Gabriela Zapolska 
Kaśka Kariatyda 
I choćby z krzykiem rwał włosy na głowie, 
Nikt się — co robi, jak żyje — nie spyta. 
Choćby padł trupem, nikt słówka nie powie. 
Wolny najmita! 
Maria Konopnicka 
„Stajała przed bramu i buła piskate!...” — kończyła pani domu, spoglądając z niechęcią na książkę 
służbową. 
— Nieszczególna rekomendacja — dodała po chwili, zamykając książeczkę, i usiadła na wyplatanym 
krześle, jedynym możliwym meblu z rozlicznych sprzętów, przepełniających ciasną i ciemną 
kuchenkę. 
Była to niska, młoda jeszcze kobieta, rozlana w swym niebieskim szlafroku, z głową zgniecioną, 
płaską, pokrytą włosami żółtymi. W ciemnej przestrzeni kuchennej jaśniały te włosy światłem matowym, 
łącząc się dość harmonijnie z żółtawą cerą twarzy i oczami barwy niepewnej. Uszy tłuste, 
leniwe, niezdrowe, obciągnięte ku szyi ciężarem lawowych2 czarnych kolczyków, i usta wąskie, 
blade ukrywały równie blade dziąsła i świadczyły dostatecznie o niedokrewności tej masy ciała, 
rozrastającej się wśród wilgotnych ścian szczupłego mieszkania. Całe bezczynne życie żon urzędników 
płynęło leniwą falą pod tą skórą zżółkłą, przeźroczystą i delikatną jak gaza jedwabna. Tylko 
usta zaciśnięte, prawie zsiniałe od wilgoci spadającej z murów, tylko ręce płaskie o pełnych dłoniach 
i oczy niewielkie, ciężkimi przysłonione powiekami, miały jakieś drganie, zdradzały ukrytą 
namiętność pantery — właściwą kobietom anemicznym, których życie wbrew higienicznym przepisom 
upływa wśród atmosfery sąsiadującej z kuchnią sypialni. 
— Nazywasz się?... — pytała dalej pani domu, a głos jej leniwy, tłusty rozlewał się wśród cienia, 
jak ona sama, i drgał długo wśród fal powietrznych, przeciągając się bez końca. 
Stojąca przy drzwiach dziewczyna podniosła głowę. 
— Nazywam się Kaśka Olejarek — odpowiedziała lękliwie, a głowa jej opadła natychmiast na 
piersi. 
— Masz rodziców? — ciągnęła dalej indagację pani domu. 
Po twarzy Kaśki przemknęło coś na kształt smutku... Nie odpowiedziała wcale. 
Woźny z kantoru, mały, niepokaźny człowiek, ubrany w szary surdut beżowy, uznał za stosowne 
wmięszać się do rozmowy. 
— To jest sierota, proszę wielmożnej pani... Nie ma nikogo... Niedawno przyszła do miasta... 
Była tylko w jednym obowiązku, u państwa Lewi... 
— U Żydów! — przerwała pani, a usta jej wykrzywiły się z pogardą. 
Nastała chwila milczenia. Woźny umilkł przygnieciony antysemickim usposobieniem pani, a 
Kaśka nie dodała nic na swoje usprawiedliwienie, tylko jeszcze więcej pochyliła głowę. 
W umyśle jej przesuwało się tysiące przykrych myśli, Odprawiona wczoraj nagle, prawie bez 
powodu od Pinkusa Lewi, znalazła się na bruku, mając zaledwie dwa złote w kieszeni. Nocleg 
znalazła u swej przyjaciółki, Rózi, posługującej w mleczarni, ale nadużywać gościnności tej nie 
mogła. 
Rózia żyła „na wiarę” z czeladnikiem krawieckim. Para ta miała tylko jedną izdebkę, a obecność 
mężczyzny żenowała Kaśkę. Budziły się w niej nieokreślone pragnienia, a dziwny przestrach ściskał 
jej serce... Nie! ona tam stanowczo więcej nocować nie mogła. Cóż pocznie, jeśli ta pani nie 
zechce przyjąć jej natychmiast? W tej chwili ciemna i smutna kuchenka przedstawiała się w oczach 
dziewczyny jak port bezpieczny i cichy, a brudny sufit zdawał się być pożądanym dachem, pod 
którym pragnęłaby złożyć swą głowę. 
— Jesteś jeszcze bardzo młoda — rzekła pani, rozbierając wzrokiem sformowane kształty dziewczyny. 
— Mam lat dwadzieścia — odpowiada Kaśka, a jej ręce spracowane i czerwone zaciskają się ruchem 
nerwowym pod fałdami szarej, zniszczonej chustki. 
— Przysuń się bliżej, pragnę cię zobaczyć — mówi pani, podnosząc się z krzesła. 
Kaśka stoi nieruchoma, z plecami przyciśniętymi do ściany. 
Następuje interwencja woźnego. 
— Idź, głupia, kiedy cię wielmożna pani woła. 
Kaśka postępuje kilka kroków i staje na środku kuchni w wąskiej strudze światła, którą wlewa 
ukośne okienko, wciśnięte w długą framugę. 
Olbrzymia postać dziewczyny rysuje się w tej jasności, potęgując się jeszcze w porównaniu do 
innych, niknących w cieniu przedmiotów. Duża, silna głowa, złączona z kością pacierzową szerokim 
karkiem, pokryta ciemnym włosem i naprzód pochylona, ma w swym kształcie coś posągowego, 
pewne podobieństwo do tych starożytnych niewolnic, przeznaczonych do noszenia na głowie 
ciężkich, winem napełnionych amfor. Czoło niskie, gładkie, przecięte ciemnymi liniami brwi, nos 
prosty, nieruchomy, trochę w nozdrzach zgrubiały, usta świeże, zęby zdrowe, równe, podbródek 
okrągły — wszystko to, rozjaśnione wielkimi piwnymi źrenicami, tworzy całość miłą i pociągającą. 
Na tej kształtnej twarzy, sczerniałej od wichru i gorąca, widnieje dobroć nieograniczona, wiara w 
drugich i słodycz bezmierna. Olbrzymie, wypełnione ciałem ramiona, kształtne, choć zbyt silne 
zakreślenie gorsu, szerokie, ciężkie kończyny tworzą z tej dziewczyny typ zwierzęcia roboczego, 
przeznaczonego do dźwigania ciężarów i tak zwanej „grubej” roboty. Jest to wspaniałe, zdrowe 
ciało, o pospolitych, śmiałych konturach, materiał na matkę licznego rodu, który odznaczałby się 
niewątpliwie nadzwyczajnym zdrowiem, wzrostem olbrzymim i siłą zwierzęcą. Mimo tej męskiej 
prawie wysokości i pleców rosłego mężczyzny Kaśka jest kobietą w całym tego słowa znaczeniu. 
Zwykle zbyt silne, wybujałe kobiety zatracają 
w sobie powaby niewieście i obnoszą swe niekształtne 
formy mięszańców z niezgrabnąśmiałością urlopowanych żołnierzy. U Kaśki, przeciwnie, 
cały wdzięk kobiecy pozostał pomimo nadzwyczajnego rozrośnięcia się kości, a ciało jędrne, 
młode, pełne świeżości dziewiczej, pokrywało szkielet i wypełniało go dokładnie. Jest to klasycznie 
zbudowana kobieta z gminu, gruba w pasie, na szerokich stopach — mimo to pełna wdzięku i 
łagodnej nieśmiałości. Głos, wychodzący z tych szerokich piersi, jest harmonijny, dźwięczny i cokolwiek 
drżący. Jest to raczej głos drobnej, szczupłej blondynki, zabłąkany w piersi tej wysokiej, 
tęgiej, ciemnookiej kobiety. 
Pani domu przypatruje się 
z zadowoleniem olbrzymiej dziewczynie, zasłaniającej plecami 
ćwierć kuchennej przestrzeni. Jakkolwiek świadectwo pana Pinkusa Lewi mówi wyraźnie, że „stajała 
przed bramu i buła piskate”, panie nie chce wierzyć „Żydom” i przyjmuje Kaśkę do służby. 
Taka tęga dziewka! Sama będzie nosić wodę, nie potrzeba więc płacić posługaczki... I skąpstwo 
polskiej gospodyni przemaga trwogę przez „piskowaniem” Kaśki. A zresztą — czyż podobna, aby ta 
dziewczyna, tak cicha, pokorna, pomimo swych olbrzymich kształtów pełna wdzięku łagodnego, 
mogła mieć wadę zuchwalstwa? 
I ku ogólnej radości obwieszcza pani monotonnym swym głosem, że przyjmuje Kaśkę do służby. 
Potem poucza nową sługę o froterowaniu podłogi, noszeniu wody i węgli, praniu, prasowaniu i 
wszystkich obowiązkach, jakie spaść mają na plecy dziewczyny. 
Kaśka stoi nieruchoma, z okiem utkwionym w brudną podłogę kuchni. Wie tylko, że ma gdzie 
zasnąć i przenieść swój ubogi kuferek. Reszta ją nie obchodzi; praca jest zawsze pracą, czy tu, czy 
u Pinkusów Lewi. Nie rozumie nawet, po co ta pani mówi tyle... Przecież ona nie uchyla się od 
żadnego obowiązku!... Pani podaje jej zmięty papierek guldenowy i żąda w zamian tak zwanego 
fantu. Kaśka wyciąga spod chustki złożoną starannie wełnianą spódnicę koloru fioletowego, przybraną 
plisami ze zrudziałego welwetu. Pani bierze fant i upomina Kaśkę, aby się stawiła najdalej za 
godzinę do służby. 
Kaśka przyrzeka, całuje pokornie rękę swej przyszłej chlebodawczyni i wychodzi wraz z woźnym 
z kuchenki. Wychodząc, uderza się czołem o niskie drzwi i stoi przez chwilę w ciemnej sionce, 
ściskając w ręku otrzymanego przed chwilą guldena. Przed nią majaczy drobna postać kantorowego, który po omacku stara się znaleźć poręcz od schodów. Znajduje ją wreszcie i woła na 
opóźniającą się dziewczynę. W gorącym zaduchu, pełnym kurzu i stęchlizny, wiją się kręcone 
schody, tak zwane „kuchenne”, popsute, otulone ścianą posmarowaną węglem i sczerniałą od dymiących 
lampek naftowych, którymi służące rozjaśniały wieczorem ciemną i wąską przestrzeń. 
Woźny, klnąc, nasuwa czapkę i rozpoczyna karkołomną wędrówkę, trzymając się mocno skrzypiącej 
poręczy. Kaśka idzie za nim szybko, otwierając oczy, pragnąc się w ten sposób przyzwyczaić 
do panującej w klatce schodowej ciemności. Słabe, na wpół spróchniałe deski uginają się prawie 
pod olbrzymią stopą dziewczyny, spadającej ciężką masą w równych odstępach; schodzi na dół, nie 
licząc nawet pięter, uspokojona o swą przyszłość, pełna wiary i otuchy w miłosierdzie boskie. Pani 
wydała się jej uosobieniem piękna i dobroci po brzydkiej, wrzaskliwej pani Lewi, która kazała się 
„szanować” i przeglądała ustawicznie w miedzianych rondlach lub samowarze. I Kaśka, na samą 
myśl lepszego słowa lub pochwały z ust ślicznej pani, dostaje jakby zawrotu w głowie i ciśnienia w 
gardle. Schodząc na dół, myślała więc, jak będzie się starać, aby zasłużyć na tę pochwałę, jak będzie 
pracować całymi dniami i nocami... Nagle zaciskają się jej oczy pod wpływem żółtawego 
światła, które zajaśniało na zakręcie schodów. Nie jest to przecież jużświatło słoneczne, ale mdły 
płomieńświecy łojowej, osadzonej w latarce i niesionej przez młodego mężczyznę, ubranego w 
szarawą bluzę i długi fartuch płócienny. 
Woźny, uszczęśliwiony z wypadku rozjaśniającego mu dalszą część klatki schodowej, spuszcza 
się czym prędzej na dół — na wąskim przejściu pozostaje sama Kaśka naprzeciw młodego mężczyzny, 
niosącego w ręku latarkę. Ze zwykłą nieśmiałością przyciska się do ściany, pragnąc zostawić 
jak najszersze miejsce nadchodzącemu człowiekowi. 
Pomimo jednak jej dobrych chęci szerokie jej ramiona zabierają wiele miejsca i mężczyzna mimo 
woli zmuszony jest otrzeć się o nią, aby przejść dalej. 
— Ihi, diabeł tu łazi? — pyta niezbyt uprzejmym tonem, podnosząc w górę latarkę. 
— To ja, Kaśka — odpowiada dziewczyna, oblewając się rumieńcem. 
On przecież nie rumieni się wcale, ale owszem, śmieje się , pokazując w tym uśmiechu dwa rzędy 
zdrowych, białych zębów. Jest to stróż kamieniczny, młody, przystojny chłopak, śpieszący na 
strych, aby tam, z rozkazu gospodarza, obejrzeć popsuty dach. Dach nie ucieknie, a dziewczyna 
jest wcale ponętną. Patrzy więc na nią, szczęśliwy z jej zawstydzenia, ciśnie ją do muru, z wyrachowaniem 
pełnym nagle obudzonej namiętności. Ona, odurzona, pełna bezwiednej trwogi, ustępuje 
na próżno, starając się uwolnić od dotknięcia chłopaka, którego widok i obecność miesza ją 
niewypowiedzianie. Ta wielka, dwudziestoletnia dziewczyna, świadoma tajemnic życia, które zna 
tylko z opowiadania swych przyjaciółek lub przeczuć, ucieka zwykle przed podobnym sam na sam, 
które gorącym warem żyły jej zalewa. Ona pamięta o tym, że może pójść za mąż, więc pragnie 
dobrze się prowadzić. Dlatego z takim wysiłkiem chce wyrwać się z przypadkowego sąsiedztwa, 
bo obecność tego uśmiechniętego chłopca jest dla niej nad wyraz ciężką i przykrą. On wszakże nie 
pozwala jej postąpić dalej, zagradza jej drogę. 
— Co panna tu robi? Skąd panna wraca? Ja jestem stróż, muszę więc wiedzieć o wszystkim... Nie 
puszczę! Jak Boga kocham, nie puszczę... 
Kaśka doznaje dziwnego ściśnienia w gardle. Ten młody, wesoły głos, rozlegający się czystą, 
dźwięczną gamą szczerego śmiechu, wzbija się w wąską, ciemną przestrzeń 
i spada na jej schyloną 
głowę odurzającą kaskadą. Z natury nieśmiała, dziewczyna traci zupełnie przytomność wśród tej 
dusznej, gorącej atmosfery i z bezwładnością dziecięcą opiera się o ścianę. 
Mężczyzna widzi jej przestrach i przybiera ton uspakajający. 
— No! Czegóż bo się strachać? Ja panny nie ugryzę ani do becyrku nie zaprowadzę. Pytam: skąd 
i po co? Należy odpowiadać. 
Milczenie. Kaśka, coraz bardziej przyciskana do ściany, czuje gorący oddech młodego chłopaka 
i z przestrachem kryje głowę w ramiona. Ten gorący oddech robi na niej wrażenie oddechu rozjuszonego 
zwierza, dlatego z instynktem zachowawczym broni się przed nim, jak umie i może. 
— Gdyby panna nie powiedziała, co się nazywa Kaśka, myślałbym, że panna niemowa, ale teraz 
myślę inakszej i nie puszczę, jakem Jan Viebik, dopóki panna nie przemówi i nie da buziaka. 
Mówiąc te słowa, stróż podnosi wyżej latarkę i oświeca twarz Kaśki, a korzystając z obezwładnienia 
dziewczyny, jedną ręką obejmuje jej kibić i przysuwa do siebie. 
— No — mówi dalej — powie panna, co tu robi? 
Kaśka usiłuje zebrać myśli. Czuje, że jeżeli nie odpowie na zadane jej pytania, młody chłopak 
nie puści jej tak prędko, a jedynym jej dążeniem jest wyswobodzić się z tej sytuacji. 
Jan Viebik z prawdziwą rozkoszą patrzy na zmieszanie dziewczyny. 
Rosła kobieta, pełna życia i siły, drży w jego ręku jak najnędzniejsze stworzenie. Z rozkoszą 
prawdziwą przypatruje się jej szyi i bogatym liniom gorsu, bo jak żyje, nie widział takiej dziewczyny. 
Mdłe światło łojowej świeczki nie może dokładnie oświecić tej wspaniałej postaci, ale Jan 
odgaduje instynktem i milknie, zdziwiony, na widok tej kobiety. Zwykłe jego konkiety były to 
dziewczęta krępe, płaskie, czerwone, prawie zawsze małego wzrostu i nie dawały mu dokładnego 
wyobrażenia o podobnej doskonałości. W tej chwili stoi przed kobietą, według jego pojęcia, doskonałą 
tak pod względem form, jak i karnacji, choć w mdłym oświetleniu nie może dojrzeć dokładnie 
właściwego koloru jej włosów ani cery twarzy. 
Porwany brutalną potęgą chwyta jej spuszczoną głowę i zbliża swe wargi do ust dziewczyny. 
Kaśka nie odpycha go wcale, bo czuje, że jej sił zabraknie, ale drżącym, cichym głosem prosi 
łagodnie: 
— Proszę was, dajcie mi odejść! Proszę... 
I tyle gorącej modlitwy drga w tym cichym szepcie, taka bezmierna trwoga bije z jej rozszerzonych 
źrenic, że Jan cofa się z wolna przed tą istotną niewinnością, która siłą nie umie czy nie chce 
się bronić, a potężną osłonę znajduje tylko w serdecznej, szczerej prośbie kobiecej. 
— Dajcie mi odejść. 
Kaśka wyrzekła te słowa. Dodała jeszcze „proszę”, a ta cicha prośba była stokroć silniejszą od 
wszelkich gwałtownych walk, jakie nieraz staczały z nim inne kobiety z tej sfery, w której się obracał. 
Ta olbrzymia dziewczyna nie użyła pięści dla swej obrony, pomimo że pod względem siły mogła 
się z nim mierzyć. Ona zdała się na jego łaskę i prosi pokornie o litość nad jej słabością. Tym 
wdziękiem kobiecym, tą pokorą przed przewagą męską zwalczyła go bezwiednie i ukoiła wzburzone 
jego zmysły. Prosta, głupia, prawie zwierzęca natura uległa w milczeniu przed wyższością tej 
dziewczyny, różniącej się tak zewnętrznymi kształtami, jak i sposobem zachowania się od innych 
kobiet, które Jan w swoim życiu spotykał. 
Zawstydzony prawie, usuwa się na bok w milczeniu i tylko podniesioną w górę latarnią oświeca 
ciągle twarz dziewczyny, która drżącą ręką zapina rozerwany koło szyi kaftanik. Wśród tego żółtego 
pasma bijącego przez potłuczone szyby latarni spotykają się nagle ich oczy. Źrenice dziewczyny 
ciemne, łagodne, pełne łez, i oczy mężczyzny niebieskie, płonące od tłumionej namiętności. Przez 
chwilę obiedwie pary oczów toną w sobie z dziwnym, nieokreślonym uporem i śmiałością ze strony 
dziewczyny. Nagle światło przygasa, migoce kilkakrotnie, jak wzrok konającego, i — świeczka 
gaśnie. Kaśka, Jan, ściany, schody, wszystko ginie w ciemności; ale dziewczyna teraz się nie lęka. 
Może być sto razy ciemniej, ona wie, że krzywdy nie dozna żadnej. 
I otulając się w chustkę, prosi swym rzewnym, słodkim głosem: 
— Pomóżcie mi zejść, bo nic nie widzę, a schodów nie znam. 
On z uległością zbitego zwierzęcia czyni zadość jej żądaniu i schodzi pierwszy, prowadząc ją z 
dziwną delikatnością. 
Wśród ciemnych, wąskich ścian, pomiędzy którymi wiją się schody, słychać tylko odgłos ich 
ciężkich kroków i przyśpieszony oddech Jana. Gorący zaduch owiewa mu rozpaloną głowę i wpada 
do płuc. W dłoni swej czuje grubą, szeroką rękę dziewczyny, drżącą 
jeszcze nerwowo, a drganie to 
sprawia mu przykrość nieokreśloną. W tej chwili zdaje mu się, że ona jest bardzo drobnym, małym 
stworzeniem, które przeraził swą brutalną napaścią i które pragnąłby przeprosić za uczynioną przykrość. A ona idzie wolno, wsłuchując się w jego oddech, którego gorące uderzenia czuje jeszcze w 
swej rozpalonej twarzy. Postępuje za nim uspokojona i pewna jego uczciwości. 
Gdy nagle weszli do jasnej sieni, wśród której gorące promienie słoneczne rozpościerały się z 
całą brutalnościąśródlecia, doznali oboje olśnienia. W ostrym blasku słonecznym Kaśka olbrzymiała 
jeszcze i stała przed nim w całej potężnej piękności rozwiniętej kobiety. 
Wszystkie postanowienia Jana, powzięte wśród ciemności, co do uzyskania przebaczenia, pierzchły 
od razu na widok szerokich ramion i wspaniałych rozmiarów dziewczyny. 
Tam, na górze, w wąskim schodowym przejściu, zdawała mu się Kaśka drobnym, drżącym 
stworzeniem. Gdy ją sprowadzał na dół, nikła mu w ciemności; czuł jej szorstką rękę w swej dłoni i 
słyszał stąpanie. Tu, w blasku dziennym, jaśnieje przed nim niezrównanym blaskiem urody, świeżości 
i pięknych kształtów. Pomimo nadzwyczajnej swej śmiałości i znanej odwagi do kobiet, czuje 
on się teraz wobec tej pięknej dziewczyny nieśmiałym. Pragnie coś przemówić, aby choć częściowo 
naprawić swój błąd i dać jej lepsze o sobie wyobrażenie. Ona powróciła już zupełnie do swej 
równowagi moralnej, w oczach jej nie widać było śladu gniewu, tylko jakiśżal migoce. Czuje ona, 
że gniewać się 
nie powinna. Młody chłopiec spotkał ją w ciemnym przejściu i próbował szczęścia. 
Nie jego to wina: gdyby inne dziewczęta nie upadały z takąłatwością, nie byłby przecież tak 
śmiałym. Zresztą nie stało się nic złego. 
I serdecznym, miłym swym głosem dziękuje mu za sprowadzenie z niewygodnych schodów i 
wskazanie drogi. 
— Przyszłam frontowymi — opowiada, patrząc zawsze w ziemię. — Pani zaprowadziła nas do 
kuchni, woźny poszedł pierwszy, a ja nie wiedziałam, gdzie jestem i co robię... Nie lubię ciemnicy. 
Jan dorozumiewa się, że to służąca zgodzona do państwa z trzeciego piętra. 
— To panna będzie służyć u tych... z majstratu? — pyta, wykrzywiając się pogardliwie i odzyskując 
powoli rezon utracony. 
— Zdaje się, że pan jest w majstracie — odpowiada Kaśka. — Zgodziłam się do wszystkiego. 
Wyraz twarzy Jana stawał się coraz pogardliwszym. 
— Oj, to ci panna trafiła! Takie państwo... 
Kaśka podniosła spuszczone powieki i utkwiła w mówiącego zdziwione oczy. Dla niej „państwo” 
było zawsze „państwem”, rodzajem półbogów, o których nie mówi się inaczej, jak tylko z 
uszanowaniem. 
Gdyby nie „państwo”, umarłaby przecież z głodu; płacono jej, żywiono, pozwalano spać cztery 
godziny na dobę, a w Wielką Sobotę chodzić na Boże Groby. Swojej ciężkiej pracy nie liczyła 
wcale. Przecież musiała coś robić. Siedzieć z założonymi rękami mogły tylko panie, a zresztą, nie 
pragnęła tego wcale. I w bezmiernym zdziwieniu patrzy na stojącego przed nią stróża, który z jaką 
pyszną pogardą krzywi swe wydęte wargi, mówiąc: „Takie państwo! Takie państwo!” 
Nie przerywa wszakże i czeka dalszego wyjaśnienia, które otrzymuje niebawem w następującej 
formie: 
— Widzi panna, jest państwo i państwo. Tu, na ten przykład, na pierwszym, mieszka pani hrabina 
ze synem... to jest państwo. A ci z majstratu, co panna do nich idzie, to nie państwo. 
Kaśka uznaje za stosowne wtrącić: 
— Przecież tak samo regularnie płacą. 
Jan kiwa głową. 
— Ta, niby. Ale się panna naharuje, zanim tych głupich pieniędzy się dokopie. 
Kaśka macha ręką. 
— Wszędzie trzeba pracować... 
Teraz przyszła kolej na Jana, aby się zadziwił; próbuje więc wytłumaczyć Kaśce dokładniej różnicę 
między państwem a państwem. 
— Ta, pewnie, że pracować trzeba, aleć już niech rozkazuje lajtnant, a nie furwez, jak mówił nieboszczyk 
Szczepaniak. Szkoda, że panna nie znała Szczepaniaka, bo to był tęgi hułan. Otóż, widzi 
panna, ta hrabina to lajtnant, a taka z majstratu to furwez. Choć ja bym tam wołał być panem i roz11 
kazywać, taj do bramy dzwonić. U tych z majstratu bieda aż skrzypi. Ona skąpa, on złośnik. Już 
tego kwartału dwie zmienili, a bez co? Bez to, że to nie „państwo” — dodał, wracając uporczywie 
do swego założenia, jak koń w deptaku wiecznie koło jednego punktu krążący. 
Widocznie jednak oboje mieli coś wspólnego w swoim sposobie układania myśli, bo i Kaśka 
powtórzyła przed chwilą wygłoszoną filozoficzną sentencję: 
— Wszędy trzeba pracować. 
I z całą niedbałością silnego zwierzęcia wstrząsa potężnymi barkami, jakby z niecierpliwości i 
pożądania tej pracy, która ma spaść na nią równorzędnie z przyjęciem nowych zobowiązań. Jan 
patrzy na nią z uwielbieniem. 
— Panna silna, prawda? — zapytuje po chwili. 
Za całą odpowiedź Kaśka uśmiecha sięłagodnie, odsłaniając zdrowe i czyste zęby, oprawione w 
dziąsła różowe. 
— To jeszcze dobrze — ciągnie Jan dalej — bo jakby panna była nie przymierzając chyrlawa, toby 
długo na tym trzecim piętrze nie pociągnęła. Trzeba cięgiem nosić wodę, bo ta... pani to się pluszcze 
i pluszcze bez końca, posadzkę gładzić, a na wosk skąpią. Oj! puściłby ja ich w taniec choć raz 
na rok, toby próbowali, jak to przyjemnie tak harować od świtu do nocki... 
W błękitnych oczach Jana zaświeciła nagle niedobra iskra. Cała nienawiść dręczonego zwierzęcia, 
które nigdy nie może się wyspać, ozwała się w tym głosie, drżącym od dawno przebudzonej i 
nurtującej myśli. 
Wszystkie noce zimowe, gdy bezlitosny głos dzwonka zrywał 
go z posłania i ledwo osłoniętemu 
kazał biec dla wpuszczania spóźnionych lokatorów, powracających często z nocnej hulanki; 
wszystkie te senne marzenia, przerwane z całą gwałtownością ludzi pijanych lub złych z powodu 
bezsennie przepędzonej nocy; wszystkie te początki tak zwanych katzenjammerów karnawałowych, 
które musiał znosić z uległością tresowanego psa — wszystko to wybuchło w tych kilku słowach: 
— Oj, puściłbym ich w taniec! 
A w tańcu tym przyjąłby udział przede wszystkim pewien fircyk, odnajmujący pokój od pewnej 
starej panny, zajmującej całe drugie piętro, który prawie co noc powracał nad rankiem i wpadał w 
bramę z hałasem, wrzaskiem, a co najgłówniejsze, bez tradycjonalnej szóstki w ręku. I codziennie 
w szarawym świetle poranka spotykali się ci dwaj ludzie z jakąś dziwną, niewytłumaczoną nienawiścią 
w sercu. Elegant, mrucząc pod nosem jakąś piosenkę, przebiegał szybko przez bramę i nikł 
w głębi schodów, pozostawiając za sobą niewyraźny szum miejskiej rozpusty, nie zastygły jeszcze 
w fałdach jego ubrania. Jan, zbudzony nagle, zziębnięty, pochmurny, rzucał za nim zawsze wzrokiem 
pełnym nienawiści. 
Ten chłop, to zwierzę domowe, pozornie przyswojone, które w głębi swej natury zachowało całą 
siłę męską, pragnącą użycia i rwącą się jak koń stepowy poza zamkniętą bramę — gdzieś 
w dal, w 
tajemnicze wnętrze miasta, którego niezdrowy, odurzający powiew wpadł w ciężką atmosferę bramy razem z tym fircykiem, bladym od bezsenności i nocnej rozpusty. Fircyk nie cierpiał Jana za 
długie wyczekiwanie pod bramą, co zwłaszcza w zimne lub dżdżyste noce nie należało do nadzwyczajnych 
rozkoszy. 
— Ach, kanalia! — mruczał przez zęby, zaciskając swój cienki paltocik i kryjąc ręce zziębnięte. 
— Ach, kanalia! — mruczał stróż w swej izdebce, przecierając senne oczy — dzwoń, bestio, 
dzwoń; a bodaj ci tak zadzwoniło przy skonaniu! 
Była to głucha, cicha walka dwóch zdrowych ciał w pełni młodości. Ze strony Jana przeważała 
zazdrość i chęć niszczenia swych sił w ten tajemniczy a nie znany mu sposób, który instynktem 
zgadywał; ze strony powracającego późno do domu eleganta — upokorzona duma i złość przeciw 
niememu świadkowi jego wad i słabości. Czasem piękny kawaler powracał na wpół pijany — wśród 
ciemności czuł wlepiony w siebie ponury wzrok stróża, co śledził jego skrzywioną postać i drwił z 
kroków niepewnych. Był to przymusowy powiernik, cichy i milczący pogardliwie, ale zawsze powiernik, 
co go przyjmował na progu bramy z przykrą surowością, liczył godziny jego nieobecności 
i prawie odgadywał, ile panicz przegrał w karty i zebrał pocałunków z ust istot oczekujących na 
zarobek w mdłym świetle latarni. 
Ten to elegant miał, według zapatrywań Jana, pierwszy iść „w taniec”. Po nim cała rzesza drobnych 
lokatorów, których dzieci napełniały wrzaskami wąskie wnętrze dziedzińca; dalej ten z „majstratu”, 
taki hardy, opryskliwy, pełen źle strawionej żółci; stara panna z drugiego piętra, której psy 
zanieczyszczały schody; właścicielka norymberskiego sklepiku3, garbata i sucha wdowa, i sługi 
pani hrabiny, głupie, bezczelne dziewczęta z gęsto przystrzyżonymi grzywkami nad wyblakłymi 
oczami; wygolony aktor, zajmujący pokoik na dole, który wykrzykiwał dniami i nocami swoje role 
— słowem, cały ten dom brudny, źle utrzymany, pełen ludzi nędznie odżywianych, chudych, o profilach 
wydłużonych, których postacie znikały bez szmeru wśród ciemności zapadającej nocy, jak 
widma wywołane ręką magika na brudnej, źle oświetlonej scenie. 
Wyjątek stanowiła pobożna hrabina wraz ze swoim, równie pobożnym synem. Ci nie poszliby w 
ów „taniec” nie ze względu na ich klerykalne usposobienie, ale dlatego, że to było „państwo”, odpowiadające 
na pozdrowienie Jana zawsze uprzejmym skinieniem głowy. 
W naturze tego człowieka było coś z Rabagasa4. Jedwabne słówko głaskało go więcej niż brzęk 
pieniędzy. Urzędnicy, sklepikarka, aktor, a nawet ów elegant z wiecznie głodnym żołądkiem przesuwali 
się koło niego ze złym humorem — przeciwnie, pani hrabina, gdy po rannej kawie wracała z 
kościoła na bulion z grzankami, uśmiechała się 
do Jana słodko i mówiła z uprzejmością matrony 
chrześcijańskiej: 
— Jak się masz, mój poczciwy Janie? 
Okrągłe oczy Jana otwierały się szeroko, a twarz rozjaśniał wyraz nieokreślonej błogości. Było 
mu wtedy tak przyjemnie, jakby mu się coś dobrego prześliznęło po gardle. 
Jakkolwiek Jan utworzył sobie swą własną religię, do kościoła nie chodził, a księży nie cierpiał, 
tolerował on przecież aksamitną książeczkę hrabiny i jej długi różaniec z ziarnek kokosowych. 
— Grzeczna pani — mawiał, pijąc wódkę w narożnej szynkowni — grzeczna, choć... jezuitka. 
Jezuici należeli także to owego „tańca”, który Jan miał na myśli; nienawidził 
ich jak w ogóle 
wszystkich księży. Czarna sutanna wstrząsała nim do głębi. A przecież niewiara i brak szacunku 
dla duchowieństwa zrodziły się już w późniejszym wieku, przy trumnie matki, której ksiądz nie 
chciał „uczciwie” pochować , żądając za „paradę” większej sumy, aniżeli mu Jan mógł wówczas 
ofiarować. Z tak błahego powodu wybuchnął nagle w Janie płomień niewiary, a wszystkie zasady 
religijne runęły nagle, gdy zażądano osobnego wynagrodzenia za mowę odczytaną przed eksportacją 
zwłok matki. 
W zdrowym umyśle chłopca powstała nagle wielka jasność. Nie studiując, nie badając, nie stawiając 
tez teologicznych, doszedł do punktu, z którego wyszedł; to jest stał się znów małym dziecięciem, 
wierzącym w istność Boga, ale nieświadomym tej mistycznej zasłony, która majestat 
Stwórcy zasłania. Z pyszną obojętnością odwrócił się wtedy od księdza i rzekł: 
— To się obejdzie! 
Odrzucił wszystkie formy, a zostawił tylko Boga. Wszystkich księży bez wyjątku przezwał jezuitami, 
a sam przybrał nazwę „farmazona”. 
Z czapką na bakier przekręconą, reformował swych znajomych pomiędzy jedną a drugą blaszanką 
i uderzał energicznie pięścią w stół, zapewne dla dosadniejszego określenia swych argumentów. 
Dlatego gdy Kaśka, zbierając się do odejścia, rzekła swym słodkim głosem: „Trzeba państwo 
szanować, bo tak ksiądz przykazuje...” — pociągnął ją gwałtownie za chustkę i wykrzywił usta. 
Ale Kaśka nie zwróciła na to uwagi. Miała wrócić za godzinę, a zmarnowała blisko dziesięć minut na pogawędce z Janem. 
Pragnie więc odejść jak najprędzej, aby wrócić jeszcze na czas właściwy. 
Jan z wielką galanterią ofiaruje się do pomocy przy transportowaniu kufra i pościeli. Kaśka 
przyjmuje, a rozmawiając, wychodzą na podwórko i stoją tam jeszcze przez chwilę w gorącym 
blasku słonecznym. Podwórko jest dość szczupłe, opasane z trzech stron murami kamienicy, a z 
czwartej zupełnie otwarte. Przylega do wielkiego, pustego, trawą zarośniętego placu, za którym w 
dali widnieje plac musztry i żółte mury, a majaczą postacie przebiegających żołnierzy. Wzrok Kaśki 
błądzi z roztargnieniem po tej szerokiej przestrzeni, przeciętej na prawo zieloną, równąścianą 
nasypu kolejowego, wznoszącego się na kształt fortecznego wału. 
Nie jest to smutny widok, i owszem, ten ruch miejski i ta zieloność wiejska tworzą przyjemny 
kontrast, łagodząc się i dopełniając wzajemnie. Mówi więc Janowi z radością w głosie, że lubi 
drzewa i otwarte pole, a gdy to wszystko zobaczy, to zaraz jej weselej. 
Jan przyznaje pewną rację tym poglądom i pokazuje jej bardzo porządny śmietnik, dopiero w 
przeszłym ukończony tygodniu. Kaśka błądzi wzrokiem od zielonego placu i rozłożystego kasztana 
do trawy, w jasnym świetle skąpanej, i do szarych desek śmietnika, wznoszącego się po lewej stronie 
podwórka z pretensją wystrojonego terminatora. 
Zapewne, śmietnik taki to rzecz bardzo wygodna — zamykany, tylko że długo trwać nie może. 
Musi się zepsuć... deszcz, śniegi... Jan zapewnia, że użyto do budowy trwałego materiału, i uderza 
w deski rękami kościstymi. Chwilę jeszcze rozmawiają, a wspomniawszy o schodach kuchennych, 
nagle zamilkli. 
— To bardzo niewygodne schody — mówi Jan i urywa nagle, bo twarz dziewczyny pokrywa gorący 
rumieniec. 
I on doznaje jakiegoś głupiego uczucia, z którego nie umie zdać sobie sprawy. Było to niejasne 
wspomnienie pierwszego spotkania z tą dziewczyną. Te schody pozostaną dla nich wspomnieniem 
pierwszego poznania, które zarysowało się 
niejasno w tym wąskim, ciemnym przejściu, i teraz 
sprowadza im na twarz rumieniec i dziwne zamieszanie w głowie. 
Gdy wielka postać Kaśki zniknęła wreszcie w bramie domu, Jan stał jeszcze przez chwilę oparty 
o ścianęśmietnika, jakby rozbierając doznane wrażenia. Ta duża, piękna dziewczyna zwyciężyła 
go dzisiaj, a przecież nie dała mu uczuć swego zwycięstwa. Nie śmiała się i nie szydziła, że ją puścił 
na jej prośbę pokorną. Ale cóż miał robić, kiedy tak miłosiernie patrzyła, że aż go coś pod piersiami 
ściskało. Raz chciał z wysokości trzeciopiętrowej zrzucić kotkę, która przybłąkała się do kamienicy 
i łaziła po strychu. Kotka nie broniła się wcale — tylko wywróciła ślepie i patrzyła tak zupełnie, 
jak ta dziewczyna, kiedy ją cisnął do ściany... 
Jan myśli sobie: dziwna dziewczyna! Inna na jej miejscu śmiałaby się, bo przecież takie żarty 
uchodzą, a nawet dziewczęta je lubią. Ale to nie racja. Są tacy, którzy lubą kluski z serem, a są tacy, 
co klusek nie lubią. Kaśka nie musi lubieć klusek. 
I Jan zapada w głęboką zadumę, mającą 
na celu bliższe zbadanie usposobienia i słabych stron 
świeżo poznanej dziewczyny. 
* 
Przyjaciółka, która dała Kasi na noc przytułek, nazywała się Rózia i posługiwała w mleczarni. 
Czas służby przedstawiał cyfrę czternastu godzin na dobę, resztę miała do rozporządzenia. 
Niska, krępa szatynka, z cerą, zda się, pożyczoną od salaterek kwaśnego mleka, które nosiła 
przez sześć miesięcy w roku, z suknią wiecznie pod prawą pachą rozprutą, szastała się całe dnie po 
zakładzie z bezczelną arogancją dziewcząt przemienionych w kelnerów. Jej różowy perkalik, stanowiący 
rodzaj uniformu dla wszystkich dziewcząt kręcących się po owej mleczarni, miał ten sam 
nieznośny, impertynencki sposób obcierania się o gości, jak i frak strojący grzbiet wypomadowanego 
kelnera. Rzucanie łyżek lub chleba, wpatrywanie się w oczy płacącego gościa i tradycjonalne 
„całuję rączki” czyniło z Rózi typ posługaczki, która sześć miesięcy na rok spędzała w mleczarni, a 
przez drugie sześć miesięcy uprzyjemniała „gościom” rozkoszny pobyt w tak zwanych nocnych 
kawiarniach. 
Rózia była poszukiwaną przez właścicieli tych siedlisk głupiej zabawy. Ileż bowiem wesołego 
żartu mieściło się w tych zielonawych źrenicach! Nie gniewała się za zbyt śmiałe żarty, a umiała 
zręcznie pomnażać ilość wypitych butelek. Kariera Rózi była więc na długi czas zapewnioną, przynajmniej 
do chwili, gdy jej młoda twarz przestanie śmiać się tak wesoło wśród dymu cygar i krzyków 
rozbawionych mężczyzn. Później... Ot, co tam!... Któż by troszczył się o to głupie „później”. 
Jest przecież haczyk, a śmietników nigdy nie zbraknie. 
Rózia zawiązała stosunek z niemłodym czeladnikiem krawieckim, Feliksem. Mieszkali razem, 
żyjąc „na wiarę”. Pobrać się nie chcieli i nie mogli. Zresztą, Feliks byłżonaty. W Samborze pozostawiłżonę 
i pięcioro dzieci. Rózia wiedziała o tym i w codziennych sprzeczkach wysyłała go „do 
stu diabłów, do starej żony i kopy dzieci”. On wszakże nie odchodził. Z marmurowym spokojem na 
bladej twarzy słuchał tego potoku słów, który zalewał codziennie maluchną stancyjkę, pełną gratów, 
śmieci i słoików z pomadą. Potem zbliżał się do Rózi i jak mógł, uspokajał. Ona broniła się 
chwilę, lecz w końcu poddawała się mimo woli jego pieszczotom. 
Łatwo zgadnąć, co przywiązało niską, krępą dziewczynę do człowieka, który, mając dwa razy 
tyle lat co ona, wyzyskiwał jej młodość, a wreszcie marnował jej drobne dochodziki. Nie śmiał 
jednak naruszyć dwóch listów Banku Hipotecznego, których niebieskie numera odbijały wyraźnie 
na tle białego papieru. Drobne pieniądze, wybierane codziennie z szufladki, stanowiły rodzaj przekąski, 
przygotowując podniebienie Feliksa do ugryzienia czegoś twardego. Teraz jeszcze nie śmiał 
wystąpić z projektem spieniężenia listów hipotecznych, jakkolwiek bowiem ujarzmił zmysły 
dziewczyny, zrywała się ona nieraz i rzucała, jakby pragnąć potargać krępujące ją węzły — ale na 
próżno. Gdy wracała do domu z chęcią zerwania i na widok pustej szufladki wybuchała gniewem, 
Feliks pozwalał wylać się pierwszemu uniesieniu słów trywialnych, pozbieranych w dusznej atmosferze 
kawiarni, a po upływie pewnego czasu zbliżał się 
do niej w sposób jemu tylko właściwy. 
Ona usuwała się, łkając, ale w końcu była bezsilną. Wiązały ją z tym człowiekiem zmysły, a bez 
pieszczot jego istnieć by nie mogła. Rano chmurna, milcząca, z głową ociężałą, cała drżąca, szła do 
swej pracy, przybierając przez drogę uśmiech bezczelnej kelnerki, i powracała znów wieczorem 
pełna siły i gniewu. Żyli tak ciągle, on — marnując pieniądze, ona — młodość 
i zdrowie. Pokoik, 
który zajmowali, był cały przesiąkły jakąś niezdrową, odurzającą wonią. Nigdy nie sprzątany, nie 
zamiatany, wyglądał jak wielki śmietnik, wilgotny i ponury. 
Feliks zdawał się być gościem w tym mieszkaniu. Rzeczy jego mieściły się w wielkiej skrzyni 
tuż pod oknem. Było tam wszystko, co komfort mieć przykazuje: stary szapoklak, nawet i biały 
atłasowy krawat. Rózia nie dbała o siebie. Różową swą sukienkę zostawiała w zakładzie, a w zimie 
chodziła w jednej i tej samej bluzce szafirowej i spódniczce z wytartego kamlotu. Fartuszki tylko 
prała w misce i suszyła w mieszkaniu. Tego wymagała jej służba. Dla niej fartuch był tym, czym 
dla kelnera serweta na ramieniu. 
Feliks pracował bardzo mało. Twierdził, że jest czeladnikiem krawieckim, ale u jakiego krawca 
pracował, sam, zdaje się, nie wiedział. Całe dnie trawił na paleniu „kabanosów”5 i naprawianiu 
swych garniturów. Jadał w garkuchniach. O żonie i dzieciach nie wspominał nigdy. 
Kaśka, wyszedłszy z bramy, skierowała się szybko na prawo. Przeszła kilka ulic, usuwając się 
wszystkim z drogi i oddychając ciężko z powodu gorąca. Kryjąca jej głowę i ramiona chustka wełniana 
ciążyła jej przykro i przytłaczała ku ziemi. Ponad nią błękitne niebo, aż szarawe w swej przezroczystości. 
W środku olbrzymie słońce, żółte i okrągłe jak dukat, lejące ze siebie potoki złotego 
światła. Wszystko niknęło w tej suchej powodzi — dachy domów z rynnami połyskującymi w blasku 
słonecznym, na placu wodotrysk, zawstydzony prawie ciemnawą barwą wody w rezerwoarze, 
kamienną otoczony balustradą, i drobne drzewka, okalające plac dokoła. Wszystko to błyszczało, 
pyszniło się prawie tą złocistą strugą płynącą z góry i odbijającą się blaskiem jarzącym w szybach 
przymkniętych okien, które gorzały wzdłuż murów kamienic jak olbrzymie promienne świece. I była to iluminacja, urządzona w dzień biały z całą bezczelnością natury, świadomej swej potęgi, z 
rozrzutnością bogacza rozsypującego swe skarby z całym przeświadczeniem o niewyczerpalności 
tego złota, o wiecznym istnieniu tych blasków promiennych. Kaśka zatrzymała się chwilę i spojrzała 
na plac, jakby olśniona tym bogactwem, które się jej słało pod stopy. Natura to była wrażliwa 
i pojmująca piękno instynktowo. Podniosła głową i popatrzyła chwilę prosto w tarczę słoneczną. 
Co też to się w górze tak pali? Skąd się ten ogień bierze? 
Przypomniała sobie jednak, że czas ucieka, a nie chciała zasłużyć na naganę ze strony swej 
przyszłej pani. Szybko postąpiła jeszcze kilka kroków i znalazła się przed parkanem, w którym 
otwarta furtka prowadziła do wnętrza mleczarni. Tam usługiwała Rózia. Kaśka pragnęła pożegnać 
się z nią i oddać pożyczone piętnaście centów. Lecz jak tu wejść główną furtką? W małym, kwadratowym 
ogródku kilka osób pije kawę przy stołach z grubych szklanek zielonawych lub zajada 
mleko z fajansowych nadszczerbionych salaterek. Stoły, pozasłaniane czerwonymi w białe desenie 
serwetami, stoją równo w szeregi, maczając swe grube skrzyżowane nogi w żółtym piasku ogródka. 
Kilka rozwiniętych kasztanów rzuca cień, rozpościerając swe zielone, wachlarzowate liście, 
przysypane pyłem i nadwiędłe wskutek zbyt wielkiego gorąca. W głębi, za sztachetkami, na podwyższeniu, 
widnieje olbrzymia postać właścicielki zakładu, rodzaj tłumoka złożonego z miękkiego 
ciała i szarego kretonu. Ta szeroka plama rozlewa się na żółtym tle ściany wznoszącego się w głębi 
ogrodu budynku. Szara barwa sukni i żółte włosy schodzą się 
w harmonijnym akordzie z barwą 
ściany i nikną w niepewnych liniach. Przed właścicielką rodzaj bufetu, pokrytego szeroką wstęgą 
blachy, na której stoją rzędem, do góry dnem poobracane, grube zielonawe szklanki, wznoszące 
jedną, wysoką nóżkę ze sztywną gracją skoczka cyrkowego. Na wyszczerbionym półmisku bieleje 
cały stos drobno posiekanego cukru. Cynowe łyżeczki, wytarte od ciągłego dotykania ust rozmaitych, 
świecące niezdrowym, fałszywym blaskiem, leżą pokotem jak wojsko zakute w stare pancerze, 
czekające na rozkaz wodza i na apel poranny. Co chwila przybiega dziewczyna i pochyla się 
nad bufetem, wybierając cukier lub chwytając łyżeczkę. Gruba kobieta nie porusza się wcale. Patrzy 
na niekształtne palce dziewczyny, przemykające się szybko po powierzchni bufetu, i tylko cichym, 
uprzejmym głosem upomina w razie, jeżeli kelnerka kładzie zbyt wielkie kawałki cukru na 
małe, podłużne miseczki. Od czasu do czasu wstaje ktoś z gości i podchodzi również do bufetu, 
płacąc za kawę lub mleko. Właścicielka wysuwa swą tłustą rękę i powolnym ruchem zgarnia pieniądze 
do otworu wykrojonego w środku bufetu, po czym zapada znów w bezwładność, a szare, 
bezbarwne źrenice spoglądają z dziwnym uporem w deski wznoszącego się przed bufetem parkanu. 
Dziewczęta, szeleszcząc wykrochmalonymi spódnicami, uwijają się pomiędzy gośćmi. Ich ciężkie, 
niezgrabne, źle usznurowane figury, z płaskimi, zgniecionymi piersiami, przesuwają się pomiędzy 
stołami, często bez najmniejszej potrzeby, chyba dla ruchu, do którego przywykły ich stopy. Kasztany 
szumią bezustannie, strząsając pył na lśniące od pomady włosy tych kobiet lub na stosy razowego 
chleba, poukładanego na każdym stole w drucianych koszyczkach. 
Kaśka stoi we drzwiach, nie śmiejąc postąpić 
kroku. Widzi doskonale Rózię, która z bezczelną 
arogancją usługuje jakimś dwóm paniom, pijącym mleko z wysokich wąskich kufelków. Wejść do 
ogrodu nie śmie, ale przypadek przychodzi jej z pomocą. Rózia spoglądała w stronę 
furtki i spostrzegła 
przyjaciółkę. Zbliża się szybko, strącając z krzesła parasolkę jednej z pań, i przewróciwszy 
jednąławkę, staje przed Kaśką. 
— Idź do kuchni... wiesz, tą drugą bramą... zaraz przyjdę. 
Odchodzi i staje pod tablicą, zawieszoną na ścianie domu, na której czarnym tle widnieje z daleka 
napis: „Cennik jadła i napojów”, i z budującym spokojem przypatruje się damie, która usiłuje 
oczyścić unurzaną w piasku parasolkę. 
— Niech, psiakrew, nie kładzie swojej elegancji na drodze... — mruczy z całą nienawiścią biednej 
a zazdrosnej dziewczyny. 
Po czym zawraca się i niknie w głębi zabudowania. 
Za nią słychać wołanie: 
— Panienko! Proszęświeżej wody. 
Rózia zatrzymuje się chwilę. 
— Zaraz! zaraz! — odpowiada, przeciągając na ostatniej zgłosce z całą dokładnością iście kelnerskiej 
intonacji. 
— Cholerę ci, a nie wodę — dodaje, biegnąc przez dwie puste sale do kuchni, w której od kilku 
minut czeka na nią Kaśka. 
Wielka, widna izba, z olbrzymim kominem i płytą opatrzoną niezliczoną ilością fajerek, przesiąkła 
cała kwaśnym zapachem mleka, przedstawia się raczej jak świeżo wyczyszczona olbrzymia 
obora, z której wyprowadzono krowy. Mleko w hładyszkach6, mleko w cebrzykach, mleko w kamiennych 
garnkach, śmietanka rozlana w wielkich, szerokich miskach, na półkach serwatka, drżąca 
w szklanych, ogromnych słojach; przewrócone pod stołem szafliki drewniane, wznoszące się 
wzdłużścian piramidalnie, stosy świeżo skoszonej trawy, pełnej polnych kwiatów, przetykanej 
żółtymi jaskrami, powojami lub macierzanką 
jak kobierce wschodnie — całe to gospodarstwo 
mleczne, praca wspólna zwierząt i ludzi, przedstawia się 
w tej widnej, przestronnej izbie, wśród 
kwaśnego zapachu nabiału. Poza tymi stosami trawy, poza olbrzymimi garnkami lub cebrami zdają 
się występować kontury tych dobrych, o wielkich oczach, mlekodajnych zwierząt, przynoszących 
ze sobą wonie pastwiska, ostry zapach macierzanki, suchy trzask łamanej lebiody. 
W tej kuchni, zastawionej tyloma naczyniami, otwierającymi szerokie wnętrza mlekiem napełnione, 
błąkało się niewyraźne wspomnienie wsi, skąpanej w promieniach słońca, szumiącej swobodą 
drzew, zielonej szmaragdową trawą — wsi wolnej, uśmiechniętej jak oblicze wiejskiej mołodycy. 
Kaśka czuła się swobodną w tej atmosferze i uśmiechała się na widok tych zapasów śnieżnego 
płynu, którego szerokie strugi zalewały nawet podłogę kuchni. 
Kilka dziewek bosych maczało swe zamulone nogi w kałuży mlecznej, przenosząc garnki i porządkując 
poustawiane naczynia. Zdrowe, silne, zabłocone, o szerokich biodrach, z czołami prawie 
kwadratowymi, z olbrzymimi piersiami, zarysowującymi się pod zgrzebną koszulą, miały one 
wiele podobieństwa do tych zwierząt — karmicielek, około których krzątały się dniami i nocami. 
Całe ich ubranie było przesiąknięte zapachem obory i mleka. Kaśka patrzyła na nie z pewną zazdrością. 
Taka praca odpowiadałaby najwięcej jej silnej, rozwiniętej naturze. Chętnie zdjęłaby 
swoje skórkowe buciki, które ją piekły na podbiciu, i umaczałaby rozpalone stopy w chłodnym, 
sinawym mleku, którego szeroka struga zalewała podłogę. Z jakąż radością zanurzyłaby swe ręce 
w stosie tej świeżej trawy, której zapach przypominał jej chałupę matki i spędzone dziecinne lata, 
bez troski, na przedmieściu małego miasteczka. Stoi więc rozmarzona, uśmiechnięta, śledząc 
wzrokiem postacie dziewek, które, z właściwym tylko chłopkom falowaniem kłębów, uwijają się 
po kuchni i nie pytają nawet, czego chce pomiędzy nimi dziewczyna stojąca w milczeniu prawie na 
progu. 
Nagle otwierają się z trzaskiem drzwi od sali i wpada przez nie Rózia, powtarzająca ciągle: 
— Cholera tobie, nie woda. 
Potrącając dziewki, unosi spódnicę, a pokazując pod czystą sukienką szare od brudu i opadające 
w kilku fałdach pończochy, przeskakuje biały rynsztok, zagradzający jej drogę do przyjaciółki. 
— No i cóż? — pyta Kaśkę, zwracając się ku niej twarz namiętnej kobiety, o podkowach barwy 
stalowej, okrążających oczy czerwone od płaczu i bezsenności. 
— Mam służbę — odpowiada Kaśka — dziś się przenoszę. 
Na twarzy Rózi przemknął wyraz zadowolenia. Ten świadek jej pożycia z Feliksem był zbyt 
ciężkim, aby go mogła długo znosić. Nie śmiała przecież tego powiedzieć Kaśce, którą lubiła za jej 
łagodność i miłe wejrzenie; ale teraz jest zadowolona, że pozostanie z nim sama w swej ciasnej 
izdebce, w której rzeczywiście nie było miejsca na troje. 
— Idę zabrać mój kuferek i chcę ci oddać te piętnaście centów, które pożyczyłam już 
tak dawno — 
mówi Kaśka z pewną nieśmiałością, przesuwając w ręku papierek guldenowy. 
— Jakeś taka pani, że możesz płacić, to płać — odpowiada Rózia — ale lepiej zrobisz, jak długów 
nie zapłacisz. Długi ci nie uciekną... tej choroby dosyć zawsze człowiekowi. 
A widząc, że Kaśka milczy, dodała: 
— Po kuferek idź! Ten wagabunda Feliks pewnie siedzi w domu i kurzy kabanosy. Oj! to też pokaranie 
z takim ananasem! 
Kaśka poruszyła się nieco żywiej. 
— Czegóż z nim siedzisz? — zapytała nieśmiało, spoglądając na przyjaciółkę. 
Rózia machnęła ręką. 
— Albo ja wiem! Nieraz to mnie chwyci taka złość, że chciałabym go wygnać za setną górę, bo 
próżniak i nicdobrego. Ja się naharuję cały dzień, a on furt traci i traci... A bodaj go raz pokręciło.... 
I mimo woli chwytała ją ta sama pasja, która ją ogarniała co wieczór na widok bladej twarzy 
Feliksa, złożonej wygodnie wśród brudnej i dawno nie zmienianej pościeli, gdy zmęczona, po całodziennej 
pracy, powracała do domu. Lecz namiętność, wstrząsająca nią 
co wieczór, zaczynała 
powoli napełniać ją całą i dlatego na powtórzone pytanie Kaśki odpowiedziała szybko, błądząc 
niepewnymi oczami po przeciwległej ścianie: 
— Ta cóż, przyzwyczaiłam się, ot i cała bieda. 
Przyzwyczaiła się! W tym jednym słowie zawarta była cała prawda jej życia; w tym przyzwyczajeniu 
dzwoniły wszystkie okowy łańcucha, którym skrępowała się z tym wyzyskującym ją mężczyzną. 
Przyzwyczaiła się do codziennej kłótni, do tego własnego wrzasku, do jego próżniactwa, 
dymu kabanosów, do jego nerwowej, suchej, zwiędłej powierzchowności, do tej szufladki, napełnianej 
co dzień rano drobną miedzianą monetą, a świecącej co wieczór pustkami — nawet do tej 
żony, otoczonej drobnymi dziećmi, której widmo wywoływała codziennie swym ochrypłym głosem. 
Przyzwyczaiła się... 
Kaśka utkwiła z podziwieniem wzrok w twarzy swej przyjaciółki, trapionej namiętnością, która 
powracała o jednej i tej samej porze dnia, jakby uparta febra. Kaśka nie pojmowała swej przyjaciółki. 
Dla niej Feliks był brzydkim, podstarzałym człowiekiem, sprawiającym wrażenie wstrętnego. 
Co więcej, był to próżniak, wyzyskujący pracę kobiety i żyjący z nią w związku nieślubnym. 
Kaśka rozprawiłaby się z nim krótko. Odesłałaby go natychmiast do żony i warsztatu. Ona nauczyłaby 
go respektu... 
Tymczasem żegna Rózię i zabiera się do wyjścia. 
Wychodzą przez kuchnię na małe podwórko, otoczone dokoła niskimi oborami, których drzwi 
stoją otworem. Kopy gnoju i słomy leżą 
na ziemi, a kilka cienkich, smukłych drzewek wznosi ku 
niebu swe młode gałęzie. Obiedwie stoją tu jeszcze przez chwilę, a Kaśka zdejmuje z siebie ciężką 
chustkę wełnianą, pod którą kryje swe ramiona. Ma ona na sobie trykotowy stanik, darowany w 
przystępie dobrego humoru przez pannę 
Lewi. Ciemnoczerwona barwa trykotu niewiele różni się 
od koloru szyi, nabrzmiałej i jakby spuchniętej z gorąca. Ale za to cały gors Kaśki odznacza się 
śmiało i pewnie pod tą ciągnącą się tkaniną, która rzeźbi najdokładniej ramiona, wypukłą deskę7 i 
piersi, których objętość rozdziera stanik, widocznie na drobniejszą postać zrobiony. Brak dwu guzików 
dozwala widzieć brzeg grubej, lecz czystej koszuli i mały trójkąt ciała ciemnego, pociągniętego 
złocistą powłoką, właściwą 
tylko brunetkom. Kaśka, znużona ciężarem chustki, podnosi w 
górę ręce i przeciąga się układając w prostej linii łokcie i zaciskając pięście. Nagle natrafia na wystającą 
belkę i chwyta drzewo zawieszona na półłokcia ponad jej głową. Bezwiednie nachyla się 
ku przodowi, zgina łokcie, a cofnąwszy w tył biodra, stoi tak chwilę, patrząc na rozmawiającą Rózię, 
która powróciła znów do żalów na temat Feliksa i jego niepoprawnego lenistwa. 
Wśród tej gorącej atmosfery dziedzińca, przesyconej zapachem obory, Kaśka ma uczucie błogości 
nieokreślonej. Z rozwartymi oczami i wilgotnymi wargami stoi, wciągając w siebie całymi kłębami 
tę woń błotnistą, właściwą tylko rozkładającym się roślinom. Krzykliwy głos Rózi rozbija się 
w ciasnym wnętrzu podwórka, ginąc w ciemności otwartych obór. Kaśka nie słyszy słów swej 
przyjaciółki — stoi nieruchoma, cała zatopiona w wspomnieniach, które, razem z wonią w piersi jej 
zbudzone, otaczają ją, odrywają od teraźniejszości. I tak jak w kuchni, wśród fal mleka, przychodzi do niej cała przeszłość, matka, siostry, praca w fabryce i przyjazd do miasta. Zasłuchana w piosenkę 
dzieciństwa, nie widzi, jak otwierają się ukryte w parkanie drzwiczki i na progu staje dwóch 
młodych mężczyzn. Rózia podbiega ku nim z wyrazem niezadowolenia na twarzy. 
— Czego panowie tędy? — pyta przybyłych. — Pani się gniewa, jak goście łażą przez kuchnię... 
Jest przecie furtka od tego. 
— E! głupia jesteś — odpowiada jeden z młodych ludzi — po co mam chodzić dokoła wśród takiej 
spiekoty... 
Urywa nagle trącony przez swego towarzysza. Ten ostatni, młody chłopak, dość przystojny, ale 
drobny i prawie nierozwinięty, zwrócił od razu wzrok na Kaśkę, która z rękami podniesionymi i 
podpierającymi belkę, z torsem form klasycznych, z głową naprzód podaną, stała ciągle nieruchoma, 
nie zwracając uwagi na to, co się dokoła niej działo. Taka to już była natura tej dziewczyny. 
Zamyślała się często i bezwiednie, a wtedy stała na miejscu, jak posąg nieruchoma, cicha, milcząca, 
z oczyma szeroko otwartymi. W tej chwili „napadło ją znów”, jak mówiła sama, przyszedłszy 
do samowiedzy. W trykotowym staniku, przylegającym z dziwną dokładnością do jej ciała, rysowały 
się jej piersi i ramiona nader plastycznie. Od pasa okryta wąską spódnicą, zdawała się wyrastać 
z tej czarnej ziemi, na której oparła swe szerokie stopy. Była to istotnie dziewczyna piękna, 
silna, olbrzymia, z głową foremną, niskim czołem dawnych posągów greckich. Twarz jej, świecąca 
od potu, brązowa, mieniła się w cieniu zalegającym podwórko i nadawała całej jej postaci charakter 
odlewu brązowego. 
Dwaj młodzi ludzie patrzyli na nią przez chwilkę, po czym jeden z nich, młody i przystojny 
chłopak, wyrzekł jedno tylko słowo: 
— Kariatyda! 
Po wypowiedzeniu tego słowa można było przeczuć rzeźbiarza. Zgłoski spadały z głuchym odgłosem 
młota, obracanego silną dłonią, wykształconą na wzorach greckich. 
— Kariatyda! 
I młode, nierozwinięte chłopię, noszące z niewieścim wdziękiem swój popielaty garniturek, rósł 
prawie pod dźwiękiem tego słowa, nabierał siły i wprawną ręką lepił w myśli tors tej dziewczyny, 
której nieruchoma postać wskrzeszała w nim wspomnienia całego szeregu wielkich kobiet kamiennych, 
nagich, z biodrami owiniętymi draperią, podtrzymujących sztukaterie pałaców. I była to rzeczywiście 
kariatyda, siostra tych sennych olbrzymek, które, wpatrzone w przestrzeń kamiennymi 
źrenicami, stoją na straży dumne w swej niewoli, dźwigając ciężary na barkach królewskich. 
Wśród zacieśnionego podwórka, otoczona kupami gnoju i błota, oparta o szarąścianę obory, 
wznosiła się harmonijnie piękna, silna, jak posąg starożytny znaleziony pod owczarnią pasterza. 
— Kariatyda! 
I gdy słowo to zawarczało nagle w powietrzu, zbudziła się Kaśka ze swej zadumy. Instynktowo 
poczuła, że ta nazwa dla niej jest przeznaczoną. W swej ciemnocie nie miała najmniejszego pojęcia 
o znaczeniu tego słowa, ale wpadło ono w jej ucho i przeniknęło do głębi mózgu. Wyryło się tam 
dokładnie i pozostało wśród tysiąca trywialnych wyrazów, zasłyszanych od dzieciństwa. Z nadzwyczajnym 
pomieszaniem, z gorącym rumieńcem na spoconej twarzy, zaczęła Kaśka owijać się w 
chustkę, pragnąc czym prędzej uniknąć spojrzeń tych mężczyzn, których ciekawy wzrok palił ją i 
mieszał niewypowiedzianie. Czuła, jak ją rozbierali, jak zdzierali z niej suknie i stawiali przed 
swymi oczami nagą — a ta myśl doprowadzała ją do rozpaczy. Wszyscy ci mężczyźni patrzyli na 
nią w tak przykry sposób. Cóż ona temu winna, że tak wyrosła i że jej ramiona tak szerokie? Nie 
powinna nigdy zrzucać 
chustki, ale zawsze otulać się nią 
szczelnie, nawet w czasie upałów. To 
będzie sposób najlepszy. 
Mężczyźni postąpili kilka kroków i zbliżyli się do dziewcząt. Rózia odzyskała już dobry humor i 
przybrała na twarz maskę uprzejmej kelnerki. Starszy z przybyłych był przystojnym mężczyzną, o 
regularnie zakreślonym profilu i dość zgrabnej postawie. Ubranie jego nie odznaczało się zbytnią 
starannością. Brudna i zmięta koszula otwierała się na piersiach, ukazując brak spinek i dekę piersiową, 
pokrytą rzadkimi włosami. Kamizelka wycięta, zapożyczona widocznie z balowego garnituru, źle harmonizowała z letnią, rozpiętą marynarką, obciągniętą ku dołowi jakimiś ciężarkami, 
przepełniającymi kieszenie. Spodnie z tego samego materiału, co marynarka, dość krótkie, odsłaniały 
nogę kształtną i wąską, ustrojoną w czerwone skarpetki z fil d’Ecosse i lakierowane, lecz wykrzywione 
półbuciki. 
Twarz tego człowieka, przedstawiająca typ czysto słowiański, z nieco zagiętym krogulczym nosem, 
ustami łagodnymi, ocienionymi gęstym i pięknym wąsem, przypominała nadzwyczajnie brązową 
twarz Gladiatora Welońskiego8. I tu, i tam był ten sam wyraz bolesnej rezygnacji, żalu za 
młodością, pokrytego wspaniałą siłą 
woli, która spazmatycznie podnosi męskie głowy na powitanie 
śmierci i ze spokojem witać każe możnego, wszechwładnego zabójcę. 
Morituri te salutant!9 
Gladiator pozdrawiał 
tak cezara, dla którego szedł w bój i szukałśmierci. Na twarzy tego człowieka 
rysuje się to samo śmiertelne pozdrowienie przed silniejszą od cezarów potęgą, bo przed 
nałogiem pijaństwa. Wskazuje na to już ta twarz spuchnięta, z drobną siatką zmarszczek, oczyma 
czerwonymi od bezsenności i nadużycia trunków rozpalających, te ręce małe, kształtne, suche, rozpalone 
i drżące bezustannie, ta postać złamana, pochylona wiecznie, jakby oparcia szukająca, 
wreszcie ten głos niepewny, rzucający najczęściej ironiczne a olbrzymią inteligencją tryskające 
słowa, wreszcie cała istota tego człowieka, spalona, zmięta, pełna nadzwyczajnego talentu literackiego, 
zbrudzona życiem w knajpie, wytarta jak powierzchnia stołu kawiarnianego. Wszystko to 
rzuca w daleką przestrzeń słowa idącego na śmierć gladiatora: 
Morituri te salutant! 
A przed nim, przed tym ciałem zniszczonym, przed tym życiem spalonym, przed tym talentem 
na miazgi zgniecionym, wznosi się olbrzymia postać ohydnej, niezwalczonej choroby, która z 
obojętnością cezara przyjmuje rozpaczliwe pozdrowienie swej ofiary, a na płomienistym swym 
tronie drwi z wodnych kuracji, wyciągając swój suchy, kościsty palec dla naznaczenia nowej, na 
śmierć 
skazanej ofiary. Potem puszcza ją w taniec na materacach szpitalnych i dręczy dniami i nocami, 
sprowadzając do łóżka konającego ohydne wizje, zmuszając do nieustannej pracy mózg 
przekrwawiony, męczący się w bolesnym natężeniu. Towarzysz tego człowieka, ów młody chłopiec, 
rzeźbiarz, o ładnej twarzyczce, ożywionej niewielkimi, czarnymi oczkami, szczupły w ramionach 
a giętki w pasie, przejął od swego przyjaciela coś z tego ohydnego nałogu, zaraźliwego jak 
ospa i jak ospa śmiertelnego. Był to dopiero nowicjusz. Twarz jego gładka nie miała jeszcze tych 
kurczowych skrzywień, właściwych tylko organizmom przesiąkłym na wskroś alkoholem, ale 
snadź czuwali razem, włócząc się po szynkowniach i knajpach, bo obaj mieli czerwone powieki i tę 
nieokreśloną woń, właściwą dusznym i źle oświetlonym salom, gdzie złe wino, tłuste potrawy, dym 
tanich papierosów i tysiące ludzkich oddechów tworzą gęstą mgłę, opadającą brudnym, cuchnącym 
obłokiem na suknie i włosy stałych gości. 
Do mleczarni przychodzili zwykle po obiedzie, pijąc chętnie kwaśne mleko, które gasiło chwilowo 
pożar trawiący ich wnętrznościami. 
Obaj zbliżyli się do Kaśki, kołysząc się, z minami zwycięzców, z wypiętnowaną na twarzach 
pogardą 
dla kobiet, zbieraną po ciemnych zaułkach w objęciach istot sprzedajnych. Żartami uczyniono 
Kaśce propozycję „pozowania”, a widząc, że jest nadto głupia, by mogła zrozumieć znaczenie 
tego wyrazu, tłumaczyli jasno i otwarcie, czego od niej żądają. Ona zarumieniła się nagle, usłyszawszy, 
że bez żadnej osłony ma stanąć przed nimi, tak jak ją Bóg stworzył! O! nie — na to nie 
zgodzi się nigdy. I drżącymi rękami zaciska na piersiach swą wełnianą chustkę, jakby bojąc się, 
aby jej nie przymuszono zaraz stanąć nagą — wśród dnia białego, na środku podwórka. Rózia 
śmieje się, pobudzona w swej zmysłowości nagłym pragnieniem pocałunków i pieszczot Feliksa. 
— Jaka ty głupia! — tłumaczy jej literat, a głos rwie się w ciągłej czkawce, wznoszącej jego piersi 
z jakimś okrutnym uporem — jaka ty głupia! Nic ci się przecie złego nie stanie... postoisz kilka godzin, 
a ten pan ulepi cię z gliny. Zobaczysz przynajmniej, jak wyglądasz. 
Kaśka nie odpowiada. W umyśle jej przesuwa się w chaotycznym nieładzie jej własna postać, 
naga, oblepiona mokrą gliną. To musi być coś szkaradnego. 
— I zapłacę — dodaje rzeźbiarz — zapłacę trzy szóstki za godzinę... 
— Nie blaguj — przerywa mu literat — wypchaj się z twoją zapłatą. 
Rózia zachwycona. Trzydzieści centów za próżnowanie przez godzinę! I ofiaruje się sama, poruszając 
ramionami i wysuwając naprzód swój zgnieciony gors, pokryty różowym perkalem. Ona 
pójdzie chętnie pozować, jeśli tylko Feliks pozwoli. 
Ale rzeźbiarz wstrząsa głową i odmawia. Kaśka co innego. Jeżeli zechce, dostanie nawet cztery 
szóstki. Przyjdzie tylko kilka razy. Wszystko to przecie nie skutkuje. Kaśka milczy uparcie, szukając 
oczyma wolnego przejścia, aby czym prędzej uciec od męczących ją propozycji. 
Nagle literat zapytuje ją z ironiczną miną: 
— A umiesz ty katechizm? 
Kaśka spogląda ze zdziwieniem na mężczyznę. Po co ją ten pan pyta o katechizm? Umie, i to 
umie dokładnie, wyuczyła się wśród ciszy wiejskiego kościoła od księdza staruszka; ale po co temu 
panu ta wiadomość? Co może mieć wspólnego katechizm z oblepieniem ją gliną, tak jak chcą ci 
panowie? 
I nagle jak piorun spada na nią znów pytanie: 
— Kto cię stworzył? 
— Pan Bóg — odpowiada machinalnie Kaśka z posłuszeństwem katarynki, którą nakręcają do 
odegrania arii. 
— Z czego? — pyta dalej literat, mrużąc swe czerwone oczy i patrząc na nią przez rzadkie rzęsy. 
— Z... gliny i tchnął we mnie ducha, a ożywił ciało — recytuje Kaśka, kręcąc palce ruchem gnuśnych 
dzieciaków w szkole. 
Literat zatrzymuje wspaniałym ruchem ręki ten potok wyrazów. 
— A więc z gliny. A bolało cię to, jak cię lepił? Bolało? 
Kaśka sięga pamięcią 
w najodleglejsze wspomnienia swego dzieciństwa, ale nie może sobie 
przypomnieć tej chwili. Milczy więc uparcie. 
— A widzisz, idiotko — konkluduje literat. — Nie bolało cię wtedy, to nie będzie cię boleć i teraz. 
— I trzy szóstki dostaniesz za godzinę — przerywa rzeźbiarz, wysuwając naprzód swą drobną figurkę 
i kładąc ręce w puste kieszenie, aby pobrzękawszy kluczykami, zwrócić uwagę Kaśki na 
dźwięk niby gotówki przepełniającej kieszenie jego letniego garnituru. Kaśka doznaje silnego zawrotu 
głowy. Jak to? Ten cienki, młody chłopiec miałby być tak bogatym i mądrym, jak Bóg Ojciec? 
Kaśka zgorszona jest takim rzucaniem imienia boskiego. I jakiś niezdrowy, odurzający powiew 
zawraca jej głowę; doznaje dziwnego ciśnienia w piersiach, jakby przestrachu przed czymś 
nieznanym, czarnym, przed ciemną przestrzenią, otwierającą się pod jej stopami. Jest jej tak, jakby 
napiła się zbyt silnego, odurzającego napoju, którego słaba jej głowa znieść nie może. 
Mężczyźni śmieją się ciągle. Rózia, uradowana, że zażartowano z jej przyjaciółki, poddaje się 
tej wesołości, która napełnia hałasem całe podwórko. 
Kaśka z coraz większą trwogą ogląda się na wpółotwartą furtkę, pragnąc uciec jak najprędzej. 
Zdaje się jej, jakby popełniono jakiś występek, którego niegodziwość wstrząsa nią do głębi. I zdobywając 
się na energię, porywa się z miejsca i biegnie ku furtce z rozpaczliwym pośpiechem. Mały 
rzeźbiarz puszcza się za nią w pogoń. 
— Ty — krzyczy — jak się namyślisz, a nie będziesz miała co jeść, przyjdź do mnie. Wiesz, gdzie 
Politechnika?10 Nie wiesz? To ten duży dom biały, ze schodami, na Zakrętarskiej ulicy. No, teraz 
wiesz? 
I dopadłszy ją tuż przy furtce, chwyta wpół, dostając jej ledwie do ramienia. Drobny, szczupły, 
źle wyrośnięty, wygląda jak dziecko wobec silnie zbudowanej dziewczyny. Ona czuje to i patrzy 
nań z góry z jakimś dziwnym uśmiechem. 
— Puść mię pan, bo sięśpieszę... 
Ale on nie słucha jej głosu. Uśmiecha się i kołysze swą postać, przysuwa się coraz bliżej. Ostry 
zapach alkoholu wydobywa się z przyśpieszonym oddechem z jego ust ciągle wilgotnych. Kaśka 
pragnie silną ręką usunąć natrętnego chłopca. Ale on, płacąc siłą za siłę, nagłym ruchem porywa jej 
ramię i ściska jak w kleszczach. Drobne, cienkie palce młodzieńca otaczają ją z siłą stalowych obręczy. 
Kaśka zwraca ku niemu swe łagodne, załzawione oczy. 
— Panie! to boli!... 
Rzeźbiarz ciśnie w tej chwili ramię dziewczyny z nadzwyczajną rozkoszą. 
— Panie! To boli!... 
I wielkie ciemne źrenice patrzą na zaczerwienioną twarz chłopca z wyrzutem bezsilnej, niższej 
społecznie istoty, nie mogącej się bronić i odpłacić równą miarą. 
Palce rzeźbiarza rozsuwają się z wolna. Puszcza ją i stoi patrząc na nią, gdy znika w otwartej 
furtce i przebiega ulicę. 
Literat z Rózią zniknęli w głębi zabudowania, wlokąc za sobą hałas żartów, dwuznaczników i 
klapsów. Rzeźbiarz stał jeszcze przez chwilę na środku podwórka i spoglądał z pewnym zajęciem 
na belkę, o którą oparła się Kaśka w chwili jego wejścia. Tak! Dziewczyna ta była jedynym modelem 
do kariatydy, o której marzył nieraz, siedząc w knajpie i rysując swój projekt na zakurzonym 
stole palcem umaczanym w winie lub piwie. Wszystkie jego posągi powstały zresztą w ten sam 
sposób. Występowały wśród nocy i dręczyły go w sali kawiarnianej. Wylewał wtedy kieliszek wina 
na stół i rozmawiając z towarzyszami, rysował postaci idealnej piękności drżącą trochę ręką, a mimo 
to czyste formą, pojęciem i stroną duchową. W krzyku i hałasie na pół pijanych fejletonistów, 
recenzentów i aktorów stwarzały się arcydzieła, wygładzały kontury, uśmiechały biusty, płaskorzeźby, 
całe posągi. Z głową odurzoną winem rzucał nieraz słowo cyniczne lub podsuwał projekt 
dalszej nocnej wędrówki, ale ręka jego kreśliła wciąż te postacie, które drzemały senne w głębi 
jego piersi i rwały się na świat, do życia, do sławy! Był to talent olbrzymi, idący za postępem, z 
kierunkiem bardziej realnym, dążącym prawdą do ideału. Nie tworzył istot nadziemskich, niebywałych, 
tak doskonałych pięknością i wygładzeniem, że zdają się być lalkami odlanymi ze stearyny. 
On brał człowieka z jego poetycznej strony, ale pozostawiał mu chropowatość i zagięcia skóry, 
zarost włosów, a czasem niegrecką linię nosa. Wychodził z zasady, że natura nie jest macochą, i 
był przekonany, że właśnie udoskonalenie tego profilu popsułoby harmonię całego ciała. 
Pracował niewiele. Był biednym, zostawionym samemu sobie, nie kochał 
nic i nikogo i nawzajem 
nie był kochany. Szedł przed życie puszczony samopas, aż oparł się w knajpie, w tym salonie 
inteligencji artystów miejscowych. W pierwszej chwili cofnął się z przerażeniem, a potem przywykł 
i szedł tam co wieczór, a powracał 
nad ranem, wrzeszcząc, hałasując po ulicach, zaczepiając 
policjantów i dziewczęta, kładąc się w poprzek chodnika, niby dotknięty nagłą 
śmiercią człowiek, i 
wyprawiając tysiące podobnych uciesznych zabawek. 
Na progu pracowni witały go białe, czyste jego posągi, patrzące ze smutkiem na tę twarz młodą, 
obrzękłą, sinawą — na te włosy miękkie, falujące, pełne słomy, trawy i kurzu — na te ręce zabłocone, 
wpakowane z pijackim uporem w kieszenie obszarpanego palta! 
I byłże to ich twórca, ten człowiek, który przynosił ze sobą cuchnący oddech pomięszanych napojów, 
trzymający się tak źle na nogach, padający prawie u ich stóp kamiennych w ostatnim 
upodleniu? Olbrzymi Herkules, siedzący na skale, nagi, wspaniały, pochylał smutnie dumną głowę, 
a smutna Świtezianka, zadumana nad brzegiem rzeki, rumieniła się prawie w blaskach wschodzącego 
słońca. A przecież wszystkie te białe postacie wyrosły z ciemnej kałuży rozlanego wina, urodziły 
się pod gorącym tchnieniem przepędzonej w knajpie nocy. I przeznaczeniem jego było schodzić 
najniżej po swoje wzory, projekta, a nawet po modele. 
Tu, na tym dziedzińcu, wyrosła nagle wspaniała kariatyda z szeroko zakreślonymi liniami, 
tchnąca zdrowiem i siłą. Zostawiła w jego pamięci wdzięczne wygięcie ciała, wspaniały tors, pochylony 
w kształtnym skróceniu. Pragnąłby jednak zobaczyć ją jeszcze, aby stworzyć prawdziwy 
typ kobiety-olbrzymki, bez przesady, bez naśladowania tych niekształtnych posągów, podpierających 
balkony lub ornamenta kamienic. 
Dlatego stoi tak na środku dziedzińca i patrząc na ścianę, rysuje myślą kontury, wypełnia przestrzeń 
i wznosi Kaśkę-kariatydę, wspaniałą, piękną, silną, o muskularnych, a mimo to kobiecych 
ramionach. 
* 
Kuferek Kaśki, jakkolwiek niewielki, zajmował znaczną część izdebki zamieszkanej przez Rózię 
i Feliksa. Kaśka, wyszedłszy z mleczarni, udała się tam prosto, pragnąc zabrać swoje rzeczy i 
przenieść się czym prędzej. Gdy weszła, zastała Feliksa leżącego według zwyczaju wśród brudnej i 
porozrzucanej pościeli, z miną człowieka, któremu pewnie ulokowany kapitał przynosi przyzwoity 
i stały dochód. Pofałdowana i niekształtna twarz tego człowieka ginęła w kłębach dymu kabanosa. 
Niedawno powrócił z obiadu, a teraz ze spokojem odprawiał sjestę poobiednią. Brudne, szare ściany 
izdebki, przesiąkłe dymem cygar, pooblepiane były kawałkami kolorowego papieru, wycinkami 
z żurnalu, anonsami lub złoconymi literami, poodrywanymi widocznie ze sztuk muślinu lub tarlatanu. 
Była to jedyna praca, której oddawał się czasem Feliks. Pomnąc na maksymę: utile dulci11 
, 
ozdabiałściany nie zamiatanej izdebki wycinkami ze starych gazet i kolorowymi obrazkami. 
— Będziesz miała po mnie pamiątkę — wyrzekł raz do Rózi, gdy ta gniewała się za zużywanie 
mąki na klajster. 
Tym zamknął jej usta. Rozstanie — było to słowo zbyt straszne, gdy padało z ust jego. Ona mówiła 
o nim ciągle, wywoływała nawet w kłótniach codziennych, ale gdy Feliks wyrzekł coś odnoszącego 
się 
do zmiany w ich pożyciu — martwiała z bólu i stała przelękniona, jak wobec śmierci lub 
choroby nieuleczalnej. 
Gdy Kaśka otworzyła drzwi, Feliks nie podniósł się ze swego legowiska. Od dawna zatracił całą 
galanterię dla dam i uważał kobietę jako istotę niższą, przeznaczoną jedynie dla utrzymywania jego 
drogocennego życia. Gorąca, duszna atmosfera nie przewietrzanej nigdy izby uderzyła niemile 
wchodzącą dziewczynę i przygniotła od razu jej płuca. Pomimo że nie cierpiała Feliksa, wrodzona 
jej uprzejmość nakazywała jej być grzeczną. 
— Dzień dobry — wyrzekła, otwierając swój kuferek i składając swe drobiazgi z jak największą 
uwagą. 
Feliks nic nie odpowiedział, tylko zaczął się przyglądać pochylonej dziewczynie. Kaśka była 
stanowczo piękniejsza od Rózi, a w mleczarni lub w kawiarni mogła przy dobrych chęciach przynosić 
korzyść podwójną. O wiele młodsza, świeższa, z łagodną siłą konia meklemburskiego, przedstawiała 
się o wiele korzystniej jako materiał zarobkowy, z którego można bydłużej i więcej ciągnąć 
dochodów. W milczeniu przeżuwał myśli od dawna w jego głowie powstałe. 
Rózia zaczynała się starzeć. Coraz mniej monety brzęczało na dnie szufladki. Niedbała, zmęczona 
i niechętna, traciła poboczne dochodziki za usługę; przy tym z głupim uporem trwała w jakiejś 
wierności, której on w gruncie rzeczy nie wymagał i nie pragnął. Dla miłości Feliksa odtrącała 
każde poufalsze zbliżenie się gości z miną zadąsanej, źle wychowanej dziewczyny, a tym samym 
omijały ją coraz częściej owe drobne pieniądze „na piwo”, które w początkach ich pożycia 
wynosiły codziennie po kilka guldenów. Wtedy żyli przyzwoicie, a dwa listy Banku Hipotecznego 
datowały się z owych czasów, w których, oprócz utrzymania Feliksa, mogła Rózia odłożyć coś na 
czarną godzinę. Wprawdzie nieraz dokoła ich mieszkania krążyły postacie rozmaitych mężczyzn, 
starszych i młodszych, którzy zaglądali z pewną niecierpliwością 
do bramy i głośno kaszlali spacerując pod oknami, a Rózia, najczęściej pod pozorem odwiedzenia chorej przyjaciółki lub ciotki, 
wybiegała na miasto i wracała dopiero po kilku godzinach — ale Feliks udawał, że tego wszystkiego 
nie dostrzega. Udając sen twardy, widział wszystko i domyślał się prawdy, lecz nie robiłżadnych 
awantur. Po co? Tak było lepiej obojgu. Zżółkła jego maska uśmiechała się 
mimo woli, gdy Rózia 
z nadzwyczajnym strachem pochylała się nad nim, aby się przekonać, czy nie słyszał, że powróciła 
o tak późnej porze. 
Dla niego mogła powrócić i rano. To mu było zupełnie obojętnym. W swej pogardzie dla kobiety 
nie pojmował, co to jest szczęście wynikłe z przeświadczenia o wyłącznym posiadaniu ukochanej 
i kochającej istoty. Wszakże nie przeszkadzało to pewnemu artystycznemu zmarszczeniu 
brwi, gdy Rózia opowiadała o niezmiernie zajmującej historii obok mieszkającego szewca, który 
żonę swoją złapał na niewierności małżeńskiej. 
— Gdyby tak na mnie — mówił, usiłując wydąć swoją drobną, zawiędłą postać — zabiłbym psubrata 
na miejscu. 
A Rózia spuszczała głowę i drżała ze strachu, marząc o morderstwie, krwi, sądach przysięgłych, 
kryminale... 
I powoli, z coraz większą zaciekłością czepiała się Feliksa, pragnąc tylko jego pocałunków i 
pieszczot. Pozrywała dawne znajomości i zaczęła być wierną na wielką skalę, z uporem kobiety, 
której bezgraniczna namiętność znalazła wreszcie ukojenie. Przy tym stawała się coraz więcej nerwową, 
krzykliwą i zawiędłą w tym bezustannym dymie cygar i zgniecionej, wilgotnej atmosferze. 
Nie dbała o nic i nie troszczyła się nawet o byt materialny. 
Feliks, od pewnego czasu w swoich wydatkach ścieśniony, patrzył na Rózię z dobrze maskowanym 
wstrętem. Nigdy wszakże nie zrobił jej żadnej wymówki, tylko klął w czasie jej nieobecności, 
gdy otwarta szuflada przedstawiała widok niezadawalający. Był on na pozór względnie dobrze wychowanym 
człowiekiem i miał pewną delikatność, gdyż 
otwarte przyznanie się do wyzyskiwania 
kobiet mogłoby mu popsuć dalszą karierę. Stosował się więc w milczeniu do pogorszonej sytuacji, 
ale oglądał się za czymś lepszym, przynoszącym mu większy dochód, który by mu pozwalałżyć 
lepiej i jadać 
w przyzwoitszych restauracjach. Uwaga jego zwróciła się na... Kaśkę. Któż mógł być 
lepszym materiałem do wyzyskania jak ta dziewczyna łagodna, cicha, pełna siły, a zarazem bezsilna 
wobec ostro postawionego żądania? Patrząc na długą linię jej grzbietu nad kuferkiem pochylonego, 
Feliks powziął nagle myśl zużytkowania dla siebie tej młodej, zdrowej istoty, która mogła 
znieść wiele w zaprzęgu i nie zużyć się tak łatwo, jak Rózia. 
— Panna Kasia idzie na spacer? — zapytuje z niezwykłą uprzejmością, widząc, że dziewczyna 
wydobywa z kufra czysty, biały kaftanik i odkłada go na bok. 
— Nie, panie Feliksie, przenoszę się tylko — odpowiada Kaśka, szukając pomiędzy bielizną pocerowanych 
pończoch. 
— Panna Kasia idzie do służby? 
— Idę. 
Chwila milczenia. Kasia wyszukała pończochy, ale z rozpaczą dostrzega na jednej niewielką 
dziurę na pięcie. Siada więc na brzegu kuferka i sięgnąwszy ręką, dobywa małe pudełko od proszków 
seidlickich, pełniące funkcję neseserki lub kasetki do robót. W pudełku znajduje trochę bawełny, 
naparstek i dużą igłę zardzewiałą. Wsuwa pończochę na lewą rękę, a wyciągając piętę na 
złożonej pięści, rozpoczyna cerowanie. Szyjąc przechyla za każdym sztychem głowę i zacina usta z 
wyrazem nadzwyczajnej uwagi. Feliks podwaja uprzejmość i powoli wstaje z pościeli. 
— Po co panna Kasia idzie do służby? — pyta, przeglądając się w małym kieszonkowym lusterku. 
— Jak to po co? Ażeby nie zdechnąć z głodu — odpowiada Kaśka, nie podnosząc głowy. 
— Panna Kasia, jakby zechciała, toby mogła iść do jakiej innej, lekciejszej roboty; rondle i szafliki 
to dla innych, brzydszych... 
Kaśka roześmiała się szczerze. 
— Niech pan Feliks nie dworuje. Ta cóż bym robiła inakszego?... Trafiła się niezła służba... Pani, 
zda się, dobra... 
— Oj! One wszystkie niby dobre — mówi Feliks skrzywiony. Ale ja znalazłbym coś innego, delikatniejszego, 
polityczniejszego. Ot, na przykład, do mleczarni, jak Rózia, albo do kawiarni... Hę?... 
I rzuciwszy projekt, patrzy z uwagą w twarz Kaśki, aby dostrzec, jakie zrobił wrażenie. 
Kaśka opuszcza nagle rękę, na której trzyma pończochę, drugą dłonią pociera ramię. Silne palce 
rzeźbiarza, zaciśnięte z uporem powyżej jej łokcia, zostawiły czerwone pręgi bolesne, jakby od 
skrępowania powrozem. Stara się więc uśmierzyć ból za pomocą rozcierania. 
— Ja do mleczarni? Zanadto jestem niezgrabna, za brzydka. Rózia to co innego... 
Feliks postanawia uderzyć w strunę próżności, a przy tym nie pragnie oszczędzać swej kochanki. 
— Hi! hi! hi! Pewnie, że Rózia a panna, to co innego. Panna bo młodsza i ładniejsza, i zdrowsza... 
Rózia przy pannie to jak zduszona cytryna... 
Kaśka doznaje tego samego zdziwienia, jakie ogarnęło ją w kuchni, gdy rozgniewana Rózia nazywała 
Feliksa „ananasem”. Teraz on nazywa ją „zduszoną cytryną”. Cóż wiąże tych dwoje ludzi, 
skoro się nawzajem nienawidzą? 
I tą samą intonacją głosu pyta? 
— Dlaczego pan z nią siedzisz? 
Feliks krzywi wąskie usta i szuka przez chwilę odpowiedzi. 
— Ot, przyzwyczaiłem się... taka moja głupia natura. 
I ten się przyzwyczaił? Kaśka wzrusza ramionami i zaczyna cerować pończochę. Feliks pragnie 
widocznie coś dodać, bo zbliża się do kuferka, a uśmiech rozjaśnia jego twarz obojętną. 
— Ale z tym wszystkim mógłbym z nią skończyć w każdej chwili. Zrobiła się z niej taka jędza, 
że, jak Boga kocham, nie do wytrzymania. Ja lubię 
kobiety grzeczne i edukowane. Myślałem, że ją 
wytresuję, ale niech ją tam... 
Kaśka słucha ze zdziwieniem tej mowy. On wymaga od Rózi grzeczności i chce ją tresować! 
Feliks przysuwa się bliżej i siada na brzegu kuferka. 
— I widzi panna, Rózia próżnuje teraz, nic nie robi. Dawniej to była iskra, nie dziewczyna; teraz 
ledwo ciągnie za sobą nogi. Ja nie lubię kobiet, które się włóczą po kątach i nic nie robią. 
Kaśka mimo woli zatrzymała swój wzrok na długich, suchych, bezczynnie złożonych rękach 
Feliksa. Na czwartym palcu lewej ręki błyszczał kokieteryjnie pierścionek, ozdobiony fałszywym 
brylantem. 
Feliks patrzał także na ręce Kaśki, grube, szorstkie, pokryte lśniącą, czerwoną skórą, i oboje zajęci 
byli jedną myślą — mianowicie obliczali, ile dziennego dochodu mogły dać ich ręce w ciągłą 
puszczone pracę. Przy tym wzrok Feliksa obejmował całą postać dziewczyny ze skrupulatną uwagą, 
tą samą, z jaką się ogląda kamienicę, na której się chce ulokować swój kapitał zaraz po Towarzystwie12. 
Widocznie egzamin wypadł na korzyść dziewczyny, bo Feliks poprawił krawatkę i 
przechylając się z wdziękiem, zaczął trochę przyciszonym mówić głosem: 
— Ja pannie Kasi powiem... gdyby panna Kasia zechciała, to ja bym się postarał, aby panna Kasia 
dostała się na miejsce Rózi w mleczarni. To będzie łatwo, bo Rózia jakaś chuderlawa i coraz 
bardziej włóczy nogami. Ale za to panna Kasia będzie moja i będzie ze mną siedzieć, tak jak teraz 
Rózia. Krzywdy nie zrobię, jak Boga kocham, bom uczciwy człowiek, i zobaczy panna Kasia, jaki 
ze mnie dobry mąż... 
I zaczął suchymi, chudymi palcami szukać rąk dziewczyny, która siedziała na brzegu kuferka 
przerażona, doznając wrażenia, jakby ją nagle obryzgano błotem. 
On, biorąc milczenie Kaśki za znak niemego z jej strony zachwytu, ciągnął dalej swe propozycje, 
zwracając ku niej swą zżółkłą, zmarszczoną twarz próżniaka, zeschniętego w bezczynności, 
trawiącego obcą pracę z całą bezczelnością pasożyta. 
Nie — to było nadto bolesne. Czymże zasłużyła na podobne upodlenie? Czego chcieli od niej ci 
mężczyźni, nie dozwalający jej żyć spokojnie? Dziś po raz trzeci czuje na swej twarzy gorący oddech męski, pomięszany z zapachem cygar i złego wina. Nie! stanowczo tego za wiele! Jakiś nieokreślony 
smutek przepełnia jej piersi, łzy nabiegają do oczów i Kaśka wybucha głośnym płaczem, 
ocierając łzy trzymaną w ręku pończochą. Czyż tak będzie całe życie? Więc nigdy nie znajdzie 
spokoju, nigdy chwili wytchnienia? Czyż wszyscy mają prawo rzucać się na nią dlatego, że jest 
biedną służącą, zmuszoną iść z odkrytą głową przez ulicę? 
Feliks, nie przewidując łez na zakończenie swych świetnych propozycji, milknie zmieszany i 
wstaje z kuferka. Duma jego dotknięta każde usunąć się co prędzej; dlatego ze źle ukrywaną złością 
chwyta rzucony pod stół kapelusz i wychodzi trzaskając drzwiami. 
— Klucz oddać stróżowej! — rozkazuje, stojąc we drzwiach; a Kaśka nie odwraca nawet głowy, 
tylko płacze ciągle, opierając skroń o ścianę. Te łzy sprawiają jej ulgę i przynoszą trochę spokoju. 
Ubogie swe sukienki przewiozła w dorożce razem z pościelą, zawiązaną w grube białe prześcieradło. 
Zajechawszy przed bramę, oglądała się na próżno za swym nowym znajomym, Janem... Nigdzie 
go nie było — poszedł zapewne na miasto. Kaśka nie mogła zrozumieć, dlaczego nieobecność stróża 
sprawiła jej przykrość. Pragnęła, aby przyjazna twarz chłopca przywitała ją na wstępie do nowego 
mieszkania. Nie obawiała się z jego strony napaści, owszem, miała dlań ufność i pragnęła jego 
opieki. Z pomocą dorożkarza przeniosła kuferek i pościel, a sama pani otworzyła jej drzwi kuchenne. 
Gdy zasłała ze starych desek pozbijane łóżko i pokryła je grubym prześcieradłem, a na ścianie 
powiesiła rzędem cztery piękne malowane obrazy, uśmiechnęła się 
w swym ubóstwie i uczuła się 
zadowoloną. Te obrazy były jej jedynym bogactwem. Święta Trójca z szafirową kulą, przedstawiająca 
świat cały, Matka Boska Kochawińska, wychylająca czarną twarz z pozłocistej sukni, i 
święty Wincenty a Paulo z dzieciakiem na ręku. Czwartym w tej galerii obrazów był Bogumił Dawison13, 
rozparty w purpurowym płaszczu i koronie cezarów. Kaśka, nie znając bohaterów sceny, 
umieściła tragika pomiędzy obrazami świętymi, uważając go za coś wysokiego ze względu na 
czerwony płaszcz i dumną, wyzywającą pozę, z jaką się rozpierał koło urny, na kolumnie wysokiej 
sterczącej. 
W kuchni znalazła mnóstwo śmieci i kurzu; po kątach stosy kości, łupiny od kartofli itd. 
Po rozpatrzeniu się bliższym zauważyła brak wielu koniecznych naczyń, szczotek, żelazek. Z 
wielką energią rozpoczęła więc sprzątanie tego kąta, w którym odtąd żyć miała. Gdy obmyła podłogę, 
zabrała się do oczyszczenia ścian, ale tu niewiele pomogły jej dobre chęci. Czarne smugi pokryły 
dawno nie bielone ściany. Niewielkie okienko wychodziło na małą boczną galeryjkę, opatrzoną 
cienką, żelazną poręczą, zakrzywioną na rogu i ciągnącą się w górę 
po spiczastym dachu 
niższego budynku. Okienko to dawało mało światła i powietrza. Kaśka westchnęła. Szerokie jej 
piersi wciągały od razu wielką ilość powietrza, gdyż inaczej krew ją dusiła i zalewała jej głowę. 
Nagle drzwi od pokoju otworzyły się i w nich stanął mężczyzna niemłody, w szlafroku — widocznie 
pan domu. 
Kaśka wyprostowała się i podeszła, pragnąc w fałdach wyszarzałej perskiej tkaniny znaleźć rękę 
swego chlebodawcy i wycisnąć na niej pełen szacunku pocałunek. 
Ręka jednak zniknęła w zbyt obszernym rękawie, a natomiast z piersi mężczyzny wybiegł cichy, 
zachrypnięty głos, podobny do piania koguta. 
— Cóż to za nowy tłomok tak hałasuje, że człowiek myśleć nawet nie może? 
Kaśka, biorąc zawsze najgorsze dla siebie, zastosowała tym razem wyraz „tłomok” do swej osoby. 
— To ja, proszę wielmożnego pana, Kaśka. 
Chudy mężczyzna skrzywił się. 
— Nowa sługa, hm... hm... gorsza złodziejka i latawiec niż tamte. No, no, ja się do ciebie wezmę 
i będziesz mnie słuchać. Nie panią, tylko mnie, bo u mnie służysz. Rozumiesz, ja płacę! Pani nic 
nie ma, to wszystko moje. To moja krwawa praca, którą ona niszczy. 
I wstrząsając długim rękawem, pod którym kryła się zapewne ręka, ukazywał Kaśce tę całą 
swoją własność, owoc krwawej pracy: kilka rondli, stary pogrzebacz i szczypce, blaszany samowar, 
dziurawą konewkę, rdzą pokryty kociołek i resztę innych gratów, nędznych, kryjących się po zaciemnionych 
kątach ze wstydem obszarpanych nędzarzy. Człowiek w brudnym szlafroku wyciągał 
rękę i zakreślał koło, mówiąc „to moje” z dumą skąpca, który całe lata gromadzi stosy zaśniedziałych 
monet. Były to skarby smutne, własność, o którą sprzeczać się było dziwactwem, a przecież 
ten mąż wydziedziczał z nich żonę, wskazując siebie jako głowę domu i pana w całym tego słowa 
znaczeniu. Wszystko należało do niego — i to wygasłe ognisko, i ta stolnica czerwona jeszcze od 
mięsa, i ten szczerbaty garnuszek, i ten moździerz bez tłuczka, w którym tłuczono cukier lub pieprz 
starą rączką od dzwonka. Tym wspaniałym ruchem rękawa obejmował w posiadanie i nową służącą, 
która w niemym podziwie spoglądała na tęłysą, spiczastą głowę, obciągniętążółtą skórą, a zapadającą 
się w kilku miejscach w doły okrągłe i równe. Nos długi, haczykowaty zwieszał się nad 
wąskimi wargami i prawie łączył z wystającą brodą. Zamiłowanie w gderaniu i bezustannym gniewie 
na siebie i na wszystkich przebijało się aż 
nadto widocznie w tej skurczonej, pochylonej postaci, 
jakby zaczajonej dla rzucenia się na upatrzoną sobie ofiarę. Chudy, mały, miał ruchy wariata, 
machając ustawicznie rękami i wyginając dolną wargę w właściwy sobie sposób. 
Kaśka, mimo całego szacunku dla „państwa”, nie mogła ukorzyć się przed tą figurą, migającą 
się w niepewnym blasku przyciemnionej kuchenki. 
— Ile ci pani dała zadatku? — pyta człowiek w szlafroku, zaczajając się jakby do skoku. 
— Reńskiego w srebrze — odpowiada Kaśka. 
— Oddaj go! 
Kaśka, przerażona, nie może przez długi czas znaleźć odpowiedzi. 
— Oddaj — powtarza mężczyzna — kto cię tam zna... Może jesteś Bóg wie jaka przywłoka... Jutro 
ukradniesz co i pójdziesz, a ja ci mam jeszcze za to płacić? Ta głupia Julka zawsze tak robi... Szast, 
prast... pieniądze wyrzuca, jakby swą własność!... Miłosierny Boże! co to ze mną będzie... co to 
będzie!... 
Postąpił kilka kroków naprzód. 
— Czy to ma być wyszorowana podłoga? — zapytał, przysiadając na ziemi i wlokąc za sobą sznur 
długi i obszarpany. — To jest tylko brud rozmazany, a wszystkie plamy zaraz jutro wyjdą... Popraw 
to zaraz... 
Siedząc na ziemi, rozglądał się dokoła uważnie, jakby coś obliczał i przypominał sobie. 
— Masz tu czternaście kawałków drzewa na jutro do obiadu... to ci wystarczy. Naczynie utrzymuj 
czysto, bo to moja praca i kosztuje mnie niemało... 
Nagle porwał się z ziemi i rzucił na stojący na stole samowar. 
— Miłosierdzie Boże! — zawołał, chwytając samowar przez materię rękawa. — Miłosierdzie Boże! 
I za chwilę zniknął z samowarem we drzwiach prowadzących do pokoju. Kaśka pozostała sama. 
Chwilę stała nieruchoma, porządkując wrażenie, jakie zrobił na niej ten człowiek dziwaczny. Czekała 
jego powrotu i powtórnego rozkazu zwrócenia zadatku. Czuła, że służba jej będzie bardzo 
ciężka, ale nie miała wyboru. Wśród kwartału gdzież znaleźć mogła lepszą? W najwyższej trwodze 
zabrała się do powtórnego szorowania podłogi. Oddychała ciężko, pocąc się wśród gorąca i w 
przyśpieszonym ruchu. Pan nie powracał wraz z samowarem, bo zniknął we wnętrzu mieszkania. 
Kaśka z ciągłą trwogą spoglądała na drzwi od pokoju. 
Zmrok zapadał z wolna, ścieląc się 
ciemnymi smugami po wilgotnej podłodze i pustych kątach. 
Wszystkie przedmioty tonęły w ciemnościach, napełniających powoli ciasne wnętrze kuchni. Kaśka, 
spocona, zmęczona, skurczona w wielką, bezkształtną masę, szorowała ciągle z jakimś nerwowym 
uporem, prawie bezmyślnie. 
Na koniec otworzyły się drzwi, a do kuchni weszła pani, trzymając w ręku samowar. Jej niska, 
szeroka postać zaznaczyła się wśród cienia niepewnymi liniami. Pani postawiła na stole samowar i 
oparła się ręką o ścianę, jakby padając ze znużenia. Stała tak przez chwilę w milczeniu, nie patrząc 
na Kaśkę, która w przeciwległym kącie kuchni klęczała w wodzie. Na koniec, unosząc tren swego 
szlafroka, postąpiła pani kilka kroków ku okienku, skąd padała jeszcze szarawa, jakby popiołem 
przysypana smuga światła, i stanęła w tej smudze, zwracając ku Kaśce swą bladą twarz niezdrowej 
kobiety. 
Pragnęła widocznie coś przemówić do klęczącej naprzeciw niej dziewczyny, nie wiedziała jednak, 
od czego zacząć. 
— Bardzo tu było brudno — wyrzekła powoli, a głos jej drżał lekko, prawie niedostrzegalnie. 
— Tak, proszę wielmożnej pani, ale jakoś się to uładzi — odpowiada Kaśka, szczęśliwa, że jej 
piękna pani tak uprzejmie do niej przemawia. 
— Mąż mój... to jest pan — poprawiła się — lubi porządek... trzeba mu dogadzać... — proszę cię o 
to... 
Kaśka podniosła głowę i zastanowiła się chwilę. Jak to? Ta pani prosi ją o wypełnienie obowiązku? 
— A teraz mam jeszcze jedno zlecenie — mówi pani, wahając się przez chwilę. — Zdajesz się być 
dobrą dziewczyną... Służ mi wiernie, a nie pożałujesz. Skoro podasz samowar i zobaczysz, że ja 
siedzę przy stole i biorę bułkę z koszyka, wróć do kuchni, a po chwili wejdź z tym listem. Podaj go 
panu, mówiąc, że przed chwilą posłaniec go przyniósł. Potem wyjdź 
z pokoju i nie przychodź, aż 
cię zawołam. 
I kończąc te słowa, wyciągnęła pani swą tłustą białą rękę, podając Kaśce list, zaadresowany dużymi 
literami. 
Jakieś dziwne zakłopotanie ogarnęło obie kobiety. Kaśka, nie wstając z klęczek, otarła mokre 
ręce i ująwszy list wsunęła go za kaftanik. Pani nakazywała jej kłamać i poszukiwać pana, oddając 
mu list z uwagę, że przyniósł go właśnie posłaniec. Kaśka czuła, że to nie było dobrze, i kryła w 
cieniu pomieszanie, które ogarnęło ją nagle. Pani, w szarym i przyćmionym blasku padającym z 
okna, miała w swej bladej twarzy wyraz lekkiego zakłopotania z tego przymuszonego tłumaczenia 
się przed sługą, którą od kilku godzin zaledwie poznała. 
— Czy wiesz, co masz robić? Zrozumiałaś dobrze? 
Kaśka wie wszystko, co ma zrobić, ale nie rozumie, dlaczego. Wiedziona wszakże instynktem, 
nie pyta o nic, nie chcąc zawstydzić jeszcze więcej tej bladej kobiety, która stoi przed nią nędzna i 
przygnieciona prawie swym kłamstwem. 
— Pamiętaj wszakże — odzywa się pani łagodnym głosem — że służysz przede wszystkim u mnie. 
Dlatego liczę na ciebie i każę ci milczeć. Gdybyś wszakże powiedziała cokolwiek panu, wypędzę 
cię, a mnie narazisz na przykrość... bardzo wielką. 
