Zygmunt Kaczkowski 
MURDELIO 
TOM I 
Kto tak mądry, że zgadnie 
Co nań jutro przypadnie? 
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba, 
Kiedy się człowiek troszcze więcej niżli trzeba. 
J. Kochanowski, Pieśń IX 
Wstęp 
Za życia mojego ojca, lubo nigdy nie znałem macierzyńskiej miłości, bardzo byłem 
szczęśliwy. Fortuna nasza była dostatnią, a chociaż owe dwie wioski, któreśmy mieli w 
Sandomierskiem dziedziczne, ojciec oddał był mojej siostrze, która wyszła była za pana 
Krzysztofa Michałowskiego, herbu Poraj, stolnikowicza sandomierskiego, to jednak tutaj 
została nam jeszcze Bóbrka i Zabrodzie, od jw. Ossolińskiego, wojewody wołyńskiego, w 
zastawie, przeszło dwakroć sto tysięcy w gotowiźnie a sprzętach i taki dobytek w domu i w 
gospodarstwie, żeby go znaczniejszym i u jakiego drążkowego kasztelana nie znalazł. Mój 
ojciec był w obyczajach surowy i wielki impetyk, ale prawością swoją i dobrodusznością tak 
sobie umiał zyskiwać szacunek i poważanie u wszystkich, że chociażby mnie było przyszło i 
daleko więcej znieść surowości, niżeli jej zniosłem w rzeczy, to zawsze byłoby mnie to ani na 
włos nie zachwiało w tej, którą dla niego miałem, miłości. Wychowując się prawie ciągle w 
domu i będąc ustawicznie pod jego okiem, daleko prędzej pozyskałem u niego wiarę niźli moi 
rówiennicy, okolicznej szlachty synowie, którym się częstokroć jeszcze wtedy obrywały 
bizuny, kiedy już wąsy mogli zakręcać za ucho. Ja tylko raz w życiu poczułem na sobie 
gniewną rękę ojcowską — ale też 
za to, nie mając więcej nad lat dziewiętnaście, byłem już 
wyzwolony i wraz z ojcem stojąc w szeregu i bijąc się pod pana Puławskiego komendą, już 
przez to samo wszedłem w koło krajowego rycerstwa i obywatelstwa. Mój ojciec żył jeszcze 
potem lat kilka, ja mieszkałem przy nim i byłem więcej uważany jakby mu równy niżeli 
podległy, co było rzadkością na owe czasy; pomimo to jednak nie było mi wolno ani się 
wtrącać 
do gospodarstwa, ani w czymkolwiek samemu się rządzić. Wtedy to, przypatrując się 
temu gospodarstwu z daleka i widząc i to, i owo, niejedno cale mi się nie podobało — 
myślałem też sobie nieraz: nic tak by to było, gdyby był przy mnie regiment!1 
Otóż jakoś na rok przed końcem owych rozruchów konfederackich ojciec mój, już dobrze 
starością przygarbiony, zapadłszy bardziej na zdrowiu, pożegnał się z tym światem. Żal 
głęboki mnie porwał i długom się z niego nie mógł ocucić, a lubo mnie sąsiedzi moi przez ten 
czas prawie ani na krok nie odstępywali, jednak zdawało mi się, żem już 
sam a sam został na 
świecie, żem jest najnieszczęśliwszy sierota i że nie mam nawet żyć po co. Więc 
wymurowałem mu grób wielki w Bóbrce, na którym kazałem postawić głaz piękny z 
napisem, a nad nim anioła z białego kamienia ze złamanym kordem w jednej, a z przygaszoną 
pochodnią w drugiej ręce; chodziłem prawie przez całe lato i jesień na grób ten, 
rozpamiętywałem czynny i pełen cnót wzniosłych żywot nieboszczyka rodzica, 
rozpamiętywałem tych nieszczęść ogromy, które wtedy i mnie, i innych dotknęły, modliłem 
się tam za dusze zmarłych i poległych — ot! i przeszło to jakoś. 
Bo już tak Bóg dał, że najczulsze dzieci mogą przenieść stratę rodziców. 
Nadeszła zima, a śród niej i zapusty; nastąpiły wesołe tańce i biesiady. I nie tylko w ziemi 
sanockiej, ale w całej tej podkarpackiej kramie pierwsze lata tej nowej naszego żywota epoki 
były bardzo wesołe; bo raz, że to zwyczajnie lata po długich wojnach albo uporczywych 
rozruchach bywają zawsze wesołe, a po wtóre, że z wkroczeniem wojsk cesarskich w te kraje, 
które przez lat kilka najnieporządniejszej pod słońcem wojnie służyły za scenę, spokój prawie 
stały zawitał, od lat kilku już tak przez wszystkich pragniony. Więc kto był smutny, ten sobie 
mógł płakać w kąciku, ale reszta bawiła się 
gwarno i Wesoło. Do tych wesołości jednak ja nie 
bardzo się zabierałem, bo anim jeszcze miał serce do tego, anim był tak bardzo ośmielony do 
wielkich kompanij. Z wiosną dopiero, rozpatrzywszy się 
dobrze w tym, co mi po ojcu zostało, 
i poczuwszy się, żem jest tego wszystkiego pan samowładny, tupnąłem nogą o ziemię, 
poprawiłem czuprynę i powiedziałem sobie: otóż mam i regiment! 
Pierwsza myśl, która mi wtedy wpadła do głowy, była ta, że nie mam właściwie 
dziedzictwa i że lada kto może mnie nazwać włóczykijem, arendarzem, spekulantem albo 
czym zechce. Siadłem więc zaraz do stolika pisać list do jw. wojewody z prośbą, czyby nie 
przyjął ode mnie dopłaty do sumy zastawnej, za której prowizję trzymałem Bóbrkę i 
Zabrodzie, a to tak, aby te wsie obiedwie przeszły pod moje dziedzictwo. — Ale tylko co 
kazałem zawołać pachołka, aby go wysłać z tym listem, przynosi mnie kozak jw. wojewody 
list od niego do mnie. Czytam — łzy mnie w oczach stanęły. Wojewoda pisze, abym 
przyjeżdżał 
do Leska odebrać sobie tę sumkę, za której procent trzymałem Zabrodzie, 
albowiem wioska ta już sprzedana jakiemuś panu Grossowi, szlachcicowi z Wielkopolski, 
który tymi czasy, wpadłszy w niełaskę u króla jegomości pruskiego i uciekając przed jego 
wojskami, z rekomendacją jw. Mielżyńskiego z Brudzewa, tamtejszego znakomitego pana, do 
wojewody przybył, ażeby się tu gdzie tymczasem pomieścił; a że nie chciał ani służby, ani 
dzierżawy, więc mu wojewoda sprzedał 
Zabrodzie za czterdzieści tysięcy. Żal mnie wielki 
stąd dotknął, a to i za posesją tak pięknej wioski nad samym Sanem położonej i tak 
urodzajnej, że mój ojciec na niej kilkanaście tysięcy zarobił — i za inwentarzem, który tam 
miałem, a którego odtąd nie miałem gdzie podziać — a na koniec i za samym sąsiedztwem: bo 
jużciż wolałem sąsiadować ze sobą samym niż z obywatelem tak szlachetnego nazwiska, o 
którym, choćby go tam i sto razy pan Mielżyński rekomendował, ja jednak, znając całe 
Gniazdo cnoty i Herby rycerstwa na pamięć, jak mnie Bóg miły! nic a nic sobie przypomnieć 
nie mogłem. Lubo najniesłuszniej tak myślałem o panu Grossie, bo sąsiadując z nim potem lat 
jakie dwanaście, przekonałem się jawnie, że to był szlachcic dobry, niegdy z Warmii 
przybyły, za Sasa pierwszego nobilitowany i człowiek najuczciwszy pod słońcem. 
Jednak na moją zgryzotę nie było rady. Pojechałem do Leska i moją sumkę odebrałem od 
wojewody, ale wraz go prosiłem o sprzedanie mi Bóbrki. 
— Obaczemy i obaczemy — odpowiadał wciąż wojewoda, ale słowa dać nie chciał. 
Poradzono mi, abym się o to z panem Jakubem Tarnowieckim, stolnikiem owruckim a jw. 
wojewody generalnym komisarzem, rozmówił, bo czego czasem nie zrobisz z głową, to 
zrobisz z ogonem. Ja się też znałem na rzeczach i delikatnie obiecałem trzysta dukatów w 
złocie niby to porękawicznego panu komisarzowi, jeżeliby mi do tego kupna dopomógł — ale i 
to się na nic nie zdało. Plunąłem więc na wszystko i lubo mi żal było zrywać z Ossolińskimi, 
z którymi moi przodkowie parę 
wieków w nieprzerwanych przeżyli stosunkach, jednak 
rzekłem: — Jak sobie chcecie! ja Ossolińskich na obronę mojej osoby nie potrzebuję, a z 
gotówką jeszcze się nikt poniewierać nie dał i nie da! — i z tym pojechałem do domu. Jeszcze 
mi wprawdzie Bóbrki nie odbierano z zastawu, jednak tak mnie już zapaliła owa chętka 
dziedzictwa, żem postanowił w razie konieczności nawet ziemię sanocką opuścić, a 
koniecznie na własnym gdzie osiąść zagonie. Ale niedługo turbowałem się z tymi myślami, 
bo przyjaciele, których wtedy miałem bez liku, zaraz mnie na to poradzili. 
Owóż 
jednego dnia w Lesku, zasiadłszy w winiarni za stołem, pan Urbański z Komborni, 
brat podstolego sanockiego, który był 
szlachcic zasobny i miał piękną fortunę, ale w 
Jabłonkach pod samym Bieszczadem mieszkał dla polowania na niedźwiedzie i dziki i jeszcze 
po staremu na oszczep je brał — odezwie się do mnie w te słowa: 
— Wiesz waszmość co, kiedy ci tak pilno dziedzictwa, to kup sobie Rabe z Huczwicami i 
Czarnem. Jest to własność pupilów2, a ja mam nad nimi opiekę i administrację majątku: 
kością w gardle mi to już stoi, bo na co mnie jeszcze cudzych kłopotów? — Substytuował3 mi 
wprawdzie pan podczaszy, nieboszczyk, pana Załęskiego w tej kuratorii, ale ten nie tylko że 
mi nic zgoła nie pomaga w tym zatrudnieniu, ale jeszcze kiedym gdzieś niechcący 
powiedział, że darowałbym dzierżawę Kolonie temu, który by mnie w tej administracji 
zastąpił, on, to biorąc do siebie, wyzwał mnie i musiałem się z nim wyrąbać, chociaż Bóg mi 
świadkiem, że nie jego myślałem. Kup Rabe, panie skarbnikowiczu, będziemy sąsiadować ze 
sobą, a co się niedźwiedzi nabijemy i dzików za jedną zimę, to tego wszyscy Mazurowie, jak 
są, za dziesięć lat nie nabiją. Kup Rabe, a wiesz, że w tamtejszych górach jest rdzeńżelaza, 
kto wie, co z tego być może. 
— Może tam gdzie i złoto jest — odpowiedziałem — to by jeszcze lepiej. Ale mniejsza; tylko 
że to w takich górach, że tam świat jest deskami zabity, a gościa chybaby aż na łyku 
pociągnąć. 
— O to to! miej tylko dobre wino, a kniei każ dobrze pilnować, to obaczysz, że się i nie 
opędzisz od szlachty. Ale i na sąsiedztwach tam wcale nie braknie: bo, ot, panowie 
Karszniccy teraz w Balogrodzie, pan Osuchowski we Mchawie, mój brat w Żahoczewiu, pan 
Bal w Nowosiołkach, a ja, a pan Nurkowski w Łubnem, a niech no jarmark w Balogrodzie, to 
i nie dorachujesz się gości, wszystko na noc pociągnie do ciebie. 
Podobało mnie się to, że tam z dobrą szlachtą sąsiedztwa, i zaraz pojechałem oglądnąć. 
Dziura to wielka i tylko z jednej strony jest przystęp, dalej już ani pies by nie przeszedł; mała 
tylko dróżynka idzie przez górę Bałandę, i to tylko do Kołonic — ale że ziemi, chociaż chudej, 
jest jednak dosyć, pastwiska wielkie po lasach, a lasu półtora tysiąca morgów, wiecem się 
ułakomił. Za sto sześćdziesiąt tysięcy stanęła pomiędzy nami ugoda, ale wziąć zaraz nie 
mogłem, bo to już akta grodzkie z Sanoka wtedy były przeniesione do Tarnowa i forum 
szlacheckie4 tam ustanowione; więc aż 
tam trzeba było jechać, nie tylko dla wniesienia 
dziedzictwa do aktów i do odebrania pozwolenia na to od forum, jako pupilarnej instancji, ale 
i dla napisania samej transakcji, bo tu, w Sanoku, już 
by ani jednego palestranta był natenczas 
nie znalazł, tak to wszystko pociągnęło za sądem, jak muchy za miodem. Wsiedliśmy tedy z 
panem Urbańskim obadwa na wóz czterokonny, w Lesku na targu tam będącego zabraliśmy z 
sobą pana Załęskiego, podstolego drohickiego, jako drugiego opiekuna, i pojechaliśmy do 
Tarnowa. 
Jechaliśmy bardzo wesoło, gawędząc to o tym, to o owym przez drogę. Ja prawie tak 
jakby nigdy jeszcze nie byłem na Mazurach, a dziwne mnie rzeczy opowiadano o tym 
narodzie, więc rzeknę do pana Urbańskiego: — Cieszę się bardzo tą podróżą, bo przy tej okazji 
przecie obaczę kawałek kraju i poznam znów trochę ludzi. — A pan Załęski na to: — Będzie 
tam co widzieć, będzie dla ciebie, bo tam szlachta twarda i bitna, chociaż przecie nasza 
twarda i do korda, i do kufla, i podobno lepszej już 
nie ma na świecie, chybaby to aż 
Łęczycanie, co to także wytrzymali przy kuflu, a tak skorzy do bójki, że aż w przysłowie 
poszli. 
I chciał dalej coś mówić, ale mu pan Urbański przerwie i rzecze: 
— Ho ho! panie bracie! cale to inny naród te Mazury; napatrzysz się ich dosyć i w Pilźnie, i 
w Tarnowie, bo oni tam siedzą i piwo smolą przemyskie albo aż 
nawet wareckie. Cale to inny 
naród jak nasi. Mazur sięślepo rodzi i aż dopiero trzeciego tygodnia trochę słońca dojrzewa. 
Mazur każdy mały i nabity jak pień, jada jaglaną kaszę ze śliwkami i jajecznicę z kiełbasą, 
wąsiska ma duże jak sum, a w piwie tak wymoczone, że o pół mili cuchnie jak browar. Każdy 
leniwy do roboty i ciężki jak wół, że kiedy by cię na nogę nadeptał, to zaraz odpadnie. Leżą 
też sobie na piochach i wygrzewają się do słonia, bo słońce to u nich słoń się nazywa. Na 
Mazura kiedy by bieda przyszła i zaczęła go jeść od palców, toby go mogła zjeść aż do karku, 
on by się ani ruszył; głowy mu żadna bieda nie uje, bo twarda. W boju żadnej odwagi nie 
mają, aż kiedy byś którego uderzył, dopiero ci jak gad skoczy, a wtedy choćbyś go pociął w 
kawałki, to jeszcze każdym kawałkiem ruszać się będzie aż do zachodu słońca. Biją się 
zawzięcie, ale tylko ze złości. Nabożni są, którzy się w katolickiej wierze chowają, ale siła 
jest heretyków pomiędzy nimi, a nawet są lutry i kalwiny. Mowa ich inna jak nasza, a nawet 
niełatwo ich wyrozumieć: bo oni, kiedy z góry jadą, to mówią: pod górę, a kiedy droga jest 
pochyla, to u nich: z posłużą. Kiedy który rękę za pas włożył, to mówi, że wraził, koń to u 
nich psina, a drób domowy to gad. Polowania u nich nie ma, a lis, co się tam liszka nazywa, 
to już drapieżny zwierz; ale za to tchórzów u nich bez końca, a z kunami sypiają, i to także 
gad u nich. Szablę noszą przy boku, ale nią nie umieją narabiać, lepsza u nich bitwa na suche 
razy i dlatego z nich każdy wozi z sobą kij gruby, nakrzesany krzemykiem, co po naszemu 
pałka, a u nich kitajka. 
— A przecie kitajka to tafta po staremu. 
— No, a u nich to pałka — odpowiedział Urbański. No, no — myślałem sobie — to to kraj 
niedaleki, a naród już 
inny! i dużo mnie w głowie siedziała ta bitwa na suche razy, bo to rzecz 
nieszlachecka i człowiek by się jakoś wzdragał przed taką zabawą; ale przeciem sobie 
potajemnie pomyślał, że musi sobie pan Urbański dworować ze mnie. I aby oddać dobre za 
nadobne, począłem im opowiadać duby smalone o Wołyniu, Podolu i Litwie, gdzie ja znów 
byłem, a oni nie byli. 
Otóż przyjechaliśmy do Tarnowa i zaraześmy ową sprawę naszą przy boskiej i 
palestrantów pomocy, którzy za pieniądze są bardzo usłużni, załatwili; poznaliśmy też zaraz i 
kilku Mazurów, którzy takoż tam stali w gospodzie. Dopiero przekonałem się dowodnie, że 
owa mowa to żart był ze strony pana Urbańskiego: kubek w kubek taka sama to szlachta, jak 
nasi, tylko w mowie trochę różnicy, a kiedym się z nimi lepiej zapoznał, tośmy się tak 
pokochali, żeśmy się aż popłakali nad sobą i nieszczęściami naszymi. Owóż było ich pięciu: 
jeden Bielański, cześnikowicz sądecki, bardzo grzeczny kawaler, drugi Bzowski, którego 
wołano sędzią, trzeci Konopka, młody, i dwóch jeszcze braci rodzonych, których nazwiska 
nie pamiętam. Mnie Konopka najwięcej przypadł do smaku, bo był gładkich obyczajów i po 
świecie już bywał, a równy mi był w latach. Był on w szkołach w Krakowie, ale uciekłszy z 
Akademii, przystąpił do konfederatów i uwijał się 
z nimi blisko dwa lata. Jeździł jeszcze 
potem za jeneralnością aż do królestwa Bawarii — to już nie wiedzieć po co; bo chociaż tam 
trochę się otarł pomiędzy różne ludzie i narody, jednak tym tak swego ojca rozgniewał na 
siebie, że kiedy powrócił do Krakowa i wszedł 
do rodzicielskiego domu, to dostał w gębę od 
ojca i został wypchniętym za drzwi. — Kiedy cię skóra świerzbi — krzyczał ojciec do niego — 
to się bij i za samego diabła, nie tylko za konfederatów, ale mi poczciwego nazwiska nie 
poniewieraj pomiędzy Niemce i cudze narody! — I wypchnął go; ale się przecie dał 
udobruchać i przyjął 
go znowu do siebie, tylko, umierając, znacznie mu fortuny nadszarpnął, 
bo trzecią część na kościoły, zapisał. Tak mnie to sam syn opowiadał przy wszystkich, nawet 
przy palestrantach, a wszystko tak krotochwilnie, żeśmy się aż za boki brali od śmiechu. I 
bardzo nam tam czas szedł zabawnie pomiędzy tymi Mazurami, ale żeśmy to już dni parę 
siedzieli w Tarnowie, a to był bliski czas sianokosów, więc ja się odezwę: 
— Miło nam tu jest między wami, panowie bracia, ale trzeba już dalej myśleć i o 
powrocie, bo to czas na sznurku nie stoi, a świętojanka niedaleko; nuż 
lunie niespodziewanie i 
siedźże tu parę tygodni. — Na to pan Załęski: 
— 
Czekaj no jeszcze, niebożę, musisz przecie jakoś opłukać to nowe dziedzictwo, bo 
choć sprawa ta w nowomodnym forum załatwiona, ale my jeszcze po staremu. 
Palestranciki, którzy także lubią 
hungaricum, chociaż ich głowa tak wiele nie zniesie, bo 
mają piersi wąskie i mało powietrza w płucach od siedzenia za stołem, a którzy także temu 
byli przytomni, nuż do mnie: 
— A! należałoby się, panie skarbniku dobrodzieju! a to dawny obyczaj! śp. ojciec pana 
skarbnika dobrodzieja suto każdą sprawę oblewał w Sanoku! — i tak dalej; i zrobili mnie 
franci skarbnikiem, żem już nim odtąd został na całe życie, chociaż mi się ten tytuł nie 
należał. Już to ja z ojca jeszcze od serca nie lubiłem palestry, bo to naród nieszlachecki i na 
szachrajstwie tylko chowany: w chłopskiej chatce albo pod warsztatem gdzieś się to rodzi; od 
czyszczenia bucików poczyna, szlachcie bakęświeci i tumani przez całe życie, a na koniec i 
herb się skądeś 
tam bierze, i szabelka przy boku, i dziedzictwo niemałe: a już fuma potem i 
pogarda dla drugich, że w kąt i szlachcic od Bolesławów, i senator mu za nic! — Więc nie 
miałem ochoty siadać z nimi za stołem i bratać się z tym, co tak dobrze jak szewc, jak 
krawiec albo inny lud rzemieślniczy za robotę 
grosz bierze na rękę, ale siadał pan Urbański, 
siadał pan Załęski, siadali inni, więc i ja siadłem. Jednakże popoiwszy wkrótce tych 
piórowych rycerzów, powynosiliśmy ich wraz z ławami, na których leżeli, na drugą stronę, 
abyśmy sami swoi zostali. 
Dopieroż ja przysiadłem się do Konopki, bo mnie ta przyjaźń jego, ile że to w szkołach 
tylko rok byłem we Lwowie i owego koleżeństwa tyle sławnego prawie cale nie zaznałem, a 
w konfederacji, chociaż kilkoma nawrotami służyłem, jednak zawsze tak na gorąco trafiałem, 
że i nie było czasu pomyśleć o osobistej przyjaźni — więc owa przyjaźń jego bardzo mnie 
zajmowała. A tym bardziej przy winie, gdzie to i język się 
rozkowuje, i serce się zaraz 
rozlewa, to prędko to idzie; owóż w parę godzin jużeśmy tak byli z Konopką, jakbyśmy się 
znali z kolebki, co się jeszcze przez to ugruntowało, że kiedyśmy się obrachowali, pokazało 
się, że nasi ojcowie jednego dnia i jednego roku pomarli. Więc rzecze do mnie Konopką: 
— Jeszcze by tego potrzeba, żebyśmy się jednego dnia pożenili. 
— Dobrze mówisz, panie bracie — odpowiem — ot, dla kompanii uczyńmy to. 
— Ba! to by pięknie, ale kiedy jednemu się zechce ożenić, to drugi pierwszej lepszej baby 
nie weźmie li dla dotrzymania terminu. Ale wiesz co, Nieczuja, uczyńmy tak: który się 
pierwej żenić będzie, temu drugi będzie drużbował, a przyjechać musi, choćby na drugim 
końcu świata był. 
— Dobrze! — odpowiem. 
— Parol? 
— Parol. 
— A ja jestem za świadka — dorzucił pan Urbański — biadaż temu, który by się nie stawił; 
mnie by się musiał za to sprawić. 
— O! nie będzie z tego nic — odpowiedział Konopką — każdy się postawi, za to ręczę. — A 
tymczasem pan Urbański począł opowiadać ożenienie się swoje, co bardzo było ciekawym. 
Otóż przy takich opowiadaniach i krążeniu kielichów zeszedł nam czas pięknie aż do samego 
rana; a kiedyśmy już mieli kazać zaprzęgać i żegnać się, a Konopką koniecznie stawił się na 
tym, abyśmy do niego jechali na obiad, wszedłŻyd, faktor pana Załęskiego, i dał nam znać, 
że Węgrzy wino przypławili Dunajcem i że można by tanio kupić; więc pan Urbański mi 
mówi: 
— Jedźmy tam, panie bracie, może co wybierzemy, a mamy wózek próżny pana 
Załęskiego, toby było gdzie wziąć. 
Więc pojechaliśmy — a to półtory mili, bo aż pod Wojnicz. Tameśmy znowu inną szlachtę 
poznali, która przyciągnęła do wina. Więc byli tam Rogalińscy i Stojowscy, Jordanowie, 
Lubienieccy i Dąbscy, Niemyscy i Brodzcy, i innych wiele, to tam się formalny jarmark 
zrobił, a beczek było paręset. Myśmy kupili sobie trzy i wracaliśmy nazad, ale na pół drogi na 
gościńcu zastąpił 
nam cale niespodziewanie Konopką, który naówczas jeszcze o swój majątek 
leżący w Krakowskiem musiał się procesować i tymczasem Koszyce trzymał dzierżawą i 
prawie mocą nas zabrał do siebie. Koszyce były to dobra niegdyś do oo. Jezuitów należące, 
później po tychże zniesieniu przez rząd administrowane i wypuszczane, teraz zaś przez 
cesarza jmć panu Łętowskiemu, posłowi sejmowemu, za jakieś zasługi darowane, i od niego 
to wziął je dzierżawą Konopka. Tam tedy ; piliśmy już na zabój; ażeby jeszcze gospodarzowi 
naszemu przystojną jego gościnę odwetować, wzięliśmy go jeszcze ze sobą do Tarnowa i 
sprosiwszy cokolwiek szlachty, pod przywództwem panów Urbańskiego i Załęskiego, 
począwszy po sanocku, dwie naszych beczek wina wypiliśmy za jedną noc. 
— Tęgo ci my pijema — mówili Mazurowie — ale Sanoczanie, pal ich kat! — Bośmy też mieli 
czym się pochwalić: pan Urbański, wzrostem nieduży, ale tuszą potężny, mógł tyle pić, ile 
chciał, a kiedy mu się w głowie zaczęło cokolwiek kręcić, to tylko choćby nawet przez 
okienko zachlipnął trochęświeżego powietrza, już się i wytrzeźwił, i mógł pić 
de noviter5, jak 
gdyby na czczo; pan Załęski zaś mówił: 
— Sztuką kozły tłuką, mosanie, a Mazury kubkiem! — i palił kubek półgarncowy jednym 
oddechem. Więc Mazury tylko oczy wytrzeszczali na nas, bo i mnie było niczego, a wciąż 
mówili: 
— Oto owsiani doją 
jak smoki, a jaka u nich fantazja, jakby się na ryżu wypasali, a nie na 
górskiej owsinie. 
— Ho, ho! — krzyknie pan Urbański — w górach owies skacze, a na dołach pszenica leży 
albo ją pławią 
do Warszawy, aby za nią piwa nazwozić. — I tak przycinając jedni drugim dla 
krotochwili, wyciągnęliśmy obie beczki; ale przy końcu już się jakoś z Mazurami niewiele 
można było dogadać; więc kiedy my się jeszcze trochę trzymamy na nogach, rzeknie pan 
Załęski: 
— Jedźmy, panie bracie, bo i tej beczki nie dowieziemy. — A ja na to: 
— Trudno to i tak będzie, do domu jeszcze daleko. Idźmy lepiej spać. 
Więc poszliśmy — a dopiero na drugi dzień koło południa Mazurowie nas z kapelą 
wyprowadzili aż do mostu, z ćwierć mili za miastem leżącego nad potokiem, który oni po 
swojemu nazywają wontokiem. Nie pojechaliśmy atoli daleko, bośmy bardzo byli ponużeni, i 
nocowaliśmy w Pilźnie, niegdyś stolicy tegoż powiatu; z Pilzna dopiero wyjechawszy o 
świcie, ruszyliśmy wielkim krokiem, co mil parę popasując i zawsze z owej beczki nam 
jeszcze pozostałej po trochę pociągając. I dobrze już było z południa, kiedyśmy stanęli 
popasem w Krośnie; jeszcze ja mówię do pana Urbańskiego: 
— Pono ja tu waszmościów porzucę i skręcę do Dukli. — A on na to: 
— Po cóż to, panie bracie? 
— Bo, słyszę, beczka już podzwaniać 
zaczyna, a mnie podobno i na gruncie jeszcze trzeba 
będzie oblewać to dziedzictwo. 
— Ej, gdzie, gdzie! — odpowie pan Załęski– nie upiliśmy jak cztery garnce, jest jeszcze 
dosyć. A zresztą, niepróżna tam bóbrecka piwnica. 
— Ba, niepróżna! ale to ojcowska puścizna i nie masz tam wina, którego by nie szkoda było 
dla wielkich kompanij. 
— No, to u Łatesa w Lesku dostaniesz, jakiego zechcesz. I tak wjechaliśmy do gospody, 
gdzie, popasając koniom i pachołkom, samiśmy także się pokarmili i cedząc z owej beczki, 
po trochę popijaliśmy. Ale kiedy ja chciałem tylko tyle utoczyć, ile by w miarę było do 
obiadu, oni zaraz obsiedli beczkę i zabrali się do niej na piękne, żartując sobie jeszcze: 
— Ho, ho! pełniuteńka. 
Nie chodziło mi o to wino, bo to była fraszka na owe czasy, ale że nie jestem 
zwolennikiem rozmyślnego pijaństwa, odpowiedziałem: 
— Ale gdzież tam, już niepełna! 
— Jeśli niepełna, to tym ci lepiej — poderwał pan podstoli — prędzej zajedziemy do domu. 
— Jak waszmość chcecie — odpowiedziałem chmurnie i wyszedłem, abym już tego nie miał 
na moim sumieniu, co się tam będzie działo. Poszedłem na miasto, bo Krosno jest to piękne 
miasteczko: stare, bo ma jeszcze od Ludwika Węgierskiego przywileje; katolickie i wierne, 
bo ma kilka kościołów, a Żyda w nim ani na oko; miłe, bo ma wiele starożytnych pamiątek. 
Pomiędzy innymi są tam pod kościołem oo. Franciszkanów trumny obojga Oświecimów, 
brata i siostry, którzy, zapłonąwszy do siebie nieczystym ogniem, chcieli się byli pobrać i na 
to już dyspensę od Ojca Świętego dostali, ale Bóg jednak tej zgrozy nie dopuścił i przed 
ślubem jeszcze zabrał oboje z tego świata. Powiadano mi, że ich ciała leżą tak całkowicie do 
dziś dnia, jakby dopiero wczoraj były chowane, więc mnie ciekawość wzięła ten cud boski 
obaczyć. Przyszedłszy do furty klasztornej i znalazłszy ją nie zamkniętą, wszedłem w 
dziedziniec. Zaraz też wyszedł mnich jeden z klasztoru, więc ja do niego. 
— Laudetur Jesus Christus6 . 
— In saecula saeculorum7 . Czym możemy służyć waszmości? 
— Chciałbym, gdyby to można, nawiedzić groby Oświecimów. 
— A to na co? — zapytał mnich surowo — ciekawość 
was tu przywiodła patrzeć się na ofiary 
bożego gniewu, jak na światową komedię? 
— Nie ciekawość, mój ojcze — odpowiedziałem — ale uciekłszy od pijatyki, którą oto tam w 
gospodzie poczynają moi towarzysze podróżni, sądziłem, że nie na złe obrócę tę godzinę, 
odwiedziwszy i pomodliwszy się za dusze moich grzesznych współbraci. 
— Od pijaków waszmość uciekłeś? — rzeknie ksiądz — czy jeszcze piją? Dopijają tych 
resztek, które im po ojcach zostały? Kiedyż się dobiorą do owego krwawego osadu, który po 
winie ostał się na ziemi? Chodź, waszmość, ja cię zaprowadzę do grobów. 
Przypatrzyłem się temu księdzu, bo mnie jakoś dziwnie swoją mową uderzył. Był to mąż 
wzrostem wysoki, barki miał 
silne, twarz cokolwiek pooraną zmarszczkami, ale nie były to 
ślady lat mnogich, bo nie mógł ich mieć więcej jak czterdzieści i kilka, w czarnych zaś oczach 
jego jakieś dziwne płomienie gorzały. Głos miał mocny i przenikający, ale często się w nim 
jakaśżałość przebijała; jego cała postać była tak pełną powagi i chłodu, że niby odtrącała od 
siebie, a przecie przyciągała. Takiego mnicha nie widziałem nigdy na życiu... 
Powierzchowność nawet jego nie zdawała się odpowiadać klasztornemu powołaniu — ale że to 
były czasy, w których klasztory swoimi habitami nierzadko okrywały światowe i cale 
nieklasztonych powołań osoby, więc mnie nie tyle spotkanie to zadziwiło, ile zajęła 
ciekawość, samymże rozbudzona wrażeniem. O czym się zamyśliwszy, ani uważałem, żeśmy 
już zeszli byli do grobów i stali pomiędzy trumnami. 
— Oto są! — rzekł tedy ksiądz, pokazując mi dwie trumny — za kazirodztwo poczęte w 
myśli Bóg ich nie tylko zabrał z tego świata, ale nie dał nawet zgnić ich ciałom, ażeby były 
przykładem światu, że sakramenta święte pochodzą od Boga. Za kazirodztwo poczęte w 
myśli... 
Przypatrzyłem się bliżej i w rzeczy tak było. Straszne to trupy tych Oświecimów. Włosy 
im z głów powyłaziły, powypadały zęby, powygniwały oczy, szaty wszystkie na proch się 
rozsypały i starły, a ciała tylko mocno pożółkły i nietknięte zostały. 
— Widoczny to w tym cud Boży, mój ojcze — rzekłem po chwili — kamień by już mchem 
był porósł za tyle lat. 
— Cud jest — odpowiedział ksiądz — przez który Pan Bóg objawił gniew swój na 
grzesznych. Pierwszego sprawcę nowego grzechu zawsze Pan Bóg na tej ziemi karał tą karą. 
Siciński, który pierwsze rozpustne veto zapraktykował na sejmie, ziemię sobą rozorał i 
wyszedł z grobowca: jego trup się wala do dziś dnia po upickiej kostnicy i jest 
pośmiewiskiem żaków, a postrachem podróżnych; żaden człowiek go się ręką nie dotknie, 
dziki zwierz umiera z głodu przy jego ścierwie, najzjadliwszy robak go się nie imie!... Tarło, 
wojewoda lubelski, który pierwszy się na śmierć pojedynkował o rzecz prywatną, nie zgnił do 
dziś dnia, a jego trup zeschnięty jak deska i brunatny jak spiż nagi leży dziś w Luszowicach. 
Owóż Oświecimów widzisz dziś takich za pierwszą myśl kazirodczą między wiernymi. I 
widziałem ja więcej takich świadków Bożego gniewu, a odtąd, kto wie, azali gnić będą ciała 
całych pokoleń. 
Staliśmy jeszcze tak jaką chwilę nad tymi trumnami, obadwa zamyśleni nad wszechmocą 
Boską, objawiającą się w każdym zakątku tej ziemi, a nawet i w grobach jeszcze: po czym 
chłód mnie objął po całym ciele, wstrząsłem się i wyszedłem z tego strasznego grobowca; 
mnich się został zamyślony nad trumną. Przechodząc popod kościół i widząc drzwi otwarte, 
wszedłem tam i uklęknąwszy pod filarami, odmówiłem modlitwę za dusze zmarłych. 
Wychodząc, spotkałem mojego księdza pod drzwiami, więc pokłoniwszy się, rzekłem do 
niego: 
— Dziękuję wam, mój ojcze, za tę bratnią przysługę — a wiedząc, że franciszkanie są 
ex 
ordine mendicantium8, dodałem: — a jeżeli kiedy na was kolej przypadnie wyjechania po 
świecie, nie zapomnijcie mnie nawiedzić w Rabach, abym się też mógł jakim darem 
przysłużyć waszemu konwentowi. 
— Któż wasze? — zapytał ksiądz. 
— Jestem Marcin Nieczuja... 
— Śląski?... — przerwał ksiądz. 
— Tak jest. 
— To znam. Ojciec, skarbnik zakroczymski, ożenił się z Mężykówną, herbu Wadwicz, 
Litwinką; czyś z niej urodzony? 
— Nie, jam z Zakliczanki, wdowy po Godlewskim, z którą mój ojciec po śmierci pierwszej 
żony... 
— A tak, tak, słyszałem. Czy żyje stary? 
— Nie, trzeci rok już mija... 
— Jak umarł, aha! szkoda! dobry żołnierz był, służył w wojsku francuskim za Augusta II, 
służył potem w wojsku rosyjskim i chodził na Turka — po wojnach mieszkał w 
Sandomierskiem, Ossolińskich partyzant9, nieprzyjaciel Familii10. Pamiętam, pamiętam. 
Zadziwiło mnie to niepomału, skąd mnich krośnieński mógł tak znać 
ród mój od wieków 
gnieżdżący się za Wisłą, więc spytałem nieśmiało: 
— Waszmość podobno nie od samej młodości siedzisz w tym klasztorze? 
— Może!... tak, byłem kiedyś na świecie. 
— Boby to trochę przykro było siedzieć w wilgotnej celi i nie znaćświata prócz tego, który 
widać zza kraty, i wspomnień nie mieć 
innych oprócz jakiego dobrego przyjęcia w domu 
szlacheckim w czasie kwesty albo, co się dziś prawie częściej wydarza, jakiejś niegrzecznej 
rekuzy. 
— Znam ja podobno więcej świata, mój panie, jak go widać przez kratę; ma się też niejedno 
wspomnienie z własnego życia. Pamięta się i dobre przyjęcia, ale się też pamięta i rekuzy!... 
Ale to wszystko zmieniło się dzisiaj u mnie w memento mori11 i nakazuje silentium12 . 
To mówił w wielkim zamyśleniu, po którym ocknąwszy się: 
— Bądź waszmość zdrów! — rzecze — przypomniałeś mi wiele okazyj, w których 
przychodziło mi się zdybywać z twoim ojcem... no! może i my się 
jeszcze kiedy zdybiemy w 
życiu. — I chciał iść, ale ja jeszcze: 
— Jakże mam honor poznać waszmości? 
— Imię moje Murdelio. 
To mówiąc zniknął. 
Widząc, że nie masz już mnicha przede mną, szedłem na powrót ku gospodzie. Bardzo 
jednak byłem zamyślony i niby czymś 
zafrasowany, z czegom sobie sam nie umiał zdać 
sprawy; całe te odwiedziny w podziemiach, owe trumny ze żywymi trupami wewnątrz, ów 
ksiądz, który pod mnisim habitem jakąś miał duszę wcale nie mnisią, owa powaga jego, owa 
pańskość, którą mi się zdawało było widzieć 
w jego mowie i ruchach, owe jego słowa: czy się 
szlachta jeszcze nie dopiła krwawego osadu, który się po winie miał ostać na ziemi? — owa 
jego znajomość z moim ojcem na koniec, jakieś okazje z nim razem przeżyte... wszystko to 
zdawało mi się jakby sen jaki, jak gdyby wizja, którą ludzie miewają w chorobach — czego też 
nie mogąc wyrozumieć dokładnie ani w jakikolwiek sens złożyć i różnie o tym myśląc, 
przeżegnałem się krzyżem świętym i wchodząc w bramę gospody, już zaczynałem Ave 
Maria13 , kiedy nagle coś zaturkotało poza mną. Umknąłem się z drogi i pochwyciwszy za 
klamkę, otworzyłem drzwi od izby, w której pan Urbański z Załęskim siedzieli przy ostatniej 
beczce naszego wina. To obaczywszy, jeszcze smutniej mi się zrobiło, ale wtem mnie ktoś z 
tyłu uderzył po lewym ramieniu. Oglądnąłem się, był to pan Deręgowski, mój niejako 
powinowaty przez Zaklików, chłop olbrzymiego wzrostu, a wielki junak i biba swojego 
czasu. 
— Jak się masz, Marcinku? –zawoła on do mnie, zanim miałem czas myśli moje zebrać do 
kupy. 
— Witaj, waćpan, panie Józefie — odpowiedziałem — skądże tak nagle w Krośnie? 
— A skądże wasze? 
— Ja wracam z Tarnowa, gdziem wyliczał pieniądze za Rabe i oblatował14 dziedzictwo. 
— A ja do Tarnowa, bo mi ciocia w Sandeckiem umarła i teraz mam z krewniaczkami o 
sukcesję proceder. 
— No, to grajże waszmość dobrze z nimi, a kiedy wygrasz, to może i mnie się stamtąd jaka 
cząstka dostanie. 
— Oho, serdeńko! to do tego ci się 
odzywa apetyt? już tak za młodu tego metaliku dźwięk 
ci się 
podoba? tobie, który siedzisz na pół milionie gotowizny? Oj! żeby to skarbnik 
nieboszczyk... 
— Oho! jużci zaraz i pół miliona! co to ludzie nie nagadają! a tu nie wiem, czyby się i do 
trzechkroć sta tysięcy nazbierało, i to złotych, mój Boże! 
To mówiąc, staliśmy przy drzwiach otwartych wprawdzie, ale W sieni, że pan Deręgowski 
nie widział onej szlachty ukrytej za beczką, a tymczasem Urbański dobrze pijanym głosem 
zawoła: 
— Panie stolniku! w ręce twoje. 
— Jak do jasnej świecy! — odpowie tenże, nie wiedząc nawet wcale, kto woła, a 
obaczywszy, którzy są: — Hej! mospanowie, a to tu, widzę, na gody trafiłem. 
— Nalejże mu spełna — jąknął na to Załęski — ho, ho! bo to biba jak wór dziurawy, dużo 
zniesie. 
Dopieroż zaczęli pić. Ale gdzie Deręgowski, to tam niedługa sprawa. Umiał on nie tylko 
sam pić, ale i dogadywać, bo przy wielkim gardle duch w nim był taki ochoczy a żartobliwy, 
że gotów by był kiedy i kark skręcić dla samej fantazji. Więc przy kuflu: 
— O! to tam stolniczeńko Mazurów nasiecze, kiedy się pomiędzy nich dostanie. 
— Ja Mazurów? uchowaj Boże! możem się już 
z jakie trzysta razy na rękę próbował przez 
moje życie, a jeszcze ani razu z Mazurem. 
— Ej! to jeszcze tak do nieba nie pójdziesz, musisz i tego popróbować. 
— Ha! jak Bóg da, trudno to, panie Jędrzeju, wyłamywać się spod tego, co Pan Bóg na 
człowieka nadeszle. 
— Widzisz, to na niego Pan Bóg burdy nasyła. 
— A cóż? przeciem katolik i z szatanami spraw nie mam. A teraz na przykład: staję w 
Sanoku i usiadłszy sobie przed bramą 
gospody, czekam, póki pachołek koni nie popasie, aż tu 
nagle słyszę gwar jakiś w sieni. Przybiegam, patrzę, aż tu jakiś z niemiecka przybrany pyta 
mojego sługę o paszport. 
— O paszport! — zawołali obadwa żałosnym głosem przy beczce. 
— O paszport. Ja do niego: — Co zacz? — a on i mnie o paszport. — Ja tutejszy, mospanie, ale 
ty co za jeden? — A on z krzykiem: — Ale ty co za jeden? — Hej! jak porwę gwintówkę z 
mojego wozika... poszedł, jakby go nigdy nie było. 
— O paszport go pytali! mój Boże! — zawołali znowu obadwa od beczki. 
— O paszport! jak mnie Bóg miły! –. odpowie Deręgowski ze łzami. 
— O paszport go pytali! — odezwie się takoż, płacząc, Załęski — w ręce twoje, stolniku. 
— O paszport!... w ręce twoje, podstoli... 
I tak tym paszportem przegradzając kufle, płakali a pili bez miłosierdzia. Jam stał i patrzał, 
i słuchał ich opowiadań i żalów, i jęków, co trwało poty, póki beczka nie zadzwoniła. Po 
czym Deręgowski powstawszy i z zaciśniętymi zębami: 
— Hej!... nnno!... — i kopnął nogą w dno beczki, które wyleciało w ten moment, a on sobie 
nalał pełny garniec lagru15 i zjadł 
go. Po czym, obaczywszy, że tamci obadwaj posnęli, zalani 
łzami i winem, obrócił się do mnie i rzekł: 
— A jako tę utracicie, już wam o innej nie myśleć — powiedział ksiądz Skarga Pawęski, a ja 
to powtarzam i dodaję, że jakom ten lagier zjadł, tak i całą beczkę zjem, kiedy zechcę, a bez 
paszportu pojadę i na kraj świata, a oni i kufla nie wypiją, i z paszportami już jeździć będą aż 
do sądnego dnia. Bądź wasze zdrów! 
To rzekłszy siadł i pojechał. 
Powróciwszy do Rabe i wyprawiwszy po staremu stypę 
in gratiam16 instalacji mojej na, to 
dziedzictwo, wziąłem się na gorąco do gospodarstwa; raz, że to młody zawsze się na gorąco 
ima wszystkiego, a po wtóre, że zawsze to milej pracować i wkłady czynić na swoim niźli na 
cudzym. 
Ale jakem się był od razu zapalił i nic tam nie widział, tylko samo dobro, tak teraz z 
każdym dniem prawie nowe spostrzegałem niedogodności. Więc przekonałem się nąjpierwej, 
że owo za górne i za skaliste tej wsi położenie nie tyle złym było dlatego, że gość by tam był 
rzadki, ile dlatego, że każda rzecz, którą kupiłem, dla trudności przywozu prawie dwa razy 
mię tyle kosztowała, każda zaś, którą przedałem, o znaczną część taniej z rąk moich 
wychodzić musiała. Nie było tam ani dworu dobrego, ani stajni, ani zabudowań 
gospodarskich w porządku i wszystko to trzeba było dopiero stawiać. — Kto buduje, procesuje 
a leczy, tego bieda ćwiczy — mówili starzy, a na mnie się to zaraz sprawdziło: bo chociaż 
materiał miałem pod nosem i na swoim gruncie, to jednak, nimem go przywiózł, byłbym go 
łatwiej gdzie indziej o milę był przeprowadził. Robotnik, któregom tam mógł tylko z 
trudnością dostać, był w najgorszym gatunku i niesłychanie drogi. Sług nawet nie mogłem 
dostać, bo w góry komuż się chciało iść, kiedy są służby na dołach. Wkrótce też przekonałem się, że ziemia tam daleko gorsza, niż sam myślałem — owies ledwie brat brata dawał, 
ziemniaków jeszcze wtedy tak nie sadzono, inne zboże się wcale nie udawało — i gdybym był 
nie miał gotowego grosza, tobym był musiał mrzeć z głodu wraz z moją czeladzią. Pastwiska, 
chociaż były pożywne, to jednak tak niedogodne, że do jednych godzina drogi, drugie tylko w 
stałą pogodę przystępne, a nie było takiego tygodnia, w którym by mi wilk był nie porwał 
jakiego drobiazgu, niedźwiedź nie ubił krowy lub wołu, źrebię się nie podarło na pniaku albo 
nie upadło ze skały. Jednego dnia nawet, rozkazawszy mego perłowego turczynka — com go 
był kupił po panu Franciszku Puławskim, z ran, w bitwie pod Hoszowem otrzymanych, na 
leskim zamku umarłym, i pielęgnował jak oko w głowie — dla krotochwili wypuścić na paszę, 
napędzonego przez nieuważnego komucha na pniaki, przez przebicie się utraciłem na wieki. I 
tak wszystko mi jakoś ginęło lub nicestwiało. Widziałem już jawnie, że o intracie stąd nie 
było co ani myśleć, chyba że aż za lat kilka; a na dobitkę jeszcze los mnie obdarzył był takim 
podstarościm, frantem zza siedmiu piekieł, żem się ani na krok z domu nie mógł wyruszyć, bo 
pod jego rękami wszystko gorzało. 
Rozpatrzywszy się dobrze w tym, a do tego wziąwszy i to na uwagę, że mi przez to takie 
piękne gospodarstwo w Bóbrce upada, srodzem się zafrasował, a owo dziedzictwo, do 
którego niedawno tak gorąco wzdychałem, poczęło mi stawać kością w gardle, żem przez nią 
nie mógł oddychać. I dzień w dzień nowe przychodziły zgryzoty. Tak nie minęło ani trzy 
miesiące od mego przyjazdu, kiedy mnie już ten frasunek tak głęboko począł dojmować, żem 
już ani po nocach nie sypiał, ani we dnie nie miał chętki do pracy, ani apetytu do strawy 
codziennej — wszystko mi już było niemiłe. A tu o radę ani rusz prosić kogo: bo jakżeż, 
proszę, było mi się wystawiać na oczywisty śmiech ludzki i złośliwych szyderstwo? Samotnie 
więc tylko bijąc się w piersi za moją lekkomyślność, wciąż sobie powtarzałem: 
— Otóż do czego próżność i pycha nie prowadzą na świecie! Gdyby mi się było nie 
zachciewało dziedzictwa i gdybym był pamiętał na to, żem przy uczciwości i tym dobrym 
imieniu, które mi zostawili przodkowie, jeszcze może lepszy jak wielu, i raczej Panu Bogu 
dziękował za to, że mnie w dobrej wiosce zastawnej i w pięknej jeszcze gotówce przy śmierci 
ojca zostać się dozwolił, i nie piął się bezpotrzebnie do góry dla czczej famy tylko, tobym był 
nie poniósł strat tylu i nie doświadczył tyle zgryzoty. Teraz, kto wie jeszcze, na czym się to 
zakończy; worek mój z każdym dniem słabszy, zdrowie się nadweręża, broń Boże jeszcze 
choroby, to już zginąć tu przyjdzie pomiędzy wilkami i niedźwiedziami. O ojcze mój! czemuż 
mi się kiedy nie pokazałeś, aby mnie ostrzec przed tym nieszczęściem! 
I tak dnie moje licząc na frasunki i do Boga posyłane modlitwy o dobrą myśl jaką, która 
by mnie z tego nieszczęścia wyrwała, przeżyłem srodze pamiętne to lato dla mnie aż do żniw 
samych, które tam są po prostu kośbą, bo żąć nie ma co, i odbywają się aż o późnej jesieni. 
W żniwa tedy, zgryziony jeszcze bardziej, bo mi się prawie nic nie urodziło, ze smutnym 
sercem wyszedłem do kosarzy i opatrzywszy robotę, że to już niedaleko było do wieczora, 
usiadłem pod jakąś lasówką na miedzy. Różne myśli mi poczęły przeciągać przez głowę, a 
taka ciężkość mi usiadła na piersiach, żem zaledwie mógł cokolwiek oddychać: grzech tej 
próżności mojej, która mnie nie tylko do straty grosza i spokoju przywiodła, ale jeszcze w 
owej chwili, kiedy mi tylko, w świat wchodzić było, zamknęła mnie w takich górach i lasach, 
stanął mi jakby wiedźma jaka przed zapłakanymi oczyma — nie wiedziałem, jak się od niej 
ochronić; żegnałem się, modliłem się i na koniec ciężko usnąłem. 
Otóż zaledwie oczy zamknąłem, zaraz zdawało mi się, że jestem w jakiejś pięknej krainie, 
leżę 
sobie pod rosochatym drzewem, pode mną zieleń taka miękka, jak najprzedniejszy 
wenecki aksamit, a wkoło mnie tak cudownie woniejące kwiecie i takie jakieś liściaste 
krzewy, jakich nie masz w mojej ojczyźnie. Niebo było aż granatowe i tak przeźroczyste, jak 
kryształ, a co mnie najmocniej dziwiło, to, że w dzień biały około słońca najwyraźniej 
widziałem księżyc i wszystkie gwiazdy świecące, a może nawet i więcej, bo straszna gąszcz 
mi się zdawała. Z daleka tylko przed sobą ujrzałem jakąś niewielką chmurkę, która się w 
moich oczach zwiększała, zgoła tak, jakoby kto jechał po niebie i kurzyło się za nim, a musiał 
jechać prędko, bo aż gwiazdy podskakiwały i wywracały się 
w owym tumanie niebieskiego 
kurzu. Patrzę ja się na to, przecieram oczy i myślę, co by to być mogło? ale tu ani pół 
Ave nie 
minęło, kiedy tuż przede mną na ziemi stanął rycerz w okrutnie lśniącej zbroi i hennie z 
piórami, z gołym mieczem w ręku, ale na moim własnym, niedawno co utraconym turczynku. 
Strach mnie wziął zrazu i pomyślałem: pewnie pan Puławski nieboszczyk! — więc zerwałem 
się na równe nogi, ale popatrzywszy owemu rycerzowi w oczy, tak mnie jakieś promienie 
olśniły, żem wraz padł na kolana. Dopiero rycerz ów, miecz spuściwszy ku ziemi, dziwnie 
pięknym głosem odezwie się do mnie: 
— Nie bój się, Marcinie! widzę, mnie nie poznajesz, przeciem ja patron twój. 
Chciałem coś przemówić i już otworzyłem był usta ku temu, ale mi tak język 
zakołkowało, że ani rusz. A święty Marcin dalej: 
— Dziękuję ci za konia; dobra szkapa, a w sam czas mi się dostała, bo u nas już tak 
stadnina podupadła, że ledwie do pługa z niej co mamy. 
To mnie tak strzęsło, żem o mało nie upadł, bo jak pierwej cośświętego czułem w tym 
rycerzu, tak teraz, kiedym już był pewny, że on na moim turczynku, wzdrygnąłem się 
okrutnie: azaż bowiem nie z tego miejsca ten rycerz jest, dokąd końskie dusze idą po śmierci? 
— alem się trochę opamiętał. Dopiero rycerz znowu: . 
— Czegóżeś tak smutny, Marcinie, żeś cale oniemiał? 
— Jakże nie mam być smutny — odpowiedziałem już trochę ośmielony, ale jeszcze zawsze 
klęczący i z pokorą — kiedy mnie to Rabe kością w gardle już stoi. 
— Bo ci tak potrzeba było dziedzictwa, jak turczynka puszczać na paszę. Dobrze to jest nie 
wypuszczać z rąk ojcowizny, ale zaprawdę powiadam tobie, że nie ten jest pierwszy u Pana 
Boga, który ziemskie dziedzictwo po swoich ojcach wszelkimi siłami dzierży, ale ten, który 
łaski Bożej nie wypuszcza ze swego posiadania i przechowuje ją dla swoich dzieci i wnuków. 
Kto o posiadaniu ziem wielu myśli i na to je nabywa, aby ziemskiego blasku dodał imieniowi 
swojemu, ten choćby posiadł tyle wsi, ile ich oko zajrzy z najwyższej góry, za nic ważony 
będzie, jeżeli innej nie położy zasługi, albowiem nie po imionach waszych was wołać będą na 
sądzie, ale po uczynkach, które was odznaczą 
od innych. Na jednym zagonie i w dreliszku 
niebożę, a z łaską Bożą i wiarą, a z pokorą i cierpliwością na losy doczesne, kto tak wytrwa i 
z takim świadectwem stanie w owym dniu strasznym przed Panem Bogiem, tego jedno 
westchnienie więcej zaważy wtedy niżeli wszystkie skarbce bogaczów i ich najęte modlitwy. 
I zaprawdę powiadam tobie: Kiedy tam twoje oko popatrzy, to ujrzy, że z tych, którzy deptać 
będą po złotogłowiu i złocie, większa część będzie w drelichach, a wiele lam i jedwabiów 
pokaże się pokalanych w błocie. I skazani będą do ogniów i błota, iżby ogień wyżarł plamy z 
ich szat, a błoto pozostało się w błocie. — Tobie na cóż było dziedzictwa? czy ci źle było w 
Bóbrce? czy twój ojciec nie przesiedział tam lat dwadzieścia? czy nie przyrobił tam sporo 
fortuny? czy nie miał 
estymy i dobrego zachowania u szlachty? hę? A z ciebie to taki syn 
kochający? Ledwieś ojca przywalił kamieniem, ledwie trawą porósł 
grób jego, jużeś i nie 
miał nic pilniejszego, jak ruszyć jego krwawo zapracowanego grosza i dalejże puszyć się 
przed światem jego zasługą i pracą! Trzeba ci było porzucać Bóbrkę i dać ochłonąć temu 
szczęściu, które Pan Bóg tam na was zsyłał? trzeba ci było domu tego odjeżdżać, w którym 
by ci cnoty i rozum twojego ojca, trzymające się jeszcze każdego kąta, dawały lepszą radę niż 
twoje najmądrzejsze sąsiady? trzeba ci było pamiątek tyle bez uczczenia porzucać, aby iść 
między niedźwiedzie i wilki? sługi stare a wierne samym sobie zostawić i podać im okazję 
nauczenia się kradzieży, a tutaj iść pilnować poprzyjmowanych złodziejów? Kości twojego 
ojca, stary kościółek porzucać, a żyć tutaj bez księdza, bez spowiedzi, bez mszy świętej i bez 
uczciwej w domu Bożym modlitwy?... Maszże teraz za twoją głupotę, masz za żądzę 
dziedzictwa! 
Milczałem, bom czuł, że mi. prawdę mówił ten rycerz; a on znowu: 
— Milczysz? ciężko ci? czemuż sobie na to nie radzisz? 
— Jakżeż ja mam sobie radzić — szepnąłem z cicha — kiedy nie umiem. 
— To broić umiesz, a radzić sobie nie umiesz? Sprzedaj Rabe. 
— Sprzedać? a któż to kupi? 
— Prawda, że niewielu takich głupich, jak ty, ale ja ci dam radę. Jeszczęś się nie stał 
niegodnym tej łaski, którą Bóg miał zawsze dla twego rodu. Wierz, jak oni wierzyli, a kupiec 
będzie na święty Marcin. 
Po czym zwrócił konia i jeszcze dodał: 
— Z Mazurami bądź ostrożny, bo to nieszczęśliwa ziemia dla Sanoczanów. Bądź zdrów i 
kłaniaj się panu Urbańskiemu ode mnie, a powiedz mu, niech już 
sobie raz da pokój z tym 
polowaniem, bo i niedźwiedzi nie wygubi, i do kufla się przyzwyczai, i w Komborni go tak 
rozkradną, że jeno puste ściany zostaną. A szkoda by ich, dobry ród. 
Klęczałem tak jeszcze przez jedno Ave Maria i czekałem, czy jeszcze mi czego nie powie; 
ale naraz straszny chłód mnie obwiał dokoła, rzuciłem się mocno, i przebudziłem się. Słońce 
już się było schowało, wieczór był chłodny, jak zwykle w górach, a zwłaszcza w jesieni; 
robotnicy szli już dołem do domu, a nade mną stał podstarości, prosząc, abym szedł już, bo 
noc. Wstałem, obejrzałem się i rzuciłem się w tył całym krokiem — pod ową lasówką bowiem 
stał z brewiarzem ów mnich, franciszkan, który mnie opanował tak w Krośnie, a któremu 
imię było Murdelio. Pokłoniłem mu się, on nic — podstarości się dziwnie wypatrzył na mnie, a 
tymczasem mnich ruszył naprzód, ja za nim, podstarości za mną i tak szliśmy aż do samego 
dworu. 
Co się dalej stało, tego już 
nie wiem — to tylko pamiętam, że po owym mnichu we dworze 
nie było ani śladu i nikt go z żyjących nie widział — śnieg upadł tej nocy — mnie zaś, 
widzącego ustawicznie jakieś marzydła, sroga gorączka powaliła na łoże. 
Była to straszna choroba — ból głowy, jakby mnie kto żaru nasypał pod czaszkę, nudności 
aż do skonania i takie pragnienie, że zrywając się nocą na równe nogi, nieraz po garncu 
krynicznej wody wypijałem od razu. Temu wszystkiemu towarzyszyła nieprzytomność bez 
przerwy, a straszne jakieś wiedźmy i upiory, które się dniem kręciły koło mnie, tak mnie 
męczyły bez przestanku, żem przez kilka tygodni po sto razy poczynał modlitwę i ani razu jej 
nie mógł dokończyć. Chwile, w których cokolwiek miałem przytomności, były jeszcze 
straszniejsze od wszystkich boleści: wtedy bowiem sumienie, wyrzucając mi grzechy moje i 
ową próżność moją, rozpoczynało grę swoją. Więc raz biłem się w piersi, jakby jaki pokutnik, 
za grzechy śmiertelne i urywanymi słowy błagałem Boga o miłosierdzie. Drugi raz myślałem 
nad sobą i wtedy drżałem od strachu: widziałem bowiem, jako sam leżę 
śród samych wertep i 
lasów, sierota bez ojca i krewnych; siostra o mil kilkadziesiąt, sąsiedzi tylko o jedną, ale głusi 
i nic nie wiedzący — widziałem, jako sługi jedne odbiegały mnie samowolnie, drugie się na to 
zostały, aby mnie okraść do reszty. Posyłałem raz po lekarza Włocha do Leska, ale ten, 
puściwszy się do mnie, kiedy mu koń nogę złamał na drodze, piechotą wrócił i ani słyszeć nie 
chciał o Rabach. Posyłałem po księdza ritus graeci17 do Balogroda; odpowiedział, że nigdy 
nie bywam w cerkwi i że luter być muszę, a on do lutra nie pójdzie. Łaciński proboszcz mojej 
parafii mieszkał o mil trzy i był starzec stuletni. 
— Boże! — pomyślałem — otóż mnie pokarałeś, że nawet sam nie wiem, za co mnie Twoja 
ręka dotyka. Święty Marcinie! czegóż mnie takiej nabawiłeś choroby? 
— To za żądzę dziedzictwa, za próżność, za lekkość umysłu twego, za to, żeś odstąpił 
błogosławionych kości i wiary twojego ojca! — odpowiadała mi z kąta wiedźma jakaś, która 
raz była babą starą z wężowymi włosami, raz psem ogromnym, raz niedźwiedziem, to znowu 
gadem, ziejącym ogień z paszczy zębatej. 
Inny raz znowu widziało mi się, że cała izba moja się pali szczerym płomieniem, że się 
dymi i skrzy, a głownie i węgle rozżarzone, kłębiąc się między sobą, odskakują od pożaru i 
padają mi na twarz, na ręce, na piersi. Czasem Murdelio z psałterzem w ręku stał mi w kącie 
izby i czytał modlitwy. 
Kilka razy matka moja nieboszczka, której nawet nie pamiętałem postaci, stawała we 
drzwiach z podniesioną do góry ręką i powtarzała uroczystym głosem. 
— Trwaj i wierz, a zdrów będziesz. 
Raz tylko jeden pokazał mi się ojciec mój kochany: leżał w jakiejś trumnie kamiennej, 
cały wyschnięty i zżółkły; ale szaty na nim tak były podarte i błotem powalane, pas 
rozszarpany i szabla tak aż do węgla spalona, żem się zatrząsł cały i okropnym głosem 
zawołał do Boga o pomstę nad tymi, którzy rozrywają groby umarłych. 
Wtedy on w trumnie Swojej prawą rękę podniósł, położył na piersi, pierś rozdarł aż do 
samego wnętrza i pokazał tam serce takie czyste, jak brylant. 
I tak dziwne dręczyły mnie sny i widzenia — aż na koniec, kiedy jakiś potwór morski 
napełnił swym cielskiem sprośnym całą izbę moją i wywracając się w strasznych kłębach, to 
puchł w mych oczach aż do pułapu, to znów się zsychał tak, że mu ażżebra było widać, i 
nareszcie tak zmalał, jak człek zwyczajny — a temu człowiekowi poczęło z wolna ciało 
odpadać od kości i wnętrzności snuć się z niego i znikać w jakichś dymach ze siarki i smoły, 
że za chwilkężywa śmierć z kosą i klepsydrą stanęła w głowach mojego łoża — wtedy 
zebrałem wszystkie reszty sit moich i uklęknąwszy na łożu rzekłem: Panie! jam jest twój 
wierny i z dziada z pradziada służę tylko Tobie i chwale Twojej! Daszże mnie zginąć, jak 
jakiemu opryszkowi pośród tych wertep i lasów, bez księdza, bez spowiedzi i bez świętych 
Twoich sakramentów? Dopuścisz, Panie, abym jako poganin szedł z tego świata? aby moje 
ciało zgniło nie pokropione, aby ani jedno oko nie zapłakało, ani pies nawet nie zawył na 
moim pogrzebie?... — I z słowami: — Ale niech się dzieje Twa wola... — upadłem na łóżko i 
ciężki sen zamknął mi powieki. 
Ta noc była punktem przesilenia się mojej choroby. Przecie korpus Nieczujów przemógł 
kiepskie malum terrestre18, chociaż aż 
zamorskimi gadami szturm przypuściło. Na drugi 
dzień, Panu Bogu niech będzie chwała! już mi dużo lżej było. Głowa lekka, oddech wolny, 
wzrok czysty, tyłkom słaby byt jeszcze i czupryna mi tak do szczętu wylazła, że kiedym 
spojrzał w zwierciadło, to mi się zdawało, że mój ojciec nieboszczyk do mnie zaziera. 
Kiedy człowiek sam sobie pomoże, to już zaraz i wszyscy gdzieś się z pomocą znachodzą 
i wszystko jakoś się składa. Więc zaraz tego dnia rano przyszedł do mnie wójt z kilkoma 
starszymi z gromady z oświadczeniem, że się ofiaruje strzec dworu i gospodarstwem 
kierować, bo już przekonał się nieodmiennie, że mnie kradną bez miłosierdzia. 
Podziękowałem za sentyment, alem się prędko zbył tego tałatajstwa: co za sztuka przyjść 
teraz? czemuż nie widziałem was, kiedym był tak niemocen, żem kroku dać nie mógł? — Koło 
południa przyjechał też i mój Węgrzynek, jedyny mój sługa, można powiedzieć przyjaciel, 
któremum na nieszczęście właśnie na dni parę przed owym zjawieniem mi sięśw. Marcina 
we śnie był pozwolił pojechać do krewnych do Bieszczad. Już też i cale inaczej zrobiło się w 
Rabach: jeszczeż i dnia tego pan Urbański polujący z panem Osuchowskim, cześnikowiczem 
bielskim, w kołonickich lasach zabłąkali się w mojej Bałandzie i będąc już prawie nad samym 
dworem, przyszli mnie trochę nawiedzić. leszczem był bardzo słaby, ale przecie mogłem już 
trochę rozmawiać, więc też nie czekając opowiedziałem im moją wizjęśw. Marcina i jego 
słowa. 
— Hej! a może mnie tam i kradną 
w Komborni! — krzyknie pan Urbański, kiedym mu 
powtórzył pokłon świętego — oj! powywieszałbym drabów do dziesiątego pokolenia! — A ja 
na to: 
— Ej! nie sroż się tak, panie Jędrzeju! bo oto i mnie okradli do szczętu podczas mojej 
choroby, a ja przecie ich wieszać nie będę. 
— A czemu? 
— Bo pouciekali. 
— A! to co innego. 
Dopiero ja im opowiadałem cały kurs mojej choroby, wszystkie strachy i wiedźmy, i 
smoki, i gady, i owąśmierć. A kiedym skończył, rzecze znów pan Urbański: 
— Widzi mi się, panie bracie, że to nie święty był, kiedy cię takiej choroby nabawił. 
— A któż? 
— To coś nieczystego. 
— Jakże by to mógł być nieczysty, kiedy mnie takie piękne dawał nauki? nie może być. 
— Chyba żeś wiele grzeszków miał, na które przychodzi czas, bo inaczej to nie wiem, co. 
— Nie dziwna to, panie bracie — odpowiedziałem — że nie wiesz, co. Boskich rzeczy nigdy 
nie trzeba rozumem dochodzić, bo albo się głupstwo wywiedzie, albo dogmat taki, który 
człowieka z drogi wiary sprowadzi i od Pana Boga odwraca. 
— Tak jest — dodał pan Osuchowski — a kto by chciał 
rozumem wszystkiego dochodzić i 
zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić — jak mówi Kochanowski. 
— Ba! ale czy to wszystko prawda– zarzucił znowu pan Urbański — co ci ten święty 
powiadał? 
— No, prawda nieprawda, to. wszystko jedno; to był sen, a mogłem ja czego nie dosłyszeć 
albo potem przekręcić. 
— Obaczymy — odpowie on — kiedy kupiec będzie na św. Marcin, to twoja prawda, a kiedy 
nie będzie, to moja. 
— Dla mnie zawsze moja wiara jest prawdą — odpowiedziałem, a tymczasem pan 
Osuchowski: 
— Ej! co się tam będziecie spierać 
o prawdy, których obadwa nie rozumiecie. Jest który z 
was ksiądz czy teolog, czy biskup? Jak stoi w piśmie, tak wierz, a kiedy w wierze twojej 
najdzie się fałsz, to ty za to odpowiadać nie będziesz przed Panem Bogiem, jeno ten, co 
pismo pisał; boś ty jest prosty człowiek i nieuczony. Tak było u nas od wieków i dobrze było 
z tym; wszyscy w jedno wierzyli i jedno robili; a dzisiaj, kiedy się namnożyło piśmiennych a 
mądrych głów, to już każdy poszedł swoim torem i owóż, gdzieśmy tym zaszli. Ale i to 
gadanie na nic się nie zdało; lepiej opatrzyć 
gospodarstwo pana skarbnikowicza i od szkody 
go zabezpieczyć, kiedy się jeszcze nie może ruszać sam. 
I tak się zaraz stało: Osuchowski, poczciwe człeczysko, poszedł na moją zagrodę, a pan 
Urbański został się przy mnie. I gawędziliśmy sobie pomału, bom ja nie bardzo się mógł 
natężać. Tymczasem wrócił pan Osuchowski i rzekł, że niepodobna mu w nocy oglądnąć 
wszystkiego; więc nocowali ci goście u mnie. Na drugi dzień pan Urbański, niespokojny o 
swoją Kombornię, wyjechał do niej; pan Osuchowski zaś został i od tego począł 
ład w moim 
gospodarstwie, że resztę złodziei, którzy nie pouciekali, porozpędzał 
na cztery wiatry, a 
postanowiwszy już zostać u mnie, póki całkiem nie wyzdrowieję, swoich kilku ludzi ze 
Mchawy tymczasem sprowadził 
i przy nich pomału dla mnie nowe sługi przyjmował. Mnie 
tymczasem znacznie zrobiło się lepiej, zabierałem się całymi siłami, tylko głód mnie morzył 
niesłychanie, a broniono mi jeść wszystkiego oprócz delikatnych legumin. Kiedym już stał 
dobrze na nogach i przechodził się z wolna po izbie, i ów Włoch, doktor Gondoni, którego jw. 
wojewodzina, pani wspaniałego umysłu i serca, dowiedziawszy się o mojej niebezpiecznej 
chorobie, gwałtem do mnie wysłała, cale niespodziewanie do Rab przyjechał. Frakowy 
perukarz ten kazał mnie sobie rzecz całą opowiadać 
ab ovo19, a na koniec i niemało mi kwestyj zadał o całego życia mojego curriculum20, mrucząc sobie na każde słowo coś po 
swojemu i zażywając tabakę. A wysłuchawszy i wymacawszy mnie po wszystkich żyłach, od 
uszu aż do pięt, rzekł tak: 
— Signor się dużo martwił po śmierci ojca, z czego dużo żółci wylało się w jego krew. Stąd 
musiała nastąpić choroba, ale nie przez to, że sięświęty pokazał we śnie. Wszakże i to, 
uderzając na nerwy i mózg, z czego ciało spotniało, a potem na jesiennym wietrze na górze 
się zaziębiło, mogło się wiele do choroby przyczynić albo ją zgoła przyśpieszyć. Ale teraz już 
nic, signor będzie zdrów, tylko trzeba zachować dietę i przez dziesięć dni jeszcze nie 
wychodzić z izby. 
Powiedziawszy tę sentencję i dawszy mi maść na odrośnięcie czupryny, wziął dwadzieścia 
czerwonych złotych, niedźwiedziego sadła parę 
garncy i odjechał; a ja, wysmarowawszy 
czuprynę jego maścią, zjadłem zaraz kapłona i wypiłem szklankę starego wina dla 
zachowania diety. 
Tak zachowując co dzień dietę około końca października Pan Bóg mi dał, żem się już nie 
potrzebował wyręczać panem Osuchowskim, sam chodząc około mojego gospodarstwa; a na 
Wszystkich Świętych byłem już u spowiedzi w kościele w Hoczwi i z pokorą słuchałem mszy 
świętej i pięknego kazania na tekst: „Wierz, a wiara cię zbawi”. — Młody ksiądz jakiś, mnich z 
pozoru, z wielką wymową i żarliwością powiedział to kazanie, dzieląc rzecz tak, że w 
pierwszej części wyłożył artykuły wiary świętej wedle przepisów Kościoła, z drugiej zaś 
uczynił mowę pełną aluzji do polityki tamtego czasu, a bijąc groźnie w to, iż z osłabieniem 
wiary w narodzie przyszły nań klęski doczesne, nieraz słuchaczom przywodził na pamięć 
słowa nieśmiertelnego ks. Skargi, który dzisiejszy stan rzeczy na dwa wieki już 
przepowiedział — i różne inne miejsca, które się właśnie do ówczesnego stanu tego kawałka 
kraju naszego jak najwyborniej stosowały. Kazanie to bardzo trafiło do mego przekonania i 
dziwiłem się, skąd się nagle w tym ustroniu tak wymowny wziął kaznodzieja; dopiero po 
mszy świętej dowiedziałem się, że to był mnich z zakonu misjonarzy św. Wincentego a 
Paulo, którzy właśnie nauką i kaznodziejstwem słynęli i odprawowali misje po kraju dla 
nawracania zbłąkanych albo niewiernych. Dziwnie oni się różnili od innych mnichów; zaraz 
tedy ubiorem — nosili bowiem suknię długą 
z czarnego sukna, z wysokim kołnierzem, białym 
płótnem obszytym, na wierzchu mantolet kanoniczny21, a na głowie czapka sukienna z 
opuszką z trzech końskich ogonów. Jakoż i w regule swojej mieli inne obowiązki od drugich 
mnichów, a najpierwszym z nich misje. Przyjmowali też 
rekolektantów dobrowolnych do 
domów swoich i udzielali im przez pięć dni pomieszkania, strawy i nauki bez żadnej za to 
nagrody. Poznałem się zaraz z tym księdzem i prosiłem go, aby na drugi dzień odprawił 
nabożeństwo na intencję mojego wyzdrowienia, i dawałem mu na to wedle zwyczaju 
pieniądze, ale przyjąć nie chciał, a przyrzekł, że nabożeństwo odprawi i tak. Zaprosiłem go 
więc, żeby mnie przynajmniej nawiedził kiedy w własnym mym domu, jak znów z misją 
pojedzie w te strony. 
— Na przyszły rok, da Bóg doczekać, może się tu pokażemy — odpowiedział on — rzadkie 
tu kościoły łacińskiego obrządku, a wiele dusz łaknie słowa Bożego. 
I prawda, że tam rzadkie kościoły, bo Rabe na przykład należą do parafii w Wołkowyi, 
gdzie, gdybym chciał na mszy świętej być, tobym musiał dzień naprzód, i to rano, od siebie 
wyjeżdżać, a są wsie, którym jeszcze dalej jest do parafialnego kościoła; więc szlachta i 
łacinnicy, słudzy lub rzemieślnicy modlą się Panu Bogu po cerkwiach unickich, spowiedź 
świętą raz tylko odprawiają do roku, i to przed księdzem ritus graeci, bo jak się lody spiętrzą 
około Wielkiej Nocy, to ani kroku stamtąd nie można dać. To wszystko jedno przed Panem Bogiem, ale zawsze jest to grzech szlachty niemały, bo gdyby o to stali, to złożywszy się po 
lada czym, co parę wiosek swój kościółek by mogli mieć. 
Ten dzień już strawiłem cały na plebanii i spędziłem go na pobożnej rozmowie z owym 
kaznodzieją, który także tam stał, a który na długi czas spragnioną duszę moją zasilił i w 
wierze świętej o wiele mnie wzmocnił. Dziwnie bowiem mądry to kapłan był, uczony we 
wszystkich świętych rzeczach, tak że już trudno sobie więcej pomyśleć, a co dziwniejsza, że 
przy tym i światowe rzeczy doskonale znał, tak jak który szlachcic ziemianin. A 
świątobliwość taka biła od niego, że kiedym z nim mówił, tom się go ręką dotknąć nie śmiał, 
jakby jakich relikwij. Doradził mi też on, ażebym, kiedy na mnie przyjdą frasunki i troski, 
Pismo święte do ręki ujął i czytał w nim albo kazania świątobliwych mężów i świętych 
żywoty, nad które nie masz skuteczniejszego lekarstwa na upadek duszy i utrzymanie się w 
wytrwałości w ziemskiej wędrówce tej. Usłuchałem jego rad i niemało z nich ulgi i pociechy 
doświadczyłem w późniejszym życiu. 
Następnego dnia poszedłem do zamku, który stoi o kilkadziesiąt kroków od plebanii nad 
rzeką Hoczewką, wpadającą zaraz zp. Wsią do Sanu. Pan Fredro, podstoli pomorski — mąż już 
niemłody, ale piękny jeszcze kawaler, od czasu swoich podróży po Włoszech jakiś bardzo 
frasobliwy i tylko czarny kolor na sobie noszący — mieszkał w tym zamku. Pan ten, ile że z 
bocznej linii senatorów idący i więcej do panów aspirujący, lubo szlachty pospolitej nie lubił i 
tylko dlatego z niążył, ażeby z niej dworować, z nią pić i w pałasze się bić albo dokazywać 
na koniach– przyjął mnie jednak po starej znajomości grzecznie i zaraz na wstępie rzekł: 
— Cóż, wymodliłeś się już za twoją chorobę? hę? teraz by podobno wypadało dać na mszę 
do św. Marcina, co? 
— Dałem już na mszęświętą 
do Pana Boga, panie podstoli dobrodzieju, to i za świętych 
stanie. 
— Masz rację — odpowie on — zawsze lepiej sprawę miećż panem niż z podstarościm. 
Odszedłem zaraz witać się z gośćmi, bo nie lubię słuchać mów takich filozofów, u których 
i najświętsze rzeczy nie ważą nic, a pan podstoli na dobre był przejęty tą filozofią i podobno 
innych książek nie znał 
jak Woltera i jego kolegów, których dzieła tyle wstrząśnień potem 
wywołały we Francji — a że było wiele szlachty w tej sali, więc jakoś mi to uszło. Tam też 
zostałem na obiedzie, przy którym po staremu pito wielką gębą i mnie też siłowano, alem się 
na ten raz wyprosił, bo raz, żem był niedawno po chorobie, a po wtóre, że dla nabożeństwa i 
rozmowy z Panem Bogiem w to miejsce przyjechawszy, nie godziło mi się już wdawać w 
takąświatową rzecz. Otóż po obiedzie rzecze do mnie pan Fredro: 
— Gdybym nie wiedział, że ci aż pan Urbański wino musiał przywozić do Rab, tobym był 
może na święty Marcin się zaprosił do ciebie, aby trochę zażyć górskiego polowania. 
— Nic to nie wadzi, panie podstoli dobrodzieju — odpowiedziałem natychmiast — u mnie, 
chwała Bogu, jest winka dosyć w Bóbrce; ja je tylko dlatego nie trzymam w Rabach, że i nie 
mam tam piwnicy i kto wie, azali tam długo pomieszkam, ale na święty Marcin, to będzie. 
— No, no, ja żartuję — odpowiedział pan Fredro — i bez wina bym był przyjechał do Rab, 
bośmy to już o tym mówili; świadkiem pan Bal. 
Otóż z obietnicą gości, a spokojniejszy na duszy i zdrowszy na ciele, pojechałem do 
Bóbrki, aby stamtąd zabrać, co trzeba było, na przyjęcie gości do Rab; bom to jeszcze prócz 
inwentarzów z Zabrodzia mało co tam był posprowadzał; z Bóbrki zaś już prosto do domu, 
gdzie nadglądając roboty szynek, salcesonów i kiełbas i młócąc owies dla koni gościnnych, 
czekałem z niecierpliwością owego tyle dla mnie ciekawego dnia świętego Marcina. 
Śród ciągłego zatrudnienia i oczekiwania minęło mi tych dni kilka jak z bicza trząsł. 
Święty Marcin przybył, ale już nie na białym koniu, jak wtedy we śnie; widać musieli i w 
niebie na paszę wypuszczać turczynka. Dzień był ponowny22, chłodny, ale nie wietrzny, jakich wiele u nas w jesieni. Około południa poczęli się zjeżdżać goście i po staremu ci, co 
mieli drogę najdalszą, przyjechali najpierwej, bo się najraniej wybrali, ci, co mieszkali 
najbliżej, przybyli najpóźniej. Starczył się w słowie pan Fredro i z dwoma Balami, i z panem 
Tarnowieckim stawił się pierwszy. Tuż za nim nadciągnął od Huczwic działami23 pan 
Edmund Chojnacki, stolnikowicz rawski albo pisarzewicz grodzki sanocki, kiedy by go 
tytułować po ojcu; ale miał on natenczas już i sam się czym pochwalić, bo pierwszym 
rębaczem i junakiem swojego czasu był. Żył on natenczas w przyjaźni wielkiej z panem 
Janem Cieszanowskim, łowczym sieradzkim, i z nim razem z Kamicy przyjechał. Dalej 
przyciągnęli: pan Urbański z Nurkowskim, Karsznicki z Balogroda, Strzeleccy z Łopienki i 
Krajewski z Terki, podczaszy przasnyski; nie minęła mnie też wizyta pana Bobrowskiego, 
sędzica grodzkiego sanockiego a właściciela Żernicy, którego matka była Karsznicka z domu, 
podkomorzanka halicka, urodzona z tejże samej Balówny, z którą miasteczko Balogród z 
rodziny Balów przeszło w dom Karsznickich. Przyjechali i inni, dalecy i bliscy, znajomi i 
nieznajomi, i zaraz z góry po odbytych powinszowaniach zapowiedzieli mnie, że będą 
polować 
u mnie; przyjąłem to bardzo wdzięcznie, ale pan Urbański, utrzymując nie bez 
słuszności, że polowanie u mnie i trzy grosze niewarte, bo nie mam ani psów siła, ani knieję 
znających myśliwych, zaprosił wszystkich do siebie. Na mnie więc tylko pozostało dać dobry 
obiad i wina nie skąpić, co też przyrządziłem, jak należało. Podczas obiadu zrobił się gwar jak 
w ulu i wtedy dopiero poczęły się owe serdeczności, całowania i przezdrowia24, którymi 
wszyscy chcieli mi dawać dowody swoich afektów i sentymentów. Jam był więcej zamyślony 
niż wesół i przyznam się, że mnie ta wesołość wcale nie pocieszała, a z tego, com widział, 
przymuszony byłem sobie powiedzieć te słowa: hej, hej! jak to, kiedy człowiek zdrów, worek 
ma pełny i stół ma czym zastawić, to mu i przyjaciół nie braknie; a niedawno, kiedym był 
chory, że mnie ani do rozmowy, ani do traktamentu nie było, to mogłem i skonać bez ludzkiej 
twarzy widoku, a niejeden z tych, którzy mnie dzisiaj ściskają i całują serdecznie, może 
dobrze wiedział o moim nieszczęściu, ale mu ani na myśl nie przyszło podać mi rękę 
pomocną albo przyjść choć przynajmniej dla pocieszenia. I gdybym był skonał przed trzema 
dniami, tak samo ciż sami goście piliby byli po moim pogrzebie, jako dziś piją w mój 
anniwersarz25. Jakże to prawdę napisał ów poganin, mówiąc: 
Donec felix eris, multos numerabis amicos; 
Tempora si fuerint nubila, solus eris26. 
Widać już musiało tak bywać i za pogańskich czasów, kiedy on o tym wiedział. Mój Boże, 
jakże złą w gruncie jest ludzka natura! 
Wtem pan Urbański, który tuż przy mnie siedział przy obiedzie, trącił mnie w łokieć i 
rzekł: 
— Panie bracie! jakoś sięświęty Marcin nie starczy w słowie. 
— Ha! taka już wola boska — odpowiedziałem — mam ja przecież nadzieję, że jeszcze jego 
słowo się stanie. 
— Jakież to słowo, jeżeli się godzi zapytać? — odezwie się na to pan Janicki, który siedział 
znów obok pana Urbańskiego. Ten pan Janicki nie był mi znany i teraz nawet po raz pierwszy 
jawił się w ziemi sanockiej. Kto on był w rzeczy, trudno mi to powiedzieć; mówiono o nim, 
że się bawił palestrą w Pilźnie i na tym kilkakroć sto. tysięcy uciułał; teraz zaś, porzuciwszy 
kotlarzem i na tym się fortuny dorobił; bądź co bądź, jednak to pewna, że go znano za konfederacji z pałaszem w ręku, że potem rzeczywiście ziemię w Sanockiem zakupił, ze 
szlachectwa się wywiódł i był uczciwym człowiekiem. Otóż powiedziałem mu całą rzecz. 
— Hm! — odpowie on — może to ja jestem tym kupcem od świętego Marcina przysłanym, 
bo, dalibóg, że się tylko losem tu dzisiaj znajduję. Wiele ważą te dobra? 
Odtrąciłem teraz ja znów pana Urbańskiego w łokieć i odpowiedziałem: 
— Ja dałem sto sześćdziesiąt tysięcy. 
— Ou! to sól, mospanie! — odpowiedział na to Janicki — ziemia licha, a góry, że aż strach. 
Pan Urbański popatrzył się tylko spod oka na niego i brwi namarszczył, bo to on sam mi 
przecie te wsie sprzedawał, a wtem Janicki odezwie się znów: 
— Strasznie to przesolone, bo ciekawym nawet, jak by tu procent odpowiedni wydusić? 
— Mospanie! — rzeknie na to pan Urbański — waszmość nie wiesz, co mówisz! to ja sam 
sprzedawałem panu Nieczui te dobra i pewnie grosza nie wziąłem nad wartość. 
— Tak to się mówi, mości dobrodzieju — odpowie tamten — kle każdy na tyle swoją ziemię 
wyciąga, na ile może. 
— Waść 
rzeczy bierzesz po palestrancku i może się to gdzie dzieje na świecie, ale u nas 
nie! 
— Przecieżby dziś za to tamtej sumy nikt nie zwrócił! 
— Otóżżebym waści przekonał, że Rabe warte są te pieniądze — krzyknie już 
zacietrzewiony Urbański — to ja sam wrócę tę sumę. Panie skarbnikowiczu, daj Boże 
szczęście! 
Jam stał osłupiony tym, co się w mych oczach działo; jakoż rzekłem po chwili: 
— Nie może być! ja waszmości nie sprzedam Rab, cóż poczniesz z .tym? 
— Co tobie do tego, co ja z tym pocznę! — zawoła on już 
w pasji — kiedy pieniądze mam, to 
mi kupić wolno, co chcę! a jak mi z tym nie pójdzie w ład, to .sprzedam Kombomię i 
wszystkie tamte ziemie, a całe góry tutaj zakupię, to może wtedy pójdzie w ład! a choćby i nie 
poszło, to sobie lada komu w oczy ćwikać nie dam, żem więcej wziął, jak co jest warte! 
— Ale ja przepraszam bardzo waszmości dobrodzieja — odezwie się pan Janicki. 
— Co mnie tam waszmości przeprosiny! przepraszaj sobie waszeć takich, którzy dobrami 
frymarczą i za lada tysiączek gotowi duszę swoją skląć od wszystkich diabłów; ja bez 
przeprosin zostanę ten, którym był, i prędzej jeszcze Rabe komu daruję, niżbym miał o grosz 
więcej na nich wziąć. 
Z tymi słowy wstał pan Urbański od stołu i wyszedłszy na ganek, zaraz wyrostka swego 
po pieniądze do siebie słał; ale ja wybiegłem za nim i prosiłem, aby dał temu pokój, wszakże 
jutro mam w Jabłonkach być, to już tam zakończymy. I tak się stało. Tego dnia przy 
pomiernej zabawie jeszcze wszyscy u mnie zostali, a na drugi dzień znowu wszyscyśmy byli 
w Jabłonkach oprócz owego pana Janickiego, któremu już nie godziło się jechać tam, bo 
stanął na bakier z samymże gospodarzem. 
Polowaliśmy tam przez kilka dni i na tym polowaniu doświadczaliśmy każdy swoich sił i 
odwagi, ażeby to lepszym od drugiego być — i było jeszcze na co patrzeć natenczas, bo młódź 
szlachecka polowanie uważała niby za swoje rzemiosło i wiele dawała na to, ażeby we 
wszystkich łowieckich sztukach zręczną być. Ja nie mogłem jeszcze tak gorącego brać 
udziału w tej pięknej zabawie, bo przecie to jeszcze choroba dawała się czuć. Po polowaniu 
zaraz mi pan Urbański wypłacił owe sto sześćdziesiąt tysięcy i Rabe wziął. 
I tak Pan Bóg przez szczególne zrządzenie swoje dał, że się obietnica owa dana mi we śnie 
sprawdziła do krzty, a jeszcze się stała przy tym i ta osobliwsza rzecz, że nie tylko na 
wyznaczony dzień istotnie kupiec był, ale nadto jeszcze tym kupcem musiał być ten, który 
owej przepowiedni wiary nie chciał dać. Dopieroż mi się przypomniały słowa owego 
świętego, który mówił wyraźnie: — Wierz, jak oni wierzyli, a kupiec będzie. — I prawda: bo 
gdybym ja nie był wierzył, to nie byłoby przyszło do owej niewiary pana Urbańskiego i byłby 
był nie miał powodu rzec do mnie owych słów: — Panie bracie, jakoś sięświęty Marcin nie 
starczy w słowie — na które się pan Janicki odezwał i wywołał całą tę rzecz. 
Bądź co bądź, jednak ja na tym wszystkim najwięcej zyskałem, bom się z owego piekła 
prędko, gładko i z bardzo małą tylko stratą wycofał. Panu Urbańskiemu nawet owo szlachetne 
utrzymanie swego honoru wcale na złe nie wyszło, bo w rok potem stała się ta dziwna rzecz, 
że owe Rabe tenże sam pan Janicki i za. też samą sumę odkupił, i mieszkał tam przez 
kilkanaście lat, gdzie mu się wcale nieźle wiodło. Fortuna ta jednak wyszła potem i z jego 
rąk, a nabył ją pan Jacek Fredro, krewny pana podstolego pomorskiego, ale idąc od głównej 
linii, to jest od owego kasztelana Andrzeja Maksymiliana Fredry, który jest sławnym i w 
senacie, i w światowych naukach, i do dawnego splendoru swojego rodu niemało się 
przyczynia. 
Co opowiedziawszy na wstępie, wracam znowu do mojego chudopacholstwa i będę 
opowiadał 
te owe dziwne losy, które mnie w czasie następnym spotkały, a które, lubo cale już 
były innego rodzaju i same w sobie przeważnie na całe życie moje wpłynęły, jednakże nie 
gdzie indziej, jeno w owym nieszczęśliwym kupnie Rab swoje źródło i przyczynę miały. 
I 
Owóż wydobywszy się w taki prawie cudowny sposób z mojego dziedzictwa, zaraz, nie 
czekąwszy, poszedłem na powrót na moją arendę i jeszcze Panu Bogu podziękowałem za to, 
nie dbając wcale o to, czy mnie tam kto nazwie włóczykijem, arendarzem, spekulantem lub 
nie. Jakoż dawszy sobie do zwierciadła parol kawalerski, że już nigdy w żadne kupno bez 
statecznego zastanowienia mojego i mądrych ludzi porady nie wejdę, oddałem się mojemu 
staremu gospodarstwu z wielką pilnością. Jednak już jakoś i tutaj mi nie szło; urodzaju nie 
miałem tego roku, burze jesienne dużo mi dachów popsuły, sadowina, źle ususzona, cale mi 
wygniła na strychu, kilkanaście sztuk bydła mi wypadało i dom przez to, że przez całe lato i 
jesień stał zamknięty i pusty, niemałemu popadł zniszczeniu, osobliwie też na dwóch 
konterfektach moich przodków taka jakaś pleśń nagle osiadła, żem je aż musiał dać 
przemalować. Mój podstarości, człowiek stary a praktyk wielki, który jeszcze z moim ojcem 
służył w konfederacji dzikowskiej i był aż pod Gdańskiem, mówił mi: 
— Wszystkiemu to temu, panie, winny te niepotrzebne przenosiny. Poruszyło się 
nieszczęście — które nieboszczyk pan skarbnik, lat dwadzieścia siedząc na jednym miejscu, 
przygniótł był sobą 
do ziemi — i teraz hula. Jak tylko się 
gdzie wiedzie, to nie pytać, czy to 
arenda, czy zastaw, czy respekt27 nawet, jeno siedzieć tam, choćby do śmierci — a kiedy nie 
idzie, to i z dziedzictwa uciekać. Toć my przecie z Sandomierskiego z własnych 
dziedzicznych wiosek poszli, a jeno przez to, że nam tam nie szło. Ot! i Pan Bóg jakoś 
odmienił! — ale młodemu to zawsze się hulać chce, a fortuny swojej próbować, bo pstro w 
głowie, mospanie, i cała rzecz. 
Wysłuchawszy tej perory podstarościego, którą zawsze mu wolno było mieć do mnie, bo 
kolegował z ojcem i przez długie lata dobrego zachowania u niego zażywał, pomyślałem 
sobie: może też ma i prawdę? cóż ja mogę wiedzieć, jakie są drogi Opatrzności? Jednak nie 
frasowałem się tym tak bardzo, bom strat wcale wielkich nie poniósł, a choćbym był i poniósł 
niektóre, to i to byłoby mi znowu tak wiele nie szkodziło; zbytków wcale nie byłem łakomy, a 
miałem tyle, że mi mogło i na zbytki wystarczyć. Gorszym było dla mnie, że zima nadchodziła, a z nią długie wieczory, i nudno mi tak było samemu. Wedle rady owego 
świątobliwego misjonarza brałem sobie wieczorami jakąś księgę poważną, więc Biblię 
Nowego Testamentu albo żywoty świętych Pańskich i czytywałem je zrazu sam, po parę 
godzin codziennie, ale widząc, że taż samą robotą mogę się stać użytecznym i drugim 
ludziom, a osobliwie tym ludziom, których Pan Bóg mojej powierzył 
opiece i za ich dusze 
mnie odpowiedzialnym uczynił, zarządziłem, aby po wydaniu obroków, po zamknięciu wrót 
wszystkich i spuszczeniu psów z łańcuchów, co wieczora przychodził podstarości, dyspozytor 
i kucharz, ex officio28 też mój Węgrzynek, do słuchania tej. przystojnej lektury. I działo się 
tak codziennie, co wszyscy czynili chętnie" bo księgi te są rzeczą tak prostą, że je każdy 
zrozumie, a zarazem tak wzniosłą i zajmującą, że się ich odsłuchać nie można. Po odczytaniu 
kilkunastu kartek ja zawsze jeszcze zaintonowałem którą kolędę i słuchaczy moich 
rozdzieliłem na głosy, co się bardzo pięknie wydawało, a tak się wszystkim podobało, że 
nigdy żaden na tę nabożną praktykę nie chybił ani się nawet spóźnił. Nie dosyć na tym: 
obcowanie za pośrednictwem Pana Boga z moimi ludźmi przyniosło mi i ten pożytek, że się 
wszyscy daleko lepiej podtenczas pilnowali w robocie, nabrali więcej poufałości do mnie, ale 
zarazem i uszanowania. Niebawem też i kilku parobków przyszło do mnie z prośbą o 
pozwolenie im przychodzenia także na tę kolędę, a szewc bóbrecki z swoim szwagrem 
kowalem nie ustąpili mi się poty, pókim ich także do tego bractwa nie przyjął. Jakoż dzień 
cały gospodarką, a wieczór ową nabożną praktyką wypełniwszy, anim się spostrzegł, że Boże 
Narodzenie już dawno minęło, a myśmy po lekturze miast kolęd śpiewywali godzinki, w 
których szewc, jako mistrz w tym kancie, swojej profesji właściwym, pomimo mego 
intonowania, jednak zawsze potem prym sobie zdobył i rzecz całą prowadził. Nie odbierałem 
szewcowi tej pociechy, jako jedynej okazji, w której rej wodzić mógł, i owszem, ciesząc się z 
tego, żem się 
przez ten mój pomysł stał kilku przynajmniej ludziom do pobożnej służby Panu 
Bogu powodem, starałem się każdemu z moich gości wieczornych jakiś prym dawać w 
czymsiś, iżby się tym więcej przywiązywał do tej rzeczy. 
I zajmowała, i bawiła mnie ta robota; począłem nawet sobie już jakieś plany układać, 
czyby nie można to bractwo moje na całą wioskę rozciągnąć. I myślałem sobie nieraz, jaka by 
to była piękna przed Panem Bogiem i ludźmi zasługa, gdybym to ja gromadę moją pomału, 
przez opowiadanie słowa Bożego i żywotów świętych, w tej przenajświętszej, w której się 
rodzą, żyją i umierają, katolickiej religii pięknie umocnił, pobożność i cnotę w nich 
ugruntował, pokory i wytrwałości w tych nieszczęściach światowych nauczył 
— jacy by to 
potem byli ojcowie, jacy gospodarze, a jacy słudzy Kościoła. Zresztą, czemuż by to i żołnierz 
nie miał z tego być? Widziałem ci, że monarchowie postronni mają całe regimenta z samych 
chłopów złożone. I tak różne myśli mi się snuły po głowie i Bóg wie co za ogromną rzecz 
byłbym wymyślił, gdyby nie ta ułomność ludzkiej natury, której, niestety, i ja podlegałem. 
Owóż jak drzewo każde ku wiośnie ożywia się wewnątrz, puszcza pączki i liście i już 
nieodmiennie musi odbyć tę, którą Bóg mu przeznaczył, kwitnienia sprawę, tak i ja wtedy, 
mając się albo raczej już będąc w wiośnie mego żywota, musiałem uczuć w sobie ową 
czczość i jakieś 
przy tym pragnienie, które mi powiadało: Jesteś sam, a przecież nie to jest 
twoje przeznaczenie. 
To poczuwszy, długo się zastanawiałem nad sobą. Żenić się, wcale to ludzka rzecz i 
obowiązkiem każdego jest, owoż i mnie należałoby się uczynić to, ale azaliż już do tego dla 
mnie jest czas? Młodym jest, skąpo doświadczenia u mnie, ot! niedawno uczyniłem rzecz, z 
której cudem Bożym wybrnąłem, sam sobie w żaden sposób rady dać nie umiałem — nużżona 
spyta o jaką radę! a jak należy robić to albo owo? jak dzieci chować? jak je potem prowadzić? 
jak fortuną zarządzić? Naprzeli się czego, co będzie złym — znajdęż ja tyle w mej głowie 
rozumu, abym ją od wszystkiego złego powstrzymał i żonie, i dzieciom dobry przykład ze siebie dał? Przyjdąli, Boże uchowaj! jakie nieszczęścia albo frasunki, które nie tylko samemu 
potrzeba będzie znieść, ale jeszcze i żonę w troskach utulić i pocieszyć, i od dalszych 
nieszczęść ochronić — będęż do tego potrzebną moc duszy i cierpliwość miał? 
Więc kiedy mi się takie myśli snują po głowie i męczą mnie, to z drugiej strony znów 
jakaś niespokojna krew powtarza mi wciąż: żeń się i żeń; tyś dzisiaj na świecie nic, stoisz na 
tej ziemi sam, jak ono drzewko liche na miedzy, i choćbyś wyrósł wielki jak dąb, przyjdzie 
czas, upadniesz w proch, zgnijesz i ani śladu nie zostanie po tobie. 
I tak to było, kiedym sobie przypomniał słowa nieboszczyka mojego ojca, który krótko 
przed śmiercią mówił mi: 
— Starym już, panie Marcinie, i lada dzień przyjdzie mi iść do owej gromady Nieczujów, 
którzy gdzieś w niebie dosługują Panu Bogu tych służb, których przez wojny i niepokoje nie 
mogli dosłużyć tu. O! i u mnie się znajdzie niemały do zapłacenia dług, bo się wiele czasu 
zmarnotrawiło na służbach postronnych. Ale ty zostaniesz młody i zaledwie od ziemi odrosły, 
któż ciebie poprowadzi w dalszy świat? Rad specjalnych żadnych nie mogę ci dać, bo czyż to 
wiem, w jakich terminach będziesz? Ale pamiętaj sobie to: primo, bez wysłuchania mszy 
świętej żadnej wielkiej nie poczynaj imprezy; secundo, bez spowiedzi i przyjęcia ciała i krwi 
Pańskiej żadnego solennego aktu nie czyń; a tertio, kiedy będziesz in dubio29 w jakiejkolwiek 
materii, starych a prawych ludzi się radź. Póki żyje pan Błoński, niechaj on będzie kompasem 
dla ciebie. 
Pan Błoński, dziedzic Kotowa, Berezki i wielu innych włości, dawniej chorąży, później 
stolnik sanocki, a podczas konfederacji jednomyślnie marszałkiem obrany, który to urząd 
jednak dla wieku swego i podagry odrzucił, mieszkał tylko o milę ode mnie. Zaraz też 
nazajutrz pojechałem do niego i pograwszy z nim jaką godzinkę w warcaby, w którą to grę 
każden gość zawsze z nim musiał grać, rozpocząłem długą w materii ożenienia się mego 
naradę. Owóż, wysłuchawszy mnie, tak mi on rzekł: 
— Chwali się to waści i bardzo, że postanowienie się w stanie małżeńskim za akt ważny 
uważasz i czynisz go materią statecznego rozmysłu. Cieszyłby się skarbnik nieboszczyk tym 
niepomału, gdyby żył jeszcze; jednakże zanadto skrupulatnie rzecz bierzesz i za mało ufasz 
sobie. Rannego wstania, rannej siejby i rannego ożenienia jeszcze nikt nie żałował, a którego 
doświadczenia jeszcze dziś nie masz, tego z czasem nabędziesz. Moja rada, nie marnować 
czasu daremnie za młodu i samowolnie się nie narażać na złe pokusy. Puść się waść trochę w 
świat, właśnie idą zapusty, oglądaj się pomiędzy ludzi i szukaj, a kiedy co znajdziesz, do 
czego byś pociąg sreca miał, to niech Bóg błogosławi. Tylko się nie pnij pomiędzy pany, bo z 
paniątkiem to bieda. Ja też odpowiedziałem: 
— Niech mnie Bóg broni! panie chorąży dobrodzieju, żebym się piął wysoko; Nieczujowie 
zawsze pośrodku, ale dobrego rodu musi być, bo z byle kim krwi mojej nie zmieszam. Nie 
dałbym spać spokojnie moim ojcom po grobach. 
— Tak się należy — odpowiedział pan Błoński — ale szlachta nasza sanocka jest dobry ród, 
chociaż 
ubogi, a może i niejednemu senatorowi by trochę dziadów i babek zabrakło, gdyby 
się z nimi obliczył. Kto tego ciekawy, niech zaglądnie do ich familijnych papierów, które 
starannie chowają, a przekona się, że prawda jest, co powiadam. Kiedym stolnikował tej 
ziemi, zdarzało mi się nieraz widzieć u nich dokumenta jeszcze od Bolesławów in originali30 , 
a to niemała rzecz, mospanie, bo u nas, jeżeli kto sięgnie rodem do Ludwika Węgierskiego, to 
już powiada się wielką krwią. Inie ma się 
co na to oglądać, że ich przodkowie ani się gęsto 
rozsiadali w senacie, ani się bardzo pięli do wysokich zaszczytów, bo przecie wiadomo jest, 
że ziemia ta nawet nieczęsto bywa wspominana w historii. Nie, wadzi to jednak nic do 
starożytności rodu tutejszej szlachty. Ziemia ta, odgraniczona prawie dokoła górami od innych, a południową stroną do samych Węgier przypierająca, od wieków rada zamykała się 
w sobie samej, a jak ona mało mieszała się do wewnętrznych spraw Rzeczypospolitej, tak i 
Rzeczpospolita nawzajem mało wglądała w nią. I dobrze było obudwom z tym, a to o tyle 
lepiej, ile że Rzeczpospolita z przyczyny ziemi sanockiej nie miała nigdy żadnych ciężarów 
ani kłopotów, a natomiast miała z niej pewną i uczciwą pomoc w każdym naglejszym razie. I 
tak nieodmienna tradycja jest, że podczas wojny Jagiełły z Krzyżakami ziemia ta tak piękną 
wystawiła chorągiew, że aż samemu królowi wpadła w oko i miało być tak, że kiedy w 
siedem lat po owej bitwie grunwaldzkiej Władysław król z Elżbietą, córką Ottona z Pilczy a 
wdową po hrabi Granowskim, ślub miał brać, to przez wdzięczność za ową przysługę 
sanockiego rycerstwa, brał. go w kościele w Sanoku, któremu to obrzędowi szlachta tutejsza 
asystowała in pleno31, o czym nawet piszą historykowie. Jednak kto by chciał historię tej 
ziemi układać, co by była rzecz bardzo piękna i uczciwa, ten daleko dalej by musiał sięgnąć, a 
to aż w owe zamierzchłe czasy, kiedy całe góry sanockie były tylko kilku rodów szlacheckich 
własnością. Niektóre z nich chowają się 
jeszcze dzisiaj, a lubo już tak podupadły, że tylko na 
jednej albo na kilku wioskach siadują, to jednak znajdą się 
u nich dowody na to, czym ich 
przodkowie bywali dawniej i kędy były ich dziedzictwa granice. Ile mnie jest wiadomo, to 
najdawniejszymi rodami w tych górach są: Urbańscy, Karszniccy, Osuchowscy, Troskulascy i 
Wisłoccy. Późniejszymi czasy przyszli dopiero z Węgier Balowie i wciąż ziemie kupując a 
bogato siężeniąc, do wielkiej powagi tu przyszli, a nawet i owych starodawnych przyćmili, 
bo najdują się i w senacie, i na kasztelaniach drążkowych, i podkomorstwach bardzo gęsto. 
