. 
Po niej dopiero objęłam piersiami straszną egzekucję, którą śmierć spełnia. 
Gdzież oni są? W co się obrócili? Dokąd odeszli z tego miejsca? Całe moje ciało trzęsło 
się aż do głębi serca. 
Rozsypywałam się w proch przed śmiercią, z błaganiem, ażebym była godna posiąść tajemnicę. 
Gdzie jest mój ojciec, gdzie jest matka, gdzie Wacław?... 
Wtedym usłyszała w sobie znowu te słowa, jak wówczas, w drodze do Mękarzyc. 
„Takowyż przypadek schodzi na ludzi, jako i na zwierzęta, gdyż jako zwierzę tak i człowiek 
umiera i jednakowego ducha mają wszyscy, a nie ma nic w człowieku przed bydlęciem, 
bo wszystko jest próżność”. 
I jeszcze dalej, jak niewysłowioną boleść, struchlałymi ustami szeptałam do siebie wiersze 
Mędrca Pańskiego: 
„Któż wie, czy duch człowieczy idzie w górę, a duch zwierzęcy zstępuje na dół, pod ziemię. 
Wszystko idzie na jedno miejsce, a wszystko jest z prochu”. 
Bez sił, w głuchej rozpaczy dowlokłam się w zarośla na wzgórzu. Weszłam między brzozy 
i, nic nie widząc ani słysząc, błąkałam się. Nie przypomnę sobie, kiedy, i nie wiem, w którym 
miejscu, upadłam na ziemię. Zeszła na mnie żądza śmierci. Tylko ją jedną czułam i ona była 
ostatnim tętnem mojego serca. 
Tak trwała długo... 
Ale wtedy z cmentarza w Krawczyskach moja matka przyszła do mnie z głębi ziemi. 
Wskróś iłu, piasku, opoki przedarła się ziemią. Nie leżałam już na martwym ugorze. Uczułam 
się na łonie matki mojej, w którym jej serce uderzało. Szły we mnie głębokie, ziemne, ciche 
wzruszenia. Słowa moje próżno by chciały wyrazić to, co się odbyło. Śmierć zlękła się i odeszła, 
ustał płacz i żal. 
O, jasne kwiaty mojej doliny... 
KONIEC TOMU PIERWSZEGO 
TOM DRUGI 
POCZCIWE PROWINCJONALNE IDEE 
Doktor Judym niemało miał pracy w czasie sezonu. Zrywał się rano, tym skwapliwiej, że 
już przed godziną szóstą jego izdebka pod blaszanym dachem, dokąd w czerwcu ze wspaniałych 
salonów wyniesiono jego „lary i piernaty”178 — wprost tliła się od żaru. Notował na stacji 
meteorologicznej, zwiedzał izby, gdzie kąpielowi stosowali „zabiegi” hydropatyczne, badał 
porządek v łazienkach, u źródeł, a przed ósmą był w swoim szpitalu. 
O dziesiątej siadał w gabinecie i przyjmował pewną kategorię chorych (przeważnie młodych 
zdechlaków) aż do godziny pierwszej. Po obiedzie zajmował się bawieniem dam, 
uczestniczył w organizowaniu teatrów amatorskich, spacerów, przeróżnych rekordów, wyścigów 
pieszych itd. Zabawki tego rodzaju musiał traktować jako pracę swą obowiązkową, czy 
do nich miał chęć, czy nie. 
Pochłonęło go to jak nowy żywioł. 
Otaczały go roje kobiet młodych, zdenerwowanych, rozpróżniaczonych, żądnych tzw. wrażeń: 
Judym przedzierzgnął się, sam nie wiedział kiedy, w młodego franta, odzianego modnie i 
paplającego wesołe komunały. To zabawne, ciekawe, miłe a deprawujące życie małej stacji 
klimatycznej, gdzie w ciągu kilku miesięcy gromadzi się i skupia w jedną jakby familię ze 
wszystkich końców kraju i ze wszelkich sfer towarzyskich ludność chwilowa — oszołomiło go 
zupełnie. Ni z tego, ni z owego bawił się towarzysko z bogatymi damami i wchodził, nie dość 
że jako świadek, ale jako arbiter w najsekretniejsze ich tajemnice. Był poszukiwany, a nawet 
wzajem wydzierany sobie przez „koterie” — a nieraz ze śmiechem wewnętrznym decydował o 
czymś, co sam zwał tonem i smakiem. 
Czasami, gdy do siebie wracał późno w nocy z jakiejś pysznej uciechy, zastanawiał się nad 
pięknością życia, nad tymi nowymi jego formami, które poznawał. Zdawało mu się, gdy o tym 
świecie cisowskim myślał, że czyta romans z końca zeszłego wieku, pełen somatyzmu179, 
gdzie widać życie godne zniszczenia, które wszakże posiada jakiś taki urok... Siła zmysłów, 
umyślnie w piękne formy skryta, staje się czymś nie znanym dla ordynarnej, zwyczajnej natury. 
Były chwile, że wprost zachwycał się wymową dyskretnego milczenia, symboliką kwiatów, 
barw, muzyki, słów ciągle bojących się czegoś... 
Na balach i reunionach180 bywał czasami i „pałac”. Wówczas berło królowej przechodziło 
do rąk panny Natalii. Gdy ukazywała się w jasnej sukni, była tak oślepiająco piękna, że 
wszystko, co żyło, na śmierć się w niej kochało. Ona przeczuwała zapewne ten szał masowy, 
który wśród mężczyzn szerzyły jej królewskie oczy, ale nie raczyła go widzieć. Była zawsze 
zimna, obojętna, jakby wyrwana z tego życia. Czasami bawiła się z większą ochotą; uśmiechała 
powabnie, ale zaraz później, gdy tylko dostrzegła, że ten lub ów chce z chwilowego jej usposobienia wyciągnąć wniosek na swoją korzyść, sprowadzała go na padół jednym spojrze
niem i jednym uśmiechem innego rodzaju. 
Było tak i z Judymem. 
Rozzuchwalony powodzeniem u dam dr Tomasz zbliżał się śmiało do panny Natalii. W 
trakcie jednego z reunionów wybrała go kilkakrotnie, wesoło się z nim bawiła, sama wspomniała 
o Paryżu i wycieczce wersalskiej. Judymowi zakręciło się w głowie. Wzburzony tym 
wszystkim, w jakimś obłędzie śmiałości zdecydował się wykonać istny zamach i w następnym 
kontredansie począł mówić o Karbowskim, którego od paru tygodni nie było w Cisach. Panna 
Orszeńska zgadzała się, gdy mówił, że ten Karbowski nie wydaje mu się być człowiekiem 
sympatycznym, witała jego słowa za pomocą krótkich skinień głowy i dyskretnych okrzyków. 
Flirt wesoły trwał w dalszym ciągu. Tylko gdy później doktor zbliżył się jeszcze i, zachęcony 
sukcesem, chciał rzecz ciągnąć dalej już nie o Karbowskim, lecz o sobie, struchlał ujrzawszy 
w jej oczach taki blask ponurej dumy, jakiego jeszcze nie widział w życiu. Zdawało mu się, że 
ten wzrok hetmański, ubliżający mu bez wzruszenia, z głębi przymkniętych powiek wbija się 
w niego i szarpie na sztuki, rozdziera na strzępy, podobnie jak pazury orlicy ćwiartują żywą 
zdobycz. Słowa, które chciał powiedzieć, zwinęły się i niby garść pakuł utkwiły w gardle. 
Blady, ze ściśniętymi zębami, siedział jak przykuty na łańcuchu, nie będąc w stanie ani 
odejść, ani pozostać. 
Wszystkie te okoliczności stawały doktorowi na przeszkodzie w zajęciu się sprawami 
szpitalnymi. Były w nim tego lata jak gdyby dwa prądy ścigające się wzajem. Im bardziej jeden 
z nich pomykał naprzód i zabiegał drogę, tym mocniej natężały się siły drugiego. Doktor 
czuł w sobie ciągłą przeszkodę w staraniu około chorych i zwalczał ją za pomocą silnej pracy, 
ale skoro tylko zetknął się ze światem zabaw, ulegał mu z tym większą bezwładnością, im 
namiętniej pracował w szpitalu. Było mu wszakże z tym wszystkim bardzo dobrze na świecie. 
Żył bez przerwy i nie miał wcale wyobrażenia, co to jest refleksja, nuda, zniechęcenie. 
Szpital powstał właściwie dopiero przy nim. Budynek stał od lat kilku, dźwignięty przez 
„idealistę” Niewadzkiego, ale po jego śmierci traktowany był rozmaicie. W razie potrzeby 
administrator majątku składał w salkach szpitalnych buraki, rozsypane klepki kuf z gorzelni, 
zepsute części młockarni itd. Kiedy indziej lokaje, rządca, ekonom, kasjer i inni funkcjonariusze 
pożyczali dla swych gości łóżek, a naczynia i utensylia rozkradziono ze słowiańską starannością. 
Nieraz leżała tam jakaś bezdomna położnica, nad którą ktoś się w z i ą ł i z 1 i t o 
w a ł — jakiś parobek folwarczny chory na k o 1 k i albo jakie dziecko z ospą . 
Opiekę nad szpitalikiem sprawował dr Węglichowski. Kłamałby, kto by twierdził, że dyrektor 
zgadzał się na składanie w szpitalu kup żelastwa, owszem, wyznać trzeba, że czasami 
śmiał się z tego do rozpuku, ale nie można również utrzymywać, żeby się zajmował chorymi. 
Gdy ktoś był bardzo kiepski, a złożono go w szpitaliku dla „umiejscowienia zarazy”, dr Węglichowski 
czasem przyszedł i skrobnął receptę. Zwykle nawet pomagało jego lekarstwo. 
Częstokroć wynajdywał jakieś cherlactwo proboszcz, panny albo sama babka dziedziczka. 
Wówczas pakowano takiego szczęśliwca do szpitala. Jeżeli to był pupil księdza, to z plebanii 
przynoszono mu talerz rosołu albo jaką nogę kury gotowanej w potrawce. Jeżeli protegowany 
miał za opiekunki panny ze dworu — zajadał najpyszniejsze ochłapy z półmisków, częstokroć 
ze szkodą zdrowia. 
W ogóle ten domek szpitalny stojący w odosobnieniu, a wśród budynków folwarcznych, 
służących do wytwarzania zysku sposobami wiadomymi, reprezentował na skromną skalę los 
szlachetnej idei wśród świata materialnego. Stał smutny, opuszczony, bezradny, nieśmiały, 
jakby z założonymi rękami. Dr Tomasz ulegał głębokiej, a nie dającej się stłumić pasji, ilekroć 
zbliżał się do tego domostwa. Kiedy myślał o człowieku, który je postawił w pewnym 
celu, który przemyśliwał długo, jak to należy zbudować, i gdy z tym wszystkim zestawiał re
zultat przedsięwzięcia, czuł taką wściekłość, jakby go tamten nieznany zmarły biczował słowami 
pogardy. I nie tylko to jedno. 
Skoro urządził sobie z pierwszej widnej salki gabinet przyjęć, od razu zwaliła mu się na 
kark lawina Żydów, dziadów, obieżyświatów, biedaków, suchotników, rakowatych — wszystka, 
słowem, płacząca krwawymi łzami bieda polskiego cuchnącego miasteczka i nie inaczej 
cuchnących wiosek. Doktor rozsegregował ten materiał i zabrał się do niego. Jednych musiał 
przyjąć do szpitala na czas pewien, trzeba więc było uporządkować sam szpital. Do tego wziął 
się par force.181 
Odszukał przez płatnych agentów każde z wywleczonych łóżek i odebrał je w sposób najbardziej 
nieubłagany. Historia zdobywania nowych sienników, kołder, poduszek, prześcieradeł 
— mogłaby zająć tom in folio182. Na kupno dwu wanien i urządzeń do ogrzewania wody 
grały teatr amatorski najpiękniejsze i najbardziej dystyngowane kuracjuszki. Każdy sprzęt do 
gabinetu, apteki, kuchni itd. młody eskulap zdobywał na ludziach. Tu wycyganił sześć talerzy, 
tam wyflirtował noże, widelce, łyżki; tę zmusił do kupienia szklanek, z kim innym wygrał 
zakład o sztukę perkalu na bieliznę szpitalną. Stara pani-dziedziczka interesowała się zabiegami 
młodego doktora, nawet miała dla niego łzy w oczach i podziękowania „w imieniu nieboszczyka”, 
ale sama była pod tak silnym wpływem plenipotenta, który nie cierpiał tych fanaberii 
rozgrymaszających parobków, że od siebie nic wielkiego uczynić nie mogła. 
Bądź co bądź na jej zlecenie otoczono terytorium szpitalne nowym, silnym parkanem i wydano 
rozkaz ogrodnikowi, ażeby starannie utrzymywał sad dookoła budynku. To była pierwsza 
ważna zdobycz, gdyż od tej chwili panem owego templum183 okolonego parkanami stał się 
Judym. Nikt tam już ze służby i rozmaitych przychodniów nie miał prawa nie tylko nic wynieść, 
ale nawet postawić kroku. Drzwi kute były szczelnie zamknięte i uzbrojone w dzwonek... 
Drugą ważną zdobyczą była pani Wajsmanowa. Osoba ta była wdową po jakimś „mężu 
nieboszczyku”, który posiadał „pewien kapitalik”, wszakże w tym czasie pozbawioną jakiegokolwiek 
funduszu. Pani Wajsmanowa przyjęła miejsce dozorczyni szpitala z pensją 400 
rubli (którą, rzecz prosta, z „cichej kasy” pod najtajemniejszym sekretem wypłacał z pedantyczną 
regularnością za pośrednictwem Judyma M. Les) — z mieszkaniem, światłem, opałem, 
co wszystko znowu wzięło na siebie dominium. 
Trzecim faktem fundamentalnego znaczenia było zaopatrzenie chorych kurujących się — w 
żywność. Tu Judym postępował jak Makiawel184. Działał na plenipotenta-materialistę za pomocą 
nastawionych kuracjuszek, dopuszczał się względem niego niskiego pochlebstwa, kusił 
go obietnicami, wreszcie wydał go w ręce trzech panien z pałacu i uzyskał swoje. Plenipotent 
zgodził się dostarczać szpitalowi jak rok długi określoną ilość kartofli, mąki, kaszy, mleka, 
masła, warzyw, owoców etc. i podpisał własnoręcznie cyrograf chytrze ułożony przez Judyma. Zakład leczniczy nie był w stanie odmówić swej pomocy, w pewnej zresztą mierze. 
Wreszcie proboszcz, dostawca mięsa do zakładu i dworu, bogatsi łyczkowie z miasteczka, 
zniewoleni przez proboszcza i doktora, obowiązali się dawać szpitalowi potrzebne materiały 
spożywcze w naturze. 
Tak tedy już w połowie lata szpital był ożywiony i pełen zdechlactwa. Kaszlano tam, stękano, 
sapano — aż się doktorskie serce radowało. W ogródku wygrzewały się na słońcu stare, uschnięte babska, zgniłe dzieci dygocące w potach malarii, rozmaite „głupie” Żydki i wszelkie 
inne ptaki niebieskie, co ani sieją, ani orzą... Nie było tygodnia, żeby doktor nie palnął 
operacji. Wycinał kaszaki, bolączki, wiercił, przekłuwał, ekstyrpował, urzynał, przylepiał itd. 
Co było w tym wszystkim istotnie złego, to brak pomocy felczerskiej i przechodzące wszelkie 
granice ubóstwa narzędzi oraz środków opatrunkowych. 
Pani Wajsmanowa nie znosiła krwi (osobliwie chłopskiej i, horribile dictu! — żydowskiej),
brzydziła się tałatajstwem i w ogóle gardziła motłochem. Doktor musiał ją na każdym 
kroku pilnować i przymuszać do tego, żeby się strzegła objawów wzgardy dla chłopów. 
Sfery „miarodajne” kierujące zakładem leczniczym przypatrywały się działalności młodego 
chirurga, jeśli można się tak wyrazić, spod oka. Nie można mówić, żeby ktokolwiek sprzeciwiał 
się albo nawet miał za złe Judymowi jego postępowanie, ale z drugiej strony nie można 
utrzymywać, żeby ktokolwiek podzielał jego w tej sprawie entuzjazm. Dr Węglichowski 
wszelkie zabiegi swego asystenta zdążającego do postawienia szpitala na stopie tak niebywałej 
traktował w sposób tak samo ironiczny, jak rozkradanie przez lokajów łóżek szpitalnych. 
Jeżeli Judym domagał się pomocy czynnej w materiałach, dr Węglichowski zgadzał się postękując 
i wydzielał ilości, rozumie się, do najwyższego stopnia zmniejszone. Gdy szpitalik był 
naładowany, dyrektor doświadczał niesmaku, choć tego nie dał poznać nikomu ani uczuć Judymowi. 
Ale żarty z zapalczywości „ordynatora” brzmiały wówczas w ustach dra „Węglicha” 
w sposób pobłażliwy, może cokolwiek zanadto przesadnie. Od czasu do czasu stary medyk 
zachodził do szpitala i po dawnemu tam rządził. Wkraczał do izb w kapeluszu na głowie, z 
cygarem w ustach, mówił głośno, zadawał pytania, zżymał się, łajał panią Wajsmanową, pokrzykiwał 
na chorych i, zbadawszy przelotnie tego i owego, kreślił szerokim pismem recepty 
albo radził Judymowi, żeby temu dać to, innemu tamto... 
„Ordynator” słuchał tych rozkazów z najzupełniejszym posłuszeństwem i każde zlecenie 
wykonywał w sposób nieodwołalny. Chodziło mu o zyskanie dra Węglichowskiego dla idei 
szpitala, o wciągnięcie go do pracy, toteż puszczał mimo uszu żarty i przepisy, na które się nie 
godził. Jeżeli nawet dyrektor kazał kogoś znanego sobie, jakiegoś „ptaszka”, wydalić bez pardonu 
z granic szpitala, Judym i wtedy zmuszał się do uległości. Taki stan rzeczy trwał do 
końca sierpnia. 
W ostatnich dniach tego miesiąca liczba gości zaczęła się zmniejszać. Bryki, powozy i 
omnibusy zakładowe wywoziły codziennie jakieś towarzystwo, a przynajmniej jakąś rodzinę. 
Dr Judym rujnował się na bukiety pożegnalne, w których nad innym kwieciem przeważały 
niezapominajki. Stanął już w głębi parku pierwszy chłód ranny, słał wieczorami na murawach 
zimną, białą rosę, a w szczyty drzew wplótł tu i ówdzie żółty liść, jakby pierwszy siwy włos w 
czuprynę dojrzałego mężczyzny. 
Cichy smutek ogarnął rozbawione kółka. Teraz właśnie wydobywały się na jaw sympatie 
ukrywane starannie. Nad osobami, które wtedy dopiero miały sobie mnóstwo słów do powiedzenia, 
zawisł złośliwy dzień wyjazdu. 
Serce Judyma zostało nie tknięte, a przemijające „wrażenia” były dlań czymś w rodzaju 
deszczu, który rozkwasza ziemię i czyni ją niby to do niczego niezdolną, a właściwie udziela 
jej wtedy władzy stwarzania. 
Przelotne smutki szybko uschły, dusza Judyma stężała i pchnęła go do roboty zdwojonej. 
W pierwszych dniach września, kiedy przyszły słoty, w czworakach folwarcznych zapadło 
mnóstwo dzieci na tak zwaną f r yr ę. 
Czworaki owe mieściły się za dużym i wilgotnym parkiem, który jak płaszcz ogromny 
spływał po pochyłości wzgórza od szczytu dworskiego aż do rzeki płynącej w łąkach. Tam 
były owczarnie, obory i mieszkania służby folwarcznej. Plenipotent majątku, człowiek nadzwyczaj 
energiczny i świetny agronom, z rzeczułki bezpożytecznie płynącej skorzystał w ten 
sposób, że na skraju parku, w trzęsawisku podmytym przez tajemne źródła, wybrał kilka sa
dzawek idących jedna za drugą. Woda przez właściwie urządzone „mnichy” spadała z jednej 
do drugiej. Sadzawki te wykopane były w torfiastym gruncie. Ił, porzucony na brzegach i groblach, 
macerował się w słońcu i we właściwym czasie służył do użyźniania roli. Woda odpływająca 
stamtąd łączyła się podłużnym basenem ze stawami, które rozlewały się w parku 
zakładowym, co bardzo upiększyło wiecznie kwaśne pobrzeża. Miejsce i tak już mokre, przez 
wstrzymanie zbiorników martwej wody wyziewało ze siebie ciężki opar; którego słońce strawić 
nie mogło. Tam to właśnie (w czworakach i we wsi leżącej na drugim brzegu łąki) grasowała 
f r yr a. Dzieci przyprowadzone stamtąd do Judyma były wyschnięte, zielone, z wargami 
tak sinymi, jakby je miały poczernione węglem, z oczyma, które nie patrzały. Periodyczne 
ataki gorączki, ciągłe bóle głowy i owa jakby śmierć duszy w żywych jeszcze ciałach 
zmusiły Judyma po długim badaniu do smutnego rokowania, że ma przed sobą ofiary malarii. 
Wówczas wybrał się cichaczem na zwiedzanie miejscowości leżących w dole. Przekonał się, 
że wiele rodzin było dotkniętych tą klęską. 
Mieszkańcy wioski, autochtonowie, znosili ją, widać, łatwiej, ale ludność folwarczna, wędrowna, 
przybywająca z innych okolic, padała ofiarą w bardzo wielkiej ilości. Judym brał do 
szpitala tylko dzieci bardzo chore, leczył je chininą i trzymał na słońcu w ogrodzie, zapędzając 
do różnych robót, a po trosze i do nauki. Ale nie mógł zabrać ani czwartej cząstki. Ci zaś, 
co „na górze”, w cieple doświadczyli poprawy, musieli wracać do swych mieszkań nad wodą. 
Mieszkania owe, dawno wzniesione, były stosunkowo bardzo porządne, murowane z cegły, 
tak samo jak owczarnie, stodoły , spichlerze itd. Nie mogło być mowy o umieszczeniu tych 
rodzin w innym miejscu, gdyż to pociągnęłoby szalone koszta. Tam koncentrowało się życie 
folwarku. 
Kiedy pierwszy raz Judym zapytał mimochodem plenipotenta, czy nie dałoby się przenieść 
czworaków na miejsce bardziej suche, ten zaczął mu się przypatrywać z uwagą, a w taki sposób, 
jakby doktor ni z tego, ni z owego w towarzystwie osób starszych i godnych szacunku 
zatańczył kankana albo wywrócił koziołka. Judym nie stracił przytomności i nie spuścił oczu. 
Czekał jeszcze chwilę, czy mu wszechwładny agronom nie odpowie, a gdy się niczego nie 
doczekał, rzekł z całą delikatnością: 
— Tam, w tych czworakach panuje malaria. Przyczyniają się do tego w znacznej mierze... 
przyczyniają się do tego... zaprowadzone sadzawki. 
Plenipotentowi lica i oczy krwią zabiegły. Sadzawki były to jego ulubienice. Sam je wymyślił, 
zarybił i osiągnął z nich dla majątku znaczny dochód. Ryby w ciągu całego roku szły na 
sprzedaż i do kuchni zakładu leczniczego, czyniąc już dużą pozycję, a na przyszłość cała 
sprawa, prowadzona umiejętnie, miała stanąć jeszcze lepiej. Prócz tego lód, szlam itd. 
Toteż wielkorządca i teraz nic nie rzekł, tylko błysnął oczami, a później przeszedł na inny 
temat w sposób zabójczo grzeczny. 
Taki wstęp nie zwiastował zgody ani jakiegokolwiek kompromisu. Trzeba było wywierać 
nacisk. Do pani dziedziczki w kwestii tak czysto folwarcznej droga prowadziła jedynie via185 
plenipotent. Panny załamywały białe dłonie, ale nic poradzić nie mogły. Jesień nadchodziła. 
Po dżdżystych nocach stało nad łąkami i dolnym parkiem jakby błoto w przestworze. Gdy 
nim kto długo oddychał, uczuwał ból głowy i jakiś pulsujący szelest w żyłach. Wtedy również 
Judym zauważył, że i w zakładzie około stawów było powietrze jeżeli nie takie samo, to bardzo 
siostrzane. Liście zlatujące z olbrzymich grabów i wierzb sypały się w stojące baseny wody 
i tam w niej gniły. Na powierzchni stawów pleniła się masa wodorostów, które gdy było 
wyrwać i rzucić na brzegu, szerzyły woń cuchnącą. Kuracjusze przybywający do Cisów dla 
pozbycia się malarii nie tracili jej, a były nawet dwa wypadki febry zdobytej. Kiedy Judym 
zakomunikował te swoje obserwacje doktorowi Węglichowskiemu, ten zmierzył go takim samym wzrokiem jak plenipotent i żartobliwym, a jednak cierpką esencją zaprawionym tonem 
oświadczył, że to nie jest wcale ani febra, ani tym mniej — malaria. 
— Główna rzecz — dodał — nie należy o tym wcale mówić... 
Cmoknął go przy tym w czoło i uderzył bratnią, przyjacielską dłonią po ramieniu. 
Judym zdziwił się, ale... nie mówił nikomu. 
We wrześniu izby szpitalne pełne były dzieci większych i mniejszych. Ociężałe, mrukowate, 
senne istoty siedziały i leżały, gdzie się dało. W izbach panował zaduch i jakaś nieopisana 
nuda. Zdawało się, że tu spędzono pijaną szkołę, która za nic na świecie nigdy się niczego 
nie wyuczy. Dzieci te wlepiały we wszystko ślepie bez żadnego wyrazu, bez chęci nawet 
do jadła. Jeżeli które z nich wypędzono za drzwi, lazło bezmyślnie przed siebie, wtulając 
głowę w ramiona. 
Gdy trafiło się wolne miejsce, wnet je ktoś zajmował i przymykał oczy nie po to, żeby 
spać, tylko żeby na świat nie patrzeć, żeby wciągnąć się w siebie jak ślimak w skorupę i doznać 
ciepłej ulgi. Zwiędłe kadłuby dziewczyn, na których twarzach malował się ból głowy, 
pozawijane w chustki i zapaski siedziały nieruchomo na ziemi, gotowe trwać całe doby w tej 
samej pozycji, byleby tylko nie łazić po błocie i deszczu. Kiedy doktor wchodził, wszystkie 
oczy patrzały na niego jakoby ten dzień jesienny. Czasami gdzieś, w głębi przewinął się 
uśmiech... 
Ta sentymentalna gościnność dla podrostków nie chorych obłożnie, sprzeciwiająca się tak 
jaskrawo tradycjom szpitala, zaczęła ludzi irytować. Plenipotent wprost mówił, że zanosi się 
na demoralizację „w grubym stylu”, a nawet ze swej strony „za nic nie ręczył” i „umywał ręce”. 
W gruncie rzeczy Judym sam nie wiedział, co ma robić dalej. Chininę ekspensował jak 
mąkę, miał „rezultaty”, ale do czego to summa summarum186 prowadzić miało nie bardzo 
wiedział. Gdy chore dzieci przychodziły jak owce do owczarni, pozwalał im rozkładać się i 
siedzieć, a gdy je stamtąd „ojcowie”, nasłani przez ekonomów i karbowych, wyciągali do roboty 
waląc pięścią po karku, nie protestował, bo nie wiedział w imię czego. 
Tak stały rzeczy; gdy pewnego dnia dr Judym otrzymał bilet od pani Niewadzkiej, w którym 
wyrażona była prośba, żeby się niezwłocznie pofatygował do pałacu. Skoro się tam udał, 
wprowadzono go do małej alkowy, gdzie stara dama zwykle przebywała. Były tam obydwie 
wnuczki i kilka osób z familii dalszej, które zazwyczaj bawiły w Cisach przez sezon. Judym 
był już w tym pokoju kilka razy, ale zgromadzenie tylu osób odebrało mu pewność siebie. 
Pani Niewadzka wyciągnęła doń rękę i kazała usiąść obok siebie. 
— Prosiłam cię, panie doktorze, na naradę. 
— Służę z gotowością. 
— Co do tych bębnów folwarcznych. Nie ma sposobu, prawda? 
— Nie ma żadnego. 
— Worszewicz ani słuchać podobno nie chce pańskich projektów przeniesienia Cisów na 
inne miejsce, na przykład w Góry Świętokrzyskie? 
— Nie chce nawet paru czworaków posunąć wyżej na tutejszą, cisowską górę, a cóż dopiero 
mówić o Górach Świętokrzyskich... — rzekł doktor w tym samym tonie. 
— Hm... To źle! Bo tutaj Joasia proponowała inną kombinację. 
— Panna Podborska? 
— Tak, tak... Chciała oddać swój pokój w skrzydle na pomieszczenie malaryków, żeby od 
nich szpital uwolnić. Ona tam zresztą ma jakieś swoje mrzonki, na czym się nie znam. Ale że 
to jest przecie jasne jak płomyk i czułe jak powój, więc nie mogę temu nie ulegać. Samo 
chciało w pasażyku, uważasz, doktorze, obok stancyjki gospodyni... Otóż uradziłyśmy tu, że186 
S u m m a s u m m a r u m (łac.) — wszystko razem, ostatecznie. 
by jej na urodziny, w listopadzie, zrobić siurpryzę187. Jest w lewej oficynie od południa stara 
piekarnia, całkiem dziś pusta. Tam jest izba ogromna, sucha i widna. Prosiłam pana Worszewicza, 
żeby kazał stamtąd wynieść wszelkie rupiecie, obielić ściany, wyrestaurować piec, 
opatrzeć okna... Może byś zgodził się, panie doktorze, tam te dzieci przetranslokować! Niechże 
się to w zimie tam grzeje i ratuje... To dla niej, dla panny Podborskiej... na wiązanie... 
— Czyżbym się zgodził!... Ależ... 
— A, no to chwała Bogu. 
— Te dzieci kuracji nie potrzebują, tylko suchego mieszkania tu, na górze. Gdzież jest panna 
Joanna? 
— Nie, nie, jej mówić nie trzeba! Dopiero w listopadzie otworzy się tę salę malaryjną i odda 
jej pontyfikalnie188. Uważasz? Ona tam będzie sobie z tymi brudasami radziła. To jej rzecz... 
Pod pańskim zresztą dozorem lekarskim... 
— Ach, tak... — szepnął Judym. 
Uczucie niesmaku, a nawet odrazy przewinęło się w mrokach jego duszy. 
STARCY 
Domek zajmowany przez dyrektora Cisów dra Węglichowskiego mieścił się na wzgórzu, z 
którego obejmowało się wzrokiem cały park i jego okolice. Dworek ten należał do M. Lesa. 
Kiedy dr Węglichowski zdecydował się przyjąć obowiązki dyrektora, M. Les zaczął niezwłocznie 
pod dozorem uproszonej kompetentnej osoby stawiać w Cisach „budę” dla siebie, 
w której, jak pisał, pragnął żywota dokonać. Była to willa drewniana, z zewnątrz niepokaźna i 
dość ciasna. Miała jednak rozmaite zalety wewnętrzne: były tam alkowy, piwniczki i spiżarki, 
skrytki, strychy itd. tak pobudowane, że czyniły z niej bezcenne gniazdo. 
Kiedy dom był gotów, M. Les prosił Węglichowskiego listem gwałtownie różnojęzycznym 
o zamieszkanie w tej chałupie, a to w celu po prostu ustrzeżenia jej od złodzieja, ognia i wojny. 
Węglichowski odrzucił propozycję. Nie miał zamiaru korzystać z darowizny domu (gdyż 
taki był podstęp M. Lesa, zbyt prostacko sklejony, żeby się ktokolwiek na nim nie poznał). 
Wtedy Leszczykowski napisał list jeszcze bardziej nieortograficzny, w którym wymyślał po 
turecku „starym futurom”189, którzy dach przyjaciela uważają za cudzy. „Nie ma już — pisał — 
dawnego koleżeństwa! Wszystkoście zamienili na pieniądze, a skoro tak, to płać, płać komorne, 
jak Żydowi albo Grekowi! Ponieważ jednak ja ani Żydem, ani Grekiem, ani żadnym hyclem 
być nie myślę na stare lata, więc żądam, żebyście ten czynsz dzierżawny obracali na 
kształcenie jakiego osła z Cisów czy spod Cisów w pożytecznym kunszcie, w jakim koszykarstwie, 
tkactwie, co by później w okolicy rozwinął — czy ja tam wiem zresztą, w czym i jak? 
Głupi jestem przecie w tych sprawach, jak zresztą we wszystkim, co się nie tyczy bezpośrednio 
targów z Azjatami...” 
To dr Węglichowski przyjął z ochotą. Czynsz dzierżawny oznaczono kolegialnie i wypłacono, 
według woli M. Lesa, naprzód ogrodniczkowi, który się uczył w Warszawie, a później 
innemu chłopcu. 
Szczególnie zadowolona z mieszkania była żona dr „Węglicha”, pani Laura. Była to osoba 
nadzwyczaj interesująca. Miała już pięćdziesiątkę z dużą górą, ale trzymała się wybornie. Siwe 
pasma włosów wymykające się spod czarnego ubrania głowy podczerniała tak starannie i 
systematycznie, że przybrały kolor szczególny, kolor zmulonego siana, które wyschło wprawdzie 
na słońcu, ale nie może się pozbyć odcienia czarnej, głębokiej zieleni. Policzki jej były 
zawsze rumiane, oczy żywe, a ruchy prędkie i gwałtowne po dawnemu, jak u osiemnastoletniej 
dziewczyny. Pani Laura była to osoba małego wzrostu i szczupła. Od czasu zamieszkania 
w Cisach stopniowo zmieniała się na „gospodynię”, bardzo wiele czasu poświęcała „drelowaniu”, 
smażeniu, pieczeniu i gotowaniu. Nie można powiedzieć, żeby rondel świat jej zasłonił. 
Owszem, pani Laura lubiła patrzeć na życie szersze, i to okiem przenikliwym, co zresztą prowadziło 
nieraz do zbyt kategorycznego (między pieczenią a deserem) rozstrzygania zawiłych 
kwestii. Życie jej obfitowało w szczegóły, które mogłyby zapełnić romans, a właściwie opis 
podróży. Młodość, pierwsze jej lata poślubne upłynęły za światem, w wertepach, w pracy ordynarnej, 
w ciężkich i twardych cierpieniach. Ów sposób życia ujął wrodzony temperament 
pani Laury w mocne kluby i urobił go w szczególną całość. Doktorowa na pierwszy rzut oka 
sprawiała wrażenie babiny gadatliwej, chętnie decydującej i chłodnej. Nie cierpiała wszelkiej 
„egzaltacji”, mazgajstwa, uczuć i tkliwości. Palnęła nieraz takie zdanie, że się aż kwaśno robiło. 
W gruncie rzeczy jednak czuła żywiej niż całe otoczenie. Były materie, które ją elektryzowały w mgnieniu oka. Wtedy robiła wrażenie nasrożonej kocicy. Mówiła w takich momentach 
krótko, węzłowato, jak dowódca wydający rozkazy swemu oddziałowi piechoty. W 
tej piechocie stał, rcszumie się, na pierwszym miejscu dr Węglichowski. Czy siedział pod 
pantoflem, to jest wieczna tajemnica... W kwestiach szerokich, ogólnych, zasadniczych sprawiał 
wrażenie podkomendnego. Za to w interesach wszelkiego gatunku, wymagających przebiegłej 
kombinacji, był panem i rozkazodawcą. 
U państwa Węglichowskich prawie co dzień gromadził się światek cisowski: Listwa, 
Chobrzański, plenipotent Worszewicz, ksiądz, Judym, kilka osób z kuracjuszów i kuracjuszek 
dłużej w zakładzie przesiadujących. Latem, a szczególnie pod jesień grywano w winta na 
małej werandzie domu, ocienionej dzikim winem. Kiedy Judym przybył do Cisów, zastał już 
między stałymi bywalcami tych posiedzeń wintowych nie tylko przyjaźń, ale jakieś zrośnięcie 
się myślami, wyobrażeniami, całą masą upodobań i antypatii. 
Niektóre osoby lubiły się tam wzajem a bezinteresownie. Pani Węglichowska lubiła tak Listwę, 
a on ją. Młody proboszcz wiecznie pokpiwał sobie z tych „amorów” w sposób dystyngowany, 
a Krzywosąd w sposób rymarski. Pani Laura wyśmiewała się nieraz ze starego kasjerzyny, 
a lubiła go i brała w obronę zarówno od udręczeń żony, Dyzia, jak całego świata. Za tę 
opiekę Listwa odwzajemniał się formalnym uwielbieniem, admiracją stałą i wykluczającą 
krytykę. Krzywosąd wsunął się między Węglichowskich, przywarł do nich i, poznawszy 
wszystkie ich zalety, błędy, dziwactwa, czynił, co trzeba, żeby zostać panem placu. Udało mu 
się to w zupełności. Dr Węglichowski miał w nim istotną prawą rękę. Krzywosąd wykonywał 
wszystko po myśli dyrektora, przewidywał na cztery tygodnie jego życzenia, ale w zamian 
rozszerzał krok za krokiem terytorium swojej władzy. 
Pomimo rozumu, siły woli i tęgości charakteru dr Węglichowski ulegał nieraz Krzywosądowi, 
ustępował mu, a nawet pokrywał jego czyny urokiem swego autorytetu. Ci dwaj ludzie 
dopełniali się i tworzyli jakąś całość władzy silnej i zgoła nierozerwalnej. Plenipotent lubił 
towarzystwo tych osób i był lubiany. Dzień w dzień spierał się z Chobrzańskim, który go raził 
wszystkim, co robił i mówił, a mimo to przepadał za wszechstronnym administratorem. Całe 
to kółeczko stanowiło świat odrębny. 
Byli to ludzie wypróbowanej, nieposzlakowanej uczciwości, ludzie, którzy w życiu swym 
straszną masę rzeczy widzieli, toteż uchodziło dla najbliższej okolicy za honor być na wincie 
u dyrektorostwa. Judym i proboszcz weszli do tego grona jak gdyby ex officio190, z natury 
swego położenia towrzyskiego. Byli, rzecz prosta, dobrze przyjęci, ale nie mogli wejść w ścisłe 
pobratymstwo z tamtymi. Judym nigdy nie mógł osiągnąć tego, żeby znajdował posłuch, 
żeby mówił przekonywająco dla kogokolwiek. 
Słuchano go z uwagą, odpierano jego zdania albo się na nie godzono, ale on czuł dobrze, 
że jest to tylko rozmowa. Między nim i grupą był jakiś płot nie do przebycia. Uderzało go 
zawsze patrzenie tamtych osób na teraźniejszość, a raczej modła traktowania, z której pomocą 
ujmowali każde zjawisko bieżące. Życie współczesne w Cisach stanowiło dla grupy dyrektorskiej 
jak gdyby tylko ramę wypadków ubiegłych. Wszystko, cokolwiek było i mogło być ważnego 
— leżało w przeszłości. 
Ludzie, wypadki, kolizje, przejścia, radości i cierpienia z tych czasów dawnych miały jakąś 
moc aktualności, która przytłaczała rzeczy nowe. Wszystko, co współczesne — było dla nich 
prawie niedostrzegalne, jakieś błahe, bez wartości i wpływu, a najczęściej śmieszne: Tymczasem 
Judym żył taką pełnią sił, tak rzucał się na teraźniejszą chwilę i porywał ją w swe ręce, że 
owe dawne rzeczy tylko go nudziły. Toteż w żaden sposób nie mógł znaleźć drogi do tych 
ludzi. 
Czuł to na każdym kroku, że musi albo wziąć z ich rąk ster spraw cisowskich, albo z nimi 
współdziałać w taki sposób, aby im się wydawało, że to oni robią. Już po upływie kilku miesięcy 
przekonał się, że tylko to drugie jest możliwe. Administrator i dyrektor byli tak silnie ze 
sobą złączeni i tak świadomie trzymali wszystko, że o pracowaniu pomimo nich mowy być 
nie mogło. Kiedy Krzywosąd po skończeniu sezonu sam, własnoręcznie reparował rury prowadzące 
ogrzaną wodę do wanien, a Judym zrobił mu uwagę, że tak być nie powinno, że naprawianie 
rur — to rzecz specjalisty, gdyż w przeciwnym razie w ciągu sezonu wynikną 
awantury w kształcie pękania tych szlachetnych naczyń, Krzywosąd odpowiedział mu kilkoma 
anegdotami i robił dalej swoje. Dyrektor, do którego zwrócił się młody asystent z tą samą 
radą, uśmiechnął się i odrzekł grzecznie, że to jest terytorium administratora, który w swoim 
poświęceniu dla Cisów idzie aż za daleko, który oto własnymi rękoma pracuje, żeby zaoszczędzić 
grosza, który, krótko mówiąc, jest fenomenem. Zacytował mu nadto ze sześć przykładów 
nieposzlakowanej uczciwości Krzywosąda. Gdy Judym zastrzegł się, że on o szlachetności 
nie tylko nie wątpi, ale nawet nie mówi, rury zaś... — dyrektor powtórzył myśl swoją i 
urwał na niej rozmowę. 
Taki proces powtórzył się z dziesięć razy, i to w najrozmaitszych okolicznościach. Wszystkie 
one wykazywały, że nie można w żaden żywy sposób wpływać na bieg spraw cisowskich, 
jeśli się nie idzie ręka w rękę z administratorem. Wówczas młody lekarz umyślił współdziałać 
z Krzywosądem i tym sposobem go opanować. Zabrał się tedy w sezonie jesiennym, kiedy 
wszelkie rozrywki ustały, do prac przeróżnych. Układał w zastępstwie starca księgi kancelaryjne, 
które tamten mazał w sposób niemożliwy, wglądał jako ekspert w sprawy kuchni, ogrodu, 
folwarku, sadził drzewa, jeździł do miasta na sądy, budował, przerabiał, zajmował się 
wszelkiego rodzaju restauracjami mebli, spisywał kontrakty itd. Nie tylko Krzywosądowi, ale 
wszystkim podobała się ta gorliwość. Chętnie wyręczano się doktorem, który imał się każdej 
pracy. Były to dla niego środki, które uświęcał daleki cel: osuszenie Cisów, skasowanie sadzawek, 
stawów, basenów i cały na tym tle szereg chytrze przemyślanych reform. Od czasu 
do czasu nieznacznie, jak gdyby nigdy nic wysuwał łapę i badał sytuację, czy nie można by 
już ruszyć się w znanym kierunku... Ale za każdym razem musiał ją cofać i wracać do pospolitego 
wykonywania robót za Krzywosąda, za dyrektora... 
Skoro tylko spostrzegano, że „młody” filozofuje, delikatnie usuwano go nawet od czynności, 
na które już zezwolono jak małemu, obiecującemu chłopczykowi, gdy był grzeczny. Judym 
nie zrażał się niczym. Robił ciągle z myślą, że nauczy się z czasem tych Cisów tak na 
pamięć, że je od a do z ogarnie pracą swoją i tym trybem posiędzie. 
Z wolna, w głębi ducha pierwotna chęć do pracy zamieniała się na zgubną pasję. Cały zakład, 
park, okolica stawały się jego skrytą namiętnością, żyjącym, jak płód, wewnętrznym 
światem. 
Jeżeli się zamyślił głęboko i chwytał na gorącym uczynku, o czym też myśli, to zawsze 
okazywało się, że coś knuje: nowe urządzenia, inne wanny, szpalery, ogrody dla dzieci, sale 
gimnastyczne, przytułki dla wyrobników zakładowych i inne, inne rzeczy — aż do białego słonia, 
aż do samego „muzeum cisowskiego”. Nieraz w nocy, zbudziwszy się, łamał sobie głowę 
nad jakąś drobnostką, nad czymś, co nikogo nie interesowało, czekał niecierpliwie ranka i, 
wstawszy o świcie, coś sam robił, dźwigał, kopał, mierzył. 
Pewne przedsięwzięcia niezbędne dlań w systemacie, w owym planie zmierzającym do higienizowania, 
wykonał sam całe, z prawdziwą furią. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego raptem zajmował się rzeczą postronną, nie związaną z życiem rokrocznym, z formułą zakładową. 
Uśmiechano się wtedy pobłażliwie, układano cichaczem anegdoty — nie żeby mu szkodzić 
albo go dotknąć, lecz idąc za natchnieniem przyrody uczciwych, spokojnych, osiadłych ludzi. 
Już w zimie młody doktor stał się figurą tak niezbędną w Cisach, tak do nich pasującą, jak 
na przykład źródło albo łazienki. Służba, robotnicy, chłopstwo okoliczne, interesanci, dwór, 
goście — słowem, wszyscy przywykli do tego, że jeżeli trzeba coś ciężkiego zrobić na pewno, 
coś z forsą „odwalić” — to do „młodego”. O każdej porze dnia, a nieraz w zimowe noce, w 
mrozy, zawieje, roztopy, na małych saneczkach albo piechotą, w grubych butach snuł się po 
drożynach między wsiami do chorych na ospę, na tyfus, szkarlatyny, dyfteryty... 
Jak to zwykle bywa na świecie z ludźmi silnymi — nie ominął go ani jeden wyzysk. Brał jego 
pracę każdy, kto tylko mógł. Ale Judym drwił sobie z tego. Czuł się tak dobrze jak inny, 
gdy zbija majątek albo buduje sobie sławę. Im silniej pracował, tym więcej czuł w sobie mocy, 
jakiegoś rozmachu i owej pasji, która potężniała i wyrabiała się od trudu jak mięsień. W 
tym życiu całą piersią brakowało mu jednak towarzysza. Czasami popełniał błędy, leciał niepotrzebnie 
w jakimś kierunku i u końca jego dostrzegał, że się ośmiesza w mniemaniu tych, 
co siedząc na uboczu przypatrują się tylko i wiedzą z góry o śmieszności tego, co on czyni. 