Głos jej nie miał tonu prośby, gdy mówiła „wypędzę”. Był to raczej senny dźwięk stłumionego 
łkania, które zastygło w tej szerokiej piersi. 
Kaśka poczuła nagle wielką litość nad tą kobietą, która kłamała z takim źle ukrywanym smutkiem. 
I ze zwykłą u kobiet przeciwko mężczyznom solidarnością postanowiła pomagać, ile jej sił 
starczy, tej dobrej, bladej pani, która mówiła do niej przychylniej, poczciwiej niż pan, liczący polana 
i rzucający się na samowar w dzikiej rozpaczy. Kaśka przeczuciem sługi odgadła w Julii istotę 
bierną, złą gospodynię, kobietę zajętą bardziej czymś 
poza granicami domu, żyjącą wśród ścian 
swego mieszkania jak w hotelu, bez zajęcia, bez chęci, bez uśmiechu. Oprócz tego Julia wydała się 
Kaśce bardzo nieszczęśliwą i chorowitą mimo dobrej tuszy. Gdy Julia mówiła: „Narazisz mnie na 
przykrość wielką” — Kaśkęścisnęło „pod piersiami”. Ta wielka przykrość rysowała się przed 
oczami tej wrażliwej dziewczyny jak straszny potwór, zagrażający życiu jej pani. O! pani może być 
spokojna. Kaśka własnymi rękami odsuwać będzie te przykrości i piersią własną zasłoni ją przed 
potworem! I klęcząc u stóp Julii, poczciwa dziewczyna za kilka słów łagodniejszym wypowiedzianych 
tonem składa w ofierze swej pani bezgraniczne przywiązanie, usta już chętne do kłamstwa i 
całą swą istotę, pełną uległości psa wiernego. W tej ciemnej kuchence zawiązało się milczące 
przymierze przeciwko mężowi i panu, przymierze mające na celu, z jednej strony, zdradę małżeńską, 
z drugiej — chęć odpłacenia ślepym posłuszeństwem za dobre słowo. Dwie kobiety, nie mające 
przed chwilą jeszcze nic wspólnego, łączyły się węzłem tajemnicy, która usunęła się za kaftanik 
Kaśki w postaci zaklejonego listu. Julia, ulegając dziwnie sympatycznej powierzchowności Kaśki, 
powierzała w jej ręce swą przeszłość, przyszłość i teraźniejszość — nieopatrznie może, ale kierując 
się instynktem kobiecym. Ta wysoka dziewczyna, tak łagodna, silna, z otwartą i szczerą fizjonomią, 
nie mogła kryć zdrady w głębi swej istoty. Od pierwszej chwili Julia przeczuwała w tej dziewczynie 
swego sprzymierzeńca, licząc wreszcie i na przykry charakter męża, który od pierwszej 
chwili wywierał na każdym wstrętne wrażenie. 
Gdy pani wyszła z kuchni, nakazując zapalić lampkę, nastawić samowar i podać filiżanki, Kaśka 
wstała z podłogi, na której dotąd klęczała, i przez chwilę stała z twarzą w dłoniach ukrytą. 
Pani, wychodząc, powiedziała: „Pośpiesz się, moje dziecko!” — a powiedziała tonem łagodnym, 
niknącym wśród ciemnej przestrzeni. 
Moje dziecko! 
Od śmierci swej matki Kaśka nie słyszała tego słowa. Teraz duszą i ciałem należy do tej dobrej 
kobiety, której głos drga jeszcze pod niskim kuchennym sufitem i płynie, napełniając powietrze 
miłą wonią. 
I z łakomstwem dziecięcym upaja się Kaśka tą nazwą, tak drobną wobec jej olbrzymiej postaci i 
szerokich ramion. Zmoczona spódnica, ku dołowi obciągnięta, leje ze siebie całe strugi brudnej 
wody, która ze szmerem deszczu spada na podłogę. Kaśka stoi wśród ciemności, odurzona słodyczą 
zasłyszanego słowa. Cały ten dzień, tak przykry z powodu brutalności mężczyzn, rozwiał swą 
smutną szatę w dźwięku słowa płynącego z ust kobiety. 
Moje dziecko! 
To słowo przepełniło serce Kaśki rozkoszą nieokreśloną i skuło jej silną postać nierozerwalnym 
łańcuchem posłuszeństwa. W tej krótkiej chwili Kaśka straciła swą wolę i stała się maszynką w 
palcach swej pani. Było w tej przemianie dużo z uległości zwierzęcia domowego, które chętniej 
biegnie do ręki przynoszącej mu cukier niż do ręki obciążonej batogiem. 
Gdy Kaśka weszła z samowarem do jadalnego pokoju, uderzył ją na wstępie niezwykły widok. 
Na wyplatanym krześle, przy okrągłym stole siedział pan obłożony mnóstwem wielkich książek. 
Żółtą i chudą, jak u kościotrupa, ręką przewracał sinawe kartki, od góry do dołu zabazgrane, pokreślone, 
z kolumnami cyfr na marginesach. Książek tych było ze dwanaście, wszystkie jednej wielkości, 
zniszczone, z pozaginanymi rogami i zrudziałą okładką. Leżały one na ziemi, stały oparte o 
nogę stołu, zajmowały blat, rozkładały swe ogromne kwadratowe ciała, ubrane w kamlotową sukienkę. 
Pan, pogrążony w jakichś poszukiwaniach, podnosił się na krzesełku, gdy nie mógł wzrokiem 
doścignąć wierzchu karty. U okna siedziała w milczeniu pani, z głową zwróconą na zewnątrz 
pokoju. 
Zdawała się być pogrążoną w myślach, martwą i nieruchomą. Pokój jadalny, niewielki, kwadratowy, 
z oknem wychodzącym na dziedziniec, był pusty i świecił nagimi ścianami, pomalowanymi 
w orzechowe róże na tle żółtym. Niewielki kredens, staruszek, ze spaczonymi drzwiczkami, 
rysował swój kontur i z pewną nieśmiałością tulił się do ściany. Niska sofa pokryta zniszczoną ceratą 
i kilka wyplatanych krzeseł stanowiły całe umeblowanie pokoju. Przez uchylone drzwi można 
było dojrzeć sypialnię, oświeconą blaskiem gasnącej świecy. 
Dwa łóżka jednakowej wielkości, okryte ciemnymi kapami, migały w żółtawym światełku. Sypialnia 
łączyła się z salonikiem, którego drzwi prowadziły wprost na schody tak zwane frontowe. 
Przedpokoju nie było. 
Gdy Kaśka wchodziła do jadalni, pan, nie odwracając nawet głowy i nie odrywając oczu od 
książek, mówił coś do żony, a głos jego, piejący i chrapliwy, z głuchym świstem odbijał się o ściany 
pokoju. 
— Znalazłem, jest! O!... Kupiony w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym trzecim, dwunastego 
sierpnia, o godzinie trzeciej po południu. Patrz! Zapisany. Samowar blaszany, z galeryjką i kominkiem. 
Cena reński i centów osiemdziesiąt. Oddany Julii z Weissów Budowskiej, żonie mojej, i służącej 
Małgorzacie Przybylak. Chodź! Czytaj sama!... Był nowy, zupełnie nowy. Tu! Niżej!... pod29 
pisałaś się sama własnoręcznie. „Samowar zupełnie nowy przyjęłam, Julia z Weissów Budowska”. 
Teraz powiedz, czy to nie twoje pismo? No! Powiedz!... 
I drżącymi ze złości palcami wodził po zapisanej stronicy, na której rzeczywiście widniał wielkimi 
literami napis: „Samowar blaszany itd.” Julia nie odpowiadała wcale. Siedziała nieruchoma, 
spoglądając w ciemną, olbrzymią przestrzeń, rysującą się za oknem. Pomimo późnej pory oko mogło 
jeszcze rozróżnić mury koszar i wysoki nasyp kolejowy, oświetlony gdzieniegdzie latarnią 
budnika. Od pól i ogrodów wiało świeże, chłodne powietrze i wpadało śmiało do wnętrza pokoju. 
Na dziedzińcu bawiła się gromadka hałaśliwych dzieci, a w przyległej kamienicy szwargotali Żydzi, 
używający odpoczynku na drewnianych, spróchniałych deskach galerii. Nagle na torze kolejowym 
zabłysło purpurowe światło i rozległ się przytłumiony huk, jakby gwar zbuntowanego tłumu. 
Czerwona gwiazda mknęła szybko, siejąc tuż przy ziemi żółtawy blask w kłębach białej pary. 
Przed oczami Julii przemknął się pociąg kurierski, złożony z kilku wagonów i lokomotywy, i popędził 
w gniewnym pośpiechu rozjuszonego zwierza. Huk napełnił mały pokoik i wstrząsnął do 
głębi postacią chudego człowieka, zatopionego w książkach i poddającego swą nagą czaszkę pod 
jasne światło zawieszonej nad stołem lampy. 
Julia nie poruszyła się wcale, tylko po jej bladej twarzy przemknął się wyraz tajonej żądzy, jakiegoś 
pragnienia, budzącego się codziennie z hukiem przelatującego pociągu. Nie podróżowała 
ona nigdy. Urodzona i wychowana w mieście, jeździła raz tylko do Gródka, do ciotki męża z wizytą. 
Była to rozkoszna podróż, szybka, rwąca jej bezkrwiste ciało w jakąś dal nieskończoną. Odtąd 
spada na nią 
codziennie ten huk przelatującego pociągu, jak szum przemijającej burzy, i niesie ze 
sobą nieokreśloną tęsknotę za światem dla niej nie znanym. Jest to jedyna chwila dnia, w której 
dusza tej kobiety rwie się w kawałki w bezsilnym bólu, pragnąc poruszyć się i razem z tą gwiazdą 
czerwoną ulecieć w dal ciemną i pełną tajemnic. 
— A teraz... miłosierdzie Boże!... spójrz, jak on wygląda! — ciągnie piejący głos męża, wskazującego 
z wyrazem boleści na ustawiony przez Kaśkę na stole samowar. — Boki pozapadane, galeryjka 
powykręcana... miłosierdzie Boże! miłosierdzie Boże! 
Kaśka spogląda z niepokojem w stronę Julii, ciągle nieruchomej i jakby sennej. Czy pani zapomniała 
o liście? Dlaczego nie zbliża się do stołu? Dlaczego nie daje umówionego znaku? 
Na koniec Kaśka odważa się przemówić: 
— Proszę pani, woda już się gotuje. 
I odkrywa przykrywkę porcelanowego czajnika, wyciągającego swą nadtłuczoną szyjkę spomiędzy 
dwóch filiżanek fajansowych. 
— Głupia! — wybucha pan ze złością. — To do mnie należy. Ja zasypuję herbatę, bo to moja herbata. 
Ona tu nic nie ma swego. Rozumiesz? Podaj mi herbatę. Jest tam w kredensie, na górze, w 
blaszanej puszce. Wyjmij także druciany koszyk z bułkami. 
I z najwyższą uwagą wziął odrobinę herbaty swymi kościstymi palcami i wrzucił ją do czajnika. 
Potem zamknął szczelnie puszkę i kazał wstawić do kredensu. 
Kaśka czuła, że jej obecność jest w pokoju zbyteczną, lecz cóż miała zrobić z listem? Czuła go 
ciągle na piersiach, za każdym ruchem ocierał się o nią gładką powierzchnią i przypominał jej swą 
obecność. 
Usunęła się cicho do drzwi i stała śledząc z uwagą nieruchomą postać pani. Gdy tak stała, przyszło 
jej na myśl, że źle robi pomagając do jakiegoś czynu oszukańczego. Ten pan był bez wątpienia 
złym człowiekiem, przykrym, gderliwym, ale Kaśce nie uczynił jeszcze nic złego. A nawet gdyby 
ją skrzywdził, nie powinna przecież występować przeciw niemu... I niepewna, wahająca się, pragnąc 
zachować iście chłopską neutralność, ciśnie do piersi ów list fatalny, ciężący jej w tej chwili 
stufuntowym ciężarem. 
Tymczasem pan podnosi się, składa na ziemi książkę i zabiera się do nalewania herbaty. Czyni 
to dość zręcznie, klekocąc chudymi palcami i wybierają jak najmniejsze kawałki cukru. Stawia 
jedną filiżankę na drugim końcu stołu i uprzejmym gestem zaprasza żonę do przyjęcia udziału w 
tym skromnym posiłku. 
— Proszę! proszę! Jakkolwiek uczta ta daleką jest od lukullusowych biesiad14, sprawianych w 
domu mamy dobrodziejki, ale niech pani pozwoli i zaszczyci mnie ubogiego swoją uprzejmością. 
Daję pani to, na co mnie stać. Dobrze, że mogę pani coś ofiarować, bo ze strony pani, oprócz fochów 
i niszczenia inwentarza tudzież ruchomości, niczego się nie mogę doczekać. 
Owa wieczorna herbata była to zwykła pora dnia, w której występowały na pierwszy plan pretensje 
tego człowieka, skierowane głównie do zawodu, jakiego doznał nie dostawszy za żoną spodziewanego 
posagu. 
Odsunął on ją od zajęć domowych, odebrał wszelką władzę, wyrzucając jej ciągle ubóstwo i 
czyniąc z niej raczej sługę aniżeli żonę. Ona przyjęła swą rolę z pozornym posłuszeństwa, pleśniała 
w domu, który nie miałżadnego uroku, włóczyła się z kąta w kąt, nie mogąc wypełnić pustki każdej 
głupiej i źle wychowanej kobiety, która nie umie znaleźć 
rozrywki w sobie samej, w książce i w 
nabywaniu wiadomości. 
Od czasu do czasu chodziła do swej matki, sparaliżowanej staruszki, która dogorywała w 
skromnym mieszkaniu na Berlińskiej ulicy. Chodziła tam zwykle sama, bo mąż srodze zagniewany 
nie chciał widzieć 
„tej starej jędzy, która go złapała” — jak zwykł mówić w przystępie dobrego humoru. 
Julia tedy chodziła sama, odprowadzana zwykle przez sługę, a powracała w kilka godzin 
jeszcze bledsza i bardzo zmęczona. 
Budowski uważałżonę chwilami za rodzaj upiora, który niszczył go materialnie. 
— Proszę! bardzo proszę! — ciągnął, odwracając swą pergaminową twarz ku siedzącej przy oknie 
kobiecie. — Może pani zobaczy przy lampie, co się tu zrobiło z takim ślicznym, nowym samowarem. 
Julia wstała i zbliżyła się na pozór machinalnie do stołu. Dziewiąta godzina wybiła na którymś z 
miejskich zegarów. Przeciągłe, niskie dźwięki dolatywały przez otwarte okno i ginęły przygniecione 
niskim sufitem. Stojąca przy drzwiach Kaśka policzyła uderzenia. Pani siadła przy stole i zaczęła 
spokojnie pić czystą herbatę, z ruchami woskowego manekina. 
Budowski śledził ją niespokojnym wejrzeniem. To wieczne jej milczenie, trupia nieledwie obojętność 
drażniły go niewypowiedzianie. Od chwili ślubu była wiecznie milcząca, spokojna, bez 
śladu jakiegokolwiek wzruszenia na bladej, szerokiej twarzy. Później, gdy ją dręczył moralnie, nie 
oburzała się nigdy. Nieraz miał ochotę uderzyć ją 
dla przekonania się, czy nie wybuchnie gniewem. 
I teraz siedzi spokojna, obracając ku niemu twarz woskowej lalki, otoczonążółtymi, kręconymi 
włosami. 
— I dziś rozporządziłaś się 
sama, bez mojej wiedzy — mówi pan, dzwoniąc gwałtownie łyżeczką 
o filiżankę. — Przyjęłaś nową sługę, jakiegoś grenadiera, i dałaś zadatek. To może złodziejka! 
Wyraz ten „złodziejka” rozległ się jak skrzyp ostrego narzędzia na gładkiej porcelanie. Kaśka 
mimowolnym ruchem porwała się za głowę. 
Ale ruch Julii przerwał jej przykre wrażenie. Machinalnie, na pozór bezmyślnie, wyciągnęła pani 
rękę i wzięła jedną bułeczkę z drucianego koszyka. Zrobiła to ze zwykłym spokojem. 
Kaśka drgnęła lekko, ale mimo to została na miejscu. Tylko ręce opadły jej z wyrazem zniechęcenia, 
jak u człowieka stojącego wśród dróg rozstajnych i poplątanych. Julia podniosła na nią swe 
wielkie, bezbarwne źrenice. Zdawała się dopiero teraz spostrzegać służącą i dziwić się jej obecności. 
— Wyjdź, moje dziecko. 
Powiedziała te słowa jeszcze łagodniej jak przed chwilą w kuchni. Był to rozkaz, a zarazem gorąca prośba o wykonanie powziętego planu. Wobec tego głosu Kaśka uczuła się bezsilną. Julia, nie 
wiedząc o tym, magnetyzowała ją swoją słodyczą. Kaśka wyszła z pokoju z wyrazem zupełnej abdykacji. 
W kuchni wyjęła list, a przeżegnawszy się pobożnie i westchnąwszy w kierunku świętych i 
tragika, powróciła do pokoju. 
Budowski nalewał właśnie drugą filiżankę herbaty, gdy Kaśka stanęła z wyciągniętą ręką u stołu. 
— Proszę pana... list... — przemówiła cichym, stłumionym głosem. 
Budowski rzucił się. 
— Co, jaki list? Od kogo? 
Chwycił podany papier i rozerwał kopertę. 
Julia milczała ciągle, jedząc bułkę i patrząc bezmyślnie przed siebie. 
Kaśka szczęśliwa, że ominęła straszne dla niej zapytania: „kto przyniósł”, skierowała się ku 
drzwiom w zamiarze opuszczenia pokoju. 
— Czekaj! — zawołał Budowski. — Będziesz potrzebna! Masz! — dodał, zwracając się do żony. — 
To od twej matki. Nie mogę przeczytać tych kulfonów. Czegóż znów chce ta... stara? 
Ostatni wyraz wymówił z nie tajonym wstrętem. Julia wyciągnęła powoli rękę, wzięła list i zaczęła 
czytać. Budowski usiadł 
na swym fotelu, zirytowany z powodu tego niekształtnego pisma, 
pochodzącego od kobiety, która, wedle jego wyobrażenia, leżała na pieniądzach, ale pozbyć się ich 
nawet dla córki nie chciała. I przez to uparte przekonanie o posiadanych przez matkę Julii skarbach 
pozwalałżonie odwiedzać matkę, sądząc, że wreszcie rozczulona wynagrodzi córce, a zarazem i 
jemu, ów zawód pod względem posagu, na który liczył idąc do ołtarza. Ale nadzieja otrzymania 
czegokolwiek nie łagodziła gniewu, jakim wybuchał 
na widok tych niekształtnych liter, które biedna 
staruszka kreśliła wolną od paraliżu prawą ręką, a w których zawsze wzywała swą córkę do siebie. 
— Kto przyniósł ten list? — zapytał nagle, zwracając się do Kaśki. 
Kaśka milczała. Dla miłości swej pani zrobiła wiele, ale ciężko jej było usłyszeć swój własny 
głos, rozlegający się kłamstwem wśród tej ciszy. Zwróciła więc błagalne spojrzenie na Julię, która 
zdawała się z trudnością odczytywać niekształtne i drżące pismo listu. 
Wypadek przyszedł 
jej z pomocą. Samowar, pozbawiony wody, syczał jakąś prawie śpiewną 
gamę i zdawał się skarżyć na ogień przepalający jego blaszane ciało. 
Budowski powstał gwałtownie z krzesła. 
— Zatyczka! — wołał. — Miłosierdzie Boże! Zatyczka!... bo się rozlutuje. 
Kaśka pobiegła do kuchni i przyniosła za chwilę 
żądany przedmiot. Tymczasem Julia przeczytała 
list i położyła koło filiżanki. Z niewzruszonym spokojem piła dalej zimną już prawie herbatę, 
patrząc w przestrzeń mętnymi oczyma. 
— Ty! — rzekł Budowski za chwilę do Kaśki. — Ubierz się, bo odprowadzisz panią — dodał, odzyskując 
na chwilę 
silniejszy, grubszy głos. 
Do żony nie powiedział ani słowa, ale ona wiedziała, że może pójść do matki. Nie śpiesząc się, 
wstała powoli, jak osoba wybierająca się na spacer, i weszła do sypialni. Przedtem jednak wzięła ze 
stołu list matki, a znalazłszy się 
w pokoju sypialnym, schowała go z pośpiechem w małe pudełko 
od pigułek, które włożyła do komody pomiędzy bieliznę, a potem zaczęła się ubierać. Niewiele 
dbała o swą powierzchowność, wyjmowała bowiem suknie po ciemku i wkładała je na siebie. Za 
chwilę była gotowa. Bez rękawiczek, w pantoflach, nie uczesana, w długiej ciemnej rotundzie 
przesunęła się szybko przez jadalnię, nie spoglądając nawet na męża, zatopionego znów w księgach 
rachunkowych. 
— A wracaj prędko! — zawołał 
starzec. — Jeżeli już umarła, to nie masz tam już co robić. Pozamykaj 
tylko wszystko i zabierz klucze ze sobą. 
Gdy obie kobiety wydostały się na ulicę, odetchnęły swobodniej. Wpół do dziesiątej zadzwoniło 
nad miastem. Był to piątek, dlatego ciszej i przestronniej było na chodnikach. Oświecony wagon 
tramwajowy przesuwał się z brzękiem dzwonka, przedstawiając puste wnętrze, w którym drzemał 
jasno ubrany konduktor. 
Puste dorożki wracały od kolei, turkocząc hałaśliwie po nierównym bruku. W oknach domów 
płonęły mdłe światła, przyćmione fałdami firanek, gdzieniegdzie tylko płonęły blaskiem szabasowej 
iluminacji. 
Julia zaczęła szybko biec ku miastu. Ruchem ręki kazała Kaśce iść tuż obok siebie. Nie mówiła 
nic, oddychała ciężko, widocznie sięśpieszyła... 
Mijając latarnie, Kaśka kilkakrotnie spojrzała na twarz swej pani i mimo woli zdziwiła się, widząc 
ją tak zmienioną, drżącą, z brwiami ściągniętymi i wzrokiem w głąb ulicy wytężonym. Zapewne 
matka musiała być bardzo chora, a biedna pani jest niespokojną. Kaśkę ogarnęło wielkie 
rozrzewnienie. Mój Boże! Ona miała także matkę i kochała ją bardzo! 
Matula chorowała i Kaśka nieraz biegła z fabryki niespokojna i drżąca na wieść o pogorszeniu 
się choroby matki. A ten smutny wieczór, gdy zastała już trupa na pościeli! Miły Boże! Jakże wtedy 
bolało ją serce! Jak gorzko płakała na ten widok swej zimnej, martwej matuli! 
Gdyby też ta dobra pani miała zastać także tylko trupa. To byłoby okropne. 
Nagle Julia przecina ulicę w poprzek. 
Koło kościoła stoi zamknięta dorożka, a przy niej chodzi jakiś mężczyzna wysoki, o zgrabnej 
postaci. Zapalony papieros oświetla chwilami niebrzydką jego twarz, ginącą w cieniu jak fantastyczne 
zjawisko. Fiakier drzemie na koźle, wyczekując z filozoficzną obojętnością, kiedy mu każą 
ruszyć. Siwy, chudy koń, z podkurczonymi kolanami, spuścił głowę z zupełnym poddaniem się 
losowi. Cały ten ekwipaż, zamknięty, czarny, brzydki, ma podobieństwo do ubogiego karawanu, 
stojącego przed drzwiami kościoła. 
Julia podchodzi szybko do mężczyzny czekającego przy drzwiczkach powozu. On podaje jej rękę, 
rzuca papierosa i przygniata go nogą. Julia opiera się chwilę o zewnętrznąścianę dorożki, zmęczona 
tym szybkim chodem i odurzona świeżym powietrzem. 
— Czekam już pół godziny — mówi mężczyzna z lekką wymówką w głosie. 
— Nie mogłam prędzej... wiesz, jak mi trudno — tłumaczy się kobieta, oddychając ciężko. 
Nagle przypomina sobie Kaśkę, która swoi w cieniu i patrzy na swą panią, oświetlonążółtym 
płomieniem, płynącym z dorożkarskiej latarni. Trzeba było coś zrobić z tą dziewczyną; woła ją 
więc i szybko, urywanym głosem daje Kaśce następującą instrukcję: 
— Nie wracaj zaraz do domu. Za pół godziny możesz wejść do kuchni, a gdy pan zapyta się, czy 
mnie odprowadziłaś, powiedz, że na ulicę Berlińską. Potem... kładź się spać, ale zostaw drzwi 
wchodowe otwarte. Odsuniesz rygle, gdy pan zaśnie. Czy mnie zrozumiałaś? 
Kaśka milczy, widząc, że wpada bezwiednie w coraz gorszy labirynt kłamstw, ciągnących się za 
sobą jak paciorki na sznurku. Julia wsiada do dorożki, a za nią ów mężczyzna, co czekał na nią od 
„pół godziny”. Julia wychyla się jeszcze. 
— Zrób wszystko, jak cię proszę — dodaje, głaszcząc policzki dziewczyny, uśmiechającej się mimowolnie 
pod tą pieszczotą. 
Woźnica rusza z miejsca, zbudzony głosem Julii, która zawołała: 
— Jedź za rogatkę zamarstynowską15. 
Dorożka oddalała się wolno, kołysząc swe czarne pudło i utykając co chwila na wystających 
kamieniach. Kaśka kieruje się 
ku domowi, z głową odurzoną, z sercem dziwnie ściśniętym. Pani 
kazała jechać za rogatkę, a matka pani widocznie mieszka na Berlińskiej, bo tak pani przykazała 
mówić. Po cóż pani pojechała zamkniętym fiakrem z tym panem, który się gniewa, że czeka zbyt 
długo?... Pani mówi do niego „ty” i ma twarz rozjaśnioną i szczęśliwą, gdy dotyka się jego ręki... 
Nie jest to przecież brat pani, bo przyszedłby wprost do domu, a nie czekałby po nocy i nie uwoził 
pani za rogatkę. 
— A więc to jest jej... kochanek! — mówi Kaśka do siebie pod nosem. I mimo chłodu nocy gorący 
war przebiega członki dziewczyny. 
Pojechali sami, we dwoje, w tym zamkniętym, jak piwnica ciemnym powozie!... Pojechali daleko!... 
Z dziwnym uporem powraca ciągle myślą 
do tego fiakra, kołyszącego się wśród ciemnych ulic 
przedmieścia. I ona to pomogła do tej schadzki, przyprowadziła panią aż do drzwiczek powozu... 
To źle, bardzo źle. To grzech ciężki, skoro kobieta zamężna ma kochanka... Część winy spada na nią... Czuje to dobrze i smutna, zgnębiona, idzie ulicą, ciągle potrącana i popychana przez przechodniów. 
A matka pani? 
Mój Boże! Biedna chora staruszka! 
I Kaśce zdaje się, że w turkocie kół niknącego fiakra słyszy jęk sparaliżowanej kobiety, bezsenną 
dręczonej nocą. Gdyby wiedziała, gdzie mieszka, poszłaby zobaczyć, czy się na co nie przyda. 
Wie tylko, że na ulicy Berlińskiej. 
I powoli staje przed bramą 
kamienicy. Tu namyśla się chwilę. Pani kazała powrócić dopiero za 
pół godziny. Poczeka więc przed bramą, a potem wsunie się 
cichutko do kuchni, aby uniknąć pytań 
ze strony pana. Kto wie... może jej się uda. Staje więc przed bramą, opierając się o ścianę framugi, 
w głąb kamienicy wsuniętej. 
Z przeciwnego kąta podniósł się ktoś i przysunął do Kaśki. Przy świetle latarni o kilka kroków 
płonącej dziewczyna poznała Jana. Gorący rumieniec oblał 
jej policzki. Co sobie pomyśli o niej, 
widząc ją stojącą wieczorem przed bramą? Jakieżświadectwo daje sama o sobie, próżnując zaraz 
pierwszego wieczoru po objęciu nowego obowiązku? I czuje w tej chwili głęboki żal do pani, narażającej 
ją na utratę dobrej opinii w oczach Jana. Jan pomyśli sobie, że to „latawiec”, i będzie miał 
słuszność zupełną. Tłumaczyć się i uniewinniać nie może — zdradziłaby zaufanie pani i naraziłaby 
ją na przykrość wielką. Musi więc milczeć i znosić dwuznaczny uśmieszek, z jakim Jan zbliża się 
do niej. 
— Panna Kasia tak w samotnika?... A może czeka na... „do pary”? — zapytuje, poprawiając z 
pewną kokieterią swą wytartą kurtkę. Zdjął już fartuch, a w świetle latarni połyskuje jego twarz 
wymyta i czupryna wypomadowana. Nie lubi czapki, woli sobie przewietrzać czaszkę w tym chłodzie 
wieczornym. Powiada, że mu myśli wyparują, a jutro rano będzie miał głowę 
frei. — Głowa nie 
od parady — dodaje, stukając palcem w czoło. Siedzi sobie przed bramą „w samotnika”, przynajmniej 
dziś — mówi znacząco, z uśmiechem mężczyzny mającego szczęście do kobiet. Chce, aby Kaśka 
miała go za pogromcę serc niewieścich, i pragnie podbić ją moralnie. Ona usuwa się, bardzo 
przybita tym niefortunnym spotkaniem, czując fałszywą pozycję, jaką zajmuj względem tego 
chłopca. 
— A panna Kasia zakochana? — zapytuje nagle Jan, wysuwając naprzód nogę w sposób dość rezolutny. 
Kaśka wybuchła mimo woli głośnym śmiechem. 
— Ja? A to po jaką biedę? 
I śmieje się ciągle, pomimo zmartwienia. Ona zakochana! W kim? Musiałaby poznać przedtem 
dobrze takiego człowieka, zanim wlazłby jej w głowę. Zresztą nie miała czasu, od dziecka bowiem 
pracowała ciężko, a po śmierci matki doglądała dwóch małych siostrzyczek. Na „kochanie” trzeba 
dużo wolnego czasu, choćby wolnej niedzieli, a w pracy nie myśli się o głupstwach. 
Jan nie wierzy i dziwnie kręci głową. Jak to? Więc ta duża dziewczyna nie miała jeszcze kochanka? 
Nie miała kaprala w szafirowej kurtce? Ani ułana? To być nie może! W kole, w jakim się 
obracał, podobny wypadek byłby niemożliwy. Jeśli Kasia istotnie dobrze się prowadzi, to rzecz 
nadzwyczajna. Kiedyś 
na placu Gołuchowskich, w płóciennej budzie, pokazywano dziwo natury — 
cielę o trzech nogach. I ta dziewczyna zasługuje — według pojęć Jana — aby ją wsadzić w płócienną 
budę i pokazywać za pieniądze. 
Ha! Może... kto wie! — Jednak niewiara przemaga i Jan z ironicznym uśmiechem rezykuje bardzo 
dowcipną alegorię, którą zasłyszał 
w bardzo dystyngowanej bawarii16 i przyswoił sobie do odpowiedniego 
użytku. 
— Wie panna Kasia co, okręt z głupimi zatopił się! A gadają, co nikt się nie uratował!... 
I dumny z konceptu, patrzy prosto w twarz dziewczyny, śledząc, jakie zrobił wrażenie. 
Kaśka pozostaje nieczułą na aluzję 
z tej prostej przyczyny, że nie może jej zrozumieć. Okręt z 
głupimi zatonął? Cóż to znaczy? Ona nie wie nawet, co to jest „okręt”. 
Czuje jednak instynktownie, że Jan jej nie wierzy, i ta niewiara dotyka ją boleśnie. Kaśka, jako 
porządna dziewczyna, dba o cześć swoją; przy tym dobra opinia Jana obchodzi ją nad wszelki wyraz. 
Poznała go dziś dopiero, ale pragnęłaby, aby patrzył na nią nie jak na latawca lub pierwszą 
lepszą dziewczynę. 
— Może pan Jak pokpiwać — tłumaczy wolno, patrząc na wierzchołki drzew wystające spoza 
muru klasztornego. — Może pan dworować, ale co prawa, to prawda. Nie myślałam o głupstwach, 
bo czasu nie było, a potem... 
Tu urwała, nie chcąc wydać się przed Janem ze swoim marzeniem. Pragnęła z czasem wyjść za 
mąż uczciwie, po bożemu, za porządnego rzemieślnika. Czysta, widna izba, wypoczynek niedzielny, 
łagodny mąż, nazwa mężatki, a przy tym ta błoga pewność posiadania własnego kącika — oto 
był cel marzeń Kaśki. Nie chciała wszakże, aby Jan wiedział o tym, i dlatego zamilkła nagle, nie 
kończąc zdania rozpoczętego. On wszakże domyślił się jej dążeń tajemnych, bo przechylając głowę 
i mrużąc figlarnie oczy zapytał: 
— Aha! To panna Kasia chce się wydać? Oj! joj!!... co to za rarytas iść za mąż! To nie warto!... 
Kaśka podniosła głowę i spojrzała w twarz szydzącego z niej Jana. 
— Dlaczego nie warto? Przeciek lepiej być na swoim, jak całe życie na drugich harować — dodaje 
z ożywieniem. 
Jan machnął ręką. 
— Abo to na męża harować nie trzeba? Chłop zawsze chce, aby baba na niego robiła. Taka już u 
niego kundycja. A jeszcze jak bez kościół panna Kaśka go przewiedzie, to już po wszystkiemu. 
Weźni pannę za łeb i panna ani piśnie. 
Kaśka spojrzała w oczy Jana, a oczy te migotały jakoś dziwnie w żółtym świetle latarni. 
— Ha! Wszyćkie tak robią. Tyle wydanych chodzi po świecie — rzekła z rezygnacją. 
— Dlatego że jedna durna, to i reszta ma zdurnieć? — wybuchnął Jan z rodzajem dziwnego gniewu. 
— Na co wiązać się na przepadłe, czy nie lepiej na wiarę? Można się puścić, kiedy człowiek 
chce, a nie tak przez całe życie się kłócić. 
Kaśka osunęła się z wolna. 
— Pan Jan przekpiwa? A gdzież która porządna dziewczyna siedzi na wiarę? 
Jan spojrzał na nią z wyrazem niewysłowionej pogardy. Wydała mu się w tej chwili śmieszną i 
głupią. On był tak dumny ze swych quasi-postępowych idei, pochwytanych w szynkowniach lub 
podsłuchiwanych z rozmów studentów, którym dawniej posługiwał, że roztaczał szeroko te nadzwyczajne 
przekonania, druzgocąc każdego, kto się im sprzeciwiał. Dlatego nie uznał za stosowne 
kończyć rozpoczętą rozmowę. Pomylił się widocznie — to nie była dla niego dziewczyna. Chce się 
wydać za mąż i udaje świętoszkę. On tam żenić się z nią nie będzie! 
I z nadzwyczajnym lekceważeniem począł gwizdać popularną piosenkę: „Kochały się dwie Marysie...”, 
dając do poznania, że cała rozmowa ma być uważaną jako przerwana. 
Kaśka stała chwilkę, czując się dziwnie uciśnioną i zawstydzoną. Dlaczego przestał z nią nagle 
rozmawiać i spoglądając, wykrzywił tak dziwnie usta? Przecie nie powiedziała nic złego, co by go 
mogło obrazić. Owszem, starała się mówićłagodnie i dobierała wyrazów, aby się nie wydać prostą, 
ordynarną dziewczyną. Dziesiąta godzina wybiła na ratuszowym zegarze. Jęcząc przeleciały niskie, 
donośne tony i spadły na dachy sennych domów. Coraz mniej przechodniów snuło się po chodnikach, 
ale za to wiele dorożek pędziło z hałasem w stronę kolei. Co chwila na zakręcie ulicy pojawiały 
się 
jasne punkta, jak oczy olbrzymiego zwierza, i zdawały się mrugać, stając się większymi 
lub mniejszymi, stosownie do ruchu dorożki. Kaśka śledziła te światełka, sądząc, że którekolwiek 
zatrzyma się przed bramą, że z powozu wysiądzie jej pani i wejdą razem na górę. Byłoby to dla niej 
wielką ulgą, bo pragnęła uniknąć zapytań pana, na której inaczej — jak kłamiąc — odpowiedzieć nie 
mogła. Dorożki jednak przelatywały i ginęły w ciemności, goniąc się wzajemnie. 
Za chwilę zajęczało znów w powietrzu. To wiecznie niezgodny zegar Paulińskiego kościoła 
zdawał się spóźnionym echem powtarzać przed chwilą 
z ratusza obwieszczoną godzinę. Jan przestał 
gwizdać i poruszył się wreszcie. Nadeszła pora zamknięcia bramy, a Jan lubił przestrzegać tej 
chwili z dziwną dokładnością. Widząc wszakże nieruchomo stojącą Kaśkę, uznał za stosowne zainterpelować 
ją, dokąd tak stać zamierza. 
— Jeżeli panna czeka na kogo — wyrzekł z przekąsem — to niech panna się odsunie ode drzwi, bo 
ja muszę zamknąć bramę. Jak ślubny przyjdzie, a panna się z nim ugada, to panna zadzwoni, a 
mnie szperę zapłaci... 
Wiedział, że jej sprawi przykrość tymi słowami, i uczynił to umyślnie. Czekał odpowiedzi, spodziewając 
się, że rozgniewana dziewczyna obrzuci go potokiem obelg lub co najmniej odetnie się 
porządnie. 
Kaśka wszakże postąpiła inaczej. Oderwała się 
z wolna od ciemnej listwy przecinającej bramę i 
nie skinąwszy nawet głową, zniknęła w ciemnym wnętrzu sieni. Gdy się znalazła na schodach, stanęła 
na chwilkę, opierając się o poręcz. „Najlepiej zrobię nie rozmawiając z nim” — pomyślała nie 
chcąc się przyznać przed sobą do wielkiej przykrości, jaką jej sprawiły żarty Jana. Kazał jej czekać 
przed bramą na „ślubnego”. Zapewne — miał rację. Któraż porządna dziewczyna staje przed bramą 
o tak spóźnionej porze? Byłoż to jej winą? Gdyby nie pani, siedziałaby teraz spokojnie w kuchni, 
porządkując naczynia. Ale on nie powinien był wyśmiewać się, znając ją tak mało. Idąc po schodach, 
postanowiła unikać wszelkiej z nim rozmowy. Jeśli ją pierwszy zaczepi, odpowie mu skinieniem 
głowy. Spoufalił się zaraz pierwszego dnia, a ona tego nie lubi. 
Gdy weszła do kuchni, zastała pana domu siedzącego na środku z karteczką w ręku. Na jej widok 
porwał się z krzesła, lecz po chwili znów usiadł. Mdłe światełko lampki naftowej oświecało 
żółtość skóry, którą czaszka jego była obciągnięta. 
— Jesteś wreszcie — zasyczał ze złością. — Myślałem, żeś utonęła albo że cię policja złapała. Czy 
wiesz, co ma być jutro na obiad? Ale co ty umiesz gotować? Ty pewnie wydasz tylko na próżno 
pieniądze i wszystko popsujesz. Miłosierdzie Boże! Miłosierdzie Boże!... 
Utyskując ciągle, wydał nareszcie rozporządzenie obiadu, obliczył ilość funtów mięsa, mąki, a 
nawet gałązek pietruszki. Mówił prędko, sycząc i kaszląc co chwila. Kaśka stała przed nim prawie 
przerażona. 
Nie grzeszyła nigdy nadzwyczajną pamięcią, dlatego z trudnością przychodziło jej zapamiętać 
drobne artykuły, które pan wyliczył. 
Pinkusowa Lewi powtarzała zwykle każde słowo, przeciągając na ostatniej zgłosce, a ta nieprawidłowość 
wymowy wpajała się właśnie w mało rozwinięty umysł Kaśki, pozostawiając wydawane 
rozporządzenia w pamięci dziewczyny, jak zgrzytliwe pociągnięcie źle zatemperowanego ołówka. 
Gdy Kaśka zapomniała, jaką ilość 
pietruszki lub ile śmietanki miała przynieść z miasta, pytała 
bez ceremonii Żydówkę; bo choć to była jej „pani” — a serwilizm w Kaśce był głęboko zakorzeniony 
— to przecież 
tak naturalny w naszym ludzie antysemityzm brał górę i rozumowanie Kaśki, że 
„co Żydówka, to Żydówka”, dozwalało jej większej poufałości względem swej chlebodawczyni. 
Dziś, przeciwnie — ten pan, wydający rozkazy i dzierżący władzę 
nad garnkami i rondlami, był 
dla niej zjawiskiem zupełnie nowym, rzec można przygniatającym. Dotychczas Kaśka odbierała 
zwykle dyspozycje z ust pani. Mężczyzna w tym życiu we dwoje przybiera więcej charakter gościa 
w domu, o którego wygodach, pożywieniu, bieliźnie myśleć należy. Dlatego „pan” w oczach Kaśki 
był jakąś istotą wyższą, osią, około której kręciły się wszystkie drobne czynności, wchodzące w 
zakres gospodarstwa kobiecego. Gdy wchodziła do pokoju, gdzie najczęściej przebywał pan Pinkus 
Lewi, choć to byłŻyd, i to świeżo w surdut przebrany, czuła dziwną trwogę, a spojrzenie zielonawych 
oczów Pinkusa paliło ją jak rozpalone żelazko. „Pan” był dla niej istotą gromowładną, która 
mogła biedną Kaśkę 
w proch zetrzeć, na policję oddać albo nawet wybić. 
Z panią było jej o wiele swobodniej; uważała ją jako niewolnicę, podległą kaprysom męża, taką 
jak ona sama, tylko lepiej ubraną i nie płatną miesięcznie. Dlatego Kaśka zaniedbywała nieraz panią 
dla pana i często pani Lewi jadała na wyszczerbionych talerzach i źle wyczyszczonymi widelcami. 
Tak było „u Żydów”. U pp. Budowskich porządek zmienił się zupełnie i Kaśka mniej by się 
zdziwiła, gdyby, wyszedłszy z konewką po wodę, przekonała się nagle o zmianie zaszłej w systemie słonecznym, niż widokiem tego zeschłego, owiniętego w zniszczony szlafrok człowieka, który, 
siedząc na środku kuchenki, wyliczał skrzeczącym głosem: 
— Mąki pół funta, grysiku za pięć... — Słowa te padały ze świstem i suchym łoskotem, napełniając 
ciasne wnętrze kuchenki nędzą groszowej oszczędności, która niesie ze sobą woń tłustych potraw, 
smażonych na przepalonych patelniach lub duszonych w nadszczerbionych rynkach. Budowski 
z systematycznością urzędnika wyliczał 
wszelkie przyprawy do dysponowanego na jutro obiadu, 
określając zaraz i kwotę pieniężną, jaką na najdrobniejsze przeznaczał kupno. Ten grad cyfr 
drobnych, centowych spadał na głowę Kaśki i przygniatał jej umysł ilością liczb, osłabiając wyobrażenie, 
jakie do tej chwili w głębi swej duszy dla „panów” żywiła. Czuła, że od tej chwili winna 
zdawać sprawę ze swych czynności temu mężczyźnie, który równocześnie jednoczył w sobie zapobiegliwość 
skrzętnej gospodyni i władzę pana domu. Dlatego stała niepewna i wahająca, wpatrzona 
z rodzajem uporu w światełka migocące się na łysej, zżółkłą skórą obciągniętej czaszce mówiącego 
do niej człowieka. Światełka te niepokoiły ją, odrywały jej uwagę i błyszczące na tle brudnej ściany, 
zdawały się powiększać lub zmniejszać, stosownie do poruszenia Budowskiego. Ten „pan” , 
rysujący się chudymi liniami pod zniszczoną tkaniną szlafroka i wyliczający ilość buraków, był dla 
niej czymś zupełnie niezwykłym — zjawiskiem prawdziwie nadnaturalnym. Stała więc przed nim w 
postawie pełnej uszanowania, ale niezmiernie zdziwiona, prawie przerażona. 
Nagle powstał 
Budowski i skierował się ku pokojowi jadalnemu. 
— Chodź! Podpisz inwentarz — przemówił tonem niezmiernie uroczystym, prowadząc Kaśkę do 
stołu, na którym w białym świetle lampy widziała jedną z czarnych książek. — Podpisz, co przyjmujesz 
i w jakim stanie, a niech cię miłosierdzie Boże strzeże od nadwerężenia lub uszkodzenia 
czegokolwiek. 
I z uporem maniaka rozpoczął czytanie nazw sprzętów kuchennych, które miały się znajdować 
w kuchni. Rynki, garnki, rondle, tasaki, sitka, durszlaki, wszystko to płynęło z ust Budowskiego, 
pyszniącego się prawie tym dziwnym dostatkiem, jaki, według niego, rozpościerał się dokoła. 
Gromadząc z największym wysiłkiem każdy najdrobniejszy sprzęcik, przeceniał jego wartość, 
podnosząc go do znaczenia skarbów. 
Nadwerężony umysł starca kręcił się bezustannie w ciasnym kole owych trzech pokoi i kuchni, a 
wielkie wytężenie władz umysłowych nad monotonnym zakresem pracy biurowej zmieniło go w 
dziwaka, prześladowanego manią oszczędności i widzącego w każdym z domowników rodzaj 
wampira ssącego jego krew i kieszeń, rujnującego sprzęty, zdobyte długą i ciężką pracą. 
Gdy przeczytał spis rzeczy, przywołał Kaśkę do stołu, a podawszy umaczane pióro, wskazał jej 
miejsce u dołu stronicy, gdzie miała podpisać swoje nazwisko. 
Kaśka stała zawstydzona, nie poruszając się wcale. 
Pisać? Miły Boże! Ona zaledwie czytać umiała; na pisaniu nie znała się wcale. Matula nie kazała 
ją uczyć, bo póki była mała, rosła odłogiem, jedząc siedem razy dziennie, a gdy podrosła, bieda 
zajrzała do chałupy i Kaśka musiała chodzić 
do fabryki na zarobek, o pisaniu więc mowy być 
nie mogło. 
Przecież tego wszystkiego nie może panu powiedzieć. Kręci więc uparcie palce, aż stawy w nich 
trzeszczą, bo czuje się w tej chwili bardzo zawstydzona i pragnęłaby runąć wraz ze stołem i tą nieszczęsną 
książką do jakiejś ciemnej piwnicy i nie oglądaćświata Bożego. 
Budowski już się niecierpliwi. Czemuż nie podpisuje? Może znajduje, że jej za ciężko przyjąć 
tyle pięknych rzeczy na swą odpowiedzialność? Niechże się wynosi co prędzej, ale zadatek musi 
oddać i nastręczyć na swoje miejsce inną służącą. 
Kaśce w oczach pociemniało. 
Znowu bez służby? Wracać na stancję? 
O! nie, przenigdy! Niebezpieczeństwo dodaje jej odwagi. 
— Proszę wielmożnego pana — zaczyna cichym głosem — ja... nie umiem pisać... dlatego... 
— Głupia! — przerywa jej Budowski. — Na! Weź pióro i zrób krzyżyk, tu, niżej. To wystarczy. 
Kaśka ujmuje pióro i drżącą 
od wzruszenia ręką stawia koślawą kreskę, zakończoną olbrzymim 
kleksem. Druga, poprzeczna, przecina papier, zostawiając na białej karcie czarną, nierówną bliznę. 
— Miłosierdzie Boże! To bydlę psuje mi książkę. Jak ty potrafisz obejść się z powierzonymi ci 
sprzętami, kiedy takiego głupstwa porządnie zrobić nie umiesz? 
Konfuzja Kaśki nie ma granic. 
Chłopskim rozumem odgaduje przecież brak logiki w rozumowaniu Budowskiego. Zgodzono ją 
do kuchni, a nie do pisania. Mieszając łyżką w garnku, ścian garnka nie rozedrze, papier zaś — to co 
innego. Nie odpowiada jednak nic, bo to zawsze pan, choć trochę wydaje się być „durnowaty”, i 
przechodząc do sypialni, zaczyna słaćłóżka. 
I myśli sobie Kaśka: Jeśli ten młody człowiek, który czekał na panią, jest jej kochankiem, dlaczego 
nie porozmawiają ze sobą przed bramą lub nie pójdą na Wysoki Zamek?17 A przecież noc 
taka piękna! Zresztą, pani zrobi, jak sama chce, a Kaśce nic do tego. To jedno wie przecież, że to 
rzecz grzeszna, a choć pan przykry i brzydki, to nie godzi się oszukiwać 
go w sposób tak szkaradny. 
Skoro pani pójdzie do spowiedzi, to ksiądz nie da jej rozgrzeszenia. Kaśka umarłaby ze wstydu, 
gdyby jej odmówiono rozgrzeszenia. To przecież bardzo miło, gdy ksiądz uwolni od grzechów i od 
kary. 
Kaśka zapaliła małą lampeczkę i postawiła ją koło łóżka pana. Niewielka sypialnia tonęła w 
mdławym półświetle, wysuwając tylko regularne linie dwóch łóżek, pokrytych czerwonymi wełnianymi 
kołdrami. Nad łóżkami wznosiły się obrazy święte w złoconych ramach — Matka Boska i 
Pan Jezus w cierniowej koronie. 
Budowski usiadł na swoim łóżku, przyglądając się uważnie ledwie dostrzegalnej cerze na środku 
kołdry. Kaśka spuściła storę u okna i przysunęła do łóżka pani maluchny stoliczek, na którym 
ustawiła karafkę z wodą. 
Była to prawdziwa karykatura ten związek dwojga ludzi, skutych nierozerwalnym węzłem małżeńskim. 
On, liczący cery na kołdrze w chwili, gdy ona słuchała banalnych słówek miłosnych, 
przygłuszonych turkotem i hałasem dorożki. 
Kaśka powróciła do kuchni i zaczęła się krzątać, umywając filiżanki i czyszcząc samowar. Dopiero 
teraz poczuła, że jest głodna. Zjadła pozostawioną dla niej bułkę i przełknęła trochę zimnej 
herbaty. Olbrzymi jej organizm domagał się jednak gruntowniejszego posiłku. Całodzienna praca 
pobudziła apetyt, mimo to musiała poprzestać na wydzielonej przez pana porcji. Pieniądze, przeznaczone 
na zakupno w mieście, bielały na rogu stołu w formie świeżych dwudziestówek. Kaśka 
zgarnęła je i zawiązała w rożek od ściereczki. Sen kleił jej powieki, mimo to nie chciała zasnąć 
przed powrotem pani. Zresztą, według zlecenia, miała odsunąć drzwi wchodowe, które pan zamknął 
własnoręcznie. Uczyniwszy to, zaczęła odmawiać wieczorne pacierze, uklęknąwszy przy 
łóżku i opierając spracowane ręce na białym prześcieradle, które pokrywało jej posłanie. 
Według raz przyjętej zasady, Kaśka miała odmawiać siedem Ojczenaszów, po siedem Zdrowiasiek 
i jedno Wierzę. Ale fizyczne znużenie i wielkość doznanych świeżo wrażeń mąci jej myśli tak, 
że się w żaden sposób połapać nie może. 
Ojcze nasz przebrnęło, przy Zdrowaśce jednak natłok nowych myśli plącze całe zdanie. Mimo 
woli postać Jana zajmuje plan pierwszy, błyszcząc szeregiem zdrowych zębów i lśniącą barwą skóry. 
— „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...” — Stanowczo Jan jest bardzo przystojny mężczyzna, zdrów, a 
w ramionach taki szeroki!... tylko drwi sobie z Kaśki niemiłosiernie i ma taki dziwny sposób patrzenia. 
— „Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami...” 
Ot! na schodach, kiedy się spotkali po ciemku, to jakośłatwo dała mu radę, ale teraz stawia się i 
wyśmiewa. 
— „Błogosławion owoc żywota...” — a Kaśka przedrwin nie lubi. 
Ona wie, że jest głupia i brzydka, ale cóż ona temu winna?... Byłoż to mądrze wyśmiewać się z 
tego, że ona za mąż wyjść pragnie? Cóż wielkiego? Więc ma tak zmarnieć jak Rózia i z „żonatym” 
na wiarę siedzieć? 
Kaśka czuje, że coraz większa bezwładność ją opanowuje. Zbiera ostatki sił i spogląda na obrazy 
święte, wzdychając ciężko. 
— „O! Jezu!... chleba naszego daj nam dzisiaj... i wstąpił do piekieł, siedzi na prawicy...” 
Nie może mówić dalej. 
Ten „niegodziwiec” Jan stoi przed nią i śmieje się ciągle. A ma wygląd porządnego mężczyzny... 
Zresztą, jeśli Kaśka nie będzie zwracać uwagi na niego, toć zostawi ją w spokoju. 
Coś ją bardzo ściska w żołądku. Głupstwo! jeść jej się chce widocznie... I myśl bezwiednie powraca 
do słów przed chwilą szeptanych: 
— „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj...” 
Coraz większa senność ogarnia Kaśkę... Przezwyciężając się raz ostatni, patrzy przez chwilę 
osłupiałym wzrokiem na swe olbrzymie ręce, a za chwilę zapada w stan nieczułości i doznaje takiego 
wrażenia, jakby te ręce nie należały już do niej. Dla przekonania się porusza je palcami. 
Lampka, zaczepiona u ściany, gaśnie powoli, napełniając wnętrze kuchenki nieznośnym swędem. 
Słupek czarnego dymu unosi się aż 
pod sufit i opada deszczem czarnych, drobniutkich płateczków 
na pozostawione na stole naczynia. Przez zakratowane okienko wpada przygłuszony turkot, jakiś 
hałas niewyraźny. To ostatnie poruszenie usypiającego miasta, nawet we śnie niespokojnego, które 
nigdy nie chce naprawdę zamilknąć. 
Cała postać dziewczyny wyraża wielkie znużenie. Widocznie dzień dzisiejszy zmęczył ją, a 
szklanka letniej herbaty i sucha bułka nie mogły jej posilić. Najpracowitsza maszyna odmawia 
chwilami posłuszeństwa. Ciało biednej sługi jest także poniekąd maszyną, która, puszczona w ruch, 
spełnia swą powinność, lecz zużywa swą siłę, a nie mając źródła dla odnowienia tejże, upada czasem 
pod nawałem wyczerpującej pracy. 
Około północy drzwi frontowe skrzypnęły lekko i do saloniku wsunęła się pani domu, kierując 
się wśród ciemności ku drzwiom sypialni. Gdy łagodne światło lampki oblało jej oblicze ktoś wiedzący, 
skąd wracała ta kobieta, zdziwiłby się niemało, widząc zupełny spokój w jej szarych oczach, 
na jej ustach anemicznych. Cudzołożna żona powracała pod dach męża zimna i nie różniła się niczym 
od tej apatycznej kobiety, która przez całe dnie włóczyła tren brudnego szlafroka po szczupłej 
przestrzeni, będącej dla niej niby domem, niby własnym pomieszkaniem. 
Zdjęła z siebie szlafrok i rzuciła go z wyrazem najwyższej obojętności na ziemię. Stała tak przez 
chwilę z obnażonymi ramionami, które wybiegały z wąskiej koronki przy koszuli. Budowski zdawał 
się spać mocno, zagłębiwszy głowę 
w poduszki. Julia spojrzała w jego stronę, ale wyraz jej 
twarzy pozostał niezmieniony. Nie można w nim było znaleźć ani śladu odrazy, łatwej do zrozumienia 
u kobiety wiarołomnej. 
W tej chwili zbudził się Budowski i wsparłszy głowę na łokciu, odezwał się do żony: 
— Jesteś wreszcie... Sądziłem, że już nie wrócisz... 
Ona nie odpowiedziała wcale, nie odwróciła nawet głowy. Zebrała tylko swe wspaniałe włosy i 
dwoma splotami zgarnęła je naprzód. Zimna krew tej dziwacznej kobiety zdawała się przechodzić 
wszelkie granice. Wróciwszy ze schadzki miłosnej, okazywała spokój dziewczyny wracającego z 
nabożeństwa majowego. 
Budowski zapytał znów: 
— Cóż stara?... Umarła?... 
Julia odpowiedziała z obojętnością najwyższą: 
— Nie, ale umrze niedługo. 
Po czym wsunęła się do łóżka. Teraz dopiero dreszcz przebiegł jej ciało; zęby zgrzytnęły, 
chwytając nerwowym ruchem brzeg prześcieradła. Za chwilę leżała już 
spokojna — i nie drgnęła 
nawet, gdy syczący głos Budowskiego rzucił ku niej słowa: 
— Kiedyż ta stara umrze! Miłosierdzie Boże! Kiedyż ona umrze! 
* 
Kaśka objęła swoje nowe obowiązki i starała się zadośćuczynić wszelkim wymaganiom państwa. 
Niełatwe to było przecież zadanie. W domu Budowskich szło wszystko na opak, a Kaśka 
czuła się do głębi wstrząśnięta tym nowym systemem, który jej wcale „nie pasował”. 
Oszczędność posunięta do skąpstwa, złe pożywienie i nawał pracy zwalony na barki jednej 
dziewczyny mogłyby zniszczyć inny, mniej silny organizm, a przynajmniej nadwerężyłyby go 
znacznie. Kaśka spełniała obowiązki zwierzęcia roboczego, które w pospolitym życiu nosi nazwę 
„służącej do wszystkiego”. 
Od rana zwijała się po szczupłym mieszkaniu, wycierając sękatą, w deski ułożoną i źle zaciągniętą 
podłogę. z rękami wspartymi na biodrach, z twarzą czerwoną i spoconą starała się utrzymać 
na dwóch zniszczonych i zdartych szczotkach, które co chwila uciekały spod jej stóp bosych. To 
olbrzymie, rozrośnięte ciało dziewczyny transpirowało, jak w łaźni, pod wpływem ruchu przyśpieszonego. 
Kaśka lubiła jednak tę pracę. Stanowiło to dla niej rodzaj rozrywki, gdy przez silne pociśnięcie 
pozostawiała za sobą lśniącą bruzdę. Salonik napełniał się wówczas silną wonią rozgrzanego 
wosku, którym Kaśka szczotki pocierała. Zmęczona, siadała na brzegu niewielkiego dywanika, 
który rozciągał się pompatycznie przed kanapką, służąc na podstawą okrągłemu stolikowi, który 
dźwigał lampę olbrzymiej wielkości. Ta lampa mała swoją osobną historię. Nabyta na licytacji za 
bardzo niską cenę, stanowiła najcenniejszy sprzęt domowy. Nigdy nie zapalana, pokryta umbrą z 
zielonej bibułki, wznosiła swą brązową urnę z powagą przełożonej wyższego pensjonatu żeńskiego. 
Budowski cenił bardzo tę lampę i sam czyścił ją, chowając do tego użytku kawałki szmatek, 
zbieranych z rozmaitych i dość tajemnych źródeł. Oprócz lampy znajdowała się w saloniku kanapa, 
sześć krzeseł, wysłanych sianem i pokrytych ciemnowiśniową tkaniną wełnianą, dwa niewielkie 
druki olejne, przedstawiające krajobrazy dziwnej piękności, na których drzewa pierwszego planu 
były mniejsze od drzew na drugim planie umieszczonych. Dalej, przybita była do ściany etażerka, 
pełna psów porcelanowych, książek, flaszeczek od wody kolońskiej, filiżanek i innych drobiazgów. 
Firanki muślinowe, w wielkie ordynarne desenie, nawleczone na drąg biało lakierowany, zwieszały 
się sztywnymi, rzec można, złamanymi fałdami u niskich okien, opatrzonych storami płóciennymi. 
Jakkolwiek w saloniku tym było mało miejsca, a nieliczne sprzęty dotykały się wzajemnie, to 
panowała w pokoju tym przeraźliwa próżnia hotelowa — jakaś woń pustkowia, przerażającego 
swoją nagością i szarawym, trywialnym deseniem, jakim ściany te były powleczone. Brakowało 
tam kobiety, z jej artystycznym nieładem, ze stoliczkiem od robót i niskim, i miękkim fotelem; 
brakowałżardinierek prostych, koszyczków z trzciny, które stanowią główny przystrój ubogich 
mieszkań. Ładna zieloność nie śmiała się u okien, nigdy nawet gałązka bzu nie rozjaśniła ponurego 
pokoju. 
Kaśka, do której kwiaty — a zwłaszcza te tanie, o wielkich gałęziach, co wieś przypominają — 
śmiały się zawsze po przyjacielsku, kupiła raz za trzy centy cały pęk bzu i powróciła z nim tryumfalnie 
do domu. Przez całą drogę wąchała liliowe kwiaty i wciągała w siebie woń pełnymi piersiami. 
To ją trochę orzeźwiało i niweczyło zapach szczypiorku i cebuli, którą niosła w koszyku. Przyszedłszy 
do domu, nalała świeżej wody do małego kamiennego dzbanuszka i zaniosła do pokoju, 
aby w sypialni na komodzie postawić kwiaty. 
Budowski golił się właśnie i dostrzegł w lustrze Kaśkę niosącą bukiet. Przeraził się widokiem 
tego niesłychanego zbytku. Kwiaty? Po co? To dobre dla marnotrawców, którzy lubią wyrzucać 
pieniądze za okno. I zanim Kaśka mogła przemówić słowo, napadł na nią z najwyższą furią, robiąc 
jej gorzkie wyrzuty za zmarnowane pieniądze. Ona tłumaczyła się, jak mogła. Sądziła, że pani lubi 
kwiaty... a to przecież niewielki wydatek. 
Julia podczas całej sprzeczki milczała jak zwykle, patrząc na tę scenę oczyma od snu nabrzmiałymi. 
Wzrokiem tylko śledziła ten pęk drobniuchnych liliowych gwiazdeczek z żółtym delikatnym 
środkiem. Woń bzu dolatywała do łóżka, a ona, przymykając oczy, wciągała ją bladymi nozdrzami. 
Wyciągnąć wszakże ręki dla ujęcia kwiatów nie chciała lub — nie śmiała. Budowski stał tymczasem 
wciąż przed Kaśką, skrzecząc coraz bardziej i obsypując dziewczynę gradem wymówek. Był on 
wstrętny i śmieszny w tych olbrzymich pantoflach i flanelowym kaftaniku żony, który przez 
oszczędność z rana dodzierał. 
Kaftanik ten, przybrany przed laty czerwonymi wypustkami i ozdobiony z tyłu szeroką fałdą, 
opierał się na szpiczastych ramionach Budowskiego, zaznaczając mu stan pod samymi łopatkami. 
Gniew jego rósł w miarę odpowiedzi Kaśki, broniącej się coraz uparciej, coraz wyraźniej. 
„Wszystkie panie lubią kwiaty, nawet Żydówki”. I mówiąc to, zwracała się w stronę pani, szukając 
poparcia. Zresztą przed Matką Boską kwiatek postawić się godzi. 
— Tu nie ma pani! — woła Budowski. — Ja tu jestem i panią, i panem, a Matka Boska bez kwiatów 
się obejdzie. 
Kaśka spogląda na Julię, zawsze nieruchomą, i na zawieszony nad łóżkiem Matki Bożej. Zdaje 
się jej, że obie pragną gorąco bzu, i z nagłą determinacją postępuje naprzód. 
— Proszę, niech pani weźmie. — I deszczem wonnym obsypuje starą czerwoną kołdrę, pod którą 
leży Julia. 
— Wytrącę ci z pensji! — woła Budowski. 
Kaśka, wychodząc z pokoju, wie dobrze, że trzy centy przepadły na wieki wieków. Pan nie żartuje 
i z pewnością wytrąci pieniądze. Zresztą, niech i tak będzie, ta biedna pani nigdy nie powącha 
nawet bożego kwiatka, niech się ucieszy. I nastawiając rosół, myśli sobie Kaśka, co pani z tym 
bzem pocznie. 
Gdy pan wyszedł do biura, udała się Kaśka do sypialni pani, aby zobaczyć, co zrobiła z bukietem. 
Cała podłoga, zasłana poszarpanymi kwiatami, mieniła się liliową barwą bzu i zielonością 
liści. Widocznie Budowski w przystępie złości wydarłżonie kwiaty i poszarpawszy je na drobne 
szczątki, rzucił na podłogę. Julia w białym kaftaniku siedziała przy stoliku, służącym jej za toaletkę, 
i czesała włosy nadłamanym grzebieniem. Zdawała się być zupełnie spokojną. Nic nie zdradzało 
w niej żalu za zniszczonymi kwiatami. Kaśka doznała bardzo przykrego uczucia, widząc te 
pachnące, drobne gwiazdeczki podarte, poszarpane, zmięte i rozesłane na podłodze. Wybrała kilka 
gałązek, które cudem jakimś ocalały, zaczepiwszy się o bramowanie kołdry. Gałązki te zatknęła za 
złoconą ramę obrazu Niepokalanego Poczęcia. Teraz jest już zadowoloną. 
W dwa tygodnie po sprowadzeniu się Kaśki na nową służbę weszła pani wieczorem do kuchni i 
podając Kaśce znany nam list, nakazała jej wypełnić swe dawne zlecenie, to jest podać pismo panu, 
z dodatkiem, że przyniósł je posłaniec. Kaśka nie śmiała odmówić; wplątawszy się raz jeden w tę 
całą historię, nie mogła być nieposłuszną, i wieczorem, przy podawaniu samowaru, oddała list Budowskiemu, 
z tą wszakże różnicą, że dziś, na pytanie Budowskiego, powtórzyła jak echo: „Przyniósł 
posłaniec”. 
Manewr powiódł się, a za krótką chwilę wiarołomna żona opuszczała dom męża, aby oprzeć 
głowę na ramieniu kochanka. Towarzysząca jej, jak zwykle, Kaśka dostrzegła we włosach Julii 
gałązkę bzu, wyjętą spoza ramki obrazu. Kaśka za żadne skarby nie zrobiłaby tego. Co należy do 
Boga, to już należy, a nikt nie ma prawa stroić się 
w kwiaty, w które przybrano groby i obrazy 
święte. Gdy dorożka uwiozła Julię, Kaśka stała długo pod murem kościoła, zamyślona, nie zważając 
na zaczepki przechodzących żołnierzy. Kiedy jeszcze była w domu, chodziła do kościoła uczyć 
się 
katechizmu i tam nasłuchała się nieraz bardzo ładnych historii, które ksiądz pięknie, a powoli 
rozpowiadał. Między innymi mówił o grzeszniku, który chciał zdjąć Panu Jezusowi złotą koronę, 
ozdobionąślicznymi, czerwonymi kamieniami. Otóż złoczyńca wybrał się w nocy i przystawiwszy 
drabinkę, sięgnął po koronę. Ale Pan Jezus wyciągnął 
żelazne ramię, pochwycił rękę niegodziwca i 
nie chciał jej puścić. Ta piękna historia przejmowała Kaśkę strachem. A pani wzięła dziś gałązkę 
bzu spoza ramek. 
Wróciwszy do domu, stanęła z panem do obrachunku, a ten wygłosił na zakończenie: 
— Za bez nie liczę, bo wytrącę ci z pensji. 
Kaśka doznała w tej chwili dziwnego ciśnienia „pod piersiami”. Trzy centy toć to nie majątek... 
ale zawsze pieniądz, co piechotą 
nie chodzi; a potem ten bez poszedł i tak na marne! Nikt z niego 
nie użył — tylko trzy centy przepadły... Od tej chwili Kaśka nie kupowała nigdy kwiatów i omijała 
stragany przeładowane różnobarwnym kwieciem. 
Kaśka pracowała po całych dniach. Nigdy spoczynku, nigdy wytchnienia! Był to wielki deptak, 
który ugniatała ciężkimi stopami, pochylając kark pod jarzmem, włożonym na nią ręką fatalności. 
Po sprzątnięciu pokoi ocierała fartuchem spoconą twarz i szyję, chwytała za koszyk, aby biec do 
miasta po wiktuały. Powróciwszy nastawiała obiad, starając się o ile możności ukraść trochę czasu 
dla przeprasowania spódnicy pani lub koszul pana. Drzewo wydawano jej kawałkami, bez względu 
na to, czy kawałki były mniejsze lub większe, lub czy potrawy potrzebowały do gotowania się 
dłuższego czasu. Często płakała Kaśka widząc ogień pochłaniający ostatnie polano, podczas gdy 
ryż był jeszcze twardy i bielał na dnie garnuszka. Deski podtrzymujące pościel na łóżku stanowiły 
wtedy nadzwyczajny zasiłek, a raz nawet odważyła się Kaśka spalić stary szaflik, którego szczątki 
znalazła rozsypane w piwnicy. 
Niska, ciemna kuchenka, przepełniona wonią cebuli, grzybów i nieświeżego masła, zdawała się 
być małym przedsionkiem piekła, w którym wszakże musiała żyć i pracować kobieta, złożona z 
tych samych cząstek, z jakich inne składają się kobiety. Młoda, zdrowa, tęga, oddawała wśród tych 
ciemności i gorąca całą swą siłę, a to wszystko za odrobinę lichej strawy, za kość od mięsa, którą 
dano jej dla ogryzienia, za czerstwą bułkę, znalezioną w kącie kredensu, i za wspaniałe wynagrodzenie 
kilku guldenów, które rzucano jej co kwartał, odtrąciwszy przedtem wszystkie „szkody”, 
jakie w zbytnim pośpiechu robić nietrudno. 
I zgrzana, zmęczona, śpiesząc się wiecznie, biegała od ogniska do stołu, od stołu do deski do 
pracowania, żyłując mięso, zalepiając gliną popsute drzwiczki pieca, krochmaląc hafty spódnicy, 
płucząc ścierki lub biegnąc z konewką po wodę. A ten strach wieczny, czy coś nie spali, nie popsuje! 
Naczynia zużyte, z przepalonymi dnami... masła niewiele... a pani ani zajrzy do kuchni, ani 
się zatroszczy!... Kaśka nie lubi, aby jej zaglądano w garnki, tak jak to było u „Żydów”. Ale zawsze 
należy się z panią naradzić, zapytać. Gdy coś 
zepsuje, pan skrupulatnie oblicza, a potem wytrąca 
z pensji. Czasem gorąca dusza upadnie na nogę lub węgle wysypią się 
z pieca i trzeba czym prędzej 
podnosić je palcami, a choć skóra gruba i przyzwyczajona do ognia, to bąble wyskakują nierzadko 
i tak się czasem węgiel do ręki przyczepi, jak pijawka, aż skóra skwierczy. Obcęgów nie 
ma, bo pan mówi, że to zbytek i wymysł niepotrzebny... 
Ileż takiej drobnej nędzy, bólu i przykrości cierpi Kaśka w tej ciemnej i ciasnej kuchence, w której 
uwija się od rana do późnej nocy, oddychając ciężko, pełna dobrej woli i energii, i nie zużytej 
jeszcze siły! Gdy wyda obiad, umywa naczynie, szoruje rondle, klęcząc na podłodze, powalana 
cegłą, z włosami opadającymi na skronie wynosi szafliki, potykając się na wąskich i ciemnych 
schodach. Pan sam wydziela jej cienką kromeczkę chleba, którą ona zjada najczęściej dopiero późno 
w nocy. Kaśka ma dziwny dar do robienia tak zwanych „szkód”. Jej wielkie, rozrośnięte członki 
obracają się z trudnością w szczupłej kuchence. Wyciągając rękę, uderza zawsze o jakiś sprzęt; 
schylając się, musi o coś potrącić, przewrócić, uszkodzić. Przy tym kuchenka jest bardzo ciemna, a 
pan przez oszczędność nie pozwala zapalić we dnie lampki. 
Nic więc dziwnego, że bezustannie się coś tłucze, a Kaśka, rada nierada, odkupuje z bólem serca 
zbitą szklankę lub talerz, medytując nad swą własną niezgrabnością i dziwacznością pomysłu w 
budowie tak ciemnej kuchni. 
Po obiedzie i umyciu naczyń zabiera się Kaśka do prania i składania bielizny albo dąży do magla 
z zawiniątkiem pod pachą. Co tydzień jest tak zwane „małe pranie”, a co miesiąc „wielkie”, 
przepełniające kuchnię przykrą wonią sody, mydła, brudnej bielizny i kłębami duszącej pary. Ile to 
wtedy zużywa się wody, którą Kaśka musi sama przynieść i zlać na dzień przed rozpoczęciem prania 
do beczki, ustawionej koło drzwi prowadzących z kuchni na kurytarz! Kaśka, przechylona na 
lewą stronę, nosi i nosi tę wodę i wylewa ją do beczki. Zdaje się jej , że z beczki ktoś dno wyjął, bo 
nie ma końca noszeniu, i wody wcale nie przybywa. Postawszy chwilkę, chwyta znów pustą konewkę, aby zejść na dół i za chwilę powrócić. Jest to wędrówka dziwnie przykra wśród tych ciemnych 
schodów, od których każdemu się w głowie kręci. Do tego deski wąskie spod nóg się usuwają 
i cała noga nie może oprzeć się wygodnie. Ciężar ciągnie jak zwykle w tył; Kaśka czuje, że kiedyś 
potknie się 
i spadnie ze schodów. Nie ma nawet poręczy, żeby się zatrzymać w razie wypadku. To 
samo jest z noszeniem drzewa. W dodatku polana wysuwają się i staczają po schodach. Kaśka musi 
po nie wracać ze świecą, drżąc z obawy, aby kto tymczasem polan sobie nie przywłaszczył. Gdy 
zapadnie wieczór, Kaśka zapala lampkę i kończy swe dzienne zatrudnienie przy sztucznym świetle. 
Gdy ma wiele pracy, pierze lub prasuje do północy, a czasem i dłużej. W krótkiej spódnicy, bosa, z 
rękawami odwiniętymi poza łokcie olbrzymia jej postać majaczy w kłębach pary. Żółty płomień 
niewielkiej lampeczki migoce wśród tych białych obłoków jak niepewne światło trzeciorzędnej 
gwiazdki. Sprzęty kuchenne kryją się w tym półświetle, migocąc tylko żółtą barwą mosiądzu lub 
srebrnym blaskiem blachy. 
Tylko rozpalone drzwiczki od pieca czerwienią się przejrzystą purpurą, posypane lekką warstwą 
rdzy, i drżą poruszane silnym pędem powietrza. U stóp Kaśki całe stosy bielizny poskręcanej, ułożonej 
w małych wanienkach, szaflikach i glinianych miskach, wiją się jak węże białe, to znów 
cieńsze, sinawe, zmoczone — całe gniazda gadzin martwych, nieruchomych. Prawie połowę kuchni 
zajmuje balia rozwarta, szeroka, okrągła, pełna gorącego ługu i świeżo z kociołka wyrzuconej bielizny, 
opiera się na dwóch krzesełkach, z których jedno opuszcza frędzlę z potarganej słomy i zamiast 
czwartej nogi na podpórkę z sękatego polana. 
Ponad balią schyla się Kaśka, zanurzając odważnie swe czerwone i popękaną skórą pokryte ręce 
w gorący odwar ługu dla wydobycia pojedynczej sztuki bielizny i skręciwszy ją należycie, odkłada 
do tak zwanego „naparzania”. Skręcając z całej siły mokre płótno, stęka Kaśka mimo woli, a grube 
krople potu spadają z jej czoła. 
Przez otwarte okienko wpada wprawdzie prąd świeżego powietrza, ale wątły to i zbyt wąski pasek. 
Zaduch panujący w kuchni pochłania go z żarłocznością dzikiego zwierzęcia i ani odrobiną nie 
dzieli się z dziewczyną, pragnącąświeżego powietrza. Od strony miasta dolatuje to turkot dorożki, 
to jęk, to śmiech ludzki. Miasto usypia albo budzi się, według potrzeby i upodobań mieszkańców. 
W nocy czuwają tylko bogacze lub nędzarze. Stara to jak świat historia, a przecież wiecznie nowa. 
Kareta, wioząca upudrowaną damę, przemyka szybko po bruku, a turkot jej mięsza się z bolesnym 
westchnieniem Kaśki, której palce koło paznokci pękają ze skręcania bielizny. 
Zapadła noc cicha, wspaniała, pełna tajemniczych szeptów, zwierzeń miłosnych lub planów 
zbrodniczych. Roztoczyła zasłonę, jak paw swój ogon różnobarwny. Milionami gwiazd świecących 
i urokiem ciemności drażni umysły, podniecając ciekawość. Miasto lubi noc i chętnie zarzuca na 
siebie czarny jej welon. Miasto jest grzesznicą, która bez czarnej zasłony nie pójdzie na schadzkę 
miłosną. Dlatego to miasto tak chętnie chłonie w siebie ten deszcz z ciemnego popiołu, który z zachodem 
słońca spada na dachy domów. Równocześnie z zapaleniem latarni ulice przybierają wygląd 
zupełnie odmienny. Niepozorne domki stają się kamienicami, a okazalsze budynki rosną do 
wielkości pałaców. Ubogie wystawy sklepowe leją potoki światła gazowego, kupy nagromadzonych 
kamieni lub cuchnącego błota nikną w ciemnościach. Rzezimieszki gotują się do zwykłych 
wypraw nocnych, a z otwartych drzwi drugorzędnych restauracji wylewa się na ulicę pomięszany 
szczęk talerzy, nawoływanie kelnerów i bezładna a krzykliwa rozmowa gości. Gdzieniegdzie z 
otwartego okna wybiegnie na ulicę dźwięk fortepianu lub głos jakiejś domorosłej artystki. Zagłuszy 
go przecież piosnka ulicznika lub turkot przejeżdżającej dorożki. 
I noc, ta najpiękniejsza przemiana — tak poetyczna, tak wspaniała, napełnia miasto gorączką niespokojną, 
nigdy nie nasyconą 
żądzą zabawy lub przywłaszczenia sobie cudzej własności. Rzec 
można, że wraz z nadejściem nocy jakieś niezdrowe miazmy zapełniają powietrze i wciskają się do 
mieszkań, a potem do płuc ludzkich. Mrowisko nazwane miastem zaczyna się poruszać, niepokoić; 
ludzie płaczą, śmieją się, tańczą lub obdzierają, stosownie do upodobania. Z nadejściem świtu gorączka ustępuje, powietrze oczyszcza się — kochankowie rozstają się, pijacy padają bezprzytomni i 
zasypiają, gracze rzucają karty, złodzieje przestają kraść — i wszystko powraca do porządku normalnego. Ponad miastem rozpościera się szarawe niebo. Przez które przedzierają się niepewne blaski 
złotawe. Jeszcze kilka tonów balowej orkiestry, jęk mordowanej ofiary, wykrzyknik pijaka — a 
wszystko zapadnie w głęboki sen ołowiany, od którego nabrzmiewają powieki. Rozpusta i zbrodnie 
ustępują, a praca dnia białego panuje znowu, obejmując w swe posiadanie ludzi czynu i dobrej woli. Po zacieśnionych ulicach i zakątkach błąkają się cienie nocne, niepewne, drżące, jakby przesiąknięte 
wyziewami alkoholu, którym noc skrapia płaszcz swój królewski, aby nim potem owinąć 
rozmarzone głowy i ciała ludzkie. 
Pod ścianami bielejących domów biegnie szybko dziewczyna, której noc wydarła urok nieświadomości, 
w jakiej dotąd żyła. Biegnie szybko, pragnąc uniknąć 
światła dziennego, pogrążona w 
rozpamiętywaniu nad niedawną przeszłością, której już nic i nikt przywrócić jej nie może. 
Jednokonny fiakier zatrzymał się przed kamienicą. Z powodu wysiadł młody i piękny mężczyzna. 
Ruchem nerwowym szarpie węzeł krawatki. Wchodząc do bramy, rzuca fiakrowi rozkaz czekania 
na zapłatę. Nic dziwnego. Noc ogołociła go ze wszystkich pieniędzy, jakie posiadał. Przegrał 
wszystko. Karol, drzemiący w przedpokoju, otwiera swój zniszczony i stary pugilares, aby zapłacić 
dorożkę, którą „jaśnie pan” z klubu powrócił. Szuler rzuca się na otomankę i każe zapuścić ciemne 
zasłony u okien. W pokoju robi się sztuczna noc. Młody ten człowiek żyje tylko nocą. 
Z otwartych drzwi nocnej kawiarni wysunął się bokiem człowiek już niemłody, o silnym, siwiejącym 
zaroście. Idzie niepewnym krokiem, mrugając zaczerwienionymi powiekami i bełkocąc 
wyrazy niezrozumiałe. To literat. Przed nim rysuje się w niepewnym blasku poranka jakiś obdarty 
włóczęga. Obaj patrzą na siebie wzrokiem osłupiałym. Po chwili literat kiwa protekcjonalnie głową 
i przechodzi na drugą stronę 
ulicy. Obdartus woła za nim: „Moje uszanowanie!” Za chwilę obydwa 
giną w jakimś zaułku, a może we drzwiach innej kawiarni lub szynku. 
Od strony miejskiego ogrodu i pól otaczających miasto powiewa miłe, poranne powietrze. Prąd 
ten wypędza resztki wspomnień nocnych, włóczących się po nie zamiecionych trotuarach. Szmer 
kupionych lub występnych pocałunków, szelest wygranych przy zielonym stoliku banknotów, 
dźwięk nie wypróżnionych kieliszków, ostatni krzyk dogasającej orgii — wszystkie te szmery nocne, 
niewyraźne, złączone w jedno jak olbrzymi akord źle dobranej orkiestry, przesuwają się z ulicy 
na ulicę , gnane światłością dnia białego, zawstydzone, pragnące ciemności sztucznej. 
Nie dla wszystkich jednakże czarny welon nocy niesie pragnienie rozkoszy, zabawy, słowem — 
zadowolenia podrażnionych namiętności. Są istoty, które z nadejściem nocy zapalająświatło i obliczają 
ilość godzin i nawał pracy, który muszą pokonać przed udaniem się na spoczynek. I w mdławym 
świetle lamp występują zgięte plecy, spuszczone głowy, chude profile o wydłużonych nosach 
i zapadłych policzkach. Pochyleni nad biurkiem, kreślą szybko wyraz na podłużnych ćwiartkach 
papieru lub opierając znużoną głowę na przedwcześnie zżółkłą skórą obciągniętej dłoni, pogrążają 
się w zamyśleniu i pracy. 
Kobiety blade, bez uśmiechu na ustach, siadają przy maszynach do szycia, opierając zbolałe nogi 
na misternie wyrobionej podstawie, której deseń wpija się w rozpalone i najczęściej tylko pończochą 
osłonięte stopy. Dokoła nich wznoszą się całe stosy falban, upięć, staników, a o kilka kroków, 
na drucianej podstawie bezgłowa lalka prezentuje sztywną kibić, strojną w świeżo wykończoną 
suknię. Inne znów stają do balii, nakładają węgle w żelazko, a cała troska tych istot zwykle krystalizuje 
się w pytaniu: „Czy nafta wystarczy i czy skończy się to wszystko przede dniem?” Bezsennie 
spędzona noc, a w następstwie niszczenie sił nie idzie w rachubę. To drobnostki, o których 
się nie myśli. Człowiek tak długo zdrów, dopóki nie zachoruje, a gdy go powali choroba, to albo 
umrze, albo wyzdrowieje. A praca nie czeka; każdy musi pracować za siebie, z czegóż bowiem żyć 
będzie? 
Tak samo rozumowała Kaśka, gdy pochylona nad baliąśledziła z trwogą ubytek nafty w rezerwoarze 
małej lampki kuchennej. Pranie bielizny — to nie żarty. Siedem razy przechodzi każdy kawałek 
przez ręce, zanim się go rozwiesi na sznurach. Wierzch ręki puchnie od silnego tarcia jak 
poduszka, a skóra ściera się zupełnie. Kaśka wie, że na to pomaga gliceryna, ale wydawać dziesięć 
centów na głupie ręce to się nie opłaci. Wprawdzie u pani stoi na komodzie mała flaszeczka, a pani 
mówiła raz, że to jest właśnie gliceryna, ale Kaśka nie śmie prosić o kilka kropel. Pani mogłaby się 
rozgniewać za takąśmiałość niezwykłą. 
Kaśka ma oprócz nawału pracy jeszcze kilka udręczeń więcej moralnej natury. Jakkolwiek jest 
tylko biedną sługą, lubi towarzystwo i gawędkę z jaką przystępną osobą. Pinkusowa Lewi kręciła 
się przez cały dzień boży po kuchni, gadając jak nakręcona katarynka. Kaśka wciągnęła się powoli 
w tę paplaninę i wiodła nieraz z panią długie dysputy, kończące się sprzeczką. Gdy Pinkusowa 
milkła, Kaśka po skończonym zatrudnieniu koło gotowania obiadu oddawała się pogawędce z 
niańką, również jak ona chrześcijanką, piastującą na rękach rudego, pokrzywionego Bernania, jedynego 
potomka rodu Pinkusów Lewi. U Budowskich była Kaśka wiecznie sama, zamknięta jak w 
więzieniu w ciemnej i ciasnej kuchni, odgadując poza wilgotnymi murami słoneczną jasność letnich 
poranków lub miły chłód, spływający z nadejściem nocy. Kręciła się więc w milczeniu po 
swojej klatce, dławiąc słowa cisnące się na usta, tłumiąc w sobie potrzebę porozmawiania i starając 
się ulżyć sobie przeciągłymi westchnieniami, podobnymi do jęku duszy potępionej. Miała całe 
piersi, całe gardło pełne jakichś wyrazów, które potrzebowała wypowiedzieć, jakkolwiek treści 
tych słów dokładnie określić by nie potrafiła. Pani siedziała zawsze w sypialnym pokoju zachmurzona 
i bezczynna albo leżała na łóżku współubrana, milcząca, z ustami zaciśniętymi. 
Jeżeli się odezwała, to mówiła zawsze głosem łagodnym, cichym i nie przeciągała rozmowy. 
Owszem, starała się zakończyć ją jak najrychlej. 
Inne służące z kamienicy traktowały Kaśkę z góry i z lekceważeniem nieopisanym. Służyła u 
„państwa” mającego najgorszą opinię w całym domu. Skąpstwo Budowskiego było znane, a o nocnych 
wycieczkach Julii krążyły głuche wieści po kurytarzach i schodach kuchennych. Przy tym 
mieszkali na trzecim piętrze, nie mieli przedpokoju, a drzewo kupowali w sklepiku na polana. Tacy 
ludzie nie mogą wzbudzać u służby szacunku, a tym mniej dziewczyna pozostająca w służbie u 
takich „państwa”. Kaśka dostrzegła od razu nieprzyjazne twarze swoich koleżanek. Na jej grzeczny 
ukłon lub pozdrowienie odpowiadano mruknięciem lub lodowatym milczeniem. Przy tym wiedziano, 
że przyszła wprost od „Żydów”. Nie musiała być wiele warta, skoro służyła po Żydach. I kucharka 
pani hrabiny, osoba pobożna, należąca do bractwa różańcowego i włócząca się po kuchni z 
miną zakrystiana, przewracała oczy białkami, objawiając w ten sposób wielką wątpliwość co do 
rodzaju kary, jaką Kaśka powinna w przyszłym życiu odbyć za wysługiwanie sięŻydom. Inne służące, 
a zwłaszcza młoda dziewczyna imieniem Marysia, napełniająca wąskie schody szelestem 
spódnic wykrochmalonych, nie ze względów religijnych, ale z powodu usposobienia antysemickiego 
odwracała się demonstracyjnie od Kaśki i nie chciała wdawać się w bliższą znajomość z „tłumokiem” 
z trzeciego piętra. 
Ta nazwa „tłumok” przyrosła powoli do pleców Kaśki. Słyszała ją nieraz, przechodząc koło 
otwartych drzwi kuchennych, skąd wydobywał się nosowy głos kucharki hrabiowskiej i skrzekliwy 
głosik młodej pokojówki. 
Marysia służyła u starej panny, a głównym jej zatrudnieniem było wyprowadzanie na spacer 
dwóch rozczochranych pińczów, noszących słodkie nazwy Parysa i Lali. 
Kaśka czuła, że jakaś nieprzebita ściana dzieli ją od innych kobiet, które powiewając różowymi 
lub seledynowymi sukniami, wychodziły co niedziela na spotkanie kochanków. Ona nie miała ani 
różowej sukni, ani kochanka. Zresztą nie wolno jej było wychodzić co niedzielę z domu. Budowski 
zapowiedział wyraźnie, że może wyjść tylko raz na miesiąc na trzy godziny. Przesąd nie pozwalał 
jej zająć się szyciem lub jakąś inną robotą. Umywszy się więc i uczesawszy starannie, siadła na 
kuferku, oglądając paznokcie lub wykrzywiając nogi. Były to niewątpliwie wcale przyjemne zajęcia, 
ale nie mogły zapełnić kilku godzin popołudniowych, które wlokły się z przerażającą powolnością. 
Raz spróbowała Kaśka zaśpiewać piosenkę, zasłyszaną jeszcze w fabryce. Słów nie pamiętała 
wprawdzie, ale nutę uchwyciła dobrze. I naprzód zanuciła nieśmiało jakąś melodię w rodzaju krakowiaka, 
poddając się wspomnieniom, jakie piosenka ta niosła za sobą. Później ośmieliła się — i 
piosenka nucona przez dziewczęta fabryczne zadzwoniła wśród ciasnych ścian kuchenki. Nagle 
otworzyły się drzwi od jadalnego pokoju. Stanął w nich Budowski, dnia tego jeszcze bardziej zdenerwowany, 
i ruchem ręki nakazał rozśpiewanej dziewczynie milczenie. 
— Miłosierdzie Boże! — jęknął sknera. — Czego tak wyjesz? Czego? 
Kaśka zawstydziła się bardzo. Chciała sobie trochę pośpiewać, aby własny głos usłyszeć, a pan 
napada na nią i mówi, że „wyje”. Uczuła się w tej chwili bardzo zgnębioną i smutną. Resztę wolnych 
godzin spędziła skurczona na brzegu kuferka, lękając się poruszyć, aby nie sprawić szelestu 
własną spódnicą. Przez zakratowane okienko widać było szmat nieba o ciemnolazurowej barwie. 
Kaśka wpatrzyła się 
w czysty ten błękit i coś jąścisnęło w gardle. Była bliską płaczu — taka młoda 
jej dusza rwała się do świata i ludzi. Nie była przecież beksą, ale, ot, po prostu taka ją napadła tęsknica, 
że aż ją we środku bolało. Cały tydzień harowała koło bielizny, a w niedzielę nawet nie ma 
się z kim ucieszyć, nagadać... 
Siedzi w kącie i patrzy na odrobinę nieba, i myśli, jak by to dobrze było w taki dzień pójść na 
miasto, a nawet pojechać tą koleją, co to po mieście chodzi, a konie ją ciągną. 
Trzeciego tygodnia swej bytności u Budowskich Kaśka, schodząc w niedzielę po południu po 
wodę, spostrzegła przez uchylone drzwi kucharkę pani hrabiny, siedzącą koło okna z książką w 
ręku i czytającą przez okulary godzinki czy psalmy pokutne. Kaśka nie miała książki, ale czytać, 
choć z trudnością, mogła. Przecież książka to nie gliceryna, pani nie rozgniewa się za pokorną 
prośbę o pożyczenie jakiej pięknej i pobożnej książki. Kaśka usiądzie przy oknie, tak jak ta kucharka 
od pani hrabiny, i śliczne modlitwy czytać sobie będzie. Przynajmniej przejdzie popołudnie, 
a czytać może po cichu, nie przeszkadzając panu, tak jak wtedy, gdy napadła ją chętka śpiewania. 
I ułożywszy rzecz całą, wchodzi Kaśka do sypialni, w której, jak zawsze, znajduje się pani, leżąc 
z otwartymi oczami na łóżku. 
Dla Julii niedziela ma tę odrębną cechę od innych dni tygodnia, że Budowski pozwala jej ubrać 
się w ciemnozieloną, przystrojoną aksamitem suknię i prowadzi ją rano do kościoła. Julia sukni tej 
przez cały dzień 
nie zdejmuje, ale nie zważając na jęczenie męża, wygniata aksamit leżąc zupełnie 
ubrana na łóżku. 
Gdy Kaśka stanęła przed nią, Julia otwarła wiecznie zaspane oczy i spojrzała z pewnym rodzajem 
zdziwienia na zaczerwienioną twarz dziewczyny. 
Budowski oddał się w tej chwili czyszczeniu lampy, a było to zwykłe jego zatrudnienie, które 
mu wypełniało długie popołudnie niedzielne. Gdy Kaśka cichym i nieśmiałym głosem wyjąkała 
swą prośbę o pożyczenie jakiej pobożnej książki, Julia zakłopotała się szczerze. 
Lubiła Kaśkę 
bardzo i czuła dla niej pewien rodzaj wdzięczności za dopomaganie jej w oszukiwaniu 
męża; chętnie uczyniłaby zadość jej żądaniu, ale prośba Kaśki jest tak dziwną, że doprawdy 
nie wie, jak wybrnąć z tego położenia. 
Służąca prosi o książkę! 
Cóż jej da do czytania, ona, która pogrążona w swej apatii, sama oprócz kroniki w „Kurierze” 
nic prawie nie czyta? W tym bezdusznym, ślimaczym życiu, jakie pędzi, nie przyszło jej nigdy na 
myśl, że służąca może poprosić o pożyczenie książki. Mimo wszystko czuje słuszność 
żądania 
Kaśki i przygryzając bezkrwiste wargi, wysila swój umysł dla wynalezienia jakiegoś utworu literackiego, 
którym by bez wiedzy męża rozporządzić mogła. Prosić 
Budowskiego o pożyczenie jakiejś 
książki, drzemiącej na etażerce wśród pustych buteleczek od wody kolońskiej, znaczyłoby to 
samo, co nastąpić gniazdo żmii. — Ona sama książek nie posiada, ma tylko jedną, do nabożeństwa, 
oprawną 
w aksamit — ale egoizm przeważa dobroć serca. Ręce Kaśki, ogromne, o szerokich, 
spłaszczonych palcach, jakkolwiek czysto wymyte, nie dają dostatecznej rękojmi, że oprawa 
Wspomożenia wiernych powróci z kuchni nie uszkodzona. 
Trzeba przecież jakoś zakończyć z tą dziewczyną, która stoi wciąż z pokorą wielką, czekając na 
wypełnienie zaniesionej prośby. 
Nagle Julia przypomina sobie, że idąc za mąż dostała od matki książkę noszącą tytuł: Kobieta, 
czyli historia łzy i śmiechu, oryginalnie napisaną przez J. G. Julia nie czytała nigdy tej książki, schowała ją do komody pomiędzy prześcieradła i otwierając 
szufladę widzi czasem okładkę, czerwieniącą się wśród białych fałdów maglowanego płótna. Tak 
będzie najlepiej; choćby nawet Kaśka tę książkę zniszczyła, to niewielka szkoda, bo oprawa tania, 
papierowa, źle naśladująca skórę. 
Czy forma i treść będzie dostępna dla umysłu dziewczyny, o to Julia się wcale nie troszczy. 
Chce czytać, niech czyta; czy zrozumie, czy skorzysta — to mniejsza. Zresztą, lepiej by zrobiła, położywszy 
się spać — szorowała podłogę i o drugiej w nocy spać poszła. 
Mimo to objaśnia Kaśkę, gdzie książkę znajdzie w komodzie. Sama jest za ciężka, aby wstać i 
Historięłzy i śmiechu swej słudze wręczyć. Gdy Kaśka, przycisnąwszy do piersi niewielką, wąską 
książeczkę, wynosi się z sypialni, Julia oddycha swobodniej i zatulając prawie całą twarz w poduszkę, 
zasypia tym niezdrowym półsnem, właściwym tylko anemicznym kobietom. 
Kaśka uszczęśliwiona powracała do kuchni. Nareszcie ma rozrywkę, godziny jej teraz szybko 
upłyną, wie o tym. Zapewne pani dała jej historię 
o jakiej dobrej królowej, która zamiast chleba 
pokazała róże swemu srogiemu, nielitościwemu małżonkowi, lub o tym dobrym świętym, który 
biedne sierotki po ulicach zbierał i opiekował się nimi jak ojciec rodziny. 
Kaśka to wszystko czytała dawniej, teraz rada by przypomnieć sobie niektóre szczegóły; a 
wreszcie, co piękne i dobre, to można dziesięć razy odczytać. To nic nie zaszkodzi. Teraz czwarta. 
Jeszcze cztery godziny czasu do nastawienia samowaru i podania herbaty; przeczyta więc przynajmniej 
pół historii, a może zdąży przeczytać całą. Zresztą, jeśli nie skończy, to poprosi pięknie 
panią, aby pozwoliła zatrzymać książkę do drugiej niedzieli. Wprawdzie ma dozwolone wyjście na 
przyszły tydzień, ale piękna historia ciekawsza o wiele i Kaśka zostanie w domu przez całe popołudnie, 
aby dokończyć rozpoczęte czytanie. I z całym przejęciem się ważnością tej nadzwyczajnej 
chwili Kaśka przystawia krzesełko do maleńkiego okienka, z którego pada skąpy promieńświatła. 
Nie jest jej tak widno, jak kucharce pani hrabiny; ta ma wygodną kuchnię z szerokim weneckim 
oknem; ale cóż począć, okna już nie przerobić; trzeba dobrze oczy roztworzyć i starać się, aby 
światło na książkę padało. 
I z zadowoloną, rozjaśnioną twarzą otwiera Kaśka Historięłzy i śmiechu, rozpoczynając czytanie 
dzieła od sylabizowania tytułu, nazwiska wydawców i właściciela drukarni. 
Dopełniwszy tego aktu, przewraca kartkę i przyciszonym szeptem, utykając, poprawiając się, 
krztusząc, wycierając nos, czyta, co następuje: 
— „Kobieta, ta połowa społeczeństwa, ów cel badań, wieków i mędrców, cel uwielbień i uniesień 
— w istocie jednak rzeczy samej pozostała sfinksem dla ogółu, sfinksem dla siebie samej...” — Kaśka 
oddycha ciężko i urywa czytanie. 
Nie ma nic o królowej ani o świętych pańskich. 
To pewnie będzie dalej — trzeba cierpliwie czytać, a historia przyjdzie sama. Tak raz już było, 
ona pamięta dobrze — z początku niby nic, a później śliczności!... 
— „Nie tylko saintsimoniści, lecz i kobiety z wyższym wykształceniem, pisząc o emancypacji 
kobiet, podawały jako główny jej warunek...” 
Kaśka ociera spocone czoło i poprawia się z determinacją na krześle. 
Spociła się, a przecież historii nie znalazła. Mimo to czyta dalej, jęcząc, stękając, wykrzywiając 
usta; na koniec zmęczona fizycznie i moralnie, z wyrazem najwyższego zniechęcenia, opuszcza 
książkę, a głowę pochyla na piersi. 
Miły Boże! jakaż ona głupia! 
Czyta od godziny, ażśmiertelne poty na nią występują, a przecież nic zrozumieć nie może. 
Przychodzą takie słowa, jakich ona jako żywo nigdy nie słyszała! Jakaś „ulekczycielka! — Kaśka 
wymówić nawet porządnie nie może, że język się 
jej zwija. Pani się pytać nie śmie. Nie dość, że 
prosiła o książkę, a pani w nieprzebranej swej dobroci uczyniła zadość jej życzeniu, jeszcze będzie 
niepokoić panią dlatego, że w ciemnocie swojej zrozumieć nie może, „dlaczego saintsimoniści podawali 
jako główny warunek rozwoju emancypacji zniesienie małżeństwa”. 
A przecież, czytając o dobrej królowej i o miłosiernym świętym, rozumiała każde słowo, nawet 
płakała nad losem maluchnych sierotek, pozostawionych w jakimś ciemnym, brudnym kącie i 
umierających z głodu. Szkoda, że pani takich książeczek nie ma; to zaraz inaczej robi się na duszy, 
gdy człowiek coś tak pięknego przeczyta. Zaraz można porównać cudzą nędzę do swojej biedy, a 
przecież widzi się wtedy łaskę bożą czuwającą nad biednym człowiekiem. Choć skąpe, ale jadło 
jest, i kuchnia nie taka ciemna i smutna się wydaje — bo inni i tego nawet nie mają. 
I szczerze zmartwiona siedzi Kaśka ciągle pod okienkiem, trzymając w ręku książkę, jak żebrak 
zgłodniały, któremu dano dla zaspokojenia głodu z drzewa wystrugany owoc. — Godziny wloką się 
powoli, skazówki ściennego zegara posuwają się z dziwną ospałością po zniszczonym cyferblacie. 
Kaśka bezmyślnym, osłupiałym wzrokiem wpatrzyła się w ciemną i porysowaną czarnymi bruzdami 
ścianę kuchni. 
Stanowczo na przyszłą niedzielę wyjść musi — cóż robić będzie znów całe popołudnie? Dusi ją 
formalnie i potrzebuje trochę 
powietrza. — Wprawdzie nie ma nikogo, aby jej w przechadzce towarzyszył, 
ale czy to każda dziewczyna potrzebuje mieć kochanka? Ona ma swoje zdanie pod tym 
względem. Jak się wdać z mężczyzną, to już z takim, co będzie z niego mąż; bałamuctwa nie chce; 
napatrzyła się dosyć na smutny koniec dziewczyn, co to ledwie podrósłszy zaraz o kochankach 
myślały. Kaśka nie rozumie doprawdy, dlaczego się tak śpieszyły? Padły tylko na ludzkie języki i 
poszły na poniewierkę. I w swym późnym rozwinięciu silnej kobiety nie może zrozumieć, co miały 
w krwi te inne dziewczęta, które, dojrzewając w dziecinnym prawie wieku, niszczyły swe drobne 
ciała rzucając się przedwcześnie w objęcia pierwszych lepszych mężczyzn. Zresztą, ona nie przeczy, 
że życie samej, wiecznie samej dziewczyny jest bardzo smutnym, bardzo przykrym — ni to się 
komu użalić, ni pośmiać się lub wyjść na spacer; ale tak znów nie przebierając, nie znając prawie, 
poufalić się, mówić „ty”, przyjmować „fundowanie” i wracać późno w noc albo wystawać przed 
sienią — to trzeba mieć pusto w głowie i nie myśleć o jutrze. 
Gdy się jej trafi uczciwy człowiek z kondycją, a wyraźnie i po bożemu wypowie swoje zamiary 
— Kaśka chętnie pójdzie z nim na „promenadę” i zbiegnie wieczorem, aby się zobaczyć choć na 
krótką chwilkę. 
Kochanek — to obraza Boga, narzeczony — to już co innego. Prawie mąż, tylko ślubu brak; ale 
ślub nie ucieknie, a zawsze już taka dziewczyna po językach ludzkich nie chodzi. Drugą mimowolną 
troską Kaśki był... Jan. 
Stróż, z dziwnym instynktem, wrodzonym każdemu mężczyźnie, gdy idzie o uwiedzenie kobiety, 
zmienił się po prostu w jawnego wroga. 
Po bliższym zastanowieniu doszedł do przekonania, że Kaśka jest „jezuitką”, a opór, stawiony 
przez nią w pamiętnym mu spotkaniu na schodach, wziął za „jezuitość” w najlepszym gatunku. 
Pani hrabinie wolno być „jezuitką”, bo od tego pani, żeby miała w głowie przewrócone — i za to 
kiedyś swą karę odbierze, ale taka głupia i prosta dziewczyna, zamiast być taką jak inne, udaje 
świętą 
i oczy zawraca zamiast poczęstować 
go uczciwym kułakiem, gdy spotkał się z nią w ciasnym 
przejściu i przycisnął trochę do ściany. Chowa się dla męża, dlatego taka harda; chce czepka i 
myśli, że złapie jakiego głupca na swoją uczciwość. I cały urok miłego, łagodnego wejrzenia Kaśki, 
które olśniło przez krótką chwilę Jana, a w duszy jego stłumiło zwierzęcość męskiej żądzy, niknie 
wobec tej brutalnej złości, która mimo woli przepełnia całą istotę obrażonego w swej dumie 
mężczyzny. 
I z bezwzględnością najwyższą obrzuca dziewczynę tysiącami zarzutów, które im błędniejsze, 
tym bardziej potęguje, czując przecież niesprawiedliwość, jaką tym Kaśce wyrządza. 
Najwięcej gniewa go to pragnienie zostania ślubnążoną, które Kaśka wyjawiła rozmawiając z 
nim przed bramą. Według niego, najgorsze to świadectwo o moralności dziewczyny. Chce się 
pewnie plecami męża zasłaniać, aby swoje broić, o! Jan zna już takie żony, zna nawet bardzo blisko... 
mógłby niejedną nazwać po nazwisku, ale byłaby z tego heca, a on hec przez baby nie lubi. 
I pomimo gniewu powraca bezustannie myślą do tej tęgiej dziewczyny, której ciało podziwia 
pomimo nazwy „tłomoka”, jaką jej inne służące nadały. I drwiąc z niej nielitościwie, wspomina z 
prawdziwą rozkoszą chwilę, gdy był tak blisko niej, że czuł jej ciepły oddech na swej rozpalonej 
twarzy. Mogą sobie z niej żartować od woli te płaskie dziewczyny o spiczastych ramionach — on w 
głębi duszy przyznaje Kaśce wszystkie zalety ciała i wie dobrze z doświadczenia, że taka tęga i 
zdrowa kobieta zdarza się jedna na sto, a może na dwieście. 
No! gdyby ją spotkał teraz po ciemku na schodach, nie darowałby jej raz wyrządzonej obelgi... 
Przycisnąłby ją tak mocno do ściany, że całą „jezuitość” by zgubiła. Nie pomogłoby przewracanie 
oczów, drugi raz nie można wziąć na kawał; wtedy — po prostu stumaniał i ustąpił. Zresztą dnia 
tego wypił kilka halb19 piwa i parę kieliszków na zgodę z Fajczarzem, czeladnikiem rzeźnickim, 
któremu przeszłej niedzieli za niezgodność przekonań oko podbił. Dlatego był jakiś nieswój, a ona 
skorzystała, i teraz, choć udaje, że zapomniała, pamięta dobrze jego głupotę i dobrze się po kątach 
chichocze. 
Tylko ma w sobie tę dobrą stronę, że jest zawsze taka schludna i czysto wymyta, że aż przyjemnie 
człowiekowi spojrzeć. Choć zapracowana i często od szorowania zbiegnie na dół wypłukać 
ścierki, to kaftanik na niej świeży, a ręce, choć grube i czerwone, są czyste, i ochota bierze 
uszczypnąć to ciało jędrne a naciągnięte, aż lśni w promieniach słońca. Głowę ma także niczego, 
włosy gładko rozdzielone, tak jak Jan właśnie lubi, wyczesane dobrze, a świecą się na skroniach, 
jakby czymś posmarowane... Wcale ładna dziewczyna, tylko wielka szkoda, że taka głupia i zamiast 
się bawić, suszy się i kwasi. 
I bezustannie myśl Jana powraca do Kaśki i krąży koło niej, wyszukując nowe zalety, aby potem, 
zalety te obracając na jej niekorzyść, przedstawić dziewczynę, tak sobie jak i drugim, w najgorszym 
świetle. 
Marynka z drugiego piętra jest mu dzielnym sprzymierzeńcem w tej sprawie. 
Ta niska, krępa dziewczyna o dość kształtnej figurce, ściśnięta w pasie starą sznurówką swej pani, 
pozostaje z Janem w ścisłej przyjaźni, która to przyjaźń w niezbyt czystym źródle początek bierze. 
Marynka brała życie z zabawnej strony, a kierowała się według znanego przysłowia: „Co z 
brzegu — to nieprzyjaciel”. 