Bobowscy zaś, Strzeleccy, Krajewscy, Górscy to już późniejsi, ale za to znowu od nich 
dawniejsi Laskowscy, którzy idą od Oświecimów, i Konarscy. Jakoż piękne miejsce zajmują 
Bukowscy z Nozdrca i Bukowa, Trzcińscy z Dynowa, Żurowscy z Rączyn, Nowosielscy z 
Wojtkowy, Chojnaccy ze Strwiążyka, Dydyńscy z Sielnicy i Witryłowa, Łazowscy z Dydni; 
dalej Tamowieccy, Łaszewscy, Walewscy i Zarembowie, na koniec Pieniążkowie, którzy z 
krakowskiej, Wiktorowie z sądeckiej, Brześciańscy z Rusi Czerwonej, Gniewoszowie z 
przemyskiej, Łosiowie z halickiej ziemi, a Jordanowie znad Wisły tutaj pozachodzili, gdzieś 
aż około pierwszego najazdu Szwedów na Polskę. Że nie wspominam o znakomitszych tej 
ziemi domach, jako o dawno wygasłych już 
Kmitach i dziśżyjących Krasickich i Stadnickich, 
którzy, lubo tutaj niektóre ziemie posiadali, jednak pierwsi mając Krasiczyn, drudzy Łańcut 
kolebkami swych rodów i mieszkając już prawie w senacie, raczej do całej Rzeczypospolitej 
należą i w komput32 prowincjonalnej szlachty nie wchodzą. Na dowód starożytności owych 
rodów szlacheckich, o których najpierwej wspomniałem, nie tylko służyć mogą niektóre 
dokumenta i pamiątki, które się pomiędzy potomkami przechowały, ale głównie podania, 
które się w ich ubogich dziś dworkach razem ze starymi Bibliami i kronikami pielęgnują. Do 
niektórych imion przywiązane są 
odwieczne, a czasem bardzo piękne powieści, które jawnie 
świadczą 
o ich najdawniejszym pochodzeniu i owym, dziś już wyziębłym, znaczeniu, którego 
dawnych czasów zażywały. Przodek pomiędzy nimi wszystkimi trzyma ród starodawny 
Urbańskich, o których to powiadają: praszczur ich w prostej linii, który żył za króla 
Bolesława Chrobrego, a jeszcze wedle ówczesnych obyczajów się inaczej nazywał, był 
okrutnie bitnym rycerzem i mając własną na swoim sumpcie33 utrzymywaną chorągiew, całe 
życie trawił na wojnach. Owoż, kiedy Bolesław król wojnę miał z Rusinami, ów Urbański 
przyszedł mu ofiarować swój sukurs34 i wyćwiczonym żołnierzem swoim tak potężnie 
Rusinów gromił, że aż sobie szacunek, a potem i przyjaźń królewską pozyskał. Owoż, kiedy 
się Polacy z Rusinami spotkali nad Bugiem i wielką bitwę 
im dali, jakoś szczęście poszło na 
stronę nieprzyjacielską; Urbański jednak przytomności nie tracąc, a widząc, w którym miejscu najgroźniej nieprzyjaciel prze, kiedy tam wytnie ze swoimi, zaraz też i szala szczęścia 
przeważyła się na stronę naszą, a Bolesław król po staremu ze zwycięstwem odeszedł. 
Urbańskiemu jednak za owo męstwo dał taki przywilej, żeby szedł tutaj w te góry i ile sobie 
ziemi mieczem zdobędzie, tyle jej może posiąść dla siebie i potomków swoich. Otóż on, jak 
tu wpadł, to całą przestrzeń, co to dziś nazywają za Chwaniowem, od samego Przemyśla i 
Dobromila po prawym brzegu Sanu, aż po dzisiejsze Lesko i Ustrzyki, zabrał i opanował. 
Wielkie miał tedy państwo ten rycerz, a chociaż potem dużo ziemi od jego potomków 
poodpadało i snadź pomieniali za inne, to jednak tej familii fortuna tutaj przez długie czasy 
największą była, a za mojej pamięci jeszcze do Urbańskich w samym Sanockiem należało do 
kilkudziesiąt wsi; ale służbę około Rzeczypospolitej nigdy inaczej nie odbywali, jeno z 
żelazem w ręku, a do wysokich urzędów się nie pięli, bo już taki był 
obyczaj w ich rodzie. Co 
nawet bardzo pięknie za nimi świadczy, bo owe parcie się 
do zaszczytów i urzędów, to 
zawsze pokazywało się, że to jeno była żądza starostw, intrat lub władzy w celach jakich 
partykularnych35. Otóż 
to tak było, mospanie — kończył pan Błoński — i tak się ma rzecz z 
owym szlachectwem sanockim; gdzie zaczepisz, mospanie, to czy będzie fortuna, czy nie, ale 
krew pewnie jest. 
Z wielką uwagą słuchałem tych pana chorążego powieści, które jeszcze dalej ciągnął, bo 
jako tak stary człowiek, każdy prawie ród na palcach znał. I dawniej to jakoś u wszystkich 
pierwsza była rzecz, ażeby i swój ród, i sąsiadów dobrze znać i stąd zawsze wiedzieć, co się 
komu należy. Za moich czasów dopiero, kiedy ludzie poczęli się filozofią bawić, a rozum nad 
dawne zwyczaje wynosić, dopiero i tamto wszystko wzięło w łeb, a dziś niejeden już może 
nie wie, jaki był jego dziad. 
Otóż nasłuchawszy się wielu ciekawych rzeczy od pana chorążego i wszystko to sobie 
pięknie w głowie rozważywszy, wróciłem z postanowieniem puszczenia się trochę w świat, a 
kiedy by Bóg dał, to i poszukania sobie żony w jakim uczciwym domu szlacheckim. Dopieroż 
począłem sobie roić po głowie, jaki wóz wezmę w tę podróż? jakie konie? jak sobie ludzi 
ubiorę? w którą udam się stronę? ot! jak to u młodych bywa zwyczajnie. Ale to człowiek tak, 
a Pan Bóg inak. Jednego dnia, kiedym ani pomyślał o tej podróży i w mróz trzaskający, że aż 
gonty pękały na dachach, krzątam się koło spichrza, patrzę, sunie Mazur z kobiałką na 
plecach i z listem za wstążką od kapelusza, a zziąbł jak lód. 
— Pochwalony. 
— Na wieki. A skąd to? 
— Z Kosyc. 
— Od kogo? 
— Od Konopki. 
— Od Konopki! — zawołałem — a cóż to, Konopka twój brat? 
— A widzi, tak go wołają. 
— Co widzi? co wołają? przecie to twój pan. 
— A ino. 
— No to kiedy ino, to mówże „pan”. 
— Jj! to ta wszyćko jedno, jegumość, bom straśnie zziąb. 
— A żebyś i zamarzł, to jeszcze oddaj, co się komu należy. 
— Jj! on ta na to nie dba, będzie on i tak panem. 
— No to pewna, że będzie! — i wziąłem list od Mazura; a kazałem go dobrze paść i poić, 
żeby tam między Mazurami nie nagadał, że tu nie dosyć, że zimno, ale jeszcze głód. Otóż 
Konopka pisał mi tak: 
„Kochany bracie! Żenię się, przyjeżdżaj, bo zaraz ślub. Twój sługa i brat. Konopka ręką 
swą”. 
No! — pomyślałem — jeno by im nagrobki dać pisać tym Mazurom! jak pałką uciął, taki 
list. Nie darmo to mi o nich mówił pan Urbański, że leniwi. Żeby choć był napisał, kiedy ten 
ślub? w jakiej wsi? z kim siężeni? Ale to już trudno, musi i tak być. 
Rozporządziłem więc zaraz cztery dobre podjezdki, skarbniczek36 przystojny jeszcze po 
moim ojcu, ale prawie jak nowy. Węgrzynka mego w nowy mundur ubrałem, wierzchowego 
konia osiodławszy, kazałem przypiąć 
do dyszlowych, aby to mieć zaraz szkapę od jakiego 
przypadku — i na drugi dzieńświtem ruszyłem w Mazury. Kto mnie zdybał jadącego tak 
buczno, chociaż to nie powinno było nikogo zadziwiać, bo to rzecz kawalerska, każdy pytał: 
— A dokąd to waszmość tak strojnie? 
— Na Mazury — odpowiadam. 
— Oho! to już pewnie gdzieś w konkur; dajże Boże szczęście! Nic nie odpowiadałem już 
na to, bo gdzieżby to się każdemu tłumaczyć? zresztą myślcie wy sobie, co chcecie, a ja wiem 
swoje. 
Otóż dnia drugiego wieczorem, przyjechawszy do Tarnowa, prosto walę w gospodę — a 
stała ta gospoda na tym miejscu, gdzie się przedmieście Strusina zaczyna, na samym rogu po 
prawej ręce, i był to dom lichy, drewniany, przygarbiony i stary. Dach na nim mchem 
obrośnięty i miejscami pozapadany, brama krzywa z ogromnym drewnianym progiem; jednak 
wszyscy tam zajeżdżali, więc i ja, zajechawszy i ze skarbniczka wylazłszy, pytam zaraz na 
wstępie: 
— Nie masz tu pana Konopki? 
— Nie ma — odpowiada gospodarz, człek mały, rudowłosy i w szarą jakąś opończę 
zagarnięty. 
— A kiedyż jego ślub? — Nie wiemy, panie. 
— Z kimże siężeni? 
— Hanuś 
— zawołał tedy gospodarz na swojążonę — z kim to siężeni pan Konopka? 
Wyszła z drugiej izby młoda a figlarnych oczu gosposia i pokłoniwszy się mnie: 
— Pan Konopka? — odpowiedziała — pan Konopka się cale nie żeni; on się 
dopiero stara o 
pannę ze Źwiernika, ale to jeszcze daleko. 
— Nie może być — rzekłem na to — lada dzieńślub. 
— Już to nie, panie-– odpowiedziała karczmareczka — przecieżbym ci o tym wiedziała. 
— Nie wiem, dlaczego byś koniecznie miała to wiedzieć — mruknąłem to sobie pod nosem i 
spytałem znowu: — A nie masz tu kogo z okolicznej szlachty? 
— Są, panie, w izbie na drugiej stronie. 
Szedłem więc tam, ale ponieważ karczmareczka z swoim filuternym wzroczkiem wyszta 
jeszcze za mną do. sieni, aby mi drzwi do tamtej izby pokazać, więc rzeknę do niej: 
— Aspani znasz pana Konopkę? 
— Czemuż bym nie miała znać, panie? — odpowiedziała mi na to z uśmiechem. 
— To mnie bardzo kontentuje — odpowiedziałem również z uśmiechem i wszedłem do owej 
izby. Przy stole, pod samym oknem, siedziało tam trzech szlachty. Mazurów — ale jakiejś 
pospolitej szlachty, bo mieli na sobie wytarte delie albo raczej opończe baranami podbite, 
spod których niemniej wytarte wyglądały żupany — i śród chmur dymu tytuniowego, którego 
używanie jakoś z wejściem wojsk cesarsko-niemieckich bardzo poczęło było wchodzić w 
modę, pociągali sobie z blaszanych półgarcówek piwo tarnowskie. Koło nich stałżołnierz 
cesarski, którego rangi jednak nie mogłem rozeznać z munduru, i kurząc ogromną lulkę, coś 
im tam rozpowiadał. Kiedym wszedł, rozmowa ich nie przycichła, aż kiedym rzekł: — 
Pochwalony! — dopiero odezwali się: — Na wieki! — i dyskurs przerwali. 
— Przepraszam waszmościów — rzekłem — że im zabawę przerywam, ale jestem obcy, a 
chciałbym się tu dopytać o pana Konopkę. 
— Aż daleka waszmość? — odezwie się jeden, poprawiając czapki zabrukanej na bakier. 
— O, z daleka, mospanie. 
— O pana Konopkę waszmość pytasz? — odezwie się drugi, który był 
siwy jak gołąb, 
wysoki, szaraczkowy żupan baranami podbity na sobie miał, a pasem litym bogatym, ale 
wyszarzanym po wierzchu był 
opasany; patron jakiś trybunalski czy foralny37, jak mi to 
potem powiadano: — Był on tu wczoraj z rana, ale z panami Lubienieckimi pojechał do siebie. 
— Kiedyżślub? — zapytam. 
— Ślub? — rzeknie stary — pono jeszcze daleko. 
— Co u diabła! — mruknąłem sobie pod nosem — przecie pisze wyraźnie, że zaraz. 
Tymczasem druga szlachta znów do mnie: 
— Kogóż mamy honor poznać w waszmości? 
— Obcy, mospanie; przepraszam, że przerwałem zabawę — odpowiedziałem i wyszedłem 
widząc, że to nie dla mnie kompania, ale wychodząc, słyszałem wyraźnie głosy: — Paniątko 
jakieś! — a drugi: — Może konfederacik, któremu się nie podoba kompania z cesarskim. 
Tymczasem już i noc nadchodziła, więc rzekłem do gospodyni: 
— Ja bym tu i przenocował, gdyby była izba jaka po temu. 
— Nie masz, wielmożny panie, innej jak tamta — odpowiedziała gospodyni — a to pijacy, to 
posiedzą do późna w noc, zwłaszcza że ta szlachta to dzierżawcy książęcy i mają jakiś 
proceder z księciem, w czym zasięgają 
rady owego patrona, a ten patron lubi piwo, to pewnie 
radę swoją będzie przedłużał choćby i do północy. 
— Jaki zaś jest ten żołnierz? — spytałem. 
— To jest syn owego patrona, który już lat parę służy u cesarskich, a którego wszędy ojciec 
bierze ze sobą, gdzie darmo pić dają. 
— Bardzo pięknie mówisz, moja mościa pani, musiałaś się gdzieś chować w przystojnym 
domu. 
— Ja jestem rodem z Radomyśla, mieszczańskie dziecko, ale służyłam kilka lat w domu 
pani Strzegockiej w Źwierniku, a to dom wielki i pański... 
— Tamże to, gdzie konkuruje pan Konopka? 
— Tam, panie; ho ho! wiem ci ja o wszystkim, wiem. 
— No, to bardzo ładnie, ale przecie ja bym chciał gdzieś kąta jakiego do spania... ot! wiesz 
asani co, kiedyś taka sprytna, szepnij, no temu patronowi do ucha, że ja bym mu zapłacił 
garniec dobrego miodu, jeżeliby się ze swymi klientami przeniósł do Waszej izby. 
— Przecie jegomość mógłby i w naszym alkierzu nocować. 
— Zapewnię, że mógłbym, ale ja wolę już tam. 
— Jak wielmożny pan rozkaże. 
I poszła sprytna karczmareczka, a niegdy służąca pani stolnikowej Strzegockiej, do swoich 
gości i wnet ich przeniosła do siebie. Tym sposobem dostałem kwaterę, w której też zaraz 
rozgościłem się jak u siebie. Ale ledwie co pacierze odmówiwszy, począłem trochę usypiać, 
słyszę jakiś hałas na drugiej stronie. Pomacałem koło siebie, azali szabla stoi przy łóżku i czy 
ręką pistoletów dosięgnę leżących na stole, i znowu się położyłem. Aliści hałas znowu się 
odzywa, ba! słychać nawet turkot i trzask jakiś wyraźny. Zerwałem się z łóżka i wciągam 
prędko buty na siebie, kiedy w tym momencie słyszę szturm do drzwi moich. Biegnę z 
pałaszem dobytym w lewej, a z pistoletem w prawej ku drzwiom, aż tu i głos pode drzwiami 
kobiecy:– Na miłość Boga żywego, puść mnie pan! — Otwieram: zaraz tedy wpadła 
karczmarka do mojej izby, zadyszana i drżąca ze strachu. Już więc nie pytam, co to jest, bo 
sam widzę wyraźnie, jak w owej izbie naprzeciwko jacyś ludzie tłumią się między sobą, a to 
tak, że się aż po podłodze walają, a mój Węgrzynek wali to wszystko z góry stołkiem, a lub na innym forum. 
patron leje wodę na nich, właśnie jakby na psy, kiedy się pożrą pomiędzy sobą. Przybiegłem 
więc aż do tamtych drzwi, aby się przypatrzyć, ale trudno było dobrze rozróżnić, bo pełno 
było dymu w izbie, a łojówka się słabo paliła; poznałem tylko zaraz owych dwóch szlachty i 
owego żołnierza w mundurze, jakoż jeszcze kilku, to w ciemnych kapotach, to w białych 
mundurach, przy których się guziki świeciły. Więc aby także coś zrobić ze swojej strony, 
wymierzyłem z pistoletu w jakiś guzik świecący i wypaliłem, a potem Węgrzynkowi 
przyszedłszy na sukurs, poczęliśmy prędko i jednych, i drugich na dwór wyrzucać, to oknem, 
to drzwiami, jak się zdarzyło; wszędzie zaś, gdzie się guzik zaświecił, jeszcze pięścią po łbie 
albo w kark doprawiając. Przymieszał się do nas niebawem i sam gospodarz, który z szczerej 
niechęci ku wszelkiej bitwie już był gdzieś leżał pod żłobem, i takeśmy prędko plac oczyścili, 
że mój Węgrzynek, rozmachawszy się, kiedy już nieprzyjaciół zabrakło, nawet i samego 
gospodarza oknem na dwór wyrzucił. Po czym chciał bramę zamykać i spokojnie się do snu 
układać, ale ja rzekłem:– Nie ma tu podobno co długo popasać — i rozkazałem w ten moment 
zaprzęgać, a jako tako rzeczy spakowawszy i do skarbniczka wrzuciwszy, zaraz drugą bramą 
wyjechałem z gospody. Dopiero objechawszy miasto na drugi koniec i wynalazłszy gdzieś 
przy lwowskim trakcie jakąś karczminę, tam się w chudobnej izdebce rozlokowałem. Jednak 
długo usnąć nie mogłem. 
Na drugi dzień rano, tylko trochę szarzeć poczęło, budzi mnie zaraz Węgrzynek i mówi: 
— Niech pan wstaje, konie już napasione i wszystko do drogi gotowe; tylko tłumok 
wypakować i jedźmy, bo tu lud jakoś bitny; nieciężko znowu przyjść 
gdzie do jakiej bitwy, a 
w dwóch to niekoniecznieśmy mocni. 
— Prawda, że tu lud bitny — odpowiedziałem — ale trudnoż tak jechać, nie oddawszy Panu 
Bogu należnej czci, kiedy się jest przy kościele. 
— Ba! ale bo nas poznają. 
— Wielka rzecz! to się przecie tak brać nie damy, jak owce. 
— Dobrze, panie. 
Więc zebrawszy się i kazawszy mu tymczasem rzeczy popakować, sam poszedłem na 
mszęśw. do Franciszkańskiego kościoła. 
Dopiero po wysłuchaniu mszy św., powróciwszy do mojej gospody i zastawszy już 
wszystko gotowe, ruszyłem do Koszyc. 
Niedaleka to droga, więc też niebawem na boku od gościńca pokazał mi się dwór 
koszycki. Około stajen i wozowni stało mnóstwo wozików, karabonów38 i kałamaszek, bo 
chociaż to było w samym środku zimy, jednak sannej drogi jeszcze nie było — jakoż i wielu 
ludzi stało przed oficyną. Na turkot mego skarbniczka wybiegło wiele szlachty przed ganek, a 
na ich czele Konopka. 
— Witaj, bracie! — rzekłem wyskakując ze skarbniczka. — A co, czy w czas przyjechałem? 
Głośny śmiech rozległ się między gośćmi, a Konopka do mnie: 
— Aj! niech ci Bóg sekunduje, jakiś słowny! 
Już mnie to trochę ubodło i ów śmiech, i to przywitanie, a że mi mój ojciec nieboszczyk 
jeszcze na godzinę przed śmiercią powtarzał: — Nie dawaj zadrwić ze siebie nikomu, bo jak 
raz zadrwią, to już drwić będą przez całe życie; — więc ja zaraz na progu: 
— Co ten śmiech znaczy? — a oni znów w śmiech. Skonfundowało mnie to trochę, alem się 
zaraz połapał i zawołałem: 
— Mości Konopka! opatrz no mnie, jakeś jest mój przyjaciel, czy ja nie mam na sobie 
czego śmiesznego. 
Oni jeszcze raz w śmiech — a Konopka na półśmiejąc się, a na pól smutno znów do mnie: 
— Aj! niech go diabli!... jaki słowny. A działo się to na pół w sieni, a na pół na dziedzińcu; 
więc kiedy mnie już złość na to porwała, sięgnę ręką do szabli i krzyknę: 
— Co to jest! jakem Nieczuja, ja ze siebie drwić nie dam! A tu jeszcze większy śmiech, że 
aż się zachodzą; a pod ścianą po prawej stronie najwyraźniej widziałem, jak jeden młody 
pucułowaty blondynek, jakem się później dowiedział, nazwiskiem Lgocki, skacze jak opętany 
i ciągle woła: 
— Niecuja, Niecuja! cha, cha, cha, Niecuja! 
— Co to jest! — krzyknę i znów się porwę do szabli, kiedy oni wraz podniosą ręce i 
krzykną:– No, no! powoli! — Dopiero mi się przypomniały owe kitajki i suche razy, o których 
mi w lecie powiadał był pan Urbański i trochę dreszcz mnie przeszła po skórze: ale kiedy się 
oglądnę i ujrzę, że za mną mój Węgrzynek stoi już z gołą szablą, więc ja znowu do mojej i 
pomyślawszy sobie: dziej się wola Boża! — chciałem uderzyć i siekać. Ale w tymże 
okamgnieniu wysunął się Stojowski ze sieni (jeden z dwóch braci starościców, którzy na 
Grudnej siedzieli, a potem się na Dąbrowę, od książąt Lubomirskich nabytą, przenieśli) chłop 
duży, o wielkich sumiastych wąsach i minę pana mający — bo już to i mina, i wąsy to rodowe 
Stojowskich — i wziąwszy mnie z krwią zimną pod ramię, rzecze na strome: 
— Panie Nieczujo! Na bezbronnych nikt zbrojnie nie bije. Nie z waszmości sięśmiano, aleś 
swoim niewczesnym junactwem śmiech ściągnął na siebie. Uspokój się, to ustanie. 
— Ba! dobrze! ustanie; ale co się naśmiano, to ja tego darować nie mogę. 
— Jak sobie zechcesz; tutaj też nikt o darowiznę nie prosi, bo to nie od łokcia ani od miarki 
kompania, tylko szlachta karmazynowa. Uspokój się, a z szablą się nie sroż, boby tu ani 
kawałka z ciebie nie pozostało. 
— To niechaj nie zostanie! — krzyknąłem, bom już był w złości — kiedy honor zostanie, to 
wszystko zostanie. U mnie ręka ani noga nie znaczy nic, tam gdzie idzie o duszę. 
— No, to bardzo pięknie — znowu zimno odpowiedział 
Stojowski — tylko uspokój się. 
— Konopce pierwszemu nie podaruję, bo jako gospodarz powinien był bronić swojego 
gościa. 
— Daj mu pokój; to jest jovialis39 . 
— A żeby on był i diabeł sam, kiedy uczciwe imię ma, to niechaj o honor dba, a kiedy nie 
dba, to ja mu go tak naznaczę, że go już nigdy nie zapomni. 
— Daj no pokój, u każdego kija dwa końce, kto wie, kto kogo naznaczy? A potem, na co 
tego, on się teraz kocha, jakżeż pójdzie z kresą do panny? 
— Jak to kocha? przecie jużślub. 
— Oj, nie jeszcze. 
— Nie? a po cóż ja przyjechał? 
— Bo się Konopka z panem Lubienieckim założył, że waszmość nie przyjedziesz na drużbę 
i że Sanoczanie słowa nie dotrzymują. 
— Konopka to powiedział! gdzie on jest, ten jovialis, ja go zaraz nauczę! 
I wyrwawszy się z rąk Stojowskiemu, pobiegłem zaraz szukać tego jovialisa. Goście już 
byli poszli do izb, bo mróz był trzaskący, i tam się jeszcze zachodzili od śmiechu. 
Wyszukałem go zaraz i mówię tuż: 
— Mospanie Konopka! sprowadziłeś mnie tutaj na zakłady jakieś, jakby jaką rzecz, a nie 
szlachcica i brata; wystawiłeś mnie na wstyd i śmiech; wiedzże tedy, że ja takich żartów 
płazem nie puszczam. — Na to on łagodnie: 
— Ale bo widzisz... to była niewinna rzecz... ja stawałem w twojej obronie... to jakoś nie 
wypada... 
— Aha! — rzeknę — małyś teraz? a jakiś wielki był, kiedy sięśmiano ze mnie. Stawaj zaraz 
do sprawy, to już daremna rzecz. 
— No, no! — odpowie on — nie taki ja bardzo mały, jak ci się zdaje — i zaraz szablę wziął z 
kąta i szliśmy. A że u niego izby małe, więceśmy poszli przed ganek, a mróz był, że aż gonty trzeszczały na dachu. Idąc, Konopka zaraz sobie Stojowskiego wziął na sekundanta; ja 
przechodząc, rzuciłem okiem w kupę Mazurów, ale że żaden z nich sam mi się nie ofiarował, 
co się przecie należało, kiedy wiedzieli, że ja nie mam nikogo znajomego, więc ja sam 
stanąłem po prawej stronie przed gankiem, oni po lewej. Więc oni: 
— A gdzież sekundant? — Ja też na to do mojego Węgrzynka: 
— Janczi! weź pałasz i stawaj za mną. — A oni znowu: 
— Pfe, sługa! — Więc ja głośno: 
— Mości Janczi Mighaza de Isztvanferet, proszę waszmości na sekundanta! 
Węgrzynek zaraz stanął, a oni się wypatrzyli rozumiejąc, że ja jakiego ukrytego magnata 
węgierskiego ze sobą wożę, co się tak długo nazywa. Tymczasem on w rzeczy szlachcic był, 
węgierski boczkorosz, niby nasz chodaczkowy, zwał się Mighaza, a był rodem z Isztvanferet, 
wsi, która leży gdzieś w pustkach debreczyńskich, a dostałem gobył od grata Syrmaja, 
kiedym tam konie woził na przedaż. Ale źle się spisał Mighaza, bo tylko cośmy stanęli, on 
widząc, że kamerdyner Konopki, zapatrzywszy się na niego, także z gołą szablą stanął za 
swoim panem, wraz przyskoczył do niego i tegoż kamerdynera tak pięścią w gębę zajechał, że 
aż nieborak w śnieg się wywrócił. Dopieroż taki śmiech opanował wszystkich, żeśmy się aż 
brali za boki. Konopka jeszcze zaczął dogadywać do tego, tak że ja, trzymając goły pałasz w 
ręku, co chcę minę wroga zrobić, to ani rusz; zawsze mnie śmiech bierze: to z Konopki, który 
niestworzone rzeczy do tego plecie, to z kamerdynera, który się 
przy studni otrzepuje ze 
śniegu, a gębę już ma jak pudło, to na koniec z Węgrzynka, który, uczyniwszy swoją 
heroiczność, stał jak słup przy ostrogach i ani się ruszył. Co widząc, Stojowski (pięknym 
głosem rzecze do mnie: 
— Ot! dajcie pokój tej bitwie, już jakoś sam Pan Bóg jej ni& chce. Daję słowo honoru, że 
ci tu nikt nie krzyw, panie Nieczujo! 
A w ganku ów blondynek, znów uderzywszy się dłoniami w kolana: 
— Cha, cha, cha! Niecuja! 
Alem już miał zastanowienie... Więc podałem rękę Konopce i kilku co przedniejszym z 
kolei — i nie mogę powiedzieć, jak tylko to, że dobrzy są ludzie i polubili mnie zaraz. Jeno mi 
ten blondynek ze swoim „Niecuja” nie mógł wyjść z głowy, bo mi się wyraźnie wydawał jak 
jaki szatan, który wlazł w kadłub Mazura, aby mnie swoim piekielnym śmiechem 
prześladował. Konopka zaś, rozgadawszy się ze mną na stronie, tak mnie mówił: 
— Ot! co ci tam na tym zależy, że ślubu jeszcze nie ma? Ja, tak mi Boże dopomóż, 
myślałem, że to żart był, kiedyśmy sobie wzajemnie słowo dawali i drużbowanie przyrzekali. 
Pan Lubieniecki zaś utrzymywał, że zna sanocką szlachtę i chybaby nie Sanoczanin to był, 
który by choćżartem danego parolu nie dotrzymał. Więc założyliśmy się; że inaczej nie 
można było zakładu rozstrzygnąć, więc aż musiałem pisać. Pisałem zaś umyślnie tak krótko, 
ażeby, kiedy Bóg da, ciebie w wątpliwość wprowadzić. Owoż rzecz. Zaś z ożenieniem jest 
tak: jestem po słowie z panną Strzegocką, stolnikówną rzeczycką ze Źwiernika, ale ze ślubem 
jeszcze zwlekają. 
— Czemuż 
to, panie bracie? 
— Właściwie ważnej przyczyny temu nie masz żadnej, ale radzi Murdelio, więc go tam 
słuchają. 
— Jaki Murdelio? — zawołałem. — Cóż ci powiem, Murdelio, mnich, kwestarz. 
— Franciszkan z Krosna? 
— Tak. 
— Cóż on tam ma do dysponowania? krewny to jaki tego domu? 
— Nie, krewny nie jest — odpowiedział Konopka — ale jakiś mąż 
świątobliwy czy tak 
bardzo rozumny, że jego rady tam słuchają bez kwestii. Albo cóż ciebie to tak zadziwia? 
— Nic — rzekłem — poznałem go niedawno i dlatego się pytam. 
— Gdzie go poznałeś? 
— W Krośnie. 
— Tak, bo on tam siedzi. Więc owo — prowadził 
dalej Konopka — choćbyś tu trochę na 
Mazurach pobawił, cóż by ci to wadziło? Luty jest, zapust jeszcze kilka tygodni, zabawisz 
się; w post pojedziemy sobie do Krakowa, a kiedy zechcesz, to i tamtędy pomiędzy szlachtę — 
a już koniom twoim owsa sypać będę, co zjedzą, i Mighazę winem spoję co dwa dni, kiedy 
taki zuch. I tak zbiegnie, do wiosny. 
— Hm! — rzeknę — nieźle by to było być w Krakowie przy tej okazji, nieźle by i zabawić się 
tutaj. Może tedy tak będzie. Ale powiedz no mi, panie bracie, jaki to jest ten szlachcic, który 
się tak wciąż 
śmieje i woła „Niecuja”? 
— Cha, cha, cha! — zawołał Konopka — to Jędruś staroście. Otóż ci powiem, że ten Jędruś 
stara się o drugą córkę pani stolnikowej; panna piękna i młoda, ale nadto delikatna i szczupła. 
— Przecie mu jej nie dadzą? 
— Otóż widzisz, że mają dać, bo ten Jędruś bogaty, rachują 
go do miliona, familia jego 
piękna i zresztą bardzo poczciwe z niego chłopczysko. 
— Ba, ależ setnie głupi mi się wydaje. 
— Ach! jaki głupi! –- odpowiedział Konopka i roześmiał się. 
— Czegóż sięśmiejesz? — zapytałem. 
— Bom sobie przypomniał to, co mi właśnie o dowcipie Lgockiego opowiadano. Trzeba ci 
wiedzieć, że on już majątek rodzicielski odebrał i sam go administruje, a lubo i ten już jest 
bardzo wielki, toż jeszcze po panu Kąkolnickim prawie drugie tyle dostanie. Otóż, jak on 
gospodaruje. W jednej jego wsi, która leży nad Wisłą i w której on sam mieszka, łąka jednego 
kmiecia wyzwolonego tak przypierała do jego sadu z tyłu, że mu się ją kupić zachciało. Posłał 
tedy tam podstarościego, ale gdy ten mu przyniósł odpowiedź, że właśnie przed kilkoma 
dniami sprzedana: — Dobrze — rzecze — byle nie była pod moim sadem. — W parę tygodni 
jednak, gdy wyszedłszy za sad obaczył tę 
łąkę na tymże samym miejscu: — Tak! — zawoła — to 
powiedzieli, że łąka sprzedana, a łąka tu? — i posławszy po tego kmiecia, sypnął mu 
pięćdziesiąt bizunów za kłamstwo. 
— O! głupi! — odpowiedziałem. 
— Ale mu przez to pannę dają. 
— O, nie będzie jej miał! — zawołałem. 
— Dlaczegóż? ty mu jej przecie me zabierzesz. 
— Kto wie — odpowiedziałem i jakaś myśl mi zaświtała w głowie, która mi nasuwała 
sposobność upieczenia dwóch pieczeni przy jednym rożnie; ale tymczasem przeszliśmy do 
izb tamtych, kędy drudzy zabawiali się goście. Więc poznałem się bliżej z piękną szlachtą 
tamtych okolic: jako z panem Rogalińskim, który, chociaż młody, niemałe już miał znaczenie 
u szlachty; z panami Stojowskimi, z których jeden nieodstępnym był towarzyszem księcia 
Marcina Lubomirskiego, marszałka konfederacji krakowskiej, mąż rycerski i prawy; z panem 
Jordanem, który potem służył ze mną w wojsku regularnym, z p. Krasuckim, który był tak 
gruby, że za dobrego wołu ważył, a zjadałćwierć pirogów o zakład, i z wielu innymi jeszcze 
— tylko owego Jędrusia starościca omijałem z umysłu, bom go był znienawidził. Niebawem 
też dano obiad, przy którym pociągaliśmy po kropelce, fetując się 
nawzajem przy każdym 
kielichu przemowami i życzeniami. Jednak rozpusty nie było, a pod wieczór wszystko się 
rozjechało, bo każdemu niedaleko było do domu, my zaś z panem Konopką rozeszliśmy się 
wcześnie spać, każdy do izby osobnej. 
Owóż znalazłszy się sam, dopiero począłem się pomału spowiadać z tego wszystkiego, co 
mi się od czasu mego wyjazdu z domu zdarzyło, jakoż i po trochę namyślać się nad tym, co 
mi dalej czynić 
wypada. I ze wszystkiego tego, co mi się przez myśl przesunęło, najbardziej 
mi głowę zagwoździł ów Jędruś staroście, który mnie tak głęboko dojął swym śmiechem, 
jakoż i owa panna piękna i delikatna, która już to niby miała popaść w ręce tego 
pucułowatego Mazura. Już przy pierwszym wspomnieniu Konopki o pani stolnikowej 
Strzegockiej, gdzieś mnie to nazwisko wydało się być znajomym, nad czym pomyślawszy 
cokolwiek, doszedłem wkrótce, że siostra mego dziada, a rodzona ciotka mojego ojca była za 
jakimś Strzegockim; przy dokładniejszym atoli namyśleniu się przypomniałem sobie na 
pewno, że ów Strzegocki nazywał się Jakub i był wojskim sieradzkim, ale musiało to być 
jeszcze gdzieś za czasu najazdu Szwedów na Polskę, bo i to pamiętałem, że gdzieś zginął na 
wojnie. Ale czy tenże pan wojski był 
w rzeczy albo mógł być 
przynajmniej jakim krewnym 
męża pani stolnikowej, o którym nic nie wiedziałem, tego już zgadnąć nie mogłem. 
Jednak, bądź co bądź — pomyślałem — za grzeczność nikogo nie biją: uda się? to dobrze, a 
nie uda się, to mogę sobie prosto ze Źwiernika pojechać do Bóbrki i wcale już nie drużbować 
temu, który moje najlepsze chęci swymi żartami i zakładami znieważył. — Po czym 
zwyczajnie odmówiwszy pacierze, smaczne usnąłem. 
II 
Dnia następnego rano, powiedziawszy Konopce, że kiedy już tu na Mazurach mam się 
zabawić 
przez kilka tygodni, to wypada mi najprzód ze sprawami moimi obłatwić się w 
forum tarnowskim, gdzie mi jeszcze mój podpis położyć należy względem owej odsprzedaży 
Rab panu Urbańskiemu, i zostawiwszy u niego mojego podjezdka, sam wyruszyłem do 
Tamowa. Przez drogę namyślałem się jeszcze, gdzie stanąć w mieście, jednak nie 
suponując40, aby z burdy przedwczorajszej mogły być jakie bardzo złe skutki, zajechałem 
wprost do tejże samej gospody. Aliści ledwie co w bramę zajechałem, wybiegła do mnie owa 
karczmareczka i ze łzami w oczach zakomunikowała mi tę fatalną nowinę: że mąż jej już całą 
dobę siedzi w kałauzie41 
, że go biorą na śledztwo i że go zapewne niebawem wezmą i na 
tortury, bo jeden z żołnierzy, którzy partycypowali42 w owej bitwie, ranny jest śmiertelnie i 
byłby pewnie zabity, gdyby nie to, że kula trafiła w guzik metalowy i straciwszy pęd, tylko 
głęboko wryła się za skórę. Opowiadała dalej, że jest najnieszczęśliwszą kobietą pod 
słońcem, bo chociaż pewną jest tego, że jej mąż nie strzelał naówczas, czego dowód w tym, 
że żadnej broni palnej nie posiadał w swym domu, jednak ona, nie mogąc się wcale domyśleć, 
kto ten niefortunny strzał puścił, nie może z niego przed sądem usunąć suspicji43. Przychodził 
wprawdzie do niej ów stary patron, który byłświadkiem owej bitwy, i powiadał jej, że 
namyśliwszy się dobrze, może by sobie mógł wcale przypomnieć, kto był fen, który strzelił, 
jednak to by wiele kosztowało pieniędzy. 
— Poiłam go — rzecze na koniec karczmareczka — częstowałam miodkiem wybornym, 
którego garniec przedajemy po ośm złotych, postawiłam mu nawet flaszeczkę wina białego, 
aby sobie pamięć orzeźwił, ale jakoś nic nie pomogło. — Więc ja na to: 
— Hm! ciekawa by to rzecz była — rzekę — dowiedzieć się, kto to strzelał do żywego 
żołnierza, ale to zapewne dzisiaj już trudno. Słyszałem ci ja wprawdzie strzał ten, ale mi się 
widzi, że wypadł zza okna, bo coś właśnie wtedy szyby zabrzęczały... Tymczasem niech was 
tu Pan Bóg ma w swojej opiece; ja, nawiedziwszy pana Dąbskiego w Wojniczu, wracam już 
do siebie w Bełskie i śpieszę się, bo mnie listy doszły, że mi żona zasłabła. Bądź aspani 
zdrowa. 
I zaraz wskoczyłem na powrót do skarbniczka; szynkareczka jeszcze mnie zapytała: 
— Wielmożny pan z Bełskiego? 
— Z Bełskiego, duszeczko, i nazywam się 
Niewiadomski — i zawinąwszy się z głową w 
delię, kazałem ruszać z kopyta. Objechawszy miasto zaułkami i przedmieściami, dopiero na 
lwowskim trakcie odetchnąłem troszeczkę 
i tam przepytawszy się, kędy jest droga do 
Źwiernika, ruszyłem koło Gumnisk ku Górze Świętego Marcina. 
WieśŹwiernik leży o dwie mile od miasta Tarnowa, jednak wypadało mi popaść 
koniecznie; raz, że droga była haniebna i jechało się noga z nogi; po wtóre, że mi się trzeba 
było przebrać trochę, aby się godnie zaprezentować; a na koniec, że należało mi tak celować, 
abym nie trafił na obiad, co byłoby dowodem lichego wychowania i uchybienia przeciwko 
etykiecie, już naówczas obserwowanej i po domach szlacheckich. Więc obaczywszy jakąś 
porządniejszą karczemkę 
przy drodze, kazałem do niej zajechać, a podczas kiedy woźnica 
mój bawił się z końmi, ja zaś wypiwszy kieliszek gorzałki z własnego puzderka, posilałem się 
jajami przez Żydówkę 
dla mnie ugotowanymi naprędce — Węgrzynek mój, rozpakowawszy 
tłumok, wybierał suknie i rozkładał na ławie, iżbym sobie wybrać mógł, które by mi się na 
dzisiaj odpowiednie zdawały. 
Były to czasy, w których próżność ludzka objawiała się 
w ubiorze, a po prostu elegancja 
owładnęła już całą młodzieżą polską, a z rzadka trafiało się już zdybać choćby i pomiędzy 
chudobniejszą szlachtą młodzieńca, który by większą połowę swojego mieszka nie 
wypróżniał 
na jedwab i złoto ciągnione44. Dwojaki jednak byt wtedy sposób pojmowania tej 
niby-wykwintności w stroju i dwojaka maniera zadawalniania tej chuci. 
Więc jedni, pozostawszy przy staroświeckim swoich ojców sarmackich zwyczaju, 
najwyższą piękność w tym względzie upatrywali w zgrabnie przykrej onym kontuszu, w 
ozdobnym i gładko leżącym żupanie, w bogatym perskim lub drogo cenionym chińskim 
pasie, który to ostatni nazywano bawolim, a który, nie mając żadnej kruszcowej nitki w sobie, 
z wełny lub jedwabiu był tak misternie tkanym, że pomimo trzech- i czterołokciowej swej 
szerokości, dawał się przez pierścień przeciągać, a często osobliwie, kiedy dno miał białe, 
kosztował sto i dwieście dukatów — strojność widzieli oni w czapce pięknej i zgrabnym 
buciku, w szabli bogato oprawnej i wąsiku przystrzyżonym misternie, a na koniec w 
klejnotach, którymi mogły być ozdobione piórka u czapek, spinki u żupanów, rękojeście i 
pochwy u szabel, i ręce w pierścieniach. 
Inni atoli, uroiwszy sobie jakąś niechęć do staroświecczyzny i wypatrzywszy grubość i 
niezgrabność w sukni swych ojców, całą piękność założyli sobie w sukniach zagranicznych, 
kusych a ogoniastych, w pluderkach wąziutkich, w pończoszkach i trzewikach z bogatymi 
klamrami, w kamizelkach bramowanych galonami i kolbertynami45, w perukach fryzowanych 
i pudrowanych, a na koniec w koszulach i mankietach, których jedna para, kiedy była z 
cienkiego batystu i przednimi koronkami obszyta, wyprowadzała za siebie z Polski cenę 
kilkuset korcy pszenicy. Gust ten, nazwany francuskim, albo inny jemu podobny, nazwany 
włoskim, a obadwa koniecznie perfum wymagające dla siebie, kilka razy się już zapędzali na 
tę ziemię kontuszów. Suknia kusa jedwabna i trzewik pokazały się niegdy nad Wisłą z 
królową Boną, snuły się po Krakowie za Zygmunta Augusta, wjechały nowym transportem z 
Henrykiem Walezym, atoli niebawem szwedzkiej ustępując się kryzie, nie pojawiły się 
znowu, aż na dworze Marii Ludwiki, Jana Kazimierza małżonki. Nigdy jeszcze wszakże do 
tego czasu nie zaraziła się nią prowincja, a lubo w senacie znachodziła niemało miłośników 
dla siebie, jednak zawsze pozostawała w nader szczupłej mniejszości — a kiedy za tegoż króla 
kontuszowi Polacy na otwartym teatrze z łuków wystrzelali francuskich aktorów, najbardziej 
tę cudzoziemszczyznę propagujących, to i znikła z kretesem, a za króla Jana i za cenę 
drugiego zwycięstwa pod Wiedniem nie znalazłby był nikt w Polsce męskiej nogi w trzewiku. 
Jednak za Sasa pierwszego znowu pomału poczęły się jawić peruki, za drugiego Warszawa 
więcej miała peruk niż czupryn naturalnych, a z początkiem panowania Stanisława Augusta 
już i na prowincji zagęściły się tak te dziwadła, że stary żupan nieraz musiał ustępować z 
placu przed przycinkami harbejtla46. I tak, czego żaden cudzoziemiec król ani królowa nie 
zdołali uczynić, tego Piast rodowity dokazał z łatwością. Owóż w tych czasach, które 
opowiadam w tej chwili, na Mazurach już i głównie w okolicach bliskich bitego gościńca i 
częstszej z zagranicą komunikacji, trudno już było znaleźć gdzie liczniejszą kompanię, w 
której by się przynajmniej kilku tych perukarzów nie spotkało, a nawet i w ziemiach 
oddalonych, jakimi są: sandecka, sanocka i Ruś Czerwona, nierzadko pomiędzy wylotami 
wykręcał się i woń swego pudru roznosił jaki panicz kolbertynowy; i lubo nas, 
staroświeckich, jeszcze wtedy było daleko więcej i pomimo to nawet, że szczególna pasja 
była pomiędzy nami podkówkami deptać po safianowych trzewikach i dmuchać w perukę, a 
niejakim heroizmem pomiędzy młodzieżą brać 
na szable tych konduktorów perfum i pudru, 
niceśmy przecie nie dokazali, a wola Boża została na nas spełnioną, jako stało już od wieka 
zapisano w księdze przeznaczeń. Jednakże lubo się tak stało, żeśmy od owych miłośników 
peruk i perfum a adwersarzy47 naszych pobici zostali, jeszcze zawsze przyznać im nie mogę 
prawdy w tym, jakoby strój ów dawny był 
gruby i brzydki. Rzecz, którą jeden z niepoślednich 
narodów z prawdziwym zamiłowaniem pielęgnował i pieścił przez tyle wieków, nie była 
nigdy za życia, a nawet i dzisiaj w grobie jeszcze nie może być brzydką; wątpię nawet, ażeby 
strój nowomodny, który dzisiaj cały świat cywilizowany ubiera, kiedykolwiek w najdalszej 
przyszłości i w czasach swojego najwyższego udoskonalenia z owym staroświeckim a 
grubym, we względzie piękności i powagi chociaż w najodleglejsze mógł pójść porównanie. 
Którą to prawdę odebrawszy wraz z wielu innymi puścizną po moim ojcu, miałem ją w sobie 
niezachwianą i w czasie mojej młodości, i w czasie mojego gaszkostwa; a lubo wiedziałem 
dobrze, że nasze kobiety daleko chętniej przytulają się do piersi koronkami okrytej niżeli 
twardym obleczonej kontuszem i że nie obawiając się pokłuć około twarzy ogolonej i 
gładkiej, prędzej koło niej migną swoimi usteczkami i bieluchną pogładzą ją rączką, jednak 
wolałem już rezygnować z tych łask fartuszkowych i perukarzom niejednego na tym polu 
odstąpić zwycięstwa, ale to za to, aby nie dawać zwyciężać gdzie indziej. I zostałem przy 
stroju mojego ojca. 
Więc i Węgrzynek, rozkładając szaty moje na ławie, nie rozkładał tam ani peruk, ani 
batystowych koszulek, ani fraków aksamitnych, ani trzewików, jeno położywszy trzy żupany 
i tyleż kontuszów, trzy pary butów różnej barwy i trzy czapek z pasami, stanął do ubierania. 
Lubiałem się ubierać i za młodu wiele dawałem na elegancję, ale szło to u mnie piorunem: 
wskoczywszy w buty, ani jedno Ave nie minęło, kiedym już stał gotowy et quidem48 na ten 
raz w białym srebrno-kwiecistym żupanie, kontusz na nim koloru orzechowego z białą 
atłasową podszewką, czapka biała aksamitna z kasztanowatym barankiem, bucik żółty na 
skórzanych obcasach i pas karmazynowy bawoli, a skoro przypiąłem do boku lwowską 
szmelcowaną czeczugę49, z rękojeścią w srebro oprawną i na srebrnej, i na karmazynowej 
rapci50 zawieszoną, i delię zarzuciłem na siebie, to już jeno siadać było i jechać. Jakoż i 
ruszyłem natychmiast, a właśnie się zbierało ku wieczorowi, kiedym dwór źwiernicki 
obaczył. 
A dwór ten był piękny, murowany i niby pałac wyglądał. Środek jego był okrągły niby 
nawa jakiego kościoła, przed którym stał ganek wielki kamienny, z wielkimi szklanymi po bokach ścianami, których górne szyby były z szkieł różnobarwnych złożone; po obudwu 
stronach tej nawy środkowej rozciągały się dwa pawilony, tak duże, jakby dwa dworki 
odrębne, nad nią podnosiło się piętro wysokim dachem okryte, z którego środka wychodziła 
niewielka wieżyczka, ozdobiona z blachy wyciętym i za wiatrem obracającym się herbem 
familii. Nad obudwoma pawilonami wznosiły się zamiast piętra tylko murowane facjaty, z 
framugami we środku, w których każdej był zamieszczony jakiśświęty czy rycerz z kamienia 
wykuty. Zabudowania gospodarskie, stojące po prawej stronie, wszystkie były z kamienia lub 
cegły, takaż oficyna wyciągnięta po lewej; pomiędzy tym wszystkim zaś dziedziniec gładki z 
klombem krzewów i kwiatów na środku, na teraz umarzniętych, ale zapewnię cudnie 
pięknych w czasie wiosny i lata. Czwartą zaśścianę tego kwadratu formowały pięknie 
malowane sztachety z bramą murowaną we środku, a w jednej z jej kolumn znajdowała się 
budka dla odźwiernego, dzisiaj jednak już próżno stojąca. Naokoło zaś tego wszystkiego 
widać było ogród częstokołem obwiedziony, ozdobiony altankami, parasolami, kamiennymi 
figurami i Bóg wie nie czym jeszcze: zgoła wszystko więcej po pańsku niż po szlachecku. 
Więc to obaczywszy, trochę mnie dreszcz przeszła, żeby tu co głupiego nie zrobić, ale myślę 
sobie: ej! jakoś to Pan Bóg da! fortes fortuna juvat51, a jeżeli się co trochę 
nie uda albo 
zakołkuje w dyskursie, to już to musi pójść na konto powinowactwa. I wylazłszy z woziku, 
walę prosto do sieni; jednak to mnie jakoś zdziwiło, że na moje przybycie ani jedna twarz nie 
wyjrzała, ani pies nawet nie szczeknął. Albo nie masz nikogo w domu? albo już tu taka 
pałacowa powaga? ale, bądź co bądź, delię oddałem Węgrzynkowi w sieni, wąs pomuskałem, 
pogładziłem czuprynę, pasa poprawiłem i w tył zarzuciwszy wyloty, wchodzę w pierwsze 
drzwi po prawej. I trafiłem dobrze, bo do anty kamery52, w której było cichutko jak mak siał, 
jeno stary jakiś sługa, siwiuteńki jak gołąb, siedział pod piecem i przez zakopcone okulary 
czytał tak starą, jak on, książkę nabożną. 
— Niech będzie pochwalony. 
— Na wieki wieków! — odpowiedział zerwawszy się rączo. 
— Jest pani stolnikowa? 
— Jest, jw. panie. 
— Którędyż iść? 
Dopiero mi się z bliska przypatrzył i pyta: 
— Jakże honor jw. pana? 
— Mój honor? — rzeknę — jestem Marcin Nieczuja Śląski, skarbnikowicz zakroczymski, 
szlachcic ziemi sanockiej. 
— Pójdę meldować — rzekł, a gdy odchodził, słyszałem najwyraźniej, jak sobie mruczał pod 
nosem: 
— Marcin Szuja Nieczulski Zakroczymski. — Ale niebawem powrócił i pokiwawszy głową, 
rzekł z ukłonem: — Pani prosi. 
Więc ja zaraz Węgrzynkowi kazałem złożyć delię w antykamerze, staremu położyłem 
czerwony złoty na stole i rzekłem: 
— Pilnujże mi tu szuby, a ty idź do powozu. 
Rozumiałem, że stary, wziąwszy dukata, wnet sobie „szuję” wybił z głowy, a ja, 
poprawiwszy jeszcze wylotów, rznę prosto do pokojów. Otwieram drzwi, ba! od razu sala tak 
wielka, że i na drugi koniec nie widać; ściany adamaszkiem obite, posadzka szlifowana, pełno 
pięknych sprzętów i różnych misternych gracików, duże zwierciadła w brązowych ramach, 
kobierce, świece woskowe w kilkuramiennych świecznikach, jednak pomimo tej 
wykwintności, we wszystkim przebija gust staroświecki. Widać, że wszystko tu nie tykane i 
stoi tak, jak przed laty kilkudziesięciu. 
Na adamaszkowej, tego samego koloru co ściany, poręczowej kanapie siedziała pani 
stolnikowa, kobieta lat może już koło czterdziestu, ale jeszcze tak piękna, że mogłaby była 
ujść 
nawet za pannę, gdyby nie to, że ogień jej oczu błękitnych zdawał mi się zanadto 
przyćmiony i jak gdyby łzami zalany i że cała jej postać tyle miała stateczności i prawie 
posągowej powagi, ile jej tylko w podeszłego wieku i znakomitego rodu matronach 
znachodzić się zdarza. Jakoż i tej powadze, która zapewne pochodziła albo już z 
przyrodzonego usposobienia duszy, albo z wielu bolesnych doświadczeń, przeżytych jeszcze 
za młodu, odpowiadał 
strój niewykwintny i w ciemnych kolorach trzymany: więc lekka 
czarna kapuza na głowie, ciemnoróżowym atłasem podbita, i długi robron53 materialny 
wiśniowy, na który zarzucona była czarna jedwabna pielgrzymka54. Koło okna siedziały 
jakieś dwie inne istoty niewieście, które coś haftowały przy krosnach, tych jednak od razu 
obejrzeć nie mogłem, bo ujrzawszy kanapę niepróżną, sunąłem prosto ku niej. Pani 
stolnikowa, widząc mnie wchodzącego, zaraz podniosła się z swego miejsca i postąpiła parę 
kroków naprzód, więc ja z pięknym ukłonem i z prawą ręką, w której czapkę trzymałem, 
wyciągniętą naprzód, ale pochyloną ku ziemi, natychmiast począłem w ten sens: 
— Mam honor prezentować się pani stolnikowej dobrodziejce: jestem Marcin Nieczuja 
Śląski, skarbnikowicz zakroczymski, szlachcic ziemi sanockiej. — Pani stolnikowa też na to: 
— Miło mi jest powitać waszmość pana w tym domu, ale jakiemuż wypadkowi mam 
przypisać 
ten zaszczyt, który mnie tak niespodziewanie spotyka? — i wskazała mi ręką 
krzesło, sama opuszczone przez siebie zajmując miejsce. 
— Nie jest to żaden niespodziewany przypadek, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem, 
delikatnie na misterne siadając krzesło, iżby mnie nie zdradziło — ale wypełnienie najżywszej 
mojego serca intencji. Mój ojciec, śp. pan Marcin MieczująŚląski, niegdy rotmistrz w 
wojskach: polskim, francuskim i jejmość imperatorowej rosyjskiej, później skarbnik 
zakroczymski i towarzysz pancernej chorągwi polskiego autoramentu, opowiadając mnie po 
staremu dzieje naszego rodu, nie zapomniał i o tym, że jego rodzona ciotka była niegdyś za 
panem Jakubem Strzegockim, Wojskim sieradzkim. Będąc tedy w tych stronach i 
dowiedziawszy się 
od mego przyjaciela, pana Konopki, że w Źwierniku mieszka pani 
stolnikowa Strzegocka, a suponując, że pomiędzy nami musi być jakieś powinowactwo, 
postanowiłem nie opuszczać tej szczęśliwej dla mnie okazji i, bądź co bądź, u nóg pani 
stolnikowej dobrodziejki osobiście złożyć moją nic nie znaczącą, a jednak szczerą rewerencję. 
To jednym tchem wymówiwszy, rzuciłem z boku oczkiem na panny, a pani stolnikowa do 
mnie: 
— Dziękuję waszmość 
panu bardzo za jego tak otwarte sentymenta i wielce sobie szacuję 
jego piękną pamięć dla koligacji; muszę mu nawet powiedzieć, że o ile mnie znajomą jest 
parantela śp. mojego męża, stolnika rzeczyckiego a pułkownika — to słowo wymówiła z 
przyciskiem — chorągwi husarskiej polskiego autoramentu, rzeczywiście pan Jakub 
Strzegocki, wojski sieradzki a rodzony ojciec nieboszczyka, miałŚlaskę za sobą. Ale zaraz 
my się tu przekonamy. — To mówiąc, obróciła się do panien i dodała: — Zosiu! idź no, poproś 
tutaj dziadunia albo przynieś mi manualik55 herbowy w czerwony aksamit oprawny, leżący na 
moim biurku. 
Zosia porzuciła krosienka i lekką nóżką jak ptaszek pobiegła po dziadunia lub manualik; 
pani stolnikowa zaś tymczasem do mnie: 
— Tam jest zakonotowana cała parantela śp. mojego męża; było to kiedyś coś, było — 
dodała z westchnieniem — ale od króla Jana nie ma już na co patrzeć. Upadliśmy, panie 
skarbnikowiczu, bardzo upadli! 
— Trudno to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — skarżyć się na los niefortunny, bo 
też i niepodobna, ażeby w wielkim mieście, które się wali w gruzy od końca do końca, jeden 
gdzieś domek został nie uszkodzony– a obejrzawszy się po sali i widząc w niej nie tylko 
piękność, ale i zbytek, dodałem: — Trudno mi tu zresztą dojrzeć upadku, mościa dobrodziejko, 
a jeżeli jeszcze wszystko odpowiada temu, co oto widzę, o czym wcale nie wątpię, tedy 
tylko jeszcze Panu Bogu wypada złożyć dzięki za jego łaskę. Oj! bo to cale inaczej 
wyglądają domy obywatelskie po kraju! O! cale inaczej po tej nieszczęśliwej wojnie, która 
sobie właśnie te strony obrała na teatrum gry swojej. 
— Proszę mnie też nie obwiniać o to, jakobym miała szemrać 
przeciwko woli Najwyższego 
Boga i Jego wyrokom, ale kto miał 
senatorów w rodzie, sam umarł stolnikiem i nawet syna 
nie zostawił po sobie, na tego potomków się Pan Bóg nie pogniewa, jeżeli westchną za dawną 
świetnością. 
Nie przypominałem sobie, ażebym kiedykolwiek był słyszał o senatorach Strzegockich, i 
domyśliwałem się, że musiał się między nimi nachodzić jaki jeden i drugi kasztelan drążkowy 
lub deputat sejmowy, którego pani stolnikowa w niewiadomości swojej bierze za senatora; ale 
wtem drzwi się otworzyły i wszedł dziadunio, a za nim o pół kroku Zosia z manualikiem w 
ręku. 
Obaczywszy tego staruszka, wstałem zaraz i z głębokim uszanowaniem stanąłem za moim 
krzesłem. Dziwnie bo to piękny staruszek był ten dziadunio. Wzrost miał więcej jak mierny, 
postać trochę przygarbioną, chód powolny i stąpanie niepewne, ale jeszcze dość rzeźwości i 
siły zdawał się mieć na swoje lata, które pewnie trzy razy przenosiły trzydziestkę. Włos jego 
biały jak mleko, długi aż 
do karku, ale już rzadki i tak rozwiany, że nad głęboko pooranym 
czołem poważna świeciła łysina. Twarz jego poważna, białym wąsem ozdobna, pełna była 
zmarszczków, które w różne porozbiegawszy się strony, tu i owdzie z różnymi kreskami 
złączone, dawały jej postać wcale zgrzybiałą, a pokrzyżowawszy i pozrastawszy się z sobą, 
trud, no dawały poznać, które z nich były samego wieku, a które szabli nieprzyjacielskiej 
śladami. Dziadunio miał na sobie kontusz popielatego koloru, delikatnymi kunami podbity, 
długi aż poniżej kolan i bez wylotów, pod nim żupan karmazynowego koloru, ale cokolwiek 
już wypełznięty, pas na wierzchu lekki siatkowy, żółty bucik na nogach i białą konfederatkę 
na głowie, ale tę zaraz we drzwiach zdjął lewą ręką, w prawej trzymając krótką trzcinę i 
opierając się na niej za każdym krokiem. Widok ten pochwycił mnie jakoś za serce, bo 
dziwnie piękny to starzec był: coś mnie przypomniał mojego ojca nieboszczyka, coś portrety 
mych dziadów, wiszące u mnie na ścianie, a coś znów w nim było takiego, żebym mu był 
zaraz przypiął szablę do boku i dał mu klęknąć ze złożonymi rękami przy jakim wielkim 
kamiennym grobie, i niechby tak skamieniał i został na wieki wieków. 
Zbliżywszy się 
dziadunio ku stolikowi, który stał przed kanapą, popatrzył na mnie i 
starym, ale jeszcze dosyć czystym głosem zapytał: 
— Kogóż Pan Bóg przynosi w dom mojej córki? 
— Imć pan Śląski, herbu Nieczuja — odpowiedziała pani stolnikowa. Tymczasem Zosia 
przysunęła poręczowe krzesło dziadkowi, na które on, czapkę złożywszy na stole, usiadł i po 
chwili namysłu zapytał: 
— Ze Sandomierskiego? syn pana Marcina? 
— Tak jest, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — sam Marcin i syn Marcina, skarbnika 
zakroczymskiego. 
— Hę?! — krzyknął głośno staruszek. Dopiero mi pani stolnikowa dała do zrozumienia, że 
trzeba dobrze gardło rozpuszczać, rozmawiając z dziaduniem. A on jeszcze raz: 
— Hę? mów asan głośniej, bo u mnie każde ucho ma lat dziewięćdziesiąt i trzy, to ja już nie 
słyszę cichego gadania. Powtórzyłem moją odpowiedź, dopiero on: 
— Takie to było jego skarbnikostwo! Obwołali go zakroczymscy skarbnikiem, kiedy się 
starał o Mężykównę, powróciwszy z wojny tureckiej, ale podobno się skarbu ani ręką nie 
dotknął. Jakże mu się powodzi? czy zawsze jeszcze siedzi w Sandomierskiem? 
— Wyniósł się już stamtąd, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — i mieszkał potem w 
ziemi sanockiej przez lat przeszło dwadzieścia; ale teraz już w Bogu odpoczywa. 
— Umarł? proszę! wiele, wiele młodszy ode mnie. Musiałże przynajmniej nahulać się 
jeszcze za ostatniej wojny? hę? bitny to szlachcic był. 
— Tak, po trosze, ale nie nadto, bo mu już ręka nie służyła. 
— Ale wasze musiałeś mu dopomagać, rękę musisz mieć dobrą? 
— Niczego, panie dobrodzieju, niczego. Panu Bogu na chwałę, ale z owego żołnierstwa 
mojego podobno do nieśmiertelności nie przejdę, bo trudno się bardzo dystyngować na małej 
wojnie. 
— Łatwiej jak na wielkiej, gdzie tysiącami biją na kupę, jak było za króla Jana; ale u 
niektórych to tak: na małej się nie biją, bo mała, a na wielkiej, bo wielka. Hm, hm... Śląski 
Nieczuja, Nieczuja Śląski... pomiędzy nami jakieś 
powinowactwo musi być; przecie wojski 
krakowski, Nieczuja Jan, ten, który był poszedł z królem Janem na wojnę, a tu mu palestranci 
wyparowali byli żonę z dziećmi i zajechali dwór, że aż 
wróciwszy z wojny, zajazd musiał 
czynić na własną wieś... otóż ten wojski Jan, kiedym jeszcze byłżakiem na Akademii 
Krakowskiej, kazał mnie się był tytułować 
wujkiem, a matka moja nieboszczka... ba! matka 
moja nieboszczka a jego żona były stryjeczne; przecie Grzymałówny obydwie... o! 
— Tak, panie dobrodzieju. 
— Hę! cześnikiem mnie nazywają, chociaż takie było moje cześnikostwo, jak twego ojca 
skarbnikostwo. 
— Tak, panie cześniku dobrodzieju, ale jest jeszcze i drugi sposób, w który mam honor być 
asaństwu dobrodziejstwu powinowatym... 
— No, którędyż to? –Przez śp. samego pana stolnika. 
— Przez Strzegockiego? — zapytał 
dziadek, a namyśliwszy się cokolwiek, odpowiedział: — 
Prosta rzecz, rodzi go Śląska. A czymże ta Śląska była waści? 
— Ta Śląska była rodzoną ciotką mojego ojca. 
— A tak! — rzeknie starzec — pamiętam, bawiła za młodu przy jw. Ossolińskim na 
respekcie, sierotą była ubogą — bo dziad waści, syn Jana, Wojskiego krakowskiego, był człek 
lekki, całą fortunę przehulał; ojciec twój nawet z jego domu wyjechał o dwóch koniach i 
jednym pachołku i nie mając co robić innego, wojną się bawił, a kiedy wojny ni& było w 
domu, to szedł w służbę do postronnych potencyj... o!... konfederat dzikowski! dopiero mi się 
ochapia56; przecie był ze mną w Gdańsku, kiedy miasto było oblężone przez Sasów... to, to, 
to, dobrze pamiętam. Toś ty syn jego? a pokażże mi się wasze, czyś do niego podobny? 
I powstawszy cokolwiek, spojrzał na mnie, ale niebawem wzrok spuścił i na powrót 
usiadłszy, rzekł: 
— Nic już nie widzę. 
I w rzeczy ciemno się zrobiło, bo chociaż to ledwie parę godzin było Z południa, jednak, 
jak mówi poeta o tej porze: 
...w naszym miłym horyzoncie 
Gdy południe u okna, zawsze wieczór w kącie. 
Tedy pani stolnikowa kazała wnieść 
światło, które się składało z dwóch świec jarzących, a 
stary znów do mnie: 
— Gdzież ojciec mieszka? 
— Nie żyje już — odpowiedziała pani stolnikowa. 
— Hę? — krzyknął stary. 
— Umarł. 
— Aha! umarł! proszę, młody człowiek... ba! młody, tak się to zdaje, przecie musiał mieć 
lat siedmdziesiąt z czubem. 
— O! pewno miał — odpowiem — żali nie więcej. 
— Tedy i mnie już niebawem za nim iść; małym on żaczkiem był, kiedy my pod 
Leszczyńskim parli sieniawszczyków na Rusi Czerwonej. 
— Ej! nie ma się czego śpieszyć tam, panie cześniku dobrodzieju, i podobno nie zaraz to 
nastąpi, bo zdrowie jegomości chwała Bogu jeszcze w pięknym jest stanie. 
— Dworuj sobie zdrów — odpowie z uśmiechem stary — a pamiętasz: 
Płot trzy lata, kot trzy płoty, 
Człek trzy konie, koń trzy koty; 
dłużej nie. A toć ja już trzy konie i jednego kota przeżyłem, a kiedy Bóg da do świętego Wita 
doczekać, to jeszcze będzie i jeden płot. 
— Prawdać to, ale przysłowia to ludzka rzecz, a życie ludzkie, boska. 
— Boska, boska, nie ma co mówić i wiem co do siebie, że byłbym pewnie setki dociągnął, 
gdyby nie tarapata... i różne termina, które przyszło przebrodzić... szkoda mówić. 
Ale pani stolnikowa zakończyła tę urywaną rozmowę naszą, mówiąc: 
— Tedy zamiast jednego pokazało się dwa powinowactwa pomiędzy nami, z czego mocno 
się cieszę, a to o tyle więcej, ile że sobie dobrze przypominam, z jaką czcią mój mąż 
nieboszczyk zawsze wspominał Nieczujów rodzinę. Więc pan skarbnikowicz nie mieszka już 
w Sandomierskiem? 
— Ja mieszkam w tym momencie w ziemi sanockiej, gdzie trzymam wieś Bóbrkę od jw. 
wojewody wołyńskiego prawem zastawu. 
— Więc pan skarbnikowicz nie ma własnego dziedzictwa? — zapytała znów pani 
Strzegocka. 
— Właśnie przeszłego lata skusiła mnie próżność moja zakupić parę 
wiosek w sąsiedztwie, 
bo się została gotowizna po moim ojcu i dobytku trochę więcej, niżeli jedna wieś zniesie; ale 
tak mnie Pan Bóg pokarał za ten grzech mój, żem ledwie życia nie postradał w zawodzie tego 
nowego obywatelstwa. 
Z którego to punktu szła potem dalej rozmowa, w której, wyspowiadawszy się z mego 
życia i z mojej fortuny, powziąłem w zamian wiadomość, że pani stolnikowa posiada po 
mężu wieś na Wołyniu, która daje półtora tysiąca dukatów z dzierżawy, niemniej też dobrą 
wioskę koło Oszmiany, która właściwie należy do pana cześnika, przy tym Źwiernik i 
Strzegocice tuż koło Źwiernika leżące, nie jest zresztą bez gotowizny. Mówiliśmy jeszcze o 
innych stosunkach familijnych i niektórych wzajemnych przodkach naszych, przypominając 
sobie ich czyny i znaczenia, co jednakże pani stolnikowa wkrótce przerwała, mówiąc: 
— Ale jakżeż ja się zapominam; nie zapoznałam jeszcze pana skarbnikowicza z moimi 
córkami. Chodźcie tu, panny. 
W tym momencie obiedwie panienki, porzuciwszy swoje hafty i szepty przy krosnach, 
stanęły pomiędzy mną a staruszkiem, mając przed sobą stolik, a za stolikiem matkę, siedzącą 
na kanapie. Wtem pani stolnikowa: 
— Oto jest moja starsza, Zuzia jej na imię, a zaręczona jest przyjacielowi waszmości, imć 
panu Konopce — i wskazała na tamtą, stojącą od strony dziadka, która usłyszawszy swojego 
przyszłego nazwisko, i tak dosyć rumianą twarz jeszcze potężniejszym oblała rumieńcem. 
— Ta zaś młodsza, imię jej Zosia — dodała matka, pokazując na drugą. 
Piękne to imię Zosia, bardzo jest piękne... ale że to nie pora była zamyślać się, więc 
przystąpiwszy do nich i ukłon uczyniwszy kawalerski, rzekę: 
— Wielce sobie szacuję ten dzień szczęśliwy, któren mi przynosi honor poznania dam tak 
znakomitych parentelą, jako też wdzięczną urodą i wychowaniem; chwila atoli ta tym mi 
pamiętniejszą snadź będzie dlatego, iż mi daje prawo, a nie wątpię, że i łaskawe pozwolenie, 
nazywania się odtąd waszmość panien po modnemu kuzynem, a po staremu honorowym 
kawalerem i uniżonym ich sługą. 
— Niemniej i nas też to kontentuje — odezwała się Zuzia, 
trzymając zapłonioną Zosię za rękę –r poznać w waszmość panu naszej familii bliskiego 
kuzyna oraz kawalera cnót pięknych, odziedziczonych po ojcach. — Więc ja znowu do Zuzi z 
ukłonem: 
— Z którego to szczęśliwego korzystając momentu, nie mogę nie wyrazić mojego 
ukontentowania, którego doznam, drużbując niebawem tak wdzięcznie dobranej parze, jaką 
waszmość panna uformujesz z swoim narzeczonym, a moim przyjacielem, panem Konopką. 
— Jak? — zapytała pani stolnikowa — więc waszmość jesteś już zaproszony na drużbę? 
Tu dopiero musiałem, odchrząknąwszy, potężnym głosem całą rzecz opowiadać i 
zbaczając nieraz od materii, dziaduniowe zaspakajać pytania, które często do głośnego 
śmiechu pobudzały nas wszystkich, bo staruszek, nie dosłyszawszy lada czego swoim 
dziewięćdziesięciotrzechletnim uchem, nieraz o takie rzeczy się pytywał, o których nikt ani 
wspomniał. Jeszczem opowiadania nie był dokończył, kiedy ów stary sługa na jednej wielkiej 
tacy przyniósł gotową już kawę dla całej kompanii, a na osobnej tacy buteleczkę starego 
miodu z lampką 
dla dziadunia, bo ten, ile że zaprowadzenie kawy w Polsce sam zapamiętał, 
nie mógł się jednak poddać nowomodnemu trunkowi, nad orientalny ten specjał przenosząc 
likwor doma urodzony in crudo57 i doma do użytku sycony. Sługa nakrył tenże sam stolik 
przed kanapą 
wielkim w kwiaty tkanym obrusem i w ten moment całą tę przekąskę, czyli 
raczej przepitkę, zastawił. Pani stolnikowa zajęła się nalewaniem kawy we filiżanki i 
porządkowaniem talerzów z grzankami, ja zaś tymczasem miałem sposobność przypatrzenia 
się pannom, każdej z osobna. 
Otóż 
panienki te, chociaż siostry rodzone, jednak niejednakowo były ubrane, ale bo też i 
niejednakowe to były piękności. Panna Zuzanna była wzrostem słuszniejsza, miała na sobie 
suknię ciemną jedwabną, sznurowaną z przodu, z rękawami po łokieć, w staniku wciętą i całą 
z jednej materii. Na rękach miała rękawiczki irchowe, długie znowu po łokieć, z jednym 
palcem, a na resztę szła klapka z góry, która je nakrywała i była w złote kwiateczki po 
brzegach lita lub haftowana. Na ramionach miała zarzucony szal pojedynczy wełniany, 
różowego koloru, spod którego wyglądała róża czerwona naturalna, we włosy założona i 
cokolwiek przekwitła; we włosach były ślady pudru woniejącego o dziesięć kroków. Panna 
Zuzanna wcale nie była piękna: talia jej gruba, ręce dość ciężkie, twarz wcale niezajmująca, 
włos lniany, oczy czarne, nos nieregularny, usta cokolwiek odrzucone i broda spiczasta 
czyniły twarz pociągłą wprawdzie, ale niemą i nic nie przemawiającą do duszy. Biegły 
fizjognomista jaki byłby na niej dopatrzył trochę wyrazu złości, trochę dumy, trochę 
zarozumiałości, ale ani astronom nawet nie byłby dopatrzył rozumu. 
Cale inną była panna Zofia. Wzrost jej niewielki, ale talia tak delikatna i zgrabna, że się 
zdawała nie po ziemi chodzić, ale unosić w powietrzu. Twarz miała więcej okrągłą niż 
ściągłą, ale bo też była prawie dziecięciem jeszcze. Nie wiem, azali więcej jak szesnaście razy 
lilie kwitły w jej oczach. Włos miała ciemny, czoło alabastrowej białości, oczy duże błękitne i 
tak mówiące, tak niewolące, a tak pełne promieni i blasku, że się zdawały migotać jak 
gwiazdy na niebie, których nieuzbrojone oko dojrzeć nie może. Nosek równiutki, usta ślicznie 
uformowane i tak mocno różowe, że żadna róża im sprostać nie mogłaby w świeżości. Jednak 
na całej tej tak uderzająco pięknej twarzy jakaś nieodgadniona żałość była rozlana, jakaś 
smętność taka, jakaś miękkość serca i duszy, że gdyby mi kto kazał wyobrazić sobie mdlejącego anioła i z wolna zlatującego na ziemię, tobym był Zosię pomyślał. Ubiór też jej 
był dziwnie odpowiedni naturze; miała na sobie jasnoniebieską suknię, delikatnego koloru, w 
górę' prawie do szyi dochodzącą, fałdowaną 
w szerokie fałdy aż do stanika, a w staniku, pod 
którym snadźżadnego nie było gorsetu, ledwie co przyciągniętą i ujętą paskiem także 
błękitnym. Na ramionach miała zarzucony kontusik biały z cienkiej wełnianej materii, białym 
jedwabiem podszyty, który białymi sznurami spiętym był pod szyją; u szyi śnieżnej jeden 
sznurek drobniutkich pereł, u których w środku uwiązany był krzyżyk złoty malutki i z 
perłami biegł między piersi; na głowie, gładko uczesanej, szeroko uplecione warkocze 
złożone były w wianek wielki dokoła, który się zdawał z czarnych róż uwity — z róż czarnych, 
do których wydania z siebie ziemia nasza nie dosyć ma szlachetności albo nie dosyć smutku... 
I nie rosną też one nigdzie oprócz w sercach żałobnych kochanków na ziemi i na grobach 
aniołów w niebie. 
— Czy pan Marcin się z nami kawy napije, czy się przysiadzie do dziadunia do miodu? — 
zapytała pani stolnikowa. 
— Ja, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem, budząc się nagle z zamyślenia — ja się kawy 
napiję z paniami, których zawsze jestem niezmordowanym i nieodstępnym sługą, a potem się 
do dziadunia i do miodu przysunę, bo już taka jest moja natura, że usłużywszy damom i 
wyczerpawszy przy nich moją niebogatą głowę z konceptów, idę do starych na nowo się 
zasilać mądrością. 
— Otóż to jest zwyczaj godny naśladowania — odpowie pani Strzegocka, a podczas kiedy 
dziadunio już drugą lampeczkę miodu pociągał i zasłoniwszy się dłonią od światła, 
przypatrywał mi się 
z daleka, panny się przysiadły do stolika do swoich filiżanek, w których 
było mleczko, dla sławy tylko kawą zafarbowane albo dlatego, ażeby mieć asumpt58 cukier 
rzucać do niego. 
— Dwa grzyby w barszcz, mospanie Nieczujo– ozwie się z wolna staruszek — cóż 
poczniesz wtedy, kiedy się z sobą pobiją? 
— W moim państwie, panie cześniku dobrodzieju, bić się nie wolno, każdy musi czynić to, 
co mu każę. 
— Jakże pan skarbnikowicz tegoroczny zapust spędza? wszakże to już niedaleko Popielec? 
— zapytała panna Zuzanna, odejmując od ust filiżankę. 
— Wcale niewesoło, moja mościa panno — odpowiedziałem — a prawdę mówiąc, jeszcze ani 
nogą nie ruszyłem w tym roku. 
— Czy w Sanockiem nie tańcują? — zapytała znów ona z przekąsem. 
— I owszem, może nawet więcej niż na Mazurach, co się tym dowodzi, że Sanoczanie, ile 
że na owsie chowani, o wiele lżejsi są od Mazurów i łatwiej ich kapela poruszy; ja jednak, 
opleśniawszy, że tak rzekę, po smutnej śmierci śp. mojego ojca, prawie nie byłem w stanie się 
z domu wyruszyć i gdyby nie pan Konopka... 
— O! już to pan Konopka ma wielki geniusz rozweselania... 
— Osobliwie ciebie — rzeknie na to dziadunio, popatrzywszy na Zuzię — bo kiedy tylko jest 
tu w Źwierniku, to się zawsze tak chichoczecie, że ja przy was i oka zamrużyć nie mogę. 
Ja tymczasem spojrzałem na Zosię, która sucharek do ust przytuliwszy i białymi jak perły 
ząbkami go przycisnąwszy, ani go gryzła, ani od ust odejmowała, a zamyśliwszy się nie wiem 
o czym, swoje błękitne oczy tak wpatrzyła we mnie, że mnie aż za serce ścisnęło. 
— Czemu to Zosia zawsze cicha i spokojna? — rzeknie znów dziadek. 
— Bo Zosia tak lubi — odpowie starsza siostra — ja zaś przenoszę wesołość nad smutek, bo 
to niezdrowo. 
— Prawdę masz! — rzeknie dziadek żwawo — na co się to frasować za młodu i w stanie 
panieńskim? dość czasu będzie na to w rok po weselu, kiedy... 
Ale pani stolnikowa przerwała mówiąc: 
— Teraz pan skarbnikowicz zechce się przysunąć do dziadunia. 
— Gotóweś z kawą, panie... jakże ci na imię? — zapytał dziadek. 
— Jestem na usługi pana dobrodzieja — rzekłem i przysunąłem krzesło moje do dziadka, 
który chciał mi nalać lampkę, ale wziąwszy butelkę w rękę, przechylił ją, bryzgnął raz z 
prawej, raz z lewej, to znowu pod samą szklankę, a na koniec rzekłszy: 
— Tak się starym dzieje, mosanie — i nic mi nie nalawszy, trzęsącą się ręką butelkę 
postawił na stole. Więc zacisnąwszy usta, iżbym się nie roześmiał, samem wziął butelkę i 
napełniłem lampkę, dziadek zaś tymczasem, porwawszy rękaw od kontusika Zosi, utarł nos w 
niego i najspokojniej go za swój pas zatknął, czego zamyślona Zosia cale nie uważała. 
Dopiero kiedy około Zuzinego ubioru chcąc coś poprawić, ruszyła się na swym krześle, 
jakżeż się 
oboje z dziadkiem nie zadziwili, kiedy ona ujrzała, że jej rękaw był za dziadkowym 
pasem, a dziadek, że mu chustka sama wyskoczyła zza pasa. Śmiech z tego zdarzenia, 
któremu panna Zuzanna głośnym dyszkantem prym dawała, trwał parę minut, po czym 
dziadek: 
— Śmiejcież się ze mnie — rzecze — że mam lat dziewięćdziesiąt; czemuż to mi się nikt nie 
śmiał w oczy, kiedym miał czterdzieści albo pięćdziesiąt? hej! toż byłbym mu gębę tak 
rozpłatał, że już byłby się i na pogrzebie własnego ojca śmiać musiał, nie mając zębów czym 
pokryć... tak jak to zrobiłem jednemu Litwinowi, który ze mną służył 
w jednej chorągwi. 
I wypróżnił staruszek lampkę swoją, którą ja z nowej napełniłem butelki. 
— Kto się dziś patrzy na mnie, przygarbionego dwoma mendlami lat, jak tu mówią Mazury 
— ciągnął dalej dziadek, wyciągając się i prostując — i na mojąłysą głowę, i na ten włos 
rzadki, z którym by i wróble igrać dziś mogły bezpiecznie jak z martwą strzechą... kto by 
mnie wziął za rękę, w której już nic prócz żył i kości, i dotknął się twarzy mojej babkowatej 
jak grzybek... czy wierzyłby ten, że ta ręka niegdy wór pszenicy brała jak jabłko za szypułkę, 
że ta głowa całej chorągwi rozkazywała na wojnach, że posłowała z oszmiańskiego powiatu 
na sejmach, że króla Leszczyńskiego odprowadzała het, „het! za morza, kiedy Sasowie 
przemogli... — i pociągnął znów szklankę miodu. — Nikt by nie wierzył, mosanie — mówił 
dziadek dalej, a głos jego za każdą szklanką miodu stawał się coraz silniejszym i 
wymowniejszym — nikt by mnie nie wierzył i ja się 
temu nie dziwię, bo i ja nie wszystkiemu 
dowierzałem, co mnie powiadano za młodu... a tymczasem, jak mnie tu widzisz przed sobą, 
tak ja na własne oczy króla Jana widziałem. Byłem dzieckiem natenczas, ale tak to pamiętam, 
jakby się wczoraj działo dopiero — i ja, mosanie, wraz z bracią szlachtą wojowałem przeciwko 
Augustowi II, któregośmy niechętnie królem obrali. 
— Mości dobrodzieju! — rzekłem ja na to — lubo mój ojciec nieboszczyk także do tej samej 
należał partii i lubo także tak jak jegomość wyrażał się o nieboszczyku królu Auguście II, 
jednakże ja przyznaję otwarcie, iż gdybym byłżył natenczas, to nigdy nie byłbym stanął po 
stronie tego, którego drapieżna Karola XII ręka gwałtownie nam narzuciła. Może to być 
prawdą, że król Leszczyński nieboszczyk, gdyby był osiadł 
na tronie, byłby daleko więcej 
dobrego zrobił dla narodu i niejedną piękną po sobie zostawił pamiątkę w tym kraju; 
jednakże, gdyby jeszcze dziesięć razy więcej wad miał w sobie nieboszczyk król August, to 
już to samo, że był wolnymi głosami obranym, prawowitym się stał i przeto naszym rękom 
był powierzony, już to samo byłoby dla mnie dostatecznym powodem, abym był ostatnią krwi 
kroplę wylał w jego obronie. Dla Leszczyńskiego zaś, jeżeli kto już dla tego samego nie 
utracił wszelkiego afektu, iż tenże za życia jeszcze prawowitego pana z swoją, pretendencją 
do tronu się był ogłosił, to go powinien był wtedy całkowicie utracić, kiedy tenże pretendent 
pod awanturnika Szweda i nieprzyjaciela całego narodu słowiańskiego się oddał protekcję i 
drapieżne jego głodnych rycerzów bandy naprowadził 
na owe ziemie, gdzie i noga taka stać 
była nie powinna. Zresztą i tego nie waham się wypowiedzieć, że nienawiść ową, którą 
niektórzy mieli i mają przeciwko Sasom, zawsze uważam sobie za jeden z takich przesądów, 
które z prostej drogi poty nas sprowadzały na krzywe, aż póki nas na zupełne nie zawiodły 
bezdroże. Być może, że to pochodzi stąd, iż małym jeszcze będąc chłopięciem, do noszenia 
pomarańczowej czapki już się nazwyczaiłem; może stąd, iż pod panowaniem Sasów światło 
dzienne ujrzawszy, do nich za to i serce moje nagiąłem; ale jednak i to jest pewna, że mój 
ojciec nieboszczyk, lubo jako konfederat dzikowski pierwszy raz się wielkiemu pokazał 
światu i przez to na czas długi serce swoje od Sasów odwrócił, jednak przy schyłku swojego 
życia nie tylko że pomarańczową czapkę przywdział i byłby dał się w sztuki porąbać za Sasa, 
ale nieraz bijąc się w piersi, powtarzał, żeśmy nie umieli szanować tych panów i korzystać z 
ich panowania. 
— Hm! — odrzekł starzec, popijając nektaru — młody jesteś, a dobrze powiadasz. Ale przez 
to mnie nie rozumiesz i rozumieć nie będziesz, aż póki włos tak nie pobieleje na twojej 
głowie, jak pobielał na mojej. Jeżeli twój ojciec, jak powiadasz, przed śmierciążałował tych 
dni, które dla jakiej sprawy w polu przepędził za młodu, to mu może trzeba powinszować 
żywota w niebie, ale nie zazdrościć jego dni ostatnich na ziemi. Ja może także inszą miałem 
opinię o Sasach, kiedy nadeszła moda noszenia czapek pomarańczowych, i może także co dla 
nich czyniłem, ale nie oblewałem przeto żalami mojej młodości. Młodzieńcowi bowiem żyć 
w nadziejach, mężom w czynach, a starcom snadź już tylko w wspomnieniach. Jeszczeż ten, 
który ich ma wiele, i samych pięknych, i samych szczęśliwych, może pomiędzy nimi 
przerzucać 
i niektóre z nich ciskać na ofiarę dzisiejszym opiniom, które także są chwilowe, 
tak jak tamte były chwilowe, pod którymi stawały się jego czyny — bo nic nie masz 
wiecznego na tym świecie! Nic nie masz wiecznego — ot! ja, ja tylko lat dziewięćdziesiąt 
przeżyłem, a kiedy się 
dzisiaj po tej ziemi oglądnę, to żeby też jedna opinia, jedna nauka, 
jedno pokolenie, jedna rzecz jaka ziemska stała na tym punkcie, na którym stała, kiedym był 
pacholęciem! ani jedna! I zdaje mi się, że z tamtego wieku już tylko ja jeden zostałem się na 
tej ziemi z wiarą tylko w Boga na niebie, która jeszcze stoi niezachwiana jak dawniej, i z tą 
prawdą, że słońce stoi na jednym miejscu, którą i tak już może lada dzień kto obali. I myślisz 
ty, że to miła, że zabawna jest wędrówka po takiej drodze, na którą, gdy wstępowałeś, byłeś 
okolony milionami twoich rówieśnych, lecz po której idąc dalej, począłeś zaraz gubić tu 
jednego, tam dziesięciu, tam stu, a tam tysiąc od razu, a kiedy się 
w jej połowie obejrzałeś 
poza siebie, już i z was, wędrowników, nie było ani połowy. Ty byś może już wtenczas 
spoczął i pozostał 
z tamtymi, ale Pan Bóg ci kazał iść dalej, więc szedłeś. Iidąc znowu 
gubiłeś twych towarzyszy, a gubiłeś ich teraz coraz więcej i gęściej i gromadka wasza się 
coraz zmniejszała, i zostało was tysiąc, potem stu, potem dziesięciu, potem dwóch, a na 
koniec i ten ostatni, westchnąwszy do Boga, upadł przy drogowskazie. I zostałeś już sam — 
sam jeden w świecie nowym dla ciebie i nieznanym, obojętnym, zimnym, uważającym ciebie 
za rzecz, za nic, za grób trochę się ruszający albo może nawet za zaporę, za zawadę, za upiora 
wałęsającego się pomiędzy żywymi. Pomiędzy tobą a tym światem, w którym dziśżyjesz, nie 
ma jużżadnych relacyj, żadnego powinowactwa; ty jemu na nic, on tobie już 
tylko na grób się 
przyda — z twoich towarzyszy, przyjaciół, sąsiadów już nie ma żadnego; twoja mądrość 
nieczytelną na dzisiaj księgą, twoje gadanie paplaniną papugi, ty sam już czujesz, że jesteś 
tylko lampą wyszczerbioną, okopconą i dogorywającą, na którą najszlachetniejsi jeszcze 
patrzą z litością i pożałowaniem i tylko lekkiej śmierci jej życzą... I w takim stanie ty masz 
twoje ostatnie skarby, tych kilka przypomnień z twojego najpiękniejszego życia, wyrzucać w 
błoto i sam deptać dlatego, że dzisiaj taka albo owaka roi się ludziom po głowach opinia? i 
tyż masz te twoje najdroższe młodych lat pamiątki potwarzać i rugować z twojego serca 
dlatego, że młokosy dzisiaj woleliby znowu Sasa niż Ciołka?59 Hm! nigdy tego nie będzie! 
Niechaj sobie inni, mając lat sześćdziesiąt, czynią srogie za to wyrzuty, co czynili, kiedy mieli 
trzydzieści; niechaj drą swoją przeszłość i z każdym rokiem nowe rozpoczynajążycie; niechaj się kwapią do poddaństwa dla każdej nowej opinii, niech się wpraszają do służby do każdego 
tylko co z kolebki wychodzącego pokolenia i niechaj myślą, że uczciwie żyją na świecie, że 
starość ich będzie wspaniałą i spokojnąświątynią, wystawioną u końca drogi żywota, że 
będzie ocieniona wyniosłymi uczynków ich drzewy, że w tej kaplicy obok konterfektu ich 
twarzy wisieć będzie długi łańcuch ich usiłowań, ich trosk, ich poświęceń; że do tej kaplicy 
będą przychodzić starzy na modlitwy, młodzieńcy po przykład, niewiasty z dziećmi dla 
przyglądania się w porozwieszanych na jej ścianach zwierciadłach; niechaj tak myślą, ale ja 
im powiadam, że służby ich późniejsze, ubiegające się o chłystków poklaski, nic nie będą 
warte wobec młodszego od nich świata; każdy rok ich starości będzie tylko nowym zawodem, 
a ostatnie słowo przed śmiercią ciężkim samemu sobie wyrzutem, że nic nie uczynili za życia. 
Jam raz tylko żył dobrze i pełno przez lat dziewięćdziesiąt; tym razem były wojny i praktyki 
czynione za królem Leszczyńskim, i dosyć 
mi na tym — a dwa tylko piękne mając 
wspomnienia z całych lat dziewięćdziesięciu, gdyby mi przyszło sto lat jeszcze tak prześnić w 
bezczynie, to wiecznie do nich bym tylko powracał i nigdy bym się nie znudził. Ale co tam 
powiadać młodemu o tym, któremu się zdaje, że na każdym jego uczynku całe państwo ustać 
by mogło? co opowiadać młodemu o tym, któremu się zdaje, że nic jeszcze nie było przed 
nim, nic nie masz dzisiaj krom niego i nic już może po nim nie będzie? co powiadać o tym, 
kiedy Pan Bóg człowieka tak stworzył, że mu się 
na nic cudze doświadczenia nie zdają, a 
kiedy zaczyna świat poznawać 
i dopiero by w to potrafił, jak na nim żyć trzeba, to mu się 
grób natenczas otwiera?... A jeszcze i to łaska Boża, bo azaż to mało jest takich, którzy, głupi 
się narodziwszy, umierają głupimi?... 
Tu dziadek przestał i wychyliwszy lampkę miodu, począł 
żartować z pannami, 
przepowiadając im różne krotochwile, przy których, wypiwszy jeszcze drugą i trzecią 
szklanicę, powoli się w krzesło swoje coraz głębiej zasuwał, a zapadłszy w nie całkiem, 
zamilkł i niby usypiać się zdawał. Ale ja mu zasnąć nie dałem i rzekłem zaraz: 
— Jest to zapewne wielka prawda, co jegomość powiadasz, ale snadź 
Pan Bóg wiedział, 
dlaczego to czyni, kiedy ją aż 
przed grobem każdemu objawia. Gdyby ludzie naprzód 
wiedzieli, jakie będą uczynków ich skutki, podobno mało który by co przedsiębrał na świecie. 
Dziadek ruszył się w krześle, tępym wzrokiem na mnie popatrzał, namyślił się chwilę i 
rzekł: 
— I tu masz prawdę poniekąd, a może i całkowicie, ale jeszcze zawsze mnie nie rozumiesz. 
Za tym, że ktoś wie, że jego uczynki ledwie po połowie się zdadzą na co, wcale nie idzie, aby 
już nic zgoła nie robić. Mój Boże! przecież krom lat przeżytych w służbach Leszczyńskich, 
służyłem jeszcze lat kilka królowi chrześcijańskiemu60, posłowałem na sejmikach, 
sprawowałem urząd w powiecie, a małoż to się kompromisów nasadziło, mało stron 
powaśnionych nagodziło, mało par naswatało, mało za innymi sąsiedzkimi sprawami 
najeździło po świecie! ale przez to nie przywiązuje się do nich tej wagi, która się im nie 
należy, ale przez to nie poniewiera się młodości swej wyrzutami, i owej służby, w której 
najgorętszą się krew wypaliło, nie nazywa się czasem zmarnowanym i utraconym na próżno! 
Niepoczciwą bym zresztą gębę miał, gdybym wiele o moich powiatowych służbach 
rozprawiał; zapłacono mnie za nie z góry, i to tak suto, jak tylko płacić umie szlachta 
oszmiańska. Najpoczciwsza bo też to szlachta pod słońcem! — zawołał dziadek i wysunąwszy 
się znowu na przód krzesła, kazał sobie podać lampeczkę miodu, a kiedy mu ją podałem, 
wypił ją jednym oddechem i dziwnie mi się już zmienionym być zdawał. Twarz jego się 
zarumieniła, wzrok rozgorzał i zgoła krew się w nim tak ruszać poczęła, jak gdyby z trunkiem 
mocnym nowa dusza się w niego wlała. I tak było w istocie; dziewięćdziesięcioletnie to ciało 
tak już zdrewniało, krew stara tak przystygnięta była w tych wyschłych żyłach, a dusza ta tak 
się w głąb gdzieś zanurzyła i zbezwładniała, że tylko płomień 
mocnego trunku wlany w ciało i wspomnienia młodości, poruszone w duszy, wywoływały życie w tym starcu i 
rozdmuchiwały w nim ową iskrę, która niegdyś może gorzała jak słońce, ale dzisiaj już gasła i 
popielata. 
— Najpoczciwsza jest szlachta oszmiańska! — powtórzył tedy dziadek i głosem czystym a 
mocnym, jakby dopiero miał lat pięćdziesiąt, zapytał: 
— Byłeś kiedy w Oszmianie? 
— Nie, nigdy nie byłem. 
— Hm! to nigdzie nie byłeś. Powiadają, mosanie — ciągnął 
tedy dziadek z ferworem — że 
każdy szlachcic od Oszmiany jedną nogę ma w bucie, a drugą w łapciu chodzi, a ja 
powiadam, że nie masz szlachty jak tamta. Bo to, mosanie, złoto próbuje się w ogniu, oś na 
grudzie, koń 
po nocy, a człek w biedzie. Co mi za sztuka, mosanie, być komu przyjacielem i 
dbać o niego, kiedy z niego złoto kapie, wino się leje na jego stole, a sto pługów orze mu na 
polu? Ale niech no ci łokcie powyłażą z żupana, buty ziewać zaczną, a z domu twego tylko 
parę węgłów zostanie, wtedy próbuj serc ludzkich, a czego doświadczysz, to już i w księgi 
pisz, a nie bój się, że świat okłamiesz... Otóż, kiedym miał lat dziesięć, ojciec mój 
nieboszczyk, powróciwszy z wojny ruskiej, zaraz mnie odumarł; macocha zaś moja nie miała 
nic pilniejszego, jak, zasiadłszy ojcowską wieś, mnie odesłać 
do Krakowa na Akademię. 
Słyszysz? od Oszmiany aż 
do Krakowa. Powiadali ludzie, że to się stało dlatego, abym nie 
patrzył na marnotrawstwo ojcowskiej szkatuły i na owe lusztyki61, które się wyprawiać będą 
w domu moim i za mój grosz. Ja tymczasem na Akademii nauczyłem się, primo: że kiedy się 
nic nie jadło, to człowiek głodny; secundo: że kiedy biją, to boli; a tertio: że i szlacheckie 
dziecko pauprem62 może być i kolędować po domach z mieszczańskimi synkami, i nie więcej 
znaczyć od lada szewczyka, a może i mniej, kiedy rękę ma słabszą; że może także o tym 
wyżyć na świecie, co mu gdzie z łaski rzucą do garnka, i wyspać się w sieni księżego 
pomieszkania na gołej podłodze, a rano wstawszy, tak dobrze księdzu buty oczyścić, jak 
każdy inny. Tego wszystkiego się tam nauczyłem i dobry mogłem był nawet z tej nauki 
egzamin zdać, bom ja praktykował przez siedem lat. 
— Co też 
dziadunio gada? — odezwała się na to panna Zuzanna — gdzież może być, żeby 
dziadunio usługiwał księżom. 
— Hę! — krzyknął pan cześnik i pociągnął 
teraz z mojej szklanki nektaru, nie tak dla 
odmiany, ile przez roztargnienie; pani stolnikowa zaś, która przez cały ten czas z wielką 
troskliwością i upodobaniem patrzyła na swego ojca, odezwała się do córki: 
— Nie przerywaj dziadkowi. — A dziadek ciągnął dalej: 
— Otóż, mosanie, przyszedłszy do rozumu, wymądrowałem sobie powoli, że głupstwo jest 
buty chędożyć księżom, mając wieś dobrą 
i dwór porządny, i uciekłszy ze szkół, prosto 
puściłem się ku Oszmianie. Jam wtedy prawdziwym był szlachcicem oszmiańskim, ba! nawet 
jeszcze lepszym, jak powiada przypowieść, bo nie jedna, ale obydwie nogi były u mnie bez 
butów, wżdy mi nie poodpadały dlatego. I owszem, zaledwie trzy mile uszedłem od Krakowa 
i wstąpiwszy do jakiegoś dworku, opowiedziałem się, ktom jest i za czym idę, zaraz mnie 
obuto i przetrzymano dni kilka. W drugim dworku darowano mnie hajdawery i trzymano 
przez tydzień, bom już był frant miejski, wyszlifowany, pokorny, a umiejący śpiewać 
kantyczki i pieśni nabożne, a kiedy kto chciał tego, to i światowe, bo i to umieją kalafaktory63 
i księży służkowie. W trzecim obleczono na mnie bieliznę i znowu trzymano, bo organista był 
umarł, a pani była nabożna i codziennie mszy świętej pragnąca, a jam umiał grać na organach; 
dalej darowano mi żupan i kazano dzieciom łątki64 strugać, bo i to potrafiłem; gdzie indziej 
przyodziano mnie w kontusz i nie puszczono już dalej, bo zima nadeszła. Dosyć, że tak dwa lata blisko szedłem z Krakowa do Oszmiany; przecie na koniec przyszedłem. Otóż jednego 
dnia nad wieczorem pokazała mi się wieś ojcowska pod lasem. Poznałem ją, bo tam był 
dworek drewniany jak śnieg bieluteńki, przed nim równie biały ganeczek o czterech słupach, 
na którego czele była przybita Matka Boska Ostrobramska, która miała łzy w oczach, a 
uśmiech na licu, i z tym uśmiechem patrzyła na zielony przed gankiem wyciągnięty 
dziedziniec, na którym we środku trzy lipy stały z darniowymi ławkami i kamiennym 
stolikiem pomiędzy sobą. Na dziedzińcu igrały dworskie dzieci ziarnem, którego dosyć tam 
było, a gołębie, siedząc trzema wieńcami na lipach, zlatywały do dzieci i pokarmiwszy się z 
rąk ich pszenicą, nazad podlatywały, siadając każdy na swoje miejsce, aby się wieniec który 
nie rozerwał. Bzy kwitły natenczas i głogi się rozwijały, przechylając się kwieciem swoim 
przez płoty, którymi był ogrodzony dziedziniec; trzódki wracały z pola i dzwoniły z daleka, 
fletnia się odzywała zza lasu, powietrze, pełne woni cudownej, rozścielało się dokoła, a 
słońce, chowając się za góry, ostatnie promienie swoje posyłało na lipy, na dwór i 
dziedziniec. O! poznałem tę wioskę, bo tak właśnie było, kiedy mnie wysyłano na Akademię 
dla wyuczenia siężebraniny i chędożenia butów z wysoką cholewą... Śpisz, Nieczujo? 
— Boże uchowaj! mości dobrodzieju — odpowiedziałem — i owszem, słucham z wielką 
atencją. 
— No! nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta 
oszmiańska; a nie śpij, bo przecie od tego herb wasz idzie, że jeden przodek twój pierwszy 
posłyszał zbliżanie się nieprzyjaciół w nocy i pobudziwszy wszystkich, wziął nad nimi 
komendę; wtedy sprawiwszy chorągwie, tak mężnie czynił, że nieprzyjaciela pogromił na łeb, 
a co przy życiu zostało, to wziął w niewolę. Działo się to za króla Bolesława Krzywoustego, 
który im za to ziemi dał moc, na której założyli wieś Nieczułki i pisali się 
comites65, i wielkie 
urzędy dzierżyli, i wojskom hetmanili ze sławą, ale teraz na psy zeszli, jak wszyscy Czuje i 
Nieczuje. O! wiem, wszystko wiem... a kiedy jeszcze jedną flaszkę wypiję, to ci będę takie 
rzeczy gadał, o jakich ani ty, ani twój ojciec, ani żaden dziad twój nie słyszał; 
a czy mnie będziesz słuchał, czy nie, to mi jedno, bo i o tym wiedz, że ja nie dla ciebie 
gadam, jeno dla siebie. Czemuż mi nie nalewasz? he! 
— Trudnoż lać, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — kiedy... 
Ale wtem sługa przyniósł parę nowych butelek, a podczas kiedy ja, nalewając, starałem się 
obawę moją o dziadka dać do poznania, pani stolnikowa rzekła do mnie półgłosem: 
— Niech się pan skarbnikowicz nie obawia o mojego ojca; stary już bardzo i mocny trunek 
go rozgrzewa i rozwesela. 
Potem znowu się cisza zrobiła; pani stolnikowa po staremu z wielkim upodobaniem i z 
miłym uśmiechem na twarzy wpatrzyła się w dziadka, Zuzia kręciła się na krześle i 
przygryzając wargi, ciągle coś poprawiała około stroju — Zosia, z kwiatkiem przy ustach, oczy 
swoje błękitne puściła gdzieś za myślą swoją w jakiś kraj nieznajomy i pewnie tak piękny, jak 
ona, ja zaś przysunąłem się do dziadka, który rzecz swoją tak dalej prowadził: 
— Otóż, przyszedłszy do bramy, najpierw psy mnie macoszyne opadły; jeden szarpnął za 
hajdawery i wydarł z nich szmat sukna, drugi połę rozpłatał u kontusza, trzeci za pas mnie 
chwycił u przodu, ale ten przecie psich zębów nie przyjął, bo był gęsty i srebro miał w sobie; 
jednak na tym nie przestała ta nadworna pani chorążyny milicja; rzucali się na mnie coraz z 
większym impetem i byliby pewnie powalili o ziemię, bo nikt nie wyszedł z poddasza, gdyby 
nie brytan stary ojcowski, który, wylazłszy z budy i powolnym krokiem wlokąc się ku 
bramie, przyszedł 
nareszcie do mnie i zaczął sięłasić około nóg moich... Milicja ucichła, a 
podczas gdy ludzie może się z okien patrzyli na owe hece, pies się zlitował nade mną i 
obronił! W ganku zdybałem jakiegoś jegomościa, który mnie spytał, ktom za jeden i czego 
chcę? — Piotrowicz jestem! — krzyknę — tej wsi sukcesor! — Zbladł jegomość i poszedł do izby, mnie prosząc o cierpliwość, bo pani chora. Za niedługą chwilę jednak wyszedł i rzekł wielkim 
głosem: — Cha, cha, cha! Piotrowicz! a wżdy umarł Piotrowicz, pani chorążynej pasierb, na 
Akademii w Krakowie! — Nie umarł — rzekłem — ano żyw jest i stoi przed waszmością; proszę 
mnie wpuścić do pani. — Nie może być — odpowie on, który był 
gach oczywisty, intruz i 
diabeł sam — a pani chora jest i miałaby z tego zgryzotę. — A któżeś ty jest? — zawołałem na 
niego — a jakaż jest twoja sprawa w tym domu? — A tobież 
co do tego?– krzyknie on do mnie– 
włóczykiju, samozwańcze, gałganie! — Wtedy ja, mosanie, plunąwszy w garść, w łeb go raz i 
drugi, i trzeci, a kiedy padł, nuż go kolanami macać tędy owędy i pięścią biję, gdzie trafię. A 
śród tej roboty coś mnie chwyciło za kark, coś drugiego sypnęło mi parę razów w łeb, a 
nareszcie, powaliwszy mnie i dosadzając po drodze, wynieśli i wyrzucili za bramę... 