Istniał jeden wspólnik, ale daleko. Był nim M. Les. Od samego przyjazdu Judym wszedł z 
nim w korespondencję, która z czasem zamieniła się na ciągłe obcowanie. Kochanek dla kochanki 
nie ekspensuje takich stosów papieru jak ci dwaj praktyczni marzyciele. Judym podawał 
swoje projekty i uzasadniał je, M. Les wskazywał drogi urzeczywistnienia. Z początku 
Leszczykowski usiłował przekonać w listach radę zarządzającą, żeby wprowadzała takie a 
takie ulepszenia w Cisach. Wszyscy, rozumie się, powstali na niego z wyrzutami, że bierze się 
do rozstrzygania spraw instytucji, której na oczy nie widział. 
M. Les musiał położyć uszy po sobie i zamilkł skompromitowany. Zaczęto się domyślać, 
kto to inspiruje starego filantropa, i odgadnięto bez trudu. Zgadł to przede wszystkimi Krzywosąd 
i zabezpieczył się z tej strony. On sam począł pisywać sążniste listy do Leszczykowskiego 
i przedstawiać mu sprawy w innym oświetleniu. Na szczęście stary kupiec znał „zieloną 
małpę” do gruntu i zbyt kochał rzecz samą, żeby mu można zwichrzyć o niej pojęcie. W 
listach Judyma widział ciała swych planów urodzonych w tęsknocie, jakby dalsze wywody 
swych myśli. Toteż nie ustawał. Gdy nie pomagały przerozmaite chytre oddziaływania na dyrektora 
i Krzywosąda, M. Les polecał Judymowi uciekać się do „cichej kasy”. Tak było ze 
szpitalem i mnóstwem innych rzeczy. Jeżeli nie chciano zgodzić się na jakąś innowację, to ją 
wprost M. Les za pośrednictwem Judyma fundował dla Cisów. Rada zarządzająca krzywiła 
się, uśmiechała ironicznie, szeptała dowcipne słowa, ale koniec końców czuła się zmuszona 
do podziękowań. 
W ciągu całej jesieni Judym obserwował, badał i mierzył stawy zajmujące środek parku, a 
głównie basen wprowadzający wodę do pierwszego z nich. Basen urządzony był w ten sposób, 
że u samego wejścia rzeczki do stawu zbudowano groblę, która podnosiła poziom szyi 
rzecznej o jaki łokieć z górą. Nadmiar wody spadał z szumem do stawu. Ten zbiornik wody 
skonstruował Krzywosąd, ażeby ozdobić park w takim rodzaju, jak to widział w przeróżnych 
rezydencjach pańskich. Judym przyszedł do wniosku, że dla osuszenia Cisów trzeba przede 
wszystkim skasować ten wynalazek, później pierwszy staw, a dopiero drugi uczynić zbiornikiem 
poruszającym maszyny zakładowe. Należało tedy dźwignąć dno rzeczki do wysokości 
poziomu w niej wody i puścić strumyk po tym dnie twardo ubitym kamieniami. W tym celu 
trzeba było zbudować rodzaj tamy przed parkiem i podnieść wysokość wody w rzeczce płynącej 
wśród otwartej doliny, na dużej przestrzeni. Prąd podniesionej wody zlatywałby na twarde 
dno w parku, sączył się po nim bystro i spływał do pierwszego stawu. Tym sposobem liście z 
drzew nie gniłyby w wodzie basenu, roztopy wiosenne nie znosiłyby ich wraz z mułem do 
stawu, wskutek czego te zbiorniki wody nie byłyby tak szkodliwe. 
Judym czuł przestrach na samą myśl wypowiedzenia tego projektu osobom zarządzającym 
sprawami Cisów, to jest dyrektorowi i „małpie”, a wykonać całej roboty na koszt M. Lesa 
również nie było możności. W tym czasie, to jest w lutym, przypadał właśnie termin wizyty w 
Cisach komisji rewizyjnej. Komisja, składająca się z trzech osób wybranych z grona wspólników, 
rzeczywiście zjeżdżała rokrocznie do zakładu, zwiedzała go, przerzucała księgi, jadła 
obiad i odjeżdżała do swych zatrudnień, gdyż wiadomą było rzeczą, że instytucja pod ręką 
Krzywosąda i Węglichowskiego idzie świetnie. Pewnego dnia, wchodząc do sali jadalnej, 
Judym spostrzegł trzech nie znanych sobie panów, którzy z ożywieniem rozmawiali o Cisach 
w sposób zdradzający ludzi świadomych rzeczy. 
„Komisja...” — pomyślał Judym. 
Dreszcz przebiegł wzdłuż jego nerwów i jakby na końcu swej drogi tajemniczej spotkał 
silną decyzję. 
„Teraz im wszystko wyłożę!” 
Przy obiedzie zawiązała się żywa rozmówka, w której Judym brał udział, ale więcej w celu 
zbadania przybyłych, wysondowania, co to za jedni. Niewiele mógł dociec. Raz mówili doskonale, 
bezwiednie popierając plany reform, a kiedy indziej zdradzali się z tak ordynarnym 
brakiem wiadomości, że ręce opadały. Dr Węglichowski zaprosił kontrolerów na radę do kancelarii, 
gdzie po drzemce mieli się zejść, przejrzeć księgi, rachunki, a między innymi nowe 
plany kwitariuszów zaproponowanych przez Judyma. Korzystając z grzeczności, których mu 
wobec rewizorów nie szczędzili ani dyrektor, ani Krzywosąd, asystent wyraził Węglichowskiemu 
na uboczu prośbę, ażeby mu pozwolono być obecnym na tej radzie. Dr Węglichowski, 
skręcając według zwyczaju papierosa, wlepił w niego swe przenikające oczy i spytał otwarcie: 
— Dlaczego kolega chcesz być na tym posiedzeniu? 
— Chcę panom przedstawić mój projekt podniesienia zdrowotności w Cisach. 
— Podniesienia zdrowotności w Cisach... Pięknie. Ale przecie my tu wszyscy myślimy, jak 
możemy, o tej samej sprawie. Twoje uwagi są cenne, ani wątpię, ale czyżbyś kolega miał powiedzieć 
jeszcze coś nadto więcej, niż wiemy wszyscy, na przykład taki Chobrzański, ci panowie 
z komisji, których słyszałeś mówiących ze znawstwem, no, wreszcie ja? 
— Chciałem istotnie powiedzieć coś odmiennego. Może to jest niewłaściwa myśl... Panowie 
osądzą. Chciałbym jasno to wyłożyć i poddać do rozważenia. 
— Czy znajdujesz kolega — mówił Węglichowski powolnie i uśmiechając się leciuchno — że 
my źle coś w kierunku przeciwzdrowotnym broimy? 
— Bynajmniej:.. To jest, ja się tak zapatruję, że wilgotność jest zbyt wielka w Cisach. 
— Czy aby w niej znowu nie znajdziesz twojej sławnej malarii? Tej, co to w lecie? 
Mówił to ze śmiechem niby dobrotliwym, toteż Judym nie mógł wytrzymać i powiedział: 
— Zdaje się, niestety, że ominąć jej nikt nie potrafi. 
Dr Węglichowski cmoknął ustami, później zaciągnął się mocno i patrząc zza dymu na 
swego asystenta rzekł: 
— Widzisz, kochany panie Tomaszu, musimy postępować w myśl ustawy, która nie daje ci 
prawa uczestniczenia w naradach. Nie jesteś członkiem. Musimy się trzymać ustawy. Ten 
nasz brak poszanowania ustaw — to jest wada narodowa. Owo: co tam! prawo prawem, a 
przyjaźń przyjaźnią. Naszym hasłem... 
— Panie dyrektorze... 
— Przepraszam, że ci przerwę; naszym hasłem powinno być co innego... Dura lex, sed 
1ex191 
... 
— A... jeśli ustawa zabrania... — szepnął Judym — w takim razie... 
Ta odmowa nie tyle zmartwiła go, ile jakoś zdegradowała. Judym w ogóle łatwo ulegał 
złudzeniu, że w samej rzeczy nie ma prawa do mnóstwa przywilejów, które są udziałem innych 
ludzi. Obecną w nim była pamięć na rzeczy dawne, na pochodzenie i owo jak gdyby 
bezprawne wejście do życia stanów wyższych. 
Toteż po rozmowie z doktorem Węglichowskim doznał w głębi serca tego spodlenia dumy, 
tchórzostwa rozumnej woli. Odszedł do siebie, rzucił się na sofę i chciał zdławić uczucie nędznej pokory. W chwili gdy biedził się z tym bezowocnym usiłowaniem, zastukał we drzwi 
jego numeru stary kąpielowy, pełniący zimą w domu dyrektora obowiązki lokaja, i wyraził 
przysłane „na gębę” zaproszenie pani dyrektorowej. Judym wiedział, że będą tam kontrolerowie, 
toteż z umysłu wybadał starego Hipolita, kto właściwie to zaproszenie przysyła. 
— Pana dyrektora nie było od rana na górze — rzekł stary. 
— No, a kogóż tam dzisiaj będziecie podejmowali? 
— Tych ta panów z Warszawy, trzech, pana administratora i pana rządcę ze dwora. 
— Dobrze, przyjdę — rzekł Judym. 
Wiedział teraz, że zaproszenie wydane zostało rano, a teraz pani Laura wprowadzała je w 
życie, nic nie wiedząc o utarczce poobiedniej. 
Wieczorem, znalazłszy się w saloniku, przywitany został przez dyrektora w sposób jak tylko 
być może najuprzejmiejszy, otoczony grzeczną, miłą i jakby tkliwą atmosferą opieki. 
Czuł, jak mu trudno będzie przełamać tę sieć pajęczą, a jednak wiedział, że ją zerwać musi, 
musi... Wspomnienie odczytu warszawskiego było tak dławiące, że chwilami nie zdawał sobie 
sprawy, o czym to ma mówić... 
Jeszcze przed kolacją, kiedy zwyczajne kółko gości dopełniło trójcę przyjezdnych, Judym 
wmięszał się do rozmowy i zaczął w sposób kategoryczny wykładać teorię swego kanału. Dr 
Węglichowski cierpliwie słuchał przez czas pewien, a naraz, we właściwej chwili odtrącił tę 
kwestię zręcznym aforyzmem. Wprowadził na stół inną kwestię, mianowicie kosztorys nowej 
willi dochodowej dla chorych niezamożnych. 
Dyskusja zeszła na inne tory... 
Judym wiedział, że wystawi się niemal na śmieszność, jeżeli znowu zanuci jak maniak 
swoją piosenkę o dźwiganiu dna rzeki, a jednak zaczął: 
— Panowie pozwolą, że raz jeszcze wrócę do sprawy z rzeką. 
— Ależ prosimy, prosimy... — rzekł dr Węglichowski. 
Judym spojrzał na niego i zobaczył w tym wzroku błysk, który mógłby otruć człowieka. 
Zaczął się wykład ab ovo192, dowodzenia szczegółowe o ruchu kropli wodnej i sile jej 
spadku z rzeki do stawu, o rodzaju mgły zalegającej łąkę w sąsiedztwie wód... 
— Basenu niszczyć nie możemy — rzekł raptem Krzywosąd — gdyż na wiosnę w nim się 
utrzymuje nadmiar wody. Gdy przyjdą roztopy, wtedy pan doktór zobaczy, co to jest. Jeśli 
podnieść dno rzeki, to woda z brzegów wystąpi i zaleje park... 
— Łąkę, nie park — rzekł Judym. 
— Tak, łąkę, a na niej myśmy posadzili najpiękniejsze krzewy. 
— To i cóż z tego? Cóż kogo mogą obchodzić pańskie krzewy? 
— Jak to? — rzekł dr Węglichowski. — Ja koledze pokażę, ile te krzewy kosztowały! Posadziliśmy 
tam tuje, jesiony, najpiękniejsze sosny Weimutha, nawet platany, nic już nie mówiąc 
o tych ślicznych zagajnikach grabowych... 
— Panie dyrektorze, co obchodzi chorego, który tu przyjeżdża po zdrowie, zagajnik, a nawet 
tuja? Tam jest błoto! Łąka nasiąknięta jest zgniłą wodą, która stoi w nieruchomym kanale. 
Ten kanał trzeba zaraz zniszczyć, a łąkę przerznąć kilkoma rowami. Osuszać, osuszać... 
— Osuszać... — śmiał się Krzywosąd. 
— Mnie się wydaje, że może pan doktór Judym ma rację — rzekł jeden z członków komisji. 
— Ktoś w rzeczy samej skarżył się przede mną na wilgoć w Cisach, na dziwne zimno, jakie tu 
panuje po zachodzie słońca. Na polach okolicznych, mówiła ta osoba, jeszcze ciepło, jeszcze 
żar idzie z ziemi, a nad stawami już tak chłodno, że kaszel drapie w gardle. Ja nie znam się na 
tym, ale skoro doktór Judym potwierdza... Nawet moja żona... 
— Ach, z tymi młodymi lekarzami! — zawołał na pół żartobliwie doktor Węglichowski. — 
Zdaje im się, że gdzie oni postawią nogę, tam z pewnością leży Ameryka, którą, rozumie się, 
należy co tchu odkryć. Przecie ja tu, moi panowie, siedzę zimą i latem, znam ten zakład i życzę 
mu dobrze... Jak sądzicie, czy mu życzę dobrze? Otóż tedy — cóż mi zależy na tym, żeby 
istniał jakiś kanał, który wilgoć wytwarza... gdyby ją wytwarzał. Ale ja ręczę, że to są fikcje, 
szukanie w całym dziury. Kanał jest potrzebny tak samo jak most, jak staw, jak droga, więc 
go trzymamy. Okaże się, że jest szkodliwy — to go zniesiemy, ale dla fantazji rozpoczynać 
jakieś prace i rzucać w to kilkaset rubli, pieniędzy nie naszych przecie, pieniędzy, które żadnego 
dochodu nie dadzą, które będą zmarnowane... 
— Należy w takim razie zrobić tylko małą poprawkę w ogłoszeniach, w opisach Cisów. Nie 
należy twierdzić, że tu leczą, przypuśćmy, febry uparte, choroby dróg oddechowych, bo tego 
tutaj spodziewać się nikt nie może. 
Dr Węglichowski chciał coś powiedzieć na to, ale się wstrzymał. Tylko szczęki jego kilka 
razy drgnęły. Po chwili dopiero rzekł lodowatym głosem: 
— Ja także jestem lekarz... i mniej więcej wiem, co tu można leczyć, a czego nie. Zapewne... 
nie wiem tego tak dokładnie jak szanowny kolega doktór Judym, ale o tyle, o ile... Miałem 
tu wypadki malarii znakomicie wyleczonej, wypadki bardzo częste, więc nie widzę potrzeby 
nic wykreślać z opisów. 
— Mnie się zdaje — zwrócił się do Judyma któryś z kontrolerów — że może pan cokolwieczek 
za krańcowo bierze tę sprawę. Przecież frekwencja gości stale się zwiększa. 
— Frekwencja gości, proszę pana, niczego nie dowodzi. Jeden artykuł uczonego lekarza, 
udowadniający, że Cisy nie są zdrowe dla tych, od kogo się przecie bierze pieniądze za powietrze 
mające ich jakoby uleczyć, może całą sprawę obalić. Zakład może upaść w ciągu jednego 
roku. Ja także źle nie życzę temu kochanemu miejscu i dlatego to mówię. 
— „Jeden artykuł uczonego lekarza...” — uważasz? — mruknął z cicha dr Węglichowski do 
Krzywosąda, zwijając grubego papierosa. 
— O cóż zresztą chodzi, o koszta? 
— A tak, my wiemy! — zaśmiał się Krzywosąd. — Pan doktór znajdziesz sumę potrzebną na 
pokrycie wydatków... w kieszeni tego zacnego Lesa. Ale czy to jest sprawa jak należy? Stary 
da, rozumie się, ale on nawet nie wie, na co daje... 
— I czy to dobrze, czy to dobrze namawiać tego samotnego człowieka do wydatków tak 
wielkich? — mówiła pani Laura. On jest wprawdzie zamożny, ale nie milioner, nawet nie krociowy 
pan. Co zarobi, to rozda. Jeszcze tak być może, że na stare lata nie będzie miał gdzie 
głowy położyć. 
— Tak, panie doktorze — mówił ów kontroler trzymający stronę Judyma — Leszczykowski za 
wiele na te rzeczy wydaje. My wprost na to zezwolić nie możemy. Rozumiem jakiś drobiazg, 
ale takie sprawy fundamentalne, to nie uchodzi. 
Judym zawstydził się. Przyszła mu do głowy myśl, że w tej chwili Krzywosąd podejrzewa 
go o intencję skorzystania z sum, które by M. Les przysłał na podniesienie dna rzeki... Myśl ta 
była tak niespodziewana i tak ogromna, że przydusiła wszystkie inne. Judym zamilkł i siadł na 
uboczu. 
Tak obalił się projekt do prawa o przekształcenie zbiorników wody w parku cisowskim. Po 
wyjeździe komisji wszystko szło dawnym trybem i na pozór w stosunkach nic się nie zmieniło. 
Dyrektor był dla Judyma uprzejmy, Krzywosąd przesadzał się z grzecznością. W głębi 
kryła się zimna nienawiść. 
Judym upokorzony widział swój projekt w świetle jeszcze lepszym. Odrzucenie go wydało 
mu się i ruiną zdrowia kuracjuszów, i postępkiem przeciwspołecznym. Mała w istocie swej 
kwestia wyrosła w jego myślach do niebywałych rozmiarów i zakrywała inne sprawy, stokroć 
większej doniosłości. Tak gzems dachu chlewika stojący na wprost okna, z którego patrzymy, 
zakrywa rozległy łańcuch gór dalekich. 
Antagoniści: dyrektor, Krzywosąd, Listwa, plenipotent, spierali się właściwie nie o podnoszenie 
dna rzeki. Każdy z nich załatwiał w tej sprawie jakiś rachunek z Judymem. Dyrektor 
obliczał się z nim za szpital, Krzywosąd za swe upokorzenia, Listwa za mącenie ciszy, która 
była jego rozkoszą życiową, plenipotent za projekty przeniesienia czworaków. 
Przede wszystkim jednak wszystkich czterech złościła jego młodość. Gdyby o tym, co 
projektował Judym, którykolwiek z nich mruknął przy kartach, zyskałby, nie licząc krótkich 
wyprysków starczego uporu, zgodę, rozumie się, z tym zastrzeżeniem, aby ten, kto ma piękne 
myśli, dokonał pracy. Skoro jednak wystąpił z tą samą kwestią człowiek młody, starcy czuli 
się tak dotknięci w swej ambicji, jakby ich sponiewierał. Toteż zamknęli się i postanowili bez 
urnowy wzajemnej nie dać przewodzić takiemu „smykowi”. Osobliwie mocno uwziął się dyrektor. 
Prócz młodości drażnił go w Judymie ten sam zawód lekarski. Nie zdając sobie z tego 
sprawy, stary medyk nie uznawał Judyma za równego sobie lekarza i kiedy ten przemawiał 
albo uśmiechał się w imię „medycyny”, dyrektor siłą woli trzymał za zębami krótkie obelżywe 
nazwisko. Cóż mówić, gdy młody wydarł się spod wpływu i samopas działał. 
Nie ma takiego środka, który by w imaginacji dra Węglichowskiego nie przesunął się i nie 
mamił go nadzieją rychłej i absolutnej satysfakcji. Żaden jednak nie okazywał się dosyć i 
chwalebnie skutecznym. Usunąć entuzjastę dla jakiegoś powodu, który ustami plotki można 
by rozdąć do miary występku. Tuż jednak nasuwała się refleksja, że wówczas trzeba by samemu 
prowadzić szpital, i to w taki sposób, jak to czynił tamten. W przeciwnym razie sława 
Judyma wzrosłaby u tłumu do wysokości niebywałej i wprost szkodliwej... Zmusić go szykanami, 
szeregiem drobnych ukłuć, upokorzeń, drażnień, ośmieszeń do ucieczki dobrowolnej... 
Ale czy wówczas ten szewski synek nie zemści się w swój sposób „naukowy”, czy nie przyczepi 
Cisom w jakimś piśmidle takiej łaty, że jej później sam diabeł nie odpruje? Dr Węglichowski 
przeklinał dzień, w którym zwrócił się do Judyma z propozycją objęcia posady. W 
pasji targał sieć, którą się dobrowolnie oplątał. W tej sieci bowiem były pewne oka szczególne. 
Doktor Węglichowski szedł w życiu dotychczasowym drogą prostą, zawsze, jak to lubił 
mówić o sobie „rznął prawdę, a o resztę nie pytał”. Nigdy nie trudnił się matactwem, podstępem, 
nie walczył z żadną istotą ludzką ukrytym dla jej oka puginałem. Ludzie znali go wszędzie 
jako człowieka „zacności”. Sam nawykł nie tylko do tego przydomka, ale i do tego rysu 
swego charakteru, jak się przywyka do swego futra albo laski — aż oto, po raz pierwszy w życiu, 
dla walki z tym „młodym” macał w ciemności i szukał w sobie czegoś nieznanego, jakiejś 
innej broni. Judym czuł to wewnętrznie i dlatego chciał ich wszystkich zwalczyć tym goręcej, 
że bez reform zdrowotnych, które zaczynały się od wzniesienia dna rzeki, jak sztuka czytania 
od abecadła, nie warto było w Cisach pracować. Toteż w zupełnej ciszy i wśród grzecznych 
ukłonów, wspólnego picia herbaty wraz z czytaniem gazet kipiała walka ukryta. 
W pierwszych dniach marca po tęgich mrozach, trzymających świat w ciągu całego prawie 
lutego w żelaznych pazurach, nastała odwilż. 
Śniegi raptownie spłynęły i ziemia do gruntu odmarzła. Rzeka w parku wezbrała, zniosła 
sztuczną tamę nad pierwszym stawem i wystąpiła z jego brzegów. Judym stał nad tą zamuloną 
wodą, gdy waliła się głębokim nurtem, i patrzał na potwierdzenie swych wywodów. 
Było ciepło, jasno, po wiosennemu. Zadumany, nie dostrzegł, kiedy zbliżyli się do niego 
Krzywosąd i dyrektor. 
— A co? — rzekł administrator — co by teraz było, panie doktorze, gdyby tu nie było kanału. 
Którędy szłaby ta wszystka woda? 
— Raczej zapytaj pan, gdzie się podziewają fury zgniłych liści z kanału. Idą w tej chwili do 
stawu, żeby wydzielać ze siebie „powietrze”, za które pan każesz płacić ludziom z daleka 
przyjeżdżającym. 
— Znacie tę bajeczkę — więc posłuchajcie...193 — śmiał się dyrektor klepiąc Judyma po ramieniu. 
— Piorunujemy w gazetach na publiczność owczym pędem dążącą za granicę, do tak zwanych 
b a d ó w194. Jakiż toa d zniósłby podobne rzeczy? 
— Kochany panie... 
— Nie, nie, ja się nie zapominam! Ani trochę! Ja mówię o samej rzeczy, kiedy panowie tego 
chcecie. Wpuśćmy tu Niemca i patrzmy, co by on zrobił. Co wpierw urządzi: wspaniały salon 
do tańca czy szlamowanie stawu? 
— No, chodźmy, Krzywosąd, chodźmy... — rzekł dyrektor mamy jeszcze niejedno na głowie... 
"TA ŁZA, CO Z OCZU TWOICH SPŁYWA..."195 
Kilkaset rubli złożne przez doktora Tomasza umożliwiły jego bratu wyjazd za granicę. Parę 
dni Wiktor spędził w domu wśród płaczu i perswazji familijnych. Kiedy wszakże nadeszła 
chwila odpowiednia, ruszył w świat. 
Był to wczesny ranek w lutym. Jednokonna dorożka z woźnicą znużonym i zagrzebanym w 
kożuch wlokła się ulicami. W cieniu nastawionej budy siedział Wiktor z żoną. W nogach 
mieściły się dzieci, którym ta ostentacyjna jazda sprawiała niewymowną uciechę. Chudy, 
zbiedzony koń-wyrobnik ślizgał się na obmarzłych kamieniach, utykał, gdy zerwane nogi trafiały 
w jamy zadęte przez zaspy śniegowe, i wlókł przekleństwo swego żywota, budę na kołach, 
ulicą Żelazną w kierunku wolskich rogatek. Z przecznic, od Wisły, dął wicher i z furią 
miotał się na wszystko. Bił w nozdrza i w pyski, rozwarte przez wędzidła, strudzone konie 
pociągowe, które z całej siły, wszystkimi mięśniami wlokły po barbarzyńskim bruku wielkie 
fury frachtowe. Ciął w oczy biednych ludzi, od świtu dnia pędzących dokądś po kawałeczek 
nędznego chleba. Szarpał na wszystkie strony małą, zabłąkaną psinę, która przytulała się do 
zimnych schodów. Usiłował wyrwać haki i zatrzasnąć drzwi prowadzące do sklepów. Zdawało 
się, że w pewnych sekundach doznaje szalonej wściekłości na widok szyldów, że ciska 
się, chwyta zębami ogromne litery, targa je we wszystkie strony, jakby zamierzał strząsnąć z 
nich na ziemię głupie napisy. Skoro w swej drodze dalekiej spotykał wysokie kamienice, 
wdzierał się na ich dachy i stamtąd wydymał zaspy śniegu w brudne ulice. Cieniutkie włókienka 
przecinały widownię jakoby żywe, ruchome sieci pajęcze. Lotne płatki snuły się tak 
szybko i tak ciągle w jednym kierunku, że zostawiały w oczach wrażenie długich nici. Zdawało 
się, że początki ich snują się, niby z kądzieli, z zaspy pod rudym parkanem, w oczach 
rosnącej, a przeciwległe końce zwijają na druty telefonowe, krążą mechanicznie dokoła słupów 
z poprzecznymi ramionami i lecą w maszynowym pędzie dokądś nad rynny. 
W sieci tej uwikłany miota się na rogu uliczny posłaniec. Skacze i tupie, uderza nogą o nogę, 
rozciera sobie ręce i biega na małym dystansie tam i z powrotem, tam i z powrotem. Gdy 
zwrócił się twarzą ku północnej stronie, wicher czyhający za węgłem rzuca się nań jak tygrys, 
wszczepia w niego pazury i oddech wtłacza do gardła. Wówczas ten mały, zgarbiony człeczyna 
odwraca się i drepce w miejscu, a wicher bije go w plecy i pcha przed sobą, podwiewając 
szarą sukmanę. Są chwile, kiedy posłaniec przyczaja się przed wichrem, wtula się w zagłębienie 
muru i stoi tam bez ruchu, jakby bez życia... 
Tam dalej idzie szerokimi krokami ogromny Żyd-furman z biczyskiem w ręku. Głowę ma 
obwiązaną jakimś dużym czerwonym gałganem, na sobie ze trzy opończe, nogi w buciorach z 
wojłoku. Twarz jego, zarośnięta, krwawa, schłostana przez wiatry, góruje wśród tłumu, przekrwione 
oczy patrzą jak wicher spod brwi zsuniętych. Ten człowiek z pola, człowiek należący 
do drogi jak słup wiorstowy albo bariera mostu, przygotowany do obcowania z burzą, ze śniegiem 
i mrozem, zaciekawia do żywego Karolę i Franka. Zapominają o świecie i, gdy dorożka 
daleko już odlazła, widzą go jeszcze i pokazują sobie nawzajem palcami. Na Srebrnej i Towarowej, gdzie wskutek ścisku fur dorożka idzie wolno, noga za nogą, i huśta się w wybojach 
jak łódka, dzieciom aż oczy wyłażą z ciekawości. Oto wozy frachtowe trzeszczące pod ciężarem 
pak z towarem, czarne fury naładowane węglem, inne lodem, cegłą, drzewem. Obok nich 
idą woźnice zadęci śniegiem, z osędziałymi brodami na czerwonych twarzach, i wrzeszcząc 
poganiają zwierzęta. Spomiędzy brudnych kamienic wyrywają się tu i ówdzie dzikie kształty 
murów fabrycznych, nawet wśród takiej zamieci nie tracące swej barwy czarnej, jakby 
wieczną, śniedzią okrytej. Dachy o formie spiczastych schodów, zza których szklą się ciemne, 
stalowe szyby, nie po to wprawione, żeby przez nie na świat boży oczy ludzkie patrzały... 
Wśród duszących murów uderzają te szyby blaskiem nie swoim, obcym ich naturze; niby oczy 
kota pod światło widziane. Gdzie indziej wyrywa się w niebo wielki komin z cegły albo czernieje 
żelazny, przymocowany drutami, i rzuca olbrzymie kłęby burego dymu na mury sąsiednich 
domów i w okna ich mieszkań. Konwulsyjne ruchy budy spychały jadącym na brwi kapelusze 
i zasłaniały oczy. Wiktor siedział bez ruchu. Spod obwisłej linii ronda patrzał na przesuwający 
się obraz. Kiedy niekiedy z oczu jego wytaczała się łza i przez nikogo nie dostrzeżona 
biegła po wynędzniałej twarzy. 
Gdy minęli rogatkę, wrzawa ustała. Otoczyły ich parkany, pustki, sady, rozległe dziedzińce 
zawalone węglem, wapnem, deskami. Gdzieniegdzie nawijał się przed oczy samotny, chudy 
dom, jakby wydmuchnięty z czerwonego piasku. Drzwi jego piętra wychodziły w szczere pole, 
a nie znajdując przed sobą balkonu, dokąd miały prowadzić, tylko dwie rude szyny sterczące 
w murze, zdawały się żywić zamiar wyrwania się z zawias i rzucenia w przepaść. 
Wkrótce i te ostatnie siedziby znikły i za jakimś parkanem odchyliło się pole, dziedzina wichru. 
Daleko zostało miasto rysujące się nikłymi liniami jak symbol czegoś niejasny, a pełen 
boleści i takiego żalu, takiego żalu... 
Do budy wdzierał się teraz tęgi, zimny wicher. 
W drzewach przydrożnych huczał złowrogo, czasem między orczykami, jakby u tylnych 
kopyt szkapy, gwizdał przeraźliwie. Cała rodzina przytuliła się do siebie. Judymowa niby to 
instynktownie pod wpływem zimna cisnęła kolanami nogi męża. On siedział sztywny, ręce 
wsunął w rękawy i patrzał przed siebie. Myślami był już daleko, w podróży. Badał swoją nieznaną, 
przyszłą drogę za pomocą błędnych przeczuć. Skądś, z dalekich, Bóg wie kiedy odebranych 
wrażeń, z napomknień słyszanych wytwarzał sobie dziwne narzędzie poznania niewiadomej 
doli. Wzrok jego błądził po śniegach przydrożnych, tak dziwnych jak wypadki, jak 
myśli, jak wszystko. Oto kształty zasp dziewiczych, bez żadnej formy, niezgodne z niczym, 
przeładowane jakimiś szczególnymi efektami, jakby ornamentem w rodzaju barokowym. To 
jakby liście powykręcane, krzywe, pełne zgięć do wnętrza, niby to przypominające naturę, ale 
od farm jej prawdziwych dalekie; liście nie istniejące, liście wielkie a niepełne; to znowu jakby 
strzały tytaniczne, którymi można by przebić kościół Świętokrzyski196. 
Tu ciągnęły się jakieś chwilowe wzgórza, co zalecały się oku łagodnym kształtem swoim, 
gdzie indziej ohydne jamy, przypominające najgorszą a niewiadomą i ciemną boleść życia, a 
przypominające tak żywo, niby krzyk przeraźliwy... 
Świat z prawej i lewej strony zasłonięty był burą czarniawą197, z której łona wicher wydymał 
i niósł nad ziemią śniegi lotne. Około południa dorożka przybyła wreszcie na miejsce i 
zatrzymała się przed samotnym budynkiem w szczerej pustce, którą łączył ze światem plant 
kolejowy. Na dole był sklepik z jaskrawym szyldem. W głębi mieścił się lokal rodziny żydowskiej, 
której liczni przedstawiciele ukazali się we drzwiach, gdy dorożka obok nich stanęła. 
Dzieci skostniałe prawie od zimna wytrzeszczonymi oczyma przypatrywały się tej „kamienicy”, 
zbudowanej z belek na pół zmurszałych, zapewne po spadłej z etatu karczmie lub stodole, a umalowanej na kolor cielisty z czerwonymi ornamentami około drzwi i okien. 
Wiktor wysiadł i poprosił jedną z osób przypatrujących się, czy nie można by dla rozgrzewki 
dostać kieliszka monopolu. Zaraz wyniesiono przed dom butelkę i cała rodzina wychyliła po 
kieliszku. Dryndziarz zmuszony był przełknąć dwa, gdyż po pierwszym całkiem nie mógł 
dojść istotnego smaku. 
We mgle widać było jakieś szare zarysy. Żydkowie objaśnili, że to właśnie jest dworzec 
kolejowy. Pociąg idący w stronę Sosnowca198 miał ukazać się za jakie trzy kwadranse. Judym 
musiał się spieszyć. Familia miała go odprowadzić jeszcze kawałek drogi, a nie dochodząc 
miasteczka cofnąć się, wsiąść w czekającą dryndę i wrócić do Warszawy. 
Szli tedy wszyscy prędko, prędko, brzegiem plantu, po zmarzniętej grudzie ścieżki. Wiktor 
biegł przodem. Zdawało mu się, że już późno, że pociąg idzie... Wtedy biegł szybko... 
Oni pospieszali za nim, naśladując jego ruchy. Czasami znowu zwalniał kroku i mówił 
jeszcze urywanymi zdaniami, radził żonie zrobić to i tamto... Ona chciała jeszcze poruszyć 
tysiące rzeczy, miała nadzieję, że go co może zatrzyma, choćby na dzień, na parę godzin. Myśli 
w jej głowie splątały się i tak jak te płatki śniegu snuły po mózgu. Czuła w ustach, w gardle, 
wewnątrz siebie palący smak wódki i jakieś odurzenie zmysłów. Było jej wszystko jedno, 
a razem taki żal! Serce ściskało się, jakby je cienka nić przewiązała i rznęła. Ale nade wszystkim 
stała nierozumna pewność, że cokolwiek kto kiedy zrobił na świecie i w jakimkolwiek 
celu, to ona jedna jedyna musi dźwigać ciężar tego wszystkiego. Musi wyżywić te dzieci. On, 
Wiktor, odchodzi. To nie ma gadania, musi... Och, jak pali ta wódka! Taki dym w głowie, taki 
głupi dym... Trzeba przecie rozumieć, co i dlaczego. Skoro urodziła dzieci, to je musi nieść na 
sobie. Jak to zwierzę, jak to zwierzę. Wiadoma rzecz. Ojciec może odejść, a ona nie. Ona 
matka. To się nazywa tak — matka. Rozumie się, że on musi iść, jeszcze jak się to rozumie! 
Pod sercem leży to rozumienie niby dziecko poczęte, jak rana leży otwarte, w którą się wieczny 
piasek sypie. We wnętrzu piersi leży zgoda na to odejście. 
O kilkaset kroków przed pierwszymi domami mieściny Wiktor zatrzymał się i rzekł, jako 
trzeba się już pożegnać... Głos jego drgnął. 
Po obydwu stronach twardej i szerokiej szosy, na którą weszli, czerniały rokiciny. Ciemnobrunatne, 
śliskie, okrągłe pręty ich gałązek tłukły się o drewna mocnej bariery pomalowanej 
czarną farbą. Był to okrutny, przejmujący głos. Wiatr ciął dołem, pod barierami, i zmiatał z 
drogi cienkie fałdy śniegowe, odsłaniając lód ciemny i grzebienie grudy startej przez koła wozów. 
— Wiktor — jęknęła Judymowa — nie rzucisz mię? Bój się ty Boga, Wiktor... 
— Masz ci... teraz... 
— Bo jakbyś mię puścił kantem! 
— No i teraz pora na takie rzeczy... Kolej idzie! Trza przecie mieć rozum. 
— Żebyś wiedział, że te dzieci, to przecie twoje... Wiktor, Wiktor... — łkała cichym, bojaźliwym, 
umierającym głosem. 
— Ale napiszę, jak tylko pierwszą robotę dostanę. I pierwszy pieniądz to samo przyślę. Cóż 
ty myślisz... 
Prędko ją objął, uścisnął. Później dzieci. 
Nim się obejrzeli, odszedł drogą. Wlekli się za nim, ale machnął ręką raz i drugi; nakazu
jąc im powrót. Z dala jeszcze raz krzyknął, żeby wracali, bo dryndziarz zniecierpliwi się i 
odjedzie. Stanęli tedy w miejscu i patrzeli na jego postać. Widać było palto odsiedziane, 
spodnie z nędznego kortu wypchnięte na kolanach, szerokie, nie zakrywające cholewek kamaszków, 
kapelusz zrudziały, płaski „melon”. Tylko twarz już im zginęła. 
Judymowa rzekła do dzieci wśród łkania: 
— Widzicie, to ojciec tam idzie... To ojciec... tam... 
Franka nie zdziwiła ani trochę ta wiadomość. Stał sobie najspokojniej i dłubał palcem w 
nosie. 
Postać Judyma coraz słabiej czerniała wśród lecącego śniegu, wreszcie raptem zsunęła się 
za pochyłość gruntu i znikła z oczu. Wtedy Judymowa chwyciła Karolę za rękę i biegła z powrotem, 
żeby jak najmniej tracić czasu, za który płaciło się dorożkarzowi. Jęła przywoływać 
Franka, który z niekłamaną satysfakcją puszczał na szosę bryłki zmarzniętej grudy... 
O ŚWICIE 
Bardzo rano doktor Judym wybrał się na rewizję swoich zdechlaków we wsiach okolicznych. 
Miało to miejsce w pierwszych dniach kwietnia. Jeszcze łąki były mokre, role ciemne, 
na gościńcach kisły głębokie bajora. Powiększał je drobny, nieustanny deszczyk siejący mgłę 
ruchomą, lecącą z głębi płynnych, wolnych westchnień wietrzyka. Można było, skacząc tu i 
ówdzie przez rowy, czepiając się pleciaków, iść bez zamoczenia choćby i kilka wiorst drogi. 
Doktor miał na sobie ciepłą kurtę, a na nogach grube buty z cholewami. Szedł tonąc w srogich 
myślach i wygwizdując pewną znaną arię z takim fałszowaniem głównego motywu, jakie 
Europejczykowi mogło ujść na sucho tylko w okolicach Cisów, i to w szczerym polu. Droga 
ciągnęła się brzegiem lasu, po gruncie pagórkowatym i urwistym. To zapadła w wąwóz, to 
pięła się na wzgórza, to znowu jak prosty szew odcinała pole rozesłane na placu wykarczowanym 
w lesie. W nizinach o gruncie bardzo wilgotnym leżały już jasne murawy, budzące 
wspomnienie przecudownego rumieńca życia na obliczu człowieka, który był w ciężkiej chorobie 
śmierci bliski. W działkach włościańskich stała jeszcze mokra martwota. Doktor pospieszał, 
żeby wejść na punkt wyższy, panujący nad okolicą, a to w celu zobaczenia tarczy słonecznej, 
która jeszcze nie wychyliła się zza przeciwległej góry, choć już płynęła nad ziemią. 
W lesie, którego brzegiem postępował, chwiała się wilgoć wiosenna. Mchy wiszące na sękach 
świerków jak siwe, obmarzłe futra zimowe były mokre i co chwila kapały z nich ciemne 
krople. Tylko one sprawiały ruch między uśpionymi drzewami. Zdawało się, że to z nich wydziela 
się ostry, wilgotny, leśny zapach. Tu i ówdzie na pniach wisiały obdarte płaty kory, 
które wiosna niby brzydkie łachmany syciła wodą i wolno ściągała ku ziemi. Głębie przetrzebionego 
lasu zalegała jeszcze mokra ciemność, w której miętosił się opar leśny. Pnie osiczyny 
były jakieś żółtawe. Graby od deszczu lśniły się i czerniały jak stal. Na jasnej podszczytowej 
korze sosen tworzyły się zacieki niby rysunki dziwnego kształtu, kontury jakichś rzeczy, sylwetki 
szczególnych twarzy... Między obmokłymi pniami i gęstwiną gałęzi zwisających pod 
ciężarem dżdżu przywabiała oczy, niby senna mara nie dająca się żadnym sposobem odegnać, 
to brzózka schylona, to młoda osika mnóstwem świeżych pąków obrzucona jakby rozżarzonymi 
węglami. W człowieku się coś cieszyło na widok tych drzewek i coś je pozdrawiało z 
głęboką czułością. 
Doktor Judym czuł nawet, że w tym jest może trochę jakiegoś sentymentalizmu albo tam 
czego jeszcze gorszego, ale nie mógł na to poradzić. 
„Pewno, że tego sentymentu — myślał — nie można ani krajać mikrotomem199, ani zgoła 
obejrzeć pod mikroskopem, ale cóż z tego, kiedy sentyment istnieje i jest takim samym faktem 
spełnionym jak najlepiej opisany bakcylus”. 
Zajęty tak pierwotnymi myślami wszedł między drzewa, usiadł na starym pniaku i czekał. 
Ciemne chmury tworzyły jakby włok szeroki, który ciągnął się od jednego do drugiego krańca 
widnokręgu i zwisał długimi matniami. Każde ich oko wytrząsało deszcz sypki, ciepły, lecący 
jakoby puch. W głębi zostawał czysty przestwór, rozkoszna, seledynowa toń, w którą wcielała 
się purpura zorzy rannej. U samego brzegu dalekiego horyzontu pokazały się białe i rumiane 
obłoczki, budzące widokiem swoim dziwne wzruszenie, niby otwarte, prześliczne oczy kobiece, 
gdy marzą. Było cicho, tak cicho, że dawało się słyszeć siąpanie cichego dżdżu w kałużach dziobatych od padających kropelek. Po ziemi sączyły się wszędy małe strumyki, jak dzieci 
pełne wesela, które nie wiedzą, z jakiej przyczyny i dokąd z radością w podskokach lecą. 
W tej ciszy ucho doktora uderzył szorstki odgłos turkotu wozu. Wkrótce na szczycie góry 
ukazały się konie okryte tumanem pary i bryczka. Konie były zdrożone, zachlastane tak błotem, 
że z gniadych stały się szarymi, bryczka unurzana w bagnie, a nawet furman i figura zajmująca 
siedzenie — dźwigali ślady długotrwałej podróży. 
Judym wpatrzył się pilnie w rysy damy siedzącej na bryczce i poznał „osobę” z pałacu, 
pannę Joannę. 
Miała na sobie francuski jasnozielony płaszczyk z kapiszonem. Ten kapiszon wciągnęła na 
głowę dla ochrony jej przed deszczem. Zdawała się drzemać. 
Doktor żywo zaciekawiony, skąd może wracać panna Podborska o tej godzinie i drogą nie 
prowadzącą w stronę świata, półwiedząc, w jakim celu to czyni, wstał ze swego pniaka i szedł 
brzegiem gościńca naprzeciwko wolanta. Gdy był od niego w odległości kilku kroków, panna 
Joanna dźwignęła głowę i spostrzegła go. Na twarzy jej odmalował się wyraz pomieszania, a 
nawet jakby przestrachu. W pierwszej chwili pociągnęła kaptur na oczy, później odwróciła 
głowę... Doktor pozdrowił ją ukłonem i z pytającym uśmiechem na ustach stanął przy bryczce. 
— Cóż to za eskapada, panno Joanno? Skąd pani wraca? 
— Jak pan widzi... Z podróży. 
— Widzę, widzę nawet, że podróż musiała być daleka. 
Furman zatrzymał konie. Przez chwilę panna Joanna skubała w zakłopotaniu brzeg okrywki. 
Na jej „niemożliwie”, jak mówiono, prawdomównej twarzy malowało się usiłowanie zatajenia 
czegoś. Rumieniec rozpalał się na policzkach. Rzekła cicho: 
— Jeździłam do spowiedzi... do Woli Zameckiej. 
— Aż do Woli? I dlaczegóż nocą? Niechże pani drugi raz tego nie robi. Któż widział?... 
Deszcz pada, chłód w nocy, pani cała zmoknięta. Proszę mi darować, że wchodzę nieproszony 
ze swą interwencją, ale jako lekarz uważam sobie za obowiązek zrobić tę uwagę. 
Tymczasem robił ją z pobudek bynajmniej nie lekarskich. Serce mu biło w piersiach. Ta 
twarz ze spuszczonymi oczami w głębi zielonego kaptura, przepyszne, rozrzucone włosy, wysuwające 
się na czoło, a szczególnie oczy, oczy i płomień rumieńca... Było to jakby urok 
dziwnego lasu, jakby się łączyło ze słońcem, które zza mgieł wypływało nad cichą, senną leśną 
głuszą. Judym stał bezradnie przy stopniach bryczki i zmrużonymi oczyma wpatrywał się 
w płochliwe rysy. 
— E, proszę łaski panienki, cóż ta ukrywać przed panem, przed doktorem... — rzekł znienacka 
furman odwracając się bokiem. — My nie do spowiedzi, proszę pana doktora, jeździli z 
panienką. 
— Felek! — krzyknęła panna Podborska. 
— Jeżeli sobie pani nie życzy... — rzekł Judym uchylając kapelusza. — Nie chciałbym zrobić 
najmniejszej przykrości. 