Wskutek tego pełno miała znajomości, ale naprawdę nie wiązała się z nikim. Lubiła co niedziela 
iść za rogatkę lub na Wysoką Górę z innym mężczyzną. Mając nieograniczoną swobodę ze względu 
na Parysa i Lalę, którym ruch był nadzwyczajnie potrzebny — skoro wydała obiad, przygładzała 
włosy, zapiekała grzywkę, a usmarowawszy twarz tanim różem i brwi przypalonym korkiem, brała 
na ręce oba pieski i z szelestem wykrochmalonych spódnic znikała trzaskając drzwiami. 
Wesoła, świegocąca jej natura od razu przypadła do charakteru Jana, który w swoim „farmazońskim” 
usposobieniu nie lubił długotrwałych związków, przypominających księżowską stułę. 
Marynka była dziewczyną niewymagającą. O małżeństwie nie mówiła nigdy, nie myślała brać 
sobie tak ciężkiego kłopotu na wolną szyję. Po krótkich przedwstępnych krokach ogłosili nagle 
zdziwionej tym wypadkiem rzeszy znajomych swój stosunek, nie krępując się od tej chwili, całując 
się przy drzwiach otwartych i gorsząc kucharkę pani hrabiny, która od tej chwili nie mogła bezpiecznie 
pójść po jarzyny do piwnicy, aby nie napotkać na wąskim przejściu tych dwojga ludzi 
żartujących lub chichoczących w zagłębieniu ściany. 
Marynka miała, oprócz ciemnych oczów i zadartego noska, dar jeszcze jeden. Umiała „naciągać” 
mężczyzn, to znaczy, według niej, doprowadzać 
do ofiarowywania sobie rozmaitych drobnostek, 
które ona z minką zachwyconą przyjmowała. I Jan przejść musiał przez podobnego rodzaju 
„naciągania”. 
Jednego „pierwszego” — był to krzyżyk, maluchny krzyżyk srebrny, pozłacany, z turkusikiem 
we środku, który za marne trzy guldeny można było kupić na rynku u pokątnego jubilera. Później — 
były to znów kolczyki, dwa listki z bąbelkami, emaliowane na czarno. Zapewne, była to rzecz droga 
i cena dość wysoka — dosięgała ośmiu guldenów, ale Marynka „z maleńkości” miała delikatne 
uszy i tombakowe20 uszko u kolczyka zaogniało jej ciało... 
Jak kupił kolczyki, nacisnął czapkę i przysiągł sobie, że zerwie. Niepotrzebnie wszakże przysięgał, 
bo Marynka, znudzona romansem ze stróżem, postanowiła pójść wyżej i oddała swe serce tęgiemu 
kanonierowi w brązowym kabacie i ciemnobłękitnej czapce. 
Jan ustąpił chętnie zajmowane miejsce i bez swarów i awantur rozeszła się ta gwałtowna miłość, 
która niedawno jeszcze hałasem swoim przepełniała kurytarze, klatki schodowe, piwnice i strychy 
— niepokojąc lokatorów i urągając moralności publicznej. Wbrew jednak zwyczajowi przyjaźń pomiędzy 
Janem i Marynką trwała ciągle, a nawet czasem, gdy Marynka zapóźniła się, Jan w miejsce 
„szperki” odbierał zapłatę, całując ciepłą szyję dziewczyny, której przyciszony chichot rozlegał się 
w bramie, i wbiegał wraz z nią na wąskie, ciemne schody. 
Tak stały rzeczy, gdy Kaśka przybyła do kamienicy. Gdy wszakże Jan, zadraśnięty w swej miłości 
własnej, wystąpił otwarcie przeciw Kaśce, a w dodatku nazwał ją „dragonem” — Marynka w 
gorących wyrazach poczęła dopomagać temu potokowi szyderstw, jaki z ust Jana płynął. Instynktem, 
właściwym każdej, bodaj najniżej pod względem inteligencji stojącej kobiecie, odgadła, że 
Kaśka, mimo wszystko, podobała się Janowi i zajęła go. 
Jakkolwiek miała innego kochanka, nie chciała, aby Jan pocieszył się prędko po jej stracie, i 
dlatego z całą siłą 
trywialnego dowcipu zwróciła się przeciw Kaśce, podburzając przeciw niej inne 
sługi, ośmieszając w oczach całego domu... Dopomagała Janowi w czynieniu rozmaitych psot i 
szkód, za które potem biedna Kaśka ze skromnej swej pensji płacić musiała. Zrywano stare i powiązane 
sznury, na których suszyła się bielizna Budowskich; wylewano wodę z szaflika, gdy Kaśka 
trochę „deszczówki” złapać pragnęła. Przez ciemne schody przeciągano szpagat, ciesząc się, gdy 
posłyszano ciężki łoskot spadającej z kilku stopni Kaśki. Gdy przechodziła przez dziedziniec, 
szmer szyderczych śmiechów wznosił się poza nią. Śmiała się pokojowa hrabiny, przewieszona na 
oknie, prezentując w czystym świetle południowej pory jasnoblond włosy, skręcone zgrabnie na 
wierzchołku głowy. Poza nią czerniał czepek kucharki, a członkini bractwa różańcowego nie gardziła 
wesołością, mającą 
na celu wyszydzenie tej bezbożnicy, która nie wahała się „Żydom” służyć 
i mace z nimi zajadać. Śmiała się chuda i koścista właścicielka sklepiku, która nie mogła Kaśce 
darować, że omijała jej kram, załatwiając w innym, sąsiednim, drobne sprawunki z rozkazu swego 
pana. Śmiały się sługi tapicera, mieszkającego w oficynie, zezowata niańka i opasła kucharka; 
śmiała się sama żona tapicera, która będąc dawniej sługą, z największą rozkoszą zajmowała się 
sprawami kuchennymi; ale najwięcej śmiała się Marynka i Jan — on, oparty o miotłę, z fajką w zębach, 
z czapką junacko pochyloną na lewe ucho. 
Kaśka szła wolno, z pochyloną głową, ze ściśniętym gardłem, rozumiejąc dobrze, że powodem 
tej wesołości była ona sama, a właściwie jej wielka i według niej niezgrabna postać. I pochylała 
jeszcze więcej ramiona, jakby chcąc na zaokrąglony grzbiet przyjąć te wszystkie wybuchu śmiechu, 
które co rano rozlegały się wśród podwórka i czepiając się murów kamienicy, biegły wśród 
okien, aby tam zbudziwszy echa, spadać siekącą chłostą na zgnębioną i srodze tym dotkniętą 
Kaśkę. Cóż zrobiła wreszcie tak złego, aby sprawiano jej tyle przykrości? Że wyrosła większa niż 
inne, nie jest przecie temu winna — i ona z pewnością nie roześmiałaby się na widok dziewczyny 
dwa razy większej od niej samej. 
Nie każda może wyglądać jak z „porcyneli”. Schodzi im z drogi, jak może, stara się nie być nikomu 
najlżejszą zawadą, mimo to wyśmiewają się z niej i spokoju nigdy nie dadzą. W bezmiernej 
łagodności nie znajduje ostrego słowa, którym by zażegnać mogła żarty i szyderstwa, jakimi ją 
przytłaczają. Wie przecież, że gdyby miała dostateczny zasób odwagi, mogłaby kazać zamilknąć 
całej tej niepoczciwej zgrai, która rzuca się na nią jakby na ostatnią z ostatnich. Lecz do nikogo nie 
czuje tak wielkiego żalu, jak właśnie do... Jana. W prostocie swej i prawdziwej uczciwości nie szuka 
wykrętów, nie pragnie oszukać siebie samej, lecz czuje, że Jan podobał jej się bardzo — i poddaje 
się temu uczuciu z posłuszeństwem biernej, wiecznie do uległości przywykłej istoty. Gdy na ciemnym 
zakręcie schodów cisnął ją brutalnie, zwykła trwoga, przejmująca jej istotę za zbliżeniem się 
mężczyzny, ogarnęła ją i tym razem. Lecz gdy pod wpływem jej prośby usunął się i dozwolił 
przejść spokojnie, w Kaśkę wstąpiło głębokie przekonanie, że odtąd potrafi kierować nim i pozyska 
w ujarzmionym nie wroga, lecz... przyjaciela. 
Przy świetle dziennym spostrzegła, że Jan był przystojnym mężczyzną — i odkrycie to sprawiło 
jej przyjemność wielką, z której sobie na razie sprawy zdać nie mogła. Rozmowa przy bramie i 
drwinki Jana dotknęły ją boleśnie. Wydał jej się zupełnie innym, zmienionym. Miał w sobie pewność 
ulicznego uwodziciela i ton jego mowy nie miał w sobie nic, co by zdradzało cokolwiek 
uprzejmości. Gdy później otwarcie połączył się z nieprzyjacielsko usposobionymi kobietami i stanął 
do jawnej walki, Kaśka uczuła wielki smutek i długo w noc zasnąć nie mogła, rozbierając w 
skłopotanej głowie każdą drwinkę, która z ust stróża wyszła. Pragnęła nie spotykać się z nim nigdy, 
a mimo tego postanowienia znajdowała wiecznie jego barczystą postać na swej drodze. Czy była w 
tym jej, czy jego wina? 
Zdaje się, że wina była wspólnością obojga. 
* 
Gdy Kaśka doczekała się wreszcie niedzieli, w której wolno jej było wyjść, z wyraźnym zastrzeżeniem 
szybkiego powrotu — od rana cieszyła się tym użyciem chwilowej wolności i roiła plany 
przyjemnego przepędzenia całego popołudnia. 
Zdawało się jej, że poza murami zacieśnionej kuchenki dozna zabawy, która jest wystarczy na 
długi przeciąg trzytygodniowej niewoli. Wprawdzie nie miała z kim udać się na zamierzoną przechadzkę 
i było jej trochę markotno, że sama jedna iść przez ulicę musi w święto, ale gorączka tęsknoty 
za ludźmi, choćby o zupełnie obojętnych, byle nie szyderskich twarzach, kazała jej zapomnieć 
o swym osamotnieniu i dozwalała cieszyć się nadzieją choć 
chwilowej rozrywki. Późną nocą naprawiła 
spódnicę, której fioletowa wełniana listwa zupełnie obdartą i przez długie używanie zniszczoną 
była. Za ostatnie dwa centy kupiła trochę nafty i usiadłszy na swym ulubionym miejscu, to 
jest na brzegu kuferka, szyła wyciągając zamaszyście rękę, uzbrojoną w wielką, trochę zardzewiałą 
igłę, która z uporem wielkim nie chciała wyjść z tkaniny i zmuszała Kaśkę do wyrywania zębami 
uporczywego narzędzia razem z fioletowymi nitkami, które rdza nabierała na siebie. 
Mimo małej dozy próżności i kokieterii, jaką Kaśka żywiła w sobie — uczesanie włosów zajęło 
dobre pół godziny, a wyszorowanie szyi, uszów i rąk — co najmniej kwadrans. Gdy cała czerwona 
od tarcia grubąścierką, używaną zwykle do obcierania talerzy, podniosła głowę znad szaflika, w 
którym się myła, uczuła ulgę wielką w tym oblaniu się zimną wodą i wstrząsnęła głową dla odrzucenia 
grubego, równo splecionego warkocza, który spadł jej na piersi, gdy głowę szybko schyliła. 
Stała tak krótką chwilę z obnażonym torsem, piękna młodością i siłą swych kształtów, z twarzą i 
rękami po łokcie opalonymi i odcinającymi się od reszty ciała ciemną, miedzianą barwą. Fala purpurowej, 
zdrowej krwi biła pod tą skórą, wypełnioną jędrnym ciałem, które domagało się użycia i 
zrozumienia w praktyce zmysłowych stron życia, jakich przed nim świat nie ukrywał. Wychowana 
wśród ludzi, którzy z całą bezczelnością wtajemniczają swe dzieci w najskrytsze tajniki domowego 
pożycia, wiedziała wszystko i napatrzyła się nieraz na tysiące obrazów, które inteligentniejsze warstwy 
społeczeństwa zasłoną wstydu przysłaniają. W umyśle jej była pod tym względem jasność 
zupełna; z okrutną brutalnością wepchnięto ją od dziecka do tajemniczego zakątka i kazano patrzeć 
i słuchać, bez względu na młodość i delikatność dziewczęcej natury. Ale mimo wszystko ciało jej 
spało długo, rozwijając się powoli, przygotowując materiały do wspaniałej budowy, jaka w formach 
kobiecych ukształtować się miała. Teraz, gdy proces rozwijania się był prawie na ukończeniu, 
w olbrzymim dziecku budziła się kobieta z przeczuciem bliskiego upadku i z całą 
świadomością 
swego przeznaczenia. Niedługo nadmiar siły nurtujący jej ciało zapragnąłby przejść w inną 
istotę, która, powołana do życia, odebrałaby z tych przeciążonych nadmiarem krwi członków możność 
istnienia, ruchu, myśli, czynu. Kaśka bezwiednie pragnęła tej ulgi, bo instynktem odgadywała, 
że jeszcze jedna praca czeka na nią na świecie, a wykonanie tej pracy miało źródło w niej samej, w 
przyśpieszonym krwi obiegu, w tym dziwnym niepokoju, przebiegającym jej plecy nieokreślonym 
bliżej dreszczem. Była za głupią i za mało umysłowo rozwiniętą, aby pomiędzy wiadomościami 
zaczerpniętymi w dzieciństwie i swym obecnym stanem pociągnąć linię i zaczerpnąć wytłumaczenie: 
„tamto swoją drogą, a to swoją” — myślała czasem, gdy nagle doznawała zawrotu głowy, a instynkt 
ostrzegał ją, skąd nagłe osłabienie pochodzi; „zasiedziała się i dlatego krew bije do głowy. 
Przejdzie się trochę — i lżej jej będzie z pewnością”. A mimo to niepokój nie ustępował, chwilami 
nawet dokuczał jej w bardzo przykry sposób. Zdawało się jej, że pod skórą ma jakąś drugą istotę, 
która szuka wyjścia i miota się gwałtownie. 
Gdy wreszcie nadeszło oczekiwane popołudnie i Kaśka, ukończywszy ubranie, znalazła się na 
ulicy, doznała nagłego olśnienia wobec tego gwaru i ruchu świątecznego, jaki pomieszanym chórem 
wzniósł się wśród gorąca i tumanów kurzu. 
Trotuary, pokryte setkami przechodniów, wylewały ze swych brzegów całe fale ludzi, jak olbrzymie 
rynsztoki, które w czasie ulewy rozlewają na bruk gościńca swe mętne fale. Ludzie dziwacznie 
postrojeni szli grupami, rozprawiając głośno i machając szeroko rękami. Byli to po największej 
części rzemieślnicy z żonami i dziećmi, służące ze swymi kochankami, żołnierze, szukający 
jakiej niezbyt okrutnej piękności, wreszcie rodziny niższych urzędników, wlokące swe chude i 
źle odżywione postacie wśród tej masy, śpieszącej za chwilową rozrywką, pragnącej wydać grosz 
ciężko zapracowany wśród długich i bezbarwnych dni tygodnia. Czarne surduty, rozciągnięte na 
zgiętych nad warsztatami plecach, kawowe spodnie, zbyt krótkie, ukazujące wątpliwą białość skarpetek, 
kraciaste krawatki, migocące jaskrawą barwą pod krochmalnymi kołnierzami, buty powykrzywiane 
na nogach, napuchłych od zbyt wielkiego krwi napływu — ta cała świąteczna elegancja 
wystrojonego rzemieślnika błyszczała w słońcu letnim, ukazując z okrutną dokładnością zły krój 
sukien, popękane szwy butów, a zwłaszcza ręce tych ludzi, ogromne, niekształtne, spracowane, 
występujące jak dwie czerwone plamy na tle jaskrawego obrania. Kobiety szeleściły krochmalnymi 
spódnicami, prezentując zielone jak trawa lub szafirowe spódnice, naszywane aksamitkami lub 
przystrojone zrudziałą blondyną21. Na plecach każdej z tych kobiet rozkłada się pompatycznie turecki 
szal (imitacja lub prawdziwy, stosownie do zamożności właścicielki), spięty na piersiach 
wielką lawową 
lub, w rzadkich przypadkach, szczerozłotą broszką. Najdziwniejsze czepki kryją ich 
głowy, żółte szarfy, czerwone róże, kawałki ślubnych welonów, zbrudzone pąki pomarańczowego 
kwiecia — wszystko to nędza żydowskich kramów o tanich wstążkach, szeleszczących jak kawałki 
papieru, koronkach sinych z nierównym deseniem — wszystko to w formie bezkształtnej masy spoczywa 
na gładko przyczesanych włosach, zadziwiając rozmaitością barw i dziwacznością pomysłu. 
Kobiety te są to najczęściej wyschłe i zżółkłe szkielety, postarzałe przedwcześnie, z bruzdami na 
wąskich czołach, z piegowatymi, zapadłymi policzkami. Idą sztywne, uroczyste, lękając się co 
chwila o zgniecenie sukni lub zaczepienie frędzla szala o parasolkę lub laskę przechodniów. Przed 
nimi gromadki dzieci, najczęściej z powykrzywianymi angielską chorobą nogami, wlokąc swe niekształtne 
ciała, potrącając ludzi i zajmując o ile możności najwięcej miejsca na chodniku. Ich chorobliwe, 
żółte twarzyczki mają w sobie wyraz przedwczesnej dojrzałości, a nierzadko można dostrzec 
na szyjach — źle osłoniętych krezką — zmarszczone, brzydkie blizny, właściwe tylko skrofulicznym 
istotom. Zrodzone najczęściej z matki, która oddychała niezdrową atmosferą zacieśnionej, 
przeludnionej izby, a ojca sączącego bezustannie w siebie zabijający jad alkoholu i zbierającego od 
dziecka prawie rozpustę, kryjącą się wśród uroczej ciszy miejskich ogrodów — ci przyszli pracownicy, 
na których przemysł krajowy miał się opierać, przedstawiali się bardzo nędznie wśród słonecznych 
blasków, wykazujących nie tylko pęknięcia skóry u ich obuwia, lecz i przedwczesne a 
zbyt jawne zniszczenie organizmu tych schorzałych i prawie okaleczałych malców. Sługi, uwieszone 
u ramion kochanków, przodowały w tym tłumie, starając się wysunąć na plan pierwszy, 
pewne mocy swych wdzięków i zachwycające w niemodnych, wygniecionych sukniach, jakie ich 
płaskie i źle wyciosane postacie stroiły. Cała chęć naśladowania znienawidzonych pań przebijała 
się 
w dziwacznej kompilacji niedzielnego stroju, w jaki te trywialne, o grubych kościach dziewczyny 
wtłaczały gwałtownie do swobodnych fałdów codziennej spódnicy przywykłe kształty. Bareżowe22 suknie, zbrudzone, przystrojone zupełnie odmiennej barwy falbankami, opinały się z uporem, 
zapadając przy zgięciu kolan, aby odbite piętami przerzucać się za każdym krokiem z dziwną 
a wcale nieponętną fantazją. Całe pęki wstążek, pozwijanych w trąbki, lub aksamitek o wystrzępionych 
brzegach przyczepiły się 
do boków lub ramion, gorsy, strojne w tarlatanowe krezy, dozwalały 
widzieć kawałek czerwonej, grubej szyi, na której zwieszała się tradycjonalna „sylwetka” na czarnej 
aksamitce. Na głowach najdziwaczniejsze kapelusze wiewały z defryzowanymi piórami lub 
zadziwiały pękiem majowo zielonej trawy, pośród której królowały ogromne róże lub olbrzymiej 
wielkości niezapominajki. Niektóre dziewczyny szły z gołą głową, ale nie ukrywały swej zazdrości 
na widok zastanawiającego kapelusza, zdobiącego głowę zamożniejszej towarzyszki. Obok nich 
mężczyźni, najczęściej żołnierze, szli kołysząc się z miną zwycięzców. Ułani w błękitnych ułankach 
i czerwonych myckach stawiali nogi szeroko, patrząc z pogardą na strzelców i innego gatunku 
żołnierzy należących do piechoty. Kanoniery w brązowych kabatach z krótkimi „faschinenmesserami” przy boku starali się nie ustępować kroku ułanom, których brawura przechodziła wszelkie 
granice. Czasami przemknęła para „cywilów” — to znaczy, że on nie nosił wojskowej kurtki ani nie 
roztrącał ludzi dla utorowania drogi i zwrócenia na siebie uwagi, a ona szła o wiele skromniej i 
przyzwoiciej niż dziewczyny prowadzące się z żołnierzami. Brukowanym gościńcem jechały dorożki 
przepełnione ludźmi. Zmęczone konie, zachęcane batem, wlokły wychudłe nogi, potykając 
się o nierówne kamienie. Co dziesięć minut ludzie ustępowali z drogi przed dzwonkiem obwieszczającym 
nadejście tramwaju. Natłok panujący w tramwajach był tego dnia niesłychany; fala pasażerów 
wylewała się na zewnątrz, przepełniając ganeczki, cisnąc konduktora, paraliżując ruchy 
woźnicy. A mimo tego na każdym przystanku przybywali nowi pasażerowie; czepiając się balustrady, 
stawali na stopniach, próbując się wcisnąć do środka, aby tam siłą wywalczyć kawałek ławki. 
Rodziny urzędników, o wiele spokojniejsze, szły wolno, rozmawiając ciszej, nie potrącając nikogo, 
wyróżniając się w tym tłumie lepszym gustem w ubraniu i chorobliwą bladością, jaką najczęściej 
twarze kobiet były pokryte. Cały ten tłum, złożony przeważnie z ludzi chudych, o wklęsłych 
klatkach piersiowych, śmiał się fałszywą wesołością skazańców, daleką od tej hałaśliwej radości, 
jaką objawiają rzemieślnicy innych krajów w bezczynności popołudni niedzielnych. Nie było istotnej 
swobody w sczerniałych lub wyblakłych maskach ich twarzy, rodzaj ogłupienia i zbydlęcenia 
malował się w rysach tych ludzi, którzy w pracy swej widzieli jedynie źródło zarobku — możności 
wypicia większej ilości piwa, a zacieśnieni w swych źle urządzonych warsztatach nie pracowali dla 
żadnej idei, dla dobra ogółu, lecz jedynie dla siebie samych, a w najlepszym razie dla utrzymania 
chorowitej żony i skrofulicznych dzieci. Nie ożywieni żadną lepszą myślą, mieli chód i spuszczenie 
łbów charakteryzujące konie żydowskich furmanów, a nawet w swej wesołości nieśli ze sobą trywialny 
smutek zapracowanych „na śmierć” ludzi. Zresztą, jakąż rozrywką mieli orzeźwić zmęczone 
dusze, drzemiące w tych ciałach, które miast krwi nosiły w swych żyłach rozczyn alkoholu i jad 
złych chorób, odziedziczonych po ojcach lub nabytych w rozpuście młodości. Brudne żydowskie 
knajpy, gdzie rozlegała się 
wrzaskliwa muzyka, otwierały swe przegniłe wrota, wyciągając wzdłuż 
dusznych sal lub placyków, szumnie „ogrodami” zwanych, całe szeregi stołów o blatach porysowanych, 
na których kufle piwa lub kieliszki koniaku zmieniały się z przerażającą szybkością. Iw 
słabym świetle osadzonych w glinianych lichtarzach świec cisnęły się całe gromady kobiet, mężczyzn, 
dzieci, kończąc dzieńświąteczny zalewaniem się strugami piwa, fałszowanej wódki, opychając 
chore żołądki bryndzą 
lub ogórkami. Przeraźliwe wrzaski trąby napełniały powietrze, stanowiąc 
jedyną wznioślejszą rozkosz, mającą podnieść ducha i umocnić na dalszą ciężką i mozolną 
wędrówkę. 
I nic nie urządzono dla inteligentniejszego rozerwania umysłów tej wielkiej gromady, która do 
niedziela przeciągała tłumami po zacieśnionych ulicach miasta, zdając się wielkim głosem domagać 
panem et circenses!24 Żadne ludowe przedstawienie, żaden teatrzyk tak zwany ogródkowy nie wyciągał swych gościnnych ławek dla przyjęcia spracowanego tłumu, który rad by wysłuchał w 
przystępnej i wesołej formie moralnej, poczciwej nauki, a choćby to rzeczywiście było grochem 
rzuconym o ścianę, to może młode pokolenie przyjęłoby groch ten nie z uporem starego muru. 
Tymczasem fala ludu, postępując wzdłuż ulic smrodliwych i zaciemnionych, wpływała mimo 
woli do otwartych drzwi szynkowni, aby rozłożywszy się dokoła pooranych bruzdami stołów, 
chłonąć w siebie strugi odurzających, fałszowanych napojów i wlec się późną nocą do domów, 
budząc uśpionych mieszkańców wrzaskiem i przekleństwami, drżącymi przeciągłą nutą nad miastem. 
Służące, uczepione u ramion swych kochanków, dążyły na Wysoką Górę lub opóźniały się 
przed bramami — rozsnuwając przed oczami przechodniów obrazy swych miłostek; pruderia i błędne 
wyobrażenie o moralności ich chlebodawców, odmawiających pozwolenia widywania kochanków 
w kuchniach, zmuszały poniekąd do podobnych schadzek ulicznych, na czym moralność publiczna 
nie zyskiwała wcale. 
Gdy Kaśka znalazła się nagle wśród tłumu, ogarnęła ją nieśmiałość wielka. Każda z przechodzących 
kobiet miała przy sobie jeśli nie mężczyznę, to drugą kobietę, zapewne przyjaciółkę, z 
którą szła rozmawiając lub słuchając, co jej opowiadano. Ona była sama — a choć 
w dnie powszednie 
także nikt jej nie towarzyszył, toć w ten gwar niedzielny zawstydziła się swego sieroctwa i 
osamotnienia, jakby w tym była własna jej wina. Przy tym szła z gołą głową, bez kapelusza, błyszcząca 
tylko odblaskiem swych gładko przyczesanych włosów. Dawała tym świadectwo wielkiego 
ubóstwa, bo tylko bardzo biedne dziewczęta nie noszą kapeluszy w dnie świąteczne. Nie zazdrościła 
przecież tych niezwykłych strojów, jakie roztaczały inne kobiety; ona wie, że jest biedną, a 
drudzy są bogaci. Bóg tak chciał i porozdzielał. Za to w przyszłym życiu setnie wynagrodzi. 
Zresztą spódnicę ma dosyć porządną, jeszcze całą, a kaftanik perkalikowy, opinający jej piersi, 
świeżutko wyprasowany i podwiązany pod szyją czerwoną wstążkę. Wie, że jest czysto ubrana, a 
że biednie — nie jej w tym wina. Tylko przykro tak iść samej. Ten i ów się obejrzy, Bóg wie, co 
może pomyśleć — że nawet żadna kobieta zadawać się z nią nie chce, skoro idzie tak samopas. To 
bardzo, bardzo nieprzyjemne. 
Nagle przychodzi jej do głowy Rózia. Prawda — może ona ma dziś „wyjście” — bardzo by to dobrze 
było. Tylko że Rózia wychodzi bardzo rzadko w niedzielę, w mleczarni jest w tym dniu nawał 
zajęcia przy gościach, którzy całymi gromadami zalegają ogródek. Zwykle jedna dziewczyna bywa 
uwolniona, może teraz właśnie kolej na Rózię wypadła. Trzeba się przekonać. W tym celu Kaśka 
kieruje się do mleczarni. Zaszedłszy tam, dowiaduje się, że Rózia opuściła mleczarnię i żyje z 
„gotowego”. Tak zapewniała sama właścicielka, która dla zbytniego gorąca ustąpiwszy miejsca 
przy kasie swemu mężowi, sama zasiadła w kuchni uzbrojona w olbrzymi czerpak do rozlewania 
mleka. 
Kaśka wyszła znów na ulicę i stanęła chwilkę, namyślając się, czy odwiedzić Rózię i zapytać, co 
miała znaczyć ta zmiana w trybie jej życia. Wahała się przez chwilę. 
Przyszedł jej na myśl Feliks. Od czasu owej pamiętnej propozycji przy zabieraniu kuferka Kaśka 
nie widziała go więcej. Czuła, że sobie zrobiła w nim nieprzyjaciela, i bała się zajrzeć mu w oczy. 
Przyjaźń wszakże dla Rózi przemogła i Kaśka w dziesięć minut ujęła za klamkę drzwi prowadzących 
do mieszkania jej przyjaciółki. 
Jakkolwiek owo życie z „gotowego” zapowiadało coś niezwyczajnego, Kaśka od progu cofnęła 
się nagle, odurzona widokiem, jaki się przedstawił jej oczom. 
Na łóżku, na wprost drzwi, siedział Feliks w wspaniałym kraciastym garniturze, wypomadowany, 
z wyczernionymi wąsami, sterczącymi po obu stronach nosa. Przed nim, zamiast stołu, przysunięty 
do łóżka kuferek, pokryty resztkami wytwornej uczty, przyniesionej zapewne z sąsiedniej 
garkuchni, wyciągał swój zielony grzbiet w nieporządku porozstawianych szklanek i talerzy. Kilka 
butelek z etykietami i bez walało się dokoła, na wzór posłusznych nawet po śmierci żołnierzy, prostując 
się w równej, wyciągniętej postawie. Obok łóżka stała Rózia, bledsza niż zwykle, lecz ubrana 
i uczesana, co wobec dawnego jej domowego zaniedbania było faktem nadzwyczajnym. Stara 
jedwabna suknia z welwetowym stanikiem, kupiona widocznie od handlarki starzyzną, wisi na niej 
niekształtnie, stanowiąc swą jaskrawą ceglastą barwą jedną więcej brudną plamę na tle popękanej 
ściany. Cudacki, zmięty kapelusz pokrywa głowę, a ręce wciśnięte w białe, brudne rękawiczki, zbyt 
krótkie, aby zakryć miejsce pozostawione pomiędzy brzegiem rękawa a rękawiczką, odsłaniają 
kawałki ciała, zsiniałego od gwałtownego zbyt ciasną rękawiczkąściśnięcia. 
Widocznie wybierają się na spacer, bo Feliks wcisnął na głowę kapelusz, lśniący nowością filcu, 
a ręce usiłuje wepchnąć w piernikowej barwy rękawiczki. 
Ciasne wnętrze izdebki napełnia wońźle przyrządzanych potraw, których resztki wlokły się na 
talerzach, zastygłych od tłuszczu. Kości kurczęcia mieściły się ze zgniłą zielonością sałaty, zaprawionej 
tanim octem. Silny zapach tytuniu dominował wszakże i przygłuszał wszystko — w powietrzu 
leżała warstwa sinego dymu, poruszając się z wolna i opadając na sprzęty i podłogę. 
Kaśka, przyzwyczajona do zaniedbania w stroju Rózi, stała chwilę 
zdumiona tym przepychem, 
jaki nagle olśnił jej oczy. Przy tym znaczna ilość wypróżnionych butelek, resztki kurczęcia z sałatą 
i błyszczący filc na kapeluszu Feliksa — dopełniły wrażenia. Może to urodziny lub imieniny, a ona 
nie wiedziała o tak ważnej uroczystości, i gdyby nie przypadek, pominęłaby dzień tak ważny milczeniem, 
krzywdząc w ten sposób przyjaciółkę. Serdecznie się cieszy, że spostrzegła w czas swe 
zapomnienie, i wyciągając ręce, postępuje kilka kroków z poczciwą chęcią złożenia życzeń solenizantce. 
Ta ostatnia wszakże na widok Kaśki marszczy brwi gniewnie i zmienia się na twarzy. Cały potok 
obelg wybucha z jej ust, spadając gradem na głowę przybyłej. 
Jak to? Ona śmie pokazywać się jeszcze i wchodzi do niej, jakby się nic nie stało? Ale Rózia 
wie wszystko, bo Feliks jej opowiedział 
— i nie chce się zadawać z taką ladacznicą, co chce drugiej 
chłopa odmawiać. 
I cały rynsztok wyrazów pozbieranych z najbrudniejszych zaułków wśród których Rózia wzrosła, 
zalewa nagle ciasną przestrzeń izdebki. Kaśka stoi nieruchoma, nie mogąc zebrać myśli, nie 
rozumiejąc, o co chodzi. 
Rózia tymczasem, blada, z szeroko rozwartymi oczami, zasłania Feliksa jak skarb najdroższy, 
który jej wydzierają — tak, ona wie teraz, co kryje Kaśka pod tą skórąświętoszki, ale nie ją brać na 
kawał — ona widziała inne dziwy i wie, czego się trzymać. 
Wrzaskliwy głos odbija się 
o niski sufit i spada w ciekących pasmach na dół, jak deszcz gorącej 
wody. 
— Patrz, szelmo, chciałaś go zabrać, namawiałaś dla siebie... a mogłabyś mu dać kurczęta i takie 
żarcie? Widzisz ją, jaka mi pani! Sama czym cielska nie ma nakryć, a zachciało jej się Feliksa! 
Owa! baciarka!... 
Kaśka, przerażona, przed tą brutalną napaścią cofa się ku drzwiom i wychodzi do sieni. Zamykając 
drzwi, schodząc po schodach, słyszy jeszcze głos Rózi, lecący skrzekliwym wrzaskiem w jej 
ślady. 
W prostocie swej i uczciwości nie pojmuje, czym zawiniła względem Rózi — wie tylko, że straciła 
jedyną przyjaciółkę O! teraz może zdechnąć z żalu, a nie będzie się miała nawet przed kim 
poskarżyć. Rózia młodą dziewczynką pracowała z Kaśką w jednej fabryce, oddychały tymi samymi 
szkodliwymi miazmatami, przepełniającymi wnętrze fabrycznego budynku; nad wieczorem wracały 
razem, depcąc bruk przedmieścia — i Kaśka szczerze przywiązaną była do swej przyjaciółki. 
Tyle lat żyły w zgodzie, przychodząc sobie z pomocą! aż tu mężczyzna stanął na drodze i poróżnił 
je, nie wiadomo nawet właściwie, z jakiego powodu. I Kaśka idzie, tłumiąc w sobie jeszcze jeden 
żal więcej do tych „chłopów”, którzy wiecznie i wszędzie stają się przyczyną jej utrapienia. Powoli 
wszakże refleksje przychodzą jej do głowy. 
Dlaczego Rózia mówiła, że ona, to jest Kaśka, chce zabrać sobie Feliksa? Wszak to on napadł 
na nią, gdy siedziała na brzegu kuferka, cerując pończochę. Wygadywał wtedy na Rózię, że stara, 
że do niczego, a potem chciał ją wziąć za rękę i zaczął się bawić 
w „komplimenta”. Och! ona pamięta 
dobrze, jak to było — bo przecież wtedy tak ją zdusiło, że się rozpłakała, nie dokończyła rozpoczętej roboty, wrzuciła pończochę wraz z igłą do kuferka i zaczęła się zbierać, śpiesząc się bardzo. 
A dzisiaj Rózia napada na nią, wymyśla, jakby to Kaśka była winna! Przecież powinna wiedzieć, 
że ona za mężczyznami nie patrzy, a na Feliksa nigdy się nie obzierała, nawet wtedy, gdy 
razem mieszkali. Zresztą, co cudze, to święte. Odebrać drugiej czy męża, czy kochanka to tyle co 
ukraść, a ona jeszcze nic w swym życiu nie ukradła. 
Teraz doprawdy nie wie, gdzie iść i co ma zrobić ze sobą. Liczyła na Rózię, ale zawiodła ją ta 
rachuba. Błąkać się dalej po ulicy — i nudno, i smutno. Wszyscy się prowadzą razem — ona jedna 
idzie jak pies, który nie ma pana. Przy tym smutek jej piersi rozrywa — ta Rózia ma język niepoczciwy!... 
Nazwała ją... ach! Kaśka pomyśleć o tym spokojnie nie może. 
Najlepiej zrobi, gdy pójdzie do kościoła. Odkąd jest w nowej służbie, wiecznie sięśpieszy, nie 
ma czasu i wpada tam tylko na dorywkę. Kto z Bogiem, to Bóg z nim; trzeba się pomodlić, to ulży 
jej z pewnością. 
Wchodzi więc do kościoła jak do jedynego miejsca, w którym pobyt jest dla niej w to popołudnie 
niedzielne możliwym. Popychając drzwi, obciągnięte zielonym suknem, wsuwa się nieśmiało 
do wnętrza świątyni, odurzona na wstępie wilgotnym chłodem i przenikającym śpiewem, przepełniającym 
wysokie, ciemne mury. 
W podwójnych rzędach ławek siedzą całe gromady ludzi gubiąc kontury swych głów i ramion w 
półmroku, spadającym z górnej części budynku. Ludzie ci o namiętnych, twardych twarzach, z zapałem 
i niezwykłą siłą 
śpiewają, roztwierając szeroko usta i opierając się kościstymi rękami o 
brzeg ławki. Jakiś dziki, namiętny ton plącze się w tej pieśni, która wzlata pod ginące w mroku 
sklepienie. Jest to przecież serdeczna prośba do Matki Bożej, której twarz uśmiecha się wśród zieleni 
sztucznych kwiatów na jednym z bocznych ołtarzy. 
Serdeczna Matko, opiekunko ludzi, 
Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi — 
brzmią słowa pieśni. Chropawe, nieugięte głosy nie mają wszakże pokornego, odpowiedniego 
dźwięku. Ten chór mężczyzn o jakichś namiętnych naturach, potrzebujących hałaśliwego wylania, 
wzbija się rwącą, nierówną melodią, przepełniającą buntowniczym krzykiem ciemne zakątki świątyni. 
Po drugiej stronie gromada kobiet odpowiada, odbierając mężczyznom melodię i prowadząc 
ją cienkimi, piskliwymi głosami. Mężczyźni niecierpliwie wyczekują końca strofki, wpadając z 
hałasem w gwar kobiecych wyrazów. 
Nad nimi sklepienie kościoła, ciemne, pomalowane w brunatne obłoki, roztacza się poważnie, 
pokrywając ciężką masą wysokie filary, zdobne w zniszczone sztukaterie, z których gips poodpadał. 
Okna, wysoko umieszczone, pozaciągane ciemnymi zasłonami, nie przepuszczająświatła; tylko 
w zagłębieniu wielkiego ołtarza błyszczą złocone kolumny i płaszcze, udrapowane wzdłuż bioder 
naturalnej wielkości aniołów, podtrzymujących olbrzymi krzyż, rysujący się ciemnymi kształty 
na tle bielejącym jasną smugąświatła, którą jedno otwarte okno wewnątrz świątyni wrzuca. 
Kaśka uklękła przy bocznym ołtarzu i pobożnie złożyła ręce. 
Przed nią wznosił się ołtarz poświęcony Marii — biały, zielony, pełen liści i stokrotek, rozkładających 
swe bibulane korony w ordynaryjnych szklanych wazonach. Spośród tego papierowego 
kwiecia wychylała się dobrotliwa twarz Matki Bożej, strojnej w błyszczącą blaszaną sukienkę. 
Cztery sznurki korali, przypięte olbrzymimi szpilkami do płótna, zdobiły szyję 
Marii, a u stóp jej 
na środku ołtarza żółciły się na białym tle obrusa woskowe figurki, składane jako wota przez pobożne 
kobiety. 
Kaśce zrobiło się bardzo przykro. 
Przyszła z pustymi rękami, nie złożyła żadnej „ofiary” na ołtarzu Matki Boskiej. Wczoraj 
wszakże kupiła sobie nafty i pachnącego mydła za ostatnie pieniądze. Mogła się wyszorować zwyczajnym 
mydłem, a na ołtarz ofiarkę położyć. Co jej po tym, że pachnie migdałami? — Matka Boża 
zapachów nie potrzebuje, a elegancją duszy nie zbawi. I bardzo skruszona korzy się u stóp ołtarza, 
przyrzekając przyjść 
za trzy tygodnie i kupić piękną „ofiarkę” — serce albo krzyżyk, zresztą zobaczy, 
co będzie piękniejsze. 
Coraz większy mrok zalegałświątynię. Czasem przez otwierane co chwila drzwi wpadał turkot 
dorożki i obiegłszy nawę, milkł, przerażony swą własnąśmiałością i powagą, spadającą z olbrzymich 
twarzy dwunastu apostołów, ustawionych rzędem wzdłużścian framugi wielkiego ołtarza. 
Członkowie bractwa przestali śpiewać i rozchodzili się powoli lub czytali w ławkach, zapalając 
cienkie łojowe świeczki. Świeczki te, przytwierdzone do brzegów pulpitów, miały służyć do 
oświecania kartek u książek, z których mężczyźni, a nawet i kobiety, modlitwy odmawiali. 
Powoli cisza zalegała cały kościół, ludzie niknęli w mroku jak cienie, przemieniając się w niekształtne, 
skurczone masy. Jakiś spokój wysuwał się powoli z ciemnych kaplic, spadał spod ostrych 
łuków sklepienia i sunąc wzdłuż murów, napełniał 
serca ludzi, którzy u stóp ołtarza ukojenia szukali. 
Wszystkie te niekształtne masy, klęczące po zaciemnionych kątach, chyliły się coraz więcej 
ku ziemi pod wrażeniami tego uroczystego spokoju, jaki zbolałe dusze kołysał. Gdyby nie to ciche 
schronienie, gdzie można było przepędzić całe popołudnie niedzielne, gdzieżby poszły te istoty 
smutne i osamotnione? Jakiż szynk przyjąłby w swe gościnne wrota smutek i łzę gorącą, która na 
kościelną posadzkę spada? Gdyby nagle drzwi kościoła zamknięto, gdzież wypędzono by tę całą 
gromadę istot, które ślepą wiarą utrzymują się w swej uczciwości, czerpiąc w swej ślepej, fanatycznej 
wierze siłę do przetrwania nędzy i uniknięcia pokus? Są to najczęściej ludzie nerwowi, pełni 
fantazji i rwącego, burzliwego temperamentu; tym ludziom nie wystarcza kufelek piwa lub kieliszek 
koniaku — oni znajdują ochłodę w wilgotnych murach kościoła, uspokajając swe nerwy śpiewem 
lub modlitwą. Gdzież wreszcie poszłoby tak biedne stworzenie, jak Kaśka, która tak rzewnie, 
tak gorąco płacze, skulona na stopniach ołtarza. 
O, tak! ona wie, że tu płakać może bezpiecznie. Całą nędzę swego życia, wczesne sieroctwo, 
nadmierną pracę, złe pożywienie, tęsknotę do świata, szyderstwa ludzi, wreszcie obojętność Jana — 
wszystko to opłakać teraz może, nie wstydząc sięłez swoich. Koło niej klęczą kobiety tak smutne, 
jak ona, w mroku wieczornym giną ich twarze, ale widać głowy schylone, ręce splecione na piersiach 
i słychać westchnienie, serdeczne słówko: „o Mario!” 
Kaśka klęczy ciągle, skarżąc się po swojemu Najświętszej Panience, bo pięknych słów nie umie, 
a wie, że Matka Boska uczonego gadania nie potrzebuje. Zresztą, Ona wie dobrze, że Kaśka jest 
tylko biedną służącą, i przyjmuje jej modlitwęłaskawie. Jeszcze dziś ta Rózia napadła na nią bez 
przyczyny, to doprawdy za wiele przykrości... Utrapienie za utrapieniem — Najświętsza Panienka to 
widzi zresztą sama. Ona, to jest Kaśka, ma najlepszą wolę, rada by wszystko robić do ładu, ale jakoś 
jej nie idzie. Ciągle robi szkody i przez to nic nie dostanie przy końcu miesiąca, a tu trzewiki 
kupić trzeba, bo podeszwa odłazi, szewc już drugi raz zelować nie chce. Przy tym pani ją przymusza 
do kłamstwa; ona, prawdziwie, nie chciałaby grzeszyć, ale pani grozi i mówi do niej tak poczciwie... 
Potem znów z tym Janem. Ot, po prostu uwziął się na nią; może się gniewa, że wtedy na 
schodach nie pozwoliła się pocałować. Ależ Najświętsza Panienka nie lubi nieskromnych dziewczyn 
i gniewa się na te, które sięźle prowadzą. Zresztą, to jeszcze nie racja, aby z powodu odmówionego 
całusa drwić 
z niej wobec innych dziewczyn... Ona nigdy nie śmiałaby się z niego, nawet 
gdyby rzeczywiście zrobił coś głupiego. Drwić z bliźnich się nie godzi... a Jan jest przecież jej 
bliźnim Nawet gdyby mu się jakieś nieszczęście przytrafiło, to ona oddałaby całe swoje mienie, 
pensję kwartalną, ażeby tylko go dźwignąć 
z biedy. Sama wtedy chodziłaby boso, ale Jan wiedziałby, 
że ma do czynienia z poczciwą dziewczyną, z której drwić się nie godzi. 
I klęcząc tak w wilgotnym mroku kościoła, Kaśka rozpościera przed Matką Bożą, kryjącą się w 
cieniu, wszystkie swoje żale i utrapienia serdeczne. Świecąca blacha błyska tylko srebrnym światełkiem, 
odbijając promienie lampki płonącej u stóp obrazu. Kaśka płacze rzewnie, obcierając łzy 
ręką i pociągając nosem z powodu braku koniecznej w takim wypadku chustki do nosa. Dokoła niej 
inne kobiety rozkładają swą drobną, powszednią nędzę, licząc wśród ciężkich westchnień utrapienia 
nędznego i trywialnego życia. Niedostatek materialny i dziwnie chwilami poziome moralne 
troski dźwięczą w tych skargach, szeptanych półgłosem i niknących wśród wilgoci, wyziewanej ze 
sczerniałych murów świątyni. Nawet wielki ołtarz ze swymi złoconymi kolumnami ginie w cieniu i 
tylko jeszcze krzyż szarzeje w niepewnym świetle, wznosząc tryumfalnie swe proste, równe linie. 
Kaśka ocknęła się z zadumy i obejrzała się dokoła. 
Zapadłe cienie przeraziły ją. Ukołysana spokojem panującym wewnątrz budynku, przeklęczała 
tak kilka godzin, nie troszcząc się o obowiązki służbowe. Musi być już późno, państwo czekać będą 
na samowar, a ona zapomniała powrócić na czas. 
Wybiegła więc szybko, potrącając skurczone koło ławek dewotki. Na ulicy jest o wiele jaśniej 
niż w kościele — i to ją trochę uspokaja. Ale do domu jeszcze daleko. Budowscy mieszkają prawie 
na przedmieściu — trzeba sięśpieszyć, a może zdoła uniknąć 
gniewu i wymówek. 
Na chodnikach ciągle ruch jeszcze i setki przechodniów krzyżują się w rozmaitych kierunkach. 
Gdzieniegdzie zabłyska jużświatło gazowe, a kryjąc w cieniu słup podtrzymujący latarnię, migoce 
w oddaleniu jak drobna, żółtawa gwiazdka opadła na ziemię. 
Z nadejściem nocy gorączka, ogarniająca miasto, wzrasta i niezdrowym tchnieniem przepełnia 
powietrze. Mężczyźni stają się 
bardziej natarczywi, kobiety śmielej prezentują pomalowane twarze, 
zuchwalsze o wiele wśród ciemności, źle przeciętych światłem gazowym. Kaśka czuje ten nagły, 
odurzający powiew, grzejący jej plecy jakimś dziwnym dreszczem, przyśpiesza instynktownie kroku 
pragnąc uciec przed koniecznością upadku. Poza nią jakiś mężczyzna idzie szybko, potrącając ją 
prawie; jest to jakiś kanonier, opuszczony przez swą „holkę”25 i poszukujący wśród tłumu dziewczyny, 
która zgodziłaby się zająć zaszczytne, według niego, stanowisko jego kochanki. Samotnie 
idąca Kaśka zwróciła jego uwagę. — Fajna dziewka! wielka, tęga! — I z całą brutalnością nagle w 
swych zmysłach podbudzonego mężczyzny puszcza się za nią, potrącając ją bezustannie i starając 
się w ten sposób zwrócić uwagę 
dziewczyny. Ona, przerażona, biegnie coraz prędzej, wymijając 
przechodniów i oddychając ciężko. 
Nie! tego tylko brakowało — musiał ją napaść mężczyzna wtedy, gdy się tak śpieszy, aby powrócić 
do domu. I tuż pod łokciami czuje ramię kanoniera, zuchwale potrącającego ją co chwila z uporem 
ulicznego uwodziciela. 
W dodatku musi być pijany, bo gorący oddech jego ma w sobie pomięszaną woń piwa i wódki. 
Kaśka liczy ulice i przemierza myślą pozostającą do przebycia odległość. Spomiędzy kół dorożek i 
tramwajów wydostaje się, aby wejść w zacieśnioną ulicę, prowadzącą na przedmieście. Żydowskie 
drobne kramiki wyrzucają ze swych wnętrzy wąskie pasemka żółtawego światła. Całe ubóstwo 
drobnego, cząstkowego handlu obsiadło tę dzielnicę z uporem robactwa. Niski, spłaszczony dach 
bożnicy, podtrzymywany przez pękate filary, rozsiadł się 
na brudnym placyku, okolonym przez 
walące się, podejrzane domostwa. Napływ ludzi w tym miejscu zwiększa się w niezwykłą ilość, 
wszyscy śpieszą się, złorzecząc wzajemnie. Szwargot żydostwa miesza swą gardłową nutę do bezmiernego 
gwaru, jaki się z zacieśnionego kamieniami przejścia wydobywa, a wpadłszy z hałasem 
na placyk, ta fala głosów ludzkich zalewa obszerniejszą przestrzeń, gospodarując wśród brudnych 
kramów z zuchwałością ulicznika. 
Kaśka przedziera się przez tłumy i wydostaje na placyk. Na prawo ciągnie się długa i szeroka 
przedmiejska ulica, kończąca się u bariery rogatkowej. Przy niej mieszkają Budowscy. Kaśka z 
daleka już spostrzegła latarnię płonącą tuż koło bramy. Za dziesięć minut będzie już w domu, duchem 
koło samowaru się zakrzątnie, a pana i panią pięknie przeprosi. Tylko ten kanonier, który co 
chwila śmielszym się staje! Uszczypnął ją nawet w ramię, gdy wśród tłumu zmuszona była zatrzymać 
się chwilkę. Teraz jest tak blisko niej, że spycha ją 
prawie do rynsztoka, a przy tym zaczyna 
śmiać się i rozmawiać. Ot, w każdej chwili opowiada, że nieźle byłoby, gdyby razem poszli za rogatkę 
i wypili po halbie piwa; capstrzyk jeszcze nie zaraz odtrąbią, on ma dość czasu i znajomość 
zrobiłby naprędce. Jest kanonierem i był nie w jednym landzie26. Do kobiet ma łatwość w przystępie, 
a nie lubi żadnej kunierować...27 Kaśka nie odpowiada nic, biegnie tylko szybko, roztrącając ludzi; ot! doczekała się, spacerując po nocy. Nie o to jej chodzi, że ją mężczyzna zaczepia, bo do 
tego nawykła, tylko że to porządne znajomości się tak nie robią. A zresztą z żołnierzami nie warto 
się uczciwej dziewczynie zadawać; żołnierze robią znajomości tylko na przedrwinki, ot, żeby mieć 
z kim halbę piwa wypić, a potem ludzie taką dziewczynę poniewierają — i mają słuszność. I Kaśka 
przyśpiesza jeszcze kroku, biegnąc prawie i roztrącając po drodze ludzi, tak pilno jej oswobodzić 
się od jej natrętnego wielbiciela. On wszakże nie daje się wyprzedzić, biegnie razem z nią, podniecony 
oporem dziewczyny, rozbawiony tą pogonią wśród tłumów. Maleńkie jego oczki błyszczą na 
okrągłej, pucułowanej twarzy; co chwila wciąga rękę pragnąc uchwycić tę wielką, tęgą dziewkę, 
wymykającą się z dziwną zręcznością. Przechodnie stają, oglądając się za tą dziwaczną parą, nie 
śpiesząc wszakże z pomocą prześladowanej kobiecie. 
Jakaś 
kucharka! — da sobie sama radę, a zresztą pewnie nic porządnego — kto by się o nią troszczył. 
Kaśka dobiega do kamienicy i wpada do sieni. Panuje w niej mrok prawie zupełny. Jan nie zapalił 
jeszcze naftowej lampeczki, oświetlającej tę część budynku. Kaśka, zdyszana, opiera się o 
ścianę i zamyka oczy. Pragnie odpocząć chwilkę, zanim wejdzie na schody. 
Nagle jakieś silne ramiona opasują jej łono i pociągają w najciemniejszy kąt sieni. 
To kanonier, nie chcący puścić tak łatwo swej zdobyczy. I ciśnie do ściany przelękłą dziewczynę, 
która nawet bronić się nie usiłuje. 
Chce jej dowieść, że z „cisarskim żołnierzem” nie ma „szpasiów” — i ostrzega, aby z nim „psa 
nie wybierała” (nie namyślała się), bo źle na tym wyjdzie. 
Kaśka traci swą zwykłą siłę; ręce jej, zamiast odepchnąć natrętnika, opadają wzdłuż ciała; poza 
ramionami żołnierza Kaśka spostrzega Jana. Odgadła go raczej, przeczuła. Stał tuż przy nich, ale 
krył się prawie cały w cieniu; ona jednak wie, że to on z pewnością — i rozpacz ogarnia ją na myśl, 
że widzi ją w tej walce z pijanym żołnierzem.. Rozpacz ta paraliżuje ją prawie, odbiera odwagę, 
czyni ją bezsilną. Z piersi jej wydobywa się tylko jeden krzyk, wspaniały swym brzmieniem, krzyk 
kobiety pogwałconej w swej osobistej godności — u wszystkich warstw jednakowy, pełen bólu, 
skargi i bezsilności kobiecej. 
Na ten krzyk ciemna postać stróża, stojącego w zagłębieniu bramy, odrywa się szybko od ciemnego 
tła — i kanonier, odrzucony silnym ramieniem stróża, odbija się z głuchym łoskotem o przeciwległą 
ścianę. Kaśka, oswobodzona, ucieka kilka kroków, lecz suchy odgłos dawanych i odbieranych 
policzków przykuwa ją na miejscu. Przed nią, wśród zalegających wnętrze sieni zmroków, 
zwijał się olbrzymi kłębek z dwóch ciał męskich; przekleństwa ich mieszały się z łoskotem razów — 
krótkie, urywane wyrazy padały, przerywane uderzeniem; widocznie Jan starał się wyrzucić za 
próg bramy „cisarskiego żołnierza” i kierował 
go ku roztwartym drzwiom, przez które wpadał hałas 
i gwar uliczny. Kanonier bronił się zacięcie, nie chcąc ustąpić z miejsca; pluł przy tym i obsypywał 
stróża gradem obelg, w których „cywil zatracony, kanonenfuter28 i cywilska nacja” główną 
grały rolę. Kaśka stała zdrętwiała z trwogi wobec tych dwóch ludzi, masakrujących się z dziwną 
zaciekłością. Obaj nie znali jej prawie, a zabijali się teraz, przepełniając sień przekleństwami i suchym 
trzaskiem odbieranych policzków. I drżała z obawy, aby kanonier nie użył tasaka, wiszącego 
mu u pasa! Oh! wtedy Jan byłby zgubiony, a ona stałaby się przyczyną tej zguby. I w bezmiernej 
trwodze gryzie własne ręce, tłumiąc krzyk cisnący się jej do gardła. 
Nagle — oddycha swobodniej. 
Walka skończona. 
Kanonier, z podbitym okiem i zwichniętą ręką, wyrzucony za bramę, złorzeczy „cywilnemu” i 
„holkom” — i wlecze się w stronę koszar, bardzo niezadowolony ze swej miłosnej przygody. 
Na pobojowisku pozostał zwycięzca w osobie Jana, starającego się wszelkimi siłami zatrzymać 
krew płynącą obficie z porządnie nadwerężonego nosa. 
Kaśka z uczuciem wdzięczności zbliża się nieśmiało, pragnąc wyrazić swe podziękowanie, lecz 
Jan mija ją, kierując się nagle do swej izdebki pod schodami — i zamykając drzwi za sobą, uniemożliwia dziewczynie wszelką demonstrację wdzięczności. Kaśka pozostaje sama — i oparłszy się 
o ścianę, zaczyna rozbierać wypadki dnia całego. 
Nie! — to już jej takie nieszczęście. Zwymyślała ją Rózia, wlazła do kościoła i zasiedziała się 
tam do późnego wieczora, napadł ją jakiśżołnierz i koniecznie musiał 
to Jan zobaczyć. 
Teraz Jan może pomyśleć sobie, że to jej dawny kochanek albo, co gorsza, że ona go przyciągnęła 
za sobą do bramy. I nawet wytłumaczyć mu nie może tego wszystkiego, bo uciekł przed nią i 
schował się do swej komórki. A przy tym wypadałoby podziękować. Cóż jednak począć? Wejść do 
komórki nie wypada. Wyglądałoby to na zaczepkę, a zresztą 
ona by tego nigdy nie śmiała. Może 
jutro nadarzy się lepsza sposobność, gdy będzie schodzić po bułki lub drzewo, wtedy podziękuje 
mu pięknie i przeprosi, że przez nią miał tyle subiekcji. To przecież bardzo pięknie z jego strony, 
że tak się zabrał do tego kanoniera; wprawdzie ma nos rozbity, ale to dobrze, że się tylko na tym 
skończyło. Mogło być o wiele gorzej. 
Kaśka wreszcie porusza się i wchodzi na schody. 
Ta niedziela cała nie udała się jej. Nie bawiła się, wiele doznała tylko przykrości. Gdyby nie 
chodziła sama po ulicy, nie narażałby się na podobne napaści. Lepiej siedzieć już w domu, tylko że 
to bardzo nieprzyjemnie. Trzy tygodnie harować od świtu do nocki, a później żadnej frajdy nie 
mieć. I powoli zaczyna zazdrościć innym dziewczętom, które, roześmiane, rozbawione, powracają 
co niedziela do całotygodniowej pracy z większą ochotą, a głową pełną wspomnień dnia dobrze 
przepędzonego. 
Na to wszakże jedyny środek — mieć jakiegoś „kawalera”. Bo z kim iść za rogatkę i zasiąść przy 
stole? Tylko z „kawalerem” można iść na spacer i przyjmować od niego fundowanie. To już taki 
zwyczaj. 
Gdy Kaśka weszła do kuchni, ku wielkiemu swemu zdziwieniu ujrzała w żółtawym świetle lampy 
zgniecioną postać pani, pochylonej nad samowarem. Niezdrowe, nalane ciało na policzkach 
Julii wzdymało się w nadmiernym wysileniu, a jej ciężki oddech rozlegał się w ciasnym wnętrzu 
kuchenki przeciągłym świstem. Próbowała rozżarzyć węgle czerwieniące się na dnie samowaru; 
porozlewana woda, porozrzucane smolne drzazgi, mnóstwo popsutych zapałek i nadpalonego papieru 
— świadczyło dostatecznie o długich i uczonych studiach przedsięwziętych przez tę leniwą 
istotę w celu przysposobienia wieczornego posiłku. 
Gdy Kaśka stanęła na progu, Julia odwróciła ku niej głowę i bez śladu gniewu wyrzekła urywanym, 
zmęczonym głosem: 
— Dobrze, żeś przyszła; nie mogę sobie dać 
rady z tym samowarem, nie chce się gotować. 
Kaśka rzuciła się do roboty, przepraszając w gorących słowach za przedłużenie dozwolonej 
swobody. Nie wiedziała, że już tak późno, zasiedziała się — ale duchem będzie samowar i za sekundę 
poda go do pokoju. Pani taka dobra, chciała ją wyręczyć; ona doprawdy nie wie, jak ma dziękować 
za tak wielkąłaskę. 
I przejęta wdzięcznością, całuje panią po rękach, porywa samowar, nakłada węgle, rozpala i całą 
potęgą swych zdrowych, młodych płuc dmucha wewnątrz blaszanego naczynia, z którego wkrótce 
czerwony blask rozjaśnia pochyloną twarz dziewczyny. 
Julia opiera się o ścianę i przygasłymi źrenicami śledzi ruchy Kaśki. To dziwne! Ona od pół godziny 
męczy się, dmuchając w samowar i nic poradzić nie może, a Kaśka w kilka minut załatwiła 
się z tą nudną pracą. Chciała zasłonić Kaśkę przed gniewem męża i widząc, że zdrzemnął się, czytając 
zeszłoroczne dzienniki, wysunęła się cicho do kuchni, aby przygotować herbatę. Było to 
zresztą bardzo naturalne uczucie wdzięczności. Kaśka zasłaniała jej nocne wycieczki, ona więc 
poczuwa się do obowiązku odpłacenia choć w ten sposób bezinteresowne do tej chwili usługi 
dziewczyny. W ciasnym zakresie swych myśli sądzi, że Kaśka powraca również z miłosnej 
schadzki, i patrzy na nią 
z rodzajem niezdrowej ciekawości, chcąc zrozumieć, czy wszyscy ludzie 
jednakowo kochają i miłość tę objawiają. Kochanek Kaśki musi być jakiś zdrowy, tęgi chłopak, o 
szerokich plecach, tak wysoki, jak ona, bo inaczej śmieszną byłaby ta para. I pani zapytuje nagle 
sapiącą ciężko nad samowarem dziewczynę: 
— Dobrze się bawiłaś? Gdzie byłaś? 
Kaśka podnosi głowę. 
— E! proszę pani, jak tam ja się mogłam bawić... siedziałam do tej poryw kościele! 
Julia dziwi się mocno. Ona chodzi tylko do kościoła w niedzielę, na sumę, wtedy gdy tam widno 
i wszyscy ludzie chodzą. Po południu cóż robić w takiej piwnicznej ciemności, a jeszcze siedzieć 
do później nocy? 
— Dlaczego nie poszłaś na spacer? — pyta, siadając na zniszczonym krzesełku. 
Dobrzej jej w tej atmosferze kuchennej, przymyka oczy i nie wytężając swej inteligencji, może 
prowadzić rozmowę nie wymagającą zbytniej ilości słów i podnoszenia głosu. 
Zapytuje więc Kaśkę o przyczynę niepójścia „na spacer” i zamknąwszy oczy, wyczekuje cierpliwie 
odpowiedzi ze zwykłą sobie obojętnością. 
Kaśka odpowiada szybko — o! ona z chęcią przeszłaby się 
po tak pięknej pogodzie, tylko nie 
miała z kim — ot! wlazła do kościoła i tam siedziała koło Najświętszej Panienki. Samotnej dziewczynie 
trudno włóczyć się po ulicach, to bardzo źle wygląda. 
Julia otwiera oczy i patrzy zdziwiona na Kaśkę. 
— Ty nie masz... kawalera? — zapytuje po krótkim wahaniu. 
Kaśka mimo woli wstydzi się swej uczciwości. 
— Nie mam, proszę pani! — odpowiada, kryjąc się w cieniu dziwnie zmieszana. 
Przez kilka tygodni zrobiła postęp znaczny. Dawniej czuła w sobie samej zadowolenie i wystarczała 
jej pogawędka z niańką lub samą Pinkusową Lewi. Teraz, gdy została sama, a w dodatku poróżniła 
się z Rózią, czuje, że tak długo nie potrwa; musi mieć kogoś przychylnego, komu by się 
zwierzyć z kłopotów, a czasem uśmiechnąć mogła. W dodatku jeszcze wstyd jej doprawdy, że nie 
ma „kawalira” — przecież nieułomna, niekoślawa, wyrosła, a! nawet zanadto, a tak chodzi sama, 
jakby od niej stronili. Tylko że to ona chce się wydać, a mężczyźni zawsze sobie na żart robią znajomości. 
Ot! żeby miała jakiego porządnego chłopca, toby już chyba od niego nie uciekała i poszłaby 
z nim na spacer, a wieczorem, z pozwoleństwem państwa, do kuchni by go wpuściła. Tylko 
poszedłby zawsze punkt o dziewiątej, bo Kaśka nie chciałaby „kumpromitacji” wobec całej kamienicy. 
Gdy pani wyszła z kuchni, a Kaśka, podawszy herbatę, pozostała sama, raz rozbudzone w niej 
pragnienie zawiązania jakiejś „porządnej” znajomości kręciło się 
po jej mózgu z dziwnym uporem. 
Nie — stanowczo to nie byłoby złe, gdyby tak co niedziela przyszedł jakiś uczciwy człowiek i 
usiadłszy sobie koło stołu, rozmawiał z nią 
grzecznie, ona zmywałaby naczynia, odpowiadając na 
jego pytania, nalałaby mu swej herbaty i poczęstowała swym cukrem. 
Byłoby to daleko weselej i zabawniej, niż siedzieć na kuferku po kilka godzin lub włóczyć się 
po ulicach, Bóg wie czego, ot, chyba po obrazę Boską. 
I Kaśka z wyrazem nieokreślonej błogości przymyka oczy, wywołując w swej wyobraźni obraz 
podobnego życia, pociągającego ją urokiem nowości, dla niej zupełnie nie znanej. Przedstawia sobie 
tego „kogoś”, siedzącego tuż przy samym stole i pijącego herbatę, którą ona własnymi rękami 
by mu przyrządziła. Kto wie, gdyby miała kilka centów, kupiłaby do herbaty bułkę i trochę salcesonu. 
Salceson mężczyźni lubią. Palić by tylko nie mógł, bo państwo by się 
gniewali, ale on by to 
dla niej zrobił i powstrzymał się 
przez te kilka godzin od fajki lub cygara. Zresztą, mógłby stanąć 
przy okienku, to dym wyszedłby na dach, a w kuchence nie zostałoby ani śladu. 
Ten „ktoś” musi być uczciwym chłopcem, pracowitym, bo Kaśka próżniaków nie lubi. Rąk nie 
będzie miał od parady, a twarz musi mieć rumianą i wesołą. Oczy niebieskie, a zęby białe, zdrowe... 
I mimo woli postać Jana przesuwa się przed oczami dziewczyny. Tak! Jan jest takim chłopcem, 
pracowitym, wesołym, rosłym — i poczciwym. 
Ona zapomniała w tej chwili o drwinkach, jakie siekącą chłostą spadały na jej ramiona, wie tylko, 
że Jan w jej obronie rzucił się na kanoniera i nos sobie nawet pozwolił „rozdrapać”. 
Gdyby nie był poczciwym człowiekiem, patrzyłby obojętnie, jak się z żołnierzem biedzi; śmiałby 
się może, a potem rozpowiedział innym dziewczynom. To przecież bardzo pięknie z jego strony 
— i Kaśka czuje głęboką wdzięczność dla stróża, którą koniecznie na zewnątrz ujawnić pragnie. 
Zresztą, nie sama wdzięczność 
tu gra główną rolę — dziewczyna mimo woli poddaje się jakiejś 
silniejszej woli, która ją do Jana pociąga. Szczęśliwa jest z nadarzającej się sposobności, która pozwoli 
jej do niego przemówić. 
Jedyną jej troską jest, aby spotkała go samego i mogła się „wyjęzyczyć”. Przychodzi jej mówić 
z trudnością 
i w ogóle ma mało rezonu, ale sądzi, że jej Bóg dopomoże. Podziękuje mu ładnie i 
poprosi, aby z niej więcej nie przedrwiwał, bo jej to przykrość sprawia. On pewnie zaśmieje się, 
pokazując swe równe, białe zęby, i pogodzi się z nią, a może — kto wie — gdy go zaprosi na górę, 
przyjdzie, usiądzie koło stołu i porozmawia trochę, herbatę wypije. 
Wtedy ona go przekona, że nie miał słuszności, postępując z nią tak dziwnie; opowie mu, kim 
jest, z jakiej pochodzi familii, pokaże mu „mentrykę” i „książkę służbową” — a myśli, że to go 
ostatecznie przekona i ku niej nawróci. Tylko czy zechce przyjść i czy pan na to pozwoli, aby mężczyzna 
przesiadywał w kuchni? 
W tym sęk! 
Wczesnym rankiem wyszedł Jan zamieść i pokropić ulicę. 
Chodniki, jeszcze puste, wyciągały swe szare, płaskie grzbiety, chłonąc w siebie promienie 
wschodzącego słońca. 
Gdzieniegdzie przesuwały się gromadki robotników, śpieszących do pracy, a pozawijanych w 
łachmany, przesiąknięte potem i kurzem dnia wczorajszego. Zaspane służące dźwigały konewki, z 
których woda lała się strumieniem; wozy, śpieszące na targ, przelatywały dudniąc po nierównym 
bruku. 
Powoli otwierały się bramy domów, błyskając otworem sieni, z której dobywał się hałas budzących 
się ze snu ludzi. 
Od czasu do czasu zajęczał słaby głos dzwonka, wzywający zakonników na poranne modlitwy. 
Przez szarawe, niepewne tło horyzontu przecierały się leniwie błękitne smugi, zwiastujące 
uśpionemu jeszcze miastu piękny, pogodny dzionek. Miasto przecież budziło się leniwie, jakby 
nieciekawe uroku letniego poranka, rzec można, że się „wyżyło” jak stary rozpustnik, przyzwyczajony 
do widoku nie skalanej jeszcze piękności. 
Jan energicznie wziął się do zamiatania chodnika. Jego silny, zdrowy organizm potrzebował ruchu 
i męczącej pracy. Lubił wczesnym rankiem zamiatać ulicę; chłód, jaki wyziewały ostudzone 
wśród nocy kamienie, wnikał mu w ciało i ziębił przyjemnym dreszczem. 
Ciasna komórka, służąca mu zwykle za mieszkanie, a właściwie za legowisko nocne, dawała 
zbyt mało powietrza dla jego szerokich piersi. Rano stawał 
zwykle z głową pełną niezdrowego ciężaru, 
wychodził chętnie na ulicę, a ująwszy miotłę, w przyśpieszonym ruchu wypędzał za siebie, 
według jego słów, „choróbsko, które mu się do głowy cisnęło”. 
Dziś, jak zwykle, wstał rano i jest już na zwykłym posterunku. Na jego twarzy rozpościera się 
czerwona plama, a zajmując część nosa, kończy się na prawym policzku. Jest to znak wczorajszej 
walki i dowód rozmiarów pięści „cisarskiego żołnira”. 
Jan nie lubi, gdy mu coś 
dolega, a właśnie ból nosa dokucza mu w sposób nadzwyczajny. Kanonier 
ma niezłą siłę, a choć Jan zemścił się, oddając mu poczwórną porcję kułaków, to stanu rzeczy 
nie zmienia i ból nosa pozostaje zawsze jednakowym. Jan objawia swoje niezadowolenie, plując i 
mrucząc co chwila: 
— Psiakrew zwykła, psiakrew sobacza... 
Rzeczywiście, po co mu było mięszać się do tej całej awantury — niechby żołnierz trochę tę „jezuitkę” 
podusił, nic by się wielkiego nie stało. 
Ba! — ale Janowi jakoś dziwnie przykro było patrzeć, jak inny mężczyzna Kaśkę chciał całować. 
Prawda, że mimo woli odsunął się od niej, widząc w żądaniu małżeństwa zaporę nie do przebycia, 
ale w egoizmie męskim chciał, aby nikt nie dotknął dziewczyny, skoro on pozwolić sobie tego nie 
może. Przy tym przyznawał się teraz, że lubił zawsze takie duże, rosłe kobiety, a Kaśka miała jeszcze 
miłe spojrzenie, które mu w piersiach „świdrowało”. 
Gdy przechodziła koło niego, to choć na ustach miałżart niepoczciwy, toż wzrokiem ścigał ją i z 
upodobaniem wpatrywał się w rozwinięte kształty. A potem właśnie jej dobre prowadzenie się ciągnęło 
Jana bezwiednie; to uparte osamotnienie, na jakie się dobrowolnie skazywała, napełniało go 
podziwem i — jeśli tego słowa użyć można — szacunkiem. 
Zapewne, Marynka była weselsza i o wiele „udatniejsza” od cichej i spokojnej Kaśki, ale gdyby 
Jan miał kiedykolwiek myśl do żeniaczki, toby takiego latawca, jak Marynka, nie wziął. Kochanka 
— to co innego, a żona — to żona. Jak kochanka z innym chodzi, to nie takie pohańbienie, jakby żona 
to zrobiła. 
Stanowczo Kaśka na żonę lepsza, tylko że Jan nie myśli siężenić, bo to się na diabła zdało. Na 
kochankę znów Kaśka pójść nie zechce, więc nie ma o czym myśleć... 
Ba! kiedy to myśl sama idzie do niej, jak mucha do miodu! Jan rad by myśleć o czym innym, 
wstyd mu trochę tak od razu przemieniać się w inną skórę — ot! jeszcze gotowi ludzie pomyśleć, że 
chce iść na tego „ślubnego”, co to go Kaśka wyczekuje. 
Gdyby nie to, dawno już byłby do Kaśki się uśmiechnął i uczciwie przemówił. Tylko wczoraj to 
już zapomniał o wszystkim — taka go szewska pasja wzięła na tego kanoniera, który biednej dziewczynie 
spokoju nie dawał. Dobrze się stało, że Kaśkę obronił, a kanoniera poturbował; tylko 
względem tego nosa — to nie jest wielka przyjemność. Boli bestia i aż spuchł, tak go kułak kanonierski 
przywitał... 
Z bramy wysunęła się cicho Kaśka i stanęła chwilkę, widocznie bardzo zakłopotana. Pilnowała 
chwili, w której może sam na sam z Janem porozmawiać, i układała noc całą, w jaki sposób do 
niego przemówić. Gdy wszakże stanęła tuż przed nim, zapomniała zupełnie ułożonych zdań i zmieszała 
się bardzo. 
Bała się szyderstw Jana i zamiast rozpocząć piękne podziękowanie, stała tak na chodniku, ściskając 
nerwowo trzymaną w ręku konewkę. 
Jak widział ją także. Wydała mu się jeszcze wyższą, tęższą, wychodząc tak nagle z niewielkich 
drzwiczek, wykrojonych w bramie. W jasnym świetle porannym twarz jej rumieniła się gorącym, 
różowym odcieniem, ciemniejącym ku skroniom. 
Bił od niej zapach młodości, jakaś woń nie zużytego, jędrnego ciała, świeżo skąpanego w zimnej, 
czystej wodzie. Była to „dziewczyna” w całym słowa tego znaczeniu — i Jan rozumiał aż nadto 
dobrze, że ta... nie oszukuje ludzi. 
I nagle, podniecony wczorajszym zajściem z owym kanonierem, przerywa milczenie i obraca się 
ku Kaśce ze słowami: 
— Dzień dobry pannie. 
Kaśka czuje się bardzo szczęśliwą i wdzięczność jej dla Jana wzrasta z niezwykłą szybkością. 
Ułatwił jej początek rozmowy, przemawiając tak grzecznie — to bardzo, bardzo pięknie z jego strony. 
Teraz czuje, że pójdzie jej o wiele łatwiej; postępuje więc kilka kroków i staje tuż przed Janem 
z dziwną w niej determinacją. 
— Pan Jan wczoraj się potrudził uwolnić 
mnie od tego wagabundy — mówi wolno, spuszczając 
oczy ku ziemi — chciałam więc podziękować... i przeprosić, że beze mnie tyle miał pan Jan turbacji. 
Jan nadyma się i opiera się na miotle z postawą niezwalczonego rycerza. 
— Furda! Nie ma o czym mówić. Rozklapał 
mi ta nos trochę, ale to się zagoi, za to, jakem go 
zamalował, to się aż o bramę oparł — odpowiada z pyszną pogardą dokonanego dzieła. 
Kaśka z uwielbieniem spogląda na „rozklapany” nos, mieniący się barwą purpurowogranatową 
na okrągłej twarzy stróża. 
— To musi pana Jana boleć — mówi, zmartwiona szczerze tym widomym znakiem walki, której 
była mimowolną sprawczynią. 
Jan macha ręką. 
— Et, drobiazgowość! nie ma o czym gadać. Tylko, po co panna tak sama po nocy łazi? Zawszeć 
to nie ma bezpieczeństwa. Jak dziewczyna idzie tak osobliwie, to mężczyzna ciągnie ku niej. To 
rzecz postanowiona! 
Na Kaśkę uderzają płomienie. Nie! — on teraz gotów pomyśleć, że ona umyślnie chodzi, aby 
znajomości szukać... Musi się z tego wytłumaczyć — niech wreszcie wie, z kim ma do czynienia. 
— Niech pan Jan nie myśli — zaczyna ożywiając się stopniowo — że chodziłam tak sama jedna po 
dobrej woli. Mnie samej to nie ładzi tak szpacerować bez ulicę, przez znajomych... ale ja znajomości 
nie mam żadnej, a familia moja daleko, choć to są bardzo porządni ludzie. 
I odrobina dumy, jaką 
ta dziewczyna chowa w głębi swej duszy, przebija się w intonacji głosu, z 
jaką wymawia ostatnie słowa. 
Ożywiona nagłym, a dla niej niespodziewanie pomyślnym zwrotem, staje się rozmowną — i 
wbrew zwyczajowi ciemne jej oczy patrzą wprost w twarz stróża, migocąc złotawymi blaskami, 
przecinającymi piwne zabarwienie źrenicy. 
Jan z przyjemnością słucha mowy dziewczyny. I on rad jest, że porzuci zbyt ciężką dla niego 
rolę wroga i stanie się przyjacielem tej dziwnie dla niego sympatycznej kobiety. 
Gdy Kaśka skończyła mówić, Jan patrzył na nią jeszcze chwilę z wielkim upodobaniem. Niesłusznie 
nazywają ją „tłumokiem”, żadna z dziewcząt, zamieszkujących kamienicę, nie może iść w 
porównanie z Kaśką — tak zdrową, silną i ładną wydaje mu się w tej chwili. Rozmawiając, postawiła 
trzymaną w ręku konewkę i obie ręce skrzyżowała wdzięcznym ruchem na piersiach. Ręce te, 
czerwone, lśniące, pełne — ciągną ku sobie wzrok Jana, budząc w nim chętkę uszczypania silnie tuż 
około łokcia. Ale rozsądek przeważa; nie chce zrazić do siebie Kaśki, bo wie, że ona takich żartów 
nie lubi. Później... kto wie, może się oswoi, zresztą — Jan zobaczy, co to z tego mieć będzie można. 
Na razie jest zadowolony szczerze z obrotu, jaki rzeczy wzięły. Położył miotłę i zbliżył się do 
Kaśki; stoją tak naprzeciw siebie, przedzieleni tylko wąskim rowkiem rynsztoka, w którym płynie 
błękitnawą farbą ubarwiona woda, wylana świeżo z pobliskiej farbiarni. 
— To pannie tak przykro i ckliwo być musi ciągiem siedzieć samej jednej? — pyta Jan, zainteresowany 
osamotnieniem Kaśki. 
Mój Boże! czy jej ckliwo? — Ależ 
tak, a nawet bardzo. I szczerze, nic nie tając, opowiada, jak 
przykrzy jej się w kuchni, gdy nie ma co do roboty lub święto pracować zabrania. 
— Pani dobra, ale strasznie niemrawa; pan znów trochę durnowaty, a oboje nic ze mną nie gadają. 
Zresztą, nie dziwota, bo to państwo, a ja tylko sługa, to im nie do rezonu ze mną; tylko że to 
człowiek nie pies ani nieme stworzenie, to lubi czasem rozgadać się o tym i o drugim. A tu choć do 
ścian gadaj, taka pustka. W budny29 dzień, to mniejsza, ale jak święto przyjdzie, to nie uwierzy pan 
Jan, jak mnie chyci za serce. Takam wtedy zmarnowana, że za nic każda sierota! Wyjdę na ulicę, to 
łażę jak ćma, bo tak przez wyznaczenia, to jak na wystawę... 
Jan z ubolewaniem kiwa głową. 
— Pewnie, pewnie — konkluduje po chwili — kobiecie samej to jak sroce w lesie. Każda powinna 
mieć swego chłopa, co by jej stanął w przygodzie i krzywdy zrobić nie dał. 
Milkną oboje nagle, zmieszani tym zwrotem rozmowy. Ona myśli w tej chwili o silnej pięści Jana, 
który tak gracko „stanął jej w przygodzie” — on zaś mimo woli zapytuje siebie samego, czy nie 
warto by pomyśleć 
o zostaniu „chłopem” tej dziewczyny. Tylko ten ślub! to małżeństwo!... Eh, co 
tam! kupić nie kupić, potargować nie wadzi. Zresztą, może ona ustąpi coś ze swych warunków — 
kobiety same nie wiedzą, czego chcą. Czasem baba rano jezuitka, a w wieczór farmazonka. Spróbować 
trzeba; jak się nie uda, to despektu znów tak wielkiego nie będzie. 
I z nagłą determinacją czyni Kaśce propozycję wspólnego spaceru za trzy tygodnie, wtedy gdy 
będzie miała „wyjście”. 
— Pójdziemy za rogatkę 
albo do menażerii; zresztą, gdzie panna Kasia zechce, mnie to za jedno, 
ja się znam z tymi osobliwościami... 
I usiłuje przybrać minę zblazowanego człowieka, dla którego nic na świecie obcym nie jest. 
Kaśka stoi chwilę, nie mogąc przemówić ani słowa. Walczy w niej jakiś instynkt, szarpiący duszę 
kobiety w przededniu jej upadku — i chęć zabawienia się 
w towarzystwie Jana. Czuje, że powinna 
odpowiedzieć „nie” i odejść od tego mężczyzny, do którego ciągnie ją jakieś dziwne, nie 
określone bliżej uczucie. 
Dotąd zawsze mówiła „nie” na podobne propozycje; dziś jest przecież zupełnie bezsilną; odmowa 
przecisnąć się nie może przez usta, które chętka spędzenia z Janem całego popołudnia ubezwładnia. 
On milczenie Kaśki bierze za znak zgody i z wielką werwą roztacza barwne obrazy uciech, jakie 
spotkać mają Kaśkę w tej przechadzce we dwoje. 
Kaśka mimo woli poddaje się temu urokowi. 
Miły Boże! tyle dziewczyn chodzi na spacer w towarzystwie mężczyzn — dlaczegóż ona ma 
wiecznie się nudzić w samotności? Choć Jan ma często „niegodliwe” żarty na ustach, to znów nie 
wydaje się złym człowiekiem — i dziewczyna może przejść się z nim przez ulicę. Zresztą, winna mu 
przecież odpłacić grzecznością 
za ten nos „rozklapany” w obronie jej samej; odmową mogłaby go 
urazić, a tak postępować się 
nie godzi. I trywialnym sprytem ubiera chętkę rozerwania się w pozory 
wdzięczności, która ją skłania do przyjęcia proponowanego spaceru. Przy tym spacer — to jeszcze 
nie „kumpromitacja” — najporządniejsze dziewczyny chodzą 
na spacery ze znajomymi, byle tylko z 
uczciwymi ludźmi... 
I pełna niezdrowego zadowolenia, przyjmuje plan zabawy, uśmiechając sięłagodnie do stojącego 
przed nią Jana. On nachyla się ku niej i z coraz większym ożywieniem roztacza, przemienia, 
układa program, który napełnia serce Kaśki zdumieniem i radością. Nagle silne jakieś ramię potrąca 
Kaśkę, która, tracąc równowagę, osuwa się w rynsztok, maczając bosą nogę w błękitnej strudze, 
rozlewającej się już poza brzegi rynsztoka. 
Środkiem chodnika idzie gromada ludzi, usiłujących utrzymać w równowadze swe chwiejne, 
jakby watą wypchane ciała. Kapelusze przechylone na lewe ucho lub zsunięte w tył głowy, palta 
obszarpane, powalane gipsem lub oblane strugami wina, nadają 
dziwny pozór tej zbieraninie mężczyzn 
o wydłużonych profilach i twarzach, na których piętno całonocnej hulanki aż nadto wyraźnie 
widnieje. 
Prowadzą sięśrodkiem chodnika, podpierając wzajemnie. Jedni są 
mniej pijani i ci dopomagają 
w stawianiu kroków zupełnie nieprzytomnym towarzyszom. Cała ta gromada, oświetlona czystym 
blaskiem poranka, zatacza się 
pod murami kamienic i zakreśla swym zbiorowym cielskiem najróżnorodniejsze 
zygzaki, nie znane w szkołach rysunkowych. Fantazja i dziwna dezinwoltura, z jaką ci 
ludzie prowadzą nadzwyczaj głośne rozmowy, zdumiewa przechodniów. 
W samym środku odznacza się znajoma nam postać literata, jak na teraz człowieka „bez kondycji”, 
według jego własnych słów. Jego czerwone od bezsenności oczy, napełnione łzami, wpatrzone 
z głuchą rozpaczą w przestrzeń, mają dziwny wyraz smutku, właściwego tylko inteligentnym pijakom. 
Jest coś coraz tragiczniejszego w tym człowieku, szarpanym bezustanną czkawką, drżącym 
jak liść osiki; w jego bezładnej chaotycznej mowie dosłuchać się można urywków wierszy dziwacznych, 
gorączkowych, przerywanych co chwila ulicznym, z knajpy wywleczonym słowem. 
Wspiera się na ramieniu wysokiego, wygolonego mężczyzny, w którym na pierwszy rzut oka można 
poznać 
aktora. Obok nich maleńki, pokurczony mężczyzna, ubrany zupełnie czarno, z przekręconą 
krawatką i rozpiętym kołnierzykiem, usiłuje zapięć surdut na nie istniejące guziki — i w tym 
chwalebnym celu wykrzywia twarz o zmiętych rysach i chorobliwej, niezdrowej cerze. Oczy bladoniebieskie 
zdają się pływać całe w oliwie i grozić wylaniem się na zewnątrz oprawy. Niski, niemodny 
cylinderek, przekrzywiony z fantazją na lewe ucho, służy za cel pocisków wymierzanych z 
systematyczną regularnością ręką wysokiego aktora. 
Ten ostatni przewyższający o wiele wzrostem małego jegomościa w surducie wykazującym brak 
guzików, uderza z zamiłowaniem w lśniące dno cylindra, którego brzeg migoce mu tuż przed 
oczami. Właściciel maltretowanego kapelusza znosi ten żart z dziwną wyrozumiałością, a jedyną 
jego troskę stanowi w tej chwili myśl, którą formułuje mniej więcej w tych wyrazach: 
— Powiedz mi, przyjacielu, jakim sposobem to się dzieje? Bijesz mnie w cylinder, a mnie łeb 
boli... 
Cała gromada zatrzymuje się na środku chodnika, aby rozebrać postawioną kwestię. 
Nie mogąc utrzymać się na nogach, kołyszą się bezustannie i plują 
na brzegi butów, po czym 
jednak nie omieszkują zacierać fikcyjnych śladów śliny na flizach chodnika. 
Kaśka i Jan usuwają się na gościniec, zostawiając hałaśliwej gromadzie wolne pole, to znaczy 
całą szerokość chodnika. Kaśka pomiędzy tymi pijanymi ludźmi poznaje małego rzeźbiarza z mleczarni. 
Stoi pod ścianą kamienicy, oparty plecami o mur, z wyrazem zupełnej obojętności na twarzy. 
Rysy jego, rzecz można, wyglądają, jak przysypane popiołem, a w kąciku ust trzyma uparcie dawno 
zgasłe cygaro. Jest nad wyraz znużony i mimo woli zamyka oczy. Kaśka doznaje uczucia prostej 
litości na widok tego bezmiernego znużenia i dziwi się, dlaczego ten panicz wstał tak rano, 
kiedy mógłby się wyspać jeszcze kilka godzin w wygodnym łóżku. 
Jan skrzywił usta i patrzy z rodzajem pogardy na grupę pijanych mężczyzn. 
Ot! jak się prosty człowiek upije, to nie dziwy, to rzecz zupełnie zwykła, ale „panowie” z surdutami 
na grzbiecie robią takie „szpektakle” w biały dzień... czyste pokaranie. 
W dodatku poznaje w niektórych tak zwanych „gazetników” — bo jak studentom posługiwał, to 
nieraz go z papierami do „Gazety” posyłali; bo to studenci — to ludzie dużo piszący! Jan nieraz widział 
w „jadministracji” tego pana z wąsami, ba, i tego małego, co go ten wysoki po kapeluszu bez 
przyczyny wali. Wie, że to „jenteligentniki”, co napiszą, to drukują — i ludzie czytają; ale cóż z tego, 
kiedy się włóczą po knajpach jak prosty naród, co to prócz kieliszka nic na świecie nie ma. 
I zdrowym chłopskim rozumem ocenia całą ohydę podobnych występków, mówiąc do stojącej 
obok niego Kaśki: 
— A to ci jenteligencja, jak się to wiechciem wala! 
Tymczasem wśród grupy pijanych ludzi „wyższych” nie rozebrano jeszcze kwestii: dlaczego 
właściwie głowa małego jegomościa cierpi, gdy uderzenia są przeznaczone dla kapelusza? 
Literat „bez kondycji” opiniował, że owego młodzieńca głowa nie może boleć, gdyż osobistość 
ta głowy nigdy nie miała; aktor, nie zwracając uwagi na te wywody, zresztą dość logiczne, uderzał 
bezustannie w wierzch cylindra, z cierpliwością godną lepszej sprawy, czym zniecierpliwiony mały 
jegomość odezwał się nagle przerywanym czkawką głosem: 
— Słuchaj! jeśli ty sądzisz, że mnie chodzi o ten cylinder... to patrz, co ja z niego zrobię! 
I przy ostatnich słowach cisnął o ziemię z wielką brawurą nieszczęsny kapelusz, który upadł w 
sam środek rynsztoka, obryzgując całe towarzystwo błękitną cieczą. 
Całe grono zdumiało się 
nad tym szczytem abnegacji i z prawdziwym smutkiem wpatrywało się 
w czerniejący wśród rynsztoka kapelusz. 
Jeden tylko aktor zabrał głos w obronie nieszczęśliwej części męskiego stroju, tak poniewieranej 
w biały dzień i bez żadnej przewiny. 
Zataczając się na prawo i lewo, wydostaje się z trudem na brzeg rynsztoka i laską usiłuje przyciągnąć 
ku sobie cylinder, rozpościerający się wśród błękitnej cieczy z rodzajem zadowolenia muchy, 
wpadłej w miękką, lepką maź, w której jej niewypowiedzianie błogo. 
Cała gromada mężczyzn śledzi z zajęciem ważną czynność 
swego „druha” po sztuce i stawia 
wnioski: czy cylinder zostanie ocalony, czy też 
przepadnie na zawsze? Mały jegomość, rozrzewniony 
nadmiarem swego poświęcenia, podsuwa pod rękę artysty swoją szpiczastą głowę, obrośniętą 
rzadkim włosem, i prosi błagalnie, aby dalej ciągnął swoje uderzenia, „jeśli mu to do życia 
potrzebne”. 
Artysta zaś, z ruchem pełnym niewysłowionej pogardy, odsuwa od siebie drobną postać uczynnego 
przyjaciela. Na swej wygolonej, czerwonej masce ma w tej chwili wyraz bezmiernej powagi, 
a głos jego brzmi prawie tragicznie, gdy wyrzuca wspaniałym basem te dziwaczne słowa: 
— Odsuń się, zatabaczona sieroto! 
I bez przerwy tymczasem ciągnie swe usiłowania, skierowane głównie do wydobycia kapelusza. 
Zmęczone nogi odmawiają mu wszakże posłuszeństwa, stopy osuwają się na szpiczastych kamieniach, 
sterczących na brzegu rynsztoka, i całym ciężarem ciała upada w mętną ciecz, przygniatając 
sobą zakwestionowany przedmiot. 
W gronie jego towarzyszów zapanowało chwilowe milczenie. Czerwony artysta, ogłuszony niespodziewanym 
upadkiem, zanurzył swe drobne, zgorączkowane ręce w błękitnej patoce z wyrazem 
chwilowej ulgi, której jego spieczonym palcom ten chłodny płyn udzielał. 
Nagle przemówił maluchny jegomość, a głos jego brzmiał 
przyjacielskim wyrzutem i chęcią 
lekkiego zawstydzenia niesfornego kolegi. 
— Oj! ty niepoczciwy, czy masz ty Boga w sercu, leżeć tak rano w rynsztoku! 
Aktor podniósł głowę i utkwił w mówiącego swój łzawy, tęskny wzrok, pełen niewysłowionej 
skargi na życie i w ogóle na świat cały. Zaciśnięte jego usta wybełkotały z trudnością: 
— Nie miejsce człowieka... lecz człowiek miejsce zdobi. 
I poprawił się 
w rynsztoku, z prawdziwie pijackim uporem wciskając swe ciało w wąski otwór 
rowu. 
Słońce tymczasem wschodziło ponad miastem na kształt ptaka o wielkich purpurowych skrzydłach. 
Szara zasłona, kryjąca horyzont, rozdzierała się z wolna, rumieniąc się na rąbkach tych 
szczelin jak rana jeszcze nie zagojona. 
Złote krzyże kościołów odbijały promienie słońca i świetlanymi strzałami błyskały w przestrzeń. 
Okna otwierały się jedne po drugich jak oczy Argusa30, a z ich otwartych wnętrzy wypływały 
ostatnie cienie nocy, uwięzione w alkowach, wraz z żółtawym światłem dogasającej lampki. 
Ludzie pojawiali się coraz częściej na chodnikach, a od strony śródmieścia dolatywał gwar tysiąca 
głosów — harmonijna kapela, odzywająca się codzienną wczesną serenadą. 
Gromada pijanych mężczyzn, po krótkiej naradzie wydobywszy z rynsztoka bezprzytomnego 
prawie aktora, kierowała się ku otwartym drzwiom, nad którymi widniał napis: „Wyszynk piwa i 
wódki”. 
Od kilku chwil przecież mały rzeźbiarz otworzył oczy i wpatrzył się z uporem w stojącą opodal 
Kaśkę. Ona, pełna zdziwienia, przypatrywała się 
tym „panom”, tak porządnie, według niej, ubranym, 
a włóczącym po ulicy skutki rozpusty i całonocnej pijatyki. Tym bardziej jej to dziwnie, że 
poznaje pomiędzy nimi tych panów, którzy ofiarowywali jej po „trzy szóście” za godzinę jakiegoś 
oblepiania ją gliną. 
Jeżeli człowiek może na takie zbytki wydać aż trzy „szóście”, to musi być bogaty, bo Kaśka 
wie, jak to długo na taki krajcar pracować trzeba. 
Wobec coraz większego gwaru i ruchu przepełniającego ulicę wesołe grono zdecydowało się 
opuścić tymczasową stację nad rynsztokiem i udać się w dalszą podróż. Przedtem jednak pożegnano 
czule artystę dramatycznego, zajmującego pokój w kamienicy, koło której stali. Rozrzewniony 
artysta znikł w bramie, unosząc za sobą ostatni pocałunek małego jegomości, który tak bohatersko 
pozbył się kapelusza, a teraz z odkrytą głowąśpieszy na czele całej gromady, wytrzeszczając swe 
blade, wypełzłe oczy na zdziwionych tym niezwykłym spojrzeniem przechodniów. Powoli oderwał 
się od ściany i mały rzeźbiarz posuwając naprzód swą drobną postać, ciążącą mu jednak niezwykłym 
ciężarem. Wlókł się, nie odrywając podeszew i kiwając głową za każdym krokiem. Gdy przechodził 
koło Kaśki, stanął, wsuwając zwykłym sobie ruchem brudne ręce w kieszeni marynarki. 
— Ty! — wyrzekł 
powoli — namyśl się... ja z ciebie arcydzieło stworzę... Tylko nie bądź głupia! 
Inaczej, każ się wypchać trocinami i w pasy pomalować!... 
Patrzył na nią jeszcze chwilę i znów w myśli modelował wspaniałe kształty dziewczyny. Kilkakrotnie 
już próbował zrobić swą Kariatydę z pamięci, ale na próżno! Nie mógł połączyć razem tego 
kobiecego wdzięku z muskularnością rozrosłego mężczyzny. Potrzebował widzieć przed sobą tę 
dziewczynę bez żadnej osłony, odkrywającą przed nim skończoną piękność form, jaką pod jej trywialnym 
ubraniem okiem artysty zgadywał. 
Kaśka, nadzwyczaj zmieszana, wzięła konewkę, a skinąwszy uprzejmie głową Janowi, oddaliła 
się w stronę wodociągu. Rzeźbiarz chwilkę patrzyła za nią. 
— Kariatyda — wyrzekł wreszcie, trwając uparcie przy raz powziętej myśli. — Kariatyda! 
I z wielkim wysiłkiem zwrócił się 
ku drzwiom szynkowni, w której zniknęli jego towarzysze. 
Błysk rozsądku, jaki o świecił jego drobną twarzyczkę, gdy okiem znawcy oceniał piękność 
kształtów Kaśki, znikł i zagasł zupełnie. 
Natomiast z wielką dezinwolturą wszedł do wnętrza knajpy i już na progu wygłosił rozkaz: 
— Panie dobrodzieju!... proszę mi dać za dwa grajcary sera! 
Na chodniku pozostał Jan, który dziwnie niechętnym wzrokiem patrzył na zbliżenie się rzeźbiarza 
do Kaśki. Nie znał go, nie wiedział, kim jest ten „pan”, mówiący do niej „ty” i nazywający ją 
niezrozumiałym dla Jana imieniem — instynktem przecież odgadł, że i ten człowiek pragnie tej 
dziewczyny. Nie rozumiał, w jakim celu; dla niego pożądanie kobiety ograniczało się do jednego 
kierunku; nie wiedział, że rzeźbiarz pragnie ciała Kaśki nie dla siebie, lecz dla ogółu, dla tysiąca 
ócz, spragnionych harmonii kształtów, dla zadowolenia dusz, potrzebujących od czasu do czasu 
znaleźć się wobec piękności istotnej, zakutej w marmurową bryłę. 
Jan tego wszystkiego nie znał i nie rozumiał; widział tylko, że rzeźbiarz patrzył na dziewczynę 
namiętnym wzrokiem — i głucha wściekłość wstrząsnęła do głębi tą dziwaczną duszą. Znów „cylinder” 
chce się mieszać do nie swoich rzeczy i wyciąga rękę po dziewczynę, która między równymi 
upaść winna. Niech no jeszcze raz spróbuje przejść koło kamienicy, to go Jan naznaczy! oho! lepiej 
jak kanoniera, bo kanonier to jeszcze ujdzie, ale takiemu surdutowemu od Kaśki wara!... 
I z całą złością uderza Jan miotłą ów nieszczęsny kapelusz, który, zgnieciony, rozpłaszczony, 
rozkłada się nieforemną plamą pośród rynsztoka. 
Cała nienawiść człowieka niżej postawionego, gorzej odzianego, nędzniej karmionego, koncentruje 
się w tej wściekłości, z jaką Jan pastwi się nad nieszczęśliwym przykryciem głowy, od którego 
proletariat bogatszych ludzi „cylindrami” nazywa. Według Jana, kapelusze te mają 
w sobie zarozumiałość 
i pychę właścicieli, a dzika rozkosz przejmuje całą jego istotę, gdy może wywrzeć 
swój gniew na jednym z takich „cylindrów”. 
Uderza więc z furią w dno kapelusza, obryzgując się błękitnawą cieszą i powtarzając co chwila: 
— Psiakrew zwykła! psiakrew sobacza! 
* 
Od tego dnia rozpoczęły się dla Kaśki jaśniejsze, lepsze dni, ożywiające swą zwykłą bezbarwność 
epizodami wynikłymi ze zmiany stosunków między nią i stróżem. Stała się nieczułą na żarty i 
drwiny innych dziewczyn. Cóż ją mogły obchodzić 
ich docinki, skoro Jan nie brał w tych, przeciw 
niej skierowanych wycieczkach udziału? O! mogły teraz bezpiecznie nazywać ją „tłumokiem” — 
Kaśka szła przez ten grad obelg, wzruszając ramionami; teraz wie, że nie jest „tłomokiem”, boć 
przecież pan Jan nie chciałby się z nią pokazać w niedzielę na spacerze, gdyby to była prawda. 
Przecież wszyscy wiedzą, że pan Jan jest bardzo „wybrydny”, i wszystkie dziewczyny, z którymi 
chodzi na ulicy, są zawsze ładne i dobrze ubrane. 
Kaśka wprawdzie nie ma pretensji do „ładności”, ale już te przedrwinki tak jej dokuczyły, że 
chwilami myślała, iż jest naprawdę jakimś straszydłem. 
Jan powiedział jej nawet, że jest „niczego”, i Kaśka to dobrze pamięta, powtarza sobie to po cichu, 
gdy klęknie odmawiać 
Zdrowaśki przed zaśnięciem. Szła wtedy z koszykiem do miasta i miała 
na sobie czyściuchno wyprasowany kaftanik z niebieskiego perkaliku. Jan stał przed bramą i rozmawiał 
z handełesem; gdy Kaśkę zobaczył, podszedł do niej, a przywitawszy pięknie, zaraz z początku 
powiedział jej „kumplement”. Śmiał się przy tym, pokazując wszystkie zęby, zdrowe, czyste 
i białe. Kaśka bardzo lubi, gdy kto ma takie równe i ładne zęby, więc zapatrzyła się na Jana jak na 
obrazek. Ale gdy posłyszała, że Jan nazywa ją „niczego”, zawstydziła się bardzo i pożegnawszy, 
poszła do miasta. 
Jedną tylko ma teraz troskę! chciałaby chodzić zawsze czysto i schludnie ubrana, a tu trudno 
bardzo przyjść do czystości w takiej służbie. Nie przez to, aby z lenistwa nie chciała posiedzieć w 
nocy i wyprać fartuszek lub kaftanik, o! nie; z chęcią by siedziała do białego dnia, aby tylko rano 
zaszeleścićświeżą spódniczką, gdy spotka Jana w bramie — ale z tym panem, to czyste utrapienie. 
Wydziela nafty, mydła, drzewa, a przy obiedzie — toć ciągłe harowanie koło pańskiej roboty nie 
pozwala oderwać się ani na chwilę. 
I Kaśka zaczyna powoli przyuczać się do kłamstwa, wymyśla powoli nocne zajęcia, aby jakkolwiek 
ukraść choć kwadrans czasu. Przychodzi jej to z trudnością, ale spryt w oszukiwaniu, wrodzony 
każdej kobiecie, podsuwa jej rozmaite wybiegi. 
Ba! czas ukraść można bodaj sobie samej, ale z mydłem trudniejsza sprawa, a z naftą, drzewem! 
Chwilami Kaśkę rozpacz chwyta. Ma jednak w sobie jakąś dziwną, śmieszną uczciwość, niezwykłą 
w kobiecie z gminu. Co pańskie, to pańskie — ruszać się nie godzi. 
Zresztą nawet jej na myśl nie przychodzi, aby podzielić wydzielone przez pana mydło lub odjąć 
szczyptę wymierzonego krochmalu. 
Nagle przypadek w postaci pani Julii przychodzi jej z pomocą. Budowski w bezmiernym swym 
skąpstwie zaopatrywałżonę tylko w konieczne, niezbędne artykuły toalety. Pani Julia w orientalnej 
gnuśności zamkniętego i bezczynnego życia lubiła przede wszystkim zapachy, odurzające wonie, 
choćby silny zapach zwykłych trociczek, tlących się często na rogu komody, ale Julia nie posiadała 
nigdy pieniędzy. Budowski, sam mając mało, chował skrzętnie najdrobniejsze kwoty i raz jeden, 
zupełnie wyjątkowo, pozostawił Julii guldena jako zadatek dla mającej przyjść do obowiązku sługi. 
Julia przeto wymyślała tysiączne sposoby dla zadowolenia swej namiętności do odurzających 
woni, które od czasu do czasu przepełniały ciasne, brudne ściany mieszkania. Na zapytanie Budowskiego, 
skąd wzięła potrzebne na ten cel pieniądze, odpowiadała, że matka dała jej trochę perfum 
lub kilka zbywających trociczek. 
Było to wszakże nieprawdą. 
Julia kłamała z całym spokojem bezkrwistej blondynki, a głos jej nigdy nie zmienił się, gdy 
słowa mijały się z prawdą. Była w tej kobiecie jakaś współśpiąca podłość, która spokojnym, leniwym 
potokiem wylewała się na zewnątrz, niosąc na grzbiecie mętnych fal cały pokład czystej, 
srebrnej wody. 
Julia porozumiewała się zwykle ze służącymi, które, okradając zręcznie pana domu na tak zwanym 
„koszykowym”, dzieliły się później zyskiem z panią. 
Mały był to zysk, nędzny, centowy, ale Julia cierpliwie składała te drobnostki, aby zadowolić 
swoje upodobanie; nie czuła nigdy, jak bardzo poniża się, wchodząc w spółkę z własną służącą — 
spółkę, która miała na celu oszukanie jej własnego męża. 
Julia, wychowana jak niemal każda córka niższego urzędnika, spędziwszy całe swe dzieciństwo 
w zepsutej atmosferze pokątnej pensyjki, nie miała w głębi swej sennej duszy ani jednego lepszego 
instynktu, żadnego poczucia swej własnej godności. Jedynym celem w jej życiu było wyjście za 
mąż; dopięła swego, lecz odszedłszy od ołtarza, żyła bez żadnej myśli przewodniej, okradając męża 
podwójnie — bo materialnie i moralnie; krzywdząc jego kieszeń i z równym spokojem włócząc jego 
dobre imię po ciemnych zakątkach pokątnego romansu z młodym, prawie jej nie znanym studentem. 
Poznała go na ulicy. 
Chodził już czas jakiś co niedziela do kościoła i stawał zwykle naprzeciw niej, wpatrując się 
ciekawie w młodą kobietę. W Budowskiej zrozumiał od razu łatwą zdobycz w formie mężatki pragnącej 
zakazanego owocu i zbyt leniwej, aby zebrać siły dla stawienia oporu. 
Nikła postać męża wydała mu się pozbawioną zupełnie jakiejkolwiek grozy, a bezbarwne, szare 
źrenice Julii, wlepione w niego z uporem, zachęcały go do dalszych kroków. Jakkolwiek młody, 
posiadał wielką dozę sprytu i znajomości kobiet. Brał je często z brzegu, bez wyboru, odrzucając ze 
wtrętem, gdy stosunek wkraczał w dziedzinę długotrwałego jarzma. Lekko kręcone włosy, wysoki 
wzrost i szerokie ramiona ułatwiały mu podboje w niższych warstwach społeczeństwa. Do wyż
szych nie wdzierał się nigdy; lubił być podziwianym, a znał swą małą wartość pod każdym względem. 
Bał się kobiet inteligentnych lub noszących jedwabne pończochy — czuł, że wobec nich wyda 
się trywialnym i śmiesznym. 
Okiem biegłego znawcy ocenił płytkość umysłu Julii i zrozumiał wątpliwą białość jej pończoch. 
Walka była krótką — łatwo pojąć, że ładny student zwyciężył. Zresztą, Julia nie broniła się wcale. 
Przyszła na pierwszą schadzkę wpółsenna, dopiero później ożywiała się stopniowo. Czy ta kobieta 
przywiązała się do młodego chłopca? — odgadnąć było niepodobieństwem. Urządzając 
schadzki z kochankiem, miała tę samą leniwą obojętność, z jaką konferowała z własną sługą co do 
wielkości sumy oszczędzonej na zakupie obiadowych wiktuałów. Gdy zapalała ulubione trociczki, 
oczy jej migotały tym samym niezdrowym blaskiem, jaki świecił w jej źrenicach przy wsiadaniu do 
oczekującego na nią w nocnej porze fiakra. 
Blask ten gasł szybko, równocześnie ze zgaśnięciem czerwonego ogniska tlejącej trociczki lub z 
ostatnim pocałunkiem, jaki kochanek wyciskał na jej białej szyi. Julia kilkakrotnie chciała już pociągnąć 
Kaśkę na swą stronę i podsunąć jej myśli drobnej koszykowej kradzieży. Sądziła jednak, że 
Kaśka, sama wyćwiczona w takich wypadkach, ułatwi jej początek rozmowy. Z największą pozorną 
obojętnością przysłuchiwała się 
wieczornemu rachunkowi, który Kaśka obowiązana była zdawać 
codziennie panu Budowskiemu, ale w gruncie rzeczy z niezmierną pilnościąśledziła wymienioną 
przez Kaśkę cyfrę, którą 
Budowski do jednej ze znanych czarnych ksiąg wpisywał. Ale próżne 
były wysiłki pani Julii. Jakkolwiek wrodzonym już instynktem kobiecym znała się lepiej na 
drobiazgowym gospodarstwie aniżeli mąż, nie mogła w rachunkach Kaśki pochwycić ani jednego 
niedokładności, chęci sprzeniewierzenia najdrobniejszej centowej kwoty. 