Zebrawszy się z ziemi, spojrzałem na dwór; cisza znów była jak gdyby nigdy nic, gołębie 
poleciały do swego gołębnika, dzieci poszły do piekarni, psy się pochowały do budy... tylko 
ja, pan tej wsi, ja nie miałem tam żadnego kąta na spoczynek i sen. Stałem tak jeszcze chwilę, 
patrzyłem, żali co się nie ruszy, żali kto nie wyjdzie, żali choć jedno serce się nie zlituje nade 
mną... nie! Tylko ów pies stary znów wyszedł do mnie, zaczął sięłasić, chodzić koło nóg 
moich, parę razy głowę chciał podnieść i popatrzeć mi w oczy, ale już nie mógł, bo mu 
zżeleźniał kark... więc tylko się otarł pyskiem o nogi moje, położył się na ziemi, westchnął 
kilka razy, jeszcze raz się wyciągnął i zdechł!... Śpisz, Nieczujo? 
— Uchowaj Boże! mości dobrodzieju — odpowiedziałem — owszem, słucham z wielką 
atencją. 
— No, nalejże mi miodu, bo inaczej nie skończę i nie będziesz wiedział, jaką jest szlachta 
oszmiańska. 
Nalawszy obydwie lampki i wypróżniwszy każdy swoją, dziadek tak dalej prowadził 
rzecz: 
— Na czymże ja stanąłem? 
— Na psie, mości dobrodzieju. 
— Aha, na psie. Otóż, kiedy ten pies przy moich nogach zdechł i z nim zniknęła ostatnia 
dla mnie pozostałość 
po ojcu, ostatnie stworzenie, które dla mnie miało jeszcze kęs serca, 
rzekłem sobie: nie masz tu już co robić, panie Wicie; chodźmy precz. — I śród zapadającego 
zmroku szedłem wprost drożyną 
na zachód. Niebo się zaczerwieniło jeszcze i coraz ciemniało 
na jego kresie; zrazu snadno rozróżniałem wierzchołki drzew, potem coraz mniej i mniej, 
coraz ciemniej na niebie, coraz straszniej na ziemi, aż zrobiło się 
tak ciemno, jak w garnku. 
Firmament się obciągnął gęstymi chmurami, ostrość jakaś rozlała się po powietrzu, nareszcie 
błysnęło raz, drugi i dziesiąty, po czym straszne grzmoty zaczęły huczeć, jak gdyby jakie 
olbrzymie bryki biegały pędem po kamienistym sklepieniu. Straszno było... ale mnie nie; ja 
odmawiałem sobie wieczorne pacierze i przy świetle błyskawic postępowałem drogą do góry, 
rączo, żeby tylko jak najdalej nocować 
od tego domu, w którym nie było ani jednej łzy dla 
sieroty. Na koniec przyszedłem pod las; zmęczony byłem, guzy mnie poczęły dokuczać, wiatr 
jął przewiewać przez dziury kontusza, więc wypatrzywszy przy błyskawicy trochę gęstwiny, 
wlazłem pod nią i ległem. Skończywszy modlitwy i ucałowawszy skaplerz święty, pozostały 
mnie po ojcu moim i przeze mnie ciągle na piersiach noszony, chciałem usnąć, ale błyskawice 
i myśli moje nie dały mnie zawrzeć powieki. Więc myślałem. Myślałem, co począć teraz? 
Mógłbym się procesować, moja pani macocho, i wygrałbym pewnie. Nie mam ja grosza przy 
duszy, nie mam przyjaciół ani znajomych... ostatni, który mnie znał, był pies staruszek, a i ten 
zdechł przed godziną... ale ja mam metrykę w zanadrzu! ja mam twarz moją, a tam we 
dworze gdzieś wisi na ścianie konterfekt mojego ojca! ja mam czysty głos w sercu i Bóg się 
objawi w tym głosie, kiedy stanę przed sądem. I wygrałbym pewnie. Ale niech mnie Bóg 
broni od tego, abym miał nazwisko moje poniewierać po sądach... niechaj Bóg broni, aby 
dwoje ludzi, którzy to nazwisko odziedziczyli po moim ojcu, miało przeciwko sobie stawać 
do sprawy! I oto. Panie! ażebym kiedy nędzą lub głodem nie był pokuszony do tego czynu, 
oto klękam przed Tobą i przysięgam Ci — niechaj się dzieje, co chce, niechaj najlichsze służby 
odprawiam dla zarobienia codziennej strawy, niechaj żebraczymi łachmany zaświecę przed 
światem, niechaj, jako Łazarz w Twym Piśmie, niemocą zdjęty i pod cudzym płotem się 
walający, lichej bogaczów załaknę jałmużny — przysięgam Ci, że kopcą tej wsi nie przestąpię, 
póki się pierwszy włos siwy nie pokaże na mojej głowie!... To wymówiwszy klęcząc i z 
podniesioną prawą ręką do góry, nagle mnie coś oświeciło tak jasno, żem cisnął. Zrywam się, 
patrzę: pożar. Piorun uderzył 
w dom mojej wioski... i widziałem jakby na dłoni owe trzy lipy 
rosochate, czarno umalowane na dnie z samego płomienia i dymu... widziałem ludzi, którzy 
się gromadzili pod tymi lipami i wyglądali jakby sami czarci, chodzący wśród gorejącego 
piekła... widziałem kłęby czarnego dymu, które z czerwonymi iskrami, falując nad domem, 
wzbijały się aż pod sam namiot boży... Panie! cóż mnie się działo natenczas!... 
Tu dziadek przestał na chwilę i zamyśliwszy się, milczał. Zbudził się jednak niebawem, 
pytając: 
— Śpisz, Nieczujo? 
— Uchowaj Boże! mości dobrodzieju — odpowiedziałem — i owszem, słucham z wielką 
atencją. 
— Hę?! — spytał dziadek jeszcze w zamyśleniu. 
— Słucham, mości dobrodzieju. 
— Kata ty tam mnie słuchasz; dobrze gdzieś zerkasz oczyma za pannami albo może zgoła i 
na migi z nimi już gadasz, bo to u młodych jak prędko, tak i zaraz. 
— Wolne żarty jegomości, ale nie może to być. 
— Ej! co ty mi gadasz, co być może, a co nie może! wiem ja o tym dobrze. 
Na to panny się trochę porumieniły, a pani stolnikowa, lubo widocznie nierada była temu 
dowcipowi staruszka, jednak z wyrozumiałością, a zawsze z wielkim upodobaniem patrzyła 
na niego i od razu to poznać było, że dziwnie piękna miłość i cześć jest u tej matrony dla ojca. 
Ja też poderwałem natychmiast: 
— Ale to już mniejsza o to, byle jegomość byłłaskaw dokończyć swojej historii, bo inaczej 
nie będę wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska. 
— A to mnie bardzo coś na tym zależy, żebyś ty wiedział, jaką jest szlachta oszmiańska! — 
odpowiedział dziadek i począł coraz głębiej zapadać w krzesło i drzemać. Słaba już głowa 
była u tego starca, wszakże nie zasnął jeszcze z kretesem, i owszem, podczas kiedy żadne z 
nas ani słowa się nie ważyło wymówić, on, na półśpiąco, a na pół pijano, następne ciągnął 
opowiadanie: 
— Jaka jest szlachta oszmiańska! hm! drugiej takiej na pewno nie masz na świecie. Bo czy 
kto słyszał 
o tym prócz w bajkach, czy praktykował kto tego, aby się cały powiat hurmem 
zajął losem sieroty? żeby przez lat siedmnaście administrował fortunę kogoś takiego, o 
którym cały świat mówił, że już kości jego pogniły w grobie? żeby sierota, odtrącony od 
swojej wioski, z dworu swego wyrzucony za bramę i psami wyszczuty, w lat dwadzieścia 
wróciwszy, zastał wieś całą i nie ruszoną, dwór w niej tak odbudowany, że ani jedną belką się 
nie różnił od spalonego? Matkę Boską nawet tę samą, która w ogniu ocalała, nad gankiem i 
dwa worki gotowizny we skrzyni? Słyszał to kto kiedy w tych czasach?... Moja macocha żyła 
jeszcze trzy lata, a po trzech latach nie umarła, ale w Dzień Zaduszny ze swoim gachem, 
który był diabeł sam z Łysej Góry, pojechała precz... het! gdzieś do Niemiec. Tak powiadali 
ludzie. Kolega mój nawet, który służył ze mną królowi chrześcijańskiemu, a który jeździł był 
z Francji do swoich, powiadał mnie, że powracając sam na żywe oczy gdzieś ją widział w 
Niemcach. Karetą i czterema końmi karymi, z harbejtlowym obok siebie amantem, jechała na 
bal do miasteczka. Wszystka służba koło niej była czarno ubrana, w harbejtlach i kusych 
sukienkach — wszystko diabły zamorskie; polskich miała już dosyć. Na tę wiadomość ja 
jeszcze nie powracałem — nie mogłem — nie miałem Jeszcze włosów siwych na głowie, alem 
ich już zapragnął. Czy widziałeś, Nieczujo, takiego kawalera, który by włosów siwych na 
własnej głowie wyczekiwał jak zbawienia? hę?... Ja dwadzieścia lat o nie Pana Boga w 
codziennych modlitwach prosiłem. I wysłuchał mnie. Wróciłem i stałem się od razu bogatym. 
Wieś 
po ojcowsku zagospodarowana i dwa worki dukatów, to wielka fortuna! Błogosławił 
mnie też Pan Bóg za moją nędzę w młodości... za przekleństwa macochy... za siedmioletnie 
pauprostwo... za guzy odebrane od gacha... za dwudziestoletnią poniewierkę po świecie... 
Wszystko mi się wróciło. Ożeniłem się. Byłem bardzo szczęśliwy. Miałem żonę kochającą, 
córkę pieszczotliwą, spokój był w kraju, dobra dola wokoło, ani jednego nieurodzaju, ani 
jednego pomoru, żebraka nawet trudno było gdzie dojrzeć pod one czasy. Byłem bardzo 
szczęśliwy i byłbym nim był do dziś dnia, ale znowu gach niepoczciwy!... znowu jeden dzień 
gromów i guzów — i wszystko przepadło! Działo się to... 
— Może jegomość już spać się położy — przerwała pani stolnikowa, która zdawała mi się 
być pomieszaną i jakby niecierpliwą, jakby nie chcącą, aby dziadek kończył, co zaczął, i 
dodała do mnie: — Dziadek już bałamuci. — Ale dziadek, jak gdyby nie słyszał ani słowa, 
ciągnął dalej: 
— Działo się 
to w czerwcu, dnia dwudziestego siódmego, roku pańskiego tysiąc siedmset 
pięćdziesiąt i cztery... był 
wieczór natenczas, słońce zaszło już było... ziemia siniała... księżyc 
wyszedł na niebo i w lisią czapkę zawinięty, wróżyłświętojankę... czeladka moja już spała... 
okna były pootwierane we dworku... bzy kwitły ostatnie i pierwsze róże się rozwijały... cisza 
była jak na cmentarzu... nagle!... 
Wtem drzwi się otworzyły z łoskotem, wszyscyśmy się wstrzęśli jakby po strzale — pani 
stolnikowa zerwała się z kanapy i nazad usiadła — panny przytuliły się do niej — dziadek 
skoczył jak młody i lewą ręką chwycił się za róg od stolika, prawą przyłożył do czoła, 
spojrzał ku drzwiom i krzyknął: — Ignacy! — Zerwałem się też i ja w tym momencie, spojrzę 
ku drzwiom, ale nic nie było strasznego. Mnich franciszkan, ów sam Murdelio z 
krośnieńskiego klasztoru, wszedł cale pokornym krokiem i pochyliwszy głowę, rzekł cicho: 
— Laudetur Jesus Christus! 
— In saecula saeculorum — odpowiedziałem, a nim się to stało, już znowu wszystko było w 
swoim porządku; dziadek tylko, usiadłszy na powrót W swoje krzesło, chrapał cokolwiek. 
Myślałem nad tym, dlaczego się ci państwo tak polękali, ale zważywszy potem, że ono 
raptowne ruszenie klamki i mnie przeraziło, nic nie myślałem. Zacząłem też zaraz rozmawiać 
z księdzem, wszakże za moment dano znać, że wieczerza na stole. Wszyscy więc wyszli na 
środek sali, ja się zbliżyłem do panny Zuzanny i wypaliłem jej jeden kompliment i drugi, 
chciałem i Zosi to samo uczynić, ale jakoś mi język nie folgował i mróz mi poszedł po całym 
ciele. Poszliśmy do drugiego apartamentu na wieczerzę, ale nimeśmy weszli, ja się ostałem 
przy drzwiach, aby to być ostatnim; wtedy pani stolnikowa wypuściła naprzód panny i 
mnicha, sama zaś, zatrzymawszy się przy mnie, rzekła do mnie półgłosem: 
— Ja się spodziewam, że pan skarbnikowicz zabawi u nas dni kilka; dzisiaj damy mu 
apartament w sąsiedztwie dziadka, ale na jutro będą już opalone i przyrządzone pokoje 
gościnne. Proszę nas nie porzucać. 
Ukłoniłem się grzecznie, poddając się rozkazowi gospodyni, ale uważałem, że była 
jeszcze więcej bladą jak zwykle i pomieszaną; po czym, przypatrzywszy się jeszcze, jak 
dziadka z krzesłem wynoszono do jego pokoju, weszliśmy do izby jadalnej. Stół podłużny 
stał na środku tej izby, nakryty na kilka osób więcej, niżeli nas było, co mnie jednakże nie 
dziwiło, bo zwyczaj ten chował się 
wtedy po wielu domach, a to na wypadek jakich gości 
niespodziewanych. Zasiedliśmy do wieczerzy tak, że pani stolnikowa i ja zajęliśmy jeden 
koniec stołu, panny przy nas, mnich zaś siedział na drugim końcu sam jeden, mało jadł, pił 
wiele i milczał. Milczenie też trwało długo i pomiędzy nami wszystkimi i na próżno pani 
stolnikowa starała się wzniecić jaką rozmowę; słowa jej się nie kleiły, a co powiedziała, nie 
miało wątku; tylko mnie, siedzącemu przy Zosi, jakoś się przecie udało, spytawszy ją o 
kwiatki i różne zagraniczne krzewy, które podtenczas już się były poczęły zagęszczać w 
Polsce, dłuższy z nią dyskurs utrzymać, a niewinne dzieciątko to tak mnie wdzięcznie 
opowiadało figury i przymioty różnych kwiatów, chowających się w oranżerii źwiernickiej, i 
z taką lubością grało swoim dźwięcznym głosikiem, że aż się rozpływała dusza moja. Po 
wieczerzy, przesiedziawszy jeszcze jaką chwilę przy stole, rozeszliśmy się, każdy w swoją 
stronę, na miły spoczynek. 
Moja izba była w południowej części domu; troje drzwi w niej było, jedne wychodziły do 
antykamery, drugie do dziadka pokoju, trzecie do pokoju graniczącego ze salą; okno patrzało 
na ogród. Kiedym wszedł do siebie, zastałem już tam mego Węgrzynka, który pościeliwszy 
mi łoże, siedział na stoliku pod piecem i drzemał. Rozebrawszy się i wypytawszy o wygodę, 
którą dają 
ludziom i koniom, i wyrozumiawszy, że uczciwą jest, wpędziłem go, sam czym 
prędzej przytulając się do poduszki; bo kiedy myśli mam wiele w głowie, to ona pierzana 
baba najlepszą mi jest powierniczką i najmądrzejszą rajczynią. I różne ważne myśli mi się 
poczęły zrazu, to ów mnich Murdelio, który mnie teraz coraz bliżej poczynał obchodzić, to 
ów staruszek niepospolity, którego mózg wyschnięty i serce zakrzepłe już tylko mocny trunek 
mógł w jakąkolwiek czynność wprowadzić, to na koniec Konopka, człek osobliwej 
skromności, który, mając wolny wybór pomiędzy groszem i dukatem, grosz wybrał i jeszcze 
drwił sobie z dukata, że delikatny. Jednak niedługo mogłem się nad tym namyślać, bo tuż 
stanęły nade mną błękitne oczy Zosi, tuż za oczyma biała twarz, jak lilia dopiero co 
rozwinięta, nad nią 
owe cudne warkocze, które porównywałem do wieńca czarnych róż. Aby 
to lepiej widzieć, przymknąłem oczy, począłem marzyć... i to mi mignął rękaw Zosinego 
kontusza... to niebieska polista66 sukienka... to oczu dwoje, to Zosia cała, która stanęła nade 
mną, w jednej ręce trzymając sznurek pereł maleńkich z krzyżykiem, a w drugiej z kolcami i 
liściem, świeżo co gdzieś zerwaną, różę czarną. 
I podczas kiedy przed oczyma moimi robiło się coraz ciemniej, postać owa anielska 
występowała coraz jaśniej i zawiesiwszy się, jakby sen nieskończony, nad moim łożem, tylko 
co już nie przemówiła do mnie; nagle szmer jakiś dał się słyszeć w pokoju leżącym pomiędzy 
izbą moją a salą. Porwałem się, słucham: szept jakiś chrypliwy długie prawił kazanie, które 
chociaż często podnosiło się do ferworu, nierzadko przerywane było przerażającym każącego 
śmiechem, jednak cale mi było niezrozumiałe. Dopiero głos się odezwał kobiecy: 
— Nigdy bym się na to zdecydować nie mogła, nigdy, nigdy. 
Raczej wszystkie męczarnie! 
— To będą — odpowiedział głos mocny. 
— Raczej śmierć! 
— Ho, ho! śmierć; ba! i ja bym ją może przyjął. Ale nie! niechaj żywot się wlecze, jak 
człek do końskiego ogona przypięty, niech się ciągnie jak rzemień tortury, niechaj codziennie 
nowa kropla krwi się zapieka przy sercu, co nocy nowy duch cię przestrasza, a co poranku 
budź się z nowąłzą w oku, tak gorzką, jak pieprz, a tak palącą, jak iskra! Kiedy nie chcesz 
przyjąć 
tego, co zamiast zemsty sam ci dobrowolnie podaję, kiedy nie chcesz przyjąć miłości 
i poddaństwa mojego, kiedy nie chcesz wziąć całej magnackiej fortuny mojej dla dzieci 
twoich i mnie samego dla siebie, iżbym się stał sługą i niewolnikiem, iżbym odżył jak 
człowiek przy ludzkim życiu, iżbym uspokojony wewnątrz pogodził się z światem i z ludźmi 
i zyskał 
czas do przebłagania Boga za winy moje, których nie kto inny, jeno tyś się stała 
przyczyną — to żyj! żyj sto lat, żyj dwieście lat i cierp, cierp i doświadcz tego wszystkiego z 
mojej własnej ręki, czego ja doświadczyłem od ciebie! Żyj i cierp, a męki twoje niech się 
przedłużają na dzieci twoje, na wnuki i na dziesiąty płód twego pokolenia! 
— Boże! miejże litość nade mną! cóżem ci winna! 
— Nie winna! cha, cha, cha! a któż mnie raj pokazał na ziemi, a potem drzwi do piekieł 
otworzył? kto przyrzekał i zawiódł? kto na nowo głowę zapalił, a potem truciznami ją gasił, żem owariował na nic, żem się na wieki już stał wyrzutkiem i trądem między ludzkością, że 
ja, pan pięćdziesięciu wsi, dzisiaj w habit się ubrał i jakby żebrak... 
— Boże! cóżem winna! myślałam, że potrafię wymóc to na ojcu i sobie... jam nie miała i do 
dziś dnia jeszcze nie mam mej woli... 
— Kłamiesz! — krzyknął głos mocny. 
— Ach! to okropne! miejże przynajmniej wzgląd na dzieci moje... na ojca zgrzybiałego, 
któren już się tyle nacierpiał z twojej przyczyny... 
— Milcz! dzieci twoje to trąd — stary to łotr! 
— Panie! 
— Milcz! mówię — ja nad starym jeszcze nie taką pomstę wezmę przed śmiercią! jużem mu 
pół serca wydarł spod żeber, jutro mu wydrę drugą połowę! a po śmierci! cha, cha, cha!... 
Córkę mi oddaj! 
— Przestań! — zawołała niewiasta, nabierając mocy cokolwiek — przestań, bo chociaż słabą 
jestem... ale... albo na sługi zadzwonię. Czego chcesz w moim domu? 
— Chcesz publiki? jam gotów. 
Wtem dało się słyszeć dzwonienie ręcznego dzwonka, który zaraz upadł na ziemię, potem 
huk wywróconego krzesła; zerwałem się więc z łóżka i wdziawszy prędko buty i kontusz, 
rzuciłem się do tych drzwi, porwałem za klamkę i przycisnąłem sobą, ale oparły się, były 
zamknięte. Jednak pomogło to, bo owo gadanie ustało zaraz i cisza była. Stałem tak jeszcze z 
jakie dwa pacierze, przykładałem ucho do klamki, ale już nic. Wyniosło się to, więc 
położyłem się, a przypomniawszy sobie, żem przez oczy Zosine o pacierzach wieczornych 
zapomniał, dopiero mi przyszła myśl, że ten gwar nie czynił kto inny, jeno jakieś dusze 
pokutujące, które pod owe czasy w każdym prawie znajdowały się domu, a które 
najłatwiejszy przystęp mają do człowieka zapominającego o Bogu. Więc uklęknąwszy przy 
łóżku, począłem pacierze, które, jak zwyczajnie, trwały pół godziny albo i więcej. Jednakże 
przez ten czas już nic się nie ruszało na żadnej stronie. Po czym, obejrzawszy pistolety i 
szablę, które leżały przy moim łożu, położyłem się, a sen mocny i odrętwiały objął zmęczone 
ciało moje. 
III 
Wstawszy rano i odmówiwszy pacierze, nie miałem nic pilniejszego, jak przypomnieć 
sobie wczorajsze wieczorne zdarzenie i nad nim pomyśleć. A ponieważ już Pan Bóg tak daje, 
że ludzie wierzący w duchy i nocne zjawiska tylko też w nocy w nie wierzą, mniej się ich 
obawiając do słońca, więc i ja po dniu nie bardzo jakoś przypuszczałem do siebie tę myśl, 
żeby owe wczorajsze głosy i rumory miały pochodzić od duchów. I kiedy pomyślałem w tym 
względzie o osobach żywych, które by to miały być, to najpierwej mi się przypomniał 
Murdelio, w niewieście zaś owej wprawdzie suponowałem panią stolnikową, ale rozumem 
tego dopuścić nie mogłem. Bądź co bądź, pierwsza rzecz, o którą zapytałem Węgrzynka, 
chodzącego około moich szat, była ta, w której izbie nocuje mnich franciszkan? 
— On tu nie nocował, wielmożny panie — odpowiedział Węgrzynek. 
— Jak to? więc nocą odjechał? 
— Nie odjechał, on odszedł nocą do karczmy, bo tam furę miał. 
— Biegajże — rzeknę — do karczmy i udawszy jak gdyby nigdy nic, popatrz, czy jest i czym 
się bawi, a kiedy go nie ma, to się dowiedz, kiedy odjechał, dokąd i jak często tu bywa? 
Mighaza sprytny chłopiec był i dowcip miał do każdej kawalerskiej imprezy, a że 
szlachcic był i wbiłem to w niego, że powinien Panu Bogu umieć odwdzięczyć się za to, że 
mu się dał w tak wdzięcznym stanie urodzić, więc też i pewnym mogłem być, że kiedy co 
podejmie, to raczej na miejscu położyć się da, niżeliby miał odejść z niczym lub zdradzić 
ufność w nim położoną. Przy swoich cnotach miał on jedną wadę, a nią było to, że bitwę 
namiętnie lubił i zgoła bez niej nie mógłżyć, i w tej materii niedoskonałym szlachcicem był, 
bo pomiędzy bronią a bronią różnicy nie chciał znać, a nawet, żeby prawdę powiedzieć, to u 
niego zawsze lepsza była pochwa żelazna albo drąg jaki niżeli szlachetny kord, a już nad 
własną pięść nie było u niego nic. Z tej jego wady atoli miałem tę korzyść, że kiedym jego w 
podróży ze sobą miał, tom nigdy nie znał, co to czekać na coś na drodze, promu nie zastać na 
przewozie albo koni nie mieć gdzie postawić 
w gospodzie — w takich terminach zawsze 
Mighaza naprzód szedł i choćby przez piekło samo taki uczynił rum, że nie tylko ja, ale i 
kilku jeszcze za mnąśmiało przejechać mogło. A chociaż nieraz się tak wydarzyło, że 
przenocowawszy w gospodzie, na drugi dzień go cale nie zastawałem w tym miejscu i 
dopiero gdzieś aż o milę drogi zdybywałem czekającego na mnie przy gościńcu, i lubo nieraz 
przychodziło mi płacić basarunki67 gospodarzom, kowalom lub stróżom, jednak chętnie to 
czyniłem, bo za te nieprzyjemności sowicie od niego byłem wynagrodzony przywiązaniem i 
nie praktykowaną w dzisiejszych czasach wiernością. Kochałem go też nawzajem jak brata i 
szanowałem, a jeżelim go używał do lichej około butów posługi, to działo się to li w drodze; 
w domu on mnie wszystkim był: dworzaninem, marszałkiem, konsyliarzem, koniuszym, 
kasjerem, szatnym, i wszystkie te funkcje wypełniał jak potrzeba, żadnej się roboty nie kajać 
oprócz gospodarstwa, do którego żadnego dowcipu nie miał, ale też i nie potrzebował go 
mieć, bo od czegóż był podstarości i dyspozytor? 
Owóż za niedługą chwilę powrócił się ów Węgrzynek i przyniósł tę wiadomość, że mnich 
franciszkan jeszcze wczoraj odjechał; na zapytanie zaś, czy często tu bywa, odpowiedziano, 
że dopiero trzeci czy czwarty raz tu przyjechał, ale zapewne nie po kweście, bo nigdy nic nie 
wywozi. 
Będąc tak mądrym po tej wiadomości, jak przed nią, ubrawszy się i dobrze obejrzawszy w 
zwierciadle, poszedłem gospodyni oddać dzień dobry. Znalazłem ją już ubraną, siedzącą w 
jeszcze dalszym za jadalną izbą apartamencie, przy porannej modlitwie czytanej wraz z 
córkami z wielkiej nabożnej książki. Była jeszcze bledsza jak wczoraj i zmęczona, jednak nie 
dawała tego poznać po sobie — panienki wyglądały czerstwo i miło. Widać kochająca matka 
chowała przed nimi utrapienia swoje, jeżeli jakie miała. Skoro tylko wszedłem, przerwano 
modlitwę, a pani stolnikowa rzekła do mnie: 
— Zastajesz nas, waszmość, przy służbie Bożej. Nie mamy kaplicy w domu, a do kościoła 
jeździć albo chodzić codziennie w zimie kobietom nie można. Więc oddajemy Mu hołd taki, 
na jaki nas stać, chociaż niemało z nas szydzą 
z tej okazji sąsiedzi; bo trzeba wiedzieć 
waszmości, że cały ten nasz powiat pilźnieński więcej podobno ma szlachty lutrów i 
kalwinów niż katolików. Wytępili ich trochę konfederaci, lecz dzisiaj mogą sobie rosnąć jak 
chcą, bo już nie masz konfederatów. 
— Wiadomo mi to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — że tu tyle ich się znajduje, 
tego brzydkiego nasienia, ale cóż robić? dziś już tylko modlitwa jedynym na nich lekarstwem, 
innego nie mamy. Ale właśnie używania tego skutecznego lekarstwa ja przerywać nie chcę; 
pozwoli zatem jejmość pani, że się do tej modlitwy przyłączę, bo lubo ja, nie chwaląc się, 
swoją już odprawiłem, jednak nigdy tego dość dla człowieka. 
— Cieszy nas to mocno, mój mości panie — odpowiedziała pani stolnikowa — a kiedyś tak 
chętny, to chciejże być naszym lektorem, bo dotychczas tę funkcję odbywała Zosia, ale u 
kobiety głos słaby do chwały Bożej. 
Wziąłem więc księgę i zasiadłszy przy stole, czytałem wyznaczone modlitwy; przyznać 
atoli muszę, iż snadź niewiele łask sobie uprosiłem u Boga tą robotą, bo raz na raz spoza kompaturek68 rzucałem okiem na Zosię, która dziwnie piękną była przy tym nabożeństwie. 
Bo nawet i tak snadź niewiele piękniejszych rzeczy nachodzi się na tej ziemi, jako widok 
pięknej i niewinnej dzieciny z oczyma podniesionymi do Boga. 
Niebawem też i dziadek przyszedł ze swoim starożytnym skaplerzem w ręku i z swymi 
pacierzami na ustach, które basowym szeptem odmawiał. Ujrzawszy nas przy nabożeństwie, 
nie przerywając ani nam, ani sobie, usiadł tymczasem w kącie, ale skoro zmówił pacierze, 
znowuż milczkiem przeszedł izbę i przysunąwszy się do mnie, usiadł wytężając uszy, iżby 
dobrze słyszeć słowo Boże. Ja też czytałem, ile głosu mi stało w szyi. I wdzięcznie było 
widzieć, jako dom szlachecki stał się na czas domem Bożym. 
Po skończonej modlitwie, powinszowawszy sobie dzień dobry, przeszliśmy wszyscy do 
jadalnego pokoju, gdzie już zastawione było śniadanie, składające się z kawy i z winnej 
polewki dla dziadka. Ja też przysiadłem się do winnej polewki, bom był do niej zwyczajny, i 
tak pijąc a przyjadając, przy grzecznej rozmowie o pogodzie i trochę o gospodarstwie, 
przeszła nam długa chwila. Dalej wstaliśmy od stołu i każdy poszedł, gdzie chciał; tedy ja do 
Zosi i zaraz: 
— Moja mościa panno! — rzekłem — waćpanna jesteś tak gładka i wdzięczna, że snadź 
piękniejszej już nie masz na całej ziemi, kiedy mi się nie podarzyło widzieć ją albo choć o 
niej zasłyszeć. 
Zarumieniła się biedna Zosia aż poza uszy, jednak nie czekając odpowiedziała: 
— Nie musiałeś waszmość 
daleko na tej ziemi być, kiedy piękniejszej nie widziałeś nade 
mnie. 
— Nie ma co mówić — odpowiedziałem — że ani wiem, kędy Paryż leży, ani znam owe 
ziemie, które czarni pozasiadali Włosi, kościste Niemcy, bogaci w złoto Hiszpanie i różni inni 
Angielczykowie; jednak, ile jej jest między Białowieską Puszczą a Wisłą, a zarazem między 
Sanem a Ukrainą, tyle znam i niemało się po niej nadeptałem na konfederacji, a kiedy na 
takim wielkim obszarze nie znalazłem nic... 
— Proszę, proszę — przerwała mi Zosia — to znów będzie jakiś kompliment, na których 
wyszukiwanie próżno sobie waszmość czynisz fatygę, wmówić bowiem we mnie to, co nie 
jest, nie tak to łatwa rzecz. 
— Chciałem tylko zakonfirmować69 to, co się rzekło wyżej, ale kiedy pani mi tego 
zabraniasz, tedy milczę już i za wielką sobie przyjemność to milczenie policzam, niczego 
bowiem tak gorąco nie pragnę, jak pozostać panny Zofii najposłuszniejszym sługą. 
— — Pan skąrbnikowicz jesteś bardzo grzecznym — odpowiedziała 
Zosia — więcej nawet, jak by tego pomiędzy nami jako powinowatymi potrzeba. 
Wtem weszła pani stolnikowa do tego pokoju, Zosia do niej poskoczyla i całując ją w 
rękę, o coś zda mi się prosiła, ja zaś tymczasem przystąpiłem do Zuzi i z nią rozmawiałem. 
Ale niewielka to z nią była rozmowa, dlatego odwróciwszy się niebawem, znów powróciłem 
do Zosi. Ale jakąż to w niej nagłą znalazłem zmianę! dopiero co tak wesoła i szczebiotliwa, 
siedziała teraz na malutkiej kanapce w rogu i główkę opuściwszy na piersi, z smutną minką i 
ledwie że nie ze łzami w oczach skubała koniec chusteczki. Przystąpiłem tedy do niej i rzekę: 
— Czegóż panna Zofia posmutniała tak nagle? 
— Ej! nic... jam nie posmutniała — odpowiedziała ona, podnosząc głowę i udając wesołą. — 
Ja też na to: 
— Teraz może już przeminęło, ale dopiero co był jakiś frasunek u pani; widziałem to 
doskonale. Powiedzże mi pani, może ja co na to poradzę. 
— Ej! nic, dzieciństwo — odpowiedziała Zosia, powstając z krzesła i idąc do okna. 
— Przecież coś było — rzeknę — jeżeli mam cokolwiek łaski u pani, to mi pani to opowiesz. 
— Ej! nic — rzecze znowu ona, ale już z uśmiechem — pan by sięśmiał ze mnie, bo to 
dzieciństwo. 
— Ale jak honor kocham, tak śmiać się nie będę, a jeżeli w tym co będzie śmiesznego, to 
się pośmiejemy oboje. 
— To ja wiem — rzeknie ona — że do śmiechu o towarzysza nie trudno, ale kiedy płakać 
przychodzi, to już zawsze człowiek sam tylko musi. 
— Ja, tak mi Panie Boże dopomóż, i płakać będę z panią, jeżeli tego będzie potrzeba; ale 
przecież mi, pani, opowiedz swój smutek. 
Długo się wzbraniała Zosia opowiadać te swego serca skrytości, jednakże po statecznych 
prośbach moich i naleganiach opowiedziała mi tę arcyważną historię, która była następująca: 
Przed kilkoma dniami dopowiedział jej był ogrodnik, że pomiędzy jej kwiatkami, które na 
osobności były ustawione w oranżerii, wielkie się stało nieszczęście, a mianowicie, że róża 
biała nagle i z niewiadomych przyczyn poczęła martwieć, że dwa goździki zeschły się 
całkowicie i że mysz się zakradła i poprzecinała u samego dołu powoje. Zosia chciała biec 
zaraz na ratunek swym kwiatkom, ale mama nie pozwoliła, bo odwilż była na dworze, a do 
oranżerii daleko. Noc bardzo niespokojnie przepędziwszy, Zosia na drugi dzień rano 
wykradła się chyłkiem i już była za sztachetami odgradzającymi dziedziniec od ogrodu, ale, 
na nieszczęście, mama właśnie w tej chwili wyglądała przez okno i zapukawszy w szybkę, 
odwołała Zosię z tej niepozwolonej podróży i nie tylko że się pogniewała, ale nawet za karę 
zasadziła do wyskubywania złota ze starego dziaduniowego pasa na całych dwie godzin. Było 
to już bardzo wielkie zmartwienie. Ale przecie noc była najgorsza. W niespokojności bowiem 
o te umierające kwiateczki, którym może można było przynieść ratunek, a którym mama 
kazała umierać bez miłosierdzia, pokazał się 
Zosi sen dziwny i bardzo okropny. A w śnie tym 
strasznym widziała ona najwyraźniej, że róża biała już całkiem umarła i leżała w trumnie na 
katafalku, koło niej dwa goździki nieboszczyki w trumienkach, a po czarnym pogrzebowym 
okirzu piął się powój zeschnięty. Biedne kwiatki! umarły. Po chwili przyszły też wielkie 
muchy i chrząszcze i założyły wieka na trumny. Po czym myszy je biorą 
na barki, zdejmują z 
katafalku i niosą na cmentarz — już je wzięły, stanęły, już idą. Przed konduktem leci banda 
pszczół 
i komarów i gra marsz pogrzebowy. Za trumną idzie ze spuszczoną głową mąż róży 
umarłej, smutny, zapłakany tulipan. Za nim z dala cała kwiatków gromada. Więc lilie białe z 
twarzą piękną, lecz obojętną, dalej, trzymające się za ręce, czułe ciągnęły braciszki, dalej 
smutne, z rozczulonymi sercami fijołki, dalej róż kilka zwiniętych w pączkach i szczerze 
żałujących swej siostry; dalej perfumowane narcyzy w pudrowanych perukach i jak śnieg 
białych batystowych żabotach, niby eleganty idą także, ale więcej dla mody niżeli z 
współczucia; dalej dwie piwonie, przekupki, głośno bełkocące ze sobą, i cebule flakarki 
ciągną też za pogrzebem. Za nimi z końca wielką, gęstą gromadą ciągnie lud Boży 
kwiatkowego narodu, owóż owies i jęczmień, pszenica i żyto. Po obydwóch stronach 
konduktu, dwoma długimi szeregami, ze świecami w rękach i białymi kapturami na głowach, 
ciągną smutne stokrotki — to zakonnice. Z boku tylko jeszcze skaczą jaskry lamparty i 
pieczeniarze bławaty, a przy bramie cmentarza, na starych grobowych głazach, siedzą babki 
kościelne, cykorie. To był sen bardzo straszny, Zosia spłynęła we łzach podczas tego 
widzenia. Jednakże kiedy go mamie następnego dnia rano opowiedziała, to mama się 
roześmiała i przyrzekła, że w dzień pogody pozwoli Zosi pójść do oranżerii. Owóż dzisiaj 
dzień, lubo dość mroźny, jednakże bardzo piękny. Zosia, pamiętna obietnicy, jak w dym 
poszła do mamy z prośbą o pozwolenie odwiedzenia kwiateczków, ale znów na nieszczęście 
mama była w złym humorze i ofuknęła jeszcze Zosię za natarczywość. I nie jestże prawdziwa 
zgryzota? nie płakać 
tu nad tymi biednymi kwiatkami, które już naprawdę pomrzeć musiały i 
pewnie pomarły, bo ogrodnik po całych dniach pije i nie wiedzieć nawet, czy kazał tam w 
piecach zapalić?... 
Wysłuchawszy tego opowiadania i ja też bez żadnej kwestii uznałem, że to jest 
niepospolita zgryzota i niemałe nieszczęście; jakoż zaraz z instancjami70 pobiegłem do mamy 
i bez wszelkich trudności uzyskałem pozwolenie wyprowadzenia panien do oranżerii. Ale 
kiedy Zosia w jednym okamgnieniu stanęła już ubrana w berlaczach71, w futerku i w 
watowanej kapuzie, nowa się nadarzyła przeszkoda. Zuzia w żaden sposób iść nie chce — a im 
więcej ją prosimy, tym też ona więcej się opiera, a nawet fuka na nas nie wiedzieć dlaczego. 
Ja, dzieląc serdecznie całe ukontentowanie Zosi, aż zakipiałem cały na ten obrzydliwy upór 
nieznośnej dziewczyny i znienawidziłem ją 
od razu i podobno na zawsze, ale trudnoż było się 
gniewać. Prośbami tylko godziło nam się szturmować do tego niedobrego serca; jakoż i 
prośbami udało nam się przecie na koniec uczynić ją nam powolną i wyprowadzić do 
kwiatów. Dopieroż wesołość, szczebiotanie i serdeczna zabawa, a kiedyśmy się jeszcze nadto 
przekonali, że i owej róży nic nie jest, goździki żyją, i powoje w całości, tośmy jeszcze 
weselszej nabrali fantazji, a Zosia w nadmiarze ukontentowania opowiadała nam znowu wiele 
ciekawych rzeczy o życiu i o różnych szczęściach i nieszczęściach oranżeryjnych sierotek. 
Przy tej zabawie i rozmowie czułem wprawdzie, że tonę gdzieś w jakichś odmętach nie 
znanego mi dotąd uczucia, czułem, że i mnie obima jakiśłańcuch z prześlicznie woniejących 
liści i kwiatów, czułem zarazem i to, że ten łańcuch, lubo z tak wiotkiej uplecionej materii, 
jednak w razie potrzeby nie byłby do zerwania tak łatwym, jak liść albo kwiatek; uważałem 
nawet i to, że nierozumna jest dawać się wiązać do jakiegoś przedmiotu, nie będąc naprzód 
pewnym, żali to dobrze jest i żali to się 
zda na co: jednak odganiałem te wszystkie przeszkody 
i lazłem z wielką fantazją w tę dla mnie nową, a tak pięknie się przedstawiającą krainę. 
Serce ludzkie jest jakby kłębek szczerego ognia w twardą korę zamknięty; pali on się tam 
wewnątrz, wywraca i iskrzy, i nie wydaje ze siebie ani płomienia, ani iskier, ni dymu, ale 
niechaj kto zwierzchnią nadedrze korę, wtedy za nic miny podsadzone pod twierdzę, za nic 
ów wulkan ognisty, który ma być, powiadają, we Włoszech, za nic morze bezdenne, 
najwścieklejszymi rozburzone wichrami, za nic to wszystko przy ludzkim sercu! Bo kiedy 
miny i wulkan, i morze mają sobie ścisłe od natury naznaczone granice, poza które ani 
jednego pyłku wyrzucić nie mogą: serce ludzkie nie ma żadnych granic, serce ma tylko tę, 
którą sobie samo nada, naturę. Jego płomienie i iskry jak daleko w swoim wzburzeniu sięgnąć 
zdołają, nikt przewidzieć, nikt naprzód oznaczyć nie może. Miłość 
jednego serca stawiała już 
całe państwa na nogi i utrwalała ich byt na długie czasy — obrażona duma jednego serca w 
proch już rzucała całe narody i przykrywała je głazem grobowym na wieki. Wiedziałem to 
wszystko, ale bez wahania się puszczałem serce moje na tę niebezpieczną drogę, na której 
niejeden dał już gardło swoje, inny więcej jak gardło, trzeci tylko spokój swej duszy, ale 
niejeden także dobił się szczęścia takiego, za które, jak mnie Bóg miły, warto było spokój 
tego nędznego i mojemu krajowi natenczas nie na wiele przydatnego żywota na szwank 
narazić. 
Kilka godzin już było z południa, kiedy znać dano do obiadu. Taki był zwyczaj w 
Źwierniku. Było to niby z pańska, ale nic w tym osobliwego — i owszem, źle nawet, bo 
szlachcic siedzący na wsi, którego obowiązkiem jest gospodarstwa pilnować i roboty czy to w 
polu, czy w gumnie doglądać, powinien jeść 
wtedy, kiedy robotnicy odpoczywają; tak też 
bywało wszędzie dawnymi czasy i dobrze z tym było, ale odkąd moda francuska zawleczoną 
została i do nas, próżno to gadać o takich rzeczach. Mówże temu, który mody pilnuje, że mu 
robota niesporo idzie albo że go podkradają po kątach i że się trzeba samemu pilnować, kiedy 
on jużświat wywrócił do góry nogami, a uczyniwszy dzień 
sobie z nocy, mówi, że na to ma 
sługi, aby go pilnowali. — „Kiedy kto jest panem — powiadał pan Parys z Igiozy — to nie 
powinien być ekonomem” — i dlatego kładł się o czwartej rano spać, a wstawał o drugiej z 
południa. Nie wiedział też nieborak niczego, co się działo na jego obejściu, ani nawet tego, kiedy mu Igiozę i inne dobra zabierano na rzecz wierzycieli, bo wszystko działo się przed 
południem. 
I my też snadź albo spaliśmy natenczas, albo zabawiali około peruk naszych, około 
żabotów i kolbertynek, kiedy nas za długi u Boga zaciągnione zawołano do obrachunku... ale 
odkąd moda francuska i do nas zawleczoną została, próżno to gadać i o Parysowych, i o 
innych dawno już poronionych majątkach. 
Kiedy ostatnią potrawę na stół dawano, dało się słyszeć trzaskanie z biczów przed 
gankiem. 
— Zdaje się, że nam Pan Bóg dał gości — rzekła pani stolnikowa. 
— Hę? — spytał dziadek. 
— Goście przyjechali — powtórzyła pani Strzegocka głośno. 
— A to dobrze — odpowiedział jegomość — może Konopka przyjechał. 
— O! pewnie Konopka — rzekła Zosia wesoło — już go pięć dni nie było. 
Zarumieniła się przy tych słowach panna Zuzanna, ale zaraz dodała: 
— Jeżeli pan Konopka, toż 
z nim pewnie i pan staroście, tego już dwa tygodnie nie było. 
Przyszła teraz na Zosię kolej zarumienienia się, a tymczasem rzeczywiście do jadalnego 
pokoju weszli Konopka i Lgocki. 
— Proroczym duchem, jak widzę, ichmość panny natchnione — odezwałem się na to, kiedy 
Konopka przywitawszy tymczasem panie, zaraz rzecze do mnie: 
— Otóż to świat się wywrócił do góry nogami, kiedy już drużbowie pilniejsi od samychże 
narzeczonych. 
Ja też, podając mu rękę przez stół, bośmy na przybycie tych gości cale nie powstawali, 
rzeknę: 
— Jak się masz, Konopka! — Tymczasem Lgocki do mnie: 
— Cołem, panie Niecuja. 
— Czołem, panie Lgocki — odpowiedziałem. 
— Cołem, cołem, ale skądże się waszmość tu wziąłeś? 
Ja też na to: 
— Drogą, drogą, tą samą, którą i waszmość tu przyjechałeś. 
— Hi, hi, hi! Niecuja — szepnął sobie staroście pod nosem i wraz z Konopką usiadł do stołu. 
Nim się atoli dalsza poczęła rozmowa, panna Zuzanna, przy której usiadł był Lgocki, chciała 
sobie wody nalać do szklanki; staroście, jako grzeczny kawaler, porwawszy prędko za flaszę 
przed jego talerzem stojącą, chciał prędko nalać, ale nad samą szklanką zetknął się z flaszką 
panny Zuzanny, i to tak mocno, że im obojgu flaszki z rąk powylatywały, szklankę sobą 
stłukły i potop wody po stole rozlały. Mruknął na to stary sługa, usługujący do stołu, ja też 
zaraz pochwyciłem sposobność i rzekłem: 
— Hi, hi, hi! Lgocki. 
Wyprowadziłem go tym z kłopotu, który tuż w trop idzie za każdą niezgrabnością, bo 
wszyscy się w głos roześmieli, więc i Lgocki miał dosyć czasu ochłonąć ze wstydu, i sługa 
pozabierać ze stołu czerepy. Ochłonąwszy atoli, nie śmiał się już po staremu i po głupiemu 
staroście, ale natomiast rzekł do mnie: 
— Czegóż waszmość sięśmiejesz? 
— Ot, tak sobie — odpowiedziałem. 
— Może to ze mnie? 
— A może! bo na koniec dlaczegóż się nie śmiać, kiedy kto nie do swoich rzeczy się 
bierze? 
— A to jak? 
— Ej! siła by o tym gadać i snadź lepiej by to na inną porę odłożyć, na ten raz wszakże 
muszę choć to waszmości powiedzieć, że się nie nazywam „Niecuja”, tylko „Nieczuja”, i nie 
lubię tego, kiedy kto moje nazwisko przekręca. 
— A kiedy ja nie mogę wymówić. 
— W takim wypadku może Demostenes waszmości posłużyć za przykład, ten bowiem nie 
mogąc słów należycie wymawiać, wkładał sobie kamień pod język i chodząc nad brzegami 
rzeki tak długo sięćwiczył w wymowie, póki się jej nie nauczył. 
— A kiedy ja nie Demostenes. 
— Kiedyś waszmość nie Demostenes, jak sam przyznajesz i jak to zresztą poznać 
nietrudno, to kto inny może waszmości posłużyć za przykład, et quidem zwierzęta, które w 
tym są mądrzejsze od nas ludzi rozumnych, że kiedy czego wymówić nie umieją, to milczą. 
Ale dajmy temu pokój, bo tym nie zabawimy dam, które tutaj przytomne. 
Pani stolnikowa się trochę skrzywiła na to i Konopka na mnie kiwnął, iżbym dał pokój, ale 
dziadek, podniósłszy rękę do czoła, aby oczy zasłonić od światła, wpatrzył się we mnie i rzekł 
wesoło: 
— Ale to ty masz rozum, Nieczujo, jak król Stanisław nieboszczyk, u którego zawsze na 
wszystko była racja w głowie; lubię takich, co to ząb za ząb, a oko za oko. Takimi byli 
wszyscy Nieczujowie, jak ich pamiętam, a że takimi od wieków i Piotrowicze, więc napijże 
się ze mną wina za to. 
Napiliśmy się, o co mniejsza, ale to ważna była dla mnie, żem się od razu wyższym 
pokazał od mego adwersarza, okazał 
go w oczach mojej panienki śmiesznym i sponiewierał 
po trochę — wiedziałem bowiem, ile to ważyło dla mnie, bo któż nie wie, że kobiety raczej 
wszystko złe zniosą 
u swoich amantów niżeli to, kiedy dają drwić z siebie i poniewierać sobą 
lada komu. Nie jestem zresztą tak bardzo krwiożerczy i na ten raz dość mi było tryumfu; nie 
zaczepiałem już 
cale Lgockiego; czyniłem tylko tak, iż go odtąd stale uważałem za sprzęt 
nieżywy i tak traktowałem. I przyniosło to skutki dobre, bo Zosia, jeżeli dotąd serca nie miała 
dla niego, to odtąd już 
go i mieć nie mogła. 
Po obiedzie, kiedy wszyscy przeszli do sali i pousiadali na miejscach zwyczajnych, a 
przed dziadkiem postawiono stoliczek ze szklankami i butelką wina, Konopka wziął mnie pod 
ramię i do drugiej izby zaprowadziwszy, rzekł do mnie: 
— Wiedziałem, że cię tutaj zastanę. 
— Widać stąd, żeś domyślny. 
— I to racja, ale z tego, coś mówił przy stole, ja się jeszcze i czego więcej domyślam. — Ja 
też na to: 
— Panie bracie! domyślać się wolno wszystkiego, ale nie idzie za tym, aby to wszystko 
zaraz i mówić wolno. 
— Ou! bo się dąsasz zaraz, jakby cię tu jeść chciano. — Roześmiałem się na to i rzekłem: 
— Bo też z wami inaczej nie można; chowacie pomiędzy sobą głupców, którzy niewinnych 
ludzi obrażają na gładkiej drodze, a i sami nawet nie bardzo dobre macie obyczaje. U was, 
jeżeli kto ma trochę większą nad innych fortunę, to już może być głupi jak but albo i zgoła 
niewart za hetkę pętelkę, wy go przecie nosicie na rękach i wozicie ze sobą jakby co 
osobliwego. 
— Nie wiem, jakie tam mają rozumy w Sanockiem — odpowiedział na to Konopka — i jaki 
chowają 
obyczaj, ale u nas to niejeden i psa wozi ze sobą, kiedy mu jest zabawny, a nie tylko 
człowieka. 
— Inna pies, a inna człowiek, to sam wiesz, a i to pewno wiesz, że kiedy się człowiek uda, 
to niech się i pies chowa. 
— Ej! dałbyś pokój, wiem, o co idzie. Podobała ci się 
Zosia i nierad widzisz, żem tu 
Lgockiego przywiózł ze sobą; ale to próżny gniew, nie byłbym ja go przywiózł, to byłby i 
sam łatwo trafił, bo był tu nie raz i nie dwa. Jest to nawet materia, o której by nam właśnie 
potrzeba pogadać. 
— Nie ma o czym gadać — odpowiedziałem — że mi się Zosia podobała, nie przeczę, a że się 
Lgocki o nią stara, wiem i cale mnie to nie zraża. Popróbujemy się z sobą, kto lepszy, i snadź 
nie będzie to nam szkodzić na zdrowiu, jak każda walka. 
— Walka to zdrowa rzecz, ale jednakże nie każdemu służy. W tym razie nietrudno i bez 
walki odgadnąć, który z was lepszy, ale to nie mocniejszy, tylko szczęśliwszy odnosi. 
— To się i w tym popróbujemy. 
— Przegrasz. 
— Mówisz z góry jak prorok, co mi dość dziwno, bo jeszcze nie słyszałem, aby jaki 
Konopka w którym bądź testamencie prorokiem był. 
— Chciejże komu dobrze, on ci za to da po ziobrze; takie to czasy! 
— Panie bracie, skończmy to, bo albo ty gadasz nic do rzeczy, albo ja już taką fantazję 
dzisiaj mam, że mi pieprz rośnie na języku, W każdym razie nie dogadamy się, odłóżmy 
zatem tę rzecz na wieczór albo na jutro. 
— Nie może być, bo będzie za późno. 
— A! jeżeli tak pilna — rzekłem niechętnie — tedy służę waszmości — i wziąwszy go pod 
ramię, zaprowadziłem się 
z nim pod okno, a działo się to w tym samym pokoju, w którym 
zeszłej nocy owe dusze mi się głosiły. Tam tedy stanąwszy, rzecze on do mnie: 
— Panie bracie, jest taka rzecz. Uważam, że ci bardzo podobała się Zosia i że się tej serca 
twego sprawy od razu imasz na ostro. Miło by mnie było bardzo nazywać się tak zacnego 
kawalera szwagrem i bratem i pewnym być możesz, że w każdym innym razie za najświętszy 
obowiązek bym sobie miał ofiarować ci służby moje i pomoc braterską; tutaj atoli zachodzi ta 
okoliczność, że co najgoręcej pragnę, w żaden sposób przedsięwziąć nie mogę, z czego 
wytłumaczyć się przed tobą pod karą 
utracenia twojej przyjaźni muszę. Jest tedy tak: 
najprzód, że pan starosta Lgocki, ojciec Jędrusia, przed rozpoczęciem tej jego konkurencji w 
Źwierniku oddał mi go pod wyłączną opiekę i prosił, iżbym, jako znajomy i dobrze położony 
w tym domu, radził i pomagał jemu we wszystkim; wiedząc ja zaś, że Jędruś w gruncie ma 
serce dobre, a, co główniejsza, fortunę niepartykularną72, i że z tymi przymiotami doskonałym 
będzie mężem dla Zosi, przyrzekłem ojcu i jemu, iż mogą liczyć na mnie w każdym terminie. 
Po wtóre, zachodzi jeszcze ta okoliczność, iż Jędruś, konkurując tutaj już od jesieni, 
wspomagany przeze mnie i innych sąsiadów, a nawet przez jednego z możniejszych panów, 
nie wiem zresztą jak u panny, ale u matki położony jest tak dobrze, że podobno tylko jakieś 
nadzwyczajne wypadki mogłyby to zrządzić, żeby mu się nie dostała ta partia. Owóż tedy nie 
tylko miałem sobie za obowiązek przestrzec ciebie jako tak łaskawego na mnie i kochanego 
drużbę mojego, żebyś sobie na próżno tą panną głowy i serca nie bałamucił, bo, jak mi Bóg 
miły, z tego nic być nie może — ale nawet powiedzieć ci, iż w razie, gdybyś już nie chciał na 
żaden sposób nawracać z tej, na którą wszedłeś, drogi i w konkurach persewerował73, iżby cię 
moje zachowanie się w tej sprawie, które już nie może być inne, jak obojętne dla ciebie, a 
Jędrusiowi przychylne, cale nie zadziwiło i do złych myśli o mnie nie prowadziło. Owoż co 
miałem powiedzieć. 
Ja też natychmiast w ten sens: 
— Panie bracie! czy przyjaciela, czy adwersarza mieć mi w waszmości, zawsze to tylko 
honor może być dla mnie, i to honor niepospolity, bo lubo przedwczorajszy dzień między 
nami był taki, że wypadało go koniecznie krwią trochę opłukać, jednak dzisiaj jawnie już 
widzę, żeś jest kawaler pięknego serca i umysłu takiego, jak przynależy. Za otwarte 
postąpienie twoje przeciwko mnie i pilność, z jaką dbasz o moją o tobie opinię, szczerze ci 
dziękuję; zaś co się tyczy dalszego mego postępowania w tym domu, to będzie ono zawisnąć 
od tego, jakie natchnienie położy Bóg w duszę moją; to ci tylko na teraz powiedzieć mogę i 
muszę, iż 
lubo za tym, że mi się Zosia podobała, czego nie taję, wcale jeszcze nie idzie, żebym miał zaraz konkurować o nią, to jednak, jeżeli już raz takie postanowienie uczynię, od 
niego mnie ani staroście, ani ty, ani wszyscy Mazurowie wąsami nie odstraszycie; bo już taka 
jest moja natura, że kiedy piję, to do dna, kiedy biję, to na śmierć, kiedy komu służę, to całą 
duszą; więc i kiedy konkurować zacznę, to już pewno pierwej nie ustanę, póki albo mnie 
diabeł nie weźmie z kretesem, albo panna nie będzie moją. Ale co tam o takich rzeczach 
rozprawiać, które robić potrzeba! Przyszłość wszystko okaże, tymczasem zaś chodźmy do 
pań, bo dalej pomyślą, żeśmy na jaką konferencję, a nie z odwiedzinami w ich dom 
przyjechali. — I biorąc go pod ramię chciałem iść, ale on jeszcze: 
— Tylko słówko... albo nie, chodźmy do pań. Zatrzymałem się tedy i rzekłem: 
— Wiem, coś chciał powiedzieć. 
— No, cóż takiego? 
— „Chciałeś mnie pewno uważnym zrobić względem postępowa” nią mojego z Lgockim... 
Uśmiechnął się na to Konopka, ja też dodałem: 
— Znasz mnie już trochę, panie bracie, a ponieważ wiesz, że ludzie upartego ducha są 
jakby dzieci, które im więcej im się czego zabrania, tym goręcej się tego napierają, i tak dalej, 
i tak dalej, więc podobno najlepiej będzie, żebyśmy o tej materii więcej już z sobą nie 
mówili... nawet jeżeli wola, dajmy sobie parol na to. 
— Jeżeli ci się tak podoba — rzekł na to dumnie pan Konopka — to ja nie mam nic przeciw 
temu. Ja o tej materii nic z tobą rozmawiać nie potrzebuję. 
— A ja się będę starał, abym nie potrzebował rozmawiać o niej z tobą. Więc my dwaj o tym 
nigdy. 
— Nigdy. 
— Parol? 
— Parol. A... a jakżeż będzie z drużbowaniem? — zapytał Konopka. 
— Jak ty rozkażesz; mnie się zdaje, że to tylko szewcy tak czynią, że jeżeli się nie 
porozumieją 
w cechu, to już się kłócą ze sobą i w domu, i na ulicy, i w gospodzie, i na 
procesji; szlacheckiego zaś zakonu to praedicatum74 jest, że jedno nieporozumienie, a nawet 
bitwa sama nie uwalnia nikogo od reszty, albo z dawna już przyjętych, albo świeżo co danym 
słowem oznaczonych obowiązków względem drugiego i drugich. 
— Więc tamto manet?75 
— Manet sine nulla exceptione76,chyba żeby niemożność. 
— Ultra posse nemo obligatur77 — dodał Konopka i z tym weszliśmy do sali. Tam 
zastaliśmy wszyskich siedzących i rozmawiających, pani stolnikowa po staremu na kanapie, 
panny przy krosienkach pod oknem, Lgocki przy nich, a dziadek w swoim głębokim krześle, 
przy którym stał stoliczek ze szklankami i na pół wypróżnioną butelką. Dziadek tedy do nas: 
— No i cóż 
tam za sprawy tak pilne macie ze sobą, że nas zostawiacie samych? może 
konfederacja jaka? hę? 
— Gdzież tam, mości dobrodzieju! — odpowiedział Konopka — prędzej by konkurencja jaka, 
kontrowers78, kontrybucja, a nawet i koniugacja niż konfederacja; ja przynajmniej już z 
daleka od wszelkiej konfederacji aż do samej śmierci, bo za jedną już mi, takie ad intende79 
dali nieboszczyk tatunio, że na samo jej przypomnienie włosy mi się jeżą do góry. 
— No, nie ma to być tak rozumiano — odpowie dziadek — jeżeli dostałeś od ojca w gębę, to 
nie za konfederację, jeno za to, że ze szkół uciekłeś i bez jego pozwolenia, a z niczym, jako lichy woluntariusz80, nie jako obywatel do niej poszedłeś, a i pomimo to jeszcze założę się, że 
niechby jeno, nie mówię formalne innotescencje81 albo uniwersały, ale byle pogłoska, to ani 
ludzkie oko by cię tu nie zajrzało. 
— O! co pan Konopka, to może — odezwie się na to staroście, przysuwając się z krzesłem 
do Zosi — ale ja już się stąd ani rusę. 
— A czy waszmość już się kiedy ruszałeś? — spytałem ja. 
— A czemuż by nie? służyłem psecie w pułku generała Bysewskiego. 
— Wielki żołnierz musiał z waszmości być, jak to snadno widać po jego fantazji — rzekłem 
na to, trochę na przekór Konopce. 
Konopka się też na to odwrócił, przygryzając wargę, a pani stolnikowa się także 
skrzywiła, ale Zosia się uśmiechnęła, co mnie bardzo pogładziło po sercu; tymczasem zaś 
dziadek zawezwał nas, iżbyśmy się przysiedli do niego, a do mnie rzekł: 
— A ty, Nieczuja, ponalewaj nam wina. 
Nalałem, podnieśliśmy szklanki i wypiwszy chórem za zdrowie dam, które z łaski swojej 
przy nas się nudzą, żaden z nas ust nie otworzył; my bowiem z Konopka zbiliśmy się 
wzajemnie z toru i wszelkiego do lekkiej konwersacji konceptu, Lgocki snadź nigdy nie był 
tym, który zabawić może rozmową, a kobiety podobno instynktem samym poznały, że jakiś 
kwas jest pomiędzy nami, i także się pokwasiły; dziadek tylko sam jeden, z duszą niedotkliwą 
na dzisiaj i żyjącą tylko w przeszłości, pozostał taki, jak zawsze, zimny, obojętny na 
wszystko, zwinięty w sobie i winem ustawicznie popijanym po trochę się rozgrzewający. On 
też był pierwszy, który, odjąwszy drżącą rękę ze szklanką od ust i oparłszy ją o węzeł litego 
pasa, począł w ten sens: 
— Cóż to? czy klasztor myślicie zakładać, ze takie silentium? co? 
— Smutne czasy, smutna dusza, toż nie dziwno, że i usta u wszystkich zamknięte, mości 
dobrodzieju — odpowiedziałem. On zaś na to: 
— 0t, gadasz! że czasy smutne, mosanie, tego nikt nie zaprzeczy, daleko zresztą szukać by 
tego, który temu winien. Smutne czasy, to prawda, ale nie przez siebie samych, tylko przez 
ludzi, którzy w nich żyją i są do niczego. Za mego życia były już czasy daleko smutniejsze; 
za Karola XII, któż nie pamięta, jak to było w ojczyźnie, ale nam, ludziom krew ze krwi i 
kość z kości, wcale smutno nie było, i owszem, było nam bardzo wesoło. Bo my sami 
byliśmy żywi, żwawi, pełni sił i nadziei. Głupi byliśmy, jak dziś o nas powiadają, grubi i w 
obyczajach surowi, ale... nalej mi wina. 
Nalałem, a po chwili dziadek na nowo: 
— Dzisiaj, mosanie, ludzie, osobliwie po miastach, okrutny rozum mają, gładcy są, 
fryzowani jak owieczki, pachną jak kwiatki, ale... 
Wtem coś mocno zaturkotało przed gankiem, jakoż jednocześnie wszedł służący staruszek 
i zapowiedział, że jacyś dziwni panowie zajechali. 
— Czemuż dziwni? — spytała pani stolnikowa. 
— Bo jakoś dziwnie poubierani — odpowiedział famulus. 
— Jeżeli jejmość dobrodziejka pozwolisz — rzekłem na to — to ja do nich wyglądnę. 
— Bardzo panu wdzięczną będę — odpowiedziała pani na to, a ja wyszedłem. 
Kiedym z antykamery przez okno wyglądnął, zajrzałem powóz wielki zielony, czterema 
chłopskimi końmi zaprzężony, około którego stały, to jeszcze doń po coś sięgały, trzy dość 
dziwne figury. Więc jeden z nich był to średniego wieku a słusznego wzrostu mężczyzna, w 
tabaczkowego koloru mundur, z aksamitnymi wyłogami i złotymi galonami ubrany; na 
głowie miał małą peruczkę z harcapem82, halsztuk83 wysoko podcięty, zresztą pluderki wąziutkie, pończochy, trzewiki z ogromnymi sprzączkami, cieniutką szpadę w skórzanej 
pochwie przy boku i w trzy rogi zastosowany kapelusz z kolorową kokardą pod pachą. 
Postawa jego była wzniosła i zdawała się dumną, twarz poważna, rysów pociągłych i na 
pozór przyjemnych — stał przy powozie i przez okulary, które ręką trzymał przy oczach, 
patrzył wprost na okolicę. 
Drugi był wzrostem jeszcze wyższy, wiekiem już prawie starości sięgający, twarzy jeszcze 
pociąglejszej i brody nad wielką miarę długiej i graniastej, cery skórzanej, budowy ciała 
mocnej, suchej i kościstej. Ten miał wielką siwą perukę, z bardzo długim w czarną taftę 
owinionym harcapem na głowie; kapota na nim była czarnoszaraczkowa, długa poniżej kolan, 
halsztuk wielki włosienny, kamizelka czarna aksamitna, takież pludry, czarne pończochy i 
trzewiki grube, jałowicze, bez wstążek i sprzączek. Ten trzymał w lewej ręce chustkę 
zatabaczoną niebieską i tabakierkę wielką, blaszaną, prawą zaś w nos ogromny pakował co 
siły proszek ów specjalny, który nazywają tabaką. 
Trzeci, była to mała, jak cień tylko chuda, wygładzona, nędzna figurka. Ten miał twarz 
biedną, bladą i podsiniałą, oczy zielonego koloru tylko się na niej świeciły; peruki nie miał na 
głowie, tylko własne włosięta, długie a popielate, per modum84 harcapa w tył związał i 
zrzynkami zatłuszczonej tafty zsznurował; był na nim zresztą frak brązowego koloru, wytarty 
i około rękawów poszarpany, halsztuczek czarny aksamitny na szyi, ale tak wielki, że się cała 
broda z gębą aż po sam nos i uszy w niego chowała, kamizelka żółta i hajdawerki powyżej 
kostek, lubo zima była, przecie tylko lekkie nankinowe. Widać, gorąca dusza była w tym 
kawalerze. Stał 
on o parę kroków od tamtych, a z miną arcyusłużną i twarzą, wyszczerzonymi 
zębami o wewnętrznej wesołości świadczącą, na pół pochylony w ukłonie, czekał zapewne 
swoich panów czy przełożonych łaskawego skinienia. 
Za powozem stał 
jeszcze wóz prosty, srodze wypakowany, na którym siedziało dwóch 
niby-żołnierzy i sługus jakiś. 
Obaczywszy to i widząc zarazem, że ci przybyszowie tak sobie lente85 przed gankiem 
cudzego domu poczynają i ani myślą się opowiadać, wyszedłem na ganek. Spojrzeli na mnie, 
potem po sobie, ale żaden z nich nic nie mówił; tedy ja do nich: 
— Gospodyni tego domu zapytuje waszmościów, czym im służyć może? 
Spojrzeli jeszcze raz na mnie i jeszcze raz po sobie, po czym ów w mundurze, który się 
zdawał z nich być najstarszym, zaszwargotał coś do mnie po niemiecku, ja też na to: 
— Przepraszam, ale nieświadom jestem tego języka. Tedy on do tego mizernego, o którym 
wspomniałem na ostatku, znowu coś swoim językiem. W tejże chwili przyskoczył ów do 
mnie w brązowym fraku i zacierając ręce, i skacząc, coś prędziuteńko powiedział, ale i z tego 
nie zrozumiałem więcej, jak tylko to, że ów mówiący do mnie jest Czech, bo mowa jego nie 
brzmiała tak, jak każda inna ludzka, jeno jakby kto racę wypuścił. — Krżptrżtkrższ! — Ani 
jednej samogłoski nie miał snadź w całej gębie. Dopieroż ów średni, a najsłuszniejszy ze 
wszystkich, zażywszy pomaleńku, a dokumentnie tabaki, odezwał się: 
— Forsan dominatio vestra loquitur latine?86 
— A! także gadaj! loquor87, mości dobrodzieju. Zaraz też rozmówiliśmy się, a że się im 
prezentowałem, kto i jaki jestem, więc i oni zaraz mnie powiedzieli, że owo pierwszy z nich, 
ów mundurowy, jest to kapitan od inżenierii cesarskiej i nazywa się baron von Holmfels; 
drugi jakiś tam Niemiec, cywilny, nazwiskiem Streitenbach, a trzeci, ich pisarz czy aplikant, 
Czech rodem a Wlk nazwiskiem. Powiedzieli mi również, że jadą w Karpaty, gdzie pomiędzy 
Jasłem a Nowym Sączem mają jakieś drogowe czynności. 
— A, toście się panowie niedobrze wybrali — rzekłem im na to — ponieważ nie masz tędy 
dróg sposobnych dla tak wielkich i ładownych wozów; ledwie się tu najdą 
itinera, i to 
periculosa88. 
— Periculosa? — zawołał pan Streitenbach, przeciągając twarz jeszcze na półłokcia. 
— Nie periculosa dlatego — odpowiedziałem przestraszonemu Niemcowi — iżby na nich 
bito lub obdzierano, ale dlatego, że są wąskie i wywrotne. 
— A! to wiemy — odpowiedzieli — bośmy już ich praktykowali od rana; ale to już mniejsza 
o to, za kilka lat będą one insze w całym tym kraju. 
— Więc o cóż chodzi waszmościom? 
— Nam chodzi o to — odpowiedział z nich jeden — że od rana jedziemy i aniśmy koni 
nigdzie nie popasali, ani sami się pokarmili. Wstępowaliśmy już do kilku karczem, ale 
nigdzie nam nic nie dano, a do tego jeszcze we wszystkich tak brudno, że gdy by i co było w 
nich do jedzenia, tobyśmy się nie mogli odważyć wziąć w usta. 
Mówili to z wielką grzecznością i nieśmiałością, co mnie dosyć dziwiło, bo ile o tych 
panach słyszałem, to nie zawsze i nie wszędzie grzecznie sobie poczynali; wszakże bądź co 
bądź, odpowiedziałem: 
— Waćpanowie trafiliście do takiego domu, w którym są same kobiety, nie masz więc 
gospodarza, który by ich mógł przyjąć; jednakże odpoczynku i posiłku, jaki naprędce się 
znajdzie, nikt wam tu nie odmówi. Proszę za mną. 
Spojrzeli znowu po mnie, znowu coś zaszwargotali do siebie, po czym ten mundurowy 
rzekł do mnie z wielką grzecznością: 
— Proszę pana na słówko. 
Wziąłem go więc ze sobą i zaprowadziwszy do sieni, stanąłem gotowy do słuchania; rzekł 
tedy: 
— Niech się panu to dziwno nie zdaje, że nam rozum nakazuje taką ostrożność, ale nim w 
ten dom wstąpimy, musimy się pana zapytać, czy osoby nasze tu będą bezpieczne? Nie idzie 
tu o mnie, bo ja jestem kawaler i żołnierz i ani na skryte postępowanie przeciwko sobie 
zasługuję, ani tak bardzo się boję; ale tamci panowie piórowi nie są usposobieni do bójki; 
nadto jeszcze, wyprawę te lubo przedsięwziąłem z wyższego rozkazu, jednakże drogę 
obróciłem tędy już na moją własną odpowiedzialność i przyznam się panu, że mi się to cale 
inaczej wydawało, kiedy siedziałem w pokoju i wyprawę tę wytykałem na mapie. Nie dziw 
się pan więc, że tak jestem ostrożnym, a to o tyle bardziej, ile że panu wiadomo być musi, jaki 
wypadek stał się niedawno z dwoma kolegami naszymi w Sanockiem. 
— A tak! — odrzekłem smutno i do głębi mej duszy wzruszony — wiadomo mi to, niestety! 
jednego pan Krajewski w Terce kazał za poły sukni gwoździami przybić do ściany, a 
drugiemu pan Bal dał kilkadziesiąt bizunów na progu. 
— No, więc widzisz pan — rzecze mi baron Holmfels — więc czy będziemy tutaj bezpieczni? 
— Mości panie — odpowiedziałem na to z niecierpliwością 
— za ten czas, którego 
waszmoście potrzebujecie do namysłu, nim w dom szlachecki na gościnę wstąpicie, myśmy 
czasu wojny dobywali fortecę, ale to nic, każdy naród ma swój obyczaj. Tymczasem mogę 
wam to zaręczyć, że w jakikolwiek dom w tym kraju zaproszeni wstąpicie, możecie być 
pewni, że wam i włos z głowy nie upadnie; nawet gdyby kto obcy napaść was chciał pod tą 
strzechą, to tylko po trupie gospodarza mógłby was dosięgnąć. Takie są prawa gościnności 
słowiańskiej, nigdy i nigdzie jeszcze aż 
po sam Kaukaz i lody Syberii nie przekroczone ani 
zdeptane! 
— O tak! taki jest obyczaj słowiański! — odezwał się Czech ze dworu, który z lekka 
podsłuchiwał pod drzwiami. 
— Proszę panów do izby. 
Zabraliśmy się więc i poszliśmy. Kiedyśmy weszli, wiodę ja tych gości wprost przed 
kanapę, aby ich prezentować 
gospodyni; ale najpierwszy zaraz dziadek wstał, rękę po staremu 
przyłożył do czoła, spojrzał na nas i zaraz czapeczkę swoją wziął pod pachę i odszedł. Lgocki 
zaś, obaczywszy ich, parsknął od śmiechu mówiąc: 
— Hi, hi, hi! Niemiec. 
Pani stolnikowa się także nie lepiej znalazła, bo niebawem po prezentacji wyszła do 
innych pokojów; panienki, przypatrzywszy się 
cudzoziemcom i ich ubiorom, także się 
powysuwały, za nimi zaraz Konopka; Lgocki stał jeszcze jaką chwilę i oglądał harcapy z 
bliska i trzewiki, i sprzączki, ale i ten, parsknąwszy jeszcze kilka razy, odszedł; wszystkie 
więc obowiązki gospodarskie zostały się na mnie. Gniewało mnie to, ale zresztą trudnoż się 
było gniewać; lat temu już kilkadziesiąt i takie to jeszcze przesądne były natenczas zdania i 
uprzedzenia. 
Uważali to nowo przybyli i pan Streitenbach grubo coś 
na to mruczał po niemiecku; nie 
rozumiałem go wprawdzie, ale wiem, że pewno komplimentów nie gadał. Czech, który snadź 
strusi na wszystko miałżołądek, ośmielony i kontent, że stanął na szlifowanej posadzce, 
chodził od kąta do kąta i przypatrywał się obrazom i sprzętom, ale baron zafrasował się tym 
widocznie, jakoż po chwili rzekł do mnie z westchnieniem: 
— Pan się zapewne wychowywałeś gdzie za granicą? 
— Nie, panie — odpowiedziałem — nie tylko nie za granicą, ale — nawet ani w szkołach 
publicznych; wiek dziecinny i pacholęcy przepędziłem w domu mojego ojca. — Wszakże 
widząc, że pan baron z trudnością wysławia się po łacinie, spytałem go, azali nie zna 
francuskiego języka. 
— I owszem — odpowiedział mi — mówię nim dosyć płynnie. Rozmawialiśmy tedy dalej już 
po francusku, a że jakoś zaraz przyszliśmy w tej rozmowie na materię szlachectwa i 
opowiadaliśmy sobie, jak to z tym jest i na Niemcach, i w Polsce, toż i nietrudno było mi 
poznać, że mam do czynienia z człowiekiem dobrego rodu, starannego wychowania i pięknej 
głowy, co mi ciężar zastępowania gospodarza o wiele znośniejszym uczyniło. Niebawem 
zastawiono coś do jedzenia, jakieś mięsiwa, chleby i napoje; rzucili się na to tamci dwaj 
wygłodzeni z wielką fantazją, osobliwie Czech zmiatał potrawy pewno daleko zgrabniej, niźli 
spisywał 
species facti89, baron tylko jakiś był smutny i tak mięsa, jako i słodycze kostniały 
mu w gardle. Widząc to rzekłem do niego: 
— Waszmość panu przecie coś jeszcze innego oprócz tej podróży musi ciężyć na sercu, bo 
jużciż trudno przypuścić, żeby sama obawa jakiego napadu lub niespodziewanej awantury 
mogła mu napędzić 
tak octowego humoru, zwłaszcza że waszmość sam, jak powiadasz, nie 
tak bardzo się boisz... 
— Pan masz słuszność — odpowiedział kapitan — sama podróż niniejsza nie jest mojego 
humoru przyczyną, ale ona otworzyła mi oczy na wiele innych rzeczy, o których przedtem 
dobre wprawdzie, ale nieprawdziwe miałem wyobrażenie. 
— Nie wchodzę w to, co tam w rzeczy poruszyło w panu tego nielitościwego robaka, ale 
nietrudno mi się domyśleć, że waćpan znajdujesz się w położeniu tego, który z impetem i z 
wielką fantazją wszedł do zdobytej i wedle swego mniemania całkiem oczyszczonej fortecy, a 
tymczasem zastał tam nie tylko dość silną załogę, ale powietrze nawet zatrute. 
— Ej! nie turbuj się waszmość o nas — rzecze Streitenbach — wiemy my, jak co zrobić. U 
nas dzisiaj jest taka siła ducha, że przed jej samej jednym tylko dmuchnięciem wszystko 
padać musi na ziemię. 
— No! — rzekłem — ja bym sobie życzył, żebyś waszmość choć raz dmuchnął na mnie... 
albo wiecie co, jest was tu trzech, dmuchnijcie wszyscy trzej trzema duchami, a ja już sam 
jeden stanę li , z serpentyną 
albo i bez serpentyny! 
— Ale to co innego. 
— Ba! — zawołałem –ja rozumiem, że co innego... i rozumiem, że gdybyście tak czarownic 
dmuchać umieli, to bylibyście pewno dobrze dmuchali w Wiedniu, kiedy was bisurmaństwo 
przygniotło, ją zresztą i dzisiaj jechalibyście dalej i dmuchali przed siebie, a ani myśleli o 
jakim napadzie na was albo o jakiej awanturze. 
— Otóż nie boimy się. 
— Tutaj nie macie się bać czego, bom wam powiedział, że wam włos z głowy nie spadnie; 
ale tam dalej w górach zawsze radzę ostrożność, bo tu ludzie siły może w duchu nie mają, ale 
mają w rękach, i duchów się nic a nic nie boją, a broń Boże waszmość na nich dmuchać... 
teraz umysły podrażnione, mogłaby w rzeczy wypaść jakaś nieprzyjemność. 
— Nie boimy się! — powtórzył pan Streitenbach, pociągając wielki haust wina. 
— To chwała Bogu — rzekłem — ale i niebojów wilcy jadają. 
— Nie zjedzą nas. 
— Boską w tym wola. 
— Nie Boska, ale nasza. 
— Wasza? niechże i tak będzie! — odpowiedziałem i zakończyłem tę nudną dysputę z 
zarozumiałym na swego ducha Germanem, bo to wtedy jeszcze było tak, że człowiek by i 
sam za siebie nie ręczył; krew nie woda, a młody nie lubi być pobitym ani też przegadanym. 
Niemiec by mnie był duchem swoim pobił, i pewno pobił, bo to o nich powiadają, że każdy z 
nich więcej ma w głowie nauki niż biskup jaki albo rabin co najuczeńszy, a nużby mnie się 
było zachciało odbić się ręką i przykry by był się stał ewenement, o którym by może już dziś 
po kronikach pisano, za dowód barbarzyństwa naszego go stawiać. 
Tymczasem zaczęło się zmierzchać po trochę; goście, pomimo ducha swego, ani myślą 
wyjeżdżać, tylko popijając wino, gadają a gadają. Już i Holmfels nawet przysiadł się bliżej i 
do wina, i do rozmowy się wmieszał. Kłopot z tym oczywisty. Musiałem wyjść do pani 
stolnikowej, iżby jej woli zasięgnąć, jak sobie postąpić w tym razie. Zastałem ją w trzecim 
pokoju od sali wraz z córkami i gośćmi i wesoło tam było pomiędzy nimi; dziadek tylko 
siedział w kącie w skórzanym krześle i opuściwszy głowę na piersi, zdał się martwym lub 
skamieniałym. Tylko com wszedł do pokoju, rzecze do mnie pani stolnikowa: 
— Cóż tam goście? 
— 
Nic — rzekłem — siedzą. 
— 
Bardzo waszmości dziękuję, żeś mnie zastąpił w tym przykrym razie; rozumiem to, że 
gościnności nie można odmawiać nikomu, ale zawsze milej by mi było, gdyby już 
sobie odjechali. 
— Łatwo to powiedzieć, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — ale oni podobno 
troszeczkę się boją i ani myślą wyjeżdżać. 
— Jakżeż? to będą nocować? 
— Zapewne, że będą. 
— No i cóż tu zrobić? 
— Nic nie zrobić; zabierzcie się, asaństwo, i wyjdźcie do sali, jeden z tych Niemców jest 
kawaler i szlachcic, mówi po francusku i wcale do rzeczy jest, z tym sobie możecie panie 
rozmawiać, a tamtych drugich już ja biorę na siebie. Bo cóż robić przez cały wieczór? 
— Co mówicie, panny? pójdziemy? 
— Chodźmy, mamo; cóż w tym jest złego? — odpowiedziała Zuzia. 
Wyszliśmy więc wszyscy prócz dziadka, który z Konopką wyniósł się do swego pokoju; 
tu zaś przyniesiono światła; pozbierano ze stołu i zaraz pan Holmfels przysiadł się do 
gospodyni domu i począł z nią grzeczną rozmowę. Zrazu szło jakoś nudno i cicho, ale że 
Holmfels był to kawaler światowy i ze wszystkimi trzema damami umiał utrzymać 
konwersację, więc się też niebawem ożywiło. Wkrótce baron siadł do klawicymbału i 
przygrywał różne piękne melodie; pokazało się też, że Czech, jako to u nich zwyczajem, 
umiał grać na skrzypcach, wyszukano mu więc tego instrumentu pomiędzy sługami; grali 
tedy obadwa, wtórując sobie, myśmy słuchali, a nareszcie i Konopka, który także był 
muzykalny, zasiadł do klawicymbału; ja rozmawiałem ze Streitenbachem i dworowałem 
sobie z Czecha, na co się stary Niemiec uśmiechał i potakiwał; Holmfels zaś jak usiadł przy 
Zuzi, jak jej wziął prawić jakieś tam rzeczy, tak i przesiedział tam poty, póki cale grać nie 
przestano, a może i dłużej jeszcze siedział, czego ja już nie widziałem, bo pokazało się, że 
pan Streitenbach jest budowniczy z profesji i uczył się tego na akademiach, a że ja z dziecka 
prawie miałem wielkie zamiłowanie w tej sztuce, tedy nie zaniedbałem tej sposobności, aby 
się o wiele ciekawych, a u nas tylko ze słyszenia znajomych rzeczach zainformować. I tak się 
zagadałem z tym Niemcem, żem ani uważał, co się tam dalej działo w sali, aż mnie krzyk i 
szelest jakiś obudził. Spojrzę ja, aż tu widzę 
jako Czecha okrążyli i panny, i kawalerowie z 
wielkim hałasem i śmiechem. Przystąpiliśmy bliżej, a on im pokazuje jakieś sztuki łamane, to 
ze świecami, to z pierścionkami, to z innym rupieciem. Dopieroż biegać za nim, łapać go i 
śmiać się 
do rozpuku, przy czym już to Lgocki prym trzymał i najwięcej dokazywał. Nawet 
pani stolnikowa się z kanapy ruszyła i do gry tej wmieszała, i tak z owymi Niemcami, przed 
którymi zrazu wszyscy pouciekali, oswoili się wszyscy pomału, jakby z dawnymi znajomymi 
i sąsiadami, niektórzy nawet, jak Lgocki, aż konfraterni90 nawet z nimi się nie kajali91 
. 
Wszakże, kiedy po ukończonej zabawie do wychodu się zabierali, nikt ich ani jednym 
słowem nie zatrzymywał, a wszyscy z wielką grzecznością dobrej nocy i szczęśliwej podróży 
życzyli. 
Ja już musiałem mój gospodarski obowiązek do dna samego wypełnić i odprowadzić ich 
jeszcze do oficyn na nocleg, gdziem miał sposobność przypatrzyć się, z jakimi to wygodami 
ten naród jeździ, jako mają ze sobą i miednice do mycia się, i bety, i piernaty, i papiery, i 
pióra, i talerze, i imbryki, i Bóg nie wie co jeszcze, a na koniec i usłyszeć od barona 
najuroczystsze zapewnienie ich dla mnie wdzięczności, który rzekł do mnie te słowa: 
— Miło mnie jest na koniec wyrazić 
panu najszczersze nasze podziękowanie za tak 
gościnne w tym domu przyjęcie, a o ile nic mnie nie zbije w tym przekonaniu, że gdyby nie 
nasze tak szczęśliwe się 
z panem tutaj spotkanie, toby nam było drzwi przed nosem 
zamkniono, o tyle prószę być pewnym, że ja przynajmniej za najszczęśliwszą sobie poczytam 
tę chwilę, w której będę mógł panu grzeczność grzecznością odpłacić. 
Tamci dwaj tylko, widać ludzie prości i grubi, lubo, jak sami mówili, wielkiego ducha, 
pożegnali się ze mną obojętnie i chłodno, grzeczność moją, ba! dobrodziejstwo, poczytując 
sobie za spełnioną powinność. 
Na drugi dzień rano Niemcy odjechali, my zaś pozostali, zgromadziwszy się przy 
śniadaniu; z wczorajszej, tak niespodziewanej wizyty mieliśmy bujny przedmiot do 
konwersacji i jeżeli zabawny przepędziliśmy wieczór z nimi przytomnymi, to ranek bez nich 
jeszcze był zabawniejszy, bo mnóstwo przypomnień 
i uwag nad tymi nowymi w kraju 
naszym figurami czynionych nieraz do chóralnego śmiechu pobudzić nas musiało. Zuzia 
tylko, która nie wiedzieć dlaczego ustawicznie w obronie Niemców stawała, i dziadek, który 
mi po kilka razy wyrzucał, jak mogłem cudzoziemców w dom wprowadzić i pozbawić go 
wieczoru, po którym on sobie tak wiele rozrywki obiecywał, nie podzielali ogólnej wesołości 
naszej. Dziadek nawet, rozegrzawszy się winną polewką i wpadłszy na dobry tor elokwencji, 
na poparcie swoich zarzutów niestworzone rzeczy nam plótł o tym narodzie, utrzymując, że 
tenże od Kościoła Bożego odstąpiwszy, diabłu duszę zapisał za to, żeby przez tę moc 
nadludzki rozum posiadł i całą ziemię pod swoje panowanie zagarnął. 
— To, mosanie, są rzeczy — mówił dziadek — o których mało kto jeszcze wie na świecie, ale 
ja, który kraj ten cały stopa za stopą przeszedłem, wiem to doskonale, bo tam w każdej chacie 
o tym gadają. Duch ten, którym oni się tak chlubią nad inne narody, to nie jest żadna bajka, 
mosanie, bo tam jest duch w samej rzeczy, ale duch zły, czarny książę 
światów podziemnych, który się na miliony cząsteczek pokrajał i w tamtych ludzi powłaził; a kto by temu wiary dać 
nie chciał, ten niech się tylko nad tym zastanowi, że co tylko na zgubę i umartwienie 
biednych ludzi wynaleziono, to wszystko wyszło z tego ich ducha. Proch strzelny, druk, karty 
do grania i kości, wszystko to oni wymyślili, a wiele jeszcze innych rzeczy wymyślą na zgubę 
ciał i dusz ludzkich, to obaczycie. 
Na próżno przekładałem dziadkowi, że ani proch, ani druk, jak skoro tylko tajemnica ich 
używania stała się pospólną całego człowieczeństwa własnością, nie są wynalazkami 
zgubnymi; na próżno zarzucałem, że obadwa te wynalazki nie mogą od złego ducha 
pochodzić, kiedy zły duch tym narodem aż czasu Lutra zawładnął, a one o wiele jeszcze przed 
Lutrem uczynionymi zostały — dziadek nie dał sobie ani co mówić o tym, ucinając spór tymi 
słowy: 
— Ale co ty mi gadasz! Jeszcze ani ciebie, ani was wszystkich, jak tu jesteście, nie było na 
świecie, kiedy ja już byłem na Niemcach i to wszystko od katolików, którzy się tam jeszcze w 
sekrecie chowają, słowo w słowo słyszałem. Zresztą, co tam drogo argumentować; nie dosyć, 
że mi to od naocznego świadka wiadomo, jak moja macocha przez Niemców porwana, skoro 
tylko się nogą 
ziemi tamtejszej dotknęła, czarownicą się stała, ale idąc sam przez kraj ten, w 
którymkolwiek domu we czwartek na nocleg stanąłem, to wszędzie sam na własne oczy 
widziałem, jak gospodyni domu zaraz z wieczora nastawiała jakieś warzywo w kotle do 
ognia, a pies lub kot siadłszy koło kotła, warzechę w łapie trzymał i szumowiny zbierał. Po 
ugotowaniu tej strawy każda z nich na miotłę siadała i zaszwargotawszy słów kilka, z dymem 
przez komin ulatywała. Ba, i żeby to jeszcze — ciągnął dziadek dalej, popijając winną polewkę 
— na samych czarownicach się kończyło, nie byłoby to może tak bardzo dziwnym, bo i u nas 
tego nasienia niemało; ale to tam, gdzie spojrzysz, wszędzie ludniej od samych duchów na 
ziemi niżeli od ludzi. Tam w ziemi mieszkają koboldy92, w drzewach drzewne, w wodzie 
wodne, w powietrzu powietrzne duchy. Więc elfy w postaci maluteńkich panienek z 
rozwiniętymi włosami, które za muchami i motylami latają; w wodzie niksy, wdzięczne 
panny żyjące, ale zimne jak lód, i kawalerowie wodni, piękni i w niczym od innych się nie 
różniący, tylko w tym, że włos u nich mokry i miasto ludzkich rybie zęby mają w gębie — i 
jedne, i drudzy przychodzą często na tłoki93 wiejskie albo na muzyki do karczem, a Niemcy 
tańcują z nimi brat za brat. Pokazywano mnie ich na własne oczy, nawet owych karzełków 
widziałem, którzy w skalnych szczelinach na polu i lasach albo pod podłogami w domach 
mieszkają i często do plewienia, do żniwa, a najwięcej do otrząsania owoców w sadach 
gospodarzom się wynajmują; na górze tej byłem, w której wnętrzu w wielkich wykutych 
salach cesarz ich, Karol Wielki, ze wszystkimi wojskami swoimi siedzi i czeka tam na jakiś 
dzień przeznaczony, w którym ma wyjść na wierzch i wszystek świat pobić... A ty mi pleciesz 
jakieś 
tam filozofie i negujesz to, co na własne oczy widziałem!... hm!... — skończył i popił 
winnej polewki. 
Na takie dictum94 nie miałem co odpowiedzieć, jakoż i Konopka dodał: 
— Ale to nie ma wątpienia, we wszystkich niemieckich książkach stoi to jasno jak na dłoni. 
— O! o! prawda, wszakże i ty byłeś na Niemcach — rzekł dziadek do Konopki — powiedzże 
sam, czy tak nie jest? 
— Ale tak, tak — odpowiedział Konopka. 
— No, więc czegóż potrzeba? Uśmiechnął się do mnie Konopka, ja też do niego i 
przestaliśmy mówić o tej materii, tymczasem zaś pani stolnikowa: 
— Ale co tam, czy są 
duchy na Niemcach, czy ich nie masz, nas to mało obchodzi, 
tymczasem to dla nas ważniejsza, że ci, którzy tu byli wczoraj, to byli szczerzy ludzie z duszą 
i ciałem, a co najważniejsza, i z władzą nad nami. Ja też 
jeszcze raz grzecznie dziękuję panu skarbnikowiczowi, że mi ich gościnnie przyjął i zabawił, bo kiedy już Pan Bóg tak dał, że 
losy w ich ręce złożone, to niechże nie myślą, że ja z nimi chcę wojny lub jakiej niezgody. 
Teraz zaś mówmy o tym, co nas najbliżej dotyczy. 
— Słuchamy z uwagą — odpowiedziałem. 
— Nie masz co długo słuchać — rzekła gospodyni — oto, aby się dzieci moje cokolwiek 
zabawiły, chcę na ostatni wtorek dać niewielką zabawę u siebie. Spodziewam się, że i pan 
skarbnikowicz zostanie. 
— Najmilej mi będzie spełnić rozkaz jejmości dobrodziejki — odpowiedziałem –-ale do 
ostatniego wtorku to jeszcze z półtora tygodnia. 
— No i cóż 
to przeszkadza? w szlacheckim domu, a nawet w pokrewnym, dni kilkanaście 
posiedzieć, sądzę, że panu przykrości nie zrobi. 
— Przykrości? — odpowiedziałem — na żaden wypadek, i owszem, przyjemność i miłą 
rozrywkę; ale z końmi i ludźmi... 
— Ot, elegant! — zawołał dziadek — nie bój się, nie bój, spichrza całego nie wypróżnisz i 
wołów dla ciebie bić nie będą. 
— Więc poddaję się z chęcią i gotowością woli asaństwa dobrodziejstwa — odpowiedziałem 
z ukłonem i sercem pełnym ukontentowania — ten tylko sobie wypraszam warunek, żebyście 
mnie państwo przez ten czas do jakiej roboty użyli, abym wam darmo chleba nie psował. 
— Może i robota się znajdzie — odpowiedziała gospodyni — ot! rankami będzisz nam 
waszmość Pismo święte czytywał. 
— Ze mną będziesz pijał miód po obiedzie — rzekł dziadek. 
— Mnie pan skarbnikowicz będzie hafty do krosienek rysował — rzekła panna Zuzanna. 
— Mnie zawczasu zatrzymasz izbę w oficynie, abym się miał gdzie przespać 
po balu — 
rzekł pan Konopka. 
— I mnie także — dorzucił Lgocki, i tak wszyscy sobie coś 
dysponowali, jedna tylko Zosia 
niczego nie wymagała ode mnie, jak gdyby chciała mi dać do zrozumienia: a na mnie się 
będziesz patrzał tylko i to będzie dla ciebie robota, może nawet najcięższa ze wszystkich. 
Kawalerowie zostali się 
jeszcze na obiedzie, po czym odjechali, zostawiając mnie samego 
z domownikami i obowiązkami świeżo co na mnie powkładanymi. 
IV 
Gdyby kto inny na moim miejscu został się był w Źwierniku i wiedział o tym, że mu się z 
dziewięćdziesięcioletnim dziadkiem, nie dosłyszącym i częściej nudnym niżeli zabawnym, z 
panią stolnikową zwyczajnie przez większą część dnia z niewiadomych przyczyn kwaśną i 
umartwioną, z Zuzią próżną i snadź komplimentami czy kaprysami zepsutą panienką, a na 
koniec z piękną wprawdzie, bardzo piękną, ale niewielomówną i obojętną mu Zosią półtora 
tygodnia bez żadnej odmiany przepędzić przyjdzie, toby był zdesperował z kretesem, a może 
nawet, wielką etykietę odrzuciwszy na stronę, uciekł 
zawczasu. Ja atoli za te półtora tygodnia 
ledwie bym był nie oddał mojego udziału w najpiękniejszej, z pierwszym wojskiem całego 
świata stoczyć się mającej batalii. Bo i jakżeż to pełne niewypowiedzianego wdzięku, pełne 
nie znajomego mi dotąd szczęścia były wszystkie dnie owe i wszystkie wieczory! Jakiż to 
rajski świat się wtedy otwierał dla mnie co rana, jakich cudownych marzeń kraina mnie 
obejmowała co nocy! Jakimże to bogactwem najwdzięczniejszych uczuć przepełniało się 
serce, jakim czystym i jasnym płomieniem błyszczała dusza moja!... Boże! jakże wielkim Ty 
jesteś i jak pełną cudów jest wszędzie Twa ręka! jakiż 
to raj Ty musisz dla sprawiedliwych 
mieć w niebie, kiedy już taki dajesz niektórym na ziemi! O, Ojcze niebieski! jeżeli który z 
tych ziemskich płazów, którym Pismo podobieństwo Twoje przyznało, wątpił o Twojej nad tą 
ziemią opiece, jeżeli który zachwiał się w wierze w cudotwórczość Twej dłoni, jeżeli który 
odrętwiał na sercu i zaparłszy się trwogi piekła, lekkomyślnie pogardził tym rajem 
niebieskim, który Ty wiecznie ukwiecasz i chowasz dla Twoich wybranych — jeżeli czyje 
serce, mówię, czy to ziemskimi cierpieniami zwarzone, czy pod gorącymi wichrami zarazy 
lub pokusami rozumu upadło i zwiędło, i jadem przesiąkło, i żółcią zalane milczy, kiedy 
rozum spienionymi wargami przeciwko Twojemu słowu się 
miota: — o Panie! Wróćże 
takiemu tylko trzy dni pierwszej wiosennej miłości, a w niej objawisz mu się w całej Twojej 
cudowności i mocy — wróć mu miłość czystą i nieskalaną, a dasz mu wiarę tak silną i wielką, 
jaką miał Syn Twój i owi, którzy za nią konali na krzyżach i w katakumbach. 
Nie byłem nigdy dotknięty złym duchem niewiary, nie rozpadała się dusza moja pod 
ciosami zwątpienia, nie sięgałem nigdy jednookim rozumem moim w granice prawd 
nietykalnych, ale serce moje, choć młode, ukąpało się już nieraz w krwi kipiącej bałwanach i 
w nich nieraz zakrzepło. Były czasy, kiedym wśród wojen strasznych i złowrogich, sam 
odarty i ranny, i głodem wymorzony, i tułający się nędznie, takem już był upadł na duchu, 
żem Cię, Boże, goręcej błagał o śmierć niż kto o zbawienie. Zapomniałem o ojcu natenczas, o 
rodzinie, o krewnych moich, o przyjaciołach. Tyś sam, Panie, może mi zniknął sprzed oczu 
natenczas! bo zwarzona dusza moja zamierała już wtedy w gasnącym ciele i ostatnimi drgając 
siłami, śniła tylko chleb dawno nie widziany i trupy wszędzie porozrzucane, wodę 
orzeźwiającą i krew zastygającą na ziemi. 
Były czasy, w których dnie i noce klęczałem u trumny mojego rodzica, potem u grobu 
jego, sierota, opuszczony, nieznany, sam, ze łzami tylko i sercem pokrwawionym na tej 
zimnej, obojętnej, chciwej cudzego grosz?, cudzych boleści, cudzych łez chciwej ziemi! 
I przyszły na koniec jeszcze czarniejsze chwile na sierotę. Wśród nich już ziemia znikła 
sprzed oczu moich... i tumanami wleczonymi za sobą cały świat mi zakryła. Nie wiedziałem 
już, żali żyję i czy ląd mam przed sobą, czy morze, czy mgły, czy powietrze. Martwy byłem, 
głuchy i nieruchomy. Tylko czerwone płomienie biły w ciemne oczy mej duszy, i to nie 
wiedziałem, czy biją od słońca dopalającego się już na niebie, czy od łun pożaru gasnącego na 
popiołach spalonej ziemi. Wszakże nie zaginąłem jeszcze natenczas. 
Ale tak bolesne wrażenia w samej młodości odebrane, owe cierpienia, które w miękkie 
jeszcze i niehartowne uderzyły serce, zostawiły ślad niezatarty po sobie. I jeżeli to, że śród 
nich nie upadłem lub nie obłąkałem się na bezdrożach zwątpienia albo rozpaczy, że za 
przykładem innych sumienia mego nie oddałem w służbę chciwego władcy rozumu, mam do 
zawdzięczenia owej wierze świętej, dla której żytem, biłem się i konałem; to to, że mi się na 
nowo świat życia otworzył, że mi krwiąświeżą zagrało serce, żem otworzył oczy na wiosnę 
ziemi, uszy na śpiewanie słowików, duszę 
na cudze szczęście, żem zgoła na nowo ku światu 
wyciągnął ramiona, tom winien tylko owej pierwszej niepokalanej miłości, którą we mnie 
obudziła kobieta! O! gdybyż wiecznie w sercu ludzkim mogło trwać pierwszej miłości 
uczucie! 
Owe półtora tygodnia, przez które bawiłem w Źwierniku, przeszły mi prędko i prawie 
niespostrzeżenie. Obudziwszy się z najpiękniejszych snów nocnych i odmówiwszy swoje 
osobne pacierze, szedłem codziennie rano do familijnego grona i odczytywałem mu modlitwy 
poranne i świętych żywoty; potem szliśmy do śniadania, przy którym dziadek, gęsto popijając 
winną polewkę, rozpowiadał różne rzeczy o dawnych czasach. Starzec ten siwowłosy im 
więcej pił jakiegokolwiek gorącego napoju, tym trzeźwiejszym się stawał na umyśle, tym 
silniejszym pamięcią i żywszym na duszy. Trunek tylko czynił go żywszym, trunek 
rozwiązywał mu usta, podniecał 
dowcip i zapomniane wywoływał obrazy. Kiedy w wazie 
polewki szczere dno się pokazywać zaczęło, to już jeno spisywać było wszystko, co z jego 
sinych ust wychodziło — spisywać i na wieczne czasy chować dla potomności. Ale nie z 
każdym to tak jest na tym świecie: bo podczas kiedy jeden dopiero po gąsiorze staje się 
mądrym, drugiemu gąsior cale odbiera rozum, jaki miał po trzeźwemu, a niejeden i po 
trzeźwemu, i po pijanemu jak gąsior. Po śniadaniu, a przy dziadkowych powieściach, pani 
stolnikowa odchodziła do gospodarstwa, panny zaś zasiadały do jakichś robótek. Póki więc 
dziadek pił i rozprawiał, ja tylko półgębkiem mogłem z panienkami rozmawiać, ale gdy już 
ucichł i głowę zwiesiwszy na piersi, zwinął się jakby ślimak w swoją skorupę, myśmy 
zaczynali nasze swawole i śmiechy. Wtedy siadałem do stolika i rysowałem Zuzi kwiatki i 
szlaczki na szyjących się podszewkach, poszeweczkach, chustkach i innych bieliznach; Zosia 
trzymała mi przed oczyma wzory do tego i wskazywała, gdzie co dodać, a gdzie wypuścić; 
opowiadaliśmy sobie przy tym różne bajki lub powtarzali ploteczki, niewinnie sobie żartując 
z ludzi, ze świata i z siebie. Po obiedzie chadzaliśmy do oranżerii i mama nie broniła nam 
tego; tam pielęgnowaliśmy kwiateczki, obrywali z nich liście zeschnięte, obcinali martwe 
gałązki, ustawiali doniczki w inny ład jako dawniej, radowali się wonią tam falującą i 
ciepłem, i ową wiosną, którą sztuka ludzka potrafiła sobie utworzyćśród zimy. Śród kwiatów 
i krzewów zieleniejących się pysznie i rozwijających się w świeże pączki i liście i ja też 
ożywiałem się coraz więcej, a serce moje nastrajało się coraz wyżej, napełniało się wonią 
miłości i przepełniało nieraz, kiedy mu przyszło promień 
Zosinego oka trochę dłużej 
wytrzymać. Stałem się też tak miękkim, słodkim i ujmującym, że do tygodnia pozyskałem 
sobie dobrą przyjaźń u wszystkich; Zuzia nawet, która, jak się to później dowiedziałem, zrazu 
mnie nie lubiła, która mnie upornie i złośliwym przekąsem wypytywała o to, com to na 
ustroniu rozmawiał z Konopką, która mnie nawet otwarcie wyrzucała moje postępownie ze 
starościcem, która na koniec nie żartem skłóciła się ze mną o Niemców, Zuzia nawet 
przyzwyczaiła się do mnie; Zosia tylko, więcej milcząca i zamyślona, oprócz wdzięcznego 
czasem spojrzenia nie udarowała mnie żadnym wyznaniem — ona z tymi dużymi, niebieskimi 
i jakby zza mgły lekkiej wyglądającymi oczyma, zdawała się być duszą gdzieś w innych 
dalekich światach i wtedy tylko przypominać sobie o ziemi, kiedy jej kwiatek przesunął się 
przed oczy albo smutek uderzył w serce. Wszakżeż ze słów kilku, ze spojrzeń kilku lub może 
li z samej fantazji mogłem mieć i czyniłem sobie nadzieję. 