— No, przecie się ta rzecz nie ukryje, choćby my na głowie stanęli. Już i tak ludzie mielą jęzorami... 
— prawił Felek. 
— Cóż takiego? 
— My jeździli, proszę pana doktora, szukać jaśnie panienki, panny Natalii. 
— Jak to szukać? — szepnął Judym ze zdumieniem. — Jak to szukać? 
Zamiast odpowiedzi panna Joanna zerwała się szybko i wysiadła z bryczki. Twarz jej była 
udręczona. Całe ciało trzęsło się jak w febrze. Dała Judymowi znać oczyma, że chce mu całą 
prawdę powiedzieć, ale nie wobec furmana. Odeszli kilka kroków drogą w górę. Felek zrozumiał 
swą rolę i wstrząsnął z lekka lejcami. Konie ruszyły i noga za nogą, wolniuteńko zstę
powały ze wzgórza. Stukanie kół bryczki o korzenie sosen i świerków przerzynających drogę 
zagłuszało rozmowę. 
— Natalka — mówiła panna Joanna — odjechała z domu bez wiedzy babki. 
— Czy sama? 
— Nie. 
— Z panem Karbowskim? 
— Tak:.. z panem, z panem... Karbowskim. 
Mówiła otulając się zarzutką, jakby ją przejmowało dręczące zimno: 
— Biedna babunia... Tak strasznie nad tym cierpi. Poszła zaraz na grób pana Januarego i leżała 
w kaplicy krzyżem. Nie wiedzieliśmy... nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Taki popłoch! 
— No, a skądże wiadomo? 
— Pan Worszewicz powziął skądś wiadomość jeszcze wczoraj, że Natalka odjechała do 
Woli Zameckiej. Nie mogę zrozumieć; skąd to mógł wiedzieć. To taki bystry człowiek... Domyślił 
się, że wezmą ślub w tym właśnie kościele, w Woli. Jest tam ksiądz, jakiś, podobno, 
niesympatyczny. I rzeczywiście... Zgodził się dać ślub. Widać na tej podstawie babunia wysłała 
mię wczoraj na noc. Pojechałam niezwłocznie. Pędziliśmy co koń skoczy, ale wszystko 
na nic. Istotnie tam ślub wzięli. Gdym przyjechała, już było po wszystkim: wyjechali. Kazali 
powiedzieć, gdyby się ktoś dopytywał, że jadą wprost za granicę. 
— Proszę pani, to było... Może było do przewidzenia, nie to właśnie, ale coś w tym rodzaju. 
— Ach, panie doktorze! Cóż za rola moja w tej całej sprawie. 
— Rola pani? 
— Byłam jej nauczycielką, mentorką, niby powiernicą. Ja domyślałam się, ja nawet wiedziałam 
o tej miłości. Nie cierpiałam tego pana i widać dlatego sądziłam, że cały afekt minie. 
Teraz każdy może powiedzieć, że to zapewne mój wpływ. Każdy może to powiedzieć i, niestety, 
będzie nawet miał słuszność. Ja często rozmawiałam z Natalką o tym, że są w małżeństwie 
bez miłości rzeczy potworne, które mnie przejmują wzgardą, że nie powinna, że nie 
powinna nigdy w życiu... Któż mógł przewidzieć, że ona tak to zrozumie! 
— Niech się pani uspokoi. Na pannę Natalię tego rodzaju dyskusje małe wywarły wrażenie. 
To była natura samodzielna, śmiała, bezwzględna. 
— O, tak, bezwzględna. W liście do babki, który wiozę, zaznaczyła wyraźnie, że majątek 
swój złożony w banku, majątek swój osobisty, odziedziczony po matce, podniesie w całości, 
gdyż jako pełnoletnia ma do tego prawo. Tak napisała do tej babuni... „Jako pełnoletnia”... 
— Czy to duży majątek? 
— Podobno bardzo znaczny. 
— Będzie miał pan Karbowski przez czas pewien co puszczać. 
Panna Joanna stanęła, jakby sobie coś przypomniała. Rzuciła na Judyma oczami pełnymi 
blasku i jakby chytrości. 
— Ale ja mówię to wszystko i ani mi na myśl nie przyjdzie, jaką to panu musi sprawiać 
przykrość... 
— Mnie? przykrość? 
— Ach, przecież... Przecież to i pan kochał się w Natalce... Przepraszam pana bardzo... 
— Ja? — rzekł Judym — ja się kochałem? 
— Niech mi pan wierzy, że nie przez złość mówiłam to wszystko! 
— Próżno by mię pani żałowała, bo nie czuję się wcale zmartwiony. Daję pani na to słowo 
uczciwego człowieka, że nie kocham się w pannie Natalii. Nie, nie! — zawołał z radością w 
głosie i oczach — nie kocham się w niej wcale! 
To przeczące wyznanie było niby ostatni dźwięk rozmowy. Do dna ją wyczerpało. 
Szli jeszcze obok siebie kilkadziesiąt kroków w milczeniu, po prostu nie będąc w możności 
mówić więcej. Panna Joanna przyspieszyła kroku i rzekła: 
— Muszę już jechać. 
Judym odprowadził ją do bryczki. 
Gdy mu podawała rękę, miała na twarzy wyraz jakiejś bolesnej trwogi, niby człowiek, który 
siłą przeczuć coś dostrzega, czego zmysły objąć jeszcze nie mogą. Judym patrzał na nią 
szerokimi oczyma. Gdy jej pomagał wskoczyć na stopień bryczki, która zatrzymała się wśród 
błotnistej drogi, i uczuł ciało jej przy sobie, prawie w objęciach, miał jakieś cudne złudzenie. 
Któż by uwierzył, że to ta sama, ona, że to zapach jej włosów? Widział w niej dotąd siostręczłowieka, rozum i serce, istotę ze swej dziedziny, z tego kręgu, gdzie o jedno nic, wysokie 
a niezrozumiałe dla motłochu egoistów, kłopocą się bez wytchnienia i trudzą z radością 
braterskie duchy. I oto szalał ze szczęścia: ona nie tylko taka! Iście czartowskie marzenie jak 
wąż ślizgało się po jego piersiach. Tak z nim było, jakby kolor jej włosów, jakby ich nikły 
zapach na wieki stał się jego własnością. 
Jakaś bolesna troska i niewysłowiona czułość przystąpiła do serca, jakaś omglona litość niby 
kwiaty pachnąca. Było to obce duchowi i budziło swym przyjściem podziw i zadumanie. 
Bryczka oddaliła się i znikła na zakręcie. 
Judym wtedy uczuł, jak serce jego ściska się i drży. Stał na brzegu lasu i wyrzucał sobie z 
okrucieństwem, czemu nie rozmawiał dłużej. 
Tyle jeszcze trzeba było powiedzieć, tyle rzeczy niezmiernie ważnych! Każde ze słów, które 
teraz z mroku się wysuwały, miało przedwieczny swój byt, swój jakiś własny kształt, swój 
sens i miejsce, treść i logiczne znaczenie, jak ton w symfonii niezbędny, konieczny, doskonale 
umieszczony. W każdym z nich były zamknięte całe obszary, całe jakby okolice wiosenne, 
gdzie mokre pola wonieją i wysokie drzewa szeleszczą. 
Leniwym krokiem wlókł się w swoją stronę, ku wsi stojącej na drugiej stronie doliny. Gdy 
był u szczytu wzgórza, słońce wydzierało się z chmur nad odległymi lasami. Dusza Judyma 
szła ku temu światłu jak olbrzym, którego barki dosięgają nieba. 
Zatrzymał się na dawnym miejscu i wśród błotnistej drogi ujrzał ślady małych trzewików 
panny Joasi. Wzrok jego padał na te foremne wyżłobienia w piasku i w zachwycającej wizji 
oglądał stopy, które tych miejsc dotknęły. Widział ciało wysmukłe, subtelnie piękne, budzące 
nieopisaną rozkosz, które się nad nimi przemknęło. 
Zamknąwszy oczy patrzał w głębinę swej duszy. 
W tej chwili schyliła się ku niemu cicha wiedza, wesoły szept męczącej zagadki, rozstrzygnięcie 
trudnego pytania, proste jak czysta prawda. Powitał je radosnym śmiechem: 
„Ależ tak! Rozumie się! Przecie to jest moja żona”. 
W DRODZE 
Na początku czerwca Judymowa dostała list od męża ze Szwajcarii z żądaniem przyjazdu. 
Pisał, że zarabia w fabryce więcej niż w Warszawie, że musi dużo wydawać na siebie, gdy się 
w knajpie stołuje, że mu jadło szwajcarskie a n i w e ź nie służy. Wyliczał potrawy, jak zupę 
z sera szwajcarskiego, kartoflane sałaty, napoje, jak most200, i w podziw wszystkich wprowadził 
dziwacznością takiego stołu. 
Judymowa nie miała żadnego wyjścia. Zarobić na dom, dzieci i ciotkę sama nie mogła, lękała 
się, że ją mąż może opuścić i zginąć gdzieś na kraju świata. Skoro chciał, skoro kazał, 
żeby przyjeżdżała — nie pozostawało nic innego. 
Graty sprzedała i uzyskawszy paszport ruszyła w drogę. Ktoś ze znajomych powiedział jej, 
że przez granice niemieckie201 zabraniają przewozu sukien materialnych202, więc wszystko, co 
miała lepszego, popruła, okręciła się cała najrozmaitszymi szmatami i tak, z zielonym, drewnianym 
kuferkiem. w ręku odjechała. Na dworcu zebrało się gronko przyjaciół Wiktora. Ciotka 
łkała... Dzieci były zrazu uszczęśliwione... Ona sama, odwykła od bezczynności, drzemała 
ciągle w wagonie. Kupiła bilet wprost do Wiednia, gdzie miał ją na dworcu czekać jeden towarzysz, 
gadający po polsku. 
Judymowa nie umiała ani jednego obcego wyrazu. Ponauczano ją słów: Wasser, Brot, zwei, 
drei203, itd., ale i to jej się plątało w głowie. 
Przejechała granicę, noc nastała, a tymczasem w wagonie wciąż jeszcze po polsku rozmawiano. 
Judymowa była dobremyśli: 
„Taka ta i zagranica! Przecie się tu doskonale z ludźmi rozmówi... Troszkę jakoś inaczej 
gadają, ale po naszemu”. 
Ułożyła przy sobie dzieci, sama się skurczyła. Jej nerwy, przywykłe do wiekuistej czujności 
skorzystały z chwili. Zapadła w sen, ów sen w wagonie klasy trzeciej, w stan dziwnej półjawy, 
kiedy czuje się wszelkie łoskoty i drżenia, wie wszystko, a zarazem jest o tysiąc mil... 
Pociąg leciał w ciemności. Częstokroć w szyby wagonu uderzały światła stacji i po krótkiej 
chwili ginęły, jakby dokądś uniesione przez świst lokomotywy. Gdy pociąg stawał, słychać 
było dygotanie dzwonków elektrycznych. Skowyczał w nich jakiś frazes złowieszczy, rozbity 
na tysiące jednolitych wzdrygnięć... 
Judymowa czuła to w sennym marzeniu. To na nią zewsząd wiał strach olbrzymiooki, to 
się przeistaczał w widzenia miłe, w rozmowy z ludźmi bliskimi albo w pospolity, znany, 
obrzydły widok wnętrza fabryki cygar. Zmysły, przyuczone jak pociągowe bydlęta do zaduchu, 
łoskotu, wrzawy i męki wpływały teraz w jakieś nieznane przestwory. Snuła się w nich 
słodkawa, tchórzliwie-zwycięska podświadomość o wyższości nad wszystkim, co zostało w 
Warszawie, co teraz w brudach pracuje. 
Ona jedzie w świat, w świat, w świat. Do Wiednia... Gdy kiedyś zjawi się w Warszawie, 
już nie pozwoli ciotce imponować sobie radami, dobrymi na każdy wypadek. Co ciotka wie? 
Co ciotka może wiedzieć? Była ciotka, na przykład, w takim chociażby Wiedniu? Widziała 
ciotka świat, Europę? 
I dostrzega w sennym złudzeniu starą tuż obok siebie. Zbeczane ciotczysko siedzi na kuferku 
pod oknem. Gdzie to jest, w starym mieszkaniu na Ciepłej czy gdzie indziej? Jakaś 
stancja na poddaszu czy w suterenie... Kąty izby zalega mrok, wilgoć i smutek. Tylko na jeden 
policzek ciotki Pelagii i na chudą, zaciśniętą rękę pada z okna blade światło. Stara nic nie 
mówi i wiadomo, że się nie odezwie. Zaciekła się. Beczała swoim zwyczajem przez całą noc, 
a teraz już milczy i tylko patrzy spode łba zimnymi oczami. Czasem po jej wargach zamkniętych 
przewinie się blady, chory, krótki uśmiech. Ale żeby westchnęła... Żeby się choć przemówiła 
z człowiekiem... Wie ona wszystko — ho! ho... Nic się przed nią nie ukryje. We trzy 
miesiące po takim dniu wymieni, co było wtedy a wtedy, o której godzinie jakie słowo albo 
wejrzenie padło. Judymowa czuje jakiś głupi, nieznośny żal. Chciałaby zwrócić się do ciotki, 
chciałaby ją z wrzaskiem zapytać: 
„I czegóż ciotka siedzi, u diabła, jak Kopernik na słupie! O co ciotce chodzi? Skradli my 
co, czy my kogo spalili?” 
Ale nie to, nie to! Wcale nie to chciała do niej mówić... Na takie słowa miałaby ciotka nie 
jedną, ale sto odpowiedzi. Tu chodzi o co innego. Przecie musiała wyjechać, musiała iść za 
mężem, gdzie jej kazał. Niechże ciotka powie, że to źle zrobiła! Tak, dobrze! Uwolni się raz 
na zawsze od starej... Tylko to jedno, to jedno... Taki żal! Nie może patrzeć na starą, tak jej 
już obrzydła, ale zarazem nie może oczu od niej oderwać! 
Nagle coś ją potrąciło i cisnęło na ścianę. Drzemiąc pochyliła się i wsparła ramieniem o 
człowieka siedzącego obok niej na ławce. Był to wysoki, barczysty mężczyzna z fajką w zębach. 
Zmierzył ją złymi oczyma i coś mruknął. Twarz jego była ciemna, duża, nos orli. 
Wszedł do wagonu, gdy zasnęła. Przy skąpym świetle Judymowa obejrzała ukradkiem tę nową 
figurę i kilka innych zapełniających przedział. Byli to jacyś nowi ludzie. Widać wsiedli 
dość dawno, bo zdążyli się pospać. Ktoś z nich głośno chrapał. Naprzeciwko kiwał się jakiś 
mężczyzna w twardym, okrągłym kapeluszu. Widać było tylko ten kapelusz, gdyż cała głowa 
zwisła na piersi, a twarz skryła się w postawionym kołnierzu paltota. Kapelusz zniżał się bardziej 
i cały korpus coraz śmieszniej szedł naprzód. Zdawało się, że lada chwilka runie na Karolę 
śpiącą w rogu przeciwległej ławy. Judymowa chce krzyknąć, ale dziwny lęk dreszczem ją 
przenika. W kącie spał ktoś inny. Twarz chuda, oparta o ścianę, trzęsła się wraz z nią i z hałasem 
się tłukła. Z ust śpiącego, roztwartych jak można sobie wyobrazić najszerzej, wydzierało 
się spazmatyczne chrapanie... 
Judymowa zlękła się czegoś patrząc na tych ludzi. Wyjrzała oknem i ze zdziwieniem zaczęła 
dostrzegać okolice. Krótka wiosenna noc miała się już rozwiać. Szary zakres dalekiej 
płaszczyzny majaczał przed oczyma, a widok ten ścisnął serce tak boleśnie, jakby je dławił. 
„To już musi być obca ziemia...” — pomyślała sobie Judymowa. Wówczas z wielkim strachem 
i z jakimś pokornym uszanowaniem rozejrzała się po obliczach ludzi śpiących w wagonie. 
Pociąg pędził. Okolica stawała się coraz ludniejsza. W szczerym polu czerwieniały fabryki. 
Wszędzie widać było domy, kościoły... 
Był już dzień zupełny, gdy ukazała się wielka rzeka, szeregi czarnych, zadymionych murów. 
Wkrótce pociąg stanął. Wszyscy wysiedli z wagonu, więc i Judymowa ruszyła się z miejsca. 
Dzieci były zaspane, znużone, blade, ona sama chwiała się na nogach. Gdy stanęła wśród 
szerokiego peronu, zbliżył się do niej jakiś człowiek biednie ubrany i przemówił po polsku: 
— Zaraz-em was poznał. 
Judymowa wpatrzyła się w rysy nieznajomego i przypomniała je sobie. Towarzysz zabrał 
jej rzeczy i kazał im iść ze sobą. Wyszli na miasto i długo maszerowali różnymi ulicami. 
Wiedeńczyk mówił dużo i chętnie. Był to dobry znajomy Wiktora. Zetknęli się znowu ze sobą 
tu, w e W i d n i u. Tamten pisał do niego, żeby się zajął żoną, gdy będzie w oznaczonym 
dniu przejeżdżała. Wyprawi ją dalej. 
Nie poszedł dziś do fabryki, bo chce f e s t o w n i e204 zająć się nimi. Są znużeni — ba, ba 
— tyli świat. Wprost z Warszawy! I cóż ta w tej Warszawie? Miła to mieścina, ta Warszawa, 
nie można powiedzieć, wesołe miasteczko, choć ani się umywała do W i d n i a... Judymowa 
mówiła półgębkiem. Wstyd jej było nieznajomego. Pragnęła spocząć co prędzej... 
Zeszli w dzielnicę uboższą, wdrapali się na czwarte piętro wielkiego domu. Wkrótce byli 
w zwyczajnym, ciasnym, robotniczym mieszkaniu. Przyjaciel Judyma żonaty był z wiedenką, 
która ani słowa po polsku nie rozumiała. Plotła jednak do dzieci i do Wiktorowej śmieszne 
jakieś wyrazy, zadawała im tysiące pytań, śmiała się, ocierała oczy... Po śniadaniu zasłano 
betami szeroką kanapę i Judymowa złożyła na nich swą głowę, ale mimo zmęczenia oka 
zmrużyć nie mogła. Godzina za godziną upływała jej na rozmyślaniu o tym, jak to jechać dalej. 
Teraz dopiero pojęła, że jest między obcymi. Towarzysz Judyma, który mówił po polsku, 
stał się tak dla niej bliski i drogi jakby brat rodzony. Gdy wychodził z pokoju, drżała na samą 
myśl, że już odszedł i nie wróci. 
Pod wieczór musieli wyruszyć na dworzec. Opiekun ulokował ich w wielkim furgonie 
przewozowym jak śledzie w beczce i odstawił na Westbahn205. Tam kupił Judymowej bilety 
do samego Winterturu w Szwajcarii, a gdy wyczekiwali na drugi dzwonek — prędko ją uczył 
rozmaitych słów niemieckich. Przede wszystkim kazał jej spamiętać dwa: umsteigen i Amstetten. 
Wlepiał w nią swe wyłupiaste, blade oczy i poruszając grdyką szyi, gadał: 
— Amstetten — to jest stacja, gdzie będziecie przesiadali na Zug, co rżnie do Salzburga — a 
umsteigen — to znaczy przesiadać. Pytajcie sięi ę g i e m konduktora: Amstetten? Amstetten? 
Jak powie, że tak, albo kiwnie głową, wtedy przesiadać na Zug do Salzburga — umsteigen! 
Rozumiecie? 
— Rozumiem... — szeptała Judymowa drżąc ze strachu. 
Uczył ją prócz tego kilkunastu niezbędnych wyrazów, gdy wtem uderzył drugi dzwonek. 
Tłok ludzki wwalił się we drzwi i do wagonów. 
Towarzysz Kincel znalazł dogodne miejsce i zdobył je dla swych protegowanych nie bez 
trudu. Przy okazji stoczył kłótnię z jakimś grubasem, który na tę właśnie ławkę usiłował się 
wpakować. Judymowa nie rozumiała, rzecz prosta, o co chodzi, ale z tonu mowy wnosiła, że 
ma się na awanturę. Zaczęła tedy prosić swego przewodnika, żeby dał spokój, gdyż bała się 
teraz wszystkiego. Towarzysz Kincel udobruchał się. Dzieci ulokował, pakunki złożył na górnej 
ławce i ciągle jeszcze uczył Judymową. Ale oto trzeci dzwonek rozległ się jakby krótki zły 
krzyk i towarzysz zgasł w wąskich drzwiach przedziału. 
Wagon był pełen ludzi. Panował gwar... 
Judymową ogarnęła rozpacz, gdy wsłuchując się z całej siły w tę mowę nie chwytała ani 
jednego zrozumiałego dźwięku. 
— Amstetten, umsteigen, Amstetten, umsteigen... — szeptał głos towarzysza, choć jego samego już dawno nie było. 
Pociąg wolno ruszył się z miejsca. Ogniste, białe latarnie co pewien czas przyskakiwały z 
zewnątrz do okien wagonu na podobieństwo jakichś pysków pałających, które zdawały się 
ścigać to ruchome gniazdo ludzkie. Błysła ostatnia — i pociąg runął w ciemność, jakby się 
urwał i odleciał od światła. Dzieci były rozkapryszone. Karola beczała na głos, Franek sprzeczał 
się o jakieś głupstwo. Judymowa była wprost rozszarpana w sobie. Dusił ją brak punktu oparcia. Była w tym strasznym kręgu czucia, kiedy człowiek nie panuje nad sobą, kiedy w nim 
coś się rozrywa, wybucha jak ładunek prochu i kiedy jego ciałem ślepy czyn rzuca jak chce. 
Czuła duszność w gardle i zamęt, zamęt. Siedziała cicho na ławce, ale nie była pewna, czy za 
chwilę nie porwie się, nie roztworzy drzwi i nie uciecze wraz z tym pociągiem dokądś naprzód, 
w głuchą, straszliwą, w bezbrzeżną ciemność. Nie umiałaby powiedzieć, jak to długo 
trwało. 
Nagle drzwi się otwarły i prosto w oczy zaświeciła jej latarnia konduktora. Judymowa wydobyła 
swe bilety i podała je urzędnikowi. Ten je obejrzał starannie, przeciął i, oddając, monotonnym 
głosem wymówił: 
— Amstetten, umsteigen... 
Słowa te w uchu Judymowej zabrzmiały jak najczulsze pocieszenie. Może Bóg da, że będzie 
rozumiała wszystko tak samo jak te wyrazy. 
Chwała Panu Bogu Najwyższemu... Niech będzie imię Jego błogosławione... 
Blask latarki konduktora zgasł we drzwiach. Wagon zaległa półciemność. Panował jeszcze 
gwar rozmów, z przeciwnego kąta wybuchały co chwila śmiechy i wrzaski jakichś bab obrzydliwych, 
ale już to wszystko nie było takie bolesne. 
Pociąg huczy, huczy... A gdy się dobrze wsłuchać, to można uchwycić słowa, nie-słowa, 
które spod jego kół płyną. Ach, nie, nie słowa... To jest jak ta odmiana, którą śpiew robi z 
człowiekiem. Sam niewiadomy grot muzyki, który na wzór żądła zostawiają w duszy człowieczej 
głębokie, święte tony. To jest sama sprawa i skutek melodii, do której należą wyrazy 
„Gorzkich żalów” rozlegające się pod sklepieniem wielkiej głębiny kościoła Świętojańskiego
Zasłona się potargała, 
Ziemia drży, łamie się skała... 
Pieśń ta unosi człowieka, bierze go od obecnych, przeszłych i przyszłych męczarni żywota, 
wydziera z kleszczów wszelkiej niedoli, usuwa bez bólu od męża, od pamięci rodziców, od 
miłowania i nienawidzenia, nawet od Franka i od Karoli. Wszystko obce, zimne, cudze. Tam 
gdzieś daleko, daleko ciągnie ze sobą na święte pole jasną murawą zasłane. Perliste rosy na 
kwiatach stoją. Komu te białe wody obmyją bose, skrwawione nogi, ten znowu staje się człowiekiem, 
samym sobą, całą, samotną, swobodną duszą. Łzy łagodne płyną do serca jako cudotwórcze 
lekarstwo, które ogień każdej rany uśmierza. Chłodny pokój czy może wiatr pachnący 
owiewa znękane czoło. 
Czasami jeszcze schyla się rozpacz... Czasami trwoga śmiertelna tak oczy zaostrzy, że widzą 
tuż obok siebie jakieś przerażające widma nieszczęścia, ale to wszystko z wolna zacicha, 
zacicha... 
Począł szemrać cichy deszcz. Zaludnienie wagonu zmieniało się. Wchodzili ludzie prości, 
chłopi w krótkich spencerach, z fajkami w zębach, jechali dwie, trzy stacje i wysiadali ustępując 
miejsca innym gromadkom. Powietrze było straszne, tak straszne, że mała Karola dostała 
mdłości. Gdy się nieco uciszyła i zasnęła, Judymowa siadła obok niej w rogu i przespała 
okrzyki „Amstetten!” rozlegające się za oknem. 
Większość jej towarzyszów podróży wysiadła, weszli znowu całkiem inni, a ona o tym 
wszystkim nie wiedziała wcale. Gdy się ocknęła, był już dzień. Wagon był prawie pusty. Z 
okien widać było kraj pagórkowaty i dziwnie zielony. Śliczne łąki ciągnęły się tam między 
wzgórzami. Przed południem wagon stanął i wszyscy pasażerowie wysiedli. 
„To musi być przecie Amstetten...” — pomyślała Judymowa. 
Ściągnęła swoje tobołki z góry, zebrała je i wysiadła. Drżąc przeczytała na dworcu stacyjnym 
inną nazwę. Wtedy ją znowu opanowała wielka bojaźń: czy aby nie stało się co złego?... 
Była to niewielka stacyjka. Pociąg, którym przyjechała, zwekslowano na drugą linię; odczepiono 
lokomotywę. Stał pusty jak wóz bez koni. Podróżni rozeszli się, nawet tragarze znikli 
z peronu. Judymowa nie wiedziała, co ma robić. Stała obok swych rzeczy, z przestrachem 
rozglądając się dokoła. Zdawało jej się, że w tym oczekiwaniu na coś niewiadomego upłynęły 
godziny... 
Nareszcie z biura stacji wyszedł urzędnik kolejowy, zbliżył się i o coś zapytał po niemiecku. 
Nie zrozumiała oczywiście nic a nic. Po długiej chwili zdołała wydobyć z gardzieli bojaźliwie 
pytający dźwięk: 
— Amstetten? 
Kolejarz spojrzał na nią z uśmiechem, zadał znowu jedno, drugie pytanie, gdy nie otrzymał 
żadnej odpowiedzi, usunął się. Wrócił po chwili i znowu rzucał jakieś wyrazy. Widząc, że nic 
nie rozumie, wziął ją za rękę, wyprowadził z peronu na dziedziniec i wskazał gestem miasto 
leżące w dali. Wtedy zrozumiała, że z nią coś złego się dzieje. Wydobyła z kieszeni bilet i 
pokazała urzędnikowi. On przeczytał to, co tam stało, wytrzeszczył na nią oczy, wzruszył kilkakroć 
ramionami, oddał jej bilet i znowu, jak tylko mógł najwyraźniej, gadał wywijając rękami. 
Wreszcie mruknął coś ostro, chrapliwie i poszedł. Czekała na tym samym miejscu w 
nadziei, że może wróci i jakoś nią pokieruje, ale daremnie. 
Już się więcej nie ukazał. Tymczasem zaczęły na dziedziniec wjeżdżać wozy frachtowe, 
dorożki, karety. Gdy chciała znowu wyjść na peron, zastąpił jej drogę portier i, nagadawszy 
się do syta, odprowadził z powrotem za dworzec. 
Był upał. Dzieci głodne, spragnione kwiliły. Chora Karola chwiała się i skarżyła na ból 
głowy. Trzeba było dostać gdzie trochę herbaty, gdyż dziecko płacząc o nią prosiło. Judymowa 
powlokła się w stronę miasta dźwigając rzeczy w rękach i na plecach. Szła szosą pustą, 
zalaną słońcem, po której wśród tumanów kurzu waliły ogromne fury. Była udręczona, bez sił 
i prawie bez duszy. Nie zdziwiłaby się wcale, gdyby ją kto zrzucił z drogi do rowu a kapał 
nogami. Oczy jej widziały ciągnące bryki, domy w oddali, zarysy wysokich wież, kominów 
fabrycznych, ale prócz tego chłonęły w siebie co chwila jakieś niebywałe rzeczy. Zdawało się, 
że wygięty parkan, obielony wapnem coś tu innego ma do czynienia. Z ogrodu zasadzonego 
burakami coś biegło, coś niewidzialne, a tak straszne, tak obmierzłe. Dojrzała to w oparze 
drżącym nad ziemią. Uczuła jego straszne oczy w piersiach swych, w stawach, w sercu, w 
korzeniach włosów, w palcach zdrętwiałych... To Zły tam szedł zza parkanu, na giętkich nogach, 
w ziemię wrośniętych. Śmiechem się dławił... Rozszerzał się, trząsł, wydłużał, miętosił. 
Miał ręce tak długie i oczy, oczy, co gryzą jak psia paszczęka... 
— Zbawicielu, Zbawicielu miłosierny... 
Obcierała rękami pot z twarzy i tarła oczy, żeby zegnać widmo; ale nie mogła się uwolnić. 
Strach ją oplątywał jak sieć szeroka, którą dokoła niej ktoś okręca, okręca, okręca. I ten szept 
cichy, ten szept znany, pamiętny jeszcze z dzieciństwa... 
Franek szedł przodem i wnet wziął się do zabawy. Zbierał kamienie i frygał do ogrodów. 
Cisnął tak raz, drugi, trzeci. Za czwartym razem gdzieś daleko brzękła stłuczona szyba. Judymowa 
usłyszała ten dźwięk, pojęła, że to Franek stłukł szybę, i z nagła uczuła do tego chłopca 
straszną niechęć. 
Tak sobie to pomyślała: 
„Wezmę tego psa i uduszę! Jeszcze mię tu zaczną t y r p a ć o szybę. Tylko patrzeć, jak 
się zlecą...” 
Szła drogą i dzikim wzrokiem patrzyła na głowę Franka, który, wygwizdując, z rękoma w 
kieszeniach rozglądał się po okolicy. Co chwila zmuszona była wstrzymywać się, opierać swe 
pakunki o pryzmy tłuczonego kamienia albo je składać na ziemi. Pot zalewał jej ciało, każdy 
szew wrzynał się w skórę. Ociężałe i jakby rozdęte nogi zdawały się krwią broczyć. Mała Karola 
wlokła się obok matki i nie sprawiała na niej wrażenia idącego dziecka, istoty drogiej i 
lubej, lecz jakby wiadra wody, pod którego ciężarem ramię drętwieje. 
Tak przypełzli do mostu nad szeroką wyrwą, w której głębi toczyła się jasnoniebieska woda. 
Na moście panował hałas. Każde uderzenie koła, każde stąpnięcie nogi końskiej wywoływało 
huk długo nie milknący. U wejścia na most Judymowa siadła w zupełnym omdleniu. 
Spoglądała na miasto jaśniejące w słońcu z drugiej strony rzeki... Czuła w sobie przez małą 
chwilę myśli jakieś czyste i spokojne. Zdawały się radzić jej, żeby szła ku jasnej łące, namawiać 
ją mądrymi słowy. Ale już łąki tej nie mogła zobaczyć w sercu swoim. Uderzyła w nią 
rozpacz jak wicher halny. 
— Po cóż ja tam idę? — pytała samej siebie z łkaniem wewnętrznym, co zdawało się wydzierać 
z niej wnętrzności. 
Przecie to nie, jest ani Wintertur, ani Amstetten... Co to może być za miasto! — wołała głośno, 
patrząc w nie wyschłymi oczami. 
Siedziała tam głupia i bezsilna, jak plewa prześladowana od wiatru. 
Dzieci zeszły z chodnika i bawiły się rzucaniem kamieni w głąb wąwozu. Mogły były pozlatywać 
w przepaść, a nie byłaby tego dostrzegła. 
Z tego odrętwienia zbudził ją głos jakiś. Stał nad nią wysoki policjant w mundurze i kasku 
i gadał coś, wskazując oczyma rzeczy i dzieci. Spojrzała mu przelotnie w oczy i głośno rzekła 
po polsku: 
— A szczekaj, psie, choć i cały dzień! Wszystko mi jedno. 
Żołnierz powtórzył swoje głośniej. 
Judymowa rzekła ze złością: 
— Jak się to miasto nazywa? 
Niemiec wytrzeszczył oczy i znowu coś zaczął mówić. Gdy mu nie odpowiadała i nie 
zwracała uwagi, chwycił w rękę tobół i wskazał jej gestem, żeby go zabierała na plecy. 
Tchnęła nie tylko najszczerszą chęcią, ale wprost porywem fizycznym, żeby mu plunąć w 
ślepie, i tylko siłą wstrzymała się od tego. Szła kilkadziesiąt kroków na powrót, zupełnie 
martwa. Zimne zdrętwienie wolno kształtowało się w jakiś plan mętny. Nie miała siły rozumieć 
tego. Resztkami myśli chwytała to błędne, zaskórne chcenie, żeby tylko wiedzieć, co to 
jest, i zaraz wykonać... 
Policjanta już nie byłe... Więc znowu wsparła tobół o żelazną barierę i tak stała na miejscu, 
ślepy wzrok tocząc naokół. Czuła już tylko, że ciężar tłomoka parzy ją w plecy, i owo zachcenie 
zdradliwe, dające nadzieję spokoju. 
Stała tam bardzo długo, jakby żelaznymi mutrami przyśrubowana do żwiru chodnika i do 
bariery. 
Środkiem ulicy po okrągłych kamieniach toczyły się w stronę dworca kolejowego omnibusy 
i powozy. Nagle wzrok Judymowej zatrzymał się na jednej parokonnej dorożce i osobach 
w niej siedzących. Byli to młodzi i piękni państwo, ubrani wykwintnie. Dama w skromnym 
słomkowym kapelusiku zasłaniała jasną parasolką młodego człowieka. Obydwoje śmiali się 
czegoś i rzucali wokoło siebie szczęśliwe, rozbawione spojrzenia. 
Judymowa drgnęła, jakby ją kto pchnął naprzód. Przywołała dzieci i poszła za tą dorożką. 
Idąc tak, głośno mówiła do siebie: 
— Takie szczęśliwe ludzie, takie szczęśliwe... Może mi pomogą... Zbawicielu, Zbawicielu 
miłosierny... 
Dorożka toczyła się wolno i Judymowa, biegnąc co sił, miała ją ciągle przed oczyma. Głowy 
osób jadących co chwila pochylały się ku sobie. Dwa razy prędzej niż w tamtą stronę Judymowa 
przebyła odległość między dworcem a mostem. 
Stanęła na podwórzu stacyjnym mało co później niż dorożka. Właśnie młodzi państwo wysiedli 
i stali obok, gdy tragarz odbierał z rąk woźnicy dwa kufry. Judymowa nie wiedziała, co 
pocznie, ale czekała na chwilę, kiedy do tych ludzi przemówi. Dlaczego do nich — nie wiedziała. 
Istota jej zmieniła się teraz w jeden tylko wybuch woli: przemówi!... 
Nagle młoda pani rzekła do swego towarzysza po polsku: 
— Weź od niego numer i chodźmy do sali. 
Judymowa zachwiała się na nogach. W oczach jej pociemniało. Zbliżyła się do tej pani jak 
pijana i zaczęła bełkotać wyrazy przeplatane śmiechem, krzykiem i łkaniem: 
— Pani! Pani! O, moja przenajśliczniejsza... Pani, pani anielska! 
Nieznajomi z uśmiechem życzliwości zwrócili się do niej. Zamienili ze sobą kilkanaście 
wyrazów francuskich, a potem żywo i ze współczuciem słuchali bezładnej historii przygód. 
Szczególnie młoda kobieta wypytywała się ciekawie o wszystko. 
Judymowa pokazała im bilet i to ich ostatecznie upewniło, że nie mają przed sobą żebraczki 
ani oszustki. Na rozkaz tej pani tragarz wziął rzeczy z rąk Judymowej i odniósł je na salę 
razem z walizami. Dzieci dostały po kubku mleka. Wtedy dopiero Judymowa mogła zapłakać. 
Pani anielska sama przez chwilę miała łzy w oczach. On poszedł z biletem do kasy i siedział 
tam długo. Wrócił z wiadomością, że wszystko jest dobrze, że na skutek jego reklamacji Judymowa 
wróci do Amstetten, a stamtąd pojedzie we właściwą drogę, kiedy oni przesiądą się 
na pociąg idący do Włoch. Sama wzmianka, że się z nimi rozstanie, przejęła Judymową 
dreszczem. Uspokoili ją obydwoje zapewnieniem, że teraz jej zginąć nie dadzą, że zobowiążą 
konduktorów i władze, aby ją odstawiono na miejsce, do Winterturu. 
Młoda pani zaczęła pytać się z żywością o rozmaite rzeczy. Między innymi rzekła: 
— Pani jedzie z Warszawy? 
— Tak, proszę pani, z Warszawy. 
— A jakże się pani nazywa? 
— Nazywam się, proszę paniusi, Judymowa. 
— Jak, Judymowa? — ze zdumieniem pytała piękna dama, otwierając swe śliczne błękitne 
oczy. 
— Takie nazwisko, proszę paniusi — Judymowa. 
— To jest — mąż pani nazywa się... jakże? Judym? 
— Tak, Judym. 
— Doprawdy? — szepnęła z zaciekawieniem. — A może jakim kuzynem męża pani jest doktór 
Judym, pan Tomasz Judym? 
— To rodzony brat męża! Brat rodzony! — wołała Judymowa. — To paniusia zna brata? 
— Tak, znam troszkę — rzekła pani Natalia. 
Zwróciwszy się do męża, szepnęła: 
— Czy słyszysz? 
— Okazuje się, że miałaś wielbicieli ze wszystkich sfer towarzyskich... — rzekł pan Karbowski. 
— Chciałabym widzieć teraz naszego ambitnego doktorka... 
— Istotnie, byłoby to ciekawe! Jak by też witał swoją rodzinę podróżującą w tak oryginalny 
sposób... 
Sala zaczęła się napełniać. Uderzyły dzwonki, zaszedł przed peron pociąg i Judymowa została 
usadowiona w klasie trzeciej. Państwo Karbowscy jechali pierwszą. Miało się już pod 
wieczór. 
Na stacjach, gdzie zatrzymywano się po kilka minut, młodzi małżonkowie wysiadali ze 
swego wagonu i przechadzając się po peronie gwarzyli z Judymową, z dziećmi. Pani Natalia 
interesowała się zdrowiem małej Karolki, która spała niespokojnie na ręku matczynym. Przynosiła 
jej to wina, to coś do zjedzenia, to jakieś lekarstwo otrzeźwiające. Dała im nieco nadwiędnięty 
bukiet kwiatów, pół flaszeczki perfum, wachlarz swój — chłopakowi różne wykwintne 
drobiazgi. 
Gdy ukazywali się na peronie i chodzili ze sobą, żywo mówiąc, pieszcząc się wzajemnie 
oczyma, ustami i każdym ich wyrazem, Judymowa nie spuszczała z nich oka. Wargi jej szeptały 
czułe nazwy, słodkie, prostackie półludowe spieszczenia, a cała dusza oddychała błogosławieniem 
tych dziwnych, prześlicznych postaci. 
— Żeby cię tak wiecznie chciał twój mąż jak teraz!... — szeptała. — Żebyś mu była zawsze 
luba... Żeby się w tobie kochał do samej śmierci... Żebyście mieli śliczne, duże, zdrowe, mądre 
dzieci... Żebyś je bez bólu wielkiego rodziła... Żebyś nad nimi po nocach łez dużo nie 
wylewała... 
Bukiet róż trzymała przyciśnięty do ust i poiła się jego zapachem. Wąchała perfumy z lubością 
i czcią dla jasnej pani. Ta woń podniecała jej wdzięczność i zamieniła ją na tęskny zachwyt. 
Każdy ruch pani Natalii Judymowa chłonęła oczyma, śledziła jej postać i widziała ją w 
źrenicach wtedy nawet, gdy pociąg ruszał z miejsca i biegł wśród wzgórz ozłoconych zachodem 
słońca. 
W nocy w Amstetten państwo Karbowscy rozstali się ze swą protegowaną. Zanim wszakże 
to nastąpiło, konduktor pociągu dążącego w stronę Insbrucku zajął się nią w sposób tak niesłychanie 
gorliwy, że ta furia pieczołowitości świadczyła o memento207 co najmniej pięcioguldenowym. 
Podróżująca familia ulokowana została w osobnym przedziałku, na klucz zamykanym. 
Judymowa do takiego stopnia była znużona, że przez całą noc nie mogła zmrużyć oka. 
Leżała na twardej ławce i wytężonym wzrokiem patrzyła w szybę okienną. 
Noc była widna, księżycowa. Rozległy horyzont nad ranem zasłoniły góry. Grzbiety ich, z 
początku okrągłe, coraz bardziej szczerbiły się i biegły wyżej. Judymowa widziała góry 
pierwszy raz w życiu. Ten widok tak niesłychany dla człowieka z nizin i z miasta był jak gdyby 
dalszym ciągiem dnia minionego. W duszy jej te widoki i zdarzenia odbijały się gdyby w 
wodzie i tworzyły tam obraz zadziwiający. Patrzyła przez okno nie na góry, lecz na ten obraz 
w głębi siebie samej. Serce jej drżało i wzrok wewnętrzny wlepiał się w to cudne skupienie 
rzeczy. 
„Co to jest ta ziemia? I czy to ziemia? 
Kto są ci przepiękni ludzie, których ujrzała tam pod tym miastem bolesnym? 
I czy to ludzie? Kto jej powiedział, żeby szła za nimi? I..?” 
Przed tym pytaniem serce jej mdlało i we łzach tonęło. Wtedy w niewysłowionym struchleniu 
pytała się głębin nocnych, łańcuchów górskich i tego świętego odbicia w sobie samej, 
odbicia w czymś czułym i wiotkim, jak gdyby w morzu łez: 
„Kto ich posłał?” 
Najwyższe szczyty były niby posrebrzone blaskiem księżyca. Ich ostre kły miały teraz łagodny 
ludzki wyraz. Zdawało się, że dumają, że zamyśliły się i patrzą kamiennymi oczyma w 
lazur bezchmurny, usiany gwiazdami. I jeszcze zdawało się, że tak samo jak człowiek — nie 
mogą zobaczyć... 
Kiedy niekiedy wzrok Judymowej spadał w otchłań, gdy pociąg leciał na skalnych gzymsach 
arlberskiej drogi. Gdzieś w głębi, w przepaści, w niezmiernych szczelinach snuły się 
białe, zielonkawe piany wód Innu po sennych, śliskich, czarnych głazach. 
Widoki te nie dziwiły Judymowej. Serce przyjmowało je i cicho, ostrożnie, troskliwie jak 
drogi skarb, chowało w sobie. Czasami dokoła wagonu roztaczała się głucha ciemność, którą 
wypełniał dym i łoskot. Judymowa nie wiedziała, co to jest, ale nie czuła lęku. Była tej nocy 
jakby nad słabością swego ciała i nad wzruszeniami ducha. 
W pewnej chwili srebrne brzegi szczytów pogasły, jakby je kto zdjął z wyżyny. Coraz bardziej 
nasuwały się z cienia szare zręby i granie skał, rozdzierając sobą ciemność leżącą w dole. 
Z wysoka zstępował górski poranek. 
Jechali tak przez cały następny dzień i całą noc. Znużenie dzieci stało się jakąś tępą 
omdlałością. W ustach, z braku właściwego napoju, utworzyły im się krosty. Kaszlali wszyscy 
troje i rzucali się we śnie. 
W Buchs konduktor austriacki doręczył Judymową szwajcarskiemu, który ironicznym 
okiem oglądał tych podróżnych. Zrewidowano ich rzeczy, zamknięto znowu w wagonie i ruszyli 
dalej. 
W blasku nowego dnia ukazało się wkrótce coś nieziemskiego, coś, na co patrząc Judymowa 
oczom wierzyć nie chciała: błękitne, zimne, tajemnicze jezioro Wallensee. Pierwszy 
promień zza szczytów wpadający w nizinę ślizgał się po falach, które się chwiały w chłodnym 
mroku. Ta głębia przezroczysta, a zstępująca w ciemną otchłań, znowu do drżenia zmusiła 
serce Judymowej. Wydało jej się, że widziała we śnie te wody, że przez nie szła z rozkoszą i 
że tam na ich dnie kamienistym leży ów sekret święty. 
Tymczasem brzeg jeziora wygiął się prędko i jakby zamknął przed oczyma błękitną wodę. 
Pociąg wybiegł na szerokie błonia. Góry znikły i tylko regle świerkowe snuły się w dali. Łąki 
białe od miodownika, wśród których stały gęsto drzewa owocowe, tworząc jeden sad nieprzejrzany, 
ciągnęły się jak okiem rzucić. 
Około godziny jedenastej pociąg stanął w Winterturze. Usłyszawszy tę nazwę Judymowa 
przelękła się i bała ruszyć z miejsca. Konduktor otworzył drzwi i dał jej znak, żeby się wyniosła 
z wagonu. Gdy dźwigając swe toboły i dzieci złaziła ze stopni, ujrzała Wiktora, jak przeciskał 
się wskróś tłumu i szukał ich oczami. Zaraz w złość wpadła. Gdy ich zobaczył i podbiegł, 
sypnęła od razu: 
— Gdzieżeś ty, człowieku, miał rozum, żeby nas w tyli świat!... O, Jezu, Jezu... 