Głucha złość opanowywała umysł Julii. 
Siedząc tak w półcieniu, patrzyła na wyniosłą postać Kaśki, stojącej przy progu. 
Julia czuła, że musi ją uczyć abecadła drobnego, powszedniego grzechu — to ją gniewało i sama 
myśl nużyła niewypowiedzianie. Wolałaby przyjść, jak zawsze, do gotowego. Jednak, jak wszystko 
mieć 
musi swój koniec, tak i nieposzlakowana uczciwość Kaśki musiała się zarysować i zachwiać 
raz na zawsze. Uczciwą, pełną szlachetnej prostoty nie mogła iść dłużej przez życie. Graniczyłaby 
wtedy z istotami pozbawionymi rozumu, według pojęć 
świata, w jakim się obracała. Uczciwość jej, 
nie ugruntowana, nie utwierdzona rozwinięciem umysłowym, które faktami udowadnia konieczność 
istnienia uczciwości, musiała zachwiać się wśród ciemności, w których kroczyła do tej chwili, 
niepewna potrzeby swej egzystencji, nie mająca gruntu pod stopami. 
Zresztą, przypadek był sprzymierzeńcem Julii. 
Kaśka była zakochana. 
Nie mówię: „Kaśka kochała”, ale po prostu: „Kaśka była zakochana”. 
Była to miłość prosta, zwykła, prawie trywialna, a przecież, mimo to, nie pozbawiona lekkiego 
sentymentalizmu. Kaśka, pomimo swego niskiego stanowiska, była przede wszystkim kobietą 
wchodzącą dopiero w świat, doznającą 
po raz pierwszy na widok Jana odmiennego uczucia od 
zwykłego przestrachu, jaki w niej wszyscy mężczyźni do tej chwili wzbudzali. Kaśka czuła gwałtowną 
potrzebę dobrego słowa i przyjaznego obejścia. Julia, nie wiedząc o tym, uczyniła z niej 
wspólniczkę swego występku jednym przychylniejszym zdaniem, rzuconym w głębi ciemnej kuchenki. 
Potrzeba ta nie mogła wszakże długo być zapełnioną przez łagodny głos drugiej kobiety; w 
Kaśce budziła się kobieta, domagająca się wielkim głosem praw swoich nie tylko w znaczeniu 
zmysłowym, ale i duchowym. Tak jest, Kaśka, mimo wszystko, miała duszę pragnącą marzyć bodaj 
przy balii, rwącą się smutną, w dzieciństwie zasłyszaną piosenką na usta, obrzmiałe od bezustannego 
dmuchania w samowar, cisnącą się z głośnym westchnieniem z piersi, pełnej dymu i swędu 
przypalonej patelni. 
A choć była to dusza prosta, pokryta warstwą 
brudu i potu, nie rozwinięta sonatami Beethovena 
ani wykształcona na laucentach Byrona, nie znająca zachwytów wobec dzieł sztuki ani przecząca 
istnieniu Boga — toć dusza ta żyła rzeczywiście, przytępiana nadmiernymi wysiłkami ciała, zamknięta w ciasnym kole zwierzęcych obowiązków, przygniatana ciemnotą, w której od kołyski 
błąkać się musiała. 
Każda kobieta, nawet w żebraczych łachmanach, musiała kochać po raz pierwszy. I jakikolwiek 
kał rozpusty nie przepłynąłby później przez jej nędzne życie — uczucie to, choćby objawione na 
zewnątrz w formach zupełnego zbydlęcenia, musi pozostawićślady w pamięci kobiety. 
Jest to jeden, jedyny kącik w sercu, który nic zająć nie zdoła. Wspomnienie pozostaje na zawsze, 
często jakieś niemiłe, odurzające, niezdrowe, pełne żalu i hańby — a przecież wspomnienie to 
istnieje również pod cuchnącą szmatą, okrywającą ciało zreumatyzowanej żebraczki, jak pod woniejącą 
suknią dystyngowanej damy. 
Kaśka nie analizowała uczuć, jakimi od poznania Jana była cała przepełniona. Lubiła jego białe, 
równe zęby, które odsłaniał, uśmiechając się co chwila; ale lubiła również, gdy stojąc przed bramą, 
spotkała się z wzrokiem jego, w którym instynktem zgadywała „wiele pięknych rzeczy”. 
Nieraz, ukryta w kącie sieni, śledziła przez otwarte drzwi barczystą postać stróża, poruszającego 
ciężką miotłą z nadzwyczajną siłą i swobodą; podziwiała wtedy jego szerokie plecy, trochę zaokrąglone 
pod zbyt ciasną bluzą, i kark szeroki, czerwony, kark rosłego blondyna, pokryty drobnym 
mchem włosów. Ale w równy zachwyt wprowadzał ją głos Jana, wypowiadający wiele uciesznych 
historii, o których Kaśka dawniej nie miała wyobrażenia. 
Było jej wtedy bardzo przyjemnie, a głos ten wpadał do jej ucha łagodnie i przenikał ją dreszczem. 
Zapominała wtedy o piękności zębów i szerokości pleców Jana; opierała się o ścianę, słuchając 
jego słów, i najczęściej przymykała oczy, aby go nie widzieć, a słyszeć lepiej. 
Chwilami ogarniało ją rozrzewnienie wielkie. Były to zapewne początki rozdrażnienia nerwów, 
lecz Kaśka, nie znając ustroju nerwowego, ograniczała się na obtarciu łez ścierką, przeznaczoną do 
czyszczenia naczyń, i na wyszeptaniu do siebie całego szeregu urywanych zdań, wyrażających 
wielki smutek, który ją „napadał” teraz częściej niż dawniej. A przecież główna przyczyna jej 
zmartwień, to jest wrogie usposobienie Jana, zmieniło się zupełnie na korzyść Kaśki. Nie można 
powiedzieć, aby był i teraz zadziwiająco grzecznym, nie! Jan miał system podbijania kobiet sobie 
tylko właściwy; chwilami maltretował swe kochanki i dawał im uczuć całą wyższość męskiej 
przewagi; z Kaśką, jakkolwiek system ten uległ 
pewnej zmianie ze względu na dziwaczne usposobienie 
dziewczyny, zawsze jeszcze Jan trzymał się zasad, które chętnie między jedną fajką a drugą 
wyrażał mniej więcej w tych słowach: 
— Z babą, to jak ze znarowioną miotłą, folgi nie dawaj, a zawsze górę bierz, bo inaczej będzie 
pół psa, pół kozy. Nasztorcuj się uczciwie, to ci sama w łapę wlezie. To już taka psiakrew zwykła. 
„Sztorcował” się też do Kaśki, zaczepiał ją, gdy szła przez dziedziniec, wołając, aby uważała, bo 
mu bramę sobą rozwali — ale ona uśmiechała sięłagodnie, bo zrozumiała, że owe zaczepki stanowią 
właśnie wstęp do zalotów. 
Czasami Jan nie odezwie się do Kaśki, tylko przechodzącą zatrzyma i uszczypnie w łokieć niezbyt 
silnie, ot — po prostu dla żartu. Na każdego innego mężczyznę Kaśka gniewałaby się z pewnością, 
ale Janowi widocznie dużo wolno; bo choć się Kaśka trochę dąsa, to musi w skrytości ducha 
przyznać, że jej po każdym takim uszczypnięciu tak miło, jakby się herbaty z sześcioma kawałkami 
cukru napiła. 
Kaśka raz jeden piła taką herbatę u państwa Lewi, wtedy gdy niańka powróciła z pogrzebu swej 
matki pijana i zapewne ze zbytku żałości nic do ust wziąć nie mogła. Kaśka zabrała wtedy podwójną 
porcję 
cukru i przyrządziła sobie herbatę, którą piła po łyżeczce, delektując się nadzwyczajną 
słodyczą. Teraz doświadczała podobnego uczucia błogości, gdy Jan ją „zaczepiał”. Poddawała się 
powoli wpływowi mężczyzny, nie rozumując, bliska upadku, a nie przypuszczająca nawet jego 
możliwości. „Ciągnęło” ją do Jana, jak do nikogo w życiu, ale o następstwach podobnego „ciągnienia” 
nie pomyślała nigdy. 
Nie przeszkadza jej to w robocie, tylko dziwnie plącze wieczorne Zdrowaśki. Gdy uklękła przy 
łóżku, ani rusz skończyć pacierza nie może. Myśl o Janie i tej niedzieli, którą razem spędzić mają, 
wplata się bezustannie w zdania pacierza. Gdzież oni pójdą? Co robić będą? Co ona na siebie włoży? 
Skąd weźmie pieniędzy na krochmal, konieczny do szelestu spódnic? 
I wielka rozpacz ogarnia Kaśkę; liczy, ile mniej więcej dostanie z należnej miesięcznej pensji. 
Wzięła guldena zadatku, stłukła wazę, dwie filiżanki, i ze trzy szklanki. Przy tym rozsypał się w 
piwnicy szaflik, za co pan obiecał jej wytrącić siedemdziesiąt centów. Bez kupiony dla pani wynosi 
trzy centy. 
Kaśka bez gniewu myśli teraz o tej gałązce bzu, którą pani, idąc na schadzkę, zatknęła sobie we 
włosy. Teraz robi się cokolwiek łagodniejszą i pobłażliwszą na podobne błędy. Zapewne — z obrazka 
Najświętszej Panny nie trzeba poruszać nic z tego, co już tam wetknięte, ale... skoro pani nie 
miała innego kwiatka, toć 
i ten od biedy wziąć mogła. Pewnego poranku weszła Julia do kuchni i 
zastała Kaśkę wyjmującą z kosza kupione w mieście wiktuały; świeże powietrze i przyśpieszony 
ruch spędziły na policzki dziewczyny falę zdrowej, świeżej krwi, mieniącej się purpurą pod zgrubiałym 
naskórkiem. Palce jej przesuwały się z pewną rozkoszą po wilgotnych listkach sałaty, które 
rozrzucała po stole, przebierając więcej zgniłe dla wrzucenia w obok stojący szaflik. Za wejściem 
pani Kaśka obtarła ręce, przygotowując się 
do znanego nam listu, który służył Julii za pretekst do 
schadzek z kochaniem. Ale Julia nie oddała jej żadnej kartki; stała przed nią z wzrokiem uparcie 
wlepionym w trochę drobnej monety, która leżała na rogu stołu, świecąc małymi plamkami wśród 
listków sałaty. 
Kaśka, zdziwiona niezmiernie tą niezwykłą wizytą, zbita zupełnie z tropu brakiem zwykłego w 
takich wypadkach listu, patrzyła wprost w twarz Julii ze zdziwieniem wielkim; obecność pani w 
kuchni uważała za rzecz nadzwyczajną, zapowiadającą zwykle nocną wycieczkę — dziś wszakże 
stało się coś niezwykłego. 
Pani nie oddaje jej listu i nie prosi, aby go wręczyła panu. Musi mieć jakieś inne żądanie... może 
teraz mówić bez obawy. Odkąd Kaśka zrozumiała, że mężczyzna nie zawsze jest „niegodliwcem” i 
czasem przyjemnie pogadać i pośmiać się trochę, chętniej wypełnia zlecenia Julii. 
I tym razem jest do usług gotową. Zapewne idzie o coś względem tego wysokiego pana — Kaśka 
chętnie to załatwi. Zresztą, mieć będzie jeden pretekst więcej do przebiegania przez dziedziniec, a 
właśnie słyszy głos Jana, który niezmiernie dobitnie „poniewiera” tapicerką, co wylała na środku 
dziedzińca pomyje. 
Ale pani nie mówi nic o wysokim panu i nie daje względem niego żadnego polecenia. 
Przymykając oczy, oparta o ścianę, przyciszonym głosem opowiada Kaśce, w jaki sposób zwykle 
inne służące stawały się jej pożyteczne... 
Nie jest to przecież kradzież! O nie, wcale; ona sama kradzieżą się brzydzi; ale co pana, to i jej — 
co jest własnością męża, to i żony; cóż więc byłoby złego, gdyby Kaśka tę własność, to jest tę 
„resztę” z miasta, dzieliła na połowę i jedną z tych połówek oddawała jej samej? 
Ona nawet poprzestanie na mniejszej części, bo krzywdy męża nie pragnie, chce tylko oszczędzić 
sobie przykrości w proszeniu o drobne, nędzne kwoty. 
Kaśka stoi nieruchoma, zasłuchana w głos Julii, rozlewający się pod niskim sufitem kuchenki. 
Jak to? Więc pani sama doradza jej kradzież? Bo, bądź co bądź, rzecz taka jest kradzieżą. Siódme 
przykazanie mówi przecież: „Nie kradnij”. W głowie Kaśki powstaje zamęt nieokreślony. Słowa 
Julii mięszają się w jeden szmer, z którego nic odróżnić nie może. Rozumie przecież treść i wie, 
że pani żąda od niej nowego kłamstwa, nowej zdrożności. 
Nie! ona do tego ręki nie przyłoży. 
I z wielkim szacunkiem, lecz dość stanowczym głosem opiera się 
żądaniu Julii. Nie tłumaczy 
się, nie dowodzi, odmawia tylko stanowczo, i prostymi słowy broni się od zarzutu nieposłuszeństwa. 
— Pan będzie się gniewał, ja nie mogę, pan mnie posądzi, świadectwo złe napisze, zresztą, to nie 
można, to... 
Urywa nagle. 
Na ustach ma słowa: „to grzech ciężki”, lecz w tym domu, gdzie imię Boskie, nie wymawiane 
nigdy, zda się nie istnieć nawet, zdrowy chłopski rozum Kaśki uznaje ten argument za zbyteczny. 
Wie, że Julia się 
nie przestraszy gniewu Boskiego, a prędzej chyba podziała na nią obawa przed 
mężem. 
Lecz Julia, zacięta w uporze głupiej i źle wychowanej kobiety, trwa ciągle przy swoim, podnosząc 
głos i ożywiając się stopniowo. 
Kobieta ta daje znaki życia jedynie tylko wobec występku, czy to mającego wszelkie pozory 
zbrodni, czy też drobnego, dziecinnego grzeszku. W żyłach swych widocznie ma jakąś cząstkę zepsutej 
krwi, która dożywia się w atmosferze kłamstwa. Chwyta zręcznie proste na pozór, a w gruncie 
przewrotne argumenty, którymi popiera swe twierdzenie, trafiając dobrze w umysł Kaśki, do 
której poziomu inteligentnego zniża się bezwiednie w tej trywialnej żądzy dostania drobnej, nędznej 
sumy. 
— Zresztą — kończy powoli, nie patrząc w twarz Kaśki — rób, jak chcesz, moje dziecko, ale będę 
musiała się postarać o inną dziewczynę, chętniejszą i bardziej do mnie przywiązaną. 
Kaśka doznaje nagle dziwnego olśnienia. Machinalnie wypuszcza z ręki kilka listków sałaty, 
które czepiają się brzegów ścierki, służącej Kaśce za fartuch. Jak to? Miano by ją oddalić dla tak 
drobnego powodu? Żal zalewa jej serce: ta cała brudna i ciemna kuchenka wydaje się jej dobrą 
przyjaciółką, którą porzucić by kazano. Przy tym głos Jana, głos donośny, czysty, wpada przez 
otwarte okienko i przypomina Kaśce całą postać stróża, pełną teraz dla niej nieokreślonej, przyciągającej 
siły. Julia opuszcza kuchnię, pozostawiając Kaśkę pod wrażeniem swych słów ostatnich. 
Jest pewną, że Kaśka się namyśli, tak jak i inne dziewczęta. Julia nie myśli przecież skrupulatnie 
odbierać 
centów ukradzionych przez Kaśkę w mieście. Ot, po prostu weźmie, co jej Kaśka wieczorem, 
ścieląc łóżko, pod poduszkę wsunie. Gdy pani wyszła z kuchni, Kaśka postała jeszcze chwilę 
koło stołu z rękami opuszczonymi, z głową zwieszoną na piersi. Po czym, ciężko wzdychając, zabrała 
się do siekania mięsa i dzielenia na drobne, podłużne kupki. Włoszczyzna w maluchnej wiązeczce, 
kilkanaście rozsypanych kartofli, ćwierć funta żółtawego solonego masła, zalewającego 
felieton jakiegoś 
brukowego pisemka, i trochę mąki w sinawym, papierowym woreczku — oto były 
te wiktuały, na których okradać miała pana i tym samym uszczuplać jeszcze zbyt skromną ilość 
pożywienia. 
O nią nie chodziło. Miły Boże! ona przecieżżywiła się czym bądź i marcepanów nie potrzebowała, 
ale jakże poda na stół 
potrawy, które i tak wyglądają „mizernie”? Nie, doprawdy, Kaśka 
czuje się bardzo nieszczęśliwą. Na myśl opuszczenia służby łzy się jej cisną do oczów. Jak to? Ona 
musiałaby odchodzić teraz, kiedy żyje z Janem w takiej pięknej zgodzie, a nawet za pięć dni mają 
iść razem na spacer? Kaśka czuje, że gdy wyprowadzi się z kamienicy, skończy się 
wszystko i ona 
więcej go nie zobaczy. I z rozpaczą sieka tępym tasakiem mięso, rozpłaszczające się krwawą masą 
na powierzchni sczerniałej stolnicy. Po czym sięga po mały garnuszek, w którym moczy się trochę 
komyśnego chleba, i wyjmuje chcąc pomieszać 
go z mięsem. Mają być z tego zrazy — jedzenie 
niewykwintne, ale oszczędza się mięsa, bo z chlebem na wpół zmięszane. Kaśka zamyśla się głęboko. 
Ten chleb daje jej wiele do myślenia. Przecież pan nie pozna, czy jest mniej lub więcej mięsa 
w tej całej mieszaninie, którą ugniata palcami. 
Ćwierć funta mięsa — to blisko siedem centów oszczędzonych! Pani byłaby kontentą, a Kaśka 
miałaby spokój zapewniony! 
I powoli uczciwość Kaśki nabiera coraz ciemniejszych barw, a chęć pozostania obok Jana podsuwa 
jej tysiące wymówek, którymi usypia swe sumienie. 
Złe przykłady, otaczające ją od dzieciństwa, ta wieczna atmosfera kradzieży i oszustwa, w jakiej 
się obracała, zaczyna wywierać swój wpływ, głusząc wszelkie dobre popędy; „koszykowe” — ta 
plaga domowego gospodarstwa — rozpościera się powoli i wśród tej urzędniczej nędzy, czyniąc z 
uczciwej dziewczyny złodziejkę, jakkolwiek początkującą, lecz już obrzuconą błotem występku. 
Gdy Julia następnego dnia układała się do snu, znalazła wsuniętą pod poduszkę garstkę drobnej 
monety, za którą kupiła sobie trzy chińskie papierki, napełniające sinawym dymkiem całe pomieszkanie. 
Głos Kaśki drżał wprawdzie, gdy przy rachunku wymieniała ilość mąki i mięsa, ale siedząca u 
okna Julia nie zdawała się zwracać uwagi na taką drobnostkę. Z ciemnej głębi okna wpadał prąd 
świeżego powietrza, przynoszący ze sobą głuchy turkot przelatującego właśnie pociągu. Julia, 
wpatrzona w purpurową gwiazdkę, lśniącą po wysokim nasypie kolejowym, rwała się myślą w 
dalekie strony, które przedstawiały się 
jej w zamglonych obrazach półsennych. Jak mówiliśmy, 
była to jedyna chwila dnia, w której nawet na twarzy Julii przemykało się pragnienie swobody. Z 
oczyma utkwionymi w przelatujące krwawe światło, nie zwracała uwagi na Kaśkę, przeciśniętą do 
przeciwległej ściany. Kaśka po raz pierwszy w życiu kradła i z całą niepewnością debiutanta wymawiała 
słowa mające na celu zamaskowanie kradzieży. Ta wielka, tęga dziewczyna z gminu 
miała w sobie zwykle jakąś nieśmiałość dziecięcą, a przed złym czynem cofała się ze wstrętem. 
Życie i okoliczności pchały ją ku przepaści. Szła wolno, pędzona drobnymi, powszechnymi wypadkami, 
broniąc się 
wprawdzie, ale broniąc się słabo, niedołężnie, jak istota nie mająca nigdzie 
silnego punktu oparcia. Pan nie poznał się na oszustwie, a jakkolwiek dobrze ją w „dołku” zapiekło, 
gdy wymieniała ilość mięsa, to przecież deszcz siarczysty nie spadł na jej głowę... Pani była 
zadowolnioną, nazajutrz pogłaskała Kaśkę i nakadziła jej w kuchni chińskim papierkiem. Słodkawa 
woń zmięszała się z zapachem kapusty, gotującej się w źle przykrytym garnku. Kaśka uśmiechała 
się pełna niezdrowego zadowolenia na widok Julii, której płaska głowa niknęła w sinawych pasemkach, 
unoszących się z trzymanego nad świecą papierka. 
Jednej wszakże rzeczy Kaśka dnia tego dopełnić nie mogła. Gdy po ukończonym rachunku weszła 
do kuchni, a załatwiwszy się z robotą, uklękła do wieczornego pacierza, nie mogła odmawiać 
modlitw tak jak zwykle. Mimo woli słowa więzły w jej gardle, a oczy, zamiast wprost na obrazy 
świętych, patrzyły uparcie w ścianę. 
Ta czysta i dobra dusza w swej ślepej wierze sądziła, że z malowanych twarzy świętych wyczyta 
ostrą naganę za zły postępek, jakim się splamiła. 
Dlatego też Kaśka klęczała długą chwilę, milcząc i nie śmiejąc spojrzeć w twarz Najświętszej 
Panienki, a nawet w surowe rysy Dawisona. 
Powoli jednak oswoiła się ze swym stanem. Był to początek rozkładu nie zepsutej jeszcze natury; 
rozkład ten wchodził w istotę Kaśki i oswajał powoli dziewczynę, sącząc jad drobnych, powszednich 
grzechów w zdrową dotąd duszę kobiety. 
Początkowo oddawała Julii wszystkie drobne sumki, usprawiedliwiając się niejako przed sobą 
samą; na trzeci dzień wszakże podzieliła skradzione pieniądze na dwie równe części i za jedną z 
nich kupiła sobie odrobinę nafty, krochmalu i mydła. Noc całą prała i prasowała, nadsłuchując pilnie, 
czy pan nie zbudził się i nie dostrzegł w kuchni światła. Zasłoniła dziurkę od klucza i z najwyższą 
ostrożnością wyjmowała rozpalone dusze z pieca. 
Była to sobota, dzień najcięższy w tygodniu. Kaśka szorowała podłogę i sprzątała do północy. 
Upadała ze znużenia, przecież do białego dnia odświeżała swoją różową perkalową sukienkę, która 
już od trzech lat służy jej na największą paradę. Trochę krótka, a kaftanik ciasny nie może pomieścić 
ramion dziewczyny, ale się na to jakoś poradzi. Kaśka ma czarną chusteczkę, robioną na drutach 
— włoży ją na plecy i z przodu zapnie. Będzie to nawet ładnie wyglądało. 
Jutro ma iść z Janem na ów „szpacer”. Och!, ona wie, że inne dziewczęta będą jej zazdrościły; 
ale nie to ją przecież cieszy. 
Będzie z nim przez trzy godziny, zobaczy wiele pięknych rzeczy, zabawi się pierwszy raz w życiu. 
Jedno ma wszakże zmartwienie. Prawda, że jej sukienka cała i czysto wyprana. Buciki wyglancuje 
sobie i wypucuje tak jak panu, a szyję i ręce czysto wymyje. Ba! nawet ma chustkę do nosa, 
którą znalazła kiedyś na ulicy, idąc rano po śmietankę. Myślała z początku, że to szmata, ale później, 
gdy ją podniosła, poznała z radością, że to wcale dobra płócienna chusteczka. Wyprała ją teraz, 
wykrochmaliła i jutro weźmie w prawą rękę, bo tak chodzą przyzwoite dziewczyny; ale to 
wszystko jest niczym wobec jednej wielkiej troski, która zaczyna nurtować umysł Kaśki. Nie wie, 
czy Jan nie będzie się wstydził iść z dziewczyną, która nie ma na „szpacer” jakiegokolwiek kapelusza. 
Kaśka nie lubi kapeluszy, woli chodzić z gołą głową; ale Jan — to taki „helegant”, chodzi od 
święta w „tuziurku” i ma spodnie w kratkę. Doprawdy, ona nie wie, co to będzie... może on wcale 
nie zechce „publikować” się z nią po ulicy. I do głowy Kaśki powoli wkrada siężal, że dawniej nie 
posłuchała pani i nie zaczęła oszczędzać pieniędzy przy zakupnie mięsa, tak jak to teraz czyni. Jest 
już sześć tygodni, mogła sobie złożyć dość pieniędzy i kupić kapelusz. 
Trzeba pomyśleć o tym, ale jutro już musi iść z gołą głową przez ulicę. Przeprosi pięknie Jana i 
poprosi go, aby się nie gniewał. Za trzy tygodnie ubierze się lepiej, teraz musi ją wziąć taką, jak 
jest. 
Szarawe, niepewne światło poranka wpadło do kuchenki i oświeciło zmęczoną twarz Kaśki, pochylonej 
nad kuferkiem. Świeża różowa sukienka wznosiła się, sztywną obręczą zawieszona na 
jednym z gwoździ, służących do przyczepiania naczyń kuchennych. Kaśka podniosła głowę i 
przymrużonymi oczyma wpatrywała się 
w szmat nieba, bielejącego poza małym otworem okienka. 
Na twarzy dziewczyny bezsenność i znużenie zaczynały już zostawiaćślady. Oczy czerwone, 
krwią nabiegłe przymykały się 
mimo woli, jakby nadwerężone od bezustannego natężenia. Pod 
skórą przewijały siężółtawe pasma, walcząc jeszcze z purpurą krwi, którą młode ciało tylko wytwarzać 
umie. Były to ledwo dostrzegalne ślady złego odżywiania i braku koniecznego spoczynku. 
Widocznie organizm zużył zasób sił, w których czerpał swą czerstwość, i potrzebował pomocy. 
Pomoc jednak ta nie przybywała, bo któż bada ślady znużenia na twarzy służącej? Maszynę do 
szycia napuszcza się od czasu do czasu oliwą 
i oddaje do reparacji — ale to rzecz inna. Maszyny 
zepsutej odmienić nie można, trzeba nabyć nową, i to za drogie pieniądze. Schorowanej sługi pozbyć 
sięłatwo — setki innych czekają dla zajęcia opróżnionej służby... 
Kaśka przecież nie dręczy się takimi drobnostkami. Wie, że pracować 
musi, bo jest do tego 
stworzona. Dziś czuje się nawet szczęśliwą, a sumienie zagłuszyło rodzące się w jej sercu przywiązanie 
do Jana. Skądże by wzięła na krochmal i mydło? Wolałaby wcale nie iść na „szpacer”, niż 
wyjść jak brudas. A przecież ten „szpacer” — to cała jej rozrywka, o której myśli całe trzy tygodnie!... 
Patrząc na swoją sztywną sukienkę, na czyściuchną spódniczkę i koszulę, nie żałuje ukradzionych 
pieniędzy. 
Mój Boże!... te kilka centów pana nie zubożą, a jej dały możność wystąpienia porządnie przed 
Janem. 
Tylko ten kapelusz!... 
* 
— Wielce okazy! Zwierzęta z krajów azjatycko-amerykańskich, lesiste poczwary, tygrysy ogoniaste, 
komgury workowate! Wielmożna publiczność, proszę do środka! Wąż boa, trzy łokcie w 
okrąg mający, w tej chwili karmienie padliną, antre31 dziesięć grajcar, dzieci i żołnierze połowę... 
Kaśka otworzyła szeroko oczy i usta, a na dobitne szturgnięcie Jana zamknęła usta bezzwłocznie. 
Stali przed płócienną budą, ciągnącą swój szary, długi korpus wzdłuż placu, pełnego śmieci i 
kup rozmaitej wielkości kamieni. Do zewnętrznej ściany, od strony chodnika, przybite olbrzymie 
tablice przedstawiały dwóch mężczyzn we frakach i damę w piernikowej sukni, trzymających w 
wyciągniętych rękach potwornej wielkości węża, zapewne owego boa, znajdującego się wewnątrz 
namiotu. Ponad samym wejściem widział wielki napis „West-Ind-Menagerie”, równie niezrozumiały 
dla prostaczków, jak i dla uczonych. 
Innego wszakże zdania był nasz Jan, który, przekręciwszy czapkę na lewe ucho, z nadzwyczajną 
znajomością rzeczy wyłożył ogłupiałej Kaśce, co znaczy west-ind-menagerie. Po czym, poczęstowawszy kilkoma kułakami kilka osób z tłumu oblegającego dokoła wejście namiotu, utorował sobie 
w ten delikatny sposób drogę 
do kilku stopni prowadzących na rodzaj maluchnej scenki, służącej 
za przedsionek, kasę i foyer owego płóciennego budynku. 
Kaśka, według instrukcji Jana, uczepiona u poły jego „tuziurka” z obawy zgubienia się w tłumie, 
patrzyła z podziwieniem na ogromnego draba w fantastycznej zielonej kurtce, w długich ceratowych 
sztylpach na zrudziałych i wykrzywionych butach i z wielką szpicrutą w brudnej, włosem 
obrośniętej ręce. 
Drab ów wygłaszał schrypniętym głosem tyradę, przytoczoną na początku rozdziału. Mówił ją 
płynnie, bez zająknienia, patrząc szklanymi oczami w przestrzeń. Był to widocznie przewodnik po 
owej menażerii, jeden z jej nielicznych okazów, posiadających tylko mowę, lecz tak samo źle żywiony 
i drżący pod płótnem namiotu. 
Z głębi dochodził ryk lwicy i wycie wilka. Były to jakieś przygłuszone głosy, dalekie od potężnych, 
wstrząsających wrzasków napełniających pustynię lub lasy. 
Jakiś jęk, skarga na nielitościwe kraty brzmiała w tym zwierzęcym krzyku, przedzierającym się 
z łatwością przez płócienne ściany namiotu. 
Kaśka, posłyszawszy ryk lwicy, przysiadła nagle, pociągając w ten sposób trzymaną w ręku połę 
„tuziurka”. Jan, płacący „antre”, obejrzał się z pogardą. 
— To ci odważnica... aż kucnęła, jak lew japę otworzył. No, wstań panna, nic ci się nie stanie... 
od czegóż ja tu jestem?! 
I z nadzwyczajną fantazją przekrzywiwszy czapkę, ujął za rękę Kaśkę, aby wprowadzić ją do 
środka. Ona szła wolno, przerażona, olśniona niezwykłym widokiem, jaki się przedstawił jej 
oczom. 
Poza nimi postępował 
ów „oprowadzacz” w zielonej kurtce. Ze zwykłą sobie obojętnością gotował 
się 
do recytowania zwykłych zdań, zastosowanych do każdej klatki. Była to maszyna, wiecznie 
funkcjonująca, rodzaj perpetuum mobile, błąkającego się wśród płóciennych ścian namiotu. 
Kaśka z niezmiernym nabożeństwem weszła do wnętrza menażerii. Na progu przeżegnała się 
ukradkiem, z obawy przed dzikimi potworami, które spoza sczerniałych krat otwierały swe paszcze. 
Jan, przeciwnie, urągał dzikim „bestiom”, przekrzywiał czapkę, a wpakowawszy ręce w kieszenie 
„tuziurka”, podsuwał się coraz bliżej ku klatkom z dziwną dezinwolturą i brawurą, która w podziw 
wprowadzała Kaśkę. Wydawał się w tej chwili czymś znacznie wyższym, gdy schwyciwszy 
długi patyk, wpakował go rysiowi pod nos. Nie! Kaśka nie zrobiłaby tego za nic w świecie. Ona się 
nawet do kraty nie zbliży, woli się patrzeć z daleka. Ale Jan śmieje się z jej trwogi i staje się coraz 
zuchwalszym. 
Powoli Kaśka, pociągnięta jego odwagą, nabiera cokolwiek śmiałości i rozgląda się uważniej. 
Przed nią, na podwyższeniu, ciągnie się cały szereg klatek, opatrzonych od frontowej ściany 
dość cienkimi żelaznymi prętami. W klatkach tych drzemią lub siedzą współsenne zwierzęta, patrzące 
dziwnym wzrokiem na tłum ludzi, cisnący się koło poręczy. 
Wśród cieni, zalegających klatki, błyskają zielonawe oczy pantery lub piwne źrenice rysia. 
Lwica tuż obok hieny ułożyła się do snu, wydając od czasu do czasu ryk, więcej do jęku podobny. 
Dwa bobry rozrzucają gałązki i zwiędłe liście, włażąc co chwila do małego, płaskiego naczyńka 
napełnionego mętną wodą. 
Na górze dwa wspaniałe puchacze tulą się do siebie, prezentując białe, puszyste piersi i zakrzywione 
dzioby. Wysoka czapla, zgięta wpół w zbyt niskiej klatce, kilka nędznych, suchotniczych 
małpek o szarej sierści i czerwonych, zmęczonych oczach, siedziały smutne i jakby zgnębione. W 
ostatniej klatce przewalał się ogromny niedźwiedź o rudawych, olbrzymich kudłach, wyciągając co 
chwila swą włochatąłapę przez dość szerokie otwory kraty. W namiocie panowała dusząca, smrodliwa 
atmosfera. Zapach nieświeżego mięsa, którego szczątki walały się 
w niektórych klatkach, 
łączył się z odorem różnorodnych zwierząt i tysiącem zatrutych oddechów ludzkich, które to miazmy odwiedzający menażerię tam zostawiali. Schrypnięte tony nadwerężonej katarynki, grającej 
bez przerwy oklepane melodie, zagłuszył ryk zwierząt i szmer głosów ludzkich. 
Kilka naftowych lampek oświetlało skąpo tę nędzę zwierzęcą i ludzką, która wyzierała z każdej 
klatki, z każdego zakątka, nawet z twarzy człowieka w zielonej kurtce. 
Teraz stał on tuż przy Kaśce i monotonnym głosem ciągnął swe opowiadanie. Wskazywał właśnie 
na klatkę, w której dwa szopy drzemały spokojnie, wetknąwszy pyszczki pomiędzy druty. 
— Dwa szopy! samiec mający półtora roku, samica — dwa roki. Razem półtrzecia roku! 
Dokoła cisnął się tłum ciekawy, spragniony zasięgnięcia bliższych wiadomości o zwierzęciach, 
tak niepodobnych do zwykle w życiu spotykanych. Tłum ten popychał się, kłócił, smutny swą 
ciemnotą, z wyrazem dziwnej głupoty na lśniących od potu twarzach. 
— Amerykański sztrauss — objaśniał dalej mężczyzna w kurtce. 
Jan uznał 
za stosowne zablagować. 
— Patrzajcie! a to rarytne stróże w tej Ameryce! 
Cały ten tłum wybuchnął 
śmiechem. Kaśka zatykała sobie usta rękami, aby nie śmiać się zbyt 
głośno, po prostu przez przyzwoitość. 
W klatkach zwierzęta, zdziwione tym śmiechem, przepełniającym nagle wnętrze namiotu, pootwierały 
szeroko oczy; ryś cofnął się w głąb klatki, a puchacze przycisnęły się bliżej do siebie. 
— Hiena! Wykopuje trupy i pożera je żywcem... 
W tłumie zrobił się ruch niezwykły. Jana zaopinował, że to jest „hamatorka kwaśnych jabłek”, a 
jakiś ułan podawał w wątpliwość owe „żywe trupy”. Ale nie było czasu na dalszą dyskusję, zbliżano 
się do klatki niedźwiedzia i zewsząd okrzyki zadowolenia witały niekształtną masę, wstrząsającą 
swe kudły w niepewnym świetle przyczepionej do słup lampy. 
Na widok człowieka w zielonej kurtce, niedźwiedź przywlókł się na sam brzeg klatki. Powstawszy 
na tylne łapy, wyciągnął przednie jakby do uścisku, rozsuwając szeroko czarne, jakby nabrzmiałe 
palce. Człowiek w kurtce przysunął się do klatki i pozwolił zwierzęciu objąć swe ramiona, 
poddając się z przyjemnością tej niebezpiecznej pieszczocie. I długą chwilę stali tak złączeni, 
jak dwaj towarzyszenie niedoli, obaj silni, a mimo to słabi, bo związani niedolą, z której się wyplątać 
nie mogli. Niedźwiedź, widocznie przywiązany do swego człowieka, mruczał bezustannie, 
przyciągając go do siebie. W tłumie podziwienie rosło z każdą chwilą: Jak to? Więc ten „pan” nie 
boi się niedźwiedzia? To chyba czarownik. 
Kaśka aż całą chustkę wpakowała do gęby, tak bardzo była zdziwiona. Tylko Jan zachował 
zwykłą równowagę i blagował w sobie tylko właściwy sposób. 
Wielka historia! — I on by to samo zrobił, tylko nie ma ochoty, by mu bestia powalała nowy „tuziurek”. 
To nie żadna sztuka, tylko trzeba mieć 
co w rękach. 
I szerokimi, spracowanymi dłońmi wywija przed oczami tłumu, prezentując w mdłym świetle 
lamp odciśniętą skórę na dłoni i grube, niekształtne palce, zakończone tępo uciętymi paznokciami. 
Kaśka z uwielbieniem spogląda na te ręce. Muszą być rzeczywiście silne, skoro pan Jan mówi, że 
można nimi przytrzymać niedźwiedzia. 
Ale już wszyscy zwracają się w inną stronę. W ciemnym kącie wisi zasłona, maskująca widocznie 
przejście do dalszych ubikacji menażeryjnych. 
Człowiek w zielonej kurtce, wyswobodziwszy się z uścisków niedźwiedzia, staje przed zasłoną i 
pyta potężnym głosem: 
— Lediżerca!... Kto chce obaczyć lediżercę? 
W gromadzie robi się ruch gwałtowny. Część widzów nie pojmuje, co znaczy wyraz „lediżerca”. 
Może to jaki zwierz nieznany, ale pewnie coś osobliwego, skoro go na osobności trzymają. I kilkadziesiąt 
par źrenic z najwyższą ciekawością stara się przejrzeć zasłonę, kryjącą to dziwo natury, 
pokazywane pod mianem „lediżercy”. 
Ale Jan znów zabiera głos. On wie, co to za diabeł siedzi za tą firanką. On go widział już nieraz. 
Jest to człowiek, tylko czarny jak kominiarz i zjada ludzkie mięso... 
Tłum nie dowierza. 
To przecież być nie może — policaje by na to nie pozwolili. Ale Jan gniewa się i waląc kułakiem 
w piersi, zaręcza za prawdziwość swych słów. Wtedy powstaje w tłumie chętka obejrzenia potworu 
z bliska. Dopłacić jednak trzeba szóstaka!... Niejeden odchodzi zrażony tym podwójnym wydatkiem, 
wymyślając na przedsiębiorcę menażerii, który każe płacić 
antre, a mimo to nie pokazuje 
wszystkiego, co ma w szopie. 
Jan wszakże dopłaca żądane dwa szóstaki i ująwszy Kaśkę za rękę, wprowadza ją za zasłonę. Za 
nimi wchodzi kilkanaście osób z tych, którzy mogą sobie użyć w niedzielę uczciwej rozrywki. 
Kaśka po raz pierwszy znajduje się w takim towarzystwie. Czuje się odróżnioną od motłochu i to 
jej sprawia wielką przyjemność. Ten Jan umie dziewczynę uczcić jak się należy. Aż przyjemność 
wybrać się z nim na spacer!
Ów „lediżerca” jest umieszczony w maleńkim kąciku, utworzonym ze złączenia dwóch ścian 
namiotu. Siedząc na podwyższeniu, pokrytym czerwonym suknem, na tle ciemnej firanki przedstawia 
się dość efektownie, w dość jasnym oświetleniu kilku lampek naftowych, opatrzonych reflektorami. 
Rysy jego drobnej twarzy wskazują pochodzenie żydowskie, a włosy, pokręcone, czarne, mają wszelką cechą właściwą izraelskiemu plemieniu. Jest to po prostu biedny Żydek, urodzony 
w Brodach, pomalowany na czarno i pobierający płacę dwudziestu centów dziennie za jedzenie 
żywych królików, które obowiązany jest rozszarpywać 
w oczach publiczności. Żydek ów ma minę 
człowieka pogodzonego z losem i niezmiernie życzliwie spogląda na tłum, cisnący się u jego stóp 
Ubrany w tiunikę 
z farbowanych piór gęsich i jakiejś brudnej wełnianej tkaniny, wystawia naprzód 
swą nagą pierś, lśniącą od czarnej farby, którą mu całe ciało pociągnięto. a głowie ma również koronę 
z piór gęsich, a w uszach ogromne tombakowe kolczyki, przytwierdzone za pomocą cieniuchnych 
drucików. 
Wszystko to razem sprawia olbrzymie wrażenie na zgromadzonej publiczności, która z wielkim 
szacunkiem i przestrachem spogląda na tę czarną, nagą, żywiącą się mięsem ludzkim, istotę. 
Jan blaguje znowu. Stoi w pierwszym rzędzie i nie zważając na przerażenie Kaśki, usiłuje 
wmówić w tłu, że „lediżerca” za chwilę rzuci się i wybierze kogoś do „zeżarcia”. Jakiś mały, chuderlawy 
czeladnik kryje się w najodleglejszy kąt z obawy przed spodziewaną napaścią. I w tej maluchnej, 
zacieśnionej przestrzeni powstaje niepokój wielki. Ludzie mimo woli cisną się do siebie, 
przerażeni o swe nędzne, wychudłe ciała, które z takim trudem odżywiać muszą. Jakiś ułan przecież 
nie dowierza słowom Jana, pragnie wyjaśnienia — i dlaczegóż 
by wpuszczono tu ludzi, jeśli ta 
potwora rzeczywiście krzywdę sprawić może? Nie! Na to by „majstrat” nie pozwolił i wydał stosowny 
„befel”32. A zresztą, jakby miał kogo zjeść, to pewnie tę tłustą pannę, która tak blisko niego 
stoi. 
I wszystkie oczy zwracają się na Kaśkę która rzeczywiście w tym całym zgromadzeniu przedstawia 
najlepszy materiał spożywczy. 
Ona, zawstydzona, zmieszana, bezwiednie przysuwa się do Jana, jakby szukając u niego opieki i 
ratunku. 
— Ty! cisarska sługo! — wrzeszczy Jan, rozstawiając szeroko nogi — stul tam dziapę, bo ci się 
prababka przyśni, jak cię lunę w kontramarkę! 
Kaśka przypomina sobie zajście z kanonierem i przerażona, stara się uspokoić rozdrażnienie Jana, 
tym bardziej że i ułan chce załatwić sprawę 
w sposób dość stanowczy. Na szczęście wnoszą 
małego białego królika i ciekawość przemaga drażliwość honoru. Ci panowie milkną i wpatrują się 
z ciekawością w niezwykły widok, przedstawiający się ich oczom. 
Żydek z Brodów chwyta w obie ręce nieszczęśliwego królika, nader zręcznie rozdziera go i 
wyjmując z wnętrza ciepłe, krwią ciekące wnętrzności, zaczyna zajadać je bez żadnego wstrętu. 
Obok niego na estradzie pojawia się człowiek w zielonej kurtce i monotonnym głosem wygłasza 
następującą tyradę: 
— Oto jest lediżerca! po rusku, mieszkaje na libankoj hore; jak Angliki na Turcję szli, tak go 
złowili a oswoili. Pod Wiedniem starą babę złowił, złupił a zjadł! 
Schrypnięte tony katarynki wpadały przez zasłonę i mieszały się z głosem mężczyzny. Tak jak 
ta katarynka, jęcząca w tej chwili Miserere Verdiego33, grała wiecznie jedno i to samo, pragnąc 
rozweselić nędzę panującą pod płóciennym namiotem — tak i ten człowiek recytował od lat kilku 
jedne i te same brednie, włócząc się po rozmaitych zakamarkach, wsiach i miasteczkach. 
Na estradzie ludożerca zajadał ciągle królika, mieszając farbę swego ciała z krwią zwierzęcia. 
Był 
to ohydne rzemiosło wykonywane dla łatwego zarobku, dziwne w człowieku żydowskiego 
pochodzenia, który zwykle przekłada drobną ruchliwość handlu nad bezczynne życie. Krew królika 
ściekała na ziemię, zastygając na suknie pokrywającym estradę. Pełno było tych plam naokoło, 
nawet na ścianach namiotu. 
Stojąca u stóp podwyższenia garstka ludzi patrzyła w milczeniu na akt rozdzierania królika i 
tłumiąc oddech w sobie, śledziła najlżejszy ruch mniemanego ludożercy. Kaśka w przerażeniu 
przycisnęła się 
do Jana, który, korzystając z chwilowego zapomnienia dziewczyny, szczypał ją lekko 
w ramię. Ona przecież nie gniewała się teraz za to. Ból ten sprawiał jej jakąś przyjemność, nie 
taką wprawdzie, jaką na widok Jana doznawała. O! nie — to było zupełnie co innego, ale teraz za 
każdym dotknięciem się stróża ogarniała ją dziwna niemoc, osłabienie, które nie dozwalało się 
bronić i zbyt śmiałej ręki odtrącać. 
Dlatego i teraz stoi przed estradą, wpatrzona w ludożercę dojadającego resztki królika, ale mimo 
to czuje dobrze owo szczypanie Jana w ramię, tuż nad łokciem. Dawniej broniłaby się z pewnością 
— teraz nie ma po prostu siły. Mój Boże, Jan był dla niej dziś tak dobry! Przyszedł po nią aż do 
kuchni i powiedział, że „szykantno” wygląda. Mógłby przecież zgrymasić, bo dziewczyna bez kapelusza 
— to już wielka nędzota, ale on, przeciwnie, mówił, że woli dziewczynę „we włosach”, bo 
okrzętniej wygląda. 
Potem zeszli razem po schodach, tuż koło kuchni należącej do mieszkania pani hrabiny. Kucharka 
siedziała, jak zawsze przy oknie i czytała z książki, a młodsza czesała fałszywy warkocz, 
zaczepiwszy go o kurek od samowara. Gdy zobaczyły Kaśkę i Jana, aż wstały z wielkiej ciekawości 
i położywszy warkocz i książkę, wyszły na schody, aby ich lepiej zobaczyć. Kaśka zarumieniła 
się z radości, przechodząc koło stojących na przejściu kobiet. Czysta spódnica szeleściła dokoła 
niej, jakby wykrojona z papieru, a buciki świeżo podzelowane skrzypiały za każdym stąpnięciem. 
Kaśka prawie żałowała, że Marynka wyszła wcześniej i nie wiedziała jej parady. Marynka byłaby 
zdziwiła się, że Jan z „tłumokiem” na spacer idzie. 
Gdy Kaśka opuściła wreszcie menażerię, stała chwilę na środku ulicy, pragnąc się przyzwyczaić 
do światła dziennego. Jan zapalił cygaro — wirginię, długie, piękne, od którego słomkę założył sobie 
za ucho. Powoli skierowali się ku Wysokiej Górze, idąc wolno szerokimi, jasnymi ulicami, 
oprawionymi w rzędy biało pomalowanych kamienic. 
Kaśka szła drobnym krokiem, zarumieniona, uśmiechnięta. Jan tuż przy niej puszczał kłęby dymu 
pod nos przechodzącym „cylindrom”. 
Gdy weszli na Wysoką Górę, zapuścili się w aleje, ocenione gęstymi gałęziami drzew. Drobny 
żwir chrzęścił pod ich stopami, a drzewa szumiały zrywającym się 
co chwila wichrem. Kaśka 
oparła się o niski płotek, okalający dokoła brzeg góry na kształt balustrady. Jan stanął też przy niej, 
cygaro mu zgasło, usiłował je zapalić, co przy zrywającym się 
wichrze nie było nazbyt łatwym. 
Kaśka tymczasem patrzyła przed siebie z zajęciem wielkim. 
Przed nią, na dole, rozkładało się miasto, imponując na oko swym obszarem i ilością wspanialszych 
budowli. Rozlewało się jak obszerne jezioro, mające niekształtne, wyszarpane brzegi. Z powodzi 
dachów i kominów wybiegały wieże kościołów, złocąc swe krzyże w promieniach letniego 
słońca. Zębata wieża ratuszowa prezentowała czarną tarczą zegara, na którym skazówki oznaczały 
piątą godzinę. 
Na wzniesieniu, cokolwiek za miastem, rozsiadła się wspaniała cerkiew, stara, poważnie wznosząc 
swe mury, podobna do babki błogosławiącej swe wnuczęta. 
3Czyste linie Domu Inwalidów34, nieposzlakowanie równe, pięknie wyglądały z ciemnej zieloności 
otaczających dokoła drzew, a w środku miasta okrągła kopuła kościoła o.o. Dominikanów wychylała 
swój grzbiet wypukły, jak olbrzymia tarcza żółwia grzejącego się na słońcu. I całe miasto 
leżało ciche, spokojne u stóp tej góry, która wznosiła ponad nim swoje uwieńczone zielonością 
czoło. 
W powodzi tych spokojnych dachów o kominach, zda się, zastygłych, nie sączących nigdzie ani 
najwęższego pasma dymu, nikt by nie przypuszczał tylu nędz moralnych i materialnych, które pod 
tymi dachami założyły stałe siedlisko. Był to zwierz uśpiony, nawet łagodny w swym spoczynku, 
grzejący swój grzbiet w cieple słonecznym, ale wewnątrz kryjący brud, hipokryzję i skończoną 
ohydę. 
Kaśka patrzyła ciągle na to niezliczone mnóstwo domów, rozciągających się u jej stop. Wiedziała, 
że miasto rzeczywiście wielkie, ale nie przypuszczała, ażeby zajmowało aż tyle przestrzeni. 
I błąkała się 
wzrokiem po przedmieściach, szukając zamieszkanego przez nią domu. Nie! stanowczo 
sama go nie znajdzie, Jan musi jej w tym dopomóc... 
Ale Jan jest teraz zajęty czym innym. Przechodzi właśnie Żyd, mający na sprzedaż rozmaite łakocie. 
Cały ubogi kramik, który się 
nosi w koszyku, przytwierdzonym skórzanym rzemieniem. Jan 
wybiera paczkę pierników, owiniętym w różową bibułę, i kilka karmelków z „wierszami”. 
Kaśka czerwieni się jak piwonia na ten niespodziewany objaw galanterii. I drżącymi od wzruszenia 
rękami rozwija bibułę, kryjącą pierniki. Jan tymczasem zajmuje się przeczytaniem głośno 
znajdujących się przy karmelkach wierszydeł, które Kaśce wydają się czymś zupełnie niezwyczajnym. 
Szczególniej jeden wiersz napełnia Kaśkę wielkim pomieszaniem. Od wstydu mało się nie 
udławi piernikami. A ten Jan, niepoczciwy, śmieje się na całe gardło, powtarzając raz dziesiąty: 
Każda Kasia 
Znajdzie swego Jasia. 
Nie! to nie może być tak właśnie wydrukowane. Jan to chyba ułożył naprędce. I pragnie zobaczyć 
na własne oczy, przekonać się po prostu, czy tak jest rzeczywiście. Jan pokazuje jej zmięty 
papierek, na którym drobnymi czcionkami wydrukowano: 
Każda Kasia 
Znajdzie swego Jasia — 
a Kaśka z wielkim mozołem odczytuje ową poezję. To dziwne! Tak jakby dla nich napisane. I Jan, 
rozweselony, szepcze dziewczynie do ucha Bóg wie jakie głupstwa i śmiałe propozycje, popierając 
je argumentem zupełnie niezwykłym: 
— Tak stoi drukowane, panna musi być moiną. 
Kaśka przecież nie jest zupełnie przekonaną, zajada teraz z wielkim smakiem pierniki, przegryzając 
je miętowymi karmelkami. Zapewne, że te wiersze wcale się udały, ale czyż to jeden Jan i 
jedna Kaśka na świecie? 
I powoli odzyskuje pozornie chwilowo utraconą równowagę. Uśmiecha się nawet i pokrywa w 
ten sposób zmieszanie swoje. Usiedli teraz na ławce pod rozłożystym dębem i patrzą na siebie w 
zupełnie różny sposób. Jan po prostu zjada dziewczynę oczyma, tak mu się wydaje ładną w tej czystej, 
krochmalonej sukience, z dobrze wymytą szyją i lśniącymi od pomady włosami. Ona patrzy w 
ziemię, a tylko chwilami podnosi swe piwne, łagodne źrenice i spojrzawszy w twarz stróża, oblewa 
się rumieńcem. Dobrze im jest w tej ciszy, przerywanej tylko szumem liści lub odgłosem kroków 
jakiegoś przechodnia. U ich stóp miasto odpoczywa po całotygodniowej pracy, wyciągając ku niebu 
bezczynne kominy fabryczne. Dokoła widnokrąg łaski, poprzecinany krętymi drogami, prowadzącymi do okolicznych wiosek; na prawo szklana, czworograniasta tafla stawu, jak olbrzymie 
zwierciadło oprawne w zielone ramy. 
Nad nimi, przedzierając się przez gęste liście drzew, przegląda niebo czyste, pogodne, letnie. Jan 
zdjął czapkę i całą piersią wciągałświeże powietrze. Mieli go tak mało, zamknięci wiecznie wśród 
murów, gdzie miastowe wyziewy zastygały w przestrzeni. Kaśka, od tylu tygodni pozbawiona tej 
koniecznej do życia potrzeby, czuła się jak pijaną 
od tego czystego powietrza, od którego odwykły 
jej płuca. Przywykła już do woni mydlin, pomyj i nieświeżego masła. Doznawała uczucia podobnego 
do wzruszenia więźnia, gdy go nagle na swobodę wypuszczą. 
Koło nich przesuwały się pary, będące ich wiernym odbiciem. Dziewczyny ze śladami większego 
lub mniejszego zepsucia na twarzy w towarzystwie mężczyzn o zdobywczych, wyzywających 
postawach. Kaśka patrzyła na te pary i doznawała jakiejś nieokreślonej trwogi, z której sobie sprawy 
zdać nie umiała. Było to instynktowne przeczucie swego upadku, a te dziewczyny, wlokące się 
ze skradzionymi gałązkami akacji w rękach, mierzyły ją wzrokiem, który ją mieszał niewypowiedzianie. 
Gdyby nie to, byłaby się czuła nad wyraz szczęśliwą, tak jej dobrze przechodziło popołudnie 
niedzielne. Ale Jan wstał z ławki i wezwał Kaśkę do dalszej wędrówki. Chciał wypełnić co do 
joty swój plan i teraz mieli pójść do szynku napić się po kufelku piwa. Kaśka wahała się chwilę, ale 
Jan zaręczył jej, że śmiało z nim wejść może. Nie jest to żadna prosta szynkownia, uchowaj Boże — 
Jan wie przecież, gdzie porządną pannę zaprowadzić można. Jest to ogródek, gdzie gra muzyka i 
schodzi się 
przyzwoite towarzystwo. Nawet kupcy, ba! i majstrowie przychodzą wypić kufelek i 
przysłuchać się 
graniu damskiej kapeli. Kaśka otwiera szeroko oczy. 
Jak to, damskiej kapeli? 
Jan śmieje się, uradowany, że same niespodzianki spotykają dziś dziewczynę. Itłumaczy jej, co 
znaczy „damska kapela”. Ot, kobiety takie same jak mężczyźni. To się nazywa damska kapela. 
Przechodząc właśnie koło kościoła o.o. Paulinów, Kaśka zatrzymuje się przy samym wejściu. 
Chciałaby wstąpić na pacierz, Zmówiłaby go chętnie, bo od trzech tygodni w kościele nie była. Ale 
Jan śmieje się z niej i żartuje w sposób sobie tylko właściwy. 
Do kościoła? Po co? 
To dobre dla małych dzieci, co jeszcze koszule w zębach noszą; on za mądry na takie kawały! I 
z dziwną fantazją przekręca czapkę na bakier, patrząc z ironią na statuęśw. Onufrego, klęczącego 
w niszy, tuż przy wejściu do kościoła. 
Kaśka czuje się zmieszaną. Mimo woli porusza się z miejsca i idzie za Janem w stronę piwiarni. 
Wesołe tony muzyki wybiegają aż na ulicę. Zapewne — tam o wiele weselej, jak w tym ciemnym i 
smutnym kościele, tylko że... 
I Kaśka doznaje jakiejś zgryzoty wchodząc do piwiarni. Ale Jan zasiadł już za stołem i woła na 
nią, aby sięśpieszyła, bo miejsce zajmą. Rzeczywiście ścisk jest wielki i tłumy ludzi cisną się dokoła. 
Tylko dzięki zręczności Jana dostali jakieś niezłe miejsce przy rogu stołu, tuż obok estrady. 
Już 
Jan dysponuje brudnemu i nie czesanemu od tygodnia kelnerowi „dwa chleby z masłem, 
wędzonkę i dwa kufle piwa”. Kaśka rozpatruje się, szukając jakiejkolwiek znajomej twarzy. Nagle, 
tuż obok siebie, przy drugim jednak stole, dostrzega Marynkę pijącą 
„bruderschaft” z jakimś dobrze 
wypomadowanym elegantem. Kaśka doznaje na widok Marynki wielkiej pociechy — nareszcie 
zobaczy ją w towarzystwie Jana. Tylko czy nie będzie się z niej wyśmiewać wobec wszystkich tych 
ludzi i nazywać ją „tłumokiem”? 
Ach, to byłoby bardzo nieprzyjemne. I Kaśka o ile możności kryje się i kurczy swą wielką postać, 
aby nie być dostrzeżoną przez nieprzyjaciółkę. Abneguje z miłości własnej i woli nie nacieszyć 
się tryumfem z pozyskanej przyjaźni Jana. Ale Marynka, cała zajęta swym kawalerem, nie 
zwraca na nią uwagi. Czerwona od gorąca i rozpalających napojów rozkłada swą zniszczoną alpagową 
sukienkę, prezentując czerwone ręce, wychodzące z półkrótkich rękawków. 
Kaśka uspakaja się powoli. 
Już kelner przyniósł 
żądany chleb z masłem i dwie halby piwa. Kaśka ujmuje w prawą rękę nóż, 
a pokrajawszy wędzonkę na drobne kawałki, zjada ją razem z chlebem powoli, nie śpiesząc się 
wcale; Jan wypił już swoje piwo i woła o drugie. Głos jego ginie w garze przepełniającym ogródek. 
Setki ludzi o zniszczonych, zawiędłych twarzach maczają usta w kuflach, napełnionych jasnym, 
przejrzystym piwem. Niekiedy piją koniak i jedzą 
jaja na twardo, maczając je w grubo tłuczonej 
soli. Wszyscy mężczyźni palą 
tanie cygara lub ordynarne papierosy. Niektórzy porozpinali kamizelki 
i porozwiązywali krawaty. W ten sposób więcej wypić można... 
Na estradzie siedzą rzędem młode dziewczyny, poubierane w jednakowe czerwone welwetowe 
suknie. Jest ich sześć, a wszystkie mają wyraz znużenia i przedwczesnego rozwinięcia na wynędzniałych 
twarzach. Rzec można, że uwiędły pod wpływem tej zgęszczonej atmosfery, jaka je codziennie 
otacza. Za nimi widać kilku mężczyzn, również w czerwonych frakach, grających na dętych 
instrumentach i walących w bębny. Dziewczyny poopierały brody na skrzypcach i nie patrząc 
w nuty, wodzą smyczkami po strunach — troszczą się mało o doskonałość harmonii. Każda z nich 
ma kochanka w jednym z mężczyzn należących do orkiestry, który ją bije, ale zarazem kocha zapamiętale. 
Dlatego to publiczność 
nie przedstawia dla nich żadnego szczególnego interesu; grają, 
byle odegrać to, co program im nakazuje, a potem powrócić do domu po razy i pieszczoty. Szczęk 
kufli, brzęk talerzy, gwar rozmów zagłuszał prawie melodię walca, która z trudnością przebijała się 
przez ten hałas trywialny, pełen gminnych wyrażeń i szczęku grubego szkła i ordynarnego fajansu. 
Jan wprędce wynalazł sobie towarzystwo. Jakiśślusarz przysiadł się do nich, wlokąc ze sobążonę, 
chudą i zawiędłą kobiecinę. Kaśka usunęła się, robiąc jej miejsce, i po krótkiej „polityce” rozpoczęto 
rozmowę od debatowania nad ilością wody dolanej do piwa. Gawędka, w ten sposób rozpoczęta, 
ciągnęła się dalej, zmieniając co chwila tematy. 
Menażeria dostarczała wiele materiału do rozmowy, a ten „psiawiara lediżerca” ciągle był na 
ustach Jana. Pomimo to wszakże nie zapominał i o Kaśce, która, zjadłszy chleba i wypiwszy piwo, 
siedziała dość spokojnie, biorąc niewielki udział w rozmowie. Zwracał się ku niej ciągle i wypytywał, 
czy wygodnie siedzi i ma dość miejsca przy stole. Kazał przynieść kwargli35 i bułek — i 
wszystko to postawił przed Kaśką prosząc, aby sama jadła i częstowała kompanię. Kaśka wzięła 
jeden tylko kwargiel, choć bardzo lubiła ich ostry zapach, bała się jednak okazać „niepolityczną”. 
Ślusarz nie pozostał w tyle, kazał dać jednę „kolej” — i wkrótce cztery kieliszki czystej żytniówki 
pojawiły się na stole. Spełniono raźno niewielkie miarki, a nawet Kaśka z przyjemnością wychyliła 
swój kieliszek. Dziwiono się tylko, że te kieliszki prędzej by służyć mogły za naparstki dla jakich 
szwaczek. Jan chciał raz jeszcze spróbować, bo przysięgał się, że nawet nie czuł, jak mu się wódka 
przelała przez gardło. Miał język zupełnie suchy, nawet się nie zmoczył od tych kilku kropel. I 
przywoławszy kelnera zażądał cztery „pestkówki”. 
Teraz towarzystwo zsunęło się bliżej. Zanosiło się 
na „traktament” na serio. Najlepiej wtedy 
siedzieć 
blisko siebie, ot, jak dobrzy przyjaciele. Jan przysuwa do siebie Kaśkę, która tuli się do 
niego w półsennym rozmarzeniu. Nie ma dobrej głowy ta dziewczyna! Zaledwie wypiła jeden kieliszek, 
a już ma oczy jak szperki. „Pestkówka” smakowała lepiej — trochę słodkawa, ale o wiele 
przyjemniejsza. Ślusarka opowiada, że nieraz cierpi na „nerwy”, i wykrzywia dziwnie przy tych 
słowach zniszczoną twarz starej złośnicy. 
— Jak mnie chyci, to wszystkich bym po gębie biła — mówi, dając wyobrażenie o rodzaju nerwowych 
napadów, których nieraz cały warsztat i kuchnia jest główną widownią. — Uspokajam się 
tylko waniliówką, to mi dobrze robi, zaraz zasypiam. 
Jan, śmiejąc się, proponuje zażycie tego środka. I on cierpi czasem na „nerwy”, zwłaszcza gdy 
śmiecie na dziedziniec wyrzucą. Spróbuje, czy pani majstrowa prawdę powiada. Ale ślusarz nie 
chce pozwalać na tego rodzaju despekt. Ta kolej do niego należy, tym bardziej, że to jest proste 
lekarstwo, używane przez żonę. 
Po trzecim kieliszku Kaśka doznaje dziwnego uczucia. Pić 
musi, bo inaczej obrazi kompanię i 
nigdy jej nie wezmą ze sobą. Ona przecież wie, co się grzeczności komu należy. Tylko ta ostatnia 
wódka zawraca jej dziwnie w głowie. Wszystko się mięsza przed jej oczyma, drzewa, ludzie, kufle, 
stoły — zlewają się w jakąś bezkształtną masę. W głowie czuje jakby coś obcego, jakąś bryłę, którą jej włożono mimo jej woli. I obiema rękami opiera się na stole, aby nadać sobie pozory zupełnie 
pewnej siebie osoby. Tak, stanowczo ten Jan jest najpoczciwszy z ludzi, skoro się z nią tak godnie 
obchodzi i fetuje ją jak jaką hrabinę. Czymże ona zasłużyła na tyle dobroci i w jaki sposób mu się 
odwdzięczy? 
Wydał na nią ze dwa papierki i teraz znów każe dawać „piołunówki”, aby się jej lepiej zrobiło. 
Ślusarz zaś doradza herbatę z mocnym „harakiem”, a ślusarka powtórzenie waniliówki. W ogóle 
jest tam bardzo wesoło. Ludzie, powoli podnieceni odurzającymi trunkami, rozmawiają coraz głośniej 
i wybuchają co chwila bezmyślnym śmiechem. Niektórzy posiadali na stołkach, aby lepiej 
widzieć orkiestrę, a Jan aż stanął na ławce, bo mówi, że mu na dole uszy po prostu zatyka. Jakiś 
ułan, dobrze podochocony, kłóci się z piechurem, którego mundur i niedołężna mina drażnią go 
widocznie. Ułan rozparł się na krześle i z junakierią wyśpiewuje piosnkę: 
Hułany zuchy 
Piją piwo w nocy, 
A piechury gałgany 
Wytsescają ocy. 
Ochrypły głos żołnierza mięsza się z tonami orkiestry. Bliżsi goście okazują widoczne niezadowolenie 
z tego niepożądanego sola, które im w słuchaniu „mużyki” przeszkadza. Ale ułan urąga 
wszystkim, coraz głośniej wykrzykuje, uderzając do taktu kuflem o brzeg stołu: 
Tę chusteczkę, coś mi dała, 
Ja za gałgan brał — 
Cobyś sobie nie myślała, 
Żem ja cię za frajlu miał. 
Jan uważa za stosowne wmięszać się w tę sprawę. 
— Cicho tam, ty świecąca nędzo! Idź do kantyny wyć, a ludziom uspokojenie zostaw. 
Kaśka z trudnością otwiera oczy i pociąga Jana za połę 
„tuziurka”. Po co się kłócić z jakimś 
pierwszym z brzega? Czy chce pójść na inspekcję? 
Jan, uspokojony trochę, siada i woła o cztery koniaki. Kaśka stanowczo pić nie chce, już i tak 
dusi ją pod piersiami. Jan nalega, mówią sobie „ty” i głowy ich dotykają się, tak siedzą blisko siebie. 
Zresztą mogą się nie krępować wcale, uwaga publiczności skierowana teraz na pewną familijną 
scenę, która się rozegrywa przy samym wejściu do ogródka. Jakieś małżeństwo poróżniło się 
przy ósmym kuflu piwa — teraz wzajemnie wyrzucają sobie rozmaite zdrożności popełnione. Ona 
broni się zawzięcie jak lwica, napełniając ciasne wnętrze ogródka trywialnym wrzaskiem na wpół 
pijanej rzemieślniczki. 
— Jestem ślubne dziecko: Macierzyńska córka: Nie dam sobą poniewierać jak jaką najduchą. 
Mąż z równym wrzaskiem wygłasza pewne wątpliwości co do jej pochodzenia; publiczność zaczyna 
się niepokoić i powstaje z miejsc dokoła kłócącej się pary. Płacz dzieci, czepiających się 
spódnicy rozszalałej z gniewu kobiety, dopełnia miary tego chaosu i zamieszania. 
Tymczasem cienie zalegają ogródek. Ponad tym wrzeszczącym, pijanym tłumem noc rozpościera 
swą zasłonę. Tu i ówdzie pojawiają się na stołach świece, osłonięte od wiatru szklanymi kloszami. 
Ślusarka, zupełnie waniliówką pokrzepiona, staje się niezmiernie czułą i wylaną względem 
męża. 
— Słuchaj, mężu! Daj buzi, kiedy cięślubna żona prosi. 
Kaśka przygasłym wzrokiem spogląda na te pieszczoty. Wie, że powinna iść do domu. Państwo 
czekają. Ba! ale nogi ma jakby z ołowiu, a senność ogarnia ją zupełnie... 
Jednak Jan wstaje i płaci kelnerowi rachunek za wypite napoje i chleb z wędzonką. Po czym 
podnosi prawie siłą Kaśkę i kieruje się z nią ku wyjściu. O! on ma o wiele silniejszą głowę i trzyma 
się pewniej na nogach niż 
ta wielka dziewczyna, która się kołysze prawie, przechodząc koło Marynki. 
Ta ostatnia spostrzega ją nareszcie i krótką chwilę mierzą się obie pełnym znaczenia wzrokiem. 
Kaśka, pomimo swej łagodności, pod wpływem podrażniających napojów czuje jakąś nienawiść 
i głuchą złość do dawnej Jana kochanki. Marynka nie tai swego gniewu na widok „tłumoka”, 
który spaceruje tak jawnie przy boku jej dawnego kawalera. I mogłoby przyjść do jakiegoś starcia 
pomiędzy tymi dwiema kobietami, gdyby nie interwencja Jana przeczuwającego jakiś wybuch, 
mogący mieć złe skutki. Za chwilę Kaśka znajduje się na ulicy, gdzie jąświeże powietrze przyprowadza 
do równowagi. Ale Jan obejmuje ją wpół i prowadzi, szepcząc jej do ucha rozmaite dwuznaczne 
słówka. Kaśka przecież nie poddaje się teraz tak łatwo. Tam, w ogródku, za stołem, to 
było jakoś inaczej. Muzyka, rozgrzewające napoje, gorąco, wszystko to mieszało ją i odbierało 
przytomność. Teraz przecież, dostawszy się na ulicę, choć w części przychodzi do świadomości 
swego położenia. O! nie, nic z tego nie będzie, nie jest przecież dziewczyną, która się zapomni dla 
kufelka piwa. Kolację zjeść mogła, nawet śmiać się i pożartować 
lubi, ale wie, gdzie jest granica — i 
Jan, jakkolwiek przyjemny i wcale „honetny” chłopak, może dać 
jej spokój, przynajmniej na dzisiaj. 
Jan wszakże nie traci nadziei. Dochodzą już do bramy, ona zawsze odmawia, pomimo że chętnie 
pozostałaby jeszcze w towarzystwie stróża. I prawie przemocą wyrywa się z jego ramion, którymi 
on ją 
przy sobie przytrzymuje. Walczy wtedy podwójnie, z mężczyzną i z samą sobą, z tą bezsilnością, 
która ją ogarnia teraz zwykle przy zbliżeniu się 
Jana. Gdy przebiegła bramę i wydostała się na 
dziedziniec, miała wielką ochotę zawrócić się, podziękować 
jeszcze Janowi za ten dzień, tak czule 
spędzony. Ale jakiś przestrach gnał ją na górę. Była to trwoga ściganego zwierzęcia, które czuje 
poza sobąśmierć pewną. 
Każda kobieta doświadcza tej trwogi przed swoim upadkiem. Kaśka nie była wyłączoną od tej 
zasady. Biegnąc po schodkach, otrzeźwiała zupełnie. Jedynym jej dążeniem było dostać się do 
kuchni i zamknąć drzwi za sobą. 
Gdy wieczorem uklękła przy łóżku, jakiś niepokój owładnął jej istotę. Zapewne, bawiła się doskonale, 
piła bardzo wiele dobrych rzeczy, widziała różne dziwy. Jan był dla niej bardzo „heleganckim”, 
a mimo to miała dziwny niesmak w swym sercu. Przy tym wódka rozmarzyła ją do 
reszty. Prawie nie mogła podnieść ręki, aby się przeżegnać. I odurzona trunkiem, zmęczona wrażeniami 
dnia całego, zasnęła klęcząc, oparłszy głowę na złożonych na prześcieradle rękach. Spała tak 
już pierwszej nocy, gdy przyszła na służbę do Budowskich, ale spała wtedy z nadmiaru pracy i wysilenia. 
Dziś szukała rozrywki i zabawy, a znalazła także umęczenie ciała i duszy; który stan sprawiał 
jej więcej przykrości, nad tym nie zastanawiała się wcale. 
Spała tylko twardo, wydając od czasu do czasu westchnienia, bardzo do jęku podobne. 
* 
Zaczęły się teraz dla Kaśki dni dziwnego niepokoju, który ogarnął nią całą. W tym zdrowym i 
niezużytym ciele budziła się namiętność wielka, powstrzymywana uczciwością, stanowiącą w tej 
dziewczynie główną część 
jej istoty. Jan nie zasypiał przecież sprawy. Z całą przebiegłością ulicznego 
uwodziciela usiłował oplątać dziewczynę i namówić do złego. Ale ona trzymała się ostro, 
odpowiadając zawsze — nie! pełna pomimo tego chęci osunięcia się w ramiona mężczyzny, który 
pierwszy w życiu robił na niej silne wrażenie. Nieraz, gdy spotykał ją na strychu lub na korytarzu 
prowadzącym do piwnic, usiłował przytrzymać ją gwałtem — ona patrzyła mu wtedy prosto w oczy 
i jednym ruchem ręki odsuwała się do ściany, torując sobie wolne przejście. 
Nie! ona nie mogła tak upaść, jak Marynka lub inne dziewczęta. Napatrzyła się nieraz w fabryce, 
jak wychodziły na podobnych zabawkach jej towarzyszki. Schodziły na poniewierkę i robotnicy 
dobrego słowa nie dali takim kobietom. 
Gdyby zechciał wziąć ją za żonę! 
Kaśka nie wspomina o tym nigdy, a przecież wie, że byłaby wtedy zupełnie szczęśliwą. 
Mieszkaliby pod jednym dachem, a ona mogłaby brać bieliznę do prania. Nie przysporzyłaby mu 
kłopotu, ba, i na dzieci zapracować by mogła. 
Jan przecież jest przeciwnym małżeństwu. Kaśka wie o tym dobrze. Wszakże nie zapomni nigdy, 
jak wyśmiewał się z niej pierwszego wieczoru, gdy ją spotkał przed bramą. Pytał ją, czy zechce 
czekać na „ślubnego” — jakże można nawet myśleć, aby on sam chciał być tym „ślubnym”. 
I Kaśka w swym szczęściu czuje się bardzo nieszczęśliwą. Wie przecież, że mężczyzna łatwo się 
zrazić może, skoro kobieta uwodzi go zbyt długo, a ta sama myśl, że Jan gotów odwrócić się od 
niej i stać się znów jej wrogiem, napełnia ją rozpaczą nieokreśloną. 
Powoli cała służba zamieszkująca kamienicę, nie mając teraz poparcia w złośliwości Jana, przestaje 
dokuczać Kaśce. Teraz tylko szepczą na boku, podglądając z ciekawością jej stosunek ze stróżem. 
Tylko jedna Marynka pozostaje otwartym wrogiem „tłumoka” i usiłuje choć w ten sposób 
okazać swą pogardę dla swej następczyni. 
Kaśka stara się wszystkie te zaczepki pomijać milczeniem. Nie odpowiada wcale na złośliwe 
docinki, których jej Marynka nie szczędzi. Szybko przechodzi mimo, udając, że nic nie słyszy. 
Stan ten jednak nie mógł długo potrwać; stanowisko Jana pomiędzy tymi dwiema kobietami zaczynało 
wymagać jakiejś interwencji — i ta nastąpiła niebawem. Jan zajął się Kaśką nie na żarty. 
Opór dziewczyny drażnił go i podniecał jego grubą, trywialną naturę. Wobec łatwo upadających 
kobiet, z którymi miał do tej chwili czynienia, Kaśka była zjawiskiem niezwykłym. Żadne wypróbowane 
już przez niego fortele i sztuczki nie osiągały celu. Odmawiała ciągle, pomimo że drżała 
jak w febrze. Jan widział dobrze, co się z nią działo, i liczył na tę wrażliwość, ale wprędce zrozumiał, 
że zawiódł się i że nic nie zdoła skłonić Kaśki do zostania jego kochanką. 
Rozumiał przecież, dlaczego się opiera. Powiedziała mu to wyraźnie owego wieczoru, gdy spotkali 
się przed bramą. 
Chciała zostaćżoną i tylko czepek mężatki mógł ugiąć jej głowę, którą teraz tak wysoko nosiła. 
Ba! ale Jan nie chciał siężenić — uważał to za głupstwo. 
Studenci, u których posługiwał, mówili nieraz bardzo rozumnie, że mądry człowiek nigdy nie 
powinien przykuwać się do jednej kobiety. 
Jan nasłuchał się takich opowiadań i teraz wie, czego się trzymać. Baba prędko się starzeje i 
brzydnie, a potem ani rusz odczepić się od „ślubnej” nie można. — Kochanka — to co innego. 
Skoro się sprzykrzy, to się porzuca. Jeśli awantury robi, od czego kułak lub miotła? Zawszeć sobie 
z kochanką poradzić można. 
Chwilami więc Jan szedł po rozum do głowy i przestawał starać się o względy Kaśki. Udawał 
zajętego pracą i nie zaczepiał jej, gdy przechodziła koło niego przez dziedziniec. Ale nie mógł się 
oprzeć pokusie, aby nie spojrzeć na tę rosłą, tęgą kobietę, tak dobrze i mocno zbudowaną, która z 
szelestem czystych spódnic przesuwała się koło niego. Wzrok jego z rozkoszą zatrzymywał się na 
czystej linii jej karku, który pokrywały zdobne, ciemne włosy, wymykające się spod ciasno upiętego 
warkocza. 
I nie pomagały wtedy najsilniejsze postanowienia. Jan porzucał miotłę lub blaszaną polewaczkę 
i biegł za Kaśką, aby przytrzymać ją w ciemnym kącie bramy lub klatki schodowej. Usiłował zaciągnąć 
ją zawsze do najciemniejszych zakątków — czuł, że tam stawała się o wiele słabszą, łatwiejszą... 
Rzec można, że światło dzienne dodawało jej siły. Po dniu broniła się znacznie lepiej, w 
ciemnościach chwilami nie odpychała go i stawała się jakby odrętwiała. 
Jan miał już nieraz nadzieję, ale ta do tej chwili zawodziła go przecież. Kaśka zwykle oprzytomniała 
w porę i uciekała, zostawiając go w największym podrażnieniu. 
I ona czuła niebezpieczeństwo takiego spotkania — instynktem wiedziona, unikała ciemności, w 
których nie czuła swej zwykłej pewności. Dlatego umyśliła przyjmować Jana w kuchni. Tam przecież 
jest spokojną, wie, że Jan zachowa się przyzwoicie. Choć on „państwa” nie bardzo szanuje, ale 
ona potrafi go uprosić 
i w ten sposób załatwi się cała sprawa przyzwoicie. Będą mogli widywać się 
spokojnie, po ludzku, a nie po kątach jak jakie włóczęgi. Przecież państwo jej takiej rozrywki zabronić 
nie mogą. 
Już i tak Marynka bezustannie podpatruje, kiedy się razem zejdą i choćby chwilężartują ze sobą. 
Ta niepoczciwa dziewczyna wiecznie po domu się kręci, niby to szukając Lali i Parysa. 
Prawda, że psy latają ciągle z góry na dół, ale ona, pod pozorem pilnowania, jest ciągle tam, 
gdzie być nie powinna. Kaśkę to gniewa, bo wie, że Marynka ma ostry język i gotowa Bóg wie 
jakie plotki po ludziach poroznosić. Jan także kilka razy zniecierpliwił się, gdy mu Marynka w 
drogę wlazła. Teraz nie lubi tej dziewczyny, a jej zadarty nos i złośliwe oczy gniewają go. Przyzwyczaił 
się do łagodnego spojrzenia Kaśki i Marynka po prostu wydaje mu się brzydką i złą 
dziewczyną. Przypomina sobie łatwy upadek i jej płaską, głupią miłość, w której kolczyki, pierścionek 
i krzyżyk z turkusem wielką grały rolę. 
Gdyby mógł, odebrałby jej teraz te świecidełka; wielki ma żal do siebie, że się dał „wziąć na 
kawał”. Och! ona umiała „naciągać”, ta nicdobrego! Dlaczego Kaśka nigdy nie zażąda nic od niego? 
Jej chętnie kupiłby niejedną rzecz piękną, gdyby tylko się namyśliła i nie odpychała go ciągle. 
To przynajmniej byłoby warte, ale Marynka!... 
Pewnego popołudnia zauważył Jan, że Kaśka musiała skończyć zwykłe tygodniowe pranie i z 
pewnością koło piątej pójdzie na strych wieszać bieliznę. 
Rzeczywiście, przyszedłszy pod pozorem obejrzenia zepsutego dachu, zastał Kaśkę, która przyniosła 
cały kosz mokrej zupełnie bielizny, a pozostawiwszy go na ziemi, czerwonymi i wilgotnymi 
jeszcze rękami przymocowywała sznury do wystających na ukos belek. 
Strych był dość 
obszerny i podzielony drewnianymi sztachetkami na kilka oddziałów. Każdy lokator 
miał swój własny oddział, który zamykał na kłódkę. I Budowscy, jakkolwiek niewielkie zajmowali 
mieszkanie, mieli także oddzielną klatkę, dość widną, bo opatrzoną właśnie okienkiem, 
wychodzącym na dachy. Zdawało się, że rozpalona blacha dachu przesyła w głąb domu swe gorąco. 
Kaśka oddychała ciężko, a pot kroplami spływał jej z czoła. Chwilami krew zalewała jej mózg i 
odbierał przytomność. Jedną z mokrych chusteczek położyła na wierzchu głowy, pragnąc ulżyć 
sobie i ochłodzić się trochę. 
Gdy przymocowywała sznury, dostrzegła wchodzącego Jana. Była pewna, że przyjdzie! i nie 
zdziwiła się wcale, przywitała go uprzejmie i rozpoczęła wieszanie bielizny. Śpieszyć się musiała... 
pani dziś wieczór miała iść na schadzkę, dlatego samowar musiał być wcześniej podany. 
Jan udał się na przeciwległy koniec strychu udając niezmiernie zajętego ważnością naprawy popsutego 
dachu. Stały tam kufry pani hrabiny i woda lała się wprost na nie, tak przynajmniej mówiła 
wczoraj kucharka. I podnosząc głos opowiadał Kaśce o rozmiarze owej szczeliny, jaka pozostała w 
świeżo naprawionym dachu. 
Kaśka, zajęta bielizną, przyznaje mu słuszność w konieczności zawezwania dekarza — choć jeśli 
to niewielka szpara, to sam Jan jakoś załatać może. 
Ale Jan oponuje. 
— Niech psiawiara gospodarz płaci, kiedy mu się domu zachciewa — mówi zbliżając się do Kaśki 
— ja ta pańskiej kieszeni oszczędzać nie będę, nawet dekarza namówię, coby naprzód dach jeszcze 
gorzej rozwalił, a potem se więcej płacić kazał. 
Kaśka milczy. 
Dawniej przecież byłaby stanowczo oświadczyła się za oszczędzaniem pańskiej kieszeni, ale 
dziś, gdy sama oszukuje pana, nie śmie ganić postępowania Jana. Zresztą, kto wie, może on i ma 
rację. Mój Boże, taki właściciel komorne zbiera a zbiera, a taki biedny dekarz dobrze napracować 
się musi, zanim kilka centów uskłada. 
Jan siada na małej pace, stojącej na samym przejściu, i wyciąga z kieszeni króciutką fajeczkę, 
zaczyna zabierać się do palenia. 
Kaśka widocznie uznaje za stosowne zaoponować. 
— Niech pan Jan da z tą fajką pokój, jeszcze się ogień zaprószy i wszystko z dymem pójdzie. 
Ale Janowi obojętna jest widocznie cudza własność. Z niewysłowioną ironią patrzy na Kaśkę, a 
zapaliwszy fajkę, rzuca niedbale niezagaszoną zapałkę poza siebie. 
— Owa! — mówi wolno, puszczając sinawe kółka, które rozpływają się powoli w powietrzu — 
owa! toby ci była heca, żeby się ta hardyga spaliła! Abo to moje, albo panny? Ja ta po mój kuferek 
jeszcze bym zdążył, a Kasię tobym na plecach wyniósł. A niechby się paliło, nauczyłoby to pana 
bumblować po ulicach i nic nie robić. On pieniądze od lokatorów furtem ciągnie, a czy mu to dom 
prosi jeść albo pić? Nic go to nie kosztuje, a on za byle klitkę setkę se kłaść każe. Ja bym go puścił 
w taniec, ażby się piętami bił po plecach. Psiakrew zwykła! 
Kaśka nie odpowiada nic, przyzwyczajona już do tych gwałtownych wybuchów, które ogarniają 
Jana na myśl o cudzym dobrobycie. Może być, że on ma racją, tylko że ona woli się znów w takie 
rzeczy nie mięszać. Niech będzie tak, jak jest, podpalać dom — to byłoby nieuczciwie. 
Co innego kilka centów „koszykowgo”, to przecież państwa nie zrujnuje. Zresztą, pani sama pokazała 
jej drogę... 
I rozmyśla w ten sposób, wieszając powoli bieliznę, sztuka po sztuce, uważając, aby wszystko 
się wygodnie rozmieścić udało. Cała nędza skąpego urzędniczego życia prześwieca z tej bielizny o 
tanich, bazarowych fasonach, z rzadkiego perkalu uszytej. Te koszule o pospolitych haftach; kaftaniki 
z długimi, ubranymi falbanką rękawami; prześcieradła obrębione tylko u dołu, nie zakończone 
ani haftem, ani koronką; poszewki, równie trywialne, jak głowy, które na nich spoczywały — 
świadczą zbyt wyraźnie o życiu pozbawionym wszelkiej elegancji, komfortu, zamiłowania piękna. 
Kaśka zawiesiła ostatnią spódniczkę i odetchnęła z zadowoleniem. Upał stawał się nadto ciężki do 
wytrzymania. 
Zabrała już pusty kosz, a zamknąwszy kłódkę, gotowała się do odejścia. 
Od kilku minut Jan śledził ruchy dziewczyny z wielkim natężeniem. Niezdrowa żądza zaczynała 
ogarniać 
go znowu, a w tym gorącu namiętność jego rosła nad miarę. 
Gdy Kaśka przechodziła koło niego, pociągnął ją tak gwałtownie, że mimo woli usiadła na pace. 
Objął ją wpół i przyciągnął ku sobie. Ona, bezsilna pozwoliła pocałować się w usta raz, drugi i 
dziesiąty... Nagle przyciszony chichot rozległ się pod niskim dachem strychu. 
Kaśka, przerażona, spojrzała w stronę, skąd głos pochodził. W otwartych drzwiach wchodowych 
w jasnej smudze światła stała Marynka, trzymając pod pachą Parysa, który wywiesiwszy język, 
dyszał ciężko wśród tego strasznego gorąca. Jak zwykle, dziewczyna ta musiała się zjawić i podpatrzyć 
ich, kiedy się całowali. 
To już zaczynało być nieznośne. 
Kaśka zerwała się 
szybko i schwyciwszy kosz, chciała wyjść ze strychu. Nie było to jednak tak 
łatwe. Marynka tamowała przejście i stała wciąż we drzwiach, chichocząc się ze źle ukrytą złością. 
Nie miała przecież pretensji, ażeby Jan nie miał innej kochanki, skoro się rozeszli w dobrej zgodzie, 
ale brać po niej Kaśkę — zdało się jej nadto oburzające. 
Jan przecież wpadł w gniew i widocznym było, że teraz Marynki wcale oszczędzać nie będzie. 
Szło mu tak dobrze, a Kaśka pierwszy raz nie odsuwała go od siebie. 
Gdyby nie ta nieznośna dziewczyna, kto wie, co by się stać mogło! 
Podniósł się więc z paki, a przez zaciśnięte zęby wyszeptał ulubione swoje: 
— Psiakrew! a! psiakrew zwykła! 
Marynka przecież nie uważała tej zmiany na twarzy Jana, ona wciąż patrzyła na Kaśkę, uszczęśliwiona 
ze zmieszania dziewczyny. Na koniec, nie przestając się chichotać, zapytała: 
— Nie widział tu pan Jan przypadkiem „tłumoka”? Tym z magistratu zapodział się gdzie... pewnikiem 
jest na strychu! 
Kaśka poczerwieniała cała. 
Nazywa ją wobec Jana „tłumokiem”! O! na cztery oczy niech mówi, co chce, ale nie przy nim! 
nie przy nim! 
Cały gniew mężczyzny zawiedzionego w swych nadziejach zawrzał w piersi Jana. Marynka w 
tej chwili staje mu się najwstrętniejszym stworzeniem pod słońcem. Kaśka może być spokojną — on 
się pomści za nią i za siebie. I cały grad obelg spada nagle na zdziwioną tym wybuchem Marynkę. 
Jan nazywa ją latawcem, urwipiętą i ma minę tak groźną, jakby chciał ją zrzucić co najmniej z trzeciego 
piętra. 
Ona przecież nie daje za wygraną. Owa! wielka historia, że im przerwała ich czułości! Taka 
dziewka, jak Kaśka, to stary praktyk! Ona potrafi znów go do kąta zaciągnąć. Tylko czy nie wstyd 
Janowi zadawać się z taką dziewczyną, która Bóg wie skąd się przywlokła do kamienicy i nawet 
koszuli na grzbiecie nie ma. 
Ale Jan jest już przy niej i piorunującym głosem nakazuje Marynce milczenie. Każdej wolno, 
tylko nie jej! Ona to zasługuje na dobre słowo, włócząc się co tydzień 
z innym mężczyzną!... Od 
Kaśki jej wara, bo to uczciwa — a teraz takiej dziewczyny ze świecą wyszukiwać trzeba. 
Marynka blednieje cała pod wpływem słów Jana. Tak? teraz on będzie jej wyrzucał, że sięźle 
prowadzi? A któż to całował ją tak, jak przed chwilą Kaśkę, a na piwo się z nią prowadził? Niechże 
teraz jej zaprzeczy, niech ośmieli się powiedzieć, że jest urwipiętą! 
Owszem, ona bardzo prosi, aby powiedział, czy jej nie kochał i nie zaklinał się, że będzie z nią 
żył rok cały. Tylko ona miała więcej rozumu niż ta głupia Kaśka i opatrzyła się prędko, że nie 
warta gra świecy. 
— A nie dałem ci złota? — woła rozwścieklony Jan, przyskakując do wrzeszczącej dziewczyny. — 
Oddaj złoto, a potem szczekaj... ale raz ci mówię, od Kaśki wara, bo nie takim, jak ty, buzię sobie 
nią wycierać!... Ona uczciwa dziewczyna, a ty psiakrew zwykła!!! 
I z najwyższą pasją trzęsie zaciśniętymi pięściami nad głową Marynki. Chwila jeszcze, a uderzyłby 
ją z pewnością. Ale ona w sam czas uciekła, rzucając poza siebie następujące słowa: 
— Czekaj, ja cię przekonam o jej uczciwości! Zobaczysz, dla kogoś mną poniewierał! 
Słowa te padają jak groźba na rozpłakaną Kaśkę. Jaka. trwoga ściska jej serce. Przecież nie popełniła 
nic złego. Jan może śledzić jej kroki — a jednak obawa ogarnia ją całą. 
Przy tym to rozsuwanie przed jej oczyma całej nędzy miłostek Marynki i stróża sprawiło jej 
przykrość wielką. 
Gdy schodziła ze strychu, płakała gorzko i długo, jeszcze w kuchni nie mogła się uspokoić. Jan 
nie zatrzymywał jej przecież; czuł, że coś niedobrego stanęło pomiędzy nimi. Był widocznie zmieszany 
słowami Marynki i pragnął czym prędzej opuścić strych, przedstawiający mu się jako widownia 
dawnych, niesmacznych miłostek. Odprowadził Kaśkę do drzwi pomieszkania i pożegnał 
ją grzecznie. Gdy się drzwi za nią zamknęły, stał jeszcze długą chwilę zamyślony i jakiś markotny. 
Czuł się nieswój i chciał Kaśkę przeprosić za przykrość, jakiej doznała od dawnej jego kochanki. 
Nie wiedział tylko, jak zacząć, i dlatego nie powiedział nic, sprowadzając ją ze schodów. Widział 
tylko łzy dziewczyny i te mu leżały kamieniem na sercu. 
Pomedytowawszy trochę, zeszedł na dół i udał się wprost do szynku. 
Ale i przy kieliszku nie mógł zapomnieć o tym przykrym przejściu. Żałował prawie, że uniósł 
się tak bardzo i obraził Marynkę. Dziewczyna zła, gotowa się mścić 
na nim i na Kaśce, a kobieta 
mściwa — toć gorzej diabła samego! 
Kaśka tymczasem otarła łzy i zabrała się do nastawiania samowaru. Pani oddała jej znany list — i 
miała znów wykonać zwykły manewr dla umożliwienia pani zobaczenia się z kochankiem. Przez te 
kilka miesięcy Kaśka przyuczyła się do kłamstwa i szło jej nadspodziewanie gładko. Nie jąkała się 
teraz tak jak dawniej, gdy coś nieprawdziwego miało jej przejść przez gardło. Tylko oczy trzymała 
zwykle wlepione w ziemię, nie mogąc przemóc na sobie, aby spojrzeć nimi prosto w twarz pana. 
Drobne, powszednie grzechy zaczynały przychodzić jej z większą, niż się spodziewała, łatwością. 
To ją po prostu zachęcało do większych przestępstw. 
Gdy gotowała się wejść do pokoju, uderzyły ją jakieś jęki, dochodzące od strony sypialni. 
Wszedłszy do jadalni, zastała samą panią, stojącą na środku pokoju, niezmiernie zakłopotaną. W 
kilku słowach objaśniła Kaśce istotny stan rzeczy. 
Pan, powróciwszy z biura, czuł się niezdrów — była to choroba przykra, kamienie żółciowe, które 
mu już nieraz dokuczały w życiu. Teraz to widocznie powraca i trzeba przyszykować kataplazmy 
z lnianego siemienia, a do kieliszka wycisnąć sok z kilku cytryn. 
To mniejsza, ale cóż teraz będzie z tą schadzką? Nie sposób odejść, bo pan jest w takich razach 
szalenie grymaśny i nie pozwala jej odejść na krok od łóżka. Trzeba więc zawiadomić tamtego, aby 
nie czekał na nią. Kaśka tylko to może uczynić. 
Wie przecież, gdzie zwykle staje kareta; skoro sięściemni, musi pobiegnąć na wiadome miejsce 
i tam opowiedzieć, dlaczego pani nie mogła dotrzymać danego przyrzeczenia. 
Kaśka zgadza się chętnie i przygotowawszy kataplazmy oczekuje nadejścia nocy. 
Tymczasem Budowski przeraźliwymi jękami napełnia wnętrze mieszkania. Jego zżółkła, pomarszczona 
twarz wykrzywia się bezustannie, kurczona bólami szarpiącymi jego wnętrznościami. 
Julia z apatycznym wyrazem twarzy zmienia kataplazmy, podaje mu cytryny nie okazując najmniejszego 
współczucia dla cierpień męża. Wygląda jak płatna dozorczyni, zgodzona na dnie do 
doglądania obojętnego dla niej człowieka. 
Myśl jej krąży gdzie indziej jak przy łóżku chorego. Nie wie, czy Kaśka sprawi się dobrze i 
opowie istotną przyczynę, która ją zatrzymuje w domu. 
Ściemnia się zupełnie. 
Kaśka, narzuciwszy chustkę na plecy, wybiega z domu i dąży w stronę, gdzie zwykle oczekuje 
na Julię jej kochanek. Z daleka widzi już dwie latarnie, świecące żółtym blaskiem. Zbliża się do 
powozu i spotyka opartego o drzwiczki młodego, wysokiego mężczyznę. Pali, jak zwykle, papierosa, 
ale na widok zbliżającej się Kaśki rzuca go na ziemię. Dziwi się jednak, nie dostrzegłszy Julii. 
Kaśka staje przed nim zmieszana, zdyszana cała od zbyt pośpiesznego biegu. 
— Pan zasłabł — mówi szybko, nie podnosząc oczu na patrzącego na nią mężczyznę 
— pan zasłabł, 
a pani robi kataplazmy, przyjść nie może, pięknie pana przeprasza. 
To „przeproszenie” dodała już z własnej głowy. Wydało jej się to o wiele polityczniejsze. Pani 
wprawdzie nie mówiła o tym, ale Kaśka wie dobrze, co się komu należy. 
Załatwiwszy się w ten sposób, pragnie odejść, ale wysoki mężczyzna przytrzymuje ją za rękę. 
— Co pani robi? co? — zapytuje, chcąc zawiązać i przeciągnąć w ten sposób rozmowę. 
Kaśka odpowiada chętnie, sądząc, że ów pan nie dosłyszał, co do niego mówiła. 
— Kataplazmy, proszę pana, z siemienia lnianego, i dlatego pana pięknie przeprasza. 
— Za co przeprasza? — pyta znów mężczyzna, przysuwając się bliżej do zmieszanej tym niespodziewanym 
zbliżeniem dziewczyny. 
— Za to... że przyjść nie może — odpowiada Kaśka, usuwając się o ile możności jak najdalej. 
On mierzy ją dziwnym spojrzeniem. Ta dziewczyna podoba mu się. W pogardzie swej dla kobiet 
lubi odmiany; dziewczyna z gminu jest tak łatwą zdobyczą, po którą wyciąga się rękę, a ona 
sama zbliża się zwykle, uszczęśliwiona zaszczytem, jaki ją spotyka. 
I w mdławym świetle latarni rozbiera szybko jej wdzięki. Tak! ta dziewczyna może być niezłą 
rozrywką wśród wielu innych. Dlaczegóż nie zabawić się, skoro i ona chętnie skłoni się zapewne 
ku uczynionej propozycji. 
I bez wahania, szczypiąc dziewczynę 
w policzek, daje do zrozumienia to, do czego dąży. Ona, 
zmieszana tym nieoczekiwanym zwrotem, stoi chwilę, jakby przykuta do miejsca. 
Jak to?... i ten także? 
Mając tak piękną panią, zaczepiać jej własną służącą... Kaśka stoi, nie mogąc znaleźć odpowiedzi. 
Cóż ci mężczyźni mają pod skórą, aby napadać na kobiety, które raz pierwszy w życiu widzą?! 
On nalega. 
Milczenie Kaśki bierze za wahanie i namysł. Wie z doświadczenia, że moralność nie kwitnie 
pomiędzy sługami, a każda prawie chętnie daje się namówić do złego. O Julię nie lęka się wcale — 
wie również, że sługi często dzielą się 
ze swymi paniami przedmiotem miłości, ale mają tę wyższość 
nad swymi chlebodawczyniami, że są 
bardziej dyskretne. A wreszcie, Julia ciąży mu po prostu, 
rad by z nią zerwać — lecz trudno poradzić z tą tajemniczą kobietą, współsenną, a mimo to namiętną. Kto wie, jaki ogień kryje się w tych przygasłych źrenicach. On się boi, może to zerwanie 
byłoby nadto kompromitującym, jeśli w nim źródło weźmie. Lepiej niech Julia da jaki powód, zrobi 
mu scenę — choćby scenę zazdrości. Już wtedy poradzi sobie z pewnością. 
Kaśka przecież pragnie odejść i wyrywa się niemal z gniewem. 
— Nie bądź głupia i dzika — tłumaczy jej mężczyzna — jesteś 
wcale przystojna, podobasz mi się, 
nie pożałujesz; zobaczysz: 
Ale Kaśka nie słucha. Ona pragnie odejść czym prędzej, bo ogarnia ją dziwny wstręt do tego 
człowieka, którego ręka przytrzymuje ją silnie na miejscu. 
— Puść mnie pan, puść! — odzywa się nareszcie silnym głosem — puść, bo wszystko powiem pani! 
I niezwykła energia brzmi w głosie dziewczyny. Ona, zwykle tak nieśmiała wobec ludzi zajmujących 
wyższe stanowisko społeczne, podnosi oczy i z wyrazem niewysłowionej pogardy spogląda 
w twarz mężczyzny. 
W żółtym świetle latarni spotykają się ich źrenice; jego — pociągnięte mgłą nagle zbudzonej żądzy, 
jej — czyste, prawdziwie dziewicze. Chwilę patrzą i Kaśka pierwsza odwraca głowę. Jakaś 
dziwna trwoga przejmuje jej całą istotę. Dawno już, będąc dzieckiem, widziała rycinę przedstawiającą 
jakąś poczwarę — pół kozła, pół człowieka. Rycinę tę znalazła na śmietniku i długo zachowywała 
ją przypatrując się codziennie kilka razy. 
Teraz przypomina sobie, że ta poczwara miała twarz bardzo podobną do mężczyzny, który stoi 
przed nią. Kaśka boi się takich złych twarzy, jest przekonana, że one nieszczęście za sobą noszą, a 
należą tylko do najgorszych ludzi. 
Dlatego się przeraziła i teraz stoi cała drżąca, cisnąć wolną ręką gwałtownie bijące serce. 
On, rozgniewany oporem dziewczyny, a zwłaszcza jej groźbą, puszcza ją nagle, rzuciwszy na 
uciekającą niezbyt grzecznie: 
— Idź sobie do diabła! 
Kaśka woli iść do samego diabła, jak rozmawiać dłużej z takim „niegodliwym panem”. Pierwszy 
raz w życiu nienawidzi kogoś. Mój Boże, pani taka piękna, taka grzeczna, taka wychowana, a 
ten pan się jeszcze jej biednej sługi czepia! 
Dlaczego? 
Kaśka tego zrozumieć nie może. 
Wie tylko, że chce uciec jak najprędzej od nienawistnego sobie człowieka. Uszedłszy kilka kroków, 
potrąca jakąś dziewczynę, stojącą niedaleko miejsca, na którym przed chwilą rozmawiała z 
kochankiem swej pani. Ponieważ powóz jeszcze nie ruszył, gdyż zawiedziony podwójnie w swych 
nadziejach, załatwia rachunek z woźnicą — smuga światła, bijąca z latarni, oświetla dostatecznie 
potrąconą przez Kaśkę kobietę. 
Jest to Marynka, idąca z koneweczką po wodę do bliskiego wodociągu. Kto wie, może owa konewka 
to tylko pozór dla śledzenia Kaśki... 
Ta ostatnia wszakże nie rozumuje i nie podejrzewa Marynki o zamiary podpatrywania jej czynności. 
Przechodzi mimo, cała zmieszana jeszcze dziwną przygodą i napaścią, jakiej doznała. Nie! 
ona tego nigdy swej pani nie opowie. Ta biedna, poczciwa pani zmartwiłaby się z pewnością. Mój 
Boże, przecież Jan jeszcze dla niej niczym nie jest i po prostu nie ma do niego żadnego prawa, a 
mimo to byłaby szczerze zgryziona, gdyby się dowiedziała, że inną dziewczynę zaczepiał. Nawet 
na tę myśl dostaje zawrotu głowy i o mało nie wpada pod koła nadjeżdżającej dorożki. Stanowczo 
— kocha się w nim! Ot, nowa bieda do jej utrapień. I po co jej było wdawać się 
w takie awantury? 
Teraz ani go z serca wygryźć, Wpił się głęboko, jak pijawka. 
Kaśka tylko o nim ciągle myśli i chodzi po prostu jak bez głowy... Biednej dziewczynie, jak ona, 
nie do kochania. To zawsze prowadzi albo do płaczu, albo do grzechu. 
I Kaśka zatrzymuje się na ulicy, czując w oczach łzy, które powoli zaczynają jej ściekać po policzkach. 
Owszem, niech się wypłacze, może jej lżej choć trochę będzie, bo teraz ma tyle smutku w 
gardle, że ją mało nie udusi. 
Opiera głowę 
o mur kamienicy i stoi tak długą chwilę, potrącana przez przechodniów. Czegóż 
im stoi na drodze ta wielka i barczysta? Zabiera sobą pół chodnika. 
Może pijana? 
Prawdopodobnie, bo, ot, wzięła się za głowę, zupełnie jak pijaczka... 
Ale Kaśka nie jest pijana. Przecież ona nie piła nic, w ustach nawet dziś wódki nie miała. Tylko 
ją ta żałość tak „chwyciła”, że się wypłakać musiała. Zapewne, że na ulicy to nie uchodzi, ale w 
kuchni płakać nie może, bo nie ma czasu — pan chory, to będzie zakrętanina z kataplazmami. Na 
ulicy to swobodniej. Jeden, drugi się obejrzy, ale Kaśka znów o nieznajomych nie dba. Dlatego 
teraz stoi pod murem kamienicy i kułakiem ściera łzy, ciekące jej po twarzy. 
* 
Szybko minął koniec lata i nadeszła jesień. U Budowskich ostatnie tygodnie wlokły się powoli, 
niosąc z dniem każdym chorobę i nieodłączne od niej kłopoty. Budowski leżał w łóżku, stękając i 
przesadzając w skargach i lamentach. Julia ze zwykłą sobie obojętnością doglądała go początkowo 
w chorobie, ale wkrótce znużyła ją ta rola, wymagająca bezustannego ruchu. Wprędce więc pozbyła 
się obowiązków dozorczyni, przelewając je w zupełności na Kaśkę. Na tę ostatnią więc spadł 
ciężar doglądania grymaśnego starca, podawania mu lekarstw, czuwania przy nim w nocy i pełnienia 
rozmaitych innych posług, nieodłącznych od łóżka chorego. 
Julia pod pozorem aptecznej atmosfery, panującej obecnie w mieszkaniu, dnie całe paliła trociczki 
i kadziła chińskimi papierkami, które kupowała teraz wraz z lekarstwami z apteki. Nie pomogła 
w tym razie opozycja Budowskiego, który krzykliwym głosem wołała, iż cała jego krwawa 
praca pójdzie z dymem. 
Julia nie tłumaczy się nawet. Szczęśliwa, kąpała swą zgniecioną postać w sinawych obłoczkach, 
unoszących się w przestrzeni — reszta obchodziła ją bardzo mało. 
Kaśka więc miała teraz bardzo wiele do czynienia. Oprócz zwykłych zatrudnień musiała co 
chwila zaglądać do sypialni, pytając, czy chory nie potrzebuje czegokolwiek. 
Budowski nie był nigdy przyjemnym — i żółciowe kamienie mają to do siebie, że czynią człowieka 
niezmiernie zgryźliwym i niewyrozumiałym dla drugich. 
Kaśka przeto cierpiała bezustannie łajanie i najostrzejsze wymysły, pomimo że dokładała wszelkich 
starań dla dogodzenia dziwacznemu starcowi. 
Pewnego dnia, dusząc się 
w atmosferze medykamentów i chińskich papierków, nakazał Kaśce 
przynieść w garnku świeżego powietrza. Kaśka, posłuszna, wybiegła na dziedziniec, łowiąc owo 
„świeże powietrze” dużym garnkiem glinianym. Po czym nakryła go szybko blaszaną pokrywką i 
pobiegła do pokoju pana. Ale to wszystko nie zadowoliło Budowskiego. Wetknąwszy głowę w 
garnek i odetchnąwszy głęboko, oświadczył Kaśce, że mu przyniosła stęchłe powietrze, które musiała 
łowić koło śmietnika. 
Nie pomogły zaklęcia Kaśki, która pragnęła przekonać chorego, że „brała” powietrze ze środka 
dziedzińca koło kasztanów, Budowski twierdził uparcie, że powietrze jest stęchłe i że śmietnikiem 
trąci. Był to jeden z tysiąca kaprysów, jakie Kaśka musiała zadawalniać, upadając nieraz z bezsenności 
i znużenia. Miała jednak wielką pociechę, która osładzała jej ciężkie dnie obecne. 