Nadzieję tylko? — powie może niejeden — to jeszcze wcale niedaleko. I prawda, że to 
młodemu sercu niedaleko iść po nadzieję; prawda, że owego czasu inni za półtora tygodnia 
już i na zapowiedzi dawali, prawda, że i mnie należało sięśpieszyć, zwłaszcza że z przyczyny 
Lgockiego było periculum in mora95; jednakże na to potrzeba mi się było rodzić albo na sto 
lat przedtem, albo być francuskim elegantem w peruce i z żabotami, im bowiem tylko 
udawało się tymi czasy podbijać 
serca kobiet w kilku godzinach. Więc do nadziei tylko 
dobiłem się przez półtora tygodnia i nią się poiłem, kiedy nadszedł ostatni wtorek. 
W domu pani Strzegockiej wszystko było na przyjęcie gotowe. Posadzka na nowo 
odszlifowana, wszystkie sprzęty odczyszczone i odświeżone, muzyka z Tamowa 
sprowadzona, potrawy zimne gotowe, wina, miody i inne napoje uporządkowane i osobnemu 
słudze pod klucz i pod dozór oddane. Wszakże do południa jeszcze nikogo nie było; po 
południu dopiero przyjechał Konopka ze starościcem, a niebawem za nimi pan Stojowski z 
Grudny, pan Lubieniecki i pan Kąkolnicki, jakiś 
tam wujaszek czy inny powinowaty 
Lgockiego, stary podłysawy kawaler, ale człek bogaty i gotowiznę, i obszerne ziemie 
posiadający za Wisłą. Za tymi zaś już sanie za saniami sypały się jakby z woru, a wszyscy z 
nich wysiadali przed oficyną dla przebrania się i przygładzenia czupryny. Prosiła mnie nawet 
była pani stolnikowa, iżbym wszystkich zabawiał w oficynie, gdzie na dwóch stronach było 
po trzy pokoje, i abym nie wchodził pierwej z gośćmi, aż póki się nie zmierzchnie i sala nie 
będzie oświecona, żeby zaraz bez wszelkiej ceregieli grać zacząć i tańcować. Owóż tedy 
Konopka, skoro tylko zlazł z sani, zaraz mnie bierze na stronę i pyta: 
— A cóż, panie bracie, jak tam rzeczy idą? Ja też na to: 
— Jakie rzeczy? 
— A z Zosią? bo jak mnie Bóg miły, lubom to ligockiemu pomagać obiecał, jednakże ty 
mnie jakoś lepiej do serca przypadłeś. 
— Ej! Mazurze! — rzekłem — tak to u was dotrzymują parolu? — Uderzył się 
sam w gębę za 
to i odpowiedział: 
— Tak mi daj Panie Boże zdrowie, żem zapomniał na wieki. 
— Czyś zapomniał, czyś nie zapomniał, to wszystko jedno, zawsześ parolu nadłamał. 
— No, no, nie wiem, gdzie toś się między takimi rygorystami wychował? — odpowiedział 
pan Konopka i pobiegł do pałacu. Jam się został ze starościcem, z którym potężnie się 
wynudziłem, bo mnie wypytywał o takie rzeczy, na które odpowiadać nie było warto; 
szczęściem, że mnie od dalszych z nim nudów wybawił 
Stojowski z Lubienieckim i owym 
trzecim towarzyszem. Szczerze się ze mną witali Mazurowie, jednak nie bez uśmiechu na 
twarzy, o który nie chciałem już ich wybadywać, bo nietrudno mi się było domyśleć, że każdy 
z nich, spojrzawszy na mnie, przypomniał sobie ową scenę przed gankiem w Koszycach i 
dlatego się uśmiechał. Stojowski był to człowiek rozumny, a nawet pełen różnych 
wiadomości i przyrodzonego dowcipu, więc mi miłą była z nim konwersacja, ale mi ją znowu 
przerwał Konopka, wpadając prędkim krokiem i prosząc mnie na ustęp. Wyszedłem z nim do 
trzeciego pokoju, gdzie mi też zaraz rzecze: 
— Panie bracie, daliśmy sobie parol, abyśmy o twojej sprawie ze sobą nie gadali, ale o 
mojej sprawie przecieby nam wolno pomówić. 
— Nie masz wątpienia — odpowiedziałem — słucham tedy, co każesz? 
— Powiedz mi, z łaski swojej, co się tu stało podczas mojej niebytności? 
— Cóż by się stało? nic zgoła, bo nie dosyć, że przez ten czas ani jednej obcej duszy nie 
było, ale nawet wszystkie te dnie były tak jednostajne i tak w niczym się pomiędzy sobą nie 
różniące, że gdyby nie kalendarz, tobym myślał, że to tylko jeden upłynął. 
— Przecie tu się coś stało. 
— Ale ręczę ci, że, ile ja wiem, nic a nic zgoła. 
— Skądże by nagle takie bałamuctwo? 
— Jakież to bałamuctwo? 
— Słuchajże, może mnie jakąś w tym podasz radę. Cała rzecz idzie o to, że mi znowu Zuzia 
coś zaczyna mataczyć. 
— Jak to znowu? nic a nic nie rozumiem. 
— Więc opowiem z początku. Rok już blisko, jak konkuruję o rękę panny Zuzanny i 
pomimo wszelkiej usilności mojej długo tak było, że sam nie wiedziałem, jak właściwie 
sprawa moja stoi. Panna Zuzanna jest kapryśna i co dzień co innego mi powiadała; matce zaś 
roją się jakieś familijne splendory po głowie i nie decydując nic sama, odwoływała się do 
swej córki. Znudzony tą niepewnością, jakoś koło Nowego Roku zrobiłem deklarację, ale że 
się dnia tego, na nieszczęście, nawinął Murdelio... 
— Mój bracie — przerwałem w tym miejscu Konopce — powiedzże mi, kto jest właściwie 
ten wasz Murdelio? 
— Murdelio?... — zapytał Konopka, zamyśliwszy się trochę — Murdelio, cóż? po prostu 
mnich, franciszkan z krośnieńskiego klasztoru, który miał dawnymi laty fortunę, tę podobno 
w części utracił, w części na klasztory zapisał i do zakonu wstąpił... a że jest człek rozumny i 
tak w duchowych, jako i świeckich rzeczach niepospolicie biegły, a do tego jeszcze z lat 
dawnych dziadkowi znajomy, więc ma pewne zachowanie w tym domu. 
— Ej! panie Janie! — rzekłem mu na to — widzi mi się, że tu jakieś tajemnice zachodzą, 
które kryjówkę swoją mają pod tym mnisim habitem. 
— Hm! nie mogę zaprzeczyć, że i mnie się to raz przywidywało, i wprawdzie dziadek, po 
kilka razy zapytywany przeze mnie, tylko ręką kiwał i odpowiadał: — Wiele by to dziś gadać o 
tym! — ale kiedym znalazł sposobność rozmawiania z Murdelionem, a nawet przytomny 
byłem temu, kiedy on argumentował, dlaczego ślub mój z Zuzią odłożyć wypada, to mi 
wszelkie podejrzenie odpadło, bo owa jego pokora, owa pobożność i można mówić, że prawie 
natchniona mądrość... 
— No, no, rozumiem, więc cóż dalej z Zuzią? 
— Owóż stało się tak, że mi matka i panna dały słowo i dziadek potwierdził; ślub jednak 
odłożono na czas niepewny, z czego wszystkiego, jak dotąd, ja byłem dość kontent, bo nic mi 
w tym tak bardzo pilnego, a przez ten czas zwłoki mam nadzieję wywindykowania96 mojego 
familijnego majątku, dokąd by mi daleko milej było wprowadzićżonę niż na lichą dzierżawę. 
Wprawdzie po owej deklaracji Zuzia mi zaraz dodała: — Jak się pan chorążyc będzie 
sprawował dobrze, to ślub będzie prędzej, jak źle, to później albo może i nigdy — jednak ja 
sobie tych stów nie brałem tak bardzo do serca, bom się zawsze sprawował dobrze, i 
rzeczywiście tak było, że kiedym tu ostatnią rażą był, to mi Zuzia pod sekretem przyrzekła, że 
o wiośnie zamienimy pierścionki. Tymczasem stało się tak, że za to ja jej znowu przyrzekłem, 
iż za cztery dni, to jest w niedzielę, przyjadę do Źwiernika. Przyjechać nie mogłem, bom miał 
termin na sądach w Krakowie, i dopiero wczoraj stamtąd wróciłem, ale zaraz napisałem do 
niej list z piękną ekskuzą — patrzajże, co mi odpisała. 
To mówiąc, dobył list spod żupana i podał mi go do przeczytania. Wziąłem i czytałem, jak 
następuje:
„wielmożny mo Ścipanie! Do piro teraz widzę, yakiem do Brze zro Biła, czom Waszmość 
panu czałego słowa nie Darowała y czom ter Minu szlubne Go o znaczyć nie pozwoliła — Bo 
czy się je Szcze kiedy widzić bę Dziemy, czy ni, tę Waszmość przym ode-mnie na Ukę, że 
pirszym przy Miotem y napirszą Cnotą każdego kawaLera na czałym świe Cie yest to, czoby 
zawsze dotrzymywał Parolu. Beste go nic. Bonć Waszmość zdróf y niech ci pan buk niepa 
mięta cięszkie Łzy moje, co za to płaczę. Zuzanna” 
Przeczytałem i długom się patrzył w ten smutny dokument, nic nie mówiąc; ale mi 
przerwał Konopka słowy: 
— No i cóż ty na to? 
— Chcesz mojej rady? 
— I owszem, proszę o nią. 
— Tańcuj więc całą noc dzisiaj, upij się na frasunek, a jutro jedź 
i niechaj tu noga twoja 
więcej nie postoi w Źwierniku. 
Wpatrzył się na mnie Konopka wielkimi oczyma, a potem rzekł: 
— Jak to rozumiesz? 
— Jak powiedziałem. 
— To chyba sobie dworować chcesz ze mnie? 
— Broń Boże! a nawet to ci jeszcze dodam, iżbyś, jeżeli możesz, Lgockiego wyswatał z 
panną Zuzanną, będzie to bardzo dobrana para i będą bardzo ze sobą szczęśliwi. 
— Panie Marcinie! nie spodziewałem się tego! — krzyknął obrażony Konopka i zarumienił 
się mocno. Żal mi się go zrobiło, rzekłem tedy natychmiast: 
— Mój Konopka! jeżelim takiego tonu przybrał do mojej mowy, że ci się widział 
obrażającym, to przebacz, bo, jak mi Bóg miły, obrażać nie chciałem, w dowód czego 
powtórzę ci radę moją tymi słowy: porzuć tę konkurencję, bo to panna nie jest dla ciebie. 
— Ale kiedy ja ją miłuję, kiedy ja chcę się z nią ożenić! 
— A! jeżeli tak, to inna sprawa. Wola każdego człowieka jest jemu rajem. 
— Bo uważasz mnie — ciągnął dalej zamyślony konkurent — nie dosyć jeszcze tego listu, ale 
teraz przybiegam do niej, a ona ani mówić nie chce ze mną, odwróciła się i odeszła. Mój 
Nieczuja, dowiedz się, co w tym jest. 
— Jeżeli mi tylko powie, to z największą gotowością uczynię; ale co bądź będzie, porzuć 
to, kiedy się dobra pora wydarza. 
— Porzucić — przemówił do siebie w zamyśleniu Konopka, a wtem Stojowski wbiegł do 
nas i rzecze do mnie: 
— Panie Nieczuja! kiedy gospodarujesz, to gospodarujże dobrze; pan starosta Łętowski 
przyjechał i chciałby się przebrać. 
— W ten moment, mości dobrodzieju — odpowiedziałem i wybiegłem przyjmować gości i 
wydzielać im kąty do przebierania się, a że się już zmierzchać poczęło i wypadało mi jeszcze 
raz się gospodyni zapytać, kiedy mam gości zaprosić na salę, więc pobiegłem do pałacu, aby 
się widzieć z panią stolnikową. Nie było tej na sali, nie było w pokoju panien, nie było w 
gaderobie, aż mi powiedziano, że jest w swojej sypialni, do której osobne drzwi i sionka 
prowadziły ze sieni. Skoczyłem tam i tylko co rękę miałem położyć na klamce, drzwi się 
otworzyły przede mną 
i jakby duch jaki lub nagle zaklęte zjawisko, wychodzący stamtąd 
przesunął się koło mnie Murdelio. Tuż za nim wyszła pani stolnikową i obaczywszy mnie, 
wzdrygnęła się; była blada, oczy miała zapłakane. Ale zebrała się w okamgnieniu i zapytała: 
— Czy zapalają jużświatła na sali? 
— Nie uważałem, ale kiedyż tam gości wprowadzić? 
— Jak tylko światła zapalą; ja już idę do sali. 
Z tym powróciłem do moich gości. Gwar tam był wielki, jak zwyczajnie przed każdą 
zabawą, ci się ubierają, owi czupryny gładzą przed zwierciadłami, drudzy pasy zawiązują, 
inni różne miny stroją i już naprzód wybijają hołubce, a wszyscy gwarzą, żartują i hałasują. 
Jednak na czas wszyscy byli gotowi, a kiedy sługa mi dała znać, że jużświatła się jarzą i 
panie zgromadziły się w sali, to wszyscy wysypaliśmy się hurmem i ani jeden nie został. 
Konopka tylko wlókł się kwaśny i ostatni za nami, właśnie jakby popielec za zapustnym 
wtorkiem. 
Z hukiem i z brzękiem weszliśmy do sali, Izba ta, lubo niczym nowym na tę fetę nie była 
przybrana, jednak wyglądała pięknie, a nawet paradnie. Jej wielkość niezwyczajna, 
zwierciadlana posadzka, sprzęty karmazynowym adamaszkiem wybite, tegoż koloru 
makatami pokryte ściany, misterne gzymsy u góry, to wycinane w floresy, to figurami 
ozdobne, wielkie, od sufitu aż do posadzki sięgające, w brązowych ramach zwierciadła, 
pomiędzy tym wszystkim zaś ze trzydzieści dam wdzięcznych i milutkich panienek, w 
przepyszne stroje przybranych, a na to wszystko porozlewane fale kilkudziesięciu jarzących 
świateł dały mi dopiero rozpoznać dlaczego to niektórzy ludzie tak tęsknią na zapust za 
miastem dich wyprawianymi balami. 
Stroje mężczyzn były wprawdzie badzo wykwintne i; oprócz kilku batystowych paniczów 
lśniły wszędzie od śnieżnych jedwabiów, karmazynu i złota, ale stroje dam i panienek jednak 
więcej na siebie wabiły oko. Długo by to trzeba dziś gadać, aby ubiór każdej z osobna opisać; 
dla mnie nawet cale to niepodobna, bo i czasu nie miałem tyle, iżbym każdą z osobna 
oglądnął, i pamięci nigdy do tego nie miałem; jednakże jako córki domu były ubrane, 
koniecznie opowiem. Więc panna Zuzanna miała najpierw wielką napudrowaną fryzurę na 
głowie, której siwe kędziory zwieszały się aż na szyję, a na której wierzchu, nie wiem już czy 
komecik taki, czy kwiaty jakie, czy wstążki, dość, że coś było jaskrawego. Na sobie miała 
najpierw sukienkę jaskrawego koloru, niezmiernie rogówkami rozdętą, na niej zaś lewitkę 
cielistą, w wielkie niebieskie kwiaty, z ciężkiej jedwabnej materii, to jest niby drugą suknię, z 
tą od tamtej różnicą, iż ta była w .przodu otwarta, a końce jej podniesione i przez otwory od 
kieszonek po bokach poprzeciągane. Zresztą, na rękach agażanty97 z delikatnymi forbotami98, 
przez które przebijały bogate i drogimi kamieniami błyszczące manele99; na szyi sznur 
wielkich pereł, u których lśniła się spinka z brylantów i drobniutkich perełek, na piersiach druga taka spinka; zgoła od stóp do głów pełno bogactwa i drogocennych specjałów. Zosia 
wszakże cale inaczej była ubrana; nie było na niej ani fryzury jak babilońska wieża wysokiej, 
ani pozłocistych kornetów, ani spinek podwójnych przez kieszenie poprzeciąganyeh; czarne 
błyszczące włosy w prześlicznych kędziorach spływające na szyję, biała jak śnieg pojedyncza 
sukienka, jasnoniebieską wstążką ujęta w pasie i żywą, pełną różą ozdobiona na piersiach, to 
był cały strój jej i cala wytwomość. Ale niechaj w kąt idą wszelkie złotników i krawców 
powymyślane przybory, niech się schowają 
najmistemiejsze mody francuskiej specjały, jak ją 
sam Pan Bóg ubrał i ozdobił! Ijeżeli pierwej nieraz drżałem jak listek przy zbliżaniu się do 
niej, jeżelim oddech zatrzymywał w piersiach, kiedy ona mówiła, jeżeli mi się nieraz ciemno 
zrobiło w oczach od blasku jej wzroku, toż teraz spojrzawszy na nią i ogłuchłem, i 
ociemniałem, i oniemiałem, i skamieniałem jak Lotowa małżonka, żem przez długą chwilę 
ani wiedział, gdzie jestem, ani co się dzieje koło mnie. 
Kiedym się zbudził spojrzał pomiędzy grona wystrojonych gości i na ich twarze wesłym 
okraszone uśmiechem, na ich usta gwarzące głośno i żartobliwie na ich oczy uśmiechające się 
do zabawy, do tańca, a może i do niejednego szaleństwa, to się oczy moje odwróciły od 
biesiadników tych gwaru, a serce poszłoby było zamknąć się w jakiej samotnej izdebce, aby 
się.. tam ukołysało do snu i spokoju W samym sobie i przeróżnych uczuciach, które się w nim 
rodziły i krzyżowały; a kiedy jeszcze raz okiem rzuciłem na owo grono, i pomiędzy nim 
ujrzałem i panią stolnikówą, którą dopiero co łzami zalaną widziałem, i Konopkę, który przed 
chwilą oniemiał był z umartwienia przy oknie, i wielu innych jeszcze, którzy to braci, to 
przyjaciół potracili w ostatniej wojnie, którym dwory poupadały w ruinę, żony i dzieci 
poumierały może od grozy lub głodu, i na wszystkich tych twarzach śmiech jednakowy i we 
wszystkich oczach jednakową wesołość widziałem, toż pomyślałem sobie: pod tą skorupą 
wesołości ileż tu bólów tajemnych! ile zgryzot pod tymi lśniącymi jedwabiami, pod tym 
złotem, pod tymi klejnotami, ileż to może nędzy i ubóstwa, pod tymi uśmiechami, ile obłudy i 
fałszu, a pod owymi gładkimi słowy, które miodem z ust płyną, ile złości i nienawiści jest 
uchowanych! Takież 
to obrzydliwe teatrum zrobili ludzie z tego pięknego świata, o Boże! 
taką scenę uczynili sobie z niego i takim rozumem napełnili swe głowy, że ich życie stało się 
grą komediantów, ich przeznaczenie rolą wedle okoliczności zmienianą, ich sumienie gąbką, 
zarówno mleko i smołę w siebie wsiąkającą, a ich bożkiem moda i przyzwoitość! I cóż to jest 
ta przyzwoitość? kto i skąd ją przywiózł na naszą ziemię? kto jej nadał moc taką, że na jej 
rozkaz gorzkie łzy osychają, boleściami powykrzywiane wdzięcznie uśmiechają się twarze, 
zakrwawione w cierpieniach serca w głąb się chowają i milkną, oczy kłamią pokorę, usta 
cześć i szacunek, uszy głuchną, rozum ustaje, a prawda, owa prawda, która winna być jądrem 
wszechrzeczy i świata królową, prawda z czołem otwartym i piersią pancerną chowa się w 
najodleglejsze kąty i najciemniejsze szczeliny? 
Takie i tym podobne myśli krzyżowały mi się przez głowę, kiedy nagle szmer się zrobił 
pomiędzy gośćmi i z drzwi przeciwległych krokiem powolnym i posuwistym wszedł dziadek 
do sali. Milczenie zamknęło wszystkim usta i na czas zgromadzenie przybrało pozór 
uroczysty. Dziadek tymczasem, w białym morowym żupanie, w ciemnokarmazynowym 
kontuszu, butach żółtych, pasie ciężkim złotolitym i bogatej spince pod szyją, posunął ku 
damom i uprzejmie je witał. Otoczyli go goście z uszanowaniem i każdy coś prawił, pewno 
komplimenta: jako jest zdrów, jak czerstwy, jak rumiane wygląda i tak dalej. On jednak 
zdawał się nie słuchać tego, bo niebawem z powagą ręką kiwnął na wszystko i dał znak 
kapeli, aby zagrała. W tymże momencie zagrano polskiego. Dziadek wziął panią starościnę i 
poszedł w pierwszą parę, za nim pani stolnikowa ze starostą, w trzeciej pan Stojowski z inną 
co poważniejszą damą, dalej cała gawiedź taneczników. Kiedy to obaczyłem dziadka 
świątecznie przystrojonego i tylu laty obciążonego, a przecie jeszcze przytomnie i z wielką 
rzeczy umiejętnością przewodniczącego tej narodowej zabawie, kiedym ujrzał tę białą, 
stuletnią głowę, idącą na czele, na każde jej skinienie posłusznej młodzieży, to mi się snadnie 
przypomniały owe zamierzchłe wieki, w których, jako wieść niesie, na całej słowiańskiej 
ziemi tylko siwowłose starce tak w domu, jak i na polu przewodniczyli narodom. Nie znano 
naówczas jeszcze ani kłamstwa, ani obłudy, ani komplimentów, ani innych misternego 
wynalazków rozumu, nie znano żadnych retorycznych szermierek ani wartości uzbieranego 
grosza, ani wściekłych za własnością pochuci — serce każde czuło po prostu, jego uczucia 
płynęły czysto i spokojnie, namiętności spały i nikt ich nie poruszał; młodzież milczała i 
pracowała, a tylko ten, którego głowa śnieżnym ubieliła się włosem, którego serce 
zahartowało się doświadczeniami i pracą, któremu Pan Bóg mozolnie uzbieraną, z mnogiej 
ilości lat złożoną, pozwolił dochować fortunę: ten był starszy nad innych, ten lepszy, ten 
magnat prawdziwy i znakomity. Przed takimi tylko magnatami kłaniały się rzesze, im tylko 
lud ustępował 
z drogi, im dawano pierwsze miejsca przy uroczystych obrzędach, im osobne 
ławy przy biesiadach, im cześć, im szacunek i posłuszeństwo. I piękne to były czasy wtedy, i 
cnotliwa ich prostota, i Bogu miła ich skromność! Dzisiaj gdzież one i co pozostawiły po 
sobie?... Oto zapadły w mgłami obciągniętą niepamięć, a ich ostatnie cienie odbijały się 
jeszcze przy uroczystych biesiadach i stypach albo przypominają się ciemno w starych 
podaniach i opowieściach. 
Po polonezie zagrano skocznego, a lubo piękne było towarzystwo i muzyka doskonale 
animowała100, jednak leniwo się to jakoś wlokło z początku. Czy Mazurowie już stańcowani 
byli pod koniec zapust — czy już to u nich zwyczajem, a raczej naturą, że nie gorąco imają się 
zrazu? Dopiero kiedy dziadek, w drugiej zasiadłszy izbie i obstawiwszy się butelkami, to 
tego, to owego pociągnął i nalał mu kielich, dopiero wszczęła się ochota. Wypadało też i 
mnie, którego pani stolnikowa prosiła, iżbym dziadkowi w gospodarowaniu pomagał, wziąć 
flaszę do ręki i animować. Ale z kielichem u nas trzeba ostrożnie, bo to rzecz zaraźliwa; byle 
drugi i trzeci, to już musi być i dziesiąty, i aż 
dwudziesty; miary nie masz w niczym 
pomiędzy nami, bo szlachta każdą miarą się brzydzi; więc i tam tak się stało. Ledwieśmy po 
parę kielichów wypili, już zaraz i fantazja, i pić, co kto może. Więc tam tańcują, a my tu 
pijemy, po chwili znowu tamci przychodzą pić, a my idziemy w taniec. Już i nie potrzeba 
było nikogo zapraszać ani siłować, każdy pił, nalewał, częstował. Ja też to widząc, nie bardzo 
się nastawiałem, bo nie godziło mi się miarki przebierać, i zrazu jakoś to uchodziło, ale 
spostrzegli się niebawem Mazury. Wezmą się więc niebawem do mnie mówiąc: 
— Chyłkiem, chyłkiem, mości panie, wykradasz się od kielichów. 
Ja też na to: 
— Uchowaj Boże! nie nowina mi konfraternia z winem; piją U nas niezgorzej. — Mówią 
drudzy, którzy już trochę podpili: 
— Gęba wielka u Sanoczanów, ale ledwie do gadania. 
— Wedle okazji, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — gdzie trzeba, to się gada, a jak 
trzeba, to się zrobi, a gębie sanockiej waść nie przyganiaj, bo kąsa. 
— Zarazże ikąsać — krzyknie tam któryś — nie wiem, co wy tam z obcymi robicie, kiedy 
swoich kąsacie. 
— Czasem nic, a czasem ich jadamy, także wedle okazji. 
— No, nie zamawiaj, nie zamawiaj, panie bracie — rzeknie do mnie Stojowski, który przy 
dziadku siedział i z nim się zabawiał — tylko pij. 
— Pij, Nieczujo! — krzyknie dziadek — niech no widzę, jakiś jest; in vino veritas101 
. 
Dał mi więc Stojowski kielich i rzekł: 
— Napijże się ze mną. — Wypiłem. Drugi też zawoła: 
— I ze mną, panie bracie. 
— Dobrze, panie bracie. — Krzyknął Konopka: 
— I ze mną, panie Marcinie. 
— Dobrze, panie Janie. — Za nim Lgocki: 
— Jesce ze mną, panie. Niecujo. 
— Iz waszmością, panie Lgocki. 
Dalej też woła piąty i szósty i każdy mi spełna podaje. Wypiłem jeszcze kilka, ale dalej 
krzyknę: 
— Ba! mości panowie! pofolgujcież mi trochę. Cenię sobie bardzo afekta waszmościów, 
ale nec Hercules contra plures102 . Wy każdy za siebie, a ja za wszystkich. 
— Aha! zmalał, zmalał — wołają. 
— Nie zmalał — odpowiem — ale szlachcic to nie studnia, wiadro się w nim nie pomieści. 
— Ave Maria, Mater Dei103 — rzekł na to Stojowski, który to miał przy winie przysłowie — 
daleko to jeszcze do wiadra, panie bracie, ot! napij się jeszcze ze mną — i podał mi kielich. 
Odsapnąwszy wypiłem. Ale zaraz znów jakiś zawoła: 
— A cóż to ma być Stojowski lepszego ode mnie! Pijże ze mną! — Nie ma co mówić, 
wypiłem. Takoż woła i trzeci, i znowu taż sama kolej, a trudno się było wymawiać, bo już w 
tym było punktum, żeby statecznie dotrzymać. I dotrzymałem, alem dokumentnie podciągnął, 
więcej nawet, niżby tego dla samej fantazji potrzeba, bo kielich był 
stateczny, a wypiłem ich 
kilkanaście; jakoż czułem już i ciepło po całym ciele i dusza zaczęła się rzucać 
we mnie, rada 
by jaki huczek zrobić; widząc tedy to i wiedząc, że za chwilę jeszcze gorzej będzie, rzeknę w 
glos: 
— Mości panowie! dosyć tego będzie, chodźmy do tańca, bo to nasz obowiązek. — Na to 
dziadek: 
— Jeszcze jeden ze mną. 
— Z jegomościa choćby i dwa — odpowiedziałem i wypiłem, | alem się troszeczkę 
zatoczył; Mazury na to w śmiech — spojrzałem; na nich i dopiero poznałem, że to zmowa była 
na mnie. Chcieli mniezgoła zaraz i położyć. Może to sztuka Lgockiego, może Konopki, a 
może i wszystkich razem — myślałem sobie — ale już się stało. Czas płaci, czas traci; złapali 
mnie Mazurowie, ale może się to jakoś odpłaci. Tak sobie mrucząc pod nosem, zatoczyłem 
się jeszcze potężniej, żem aż siadł koło zwierciadła, a kiedym sięłokciem oparł o jakiś 
stoliczek, różne rzeczy mi się poczęły marzyć po głowie: Zosia piękna, bardzo piękna... 
Lgocki się stara o nią, bogaty, hultaj, jak Żyd, dadzą mu ją, czy nie dadzą? co też Zosia myśli 
o tym?... i z tym zapytaniem, co też Zosia myśli o tym, strasznie mnie rozebrało około serca, 
bardzo pięknie mi się zrobiło w oczach, muzyka grała w uszach, Zosia całą moją objęła duszę 
— i troszeczkę przysnąłem. Kiedym po małej chwilce oczy troszeczkę otworzył, siedziałem na 
tymże samym miejscu. Mazurowie się kręcili koło mnie i uśmiechając się, ruszali sumiastymi 
wąsami i potrząsali głowami. W sali kapela grała i tańcowano. — Kiedy tańcują, to dobrze — 
pomyślałem sobie i znowu oczy zamknąłem. I teraz musiałem usnąć już dobrze, bo zaraz mi 
się Zosia pojawiła, usiadła koło mnie i położywszy mi rączkę na oczach, różne miłe psoty 
mnie wyrabiała: to mnie czuprynę jeżyła do góry, to mnie za wąs targała, to za nos ciągnęła, 
to za ucho kręciła, to mi nareszcie swoją błękitną wstążką głowę związała i kwiatki mi 
wkładała we włosy. Ale śród tych psot, które coraz boleśniejszymi stawać się poczęły, nagle 
coś 
mnie niby ukłuło w rękę, zerwałem się i najpierw Lgockiego sobą powaliłem na ziemię, 
że aż się pod stół potoczył. Jakim to się sposobem stało, zrazu sobie nie umiałem 
wytłumaczyć, to jednak pewna, że w tym momencie ktoś mi coś zerwał z głowy; popatrzyłem 
do zwierciadła, ale nic nie miałem na głowie, tylko włosy trochę były zburzone. Począłem 
tedy czuprynę sobie poprawiać i wyloty układać, ale wtem pani stolnikowa weszła i tuż do 
mnie: 
— Panie skarbnikowicz! tak to waszmość gospodarujesz? już przestają tańcować. 
— Jak to przestają? czemuż przestają? dlaczego przestają? zaraz ja to, pani dobrodziejko... 
— i zarzuciwszy wyloty, wyszedłem do sali. W istocie taniec już osłabł, kawalerowie jedni 
pili, drudzy drzemali, panny i panie gromadziły się kółkami po kątach i rozmawiały. 
Popatrzyłem na zegarek, siódma dopiero była, a ja już i tańcowałem, i upiłem się, i wyspałem 
się, i Lgockiego powaliłem na ziemię. Wróciłem się więc z progu do owej izby, w której pito, 
i zawołałem: 
— Mości panowie, proszę do tańca! Poruszyli się wszyscy, a wtem Lgocki przystępuje do 
mnie i oddaje mi chustkę moją własną, mówiąc: 
— Waszmość zgubił. 
Spojrzę na chustkę, na niej jeszcze znać, jako była na pasek zwinięta. Dopiero mi też 
rozświtało, że to nie Zosia mi owe figle stroiła i że nie wstążką obwiązywano mi głowę. 
Lgocki stał jeszcze przede mną, i cóż? za takie sztuki, to jeno zaraz było po staremu pięścią w 
łeb pana starościca i wziąwszy za kołnierz, wynieść za drzwi, jako nie umiejącego się 
znachodzić w statecznej kompanii, ale ja, nie chcąc burdy robić 
w uczciwym domu, 
wyrwałem mu tylko tę chustkę, wargi przygryzłem i zawołałem powtórnie: 
— Proszę do tańca! 
Zerwali się wszyscy, a dziadek do mnie: 
— Napijże się. 
— Napiję, czemu nie — i napiłem. Stojowski też sobie: 
— I ze mną, panie bracie — przyjąłem kielich, ale rzekłem: 
— Kiedy waszmość mleczaków wozicie ze sobą i przyjmujecie do kompanii, tobyście 
powinni pilnować, żeby błazeństwa nie robili. 
— Jakże to, panie bracie? — rzeknie Stojowski słodko, bo miał tę naturę, że mu się serce w 
winie rozpływało. Ale ja zawsze po swojemu: 
— Książki o tym pisać nie będę ani oracji nie powiem, ale com już powiedział, tego nie 
cofnę. 
— Ave Maria, Mater Dei — znowu słodziuteńko Stojowski — Jak mnie Pan Bóg miły, tak nic 
a nic nie wiem. 
— Żebyś wiele wiedział, nie byłbyś sprawiedliwym Mazurem — odpowiedziałem. On się 
zerwał i odchrząknął. Ja też zaraz wyszedłem do sali, za mną runęli drudzy, alem zawsze 
jeszcze był trochę pijany, lubo tylko tyle, że mi kipiała fantazja. Przyjdę tedy do Zosi i proszę 
ją w taniec. Z drugiej strony przyskakuje Lgocki, mówiąc: 
— Ja prosę. 
— Won! — krzyknąłem na niego, trzymając już Zosię za rękę. Przestraszyła się 
Zosia i nie 
wiem, czy z przestrachu, czy umyślnie, ścisnęła mnie za rękę; Lgocki odskoczył i uciekł. 
Stanąłem tedy do tańca, a że to żadnego ze starszych nie było w kole, więc ja wziąłem prym i 
kazawszy grać krakowiaka, puściłem się, inni za mną. Gotowało mi się już koło serca, to owe 
Zosine uściśnienie ręki, to rankor104 do Mazurów, to wino, więc po jednym przetańcowaniu 
stanąłem przed kapelą i dla ochoty zaśpiewałem starą jak świat piosneczkę: 
Mazurowie naszy od jaglanej kaszy 
Słone wąsy mają, w piwie je maczają. 
I poszedłem w taniec, drudzy za mną. Ale za drugim kołem już Stojowski stanął przed 
kapelą i że to umiał prędko wiersze robić, zaraz odśpiewał: 
Sanoczanie biali w winie je maczali, 
Ale posiadali i pozasypiali. 
Dobrze to odpowiedział Stojowski, bo nawet i owo „biali” dobrze kwadrowało do mnie, 
bom to wtedy jeszcze miał takie jasne włosy jak len. Rzekłem tedy sobie: — Panie Boże, 
chybabym nie był sługą Twoim, żebyś mnie teraz opuścił! — i puściwszy się na nowo w 
taniec, przecie mi nie brakło konceptu, bo stanąwszy przed kapelą, odśpiewałem się gładko: 
Kiedy już zasnęli, kiedy w kącie siedli, 
Nie budźcież ich ze snu, żeby was nie zjedli. 
I wywinąwszy się pięknie, puściłem się znowu naokoło. To moje odśpiewanie się zwróciło 
wszystkich gości uwagę; zrobiła się cisza jak mak siał, a Stojowski znowu stanął przed 
muzyką i odśpiewał się: 
Nie ma być nikomu dziwno ni zawodno, 
Że kto owies jada, temu zawsze głodno. 
Już to dobrze było wypito do mnie, ba! nawet i do wszystkich Sanoczanów, którzy w 
górach siedzą i owies siewają; porwałem się tedy prędko i stanąwszy przed kapelą, cale na 
inną nutę huknąłem sobie: 
A v e M a r i a, M a t e r D e i, 
Niechże ci się gęba sklei, 
Niechże ci się sklei t a me n105 , 
Bo wam taki powiem A m e n, 
Że go oko nie widziało 
Ani ucho nie słyszało. 
Na mazurskich piachach, 
Na mazurskich piachach. 
Ledwiem co skończył, a tu, miasto się gniewać, idą 
do mnie z winem, wołając i klaszcząc 
jakby na teatrum, alem się nie zatrzymał, ażeby przez to i tańca nie zatrzymać, i 
Stojowskiemu nie tamować drogi do odcięcia się; jakoż istotnie, pohulawszy dwa razy 
naokoło sali, stanął przed kapelą i na też samą nutę odparł mi tymi słowy: 
Gdzie jest owies, tam i g r a m e n106 , 
A gdzie pacierz, tam i A m e n. 
Wiedzą o tym i na piachach, 
I jak byli już na strachach, 
Tak i dziś się ich nie zlękną, 
Dotrzymają, nie uklękną 
I jeszcze odstraszą, 
I jeszcze odstraszą. 
Dopieroż stanęliśmy i dopuściliśmy tamtych do siebie z winem, którzy już z nalanymi 
kielichami stali i zaraz zdrowia nasze podnosili wołając: 
— Ichmość panów i braci naszych, Nieczui i Stojowskiego, pięknych kantorów naszych, 
przezdrowie! 
Ja też zaraz odebrałem kielich i zawołałem: 
— Ichmość panów i braci, jeszcze piękniejszych słuchaczów naszych, zdrowie! 
Stojowski też do mnie: 
— Panie bracie! lubo powinniśmy mieć ze sobą na pieńku, jednak niechaj się diabły biją 
pomiędzy sobą, a nie my; wypijże ze mną jeden. — Ja też na to: 
— Nie jestem twojej maksymy; w piwku się nie kocham, wino piję i biję się z każdym, 
kiedy jest o co, a kiedy nie ma o co, to i dla fantazji, ale kiedy tak twoja wola, to dawaj! — I 
wypiliśmy. Potem po drugim i po trzecim napiłem znów dobrze, kazałem tedy de noviter grać 
kapeli. Zagrała i poszliśmy znowu w taniec, a że to owi perukowi gaszkowie, których tam 
było kilku, nie tylko że sami wystąpili z krakowiaka, ale jeszcze chodzili sobie z lorynetkami 
pośrodku i nam zawadzali, więc zaśpiewałem do nich: 
Perukarze, olejkarze, 
Eleganty, komedianty, 
Na bok z nosem, miejskie franty! 
Bo, broń Boże, animuszu, 
To peruka przy kontuszu 
Na ziem spadnie i nieładnie 
Będzie z gołą głową, 
Będzie z gołą głową! 
Odskoczyli na bok gaszkowie, śmiech powstał po sali, ale zaraz ktoś krzyknie z 
tańcujących: 
— Mości panowie! proszę po cztery pary, bo ciasno! Snadź już duszno zrobiło się 
wszystkim i wielka nastąpiła ochota. Więc zaraz wiele par ustąpiło i ja też także z Zosią 
usiadłem w kąciku, która tuż do mnie: 
— Czy tutaj będziemy siedzieć? 
— Tutaj, moja mościa panno — ażebyśmy razem byli, kiedy na nas kolej przyjdzie do tańca. 
— Jeszczeż będziemy tańcować? — spytała Zosia. 
— Pewno że będziemy, wżdy to dopiero początek. 
— I śpiewać jeszcze będzie pan skarbnikowicz? 
— Dlaczego by nie? kiedy pani rozkaże, to i karku kawałek nakręcę dla fantazji. 
— Karku szkoda, ale niech pan jeszcze śpiewa, jak kolej przyjdzie, bo się pan dobrze 
odcina. 
— Dziękuję pani tymczasem za kompliment i śpiewać będę, ale gdybym wiedział, że moje 
piosneczki podobają się pani, tobym jeszcze nie takie wymyślił. 
— O! bardzo mnie się podobają. 
— Prawdę to panna Zofia mówi? — poderwałem prędko. 
— Nic a nic nie dodaję. 
— Hm! to mnie tym pani zaprowadzisz daleko, bo u mnie dziś serce bardzo wesołe. Więc 
żeby Lgocki był te piosenki śpiewał, także by się pannie Zofii podobały? 
— Anibym go słuchała. 
— Przecie to panią myślą swatać za niego. 
— Niechże Pan Bóg zachowa! umarłabym od samego wstydu za takim mężem. 
— Panno Zofio! — zawołałem wtedy z bijącym sercem — na co tu długo owijać w bawełnę! 
Żałuję, że się przed nią nie mogę zaraz rzucić na kolana, ale i tak przyjmij pani to 
zapewnienie, że największym szczęściem byłoby dla mnie zostać na zawsze jej 
najposłuszniejszym sługą i niewolnikiem. 
Niespodziewanie trafiło to biedną Zofię, spłonęła też jak alkiermes107 i umilkła tak nagle, 
jak gdyby skamieniała na miejscu. Twarz jej obrócona była ku sali, oczy w jeden punkt wlepione, ręce złożone na przepasce u sukni — i trwało to tak jaką chwilę. Niebawem jednak 
rumieńce poczęły jej blednąc na twarzy i blednąc, i blednąc, i nareszcie stanęła tak blada, jak 
ściana; w oczach tylko, które się z wolna mgłą obciągały, dwie łzy stanęły, duże, czyste, jak 
dwa brylanty, i potoczyły się po policzkach; na koniec odetchnęła mocno, oczy nieznacznie 
otarła chusteczką i powróciła do siebie. Wtedy ja znowu półgębkiem: 
— Panno Zofio! szczęście całego życia mojego jest w rękach pani. 
— Ej! daj mi pan pokój, takeś mnie pan przestraszył. 
— Nie bój się, pani — rzekłem na to łagodnie — gdybym aniołem był, nie mógłbym 
czyściejszego serca dla pani mieć, jak go mam jako człowiek. 
— Nie umiem panu na to odpowiedzieć. 
— Któż mi odpowie za panią? — zawołałem — powiedz mi, pani, a choćby mi po ten respons 
nieoceniony iść aż na kraj świata, choćby kołatać do drzwi papieżów i królów... 
— Oj! nie tak daleko — odpowiedziała Zofia — wszystko jest w rękach mojej matki. 
Hej! żeby mnie kto był na sto koni wsadził natenczas, ażeby mi korzec złota darował, żeby 
mnie królem najpiękniejszej krainy ogłosił, toby mi takiego ukontentowania nie sprawił i 
serca tak nie nastroił wysoko, jak to uczyniła Zosia tymi kilku powiedzianymi słowy. Toteż 
nawet w zapale wykrzyknąłem jakichś nierozważnych słów kilka, ale że mi Zosia zaraz 
powiedziała: 
— Ej! panie Marcinie, będzie wielka plotka z tego na jutro! — więc umilkłem i 
rozmawiałem już cicho, ciszej nawet niż na spowiedzi. Przy takim spowiedniku, gdyby było 
przyszło i milczeć nareszcie, tobym sobie jeszcze i milczenie był poczytał za szczęście... 
Więc my sobie tu rozmawiamy, a tam bez ustanku tańcują. Niebawem też przyszła i na 
nas kolej. Porwałem się rączo i z jeszcze lepszą fantazją wywijając moją panienką, 
wyśpiewywałem jeszcze cudne rzeczy i sam nawet nie wiem, skąd mi się brały, bo anim się 
rymotworstwa kiedykolwiek uczył, anim dwóch wierszy w moim życiu nie złożył. Ale 
szlachcic, który ma dobrą fantazję, kiedy w głowę naleje, wszystkim być może, a nawet 
poetą. Koniec końców, żem naśpiewał jakie kilkadziesiąt piosneczek; Stojowski, który był 
sławny z tego, że w okamgnieniu wiersze robił, a nawet czasem, kiedy miał wenę po temu, to 
i od razu odpowiadał lub zgoła perorował wierszami, dobrze mi sukursował w tej robocie, a 
nawet często przemagał konceptami, „bo i Apollinowi nie zawsze odpowiadała lutnia” — jak 
mówi Kochanowski; inni też także śpiewali, co który umiał albo naprędce ułożył. Lgocki 
tylko chodził chmurno popod ściany i iskrzącym, ale zawsze mazgajowatym okiem na mnie 
spoglądał; 
chciałem go rozruszać 
i na niego raz i drugi co zaśpiewałem, ale że mi się ani razu nie 
odciął i przekonałem się, że jest z tej strony bezbronny, więc dałem mu pokój. Wszakże po 
staremu bez jednego żołnierza wojna była i my bez Lgockiego bawiliśmy się doskonale, i tak 
nam pięknie i prędko czas zeszedł, że niepomałuśmy się zadziwili, kiedy ksiądz jakiś 
poważny czy kanonik jaki, czy proboszcz miejscowy, nagle wysunął się z kąta i do 
Stojowskiego powiedział: 
— Dobijajcie waszmość czym prędzej, bo już tylko pół 
godziny zapust macie. 
Spojrzałem na zegarek, istotnie pół do dwunastej już było; rzekłem tedy do Zosi: 
— Otóż to w miłej kompanii czas, a przy miłej tanecznicy i taniec jak prędko mija. — A tu 
Stojowski do mnie: 
— Kończmy, panie bracie. 
— Jeszcze pół godziny mamy, po cóż to darowywać. 
— Nie można — odpowiedział tenże — bo trzeba jeszcze po staremu zapust pożegnać, a post 
powitać. 
— Jakże to? 
— Zaraz zobaczysz — rzekł 
Stojowski i zniknął ze sali. Jeszcześmy tego tańca nie 
ukończyli, kiedy już w jednym kącie duży stołek drewniany postawiono i wielkim go 
kobiercem, na ścianie po obudwóch stronach zawieszonym, okryto; czyniono tam jeszcze i 
inne jakieś przygotowania, których ja już, ile żem się z Zosią zagadał, nie uważałem i nie 
pamiętam. Tymczasem zaś rączo podawano kielichy, pito, podawano drugim i do wypicia 
przymuszano, wymyślając różne dowcipne i śmieszne zdrowia, dla każdego kapela huczny 
wiwat przygrywała. Z boleścią serca musiałem i ja też Zosię porzucić, a do nich przystąpić i 
pić, co który zaintonował, i kto wie, czym by się to było skończyło, bo już i na kolananch pito 
przed damami, i ja już jeden taki kielich przed panią stolnikową, drugi przed Zosią wypiłem, 
ano się jeszcze do trzeciego przed Zosią zabierałem, gdyby nie to, że nagle zawołano: 
— Mości panowie! uciszcie się! — a któryś tam zaczął dzwonićłyżką w szklankę, niby 
dzwon naśladując. Kiedym, zdrowie Zuzi wypiwszy, powstał i obejrzał się po sali, cisza była, 
a na owej niby to ambonie, powyżej pasa dywanem zakryty, stał już Stojowski w białą ubrany 
koszulę i pas swój lity na szyi zawieszony mając. Uciszyło się całkiem, a Stojowski zaczął w 
ten sens: 
— W imię ojca Jowisza, jego sługi stokfisza, jego syna Plutusa i jego famulusa, którego 
imię zginęło w Rzymie, i wdzięcznej panny Afrodity, dla której rozchorował się Bachus spity 
i po której słodyczy łaknie dziś 
pieprzu i goryczy. I która to Afrodita, w wszelkie wdzięki 
obfita, ze swoją miłością stanęła mu już 
w gardle kością, że ten Bachus, niebożę, nadobnej 
Terpsychorze służyć już ani weź nie może i zaległ sobą czarne mortis108 łoże. Z czego 
wszystkim niech będzie ta in aeternum109 nauka: że co nadto, to nadto, jako pisze i 
dokumentnie probuje110 Anakreon, rycerz i nieporównany w tej materii poeta swojego czasu, 
w księdze siódmej, rozdziale jedenastym. 
Próżno też Terpsychora, panienka urodziwa, tańców i lusztyków chciwa, a w postach 
niecierpliwa, posłała mu swego doktora i przesłała mu swego amora, aby leżał jak pies przy 
jego łożu i podawał mu leki. Próżno to wszystko! nie będzie już nic z tego kaleki, bo już jest 
moriturus111 
. 
Umrze więc na tym łożu i zamkną mu się powieki, i pochowają go na rozdrożu, i grób mu 
wykopią głęboki, i głaz mu położą 
wysoki, i napis na nim wyryją taki: „Tu leżą Bachusa 
kości, który z miłości dostał mdłości, syt cukru i słodyczy, wołał pieprzu i goryczy, nie dostał 
i — krom doktorskiego starania i ziół różnych podawania — umarł” — z czego znowu ta się 
wydobywa nauka, że contra vim mortis non est medicamentum in hortis112 , a gdzie śmierć 
zasiądzie łoże, tam i doktor nie pomoże; jako o tym pisze proverbiorum113 autor, dzisiaj już 
wiecznie w Bogu odpoczywający, Rysiński, w księdze swojej pierwszej i ostatniej, bez 
rozdziałów pisanej. 
A kiedy jego znajomi przyjdą nawiedzić go domi, to w zimnym łożu jego nie zastaną 
dawnego przyjaciela swego ani kota, ani szczura, ani Rusina, ani Mazura, ani wilka, ani 
niedźwiedzia, ani szczupaka — jeno śledzia. Tego oto, którego tutaj mam honor prezentować 
waszmość państwu (to mówiąc, Stojowski podniósł prawą rękę do góry i pokazał wszystkim 
prawdziwego śledzia, uwiązanego na sznurku), a który jest Holender prawdziwy i nie 
przyjechał tutaj po to, jako niegdy jego bracia Holendrowie albo dzisiejsze Szwaby, aby nas 
uczyć chodzenia koło jarzyn albo zgoła rozumu, ale po to, aby był zjedzon z octem i z oliwą. I 
ażeby pokrył 
z czasem swoją solą i kwasem wszystkie frykasy, marcepany i inne nudności, 
które niejednemu z nas z zapust zostały w gardle i koła go jakby kości. Co z tłustym 
wtorkiem ma taki związek, jak babilońska wieża z pieskiem amorkiem i z Orderem Podwiązek — aż mijającym zapustem, jak czart z odpustem — aż przybywającym Popielcem, 
jak robiony kwiatek ze złotym cielcem. 
Ale żeby w piśmie czy w oracji wszystko stanęło na racji, a periody miały wątek i 
koneksję i nie konały na apopleksję: na to potrzeba dar do tego mieć z nieba i zdrowe serce in 
loco114, i niepijane w duszy oko, i przyzwoity rozum we łbie, i jeździć na koniu o zdrowej 
nodze po murowanej drodze, ale nie po kałuży ślizgać się na kiełbie! i nie posyłać po rytmy 
do Aten, aby nimi zadziwiać głupi świat ten, ani po widok krwi i zgonu latać na brzegi 
Flegetonu, kiedy dość tego w miejscu przyzwoitym pomiędzy naszą pszenicą i żytem; ani też 
w rzymskie przybrawszy się togi, pleść, jak konają gdzieś pogańskie bogi; kiedy czas jest 
przed rozburzonym uklęknąć kościołem i o próg jego twardy grzesznym uderzyć czołem, i 
głowy posypać popiołem, i odmówić 
pacierze dawno już opóźnione za grzechy popełnione... 
a dalej już z głową wytrzeźwioną i zdrową czekać w pracy około roli i nie w lekach tego, co 
boli, aż nadejdą Wielkanoc i Święta Zielone. 
Umarł tedy Bachus, nasz przyjaciel miły, a nimfy ciało jego w grobie położyły; ale że ten 
akt swego życia zmiany odbywał niebożątko po staremu pijany (tak jak, nie przymierzając, ja, 
tę mowę mając) — i wytrzeźwiwszy się, mógłby powstać z ziemnego przybytku i znów się 
zerwać 
do kielicha i zbytku; tedy mu Post Wielki, na wypadek wszelki, na ręce i nogi kładzie 
te kajdany, iż go chrzci krzyżem świętym i węzłem nierozciętym wiąże go z jego przyszłym 
panem, przytomnym tutaj księdzem plebanem. Siedźże teraz, poganinie, póki twój czas nie 
przeminie, i pokutuj przez trzy kwartały bez żadnej pociechy za wszystkie grzechy, które się 
tu na ziemi z twoich przyczyn stały. A my mu jeszcze raz zadzwońmy i gospodyni naszej się 
pokłońmy, i idźmy za nią, gdzie nas powiedzie, na postny barszczyk i na śledzie. Amen. 
To powiedziawszy, zlazł z ambony, a tu już krzyczą; — Wiwat, wiwat! kaznodzieja nasz! — 
i podają 
jeszcze ostatnie kielichy. Stojowski, zrzuciwszy ze siebie pas i koszulę, wszedł 
między nas i wypiliśmy jego zdrowie koleją, po czym poszliśmy do jadalnej izby, gdzie już 
był stół nakryty i postnymi potrawami zastawiony. 
Po tej wieczerzy rozeszliśmy się wszyscy i podczas gdy jedni, którzy bliżej mieszkali, 
rozjeżdżali się do domów, inni układali się spać w oficynie, ja pobiegłem czym prędzej do 
łóżka, aby przytuliwszy głowę do poduszki, myśleć sobie samotnie o Zosi i o 
niespodziewanym szczęściu moim. 
V 
Następnego dnia rano jeszczem się był nie obudził, kiedy wbiegł do mnie Konopka i 
zamknąwszy drzwi szczelnie za sobą, z niecierpliwością zapytał: 
— A cóż, panie bracie? 
— Czy znowu? — odpowiedziałem — ej! toż to język nieposłuszny u tych Mazurów. 
— Ale ani śni mi się o tym, jak ty z twoimi zamysłami stoisz; 
pytam się tylko o to, co ci odpowiedziała Zuzia? 
Dopiero w tej chwili przypomniałem sobie, że mi ten nieszczęśliwy konkurent polecił, 
iżbym się wywiedział o przyczynie kaprysów Zuzi; rzeknę tedy: 
— Jak mnie Bóg miły, panie Janie, że wczoraj miałem wieczór taki, żebym był i o 
generalskim rozkazie zapomniał, a nie dopiero o takiej drobnej przyjacielskiej posłudze. 
— To bardzo smutno — rzecze zamyślony Konopka. 
— A cóż 
tam znowu w tym tak bardzo smutnego? Jedno wiesz sam, że ja tu w Źwierniku 
nie posiadam jeszcze u żadnej osoby takiego zaufania, żebym mógł liczyć na pewno, że się co 
dowiem, a po wtóre znów ja ci powiem, że od wczoraj do dzisiaj jeszcze żadna klamka nie 
zaskoczyła, a com mógł uczynić wczoraj, to potrafię i dzisiaj. 
— Jeżeliśłaskaw, to cię bardzo proszę, bp może mi to dziś potrzebniejsze niżeli wczoraj. 
— Dlaczegóż to, panie bracie? 
— Bom już gotów był twojej rady posłuchać, a teraz znowu się pokrzyżowało. 
— Jakże to? nic nie rozumiem. 
— Owoż tak. Kiedym wszedł wczoraj wieczór na salę i spojrzał na Zuzię, że tak była 
wesoła i uśmiechająca się prawie jak nigdy, straszny mnie smutek ogarnął. Myślałem sobie: 
otóż to jest świat dzisiejszy, otóż to ludzie! Wiele to pomiędzy tymi czterema ścianami 
kłamstwa, wiele obłudy, wiele fałszywych komplimentów, wiele zmyślonych uśmiechów, 
zgoła jakaż to maskarada! bobym był zaraz krzyż położył na to, że się tam Zuzi serce na 
kawałki krajało, a przecie sięśmiała! 
— Panie bracie! świadczę się Panem Bogiem, że mi o tejże samej porze oko w oko te same 
myśli przychodziły do głowy. 
— No, to tym bardziej! Otóż mówiłem sobie tak: dlaczegóż ty sięśmiejesz? albo ci jest cale 
obojętny i sercu twojemu obcy, wtedy bądź mi zdrowa! odkochałaś się 
ty, odkocham i ja się. 
Albo sięśmiejesz dlatego, abyś się pastwiła nade mną i mściła się w sposób tak nieludzki za 
bagatelę, za głupstwo, za to, żem nie chciał przegrać procesu i kawałka fortuny mojej 
poświęcić 
dlatego, abym ci niebacznie danego i nie zastrzeżonego dotrzymał parolu i pojęczał 
jakie pot chwili przy twoich nogach, a wtedy, toś ty żona dla samego szatana, ale nie dla 
mnie. Takie dilemma115 postawiwszy, powiedziałem sobie: 
bądźże zdrowa! miałbym siebie za cztery litery, jeżelibym słowo do ciebie przemówił. Ale 
że mi się srodze serce zakrwawiło od żalu i potrzeba mu było dać jakiegoś lekarstwa, aby z 
bólu nie pękło, więc poszedłem do onej izby, w której pito... 
— I zryłeś się na frasunek jak bela. 
— Nie, to tyś się zrył 
wtedy jak bela, ja piłem i piłem jak smok i pomimo najlepszej chęci 
mojej ani rusz upić się było, alem się za to rzucił w taniec z takim ferworem, żem hulał jak 
wściekły ze wszystkimi pannami, tylko z Zuzią ani jednego kroku. Com myślał wtedy, nie 
umiem na pewno powiedzieć; może gdyby była Zuzia na mnie mrugnęła i przeprosiła się ze 
mną, może bym jej był jeszcze do nóg upadł za to; ale, wyobraź sobie, wytrzymała tę całą 
manifestację 
Ode mnie z tymże samym uśmiechem, z jakimem ją zastał na sali, ba! 
przetrzymała mnie nawet, bo przecie ja już 
dalej nie mogłem ani pić, ani tańcować i tak się 
zatrułem i osłabłem, żem ledwie mógł siedzieć na ławie, a ona tańcowała bez ustanku aż do 
tego momentu, w którym Stojowski począł swoje kazanie. 
Spoczął trochę Konopka, a ja mu na to: 
— Panie bracie — rzekłem — jakoś w tej historii jedno z drugim mi nie kwadruje. List, który 
mi wczoraj pokazywałeś, jawnie tego dowodzi, że lubo panna Zuzanna przed nami 
obydwoma otrzymała partię Niemców, jednak nie ma ona ani niemieckiego ducha, ani 
niemieckiej wiedzy i że nie tylko druku nie wymyśli, ale nawet ani się pisać już nigdy nie 
nauczy, a tu mi znowu takie subtelne sztuki o niej powiadasz. 
— A cóż to ma pisanie za styczność z rozumem albo ze subtelnością myśli? — odpowiedział 
Konopka. — Widać, że nie znasz kobiet, kochany Marcinie! mają one więcej rozumu i 
przyrodzonego dowcipu bez pisania niżeli my z naszym pismem i czytaniem. Ale zresztą, co 
o tym rozprawiać! opowiadam ci fakta, które żadnemu nie ulegają wątpieniu. 
— Mówże więc dalej. 
— Otóż tak trwało do samej północy. Lubo zwyciężony przez Zuzię, jednak rad byłem 
sobie, bo widziałem jawnie, jakby na dłoni, że czy tak, czy owak, zawsze to żoną nie dla 
mnie. Nie byłoż głupiemu wyjść ze sali i położyć się spać w kąciku, a dzisiaj równo ze dniem 
wyjechać? 
— No, albo cóż się stało? 
— No, cóż się stało? poszedłem potem za wami do izby jadalnej i usiadłszy samotnie na 
rogu, patrzałem jeszcze zamyślony na tę, która mnie tak obałamuciła, którą tak srodze 
kochałem, dla której tyle trudów poświęciłem, tyle kosztów poniosłem, dla której byłbym w 
razie może i gardło dał 
moje, a która mnie tak okropnie zdradziła, moje ofiary podeptała, 
żebym też choć wiedział, dlaczego! Wtem, kiedy inni zajęci byli jedzeniem, przystępuje do 
mnie pani stolnikowa i rzecze: — Panie Janie! co waszmość wyrabiasz? — Zerwałem się z ławy 
i doprawdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Aż patrzę, a tu Zuzia tylko o krok jeden ode 
mnie, z twarzą jak zawsze obojętną, ale wypogodzoną i uśmiechającą. Jeszczem się raz dał 
zwyciężyć i głowę opuściwszy na dół, czekałem cierpliwie cięcia, które na moje utrapienie 
jeszcze miało we mnie uderzyć. I tak się stało w istocie, bo w tymże momencie odezwała się 
Zuzia: — Pan Konopka dzisiaj nie w swoim sosie. — Powiedzże sam, czy nie lepiej by mi było 
wtedy być na torturze?... 
— Gorzej, panie bracie — odpowiedziałem. 
— Ej! ty bo wszystko zbywasz krotochwilą! — odpowiedział Konopka z niechęcią. 
— Jakżeż tu nie być krotochwilnym — rzekłem na to — kiedym sobie w tej chwili 
przypomniał ciebie, jakoś mi przed dwoma tygodniami z przyczyny mojego postępowania ze 
starościcem dawał tak poważne nauki i wymawiał się z tego, że mi nie możesz służyć swoją 
protekcją, a teraz... 
Odwrócił się Konopka i powstawszy z brzegu mojego łóżka, na którym siedział, przeszedł 
się po pokoju, ale niebawem rzekł: 
— Tak to bywa na świecie: dzisiaj się jest na wozie, a jutro pod wozem. Takie to dziwne 
los z nami, biednymi ludźmi, stroi igraszki! Ale cóż robić? trudnoż mi się dziś wstydzić lub 
cale zapierać tego, co lubo ze zmianą okoliczności pokazało się za porywczym, jednak wyszło 
z dobrego serca i było poczciwym. Ty może szczęśliwszym będziesz w twojej imprezie. 
— Może będę, a może i nie będę, to jednak ci powiem, iż gdyby ta, o której rękę ja bym się 
starał, taką mi się być pokazała, jak Zuzia tobie, tobym sobie wcale tego za wielkie nie 
uważał nieszczęście. 
— Cóż byś począł? 
— Panu Bogu bym podziękował, że mi się te tajemnice odkryły przed ślubem, a nie po 
ślubie. 
— I wyrugowałbyś cały afekt ze serca? 
— Nie potrzebowałbym go rugować, bo w tejże samej chwili, w której bym się przekonał, 
że osoba, dla której ja mam szczery sentyment, poniewiera tym pięknym mojego serca 
owocem, duma moja i ambicja nie dałaby ani mruknąć afektowi. Zresztą, czy to tak trudno 
tak marny przytłumić w sercu afekt, jaki miewamy do kobiet? Miewało się już daleko 
wspanialsze i nieporównanie silniejsze afekta i zawiedzione zostały, i zdeptane, i umilkły, a 
przecie jeszcze z nimi nie dał się człowiek podeptać i nie umilkł z kretesem. 
Konopka tylko pokiwał głową i trwało pomiędzy nami milczenie przez czas jakiś. Ja bym 
był milczał i dalej, bo mi dobrze z tym było, ale on je przerwał i rzekł: 
— Poczekaj, będziesz i ty miał niemałe opały ze Zosią! Lgocki już prawie zwariował, 
obaczymy, jaki Kato z ciebie... ale prawda! nie mamy nic mówić o tym. Więc cię tylko 
proszę, gdybyś się mógł co od Zuzi dowiedzieć, dowiedz się i udziel mi. 
— Ale z całego serca. Konopka jeszcze długo chodził po izbie i sapiąc mocno, na różne 
sposoby dubitował116 nad swoim położeniem i wszystko, co myślał, głośno wypowiadał; ja 
mu podsuwałem moją nieodmienną radę pod różnymi postaciami i byłbym go może do 
jakiego ostatecznego rezultatu doprowadził, gdyby nie to, że śród tych oratorskich 
tergiwersacyj117 naszych wszedł Stojowski do naszej izby, wołając zaraz z progu: 
— Ave Maria, Mater Dei! Waszmość jeszcze w łóżku, a tu już dziewiąta godzina i wszyscy 
wyjeżdżają do kościoła. 
— Nie może być! — zawołałem, zrywając się na równe nogi — a! to by pięknie było, żebym 
nabożeństwo opuścił! 
— Nabożeństwo nie jest tak bardzo pilne — odpowiedział Stojowski — ale jest tu inna 
historia, zwłoki nie cierpiąca, do której waszmość zapraszamy. 
— Cóż to? — rzekłem — pewnie sprawa jaka. 
— Pewno, że nie consilium118 . Już mnie ta przyjaźńŁętowskiego drogo kosztuje! 
— Cóż to, panie bracie? — zapytał Konopka. 
— Lubieniecki, jako to zawsze niecierpliwy a względem wszystkich podejrzliwy, wyjechał 
przeciw Łętowskiemu z takimi zarzutami, że choćby tylko dlatego, że jest w naszej kompanii, 
nie wypadało mi im dać upaść na ziemię. — Na to Konopka: 
— Co bym się tam brał do obrony cudzego honoru! niechaj każdy sam się broni, od tego 
ma głowę i ręce. 
— Ale, proszęż ciebie — zawoła Stojowski — już 
zostaw to mnie, do czego ja się mam brać, 
a do czego nie. Nie wiesz, o co idzie, i gadasz! osądźże ty, Nieczuja; rzecz była taka. — Ja też 
na to: 
— A co mnie tam do tego, jaka rzecz była! Chcesz się bić z Lubienieckim, to za świadka i 
za pomocnika albo zastępcę służę; chcesz się godzić i sądzić, to poszlij do trybunału po 
palestrantów i sędziów, bo to nie moja rzecz. 
— Dobrze masz, zbierajże się i chodź. 
Ubrałem się tedy w okamgnieniu i szablę wziąwszy, poszedłem. Po długich 
tergiwersacjach, w których tchórzem podszyty Łętowski, niby to przez wdzięczność dla 
Stojowskiego, tak .wiele gadał, że o mało ja z nim do burdy nie przyszedłem, Stojowski z 
Lubienieckim wybili się, trochę się podrapawszy, co nie miało żadnego znaczenia i tylko mi 
kawał drogiego czasu ukradło, bo kiedym zaraz potem wsiadł na sanie i do kościoła pojechał, 
to jeszczem tylko zarwał tyle nabożeństwa, że mi ksiądz głowę popiołem posypał. 
Po nabożeństwie powróciliśmy wszyscy do dworu, gdzie nas w izbie jadalnej postne 
oczekiwało śniadanie. Mało już gości było we środę w Źwierniku; jedni jeszcze wczoraj, 
drudzy dziś rano poodjeżdżali, inni już od kościoła poskręcali do domów. Przy śniadaniu dość 
smutno było i wcale niemówno; dziadek spał jeszcze, Zuzia się dąsała i smutno poglądała 
przed siebie, Konopka milczał i z oczyma wlepionymi w talerz tak właśnie wyglądał, jakby 
dziś po raz pierwszy był między ludźmi. Łętowski tylko, kontent, że kto inny wybił się za 
niego, jadł wiele i rezonował, jak wszyscy tchórze po skończonej batalii, ale nikt go nie 
słuchał. Ja się przysiadłem do Zosi, która mnie miłym powitała uśmiechem, i już tak jej 
asystowałem wyraźnie, jakbyśmy jutro mieli iść do ślubu. Lgockiego to widocznie gniewało, 
ale że już był przestraszony przeze mnie, więc ani razu mi w oczy nie spojrzał, tylko co 
chwila do swojego sąsiada coś szeptał, a nawet i temu dawał pokój, ile razy na niego 
spojrzałem. Wziąłem to sobie ad notam119 i postanowiłem w razie potrzeby korzystać z tego 
tchórzostwa jego. 
Po śniadaniu jeszcze cokolwiek gości odjechało, została tylko panienka jakaś, 
rówieśniczka Zosi z sąsiedztwa, Stojowski, Konopka, Lgocki i ja. Podczas kiedyśmy 
przechodzili do sali, uważałem to, że pani stolnikowa wzięła Konopkę ze sobą i wyniosła się 
z nim do dalszych pokojów na jakąś konferencję, w jadalnej zaś izbie Zuzia się sama została. 
Korzystając tedy z tego momentu dla wywiązania się 
z obietnicy danej Konopce, 
przystąpiłem do niej i rzeknę: 
— Waszmość panna tu sama tylko ze śledziami i butelkami? 
— Sama. 
— Cóż mi panna Zuzanna od dni kilku posmutniała widocznie i cóż to temu za przyczyna? 
Kto jest ten niegodziwy, kto zuchwalec taki, który się stał tego powodem? 
— I cóż mu pan zrobisz? 
— Powiedz no mi, pani, który to jest, zaraz my go tu ukarzemy przykładnie. 
— Ej!... nikt... ot! tak; zła jestem i koniec. 
— I koniec? — rzekłem — dajże mi pani rękę na to, że na tym już będzie koniec. 
— O! jak to pan skarbnikowicz zaraz chwyta za słowo! 
— Chwytam, ale to wszystko dla dobra pani, bo źle pani robisz, że się gniewasz i dąsasz, i 
poniewierając uczciwego człowieka, Pan Bóg wie za co, ściągasz przez to żarty i uszczypliwe 
przycinki nie tylko na niego, ale nawet i na siebie. 
— A któż to może wiedzieć, co pomiędzy nami zachodzi? 
— Nikt, tylko wójt i cała gromada. 
— Ej! bo pan Konopka sam temu winien. 
— Co też pani gadasz! a cóż 
on temu winien, że mu termin sądowy na ten dzień 
wyznaczono, na który się obiecał był do Źwiernika? 
— Jużże i wszystko wypaplał! 
— Trudnoż, nie miał choć trochę rum120 zrobić swojemu sercu, kiedyś 
go pani tak srodze 
przygniotła? 
— Bo on mnie tak ciężko obraził. 
— Ależ, moja mościa panno, to jest wielkie dzieciństwo. Zapomnij pani o tym i przeproś 
się z panem Konopka, bo to wielki grzech jest bałamucić 
kawalerów i poniewierać nimi za 
pomocą tego kawałka broni, który wam sami podają w ręce. 
— Tyle też naszego panowania nad wami. 
— I to nadto, moja mościa panno, bo gdybyśmy rozum mieli i tak sobie z wami 
postępowali, jak to czynili nasi nieśmiertelni ojcowie, tobyście ani tej jednej chwili 
panowania nie miały. 
— Piękne maksymy mi pan skarbnikowicz ogłasza! teraz się wcale temu nie dziwię, co mi 
ów baron niemiecki tyle o barbarzyństwie mężczyzn w Polsce nagadał i co mi pan Rychter i 
wszyscy ci panowie, którzy francuskie suknie noszą, zawsze powiadają. 
— Panno Zuzanno, wierz mi pani, że ja daleko lepiej tę materię rozumiem niż baron 
niemiecki i pan Rychter, i wszyscy ci panowie, którzy francuskie suknie noszą, i powiadam 
pani to, że u której kobiety objawia się chętka do imperium nad mężem lub amantem, u tej nie 
masz miłości, jest tylko próżność i może co jeszcze więcej, o czym raczej zamilczę. Że zaś 
tamci panowie tak przeciwko obyczajom polskich mężczyzn powstają i barbarzyństwem to 
nazywają, to temu jest bardzo prosta przyczyna: pan Holmfels jest Niemiec, w naszym kraju 
jest może rok albo dwa, ani słowa po polsku nie umie, naszych stosunków nie zna, więc jego 
zdanie o nas tyle jest warte, co zdanie jakiego Chińczyka, który co powie o Polakach, albo 
zdanie wróbla, który świegocze na dachu; pan Rychter jest luter, a jak pani wiadomo, ich 
religia całkiem inaczej mówi o sakramencie małżeństwa niż nasza, co się zaś tyczy 
francuskich elegantów, to chyba że panie same tego nie widzicie, że każdy z nich jest najpróżniejszy pochlebca i frant, jakich mało, i nie tylko to, ale grzech śmiertelny by na siebie 
powiedział, gdyby tylko wiedział, że przez to zarobi sobie na wzgląd u kobiety. 
— Toteż właśnie dlatego, że umieją się dla nas sakryfikować, zasługują na względy nasze. 
— Tedy muszę jeszcze to pani powiedzieć, że żaden z takich elegantów nie stara się o 
względy na wieczne czasy, i gdyby wiedział, że takich dostąpi, toby uciekł przed nimi na 
kraniec świata; chodzi im tylko o względy chwilowe, o dorywcze zbałamucenie, o tryumf 
miłości własnej, a może i o krotochwilę jaką, której plan ma każdy z nich naprzód już w 
głowie, bo to są oszuści, bałamuty, awanturnik!! 
— Choćby i tacy byli, to jeszcze lepsi są od was, bo grzeczniejsi. 
— A! upadam do nóg waćpanny dobrodziejki! Nie zrozumiała panna Zuzanna tego 
wykrzykniku mojego i odpowiedziała mi na to: 
— Jednak ja się znowu tak bardzo nie gniewam na pana Konopkę, żebym się 
z nim nie 
miała pogodzić, ale tak ciężkie obrazy nie tak łatwo się zapominają. 
Wtem weszła pani stolnikowa z Konopką, mówiąc w mojej przytomności do Zuzi: 
— Widzisz, na co to tego wszystkiego było! i jedno nic nie winno, i drugie niewiele, i 
zrobić wam z tego taką awanturę, że ażeście oczy obcych na siebie ściągnęli. 
— Ja też tu właśnie pannie Zuzannie mówię lekkie kazanie na tę materię. 
— Bardzo waszmości dziękuję — odpowiedziała pani stolnikowa. — Już to pan 
skarbnikowicz doskonale forytuje wszystkie sprawy, które pod swoją weźmie opiekę. 
— Dajże Boże i swoją tak poforytować — odpowiedziałem i pocałowawszy panią 
stolnikowa w rękę za tak dobrą o mnie opinię, chciałem tuż za nią odchodzić, ale Konopką 
mnie z boku nieznacznie za połę pociągnął, więc zostałem. On też rzekł zaraz: 
— Oto przy tym świadku panią przepraszam, jeżelim co przeciw niej zawinił. 
— Ja się wcale nie gniewam — odpowiedziała Zuzia, ale zimno i obojętnie. Konopką ją 
pocałował w rękę i dodał: 
— 
Niechże już będzie zgoda pomiędzy nami na wieki. 
— 
I ja za tym jestem — odpowiedziała Zuzia zwyczajnym tonem, co mnie musiało na 
myśl przyprowadzić przysłowie, że wilk chowany a przyjaciel zjednany niewiele 
warci. Tymczasem znowu Konopką do Zuzi: 
— Więc kiedy pani także za tym jesteś, czemu w głębi mojego serca wierzę, toż i aby 
czemu podobnemu nadal zapobiec, i aby się już dłużej tym nudnym oczekiwaniem nie 
męczyć, nie odwlekaj już 
pani nadal dnia połączenia się naszego i racz go teraz w łasce 
swojej oznaczyć. 
— Jak to?... teraz? — spytała Zuzia. 
— Albo cóż stoi na przeszkodzie? 
— Jakżeż tak nagle? 
— Boże mój — zawołał Konopką — toż to nagle? wszakże się to przeszło kwartał już wlecze. 
— No, nie płaczże pan — odpowiedziała Zuzia — wyznaczę już i dzieńślubu, wyznaczę, 
tylko się z mamą poradzę. 
Dziwno mnie się to jakoś wydało, że pani stolnikowa, taka mądra i poważna matrona, 
nieletniej Zuzi tak wszystko pozostawia do woli; bo lubo to już onego czasu niektórzy 
przynajmniej rodzice wiele folgowali w staroświeckiej autokracji nad dziećmi, jednakże 
posagi, wyprawy, wyznaczania terminów ślubu i inne takie rzeczy to na wieki wieków 
powinno zostać pod dyspozycją rodziców; ale nie było czasu w tej chwili zastanawiać się nad 
tym, bo już i rozmowa się nasza skończyła, i wszystko troje weszliśmy na powrót do sali. 
Tam zastałem Zosię siedzącą na kanapie w kąciku, a Lgockiego tuż przy niej. Przystąpiłem 
tedy bliżej i spojrzałem na niego ostro, przygryzając wargi i ruszając wąsami. Bał się mnie 
widać 
jak cienia swego, bo zaraz oczy spuścił na ziemię, wstał i przeszedł się do drugiego 
kąta. Ja też zaraz miejsce jego zabrałem, a że się tak wydarzyło, że właśnie Stojowski w tym 
momencie jakieś facecje opowiadał 
paniom opodal od nas siedzącym i z wielką uwagą go 
słuchającym, więc my tu mogliśmy sobie swobodnie rozmawiać. Jakoż zaraz rzekłem do 
Zosi: 
— Jak się spało pannie Zofii tej nocy? 
— Nie bardzo dobrze, bo mi się jakieś straszne mary pokazywały we śnie. 
— A pamiętasz pani co z tego? 
— Bardzo mało, tylko to wiem, żem przez sen bardzo płakała i żem potem umarła. 
— Umarła? Jakżeż to było? przecie musisz pani jeszcze coś więcej z tego pamiętać. 
— Ej! co tam! sen mara. Pan Bóg wiara; albo to jedno sięśni człowiekowi w nocy, a 
czasem i na jawie różne dziwy się marzą — czy to zaraz wierzyć temu albo lękać się tego? 
— Pani snom całkiem nie wierzy? 
— Może to jest zabobon, ale przecie troszeczkę im wierzę, bom już sama tego 
doświadczała, że co mi się pokazało we śnie, to się potem stało na jawie. Ale to były same 
drobne rzeczy. 
— Jeżeli takie, jak owa śmierć białej róży, to pewna, że drobne, ale i takie, kiedy się 
sprawdzają, to dziękuj pani Panu Bogu, bo widać, że posiadasz łaskę Jego. 
— Tamto nie był sen sprawiedliwy — odpowiedziała z uśmiechem Zosia — a przynajmniej 
niecałkowity, bo mnie o więdnieniu tych kwiatów najprzód dopowiedział ogrodnik; ale mnie 
się często śni co takiego, o czym mnie nikt nic naprzód nie gada. 
— A tejże nocy cóż pani sięśniło? 
— Straszne rzeczy! i niech Bóg broni, żeby się kiedy sprawdziły; ale to nawet nie może 
być. 
— Cóż to było takiego? 
— Śniło mi się najpierwej, że wojsko jakieś czy konfederacja na dom nasz napadła i 
wszystko potłukli, pobili, porujnowali i mamę moją porwali, a ja się nóg mamy czepiłam i 
wlokłam się za nią, ale mnie odtrącili, a mamę wzięli, do jakiegoś 
wozu wrzucili i het gdzieś 
powieźli! To było bardzo straszno! Potem znowu śniło mnie się, żem była w tym domu w 
dziadkowej wsi, o którym dziadunio zawsze opowiada, i dziadunio tam był, i siedział w 
ganku na krześle i drzemał; ale nam bardzo smutno było, bo ani mamy, ani Zuzi, ani nikogo 
znajomego nie było. Potem przyszedł do nas anioł jakiś z białymi skrzydłami i przyniósł mnie 
bukiet z kwiatów pięknych i darował mi go. A potem mnie wziął ze sobą i zaprowadził mnie 
pod stary zamek jakiś i tamtędy poty mnie wodził i wodził, aż póki mi się głos mamy z tego 
zamku nie odezwał. Dalej co było, już nie pamiętam, tylko to sobie jeszcze przypominam, 
jakem leżała umarła na katafalku i świece się koło mnie świeciły, i kwiatów dużo było przy 
mnie, a ten anioł siedział na schodzie od katafalka i płakał. To bardzo smutno było. 
— To prawda, że to bardzo smutno być musiało, ale co też się pani za dziwactwa poplotły. 
— Zwyczajnie, jak we śnie. — Ja też na to: 
— Sny pani dobrze pamiętasz, ale to, co na jawie się dzieje... 
— Także dobrze pamiętam — odpowiedziała Zosia. 
— Więc pani nie zapomniałaś o tym, cośmy wczoraj ze sobą mówili? 
Żywy rumieniec wystąpił na liliową twarz Zosi, zmieszała się troszkę, ale odpowiedziała: 
— Takeśmy wiele ze sobą mówili, że nie ręczę 
za. to, czym już czego nie zapomniała. 
— O wszystko tu nie chodzi, bo to nie ewangelia, co ja mówiłem, ale co pani mówiła, to dla 
mnie prawie więcej jak ewangelia. 
Na to jeszcze żywszy rumieniec na twarz Zosi wystąpił, zaczęła skubać koniec chusteczki, 
główkę opuściła i tylko szepcącym i prawie łkającym głosem odpowiedziała: 
— Ja nic nie mówiła. 
Ta odpowiedź mocno mnie pochwyciła za serce, prawie sam byłbym zapłakał, alem się 
otrząsł i rzekłem: 
— Czasem milczenie więcej waży niż słowa, ale przecieś pani słów kilka powiedziała. 
— Com powiedziała, to pamiętam — znowu cichutkim głosem odpowiedziała Zosia. Ja też 
na to powtórzyłem jej własne słowa, mówiąc: 
— „Wszystko jest w rękach mojej matki”. 
— Tak jest. 
— Więc ja zwlekać nie będę — rzekłem — i zaraz się udam po to najwyższe szczęście moje, 
którego, aby się godnym okazać, gotów jestem całe życie moje poświęcić. Ale gdyby, broń 
Boże, mama się sprzeciwiała na razie... 
— Mama się nie sprzeciwi. 
— Jednakże gdyby... nie zmieniż czas tego serca, które mnie taką napawa rozkoszą? 
— Nigdy. 
— Boże! całe życie moje Tobie za ziszczenie tych życzeń niewinnych. 
To powiedziawszy wstałem, ale z sercem tak przepełnionym miłością i nadzieją, i Bóg wie 
jakich uczuć nadziemskich nawałą, żem się zdawał być nie człowiekiem z krwi i ciała 
złożonym, ale jakimś muzyckim naczyniem, jakąś harfą, w której wszystkie struny drżały i 
wydawały jakąś cudną, z nigdy nie słyszanych dźwięków złożoną melodię. Nie wiem nawet, 
co się tam dalej działo; podobno nas wkrótce proszono do obiadu, przy obiedzie pito coś 
wiele i ja piłem do każdego i z każdym, i nie upiłem się, ale ludzie mi się wydawali jak róże, 
zima jak wiosna, dziadek jak dwudziestoletni młodzieniec, Zuzia jakby anioł dobroci i 
rozumu, a Lgockiego byłbym i pocałował, gdyby mi się był z bliska nawinął. Po obiedzie też 
miałem fantazję jak nigdy, jeno mnie było krajać na kawałki i do ran przykładać; gdybym był 
wtedy szedł do szturmu jakiej fortecy, byłbym był. pierwszy na murach — gdybym się był 
strzelał z kim z pistoletu, oko bym mu był wystrzelił — gdyby mi kto kazał mieć mowę, 
byłbym Cycerona na dudka wystrychnął. 
Przed wieczorem odjechał 
Stojowski, a Konopka i Lgocki jeszcze się pozostali. W 
wieczór bawiliśmy się gawędką, ale ja już jakby goździem przybił przy Zosi. Wesoło było, 
pomiędzy wczoraj poróżnioną parą złota zdawała się być zgoda, dziadek pił 
miód i prawił, co 
mu się podobało, Konopka go wyciągał na różne wspomnienia z lat dawnych, podrzucał 
żarty, ja mu w tym pomagałem. Zosia nawet odzywała się do nas i milutkie prawiła rzeczy — 
tylko Lgocki siedział jak mruk, ale tym nikomu nic nie zawadzał. 
Przez cały dzień następny jeszcze Konopka ze starościcem bawili w Źwierniku — i 
Konopce się nie dziwiłem, ale czego Lgocki tam siedział, to mi nie wiadomo; chyba tylko po 
to, aby widzieć, jak go z każdą godziną coraz dalej ruguję i konkurencję dalszą niepodobną 
mu czynię. Było bowiem tak, że gdybym był sobie sam dysponował, jak się co ma składać i 
układać, tobym był nic lepszego dla siebie nie wymyślił. Konopka swoimi własnymi 
niepowodzeniami rozbrojony i przeto do mentorowania Lgockiemu w zalotach żadnej fantazji 
nie mający, a nadto jeszcze ostatnimi dniami więcej ku mnie nagięty; dziadek upodobał był 
sobie we mnie statecznie i co chwila dawał mi tego dowody; pani stolnikowa nie ustawała w 
pochwałach dla mnie i komplimentach, zgoła wszystko już było tak dobrze, że nie widziałem 
na całym świecie nic pewniejszego jak to, że mi nawet deklaracji dokończyć nie dadzą, 
zezwalając od razu na wszystko. Szczęście też moje było prawie bez granic, niecierpliwość 
mnie tylko dręczyła, żeby to jak najprędzej ukończyć. Jednakże dla siedzenia Konopki i 
Lgockiego całe dwa dni jeszcze czekać musiałem. Przy ich wyjeździe nawet byłem w 
niejakim kłopocie, bo nie udało mi się to jakoś gładko ukoloryzować, dlaczego jeszcze 
pozostaję i wraz z nimi nie jadę; ale Konopka cale niechcący i już na wsiadanym wyrwał 
mnie z tego kłopotu, mówiąc do mnie: 
— Kiedyż my się znów obaczymy? 
— Nie umiem ci dnia powiedzieć — odpowiedziałem — ale na każden wypadek, nim odjadę 
do domu, będę jeszcze w Koszycach. 
— Wieszże co — rzecze on do mnie — zostań 
tu jeszcze przez dzisiaj, bo my musimy po 
drodze wstąpić do Gumnisk i potem nocować 
w Tarnowie, a jutro przyjedź do Koszyc, to 
mnie na pewno 
zastaniesz. 
— Zapewne tak będzie –odpowiedziałem; po czym pożegnali się ze wszystkimi i odjechali. 
Pani stolnikowa wyszła zaraz do gospodarstwa, Zuzia też także się to do tego, to do owego 
pokoju przechodziła, więc ja tylko sam jeden z Zosią pozostawałem, dziadka przytomnego w 
to wcale nie licząc, bo ten, jak wiadomo, nie dosłyszał i można było sobie przy nim tak 
dobrze rozmawiać, jakby i bez niego. Mówię ja tedy do Zosi: 
— Dzisiaj więc na każdy wypadek sprawa nasza się zdecyduje. Co pani rozumie o tym, jak 
to będzie? 
— Ja nie mogę nic wiedzieć. 
— Przecie, jak pani rozumie? 
— Ja nie wiem, to od mamy zależy. 
— Cóż panna Zuzanna mówi na to? 
— Ona nic nie wie. 
— Jak to? pani nie zwierzyła się siostrze? 
— Ona mnie się także z niczym nie zwierza. 
— To źle, będziemy mieli w niej adwersarza. 
— Ej! to najmniejsza, wszystko to od mamy zależy. 
— Przecie ja mam w Bogu tę nadzieję, że mama nic nie będzie miała przeciwko temu. — Na 
to Zosia: 
— I mnie się tak zdaje, ale przecie ja się czegoś boję. 
— Nie bój się pani, co tu strasznego? 
— Pewnie, że nic strasznego, ale przecie. A kiedy pan skarbnikowicz pójdzie do mamy? 
— Chodźby i zaraz, byle dobra sposobność. 
— Niechże mi pan choć powie, kiedy to będzie. 
— Powiem pani, i owszem — i potem rozmawialiśmy sobie w ten sens, pomimo całej 
pewności, jednak z bijącym sercem oboje, z jakimś rozdrażnieniem, z oczekiwaniem, z 
ustawicznym oglądaniem się, kędy się pani stolnikowa, kędy Zuzia obraca. I nie podarzyła się 
dobra sposobność aż do obiadu... 
Po obiedzie dopiero, kiedy pani stolnikowa usiadła w przyległym pokoju do jakiejś roboty, 
Zuzia się zaś aż 
do garderoby do fabrykacji jakichś pomad i perfum wyniosła, podała mi 
Zosia rękę na szczęście, ja też poszedłem do matki i z bijącym sercem zacząłem z daleka taką 
rozmowę: 
— Nim odjadę, wypadałoby, abym jejmość pani podziękował za tyle uprzejmości, których 
doświadczyłem w jej domu. 
— Jakże? to już pan Marcin odjeżdża? 
— Nie w tej chwili jeszcze, ale niebawem trzeba będzie się zabrać i po zabawach powrócić 
znowu do pracy swojej, którą tam może dobrze słudzy moi roznoszą. 
— Ot, siedź pan, kiedy ci dobrze. 
— Och, dobrze mi, dobrze — odpowiedziałem — ale właśnie dlatego, że mi tak bardzo 
dobrze, trzeba to dobre zakończyć, abym się w nim nie rozpłynął. 
— Otóż to są ludzie na świecie! — rzekła pani Strzegocka — nigdy tym nie zadowoleni, co 
mają. Którym źle, wzdychają za dobrym i molestują 
Pana Boga o losu odmianę; którym zaś 
dobrze, nudzą się, że im dobrze, i radzi by znowu czego złego doczekać. 
— Nie tak to się ma rzecz, pani dobrodziejko — odpowiedziałem — nigdy całkowite 
szczęście nikogo nie nudzi; tylko połowina powodzenia i niepewność o drugą połowę 
nabawia głowę i serce niepokojem. 
— Zawsze to wyjdzie na moje — mówiła pani stolnikowa — bo któryż kiedy człowiek 
przyznał się do tego, że całkowite szczęście posiada? Ilekolwiek go ma, choćby „tego było 
najwięcej, choćby nawet aż nadto, to on zawsze jeszcze chce czegoś więcej, zawsze pragnie i 
mówi, że to, co dotychczas ma, to dopiero połowa. 
— Bywa i to niekiedy pomiędzy tym nienasyconym rodzajem ludzkim, jednakże są 
położenia, w których nie tylko że się istotnie tylko połowę szczęścia posiada, ale jeszcze tę 
prawdę dowodzi się tym, że po prostu to, co się 
ma, bez tego, czego się pragnie, nie miałoby 
nigdy żadnego znaczenia ani żadnej wartości. 
— Zapewne i takie mogą się zdarzać 
wypadki; jednak pan skarbnikowicz w nich pewno nie 
jesteś. 
— Nie tylko że jestem — odpowiedziałem, powstając z krzesełka z mocno bijącym sercem — 
ale nawet właśnie w tej chwili dlatego prezentuję się jejmość pani, iżbym jej upadł do nóg i o 
ziszczenie drugiej połowy życzeń moich najuniżeniej prosił. 
— Cóż to być może? — spytała stolnikowa, mocno zdziwiona — proszę, niech pan Marcin 
mówi śmiało, co tylko będzie w mojej mocy, ani chwili się nie powstrzymam, aby mu 
dopomóc. 
— Nie idzie tu o pomoc żadną, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem pokornie — ale o to, 
iż rozbudziwszy w sercu moim stateczny afekt ku nadobnej córce waćpani dobrodziejki, imć 
pannie Zofii... 
— Jak to! kto! — zawołała z przerażeniem prawie matka, rzucając na ziemię robótkę i 
powstając z krzesła — panie skarbnikowiczu! to być nie może. 
— Dlaczegóż to być nie może? — odpowiedziałem także przerażony tym niespodziewanym 
sprawy obrotem — panna Zofia posiada tyle znakomitych ciała i duszy przymiotów, tyle 
ujmującą... 
— Ale to wszystko dobrze! ależ 
Zosia jest jeszcze takim dzieckiem, że ledwie za lat kilka 
by mogła... ale gdzież tam! co panu w głowie! 
— Pani — zawołałem teraz drżącym, ale donośnym głosem i rzuciłem się do jej nóg jak 
długi — serce moje jest tak pełne miłości dla panny Zofii i wola moja w tym tak stateczna, iż 
gotów jestem nie rok, nie dwa, ale dziesięć czekać, jeżeli tylko... 
— Ale gdzież tam! nigdy to być nie może! — rzekła, przerywając mi matka i odsuwając się 
ode mnie klęczącego na ziemi — nigdy! co panu w głowie? 
Ta odpowiedź tak mnie niespodziewanie napadła i tak mnie przeraziła, jak jeszcze nigdy 
nic w życiu. Sam nie wiedziałem, co się ze mną działo. Drżałem cały, łzy mi się z oczu 
strumieniem puściły i całą twarz zalały. Zerwałem się jednak z kolan i w tym momencie 
wyleciałem do sali. Drżąca jak liść, blada jak ściana i na pół umarła prawie stała Zosia pod 
oknem. Przybiegłem, porwałem ją za rękę i wpadłszy z nią 
do owego nieszczęśliwego pokoju, 
padliśmy do nóg matce oboje. Przez to gorzej się jeszcze stało, bo odskoczyła od nas jak 
oparzona, wołając: 
— Boże, ale cóż to jest takiego? co wam się dzieje? skąd tak nagle takie afekta? Zosiu! 
wstawaj zaraz i ruszaj do twego pokoju! 
Myśmy klęczeli, konwulsyjnie prawie trzymając się za ręce, oboje pochyleni, w ziemię 
patrzący, jakby już tak zamarli, jak skamienieli. 
Na to wszedł dziadek. 
— Cóż to znów za komedie wyprawia ten Nieczuja? — zapytał on. 
— Komedie! — odpowiedziała z fokiem, z niechęcią, z drwinami, ze złością pani stolnikowa 
— oświadczył się o rękę Zosi! 
— A to niechże Bóg błogosławi! — odpowiedział dziadek — człek tęgi i uczciwy, krew 
dobra, dłoń silna — i przystąpiwszy do nas, podniósł obiedwie ręce nad naszymi głowami, 
mówiąc jeszcze raz: 
— Niech Bóg błogosławi! 
Na to pani stolnikowa przyskoczyła już z pasją i porwawszy Zosię za rękę, prawie ją 
wyrzuciła za drzwi do dalszych pokojów i drzwi zatrzasnęła. Jam się zerwał i wyleciałem na 
dziedziniec. 
— Hej! zaprzęgaj! pakuj! — wołałem do moich ludzi — niech tu piorun zabije taki dom 
przeklęty! — Po czym wpadłem do oficyn do mojej izby i zacząłem wszystkie graty moje, 
które na doręczu leżały, zbierać i rzucać do otworzonego i pod ścianą leżącego tłumoka. 
Po chwili dziadek, po staremu schylony i o lasce opierający się, przyczłapał do mnie do 
oficyn, zaraz w progu mówiąc: 
— Jakiż bies cię opętał, Nieczujo, że takie komedie wyprawiasz? 
— Nie bies, mości dobrodzieju, nie komedie! tylko to serce niesprawiedliwie pokrwawione 
tak się rzuca we mnie. Na to on z wolna: 
— Daj no pokój, nie rzucaj się darmo jak cyga121 
i nie wymyślaj. Nemo sapiens, nisi 
patiens122 Siadaj no, pogadamy o tym ze sobą... 
— Nie ma o czym gadać, łaskawy panie mój i dobrodzieju — odpowiedziałem, całując 
dziadka w ramię. — Wiem, że jegomość mi dobrze życzysz i rad byś mi z duszy i z serca jak 
ojciec, i jeżelim czym jegomości obraził, to przepraszam. Krew u mnie nie woda i jak się 
rozgrzeje, to i diabeł jej nie ochłodzi, ale z babskim uporem nie ma rady. Nabawili mnie 
nieszczęścia na całe życie. 
— Głośniej mów — zawołał dziadek — bo nić nie słyszę. I siadł. Więc powtórzyłem mu 
jeszcze raz, com już powiedział, i potem jeszcze gadałem, co mi fantazja na język przyniosła, 
bom się aż trząsł cały i diabli mnie brali. Dziadek siedział i milczał, ani jednym słówkiem 
moich wykrzykników nie przerywał, lubo każde słowo rozumieć musiał, bom mówił wielkim 
głosem i z wielkim ferworem; wysłuchawszy zaś, także mi nic nie odpowiedział, tylko na 
sługę zawołał i wina przynieść rozkazał. Nie wiem, gdzie to wino było, ale to wiem; że 
ledwie co to powiedział, już też zaraz wniesiono gąsior potężny i dwa kubki i koło dziadka 
postawiono. Rzekł też on zaraz do mnie: 
— No! wysapałeś się już trochę? hę! napijże się wina. 
— I trucizny bym się teraz napił, nie tylko wina! — zawołałem — i snadź ona tylko jedna 
mogłaby być dobrym teraz lekarstwem dla mnie — i porwawszy gąsior w jedną, a kubek w 
drugą rękę, kilka kubków nalałem i wychyliłem jeden po drugim. Byłbym i zjadł to metalowe 
naczynie, tak się duch burzył we mnie. Dziadek przypatrywał się temu, po czym rzekł z 
wolna: 
— Mosanie Nieczujo! żeś chłop setny do każdej imprezy, tom zaraz poznał 
po tobie; ale żeś 
przy tym i szczery wariat, o tym dopiero teraz się dowiaduję. 
— Prawda to wszystko — odpowiedziałem — prawda i cale nie zaprzeczam; ale powiedzże 
mi jegomość, jak tu nie być wariatem, kiedy człowieka gorzej psa dzisiaj traktują! Gdzież ma 
szlachcic dzisiaj po żonę uderzyć, gdzie? do kramarza, do szewca czy do chłopa, kiedy mu jej 
w równym domu szlacheckim odmawiają? 
— No! — rzekł dziadek — toż to fryc z ciebie, mospanie! a czy to przymus dać komu pannę? 
czy to nie wolna w tym wola każdego? 
— Wolna wola, to prawda! ale kiedy panna chce tego, kiedy ja chcę, kiedy mam z łaski 
Boga fortunę, że ani grosza nie potrzebuję na wiano, kiedy ród mój tak dobry w 
Rzeczypospolitej, że go żaden senatorski nie przejdzie, kiedy nie masz żadnej, by 
najmniejszej plamki ni na mnie, ni na ojcach moich, ni na pradziadach, czego więc chcą ode 
mnie? czego chcą dla tej panny? cóż to znowu są ci Strzegoccy? czy to Radziwiłłowie, czy 
Sanguszkowie, czy Potoccy? dużoż tam buław, dużo miter, dużo wojewodów i kasztelanów? 
— Dajże pokój i bredni nie pleć. Ani tu o mitry idzie, ani o buławy. Nie podoba się matce i 
koniec. O moją córkę nie taki pan konkurował, jak ty; pięćdziesiąt wsi miał, pieniędzy jak prochu, z najpierwszymi domami skoligowany; księżniczka by była poszła za niego, gdyby 
był o nią wypalił! a ja szlachcic na jednej wsi, uparłem się i nie dałem! i poszedł z kwitkiem 
jak posłaniec ode drzwi, i odgrażał mi, i napadł na mnie, i crimen123 popełnił, i Bóg nie wie co 
jeszcze, przecie panny nie dostał i na koniec on poszedł na psy, diabeł mu przetrzebił fortunę, 
diabeł i duszę zabierze, a jam cały i zdrów i przy skonaniu wszystkich przepraszać będę, a 
jego nie. 
— Wszystko to być może — odpowiedziałem — ale przecie tam inne być musiały przyczyny, 
a nie prosty kaprys, jak tu. 
— Żadne inne; wariat był taki, jak ty, obraził mnie, dom mój obraził, a takiemu dziecka nie 
odda nikt. 
— Mój jegomość! — rzekłem na to ładnie i całując go w ramię — cóż takiego wariackiego 
jest we mnie? że się teraz obruszam, to jużem wariat, już 
szalony? Czy to człowiek jest 
drzewo, czy lód, czy nieruchomy głaz? Kiedyż się ruszy, jeśli nie wtenczas, kiedy go gnębią, 
kiedy go gniotą, kiedy najpoczciwsze jego chęci w błoto rzucają i z nogami idą na niego?... 
— No! — rzekł dziadek — ja to sam mówię, że to jeszcze niewiele. Człowiek ma krew i 
poruszać się musi; ale każda rzecz ma swoje granice i dlatego tobie radzę je mieć i zachować. 
Nie wszystko jest złe, co się takim na oko wydaje. I nie każda taka impreza już zgubiona, w 
której pierwszy krok niefortunnie wypadnie. I nie ten mąż tęgi i swojej sprawy dobry 
obrońca, który z wielkim impetem raz potrafi uderzyć, ale ten, który i raz, i drugi, i dziesiąty 
uderzy, i tyleż impetów nieprzyjacielskich” wytrzyma, et in variis manebit invarius usque ad 
finem124 . 
— Tak to się gada, mości dobrodzieju — odpowiedziałem — dora to jest nauka, ale nie w 
małżeństwie; bo cóż komu z tego, że wytrzyma ad finem i dajmy nawet, że wygra, kiedy 
wtedy, gdy mu ów chleb podadzą, on już zębów nie będzie miał w gębie. 
— Hę, hę! mosanie, daleko to jeszcze tobie do tego, żeby ci aż zębów zabrakło. 
— Kto. tam wie, jak daleko? w różnych się bywa okazjach. 
— No, ale nie o tym mowa. Głupstwoś zrobił, żeś się rzucał 
przy kobietach jak fryga, co 
nigdy nie należy, a tyle bardziej, ile że wcale nie było do tego powodu. 
— Boże! — zawołałem — a kiedyż większy powód do tego będzie? 
— Głupstwo! nie było żadnego powodu. Stolnikowa ci dała rekuzę, bo tak się jej podobało. 
Musiała ona mieć swoją rację, bo to niegłupia kobieta. Ale tym się nie ma co tak bardzo 
frasować: co się nie dało zrobić dzisiaj, to się może da jutro, a nie jutro, to pojutrze. Pierwsze 
koty za płoty. Zresztą, może ona miała już inne aspekta125, ale i to jeszcze nie śmierć dla 
waszeci. Od aspektu do efektu jeszcze sto mil i jedna. Panny nie taki towar pokupny, jak 
piękny. Są one, jak zagraniczne kwiaty w doniczkach, najdroższe, kiedy są w pącskach, 
tańsze już, ba! proszą się z nimi, kiedy rozkwitną, a gdy odkwitną, ledwie darmo kto bierze. 
Poczekaj! zje pies psa, jak barana nie ma. Zresztą, może i ja co znaczę w tym domu, może i 
mnie wolno w czym veto założyć. 
— Ba! — rzekłem — i ja to rozumiem, ze cierpliwością wiele spraw się wygrywa na świecie, 
ale tutaj... tutaj właśnie cierpliwość zagubić mnie może. 
— A to czemu? — zawołał dziadek. 
— Czemu? bo kiedy ja się cierpliwością będę. uwodził, to tymczasem pannę Lgockiemu 
dadzą. 
— Komu? 
— Lgockiemu — rzekłem. 
— A na świecie! — krzyknął dziadek — nigdy tego nie będzie. — Tedy ja skoczę 
do niego i 
złożywszy ręce: 
— Mój jegomość! — rzekłem — pomóżże mi waszmość w tym ciężkim dla mnie terminie, a 
wdzięczność moja dla niego niewyczerpaną będzie do ostatnich dni mego żywota. 
— Głupstwo! — rzekł dziadek, popijając wina — ja wdzięczności twojej nie potrzebuję, bom 
ja obydwiema nogami już w grobie. Jak zechcesz, to pacierz odmówisz na moim grobie, ale i 
to niekoniecznie, bo co tam ważą przed Bogiem chłystków pacierze? 
Wtem drzwi się otworzyły i ku wielkiemu zdziwieniu mojemu weszła pani stolnikowa. 
Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to tak pomieszało, żem stanął z oczyma spuszczonymi ku 
ziemi i nie wiedziałem, co począć. Szczęściem zaczęła ona: 
— Panie skarbnikowiczu! tylko pewne powinowactwo pomiędzy nami i szczególny 
charakter, którym sobie zjednałeś wszystkich, tutaj mnie przyprowadził. Przykro mi bardzo... 
— Mościa dobrodziejko — rzekłem tedy, ujęty tym przemówieniem i całując ją w rękę — 
bardzo panią przepraszam, jeżeli w tej scenie, całkiem dla mnie niespodziewanej, 
czymkolwiek i kogokolwiek obraziłem w tym domu, ale Bóg mi jest świadkiem, ze nie ja 
temu winien, tylko niegodziwa krew moja i duch ten porywczy, który może właśnie wtedy, 
kiedy by mi jak najzimniejszej rozwagi potrzeba, rzuca mną jak opętanym. Jeszcze raz się 
Bogiem zaświadczam... 
— Wierzę już, wierzę — przerwała mi ona — ale natychmiast proszę i mnie wierzyć, że 
jeżelim się znalazła w tym przykrym położeniu, żem musiała jego żądaniom odmówić, to 
wcale nie myślałam przez to ani waszmości przyjaźń dla nas lekce sobie ważyć, arii osobę 
jego kłaść niżej w zachowaniu moim od innych. I dlatego właśnie, że mi na tym zależy, aby z 
tej przyczyny nie było żadnej nieprzyjaźni pomiędzy nami i ażebyś waszmość nie z gniewem 
i bez pożegnania odjeżdżał ze Źwiernika, a na koniec w nadziei, że kiedy z uwagą się 
zastanowisz nad całą tą sprawą, cale mnie uniewinnisz, przyszłam tutaj, aby z waszmością 
pomówić słów kilka. 