— A cóżem ci — rozkazywał? Mogłaś nie jechać. Widzisz ją! Powitanie małżeńskie! Od 
trzech dni przylatuję, jak kto głupi, na każdy pociąg... 
— Ale, powitanie! S p or z yn o se, cosięztymi dz i eci am i zrobiło. W gębach 
mają jakieś krosty, nawet nie wiem... Masz ty rozum! Jeżeli my nie pomarli w drodze, to 
prawdziwe zdarzenie. 
— Takaś znowuż delikatna! I ja przecie jechałem tą samą drogą. Cóżem miał zrobić, skrócić 
ją czy co? 
— Ij, stuliłbyś gębę, bo doprawdy... 
— To ty mi stul gębę, żebym ci na powitanie czego zaś nie ofiarował. Jak ci się nie podoba, 
to siadaj w kolej i r z n i j, gdzie ci wypada. 
Wziął na ręce Karolę, tobół pod pachę i wyprowadził ich za peron. Szli jakiś czas w milczeniu 
po szosie usypanej żwirem. Obok drogi stały domy, przeważnie piętrowe, w małych 
ogródkach z żelaznymi sztachetami. Każde okno było zasłonięte zieloną żaluzją. Te mieszkanka, 
jak wszystko dokoła, zdawały się kwitnąć i posiadać w sobie zieleń roślinną. Na ścianach 
zwróconych ku południowi rozpięte były gałęzie wina, którego szarozielone gronka gęsto 
między liśćmi zwisały. 
— Ty masz, Wiktor, jakie mieszkanie? — cichszym głosem spytała Judymowa. 
— Przecie że mam. 
— Jedną izbę? 
— Dwie nieduże i kuchenkę. Ciasne, ale niczego. 
— Daleko to? 
— Kawałeczek drogi. Nie bardzo daleko. 
W istocie, minąwszy kilka ciasnych i krzywych uliczek, wprowadził ich wkrótce do sieni 
szczupłej kamienicy i na schody wąziutkie, czysto umyte, a wydeptane tak, że z desek stopni 
tylko cienka warstwa została. W klatce schodowej panował zaduch, pomimo że wszystkie 
sprzęty były tam wyczyszczone i błyszczące. Na drugim piętrze Wiktor otworzył drzwi i wpuścił 
swoją rodzinę do mieszkania. Było istotnie ciasne i niskie tak dalece, że się głową dotykało 
powały, ale miłe. Obydwa pokoiki były wyłożone drzewem i malowane olejno na kolor 
błękitny. Aż na środek pierwszej izby lazł ogromny piec z brunatnych kafli. Całą ścianę zewnętrzną 
zajmowały okna, których w dwu stancyjkach było cztery. Judymowa z uśmiechem 
patrzyła na ten lokal i doznawała wrażenia, że wcale jeszcze nie wyszła z pociągu, tak bardzo 
te dwa pudełka wymalowane i lśniące przypominały przedział wagonu. Ale oto w drugiej izdebce 
dostrzegła łóżko, łóżko pod sam sufit zasłane betami. Zaczęła się co tchu rozbierać. 
Judym wyszedł do swej fabryki. Dzieci nie chciały iść spać i wybiegły z ojcem na miasto. 
Tonąc w puchu, Judymowa wodziła oczami po czystych ścianach, po prostych sprzętach, 
które nie miały na sobie ani jednej plamki, i usiłowała zatrzymać je w miejscu. Wszystko jej 
w oczach szło, szło, szło bez końca jak wagony. Ściana wysuwała się ze swego miejsca i 
przechodziła... Krzesło, komoda, szafa, tłumok leżący na środku pierwszego pokoju — wszystko 
to sunęło dokądś, bez przerwy .. Gdy zamykała oczy, żeby usnąć, natychmiast w nich i w 
głębi mózgu snuły się nieskończone szeregi wagonów. 
Koła ich stukając pędziły przez całe ciało, przez głowę i piersi, ze drżeniem, z hukiem i 
zgrzytem. Ani usnąć, ani odpocząć... 
Czuła doskonale, jak mija czas, słyszała głosy zewnętrzne, rozumiała, gdzie jest, ale odegnać 
owego pędu wagonów ani na sekundę nie była w stanie. 
Z dźwięków ulicznych zajmował ją i nęcił szczególnie jeden. Był to jakby śpiew, jakby 
wydawanie lekcji czy chóralne odmawianie pacierza przez gromadę dzieci. Judymowa słyszała 
nie tylko ogólny ton, ale każdy głosik z osobna, wymykający się z harmonii. Było w tym 
coś wesołego nad wszelki wyraz, coś tak miłego, że nie mogła dać sobie z tym rady. Wstała z 
łóżka, narzuciła odzienie i czając się w głębi izby zaczęła wypatrywać, skąd te głosy pochodzą. 
Z drugiej strony wąskiej uliczki na tej samej wysokości były roztwarte okna jakiejś dużej 
sali. Na małych drewnianych stołeczkach siedziało tam kilkadziesiąt, pewno ze czterdzieści 
sztuk indywiduów w wieku lat od czterech do sześciu. Osoby te gwarzyły, beczały, śmiały się, 
spierały, swawoliły, ale co pewien czas, na znak dany przez otyłą kobietę w latach, każde ujmowało 
w ręce szydełko i rozpoczynało pracę. Wtedy to za głosem przewodniczki cały chór, 
wykonywając szydełkiem każdy ruch, kiwał się i śpiewał ową jakby piosenkę. Judymowa nie 
rozumiała wyrazów, ale nie mogła się wstrzymać, żeby nie powtarzać płynących dźwięków: 
Ine stache, 
Fadeli ume g’schluh’. 
Use ziehe. 
Abe Loh’...208 
Bawiło ją to i zajmowało do żywego. 
„Co też to może być? — myślała. — Szkoła? Ale czyżby kto posyłał do szkoły takie małe 
berbecie?” 
Tymczasem w uczelni znowu wybuchały gwary, zabawa, krzyki, gonitwy, a po upływie jakiegoś 
czasu dawała się słyszeć recytacja: 
Ine stache... 
Patrząc na tę swawolę połączoną z robotą, słuchając chóralnego gwarzenia, które nie było 
jeszcze śpiewem, ale już było rytmem podniecającym do wykonania bez przykrości pracy, 
doznała dziwnego uczucia. Przytulona do ściany, z oczyma utkwionymi w ten obraz; który 
miała przed sobą, myślała o czymś, co jej nigdy, przenigdy nie przychodziło do głowy. 
I wnet, ledwie pojęła tę rzecz głęboką i mądrą, uczuła w sobie żal śmiertelny. W głowie jej 
sunęły się wciąż mury, okna, żaluzje, a z oczu leciały łzy rzęsiste. Wzdychała nad sobą i nie 
tylko nad sobą... Trzymała w sercu bezsilną mękę patrzenia na dzieci swoje rosnące ponad 
rynsztokiem. 
Z tej zadumy wyrwało ją gwałtowne stukanie we drzwi. Ktoś ruszał klamką i pukał. Bała 
się otworzyć, więc jakiś czas siedziała przyczajona, ale gdy dobijano się coraz gwałtowniej, 
przekręciła klucz w zamku. Wszedł do mieszkania mężczyzna wysoki, w kamizelce, z miną 
tak nasrożoną i oczami tak wściekłymi, że Judymowa ze strachu aż siadła na krawędzi łóżka. 
Przybysz zaczął wrzeszczeć i machać rękami. 
Pokazywał co chwila liście, które trzymał w ręce, ciskał je na podłogę, znowu brał i pchał 
w kieszeń... Zbliżał się do Judymowej i zadawał jakieś pytania, a gdy ona wciąż jednako 
skromnie milczała, wrzeszczał coraz głośniej. Używał tak z kwadrans. Wreszcie trzasnął 
drzwiami i wyszedł. 
Ledwie Judymowa zdołała oddać się uczuciu szczęścia, znowu wrócił z całymi garściami 
liści. Kładł je na stole i błyskając białkami oczu, co kilka słów powtarzał: 
— U se!209 
Nie wiadomo skąd jej taka chęć przyszła, dość że zaczęła ziewać. Osłaniała wprawdzie 
usta ręką, ale jegomość widział to i doświadczał paroksyzmu furii, bo trząsł się cały i tupał 
nogami. Przyglądała mu się uważnie, od stóp do głów, poprzysięgając sobie w duszy, że gdyby 
tak, co daj Boże, drugi raz wyszedł z izby, to już niegłupia otwierać mu drzwi z klucza. W 
istocie awanturnik wyskoczył krzycząc jeszcze na schodach. Co tchu zamknęła drzwi, położyła 
się do łóżka i przykryła pierzyną. Tak w półsennym odurzeniu leżała ze dwie godziny, aż 
ją znowu zbudziło stukanie we drzwi. Był to Wiktor w towarzystwie owego złego Szwajcara i 
dzieci. 
Wiktor coś bąkał, ale prędzej dla okazania żonie, jak się to rozmawia po niemiecku, niż dla 
wyjaśnienia sprawy. 
— Czegóż ten od nas chce, Wiktor? — spytała Judymowa. 
— A to nasze dzieci obdarły mu wino. 
— Co za wino? 
— Wiesz, oni tu mają winne krzewy na ścianach... Teni u r g e r210 miał calutki front 
domu pokryty. Przyszedł Franek z Karolą, wzięły i — obdarły wszystkie liście, powyrywały 
badyle ze ziemi. No i trzęsie h ab a211 morowe powietrze ze złości. 
— Po cóżeście wy toto zrobiły? 
— Wielkie święto, że my liście urwali! — zaperzył się Franek. — Masz mama o co piekło robić... 
— Ten h ab mówi, że tu już do ciebie przychodził — rzekł Wiktor do żony. 
— A przychodził. Nawet dwa razy. Gadał sobie coś, ja słuchała. Wygadał, co wiedział, i poszedł. 
— Ech, już z tym narodem to człowiek nigdy do ładu nie dojdzie. To prawdziwy kryminał 
ten kraj! Tu o godzinie dziesiątej wieczorem już ci nie wolno we własnym mieszkaniu tupnąć 
obcasem w podłogę, bo się cały dom zleci. Nie wolno ci rozmówić się z drugim głośniej, nie 
wolno ci w kuchni trzymać wiązki drzewa, palić ognia, jak wiatr wieje, nie wolno chlusnąć 
naftą dla podpalenia w piecu, bo zaraz dwadzieścia pięć franciszków kary — diabli wiedzą, co 
tu wolno... 
Szwajcar tymczasem wciąż do nich gadał. Judym wytłumaczył żonie, że on się tak dopytuję, 
po co te dzieci zrobiły mu taką krzywdę, żeby niszczyć dojrzewającą gałąź winną. Kto 
ich tego nauczył, żeby takimi łotrami być już w dzieciństwie. 
Sprawa zastała odłożona do późniejszego czasu, gdyż sam Judym nie rozumiał dobrze, co 
tamten gada. Wiedział tylko, że z tego mieszkania stanowczo go wyleją i że drugiego w mieście 
bezwarunkowo nie znajdzie. To go wprawiało we wściekłość. Przeklinał h ab ó w, na 
czym świat stoi, wymyślał im po polsku i po szwajcarsku. 
Wreszcie rzekł do żony: 
— Ja ci otwarcie powiem, że ja tu nie myślę siedzieć. 
— Gdzie? 
— A tu. 
— Cóż ty znowu gadasz? 
— Ja r z n ę do Ameryki. 
— Wiktor! 
— To jest niewola, nie kraj! Zarabiam tu wprawdzie więcej niż w Warszawie, ale wiesz ty, 
ile przy Bessemerze płacą w Ameryce? Pisał mi Wąsikiewicz detalicznie. To jest dopiero pieniądz. 
— Cóż ty mówisz, cóż ty mówisz... — mamrotała. — To my już do dom nigdy... 
— Do Warszawy? Masz ci! Jakże ja mam wracać? Zgłupiałaś? A zresztą po jakie sto tysięcy 
diabłów? 
Myślał chwilę, a później mówił głośno, wstrząsając głową: 
— Moja kochana, Bessemer jest wszędzie na świecie. Ja idę za nim. Gdzie mi lepiej płacą, 
tam idę. Mam tu siedzieć w tej dziurze? Nie ma głupich!... 
W oczach Judymowej wędrowały wciąż ściany, okna i sprzęty. Upadła na poduszki jak 
bezwładne drewno i osłupiałymi oczyma patrzyła się w malowane deski sufitu, który się z nią 
dokądś, w nieskończoność, w zaświaty posuwał, posuwał... 
O ZMIERZCHU 
W życiu doktora Judyma zaczął się okres szczególny. Na pozór była to taka sama egzystencja, 
te same obowiązki, takież dążności i starcia. W gruncie rzeczy jednak młody lekarz 
stał się jak gdyby inną osobistością. To, co czynił, czym się zajmował, było zewnętrzną powłoką 
jego istotnej natury, czymś niby ciało, w którego głębi wykwitł duch samoistny. Leczenie 
chorych, rzeczy szpitalne i zakładowe, wyjazdy do dworów i wsi okolicznych nie uległy 
zmianie, owszem, przychodziły z większą jeszcze łatwością, ale była to tylko eksploatacja 
żywej, kipiącej siły. Głąb duszy doktora Tomasza zajęło coś tank nowego, jak nową jest wiosna 
po twardej zimie. 
Między jednym a drugim wschodem słońca zamknięte były jakby gaje czarodziejskie, dalekie 
od tego świata, schowane za wysokimi murami. Ciągle trwało to pachnące wrażenie, 
jakiego doznał w dniu kwietniowym, kiedy przybywszy po raz pierwszy do Cisów, stał w 
oknie i patrzał w głębinę alei. 
Jeszcze gałęzie drzew wysokich są nagie, szare i chude jak chrusty leszczynowe. Barwa ich 
sprzecza się z dziwnym błękitem, co się kurzy i stoi tuż nad ziemią, między pniami, niby 
rzadki, rozwiany dymek. Zaledwie pierwsze, zmarszczone i słabe liście wyprysły z końców 
cienkich gałązek bzu. Ciężkie pęki jak złotolite gruzły zdają się spływać z brunatnych prętów 
kasztana. Słońce to płomienistym pożarem spada na wilgotną ziemię, to odlatuje do modrych 
królestw swoich i ginie w różnobarwnej sukni obłoków. Jasne murawy ukazały się na szarym, 
parującym gruncie. Pierwsze ich pióra drżą, odwracają się i chylą ku słońcu. Radosny świergot 
ptaków i z oddali wesołe krzyki dzieci dają się słyszeć, a cały przestwór pełen jest woni 
fiołków. 
W tej dziedzinie wstawała z każdym wschodem słońca ostra noc duszy. Ona to sprawiła, że 
oczy widziały teraz wszystko z podwójną jasnością. Rzeczy i sprawy zewnętrznego świata 
łączyły się i rozchodziły inaczej, a wszystkie przedmioty ukazały swe fizjonomie pełne mądrości 
i porządku. Myśli codzienne wypadły ze swoich siedlisk i były jak młode ptaki spłoszone 
z gniazda, co na wszystko patrzą w zdumieniu. 
Po co jest wiosna? Czemu noc przemija i czemu dnieje? Dokąd żeglują pracowite chmury, 
czasem niewinne jak sny dziecięce, a czasem straszliwe jak trzewia rozrąbane toporem, z których 
czerwona krew się leje? Dla kogo rosną kwiaty wiosenne i czemu zapach z nich się rozszerza? 
Co to są drzewa i z jakiej przyczyny w biały dzień upuszczają na ziemię coś jakby noc: 
czarujące cienie swoje? 
Wieczory, kiedy księżyc był wystawiany w jasnych niebiosach, które jak mówi Biblia, są 
sprawą palców bożych, przemieniły się w święte misterium. Były tajemnicą niedocieczoną, do 
której dusza jak do skończonej farmy swojego szczęścia w tęsknocie wzdychała. 
O zmierzchu panna Joanna częstokroć przychodziła do parku z jedyną teraz uczennicą 
swoją, panną Wandą. Tam przypadkowo spotykały doktora Tomasza. Chodzili we trójkę w 
ciemnych alejach, rozmawiając o rzeczach obojętnych, naukowych, artystycznych, społecznych. 
Był w tym szczególny urok, że prawie nie widywali swych twarzy ani oczu. Tylko ciemne 
postaci, ciemne osoby, ciemne istoty, jakby same dusze... Tylko z dźwięku głosu mogli poznawać 
wzajemnie upragnione marzenia. Czasami, z rzadka, spotykali się w towarzystwie i 
wówczas, gdy usta tak samo jak w parku wymawiały obojętne frazesy, oczy prowadziły inną 
rozmowę, pełną zapytań, odpowiedzi, próśb, wyznań i obietnic, rozmowę stokroć wymowniejszą 
niż słowna. 
Judym był jakby szalony na samą myśl, że zobaczy swoją „narzeczoną”. Tak ją mianował 
w myślach, chociaż nigdy jeszcze nie wyjawił jej ani swojej miłości, ani prośby o rękę. A gdy 
mógł widzieć te oczy, w których uśmiechał się z rozkoszą cudowny wdzięk miłości, zdawało 
mu się, że krew zaczyna wypływać z jego serca, że słodka śmierć na podobieństwo fali oceanu 
otacza go i niesie do stóp tego zjawienia. Radość i słodycz tych obcowań była tak niezrównana, 
że nawet wszelkie żądze cielesne tłumiła. 
Judym nie pragnął panny Joasi jako kobiety, nigdy z niej w marzeniu nie zdzierał szat 
dziewiczych. Pachnące dymy błękitne otoczyły ją i zasłaniały od myśli pożądliwych. Nade 
wszystko, nad piękność, dobroć i rozum kochał w niej swoją czy jej miłość, ów zaklęty wirydarz212, 
gdzie człowiek wchodzący zdobywał nadziemską zdatność pojmowania wszystkiego. 
Drżał na samą myśl, ż jeśli tej łaski niebios, którą, Bóg jeden wie dlaczego, zobaczył na swojej 
drodze, dotknie się wolą, jeśli wyciągnie rękę i zechce ujrzeć lepiej to coś zaziemskie, to 
ono zginie natychmiast. A myśl o zniknięciu szerzyła w nim zimno śmierci. 
I tak ciągle płynęły w jego sercu dwie strugi: tęsknota i trwoga. Gdy przypatrywał się wykwintnej 
i delikatnej postaci panny Joasi, stawała mu w oczach, jak nieodłączne widmo, suterena 
z ulicy Ciepłej. Wszystko zdobyte znikało. Pamiętał o swojej rodzinie rzemieślniczej, o 
ciotce, która go wychowała, o towarzyszach jej zabaw... Zdawało mu się, że skulony, obdarty, 
głodny i zdeptany, stojący na samym brzegu upodlenia, jest w ciemnej izbie piwnicznej. I oto 
zstępuje po schodach ciemna osoba. Słychać cichy szelest jej sukien, pachnący szmer jej nadejścia... 
Z wolna schodzi, zatrzymuje się na każdym głazie. Niesie w oczach dalekowidzących 
przedziwne posłannictwo swojej miłości. 
Wolno mu na nią patrzeć, ale jeśli się dźwignie i przemówi jedno słowo błagalne, jeśli dotknie 
jej ręki wyciągniętej, to wówczas nastąpi coś przeczuwanego, coś, co czyha, co czeka 
cierpliwie i wlepionymi oczyma patrzy na każde postanowienie. 
Pewnego dnia w drugiej połowie czerwca Judym szedł do jednej z odleglejszych wiosek. Z 
umysłu skracał sobie drogę, idąc na przełaj ścieżkami, dla prędszego załatwienia „wizyty” i 
powrotu jeszcze przed zachodem słońca. 
Ścieżka szła nad brzegiem rzeki, która u jednego krańca rozległej łąki, w dolinie między 
dwoma płaskowzgórzami, wiła się wśród zarośli. Dróżka ta, kryjąca się w cieniu drzew, wyciśnięta 
na miękkim gruncie, była tylko z wierzchu obeschnięta, a głąb jej uginała się jeszcze 
pod nogą. Naokół były trawy, wikle i rokity. Judym szedł prędko, z rękami w kieszeniach i 
oczyma spuszczonymi, nic prawie dokoła siebie nie widząc, gdy wtem na zakręcie drogi zobaczył 
pannę Joannę. W pierwszej chwili był tak oszołomiony, że nawet się z nią nie przywitał. 
Szedł kilka kroków myśląc o tym, czy ona czekała tu na niego, czy to może jest sen... 
Nie zdziwiłby się wcale, gdyby znikła w powietrzu jak mgła znad łąki. Nie czuł także 
szczęścia. Spoglądał na jej twarz bladą, pomięszaną i obojętnie zauważył, że jej prosty nosek 
z tej strony widziany jest jakiś inny... 
Po niejakiej chwili domyślił się wreszcie, że to jest jakby cud... Nie będzie czekał na nią w 
parku, nie będzie spieszył do chorych, nie będzie skracał sobie godzin pozostających do 
zmierzchu różnymi sposoby, bo ona tu jest z nim razem, sama jedna... Był w tym nawet pewien 
jakby zawód. 
— Pani na spacer?... — rzekł czując w tej samej chwili, kiedy mówił te wyrazy, że postępuje 
jak zupełny, ordynarny głupiec, bo przecie ta chwila, która mija, jest najważniejsza i będzie 
pamiętną w całym życiu. Ale zaraz po sekundzie tego przeświadczenia nadeszło zapomnienie o wszystkim i obojętność tak zupełna, jakby kto poprzedzające wrażenie przysypał worem 
piasku. 
— Ja chodzę tutaj co dzień, jeżeli, rozumie się, deszcz nie pada... — odpowiedziała panna 
Joanna. 
Judym wiedział, że skłamała. Wiedział, że przyszła w to miejsce pierwszy raz i dlatego, 
żeby go spotkać. Słowa jej słyszał dobrze, ale zdawało mu się, że przychodzą z jakiejś oddali. 
Nie rozumiał ich zresztą, zajęty radością patrzenia w jej serce. 
— A panna Wanda? 
— Wanda o tej porze jeździ konno z panem plenipotentem. 
— Pani nie jeździ konno? 
— Owszem... Bardzo lubię. I niegdyś, niegdyś... mój Boże... Teraz już nie mogę. Muszę 
mieć troszkę, tylą odrobinkę wady serca czy czegoś takiego, bo każda przejażdżka nabawia 
mię bólu tu właśnie, gdzie bije to przebrzydłe. Mam później bezsenność. 
Judym, słysząc te słowa, uczuł w swym sercu literalny, fizyczny ból i taki żal, taki niezgruntowany, 
bezbrzeżny żal, że musiał ścisnąć zęby, aby nie wybuchnąć płaczem. 
— Dlaczegóż się pani nie poradziła jakiego dobrego lekarza w Warszawie? 
— Ech!... Dobry lekarz nie poradzi na takie rzeczy. A zresztą, kto by tam zwracał uwagę. 
Nie jeździć konno — to taka łatwa rzecz do zrobienia... 
— To nie jest wcale wada serca i ani cienia choroby w tym nie ma... — mówił z uśmiechem. 
— Zwyczajne, najzwyczajniejsze zmęczenie. Organizm nie przyzwyczajony... 
— Mój organizm? 
— ...Pod wpływem forsownego wysiłku ulega na czas pewien wyczerpaniu... Może byłoby 
dobrze, gdyby się pani przemogła i jakie dwa, a nawet trzy razy w tygodniu bez zmęczenia, 
rzecz prosta, jeździła na tej siwce. 
— Tak pan myśli? 
— Naprawdę. Pani musi prześlicznie wyglądać na koniu... 
Powiedział to zdanie bez chwili namysłu i faktycznie bez wiadomości, jaki sens mają te 
słowa. 
— A to dopiero terapia! — rzekła panna Joanna nie patrząc na niego. Złoty uśmieszek, najpiękniejszy 
z uśmiechów, otoczył jej twarz jakby blaskiem słonecznym. Brwi i wargi drgnęły 
wesoło. Judym przez chwilę daremnie czekał, że usta powiedzą wyraz skrzydlaty, który chował 
się w tym prześlicznym uśmiechu. Nikły rumieniec jak zorza płynął po jej policzkach. 
— Proszę pana — mówiła rumieniąc się coraz bardziej — pan jeździł czasami tramwajem na 
Chłodną czy na Waliców? 
— Jeździłem... Rozumie się... A dlaczego się pani pyta? 
— Tak się tylko pytam. Kilka razy widziałam pana jadącego w tamtą stronę. Był pan wówczas 
troszkę inny, nie taki jak teraz. Może zresztą w cylindrze tak się pan wydawał. To było 
ze trzy lata temu, a może nawet więcej. 
— Dlaczego pani zwróciła wtedy na mnie uwagę? 
— Nie wiem, dlaczego. 
— Za to ja wiem dobrze. 
— Czyż tak? 
— Wiem na pewno. 
— Niechże pan powie, dlaczego. 
— Dlatego, że... 
Judym pobladł. Uczuł, jak skóra cierpnie mu na głowie i jak zimny dreszcz falą spływa 
przez całe ciało. 
— Nie — mówił — nie powiem teraz. Kiedy indziej... 
Panna Joanna zwróciła na niego oczy, przyjrzała mu się szczerym, rzetelnym spojrzeniem i 
zamilkła. Szli długo. 
Na kresach łąki, po urwisku płaskowzgórza rozrzucone były chaty wsi, do której Judym 
zdążał. Droga, wąska w nizinie, zmieniała się w szeroki wygon poryty mnóstwem kolein i 
wygrodzony żerdzianym płotem. Panna Joanna szła tą dużą drogą kilkadziesiąt kroków. Z 
nagła stanęła i mówiła: 
— Pan idzie do wsi? 
— Tak, do chorych. 
— Ja tam już nie pójdę. 
— Dlaczego? 
— Nie, nie pójdę. 
— Już pani wróci do domu? — pytał z żalem w głosie i oczach. 
— Tak, już trzeba wracać. Zresztą... Długo pan tam zabawi? 
— Nie bardzo, z jakie pół godziny. 
— A tak... Ja tu poczekam. Albo lepiej... 
— Panno Joanno... 
— Albo lepiej tam, na kraju tego wzgórza. 
— Ach, to dobrze, to śliczna, śliczna myśl! 
Poszedł szybko tą drogą. Byłby biegł pędem, byłby zresztą całkiem, do licha, zaniedbał 
chorych. Wstrzymywał go tylko przesąd, że ona tam czeka. Gdyby nie spełnił... Ta pewność 
sprawiała mu rozkosz bezbrzeżną. Czuł, że jest to już zbliżenie, coś jakby schadzka, jakby 
umówiony czas radości wspólnej, a zarazem przesądnie cieszył się, że szczęście samo przyszło, 
że go nie wołał ani wypraszał. 
Chciał załatwić się z chorymi co tchu, ale jak na złość przed każdą chatą, do której wchodził, 
zgromadzały się baby z dziećmi, chłopi z okaleczonymi palcami... Musiał ich badać i 
opatrywać. Był już prawie zmierzch, gdy wreszcie wybiegł ze wsi i rozpalonym wzrokiem 
szukał panny Joanny. Były chwile, że tracił władzę nad sobą. 
— Odeszła... — szeptał połykając łzy jak dziecko. 
Zobaczył ją wówczas dopiero, gdy blisko podszedł do wzgórza. Siedziała na ziemi między 
ogromnymi jałowcami. 
— Chodźmy nie tędy łąką, bo już mgła się ściele i wilgoć... — mówił zbliżając się do niej. 
— A którędy? 
— Można przejść górą, wprost przez pola, a stamtąd brzegiem łazińskiego lasu. 
— No, dobrze, tylko musimy się bardzo spieszyć, bo już noc prawie. 
Weszli na szczyt urwiska i znaleźli się w polu otoczonym z trzech stron lasem. Z dwu stron 
był to bór liściasty, z trzeciej sosnowy. Słońce padało na milczącą ścianę drzew, złocąc nieruchome 
kępy grabów i brzóz barwami tak żywymi, że oko chwytało dokładne kształty liści 
bardzo dalekich. Za parowem, z którego wyszli, w nieskończonym oddaleniu, u kresu pól 
mieniących się od zboża, słońce zachodziło. Poziome jego promienie leżały na jasnych drogach, 
na szybach wód, zwykle skrytych, na bezbarwnych powierzchniach domostw wieśniaczych. 
Figury idących, Judyma i panny Joasi, rzucały dwa cienie, jak gdyby dwa niezmierne 
widma ich bytów, które przed nimi idą, łączą się, zbliżają i odsuwają od siebie. Purpurowozłocisty 
blask przedmiotów trwał krótko. Tarcza słoneczna wlała się w ziemię i utonęła. Wówczas 
daleki gaj liściasty przygasł. Zaczął oddalać się, oddalać, odchodzić... 
Judym wpatrywał się w tę okolicę i doznał niewytłumaczonego uczucia. Był już tam nie
raz, to prawda, ale zdało mu się, że już podobne uczucie przeżył w tym samym miejscu. 
Już niegdyś, niegdyś... 
To jest miejsce, do którego szedł przez całe swoje długie tułacze życie. 
„Dlaczegóż to tak? — marzył wpatrując się w tę dziwną polanę. — Dlaczegóż to tak?” 
I oto przez chwilę, przez mgnienie źrenicy, gościło w jego wiedzeniu coś niby odpowiedź, 
tak jakby dźwięk słowa, które wiatr przyniósł z oddali, ale natychmiast z ucha wyrwał i rozwiał. 
Część tego pola, jakby wzgardzonego przez ludzi, była zasiana. Obok ciągnęła się niwa zorana 
i zawleczona, co było widokiem niezwykłym o tej porze roku. Ta ziemia była jeszcze 
ciepła, pulchna i miękka. Nie więziła nóg, jak piasek na wydmie, lecz je ogrzewała delikatną 
głębią swoją. Stopy panny Joanny, obute w pantofle, zupełnie ginęły w roli. Obydwoje nie 
zwracali na ten szczegół uwagi, ale o nim dobrze wiedzieli. 
Z szarej gleby zaczęła się dźwigać w górę jej barwa, zaczęła wchłaniać połyskujące przed 
chwilą kolory lasu i słać dokoła, daleko i blisko, zmrok cichy, zmrok ciepły, zmrok wonny. 
— Nie powiedziałem wtedy — rzekł Judym — dlaczego pani zwróciła na mnie uwagę, gdy jechaliśmy 
tramwajem w stronę ulicy Chłodnej... Otóż mnie się zdaje, że wiem. 
— Pan to wie? 
— Tak, wiem. 
— Bardzo jestem ciekawa. 
— Pani musiała wówczas po prostu przeczuć... 
— Co przeczuć? 
— Wszystko, co ma nastąpić. 
— Cóż takiego? 
— Że to ja właśnie będę mężem twoim. 
Panna Joanna nie okazała zdziwienia. Szła w spokoju. Blada jej twarz wydawała się uśpioną. 
Judym nachylił się ku niej. 
— Czy aby dobrze, czy z rozwagą pan to czyni? — mówiła cichym, głębokim głosem. — 
Niech pan dobrze nad tym pomyśli... 
— Już wszystko przemyślałem. 
To twarde oznajmienie istoty rzeczy nie wyrażało, ale dźwięk jego był tak decydujący, że 
panna Joasia nic nie odrzekła. 
Judym teraz dopiero uczuł, jak bezgranicznie jej pragnął. Wszystko zginęło mu z oczu. 
Mrok wdarł się do głębi duszy i wszystko w niej zgasił. Zdawało się, że opór miękkiej, głębokiej 
ziemi, w której nogi brodziły, nie ma końca, że ciągnie się setki godzin. Szary zmierzch, 
to pożądliwe zrzekanie się światła, sprawiało dziką rozkosz. Był to niewiadomy żywioł, który 
zdawał się rozdymać w jakiś płomień i poprzedzać tę świętą, boską, tajemną noc, jak krzyk 
wesoły wołający w szerokiej pustce nad ziemią. 
Prawą ręką Judym objął swą „żonę” i lewe ramię jej uczuł na swej piersi, a głowę tuż przy 
policzku. Schylił się i zanurzył usta w bujne, wzburzone, czarne włosy dziewicze, owiane 
czymś pachnącym... 
Łzy płynęły z jego oczu, łzy szczęścia bez granic, które zamknięte jest w sobie i którego 
już się nie doświadcza po wtóre. 
Wzdrygnęli się, gdy stopy ich uczuły grunt twardy na skraju lasu, ale nie zwolnili kroku. W 
gąszczu sosen stała już ciemność jak czarny marmur, którą kiedy niekiedy niby złota żyłka 
przecinał lecący robaczek świętojański. Wzrok ich spostrzegał te złote nici i omijając świadomość 
umieszczał piękny, nikły ich półblask na wieczne czasy w pamięci jak drogocenny 
skarb życia. 
Było tak cicho, że słyszeć się dawał jakiś odległy, odległy szmer wody, gdzieś sączący się z 
upustu. 
Pannie Joannie wydało się, że ten głos coś mówi, że to on woła... 
Podniosła głowę, żeby usłyszeć... Wtedy uczuła na swych wargach niby rozżarzone węgle. 
Szczęście jak ciepła krew wpłynęło do jej serca falą powolną. Słyszała jakieś pytania, słowa 
ciche, święte, spod serca. W ustach swych wyrazów znaleźć nie mogła. Mówiła pocałunkami 
o głębokim szczęściu swym, o dobrowolnej ofierze, którą witała... 
SZEWSKA PASJA 
Sposobem z roku na rok praktykowanym Krzywosąd załatwiał szlamowanie stawu, gdy 
wtem już w pierwszej połowie czerwca zjechało tyle kuracjuszów, że ukończyć roboty nie 
było można. Tylko z części stawu od strony rzeki muł był wybrany do głębi. Reszta przedstawiała 
się w postaci bagna, które woda ledwo była w stanie przykryć. Po spuszczeniu jej błotko 
wysychające okryło się zielonym kożuchem wodorostów i szerzyło woń ohydną. Robotnicy 
pracujący przy rydlu i taczkach dostawali febry, nawet sam Krzywosąd miał gorączkę i dreszcze. 
W okolicznościach tak trudnych, gdy przy obcych nie było sposobu wywozić za park furami 
zgniłego szlamu, Krzywosąd wpadł na myśl genialną. Nic nikomu nie mówiąc, kazał w 
pewnym miejscu rozkopać groblę do gruntu, wstawić w ten otwór pochyłą rynnę z desek szerokości 
łokcia i puścić na nią strugę wody, która sączyła się na dnie spuszczonego stawu. 
Utworzyło to rodzaj kaskady, która zlatywała dość bujnie do koryta rzeki. Wówczas Krzywosąd 
postawił kilkunastu silnych ludzi z taczkami, innych z rydlem, rozkazał im wybierać 
szlam, zwozić go po narzuconych deskach do rynny i rzucać w to drewniane łożysko strumienia. 
Woda pędząca z wysoka porywała szlam i niosła go w stronę Morza Bałtyckiego. 
Był to figiel tak wyborny, że wszyscy zdumieni byli jego oryginalnością. Ciężkie wozy nie 
roznosiły po parku cieknącego szlamu, brudni ludzie nie łazili ścieżkami — i tylko sam staw 
cuchnął jeszcze ile się dało. Liczono jednak, że przy wzmożonym natężeniu pracy za dwa, 
trzy tygodnie dno stawu obniży się i wodę można będzie wstrzymać. 
Judym zatopiony po uszy w miłości nie wiedział o niczym. Gdy idąc przez groblę do zakładu 
na obiad zobaczył po raz pierwszy maszynerię wodną, stanął oniemiały. Tak dalece nie 
rozumiał, co to ma znaczyć, że zapytał pierwszego z brzegu pracownika: 
— Co to, chłopcy, robicie tutaj? 
— A szlam na wodę puszczamy, proszę pana doktora. 
— Na wodę szlam puszczanie? 
— Juści. 
— A przecież nad tą wodą stoją wasze wioski. Jakże ludzie będą bydło poili i korzystali z 
tej wody? 
— A to nie nasze d z i e ł o. Pan administrator kazał, my wywalamy, i spokój. 
— A... skoro pan administrator kazał, to wywalajcie, i spokój! 
— Tu już chłopy przylatywały z Siekierek — rzekł któryś — prawowały się z panem, z administratorem, 
że p a d aą, w całej rzece woda zmulona; ale ich pan sklął i wygnał. Tyle wygrali. 
Judym odszedł. Udał się brzegiem strumienia w zamiarze, nie bardzo zresztą wyraźnie 
sformułowanym, zbadania, czy w istocie woda jest zmulona. Szedł długo po łące świeżo skoszonej 
i z wzrastającą wściekłością patrzał na burą, gliniastą ciecz, która leniwie toczyła się w 
korycie rzeki. 
W pewnej chwili złość ta ustała. Zastąpiło ją promienne przypomnienie czegoś miłego... 
Judym zapomniał o rzece. Zapomniał tak doskonale, jak gdyby stracił z oczu rzeczywistość, i 
sam widział senne marzenia, daleko bardziej realne i niewątpliwe niż staw, rzeka, szlam, 
chłopi, Krzywosąd... Dopiero w parku ocknął się i podniósł głowę. 
Przy świeżo zbudowanej śluzie stał Krzywosąd i dyrektor. 
Na ich widok młody lekarz uczuł wstręt fizyczny. Uczuł, jakby te dwie figury wydzielały 
ze siebie ohydny fetor szlamu. Postanowił, że nie zbliży się do nich, uda, jakoby ich nie widział, 
i odejdzie inną drogą. 
Cóż go, u stu tysięcy, obchodzą wszelkie sprawy ze szlamem! Czy ta rzecz jest jakimś 
ważniejszym nadużyciem w szeregu miliarda innych? Czemuż jej właśnie ma poświęcać tyle 
uwagi? A niech robią dziady, co im się żywnie podoba! To ich rzecz. Zamiast leżeć od dawna, 
niech bryka jeszcze ten chodzący cmentarz! Dość się z nim i tak nasiepał. Wykazał wszystko, 
co uważa za złe i dobre. Nie chcą go słuchać, robią swoje — no to niech będzie! 
Szybkimi kroki szedł w swoją stronę i na samym szczycie wszelkich innych argumentów 
znalazł w głowie jeszcze jeden: „To jest rola zakładu leczniczego: dostarczać najciemniejszej 
warstwie ludności zmulonej wody do picia. Zamiast tę warstwę... Cha, cha... Pyszna ilustracja 
całej afery. Ten śmierdzący szlam w rzece — to jest działanie zakładu leczniczego. Ilustracja 
szumnych frazesów o "roli społecznej zakładu w Cisach"”. 
Nie mógł wytrzymać. Ten tylko dowcip im powie — no i basta! Powie to Krzywosądowi, 
nie, nie, nie Krzywosądowi. Powie dyrektorowi w żywe oczy i raz na zawsze skończy dyskusję. 
Będzie to ich Pyrrusowe zwycięstwo213. 
Zdawało się, jakby ten argument ujął go za kołnierz i nawrócił z drogi. Jasność faktu i logika 
rozumowania była tak oślepiająca, że wobec niej wszystko znikło jak cień wobec światła. 
Gdyby kto biciem zmuszał Judyma w owej chwili do wyszukania argumentu, który by osłabił 
siłę konceptu o tej mniemanej roli zakładu, nie wydusiłby z niego ani jednej myśli. Dyrektor i 
Krzywosąd widzieli zbliżenie się młodego asystenta, ale udawali, że prowadzą ze sobą dyskurs 
ważniejszy niż wszystko na świecie. Dopiero gdy witał się z nimi, zwrócili się doń nie 
przerywając zresztą ani na chwilę ożywionego traktatu o jakimś włosieniu do materaców. Judym 
długo milczał, obojętnie patrząc na chłopów unurzanych w błocie, bosych, bez ubrania, 
którzy pchali przed sobą wielkie taczki. 
Wszystko kipiało w nim i przewracało się do góry nogami. W myśli powtarzał swój dowcip 
i układał go w formę literacką. Chciał to wyrazić w uwadze niewinnie zjadliwej, która by 
pomogła treści wejść jak lekkie ukłucie, a na zawsze otruła umysły przeciwników. 
Rzekł wreszcie, pasując się ze sobą, żeby ani jeden dreszcz muskułu nie zdradzał wzruszenia: 
— Co to panowie robią tutaj? Czy można zapytać? 
— Jak kolega widzi... — rzekł dyrektor, troszkę blady. 
— Tak, widzieć widzę, ale wyznaję, że nie rozumiem. 
— Wozić teraz nie można, więc Krzywosąd wymywa staw wodą. 
— A... wymywa staw... 
Dyrektor umilkł. Po chwili zapytał tonem zimnym i zdradzającym gniew: 
— Panu się to nie podoba? 
— Mnie? Owszem. Dlaczegóż miałoby mi się nie podobać? Jako motyw do rodzinnego pejzażu... 
— Jako motyw do rodzinnego... 
— Jest to zasada dobrego gospodarstwa, żeby zużytkować każdy środek na korzyść przedsięwzięcia. 
Skoro mam... — mówił Krzywosąd. 
Judym, z ostentacją nie słuchając tego, co mówił administrator, powtórzył z naciskiem, 
zwrócony tylko do dyrektora: 
— Jako motyw do rodzinnego pejzażu. Przekonałem się, że to, co częstokroć zowiemy rolą 
zakładu w historii okolicy, przypisywanie mu jakiegoś społecznego czy higienicznego znaczenia, 
jest tylko rodzimą blagą, efektem, reklamą, obliczoną na głupotę histeryczek. Dla 
mnie tedy jest to widok taki sam jak każdy inny. 
— Nie lubię tych pańskich lekcji! Jestem człowiek stary... 
— A ja jestem człowiek młody, który starcem w danej chwili żadną miarą być nie może. 
— Mój łaskawy panie! 
— Jestem lekarz! Uważam za rzecz ze stanowiskiem lekarza niezgodną to, co pan dyrektor 
pozwala czynić swemu totumfackiemu. 
— Mój dobrodzieju! — mruknął groźnie Krzywosąd — rachuj no się, z łaski swej, ze słowami! 
Także! Totumfacki... Nec sutor ultra crepidam214. 
— No, no! daj no pokój z twoją tam łaciną... — krzyknął dyrektor. — Ja ci tu dam łacinę! 
Zwracając się zaś po chwili do Judyma, mówił z cicha, ale dobitnie: 
— Pańskie admonicje nie wywrą tutaj żadnego wpływu ani na mnie, ani na nikogo. 
— Wiem o tym dobrze. Ja... 
— Jeżeli pan wiesz o tym dobrze, to nie rozumiem, po co się mieszasz w nie swoje rzeczy. 
To do pana, kochany panie, wcale nie należy. 
— Czy kwestie higieny należą do pańskiego totumfackiego? 
— Tu nie ma wcale ani kwestii higieny, ani tym mniej nie ma totumfackiego. Co się panu 
wydaje? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Higieny! 
— Higiena jest, ale dla ludzi bogatych. Chłopy i ich bydło niech piją muł z naszego stawu. 
Otóż ja panu dyrektorowi krótko powiem: przeciwko temu, co się tu robi, ja kategorycznie 
protestuję! 
— A protestuj sobie, kochany panie, ile wlezie... Ile tylko wlezie! Krzywosąd, najmiesz mi 
na jutro dwa razy tyle robotników co dziś. 
— Panie Piórkiewicz — zawołał Krzywosąd do ekonoma — każ pan pójść komu po wsi, żeby 
do roboty przyszło jeszcze z ośmiu, z dziesięciu. 
Zwracając się do Judyma, administrator zaśmiał się szyderczo, z całego serca, i rzekł: 
— No, i cóż pan na to, panie reformatorze? 
— Ja nic na to, stary ośle! — rzekł Judym spokojnie. 
Krzywosąd przez chwilę patrzał w niego wlepionymi oczyma. Wtem zbladł i, wznosząc 
pięść, o krok się posunął. Judym dostrzegł ten ruch i stracił świat z oczu. Jednym susem przypadł 
do Krzywosąda, chwycił go za gardziel, targnął nim z dziesięć razy, a potem pchnął go 
od siebie. Administrator stał tyłem do stawu. Rzucony przez Judyma, zleciał z grobli, runął w 
szlam i zanurzył się w rzadkie bagno, tak że ledwo go było widać. Chłopi cisnęli rydle i pospieszyli 
mu z pomocą. 
Judym nie widział, co było dalej. Oczy mu zaszły wściekłością, jak bielmem. Szedł drogą 
klnąc głośno, ordynarnie... 
GDZIE OCZY PONIOSĄ 
Nad wieczorem oddano mu list dyrektora ze słowami: „Wobec tego, co zaszło, spieszę 
oświadczyć Sz. Panu, że umowę naszą, zawartą przed rokiem w Warszawie, uważam za rozwiązaną. 
Sługa — Węglichowski”. 
Judym przeczytał to pismo z niedbałością, odwrócił się na drugi bok i sennym wzrokiem 
patrzał w deseń pokrowca kanapy. Wiedział doskonale, że lada chwila taki list mu przyniosą. 
Wmawiał w siebie, że nań ze wzgardą oczekuje. 