Oto Jan, zaproszony pewnego wieczoru, przyszedł do kuchni i przesiedział kilka godzin, rozmawiając 
z nią bardzo przyzwoicie. Odtąd przychodził prawie codziennie i siedząc przy stole patrzył, 
jak się krząta po ciasnej kuchence, prasując lub zmywając naczynia. Pani, wyszedłszy do 
kuchni, zobaczyła Jana, ale on wstał i ukłonił się bardzo grzecznie, czym sobie do reszty zjednał 
Kaśkę. 
Powiedział nawet „całuję rączki” — a to było szczytem grzeczności z jego strony. 
Pani, zapewne ujęta jego uprzejmością, nie zaoponowała przeciw tym wizytom. Owszem, popatrzyła 
jakoś dziwnie na Kaśkę, a potem na niego i uśmiechnęła się pobłażająco. Kaśka była tym 
dowodem łaski tak rozczulona, że schwyciwszy rękę pani, ucałowała ją gorąco. 
Jan zganił natychmiast ten akt pokory. 
Ale Kaśka nie zwracała uwagi na podobnego rodzaju gadaniny. Ona wie, że pani jest bardzo dobrą, 
i dla niej chętnie by w piekło skoczyła. Teraz tylko chodzi jej o przyzwoite przyjęcie Jana, tak 
ażeby nabrał 
o niej dobrego wyobrażenia. Marcepanów przed nim nie postawi, ale „koszykowe” 
pozwala jej na małe zbytki. 
Kawałek salcesonu, krwawej kiszki lub wreszcie para pięknych świeżych kiełbasek pojawia się 
zwykle przed Janem. Przy tym, odkąd pan leży, Kaśka zasypuje sama herbatę, pokazując zawsze 
dno czajnika, aby Budowski mógł sprawdzić, czy nie za wielką ilość użyła. Nie przeszkadza to 
przecież dosypywać powtórnie, powracając z sypialni — tego pan kontrolować nie może. 
Marzenie więc Kaśki spełnione. 
Owej niedzieli, którą tak smutnie spędziła, włócząc się sama po ulicach miasta i siedząc skurczona 
w kościele, marzyła o porządnym człowieku, który, usiadłszy koło stołu, rozmawiałby z nią 
życzliwie i w ten sposób życie znośniejszym czynił. 
W nadmiarze swego zuchwalstwa pragnęła, aby ten człowiek miał rysy i postać Jana! Dziś — 
marzenie jej spełnione, oto Jan sam we własnej osobie siedzi, oparty o stół zastawiony brudnym 
naczyniem, i kręcąc gałeczki z chleba, rzuca nimi na uszczęśliwioną Kaśkę. Ona, zaczerwieniona, 
świecąca cała od potu, z rękawami zawiniętymi krząta się po ciasnej kuchence, szorując właśnie 
szaflik, na pozór zajęta robotą, ale wpatrzona w Jana jak w tęczę. 
W kuchni nie boi siężadnej napaści z jego strony. Bliska obecność państwa ratuje ją. Jan nie 
spróbował nawet żadnej ze zwykłych sobie zaczepek. Rzuca na nią od czasu do czasu gałeczkami z 
chleba lub schwyciwszy kropidło, skrapia ją obficie wodą, ale Kaśka zna się na żartach i wie, co 
znaczą podobne figle. Ona tylko boi się ciemnych kątów, w których siły zupełnie ją odbiegają. 
Tu, przy świetle, koło pani, jest silna i pewna siebie. Dlatego nawet uśmiecha się częściej i staje 
się zalotną. Jan pochwalił jej ręce, czerwone, grube, pokryte lśniącą skórą. 
Powiedział, że lubi takie „łapska”, bo to zdrowie i pracowitość pokazuje. Kaśka od tej chwili 
podnosiła zwykle rękawki swego kaftanika, starając się o ile możności pokazać jak najwięcej 
swych rąk czerwonych. Była to kokieteria niewinna, istotnie kuchenna, ale zawsze kokieteria. Kaśka 
powoli przekształcała się na doskonałą kobietę. Cała służba, będąca w kamienicy, wiedziała o 
wizytach Jana u Kaśki i śledziła z nieokreśloną ciekawością cały przebieg tego stosunku. 
Kucharka pani hrabiny, wróciwszy właśnie z adoracji Najświętszego Serca Jezusowego, zaopiniowała, 
że jeszcze nigdy pod dachem takiego domu nie spała! Coś podobnego mogło się zdarzyć 
tylko w Sodomie i Gomorze, o czym właśnie pozawczoraj z ust samej pani hrabiny słyszała. Pokojówka, 
młodsza i nie wpisana do bractwa bezustannej adoracji, wyrażała tylko swe ubolewanie 
nad Janem, który, będąc tak „szykantnym mężczyzną, kompronituje się z taką dziewczyną”. 
Właścicielka sklepiku, żona tapicera, cały legion nianiek i posługaczek z oficyny stanowiły niezłą 
armię, pełniącą obowiązki policji śledczej. 
Gdy Jan szedł na górę, cała kamienica wrzała oburzeniem. Jak to, o ósmej? Proszę, teraz już nie 
krępują się wcale. Niedługo zacznie tam przesiadywać w południe. Lepiej by było, abywłaściciel 
komórkę stróża wynajął — Kaśka przyjmie go na mieszkanie wraz z manatkami. I nienawiść do 
dziewczyny rosła w miarę przychylności, jaką Jan jej okazywał. Budowskich nie oszczędzano 
wcale. Musi być porządna taka pani, która pozwala na takie szkaradzieństwa tuż obok siebie. 
Zresztą, wszyscy wiedzą, co są ci ludzie warci — jaki pan, taki kram... 
Tylko jedna Marynka zachowywała się nad podziw umiarkowanie. Gdy inne służące gromadziły 
się w bramie lub na schodach, celem zajęcia się losem Kaśki, ona przechodziła zwykle obok nich 
milcząca i zachmurzona. Nie dorzuciła nigdy słówka do ich rozmów, unikając po prostu najmniejszej 
wzmianki o swym dawnym wypadku. 
Rzec można, że przeżuwała w myśli jaki plan, który wykonać zamierzała w niedalekiej przyszłości. 
Tymczasem Kaśka, zupełnie szczęśliwa mimo nadmiernej pracy i nędznego pożywienia, żyła z 
dnia na dzień, czekając przybycia Jana z gorączkową niecierpliwością. Gdy zbliżała się ósma, Kaś
ka dostawała febrycznego dreszczu i purpurowych na twarzy wypieków. Drżącymi rękami przygotowywała 
zakupione poprzednio wiktuały lub rozpalała ogień dla przyrządzenia kiełbasek, które 
Jan lubił nad wszystko. Jakże szczęśliwą się czuła, gdy Jan spożył kolację z apetytem i wypił kilka 
szklanek herbaty, którą lubił mocną i z arakiem. Kaśka całą swoją pensję traciła na te traktamenta, 
a „koszykowym” dzieliła się w sposób bardzo nierówny z panią. Był to jedyny sposób, w jaki 
Kaśka ujawniała na zewnątrz swą miłość do Jana. Zaczerwieniona, zgorączkowana, z pustym żołądkiem, 
śledziła wrażenie, jakie robi na Janie kapusta zostawiona z obiadu lub kiszka w nowy 
przyrządzona sposób. 
Gdy jeść nie chciał lub nie mógł, Kaśka ze zmartwienia długo spać nie mogła. 
Widocznie był u innej i tam mu lepiej smakowało... Ach! w takie dnie byłaby Kaśka zdolna do 
kradzieży choćby dwóch szóstek, aby tylko kupić jakiś marcepan, który byłby w guście Jana. Gdy 
zjadł wszystko, a chlebem zmiótł talerz do czysta, Kaśka śmiała się, zatykając ścierką usta. 
Otóż tak, to lubi! widać zaraz, że ona u niego — jedyna! 
Tymczasem Budowski powracał powoli do zdrowia. Siedział o własnych siłach i niedługo wstać 
zamierzał. Julia, pozbawiona możności widywania się z kochankiem, przyśpieszyła, o ile mogła, u 
męża chwilę opuszczenia łóżka, gdyż wiedziała, że równocześnie będzie mogła udać się na 
schadzkę. 
Pewnego wieczoru Jan przyszedł jeszcze wcześniej niż zwykle. Były to imieniny Kaśki i Jan 
pamiętał dobrze o tym ważnym dniu. Przyniósł jej bilet z powinszowaniem, ozdobiony bukietem z 
pomarańczowych i błękitnych kwiatków. Bukiet ten stanowił rodzaj przykrywki. Pod nim znajdował 
się prześliczny obrazek, przedstawiający ogród, w którym róże były tych samych rozmiarów, 
co głowy przechadzających się po ogrodzie gości. Piękna dama w krynolinie i żółtej sukni trzymała 
białą wstęgę 
z napisem: „Z powinszowaniem imienin” , a na odwrotnej karcie wielkimi literami 
wypisano: 
„Od Jana Viebika pannie Katarzynie na dowód szacunku i życzliwości, w dniu św. Katarzyny 
roku bieżącego” . 
Kaśka nigdy nie widziała tak pięknego biletu. Mój Boże! i to dla niej! Ach! zaraz zatknie go za 
ramęświętego obrazu. Przecież Matka Boska nie pogniewa się o to. 
Ale jeszcze nie koniec. 
Jan wydobywa paczkę i kładzie ją na stole. W paczce tej jest para ciepłych pończoch czerwonych 
z niebieskim w paski i ciepłe włóczkowe rękawiczki, całe fioletowe z pięknym zielonym 
szlaczkiem. 
Nie! stanowczo, Kaśka doprawdy nie zasłużyła na tyle dowodów dobroci; jakże można wydać 
na nią tyle pieniędzy? I z oczyma łez pełnymi dziękuje Janowi za otrzymane prezenta; on nadyma 
się, dumny z okazanej galanterii, która go kosztowała wprawdzie kilka szóstek, ale uchylić się od 
przyniesienia prezentu nie mógł. 
I on przecież wie, co się komu należy, i już nie z jedną dziewczyną miał do czynienia. 
Kaśka za resztę pensji kupiła dnia tego trochę piwa i „waniliówki” . Wydobyła więc flaszki z 
ukrycia i stawia je przed Janem. On wykrzykuje na widok podobnej fety. Owszem, dziś chętnie coś 
przetrąci, bo ma właśnie apetyt. 
I zabiera się do pałaszowania podanej przez Kaśkę przekąski, odkładając nóż i widelec, jako 
sprzęty zupełnie w tym razie zbyteczne. 
Kaśka stoi tuż przy nim, uśmiechnięta, zadowolona, dolewając co chwila likieru do wypróżnionego 
kieliszka. Sama się napiła trochę na wyraźne żądanie Jana i gorąco jej teraz tak, że nie wie, co 
ze sobą zrobić. Włożyła na ręce fioletowe rękawiczki, grube, śmieszne, z jednym palcem, ale bardzo 
praktyczne do miasta na zimę. Pończochy leżą nie opodal. Jan proponuje, aby je przymierzyć. 
Kaśka ze śmiechem odmawia. 
I dobrze im tak razem w tej atmosferze dusznej, ale pełnej jakiegoś spokoju. Rozpalona do 
czerwoności blacha wydziela z siebie wiele ciepła, a w ten dżdżysty wieczór jesienny przyjemnie 
rozgrzać zziębnięte ciało. Jan lubi takie gorąco i prawie plecami ociera się o piec, pomimo że Kaśka 
przestrzega go przed możnością dostania kataru. 
Deszcz z głuchym łoskotem spada na dach przytykający do ściany, w której się znajduje okienko, 
zamknięte teraz i nawet już kitem oblepione; Kaśka wcześnie pomyślała o zabezpieczeniu się 
od zimna, w razie potrzeby — można drzwi do sieni otworzyć. 
Tłumaczy to Janowi, który zupełnie podziela jej zdanie. 
Zresztą Jan dziś 
jest bardzo wesoły. Wypiwszy piwo, zapytuje nagle zapatrzoną w swe rękawiczki 
Kaśkę: 
— Budzę Kaśkę! 
Kaśka przecież, jakkolwiek nie taki bywalec, jak Marynka, ale wie, co się 
w takich razach odpowiada. 
— W kolorze? 
Jan uśmiecha się figlarnie i długo myśli. 
— W szaro-papuczastym! — odpowiada, spoglądając ze znaczeniem na swoją kratkowaną kamizelkę. 
Kaśka milczy chwilę zakłopotana. Zapewne Jan mówi o sobie. 
Nie może mu powiedzieć całej prawdy, a niegrzecznie odpowiedzieć też nie chce. Najlepiej wybierze drogę pośrednią. 
I ze spuszczonymi oczyma, sercem bijącym, szepcze: 
— Bardzo... szacuję. 
Ale Jan wybucha śmiechem i z całą radością z zakłopotania Kaśki woła tryumfalnie: 
— Salceson! 
Kaśka dzieli jego radość. Mała kuchenka rozbrzmiewa wybuchami śmiechu tych dwojga ludzi, 
tak dobrze odpowiadających sobie rozmiarami inteligencji. Śmieją się hałaśliwie, pokazując rzędy 
zdrowych zębów, połyskujących lśniącą białością 
w czerwonej oprawie warg grubych. 
Nagle śmiech milknie i ręka Jana, niosąca właśnie do ust kawałek salcesonu, opada jakby sparaliżowana. 
W otwartych drzwiach jadalnego pokoju stoi Budowski, drżący, niepewny na osłabionych 
nogach, chwytający się ramy drzwi, jak małe dziecko, które niedawno chodzić zaczęło. Wychudła 
ta postać, bardziej do widma niż do istoty żyjącej podobna, rysuje się ostro w jasnym świetle 
padającym od lampy, zawieszonej nad stołem jadalnym. 
Budowski wstał nagle i zapragnął przejść się po pokoju. Śmiechy, dochodzące z kuchni, zdziwiły 
go niepomału. Cóż to za goście bawią się tak wesoło w jego kuchni? 
Warto by zajrzeć, co ten grenadier Kaśka za bale wyprawia. Stanąwszy na progu, oniemiał z 
przerażenia. Jak to? pozwala sobie do tego stopnia, że przyjmuje jakichś mężczyzn w kuchni i 
traktuje specjałami? Nie! tego już za wiele! 
I w najwyższej pasji chwyta się za głowę, wołając: 
— Miłosierdzie Boże! Co się tu dzieje! co się tu dzieje! 
Jan powstał z miejsca, zachmurzony i niezadowolniony z obrotu, jaki rzeczy wzięły. Kaśka 
uważa za stosowne wystąpić z obroną. 
— Proszę wielmożnego pana — bełkoce, przypominając sobie kłamstwa pokojówki, pragnącej zasłonić 
swego kochanka przed gniewem pani Lewi — to mój... brat. 
Budowski zna dobrze Jana i nie daje się wywieźć w pole. 
— Brat? — krzyczy, przysiadając prawie na progu — brat? kłamiesz, to tutejszy Jan Viebik! Brat!... 
one wszystkie mają stu pięćdziesięciu braci na rok. 
Ach! tego już za wiele! Pan obraża tym niezmiernie honor Kaśki, i czyni to wobec Jana. Stu 
pięćdziesięciu braci! — tak jakby ona przyjmowała jeszcze innych! Doprawdy, pan jest niesprawiedliwy. 
Budowski tymczasem postępuje kilka kroków i staje przed stołem, przypatrując się porozstawianym 
talerzom i butelkom. 
— No! No! ładnie się raczycie, nie ma co mówić! królewskie przyjęcie! — zaczyna znów syczącym 
głosem, a wargi mu nabrzmiewają od żądzy pokosztowania tłustego mięsa, którego kawałki 
walają się po talerzu. Jego wygłodzony żołądek zbyt długą dietą dopomina się o swoje prawa; z 
dziwną pożądliwością zagląda do flaszek na wpół wypróżnionych i do kieliszków, na dnie których 
czerwienią się resztki likieru. 
Jan tymczasem szuka swej czapki, chcąc wyjść jak najśpieszniej. Czuje, że „zbiera mu się na 
złość” i mógłby powiedzieć jakieś przykre słowo, którego by potem żałował. 
Ale Budowski nie uwzględnia wcale tego pośpiechu, tylko w bezmiernej pasji woła zmienionym 
od gniewu głosem: 
— Wynoś się stąd precz, włóczęgo jeden! Żeby mi tu noga twoja nie postała nigdy! 
Jan, będący już na progu, zatrzymuje się 
nagle. Ciemny rumieniec oblewa mu twarz i szyję. Ręce 
konwulsyjnie mną czapkę — zwierzę kopnięte budzi się w człowieku. 
— To się wie, że pójdę! — odpowiada hardo — ale panu zasię nazywać mnie włóczęgą! Niech pan 
nie zaczyna, bo, jakem Viebik, zaskarżę, co pan mi honor pokrzywdził... i wtedy zobaczym, kto 
praw! 
I roztworzywszy drzwi szeroko, wyszedł, stukając silnie obcasami. W sieni obrócił się jeszcze i 
rzekłłagodniejszym tonem: 
— Do widzenia, panno Kasiu! 
Ale ona nie odpowiedziała nic, tak była przerażona całym tym zajściem. 
Mój Boże! cóż 
w tym zdrożnego, że przyjęła Jana w kuchni? Przecież robota na tym nie ucierpiała 
wcale. Przeciwnie, szła jej o wiele raźniej, kiedy on siedział obok, uśmiechał się i rozpowiadał 
takie piękne rzeczy. Zresztą, lepiej uczciwie taki wieczór w domu przesiedzieć, niż się po szynkach 
włóczyć. Ale pan tego zrozumieć nie chce. 
Wychodząc z kuchni, bardzo ostro nakazał, aby się nie ważyła nigdy wpuszczać więcej Jana; jeśli 
kiedykolwiek zastanie jeszcze stróża lub jakiegokolwiek innego mężczyznę, odprawi ją i da jej 
w dodatku najgorsze świadectwo. 
Zapewne — pan miałby rację, gdyby ona chciała przyjmować jakiego ułana albo pompiera36 — to 
wcale nieładnie i dom posponuje, ale Jan, taki uczciwy i przyzwoity mężczyzna, nie krzywdzi 
kuchni, w której siedzi. 
Zresztą, panu dobrze w pokoju, bo ma panią i może z nią porozmawiać i posłyszeć dobre słowo, 
ale Kaśce bardzo smutno w tej ciemnej kuchence, pomiędzy balią i garnkami. 
Teraz będzie musiała znów po schodach i piwnicach widywać się z Janem, a ona się tych ciemnych 
kątów lęka. W kuchni było tak miło gawędzić we dwoje, wieczory upływały nie wiadomo 
kiedy. 
Teraz będzie inaczej... 
I Kaśka, szczerze zmartwiona, opiera głowę o kratę okienka i stoi tak długo z przymkniętymi 
oczami. Cały dzień pracuje tak ciężko! Dlaczego w wieczór nie może rozerwać się przyzwoicie? 
Deszcz z suchym łoskotem spada na dach i w przygłuszonym szmerze spływa do rynny. Na 
dworze ściele się smutna słota jesienna, wiodąca za sobą plusk błota i kaszel suchotników. Kaśka 
stoi smutna i zgnębiona, jakby przeczuwając, że razem z tą chmurną jesienną ulatuje od niej jaśniejsza 
dola, a spływa ciężka, czarna godzina, tak czarna, jak ta noc jesienna, siekąca ziemię zimnym, 
niezdrowym deszczem. 
Powoli Budowski podniósł się z choroby i powrócił do dawnych swoich zajęć. Schudł tylko 
jeszcze więcej, zżółkł, a skóra na czaszce porysowała się w dziwaczne fałdy. Mimo nadmiernego 
osłabienia ujął w swe ręce ster rządów domowych, starając się oszczędnością, posuniętą do możliwych 
granic, wyrównać szczerby powstałe wskutek jego choroby. Dla Kaśki przecież było to rzeczą 
obojętną. Słoty jesienne nie pozwalały marzyć nawet o niedzielnych spacerach, a widywanie 
się z Janem na schodach lub przed bramą nie pociągało za sobążadnych wydatków. 
Jeśli kradła, czyniła to więcej dla Julii, która od czasu choroby męża zażywała podwójną ilość 
pachnideł, a tym samym potrzebowała znacznie więcej pieniędzy. Kaśka żyła teraz dziwnym, gorączkowym życiem. Sypiała mało, budząc się co chwila niespokojna, pełna jakichś trwożliwych 
przeczuć. Zdawało się jej, że musi spaść na nią jakieś wielkie nieszczęście, którego uniknąć nie 
może. Z Janem stosunek jej nie zmienił się prawie wcale. Mówiła ciągle „nie” , ale czuła już, że 
słabnie i siły ją opuszczają. 
Jan, wypędzony z kuchni, czatował na nią po ciemnych zakątkach, chwytając w przejściu i 
szepcząc do ucha rzeczy, od których Kaśce w oczach ciemniało. 
Zresztą cały dom popychał ją do upadku: sługi, spoglądające na nią tak, jak się patrzy na zgubioną 
dziewczynę — pan, wyrzucający jej co chwila spotkanego w kuchni kochanka. Na próżno 
zaprzeczała ze łzami w oczach, nikt jej nie wierzył — zsuwała się na krawędź przepaści, jak kamień 
z góry rzucony. 
Nie wołała o ratunek, ale chwilami ogarniała ją trwoga, szczególniej, gdy klękła do wieczornego 
pacierza. Modliła się mało i czuła, że modlitwa nie płynie jej z serca. 
Dawniej — miała przesąd, że skoro zaśnie nie zmówiwszy pacierza — we śnie zobaczy diabła. 
Wierzyła w to święcie i za nic nie poszłaby spać bez pacierza. Zwierzyła się z tą swoją wiarą Janowi, 
który wyśmiał ją i zaręczył, że on nigdy nie mówi pacierza, a mimo to nie widział nigdy we 
śnie diabła, choć pragnąłby go raz zobaczyć. Kaśka zgorszyła się na razie, ale powoli zaczęła zastanawiać 
się nad słowami stróża i rezultatem tego zastanowienia było pewne zaniedbanie owych, 
tak pilnie odmawianych Zdrowasiek. 
Od pewnego czasu Jan stał się dziwnie podejrzliwym i zazdrosnym. Czy z własnej inwencji, czy 
też ulegając czyimś poszeptom, zaczął wmawiać w siebie, że opór Kaśki ma źródło w jakiejś tajemniczej 
miłości, której przedmiotem musi być jakaś nie znana mu osobistość. 
Na próżno Kaśka zaklinała się, tłumacząc, że nigdy, ale to nigdy nie „bawiła się” z innym mężczyzną. 
Jan trwał ciągle przy swoim, sądząc, że w ten sposób prędzej dojdzie do zamierzonego celu. Był 
to ostatni środek — jeśliby ten się nie udał, Jan czuł, że musi się wyrzec wszystkiego. Była w tym 
człowieku zaciekłość dziwna do zgubienia Kaśki, zaciekłość mężczyzny, pełnego nienasyconej 
żądzy. Może w głębi tej nieokrzesanej, a nawet wulkanicznej natury tlało jakieś lepsze, rzewniejsze 
uczucie, ale namiętność głuszyła głos serca i zwierzę rozwielmożniało swe panowanie, głusząc 
wrodzony, nawet najniżej postawionej klasie ludzi, pierwiastek duchowy. 
Kaśka drżała z trwogi przed tym zwierzęciem, które czatowało na nią po ciemnych zakątkach, 
lecz z uległością istoty skazanej na zagładę nie miała siły uciekać ani wołać o pomoc. Zresztą, 
gdzież miała się udać? Do pani, którą doprowadzała na schadzki z kochankiem? — do pana, liczącego 
polana drzewa lub ziarnka kawy?... 
Modlić się nie mogła, nie umiała... zdało się jej, że Bóg odwrócił się od niej; młoda krew dopominała 
się także praw swoich... Szamotała się jeszcze, ale były to konwulsyjne drgania, które ocalenia 
jej zapewnić nie mogły. Wrodzoną uczciwość zagłuszało życie i nędzne warunki istnienia. 
Piękna strona tej szlachetnej istoty za mało była rozwijana, aby mogła stanowić dość silną tarczę 
pokusom, które ją zewsząd otaczały. I w Kaśce było zwierzę, które budziło się pod wpływem Jana. 
Podejrzenie Jana sprawiło jej boleść wielką. Skąd powstało? Dlaczego wyrzuca jej bezustannie 
tego drugiego, o którym ona sama nic nie wie? Nawet kilka dni temu wspominał, że to jest jakiś 
„cylinder” . Ach! Kaśka wie, że „cylindry” nie dla niej. Nie wdawałaby się nigdy w żadne konszachty 
z panami. 
Cóż, kiedy Jan wytłumaczyć sobie nie pozwoli i boczy się na nią, a nawet wczoraj „dobranoc” 
jej nie powiedział. Może dziś przecie udobrucha go trochę. 
Pani wybiera się wieczorem na zwykłą przejażdżkę — postoi więc trochę przed bramą i porozmawia 
dłużej. 
Zamysł jej wszakże nie udaje się wcale. 
Gdy nastawiła samowar, wpadł do kuchni zdyszany posłaniec, oddając karteczkę, zakreśloną 
niekształtnym pismem. Nakazał oddać to natychmiast pani Budowskiej, dodając, że matka pani 
umiera. Na Julii wiadomość ta wywarła dość silne wrażenie, bądź co bądź była dzieckiem i przywiązanie 
rozbudziło ją na chwilę z letargu, w którym była pogrążona. 
Nie odpowiadając ani słowa na zgryźliwe uwagi Budowskiego, że matka za często umiera, wyszła 
szybko, na wpół ubrana, z włosami w nieładzie. 
Kaśka pobiegła za nią, chcąc jej być pomocą, lecz Julia wstrzymała ją ruchem ręki. 
— Daj znać... — wyrzekła tylko, schodząc szybko ze schodów — daj znać, wiesz komu!? 
Za chwilę znikła na zakręcie, pozostawiając po sobie woń tanich pachnideł 
i paczulowego mydła. Śpieszyła się bardzo do łoża matki, której choroby tak często używała za pretekst do pokrycia 
swych niegodziwości. Może sumienie ocknęło się wreszcie w tej wiarołomnej żonie i złej córce. 
Kaśka przecież nie zastanawiała się nad tym. Ona wiedziała tylko jedno, że pani kazała jej znów 
rozmawiać ze swym kochankiem, a Kaśka w głębi duszy nienawidziła tego człowieka. Musi iść 
przecież i wypełnić 
rozkaz pani — inaczej mogłaby się na gniew narazić. 
Gdy wybiła oznaczona godzina, Kaśka zarzuciła chustkę na głowę i wybiegła szybko na ulicę. 
Przed bramą stał Jan, paląc fajkę. Nie pozdrowił wszakże Kaśki, śledził tylko uważnie jej kroki. 
Gdy oddaliła się cokolwiek, porwał się z miejsca i pobiegł za nią. W oczach miał niepoczciwą 
iskrę, a przez zaciśnięte zęby przeciskały się jego zwykłe słowa: 
— Ach! psiakrew zwykła! psiakrew zwykła!... 
Kaśka prędko przebyła drogę, oddzielającą ją od miejsca, na którym zwykle oczekiwał kochanek 
jej pani. Spostrzegła go zaraz, palącego, jak zwykle, papierosa. 
Przystąpiwszy ku niemu, szybko powiedziała mu przyczynę, nie dozwalającą Julii przyjść na 
schadzkę. Nie dodała jednak — „Pani przeprasza” . 
Po bliższym zastanowieniu uważała tę grzeczność za rzecz zupełnie zbyteczną. 
On wszakże patrzał na nią z tym samym upodobaniem i ponowił swą propozycję z całą bezczelnością 
studenta, szczęśliwego w przedpokojowych konkietach. Kaśka, milcząc, odwraca się, pragnąc 
wrócić do domu, lecz spotyka się oko w oko z Janem. 
Ten ostatni stoi na środku ulicy i nie mogąc słyszeć słów, widzi jednak wszystko. A teraz już 
wie, dlaczego Kaśka pogardza nim, biednym stróżem! „Cylindry” na nią czekają... do nich wybiega 
wieczorem, z tą minką jezuitki, a jemu o buziaka komedie wyprawia! 
Teraz już wie, czego się trzymać z tą obłudnicą. 
Ale Kaśka przechodzi mimo niego, pragnąc oddalić się jak najśpieszniej. 
Noc już ciemna, ale latarnie powozu ścielążółte smugi światła. Kaśka dostrzega niedobry płomień 
w oczach Jana, widzi jego twarz skurczoną od wewnętrznej złości. Boi się awantury, skandalu 
i pragnie zażegnać tę burzę. Wszakże nie może Janowi powiedzieć, że rozmawiała z kochankiem 
swej pani — mógłby jeszcze komu opowiedzieć, a ona wie, że to przecież nie sążarty. 
Idzie więc szybko w kierunku domu, a za nią postępuje o kilka kroków Jan, z zaciśniętymi pięściami, 
z siną prawie twarzą. Gdy dochodzą do bramy, Kaśka zatrzymuje się nagle. Deszcz zaczyna 
padać, mocząc jej chustkę, jedyne okrycie nawet na największe mrozy. Ona wszakże nie uważa na 
to, cała drżąca i zmieszana zwraca się do Jana. 
— Pan Jan... — zaczyna wolno, chcąc się w jakikolwiek sposób usprawiedliwić, ale urywa, targnięta 
nagle silnie za ramię przez rozwścieklonego stróża. 
— Ach! ty jezuitko! — woła Jan, nie zważając na przechodniów — ty gadzino nieczysta, ty jezuitko 
faryzejska! to ty po nocy za cylindrami latać będziesz! a mnie to szopy grasz? Ja cię nauczę ludzi 
tumanić, ja cię nauczę... 
Gniew dławi go. Krew bije mu do głowy i zalewa oczy purpurową strugą. Oszalały, bezprzytomny 
uderza kilkakrotnie Kaśkę, która zatacza się z jękiem i przyklęka pod silnymi razami. 
Po czym wpada do bramy i zamyka się w swej komórce, jakby w obawie przed zbytkiem wściekłości, 
która mu piersi rozsadza. 
Kaśka pozostaje chwilę przed bramą, klęcząc ciągle, odurzona od niespodziewanych uderzeń, 
które otrzymała w prawą stronę głowy. Garstka przechodniów zaczyna się gromadzić przed tą klęczącą 
dziewczyną, której spadła z ramion chustka, a włosy potargane spadają na plecy. Kaśka przecież 
przychodzi szybko do przytomności i trzymając się z boku za głowę, wchodzi wolno do bramy. 
Uderzył ją! 
Zbił ją nawet mocno... Kaśka jest pewna, że mieć będzie jutro siniaki. Nie ma jednak do Jana 
żadnej urazy; gdy chłop bije dziewczynę, jest przecież w swoim prawie. To już jest tak dawno postanowione 
i żaden policaj nie ma prawa wtrącać się między taką parę. Nie chodzi jej przecież o 
siniaki, ale boli ją to głównie, że Jan ma o niej złe wyobrażenie i posądza ją o stosunki z tym 
wstrętnym dla niej człowiekiem. Mój Boże! co też się nacierpieć musi przez panią! Przecież, gdyby 
ją pani nie wysłała do swego kochanka, Jan nie miały powodu do zazdrości. Czyż to jej wina, że 
musi wypełniać 
rozkazy pani? Ale Janowi niepodobna nawet było wytłumaczyć, jak to jest w istocie: 
napadł na nią tak gwałtownie, że do słowa przyjść nie mogła. Potem uciekł i zamknął się w 
komórce. Kaśka boi się do domu zastukać. 
I zmieszana, zbolała, z twarzą nabrzmiałą od silnych uderzeń, idzie wolno po schodach, wzdychając 
ciężko. Co też zawiniła, że Bóg ją tak ciężko karze? 
Gdy weszła do kuchenki, zajęła się przygotowaniem ługu, potrzebnego do szorowania kuchennej 
podłogi. Była to sobota i czekało na nią mnóstwo roboty. Ale ból głowy dokuczał jej bardzo. 
Twarz spuchła, a żyły na skroniach nabrzmiały. Obmyła się zimną wodą, ale to nie przyniosło jej 
żadnej ulgi, owszem, sprawiało jej dotkliwe pieczeni. 
Już 
od dwóch godzin zajęta była uporządkowywaniem wiecznie czyszczonych i wiecznie zbrudzonych 
przedmiotów. Budowski, wbrew swemu zwyczajowi, nie spał, czekając na żonę. Kręcił 
się po pokojach ze świecą, kapiąc stearyną na podłogę 
i meble. Kilkakrotnie zaglądał do kuchni, 
wtrącając się do roboty Kaśki, która, zmoczona, powalana cegłą, przedstawiała istny obraz zwierzęcia 
— zbitego, źle nakarmionego, a mimo to wprzęgniętego do nocnej pracy. 
Nagle Budowski zniecierpliwił się bardzo. 
Nie, ta Julia widocznie dziś powrócić nie myśli. Czy chce tam nocować? 
I stanowczym głosem nakazuje Kaśce iść natychmiast na ulicę Berlińską do starszej pani i nie 
powracać bez Julii. Na Kaśkę uderzają poty. Miły Boże! cóż ona pocznie teraz, ona, która nie wie, 
gdzie ta matka pani mieszka? Pan wszakże nie ustępuje. Kaśka okrywa się zmoczoną jeszcze od 
deszczu chustką i wybiega z sieni. 
Trudno, pan każe — sługa musi. 
Na schodach już zupełnie ciemno. Klatka schodowa przedstawia się jak wielka studnia, brudna 
cuchnąca. Kaśka z odwagą zapuszcza się w ten ciemny labirynt. 
Brama już zamknięta, trzeba obudzić stróża. Ach! na tę myśl dreszcz przechodzi Kaśkę. Jakże 
ona ośmieli się to uczynić po tym, co między nimi zaszło? Ale musi przecież zdecydować się i na 
to upokorzenie. Pan kazał, iść trzeba — przecież o Berlińską ulicę dopyta się z łatwością, a raz na 
ulicy może i pomieszkanie matki pani znajdzie... 
Drżąc cała, puka do szybki, która daje światło komórce stróża. Chwilę trwa spokój zupełny — 
Kaśka ponawia pukanie. W komórce budzi się Jan z głośnym stękaniem i mrucząc narzuca na siebie 
rodzaj dreliszkowej kapoty. Bierze klucz, wiszący zwykle na gwoździku koło drzwi i nie zapalając 
światła, wychodzi do bramy, dzwoni zębami z wilgotnego zimna, w które wszedł nagle na 
wpół odziany i od snu ciepły. 
Ciemność zalega bramę. Kaśka tuli się do ściany, pragnąc, aby Jan nie poznał jej i uwolnił tym 
samym od nowych razów i przekleństw. Ale rachuby zawodzą ją. W chwili otwarcia furtki Jan po 
wzroście poznaje Kaśkę i cała wściekłość odzywa się w nim a nowo. 
Gdzie idzie znów po nocy? 
Zapewne do tego „cylindra” , który rozmawiał z nią wieczorem na ulicy. Więc nie dość jej takich 
schadzek? Czyż będzie po nocach wykradać się, aby biegać do kochanka? 
I on sam! on ma jej bramę otwierać, aby ułatwić jej w ten sposób wyjście na schadzki nocne! 
A on głupi uwierzył i obchodził się z nią jak z taką, która ma coś jeszcze do stracenia! 
I brutalną ręką potrąca Kaśkę, wrzucając ją za bramę. 
— Leć na złamanie karku! — woła stłumionym od gniewu głosem, zatrzaskując z furią ciężką, 
okutą furtkę. 
Kaśka, uderzona gwałtownie w plecy, o mało nie upadła twarzą na mokre flizy chodnika. 
Deszcz lał strumieniami, przecinając z głuchym łoskotem powietrze. 
Kaśka odkryła głowę, chcąc ochłodzić rozpalone skronie w tej zgniławej powodzi, która smagała 
jej twarz wśród ciemności, zalegających ulicę. 
Puściła się w stronę miasta, brnąc po kostki w wodzie. Gdzieniegdzie paliły się jeszcze światła 
gazowe, błyskając chorobliwym blaskiem wśród ciemnej przestrzeni. Rynsztoki płynęły z szumem, 
wylewając ze swych krawędzi brudne i cuchnące fale. W powietrzu czuć było miazmy rozkładających 
się ciał, płynących z tą wodą, ściekającą z rynien z łoskotem jednostajnym, podobnym do 
oddalonego głosu bębna. Kaśka biegła na oślep, przemoczona do kości, drżąca od fizycznego i moralnego 
bólu, wystawiając swą twarz spuchniętą pod zimne strugi wody. Ulice były puste, czasem 
tylko przemknęła dorożka, obryzgując trotuary wodą, lub spóźniony przechodzień biegł, usiłując 
parasolem zasłonić się przed ulewą. 
Kaśka skręciła na prawo, nie wiedząc po prostu, gdzie ją ta ulica prowadzi. 
Straciła jużświadomość swych czynów, skórę miała rozpaloną, a wewnątrz zastygło w niej lodowate 
zimno, od którego zęby jej dzwoniły jak w febrze. Powalanymi cegłą rękami ocierała strugi 
wody płynące jej po twarzy; suknie przemoczone ciężyły jej, a chustka na ramionach zdała się stofuntowym 
ołowiem. 
Biegła jak ścigane zwierzę, wiedząc tylko, że do domu powrócić 
nie powinna. W bramie musiała 
przecież spotkać Jana, a na górze czekał na nią pan, który przykazywał jej nie wracać bez pani. 
Gdzież wszakże tej pani szukać? 
Na domiar złego nie mogła sobie przypomnieć, jak się nazywa matka pani. Gdyby się dowlokła 
na ulicę Berlińską — o kogóż po bramach pytać będzie? 
Idzie więc nie znanymi sobie ulicami, słuchając uderzeń miejskich zegarów, których ponure 
dźwięki wpadają leniwie w przegniłą atmosferę jesienną. 
Nagle zatrzymuje się przerażona. 
Wszakże to nie wolno samej dziewczynie błąkać się tak późno w nocy. Patrol zabiera takie włóczęgi 
i prowadzi na inspekcję. Och! wszystko, tylko nie to... już woli narazić się na razy i łajanie 
pana. 
I chwiejąc się na nogach z osłabienia, kieruje się ku domowi, błądząc jeszcze wśród ulic, ale odgadując 
prawie instynktem punkt, do którego pcha ją szalona trwoga. 
W ciemnościach zdają sięścigać ją widma „policajów” , a złowróżbne półksiężyce, zdobiące ich 
piersi, błyskają dziwnie groźno w rozgorączkowanej wyobraźni dziewczyny. 
Jest już przy bramie i konwulsyjnie chwyta za rączkę od dzwonka. 
Gdy Jan otworzył bramę, cofnął się przerażony tą zmoczoną, bezkształtną masą, wpadającą do 
bramy z takim pośpiechem. Wprędce jednak poznał Kaśkę i zatrzasnąwszy drzwi, zabierał się 
wejść do swej komórki. Ale na głuchy łoskot usuwającego się ciała odwrócił głowę. Pod ścianą 
czerniło się coś w dziwacznym skróceniu. Postąpił bliżej. Gdy wyciągnął rękę, natrafił na mokrą 
chustkę, która okrywała plecy Kaśki. Pociągnął za tę chustkę, natrafił na opór. Kaśka usunęła się na 
kolana, przybita moralnym i fizycznym cierpieniem. I zwierzę zbite, znędzniałe upada pod brzemieniem 
niedoli. Czasem w najsilniejszych naturach następuje gwałtowny upadek i zmęczenie — a 
Kaśka właśnie należała do tego rodzaju istot. 
Gdy Jan pochylił się nad nią, czuła dobrze jego oddech, ale nie miała siły odsunąć się. 
Ciemności zalegały bramę, a Jan uczuł nagle, jakby coś go przykuwało do miejsca i kazało mu 
zbliżyć się do zmaltretowanej przed chwilą dziewczyny. Były to zmysły, które brały w tej chwili 
górę nad uczuciem zazdrości i pogardy dla niewiernej kochanki. Nienawidził jej za latanie po nocach do innych mężczyzn, a mimo to kurczowo zaciskał ręce, aby nie porwać jej w swe objęcia. 
Ona wiedziała, poznała, że chwila upadku przyszła... Bronić się nie mogła, nie miała siły. 
Lecz gdy nagle Jan porwał ją 
w swe ramiona, ona konwulsyjnie szarpnęła się jeszcze, jak zwierzęśmiertelnie 
ranione. 
On w swej namiętności pragnął ją uspokoić i rzucił jej słów kilka, które przyciszonym szeptem 
zasyczały wśród ciemnej przestrzeni: 
— Głupia! ja się z tobą ożenię! 
* 
Matka Julii rzeczywiście umarła tej nocy. Nie zostawiła po sobie wszakże żadnego majątku, co 
Budowskiego doprowadziło do szalonej rozpaczy. Dręczył więc coraz więcej żonę, która śmiercią 
matki wyrwana na chwilę z apatii, w jakiej drzemała, nosiła teraz swążałobę z bezwzględną obojętnością 
bezkrwistej blondynki. 
Zawiedziony w swych nadziejach Budowski zaczął zwracać baczniejszą uwagę na wydatki domowe, 
a skąpstwo jego przeszło wszelkie granice. Obecnie już Kaśka nie mogła popełniać swych 
drobiazgowych kradzieży, gdyż Budowski najczęściej, idąc do biura, sam zakupywał całodzienną 
żywność; Kaśce pozostawało chodzić tylko za nim z koszykiem i odnosić zakupione wiktuały do 
domu. 
Julia, pozbawiona swych tanich perfum, trociczek i chińskich papierków, wzdychała od czasu 
do czasu i leżała teraz prawie ciągle z przymkniętymi oczami, jak istota na wpółżywa. Z kochankiem 
nie widziała się od kilku tygodni. Po śmierci matki nie miała pretekstu wychodzenia wieczorami 
z domu. Bez kochanka i trociczek — ta kobieta wegetowała do reszty. 
Kaśka po swym upadku doznała dziwnego uczucia trwogi i wstydu, a uczucie to potęgowało się 
z każdą chwilą. 
Każda kobieta, nawet najniżej postawiona, przychodzi na świat cnotliwą; z chwilą gdy cześć 
swą zatraca, rzucając się w objęcia mężczyzny, odczuwa żal wieki, choćby nawet ten upadek został 
spełniony w najnormalniejszych warunków, to jest usankcjonowany małżeństwem. Cóż jednak 
mogła powiedzieć o sobie ta dziewczyna, którą Jan wziął, nie poprowadziwszy wprzód do księdza i 
rzuciwszy jej tylko jedno słowo: 
— Ożenię się! 
I Kaśka w chwilach strasznego niepokoju, jaki szarpał jej duszę, powtarzała sobie to słowo, 
mające dla niej tak doniosłe znaczenie. 
— Ożenię się! 
Zapewne, on ożenić się powinien teraz, kiedy ją unieszczęśliwił na całe życie. 
Wydaje się porządnym człowiekiem, a ona mu wytłumaczyła, że ów „cylinder” nie był nigdy jej 
kochankiem. Nie powiedziała wprawdzie, że to pani wysłała ją do niego, ale przecież Jan powinien 
się tego domyślić. On zapewne jej uwierzył, bo sam się przyznał, że to Marynka, spotkawszy go 
koło śmietnika, opowiedziała mu o schadzkach Kaśki z jakimś „z miasta” . 
On nie chciał wierzyć temu latawcowi, ale gdy się sam przekonał, toć Kaśka nie powinna mu 
być krzywa, że ją trochę poturbował. Teraz już niechże tak będzie, jak Kaśka mówi, ale on sobie 
wyprasza takie po nocach chodzenie. 
Kaśka przyrzekła poprawę, ale mimo złagodzenia się Jana, niepokój nie opuszcza jej ani na 
chwilę. Dziwno jej jakoś; czasem zdaje się, że jest zupełnie inną istotą, że tamta Kaśka — to była 
dobra znajoma, która umarła, a ona sama była na jej pogrzebie. Na święte obrazy spojrzeć nie może; 
gdy klęknie do pacierza, żegna się czym prędzej i wstaje; chwilami zdaje jej się, że ktoś za nią 
krok w krok chodzi i coś jej do ucha szepcze. Boi się ciemności, a gdy lampka zgaśnie, chowa się z 
głową pod przykrycie — stanowczo, zrobiło się z nią coś dziwnego. 
Stan ten męczy ją nad wyraz wszelki. Na domiar złego Jan zmienia się od owej pamiętnej nocy 
do niepoznania. 
Przybiera znów ton drwiący i spogląda na Kaśkę z miną zwycięzcy. To ją onieśmiela do reszty. 
Zdaje się jej, że Jan po prostu ją lekceważy i tym sposobem daje do poznania wszystkim, co między 
nimi zaszło. 
Pod tym względem nasza Kaśka nie myli się wcale. 
Jan, jak prawdziwy mężczyzna, nadużywa swej przewagi i odniesionego zwycięstwa. 
Nie pamięta walk, jakie stoczyć musiał z Kaśką, zanim mu uległa, wie tylko, że jest jego kochanką 
— i to mu wystarcza. Widok Kaśki sprawia mu zawsze przyjemność, zbliżenie się do niej 
rozbudza namiętność, ale brak mu tej gorączki, jaką czuł 
zwykle wobec opierającej się dziewczyny. 
Zepsuty powodzeniem u innych kobiet, znajdował dziwną podnietę w tym oporze Kaśki i to go 
wiązało głównie i przytrzymywało w upartym staraniu się o jej wzglądy; gdy osiągnął cel upragniony, 
widział już w Kaśce zwykłą upadłą kobietę, niepomny, że ją sam doprowadził do tego 
upadku. 
Gdy zbita, zmęczona, bezsilna usuwała się 
do jego stóp jak ofiara — porwał ją brutalnie w ramiona 
z tryumfem istoty świadomej o swej fizycznej i moralnej wyższości. Tą jedną chwilą spadła 
ta kobieta w oczach Jana do poziomu, skąd wybierał zwykle swe miłostki; teraz Kaśka była dlań 
tym samym, czym Marynka lub każda inna z dawnych jego kochanek. 
Stąd pochodził 
ten dziwaczny ton, który takim strachem przejmował Kaśkę, i cała zmiana w zachowaniu 
się Jana. 
Zresztą — Jan pragnął pochwalić się otrzymanym zwycięstwem. Zbyt długo „chodził” około 
„tłumoka”, ażeby cała służba, zamieszkująca kamienicę, nie dostrzegła tego. Marynka przy tym nie 
zaniedbała opowiadać o niezwykłej „miłości” Jana do „grenadiera od Budowskich”. Fałszywa pozycja 
stróża do Kaśki nie pozwalała Janowi zająć 
pewnego stanowiska wobec tych wszystkich 
przedrwinek, jakie rozlegały się po ciemnych kątach bramy lub klatek schodowych. Podniecony 
nienasyconą namiętnością głuszył w sobie próżność, którą dotykały owe bezustanne docinki co do 
powierzchowności Kaśki i jej ubogich sukienek. Pod połatanym kaftanikiem przeczuwał jędrne, 
silne ciało dziewczyny, którego pożądał z uporem mężczyzny. Gdy wszakże dotknął się tych 
wspaniałych ramion i poczuł chłód gładkiej skóry, przypomniał sobie łaty na kaftaniku i wstydził 
się tak ubogiej kochanki. Chciał jednak, aby nikt go nie posądził o porażkę, i dlatego usiłował jak 
najszerzej rozgłosić upadek Kaśki. Wolał przyznać się do ubóstwa kochanki, niż mieć w czymkolwiek 
nadwerężoną sławę uwodziciela. 
Zresztą — po cóż się opierała, skoro prędzej, czy później miała tak skończyć? 
Ona — przywiązała się do niego z chwilą upadku jakąś zwierzęcą, bezwzględną miłością, uznając 
w nim pana, władcę stworzeń wszystkich, a siebie w szczególności; życie swe, przyszłość rzuciła 
pod stopy tego człowieka, tracąc jedyne dobro, jakie posiadała na ziemi, to jest niewinność 
swoją. 
On — po spełnieniu tej zbrodni pozostał znaczniej wystygłym, pełnym jakiejś ukrytej złości za 
ten długi opór, który tak rozlicznymi fortelami zwalczać musiał. 
I była wielka różnica w uczuciu tych dwojga ludzi. 
Ona kochać zaczęła, on — przestał, a przynajmniej zdawało mu się, że przestał. 
O dopełnieniu przyrzeczenia, które tak niebacznie rzucił w chwili szału, nie myślał. Przypomniał 
sobie, że powiedział coś podobnego, ale to się gada każdej dziewczynie, a czyżżenić się zaraz 
trzeba! 
Głupia ta, która uwierzy. 
Zresztą, gdyby mężczyźni chcieli dotrzymywać podobnych zobowiązań, mieliby przynajmniej 
po dziesięć tuzinów żon. Oho! Jan wie już, jak tam się z tego wywinąć; z wielką fantazją przekręca 
czapkę i powtarza swoją ulubioną przypowiastkę: 
— Okręt z głupimi zatonął... 
Nie mówi tego wszakże do Kaśki. O! nie — on umie „politykować” . 
Choć Kaśka nie jest „furiatka” , ale mogłaby mu dobrze „przyśpilić” — a on tego wcale nie pragnie. 
Owszem, uśmiecha się do niej, gdy przechodzi przez dziedziniec, i nieraz poszuka jej na strychu 
lub w piwnicy. Ona za jego zbliżeniem drży jak liść i z nieśmiałością wielką poddaje się jego 
pieszczotom. W tej wysokiej, tęgiej dziewczynie przebija się zalęknienie drobnej dziewczynki — i 
to ją czyni nad wyraz powabną. 
Nie dla Jana wszakże. On, w swym zepsuciu i rozproszonym życiu brukowego zdobywcy, znajduje 
to zalęknienie nadzwyczaj głupim, a rumieńce Kaśki drażnią niemile jego trywialną naturę. 
Cóż, u diabła, za miny jezuitki przybiera teraz jeszcze, gdy powinna zrzucić ze siebie skromność, 
jak niepotrzebną już szmatę? Przedtem, to jeszcze uchodziło — ale teraz, to się już na nic nie 
przyda. 
I powoli zaczyna Jan oglądać się za nową zdobyczą, zaglądając w oczy dziewczynom biegnącym 
po wodę z konewkami lub śpieszącym na targ z pustym jeszcze koszykiem. To bezustanne 
pragnienie nowości, które drzemie w krwi każdego mężczyzny, nie dozwala Janowi zadowolnić się 
jedną na dłuższy czas kochanką. 
Zresztą — cóż go wiąże? 
Sumienie? 
Na tego robaka najlepsza pestkówka, przekręcenie czapki i splunięcie w rynsztok! To zaraz 
ulży, gdy człowieka taka zmora opadnie. A jak pestkówka nie pomoże, to jest waniliówka, goldwaserka, 
miętówka i wiele innych kordiałów37. A zresztą, po cóż sama mu w ręce lazła? Kiedy taka 
głupia, to niech ją tam! A wreszcie, cóż złego się stało? — nie umarła przecież. Ba! żeby wszystkie 
dziewczyny z tego umierały, to zabrakłoby kobiet na świecie. Nie, Jan wcale nie martwi się tym, co 
uczynił. Każdy za siebie odpowiada, a więc Kaśka także. Tylko grymasowała niepotrzebnie. Ot! 
zwykła jezuitka i nic więcej! 
Teraz już cała służba, przepełniająca kamienicę, wiedziała o upadku Kaśki. 
Kucharka pani hrabiny bardzo wymownie przewracała oczami i usuwała demonstracyjnie brzeg 
swej szarej tercjarskiej sukni, gdy zmuszoną była na schodach otrzeć się o przechodzącą Kaśkę. 
Pokojówka, blada blondynka o podsiniałych od nie przespanych nocy oczach, znalazła na swych 
zgniecionych wargach dowcipną uwagę, ile razy wysoka postać Kaśki przesunęła się po dziedzińcu. 
Tapicerka, jej dwie sługi, właścicielka sklepiku — wszystkie te kobiety, pełne jeszcze wspomnień 
występnych miłostek, dorzucały słowa pogardy, które jak grad osypywały plecy dziewczyny. 
Ona szła wolno, na pozór spokojna, blednąc przecież pod naciskiem tych obelg, których odrzucić 
wszakże nie miała już prawa. 
Czuła to dobrze; te obelżywe słowa należały do niej — z upadkiem swoim przybrała te nazwy, 
które dawniej byłyby wstrząsły całą jej istotę... 
Nie miała prawa zaprzeczyć obelgom, właściwie siły nie miała. 
Gdyby w tej duszy mniej było niezwykłej prawości, z bezczelnąśmiałością mogłaby Kaśka zaprzeczyć 
brutalnym domysłom swych przeciwniczek. Nieraz już chciała się odwrócić i zawołać 
wielkim głosem „nieprawda!” , ale gdy przyszło to wykonać, siły ją opuszczały i zwiesiwszy głowę, 
szła wolno, przyjmując zasłużone cierpienie. 
Czuła się teraz bardzo nieszczęśliwą; względem Jana stała się nieśmiałą i z trudnością przyszłoby 
jej powiedzieć, ile przykrości sprawiają jej te śmiechy i obelgi, które słyszy naokoło siebie. 
Wyśmiałby ją może. Ach! nie — woli już znosić w milczeniu te upokorzenia, tym bardziej że 
sama na nie zasłużyła. Najwięcej wszakże ucierpiała ze strony Marynki. Dziewczyna ta, do gruntu 
już przegniła w atmosferze kilkudniowych miłostek, szybko odczuła i zrozumiała upadek swej rywalki. 
A więc i ta dumna dziewka musiała przejść wreszcie przez to!... Nie będzie więcej nosa zadzierać 
i jak pawica się nadymać, a uczciwością innym przed oczy rzucać. Nie jest już teraz niczym więcej, tylko tym samym, co ona, Marynka, ta znieważona przez Jana i sponiewierana dlatego tylko, 
że ośmieliła się złe słowo na Kaśkę powiedzieć. 
O! Marynka wiedziała, czym się to skończy. Takie pyszne dziewki, jak Kaśka, spadają zawsze 
bardzo nisko. Za mąż się wydać chciała! Ma teraz wydanie bez ślubu! 
Przynajmniej ona, Marynka, wiedziała dla kogo się zaprzepaścić. Jej pierwszym kochankiem był 
przystojny, szykowny student, a nie stróż jakiś. Że później już zeszła, toć zwykła kolej, ale przynajmniej 
początek miała uczciwy. 
A Kaśka od stróżów zaczyna! — no! zresztą, znajdzie swój swego... 
Tymczasem nadeszła zima, mroźna, pełna zawiei i śniegu. Miasto całe pokryło się bielą, a na 
dachach piętrzyły się stosy śniegu, grożąc stoczeniem się po śliskiej pochyłości. 
Na ulicach stróże, owinięci w kożuchy, ostrymi kosturami siekali pokłady lodu, pokrywające 
zamarznięte chodniki; przechodnie mijali się, nie zwracając wzajemnie na siebie uwagi, śpiesząc 
do celu tak szybko, o ile pozwalały zziębnięte stopy i śliskie trotuary. Kobiety nie zatrzymywały 
się nawet przed wystawami sklepów, lecz zziębnięte wpadały do kościołów, aby tam w ustronnej 
kaplicy rozgrzać się trochę. Żebraczki ustawiały swe nadszczerbione garnki, pełne żarzących się 
węgli, a dorożkarze co chwila zaglądali do pobliskich szynków, skąd wychodzili rozgrzani chwilowo, 
lecz coraz więcej odurzeni siłą alkoholu. 
Z otwierających się co chwila sklepów, szynków lub restauracji buchały kłęby białej pary, zastygającej 
w powietrzu, a nad miastem unosiła się niebo szare, niepewne, oświetlone żółtą plamą, 
nie wydającą ze siebie ani odrobiny ciepła. 
Na ulicach panowała jakaś dziwna cisza; rzec można, że zimno mroziło ten zwykły gwar, jaki z 
wnętrza ulic wybiegał ponad dachy; słaby i zachrypły odgłos dzwonka, przyczepionego do dyszla 
sanek, jęczał 
nieraz samotnie wśród ciszy, a krzyk Żydówki wołającej: „Marony!38 pieczone, świeże” 
, rozlegał się z dziwną dokładnością po zasypanym śniegiem placu. 
Zima ta była bardzo ciężką dla Kaśki. Oprócz wełnianego kaftanika za całe okrycie posiadała 
tylko starą, czarną kamlotową chustkę. 
Ta chustka przecież w jesieni okazała się niedostateczną ochroną od zimna, cóż dopiero gdy 
mrozy nadeszły! Przyszedłszy do Budowskich, Kaśka mała ciepłą wełnianą chustkę, ale podczas 
choroby Budowskiego Jan tak często przychodził 
wieczorami! Trzeba go było uczciwie przyjąć i 
choć „koszykowego” nieraz porządny grosz się uskubał, toć jeszcze trzeba było dokupić tego i 
owego, bo wstydu przez skąpstwo jeść przecież nie można. 
I chustka przewędrowała do handlarki za cenę jednego guldena, który to gulden posłużył na wyprawienie 
dwóch uczt wieczornych, po których aż Jan głaskał się po żołądku. 
Kaśce wtedy było bardzo przyjemnie. Z wilgotnymi od wzruszenia oczami patrzyła na zadowolenie 
Jana, nie myśląc o smutnych następstwach swej gościnności. 
Teraz drżąc od zimna i kryjąc odziębione ręce pod podartą szmatę, nie żałowała również zmarnowanego 
ciepłego okrycia. Tak być musiało — byle co Janowi na talerz położyć nie mogła. 
Zresztą nie była przyzwyczajona do futer i watówek; nieraz do fabryki biegła boso, w perkalowym 
kaftaniczku, a zimna nie czuła. Tylko że od kilku tygodni czuje się trochę niezdrową, zmęczoną 
nad wyraz, i jakaś senność ją dręczy. Zapewne dlatego, że nic jeść nie może — zapach potraw 
sprawia jej nudności. Żywi się 
chlebem maczanym w occie, a na mięso patrzeć nie może. Nie rozumie, 
co się dzieje. Dawniej wiecznie była głodna, dziś na myśl o przełknięciu strawy gardło jej 
zaciska kurcz, a usta ma pełne śliny. 
Przy tym ręce, nogi ciężą 
jej jakby z ołowiu. Spałaby chętnie dnie całe, a robota jej zupełnie nie 
idzie. 
Bardzo, bardzo osłabła; wodę nosi z trudnością najwyższą, podłogę szoruje prawie ze łzami w 
oczach. 
Przy tym ma odziębione ręce i nogi. 
Buciki podarły się zupełnie i przez szczeliny nabierają do wnętrza śniegu, czepiającego się z 
uporem zsiniałej z zimna skóry. Ręce jej spuchły jak poduszki i świecą się niby wysmarowane 
olejem. Kaśka, powróciwszy z miasta, długo musi trzeć palce, zanim poczuje, że do niej rzeczywiście 
należą. Pod wieczór ręce i nogi palą w nieokreślony sposób, po prostu utrzymaćżelaza nie 
może. 
Co chwila tylko wzdycha przyciszonym głosem: 
— O Matko Najświętsza! 
Są to drobne męczarnie, nie znane zupełnie kobietom noszącym rękawiczki i buciki na flaneli. 
W ciasnej kuchence dręczy się istota piękna, młoda, wznosząca są wśród trywialnego otoczenia jak 
posąg, pełen doskonałych form i harmonii kształtów. A przecież kształty te, poranione, zsiniałe, 
skurczone cierpieniem, przedstawiają się 
jak masa, jak maszyna bezduszna, psująca się coraz więcej 
nadmiarem pracy i zaniedbaniem właścicielki. 
W bezustannym zajęciu, zziębnięta lub rozgrzana do potęgi, z rękami poranionymi, z podeszwami 
spuchniętymi, grzbietem złamanym, Kaśka stanowi istotny typ tak zwanej „sługi do 
wszystkiego”, sługi źle płatnej, źle odżywianej, ale zaprzęgniętej do roboty jak prawdziwe zwierzę. 
Dawniej zbiegła przynajmniej na dół i na pogawędce z Janem spędziła kilka chwil przyjemnych — 
dziś i tej rozrywki wyrzec się musi. 
Jan staje się coraz mrukliwszym, a chwilami patrzy na nią spode łba z jakimś złośliwym uśmiechem... 
Co więcej — spotkała go kilkakrotnie rozmawiającego z Marynką. Pomimo swej wrodzonej łagodności 
zacisnęła pięście i chciała poczęstować Marynkę dobrym kułakiem, ale opamiętała się w 
czas. 
Jakiś wstyd skrępował jej ręce i odeszła pełna smutku i zazdrości. 
A więc Jan pogodził się z tą dziewczyną, którą sam „latawcem, wiercipiętą” przezywał? O! 
Kaśka dobrze pamięta, jak to było na strychu, i widzi jeszcze, z jaką wściekłością Jan bronił ją 
przeciw docinkom Marynki. 
Teraz wszakże rozmawia z nią po kątach i śmieje się, jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło. To 
źle ze strony Jana, boć chłop winien zawsze ciągnąć za swą dziewczyną. 
I z wielką nieśmiałością Kaśka po rozmaitych omówieniach zwraca uwagę Jana na niewłaściwość 
tego kroku. 
On wszakże nie próbuje usprawiedliwiać się nawet. 
— A bo co? — odpowiada zuchwale, naciągając na ręce grube rękawice z czerwonej włóczki — a 
bo co? Cóż to, bez pozwolenia nie mogę z dziewczynami rozmawiać?... Owa, to ci zajechała! 
I z pyszną obojętnością ujmuje miotłę, służącą 
mu do zamiatania sieni, i tak macha w prawo i 
lewo, że Kaśka musi ustąpić i wyjść na dziedziniec. 
Kaśka chciała dziś jeszcze wspomnieć i o ożenku, ale jakoś nie śmiała. 
Jan tą arogancją swoją zbił ją zupełnie z tonu i onieśmielił. Choć jej przyrzekł, że się ożeni — teraz 
nie wspomina nawet o tym. 
Dlaczego? 
I w głowie Kaśki powstaje wielki chaos. Miałżeby zapomnieć? O! nie, takich rzeczy się nie zapomina. 
Kaśka z trwogą zaciska ręce na piersiach. Od chwili swego upadku myśl o niedotrzymaniu danej 
przez Jana obietnicy dręczy ją jak zmora. Nie sformułowała jej jednak jasno — bała się tej myśli jak 
jakiegoś upiora, który miał jej serce z piersi wydrzeć. 
Stoi tak na dziedzińcu zziębnięta, smutna, zgnębiona, maczając swe źle obute stopy w rozmakającym 
śniegu. Twarz jej nosi ślady bezsennych nocy i wielkiego znużenia. Oczy, ciemnymi obwódkami 
podkreślone, mają 
wyraz szczególnej tęsknoty i głębokiego smutku. Policzki zaczynają 
są zapadać z lekka, a twarz cała przybrała odcień więcej żółtawy, niezdrowy. 
Wielka zaszła zmiana w tej pięknej i niegdyś błyszczącej zdrowiem dziewczynie, okrągłe linie 
podbródka znikły, natomiast gors wypełnił się jeszcze i teraz niemal rozrywa zniszczoną tkaninę 
kaftanika. Tylko wzrost pozostał niezmieniony, kształtne linie czoła i nosa rysują się jeszcze dokładniej przez wydelikaconą skórę — a ramiona, wspaniałe, choć pochylone, biodra jeszcze więcej 
rozrośnięte i cały szkielet tej kobiety, szkielet olbrzymki, nie dający się zwalczyć ani moralnemu, 
ani fizycznemu cierpieniu, doprasza się koniecznie jednego tylko słowa — „Kariatyda”. 
Ponad nią, ponad tą gnębioną ciężkimi warunkami powszedniego bytu Kariatydą, wznosi się 
szmat nieba szarego, bezbarwnego, jak całe życie tej istotnej nędzarki. czym jest i dokąd dąży podobne 
jej stworzenie? Jakiż cel nakreślono tam w górze istnieniu tej kobiety wiecznie głodnej, 
zziębniętej i zmęczonej nadmiarem pracy? 
I oczy jej z wyrazem wielkiego smutku błądzą po szarych murach domu i wbiegają wreszcie na 
rozległy plac, spowity w biały całun, a kończący się długim budynkiem, nazwanym Tandetą. 
Czarne bariery, odgraniczające miejsce, na którym się musztrujążołnierze, z dziwną dokładnością 
rysują się na białym tle śniegu. Żółte mury koszar wznoszą się poważnie w tej puchowej bieli, 
a wał kolejowy, osrebrzony śniegiem, zatacza swą drogę w białym półkolu. 
Kaśka zna dobrze to wszystko! Och, nieraz patrzyła na przebiegające pociągi, a Jan tłumaczył 
jej, czy to sznelzug, czy bombelzug nadchodzi. 
Wydało się to jej wtedy bardzo ładne i bardzo wesołe, a świst zbliżającej się lokomotywy wywabił 
ją nieraz z kuchenki. I ot, teraz nadchodzi właśnie „towarowy” z niezliczoną ilością wagonów. 
Wlecze się jak olbrzymi wąż, a turkot kół najdokładniej słychać. 
Kłęby pary wznoszą się 
w powietrze i, zda się, marzną w zimnej atmosferze. Kaśka ze ściśnionym 
sercem patrzy na przelatujący pociąg! Miły Boże! gdy szedł „towarowy”, Jan zwykle wychodził 
na dziedziniec i szybko liczył ilość wagonów. Bywało ich nieraz do pięćdziesięciu, ba! czasem 
i więcej. Kaśka nie mogła wtedy wyjść z podziwu, jak jedna maszyna może tyle wagonów uciągnąć 
naraz, ale Jan zapewniał ją, że to rzecz nienadzwyczajna. Ba! on by sam to potrafił, gdyby 
zechciał. To szyny „bestie” wszystko, według niego, robią; szyny to ci same koła pchają, a zdrowy 
chłop uciągnie tak jak maszyna, a czasem i więcej. Kaśka dziwiła się bardzo tak wielkiej sile Jana i 
zapewniała, że ona by nigdy się nie odważyła na podobną próbę nawet z pomocą szyn. 
Jan śmiał się swym szczerym, serdecznym śmiechem, a wyciągając żylaste ręce, odwijał rękawy 
koszuli dla pokazania Kaśce, jakie ma silne muskuły. 
Było im wtedy bardzo wesoło i Kaśka czuła się bardzo szczęśliwa. 
Teraz Jan nie wychodzi już na dziedziniec, choć słyszy dobrze gwizd lokomotywy. Nie lubi długo 
jednej i tej samej rozrywki, tak jak nie może znosić jednego rodzaju wódki. Potrzebuje zmiany, 
w czym zresztą nie wyróżnia się od wszystkich mężczyzn. 
Kaśka wszakże, wierna dawnemu zwyczajowi, smutnymi oczami spogląda na znikający w oddaleniu 
pociąg. Chciała przeliczyć wagony, ale nie mogła. Za prędko biegły, a przy tym ścisnęła ją 
żałość tak wielka, że w oczach się jej zaćmiło. Mimo woli obraca głowę, szukając Jana, i spostrzega 
go w zagłębieniu bramy, rozmawiającego z jakąś kobietą. 
Nie jest to wszakże Marynka ani żadna ze służących zamieszkujących kamienicę. Kaśka zna tę 
głowę i plecy, proste jak deska, które, okryte jasnym perkalowym stanikiem, migocą 
na tle sieni. 
Tak, Kaśka się nie myli, to ona! to Rózia przychodzi ją szukać, może przeprosić za wyrządzoną 
niesłusznie krzywdę. 
I niepomna doznanej urazy podchodzi szybko ku przyjaciółce, zasięgającej widocznie bliższych 
informacji u Jana, jako stróża. Rózia odwraca swą płaską twarz i patrzą chwilę na siebie, nie mówiąc 
ani słowa. Kaśka pierwsza wyciąga rękę i serdecznym, poczciwym głosem wita Rózię, dziwiąc 
się zmianie, jaka zaszła w tej dziewczynie. 
I rzeczywiście, Kaśka ma słuszność dziwiąc się tak bardzo. Twarz Rózi nosi takie piętno nędzy i 
niedostatku, że Kaśka, jakkolwiek mizerna, wydaje się różą, kwitnącą zdrowiem i dobrobytem. 
Cała postać Rózi, niezwykle płaska, spłaszczyła się jeszcze więcej, jeśli można tu użyć tego słowa. 
Tylko ramiona i łokcie sterczą szpiczastymi kątami pod perkalem podartego kaftanika. Na chudej 
szyi widaćślady palców o długich, krogulczo zagiętych paznokciach. Palce te widocznie wpiły się 
niedawno w szyję tej kobiety i podarły skórę, wyrywając nawet w jednym miejscu kawałeczek 
ciała. Rana ta czerwona, świeża, nie zagojona jeszcze, jątrzy się jak po ukąszeniu niedobrego zwierzęcia. 
Pod lewym okiem mieni się skóra żółtawoniebieskim cieniem, unosząc wychudły policzek 
w dość znaczną wysokość. Rózia brudną ręką zasłania to podbite oko i bladymi ustami usiłuje 
uśmiechnąć się do witającej ją serdecznie Kaśki. 
— Mam do ciebie interes — mówi na koniec, a głos jej drży od zimna i wewnętrznego wzruszenia 
— czy nie można iść do kuchni? 
Mówiąc, ogląda się ciągle trwożliwie na drzwi sieni prowadzące na ulicę — rzec można, że się 
bardzo czegoś lęka: może jakiejś pogoni, może właśnie tej ręki, której palce czerwonymi bruzdami 
poorały żółtawą skórę jej szyi. 
Kaśka milczy wszakże przez chwilę. Budowski nie pozwala, aby ktokolwiek oprócz Kaśki znajdował 
się w kuchni. 
Ale Rózia patrzy błagalnie na Kaśkę i drży z zimna, źle okryta swym podartym perkalikiem. 
Spódnica, zmaczana na dole, wlecze się sczerniałym od błota kawałem po obu bokach. Podparta z 
przodu, odsłania prunelowe buciki podarte, powiązane tasiemką i zbyt krótkie, aby osłonić gołą, 
zaczerwienioną od zimna nogę. 
Kaśka uczuwa litość wielką nad swą przyjaciółką. Ona wie, co to jest zimno, bo sama drży, jakkolwiek 
jest cieplej ubrana, i z nagłą determinacją chwyta Rózię za rękę. 
— Chodź! pójdziemy na górę! 
Nagle z ciemnego kąta wysunęła się postać mężczyzny. Był to Jan, który podczas przywitania 
dwóch przyjaciółek usunął się na stronę. Ze swego kąta wszakże obserwował dobrze Rózię. Wydała 
mu się nędzną obszarpaną włóczęgą, ale instynktem zwierzęcym odgadł w niej kobietę namiętną, 
pełną 
żądzy i nigdy nie zaspokojonych pragnień. W tej dziewczynie płaskiej, źle zbudowanej, 
o przytłoczonym korpusie i szpiczastych ramionach, była jakaś siła przyciągająca mężczyzn — 
magnes kryjący się w fałdach jej obszarpanej sukni lub źle uczesanych włosach. Jan ocenił wprawnym 
okiem to zniszczone, a mimo to nie zużyte ciało, i zbliżył się ku Rózi z miłym uśmiechem na 
ustach. 
— Panna w odwiedziny do Kaśki? Panna pewnie przyjaciółka? 
I wsunąwszy ręce w kieszenie, kołysze się, patrząc na Rózię przymrużonymi oczami. 
Ona wszakże nie zwraca baczniejszej uwagi na Jana. Zapewne — rosły i tęgi mężczyzna, ale ona 
ma teraz co innego w głowie: rada by jak najprędzej być już w kuchni u Kaśki. I odwraca się szybko, 
zakrywając ciągle podbite oko zsiniałą ręką. 
Ale Jan nie daje tak łatwo za wygraną. Z głośnym śmiechem obserwuje, że „pannie musiał ktoś 
nadeptać na oko”, ale on zna niezawodne lekarstwo w postaci kieliszka waniliówki. 
— Mocna wódka, tęga, a mimo to damska — dodaje z pewną galanterią, uśmiechając się dwuznacznie. 
Widząc przecież, że wszystkie zaproszenia nie odnoszążadnego skutku, trąca Kaśkę, aby ona 
poparła jego prośbę. 
— Ty! zaprośże, głupia, pannę, pójdziemy na kieliszek! 
Rózia, słysząc to, spogląda na Kaśkę. Ten kułak, ta nazwa „głupia”, toć dowodzi już bliskiej 
znajomości. Miałażby Kaśka przejść już przez to? Byłżeby to jej kochanek? 
I z ciekawością zaczyna się przyglądać 
Janowi, nie ma jednak czasu do dalszej obserwacji, bo 
Kaśka nagle porywa się z miejsca i pociąga za sobą przyjaciółkę. 
— Pójdziemy do kuchni! ogrzejesz się! 
I przeszedłszy przez dziedziniec, obie znikają w ciemnym wnętrzu klatki schodowej. Chwilę 
jeszcze stał 
Jan, wpatrzony w miejsce, które przed chwilą zajmowała Rózia. 
Swoją drogą — dobrze się stało, że nie zgodziły się pójść z nim na kieliszek. Obie były nadto obszarpane 
i brudne. Nie miały nawet ciepłych chustek, a Jan już jak kogo ze sobą prowadzi, to nie 
może znów psu oczów zaprzedać. Tylko że ta nieznajoma dziewczyna wydała mu się dość przyjemną, 
pomimo podsiniałego oka i zaszarganej sukni. Musi mieć jakiegoś diabła w skórze, bo Janowi 
mrowie chodzi po żyłach, jak sobie ją przypomni. To są takie kobiety! o, trafiają się, choć 
nieczęsto — od razu coś ciągnie i krew burzy. Jan już znał 
takie dziewczyny, nic w nich nie ma na 
pozór, bo to chude i mizerne, ale zbliżyć się do nich — już człowiekowi dziwnie się robi. 
I dwie te natury pokrewne sobie, wiecznie pragnące zadowolenia zmysłów, tonące jedynie w 
nienasyconej namiętności, odczuły się i zrozumiały w mgnieniu oka. Zresztą Jan potrzebował nowości, a na to przecież są kobiety, aby je często przemieniać. 
Każda dobra — byle niedługo. 
I Jan, z wielką fantazją przekrzywiwszy czapkę 
na lewe ucho i zmrużywszy oczy, wyszedł przed 
bramę, aby tam, przybrawszy pozę zwycięzcy, zaczepiać przechodzące dziewczyny. 
Gdy Kaśka wprowadziła do kuchni swą przyjaciółkę, pomieściła ją koło pieca, pragnąc przede 
wszystkim, aby Rózia rozgrzała się trochę. Potem zakrzątnęła się koło komina, a ostawiwszy garnek 
z kośćmi, mającymi naśladować mięso do rosołu, przystawiła koło fajerki imbryczek z resztą 
zimnej herbaty. Pragnęła bowiem poczęstować przyjaciółkę czymś gorącym; widziała, że Rózia 
drży cała, a szczęki zacinają się jej z konwulsyjnym drganiem. Ciekawą jest, co też mogło Rózię 
doprowadzić do stanu takiej nędzy i opuszczenia. 
Nie śmiała wszakże pytać. 
Rózia usiadłszy na niskim stołku, oparta plecami o rozpalone kafle pieca, oddychała ciężko, 
przychodząc do siebie pod wpływem gorąca panującego w kuchence. Teraz już nie zasłaniała podbitego 
oka, wobec Kaśki nie żenowała się wcale, odsłaniała całą nędzę swoją fizyczną, jak przed 
kilku miesiącami nie kryła swego moralnego ubóstwa. 
Gdy Kaśka podała jej szklankę gorącej esencji, zabielonej odrobiną mleka, i kawałek sczerstwiałego 
chleba — chwyciła jadło z jakąś 
łapczywością. Widocznie dawno nie jadła. 
Piła herbatę, parząc sobie język i gardło, a chleb przełykała całymi kawałkami, nie przeżuwszy 
go pierwej. 
Kaśka stała przed nią, wpatrzona ze zdziwieniem w ten szkielet wygłodniały, zziębnięty, posiniaczony. 
Mój Boże! ona myślała, że nie ma na świecie nieszczęśliwszej nad nią 
istoty — teraz przekonała 
się, że są jeszcze większe nędze, większe utrapienia na świecie. Czyż ta żebraczka może być rzeczywiście 
tą pyszną Rózią, którą Kaśka ostatni raz widziała w mantynowej39 sukni, przy skrzynce 
zastawionej całej resztkami rozlicznych specjałów? Tak jak wtedy nie umiała sobie wytłumaczyć 
tego dobrobytu, tak teraz nie może zrozumieć przyczyn nagłej nędzy. 
O swojej urazie już zapomniała; widzi przyjaciółkę nieszczęśliwą, zgłodniałą, obdartą — to jej 
wystarcza. I w nagłym uniesieniu porywa swą zniszczoną, podartą chustkę, jedyne swe przed zimnem 
okrycie, a zarzucając na szpiczaste ramiona Rózi, mówi dobrym, pełnym uczucia głosem: 
— Na! ogrzej się. 
Ale Rózi jest już teraz ciepło zupełnie. Teraz tylko pragnie mówić. Gorąca esencja rozgrzała jej 
gardło — i cały potok zamarzniętych słów przepełnia jej usta. Czyni więc sobie ulgę, zaczynając 
swą spowiedź od słów: 
— Wiesz, ten psubrat wygnał mnie. 
Wygnał ją? 
Dobrze, ale kto? Kaśka tego zrozumieć nie może. Któż mógł wygnać Rózię z jej własnego 
mieszkania? Przecież 
to ona płaciła komorne, a sprzęty także były jej własnością. I pełna naiwnego 
zdziwienia zapytuje: 
— Kto cię wygnał? Dlaczego? 
Rózia niecierpliwie wzrusza ramionami. 
— A któż, jak nie ten włóczykij, ten utrapieniec, to boże pomiotło, ten rabuśnik Feliks. Wygnał 
mnie i obił. O pobicie — to mniejsza, ale stancję zaparł i nazad wetknąć się nie mogę. 
Kaśka z wielkiego zdumienia aż przysiadła na ziemi. 
Więc do tego doszła zuchwałość tego mężczyzny, żeby aż w mróz swoją kochankę 
na dwór wypędzał? Jakże się to stało? 
Nie potrzebuje wszakże pytać, bo Rózia, rozpocząwszy swą opowieść, nie daje się prosić z 
określeniem bliższym całej katastrofy. 
— Cholernik to, a nie człowiek — mówi, trąc plecy o rozpalone płyty — z łatyndy przerobiłam na 
pana, na grzbiet przywdziałam szmaty, a ta kanalia, nie dość, że dnie całe do góry brzuchem leżał i 
dziury w suficie rachował, tak mnie teraz opiłował, że ani do świata, ani do porządku dostępu mieć 
nie mogę... Z mleczarni ci mnie wyciągnął, do kawiarni iść kazał; a że czasy były psie, to namówił, 
aby zmienić papiery: no! wiesz, te z glipotecznego banku! Zrobiłam ja tak i łapciuchowi sprzedałam, 
bo mi tak już kanalia dozierał za to, że mam składankę, a on po kotłach jada. Myślę sobie: na! 
weź, zatkaj pysk. Ta i wziął, sprawił sobie garnitur; ledwom wydarła na tę jedwabną suknię, coś 
mnie w niej widziała. Z kawiarni już wystąpiłam, bo on sam chciał, abym z nim używała państwa. I 
bumblowaliśmy też! bumblowali... 
Urwała nagle, a mętnymi oczami zapatrzyła się przed siebie. Widocznie to „bumblowanie” było 
niezmiernie miłym wspomnieniem i wymagało trochę rozwagi. Kaśka, zasłuchana, nie przerywała 
tego milczenia. W religijnym skupieniu słuchała słów przyjaciółki, kiwając tylko od czasu do czasu 
głową na znak zdziwienia. 
Sąd o tej całej sprawie zostawiła na później. 
— Aleśmy się naużywali — ciągnęła dalej Rózia, uśmiechając się — jedliśmy u mej dawnej pani, 
żeby poznała psiajucha, kogo to miała w służbie. Wszystko na maśle, bo Feliks taki ci się wybrednik 
zrobił, że smalcu by w gębę nie wziął. A po obiedzie kazał sobie dawać czarną kawą i wyciągał 
nogi jak jaki hrabia, a zęby wykłuwał... pedam ci! jak się na niego patrzyłam, to mnie podziwienie 
brało, skąd mu się taka pańskość wzięła. Po obiedzie to czasem wołaliśmy dryndę i hajda na spacer. 
A Feliks, bestia, nogi zakładał dryndziarzowi za kołnierz i tak jechał, a tylko pluł, jak kto nas 
mijał. Wieczorem tośmy szli na kufelek i tam się zabawiali nieraz do rana. Oj! to ci było życie!... 
Kaśka uznaje za stosowne wtrącić uwagę: 
— A za cóż cię wygnał, kiedyś mu takie dogodzenie sprawiała? 
— Za co mnie wygnał? — wołała Rózia — psiawiara! pieniędzy nie stało, a on nabrał pańskich nawyczek 
i chciał sobie cięgiem zęby smarować miodem. Wydziwiał co dzień, namawiał, aże... 
Urwała nagle, oglądając się na wszystkie strony. 
— Ty wiesz, czy nas kto nie słucha? — zapytała nagle, a niepokój zmarszczył bladą i zgniecioną 
maskę jej twarzy. 
Kaśka obejrzała się mimo woli. 
Cóż, u diabła, ma do ukrywania ta Rózia? Dlaczego się obawia ludzkich uszów? Musiała zrobić 
coś złego. I mimo woli Kaśkę przejmuje trwoga — licho wie, co popełnić mogła ta dziewczyna za 
namową takiego utrapieńca, jak Feliks. 
Mimo to zapewnia Rózię, że są bezpieczne zupełnie. O! pan dawno wyszedł, a o panią nie ma 
strachu. Ta leży jak martwa i tylko od czasu do czasu westchnie jak małe dziecko. Ona nic nie posłyszy. 
I ciągle strwożona przysuwa się do Rózi, przyklękając tuż przy niej, aby lepiej dosłyszeć mogła. 
Tak, jej Rózia może się zwierzyć zupełnie bezpiecznie. Ona nikomu nie wygada — wpadnie jak w 
ucho księdza na św. spowiedzi. 
— Nie miałam już pieniędzy — zaczyna Rózia, kurcząc mimo woli całą swą postać. — Feliks harmiderował, 
poszłam do „grubej! i... chciałam ściągnąć 
jej z szufladki. „Gruba” się w czas spostrzegła, 
a ja uciekłam, tylko kawałek spódnicy w rękach pana został. Mogą mnie złapać i zamknąć, nie 
chciałabym użyć tej frajdy, bo to się na zawsze do człowieka przylepi i nigdy już nie odstanie. 
Skończyła, patrząc zdziwiona na Kaśkę, milczącą i patrzącą chmurnie w ziemię. Spodziewała 
się potępienia ze strony przyjaciółki, która w jej wyobrażeniu pozostała jeszcze ciągle z piętnem 
uczciwej głupoty na czole. Dlaczegóż dziś właśnie Kaśka nie gani jej postępku, tej chęci okradzenia 
dawnej swej chlebodawczyni, za co ją dawniej tak surowo gromiła? 
Czyżby i ona sama?... 
Ale Kaśka przecina jej domysły. Zdrowym, chłopskim rozumem ogarnia całą sytuację i reasumuje 
ją w kilku słowach: 
— Przecież teraz nie możesz wyjść na ulicę. 
Prawda, Rózia nie pomyślała o tym. Po nieudanym zamachu na kasę grubej właścicielki mleczarni 
uciekła wprost do Kaśki, pędzona jakimś niewytłumaczonym dla niej instynktem zachowawczym. 
Zdawało się jej, że ta wielka, silna dziewczyna zdoła ją obronić od wszystkich „policajów” 
świata całego. 
Teraz jednak zrozumiała całe swoje położenie, w uszach ciągle brzmiał jej wykrzyk pełen groźby 
i obiecujący spełnienie zawartej treści: 
— Zgnijesz w kryminale. 
Cóż teraz począć? Wyjść i oddać się tym samym w ręce policji? O! nie, Rózia woli się raczej 
oblać naftą i podpalić. Tak przynajmniej zapewnia, łkając rozpaczliwie. 
Kaśka jednak zbiera całą energię; zapomina o swych własnych troskach i myśli jedynie o zapewnieniu 
bezpiecznego schronienia swej przyjaciółce. 
Tak będzie najlepiej. Rózia ukryje się na strychu, za małym ogrodzeniem, w którym są schowane 
rozmaite graty, stare dachówki i tym podobne przedmioty. 
Jan, gdy go Kaśka poprosi, pozwoli na to z pewnością. 
I pełna najlepszych chęci chwy6ta za klucz od strychu, zachęcając Rózię do udania się dla zajęcia 
nowego lokalu. Rózia wszakże ociąga się chwilkę, uprzejmość Kaśki budzi w niej wspomnienie 
krzywdy wyrządzonej tej dobrej dziewczynie owego popołudnia niedzielnego, gdy Kaśka przyszła 
do niej w odwiedziny. Dziś Rózia padła na jej ręce, a ona, zapomniawszy urazy, ocala ją od ohydnej 
kary, jaka jej grozi. Czym się wypłaci za tyle dobroci? 
Mówi jej to z pewnym zakłopotaniem, bojąc się, czy przypomnieniem gradu obelg, jakimi obsypała 
Kaśkę, nie zmieni w tej ostatniej dobrego postanowienia. 
Ale Kaśka zatrzymuje się przy drzwiach po to tylko, aby łagodnie zapytać się, czym właściwie 
zasłużyła na ten „despekt”, jaki ją spotkał. 
Rózia odzyskuje nagle rezon. 
— To Feliks gadał, że jakeś przyszła po kufer, to się do niego brałaś, a na mnie suchej nitki nie 
ostawiłaś, takeś mnie przy nim malowała. 
Kaśka, zdziwiona, patrzy chwilę, po czym wzrusza ramionami. 
— Ot, plecenie bez ładu — odpowiada — durna byłaś, żeś w to uwierzyła, a teraz chodź na strych, 
bo pan wróci i będzie wtedy godzina! 
Mogła przecież powiedzieć Rózi, że to Feliks właśnie namawiał ją sobie, ale z delikatnością, 
właściwą poczciwym kobietom, milczy na tym punkcie, nie chcąc sprawić przykrości przyjaciółce. 
Za chwilę wchodzą obie na strych, gdzie panuje zgniłe zimno, wpadające do wnętrza przez 
otwory dachu i powybijane szybki strychowych okienek. Kaśka lokuje Rózię w małej przedziałce, 
utworzonej z desek dość szczelnie zbitych i zamkniętych na drzwiczki, opatrzone zawiasami. Kaśka 
obiecuje przynieść niebawem kłódkę i zamknąć Rózię w tym schronieniu. 
— Będzie ci tu przespiecznie, tylko jakby kto wieszać bieliznę przyszedł, to się nie ruchaj! — 
upomina przyjaciółkę — siedź jak umarła; ja ci tu przyniosę jaką pościółkę, a tymczasem weź moją 
chustkę i owiń się dobrze. 
Mówiąc to, ściąga z pleców zrudziały i zniszczony szal, którym owija Rózię; nie pamięta w tej 
chwili, że jest to jedyne jej przed zimnem okrycie — widzi tylko drżącą od zimna istotę i stara się ją 
ogrzać, narażając się sama na przeziębienie i inne gorsze następstwa. 
Rózia pragnie jej podziękować serdecznie, ale Kaśka nagle blednie i chwiejąc się, opiera o szalowanie. 
Cichym głosem zapewnia Rózię, że to przejdzie, bo teraz często napada na nią takie „stumanienie”, 
tylko że prędko przechodzi. I teraz przejdzie z pewnością, tylko wyjdzie trochę na powietrze. 
Rózia okiem doświadczonej kobiety spogląda na przyjaciółkę. Te „stumanienia” bywają zwykle 
u dziewczyn podejrzane. Ona sama nie przechodziła tego nigdy, ale napatrzyła się nieraz na takie 
historie. Nie mówi jednak nic, tylko uśmiecha się dwuznacznie, nie rozumiejąc, dlaczego sprawia 
jej zadowolenie ten jawny dowód upadku Kaśki. Nawet odbierając dobrodziejstwa z rąk tej dziewczyny, 
rada by ją widzieć nad przepaścią, jeśli nie na dnie przepaści. Ma w swym charakterze tę 
trochę zgnilizny, jaką nosi zielonawa cera jej twarzy. Rada wciąga w siebie woń rozkładu swego i 
drugich, choćby dobrze jej czyniących osób. 
Gdy Kaśka zeszła na dziedziniec, znalazła Jana opartego o ścianęśmietnika i wpatrzonego w dal 
z wyrazem znudzenia na twarzy. Na głos Kaśki odwrócił się niechętnie i słuchał jej słów z widocznym 
niezadowoleniem. Ona początkowo starała się ułagodzić 
go i rozruszać, uśmiechając się doń 
łagodnie pomimo bezustannych mdłości, które ją trapiły. On pozostał ciągle zachmurzony; dopiero 
gdy Kaśka zaczęła nieśmiało prosić go, aby pozwolił Rózi przesiedzieć jakiś czas na strychu, rozjaśnił 
się widocznie. 
Owszem, dlaczegóż nie ma pozwolić tej dziewczynie przenocować w schowanku? Cóż to, czy 
one sądzą, że on z kamienia i na biedę ludzką nie ma wyrozumiałości? On wie, co się należy dla 
kobiet, i chętnie nie tylko pozwala, ale i siennika nawet pożyczy. Kaśka, pełna wdzięczności, 
głaszcze go po ramieniu. Mój Boże! ona się tak bała, że Jan ją ofuknie i Rózi precz iść każe; teraz 
go przeprasza za to posądzenie — myślała, że jest o wiele niepoczciwszy — ot, jak każdy chłop, który 
dziewczynami poniewiera. 
I chętnie odpowiada na pytanie Jana, jakie ten ostatni jej zadaje. Pytania te tyczą się głównie 
Rózi — kto jest, skąd przybyła, czy ma jakiego kochanka. 
Kaśka przedstawia swą przyjaciółkę w jak najlepszym świetle. Milczy o jej wadach, nie może 
jednak pominąć opowieści o Feliksie. Jan śmieje się, pobudzony nagle obrazem zwierzęcego przywiązania 
tej płaskiej dziewczyny do starego, żonatego człowieka. 
— A to ci kawalarka! — mówi — ja zaraz poznałem, że to musi być 
rarytny ananas, bo ma takie 
świdrujące ślepie... 
I za oddalającą się Kaśką posyła jeszcze wybuch śmiechu i „to ci kawalarka!” 
Wróciwszy do kuchenki zastała Kaśka Budowską, oczekującą ją niecierpliwie. Na żółtej twarzy 
Julii widniało jakieś rozpaczliwe postanowienie, chęć dopięcia, bądź co bądź, zamierzonego celu. 
W rękach trzymała list zapieczętowany, z nakreślonym ukośnie adresem. List ten wręczyła Kaśce, 
nakazując jej iść 
natychmiast do Politechniki, odszukać tam rzeźbiarza Wodnickiego i temu wręczyć 
list dla przesłania go wiadomej osobie. 
— Idź prędko — mówi, zbliżając się do komina — ja obiadu dopilnuję, ty idź 
i dopytaj się mądrze o 
tego pana. To jest młody pan, co z kamienia ludzi robi — tłumaczy, podnosząc z nerwowym pośpiechem 
pokrywki od garnków — pokażę ci, gdzie on lepi; ty jesteś rozumna dziewczyna, trafisz z 
pewnością. 
Kaśka wychodzi szybko, ogarnąwszy się trochę. Włożyła lepszą spódnicę i stary flanelowy kaftanik. 
Chciała wstąpić po chustkę, ale cofnęła się już 
od drzwi strychu. Ona się zagrzeje idąc; Rózia, 
siedząc pod strychem, może zziębnąć gorzej. Woli więc zostawić chustkę przyjaciółce. 
Wyszedłszy na ulicę, zatrzymuje się, orientując powoli. 
Politechnika? — trudna nazwa — i Kaśka z pewnością by nie trafiła, gdyby nie to, że dawno już, 
wtedy jeszcze, gdy była u Pinkusów Lewi, przechodziła z niańką przez ulicę prowadzącą za miasto. 
Kończyli właśnie budować jakiś wielki budynek i Kaśka stanęła chwilę, aby się 
dobrze tej masie 
przypatrzyć. Jeden z robotników, który nawet wyglądał na „starszego”, wytłumaczył zaciekawionym 
dziewczynom cel, na jaki gmach ten ma być przeznaczony. Tłumaczenie to nie było nader 
jasne, a Kaśka i Franka nie odznaczały się widocznie bystrością umysłu, skoro odeszły tak mądre, 
jak się zatrzymały. Wpadła im tylko do uszów nazwa „Politechniki”, którą przekręcały na swój 
sposób. Nazwa jednak w pamięci została. Dlatego Kaśka po chwilowym namyśle skierowała się na 
prawo i szybkim krokiem zapuściła się w labirynt wąskich i żydostwem zapchanych uliczek. Koło 
Pocztowej ulicy przestrzeń zaczęła się rozszerzać, domy czyściejsze, wolne od żydowskich szyldów 
i szafek wznosiły swe mury, zdobne w balkoniki, przystrojone pasami śniegowego puchu. 
Wprędce Kaśka wydostała się na szeroką ulicę, pełną rusztowań lub świeżo ukończonych kamienic. 
Z dala widniał już gmach Politechniki. Sam biały, występował ze śniegu jak olbrzymia 
kobieta, stojąca w śnieżnej, miękkiej pościeli. Przed nim mały placyk roztaczał się niepokalanie 
biały, puszysty jak futerko królika. Czarne sztachety, okalające ogród, miały na załamaniach swych 
strzał, na brązowych ozdobach pełno tej śnieżystej koronkowej bieli. Kaśka od razu poznała 
gmach. Tak, istotnie, to był ten sam dom, którego rozmiary zastanowiły ją nawet, gdy jeszcze 
rusztowaniem w części zasłonięte były. Tylko teraz imponował jej nieposzlakowaną czystością 
murów. Mimo woli zatrzymała się u głównego wejścia... wszystko ażświeci z czystości — jakże 
ona tam wejść może! 
Nie puszczą jej z pewnością. 
Ale w przedsionku nie było szwajcara ani żadnego ze służby. Kaśka weszła więc, unosząc swą 
zamoczoną spódnicę. Ta piękna, taflowa posadzka onieśmielała ją bardzo. Wolno bardzo skierowała 
się ku schodom, które wysuwały ku niej swe płaskie, szerokie flizy, szare, niezdecydowanej 
prawie barwy, zapożyczonej od zimowego, posępnego nieba. Schody te, umieszczone niewłaściwie, 
za olbrzymie w porównaniu z obszarem, w którym się mieściły, zdawały się być przygniecione 
zbyt niskim sufitem, który niesmaczną masą zwieszał się nad nimi. Kaśka jednak, mało wrażliwa 
na błędy architektury, stąpała wolno i ostrożnie po kamiennych flizach. Ten przedsionek robił 
jej wrażenie kościoła; religijna cisza, panująca dokoła, potęgowała tę iluzję. Dokoła kurytarze wyciągały 
się w prostych liniach, zabierając w swe wnętrze wąski pan wojłokowego dywanu. 
Na szczycie schodów kurytarze te plątały się w istny labirynt. Szklana kopuła oświetlała jasno 
szeroką przestrzeń, pokrytą ciemnymi i jasnymi flizami. Dokoła, jak promienie gwiazdy, rozsnuwały 
się głębie kurytarzy, chłonąc w siebie światło i ginąc w cieniu. Wielka kamienna statua stała 
zimna i niewzruszona w głębi, opierając się plecami o nagąścianę. Była to wielka, muskularna 
kobieta, ubrana w togę i przystrojona w laurowy wieniec. Oczy jej szeroko rozwarte patrzyły bez 
źrenic, z tym uporem, smutnym wyrazem, tylko posągom właściwy. W jednej ręce trzymała rylec, 
w drugiej tabliczkę, Stała tak samotna, znudzona w niepewnym świetle, lejącym się z szyb górnego 
okna kopuły. U stóp jej wąskie i niewygodne ławeczki nie zapraszały zbyt gościnnie do wypoczynku. 
I wszystko w tym przedsionku było smutne, szare, milczące, tchnące jakimś niezdrowym, 
szpitalnym spokojem. 
Kaśka zatrzymała się, niepewna, w którą stronę skierować kroki. Spoza wysokich, ciemno pomalowanych 
drzwi nie dobiegałżaden szmer, żaden głos ludzki. Zdały się wrotami jakichś tajemniczych 
grobowców, więżących w sobie trupy, spowite w płótna kryte hieroglifami. 
Kaśka nie śmiała dotknąć się którejkolwiek klamki. Błyszczały w szarym świetle jak ostrza 
sztyletów, jak końce dzid, ukrytych poza drzwiami strażników. 
I Kaśka stała tak długo, oddychając cicho, bojąc się, aby głośniejszym westchnieniem nie zakłócić 
religijnej ciszy, płynącej wzdłuż tych ziemnych, szarych murów. 
Nagle z głębi kurytarza wysunął się młody chłopak w płóciennych, podartych spodniach i kortowej 
kurtce na grzbiecie. Była to dziwaczna istota, wysoka, chuda, przygarbiona. Czoło wypukłe 
zakryte było w połowie kosmykiem rudawych włosów. Nos prosty, regularny, zakończony cienkimi 
nozdrzami, usta szerokie, o wąskich, zaciśniętych wargach, cała ta twarz, będąca mieszaniną 
najpiękniejszych linii z nieforemnościami i skurczeniami zupełnie nieregularnymi, uderzała na 
pierwszy rzut oka. Klasyczny nos, prawdziwy nos Napoleona I, zabłąkał się widocznie pomiędzy 
dwoje drobnych, prawie chińsko rozciętych oczu. Oczy te miały chwilami błysk stali; było w nich 
coś ze źrenic kota, gdy je nadmierne światło razi. Owal twarzy harmonizował z pięknością nosa, 
lecz kształt głowy psuł to wrażenie. Szyja długa i chuda, ramiona olbrzyma, piersi wklęsłe, nogi 
długie i prawie w pałąk zgięte nadawały temu chłopcu piętno szpetoty, pomimo pojedyńczych idealnie 
pięknych rysów. 
Chłopiec szedł wolno, kołysząc się na krzywych nogach. W jednej ręce trzymał młotek, ubielony 
cały gipsem. Zresztą gipsu tego miał na sobie pod dostatkiem. Na włosach osiadły całe tumany, 
tak że gdzieniegdzie tylko przeświecały rude kosmyki. 
Plecy, rękawy, buty nawet, wszystko ginęło pod białą powłoką. Na twarzy także miał białe plamy, 
co mu nadawało podobieństwo do klownów cyrkowych. 
Szedł z przymrużonymi oczami, wymachując młotkiem i rozsypując dokoła tumany kurzu. Dostrzegłszy 
Kaśkę, zatrzymał się chwilę. Obecność tej dziewczyny zastanowiła go widocznie. Podobne 
odwiedziny nie powtarzały się zbyt często pod oszkloną kopułą. Kaśka stała także, nie 
śmiejąc się ruszyć z miejsca. Ukośne oczy tego chłopca nie budziły w niej zaufania. Przy tym machał 
ciągle młotkiem w sposób dwuznaczny. Kto wie, jakie miał zamiary! 
Ale on porwał się nagle z miejsca i przysunął się ku niej z szybkością błyskawicy. Źrenice 
błyszczały dziwacznie, a z jego piersi dobył się krzyk nieludzki, zwierzęcy, krzyk ostry jak nóż 
myśliwski i przejmujący do szpiku kości. 
Kaśka przerażona cofnęła się kilka kroków ku schodom. Głos tego człowieka przerznął nagle 
powietrze i tryumfalnie wzbił się aż pod szklane sklepienie. W krzyku tym drgały całe setki niewypowiedzianych 
wyrazów, jakieś rozpaczliwe pragnienie, aby zostać zrozumiałym. W ciszę, panującą 
dokoła, wpadł nagle ten krzyk wpółludzki, wpółzwierzęcy i zakołatał do wszystkich zamkniętych 
drzwi, wznoszących się dokoła przedsionka. 
Ale nikt oprócz Kaśki nie zastanowił się nad znaczeniem tego głosu. Drzwi niewzruszone, 
szczelnie zamknięte, połyskiwały klamkami, a kamienna kobieta nie drgnęła na swym piedestale. I 
powtórnie znów się rozległ ten wrzask, jeszcze silniejszy, groźniejszy niż przedtem. Chłopak patrzył 
ciągle na Kaśkę, a na czole jego wystąpiły dwie sinawe pręgi. Widocznie wydobycie głosu 
kosztowało go wiele siły. 
Teraz Kaśka zrozumiała, że ma do czynienia z głuchoniemym. Wprędce pozbyła się obawy. Postąpiła 
kilka kroków, a znalazłszy się przed kaleką, usiłowała gestami wytłumaczyć, o co jej chodzi. 
Nie szło jednak łatwo. Chłopiec nie mógł zrozumieć, o co chodzi, a Kaśka mało miała wyobrażenia 
o podobnym systemie porozumiewania się. 
Stali tak długo naprzeciw siebie, czyniąc najrozmaitsze gesta i nie mogąc się porozumieć wzajemnie. 
Nagle głuchoniemy schwycił Kaśkę za rękę i pociągnął ją w głąb jednego z kurytarzy. Wydając 
dzikie krzyki, biegł po wojłokowym chodniku, ciągnąc za sobą przerażoną dziewczynę. Na 
prawo i na lewo migały przed nią drzwi takie same, jakie okalały przedsionek. 
Jedne z tych drzwi otworzyły się gwałtownie. W nich ukazała się znajoma Kaśce postać małego 
rzeźbiarza, który ofiarowywał na podwórku mleczarni dwa szóstaki za pozwolenie oblepienia ją 
gliną. I on poznaje od razu tę tęgą dziewczynę, ujrzaną wśród letniego popołudnia; wesoły uśmiech 
igra na jego kształtnych ustach. Z prawdziwą radością, przy pomocy głuchoniemego wciąga Kaśkę 
do wnętrza pracowni. Tam — śmieje się z niej, podkręcając wąsa, usiłując nadać swej drobnej, dziecięcej 
twarzyczce wyraz diabelski. Pozbyła się 
wreszcie niepotrzebnego „boja” i namyśliła się. 
Zrobiła bardzo dobrze, bo dwie szóstki... to zawsze dwie szóstki. I z miną bogacza uderza się po 
wiecznie pustych kieszeniach dla wzbudzenia większego zaufania, co jednak nie oddziaływa na 
głuchoniemego. Widocznie ten „pomocnik rzeźbiarski” nie daje się brać na tak zwane „kawały” i 
energicznymi wrzaskami zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek monety w kieszeni swego mistrza. 
Ten ostatni przecież nie zwraca uwagi na brak uszanowania, jaki mu jego uczeń w tak donośny 
sposób objawia; stoi ciągle przed Kaśką uśmiechnięty i pełen radości, że natrafił wreszcie na przyzwoity 
model dawno obmyślanej Kariatydy. Ale ona przecina szybko te przedwczesne nadzieje. 
Nie namyśliła się wcale, ani nie przyszła tu po dobrej woli. Pani ją posłała z listem do jakiegoś pana 
Wodnickiego. Może on zechce ją objaśnić, gdzie można znaleźć tego pana. Pragnie wrócić jak 
najprędzej do domu, ale tutaj, to jak na cmentarzu, ot, jakby wszyscy powymierali — taka pustka, 
człowieka spotkać i zapytać nie można... 
Wesołość małego rzeźbiarza wzrasta. Wszakże to on jest Wodnickim, a ona prosi go o wskazanie, 
gdzie „ten pan” przebywa. 
— Ach, sztukaterio jedna! — woła, zanosząc się od śmiechu — poszukasz niedługo własnej głowy, 
coś ją zostawiła na dziedzińcu. 
Głuchoniemy wydaje coraz przeraźliwsze wrzaski. Nie słyszy śmiechu pana, ale poznaje po 
składzie ust, że to jakaś „frajda”. W przystępie radości wali z całych sił młotkiem w kawałek blachy 
i dobywa z siebie skandaliczne krzyki. 
Mistrz uznaje za stosowne położyć koniec tej lubej wesołości. 
— Milcz, bryło jedna! — woła, dodając odpowiedni gest, wspaniały gest Cezara uciszającego tłumy. 
Tłum w postaci jednego kaleki milknie i tylko głuche, przyciszone warczenie daje się słyszeć z 
kąta. Głuchoniemy zasuwa się za stosy płyt gipsowych i stamtąd śledzi uważnie wyraz twarzy 
swego pana. Tymczasem Kaśka zabiera się do odejścia; skoro doręczyła list, nie ma tu przecież co 
robić. Ale rzeźbiarz jest innego zdania. List nie jest adresowany do niego; ten pan, dla którego list 
jest właściwie przeznaczony, może nadejść... dobrze więc, aby Kaśka poczekała i rozmówiła się z 
nim osobiście. Teraz Kaśka tym bardziej opiera się i kieruje się ku drzwiom. Wspomnienie barczystego 
studenta napełnia ją trwogą. Pamięta go dobrze w tym niepewnym świetle latarni; jego zuchwałe 
oczy i wydęte wargi sprawiły na niej przykre wrażenie. Instynktem, właściwym kobietom, 
przeczuła w nim zwierzę pełne niepohamowanej namiętności i znienawidziła go bezwiednie. Dlatego 
teraz pragnie odejść i febrycznie chwyta za klamkę, którą jej mały rzeźbiarz wydrzeć usiłuje. 
— Nie pójdziesz tak szybko, ty ornamencie dziki! — woła, śmiejąc się szczerym, serdecznym 
śmiechem — niechże choć dam ci karteczkę, że list mi oddałaś. 
Kaśka decyduje się zaczekać, a Wodnicki zaczyna szukać przyborów do pisania. Dziewczyna 
tymczasem rozgląda się 
po pracowni. Nigdy jeszcze nie była w takim miejscu. Wprawdzie coś podobnego 
widziała już, idąc na cmentarz, ale zawsze nie było to, co tutaj. 
Tam robili prości robotnicy w fartuchach, a spod ich młotów rodziły się same święte figury. 
Więc Pan Jezus na krzyżu, z wiecznie jednakowo przechyloną głową; wysokie anioły w fałdzistych 
spódnicach, z trąbami w spuchniętych rękach; małe dzieci, przewiązane pieluszką i klęczące w bardzo 
niewygodnej pozie — słowem, cały ten legion figur kamiennych, ciosanych ręką drżącą jeszcze 
od wódki i ulicznej rozpusty, bez śladu natchnienia, pojęcia o prawdzie, o piękności cielesnej lub 
duchowej. Dla Kaśki przecież tamte wytwory sztuki były o wiele piękniejsze i bardziej przemawiające 
do jej trywialnej natury niż próbki geniuszu napełniające pracownię Wodnickiego. 
Pracownia ta mieściła się w podłużnej, wysokiej salce, przeznaczonej pierwotnie do innego 
użytku, a za staraniem jednego z członków wydziału, a protektora małego rzeźbiarza, oddana 
Wodnickiemu na tak zwane „atelier”. 