Ja też na to: 
— Ja wcale odwołuję 
moje porywcze postąpienie sobie w tym razie i jeszcze raz za nie 
przepraszam, ale wcale nie ma to być tak rozumiano, jakobym zarazem odwoływał moją o tej 
nieszczęśliwej rekuzie opinię. Przyznam się nawet jejmość pani, że na próżno sobie głowę 
łamię nad tym, jakie by być mogły właściwe tego kroku powody. 
— O! są powody, są, panie skarbnikowiczu — odpowiedziała pani stolnikowa — i zapewne 
dość ważne, kiedy mnie aż przymusiły do zrobienia przykrości temu, którego, zaprawdę 
mówię, niemało sobie poważam i szacuję. 
— Więc jeżeli łaska pani będzie — odpowiedziałem z grzecznością — to proszę o ich 
zakomunikowanie mi; może to co ulży mojemu sercu, może się który z nich da usunąć, a 
choćby zresztą i na nic się to nie przydało, toż wzajemne porozumienie się jak nigdzie, tak i 
tutaj, żadnej szkody przynieść nie może. 
— Owóż o co i mnie chodzi — rzekła pani stolnikowa i usiadłszy blisko mnie, tak rzecz 
poczęła: 
— Najpierwej trzeba waszmości wiedzieć, że Zosia jeszcze nie skończyła lat szesnastu i 
przy tym tak jest jeszcze dziecinną, tak nierozważną, że w żaden sposób i nikomu na świecie 
nie mogłabym jej z czystym sumieniem teraz oddać na żonę. 
— To najmniejsza przeszkoda — przerwałem — bo kto ma dziś lat szesnaście, ten za rok 
będzie miał siedemnaście, a za dwa osiemnaście, a znowu z drugiej strony, kto ma szczery i 
nie zmyślony sentyment dla jakiej panienki, i sam ma lat dwadzieścia i kilka, i w żadnych 
skądinąd naglących nie znajduje się okolicznościach, ten i dwa, i trzy lata śmiało poczekać 
może, a nawet by to snadź z dobrym było dla stron obojga, bo czego by czas nie zniszczył, to 
by mogło być pewnym statecznej i nadal trwałości. 
— Tak, ale ja znowu wiem z doświadczenia, że takie zawiązywanie sobie świata za młodu 
nie ślubem, ale słowem, nie zawsze szczęśliwe przynosi skutki, a niejeden by może połowę 
życia dal był 
za to, gdyby mógł być uwolnionym od niebacznie danego słowa. Ale to 
mniejsza, są jeszcze inne rzeczy daleko od tej ważniejsze. Nie wiem, czy panu wiadomo, jaki 
jest ród nasz i jakie przechodził koleje. Strzegoccy z dawien dawna na ogromnych siadywali 
fortunach. Znakomite w Rzeczypospolitej urzędy, świetne koligacje były prawie bez przerwy 
tej familii udziałem. Ojciec synowi, matka córce na śmiertelnych łożach i w testamentach 
zachowywanie tych dóbr przekazywali; były nawet przepisywane przez przodków reguły, 
wedle których mają postępować następcy. Nieszczęście chciało, że mój mąż, przez 
szczególne woli Bożej zrządzenie, znaczną część owych rodzinnych sukcesji uronił, ale też za 
to całe późniejsze życie jego było tylko niezmordowaną pracą ku odzyskaniu dawnego 
splendoru dążącą: odejmował on sobie od ust strawę, w płóciennym kubraku chodził, zdrowie 
swoje poświęcał 
na to, aby powiększyć fortunę i rodu znaczenie. To o Strzegockich. 
Piotrowicze zaś, ród mego ojca, jakim jest w rzeczy i czym dawniej był w Litwie, ba, w całej 
Polsce, nie potrzebuję długo rozprawiać. Dość powiedzieć, że herb ma Murdelio. 
— Murdelio? — zapytałem trochę tym zdziwiony. 
— Tak jest, panie, Murdelio. Herb to dawny, dawniejszy niż cała Polska. Czym tylko 
najpiękniejszym można ozdobić genealogię, to wszystko waszmość znajdziesz na naszym 
drzewie. Dziadowie nasi miewali po kilkaset wsi własnych i bywali skoligaceni z 
najpierwszymi domami za granicą. Synowiec mojego ojca ma jeszcze do dziś dnia wsi 
kilkadziesiąt. Linia atoli nasza upadła. Dziad mój był 
rozrzutny i wiele utracił; ojca mego 
wypędzono sierotą z domu. Potrzebaż było jeszcze takiego nieszczęścia, że obadwa te rody, 
obadwa zrujnowane i podupadłe, przeze mnie i męża mego się połączyły. Ale taka była wola 
Boża; widać inaczej już być nie mogło. Mąż mój troszeczkę je podniósł — jednak nie idzie za 
tym, aby się jeszcze wyżej podnieść nie miały. I owszem, mój mąż, umierając, najwyraźniej 
mnie przykazał, abym obiedwie córki oddała do klasztoru, a majątek nietknięty przekazała 
synowi, Miałam jeszcze syna natenczas. Dzisiaj syn umarł małym chłopięciem — ale czy 
waszmość myślisz, że każda z mych córek nie jest gotową dzisiaj pójść do klasztoru, gdyby 
się drugiej świetne trafiło małżeństwo?... 
Nie zdawało mi się, ażeby w tym, co pani stolnikowa mówiła, był jakikolwiek sens 
zdrowy, byłem tedy tak śmiały, żem przerwał, mówiąc: 
— Przepraszam waszmość panią" że jej mowę 
przerywam, ale nie zdaje mi się, aby nawet 
przez najświetniejsze choćby obudwóch córek zamęście cokolwiek zyskał splendor domu 
Strzegockich lub Piotrowiczów. Że ci, którzy synów mają, zdrowie i pracę swoją poświęcają 
na to, aby im znaczną pozostawić fortunę, to rozumiem, bo przez nich propaguje się dalej i na 
lepszą puszcza drogę ród i nazwisko; ale żeby jedną z córek na to zamykać w klasztorze, aby 
druga trochę lepiej za mąż poszła, albo zgoła obiedwie do przeciwnych im małżeństw 
niewolić dlatego, że ich parentela skądeś tam się zza morza wywodzi i kiedyś tam, za 
Jagiełłów, miała jakie takie w Polsce znaczenie, to mi się wcale nie zdaje. I gdybym już 
żadnych innych nie miał na moją rację dowodów, to może i ten by wystarczył, że za kogo 
panna Strzegocka pójdzie, o tym ani będzie pisać historia, ani wywoływać będą po kraju, ani 
wróbel podobno nie zaświegocze na dachu! — Na to ona: 
— Że waszmość grzecznym jesteś, o tym już się dowodnie przekonałam dziś rano, ale 
mniejsza o to! raczej panu odpowiem na jego argument, że sposób wetowania sobie strat 
poniesionych jest każdemu zostawiony do woli. Ród Strzegockich się kończy, to prawda, a 
więc kiedy się kończy, niechże ostatnie jego kądziele ozdobią się przynajmniej pięknymi 
nazwiskami. Takie jest moje postanowienie, do którego dążyć jest już tylko jedynym całego 
życia mojego zadaniem; mam też nadzieję w Bogu, że spełnienia tych życzeń mi nie odmówi, 
bo są skromne i sprawiedliwe. 
— Daj Boże! — odpowiedziałem — ale jmć pan Konopka... 
— Otóż Zuzia — przerwała mi pani Strzegocka — że nie jest ładna, idzie za pana Konopkę, 
nic w tym osobliwego, ale i pan Konopka jest potomkiem dobrego i starożytnego rodu, przy 
tym kawaler piękny, mający zachowanie i posesjonat. Ale Zosia! czyż 
Zosia i dzisiaj 
niegodna jest i najpierwszej w kraju partii? czyż nie mogę na to liczyć na pewno, że kiedy 
przyjdzie do lat swych i pokaże sięświatu, to będzie miała pomiędzy kim wybrać 
przynajmniej? Zresztą, krótko mówiąc, pan staroście Lgocki... 
— Jak to — krzyknąłem nie mogąc się pohamować w oburzeniu — toż to Lgocki jest ten 
familiant, dla którego jejmość zabijasz dwie dusze? To Lgocki... 
— Ależ panie skarbnikowiczu! czy pan wiesz, czym są Lgoccy? 
— Mościa pani! — krzyknąłem — jeżeli tacy są, jak ten, to wiem doskonale! Niewarci wody 
wozić Nieczujom! 
— Ależ panie Marcinie! przecież pan, który nawet nie masz dziedzictwa, nie zechcesz się 
równać... 
— Więc to o to wam idzie! — zawołałem, łkając od żalu i wewnętrznego wzburzenia — o 
tych kilka worów pieniędzy! tacy to ludzie dziś 
na Mazurach, takie waszych znakomitych 
rodów potomstwo! bądźcie zdrowi! — wołałem — ale to wiedzcie, Że żebym miał sam gardło 
dać w tej sprawie i żebym miał wszystkie wsie zadzierżawić naokoło Źwiernika i wartami 
obstawić wszystkie granice, to psu obcemu nie dam przystąpić do waszego dworu i każdego 
na drobne kawałki zasiekam, kto by śmiał się tylko przysuwać do Zosi, póki ona sama mi nie 
da odkosza! 
To wymówiwszy, z pasją porwałem za czapkę i wyleciałem przed oficyny, a że mój 
skarbniczek stał już zaprzężony przed gankiem, więc wskoczyłem weń i kazałem ruszać z 
kopyta, wołając jeszcze w zaciekłości: 
— Bodaj was zabito!... 
TOM II 
I 
Wyjechawszy ze Źwiernika, lubo wiatr zimowy dął 
jak szalony i przez szubę niedźwiedzią 
przejmował mnie aż do kości i lubo Węgrzynek, któren siedział koło mnie w skarbniczku, 
ustawicznie mi coś brząkał pod nosem, długo jeszcze nie mogłem się opamiętać i przyjść do 
przytomności; wszakże ujechawszy tak z milę ku Tarnowu i przypomniawszy sobie, że tam 
ma dzisiaj nocować Konopka z owym w czepku urodzonym, a dla mnie tak niefortunnym 
Lgockim, kazałem stanąć koło najbliższej karczmy. Tam wypytałem się o drogę i 
wyrozumiawszy rzecz, puściłem się na prawo małymi i najniegodziwszymi drogami prosto do 
Pilzna. Nie chciałem i nie mogłem się tą rażą widzieć z narzeczonym Zuzi — nie mógłby on 
był nie okazać pewnego tryumfu nade mną 
i pewnego lekceważenia mojego nieszczęścia — 
tego zaś nigdy, a tym więcej dzisiaj bym był nie mógł przenieść na sobie — byłoby przyszło, a 
przynajmniej przyjść mogło do burdy pomiędzy nami, do awantury, do bitwy może — i na cóż 
to tego? 
Z wielką tedy biedą i zaledwie koło północy dobiłem się do Pilzna. Miasteczko to było o 
wiele natenczas od Tamowa większe i znaczniejsze, było ono bowiem przedtem stolicą 
pilźnieńskiego powiatu, należącego do województwa sandomierskiego; bywało tedy 
miejscem powiatowych sejmików i wszelkich innych zjazdów, siedzibą starosty grodzkiego, 
sądów ziemskich i grodzkich, i wszelkich magistratur miejskich; w nim na koniec obierały 
sobie locum standi126 najczęściej i sądy podwojewódzkie, kiedy z tej strony Wisły miały co 
do czynienia, w nim wszelkie komisje i nadzwyczajne sądy komisarskie; w nim więc 
ześrodkowywała się wszelka rzecz publiczna, wszelki ruch i handel całego powiatu — podczas 
kiedy Tarnów bywał tylko prywatną, dawniej hrabiów Tarnowskich, później książąt 
Ostrowskich, a na koniec książąt Sanguszków własnością. W Pilźnie tedy, lubo mu już 
natenczas przez odcięcie go od województwa sandomierskiego i reszty Polski, przez 
zaprowadzenie w tych ziemiach rządów niemieckich, przez zniesienie sejmików i zjazdów i 
przez przeniesienie zeń sądów wiele ubyło ruchu i ludności, znać jeszcze było powiatową 
stolicę; było jeszcze w nim i szlachty procesowiczów tam zamieszkałych, i palestrantów, którzy sobie domy tam pozakupywali, bogatych mieszczan i kupców, i innych kapotowych 
cokolwiek, osobliwie też familij szlacheckich ziemiańskich, które, wystraszone ostatnią 
wojną, między murami tego miasteczka upragnione znalazły schronienie, mieszkało tam 
niemało — zgoła Pilzno było jeszcze naówczas miastem, w którym można było znaleźć i 
znajomych, i rozrywkę, i dobre wino, i dobrą kompanię. Ale ani mnie to w głowie było dnia 
tego. Ja szukałem tylko gospody, a w niej spokojnego kącika, a znalazłszy to oboje, rzuciłem 
się czym prędzej na łoże, aby zostać samotnie z moimi żalami, zgryzotami i modlitwami, ową 
jedyną pociechą we wszystkich frasunkach i dolegliwościach. 
Różni też różne mają pod tym względem usposobienia — niektórzy, kiedy ich ból jaki i 
zgryzota przygniecie, szukają ulgi z zamkniętą powieką i znajdują ją we śnie; drudzy dostają 
wtedy głodu albo pragnienia i zaspokoiwszy to albo owo, stają się już całkiem nieczuli i 
wszelkim frasunkom nieprzystępni, inni, niecierpliwsi, wpadają w pasję i w żądzę zemsty za 
swoje cierpienia, rzucają się z pięściami na naczynia, zwierzęta lub ludzi, a potłukłszy jedno 
lub drugie uspakajają umysł i serce i dobijają się spokoju — zgoła, każdy umie sobie w takim 
razie dać radę, aby się nie dać pogryźć 
tym rzeczom doczesnym. Ja atoli żadnym z takich 
przymiotów pochwalić się nie mogę, a kiedy na mnie przyjdzie zgryzota, to już musi odgryźć 
swoje od początku do końca i żaden lek rady jej nie da. Umysł mój wtedy upada, serce 
jakimiś wewnętrznymi zalewa sięłzami, dusza pod gniotącym ją smutkiem ugina się i rada, 
zamknąwszy się w sobie, szuka pociechy w upływającym czasie, w modlitwach i 
rozmyślaniach. I bywa to czasem dobrym dla niej lekarstwem albo przynajmniej 
okolicznościąłagodzącą jej cierpkość i rozpędzającą czarne chmury wiszące na jej 
horyzoncie. 
Wiedząc to do siebie, rad byłem osobnej w gospodzie izdebce, rad samotności i ciszy, rad 
tej książce nabożnej, którą miałem w podróżnym tłumoku. Po modlitwie chciałem rozmyślać 
nad Zosią, nad sobą samym i nad tym wszystkim, co od niejakiego czasu stało się ze mną, ale 
nie mogłem — położenie moje było zanadto nowe i niespodziewane, zanadto okropne, abym w 
nim mógł spokojnie rozmyślać. Miłość moja, doświadczywszy tak ogromnej zapory, 
wzmogła się niewymownie i objęła całe jestestwo moje; żal i żałoba rozlały po mnie 
wszystkie swoje gorycze, wszystkie trucizny; duma obrażona dęła nieprzerwanie w swoją 
wrzaskliwą trąbę i podrzucała mną co chwila, uderzając potem w najboleśniejsze miejsca; 
upór, naglący mnie do przełamania tego złego, ambicja, popychająca do nieporzucania 
zaczętej drogi i dopięcia zamierzonego celu, bodła mnie także co chwila; zgoła jaka tylko 
żyłka była w mym ciele, jaka władza w mej duszy, wszystko to drżało, czyniąc swoją sprawę 
i krzyżując się boleśnie z innymi. I znowu byłem, jakby jakie muzyckie naczynie, jak owa 
harfa, do której porównywałem się przed trzema dniami, z tą tylko różnicą, że wtedy po jej 
stronach biegały różowe palce Zosinej rączki i miłości — dzisiaj pijane, zbuntowane, 
łachmanowate pospólstwo żądz i namiętności tłukło obrukanymi dłońmi w jej rozstrojone 
struny i samo narzędzie. 
W takim stanie różne mi się krzyżowały myśli, różne uczucia; raz wyrzucałem sobie, żem 
zanadto porywczo przystąpił do deklaracji; drugi raz żałowałem, żem się dał unieść gniewowi 
i postąpił sobie z ubliżeniem przeciwko starszym, a przeto, żem sobie zamknął drogę do wielu 
dalszych kroków, które przecie może jeszcze to złe odwrócić mogłyby; inny raz myślałem 
nad środkami ratunku i w tej nieszczęśliwej pozycji gniewałem się i kląłem bezbożnie na to, 
żem nie jest tak bogaty, jak Lgocki, albo żem się nie urodził Tarnowskim lub Ossolińskim — 
jakże bym był szczęśliwym w tej chwili! jak szczęśliwą byłaby Zosia! I tak dalej plotły mi się 
niedorzeczności po głowie, jak to się zwyczajnie zdarza ludziom młodym i pełnym siły, kiedy 
ich jaki niespodziewany wypadek zbije z drogi naprzód ułożonej, na której rachunek wiele już 
sobie wybudowali nadziei. I nie dosyć było tego, że mnie męczył 
stan mój dzisiejszy, że mnie 
zabijały chwilowe i pogmatwane pomiędzy sobą uczucia i zgryzoty, ale jakżeż przeląkłem się 
siebie, kiedym pomyślał nad tym, jakie to dnie okropne przyjdzie mi spędzać w domu. Bo czy 
to wyjechać mi gdzie w sąsiedztwo? czy sąsiada przyjąć u siebie? czy oddać się zatrudnieniu 
albo rozrywce z takim sercem rozbitym i z duszą tak pogniecioną? Jak tu oczy pokazaćświatu 
z rekuzą na łbie, z tryumfem takiego mazgaja nade mną? Jak tu przeżyć trzy dni, jak miesiąc 
bez wiadomości o Zosi? bez wywnętrzenia się przed kim? bez zrzucenia choć połowy tego 
smutku ze siebie, bez zasiągnienia rady czyjej na te moje nieszczęścia? O! gdyby przyjaciel 
jaki, gdyby powiernik! na wagę złota bym go był wtedy zapłacił. 
W tejże chwili przyszedł mi na myśl Murdelio. Mąż poważny i światły, ma stosunki jakieś 
w tym domu, ważny nawet tam wiele, jak mi mówił Konopka... przybrał nazwisko takie w 
klasztorze, jak herb ma dziad Zosi... może to być właśnie woda na mój młyn, może mnie w 
czym oświeci, może da jaką radę... bo i czemuż by nie miał tego uczynić? będę go prosił, 
zaklinał, dam ofiary na klasztor krośnieński... czemuż 
by mi zgoła nie miał pomóc w tym 
razie? Rozumny jest, światły, rozważny, musi też znać Lgockiego, a więc snadno pojmuje, 
jaki mąż z niego będzie... widzi on to pewno, jaką niedorzeczność popełnia matka niewoląc 
Zosię do takiego małżeństwa... a zresztą, kiedy nie wie o tym, to ja mu wszystko rozpowiem, 
ze szczegółami wyłożę i będę go prosił, a kiedy tego będzie potrzeba, to i do nóg mu padnę, 
trzecią część 
fortuny, sto tysięcy, dam na klasztor krośnieński!... o! i pewno mi dopomoże! 
znał mego ojca... krewny jest Mężykówny... zawiezie mnie do Źwiernika... panią stolnikową 
przeprosi, przekona i wszystko dobrze będzie. Trzebaż jutro wstąpić do krośnieńskiego 
klasztoru. 
W takich myślach biały dzień mnie zastał na łożu. Nie czekałem już snu, nie wymagałem 
go na próżno, tylko, zebrawszy się prędko, w dalszą ruszyłem podróż. Pilno mnie było do 
Krosna. 
Tonącemu pomiędzy bałwanami morza nieraz bałwan wydaje się być deską lub czółnem; 
na widok nowej, jakiej takiej nadziei, która w jego oczach do wysokości okrętu wyrasta, 
rzuca się ten nieszczęliwy z wściekłością ku przedmiotowi mniemanego ratunku, dosięga go 
żelaznymi oboma ramiony i znajduje pod. nim tylko śmierć prędszą i pewniejszą. Ale choćby 
i tak było: dla Zosi choćby zginąć, i natychmiast! 
Wyjechawszy rano, przed południem jeszcze stanąłem przed krośnieńskim klasztorem. 
Poważny ten przybytek Bogu oddanych ludzi, któren dawnymi czasy w Polsce doznawał 
nieodmiennej czci i nigdy nie ustającej pomocy u pobożnego narodu, a nad którym teraz 
wisiał groźny miecz Damoklesowy, powitał mnie zwyczajną swoją pokorą i otwartymi 
drzwiami dla wszystkich przechodniów. Przyszedłem tedy do furty i po staremu rzekłem 
wychodzącemu do mnie braciszkowi: 
— Laudetur Jesus Christus! 
— In saecula saeculorum — odpowiedział tenże i zarazem zapytał: — Czego waszmość pan 
żąda? 
— Nie żądam, ale proszę, ażalibym się nie mógł widzieć z księdzem Murdelionem? 
— Z Murdelionem? — powtórzył 
braciszek — nie masz go w domu dzisiaj, właśnie się go 
spodziewamy. 
— Dokądże wyjechał? 
— To mnie nie wiadomo, ale jeżeli waszmość panu co na tym zależy, to łatwo by się o tym 
dowiedzieć od księdza gwardiana. — Możnaż się widzieć z księdzem gwardianem? 
— Można, i owszem, proszę wnijść, ja waszmość zawiodę. Prowadził mnie tedy ów frater 
jakimiś długimi kurytarzami aż pod drzwi jednej celi, na które wskazując rzekł: 
— Tutaj mieszka ksiądz gwardian. 
Wszedłem. Wyszedł naprzeciw mnie poważny przełożony klasztoru, oczekując 
zwyczajnego ode mnie powitania. Ja też, czyniąc zadość temu obyczajowi, dobyłem zarazem 
kilka dukatów z kieszeni i położywszy je na pobliskim stole, rzekłem: 
— Jestem szlachcic z pobliskich okolic i proszę, aby ta uboga ofiara przyjęta była ode mnie 
na mszęświętą, na intencję odwrócenia tego złego, które mnie tymi dniami nawidziło. 
Pokłonił mi się pięknie ksiądz gwardian i odpowiedział: 
— Dziękujemy pokornie waszmość panu za wezwanie nas do tych modłów... Ale proszę, 
może waszmość pan raczy trochę odpocząć — i przysunąwszy stołek podał mi otwartą 
tabakierę rogową, którą dobył z rękawa. 
— Ja tu właściwie prócz tego — rzekłem, siadając na stołek — miałem i inną intencję. 
— Jakaż to? — rzecze gwardian — cieszyć nas będzie, jeżeli potrafimy usłużyć waszmości. 
— Chciałem się widzieć z księdzem Murdelionem. 
— To by była rzecz najłatwiejsza — odpowie przełożony klasztoru, zażywając tabaki — 
gdyby nie to, że dni kilka już 
temu, jak za sprawami naszego konwentu w dalszą trochę stronę 
wyjechał. 
— Prędkoż wróci? — spytałem. 
— Właściwie dzisiaj już się go spodziewamy; ja jednakże sądzę, że nie potrafi on się 
postawić w tym słowie i kilka dni jeszcze, a może nawet cały tydzień zabawi. 
— To mnie żal bardzo — rzekłem na to mnichowi — koniecznie mi się potrzeba było z nim 
widzieć. 
— Z duszy serca bym rad waszmości usłużyć, ale w tym razie już inaczej nie potrafię, jak 
tylko tak, żebyś waszmość, jeżeli masz jaką nagłą sprawę do niego, mnie ją zakomunikować 
raczył i zawierzył, że natychmiast po jego powrocie zdam ją jemu i sam już w tym będę, 
ażeby dopełnioną została. A możesz to waszmośćśmiało uczynić, bo wszakżeż i tak wszystko 
o mnie oprzeć się musi. — Ja też na to: 
— Sprawy żadnej nie mam, ale jest taka rzecz. Podobało się Panu Bogu dotknąć mnie teraz 
wielkimi frasunkami; u człowieka młodego krew gorąca i niecierpliwość wielka, owóż rad 
bym choć na jaki czas mieć pobożnego człowieka w domu, abym z kim miał modlitwę 
odmówić i czasami pogadać, a że znam księdza Murdeliona i uważałem w nim przy 
niepospolitym rozumie i świątobliwości także i niepoślednią znajomość rzeczy światowych, 
co dla mnie jest najważniejsza, bo człek nie tylko pociechy łaknie, ale oraz i dobrej rady, więc 
jego właśnie chciałem do siebie zaprosić, pewny będąc tego, że jegomość dobrodziej, jako 
przełożony, nie będziesz miał nic przeciw temu. 
— Nie tylko nie mogę nic mieć przeciw temu — odpowiedział mi na to gwardian poważnie 
— ale i owszem, chwali się to waszmości, że lubo tak młody i zapewne mało doświadczenia 
mający, jedyną ufność swoją pokładasz w Bogu, a pociechy i dobrej rady w dolegliwościach 
szukasz u wiernych sług Jego. Postępek taki zasługuje na pochwałę, a wierz mnie, waszmość, 
staremu, że kto w jakimkolwiek terminie czy to ulgi, czy pociechy, czy dobrego natchnienia 
szuka na tej drodze, ten w oczekiwaniach swoich zawiedziony nie będzie i prędzej czy 
później, czego uczciwie pragnie, niezawodnie dostąpi. Wszakże jeżeli o to chodzi, co mi 
waszmość powiadasz, to my i tu bez Murdeliona poradzimy sobie. W naszym klasztorze. 
Panu Bogu niech będzie chwała za to, znajdują się i mężowie uczeńsi, i pobożniejsi od 
Murdeliona, który, intra parietes127 mówiąc, nie jest jeszcze księdzem i przy dzisiejszych 
okolicznościach snadź nieprędko nim będzie, ile ja tę rzecz rozumiem, cale do tego nie jest, 
do czego waszmość zażyć 
go pragniesz. Jego powołanie i funkcja, lubo może o wiele 
pożyteczniejszą jest dla nas niż drugich braci naszych, jednak całkiem jest inną... owóż w 
niniejszym razie każę ja księdzu Innocentemu wsiąść z waszmością na wózek; może on tam i 
parę tygodni zabawić, a proszę mi wierzyć, iż on daleko lepiej tę służbę około waszmości 
odprawi niż każdy inny. 
— Dobra by i to była — odpowiedziałem na to — i wierzę, że ksiądz Innocenty sposobniejszy 
jest do tej funkcji niżeli Murdelio, ale nie potrzebuję powiadać jegomości, że nie zawsze to 
lekarstwo zbawia, które wedle reguł odpowiada chorobie, ano to prędzej, które odpowiada 
naturze chorego. Owóż więc może niesłusznie, ale już tak jest, że mam największe zaufanie do Murdeliona i o niego proszę koniecznie, choćby i później cokolwiek. W tej też nadziei, że 
jegomość będziesz łaskaw po jego powrocie zaordynować 
go do mnie, ofiaruję piękną 
jałmużnę ze zbóż, wiktuałów, a może i bydląt cokolwiek na wasz klasztor i odeszlę ją wraz z 
powracającym Murdelionem. Nazywam się 
Marcin Nieczuja i mieszkam w Bóbrce za 
Leskiem. 
— Hm! — rzecze znów gwardian, z wolna zażywając tabaki — wspaniałomyślnie i godnie to 
jest ze strony waszmość pana, że przy zdarzonej sposobności nie zapominasz o ubogiej 
gromadce sług Bożych. Za ten dar hojny pamiętać będziemy o frasunkach waszmości, jakoż i 
nie zaniedbamy zanieść naszych pokornych modłów przed tron Najwyższego i ponawiać je 
od czasu do czasu, aż do szczęśliwej zmiany tego niewiadomego nam nieszczęścia... ale 
koniecznież to Murdeliona? 
— Już koniecznie — odpowiedziałem — tego bowiem męża znam, nauczyłem się go 
zawczasu szanować, zawczasu jego argumentom wierzyć i ufać, że jakąkolwiek mi poda radę, 
ta będzie dobrą i zbawienną. Ale dlaczegóż to waszmość 
dobrodziejowi tak to nie na rękę? 
czyż to on nie jest podwładny tak jako inny? czy nie musi wypełnić rozkazu? 
— Tak... zapewne, że musi... ale widzisz, waszmość pan, on tu jest tak... on tu więcej niby 
to na dewocji niżeli w konwencie... jeszcze i ślubów nie złożył. 
— Powiedzże mi waszmość, któż on jest z rodu i światowej niegdy pozycji? 
Skręcił się gwardian na to zapytanie, lecz odpowiedział pokornie: 
— To już zwyczajnie jest tajemnicą konwentu. 
— To mniejsza z tym — rzekłem — proszę przysłać 
go do mnie, a będę pamiętał o 
krośnieńskim klasztorze i nadal. 
To rzekłszy, pokłoniłem się i zabierałem się do wychodu, on zaś tymczasem: 
— Może wielmożny pan pozwoli przekąskę... klasztorna wódeczka nie zawadzi na drogę. 
— Nie, nie, dziękuję, czekam tylko na wóz i braciszka. Ścielę się do nóg. 
— Niechajże Pan Bóg prowadzi szczęśliwie — odpowiedział gwardian, a ja wyszedłem i 
zastawszy konie moje już zaprzężone, ruszyłem dalej. 
I lubo mój zamiar dowiedzenia się, kim jest, a przynajmniej, kim był dawniej Murdelio, 
spełzł na niczym, jednakże choć z nadzieją, że go będę miał w moim domu, stanąłem dnia 
drugiego u siebie. 
Tam znalazłem wszystko w porządku i uczciwości, i bydło, i konie, i spiżarnię, i sprzęty, i 
zgoła dom cały. Jednak wszystko to mnie tak nie cieszyło, jak ten kącik spokojny i własny, w 
którym się zamknąć mogłem jak ów ślimak w skorupianym swym domku, sam, sam jeden 
tylko, z moimi wszystkimi myślami, z moimi wspomnieniami, z moją nieprzerwaną miłością 
dla Zosi, z moją nieuspokojoną tęsknotą; ale oraz i z ową nieocenioną władzą duszy, z której; 
jak rzeczne wody z swych źródeł, ustawicznie jedna z drugiej się wysnuwają nadzieje. I tak 
mi poczęły płynąć dnie jeden za drugim, każdy z nich długi jak wieczność, każdy smutny jak 
kir żałobny, każdy zalany łzami, owiniony w westchnienia, każdy pokrajany niecierpliwością 
i targaniem się duszy mojej, która się gwałtem wypierała z tego nieznośnego więzienia. I były 
to bardzo smutne dnie mego życia, niczym nie rozerwane, niczym nie umajone ani 
rozweselone. Nie miałem snu ani spokoju, ani chętki do pracy, ani do jadła, ani do napoju, 
próbowałem wszystkiego, aby się choć chwilowo rozerwać, ale nic się nie chwytało ani rąk 
moich, ani głowy. Wychodziłem czasem do gospodarstwa, ale to mnie zaraz nudziło; 
wsiadałem na konia, ale zaledwie ujechałem kilkaset kroków, zaraz wracałem; począłem na 
nowo czytanie ksiąg świętych i śpiewu, ale i to mnie się prędko sprzykrzyło; w księgach nie 
znajdowałem pociechy, głos ludzki mnie raził i powypędzałem to z domu. Posłałem po mego 
podjezdka do Konopki, była to wielka dla mnie rozrywka; napisałem list do niego i 
spodziewałem się, że mi coś doniesie o Zosi. Przez te dni, kiedym się już spodziewał powrotu 
pachołka, co chwila wybiegałem za bramę, wyglądałem na drogę, wyczekiwałem go jak 
zbawienia, chociaż cóż on mi mógł przywieźć? I istotnie się tak stało; pachołek powrócił, 
konia przyprowadził ze sobą i nie tylko od Zosi, ale nawet od Konopki nic mi nie przywiózł, 
bo go nie zastał w domu. Więc znowu ten sam smutek, taż niecierpliwość. I trwało to tak 
kilka tygodni. 
Nareszcie dnia jednego wieczorem, kiedym siedział w kącie o zmroku i przypominał sobie 
owe szczęśliwe chwile, w których mi wolno było widzieć przynajmniej Zosię i z nią 
rozmawiać, i kiedym się nurzał tak w tym szczęściu minionym, żem zgoła o obecnym 
nieszczęściu zapomniał, dają mi znać, że ksiądz jakiś przyjechał przed ganek. Byłem pewny, 
że to Murdelio. Porwałem się i wybiegłem do sieni, jednak ku zdziwieniu mojemu obaczyłem 
cale nie tego, któregom się spodziewał. Jednak i tak dobrze: był to bowiem ów ksiądz 
misjonarz św. Wincentego a Paulo, którego zeszłej jesieni zdybałem był w Hoczwi na misji. 
— Przepraszam waszmość dobrodzieja — rzekł ksiądz, przystępując do mnie — że ja tu tak 
śmiało zajeżdżam sobie do pańskiego dworu, ale i mam zaprośmy od pana, i trudno by to 
inaczej zrobić, kiedy mnie noc zapadła na drodze. 
— Mości dobrodzieju — odpowiedziałem — nie tylko honor mi waszmość tym wyrządzasz, 
że raczysz nawiedzić ubogą strzechę moją, ale nawet i dobrodziejstwo, bo co w tej chwili, to 
wcale nie mógłbym mieć pożądańszego gościa nad mojego kochanego misjonarza. 
— Jakżeż zdrowie waszmości, które tak nadwerężone było przeszłego roku? — spytał mnie 
ksiądz, kiedyśmy weszli do pokoju. 
— Zdrowie jak zdrowie — odpowiedziałem — Pan Bóg jakośłaskaw; ale są inne zgryzoty, 
które dobierają się do żywego, i ot, prawdę powiedzieć, gdyby nie to. trochę ufności, którą 
człowiek jeszcze ma w Panu Bogu i łasce Jego, toby już przyszło zdesperować z kretesem. 
— No, proszęż, cóż to takiego? co to? proszę mi się trochę wyspowiadać, panie Marcinie, 
trochę ulżyć swojemu sercu, trochę podysputować ze mną; może na to znajdziemy jaką radę, 
jakie lekarstwo, jaką ulgę przynajmniej. A możesz to waszmość uczynićśmiało i bezpiecznie; 
z czym się wygadasz przede mną, padnie jakby w grób zimny i przywalone będzie kamieniem 
ślubów klasztornych. Człowiek, który umarł dla świata, nie wygada się z niczym, a ponieważ 
żyje tylko na to, aby służył Bogu i usłużył ludziom w potrzebie, toż mu i nie tak trudno 
poświęcić się dla pomocy bliźniego. — Ja też na to: 
— Bóg wam zapłać, dobrodzieju, za wasze dobre chęci dla mnie; 
ale nie wiem, czy mi co pomożecie na to, bo to rzeczy światowe i ot, bodaj czy nie 
grzeszne. 
— Nic to wszystko nie wadzi; jeżeli światowe, toż i my nie zza świata, a jeżeli, broń Boże, 
grzeszne, to już wcale do naszego autoramentu należą i nietrudno nam będzie dać na nie radę. 
Cóż to takiego? 
— Ej! nie potraficie mi pomóc, księże, ale mogę wam opowiedzieć; wszakże pierwej się 
trochę posilicie i wypoczniecie. 
Jakoż natychmiast przeszliśmy do jadalnej izby, gdzie stół nakryto i wniesiono piwo 
grzane ze serem, potrawę z jaj i rybę, do których pożywania zasiedliśmy z księdzem obadwa, 
bo i mnie jakoś 
na widok obcej osoby trochę chętka przyszła do jadła. Śród wieczerzy i po 
niej jeszcze długo opowiadałem gościowi memu tę nieszczęśliwą sprawę, przywodząc 
wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów, prawie jak na spowiedzi. Słuchał on mnie 
cierpliwie i z wielką uwagą i nie przerywał mi, tylko wtedy, kiedy się chciał o czymś 
dokładnie dowiedzieć. A kiedym skończył właśnie na tym, jakom wstąpił po Murdeliona do 
krośnieńskiego klasztoru, rzekł on do mnie: 
— Po Murdeliona?... Nie znam ci ja wprawdzie z bliska tego Murdeliona, ale nie zdaje mi 
się, ażeby to był człowiek do tego, żeby kogo uspokoił i jaką boleść uśmierzyć potrafił. Nie 
jest on zresztą księdzem, o ile z boku się mogłem dowiedzieć; ma to być pan jakiś alboli też 
szlachcic znakomity, którego przeszłe awanturnicze życie w mury klasztorne zaprowadziło; 
znaczy on wprawdzie wiele w krośnieńskim klasztorze i ma wielkie zachowanie u bractwa, 
ale to podobno nie rozumem przychodzi do tego, tylko groszem, którego dla konwentu nie 
szczędzi. Myśl wszakże, którą waszmość miałeś, aby wziąć jakąświątobliwą osobę do siebie 
dla czytania wspólnie słowa Bożego, dla oderwania się od ziemskich frasunków, dla 
podniesienia ducha poważną i stateczną rozmową, jest bardzo chwalebna i gdybyś ją był 
przyprowadził do skutku, stałaby się niezawodnie dobrym dla niego lekarstwem; ale to do 
tego nie brać ci było kogo innego, jeno księdza Innocentego, franciszkanina z tego samego 
klasztoru, który już nieraz podobne służby odprawiał, którego znają po całej Polsce i 
zapraszają do oddalonych miejsc świętych na kazania i który jest człek wiekowy, 
doświadczony, świadomy świata i ludzi, i rzeczy światowych, i różnych pomiędzy ludźmi 
stosunków, a w naukach wszelkich jest jakby we własnym domu. Co się zaś tyczy owej 
miłości i konkurencji, której rekuzę sobie waszmość uważasz za wielkie nieszczęście i 
bierzesz za powód do tak czarnego frasunku, to jest rzecz, o której wiele by mówić, a 
właściwie nie warto. 
— Jak to! nie warto? — zawołałem. 
— Nie warto, bo już się stała, zakończyła i dla waszmości przepadła. 
— Jak to przepadła? otóż to konsolacja!128 
— Najlepsza, jaka być może w tym razie. Una salus victis nullam spermę salutem129 . 
Wyperswadować sobie z głowy to, co być nie może, i owoż zaraz spokój i duszy zbawienie 
od wszelakich frasobliwości. Czy to ta jedna panna na świecie? czy to już 
stoi tak zapisano, 
że koniecznie tę musisz mieć za towarzyszkę swego żywota? Bo i na co ten upór? czy takie 
sprzeciwianie się woli Bożej i przeznaczeniu jest cnotą czy religią, czy heroizmem? ot! po 
prostu namiętność ziemska, podsycona uporem, a kierowana może jaką logiką, która niczym 
nie jest, jeno próżną mądrością ludzką i filozofią szatańską. 
— Ej! toż to pleciesz duby smalone, szanowny misjonarzu! — rzeknę ja na to, przerywając 
mojemu mówcy — gdybym cię był nie słyszał przeszłego roku w Hoczwi mówiącego inaczej i 
nie wiedział o tym, żeś mąż niepospolicie bity w rzeczach duchownych, tobym po tym, co 
teraz mówisz, myślał, że ci zgoła klepki brakuje. 
— Możesz sobie mówić, co chcesz — odpowiedział mi ksiądz cale spokojnie — nie będę się 
obruszał na to, bom nie jest młodzian porywczy ani ów szlachcic ambitny, któremu się zdaje, 
że za lada słowem przez kogo powiedzianym honor jego po kawałku odpada; 
ani się będę dziwił słowom twoim gorącym, bo wiem, żeś jeszcze rozdrażniony i cały jak 
w ogniu, ale pomimo to trwać będę statecznie przy mojej opinii i wszelkimi siłami nastawać 
na to, ażebyś zmężniał i stał się hartowniejszym od lichej rekuzy. 
— Dobrze tobie gadać, mój księże, a czy dostałeś kiedy rekuzę? 
— Co za pytanie! Ja sam nie dostałem, ale wiem doskonale, co jest rekuza, — Wiesz, ale nie 
czujesz. Nie ma z kim gadać. 
Ksiądz atoli nie przestał na tym, a prawdę 
powiedziawszy, to dopiero teraz począł 
porządne kazanie. Mówił mi tedy, jako miłość dla kobiety dopiero wtedy ma prawo 
odwoływać się do Pana Boga, kiedy się stała miłością małżeńską i towarzyszą jej szacunek, 
poważanie, stateczność, poprzedza ją błogosławieństwo Boże, a idzie za nią przeznaczenie 
stania się węzłem rodziny, ogniwem społeczeństwa, kolebką ludzkości. Przeciwnie zaś, 
miłość inna, podniecona spojrzeniem, znikomą pięknością ciała albo kilkoma słowy 
powiedzianymi w szale, nie jest miłością i srodze grzeszy ten, który ją wyprowadza z Boga 
albo z Bożego natchnienia; nie ma ona bowiem z niebem ani z czystym duchem ludzkim, 
który jest tchnieniem samego Boga, żadnej a żadnej styczności. Miłość taka jest produktem 
krwi ludzkiej, produktem nerwów albo rozpalonego mózgu, jest więc li tylko żądzą, 
namiętnością 
albo marnym upornym zachceniem. Jest dzieckiem ziemi, robakiem wylęgłym 
w ciele, pokusą i nagabaniem szatana. A że tak jest, dowodzi się tym, że miłość taka bywa niespokojną, gwałtowną, rzucającą się 
w swoim pochodzie na różne bezdroża, nie 
przebierającą pomiędzy środkami do celu ją zawieść mającymi — miłość taka przywodzi 
człowieka do zapomnienia o Bogu, o cnocie i wszelkich innych, często nawet najświętszych 
obowiązkach względem rodziny, społeczeństwa i ojczyzny; opanowuje rozum, serce i 
wszelkie, choćby niegdy najstateczniejsze uczucia, przyprowadza ze sobą gniew, nienawiść, 
rozpacz, szaleństwo, a tak szatańską opętana czeredą, nieraz swój własny cel zmienia, 
nierzadko nawet sama znika z ludzkiego serca i zostawia po sobie inną jakąś namiętność, 
prowadzącą do nagiej zbrodni. 
— Gdyby miłość taka — mówił dalej misjonarz — pochodziła od Boga lub z Bożego 
natchnienia, nie miałaby ona już w swoim zarodzie skłonności do żadnych wyskoków, a 
przychodząc na świat, nie odbywałaby wzrostu i mądrości swojej w towarzystwie jędz takich 
piekielnych i nie wlokłaby z sobą tak licznej czeredy żądz brudnych i pokus — i byłaby piękną 
jak tęcza siedmioma igrająca barwami, i spokojną jak kwiaty wychodzące ze ziemi do słońca, 
i wesołą jak dziecko bawiące się trawką zieloną i wiośnianymi kwiatami. Byłaby 
mężną jak odwaga, stateczną jak wytrwałość, pokorną jak sama pokora, kochającą jak 
poświęcenie i zgoła wzniosłą jak każda cnota, źródło swoje mająca u Boga. I taka bywa 
miłość, ale aż wtedy, kiedy na nią spłynie błogosławieństwo Boże i kiedy Duch Święty ujmie 
ją za rękę i zaprowadzi w stateczne grono cnót rodzinnych i społeczeńskich. Wszystko zaś, co 
wy, młodzi, nazywacie miłością, jest żądzą tylko, namiętnością, pochucią i niegodne nawet 
tego pięknego i zaszczytnego nazwiska miłości. 
Mówili potem ksiądz dalej, wszędzie przywodząc Pismo święte i różnych poważnych 
pisarzów opinię, że nie tylko jest błędem, jest grzechem dać się począć w swym sercu tak 
nędznemu afektowi, jakim jest miłość dla kobiety, ale dowodzi to nawet niepospolitej małości 
ducha, graniczącej bardzo blisko o bezduszność zwierzęcą, jeżeli kto temu afektowi daje się 
porwać i pod jego nagabaniami głowę i rozum utraci. 
— Głupstwo jest wielkie — ciągnął zawsze z umiarkowaniem misjonarz — myśleć, że ten 
albo ów człowiek nie może już zażyć szczęścia z inną kobietą, tylko z tą, którą sobie w 
jednym swojego życia upodobał momencie. Tysiąc i milion jest jeszcze kobiet, i 
rozumniejszych, i lepszych, i piękniejszymi obdarzonych przymiotami niżeli ta jedna; tysiąc i 
milion takich, z którymi byłby szczęśliwszy niżeli z tą jedną. Dlaczegóż się dać opanowywać 
takiej bezrozumnej ślepocie? dlaczegóż bezzasadnym uporem zabijać sobie głowę? dlaczegóż 
nie ukołysać duszę i serce do snu na chwilę i dać jej czas do wytrzeźwienia się z tego 
miłosnego pijaństwa, tak jak usypiamy ciało, aby się wytrzeźwiło po upojeniu winem lub 
innymi trunkami?... Wszystkie dusze ludzkie są sobie pokrewne; pomiędzy wszystkimi jest 
jakiś węzeł niewidomy, jakaś wzajemna atrakcja, bo wszystkie wyszły z jednej kolebki, z 
łona samego Boga; ale nie powiązał je Bóg parami, nie pospokrewniał po dwoje w niebie na 
to, aby tu potem, szukając się wzajem, grały w ślepą babkę na ziemi! Nie masz przeznaczenia 
dla ludzi pod względem małżeńskim! Ale jest przeznaczenie takie, że jeżeliś jest praw w 
duszy twojej, masz serce czyste, obyczaje uczciwe i łagodne i jeżeli sobie dobierzesz żonę z 
chłodem i zastanowieniem, pilnie bacząc na to, iżby była dzieckiem uczciwych rodziców, 
wykształcenie miała odpowiednie twojemu, duszę piękną i uczciwą, była skromną, pracowitą, 
nabożną, to czy jej będzie imię 
Zosia, czy Zuzia i czy jej ród będzie szedł od Murdelionów 
czy Nałęczów, czy Ślepowronów, nie możesz z nią być nieszczęśliwy. Jeżeli potraficie 
statecznie ze sobą dzielić pracę, uciechy i dolegliwości, ustępować jedno drugiemu w uporze, 
błędy sobie z wyrozumiałością przebaczać, a w nieszczęściach znachodzić ulgę we wspólnej 
modlitwie, to nie możecie być nieszczęśliwi — a dopiero ta miłość, która wtedy pomiędzy 
wami wyrośnie, na wspólnym używaniu dóbr doczesnych się ugruntuje, wspólnymi 
cierpieniami się umocni, wspólnymi uciechami umai i we wspólnej modlitwie swoją 
nadziemską widzieć będzie koronę — ta miłość dopiero przekona ciebie, że prócz niej nie 
masz i nie było innej, która by godną była takiego imienia. 
Ksiądz ten tak to mówiłładnie i tak mu się wszystko składało, takie mi zdrowe argumenta 
podkładał, że kiedy skończył, nie mogłem się dosyć nadziwić jego mądrości i prawie już 
przekonany byłem z kretesem. Kiedy więc umilkł i popatrzył 
mi w twarz, zapewne po to, aby 
obaczyć, jaki skutek jego mowa zrobiła na mnie, tom zrazu oczy spuścił ku ziemi, a potem 
zgoła odstąpiłem od niego i począłem przechodzić się po pokoju, zawsze w wielkim 
podziwieniu dla misjonarza mądrości i znajomości ludzkiego serca. I byłoby to bardzo dobrze 
i na moją chorobę 
niezawodnie skutecznie, gdyby tylko misjonarz był zarazem tą mową i 
pamięć Zosi zatarł był 
we mnie tak, żebym sobie już jej nigdy nie przypomniał. Ale kiedy po 
chwili śliczna dzieweczka ta objawiła się duszy mojej, cała, tak jak ją znałem i na śmierć 
miłowałem, taka śliczna! a do tego smutna i zapłakana, i mnie kochająca, to rozum mój, 
przyjmujący prawdy misjonarza, ustał w swojej robocie, mróz mi poszedł po całym ciele, 
serce uderzyło gwałtownie, a ksiądz mi się wydał strasznie nudny i głupi. Rzuciłem też na 
niego tryumfującym wzrokiem, zaśmiałem się w duszy i pomyślałem sobie: dobrze mi tak, bo 
cóż to za koncept rady księdza zasięgać w miłości? 
Ale wymowny ten nauczyciel praw Boskich i wielki znawca ludzkiego serca poznał za 
jednym rzutem oka, że lubo mnie od razu przekonał, jednak w tym momencie serce moje 
upomniało się już o swoje prawa; jakoż i rzekł natychmiast: 
— Panie Marcinie! źle jest, bardzo źle z tobą. Padnij krzyżem i módl się, bo się Bóg twój 
odwrócił od ciebie. Ziemia wzięła górę 
nad niebem, ciało twoje nad duchem twoim. Szatan 
cię otoczył wszystkimi mamidłami swojego państwa i już ci błyszczącą wstęgę 
owinął około szyi, aby cię na niej zawiódł do wiecznej zguby. Módl się, módl się, bo 
zginiesz. 
Jam stał i patrzył na tego księdza, którego twarz coraz więcej się rozżarzała, coraz 
wyrazistszej nabierała postaci; alem już był z tej strony, w którą on trafiał, zimny jak bryła 
lodu, nieporuszony jak głaz... Zosia w białej jak lilia sukience, niebieską w staniku przepaską 
szeleszcząca w powietrzu, z więdniejącą różą na piersiach unosiła się jakby anioł zbawienia 
nade mną. 
Ksiądz mówił 
dalej i w coraz większy zapał wpadał, głos podnosił, ręce wyciągał — jam 
jeszcze słuchał długą chwilę i milczał. Ale na koniec zniecierpliwiło mnie to kazanie, więc się 
porwałem i rzekłem: 
— Mości księże! Waszmość jesteś bardzo rozumnym człowiekiem i pewno doskonale 
znasz sprawy ludzkie, bom cię słyszał o nich mówiącego w hoczewskim kościele; słuchałem 
bez uprzedzenia i zdumiewałem się tylko nad głęboką twoich opinij mądrością i 
nieporównaną twego języka wymową. Dzisiaj słucham cię może z niejakim uprzedzeniem o 
tej materii, o której mówimy, ale w tym nigdy mnie nie przekonasz, żeby miłość czysta i 
nieskalana była jakimkolwiek szataństwem. Słyszałem już kazania i biskupów, i 
archimandrytów, i kamedułów, i jezuitów, i innych żarliwych karcicieli wad ludzkich; 
słyszałem księdza Marka, który tak dalece potępiał cielesność, że rozkazywał ludziom, 
iżby byli czystymi duchami; słyszałem księdza Barszczewskiego, także misjonarza, a 
sławnego na cały kraj rygorystę; księdza Dutkiewicza, eks-jezuitę, miałem nauczycielem 
przez lat kilkanaście — ale żaden z nich tego nie powiedział. I dobrze zrobił, że nie powiedział, 
bo byłby się, tak jak waszmość, ominął z rzeczywistością i prawdą. Byłby, wymagając od 
ludzi rzeczy niepodobnych i nadludzkich, przeciągnął tę strunę i byłaby pękła w jego ręku. A 
jemu ją tylko nakazano nastroić. Bo i cóż to jest miłość? Czyż to nie jest najpiękniejszy afekt 
ludzkiego serca? nie najzieleńszy to listek rozkwitującej się duszy ludzkiej? nie braterskaż to 
dłoń podana całej ludzkości za pośrednictwem kobiety? nie pierwszyż to, nie konieczny krok, 
zrobiony przez nie znanego dotąd światu młodzieńca na owej pięknej drodze, która go ma 
zaprowadzić pomiędzy ludzi, uczynić członkiem statecznej rodziny, osadzić na pewnym 
stanowisku w społeczeństwie, namaścić na ojca, na obywatela? Czymże grzeszy ta miłość, 
która z bijącym sercem zbliża się 
do uwielbianego przedmiotu, staje od niego o kilka kroków, 
milczy i rumieni się lada chwila, i nie pragnie niczego więcej, jak tylko widzieć ją czasem, 
przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią 
do Boga, za jej pokój, za szczęście, podać jej 
wodę, chustkę 
albo kwiatek, dotknąć się jej ręki!... 
— Dosyć! — zawołał ksiądz — dotknąć się jej ręki! Tym grzeszy miłość. 
— A cóż to za grzech? — zapytałem. 
— Zaraz ci to wywiodę. Waszmość powiadasz rzeczy ani dla mnie nowe, ani nie znane. I 
owszem, aż nadto dobrze znajomy mi język, którym mówią miłośnicy. Ale po porządku, po 
porządku. Najprzód tedy, co powiadasz, że ani biskupi, ani archimandryci, ani ksiądz Marek, 
ani ksiądz Barszczewski nie powiadali takich opinij, jak moja, to kłamiesz brevi manu130 . 
Każdy z nich, czy mówił, czy nie mówił o tej materii, to miał i musiał mieć tę samą, co ja o 
niej opinię, bo tak stoi napisano. Ksiądz Marek nawet cale nigdy o miłości nie gadał, bo jak 
wiadomo, teksta brał cale inne. Księdza Barszczewskiego, jeżeli kiedy słyszałeś, to go nie 
rozumiałeś, kiedy tak mówisz. Co zaś powiadasz, że przez zbytnie naciąganie tylko zerwać 
można tę strunę, którą należało nastroić — to masz rację w połowie. Zerwać tylko można, ale 
ją też i zerwać należy! Zerwać tę strunę, która grać nie powinna i grać nigdy niezdolna w 
dźwięcznej cnót ludzkich harmonii! Miłość dla kobiety, miłość nie związana stułą i nie 
pobłogosławiona przez namiestnika Bożego, nie jest struną grającą. Jej głos jest chrypliwy, 
charczący i brzydki, a lubo w pierwszych dniach swego istnienia ma takie chwile, w których 
miłym odzywa się dźwiękiem, to jeśli i ten dźwięk nie jest ułudą, to trwa tak krótko i tak 
prędko głos swój odmienia, że go tylko tym prędzej przytłumić należy. Miłość w dniach 
pierwszych podobną jest do małego tygrysiątka: śliczne ono jest i łaskawe, pokorne i 
wstydliwe, gdy się 
narodzi, ale za trzy dni owce już zjada. I gdyby to wiedzieć, gdzie jest 
granica; gdyby wiedzieć, kiedy przychodzi ta chwila, w której zęby jej rosną, to może by ją 
można uczynić bezzębną i utrzymać we wstydliwości, w pokorze, i uczynić z niej kwiat i 
ozdobę ludzkości, ale kiedy, tego nikt nie wie i wiedzieć nie może! Dopiero, patrzysz, stoją 
niewiniątka jak trusie, z daleka od siebie, oczy opuszczone ku ziemi, rumieńce wstydu na 
twarzach, ani cienia złego tam nie ma... odwróciłeś się — oni już sobie w ramionach. Dowód 
tego, co mówię, jest właśnie na tobie. Z bijącym sercem zbliżasz się do uwielbianego 
przedmiotu, stajesz od niego o kilka kroków, rumienisz się lada chwila, nie pragniesz niczego 
więcej, jak tylko widzieć ją czasem, przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią do Boga za 
jej spokój, podać jej wodę, chustkę albo kwiatek... to wszystko dobrze! ale ty chcesz już 
dotknąć jej ręki! a czegóż ty zechcesz za chwilę? a wiesz ty, czego ty jutro zapragniesz? 
— Ależ bo... 
— Z wolna! wiem, co chcesz mówić. Ależ bo tyś jest uczciwy człowiek i honorowy 
kawaler, ty masz duszę tak mocną, że nigdy byś się nie dopuściłżadnego haniebnego 
uczynku. Ja wierzę. Ja wierzę temu, lubo widoczna jest, że masz duszę dość słabą, kiedy 
miłości nie możesz w sobie utłumić; lubo widoczna jest, że kto jednej żądzy się poddał, ten 
się podda i drugiej, i dziesiątej, i setnej... ale ja wierzę. Tyś jest uczciwy i honorowy kawaler, 
tyś jest mocny jak dąb i niewzruszony jak skała. Ty się oprzesz pokusom, ty zniesiesz 
wszystkie ciosy i przeciwności. Ale wiesz ty, kto i jaką jest ta druga osoba, którą stawiasz nad 
bezdenną przepaścią? wiesz ty, jaką jest ta głowa, którą obałamucasz, jakie to serce, w 
którym nie doświadczone dotąd rozniecasz płomienie, jakie te oczy, przed którymi otwierasz 
światy dotąd nie znane a całkiem nowe? Któż będzie odpowiadać za tę głowę, jeżeli owariuje 
w gorączce, kto odpowiadać za serce, jeżeli zwiędnieje i umrze od samej tęsknoty i bólu; kto 
odpowiadać 
za oczy, jeżeli w tym świecie nowym śród mar i pokus błędną upatrzą drogę i 
poprowadzą na nią pijaną duszę, pokalają ją błotem i zgubią? I ty powiadasz, żeś jest uczciwy 
człowiek i honorowy kawaler? Toż to uczciwość jest, nie wiedząc naprzód, czy ci wolno 
będzie twój afekt sakramentalnym uwieńczyć związkiem, czy rodzice nie będą mieli nic przeciw temu, czy inne nie staną na drodze przeszkody, od bałamuctwa poczynać, od 
rozbudzania afektu, od podnoszenia go do namiętności, od zwariowania już w pierwszym 
kroku? Nie mówię już, co poczniesz wtedy, kiedy związek nie przyjdzie do skutku, ale gdy 
przyjdzie, co będziecie dalej czynić, kiedyście tak poczęli? co będzie za lat kilka, gdy braknie 
karmy dla tych gwałtownych płomieni, gdy się wulkany wypalą i na ich miejscu same 
pozostaną popioły?... I dziwnaż to ma być komu, że się dzisiejszymi czasy małżonkowie już 
w rok nudzą po ślubie, że już w drugim się kłócą, a w trzecim wodzą za łby po sądach i przed 
opinięświata wytaczają domowe niesnaski? O, nie, mój bracie, niegłupi byli dziadowie nasi, 
że sami upatrywali małżonki dla synów. Niegłupi, że im pierwszy raz wzajemnie sobie w 
oczy popatrzeć dawali dopiero przy ślubnym ołtarzu. Niegłupi, że od razu dawali się 
wyburzyć i krwi, i żądzom, i chuciom, a dopiero po uspokojeniu tychże dawali czas wolny i 
spokojny do zawiązywania się związkom duszy i serca. I zawiązywały się one pięknie i 
statecznie, i trwały do grobu. Niegłupi oni byli, bo budowali na przyszłość, i budowle ich 
były wielkie i wspaniałe, i wzniosłe, i trwały długo, i Pan Bóg im błogosławił. I kiedy w 
takich mieszkali budynkach, to sami byli wielcy i bezpieczni i nie mieli do nich przystępu ani 
nieprzyjaciele postronni, ani sto razy gorsi od tamtych nieprzyjaciele wewnątrz wylęgli, 
jakimi są głupie i niewczesne afekta, jakimi są 
żądze, pochucie i namiętności, które wysilają 
rozum, palą serce i niszczą ciało przed czasem. A wy się 
ubieracie w peruki, w trzewiki, w 
batystowe koszule i wiatrem podszyte kubraki i szarpie was wtedy, kto nie chce, i pali was 
wszelki diabeł 'z całego świata, i rzucają wami wszelkie wściekłe pokusy; toteż was te pokusy 
rozeprą i spalicie się sobą samymi na węgiel, i diabeł was weźmie z kretesem! 
To rzekłszy, przysunął do siebie księgę, która koło niego na stole leżała, a w której były 
księdza Skargi Kazania, i nie dawszy mi ani słowa wymówić, otworzył ją i zaczął w niej 
czytać na głos. Prawdę mówiąc, nie bardzo ja uważałem, co on tam czytał z tej księgi, a lubo 
mowa jego słowo w słowo utkwiła mi w głowie, to jednak wtedy tylko owo miejsce 
najbardziej mnie zajmowało, w którym mi wyrzucał, żem niebacznie niewinną Zosię naraził 
kto wie na jakie zgryzoty, na umartwienia, a może i na prześladowania. To mnie utkwiło w 
głowie, w sercu, zajęło całą duszę. Biedna Zosia! co ona myśli teraz? co robi? jakie jej 
położenie? jak postąpiła z nią matka? jak sobie poczyna z nią 
Zuzia, owa złośliwa, głupia, 
zepsuta Zuzia, która nawet u rodzonej siostry swojej nie zasłużyła sobie na ufność? Biedna 
Zosiu! jeżeli ci miłości twojej nie umieli przebaczyć, jeżeli ją zawsze jeszcze uważają za 
występek przeciwko ich domowej polityce, za targnięcie się na świetność ich rodu, za bunt 
przeciw zamysłom matki... jakże wiele ty cierpieć musisz! I kiedyż ty znajdujesz ulgę w 
twoich cierpieniach, gdzie pociechę na twoje smutki? Maszże ty kogo tam w całym domu, 
maszże choć jedno serce około siebie, któremu byś się zwierzyć, jedną duszę, do której byś 
się przytulić mogła? Biedna, wśród ludzi samotna, śród tylu krewnych obca dziś Zosiu! 
Biednaś ty dzisiaj, bo minęły już dnie twego szczęścia, minęły dnie owe, w których mało 
wiedząc o świecie, mało się troszcząc o ludzi, cała żyłaś w twych kwiatkach, cała w snach 
twoich pięknych, których drobne przepowiednie ci się często ziszczały. Ibyłaś tak szczęśliwą, 
jak owe kwiatki, które rosły i kwitły pod ochroną opiekuńczej twej rączki, i jak owe róże i 
lilie, którym pozwalałaś kwitnąć i odkwitać dla siebie, i jak owe ptaszki, które wiosną 
wylatują do słońca i biją skrzydełkami z radości, a umęczywszy się troszkę, usiadają na 
zielonej, chłodem objętej gałązce i poczynająśpiewać Panu Bogu, który je stworzył, słońcu, 
które je ogrzewa, i sobie. Wszystko to było kiedyś. Dzisiaj wiele się odmieniło, dzisiaj mniej 
już myślisz o kwiatach, mniej o listkach uwiędłych i świeżych, mniej łez miewasz w 
oczętach, mniej westchnień 
w piersi — ale za to łzy bywają większe i naglejsze, westchnienia 
głębsze i boleśniejsze, a nocne twej duszy widzenia ledwie bym się poważył odgadnąć. Zgoła 
wszystko się odmieniło; serce, serce tylko pozostało to samo. I jako pierwej obejmowało róże 
i braciszki, jako drżało na wspomnienie uwiędłego goździka, jako upadło z żalu nad 
usychającym powojem, tak teraz... 
Teraz misjonarz czytał księdza Skargę, jam słuchał i myślał i obadwaśmy byli tak głęboko 
zatopieni każdy w swojej robocie, żeśmy się mimowolnie wstrzęśli obadwa, kiedy coś nagle 
zaturkotało przed gankiem. 
— Cóż to jest? — rzekłem ja zdziwiony — któż to może być o tak późnej godzinie? 
— Nie wiem — odpowiedział misjonarz — zapewne gość jakiś... ale to późna godzina. 
Spojrzałem na zegar, było pół do jedenastej, i tak mnie to jakoś zbałamuciło, żem nawet 
zaniedbał wyjść na ganek dla przywitania gościa. Ale wtem drzwi się otworzyły i wszedł 
cicho i spokojnie Murdelio, mówiąc we drzwiach: 
— Pokój temu domowi i mieszkańcom jego! 
— Na wieki wieków — odpowiedział misjonarz; ja zaś skoczyłem, witając: 
— A! ojciec Murdelio! witajże waszmość w moim domu; wielkie to dla mnie 
ukontentowanie. 
— Niepospolity honor to dla mnie — rzekł na to Murdelio, nisko schylając głowę i głosowi 
swojemu dając znamię uroczystej pokory — że, mnich ubogi i nic nie znaczący, sprawiam 
waszmości ukontentowanie. — Tymczasem misjonarz do niego: 
— Jak się macie, ojcze? 
— Dosyć dobrze, do usług waszmości — zawsze z pokorą i przy drzwiach odpowiedział 
Murdelio. 
— Ależ proszęż bliżej — rzekłem ja na to — może się czym posilicie, zmęczeni z drogi. Każę 
co zrobić ciepłego. 
— Jak łaska waszmości. 
Przywoławszy tedy sługę, rozporządzałem dla nowego gościa wieczerzę; tymczasem zaś 
mnisi obadwa rozmawiali ze sobą, ile zasłyszeć mogłem, o zdrowiu i powodzeniu 
wzajemnych swych przełożonych. Gdym do nich powrócił, wycedziliśmy jeszcze słów kilka 
obojętnych o pogodzie i złych drogach, a kiedy stół nakrywano dla Murdeliona, misjonarz 
powstał i rzekł: 
— Panowie jeszcze jaką chwilę pogawędzicie ze sobą, ja zaś muszę was przeprosić i udać 
się na spoczynek, a nawet pożegnać jużłaskawego na mnie gospodarza, bo jutro o samym 
świcie muszę ruszać w dalszą drogę. 
— Jak to! — rzekłem — to waszmość nie zabawisz u mnie przez jutro? 
— Na żaden sposób nie mogę; jutro muszę być ze mszą w Hoczwi, czekać mnie będzie tam 
pan Osuchowski z ichmość panem Urbańskim, skąd mają mnie zabrać do siebie dla 
naradzenia się względem fundacji kościółka powstać mającego ze składek w jednym miejscu 
w tych górach. 
— Trudnoż stawiać tamę tak świątobliwej podróży — odpowiedziałem misjonarzowi — toż 
przynajmniej wypraszam sobie łaskę, iżbyś jegomość nie zaniedbał wstąpić z powrotem. 
— I tego nie mogę przyrzekać, bo nie wiem, kiedy mi wypadnie powracać, proszę atoli być 
pewnym, iż nigdy nie zapomnę o sercu tak prawym i tyle dla mnie przychylnym. 
Śród tego czasu przyniesiono posiłek dla franciszkana, ja zaś wziąłem świecę do ręki i 
odprowadziłem kaznodzieję do odległego pokoju na nocleg. Żegnając się jeszcze raz z nim, 
serce mi się jakoś mimowolnie ścisnęło, rzekłem więc prawie ze łzami: 
— Luboś jest tak zawziętym nieprzyjacielem tego uczucia, które mnie teraz całego zajmuje, 
jednak nie zapominaj o mnie czasem. 
Tedy on rzekł głosem poważnym i z wzniesionymi jakby do błogosławieństwa rękami: 
— Niech cię Bóg strzeże od wszystkiego złego na tej drodze, gdybyś jej nie miał porzucić; 
ale posłuchaj rady mojej i padnij jeszcze raz na kolana przed Bogiem, uczyń spowiedź, 
podwój i potrój naznaczoną pokutę, może się On zlituje nad tobą i oświeci twojego ducha. On 
jest wielki i mocny! przed Nim padają na twarz pierwsi mocarze świata, przed Nim wiją się w 
prochu całe narody, On z lwiej paszczy wybawił Daniela, On potopił faraonowe zastępy, On 
lud izraelski wyprowadził z niewoli, On Syna Swojego jedynego oddał na śmierć krzyżową 
dla miłości swych ludów. On nie opuści tego, który się pod Jego odda opiekę. On też niech 
będzie w każdym razie pierwszą i ostatnią ucieczką twoją. Czego życzę z całego serca. 
Dobranoc! 
— Dobranoc! — odpowiedziałem i odszedłem, ale te jego słowa, lubo były powiedziane 
takim głosem, że powinny były przejść przez samą rdzeń duszy, nie zrobiły żadnego wrażenia 
na mnie. Albom już był syt pacierzów, albo było coś we mnie, jakieś nasienie złego, które się 
kajało słów Bożych i odpychało je ode mnie. Jam biegł do Murdeliona. 
— Mości panie — rzekłem — przepraszam, żem go samego zostawił, ale inaczej uczynić nie 
pozwalał mi obowiązek gospodarza. 
— Proszę, proszę — rzekł Murdelio — mnich ubogi niechaj waszmości panu żadnej w domu 
nie czyni dywersji; jest to sprzęt tylko, wyniesiony z domu Bożego na to, aby się kto na nim 
mógł pomodlić jak na klęczniku albo zasłonić się nim od jakich pokus, od nudów, od nie 
wiem czego tam jeszcze. 
— Skromność to mówi z waszmości — rzekłem — i może sentencja ta ma gdzie swoją 
prawdę na świecie, w Polsce atoli nie da się jeszcze, chwała Bogu, zastosować do nikogo: 
mamy szczere poszanowanie dla tego wszystkiego, co się o Kościół Boży ociera na ziemi, i 
daj Boże, abyśmy nigdy nie czynili inaczej. 
— Panu Bogu niech będzie chwała... ale pierwej do sprawy. Na rozkaz waszmości pana 
wysłano mnie tu z klasztoru z poleceniem odebrania łaskawie nam darowanej jałmużny; 
złożenia waszmości panu winnego podziękowania za jego szczodrobliwość i zapewnienia go, 
że najświętszym obowiązkiem naszym będzie zanosić pokorne modły nasze do 
Najwyższego... 
— Dziękuję, dziękuję — odpowiedziałem roztargniony i pomieszany tym, że mnich ten, 
którego już kilka razy widziałem i o którym już pewną wyrobiłem sobie opinię, dzisiaj cale 
mi się wydał inaczej. Tymczasem Murdelio mówił dalej: 
— Waszmość pan także byłeś tak łaskaw zażądać 
mego przyjazdu do siebie, powiadałeś, że 
masz frasunki, że potrzebujesz rady, ulgi, pociechy. Wielki to zaszczyt dla mnie, ale nie daje 
dobrego świadectwa doświadczeniu waszmości. Ja nie jestem księdzem, nie jestem uczonym, 
a lubo doświadczenie moje może wiele innych przenosi, toż 
jeszcze nie idzie za tym, abym 
umiał drugim dać radę, przynieść jaką pociechę. Wiadomo bowiem być musi waszmości, że 
ci, którzy sobie umieją we wszystkim sami dać radę, nie potrzebują w żadnej porze swojego 
wieku chronić się w mury klasztorne. 
— Nie idzie tu koniecznie o radę — odpowiedziałem, przysuwając gąsiorek z winem i 
nalewając dwie szklanek — bo nie wszędzie możliwą jest rada. Ot! ksiądz misjonarz, którego 
tu waszmość zastałeś, pewnie ma rozum niepospolity i w naukach nikt go prześcignąć nie 
zdoła, a przecie nie wynalazłżadnej rady na to złe, które mnie trapi. Niektóre położenia w 
życiu ludzkim są tak jak śmierć, na którą nie masz lekarstwa. 
— Nieprawda! — zawołał mnich, ale to tak nagle i głośno, żem się aż cofnął i wąsa pokręcił 
do pokrycia przestrachu; i tym mnie tak zbił z toru, żem zapomniał, com chciał powiedzieć i 
na czymem stanął. Przyszło więc do tego, żem go musiał zapytać: 
— Dawno waszmość byłeś w Źwierniku? 
— W Źwierniku?... — odpowiedział znowu pokornie Murdelio — ja tam bardzo rzadko 
bywam, i to tylko w sprawach naszego konwentu, którego wspaniałomyślną dobrodziejką jest 
od dawna familia Strzegockich. 
— I zapewne waszmość szczęśliwie uskuteczniasz swe misje, bo jako uważałem, masz 
pewne zachowanie w tym domu. 
— Tak, lubią mnie tam; pomiędzy naszymi rodami była niegdy bliska znajomość. 
— Więc waszmość od lat niedawnych dopiero habit nosisz na sobie? byłeś dawniej 
szlachcicem, może zgoła żołnierzem? 
— Szlachcicem byłem i jestem, żołnierzem byłem i jeszcze być mogę, a jak długo habit 
noszę na sobie, to nie należy do rzeczy. Ale jakież to waszmość masz frasunki, że aż na ich 
pognębienie potrzebujesz księdza czy mnicha? — zapytał Murdelio, całą gębą pociągając ze 
szklanki. 
Prawdę mówiąc, w tej chwili niewielką już miałem ochotę spowiadać się przed tym 
człowiekiem, bo mnie jakoś obraził swoją, że tak powiem, dwoistością. Bo rzeczywiście nie 
zdawało mi się inaczej, tylko że dwóch ludzi, całkiem niepodobnych do siebie, siedzi w tym 
jednym człowieku: jeden mnich jakiś pokorny i uniżony, drugi jakiś rubacha i wielki 
gwałtownik, i że odzywając się 
raz jeden, a drugi raz drugi, obadwa się kłócą pomiędzy sobą, 
zdradzając jeden drugiego. Jednak już niepodobna mi było milczeć, rzekłem tedy: 
— Ot! prawdziwe nieszczęście! rozgorzałem afektem do pewnej panienki, wybudowałem 
sobie najpiękniejszą nadzieję, zapewniłem się o wzajemności panny i kiedym z taką 
pewnością, jak na cztery tuzy, o jej rękę uderzył, dostałem rekuzę. 
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się wielkim głosem franciszkan — toż na rekuzę do mnie 
przychodzisz po radę! — i obracając tabakierkę w rękach, poszedł szerokim krokiem po izbie. 
— Cóż w tym dziwnego? — rzekłem. — Waszmość zapewne nie wiesz, że tonący i brzytwy 
się chwyta. 
— Ja nie wiem, czego tonący się chwyta? no! — odpowiedział Murdelio i w wielkim 
zamyśleniu przeszedłszy się kilka razy po izbie, nagle zapytał: 
— O kogóż waszmość się starasz? 
— O kogo ja się staram? — odpowiedziałem pomału i prawie pomimowolnie kłamiąc, 
dodałem: — O pewną panienkę na Rusi. 
— Na Rusi? no i czemuż dać nie chcą? 
— A Pan Bóg ich tam wiedzieć raczy, czemu właściwie dać nie chcą! ot, kaprysy matczyne 
i głupstwo wierutne. Panna piękna, ma jaki taki posag, młoda jeszcze, ich ród kiedyś tam coś 
znaczył 
w Rzeczypospolitej i zdaje im się, że kiedy córkę dadzą Nieczui, to całkiem upadną. 
— No! to stara facecja. Maszże jaką nadzieję? 
— Dotychczas żadnej. 
— Jak to? zwątpiłeś? 
— Prawie. 
— To pluń i bądź kontent, że tak się stało. 
— Nie mogę. 
— Więc ją kochasz? 
— Jak tylko można najwięcej. 
— Jakże? i kochając nie masz żadnej nadziei? 
— Nie umiem jej sobie wymyślić. 
— Tępa głowa i licha fantazja albo... nie masz prawdziwej miłości. 
— Wszystko jest, ile mi się zdaje, ale mnie okrutnie pognębiła rekuza. 
— O, tak, rekuza — odpowiedział Murdelio, wpadając w coraz głębsze zamyślenie. 
— O! rekuza! — zawołałem też i ja sobie z westchnieniem, ale on na to już nic nie 
odpowiedział, tylko, zatopiwszy się w myślach, opuścił głowę na piersi, oczy wlepił w róg 
stołu, przy którym siedział, i zdawał się tak zastygać. Ja też nie przerywałem mu tego 
zamyślenia, i owszem, sam puściwszy wodze moim znów myślom i przypomnieniom, 
również 
z wlepionymi oczyma w drugi róg stołu, milczałem. I bylibyśmy tak, milcząc 
obadwa i obadwa uganiając po jakichś niewidomych światach wyobraźni albo przeszłości, 
przesiedzieli może do rana, ja przynajmniej pewnie bym był nie przerywał tej ciszy, która mi 
stokroć razy milszą była nad gwar .najweselszej kompanii, ale on nagle się zbudził i krzyknął 
mi w oczy: 
— O kogóż się starasz? 
— O pewną panienkę na Rusi — odpowiedziałem, budząc się z zamyślenia. 
— Aha! a czemuż dać nie chcą? 
— Powiedziałem już. 
— Aha! za mała fortuna, za liche nazwisko. To rodzice, a panna? 
— Całą duszą jest moja, to jest, była przynajmniej dotąd i pewnie zostanie, jeżeli jej nie 
przekabacą. 
— O! niezawodnie przekabacą. Jestże drugi konkurent? 
— Jest, ale wielki błazen i mazgaj. 
— To właśnie najgorzej, bo tacy mają szczęście, a w konkurencjach, ba! może i wszędzie, 
lepszy hit szczęścia niż centnar rozumu. Ale zawsze próbuj, tentare licet131 
. 
— Ba! licet, ale jak? quomodo? quando? quibus auxiliis132 
— Omnibus modis, eo instante et sui ipsius auxilio133 , innej rady dać nie potrafię. 
— Ej, gdybyś chciał — rzeknę — tobyś potrafił, bo jak uważam, sam praktyk jesteś w tych 
rzeczach, może nawet, gdybyś mi tylko powiedział twojego życia historię, już byś mi podał 
niejedną doskonałą naukę. 
— Bardzo to być może — odpowiedział Murdelio — ale ja nie myślę być alwarem134 dla 
wąsatych młokosów. 
— Przecie powiedz mi, waszmość, przez łaskę swoją, co za dziwną styczność to ma ze 
sobą, że wasze klasztorne nazwisko równo brzmi jak herb Piotrowiczów? 
— Taką ma styczność — odpowiedział sucho franciszkan — że równo brzmi jak herb 
Piotrowiczów. 
— Teraz już wiem doskonale, ale na to mi przecie waszmość odpowiesz, czy jesteś jaki 
krewny Strzegockich czy żaden? 
— Strzegockich? żaden — odpowiedział Murdelio. 
— A Piotrowiczów? 
— Piotrowiczów? — powtórzył mnich zamyślony — tak... jakieś tam jest powinowactwo: ale 
cóż tobie na tym zależy? 
— Bo ja jestem spokrewniony ze Strzegockimi. 
— Ty? a to kędy? znałem twojego ojca, ale mi nigdy o tym nie wspominał... ale to już 
późna godzina, nie wiem, czy nie czas by już na spoczynek? 
To rzekłszy, popatrzył na zegarek. Było już po pierwszej z północy. 
— Pierwsza — rzekł franciszkan — gdzie mi waszmość przeznaczyłeś kącik do przespania 
się? 
— Tutaj właśnie w tej izbie. 
— Więc dobranoc. 
— Dobranoc — odpowiedziałem niechętnie i mówiąc sobie, jak to pomiędzy mnichem a 
mnichem, pomiędzy rozumem a rozumem jest zawsze, różnica, i dziwiąc się oraz mojemu 
szczęściu, z jakim na doradców w tej mojej nieszczęśliwej konkurencji trafiam, poszedłem do 
mojej izby i rzuciwszy się zaraz na łoże, oddałem się na pastwę najdziwaczniejszym snom i 
widzeniom. 
tentare licet (łac.) — próbować wolno. 
II 
Nazajutrz rano słońce już było wysoko, kiedym się z tego snu ciężkiego obudził. Piekący 
ból w głowie i jakaś nieodgadniona niespokojność w sercu były to pierwsze dwie 
rzeczywistości, które zastąpiły miejsce mar nocnych. Jakie zaś były te mary nocne, trudno mi 
dzisiaj pamiętać, trudno opowiedzieć dokładnie; to tylko przypominam sobie, że przez całą 
noc tę misjonarz z Murdelionem ustawicznie się tłukli przede mną i o mnie. Działo się to w 
jakiejś dzikiej i dziwacznymi chwastami zarośniętej krainie, po obu stronach jeżyły się czarne 
szkaradne skaliska, po których pełzały brzydkie gady i bestie, potok zmąconej wody płynął 
po prawej i jęczał bolesnym głosem, niosąc na swoich falach liście zwiędłe i pogruchotane 
gałęzie; wicher zimny dął bez pamięci, szamotał gałęziami, kręcił liściem i ciskał piaskiem do 
góry. Taką była ziemia w śnie moim, taką może bywa często w rzeczywistości. Przede mną, 
jak mówiłem, tłumili się oba mnisi, uderzając się wzajemnie w piersi pięściami, chwytając się 
za paski, zarzucając sobie na głowy kaptury; za nimi w dali, trzymając się rączką za gałęź 
drzewa, unosiła się w powietrzu prześliczna, w białej rozwianej szacie, z rozpuszczonymi 
kruczymi włosy, z zapłakanymi oczyma panienka. Nad tym wszystkim unosiło się ciemne 
niebios sklepienie nie obciągnięte żadnymi chmurami, wydęte jak bania, ciemne i gładkie, 
jakby było ze starego spiżu wykute; na jego najwyższym punkcie, prawie nad głowami 
mordujących się mnichów, tłumili się z sobą dwaj czarni ptacy, żuraw i orzeł ogromny, i 
wywracali się tam pod tą banią, i kaleczyli się wzajem dziobami, i drapali po głowach, a 
pomiędzy nimi od chwili do chwili pokazywał się biały gołąbek i śnieżnym piórem swoim 
błyskał 
na tym tle ciemnym, jak nowy srebrnik na czarnym suknie. Walka toczona na ziemi 
zdawała się cień swój odbijać na niebie. Wizja ta powtarzała się kilka razy, zawsze ustępując 
miejsca innym, więcej strasznym, więcej nieodgadnionym. Promień słońca, który mnie w 
oczy uderzył, rozwiał z nich ostatnią, zostawił 
mi tylko ból głowy i niespokojność w sercu. 
Zajęty przypomnieniami snów moich, leżałem jeszcze w łóżku i ani myślałem powstawać, 
kiedy wszedł do mnie Murdelio. 
— Waszmośćśpisz jeszcze, a słońce już grzeje — rzekł on wchodząc. 
— Nie śpię już — rzekłem — ale nie wstaję dlatego, że jakoś niezdrów jestem. Straszne sny 
miałem tej nocy. 
— Cóż sięśniło? 
— Ot, tak zwyczajnie, niedorzeczności. 
— Cóż przecie? 
— Śniło mi się, żeś się waszmość bił na pięście z tym misjonarzem, który wczoraj był u 
mnie. 
— Ja z misjonarzem!... gdyby się było waszmości śniło, żem ja bił jego, to by było do 
rzeczy, ale ja z nim, i na pięście, to nie ma sensu. 
— Może to i ma sens jakikolwiek, bo właśnie tak było w rzeczy, że nim waszmość 
przyjechałeś do Bóbrki, to on mi rad swoich udzielał w tejże samej materii i były 
waszmościowym całkiem przeciwne. 
— Cóż radził? 
— Zapomnieć, póki czas jeszcze. 
— I ja tak radzę. 
— Jakże? to dziś znowu inaczej? 
— Gdzież tam! zupełnie tak samo, jak wczoraj. Wszakże i wczoraj radziłem plunąć i dać 
pokój wszystkiemu, a dopiero kiedyś powiedział, że tak nie możesz, dopiero wtedy radziłem 
wszystko postawić na kartę. 
— Prawda, przypominam sobie... ale z tymi waszymi radami to jest tak: cokolwiek mi który 
z was powie, to ja już sam pierwej wiedziałem i jeszcze zawsze na końcu nie wiem, co 
właściwie uczynić należy. 
— Bo nie trzeba się radzić wielu, tylko jednego, albo, co najlepiej, nikogo. 
— I to racja, ale zawsze jeszcze nie ta, dla której nie wiem, co robić. 
— A któraż jest ta? 
— Ta, że się boję wszystko postawić na kartę, bo przegrać nietrudno. 
— Ba! a ty byś chciał grać i mieć pewność wygranej? 
— Nie o to idzie, tylko o to, że tu by mi grać przyszło nie tylko o swoje szczęście albo 
nieszczęście, ale i o szczęście drugiej osoby. Zresztą, prawdę powiedzieć, obawiam się dawać 
pierwszy krok na jakiejś drodze stanowczej, bo dawszy go, trudno zgadnąć, gdzie i jak daleko 
się zajdzie. Wiem to z doświadczenia moich sąsiadów, którzy, będąc w tym położeniu, 
pozachodzili na takie drogi, na których znaleźć się 
kiedykolwiek nigdy się przedtem nie 
spodziewali. Pan Chojnacki kilkunastoletnią sławę swoją zagubił przez romans i kto wie 
jeszcze na czym się to zakończy. Pan Fredro lat dwadzieścia tułał się za granicą pomiędzy 
cudzoziemskie narody dla jakiejś Włoszki, z którą się nigdy nie ożenił... 
— Pan Fredro? jaki pan Fredro? 
— Podstoli pomorski, dziedzic Hoczwi, Łobozwi i innych wiosek. 
— Jak to? to on tu mieszka w tych okolicach? 
— Małą milę ode mnie. Czy waszmość znasz pana Fredra? 
— Czy ja go znam? o, i jak jeszcze! byliśmy razem we Włoszech, rok siedzieliśmy w 
Neapolu, sekundowałem mu w kilku pojedynkach o też samą Włoszkę, o której mówisz, 
odprawionych; biłem się nawet za niego z Angielczykiem na szpady, kiedy był chory i stawić 
się nie mógł... Boże! Boże! gdzie to te czasy! — mówił w zamyśleniu Murdelio — byłem 
jeszcze pełen życia, pełen nadziei! Bardzo by mnie przyjemnie było widzieć się z panem 
Fredrem. 
— Nic łatwiejszego — odpowiedziałem — za godzinę tam być możemy. Dziś niedziela, 
pewnie będzie u siebie. 
— Dobrze! — zawołał mnich, ale w tejże chwili odparł — ale nie; nie! jakżeż? w habicie? nie, 
nigdy — i począł przechodzić się 
wielkim krokiem po izbie. Jednakże wkrótce, przystąpiwszy 
do mnie do łóżka, rzekł: 
— Albo wiesz co, zdadzą się twoje suknie na mnie? 
— Czemu nie? — rzekłem — wszakżem mało co mniejszy od waszeci. 
— No to dobrze, zrobię sobie tę krotochwilę; ale dasz mnie parol kawalerski, że nikomu ani 
słowa nie wspomnisz o tym, że ja teraz w klasztorze. 
— Ale ani mruknę. 
— No, pamiętaj, bo złamanie mnie słowa to gardłem pachnie. 
— Nie dlatego, że gardłem pachnie — odpowiedziałem — ale z natury rzeczy słowa nigdy nie 
łamię. Ale niechże wiem, ktoś jest za jeden w samej istocie? 
— Jestem Piotrowicz, herbu Murdelio, obywatel od Oszmiany — rzekł mnich, przybierając 
postawę pańską i wyniosłą. 
— Piotrowicz! — zawołałem, porywając się z łóżka — a toś ty... 
— Cicho! nic o tym. Powiesz Fredrowi, żeś mnie zdybał 
w Lesku, gdziem przyjechał do 
wojewody wołyńskiego, nie zastałem go w domu, tyś zabrał tam ze mną znajomość, a żem 
znał twego ojca, żem krewny Mężykówny, pierwszej żony jego, przyjechałem do ciebie w 
gościnę. 
— Dobrze, dobrze — odpowiedziałem — ale jeżeli tam będzie więcej szlachty? 
— No to cóż z tego? 
— To nic, prawda... ale misjonarz tam być może. 
— Misjonarz? nie będzie go tam! — zawołał mocnym głosem Murdelio i dodał po chwili — a 
gdyby był, nie pozna mnie. 
— Jak myślisz — odpowiedziałem na to; ale jeżeli mi się dotąd to i owo w wielkim nieładzie 
o tym człowieku kręciło po głowie, tom się już teraz obałamucił do reszty. Cóżkolwiek bądź, 
nie czas było myśleć mi o tym. Zebrałem się, kazałem Węgrzynkowi otworzyć skrzynię jedną 
i drugą z sukniami, których miałem dosyć i swoich, i po ojcu, i przybrawszy Murdeliona w 
ubiór, jaki miałem najparadniejszy, wystroiłem tak mnicha, że jeno go było zaraz na 
senatorskie krzesło posadzić. I rzeczywiście, dziwnie wspaniała zrobiła się z niego figura. 
Jemu jednak w tych sukniach jakoś zdawało się być niewygodnie i podczas kiedy ja mu 
zrobiłem uwagę, że mu jeno wąsa brakuje do całkowitej przyzwoitości, rzekł mi: 
— Nie brakuje, bo nie nosiłem go nigdy, ba, i kontusz brałem na siebie tylko w 
nadzwyczajnych okolicznościach, toteż jakoś 
mi w nim nie na rękę. Nie masz jakiej sukni 
francuskiej? 
— Uchowaj Boże! — rzekłem — nigdy żaden Nieczuja nie miał jej na swym grzbiecie! 
— A nieprawda! — rzekł Murdelio — twój ojciec przecie służył w francuskim wojsku. 
— No, to inna — odpowiedziałem — mój ojciec służył i w wojsku imperatorowej jejmości, 
ale i tu, i tam mundur tylko nosił, a nie suknie światowe, czyli cywilne. Tak sobie mówiąc, 
wsiedliśmy do kałamaszki i pojechali. O panu podstolim pomorskim miałem już nieraz 
sposobność wspominać. Był to kawaler znakomitego w Rzeczypospolitej rodu, około 
czterdziestu lat w wieku, wzrostem średni, chudy, ale kościsty, cokolwiek szpakowaty, 
zgrabny, ale ruchów powolnych, a w manierach pański i wyniosły. Za młodu, po powrocie 
swoim ze szkól z Warszawy i po śmierci swojego ojca, kiedy zasiadł gospodarować w 
Hoczwi i przyległej Łobozwi, mało po sąsiedztwach bywał, niewiele się szlachcie 
komunikował, a jeno z jw. Stadnickim i Bukowskim bliższe relacje miewał — nalazł był w 
zamku leskim, na którym jeszcze wtenczas jw. Stadnicka, po Stadnickim, wojewodzie 
wołyńskim, wdowa a matka dzisiejszej wojewodziny wołyńskiej, Ossolińskiej, mieszkała, 
niejaką Włoszkę, młodą i piękną, jak powiadano, z jakiejś znakomitej familii neapolitańskiej 
pochodzącą, którą 
jw. wojewodzina sama niegdy z Rzymu małym dziecięciem wywiozła i z 
wielkim respektem u siebie chowała. Do tej Włoszki zapaliło się serce podstolego, 
konkurował, chciał siężenić. Pani wojewodzina była bardzo za tym, Włoszka także, bo 
trudno było o lepszą partię dla sieroty; a lubo brat starszy podstolego, który wkrótce potem 
umarł, jego krewni i przyjaciele sprzeciwiali się temu, utrzymując, że siężeni z nieznajomą 
osobą, że chociażby ród jej był nie wiedzieć 
jak znakomity, to skoro tylko jest włoski, już 
niewiele waży i łokciem a miarką trąci; jednak byłoby pewnie przyszło do tego, gdyby nie to 
nadzwyczajne zdarzenie, że śród tych tergiwersacji nagle spadła jakaś wielka puścizna na 
Włoszkę, familia jej się tam gdzieś znalazła, przysłała kogoś tu po nią i na powrót do Italii 
zabrała. Wtedy pan Fredro, niewiele myśląc, dobra swoje dzierżawą puścił, naładował trzos 
dukatami i za swoją miłą popędził. Co się dalej działo, tego już nie wiem, to atoli było 
wiadomo wszystkim, że lat kilkanaście nie było go w kraju, po których przecie na koniec 
powrócił, w Hoczwi na nowo osiadł, ale odtąd mniej się jeszcze komunikował sąsiadom, 
tylko czarny kolor zawsze na sobie nosił, gości rad u siebie przyjmował, pił z nimi wiele, bił 
się w pałasze, harce na koniach wyprawiał, a kiedy się upił, to kpał burą szlachtę, która na to 
pozwoliła, i konie jej darowywał, które, były u niego tureckie i dziwnie piękną miały figurę. 
Podczas wojny konfederackiej poszedł był zrazu w pole, ale potem tę zabawkę porzucił i 
resztę 
rozruchów prawie nieprzerwanie przesiedział w Warszawie; po wejściu zaś cesarskich 
do tego kraju, znów w Hoczwi osiadł, czasem na zamku leskim bywał, ale zresztą w domu 
siedział, konwersując z najbliższym sąsiadem swoim, panem Balem, kasztelanicem sanockim 
a Średniej Wsi właścicielem, i pana Osuchowskiego młodego, cześnikowicza bielskiego, za 
przyjaciela sobie mając. Zresztą, jako rzekłem, kogo mu Pan Bóg w dom przyniósł, tego rad 
przyjął, ale sam rzadko nawiedzał kogo, chybaby to aż 
polowanie, i to wielkie, potrafiło go 
gdzie wyciągnąć. 
Kiedyśmy dla złych i marcowym powietrzem rozwilżonych dróg góralskich ledwie koło 
południa przyjechali do Hoczwi, gdzie jeszcze wtedy stał stary, piętrowy i niegdy obronny 
zamek nad rzeką Hoczewką, to lubo ledwie co się była suma skończyła w kościele, jużeśmy 
zastali karuzel w dziedzińcu. Pan Bal na kasztanowym ogierze, pan Urbański na siwym 
niewielkim turczynku sadzili jeden za drugim przez płot otarniony do ogrodu i z ogrodu na 
powrót w dziedziniec. Pod ścianą koło ganku stały jeszcze dwa konie osiodłane i przez 
kozaków trzymane, a w samym ganku stał sam pan podstoli, i to rozmawiał co z 
Osuchowskim obok siebie stojącym, to wołał, coś wielkim głosem do jeźdźców. 
— Kogóż 
to mi przywozisz, mospanie Mieczują? — zapytał p. Fredro, kiedyśmy zajechali 
przed ganek. 
— Poznajże sobie jw. pan sam, bo to dawny znajomy –odpowiedziałem, wyłażąc z 
kałamaszki. 
— Corpo di Bacco!135 to być nie może! — zawołał znowu pan Fredro, przypatrując się z 
bliska Murdelionowi, który zaraz rzeki: 
— Imoże być, i jest w samej rzeczy. 
— Piotrowicz! jak mnie Bóg miły, Piotrowicz! 
— Comment vous va, mon cher?136 — rzekł tenże, wchodząc po schodach na ganek i podając 
rękę gospodarzowi. 
— Tout a fait comme vous137, bo słyszałem o twoich Sukcesach — poderwał podstoli — a! 
niech ich diabeł porwie... no, ale skądże się nagle aż tutaj wziąłeś? 
— Nie spodziewałeś się nigdy? co? 
— Jamais138 , pierwej śmierci... ale proszęż cię... –i wziął go pan podstoli pod ramię, a 
usiadłszy obadwa w kącie ganku, tak zaczęli kłapać ze sobą po francusku, że pytel młyński 
przy ich gębach byłby się wydał 
tylko dzwonem zwiastującym pożar na dalekim 
przedmieściu. Jednakże długo tak trwać nie mogło, bo to był marzec i działo się to w 
sanockich górach, gdzie o tej porze i pytel by zamarzł, i dzwon by skamieniał od samego 
zimna i wichru, który dął 
korytem Hoczewki jak orkan morski. Niebawem też i jeźdźce nasi 
pozsiadali z koni i przyznawszy sobie, że oba są lepsi, nie dosiadywali jużświeżych koni, 
tylko przyszli w ganek i witali się z nami. Więc i tamci panowie musieli powstać i resztę już 
puścić na polską manierę, zwłaszcza że pan Urbański ani w ząb po francusku; wypadło też 
pójść do sali, która była na dole i ze swymi marmurowymi drzwiami i futrynami u okien, jako 
też i inną sztukaterią i malaturą bardzo wyglądała wspaniale; owoż wszedłszy tam wypadało 
dla rozegrzania się gorzałki się napić, cośmy też zaraz, nie czekając, uczynili. Wypiwszy ową 
gorzałkę, kiedy kolej szła dalej, przystąpił 
do mnie pan Urbański i rzecze z cicha, wskazując 
na Murdeliona: 
— Co to za figura? 
— Gruby szlachcic od Oszmiany — odpowiedziałem. 
— A jakże mu na imię? 
— Piotrowicz. 
— O, gruby! — odpowiedział Urbański na to — u mnie jest wyrostek Piotrowicz i biję go co 
dzień w gębę, bo ladaco. 
— Cóż to ma jedno do drugiego? tego waszmość przez to nie uderzysz. — Na to on: 
— Nie powiadaj dwa razy, bo to niewielka sztuka. 
— Sztuka niewielka — rzekłem — bo i chłop to potrafi... ale grzecznym być wszędzie i 
zawsze, to sztuka. 
— Co tam grzecznym! — zawoła pan Urbański. — Przeciem ja tu gospodarz. 
— O cóż to idzie waszmości? — rzekłem mu na to — że ci się jmć pan Piotrowicz nie 
prezentował? wiedzże tedy o tym, że to już .nie ta moda na świecie, co dawniej. Czy kto młodszy, czy starszy, czy kto z tego lub owego powiatu, na to się nie uważa, a gospodarzem 
jest tylko ten, czyj jest dom i gościna. 
— Co ty mi gadasz o modzie! nigdzie tego nie ma na świecie, żeby kto gdzie przyjeżdżał ze 
swoim prawem, jeno każdy do prawa, a u nas jest takie prawo, że się każdy obcy opowiada 
całej kompanii. 
— To już znów wina pana Fredra, bo jako gospodarz powinien był swego gościa oznajomić 
z prawem, jakie obserwują w tej ziemi. 
— No, no, z waszymi modami! jeszcze przyjdzie czas, że wam głów przemądrych nie 
stanie na ich wymyślanie... — rzekł pan Urbański i odszedł, mrucząc sobie pod nosem. 
Tymczasem dano obiad. Zasiedliśmy. Nieszczęście chciało, że miejsce Murdelionowi 
wypadło tuż koło Urbańskiego. Zrazu nic– jemy, pijemy, rozmawiamy; Murdelio opowiada 
różne cudzoziemskie historie, bywał długo w Paryżu, bywał na wielkich dworach, ba, nawet i 
na królewskich pokojach prezentować się nierzadka rzecz była u niego, miał też co 
opowiadać. Ale że to już taką miał wadę z natury, że się zawsze do jednej osoby obracał i 
często zapytania wrzucał w swoją orację, więc co się do którego z nas zwróci i pytanie jakie 
uczyni, to my odpowiadamy; ale pan Urbański zawsze się 
w tym razie odwraca i zaczyna co 
mówić do drugiego sąsiada albo zgoła pomrukuje sobie pod nosem. I kto znał Urbańskiego, 
temu widoczna już była, że tylko małej okazyjki mu trzeba, aby wyjechał gwałtownie na 
Murdeliona, krew bowiem u niego bywała jak ukrop, chociaż zresztą baranek i serce u niego 
jak wosk. Tedyż 
jeszcze przy zupie, przy sztukamięsie, przy jarzynie nic, jako tako; ale przy 
pieczystym, kiedy to poczną gęsto krążyć kielichy, a nalewają je winem szampańskim, co to 
się burzy i pieni już w kielichu, a nie dopiero w człowieku, zagadawszy Murdelio znów coś 
do pana Urbańskiego i widząc go znowu zachmurzonego i odwracającego się, rzecze na głos 
do pana Fredra: 
— Czego ten szlachcic się tak na mnie buńdiuczy? 
— A bodaj cię zabito! — krzyknie zaraz na to pan Urbański, zrywając się z krzesła i cale 
powstając od stołu — to najeżdżasz na cudzą ziemię, nikomu się nie powiadasz, po zamorsku 
szczekasz uczciwej szlachcie w oczy i jeszcze się dziwisz, że się kto na ciebie buńdiuczy! tfu! 
myśli, że twarz jak Niemiec wygolił i że trochę paple tą zamorszczyzną, to mu już wolno 
poniewierać wszystkimi! bodaj was powybijano do nogi! — To rzekłszy, wziął krzesło i 
przesiadł się koło Bala, na drugą stronę stołu. Murdelio się patrzył na rozgniewanego 
Urbańskiego i obydwiema rękami o stół oparty, słuchał i śmiał się, a potem rzekł do 
gospodarza: 
— Kapitalny szlachcic, jak mi Bóg miły! Pan Fredro także się roześmiał, ale powiedział 
zaraz: 
— A! zapomniałem waszmościów zaprezentować: pan Urbański, pan Piotrowicz. 
Rzecz ta tymczasem zdawała się upadać, ba! nawet na stronę pana Urbańskiego się walić, 
który to uczuł, lecz milczał i sapał tylko. Murdelio także milczał, ale widoczna było, że gwałt 
sobie czyni, bo wargi przygryzał aż do krwi i sczerwieniał na twarzy jak burak. Śród tego 
czasu pan Fredro kilka razy coś mówić poczynał, ale nikt mu nie odpowiadał. Wszyscy 
milczeli. Co trwało z pół 
Zdrowaś Maria. Ale kiedy pan Urbański jeszcze raz spojrzał 
pochmurnie spod oka i fuknął przed siebie, wtedy Murdelio zaczerwienił się mocno od razu, 
nalał sobie szklankę wina, wypił ją duszkiem i mówiąc: 
— Nie, nie można! gdzie moja szabla? — porwał się od stołu i prędkim krokiem poszedł do 
kąta. Zerwał się i Urbański i pobiegł także za swoją szablą z wielkim pośpiechem. Gospodarz 
ani się ruszył od stołu, ale ja poskoczyłem i pochwyciwszy Murdeliona, zawołałem: 
— Za pozwoleniem! ja nie dozwolę tego! ja tu waszmości przywiozłem, ja za jego honor 
stanę do sprawy. 
Ale nie było o czym mówić; Murdelio, kipiący cały i trzęsący się jak galareta, porwał 
mnie prawą ręką za kołnierz i odrzucił od siebie jak czapkę, wołając do Urbańskiego: 
— Dobądź szabli i stawaj, bo rozetnę na dwoje! Nic nie przesadzę, jeżeli powiem, żem 
nigdy nic podobnego na życiu nie widział, jak złość Murdeliona, a bywało się już przy 
różnych okazjach i zaglądało się już różnym diabłom dość z bliska w oczy. Trząsł się on cały, 
jak liść pośród burzy, twarz nabiegła krwią tak dalece, że nie była czerwoną, lecz czarną jak 
sadza, usta mu się zapieniły jak dzikiej bestii, oczy powiększyły w czwórnasób, zaokrągliły, 
jak dwa kieszonkowe zegary, i kręciły się w powiekach jak dwa koła u wozu. Dość 
powiedzieć, całkiem obojętny tej sprawie, ja zbladłem jak trup i krew we mnie zastygła, 
widziałem już na katafalku pana Urbańskiego. Przeraziło to wszystkich; pan Urbański z 
kasztelanicem skoczyli do drugiego pokoju; pan Fredro, który był tak zimny zwyczajnie, że 
dla krotochwili bijał się w gołe pałasze, zerwał się z krzesła i porwał za jakąś serpentynę, pan 
Osuchowski się stołkiem zastawił. Tymczasem tamci już stali na placu. Co widząc Murdelio 
wskoczył zaraz do drugiego pokoju i bez żadnego gadania, bez sekundanta postawił się twarz 
w twarz adwersarzowi. Wszystko się działo, jak orzech zgryzł. Więc pan Bal zaraz woła: 
— Panie Marcinie, stawaj z tamtej strony! Wbiegłem, ale tu już krzyczy Murdelio: 
— Zastaw się! — i w tymże momencie uderzył na Urbańskiego 
Mam to przekonanie, lubo tego nikt dojrzeć nie mógł, że Urbański, skonfundowany tą 
niespodziewaną 
swego adwersarza gwałtownością, ba, zgoła wściekłością, ani miał do tego 
dość czasu, ani się rzeczywiście zastawił, ale już było za późno. Leżał on już srodze cięty 
przez całą głowę i z przerąbanym ciałem pomiędzy lewym ramieniem a szyją, aż do samego 
obojczyka. Krew się z niego lała jak z beczki, odszedł od przytomności. Obstąpiliśmy go, 
nalali w nos mocnej gorzałki, obłożyli rany śniegiem i lodem, a kiedy krew ustała i rany 
trochę pokrzepły, przenieśliśmy go na dywanie na górę do spokojnej izby; tymczasem zaś 
posłano pędem po felczera do Leska. Ale Murdelio w tym wszystkim nie brałżadnego 
udziału. Po bitwie obtarł pałasz ze krwi, schował go w pochwę i z krwią najzimniejszą, jak 
gdyby nic nigdy nie było, siadł z panem Fredrem na powrót do stołu, gdzie obadwaj, nową 
odkorkowawszy butelkę, nową też po francusku zaczęli rozmowę. My zaś tutaj poramy się z 
panem Urbańskim. 