Starał się nie myśleć o niczym, wypocząć, uciszyć się, ostygnąć i dopiero przyłożyć ręki do 
wszystkiego, co trzeba przed wyjazdem załatwić. Był nawet kontent ze siebie, z tego mianowicie, 
że się uspokaja świadomie, systematycznie. Przenikliwym wzrokiem wewnętrznym 
spostrzegał dygocącą chorobliwie namiętność do Cisów, która teraz musiała być zwalczana, 
żeby się nie mogła zmienić w coś głupiego. Przymknął powieki i zaczął usilnie wyliczać półgłosem 
pewne związki chemiczne. Ledwie jednak szepnął trzy nazwy, uczuł pytanie, które go 
pchnęło z miejsca jak cios fizyczny: 
„Czemu ja przed tą awanturą nie poszedłem do domu?” 
Żałość ukryta w tych słowach była tak nienasycenie bolesna, tak ostra, tak wydzierająca z 
wewnątrz, że można ją przyrównać chyba do haka, którego koniec utkwił w żywym płucu, 
drze je, a zarazem całe ciągnie ze sobą. Ale kiedy jego żelazo największą szerzyło boleść, 
kiedy zdawało się wyczerpywać swą siłę, wtedy ukazała się jeszcze inna katusza: uśmiech 
panny Joasi spotkanej na łące. 
W całym tym zdarzeniu Judym o niej zapomniał, a raczej nie mógł pamiętać. Teraz zjawiła 
się niby zdumienie bezsilne, bolesne, milczące... 
„Cóż tu teraz począć? Wyjechać, rozstać się? teraz właśnie? Dziś, jutro, pojutrze?” 
Uczucie, które go wtedy opanowało na samą myśl o wyjeździe, było głupie, tchórzowskie i 
nędzne. Trząsł się wewnątrz ze strachu i szalał z żalu. Wszystko zerwało się w jego duszy. 
Męskie uczucia rozprysły się jak kupa zgonin215, w którą podmuch wichru uderzył. 
Nadszedł wieczór. Roztwarte okno wpuszczało do pokoju zapach róż kwitnących. Nad muren, 
który część parku otaczał, między pniami drzew, lśniła się jeszcze zorza złotoczerwona. 
Ciepły mrok napełniał już pokój i wolno zaścielał uliczkę w środku grabów. 
Judym spostrzegł jeszcze głąb jej czarującą i szary mur w oddali, ale w pewnych momentach 
tracił wszystko z oczu, jak gdyby ciemność wzrok mu wyżerała. Pomimo wszelkich usiłowań 
obrony zapadał coraz głębiej w jakąś nieprzeniknioną ciemnicę. Czuł to, że z nim razem 
idą tam wszystkie wzruszenia miłosne i że na dnie przeraźliwym zostaną w pył rozsypane. 
Leżał bezsilny jak drewno, doświadczając tylko dreszczu nagłych postanowień, o których 
w tej samej chwili miał dziwne wiedzenie, że zwiastują tylko obecność w duszy jakiejś nędznej 
choroby. 
W pewnej chwili posłyszał szelest, który mu sprawił ból, jakby od ukłucia. W błękitnej tafli 
okna ukazała się postać kobieca: Judym bardziej po łzach płynących do serca niż siłą 
wzroku uczuł Joasię. Gdy stanął przy oknie i złożył jej głowę na swych piersiach, zaczęła coś 
mówić do niego, prędko i cicho... 
Nie był w stanie tych słów pojąć, czuł tylko, że teraz dopiero ma w sobie swojego ducha. Z 
piersi jego wydarło się westchnienie: 
— Już jutro... 
— Jutro... 
— Nie mogę być ani chwili, ani chwili. 
— Po cóż to było, po co to było? 
— Musiałem tak zrobić. To nie ode mnie zależało. Teraz mszczą się na mnie moje własne 
usiłowania. Gdybym był człowiekiem spokojnym, gdybym się zgodził na wszystko... „Kto 
zmaga się ze światem, zginąć musi w czasie, by żyć w wieczności”. 
Mówił to zdanie z rozkoszą, z pewnym szczególnym a przyjemnym samochwalstwem, z 
jakąś czułą dumą. Wtedy pierwszy raz pachnące, małe usta znalazły jego wargi i złożyły na 
nich cudowną pieszczotę. 
— Dokąd pojedziesz? — pytała wyrywając się z jego ramion. 
— Czy ja wiem? Zapewne do Warszawy. Jeszcze o tym nie myślałem. 
— A o czym? 
— Zupełnie o czym innym. 
— O czym? 
Zamiast odpowiedzieć, wyciągnął ręce, ale w tejże chwili znikła mu z oczu. Miał pełne 
serce i usta najczulszej mowy... Tymczasem już ani jeden wyraz nie mógł być przez nią wysłuchany. 
Judym patrzał w mrok ogarniający ogród, w mrok, co zdawał się być jej żywiołem, 
z którego ona pochodzi, który jest nią samą. Pachnie i napełnia szaleństwem... 
Długo, do późna w nocy, został sam, zatopiony w sennym oczekiwaniu, na które z ciemności 
zdawały się patrzeć jej oczy. W pewnej chwili ten urok zgasł, jakby spłoszony przez mokry 
wyziew idący z ciemnego parku. Judym przypomniał sobie, że rano ma jechać. 
Nie myślał ani przez chwilę, dokąd się uda, ale znowu przyszły go szarpać paroksyzmy 
żalu. Zapalał lampę i martwym wzrokiem oglądał swój lokal zimowy. Były to dwie ogromne 
sale na parterze starego zamku. 
Zostały tu w nich jeszcze niektóre ślady dawnej, zeszłowiecznej okazałości. Ściany zastawione 
były makatami w ramach, drzwi i okna ujęte w boazerie pełne wdzięku. Dokoła biegły 
stare, proste, złocone gzymsy, które tu i ówdzie rozkwitały w filigran królewskiego stylu. W 
kątach pokoju i między oknami błyszczały stare konsole, złożone z kilku tafel lustrzanych. 
Nad pięknym kominkiem uśmiechał się w głębi starych ram portret młodej kobiety z odsłoniętymi 
ramionami i z uśmiechem, który do każdego widza zdawał się przemawiać: „kochaj 
życie nade wszystko...” Gęste i bujne zwoje włosów leżały u jej czoła jak pęki czarnych 
kwiatów. Purpurowe usta, jeden policzek i ramię oświetlone były jakimś blaskiem rozkosznym, 
niby srebrem marzycielskim księżyca. W rysach tej twarzy zamknięty był szatański czar, 
może miłość twórcy tego malowidła. Judym lubił patrzeć w „swój” portret. Piękne bóstwo 
wystawione na tym płótnie było dlań jakby siłą, która pociąga w przeszłość, w lata zamierzchłe. 
Ono sprawiało, że w subtelnej wizji przypatrywał się tym, co te pokoje zamieszkiwali, 
co tam cieszyli się i cierpieli, byli dumnymi panami, a później dokądś odeszli jak obłoki przesuwające 
się w górze... 
Teraz, gdy światło lampy upadło na portret, na te miłe, wykwintne, przyjemne sale, na 
sprzęty wygodne — Judym zadrżał. Rozumiał, że nie ma siły, aby to wszystko opuścić. Każdy 
mebel zdawał się wychodzić z mroku i coś wspominać. Każdy z nich był jak najwierniejszy 
przyjaciel, który w siebie przyjął jakiś szczegół, jakąś cząsteczkę sekretu miłości dla panny 
Joasi, a teraz wszystko wyznawał. Tu, w tym apartamenciku, wszystko było nią samą. Ani 
razu w nim nie była, ale radosne marzenia i myśli pełne rozkoszy ukryły ją tutaj niby tajemniczą 
mieszkankę, której nigdy niczyje oczy nie zobaczą. Wiedział o niej stary portret i uśmiech 
jego grozić się zdawał, że lada chwila rozpowie wszystkim cudowną plotkę. 
Ileż niewysłowionego uroku chowało jego milczenie! 
Mały stoliczek w rogu zarzucony książkami... Na jego widok Judym łkał i szlochał wewnętrznie. 
Wówczas gdy wbiegł do tego pokoju z radosną tajemnicą, którą w sobie odkrył 
ujrzawszy Joasię na skraju leśnym, zatopiony w muzyce rozkwitającej rozkoszy siedział nad 
nim podparłszy głowę rękami... 
Teraz żal brał w nikczemne swe dłonie tamtą chwilę, chwilę jak prześliczne kwiaty nadobni, 
których siedem kielichów zawsze razem wykwita. Ten żal obrywał i gniótł ich płatki podobne 
do płomienia. 
Na widok tych wszystkich rzeczy Judym spostrzegł w sobie, nędzne uczucie, które swój 
łeb obrzydły jak czoło foki wysuwało od chwili do chwili z ciemnej głębiny. Zamyślił się i, 
przymknąwszy oczy, badał, w jakiej by formie pogodzić się z Krzywosądem, przeprosić dyrektora. 
Przyszła mu na myśl intrygantka Listwina, żona starego kasjera. Jej użyje... 
Rzucił się na sofę i głęboko, rozpaczliwie, nikczemnie marzył, jak przeprowadzić to 
wszystko. Sto razy układał swój plan, swą intrygę. Wyjedzie za dwa dni, wyjedzie pojutrze. 
Jutro! Nie, nie jutro, za skarby świata! Przez cały dzień będzie się krzątał około tego, żeby 
zjednać dyrektorową i tamtą jędzę. Te baby urządzą porozumienie między nim i dyrektorem. 
Dyrektor ze swej strony udobrucha Krzywosąda. 
Gdy wróci, zacznie nowe życie. Och, nowe, ciche, domowe życie! Raz trzeba skończyć z 
głupotą! Raz trzeba stać się człowiekiem poważnym! Cicho wezmą ślub jeszcze w tym miesiącu... 
I znowu odsunęło się wszystko na plan daleki. Oto spacer we dwoje po alejach. Mijają 
wystrojone kuracjuszki, piękne i brzydkie panie. Wszyscy zwracają na nich uwagę. Judym 
czuje coś podobnego jak chudopachołek; który za pan brat rozmawia z wielkim i sławnym 
mężem wśród tłumu, który zazdrości... Chełpi się narzeczoną, pyszni się nią, jej olśniewającą, 
wszechwładną pięknością, jej każdym ruchem, gibkim jak drżenie młodej gałęzi. Idą pośród 
tłumu nikogo nie widząc, zatopieni w sobie jak w zapachu tuberozy... 
Był już brzask, gdy Judym zasnął na krótko. Zbudził się przeziębły. Usiadł na łóżku i zdumionym 
wzrokiem patrzał dokoła siebie. Jak młyński kamień spadła wtedy na jego piersi konieczność 
wyjazdu. Już nie rozmyślał nad nią ani jej pragnął odsunąć, tylko zbierał w sobie 
siły do dźwigania. 
Ze trzy godziny pakował swe rzeczy, ubranie, książki w starą walizę. Około ósmej, kiedy 
wózek pocztowy odchodził do kolei, był gotów. Zostawało jeszcze kwadrans czasu na śniadanie. 
Judym wypił filiżankę kawy w restauracji z takim pośpiechem, jakby go kto gonił, i szedł 
rzucić jeszcze okiem na szpital. Gdy stanął u furty tego zakładu, w który tyle włożył swych 
namiętności, trysło w duszy jego nowe, niewiadome źródło. Uśmiech wyniosłości otoczył mu 
usta, oczy nabrały lodowatego wyrazu. Z tym uśmiechem na twarzy minął salki szpitalne, 
prędko obejrzał chłopca chorego na tyfus i nikogo nie żegnając wyszedł. Nie spojrzał nawet w 
stronę pałacu i w okna, za którymi mieszkało serce jego serca. Tylko w rogu uliczki, nim na 
zawsze stracił widok szpitala, odwrócił się i przez kilka sekund wpatrywał się weń przymrużonymi 
oczyma. Twarz skurczyła mu się od tego i spazmatycznie zadrgała. Wtedy odszedł 
dużymi kroki. 
Już wózek pocztowy stał przed werandą zamkową i furman prosił z oddali o pośpiech. Judym 
szybko wbiegł do mieszkania i coś jeszcze chciał włożyć do walizy. Odpiął prędko 
sprzączki pasów rzemiennych, otworzył wieko, umieścił co trzeba we właściwej przegródce i 
począł ją co tchu zapinać. Gdy tego dokonał, zdało mu się na chwilę, że jest nie w tym miejscu... 
Jest w przedpokoju ciotki. Spieszy się na lekcje, co żywo, co żywo! Musi się spieszyć, bo, 
po pierwsze, od tego zależy jego życie, po drugie, może dostać złe świadectwo, po trzecie, 
ciotka może zauważyć, że tu jest jeszcze, może się we drzwiach ukazać i z wściekłości kopnie 
go nogą w zęby albo mu plunie w oczy. 
Musi iść, musi iść... 
Co prędzej, psie nikczemny! 
Czemuż go coś w sercu tak niewysłowienie boli? Czemuż daleko gorzej niż wtedy? Zawsze 
i wszędzie... 
I jakby cień jego osoby, na małą, na niewymownie małą miareczkę czasu stanęło, przy nim 
coś tak wiadome, coś bliskie, coś najbardziej bliskie, coś tak bliskie jak trumna: samotność... 
Zdawało się, że mówi niezrozumiałym językiem, od którego zimno przejmuje i włosy się 
jeżą na głowie: 
— Nic, nic, ja poczekam. 
Po chwili był już na bryczce. W drodze ku stacji czuł w głębi siebie zewnętrzny spokój, 
który był nawet przyjemny i zaciekawiający, jak pierwsze napady gorączki, z których jakaś 
ciężka choroba wykwita. Nie myślał o sprawach cisowskich, nie żałował niczego. Czuł tylko 
nieprzezwyciężony wstręt do nowych nasuwających się krajobrazów i formalną obawę stacji, 
wagonu, podróżnych. Gdy jednak znalazł się w sali dworca kolejowego, wszedł między motłoch 
i zapomniał o tej przykrości. W przedziale klasy drugiej, do którego się wcisnął, nie było 
nikogo, toteż zaraz rzucił się na wyściełaną sofę z pragnieniem snu. 
Spać, spać... 
Był znużony, czuł na sobie ciężar tysiąca pudów. Ćmił jednego papierosa za drugim. Oczy 
jego ustały. Zwrócone na szybę chłonęły w siebie kolor nieba, czasami szczyty drzew; słupy i 
druty telegraficzne, zupełnie jak martwe lustra, które w sobie obraz trzymają, ale nic o nim nie 
wiedzą. Po szybie z góry na dół i z dołu w górę biegły nieustannie równoległe kresy drutów 
telegraficznych. Oto wolno, wolno idą, czają się w kierunku dolnej ramy, aż gwałtownym 
rzutem kryją się za nią, jakby upadały w ziemię. Po chwili wylatują stamtąd jak spłoszone 
ptaki i mkną w górę przez całą wysokość szyby. To znowu w jej samym środku nieruchomo 
stoją jakby w zadumaniu, dokąd pójść teraz... 
„Jeżeli pójdą do góry... -– marzy Judym — jeżeli pójdą...” 
Serce jego ściska się i łka, bo ta wyrocznia w małym templum 
przejrzystym schyla się na 
dół i wolno idzie z jakimś niemym śmiechem szyderstwa. 
Wtedy obwijały się koło jego duszy przywidzenia, półuczucia bezimienne, przesądy, dziwy, 
strachy. Biegły skądś niespodziewane, jakby chropawe smugi na lustrzanej tafli wodnej. 
Westchnęły i przepadły... To znowu snuły się jak wodorosty, jak zielenice, jak długie żyły, z 
których wykwitają na powierzchni białe lilie jak płaskie wstęgi i nici wodne, co oplątują ciało 
topielca, gdy tylko zachłyśnie się wodą, utraci tęgość swych ruchów i bez sił idzie na dno. 
Zdają się czekać tam ze skurczonymi szponami w ciągu długich dni i nocy, ustawicznie z 
głębiny wypatrując ogarniętego rozpaczą. Stwory te są łudząco czarowne, jakieś takie niepodobne 
do niczego na ziemi, głupie, bez sensu. Ni to krzewy, trawy, rośliny... Chwieją się uroczyście 
i dotykają wzajem śliskimi ciały o barwie zielonej, brunatnej, żółtej. To jakby sprawiały 
zagadkowe wiece, to jakby coś nuciły kołysząc się w takt melodii fal płynących nad ich 
głowami. 
Jakie są przedziwne, gdy ich postaci zaglądają w oczy topielca! Człowiek rozsądny, który 
je z wody wydrze i na brzegu zdychające rzuci, który je rozdzieli i zbada, widzi, że to tylko 
nędzne chwasty wodne. Ale ten inny, kto patrzy w ich łodygi z zielonymi włosy, z rękami, 
które się jak u polipa rozłażą, z wargą, która całuje chichocząc, z oczyma zakrytymi przez 
kudłate, obmierzłe rzęsy... 
Judym błąkał się wśród przeczuć jak topielec po dnie wody. Od chwili do chwili natężał 
ramiona, wstrząsał się i wypływał. Wtedy miał w oczach coś jakby widmo Joasi, w głowie 
szelest jej sukien, a zapach jej ust na ustach. Chwile te trwały krócej niż słowo. Zdmuchiwała 
je świadomość jak śmierć, za którą w te tropy szedł żal niestrudzony, jednaki, a wiekuiście 
nowy. Płynął z serca, zaczepiał się o każdy widok znikającej przestrzeni, o każdą krzewinę, co 
zostawała gdzieś tam bliżej Cisów — i jak pracowity robotnik ukazywał coraz większą, coraz 
większą odległość. 
Nade wszystko wszakże były dokuczliwymi pewne podrażnienia, ślepe rzuty nerwów. Niektóre 
obrazy, rzeczy, myśli, ułamki rozumowań, sylogizmy, koncepty — wprost szarpały go 
kleszczami. Wówczas ogień najdokuczliwszej boleści parzył duszę. Płomienne szpany bezsilności 
wszczepiały się w nią, wywracały na nice i trzęsły. Darmo samego siebie znieważał jak 
pijanego żebraka, który się wałęsa bez celu. 
Pociąg zatrzymywał się na stacjach, biegł, znowu stawał... Judym nic o tym nie wiedział. 
Dopiero na wielkiej stacji, gdzie krzyżowało się kilka dróg żelaznych i gdzie trzeba było czekać 
całą godzinę, musiał wysiąść i wejść do sali. W tłumie uczuł się tak słabym, skrzywdzonym, 
bezradnym i nieszczęsnym, jak nigdy jeszcze w życiu. Jakiś sprzęt przypomniał mu jego 
zimowe mieszkanie w Cisach, wykwintną jego ciszę i spokój. Był tym wspomnieniem wzruszony 
do łez. Żałował tamtych miejsc z bólem w sercu, z niemocą w rękach i nogach. Wyrzucał 
sobie do nieskończoności upór, kłótliwość i zajścia, a nade wszystko — ostatnie. Z jasnowidzącym 
niesmakiem spostrzegał całą głupotę wszystkiego, co zrobił ostatnimi czasy. Usiłował 
wyrzucić to wszystko z pamięci, zatrzeć te wspomnienia. Teraz przyznawał zupełną, 
bezwzględną słuszność Krzywosądowi i dyrektorowi. Widział, jak rozsądnym i taktownym 
było postępowanie Węglichowskiego... Gdyby się w tłumie ukazały ich twarze, jakże miłym 
byłyby zjawiskiem! 
Ktoś w tłoku wymówił słowo: — „Cisy”. 
Wtedy Judym nie mógł dłużej wytrzymać. Chodził między ludźmi, ściskając zęby i pięści, 
dusząc w piersi wybuch łkania. W takiej chwili, jakby klątwę, zobaczył między osobami krążącymi 
po sali twarz znajomą. Machinalnie odwrócił się od tego widoku i w pierwszej chwili 
chciał uciekać. Za żadne skarby świata nie był w możności z nikim, a szczególnie z tym człowiekiem, 
mówić. 
Usiadł w ciemnym kącie i spod oka go śledził, żeby nie dać się poznać, a w razie konieczności 
twarz ukryć w dłoniach. Gotów był spełnić najdziwaczniejsze grubiaństwo, byleby tylko 
umknąć zetknięcia. 
Owym znajomym był inżynier Korzecki, wysoki, szczupły brunet, lat trzydziestu kilku. Judym 
spotkał się był z nim w Paryżu, a później odbywał razem przejażdżkę po Szwajcarii, 
gdzie Korzecki siedział dla zdrowia. W charakterze po trosze lekarza, a właściwie w charakterze 
ziomka i towarzysza włóczył się na swój koszt z inżynierem z zakładu do zakładu, w ciągu 
jakich trzech miesięcy. Korzecki był wówczas przepracowany i chory na wyczerpanie nerwowe. 
Mieli ze sobą długie rozmowy, a w gruncie rzeczy Staczali zacięte kłótnie i, dogryzając 
sobie nawzajem, przez pewien czas błąkali się, we dwójkę. Wreszcie, po jednej z ostrzejszych 
dysput, rozeszli się w przeciwne strony świata. Judym wrócił d Paryża, a Korzecki do 
kraju. 
Teraz widok towarzysza szwajcarskiego był dla doktora przykry nie do zniesienia. Tamten 
chodził wolnym krokiem po sali, wydalał się na peron, znowu wracał... 
Był to przystojny mężczyzna. Wysoki, kształtny, pełen dystynkcji. Ubrany był nie tylko 
według ostatniego wzoru mody, ale u doskonałego krawca. Jego jasne palto i podróżna czapeczka, 
żółte trzewiki i ręczna walizka tak dalece wyróżniały się od wszystkiego, co było w 
sali, że wyglądał niby jakiś utwór cywilizacji zachodnioeuropejskiej na tle szarych kulfonów 
małopolskich. 
Pierwszy pociąg zabrał znaczną część gości i odwiózł w którąś stronę świata. Judym nie 
wiedział, dokąd ci ludzie wyjechali. Było mu najzupełniej wszystko jedno, w którą stronę i do 
jakiego celu sam się uda. Jechał w kierunku Warszawy, do wspólnego, wielkiego domu 
wszystkich tułaczów, ale kiedy tam przybędzie, czy się w drodze zatrzyma i gdzie to nastąpi — 
z tego wcale nie zdawał sobie sprawy. 
Zatopiony w sobie, nie zwrócił wcale uwagi, że Korzecki przed nim stanął. Spostrzegł się 
wtedy dopiero, gdy tamten mówił: 
— Przeczże to szanowny eskulap ma minę tak z m ah 1 ed e z o w a n ą216? 
Judym drgnął i krzywe spojrzenie cisnął w natręta. Wyciągnął rękę i dotknął jego śliskiej 
rękawiczki. 
— Skądże i dokąd jedziecie? — mówił wolno, w sposób prawie obelżywy. 
— Ja do siebie. A wy? 
— A ja... przed siebie: 
— Jest to wcale oryginalny kierunek! Prowadzi niby do jakiego mieszkania czyli też na 
wzór punktu poruszającego się w przestrzeni?... 
Judym formalnie dławił się wyrazami. Z niechęcią, z przymusem podniósł oczy na towarzysza. 
Była to ta sama twarz, ale jeszcze bardziej trudna. Jak niegdyś, podobnie do dwu płomieni 
pełgały jej oczy. Czarne, głębokie, smutne oczy. Częstokroć zarobione do cna i upadłe, 
kiedy indziej świecące się od nienawiści i potęgi, jak białe kły tygrysa. Jedno z nich, lewe, 
było jakby większe i bardzo często całkowicie znieruchomiałe. Najszczerszy ich wyraz, najbardziej 
prawdomówny — był ironią. Ten wzrok nieznośny, przenikliwy jak promień Roentgena, 
uparty, ciężki, zapierał czasem mówiącemu dech w piersi, niby ciemny otwór lufy rewolweru 
raptem przystawionej do czoła. Judym bał się zawsze tych spojrzeń, — bardziej niż najlepiej 
zbudowanych sylogizmów. Bezlitosna ich badawczość nie ufała ani jednej sentencji wypowiadanej 
przez usta i zdawała się zapuszczać palce do korzeni każdej myśli, każdego wzruszenia, 
każdego odruchu, do tych rzeczy skrytych, jakich człowiek sam w sobie spostrzec nie 
ma siły. Wzrok Korzeckiego szpiegował w rozmówcy każdą, choćby najlepiej schowaną, nieprawdę, 
pozę, każdy drobny fałsz. A znalazłszy taką gratkę, rzucał się z radością, z dziką 
uciechą i bawił się jej podrygami, jak kot myszą schwytaną w szpony. Tysiące udanych zdziwień, 
sfabrykowanych wylewów admiracji, chytrych podnieceń do dalszej, niewinnej blagi 
strzelały z jego czarnych źrenic, jakby żywym srebrem powleczonych. Aż wreszcie wypełzało 
z nich wejrzenie prawdziwie szatańskie, tępy cios w piersi, który odbierał mowę i paraliżował 
myśli. 
— Słyszałem coś, piąte przez dziesiąte, że zamieszkaliście na wsi — mówił siadając przy 
stole. 
— W zakładzie leczniczym... 
— Ach, prawda! W Cisach. 
— Tak, w Cisach. 
— No i dobre to miejsce? 
— Niezupełnie. 
— Pochlebiam sobie, że jednak można wytrzymać? 
— Właśnie wyjechałem stąd. 
— Na długo? 
— Na zawsze. 
— Voilŕ217! Na zawsze... Nie lubię tego wyrazu: „na zawsze”,.. Czyżby warunki rzeczowe? 
— Powiem wam, Korzecki, otwarcie: jestem bardzo rozklekotany. Do tego stopnia, że mi 
mówić trudno. Nie gniewajcie się, z łaski swojej. 
— Już to zauważyłem i przepraszam. Dobrze przynajmniej, że człowiek gada otwarcie. 
Znam się na tym i pierzcham jak senne marzenie. Tylko jedno maleńkie słóweczko: dokąd 
jedziecie? Może wam trzeba pieniędzy albo czegoś w rodzaju pomocy? 
— Nie, nie! Jadę, zdaje się, do Warszawy. 
W tej chwili, gdy to mówił, usłyszał gdzieś niedaleko, w pobliżu siebie, głos Joasi. Serce 
ścisnęło się w nim i oczy zaszkliły, jakby z nich życie uciekło. 
— Powiem parę frazesów... — rzekł Korzecki — i odejdę. Czy można? 
— Ależ mówcie. 
— Otóż tak: jedź dobrodziej ze mną do Zagłębia218. Na krótko czy na długo — to wasza 
rzecz. Odpocznie ciało, odpocznie duch, rzucicie okiem... 
— Nie, nie! Ja nie mogę nigdzie jechać. 
— Powiem nawet więcej: w jednym przedsiębiorstwie jest tam teraz wakujące miejsce lekarza. 
Moglibyście ubiegać się o nie. Zresztą — to później. 
— Ja do Warszawy... — mruknął Judym, sam nie wiedząc, dlaczego odrzuca tę propozycję. 
Mierziła go przede wszystkim niezbędność rozmowy z Korzeckim. Tamten, jakby zgadując 
jego myśli, mówił: 
— Ja nie będę z wami ani gadał, ani się o nic rozpytywał. No? 
— Nie, nie. 
— Gdzież chcecie stanąć w Warszawie? W hotelu? Gdy człowiek jest zmęczony i ma z 
nerwami... 
— Ja wcale z żadnymi nerwami nic nie mam do roboty! Jeszcze ja będę chorował na nerwy, 
na te jakieś głupie nerwy! Znosić nie mogę tego szafowania nerwowością... 
Korzeckiemu z lekka rozszerzyły się powieki i mały uśmieszek przemknął się wskroś twarzy. 
Wnet znikł i jego miejsce zajął wyraz niezwykły na tym obliczu: głęboki szacunek i uwaga. 
Judym spojrzał na swego towarzysza i doznał ulgi. W istocie: dokądże pojedzie? Będzie 
się błąkał w ulicach Warszawy, tłumiąc w sobie drgawki nienawiści i tęsknoty? 
— Ależ ja wam zrobię piekło swoją osobą... — mówił głosem daleko mniej szorstkim. 
— Pojedziemy w oddzielnych przedziałach, nawet wagonach, jeśli o to chodzi. Dadzą wam 
pokój do spania i także będziecie mogli wcale mię nie widywać. 
— Cóż znowu? 
— Nic znowu. Ja wiem, co mówię. Zresztą ja mam w tym pewne wyrachowanie. 
— Co za wyrachowanie? 
— Takie jedno. 
— Ale przecie ja już bilet kupiłem do Warszawy. 
— No więc cóż z tego? Zaraz pójdę i kupię w o m a bilet do Sosnowca. Siedźcież tu spokojnie 
i martwcie się, ile wlezie w tak mały przeciąg czasu, a ja skoczę do kasy. 
Judym powiódł okiem za odchodzącym i doznał przyjemnego wrażenia na widok jasnego 
kostiumu, który przesunął się w tłumie. Westchnienie ulgi wymknęło się z jego piersi. Przez 
krótką chwilę myślał o tym, co to jest Zagłębie, i pomimo całej odrazy, jaką miał dla miejsc 
nowych i do tego szczególniej, co może w sobie zawierać ta nazwa, wolał to niż Warszawę. 
Niebawem Korzecki wrócił i z ostentacją pokazał bilet, który zresztą co prędzej schował do 
kieszeni. Zaszedł pociąg i Judym udał się machinalnie za swym nowym przewodnikiem do 
wagonu klasy pierwszej. Był sam w przedziale i zaraz, usiłując o niczym nie myśleć, rzucił się 
na sofę. Gdy wagon drgnął i ruszył się z miejsca, doznał zupełnej przyjemności z tego powodu, 
że nie jedzie sam i nie do Warszawy. Nikt tam nie wchodził. Dopiero po upływie godziny 
wsunął się cicho Korzecki ze swą głęboką skórzaną walizką w ręku. Usiadł w drugim kącie 
przedziału i czytał książkę. Gdy zdjął swą płytką czapeczkę, Judym dostrzegł, że łysina jego 
powiększyła się bardzo. Rzadkie, krótko przystrzyżone włosy czerniały jeszcze na ciemieniu, 
ale już naga skóra bieliła się manifestacyjnie. Korzecki czytał z uwagą. Na jego ślicznych 
ustach przewijał się od czasu do czasu wyraz zimnej pogardy, quasi-uśmiech219, taki właśnie, jak wówczas gdy z kimś pozującym na wielkość ten „cynik” prowadził ożywioną dyskusję. 
Oczy wlepione w stronicę maltretowały ją jak człowieka. Judym spod rzęs przyglądał się Korzeckiemu 
i znienacka przyszła mu do głowy dziwna myśl: co stałoby się z Joasią, gdyby została 
żoną takiego człowieka. Chciał w tejże chwili zobaczyć jej źrenice, chciał je sobie przypomnieć, 
ale oto wzrok jego utopił się we własnych łzach, oczy i twarz jak powódź zatapiających. 
Leżał tak nieruchomy, z całym wysiłkiem pracując nad zdławieniem w sobie dreszczów 
cierpienia. W pewnej chwili uczuł gorącą chęć, istną żądzę rozmowy z Korzeckim o Joasi, 
wyznania mu całej prawdy, wszystkiego. Już, już miał otworzyć usta i zacząć, gdy wtem coś 
innego, jakaś nikła reminiscencja niosła to na dół, niby ciężka śrucina, która ugodzi ptaka 
szybującego przez powietrze. Zapomniał o tym, gdzie jest, co się z nim przytrafia, i w stanie 
owej półśmierci, w stanie tęsknoty, jak mógł, się grzebał. 
Około godziny piątej z południa Korzecki złożył książkę i ściągnął z półki ciężką walizkę. 
Przygotowując się do opuszczenia wagonu rzekł z cicha: 
— Wstawajcie, Judym; jesteśmy u celu. 
Wyszli na peron dużej, ruchliwej stacji, minęli ją szybko i wsiedli do oczekującego powozu. 
Spasione konie niosły ich ostro przez miasto, powstałe jakby w ciągu tygodnia. Domy były 
nie tylko nowe i ordynarne, ale zbudowane byle jak, z pośpiechem. Ulicami ciągnęły się głębokie 
bajora i wądoły. Zeschłe bryzgi błotniste widać było na wysokości okien pierwszego 
piętra. Obok nowych kamienic tuliły się jeszcze stare budy i domostwa w stylu piastowskim. 
Okolica za miastem sprawiała wrażenie rzeczy wciąż przetrząsanej, i to nie w tym celu, 
żeby ją uporządkować, lecz dla wydobycia metodą rabunku tego, co zawiera. Wszystko zostające 
na miejscu było resztką. Co chwila dręczyły oko jamy, rowy, kanały, ścieki. 
Gdzieniegdzie stała jeszcze kępa sosen, z rzadka rosnących jak żyto na piasku. Przez ten 
las widać było, co się za nim dzieje. Pewne przestrzenie były zarośnięte krzywą sośniną, 
skarłowaciałym wyrodkiem drzewa, inne — jałowcem. Ogół miejsca był pustką, nieużytkiem. 
Na wszystkie strony biegły gościńce, drogi, ścieżki. Co pewien czas koła powozu stukały o 
szyny drogi żelaznej. Wszędzie widziało się kominy, kominy i dymy ciągnące w dal po lazurowym 
niebie. 
Droga biegła obok przeróżnych zabudowań fabrycznych, które już to łączyły się w dziwne 
gromady, już rozpryskiwały w szeregi mieszkań ludzkich. W sąsiedztwie tych skupień ukazywały 
się oczom jamy ogromne, głębokie, w których stała nie mając gdzie odpłynąć brudna, 
splugawiona, żółtoryża woda. Judyma widok tych dołów przyprawiał o smutek niewysłowiony. 
Był to bolesny obraz sromoty. Nie może nigdzie odpłynąć, odejść, uciec, ruszyć się ani w 
tył, ani naprzód, nie może nawet wsiąkną i bez śladu, bez pamięci, śmiercią zginąć. Nie służy 
już do niczego, bo ani za napój, ani za środek oczyszczenia jakiegokolwiek ciała. Nie dano jej 
nawet odbijać w sobie chmur i gwiazd niebieskich. Jak oko wybite, patrzy w górę ze straszliwym 
błyskiem, z niemym krzykiem, który goni człowieka. Przeklęta od wszystkich, służy za 
zbiornik zarazy. I tak musi istnieć na swoim miejscu bez końca, bez śmierci. 
W pobliżu takich wyrw wznosiły się „hałdy”, ogromne zwały piachu węglowego, tworząc 
istne wzgórza. Gdzieniegdzie rozerwały je deszcze i burze na części i utworzyły między jedną 
a drugą doliny poprzeczne. Te dziwne nasypy o barwie cegły wypalonej, w których stlił się 
miał węglowy połączony z łupkiem, tu i ówdzie przerzynały obszar jak krwawe, zaognione 
obrzęknięcia tej schorzałej, zmaltretowanej ziemi. 
Gdy powóz wtoczył się wreszcie na szeroką, dobrze utrzymaną szosę, ukazał się w oddali 
cel drogi: kopalnia „Sykstus”. Widać było jej zewnętrzne budynki, podobne do trzech zlepionych 
wiatraków, okryte czarnym pyłem tak dalece, że jakieś dwie szyby u spodu jednej z tych 
wież drewnianych nęciły oko przychodnia miłym stalowym blaskiem. Na szczytach dwu najwyższych 
graniastosłupów w kłębach pary i dymu obracały się to w tę, to w inną stronę koła 
od wind podziemnych. Węgiel czarnymi groblami rozchodził się od zabudowań na wszystkie 
strony, a nad nimi wznosiły się ogromne żebra drewnianych pomostów. Z dala już słychać 
było mowę kopalni. Na jednej z belek stał człowiek w grubych butach i kurcie do kolan. Był 
cały czarny. Coś musiał gadać, bo wywijał rękami, widocznie rozkazując ludziom, którzy w 
dole pracowicie sypali i sypali łopatami czarne bryły. Naokół w rowach i zagłębieniach stała 
woda, nie woda, jakiś płyn ciemny, bez barwy, martwo i ciężko leżący w porozdzieranej ziemi, 
która już nie ma siły okryć trawą swoich obnażeń. Czarne prochy walą się na nią z przestworu 
i wszystko na jej powierzchni, co tylko słońce zasieje, wytracają. Za ogrodzeniem terytorium 
kopalnianego ciągnęły się rumowia kamieni zmieszanych z węglem. Dalej rozwalał 
się szmat czarnego miału, jak łata na poszarpanej odzieży. Za nim jeżyła się chropawa przestrzeń 
pniaków, którą łupi burza, zjada skwar i miałki kurz pływający w powietrzu zasiewa. 
Te wystające resztki odziemków220 drzew bujnych a dawno ściętych były dla oczu Judyma 
niby twarze jakichś krzywd, jakichś niedoli zdławionych i wdeptanych w ziemię. Zdawały się 
łkać płaczem rozdzierającym i strasznym, którego nikt nie słyszy. Wszędzie, dokądkolwiek 
oczy wybiegły, niespodziewane „zawalisko” ciągnęło na dół te martwe grunta, których racja 
bytu zniweczoną została. 
Judym spoglądał na nie jakby na krajobrazy swej duszy. Widział doskonale wszelkie logiczne 
konieczności, wszystkie mądre, twórcze prawa przemysłu, ale w tej samej chwili wyczuwał 
bezrozumne wzruszenia płynące obok nich samopas jak rzeki niespokojne; burzliwe — 
albo ciche, sobie tylko samym i swym własnym prawom podległe. I płakał we wnętrzu duszy 
swej nad tą ziemią. Jakiś łańcuch niezgłębionej sympatii spoił go z tymi miejscami. Coś widział 
w tym wszystkim, czego rozum nie ima i czemu wyobraźnia nie jest w możności dotrzymać 
kroku... 
Korzecki kazał stanąć przed domem zbornym i o coś zapytał. Powóz wjechał na dziedziniec 
kopalni. Obok sortowni obaj z Judymem wysiedli i weszli do kantoru. Był to mały parterowy 
domek, zabrudzony jak odzież kominiarska. W pierwszej izbie, dokąd weszli, Judym 
zastał wolne krzesło pod oknem i tam usiadł. Korzecki prosił go, żeby tutaj czekał, a sam poszedł 
do następnej, skąd dochodziły odgłosy dyskusji, prowadzonej przez ludzi z wybornymi 
płucami. Stancja, w której Judym został, była pusta. W kątach groźnie sterczały dwie szafy z 
papierami, powleczone czarną farbą. Stół i regestry leżące na nim okryty był kryształkami 
węgla wdzierającego się przez szczeliny okien, które dygotały pospołu z całym domostwem. 
Za szybami z hurgotem i trzaskiem pędziły „koleby” popychane na szynach przez silne robotnice. W te ruchome wagony zlatywały z rusztów sortowni bryły węglowe. Słychać było jakby 
grzmot nieustanny, wrzask surowy albo drgający śmiechem prostaczym. 
Lampa elektryczna, przytwierdzona do stołu, zaczęła się słabo żarzyć. Głowa Judyma upadła 
na splecione ręce. To światło wniosło do jego serca uczucie przeraźliwej boleści. Zdało 
mu się, że to przez jego barki lecą wagony, że na jego głowę spadają czarne, połyskujące 
bryły o kantach ostrych jak siekiera. Dziki wrzask robotnic, krzyk dozorców, nieopisany łoskot, 
jaki wydają sita sortowni, i wpośród tego wszystkiego rozlegający się co pewien czas jęk 
dzwonka, gdy szala windy szła w przepaść sztolni... Spadało to na niego jak głosy upiorów. 
Szczególniej dźwięk dzwonka... Przeraźliwy, jakiś stłumiony, a sięgający do samego serca, 
prawdziwie głos na trwogę — miał w sobie coś z ludzkiego jęku, niby owa vox humana221 w 
organie fryburskiej katedry. 
Judym nierychło dźwignął głowę i spostrzegł przed sobą atrament, pióro, i jakiś skrawek 
szorstkiego papieru. Zaczął pisać krzywymi literami: „Joasiu, Joasiu! Cóż pocznę bez Ciebie! 
Życie moje zostało przy Tobie, całe serce, cała dusza. Zdaje mi się ciągle, że któreś z nas 
umarło, a drugie błąka się po ziemi wśród nieskończonego cmentarza... W głębi duszy mojej jęczy przeraźliwy dźwięk dzwonu. Jak jąkała wymawia sylaby pewnego wyrazu, którego dosłyszeć 
nie mogę...” 
Przerwał, czując, że nie pisze tego, co jest w istocie, że prawdy samej, bezwzględnej, narywającej 
w sercu, nie sposób zeznać słowami. Gdy tak siedział nad papierem zgarbiony, odczuł, 
że ktoś nad nim stoi. Był to Korzecki. Judym podniósł się z krzesła i wtedy dostrzegł, że 
tamten zna jego tajemnicę. 
— Przebaczcie — rzekł Korzecki — rzuciłem mimo woli okiem na papier, nie przeczuwając, 
że list piszecie. Czytałem tylko pierwsze wyrazy. 
— To nie był list! — mruknął Judym. 
Rozdarł papier na kilka części i schował je do kieszeni. 
— Przepraszam was! — mówił Korzecki miękkim, delikatnym głosem, jakiego Judym jeszcze 
nigdy w jego ustach nie słyszał. 
— Czy tu zostajemy? 
— Ależ gdzież tam! Jedziemy dalej. 
— A dokąd? 
— Do mnie. Ja tu przecie nie mieszkam. To wy się tu może z czasem przyczepicie. Po drodze 
rzucimy okiem na lecznicę. 
— A do was daleko? 
— Trzy wiorsty drogi. Jesteście znużeni? 
— Dosyć. Chciałbym się przespać. 
— Zaraz będziemy w domu. Powiem jeszcze tylko przez telefon, żeby nam przygotowali 
herbatę. 
— Co znowu! Nie trzeba wcale. Ja przynajmniej nic jeść nie będę. Nic do ust nie wezmę. 
Powiedziawszy te słowa Judym nie wiedzieć czemu zarumienił się. Korzecki to spostrzegł 
i cicho wymówił: 
— A jeżeli wam każę zjeść befsztyk w imieniu panny Joasi? 
Wziął go silnie za ramiona i ucałował w usta. Judym oddał mu uścisk, ale czuł się upokorzonym 
i milczał zmięszany do gruntu. Miał to gnębiące przeświadczenie, jak wówczas wobec 
Węglichowskiego, że staje się niewolnikiem, zależnym od czyjejś mocnej woli. Z najgłębszą 
odrazą pomyślał, że i sekret o Joasi, sprawa tajemna i święta, był oczywisty dla Korzeckiego, 
który zdawał się wszystko wiedzieć. Przyszła nawet taka sekunda, że te rozkoszne i 
bolesne dzieje straciły coś ze swego uroku. 
W powozie Korzecki znowu zapadł w milczenie, w swoją martwą, nieruchomą zdrętwiałość. 
Ożywił się tylko na chwilę, gdy wskazywał towarzyszowi dom w kształcie pudła, z 
oknami w równych odstępach i płaskim blaszanym dachem. Była to lecznica. Stał tam tłumek 
ludzi szarych: jeden z okiem szmatą zawiązanym, drugi z ręką w grubym bandażu, inny z fizjonomią 
wyrażającą silny ból n a w n ą t r z u. Judym widział ich wszystkich jakby przez 
deszcz ulewny. Myśl o tym, że może mu przyjdzie leczyć tych ludzi, zajmować się ich cierpieniami, 
była mu tak wstrętną jak samo cierpienie. Zastanawiał się nad tym, że niegdyś słyszał 
od kogoś wyraz: — motłoch. Od kogo mianowicie?... Od kogo? Zachodził w głowę, męczył 
się, był tuż, tuż obok zjawiska, obok wszelkich okoliczności, które towarzyszyły temu 
zdarzeniu... Po długich wysiłkach znalazł się w Wersalu w pokoikach Marii Antoniny i usłyszał 
ten wyraz z ust Joasi. Jak dobrze, jak zupełnie to słowo malowało istotę rzeczy! 
— Gdybyście zechcieli, to może udałoby się zająć miejsce lekarza przy kopalni „Sykstus” — 
mówił inżynier. 
— Nie teraz, nie teraz!! Muszę przez kilka dni wypoczywać. 
— Ja też mówię o przyszłości. Rozmawiałem z jednym wpływowym człowiekiem. Dobra 
by to rzecz była, gdybyście tu osiedli. Nudno tu i smutno, to prawda... 
Zamilkł i przez chwilę siedział ze zwieszoną głową. Później śpiewnym szeptem mówił do 
siebie: „Asperges me hysopo et mundabor; lavabis me et super nivem dealbabor...”222 Zwrócił 
się do Judyma i trochę zawstydzony, z bladym rumieńcem na twarzy, tłumaczył się: 
— Czasami przychodzi skądś taki obraz nieoczekiwany. Uczucie jakby spod ziemi... Właśnie 
w tej chwili myślałem sobie o naszym kościele. Pewien stary kościół w górach... Otyły 
ksiądz wychodził w białej albie, z nim dwu ludzi: organista i kościelny. Ten zapach ziół, zboża, 
leszczyny z młodymi orzechami, bo to 15 sierpnia! Ksiądz intonował: „Asperges me...” i 
odchodził na kościół, między ludzi, tym jakby wygonem, który tworzy się pośrodku chłopów. 