Była to biedna pracownia ubogiego polskiego artysty, daleka od wytwornych i bajecznych przepychów, 
jakimi odznaczać się zwykły pracownie zagranicznych mistrzów. Ale było tam za to bogactwo 
talentu, przepych próbek genialnych, śmiałą ręką w jednej chwili tworzonych, i dostatek 
myśli, zakuwanych w materiał nędzny i skarżący się tym ubóstwem. 
Na białych ścianach widniały kontury postaci, kreślone węglem, grzeszące czasem przeciw 
skrupulatnej anatomii, ale pełne życia już w swych zarysach, dla oczu znawców tylko zrozumiałych. 
Rysunki te przecinały medaliony gipsowe lub z terracotty, porozrzucane niesymetrycznie, 
grupami, ot, tak w porządku tworzenia lub w chwili kaprysu. Na medalionach tych widniały profile 
rozmaitych ludzi — niekształtne głowy z upartymi czołami, o spłaszczonych czaszkach lub czyste, 
klasyczne rysy, ożywione uśmiechem lub pełnym znaczenia sfałdowaniem czoła. Były tam i płaskorzeźby, 
niewielkie, kwadratowe lub podłużne tablice, z których do pół wysuwały się figury 
smukłych, nagich kobiet, tańczących z tamburinami40 lub kąpiących się w lekko marszczonej wodzie. 
Na środku pracowni stały dwie olbrzymie postacie, sięgające aż do sufitu nagimi czaszkami. 
Dwa te olbrzymy, potwornie swą wielkością ohydne w tym nienaturalnym zwiększeniu, czyniły 
wrażenie słoni, zamkniętych w ciasnej klatce niemieckich Thiergartenów. 
Po odpowiednich emblematach, to jest po kluczach itd., poznać było można dwóch apostołów, 
Piotra i Pawła, przeznaczonych do przyozdobienia jednego z małomiasteczkowych kościołów. 
Był to obstalunek, zrobiony ze składek pobożnych parafian. Pragnęli miećświętych wielkich, 
jak żaden kościół w miasteczku; rozmierzyli na łokcie, wytargowali każdy centymetr i co tydzień 
niemal delegowano deputację dla zbadania czy święci postąpili we wzroście i czy rzeźbiarz trzyma 
się ich uwagi i wskazówek. Wielkie zmartwienie sprawił tej deputacji św. Paweł, który przynajmniej 
o czoło zdawał się niższym od św. Piotra. Chcieli miećświętych równych wzrostem, aby nie 
obniżaćżadnego z nich w umyśle wiernych. Przez długi czas nudzili Wodnickiego, aby zrównał 
głowy apostołów. 
— Cóż to panu szkodzi podnieść trochęświętego Pawła. Można go postawić na przykład na cegiełce 
albo na kamieniu. 
Wodnicki zaciskał pięści i nie odzywał się 
wcale, tylko od czasu do czasu rzucał taki wzrok na 
gromadę „wiernych”, że głuchoniemy, nie mylący się 
nigdy co do natury tego wzroku, chwytał w 
nadmiarze przestrachu garść 
gliny i zasmarowywał sobie twarz całą. 
Kaśka z trwogą i szacunkiem spojrzała na święte figury. W małej salce zdały się jej olbrzymie, 
surowe, pełne grozy, nieubłaganie spoglądające na nią szarą powłoką swych źrenic. O podstawę 
oparte stały części pomnika sławnego historyka, zmarłego przed kilkoma laty. I na tę pamiątkę 
składał się 
naród, ale nie garstka kilkuset sfanatyzowanych mieszczan, lecz kilkaset tysięcy ludzi, 
którzy kroczyli po ciemnej drodze, rozświetlanej pochodnią, płonącą w dłoni wielkiego pracownika. 
Pracownik ten zstąpił do mogiły przedwcześnie, ale pochodnia, zapalona jego ręką, płonie na 
kartach ksiąg, które za życia kreślił. I jednozgodnie rzucono się do znoszenia ofiar na pomnik dla 
zgasłego historyka. Nikt nie wołał, nie uderzał w wielki dzwon, nie alarmował i nie dzwonił dziadowską 
puszką. Szli wielcy i mali, a najwięcej mali, i nieśli grosz drobny, z którego to grosza urosła 
mała stosunkowo sumka, ale dla naszego ubogiego kraju stosowna. Wykonanie pomnika powierzono 
także jednego z „małych”, bo z zmarły szczególniej tych „małych” ukochał, pracując dla 
nich, a ucząc ich „przeszłości”, w nich widział „przyszłość” kraju. 
I Wodnicki odczuł pragnienie zmarłego; dlatego przy pomniku nie stała żadna wpółnaga niewiasta, 
gasząca pochodnię, lub goły geniusz z pochyloną rozpaczliwie głową. On umieścił u stóp pomnika 
małe, drobne pacholę, czytające z księgi, zadumane nad nią, zapatrzone w karty jak w obraz 
cudowny. 
Pacholę to było bose i miało na sobie koszulkę, przepasaną krajką. Rysy tej dziecinnej twarzyczki 
nie tworzyły greckiego profilu. Była to prosta, trywialna twarz chłopskiego dziecka o pomierzwionej, 
spadającej na oczy grzywie. Tylko w zmarszczeniu brwi, w kurczowym zaciśnięciu 
ust domyślić się można było budzącej się 
w tej głowie myśli. Myśl ta drzemała lat tyle, dlatego 
wstawała teraz leniwie, boleśnie jakoś, ale wstawała zawsze i choć wolno, rozwijała się przecież. 
Wodnicki z wrodzoną sobie genialną obserwacją cały ten proces budzenia się ludu uwięził w tej 
chłopskiej dziecinie siedzącej u stóp pomnika. Księga, z której dziecko czytało, nosiła tytuł jednego 
z dzieł zgasłego pisarza. I po cóż miał rzeźbiarz stawiać na straży pomnika geniusza z zagasłą pochodnią? 
Tylko twórcom dzieł znikomych, przemijających, przystoją podobne alegorie. Historyk, 
odsłaniając przeszłość, pracował dla przyszłości — i ta przyszłość, uosobiona w ludzie, przypadła 
mu do stóp pomnika. 
Wzrok Kaśki zatrzymał się chwilę na tym dziecku bosym, biednym, znędzniałym. Dziewczyna z 
ludu odczuła mimowolnie prawdę i uśmiechnęła się do tej skamieniałej nędzy, która była jej wiernym 
odbiciem. I ona, będąc dzieckiem, bosa i w jednej koszuli włóczyła się po łąkach, okalających 
przedmieścia. Gdy zaczęła czytać, siadała czasem pod murem fabryki z elementarzem w ręku, 
skurczona, z brwiami zmarszczonymi, wytężając całą swą uwagę na rozróżnienie czarnych znaczków, 
zapełniających książkę. Później elementarz rzuciła w kąt, bo do nauki nie miała czasu ani 
nawet wielkiej chętki, ale pamięć tych dni pozostała jej na długo. Dlatego teraz stoi uśmiechnięta, 
wpatrzona w to szare, kamienne dziecko, które odcina się od płaszczyzny i w wiecznym milczeniu 
pogrążone, przypomina jej młodość i nędzę dni minionych. 
Niedaleko, oparta o drewniany koziołek, stała tablica środkowa, ozdobiona medalionem historyka. 
Wodnicki uwiecznił 
rysy tej twarzy z całym niemal brutalnym podobieństwem. Podobieństwo 
to przerażało na pierwszy rzut oka — ciało poszarpane ospą oddane zostało z jak najdokładniejszą 
prawdą. Rzeźbiarz nie idealizował, nie poprawiał natury — miał model brzydki i wiernie go naśladował. 
Tylko kształt głowy, czoła i wyraz ust wynagradzał sowicie ślady ospy. Było to dzieło 
drobne na pozór, ale traktowane energicznie, śmiało, pełne brzydoty i piękności zarazem, urągające 
przepisanym formom, zbaczające z wydeptanej ścieżki. Dla Kaśki był to tylko „ospowaty pan...”, 
widziała tylko poszarpane ciało, nie bacząc na nic innego, nie czując piękności duchowej w profilu 
tej twarzy o ostrych, nieregularnych rysach. 
Po lewej stronie sali stał olbrzymi gipsowy Samson, czekający na marmurową szatę, której 
prawdopodobnie nie miał nigdy dostać. Doskonały swą męską, potężną pięknością, bielał w jasnym 
świetle jak zjawisko, urągające swą nagością obydwom apostołom, otulonym po same szyje w długie, 
fałdziste płaszcze. Piękny i strojny tą nagością rozsiadł się 
dumnie na odłamku skały, zapatrzony 
w przestrzeń, podparty na muskularnej ręce. Niedaleko niego marmurowa Świtezianka, owinięta 
przejrzystą siatką, znalezioną pewnie w wód głębinie, wznosiła w górę swą postać białą i 
smukłą jak lilia wodna. Poza nią 
jedna z artystek dramatu uśmiechała się, prezentując małą główkę 
strojną w grecką fryzurę, i smukłą szyjkę, tonącą w falach najdelikatniej rzeźbionych koronek. Biuścik 
ten, powtórzony kilkakrotnie i porozrzucany w rozmaitych punktach pracowni, mienił się 
czerwoną barwą terracotty i ożywiał jakby tchnieniem życia trupią białość 
gipsu lub szarą powłokę 
kamienia. 
Wreszcie dokoła, porozrzucane w najwyższym nieładzie, leżały rozmaite ornamenta, sztukaterie, 
linijki, pokruszone medaliony, popiersia kobiece, płaskorzeźby, nogi gipsowe, kawałki rąk lepionych 
naprędce z gliny — jakieś 
twarze pochwycone w przelocie — projekta utworzone w chwili 
gorączki — słowem, cały ten chaos pełen ułamków, myśli, urywków, próbek talentu, czasem mieszczących 
w sobie odblask geniuszu, czasem znów zgniecionych potężniejszym nad wszystko działaniem 
alkoholu. Tylko biust artystki uśmiechał się, zawsze poprawny, wykończony, wypieszczony 
prawie. Ręka, która go tworzyła, musiała być pewna i śmiała, rzec można, że w gorączce, szarpiącej 
duszę rzeźbiarza, on znajdował odpoczynek, wygładzając te rysy — rzeźbiąc delikatne kontury 
szyi. I ta uśmiechnięta kobietka, wyglądająca z kącików pracowni, zdawała się tu zapowiedzią jasnej, 
lepszej przyszłości. Wnosiła ze swym uśmiechem i figlarnym przechyleniem główki woń porządku 
i perfum do tej ubogiej, a bogatej w talent pracowni młodego chłopca. Była to widocznie 
Monna Bice41 Wodnickiego, strojna w koronki, z grzywką przyciętą i starannie zafryzowaną w 
tysiączne pierścienie. 
Kaśka stała długą chwilę na środku pracowni, nie mogąc wyjść ze zdumienia. Ogrom apostołów 
przerażał ją; nagość 
Samsona zawstydzała ją niezmiernie; patrząc na Świteziankę, rumieniła się jak 
wiśnia... Pomimo swego upadku zachowała wstydliwość dziecięcą; ta naga kobieta, spowinięta w 
przezroczystą siatkę, zawstydzała ją nad wyraz wszelki. Czegóż się tak rozebrała? czyż była tak 
biedną, że nie miała nawet koszuli? Ależ koszulę ma każdy, choćby największy biedak na świecie. 
Tymczasem Wodnicki stara się ośmielić dziewczynę i proponuje jej znowu pozowanie, ofiarowując 
jej teraz „trzy szóstki” za godzinę. Kaśka odmawia; skądże mogłaby znaleźć tyle czasu? a 
potem ona nie do tego. Wodnicki wskazuje jej Świteziankę sądząc, że ją tym zachęci. 
— Patrz, terracotto — mówi, wykrzywiając się dziwacznie — to także ulepiłem z jednej dziewczyny, 
co miała więcej rozumu od ciebie. Postała przede mną parę razy i cóż jej się stało? Przecież jej 
nie zjadłem, a kilka ryniów wzięła i ręce mi jeszcze całowała. Tobie chcę dać więcej, ale nie rób 
ceregieli, bo, jak Boga kocham, buchnę taki ornament gdzie indziej, a ty gips wsadzisz do kieszeni. 
Kaśce krew uderza do głowy, czym prędzej wychodzi z pracowni, nie żegnając się nawet i pozostawiając 
drzwi otwarte. Już na kurytarzu słyszy, jak głuchoniemy, wydając dzikie wrzaski, zamyka za nią drzwi; ona ucieka z tych zimnych, białych murów, gdzie czuje się prawie nagą, tak jak 
ta biała gipsowa kobieta, owinięta tylko w siatkę i ulepiona z takiej, jak ona, dziewczyny. 
I zbiegając po schodach, wyobraża sobie tę drugą sługę, rozebraną, stojącą na środku tej sali, 
oblaną całą strugami białego, jasnego światła! Jakże ona mogła tak stać, ta dziewczyna, przed mężczyznami, 
wystawiając się na taki wstyd dla marnego grosza? O! ona, Kaśka, nie zrobiłaby tego 
nigdy, nawet gdyby z głodu jej zamrzeć przyszło. Grzech to ciężki, a nawet nieraz słyszała, że nagich 
ludzi diabli za głowę chwytają. Ta dziewczyna musiała już być ostatnią 
z ostatnich — żadna 
uczciwa dziewczyna nie puściłaby się na tego rodzaju zarobki. 
I w swym dziwacznym pojęciu moralności, pojęciu tak szeroko rozgałęzionym pomiędzy niższą 
warstwą społeczną, kobieta ta nie czuje swego upadku, ale gromem potępienia rzuca na głowę 
dziewczyny, która śmiała dać się „wylepić” z gliny, tak jak stoi, bez żadnej osłony. Z jakąś nieokreśloną 
odrazą i wstrętem ucieka z tych murów, do których przeznaczenie może zmusi ją powrócić. 
Ona nie wie dlaczego, ale zbiegając po szerokich, kamiennych schodach, zdaje się jej, że wraca 
z trupiarni, w której dostrzegła własne ciało nagie, martwe, rozciągnięte obok drugiego ciała kobiety, 
tej drugiej sługi, która naga, owinięta siatką, bieli się jak trup przeklętej istoty. I wszędzie 
idzie za nią ta biała gipsowa kobieta, zdając się urągać jej oburzeniu, wyciągając swe nagie ramiona. 
Pełna bezczelności, chwaląca się swym ciałem, jakby towarem tanio nabytym lub suknią dobrze 
uszytą. Kaśka przeciera oczy i pragnie odegnać od siebie tę marę. Na próżno! Mimo woli wyobraża 
sobie tę dziewczynę ubraną tak, jak ona, w podarty kaftanik i zmoczonąśniegiem spódnicę. Suknie 
z niej spadają 
i oto stoi naga, z rękami wyciągniętymi, przed obcym mężczyzną, który śmieje się z 
niej i szydzi. I Kaśka czuje jakby uderzenie rózgi po ciele, bo teraz już nie wie sama, czy to ona, 
czy ta dziewczyna zawiniła w ten sposób. I jak zranione zwierzę rzuca się ku wyjściu, bo zdaje się 
jej, że te ściany zdzierają z niej odzież i gwałtem przymuszają do wyciągania rąk, tak jak wyciągała 
swe ręce ta druga sługa, ta druga dziewczyna! 
* 
Jan dotrzymał słowa. Nie tylko że nie niepokoił Rózi i pozostawił ją lokatorką strychu, ale w 
dodatku ofiarował stary siennik i wypchał go słomą. Siennik ten zaniósł sam, dowodząc, że Kaśka 
tylko słomę na schodach porozwłóczy i uwagę na siebie ściągnie. 
— Teraz się panna buchnij i chrap — wyrzekł z galanterią do Rózi, drżącej z chłodu i przytulonej 
do ściany, przez którą wpadał zimny wicher, hulający zresztą po całym poddaszu. 
Rózia uznała za stosowne podziękować; rozwinęła przy tym podziękowaniu tak bezczelną arogancję 
kawiarnianej sługi, że Jan, mający do czynienia z rozmaitymi kobietami, zadziwił się przecież 
tym „wytarciem w pysku” nowej swej znajomej. 
Nie odchodził przecież; czuł, że ta obszarpana dziewczyna nie z jednego pieca chleb jadła; a po 
Kaśce, nieśmiałej i krępującej go nieśmiałością, przyjemnie mu było odetchnąć atmosferą rynsztoka, 
jaką Rózia unosiła w swej mowie i w fałdach zabłoconej spódnicy. 
— Z panny to jest numer! — wyrzekłśmiejąc się i wchodząc do schowanka — musiała też panna 
gromadę przeskrobać, skoro teraz jak mysz ze strachu do dziury wlazła. 
Rózia odwróciła głowę. 
Wstydziła się podbitego oka i sińców na twarzy. Wiedziała, że to ją nie zdobi i dobrego wyobrażenia o dziewczynie nie daje. Ale Jan okazał się wyższym nad te drobnostki. 
— Niech panna giemby tak nie skręca, bo już widziałem podkowę pod okiem. To nie jest znów 
taki wielki dyshonor. Kobietę kułaknąć to męska rzecz. Ja sam, jak kocham, a psiakrew mi doje, to 
czasem jak z pasji naznaczę, to lepiej jeszcze, jak panna, zsinieje. U mnie już także takie kochanie. 
Nie pytam, tylko walę... 
Rózia spojrzała na niego z wielką ciekawością. Ten tęgi, barczysty mężczyzna podobał jej się 
coraz więcej. Po chudym, nędznym Feliksie Jan przedstawiał się jej oczom jak uosobienie piękności 
męskiej. Rada wiedzieć cośkolwiek więcej o miłostkach Kaśki i Jana, które odgadywała wę
chem praktycznej w tych wypadkach kobiety, zręcznym zwrotem sprowadza rozmowę do pożądanego 
przez nią rezultatu: 
— A Kaśka? tę pan stróż wali też? — pyta, chichocząc w cieniu. 
— A jakże! — odpowiadał Jan z przechwałką — niemrawy szturmak aż się prosi o szturchnięcie. 
Mówiąc to, nasuwa czapkę na oczy i usiłuje nadać sobie ton pewności. Nie udaje mu się jednak, 
bo czuje w gruncie rzeczy kłamstwo, jakie popełnia. Kaśkę uderzył 
raz jeden tylko, owego pamiętnego 
wieczoru, kiedy spłakana, zbita, zmęczona, upadła w bramie tuż 
przy jego nogach. Od tej 
chwili nie trącił jej nigdy. Była zanadto dobra, łagodna, aby Jan uciekał się z nią do podobnie przekonywających 
argumentów. Ale on sądzi, że dobrze jest chwalić się brutalnością przed tą dziewczyną, 
której twarz nosi niemałe ślady silnej, kościstej, męskiej pięści, i dlatego powtarza ciągle z 
dziwnym uporem: 
— Niemrawa bestia! niemrawa bestia! 
Rózia śmieje się, uszczęśliwiona, że i kochanek Kaśki „wydziwia” na nią. Więc nie jeden Feliks 
ma taki brzydki zwyczaj poniewierania kochankami i obgadywania ich przed drugimi dziewczynami. 
Widocznie każdy chłop według jednej miary. 
— O! co też to pan stróż tak Kaśkę odsądza — zaczyna, chcąc przedłużyć rozmowę. — Kaśka tęga 
dziewczyna, a pan stróż powinien mieć dla niej konsyderację, bo przecie jesteście parą. 
Jeszcze nie skończyła, kiedy Jan przerwał jej gwałtownie: 
— Para? hę? może jeszcze Kaśka pedała pannie, co mnie na ślubnego przed ołtarz pociągnie? 
— A jakże! Rychtyg mi to dziś opowiadała — kłamie Rózia pragnąc dowiedzieć się więcej jeszcze 
szczegółów, a nagłe rozdrażnienie Jana jest jej w tym wielką pomocą. 
— A to jezuitka! — woła stróż z wzrastającą złością — ja wiem, że jej ołtarz pachnie, ale to nie ze 
mną będzie miała taką paradę. Niech sobie szuka innych frajerów, ja tam do żeniaczki nieskory... 
— A nie obiecywał jej pan stróżślubu? — pyta Rózia — bo to te porządne dziewczyny to nic bez 
takiej obiecanki nie zrobią. 
— Eh! — śmieje się Jan — obiecanka cacanka, a głupiemu wesele!... 
Lecz w głębi duszy myśli inaczej. 
Tak! — prawda. Obiecywał siężenić, bo, bądź co bądź, Kaśka była jeszcze uczciwą, zanim przez 
to przeszła. Może nawet źle zrobił, wyrywając się z obietnicą, której dotrzymać nie myślał. Po cóż 
mu wierzyła? Czyż nie wiedziała, że mężczyzna w danej chwili gotów przysiąc zdjęcie gwiazdy z 
nieba, a nie pobranie się przed ołtarzem? I dziwna w nim powstaje niechęć i złość przeciw samemu 
sobie, którą to niechęć zwraca ku Kaśce z całą przewrotną logiką czującego swój błąd mężczyzny. 
— Ma pan stróż recht — konkluduje Rózia — takie tam sznurowanie się na całe życie to funta kłaków 
nie warte. To tylko głupie dziewczyny mają ku takiej paradzie chętkę, ja tam wolą na wiarę. 
Zawsze to w każdej chwili rozleźć się można, bez krzyku i po dobrej woli! 
Janowi to rozumowanie trafia bardzo do przekonania. 
— Widzę, że z panny bywalec — odzywa się z wielką galanterią. — Ja lubię takie dziewczyny, co 
mają swój rozum, a za księdzem nie patrzą. Takie śluby to tylko napychanie im kieszeni. Ślub to 
najlepszy, jak się dziewczyna nada; z taką, to wiem, żeby mnie ani pioruny, ani woda nie rozłączyły, 
choćbym tylko z niążył na wiarę... 
I sam nie rozumiejąc dobrze dlaczego, kłamie znów obietnicę zastosowaną do pojęć dziewczyny 
siedzącej obok niego. Widocznie natura ulicznego pogromcy serc niewieścich zmusza go do ciągłego 
kłamstwa i uwodzenia pierwszej lepszej kobiety, której obecność obok siebie spostrzega. Z 
wielkim sprytem umie układać 
zdania swej rozmowy, aby nie obiecując nic, wprost dać do zrozumienia 
całą gotowość w wypełnieniu żądań stawianych mu jako warunki upadku. Tylko z tą płaską 
dziewczyną o podsiniałych oczach łatwiej sobie poradzić w chwili rozejścia; ona rozumie to dobrze, 
że taki Jan całe życie z jedną kobietą wytrwać nie może. Przy tym i ona musi lubić zmianę — 
przynajmniej wygląda na taką. Brzydka jest, blada i mizerna, ale Jan lubuje są w kontrastach. Po 
zdrowym ciele Kaśki pragnie dotknąć się wynędzniałej i zniszczonej skóry. To zwykły mu system 
w wyborze kochanki. 
I dziwnie rozdrażniony podsuwa się bliżej ku Rózi, która z uśmiechem na zgniecionych wargach 
nie odsuwa się wcale. Owszem, z wielką przyjemnością spogląda na Jana, pragnąc także kontrastu, 
chcąc zatrzeć wrażenie niepozornego Feliksa zbliżeniem się tęgiego i barczystego stróża. Dwie te 
natury, pokrewne sobie, odczuwają się i łącząłatwo wśród ciasnoty poddasza. Przez otwory źle 
zbitych desek wpadają do wnętrza schowanka słabe promienie światła, zaściełające na sienniku i 
leżących dokoła przedmiotów blade, anemiczne, jasne linie, odcinające się wśród cienia zalegającego 
te kąty. Rózia patrzy już teraz w twarz Jana, oświeconą 
jednym z tych bladych promieni — jej 
zaś twarz i osoba pozostają w cieniu. Jan czuje ją tylko przy sobie i w zwierzęcym swym podrażnieniu 
zgaduje jakość zmysłowych wrażeń, jakie mógłby odebrać za pośrednictwem tej kobiety. 
Myśl o Kaśce nie powstrzymuje go, nie zwykł się krępować ze względu na swe dawne kochanki, 
owszem, lubi we wszystkim okazać swą niezależność i własną wolę. 
Przy tym ta myśl, że Kaśka chce doprowadzić 
go do małżeństwa, napełnia go wściekłością. Jest 
wolny i może robić to, co mu się podoba. Tak! „weźmie się” do Rózi, to będzie najlepiej. W ten 
sposób przekona i Kaśkę, i wszystkich, że o małżeństwie nie myśli. 
Łatwość przystępu do Rózi dopomaga mu w tych zamiarach. Teraz oboje siedzą już blisko przy 
sobie i zgadzają się w zapatrywaniach na życie, jak i na jego warunki. Zapomnieli zbyt prędko, ile 
oboje winni tej dziewczynie, której chcą wielką wyrządzić krzywdę. Mężczyzna odebrał jej uczciwość, 
zdrowie, spokój i prawdopodobnie środki do życia, a wziął od niej chwile niekłamanej, choć 
tylko zmysłowej rozkoszy; kobieta chroniła się w tej chwili przed więzieniem, głodem i ostatecznym, 
ohydnym upadkiem. 
W zamian za to, w ciszy poddasza, z połączenia dwóch namiętności wyrasta dla Kaśki zdrada i 
wielki zawód serdeczny. Janowi Rózia przypadła do smaku — nie przebierała w żartach i nie odwracała 
głowy na śmiałe koncepta, które przepełniały usta stróża. Rzecz dziwna! — z Kaśką znał się 
już od dawna, a zawsze względem niej czuł sięśmiesznie skrępowanym; Rózia, przeciwnie — 
ośmielała go nawet... Ot i teraz, gdy żartując przysunął się 
do niej blisko i objął ręką jej płaską kibić, 
ona nie usuwa się od niego, owszem — poddaje się temu ujęciu, poruszając lekko plecami. 
Widocznie — dziewczyna, która życie zna i pojmuje jak należy... 
Tymczasem — pod nimi — Kaśka, kręcąc się w swej kuchence, śpieszyła się z gotowaniem, 
otwierając co chwila drzwi do sieni dla wpuszczenia świeżego powietrza. Para, wydobywająca się 
z garnków, dusiła ją, a nudności wzmagały się co chwila. Stała się teraz dziwnie wrażliwą na 
wszystkie zapachy i mdły odór potraw przyprawiał ją 
o przykre cierpienia. Nie pojmowała, co się z 
nią dzieje; chwilami stawała jak nieprzytomna, porywając się to za serce, które kołatało w niej 
gwałtownie za lada wstrząśnieniem, to za zęby, które zdawały się jej przedłużone i wystające z 
szczęk obolałych. Mimo to przecież pracowała ze zdwojoną gorliwością, szukając w fizycznym 
zmęczeniu ulgi w tylu dolegliwościach, jakie ją ciągle dręczyły. 
I mijały dnie szybko, nie przynosząc wielkiej zmiany oprócz częstych wycieczek Kaśki na 
strych i również częstych odwiedzin Jana u Rózi. Kaśka spotkała kilkakrotnie swego kochanka w 
schowanku, siedzącego na sienniku Rózi i rozmawiającego z nią przyjaźni. Ucieszyła się serdecznie 
tym dowodem dobroci jego serca i wyraziła mu nawet swą wdzięczność kilkoma serdecznymi 
słowy. Jan wszakże krzyknął na nią tak gwałtownie, że Kaśka w pierwszej chwili zupełnie zgłupiała. 
Nie miał się przecież czego tak oburzać, że ona dba o rozrywkę swej przyjaciółki. Chciała 
mu to wytłumaczyć, ale on zeszedł ze strychu, mrucząc gniewnie i powtarzając: 
— Ach! psiakrew! psiakrew zwykła!... 
Kaśka, szczerze zmartwiona, zwróciła się do Rózi; przyniosła jej właśnie trochę rosołu, który 
była kawiarka spożywała z wielkim łakomstwem. Odżywiła się już trochę na ciepłej strawie, jaką 
jej dostarczała Kaśka, i na wódce i zimnych przekąskach, jakie jej znosił ukradkiem Jan. Wyglądała 
nawet wcale nieźle, a Kaśka wyprała jej i wyprasowała różową sukienkę, w której Rózia przyszła. 
Stopniowo robiło się 
cieplej na dworze i pobyt na strychu nie był bardzo dokuczliwym. Rózia 
widocznie polubiła nawet swe schronienie, bo nie wspominała nigdy o swych projektach na przyszłość. Kaśka czuła przecież, że tak pozostać nie mogło i że strych mógł być tylko chwilowym 
przytułkiem dla młodej i zdrowej dziewczyny. 
Nie mówiła jednak tego swej przyjaciółce. Bała się ją urazić i wywołać znów potok obelg, który 
w ustach Rózi miał siedlisko. Znosiła więc Rózi jadło, odejmując sobie od ust, co jej z wielką 
przykrością przychodziło. 
Stała się w niej bowiem wielka zmiana. Trapiące ją od jesieni mdłości ustąpiły prawie zupełnie, 
a natomiast rozwinęła się w niej zwierzęca prawie chęć do jedzenia, jakiś apetyt straszny, sprawiający 
prawie ból, gdy zadowolić 
go nie była w stanie. 
Zgłodniała, wybladła, kręciła się w swej kuchence jak zwierzę, któremu dostatecznej ilości pożywienia 
nie dano. Zbierała zeschłe kawałki chleba, ogryzała kości, łupiny od kartofli, drobne swe 
koszykowe kradzieże obracała na kupno rozmaitych wędlin, bułek, śledzi, ogórków — ale wszystko 
było na próżno... Było w niej jakieś zwierzę, które pochłaniało wszystko i domagało się jeszcze! 
jeszcze! 
Pomimo tego twarz jej zapadła i skóra na szyi wyciągnęła się tak, że prawie żyły znać było 
przez zżółkłą powłokę. Jan spostrzegł tę zmianę. Bez żadnej ceremonii, z niedelikatnością, właściwą 
tylko mężczyźnie, powiedział jej to otwarcie, sprowadzając wszystkie swe uwagi do następującego 
zdania: 
— A to, psiakrew, zeszkapiała! 
Była to jeszcze jedna przykrość, jaka spadła na biedną dziewczynę. Do cierpienia fizycznego 
dołączył się ból moralny. Kaśka cierpiała na swój sposób. Gotując, piorąc, wynosząc szafliki — zapewne, 
ale cierpiała także, widząc, jak Jan obojętnieje dla niej z dniem każdym. 
Teraz już nie szukał 
jej po piwnicach i ciasnych przejściach. Czasem nie pozdrowił jej nawet, 
gdy przechodziła koło niego — odwracał umyślnie głowę. Ona instynktem kobiecym przeczuła tę 
przemianę i starała się przypodobać mu więcej niż dawniej. Przedtem niechętnie nawet poddawała 
się jego pieszczotom; nie była namiętną, a gdy on ujmował ją 
w swe objęcia, odwracała twarz ze 
wstrętem przed gorącym oddechem mężczyzny. 
Dziś chętnie by zgodziła się na te unikane dawniej przez nią chwile, nie dla siebie wszakże, o, 
nie, wcale! — ale dla przywrócenia pomiędzy sobą a swym kochankiem dawnej zażyłości i tej spójni, 
jaką odbierana i dawana rozkosz wytwarza. Kaśka nie rozumowała jednak w ten sposób; czuła 
tylko, że się pomiędzy nimi „urwało”, i chciała nawiązać na powrót zerwany węzeł. Nie wiedziała 
przecież, jak się już wziąć 
do tego. Wszystkie najlepsze jej chęci rozbijały się o lodową obojętność 
Jana, a ostatni sąd jego o „zeszkapieniu” dobił ją do reszty. Czuła się bezsilną; zrozumiała, że straciła 
kochanka, i nie miała sposobu, aby go odzyskać. 
Postanowiła zwierzyć się Rózi, ale ta ostatnia, zamiast dać jej jakąś praktyczną radę, zaczęła 
śmiać się z niej jakoś dziwnie, mówiąc przy tym: 
— W takich okolicznościach rady nie ma. Puść go także w trąbę i nie żółć się. To zwyczajna kolej, 
że chłop z początku chodzi koło dziewczyny, a później i nie splunie w tę stronę. Ja bym tam nie 
suszyła sobie nad tym głowy! 
Ale Kaśka nie chce zrozumieć tego zwykłego porządku rzeczy. Bez przyczyny tak ją rzucać? 
przecież to okropne... Ona w niczym nie zawiniła; trochę przyżółkła na twarzy — ależ to nie jej wina. 
Rózia wzrusza ramionami. 
— Eh, mojaś ty! — odzywa się po chwili — cholera wie, co się tym chłopom podoba; dziś ci powie, 
żeś królowa śliczności, a bez dzień nazwie się tłumokiem... A zresztą, może już 
inna mu w łeb wlazła 
— dodaje cichszym głosem. 
Ale Kaśka porywa się nagle z niezwykłą u niej energią. 
— Inna? inna? — woła, pełna wzburzenia i niebywałej u niej złości — dałabym ja tej bestii, no... 
Wzruszenie tamuje jej głos, mówić dalej nie może, ale wysoko podniesioną ręką grozi ciągle tej 
„innej”, grozi w nieubłaganym rozdrażnieniu, dziwnym w tej cichej i łagodnej istocie. 
Rózia podnosi głowę i patrzy chwilę na Kaśkę, wielką, silną, wznoszącą swą olbrzymią postać 
wysoko i potęgującą się jeszcze w ciasnej przestrzeni, w jakiej są obie zamknięte. 
— I cóż byś jej zrobiła, co? — pyta, nie dowierzając energii dziewczyny, którą do tej chwili przywykła 
uważać za uosobienie bezkrwistej powolności. 
— Ja? — odpowiada Kaśka, zaciskając pięści — ja bym jej ślipie wybiła! mordę roztłukła! łeb rozwaliła!... 
ja bym ją... zabiła!... 
Ostatnie słowa wymawia przecież 
ciszej i za chwilę, łkając głośno, osuwa się na brzeg siennika. 
Teraz już cała energia opuściła ją — było to sztuczne podniecenie, wywołane przez bezustanne cierpienie. 
Szlochając i zawodząc żałośnie, spowiada się przed Rózią ze wszystkiego, z całego przebiegu 
swej znajomości z Janem. Tamta słucha ją 
ciekawie. Nagle przerywa opowiadanie Kaśki, 
pytając niedowierzająco: 
— Toś ty nie miała przed nim nikogo? 
Kaśka porywa się oburzona. 
— Nie wiesz czy co? Byłam do tych pór uczciwą dziewczyną... tylko bez niego się ta rzecz stała! 
Rózia czuje się podrażnioną słowami Kaśki. Uczciwą dziewczyną! — proszę, więc ona, Rózia, 
nie była nią nigdy, bo jak dawno pamięcią zasięgnąć może, włóczyła się już z bandami chłopców 
po rowach i gęstwinach przydrożnych. Ale niepotrzebnie Kaśka paradę ze swą uczciwością robi i 
tak się wywyższa. Ona wie, czym może ją upokorzyć i w proch zetrzeć. 
— Jan gadał — zaczyna powoli, starając się wszakże nie patrzeć na Kaśkę — co on względem ciebie 
nijakich obowiązków nie ma, bo nie on u ciebie jest pierwszy. Gadał, co wie dobrze od ludzi, 
żeś ty... 
Ale dokończyć nie może. Kaśka chwyta ją za ramię i wstrząsa gwałtownie. Jak to? Więc Jan 
mógł to powiedzieć? On właśnie? Nie dość, że jej wyrządził krzywdą tak wielką, jeszcze ją hańbi 
przed ludźmi?... Rózia, przerażona, stara się ją uspokoić. Ot — zwykła rzecz, chłop szelma — to wiadome 
przecież każdej kobiecie. 
Ale Kaśka nie chce tej prawdy zrozumieć, żyje jeszcze sama za krótko i choć od dziecka widzi 
nędzę 
i ból, przez jakie podobne jej istoty przechodzą, wobec spadającego na nią nieszczęścia 
buntuje się rozpaczliwie. Obelga rzucona na nią przez Jana szarpie nią i wstrząsa całym jej jestestwem. 
Ona nie była uczciwą! — ona przed nim miała już 
kochanków! Nie, to za wiele, za wiele! 
Ale ona się pomści, niech tylko znajdzie tę niegodziwą, która Janowi w oczy lezie i zabiera jej męża! 
Tak! bo Jan przyrzekł się z nią ożenić, powiedział to sam i słowa pewnie dotrzyma mimo 
wszystko... I pełna rozpaczy, chorobliwie rozdrażniona, mówi ciągle, przerywając sobie słowa łkaniem, 
wydzierającym się z jej piersi. Nie zwraca uwagi na Rózię, która na wzmiankę o ożenku 
wzrusza ramionami, ale wylewa z siebie całą tę bezbrzeżną rozpacz, którą nosi w sobie od chwili 
upadku. Teraz cała jej myśl koncentruje się na znalezieniu nowej kochanki Jana i na rozprawieniu 
się z nią w sposób jej właściwy. Jest przekonaną, że gdy usunie ją ze swej drogi, Jan dotrzyma 
przyrzeczenia i zaprowadzi ją przed ołtarz. To pewnie ta niegodziwa wstrzymuje go — nic innego. 
— Marna jej godzina! marna jej godzina!... — wykrzykuje w rozżaleniem, schodząc po wąskiej 
drabince, prowadzącej na strych. 
I dziwna jakaś 
energia budzi się w niej razem z podejrzeniem o zdradzie kochanka; chce, bądź 
co bądź, odzyskać Jana, uważając go jako swoją prawą własność. Dlatego z niezmierną gorliwością 
zaczyna śledzić kroki stróża. Wie, o której godzinie wydala się z domu, i niewidocznie postępuje za 
nim, chcąc dowiedzieć się, dokąd zdąża. Na próżno przecieżśledzi go, bo Jan najregularniej udaje 
się przed południem do szynku, gdzie siedzi całą godzinę, a wieczorem odbywa tę samą drogę. W 
szynku nie ma nawet posługaczki, tylko za szynkwasem stoi sama właścicielka, niemłoda już kobieta, 
którą Kaśka nie może posądzić 
o stosunki z Janem. Oprócz tych dwóch godzin Jan pozostaje 
w obrębie kamienicy, zamiatając dziedziniec lub naprawiając popsuty dach ponad górą do wieszania 
bielizny. 
Początkowo Kaśka bała się bardzo, że sprowadzeni dekarze odkryją Rózię w jej schronieniu, ale 
Jan z wielką uprzejmością podjął się sam naprawić niewielkie zresztą uszkodzenie. Kaśka serdecznie mu była wdzięczna za troskliwość o bezpieczeństwo jej przyjaciółki i odtąd Jan długie chwile 
spędzał na strychu, pracując zapewne nad załataniem i poprawieniem dachu. Kaśka przeto łamała 
sobie głowę, nie mogąc odkryć swej rywalki, o której istnieniu była jednak przekonaną. Kobiety 
mają dziwny w tych wypadkach instynkt, jakiś głos tajemniczy ostrzega je zwykle i nie zawodzi 
nigdy. 
Nie mogąc nic odkryć na zewnątrz, Kaśka zwróciła swe poszukiwanie wewnątrz kamienicy. Ale 
nic ją nie mogło naprowadzić na ślad istotny. Sługi pani hrabiny nie patrzyły na stróża — jedna zbyt 
była zajęta zakrystią i kościołem, druga zwróciła właśnie uwagę na samego hrabicza i z aprobatą 
pobożnej hrabiny szczyciła się względami wybladłego młokosa. Sługi tapicerów i inne kobiety, 
pełniące funkcje pokojówek lub kucharek w oficynie, były prawie wszystkie stare lub miały kochanków, 
którym oddawały bez podziału swe serce i całe garnki rosołu, barszczu lub innych delikatesów. 
Pozostawała jeszcze Marynka, ale ta od pewnego czasu zmieniła się znacznie. Zbladła, zmizerniała 
i kaszlała ciężko. Włóczyła się po dziedzińcu dziwnie osowiała, bez tej wesołej pustoty, która 
dawniej śmiała się z całej jej postaci. Suchy, urywany kaszel rozdzierał jej piersi, rozlegając się jak 
dzwon pogrzebowy wśród ciasnej klatki schodów, po których wolno, trzymając się poręczy, schodziła. 
Snadź gorączkowe życie, pełne podniecających likierów, późnej nocnej hulanki, wyniszczyło 
ten młody organizm, kładąc w piersi dziewczyny zaród śmiertelnej choroby. Chwilami zrywała się 
jeszcze do życia, biegnąc za rogatki i pijąc „bruderschaft” z ułanami, ale kieliszek wypadał z drżącej 
ręki, a ciemne, wielkie oczy zasłaniała mgła, poza którą majaczyło widmo strasznego zgonu. Na 
Jana nie zwracała już uwagi, przesuwając się koło niego chmurna i zamyślona. Powoli przestała 
uczęszczać 
i za rogatki i usunęła się od towarzystwa mężczyzn, które pierwej przenosiła nad 
wszystko. Rzec można, że jakaś głucha nienawiść powstała w jej piersi do tych wszystkich ludzi, 
którym kolejno padała w objęcia, bez troski o jutro, o to, co później z nią będzie. Roztrwaniała z 
nimi skarby zdrowia i młodości, rozrzucając hojnie swe pocałunki i palące pieszczoty; oni czerpali 
tę młodość i siłę bez najmniejszych skrupułów, śmiejąc się poza jej plecami lub rzucając jej za 
chwilową rozkosz posrebrzany pierścionek lub inne cacko. Dziś, gdy pozostała sama ze swym 
cierpieniem, żałowała gorzko zmarnowanych sił, a straszna nienawiść i bezmierny żal budził się w 
niej na widok dawnych swych kochanków. Oni byli ciągle zdrowi, silni, żądni zabawy, rozkoszy, 
nowych pieszczot i hulanek — ona włóczyła swe wychudłe ciało, kaszląc ciężko i męcząc się wśród 
bezsennych nocy. 
Teraz innym już wzrokiem spoglądała na Kaśkę. Zawsze była przekonana o uczciwości tej 
dziewczyny i przeczuwała, jaki obrót przybierze jej stosunek z Janem. Wiedziała, że czy prędzej, 
czy później Jan porzuci Kaśkę, bo co do tej ostatniej, to posądzić ją nie można było o opuszczenie 
kochanka. Marynka w swej długiej praktyce doszła do następującej konkluzji. Jeśli kobieta się nie 
pośpieszy i nie porzuci mężczyzny, to z pewnością zostanie w krótkim czasie porzuconą. Kaśka nie 
pośpieszyła się — i została zdradzona. Marynka w swej pogardzie dla mężczyzn przewidziała to 
wszystko i patrzyła na Kaśkę z pewnym politowaniem. Mimo tej całej złości, jaką pierwej „zionęła” 
ku „tłumokowi” śledziła zmianę na twarzy Kaśki i rozumiała powód tejże odmiany. Co więcej, 
wypadkiem odkryła Rózię w objęciach Jana i z dziwną zmiennością zaczęła sympatyzować ze 
zdradzoną Kaśką. Kilkakrotnie chciała ją przestrzec i wskazać jej, gdzie przebywa obecna kochanka 
Jana, ale wrodzona każdej kobiecie delikatność nie dozwalała jej przyjść do słowa. Wypadek 
wszakże podburzał ją i nakłonił do sprowadzenia katastrofy. Jan od pewnego czasu stał są dla niej 
bardzo opryskliwym. Gdy z najwyższym wysiłkiem niosła konewkę wody, wylewała często całe 
strugi, które ściekały daleko po stopniach schodów. Jan wpadła wtedy w złość wielką i nie oszczędzał 
wcale swej dawnej kochanki, nazywając ją „latawcem” i Bóg wie jakimi nazwy. Marynka zaciskała 
usta i wchodziła wolno na górę, trzymając się konwulsyjnie poręczy. W głowie jej rodziła 
się myśl gorzka. Ot — co zyskała, włócząc się z mężczyznami! Zdrowie straciła i dobrego słowa 
usłyszeć nawet nie może. Och! gdyby raz jeszcze wróciły jej siły, wiedziałaby, jak się zachować i 
co robić! 
Tymczasem jej głucha nienawiść do wszystkich mężczyzn koncentrowała się głównie na Janie. 
Innych swych kochanków nie widywała prawie, wychodząc teraz mało. Ale on był ciągle koło niej, 
krócił się przed jej oczami, uosabiając cząstkę jej zguby, jej obecnego nieszczęścia. Ta napaść Jana, 
to nazwanie jej „latawcem” wtedy, kiedy on sam ją na to „latanie” namawiał i wyciągał, zdało się 
jej niesprawiedliwością wielką. Całą więc swą sympatię zwróciła na Kaśkę, którą widziała wybladłą 
i cierpiącą. Odkąd sama zachorowała, odczuwała lepiej cierpienie drugich. Ona sama upadała 
na siłach, a przyczyną jej zguby byli mężczyźni; Kaśka słabła także z tegoż samego powodu, a w 
dodatku była zdradzaną. 
Nie! Marynka na to obojętnym wzrokiem patrzeć nie mogła. 
I raz zeszły się koło studni te dwie dziewczyny, przed rokiem kwitnące zdrowiem, zbytkiem sił i 
młodzieńczej krasy. Wiosna śmiała się dokoła, ścieląc zieleń i promienie słoneczne. Poza sztachetami, 
oddzielającymi dziedziniec od spadzistej powierzchni placu, zieleniła się młoda trawa, przysypana 
lekko pyłem miejskim. W dali żołnierze biegali szybko, formując równe linie lub łamiąc się 
w dziwaczne zygzaki. Wał kolejowy nie zazielenił się jeszcze, tylko wznosił się szary, kręcący się 
jak wąż olbrzymi, połyskujący gdzieniegdzie nowymi, świeżo zakładanymi szynami. 
Marynka spojrzała pierwsza na nienawidzoną dawniej przez siebie dziewczynę. W tym słońcu 
wiosennym twarz Kaśki zdawała się jeszcze żółciejszą, a oczy bardziej zapadłymi. Od zajścia na 
strychu obie dziewczyny nie rozmawiały ze sobą zupełnie. Niemniej i Kaśka dostrzegła zmianę w 
twarzy Marynki. I obudziła się w ich sercach wzajemna litość prawdziwie kobieca. Marynka z wysiłkiem 
chwyciła za pompę, aby utoczyć trochę 
wody, ale silny napad kaszlu przeszkodził jej w 
dopełnieniu tej pracy. Chwilę stała oparta o żelazo pompy, z głową pochyloną, z twarzą wykrzywioną 
od kaszlu, wydzierającego się 
z jej piersi. Wtedy Kaśka zbliżyła się do kaszlącej dziewczyny 
i usunąwszy jąłagodnie, zabrała się do pompowania wody. 
Marynka, milcząc, przyjęła tę pomoc. Ułatwiało jej to znacznie zbliżenie się do Kaśki, czego gorąco 
pragnęła. Kaśka, napełniwszy konewkę, odstawiła ją na bok i przysunęła swój dzbanek, który 
z kolei napełnić chciała. Ale i jej zabrakło siły, a serce zaczęło w niej bić tak gwałtownie, że zmuszoną 
była odpocząć chwilę, a nawet usiąść na studni. 
Marynka pierwsza przerwała milczenie. 
— Panna także coś niezdrowa — zaczęła powoli — a taka panna była rosła i tęga, jak tutaj nastała. 
Kaśka, zdziwiona, podnosi głowę. 
Czyż to rzeczywiście Marynka odzywa się do niej tak przyjaznym głosem? Przyzwyczajona słyszeć 
od tej dziewczyny tylko drwiny i dokuczliwe żarty nie może zrozumieć przyczyny tej zmiany. 
Nie wchodzi jednak w szczegóły, widzi tylko przed sobą twarz przychylną, słyszy uprzejmy 
dźwięk głosu i uszczęśliwiona, odwraca się ku swej nieprzyjaciółce, zapominając o doznanych 
zniewagach. Jest teraz tak nieszczęśliwą, że każde słowo, wypowiedziane przychylniej, rozrzewnia 
ją i napełnia wdzięcznością wielką. 
Marynka dostrzega wrażenie, jakie jej odezwanie się wywarło na Kaśce, nie dozwala więc upaść 
tej rozmowie. 
— Panna bardzo się tu zmarnowała — odzywa się, zbliżając do Kaśki — a to wszystko bez swoją 
głupotę. Kto widział, tak się w jednym chłopie zaprzepaścić, to zawsze taki koniec być musi. 
Kaśka uznaje za stosowne obronić się przed podobnie śmiałymi zarzutami. 
— Ja się tam w nikim nie zaprzepaszczałam — odpowiada — zmarniałam, sama nie wiem czemu. 
Może mnie kto urzekł... 
Marynka uśmiecha się ironicznie. 
— Oj! urzekł pannę taki diabeł, który nas wszystkie urzeka. Nie nowina to dla mnie, ale dla panny, 
ja wiem, że to pierwszyzna. Dlatego mnie się dziwi, że panna nie wynalazła sobie kogoś z honorem 
na pierwszego, a padła od razu w ręce takiego nicponia, jak Jan. Jak spadać 
z konia, to niechaj 
z dobrego! 
Twarz Kaśki pokryła się ciemnym rumieńcem. 
Uśmiecha się z przymusem i biorąc konewkę, gotuje się do odejścia. 
— Panna Marynia sobie żartuje — mówi wolno. — Jan nic memu zmizerowaniu nie winien; haruję 
dzień cały po trzecim, to bez to harowanie zmarnowałam się na nice. 
Ale Marynka zatrzymuje ją, chwytając za fałdy spódnicy. Sama jest już bezsilną, ale chce drugą 
kobietę użyć za narzędzie swej zemsty. A może — kto wie — lituje się nad Kaśką i pragnie otworzyć 
jej oczy i ukazać zdradę Jana w całej nagości. Nerwowe fantazje kobiet są tak niedoścignione, a 
sługa ma jednakową ilość nerwów, jak każda inna kobieta. 
— Panna Kaśka nie spostrzegła, że Jan się sprzeniewierza, że musi mieć inną, za którą lata? 
Kaśka, słysząc to pytanie, zatrzymuje się nagle. Czy ona nie spostrzegła chłodu swego kochanka! 
Ależ tak, od dawna myśl ta dręczy ją dniami i nocami całymi. Marynka musi wiedzieć bliższe 
szczegóły, ona jej powie całą prawdę. Szybko więc obraca się 
ku dawnej rywalce, która drżącymi z 
osłabienia rękami trzyma ciągle fałdy jej spódnicy. Gwałtownym ruchem Kaśka wydziera spódnicę 
z rąk dziewczyny i staje tuż przed nią, schylając twarz swoją tak blisko, że gorący jej oddech 
owiewa Marynkę. 
— Panno Marynko! — zaczyna cicho, urywanym prawie głosem — panno Marynko, jeśli panna ma 
Boga w sercu, proszę, gadaj... gdzie się ta psiakrew chowa... Już ja szukałam wszędzie... chodziłam 
za nim... po szynkach, po ulicy i nic znaleźć nie mogłam... 
Oddychała ciężko, serce biło w niej gwałtownie, że aż uderzenia tej odbijały się jej w głowie, w 
skroniach, w uszach. 
Marynka patrzyła na nią długą chwilę, a na jej wybladłej twarzy zaczęła się malować litość 
wielka. Nie mówiła wszakże nic — zdawała się walczyć ze sobą. 
Ale Kaśka na nowo zaczęła prosić gorąco i teraz przyklękła już prawie, aby się zrównać z siedzącą 
na studni dziewczyną. 
— Panna Marynka nie wie — mówiła, gorączkowo zaciskając pięści — Jan obiecał się ze mnążenić. 
I byłby dotrzymał, gdyby nie ta szelma, co mi go zabrała... Ja mam do niego prawo, jak do 
ślubnego, bo inaczej nie byłabym się nigdy zgodziła na niepoczciwe kochanie i na ludzką poniewierkę... 
Panno Marynko złota, powiedz mi, kogo on ma teraz, a ja sobie z nimi radę dam i Jana na 
powrót dostanę. Ale niech ino wiem, która!... niech wiem, która!... niech wiem! 
Rozpacz szalona ją ogarniała. Tego ranka była głodniejsza niż kiedykolwiek — to ją doprowadzało 
także do wściekłości i podbudzało w dziwny sposób. Rozdrażnienie jej doszło do punktu 
kulminacyjnego; prosiła jeszcze Marynkę 
o wyjawienie tajemnicy, zniżała się do prośby, gdyby 
jednak ta odmówiła uczynię zadość jej błaganiom, gotowa była rzucić się na nią i siłą zmusić do 
odkrycia prawdy. 
Ale Marynka nie miała zamiaru doprowadzić do tej ostateczności. Teraz już była zdecydowana 
powiedzieć wszystko. Gdy Kaśka przyznała się, że Jan uczynił obietnicę ożenienia się, Marynka 
poruszyła się niecierpliwie. Choć wiedziała, że mężczyźni czynią często podobne obietnice i nie 
dotrzymują równie często, oburzała się na postępek Jana, który doprowadził do zguby łatwowierną 
Kaśkę. Teraz — gdy razem z cierpieniem fizycznym zaszła w niej zmiana moralna, gdy inaczej zaczęła 
patrzeć 
na kobiety, a znienawidziła mężczyzn, doszła do przekonania, że Kaśka musiała być 
uczciwą dziewczyną, a Jan oszukał ją haniebnie, „nabrawszy na żeniaczkę”. Postanawia więc nie 
oszczędzać stróża i pochylając się ku klęczącej Kaśce, wskazuje wysoko, aż na trójkątne okienka 
strychu, czerniące się pustymi otworami i na tle szarawego dachu. 
— A tam! — mówi szybko — tam nie ma to panna Kaśka przyjaciółki, co to cały dzień siedzi w 
schowanku, jak takie, co ryje i tylko je a pije, co jej panny Jan po całych dniach znosi. To panna się 
nie domyśliła, że oni się zwąchali i tam romanse wyprawiają... 
Kaśce wszystka krew uderzyła do głowy. Rózia? — ale to być nie może! Jak to? więc wtedy, gdy 
ona odejmowała sobie chleb od ust i głodziła się, aby ją ocalić od hańby, tamta zabierała jej kochanka, 
męża... Nie! to chyba kłamstwo! Marynka albo kłamie, albo się jej zdaje tylko... To byłoby 
zanadto podłe! zanadto niegodziwe. Ale Marynka teraz pragnie dowieść, że ma słuszność, że się 
nie myli wcale i wie dobrze, co mówi. I z całą okrutną szczerością opowiada Kaśce wszystko, co 
podsłuchała, co podpatrzyła w ciągu tych ostatnich tygodni. 
Zresztą, niech tylko Kaśka uda, że nie wie o niczym, przyczai się, a pilnie śledzi — odkryje sama 
całą prawdę i przekona się, że ona, Marynka, wcale nie kłamie. Ale Kaśka już nic nie słucha. Wierzy 
teraz wszystkiemu, zasłona spada jej z oczów, przypomina sobie teraz wiele rzeczy dokładnie i 
rozumie, dlaczego Rózia nie chce opuścić 
strychu, a Jan zawsze ucieka, skoro go Kaśka u przyjaciółki 
zastanie. I to ona! ona sama wprowadziła Rózię do domu i prosiła Jana, aby pozwolił jej nocować 
na strychu... 
I nagle, jak zranione dzikie zwierzę porywa się Kaśka z ziemi i rzuca ku schodom. Nie zważa na 
wołanie Marynki, która pragnie ją uspokoić, biegnie jak szalona po schodach, czepiając się murów, 
poręczy, rwąc w przystępie szału odzież, wyrywając włosy... 
Jak burza wpada na poddasze, kierując się prosto ku schowanku. Marynka nie kłamała. Choć 
drzwi schowanka zamknięte, ale ona przez szczeliny desek widzi doskonale Rózię, opartą poufale 
na piersi Jana. Siedzą tak spokojnie, zatopieni w trywialnych pieszczotach, których oboje nigdy nie 
są syci, rozumieją się bardzo dobrze w swej chorobliwej namiętności. Ale gwałtowne wstrząśnienie 
całej ściany przerywa im niczym odtąd nie zakłócony spokój; jakaś pięść konwulsyjnie bije w 
cienkie, źle pospajane deski... Oboje zrywają się, tknięci jedną myślą. To nikt inny, tylko Kaśka 
musi być z tamtej strony ściany. Tak! to ona, w przystępie szalonej rozpaczy czepia się desek i 
wstrząsa nimi, pragnąc rozwalićścianę i dostać się do wnętrza schowanka. Straszny, urywany 
krzyk wydobywa się z jej piersi. Jest coś zwierzęcego w tym głosie, który z przerażającą ostrością 
rozlega się po pustym strychu. 
Jan decyduje się otworzyć schowanko, gdyż słusznie obawia się, że krzyk Kaśki i wstrząsanie 
ściany sprowadzić mogą przerażonych lokatorów. Otwiera drzwiczki i posuwa się ku Kaśce, która 
nieprzytomna prawie, zsiniała, z poszarpaną odzieżą, rzuca się ku niemu ze zdwojoną wściekłością. 
On wysuwa ręce, pragnąc się zasłonić przed spodziewanymi razami, ale ona odtrąca go z nadzwyczajną 
siłą i wpada do schowanka, gdzie stoi drżąca i przelękniona Rózia. 
W jednej chwili Kaśka chwyta swą przyjaciółkę za włosy i obala o ziemię. Rozpacz, zawód doznany 
dodają jej siły. Grad uderzeń spada na głowę i plecy Rózi, Kaśka traci miarę i świadomość 
swoich czynów. Cały ból i cierpienie dni ostatnich odzywają się w niej ze zdwojoną gwałtownością. 
Tę kobietę, którą szukała dniami i nocami całymi... ma ją! ma teraz pod ręką, nie wypuści ją 
żywą! Spełni swą groźbę — zabije!... zabije!... 
Jęki kaleczonej Rózi rozlegają się dokoła. Jan usiłuje oderwać Kaśkę od jej ofiary. Jakkolwiek 
jest silny, przychodzi mu to z trudnością. Krzyk Kaśki przemienia się w ryk prawdziwie zwierzęcy; 
kobieta cicha, łagodna, pod wpływem cierpienia zamienia się w hienę; Kaśka robi w tej chwili 
wrażenie dzikiego zwierzęcia, drażnionego w jego własnym gnieździe. 
Wprędce poddasze zaczyna się napełniać ludźmi. Krzyki dziewczyn rozległy się po kamienicy i 
podwórku, a przy tym Marynka, widząc biegnącą 
ku schodom Kaśkę, domyśliła się, że cała ta 
sprawa nie załatwi się w spokoju. Pobiegli więc wszyscy: i sługi pani hrabiny, i sklepiczarka, i 
niańka od tapicerów, mamka od stolarza, nawet sama stolarka i tapicerka. Poddasze pełne było samych 
prawie kobiet, dlatego nikt nie odważył się zbliżyć się do schowanka, w którym wił się kłąb, 
złożony z trzech ciał ludzkich, maltretujących się wzajemnie. Na koniec udało się Janowi oderwać 
Kaśkę od Rózi i wywlec ją na środek strychu. Z wielkim swym wstydem zobaczył tłum ciekawych 
i pobladłych ze strachu kobiet, tłoczących się przy wejściu i patrzących szeroko rozwartymi oczami 
na poszarpaną i krwią oblaną Kaśkę. Rózia, broniąc się, oddawała Kaśce wszystkie uderzenia, 
używając w potrzebie paznokci, a nawet zębów. Jan miał także odzież porwaną i ślady krwi na twarzy. 
Teraz jego ogarnęła wściekłość i niepowstrzymana chęć zbicia Kaśki. Jak to? Więc ona śmiała 
go wystawiać na pośmiewisko ludzkie? Ten tłumok, od którego nie wie, jakim sposobem odczepić 
się... I z całą furią rzuca się ku swej kochance, a schwyciwszy ją za szyję, okłada pięścią w głowę, 
wołając przy tym: 
— Na tobie ślub, ty psiakrew sobacza!... żenić ci się będę może? na tobie żeniaczkę!... 
Ale, rzecz dziwna, Kaśka nie oddaje mu razów, ręce jej opadły wzdłuż korpusu, a głowa pod siłą 
uderzeń przechyla się to na jedno, to na drugie ramię. Usta jej szepczą 
teraz cicho, ze łkaniem, ze 
łzami: 
— Janie! nie bij! nie krzywdź mnie tak ciężko!... 
Ale on nie słyszy tego głosu, nie widzi jej łez. Ta dawna uległość w przyjmowaniu jego brutalności, zamiast ułagodzić, podnieca go tylko w nadzwyczajny sposób. Znów gra „jezuitkę”, ale on 
wie, czym jej ten „jezuityzm” wygnać z głowy. 
U drzwi gromada kobiet patrzy, nie rozumiejąc przyczyn całej tej historii. Rózia zamknęła się w 
schowanku i upadłszy na siennik, skryła się zupełnie w cieniu. Widzą więc tylko Jana, bijącego 
Kaśkę, wiedzą, że w schowanku jest jeszcze kobieta, ale kto ona i skąd się wzięła — nie rozumieją 
tego zupełnie. 
Teraz Kaśka pod razami Jana upadła na podłogę strychu, a on, kilkoma kopnięciami nogą zadowolniwszy 
swą zemstę, obciera twarz skrwawioną i przyprowadza odzież do porządku. Przerywanym 
jeszcze głosem mruczy ciągle: 
— Na tobie ślub! ty jezuitko! — gdy nagle urywa i zmarszczywszy brwi, spogląda ku wejściu. 
Pomiędzy tłumem kobiet ukazują się nagle dwa ciemne mundury, błyszczące podwójnym rzędem 
guzików i złotą blachą półksiężyców policyjnych. To Marynka w przystępie gorliwości pobiegła 
po policję, widząc w rządowej interwencji najwłaściwsze rozwiązanie całej tej sprawy. Kobiety 
rozsunęły się 
ze szmerem, a obaj „policaje” postąpili na środek strychu. Jan, w pierwszej chwili 
niezmiernie zmieszany, odzyskał przytomność. Policaje byli jego dobrzy znajomi i nieraz wypili 
bruderschaft, pomimo odmiennych zapatrywań Jana. Kieliszek jednak godził ich wyznania wiary — 
i cesarsko-królewscy słudzy przyznawali się do przyjaźni w wiecznej opozycji będącego stróża. 
Ponieważ jednak „skandal” miał miejsce, a oni byli reprezentantami władzy, trzeba było wymierzyć 
sprawiedliwość i zabrać kogoś na „inspekcję”. Taki był naturalny bieg rzeczy. 
Jan wprędce zrozumiał, co mu czynić wypada. Szybko wskazał na leżącą na ziemi Kaśkę, dodając, 
że ta dziewczyna, upiwszy się, przyszła na strych, wszczęła z nimi kłótnię i porwała się do 
bicia... 
— Niech pan podkomisar weźmie ją do becyrku, to się wytrzeźwi, bo to taka psianoga, że ludziom 
spokojnie przejść nie da — zakończył, trafiając w słabą stronę starszego policjanta, którego 
zatytułował nie istniejącą nazwą „podkomisara”. 
Pogłaskany w swej próżności policjant skinął uprzejmie głową w stronę stróża i kopnąwszy 
Kaśkę, nakazał jej podnieść się natychmiast. 
Ona usłuchała w milczeniu i podniosła się z najwyższym wysiłkiem, zwracając ku swemu kochankowi 
pobitą i pokrwawioną twarz, na której nie pozostało już ani śladu niedawnej wściekłości. 
Tylko najwyższy ból i cierpienie zarysowały się 
w jej oczach, gdy policjanci, otoczywszy ją, popchnęli 
ku wyjściu. Zrozumiała wprędce, że prowadzić ją będą „na policję” — prowadzić wśród 
zbiegowiska gawiedzi, jak pijaczkę, jak ostatnią z ostatnich, wziętą z bójki ulicznej! 
I z całą trwogą, i resztą dobrej wiary w serce mężczyzny, któremu oddała wszystko, co miała 
najdroższego w życiu, wyciągnęła ręce, jakby szukając ratunku i pomocy u tego, który przed 
chwilą katował ją nielitościwie. 
— Janie! — zawołała drżącym od wysiłku głosem. — Janie, nie daj mnie brać!... Ja nie mogę iść na 
policję, nie daj mnie!... 
Ale głos jej zamarł prędko i łkanie ucichło pod strychem. 
Policjanci gwałtownymi środkami przymuszali ją do opuszczenia poddasza i uderzając ją to w 
plecy, to kopiąc bez litości, przepchnęli przez tłum zgromadzonych kobiet. Jeszcze u progu Kaśka 
obróciła zbolałą głowę w stronę Jana. Ale on stał wściekły z gniewu, ścierając ciągle krew z twarzy. 
Miał w swych oczach i upornie zaciętych ustach tę wściekłość mężczyzny, który rozumie 
podłość swego postępku, a mimo to nie chce przyznać się do własnej winy. Słyszał dobrze wołanie 
Kaśki; nawet ten jęk pokorny, to błaganie o pomoc szarpnęło nim w pierwszej chwili, ale szybko 
się opamiętał — głucha nienawiść zajęła miejsce chwilowego odezwania się serca i dlatego stał na 
środku poddasza głuchy i ślepy na wszystko, co się dokoła niego działo. 
Strącona ze schodów Kaśka posłyszała poza sobą cichy szmer kobiet, szmer jej wrogi, pełen 
ironii i niedwuznacznych żartów. Cała nienawiść, żywiona ku uczciwej dziewczynie przez tę gromadę 
pobladłych od rozpusty kobiet, zawrzała w szmerze, wlokącym się poza nieszczęśliwą, maltretowaną 
przez policjantów. 
We drzwiach kuchennych, otwartych szeroko, stała Budowska, przerażona, współsenna, bledsza 
niż kiedykolwiek. Kaśka, zobaczywszy ją, krzyknęła radośnie. O! pani obroni ją przed policją, nie 
pozwoli poprowadzić do cyrkułu, nie odda na inspekcję. I pełna ufności wyrywa się z rąk policjantów, 
pragnąc czym prędzej dostać się do kuchni. Ale wyrachowanie ją zawodzi. Budowska 
szybko cofa się w głąb, zamykając drzwi wchodowe, drżąc z trwogi i obrzydzenia przed pokrwawioną 
i zbitą dziewczyną. Kaśka z jękiem przypadka do drzwi i wstrząsa klamką. 
Na próżno! 
Budowska zasunęła rygiel i w ten sposób zniweczyła nadzieje zrozpaczonej Kaśki. 
Policjanci już są przy niej — chwytają ją za ramiona. Jeden z nich, szarpiąc, odrywa cały przód i 
rękaw kaftanika. Nagie ramię Kaśki bieleje wśród ciemności. Szybko przecież czarne linie przecinają 
to białe tło. Krew płynie obficie z szyi i twarzy i zalewa ciemną strugą cały tors dziewczyny. 
Ona nie broni się teraz, sama kieruje się ku wyjściu — zrozumiała, że w nieszczęściu kobieta nie ma 
obrońców. 
Przyjęła tę prawdę — i gdy wiosenne słońce oblało złotymi strugami jej zakrwawioną postać, zakryła 
tylko twarz rękami, aby nie widzieć ludzi, słońca i wiosny, bo ta rozkosz życia, rozlana dokoła, 
zdawała się urągać jej nędzy i rozpaczy. 
Bandy uliczników, jakby wyrosłe spod ziemi, otaczają ją dokoła. Obszarpane Żydziaki biegną 
przed nią, wykrzykując z radością: 
— Hajde! łajde! zy a pijaczkes! 
Na progach sklepów zjawiają się przekupnie; przechodzący przystają, patrząc na ten tłum niesforny, 
hałaśliwy, zalewający szeroką falą ulicę. Jakaś 
dama delikatnych nerwów przymyka szybko 
okno i zapuszcza błękitne firanki. Z wysokości pierwszego piętra dostrzegła pomiędzy tłumem 
zakrwawioną, obszarpaną kobietę — i zrobiło się jej słabo. Nie wie, czy zdoła skończyć swoją czekoladę. 
Policjanci tymczasem nie próżnują. W tej chwili czują się bohaterami. wysuwają naprzód 
wąskie klatki piersiowe i przechylają czarne czaka na lewą stronę. Rzucają groźne spojrzenie dokoła 
i nie szczędzą kułaków chwiejącej się z osłabienia Kaśce. 
— Oto frajla (panna) — mówi jeden z tych ulicznych rycerzy — poszlagowała ludzi, a teraz myśli, 
że będziemy z nią kunirować... 
— Feca jedna! — dodaje drugi, szarpiąc odzież Kaśki. 
Ona idzie pomiędzy nimi niepewna, drżąca, nie widząc drogi, tak oczy ma łzami zalane. Słyszy 
przecież wszystko, czuje każde szarpnięcie, posiada całą 
świadomość swej niedoli. Wiosenne słońce 
oblewa jej schyloną głowę, z której spływają gęste, ciemne włosy, pozlepiane przy czaszce 
ciemną posoką krwi. Olbrzymim swym wzrostem przerasta tłum cały i ponad tą falą głów ludzkich 
widnieje jej kształtna, pełna wdzięku głowa, zmaltretowana i schylona ku ziemi. 
Przejeżdżający dorożkarze z głośnym śmiechem wskazują na Kaśkę, obsypując ją gradem obelg; 
jeden z nich nawet, dostawszy się w sam środek tłumu, uderzył dziewczynę batem po plecach. 
Dlatego Kaśka doznała ulgi, gdy wtrącono ją w ciemną bramę policyjnego gmachu. Wrzeszczące 
żydostwo pozostało poza bramą, czepiając się ciężkich łańcuchów i kamiennych lwów, którymi 
gmach jest obstawiony. Kaśkę poprowadzono na tak zwaną „inspekcję”, mającą swe gniazdo w 
dolnej części lewego skrzydła kamienicy. 
Ciemna i brudna izba, pełna zaduchu i stęchlizny, zastawiona była cała szafami i stołami i założona 
masą papierów, połamanych krzeseł, pustych kałamarzy i zniszczonymi, a nie użytymi paczkami 
gęsich piór. 
Kilku Żydów i dwóch chłopów, zabranych na targu — jakaś kobieta w łachmanach, wybladła i 
wynędzniała — młody, może czternastoletni chłopak w niebieskim fartuchu — zapełniali niewielkie 
wnętrze inspekcyjnej izby. Przez uchylone drzwi widać było widny i czysty pokój, wyfroterowany, 
w którym siadywał zwykle urzędnik dyżurny. 
W pierwszej izbie panowała wzorowa cisza. Sama obecność kilku policjantów zmuszała zgromadzonych 
do milczenia. Nawet wymowni zwykle Żydzi przylepili się do pieca, czerniąc się jak 
plamy atramentu na sinawym tle kafli. Chłopi pozdejmowali czapki i stali pokornie, patrząc z nienawiścią 
czystej krwi Rusinów na pejsatych swych nieprzyjaciół. Blada kobieta dość obojętnie 
przypatrywała się brudnej podłodze, a terminator od czasu do czasu pociągał nosem, dając do zrozumienia, 
że chustkę wykluczył od dawna ze swej garderoby. Z drugiego pokoju dolatywał głos 
kobiecy, dźwięczny i miły. 
Pan urzędnik przyjmował właśnie jedną 
z dam, zamiłowanych w hodowaniu piesków. Piesek 
owej damy, olbrzymi dog o tygrysich pręgach, rzucił się na dziecko stróża i obalił je tak nieszczęśliwie, 
iż dziecko zraniło się ciężko w głowę. Wskutek tego urzędnik został zmuszony zawezwać 
osobiście właścicielkę Cezara dla ściągnięcia z niej kary za puszczenie psa bez kagańca. Uczynił to 
z przyjemnością wielką — dama była ładna, wiedział o tym. Widywał ją często na ulicy, gdy szła 
wolno, szeleszcząc czarnymi jedwabiami i prowadząc na rzemiennym pasku Cezara. 
Pan urzędnik lubił kobiety. Nosił rzadką grzywkę, jeszcze rzadszą bródkę i bardzo białe gorsy u 
koszul. Był małego wzrostu, ale miał za to olbrzymie uszy. Uszy te sterczały po obu stronach głowy 
jak dwa olbrzymie, żółte wachlarze i czyniły z pana Rimotata osobistość wielce oryginalną i 
zwracającą uwagę ogólną. On jednak był z siebie zadowolniony. Lubił fiołki i miał zawsze kilka 
bukiecików w zapasie. Nawet w tej chwili ofiarował wiązankę tych kwiatów siedzącej przy jego 
biurku kobiecie. Wysuwał naprzód pierś, zdobną w nieposzlakowanej białości koszulę, i chudymi 
rękami igrał to z węzłem krawatki, to z grzywką, to z uszami. Ponad nim, na ścianie, wylepionej 
jasnym obiciem, rozkładały się dwa wyblakłe oleodruki. Mężczyzna w mundurze, przepasany błękitną 
szarfą, a kobieta, strojna w białą suknię, z brylantowym diademem na czarnych włosach. Oba 
te obrazy przysłonięte były kawałkiem żółtej gazety. Natomiast na biurku, na ceratowej sofce i takichże 
fotelach nie było ani śladu pyłu lub brudu. 
Właścicielka Cezara, uśmiechając się złośliwie, gryzła listki fiołków i słuchała banalnych komplementów 
cesarsko-królewskiego urzędnika. Dokoła niej unosiła się delikatna woń heliotropu i 
tysiące dżetów błyskało w obszyciach okrycia. Wszystko to zachwycało niezmiernie pana Rimotata, 
a wskutek tegoż zachwytu uszy jego zabarwiały się lekko różową barwą. Woniejąca i dżetami 
obsypana dama z jakąś przekorną złośliwością wpatrywała się w zmiany kolorytu tych nadzwyczajnych 
uszów i nie myślała tak prędko opuszczać kancelarii. Bawiła się czy obserwowała. Jedno 
z dwojga. 
Urzędnik podwajał grzeczności. Z uprzejmością najwyższą wyjął pudełeczko kapsułek smołowych, 
częstując nimi damę. 
— Niech pani weźmie, proszę — nalegał ze staropolską gościnnością — mnie to zawsze dobrze robi. 
Gdy mam po przepiciu katzenjammer i uczuję się mat42, zaraz wezmę kapsułkę. To może się 
zdawaćżart, ale to już tak jest. Zresztą, ja pani nie sekuję, niech pani weźmie albo nie... 
A przechylając się, dodał ze znaczącym zmrużeniem oczu: 
— Czasem się człowiek zalampartuje, cóż robić? to nie grzech... 
Tymczasem w pierwszej izbie powoli zaczął wzrastać szmer wcale niedwuznaczny. Znudzeni 
długim milczeniem Żydzi poczęli szeptać pomiędzy sobą, a słowo „cham” brzęczało jak natrętna 
mucha w powietrzu. 
Stojący w pobliżu chłopi, jakkolwiek pełni rezygnacji i apatii, która im nadawała wszelkie kwalifikacje 
na posłów sejmowych, zaczęli strzyc uszami i obruszać się na szwargotanie żydowskie, 
którego głównej treści domyślali sięłatwo. Zresztą słowo „a cham” we wszystkich żargonach ma 
jedno znaczenie, a ton pogardliwy nie uszedł ich baczności. Policjanci nie zwracali w tej chwili wielkiej uwagi na gromadę swych jeńców. Wchodzili i wychodzili, trzaskając drzwiami i potrącając 
co chwila Kaśkę, która przytulała się do ściany, pragnąc zajmować jak najmniej miejsca. 
Jeden z chłopów, dotknięty wreszcie do żywego, wpakował czapkę na kudłaty łeb i wziąwszy 
się pod boki, postąpił ku Żydom. 
— A z widkiż tobie, Żydu, pryszło mene chamom nazywaty? — począł groźnie, zaciskając pięście 
w sposób wcale niedwuznaczny. 
Zainterpelowany w ten sposób Polak wyznania mojżeszowego poskoczył naprzód, machając 
dziwacznie rękami: 
— A ty, kudłaty paskudnik! Ty, rusiu proklaty! Ty nawet kaiserliche Policei się nie boisz? ny, ty 
będziesz i tu na mnie następować... Herr Policei! Herr Policei, der cham macht a kłótnies!43 
Wezwani policjanci wkroczyli pomiędzy „dzieci jednej matki ziemi”, używając dozwolonej w 
tym wypadku interwencji kułakowej, a chcąc zaznaczyć, że wyznają równouprawnienie, jednakową 
dozą kułaków obdarzyli tak Polaka wyznania mojżeszowego, jak i Rusina. 
Żydzi jednak nie dawali za wygraną — rozpoczęli gwarliwą rozmowę i Bóg wie, na czym by się 
skończyło, gdyby nie drzwi otwierające się z impetem i wpuszczające do wnętrza izby całą gromadę 
jakichś mężczyzn i policjantów. 
Jeden ze świeżo przybyłych zwraca ogólną uwagę swą komiczną powierzchownością. Krótki, 
gruby, z twarzą jowialną, oblaną purpurową falą krwi, zda się tryskającą spoza sinego naskórka, 
idzie na czele całej gromady, gestykulując i rozprawiając żywo. 
Czarne jak smoła włosy i takież oczy, biegające pośród zakrwawionych białek, nos krogulczo 
zakrzywiony nadawały mu postać włoskiego bandyty. Ale olbrzymia tusza, a zwłaszcza wyraz dobroduszności 
i jowialnej wesołości, rozlanej na wygolonej twarzy, przeczyły krwiożerczemu powołaniu. 
Śmiał się nawet głośno, serdecznie, szerokim, porywającym śmiechem, odsłaniając dwa 
rzędy sczerniałych zębów i trzymając się za boki. Wszedł z gołą głową, bez kapelusza, a teraz, nie 
przerywając śmiać się, wyciągnął z kieszeni olbrzymią pąsową w kraty chustkę i zawiązał ją sobie 
koło głowy tworząc w ten sposób rodzaj turbana. 
Drugi z pojmanych był zupełnym przeciwstawieniem wesołego jegomościa. Długi, chudy, rasowy, 
z energicznie markowaną maską twarzy, starannie wygolony, wyglądał na człowieka dobrego 
rodu, strąconego chwilowo w kałużę pijaństwa i rozpusty. Blady jak ściana wodził błędnymi 
oczami po obecnych i chwiał się na nogach, nie mogąc odzyskać utraconej równowagi. Na twarzy 
miałślady ceglastej, tłustej farby, a na jednym policzku rudy, ze scenicznej krepy, nalepiony mastyksem, 
kawałek brody. 
Suknie tych obydwóch ludzi zniszczone, powalane kurzem i tysiącem plam nieokreślonego pochodzenia, 
ręce brudne, pokryte sinawą barwą na zgięciach palców, świadczyły dowodnie o zamiłowaniu 
w spędzaniu nocy na miłych i użytecznych rozrywkach, które przeważną część artystycznej 
drużyny tego miasta do obłędu, nędzy i strasznego końca doprowadzały. Ludzie ci widocznie 
należeli do inteligencji umysłowej, a mimo to nie wahali się maczać swych rąk w brudzie szynkownianym, 
tarzać się w błocie rynsztoków, pełnych nocnych ścieków, i tracić talent, godność 
osobistą, zapierać się swego „ja” człowieczego, aby na równi ze zwierzęciem rzucać się w grożące 
śmiercią płomienie. 
Dama w dżetach przemknęła teraz szybko przez zbitą gromadę policjantów, dozwalając w ten 
sposób urzędnikowi inspekcyjnemu zająć się wymierzaniem sprawiedliwości w imieniu cesarskokrólewskiej 
policji. 
Pan Rimotat odprowadził damę aż do drzwi, uśmiechając się i wysuwając zapadłe piersi, tak że 
aż sztywny gors od koszuli zatrzeszczał ze zdziwienia. 
Gdy Kaśka ujrzała tę wspaniałą postać męską, zadrżała z bojaźni, sądząc, że jej ostatnia godzina 
się zbliża. Powaga, nieodłączna od policyjnego austriackiego urzędnika, zaimponowała jej niezmiernie. 
Lecz on z najwyższym podziwem zwrócił się ku świeżo wprowadzonym, a serdecznie pijanym więźniom, i grzecznym gestem zaprosił ich do swego gabinetu. Gdy weszli, p. Rimotat 
pośpieszył do biurka, a siadając z powagą na fotelu, podsunął nieznacznie pod siebie grubą księgę, 
zawierającą przepisy policyjne. Pragnął wydać się wyższym i zaimponować niezwykłym gościom, 
zapomniał przeto o uszanowaniu należnym prawu i traktującym o nim księgom. 
Poza pojmanymi stanął tłum policjantów, widocznie wzburzonych, zaalarmowanych, niezwykle 
poruszonych. Tworzyli oni w ten sposób gęstą, ciemnąścianą, na której tle rysowały się dwie dziwaczne 
postacie, chwiejące się lub podtrzymujące się wzajemnie. 
Mniejszy jegomość 
śmiał się ciągle. Śmiech jego przeciągły, serdeczny jest szczerze zaraźliwy. 
W pierwszej izbie zaczynająśmiać się chłopi, nawet blady wyrostek zatyka sobie usta zatłuszczoną 
czapkę. I Kaśka czuje, że gdyby nie była tak smutną i nieszczęśliwą, śmiałaby się z tym czerwonym 
jegomościem, tak łaskotliwie działa na nią szeroki, wspaniały śmiech, rozlegający się jak 
dzwon pod brudnym sufitem izb policyjnych. 
Pan Rimotat zmuszonym został skryć się na chwilę 
za biurko. Czuje, że nie zdoła utrzymać dłużej 
swej powagi i wybuchnie w oczach policjantów głośnym śmiechem, porwany zaraźliwą wesołością 
tej twarzy czerwonej, śmiesznej, wykrzywionej, jak rozbawieni mnisi na karykaturalnych 
obrazkach. 
Policjanci jedni nie śmieją się wcale. Mają wzburzone twarze, a jeden z nich dość energicznie 
wstrząsa trzymanym w ręku czakiem, którego sukno, kulą przedziurawione, ma stanowić 
corpus 
delicti całego przestępstwa. To zastanawiające wzburzenie całej trupy cesarsko-królewskich stróżów 
porządku przywołuje pana urzędnika do przytomności. 
Przymruża oczy, nakłada binokle i rozpierając się w fotelu, obejmuje obowiązki. 
Dla formy pyta o nazwiska. Dla formy tylko, bo obu tych ludzi zna dobrze. Ileż razy śmiał się 
szczerze, serdecznie razem z tym wesołym aktorem, który, stojąc koło budki suflera, wstrząsał tłumy 
i doprowadzał do szalonych wybuchów wesołości. A ten drugi, blady, ponury, czyż wczoraj 
jeszcze, jako Uriel Acosta44, nie miotał piorunujących przekleństw, z całą potęgą olbrzymiego talentu, 
wspartego niepospolitym wykształceniem i inteligencją? 
Urzędnik poznaje nawet jeszcze szczątki brody, które w dzień biały martwotą swoją odbijają 
dziwnie od żywej, choć wybladłej skóry. 
Na zapytanie urzędnika nie ma wszakże stosownej odpowiedzi. 
Uriel Acosta milczy chwilę, po czym grobowym głosem wygłasza, co następuje: 
— Ja się 
nazywam Warschauer, a to mój przyjaciel, Bamberger; pan dyrektor wie, ten, co wyszedł 
ze szpitala. 
Nazwany Bambergerem śmieje się tak głośno, że fioletowe pręgi występują mu na twarz. 
— Psiaga! — woła wśród spazmów, wstrząsających jego rozlanym ciałem — ja jestem Ziomek, pan 
Buli, której wczoraj u Pańkowskiego w łeb strzeliłem. Już 
i ta suka niczym by więcej na tej ziemi 
nie była, więc namyśliłem się i psiaga tylko oczami łypnęła... Zawsze, panie komisarzu, lepiej 
niech zdycha, niżżeby się miała z nami do rana włóczyć... To nie wypada dla uczciwej suki... jak 
pan komisarz myśli?... ha? 
Uriel Acosta nie przerywał wcale. 
Teraz z niezmierną uwagą wpatrywał się w uszy pana Rimotata, mrucząc od czasu do czasu: 
— Nadzwyczajne! parole d’honneur45, nadzwyczajne! 
Wówczas na rozkaz urzędnika wystąpił z gromady policjant, kładąc na stole przedziurawione 
czako, i rozpoczął akt oskarżenia. 
Według tego aktu obaj artyści, przepędziwszy noc całą na zwykłej hulance, powracali do domu, 
aby na łonach rodziny odpocząć po całonocnych trudach. Pomięszane trunki podziałały przecież w 
niezwykły sposób na ich mózgi, tak że w ostatniej kawiarni wszczęli pomiędzy sobą zajmującą 
rozmowę, rozbierając swą wartość moralną i szacując się wspólnie z dokładnością taksatorów bankowych. 
Zapewne był to rozrzewniający dowód pokory chrześcijańskiej, ale alkohol nie wpływa nigdy umoralniająco. Dlatego gdy obaj skruszeni koledzy wyszli z knajpy i zataczając się, skierowali 
swe kroki w stronę policyjnego gmachu, powstała w umyśle Uriela myśl niezwykła, mogąca 
się zrodzić w przekrwawionym mózgu szaleńca. 
— Słuchaj — wyrzekł ponuro, zatrzymując się przed bramą policyjną — namyśliłem się; tacy grandziarze, 
jak my dwaj, niewarci żyć na świecie. Mam przy sobie rewolwer sześciostrzałowy; odmów 
litanię, palę ci w łeb, jak i ty wczoraj twej suce; potem palnę sobie i będzie już raz koniec... 
I dla dowiedzenia szczerości swego zamiaru z bocznej kieszeni palta wyciągnął rewolwer istotnie 
nabity, rewolwer, który od pewnego czasu nie opuszczał go dniami i nocami całymi. 
Wesoły kolega zastanowił się chwilkę. Był 
bardzo pijany, ale mocą przyzwyczajenia zachował 
pewnąświadomość tego, co się wkoło niego działo. Zakrwawionymi oczami spojrzał na błyszczącą 
lufkę rewolweru połyskującą w porannym słońcu błękitnawym blaskiem stali. Wiedział, że Uriel 
Acosta jest w prywatnym życiu dziwnie upartym, a zwłaszcza w nietrzeźwym stanie. Jakkolwiek 
sam przed chwilą ze łzami w oczach dziwił się, dlaczego święta ziemia ma tyle cierpliwości i nosi 
tak pełną wad figurę na swym grzbiecie, to przecież, gdy lufa zamigotała tuż przed oczami, zapragnął 
instynktowo ochronić swe życie. Z najwyższą więc łagodnością wskazał koledze spokojnie 
opartego o bramę policjanta i zaproponował usunięcie ze świata podobnie szkodliwego indywiduum. 
Po czym miał odmówićżądaną litanię i spokojnie wyczekiwać słusznie wymierzonej kary. 
Uriel nie dał sobie powtórzyć 
po raz drugi tak niezwykłej propozycji. Postąpiwszy zaledwie o 
pięć kroków, wymierzył rewolwer w głowę policjanta i... strzelił. Drżąca od trunku ręka chybiła i 
kula prześwidrowawszy sukno czaka, uwięzła w bramie. 
Zrobił się 
alarm nieopisany. Przy pomocy nadbiegłych ze wszystkich stron policjantów ujęto 
obu artystów i zaprowadzono na inspekcję. Rewolweru jednak nie znaleziono. Uriel zręcznie rzucił 
go w tłum; i teraz, stojąc przed urzędnikiem policyjnym, spokojny, podziwia wspaniałe uszy pana 
Rimotata i zapewnia, że nosi nazwisko jednego z bohaterów wesołej opery, noszącej tytuł Trójka 
hultajska46. 
Sytuacja pana urzędnika stała się cokolwiek trudną. Wzburzeni policjanci tłoczyli się przez 
otwarte drzwi, powtarzając ciągle wyraz attentat47, nadając całemu zajściu pozór strasznej zbrodni. 
Głównego dowodu, to jest broni nie znaleziono, zachowanie się zaś obu przestępców zdradzało 
stan tak zwany „niepoczytalny”, co głównie odnosiło się 
do tak zwanego Ziomka, którego śmiech 
bezustannie całą kaskadą tonów oblewał głowę 
i uszy zakłopotanego komisarza. Puścić jednak 
bezkarnie winnych nie dozwala powaga urzędu i szacunek, należny reprezentantom władzy. Pan 
Rimotat zatem, wezwawszy Boga na pomoc, zawołał swego sekretarza i nakazałściągnąć z obwinionych 
protokół. 
Manipulacja ta przedwstępna pobudziła jednak Ziomka do takiej wesołości, że trzymając się za 
boki, usiadł na podłodze, powtarzając bezustannie swoje zwykłe: 
— Psiaga! 
Nazwiska podyktował pan komisarz, obcierając spoconą twarz, gdyż takie jawne naigrywanie 
się z jego władzy zaczynało go drażnić w dziwny sposób. Niezaprzeczenie obaj pojmani byli nadzwyczaj 
zabawni, ale pan Rimotat pragnął zachować w oczach swych podwładnych należny mu 
szacunek i winny respekt. Marszcząc więc czoło i gładząc grzywkę, zwrócił się do Uriela, który nie 
przestawał przypatrywać się bacznie uszom pana komisarza. 
Niezwykle rozwinięte członki, rozkładające siężółtą masą w szarawym świetle zimowym, zdały 
się przykuwać całą uwagę pojmanego i absorbować go zupełnie. 
Pan Rimotat przybrał już dostatecznie imponującą pozę i zabierał się do rozpoczęcia badania, 
gdy nagle, jak piorun, spadło na niego następujące pytanie, w dość zresztą grzecznej uczynione 
formie. 
— Za pozwoleniem pana komisarza — mówił Uriel, zbliżając się z ukłonem i wskazując w kierunku 
uszów nieszczęśliwego urzędnika — czy to pana własne?... 
— Jak to? Co pan przez to rozumiesz? — wołał w oburzeniu, zrywając się z fotelu Rimotat. 
— Nic, nic! drobnostka — wyrzekł, nie tracąc kontenansu artysta — myślałem, że to przyprawne, 
ale skoro pan komisarz twierdzi, że własne, mogą powinszować!... Wspaniałe okazy! parole 
d’honneur, wspaniałe!... 
Rozpacz Rimotata dosięgła punktu kulminacyjnego. W oczach własnych podwładnych został 
wyszydzony i ośmieszony w taki sposób. Jak wściekłe zwierzę rzucił się 
na fotelu i nie patrząc na 
policjantów, nakazał sekretarzowi spisać akt oskarżenia. 
Pojmani zachowywali się 
przez ten czas dość spokojnie. Ziomek tylko zapragnął się podnieść z 
ziemi, czyn ten jednak okazał się połączony z niektórymi trudnościami. Wreszcie, przy pomocy 
Uriela, dwóch policjantów i biurka pana Rimotata, dźwignięto tę masę cielska, rozkładającego się 
już za życia, pełnego zepsutych soków i alkoholu. 
Pan sekretarz, wodząc nosem po papierze, pisał zawzięcie protokół, podyktowany przez samego 
pana Rimotata a uzupełniany komentarzami policjantów. Już cała stronica, zapisana gęstym pismem, 
szarzała na stole, lśniąc świeżym jeszcze atramentem, gdy nagle Ziomek, odbywszy krótką 
a cichą naradę z Urielem, przystąpił do biurka. 
— Panie komisarzu dobrodzieju, psiago łaskawa — zaczął, przewracając oczami — po kiego diabła 
pan komisarz tak brzydką sprawę każe rozmazywać? 
— Panowie wszczęliście burdę uliczną! — odpowiedział Rimotat, prostując się majestatycznie — 
naruszyliście spokój uliczny i godziliście na życie cesarskiego sługi. Nie mogę puścić podobnych 
rzeczy bezkarnie! 
Ziomek machnął ręką. 
— Ha! psiaga, może to i prawda, ale według mnie, zamiast rozmazywać, należy taką sprawę lepiej... 
zamazać! 
I szerokim, brudnym palcem, umaczanym w ślinie, zamazał szybko całą stronicę, czyniąc z 
pięknego pisma pana sekretarza wspaniałą plamę szarobrudnego koloru. 
Ujrzawszy bohaterski czyn swego kolegi, Uriel wybuchnął szalonym śmiechem i rzucił się w 
objęcia przyjaciela. Ziomek zawtórował mu tryumfująco i tym samym dał znak do ogólnej wesołości. 
Śmieli się policjanci, zatykając przez uszanowanie usta czakami; śmieli się w drugiej izbie Żydzi, 
nie wiedząc, o co chodzi; rechotali się chłopi, mnąc czapy w czerwonych łapach; uśmiechała 
się blada kobieta; zanosił się od śmiechu wyrostek, nawet sam pan Rimotat ukrył się poza stosy 
książek, ażeby nie stracić swej powagi. 
Tylko Kaśka nie śmiała się wcale. Przytulona do ściany dziwiła się niepomału tej wielkiej wesołości, panującej w tych ponurych izbach, które według jej wyobrażenia same łzy i smutek mieścić 
powinny. 
Gdy w kilka minut później, po spisaniu nowego protokołu, wyprowadzono aktorów, ostatnie 
gamy śmiechu skonały wraz z ich wyjściem, cisza i pleśń wysunęły się z ciemnych kątów, w które 
się skryły przed niezwykłym gościem — wesołością, jaka się z czelnością intruza w te wilgotne mury 
wcisnęła. 
Pan Rimotat był 
teraz w szalenie złym usposobieniu. Uriel Acosta zepsuł mu dużo krwi swym 
dziwacznym zapytaniem, odnoszącym się do uszów pana urzędnika. Wyjął więc z kieszeni małe 
lusterko i zaczął przyglądać się tym nieszczęśliwym wachlarzom, z których jedno dostatecznie zakrywało 
całą przestrzeń zwierciadełka. Odbywszy ten przegląd, nakazał zwołać dalszych winowajców 
i srogi, groźny, z grzywką rozczochraną, postanowił być nieubłaganym i pełnym niewzruszonej 
surowości. 
Na znak dany przez jednego z policjantów podniosła się z ziemi Kaśka i drżąc z trwogi, gotowała 
się stanąć 
przed srogim obliczem komisarza. Ale policjant, opiekujący się wyrostkiem, odepchnął 
ją i wziąwszy za kark swego protegowanego, zawlókł go do drzwi i wepchnął do pokoju 
pana Rimotata. Chłopak, skrzywiony, blady, z wypiętnowanym na twarzy występkiem i przedwczesną 
dojrzałością, stanął nagle przed groźną fizjonomią urzędnika, garbiąc się dziwacznie i 
dusząc w brudnych rękach obszarpany fartuch, który, na jednej szelce zawieszony, nie zakrywał 
łachmanów, stanowiących odzież chłopca. Było to uosobienie nędzy fizycznej i moralnej, nędzy 
dziedzicznej, przekazywanej z ojca na syna, a znanej światu pod nazwą... terminatora! Chłopak 
domagał się swym wyglądem i wewnętrznym ustrojem odzienia, pożywienia, logicznej i odpowiedniej 
nauki — słowem, tego wszystkiego, co z istoty sponiewieranej przez policjantów człowieka 
uczynić może. Tak — było to tylko zwierzę, zniszczone już, nawet niezdatne jako siła robocza, 
źle wyrośnięte i znające doskonale drogę do gmachu cesarsko-królewskiej policji. 
— Nazwisko i imię? — zapytał ostro pan Rimotat, wlepiając swe małe oczka w idiotyczne źrenice 
chłopca i starając się nadać swemu wzrokowi przenikliwość, właściwą najbystrzejszym agentom 
policyjnym. 
— Piotrek Szarzak. 
— Lat? 
— Piętnaście. 
— Żonaty? wolny? 
— Ale skądże, panie komisarzu! 
— Karany policyjnie? 
— A jakże! 
— Za co? 
— Nie wiem! 
Indagacja, prowadzona w ten sposób, trwała dość długo. Szarzak uparcie wypierał się kradzieży 
postronków, którą mu zarzucano — pan Rimotat z równym uporem wmawiał weń ten występek, 
obsypując chłopca gradem obelg i wymysłów. 
Wreszcie Szarzak umilkł. Błędnym wzrokiem powiódł po ścianach i na koniec wyrzekł zmęczonym 
głosem: 
— Niech tak! 
Od wczoraj nie jadł nic, ginął ze znużenia i głodu. Pod wpływem tych dwóch czynników wziął 
na siebie czyn, którego może nie popełnił. Kradzież kilku łokci zbutwiałych postronków nie była 
tak ciężkim przestępstwem, ażeby przez nie młody chłopak zatracał poczucie godności osobistej, 
będąc traktowany przez urzędnika i policjantów na równi z dojrzałymi, zatwardziałymi przestępcami. 
Nie pytano go o powód kradzieży, nie badano przyczyny, którą, kto wie, może był głód — ale 
mówiono mu: „łajdaku! złodzieju!” bito go w kark jak zwierzę, popychano, nadawano mu piętno 
kryminalisty — pasowano na zbrodniarza. 
Wśród panującej teraz w obu izbach ciszy słychać było skrzyp pióra pana sekretarza, spisującego 
akt oskarżenia wraz z dodatkiem, że przestępca przyznał się do winy. 
Blady chłopak nie oponował, nie przeczył. Powiedział: „niech tak!” i nie cofnął tego słowa. Nagle 
pod oknem zagrała katarynka. Wesoły walczyk wdarł się przemocą przez zamknięte okno. 
Małoletni przestępca rozjaśnił twarz. Uśmiechnął się na odgłos tej melodii. Nawet usta złożył jakby 
do gwizdania, ale gwizdać nie śmiał. 
W tej samej chwili komisarz podpisywał protokół i surowym głosem nakazał odprowadzenie 
„złodzieja” do więzienia karnego, gdzie miał, według już woli sędziów, przebywać czas dłuższy 
lub krótszy, stosownie do humoru i stanu organów trawienia tychże reprezentantów sprawiedliwości. 
Chłopak z najwyższą obojętnością przyjął ten rozkaz. Chwilę jeszcze słuchał głosu katarynki, 
pokręcił głową jak szczygieł, spojrzał spode łba na pana Rimotata, a mruknąwszy przez zęby: 
— A to piernik! — zwrócił się ku wyjściu. 
Za chwilę znikł we drzwiach, popychany i potrącany przez policjanta, który sięśpieszył na nową 
obławę. 
Teraz nadeszła kolej na Kaśkę. 
Z ciemnego kąta podniosła się straszna, wstrętna od smug krwi zasklepionych na szyi i twarzy. 
Gdy stanęła przed panem Rimotatem, obracając ku niemu swą twarz pokrwawioną, wzdrygnął się 
cesarsko-królewski urzędnik i sięgnął czym prędzej po kapsułkę Guyota. 
Szybko rozpoczął badanie. 
Ona odpowiadała cicho, gdyż nerwowe kurcze zaciskały jej gardło. Powiedziała przecież, jak się 
nazywa i gdzie mieszka. Gdy wszakże pan Rimotat zapytał o przyczynę kłótni i bijatyki, zamilkła, 
patrząc ponuro w ziemię. 
Dookoła niej snuli się policjanci, wprowadzając coraz to nowych jeńców. Miałaż ona wobec tego 
całego tłumu opowiadać o swej niedoli, o nieszczęściu, jakie ją spotkało — o zdradzie Jana i nikczemności 
Rózi? 
Pan Rimotat doszedł do kulminacyjnego punktu rozdrażnienia nerwów. Dziś wszystko sprzysięgało 
się przeciw niemu. Teraz jeszcze ta dziewka milczy jak skała i drażni go swym uporem. I bez 
namysłu nazywa Kaśkę „włóczęgą, łajdaczką...”, nakazując policjantom odprowadzenie dziewczyny 
do „furdygi” i zamknięcie jej na trzydzieści sześć 
godzin o chlebie i wodzie. Jest to dość 
łagodna 
kara, ale pan Rimotat musiał uwzględnić 
poprzednie przyzwoite prowadzenie się Kaśki, która 
do tej chwili nigdy nie była karaną. 
Furdyga była to długa i wąska izdebka, opatrzona maluchnym, zakratowanym okienkiem. Tam 
umieszczano tymczasowo przestępców, którzy nie kwalifikowali się do więzienia lub mieli wyznaczoną 
karą kilkugodzinną. Oprócz trzech tapczanów, pokrytych zniszczonymi derkami, dzbanka z 
wodą i drewnianego zydla w kącie, nic więcej w izdebce nie było. 
Przez okienko wpadał gwar miasta, zbudzonego na dobre do życia, do ruchu. Pod tym okienkiem 
przesiedziała Kaśka cały dzień i noc następną, nieruchoma, zapatrzona w przestrzeń, z ustami 
spalonymi gorączką, z rękami splecionymi w nerwowym skurczeniu. Przestała myśleć, czuć, nawet 
cierpieć. Odrętwiała pod wpływem nieszczęścia i fizycznej niemocy, która nękała ją w przykry 
sposób. Tylko w lewym boku, więcej ku środkowi, czuła ból dojmujący, jakby jedną wielką ranę, 
która bolała ją strasznie przy każdym nabraniu oddechu. Reszta cierpień 
łączyła się ze sobą i zlewała 
w chaos, którego Kaśka rozróżnić nie mogła. Piła tylko wodą, nie dotykając chleba sczerniałego, 
suchego, który rozkładał się ciemną masą na poplamionym i brudnym zydlu. 
Szczęśliwym trafem dla Kaśki nie wpuszczono nikogo więcej do furdygi. W ciszy i milczeniu 
zaczęła powoli przecież uspokajać się i rozumieć swoje położenie. W tej chwili żałowała już swego 
postępku. Uniosła ją niepohamowana złość — i nie zyskała nic, a straciła wiele. Postanowiła więc 
złe naprawić. Nawet czuła, że mogłaby przebaczyć Janowi zdradę i oddanie na pastwę policjantów. 
Całą nienawiść zwróciła ku Rózi — z tą dziwaczną, a niczym nie uzasadnioną wściekłością, jakiej 
doznają 
wszystkie opuszczone kobiety. Kochanek u nich zyskuje łatwiejsze przebaczenie, natomiast 
rywalka staje się przedmiotem zaciekłej zemsty. Kaśka była kobietą, więc i postępowaniem 
nie różniła się od płci swojej. 
Gdy wypuszczona z furdygi znalazła się wreszcie na ulicy, doznała nagle jakby olśnienia. Początkowe odrętwienie, które ustąpiło cichemu przeżuwaniu myśli, ukołysało ją stopniowo. Zrywała 
się wprawdzie chwilami z bolesnym jękiem, zwłaszcza gdy obraz Rózi stanął jej przed oczami, ale 
to odosobnienie od świata ulgę jej wielką czyniło. 
Na ulicach panował ruch wielki. Prawdziwy ruch popołudnia niedzielnego. Ściemniało się już 
nawet, a podwójna fala ludzi płynęła w stronę 
gmachu teatralnego. Jedni powracali z popołudniowego 
przedstawienia, drudzy dążyli na wieczorne. Szli śmiejąc się, pełni pustoty, zaczerpniętej z 
wesołej operetki, której walce drgały, gwizdane, w powietrzu. 
Kaśka stała chwilę na środku ulicy, niepewna, w którą iść stronę; wychodząc z więzienia, obmyła 
twarz i starła ślady krwi zakrzepłej na skroniach. Pomimo to jednak wyglądała odrażająco, 
posiniaczona i podrapana, a poszarpana odzież odbijała dziwnie od świątecznej czystości przeciągającego 
tłumu. Ten i ów popatrzył na tę wielką, barczystą dziewkę, zbitą i obszarpaną, stojącą 
samotnie na środku ulicy. Niektóry śmieli się, inni krzywili znacząco. Kaśka uczuła, że zejść tym 
ludziom z drogi musi i że iść powinna. Ale gdzie? dokąd? 
Policja zrobiła swoje. Zapewne, wzięła kobietę robiącą burdy i zamknęła ją dla poprawy w 
ciemnej izbie, dając za pożywienie cuchnącą wodę i chleb twardy. Po czym wyrzucono winowajczynię 
na ulicę, a na pożegnanie dano tęgiego kułaka i posłano na nią jedno słowo dla wzmocnienia 
i utrwalenia w dobrym: 
— Łajdaczka! 
Słowo to brzmiało dokoła jej głowy, wciskało się natrętnie w uszy i pozostawało w niej uparcie. 
Uczuła się bardzo spodloną i sponiewieraną tą pierwszą publiczną chłostą, jaką otrzymała. Spojrzenia 
przechodniów dopełniały reszty. Nie miała nawet chustki, aby ukryć swe potargane włosy, 
zlepione krwią, która się zimną wodą zmyć nie dała. 
Z wnętrza szynku wychodzili lub wchodzili bezustannie mężczyźni, kobiety, dzieci, niosąc ze 
sobą pragnienie rozpusty, pijaństwa, zniżenia się do rzędu bydląt. Ten i ów potrącił Kaśkę, nazywając 
„pijaczką”. Ona kurczyła się coraz bardziej, nie mając siły powstać i pójść dalej. Ale i do 
tego została zmuszoną. 
Szynkarz, wyszedłszy przez próg swego sklepu, dostrzegł siedzącą na ziemi kobietę. Zbliżył się 
ku niej i nakazał jej ostro, aby wstała i nie „zawalała wejścia porządnym gościom...” 
Przebijając się przez tłumy, skierowała się 
w bardziej opuszczoną i mniej zaludnioną dzielnicę 
miasta. Z początku szła szybko, gromadząc w sobie resztki silnej woli i energii, powoli przecież 
siły ją opuściły i nogi zaczęły uginać się pod ciężarem korpusu. Wlokła się więc wzdłuż nędznych 
domostw, na progu których siedziały wybladłe kobiety lub nędznie odżywiane dzieci. Tu nikt się 
już nie dziwił obszarpanej dziewczynie. Była to jedna nędzarka więcej. Czemuż się dziwić miano? 
Powoli zmrok zamienił się w ciemną noc, która chłonęła w siebie resztki słonecznych blasków. 
Kaśka upadła ze znużenia przed drzwiami jakiejś brudnej szynkowni i tak przesiedziała długą 
chwilę. Odurzająca woń prostej, ordynarnej wódki wybuchała z drzwi otwartych. Kaśka przez samo 
wciąganie tego zapachu uczuła się pijaną; skurczona w bezkształtną masę, kryła się w cieniu, 
doznając dziwnego uczucia, jakby nagłego zmniejszenia się, zejścia do wieku dziecięcego. Chciała 
płakać i skarżyć się jak małe dziecię i tulić zbolałą głowę do jakiejś 
przychylnej piersi. Każdy 
człowiek, przechodzący ciężkie chwile, ma takie pragnienie. Najbardziej zahartowane natury upadają 
czasem pod brzemieniem niedoli, a kobieta, choćby miała najwspanialszy tors i najsilniejszy 
szkielet, nie stanowi pod tym względem wyjątku. 
Ponieważ Kaśka nie mogła od razu uczynić zadość 
żądaniu szynkarza, kilka uderzeń oraz energiczne 
kopnięcie nogą zmusiły ją do powstania. Drżąc cała, skierowała się ku rogatce, której wysoko 
podniesiona bariera widniała już z daleka w mdławym świetle latarni. Powoli przebyła tę drogę i 
wydostała się na pola, ciągnące się wzdłuż miejskich wałów. Odetchnęła swobodnie, nie widząc 
ludzi, i powlokła się w stronę 
Ogrodu Inwalidów. Po czym zwróciła się w bok i idąc wciąż krętymi 
ścieżkami, znalazła się w krzakach pokrywających stromy brzeg Wysokiej Góry. 