Kiedyśmy go już na górę wynieśli i przystojnie złożyli na łóżku, przystępuje do mnie pan 
Bal i rzecze srogim głosem: 
— Kogo to waszmość przywiozłeś w dom pana Fredra? 
— Nie mnie o to pytaj — odpowiedziałem rozdrażniony tym, co się stało — bom ja zdybał 
tego szlachcica w Lesku, dokąd dla odwiedzenia wojewody przyjechał, a że znał mego ojca, a 
nawet był powinowatym przez Mężykównę, tom go zaprosił do siebie i tu przywiózł za jego 
wolą; zresztą go nie znam, ale kiedy chcesz o nim co wiedzieć, to pytaj raczej samego 
gospodarza, który jeszcze przed laty żył z nim we Włoszech i jest z nim w przyjaźni. 
— No, no — rzecze pan Bal — diabeł to sam jest in persona139 , ale nie szlachcic, Iskierski, a 
nie Piotrowicz. 
— Ot, pleciesz waszmość trzy po trzy. — Na to on znowu: 
— Ale co ty mnie gadasz! Znałem ja ludzi tysiące i Polaków, i Niemców, i Włochów, ale 
takiego anim jednego nie widział. To diabeł jest. 
— Cóż tobie? — rzekłem — przecie nocował dziś u mnie i nic mi złego nie zrobił. 
— Jeszcze czas na to; to diabeł jest. Widziałeś ty jego oczy? widziałeś, jak sczerwieniał 
cały, kiedy szablę wziął w rękę?... a jaki strach po nas poszedł, kiedy ryknął: „Dobywaj 
szabli!” — Mnie, jak Pana Boga kocham, i nie wstydzę się tego powiedzieć, aż się wszystkić 
wnętrzności wtedy zatrzęsły, a włosy kołkiem stanęły, to czułem. A przecież to nie nowina mi 
widzieć człowieka ze szablą, przecie się sam biłem tyle razy w pałasze, a podczas wojny! 
jednak nigdy tego strachu nie czułem, co teraz, lubo nawet nie mnie się ta sprawa tyczyła. 
Albo to znowu: za jednym cięciem dwie rany i obiedwie takie głębokie i tak oddalone od 
siebie? toż to ludzka potencja? 
— Musiało być dwa cięcia, panie bracie. 
— Ale jedno, przysięgnę, że jedno; widziałem na własne oczy. 
— To się szabla zsunęła, a to się nie trafia? 
— A ucho? toż by był w takim razie ucho zaczepił — zarzucił mi pan Bal. 
— Ot, przewiduje ci się — odpowiedziałem — już tu cudu nie ma żadnego; odskoczyła szabla 
od twardej głowy i ucho minęła, a na ramię upadła. 
— I to nie może być, bo w tym wypadku rana w ramieniu nie byłaby tak głęboka, a tu 
ledwie że aż obojczyk nie jest przecięty. 
— Ale ma rację pan Bal — odezwał się słabym głosem pan Urbański — coś nieludzkiego jest 
w tym człowieku. Nigdy mnie jeszcze od nikogo tak nie odrzuciło od razu, jak od niego, a 
także już ludzi widywałem niemało. I w rzeczy, to to była właściwa przyczyna, dla której nie 
chciałem mówić do niego i porwałem się był od stołu, bo na koniec co by mnie tam 
szkodziło, że się błazen jakiś nie opowiada? 
— Nie mów, nie mów — rzecze do niego kasztelanie — bo ci to szkodzi. 
— Już tam mówcie sobie, co chcecie — rzekłem ja znowu — ale ja tu diabła nie widzę. — Na 
to znowu pan Bal: 
— Bo cię już otumanił, a my, ludzie świeży, to widzimy wszystko. Bo zresztą i to: gęba 
ogolona przy kontuszu i żupanie, co nigdy nie bywa; nosiło go gdzieś po świecie, po Francji, 
po Niemcach, po Włochach, na królewskich dworach się prezentował! cóż to? magnat on jest 
jaki czy książę, czy duk?140 Kaduk141, mospanie, kaduk, i założę się z tobą, że go ani pacierz 
mówiącego obaczysz, ani kładnącego krzyżświęty, ani jakąkolwiek rzecz chrześcijańską 
czyniącego, a gdyby przyszło się bliżej popatrzyć, to ręczę, że się tam ogon i pazury wynajdą. 
Zaświerzbiał mnie język powiedzieć, że to jest mnich w rzeczy, że mieszka na miejscu 
świętym i że gęściej Panu Bogu służy niż każdy 
z nas, i byłbym tym od razu pokonał podejrzenie tych ichmościów o diabelstwo; ale 
pamiętny Murdeliona pogróżki, rzekłem tylko: 
— Nie oglądałem go z bliska i nie wiem, czy ma jakie znaki diabelskie na sobie, czy nie, 
ale jechałem z nim na jednym wozie i nic takiego mi w oczy nie wpadło. Zresztą, to mogę 
waszmościom powiedzieć... — i zaciąłem się, bo chciałem to na poparcie mojego zdania 
przytoczyć, że Murdelio zeszedł się u mnie z misjonarzem księdzem i cale się tak zachował 
jak inny człowiek, ale nie mogłem im tego powiedzieć, bo gdyby się kiedy później misjonarza 
o to spytali, toby się bałamuctwo zrobiło, kiedy on właściwie żadnego szlachcica Piotrowicza 
u mnie nie widział. To mi atoli przyprowadziło na myśl misjonarza; wszakże miał w Hoczwi 
być ze mszą, miał się widzieć z Urbańskim i Osuchowskim, miał konferować z nimi i inną 
szlachtą w materii wybudowania kościółka w jakiejś wsi w górach — byłli tutaj, czy nie był? — 
Rzeknę tedy do Bala: 
— Waszmość byliście na mszy świętej tu dzisiaj? 
— Byliśmy. 
— Któż ją miał? 
— Proboszcz tutejszy. 
— A kazanie? 
— Nie było żadnego kazania — odpowiedział Osuchowski — miał je mieć ten misjonarz św. 
Wincentego a Paulo, który tu był przeszłej jesieni, a którego przecież znasz także, ale nie 
starczył się w słowie. 
— Jak to? nie przyjechał tu rano? — zapytałem zdziwiony. 
— Nie, albo czemu cię to tak dziwi? — Tedy już musiałem powiedzieć: 
— Bo ten misjonarz był 
u mnie wczoraj wieczór, nocował i dzisiaj przed świtem tutaj 
wyjechał. 
— Jak to! — zawołał pan Bal — przed świtem wyjechał 
i nie ma go do tej chwili? a wy żeście 
kiedy wyjechali? 
— Około dziewiątej. 
— No, to nie diabłaż ty wozisz ze sobą? 
Mróz po mnie poszedł od pięt aż 
do karku, lubo właściwie i to jeszcze nic nie znaczyło, 
ale nie miałem już 
czego tam dosiadywać pomiędzy nimi; jednym słowem mogło się 
wszystko wydać, nie to, że Murdelio był diabeł, bo takiej rzeczy wiary dawać nie mogłem, ale 
to, że jest mnichem, czego nie zdradzać obowiązałem się słowem. Wyszedłem więc stamtąd. 
W sieni atoli zaraz mnie łapie Węgrzynek: 
— Co tam? 
— Nieszczęście, panie. 
— Jakież? mów prędko. 
— Tego księdza, co u nas był wczoraj, coś strąciło z wozem i z końmi ze skały w 
Myczkowcach. 
— Wszelki duch chwali Pana Boga!... i zabił się? 
— Nie, ale srodze stłuczony. 
— A toż on jechał na Myczkowce, nie na Berezkę? 
— Na Myczkowce, panie. 
— Jakże wiesz o tym wszystkim?” 
— Przecie przywieźli go tu na plebanię. 
— Jest tutaj? — zawołałem i pobiegłem co tchu na plebanię. Koło kościoła po prawej stronie 
od wschodu stał domek niewielki drewniany, w którym mieszkał proboszcz hoczewski, 
starzec siwowłosy, kilkudziesięcioletni. Ze dworu do tego domku było kilkaset kroków, 
przebiegłem je jednak, żem ani spostrzegł się, kiedy — i wystraszony cały tym 
niespodziewanym nieszczęściem tak szanownego męża, byłbym z równym impetem wpadł i 
do izby, gdyby nie to, że nic nie widząc śród pośpiechu i zmroku, potknąłem się zaraz na 
pierwszym schodzie i jak długi grzmotnąłem sobą do sieni. Na ten rumor wyszedł pleban 
staruszek ze świecą w ręku, mówiąc statecznie: 
— Co tu za hałasy robicie? czy nie wiecie, że chory jest w domu? 
— To ja, mości dobrodzieju — rzekłem wstawając z podłogi– przez pośpiech upadłem i 
takiego narobiłem hałasu. 
— Któż to? — zapytał ksiądz, przyświecając mi łojówką do oczu. 
— Ja, księże proboszczu. 
— Imć pan Nieczuja? a to chwała Bogu. Właśnie ksiądz misjonarz, dowiedziawszy się, że 
waszmość jesteś na zamku, żądał, aby tu zaprosić waszmości. 
Z tym weszliśmy do pomieszkania. 
Więc zaraz w pierwszej izbie w rogu, na ubogim tapczanie, na którym tylko słoma 
wytartym kilimkiem przykryta, leżał wybladły i cale do siebie niepodobny misjonarz. Twarz 
mu się przeciągnęła, oczy, tak pełne ognia, przygasły i przez połowę się zwarły, włosy się 
poburzyły, ręce obwisły. Przystąpiwszy więc cicho na palcach do tego łoża, stanąłem i 
patrząc ze szczerym żalem, milczałem. 
— Jak to dobrze — rzekł on do mnie słabym głosem, który prawie przemocą wydobywał ze 
siebie — że waszmość tu przyjechałeś. 
— Boże! — rzekłem — cóż to jest za nieszczęście! 
— Nieszczęście — odpowiedział misjonarz. 
— Cóż waszmości jest? — spytałem. 
— Stłuczony — odpowiedział ksiądz znowu. 
— Czemuż sobie co na to nie radzisz? jeżeli ran nie ma, to trzeba się wysmarować mydłem 
i spirytusem. 
— Nie ma. 
— Nie ma ran, więc smarować. 
— Nie ma. 
— Jak to? spirytusu nie ma? 
— Nie ma — odpowiedział misjonarz przeciągle i poprawiając się trochę, dodał: — ja miałem 
kilka groszy i te mi się wysypały przy tym nieszczęściu, a księdza zastałem bez grosza. 
— O biedniż wy, słudzy Boży! — zawołałem, dobywając kalety i oddając ją plebanowi — aż 
się serce kraje, jak mi Bóg miły! Ci, którzy we dnie i w nocy służą Panu Bogu i bliźnim 
swoim... 
— Nie bluźnij — przerwał mi misjonarz. Urwałem więc tamto, a natomiast spytałem: 
— No, ale powiedzże mi, waszmość, jak się to stało? 
— Opóźniłem się trochę — odparł przeciągając chory — dzień już był, kiedym wyjeżdżał. 
Wyjechawszy na skałkę, nie wiem, co się tam stało, bo tam droga szeroka i gładka, ja też o 
nią bezpieczny, mówiłem modlitwy poranne i na nic nie uważałem; nagle wóz się wywrócił z 
impetem i wszystko upadło w przepaść do Sanu. Wóz poszedł na kawałki, konie obadwa się 
pozabijały, chłopu nic, a jam się srodze potłukł, bo to bardzo wysoko. 
— Boże! Boże! cóż chłop powiada? 
— Chłop powiada, że coś wóz podważyło i zrzuciło na dół, i koniecznie to utrzymuje, 
mówiąc, że choćby był i wywrócił, to jeszcze daleko było do brzegu. Ale to tylko ekskuza142: 
jechał samym brzegiem, nie uważał na koła i albo brzeg się usunął, albo zgoła wywrócił. 
— A kiedy to się stało? 
— Ja nie wiem, bo mnie ledwie za dwie godziny stamtąd wynieśli, ale popatrz na mój 
zegarek, stanął, to pewnie o tej samej godzinie. 
Popatrzyłem na zegarek, stał istotnie i pokazywał pół do dziewiątej. 
— Dziwna rzecz! — rzekłem do siebie, była to bowiem właśnie ta chwila, w której Murdelio 
decydował się ze mną jechać 
do Hoczwi, a kiedy sobie przypomniałem, że właśnie wtedy 
mówił z taką pewnością, że misjonarza w Hoczwi nie będzie! — jakoż i to, co pan Bal 
utrzymywał koniecznie, to znowu mróz poszedł po mnie i lubo nie mogłem temu w żaden 
sposób dać wiarę, żeby duch taki in persona mógł chodzić po ziemi, to jednak w kącik 
poszedłszy, przeżegnałem się skrycie. Krzyżświęty nie wadzi. Po czym usiadłem koło 
chorego i pocieszałem biedaka, jak mogłem, co mi o tyle łatwiej przychodziło, ile że do 
zamku i tak lada chwila miał przybyć felczer 2 Leska, a może i nadworny lekarz wojewody, 
Gondoni. Po dopełnionym tym obowiązku chrześcijańskim, posiedziawszy jeszcze z jakie pół 
godziny przy chorym i bywszy przytomnym wysmarowaniu go mydłem i spirytusem, 
powróciłem do zamku na górę do drugiego chorego. 
Pan Urbański miał się w tej chwili cokolwiek gorzej, jak to zwykle bywa u rannych, kiedy 
gorączka przychodzi. Wszakże nie było żadnego niebezpieczeństwa. Felczer już siedział przy 
chorym i zapewniał, że dobrze jest, a można mu było wierzyć na pewno, bo felczer w 
Sanockiem miewał naówczas daleko więcej praktyki i doświadczenia niżeli na wojnie. Nie 
było tygodnia, w którym by kilka kres nie zaszywał. Jednakże pan Bal, który już sam parę 
razy na samym sobie o zdatności tego felczera przekonania się miał sposobność, nie wierzył 
temu i w ustawicznej był o chorego obawie, co wciąż dawał do poznania różnymi gestami. 
Wziął mnie nawet na koniec na stronę i najwyraźniej powiedział: 
— Nie będzie już nic z Urbańskiego. 
— Co waszmość mówisz! — odpowiedziałem — nie dziwiłbym się komu innemu, ale ty, 
który sam trzy razy gęściej raniony byłeś pod Chyrowem, który zresztą i w pojedynkach 
niemało już ran odniosłeś, jakże możesz mówić co podobnego? — On też na to: 
— To prawda, ale to inna rzecz była. 
— Czemu inna? 
— Co innego rana od szlachcica albo zgoła od żołnierza, a co innego od... Panie Boże 
odpuść! 
— W imię Ojca i Syna... nie może to być. 
— A ja ci powiadam, że może. Szkoda, że to nie pora ci opowiedzieć, jako ja sam, jak mnie 
widzisz, zdybałem się z nim i na własne oczy jego widziałem; ale, ot, właśnie Urbański 
powiada, że to już drugi raz w. życiu z nim się spotyka. 
— Kiedyż się spotkał po raz pierwszy? 
— Na polowaniu. Jawił mu się w postaci odyńca, jego samego poranił, psiarczyka mu 
rozdarł 
na dwoje, a potem wylazł ze świni, przybrał własną swą postać, pokłonił się, zaśmiał 
się, aż cały las zadrżał, i smołą się rozlał na miejscu. Sam to Urbański powiada, dodając, że 
tamtemu właśnie tak oczy latały, jak temu; zresztą, śmiech ów kilka wsi okolicznych słyszało, 
a smołę na tym miejscu wszyscy widzieli, którzy na tym polowaniu byli. Ot! pytaj 
Osuchowskiego. 
— Tak, tak, panie bracie — odezwał się w tej chwili Osuchowski — ja sam to widziałem. 
— No! — rzekłem — to już rzecz dziwna, bo ja także coś się po świecie najeździłem i w 
różnych miejscach nabywałem, a krom tego — że mi raz podczas wojny w jednym zamku w 
Lubelskiem cały zamek w nocy zniknął sprzed oczu, tak że położywszy się wieczór w 
komnacie, znalazłem się rano na szczerym polu, i powiadano mi, że w tej okolicy cale 
żadnego zamku nawet nie było; krom tego, mówię, co tam Pan Bóg wie, czyją siłą się stało, 
nic mi się podobnego nie wydarzyło. 
— Owóż przyszła teraz kolej i na ciebie — rzecze pan Bal. 
— Ej! śmieję się ja z tego, panie bracie; nie zjadł mnie diabeł 
ziemski, nie zje mnie i 
podziemny! — Na to znowu pan Bal: 
— Kiedy się tak nie boisz, to chwała Bogu; ale zawsze o to cię proszę, wywieź stąd tego 
Piotrowicza, bo pan Urbański nie doczeka i rana. 
— Śmieszna rzecz — rzekłem — co to ma jedno do drugiego? 
— Ale ma, gardło daję; wywieź stąd Piotrowicza. 
— Panie bracie — rzekłem tedy — żeby to, chowaj Boże, diabeł był i pana Urbańskiego z 
kretesem zgubić chciał, to byłby tylko dmuchnął na niego i jak świecę zgasił, ale nie bawiłby 
się tak, żeby go ranił, a potem te rany pogorszał. 
— A! nie miał mocy do tego! — odpowiedział Osuchowski. — Ho, ho! panie bracie! żeby on 
ludzi tak gubić mógł, toby on już cały świat zgubił, który mu solą 
jest w oku; ale nie ma mocy 
do tego. Szkodzić tylko może i kusić, i zawsze to robi. 
— Ba, i to jeszcze dodać — rzekł kasztelanie — że choćby i tak od razu zgubić mógł, toby 
jeszcze żadnego tak nie zgubił, bo przecie męka ludzka to największa krotochwila dla niego. 
Ale, bądź co bądź, wywieź go stąd. 
— Ale wywiozę, wywiozę, jeżeli tylko się da. 
— Idź i rób, co chcesz, a koniecznie go wywieź, bo zgubisz człowieka. 
Trudna była rada, zebrałem się i wyszedłem. 
Tymczasem kiedy misjonarz ledwie oddychał, nieborak, z bólu na plebanii i smarował się 
spirytusem i mydłem, pan Urbański zaś piekł się w gorączce, złemu duchowi przypisując 
swoją niedolę, gospodarz hoczewskiego zamku z moim mniemanym diabłem byli sobie 
wesołej myśli. Jak po zranieniu Urbańskiego zasiedli do nie skończonego obiadu, takem ich 
teraz, lubo ciemny był wieczór, zastał na tymże samym miejscu. Prócz świec kilku 
woskowych gorejących na stole i kilku nowo wypróżnionych butelek pod stołem, a chmur 
dymu tytuniowego w powietrzu, nie znalazłem żadnej w tej izbie odmiany. 
Kiedym wszedł, rzecze do mnie pan Fredro: 
— No i cóż tam pan Urbański? 
— Gorączkę ma, ale, da Pan Bóg, zdrów będzie. 
— Co by mii było! — odezwie się na to Murdelio — szlachecki łeb twardy, nie pryśnie tak od 
pałasza, jak garnek. 
— Chwałaż Bogu — rzekłem — bo już teraz byłby się targował z świętym Piotrem o 
wnijście. 
— Albo tańcował z diabłami po piekle. Szlachcic to jakiś niedobry, widzi mi się — rzekł 
surowym głosem Murdelio. Ja też zaraz na to: 
— A przepraszam! jest to jeden z najgodniejszych obywateli tej ziemi. 
— Ot, gadasz! — rzecze na to pan Fredro — szlachcic taki sam, jak i drugi; jest was sto 
tysięcy czy wiele tam, bo już nie wiem, ale wszystko jednego gniazda, rodem kurki czubate. 
— Jest nas milion, rachując lekko — odpowiedziałem — nie sto 
tysięcy; ale to zresztą prawda: szlachta wszystka do siebie podobna, bo inaczej nie byliby 
zakonem takim, jakim są i jakim im Pan Bóg być przykazał; ale zawsze pomiędzy 
człowiekiem a człowiekiem jest pewna różnica. — Na to on znowu: 
— Ale, mój Nieczuja, nie gadajże takich rzeczy, bo to nieprawda. Ja się założę z tobą, że 
czy któren z was od Oszmiany, czy od Żuław, czy od Kudaku, kubek w kubek jednaki. Są 
pewne rzeczy, które każdy z was zrobi, są inne, których żaden nie zrobi. 
— Ale, mój Fredro! — odpowiedziałem porywczo — nie traktuj-że znów całą szlachtę przez 
drugą osobę, bo kiedy już taki ma być każdy, jakimi wszystkich powiadasz, toż i czy który 
miał jednego senatora więcej czy mniej albo zgoła żadnego w rodzie, nie powinno to robić 
różnicy. 
— O! nie tak! — poderwał Murdelio — co krew senatorska, to nie prosta szlachecka. 
Senatorowie także są szlachtą, ale mają się tak do ogółu jak pszenica wybrana do nie 
wybieranej. 
— Chwałaż Bogu, że nie jak pszenica do owsa — poderwałem. 
— Może i tak. 
— Diabelska to mądrość — odpowiedziałem tedy. — Rozumiem ja to dobrze, że który 
szlachcic własną pracą i czynem sam się wyniesie nad innych, ten godzien tego, aby go 
wszyscy wynieśli; głupi by był Nieczuja, gdyby się Czarnieckiemu powiadał równym, głupi 
Piotrowicz, gdyby się miał 
za jedno z Zamojskim, głupi podstoli, gdyby się kładł obok 
kasztelana lwowskiego; dlatego też 
i senator dzisiejszy lepszy od niesenatora, bo pracuje 
więcej i na większym warsztacie dla kraju — ale żeby syn jego był w czym lepszy ode mnie, 
tego mi nikt nie dowiedzie. 
— Dobry z ciebie orator — rzecze na to podstoli — gdybyś tak zagadał do małej szlachty 
przed sejmikiem, toby cię na rękach obnieśli; ale że tu małej szlachty nie ma... ej! co tam! ot, 
siadaj tu, masz szklankę, nalej sobie, pij i słuchaj. Bardzo ciekawe rzeczy opowiada 
Piotrowicz. No pijże! wino doskonałe, sam je muszę pochwalić; ja piję dzisiaj jak but 
dziurawy, ażeby mi choć zaszumiało. — Na to ja: 
— Nie wiem — rzekłem — czyby nam już nie czas do domu, dalej i późno będzie. 
— Cicho! — zawołał gospodarz — mój Piotrowicz, powiadajże dalej. 
— Nie pamiętam już nawet, gdziem przestał. 
— Bodaj ciebie, Nieczuja! pozbawiłeś 
mnie arcyciekawej historii, która mnie więcej 
obchodziła niż moja własna. 
— Dlaczegóż już pozbawiłem, wszakże Piotrowicz może ją opowiedzieć z początku. 
— Na cóż z początku? gdziem stanął? — zapytał Murdelio, popijając ogromną szklankę 
wina i zapalając lulkę, którą nigdzie indziej, ale tutaj palił zapamiętale. Pan Fredro także 
namiętnie lubił dym tytuniowy i tak go wiele używał, że kiedy szedł między damy, to aż się 
zagranicznymi wódkami polewać musiał; więc na odwrót Murdelionowi puścił chmurę dymu 
prosto do twarzy i rzekł: 
— Nici mia comu si fa?143 
— A! — rzekł Murdelio, popijając znowu szklanicę, ale to tak nagle, żem ani kiedykolwiek 
widział, żeby kto takie miał gardło — otóż lubo jej śpiewałem: Pri un quardo in muriro144 , to 
jednak tego tak nie rozumiałem i na tym się nie skończyło, 
— Cha, cha, cha! to się rozumie! — zawołał pan podstoli. 
— Z wielkimi tedy trudnościami i za wielkimi prośbami przyszło na koniec do tego, że 
jednego wieczora, kiedy mąż miał być na komedii i potem, jak mówiła, długo w noc po 
zwyczaju bawić się u swojej amantki, ja dostałem pozwolenie przyjścia ubocznymi od ogrodu 
drzwiczkami do jej gabinetu, jakoż i w rzeczy przysłała mi klucz od tych drzwiczek. Wyobraź 
sobie, z jaką niecierpliwością wyglądałem oznaczonej godziny. Bo to pół roku na tę duszę 
czekałem. 
— Jak to na duszę? — zawołałem z przestrachem. 
— E! co się odzywasz — rzecze pan Fredro — kiedy tego nie rozumiesz. 
Murdelio opowiadał dalej, ale ja już oka z niego nie spuściłem i tak uważałem pilnie, że 
gdyby był po turecku mówił, a nie po polsku, tobym był przecież każde słowo spamiętał. 
— Na koniec nadeszła przecie ta upragniona godzina. Wziąłem parę pistoletów małych do 
kieszeni, sztylet wsunąłem za rękaw i poszedłem. Otworzywszy drzwiczki własnoręcznie i 
wszedłszy do gabinetu, nalazłem ją stojącą przy stoliku pod oknem, z wlepionymi oczyma w 
otwierające się drzwiczki, ale drżącą jak liść i białą jak marmur. — Idź, idź, na miłość Boga! — 
woła ona — mnie się zdaje, że on za chwilę nadejdzie. — Niech nadejdzie — odpowiedziałem — 
pomszczę się wtedy twojej krzywdy i tego srogiego ucisku, który już od roku znosić musisz 
od niego — i wydobywszy z kieszeni pistolety, pokazałem jej je. — Na Boga! — zawołała ona — 
to jest okropnie! — Ledwie co to wymówiła, tymiż samymi drzwiczkami, którymi ja 
wszedłem, a które zapomniałem zamknąć za sobą, wchodzi ogromne Włoszysko, czarny jak 
diabeł i ogromny jak diabeł. — Tuś mi! — krzyknie do mnie z roziskrzonymi oczyma — żyły 
będę pruł z ciebie, smażyć w oliwie wrzącej będę was oboje! — Nie będziesz — zawołałem, 
odskakując od niego na kilka kroków i wymierzywszy mu w łeb pistolet, wypaliłem. Skutek 
wiadomy, bo jak wiesz, nigdy nie chybiam. Czaszka Włocha rozbryzgnęła się w kilka części, 
a mózg z krwią pomieszany obryzgał 
marmury i kotarę na przeciwległej stronie. Wtedy... 
proszęż cię, co to jest kobieta... wtedy ona ryknęła płaczem jak żubr w Białowieży i rzuciła 
się na ciało męża i zaczęła je ściskać i całować po rękach, i zawodzić na czym świat stoi. 
Szkoda, że nie było tam Petrarki albo jakiego innego poety, bo byłby to pięknie opisał i potem 
śpiewałłagodnym lazzaronom145 na wąskich uliczkach. 
— No i cóż potem? — zapytał podstoli. 
— Potem rzecz już zwyczajna. Wziąłem trupa i wrzuciłem w stary rozwalony komin, który 
przypierał do bocznej galerii, a którego dół był 
zasypany gruzem i zarośnięty chwastami i 
bluszczem; ją zaś zostawiłem, aby się wypłakała. Na drugi dzień z południa za pomocą 
pieniędzy rozgłosiło się po Neapolu, że conte146 się rozbił z łódką na morzu na drodze do 
Sorrento — rybacy, którzy się na deskach wyratowali od śmierci i szczęśliwie dobili do 
brzegu, zmoczeni jeszcze i śmiertelnie wybladli, dali znać o tym fatalnym wypadku żonie i 
zeznanie swoje potwierdzili sądownie. Żona przywdziała żałobę i za dwa tygodnie zjechała 
się ze mną we Florencji. Ale nudna baba, nie umiała się szanować... 
— I cóż się z nią stało? 
— Porzuciłem ją, a właściwie uciekła ode mnie z jakimś Grekiem do Stambułu. 
— Cha, cha, cha!– zaśmiał się pan podstoli — tak to, tak to kobiety! 
Murdelio tylko zgrzytnął zębami i zawołał: 
— Wszystkie bym je wygubił. 
— Prócz jednej — dodał na to podstoli. 
— Dzisiaj jeszcze prócz jednej — odpowiedział Murdelio — ale tę niebawem może sam 
zgubię. 
— Hej! — krzyknie tedy podstoli do wchodzącego na ten odgłos kamerdynera — jak to 
służysz, gałganie? pić nam dawajcie! 
W tejże chwili przyniesiono kosz nowych butelek, odkorkowywano jedną po drugiej i 
dopiero zaczęła się 
ochota na dobre. Murdelio pił jak suseł i śmiało to mogę powiedzieć, że 
lubo wielkie gardło w Sanockiem nie nowina, jednak się 
nic podobnego pomiędzy nami nie 
nachodziło. Wyraźnie wydawało się, że te szklanki leją się w studnię, a nie w człowieka. Ale 
widać taka była u niego już od młodości natura, bo tuż rzekł pan podstoli: 
— Kto by ciebie nie znał, ten by myślał, żeś diabeł sam, a nie szlachcic, że tak pijesz 
dokumentnie, ale kto cię znał dawniej i wie, że wszystko, jak to mówią Włosi, robisz con 
amore147 , ten się cale temu nie dziwi. Hej! hej! gdzie to te czasy, kiedy człowiek był młody i 
kochał się jak kot, i zawsze do wszystkiego był gotów od razu! 
— Otóż to jest! — zawołał 
Murdelio — szczęśliwy ten, który się wykochał za młodu. 
Starzejąc się, wywołuje swojej młodości wspomnienia i nie psując sobie nimi krwi ani 
zdrowia, wolnym krokiem chodząc koło swoich zatrudnień, z wolna postępuje do grobu. Ale 
komu się miłość przewlokła aż do siwizny, w kim za młodu nie wygorzały wulkany... 
— Na tego miejscu ja bym być pragnął — poderwał pan Fredro. 
— No, dajże rękę — rzecze Murdelio — ja się mieniam natychmiast. — Na to znowu podstoli: 
— Gdybym wiedział, że mnie nie podchodzisz i że zyskam co na tej miańbie148, dalibóg, 
zaraz bym się zamieniał. 
— Ba! — rzecze Murdelio — a gdybym ja wiedział, że stracę, tobym nie był taki naiwny, 
żebym proponował zamianę. 
— Tak i ja myślę, a nawet wiem doskonale, bo bawiąc z tobą przez lat parę we Włoszech, 
sam to widziałem, żeś na zrywaniu róż i fiołków twojej młodości nie trawił. 
— No, jużci, trudno zaprzeczyć, żem świat poznał za młodu, wcześniej może niż każdy z 
was, ale sprawy serca żadnej nie miałem, aż... 
— Aż... no, proszę ciebie, powiadaj dalej — mówił pan Fredro — bo tyleśmy sobie już 
wzajemnie naopowiadali, że grzech by byłśmiertelny, gdybyś o sprawie twojego serca, która 
jest najważniejsza, milczał. 
— Jeżeli i mnie wolno podnieść głos w tym miejscu — odezwałem się i ja na to — to i ja 
proszę, abyś nam opowiedział tę ciekawą historię. 
— Ma rację 
Nieczuja — dodał znowu pan Fredro — ot! wiesz co! kto wie, czyje jutro; głupie 
to życie na świecie, niewarte nawet ani wspomnienia miłości! albo raczej, jedno jej 
przypomnienie więcej warte niż całe życie; ot! opowiedz nam twoją miłość. 
Na te słowa Murdelio wstał z krzesła i odszedł od stoła, mówiąc: 
— O! nic z tego nie będzie. 
— Ej! — zawołał podstoli — jak mnie kochasz, to powiesz. 
— Powiedz, powiedz — dodałem ja z mojej strony — jeden się przy tym zabawi, drugi się 
może czego nauczy. 
— Nauczy? cha, cha, cha! — zaśmiał się pan podstoli. 
— A! bo to także amator — rzekł mu na to, pokazując na mnie, Murdelio — kocha się jak 
który z nas niegdy i chciałby z naszych doświadczeń korzystać. Ale i to mu snadź nie 
pomoże, bo już dobry zrobił początek. 
— No, jak to? — zapytał podstoli. 
— Wziął rekuzę i wariuje na piękne. 
— Miły kolego — rzekł do mnie pan Fredro, głaszcząc mnie po głowie; ale dodał do 
Murdeliona — to on nam także swoje opowie, ale teraz siadaj ty i swoje powiadaj. 
— To niepodobna — rzecze tamten na to — miłość moja to życie moje. Musiałbym od 
kolebki zaczynać, a końca i tak byście się nie dowiedzieli, bo go sam nie wiem jeszcze. 
— To napijże się i powiadaj choć to, co wiesz, jak mnie kochasz. 
— Może co powiem, bo kiedy krotochwila, to niechajże będzie dobra! — rzekł Murdelio i 
połknął szklanicę wina. 
Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Bal, wiodąc ze sobą czarno ubranego i siwą, 
napiętrzoną peruką potrząsającego doktora Gondoniego. 
— Ah! signore Gondoni! — zawołał pan Fredro — jakaż to dla nas surpryza!149 — a do mnie 
mruknął: — bodaj go diabeł wziął, jaką nam przerwał zabawę. 
— A! to waszmość przy winie! — rzekł Gondoni po włosku, kłapiąc ręką w ogromną 
blaszaną tabakierkę i uśmiechając się jak szczur do słoniny, bo ze swoim szpiczastym nosem 
cale do tego zwierzątka zdawał mi się podobnym — pięknie! pięknie! 
I zaczęła się zaraz dysputa we włoskim języku, którą Murdelio równie przeważnie i 
płynnie prowadził, jak w polskim. Tymczasem pan Bal stanął koło mnie i okrutnie ciekawie 
wpatrzył się w Murdeliona. Co widząc, rzekłem do niego półgłosem: 
— Co to takiego? 
— Słyszysz ty, jak on mówi po włosku? 
— Mówi dobrze, bo długo bawił w tym kraju. 
— I ty powiadasz, że to nie diabeł? 
— Cha, cha, cha! to znów dlatego diabłem ma być, że mówi po włosku? przecież on równie 
dobrze mówi po francusku i po niemiecku... 
— W imię Ojca i Syna! jak mnie Bóg miły, to on. 
— Nie umiem ci na to nic odpowiedzieć. 
— A ja się założę, że ma rożki na głowie. 
— Dobrze, ja się zakładam, ale kto go pomaca? 
— O, ja nie! — protestował się Bal. 
— No, to nie ma zakładu. 
— Ale krzyż mu zrobię na plecach święconą kredą. 
— Dobrze — rzekłem — ale gdzież kreda? 
— Ja ją mam przy sobie, bo nigdy bez niej nie jeżdżę. 
— Więc idź i zrób. 
Poszedł tedy Bal na drugą stronę stołu i podczas kiedy Murdelio, ze stojącymi Gondonim i 
Fredrem rozmawiając, stał 
obrócony plecyma do okna, ten mu zaszedł z tyłu i przystąpiwszy 
do niego, rękę z kredką podniósł mu do kołnierza. W tym atoli momencie Murdelio się ruszył, 
a Bal z okropnym krzykiem: — Aj, aj, aj! Jezus Maria! — upadł jak długi na ziemię. Wszyscy 
się zerwali, Murdelio także się obrócił, mówiąc nachylony ku wstającemu: — Co jest 
waszmości? — ale gdzie tam! kasztelanie się zerwał i jak oparzony uciekł, kulejąc, do sieni, 
kredkę zostawiwszy na ziemi. Nikt nie wiedział, co to się stało; ja wybiegłem za Balem i 
dowiedziałem się już na pewno, że Murdelio jest diabeł, bo w tejże samej chwili, kiedy Bal 
mu przykładał kredkę do kontusza, ten go tak silnie na nogę nadeptał, aż paść musiał na 
ziemię. Mnie się ta rzecz wydała dość naturalną: przy żywej gestykulacji, którą miał we zwyczaju Murdelio, nic dziwnego, że się raptem cofnął; że trafił na nogę 
Bala, przypadek, a 
że bolało, toż trudno miało nie boleć, kiedy następujący był chłop duży i mężny i miał ciężkie 
klasztorne buty na nogach, a nastąpiony żółte kordebanowe150. Ale na upór lekarstwa nie ma: 
Bal nie tylko mi się nie dał przekonać, ale mi nawet but swój pokazywał, na którym się smoła 
piekielna ostała. Z nabitą tym diabelstwem głową powróciłem do sali; zaraz mnie tedy pytają: 
— Co jest panu Balowi? 
— Piotrowicz mu niechcący nastąpił na nogę — odpowiedziałem. 
— Hę, hę, hę! — zaśmiał się na to Murdelio,. podnosząc głowę i wyszczerzając dwa rzędy 
białych jak mleko zębów, ale taki to byłśmiech jakiś dziki, taki jakiś zwierzęcy, że chcąc nie 
chcąc, mróz mi poszedł po całym ciele. Zaraz też Gondoni, kończąc dysputę, rzekł do nas: 
— Nie przeszkadzam panom, nie przeszkadzam. Pan Urbański się ma wprawdzie 
niedobrze, bo przyznam się panom, że takiej rany jeszcze nie widziałem; czym to i jak to było 
cięte, Bóg raczy wiedzieć. 
Tu znowu tak samo się roześmiał Murdelio. 
— 
Ale zdrów będzie, zdrów będzie — dodał Włoch. — Dobranoc panom, dobranoc, 
powolne służby moje polecam — i wyszedł. Myśmy zaś znowu we trzech, tak jako 
przedtem, zostali. Więc zasiadając na nowo, rzekł zaraz pan Fredro: 
— No, powiadajże teraz, bom bardzo ciekawy. Już nam nic nie przeszkodzi. 
Ja już milczałem. 
— Nalejże mi wina — rzekł z sardonicznym uśmiechem Murdelio. 
Tymczasem słudzy weszli i połowę stołu odjęli, tak że jeno mały kwadratowy pozostał, ale i 
na nim, i pod nim butelki jak przedtem, obrusa nie zdjęto, a podczas kiedy my z gospodarzem 
każdy z swojej strony przysunęliśmy się bliżej do stołu, Murdelio lulkę zapalił, szklanicę 
wychylił i zaczął w ten sens: 
III 
— O familii mojej — tak opowiadał Murdelio — nie potrzebuję wam wiele powiadać. 
Pradziad mój był 
ekonomem, dziad zrobił fortunę i siadł na urzędach, ojciec już miał 
wszystko, czego potrzeba. Ożeniwszy się i osiadłszy na znakomitym majątku, zajął się 
wyjaśnianiem naszego rodu. Herb nasz stał mu się dobrą do tego wskazówką. Toteż za jego 
pomocą 
nie tylko się cała przeszłość nasza wyjaśniła, ale nawet okazało nam się prawo do 
znakomitej puścizny, istniejącej w sumach gotowych, lokowanych w Hiszpanii i od lat stu 
podobno sukcesora czekających. Mozolnym staraniem i niesłychanym kosztem ojciec mój 
podniósł te sumy i pozakupowawszy wiele ziem, majątek swój o wiele powiększył i 
zaokrąglił. Pięćdziesiąt wsi się zrobiło, lasy, jeziora, wody i wspaniały zamek w ich środku. 
Kiedy się to już stało i w ład przyprowadziło, i mój ojciec, chyląc się ku starości, tylko tym 
jednym się cieszył, że ród swój do pięknej przyprowadził pozycji i mnie, jedynakowi, 
doskonałe jej utrzymania zostawia środki, zjawia się 
krewniak nasz jakiś daleki, który się 
powiada stryjeczno-stryjecznym rodzica bratem i żąda połowy hiszpańskiej sukcesji. 
Szlachcic ten miał wioskę niedaleko Oszmiany, więc tylko o dwie mil drogi od mego ojca i 
ani znał nas pierwej, ani się do nas przyznawał. Wpadło to w oko mojemu ojcu i szlachcicowi 
fałsz zadał. Szlachcic nie poszedł zwyczajną drogą, nie udał się do praw i palestry, ale za fałsz 
zadany sobie w oczy, mojego ojca wyzwał i z nim się wyrąbał. Potem dobył, papiery, jedność 
naszych rodów, które się w pradziadzie schodziły, dokumentnie wykazał i rzekłszy mojemu ojcu: — Bodaj diabeł wlazł w tę fortunę i rozniósł ją na cztery wiatry! — wsiadł na koń i 
odjechał. 
Wypadek ten wzruszył mojego ojca; postanowił więc, ile możności, te pretensje braterskie 
zaspokoić, bo był człowiek uczciwy i prawy. Ale przy uczciwości był zarazem i skąpy, 
ziarnko do ziarnka składający i z zebranych chyba tylko dla mnie jednego co ruszyć lubiący. 
Majątek swój zresztą, z wielką skrzętnością i pracą oczyszczony i zaokrąglony, uważał za 
taką całość, że grzechem śmiertelnym byłoby mu się zdawało każde choćby najmniejsze jej 
naruszenie; a kiedy sobie jeszcze to przywiódł na pamięć, że ten majątek jest właśnie jedyną 
naszego nazwiska i jego” świetności podporą, to prędzej by własną rękę był odżałował niż 
jedną wieś utraconą. A tu by na brata było przypadało dziesięć wsi najmniej. Długo tedy 
sumienie ze skąpstwem toczyło walkę w tym starcu i na koniec pierwsze wprawdzie 
przeważyło, ale drugie po swojej klęsce jeszcze przynajmniej jak najmniejszą stratę dla siebie 
wytargować umiało. Ojciec bowiem zdobył się na to, że kilka tysięcy dukatów wraz z 
grzecznym listem, utyskującym na ciężkie czasy, nieurodzaje, powodzie, ale za to złote góry 
na przyszłość obiecującym, posłał swojemu bratu. Szlachcic atoli, mając głowę nabitą 
hiszpańskimi sumami i prócz tego ambitny z natury, nie tylko że pieniędzy nie przyjął, ale 
omal że jeszcze dworzanina nie wytłukł. Zgryzło to mego ojca; spowiadał się, pacierze 
mówił, pielgrzymkę do Ostrej Bramy odprawił i powróciwszy, obłożnie zaniemógł. Choroba 
wzmagała się 
coraz bardziej, siły ciała opadały, walka wewnętrzna trawiła go widocznie. 
Nareszcie dnia jednego, czując się o wiele jeszcze słabszym, rzekł do swojego Gintowta 
Litwina, który był jego plenipotentem i najzaufańszym powiernikiem: — Nie, tak nie będzie. 
Nie potrafiłbym skonać. Weź, wasze, papier i pióro i uczyń w moim imieniu zapis na pana 
Wita... tych trzech wiosek, z którymi graniczy. — Gintowt siadł i pisał, mój ojciec z łóżka 
pomagał mu w koncepcie, ale płakał ze żalu. Dokument jednak wystawiony, podpisami i 
rodowitą pieczęcią zaopatrzony, odesłano zaraz konnym na przeznaczone miejsce. Mój ojciec 
trochę się uspokoił, a nawet rozweselił. Nad wieczorem atoli posłaniec powrócił i ku 
wielkiemu zdziwieniu całego dworu, zamiast podziękowania dla brata i uspokojenia dla ojca, 
przywiózł tylko kawałki podartego przez pana Wita dokumentu. To mego ojca dobiło — 
wieczorem zaniemógł gorzej, koło północy już był konający. 
Ja miałem natenczas lat blisko dwanaście. Edukowano mnie z wielką pracą i wielkim 
nakładem i z tej przyczyny dziwnie dwór nasz wyglądał. Nie było sukni w Europie, w której 
by ktoś nie chodził na naszym dworze, nie było mowy w Europie, którą by tam nie mówiono. 
Dwóch Francuzów, jeden Niemiec, jeden Anglik, trzech Włochów niby to przy mnie było. 
Hiszpan nawet jeden, który niegdy z owymi sumami z Madrytu przyjechał, ostał się na zamku 
i obiecując mojemu ojcu, że mnie marynarki nauczy, ostał się na zawsze. Wszystko to 
chodziło w krótkich sukniach, trzewikach i pończochach, w większych i mniejszych 
perukach, w długich lokach, w aksamitach, w kolbertynach, w kryzach, przy szpadach i Bóg 
nie wie w czym jeszcze. Podług nich ubierali się 
i inni dworzanie, sługi nawet przystrajano z 
cudzoziemska, tylko mój ojciec i Gintowt stary chodzili po dawnemu i ze łbami wygolonymi. 
Dziwno się to może wydawać będzie komu, że mój ojciec, chociaż był skąpy, tyle obcych 
ludzi utrzymywał 
na swojej kuchni i lafie151, dziwno się to nawet wydawało sąsiadom, ale tak 
było w rzeczy. Mój ojciec sam odebrał mizerne wychowanie za młodu i zajęty jedynie tylko 
robieniem fortuny, o niewiele je podniósł w późniejszym życiu; dopiero kiedy po znacznym 
powiększeniu tej fortuny i po rumorze, który się z przyczyny owych sum hiszpańskich rozległ 
o moim ojcu po Rzeczypospolitej, uwaga publiczna się na niego zwróciła; dopiero kiedy 
przez znaczny urząd, na którym natychmiast zasiadł, wszedł w bliższe z wielkim światem 
stosunki, dopiero wtedy niewychowanie swoje poprawił, ale poznał, że ono jest konieczne na 
świecie i że bardzo źle jest bez niego. Od tego złego, którego sam doświadczył, postanowił mnie wszelkimi siłami ochronić, a że był człek namiętny i czegokolwiek się chwycił, to już 
niespracowanie robił i wyciągał do ostatniej ostateczności, więc i do wychowania mego wziął 
się z taką energią, że dziesięć razy więcej sił i środków do tego użył, niż było potrzeba. Do 
uskutecznienia niektórych rzeczy nigdy nadto sił użyć nie można, nigdy nadto energii, ale do 
innych tylko w miarę, w czas i w miejsce użyta siła cel swój może osiągnąć. Kto by chciał 
wóz ruszyć z miejsca i naokoło niego kilkanaście koni nasilał, ten go raczej rozerwie, ale 
pewnie nie ruszy. Tak było i ze mną. Każdy z tych cudzoziemców czegoś mnie uczył, każdy 
do mnie swym własnym przemawiał językiem, ale jam się niczego zgoła, ani nawet języków, 
od nich nie nauczył. Geografia i historia, astronomia i alchimia, prawo i języki: francuski, 
włoski, niemiecki, angielski, hiszpański i polski, tak się to wszystko pomieszało w głowie, 
wyobrażenia o Bogu, o religii, o ludziach, o obowiązkach człowieka i obywatela tak się 
pokrzyżowały, uczucia nawet moje dziecinne, które ze szczętem nie wyniszczały, tak się 
powikłały i zdenaturalizowały, że ksiądz staruszek, zamkowy kapelan, który mnie miał religii 
nauczać 
co rana, często moimi obiekcjami zbity z tropu, zamiast mi dawać lekcje, tylko 
Ewangelię czytał nade mną. Na tym punkcie stało moje usposobienie, kiedy mnie obudzono i 
powiedziano, że ojciec jest konający. Francuz mnie wyrwał z łóżka i zaprowadził do 
konającego, który leżał 
wysoko podniesiony na poduszkach, mówił jeszcze, ale już ruszać się 
nie mógł. Powiedziano mu, że ja jestem przy łożu. Wtedy, obróciwszy głowę cokolwiek, do 
mnie chrypliwym, urywanym głosem wymówił te słowa: — Synu! zostawiam ci wszystko. Do 
skończenia świata nie powinniście już wychodzić 
z senatu. Rób wszystko, co możesz, na co 
siły twoje wystarczą, tak jak ja całe życie moje... ale... — tutaj się trochę zakrztusił i umilkł na 
chwilę, lecz potem znowu: — ale... zaspokój jakim sposobem pana Wita pretensje. Może 
darujesz co jego dzieciom. Ale... to sobie pamiętaj... on ma córkę jedynaczkę... kiedy się z 
gniewu wy sapie, a ambicja mu nic od ciebie przyjmować nie pozwoli, jednakże żal mu się 
zrobi schedy... on ci córkę podstawiać będzie. Niech cię Bóg broni! pod błogosławieństwem... 
zakazuję!... — Tu się mocno zakrztusił, głowa pomiędzy poduszki upadła i skonał. W tym 
momencie grzmieć zaczęło na dworze, ale to tak strasznie, że aż zamek drżał cały, wicher się 
zerwał okropny i strącił pół dachu ze zamku, szyby powybijał, narożną wieżę, w której była 
kaplica, do połowy obalił; nagle błysnęło kilka razy i piorun uderzył w oborę, a zapaliwszy ją, 
strasznym światłem cały zamek oświecił. W przerażeniu i strachu wszyscy wybiegli ze zamku 
ratować, gasić, rozrywać, ja tylko jeden zostałem siedzący na skrzyni, która była przy łożu 
mojego ojca, i ksiądz, staruszek, który klęknął na środku izby, mówiąc: — Przekleństwo pana 
Wita się sprawdza, zły duch włazi pomiędzy te mury. 
Po pogrzebie mojego ojca wszystko się zaraz zmieniło w zamku. Nie mówię już zewnątrz, 
bo tam były już tylko zgliszcza i ruiny, ale i wewnątrz. Nic tej dawnej ciszy, tego ładu, tego 
porządku. Każdy robił, co mu się podobało, jadł i pił, kiedy chciał, chodził po wszystkich 
pokojach; guwernerowie moi wyprawiali sobie uczty, z miast przywozili do tych uczt kobiety, 
jeździli na koniach, w karetach, poczwórnymi cugami. Gintowt stary chodził tylko po 
dziedzińcu z kańczugiem za pasem, wąsami ruszał i mruczał. Aż jednego dnia złapał mojego 
Francuza statystę152 w jakiejś szkodzie czy na innym jakimś uczynku i sypnął mu z jakie sto 
kańczugów na progu. Drugiego dnia Niemcowi dał pięścią w gębę i wytargał jak psa za uszy. 
Trzeciego dnia Włocha zamknął do lochu o chlebie i wodzie. Czwartego dnia Hiszpan, 
obawiając się zapewne losu swoich kolegów, nocą sam uciekł. Ale piątego dnia rano 
znaleziono Gintowta nieżywego w łóżku. Po Gintowcie drugi Francuz rząd objął w zamku. 
Po kilku miesiącach objął administrację majątku. W rok potem zawiózł mnie do Paryża, sam 
dojeżdżał do dóbr moich, ale mnie przez trzy lata trzymał 
bez przerwy w Paryżu. Miałem już 
lat szesnaście. Nauczyłem się też był 
czegokolwiek, bo mnie Francuz dobrze pilnował i 
złotem płacił nauczycieli. 'Jednak umiałem się im wykradać, aby wybiec do miasta; Francuza nawet oszukiwać umiałem, gdy mi było potrzeba nie nocować u siebie. Wziął mnie potem 
Francuz do Anglii i trzymał rok cały w Londynie. Tam odprawiłem pierwszy mój pojedynek i 
bardzo mi to posłużyło. Zabiwszy bowiem mego adwersarza na miejscu, poczułem się, że i 
jam jest człowiek i także coś mogę; jakoż i bić się nauczyłem na przyszłość. Po roku pobytu 
mego w Anglii Francuz, który zawsze miał przemożny wpływ na mnie i po prostu trzymał 
mnie za łeb, wywiózł mnie do Italii. Hej! tam to życie! Od firmamentu począwszy aż do 
owych suterenów, w których nieraz umówione miewałem schadzki, wszystko mi było rajem, 
wszystko mlekiem i miodem. Krótko mówiąc, żyłem jak nikt lepiej, nikt przyjemniej, nikt 
żwawiej na świecie. Żyłem każdym nerwem, każdym organem ciała i duszy, każdym 
oddechem. Ale po trzech latach — miałem już dosyć. Świat zewnętrzny mnie znudził. Jednego 
wieczora, mając wychodzić dla zejścia się z najpiękniejszą kobietą Florencji, przyszła mi 
myśl nie pójść. Drugiego wieczora zapytałem się siebie: co też jest we mnie? po co żyję na 
świecie? — Trzeciego wieczora: czym jest świat? czym ja w nim jestem? czy też 
ja nie mam 
jakich obowiązków dla niego? czy nie godziłoby się 
tym ludziom, którzy mnie tak pieszczą i 
tak mi dogadzają, coś dać za to od siebie? — Czwartego dnia wpadło mi na myśl, że będąc w 
Anglii, widziałem samych Anglików, we Francji Francuzów, we Włoszech Włochów: 
dlaczegóż ja, Polak, siedzę we Włoszech, a nie w mojej ojczyźnie, w Polsce? — U innych 
ludzi moment takiego zastanowienia się nad sobą bywa zwyczajnie przejściem na dobrą 
drogę, u mnie stał się on dopiero przejściem do złego; a zresztą!... bo diabeł wie zresztą, co 
jest złe, a co dobre na świecie! ale gdzież tam, i diabeł sam tego nie wie! Krótko mówiąc, 
zastanowiłem się 
jeszcze nad sobą i znalazłem najpierw to, że całkiem już nie umiałem po 
polsku, bo myśli mi się nawet układały wgłowie takim językiem, w jakim kraju bawiłem; a 
po wtóre, żem był cale inny jak wszyscy ludzie. W Anglii, we Francji, we Włoszech, gdzie 
ich tylko widziałem, każdy z nich coś umiał, każdy czymś się zatrudniał; ja nic nie umiałem i 
do niczego nie byłem sposobny; na koniec pomyślałem: cóż będę robił w Polsce? Francuz mi 
powiadał, że tam nie masz ani miast wielkich, ani zabaw publicznych, ani karnawału, ani 
morza; że tam kraj barbarzyński, zimny, wietrzny, ludzie mieszkają w chałupach, dzikie 
bestie chodzą po drogach; 
powiadał mi, że tam kobiety brzydkie i brudne, nie masz wina ani muzyki, ani śpiewu, ani 
zgoła niczego, co jest we Francji i Włoszech. Przecie mi serce uderzyło do Polski. Całą noc 
spać nie mogłem i tylko o niej myślałem, a na drugi dzień rano wypowiedziałem służbę 
Francuzowi. Zrazu Francuz ofuknął się na mnie i powiedział, że na podróż do domu nie może 
mi w żaden sposób zezwolić, ale kiedym mu dziesięć razy mocniej odfuknął i krzyknął w 
oczy, że ja pan, a on sługa! — umilkł i wziął się do argumentów. Jaką ty bronią, taką i ja; ty 
grzecznie i ja grzecznie, ale kiedy mi na koniec zadał kwestię, co będę robił w Polsce i z 
czego tam żyć będę? — wyrzuciłem go za drzwi. W godzinę potem pocztowe konie niosły 
mnie już do Polski. 
Przyjechawszy do domu, doprawdy nie wiedziałem, co począć. Najpierw trudno mi się 
było z kimkolwiek rozmówić. Po wtóre nie znałem się ani weź na administracji, ani na 
gospodarstwie. Gintowt stary był 
w grobie, a drugiego Gintowta nie było. Zamek stał jeszcze, 
ale jedna połowa rozsypała się w gruzy i chwastami zarosła; w drugiej wilgoćściany pojadła, 
sprzęty pozabierano, piece porozwalano, z okien szyby, z posadzek powydzierano kamienie. 
W kilku wsiach gospodarstwa żadnego nie było, role stały odłogiem, na łąkach cudze bydło 
się pasło; inne folwarki były w dzierżawach albo zastawach, ale anim się mógł dowiedzieć, 
kto je powypuszczał, kto tenuty153 odbierał. Nie mogąc sobie atoli sam dać w tym radę, 
znalazłem sobie jakiegoś Gintowta, który za zapłatą podjął się wszystko przyprowadzić do 
ładu. Więc on gospodarstwo, ja zaś zamek wziąłem pod moją opiekę. Do roku byliśmy 
obadwa gotowi; ja połowę zamku zostawiłem w ruinie, tylko ją więcej bluszczem, różami i inną krzewiną obsadzić kazałem; drugą zaś wyrestaurowałem niewiele zewnątrz, ale 
wewnątrz jak tylko można było najpyszniej, sprowadzając do tego wszelki materiał z Niemiec 
i Francji. On zaś pokończył rachunki i także ta sama ewidencja pokazała się u niego, co u 
mnie: połowa majątku pozostała w ruinie. Półtora miliona długu wpakował mi Francuz na 
dobra! wszystko, przez dzierżawne i zastawne kontrakty, które na lat kilkanaście w różnych 
czasach porobił i na które naprzód pozabierał pieniądze. Był to ciężar niemały i rzecz dla 
mnie nieznośna. Postanowiłem kark temu ukręcić. Przez mojego Gintowta udałem się z tym 
do sądów. Nic nie pomogło — głupszych sędziów nie widziałem na świecie — wszystkie 
procesa przegrałem. Gintowt poradził pojechać do Warszawy i udać się z tym do króla. 
Pojechałem, prezentowałem się panu. August III był wtedy na tronie. Przyjął mnie grzecznie, 
uprzejmie jak wszyscy królowie na całym świecie. Mówił ze mną po niemiecku, chwalił moją 
układność, obyczaje, wymowę, kazał mi bywać na pokojach, zaprosił do swego towarzystwa 
strzeleckiego, które codziennie przez cały miesiąc maj od godziny czwartej do szóstej po 
południu odbywało swoje ćwiczenia; kazał się rozpatrywać w krajowych sprawach 
publicznych, obiecał powołać kiedyś do jakiegoś urzędu, ale na moich dzierżawców nie dał 
mi żadnej rady. Jednak ja sobie sam poradziłem. Zaciągnąłem jeszcze milion długu i 
powróciłem do domu. Zaraz też dwór urządziłem inaczej. Wziąłem trochę szlachty drobnej na 
kuchnię i lafę i uzbroiłem sobie pięćdziesiąt kozaków jak diabłów. Z tą szlachtą i kozakami 
przyjechałem do każdego dzierżawcy lub zastawnika i pytałem: — Na ile lat masz kontrakt? ile 
lat trzymasz? ile lat ci pozostaje? — to wyrozumiawszy, mówiłem: — Tyle a tyle ci się jeszcze 
należy, tu masz, ruszaj do licha. — Był taki, co wziął pieniądze i poszedł; który zaś nie chciał i 
malował sobie jakieś pretensje, tego za łeb, na wóz z żoną, z dziećmi, z bagażami i kozacy 
odstawili go za granicę dóbr moich. Było pisku i krzyku dosyć, jednego nawet, który się 
porwał na mnie, powiesić kazałem na wierzbie, dwaj dostali po sto bizunów, ale też do dwóch 
tygodni ani jednego dzierżawcy nie miałem. Wkrótce wydano mi kilka procesów, zaczęły mi 
się palić dworki po folwarkach. Procesa powygrywałem, bo już umiałem sobie z tym dać 
radę, a palić mnie także przestali, bom trzech włóczęgów, którychem nocą, na czele moich 
kozaków patrolując, na moich gruntach połapał, przy rozstajnych drogach popowieszał. Te 
atoli nocne i dzienne wycieczki moje, jakoż i owe doraźne egzekucje zwróciły na mnie uwagę 
sąsiadów moich. 
Różne wieści porozchodziły się o mnie, niestworzone rzeczy bajano; 
najpowszechniej atoli utrzymywano, żem diabłu duszę zapisał albo żem zgoła sam diabeł 
in persona, i to diabeł wenecki; a poszło to zdaje mi się stąd, żem się z włoska ubierał i we 
włoskich sukniach na koniu po okolicy jeździł, kozakami dowodząc. 
Takie życie czynne i ruchliwe, zatrudnianie się administracją i nadzorowanie gospodarstwa 
całkiem inaczej mnie usposobiły: podróże moje i wszystkie zagraniczne praktyki jak sen 
przeminęły, zacząłem myśleć nad sobą, nad ludźmi, nad światem. Późnymi wieczorami, kiedy 
już wszystko ucichło dokoła, wychodziłem na wierzch ruin powalonej połowy zamku, tam 
przy narożnej a ocalonej od zniszczenia galerii na głazie siadywałem i słuchałem wołania 
sowy i głośnego śmiechu puszczyka — i to mnie bardzo bawiło. Różne myśli mi wtedy 
przychodziły do głowy, a wszystkie opierały się na tym, czym jestem, i szły tam, czym bym 
ja też mógł zostać na świecie. Widziałem króla w Warszawie i to mi się bardzo podobało. Ma 
on wojsko, może się bić, kiedy mu się podoba, kraje zdobywać, ludzi gubić albo z prochu 
podnosić — czemuż ja bym nie miał być królem? ale jak by to zrobić? Trzeba by kraj jaki 
zdobyć i opanować. Odtąd przez kilka dni wertowałem mapy i szukałem na nich jakiego 
kraju, który by. mnie się podobał. — Później przyszła mi myśl, że na co mnie szukać kraju 
gdzieś 
daleko, kiedy kraj jest koło mnie? Zbiorę sobie trzysta lub więcej kozaków, wezmę 
drugie tyle szlachty na jurgielt154 i wieś po wsi będę poty najeżdżał i zabierał, póki sobie całego kraju nie zrobię. Wszakże to wszystko jedno, czy cudze kraje, czy prowincje, czy 
wioski najeżdżać? Później mi przyszło na myśl, że na co mnie szukać nowych sposobów 
zabierania wsi, kiedy mam jeden gotowy? Jakim przyszedłem do tych, które mam teraz, takim 
przyjdę do innych. I długo, bardzo długo myślałem, jakim to ja sposobem przyszedłem do 
tego, który mam teraz, majątku, aż nareszcie przypomniałem sobie, że to ja miałem kiedyś 
ojca... Wtedy dopiero przyszły na myśl wszystkie chwile w domu rodzicielskim spędzone... 
przypomniały mi się owe sumy hiszpańskie, pana Wita pretensje, choroba, śmierć mego ojca, 
jego słowa ostatnie... I dlaczegóż to mi zakazywał ojciec żenić się z córką pana Wita? Pan 
Wit musi być bardzo tęgi człowiek, kiedy tak tęgi pokazał charakter, warto go poznać. Jego 
córka może być także cale niepospolita panienka — i dlaczegóż bym ja się nie miał z nią 
ożenić, kiedy by mnie się podobała? Zakaz to jest ciężar i rzecz nieznośna. Aż mi się duszno 
zrobiło na samą myśl tę, że mam jakiś zakaz na karku. Wsiadłem więc zaraz na koń i 
pojechałem do pana Wita. 
Pan Wit mieszkał 
o dwie mile ode mnie — za godzinę tam byłem. Wszedłem do dworku, 
zastałem go siedzącego na zydlu i szlifującego szabelkę. Był to starzec już siwy, miał lat 
siedemdziesiąt. Kiedym wszedł do izby, wstał do mnie i spytał: — Kto waszmość jesteś? — 
Ja?... ja jestem Piotrowicz, jakiś krewny waszmości; przyjechałem tutaj, żeby was poznać. A 
gdzie córka waszmości? — A cóż tobie do mojej córki! — zawołał stary — ruszaj precz, ty 
diable wenecki; czego mącisz spokój mojego domu? — Na to roześmiałem się jemu w oczy; 
bo mnie zabawiła ta poufałość 
chudego szlachcica ze mną, co mi się jeszcze nie trafiło, odkąd 
powróciłem do Polski; więc poklepałem go po ramieniu i rzekłem: –No, no, nie gniewaj się 
na mnie, mój staruszku, a pokaż córkę twoją. — Jeszczem tych słów nie skończył, kiedy jakąś 
piorunową siłą wyrzucony, ujrzałem się nagle za drzwiami. Taki niespodziewany obrót 
sprawy i mojej osoby cale mnie skonfundował. Stałem w sieni i nie wiedziałem, co robić. 
Wielką miałem ochotę przywołać kozaków i szlachcica powiesić. Alem się jeszcze namyślał. 
Wtem z bocznych drzwiczek wyglądnęła do mnie twarz jakiejś prześlicznej panienki. Twarz 
ściągła, cera porcelanowa, oczy prześliczne, rzęsy cudowne, włos ciemny, długi, szklący jak 
heban. Domyślałem się, że to jest córka pana Wita. — Pani! — rzekłem tedy, zwracając się do 
niej — otóż 
jaka kontuzja spotkała mnie tu dla pani. — Dla mnie? — spytała ona — a toż jakim 
sposobem? — Przyjechałem tutaj, aby upaść do nóg stryjowi jegomości i pannie, i z wszelką 
atencją starać się o jej przyjaźń dla mnie, a tymczasem pan stryj zagniewany. — Ej! to być nie 
może!– odpowiedziała z żalem panienka; ale w tymże momencie coś się ruszyło w tym 
pokoju, w którym był ojciec. Kto raz zadrżał 
ze strachu, dla tego już nie ma ratunku; prędzej 
zginie ze strachu, niż się 
na jeden krok odważny zdobędzie. Na sam szmer już uciekłem, 
dopadłem konia i popędziłem do domu. Było to pierwsze tchórzostwo w moim życiu, ale też 
mam nadzieję, że i ostatnie. Jeżelibym jeszcze raz kiedy zląkł się w jakim terminie 
stanowczym, to już mnie diabeł weźmie z kretesem. Bo to ja z ludźmi nie żartowałem i 
myślę, że oni ze mnążartować nie będą. 
Powróciwszy do domu, już o niczym nie myślałem, tylko o tej prześlicznej panience. 
Diabeł zaczął palić 
we mnie, poprzysiągłem sobie, choćby za cenę połowy życia, dostać ją 
koniecznie. Dnie i noce myślałem nad tym i li tylko nad tym. Zesmutniałem, umilkłem. 
Miałem wprawdzie środek prosty pod ręką: napaść na dom szlachcica, jego zabić, a córkę 
zabrać do domu. Ale ja chciałem, żeby mnie ta dziewczyna kochała; w takim zaś wypadku 
mogłaby mnie znienawidzić, bo to kobiety kapryśne. Więc jeszcze myślałem. Postrzegł 
Gintowt tę zmianę we mnie. Przyszedł, pytał, co mi jest, czemum taki smutny, tak 
zamyślony? Powiedziałem. Tedy on na to: — Panie! na cóż to tego? na co tu gwałtów, 
napadów, wiolencji?155 na co się narażać 
na grzywny i wieżę, jeżeli nie na stracenie szyi, 
kiedy oni sami panu z pocałowaniem ręki dadzą tę pannę? Tylko to trzeba robić 
rozumnie i z 
wolna. — Zróbże to — rzekłem Gintowtowi — dostaniesz folwark w dożywocie. — I co mógł, zrobił w rzeczy ten Gintowt. Pojechał on najpierw na jakiś odpust czy jarmark, tam się 
zeszedł 
z panem Witem i przy lampie wina czy miodu gadu, gadu z nim o pszenicy i życie. 
Drugi raz już o gospodarstwie, więc o moich folwarkach, o doskonałym w nim rządzie i o 
wielkich z nich intratach. Trzeci raz o mojej osobie, jako ktoś przez zazdrość najgłupsze 
plotki puszcza w kurs o mnie, jako w tym wszystkim nie masz prawdy ani joty, jakom ja jest 
człowiek najlepszy i rozumny, i gładki, i jako najgorętszym mojego serca życzeniem byłoby 
stateczną z panem stryjem znajomość zabrać, i w ten jedyny sposób, jaki jeszcze pozostał, 
trafić, aby dawne familijne nieporozumienia zatrzeć i na wieki zagładzić. Czwarty raz 
szlachcic już Gintowta zaprosił do siebie — a za kilka tygodni powiedział mu otwarcie: — 
Niechże pan Ignacy przyjedzie do mnie; obaczę go bliżej, poznamy się, a z czasem to się to 
może i zrobi. 
Tedy za radą Gintowta przebrałem się w kontusz i żupan, który na mnie ciężył i gniótł 
mnie jak pancerz; wlazłem w hajdawery takie wielkie, żebym mieszkać mógł był 
w nich i 
podzielić 
je na pokoje; włożyłem czapkę futrzaną na głowę, uzbroiłem się w cierpliwość i 
pokorę, wsiadłem na koń i pojechałem do pana Wita. Wszedłszy do izby, stanąłem przy 
drzwiach i pokłoniwszy się panu stryjowi do kolan, przepraszałem za to, że obyczajami 
zagranicznymi zepsuty, za moją pierwszą bytnością u niego nie umiałem się znaleźć, tak jak 
na przyzwoitego młodzieńca w kraju przystało. Pan Wit się na mnie popatrzył, rozparł się w 
boki, nadął się jak pęcherz i powiedział 
mi srogie kazanie. Ale ja już byłem najpokomiejszym 
sługą 
stryjaszka dobrodzieja. Przyszła panna, zarumieniła się, niewiele mówiła, ale była 
śliczna jak anioł. Bawiłem się tam przez dwie godzin i musiałem się nieźle sprawować, bo 
stryjaszek dobrodziej rzekł mi przy pożegnaniu: — Widzisz waść, mosanie! i ja umiem po 
francusku i po niemiecku, umiem po łacinie, czego ty nie umiesz, mam to samo nazwisko i 
ten klejnot, co ty, i fortuna moja mi tak dobrze, a może jeszcze lepiej wystarcza, jak tobie; 
mam nadto jeszcze siwiznę i niemałe zasługi w swoim, ba, i w obcych krajach, czego ty nie 
masz i może zgoła nigdy mieć nie będziesz — a przecie ludźmi uczciwymi nie pomiatam i 
znam respekt dla starszych!– To rzekłszy, pożegnał mnie. 
Odtąd bywałem tam często, prawie dwa razy na tydzień. A trzeba wam wiedzieć, że ja 
dotychczas nigdzie nie bywałem i z nikim nie żyłem; wieść więc o moim bywaniu u pana 
Wita runęła piorunem na okolicę; powiedziano, że konkuruję o jego córkę, że się jużżenię. 
To mnie gniewało. Postanowiłem koniec położyć tym plotkom. A ponieważ uważałem, że mi 
panna nie krzywa, jako że i pan Wit dosyć skłoniony ku mnie, więc kazałem sześć koni 
założyć do karety, wziąłem Gintowta i dwudziestu kozaków ze sobą i pojechałem z 
przedsięwzięciem zrobienia deklaracji i wzięcia ślubu natychmiast. Kiedym wszedł do izby, 
pyta mnie stary: — Dlaczegóż waść tak paradnie? — Ponieważ ja nie umiałem jeszcze dobrze 
po polsku ani się znałem na dziwnie pięknych retoryki polskiej figurach, więc Gintowt, 
począwszy od tego, jak Pan Bóg rodzaj ludzki w arce Noego od potopu wybawił, uciął mowę 
sążniste i skończył na tym, że ja proszę o rękę pana Wita córeczki. Pan Wit tego pięknie 
wysłuchał, wąs poprawił, czuprynę pogładził, lewą rękę za pas włożył a prawą, gestykulując 
do mnie i do pana Gintowta, odciął znowu kubek w kubek takuteńką orację i ani jednego 
słowa nie został mi dłużen. Bardzo to ładny obyczaj. Treść atoli tej mowy była taka, że lubo 
on wcale nie miałby nic przeciw temu mariażowi, i owszem, widzi w nim palec Boży, który 
zagładzą familijne krzywdy i niezgody, jednakże za mało jeszcze zna kawalera, żeby mógł 
dziecko swoje powierzyć. Niech kawaler prócz panem stara się być także sąsiadem i 
obywatelem, niechaj mnie słucha, niech mi się aplikuje156, niechaj bywa w moim domu, aby 
się dzieci przyzwyczaiły do siebie, to się to może z czasem i zrobi.– Pan Gintowt wyraził 
panu stryjowi moją niecierpliwość, moją bytność 
u króla, jego łaski i tak dalej, ale pan stryj odpowiedział na to, że od jego dekretu nie ma żadnej apelacji, bo on jest sam grodem i 
ziemstwem, i trybunałem, i królem w tej sprawie. 
Kiedyśmy odjeżdżali, powiedziałem Gintowtowi: — Ej! co tam będę się dał za nos wodzić 
szlachcicowi! zajazd zrobię i pannę zabiorę. — Gintowt radził cierpliwość i prosił o zwłokę 
jeszcze na kilka miesięcy. Przystałem. Bywałem znów w domu pana Wita. Aplikowałem mu 
się, ale jednakże więcej pannie, która już swojej miłości nie taiła przede mną. I trwało to 
znów kilka miesięcy; pan Wit stawał się coraz nudniejszy, coraz więcej wymagający, począł 
mnie egzaminować 
o moje interesa, o gospodarstwo, o inne sprawy, począł dawać rady 
swoje, ba! dyspozycje... a ja się ciągle aplikowałem. Ale na koniec i sam diabeł utraci 
cierpliwość! Jednego wieczora wypaliłem mu taką replikę, że szlachcic zgłupiał z kretesem. — 
Bunt, mospanie! bunt przeciwko mnie podnosisz!– zawołał on do mnie– tą rażą daruję, ale na 
drugi raz... to pamiętaj! — Na drugi raz ja już buntu nie podnosiłem, ale stała się rzecz taka. 
Kiedym tam przyjeżdżał, bywało zwykle, żem najpierw ze starym rozmawiał z jaką godzinę, 
potem zaś szedłem do panny i siedziałem tam do wieczora. Stary wtedy czytywał gazetę albo 
do gospodarstwa wychodził i do córki prawie nigdy nie zaglądał, bo tam była jakaś 
szlachcianka, która sprawowała urząd ochmistrzyni i posiadała zupełne zaufanie u niego. 
Ochmistrzyni atoli, co nie zrobiła za dukata, to zrobiła za dwa, co nie za dwa, to za dziesięć, 
co nie za dziesięć, to za sto, dosyćże nigdy tam nie było ochmistrzyni. Otóż jednego dnia 
siedzę ja na kanapie i trzymając pannę na kolanach, w twarz ją całuję, ale jakem Piotrowicz, 
tak nie w żadnej złej myśli, tylko tak dla zabawki; wtem wchodzi stary. Panna struchlała na 
miejscu, ale jam się roześmiał w głos. Nie za całowanie, ale za śmiech ten, stary zrobił scenę 
gwałtowną. Kpał mnie jak żaka, jak szewca, jak hultaja na koniec. Tego już było mi nadto. 
Rzuciłem się na niego, chciałem go porwać, związać, wziąć 
w jasyr do siebie i dopiero 
traktować o wykupno albo zamianę jeńca, ale zwinny szlachcic odskoczył 
i w tym momencie 
taki mi wyciął policzek, żem upadł na ziemię. Zebrawszy się, chciałem porwać za broń, ale 
nie miałem pałasza przy boku. W tejże chwili otworzyły się drzwi z łoskotem i wpadło kilku 
drągalów do izby. — A to co będzie? — zawołałem z wściekłością do starca. — Dostaniesz sto 
bizunów! — zawołał tenże. — Mości panie! — krzyknąłem — taki to sposób wetowania krzywdy 
u polskiego szlachcica! takie poszanowanie gościnności w tym kraju! — A ty, jakże 
gościnność szanujesz! — odrzyknął starzec — ruszajże sobie do milion diabłów i niech tu noga 
twoja więcej nie postoi, bo nie sto bizunów ci dać, ale powiesić cię każę na suchej wierzbie! — 
Ja przecież nie dowierzałem tej kapitulacji, tylko czym prędzej obróciwszy się twarzą do 
okna, skoczyłem przez nie w ogródek, z ogródka pod bramę, gdzie mój koń stał przy 
kozaku... i uciekłem do domu. I z tego zrobiła się plotka, bo ci drągale powiedzieli, żem nie 
skoczył przez okno, tylko w kąt izby, tam w myszą dziurę wpadłem, z której za mną tylko 
kłęb dymu ze smoły i siarki wyleciał i rozszedł się po izbie... i cała okolica uwierzyła tej 
baśni! 
Wróciwszy do zamku, nie było już 
dla mnie ani snu, ani nocy, ani jadła, ani napoju. 
Wszystko się gotowało we mnie, drżałem, trząsłem się cały. Duma obrażona warczała we 
mnie jak pies rozdrażniony, złość się pieniła, miłość się wzmogła i targała całym wnętrzem 
mej duszy. Postanowiłem mścić się 
na starcu, mścić piekielnie i do śmierci; postanowiłem 
pannę zabrać, posiąść, zadośćuczynić mym żądzom i przez córkę mścić się jeszcze na ojcu. 
Jednakże w tym delirium gorączki, żądz, zemsty, złości miałem chwile, w których cichy, nie 
znany mi dotąd, spokojny głos serca odzywał się we mnie. Chciałem wtedy upaść do nóg 
obrażonemu i rozgniewanemu starcowi, pokornie prosić o rękę panny, ożenić się z nią, 
pogasić 
w sobie wszelkie gwałtowne ognie, poprzytłumiać szaleństwa, osiąść w domu, oddać 
się pracy, służbie jakiej dla kraju i stać się takim człowiekiem, jak inni, jak wszyscy. Był to 
glos, który dawał jawne świadectwo słabości ducha mojego, był mi przeto nudny, nieznośny, 
ale zarazem tyle silny jeszcze, że pomimo wszystkich planów moich ukartowanej już zemsty, 
musiałem przynajmniej spróbować jemu zadośćuczynić. 
W tym celu i duchu napisałem list do pana Wita i odesłałem go przez dworzanina. Pan Wit 
list odebrał, potem ławę kazał położyć na ziemi, dworzanina na ławę, list na dworzaninie, a na 
liście odpisał wymowną stoma bizunami odpowiedź. 
Po odebraniu tej odpowiedzi w jednym okamgnieniu już byłem na koniu i na czele 
uzbrojonych pięćdziesięciu kozaków. O zachodzie słońca popędziłem do wsi pana Wita. 
Kozaków zostawiwszy 
opodal, sam podjechałem o kilkadziesiąt kroków pod bramę. Trząsłem się cały, 
wnętrzności darły się we mnie, paliło mi się w mózgu, iskry z dymem wylatywały mi z gęby i 
nozdrzów. Czułem, że diabeł z całą swoją mocą był we mnie. Gdybym był zaraz uderzył, 
byłbym mur chiński w gruzy powalił, ale ja chciałem dwór jeszcze obaczyć, jego gładkim 
widokiem się jeszcze rozjątrzyć, abym tym silniej i zapalczywiej uderzył 
i tym większą potem 
miał radość, patrząc na jego ruinę. Patrzałem więc. I z szatańskim w mej duszy uśmiechem 
patrzałem na ów dworek drewniany, jak śnieg bieluteńki, z równie białym ganeczkiem o 
czterech słupach, na którego czole przybita była Matka Boska Ostrobramska, która ze łzami w 
oczach i z uśmiechem na licu patrzała na zielony, przed gankiem wyciągnięty dziedziniec, na 
którym w środku trzy lipy stały z darniowymi ławkami i kamiennym stolikiem pomiędzy 
sobą. Na dziedzińcu igrały dworskie dzieci ziarnem, którego dość tam było, a gołębie, siedząc 
trzema wieńcami na lipach, zlatywały na dzieci i pokarmiwszy się z rąk ich pszenicą, nazad 
podlatywały, siadając każdy na swoje miejsce, aby się wieniec który nie rozerwał. Bzy kwitły 
natenczas i głogi się rozwijały, przechylając się kwieciem swoim przez płoty, którymi był 
ogrodzony dziedziniec; trzódki wracały z pola i dzwoniły z daleka, fletnia się odzywała zza 
lasu, powietrze pełne woni cudownej rozścielało się dookoła, a słońce, chowając się za góry, 
ostatnie promienie swoje posyłało na lipy, na dwór i dziedziniec. Cha, cha, cha! jak to pięknie 
było! istna bukolika157!... Stałem na koniu, za krzakami bzu i iwiny158 schowany, i patrzyłem, 
i cieszyłem się, że tu jest tyle szczęścia, tyle spokoju, tyle niewinnej piękności... i szatan 
cieszył się we mnie, że to wszystko jest w moim ręku, że nad tym wszystkim wisi zemsta 
moja i że za chwilę z tego wszystkiego nie będzie tylko to, co ja zechcę... kropla krwi i garść 
popiołu!... Kiedy tak myślę i różne ognie warzą się w mojej głowie i sercu i kiedy już tylko co 
mam uderzyć, dał się słyszeć dzwonek z niedalekiego kościółka, wołający na Anioł Pański. 
Zaśmiałem się. Zdawało mi się bowiem, jakby który z moich kozaków zakradł się do 
dzwonnicy i sygnaturkę dla konających poruszył. Niebawem jednak ruch się zrobił we 
dworku, ruch niewielki w dziedzińcu. Gromadka ludzi różnej płci i różnego wieku, pomiędzy 
nią dzieci nawet, a na ich czele pan Wit z córeczką, wyszła w dziedziniec i uklęknąwszy 
przed gankiem i obrazem, poczęła się modlić z wielką pokorą. Na ten widok coś mnie 
zapiekło w sercu, mróz poszedł po ciele. Oniemiałem, ręce i nogi poczęły mi drętwieć, 
namiętności kładły się jedna po drugiej. A kiedy drugi raz tenże sam dzwonek się odezwał, 
mimowolnie skręciłem koniem i w milczeniu odjechałem ku moim kozakom. Milcząc, ze 
spuszczoną głową i nie wiem o czym myślącą, przejechałem pomimo nich i puściłem się 
stępa drogą ku zamkowi wiodącą. Nie wiem, jak długo tak zamyślony jechałem, jednakże 
wkrótce coś mnie znowu piknęło, obudziłem się i zaśmiałem się sobie w oczy i ze siebie. 
Potem wpakowałem koniowi ostrogę, zmieniłem front i kopnąłem się całym pędem na powrót 
do pana Wita. Z całą bandą moją stanąłem przed bramą. Teraz już wszystko wyglądało 
inaczej... był już wieczór natenczas... słońce już zaszło było... ziemia siniała... księżyc 
wyszedł na niebo i w lisią czapkę zawinięty, wróżyłświętojankę... czeladka wszystka już 
spała... okna były pootwierane w dworku... cisza była jak na cmentarzu. Popatrzyłem jeszcze 
raz na ten dworek i szepnąwszy kozakom: — Starca i pannężywcem na koń i do zamku! — 
uderzyłem i obskoczyłem dom cały. Co się tam gdzie działo po innych stronach, tego nie 
wiem; jam skoczył do pokoju, w którym spała panna. Znalazłem ją rozebraną, przestraszoną, klęczącą na łóżku ze złożonymi rękami. Kiedym wpadł do drzwi, całkiem czarno ubrany i z 
ogromnym czarnym piórem u kapelusza, nie wiem, czy mnie poznała, czy nie, ale krzyknęła, 
padła i omdlała. Wtedy porwałem ją wpół, wskoczyłem na koń i popędziłem do zamku. W 
godzinę byłem już w domu. Panna moja przyszła do zmysłów, drżała jeszcze od strachu i 
przerażenia i długo milczała. Jednak w kilka godzin przemówiła, uspokoiła się trochę, 
dopytywała się o ojca, modliła się 
wiele i ustawicznie. Po północy kozactwo moje wróciło. 
Zapewniali mnie wszyscy, że żaden z nich ojca ani widział 
na oko i że krom trochę rabunku, 
nic się nikomu nie stało złego. To pannę uspokoiło jeszcze więcej, jednak nie mogła się ani 
patrzeć 
na mnie; o dawnej miłości swojej milczała, ciągle się troskała o ojca, ciągle jeszcze 
modliła. Ja ją wszelkimi sposobami pocieszałem i uspokajałem, przyrzekałem, że wszystko 
dla niej i jej ojca uczynię, że ją zrobię samowładną i nieograniczoną panią nad zamkiem, nad 
majątkiem moim, nade mną samym, i byłbym tego niezawodnie dotrzymał, bo krom niej nie 
było już nic innego w całym sercu i duszy mojej. Ona mnie słuchała, wierzyła i nie 
dowierzała, i śród oddawanych mi pieszczot nieraz wzdrygała się przede mną. Jam zapomniał 
o świecie całym i od stóp do głów stałem się cały miłością. 
Tak trwało dni kilkanaście. Śród nich atoli z przyczyny tego wypadku taki się rumor zrobił 
pomiędzy szlachtą okoliczną, że kilku dworzan moich, których dla szpiegostwa wyprawiłem 
w sąsiedztwa, coraz więcej zatrważające przywozili mi wieści. Szlachta się burzyła, 
odkazywała, psy na mnie wieszała, zbierała się 
i nad czymś radziła. Powiadano, że pan Wit 
chodzi od dworku do dworku, od zaścianku do zaścianku, że błaga, prosi, zaklina, beczki z 
winem i miodem stawia po miejscach publicznych i krucjatę na mnie zbiera. Jednego 
wieczora nawet dano mi znać, że już zamierzają napaść na zamek; 
postawiłem załogę pod bronią, sam całą noc czuwałem, ale nic nie było. Dnia następnego 
Gintowt, który przez cały ten czas milczał, przyszedł do mnie i żądał rozmowy na osobności. 
Kiedyśmy byli sami, rzekł 
mi: — Pan popełniłeś zbrodnię, vim publicam, crimen159 . 
Przyszedłem tedy ostrzec pana, iżbyś rzecz tę w dobry sposób zakończył i przebłagać się 
starał słusznie zagniewanego ojca, a ostrzegam pana nie tylko dlatego, że sprawka ta gardłem 
pachnie, ale i dlatego, że jeśli pan się w niej w jak najkrótszym czasie nie oczyścisz, to ani 
jeden uczciwy człowiek nie zostanie na pańskim dworze. — Ja Gintowta za takie gadanie 
wyrzuciłem za drzwi, ale pomimo to słowa jego dobrze mi uwięzły w pamięci. Jakoż tego 
wieczora, znudzony jeszcze naleganiami panny, abym jej ojca jeżeli nie przywiózł do zamku, 
to przynajmniej odszukał koniecznie, i zachęcony jej obietnicami, że w takim razie uspokoi 
się całkiem i moją zostanie na wieki, wziąwszy kilku kozaków ze sobą, wyjechałem do 
dworku pana Wita. Dworek był, ale pana Wita nie było. Pytałem tam, pytałem wszędzie po 
drodze, nikt mi nic nie odpowiadał. Późnym wieczorem powróciłem do domu... i cóż 
powiecie na to? 
Wjeżdżam do zamku i już na samym wstępie uderza mnie to, że jakaś niezwyczajna cisza 
w dziedzińcu. Pytam, wołam, nigdzie nie masz nikogo. Z bijącym sercem i trzęsącymi od 
złości wargami zeskakuję z konia, wpadam do zamku, przebiegam wszystkie pokoje... nigdzie 
żywej istoty. Cisza, milczenie, pustka, jakby tu dżuma dopiero była i wszyscy na nią wymarli. 
Nie może mi się pomieścić w głowie, co to jest, jestem jak głupi, jak zaczarowany, snem. mi 
się 
to wszystko wydaje. Wypadam na dziedziniec, przebiegam wszystkie kąty, wszystkie 
oficyny, gumna, stodoły, ogród, piwnice, ruiny... wszędzie taż sama cisza, taż sama głuchota i 
nigdzie ani żywej duszy. Kozacy, którzy jeździli ze mną na tę wycieczkę, powrócili i także 
nie mniej zdziwieni poglądają po sobie, lecz milczą. W wściekłości prawie rzuciłem się na 
nich, pytając, co to? Długo nic nie mówili, aż kiedym jednemu pistolet wymierzył do piersi, 
zawołał: — Powiem, panie. — Mówże! — krzyknąłem. — Pewnie pan Gintowt wykradł pannę — 
mówił kozak — i trochę kozaków zabrał z sobą, bo już od kilku dni nas burzył. — Gintowt? — krzyknąłem z wściekłością– o! poczekajże, wraży synu! kruki się twoim ścierwem napasą!... 
— Ido północy rzecz się wyjaśniła. Istotnie tak było. Gintowt spisał moich kozaków 
przeciwko mnie i pannę wykradłszy, uciekł. Reszta kozaków i innej służby, która mi wierna 
została, spostrzegłszy, co się stało, wsiadła na koń i popędziła za nimi, ale na próżno. Sto 
szlachty czekało na granicy wsi moich i porwawszy Gintowta z panną pomiędzy siebie, 
stawili czoło zamkowej pogoni. Pogoń ta uderzyła na nich, ale bez skutku; kilku z nich padło 
na miejscu, kilkunastu zaś rannych i reszta zdrowych powróciło po północy do domu i o tym 
wypadku szczegółową mi zdało relację. Takim sposobem tyle usiłowań moich poszło na nic z 
kretesem!... 
Ten cios zadany już ugruntowanej miłości, a nade wszystko dumie i ambicji mojej, 
wzburzył mnie całego i rozburzył na chwilę. Przez kilka dni byłem jak wariat. Dostawałem 
najprawdziwszych napadów furii, wściekłości, diabelstwa. Wtedy wybijałem szyby u okien, 
druzgotałem sprzęty, strzelałem w łby koniom, chciałem nawet siebie zabić na koniec. Za 
odebranie panny mojej i możność pomszczenia się na jej ojcu, na Gintowcie i szlachcie 
okolicznej, za wycięcie w pień owych szlacheckich zaścianków, którzy w największej części 
składali pana Wita krucjatę, byłbym zaraz był dałżycie i duszę diabłu samemu w ręce. 
Wychodziłem w tym celu nocą na wierzch ruin zamkowych, do piwnic, na góry oddalone i 
łyse, do czarownic, do trupiarni, pod szubienice, wołałem go i zaklinałem — ale go nigdzie nie 
było. Przekląłem nareszcie siebie, żem jest tak ubogi i słaby, że sobie sam nie mogę dać rady, 
i upadłszy na ziemię, krew mnie zalała. 
Jak długo leżałem chory, kto mi usługiwał, kto chodził przez ten cały czas koło mnie, nic 
nie wiem; wychorowałem się jednak i w kilka tygodni, lubo jeszcze z łoża powstawać nie 
mogłem, miałem się już o wiele lepiej i byłem całkiem przytomny. 
Wtedy przyjechał 
do mnie jeden ze znakomitej szlachty z Warszawy, którego podczas 
mojej w stolicy bytności poznałem. Szlachcic ten mówił bardzo wiele, zawile i długo, z czego 
jednak to wyrozumieć zdołałem: że wiadomość o mnie i o moich uczynkach rozniosła się po 
całym kraju i doszła do uszu króla, który jest tym oburzony i na przykładne ukaranie mnie 
koniecznie nastaje; że pozew o gwałt publiczny i najechanie domu szlachcica, jako też i o 
owe .dawniejsze moje egzekucje bez sądu, już jest wniesiony; że sprawa ta przez całe 
obywatelstwo gwałtownie na zgubę moją popieraną będzie i że ani włosa nie chybi, tylko 
szyję dać przyjdzie. Jednakże w razie takim, gdybym się przed rozpoczęciem tej sprawy 
zawczasu wynieść chciał za granicę, nie miałbym się czego obawiać — wszystkie trybunały i 
w ogóle całe sądownictwo jest w ręku partii, która ma potężną Familię na swoim czele — 
partia ta zaś nie da mi ani jednego włosa strącić z głowy, jeżeli akces160 do niej uczynię. — 
Tak mówił szlachcie. A wiedziałem, że prawdę mówi, i wiedziałem to, że partia taka, partia 
po prostu Familii w rzeczy istnieje w kraju, że partia ta jest silną. — W toż mi graj! — rzekłem 
sobie. Dałem więc rękę szlachcicowi, że wyjadę — on mnie — że mi ani włos z głowy nie 
spadnie — wydałem jemu plenipotencję do administrowania dóbr moich — i wyjechałem do 
Włoch. Wszystko to uczyniłem w nadziei powetowania krzywd moich — powetowania 
krzywd i wzięcia pomsty nad szlachtą, rozbestwioną 
na mnie niewinnie, i nad owym starcem 
piekielnego umysłu, który jeszcze w dzieńśmierci mojego ojca zaklął fortunę moją, ażeby w 
nią diabeł wlazł i rozniósł ją na cztery wiatry! Ale... do dziś dnia nie dał 
mi Pan Bóg dokonać 
tej sprawiedliwej zemsty mojej — i może... ej! co tam! wy jużśpicie podobno! — zawołał 
Murdelio, przerywając swoje opowiadanie. 
Myśmy nie spali, lecz milczeli. 
— Śpicie już? — spytał on znowu. 
— Ależ dlaczegóż byśmy spać mieli? cale nie śpimy — odpowiedział pan Fredro — ale 
powiadaj dalej. Więc to wtenczas zdybaliśmy się we Włoszech? 
— Wtenczas! — odpowiedział Murdelio — wtenczas! — i wypił kilka szklanek wina od razu. 
— Hej — zawołał 
gospodarz — wina! Kiedy przyniesiono wino, poczęliśmy pić 
de noviter 
repertis161 
, wymyślając różne zdrowia, to takie, to owakie. I ja piłem równo z nimi, ale mi 
jakoś nie smakowało, piłem, ale mogę powiedzieć, że mi każda kropla krwi w gardle stawała, 
kłując mnie jak kość albo piekąc jak ogień. Po chwili Murdelio się znów zaczerwienił i na 
nowo nabrał ferworu; jakoż, podżegnięty przez gospodarza, mówił tak dalej, urywając już 
atoli lada chwila i popijając całymi szklankami. 
— Jakim byłem przez cały pierwszy rok mego pobytu we Włoszech, nie potrzebuję ci tego 
opowiadać. Krwi by się nikt był we mnie nie dorżnął. Drugiego roku dowiedziałem się, że 
panna moja w kilka tygodni po ucieczce ode mnie poszła za mąż za jakiegoś chudego 
szlachcica, stolnika rzeczyckiego, i że w siedm miesięcy po ślubie powiła córeczkę. Jedno 
mnie rozjątrzyło na nowo, drugie pocieszyło cokolwiek. W trzy lata dano mnie znać, że już 
sprawa moja zagładzona zupełnie. Dotrzymano mnie słowa, wróciłem, i ja też dotrzymałem 
mojego. Przystąpiłem do partii Familii i przez lat kilka dobrze się zabawiałem. Zrywać 
sejmiki, pić i agitować ze szlachtą, trząść trybunałami i całym sądownictwem po kraju, cha, 
cha, cha! to przepyszna rozrywka! Ani na wagę złota nigdzie by jej nie można dostać 
podtenczas w całej Europie. Kiedy mnie Londyn i Paryż, i Rzym, i Neapol już aż do czczości 
znudziły swoimi redutami, karnawałami, kobietami, dworami, Polska niespodziewanie 
przygotowała mi taką zabawę. Hulałem sobie tak przez lat pięć z górą. Porobiłem znajomości 
po całym kraju, wielu pozyskałem przyjaciół, niektórym znakomite oddałem usługi, 
niektórym stałem się zgoła niezbędnym. Ale dla moich zamiarów nic nie zrobiłem. Trochę 
szlachcie łbów natargałem, jednego nawet ścięto za moim powodem, ale nic zresztą. Stolnik 
rzeczycki, za którego poszła była moja panienka, mieszkał przez cały ten czas na Wołyniu i 
zapewne tam byli szczęśliwi. Nie chciałem im zresztą przeszkadzać, a lubo mnie piekło nieraz 
we wnętrzu, jednak ciężki już byłem, postarzałem się trochę, na koniec może i sposobności 
do tego nie było, a może mnie jeszcze jakie inne natenczas zajmowały widoki... 
Ale po upływie onych pięciu lat z górą dowiaduję się nagle, że stolnik, zostawiwszy 
jeszcze drugą córeczkę prócz tamtej, umarł na apopleksję podobno. Wiadomość ta zbiła mnie 
z tropu. Odpadła mi chęć do burmistrzowania po sejmikach i zjazdach, odpadła ochota do 
pijatyki i hulanki po dworach, posmutniałem, różne myśli napełniały mi głowę, różne uczucia 
serce; pojechałem do domu, osiadłem na moim zamku i rok tam cały siedziałem. Śród tego 
czasu wielka we mnie zaszła odmiana. Wszystkie namiętności, wszystkie ognie pokładły się 
we mnie. Zapomniałem o zemście nad tym krajem, który mi tyle przyniósł nieszczęścia, nad 
szlachtą, która nie wiedzieć 
za co tak mnie nienawidziła i głównie do wydarcia panny niegdy 
się przyczyniła, nad owym starcem kamiennym, którego przekleństwo ciążyło nade mną. Całą 
duszę moją zajęła teraz spokojna, lecz silna miłość 
dla stolnikowej; zapragnąłem widzieć ją 
koniecznie, jej córkę obaczyć i byłbym oddał wszystko, gdyby ona była oddała mi teraz swoją 
rękę i ze mną zamieszkała do śmierci. Począłem myśleć 
nad tym. W tym celu też niebawem 
kazałem odszukać Gintowta i napisałem list do niego, że mu wszystko zapominam, 
przebaczam, byle przyjechał do mnie i pomógł mi do wstąpienia na dobrą drogę. Gintowt 
odpisał mi, że on by mnie się gołą ręką nie dotknął, a kto się mną opiekował dotąd, niech się 
ten opiekuje i nadal. To mnie zrazu oburzyło, ale po dokładniejszym namyśle jeszcze w 
głębszy pogrążyło smutek i w czarniejszą zgryzotę. I jadły mnie te smutki znów jaki miesiąc. 
Nareszcie postanowiłem, bądź co bądź, jakiś koniec uczynić. Pojechałem na Wołyń. 
Przebrałem się znowu w kontusz i żupan, przybrałem zmyślone nazwisko i zasiadłem u 
znajomego szlachcica, w sąsiedztwie tej wsi, w której stolnikowa z panem Witem mieszkała. 
Intrygami zrobiłem to, że stolnikowa przyjechała do tego domu z wizytą 
— intrygami i to, że 
ją na chwilę zostawiono sam na sam w sali. Wszedłem tam. Była piękną jak anioł, piękniejszą 
może niż dawniej. Ale jak tylko mnie poznała, wydała krzyk okropny i zemdlała. 
de noviter... (łac.) — tu: z powodu nowo otwartych (beczek). 
Otrzeźwiłem ją i uklęknąwszy przed nią, prawie jednym oddechem wypowiedziałem jej 
wszystko, co miałem i mogłem końcem dopięcia mojego zamiaru powiedzieć. Nie uwierzyła 
mi. Ponowiłem zaklęcia, zaostrzyłem przysięgi. Wtedy zmiękła, mówiła ze mną długo, 
przyrzekła o tym mówić z swym ojcem i rozeszliśmy się. Przez cały tydzień, przez który 
wyczekiwałem jej odpowiedzi, raj miałem w myślach, raj w sercu, raj w całej duszy mojej. 
Dnia ósmego dostałem list od niej, w którym mnie zaklinała na wszystkie świętości i 
obowiązki, abym natychmiast z tego miejsca odjechał, że ona wszystko już zrobi sama i o 
wszystkim mnie do domu doniesie, żebym tylko był cierpliwy i nie poczynałżadnych kroków 
gwałtownych. Odpisałem zaraz i przysiągłem najuroczyściej, że natychmiast odjadę, że 
najspokojniej będę 
w domu wyczekiwał jej doniesienia, że żadnego, a żadnego kroku nie 
pocznę i dodałem niebacznie: choćby rok, choćby dwa, choćby nawet lat dziesięć. Na drugi 
dzień wyjechałem do siebie. I zacząłem wieść 
życie porządne, pracowite, gospodarstwu i 
nadwerężonym sprawom majątkowym oddane. W miesiąc odebrałem list od niej, w którym 
pisze, że ojciec jest twardy i nieubłagany, że ani sobie mówić nie daje o mnie, ale żebym był 
przeto spokojnym i cierpliwym; że ona ma jeszcze całą i pełną nadzieję i że o naszej wspólnej 
przyszłości ani na jedną chwilę nie zapomni. Wszystko było kłamstwo i oszukaństwo! bo ani 
jednego słowa nie mówiła o mnie. Ale ja o tym nie wiedziałem i to mnie jeszcze pokrzepiło i 
poprawiło. Oddałem się z większą jeszcze usilnością pracy, gospodarstwu, domowi. 
Począłem na nowo robić znajomości ze sąsiadami; twardo szło zrazu, bardzo twardo, ale 
kielich pełny i stół 
otwarty przecie niejednego mi gościa przyciągnął. Przynajmniej ci, którzy 
byli stronnikami Familii, nie wahali się mnie nawidzić. W dwa miesiące dostałem list drugi, 
nareszcie i trzeci od stolnikowej; obadwa były takie same, jak pierwszy, obadwa z bojaźni 
przed mniemaną gwałtownością moją obiecujące złote góry na przyszłość — jednak nie 
zrażało mnie to, postanowiłem już czekać. Śród tego czekania jednak widziałem jawnie, że 
tylko to jedno mogłoby tego starca nakłonić 
ku mnie, gdyby poprawiona reputacja moja na 
drodze publicznej doszła do jego uszu. Potrzeba było to zrobić. Otworzyłem tedy na ścieżaj 
wrota mojego zamku, począłem dawać obiady, wymyślać zabawy, polowania i różne hece i 
zapraszałem na to szlachtę 
z bliskich i dalekich okolic. Jednak to mi się nie udało. Co 
należało do mojej partii albo co było lada jakie, to bywało u mnie tłumami — innych atoli 
niepodobna mi było przywabić. Omijali mnie jakby dżumę. To mnie gniewało i na nowo 
jątrzyło; jednak tłumiłem w sobie mocą wszelką namiętność, a raczej rzuciłem się do innego 
środka. Około tego czasu książę Karol Radziwiłł, jeszcze miecznik litewski, zgromadził był 
swoją, tyle sławną potem po świecie, bandę albeńską162. Banda ta, lubo także nie lada jakie 
gwałty i roznoszone pomiędzy szlachtę niepokoje były jej codzienną zabawką, miała jednak 
pewne znaczenie i sympatię w kraju. Postanowiłem przystąpić 
do niej i odznaczywszy się 
przy niej jakimiśświetnymi czynami, zmienić o sobie opinię w świecie i dopchać ją do uszów 
pana Wita. Napisałem więc do księcia, deklarując mój akces. Banda ta ani jej hetman nie 
wdawali się w pisma, ale odpowiedzieli mojemu dworzaninowi, że przeciw diabłom 
weneckim chętnie wojować będą, ale sukursu od nich nie przyjmują. Ta odpowiedź, której się 
wcale nie spodziewałem, wprawiła mnie w wściekłość; zapomniałem o stolnikowej, o miłości 
mojej, o szczęściu przyszłym, o nadziejach, o wszystkim. Zemsty! zemsty pragnąłem jak 
hiena trupów i kości. Ale kiedy już 
co nie idzie, to już całkiem nie idzie! Chciałem zbuntować 
tę szlachtę, która u mnie bywała, i uderzyć na Albę, ale nikt nie miał odwagi występywać 
przeciwko księciu; i nie dość na tym, że do mnie przystąpić nikt nie chciał, ale jeszcze na 
nowo wszyscy ode mnie odskoczyli i na nowo jakieś piekielne plotki porozsiewali o mnie. 
Zostałem znowu sam... ale srodze ciężką była mi ta samotność moja! Zrazu burzyły się we 
mnie znów wszystkie namiętności, wszystkie pożądliwości, wszystkie złe i dobre pochucie i 
przez czas jakiś byłem jak wóz długimi podróżami skołatany, przez kilkanaście szalonych koni po kamienistej drodze ciągniony; ale wkrótce konie się zasapały, spieniły, wóz stanął i 
zastrzęgł163 w błocie. Wtedy zaciąłem zęby i strawiłem w sobie wszystko, co mnie 
kiedykolwiek dotknęło. Od stolnikowej długo nie odbierałem listu — na koniec dowiedziałem 
się, że wraz z ojcem i dziećmi gdzieś wyjechała. Na tę wiadomość 
łzy mi się już tylko puściły 
z oczu — płakałem. Potem żółć się we mnie wylała, chorowałem, a po chorobie zapomniałem 
o wszystkim... Wyjechałem po raz trzeci do Włoch. Bawiłem tam znowu lat kilka. Nareszcie 
król umarł. Nastąpiło bezkrólewie. Powróciłem do kraju. Osadziliśmy tego na tronie, 
któregośmy chcieli, bez sprzeczki, bez sporu, bez krwi rozlewu. Mruczano wprawdzie na nas 
trochę po kątach, aleśmy samym spojrzeniem gęby im zamykali. Ja już osiadłem na wieczne 
czasy na moim zamku i siedziałem na nim spokojnie. Teraz tylko chwilami, kiedy sobie 
przypomnę szlachtę moją lub stolnikową, wylatuję ze zamku, ale to na czas krótki, na chwilę 
tylko. Nie masz sprawiedliwości na ziemi! tam, tam dopiero! — wołał zaczerwieniony 
Murdelio i oczyma iskrzący — tam! — ale pomiarkowawszy się, dodałłagodnie — tam będzie 
kara dla złych, a dla dobrych nagroda. 
Myśmy słuchali obadwa z panem Fredrem tej diabelskiej spowiedzi i obadwaśmy, jakby 
niemi, milczeli. Byliśmy pijani potężnie, a mnie osobliwie dziwnie się kręciło po głowie; 
różne mi się myśli snuły, różne obrazy i przypomnienia, ale to powtarzałem sobie nieraz, a 
przynajmniej teraz to mówię: że kiedy się społeczeństwo rozprzęga, takie rodzi potwory. 