Kropił na prawo i na lewo, wolno wznosząc rękę. Tymczasem organista sam śpiewał. Głos 
jego był czysty, męski, spokojny. Ogolona twarz wyrażała skupienie, prawie surowość. Gdy 
śpiewał te słodkie wyrazy: „super nivem...”, tony jego głosu były nieco ostre, schrypłe. Słyszę 
go w tej chwili... Ach, Boże! Zazwyczaj, gdy po wtóre zaczynał werset, ksiądz wracał i wtedy 
krople wody święconej padały na czoła pańskie, którzy staliśmy w ławce kolatorskiej. Krople 
wody święconej... Święte, chłodne krople... A ta melodia błagająca, ufna, ten śpiew dziecka, 
to westchnienie duszy prostej, która się nie boi... Czy pan nie widzisz, że z głębi tych wyrazów 
patrzą w niebo oczy wytężone, zalane łzami? „Lavabis me et super nivem dealbabor...” 
Wieczór zapadał. W oddali widać było lampy elektryczne rozlewające dokoła bladoniebieską 
zorzę. Dawał się słyszeć gwar oddalony. Powóz pędem wjechał w uliczkę czegoś w rodzaju 
mieściny i zatrzymał się przed piętrowym odrapanym domem. Judym wszedł za swym 
gospodarzem na górę. Mieszkanie było dość obszerne, ale puste jak psiarnia. W jednym pokoju 
sterczały wieszadła niby jakieś dziwaczne straszaki na wróble, w drugim tuliło się do 
ściany łóżko żelazne, w trzecim stał na środku stolik kartowy i znowu łóżko oraz trocha niezbędnych 
gratów. 
— Rozgośćcie się w tych salonach, jak potraficie, a ja zajmę się zdobyciem jadła tudzież 
napoju — żartował Korzecki wychodząc z mieszkania. 
Za chwilę wszedł człowiek czarny jak węgiel, niosąc walizy. Pocałował Judyma w rękę, licho 
wie z jakiej racji, i zaczął znosić z sąsiednich lokalów szklanki, powyszczerbiane talerzyki, 
widelce, noże. Wkrótce potem zjawił się Korzecki z wiadomością, że będzie befsztyk i 
piwo. 
— Czy nie podziwiacie spartańskiej skromności tego apartamentu? — zapytał rzucając swój 
kostium wykwintny. 
— Będzie tu ładniej, gdy przyjdzie gospodyni... — rzekł Judym, aby tylko coś powiedzieć. 
Korzecki roześmiał się głośno, zanadto głośno, z chichotem, który niemile raził. Wnet jednak 
umilkł i hałaśliwie począł myć się, chlustać wodą na głowę, parskać i fukać. 
Gdy później wycierał twarz ostrym ręcznikiem, mówił: 
— Wygłosiliście rzecz okropną. Gospodyni... cha!... cha!... Gospodyni! Co za wyraz! 
— Dlaczegóż okropną? Jesteście może o rok, o dwa starsi ode mnie. 
— Ale cóż to starość ma do tego? Tu nie chodzi o starość ani o młodość. 
— Więc o cóż? — Ba! — O cóż... 
— Chcecie, to wam znajdę pannę. 
— Ja sobie już sam znalazłem. 
Oczy jego zabłysły złowrogim, srebrnym blaskiem i nieruchomo patrzyły w Judyma. Po 
kolacji siedzieli naprzeciwko siebie w milczeniu. Judym, aczkolwiek znużony, nie miał chęci 
spać, owszem, rad był rozmowie. 
— Pragnąłbym — mówił z cicha Korzecki — żebyście tu osiedli na „Sykstusie”, notabene z 
czysto egoistycznych pobudek. 
— A cóż wam ze mnie przyjść może? 
— Bagatela! Przecie i teraz ściągnąłem was nie dla czego innego, tylko dlatego, żebym sam 
coś na tym zyskał. 
— No? 
— Znacie mię przecie, a raczej znaliście cokolwiek przed kilkoma laty. Od tego czasu posunąłem 
się dzielnie w kierunku raz obranym. 
— Czy wówczas kuracja szwajcarska nie pomogła? 
— Gdzież tam! Pomogła. Ja i teraz jestem zdrów jak bawół. Pracuję tu przecie jako inżynier, 
wstaję o piątej, późno idę spać, a muszę mieć siły i zdrową głowę, żeby temu wszystkiemu 
podołać. To nie o to chodzi, nie o zdrowie... jakże to powiedzieć? — zewnętrzne. 
— Ech, znowu mistyczne terminy. 
— Niech sobie będzie! Otóż tedy... Właśnie chciałbym, żebyście tu gdzieś byli niedaleko, z 
waszymi rzetelnymi oczami, z waszą szkolarską nomenklaturą medyczną, z waszą mocną 
duszą, duszą... nie obrażajcie się tylko!... z sutereny, z waszą nawet tajemniczą panną Joasią... 
— Słuchajcie no, tylko o tym...! 
— Nic, nic! Ja przecie nie mówię nic złego. Tak mi dobrze, gdy siedzicie przy moim stole! 
Judym usłyszał w tym głosie to, co było we wzroku Korzeckiego: dźwięk za wysoki, który 
się chybocze bezsilny w jakimś zawrotnym, niedoścignionym zenicie. 
— Cóż wam jest? Powiadajcie... — rzekł do niego życzliwie. Będę wam służył z całego serca 
i sił, choć wiem, że mi nieraz dokuczycie. I wyleczę was! 
— Nie bójcie się tylko dokuczania, nie ma czego. Ja z wierzchu jedynie jestem pomalowany 
na kolor stalowego bagnetu. W środku wszystko jest kruche jak stearyna. A zresztą... je m’en 
vais223... 
— Cóż to znowu ma być? 
— To nic, takie sobie lokucje224 Ja, proszę was, jestem zajęty pracą duchową, która powinna 
by się nazywać kształtowaniem woli, a właściwie — zwalczaniem strachu. Chciałbym osiągnąć 
tego rodzaju panowanie nad cielskiem i jego tak zwanymi nerwami, żeby nie być od niego 
zależnym. 
— Żeby od nerwów nie być zależnym? 
— No! Źle mówię? 
— Bardzo źle. 
— Chcę znać życie i śmierć tak z bliska, abym mógł obojętnie spoglądać na jedno i drugie. 
— To są frazesy. Człowiek tak może znać tylko życie. 
— Na przykład André!225 Ludzie, którzy wsiadali do jego balonu, znali śmierć dokładniej 
niż życie. Widzieli białe pola, szkliste od lodu, w blasku zorzy polarnej. Widzieli tam siebie 
samotnych i ją, z daleka przychodzącą. Widzieli ją przez całą zimę w ciepłych wygodnych 
mieszkaniach, wśród banalnych rozmów z subtelnymi kobietami. I oto pewnego dnia wstali i 
wyszli na spotkanie tej nieznajomej. Żebym mógł wytworzyć w sobie taki spokój ! 
— Nie wiemy wcale, jakimi oczyma zaglądali w ślepie śmierci tamci ludzie. Może w nich 
był tylko namiętny wybuch ambicji, może wcale nie było spokoju, może była tylko żądza sławy 
i strach. 
— Ambicji! To mi się podoba! Umrzeć dlatego, że taka jest moja wola, umrzeć wtedy, kiedy 
chcę, kiedya chcę, ja — pan, duch, i za to, co biorę pod moją silną rękę, co ja biorę w 
obronę. Rozumie się, że w tym może być trocha jakiejś ambicji! André i jego towarzysze wykształtowali 
swą wolę do tego stopnia, że mogli spełnić czyn zamierzony. Chodzi o to, żeby balonem wraz z dwoma towarzyszami do Bieguna Północnego i zaginął. 
obudzić się ze snu i śmierć, gdyby stanęła przy naszym wezgłowiu, powitać z takim samym 
uśmiechem jak kwietniowy poranek. O, Boże! Nie bać się śmierci... 
— To jest niemożliwe... To jest wbrew naturze. 
— To jest tylko bezmiernie trudne. Dla innych ludzi zresztą nie jest ta sprawa ani tak ważna, 
ani nawet, choć to głupio brzmi, pierwszorzędna. Ale dla nas, nieszczęśników z chorymi nerwami... 
Można zwalczyć obawę śmierci jako takiej, jej samej; ale niepodobna, dla mnie niepodobna, 
zdusić obawy czegoś, bojaźni niespodziewanej, dzieciątka bezsennych nocy. Ostatnimi 
czasy nie mogłem sypiać sam jeden. Nocował u mnie w przedpokoju pewien górnik. 
— Widzicie, to są chore nerwy... 
— Zaraz. Ten górnik jest wcale niegłupi, raczej mądry. Rozmawiałem z nim do upadłego, 
żeby się poddać jego sugestii i usnąć, ale mi się wśród frazesów walił na łóżko jak kłoda. Tyle 
miałem pociechy, że przy mnie chrapał. Ja przez całe noce siedziałem na tej sofie. Gdybym go 
tak był obudził z północka, tego z przewybornymi nerwami, tego z nerwami jak stalowe liny i 
powiedział mu: Człowieku, zaraz umrzesz... — widzielibyśmy, co by się z nim działo! Byłby 
dygotał, byłby się wił po ziemi, modlił się i mdlał ze strachu. A ja, który sam tu marzyłem w 
proch zamieniony, którego nerwy zdawały się błądzić po wszechświecie, ja chory, dotykałem 
jej palcem, wyzywałem ją na rękę, patrzyłem na nią z moją ironią jak na człowieka, którego 
nienawidzę. Teraz doświadczam takiego wrażenia, że gdybyście wy tu zostali w okolicy, ja 
mógłbym sypiać. Mógłbym w taką noc myśleć: tu Judym jest niedaleko. Mógłbym myśleć: 
wstanę rano, zobaczę go, pójdę do niego... 
Gdy to mówił, doktora przechodziło zimne mrowie. Jakieś uczucie niby zielony śliski wąż 
lazło po jego ciele. Oczy Korzeckiego jakoby patrzyły, ale właściwie wzrok ich zwrócony był 
do wnętrza duszy. Na ustach jego był uśmiech... Uśmiech niepojęty, a ciągnący do siebie jak 
błysk, który czasami można widzieć w górskiej przepaści. 
W wyrazie jego twarzy nie było prośby ani żądania współczucia. Było tylko detaliczne, 
konkretne i umiejętne przedstawienie istoty rzeczy. 
— Więc nie boicie się śmierci? — pytał Judym. 
— Ja z nią walczę. Raz ja zwyciężam, kiedy indziej ona. Wówczas mam pavor nocturnus226, 
jak małe dziecko. Oto siedzę tu z wami, rozmawiam, jestem spokojny i wesoły. Nie 
wiem nawet, czy może istnieć smutek. Co to jest smutek? Nic o nim nie wiem. Jestem jak 
filister, którego śmiech by ogarnął, gdyby mu kto mówił, że jest na ziemi dojrzały człowiek, 
który się „czegoś” boi. A oto może minąć godzina i stanie nade mną to bezosobowe widmo. 
Zacznę się bać samotności, zacznę cierpieć tak strasznie, tak przerażająco! W języku ludzi nie 
ma na to imienia. Pavor... Tylko straszliwa muzyka Beethovena czasami roztworzy podwoje 
tego cmentarza, gdzie w skrwawionych dołach leżą obdarte trupy, gdzie w nocy wiecznej 
wyje płacz jakiejś istności ludzkiej, która straciła rozum i błądzi, błądzi bez końca, szukając 
ratunku. 
— Powinniście, jak można tylko, chodzić w pole. Każdą wolną chwilę poświęcać na rozrywki. 
Jeździć koleją, a najgłówniejsza rzecz — unikać wszelkich wzruszeń. 
— Tak: pójść po rydel i wykopać się z błota, w którym się leży. Dla mnie na ziemi nie ma 
miejsca. 
— Ech, z tymi tam! 
— Wiem, co mówię. Ja nie mogę żyć jak miliony ludzi. Przecie nieraz uciekam na dwa miesiące 
w Alpy, w Pireneje, na jedną wysepkę u brzegów bretońskich. Rzucam gazety, książki, 
nie odpieczętowuję listów... I cóż mi z tego? Zawsze i wszędzie widzę odbity świat w sobie, 
w mojej duszy nieszczęsnej. Gdy się nie spodzieję, wybucha tam wściekły gniew przeciw jakiejś podłości dawno widzianej, zbudzi mię ze snu, przypomni wszystko, ukaże wszystko... 
Gniew bezsilny, a im bardziej bezsilny, tym większy! 
— Może by zupełnie zmienić sposób życia? Rzucić wszelkie obowiązki? Wziąć się, czy ja 
wiem, do roli? 
Korzecki zamyślił się i milczał przez kilka minut. Później mówił: 
— Nie, to niemożliwe. Człowiek już do śmierci musi nosić pewien rodzaj ubrania, mieć taką 
a nie inną bieliznę. To darmo. Muszę zarabiać dużo. Ja nie mógłbym chadzać w tutejszym, 
łódzkim korcie. Musi mi go facet przynieść z zagranicy. To darmo! Potrzebuję także jeździć 
do Europy, widzieć w Paryżu salony wiosenne227, wiedzieć wszystko, czytać rzeczy nowe, 
poznawać, co się zjawia nowego w mózgu ludzkim, iść ze światem, płynąć w fali. To darmo! 
Ach, ja rozumiem, co mówicie. Wrócić gdzieś, tam, w moją leśną okolicę, pędzić życie rolnicze, 
ziemiańskie, życie tych ludzi szczęśliwych, ludzi zupełnie od nikogo niezależnych! Rozumiem 
was. Ale to już nie dla mnie. Ja już za dużo wiem, zbyt dużo potrzebuję — a zresztą... 
ja mam naturę niespokojną; i tam bym sobie znalazł bałwana, z którym staczałbym walki. 
— Ach, tak... — śmiał się Judym. 
— Mówicie znowu: unikaj wzruszeń. Ja nie tylko unikam, ale nie mam wzruszeń. Co ja się 
mam wzruszać! Niech się filantrop wzrusza! Ale jakieś nie znane mi wzruszenie leży we 
mnie, pomimo mej wiedzy, jak złodziej, który się zakradł do mego mieszkania i wyłazi ze 
swej kryjówki dopiero w nocy. Podłości, nadużycia, łajdactwa, krzywdy, niedole... Przechodzę 
obok tego ze spokojem, z zimnym spokojem, kopię to nogą, pluję na to. Mówię sobie 
zawsze te najwyższe, najpotężniejsze, te boskie słowa, które z cieniów języka rodu ludzkiego 
On wyjął: „Co mnie i tobie, niewiasto”228. I, nie wiedząc wcale, wlokę w sobie zarazę. Umarł 
tutaj przed kilkoma tygodniami mały chłopczyk, syn jednego biednego ś 1 e p r a229. Przywiozłem 
mu był z Mediolanu czerwony kapelusik, podarunek z drogi... za franka. Tu w tym 
ogrodzie biegało to i skakało po całych dniach. Ta czerwona główka... Gdy się dowiedziałem, 
że zmarł na dyfteryt, umyślnie wziąłem sprawy najważniejsze, robiłem plany, żeby o nim nie 
myśleć. No i jakoś przeszło. Aż oto raz nad wieczorem siedzę w tym fotelu... Podnoszę oczy i 
widzę: sunie się wzdłuż ścian czerwona plama. A w uszach słyszę ten głos wesoły. Czy ja 
wiem zresztą, czy to była plama? Był to smutek czerwony, smutek przerażający jak sama 
śmierć takiego niewinnego życia. Nadeszła noc, a w niej moje troski. I oto bezsenność. Jedna 
noc, druga, trzecia, czwarta... Wyjechałem na dwa dni. Pędziłem kurierami, gdzie oczy poniosą. 
Stojąc w oknie ciągle patrzyłem na krajobraz. No i, chwała Bogu, znikła czerwona plama. 
Usnąłem w pewnym hotelu. Będziecie się może śmiali ze mnie, ale tak było: ta czerwona 
plama została pokonana, starta przez zieloną, jasnozieloną... 
— Macie chore nerwy. 
— O, tak. Ale ja mam także inną jeszcze chorobę. Ja mam zanadto wyedukowaną świadomość. 
To jest ścierwo obolałe! Nieszczęściem, katuszą jest posiadanie prawdy. Zanadto duża 
przestrzeń leży między nią a padołem, czyli Zagłębiem. 
GLIKAUF!230 
Zbudziwszy się następnego dnia rano, Judym nie zobaczył już gospodarza. Był sam w tym 
pustym mieszkaniu, którego nie ozdabiał ani jeden sprzęt milszy, wytworniejszy. 
Zdawało mu się, że znowu jest w Paryżu, na Boulevard Voltaire, i że otacza go cudze, 
przemierzłe powietrze. Na ścianie izby, gdzie nocował, wisiał niewielki portret olejny człowieka 
z chudą twarzą, w której uderzało od razu podobieństwo do Korzeckiego. 
„To musi być jego ojciec — myślał Judym. — Co za nieprzyjemna twarz! Gdyby kto chciał 
wymalować pychę w postaci człowieka, to mógłby za wzór śmiało wziąć to oblicze. Zdawało 
się, że te oczy ani na chwilę nie zwalniają widza i że ciągle maluje się w nich wyraz: ty chamie, 
ty obdartusie!” 
Judym nie mógł usiedzieć w tym mieszkaniu. Wypił szklankę mleka, którą znalazł w sąsiednim 
pokoju, i wyszedł. Wlókł się ze zwieszoną głową uliczkami osady fabrycznej i przypatrywał 
wszystkiemu, co spotykał, z badawczą uwagą, która chyba tylko w chwilach najgłębszego 
smutku opuszcza człowieka z ludu. 
Murowane, po większej części piętrowe domy zbite były w kupę i tworzyły niechlujne 
miasteczko. Jedną z ulic zajmowały dwa długie budynki, o jakich pięćdziesięciu okienkach na 
dole i na piętrze, przypominające owczarnię. Zewnętrzne ich mury były obłupane z dawnego, 
dawnego tynku i świeciły nagością sczerniałych cegieł, brudem i zaciekami wilgoci. 
Dokoła nich nie rosło ani jedno drzewo, nie sterczał ani jeden badyl. Od frontu i z tyłu 
znajdowały się drzwi i sienie, przed którymi gniły kałuże pomyj i leżały kupy śmieci. Wgłębienia 
okien każdorazowy mieszkaniec danej izby ozdabiał jak mógł, malując je farbą jasnoniebieską 
albo brązową. Toteż futryny okien tworzyły istną polichromię w tym dziwnym 
schronisku ludzi. Tu i ówdzie wisiał biały kawałek tiulu w kształcie firanki i mokła w glinianym 
wazoniku jakaś zielona roślinka. Dalej, za osadą, wzdłuż szosy stały po jednej i po drugiej 
stronie domy, które wypada nazwać murowanymi chatami. Każdy z nich podobny był do 
sąsiedniego jak dwie krople wody. 
Te budy, ciemne od urodzenia, gdyż nigdy ich nie tynkowano, były oberwane, chylące się 
ku ruinie, wyzute z jakiejkolwiek ozdoby. W głębi czarnego muru, który sypał się na wsze 
strony, dziwacznie połyskiwały okna z szyb przepalonych, rumianych, zielonkowatych i niebieskich. 
Mieszkania te nosiły na sobie cechę, a raczej piętno tymczasowości pobytu tych, co 
tam gościli. Nikt nie dba o ich całość, zarówno ci, do kogo należą, jak ich chwilowi mieszkańcy. 
Nikt nie przywiązuje się do tych izb hotelowych, gdzie wędrowiec ukrywa przed zimnem 
i deszczem głowę strudzoną, ale je lada chwila opuszcza, idąc dalej. Te szczególne budowle 
wywoływały w pamięci Judyma obraz miasteczek niegdyś widzianych na włoskim 
zboczu Alp w okolicach Bellinzony, Biasca i Lugano. Mieszkał tam jak i tu człowiek zgłupiały 
od walki z przyrodą, która mu nic nie daje prócz kromki chleba i łyka wódki, przerzucany 
z miejsca na miejsce, wegetujący z dnia na dzień. 
Od jednej do drugiej zagrody lazł znudzony pies, z najgłębszą obojętnością spoglądający 
na przechodnia, wlokło się babsko zniedołężniałe, w kiecce szarej koloru bagna i tułało się 
zamoczone; brudne i smutne dziecko. Z jednego boku szosy w dużym rowie, ujęta w twarde 
brzegi, żywo płynęła rzeczka. Woda jej, pompami wypchnięta z dna kopalni, była ryża, osadzająca na piasku, na badylach trawy i odpadkach w głąb rzuconych muł rudy jakby startą 
cegłę. 
Był dzień mglisty. Prószył co pewien czas lekki deszcz. 
Od chwili do chwili w oczy idącego Judyma rzucał się nowy, czerwony mur z cegły albo 
domostwo mieszkalne, które już przed dwudziestoma laty waliło się w gruzy. 
Świsty lokomotyw, we mgle na wszystkie strony pędzących, głuche wzdychanie sygnałów 
kopalnianych, oddech maszyn, wszędzie, daleko i blisko, robiących, wprowadzały uczucia 
Judyma do jakiegoś dziwnego kraju. Nie był sobą. Nie mógł znaleźć i pochwycić swych 
uczuć. Żyły w nim te same, ale się z nimi coś stało. 
Było mu źle, ciężko, rozpaczliwie, ale nie tylko dlatego, że nie ma Joasi. Tysiące bolesnych 
wzruszeń wdzierały się do jego serca. 
Niektóre widoki i dźwięki, zdało się, pochłonęły tęsknotę za Joasią, zżarły ją olbrzymimi 
gardłami, i tylko słabe, zgubione jej echo odzywa się w ich mowie 
Tak przemawiał krzyk, zupełny krzyk dzwonka kopalni, odzywający się z dala, skoro tylko 
z zabudowań zionęły wielkie kłęby pary i szpule na ich szczycie puszczały się w ruch swój 
niespracowany. Tak przemawiał turkot wagonów z węglem, pędzących po ziemi w głębi wydrążonej. 
Wolno idąc szosą Judym co pewien czas mijał przecinające ją szyny. Przy jednej z takich 
bocznic jak przez sen widział czarnego, zestarzałego człowieka, który siedział w budzie na 
pół w ziemi wykopanej i mętną, prawie oślepłą źrenicą pilnował jakiegoś porządku. Dalej na 
szynach, które szły wprost w terytorium kopalni, gdzie panował nieustający ruch dużych wagonów 
obładowanych węglem, uwijał się inny człowiek. Ubrany w baranią czapkę, sam podobny 
do ruchomej kupy węgla, gdy chciał zatrzymać wagon siłą rozpędu lecący, pełen czarnych 
brył, skropionych z wierzchu wapnem, siadał na drąg przytwierdzony do hamulca i podwinąwszy 
nogi, mocą swą i ciężarem wstrzymywał koła. W duszy Judyma błąkało się dla tych 
ludzi przywitanie czy pozdrowienie, ale na usta nie miało siły wypłynąć. 
Obchodził ich w milczeniu. Piersi jego trzęsły się, a w nich serce. Najtajemniejsze, najbardziej 
istotne uczucie wewnętrzne witało w tych ciemnych i brudnych figurach ojca i matkę. 
— To mój ojciec, to moja matka... — szeptały jego wargi. Około szerokiego, drewnianego 
domu pewien człowiek zatrzymał go słowem: 
— Pan inżynier prosi. 
Judym wszedł do tego budynku i spotkał się z Korzeckim. Olbrzymia izba, oświetlona 
lampkami elektrycznymi, zastawiona jakimiś beczkami, w jednej części przecięta była balustradą 
jak w urzędach gminnych. Tam był stół, przy którym zasiadał starszy sztygar i dozorca. 
Czytano listę robotników idących do kopalni na przeciąg czasu swego zatrudnienia, czyli na 
szychtę. Czytanie odbywało się numerami. Zawiędły, silny Niemiec, który jednak klął i wymyślał 
expedite231 po polsku, czytał numery. Czarne figury stojące dokoła odpowiadały nazwiskami 
kolegów, którzy się nie stawili. Dozorca, awansowany z robotnika, huczał co chwila: 
— Cicho! Milczeć! Co za hałasy! Tu nie karczma! 
W drugim końcu sali rozdawano chleb. Co pewien czas nowy górnik wchodził, klękał pobożnie 
na środku i odmawiał modlitwę, twarzą zwrócony do stołu, zupełnie jakby się oddawał 
adoracji majestatu sztygarskiego. 
Czasami spod powiek, niejako z głębi oblicza, błyskały białka oczu. Był to jedyny wyraz 
tych twarzy, jak u Murzynów. Gniew, radość, uśmiech — wszystko inne okrywała szczelna 
maska sadzy węglowej. 
— Czy mógłbym zobaczyć kopalnię? — zapytał Judym Korzeckiego. 
— Oj, dzisiaj? Co wam po tym? 
— Jak to, co mi po tym! 
— Zamknijcie oczy i będziecie widzieli zupełnie to samo. 
— Więc nie można? 
— Ależ gdzież tam, można, tylko nie myślałem, żeby wam to dziś k w a d r o w a ł o232. 
Skoro jednak... Więc chcecie zejść? 
— Chcę, chcę... 
— Buła — zwrócił się inżynier do kogoś w tłumie — idź no i przygotuj tam dwa kaganki, buty 
dla pana, kurtę i kapelusz. 
Wkrótce później weszli na dziedziniec. Znowu otoczyło Judyma wczorajsze uczucie na 
widok sortowni, na widok walców połyskliwych ze spiralnymi karbami, wijących się w oku, 
jakby się wkręcały w oprawę swoją. Wózki z węglem, przez windę wyrzucone z głębi kopalni, 
stawały w maleńkich relsach i wysypywały się, pchnięte silnymi rękoma, na ruszty ze spiralnych 
walców. Stąd grube i kostkowe bryły zlatywały na ruszty niżej położone, a drobny 
miał i orzeszek węglowy sypał się w sita, które go wypychały na brzeg pochylni. 
Sita żelazne na wygiętych wałach, czyniące ruchy ręcznego przetaka, które wytrząsają 
drobny węgiel, tworzą jakby upusty dwu rzek formalnych. Rzeki te leniwie, bez końca płyną 
ku wyjściu nad wagonami kolei. 
W sąsiedniej hali, obok szybu, Judym przypatrywał się motorowi parowemu, który obraca 
dwie szpule szczytowe. Na nich okręcają się liny ze stali podtrzymujące windy, z których jedna 
idzie do sztolni, gdy druga w górę wstępuje. Spoglądając na błyszczące cylindry, w których 
pracowały tłoki, Judym szukał właściwie tylko ukrytego gdzieś dzwonka... 
Ubrani w grube buty, w skórzane kaftany zapięte na sprzączki, trzymając w ręku mosiężne 
lampy, w których płonie knot umoczony w oleju, stanęli w szali. 
W pierwszej sekundzie, kiedy jej deski stojące na równi z podłogą drgnęły, Judym doświadczył 
takiego wrażenia, jakby mu kto ścisnął gardło. Wkrótce przyszło otrzeźwienie, 
szum w uszach i lekka bojaźń w sercu. Czarne belki cembrowiny migały się w oku niby szeregi 
jakichś schodów nieskończonych. Gdy szala stanęła, wyszli na korytarz suchy i oświetlony 
lampkami elektrycznymi. Uwijało się tam mnóstwo ludzi, przychodziły i odchodziły szeregi 
wozów ciągnionych przez wyuczone konie. Z tych pierwszych, widnych galerii dostali się 
przez kręte szlaki do maszyn pompujących wodę. W ich okolicy skończyło się światło. Jedynym 
jego źródłem stały się odtąd kaganki niesione w ręku. Miejsce było gładkie. Spód korytarza 
zajmowały szyny. Po nich wędrowały ciągle szeregi wózków z f e d r u n k i e m, ciągnione 
przez konie. 
Drzwi, niewidoczne w ciemności, ustawione tu i ówdzie dla skierowania powietrza do tych 
chodników, gdzie się „nie świeci”, otwierały tajemnicze ręce ludzi zgrzybiałych, którzy na 
miejscu odźwiernych dokonywują żywota. Inżynier mijając takie drzwi rzucał wyraz: 
— G l i k a u f! 
— G l i k a u f! — odpowiadała ciemność. 
Było w tym dźwięku coś ściskającego serce. Przywierał do mózgu obraz figur tych starców, 
ledwie dających się z mroku wyróżnić, tych czarnych brył, które za życia mieszkają w 
grobie, śnią w nim przez resztę dni swoich jak pająki, czekając cierpliwie na chwilę, kiedy już 
na zawsze wstąpią do ziemi, kiedy wejdą w jej zimne łono na „szychtę” wieczną. Łańcuch 
ciemnej niedoli przykuwa ich do miejsca. W starczym drzemaniu widzą pewno ciepłe słońce 
wiosenne i jasne łąki, kwiatami zasiane... 
Korytarze mało różniły się między sobą. Jedne z nich były wykute li tylko w węglu, inne 
posiadały wręby ze ścianami z cegły, wmurowanymi dla zatamowania ognia i mokrego a sypkiego piasku, który zowią „kurzawką”. Zwyczajny chodnik o stropie półokrągłym zamieniał 
się stopniowo na korytarz ze stemplami, na których leżały kapy233 podtrzymujące rodzaj sufitu, 
czyli „okorki”. Te korytarze doprowadziły do brzegu pochylni idącej w kierunku upadu 
warstw węgla. Z boku czarnej czeluści sunęła się w dół drewniana rynna, po której spychano 
drzewo. Obok szła stalowa czy żelazna lina wciągająca wózki. 
Ciemność, ciemność gęstą od kwaśnego czadu rozświecał tylko czasem daleki ognik niewidzialnej 
postaci. W pewnych miejscach były tam schody, a właściwie szczeble do tarcic 
przybite; gdzie indziej szło się po oślizłej desce. Na dnie kopalni, w głębokości dwustu kilkudziesięciu 
metrów pod ziemią, zimny i wilgotny przeciąg wlókł się korytarzami. Była ich tam 
sieć cała, w której przychodzień doświadczał bolesnego niepokoju, jaki wstrząsać musi rybą, 
gdy się spotyka z gęstymi okami matni. Szli w jakimś kierunku, który wydawał się stroną 
prawą, do lochu dźwigającego się w górę pochyło a stromo i tworzącego ślepą sztolnię. 
Wkrótce musieli schylić się w pałąk, gdyż piętro było tak niskie, że pod nim ledwo mógł się 
przesunąć wózek z „urobkiem”. Gdzieś daleko, jakby u szczytu tej góry, widać było chodzące 
z miejsca na miejsce bladożółte światełka. W zaklęsłej komorze, która się nagle znalazła, słychać 
było pracę kilku ludzi. 
— G 1 i k a u f! — rzekł Korzecki. 
Odpowiedziano chórem przyjaznymi głosami, które dziwne i głębokie zrobiły na Judymie 
wrażenie. 
„G l i k a u f, g l i k a u f...” — mówił do nich i on w głębi duszy. Właśnie wtedy przerwało 
jakby tamę swoją nowe źródło tęsknoty za Joasią, tęsknoty tak bolesnej, bardziej bolesnej niż 
w chwili pożegnania... 
Górnicy w czarnych „kapach” i w „berglederach”234 nabijali prochem, grubym jak ziarnka 
kukurydzy, długie tuleje papierowe. Otwory w miejscach właściwych już były wyświdrowane 
długimi „laskami” ze stali, o zakończeniach podobnych do grotów piki. Gdy ładunek został 
nabity, lont weń włożony i przystemplowany z wierzchu szczelnie gruzem za pomocą stępora, 
jak nabój w lufie — jeden z pracowników zapalił dwa żygadła235, drugi dwa, trzeci — dwa. W 
mroku gęstym od pyłu i dymu ukazały się niby jakieś niebieskawe strugi cieczy sączącej się 
od góry. Płomyczki doszły do muru — i znikły. 
Wówczas drabiny szybko odstawiono i wszyscy z pośpiechem weszli do sąsiedniego chodnika. 
Tam czekali z dziesięć sekund, nim się odezwał pierwszy wybuch. Prąd powietrza runął 
w sąsiednie galerie i komory, dźwigając na sobie ostry zapach prochu. Bryły węgla hucząc 
waliły się za przyległym filarem, a na wszystkie strony w ścianach coś sypało się z prędkim 
trzaskiem i szelestem, na podobieństwo stada szczurów biegających za makatami. Potem nastąpił 
drugi wybuch, za nim trzeci i czwarty. Dym wypełnił galerie i ciągnął leniwie do 
przejść, w których się „świeci”. W dali słychać było huk ładunków dynamitowych i czuć 
słodkawy ich zapach. 
W pewnym miejscu Korzecki przywołał kogoś po imieniu i zostawił go z Judymem, a sam 
odszedł. Musiał obejrzeć robotę w innej całkiem stronie. Doktor został w ciemności z widmem 
trzymającym swą lampę. W sąsiedztwie tego miejsca kilkunastu ludzi zajętych było 
podstemplowywaniem „piętra”. Chwilę obydwaj z górnikiem stali nic nie mówiąc do siebie. 
Wreszcie Judym podniósł lampę do góry i zobaczył sczerniałą twarz starego człowieka, którego 
siwe włosy wymykały się spod „kapy”. 
— Co robią tutaj, ojcze? — zapytał. 
— A caliznę236 wyrabiamy między chodnikami. 
— Caliznę? 
— Juści. Filar wybieramy. Bierzemy jedno p o r ęi e za drugim na długość i na szerokość, 
podpieramy strop słupem — i dalej. Po boku stawia się „organy”... Proszę łaski... pan 
może i nie znajomy z kopalnią? 
— A nie. Pierwszy raz widzę. 
— Tak ci... 
— Cóż to za organy? 
— To zaś są kłody na sztorc stawiane, żeby służyły tak jakby za ściankę. Z przodu też, od 
chodnika przy kończeniu ś t r e k i237 drugą taką ścianę się buduje, a zostawia się zaś miejsce 
próżne, niby tak jakby drzwi. A wyrobi się całą ś t r e k ę i z okruchów się ją wyczyści, to się 
dopiero te słupy zaczyna w ym a ć, a inne się tnie toporem. Gdy pracowity górnik usłyszy w 
cichości największej pierwszy, ay maluśki trzask piętra, wtedy kilof do garści i umykaj z 
p oęi a! Ziemia się urwie w tym miejscu i rumowiem całe to zawali. Na wierzchu, na górze 
zawalisko w dół wciągnie, tak jakby lej... 
Judym podniósł do góry swą lampę i przyglądał się ścianom. Gładkie albo chropawe ich 
płaszczyzny tu i ówdzie miały na sobie rysy ostrego żelaza, jakby pismo jakieś klinowe238 
pracowicie wyryte. Idąc z wolna obok gładkiej ściany, miał złudzenie, jakby je czytał. Ze znaków 
koślawych, kierujących się to w tę, to w inną stronę składała się historia tych czeluści. 
Zdawało mu się, że stoi w cudownym lesie, w puszczy odwiecznej, nie sianej, przez którą 
nie szła jeszcze stopa człowieka. Rosły naokół olbrzymie, paprocie z pniami, jakich nie obejmie 
trzech ludzi, skrzypy w drzewa wybujałe, straszne widłaki i inne, niewidzianych form, 
mistycznej piękności albo potwornej brzydoty, jakieś sigillaria, odontopterydy, lepidodendrony239... 
Te wielkie potwory, splecione między sobą łańcuchami lian, krzewiły się na pulchnym 
trzęsawisku, gdzie mchy przepyszne i niewysłowione kwiaty pachniały w czarnym gorącu 
wieczystych cieniów. Słodkie, upalne lata wyciągały z ziemi pod chmury te pnie i gałęzie, 
dostępne tylko dla wzroku i skrzydeł; wilgotne, deszczowe zimy zasilały glebę na wieki. 
Swobodne wichry, w dalekich stepach i w śniegach łańcuchów górskich zrodzone, przylatywały 
bić puszczę rycząc jako szczenięta lwie. 
Wtedy kołysała w łonie swoim pieśń huczącą na podobieństwo morza. Jakże często trzaskał 
w nią piorun, a huragan ją deptał, łupił i rwał! Dzikie chmury iskrą czerwoną zapalały jej 
głębie śpiewające. Wtedy gorzała jak wielki stos. Ale gdy deszcz ustawał, przychodziła wieczyście 
młoda, lilioworamienna wiosna, jak dziewczątko szukające kochanka, i swawolnymi 
usty zdmuchiwała pyły roślin w ziemię rozmokłą, marzącą o cieniu konarów. Nowe morze 
zieleni wylewało się na ten sam grunt, przez który pędziły krzemienne kopyta ognia i szprychy 
jego wozu tak samo prędkie jak wicher. 
I znowu na ciszę gęstwin młodej puszczy przypadał niespodziewany krzyk wojenny jaguara 
i rozdzierał ją wrzask, śmierć głoszący, bezlitosnego orła. 
Aż oto wielkie jakieś morza w głębi lądów próżnujące wyrwały się ze swoich grobel i puściły 
prądy szalone, które zdjęły z korzeniem olbrzymie lasy, niosły je w pianach swych niby 
flotę okrętów zdruzgotaną i pchały w te zaklęsłe niziny. Tu je niezmierną masą wwaliły jakby 
do grobu. Przykryły je warstwami gruntu zdjętymi z gór. W ciągu tysięcy lat w ciałach tych 
krzewów, na których gałęziach ptaki niezliczone gniazda sobie słały, ustało życie i począł się 
tajemny rozkład. Wielkie ciśnienie zapadniętych warstw, napływy wód i czas wiekami idący 
czyniły sprawę podziemną: stwarzanie wody z tlenu i wodoru tych cielsk obumarłych, wydobywanie z nich kwasu węglowego i tlenku węgla. Został tylko węgiel sam, jedyny, w olbrzymim 
nadmiarze, nie mający się z czym połączyć, jak samotny duch ciemności. Straszliwe jego 
cielsko martwiało, stygło i umierało w sobie samym tysiące lat. W męczarni zrastało się samo 
ze sobą, tuliło się do siebie jak byt przeklęty. Z dawnej budowy nic nie zostawił czas długi. 
Tylko jakby jedyne echo z ojczyzny, gdzie wszystko kwitło, rosło i kochało się w niebiosach — 
został nikły rysunek warstw pnia albo odcisk powiewnego liścia w czarnym, żałobnym kamieniu. 
Długie prace przyrody, nie dające się myślą ogarnąć zaczyny i odczynienia, człowiek 
chwyta jako łup swój za pomocą pracy krótkotrwałej, chytrej i ułatwionej. Przychodzi w 
święte czeluście z bladym płomykiem i krótkim swoim kilofem. Siłą nędznego ramienia wymiecie 
to, co tu schował ocean. Bierze cały pokład do cna, od wychodni do upadu, zgrzebie 
okruszyny i na świat wyda. Zostawi tylko hałdę na wierzchu i próżnię w głębinie. 
Ziemia nie oddaje swej pracy i swojego dorobku bez walki. Prosta i obojętna jak dziecko, 
od człowieka uczy się zdrady. Czyha na niego z bryłami, które ruszył, ażeby mu je cisnąć na 
głowę, gdy się nie obejrzy. Rozsiewa w jego komorach śmiertelne gazy i czeka, jakby w niej 
biło serce pana puszcz zmarłych — tygrysa. Wylewa zaskórne, niewidzialne wody. Spuszcza 
ciemne jeziora, od wieków nieprzeliczonych kropla po kropli zebrane, a śniące na zimnych 
granitach. Otwiera podziemne baseny kurzawki, którą zawaliska ruszyły, i gliniastym jej mułem 
napełnia galerie pracowicie wykute. 
— Nie porwał was skarbnik240? — zawołał znienacka Korzecki wynurzając się z mroku. 
Poszli długim chodnikiem. Z bliska i z dala szły szeregi wózków ciągnionych przez konie. 
Każdy z tych pracowników wlókł tak za sobą całymi latami przeklęte wozy. Gdy mijali postępującego 
w ciemności, odwracał na bok głowę i oczy, które już razi żółty blask światła. 
Poszli wreszcie do szybu, który ich z dna kopalni miał podrzucić o sto metrów wyżej. Woda 
lała się tam strugami, kapała w szalę, ciekła po drzewie cembrowiny. Stanęli w mokrej 
windzie wśród ludzi wrzeszczących, przemokłych, ze złymi twarzami, i w ciągu jednego momentu 
wyniesieni zostali na powierzchnię górną. Szli stamtąd ciemnym i nieskończenie długim 
korytarzem. Było w nim zimno i wilgotno. Strop walił się tu i ówdzie, wyginał kapy i 
miażdżył okładziny. Śmiertelnej czarniawy nie rozświetlały nawet ogniki górnicze. Czasami 
tylko słyszeć się dawał odległy turkot i krzyk wozaka. I znowu z mroku wynurzał się końgórnik, 
odwracał swe smutne, stęsknione, beznadziejne oczy, jakby mu był wstrętny widok 
człowieka, i ginął w wiecznym grobie. 
W pewnej chwili Judym usłyszał przed sobą w ciemnościach rozmowę, a raczej monolog. 
Ktoś mówił dobitnym głosem: 
— Fuks, mówię, nie zwalone! 
Chwilę trwało milczenie i znowu odzywał się ten sam głos z podwójną natarczywością: 
— Nie zwalone, Fuks! K i enie zwalone, to nie zwalone... 
Korzecki pociągnął Judyma do ściany i szeptem objaśnił, co to znaczy: 
— Czasami koła jednego z wózków, sczepionych między sobą, z szyn wyskoczą. Wówczas 
koń, imieniem Fuks, staje, gdyż nie ma siły uciągnąć, a zresztą i następne wózki zaraz się wykolejają. 
Poganiacz musi nadnieść i wstawić wózek w szyny. Gdy to uczyni, woła na konia, że 
już tę robotę wykonał. Ale nieraz przyczepi mu o jeden wózek za wiele i wówczas koń również 
staje sądząc, że to skutek wykolejenia. Poganiacz zapewnia go krzykiem, że „nie zwalone”, 
ale koń, pociągnąwszy z lekka, nie rusza się z miejsca, gdyż czuje ciężar większy niż 
należy. Wówczas furman musi go przekonać: idzie wzdłuż wózków aż na sam ich koniec i 
stamtąd dopiero jeszcze raz uroczyście krzyczy swoje: „Fuks, nie zwalone!” Natenczas biedny 
koń godzi się z myślą, że go wyzyskują, zbiera siły i wlecze dalej w ciemności swoją dolę. 
Może nawet przychodzi do świadomości, co to jest, może nawet po cichu wzdycha albo ściśka 
zębce, ale przystać musi na taki układ, bo gdyby marzył albo usiłował protestować za pomocą, 
dajmy na to, stania, toby mu poganiacz batem grzbiet w y ł o i ł i na tym skończyłoby 
się polepszenie stosunków. 
— No, ale wy powinniście tego zabronić... — rzekł Judym. 
Inżynier podniósł wyżej swą lampę i rzekł z maltretującym, szyderczym uśmiechem: 
— A, ja zabraniam, surowo zabraniam... 
Po chwili rzekł jeszcze: 
— Ja zabraniam, zabraniam z całej duszy, ale już nie mam siły... 
PIELGRZYM 
Któregoś z dni następnych Judym w towarzystwie Korzeckiego udał się do samego Kalinowicza. 
Była to chytra machinacja, istna konstrukcja inżynierska przedsięwzięta w celu zapoznania 
się z figurą decydującą. 
— Któż jest Kalinowicz? — pytał Judym zmierzając ulicą, która prowadziła do mieszkania 
jednej z potęg Zagłębia. 
— Tego nie wiedzieć! Takich rzeczy elementarnych nie wiedzieć! No, rozumie się, że inżynier, 
ale wielki. 
— To dopiero... Dlaczegóż dziś koniecznie mamy iść do niego! 
— Dlatego, że tak rozkazuje chytrość tudzież przebiegłość. 
— Zanosi się na burzę. Jest parno jak w piekle — mówił Judym. Po chwili dodał: 
— Wolałbym dostać batem od ciotki Pelagii, niż iść dzisiaj z tą wizytą. 
— Idźcie, będzie burza — mówił Korzecki rozglądając się p okolicy. 
Stali na wzniesieniu. W głębi leżało miasto. Były to szeregi domów jednakowych, czarnych, 
zadymionych. W małej stosunkowo odległości z wielkich pieców wybuchały ognie jak z 
krateru wulkanów. Wicher porywał ich płaty, jakby je od masy udzierał i chciał cisnąć na miasto. 
Drzewa zasypane kurzem i dymem wyglądały niby robotnicy. Zieloność murawy była obleczona 
żałobnym pokrowcem. 
Za lasami i łańcuchem wzgórz rozciągała się na horyzoncie stalowa chmura z ciemnymi w 
sobie dołami. Szła wolno. Leciał od niej zimny wicher. W pewnych sekundach przycichał. 
Zdawało się, że łazi około murów, snuje się pod płotem, zagląda do ścieków i siada na drzewach 
drżących wierzchołkami niespokojnie i w bojaźni. Czasami pędził w cwał środkiem 
bezludnych ulic z hukiem i gwizdaniem, jak najezdnicza awangarda wojsk, które z dala ciągną. 
Naokół widać było kominy i kominy. Waliły się z nich pochyłe dymy szarpane przez 
wicher. 
Z wyschłych bajor, zalegających całą długość i szerokość ulic, zrywały się co chwila góry 
śniadego kurzu, mknęły ponad domy, ponad dziwaczne retorty fabryk i ciskały się z wysoka 
na mieszkania ludzkie. Te latające błota zasłaniały co chwila miasto smutne dla oczu, dziwaczne, 
nieprawidłowe i zimne jak g e s z e f t pieniężny. 