Ciemno już było zupełnie. W gęstwinie trzeszczały suche gałęzie pod ostrożnie stawianymi stopami. 
Szepty, urywane słowa, niekiedy przekleństwa, wydobywały się z szczelnie posplatanych 
gałęzi, okrytych nocnymi cieniami. U stóp góry miasto połyskiwało tysiącem świateł, strzelając w 
górę czarną masą wież lub krzyżów. Gdzieniegdzie, na stromym stoku góry, bielał jeszcze śnieg 
nie roztopiony, a gęsto ustawione pnie drzew tworzyły miejscami formalne kryjówki, zasnute bezlistnymi 
jeszcze krzakami. Wilgoć i przenikliwe zimno wydzielało się jeszcze z tej ziemi rozmokłej, 
nie ogrzanej promieniami słońca. A przecież co chwila Kaśka potykała się o jakąś istotę ludzką, 
przytuloną do wilgotnej ziemi, drżącą w podartych łachmanach, skurczoną pod pniem drzewa. 
Czasem była to większa grupa ludzi, szeptających między sobą, naradzających się wśród tej nocnej 
ciszy nad sposobami zdobycia może... kęsa chleba. Pomiędzy drzewami błąkały się postacie kobiece, 
schylone, obszarpane, straszne w swym zbydlęceniu, ohydne, niegodne miana kobiety. Od czasu 
do czasu przeciągał patrol, złożony z kilku zaspanych żołnierzy. Patrol ten byłślepy i głuchy na 
to, co się dokoła niego działo. Pomijał 
rzeczywistych zbrodniarzy, napadając na istoty mniej szkodliwe, 
a nędzą i głodem do włóczęgi zmuszone. 
Była to jedna wielka jaskinia zbrodni i rozpusty, której za płaszcz służyły nocne cienie, a za siedlisko 
krzaki leszczyny. Złodzieje, rozpustnice, nędzarze tłoczyli się, kłócili, zabijali, kochali nawet 
w tych kryjówkach, staczając ze sobą walkę 
o byt, o kawałek chleba, o suchsze miejsce dla 
złożenia głowy... 
Kaśka wsunęła się także w te krzaki i usiadła na obalonym pieńku. Głodna była i dopiero teraz 
głód poczuła. Nie miała ani grosza, a zresztą, gdyby nawet miała pieniądze, czuła, że trudno jej 
będzie wstać i pójść dalej. Do Budowskich wrócić nie mogła; czuła, że straciła miejsce, do którego 
wstyd nie dozwalał jej powracać. Nie znała więcej nikogo i nie miała żadnych drzwi, do których 
zapukać by mogła. Przechodzący patrol przejmował ją strachem, przytulała się do pnia drzewa, 
kryjąc się o ile możności w cieniu. Wiedziała, co ją spotka, gdy policja zastanie ją obszarpaną, samą, 
siedzącą wśród gęstwiny. Dojmujące zimno przenikało całe jej ciało, zęby dzwoniły, uderzając 
o siebie. Włożyła w usta palec, pragnąc umniejszyć przykrość podobnego drżenia. Z głodu chwytały 
ją mdłości i ślina płynęła do ust. Oddałaby w tej chwili kilka lat życia za kawałek chleba. 
Siedziała tak długą chwilę, gdy nagle drgnęła, zobaczywszy wysoki cień przed sobą. Była to kobieta 
chuda, okryta szmatami, z rozczochraną głową i strasznym wyrazem twarzy. Tylko dwa rzędy 
wspaniałych białych zębów błyskały z warg bezkrwistych, zeschłych jak całe ciało, przeświecające 
spod dziurawej odzieży. 
— Czego tu chcesz, wiedźmo jedna? — wyszeptała ochrypłym głosem — idź stąd, to mój plac... 
Kaśka podniosła głowę. 
— Pozwólcie mi trochę posiedzieć, pniaka wam nie ugryzę — odpowiedziała wolno, z najwyższym 
wysiłkiem — chora jestem, jak odejdzie ode mnie, to pójdę... 
Kobieta wzięła się pod boki. 
— Jakeś chora, to gnaj do śpitala, a porządnym ludziom drogi nie zawalaj! 
Kaśka nie usuwała się przecież, pomimo braku gościnności, jakiego doznawała. 
— Jesteście przeciek kobieta, to musicie mieć litośne serce — wyszeptała — pniak duży — pomieścimy 
się obie. 
Kobieta postała chwilę, jakby namyślając się 
nad tym, co zrobić miała. Wreszcie litość przemogła 
złe usposobienie, bo machnąwszy ręką, nieznajoma usiadła koło Kaśki, maczając swe źle obute 
nogi w roztopionej ziemi. 
— A skądżeście się tu wzięli, boście frajerka, widać 
to zaraz, bo mordy dobrze użyć nie potraficie. 
Inna toby dopiero na mnie peronelę wywarła. No, gadaj, kiedy dobrze z tobą kuniruję, co cię tu 
naniosło? 
Kaśka wahała się z odpowiedzią. Ta cuchnąca kobieta, od której zalatywała ostra woń wódki i 
błota, budziła w niej odrazę. Odór alkoholu wzmacniał jej nudności i odurzał do reszty. Trzeba 
jednak było coś odpowiedzieć. 
— Jestem teraz bez miejsca i nie mam gdzieś spać... 
— Owa! — odparła nieznajoma — to ci termedia!48 Ja tu cztery roki nocuję, a dobrze mi. Lokal 
fraj, a pościeli prać nie trza. 
Zamilkła na chwilę, po czym wyjąwszy chleb zza pazuchy, jeśćżarłocznie poczęła. 
Kaśka odwróciła szybko głowę. Nie mogła spojrzeć na jedzącą. Doznawała strasznych cierpień; 
zdawało jej się, że wszystkie wnętrzności skręcają się 
w niej w jeden węzeł. Łzy oczy jej zaciągały 
mgłą, przez którą nic rozróżnić nie mogła. 
— Ja to znam, że cię taka pierwsza nocówka w pięty trze — mówiła dalej kobieta — ale jak się nie 
ma zatabaczonego krajcara, to dobry psu i gnat. A byłaś już w furdydze?... 
— Byłam — odparła cicho Kaśka. 
— Ha! no, to bez stalunku już masz prawo do placu. Jakby cię jaki hetnik chciał stąd gnać, to zaraz 
gadaj, coś w furdydze była. Nikt cię już nie ruszy!... 
Kaśka ukryła twarz w obu rękach. Tak! niezaprzeczenie, była już włóczęgą, karaną policyjnie; ta 
straszna, obszarpana kobieta przyznała jej to stanowisko, a bytność w policji nadawała jej prawo do zajmowania kryjówek na Wysokiej Górze. A więc i tam były prawa, był próg, który trzeba było 
przekroczyć, zanim się dostało kawałek ziemi wilgotnej i szmat nieba nad głową! 
Kobieta patrzyła teraz na pochyloną Kaśkę, nagle trąciła ją 
w bok, mówiąc: 
— A cóżeś ty zmalowała? świstnęłaś co? sujkę komu dałaś? grzebnęłaś kogo?, no, gadaj, morowa 
lalu! 
Kaśka potrząsnęła głową. 
Nie — nie zabiła nikogo. Przecież nie chciała się opowiadać ze swoich postępków przed tą kobietą. Tak, jak przed panem Rimotatem w inspekcyjnej izbie, zamilkła, tłumiąc w sobie ból i przyczyny 
tego bólu. Nieznajoma uczuła się obrażoną. 
— Ho! jaka mi marmuzela, sekretnica! Nie chce wydusić, boi się! Cóż to za wyzieram na prześpiegaczkę? 
A dawnoś wyszła z furdygi? 
— Po południu! 
— Żarłaś co? 
— Nic. 
— Na, żryj! a nie obetkaj się zanadto i nie połam zębów. Hu! ha! to ci ananasy taki chleb. Wojtek 
forspan49 mi go dał... wiesz, ten Wojtek połamany... to mój kochanek. 
Mówiąc to, podawała kawałek sczerstwiałego chleba. Ręce trzęsły się Kaśce, gdy uchwyciła to 
nędzne pożywienie, które podniosła do ust z żarłocznością wygłodzonej bestii. 
Kobieta patrzyła chwilkę, po czym wyjąwszy z włosów dwie pogięte szpilki, rozrzuciła dokoła 
resztki zrudziałych kosmyków. 
— Łeb boli, szelma — zaczęła, wyciągając nogi w kałuży i klapiąc nimi po błocie — jak służba, 
psiajucha, nadejdzie, to każę im ugotować 
czarnej kawy i podać sobie w łóżku. Tylko taładajstwo 
się powlokło i dzwonka nie mam! 
Nagle poczęła sięśmiać serdecznie. 
— Wiesz ty, kolko cholerna, że ja miałam ćtery pokojów i sługę. Cały dzień ją po pysku waliłam, 
a w nocy to ćterdzieści razy kazałam jej wstawać i kawę czarną gotować. Ot tak, prost bez złość. I 
ja byłam sługą, to jak mnie potem los spotkał, to się pomstowałam, na kim wlazło. Potem sama 
zeszłam na wycierkę, ale com użyła, tom użyła! 
Przeciągała się teraz, przechylając w tył głowę. Chude ramiona podawała w tył i przymykała 
oczy. Po czym trąciła znów Kaśkę i spytała: 
— A ty masz kochanka? 
Kaśka przestała jeść, bo kurcz nerwowy zacisnął jej gardło, nie była w stanie odpowiedzieć na 
rzucone sobie pytanie. 
Nieznajoma nie czekała na odpowiedź. 
— Masz pewnie jakiego smarowoza, co cię w trąbę puści, znam ja to, znam! Weźmie porządną 
dziewkę, a potem ją wykieruje na śmiecie. I mnie tak jeden maszkara zrobił. Niech go pomsta 
spotka! Ot, raz to najtrudniej, potem to już się otrzaska i tak już na przepadłe... I ty tak zejdziesz. 
Kaśka porwała się z pniaka. 
Co? ona miałaby zostać tym samym, czym ta kobieta? Miałabyż się zwalać do tego stopnia i 
upaść bez powstania? Czyż dla niej nie ma ratunku? Nie ma już wyjścia? 
— A patrz, żebyś dziecka nie miała — skrzypiał dalej głos nieznajomej — to szczenię musiałabyś 
gdzie zadusić albo podrzucić, jak ja moje, bo w służbę cię z dzieciakiem nikt nie weźmie, a funduszów 
na mamkę nie masz. To najgorsza cholera i bez to my wszystkie idziemy na marne. 
Na marne! Tak! Kaśka nie pomyślała o tym nigdy. Dziecko! Zimny dreszcz przebiegł ją na to 
słowo; szukać musi innej służby, boć ją Budowscy już nie przyjmą. 
— Chłop każdy łajdak, nawet ci szmaty nie zapłaci — ciągnęła dalej kobieta — turbacja na twoim 
łbie, a potem to jeszcze plują i na dziecko sobaczą. Tak to już! 
Kaśka porzuciła trzymany w ręku kawałek chleba i poczęła przedzierać się przez krzaki, kierując 
się ku miastu. Pędził ją jakiś szalony strach, nieokreślona trwoga... chciała zobaczyć Jana i 
upadłszy mu do nóg, prosić o przebaczenie za to, co zrobiła. 
Wszystko, byle nie to! byle nie zostać taką kobietą jak ta, której chleb przed chwilą jadła. 
— A cóżeś tak wyciągnęła swoje giczały, chorobo czeska? Nawet mi za żarcie nie podziękujesz? 
— wołała nieznajoma. — Gnaj, gnaj! przyjdziesz nazad! nie takie, jak ty, stąd drałowały... a nazad 
lazły, oj, oj! 
I rozciągnąwszy się na pniu, gwizdać poczęła. 
Kaśka tymczasem, brnąc w błocie i osuwając się na kolana, wydostała się na drogę okalającą 
dokoła podstawę góry. Wąskie, ścieśnione uliczki rozchodziły się promieniami, a wszystkie błyskały 
rzędem jasno oświetlonych okien, przecinających ściany nędznych i zapadłych w ziemię domostw. 
Bandy obdartych mężczyzn przeciągały przez ulice, zaglądając do tych okien, z których 
wydobywały się wybuchy śmiechu i dźwięki rozstrojonych skrzypiec. Był to przedsionek piekła to 
nagromadzenie jaskiń rozpusty i zbrodni. Otwarte drzwi zachęcały przechodniów. Chwilami wybuchały 
z wnętrza domostw straszne krzyki. Czasami znów wypadała nagle gromada bijących się 
mężczyzn i kobiet i napełniała powietrze wrzaskiem i przekleństwami. Cały ten kłąb ciał tłukł się o 
szpiczaste kamienie, czerwieniąc krwawą posoką nierówny bruk. Po czym nikli znów we drzwiach 
i za chwilę odzywał się przejmujący głos skrzypiec. Tylko krwawe plamy pozostawały jako ślad 
świeżo odbytej walki. 
Kaśka pędem przebiegła jedną z tych uliczek. Jakaś nadludzka wola wzbudziła się w niej w tej 
chwili. Niedługo wydobyła się w inną dzielnicę miasta, pozostawiając za sobą zaułki, zionące pijaństwo 
i zbrodnie. Ciemność nocy kryła jej brud i zaniedbanie, przechodnie nie odwracali już za 
nią głowy. Ona śpieszyła nurkując pod murami domów, nabierając powoli przyzwyczajenia skrywania 
się 
przed oczami ludzi. Nareszcie stanęła na ulicy, przy której mieszkali Budowscy. Rząd 
słabo płonących latarni oświetlałźle szeroką i długą przestrzeń. Tej nocy magistrat zrobił umowę z 
księżycem, aby dopomógł mu w oświetleniu miasta. Księżyc wszakże zasłoniły chmury i dlatego to 
ciemności zaległy ulice i zasłały czarną szmatą na brukach ulicznych. 
Kaśka przecież pomimo ciemności przebywa szybko przestrzeń. Jest już u bramy; nie namyślając 
się długo, chwyta za gałkę od dzwonka i szarpie ją z nerwowym niepokojem. Wszakże tu powinna, 
mimo wszystko, znaleźć przytułek i obronę przed nędzą. Zbiła Rózię, ale Jana mimo to się 
nie wyrzekła, wyrzec się nie mogła. Dzwoni raz drugi, bo furtka nie otwierała się jeszcze. Miejskie 
zegary biją pierwszą godzinę urywanym, przeciągłym jękiem, który drga w powietrzu. Spóźniona 
dorożka wałęsa się, napełniając ulicę turkotem nierównym, szarpiącym uszy hałasem. Po krótkiej 
chwili poza bramą dają się słyszeć ciężkie kroki bosych nóg. Kaśka ze wzruszeniem opiera się o 
ścianę. Poznaje chód Jana, wie, że to on jest tak blisko niej, oddzielony tylko warstwą drzewa. 
Furtka otwiera się, a w głębi bieleje postać stróża w nocnej odzieży. Stoi zły i rozespany, klnąc w 
duszy spóźnionego przechodnia, ale rękę mocą nałogu wyciąga do odebrania należnej szóstki. 
Tymczasem zamiast spodziewanego lokatora zjawia się 
przed nim wysoka, obdarta istota, w której 
w mgnieniu oka poznaje Kaśkę. 
Czegóż 
chce jeszcze ta dziewka? Czy przyszła robić nowe awantury, drapać 
go i bić po nocy? 
Do tego nie dopuści — musi raz z nią skończyć. I zanim Kaśka zdołała wejść do wnętrza bramy, 
otrzymuje silne pchnięcie, które ją przymusza cofnąć się z progu. Znalazłszy się na ulicy, wyciąga 
mimo to błagalne ręce i woła zdławionym głosem: 
— Janie! Janie! posłuchaj!... 
Ale on nic nie słucha. Potok obelżywych słów, wymówionych półgłosem, wylewa się z wnętrza 
bramy. Czuje, że z tą dziewką skończyć 
musi, inaczej czepiać się go będzie jak rak. Zbił ją, a ona 
wróciła! Najlepiej ostro, a musi przecież ustąpić. 
Drżąc cały ze złości, zatrzaskuje bramę i obraca kluczem z najwyższą pasją 
i oburzeniem. Tamtę 
drugą ze strychu wygnał także. Znudziły mu się obie: Kaśka swymi płaczami, Rózia bezustannym 
chichotem. Jest teraz „wolny” i dobrze mu z tym. 
Poza bramą została teraz Kaśka. Stała chwilę jeszcze, nie zdając sobie dokładniej sprawy z całego 
położenia. Wprędce jednak zrozumiała, co ją spotkało. Ostatnia nadzieja połączenia się z Janem 
przepadła razem z łoskotem zamykającej się bramy. 
I nagle pod sercem kobiety poruszyło się coś słabo, ale mimo to wyraźnie. Szarpnęło nią to poruszenie 
w dziwny sposób, drgnęła cała i instynktowo wyciągnęła ręce w stronę bramy. Nowe życie 
budziło się w niej, druga istota niepewnymi ruchami dawała znać o swym istnieniu... ożywiała 
się w tę noc chmurną, ciemną, pod wpływem nędzy i cierpienia. 
Kaśkę, pomimo zimna, pokrył pot — zęby zacięła konwulsyjnie... pomimo swego niedoświadczenia 
instynktem właściwym samicom odgadła i zrozumiała, co się w niej działo. Miała zostać 
matką! 
Stała tak długo na środku chodnika, czerniąc się jak słup wbity w ziemię. Nie ona jedna teraz 
cierpiała nad niegodziwością Jana. Miała towarzysza niedoli, który wstrząsał jej łonem, rwąc się na 
świat do cierpień i głodu... 
Poza bramą zaległa cisza. 
Jan znużony upadł na posłanie i chrapał, śpiąc smaczno. Kaśka przedstawiała go sobie w tej ciasnej, 
a przecież 
zacisznej komórce, otulonego w ciepłą derkę, którą się na noc owijał. ona przecież 
drżała z zimna i wewnętrznego wzruszenia. Znużona głowa bezwiednie szukała oparcia, ochrony. 
Szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w czarną masę bramy, ręce jej kurczowo przyciskały 
drgające łono. Spoza zaciśniętych warg wybiegało tylko jedno słowo, powtarzane z uporem, graniczącym 
z obłędem: 
— Dziecko! dziecko! 
* 
I zaczęły się 
teraz dla Kaśki dnie najstraszniejszej nędzy i niedoli. Budowski, powiadomiony o 
wszystkim, napisał jej odpowiednie świadectwo w książeczce służbowej, piętnując ją tym samym 
na najnikczemniejszą istotę. Nie zastanawiał się nad powodami błędu, nad okolicznościami, które 
ten błąd stworzyły. Nie rozumował również, że podobnym świadectwem strąca dziewczynę w 
przepaść, a odbierając jej możność zarobku, zmusza niejako do zapisania się w rzędy prostytutek 
lub złodziejek ulicznych. 
Budowska również nie troszczyła się o dawną swą powiernicę. Gdy Kaśka przyszła wreszcie 
zabrać swój kuferek i upomniała się nieśmiało o książkę służbową i resztę zasług, Julia schowała 
się szybko w saloniku, bojąc się widoku dziewczyny, względem której miała obowiązki. Sam Budowski 
wręczył Kaśce książeczkę, co zaś do reszty zasług, wykazał jej bardzo zręcznie, że to ona 
właściwie winna mu jeszcze dopłatę za szkody, które poczyniła w gospodarstwie. 
Kaśka, milcząc, zabrała swą pościel i przy pomocy Marynki zniosła ją na dół. Marynka bowiem 
pozostała jej przyjaciółką i ona to powiadomiła Kaśkę o zaszłych wypadkach. 
— Itę bestię z komórki Jan wygnał także na cztery wiatry. Już on taki dla wszystkich jest. Ot!... 
chłop! cóż dziwnego! 
Kaśka nie odpowiedziała nic, jakkolwiek wiadomość, że i Rózię 
podobny los spotkał, sprawiła 
jej niejaką ulgę. Obejrzała się tylko wkoło, czy nie zobaczy gdziekolwiek Jana — ale na próżno! 
Stróż, widząc wchodzącą do kamienicy dziewczynę, uciekł do szynku, nie chcąc się z nią spotkać. 
Teraz, po dniu, czuł, że nie mógłby śmiało spojrzeć jej w oczy. Przyjął więc system, właściwy 
wszystkim prawie mężczyznom zrywającym z kochankami — postanowił uciekać od Kaśki i nie 
spotkać się z nią nigdy. 
Kaśka przeniosła swój kuferek do znajomego dawno mularza, który ożeniwszy się, odnajmował 
teraz stancję — kątem. Za pieniądze, uzyskane ze sprzedaży pościeli, wegetowała jeszcze Kaśka 
blisko dwa tygodnie. Przez ten czas szukała zajęcia dziennego, bo złe świadectwo w książce służbowej 
nie dozwalało jej znaleźć stałego miejsca. 
Prała więc w pobliskiej pralni, biorąc po kilka centów dziennie i dostając nędzne pożywienie, 
które jej teraz zadowolnić nie mogło. Stan jej, rozwijający się dość prawidłowo, ale nad wyraz 
uciążliwie, jak zwykle u kobiet zbyt silnie rozrosłych, sprawiał jej wiele cierpień i przykrości. Zewnętrznie 
nie zmieniła się wiele, wypełniała jeszcze i zdawała się teraz olbrzymką, gdy z zawiniętymi 
rękami, w koszuli spadającej z ramion, prostowała się ponad balią, otoczona kłębami białej, 
gęstej pary. Tylko twarz wybladła, podkrążone oczy świadczyły o wewnętrznym cierpieniu tej 
istoty, niedawno jeszcze młodej i zdrowiem tryskającej. 
Teraz, gdy zrozumiała stan swój i przeczuła dziecko, ukryte w łonie, troszczyła się dnie całe nad 
przyszłością i nieuniknioną nędzą, w jaką popaść miała. Słowa obdartej kobiety, rzucone za nią tej 
chłodnej, smutnej nocy, kiedy wypuszczona z furdygi, jak zwierzę bezdomne błąkała się po Wysokiej 
Górze, słowa te brzęczały jej ciągle w uszach, nie dając jej ani na sekundę spokoju. Co zrobi z 
dzieckiem, skoro na świat przyjdzie? Czy ma je porzucić na ulicy lub położyć pod próg szpitala, 
jak to inne kobiety robią? Nie — ona tego nie zrobi, boć suka szczenię swe tuli i zabierać nie dozwala. 
Do służby jednak z dzieckiem nikt jej nie przyjmie. Mogłaby oddać dziecko na wieś do 
mamki, ale na to trzeba mieć trochę pieniędzy, choć kilka guldenów, a ona zaledwie parę centów 
zarobić może... 
I noc całe leży bezsennie, wpatrzona w przestrzeń, rozmyślając nad zebraniem pieniędzy dla 
opędzenia kosztów. Ona sama — to mniejsza! ale dziecko! Dziecko pójdzie na marne, jak to przepowiedziała 
ta ohydna kobieta, spotkana na Wysokiej Górze podczas pamiętnej dla Kaśki nocy. 
Dokoła niej, w ciasnej izdebce, wśród zaduchu i ciemności, śpią jej współlokatorowie, oddychając 
ciężko. Nawet wśród nocnego spoczynku trapią ich sny męczące. We śnie kończą pracę rozpoczętą 
na jawie. Mięszają wapno, roznoszą szafliki, podają cegłę, spinają się na rusztowania. Niekiedy 
w kołysce zapłacze niemowlę lub zaskomli pies drzemiący w kąciku. Wszyscy przecieżśpią 
twardo, tym snem właściwym tylko spracowanym nędzarzom. 
Kaśka niemniej spracowana, przecież czuwa. Wsparta na ręku trawi się cała w bezsilnej i próżnej 
chęci wydobycia grosza. Gorączka ją ogarnia. Sprzedać cokolwiek? 
Nie ma już nic na sprzedaż. Pościel i trochę bielizny przeszły na własność mularzy. Niedostateczna 
strawa w pralni zmusza ją do zakupywania drobnych wiktuałów, które spożywa z żarłocznością 
zwierzęcia. Nie ona temu winna. Jest w niej druga istota, łakoma, chciwa, niewyrozumiała, nie 
pojmująca niedostatku, nie znająca jeszcze braku środków dla zaspokojenia głodu. 
I to stworzenie nasycać Kaśka, bądź co bądź, musi. Nieubłagane jest, gdy głód mu dokuczy... 
nie waha się zadawać najprzykrzejszych męczarni. 
Kaśka ma jeszcze jeden towar na sprzedaż. Tym towarem jest jej własne ciało. Ale wrodzona 
uczciwość wzdrygała się przed tą ostatecznością. Serce w niej zamiera na myśl podobnego poniżenia. 
Pralnię, w której Kaśka znajdowała do tej chwili zarobek, nagle zamknięto. Wskutek niedozoru 
lub z własnej woli właścicielki zginęło kilka koszul feldfeblów i podoficerów. 
Kaśka znalazła się znów na bruku, po dwutygodniowej pracy. Mularze, u których mieszkała, 
widząc ją bez zajęcia i nie widząc żadnych korzyści z lokowania u siebie tej nędzarki, wymówili jej 
„kąt”, oddając innemu lokatorowi. Wszystkie nieszczęścia waliły się 
na jej głowę, popychając na 
dno przepaści. 
Ona wszakże walczyła jeszcze, podnosząc głowę, pomimo ogromu niedoli. 
Głodna, obszarpana, powlokła się na miasto, szukając „roboty”, do której resztę sił oddałaby 
chętnie za prosty kawałek chleba. 
Dzień wiosenny śmiał się w rozkosznej pełni. Jeszcze śnieg leżał nad rynsztokami, a przecież u 
góry świeciło jasne słońce, pokryte delikatną, przejrzystą zasłonką. Okna domów, zamknięte 
szczelnie podczas zimy, otwierały się leniwie, jak oczy Argusa, jedno po drugim, chłonąc w ciemne 
wnętrze mieszkań jasność i woń wiosenną. Kobiety migały lakierowanymi bucikami i pomalowanymi 
twarzami spod gęstych welonów. Mężczyźni, drżący w zbyt lekkich wiosennych okrywkach, 
nadawali sobie miny zwycięzców. Wystawy sklepowe wylewały ze swych okien całe gamy 
jasnych barw, śmiejących się w fałdach lekkich tkanin i kulistych zgięciach parasolek... I całe to 
przedpołudnie wiosenne zdawało się jakimś preludium do harmonijnej melodii, która miała rozlegać 
się niedługo w przestrzeni i trwać zaledwie... jedną wiosnę. 
Kaśka wlokła się bezmyślnie po ulicach, zaciskając na piersiach fałdy podartego kaftanika. Zaczepiła 
już kilka podobnych sobie nędzarek, pytając, czy nie mogą jej nastręczyć zarobku. Wzruszyły 
ramionami i odpowiedziały, że same dni kilka nic w ustach nie miały. Później wszakże miały 
nadzieję dostać zarobek przy budowie lub reparacji domów albo przy roznoszeniu kwiatów po ulicach 
miasta. Magistrat potrzebował dawniej także kobiet dla uprzątania śniegu na ulicach, teraz 
czynność tę pełnili więźniowie pod strażą dozorców. Odpadł więc w ten sposób dobry zarobek, bo 
przynoszący dziesięć centów dziennie. 
Kaśka powlokła się dalej. Na niebieskiej tablicy rozkładał się napis: „Pralnia zagraniczna”. Kaśka 
przesylabizowała pierwsze słowo i wsunęła się w bramę. Na dziedzińcu kręciły się kobiety, 
wylewając błękitną wodę lub szumiące mydliny. Z niskiej oficynki dochodziły wybuchy śmiechu 
lub kłęby pary. Kaśka wkrótce stanęła na progu pralni. Cichymi i urywanym głosem prosiła o zajęcie, 
choćby o pozwolenie noszenia wody. 
Ale wprędce musiała się cofnąć. Sama właścicielka przy pomocy swych pracownic obrzuciła ją 
całym potokiem obelg mianując ją „obdartą włóczęgą, czyhającą tylko na cudzą własność”. Rzeczywiście, 
łachmany Kaśki nie wzbudzały zaufania, a każdemu z patrzących na tę dziewczynę ludzi 
nasuwało się jedno pytanie: 
— Dlaczego taka silna i rosła, a na pozór zupełnie zdrowa kobieta włóczy się bez zajęcia po ulicach, 
zamiast wziąć się do pracy?... 
Nikomu wszakże nie przyszło na myśl, że droga pracy była dla Kaśki zamknięta. Służba — przez 
złe świadectwo, nakreślone w książce, inne zajęcia — dla braku miejsca lub przez łachmany okrywające 
jej ciało. 
Spoza wystawy rzeźnickich sklepów, pomiędzy zielenią i różową barwą azalij, piętrzyły się stosy 
mięsiwa, trzęsły żółtawe galarety, mieliły się 
rozmaitymi kolorami salcesony. Była to czysta 
ironia, jakby urągowisko dla nędzarzy, stojących na wąskim trotuarze i patrzących na świeże mięso, 
którego smak i zapach odgadywali poza przejrzystą taflą lustrzanej szyby. 
Kaśka przyłączyła się 
obecnie do tej gromadki i popychana przez przechodniów znalazła się w 
pierwszej linii. Patrzyła długą chwilę na rozłożone szynki i ozory, a dotkliwy kurcz ściskał jej 
wnętrzności. Jak błyskawica przemknęła przez jej głowę myśl, aby wybić szybę i porwać kawałek 
mięsa, aby nasycić się choćby chwilowo. Ale już policjant rozganiał ten tłum obdarty, tamujący 
przejście w zacieśnionej i niezmiernie ruchliwej ulicy. Kaśka na widok ciemnego czaka i lśniącego 
półksiężyca uciekła szybko — bała się nad wyraz wszelki policji i jej reprezentantów. Idąc wciąż 
wzdłuż ulic, znalazła się nagle przed drzwiami kościoła Benedyktynów. Tak, tu przecież spocznie 
choćby chwilę. Kościół dla wszystkich otwarty! Niedawno stróż jakiś spędził ją z kamienia, stojącego 
u bramy wysokiej, trzypiętrowej kamienicy. Powiedział, że tu nie miejsce dla włóczęgów — w 
kościele przecież pozwolą jej posiedzieć spokojnie... 
Bóg! — zapomniała o Nim! Tak dawno nie modliła się — nie była w kościele! Od chwili upadku 
coś ją wstrzymywało, ile razy chciała przestąpić próg świątyni. Zdawało się jej, że coś ją ciągnie za 
odzież i przykuwa do miejsca. Było to z samego początku, bo później nawet nie próbowała zachodzić 
do kościoła. Dziś przecież weszła bez przeszkody, bez tego dziwnego uczucia, które wytrącało 
ją dawniej z przedsionka świątyni. Kościół nie zmienił się zupełnie. Ta sama wilgoć, spadająca z 
wysokich sklepień, też same cienie, snujące się wzdłuż filarów, te same szepty ciche, gorące, czepiające 
się złoconych szat aniołów, cały ten chłodny, a mimo to jakąś namiętnością dewotki drgający 
spokój owionął nagle wchodzącą dziewczynę i zrobił na niej przygniatające wrażenie. Machinalnie 
prawie osunęła się przed najbliższym ołtarzem i zrobiwszy znak krzyża, modlić się poczęła. 
Ale modlitwa nie szła jej zupełnie. Myśli plątały się, jak nici źle pomotanej przędzy. Głód szarpał 
jej wnętrznościami. Oczy zasłaniała mgła. 
Nagle Kaśka posłyszała poza sobą ciche, przytłumione łkanie; płacz ten wypływał z kącika, w 
którym czernił się skurczoną masą konfesjonał, błyskający ze swego wnętrza białą komeżką siedzącego 
tam księdza. 
Jakaś kobieta, czarno ubrana, klęczała u kratek, zanosząc się z płaczu. 
Z ust księdza wybiegały słowa, rzucane pośpiesznie przyciszonym głosem. Chwilami przecież 
szept ten stawał się głośniejszym i można było rozróżnić kilka wyrazów: 
— W Bogu szukaj pomocy!... Bóg pociechą jedyną... 
Kaśka pochyliła głowę. 
Tak! ona była winną bardzo. Nie dość, że zgrzeszyła — zamiast oczyścić się z grzechu, ona 
trwała w swej hańbie, odwracając się od Boga, który mógł dać jej pomoc i pociechę. 
W prostym a praktycznym umyśle głodnej i opuszczonej dziewczyny pomoc ta rysowała się w 
doraźnym otrzymaniu jakiejkolwiek pracy, a przede wszystkim ciepłej strawy, która mogłaby zaspokoić 
głód, trapiący ją od kilkunastu godzin. I pod tym wrażeniem postanowiła przystąpić do 
konfesjonału, aby złożyć u stóp księdza ciężar swych grzechów, a natomiast otrzymać jakąś pociechę 
i pomoc w swej niedoli. 
Zapłakana dewotka po kilkakrotnym ucałowaniu tłustej ręki spowiednika usunęła się w głąb kaplicy, 
wydając ciągle przytłumione westchnienia. 
Bóg, pociecha jedyna!... 
I pod tą dewizą, z tą myślą przewodnią rozpoczęła Kaśka swą spowiedź. Uklękła na niewygodnych 
stopniach, drżąc cała ze wzruszenia. Tak dawno nie wsuwała się do ciemnej głębi konfesjonału! 
Tak dawno nie zbliżała się do kratek, które przejmowały ją zawsze jakimś nieokreślonym 
uczuciem przestrachu. Dziś przecież przestrach ten łagodziło o wiele rzewniejsze uczucie, jakaś 
chęć opowiedzenia swej niedoli, cierpień przebytych, pragnienie dobrego słowa, porady, pomocy, 
którą u stóp ołtarzy jeszcze od dziecka jej ukazywano. I z sercem przepełnionym żalem, ze szczerą 
i prawdziwą skruchą za błąd popełniony rozpoczyna swą spowiedź w prostych słowach, nie kryjąc 
nic aż do chwili swego upadku... Powoli przecież milknie, zmrożona dziwnym, upartym milczeniem, 
jakie panuje z drugiej strony kratki. Silny zapach miętowych pastylków, połykanych przez 
księdza, odurza ją i sprawia zawrót głowy. Spowiednik jej milczy, znużony tą gadaniną chaotyczną, 
szeptaną drżącym, urywanym głosem, nie mogąc zrozumieć jeszcze dokładnie, czego chce ta 
dziewczyna, wyrażająca się niejasno i tak cicho, że prawie dosłyszeć jej nie może. 
Gdy Kaśka, opanowana nagle uczuciem wstydu, milknie wobec koniecznego przyznania się do 
winy przed tym obcym człowiekiem, który mimo sutanny jest przecież mężczyzną, ksiądz rzuca 
zwykłe w takich razach pytanie: 
— Co więcej? 
Ach! tak! co więcej — łatwo wymówić takie słowa, ale jakże trudno opowiedzieć to „więcej” bez 
pomocy, bez dobrotliwej zachęty, koniecznej dla nie wyzutej ze wstydu kobiety. I po długim wahaniu 
zdławionym głosem, naglona przez zniecierpliwionego księdza, przyznaje się do nieprawego 
związku z Janem, cierpiąc w tej chwili podwójnie. Raz, w pogwałceniu tajemnicy swej hańby — po 
wtóre, w ciężkim, bolesnym wspomnieniu chwil, które wtrąciły ją w przepaść niedoli i rozpaczy. 
Ale nowy pocisk spada na jej schyloną głowę. To piorunujące, potępiające ją słowa, ciskane z 
ust kapłana. Gromi ją, przejęty cały fanatycznym oburzeniem. Obrzuca ją wyrzutami za zbłądzenie 
z prawej drogi, po której winna była kroczyć do końca życia. Piekło ją czeka! Piekło i szatani, którym 
wpadła w ręce, oddając się występkom i grzechom, nie przebaczanym, chyba po najstraszniejszej 
pokucie... 
Ksiądz jest w swym prawie. Spełnia obowiązek gorliwie, wyprowadzony ze zwykłych, kilkugodzinnych, 
drobnych grzeszków kobiecych tym wielkim występkiem zhańbionej dziewczyny. 
Pokuta i jeszcze raz pokuta! 
U stóp konfesjonału osuwa się prawie bezprzytomna z bólu i głodu Kaśka. Pokuta? Ale czyż ona 
w tej chwili nie przechodzi najsroższych męczarni? Czyż nędza, głód i to dziecko, szarpiące się w 
jej łonie, nie jest dostatecznym cierpieniem do zmazania jej winy? Czyż jeszcze więcej cierpień 
fizycznych i moralnych ma spotkać ją za chwilę fikcyjnej rozkoszy, która w jej nędznym życiu 
zaświeciła, jak błędny ognik wśród trzęsawiska? 
Ksiądz odmawia jej rozgrzeszenia i ostrym głosem naznaczając pokutę, każe modlić się i błagać 
Boga o miłosierdzie. Po czym wychodzi z konfesjonału, nie spojrzawszy nawet na skurczoną na 
schodkach dziewczynę. Ona mimo woli wyciąga za nim rękę i ze ściśnionego gardła wymykają się 
słowa: 
— Proszę księdza!... proszę księdza!... 
Chce go prosić o jakąś robotę, chce mu powiedzieć, że doba cała upływa, a ona w ustach nie 
miała nic prócz wody, że... 
Ale na próżno. Ksiądz odchodzi w stronę 
zakrystii, wyprostowany, sztywny w swej sutannie i 
białej komeżce, oszytej szeroką koronką. Spełnił swój obowiązek. Odmówił rozgrzeszenia grzesznicy, 
poza tym nie ma nic do spełnienia. 
Kaśka pozostała sama. 
A więc i Bóg jej nie chce! I Bóg ją odtrąca przez usta księdza, rzucając jej, zamiast pomocy i 
pociechy, jedno straszne słowo: 
— Pokuta!... 
W umyśle kobiety powstaje nagle chaos nieopisany. Gdzież jest ten Bóg miłosierny, który żałującym 
przebacza, nagich przyodziewa, głodnych karmi? Wszak ona, żałująca, obdarta, głodna, 
przywlekła się w mury świątyni, aby tu, wśród złoconych aniołów i puszek z napisami: „Dla biednych”, 
znaleźć lekarstwo na swe cierpienie. Pomimo przecieżżalu i skruchy odtrącono ją, uznając 
jej cierpienia jako karą niedostateczną za danie życia jeszcze jednej istocie, za wypełnienie celu, do 
którego stworzoną została. Kazano jej pokutować zapomniawszy, że w urodzeniu dziecka leży najsroższa 
męczarnia, pokuta za grzechy całego życia. Jeden krzyk konającej w bólach rodzenia 
grzesznicy czyż może się równać z całą kwartąłez, wylanych w samolubnym zamknięciu przez 
pokutującą dewotkę? 
Z okien świątyni padały promienie świateł, rozkładając się różnokolorową strugą na kamiennej 
posadzce. 
Kaśka, podniósłszy głowę, łzawymi oczami wpatrywała się w te wesołe światełka, mieniące się 
barwą tęczy. W uszach jej brzmiała ilość pacierzy, wyznaczonych przez księdza jako pokuta. — 
Siedem Ojczenaszów, siedem Zdrowasiek, jedno Wierzę. Cóż było to bezmyślne klepanie wyuczonych 
słów w porównaniu z męczarnią, jaką nosiła w swym łonie? 
Na klęczkach posunęła się do ołtarza i wsparła głowę o wygiętą tegoż podstawę. Biały, cieniuchny 
obrus dotykał jej rozpalonej twarzy. Moczyła go łzami, które teraz gorącą strugą płynęły 
po jej policzkach. Ponad ołtarzem wybladła i zmęczona twarz Chrystusa w cierniowej, ze złocistej 
blachy ukutej koronie ukazywała się z ciemnego tła jak uosobienie bólu i znękania. Na białej płycie 
pomiędzy lichtarzami, na stopniach nawet ołtarza żółciły się drobne figurki z czystego wosku, tak 
zwane „ofiarki”. Dziwaczne te krzyżyki, laleczki, ręce lub nogi, pokrzywione, niekształtne, składane 
w chwili rozpaczy lub wdzięczności za otrzymane dobrodziejstwo, służyły później na świece, 
które, po stopieniu wosku z tychże ofiarek, z łatwością były wyrabiane. 
Za dobrych czasów Kaśka niejedną taką ofiarkę złożyła u stóp ołtarza. Dziś klęczy, wpatrzona 
mimo woli w ten wosk żółty, przeźroczysty, który często gryzła i połykała, dziwiąc się, że ma smak 
nieokreślony. 
— „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!...” — szepcą jej spieczone gorączką usta. 
Jest to milionowa cząstka pacierzy, które odmówić ma za popełnione grzechy. 
— „Chleba naszego!...” 
Kaśka popełnia w tej chwili świętokradztwo. Ze stóp ołtarza chwyta żółty, drobny krzyżyk i 
gniecie go kurczowo w palcach. Po czym podnosi kawałek wosku do ust i żuje go, łudząc się, iż 
posila się jakąś strawą. I znów zaczyna odmawiać szczerze pacierze, ale ogarnia ją nagła senność, 
której oprzeć się nie może. Oczy jej zamykają się mimo woli, serce bić przestaje — i Kaśka osuwa 
się na ziemię zemdlona, nieprzytomna cisnąc w ręku okruchy wosku. 
Padając na ziemię, szepcze jeszcze: 
— „Odpuść nam nasze winy...” 
Prośba ta pokorna rozbrzmiewa wśród sklepienia, jak rozpaczliwy jęk zanadto dręczonej istoty. 
Kaśka leży wciąż nieruchoma, straszna swą bladością i nędzą, kąpiąc obdarte łachmany w różnokolorowych 
promieniach światła, zaściełających posadzkę. Ponad nią 
Chrystus, surowy, wybladły, 
z twarzą ascety, zdaje się powtarzać słowa swego sługi: 
— Pokuta! pokuta! 
— Teraz już panna możesz iść do domu. 
Kaśka podniosła się z kuferka, na którym siedziała, i postawiła wypróżniony talerz na ziemi. 
Stojący przed nią staruszek brząkał niecierpliwie pękiem kluczy, trzymanych w pokręconych od 
reumatyzmu palcach. Znalazł Kaśkę na podłodze kościelnej nieprzytomną, martwą prawie. Przyszedł 
właśnie zamykać kościół, gdy potknął się o tę dziewczynę, leżącą na podłodze jak kawałek 
drzewa. Przy pomocy dwóch posługaczy kazał przenieść ją do swej izdebki i otrzeźwił po długich 
staraniach. Staruszek miał dobre serce, które nie zasklepiło się w fanatycznym a samolubnym życiu 
i klepaniu pacierzy. Talerz ciepłej zupy i kawałek chleba był najlepszym dla osłabionej dziewczyny 
lekarstwem. Podzielił więc swój obiad na dwie części i jednę wlał prawie przemocą w zaciśnięte 
gardło Kaśki. Ona, pod wpływem ciepła panującego w izdebce, przyszła powoli do siebie; odpoczęła, 
a teraz, milcząc, zabierała się do odejścia. Wiedziała, że był to przytułek chwilowy i że prędzej 
czy później opuścić ten kącik musi. 
Staruszek wpatrywał się w nią uważnie, po czym wzruszył znacząco ramionami. 
— Czemu ty do roboty nie idziesz?... taka wielka dziewka, żeby głodem marła!... 
Kaśka podniosła na mówiącego załzawione oczy. 
— Od tylu dni szukam roboty i nie mogę znaleźć. Byłam w pralni, zamknęli ją bez jakieś oszustwo. 
Teraz ani ugryź znaleźć nic nie mogę. 
— A do służby? 
Kaśka uśmiechnęła się smutnie. 
— Kto by takiego obszarpańca wziął — zaczęła, wskazując na swoje łachmany — na stancji tak się 
wydarłam, nawet na wodziarkę by nie puścili do porządnych państwa! 
Nie wspomniała o złym świadectwie. Chciała sobie, bądź co bądź, zaskarbićłaskę tego poczciwego 
staruszka, który pierwszy ulitował się nad jej nędzą i podał jej łyżkę strawy. 
Lecz on teraz zamyślił się długą chwilę. Widocznie nie chciał ograniczyć swej pomocy na jednorazowym 
wsparciu. Szukał jakiegoś zajęcia, które mógłby powierzyć tej nędzarce zgłodniałej, 
padającej ze znużenia, a mimo nędzy nie kalającej się w występku i rozpuście. 
Z wprawą właściwą każdemu mężczyźnie, ocenił młodość i nie zużyte ciało Kaśki — zrozumiał, 
że gdyby ta dziewczyna miała złe instynkta, mogłaby z najwyższąłatwością zapewnić sobie byt i 
dostatnie utrzymanie. Jeśli mdleje z głodu u stóp ołtarza, musi być, bądź co bądź, uczciwą. I nie 
rozumiejąc, nie badając, nie rzucając gromów na głowę nieszczęśliwej, nakazuje jej stawić się za 
trzy dni w zakrystii tegoż kościoła do pomocy w myciu podłogi, okien i oczyszczaniu schodów w 
całym zabudowaniu. 
— Dostaniesz kilka groszy, tylko pracować trzeba... wiesz! 
Kaśka, podziękowawszy, wyszła na ulicę, nie mogąc przecież pozbyć się smutku i znękania. 
Zakrystian dał jej nadzieję zarobku, ale zarobek to chwilowy i oddalony jeszcze długim przeciągiem 
kilkudziesięciu godzin. Co robić teraz będzie? Gdzie głowę złoży? 
Słońce miało się ku zachodowi. Miasto chłonęło w siebie resztęświatła i ciepła, wysuwając ze 
siebie ponure i smutne cienie. Bezlistne drzewa plantacji, wałów, przecinających miasto, wznosiły 
się jak szkielety czekające na osłonę. Kaśka szła bezustannie z głową schyloną, okrążając place, 
sznurkując wzdłuż ulic, przeciskając się przez ciasne zaułki. W wędrówce tej podobną była do hieny 
zamkniętej w klatce, do Żyda-tułacza, krążącego bez celu, bez świadomości spoczynku. Nie 
patrzyła na ludzi — byli jej obojętni; czuła tylko, że noc się zbliża, a z nią konieczność ukrycia się 
pod jakimś dachem. Nie czuła chwilowo głodu, ale lęk przed nadchodzącą nocą dręczył ją niewypowiedzianie. I szła, szła wciąż, spoglądając na ciemne okienka piwnic, czerniące się wzdłuż murów. 
O! gdyby dostać się do wnętrza takiej piwnicy i pozostać tam noc całą! Bezwarunkowo byłoby 
to rzeczą niewątpliwie najbezpieczniejszą. 
Ciemnawo już było, gdy Kaśka znalazła się 
nagle pod parkanem okalającym Politechnikę. Pusto 
było w tej części miasta, zamieszkanej przeważnie przez arystokrację. Wysokie, białe kamienice 
wznosiły się 
jak rzeczywiste pobielane groby mieszczące w sobie trupy, gnijące w bezczynności 
lub rozpuście. Groby te błyskały rzędami okien czarnych, smutnych jak jamy oczne w nadpróchniałej 
czaszce. Tu dogorywały wielkie rody kraju, stawiając sobie za życia grobowce. Tylko wśród 
tego cmentarzyska wznosił się 
gmach Politechniki, jakiś zdrowszy, czerstwiejszy, otwarty szeroko 
dla przyjęcia odgłosów, które wiosenne fale z miasta przynosiły. 
Kaśka mimo woli usiadła pod parkanem i oparła zmęczoną głowę na powalonym pniaku. Wiedziała, 
że długo tak siedzieć nie może, choć nigdzie nie widać było czarnej sylwetki policjanta. 
Postanowiła tylko odpocząć krótką chwilę i pójść dalej... dalej... 
Nagle ktoś szarpnął ją za ramię. 
Był to głuchoniemy chłopak, uczeń Wodnickiego. Wychodził z pracowni po wieczorny posiłek. 
Za chwilę miał wrócić, gdyż spał tam zawsze u stóp Świtezianki lub Mojżesza, śmiejąc się przy 
przebudzeniu z niekształtnych stóp św. apostołów. 
Poznał Kaśkę 
od razu. Wzbudziła w nim pewien rodzaj uwielbienia pomimo obszarpanych 
łachmanów, jakimi była okryta. Wzrósłszy pomiędzy powiększanymi postaciami posągów, patrząc 
na te wielkie torsy, biodra, potężne uda, olbrzymie karki — pogardzał drobnymi istotami, wpadając 
w rodzaj ekstazy na widok zolbrzymiałych członków. Kaśka ze swym rozrośniętym ciałem wyróżniała 
się wśród tłumu i od razu zyskała aprobatę głuchoniemego. Usiadł więc przy niej, wydając 
dzikie krzyki i ciągnąc ją za rękę. Ona poznała go również i patrzyła na niego nie mówiąc wszakże 
słowa. Wiedziała, że to się na nic nie zda — kaleka jej nie zrozumie. Powoli widok tego chłopca 
obudził w niej bolesne wspomnienia. Wszakże to była u rzeźbiarza tego samego dnia, w którym 
wpuściła Rózię na strych i poznała ją z Janem. Dwie wielkie łzy spłynęły z podsiniałych oczów 
dziewczyny i toczyły się z wolna po wychudłych policzkach. 
Lecz głuchoniemy porwał się nagle i przykląkł tuż przy niej. Brudną i gipsem powalaną ręką 
obtarł te łzy, lśniące jasną bruzdą wzdłuż twarzy kobiety. Chłopak miał serce niezmiernie wrażliwe 
na cudze cierpienia. Często psy nie znosząłez i płaczu człowieka. Ten niemy chłopak miał taką 
psią litość nad nieszczęściem Kaśki. Wrzaski pawia, jakie wydawał dla wyperswadowania dziewczynie 
zbytniego smutku, mogły rzeczywiście rozweselić niejednego. 
Ale Kaśka nie uśmiechała się pomimo komicznych grymasów, jakie chłopak wyprawiał. Patrzyła 
nań wciąż przez łzy, które zaszkliły jej źrenice. Kaleka wykonywał teraz nadzwyczajne skoki 
ku uciesze kilku obszarpanych dzieciaków. Te wyrosły nagle jakby spod ziemi i stały ponad 
rynsztokiem brudne, blade, a mimo to szczerze roześmiane z małpich min głuchoniemego. Kaśka 
spojrzała na tę grupę obdartusów, z których najmłodsze liczyło zaledwie rok życia. Trzymała je na 
ręku kilkoletnia dziewczynka, a dziecko wybladłe, wynędzniałe zwieszało głowę dużą o nagiej 
prawie czaszce, niekształtną, wielką jak bania, głowę prawdziwego idioty. Kaśka doznała dziwnego 
ściśnienia — dziecko takie i ona mieć będzie, a choć to jeszcze do tej chwili daleko, przyjdzie 
dzień, w którym głowa taka uparcie pojawi się na świecie i jeść domagać się pocznie. 
Ściemniało się już zupełnie. Gromadka dzieci powlekła się do domu, a w oknach pobielanych 
grobów błyskały mdłe, niepewne światła lamp — jakieś 
niezdrowe, anemiczne blaski, o niewyraźnych, 
różowych lub niebieskich cieniach. Budziło się tam sztuczne życie, powolne, trwające zaledwie 
kilka godzin nocnych, nie przynoszące nikomu pożytku. 
Głuchoniemy siedział wciąż skurczony przy nogach Kaśki — teraz już nie wydawał swych nadludzkich 
wrzasków. Z nadzwyczajnym natężeniem śledził pojawienie sięświateł w oknach, wydając 
za każdym błyskiem przytłumiony, chrapliwy dźwięk, mający zapewne wyrażać zachwyt. 
Gdy, według jego obliczeń, ostatnie światełko zabłysło, porwał się nagle z ziemi, ciągnąc Kaśkę 
za rękę. Gestami zapytywał, czy idzie do domu; dziewczyna uśmiechnęła się smutnie. Potrząsnęła 
głową i wskazała na parkan jako na ostatni swój przytułek. Głuchoniemy z dziwną przenikliwością 
pojął sytuację. Zrozumiał, że Kaśka nie miała domu, nie miała dachu, pod którym by zmęczoną 
głowę skłonić mogła. Czyż on sam nieraz nie bywał w podobnym położeniu? I stał chwilę zakłopotany, 
nie chcąc opuścić tej wielkiej dziewczyny, do której czuł poniekąd sympatię. 
Nagle wydał 
tryumfalny krzyk. Porwał Kaśkę za rękę i pociągnął ją w stronę Politechniki. Dlaczegóż 
ona nie miałaby nocować w pracowni Wodnickiego? Odstąpi jej swego sienniczka i przykryje 
kocem — on sam położy się gdziekolwiek. Czyż nieraz nie zabierał już włóczącego się bez 
pana psa i nie dozwalał mu spocząć obok siebie? Tylko musiał się wtedy przekradać cicho wraz ze 
swym towarzyszem, przemykając się szybko wzdłuż 
cichych i wysokich kurytarzy. Był to rodzaj 
kontrabandy ta nędza, przemycana przez kalekę do wnętrza gmachu, którego posadzka lśniła nieposzlakowaną 
czystością szlifowanych płyt kamiennych. 
Kaśka z dziwnąłatwością dała się uprowadzić chłopcu. Wiedziała tylko, że wiedzie ją pod dach 
i ochrania od możliwego spotkania z policją. Na progu pracowni zawahała się przecież. 
W wzrastającym zmroku bryły mokrej gliny, nakryte wilgotnymi szmatami, błyszczały jak fantastyczne 
zwierzęta. Olbrzymie posągi rysowały się 
niepewnym matem, znikając pod cieniami 
sklepienia. 
Głuchoniemy przecież wepchnął dziewczynę prawie siłą i zamknął starannie drzwi. Po czym 
zapalił zapałkę i wydostał z kieszeni ogarek świecy. Ogarek ten umieścił na wystającym kancie 
podstawy Świtezianki i zapalił knot. Słabe żółtawe światło rozlało się po kąciku pracowni. Światło 
to objęło głównie nogi białego posągu spowiniętej w siatkę rusałki. Kaśka spojrzała z trwogą na tę 
białą, nieruchomą kobietę, wyciągającą w górę ręce. Tak, poznała ją dobrze. To była taka sama 
sługa, jak ona, dziewczyna, która pozbywała się wszelkiej osłony i pozwalała lepić się z gliny za 
kilka szóstek. 
Kilka szóstek!... 
W umyśle Kaśki powstał 
chaos wielki. I jej ofiarowywano podobny zarobek, odrzuciła go przecież, 
dumna w swą siłę roboczą, w tę wieczną pracę ręczną, w jaką się wprzęgnąć chciała... 
Dziś przecież, kto wie! — głód i nędza to twarda szkoła. Dziś nie oburzyłaby się, gdyby ów mały 
pan zaproponował jej to samo. Może byłaby się zgodziła, gdyby pozwolił zachować jej jakąkolwiek 
osłonę — stanęłaby tak samo z wyciągniętymi rękami, jak ta kobieta, bielejąca w niepewnym 
świetle dogasającej świecy... 
Głuchoniemy rzucił Kaśce u stóp posągu swój biedny sienniczek i śmiejąc się, wskazywał to 
nędzne posłanie. Kaśka skinieniem głowy podziękowała mu za gościnność. To biedne, nieme 
dziecko wyrządzało jej przysługę wielką, dając jej schronienie. Chłopak śmiał się i gryzł sobie palce 
z wielkiej uciechy, gdy Kaśka wreszcie, znużona, położyła się na sienniczku. Stał jeszcze długą 
chwilę nad nią, patrząc, jak przymykała zmęczone powieki. Dogasająca świeca drgała w ostatnich 
konwulsjach, rzucając co chwila tańczące blaski. Z podartego kaftanika Kaśki wychylało się gołe 
ramię, bieląc się 
w urywanych blaskach. Ramię to rysowało się jasną plamą wśród ciemnych gałganów, 
występując w świetle lub znikając w cieniu. 
Kaleka nachylił się nad zasypiającą dziewczyną. To białe ciało żyjącej kobiety pociągało go ku 
sobie i dopraszało dotknięcia. Do tej chwili dotykał się tylko marmurowych lub gipsowych ramion 
posągów — nie mógł się oprzeć pokusie. Wyciągnął rękę i posunął palcami po ramieniu Kaśki. 
Choć ciało było chłodne, chłopiec poczułżar przebiegający mu palce — zmieszany, cofnął się w 
przeciwległy kąt, mrucząc jak dzikie zwierzę. Cóż, u diabła, miała ta dziewczyna pod skórą, aby 
tak parzyło? 
Kaśka tymczasem spała twardo, zapadając w stan graniczący z bezwładnością. Ponad nią posąg 
Świtezianki unosił się lekki i smukły jak wodna lilia. Śpiąca u stóp posągu dziewczyna pełnym 
swym korpusem stanowiła zupełne przeciwstawienie do tej dziewiczej postaci, bielejącej wśród 
ciemności. Niemniej przecież ta potężna szyja, pełne ramiona, wspaniałe piersi i silne biodra stanowiły 
pyszny materiał dla stworzenia typu kobiety-olbrzymki, kobiety roboczej, kobiety-matki. 
Gasnąca świeca rzuciła jeszcze jeden blask, obejmując razem tym przelotnym promieniem 
martwąŚwiteziankę i żyjącą Kariatydę. 
Za chwilę obie utonęły w ciemnościach. 
— Pociągnij wyżej to prześcieradło, niezgrabo jedna! 
Kaśka usłuchała i drżącą ręką wciągnęła na obnażone biodra cienką zasłonę. 
Stała tak na wpół 
naga w blasku dziennym, spowinięta od pasa w zwoje przybrudzonego białego 
perkalu. Nogi całe miała zasłonięte, tylko końce palców nabrzmiałych widać było spod nieźle ułożonej 
draperii. U pasa spięto perkal na kilka szpilek, których czarne ostrza odbijały się od białej 
tkaniny. Tylko tors dziewczyny oślepiał prawie swą wielką, wspaniałą nagością; odbijając dziwnie 
wobec marmurowych biustów i gipsowych posągów. Jasna struga światła spływała z okna i oblewała 
nagie plecy dziewczyny, srebrzyła czystym blaskiem linie piersi, linie śmiałe, potężne, 
wzmocnione macierzyństwem, prawdziwy gors Kariatydy, rozwiniętej w całej pełni. 
Przed nią Wodnicki, zachwycony, uśmiechnięty, rozgorączkowany, suwał szybko rękami po olbrzymiej 
bryle gliny, modelując wspaniałą kobietę, która rysowała się tak wyraźnie w tym jasnym 
świetle dziennym. Twarz Kaśki obchodziła go mało — spostrzegł, że była wychudłą i zmienioną, 
toż samo szyja, której skóra wyciągnęła się znacznie. Ale zawsze, mimo wszystko, był to jeszcze 
wspaniały model, podatny do utworzenia kobiety-olbrzymki, w której wdzięki niewieście miały 
zgrubieć i zolbrzymieć, nie zatracając uroku. Draperia kryła biodra i tylko dozwalała zarysować się 
konturom ud i łydek. Rzeźbiarz poprawiał naturę, brał, co było jeszcze piękne w tej dziewczynie, i 
tworzył arcydzieło. Ręce Kaśki, podniesione w górę, założone ponad głową, drżały już ze znużenia, 
gdyż stała tak blisko godzinę — nie śmiała odezwać się przecież. Głód zaczynał jej dokuczać, bo 
głuchoniemy sam nie jadłśniadania, a więc nie poczęstował gościa. Widocznie kieszeń Wodnickiego 
znajdowała się w smutnym stanie i trudno było w niej znaleźć potrzebną na wyżywienie 
adeptów sztuki kwotę. Pomimo to rzeźbiarz pracował ze zdwojoną energią; uszczęśliwiony znalezieniem 
śpiącej w jego pracowni dziewczyny, namówił ją do pozowania. 
Przyszło mu to łatwiej, niż się spodziewał, ale Kaśka, wskutek głodu i nędzy, straciła energię. 
Opierała się czas jakiś — później wspomniała dziecko, chorobę i przystała na czynioną jej propozycję. 
Zacięła zęby i powoli zesuwała ze siebie swoje łachmany, oblewając się falą krwi, która gwałtownie 
biła jej do głowy. Wreszcie, gdy stanęła wpół naga przed Wodnickim, chwilę jeszcze trzymała 
spuszczoną głowę, walcząc z resztą wstydu, jaki jej łzy do oczów cisnął. Obawiała się tego 
wesołego człowieka; sądziła, iż 
zacznie z niążartować i zechce traktować ją w sposób, na jaki, według swego mniemania, zasłużyła. Ale Wodnicki cały przejęty swą pracą, nie widział w niej „kobiety”, 
był to dlań 
model tylko, model dobry, prawdziwa, rzadka okazja, trafiająca się w znacznych 
odstępach u nas, gdzie pozowanie jeszcze nie ma żadnego pomiędzy zarobkami miejsca. Do tej 
chwili Wodnicki musiał pomiędzy kolegami szukać męskich modeli, kobiece zaś postacie zbierać 
w zaułkach i brudnych knajpach, pomiędzy kontyngensem ostatniego rzędu istot. Jednę tylko leśną 
rusałkę wykuł z ubogiej dziewczyny, pełniącej obowiązki służącej u jego bratowej, dziś druga kobieta 
w osobie Kaśki staje na podwyższeniu skleconym z lichych desek i czerwieni siężywą skórą 
w blaskach wiosennego poranka. Gorączkowo więc zabiera się do roboty i pracuje już całą godzinę; 
Kaśka, widząc go tak rozsądnym, uspokaja się powoli. Widocznie ten pan jest bardzo rozsądnym, 
gdy nie krzywdzi jej, pomimo że taka naga stoi przed nimi i bez żadnej obrony. 
Nagle drzwi pracowni otwierają się z trzaskiem. Do wnętrza wchodzi człowiek, który od progu 
zaznacza swój dziwaczny charakter i chęć 
pozowania na oryginała. Kapelusz przekrzywiony na 
jedno ucho, ręce w kieszeniach od krótkiego sakpalta, nastrzępione pod nosem wąsiki, wzrok niepewny, 
biegający z jednego przedmiotu na drugi — słowem, całe dziwactwo, wysilone, sztuczne, 
nadaje mu cechę jakiejś marionetki, poruszanej sprężynkami. 
Ten pan wszedł nagle do pracowni, gwiżdżąc i śpiewając oklepanego walczyka. Przekrzywiwszy 
lepiej kapelusz, zbliżył się do Wodnickiego, a podając mu protekcjonalnie chudą dłoń, wyrzekł 
krótkim, urywanym głosem: 
— Hę? cóż? Pomnik dla historyka? zrobiony? skończony? Przychodzę obejrzeć... gdzie jest? 
W całym wzięciu, w formie wysłowienia się znać było chęć imponowania tłumowi. Te krótkie, 
urywane frazesy miały olśniewać słuchaczy jak promieniste bomby, wyrzucane wśród nocnej pomroki. 
Wodnicki wszakże nie przerywał swej pracy. Krzyknął tylko na Kaśkę, która na widok obcych 
chciała naciągnąć na siebie jakąś firankę, i szybko wskazał stojącemu przed nim mężczyźnie odległy 
kąt pracowni.
— Tam jest medalion! 
Dziennikarz — gdyż 
niezawodnie ów pan z pokrzywionym kapeluszem musiał być dziennikarzem 
— posunął się drobnym kroczkiem we wskazanym kierunku. 
— To? — zapytał, przymrużając oczy i marszcząc się jak stara cytryna — to? cóż to ma być? 
Wodnicki uśmiechnął się nieznacznie. 
— Nie wiesz pan? 
— No tak! niby... ale po cóż te dzioby, po cóż ta bruzda pod okiem? W sztuce należy szukać ideału, 
inaczej brud i kał nas owionie. 
Stał sam brudny i skalany naprzeciw tej twarzy, choć pooranej bruzdami, a przecież pięknej 
szlachetnym wyrazem rozumnej powagi i pełnej ducha pomimo szpetoty zewnętrznej. On nie widział 
w małoduszności swej tego wyrazu, tej prawdy pięknej, czystej jak kryształ, która, odbijając 
zmazy, uwidocznia i piękno; brudną duszą szukał tylko kału i brzydoty, a znalazłszy jej choć odrobinę, 
wyciągał na wierzch i starał się przyćmić nią rzucające się w oczy piękno. Miał kilka utartych 
frazesów o ideale, o estetyce, o jakimś dziwacznym, a wynalezionym przez siebie konserwatyzmie, 
i bryzgał nimi co chwila z miną pyszałka i rzeczywistego znawcy. 
Wodnicki zaprzestał na chwilę swej roboty i spojrzał z litością na tę drobną postać, tak nędzną, 
tak małą wobec jego prac i jego olbrzymiego talentu. Medalion historyka był oparty o podstawę 
Mojżesza. Wspaniała, wielka postać, biała, surowa, wznosiła się ponad głową małego dziennikarza 
o przekrzywionym kapeluszu i zdawała się kamiennymi źrenicami mierzyć z pogardą wykrzywione 
usta znawcy. 
— Czy pan myślisz, że daleko zajdziesz na tej drodze, po której kroczysz? — zaczął znów ironicznie 
jegomość — utworzyliście sobie nową szkołę i wojujecie w niej brudem i błotem. Piękno przede 
wszystkim, panie! piękno! ideał, a nie rzeczywistość, bo dość już jej dokoła mamy. W sztuce musimy 
szukać wytchnienia... 
Wodnicki poruszył się wreszcie niecierpliwie. 
— Ależ, panie, komitet, zajmujący się budową pomnika, wyraźnie polecił mi odtworzyć wiernie 
podobiznę zmarłego. Jakże więc? 
— Dobrze! dobrze — odparł zoil50 z przekrzywionym kapeluszem — podobizna jest, ale po cóż te 
dzioby? 
— Nieboszczyk był dziobaty! 
— Tak, ale należało to rzeczy łagodzić, gazować, przysłaniać! Piękno! panie, piękno przede 
wszystkim! 
Wodnickiemu wystąpiły dwie małe ciemne plamki na policzku. Młoda krew kipieć zaczynała 
wobec tego ślimaka, śliniącego jego pracę. 
— Czyż 
przez to wyraz twarzy ucierpiał? Czyż nie widzisz pan tej zadumy, która tak pięknie łagodziła 
szpetotę 
jego oblicza? Patrz pan na wykrój ust, na tej uśmiech bolesny, który udało mi się 
pochwycić tak szczęśliwie; na tę zmarszczkę, niby groźną, a przecież tak łagodną... Powiedz pan, 
czyż to nie ideał człowieka, który w pracy żył i w pracy umarł, w pracy dla kraju, dla potomności... 
Głos młodego rzeźbiarza płynął teraz dźwięcznie, zapalał się i ożywiał, mówiąc o swoim dziele, 
wykazując jego zalety. 
Mały dziennikarz przecież nie zdawał się być przekonany. 
— Dobrze, ale te dzioby, te dzioby! 
Wodnicki machnął ręką. 
Człowiekowi temu wbiła się 
w oczy jedna rzecz szpetna i zaciemniła mu wszystko inne. Na 
upór nie było lekarstwa. 
— Dalsze części pomnika? — pytał dalej dziennikarz, postępując kilka kroków naprzód. 
Wodnicki w milczeniu wskazał kamienne chłopię, które szarzało w jasnym świetle porannym, 
wylewającym się szeroką strugą z otwartego okna. 
Dziennikarz wykrzywił usta. 
— Jakiś chłop? Cóż 
za mania was ugryzła z tym chłopstwem. Prawdziwie, teraz ludziom w porządnym 
surducie przejść nie można będzie po ulicy. Każdy człowiek z lepszej sfery jest dla was 
wyrzutkiem, a obdarty nędzarz doskonałością. Dziwne, doprawdy, dziwne! 
Był przecież sam człowiekiem nie z wyższej sfery, a nawet z dość niskiej klasy społecznej. Odkąd 
przecież ożenił się z baronówną, głowę nosił wysoko i pluł na wszystko, co biedne. 
— Trzeba było umieścić anioła z zagaśniętą pochodnią lub coś podobnego — cedził dalej, przestępując 
z nogi na nogę. 
Wodnicki zacisnął pięści. Musiał milczeć i znosić podobnego rodzaju indywidua. 
Od pewnego czasu dziennikarz ten wyrobił sobie jakieś 
quasi-stanowisko w kilku brukowych 
pisemkach. Tłum te pisemka chwytał i czytał przy szklance herbaty. 
Wodnicki był młody i pragnął dojść do rozgłosu — rozsądek nakazywał mu milczenie. Tłumaczyć 
temu pyszałkowi bijącą w oczy myśl, dlaczego bose, obdarte chłopię przypadło do stóp pomnika 
zgasłego historyka, było pracą zbyteczną. Dziennikarz widział tylko koszulę, odrapane kolana 
i rozczochraną głowę dziecka — i z tego wysnuwał swoje poglądy. Był 
to dziwny punkt wyjścia 
dla inteligentnego człowieka. Ale trudno! Widocznie to było najprzystępniejsze dla umysłu dostojnego 
przedstawiciela prasy. 
I było w tym człowieku jakieś zwierzę drapieżne, błyskające złymi światełkami spoza przymrużonych 
powiek. Zwierzę to budziło się w nim na widok jakiegoś dzieła noszącego na sobie oryginalne 
piętno. Sam nie będąc w stanie stworzyć nic samoistnie, nie mogąc wysnuć nic z piersi, 
przytłoczonej ciasnym kołem zastarzałych idei, ciskał się w bezsilnej złości na talenta młode, rwące 
się do pracy jak orły do słońca. Oplwać, obrzucić błotem, ośmieszyć, zgnieść w zarodku — oto 
było zadanie życia tego człowieka. 
I w tej chwili, przekrzywiwszy jeszcze więcej swój cylinder, rozsiada się na odłamie kamienia, 
aby wyszukiwać powoli jakiekolwiek, choćby najdrobniejsze usterki w dziele Wodnickiego. Po 
czym wzrusza ramionami i mruczy pod nosem urywane frazesa, których sam często zrozumieć nie 
może. 
Wodnicki powrócił do pracy. Jakkolwiek przyzwyczajony do podobnego rodzaju odwiedzin, 
doznał przykrego uczucia, słysząc z ust dziennikarza zdanie, na które nie było repliki. Drżącymi 
rękami zabrał się do pracy, rzuciwszy smutne spojrzenie kamiennemu chłopskiemu dziecięciu, które, 
pomimo zgryźliwych oczu dziennikarza, nie przestawało czytać mozolnie księgi dziejów narodu, 
którego cząstką i ono bez zaprzeczenia było. 
W tej nieruchomości posągu, w tym upartym milczeniu leżała najwymowniejsza odpowiedź na 
słowa jegomości „w porządnym surducie”. W schyleniu głowy dziecka był chłopski upór, który 
mimo wszystko dojść pragnie do celu. 
Kaśka przybrała na nowo raz ułożoną pozę, którą opuściła chwilowo podczas rozmowy rzeźbiarza 
z dziennikarzem. Ten ostatni dopiero teraz dostrzegł dziewczynę i przyglądał się jej ciekawie. 
Ona przymknęła oczy, aby nie widzieć spojrzeń tego człowieka, ślizgających się po jej obnażonym 
ciele. Doznawała po prostu fizycznego bólu pod wzrokiem nieznajomego, który widział ją półnagą 
w dziennym, jasnym świetle, zaledwie osłoniętą kawałkiem perkalu. 
— Skąd pan to wziąłeś? — zapytał wreszcie dziennikarz, wykrzywiając pogardliwie usta. 
— Wspaniały szkielet... patrz pan tylko na ten tors, na ramiona — odparł Wodnicki. 
— Tak! ale ideał! piękno! 
— Oh! — rozśmiał się Wodnicki — przecież to tylko sługa.... a potem nadaje się do przedmiotu. 
Będzie z niej Kariatyda! 
— Tak? ano, to co innego... I to pana... — urwał nagle, nie chcąc ust kalać wyrazem „kochanka”, 
podczas gdy cienkie nozdrza poruszały mu się szybko, a ręce nerwowym ruchem mięły brzegi palta. 
Wodnicki wzruszył ramionami. 
— Cóż 
znowu! — zaczął — pan wiesz, ja tego nie lubię... potem... kocham się idealnie. Jeżeli pan 
zechcesz, to możesz wziąć sobie tę dziewczynę, choć zdaje mi się, że miałbyś pan z nią teraz niepotrzebny 
kłopot. 
Kaśka szybko otworzyła oczy. Oh, zrozumiała dobrze, co w tej chwili mówili o niej ci dwaj 
mężczyźni. Skąd ten mały rzeźbiarz ma prawo darować ją temu panu, który tak źle na nią spogląda? 
Była biedną i głodną, to prawda. Zgodziła się nawet z tej nędzy stać nago i lepić się z gliny, ale 
przecież nie zgodziłaby się nigdy na tego rodzaju hańbiący upadek. 
Ale dziennikarz uspakaja wprędce jej oburzenie. 
— Phi! — odpowiada po chwili, odwracając oczy od nagiego ciała kobiety — to za brudne, ja nie 
lubię wdawać się z motłochem. Od czegóż są damy? 
I założywszy nogę na nogę, zagwizdał walca z Gasparone51 
. 
Nastała długa chwila milczenia. Kaśka mdlała prawie ze znużenia, nie śmiejąc poruszyć się z 
miejsca. Krzepiła ją myśl spodziewanej zapłaty, za którą kupi sobie trochę ciepłej strawy. 
Nagle dziennikarz odezwał się piskliwym głosem: 
— Idziesz pan jutro do teatru? 
— Zapewne — odparł rzeźbiarz — mam wstęp wolny. A pan będziesz? 
— Nie!...recenzję już napisałem, nie potrzebuję chodzić!... 
— Jak to? — zapytał Wodnicki — recenzję napisałeś pan przed przedstawieniem? 
Dziennikarz ściągnął usta do pogardliwego uśmiechu. 
— Spodziewam się! Ja zawsze tak robię. Dostanę egzemplarz, przewertuję, a potem ciach! ciach! 
i już autor urządzony. Na tego jutrzejszego to od roku sobie ostrzę pióro. Toteż mu przyłożyłem. 
Sztuka musi upaść... głupiec jakiś! Nic sobie ze mnie nie robi! Ja go nauczę respektu!... 
Wyciągnął chudą rękę, grożąc w powietrzu niewidzialnemu wrogowi. Śmieszny był w tej chwili 
z tym zapałem karlim, z tą miną znieważonego liliputa. Porwał się z miejsca i wspinał się na palce, 
aby być większym, a głos nabrzmiewał sztucznym zgrubieniem. 
— Czy pan pamiętasz, co on mi ośmielił się powiedzieć rok temu? — wołała dalej zacietrzewiony 
— powiedział, że się mnie nie boi, i nie złożył mi wizyty. No! teraz będzie się mnie bał... Ja, mój 
panie, jestem już na grubym stanowisku! O mnie się dobijają, ja biorę po czterdzieści groszy za 
wiersz, mój panie!... 
Wodnicki nie przerywał. Stał teraz tuż przed dziennikarzem i powstrzymywał uśmiech, gwałtem 
wydzierający się na usta. 
— Ot, teraz — ciągnął dziennikarz — napisałem nowelkę 
Miłostka aktorki... arcydzieło, panie!... 
Wziąłem sto rubli i dobrze mi jest! Tu! panie, jest setka! Ekaterinka! Po czterdzieści groszy, panie, 
dostaję za wiersz, za jeden wiersz!... Przeczytaj pan tę nowelkę. Miłostka aktorki! pyszny tytuł? co? 
Wodnicki zmarszczył brwi i dolną wargę przyciął aż do krwi. 
Miał matkę byłą aktorkę i sam kochał od dawna piękną dziewczynę występującą na scenie, którą 
chciał 
pod dach swój jako żonę wprowadzić. Zabolało go to lekceważenie aktorek. Nie mógł się 
powstrzymać od trochę ostrej odpowiedzi. 
— Co pan możesz wiedzieć o miłostkach aktorek? Skąd pan do tego byś przyszedł? 
Człowiek w porządnym surducie wyprostował się jak struna. 
Gasparone — operetka Karola Millöckera (1842-1899); wystawiona po raz pierwszy w 1884 roku 
— Phi! mój panie! — zaczął znowu — jak palcem kiwnę, będę miał wszystkie! 
Szerokie koło zakreślił wyciągniętą ręką. Koło to objęło i kilka biuścików pięknej artystki, 
uśmiechającej się z delikatnej osłony koronek. Ten mały, dziwaczny jegomość nadawał sobie w tej 
chwili minę zwycięzcy, wydymając wklęsłą pierś i mrużąc dwuznacznie oczy. Rzeźbiarz przecież 
nie pozwolił sobie imponować tymi niezwykłymi objawami donżuanerii — oparł się o podstawę 
jednego z posągów i właściwym sobie ruchem skrzyżował ręce na piersiach. 
— Chyba jakąś ostatnią statystkę możesz pan... mieć... na kiwnięcie palcem! Zechciej pan pamiętać, 
że matka moja była artystką. 
Dziennikarz zmieszał się trochę. Był jednak już na tyle czelnym, że zmieszanie to ukryć szybko 
potrafił. Dla zatarcia wrażenia zwrócił znów swą uwagę na Kaśkę, ale w głębi duszy wrzała w nim 
złość do małego rzeźbiarza, którego postanowił w proch zetrzeć, i to w jak najkrótszym czasie. 
Tymczasem Wodnicki powrócił powtórnie do roboty, a Kaśka, przybrawszy odpowiednią pozę, 
stała znów nieruchoma, czerwieniąc się w promieniach wiosennego słońca. Promienie te oblewały 
jej obnażone plecy i podniesione, a nad głową założone ręce. 
Dziennikarz stał teraz tuż obok podwyższenia, na którym umieścił rzeźbiarz dziewczynę. Z 
dziwną złośliwością przypatrywał się tej rozrośniętej kobiecie, spowitej od pasa w draperie białej 
tkaniny. Z dołu patrząc, zdawała się jeszcze większą, a opalona twarz i kawałek skóry na szyi odcinały 
się ciemną barwą 
od reszty ciała. Ręce po łokieć były tejże samej miedzianej barwy, zda się 
zapożyczonej od rondli, które wiecznie szorowały. Nie był to ideał o marmurowo-atłasowej skórze, 
opiewanej tak chętnie przez salonowych romansopisarzy. Był to jednak doskonały okaz kobiety, 
rozwiniętej zupełnie prawidłowo, a choć steranej nędzą i głodem, nie zużytej zmysłowo i wypełnionej 
macierzyństwem. Była to Kariatyda, kobieta-rodzicielka, dźwigająca w sobie przyszłe istnienie 
ludzkości, prawdziwa podpora społeczeństwa. Stała w tym blasku wiosennym zdobna swą 
młodością, olbrzymia, nieskażona w swej nagości, mając u stóp swoich pigmeja o małej głowie i 
jeszcze mniejszym mózgu, powtarzającego bezustannie i bezmyślnie: 
— Ideału w sztuce! ideału szukajmy!... 
* 
Przez cały tydzień Kaśka przychodziła co noc do pracowni Wodnickiego; przespawszy się na 
garści słomy zaszytej w obszarpany worek, wstawała wczesnym rankiem, aby stanąć na podwyższeniu 
i przybierać właściwą pozę. Powoli oswajała się ze swym położeniem — ściągała, milcząc, 
podarty kaftanik i zrzucała podartą spódnicę. Po czym owijała się draperią z perkalu, pozostawiając 
Wodnickiemu ułożenie fałdów. Spokojne zachowanie się rzeźbiarza, przejętego do głębi tworzeniem 
nowego dzieła, oddziaływało na nią 
zbawiennie. Nie drżała już febrycznie, wchodząc na 
podwyższenie; zrozumiała, że może być spokojną wobec tego chłopca, którego drobne, gorące ręce 
dotykały jej obnażonych członków, nie sprawiając jej przecież uczucia przestrachu. On, cały oddany 
swej pracy, z gorączkowymi rumieńcami na twarzy, zapominał o krwi i zmysłach. Nagość Kaśki 
nie drażniła go — pragnął tylko stworzyć arcydzieło... drżał cały, pragnąc wykonać je jak najśpieszniej. 
Całe rano trawiła Kaśka na pozowaniu, popołudnie spędzała w zakrystii kościelnej, szorując 
podłogę, myjąc okna, zmiatając ze ścian pajęczyny. 
Staruszek dotrzymał słowa, zapewniając jej dziennie kilkanaście centów zapłaty. Musiała ciężko 
pracować zgięta wpół, maczając swe kolana w kałużach brudnej wody. Wodnicki dał Kaśce czterdzieści 
centów po pierwszym posiedzeniu, reszta zaś pozowania odbywała się... na kredyt. Kaśka 
upominać się nie śmiała, rzeźbiarz był dla niej bardzo dobrym, żartował tylko czasem z jej głupoty 
— a zresztą bała się stracić 
tego noclegu, który miała w pracowni dozwolony. Był to zawsze kąt nad 
głową — to coś znaczy. A może Wodnicki razem całą zapłatę od razu uskuteczni? Kto to wiedzieć 
może! 
W zakrystii spotykała czasem księdza, który ją spowiadał. Poznała go od razu po zapachu mięty, 
która rozchodziła się wiecznie dokoła tego człowieka. Brzydki, ospowaty, z twarzą bezbarwną, 
modlił się sycząc, oparty o aksamitny, wytarty klęcznik. Kaśka szorowała wówczas mosiężne 
ozdoby u szufladek szafy i ręka jej drżała na samą myśl, że ksiądz może ją poznać i zapytać, czy 
pokutę odprawiła w całości. Kaśka była tak znużona całodzienną pracą, że nie była w stanie odmówić 
nieskończonej ilości pacierzy, przepisanej przez księdza. Zresztą te nagie posągi, bielejące 
wśród nocnych cieni, nie usposabiały ją do modlitwy. W połowie pacierza zasypiała, mając przed 
oczami majaczące posągi o wysmukłych, kształtnych konturach. 
Próżną jednak była jej trwoga. Ksiądz nie zwracał na nią 
uwagi, szybko uchylał głowę i odchodził 
w inną stronę; czasami tylko spoglądał 
badawczo na skurczoną dziewczynę, a Kaśka chyliła 
się coraz więcej ku ziemi pod wpływem tego surowego, do głębi przenikającego ją wzroku. 
Tymczasem w pracowni rzeźbiarza powstała wspaniała Kariatyda, szarzejąca w swych białych, 
wilgotnych całunach, którymi ją na noc przykrywano. Była to Kaśka, chwycona na gorąco, z całą 
wspaniałą, olbrzymią budową, z tym rozrośnięciem, które we wszystkich podziw budziło. Rysy 
nawet twarzy pozostały też same, złagodzone cokolwiek, zaostrzone, doprowadzone do delikatniejszych 
trochę linij. Wskutek podobieństwa twarzy i wyraz ust tej Kariatydy był jakiś inny, dziwny, 
rzec można — bolesny. Kaśka zmęczona, osłabła, nie była w stanie ukryć cierpienia, które wyryło 
się 
bolesnymi liniami na jej twarzy. Rzeźbiarz bezwiednie boleść tę utrwalił w posągu, później zaś, 
spostrzegłszy tę rzecz niezwykłą, pragnął ją naprawić; namyślił się przecież i zostawił swą Kariatydę 
jakąś smutnie uśmiechniętą. Miała więc przetrwać tak wieki całe ze śladami cierpienia na 
pięknej twarzy, miała kamiennymi źrenicami patrzeć na cały tłum mężczyzn, którzy jak stado szakali 
rzucali się na jej ciało, wyzyskując ją na wszelkie sposoby. Mały dziennikarz nie mógł patrzeć 
śmiało na tę wielką, smutną dziewczynę. On przedstawiał ogół, a ogół ten bał się tej nagiej prawdy, 
rzuconej mu z całą bezwzględnością w oczy. Wolał rozmarzać się nie istniejącymi kształtami lubieżnej 
Afrodyty, rozłożonej ponętnie na odłamie skały. Według niego to było szczytem piękna, 
ostatnim słowem poezji. Taka gaza, drażniąca zmysły, działała nań pobudzająco, ogół upijał się 
rozkoszną pozą mitologicznej bogini, osłaniającej dwuznacznie swe wdzięki. Kaśka naga, wspaniała, 
a wynędzniała, uśmiechająca się nie kokieteryjnie, ale boleśnie, stawała nagle przed oczyma 
tłumu jak znak zapytania. Wołała: „Jestem kobietą rozwiniętą, kobietą-matką, a mimo to zmaltretowaną 
jak zwierzę za wypełnienie celu, do którego mnie stworzono! Patrzcie, jak cierpię! Spójrzcie 
na usta moje, jak gorzko skarżą się pomimo milczenia! Wina moja wielka, ale cierpienia nie 
mniejsze, a wy, którzyście mnie pchnęli w przepaść, gdzież jest kara wasza?...” 
Kaśka przez cały tydzień przychodziła do pracowni spokojniejsza i pomimo obawy o przyszłość 
sypiała czasem kilka godzin bez przerwy. Głuchoniemy przywiązał się do niej na kształt psa wiernego 
i starał się wszelkimi sposobami osładzać jej dolę. Wystarał się dla niej o kawałek podartego 
koca i z uroczystą miną wręczył jej to okrycie. Kaśka nawzajem dzieliła się z nim pożywieniem, 
jakie przynosiła ze sobą 
— i tak te dwie nędze wspierały się wzajemnie. Chłopak sypiał teraz w kąciku 
na gołej podłodze, podłożywszy sobie tylko kułak pod głowę. Dopóki ogarki świecy, ustawione 
na postumentach, tliły, rzucając niepewne blaski, dotąd chłopak wpatrywał się uporczywie w 
układającą się do snu Kaśkę. Obecność tej wielkiej, tęgiej dziewczyny niepokoiła go dziwnie — 
kręcił się długo na podłodze, zanim usnął. Nie dotknął się jej przecież więcej — budziła w nim obawę 
i szacunek. Obawiał się 
jej silnej pięści, choć nieraz przychodziła mu ochota pogłaskać jej 
gładkie ciało, różowiące się wśród promieni wiosennego ranka. Ona zdawała się nie dostrzegać 
nawet tego niepokoju, jaki bezwiednie budziła swą osobą. Wstawała rano już zmęczona, jak ten 
król duński, który pytał codziennie otaczających go dworzan: „Więc jutro dzień jeszcze?” 
Pewnego poranku dżdżysto i chłodno było na świecie. Oziębiło się nagle, a zimny deszcz bił w 
szyby pracowni. Kaśka drżała z zimna, stojąc nie osłonięta prawie niczym na środku wielkiej i wysokiej 
izby. Wodnicki, jakiś chmurny i zamyślony, pracował leniwie, gdyż, jako organizm bardziej 
wrażliwy, był niezmiernie czułym na zmiany powietrza. W kącie pracowni siedział głuchoniemy 
smutny i skurczony jak pies, któremu słota dobry humor odbiera. 
Deszcz bił w szyby ze zdwojoną siłą. Strugi wody spływały po taflach szklanych, znacząc się 
lśniącymi bruzdy. Z daleka dochodził plusk wody, spadającej szumiącą kaskadą z pobliskiej rynny. 
W całym gmachu Politechniki cicho było i pusto. Zdawało się, że pracowite mrówki pochowały się 
przed tą zimną szarugą wiosenną. 
Nagle drzwi pracowni otworzyły się szybko. Kaśka drgnęła i opuściła ręce. We wchodzącym 
młodym człowieku poznała dawnego kochanka Budowskiej. Zapamiętała dobrze tego rosłego 
blondyna o szerokim karku, ujrzanego kilkakrotnie w żółtawym blasku latarni. On spojrzał na obnażoną 
dziewczynę i uśmiechnął się radośnie. Była to dla niego wcale dobra gratka, niezła rozrywka 
w ten szary i dżdżysty dzień wiosenny. Dość miał martwych trupów, które ze względu na swe 
studia krajać musiał. To żywe, zabarwione krwią ciało kobiece pociągnęło go ku sobie. 
Dlatego szybko zrzucił zmoczone palto i postąpił na środek pracowni. Przywitał się z Wodnickim; 
przynosił mu Anatomię, której potrzebował 
na kilka dni. Położywszy książkę na ziemi, usiadł 
na odłamie kamienia. Wyjął papierośnicę 
i zapaliwszy cienki tani papieros, patrzył, kiwając głową, 
na Kaśkę, która, powoli odzyskawszy równowagę, przybrała dawną pozę. 
— Skąd u diabła wytrzasnąłeś taką machinę? — zapytał 
nareszcie Wodnickiego. — To gmach, nie 
kobieta! 
Ale Wodnicki nie był dziś usposobiony do żartów. 
— Kupiłem ją na targu w wiązce marchwi — odparł sucho, nie odrywając się od pracy. 
— Nie zawracaj! — zaczął znów student. — Na targu możeś ją i znalazł, ale nie w marchwi! 
I z najwyższą uwagą zaczął się przypatrywać dziewczynie. 
Nie poznawał jej przecież. Widział ją krótko i przelotnie. Wprawdzie sięgnął kiedyś po nią, gdy 
przyszła mu wypowiedzieć zlecenie swej pani, ale on po tyle kobiet sięgał, których twarzy nawet 
dostrzec nie mógł w półzmroku wieczornym. Dlatego wydaje mu się zupełnie nową i nie znaną 
kobietą, a jego rozpasane zmysły z wielką lubościąśledzą rozwinięte kształty dziewczyny. 
Kaśka doznawała pod tym wzrokiem niewypowiedzianych męczarni. Znała już dobrze te oczy 
mężczyzn, powleczone mgłą białawą. Wiedziała, że jest to zapowiedź rozzwierzęcenia się człowieka. 
Drżała na samą myśl, że może paść ofiarą tego zbydlęcenia. 
Dlatego doznała niewypowiedzianej ulgi, gdy Wodnicki oznajmił jej koniec posiedzenia. Praca 
mu nie szła widocznie, wolał odłożyć ją na później. 
Gdy Kaśka zeszła z podwyższenia, na którym pozowała, musiała przechodzić koło studenta, 
siedzącego obok zrzuconej przez nią odzieży. Zakrywając się skrzyżowanymi na piersiach rękami, 
starała się przesunąć obok tego mężczyzny tak, aby nie dotknąć jego nóg wyciągniętych. 
Ale on porwał się z miejsca i postąpił kilka kroków. Szybko objął Kaśkę wpół i przysunął ku 
sobie — ona wyrwała się z tych objęć, odpychając go z całą siłą, na jaką zdobyć się mogła. 
Student zachwiał się i wpadł na głaz, na którym siedział poprzednio. Nie znalazł przecież innego 
słowa dla wyrażenia swego zdziwienia nad te wyrazy: 
— A to bestia! 
Wodnicki, ubierając się do wyjścia, odwrócił głowę. 
— Daj jej spokój, to taka nędza! 
O, tak! Miał rację ten poczciwy chłopak. Była to nędza zbyt wielka, aby rozkosz od niej wziąć 
było można. 
Ale inaczej myślał student. Ten opór podniecił 
go i utrwalił w raz powziętym zamiarze. Taka 
nędzarka ośmiela się opierać 
jeszcze! Jemu, który nawet w salonach umiał wybierać kochanki. I ze 
zdwojoną złością spogląda na ubierającą się Kaśkę. Wprawdzie łachmany, które nakłada, nie są 
zbyt pociągające, ale dla roznamiętnionego mężczyzny czyż jest co wstrętnego? 
Spod obszarpanego kaftanika prześwieca nagie ramię... To wystarcza, aby zwierzę nie usnęło... 
Kawałek białego ciała! Oto wszystko, czego pragną mężczyźni. Wychodzi więc z Wodnickim, postanawiając 
za chwilę powrócić. I na rogu ulicy żegna się szybko z rzeźbiarzem, skręcając w wąską 
uliczkę, tworzącą rodzaj przesmyku. Za chwilę wpada do pracowni, spotykając się w progu z wychodzącą 
także Kaśką. Szybkim ruchem ręki zatrzymuje dziewczynę, która, zdziwiona i przerażona, cofa się mimo woli pomiędzy posągi tak białe, jak jej twarz pobladła od przestrachu i wewnętrznego wzruszenia. 
Wie dobrze, czego chce ten mężczyzna, którego spojrzenia palą jeszcze, jak otrzymana świeżo 
chłosta. I w nadmiarze przestrachu przyciska się do zimnej podstawy posągów, jakby u niemych 
głazów szukając obrony przeciw ludziom napastującym ją w nędzy i cierpieniu. Pracownię zaległa 
wielka cisza. 
Tych dwoje ludzi stało naprzeciw siebie długą chwilę, nie mówiąc ani słowa. Tylko ciężki, 
przyśpieszony oddech mężczyzny przecinał powietrze, łącząc się 
z pluskiem wody ściekającej 
wzdłuż szyb. Kobieta zaparła dech w sobie, patrząc rozszerzonymi źrenicami, zaciskając pięści, 
gotowa do walki, przyuczona do niej, jak bezdomne, wiecznie gnane po rozstajach zwierzę. 
Mężczyzna pierwszy posunął się naprzód, w kilku krokach stanął przy dziewczynie, uśmiechając 
się jakoś dziwnie, konwulsyjnie prawie. I wyciągnął rękę, jako pan stworzenia, aby zagarnąć tę 
istotę, rzuconą mu na pastwę i na zużywanie wieczne. Ale ona wstrząsnęła się 
nagle w swych 
łachmanach i obydwoma rękami starała się powściągnąć napastnika. Cała trywialność jej rysów 
znikła pod wyrazem szalonego gniewu i wstrętu, jaki ściągnął jej rysy. Cała pogarda, zebrana przez 
krótkie, a tak smutne życie, skoncentrowała się 
w tej chwili w jej zwykle przygasłych źrenicach. 
Patrzyła wprost w oczy mężczyźnie, a usta skrzywiła nerwowo. Miała wygląd lwicy, broniącej się 
od napaści ludzi. 
Lecz on nie zwracał na to żadnej uwagi. Krew, bijąca mu do głowy, pozbawiała go przytomności 
— szedł na oślep, pragnąc tylko dopiąć celu. Namiętność dodawała mu chwilowo siły. Szybko 
odsunął wyciągnięte ręce dziewczyny i przyciągnął ją ku sobie. Rozpoczęła się teraz straszna walka, 
walka na życie i śmierć. Była to walka ohydna, najnikczemniejsza, jaką kiedykolwiek człowiek 
mógł prowadzić — coś, co lodem krew w żyłach ścinać 
powinno. Kobieta broniła samej siebie, 
swego „ja”, swego ciała, wszystkiego, co było jeszcze jej własnością; mężczyzna kaleczył ją, bił, 
szarpał, nie zważając na jęki nieszczęśliwej, dlatego tylko, aby ją zbezcześcić i porzucić z hańbą i 
nie zatartym nigdy ohydnym wspomnieniem. 
Nagle spoza odłamów kamieni i płyt poustawianych porwała się drobna istota; straszny i dziki 
wrzask rozległ się w powietrzu. Był to głuchoniemy, który jak dziki ptak spadł na tych dwoje ludzi, 
maltretujących się 
wzajemnie. Cienkimi, długimi palcami porwał bujne włosy mężczyzny i począł 
ciągnąć je z całej siły, nie przestając krzyczeć 
bezustannie. Szalony ból, jaki poczuł nagle kochanek 
Julii, zmusił go do opuszczenia Kaśki, która w tej chwili, bezwładna, osunęła się na ziemię. Głuchoniemy 
rzucił się teraz z całą wściekłością na odurzonego tym niespodziewanym wrogiem studenta. 
Z małpią zręcznością skacząc do twarzy, ranił go boleśnie, drapiąc paznokciami. Sposób ten 
nie zawiódł — bo piękny blondyn opuścił szybko pracownię, trzaskając silnie drzwiami. Pod strugami 
zimnej wody powrócił do równowagi i postawszy chwilę na dziedzińcu, posunął szybko w 
stronę domu. Twarz miał podrapaną i pokrwawioną, zasłaniał się starannie parasolem, bojąc się 
jakiego spotkania. Tymczasem w pracowni leżała na ziemi Kaśka, drgając konwulsyjnie i jęcząc 
cicho. Cała ta walka wyczerpała jej siły i wstrząsnęła jej organizmem do głębi. 
Koło niej klęczał głuchoniemy, usiłując uspokoić i pocieszyć nieszczęśliwą. Wył jak pies wierny, 
rozumiejący cierpienie swego pana. Łzy szkliły mu się w oczach, a cała twarz wyrażała niekłamane 
współczucie. Obnażone ciało kobiety przeświecało przez podartą odzież, chłopak przecież 
nie dotknął ciała. Owszem, delikatnie, spokojnie zesunął potargane szmaty i klęczał tak dalej, płacząc 
rzewnie. 
Był to jeden mężczyzna, spotkany na drodze życia przez Kaśkę, który nie zażądał ostatecznie 
wyzyskania jej nieszczęśliwej istoty. Ten mężczyzna miał dla niej łzę współczucia i zjawił się 
przed nią 
nie ze zwierzęcą namiętnością. Wyznajmy jednak smutną prawdę. Ten mężczyzna był 
przecież tylko... idiotą! 
* 
Nazajutrz po opisanym zdarzeniu Kaśka czuła się tak chorą, że nie była w stanie zająć miejsca 
na podwyższeniu i przybrać zwykłej pozy. Dojmujące kurcze, jakie ściskały jej wnętrzności, zmuszały 
ją do tłumienia w sobie jęków, wydzierających się gwałtownie na usta. Przy tym cierpiała ból 
głowy i silne osłabienie krzyża. 
Chwilę stała milcząca i zgnębiona tym swoim stanem, trzymając w ręku ściągnięty z siebie kaftanik. 
Wodnicki siedział na małym, drewnianym koziołku, także chmurny i zdenerwowany. Słota 
przeciągała się ciągle, a nerwy młodego chłopca rozprzężały się pod wpływem tej wilgoci. Popatrzył 
chwilę na Kaśkę, po czym odrzucił mokre płaty okrywające projekt kariatydy. 
— Możesz już iść sobie — wyrzekł po chwili, zakrywając znów swą pracę — nie masz tu po co 
przychodzić, już jesteś niepotrzebna! 
Niepotrzebna! 
Tak — zaprawdę, była niepotrzebna. Jeszcze jeden wyzysk jej ciała, ściągnięcie tego, co się dało 
z najlepszych części jej istoty, a potem zimna odprawa. 
Odejdź! — jesteś niepotrzebna! 
Zostawiła tu wszystko, co miała najlepszego, najpiękniejszego w sobie ta nędzarka; ciało jej da 
może sławę, kto wie, może dużo pieniędzy, ale ona sama, ten szkielet, to rusztowanie, na którym 
wznoszono arcydzieło, odejść precz może — bo już niepotrzebna! Kaśka, milcząc, zbierała się do 
odejścia. 
Znów uciekał jej z rąk zarobek, jakiego się spodziewała, bo rzeźbiarz nie miał widocznie zamiaru 
opłacić swej modelki choćby szumnie przyobiecanymi trzema szóstkami. 
Siedział teraz, pogwizdując walca z Gasparone i łupiąc tafelkę miki ostrym paznokciem. 
— A nie przychodź więcej tu na noc — dodał, przestając nagle gwizdać. — Zarządzający gmachem 
widział cię i robił mi wymówki. Możesz mnie narazić na podejrzenie. 
Kaśka nic nie odpowiedziała. Traciła znów przytułek na noc, wiedziała, że znów tułać się będzie 
po rowach lub krzakach Wysokiej Góry. Przymknęła oczy, jakby rażona nagle widokiem czegoś 
strasznego, co ją oczekiwało. Powoli przecież zebrała resztki sił i postąpiła w stronę drzwi. 
Wodnicki w tej jej powolności upatrzył oczekiwanie słusznie należnej zapłaty. 
— Słuchaj, ty maszkaro — zawołał, wyciągając wspaniałym gestem rękę — przyjdź do mnie za tydzień 
albo za miesiąc, to ci dam kilka guldenów. No cóż, przyjdziesz? 
Był 
w tej chwili zupełnie szczerym. Żałował tej nędzarki, obdartej i bosej, która szła w taką szarugę 
w świat, bez gorsza i pewnego zarobku. Tylko tego ranka był diabelnie goły, bo — jak się wyrażał 
— „flota mu nie dopisała”. 
Gdyby miał pieniądze, rzuciłby je bez wątpienia tej biednej dziewczynie, która teraz, stojąc koło 
drzwi, łzawymi oczami wpatrywała się w przestrzeń. 
— Może ci nawet znajdę u kogo zajęcie — dodał, uśmiechając się dziwacznie — tylko, że ty coś 
diabelnie wychodzisz z formy. 
Spojrzeniem domówił reszty. 
Kaśkę oblała gorąca fala krwi. Żartu nie rozumiała wcale, ale śmiech, spojrzenie, gest pojęła w 
jednej chwili. Nerwowym ruchem zacisnęła dokoła siebie swe łachmany. Jak to? Więc to już znać 
tak bardzo, że ludzie spostrzegają i wyśmiewają się z niej, rzucając jej tę hańbę w oczy? 
Jak szalona wybiegła z gmachu Politechniki, nie oglądając się 
nawet poza siebie. Nigdy nie 
czuła tak swego upadku, jak w tej chwili. Dotąd sądziła, że stan jej jest wiadomy tylko jej samej, 
łudziła się, że przecież nie ma swej hańby wyrytej na czole. A teraz już wiedzą! Wszyscy wiedzieć 
będą! Gdzież się 
ukryje przed szyderstwem i pogardą ludzi? A gdy dziecię przyjdzie na świat, co z 
nim pocznie? W jaki sposób wychować je potrafi? 
Całe długie dwa tygodnie pracowała jeszcze Kaśka w kościele, szorując podłogi kurytarzy, myjąc kamienne posadzki lub wysokie okna zakrystii. Był to wiosenny porządek świątyni, przygotowanie 
do miesiąca Marii, który się zbliżał z całą zielonością i wonią wiosenną. Deszcz przestał 
padać i dokoła czuć było nadchodzącą wiosnę. 
W zakrystii czyniono wielkie przygotowania. Wyjmowano wysokie, białe, drewniane lichtarze, 
a skurczone dewotki przyozdabiały je liśćmi z zielonej kitajki52. Całe stosy nadzwyczajnych, białych 
i zielonych róż zalegały stoły zakrystii. Chwilami pobożną ciszę przerywał szept dewotki, która 
w nadmiarze gorącej świątobliwości przylepiła się czarną suknią do świeżo polakierowanego 
lichtarza. W jednym z takich wypadków zawezwano pracującego w kaplicy malarza, aby naprawił 
uszkodzenia, a malarz zapotrzebował białego lakieru, zostawionego w składzie koło izdebki zakrystiana. 
Kaśka powracała właśnie z kościoła z szaflikiem brudnej wody i ścierką pod pachą. 
— Hej! dziewczyno! — zawołał malarz — a przynieś no biały lakier z komórki pod schodami. Idź, 
tylko żywo! 
Dewotki podniosły głowy i spojrzały na Kaśkę. Pomiędzy nimi znajdował się ospowaty ksiądz, 
spowiednik Kaśki. Stał okolony girlandami śnieżnych róż, czerniąc się 
w swej sutannie, jak wielka 
atramentowa plama na czystej ćwiartce papieru. Ukośne jego oczy pobiegły w kierunku dziewczyny 
i obrzuciły szybko jej postać. Musiał przecież spostrzec teraz coś, za czym śledził od dawna, bo 
zmarszczył brwi i gniewnie poruszył się, tak że bibulane róże zaszeleściły dokoła jak liście jesienne. 
Gdy Kaśka opuściła zakrystię, ospowaty ksiądz wyszedł po chwili tymiż samymi co ona 
drzwiami. Czekał na nią widocznie w kurytarzu, bo Kaśka spotkała się z nim w ciemnym przejściu, 
tak że wyminąć go niepostrzeżenie było niepodobieństwem. Zbliżyła się więc wolno, spuszczając 
oczy w ziemię. Złe przeczucie szarpnęło jej sercem; czuła, iż spotka ją nowe jakieś cierpienie. 
Ksiądz stał 
tymczasem wyprostowany, surowy, z brwią zmarszczoną, rękami na piersiach założonymi. 
Gdy dziewczyna zrównała się z nim prawie, zatrzymał ją jednym słowem: 
— Stój! 
Kaśka stanęła jak wryta, opierając się o ścianę. 
— Jak się nazywasz? 
— Kaśka Olejarek. 
— Jesteś zamężna? 
Kaśka milczała, oddychała ciężko. Kłamać nie chciała, nie mogła — i to jeszcze przed księdzem! 
— A więc „jesteś dziewczyną!” — ciągnął dalej ksiądz z niewzruszoną powagą. — Jak śmiesz kręcić 
się tu po Domu Bożym, będąc w podobnym położeniu? Czy nie boisz się Boga i gniewu Jego? 
Unosił się powoli, sądząc się być w konfesjonale. 
— Jesteś zwierzę nieczyste, owca parszywa, która odbiegła od trzody... Idź stąd precz i nie zanieczyszczaj 
Pańskiej świątyni. Tu tylko wierni mają przystęp. 
I odebrawszy z rąk drżącej jak liść dziewczyny garnek z lakierem, zwrócił się w stronę zakrystii, 
skąd dobiegały szepty dewotek i szelest róż bibulanych. 
Gdy Kaśka wyszła na ulicę, ciemno już było zupełnie. Długi czas przesiedziała skurczona na 
ziemi, nie śmiąc wyjść i spojrzeć 
ludziom w oczy. Gdy przecież znalazła się wśród ulicznego gwaru, 
musiała powziąć już jakieś postanowienie, bo z pośpiechem gorączkowym skierowała się w 
stronę zamieszkanego dawniej przez nią przedmieścia. Szła szybko, roztrącając ludzi, z twarzą rozpaloną, 
zaciskając dokoła siebie łachmany. Wkrótce stanęła tuż przed bramą domu, tak jej znanego 
i drogiego w dawnych czasach. Wzrok zapuściła w ciemną głębię bramy, której przecież przestąpić 
nie śmiała. Szukała widocznie Jana, w swym podrażnieniu najwyższym może chciała zemścić się 
za doznane od chwili poznania go krzywdy. Zaciśnięte konwulsyjnie usta nie wróżyły nic dobrego. 
Wyraz twarzy miała ten sam, z jakim porwała Rózię za włosy, tam wysoko, w ciemnej komorze 
poddasza. Wreszcie długo maltretowane zwierzę podniosło głowę — szukała sprawcy swych nieszczęść, 
czaiła się nań jak zwierzę drapieżne, zranione boleśnie. 
Szczęściem przecież dla Jana z bramy domu wybiegła Marynka i przy bladym świetle latarni 
zwróciła uwagę na tę wielką postać w łachmanach, stojącą nieruchomo przed bramą. Obdarta kobieta 
przypomniała Marynce Kaśkę. Zbliżyła się szybko i od razu poznała „tłomoka z trzeciego”, jak dawniej Kaśkę w kamienicy nazywano. Kaśka, nierada temu spotkaniu, odwróciła szybko głowę, 
ale Marynka schwyciła ją za spódnicę. 
— Kaśko, to ty? Cóż ty tutaj robisz? 
Nie mówiła jej, jak zwykle, „ panno” — czuła, że nazwa ta byłaby śmieszną wobec łachmanów 
okrywających ciało spotkanej. Kaśka spojrzała na mówiącą 
ponuro spod brwi zsuniętych, ale nie 
odpowiedziała ani słowa. 