Tymczasem, klasnąwszy w dłonie, pan Fredro: 
— Hej! — krzyknął — pić nam dawajcie! — a do Murdeliona łagodnie: — No i jakżeż? i już 
całkiem nie myślisz o twojej podczaszynej czy stolnikowej? 
— Jeszcze dziesięć lat nie minęło — odpowiedział Piotrowicz. 
— Cha, cha, cha — zaśmiał się pan podstoli — to już niebawem będzie miała wnuczęta. 
Murdelio na to tylko zgrzytnął zębami jak zwierz i nic nie odpowiedział, a tymczasem 
wniesiono wino. Więc piliśmy znowu. Pan Fredro się chwalił 
tym winem i prawda, strzelały 
butelki, pieniły się szklanki, wabiło ono do siebie misternie, ale ja już nie mogłem. Lałem w 
siebie, ale tylko przez przymus. Murdelio gadał coś dalej, coraz głośniej, coraz dobitniej, ale 
ja już kiwałem się tylko na stołku i mimowolnie drzemałem. 
Aż nareszcie opowiadający coś krzyknął głośniej, z całej siły w stół pięścią uderzył, jam 
spadł ze stołka na ziemię, a na mnie szklanki, butelki i wina strumienie, które, lejąc się po 
mnie, piekły mnie i parzyły jak wrząca smoła lub kruszec jaki roztopiony do płynu. Co się 
koło mnie zresztą działo — nie wiem, bo leżąc popieczony na ziemi, nic nie widziałem; to 
tylko pomnę, że się zaraz po upadnięciu moim śmiech taki głośny rozległ po całej izbie, że się 
aż dom zatrząsł cały i podłoga zadrżała pode mną. Po chwili diabeł sam in persona przyszedł 
do mnie, a wziąwszy mnie pod pachę, rozpuścił ogon i skrzydła i uleciał ze mną w powietrze. 
Niosąc mnie i gniotąc nielitościwie po żebrach, i wyrzucając nosem i gębą kłęby dymów 
siarczanych i smolnych, świstał tak przeraźliwie, że aż ciemność owej otchłani, którą szła ta 
wędrówka, rozstępowała się przed nim. Wtedy to gdzieś daleko pod sobą widziałem ziemię 
piękną i zieloną, na niej niebieskie wstęgi wód i lasami zjeżonych gór brunatne pasma, na niej 
wsie spokojne, okolone sadami, święte kościoły, starymi ocienione drzewami, brudne miasta, 
przykryte mgłami dymów i kurzu... i wszystko to zmieniało się przed moimi oczyma co 
chwila, i przesuwało się tylko jakby malowana wstęga pode mną, bom ja leciał jak wicher 
stepowy, bez pamięci, bez końca... 
IV 
Kiedym śród tych dziwnych wydarzeń na powrót przyszedł do przytomności, dzień już był 
biały, ja leżałem w łóżku, a mój Węgrzynek stał nieporuszony nade mną. 
— Co się dzieje? — zawołałem przecierając obydwiema rękami sklejone oczy. 
— Nic, panie, wszystko dobrze– odpowiedział sługa. 
— Gdzież jestem? 
— U siebie w łóżku; niech pan będzie spokojny. Dopiero odetchnąwszy z pełnej piersi i 
obejrzawszy się dobrze, przekonałem się w rzeczy, żem jest w domu u siebie i leżę na moim 
własnym łóżku. Uspokojony tedy cokolwiek, spytałem znowu: 
— Jakże ja się tutaj dostałem? 
— Nic, panie, wczoraj pan sobie trochę pozwolił i upadł pan przy stoliku koło tamtych 
panów na ziemię; ja przybiegłem, chciałem pana rozebrać i położyć na łóżko, ale że tamten 
pan, co to z mnicha się przerobił na pana i pojechał z nami do Hoczwi, chciał koniecznie 
zaraz odjeżdżać, więc złożyliśmy pana na skarbniczek i przywieźli nocą do domu. 
— To mnie przecie diabeł nie niósł pod pachą ponad ziemię! Panu Bogu niech będzie 
chwała! A gdzież tamten pan jest? śpi jeszcze? 
— O, gdzież tam, panie! już i miejsce po nim zastygło. 
— Jak to! odjechał? 
— Odjechał, panie. Spał może ze dwie godzin, potem godzinę rozmawiał z karczmareczką, 
która tu wczoraj wieczór przyjechała z Tamowa, przebrał się i odjechał. 
— Z jakąż znów karczmareczką? 
— Owa karczmareczka — odpowiedział Węgrzynek — u której my stanęli noclegiem w 
Tarnowie wtedy, kiedy to się tam szlachta pobiła z żołnierzami; przyjechała tutaj wieczorem i 
czeka, póki się jegomość nie zbudzi. 
— Cóż to może być takiego? — zapytałem się siebie półgłosem, ale z bijącym i 
niespokojnym sercem, jakby mnie co złego napotkać miało. Rzekłem więc do Węgrzynka: 
— Dawajcie mi suknie, niech się prędko ubiorę, aty idź, powiedz tej karczmareczce, żeby 
tu przyszła. 
Jeszcze się ubierałem, kiedy w rzeczy samej weszła też karczmareczka, w której 
gospodzie, podczas mojej drugiej w Tarnowie bytności, przez strzał z pistoletu uspokoiłem 
burdę — weszła, mówię, taż karczmareczka i pokłoniwszy się pięknie, rzekła: 
— Całuję nóżki jegomości. 
— Jak się masz, duszeczko? — odpowiedziałem — miło mnie bardzo cieszyć się twoim 
widokiem pod moją własną strzechą, jednakże spytać muszę, co cię tu przypędziło do mnie 
tak daleko i po takich złych drogach? 
— Nic tak nagłego — odparła ta piękna niewiasta z filuternym uśmiechem na ustach — tak, 
wolna wola moja. 
— Wolna i nie przymuszona? –rzekłem żartując — to bardzo ładnie; ale czy nie będzie to co 
szkodzić nietkniętej reputacji twojej, kiedy się o tym dowiedzą w Tarnowie? 
— Wielmożny pan sobie żartuje; widać, że zdrów jest i nic mu nie braknie. 
— Braknie albo nie braknie — opowiedziałem — ale jakżeż tu nie żartować, kiedy z tym 
Węgrzynkiem już sobie rady dać nie można. Dalej i po gazetach zaczną pisać o tym, jaki to 
srogi bałamut. 
Powiedziałem to w tym domniemaniu, że przyjazd karczmareczki do Bóbrki nie gdzie 
indziej miał swą przyczynę, jeno w bałamuctwie mojego Węgrzynka, który sławnym był z 
tego, że dziewczęta za nim szalały, a to do tego stopnia, że prawie żadna moja dalsza z nim 
podróż nie obchodziła się bez tego, żeby jakaś nieszczęśliwa ofiara, jeżeli nie osobiście za 
nim przywędrowała do Bóbrki, to przynajmniej przez listy albo przez posłance do niego się 
nie zgłaszała. Była to wielka niecnota w tym kawalerze i zapewne godna tego, żebym go już 
dla niej samej nie cierpiał u siebie, ale zważywszy sobie jego cnót siedmdziesiąt z tą jedną 
niecnotą, a nade wszystko mając to na pamięci, że każdy sam za swoje grzechy odpowiadać 
będzie kiedyś przy ryczałtowym rachunku, poprzestawałem zrazu na napomnieniach — a 
nareszcie i tych zaniechałem, widząc, że one nie tylko nie skutkują, ale mu jeszcze tę 
zabawkę, czyniąc ją już podwójnie zakazanym owocem, tylko tym czyniąłakomszą. 
Obaczywszy więc teraz ową karczmareczkę we dworze, musiał mi koniecznie przyjść na myśl 
Węgrzynek; jakoż raz jeszcze sobie zażartowałem, mówiąc: 
— Niech go kat pali, tego Węgrzynka! co? 
— Wielmożny pan sobie żartuje — rzekła znów z flegmą a filuternie karczmarka — a tam 
może kto płacze za jegomościa. 
— Jak to? za mną? — spytałem zadziwiony, bo mi na wieki wywietrzało z pamięci, że 
przede mną stojąca niewiasta była niegdy służebną w Źwierniku i że mogła wiedzieć o 
moich afektach, zgoła nawet o całym procederze tej sprawy. Tymczasem ona znów z wolna: 
— Może bym się była pokłoniła jegomości od kogo, ale kiedy jegomość tak pusty, to widać 
już i zapomniał, co się działo niedawno. 
— Nie może być! — zawołałem uradowany — może mnie co przywozisz z Źwiernika? 
mówże prędko, za jedno słowo ocukruję cię całą. 
— Panna Zofia kazała się kłaniać. 
— Panna Zofia! — krzyknąłem w szale niewypowiedzianej radości i porwawszy 
karczmareczkę, posadziłem ją 
na kanapie, a sam, przysunąwszy sobie blisko niej krzesło, 
wołałem bez pamięci: — Mówże prędko, jak się ma panna Zofia? kiedyś tam była? kto cię tu 
przysłał? co mówi matka?... 
Ale ona, powstawszy z kanapy i wydobywszy maleńki listek zza gorsecika, oddała mi go, 
mówiąc: 
— Kiedy tak, to czytajże sobie jegomość. 
Wyrwałem czym prędzej z rąk jej ten listek i pobiegłszy do okna, rozpieczętowałem i 
czytałem po raz pierwszy tak łakomie, żem nic a nic nie zrozumiał. Dopiero przeczytawszy 
go po raz drugi i trzeci, dziwnie mi się zakłębiło w sercu i w oczach, szalona radość i 
najgłębsza boleść opanowały mnie zarazem, w jednym też momencie i roześmiałem się z 
pełnej piersi, i rzewnymi zalałem sięłzami. Zosia bowiem pisała w ten sens: 
„Wielce mnie miły Mości Panie Skarbnikowiczu! Nie umiem sobie sama tego 
wytłumaczyć, dlaczego tak naganny krok czynię, że bez wiedzy mamy piszę do Pana, ale to 
już inaczej nie może być. Po kilka razy sama sobie wytrącałam pióro z ręki i darłam list 
rozpoczęty; ale jakaś 
moc niewidoma przecie mnie przezwyciężyła na koniec, żem go 
dokończyć musiała. Może już tak Bóg chce, żebyś Waszmość koniecznie wiedział, co się tu 
dzieje. Wiedz Pan tedy, że z powodu tego nieszczęścia, które się tutaj stało, mama bardzo 
cierpi i posmutniała, dziadek także bardzo jest frasobliwy. Zuzia sięśmieje, a jmć pan Lgocki 
ma na przyszły tydzień przyjechać po ostatnie słowo... Matka Najświętsza, do której zawsze, 
jak się wszyscy spać pokładną, ze łzami się modlę, prawdziwy cud swój pokaże nade mną, 
jeżeli mnie da zdrowo przenieść to wszystko, co się wciąż dzieje koło mnie i co się jeszcze 
dziać będzie. Nie ma już szczęścia dla mnie na świecie; niechże choć wiem, co się dzieje z 
Waszmością. Śniło mi się, że Waszmość bardzo jesteś zmartwiony; niespokojną jestem o 
niego, bo życzę mu z całego serca, abyśżył sto lat i był bardzo szczęśliwy, tylko mi napisz 
dwa słowa.
Zofia” 
Karczmareczka widząc mnie płaczącego, rzekła z troskliwością: 
— Czegóż jegomość płacze? czy tam stoi w liście co tak bardzo smutnego? 
— Nic — rzekłem, tuląc się we łzach — pewno, że nic wesołego. Biedna Zosia! 
— Oj, biedna, panie! Koniecznie ją chcą wydać za tego starościeca, a tu darmo. Niebożątko 
po całych nocach płacze i ma rację, bo do czego to podobne małżeństwo z takim, z 
przeproszeniem jegomości, mazgajem, co jeno ludzie naśmiewają się z niego. Boże! ani do 
tańca, ani do różańca; ja bym sama nie poszła za niego. Nie wiem nawet, co się przyśniło pani 
stolnikowej z takim panem młodym. 
— Ot! przyśniło jej się — odpowiedziałem — myśli, że już wygrała, kiedy jej zięć będzie miał 
o parę tysięcy więcej majątku niż inny. 
— Boże! Boże! — zawołała karczmareczka, biorąc się oburącz za głowę — ta czegóż oni chcą 
od jegomości; przecież tu, chwała Bogu, i fortuna, i taki dostatek, że jeno chyba ptasiego 
mleka brakuje. I w Źwierniku więcej niczego nie ma. 
— Widzisz! — rzekłem i otworzywszy żelazem okutą skrzynię, 
w której było kilkanaście worków pieniędzy — patrz! i tu jeszcze się najdzie. 
— Jezus Maria!– zawołała karczmareczka — i jeszcze nie chcą jegomości! 
— A nie chcą. 
— Powariowali, jak Pana Boga kocham. 
— A powariowali — odpowiedziałem — ale powiedzże mi, jest jaka rada na to? co myśli 
panna Zofia? 
— Panna Zofia, nieboga, smutna bardzo i wciąż płacze. Przysłała po mnie ukradkiem do 
Tarnowa, bo ja to jeszcze od dziecka znam tę panienkę, przecie tyle lat byłam w tym domu, 
bo i prawdę powiedzieć, wychowałam się we Źwierniku. Otóż przysłała po mnie Zosia i 
powiada mnie: — Kasiu, zrób ty mnie to a to. — I dlaczegóż bym była nie miała zrobić? 
pojechać kilkanaście mil niewielka rzecz. Mąż 
i tak siedzi, nie sprzeciwi się temu — i 
pojechałam. Na odjezdnym mówiła mi Zosia: — Tylko, na miłość Boga, zaklinam cię, 
przekonaj się pierwej, co myśli o mnie pan skarbnikowicz; listu mu nie dawaj na żaden 
sposób, aż póki nie będziesz wiedziała na pewno, że tęskni za mną; ale kiedy się z nim 
rozgadasz, to powiedz jemu, że choćby mnie zabili, ja za Lgockiego nie pójdę. — Zresztą nie 
wiem nic, bo prawdę powiedzieć, to i nie było czasu długo rozmawiać; zawsze to ten, to ów 
przejdzie i przeszkodzi. Tyleśmy tylko ze sobą gadały, co w oranżerii. 
— Dziękuję ci bardzo, moja droga, za te najmilsze dla mnie nowiny i bądź pewna, że czy 
mnie Pan Bóg da kiedy dopiąć mojego zamiaru, czy nie, o tobie nigdy nie zapomnę, a kiedy 
już tak wszystkie, i moje, i Zosine wiesz tajemnice i kiedy od tak dawna poufała jesteś z 
domem źwiernickim, powiedzże mnie, jak ty rozumiesz, co tu począć w tym razie? Czy 
podług twego rozumienia jest jaka droga, którą byśmy mogli panią stolnikową ku sobie 
nakłonić, czy nie? Bo ja przyznam ci się, że lubobym Pan Bóg nie wie co nie dał za to, 
lubobym zaraz i połowężycia poświęcić gotów, jednak od dnia tej nieszczęśliwej rekuzy tak 
ogłupiałem, że ani jednej myśli w ład przyprowadzić nie mogę. 
— A cóż ja mogę wiedzieć, panie? przecie jegomość ma lepszy rozum ode mnie. 
— Ba, rozum! człowiek ma rozum wtedy, kiedy ma szczęście, ale jak nieszczęście, to i 
największy rozum cudzych rad łaknie. Słuchaj, ty masz także rozum, jak widzę, i wiesz 
pewno niejedną rzecz; czy nie można by czego dokazać przez Zuzię? 
— Ej! szkoda mówić, panie; to takie niedobre pannisko, że prędzej co komu złego zrobi, niż 
pomoże. 
— A stary jegomość? 
— Ta! stary jegomość jedno, drugie słowo by mógł dorzucić, ale przecie nie to się dzieje, co 
on chce, tylko to, co pani. 
— A któż by? no, może jaki sąsiad albo sąsiadka mogłaby co wymóc na samej pani? bo, jak 
mi Bóg miły, tak bez cudzej pomocy ja sam ani kroku już nie zrobię. Krew się zagotowała we 
mnie i takem wyjechał z Źwiernika, że gdzieżby mnie tam teraz oczy pokazać samemu? 
— Hm! — rzekła karczmareczka, uśmiechając się do mnie. — Jegomość się mnie radzi, a 
dalibóg, że jegomość tylko żartuje ze mnie. Wie jegomość dobrze, kędy najlepsza droga. 
— Jak to, duszeczko? jak ciebie kocham, tak nic a nic nie wiem. 
— A cóż tu robił ten mnich u jegomości? 
— Jaki mnich? — zapytałem. 
— O! o! jużci dopiero co przed godziną odjechał. 
— Murdelio? — zapytałem zdziwiony — a cóż on może? 
— Oj! dużo może! — odpowiedziała karczmareczka — dla siebie może nie wszystko, ale dla 
innych u pani stolnikowej wszystko. 
— Nie rozumiem ciebie; powiedzże mi, co wiesz o tym Murdelionie? 
— Ej! na co tam jegomości wiedzieć! to tylko jegomości powiadam, że kiedy by on chciał, 
to zaraz by to zrobił, żeby Zosię dali jegomości. 
— Ale powiedzże mi, co wiesz o nim? 
— Nikt nic nie wie, ale ja wiem wszystko. Albom to raz podsłuchiwała pode drzwiami, 
kiedy, bywało, po całych godzinach rozmawia z panią stolnikową w osobnym pokoju? Nikt 
nic nie wie, ale ja wiem; to jest przebrany kochanek pani stolnikowej, pan wielki, aż gdzieś 
het z Litwy czy stamtąd, skąd jest stary jegomość. On się starał dawnymi czasy o panią 
stolnikową, kiedy jeszcze była panną, i już miało przyjść do tego, ale nadeszła wojna, on 
poszedł do żołnierzy, potem pojechał z wojną w dalekie kraje, a kiedy wrócił, to już zastał 
panią stolnikową zamężną. Przymusili ją pójść za stolnika; tak mnie to stary furman 
powiadał, który tu z państwem przyjechał aż z tamtych krajów. Otóż 
Murdelio, kiedy z wojny 
powrócił i zastał panią już zamężną, to bardzo desperował i pani także dnie i noce płakała, bo 
i ona była jego wolała niż tamtego. Ale cóż, kiedy już ręce były stułą związane? Przecie 
Murdelio, kochając panią, chciał koniecznie co na to poradzić i może byłby co poradził, 
gdyby był z Bogiem zaczął; ale on diabłu duszę zapisał i z jego namowy męża pani zabił. 
Potem chciał się z paniążenić, ale już pani nie chciała. Otóż on za swój grzech teraz pokutuje, 
a jak go odpokutuje, to się z panią ożeni. I pani jakoś teraz już nie bardzo ma ochotę iść za 
niego; podobno go się 
boi, ale przecie pani go kocha jeszcze. Pani by wszystko dla niego 
zrobiła, tylko iść nie chce za niego, a on nieraz tak prosi, tak ją po rękach całuje, klęka przed 
nią, dalibóg, panie, on klęka przed nią, sama to przez dziurkę od klucza widziałam. Ale na co 
jej tego? kiedy on już diabłu duszę zapisał, a kiedy by pani poszła za niego, to i jej dusza 
pewno by przepadła... i ona pewno nie pójdzie za niego; ale żeby jej tylko słówko powiedział, 
to Zosię zaraz by panu dała. 
Kiedy ta karczmareczka mówiła, ja się przechodziłem po izbie i słuchałem jej pilnie, gdy 
atoli skończyła, ja stanąłem i rzekłem: 
— Moja droga! i ja także cokolwiek wiem o tej historii, bo i ja podsłuchiwałem pod 
drzwiami pani stolnikowej, a lubo ta rzecz ma się wcale inaczej, niż ty powiadasz, to jednak 
proszę cię i zaklinam na wszystko, żebyś o tym nikomu ani jednego słowa nie wspominała. 
To, co pani stolnikową dziś 
cierpi, czy to wskutego dziwnego tylko przypadku, czy wskutek 
własnej słabości, której opanować nie umie, powinno zostać tajemnicą na wieki. Ja sam 
nawet, choćby nie dla niej, to dla siebie i Zosi, jestem koniecznie za tym, żeby to się nie 
rozsiewało, bo chociaż wiadomość 
moja o tym nigdy na nic mi się nie przyda, bo takiego 
środka do dopięcia mojego celu nigdy nie użyję, toż gdyby się ona rozniosła pomiędzy ludzi, 
mogłaby mi bardzo szkodzić. Dlatego też 
i to powiadam tobie, że projektu, który mi podajesz, 
cale nie uskutecznię. Jeżeli jest w tym wola Boża, ażeby Zosia była moją, to się to stanie bez 
cudzej pomocy. Gorzki by mi był dar ten, który by mi przyszło przyjąć z ręki Murdeliona. 
— Ja nie widzę 
nic w tym złego — rzekła mi na to karczmareczka — jeżeli jegomość 
Murdeliona użyjesz za swata; człowiek sobie radzi, jak może. 
— Zostawże już to mnie, moja kochana — odpowiedziałem i urwałem rozmowę. Po chwili 
jednak, począwszy na nowo, obradziłem się z karczmareczką, że bądź co bądź później 
uczynić wypadnie, teraz przynajmniej należy chwytać za to, co sam los szczęśliwy podaje, i z 
Zosią stałe utrzymać relacje. Wielka to będzie dla nas obojga ulga i pociecha. Ale ponieważ 
ona mi powiedziała, że na żaden sposób często do Bóbrki przyjeżdżać nie będzie mogła, bo 
jej mąż jeszcze ciągle siedzi w kałauzie, a nawet już raz powiadano, że go wieszać będą, więc 
zdecydowałem się pod jej opiekę oddać mojego Węgrzynka, którego ona obiecała tak 
introdukować164 w Źwierniku, żeby mógł, przez nikogo nie postrzeżony, tylko przez 
wtajemniczyć się 
w to mającego ogrodnika tamtejszego sukursowany, listy od Zosi odbierać, 
mnie przywozić 
i nawzajem jej moje doręczać. Tymczasem zaś, odpisawszy list Zosi, w 
którym jej wypisałem wszystkie moje afekta i na wszystko najświętsze zakląłem, aby tylko 
czas jakiś wytrwała, oddałem go karczmareczce, naładowałem jej wóz leguminami, 
wędlinami i Węgrzynkiem, dodałem do tego jeszcze kilkanaście dukatów i wyprawiłem z 
Panem Bogiem do Tarnowa. Sam zaś zostałem znowu smutny i srodze rozmiłowany, o tyle 
jednak miałem się lepiej, o ile mi wiadomość od Zosi przyniosła ulgi i nadziei. 
Tego dnia po obiedzie przysłał 
pan podstoli kozaka do mnie z zapytaniem, jak się mam i 
czym zdrów dobrze, zapraszając mnie oraz, iżbym chorego Urbańskiego odwiedził. Ale ja, 
zapewniwszy się od kozaka, że pan Urbański ma się o wiele lepiej, kazałem powiedzieć, żem 
niezdrów i że kilka dni muszę pozostać w domu. Chciałem być sam z moimi myślami tylko i 
z listem Zosi, któren, po kilka razy do dnia odczytywany przez mnie, wielką mi sprawiał 
pociechę, a nieraz nawet taką ułudę, jakbym zgoła z samą Zosią rozmawiał. I to mi było 
najmilej. 
Tak w różnych myślach i przypomnieniach minęło mi znowu dni kilka. Ale jeżeli 
przypomnienia te, im częściej je przywoływałem przed oczy mej duszy, tym mi się stawały 
milszymi, toż myśli moje tylko coraz to czarniejszy wlokły za sobą smutek. Bo i jakżeż nie 
było mnie być smutnym natenczas?... czyż 
listy Zosi nie były tylko chwilową i nader kruchą 
pociechą? czyż wykryte przez matkę, co się lada chwila stać mogło, nie pogorszyłyby całej tej 
sprawy i nie przyćmiły jeszcze bardziej wszelkich naszych nadziei? Czyż miałem jaką pewną 
postępowania drogę nadal wytkniętą? czy mogłem liczyć na czyją 
pomoc? czy mogłem liczyć 
na pomoc Boską, nie pomagając sam sobie? O! smutny, bardzo smutny był stan mój 
natenczas, tym smutniejszy, ile że to wiedziałem do siebie, że z namysłem jeszcze żadnego 
przedsięwzięcia nie doprowadziłem do skutku. Byłem młody i czerstwy i Pan Bóg rzucił 
młodość moją w takie czasy, w których wiele było do czynienia... i nie mogę powiedzieć, jak 
tylko to, że wiele rzeczy się już do tego czasu było zrobiło, za które czy to obywatelstwo, czy 
przełożeni moi otwarcie wypowiedzieli mi wdzięczność, jednakże nic pewniejszego nad to, że 
żadnego z owych wielu przedsięwzięć nie podejmowałem inaczej, tylko tak, jak Bóg dał, 
zaraz z pierwszego natchnienia. I udały się 
wszystkie. Co atoli i kiedykolwiek tylko 
przedsiębrałem, a od razu mi się nie udało, to pewnie już nigdy nie przyszło do skutku. Cudze 
rady, cudze doświadczenia nigdy mi się 
na nic nie zdały. Ibyłli to przymiot tylko mój 
osobisty, nie chcę tutaj rozstrzygać: to jednak wiem z doświadczenia, że jest to przymiot 
opłakany. Bo czyż nie płakać nad tymi, których szczęście i powodzenie stoi zawsze tylko na 
jednej chwili? Czy nie płakać nad tymi, którzy zresztą zawsze cudzej potrzebują porady i 
cudzego rozumu? Nędzne takich jest życie, nędzniejsze jeszcze przeznaczenie. Z olbrzymimi 
fortunami pójdą w niedostatek i nędzę! i nie pozostanie im nic, tylko ta okruszyna z każdym 
dniem bardziej więdniejącego serca, którym, płacząc nad swoim głupstwem i niedolą, 
zaledwie litość potrafią obudzić dla siebie u bliźnich. 
Ale cóż było robić! wiedziałem to i wahałem się długo, jednakże dnia jednego pojechałem 
do pana Błońskiego, do Bereski, na radę. On to był, który za najmądrzejszego uchodził w 
całej ziemi sanockiej, on, który w najzażylszej przyjaźni żył z moim ojcem, on na koniec, 
który mi ranne ożenienie poradził; niechże mi teraz poradzi, co począć z rannym sercem i 
ranną miłością. Ale jeżeli to lichy rozum jest, który cudzej potrzebuje porady, toż nierównie 
lichszy jest ten, który w miłości idzie się radzić ludzi starych, którzy już dawno zapomnieli co miłość. Pan Błoński nie tylko mi nic nie poradził, ale jeszcze, pomimo całego rozumu 
swojego, ani zrozumieć nie mógł, czego ja właściwie chcę jeszcze w tej sprawie. 
— Dostałeś rekuzę — mówił on — panna jest obiecana innemu, czegóż ty jeszcze chcesz? 
— Panny! — odpowiedziałem niecierpliwie. 
— To panien trzysta masz koło siebie. 
— Ale ja tamtej chcę panny. 
— No to śmieszna, kochany Marcinie, jesteś jak dziecko, któremu się szybki z okna albo 
gwiazdki z nieba zapragnie. Czy nie wiesz, co to „nie można”? Owe szaleństwa za kobietami, 
owe wzdychające miłości zostaw już Francuzom i Włochom. To ich rzemiosło. Polakom, 
których umysł z natury stateczny i których serce do wyższych daleko rzeczy niż marna 
kobieta wzniesione, taka rozrywka nie przystoi, ale może być, bardzo wierzę, ale na to jest 
rada. Wytchnij trochę, popracuj, zabaw się książkami, wzmocnij i otrzeźwij umysł jaką 
poważną nauką, a kiedy cię to trochę umęczy i znów .wyjedziesz pomiędzy ludzi, to ci się 
znowu inna podoba panna. 
Niechętny i kwaśny wyjechałem z Bereski, przyznam się nawet, żem obwinił pana 
Błońskiego o stronność i sobkostwo w tej radzie, bo sam miał córkę na wydaniu. Tak to 
dobrze powiada przysłowie: cum bonis bonus eris, cum malis perverteris165 , co się także tak 
da zastosować, że kiedy człowiekowi jedna zła myśl wlezie w głowę, to już same 
niepoczciwości ciągną za nią szeregiem. 
Powróciwszy do domu, zastałem Węgrzynka, który już wrócił się Z swojej podróży i 
przywiózł mi nowy listek od Zosi. To lepsza dla mnie była rada, skuteczniejsze lekarstwo. 
Jednakże nie ze wszystkim, ale przecie. Zosia mi pisze, że mój list odebrała, że Panu Bogu 
najpierwej, potem zaś mnie dziękuje za tę jedyną w jej utrapieniach pociechę. Pisze dalej, że 
najszczęśliwszą by była, gdyby ją tylko tak zostawiono, jak jest, żeby tylko mogła żyć ze 
swoimi kwiatkami i o mnie sobie przypominać czasem. Wspomina na koniec, że Lgocki był 
w Źwierniku ze Stojowskim i swoim wujem, panem Kąkolnickim, że zajechali paradnie, koni 
nie kazali wyprzęgać, że dwie godzin rozmawiali z mamą w osobnym pokoju i potem 
odjechali, ale ona nie wie, o czym tam mówili, bo mama jej nic dotychczas jeszcze nie 
powiadała. „I chwała Bogu! — dodaje Zosia — bodajby mnie już 
i nigdy mama o tym nic nie 
mówiła”. 
Wyczytawszy to i pocieszywszy się tą nową od Zosi wiadomością, głęboko się 
zamyśliłem. Co być może za przyczyna, że Lgocki tak nagle odjechał? Dostałże on rekuzę? o! 
gdyby to było! ale to niepodobna. Wziąłże całe słowo od matki? czemuż by o tym Zosia już 
nie wiedziała? przecieżby ją matka chociażby tylko dla formy była o jej wolę pytała. Więc i to 
być nie może. A cóż jest w istocie? I tak filując166 sobie: czarno czy biało? przechodziłem się 
z jakie dwie godzin po izbie. Jednakże nic nie wyfilowawszy pewnego, wpadłem na tę myśl 
prostą, że daleko lepiej się o tym z pewnego źródła dowiedzieć. Napisałem więc zaraz list 
powtórny do Zosi i Węgrzynkowi kazałem się zabierać na popołudniu w nową podróż do 
Źwiernika. Wypytawszy go jednak o wszystkie szczegóły i wyrozumiawszy, że się doskonale 
zaprzyjaźnił z tamtejszym ogrodnikiem, że przebrawszy się w inną odzież, wąs i włosy 
podstrzygłszy, udaje się tam za brata pani ogrodnikowej i że tym sposobem może, jak długo 
sobie zechce, siedzieć w Źwierniku, rozkazałem mu wziąć parę koni i wózek i postawić go w 
karczmie we wsi Źwiernikowi sąsiedniej, aby, wziąwszy list lub wiadomość od Zosi, nie 
potrzebował już czasu tracić na najem podwody, tylko swoją ruszał co prędzej na dzień i noc. 
Do listu i pieniędzy na drogę dodałem jeszcze: 
— Mój Janczi, spraw się dobrze a ostrożnie. 
— Niech się pan nie turbuje, niewiele tam ostrożności potrzeba, bo żebym chciał, tobym i w 
biały dzień szedł na pokoje, i list od panny odebrał: kto by mi co zrobił? na cały dom tylko 
stary jegomość i stary sługa. 
— Nie bądź głupcem! — niknąłem mu na to — i nie powiadaj lada czego. Jaki zuch! w biały 
dzień iść na pokoje. Rób tak jak każę; główna to, żeby się nikt nie dowiedział, bo jak tylko 
cokolwiek zmiarkują, to wszystko przepadło. 
— Ej! ja wiem, panie, tylko tak mówię na przykład. 
— Już, proszę ciebie, przykładów żadnych nie mów i eksperymentów nie rób, tylko idź za 
tą drogą, którą już znalazłeś 
i która dobrą jest. Nade wszystko cię zaś obliguję167 i proszę, 
zapomnij już na teraz o honorze twoim i o wszystkich, choćby najpiękniejszych 
dziewczętach; zostaw to już na drugi raz, bo przez takie konszachty najprędzej się sekreta 
wydają. 
— Już niech pan będzie spokojny, wszystko będzie dobrze. To rzekłszy, siadł i odjechał. Ja 
zaś, zadowolony tym, com uczynił, uspokoiłem się 
cokolwiek i tego dnia zamyślałem na parę 
godzin wyjechać do Hoczwi, aby i panu podstolemu złożyć moje uszanowanie, i panu 
Urbańskiemu choremu oddać bratnią i powinna przysługę, a mianowicie, ażeby się trochę 
rozerwać i świeższym odetchnąć powietrzem. Już wszystko ku temu rozporządziłem celowi, 
już konie stały zaprzężone przed gankiem, już ja byłem ubrany i tylko co miałem wsiadać, 
gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł do izby cale nie spodziewany teraz Murdelio. Dwa 
razy nieprzyjemną była mi w tej chwili ta wizyta; raz, żem już był 
wybrany sam z domu 
wyjeżdżać, a po wtóre, że mnie już całkowicie odrzuciło od tego człowieka. W diabłów po 
ziemi chodzących nie wierzę, ale zły człowiek gorszy i obrzydliwszy, i straszniejszy dla mnie 
niż diabeł. Tymczasem rzekł on po staremu pokornie: 
— Pokój temu domowi. 
— Na wieki wieków — odpowiedziałem obojętnie i zaraz dodałem — jakże tam waszmości 
powitano w klasztorze bez przyrzeczonej ode mnie jałmużny, którą wziąć zapomniałeś? 
— Nie zapomniałem — odpowiedział Murdelio — jeno umyślnie nie brałem, bom jej jeszcze 
nie był zasłużył. 
— Jakże to? a teraz już zasłużona? 
— Zaraz to obaczymy — odpowiedział Murdelio i dobywszy z rękawa tabakierki, podał mi 
tabaki. 
Mnie się jakoś dziwnie zrobiło w tej chwili i serce mi gwałtownie bić zaczęło; zdawało mi 
się bowiem, wstyd się przyznać 
do tak grubej omyłki, ale zdawało mi się, że Murdelio, jako 
to człowiek impetyk i na gorąco biorący się 
do wszystkiego, zawezwany przeze mnie z 
klasztoru dla dania mi rady na moje frasunki, domyśliwszy się ich albo zgoła dowiedziawszy 
się o nich, zaraz też na nie poradził... zdawało mi się, że umyślnie dlatego tak 
niespodziewanie zniknął był dnia onego z Bóbrki, że poleciał do Źwiernika, że... wszystko już 
zrobił. Więc podczas kiedy on z tabakierą otwartą siadał w krzesło koło stolika i ja także 
niedaleko niego usiadłem, milcząc i patrząc mu w oczy. Ale twarz moja musiała się znacznie 
zmienić w tej chwili, bo tuż rzekł do mnie Murdelio: 
— Czegóż się waszmość tak mienisz? 
— Mówże — rzekłem do niego — co jest, bo mi serce pęknie. 
— Nic jeszcze nie jest — odpowiedział on — ale dobrze będzie. Jam zapomniał o wszystkim i 
rzuciłem mu się na szyję, wołając: 
— O zbawco mój! kimkolwiek jesteś, człekiem czy szatanem, niech ci Bóg nagrodzi!... 
Tylko, na miłość 
Boga, mów, mów prędko, co się stało? 
— Pomału! — rzekł Murdelio z wielką flegmą i mocno mi się patrząc w oczy — tylko 
pomału; nic się jeszcze nie stało, ale wszystko się stać może i stanie się, co zechcemy. 
Tu urwał i nastąpiła długa chwila milczenia. Jam siedział jak na węglach, ale nie śmiałem 
nic mówić. Przez tę chwilę srogi człek ten, z wolna obracając tabakierę w rękach, patrzył mi 
ciągle w oczy i męczył mnie bez miłosierdzia; jednakże w końcu rzekł: 
— Więc ty konkurujesz na Rusi? 
Jam spuścił oczy ku ziemi. A on znowu: 
— Widzisz, na co to tego. Nigdy kłamstwo się długo nie ukryje ani też nieufność może 
kiedykolwiek dobre przynieść owoce. Zawezwałeś mnie aż z klasztoru na radę, ale 
zawezwałeś mnie na to, aby mnie okłamać. Gdybyś mi był od razu powiedział tak, jak jest 
rzecz, dotychczas może by było już wszystko zrobione... 
Jam wprawdzie powiedział karczmareczce, że nigdy Murdeliona do pomocy w tej imprezie 
nie wezwę, i Bóg mi jest świadkiem, że takie miałem przedsięwzięcie... ale w sprawach serca 
jakże człowiek jest słaby!... W onej chwili jam nie wzywał, alem prosił, błagał, zaklinał 
Murdeliona, ażeby, jeżeli może, pomógł mi w tej sprawie. On mnie słuchał i po swojemu, 
zimnym okiem, patrząc na mnie, nic mi nie przerywał, nic nie odpowiadał, aż kiedym 
skończył, rzekł znowu swoje: 
— Powoli wszystko się zrobi, ale powoli i z namysłem, statecznie, porządnie, dokumentnie! 
Ostatni to czyn, który przedsiębiorę w tym życiu, niechże się za niego nie powstydzę przed 
światem. 
Tu znowu urwał i milczał przez chwilę, a potem dalej: 
— Zosia jest doskonałą partią dla ciebie i ty dla niej jak trzeba. Głupia jest stolnikowa, 
kiedy nie zezwala na ten mariaż. Gdyby Zosia była moją córką albo gdybyś się był starał o 
Zuzię, już byście dawno byli po ślubie. Prawdać to, że ród Piotrowiczów nie na to rośnie i 
mnoży się na ziemi, aby pospolitej szlachcie dostarczał małżonek, ale i Nieczujowie także coś 
znaczą. Niewiele Nieczujów jest na świecie, a zresztą Zosia to Strzegocka. Upór babski 
twardać to rzecz na tym świecie, twardsza nieraz jak vir tenax propositi168 , jak go nazywali 
Rzymianie — o! — ja wiem, co to upór babski!... ale i na to najdzie się lekarstwo. — Ja też na to: 
— Ślicznie mówisz, jak mi Bóg miły, ale powiedzże już raz, jakie to lekarstwo? 
— Powoli! — znów po swojemu odpowiedział Murdelio i zażywszy tabaki, zaczął mnie 
opowiadać starą bajkę o zającu i żółwiu, co mnie niesłychanie znudziło; znudziło tym więcej, 
ile że mi się wydawało, jak gdyby miał jeszcze wiele rzeczy albo przynajmniej coś bardzo 
ważnego do powiedzenia i dla niewiadomych mnie przyczyn sam z tym się ociągał. Po bajce 
milczał znów jaką chwilę, potem zaś spytał: 
— Jakaż jest twoja fortuna? tylko mów prawdę 
co do joty. 
— Fortuna moja — rzekłem — gotowizna wraz z sumą zastawną lokowaną u wojewody 
wynosi trzykroć sto tysięcy, ale przecież prócz tego jest i gospodarstwo jakieś, i inwentarze, 
że ich w całej okolicy nie masz piękniejszych, i sprzęt jaki taki, i srebra cokolwiek... 
— A bydło, a konie? — zapytał Murdelio. 
— Bydła jest dosyć, ale co koni, to chyba tylko u pana Fredra najdzie się więcej i może 
lepsze, ale zresztą zakład stawię, że tu nikt w górach w koniach mi nie dotrzyma. Przecież to 
w tym momencie stoi ich trzydzieści i siedem takich na stajni, że choćby i zaraz zaprzęgać 
albo kulbaczyć i ruszać. 
— Trzydzieści siedem koni, no... — powtórzył Murdelio — wszystko jest jak potrzeba. A 
Zosia jakże? pewno to wiesz, że ma skłonność do ciebie i bez wielkiego przymusu odda ci 
rękę? 
— A jakżeż nie! — zawołałem — przecież listy mam od niej. 
— Listy masz? cóż pisze? 
— Tu masz, czytaj! — odpowiedziałem, dobywając dwa listy z zanadrza i oddając je jemu. 
Ale on ręką kiwnął mówiąc: 
— A co mnie tam do tego, co ona pisze do ciebie! No, rzecz skończona. Zosia będzie twoją. Komu się zdarzyło być w podobnym, jak moje było natenczas, położeniu, kto sobie tylko 
wyobrazić potrafi, co to znaczy po świeżo odebranej stanowczej rekuzie, po skłóceniu się z 
rodzicami panny w sposób tak gwałtowny, po utraceniu prawie wszystkich nadziei nagle 
usłyszeć słowa takie od kogoś, o którym się 
wie albo wierzy, że wszystko może i wszystko 
potrafi, ten się wcale dziwować nie będzie, że i ja się wtenczas Murdelionowi rzuciłem na 
szyję, nie wydając z siebie żadnego innego głosu prócz okrzyków tryumfu i podziękowania. 
On atoli był wciąż 
jeszcze zimny i jakby martwy i nie oddając mi uścisków, odsunął mnie 
lekko od siebie mówiąc: 
— Powoli! dopiero to niewód zarzucony, jeszcze w nim ryby nie masz, a głupi, kto ryby 
łowi przed niewodem. Zosię 
dostaniesz — powiedziałem raz i słowa mego nie cofam. Ale 
jeszcze to wiele będziemy gadać o tym. Bo to, uważasz mnie, ręka rękę 
myje, a nic nie masz 
darmo na świecie. Zrobię ja coś 
dla ciebie, zrobisz ty dla mnie. Clara pacta claros faciunt 
amicos169 . 
— Ale zrobię, dlaczegóż by nie, tylko powiedz, co każesz. 
— Zrobisz, ja wiem, że zrobisz, bo we wszystkim twoja własna korzyść będzie. Powiem ci 
tedy krótko a węzłowato, bo na co tu długich tergiwersacyj? historia mojego życia jest ci już 
wiadoma... Bywało różnie na tym świecie. Zrobiło się niejedno dobre, ale też i grzechów coś 
cięży na barkach. Niejedna dusza poszła na najgorsze drogi przeze mnie, niejedno dziecię 
osierociało, niejedna rodzina poszła z torbami na wieczny głód i nędzę. Od niejakiego czasu 
nic nie zrobiłem złego nikomu, ale też za to im więcej się latami oddalam od zbrodni moich, 
tym cięższe i nudniejsze mi życie, tym więcej mar dręczących kładzie się ze mną na nocny 
spoczynek, tym więcej snów okropnych wstaje ze mną co rano. Nieraz przez całe noce oka 
nie zmrużę, przez całe dnie nie mam pokarmu na ustach i błądząc długimi wieczorami 
samotnie po polach klasztornych, wlokę za sobą jakieś straszne wyblakłych cieniów gromady, 
które mnie szarpią, gadają do mnie, zatrzymują na drodze. Ten mnie ciągnie za połę i 
potrząsając mi brudnymi łachmanami w oczy, woła: — Zagrabiłeś fortunę moją, daj mi jeść, 
bo umrę z głodu! — drugi mnie chwyta za rękę, mówiąc: — Panie! gdzie siostra? — inny: — 
Panie! gdzie oblubienica moja? — ówdzie dziatek drobniutkich gromadka chwyta mnie za nogi 
płacząc i jęcząc pokarmu! — po lewej stronie na trzech suchych wierzbach skrzypią na 
wichrze trzy kościotrupy wisielców, a klekocąc do mnie kościami i kłapiąc zębami, wołają: — 
Przyprowadź nam księdza, poginęliśmy bez spowiedzi! — po prawej ciągną niedobitki jakiejś 
gromady orężnej, odarci i ranni, z opuszczonymi szablami, z poobwiązywanymi głowami, i 
mówią chórem: — Poraniłeś 
nas, dobij nas! — Czasem mi się zdaje, że się ziemia otwiera 
przede mną i chce mnie pochłonąć — inny raz, że mnie już pogrzebanego wyrzuciła ze swoich 
wnętrzności i że się moim trupem karmią drapieżne ptastwo i dzikie zwierzęta, włócząc kości 
moje przez wszystkie one pola, na których z szablą stawałem bić się dla zemsty prywatnej lub 
krotochwili. Biedny jestem, nędzny, umęczony. Inni ludzie, kiedy już przestępują próg 
męskiego wieku, zbierają pierwsze kłosy dawno poczynionych zasiewów, znajdują szczęście i 
pociechę w kochającej żonie, w dorastających dzieciach, a sowitą nagrodę za trudy i 
dolegliwości żywota dają im pięknej ich wiosennej młodości wspomnienia. U mnie 
pierwszymi kłosami żniwa są noce bezsenne i strasznymi zaludnione marami; żoną moją — 
burzące się we mnie sumienie; dziećmi — urągania i szyderstwa otaczających mnie ludzi; a na 
wspomnienia młodości sam sobie ręką muszę zakrywać oczy. I próżno dzisiaj zamknąłem się 
żywcem w murowanym grobowcu; próżno otoczyłem się ludźmi, których dusza spokojna i 
czysta jak kropla krynicznej wody i serce jak łza wypłakana przed Bogiem; próżno z nimi się 
wiążę rozmowami moimi, sprawami i życiem, próżno na modlitwach i służbach kościelnych 
długie trawię godziny; próżno się spowiadam, ciało i krew Pańską przyjmuję, nabożeństwa 
urządzam, sypię pieniądze na domy Boże i litościwe uczynki — spokoju duszy i utraconej 
wiary niczym okupić nie mogę. Księża odpuścili mi dawno — ale czuję to w głębi serca, że mi Bóg nie odpuścił i na tej drodze nigdy mi nie odpuści. Jest coś, co mnie wiąże z całym 
dawnym żywotem moim, z całą przeszłością moją, i to tylko jedno zbawić mnie może!... 
Tu Murdelio przerwał na chwilę i kręcąc swoją tabakierę w rękach, patrzył wprost przed 
siebie, aż zaczął znowu: 
— Ale jeżeli w życiu moim tyle najduje się złego, a mianowicie, jeżelim w czym uchybił 
jako obywatel i dłużnik mojego kraju... to temu nikt nie winien, jeno stolnikowa. Nigdy 
byłbym nie poszedł tymi drogami, gdyby nie ona. Może była we mnie krew zanadto gorąca za 
młodu, może z przyczyny danego mi wychowania dziwne we mnie się wyrobiło sumienie, ale 
to wszystko nic jeszcze! Krew by się była wyburzyła sama ze siebie, a sumienie przecie 
kiedyś byłoby się odezwało swoim przyrodzonym głosem, tak jak się dzisiaj odzywa. Ale 
ona! ona miłością swoją obałamuciła mi serce, obietnicami głowę, żem się zaszalał, 
zatumanił, żem wszystko, cały świat stracił sprzed oczu, a widział tylko ją i życie z nią, i 
niczego nie pragnął więcej, tylko siebie i fortunę moją, i wszystko podesłać pod niewdzięczne 
jej nogi. Gdyby mnie była wtedy, kiedy została wdową, stanowczo odepchnęła od siebie i 
powiedziała, że mnie nienawidzi, że mnie widzieć nie chce na oczy, to byłbym się wściekł 
może z rozpaczy, ale przecie z czasem byłbym tak człowiekiem, jak inni! Bo czy to jedno 
przebolało się już w tym życiu?!... A ona wciąż nadziejami łudziła i pisała listy za listami, i 
przysięgała, że ojca ku mnie nakłoni, i zaklinała, ażebym był 
cierpliwy i czekał! Być może, że 
ona to czyniła tylko z obawy o siebie i ojca, abym ich drugi raz nie najechał, z obawy o mnie, 
abym sobie w łeb nie strzelił z rozpaczy — o! bo ona wiedziała, jakie serce mam dla niej i 
czym ona jest dla mnie! Być może, że to była obawa, ale czegóż w tych listach stoją gorące 
zapewnienia miłości, wynurzenia tęsknoty, żalu, przysięgi na zawsze i do śmierci?... O! ja 
mam wszystkie te listy! Ja je mam i noszę 
je tu na piersiach, i z nimi chodzę, i śpię, i modlę 
się, i nimi owe duchy błąkające się przy mnie żegnam i odstraszam. Ale nie, wyrazy te w 
listach nie stały darmo — ona mnie kocha od pierwszego widzenia, kochała zawsze i kocha 
dziś jeszcze. I to jest owa nitka wiążąca mnie z moją przeszłością. Póki tej nitki nie rozerwę 
na zawsze albo jakimś mocniejszym węzłem nie powiążę 
na nowo i na wieki, poty nie będzie 
spokoju w mej duszy. Rozerwać jej nie mogę, trzeba ją związać koniecznie! 
— Ale to jest kobieta uparta! — ciągnął po krótkim wytchnieniu Murdelio — nabożna, 
bogobojna, trwożliwa. Może by zaraz w rok po śmierci stolnika była oddała mi rękę, ale jej 
ktoś powiedział, żem ja diabłu duszę zapisał, aby się od moich nieprzyjaciół ochronić — odtąd 
nic jej już ku mnie nakłonić nie zdoła. Myślałem, że wstąpienie moje do klasztoru, ocieranie 
się o ołtarze i księży, zachowanie, jakie u świątobliwych ludzi zyskałem, odwiedzie ją od tej 
opinii; ale gdzież tam! gorzej jeszcze. Jej się zdaje, żem się przed diabłem schronił do 
klasztoru. I na próżno nieraz całymi godzinami u nóg jej leżę, łzami oblewam ręce jej i nogi, 
tarzam się w prochu przed nią jak robak, jak płaz najnędzniejszy; na próżno klnę duszę i ciało 
moje, że będę najłagodniejszym dla niej mężem, że ja obsypię bogactwami i wszelkimi 
rozkoszami świata, że na koniec całą fortunę moją dzieciom jej oddam — ona jest jak głaz 
niewzruszona. — Może jeszcze mam serce dla ciebie — powiedziała mi niedawno — ale raczej 
zniosę wszystkie męczarnie, raczej śmierć, niżbym miała oddać ci rękę. Tyś jest zły duch i 
potępiony. — Ale żebym miałświat cały do góry nogami wywrócić, dusza ta, o której wiem, 
że mi poślubioną była tam gdzieś za światami, choćby na jeden dzień tylko przed śmiercią, 
musi być moją! Ibędzie. 
Tak mówił Murdelio. Ja zaś, mając już wyjaśnioną tę całą historię, która, nie mówię już, 
dziwną 
w sobie, ale dziwnie zdawała się. być powiązaną z moimi własnymi losami, i mając 
czas do odetchnienia i namysłu, rzekłem na to: 
— Kochany panie! Waćpan jesteś tak zły człowiek i taka czarna przeszłość ciąży nad twoją 
głową, że nie tylko nie zdarzyło mi się podobnego subiectum170 spotkać na życiu, ale nawet nie mógłbym był wierzyć temu, że się co podobnego naleźć może na naszej ziemi. Nie 
dziwuję się też wcale, że świat widzi w tobie samego diabła, bo iście diabelska dusza jest w 
tobie. Wiedząc, jaki jesteś, nie powinienem się ciebie ani ręką dotykać, ani słowa nawet 
przemówić do ciebie. Ale jam znowu ani taki rygorysta, ani taki bojaźliwy o swoje sumienie i 
choćbyś ty i diabłem samym był, i nie wiedzieć jak mistycznie mnie pętał, to mnie nie 
opętasz. Dobrych nauczycieli miałem za młodu i nauka ich w głowie, a wiara święta tak 
głęboko u mnie jest w sercu, że Panie Boże mi pomóż! cale się nie obawiam o siebie. Dlatego 
mówić będą z tobą 
otwarcie, a najprzód powiadam ci to, jeżeli to prawda wszystko, co 
powiadasz, i jeżeli tak prawda, jak ja sobie tę całą rzecz zresztą wyobrażam, to ja wierzę 
temu, że ożenienie się twoje ze stolnikową mogłoby się dla ciebie stać zbawieniem. Syt już 
jesteśłotrostwa, krew młoda wyburzyła się 
w tobie; za młodu wychowany lada jako, żadnego 
uczciwego nie doznałeś uczucia, to jedno silnie zapanowało nad tobą 
i to jedno, dobrze 
prowadzone, mogłoby z ciebie zrobić człowieka. Wierzę temu, bo bywały już przykłady, że i 
najzakamienialsi zbrodniarze, jakimś jednym czystym powodowani uczuciem, nawracali się 
na drogę cnoty i stawali się nie tylko uczciwymi ludźmi, ale nawet wzniosłym przykładem i 
wzorem dla drugich, a niektórzy z nich, uznani za to przez Kościółświęty, błyszczą dzisiaj 
jako najwspanialsze ozdoby całego człowieczeństwa. Daleko to zapewne do tego, tak jak do 
każdej wielkiej rzeczy, i aby tylko poprawy i oczyszczenia z takich ciężkich grzechów 
dostąpić, potrzeba już szczególnej łaski Bożej, o czym u ciebie, dzisiaj przynajmniej, ani 
mowy być nie może. — Jednakże, bądź co bądź, ja w to wierzę, że ożenienie się twoje ze 
stolnikową mogłoby ciebie na dobrą naprowadzić drogę. Ale widać, że albo Pan Bóg już cale 
o tobie zapomniał, albo Opatrzność zupełnie innymi drogami nad tobą się ulitować zamyśla, 
bo gdyby Pan Bóg chciał tego, to pewno by już 
dawno tak był natchnął panią stolnikową, że 
do tego czasu już byś był i zapomniał, kiedyś się ożenił. Zresztą gdyby i tak było, gdyby i 
była w tym wola Boża, to zawsze jeszcze nie rozumiem, jakim sposobem to uskutecznić 
zamyślasz; chyba że znowu zbrodnię jaką masz za rękawem, co, pomimo całej twojej 
poprawy, jeszcze zawsze być może. 
— Hm! — rzekł na to po niejakiej chwili Murdelio — ty nie wierzysz w moją poprawę, a 
przecież w tej chwili masz najjawniejszy jej dowód. Powiedziałeś mi Pater noster171, jak 
ksiądz na spowiedzi; pomieszałeś mnie z błotem, podeptałeś mnie tak, jak jeszcze nikt w 
życiu; gdyby o mnie to był kto dawniej powiedział za oczyma, co ty dziś w oczy, to już by się 
dotychczas był kąpał 
we krwi swojej po uszy; a ja nic na to, a ja słucham ciebie pokornie jak 
żak profesora i kładąc uszy po sobie biję się jeno w piersi i modlę się po cichu. — Ja też na to: 
— Ej! nie bardzoś ty taki pokorny, jak się wydajesz; nie masz jeszcze ani tygodnia, jak za 
nic, ale to, jak mnie Bóg miły, za nic posiekałeś pana Urbańskiego na kwaśne jabłko. 
— Na kwaśne jabłko, powiadasz? bodaj ciebie! ot, kreseczka mu się mała dostała, której do 
dzisiaj pewno i znaku już nie ma. 
— Aha! nie ma! jeszcze i z łóżka nie wstawał. 
— No! mój kochany! toż znowu trudno. Nikt się na to nie bije, żeby drugiego pogłaskał, 
tylko żeby go wybił. 
— Ej! to tam mniejsza zresztą 
i o to nie chodzi; w pojedynku kto kogo rani czy zgoła zabije, 
za to nie odpowiada, bo przecie i swojej głowy nadstawia. Nie ma co o tym mówić; ale do 
rzeczy, do rzeczy. Więc jakież to masz plany względem skłonienia stolnikowej do swoich 
zamiarów? 
— Owóż więc — rzekł Murdelio, zażywając tabaki — tylko słuchaj mnie uważnie, bierz 
rzeczy, jak są, a nie gorąco, boś, widzę, porywczy i przy zarozumiałości na swoją cnotę, z 
którą zresztą diabeł tam wie, jak stoi w rzeczy, masz jeszcze skłonność do kaznodziejstwa, a 
to nudna rzecz na dzisiejsze czasy. Więc jedna jest tylko droga i tej się chwycić należy. 
Pater noster (łac.) — tu: kazanie. 
— A tą drogą jest? 
— Wykraść stolnikową i zabrać do siebie. Jam osłupiał, Murdelio ciągnął dalej: 
— Wykraść, czyli zabrać gwałtem, to jedno. I niech ci się nie zdaje, że to będzie coś złego 
lub zgoła zbrodnia nowa; ja wiem pewnie, że ona tylko czeka na to i pragnie, abym to zrobił. 
Dobrowolnie pójść 
za mnie nie może, nie dlatego, że jej powiedziałem, żem diabeł, bo u 
kobiety miłość jest wszystkim, nie tak jak u nas zabawką tylko lub krotochwilą! ja to wiem 
dobrze. Więc nie dla diabelstwa mojego dobrowolnie nie pójdzie za mnie, ale dlatego, że ojca 
swojego kocha, a on by umarł raczej, niżby miał córkę oddać mi za żonę. Ty nie masz 
wyobrażenia, jak ona do tego starca jest przywiązaną! Ale kiedy ją gwałtem zabiorę i kilka 
tygodni tylko potrzymam na moim zamku, to obaczysz, że wszystko dobrze będzie. Jej ani na 
myśl nie przyjdzie opierać się 
woli mojej, a ojciec... ojciec udobrucha się prędko. I będziemy 
bardzo szczęśliwi! Fortuna jest w doskonałym porządku, zamek wyrestaurowany i urządzony 
po pańsku, ba! po królewsku; dostatek we wszystko jakby w raju, ja ją otoczę sług tysiącami, 
złotem obiję jeszcze jej komnaty, wschodnimi kobiercami powyściełam posadzki, z Gdańska 
posprowadzam karety, starcowi dam magnackie wygody i dzień, i noc czuwać będę nad tym, 
aby mu każdą chwilę tych ostatnich dni jego umaić, osłodzić, ozłocić. A kiedy już miły 
spokój zawita w mej duszy i stałe szczęście zamieszka w domu moim, wtedy wymuruję 
klasztor wielki w mych dobrach, sprowadzę z Krosna franciszkanów, nadam im kilka 
intratnych wiosek i tak przy zatrudnieniu codziennym, przy pracy około roli, przy staraniach 
moich około codziennego szczęścia drogich mi osób i przy modlitwach pobożnych ojców za 
duszę moją, mam nadzieję, że się Pan Bóg zlituje nade mną i da mi dostąpić owego spokoju 
w chwili skonania, do jakiego wszyscy na ziemi wzdychamy. — Cóż ty na to, panie Marcinie? 
Jam się przechodził po izbie i nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wielka walka toczyła się 
we mnie. Głowa moja uznawała słuszność 
argumentów Murdelionowych, ale serce odtrącało 
je, samo nie wiedząc, dlaczego. Byłem przekonany, że tak jest i tak się 
stanie, jak on 
powiadał; otwartość i szczerość w przyznaniu się do win wszystkich, do grzechów całego 
życia bardzo za nim mówiła; ale zawsze owo wykradanie stolnikowej przeciwko jej woli 
oburzało mnie i obrzydzało mi tak tę całą sprawę, że wolałbym był nigdy nic o niej nie 
słyszeć. Zbrodnię zbrodnią naprawiać 
nie jest to ani rzecz uczciwa, ani jakimkolwiek prawem 
pozwolona. Bo gdzież rękojmia, że stolnikowa tylko tego czeka? gdzie pewność, że starzec 
nie skona w samą chwilę zniknięcia córki?... Ale Murdelio był to człek bity we wszystkich 
rzeczach. Poznał on zaraz, że moja o tej sprawie opinia chwieje się 
we mnie, więc aby szala 
jego zamiarom przeciwna nie opadła do ziemi, nie tracił 
ani chwili czasu i począł w swoją 
szalę nowe ciężarki dorzucać. 
— Bo uważasz mnie — mówił 
on dalej — że stolnikowa w duszy pragnie tego, abym ją 
wykradł, nie masz żadnego wątpienia. Ja mam listy od niej, które jasno tego dowodzą, ja ci 
opowiem najświeższe między mną a nią sceny... sceny... 
— Hola! — zawołałem — ja sam jedną pamiętam. I dopiero mi się przypomniała owa nocna 
scena, którą przez drzwi słyszałem, kiedym po raz pierwszy nocował w Źwierniku. Ta chwila 
przypomnienia była chwiląłaski Bożej nade mną. Człowiek jest słaby, a milion razy słabszy, 
kiedy mu miłość zawiązała oczy i całe wyłącznie dla siebie zabrała serce. Kto wie, co by się 
było stało i do czego pomiędzy nami przyjść mogło! Bóg mi świadkiem, że tak gorąco 
pragnąłem wieczną przysięgą powiązać się z najdroższą mi Zosią, i także Bóg świadek, że 
pokusy tego szatana takie były łudzące, że gdybym był natenczas upadł pod nimi, to dzisiaj 
jeszcze, jak jestem stary i na sercu zakrzepły, cale bym się sobie nie dziwił. Ale Pan Bóg 
zawczasu wejrzałłaskawie na sługę swego i nie dał go na pastwę nieprzyjacielowi ludzkiego 
rodu. 
Od owej tedy chwili, kiedym zawołał „hola”!, czułem to w sobie, że na mnie jakaś moc 
wyższa spłynęła; jakoż zaraz inne zająłem stanowisko w tej walce, nie pytając wcale na to, 
jakie ono będzie, żołnierskie czy kaznodziejskie, byleby bitwę z niego można wygrać na 
pewno. Owóż na moje nagłe „hola” równie nagle zawołał on obrzydły kusiciel: 
— Jaką scenę pamiętasz? 
— Jużci tę scenę, kiedyś stolnikowej mękami groził, kiedyś o panu Wicie mówił, że łotr, 
kiedy dzwonek upadł ze stołu, kiedy krzesło się wywróciło... 
— Ja nic o tym nie wiem — odpowiedział najspokojniej Murdelio — mnie tam nie było. 
— Ale cóż ty mnie gadasz! poznałem twój głos, poznałem głos stolnikowej, przecie stałem 
w drugim pokoju pod drzwiami. 
— Ale co tobie jest, Nieczujo! Jak Pana Boga żywego kocham, że mnie przy żadnej takiej 
scenie nie było — mówił kusiciel, składając się jak wąż, który Ewie podawał jabłko w raju — 
gdzieżbym ja stolnikowa straszył jakimi mękami! Być może, że przy jakiej dłuższej z nią 
rozmowie wybuchnąłem trochę goręcej, żem rozpaczał, zaklinał, groził, że siebie zamęczę, że 
się zabiję; to wszystko być może, bo człowiek nie jest z lodu, a i najcierpliwszy na koniec 
cierpliwość utraci, ale żebym jej czymkolwiek groził, to nigdy być nie może. Byłeś 
rozespany, przesłyszało ci się i koniec. — Ja też na to statecznie: 
— Ale już ty mnie nigdy w tym nie przekonasz, żeby mnie się co przesłyszało. Ja mam uszy 
i oczy na swoim miejscu, a edukowałem je w polu, na wojnie, gdzie każde niedosłyszenie 
grozi śmiercią, a przesłyszenie wiecznym wstydem u całej chorągwi, a czasami i gardłem. No, 
ale prowadźże twoją sprawę dalej, urwałeś w samym środku. Chcesz wykradać stolnikową, 
wyspowiadałeś się przede mną jakby przed księdzem, obiecujesz mi wyrobić możność 
ożenienia się z Zofią, powiadasz, że nawzajem czegoś zażądasz ode mnie? Czegóż ty żądasz 
ode mnie? 
Powiadają, że diabła nikt w sprycie nie przejdzie; i prawda to i nieprawda. Nieprawda, bo 
już wiele rzeczy mu się nie udało na świecie, a od niejednej duszy nie tylko że haniebnie 
odsądzony został 
jak kot od mleka, ale nieraz jeszcze i z bizunami na plecach powędrował 
nazad do piekła; prawda zaś, bo zaledwie mnie Pan Bóg natchnął dobrą myślą i uczciwą 
fantazją, już Murdelio zaraz to poznał i zręcznego dał kominka. Więc kiedy ja go pytam na 
serio a prosto w oczy, czego on żąda ode mnie, on mnie dalejże wyplatać androny, jako Zosia 
jest piękna, jak stateczna, jako ja z nią będę szczęśliwy i tak dalej. Ale ja nic; nie tędy, 
którędy ty chcesz, jeno którędy ja chcę. Rzeknę tedy: 
— Ej! wiem ja to wszystko lepiej od ciebie; ale gadaj no, czego ty żądasz ode mnie? 
On nic. Umilkł, jakby go kto zaklął w drzewo lub w kamień. Tedy ja po nim: 
— A toż ty tu po to przyszedłeś, łotrze jeden, abyś w tę kałużę, w którąś sam wlazł, i mnie 
za sobą pociągnął? to mnie do wspólnictwa w łajdactwach twoich chcesz namówić? to 
nabroiwszy sam po szyję i naładowawszy na siebie zbrodni aż po sam kołnierz, mną się 
chcesz dzisiaj przed światem zastawić? to tumaniąc mnie Zosią i pomocą twoją, chcesz, abym 
dał koni moich i ludzi, i sam abym poszedł i pomógł tobie do umęczenia niewinnej i tak już 
nieszczęśliwej kobiety? Za kogo ty mnie masz, łotrze jeden, za kogo mnie masz, gadaj zaraz! 
— Co to jest! — krzyknął na to, prędko powstając z krzesła Murdelio. — Waćpan się 
zapominasz, mospanie Nieczujo! ja waćpana miałem za uczciwego człowieka i spuściłem się 
przed nim z tajemnic, o których, jak mnie Bóg miły... 
— Co się ty będziesz Bogiem zastawiał, diable jeden! — zawołałem na połowę z udanym, a 
na połowę 
z prawdziwym ferworem — hej! jest tam który! ja cię tu zaraz nauczę, jak to 
sedukować172 sług Bożych i poniewierać szlacheckim potomstwem! — i udałem, jak gdybym 
chciał do drzwi iść i wołać na sługi. Ale wtem on, cofając się ku drzwiom i mnie do nich 
przystęp tamując: 
— Mospanie Nieczujo! — krzyknął — waćpan się zapominasz! ja się zwykłem krwawo mścić 
każdej krzywdy. 
Lecz jeszcze i tych słów nie domówił, kiedy już sobą tak silnie we drzwi uderzył, że się te 
otworzyły na ścieżaj i w tymże momencie rzucił się do sieni, i jakby go nigdy nie było, 
zniknął. 
Ja zaś, Panu Bogu szczerze dziękując za to, że mnie tak szczęśliwie i bez popełnienia 
jakiegoś gwałtu na gościu moim dał wyjść 
z tak niebezpiecznej pokusy, ofiarowałem już i 
resztę dnia tego na wieczną chwałę Temu, który nigdy nie odmawia swojej opieki wszystkim 
sobie wiernym sierotom na tym padole płaczu, a którego Imięświęte niechaj będzie 
pochwalone na wieki. 
V 
— Boże! kto Ciebie nie widzi w pierwszych słowach Księgi Rodzaju, kiedy, uniesiony w 
powietrzu nad zakłóconych żywiołów bezładem, wyrzekasz Twoje wszechmocne „Stań się” i 
rozstępują się przed Tobą i ogień, i woda, i powietrze, i ziemia; kto Cię nie widzi w krzu 
gorejącym na górze Synaj, kiedy upadającemu przed Tobą w proch Mojżeszowi ognistym 
palcem na kamiennych tablicach piszesz Twoich dziesięcioro przykazań; kto Cię nie widzi na 
czarnymi chmurami otoczonej Golgocie, w Synu Twoim, który cierniową umęczony koroną, 
na drzewie krzyżowym rozpięty, z przebaczeniem na ustach dla swych prześladowców i 
katów, a oczyma i duchem obrócony do nieba, z niewinnością 
baranka kona, biorąc na siebie 
brzemię grzechów całego świata; kto Cię nie widzi w owych lampach odwiecznych, którymi 
dniem i nocą wszechświatom przyświecasz, w drżeniach ziemi ponocnych, w błyskawicach 
olśniewających źrenicę, w strasznych gromach, bijących w rozgorzałą spiekami ziemię, w 
prześlicznych tęczach, siedmioma igrających barwami, w zorzach rannych, wieczornych, 
które bladawymi promieniami do pół niebios sięgają; kto Cię nie czuje na błękitnych niwach, 
na wielkich stepach, gdzie” tak tęskno duszy, gdzie tak niemo i pusto, i głucho i słychać tylko 
w górze szum niezrozumianej pomiędzy wichrami rozmowy; kto Cię nie czuje w wielkich i 
wspaniałych świątyniach w chwili uderzenia organów, na wielkich smętarzach, gdzie groby 
ustępują grobom, trumny trumnom, kości kościom; na rumach173 miast wielkich, które dziś 
witają przechodnia tylko kilkoma chwiejącymi się kolumnami i garścią mchem zarośniętych 
kamieni, których wielkość, dawna żyje już tylko w pieśniach uciekających w góry i lasy przed 
powodzią nowego świata i w nie dokończonych powieściach, tulących się do starych zamków 
i grodów; kto Ciebie, Boże! nie widzi w milionach stworzeń, od słonia aż do drobnego 
robaczka, rozsypanych po ziemi, rozpuszczonych po powietrzu, zanurzonych w wodzie; kto 
Cię nie widzi w jasnej zieleni wiosny, w jaskrawych barwach lata, w urodzajach jesieni, w 
trupiej martwocie zimy; kto Cię nie czuje w uderzeniach krwi własnej, w tęsknocie duszy, w 
uczuciach i natchnieniach młodości — ten jeszcze Cię znajdzie w własnych poczciwych 
uczynkach. I może Ty nigdzie się większym i nigdy jaśniej nie objawiasz człowiekowi, jak w 
owym zadowoleniu i owej niemej, nieopowiedzianej radości, która obejmuje serce jego po 
każdym tryumfie cnoty, po każdym uczciwości zwycięstwie. Dlatego życzę waszmości 
szczęścia, panie Marcinie, i szczerze cieszę się z tego, żeś się wczoraj nie dał temu złemu 
człowiekowi uwikłać w one szatańskie sidła, które na ciebie zastawił. 
Tak mówił do mnie mój ksiądz misjonarz dnia następnego rano, kiedyśmy po mszy 
świętej, którą on czytał, a do której ja mu służyłem, wyszli z kościoła i na chwilę zatrzymali 
się 
w bramie. I w istocie dnia tego, zaraz po owym wystraszeniu Murdeliona z mojego domu, 
czułem się tak swobodnym, tak lekkim na duszy, jak gdybym nie tylko jakiegoś pobożnego 
dokonał czynu, ale zgoła jak gdybym żadnych nie miał na sercu frasunków. A tymczasem w 
rumy — gruzy 
tym sercu były wciąż 
jeszcze i frasunki, i niepokoje; bo któż i kiedy, który pierwszą miłością 
objęty, miłość tę musi tłumić i zamykać w sobie, nie doznawał frasunków i niepokojów? 
Więc były one i we mnie, ale ksiądz misjonarz, który wyleczony ze swego pobicia i z gór 
powracający, iście jak gdyby przez Boga zesłany, dnia tego świtem zawitał do mnie, 
pobożnością i mądrością swoją tak je zaklął we mnie, że ani się odezwać nie śmiały. 
Widząc tak dobre skutki na sobie z obcowania mojego z tym zakonnikiem, zapraszałem i 
prosiłem go usilnie, ażeby choć jaki tydzień zabawił u mnie, ale żadnym sposobem tego 
dokazać nie mogłem. Ksiądz ten zawsze tak wiele i tak różnych spraw miał do załatwienia i 
tak ich ważnością był zajęty, że u niego wszystkie dnie, ba! nawet godziny, były już naprzód 
obliczone. Jakie to sprawy były i czy się wszystkie tyczyły jego misjonarskiego powołania 
albo przynajmniej kościoła, nie umiem z pewnością powiedzieć, bo nie był on z tych ludzi, 
którzy swoimi czynnościami się chwalą 
i zarazem je wszystkim opowiadają — to jednak 
pewno, że go wszędzie było pełno: dziś poleciał nocą do Lwowa, za kilka dni spowiadał i 
miał głośne kazanie w Kalwarii pod Przemyślem, nazajutrz cały dzień albo dwa dni bawił w 
jakim małym miasteczku i chrzcząc mieszczanom dzieci, spowiadając i każąc, nawidzał ich 
domy i dawał im jakieś nauki; ledwie tydzień przeminął, on już wraca z Krakowa; wstępuje 
do dworków szlacheckich i tutaj będąc na imieninach, ówdzie na stypie, a tam na weselu, tu 
wyprosił jakiś obraz do ołtarza, tam wyrobił grację174 dla jakiegoś staruszka dworzanina lub 
wdowy obarczonej dziećmi, a gdzie indziej jakieś inne jałmużny lub składki na cele pobożne 
albo obywatelskie. Czyniąc tak wiele i skutecznie, nigdy nie powiadał w niedzielę, czego mu 
Pan Bóg dokonać pozwolił w sobotę, ale śpiesząc się zawsze, nieraz się z tym wymówił, 
że na poniedziałek ma konferencję ze szlachtą, na wtorek jakąś obradę z księżmi, a na 
środę musi być 
w tym lub w owym miasteczku, gdzie na poczcie czekają na niego listy i skąd 
musi wyprawić posłance albo piśmienne wysyłać ekspedycje. Więc żadne moje prośby ani 
nalegania, ani obietnice nie mogły go nakłonić do pozostania u mnie, a kiedy ja, gorąco jego 
dłuższej gościny u mnie pragnący, niekrótką orację mu powiedziałem pro domo sua175, on 
mnie cierpliwie wysłuchał i rzekł na koniec: 
— Już to daremnie waszmość się silisz na to, aby mnie u siebie zatrzymać; Bóg świadek 
duszy mojej, jak bym to chętnie uczynił, choćby tylko dla samego spoczynku, ale co nie 
można, to nie można. Człowiek nie do spoczynku stworzony! Jechać muszę, a odjeżdżam nie 
ze smutkiem, tylko z ukontentowaniem, bo mojego przyjaciela zostawiam na dobrej drodze. 
Czy to wszystko prawda, co Murdelio o sobie powiadał, nie wiem, bo różnych dróg szatan 
próbuje ku uwiedzeniu człowieka; ale tego możesz być pewnym, że gdyby tylko dziesiąta 
część tego prawdą była, to będzie dosyć, aby go dłużej nie cierpiano w klasztorze. Już to moja 
w tym głowa. Co się zaś tyczy panny, bądź cale spokojny i nie turbuj sobie na próżno tym 
głowy; bywa to czasem, że uczciwe uczynki Pan Bóg natychmiast wynagradza i jeżeli jest 
Jego w tym wola, to i bez twoich turbacyj i trosków stanie się pewno. Tak pisze Pismo, tak 
powiada i on autor wielki, któremu sam Bóg posyłał natchnienie, mówiąc: 
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba, 
Kiedy się człowiek więcej troszcze, niźli trzeba. 
Tak mnie uspokoiwszy i pokrzepiwszy na duszy, mój ksiądz misjonarz wsiadł na swój 
wózek i odjechał. Ofiarowałem mu kałamaszkę i moje konie, jako wygodniejszy sprzęt do 
odbywania podróży, ale nie przyjął, mówiąc, że mu się nie godzi wymyślać i kontent jest 
bardzo, kiedy ma chłopską podwodę; bo wszakże gorzej i niewygodniej byłoby mu podróżować piechotą, a i to przecie praktykowało się nieraz i praktykuje bez żadnej skargi, 
ba, i bez myśli nawet, że to jest niewygodnie. Taka to skromność była w tym człowieku. 
Ja zaś, zostawszy sam, lubo mnie nieraz tęsknota ściskała za serce, a Zosieńka co chwila 
stawała przed oczyma, byłem jednak dobrej myśli i wcale spokojnie wyczekiwałem powrotu 
mojego Węgrzynka. Spokojnie, mówię, bo i wzmocniony byłem dusznie przez misjonarza i 
pewny byłem, że Węgrzynek prędzej później przecie z pewną wiadomością od Zosi powróci, 
boć to jasną mu dałem na drogę naukę. Ale minął dzień jeden i drugi, i trzeci, ba! i czwarty, i 
piąty, i tydzień nareszcie, a jego jak nie ma, tak nie ma. Zacząłem pomału zapominać 
misjonarskie nauki, a drażniony próżnym wyczekiwaniem, zwłaszcza gdy dzień ósmy i 
dziewiąty bez wiadomości o nim przeminął, zacząłem na dobre się niecierpliwić. Ale cóż i 
kiedy pomogła komu niecierpliwość? Minął dzień jedenasty i dwunasty tak samo, moja 
niecierpliwość wzrosła do wysokiego stopnia, postanowiłem już tylko dzień jeden czekać, a 
dalej już ruszać sam przeciw niemu, aż tu dnia trzynastego, a było to właśnie w samą 
niedzielę, kiedy się ubierałem rano, aby pójść na mszęświętą, nie wiem jakim sposobem 
włożyłem żupan na wywrót na siebie. Rzecze też do mnie wyrostek Serednicki (szlacheckie 
dziecko ze Serednicy, a syn owego to Serednickiego, któregom był wziął z sobą do 
konfederacji, kiedym za trzecim nawrotem do niej się wybrał): 
— Chowajże Boże dziś od jakiego nieszczęścia! 
— Ot! nie pleć lada czego i nie wywołuj wilka z lasu — odpowiedziałem mu na to, bo cale 
mi siężadne nie przywidywało nieszczęście. 
Jakoż i zupełnie spokojnie zeszłem na mszęświętą i jeszcze spokojniej powróciłem. Po 
obiedzie różnymi myślami, które to w samotności zwykle gromadami cisną się do głowy, 
zajęty, przechodziłem się po pokoju i już zaczynałem smutnieć sobie po trochę, kiedy na 
dobrych parę 
godzin przed zmrokiem przyjechał pan Fredro z panem Balem do mnie. Kontent 
byłem nareszcie z tego i wybiegłem do nich na ganek, a tu zaraz pan podstoli obaczywszy 
mnie i jeszcze prawie nie wyłażąc z powozu, rzecze wesoło: 
— Mospanie! bardzo to niepięknie dla ciebie, że kłamiesz. 
— A to kiedy się stało? — zapytałem zdziwiony, bo niczym się tak nie brzydzę, jak 
kłamstwem i jeszcze mnie podobno nikt na nim nie złapał. Ale on na to: 
— Bodajby i niedawno: powiedziałeś kozakowi, żeś 
chory, a ono widzę ciebie jakby lwa 
zdrowego i czerwonego. — Tedy ja: 
— Możem ja i nie bardzo pokłamał, bo jeszcze to niekoniecznie jest zdrów ten człowiek, 
który czerwono wygląda, owóż i lew, choćby najbardziej zachorzał, zawsze jeszcze jako lew 
patrzy i umrze, i po śmierci jeszcze każdy po nim pozna, że lwem był za życia. 
— Nie chwal no ty się tak bardzo tą lwią naturą — rzecze znowu pan Fredro — bo i lwów 
bieda bija, a to o tyle mocniej, o ile więcej zapominają, że im lwami być przynależy. 
— Otóż to jest! — zawołałem ja na to — lwem się urodzić, to nic nie kosztuje, bo to dar Boski 
i rodzicielski; ale lwem się utrzymać ledwie dziesiąty potrafi. 
— Tak, tak, panie bracie — odpowiedział pan podstoli, kończąc i biorąc mnie pod rękę, aby 
ze sieni przejść do pokojów — tak, panie bracie; i ja byłem lwem kiedyś, i ot! głupstwo, 
włoska mysz mnie ugryzła i na nic zeszedłem. 
Z tym weszliśmy do izby. Więc ja najpierw przeprosiłem moich gości, że muszę wyjść na 
chwilę, i zaraz wybiegłem, aby rozporządzić jakie takie przyjęcie. Jakoż w niedługiej chwili 
zastawiono przednie wino węgierskie, jeszcze chowu nieboszczyka mojego ojca, piernik 
prawdziwy toruński, małdrzyki176, kawał 
marcepana dziwnie pięknie upieczonego a 
sprowadzonego aż z Przemyśla, i innych jeszcze specjałów po trochę, aby się panowie nie 
krzywili na moje przyjęcie. Piwnica po moim ojcu została się tak doskonała, jak mało gdzie w 
okolicy; było też w niej wino szampańskie, ale nie dawałem go zaraz, aby też nie myśleli, że ich aż 
winem targowym przyjmować muszę, swego nie mając. Warto zresztą było im co 
dobrego zastawić, bo znawcy byli; jakoż 
zaraz pan podstoli, pokosztowawszy tego wina, 
rzekł do mnie: 
— Teraz wcale się nie dziwuję, dlaczego nieboszczyka skarbnika, którego przyjaźnią 
szczyciłem się od młodości, wszędzie brano na sędziego do winnych procesów, że mu aż 
nawet tytuł winnego sędziego przyczepiono w obywatelstwie! Ale, proszęż ciebie, gdzież 
było to wino, kiedyśmy na święty Marcin byli u ciebie w Rabach? 
— Nie podawałem go tam — odpowiedziałem na to z uśmiechem — bo, między nami 
mówiąc, wiele górskiego tałatajstwa się najechało; ot, tak między sobą, to co innego; ale 
wypijcie jeno to, to może jeszcze i lepsze się najdzie. 
Oni też pili i smakowali sobie w tym moim winku, co mnie bardzo cieszyło. Spytam też 
nareszcie: 
— Jakże się ma pan Urbański? 
— Lepiej, lepiej, chwała Bogu — odpowiedział pan Bal– chciał już z nami tu jechać. 
— Widzisz, panie kasztelanicu — rzekłem do niego — że nie diabeł to był ów Piotrowicz. 
— Nie idzie za tym — rzecze znów on — widziałem ci ja takich, którzy już zgoła w jego 
szponach byli, a przecie jeszcze zdrowo i cało powrócili do domu i żyli po kilkadziesiąt lat. 
— Już ja temu nie wierzę i dla przekonania ciebie gotów bym każdą próbę z nim zrobić, 
którą byś wymyślił. 
— Ot! — rzekł na to podstoli — ja go znam daleko dawniej niż wy obadawa i powiadam, że to 
człowiek wcale taki, jak inny. Trochę więcej namiętności, trochę diabelskiego rozumu i 
nieszczęśliwa miłość, która obraziła i serce jego, i zanadto wygórowaną ambicję, i owóż 
wszystko, co go od zwyczajnych ludzi odróżnia. Prawdą jest, że są w nim między innymi 
przymioty takie, które trącą diabelstwem i lada jurysta zaraz by nam powiedział, któren 
paragraf na to przeznacza poenam colli177 , ale to jeszcze nie dowodzi, że tak jest wedle 
sumienia. Jeżeli zaś ten człowiek was tak bardzo zadziwia, to tylko dowodzi, żeście nie byli 
za granicą, że niewiele jeszcze świata” znacie i że z waszą uczciwością jest jeszcze jako tako. 
Ale co się zgoła szczerego diabła tyczy... ha! zresztą, nie wiem, ja przynajmniej w żadnych 
diabłów nie wierzę. 
— A ja wierzę — odpowiedział stanowczo pan Bal — i nie rozumiem, dlaczego bym miał nie 
wierzyć, kiedy od niepamiętnych czasów, cały świat katolicki w nich wierzy i ustawicznie 
swoją wiarę faktami potwierdzającą się widzi. — Na to podstoli: 
— Tobie się nie dziwuję, bo tyś sam teraz świeży fakt znalazł: stanąłeś za plecyma 
Piotrowicza i nadeptał ci na nogę. 
— Śmiej ty się, śmiej — odpowie na to kasztelanie — a ja ci sto wypadków opowiem takich, 
gdzie wiarogodni i starzy ludzie naocznymi świadkami byli. 
— Proszę ciebie — odparł na to podstoli — jeżeliś mi przyjacielem, to nie będziesz już nic 
gadał o diabłach; są to rzeczy tak bezrozumne w sobie, że już w cywilizowanej Europie nikt 
nawet o nich nie myśli; tylko jeszcze w kochanej Polonii najpoczciwsza pod słońcem szlachta 
nie tylko że rozmowę taką ze specjał sobie uważa, ale nawet wiarę w diabły i duchy ma sobie 
za jakiś artykuł religijny. 
— Prawdę mówi pan podstoli — rzekłem ja na to — w rzeczach każdej wiary, nie mówię już 
samej religii, wszystkie rozumowania nie są na swoim miejscu. 
— Oczywiście — rzekł 
na to pan Fredro — w rzeczach wiary nie masz rozumowania. Kto 
rozumuje, ten już nie wierzy. Ale w rzeczach miłości i nadziei dużo się da powiedzieć, i to 
bez żadnej szkody. Jakżeż tedy u ciebie, panie Marcinie? czy zawsze jeszcze status quo178, 
czy jest jaka odmiana? — Ja też na to: 
— I u mnie odmiana, i tu, widzę, na stole jest trochę odmiana; zaraz wam będę służył. 
To rzekłszy, porwałem klucze i pobiegłem do piwnicy, ale tą rażą przyniosłem jeszcze 
lepszego wina, którego skoro tylko pokosztował pan podstoli, zaraz zawołał: 
— To w tobie diabeł siedzi, mospanie, ale nie w Piotrowiczu! 
Skąd ty masz takie wino? Jak mnie Bóg miły, tak u Ossolińskiego, gdzie każdą beczkę i 
butelkę tak znam, jak u siebie, nie masz takiego kordiału. 
— Wolne żarty! panie podstoli dobrodzieju, ale snadź znajdzie się tam trochę lepsze, 
chociaż i u mnie jest jeszcze jedno, przy którym i to jakby cienkusz tylko wygląda. 
— A! panie Marcinie! — zawołał 
pan Bal — bierzesz nas na tortury! Chyba że chcesz, 
żebyśmy nigdy nie wyjechali od ciebie. 
— Bodajbyście i nie wyjechali! — rzekłem, całując Bala po obu stronach twarzy, na co pan 
Fredro uśmiechnął się trochę i rzekł: 
— Niechże wam Bóg sekunduje! Z czego ta szlachta nasza porobione ma serca, dalibóg, 
nikt nie odgadnie. Dosyć się nadeptałem po cudzych krajach i ziemiach, i grodach, i miastach 
i zawsze to sobie powiadam, że nasza cara patria179 ledwie by na pastwisko być mogła dla 
tamtych; ale co się tyczy przyjaźni i gościnności, toby tamtym wszystkim długo się uczyć u 
naszej szlachty... 
— I snadź nigdy się nie nauczyć — dodał pan Bal. — Chodziłem ja między Niemce i inne 
Angielczyki, byłem nawet w Szwajcarii, gdzie to lody wieczne na górach, a na dołach 
pomarańcze i lemony180, potrąciłem takoż o Włochy, gdzie znowu tak gorąco, że aż człowiek 
topnieje — ale niechże nie będę Balem, jeżelim tam co widział z tych cudów, o których wy 
powiadacie. Ot! zwyczajne bajki i koniec. 
— Nie gadajże tak, proszę ciebie — odpowiedział podstoli, uśmiechając się dobrodusznie, co 
było już znakiem bardzo dobrego humoru — tyś był za granicą, to prawda, aleś tam był dla 
potrzeby; przeszedłeś przez Niemcy, nie umiejąc ani jednego słowa po niemiecku... 
— Przecie mnie rozumieli — przerwał pan Bal. 
— Oni ciebie rozumieli, aleś ty ich nie rozumiał. 
— Dlaczego by nie! i ja ich rozumiałem. Do pół Niemiec wszędzie gadają po polsku, w 
drugiej zaś połowie choć nie gadają, to przecie rozumieją. Ja ani jednego słowa nie umiem 
powiedzieć z niemiecka, a przecie nigdziem ani głodu, ani pragnienia nie zaznał. 
— Poczciwy kasztelanie — rzekł 
na to pan Fredro — ale na cudzych krajach nic a nic się nie 
rozumie. 
I takeśmy się zabawiali stateczną rozmową, od jednej do drugiej przeskakując materii, i 
bardzo nam przyjemnie czas schodził, bo już to, prawdę mówiąc, nie masz podobno nic na 
świecie nad dobrą kompanię. A lubo pan Fredro ani na jedną chwilę nie zapomniał o tym, że 
się w starych papierach trochę więcej czego nachodzi o jego niżeli o naszych antenatach i z 
tej przyczyny nawet, jeżeli kogo po przyjacielsku brał pod ramię, nigdy nie zaniedbywał 
łokciem go drapnąć po żebrach, to jednak nie wiem, jak komu, ale mnie to nic nie wadziło. 
Trąci mnie Fredro, trącę 
ja pospolitszego od siebie szlachcica, temten znowu trąci 
zagonowego, zagonowy potrąci mieszczuka, mieszczuk potrąci chłopa, a i chłop jeszcze, 
kiedy mu przyjdzie ta fantazja, potrąci Żyda lub innego jakiego hultaja i tak wciąż idzie na 
tym Bożym świecie, i nierozumny by był ten, kto by się gniewał za to. Lecz kiedy sobie tak 
rozmawiamy, ja gościom moim coraz lepsze wino zastawiam i czym mogę im służę, oni zaś 
ustawicznie się sadzą na pochwały i komplimenta dla mojej piwnicy; nagle nowy turkot 
nowych gości zapowiedział przed gankiem. 
— Widzisz — zawołał na to zaraz pan Fredro — szlachta dobre wino zwąchała i ciągnie do 
niego jak mucha do miodu. 
Tymczasem zaś drzwi się otworzyły z łoskotem i wpadł ni mniej, ni więcej, tylko 
Stojowski, Lgocki staroście i ów bogaty wuj jego, którego poznałem był w Źwierniku, imć 
pan Kąkolnicki. Ucieszony tak niespodziewanym darem Bożym, skoczyłem do nich, witając i 
całując się z nimi serdecznie, oni też ze mną 
nie mniej kordialnie, osobliwie też pan 
Stojowski, z którym już mnie, jeżeli nie przyjaźń, to przynajmniej wzajemne poszanowanie 
wiązało; a podczas kiedy ja się tu cieszę z moimi gośćmi i witam ich, stołki im do stolika 
przystawiam i, jak mogę, sadowię i raczę, rzecze pan Fredro, który się wcale z miejsca swego 
nie ruszał: 
— Panie Stojowski, widzę, mnie nie poznałeś — a pan Bal dodał zaraz: 
— Ani mnie także. 
Stanął tedy Stojowski, przypatrując się im obudwom, pocierał sobie czoło, mówiąc: 
— Przysięgnę na to, że was znam obudwóch, zdybywaliśmy się gdzieś podczas wojny, ale 
żeby mnie kto zabił... otóż to pamięć przeklęta! 
Ale kiedy ja pomogłem, skoczyli zaraz serdecznie do siebie, witając się wzajem i jakieś 
dawne, to szkolne z Warszawy, to wojenne skądinąd czasy sobie przypominając. Ja też 
tymczasem witałem się z panem Kąkolnickim, powiadając mu kilka stów grzecznych, jak na 
gospodarza przystało. Jednakże wkrótce ta urywana rozmowa ustała, a nie minęło i pół 
godziny, kiedy przeniósłszy się z gośćmi do wielkiej sali i naniósłszy doskonałego wina pod 
dostatek, bawiliśmy się doskonale, będąc sobie wesołej myśli i najlepszej swady. Lgocki 
tylko jeden, jako zwyczajnie niewiele miał do gadania, milczał i teraz, i chmurno jakoś na 
mnie spoglądał. Nie miałem atoli czasu ani ochoty uważać 
na to, a lubo nieraz mnie ta myśl 
zalatywała, że ta niespodziewana wizyta Mazurów u mnie ma zapewne ważniejsze niż 
zwyczajne wizytowe powody i że snadź nie o kogo innego tu chodzić będzie, jeno o tego 
biednego starościca, toż jednak obowiązek gospodarza nie pozwalał mi myśli moich odrywać 
od chwili obecnej i moich gości, a wszelkie deliberacje rozkazywał zostawiać na później. 
Jednakże później rzecz cała wytoczyła się na stół, a to w ten sposób. 
Pijemy, rozmawiamy, to siedząc, to chodząc, ten z tym, a tamten z owym. Stojowski zaś 
najwięcej już ze mną. Nareszcie wziął mnie pod ramię i zaprowadziwszy do drugiej izby, 
rzekł mi: 
— Kochany panie Marcinie, mamy tu do ciebie prośbę jedną. 
— Może sprawa jaka — odpowiedziałem — jeżeli tak jest, to mów śmiało i bez ogródki, u 
mnie serce nie bardzo płochliwe. 
— Nie jest to sprawa — rzecze on — tylko prośba, której pewno odmówić nie zechcesz; 
jednak przyznam ci się, że sam nie wiem, od czego zacząć. — Ja też na to: 
— Kiedy nie wiesz, od czego zacząć, to niechże się bez początku obejdzie, wal prosto in 
medias res181: ze mną wiele ceremonii nie trzeba. 
— Hm! bo widzisz... jest to zawsze delikatna materia. Lgoccy prosili mnie na mediatora...182 
— Lgoccy? — zawołałem — czegóż mogą chcieć 
Lgoccy ode mnie? 
— Siadajże, proszę ciebie, opowiem ci całą rzecz. 
— Mów bez ogródki. 
— Owóż taka jest rzecz. Wiadomo ci jest, że Lgocki młody, którego znasz, a który tutaj jest 
ze mną, stara się od dawna o pannę Zofię Strzegocką. Zaszalał się nieborak do tego stopnia, 
że już wariuje na czysto. 
— Nie dziwię się wcale, bo jest też za czym. 
Na te słowa moje Stojowski się popatrzył na mnie z uwagą, jakby chciał z twarzy mojej 
odgadnąć, co one znaczą, a potem rzekł: 
— Może jest za czym, ale nie ma dlaczego. Rzecz się bowiem tak ma, że i matka panny, i 
dziadek wcale nie mają nic przeciw temu mariażowi. 
— Jak to! i dziadek — zapytałem obcesem. Zmieszał się trochę mediator, ale po chwili 
odpowiedział stanowczo: 
— I dziadek. Sam z nim mówiłem; protestował się wprawdzie z początku, zarzucał wiele 
rzeczy Lgockiemu, ale na koniec dał się przekonać. 
— To, widzę, dołki kopiecie pode mną! — zawołałem, srodze się popatrzywszy na niego. 
Ale on na to łagodnie: 
— Kiedy tak, to już nie ma dalej co mówić. 
— Mów, mów, niechaj wiem przynajmniej, o co wam chodzi. 
— Dobrze, ja będę mówił, ale muszę cię najpierw uprzedzić, iż ja całkiem obojętny jestem 
obrotowi tej sprawy. Prosili mnie Lgoccy, abym starościca deklarował... 
— Jak to, to już się i zdeklarował?! — zawołałem znów niecierpliwie. 
Na to Stojowski odsunął się ode mnie i przeszedłszy się parę razy po izbie, zajrzał w okno 
i rzekł: 
— Piękne dnie teraz mamy, da Bóg doczekać, będziemy rychłą wiosnę mieli w tym roku. 
— Mój Stojowski! — zawołałem natenczas — nie rób ze mną komedii; to tobie komedia, a 
mnie serce się krwawi z niespokojności i bólu. Mów, co się stało i czego chcecie ode mnie? 
— Nic się nie stało i już niczego nie chcemy. Ja sobie tę rzecz całkiem wyobrażałem 
inaczej. A zresztą, gniewasz się, rzucasz sobą, a my tu właśnie nie po gniew i burdę jaką 
przyjechali, tylko po zgodę i piękne porozumienie się z tobą. 
— Mówże prędko, proszę ciebie, już będę milczał jak kamień. Zaczął więc znowu łagodnie. 
— Słuchajże tylko pięknie i cierpliwie. Otóż przed kilkoma dniami pojechałem ze 
starościcem do Żwiernika i deklarowałem go pani stolnikowej. Mówiliśmy długo i szeroko. 
Pani stolnikowa oświadczyła nam, iż 
nie tylko nic nie ma przeciw temu, ażeby Zosia oddała 
rękę starościcowi, ale i owszem, będzie sobie to mieć za szczęście i spełnienie najgorętszych 
jej życzeń. — Jednakże — mówiła nam pani Strzegocka — zachodzi tu jedna okoliczność, która 
mnie wielce martwi i niepokoi, a którą chciałabym mieć koniecznie załatwioną przed daniem 
całego słowa. Oto imć pan Nieczuja, krewny naszego domu i z wielu względów bardzo 
szanowany kawaler, niedawnymi czasy także się deklarował o rękę Zosi. Są pewne względy, 
które mnie nie kazały przyzwolić na to małżeństwo; jakoż odmówiłam panu Nieczui. On 
atoli, lubo starałam się odmowę moją w jak najgrzeczniejszy sposób ułożyć, przyjął ją z 
niechęcią, z wielkim gniewem i z przekleństwem prawie na dom nasz i całą rodzinę ze 
Źwiernika odjechał i dotąd się nie pokazał. Ja zanadto poważam sobie pana Nieczuję, zanadto 
z wielką przyjaźnią jestem dla niego, zanadto zresztą dbam o przyszłe szczęście i spokój 
mojej córki, ażebym gniewowi takiemu na mnie i na całą moją familię mogła daćżywić się 
dłużej albo żebym przed ułagodzeniem go nie omijała rzeczy takich, które by go jeszcze 
mogły rozżarzać. Może ja tu oględność moją za daleko posuwam i może to wszystko wcale 
jest niepotrzebnym, ale to trudno; byłam sama świadkiem, jakie okropne skutki nieoględna 
rekuza sprawiła w pewnym domu w dawnym naszym sąsiedztwie i po prostu się boję. Nie 
mam tedy nic przeciw panu Lgockiemu — mówiła pani stolnikowa — i owszem, zezwalam; ale 
pierwej całego słowa mojego nie dam, póki waszmość 
nie postaracie się o to, aby jmć pan 
Nieczuja zdjął przekleństwa i groźby swoje ze mnie i domu mojego. 
Zatrzymał się w tym miejscu Stojowski, a ja, który przez cały ten czas nawet oddech 
zatrzymywałem w piersiach, zaczerpnąłem cokolwiek powietrza i odetchnąłem. Jawno mi już 
teraz było, że doskonałą prawdę mówił Stojowski; jawno i to, dlaczego stolnikowa wymaga 
ode mnie słowa na to, że żadnego nie będę miał gniewu dla niej ani dla Zosi; pamięć 
Murdeliona i jego gniewu stała jej żywo przed oczyma... obawiała się znaleźć drugą taką 
samą dozę diabelskiego specjału we mnie... ale nie bójcie się! pomyślałem: nie podług 
wyjątków należy sądzić ludzi na świecie, nie podług tych, którzy się wyszczególniają i 
wynoszą nad ogół!... Ja się 
nie gniewam. Jam niczym nie wystąpił nad masę, jam tylko jest 
zwyczajną i równą innym cząstką milionowego ogółu, ja żadnego wywyższenia nie pragnę; ja 
żyję w kąciku i postępując wedle odwiecznych praw Boskich i obyczajów ludzkich, które 
mam przekazane od ojców, nie chcę niczego więcej, tylko być zawsze tym, czym byli oni. I 
byle tylko nikt wyższych praw sobie nie rościł nade mnie, byłem ja został po staremu 
omnibus par, nemini inferior183, to więcej niczego nie zapragnę 
i do wywyższenia albo 
wyszczególnienia się nie użyję 
ani gniewu, ani złości, ani gwałtu, ani żadnego innego 
nadzwyczajnego środka; a jeżeli mi Bóg dał jakowe cnoty lub zdolności, to i te niechaj się 
spalą na ołtarzu wspólnego dobra, wraz z milionami cnót innych mojego zakonu, przez 
nikogo nie znane i nie nagrodzone, tylko Twoim oczom widome, o Panie wielki! abyś mi je 
policzyć mógł kiedyś, kiedy z otwartym całego życia mojego sumieniem stanąć mi przyjdzie 
przed Tobą. Ja się nie gniewam i nie gniewałem się nigdy, a jeżeli dnia jednego jakich 
cierpkich słów kilka wyleciało z ust moich przeciwko bezbronnej kobiecie, przeciwko matce 
tej niewinnej istoty, która mi się stała wszystkim na świecie, to była to raczej gorąca skarga 
na los mnie przeciwny, niżeli zła chęć jaka dla domu tego, pod którego dachem szukałem 
szczęścia na całe życie. I było to w samej rzeczy. Od dnia, w którym z taką furią wyjechałem 
był ze Źwiernika, daleko więcej myślałem nad tym, jak by stolnikowa na nowo dla siebie 
przebłagać, jak by jej gniew słuszny i sprawiedliwy zdjąć ze siebie samego, niżeli żeby sobie 
gniew jaki na niążywić lub rozżarzać. Vana zresztą 
sine viribus ira184 i cóż by mnie było po 
moim gniewie?... dla mnie matka tej, którą kochałem nad życie, była osobąświętą i 
nietykalną i gdyby mi przyszło było iść na wieczną nędzę lub śmierć z jej przyczyny, to 
jeszcze nie byłbym nigdy potrafił trzeźwymi usty rzucić złe słowo na nią, a nie dopiero 
podjąć jaki niegodziwy uczynek. O! tak było, i pewnie tak było! — jam w niczym nie był 
podobny do Murdeliona. Ale... — myślałem długo i z natężeniem... — ale cóż za odpowiedź dać 
Stojowskiemu? Wyprzeć się by najmniejszego na dom Strzegockich gniewu, znaczyło to po 
prostu błogosławić 
Lgockiemu do ołtarza ze Zosią; przyznaćli się 
do gniewu, którego ani 
cienia nie było w mym sercu? — jak to uczynić? Ale rozum, ów niezmordowany rachmistrz 
duszy człowieczej, ów nieubłagany nieprzyjaciel wszelkich odpowiedzi stanowczych, czegóż 
to nie doradzi? Rzekłem tedy do Stojowskiego: 
— Cóż Zosia na to? 
— Zosia jest jeszcze dzieckiem prawie — odpowiedział mediator — nie może ona w tak 
ważnej rzeczy mieć swojej opinii. 
— Jak to! — zawołałem — toż 
nawet tutaj swojej opinii mieć nie będzie, gdzie o nią samą 
idzie, gdzie idzie o jej szczęście doczesne, o jej życie całe, o jej jedyne i wszystko na świecie? 
O świat! o ludzie! — zawołałem z żalem i ze łzami w oczach zacząłem chodzić po izbie. 
Stojowski stał oparty o krawędź stołu i nie przerywając mi wcale, patrzył, ile mi się zdawało, 
ze szczerym współczuciem na mnie. Milczenie to trwało długą chwilę; ja ustawicznie 
chodziłem po izbie i im więcej się przezwyciężałem, aby się w żalu utulić, tym mocniej mi się 
serce ściskało i tym obfitsze łzy wyciskały mi się 
z oczu. Już i rozum, który znów swoją 
podsuwał radę, umilknąć musiał przed nawałą uczucia. Aby jednak to jakoś zakończyć 
nareszcie, stanąłem i łkającym głosem spytałem Stojowskiego: 
— Czegóż wy chcecie ode mnie? 
To zapytanie moje przyniosło najlepszy skutek. Skoczył on bowiem zaraz do mnie i także 
ze łzami w oczach porwał mnie za rękę, a ściskając ją mocno, rzekł: 
— Przebacz mi, panie bracie! poznałem cię inszym, a widzę cię wcale inszym. Gdybym był 
o tym pierwej wiedział, co teraz widzę, nie byłbym się nigdy podjął tego orędownictwa. Kto by nie szanował praw serca, tego najprzedniejszego klejnotu w człowieku, ten niewart 
nazwiska człowieka. Przebacz mi, panie bracie! 
— Nie gniewam się 
nic a nic i na nikogo się nie gniewam — odpowiedziałem, ściskając mu 
rękę z afektem — ale własną ręką swego serca zabijać nie będę. Dziękuję tobie, że mnie 
rozumiesz, i Bóg jest świadkiem moim, co myślę, ale nikomu nic odpowiadać nie będę. Niech 
sobie robią, co chcą. 
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy z sobą 
w tej izbie, wypowiadając sobie wzajemne 
sentymenta; a właśnie kiedy świece przynoszono do sali, poobcierawszy się z łezodetchnąwszy po kilka razy, powróciliśmy do reszty kompanii. Tam, nie wiem z jakiego 
powodu, ale zapewne wskutek jakiegośźle wyrozumianego gestu Stojowskiego albo wskutek 
fałszywie wyczytanego którejś z naszych twarzy wyrazu, ledwie com wszedł, zaraz ów drugi 
Lgockiego towarzysz, pan Kąkolnicki, przybliżył się do mnie i wyciągnąwszy obiedwie ręce, 
rzekł: 
— W imieniu Lgockich i całego pani stolnikowej domu bardzo dziękujemy waszmości; 
nigdy nawet nie spodziewaliśmy się inaczej. 