Za nim na pewnej wyniosłości stał w cienistym ogrodzie „pałac” dyrektora. Gdy wchodzili 
po wąskich schodach wysłanych dywanem, Korzecki przesadnie idąc z boku, żeby zaś nie 
nastąpić na ten chodnik, mówił półgłosem: 
— Teraz zbierzcie wszystkie siły, albowiem nadszedł czas próby... 
Wprowadzeni przez lokaja do mieszkania, znaleźli się w salonie, którego okna wychodziły 
na miasto. Miękki, puszysty dywan tłumił echo ich kroków. Rolki krzeseł wyściełanych atłasem 
ginęły w nim zupełnie i toczyły się bez szelestu. Na ścianach wisiały obrazy i sztychy w 
ramach niesłychanie szerokich i „bajecznie” ozdobnych. 
Korzecki usiadł na fotelu ze skromną minką i przybrawszy pobożny wyraz prezentował Judymowi 
oczami sufit i tapety. Idąc mimo woli za tą wskazówką doktor zobaczył malowidło 
wyobrażające jakiś pejzaż z ruinami i pastuszkiem. 
Zanim wszakże zdążył przyjrzeć się tapetom, ozwał się we drzwiach głos gospodarza: 
— Szanownego inżyniera dobrodzieja, gościa miłego a rzadkiego... 
Korzecki przywitał się z wchodzącym i zaraz głosem pełnym powagi wymówił nazwisko 
towarzysza: 
— Doktor Judym. 
Gospodarz wyciągnął rękę i uścisnął podaną prawicę z ukłonem, który go ze względu na 
tuszę musiał kosztować nieco fatygi. Zajęli atłasowe miejsca, pogrążyli nogi w miękkościach 
dywanu i toczyli rozmowę de nihilo 241, to jest o przedmiotach nie mających najmniejszej 
wartości. Mówiono o fizjonomii okolicy, o warunkach klimatycznych i higienicznych Zagłębia 
oraz o tym podobnych romansach. Gospodarz był to pan wyniosły i prawie otyły. Czaszkę 
miał nagą, błyszczącą i mocno sklepioną. Taki czerep mógłby dźwigać przyłbicę z żelaza. 
Nastroszone i w górę zadarte wąsy pasowałyby do niej także bardzo. Nos prosty, oczy duże, 
srogie pod krzaczastymi brwiami, znamionowały krew szlachecką silnie pulsującą w żyłach. 
Delikatność obejścia, miękkie ruchy zdawały się być utrudniającymi dla tej figury potężnej. 
Niemniej — płaty szerokie świetnego kortu, obejmujące kadłub jej i nogi, sprawiały efekt 
odzieży przypadkowej i tymczasowo narzuconej. 
Korzecki rozglądając się z szacunkiem po salonie nachylił się w kierunku jego właściciela i 
szepnął: 
— Widzę coś nowego... 
— No, co? 
— Jakaś niewielka sztuczka, ale aż oczy bolą. 
— Ten zegar?... 
— To, to! 
— Kupiłem go — rzekł dyrektor z satysfakcją ukrywaną dyskretnie — w Monachium. Szczerze 
mówiąc, za bezcen. 
Po chwili dodał: 
— Za bezcen! 
Wstał wkrótce i ułatwił gościom zbliżenie się do zegara empire242 stojącego pod kloszem 
na gzemsie konsoli. W istocie było to coś bardzo ładnego w skromności swych linii i naiwności 
płaszczyzn. 
— No, a Uhde243 oprawiony? — żywo zapytał Korzecki. 
— A jakże, a jakże! — i powiem koledze — bajecznie. Chcecie może zobaczyć? 
— Ależ, jeśli łaska... 
— Proszę, proszę tędy. 
— Jakże panna Helena, czy wciąż jeszcze zajęta Ropsem?244 
— A tak, ona swym Ropsem... proszę panów tędy... 
Wszyscy trzej weszli do sąsiedniego gabinetu urządzonego z przepychem. Zaściełał go 
dywan i wypełniało mnóstwo sprzętów, nad którymi królowało niejako wspaniałe biuro. Kandelabry, 
figurynki, fotografie w ramach stojących, przyciski i mnóstwo książek — piętrzyło się 
na nim. Ściany zawieszone były malowidłami i rysunkami, a biblioteka, rzeźbiona misternie, 
połyskiwała od złoconych tytułów. 
— Widziałeś pan to głupstewko? 
Korzecki przymrużył powieki i z wyrazem najgłębszej ciekawości badał wskazany obrazek. 
— Kupiłem tę sztuczkę w Mediolanie, w tej, wiecie panowie, budzie, co to Cenacolo Vinciano245... 
Otóż zaszedłem tam... Był upał. Za oknem, słyszę, musztruje jakiś oficerek z wrzaskiem oddział tych rycerzy, których później rozmiata jak śmiecie byle Menelik246.. Patrzę, że 
kopiuje Wieczerzę jakiś młody w ł oh i n o. Śliczny, szelma, jak najcudniejszy obraz. Włosy 
na łbie wzburzone, nos, panie, usta, oczy jak u jastrzębia. Maluje, maluje... Przyskoczy do 
swych sztalug i tnie pędzlem, ale to w całym znaczeniu tego wyrazu — tnie. Widzę — zrobił 
tylko jedną figurkę; a reszta ledwo, ledwo naszkicowana. To mię, powiem panom, tak uderzyło, 
że tysiąc razy bardziej niż oryginał. Co za wyraz, co za twarz! Jak te oczy patrzą! To 
jest przecie apostoł... I nie tylko apostoł, ale człowiek, który z boleścią pyta: „Czy ja cię mam 
wydać, Mistrzu i Panie?” Ani sposobu wytrzymać; mówię do tego malarzyka: 
— Signore pittore, quanto tego ten cadro247 
Spojrzał na mnie i mruknął, że jeszcze nie namalowane. Gadam mu, jak umiem, że mi jest 
wszystko jedno, pokazuję mu palcem na tego apostoła i krzyczę, że go chcę mieć i takiego, 
jak jest. Łypnął tylko okiem jak wilk i maluje dalej. Kiedy ja znowu do niego, warknął: 
— Mille lire248 ... 
— O — mówię — signore pittore to trochę molto249. 
Wreszcie targ w targ wpakowałem bestii sześćset franków i zabrałem obraz ledwo podmalowany. 
Tu w domu wystrzygliśmy z córką tylko naszego apostoła, a resztę się wyrzuciło. 
Ale co to fizys! Nieprawdaż? 
— O tak, w istocie... Jest to coś, coś... 
Korzecki nachylił się do Judyma i szepnął mu do ucha w taki sposób, że gospodarz słyszał 
wyrazy: 
— Prawda, z jakim smakiem urządzone mieszkanie? 
Dyrektor uśmiechnął się pod wąsem i mówił: 
— Ech, ze smakiem... Pochlebstwa... Jakkolwiek, aby, aby... Trudnoż mieszkać po naszemu, 
po sarmacku. 
Ośmielony słowami Korzeckiego prowadził gości do następnego salonu, który nazwał 
„pracownią”. 
— Ale mieliśmy zobaczyć Uhdego! — przypomniał pochlebca. 
— Właśnie... w pracowni. 
Kiedy tam weszli, na spotkanie ich wstała zza szerokiego stołu młoda panna, lat może 
dziewiętnastu, w sukni różowej i tak lekkiej, że dozwalała nie tyle widzieć, ile odczuwać 
śliczne kształty. Włosy miała jasne, prawie białe, o kolorze połyskującym świeżo heblowanego 
drzewa świerku — oczy błękitne, tak samo jak ojciec, tylko bez surowości i zimna tamtych. 
Z dala wywarła na Judyma dziwne wrażenie róży ledwo, ledwo rozkwitłej. Coś pisała czy 
rysowała. Nieoczekiwane wejście obcych panów trochę ją zmięszało. W prawej ręce ściskała 
bezradnie ołówek i dopiero witając przybyłych zmuszona była rzucić go na stół. Spotkanie jej 
w pracowni uwolniło Judyma i Korzeckiego od zwiedzania dalszych ubikacji apartamentu. 
Wrócili dc pierwszego salonu. Panna Helena szła z Korzeckim rozmawiając swobodnie i 
życzliwie. 
Twarz jej ładna, okrągła, kwitnąca od rumieńców, które ciągle ukazują się i znikają, zwracała 
się w jego stronę i jasne, niespokojne oczy wpatrywały się z natarczywą ciekawością. 
Korzecki w jej towarzystwie spochmurniał, jakby się raptem zestarzał. Mówił tonem oziębłym, 
bez sarkazmu i złośliwości. Patrzał na nią w zamyśleniu, ale z pewnym rodzajem niechęci. Judym wysłuchując z fałszowaną uwagą zdań dyrektora o rozwoju przemysłu w Zagłębiu, 
słyszał urywki dialogu tamtych dwojga. Obijały się kilkakrotnie o jego uszy nazwiska: 
Ruskin250, Maeterlinck251... 
Zanim wszakże zdołał pochwycić sens tej rozmowy, wszedł do salonu młodzieniec lat 
dwudziestu paru i witał się z Korzeckim za pomocą silnego wstrząsania jego prawicy. 
Za chwilę przedstawił się Judymowi: 
— Kalinowicz. 
„Zapewne syn...” — pomyślał doktor. 
Młody zwrócił się do Korzeckiego z widoczną satysfakcją i zawiązał z nim rozmowę. Panna 
Helena przysłuchiwała się jej także, a nawet stary dyrektor zwrócił wkrótce w tamtą stronę 
swoje krzesełko. Judym onieśmielony i pełen dziwnego smutku słuchał szelestu wyrazów, ale 
uczuciami błądził daleko. Zdawało mu się, że słyszy dziwny, piękny śpiew, tak jakby jedną z 
pieśni Griega252, oddalającą się w górach wysokich i, szczególna rzecz, w pewnej miejscowości 
na Righi, pod samotnym szczytem Dossen, gdzie był raz w życiu. 
„Kto to śpiewa i dlaczego to właśnie?” — marzył ustawiając swe nogi na puszystym dywanie 
w sposób, o ile to było w jego mocy, ozdobny. 
— Ani myślę uznawać się za zwyciężonego! — wołał młody człowiek. — Ani trochę! Tego 
pan nie dowiedzie! Istnieją na pewno kryteria dobra i zła. 
— A... skoro istnieją... — z cicha mówił Korzecki. 
— Wiemy przecie, że niewolnictwo jest formą życia, do której wracać nie należy. Pan wiesz 
to samo i tak samo jak ja. I każdy człowiek... 
— Więc cóż z tego? 
— Nasza świadomość jest już kryterium. Dobro społeczne... 
— Właśnie: dobro społeczne! Zawsze to mówimy i jakoby wiemy, co to jest szczęście i dobro 
społeczeństwa, ale nigdy nas nie zajmuje szczęście jednostki. 
— O, to, to! Szczęście pojedynczego człowieka, jednostki... wtrącił dyrektor machając ręką. 
— Szczęście jednostki musi być podporządkowane dobru ogółu. 
— To jest właśnie mowa przemocy nad duszą człowieka.. –. mówił Korzecki porozumiewając 
się oczyma z dyrektorem. Szatański uśmiech jak błysk iskierki elektrycznej latał w jego 
oczach i na wargach. — Ileż to ludzi święta inkwizycja spaliła na stosie dla tej zasady, dla tego 
kryterium. 
— Święta inkwizycja! — pienił się młody. — Co pan za rzeczy wywłóczy, u licha! Ale co to 
jest szczęście jednostki? Niech no mi pan na to odpowie! Ja tego nie rozumiem. 
— Istotnie, jest to coś tak od nas dalekiego, że pan tego nawet wcale nie rozumie. Coś, czego 
wcale nie znamy... O czym mówił Leopardi253, że „jego lubej mary już nie nadzieja znikła, 
lecz pragnienie...” To jest jasna łąka, kwiatami zasłana, gdzie dusza ludzka może stawiać krok 
swój swobodny... Możność uczynku, mówienia, myślenia, a przynajmniej czucia, przynajmniej 
wzdychania według swej woli. Szukanie zadowolenia... 
— Rozumiem: hedoné254. 
— Masz pociechę, znowu jakieś hedoné! 
— Rozumie się. Ale tylko jedna uwaga. Chory umysłowo z manią prześladowczą albo jeszcze 
lepiej: samobójczą — szuka zadowolenia w dążeniu, na przykład, do wydłubania sobie 
oka. Czy mamy prawo zezwolić, żeby znalazł to zadowolenie? 
— Człowiek chory umysłowo podlega fatalnej sile, która, rzecz prosta, do góry nogami wywraca 
jego myśli i uczucia, która... Ale, panie, jaki to zły przykład! 
— Dlaczego? 
— Niech sobie pan przypomni tego doktora, co to zdjął pierwszy kajdany z nóg i rąk obłąkanych255. 
Bo nie wiem, czy panu wiadomo, że niegdyś „kryterium” nakazywało trzymać chorego 
w kajdanach. Później nakładano im kaftan i zamykano w celi. Obecnie wynaleziono zasadę: 
no restrain256. Ja mam nadzieję, że kiedyś pobyt w szpitalu obłąkanych będzie prawie 
wolnością, że tam nieszczęsna chora głowa będzie snuła swe marzenia bez przeszkody. 
— No, ja nie znam się na tych subtelnościach. Ale weźmy inny przykład: wychowanie dzieci. 
Najmilsze zadowolenie, gdy byłem w szkole, dawały mi „wagary”, rozkosz prawie jakieś 
szczytne oszukanie belfra, jakieś „nabieranie”, „ściąganie”... 
— Tak, tak... Wychowanie Jeszcze niedawno Wincenty Pol wzdychał, a jego czytelnicy 
również, nad metodą kształcenia dorosłych Benedyktów Winnickich257 za pomocą batoga, za 
pomocą wsypywania im pro memoria258 na kobiercu. Pan już nie zgodziłby się na system pana 
Wincentowy? 
— On nie, ale ja... kto wie.. — westchnął dyrektor. 
Młody człowiek spojrzał na ojca z uśmiechem i szczególnym przymrużeniem powiek. 
— Pan by się już nie zgodził. Jesteśmy stamtąd o tysiąc mil w kierunku... jasnej łąki. To 
samo z tym wychowaniem maleńkich ludzi. Jesteśmy o tysiące mil od chederów259, które lokują 
się, być może, gdzieś w sąsiednim domu. Ta sprawa wychowania dzieci pędzi jak pociąg. 
Widziałem dobrze szkoły szwajcarskie... 
— Gdzie istnieje przymus szkolny. 
— Gdzie sześcioletnie dziecko z największą przyjemnością idzie do wspólnego domu zabawy. 
Opowiadają mu tam cudowne baśnie. Zawiera tam pierwsze w życiu znajomości i doznaje 
tajemnych pierwszych rozkoszy poznawania. Ale i z tej szkoły myśl idzie dalej. 
— A idzie dalej... Nie ulega jednak wątpliwości, że wyuczenie się abecadła, sylabizowanie i 
bazgroły kaligraficzne — jest to męka. 
— W chederze... jeszcze jaka! Jaka piekielna! 
— W szkole również. A tej torturze dziecko musi być poddane. Każde, które tylko przyjdzie 
na świat i dożyje wieku właściwego. Cierpienie! Wszelka praca jest cierpieniem. Cóż tu mówić! 
Taka sprawa higieny. Za pomocą czego mogą zwalczyć w naszych miasteczkach epidemię? 
Rozumie się, że za pomocą przymusu. Co czynić ze zbójami, rzezimieszkami? 
— Dajmy pokój zbójom. Ilekroć kto zbyt nastaje na różnych zbójów, takiego doznaję wrażenia, 
jakby się o coś mścił na nich. 
— Więc cóż byś pan z nimi zrobił? 
— Ja... ja zrzekam się na to pytanie odpowiedzi. 
Korzecki mówił to z oczyma płonącymi. Zdawało się, że między jego otwartymi powiekami 
stoją przezroczyste ognie. 
— Dlaczego? — cichym głosem zapytała panna Helena. 
— Dlatego, proszę pani... dlatego... Nie umiem na to odpowiedzieć. 
— Dlaczego? — nastawała raz jeszcze. 
— Nie umiem. Trochę mię głowa boli. 
Młoda panna zarumieniła się. Usta jej drgnęły i wyraz upokorzenia skrzywił je na chwilę. 
Zapanowało milczenie dość przykre. Słychać było wycie wichru i uderzenia deszczu w szyby 
wielkich okien. Korzecki zdawał się tego wcale nie odczuwać. Jadowite uśmiechy mieniły się 
w jego twarzy. Zaczął mówić nie podnosząc oczu: 
— Myli się pan twierdząc, że każda praca jest cierpieniem. Wcale tak nie jest. Pomijam to, 
że w dziedzictwie otrzymujemy po przodkach nałóg do pracy, co możemy stwierdzić na bardzo 
wielkiej liczbie ludzi bogatych, którzy po całych dniach bezinteresownie pracują, ale 
weźmy... Weźmy co innego. Wszystkie poświęcenia, trudy, ofiary, bahaterstwa. Mickiewicz 
mówi niech pan posłucha tych słów przedziwnie mądrych: „Przez ofiarę ducha rozumiem 
czyn człowieka, który otrzymawszy prawdę, utożsamiwszy się z nią, roznosi ją, objawia, służy 
jej za organ, za twierdzę i za wojsko, nie zważając na spojrzenia, na głosy i rysy nieprzyjaciela”. Otóż, czy taka „ofiara ducha” jest, czy nawet może być cierpieniem? On sam mówi, 
że to jest „najboleśniejsza ze wszystkich ofiar”, ale wydaje mi się, że ma na myśli tylko jej 
wysokość, jej wyniosłość. Człowiek, który utożsamił się z prawdą, musi czuć radość, rozkosz, 
wtedy nawet, gdy został pobity. Tak przypuszczam. Wtedy nawet, gdy został zmiażdżony... 
— To chyba paradoks... — rzekł Judym. — Zdaje mi się, że w istocie jest to najboleśniejsza ze 
wszystkich ofiar. 
— Nie sądzę. Taki człowiek w czynie swoim doznaje szczęścia. Objawia prawdę, którą 
otrzymał, to znaczy wyładowuje szczęście, które w nim jest. W tym musi leżeć takie samo 
zadowolenie jak w zabiegach i matactwach skąpca albo w szwindlach szachraja giełdowego. 
Gdy się ta rozmowa toczyła, huczały ciągle gromy i zbliżający się łoskot burzy wstrząsnął 
całą kamienicą. Nikt na to uwagi nie zwracał, tylko panna Helena po każdym silniejszym ataku 
wichru spoglądała w okna. Pociski nawałnicy biły w nie, jakby kilka pięści chciało skruszyć 
ramy. Było prawie ciemno. Zaczął prać deszcz ulewny, ponury i bezlitosny. Kiedy niekiedy 
przeraźliwy blask oświecał pokój. Wtedy wszystkie brązy, okucia, świecidła i lśniące 
powierzchnie rzucały się w oczy i nagłe gasły jakby wchłonięte przez szybkie westchnienie, 
które w głębi piersi twardy strach zapierał. 
— Odbiegliśmy od przedmiotu... — rzekł młody. Głos jego wydał się czymś dziwnym w pomruku 
napełniającym przestwór. 
— Nie odbiegliśmy wcale — mówił Korzecki, którego burza, widać, podniecała, bo mówił z 
jakąś wewnętrzną nagłością. — Czy dla człowieka, który otrzymał prawdę, istnieją pańskie 
kryteria? Czy pan postawisz je na drodze takiego człowieka? 
— Rozumie się! Każdego obywatela należy przytrzymać za rękę, gdy coś przedsiębierze, i 
zapytać, czy działa z pożytkiem, zbadać, czy nie idzie wbrew, czy nie psuje tego, co ród ludzki 
pracowicie zbudował. 
— Na mocy takich zasad przybito Jezusa Chrystusa do krzyża. Powiedzieli mężowie: „My 
mamy prawo nasze i według prawa on umrzeć powinien”. 
— Przez to cierpienie świat został zbawiony. 
— Potęga zbawienia nie leżała w cierpieniu, lecz w nauce. 
— Więc dla pana nie istnieją żadne pewniki? Czyliż nie wiemy na pewno, że dzieciobójstwo 
albo chińskie mordowanie starców to są złe rzeczy, a uczucie solidarności między ludź260„ 
P r z e z o f i a r ę d uh a...” — zdanie wygłoszone przez Mickiewicza podczas prelekcji w College de 
France w Paryżu dnia 7 II 1844r. 
mi — to jest rzecz dobra? Że mówić prawdę jest dobrze, a kłamać źle? I kto by chciał propagować 
ideę dzieciobójstwa albo niszczyć uczucie solidarności, powinien być usunięty... 
— Że mówić prawdę jest dobrze, a kłamać — źle, tego ja, na przykład, który tu z panem siedzę 
w jednym pokoju, wcale nie jestem pewny. Częstokroć mówienie, a nawet wyznawanie 
kłamstwa jest najwyższą cnotą, zasługą i bohaterstwem. Jest ono zupełnie takie samo jak 
mówienie prawdy. Pozostawiam człowiekowi zupełną swobodę mówienia prawdy albo kłamania. 
Co jeden człowiek może wiedzieć o prawdzie albo fałszu duszy drugiego człowieka? 
W sercu ludzkim są takie oceany, pustynie, góry i wędrujące lodowce... Chrystus powiedział: 
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Oto wszystko. A co do tych dzieciobójstw, niewolnictw, 
to dialektycznie pan mię pobije, bo z takich pytań wywinąć się nie zdołam. Nie mam 
wyjścia. Istotnie, wszyscy wiemy na pewno, że wypoliczkowanie paralityka to jest zła czynność. 
I kto by to uczynił, powinien być skrępowany. To jest sylogizm nie ma co. Ale czy pan 
sobie może wyobrazić człowieczeństwo, jakie mamy na myśli, i tego rodzaju uczynek? Szerzenie 
idei niewolnictwa jest niemożliwe wśród takich ludzi tak samo, jak niemożliwa to jest 
rzecz, żebyśmy dwaj weszli do towarzystwa, gdzie zgromadziły się subtelnie wychowane kobiety, 
i żebyśmy tam zaczęli prowadzić jakąś karczemną rozmowę albo, dajmy na to, pozrzucali 
ubranie. Dialektycznie można dowieść, że jest możliwe takie nasze zachowanie się, ale 
sam postępek de facto261 nie jest możliwy. A przecie nie ma żadnego pisanego prawa, które 
by zabraniało tej swobody. To cząsteczka właśnie tego uz ui a solidarności, które 
wszystko przeniknie, dyktuje nam tok rozumnej, miłej i dla wszystkich przyjemnej rozmowy. 
Złe niewątpliwie jest tylko jedno: krzywda bliźniego. Człowiek — jest to rzecz święta, której 
krzywdzić nikomu nie wolno. Wyjąwszy krzywdy bliźniego, wolno każdemu czynić, co chce. 
— Idylla, proszę pana, idylla, czyli Arkadia262. Krzywda bliźniego... Dobre sobie! A cóż to 
jest krzywda? Gdzież jej granica? 
— Granica krzywdy leży w sumieniu, w sercu ludzkim. 
— No, proszę pana, czyż to nie są żarty? 
— Nie. To jest myśl najbardziej twórcza ze wszystkich. Na niej świat stoi. Niech no pan 
pomyśli, co by z nim było, gdyby wymazać te słowa: „Po tym poznają, żeście uczniami moimi, 
jeśli się wzajem miłować będziecie”263. Miłość między ludzi należy siać jak złote zboże, 
a kąkol nienawiści trzeba wyrywać i deptać nogami. Czcij człowieka... — oto nauka. 
— Szybkość postępu ludzkiego zależy od rozwalenia czynników, które w poprzek jego łożyska 
się kładą. 
Dyrektor nachylił się do Judyma i półgłosem szepnął: 
— Wyznam panu, że wcale nie wiem, o co ci panowie sprzeczają się między sobą z taką 
zajadłością. 
Korzecki, rozmawiając w dalszym ciągu ze swym antagonistą; zwrócił się raptem w tę 
stronę i rzekł: 
— W istocie... de lana caprina264 . 
— Jakże zimno... — szepnęła piękna panienka, z trwogą spoglądając w okno. 
— Boi się pani trochę — pytał Korzecki. — Prawda, boi się pani? 
— Ale gdzież tam... Tylko tak raptownie się oziębiło. I ta ciemność. 
— Aha, ta ciemność... — Po chwili mówił: — Jakże biednym jest ten, kto teraz iść musi nieznaną, 
straszną drogą. Kto spieszy się do niewiadomego celu, kto idzie, idzie bez końca... Ten 
„pielgrzym, co się w drodze trudzi przy blaskach gromu...”265 
Ziarna gradu zmięszanego z deszczem zaczęły ciąć w szyby. Rozmowa przycichła. 
Judym wstał ze swego miejsca i patrzył w okno. Pośród ulewy i mroku buchał kiedy niekiedy 
płomień wielkich pieców. Doktor był nieswój. Myślał o narzeczonej. Ulegał złudzeniu, 
że gdy się skończy ta burza, gdy zblednie ciemność, to jakaś wieść, jakieś echo, jakiś wyraz 
da się słyszeć... Ciche westchnienie niby-pociechy wyrwało się z jego piersi. Pisał już list i 
podał adres. Któż wie, może jaki traf dziwny stamtąd, z tych miejsc ukochanych, przyniesie 
słowo... Może i ona w tej chwili patrzy się w burzę, może te same uczucia jak prędkie błyskawice 
oświetlają żałobne mroki... 
— Pan doktór, jak słyszałem, wraca właśnie z Paryża? — zagadnął znienacka dyrektor. 
— Dwa lata już minęły od mojego powrotu... 
Korzecki zwrócił się z żywością w ich stronę i czekał tylko chwili, żeby się do tego dialogu 
przyłączyć. 
W tym samym momencie lokaj odchylił portierę i złożył ukłon pannie Helenie. Ta wstała i 
prosiła na herbatę. Przeszli do sąsiedniego pokoju i zasiedli przy obszernym stole zastawionym 
mnóstwem talerzy, półmisków, szkieł lśniących. 
Młody Kalinowicz siedział przy Judymie. Zawiadomił go, że dopiero co skończył politechnikę 
w Charlottenburgu266, że wraca tam jeszcze dla „zrobienia doktoratu”, a tymczasem 
przypatruje się temu rynsztokowi, którym złoto płynie do Francji. 
— Panie! — wołał — włosy powstają na głowie, kiedy się patrzy na to, co się tu dzieje. Nie 
chcę ubliżać nikomu, ale taka. na przykład, pomoc lekarska odbywa się w sposób zupełnie 
pocztowy. W dniu oznaczonym lekarz, „mający pod sobą” z osiem fabryk, jedzie z miejsca na 
miejsce... Czy to panu nie sprawia czasem przykrości? 
— Nie, Boże broń... Pragnąłbym sam znaleźć tutaj zatrudnienie, więc muszę poznać stosunki 
do gruntu i z każdej strony. 
— Czy tak? A wie pan, że to ciekawe... Więc pan pragnąłby tu osiąść... I poczynił pan już w 
tym celu jakieś kroki? 
— Nie, wcale. 
— Czy ma pan jakie znajomości? 
— Żadnych. 
— Ach, tak. 
— Niech pan doktór nie bierze czasem do serca wszystkiego, co mój syn mówi o Zagłębiu — 
wmięszał się dyrektor. — Jest to niechęć specjalna. Proszę pana... 
— Tak, jest to niechęć, a właściwie antypatia specjalna! — cedził młodzieniec. 
— Ci ludzie zamordowują tych poczciwych eskulapów. Jest lekarz z a d a r m oh ę, więc 
do niego kto żyw. Chory, nie chory, z przywidzeniami, z imaginacją... Tu u mnie w lecznicy 
nasz doktorek ma na swej godzinie po sześćdziesięciu chorych. Niechże kto powie, czy może 
być tyle ludzi istotnie chorych w małej osadzie... 
— Faktem jest — rzekł młody — że w całym kraju korzysta z porady lekarskiej na koszt właścicieli 
41%, a wcale jej nie doznaje 59. 
— Skądże znowu takie cyfry? 
— Z 856 przedsiębiorstw zbadanych w 818 nie było żadnej pomocy lekarskiej, w 10 ta pomoc 
istniała faktycznie, w 24 była znośna, a tylko w 4 należyta. 
Judym przymrużył powieki i zaśmiał się w głębi swego serca Jak mara mknęło przed nim 
wspomnienie walk warszawskich. 
— Egzageracja267 nie tylko we wnioskach, ale nawet w cyfrach — mówił stary z flegmą wytrawnego 
polemisty. — Rozumiem do gruntu konieczność pomocy lekarskiej, jestem jej zwolennikiem... 
fanatycznym, że się tak wyrażę higieny... et cetera. Ale oto fakt świeży. Przy 
wielkich piecach istnieją szale do wciągania rudy. Pod najsurowszą karą nie wolno człowiekowi 
siadać w szali ani dla wjazdu, ani celem szybkiego spuszczenia się z góry. Czy pan 
uwierzy, jaka jest statystyka wjeżdżań i zjeżdżań windą? To jest także statystyka, którą powinien 
byś notować sobie w którejkolwiek półkuli mózgu... 
— Nie ma gwałtownej potrzeby. 
— Aha. 
— Z wszelką pewnością. 
— Albo drugie. Między dwoma piecami jest pewne zagłębienie, obok którego przechodzi 
szala. Nikomu do głowy by nie przyszło, że tam wleźć można. Cóż panowie powiecie? Usiadł 
sobie w tej dziurze na połowie wysokości i gwizdał gapiąc się na dół. Szale idą cicho. Huknęło 
w czerep i na miejscu. Za to odpowiada fabryka! Tam daszka nie było, uważa pan, daszka 
nie było! 
— Pochlebiam sobie, że w tym miejscu jest teraz daszek... — rzekł Kalinowicz nabierając z 
półmiska ogromną porcję rostbefu. 
— Taki człowiek przy piecach martenowskich, przy walcach, przy drucie zarabia dziennie 
parę rubli. I jakże to żyje, co robi z tymi pieniędzmi? 
— Ciekawa rzecz... 
— Hula, żyje nad stan i wpada w długi. Zobacz no pan w niedzielę takiego r y f u s i a268; 
krawacik modny, chusteczka... Wchodzi do sklepu, rozkazuje: „Daj no pan kołnierzyki, tylko 
przecie z lepszych, z modnych”. Mydła pachnące sprowadzają sobie specjalne. Teraz właśnie 
w modzie są mydełka pachnące. 
— Czy to w samej rzeczy nie może oburzać? — mamrotał młody zajadając z wilczym apetytem. 
— Jest to nie tyle oburzające, ile smutne. 
— A czegóż znowu smutne? 
— Wszędzie zbytek, zbytek! We wszystkich warstwach społeczeństwa życie nad stan, rozrzutność... 
— Mydełko — to jest rozrzutność? 
— Nikt nic nie oszczędza. Przy takich zarobkach jest to zbiorowisko bankrutów... 
— Zmniejszyć bestiom zarobki, to się zaraz utemperują! Nie będzie ani mydełek, ani tych 
oburzających krawatów. 
— Przeciwnie, trzeba podnosić, co tchu podnosić! Niech sobie posprowadzają cylindry z 
Paryża, paltoty z Wiednia... 
Lokaj obniósł półmisek i zmienił talerze. 
Był to już wieczór, kiedy po wypiciu herbaty wszyscy, z wyjątkiem panny Heleny, opuścili 
jadalnię i znaleźli się w gabinecie. Palono cygara. Korzecki z przepyszną miną trzymał w 
ustach olbrzymie jak marchew. Młody Kalinowicz rozpoczynał dalszy ciąg swej dysputy z 
ojcem, gdy wtem znowu wszedł lokaj, ostrożnie zbliżył się do Korzeckiego i coś mu szepnął 
do ucha. 
— Ach, do mnie... Zapewne z listem?... 
— Nie wiem, proszę łaski pana inżyniera. Mówi, że ma pilny interes. 
— Tutaj? — spytał Korzecki z niedbałym ruchem. Nie wyjmując z ust cygara poszedł za lokajem. 
Judym pragnął przyspieszyć koniec tej wizyty, wyjść co prędzej. Ujął pod rękę młodego 
Kalinowicza i zapytał, dokąd poszedł Korzecki. 
— Rozmawia z jakimś posłańcem, który go aż tu odnalazł. 
W sercu Judyma przesunęło się marzenie: list od Joasi... 
— Panie — rzekł cicho do młodego człowieka — czy nie mógłbym zobaczyć tego posłańca? 
Oczekuję na pewną wiadomość, która mię bardzo niepokoi... Może to list do mnie... 
— Proszę uprzejmie... — krzyknął młody bursz rozsuwając krzesła po drodze. 
Znaleźli się w pustym korytarzu, z którego drzwi wychodziły na schody. Schody te nie były 
załamane, lecz stromo jak drabina stały przyparte do budynku, prowadząc z piętra na ziemię. 
Judym, stojąc we drzwiach sieni, zobaczył na dole światło. Korzecki trzymał w ręku świecę, 
której płomieniem chwiał wicher wdzierający się przez szczeliny desek. Drzwi na dole 
były zamknięte, ale bryzgi deszczu wpadały wszystkimi otworami. Ulewa dudniła po dachu 
przybudówki. 
Obok samych drzwi stał posłaniec. Był plecami wsparty o ścianę. 
Miał na głowie czapkę z daszkiem, na sobie obszerne letnie palto, grube buty. Był przemoczony 
do suchej nitki. Struga wody lała się z niego i dokoła nóg tworzyła kałużę. 
Przypatrując się z uwagą, Judym spostrzegł, że ten człowiek drży na całym ciele. Głowa 
jego zwisła na piersi i była charakterystycznie bezwładna, jak u ludzi z przemoczoną koszulą. 
Inżynier rozmawiał z nim półgłosem, który ginął w szumie wiatru. 
„To nie do mnie...” — pomyślał Judym i serce jego ścisnęło się od bezbrzeżnego żalu. 
Korzecki wziął w rękę pakunek przyniesiony przez mokrego drapichrusta i szedł w górę po 
schodach. Gdy na ich szczycie ujrzał Judyma, żachnął się i ostrym głosem krzyknął: 
— Co tu robicie? 
— Myślałem, że to może do mnie z poczty... 
— Nie, nie... Co znowu! To ten głupiec, przemytnik. 
— Przemytnik? 
— Tak. Dowiedział się od kogoś, że tu jestem... Widzicie, jakie to nerwy! Nie myślałem, że 
was tu zastanę, i od razu... Piękny głosik ze siebie wydobyłem, ani słowa... Samemu głupio go 
usłyszeć, a cóż dopiero mówić o delikatnych bliźnich. 
— Przepraszam was, bo to ja niepotrzebnie... 
— Ale gdzież tam! Przemytnik... — mówił szeptem. — W Katowicach dwa tygodnie temu zostawiłem 
paczkę kortu na ubranie. Kupiłem ten kort w Krakowie. Bardzo lubię taki gatunek. 
Może i wy weźmiecie dla siebie. Nie chciało mi się płacić... Szepnąłem temu frantowi, żeby 
mi to przyniósł którego dnia. Dziś miał chwilę pomyślną, więc mię aż tu wygrzebał. 
— Ten człowiek się rozchoruje. Widziałem, jak drży. 
— Tak sądzicie? 
— Cóż tu sądzić? 
— Trzeba mu dać kieliszek wódki. Trzeba co prędzej... Człowiek się rozchoruje! 
Poszedł prędko i zdybawszy przy drzwiach stołowego pokoju lokaja mówił: 
— Mój bracie, weź też z łaski swej i wynieś człowiekowi, co tam stoi, kieliszek wódki. Daj 
mu, wiesz, zresztą dwa kieliszki a nawet trzy. 
— Niech wypije trzy kieliszki... — dorzucił Judym. 
— Wiecie co, doktorze, bądźcie tak dobrzy i sami mu zanieście. Zobaczycie, czy w samej 
rzeczy tak przeziąbł... 
— Z chęcią... 
Judym wziął z rąk lokaja ozdobną flaszkę z wódką, kieliszek, świecę i zeszedł po schodach. 
Przemytnik stał w ciemności. 
Zdawał się drzemać... 
Judym postawił świecę na ziemi i nalał płynu w kryształową lampkę. 
Wtedy drab podniósł głowę i otworzył oczy. 
Były to duże, jasnoniebieskie oczy... 
Ręka Judyma, w której trzymał kubek, zdrętwiała jakby od gwałtownego zimna. 
Przemytnik wypił chciwie jeden kieliszek, drugi, trzeci. Potem nie kiwnąwszy głową, 
otworzył drzwi i znikł w czarnej czeluści nocy, którą zalewała nawałnica. 
We dwie godziny później Judym wracał z Korzeckim do domu powozem. Deszcz ustał. 
Była ciemna noc, pełna oparu i wstrętnego chłodu. W mroku niezdobytym zdawały się chodzić 
cielska mgliste, białawe, zgniłych wyziewów. Drogi były zalane wodą, która spod kół z 
wrzeszczącym sykiem rozlatywała się na wsze strony. Gdy wyjechali z zaułków, Korzecki 
wstał ze swego miejsca i trzymając się rękoma sztaby przedniego siedzenia coś furmanowi 
tłumaczył. Siadając rzekł do Judyma: 
— Może zechcecie przejechać się? Czas pyszny! Wilgoć... 
Po chwili dodał: 
— Możemy jechać do krawca, któremu oddam zaraz ten materiał na ubranie. Po co to mam 
trzymać w domu? Nieprawdaż? Miejsce tylko zawala i nic więcej... 
— Jak uważacie. Co do mnie, to przejechałbym się z ochotą. 
— Więc wal, bracie, a ostro, ostro... Dostaniesz tylego rubla jak przednie koło. 
Konie, ściągnięte batem, skoczyły z miejsca i poszły. Jechali dosyć długo, w milczeniu. 
W pewnym miejscu ukazały się lampy elektryczne otoczone grubymi mgłami. Światło zanurzone 
tworzyło dokoła siebie kręgi smutne niby obwódki, które są cieniami oczu ludzi chorych. 
Między drogą a tym światłem leżały jakieś martwe wody. Sinawe lśnienie pełzało po 
ciemnych falach płaskiego zawaliska. Szło z biegiem powozu, biegło z nim, jakby pewna 
wskazówka ostra, z ciemności nocnej wychodząca. 
— Gdzie my jesteśmy? 
— Nad kopalnią. 
— A skąd tu ta woda? 
— Pokład węgla jest tu bardzo gruby, ale w głębokości paruset metrów. Ten węgiel jest już 
wybrany. Ziemia się osunęła w próżnię, wgięła się jej powierzchnia. Teraz w takiej miednicy 
gromadzi się woda. 
Umilkł. Znowu jechali długo, nic do siebie nie mówiąc. Byli w jakichś polach. Korzecki 
siedział wtulony w kąt trzymając na kolanach swój pakunek. Zaczął coś szeptać. 
— Co powiadacie? — zapytał doktor. 
— Nic, ja tak do siebie często mamroczę. Czy pamiętacie taki wiersz: 
Żem prawie nie znał rodzinnego domu, 
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi 
Przy blaskach gromu...269 
Judym nic nie odpowiedział. 
— „Żem był”... Co za straszne słowo!... 
Była to niewymowna minuta wcielenia się dwu ludzi w jedno. 
Korzecki odezwał się pierwszy: 
— Musiały wam się głupimi wydawać moje dzisiejsze popisy. Paplałem jak pensjonarka. 
— Jeżeli mam prawdę powiedzieć... 
— Właśnie. Ale to było konieczne. Miałem w tym swój interes. Czy nie rozumieliście, o co 
mi chodzi? 
— Były chwile, że doświadczałem wrażenia, jakbyście mówili na przekór sobie. 
— A gdzież tam! To nie. 
— Więc myślicie, że zbrodnia jest to absolutnie to samo co cnota? 
— Nie. Myślę tylko, że „zbrodnia” powinna być tak samo wyzwolona jak cnota. 
— Ach! 
— Duch ludzki jest niezbadany jak ocean. Spojrzyjcie w siebie... Czy nie zobaczycie tam 
ciemnej otchłani, w której nikt nie był? O której nikt nic nie wie? Siłą przymusu ani żadną 
inną nie może być wytrzebione to, co nazywamy zbrodnią. Wierzę mocno, że w tym duchu 
nieogarniętym sto tysięcy razy więcej jest dobra — ależ co mówię! — w nim wszystko, prawie 
wszystko jest dobre. Niech tylko będzie wyzwolone! Wtedy okaże się, że złe zginie... 
— Czyliż w to można uwierzyć? 
— Widziałem gdzieś rycinę... Na słupie obwieszony został zbrodniarz. Tłum sędziów schodzi 
ze wzgórza. Na każdym obliczu maluje się radość, zwycięstwo... Każą mi wierzyć, że ten 
człowiek był winien. 
— A cóż wam dowodzi, że tak nie było? Może to był ojcobójca? Co wam pozwala czynić 
przypuszczenie, że tak nie było? 
— Mówi mi o tym... Dajmonion270. 
— Kto? 
— Mówi o tym coś boskiego, co jest we mnie. 
— Cóż to jest? 
— Mówi mi to w głębi serca. W jakimś podziemiu to słyszę... Poszedłbym i całował stopy 
tego, co zawisł. I gdyby tysiąc świadków wiarogodnych przysięgły, że to jest ojcobójca, matkobójca, 
zdjąłbym go z krzyża. Na podstawie tamtego szeptu... Niech idzie w pokoju... 
Furman zatrzymał się przed jakimś domem. 
Było tak ciemno, że Judym ledwo odróżniał czarną masę budowli. Korzecki wysiadł i 
znikł. Przez chwilę słychać było szelest jego kroków, gdy brnął w kałużach. Później otwarły 
się jakieś drzwi, pies zaszczekał... 
ASPERGES ME... 
W sąsiedztwie miał Korzecki jeden dom znajomy, gdzie czasem, raz około Wielkiejnocy, 
bywał z wizytą. Była to niezamożna, prawie uboga familia szlachecka. Ci państwo dzierżawili 
kilkusetmorgowy folwark donacyjny271 w lichej, kamienistej glebie. Jechało się do tej wioski 
lasami, po wertepach, jakich świat nie widział. 
Pewnego dnia, wróciwszy z włóczęgi pieszej na obiad, Judym zastał we wspólnym mieszkaniu 
ucznia gimnazjum, który czerwieniąc się i blednąc rozmawiał z Korzeckim, daremnie 
usiłującym go ośmielić. Gdy Judym wszedł, gimnazista ukłonił mu się kilkakroć i jeszcze 
bardziej spuszczał oczy. 
— Pan Daszkowski... — rekomendował go inżynier. — Przyjechał prosić was, czybyście, panie 
konsyliarzu, nie chcieli odwiedzić jego chorej matki. Są konie. Ale was uprzedzam, że to 
dwie mile drogi. Prawda, panie Olesiu? 
— A tak, droga... bardzo zła... 
— Ech, źle pan usposabia doktora! Trzeba było zapewnić, że jak po stole... 
— A tak... ale ja... 
— Niechby pocierpiał. 
Uczeń, nie wiedząc, co mówić, miął tylko czapkę w rękach i przestępował z nogi na nogę. 
— A na co chora mama pańska? — zagadnął Judym tonem jak najbardziej delikatnym, tym 
głosem, co jest jak ręka czuła i dźwigająca do góry z całej mocy, z całej duszy. 
— Na płuca. 
— Czy kaszle? 
— Tak, proszę pana doktora. 
— I dawno już? 
— Tak, już dawno. 
— To jest... jakie dwa, trzy lata? 
— Jeszcze dawniej... jak tylko zapamiętam... 
— Jak tylko pan zapamięta, mama była chora? 
— Kasłała, ale się do łóżka nie kładła. 
— A teraz leży? 
— Tak, teraz już tylko ciągle w łóżku. Już mama nie może chodzić. 
— Dobrze, proszę pana, to pojedziemy. Można zaraz. 
— Jeżeli tylko pan doktór... 
— O, musimy naprzód zjeść obiad — to darmo! — wtrącił się Korzecki. 
— Ale jeśli pan doktór... — z pośpiechem mówił uczeń. 
W tej samej chwili zauważył, że pali głupstwo, i do reszty się zmięszał. 
— Widzi pan... doktór musi się najeść. A i pan pewno głodny, panie Olesiu. 
— Ja... o, nie! Pan inżynier tak łaskaw... 
Wkrótce dano obiad. 
Uczniaczek wzbraniał się, jadł półgębkiem i ani na chwilę nie odrywał oczu od talerza. Korzecki 
tego dnia był jakiś zimny i skulony. Rozmawiał z trudem. Gdy konie przed dom zaszły i Judym już schodził, inżynier ujął młodego chłopczyka za szyję i wlókł się tak z nim po 
schodach. 
Na samym dole rzekł: 
— Niech się pan pokłoni ode mnie mamie, ojcu. Chętnie bym państwa odwiedził, ale cóż... 
Żadną miarą... Tyle tu roboty. Niech pan jednak powie mamie, że da Bóg, zobaczymy się 
wkrótce. 
Judym przypadkowo rzucił okiem na jego twarz. Korzecki był jakiś szary. Z oczu jego płynęły 
dwie łzy samotnice. 
— Da Bóg, zobaczymy się wkrótce... — powtórzył na swój sposób. 