— Jeśli czekasz na tego urwipołcia Jana — zaczęła mówić Marynka, zgadując z przenikliwością 
właściwą kobietom powód zjawienia się Kaśki — to nie doczekasz się tak prędko. Mamy już innego 
stróża, a ten łajdak poszedł służyć 
gdzie indziej. Takie ciągle moranse po piętrzakach prowadził to 
z tą, to znów z inną, że furtem były awantury. Bez to wygnali i recht mieli... niech kobiet nie zaprzepaszcza 
ten postrunek szubieniczny. 
Kaśka opuściła głowę na piersi. 
Cała gorączkowa chęć zemsty rozwiała się w jednej chwili. W sercu czuła tylko ból dojmujący 
na myśl, że Jan bałamucił się ciągle, podczas gdy ona cierpiała tak bardzo, bardzo... 
Marynka pociągnęła Kaśkę we framugę bramy. Zaczęła od opowiadania o sobie, o swoim zdrowiu, 
które psuło się z dniem każdy, o przykrym, suchym kaszlu, dręczącym ją po nocach. Potem z 
szybkością, właściwą tej naturze, zwróciła swoją uwagę na Kaśkę i starała się dowiedzieć o 
wszystkim, co spotkało dziewczynę od chwili pójścia do cyrkułu. 
Kaśka osunęła są na ziemię 
i powoli gorący potok łez spłynął jej z oczu. Siedziała teraz na tym 
samym miejscu, na którym oddała się Janowi owego pamiętnego jesiennego wieczoru, gdy zbita i 
zmoczona, jak zwierzę, przypadła do stóp niby kochającego ją człowieka. 
— Głupia! Ja są z tobą ożenię!... 
I szept ten zdawał się unosić jeszcze w powietrzu pod sklepieniem bramy, ten szept, który owionął 
ją wtedy razem z gorącym oddechem mężczyzny i uczynił bezwładną wobec jego woli. Marynka 
pochyliła się nad płaczącą i cierpliwie wydobyła z niej całą prawdę. Kaśka powoli wyspowiadała 
się z całej nędzy swojej, szczęśliwa, że ma przed kim wyżalić się i opowiedzieć swe cierpienia. 
Nawet stanu swego nie zataiła przed Marynką, która wiadomość tę przyjęła jako rzecz zupełnie 
naturalną. 
— A jakże chciałaś, żeby miało być? — zapytała z całą bezczelną naiwnością — to mus, to już takie 
pokaranie na kobiety za to, że nie są porządne jak należy. 
Po czym zamyśliła się chwilę. 
— A cóż ty teraz zrobisz ze sobą? — spytała. 
Kaśka wzruszyła ramionami. 
— Nie wiem! Chyba się do wody cisnę, bo już nie mam żadnego obrotu wedle siebie i nie wiem, 
gdzie się zadzieć! 
— Do wody! — zawołała Marynka — jaka ty mądrala! Do wody byś nie poszła! o, nie! 
— Bez co? 
— Bez strach! Ja byłam już raz nad stawami, wiesz, tam za Kamienną Wolą, ale takem się wody 
zlękła, że gnałam co sił do domu. Ty byś tam samo drałowała, bo woda czarna jak szuwaks i aż w 
piętach drze, jak się na nią spojrzeć. 
Kaśka nie zaprzeczała; być może — Marynka miała słuszność. Mówi się chętnie o śmierci, a jak 
na to padnie, to strach człowieka zbiera. Zapewne i ona nie miałaby odwagi skoczyć do wody, skoro 
Marynka jej nie miała. Milczały chwilę jeszcze, po czym Marynka pierwsza zaczęła rozmowę. 
— To ksiądz cię z kościoła wygnał? 
— A jakże — odparła Kaśka. 
— No, recht bo miał — dowodziła Marynka — to nie wypada po kościele się włóczyć w takim 
grzechu, jak ty jesteś. Księża tego ścierpieć nie mogą. 
Kaśka pomyślała chwilę. Więc wtedy, gdy padała w objęcia kochankowi, gdy ciepła jeszcze od 
rannego powitania wpadała do kościoła, aby przeżegnać się przed ołtarzem Marii, wtedy nikt nie 
wypędził jej ze świątyni, nikt nie poczytywał jej za grzesznicę przeklętą. Dziś wszakże, gdy została 
matką, wytrącają ją poza próg kościoła jak zwierzę nieczyste, kalające swą obecnością poświęcane 
mury. 
I ta sama Marynka, której zniszczono ciało nosi widome ślady rozpusty, dowodzi z całym przeświadczeniem 
o „ grzechu” Kaśki uosobionym w dziecku rzucającym się w łonie dziewczyny. 
Marynka przecież umysłem praktycznym zastanawiała się nad dalszym losem Kaśki. Chciała 
koniecznie dopomóc tej nieszczęśliwej istocie, która, zmęczona i zgnębiona, drżała w kącie bramy. 
Wypytawszy się o stan kasy i inne drobne szczegóły, Marynka powzięła nagle myśl, która w tej 
chwili okazywała się jedyną deską zbawienia. 
— Zaprowadzę cię do Sznaglowej. 
Kaśka spojrzała na rozpromienioną przyjaciółkę. 
— Kto to Sznaglowa? 
— To bardzo porządna kobieta, mieszka na Gliniankach, chodź tylko. Już ona cię do choroby 
przechowa i wyżywi. 
— Nie mam jej czym zapłacić — wyjąkała Kaśka. 
— Ach, ty bałwanico jedna... Sznaglowej tylko panie płacą. My idziemy w dług. Jak będziesz już 
zdrowa, pójdziesz na mamkę i dług Sznaglowej za ciebie ci, co cię wezmą, zapłacą. No, rozumiesz? 
Tak! Teraz Kaśka zrozumiała całą kombinacją. Mniejsza z tym, pójdzie „w dług” do Sznaglowej, 
byleby miała tylko dach i kawałek chleba, a dla dziecka jaką szmacinę. Potem, kto wie — może 
się znajdą litościwi ludzie, którzy pozwolą jej zabrać dziecko ze sobą i nie rozłączać się z nim 
wcale. 
Chętnie więc powstaje z ziemi i kieruje się na ulicę. Do Glinianek z przedmieścia niedaleko. 
Marynka podejmuje się przeprowadzić przyjaciółkę i zarekomendować Sznaglowej. Pani jej wyszła, 
dziewczyna więc ma wolny wieczór przed sobą i spożytkuje go dla poprawienia doli nienawidzonej 
dawniej przez siebie rywalki. Obie kobiety wydostały się szybko na wały okalające miasto. 
Wieczorna wiosenna woń rozlewała się w powietrzu. Na wałach cicho było i spokojnie. Tylko rozkochane 
pary szybko mknęły w cieniu wzdłuż rowów, kopanych przez żołnierzy. Ciemno było 
dokoła, a była to ciemność wioskowa, nie przerywana żółtym światłem gazu. Gdzieniegdzie błyszczały 
tylko światełka spoza krzaków. To małe okienka domków, ukrytych w gęstwinie. Domki te 
rosły nad drogą, jak grzyby niskie o płaskich pokrywach. Było ich wiele, cały szereg większych lub 
mniejszych, stosownie do zamożności właściciela. 
Przed jednym z tych domków zatrzymała są Marynka. Ponieważ stał na wzgórzu, drewniane 
schodki ułatwiały możność dostania się do wnętrza. Domek był mały, niski, zapadnięty w ziemię. 
Okolony cały drzewami, tonął prawie w wiosennej delikatnej zieloności. 
W oknach świeciło się słabo. Jedno z tych okien starannie było przysłonięte podartą jakąś 
szmatą. Przez rozdarte tkaniny przedzierały się smugi bladego światła, formując rodzaj krzyża na 
tle ciemnym. 
Kaśka zauważyła to okno, wstępując po drewnianych, na wpół przegniłych schodach. Wpatrzyła 
się w to rozdarcie zasłony, tak dziwnie tworzące krzyżświetlany, i oczów od tych jasnych smug 
oderwać nie mogła. Dwie postacie stały przy samym wejściu do domku. Dwie kobiety rozmawiały 
pochylone ku sobie. W nocnej ciszy do uszów dziewczyn doleciały następujące słowa, wypowiedziane 
jakimś dziwnie ostrym szeptem: 
— Wypić po połowie rano i wieczór, potem trzy dni czekać... jak nie poskutkuje, przyjść znów. 
Dam jeszcze raz tyle. 
— To sama Sznaglowa — wyrzekła Marynka, ciągnąć Kaśkę za spódnicą, a potem dodała podniesionym 
głosem: — dobry wieczór, pani Sznagiel, prowadzę pani dobry interes, będzie pani kontenta. 
Rozmawiające kobiety odsunęły się szybko. Jedna pozostała u drzwi domu, druga zaczęła iść ku 
schodom. Otarła się o wchodzącą właśnie na płaszczyznę Kaśkę. Była ubrana strojnie, w dolmanie53 ubranym dżetami, które w ciemności zaświeciły jak świętojańskie robaczki. Twarz zasłaniała 
starannie ręką ubraną w długą, ciemną rękawiczkę. 
Gdy przeszła, Marynka uśmiechnęła się pogardliwie. 
— Jakaś marmuzela, niechby tylko Sznaglowa dobrze zdarła, bo to płacić może taka diablica. 
Tymczasem Sznaglowa wysunęła się z cienia i stanęła obok oświetlonego okna. Kaśka ujrzała 
wtedy szczupłą, niską kobietę o czarnych oczach, czarnych włosach i śniadej cerze. Ubrana skromnie, 
nawet biednie, miała powierzchowność spokojnej, cichej żony rzemieślnika, oczekującej na 
powrót męża. W ręku tylko ściskała małą flaszeczkę, pełną brunatnego płynu. Flaszeczkę tę starała 
się ukryć przed przenikliwymi oczami Marynki. 
— Kogoż mi to panna prowadzi? — zapytała wolno, starając się rozróżnić cokolwiek wśród ciemności. 
— Moją krewniaczkę — odparła Marynka — weź ją pani do siebie na wikt i stancję, a to ona pani 
odsłuży. Zresztą, patrz pani, jaka machina... to będzie dobra mamka i weźmie pani za nią grube 
pieniądze. 
Sznaglowa nie poruszyła się nawet z miejsca. 
— Chodź panna tu bliżej — wyrzekła do Kaśki. 
Marynka popchnęła przyjaciółkę i w mgnieniu oka Kaśka znalazła się tuż przed Sznaglową. 
Światło, bijące z okna, oblało jej wynędzniałą postać. Drżąca i pokorna, stała blednąc pod badawczym 
wzrokiem Sznaglowej. Mogła być znów wypędzoną i nie wpuszczoną do tego domku, w którym 
przecież musiało być 
ciszej i spokojniej niż na Wysokiej Górze. 
Ale Sznaglowa zmysłem znawcy pojęła, że ta wielka, tęga, pysznie zbudowana kobieta może 
przedstawiać dla niej świetny interes. Jako mamka Kaśka mogła być nieopłacalną teraz, gdy dobrych, 
silnych mamek brakowało coraz bardziej. Dlatego po chwilowej pauzie zwróciła się ku 
drzwiom, a roztwierając je, wyrzekła niemal rozkazująco: 
— Wejdź panna! 
I Kaśka wstąpiła poza ten próg, który przebyć gorąco pragnęła. Na samym wstępie przecież 
cofnęła się mimowolnie. Stłumiony, bolesny kobiecy jęk powitał ją w progu. Jęk ten wydostawał 
się z izdebki, której drzwi szczelnie były zamknięte. Według wyrachowania Kaśki okno przysłonięte 
rozdartą zasłoną należało właśnie do tej izdebki. Któż mógł jęczeć tak żałośnie poza tymi 
drzwiami, poza tym oknem, które pokrywał rodzaj śmiertelnego całunu, znaczonego świetlanym 
znakiem krzyża?... Kaśka stała w progu, wsłuchując się 
w te jęki. 
Instynktem, wrodzonym każdej kobiecie, zrozumiała znaczenie tej bolesnej skargi. Sznaglowa 
rozmawiała jeszcze z Marynką, stojąc we drzwiach, zwrócona twarzą na zewnątrz. 
Nagle drzwi izdebki otwarły się z trzaskiem. Młode, zaledwie czternastoletnie dziewczę, bose i 
odziane nędzną, podartą spódniczką, wypadło na środek sieni. Nie zważając na Kaśkę, pobiegła ku 
Sznaglowej, a pociągnąwszy ją za suknię, zawołała: 
— Matka! chodź!... nieżywe. 
Sznaglowa odwróciła się szybko. 
— Czego wrzeszczysz! — wyrzekła, kierując się w stronę izdebki — masz klucz od komody, idź po 
papier i po szpilki, a nastaw też garnuszek rumianku dla chorej. 
Domówiwszy tych słów, podała małej dziewczynie niewielki kluczyk i znikła we drzwiach izdebki. 
Dziewczyna z szelestem i hałasem otworzyła drugie drzwi po przeciwległej stronie i wbiegła do 
drugiej połowy domu. Kaśka, zapomniana przez wszystkich, oparła się o ścianę i patrzyła strwożona 
przed siebie. 
Cicho było teraz dokoła. Jęki ustały, słychać było tylko krzątanie się Sznaglowej po izdebce. 
Nieżywe! 
Zapewne dziecko, które kobieta, ukryta poza tymi drzwiami, rodziła, skarżąc się tak boleśnie. 
Nieżywe! 
Trup witał Kaśkę 
w progu tego domu, trup dziecka, które nigdy świata oglądać nie miało, a 
przecież jużżyło w łonie matki, cierpiało z nią wspólnie i wspólnie się cieszyło!... 
Kaśka mimo woli ręce przycisnęło do łona. Czyż 
i ona po to cierpi i tak długo nosi swe dziecię 
w sobie, aby urodzić tylko trupa? 
Hałas otwieranych drzwi i szelest papieru zbudził ją z zadumy. Mała, bosa dziewczyna przeleciała 
jak strzała i zapukała do drzwi izdebki. W ręku miała wielki arkusz żółtawej bibuły i kilka 
szpilek, wetkniętych w małą aksamitną poduszeczkę. 
Drzwi uchyliły się, ale oprócz Sznaglowej ukazała się 
w nich jeszcze jedna postać. Była to wysoka, 
tęga, dobrze zbudowana dziewczyna, ubrana w spłowiałą różową suknię. Nogi miała bose, 
ale za to włosy, uczesane wysoko, zdobiła kokarda z niebieskiej wstążki. W ręku trzymała książkę 
żółtą, małą książczynę, ozdobioną czarnym rysunkiem na karcie tytułowej. 
Przeszła przez sień z miną zdeterminowanej królowej. 
— Nawet Izabelli54 dokończyć nie mogę przy tych waszych hałasach — wyrzekła skrzeczącym 
głosem — mogłybyście się też ciszej obie zachować i nie przeszkadzać mi w czytaniu. 
Ale ani mała dziewczyna niosąca papier, ani Sznaglowa nie zwracały teraz uwagi na zadąsaną 
bosą elegantkę. Sznaglowa szybko pochwyciła papier i szpilki i przymykając za sobą drzwi izdebki, 
wyrzekła do swej młodszej córki: 
— Idź, Madi, na ogródek, podam ci przez okno! 
Lubowniczka powieści hiszpańskich weszła tymczasem do dalszych części domu. Mała zaś 
dziewczyna, nazwana imieniem Madi, wybiegła przed dom, nie zwracając uwagi na Kaśkę, przytuloną 
wciąż do ściany. Po upływie jednak kilku minut Kaśka uczuła budzącą się 
w niej ciekawość, 
tak właściwą każdej kobiecie. Wysunęła się ostrożnie z sieni i spojrzała na zewnątrz. Przed okienkiem, 
pokrytym zasłoną, stała Madi, pogwizdując walca. Czekała widocznie na coś, bo obnażone 
ramiona wyciągała przez przyzwyczajenie przed siebie, a palcami poruszała niecierpliwie. Po 
chwili otworzyło są okienko i zasłona uniosła się u dołu cokolwiek. Madi wyciągnęła ręce i porwała 
jakiś przedmiot dość duży, owinięty w żółtawy papier i owiązany cienkim szpagatem. 
Przedmiot ten wysunął się tuż spod stóp świetlanego krzyża, błyszczącego na ciemnym tle zasłony. 
— Na Glinianki, tylko do tych nowych dołów — dał się słyszeć przyciszony szept Sznaglowej. 
Madi szybko ukryła zbyt jasny pakunek pod podartym fartuchem i nie przestając gwizdać walca, 
pobiegła jak koza i znikła w zaroślach otaczających domek dokoła. 
Okienko są zamknęło, zasłona zapadła, a Kaśka stała długo, wpatrzona w ten jasny krzyż, spod 
stóp którego ukazał się pakiet, owinięty w żółtawy papier. Co było poza tą zasłoną? 
Czy tylko nieszczęście i hańba, czy i zbrodnia także? 
Kaśka powoli przestała się dziwić wszystkiemu, co ją teraz otaczało. W pierwszych dniach chodziła 
jak obłąkana, potykając się 
co chwila o jakieś wybladłe, schorowane kobiety, uwijające się po 
domu. Była to procesja, snująca się nawet w nocy, procesja niosąca jako chorągiew — niedolę i 
cierpienie. 
W tłumie tych kobiet nierzadko pojawiały się strojne damy, woniejące z daleka heliotropem, 
kryjące twarz pod delikatną gazową zasłoną. Przestępowały wysoki próg domu, unosząc szeleszczące 
sukienki, a ich złotawe wiosenne buciki migały na ciemnym tle sieni jak skrzydełka motyli. 
Mówiły do Sznaglowej „kochana pani” i głos drżał 
im lekko, gdy się z niążegnały. Mówiły „do 
widzenia”, ale czuć było w tym słowie chęć niepowrócenia więcej do małego domku na Gliniankach. 
Sznaglowa odprowadzała te strojne pacjentki aż do samych schodów, a zginając się prawie aż 
do ziemi, wołała swym ostrym, syczącym głosem: 
— Niech pani będzie tylko spokojna! 
Z biedniejszymi kobietami mniej zadawała sobie trudu. Niejedną bladą i schorowaną dziewczynę 
odpędziła bez litości. 
— U mnie nie szpital! — wołała, przyrządzając jakieś proszki i przesypując je do równo pociętych 
żółtych papierków. 
Sznaglowa musiała pochodzić z Niemiec, gdyż nawet akcent mowy zdradzał to pochodzenie. 
Imiona córek, Madi i Fina, również były w użyciu tylko na wiedeńskim bruku. Skąd się tu wzięła ta 
kobieta, która w bardzo krótkim przeciągu czasu zdołała nabyć na własność domek i kawałek 
gruntu? — nikt o tym nie wiedział. 
Przyszła biedna i nędzna, z dwiema drobnymi dziewczynkami i wynająwszy domek, wywiesiła 
szyld z wypłowiałym okiem Opatrzności na niebieskim tle. Pod spodem widniał napis: „F. Sznagiel 
Hebamme”55 — to była cała jej rekomendacja. 
Powoli przecieżściągnęła do siebie znaczną klientelę i jak ludzie opowiadali, zarabiała grube 
pieniądze. Ukrywała wstyd i hańbę ludzką, nie wahała się nigdy przed spełnieniem zbrodni — na 
prawo i na lewo rozdawała zabójcze środki. Wszystko jej było jedno, co się stanie potem, byle zapłata 
była sowitą i z góry wyliczoną. 
Niekiedy zjawiała się 
w domu jaka stara, siwowłosa kobieta chcąca swe dziecię uchronić od 
jawnych dowodów hańby. Sznaglowa wyporządzała wtedy szybko jedną ze swych izdebek, a nocną 
porą wracała znów na Glinianki nieszczęśliwa matka, prowadząc ze sobą bladą i zrozpaczoną 
dziewczynę. Zostawiała ją na czas dłuższy, a po upływie kilku miesięcy zabierała, aby ją później w 
mirtowym wieńcu i niepokalanej zasłonie dziewiczej oddać silnie wierzącemu człowiekowi za żonę. 
I cała hańba i niedola kobieca, cały upadek kobiet i podłość mężczyzn, całe rozwiązanie komedii 
miłosnej mieściło się 
pod dachem tego domku, tonącego teraz w zieloności wiosennej. Kobieta 
o spokojnych ciemnych oczach i gładko przyczesanych włosach rozsiewała stąd mord i zbrodnie, w 
nocy wysyłała tajemnicze pakunki pod fartuchem swej nieletniej córki, zabijała istoty żyjące w 
łonach swych matek, a czyniła to wszystko za stosowną opłatą, która miała w przyszłości stanowić 
posag jej własnych dzieci. 
A dziewczyny te były to istoty zupełnie wyjątkowe. Jedna z nich, starsza, odznaczała się niezwykłą 
urodą, olśniewającą na pierwsze wejrzenie. Pełna, o bogatym gorsie brunetka, miała wszelkie 
wady i upodobania kobiet stworzonych do upadku. Dnie całe trawiła nad książką, zanurzywszy 
pulchne ręce w zafryzowanej, gęstej grzywce. Lubiła chodzić boso i wąchać 
bez lub róże. Wypijała 
zwykle polewki winne, przygotowane dla bogatszych chorych, i z czystym sumieniem chrupała ich 
kurczaki. Czytała przeważnie niezwykłe powieści Borna, choć i tkliwe romanse angielskie w lichym 
przekładzie wzruszały ją do głębi. Gdy wychodziła na ulicę, stroiła się jak lalka i malowała 
brwi chińskim tuszem. Brzydziła się rzemiosłem matki, choć bardzo często kończyła najspokojniej 
ostatni tom jakiegoś romansu przy przejmujących jękach jakiej konającej kobiety. Nazywano ją 
Fina i nie cierpiano w domu za dumę i samolubstwo. Ona wzruszała ramionami — uważała ten dom 
za rodzaj przedsionka do pałacu, w którym, według jej mniemania, życie jej miało upływać. Tymczasem 
piła wino, kradła chorym wodę kolońską, zmieniała codziennie kolory podwiązek i czytała 
romanse. 
Madi, ta młoda dziewczynka, która gwizdała walca owego pamiętnego dla Kaśki wieczoru, była 
zupełnym przeciwstawieniem swej siostry. I ona zapowiadała na przyszłość niezwykłą piękność, 
lecz dziś było to jeszcze chude, źle wyrośnięte dziewczę, najczęściej bose i oberwane. Nadzwyczaj 
żywa, cały dzień czynna, pełna pomysłów, wiecznych projektów, wtajemniczona przez matkę we 
wszystkie sekreta, uwijała są przez dzień cały po domu, gwiżdżąc jak konik polny. Z dziwną w tak 
młodym dziecku energią zajmowała się chorymi, dozorując je, przepisując dietę, a nawet środki 
uzdrawiające. Sznaglowa ufała zupełnie córce, w trudnych jakich wypadkach przywoływała ją do 
pomocy, a gdy wychodziła z domu, uspakajała wszystkie słowami: 
— Madi zostanie przy was. 
I rzecz dziwna — chore kobiety przywiązywały się niezmiernie łatwo do tej śniadej dziewczynki, 
która z pustotą, figlem, śmiechem zbliżała są do ich łoża. 
W chwilach największych cierpień Madi stawała przed pobladłą z bólu kobietą i pytała, śmiejąc 
się serdecznie: 
— Chcesz zobaczyć kauczukowego człowieka? 
I wyginała się najkomiczniej, łamiąc się w najdziwaczniejszych pozach, jakby rzeczywiście zrobioną 
była tylko z kauczuku. 
Madi nie znała różnicy pomiędzy pacjentkami swej matki. Nieraz okradała bogatsze na korzyść 
biedniejszych, chwytając pomarańcze lub buteleczki z sokiem i wciskając je pod siennik najbiedniejszej 
i najbardziej opuszczonej. Znając wszelkie tajemnice sztuki uprawianej przez matkę, dopomagała 
czasem w najwyższym sekrecie jakiej biednej nędzarce na własną rękę i tylko dla zadowolenia 
serca. Zrodzona w tej atmosferze zbrodni, uważała podobny czyn za dobrodziejstwo i 
gwizdała dwa razy głośniej, gdy udało się jej sfabrykować na swój rachunek flaszeczkę sporyszu56. 
Siostrę nienawidziła, nazywając ją „ grandesą” i paląc romanse, gdy je spotkała na drodze. 
Oprócz tych dwóch dziewczyn mieściło się 
jeszcze w domu troje dzieci, troje biednych, opuszczonych 
sierot, zrodzonych w hańbie i na pastwę ludzi porzuconych. 
Sznaglowa podjęła się 
widocznie wychowania tych istot, z których najstarsze zaledwie trzy lata 
wieku liczyło — najmłodsze, kilkunastomiesięczne, blade i wynędzniałe, leżało ciągle w kołysce, 
stojącej przy piecu. Skrzeczało czasem cichutko jak ślepe szczenię, pomimo że cieszyło się największymi 
względami Sznaglowej i jej córki. Sznaglowa doglądała baczniej dziecka dla tej przyczyny, 
że płacono zań regularnie, a matka przychodziła co niedzielę i przesiadywała całe popołudnie 
u kołyski dziecka. Była to młoda i wynędzniała nauczycielka, uwiedziona przez swego chlebodawcę; 
dziecko kochała i pragnęła dbać o nie. Płaciła niemal połowę swych miesięcznych dochodów 
i każdą wolną chwilę poświęcała tej drobnej istocie. Sznaglowa na niedzielę zmieniała 
pościel dziecka i kąpała je w ciepłej wodzie. W niedzielę na komódce stało przygotowane świeżuchne 
mleko, cukier i woda ryżowa. W zwykłe dnie dziecku podawano nieświeże mleko, zaprawne 
rumiankiem, a czystość gumowego smoczka pozostawiała wiele do życzenia. Sznaglowa wiedziała 
przecież, że biedna nauczycielka w dzień powszedni nie zajrzy na Glinianki, a dziecko poskarżyć 
się jeszcze nie może. Madi miała tyle do czynienia w całym domu, że specjalnej uwagi 
biednemu niemowlęciu poświęcić nie mogła. Chwytała je czasami tylko i huśtała wysoko jak lalkę, 
śpiewając przy tym wiedeńskie piosenki. Dwoje innych dzieci radziło sobie za to, jak mogło, włócząc 
się po całym domu, blade, bezkrwiste, z wielkimi brzuchami i głowami podobnymi do dyni. O 
najstarszym, trzyletnim chłopczyku, matka zapomniała zupełnie. Odjechała z miasta, urodziwszy to 
dziecko, i nie dała więcej znaku życia o sobie. Była to córka jakiegoś rzemieślnika, która później 
zapewne wyszła za mąż i była wzorową matką rodziny. Sznaglowa złościła się nieraz po swojemu 
na ten ciężar, rzucony jej na ręce, choć bardzo często zapominała zupełnie o egzystencji chłopca. 
Dziecko było ciche, nieśmiałe, jakby przybite jakąś wielką troską, która mu mózg tłoczyła. Radziło 
sobie samo, żywiąc się obierzynami, kośćmi, ogryzkami owoców, jedząc wszystko, co się po ziemi 
walało, jak młode szczenię, tułające się bez pana. O jedzenie nie upominało się nigdy, jakby czując, 
że w domu tym obcym nie było dlań przy stole miejsca ani prawa. Nie śmiał się nigdy ten blady 
chłopczyk o wielkich niebieskich oczach i tulił się zawsze w najciemniejsze kąty, aby nie spotkać 
Finy, nienawidzącej go wyjątkowo. Gdy czytała Marcina podrzutka 57, kopnęła go silnie za to, że 
włażąc na schodki, uczepił się jej sukni. Chłopiec spadł ze schodków i od tej chwili unikał tej panny, 
która tak źle nań patrzyła. Średnie dziecko, dziewczynka jasnowłosa, skrofuliczna i źle zbudowana, 
siedziała dnie całe na piasku ogródka, grzejąc w słońcu swe wykrzywione nogi i obrzękniętą 
szyję. Była to sierota — matka jej zmarła w tym samym domku po strasznych i długich męczarniach. 
Dziecko cudem utrzymało się przy życiu, a że kobieta była osamotniona, a co więcej, otaczała 
się tajemnicą, nie wiadomo było, dokąd dziecko odesłać. Trzymano je w nadziei, że może się 
ktoś wreszcie zjawi i zapłaci koszta nędznego pożywienia dziewczynki. Dozór nad tą gromadką 
trzymała Madi — ona to kierowała ich wychowaniem, wydzielała gałgany, okrywające te bezkrwiste, biedne ciałka. W chwilach wolnych od zajęć koło chorych z całym właściwym sobie zapałem 
zajmowała się dziećmi. Były to, szczęściem, rzadkie bardzo chwile, bo wtedy przejmujące krzyki 
dzieci rozlegały się po całym domu. Madi szorowała je cegłą 
lub piaskiem, zawijała im papiloty tuż 
przy samej skórze lub usiłowała gwałtem wyprostować nóżki skrofulicznej dziewczynce. Czyniła 
to wszystko w najlepszych zamiarach, ale rządząc się zawsze niezwykłą fantazją, sprawiała biednym 
dzieciom męczarnie Tantala58. Gdy które było chore, próbowała na nim swych nadzwyczajnych 
środków domowych, o których miała wysokie wyobrażenie. Wobec tak zastosowanej medycyny, 
nieraz trujących ziół, wlewanych przemocą w gardło dziecka, zaliczyć trzeba było do cudów, 
że biedne te istoty wlokły swój żywot dotąd. Były to marionetki, zdane na łaskę i niełaską narwanej 
dziewczyny, psiaki, karmione ogryzkami, sznurkujące pod ścianami, śpiące na lichych sienniczkach, 
z których słoma na wpół przegniła zanieczyszczała powietrze. 
Nieraz spod łachmanów, naśladujących kołdrę, wychylała się główka przystrojona w papiloty, 
zawinięte kilka dni temu przez Madi w przystępie dobrego humoru. 
Sznaglowa zajmowała się także umieszczeniem dzieci urodzonych w jej domu lub przyniesionych 
w tym celu z miasta. Zjawiały się wtedy, jakby wywołane czarodziejskim zaklęciem, wiejskie 
opalone kobiety, z piersiami zapadłymi i wyschłymi od braku pokarmu. Niemniej przecież Sznaglowa 
oddawała im bez wahania powierzone swej pieczy niemowlęta, targując się o zapłatę, której 
połowa pozostawała zwykle w jej kieszeni. Kobiety odchodziły unosząc płaczące dzieciny i paczki 
z cukrem lub też kawą. Zjawiały się potem rzadko, przynosząc w płachcie źle odżywione, brudne i 
smutne dzieci. Sznaglowa przecież nie robiła im nigdy w tym względzie żadnych wymówek. Rzucała 
przelotne spojrzenie na te drobne, wynędzniałe istoty, które milczeniem swoim skarżyły się 
przecież boleśnie, i odprawiała szybko kobiety, uiściwszy im zapłatę. Dla niej wystarczał fakt, że 
dziecko żyje. Była jednak bardzo przezorna i nie płaciła nigdy należności z góry, przewidywała 
fakt śmierci dziecka, zdarzający się na dziesięć najmniej sześć 
do siedmiu razy. Wówczas obliczała 
skrupulatnie dnie, umiejąc z nadzwyczajnym sprytem wyciągnąć z chcącej ją oszukać chłopki całą 
prawdę. Ona przecież nie zawiadamiała o tej prawdzie osoby opiekującej się zmarłą dzieciną — ta 
biedna istotka spała nieraz dawno pod mogiłką, gdy pensja, płacona za jej utrzymanie, powiększała 
sumę posagową Madi lub Finy. Historia o prawdzie i oliwie nie sprawdziła się pod dachem tego 
domku — wszystko się to kryło z dziwną przebiegłością. W nocy wrzucano trupy noworodków w 
rowy okalające Glinianki; nierzadko umierała kobieta sina i zgangrenowana, straszny dowód nadużycia 
trującego środka; bito i głodzono żyjące istoty, za które matki płaciły grosz ciężko zapracowany; 
wysyłano dzieci na zagładę i śmierć pewną do nędznych chat, przepełnionych zabójczymi 
miazmatami i wilgocią; targowano mięsem żywym w postaci mamek trzymanych na uwięzi przez 
ów „ dług” tradycyjny — a mimo to cicho było i spokojnie dokoła tego małego domku. 
Bez kwitł biały i niepokalany, zaglądając do drobnych okienek, poza którymi działy się te 
straszne rzeczy. Dokoła drzewa szumiały, potrząsając młodziutkimi liśćmi, a ptaszki świegotały 
przy wschodzącym słońcu. 
Zdawało się, że jest to jakiś odrębny, zaczarowany światek, wolny od wszelkich przepisów policyjnych, 
wyrzutów sumienia i myśli o kryminale. Sznaglowa na wzmiankę o c. k. policji uśmiechała 
są dwuznacznie, a Madi gwizdała wtedy z całą zapamiętałością piękny i poważny hymn grywany 
przez Burgmusick59. 
Kaśka powoli wpatrzyła się i przyzwyczaiła do tego, co ją otaczało. 
Sznaglowa zdjęła z niej łachmany i dała jej koszulę Finy i swoją spódnicę, zniszczoną i za krótką 
z przodu, wlokącą się z tyłu, ale przynajmniej całą i czystą. Madi dołożyła ze swej strony jakiś 
dziwaczny kaftanik, który okazał się 
za ciasny na szerokie plecy dziewczyny. Wstawiono więc na 
plecach łatę z czarnego kamlotu, która dziwacznie odbijała od czerwonej flaneli kaftanika. 
Madi jednak była zachwycona swym dziełem i przysięgała Kaśce, że nic podobnego nawet w 
Wiedniu nie noszono. Kaśka uśmiechnęła się i z wdzięcznością przyjęła ofiarowane stroje. Była tak szczęśliwą, zrzuciwszy te wstrętne łachmany, że hecarski kaftanik Madi zdawał się jej królewską 
szatą. Sznaglowa zaczęła teraz odżywiać dziewczynę, dając jej pożywienie zdrowe, odpowiednie 
do stanu, w jakim się Kaśka znajdowała. Ona i Madi przyrządzały to jedzenie w wielkiej misce, 
mięszając rozmaite potrawy i zalewając to wszystko wrzącym mlekiem. 
— Na! jedz! — mówiła Sznaglowa, stawiając miskę na ławie. 
Podczas gdy Kaśka jadła, Sznaglowa stała nieruchoma, milcząca, śledząc każdy ruch dziewczyny. 
Gdy Kaśka, nasycona, podnosiła głowę, Sznaglowa rozkazującym gestem zmuszała ją znów do 
jedzenia. Z drugiej strony Madi z garnkiem, w którym dymiła resztka mleka, stała baczna na każde 
skinienie matki, dolewając i mięszając bezustannie w misie, z której jadła Kaśka. 
Miały miny gospodyń doglądających tuczenia nierogacizny. Czymże dla nich innym była ta 
dziewczyna? Prostym towarem, który za kilka miesięcy, stosownie do wagi i tuszy, zbyć należało. 
Kaśka powoli zrozumiała ten stan rzeczy. Początkowo jadła chętnie i dużo, wygłodzona od 
dawna, bo nawet u Budowskich nie miała odpowiedniego pożywienia. Powoli przecież natarczywość 
Sznaglowej i jej córki zaczęła ją zmieniać i sprawiać jej przykrość. Nie rozumiała tego gniewu 
wobec braku apetytu, który ją czasem napadał. Sznaglowa zacinała wtedy usta i syczącym głosem 
nakazywała jej posłuszeństwo. Było w tym głosie tyle groźby, że Kaśka mimo woli schylała 
głowę i przymuszała się do jedzenia. Madi przecież nie ukrywała przed Kaśką 
celu, dla którego 
żywiono ją tak obficie. Za pierwszym słowem Kaśka pojęła sytuację i poddała się jej z całą rezygnacją. 
Zresztą była to jedna z najmniejszych przykrości. Głód i nędza były o wiele dokuczliwsze. 
Kaśka pozwoliła się paść i tuczyć z wielką uległością. Ale tuczenie to nie wypadało pomyślnie. 
Sznaglowa, patrząc na dziewczynę, krzywiła się z niezadowolenia. Kaśka mizerniała i bladła z 
dniem każdym. Bladość ta miała odcieńżółtawy i trupi prawie. Widocznie ta trywialna, prosta 
dziewka miała jaką moralną chorobę, która podkopywała jej organizm, obracając wniwecz starania 
mądrej i przezornej pani Sznagiel. Na to cierpienie nie było środka w podręcznej apteczce akuszerki. 
Mogła jej nakazać jeść i spacerować po ogródku, ale przerwać bieg jej myśli — obrócić w nicość 
wspomnienia, zatrzeć przebyte walki lub zakryć przeszłe cierpienia, na to uczona dama poradzić 
nie mogła. Kaśka nikła z dniem każdym. 
A przecież Kaśka nie była bohaterką sentymentalną, roztkliwiającą się nad własną niedolą. Nie! 
ona była tylko smutna, bo inną być nie mogła wobec tego, co ją spotykało i co dało jej życie, świat 
i ludzie. Nie płakała teraz wcale, chodziła milcząca, wykonywając wszelkie polecenia Sznaglowej. 
Straciła swą wolę — zresztą ona nie miała jej prawie nigdy. O Janie myślała teraz częściej niż dawniej, 
może dlatego że miała więcej wolnego czasu. Rozpamiętywała jego zdradę i chwilami zaciskała 
pięści, jakby chcąc rzucić się na te mary, wywołane własną wyobraźnią. Czasami znów ogarniało 
ją głupie rozrzewnienie. Była to kobieta przeciętna, czyniąca wszystko w połowie. Nie umiała 
przebaczyć zupełnie, lecz szamotała się między nienawiścią i przywiązaniem serdecznym. 
Stała się znów nabożną pomimo nielitościwego obejścia, jakie ją ze strony kościoła spotkało. 
Uznawała swój grzech i odmawiała codziennie przepisaną przez księdza ilość pacierzy. Szeptała je 
bardzo głośno, klęcząc w kąciku kuchenki obok siennika, na którym sypiała. Często krzyki chorej 
zagłuszały tę bezmyślną modlitwę. Kaśka, drżąc z przestrachu, tuliła się do ściany, zatykając rękami 
uszy — jęki te rozdzierały jej serce i napełniały szaloną trwogą. 
I ona tak cierpieć będzie, i ona tak wśród nocy jęczeć będzie, wzywając litości boskiej i ludzkiej 
pomocy! Oh! gdyby ta chwila nie nadeszła nigdy... 
Nic bardziej przejmującego grozą, jak jęk kobiety rodzącej, gdy rozlegnie się nagle pośród nocnej 
ciszy. Kaśka, oblana potem, blada z przerażenia, cierpiała bardzo, słysząc te głosy, podobne 
raczej do wycia zwierzęcia. Do izdebek, zajmowanych przez chore, nie wpuszczano jej nigdy. 
Sznaglowa obawiała się wzruszenia i ograniczała posługi Kaśki na przynoszeniu wody, gotowaniu 
ziółek lub praniu bielizny. Zresztą zamożniejsze chore miały „dyskrecję zapewnioną”. Wskutek 
czego sama Sznaglowa i Madi wystarczały. 
Kaśka przywiązała się bardzo do dzieci, do tych opuszczonych, schorzałych sierot, włóczących 
się dzień cały po domu, jak małe kocięta bez matki. Uczucie to, bardzo właściwe w każdej kobiecie 
mającej zostać matką, odezwało się w niej z wielką siłą. Pomimo zakazu Sznaglowej, aby dzieci 
nie brała na ręce, wyprowadzała je do ogródka i tam godzinami całymi huśtała lub bawiła. Patrząc 
na te biedaki okryte łachmanami, głodne i opuszczone, doznawała ściśnienia serca. Więc taka dola 
podobnych istot? Więc i jej dziecko może tak poniewierać się będzie pomiędzy ludźmi?! 
I nagle przyszła jej myśl o możliwej śmierci, tym bardziej że wczoraj wyniesiono z domu trupa 
dziewczyny, silnej i zdrowej, która, urodziwszy nieżywe niemowlę, we dwie godziny później 
zmarła. Czy i ona miałaby zamrzeć tutaj jak pies, bez księdza i modlitwy, zostawiając może żywe 
dziecko na łaskę ludzką? 
Pragnienie zobaczenia raz jeszcze Jana zbudziło się w niej w tej chwili. Chciała go tylko prosić, 
aby pomyślał o dziecku na wypadek jej śmierci. Zwierzyła się 
z tym Marynce, która odwiedzała ją 
od czasu do czasu. Marynka wyśmiała jej trwogę, mówiąc: 
— Każda kobieta tak się 
stracha. To stara rzecz. Ty nie bądź głupia i nie fasonuj. Już cię Sznaglowa 
śmierci nie da. Baba kuta na cztery nogi, zna swój interes. Wie, że jakbyś umarła, to dług by 
diabli wzięli. Już ona cię i wypasie, i od złego uchroni. 
Kaśka umilkła, nie przekonana wcale. Marynka myślała jeszcze chwilę nad żądaniem Kaśki, po 
czym rzekła: 
— Ty nie wypatruj za tym wyrwipiętą, co cię 
w taki kram zapędził. Już ja ciebie znam: ty mu niby 
o dziecku gadać 
chcesz, a o co innego ci chodzi. Ot! Boże się pożal, co też kobiety mają we łbie. 
Zmizerowane to, na nogach się utrzymać nie może, a jeszcze za nim patrzy. 
Splunęła i zaczęła żuć kwiatki bzu. Ona teraz była bardzo rozsądna i nie oglądała się za mężczyznami. 
Nawet wpisała się do bractwa różańcowego — kucharka od pani hrabiny namówiła ją do 
tego kroku. 
Kaśka powinna także to zrobić po wyjściu od Sznaglowej. Zawsze to lepiej i przyzwoiciej dla 
dziewczyny. I ta nowo nawrócona Magdalena ciągnie dalej umoralniające kazanie, wygrzewając w 
słońcu swe wychudłe ciało dawnej rozpustnicy. Kaśka siedzi tuż 
obok niej i patrzy smutnie oczami 
w przestrzeń. Nie! Marynka jąźle osądziła, ona nie miała złego zamiaru w chęci zobaczenia Jana, 
szło jej tylko o dziecko. Ale Marynka tego pojąć nie może. Za chwilę, gdy Madi zawołała Kaśkę do 
wieczornego posiłku, dziewczyna pożegnała przyjaciółkę jeszcze smutniej niż zwykle. Marynka, 
poruszona tym smutkiem, zatrzymała ją chwilę. 
— Kaśka, nie bądź ty głupia! Nie przypuszczaj sobie do głowy zgryzoty; jeszcze bez to Sznaglowa 
cię wygna od siebie i gdzie się potem obrócisz? 
Kaśka spojrzała na mówiącą i ciemno jej się w oczach zrobiło. Prawda, Marynka miała rację. 
Gdyby ją 
Sznaglowa teraz wygnała, gdzież by poszła, kto przygarnąłby pod dach swój podobne 
stworzenie? 
Dnia tego Sznaglowa była zadowolnioną — Kaśka jadła z pośpiechem, patrząc się przy tym w 
oczy swej pani z uległością psa bitego. Sznaglowa pochwaliła ją za to, głaszcząc nawet po głowie, 
a Madi wywinęła koziołka, który w osłupienie wprawił skurczone w kącie kuchenki dzieci... 
Upłynęło kilka miesięcy od tej chwili. Termin słabości Kaśki zbliżał się 
z dniem każdym. Ona 
sama, blada, wystraszona, włóczyła się bezczynnie prawie, pilnowana na każdym kroku przez 
Sznaglową. Ta ostatnia świetne pokładała nadzieje i wzięła nawet zadatek z zamożnego bankierskiego 
domu, w którym także za kilka tygodni spodziewano się potomka. Tam miała Kaśka po 
urodzeniu dziecka wejść w służbę jako mamka, a Sznaglowa pobierać pensję, niby dla umorzenia 
długu, zaciągnionego przez Kaśkę w przeciągu tych kilku miesięcy. Sznaglowa zabierała w ten 
sposób cały dochód Kaśki i otrzymywała odpowiednie wynagrodzenie za nastręczenie mamki, wynagrodzenie 
tak sowite, że samo mogło szczodrze wystarczyć jako zapłata za koszta utrzymania i 
wyżywienia dziewczyny. Kaśka czuła, że zaprzedała się w niewolę, ale stała się nieczułą na to, co 
ją tu spotykało. Wobec przykrych cierpień fizycznych, strasznego osłabienia, dojmujących boleści, 
jakie przeszywały jej wnętrzności inne zdawało się jej drobnostką. Madi starała się dodać jej otuchy 
po swojemu, to jest opowiadając o strasznych cierpieniach i męczarniach kobiet, jakich była 
świadkiem. 
— Powiadam ci, Kaśko, to kolosalne podobno, ale zresztą przekonasz się sama, czy to prawda, i 
powiesz mi później. Mnie się zdaje, że one wszystkie trochę przesadzają! 
Ciszej było teraz w domu, bo Fina pojechała do ciotki na miesiące letnie, zabrawszy ze sobą 
wszystkie romanse — a średnia, skrofuliczna dziewczynka zmarła po prostu z wycieńczenia. 
Nikt oprócz Kaśki nie zwracał uwagi, że dziecko nikło coraz bardziej, chyląc główkę jak uwiędły 
kwiatek. Pewnego poranku znalezioną ją martwą na brzegu sienniczka. Spała zwinięta w kłębek, 
blada, z zaciśniętymi rozpaczliwie piąstkami. Miała, tak jak zwykle, wygląd zabiedzonego 
kociaka. Usunięto czym prędzej Kaśkę z kuchenki i zabrano się do chowania dziecka. W kilka godzin 
już wynoszono biedną, białą trumienkę nie oznaczonążadnym nazwiskiem. 
Dziecko to nie nazywało się wcale. 
Była to piękna, słoneczna niedziela. Kaśka powlekła się powoli poza ogród, okalający domek. 
Śliczne słońce letnie jaśniało na szafirowym tle nieba, rozsiewając dokoła olśniewające blaski. 
Domek Sznaglowej stał na wzgórku spadającym z jednej strony ku stromym brzegom dołów, nazwanych 
Starymi Gliniankami. 
Wywóz gliny potworzył w tych miejscach formalne przepaście, na dnie których żółciła się rozwodniona 
ziemia. 
Ogródek, okalający dom Sznaglowej, wznosił się ponad jednym z najgłębszych dołów. Stroma 
ściana zaczynała się, jakby odcinając równą linię, wśród zielonej, świeżej trawy. Mało ludzi kręciło 
się w tych stronach. Wszyscy śpieszyli na wały prowadzące za rogatki; tylko rozkochane pary, pragnące 
samotności, szły Starymi Dołami. Przy rogatkach spotykali się wszyscy, a każdy chwalił się 
wyborem lepszej drogi. 
Kaśka przywlokła się na sam skraj pagórka i położyła się na trawie. Sznaglowa poszła za trumienką 
dziecka, chmurna i niezadowolona z tej śmierci, która ją o koszta przyprawiała. Madi siedziała 
przy kołysce niemowlęcia, bo lada chwila spodziewano się zwykłej wizyty niedzielnej owej 
bladej nauczycielki. Kaśka w ten sposób używała rzadkich teraz chwil wolności i swobody. 
Okrywszy się chustką Sznaglowej, leżała teraz na trawie, bardziej smutna i znękana niż kiedykolwiek. 
Ten rozkwit letni, to ciepło, te olśniewające blaski raziły i ból jej sprawiały. Czuła się bardzo 
nędzną, chorą i opuszczoną 
wobec tego przepychu natury, jaki ją otaczał. Spodziewała się przybycia 
Marynki i wyglądała jej z niecierpliwością. Zawsze to była jedna przyjazna dusza, która do niej 
przemawiała dobrym słowem. Nagle zaszeleściły gałęzie drzew. Od sąsiedniego ogródka przedzierało 
się kilku mężczyzn, śmiejąc się i rozmawiając głośno. Czasem spacerujący niedzielni goście 
skracali sobie w ten sposób drogę, idąc przez ogródki tych małych domków. Płoty niskie nie stykały 
się z brzegiem przepaści i w ten sposób łatwo przejść można było z jednej posiadłości do drugiej. 
Był to nawet rodzaj utartej ścieżki, niezbyt uczęszczanej, ale niektórym dobrze znanej. W 
ogródkach siedziały często postrojone świątecznie dziewczęta i one to skłaniały wypomadowanych 
lowelasów do obrania powyższej drogi. 
Kaśka, przychodząc dziś do ogródka, zapomniała o tych nieproszonych gościach. Gdy posłyszała 
szelest poza sobą, za późno było już uciekać, musiała pozostać, leżąc na trawie, okrywając się 
o ile możności najszczelniej chustką. Sądziła, że ludzie ci przejdą i pozostawią ją w spokoju. Pomyliła 
się jednak w rachubie. Była to gromadka jakichś młodych zuchów, noszących z fantazją swe 
surduty świąteczne. Olbrzymie fontazie w jaskrawych kolorach zdobiły ich szyje, a gorsy u koszul 
tych panów uderzały z daleka śnieżną białością. Szli śmiejąc się i rozmawiając głośno, pewni siebie, 
zadowoleni, jakby wyruszali na podbicie świta. Nadzwyczajne krawaty powiewały szerokimi 
szarfami pod świeżo wygolonymi brodami tych panów. Szli z fantazją, pogwizdując i śmiejąc się 
głośno. Przeszli mimo Kaśki, patrząc w stronę Glinianek i plując w głębokie doły. — Jeden wszakże 
oderwał się od gromadki. Dostrzegł dziewczynę i podbiegł 
ku niej z gotowym żartem na ustach. Ta 
tęga dziewka, leżąca w trawie, ukryta prawie w fałdach chustki, zaciekawiła go. Uśmiechnięty, 
rozbawiony, stanął prze nią, oblany całą strugą błyszczącego w górze słońca, i pochylił się nawet, 
aby uszczypnąć 
śpiącą na pozór dziewczynę, bo Kaśka zamknęła oczy, jakby czując zbliżające się 
niebezpieczeństwo. Lecz żart zamarł 
mu na ustach, gdy nagle ujrzał twarz dziewczyny. Chwilowo 
zmieszał się nawet, a wyciągnięta ręka opadła wzdłuż ciała. 
Stał tak chwilkę, jakby wrośnięty w ziemię, pomimo że towarzysze zniknęli już poza płotkiem 
przyległej posesji. Tylko ich młode, a już chrapliwe głosy wybiegały spomiędzy drzew, tworzących 
poza płotem dość gęstą zielonąścianę. 
Kaśka, sądząc, że wszyscy już znikli, otworzyła oczy. Wzrok jej padł na stojącego przed nią 
mężczyznę. Fala krwi uderzyła jej do głowy. Poznała Jana. 
Oczy ich spotkały się. Źrenice kobiety, czerwone od łez wylanych podczas bezsennych nocy, 
podkrążone sinymi obwódkami, wpatrzyły się w świecące zdrowiem i życiem oczy mężczyzny. W 
oczach tych była zapisana cała historia tych kilku miesięcy: jej męki, jej cierpienia, niepokój, smutek, 
tęsknota — i jego równowaga, dobre trawienie, sen, odżywianie się i spokój moralny, najlżejszym 
nie zakłócony wyrzutem. 
Dziewczyna wpatrzyła się uporczywie w twarz swego dawnego kochanka. Miała go! Miała nareszcie 
tuż przed sobą, mogła mu wypowiedzieć wszystko, co ciężyło jej na sercu. Ale on ocknął 
się teraz z chwilowej bezwładności. Szybko odwrócił się, pragnąc uciekać. Przypomniał sobie scenę 
na strychu i bał się jej powtórzenia. 
Lecz Kaśka porwała się szybko z ziemi i obiema rękami uchwyciła się jego ramienia. Drżała 
cała jak w febrze, a blade policzki zabarwił rumieniec. Chustka zsunęła się 
jej z ramion — i stanęła 
przed nim w całym majestacie macierzyństwa, nie zważając na resztęświata, na ludzi, którzy lada 
chwila nadejść mogli. On szybkim rzutem oka obrzucił całą jej postać i zrozumiał jej położenie. 
Szarpnął się gwałtownie, pragnąc uciec czym prędzej od tej matki-kobiety, on — ojciec-mężczyzna! 
To łono, w którym ukrywało się 
w tej chwili jego własne dziecię, wydało mu się ohydne, wstrętne, 
przerażające. 
Ale Kaśka z dziwną siłą przykuwała go do miejsca. Palce jej zacinały się kurczowo dokoła ręki 
Jana, sprawiając mu ból dotkliwy. Przecież nie chciała mu czynićżadnej krzywdy. Chciała mu tylko 
powiedzieć, że ona lada chwila umrzeć może i pozostawić na świecie sierotę. Dla tej sieroty 
żądała słusznej opieki. 
Czyż nie była w swym prawie? 
— Janie! — rzekła przerywanym głosem — jak to dobrze Bóg zrobił, żeś się o mnie natknął. Tak 
cię chciałam zobaczyć... 
— Puść mnie! Czego szarpiesz! — przerwał stróż dość opryskliwie. — Jeszcze mi pysk pazurami 
rozorzesz, jak wtedy na strychu. 
— Nie! o nie! — odrzekła Kaśka, zaciskając coraz mocniej palce — ja ci nic złego nie zrobię... 
Chciałam ci tylko powiedzieć... 
Urwała nagle, nie mogąc dokończyć rozpoczętego zdania. Zdawało się jej, że będzie jej bardzo 
łatwo wypowiedzieć mu wszystko przy spotkaniu, a przecież głos zamierał jej w piersi, a słowa 
konały na jej ustach. Widziała go znów! Widziała zdrowego, czerwieniącego się w promieniach 
słońca, jak dawniej, jak przed rokiem!... Miał 
nawet ten sam lila krawat i kamizelkę w paski, włosy 
lśniły się, wyziewając ze siebie woń topolowej pomady. Był tak piękny, silny, strojny, gdy stał 
przed nią z głową, według zwyczaju odkrytą, z kapeluszem nowym, słomkowym w ręce, pokrytej 
tombakowymi pierścionkami. I nagle Kaśka zawstydziła się swej nędzy, swego ubóstwa, a przede 
wszystkim stanu, który ją tak oszpecał. 
I ręce jej mimo woli opadły wzdłuż ciała, uwalniając Jana z więzów. Szybko pochwyciła leżącą 
na trawie chustkę i owinęła się nią, zakrywając pół ciała. 
Jan przez ten czas postąpił już kilka kroków, pragnąc przejść do sąsiedniego ogródka, ale Kaśka 
zastąpiła mu drogę. Stali teraz prawie nad samym brzegiem przepaści, tuż 
ponad Starymi Dołami, 
które żółtym dnem łyskały w promieniach słońca. 
— Janie! poczekaj chwilkę... tak pójść nie możesz! — rzekła znów kobieta. — Widzisz, jestem bardzo 
biedna i odsiaduję w dług tu stancję. Ale niedługo może już to się skończy, tylko że nie wiem, 
jak to Bóg pokieruje... 
Jan rzucił się niecierpliwie. 
— Czego ty chcesz ode mnie? Nie zaczepiaj! — syknął przez zęby — ja do ciebie nic nie mam. Takie, 
jak ty, włóczęgi, co się biją i co je po furdygach policaje prowadzą, to tylko dyshonor dla porządnych 
ludzi. Odstąp z drogi, mówię, dobrze, a jak nie posłuchasz, to ci jeszcze dam radę!... 
Ona, zgorączkowana, nie słuchała prawie gróźb jego. 
Jedną teraz miała myśl tylko — chciała mu przecież powiedzieć o dziecku, które mogło głodem 
zamierać, jak ta sierotka, którą ponieśli teraz na cmentarz. 
— Ja nic nie chcę dla siebie — zawołała szybko — ja nie mam żadnego żądania, jeno wedle dziecka... 
Zamilkła, spuszczając głowę. 
Wyrzuciła wreszcie to słowo, tę zbrodnię, to przestępstwo, które popełniła, dając życie, przyoblekając w ciało rozkosz, jaką odbierał od niej stojący przed nią mężczyzna. On popatrzył na nią z 
jakąś małpią złośliwością, gdyż stopniowo odzyskiwał utraconą fantazję. 
— Fiu! fiu! — zagwizdał — a to pięknie; no! no! dziecko!... Tańcowała Małgorzatka!... 
Kaśka podniosła głowę. 
Jak to, więc on tak przyjmuje wiadomość o dziecku? Nie martwi się wcale. Owszem, pogwizduje 
wesoło, uśmiecha się nawet... Kto wie? Może się namyśli — ożeni! 
I pełna radości chwyta go ponownie za ramię, wołając: 
— Ach, Janie, jaki ty dobry, że mnie za to nie łajesz! Ja temu nie winna, ale i tak biedna jestem 
taka... 
Jan wzrusza ramionami... 
— A za co, u diabła, łajałbym cię? hę? Dzieciak to twoja rzecz. Miej go sobie czy nie, to mnie ni 
parzy, ni ziębi... 
Teraz przecież Kaśka nie może się mylić co do intencji wypowiedzianej w tych słowach. Chwilowe 
zaślepienie znika z jej oczów. On nie chce słyszeć o dziecku, którego jest ojcem. Mówi, że to 
go nie ziębi, ni parzy!... Więc na nią, na nią jednę spada to dziecko, które się 
w tej chwili szarpie 
rozpaczliwie w jej łonie, jakby przeczuwając, że rodzony ojciec wypiera się go i na poniewierkę w 
świat rzuca. Jakiś szał ogarnia Kaśkę. To nagłe przejście z radości do rozczarowania napełnia ją 
strasznym rozdrażnieniem. Chustka ponownie spadła z jej ramion, ona nerwowo chwyta się Jana i 
patrzy mu prosto w twarz rozszerzonymi źrenicami. Cały ból, cały ogrom przebytych i spodziewanych 
cierpień uosabia się dla niej w tej chwili w tym człowieku, który jest przyczyną wszystkich jej 
nieszczęść i nędzy, do której doszła. 
Przez chwilę stała milcząca. Nagle wyprostowała się, a w oczach jej zapaliły się ponure blaski, 
usta otwarły, ukazując dwa rzędy ostrych zębów. Bunt nieprzeparty tryskał z jej całej postaci, tak 
zwykle łagodnej i uległej. 
— Ty! ty! — zaczęła — dlaczego gadasz, co dziecko cię nie obchodzi? Gadaj, czemu cię to ani ziębi, 
ani parzy? 
Jan spojrzał na Kaśkę i przeraził się wyrazem jej twarzy. W blaskach słońca zionęła cała jakimś 
dzikim gniewem, który mógł złe pociągnąć za sobą następstwa. Postanowił się od niej uwolnić i 
uciec jak najprędzej. Robiła na nim wrażenie wariatki. Pochwycił więc szybko jej ręce i silnym 
ruchem odtrącił ją od siebie. 
— Albo to mój dzieciak! — zawołał gniewnie, uciekając jak szalony w kierunku sąsiedniego 
ogródka. 
Kaśka wydała straszny krzyk, jeden, lecz przejmujący do szpiku kości. Potrącona silną ręką 
mężczyzny, zachwiała się 
na nogach i zatoczywszy kilka kroków w tył, spadła z wysokości kilku 
metrów na dno Starych Dołów. Żółta, miękka ziemia przyjęła bezwładne ciało kobiety, które wydatną 
masą czerniło się na jasnym tle gliny. 
Jan tymczasem podążył szybko przez ogródki, aby połączyć się z towarzyszami, którzy uszli już 
spory kawał drogi, dziwiąc się, co mogło zatrzymać najweselszego z ich grona i opóźniać w ten 
sposób partię kręgli, przygotowaną dla nich w rogatkowej bawarii. 
Gdy Jan zjawił się nareszcie, powitano go gradem dwuznaczników i tłustych konceptów. On nie 
zapierał się wcale, dając do poznania, że go spotkała na drodze jakaś przygoda miłosna, która zabrała 
mu cokolwiek czasu. Towarzysze zazdrościli mu tych łatwych miłostek, które słały mu się 
pod nogi w dzień biały, po drodze do bawarii. 
Wzdychali tylko mówiąc: 
— Ten, szelma, ma szczęście! 
Ja ciebie chrzczę, Mario, w Imię Ojca! Syna! i Ducha!... 
Dziecko jęknęło raz jeszcze pod tym strumieniem wody, którą Madi wylewała mu na główkę, 
i... konać zaczęło. 
Mała naftowa lampeczka, migocąca w kącie izdebki, oblewała mdłym blaskiem sinawy trup 
dziecka, leżący na kołdrze, pod którą spoczywała Kaśka. 
W nogach łóżka stała Sznaglowa, chmurna, milcząca, wściekła na tę wielką dziewkę, którą 
znaleziono bezprzytomną w rowie, tuż 
pod brzegiem ogrodu. W jaki sposób spadła, nie mogła sobie 
Sznaglowa wytłumaczyćżadną miarą. Kaśka, jakkolwiek przyszła do przytomności, nie odpowiadała 
na żadne pytanie. Cierpiała strasznie, wydając przeciągłe jęki. Był to przedwczesny poród, 
niweczący całe nadzieje Sznaglowej, zrywający jej układy z Kaśką i uniemożebniający odebranie 
długu. Dlatego prawie wszystkie konieczne posługi koło chorej zdała na Madi, zadawalniając się 
rolą biernego świadka. Od czasu do czasu wyrzekała tylko głośno, mrucząc po niemiecku i obrachowując 
wszystkie wydatki poniesione na utrzymanie Kaśki. 
Madi podzielała zmartwienia matki. Wchodząc w stan jej interesów, widziała także ruinę dość 
pięknych projektów i zysków, jakie można było wyciągnąć z tej tęgiej mamki. I dlatego Kaśka, 
pozostawiona prawie samej sobie, męczyła się blisko czternaście godzin, gryząc palce, rwąc włosy 
i drąc bieliznę. W ciasnej, za dusznej izdebce brakowało powietrza, a okna, zasłoniętego podartą 
zasłoną, nie otwierano, nie chcąc, aby przechodzący słyszeli jęki męczącej się kobiety. 
Zmrok zapadł, a Kaśka ciągle leżała na łóżku, sina, z oczyma głęboko wpadniętymi, z czołem 
pokrytym kroplami potu. Jeden wyraz tylko wybiegał z jej warg pobladłych. Wołała ciągle: „o Jezu!”, 
znajdując ulgę w wołaniu tego imienia, które od dziecka w niebezpieczeństwach i smutkach 
przyzywać zwykła. Chwilami zdawało jej się, że umiera, a wtedy opanowywał ją lęk straszliwy na 
myśl o śmierci w tej ponurej, smutnej izdebce, z której tyle trupów wyniesiono. O dziecku, które 
miało przyjść lada chwila na świat, nie myślała już teraz, cała przejęta swym cierpieniem strasznym, 
zupełnie dla niej nie znanym. 
W półzmroku, na tle ciemnej zasłony, jaśniał jeszcze krzyż utworzony przez rozdarcie tej 
szmaty. Kaśka obróciła głowę i wpatrywała się 
w te smugi. — Tak! teraz jej kolej przyszła, teraz 
ona leży poza tym krzyżem, jęcząc tak jak inne kobiety, których głosy takim strachem przejmowały 
ją wśród nocnej ciszy. Czy się ta męczarnia skończy, jak i kiedy? — nie wiedziała, nie śmiała zapytać. 
Gdy Madi zapaliła lampę i postawiła ją na komodzie na wprost łóżka, przestrach Kaśki powiększył 
się jeszcze. Ta czarna noc, osłaniająca ziemię, trwożyła ją nad wyraz wszelki. Zdawało 
się jej, że leży w trumnie, w jakimś dole wspólnym, rzucona jak zdechłe zwierzę. Przygotowania, 
które Madi czyniła, pęk szmat rzuconych koło łóżka, jakaś ciemna flaszeczka, a zwłaszcza arkusz 
papieru, wielki, siny, szeleszczący na rogu komody za każdym ruchem opartej o komodę Sznaglowej, 
powiększał jej rozdrażnienie. Co są z nią stać miało w tę noc ciemną? Czy jutro jeszcze zobaczy 
słonko boże? Czy zdechnie marnie bez ratunku i pomocy? Tymczasem zegar ochrypłym głosem 
wydzwaniał godziny. Madi drzemała, skurczona na podłodze, zniechęcona, zmartwiona pieniężną 
stratą, jaka je spotkała. Sznaglowa zachowywała obojętną maskę 
akuszerki, której nie wzruszają 
nawet najstraszniejsze ludzkie cierpienia. Nie drgnęła ani razu, choć krzyk Kaśki przechodził 
teraz w ryk zwierzęcia pasującego się ze śmiercią. Drogą, snującą się pod domkami, przeciągały 
gromady ludzi pijanych, śpiewających szynkowniane piosenki lub grających na harmonijkach. Wesołe 
nuty polki lub sztajera mięszały się z jękami Kaśki, a słowo „o Jezu!” dziwnie odbijało na tle 
tanecznego akompaniamentu. 
Potem ucichło wszystko i świętujące gromady powróciły do miasta, a drogę wzdłuż wałów zaległa 
cisza. Tylko krzyk Kaśki rozlegał się teraz z podwójną mocą, ten straszny krzyk pokuty za 
krótką chwilę fikcyjnej rozkoszy kobiecej. 
Ona, coraz bardziej zmieniona, straszna, podobna do widma, z głową w tył cofniętą, rękami 
skurczonymi chwytała brzegi kołdry szarpiąc je nerwowo. Powoli nawet krzyk zamierał w jej piersi, 
rozpoczęło się chrapliwe rzężenie, przechodząc w drżący, ciągły jęk, podobny do jęku jesiennego 
wichru. Wtedy Sznaglowa ocknęła się ze swej nieruchomości i oderwawszy się od komody, 
zbliżyła się do łóżka. 
Kaśka obłąkanym wzrokiem patrzyła na nią, odpychając jej ręce, to znów chwytając się jej sukien 
jakby deski zbawienia. 
Madi stanęła obok, zaspana, przecierając klejące się mimo woli oczy. 
W kilka minut później jeden straszny krzyk wstrząsnął 
ściany izdebki, a jak słabe echo krzykowi 
temu odpowiedział cichy, ledwo dosłyszalny płacz dziecka. 
Kaśka wstrząsnęła się nerwowo. 
Coś nieokreślonego przebiegło całe jej ciało i ścisnęło serce. Instynktowo wyciągnęła naprzód 
ręce, dziwne rozrzewnienie opanowało ją całą. To zwierzęce przywiązanie do dziecka tak targnęło 
jej całą istotą. Ale siły ją opuściły, wyciągnięte ręce opadły wzdłuż ciała — i wyczerpana nienaturalnym 
przebiegiem porodu, osuwała się bezprzytomnie na poduszki. 
Tymczasem Madi zajęła się dzieckiem. Była to dziewczynka ośmiomiesięczna, pomarszczona, a 
choć dobrze zbudowana, nie rokująca dłuższego życia nad kilka minut, w najlepszym razie — godzinę. 
Sznaglowa, zajęta trzeźwieniem Kaśki, rzuciła wzrokiem na dziecko i wymownym ruchem ramion 
wydała o nim sąd stanowczy. Wtedy Madi przystąpiła do zwykłej ceremonii, którą spełniała 
zawsze w takich wypadkach. 
Naczerpnąwszy w prawą rękę wody, zbliżyła się do konającego dziecka, a nalawszy mu wody 
na głowę, wyrzekła dobitnie następujące słowa: 
— Ja ciebie chrzczę, Mario, w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! 
Dziecko otworzyło błękitne oczy, wpatrzyło się 
w sufit izdebki — po czym powoli bardzo zasunęło 
powieki i zostało już 
tak, straszne, martwe, sine w niepewnym świetle lampy. Lekki oddech 
poruszył maluchną piersią i znów jedna dusza uleciała na powrót w krainę wiecznej tajemnicy. 
Tymczasem banda spóźnionych i dobrze podchmielonych mężczyzn powracała od rogatek, 
krzycząc i hałasując po drodze. Śmiechy ich i śpiewy przecisnęły się do izdebki, w której leżała 
Kaśka. Ponad wszystkimi górował głos Jana. Ten śpiew pijacki ojca wpadł nagle wśród nocnej 
ciszy i owionął ochrypłymi tony siny trup dziecka i bezprzytomną z bólu i cierpienia matkę. 
... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... 
— Niech panią 
Sznagiel szlag trafi!... Ja dam na trumienkę, a dziecka w papierze wyrzucać na 
cegły nie dam. 
— Phi! jak panna Marynka taka dama, to proszę. Można jeszcze i karawan zamówić z piórami i 
liberią! 
— Niech pani Sznagiel nie kpi. A dziecko trza w święconej ziemi pochować, bo to nie szczenię, 
jeno ludzkie ciało. 
— Dobrze! dobrze! daj tylko panna na trumnę i miejsce na cmentarzu. 
— To się wie, że dam, i jak się należy! 
Kaśka z wdzięcznością spojrzała na poczciwą dziewczynę. Była przecież tak osłabiona, że mówić 
jeszcze nie mogła. Marynka siedziała przy niej na łóżku, zaperzona, czerwona, zirytowana niegodziwym 
postępowaniem Sznaglowej. Ta ostatnia bowiem, nie czekając nawet na polepszenie 
zdrowia Kaśki, dręczyła chorą 
od samego rana bezustannie wymówkami, a Madi pobiegła po Marynkę, 
raportując jej, co się stało. 
Trup dziecka pozostał jeszcze w domu, bo Madi bała się w niedzielę po nocy chodzić na Glinianki. 
Bandy pijanych rzemieślników włóczyły się wzdłuż cegielni poniedziałkując wśród rowów 
i krętych ścieżek. Marynka dała Sznaglowej trzy reńskie, upominając, aby trumienka była „porządna” 
i lakierowana na niebiesko. 
Akuszerka z drwiącym uśmiechem ubrała się i wyszła, zaciskając w dłoni trzy brudne papierki. 
Za nią wysunęła się cicho Madi i dopędziła matkę na zakręcie ulicy. Zamieniły kilka zdań urywanych 
i dziewczyna, podskakując, puściła się z powrotem do domu. 
Wpadłszy do sionki, skręciła na lewo i zabiegłszy do pokoju, odsunęła cicho szufladę komody. 
Z szuflady tej wyjęła arkusz papieru i położyła go na środku kulawego stołu. W trykotowy stanik 
wpięła sobie kilka szpilek i usiadła spokojnie na krzesełku, pogwizdując tylko od czasu do czasu. 
Tymczasem Marynka z niekłamanym współczuciem wpatrywała się w twarz Kaśki. Znalazła ją 
więcej zmienioną, niż się spodziewała; cała twarz chorej zdawała się posypana popiołem, a rysy 
wydłużyły się 
w nadmierny sposób. Ona sama nie przechodziła przez to nigdy, ale musiało to być 
cierpienie niemałe, skoro tak zmienić mogło w przeciągu nocy jednej kobietę. 
Na dworze dżdżysto i pochmurno było dnia tego. Szara barwa wpadała przez rozdartą firankę, 
oblewając jakimś trupim blaskiem postać chorej. Trup dziecka, zimny, sztywny, odznaczał się pod 
cienką, podartą serwetą, jaką był przykryty. Marynka zbliżyła są wolno i uchyliła serwety. To 
drobne, nie wykształcone zupełnie stworzenie, zamarłe jeszcze w łonie matki, ukazało się nagle w 
smutnym blasku, skarżąc się niemo na śmierć swą przedwczesną. 
Kaśka wpatrzyła się w sczerniałe ciało dziecka i wstrząsnęła się konwulsyjnie. 
— Powiedział, że to nie jego! — wyszeptała prawie nieprzytomna. 
Marynka zasłoniła trupa. 
— Kto ci to powiedział? — zapytała, nachylając się nad chorą. 
— On! Jan! 
Marynka porwała się gwałtownie. 
— Gdzieżeś tę psiewiarę widziała? — zawołała. 
Ale Kaśka już umilkła. Nie chciała widocznie mówić więcej. Była tak nieszczęśliwa, że czuła. iż 
słów jej zabraknie, aby swój ból opisać. Cierpiała przy tym bardzo, dojmujące boleści przeszywały 
jeszcze jej wnętrzności, a wzdłuż krzyża przebiegały straszne dreszcze. Drżała cała jak w febrze, a 
zęby dzwoniły, uderzając jedne o drugie. Widocznie męka jej końca nie miała. Marynka postała 
jeszcze długą chwilę koło chorej, starając się przynieść jej ulgę. Okrywała ją wszystkimi szmatami, 
które napotkać mogła, i obiecała przynieść araku, który ukradnie swej pani ze spiżarnianej szafki. 
Czuła wielką litość dla tej nieszczęśliwej istoty, tym nieszczęśliwszej, że opuszczonej jak pies, 
którego pan wypędza od siebie, przeznaczając na zagładę. 
Powoli przecież zdawało się jej, że Kaśka uspakaja się, cicho więc wyszła z izdebki, obiecując 
sobie powrócić za kilka godzin. Gdy schodziła ze schodków, spotkała się ze Sznaglową, powracającą 
z miasta. Sznaglowa powiedziała, że trumienkę zaraz przyniosą, niebieską i wiórami napełnioną. 
Kosztować miała półtora guldena. Marynka zgodziła się na cenę, ale kazała Sznaglowej 
wstrzymać się z włożeniem trupa do trumny aż do chwili, w której ona będzie obecna. Sznaglowa 
przyrzekła jej to solennie i Marynka poszła, o ile mogła najśpieszniej, w stronę miasta. 
Idąc zatrzymywała się wszakże kilkakrotnie dla nabrania oddechu — choroba piersiowa rozwijała 
się w niej, niszcząc cały organizm. 
Tymczasem Sznaglowa weszła do domku i skierowała się ku izdebce Kaśki. Zastała chorą leżącą 
z zamkniętymi oczami, wstrząsaną całą dreszczami febrycznymi. Sznaglowa jak kot przysunęła 
się do łóżka i wyciągnęła ręce. W nagromadzonym stosie łachmanów znalazła szybko trup dziecka 
i pochwyciwszy za nóżki, wysunęła się, unosząc dziecko z izdebki. Kaśka nie otworzyła nawet 
oczów, a drżący jęk wybiegał gamą chromatyczną z jej obolałej piersi. 
Sznaglowa weszła teraz do przeciwległego pokoju, w którym siedziała Madi. Szybko podała 
trup dziecka córce, która, gwiżdżąc, zbliżyła są z nim do stołu. Potem zręcznie ułożyła sczerniałe 
ciało na arkuszu papieru i zawinąwszy je z wprawą 
sklepowej panny, zapięła cały pakiet szpilkami. 
Podczas tej operacji matka i córka nie przemówiły do siebie ani słowa. Gdy Madi porwała pakiet i 
ukryła go, jak zwykle, pod fartuchem, Sznaglowa odezwała się, radząc dziewczynie wziąć przynajmniej 
chustkę dla lepszego ukrycia dość dużego pakunku. Madi wszakże wzruszyła ramionami. 
Nie! ona nie pójdzie zwykłą 
w tych wypadkach drogą, zna innąścieżkę i inne doły, tam z pewnością 
teraz nikogo nie spotka, a wreszcie robotnicy już przestają o południu włóczyć się po Gliniankach. 
Sznaglowa wzruszyła ramionami i ustąpiła doświadczonej dziewczynie. Chwilkę jeszcze słuchała, 
jak Madi gwizdała walca przedzierając się przez krzaki. Przez otwarte okno wpadał ten 
gwizd czysto i donośnie, aż powoli, stopniowo uciszał się w miarę oddalenia. Był to pogrzebowy 
dzwon dla dziecka zmarłego tej nocy, grzebanego jak szczenię, które wyrzucają na rozstajne drogi. 
Tymczasem Sznaglowa zbliżyła się do komody, a otworzywszy szufladę, wyjęła z kieszeni trzy 
reńskowe papierki, te same, które jej dała Marynka, i włożyła w pończochę grubą, granatową, szeleszczącą 
całą 
od schowanych we wnętrzu pieniędzy. Po czym z uśmiechem ukryła pończochę pod 
stosem bielizny i zamknąwszy starannie szufladę, wzięła się do preparowania czarnej malwy, 
dzieląc większy zapas na drobne torebeczki, które fabrykowała naprędce z arkuszy bibuły. 
Marynka mogła teraz przyjść bezpiecznie — ona powie, że dziecko włożono do trumienki i pogrzebano, 
bo psuć się zaczęło. Marynka nie ma czasu, aby pójść i świeżą mogiłkę oglądać, później 
zapomni, a trzy guldeny powiększą 
posag Finy i Madi. Gdy Madi powróciła wreszcie zmoczona i 
zabłocona, opowiedziała, że dziecku będzie bardzo dobrze w wygodnym dole, który przysypała 
ziemią. Po czym zabrała są do smażenia konfitur z listków róży, które pasjami lubiła. 
Całe poobiedzie minęło cicho i spokojnie, Marynka nie zjawiła się wcale. Kaśka, której dano 
trochę rumianku, leżała w gorączce i osłabieniu. Przytomność przecież miała zupełną. Kilka razy 
poruszyła się niespokojnie, szukając zmarłego dziecka. Nie pytała są wszakże o nie i bała się Sznaglowej, 
która, chmurna i zła, podała jej napój. Madi, zajęta konfiturami, nie pojawiła się wcale. Z 
zakasanymi rękawami kręciła się ciągle koło komina, śmiejąc się i oblizując na widok różowych 
szumowin, które zbierała starannie. Nagle porwała się z krzykiem. Zabrakło jej cukru, cały stos 
listków róży czekał jeszcze swej kolei. Szybko jak strzała odstawiła rondelek i wybiegła z domu. 
Lecz zeskoczywszy ze schodów, stanęła jak wryta. Niezwykły widok uderzył jej oczy. Wzdłuż 
drogi, wijącej się pod domkami, stało kilkunastu ludzi ubranych w zniszczone mundury lub palta, z 
minami na wpół obojętnymi i na wpół przebiegłymi. Stali po obu stronach drogi, z rękami założonymi, 
odcinając swe wychudłe profile na szarym tle horyzontu. Pomiędzy nimi błyskały żółte półksiężyce 
i czerwieniły się ciemne mundury policjantów. Z domku oddalonego o jakieś sto kroków 
od domku Sznaglowej wychodzili jacyś mężczyźni w liczbie pięciu, z których dwóch było po cywilnemu, 
reszta zaś nosiła ubiory komisarzy policji. Jeden z policjantów, stojący na drodze trzymał 
w ręku duży pakiet, obłocony, rozmokły, ciekący błotnistą wodą. Madi otworzyła szeroko oczy. 
Pakiet poznała natychmiast — był to trup dziecka Kaśki, ten sam trup, który kilka godzin temu 
przywaliła wilgotną ziemią w dole na Gliniankach. Dziś ten trup zmartwychwstaje po to, aby je 
może zgubić, bo nic innego, tylko policja musiała znaleźć to sczerniałe ciało, a teraz robią poszukiwania 
za chorą, poznawszy, że dziecko musiało być wczoraj zrodzone. 
Nie chodzi tu o policję, bo tej Madi nie obawia się wcale, ale ci lekarze jej nie znani, którzy od 
dawna śledzą, kto udziela kobietom tych strasznych trucizn, niszczących życie płodu, zabijających 
istoty jeszcze w łonach matek. Madi wie, że Sznaglowa ma wielu nieprzyjaciół. Gdy znajdą Kaśkę, 
jakkolwiek jej poród przedwczesny wywołany został 
tylko wypadkiem, na niej zbudują cały akt 
oskarżenia i kto wie, gotowi jeszcze upatrzyć na trupie dziecka oznaki gwałtownej śmierci. 
Cóż czynić? Przytomna zwykle dziewczyna traci głowę — już tylko trzy domy oddzielają grupę 
rewizyjną od domu jej matki. Jeden z policjantów, dobry jej znajomy, oddzielił się od swych towarzyszy 
i niepostrzeżenie daje jej znaki ostrzegające o bliskim niebezpieczeństwie. Ona chwilę jeszcze 
stoi na miejscu, namyślając się, łamiąc nerwowe ręce, zaróżowione jeszcze sokiem konfitur. 
Nagle jak strzała wpada do domu, a otworzywszy drzwi, krzyczy od progu: 
— Mutter! Revision! 
W wypadkach nadzwyczajnych posługiwano się rodzinnym językiem. Sznaglowa więc równą 
miarą odpłaciła, wrzasnąwszy: 
— Ach, Gott!60 
I obie, jakby pchnięte jakąś siłą, wpadły do izdebki zajmowanej przez Kaśkę. Madi rzuciła się 
pierwsza do łóżka chorej. 
— się muss weg!61 
Sznaglowa nie odpowiedziała nic, tylko drżącymi rękami zaczęła zrywać z Kaśki kryjące ją 
szmaty. 
Kaśka, przerażona, drżąca, spoglądała na obie kobiety, jak zwierzę ranione śmiertelnie, szarpana 
jeszcze przez zgraję psów. 
— Ty! wstawaj — woła Madi. — Policja idzie po ciebie, musisz stąd pójść, bo inaczej wezmą cię 
do więzienia. 
Kaśka zrozumiała tylko jedno słowo — policja. Więc znów jąścigają? — nawet teraz, w tej chwili 
nie dadzą jej spokoju? Przy tym czuła, że ją wypędzają; rozumiała, że te dwie kobiety nie dozwolą 
jej zostać ani sekundy dłużej pod swym dachem. 
I nadludzką siłą woli, właściwą 
tylko zrozpaczonym kobietom, podniosła się z łóżka i stanęła na 
podłodze. Sznaglowa zarzuciła na nią obszarpaną spódnicę, a Madi jakieś porwane i objedzone 
przez mole futerko, pokryte trzęsącymi sięłachami. Na bose nogi wtłoczyły jej wielkie kalosze — i 
chwiejącą się, straszną, bladą jak chusta, wyprowadziły poza próg domu. 
Jeszcze był czas. Krzaki zakrywały schodki od strony rozstawionych po drodze łapaczy, którzy 
wolnym krokiem posuwali się naprzód. Kaśka mogła zejść na drogę niepostrzeżenie i przesunąć się 
pomiędzy gromadą policjantów. A zresztą, cóż to obchodziło Sznaglową? Jej szło tylko o usunięcie 
chorej z mieszkania, o nic więcej. Gdy ten główny dowód był usunięty, nic jej zarzucić nie można 
było. Gdyby nawet Kaśka, złapana, przyznała się do wszystkiego i wskazała jej dom jako miejsce 
swego pobytu, ona mogła się wyprzeć wszystkiego. Któż widział u niej Kaśkę? Jedna Marynka — 
ale Marynka musiałaby milczeć dla rozmaitych względów... 
Tymczasem Madi zajęła się szybko uporządkowaniem pokoju i posłaniem łóżka. Szmaty wyniesiono 
do piwnicy i w kilka prawie sekund nie pozostało ani śladu bytności Kaśki. Madi stała, smażąc 
konfitury i gwiżdżąc walca, oblana jasnym światłem ogniska; opodal Sznaglowa cerowała bieliznę 
z wyrazem anielskiej dobroci na żółtawej twarzy. Kaśka przecież schodziła wolno ze schodów, 
trzymając się poręczy. Z najwyższym wysiłkiem stanęła na dole i oparła się o barierę. Każdy 
krok sprawiał jej cierpienie wielkie. Zdawało się jej, że tysiące noży przeszywa jej wnętrzności. 
Czerwone pasma migały jej przed oczami, zasłaniając wzrok i oślepiając ją prawie. Widziała tylko 
kilkanaście ciemnych postaci, postępujących wolno wzdłuż obu brzegów drogi. Myśli wszakże 
zaczęły wikłać się 
w jej mózgu. Kto są ci ludzie? czego chcą od niej? Czy życia? Wiedziała tylko, 
że jej iść kazano. 
Iść więc pragnęła — musiała. 
Iść dalej, bez końca! bez celu! 
Spoza chmurnego nieba zabłysło nagle kilka żółtych, niezdrowych promieni. I w tym mdłym 
blasku oczom policjantów i łapaczy ukazała się występująca nagle spoza krzaków postać kobieca, 
tak straszna nędzą i cierpieniem, tak blada tą bezkrwistą bladością trupa, że wszyscy ci mężczyźni 
poznali w niej od razu matkę sczerniałego, martwego płodu, który szarzał wśród podartych szmat 
żółtawego papieru. Ale wielką musiała być nędza tej kobiety, strasznym — cierpienie wiejące z jej 
zgarbionej postaci, przerażającym — wyraz tych oczów załzawionych, wpadniętych głęboko, a 
wpatrzonych w przestrzeń 
z wyrazem bezmiernego bólu i trwogi, skoro w sercach tych ludzi, zakamieniałych 
i zahartowanych na wszelkiego rodzaju cierpienia, ozwała się litość i chęć dopomożenia 
tej nieszczęśliwej. Prawie wszyscy odwrócili głowy lub spuścili oczy w ziemię, aby ułatwić 
Kaśce przejście, zanim komisja rewizyjna wyjdzie z pobliskiego domku. Ona postąpiła jeszcze kilkanaście kroków, wlokąc drżące nogi, taczając się jak pijana. Nie widziała już postaci mężczyzn 
otaczających ją dokoła. ciemniało jej w oczach, wszystko kręciło się przed jej wzrokiem. Nagle 
wyciągnęła ręce i bez jęku, bez krzyku osunęła się znów na wilgotną ziemię, tuż u nóg policjanta, 
trzymającego na rękach trupa jej dziecka. 
W tej samej chwili drzwi domu sąsiedniego z domkiem Sznaglowej otworzyły się i wyszedł z 
nich komisarz, a za nim doktorzy. Dwóch urzędników opóźniało się jeszcze w głębi sieni, zasięgając 
bliższych informacji. Komisarz pierwszy dostrzegł leżącą na środku drogi Kaśkę. Szybko zbiegł 
po schodach i stanął obok zemdlonej. Kilku policjantów zbliżyło się powoli. Komisarz porwał 
zimną i sztywną rękę Kaśki i szarpnął nią mocno. Obszarpane futerko zsunęło się z kobiety, odsłaniając 
jej nagie ramiona. Twarzy widać nie było, gdyż Kaśka leżała zwrócona twarzą do ziemi. 
Blade, wielkie uszy komisarza zabarwiły się różową barwą i poruszyły się wachlarzowato. Pan 
Rimotat zwietrzył zwierzynę i tak łatwo puścić jej nie chciał. Kto wie, podobne wykrycie może 
stanowić niezłą kreskę w spodziewanym awansie. Blade swe oczka przenosił bezustannie z martwych 
zwłok dziecka na leżącą na ziemi kobietę. Rzec można, że szukał pomiędzy nimi jakiegoś 
podobieństwa i z tych dwóch nieruchomych ciał chciał wyciągnąć 
łącznik, jakąś spójnię, która by 
go naprowadziła na dobrą drogę. 
Jeden z policjantów pochylił się nad Kaśką i dotknął się jej ramienia. To młode, zanędzone 
stworzenie budziło w nim litość wielką. Zapragnął ją ocalić, jakkolwiek węchem sobie właściwym 
odgadł całą prawdę. 
— To jakaś pijaczka, panie komisarzu, trzeba ją wziąć do furdygi. 
Ale pan Rimotat wstrząsnął głową. 
Nie! ona nie była pijana, ta wielka dziewczyna, padająca wśród dnia białego tuż obok nogi komisji 
rewizyjnej i całej zgrai policjantów. Było w tym coś innego, coś wiążącego się z tym trupem 
dziecka, znalezionym przed dwiema godzinami w dole tuż koło cegielni. Chłopcy, bawiący się sypaniem 
szańców, odkryli sczerniałe ciało, źle przysypane ziemią, i zanieśli obwinięte w papier, tak 
jak znaleźli, na inspekcję policyjną, szczęśliwi, że stać się mogą bohaterami dnia. 
Teraz do lekarzy należy wydać wyrok, czy dziewczyna, która padła tak nagle, jest pijaczką lub 
istotą poszukiwaną przez tę całą zgraję mężczyzn, istotą, która w ich mniemaniu popełniła zbrodnię. 
Za chwilę nadeszli lekarze i pochylili się nad Kaśką. Przez kilka minut trwała wielka cisza, przerywana 
tylko szmerem gałęzi gnących się za powiewem wiatru. Słońce ukryło się znów za chmury, 
jakby zasmucone tą nędzą ludzką, którą oświeciło złotym swym blaskiem. Posępnie było i chmurno 
dokoła. 
Nareszcie podnieśli się lekarze i jeden z nich, człowiek siwy, o zimnym i obojętnym wyrazie 
twarzy, spojrzał na trup dziecka, trup smutny, bezbarwny, zmarszczony, po czym wyrzekł, wskazując 
na Kaśkę: 
— To matka! 
— Janie! Janie! — jęczała Kaśka. 
Od chwili podjęcia jej przez policję ze środka drogi nie odzyskała przytomności. Odwieziona z 
rozporządzenia lekarzy i władzy do szpitala miejskiego i umieszczona na oddziale położniczym, 
leżała nieruchoma, nieprzytomna, z twarzą pałającą, z oczyma wpatrzonymi w przestrzeń z jakąś 
straszną, bezmierną rozpaczą. Nie wymówiła nic więcej nad imię Jana, które powtarzała z uporem 
szaleńca, nadając jednak co chwila odrębne intonacje temu jękowi. Lekarze, po dość usilnej chęci 
ocalenia jej, odstąpili zupełnie od jej łoża. Wiele chorób skomplikowanych, groźnych zapaleń, połączyło 
się ze sobą. Posługaczki mówiły, że pokarm uderzył Kaśce na mózg, każdy komentował jej 
chorobę w rozmaity sposób. 
Ona przecież nie rozumiała swego stanu i leżała wciąż, jęcząc cicho, skazana na śmierć, trup za 
życia, jeszcze żywa, a przecież umarła. Powoli przestano się nią interesować, choroba przeciągała 
się, śmierć spóźniała się widocznie. Młode, silne ciało walczyło ze zgonem, nie chcąc przejść w 
stan rozkładu. Umieszczono ją w wielkiej sali operacyjnej, na łóżku z kółkami dla łatwiejszego 
usunięcia w razie śmierci. Sala ta, nie używana od dawna, wychodziła na kurytarz obwodowy, łączący 
wszystkie sale i pokoje pierwszego piętra. Po tym kurytarzu snuły się 
we dnie postacie młodych 
dziewcząt, obleczone w szare jednostajne suknie, przepasane paskiem skórzanym i kryjące 
swe twarze w chustki, związane pod brodą. Dziewczyny te, używane do posług koło chorych, 
miały w swych ruchach jakąś bezczelność, coś, co je odróżniało od innych kobiet i piętnowało właściwym 
ich mianem. Chodziły wolno, jak uparte woły w jarzmie, złe, nachmurzone, tęskniąc za 
swobodą i rozpustą, z jakiej wyrwane zostały. Czasem pomiędzy nimi mignęła czarna suknia dozorczyni 
lub gumowy fartuch dyżurnej akuszerki. Był to cały świat kobiet, przecięty tylko od czasu 
do czasu ciemną sylwetką lekarza, śpieszącego do sali z instrumentami pod pachą, lub czarną sutanną 
księdza, cisnącego do piersi puszkę z Olejami. I tylko dzwonek jęczał, wzywając do rannej 
lub wieczornej modlitwy lub zwiastując, że jeszcze jedna męczennica, spełniając swe przeznaczenie, 
odchodzi ze świata na zawsze. I tylko chwilami jęk straszny wybiegał spoza zamkniętych 
szczelnie drzwi, przy których, jakby na warcie, stały nosze na kółkach, oczekujące na martwe ciało, 
które należało do prosektorium. A był to straszny zwierz, nigdy nie nasycony, wiecznie głodny, 
pożądający trupów, jak hiena padliny, a szpital wypłacał swą daninę, rzucając mu stosy tych ciał 
kobiecych, wymęczonych chorobą, strasznych cierpieniami, które przebyły. Z nadejściem nocy 
milkło wszystko. Szaro ubrane dziewczyny szły na górne piętra, aby tam przemruczeć litanie i 
pewną ilość pacierzy. Potem, milcząc, rozbierały się 
ze swych parcianych spódnic i układały się na 
wysokich tapczanach, stojących rzędami wzdłużścian bielonych. 
W salach, tak zwanych gorączkowych, pojawiały się szare suknie sióstr miłosierdzia, które z 
marmurowymi kulkami w wyschłych dłoniach zbliżały się do rozpalonych i zmęczonych chorych. 
Chłodząc dłonie, kładły je później na płonących żarem skroniach bezprzytomnych kobiet, pełne 
poświęcenia, zaparcia się swego ja — całe oddane na usługi ludzkości. Nieraz te prawdziwe anioły 
pochylały się dobrotliwie nad łożem skalanej rozpustą 
dziewczyny, ale mała ich liczba nie zdołała 
nastarczyć 
wszystkim potrzebom. Robiły, co mogły, czuwając noc całą. I była to prawdziwa modlitwa 
taka noc bezsenna, spędzona wśród jęków i skarg cierpiących istot. 
Po kurytarzach zalegały cienie. Tylko małe lampki, wiszące u stropu, rzucały mdławe blaski na 
ściany bielone, na których gdzieniegdzie czernił się krzyż drewniany. Tylko czasem wśród tej ciszy 
otwierały się z wolna drzwi którejkolwiek sali i wysuwał się orszak złożony z kilku osób niosących 
owinięte w prześcieradło, sztywne i martwe ciało. Zwłoki te składano na noszach, do których dorobiono 
kółka, i ten wóz pogrzebowy posuwano cicho wzdłuż kurytarza po wojłokowym chodniku. 
Trup przesuwał się przed zamkniętymi drzwiami sal, żegnając się milcząco z towarzyszkami niedoli, 
a w bladym świetle lamp rysowały się ostre kontury wychudłych członków, zakrytych prześcieradłem. 
Był to pogrzeb opuszczonych, zapomnianych nędzarek, o które nikt się nie troszczył i 
za którymi nikt płakać nie śmiał... 
— Janie! Janie! 
W tej pustej, ciemnej prawie sali strasznie rozlegał się jęk obłąkanej. Ona, która sama przed sobą 
wstydziła się przyznać do przywiązania dla człowieka, który ją zgubił, w tej strasznej chwili 
skonu wołała go bezustannie. Imię jego powracało ciągle na jej drżące wargi, przechodząc chwilami 
w przeciągłe wycie konającej samicy. Imię to zagłuszało psalmy pokutne, które próbowano 
czytać przy łożu tej bezprzytomnej grzesznicy — dominowało ono nad wszystkim, przytłaczało 
wszystko i ciągle, ciągle wzbijało się w górę, jakby oznajmiając ten wieczny tryumf mężczyzny 
nad kobietą, nawet w chwilach ostatnich jej męczarni. 
Z głową w tył przechyloną, z włosami rozrzuconymi na twardej ceratowej poduszce, z oczami 
wlepionymi w przestrzeń ten trup żyjący, ta wspaniała istota, zdruzgotana i unicestwiona dla 
igraszki męskiej, wołała go przecież, wołała go jeszcze!... przebaczając mu cierpienia, oszalała w 
swym przywiązaniu jak pies, zbity przez swego pana, a wyjący za ręką, która go do krwi chłostała. 
I wreszcie przyszła ta noc, która miała uciszyć ten jęk i kazać zamilknąć wołającym ustom. Posługaczka, czuwająca zwykle przy Kaśce, zmęczona, usnęła twardo w przeciwległym kącie sali. 
Kaśka więc leżała sama, opuszczona od wszystkich, tak wycieńczona tą długą walką o życie, że nie 
pozostało jej więcej sił opierać sięśmierci. Niepewne światło lampki migotało opodal. Reszta sali 
tonęła w cieniu. Kaśka leżała prawie nieruchoma, tylko ręce odzyskały nagle władzę. Zdawała się 
nimi odpychać coś, co się cisnęło ku niej, coś 
widocznego tylko dla niej samej... Oczy otworzyła 
szeroko, a z piersi jej dobywał się jęk chrapliwy, rzężący, ten ostatni oddech martwiejącego ciała. 
Na twarz jej zdawała się spadać zasłona z szarej krepy, wydłużając rysy, zaostrzając nos i brodę. 
Wychudłe policzki wpadały coraz więcej, tworząc głębokie doły w obu stronach twarzy. Włosy 
nawet traciły połysk i stawały się 
coraz bardziej matowe, a oczy szkliły się jakby emaliowaną powłoką. 
Wszystko zamierało powoli, szarzejąc i blednąc; kobieta powoli przetwarzała się w zimną, 
zlodowaciałą bryłę, niezdolną do spełnienia ani dobrego, ani występnego czynu. 
Nogi prostowały się same, zlodowaciałe, z wyciągniętymi stopami, już zupełnie bezwładne i 
zimne. Ręce tylko, wychudłe, cienkie jak ramiona szkieletu, poruszały się 
w powietrzu krótką 
chwilę. Po czym opadły na łóżko, wydłużając się wzdłuż ciała, przybierającego już bezwiednie 
kształt odpowiedni do włożenia w trumnę. Kaśka konała. 
W pustej, ciemnej sali nie było nikogo, ona jedna żyła tu jeszcze, jeśli to życiem zwać było 
można. Na ścianie czernił się krzyż drewniany, występujący chwilami w migotliwym blasku lampki. 
Ale Kaśka nie widziała tego krzyża, nie widziała już nic zgoła. 
Usta jej tylko poruszyły się jeszcze i cichy, ledwo dosłyszalny szept wybiegł z jej zbielałych 
warg: 
— Janie! Janie! 
Potem pozostała już 
sztywna, nieruchoma, straszna zielonawą bladością trupa, którego rozkład 
zaczyna się niemal w pierwszej chwili. Wielka i wydłużona jeszcze śmiercią, bielała pod prześcieradłem 
jak olbrzymi posąg, szary, kamienny, z szeroko rozwartymi źrenicami, wpatrzony w dal z 
wyrazem skargi sierocej. 
* 
Szare światło poranka leniwo przedarło się przez grube szyby i oblało kamienne stoły i porozstawiane 
na nich narzędzia. Kilku mężczyzn w paltotach, w zmiętych koszulach, o twarzach pobladłych 
od bezsennych nocy, stało na środku sali, rozmawiając półgłosem. Czuć w nich było birbantów 
całonocnych, którzy wprost z kawiarni, od filiżanki czarnej kawy, szli do pracy, aby drżącą 
ręką ująć ostre narzędzia lub śrubować 
hermetyczne wanienki z preparowanymi częściami trupów. 
Nagie, wysokie ściany sali wznosiły się poważnie, ciemne, ponure. Okna, osadzone wysoko, były 
zakratowane, jak w więzieniu. Wzdłuż izby ciągnęły się stoły, a raczej bufety, kryte kamiennymi 
płytami. Każdy stół opatrzony był z obu stron rynienką blaszaną i miał przytwierdzoną olbrzymią, 
starą, zniszczoną, niemal cuchnącą gąbkę. Nie było to przecież właściwe prosektorium, ale sala 
przeznaczona dla studiów wakacyjnych i otwarta tylko podczas lata. Do tej sali schodzili się studenci 
przebywający podczas wakacji w mieście i ciągnęli dalej swe studia, zamawiając ku temu 
trupy w szpitalu. 
Na wpół uchylone drzwi ukazywały w enfiladzie cały szereg sal, utrzymanych z wzorową czystością; 
podłoga woskowana lśniła się jak w sali balowej, a całe rzędy szaf błyskały setkami najciekawszych 
okazów. I cisza była w tych salach, istotna cisza zakrystyjna. Brakowało tylko woni jałowca 
lub mdłego zapachu kadzidła. Te potwory szare, smutne, skurczone w zbyt ciasnych słojach, 
te kościotrupy, ustawione w pozach manekinów sklepowych, te czaszki, lśniące jak marmury, kości 
poukładane symetrycznie, ozdobione karteczkami, słowem, to wszystko, co się zostaje z ludzi po 
przewalczeniu życia, szarzało w porannym świetle, straszne w swej nieruchomości, jak resztki jakiejś 
uczty ludożerców, którzy mięso przełknąwszy, zostawili kości swych wrogów na wieczną 
pamiątkę. W izbie, tak zwanej wakacyjnej, nie było wzdłużścian szaf napełnionych „okazami”, 
były tam natomiast krany i ścieki, wiązki szmat zastępujących ręczniki, a na stołach, na podstawkach 
mosiężnych stały długie szklane naczynia, z kształtu do retorty podobne. W tych naczyniach 
mieniły się różnymi barwami jakieś stałe ciała, przecinane białymi nitkami. Na boku, na warsztaciku z mocnych drutów, suszyła się błona opłucna, rozpięta na kształt nietoperza. W kilku wanienkach 
za szklaną taflą, zamkniętą hermetycznie, czerwieniły się preparowane nogi, ręce ludzkie, 
moknące w glicerynie. 
Mężczyźni stali na środku salki, rozmawiając ciągle. Nie śpieszyli się do pracy, opowiadali sobie 
anegdotki, pełni znużenia i niechęci do życia. W kącie sali, sczerniały, okurzony kościotrup 
kobiecy pochylił się, jakby słuchając tych zwierzeń miłosnych, które dziwnie rozbrzmiewały w tym 
przybytku śmierci. Kościotrup ten, zapomniany, zepsuty, stał już na tym miejscu lat wiele i słyszał 
niejedno, chyląc się coraz więcej, źle pościągany drutami, i śmiejąc się tym strasznym śmiechem, 
właściwym tym trupim głowom. Czy ta kobieta śmiała się 
z nich, z tych mężczyzn, którzy w zarozumiałości 
swej rozpowiadali sobie wzajemnie miłosne podboje — czy ze samej siebie i z dawnej 
łatwowierności swojej — było to jej własną tajemnicą. Nagle rozmawiający ucichli. Poza ścianą 
odezwał się głos dzwonka, dobitny, czysty, jak dzwonek klasztorny, wzywający na obiad lub wieczerzę. 
Młodzi ludzie rzucili się w tym kierunku, a ślady znużenia znikły z ich twarzy. Przetworzyli 
się, rzecz można, zupełnie. Ten głos dzwonka powołał ich z krainy knajpiarskich miłostek do pracy 
i rzeczywistości. 
Dzwonek odezwał się po raz drugi i jakiś szum, łoskot dał się słyszeć poza ścianą. Wówczas jeden 
z młodych ludzi, wysoki blondyn o szerokim różowym karku, zbliżył się ku ścianie i palcem 
nacisnął duży drewniany guzik. 
Ściana rozsunęła się z wolna, pozostawiając duży kwadratowy otwór. W otworze tym widać 
było rodzaj komory ciemnej z platformą drewnianą, spuszczoną na szerokich pasach drucianych. 
Na platformie tej leżały dwa trupy, owinięte grubymi szarymi prześcieradłami. 
Blondyn pochylił się naprzód i patrzył chwilę na martwe ciała. 
— Dziecko i kobieta! — wymówił wreszcie i równocześnie wyciągnął rękę w stronę większego, 
pełniejszego trupa, którego kolosalne prawie rozmiary podnosiły fałdy płótna. 
— Kobieta! moja! 
Nikt mu nie zaprzeczył prawa tej własności. Żartowano nawet. Jak to, więc nawet i umarłe 
chciałby wziąć wyłącznie dla siebie? Ale on nie słuchał, zajęty wydobyciem zwłok z otworu przy 
pomocy garbatego sługi, który równocześnie z odgłosem dzwonka pojawił się w sali. Trup był niezwykle 
ciężki! piękny okaz! Gdy wyprawi kości, może mieć wspaniały kościotrup w swym mieszkaniu. 
Ustawi go pod fotografiami kochanek, które zajmują już połowęściany jego izdebki. Kościotrup 
stanie tuż pod fotografią Julii, tej bladej żony skąpego i starego urzędnika, z którą jeździł 
tak często za rogatki. Będzie to pyszny kontrast! Julia, tak okrągła, mała, a tłusta, dobrze odbijać 
będzie od wielkiego szkieletu. Ale na cóż, u diabła, mogła umrzeć tak pięknie zbudowana kobieta? 
Trup Kaśki leży już na kamiennym stole, a ręka kochanka Julii zdziera z niej szybko ostatnią zasłonę. 
I jeszcze raz ostatni imponuje to pyszne ciało swą wielką pięknością, a choć oszpecone chorobą, 
choć 
wyniszczone niemal do szczętu, jeszcze resztkami dawnej świetności zadziwia obecnych. 
Dokoła stołu zgromadzili się 
niemal wszyscy studenci, nie szczędząc dowcipnych uwag, ale 
leżąca pomiędzy nimi kobieta nie oblewa się już więcej rumieńcem wstydu. Ona, skamieniała w 
swym cierpieniu, patrzy wciąż w przestrzeń szeroko rozwartymi i nieruchomymi źrenicami i leży 
spokojna, mimo swej nagości, wśród tej gromady mężczyzn jeszcze pobladłych od nocnej rozpusty. 
Dręczona życie całe jak zwierzę, wyzyskiwana moralnie i fizycznie, zdradzona, oszukana, sponiewierana, 
wygłodzona, ofiarowuje jeszcze wymęczone ciało swoje na potrzeby ludzkości, ofiarowuje 
je pod skalpel, który lada chwila zanurzy się w jej łonie. 
Kariatyda! 
O tak, istotnie prawdziwa Kariatyda społeczeństwa, ta nędzna dziewczyna z ludu, ten muł roboczy 
w rękach kobiet, mułźle karmiony, śpiący na ziemi, dręczony dniami i nocami całymi. Bez 
promyka światła dźwiga ta Kariatyda całe brzemię pracy i niedoli, a gdy zapragnie być kobietą, 
gdy spełni posłannictwo, jakie natura jej nakazuje, rodzić swe dzieci musi w nędzy i opuszczeniu, 
podrzucać 
po rozstajnych drogach jak szczenięta, co gorsza, nie mogąc znaleźć 
środków do życia, 
morduje swój płód własnymi rękami. 
Mężczyzna, jak pies gończy, ściga nieszczęśliwą, wtrącając ją dla swego kaprysu lub dla zadowolnienia 
chwilowej żądzy w przepaść hańby i rozpaczy. A wprędce zapomina nawet rysów postaci 
tej, którą brutalnie zmusił do występku, waląc na jej ramiona wszystkie następstwa podobnego 
kroku. 
Kariatyda! 
Ależ 
to Kariatyda schowana w cieniu, Kariatyda ubrana w łachmany, Kariatyda, która wielkim 
głosem domaga sięświatła i chleba. Istota ta zajmuje wybitne miejsce w każdym domu, przebywa 
ciągle niemal z dziećmi, ma wpływ na ich charakter, a jest przecież tylko niewolnicą o szerokich 
barkach, o której cierpienie, postępki nikt się nie troszczy, nikt się nie spyta! 
Stojący przy trupie Kaśki blondyn położył rękę na nagiej piersi kobiety. Było coś w tym ruchu z 
pana i władcy stworzenia, który kładzie dłoń swą na prawej swej własności czy żywej, czy umarłej. 
Krótką chwilę patrzył 
na ten tors, oblany teraz promieniami wschodzącego słońca, które przez szyby 
okien wpływały do sali. Zdawało mu się, że widział gdzieś tę dziewczynę, że trzymał raz jeden 
w objęciach ten tors potężny, który teraz miał twardość marmuru. 
— Widziałem gdzieś tę machinę! — mruknął, wyciągając drugą rękę 
po skalpel. Tyle tylko zapamiętał 
z tej gorącej walki, jaką stoczył w pracowni Wodnickiego, chcąc gwałtem zadowolnić swą 
żądzę — walki, która mu tak gorące rumieńce pragnienia na policzkach wycisnęła. 
Skalpel błysnął w promieniach słońca i dotknął białej piersi kobiety. Kaśka-Kariatyda raz ostatni 
oddała swe ciało na usługi ludzkości. 