Licha, rozklekotana bryczka ruszyła się z miejsca. Ciągnęły ją dwie szkapy zbiedzone i w 
dodatku nierówne. Jedna z nich — było to kobylsko chłopskie, z wielkim, spuszczonym łbem, 
a druga pochodzić musiała z jakiejś „stajni”. Teraz już tylko grzbiet jej, wystający jak piła, 
imponował towarzyszce z gorszej rasy. Na koźle siedział chłop w kaszkiecie i guńce, który 
budził z odrętwieniah ae t y wiozące godnie osoby takimi samymi środkami, jak wówczas 
gdy odstawiał nawóz albo ziemniaki. 
W istocie, droga prowadząca do owego folwarku należała do bezwzględnie polskich. Jechało 
się wciąż lasem. Jakaś chmurna ciemność kryła się między martwymi drzewami, co 
rosły w sapowatej272 glebie. Droga zarośnięta zdeptaną trawą, pełna kamieni, które w nią wrosły, 
wiła się wśród gęstej, młodej świerczyny. Skręty jej wciąż przepadały między zielenią, 
jakby się lęśnym obyczajem, na wzór zwierząt, kryły przed oczyma ludzkimi. 
Wzrok Judyma błądził w zadumaniu po miękkich mchach i biało-zielonych listkach borówek. 
Każda łodyżka mchu była zbudowana z gwiazdek świetlistych, jakby z promieni słońca, 
co zetknąwszy się z ziemią w czułe roślinki się przeistoczyły. Gdzieniegdzie pośród tej królewskiej, 
kochanej, miękkiej zieleni widać było kamionkę szarosinych głazów. Szpakowate, w 
mech suchy obleczone pnie jodełek przecinały widnokrąg daleki. Gdy konie weszły w las 
głębszy, pod cień jodeł i świerków, przecięły drogę wężowiska czarnych korzeni. Co chwila 
wózek trzeszczał, gdy jego szprychy zanurzały się po osie w głębokie bajorka kisnące w tych 
miejscach od wieków. Już tam mchy ledwo się mogły wybić z głębi żółtaworudej powłoki 
zeschłych igieł. Wszędzie leżały szyszki i obłamane, suche, białawe, gałęzie. 
Tu i ówdzie czerniał stos gnijącego chrustu i daleko rozmiecione trzaski po drzewie ściętym. 
Czasami wózek wlókł się w głębokim, szczerym, żółtym piasku, który sypał się z obręczy 
cicho sycząc. 
Był to jedyny szelest w tym obszarze. Raz tylko gdzieś w oddali rozległo się chrupiące 
wołanie żołny. 
Słońce wchodziło do głębi leśnej jakby ukradkiem. Cienie drzew i gałęzi były tak głębokie, 
że o tej porze stała tam jeszcze rosa. 
W jakimś miejscu otwarła się przed oczyma polanka, ze wszystkich stron lasem jakby ramieniem 
kochającym objęta na śmierć i życie, na wieczne czasy. Wśród tej darni zielonej 
czerniały kępy jałowca. Pod przeciwległą ścianą świerków bielał jak czaszka samotny, obdarty 
z kory pniak drzewa nisko ściętego. 
W ciszy latał biały motyl siadając na listkach kędzierzawej murawy, ledwie okrywającej 
nieurodzajną ziemię. 
Pomiędzy siwymi kamieniami stał żółty, przyziemny kwiatuszek i patrzał w słońce rozwartą 
źrenicą. 
Była cisza tak głęboka, że słyszało się ciche, drżące dzwonienie świerszcza polnego. 
Człowiek mógł liczyć bicie swego serca i uczuwać szelest krwi biegnącej w żyłach. 
Przychodziły myśli dziwne, natchnione, jakby nie myśli człowieka, tylko jej, tej zaklętej, 
zaczarowanej polany. Widziało się, że ten skrawek leśnej łąki jeden jedyny jest na świecie, że 
człowiek po to żyje, aby weń zatopił ducha swego i marzył. Żeby marzył o tych rzeczach, które 
leżą w głębi, w ciemności, w zamknięciu, które nie przemijają, nie giną, które są proste, 
naiwne i bezczelne jak ta polanka. Żeby dozwalał z serca swego płynąć wszystkiemu, co w 
nim jest, wszelkiej świętości i brzydocie. 
Uczniaczek wciąż milczał. Był z uszanowaniem zwrócony w stronę Judyma i tylko t a k i 
n i e odpowiadał na jego pytania. 
Około godziny czwartej las się urwał, a za nim odkryły się pola. W dali widać było grupę 
drzew i folwark. 
— To już Zabrzezie... — rzekł uczeń. 
Wkrótce wjechali na podwórze folwarku. Była to nędzna siedziba. Dwór opuszczony, jeszcze 
bardziej niż budynki folwarczne, przed którymi gnił nawóz i szkliła się fioletowa gnojówka, 
bielał w cieniu czterech lip rzędem rosnących u wejścia. Tam stało posłanie, na którym 
leżała chora. 
Zjawienie się bryczki wywołało istny popłoch w otoczeniu domu. Biegały tam różne osoby. 
Naprzeciwko Judyma wyszedł jegomość mocno szpakowaty, ogorzały i rekomendował się 
jako mąż chorej. Za nim sunęły z ciekawą trwogą dwie nieładne panny, dla których ten przyjazd 
był zapewne fenomenalnym zdarzeniem. 
Judym wziął się bez zwłoki do badania chorej. Była to kobieta lat czterdziestu paru, zeschnięta 
niby wiórek. Ceglasty wypiek jak równa elipsa płonął na jej lewym policzku. Pierwsze 
zbadanie wykazało od razu suchoty w ostatnim stadium. Tylko dla zamaskowania istoty 
spostrzeżeń Judym długo i szczegółowo słuchał, jak resztką siły pracują te biedne płuca. Gdy 
już nic nie zostawało do zrobienia, uczuł dziwny smutek. 
„Cóż tu powiedzieć? — myślał. — Czy kłamać i udawać?” 
— Jakże pan konsyliarz znajduje stan mego zdrowia? — spytała chora, gdy usiadł na krzesełku 
i myślał. 
— Proszę pani... nie będę ukrywał, że to jest stan dość ciężki, ale z tym ludzie żyją, osobliwie 
na wsi. Znam wiele wypadków tego rodzaju. Ja pani przepiszę szczegółową kurację. 
— Ach, będę panu konsyliarzowi wdzięczna do śmierci... szepnęła patrząc w twarz jego 
płomiennym wzrokiem. — Tak pragnę żyć jeszcze, tak pragnę... Dzieci, całe gospodarstwo na 
mojej głowie, a ja tu leżę i leżę. Gdyby mi tak piasku na oczy nasypano, cóż by się stało. 
— Proszę pani, o gospodarstwie trzeba zapomnieć zupełnie. 
— Ach, czyż to można, panie konsyliarzu... Te łotry, chłopy tutejsze! Czy można mieć taką 
służbę, żeby sobie dać radę. Wszystko to złodziej na złodzieju. 
— Dobrze, dobrze. Musi pani zapomnieć, że oni na świecie istnieją. Trzeba leżeć na świeżym 
powietrzu, jeść... 
— Ja tu piłam odwar wygotowany z kory sosnowej. 
— Z czego? 
— Z kory sosnowej. To się suszyło na blasze... 
— Teraz już pani tego nie będzie używała. Trzeba pić koniak i mleko. 
Przez cały czas wykładu o kuracji, jaką stosować należy, w pokojach dworu słychać był 
bieganie, szepty, szczęk talerzy. Wkrótce szlachcic prosił Judyma do stołu. Chorą, za chwilę, 
wobec zbliżającej się nocy, miano przenieść od sypialni. 
Puklerz słoneczny schodził we mgły szerząc w nich krwawe koło. Ciemny opar rozpościerał 
się nad ziemią i wchłaniał słońce, które ociężale zapadało w jego toń głęboką i pełną stokrotnego 
smutku. Do serca wkradał się bolesny zgiełk i trwożliwy żal jakby ta święta, płomienna 
kula już nigdy wstać nie miała z ciemności. Judym doznał żałobnego tchnienia w sa
mej głębi siebie. Nie mógł zrozumieć, co mu jest. Oczy jego przypadkiem zwróciły się na 
chorą. 
Siedziała na swym posłaniu w koszuli, taka biedna, znędzniała, taki ubogi szkielet... Wargi 
jej szeptały słowa modlitwy, dłonie były złożone, ściśnięte, a z oczu kapały łzy ciche. Oczy te 
patrzały daleko, w słońce, które szło w zaświaty, w noc niewiadomą, w drogę wieczną. Judym 
pierwszy raz w życiu swym wsłuchiwał się w ciszę taką, w ciszę polną i leśną. 
Wówczas gdy siedział zadumany, rozdarł to milczenie krzyk przerażający. To stary paw, 
który co noc siadywał na szczycie dworu, wydał ze siebie ten dziki, surowy, żelazny, zardzewiały 
wrzask. Echo jego leciało przez pola utopione w milczeniu, przez mgły, przez lasy otaczające. 
Chora wzdrygnęła się i chuda jej ręka spotkała się z ręką doktora... 
— Jak ja się boję, panie doktorze... 
— Czego, pani? 
— Czegoś takiego... 
— Nic, nic... Niech pani ściśnie mię za rękę. Czegóż się tu bać... 
— Tak nie lubię, kiedy ten stary paw krzyczy. Zdaje mi się, że to nie on, tylko... 
— Ach, któż to widział! 
Zniżyła głowę i, wlepiając ogromne płomienie oczu swych w jego twarz, szeptała: 
— Panie konsyliarzu, niech się pan zlituje i trochę, trochę przedłuży mi jeszcze życia. Ja 
pragnę, muszę jeszcze żyć! Chcę wiedzieć, co będzie z Olesiem! Chcę wiedzieć, co się z nim 
stanie... 
Judym podniósł oczy i zobaczył figurkę ucznia stojącego przy plecionym parkanie. Ten 
chłopiec płakał ukrywszy twarz w dłoniach. 
— To taki jedyny mój syn... On mię tylko jeden kochał... I córki to samo, ale on... Któregoś 
tu dnia nasza kucharka poszła na jarmark, bo to już teraz każdy robi, co mu się żywnie podoba, 
to on wziął, sam zabił, oprawił i upiekł mi kurczę na rożnie. Ale zapomniał osolić... Zjadłam 
calutkie, słowa mu nie mówiłam, że bez soli... Łzami sobie osoliłam te kosteczki. 
Słońce zagasło. Zorza jego była ruda i skąpa, siejąca nie światło, lecz trwogę. 
— Tak żałuję — mówiła chora — że pan Korzecki nie może przyjechać. Obiecał, że nas odwiedzi, 
a już tyle czasu nie był... Kiedy się też znowu zobaczymy... 
— Pan Korzecki — odezwał się Oleś — mówił, że ma nadzieję niedługo zobaczyć się z mamusią... 
Judym zjadł na kolację mnóstwo kurcząt, sałaty ze śmietaną i wieczorem odjechał. 
Milczący furman wiózł go tą samą drogą. 
Było ciemno. Księżyc nie świecił, tylko gdzieniegdzie rozpraszała swój cichy blask gwiazda 
samotna. Czarny las tonął w mroce, we mgle chłodnej, co jak woda lała się przez gałęzie. 
Judym zamknięty był w sobie. W duszy jego budziły się myśli, jak dzieci, które dotąd spały, 
a teraz podnoszą cudowne główki i szczerymi usty wypowiadają co przez serce ich płynie. 
Dziwne myśli... 
Zdawało mu się, że ta chora kobieta, której nic pomóc nie mógł, jest to najbliższa jego 
istota. Były chwile, kiedy mu się widziało, że to on sam leżał na tym posłaniu, wpatrywał się 
w gasnące światło, że jego usta szeptały cichą modlitwę... Sennym, drzemiącym okiem wpatrywał 
się w całe życie tej kobiety, przechodził je wzdłuż ostrymi myślami i widział jak na 
dłoni. 
Bryczka wtoczyła się na polankę. 
Jasna mgła rozlała się tam jakby śniąca woda. Nieruchome szczyty świerków ledwo się 
odbijały na ciemnym tle nieba. Niżej stał mrok leśny, nieprzebity, kamienny. 
Judym wytężył oczy i zaczął szukać białego pniaka, który tu przejeżdżając widział — i oto 
nagle zląkł się aż do gruntu serca. Z dala, z dala nadleciał po rosach krzyk pawia. 
Doktor zamknął oczy, głowę wtulił w ramiona, zgarbił się i drżącymi wargami coś do siebie 
szeptał. 
DAJMONION 
Doktor Judym otrzymał urząd lekarza fabrycznego i zamieszkał w pobliżu kopalni węgla. 
Życie jego weszło w fazę zwyczajnej, poziomej pracy. Korzecki, który blisko o milę drogi 
rezydował, był jedynym jego znajomym. Zjeżdżali się wieczorem od czasu do czasu i trawili 
na rozmowie parę godzin. Było to jednak towarzystwo niezdrowe. Korzecki męczył. Z jego 
pojawieniem się wchodziła do mieszkania trwoga i jakiś bolesny smutek. 
Pewnego popołudnia w sierpniu Judym otrzymał list przez umyślnego człowieka. Była to 
ręką Korzeckiego na jakimś urywku schematów kancelaryjnych skreślona cytata z Platonowej 
Apologii Sokratesa273: 
Objawia się we mnie jakieś od Boga czy od bóstwa pochodzące zjawisko... Zdarza się to ze mną 
począwszy od dzieciństwa. Odzywa się głos jakiś wewnętrzny, który, ilekroć się zjawia, odwodzi mię 
zawsze od tego, cokolwiek w danej chwili zamierzam czynić, sam jednak nie pobudza mię do niczego... 
To, co mnie obecnie spotkało, nie było dziełem przypadku; przeciwnie, widoczną dla mnie jest 
rzeczą, że umrzeć i uwolnić się od trosk życia za lepsze dla mnie sądzono. Dlatego właśnie owo Dajmonion, 
ów głos wieszczy nie stawił mi nigdzie oporu. 
Judym bez szczególnego niepokoju przeczytał te wyrazy. Był przyzwyczajony do dziwactw 
Korzeckiego i sądził, że ma przed sobą jemu tylko właściwą formę zaproszenia do odwiedzin. 
Mimo to żądał koni. 
Ledwie wyjechał za bramę, ujrzał powóz, co koń skoczy, w tumanach kurzu, bocznymi 
drogami pędzący w stronę jego mieszkania. Myślał, że to konie ponoszą... Kazał swemu furmanowi 
stanąć, i czekać. 
Tamten pojazd wypadł na szosę i gnał co pary w koniach. Gdy obok przelatywał jak burza, 
Judymowi udało się spostrzec, że siedzi w nim tylko furman na koźle. Człowiek ten coś krzyczał. 
O jakie ćwierć wiorsty zdołał zatrzymać swe konie i nawrócić. Płaty piany padały z ich pysków, 
powóz okryty był szarą masą pyłu. Furman krzyczał: 
— Pan... inżynier... 
— Kto taki? 
— Pan inżynier! 
— Korzecki? 
— Tak, pan... Korzecki... 
Judym wysiadł ze swego powozu i ruchem instynktownym skoczył w tamten. Kanie poleciały 
znowu jak huragan. Patrząc na ich mokre kadłuby lśniące się w burym kurzu, Judym 
myślał tylko o tym, jak piękną jest taka jazda. Było mu dobrze, miło, pysznie, że to po niego 
mianowicie pędzono z taką furią. Rozparł się, wytężył nogi... 
Zanim zdążył przejść do jakiegokolwiek innego uczucia, powóz stanął przed mieszkaniem. 
Jacyś ludzie rozbiegli się. 
Ktoś przytulił się do ściany na schodach, aby nie tamować drogi. Drzwi były otwarte. 
W drugim pokoju, na sofie, która służyła za łoże gościnne, leżał Korzecki w ubraniu, 
okropną masą krwi do szczętu zwalanym. 
Głowa jego była roztrzaskana. 
Na miejscu lewej części czoła i na całym lewym policzku stała kupa krwi stygnącej. 
Judym rzucił się do tego ciała, ale natychmiast wyczuł, że ma przed sobą zwłoki. Serce nie 
biło. Rozstawione palce jednej ręki były twarde i czarne jakby z żelaza. 
Doktor przymknął drzwi i bezmyślnie usiadł. Huk rozlegał się w jego głowie i trzask kopyt, 
w galopie pędzących po twardych kamieniach. Trzask kopyt, w galopie pędzących po 
twardych kamieniach... 
Oczy szły leniwie z przedmiotu na przedmiot. 
Wszystkie sprzęty były rozwarte i odzież z nich wywalona. Oto nie zamknięta szufladka 
stołu. Leżał tam wielki atlas anatomiczny. Rozłożony był na karcie z wizerunkiem głowy. 
Od tyłu czaszki ku przodowi szła grubo naprowadzona czerwonym ołówkiem kresa w kierunku 
lewego oka. Tuż przy niej były kilkakroć wypisane jakieś cyfry i literki. 
Judym odrzucił ten atlas i usiadł w kącie. Był tam rodzaj niszy między dwiema szafami. 
Tyle razy widział już śmierć, tyle razy badał ją jak zjawisko. Dziś pierwszy raz w życiu 
spostrzegał niby to rysunek jej istoty. I oddawał jej pokłon głęboki. Linia czerwona ze strzałką 
u końca swego zdawała się zbliżać, i rzecz dziwna, przypominała tę wskazówkę na wodzie 
zawaliska widzianą tamtej nocy. Drżenie tajemnicze przejmowało go w najgłębszej komorze 
serca, jakby miał usłyszeć bicie okrutnej godziny. 
Gdy tak siedział zatopiony w sobie, drzwi się cicho otwarły i ktoś wszedł. 
Był to wysoki blondyn. Miał duże, jasnoniebieskie oczy. Judym go poznał. 
Człowiek ten wszedł szybko do izby, gdzie leżał umarły. Nie dostrzegł wcale Judyma. 
Oczy jego skierowały się na bezduszne ciało z jakimś dziecięcym zdumieniem. Wylękłe 
usta coś szepnęły. Schylił się nad zwłokami, podłożył delikatnie i ostrożnie ręce swoje z dwu 
stron pod głowę nieżywą, unosił ją do góry, jakby pragnął ocucić śpiącego. 
Z kolei wziął w swoje dłonie rękę lewą. 
Usiłował rozprostować pięść zaciśniętą, zgiąć palce. A gdy nie poddawały się zmartwiałe 
członki, chuchał na te bolesne stawy i rozgrzewał je wargami. Zdziecinniałymi w bólu ruchy 
poprawiał włosy zmarłego, zapinał guziki jego surduta... Dopiero po długiej chwili zatrzymał 
się i stanął nieruchomy. 
Trwożliwą ręką otarł swe czoło... 
Judym widział głębinę jego duszy, która wtedy ujrzała istotę śmierci. 
Nieznajomy przychodzień usiadł obok nóg Korzeckiego i patrzał nań szerokimi oczyma. 
Piersi jego wznosiły się z jękiem urwanym i rzężącym, jakby z nich miał wybuchnąć 
krwotok. Skrzywione usta ciskały jakieś krótkie, urwane słowa... 
ROZDARTA SOSNA 
Rano przed ósmą Judym zdążał piechotą na dworzec kolejowy. Był to jeden z pierwszych 
dni września. Jeszcze słońce pieściło się z ziemią i posępne, czarne domy obłóczyły na się 
szaty jego świetliste. 
Poprzedniego dnia Judym otrzymał kartkę od Joasi z zawiadomieniem o jej przyjeździe. 
Razem z babką i panną Wandą dążyła do Drezna, gdzie miały się spotkać z Karbowskimi. 
Babka chciała spędzić dwa dni w Częstochowie. Ona, panna Joasia, jeden dzień miała poświęcić 
na odwiedzenie kuzynki mieszkającej w pewnej miejscowości Zagłębia. Donosiła, że 
wysiadłszy na dworcu, pragnie zobaczyć twarz kuzynki, że chciałaby spędzić ten cały dzień 
„kochany” na zwiedzaniu fabryk i rzeczy godnych widzenia. 
Podkreśliła także grubymi liniami sentencję, gdzie wyrażona była decyzja nieodwiedzania 
nikogo. Judym czytając te wyrazy doświadczał wrażenia, że litery krwią spływają i kurczą się 
z bólu... Szedł na dworzec myśląc właściwie tylko o tym, co zawierało się w tym życzeniu. 
Świst lokomotywy na stacji ściskał mu serca. 
— Ach, gdyby to nie dziś, gdyby tylko nie dziś... Żeby się to chociaż już było zdarzyło... — 
szeptały jego blade wargi. 
Na dworcu spotkał już kilka osób, które go uchyleniem kapelusza witały. To jeszcze bardziej 
odbierało mu pewność siebie. 
W dali rozległ się sygnał zwiastujący pociąg i wkrótce, jak barwne dzwona węża, długie 
ciało zaczęło się przeginać w zwrotnicach. W jednym z okien doktor zobaczył Joasię. Była 
ubrana w skromny kapelusik podróżny. Miała szarą suknię. Gdy szła ze schodków wagonu 
cudna jak uśmiech szczęśliwy, jakoś dziwnie urocza, rozpiękniona, Judym doświadczał 
śmiertelnych dreszczów. Zdawało mu się, że u jej stóp, u jej nóg najdroższych umrze z boleści... 
Przez chwilę nie mogli przyjść do słowa. Nawet uściśnięcie rąk wydało się im czymś 
dziwnym, a wzajemna obecność i możność rozmowy bez świadków, gdy szli ulicą poza obrębem 
dworca, zdumiewającą niespodzianką. Judym czuł na prawej dłoni rozkosz dotknięcia 
śliskiej, delikatnej, ogrzanej rękawiczki. Jak drogi skarb, nieznacznie przycisnął tę rękę swą 
do piersi, niby dla wyprostowania klapy surduta, i powierzył ten uścisk sercu, w którym wiła 
się zamknięta żmija. Szli szeroką ulicą, po bruku uwalanym w błocie, mówiąc o rzeczach 
obojętnych. Panna Joasia zmuszona była dbać o swą suknię. 
Kiedy niekiedy podnosiła oczy pełne blasku i wówczas odrobina żalu za tak sztywne przyjęcie 
ukazywała się na jej czystej twarzy: 
Judym dostrzegł i to także. 
— Będzie pan łaskaw pokazać mi fabryki tutejsze? — spytała z odrobiną zalotności. 
— Z wielką chęcią... Właśnie idziemy... 
Gdy nie protestował przeciwko tytułowi „pan” i gdy natychmiast zgodził się na to zwiedzanie 
fabryk, lekka mgła bladości przebiegła po jej twarzy. 
Weszli w podwórze fabryczne. 
Otoczyła ich puszcza machin i warsztatów. 
Tu hale otwarte, w których wiły się złote węże drutu, gdzie indziej zionęły ogniem jamy 
pieców martenowskich, dalej jęczały młoty parowe bijące w belki białej stali. 
Kupy węgla, szmelcu, stosy szyn, „gęsi” — zagradzały im drogę. Judym miał już wyrobione 
pozwolenie zwiedzenia wszystkich robót, a nawet delegowanego specjalistę technika, który 
miał go, wraz z „kuzynką”, oprowadzić. Technik nawinął się wkrótce, bardziej zapewne 
usposobiony do oprowadzania „kuzynki”, choćby też w towarzystwie lekarza, niż do ślęczenia 
nad jakimś rysunkiem w kantorze. 
Poszli tedy we troje. Technik był człowiekiem młodym o wykwintnych manierach. Powierzchowność 
„kuzynki” sprawiała mu widoczną dystrakcję274 w układaniu zdań, objaśniających 
procent żelaza w rudzie miejscowej i rozmaitych gatunkach sprowadzanej. Weszli po 
schodach na wielki piec. 
Widzieli kaskadę ochładzającą mur rozpalony, trąbę, która prowadzi do jego wnętrza upalne 
powietrze i która zdaje się oddychać jak aorta. 
Joasia nie mogła się dosyć napatrzeć cienkiej smudze szlaki tryskającej jak krew z górnego 
otworu. Właśnie przy nich przebito piec i ognista rzeka wylała się na ziemię. Cudne iskry 
strzelały z tego złotego strumienia. Fale jego posłusznie płynęły do łożysk swoich, które im 
długimi drągami otwierali czarni ludzie w siatkach na twarzy. Łuna stała jeszcze nad tą sadzawką 
ognistą, gdy ją opuścić musieli dążąc gdzie indziej. 
Wprowadzono ich do sali maszyn pompujących gorący wicher. Olbrzymie koła o kilkunastu 
metrach średnicy, do połowy zanurzone w ziemię, toczyły się w swych miejscach bez 
szelestu, w jakimś milczeniu i chwale. W cylindrach, błyszczących jak lustra, coś nieustannie 
cmokało jakby wielka gęba niechlujnego potwora chłeptała napój. Z innego miejsca wyrywał 
się dźwięk nie istniejący. 
Był to krótki, urywany śmiech szatana. Serce Joasi było strwożone. Czuła, że ten głos do 
niej się stosuje, że radosne marzenia o szczęściu, jej cichą miłość zobaczył. Spojrzała na Judyma 
szukając w jego oczach zaprzeczenia, ale ta twarz droga była martwa... 
Obejrzeli piece martenowskie, które wytwarzają stal odlewaną w kubłach na belki. Te 
„kolby” wędrują stamtąd do walcowni, gdzie znowu w czeluść pieca wrzucone zostaną i do 
białości się rozpalą. 
W wielkich halach wyłożonych żelaznymi płytami wszystkie wrota stały otworem. 
Przeciągi rwały wzdłuż i w poprzek, ochładzając czoła, plecy i ręce, które pali białe żelazo. 
Nie istnieją tam płuca chore, nie ma nerwów. Kto chory, ten umiera. 
Jak ognista kula, pędzi na ręcznym wózku przez halę biała belka. Nie widać ludzi, którzy 
ją dźwigają. Pada na ruszt, który się z posadzki wydobywa. Jest on jak plecy o kilkunastu metrach 
długości, wyginające się zupełnie wzorem kręgosłupa i niby z kręgów złożone z kół wydłużonych. 
Czterej olbrzymi czarni ludzie z jednej i czterej z drugiej strony walców, w siatkach na 
twarzy, dzierżąc w ręku długie obcęgi, ujmują belkę w swą władzę. Pchną ją mocno między 
szeroko rozdziawione walce dolne. Jak bryła masła stal się między nie wślizguje. Po tamtej 
stronie czeka na nią ruszt, który się z ziemi wysunął. Czyny ludzi są płynne, rytmiczne, prawie 
jak taniec. 
Gdy biała płyta zgnieciona i wygięta, niby podpłomyk, zjawia się przed nimi, ujmą ją wraz 
długimi rękoma swymi i popchną między cylindry górne. 
Wypływa po drugiej stronie dwa razy cieńsza, gdzie czterej na nią czatują. Przystąpią pewnymi 
ruchy, jak machiny z żelaza, raz — dwa — trzy — cztery. 
Wyciągną długie ręce zbrojne w żelazo, uderzą ją i odepchną. Zanurzą w wodzie szczypce 
rozpalone. 
Pochwycą inne i jak żołnierze czekają. 
Wstęga białej blachy coraz dłuższa, coraz dłuższa, niby pływająca smuga ognia, ukazuje 
się to w górze, to na dole; to tu, to tam. Pływa w powietrzu... Zdaje się uciekać z pośpiechem, 
jak gad bajeczny ścigany przez złośliwe dzieci. Chowa się w szczeliny i męczy. 
Ruszty szczękają i drżą. To się dźwigną do wysokości poziomu szczeliny między górnymi 
walcami, to się do najniższej zsuwają. 
Wysoko w milczeniu stoi nieruchomy człowiek obracający korbę, która ściska walce. 
Tuż obok latają po ziemi węże stalowe. 
Biały ucinek sztaby płonącej, wprowadzony w ciasny otwór, wybiega co chwila w przestrzeń, 
zmierzając do coraz węższych kryjówek. Tam stoją młodzi ludzie z krótkimi szczypcami, 
którzy chwytają pysk węża, gdy się wysuwa i niosą go swobodnie na salę. Dopiero gdy 
ogon stukać zacznie po ziemi, kierują go do innej szczeliny. Drut pędzi z szaloną szybkością. 
Ogon, ginąc w otworze, trzepie się na prawo i lewo jak żywy... 
Ogłuszający huk... 
Belka stalowa spada na kowadło. 
Nieruchomy młot parowy zlatuje na nią jak piorun, razem prostym niby uderzenie pięści. 
Zgnieciona kolba przybiera formę płaskiego kręgu. Wtedy w środek jego stawiają przyrząd, 
który ma wybić otwór, doskonale okrągły. Młot spada raz za razem ze wściekłą siłą. Dzwoni 
potężnym jękiem, który odbija się w halach, w powietrzu, w ziemi... Z hukiem rozlega się lwi 
ryk żelaza... Stęka w nim gniew kopalni zwyciężonej przez silne ramię człowiecze. Krąg z 
wybitym otworem jest kołem lokomotywy. Jako kupa żółtej gliny z głębin wydobytej, ma 
teraz wzdłuż i w poprzek ziemi, do najdalszych zakątków, nosić szczęście i rozpacz, przemoc 
i braterstwo, cnoty i zbrodnie. 
Nim stanie na szynach, walczy z ujarzmicielem. Wyżera mu oczy, a twarz zalewa potem; 
płomieniami, którym je poddał, napełnia jego płuca i serce, na ostre przeciągi wystawione. 
Szarpie mu nerwy w tej samej minucie, gdy młot parowy szarpie i rozbija jego cząsteczki... 
Zdjęte z kowadła umieszczono na zakrzywionych widłach i w bok wysunięto. Przyszło doń 
dwu ludzi: jeden z ostrym młotkiem w rodzaju ciupagi tatrzańskiej, drugi z młotem na długim 
toporzysku. Ostrze siekierki przystawiono do wystającego brzegu koła i młot spadać zaczął na 
jej obuch. Ani jeden cios nie chybił. Słychać było suchy szczęk żelaza o żelazo... Joasia doznała 
wrażenia, że to jest śpiew. Po wielkim huku organów w jakiejś katedrze daje się słyszeć 
śpiew, śpiew z tłumu, bojaźliwy, strwożony... Stygnące koło poszło dalej w swą drogę. 
Judym nachylił się do swej towarzyszki i zapytał: 
— Czy widzi pani dobrze pracę tych ludzi? 
— Widzę... — rzekła głosem zdumionym. 
— Tak, tak... niech się pani dobrze im przyjrzy. 
Nie mówili nic więcej ani w halach, ani na ogromnych dziedzińcach zawalonych istnymi 
górami miału, gruzów, piasku. Wiatr porywał i nosił z miejsca na miejsce pyły i dziwne jakieś 
rdze lotne. 
Gdy pożegnali uprzejmego mentora, minęli wrota fabryki i gdy jej mury daleko zostały, 
szli za miasto. Było już blisko południe. 
Domy obok drogi i jej kanałów zarażonych zjadliwymi wyciekami fabryk były coraz 
mniejsze, coraz bardziej nędzne. Na końcu miasta wzdłuż drogi ciągnęły się budy, resztki 
chałup wiejskich, imitujące domy miastowe. Grunt tam był bagnisty. Dookoła stały zamokłe 
pastwiska, na których czarnym dnie ropiała zohydzona woda. Nieco wyżej ciągnęły się glinianki 
napełnione wodą deszczową. 
Gdzieniegdzie sterczała jeszcze sosna po wyciętym lesie. Judym wchodził z Joasią na podwórza 
domostw śmierdzących, otwierał drzwi nieproszony i oczami wskazywał jej ludzi. 
Były tam dzieci robotników z cynkowni. Wynaturzone okazy gatunku ludzkiego, przedwcześni 
starcy z obliczami trupów i wzrokiem, który woła o pomstę do nieba. Spoglądały na nich 
babska paskudne i złe, twarze chorych, którzy może sądzili, że to śmierć nareszcie drzwi 
uchyliła... 
Szli tak od domu do domu... 
Zanim stamtąd zdołali się wydostać, Judym spytał nie podnosząc oczu: 
— Gdzie zamieszkamy? 
Długo nie odpowiadała. Oczy jej tylko jaśniały. 
— Czy tu? — szeptał rysując coś na piasku. 
— Gdzie zechcesz... 
— Ale czy chciałabyś tutaj? 
— Tak. 
— Dlaczego tutaj? 
— Chciałabym pomagać ci w pracy. 
— Mnie... w pracy... 
— Myślisz teraz: — „Co mnie i tobie niewiasto...” 
Judym spojrzał na nią straszliwymi oczami i rzekł cichym sennym głosem: 
— Skądże ty te wyrazy... 
— Założymy szpital, jak w Cisach. Och, mój Boże! Będzie to coś zupełnie innego. Ja będę 
twoją felczerką... 
— Dobrze... Ale czy potrafisz dom prowadzić?... Dom? 
— Ho! ho! Nie traciłam czasu na darmo. Wstawałam co dzień; w ciągu całego czasu, rano i 
szłam do gospodyni uczyć się gotować, prać, prasować, smażyć... 
— Konfitury... 
— Ale jakie! Żeby mój pan wiedział, jakie... 
— Czy tak? 
— A właśnie, że tak. Ułożyłam już wszystko, od a do z, jak to będzie w naszym domu. 
— W domu... 
— W naszym własnym domu... Nie myśl, że chcę dużego mieszkania albo mebli. Och, 
wcale! Brzydzę się meblami, politurą, lakierem. Firanki, dywany, jakież to wszystko brzydkie! 
Poczekaj, ja ci powiem... 
— Joasiu... 
— Poczekaj... Będziemy wszystko albo prawie wszystko, co inni obracają na zbytek, oddawali 
dla dobra tych ludzi. Ty nie wiesz, ile szczęścia... Z tej resztki, którą dasz swej żonie, z 
tej najostatniejszej, zobaczysz, co ona zrobi. 
— Cóż ona zrobi? 
— Ani się obejrzysz, kiedy nasze mieszkanie pełne będzie sprzętów prostych jak u najuboższych 
ludzi, ale za to pięknych jak u nikogo. My tu stworzymy źródło poczucia piękna, nowego 
piękna, sztuki jeszcze nie znanej, która obok nas śpi jak zaczarowana królewna. Będą to 
stołki sosnowe, ławy, stoły. Będą je okrywały proste kilimy. 
— Tak, tak... 
— Chodnik do sieni, utkany w chłopskim warsztacie ze skrawków niepotrzebnej materii, 
jest tak samo miły jak perski dywan. Ściany wyłożone drzewem świerkowym są cudnie piękne... 
— Masz rację!... — rzekł Judym patrząc w jej twarz pełną szczęścia szeroko rozwartymi 
oczyma — to jest tak, niewątpliwie. Tak i ja myślałem. Człowiek tak samo przywiązuje się, 
musi się przywiązać do prostego kilimka jak do gobelinu, do zydla jak do otomany, do światłodruku 
wystrzyżonego z czasopisma jak do cennego obrazu. 
— Wszystko to pokochamy, to będzie nasze, w krwawym trudzie zdobyte, bez krzywdy niczyjej. 
Gdzież tam! Za każdą rzeczą będą szły przyjazne spojrzenia tych, co z miłością dla 
ciebie będą próg nasz opuszczali. Wszystkich ludzi, których ty uzdrowisz, dobry lekarzu... 
Dobry lekarzu... 
Boski szept uwielbienia płynął z jej ust. 
— Istotnie, jak ty wiesz wszystko, jak ty wszystko widzisz dokładnie! Wszystko to pokocham, 
bo będzie pochodziło od ciebie, z rąk twoich czystych. Te przedmioty staną się częścią 
mojej osoby, tak jak ręka, noga, może jak sama głowa, jak samo serce. I gdyby przyszło to 
wszystko porzucić, odtrącić jednym zamachem... 
— Gdy przyjdzie gość albo pacjent, sam się zadziwi, że ludzie żyją szczęśliwie, a tak inaczej. 
Proste, czyste sprzęty, polne kwiaty w glinianym wazonie... Po cóż nam zimny blask 
wyrobów fabrycznych? Po co stroje, powozy? Nigdy nie czułam większej rozkoszy, jak kiedy 
ojciec mój zabierał mię na wózek bez resorów i wiózł do lasu po drodze pełnej wystających 
korzeni drzew, przeciętej wyrwami. Żaden resor nie potrafił uginać się tak doskonale jak dębowa 
„literka”275 wystrugana przez cieślę. Ach, ja już tak dawno straciłam gniazdo rodzinne! 
Prawie nigdy go nie miałam. W piątej klasie byłam zaledwie, gdy mię ojciec odumarł! Mamy 
prawie nie pamiętam... Każda istota ma swe ognisko, swój dach. Mały skowronek — i ten... 
Gdy pomyślę, że teraz moje życie tułacze ma się już skończyć... 
— A cóż się stanie z tymi chałupami, cośmy je widzieli przed chwilą? — zapytał Judym głosem 
pełnym jakiegoś jąkania się i zgrzytu. 
Stanęła na drodze i ze zdumieniem czekała. Patrzył na nią to prawda, ale jej nie widział. 
Oczy jego były jakby zezowate i zbielałe. 
— Cóż zrobimy z nimi? — pytał się stojąc na tym samym miejscu. 
— Z kim? 
— Z nimi! Z tymi z budów! 
— Nie rozumiem... 
— Ja muszę rozwalić te śmierdzące nory. Nie będę patrzał, jak żyją i umierają ci od cynku. 
Polne kwiaty w doniczce, tu tak... To dobrze... Ale czy można? 
Wzięła go za rękę, gdyż pewne przeczucie wolno jak zimna stal wpychało się w jej serce. 
Wyrwał rękę i mówił szorstkim, obrażającym głosem, patrząc przed siebie: 
— Muszę ci wszystko powiedzieć, chociaż to dla mnie gorsze od śmierci. Doprawdy, doprawdy 
wolałbym umrzeć, jak Korzecki... 
— Korzecki? 
— Gdybym to mógł słowem nazwać! Ja tak cię kocham! Nigdy nie myślałem, że może się z 
człowiekiem stać coś takiego... Twoje uśmiechy, które odsłaniają serce, jakby zdejmowały z 
niego zasłonę. Twoje czarne, puszyste włosy... Budzę się w nocy i, już nie śpiąc, widzę cię, 
czuję cię na sercu moim. Minie długa, święta chwila i dopiero wiem, że nie ma nikogo... A 
odkąd tu przybyłem i zacząłem patrzeć, coś we mnie rozdmuchuje ogień. Pali się we mnie! 
Nie wiem, co to płonie, nie wiem, co trawi ten pożar... 
— Mój Boże... 
— Widzisz, dziecko... 
— Mój Boże, jaką ty masz twarz!... 
— Widzisz... Ja jestem z motłochu, z ostatniej hołoty. Ty nie możesz mieć wyobrażenia, jaki 
jest motłoch. Nie możesz nawet objąć tego dalekim przeczuciem, co leży w jego sercu. 
Jesteś z innej kasty... Kto sam z tego pochodzi, kto przeżył wszystko, wie wszystko... Tu ludzie 
w trzydziestym roku życia umierają, bo już są starcami. Dzieci ich — to idioci. 
— Ale cóż to ma do nas? 
— Przecie to ja jestem za to wszystko odpowiedzialny! Ja jestem! 
— Ty... odpowiedzialny? 
— Tak! Jestem odpowiedzialny przed moim duchem, który we mnie wola: „nie pozwalam!” 
Jeżeli tego nie zrobię ja, lekarz, to któż to uczyni? Tego nikt... 
— Tylko ty jeden? 
— Otrzymałem wszystko, co potrzeba... Muszę to oddać, com wziął. Ten dług przeklęty.... 
Nie mogę mieć ani ojca, ani matki, ani żony, ani jednej rzeczy, którą bym przycisnął do serca 
z miłością, dopóki z oblicza ziemi nie znikną te podłe zmory. Muszę wyrzec się szczęścia. 
Muszę być sam jeden. Żeby obok mnie nikt nie był, nikt mnie nie trzymał! 
Joasia stanęła w miejscu. Powieki jej były spuszczone, twarz martwa. Nozdrza chwytały 
powietrze. Z ust padło krótkie słowo: 
— Ja cię nie wstrzymam... 
Były to wyrazy ciche i oblane krwią wstydu. Zdawało się, że z żył, gdy to mówiła, krew 
rozpalona wytryśnie. 
Judym odrzekł: 
— Ty mię nie wstrzymasz, ale ja sam nie będę mógł odejść. Zakiełkuje we mnie przyschłe 
nasienie dorobkiewicza. Ja siebie znam. A zresztą... nie ma już co mówić... 
Wzdrygnęła się, jakby ją to słowo w tył pchnęło. Szli obok siebie w milczeniu, daleko, daleko... 
Ciągnęły obok nich furmanki z rudą galmanu276, przeróżne bryki, powozy... Szło dużo ludzi... 
Nie widzieli tego wszystkiego. Gościniec zaprowadził ich do lasu. Tam usiedli pod 
drzewem. 
Joasia uczuła, że ramię Judyma wsparło się o jej ramię, widziała jego głowę zwieszoną na 
piersi. Nie była w stanie poruszyć ręką. Siedziała, jakby w twardy sen pogrążona, kiedy wypijamy 
morza boleści, nie mając siły wydać jednego westchnienia. 
W pewnej chwili Judym usłyszał jej płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga. 
Nie dźwignął głowy. 
O jakiejś godzinie usłyszał jej głos cichy, z głębi łez: 
— Szczęść ci Boże. 
Nie mógł odpowiedzieć sam za siebie, ale jakiś głos obcy, tak jakby Dajmonion, o którym 
pisał przed śmiercią Korzecki, wymówił z głębi jego serca: 
— Daj Panie Boże. 
Joasia wstała. 
Przez chwilę widział spod bezwładnych, ciężkich, obwisłych powiek jej twarz bolesną. 
Była jak maska pośmiertna z gipsu. 
Za chwilę stracił ją z oczu. 
Odeszła szosą w stronę miasta, w stronę dworca kolei... 
Siedział tam długo. Kiedy znowu rzucił oczyma na drogę, nie było już widać nikogo. Wiatr 
tylko porywał z niej kurz wapienny, miotał go w górę jak plewy. Kurz wapienny, naśmiewający 
się... 
Judym uciekł. 
Szedł brzegiem lasu, później środkiem pastwisk błotnistych. Gdzieś błądził. Nad wieczorem 
ujrzał przed sobą w polu szkielet zabudowań kopalni. 
Straszna nienawiść do tego widoku i wyniosła wzgarda, jak pysk w kły uzbrojony, otwarła 
się w jego piersiach. Szedł dalej. Stanął nad brzegiem szerokiej wody, płytko rozlanej. W niskich, 
nędznych, zżółkłych trawach kisł ten czarny zalew śmierci. który nad otchłanią kopalni 
chwieje się lichymi falami. Ciemna woda zdawała się marzyć, zdawała się czekać, kiedy runie 
w głębinę wydrążoną, kiedy napełni puste lochy, kuszące próżnie, które ją ciągną, ssą, wzywają. 
Judym ją poznał. To ona! Widział ją w nocy. Tej nocy... Szukał na falach świetlistego znaku, 
długiej ruchomej wskazówki, która przeszywa jak doborowa stal damasceńska. I uczuł w 
sobie ostrze. 
Daleko, daleko za lasami łkał świst pociągu, niby słowo tajemnicze zawierające sens życia. 
Tuż obok stóp Judyma było szerokie, suche zawalisko, otwór w postaci leja zwróconego 
wierzchołkiem na dół. W głębi ziemi pod nim były niegdyś galerie kopalni. Warstwy skał 
piaskowca i łupku gliniastego, wskutek „wyrabowania”277 budynku podtrzymującego piętro, 
zarwały się od własnego ciężaru i, spadając, odłamami swymi napełniły puste przestrzenie 
pokładów węgla. Gleba zewnętrzna zsunęła się w przepaść wraz z murawą, krzewami i utworzyła 
dół głębokości dwudziestu metrów. 
W miejscu rozdarcia widać było pręgi piachu siwe i jasnożółte. Naokół stały karłowate, 
nędzne sosny. 
Jedna z nich rosła na samym brzegu zawaliska. Oberwana ziemia ściągnęła w głębinę prawy 
jej korzeń, a lewy został na twardym gruncie. Tak ją dzieje kopalni rozdarły na dwoje. 
Pień jej stał jedną połową swoją w górze, a drugą szedł wraz z zawaliskiem, niby istota ludzka, 
którą na pal wbito. Tamten, z bryłami ziemi w dół ściągnięty, prężył się jak członki na 
torturach. Wszczepione w glebę pazury górne trzymały się z całej siły. 
Judym zsunął się w zawalisko, żeby go nikt nie widział. Rzucił się na wznak. Pod sobą w 
głębi ziemi słyszał od czasu do czasu huk wystrzałów dynamitu i prochu. W górze widział 
obłoki sunące po niebie lazurowym. 
Obłoki jasne, święte, zaczerwienione obłoki... 
Tuż nad jego głową stała sosna rozdarta. 
Widział z głębi swojego dołu jej pień rozszarpany, którą ociekał krwawymi kroplami żywicy. 
Patrzał w to rozdarcie długo, bez przerwy. 
Widział każde włókno, każde ścięgno kory rozerwane, i cierpiące. Słyszał dokoła siebie 
płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga. 
Nie wiedział tylko, kto płacze... 
Czy Joasia? — Czy grobowe lochy kopalni płaczą? 
Czy sosna rozdarta? 
Zakopane. Jesień 1899 r. 
KONIEC