— Za cóż 
to mi waszmość dziękujesz? — zapytałem zdziwiony, cofając się przed nie 
należącym roi się komplimentem. 
— A dziękujemy waszmości, żeś był tak łaskaw... 
— Ale, przepraszam — zawołałem — ja wcale nie byłem łaskaw. 
— Jak to! — zawołał znów on, odskoczywszy — czy być może? 
— Może i jest! — odpowiedziałem. On też na to z nieukontentowaniem: 
— A to osobliwa! nigdy nie myślałem, żeby się nalazł kto taki. 
— Mości panie! — przerwałem mu — czy moje uczynki się panu osobliwe wydają czy 
nieosobliwe, to mi jedno! zresztą muszę waszmość uważnym uczynić na to, że tu wcale nie 
miejsce po temu, aby dysputować o tym, chyba że chcecie prywatne sprawy koniecznie na 
widok publiczny wywlekać. 
— Ta sprawa — rzecze on– gdyby się i przed całą Europą wywlokła, nic nam pewnie pod 
żadnym względem nie zaszkodzi. 
— Może i zaszkodzi. 
— Nie zaszkodzi! 
— Ale powiadam, że zaszkodzi. 
— Zaszkodzi, ale nie nam. 
— Otóż wam właśnie zaszkodzi, bo wyście niedorzeczność zrobili, nie ja. 
— Jakąż to niedorzeczność? 
— Toż to dorzecznie jest — zawołałem — przyjeżdżać do konkurenta po to, aby swojej 
pannie pozwolił iść za innego? 
— Cha, cha, cha! otóż to osobliwa! — zawołał 
pan Fredro, a Stojowski w tejże chwili usiadł 
przy nim na kanapie, dając oczywiście tym do poznania, że od wszystkiego ręce umywa. 
Tymczasem zaś Lgocki wstał z krzesła i stanął po stronie Kąkolnickiego, który tuż rzekł: 
— Przepraszam waszmość pana, nie ten jest niedorzeczny, który łagodnie prosi o to, iżby 
mu nie przeszkadzano w konkurach, ale ten właśnie, który się sroży na próżno i upiera przy 
tym, co być nie może. — A ja mu na to: 
— Co mi waszmość gadasz trzy po trzy? sameś głupstwo zrobił 
i teraz składasz je na 
drugiego! Co waszmość wiesz, co być może, a co nie może! , 
— Wiem bardzo dobrze — rzekł on — waszmość tej panny nigdy nie dostaniesz; tak już jest 
zapisano. 
— A żeby tam było i na kamieniu ryto, to ja wam powiadam, że wy jej nie dostaniecie! 
— Otóż dostaniemy! — zawołał 
Lgocki — pani stolnikowa dała nam słowo. 
— Nieprawda! — krzyknę — nie dała! 
— Dała słowo! — zawołał znów Lgocki — i zebyś wiedział, Niecuja, zebym cię zaraz zabił, 
kiedy byś chciał temu pseskadzać! 
— Pójdziesz ty z twoim zabijaniem! — krzyknąłem na niego — patrzajże, jaki mi heros! — A 
wtem pan Bal wstał z kanapy i stanąwszy po mojej stronie, rzecze grubym głosem: 
— Hola, mości panowie! o co to chodzi? 
— O co chodzi, to chodzi! — krzyknie na to Lgocki już w pasji — co wasmości do tego? 
— Co mnie do tego? — zawołał Bal — to będziecie na cudzy dom najeżdżać 
i burdy w nim 
robić! Otóż ja wam powiadam, że panny nie dostaniecie i że pan Nieczuja dostać ją musi! Co 
to myślicie? To jest sprawa dziś całej ziemi. Obraziliście nas tu wszystkich, bo tu nie 
pojedynkiem, mospanie, tu wszyscy za jednego i jeden za wszystkich. 
— Nie damy się napadać — krzyknął znów Lgocki — tu się z nami wybijcie! — i dodał z 
płaczem: — Niechże mnie już zaraz zabiją! 
— Tu się z nami wybijcie! — powtórzył z ferworem Kąkolnicki i poczęli się brać za szable. 
Pan Bal też zaraz dobył karabeli i kiedy ja, pośród krzyku i zamieszania porwawszy jakąś 
serpentynę z kąta, tuż chcę stawać do bitwy, woła Bal już rozogniony: — Tu stawaj, po 
prawej! — Przeskoczyłem na prawą stronę i za jedną sekundę bylibyśmy już jak Bóg w niebie 
uderzyli, ale wtem otworzyły się drzwi z łoskotem i w tymże samym momencie, kiedy w 
sieni dawał się słyszeć głos kobiety wołający: — Dlaboga! gdzie pan? gdzie pan? — wpadła 
owa znajoma nam karczmarka do sali i rzuciwszy się najpierw pomiędzy nas, a potem mnie 
do nóg, zawołała: 
— Ach, panie, co się tam stało w Źwierniku! 
— Co się stało? — krzyknąłem przerażony i pałasz upuszczając ku ziemi. 
— Ach! panie! — odpowiedziała ona, nie mogąc mówić dalej, bo była nadzwyczajnie 
zmęczoną i prawie omdlewającą. 
Pan Fredro i Stojowski, którzy dotychczas nieruchomie siedzieli na kanapie, zerwali się i 
przybiegli do nas; myśmy także, pospuszczawszy pałasze, skupili się razem i okrążywszy tę 
młodą niewiastkę, wypytywali: 
— Co, co tam się stało? 
— Pozaprzeszłej nocy... panie... — mówiła ona drżącym i przerywanym głosem — napadł 
ktoś zbrojnie na dwór źwiernicki. 
— Napadł! — krzyknęliśmy obadwa z Lgockim prawie jednocześnie — i cóż uczynił? 
— Napadł... i porwawszy panią stolnikowa, wywiózł ją gdzieś het!... Bóg wie dokąd. 
— Boże! a Zosia? — zawołałem, bledniejąc cały i drżąc po wszystkim ciele. 
— Wszyscy reszta zostali. 
— Hej! zaprzęgać mi czym prędzej do wózka — zawołałem, wybiegając do sieni. 
— I nam zaprzęgać! i nam zaprzęgać! — wołali inni i już się robił gwar i zamieszanie. 
Lgocki tylko jeszcze rzucił mi się na szyję, wołając: — Psebac, panie Niecuja! ratuj Zosię, ja 
dam milion pieniędzy! — Kąkolnicki zaś, kręcąc się tędy owędy, mówił sobie pod nosem: — 
Tu nie ma co robić, trzeba stolnikowa ratować! — Stojowski rwie mnie w tę stronę. Bal w 
drugą, inny w inną; ale ja już nie wiedziałem, gdziem jest i co się dzieje ze mną, więc taże, 
biegając od kąta do kąta, zawołałem jeszcze podstarościego i krzyknąwszy mu w ucho: — 
Kołkiem, waszeć, w moim pokoju — wskoczyłem ja z Lgockim w jeden wózek, Stojowski z 
Kąkolnickim na drugi i ruszaliśmy nocą i cwałem do Źwiernika. 
A działo się to w dniach pierwszych miesiąca kwietnia; ziemia się rozmarzała, śniegi 
topniały ustawicznie, pora była dżdżysta i wielka roskal185 po drogach, więc łamały nam się w 
tej podróży koła U wozów, wylatywały szprychy, odpadały i gubiły się lusznie, grzęźliśmy w 
wielu miejscach; pomimo to jednak dnia następnego po południu pokazała nam się wieś Źwiernik pomiędzy dwoma podłużnymi piaszczystymi garbami, nad jakąś małą rzeczką w 
dole wyciągniętą, i taka cicha, taka spokojna, jak zawsze, i jakby o niczym nie wiedząca. 
Nareszcie i dwór nam się pokazał ze swoimi białymi zabudowaniami, malowanymi dachami i 
gładkim przed sobą dziedzińcem, ale i na nim jeszcze nie widzieliśmy żadnych śladów 
zajazdu lub gwałtu. Dopiero w środek wjechawszy, ujrzeliśmy trochę niezwyczajnego ruchu 
około domu; dwa wozy naładowane i uprzężone stały przed gankiem, sługi się tu i owdzie 
kręciły, gromadka chłopków stała z pospuszczanymi głowami przed oficyną i gwarzyła 
pomiędzy sobą, a dziadek o lasce oparty stał w ganku i orzeźwiony czy ważnością wypadku, 
czy jakiejś sprawy przedsiębrać się mającej, głośne wydawał rozkazy i rozporządzał. Mąż ten 
w ową chwilę odmłodniał był o połowę lat swoich, a ponieważślady setnego wieku i 
strupieszałości prawie grobowej wciąż na nim widne były, więc wydał mi się na razie, jakby 
jaki od wieków już w trumnie spoczywający praojciec, który, nową zbudzony wojną, wyszedł 
z grobu na chwilę. 
Kiedyśmy zajechali w dziedziniec i dla owych wozów ładowanych, zastępujących nam 
miejsce zajezdne, opodal stanęli od ganku, starzec przyłożył dłoń wyciągniętą do czoła i 
mocnym głosem zapytał: 
— Czy Nieczuja przyjechał? 
— Nieczuja, panie cześniku, Nieczuja! — zawołałem, wyskakując z wózka, a przybiegłszy 
do starca, rzuciłem mu się w ramiona i popłakaliśmy się obadwa. 
— Wiedziałem, że mi nie odmówisz pomocy — rzekł pan cześnik po chwili, wypuszczając 
mnie z swojego objęcia i łzy ocierając. — Kiedyż posłaniec przyjechał? 
— Posłaniec? — zapytałem zdziwiony — ja żadnego nie widziałem posłańca. Przypadkiem 
tylko się dowiedziałem. 
— Przypadkiem? no! wszystko jedno. Wiesz, co się stało. Ja dziś wyjeżdżam, będziesz mi 
towarzyszył? 
— Ale z całego serca, mości dobrodzieju, wszakże po to tu przyjechałem. 
— Ale bo to sto mil drogi –rzekł starzec. 
— A gdyby i tysiąc! — rzekłem w zapale — i gdyby przez ogień i piekło, pewnie się nie 
ustraszę i możesz jegomość liczyć na mnie jakby na syna. 
— Niechże ci Bóg nagrodzi, kochany Marcinie — rzeki starzec, nachylając się ku mnie i 
całując w głowę — znam się na ludziach i wiem, czego w kim szukać. 
To mówiąc, pan cześnik wziął mnie pod ramię i nie witając się cale z tamtymi, prowadził 
mnie do pokojów. Tamci jednak postępowali za nami. Ale ledwie cośmy weszli w próg sali, 
natychmiast Zosia, która, zawinięta i już do podróży ubrana, ze spuszczoną główką siedziała 
pod oknem, ujrzawszy nas, zerwała się nagle i jakby strzała wypuszczona z łuku skoczyła ku 
mnie i z głośnym krzykiem: — Pan Marcin! — rzuciła mi się na piersi. Była to scena, jakiej 
nigdy już potem nie doświadczyłem w życiu. Sam nie wiem, co się działo ze mną natenczas, 
ale to pewna, że jakie tylko uczucia i ile tylko miałem ich w sercu, wszystkie się w duszę 
moją wylały. Mógłbym był i śmiać się, i płakać, i iść 
na armaty, i rzucić się na kolana przed 
Boga, i skonać nawet bez smutku i żalu w onej chwili. I wszystkich to rozczuliło. Ledwie co 
bowiem Zosia, spostrzegłszy swoją nieuważną prędkość, odstąpiła ode mnie, zaraz mnie 
dziadek znów porwał w ramiona, z drugiej strony Stojowski całą twarz mi obcałował i łzami 
obmazał, Lgocki, głośno płaczący, rzucił się na kolana przede mną, Kąkolnicki z 
przyjacielskim współczuciem ściskał mnie za rękę. Zuzia tylko jedna, siedząca na kanapie, po 
tej scenie całkiem zimnym i lodowatym głosem rzekła do mnie: 
— Jak się ma pan skarbnikowicz? 
Ale ja już nie uważałem na to ani odpowiadałem, tylko wyrwawszy się z onych 
przyjacielskich uścisków, w też pędy pobiegłem za Zosią, która, wstydem zarumieniona, 
zaraz się wysunęła do przyległego pokoju. Tam, przystąpiwszy do niej i ściskając ją za 
obydwie ręce, rzekłem z przepełnionego serca: 
— Zosiu! najdroższa nad wszystko na świecie!... jakiegoż to potrzeba było nieszczęścia, 
abyśmy się znów widzieć mogli! — Na to ona ze łzami i głosem cichym a łkającym: 
— Nie opuszczaj pan nas, biedne sieroty! 
— O! nie opuszczę was już ani krokiem, a ciebie, daj Boże, aż do śmierci. 
Zosia mnie na to ścisnęła za rękę i tuż chciała coś mówić, ale w tejże chwili wszedł 
dziadek, mówiąc głośno: — Mój Nieczuja, daj już teraz pokój karesom, będziesz miał dosyć 
czasu na to i potem. Chodź no ze mną, wszakże mamy co z sobą pomówić. 
Na ten głos niespodziewany Zosia odskoczyła ode mnie, jakby ptaszek po strzale; ja zaś 
wziąłem pod ramię starca i przeszliśmy do dalszego pokoju, gdzie on, usiadłszy w krzesło, 
najpierw rzekł do mnie: 
— Dobry chłop z ciebie, ale jeszcze pstro w głowie. 
— Panie dobrodzieju — odpowiedziałem ja na to– Bóg świadkiem moim, że mi się serce 
kraje na wspomnienie tego nieszczęścia, które was nawidziło, ale radość i smutek w tej chwili 
pomieszały się we mnie, że sam nie wiem, któremu się oddać najpierwej. 
— Nic w tym nowego — odparł pan cześnik — na to człowiek ma serce, aby czuł wszystko, 
co go z bliska dotyka. Ale znów na to ma rozum i sumienie, aby nie trawił darmo czasu nad 
bezużytecznymi żalami, tylko aby przysposabiałśrodki ratunku. Więc wiesz, co się stało? 
— Wiem, panie. 
— Wykradziono córkę moją, porwano ją gwałtem, po zbójecku. I wiesz, kto to zrobił? 
— Nie wiem na pewno, ale się domyślam; podobno Murdelio. 
— Tak jest, on! Ignacy, ten diabeł wcielony, który, zakochawszy się w niej za młodu i 
dostawszy rekuzę, poprzysiągł mnie zemstę wieczystą i teraz ją wykonywa! Spodziewałem 
się tego, ale nie mogłem temu zapobiec. Trudnoż, miałem nadworną utrzymywać milicję; 
aby dom pilnować od niego; trudno uciekać było przed nim za granicę, kiedy by to się na 
nic nie zdało; trudno rozprawiać mi się z nim dzisiaj na rękę, kiedym już stary i zakrzepły. 
— Ja się z nim rozprawiłem po trochę przed kilkoma dniami– rzekłem na to dziadkowi — ale 
cóż to pomogło! 
— Jak to? ty z nim? a gdzież to było? 
Opowiedziałem tedy dziadkowi wizytę Murdeliona u mnie i wszystko, co się stało. 
— O! nieszczęśliwy! — rzekł on na to — toż to dlatego on się w zimie na to odważył. 
— Ha! być może! ale cóżem ja temu winien? 
— Tyś nie winien — rzekł 
dziadek — i nikt z nas nie winien. Ale niechże się ma na baczności 
ten, który winien! Ja wiem, gdzie go szukać, a kiedy znajdę!... stary jestem i obydwiema 
nogami stoję już w grobie!... ale kiedy go znajdę!... — wołał dziadek, trzęsąc się cały i 
zaciśniętą pięść prawą podnosząc do góry, ale ja go wstrzymałem, mówiąc: 
— Niech się jegomość nie irytuje; przy Boskiej pomocy wszystko się to zrobi, jak 
przynależy, a chybaby jużżadnej cnoty w ludziach nie było, żeby nam nie pomożono w tym 
razie. 
— Daj no pokój! — przerwał mi starzec, uspokajający się już cokolwiek — wiem ja, co liczyć 
na kogo. Szlachta oszmiańska była mi ojcem niegdy i opiekunem opuszczonej fortuny; potrafi 
ona być mi dziś bratem i pomocnikiem. Więc słuchaj mnie, wasze. Córkę moją wykradł 
Ignacy i zawiózł ją precz do siebie, aż na swój zamek. Pan Strzemeski, który trzyma 
Strzegocice od mojej córki, pędził 
za nim zaraz nazajutrz i nie dopędził go wprawdzie, ale po 
drodze odpytał. Bryką 
i wozem, zaprzężonymi po cztery konie, popędził on przez Pilzno ku 
Mielcowi. Na razie można mu było zabiec drogę i odbić, bo nie miał, tylko pięciu ludzi trochę 
uzbrojonych przy sobie, ale dzisiaj już nie ma co myśleć o tym. Musi on być już gdzieś koło 
Lublina, bo to psimi drogami popędziło to licho. Nie ma więc innej rady, tylko trzeba jechać 
za nim. Ja tam mam wioskę w jego sąsiedztwie, mam ludzi przychylnych, całą szlachtę 
znajomą i kochającą, jest więc punctum oparcia się. Ale ja nie pojadę tędy, bom ja już stary i 
słaby, i niezaradny w podróży; ja pojadę za gościńcem na Kraków, na Warszawę, na Grodno. 
Przyjadę o kilka dni później wprawdzie, ale tym pewniej, a przez ten czas mam nadzieję, że ją 
tam Pan Bóg będzie miał w swojej opiece. Zresztą, jedzie Zosia ze mną, jakże mi się puszczać 
na małe drogi? 
— A panna Zuzanna? 
— Panna Zuzanna zostaje z panią Strzemeską 
na gospodarstwie w Źwierniku. Nie bardzo 
tego potrzeba, bo któż wie, kiedy powrócimy, ja pewno już nigdy, ale kiedy jechać nie chce, 
to cóż jej zrobię? 
— Pewna to — rzekłem — że trudno przymusu używać, ale widzi mi się, że kiedy państwo 
wyjeżdżacie, to już lepiej by, ile możności, zabrać się ze wszystkim. Kto wie, jak tam długo 
posiedzieć wypadnie? a jeżeli tu chodzi o jmć pana Konopkę, toż przecie konkurent... 
— Ale gdzie tam! Konopka sam chce jechać z nami, ona nie chce. Niechże sobie siedzi. 
Więc słuchajże. Kiedyś tak dobry, że się ofiarujesz jechać z nami, to jedź. My dziś 
wyjeżdżamy na noc do Koszyc, do Konopki, gdzie on już dziś rano wyjechał, aby nam nocleg 
przyrządzić, jutro bowiem zawczasu chcemy być w Krakowie i zapewne cały dzień tam 
zabawimy; więc ty jedź z nami do Tarnowa, stamtąd sobie wyszlij kogo do domu, abyś jakoś 
na ten czas gospodarstwem zarządził 
i przez to straty jakiejś nie cierpiał, a potem nas 
dopędzisz gdziekolwiek na drodze albo i w samym Krakowie. 
— Hm! Boże mój! — rzekłem na to — ja tu ani koni nie mam takich ze sobą, ani powozu, ani 
Węgrzynka... a! no! jakoś to będzie; 
niech jegomość będzie spokojny. 
To rzekłszy, wybiegłem do Zosi spytać się o mojego Węgrzynka. Ale ku wielkiemu 
zdziwieniu dowiedziałem się, że był, ale dwa dni jeszcze przed owym pani stolnikowej 
nieszczęściem wziął kartkę wieczorem i miał zaraz odjeżdżać. Więc ja, niezadowolony tą 
wiadomością, a wiedząc o tym, że ogrodnik miał być 
wtajemniczony w tę całą sprawę, 
pobiegłem do niego, ale i tam jeszcze nie dowiedziałem się nic takiego, co by mnie choć na 
domysł 
jego dotychczasowego zniknienia naprowadzić było mogło. Ogrodnik bowiem tylko 
potwierdził to, co mi powiedziała Zosia, dodając, że ile jemu się zdaje, pan Mighaza musiał 
pojechać na Tarnów, bo się bardzo uskarżał na małe drogi, że były złe i bardzo błotniste. Tak 
tedy, pozbawiony najwierniejszego sługi mojego i nie mając nawet czasu do namyślenia się 
nad sposobami odszukania, musiałem pobiec na powrót do dziadka, którego już ubranego w 
szubę i żegnającego się z domownikami zastałem w ganku. 
— Mój Nieczuja — rzecze on do mnie –wszystko już gotowe, jeno na ciebie czekamy. 
— Jam także gotów — odpowiedziałem, bo moje konie już także zaprzęgnięte stały przed 
oficyną. 
— Niechże Zosia jedzie sama z służebną, a ja siądę do twego wózka; będziemy z sobą 
rozmawiać przez drogę. 
Tak tedy Zosię wsadziliśmy do powozu, a sami, pożegnawszy się z Zuzią i z panią 
Strzemeską, pozostającą z łaski swojej na gospodarstwie w Źwierniku, i oddawszy dom ten 
nieszczęśliwy Panu Bogu w opiekę, ruszyliśmy w drogę. Tamci trzej panowie, smutni i cale 
skonsternowani, to pani stolnikowej nieszczęściem, to zimnym i obojętnym ich przyjęciem 
przez dziadka, wlekli się jakie pół 
mili za nami, a nareszcie, znudzeni powolnością podróży 
naszej, minęli nas i zniknęli nam z oczu. 
Ja zaś, wrzeszcząc przez całą drogę każde słowo dziadkowi w ucho, że aż mi gardło 
ochrypło, tak się z nim umówiłem, aby kontynuując swoją podróż, cale się nie zatrzymywał 
przeze mnie i nie uważał na to, gdzie i kiedy z nimi się zjadę. 
— Że się z wami zjadę — powiadałem dziadkowi — to pewna, ale teraz nie umiem miejsca 
oznaczyć, bo przyznam się jegomości, że bez koni i sługi, a nawet bez potrzebnych do tego 
pieniędzy, że nie wspomnę już o pozostawionym tak na Bożą opiekę 
gospodarstwie, w tak 
daleką podróż puszczać się nie mogę, tym też bardziej, że mając całą prawie fortunę w domu i 
w gotowiźnie, kiedy by jeszcze i tego chciało nieszczęście, mógłbym z Oszmiany wrócić do 
czterech węgłów i wiekuistej golizny. Jedź zatem, jegomość, spokojnie i bez żadnej przerwy, 
a ja czy dzień, czy dwa dni jeszcze się zabawię 
w Tarnowie, to zawsze was na gościńcu 
między Krakowem a Warszawą dogonię. 
Tak powiedziałem dziadkowi, ale kiedy mi się przyszło z nim, a osobliwie z najdroższą i 
przez łzy na mnie patrzącą Zosią pożegnać w Tarnowie, to mi się strasznie duszno zrobiło 
około serca, bo mnie z jednej strony miłość, z drugiej obowiązek kawalerski, a z trzeciej 
obowiązek dla mojej fortuny w takie wzięły obroty i na tak niebezpieczny szańc wystawiły 
sumienie moje, że trzeba było prawdziwej łaski Bożej, abym cały wyszedł z tej fatalnej 
okazji. 
Jednakże za pierwszym postępując natchnieniem i cale nie czekając na to, czy mi się 
gdzieś przypadkowo nie wynajdzie w Tarnowie Węgrzynek, zaraz tej nocy jeszcze pchnąłem 
Żydka najętego konnym wózkiem do siebie z takim do podstarościego rozkazem, aby mi 
natychmiast na dzień 
i noc przysyłał cztery konie, pakowny karabon, sukni i bielizny, co 
trzeba, i szkatułkę podróżną, w której było tysiąc czerwonych złotych. To uczyniwszy, trochę 
spokojniejszy położyłem się spać w lichej, jak zwyczajnie u nas, gospodzie. 
VI 
Owóż wyprawiwszy onego Żydka do Bóbrki i cale uspokojony tym zaradzeniem sobie a 
pewny, że już bez żadnej przeszkody będę mógł przedsięwziąć ona, tyle dla mnę ważną i 
obiecującą podróż na Litwę, wstawszy drugiego dnia rano, znalazłem się rzeźwym i silnym, i 
w dobrej fantazji. Więc ubrawszy się prędko, zarzuciłem na siebie szubę i zamiast szabli, na 
którą u nas już niechętnym okiem patrzano po miastach, wziąwszy tylko dobrze okuty 
czekanik do ręki, szedłem na mszęśw. do Franciszkańskiego kościoła. 
A działo się to jakoś dni kilka po środopoście i wszędzie po kościołach odprawiały się 
nabożeństwa piękne i stateczne. W Franciszkańskim kościele, lubo tak rano, ludu już było 
pełno, ciężko się nawet było przecisnąć, a nie tak dla natłoku, jak dla towarzystwa kapników, 
czyli biczowników, którzy o tej porze właśnie przyszli byli z procesją do kościoła i swoją 
nabożną praktykę odbywali. 
Kapnicy było to towarzystwo ludzi pobożnych, złożone zwyczajnie z mieszczan 
bogobojnych, szlachty po miasteczkach osiadłej albo innego gatunku subiektów, których 
światowego znaczenia trudno zresztą oznaczyć dokładnie, bo nie opowiadając się nikomu, 
tylko pomiędzy sobą się znali i twarzy swojej nigdy nie pokazywali. Zawiązywali się oni, jak 
w jakim mieście, albo zwyczajnie raz tylko do roku, i to w ostatnią zapustną niedzielę, 
właśnie przed poczęciem czterdziestogodzinnego nabożeństwa; przez cały Post Wielki 
praktykę 
czynili, a po rezurekcji znowu się rozwiązywali, żegnając się, komu by Bóg dał 
doczekać, znowu aż do przyszłego roku. Zakon ten ile ze świeckich ludzi i na pewien czas 
tylko złożony a żadnym dożywotnim ślubem nie związany, nie miał teżżadnych innych ani 
względem świata, ani Kościoła obowiązków, tylko te, które sam włożył na siebie. Toż 
praktyka tych kapników ograniczała się tylko na codziennym nabożeństwie, społemwzajemnym siebie biczowaniu, skąd ich .także w niektórych miejscach biczownikami zwano. 
A robili to tak: rano zawsze przed nabożeństwem schodzili się wszyscy u swego starszego, 
tam rozbierali się z szat wierzchnich i koszul i brali na siebie długie płócienne, szarego koloru 
wory, które były rozprute na plecach, a rozpory te poprzykrywane kapkami tak, że za 
pociągnieniem sznurka z łatwością się otwierały, nagie plecy odsłaniając do biczowania. Na 
głowach mieli długie, spiczaste, także płócienne kaptury, które całą głowę zakrywały i tylko 
na oczy miały z przodu powycinane otwory, zresztą opasywali się w stanach szarymi także 
sznurkami, z ogórkami186 na kształt mnisich, poświęcanymi albo o jaki obraz cudowny 
pocieranymi. Każdy z tych kapników niósł w lewej ręce świecę woskową i książkę do 
nabożeństwa, który czytać umiał, a który nie, to różaniec; w prawej każdy miał dyscyplinę z 
opiekanymi na końcach rzemykami, które często jeszcze były opatrzone drutami albo 
metalowymi gwiazdami, aby ciało do krwi szarpały. Wychodząc z domu swego starszego, 
szli procesją ordynkiem: więc naprzód starszy z krzyżem drewnianym w obydwóch rękach, 
potem bractwo parami, a na koniec dwóch jeszcze także kapników, ale już niby to 
marszałków, bo ci mieli potężne laski w rękach, którymi pewne naprzód umówione znaki 
dawali, bo mówićżadnemu nic wolno nie było. W takiej procesji przychodzili do kościoła iw 
takim porządku stali, klęczeli i krzyżem leżeli pomiędzy ławkami wzdłuż nawy. 
Przyszedłszy, za danym znakiem przez marszałków, zaraz krzyżem się kładli, a powstawszy, 
znowu za danym znakiem, obnażali sobie plecy i biczowali się wzajem, niektórzy przy biciu 
dodając słowa: ad majorem Dei gloriam187: albo inne jakieś formułki, których słów ani 
całkowicie dosłyszeć, ani spamiętać mogłem. Sroga ta ceremonia do skończenia mszy św. 
powtarzała się kilkanaście razy, przy czym każdemu z nich dostawało się po jakie 
kilkadziesiąt doskonałych dyscyplin, niektórzy zaś już w połowie tego czasu byli tak zbici, że 
im się aż skóra porozpadała na plecach, a przy końcu krew z nich pluskała na ziemię, a nawet 
i na lud obok klęczący lub personatów miejskich w ławach siedzących. Ja pierwszy raz wtedy 
widziałem i ten zakon, i jego praktykę i nie wiem, jak komu, ale mnie się nie zdawała ona być 
czysto ad majorem Dei gloriam, tylko także cokolwiek ad sui ipsius, to jest tych praktykarzy 
augendam famam188, bo czegóż to czynić publicznie w kościele? Dobrze też mówił szlachcic 
obok mnie tamże klęczący: 
— Gdyby tak na mnie, mości dobrodzieju, to ja bym nie pozwolił 
z domu Pańskiego robić 
teatrum dla takich scen barbarzyńskich. Kiedy szewców skóra świerzbi, to niech sobie dadzą i 
po tysiąc bizunów, ale w domu, w kąciku, ale niech nie straszą kobiet i dzieci po kościołach. 
Moja żona na widok tej krwi zasłabła tu przeszłego tygodnia i do dziś dnia się jeszcze z tego 
obaczyć nie może. 
Tak więc daleko więcej czasu strawiwszy na przypatrywaniu się obrzędom owych 
kapników i na przysłuchiwaniu się opowiadaniom szlachcica niż na przyzwoitej, dla której 
tam poszedłem, modlitwie, wyszedłem z kościoła, a przeszedłszy ulicami na rynek, 
zmierzałem prosto do pańskiego domu, to jest do onej gospody, na której moja najpoczciwsza 
karczmarka siedziała. Suponowałem, że już musiała powrócić 
z Bóbrki i że z nią sobie 
jeszcze co porozmawiam, że się co przecie dowiem o moim Węgrzynku, o czym wszystkim 
przedwczoraj w Bóbrce ani wspominać nawet nie miałem czasu ni pamięci. 
Aliści ledwie co pominąłem kościół famy i wszedłem w ulicę ku pańskiemu domowi 
wiodącą, zastępuje mnie drogę jakiś hultaj niby z mieszczańska, a niby już z niemiecka 
ubrany, mówiąc srogim głosem: 
— Aha! tuś mi ptaszku! poczekaj, już mi nie ujdziesz teraz z ręki! 
— Cóż to? — rzekłem, zadziwiony taką bezczelną napaścią wśród dnia białego — rozbój w 
samym środku miasta? 
— Na rozboja rozbój! — zawołał on, podczas kiedy ludzie zaczęli się pomału gromadzić 
około nas — to ludzi będziesz strzelał jak ptaki? ha! 
Dopiero mi się przypomniała owa burda u karczmareczki, u której strzelałem był z 
pistoletu. Na to przypomnienie włosy mi kołkiem stanęły na głowie i Strach mnie zdjął 
wielkooki; jednakże zebrawszy się prędko: 
— Ruszaj — krzyknąłem — jam tu pierwszy raz w mieście i nie strzelałem do nikogo! — To 
rzekłszy, chciałem iść dalej, ale on, hultaj, tuż rękę wyciągnął do mojej szyi, wołając: 
— Stój! ani kroku ciebie nie puszczę, pójdziesz na odwach! Wtedy odskoczyłem od niego i 
kiedy go to wytnę w łeb czekanikiem, padł. Ja też w nogi i byłbym uszedł jak Bóg na niebie, 
ale już się tumult taki zrobił na ulicy, że ani rusz przepchnąć się było. On też, hultaj, źle 
trafiony przeze mnie, lubo upadł, jednak nie stracił przytomności, tylko wołając: 
— Gwałtu! ratujcie! brata mi zabił! poznałem go! on białowłosy — tarzał się po ziemi i 
krzyczał. Toteż na ten tumult i hałas, co się. wszystko działo prawie w oczach odwachu, zaraz 
na raus189 zawołano, dobosze uderzyli larum190, a ront191 z pięciu żołnierzy, wybiegłszy z 
odwachu, oświecony przez najpoczciwszy lud miejski, o co rzecz chodzi, i na mój trop 
naprowadzony, dopadł mnie zaraz i obskoczywszy, porwał i zaprowadził na odwach. 
Ledwiem tam wszedł, zaraz mnie znowu obskoczyli oficerowie, sierżanci i inni, oglądając 
mnie, długo coś po swojemu szwargotali. Jam się po kilka razy do nich odzywał to tym, to 
owym językiem, mówiąc, żem jest Człek spokojny, żem nic nikomu nie winien, żeby mnie 
wypuszczono — ale mnie nikt nie słuchał, a z owego szwargotu to tylko wyrozumiałem, że 
zaraz komenderowano i rozesłano ronty na wszystkie strony miasta, była bowiem ta 
supozycja, że jakiś 
napad jest zamierzony na miasto, któren przeze mnie wydał się 
przedwcześnie. 
To wyrozumiawszy, bardzo mi się smutno zrobiło na sercu, bo widziałem już jakąś długą i 
fatalną historię przed sobą, która kto wie kiedy i jaki koniec wziąć może, a powiadając sobie 
w cichości tę naukę, że nigdy żadna rzecz lekkomyślna bez gorzkich owoców się nie 
obejdzie, zamyśliłem się srodze. Ale nie dano mi długo rozmyślać: zaraz bowiem przystąpił 
do mnie jakiśżołnierz i zabrawszy z sobą, przeprowadził przez kurytarzyk, drzwi jedne 
żelazne na wielką kłódkę zamknięte otworzył i wtrącił do paskudnego kałauzu. 
Boże! kiedy to stojąc na progu, przypatrzyłem się tej izbie, jako była prawie na pół w 
ziemi, jako jej ściany były brudne i wilgotne, podłoga zabłocona, proste tapczany wokoło i 
wąziutkie ciemne okienko, opatrzone kratami i żelaznymi siatkami, westchnąłem tylko i 
pomyślałem: gdzie się było, to było, ale tu się jeszcze nie było. 
W izbie tej, która była duża, jakby jaka sala zamkowa, a do której trzeba było zstępować 
po kilku schodkach, jak powiedziałem, dość ciemno było: więc dopiero po rozpatrzeniu się 
chwilowym dojrzałem, że nie sam przynajmniej będę w niej siedział, mam i kompanię. W 
odległym kącie bowiem, przy stołku drewnianym, służbę stolika odprawiającym, siedziało 
cztery jakieś figury, które grały w kości, a tak były zagrane, żem ich nawet wejściem moim 
od tej gry nie oderwał. Pragnąc jednak zaraz z kolegami zabrać znajomość, przystąpiłem 
bliżej, ale jakież było zdziwienie moje, kiedy pierwszy, który się z nich zerwał z siedzenia i 
do mnie przyskoczył, był mój własny Węgrzynek, Janczi Mighaza de Isztvanferet. 
— O, wierny sodalisie! — zawołałem do niego — toż i tutaj mnie nie opuszczasz! — Janczi stał 
i milcząc, oczy opuścił ku ziemi. 
— No, mówże, błaźnie — rzekłem do niego — jakim prawem się tutaj dostałeś? 
— Jam nic nie winien — rzekł on nieśmiało — wstąpiłem do Tamowa, bo mnie panna Zofia 
kazała wstąpić do karczmarki i powiedzieć, żeby zaraz do Źwiernika jechała. Ona też zaraz 
pojechała, a ja zostałem jeszcze, bo noc ciemna była. Tymczasem wieczorem w szynkowni 
jacyś tam ludzie pili, następywali na mnie, trochę się z nimi pobiłem, ront nas wszystkich 
zabrał 
i tutaj zamknął. Tamtych nazajutrz wypuszczono, a na mnie powiadają, że ja tu 
człowieka jakiegoś ustrzelił w zapusty. 
— Hm! tak powiadają? któż to mówi? 
— Panowie jacyś, którzy tam siedzą w kancelarii, ale ja się wyświadczam, ot, tym 
gospodarzem, który także tu siedzi. 
— Jako? więc i on gospodarz tu siedzi? 
— A ot! — rzekł Węgrzynek, pokazując mi personę 
quaestionis192, który zaraz przystąpił do 
mnie, mówiąc: 
— Toż i jegomościa tutaj przymknęli; szkoda, szkoda! ale to nic nie wadzi, kiedy nas więcej 
będzie, to nas prędzej wypuszczą. 
— Bodajbyś diabła zjadł — rzekłem — z takim argumentem! — a Węgrzynka wziąłem na 
stronę dla dowiedzenia się od niego na razie, jak, kiedy i o co go pytano na śledztwie? 
I dowiedziałem się rzecz krótką: przedwczoraj stawał przed komisją i przyznał, że tego 
wieczora, kiedy burda była, był ze mną w onej gospodzie, przyznał, żeśmy uspokajali tę 
burdę, płosząc kijami i wyrzucając z gospody bijących się, ale że żaden z nas palnej broni nie 
używał w tej akcji ani do nikogo nie strzelał, statecznie twierdził. 
— Wszystko nic, panie — dodał na końcu Węgrzynek — nic nam nie będzie; tylko o to mnie 
chodzi, żeby mnie na tortury nie brali, bo to człowiek do tego nie zwyczajny, to nie ciężko się 
z czym wygadać. 
— Ej! tak źle nie będzie — odpowiedziałem — trwaj tylko statecznie przy tym, coś już 
powiedział, bo i ja tak powiadać będę, kiedy mnie pytać będą. Zresztą, idź do swojej 
kompanii i staraj się to samo wmawiać 
w gospodarza, aby on nam nie bruździł i co na nas nie 
gadał, a mnie zostaw na chwilę w spokoju, niech no się jeszcze nad wszystkim doskonale 
namyślę. 
— O gospodarza — odpowiedział Węgrzynek — niech jegomość będzie spokojny, on nic nie 
wie, jak się to stało, bo on przecie podczas tego wszystkiego leżał pod żłobem i dopiero się 
zjawił, kiedy już było po wszystkiemu. A tu proszę jegomości — dodał Janczi — jest listek od 
panny Zofii — i dobywszy zapieczętowany kartelusz z kieszeni, oddał mi go. 
Tak to Pan Bóg i w największym utrapieniu jeszcze umie wynaleźć dla człowieka ulgę i 
pociechę, a nie masz podobno tak ciemnej jamy ani tak głębokiej jaskini, żeby tam promień 
łaski Jego nie doszedł. Czego doświadczając przez całe życie, doświadczyłem i wtenczas, bo 
dotknięty cale niespodziewanym nieszczęściem i zamknięty w nieznajomym i tak daleko 
odległym od siebie mieście, znalazłem i sługę swego przy sobie, i współobwinionego 
gospodarza pod ręką, i nawet pismo najukochańszej istoty, które było prawdziwym skarbem 
dla mnie w tej chwili. 
Kto nie był nigdy więzionym, próżno temu opisywać uczucia i myśli, które pod ziemię 
spuszczają się do człowieka; zresztą i nie na wiele by się to komu przydało, bo jak każde 
nieszczęście, tak i to podobno każdy człowiek wedle swojego usposobienia, a każdy inaczej 
czuje i przyjmuje. Miałem sposobność przekonać się o tym w moim późniejszym życiu, kiedy 
mi się zdarzało z wielu rozmawiać ludźmi, którzy dla różnych powodów i w różnych 
miejscach odsiadywali! ba! kiedy i sam jeszcze raz później zamknięty siedziałem, ale gdzie? 
— oto aż na brytańskich wyspach w angielskiej fortecy. Tak to los ludźmi dziwnie pomiatał 
mojego czasu. 
Ale powracając do rzeczy, to sobie powiadam i drugim po mnie, za krwawym 
doświadczeniem osobiście nabytą, a nie z żadnych piśmideł wyczytaną pozostawiam naukę, 
że kto ma czystą i niezachwianą wiarę w sercu i w każdej chwili wolny i wyrzutami sumienia 
nie zaparty regres193 do Boga, ten każde nieszczęście łatwo przeniesie na sobie i podczas 
kiedy inni upadać będą pod lada groźną chmurką, on żyw zostanie pod ognistymi gromami. 
Zamknięcie mnie wtenczas do kałauzu i w aspekcie przedstawiające się obwinienie o 
zabicie człowieka — pod rządem racjonalnym, surowym i cale innymi, jak w dawnej 
Rzeczypospolitej, prawami, a do tego jeszcze w chwili, kiedy stała przede mną droga otwarta 
do tyle upragnionego szczęścia — nie było to niepowodzenie chwilowe albo kapryśna losu 3zawistnego chmura, ale był to cios srogi, pod którym i upaść całkowicie, i zdesperować na 
wieki nie powinno było być rzeczą dziwną ani też niezwyczajną. Jednak się nie upadło. 
Zrazu, trudnoż nam to zaprzeczać, wielkie niecierpliwości mnie opanowały; rzucałem się i 
targała się we mnie dusza jak w opętanym, pierwszej nocy nachylałem się nawet ku 
projektowi Węgrzynka, aby kratę wyłamać i uciec albo wybić się 
z tej jaskini; ale dnia 
drugiego, uspokoiwszy się i umitygowawszy modlitwami, mówionymi i czytanymi z książki 
nabożnej, którą miałem ze sobą, całkiem inne myśli mnie nawiedziły. Sam się tego nie 
spodziewałem po sobie, żebym ja, w którym natenczas jeszcze krew kipiała jakby w ogniu, 
który na wojnach podjazdowych pierwszą odebrawszy edukację, postępowanie prędkie i 
porywcze drugą 
w sobie uczyniłem naturą, który, panie Boże! zapomnij mi to przy 
ostatecznym rachunku, w młodości mojej li przez samą porywczość niemało niewinnych 
ludzi nakreskowałem, który na koniec tak się po szatańsku targałem po owej nieszczęśliwej 
rekuzie — żebym ja, mówię, zamknięty między czterema ścianami, choć jedną dobę mógł 
wysiedzieć spokojnie. A przecież tak było w istocie — bo i zwykle tak bywa, że im kto 
zuchwalszy w małych nieszczęściach, tym pokorniejszym bywa w większych. 
Siedziałem tedy dzień jeden, drugi, i trzeci jak najpokorniej, a to tym więcej, ile że w głębi 
mojego serca przecież poczuwałem się, jeżeli nie do okrągłego grzechu, to przynajmniej do 
karogodnej lekkomyślności, wskutek której wmieszałem się w ową burdę fatalną. Więc 
podczas kiedy tam po prowincji przyspieszonym pędem rozlatuje się wieść o moim 
uwięzieniu, pobiciu, zabiciu i Bóg nie wie czym jeszcze, a to do tego stopnia, że, jak mi to 
później opowiadano, w Sanockiem aż rozgłoszono o mnie, żem zgoła w sto szabel napadł na 
miasto Tarnów — ja tu najwięcej kłopocę się o to, żem mój wózek z końmi zostawił w 
gospodzie, bez grosza pieniędzy i bez żadnej dyspozycji. Więc czwartego dnia rano 
powiedziałem klucznikowi kałauzowemu, iżby powiedział swoim starszym, żeby raz jakiś 
koniec ze mną zrobili; ale klucznik, który był człek pochmurny, służbę swoją pilnie czyniący, 
a w żadne rozmowy się nie wdający, bo to takich zawsze obierają za dozorców więzień, ręką 
tylko kiwnął na moje zagadnienie, mruczał sobie pod nosem, że to dopiero początek. To mnie 
znowu zafrasowało i mogę powiedzieć, że nawet pognębiło, bo jakież to się przede mną 
otwierały widoki? Jednakże Pan Bóg jakośłaskaw, tego dnia jeszcze zesłał mi niejaką 
pociechę, a to w ten sposób. 
Karczmareczka, jako to zawsze sprytna i przytomna, przekupiwszy stojącego pod oknami 
kałauzu na warcie, późnym wieczorem wsuwając przez wydartą siatkę jakieś wiktuały 
mężowi, powiedziała mi: że konie moje z wózkiem zabrali jacyś ludzie przeze mnie 
poszkodowani, a mianowicie tenże sam hultaj, który mnie napadł na ulicy, a który powiada 
się 
bratem niegdy niby to przeze mnie ustrzelonego, a przed kilkoma dniami z ran umarłego 
żołnierza. Dalej donosiła mnie, że dyspozytor mój przyjechał już 
z Bóbrki z czterema końmi i 
karabonem i że przywiózł ze sobą szkatułkę z pieniędzmi, które jej dał do schowania — 
zresztą, że o moim zamknięciu cały powiat już jest powiadomiony, że wysłano o tym 
wiadomość w Sanockie, że wczoraj się tu kupa szlachty zjechała, że chodzili do prefekta i do 
plackomendanta i że lubo ona nie wie, co tam prawili, jednak żebym się 
nic a nic nie 
frasował, że wszystko dobrze będzie. 
— Ale Zosia, Zosia, na miłość 
Boga! — zawołałem do karczmareczki — ona nic nie wie, ona 
umrze z niespokojności widząc, że ich nie dopędzam na drodze. 
— Ha! na to już ja nie poradzę! — odpowiedziała karczmareczka i oddając mnie kartelusz 
zwinięty, dodała: — To od pana Konopki, a schowaj jegomość dobrze, żeby kto nie pojmał. 
— Przyjdźże tu jutro — rzekłem — to dam odpowiedź na wszystko, a miej tam już opiekę nad 
moimi końmi i ludźmi, osobliwie też nad szkatułką; a jeżeli się o nią 
obawiasz, to oddaj ją 
panu Konopce lub Stojowskiemu, lub nareszcie Lgockiemu. 
— Dobrze, panie, ale pana Lgockiego nie ma; on zaraz tego dnia, kiedy jegomościa 
zamknęli, pojechał za panną Zofią. 
— Tam do diabła! — rzekłem — cóż to będzie z tego? Zofia mnie widzieć nie będzie, Lgocki 
jej nagada, żem ją porzucił, żem się przeniewierzył, ona mu gotowa uwierzyć... Panie! ratujże 
mnie, sługę Twojego. 
Kiedy się na powrót odwróciłem do okna, karczmareczki już w nim nie było. Więc ja do 
karteczki, ale ani sposobu — noc ciemna choć oko wykol, a o świecy ani pomyśleć. Była to 
jedna z przyjemności więziennych, których miliony ma dla człowieka ta jama bezecna, a 
które, aby wszystkie opisać. Bóg wie wiele czasu by trzeba. Krótko mówiąc, ta marna kartka 
tyle mnie niespokojności nabawiła i tyle różnych, a tak dziwacznych myśli naprowadziła na 
moją głowę, żem przez noc całą ani oka nie zmrużył, wciąż jeno rozmyślając nad tym, o czym 
by mnie mógł donosić Konopka? A tymczasem to wszystko silenie się i łamanie sobie głowy 
nad odgadnięciem tego, co mi nie było wiadomym, musiało być bezowocnym; Pan Bóg 
dopiero, przysyłając świt dzienny, którego odblask i do mojej kaźni się zakradł, poradził tej 
niecierpliwości, pasującej się ze snem i wyczerpującej siły moje. 
Wstawszy tedy rano i stanąwszy pod oknem, wyczytałem z onej karteczki te słowa: 
„Kochany bracie! Nieszczęście twoje wszystkich nas tu obeszło., Przyjechaliśmy tu, do 
Tamowa, byliśmy u prefekta i u plackomendanta, ale ani mowy nie ma z tymi panami. 
Powiadają oni, że to jest crimen, za które podług ich paragrafów trzeba dać gardło; bo 
zarazem o vim publicam i perduellionem194 będziesz winiony i prawami, jak mówią, 
przekonany. Ale nie frasuj się jeszcze, prima regula juris est fortiter negare195”. 
— Bądźże zdrów, panie Nieczujo! — rzekłem do siebie z ciężkim westchnieniem, 
wyczytawszy tę kartkę — vis publica, perduellio, crimen, gardłowa sprawa! Pięknie 
zakończysz chwałę twojego rodu, panie Marcinie na Nieczułkach i Nieczujowie. Nieczujo 
Śląski! którego przodkowie pisali się 
Comites et Senatores196, którego imię zapisane jest na 
wszystkich polach sławniej szych, którego żaden przodek może jeszcze ani jednego 
wiardunka197 nie zapłacił na grzywny, który jesteś ostatni tak znakomitego w 
Rzeczypospolitej rodu, pięknie skończysz, panie Marcinie! 
To mówiąc, rzuciłem się przy tapczanie moim na kolana i modliłem się gorąco z jaką 
godzinę. Po modlitwie trochę lżej mi się uczyniło na sercu, tak lżej, że mógłbym lekko głowę 
położyć 
na klocu, ale nie tak lżej, jak to bywa, kiedy jaki sposób ratowania się zaświta w 
głowie albo w sercu pewna zabłyśnie nadzieja. Widząc mnie tak zafrasowanym, Węgrzynek 
przystąpił do mnie, pytając: 
— Co jegomości? 
— Ej! daj mi pokój! — odpowiedziałem — ot! przyszła wiadomość, że nas obydwóch lada 
dzień obwieszą. 
— Chryste Panie! — krzyknął na to Mighaza — a to czegóż tu siedzieć, uciekajmy, panie, 
zaraz tej nocy. 
Dopiero opowiedziałem mu całą sprawę, tak jak się miała; po czym on znowu: 
— Ale co tam czekać na rezurekcję! nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. Na co nam cudze 
łaski? Ja dziś wszystko sporządzę; 
cygan, który tam siedzi w kącie, ma piłeczkę przy sobie, przerżnie się krata i wszyscy 
uciekniemy. 
— A żołnierz? — rzekłem — a odwach cały? przecież to wszystko nie śpi w nocy. 
— Gdzie tam, panie! śpią jak zabici. 
Dobrze to powiadał Węgrzynek, ale przecie mnie jakoś nie kwadrowała ta planta198. To 
uciekanie, lubo może rzeczywiście środek na razie najlepszy, jednak jakoś mnie nie 
przemawiało do serca; wybić 
się lub zapłacić, oto były rzeczy, które byłbym podjął natychmiast, ale uciekać na żaden 
sposób. Zresztą, zapewnił mnie przecie Konopka, że pamiętają o mnie i że mi włos z głowy 
nie spadnie; więc wierzyłem temu słowu kawalerskiemu i odmówiłem, ba! odprosiłem 
Węgrzynka od tego projektu, obiecując jednak, iż sam się do niego przychylę, jeżeli się 
rzeczywiście przekonam na śledztwie, że jest aktualne niebezpieczeństwo o szyję! 
Tegoż 
dnia zaraz zaprowadzono mnie na śledztwo. Praktyka ta odbywała się w dużej sali 
ratusznej, na piętrze, prawie nad naszym kałauzem; a było tam wszystko tak po formie, że aż 
dreszcz przejmowała od samej ciszy i powagi, jak to pospolicie bywa u Niemców. Więc na 
środku stał stół 
ogromny, zielonym suknem przykryty, na nim krucyfiks, dwie świece 
woskowe, na nim księgi ogromne w wielką skórę oprawne, stosy papierów, kałamarze, pióra, 
nożyce, pieczęcie. Za stołem, wprost naprzeciw drzwi siedziało trzy figury, wszystkie z 
niemiecka przybrane; więc we środku jakiś najstarszy, w ogromnej pudrowanej peruce, w 
okularach na nosie i w sukni czarnej aksamitnej; przy nim po lewej drugi taki sam, troszkę 
mniejszy, po prawej zaś jakiś wojskowy, pewno major albo sędzia pułkowy, wszystko po 
swojemu ubrane, a na twarzach wygolone jak dłoń. Przy końcu stoła po prawej siedział pisarz 
nad papierami, Czech, ale także z niemiecka ubrany; po lewej zaś, trochę opodal od stołu, 
dwóch waszeciów Polaków, pewno na świadków zaproszonych, z których w jednym zaraz 
poznałem owego starszego patrona, który był przy tej fatalnej burdzie — i to mnie trochę 
pomieszało. 
Kiedym wszedł, pokłoniłem się, oni mnie się odkłonili kiwając głowami, tymczasem zaś 
sługa podał mi stołek, na którym naprzeciw onego stołu trochę opodal usiadłem. 
Najpierw tedy zaczął się długi certament199, jakiego mamy używać do rozmowy języka? Z 
nich żaden nie umiał ani słowa po polsku, ja ani w ząb po niemiecku; Czech umiał wprawdzie 
siedm języków, ale wszystkie po czesku; frasunek tedy pomiędzy nimi był wielki, bo ja się 
zaparłem każdego innego języka; ale kiedy mi powiedziano, że to nic nie pomoże, bo oni 
użyją tłumacza, co tylko sprawę moją odwlecze, więc rad nierad zgodziłem się na język 
łaciński, który oni wszyscy umieli. 
Dopieroż kiedy to się zaczną wypytywania: jak się zowie? a ile mam lat? jakie familijne 
koneksje? gdziem chodził do szkół? Czegom się uczył? com robił w każdym roku mojego 
życia? jaką mam fortunę! itd. Boże! jeszczem nigdy nie był na takiej spowiedzi; a trwało to 
wszystko z jakie dwie godzin, bo każde słowo moje powtarzali, a potem pisali, czytali i znów 
poprawiali, żem się nadziwić nie mógł cierpliwości tych ludzi, której by między naszymi za 
żadne skarby świata nie znalazł. 
Książka ta, w którą moje wszystkie odpowiedzi zapisywano, nazywała się 
protocollon, a 
pytania, które mnie dotyczas dawano, generalia200; po których skończonych przeszliśmy ad 
specialia201. Tu jeszcze gorzej, bo jak mnie zaczęto wybadywać: a czym był tego dnia w 
Tarnowie? a po com tam przyjechał? a jakie konie, jakich ludzi, jaką broń miałem ze sobą? 
itd., to na mnie aż poty biły od samego siedzenia. A im nic: tabakę sobie zażywają, 
szwargoczą pomiędzy sobą i swoje robią, jak gdyby to była rzecz najzabawniejsza. Tedy 
mówi mnie starszy sędzia: 
— Waćpan powiadasz, żeśżadnej palnej broni nie miał ze sobą, a tymczasem tu się inaczej 
pokazuje; zeznania bowiem jmć panów tego a tego, zacnych a wiarygodnych mieszczan 
tutejszych, uczynione w numerze tym a tym, pod datą tą a tą, świadczą dowodnie, że waćpan miał parę kulami nabitych pistoletów ze sobą, z których z jednym wybiegłeś ze swojej 
kwatery i wystrzeliłeś pomiędzy bijących się między sobą tych a tych, wskutek którego to 
strzału człowiek ten a ten raniony został w pierś i z tej rany tam odniesionej umarł w szpitalu, 
dnia tego a tego. — Ja też na to, powstawszy z stołka: 
— Mości panowie! — rzekę — macie przed sobą człowieka, który nieświadom ani waszego 
języka, ani praw, ani zwyczajów. Widzę, że mnie obwiniacie o występek, na który u was 
pewno, jeśli nie główna, to inna jakaś ciężka naznaczona jest kara. Żem w tej sprawie nic a 
nic nie jest winien, przyszłość pewno pokaże; ale gdybym był 
nawet co winien, godziż to się 
sądzić mnie podług praw cudzych, których ja nie znam, a więc do których i postępowania 
mojego stosować nie mogłem? godziż to się, kiedy już być 
inaczej nie może, sądząc mnie 
podług praw mnie nie znanych, nie dodać mi nawet obrońcy żadnego, który by za mnie 
odpowiadał i jako przynależy, mnie bronił? Ja apeluję do sumienia waszmościów; samiż 
osądźcie, czyli to, czego żądam, nie jest słuszne i sprawiedliwe? 
— Mości panie! — odpowiedział z nich jeden — próżno waszmość zamiast odpowiadać na 
nasze pytania, nam zadajesz pytania; 
próżno apelujesz do naszego sumienia; my bowiem, jako nie sądzimy nic wedle naszego 
sumienia, tylko wedle kodeksów i do nich poczynionych a przez jejmość cesarzową-królową 
aprobowanych komentarzów, tak i od waćpana żadnych przeciwko nam ani prawom naszym 
obiekcyj, tylko odpowiedzi oczekujemy i żądamy. 
— Kiedy tak, to słuchajcie i piszcie. Przyjechałem do onej gospody wieczorem, położyłem 
się spać w osobnej izbie na drugiej stronie, w nocy zostałem obudzony przez hałas wszczęty 
w izbie szynkowej; nie ubrany i z gołymi rękami wybiegłem do sieni, a widząc, że mój 
Węgrzynek wali krzesłem z góry w kupę bijących i tarzających się po ziemi całkiem mi nie 
znanych subiektów, pragnąc także miłego pokoju na noc, przyszedłem jemu w pomoc i 
powyrzucałem tych ludzi za okno. Więcej nic nie wiem i nic nie powiem; teraz mnie sądźcie z 
praw czy z komentarzów, to mi jest jedno, ale krzywda albo krew moja na czyją głowę 
upadnie, temu, zaprawdę powiadam wam, srodze ciężko będzie ją nosić! 
Myślałem, że t® słowa moje zrobią pewien efekt na tych ludziach, ale gdzież tam! żeby też 
się który ruszył albo co odpowiedział! Zażyli sobie tabaczki, poszwargotali to, owo, zapisali 
moją odpowiedź rzetelnie i znowu rzekł z nich jeden: 
— Teraz, nim przystąpimy do roztrząśnienia szczegółów i skonfrontowania zeznań 
świadków, musimy panu jeszcze powiedzieć ryczałtowo, iż wedle praw naszych, które od 
dnia tego i tego, roku tego i tego, bez żadnych wymówek i wyjątków są w tym kraju 
obowiązujące, waćpan jesteś obwiniony primo o vim publicam, boś napadł na ludzi 
wprawdzie pomiędzy sobą się sprzeczających, ale ciebie nie napastujących; secundo o zabicie 
człowieka, boś ranę zadał kulą z pistoletu, wskutek której śmierć nastąpiła; a tertio o 
perduellionem, boś w tym człowieku zabił wiernego sługę cesarzowej-królowej, której ludzi, 
jako jej wiemy i zaprzysięgły poddany, winieneś nie zabijać, ale i owszem, wspierać i 
wspomagać we wszystkim i na każdym miejscu. — Ja też na to: 
— Miałem wprawdzie już nic nie odpowiadać, ale na takie dictum triplex202 powiem jeszcze 
słów kilka na moją obronę. Więc quoad primum203, zaraz się panowie mylicie, mówiąc, żem 
popełnił 
vim publicam: ażaż bowiem może być kiedykolwiek gwałt jaki spełniony przez 
dwóch na kilkunastu? i czy można sumiennie to nazwać gwałtem, kiedy kto pijanych 
hałaburdników z lekka bierze na ręce i na dwór transportuje? O zabiciu człowieka ani mowy 
tu być nie może, bom całkiem i zupełnie nie strzelał; a kiedy o zabiciu mowy być nie może, 
perduellio samo przez się upada. 
Dopieroż kiedy to głos zabierze on perukarz mniejszy, a kiedy zacznie mądrze a uczenie 
wywodzić, co jest vis publica, co zabójstwo, a co zdrada główna, i jak zacznie się powoływać to na paragrafy tej albo owej księgi, to kodeksów, to statutów całkowitych i dodatkowych, to 
ustaw różnych, przepisów i komentarzów, tak nie wyszła i jedna godzina, jak dowiódł jak na 
dłoni: żem i gwałt popełnił publiczny, i zabił, i zdradę główną uczynił przeciwko państwu i 
cesarzowej-królowej. 
I nie było co robić. Jam nie był legistą204, ba! nawet nigdy w mym życiu żadnych nie 
praktykowałem procesów, a jeżeli się znało cokolwiek praw i konstytucyj, to tylko polskich; 
o niemieckich ani ze słyszenia nic nie wiedziałem — więc o odpowiadaniu na taką orację ani 
pomyśleć nie mogłem. Zmęczony tedy już kilkogodzinną tą inkwizycją, ledwie się jeszcze 
zdobyłem na marnych słów kilka, mówiąc: 
— Bardzo to gładko i uczenie waszmość panowie wywodzicie winę i karygodność moją; 
pewną nawet, jako widzę, jest rzeczą, że z taką głową i wymową 
pierwszemu lepszemu na 
ulicy pojmanemu człowiekowi można by dowieść winę 
wszystkich zbrodni, jakie tylko się 
praktykują na świecie. I będzie to pewno rzecz mądra i misterna, i zrozumiała dla wszystkich, 
ale nie dla nas. Dlatego też jeszcze raz to waszmość panom powtarzam, iż com miał do 
powiedzenia, tom powiedział, i dalej już ani bronić się, ani też argumentami szermować się z 
waszmościami nie będę. Wyście w prawach ćwiczeni, ja nie; 
wyście mądrzy, ja głupi, i na tym polu rejteruję przed wami i marną moją językową broń 
składam; ale protestuję się jeszcze raz jawnie i statecznie, jakom ani śmierci tego człowieka 
ani gwałtu publicznego, ani żadnej zdrady nie winien. Wy mnie sądzicie i kiedy tak 
rozumiecie, to zmażcie się krwią moją, ale pomnijcie na to, że po tym sądzie nastąpi jeszcze 
kiedyś sąd inny, na którym i ja stanę i pewno mi argumentów nie braknie! 
Oni słuchali tego, com mówił, ale śród tego czasu już książki swoje składali i z miejsc 
powstawali; rzekł tedy on starszy do mnie: 
— Waćpanu także, jak uważam, na argumentach nie braknie, 
szkoda tylko, że sensu nie mają i nie należą do rzeczy. Jednakże przyjdzie czas, w którym 
i waćpan, lubo, jak mówisz, prawa nie umiesz, przecie będziesz podług praw odpowiadał; 
teraz zaś wrócisz do twojego więzienia, a kiedy cię zawołają, przyjdziesz znów do komisji. 
— Jak to? — rzekłem — długoż to się będą wlokły te śledztwa? Oni patrzyli po sobie niby z 
zadziwieniem, młodszy zaś odpowiedział: 
— Kochany panie, to jest dopiero początek; my pana badamy tylko dlatego, ażeby się 
przekonać, czyli jest rzeczywiście i pewne podejrzenie i do jakich sądów mamy pana odesłać. 
Ale zresztą to samo z siebie wynika, że sprawa ta będzie traktowana kryminalnie, a nim przez 
wszystkie instancje przejdzie, zapewne z rok się przewlecze. 
— Upadam do nóg waszmościów! — odpowiedziałem głośno i wyszedłem, ale idąc przez 
kurytarz, powiedziałem sobie w duchu: — Kto mnie za rok tutaj obaczy, temu nie konia z 
rzędem, ale dam całe stado moje. 
Powróciwszy do mojego więzienia, dokąd mnie dwóch żołnierzy piechoty z bagnetami 
odprowadziło, zaraz mnie opadli koledzy, pytając: — A co tam? a jak tam? o co pytano? co 
powiadano? itd. Ale gdzie mnie się tam chciało co gadać? we mnie by się i krwi był wtedy 
nie dorznął, tak mnie się ciężko zrobiło na sercu; gdzież mi tam do rozmowy? jeszcze z kim, z 
tałałajstwem. Ale Węgrzynka ciekawość przecie musiałem zaspokoić. Znowuż on tedy kratę 
przerzynać i uciekać koniecznie. Ale ja zawsze jeszcze nie. 
— Poczekaj — mówiłem — na co ten pośpiech? wszakże nam cały rok obiecują siedzenia; 
będzie jeszcze dość czasu i do namyślenia się, i do wymyślenia dobrego planu, i do 
wykonania go. Zresztą, może też Bóg da, że się 
co zmieni? Wiesz, co pisał Konopka; 
rezurekcja nie tak daleko, nie masz ani trzech niedziel do niej. Obaczymy. 
Ale u mego Węgrzynka krew to nie woda, ba, i umysł nie lodowaty, więc nie dosyć, że 
Mighaza mojej perswazji nie akceptował, ale jeszcze się zżymać począł, ba, fukać na mnie. 
Inną razą wiem, co bym mu był odpowiedział na takie zachowanie się przeciw panu, ale w 
więzieniu diable człowiek maleje; toteż i jam tak zmalał, że zamiast dać w kark zuchwalcowi, 
jeszczem się przed nim składał i tłumaczył, jak żak przed dyrektorem. On też, widząc, że ja 
mięknę i pokornieję przed nim, dalejże na mnie! Ba! ale bo i ja nie z kamienia, więc na niego 
— dosyćże zaczęła pomiędzy nami powstawać sprzeczka, która kto wie na czym by się była 
skończyła, gdyby nie to, że nagle pośród ciszy więziennej, przerywanej tylko naszymi 
półgębkiem wprawdzie, "ale zawsze porywczo wymawianymi słowami, dał się słyszeć jakiś 
ruch w kurytarzu. 
W naszej kaźni było ciemno choć oko wykol, bo więźniom światła nie dają; więc naprzód 
ujrzeliśmy tylko dwa jasne pasy światła, przebijające się przez górną i dolną szparę pomiędzy 
drzwiami i odrzwiami, i kręcenie kluczów w kłódkach dało się słyszeć, ale niebawem wszedł 
klucznik nasz z latarką w ręku i przystąpiwszy do mnie, zdziwionego tym jego o 
niezwyczajnej porze zjawieniem się, powiedział, iż pewien pan chce się widzieć ze mną i 
pyta, azali wejść może. 
— Któż to jest ten pan? — zapytałem klucznika. 
— Zaraz go pan obaczysz — odpowiedział tenże, a w tejże chwili wpadł z niezwykłą swoim 
ziomkom szybkością znajomy mi ze Źwiernika baron von Holmfels. 
Wpadłszy tak, jednym pędem prawie przyskoczył do mnie, wołając z francuska: 
— Ach! panie Nieczuja! panie Nieczuja! co się to dzieje z waszmością? 
— Ot! widzisz pan, co się dzieje! — odpowiedziałem z rozczuleniem i chciałem dalej 
rozwodzić moje jeremiady, ale on mnie wziął pod ramię i zaprowadziwszy się ze mną w kąt, 
jął najpierw wypytywać, co to i jak to, zaręczając mi z góry, iż przyjaźń, której on 
doświadczył ode mnie w Źwierniku, a która świeżo tkwi w jego pamięci, przywiodła go do 
mnie; jakoż i ta przyjaźń wkłada na niego obowiązek wywdzięczenia mi się teraz tym 
wszystkim, co tylko w jego będzie mocy; powiadał dalej, że nic jeszcze o mojej sprawie nie 
wie i nic wiedzieć nie może, bo dopiero co zlazł z wozu, powróciwszy z swojej górskiej 
podróży; dlatego zaklinał mnie na wszystko najświętsze, abym mu nagą prawdę objawił we 
wszystkim i objaśnił go o każdym najdrobniejszym szczególe, bo tylko w takim razie może 
mi, jeżeli nie pomóc stanowczo, to przynajmniej objaśnić mnie o wszystkich możliwych 
mojej sprawie obrotach, co na wszelki wypadek tylko korzyść przynieść mi może. 
Przyznam się, iż lubo baron po kilka razy dawał mi święte słowo kawalerskie, iż co bądź 
usłyszy ode mnie, w tajemnicy dochowa na wieki, i pomimo tego uczucia, które koniecznie 
kazało dawać wiarę słowom żołnierza i kawalera, jakaś nieufność, jakieś 
podejrzenie po kilka 
razy odzywało się we mnie. Nuż 
wyspowiada mnie i poleci z językiem do sądu, nuż 
zdradzi?... dopiero by człowiek przepadł bez ratunku. Ale tak ginąć czy owak, wszystko to 
jedno; niechże choć nieufnością nie grzeszę! I zasiadłszy z nim na tapczanie, opowiedziałem 
mu wszystko. 
— Hm!... — rzekł on, wysłuchawszy mnie pięknie i cierpliwie –już to niedobrze wróży dla 
waszmości, że ta sprawa sama z siebie zanadto jest jasną. 
— Jak to jasną? –spytałem. 
— Jasną, bo to, że waszmość, a nie kto inny, strzelałeś do żołnierza, prawie samo z siebie 
wychodzi i pewno to nie uszło baczności inkwizytorów; a wiesz, że we wszystkich sądach to 
jest najgorsza dla obwinionego, jeżeli sędzia z samego opowiedzenia faktu już poweźmie 
wewnętrzne przekonanie o winie; zaraz to inaczej w takim razie idzie mu inkwizycja i rzadko 
kiedy w takiej sprawie braknie mu prawnych dowodów. Ale nie tędy droga ratowania 
waszmości. Powtarzam, że nic nie wiem jeszcze o tej sprawie z tamtej strony, ale już naprzód 
tak mi się zdaje, że kiedy nieszczęście tak chciało, żeś się dostał w ręce urzędu, to, jeżeli z 
politycznych powodów nie wypłynie jaki dla ciebie ratunek, w prawie zawsze tylko zgubę dla 
siebie znaleźć możesz. Źle jest, panie Nieczujo! — dodał pan Holmfels z westchnieniem — ale 
nie trzeba się jeszcze frasować. 
— Ba! — rzekłem — nie frasować się! toż to gardło nie bagatela. 
— Eh! — odpowiedział 
baron — o gardle tu nie ma mowy. Cesarzowa-królowa dekretu 
śmierci za taką rzecz nie podpisze; mnie się zdaje nawet, że po przeprowadzonym procesie, 
jakakolwiek kara dla ciebie wypadnie, każdą daruje. Nie jest bowiem intencją tej pani w 
nowym kraju rozpoczynać rządy od surowości i to jest, co ci niezawodnie ratunek przyniesie. 
Zresztą, obaczymy jeszcze za dni kilka, niech no jeszcze się z tamtymi panami obaczę i 
pogadam. 
— Proszęż pana — rzekłem na to — a czy nie mógłbym się tą drogą ratować, żeby zapłacić 
familię zmarłego kaprala i żeby ona odstąpiła od oskarżenia? 
— Według naszych praw to nie można i na nic by się nie zdało. 
— Więc gdzież ratunek? bo ja, przyznam się panu, ze jeżeli mi przyjdzie rok posiedzieć w 
kałauzie, to moja głowa już niewiele znaczyć będzie, i cale dbać o nią nie będę. 
— Cierpliwości tylko, cierpliwości! — rzekł na to Holmfels — ja tu znowu będę u pana za dni 
kilka i dam wiadomość o wszystkim, a wtedy, mając pewne data205 o tym, co jest, będziemy 
mogli się naradzić nad tym, co począć na przyszłość. 
— Panie drogi — rzekłem ja znowu jemu — kiedyż już tak grzeczny jesteś, że się moją 
sprawą interesujesz, to ci i to powiem, że ja przecież. Panu Bogu niech będzie chwała za to, 
nie jestem już tak całkiem zdesperowany, boć na najgorszy wypadek człowiek jeszcze i sam 
w sobie znajdzie jaki ratunek. 
— Jakiż to? — spytał baron. 
— Uciec stąd brevi manu206. 
— Uciec? o! tym się nie łudź, bo stąd nie uciekniesz. Jakżeż? kraty potrójne w oknie, mury 
grube, drzwi żelazne, odwach pod nosem, szyldwachy naokoło, to niepodobna! 
— Przepiłuję kratę i wyjdę oknem. 
— Daj pokój, na miłość Boga, daj pokój! bo choćby ci się tu udało niepostrzeżenie 
przepiłować kratę, to ani kroku nie zrobisz za oknem; żołnierz zaraz wystrzeli. 
— Ba! wystrzeli, ale czy trafi? 
— To prawda, że może nie trafić po nocy, ale zrobi się zaraz hałas, tumult i złapią cię w 
mieście. 
— Złapią 
albo i nie złapią, bo i na to jest głowa, przecieby się to jakoś do tego 
przygotowało. 
— Ale dobrze, dobrze, wierzę, że ucieczka udać się może; jednakże zmiłuj się, nie czyń 
tego, przynajmniej poty, póki ja z wiadomościami nie wrócę. Kto wie, może to tylko postrach 
na ciebie i na szlachtę waszą, może to wszystko nic nie jest i lada dzień oni sami cię puszczą. 
Bo za to ci ręczę, że pewno zaraz na drugi dzień 
po twoim uwięzieniu wiadomość o tym 
posłano do Wiednia, a lubo tutaj robią teraz śledztwa z tobą i protokoły piszą, to jednak to 
wszystko nic nie znaczy i aż dopiero dyspozycja stamtąd los twój rozstrzygnie. 
Musiałem tedy dać słowo Holmfelsowi, że żadnego kroku samoistnie nie zrobię poty, póki 
on się drugi raz u mnie nie zjawi; przez przezorność jednak wymówiłem sobie, żeby to 
zjawienie się jego nie później nastąpiło jak za dni ośm. Po czym, odłożywszy tę sprawę na 
Stronę, rozmawialiśmy o owym fatalnym pani stolnikowej wypadku, który nie tylko rozgłosił 
się, już był po całej okolicy, ale stał się nawet powodem najgłupszych w świecie plotek i 
domysłów. Przy rozmowie o tym Holmfels wypytywał mnie dokładniej o tę familię, o jej 
pochodzenie, znaczenie i majątkowe stosunki, często przy tym napomykając o Zuzi, z czego 
ja asumpt biorąc, zażartowałem sobie, że mu się pewno Zuzia podobała. A on na to: 
— I owszem, nie wypieram się, bardzo mi się podobała. 
— Wybijcie sobie zawczasu to upodobanie, bo to towar zakazany. 
— Jak to? — zapytał baron. 
— Zakazany jest — odpowiedziałem — bo panna Zuzanna już jest zaręczoną Konopce. 
— Co to ma do tego? — rzekł Niemiec wesoło — nie z takich więzów wyrywali przodkowie 
nasi, dawni ritterowie i gaugrafy207 kochanki swoje, dlaczegóż byśmy także nie mieli w to 
potrafić?... Ale ja ani myślę o tym; upodobanie nie jest jeszcze miłością, a miłość nie zawsze 
za pragnieniem ożenienia się, toteż nie ma i o czym gadać. 
To mówiąc, baron spojrzał na swój kieszonkowy zegarek, a obaczywszy, że już było po 
dziesiątej godzinie, porwał się nagle i powtórzywszy mi jeszcze zapewnienie, że w jak 
najkrótszym czasie mnie nawidzi, milczkiem wysunął się z kaźni. 
Ledwie co drzwi za nim zamknięto, zaraz się do mnie przysunął Węgrzynek, pytając: –Kto 
to i po co przychodził? — I lubo należało dać w gębę chłopu za dawną krnąbrność, a 
teraźniejszą ciekawość, jednakże będąc sam głęboko przeświadczony o słabości ludzkiej i 
powodowany rozsądkiem, nie uczyniłem tego; przeciwnie, nawet korzystałem z tej 
sposobności i czyniąc mu rychłego oswobodzenia nadzieję, ugłaskałem i umitygowałem go 
całkiem. Ale cóż mi to pomogło? Prawdać, że siedząc w więzieniu, jeśli się ma nieprzyjaciela 
w towarzyszu, ma się podwójne więzienie, ale przyjaciel-towarzysz na ono pierwsze nie 
pomoże. Stan tedy mój i dalsze po Holmfelsowej wizycie powodzenie, wcale nie było lepsze 
ani szczęśliwsze jak przedtem; i owszem, zawieszony pomiędzy bardzo smutną przyszłością i 
bardzo słabymi nadziejami, które jakoby bańka mydlana o lada słomkę się mogły rozprysnąć, 
bardzo smutne dnie miałem, jeszcze smutniejsze wieczory, a noce to już prawdziwie 
męczeńskie. Bo jeszczeż we dnie, to częste otwieranie kaźni, to widok przez kratę na rynek i 
przekupki, przez całe ranki swarzące się z sobą, to nareszcie życie moich kolegów, spychane 
bez myśli z dnia na dzień, z godziny na godzinę, a zapełnione ustawiczną grą w kości o nic i 
ustawicznymi kłótniami także o nic, jeżeli mnie nie bawiło, to przynajmniej rozrywało i 
zabierało resztę godzin od czytanej modlitwy pozostających, wieczorami, chcąc nie chcąc, 
musiałem słuchać różnych bajek dziwacznych, które moi towarzysze, na tapczanach się 
wyciągnąwszy, do snu sobie opowiadali; ale noc gdy nadeszła, gdy już wszyscy umilkli i taka 
ciemność i cisza rozlegała się wokoło mnie, że kaźnia moja zdawała mi się być tylko wielkim 
grobem, a ja w nim pochowany, umarły dla świata i ludzi, ale przecie żyw w sobie i mający w 
głowie cały świat zdarzeń i myśli, w sercu cały chór uczuć i całą zdolność i pragnienie do 
życia, wtedy walka żądz młodych z żelazną koniecznością rozpoczynała swe igry; i to było 
prawdziwym dla ducha i serca mojego męczeństwem. 
Ludzie, których życie całe winęło się jakby nić jedwabna z kłębka przyszłości, nawijając 
się 
tym samym torem na cewkę, rzuconą gdzieś w bezdeń niepamięci i przeszłości; ludzie, 
którzy dnie pacholęce spędzili na ławach szkolnych lub na swawoli pod okiem rodziców; 
młodość po trochę przy chorągwi, czasem w jakich bitwach niewielkich i wielkim czy 
niewielkim, a zawsze jednakim świecie; którzy potem wybrali sobie żonę, według nich jedną 
i jedyną między tysiącami, ale w rzeczy taką samą i niczym się nie różniącą od milionów, i z 
tążoną i dziatek dorastających gronem resztężycia przeżyli w codziennej pracy około roli, 
codziennej modlitwie do Boga i cowieczornej u domowego komina gawędce; i już to był 
wielki fest u nich, kiedy gość się pojawił, wielka niezwyczajność, kiedy coroczne święta 
nadeszły, wielkie użycie, kiedy sobie mogli powiadać, jako córki powydają za mężów 
bogatych, jako z chłopców poczynią wielkich rycerzy lub senatorów, a i to jeszcze przyjęli za 
wielkie szczęście, kiedy na koniec dziewki swoje powydawali za pospolitą szlachtę, a 
pomiędzy synów podzieliwszy niebogatą fortunę, przy nich siedli na starość i ssąc grzanki, 
moczone w piwie, martwym wzrokiem poglądali na takąż kolej życia swych dzieci, jaką sami 
przeżyli, z jednej strony, a z drugiej w co dzień to szerzej rozwierające się deski 
przygotowanej dla siebie trumny... ludzie ci, mówię, którym los zawistny ledwie kiedy 
przeskoczył drogę, których świat gwarny i wiecznie pasujący się z sobą, jakby jakie rośliny lub kwiatki, mijat tylko z daleka, nie trącając o nich swą piersią, nie gniotąc ich swym 
brzemieniem, nie wyrzucając ich swoim wirem do słońc i nad słońca — nie znają też z całego 
świata nic więcej oprócz tej jednej pomiędzy miliony dróg i gościńców snującej sięścieżki, 
którą oni swoją wędrówkę odbyli od kolebki do grobu. Ale spytaj się innych, których są także 
tysiące; spytaj się takich, nad których kolebką już zawisła brunatna gwiazda, gorejąca jakimś 
nieodgadnionym ogniem niespokoju i nigdy nie ugaszonego pragnienia; których młodość nie 
upłynęła pomiędzy zabawami i lekką dla honoru lada gdzie służbą; którzy żony szukali, ale 
nie znaleźli albo się na niej zawiedli, albo im ją Bóg zabrał w kilka chwil po ślubie, którym 
potem już nie wystarczyła owa rola, rodząca co roku zboża i jarzyny, ani ów domek 
drewniany, zewnątrz okolony sadami, a wewnątrz opatrzony kominem, których gość nie 
zabawił, sąsiad nie rozerwał, nie uspokoiły modlitwy ni groby wielkanocne, ni wigilijne 
jasełka, a którzy nie umieli ani strat wielkich dwiema odkropićłzami, ani wielkich boleści 
jednym ukoić westchnieniem, ani wielkiej tęsknoty lada jaką utulić nadzieją i rzucili się 
potem w świat gwarny i ludny, i rzeczywisty i otworzyli pierś swoją na jego groty, głowę 
podali na strzały, serce na trucizny, sięgając tylko ręką po to, co miało im przynieść zdrowie i 
pociechę, i którym od tej chwili los zawistny nie przeskakiwał, jako onym, tam i sam drogi, 
ale wziąwszy ich pod ramię, wiódł ich już tak życie całe; na których wozie, jakby pijanych 
weselników gromady, poczęły się wozić odtąd wszystkie nieszczęścia i cierpienia, więc 
czarne zgryzoty i próżne żale, i zapoznania doświadczane od innych, i pogardy, i gody 
wychudłe jak deski, a wyżółkniałe jak liście jesienne, i nędze z poczerniałymi usty i 
łachmanowatymi szatami; takich się pytaj, a ci tobie powiedzą, ile dróg jest i gościńców na tej 
ziemi, którymi ludzie żywot swój wiodą, ile manowców, po których błądzą, ile głów wielkich 
bez serca, ile serc pięknych bez głowy, ile stąd cierpień, ile zawodów, ile czynów, leżących 
bez ducha na ziemi, ile myśli bez ciała w powietrzu, ile stąd światów rozmaitych w tym 
jednym świecie! 
I jam może także należał 
do tych, których błędna gwiazda wodziła krzyżowymi drogami; i 
jam może miał lata takie, w których mi jako listkowi, miotanemu różnymi wichrami i burzą, 
przyszło nieraz padać na miasta i sioła, na łąki umajone kwiatami i w kałuże, brudnym 
zieleniejące się błotem; więc i ja bym może niejedno umiał Opowiedzieć tym, którzy zimnych 
rzeczy słuchają przy ciepłym kominie; ale spomiędzy tego wszystkiego, co by się o tym dało 
powiedzieć, na dzisiaj to jeno rzec przyjdzie: że jeżeli w tym świecie osobne sąświaty myśli i 
uczuć, rzeczywistości i ułudy, które się w nim kręcą i koło niego jako gwiazdki około słońca, 
to z tych wszystkich najobszerniejszym, najgłębszym i najrozmaitszym w sobie jest świat 
ludzkich cierpień i bólów! 
O! ten świat cierpień i bólów! Ileż 
to razy ja w nim nie byłem! którymiż to weń nie 
wstępowałem drzwiami! 
Lecz dajmy pokój tym łzom i tym żalom! Nie masz tych serc na świecie, które by godnie 
czuć i szanować umiały swoich bliźnich cierpienia; nie masz tych głów, które by bez 
podejrzeń i lekceważenia pojmować chciały czyste uczucia miłości! A otwierać serce swoje 
przed zepsutą słuchaczów zgrają, wylewać uczucia swoje przed szyderczo uśmiechające się 
twarze, czyż opłaci się opowiadającemu? czy się zda na to słuchaczom?... Rzeczy, liczb, 
faktów pragnie świat dzisiejszy, rzeczy łaknie, przesycone czczymi marzeniami, pokolenie 
mych wnuków, a więc do rzeczy. Com czuł, com myślał, com cierpiał 
w onym więzieniu z 
przyczyny nieutulonej w żalu miłości mojej; ile razy rzucałem się na kolana przed Boga 
samego, ile łez gorących przed nim wylałem, ile modłów posłałem do niego, ile zaklęć i 
ślubów, aby mnie tylko pół roku jeszcze życia na wolnym świecie dozwolił" abym 
stolnikową wydarł z rąk gwałtownika i pomścił się na nim za tyle cierpień i bólów, i sromu, 
których stał się powodem, a potem, abym zaraz umarł spokojnie w jej oczach... to niechaj 
będzie tylko dziś przypomniane tej, której pamięć 
i w stuletnim starcu jeszcze nie zamarła, a 
która, królując dziś z aniołami w niebie, z otwartymi ramionami czeka tam na mnie i na 
chwilę wiecznego połączenia się ze mną. 
Po wizycie Holmfelsowej cztery dni spełna byłem bez żadnej wiadomości ze świata. 
Cztery dni w więzieniu, to cztery lata! — ale i to minęło. Czwartego dnia wieczorem 
karczmareczka przecie jakoś trafiła na żołnierza miększego serca, który ją późnym wieczorem 
dopuścił do okna. Wiadomości od niej były nic, a przynajmniej niewiele znaczące. Konie 
moje i ludzie stali w jej gospodzie i sprawowali się 
dobrze. Konopka był znowu u niej i kazał 
mnie powiedzieć, iżbym pamiętał o tym, co mi pisał w karteczce; o dziadku i Zosi nie było 
żadnej relacji. I owoż wszystko, z tym tylko dodatkiem, że mi znowu oddała listek, który, jak 
powiadała, ksiądz jakiś przysyłał dla mnie. 
Nie potrzeba mi sobie było długo głowęłamać nad tym, jaki to ksiądz pisał do mnie, bo 
któryż by to inny mógł być, jak nie mój najpoczciwszy misjonarz, który dowiedziawszy się o 
moim nieszczęściu i różne słysząc plotki i domysły, sam przybiegł do Tamowa, iżby jeżeli 
można, widzieć się ze mną; jeżeli zaś nie, to przynajmniej na miejscu przekonać się, co jest w 
istocie. Jednakże listu jego po staremu dnia tego odczytać nie mogłem, bo znowu ciemno było 
jak w garnku. Dopiero na drugi dzień przekonałem się, że domysł mój był prawdziwy. Ksiądz 
wyrażałżal swój nade mną i dawał mi niektóre doskonałe nauki, a nawet tak doskonałe, żem 
się aż dziwić musiał, skąd on wiedział, czego mi trzeba, kiedy sam nigdy w więzieniu nie 
siedział. Na końcu listu było zgrabne napomknienie, iż się tu zapoznał 
z Konopka i z inną 
bardzo dobrze usposobnioną szlachtą. 
— Więc koniecznie klin ten drugim musi wybity być klinem? Więc za jednym gwałtem 
koniecznie musi pójść drugi? za małą i przez jednego tylko popełnioną lekkomyślność 
nastąpić ma większa? — mówiłem sobie po przeczytaniu tej kartki i bardzo się zamyśliłem. 
Ale czy ci, którzy uwolnią jednego, nie wepchną na miejsce jego kilkunastu lub 
kilkudziesięciu? a tamci, czyż nie więcej warci na świecie niżeli ja jeden? Prawdać, że ja 
przez uwolnienie moje i poświęcenie się zaraz duszą i ciałem dla Zosi przyniosę ratunek, 
muszę go przynieść dla całej familii; ale z tamtych może niejeden ma kochającążonę, dziatki 
niemowlęta, sieroty cudze na swojej opiece? Uczciwież 
to z mojej strony przyjmować takie 
oswobodzenie, które szkodami swymi dziesięćkroć może przeniesie korzyści?... Nie! nigdy 
tego nie dopuszczę — powiedziałem sobie na razie. 
Ale cóż to nie może owa żądza ratowania siebie i konserwowania życia, którą Pan Bóg 
włożył w serce każdego człowieka, a która w niejednym tak daleko przeszła oznaczone dla 
siebie granice, że zamiast cnotą 
dla pojedynczych staje się srogim przeciwko ogółowi 
występkiem? Co nie może owa bezecna żądza, która prawidłami rycerskich zakonów długo 
powstrzymywana na wodzy, nowymi czasy tak wybujała pomiędzy ludźmi, iż stawszy się w 
rzeczy niczym innym, jak tylko usystematyzowanym sobkostwem pod nazwiskiem rozumu i 
niezbędnego w dzisiejszym życiu wyrachowania, stała się gorszą od wszystkich egipskich 
plagą dla całej ludzkości? Cóż nie może ta żądza w słabym i co krok padającym człowieku?... 
Wstyd mi to przyznać, ale tak było w rzeczy, że i jam pod nią upadł na parę godzin, a jeżelim 
nie upadł, tom się chwiać począł przynajmniej. O, Zosiu! wszystko to było dla ciebie. 
Jednakże to przynajmniej niechaj będzie na obronę moją, żem nic statecznego nie 
postanowił, zwlekając rzecz i decyzję do obiecanego powtórnego przybycia barona. 
Tymczasem Węgrzynek, który jako człek prosty znowu dla innych przyczyn nad obcy ratunek 
własną pomoc przenosił, dostawszy na to wyraźne już pozwolenie, zaczął wraz z Cyganem co 
dzień po trochę przepiłowywać kratę. 
Trzeciego dnia od otrzymania karteczki od misjonarza, a siódmego od pierwszej wizyty 
barona, w samą obiadową godzinę, kiedy zwyczajnie ani jednego urzędnika nie było w 
ratuszu, kawaler208 ten stawił się istotnie przede mną. Były to czasy, w których jeszcze kawaler, jakiegokolwiek by był narodu, nigdy się nie mylił, a co powiedział, bywało świętym 
i nie złamanym, jakby najuroczystsza przysięga. Nie wątpiłem też ani razu, a przynajmniej 
nie chciałem wątpić, że Holmfels punktualnie postawi się w słowie, jakoż zaręczenie o tym 
zaraz przy powitaniu mu wypowiedziałem. On mi za to podziękował grzecznie i uprzejmie, 
ale jakoś kwaśną miał minę. Rzeknę tedy: 
— Po fizjognomii waszmości uważam, że nie z najlepszymi nowinami przychodzisz, ale 
jednakże, bądź co bądź 
jest, powiedz otwarcie i śmiele; dobić mnie jeszcze nie dobijesz, a 
złego nie pomnożysz. 
— Istotnie — odpowiedział on smutno — że nie jest bardzo dobrze. Nie jest tak źle, jak sam 
sobie wystawiałeś, ale i nie jest tak dobrze, jak ja się spodziewałem. 
— Więc cóż jest? mów bez ogródki. 
— Proces przeciwko tobie jest wytoczony po wszelkiej formie. Obwiniają cię o zamieszanie 
publicznego spokoju, o zabicie, a właściwie o śmiertelne ranienie człowieka. Kara śmierci za 
to na żaden sposób przysądzoną być nie może ani nawet w pierwszej instancji, ale oprócz 
tego ta sprawa całkiem inny obrót weźmie. Posyłano bowiem wiadomość o niej sztafetami do 
Wiednia zaraz za pojmaniem twojego sługi, a stamtąd przyszedł taki rozkaz: żeby ciebie zaraz 
aresztowano, aby surowo postępowano z tobą, aby badano i sądzono podług praw i po formie, 
a kiedy wyrok przedłożony zostanie do najwyższego potwierdzenia, to cesarzowa-królowa nie 
odmówi swej łaski. Jest tedy tak, że pewnie i niezawodnie nic ci nie będzie, ale zostaniesz 
przeniesiony do kryminalnego więzienia i posiedzisz wraz z sługą twoim najmniej rok albo 
półtora. 
— To niepodobna! — odpowiedziałem żałośnie — za trzy miesiące wyniesiono by mnie stąd 
nieżywego. 
— Ha! to jest smutno — rzekł 
na to Holmfels — ale na to nie ma już rady. Gdybym był tu 
pierwszego dnia zaraz, kiedy ciebie ujęto, to może byłbym w inny sposób poradził, ale dziś 
już za późno. 
— No, więc wszystko przepadło! trzebaż samemu co myśleć o sobie. Cóż powiadasz na to? 
uciec, a przynajmniej próbować uciec mogę każdej chwili. 
— To już przechodzi zakres tego, co zrobić mogę — odpowiedział Holmfels, porywając się z 
miejsca — życzę tylko z całego serca, żebyś jak najprędzej powrócił do tego świata, którego 
serca tak sobie umiesz podbijać. 
I zabierał się do wychodu. Ja też, szanując w nim człowieka mającego dawniejsze 
obowiązki nad świeżą przyjaźń, podziękowałem mu i za to, co mi wyświadczył, a zaręczając 
mu pamięć moją i wdzięczność dozgonną, pożegnałem się z wychodzącym. 
Z wielu tedy łódek, które się nam, tonącym w tej otchłani, pojawiały z początku, pozostała 
tylko ucieczka. Czekać tedy nam wypadało i czynić przygotowania, a do Wielkiej Soboty 
mieliśmy jeszcze pięć dni. Opowiedziałem Węgrzynkowi rzecz całą i ułożyliśmy plan taki: 
iżby najpierw codziennie, osobliwie rano, kiedy gwar był na rynku, kratę piłować i do soboty 
przerżnąć ją o tyle, żeby za uderzeniem ręki z łatwością wylecieć mogła, dalej, żeby z 
wszelką ostrożnością czekać soboty, gdyby zaś sobota omyliła, w niedzielę uciekać oknem, w 
pięciu, tak, jakeśmy byli. 
Na tych przygotowaniach i oczekiwaniach czas nam zszedł do piątku i do piątku byliśmy 
wszyscy jeszcze jako tako, jak zwyczajnie, kiedy chwila stanowcza albo zapowiedziane 
niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko, lecz gdy minął wieczór piątkowy, a z nim razem i 
chwila, w której karczmareczka z ostatnią wiadomością jeszcze przybyć miała i nie przybyła, 
to w sobotę rano wszystkim nam się jakoś dziwno zrobiło. Nie mogę powiedzieć, żeby to była 
bojaźń albo rozpacz, ale jakieś zbezwładnienie, które częstokroć ludzi bojaźliwych przed 
bitwą na przykład porywa; ale było to jakieś dziwne usposobienie, którego prawie 
opowiedzieć nie można. Zawieszenie owe pomiędzy szczęściem i nieszczęściem, pomiędzy 
życiem a śmiercią jakoś tak dziwnie nas usposobiło, żeśmy przez cały dzień drżeli jak liście. 
Cygan tylko jeden był wesół i spokojny i ciągle nam powtarzał: 
— Nie ma się czego bać, panie! ja już siedm razy uciekał i zawsze dobrze mi poszło. 
Człowiek w nieszczęściu ma zawsze pewną determinację, a w Bogu nadzieję, że i odwagi 
nie braknie, kiedy jej przez cale życie nie brakło, ale zawsze była jakaś obawa we mnie. Toteż 
od południa, nastroiwszy sobie dębową lisztwę, od tapczana oddartą, cały czas już wisiałem u 
kraty. Aż mnie piersi zabolały, tak ich sobie nagniótłem o przymurek u okna, ale przecie 
wytrwałem i dobrze się stało, bo na godzinę przed zmrokiem przyszedł mój misjonarz 
wolnym krokiem popod moje okno i ujrzawszy twarz moją za kratą, pokrzepił słowem. 
pociechy. 
Jakoż 
i na godzinę jeszcze przed zmrokiem wszedł 
klucznik do naszej kaźni, wnosząc 
wodę i pytając, azali kto czego nie żąda, bo on już dzisiaj nie przyjdzie, chcąc także pójść na 
nabożeństwo. 
I jedno, i drugie dobre było dla nas i odpowiedzieliśmy klucznikowi, że żaden z nas 
niczego nie potrzebuje, tylko go prosiemy, aby się i za nas pomodlił. I zostaliśmy w dalszej 
niecierpliwości. 
Kiedy się zmierzchać poczęło, wiele ludu zgromadziło się na mieście. Wojsko wyciągnęło 
się długą linią na rynku i przed farnym kościołem, aleśmy go nie widzieli, bo nasze okno 
patrzało na południową stronę, a kościół famy stoi w rogu między północą i zachodem. Dobry 
zmrok był już, kiedy zaczęto bić w dzwony i kilka salw dano. Po chwili rynek był' już 
napchany ludem i przy świecach i pochodniach zaczęły się procesje. Myśmy się także modlili 
i pewnie goręcej jak cały lud tamten, ale tak już byliśmy rozdrażnieni i taka w nas była 
determinacja, że Węgrzynek rzekł do mnie: 
— Panie, tu nie ma co czekać. Krata przepiłowana, warty zajęte. — Dalej w imię Boże! — 
uciekajmy! 
I ja na to przystałem. Nie będę wam opowiadał, jakimi drogami dostaliśmy się na ulicę, 
dość 
że wsunąwszy się po ciemku pomiędzy tłumy, wygniótłem się na rynek, gdzie znowu 
tłum, i tak przeciskając się nie poznany, wpadłem w ulicę pańskiego domu, gdzie mnie zaraz 
we drzwiach karczmareczka opadła, wołając: 
— Panie! gdzie mój mąż? gdzie mąż? 
— Jest, jest, jest — odpowiedziałem, chociaż w rzeczy nawet nie wiedziałem, co się z nim 
stało, i pobiegłem do sieni, w której pośrodku stały moje cztery konie, zaprzężone do 
karabonu, a przy nim o lusznie oparty ksiądz misjonarz z moją szkatułką w ręku. 
— Widzisz — rzecze on do mnie, rzucając mi się w ramiona. — Ale tu nie masz czasu do 
stracenia, siadaj zaraz i jedź, jedź, gdzie chcesz, byle nie do domu. 
— Niech ci Bóg zapłaci! pozdrów mi wszystkich i uściskaj ode mnie! — odpowiedziałem ze 
łzami księdzu i wskoczyłem na wóz, a podczas kiedy wsiadałem, z drugiej strony wskoczył 
mój Węgrzynek, któren nawet nie wiem, skąd się wziął i kiedy przybiegł. 
Woźnica konie zaciął i w ciemną noc ruszyliśmy na dół na prawo gościńcem, mniejsza o 
to, dokąd, byle precz z tego fatalnego mieściska. 
VII 
Wyjechawszy z onej gospody o dobrym zmroku, jechałem wprost gościńcem ku 
Wojniczowi i pewno już z jaką milę upaliłem podolską, zanim odgłosy rezurekcyjnych salw i 
dzwonów przestały mi szumieć 
w uszach, a dopiero widok miasteczka Wojnicza, o półtorej 
mili odległego od Tarnowa, obudził we mnie zupełną przytomność. Stanąwszy tedy na środku 
gościńca, uczyniłem z moimi sługami wielką naradę, jak jechać, gdzie i którędy? — i 
zgodziliśmy się wszyscy trzej na to, żeby jechać bez wypoczynku i wprost za Wisłę. O to 
tylko chodziło, którędy? Ale i na to znaleźliśmy dobrą odpowiedź zaraz w pierwszej 
gospodzie; jakoż z niej wziąwszy sobie przewodnika, puściliśmy się ku Wiśle, a mianowicie 
ku Ujściu Solnemu i Opatowcowi, na całą noc. 
Kto zna tutejsze okolice i gościńce, temu się może dziwnym wydawać będzie, dlaczego ja 
wtedy sprzed Wojnicza nie jechałem wprost dalej gościńcem ku Krakowu, ale w nocy 
puściłem się na małe i nieznajome mi drogi; ale kto słuchał dawniejszych moich opowiadań, 
ten sobie przypomni, iż miałem siostrę rodzoną, Jadwigę 
— rokiem starszą ode mnie, a już 
przed laty dziesięciu wydaną za imć pana Krzysztofa Michałowskiego, herbu Poraj, 
stolnikowicza sandomirskiego, i mieszkającą 
na swoich własnych wioskach w 
Sandomirskiem — i temu zboczeniu mojemu cale się dziwić nie będzie. 
Pomiędzy siostrą moją a mną 
w wieku naszym dziecinnym i pacholęcym była wielka 
przyjaźń i miłość, a to do tego stopnia, że nie tylko to wyrobiłem u mego ojca, iż ją po 
zamęściu wraz z zięciem blisko rok jeszcze przytrzymał w Bóbrce, ale kiedy przyszło do 
pożegnania, przyrzekliśmy sobie najuroczyściej, iż koniecznie z czasem tak się z naszymi 
majątkami uregulujemy, żebyśmy kopcami granicznymi przytykali do siebie. Ale, jak to 
zwyczajnie bywa na świecie, póki człek młody, to nie dosyćże mu niezliczone mnóstwo 
najpiękniejszych rzeczy roi się po głowie, ale jeszcze zdaje mu się, że co tylko pomyśli za 
młodu, to to niezawodnie kiedyś wykona. I powiedz ty nawet młodemu, że tylko połowa jego 
planów olbrzymich jest czczym snem i marzeniem, których za lat kilka sam się wyprze albo 
zapomni, to się 
jeszcze obruszy na ciebie i powie, że go nie znasz i żeś mu jest nieprzyjaciel — 
a tymczasem, któż nie wie, jaki by to piękny byłświat ten, gdyby tylko setna część snów 
młodzieńczych w rzeczywistość się zamieniła! 
Takim też snem młodzieńczym, który snem tylko pozostał na wieki, był i ów plan nasz 
zbliżenia się z siostrą w sąsiedztwie. Po jej wyjechaniu od nas ze swoim mężem mój ojciec 
sam rządził przeznaczoną dla mnie połową 
fortuny i nie pozwalał się wtrącać do niczego. W 
cztery lata potem wybuchła wojna, w której i ja, zrazu dla zabawki, potem już z obowiązku, 
służyłem. Śród wojny zaszła śmierć mego ojca — fortuna się została na Boskiej opiece i tak 
rok cały przetrwała. Po wojnie łatało się dziury w sercu i w fortunie znowu przez rok okrągły, 
do tego jeszcze kordon mnie odgrodził od siostry, a kiedy potem zapłonęła we mnie owa 
nieszczęśliwa żądza dziedzictwa, dalibóg, że lubo jeszcze nie byłem stary i pewnie tak samo 
siostrę kochałem, jak dawniej, jednak już nowsze sny i marzenia tak wyrugowały dawniejsze, 
że te ostatnie ani mi na myśl nie przyszły. 
Jednak teraz była rzecz inna. Począłem miłość i konkurencję, o czym jeszcze nic a nic nie 
wiedziała Jadwisia; przeszedłem świeżo takie terminy, które mnie w jednym momencie 
uczyniły wygnańcem i Bóg wie na jaki los całe życie moje podały; jechałem prosto gdzieś 
daleko i jeżeli także na niebezpieczne okazje, to przynajmniej ze stałą determinacją, choćby 
życie położyć dla Zosi — więc choć teraz najpierwszym i obowiązkiem, i serca mojego 
pragnieniem było widzieć się przedtem z Jadwisia. 
Z Opatowca tedy, dokąd się szczęśliwie przeprawiłem przez Wisłę, prowadziłem podróż 
moją wprost dalej i dnia drugiego stanąłem w Nieczujowych wioskach. Tam jednak już mi 
Pan Bóg tak nie poszczęścił, jak się tego spodziewałem; siostrę bowiem zastałem słabą na 
ciele i srodze posmuconą na duszy z powodu utraty ulubionego dziecięcia. Więc zamiast co 
miałem się przed nią wyspowiadać ze wszystkich moich smutków i miłości, zamiast w jednej 
rzeczy rady od niej zasięgnąć, w drugiej pomocy lub pociechy, to musiałem z bólem serca 
wszystko swoje starannie taić przed nią i jeszcze się zdobywać na słowa pociechy. Szwagrowi 
tylko, który był mąż 
cnót niepospolitych i dziwnie wzniosłego serca kawaler, opowiedziałem 
wszystko co do joty. Zafrasował on się tym niepomału i rzekł mi: 
— Wiele tu tego złego jest, panie bracie, więcej nawet niżeli, jak uważam, sam sobie 
liczysz. Bo i konkurencję taką trzeba prawie na równi kłaść z nieszczęściem, i lekkość umysłu 
twego nie brać za szczęście; o procesie tarnowskim to już nie ma co i powiadać. Chwała 
Bogu, żeś osobę twoją przynajmniej zeń wyratował, ale przyszłość twoja i fortuna uwięzia 
przy nim na długo, kto wie, może i na wieki. 
— Jak to rozumiesz? — zapytałem. 
— Całkiem po prostu — odpowiedział pan Michałowski — nie ma ciebie, to mogą zabrać 
twoją fortunę, bo kto wie, jakie tam prawa. Ale ja cię 
tak nie zostawię; kiedy cię głos serca 
woła za Zosią, to jedź już 
z Panem Bogiem za nią, ale ja zaraz jutro pojadę do Bóbrki. Tego 
tak nie można zostawić, bo kiedy nieszczęście zechce, to wszystko możesz utracić, a tak, na 
razie przynajmniej, choć gotowiznę ci uratuję i przecie coś zrobię około twojej sprawy, a 
kiedy nie, to choć się dowiem o wszystkim. 
Nie chciałem zrazu przyjmować tej od niego posługi, bo miał swoje gospodarstwo niemałe 
i, co gorsza, żonę słabą w domu, ale zważywszy, że siostra moja nie była tak bardzo słabą" a 
mnie tu w złym razie mogły grozić niemałe rzeczy, przyjąłem jego ofiarę z wielką 
wdzięcznością. Zwłaszcza kiedy, jak zwyczajnie, przyszło do tego, że moja siostra tego dnia 
jeszcze o wszystkim się dowiedziała, to już ani mowy być o tym nie mogło, żebym tak został 
bez ratunku; ona bowiem, spłakawszy się nade mną jak dziecko, determinowała się raczej 
sama wstać z łóżka i pojechać do Bóbrki, niżeli mnie tak na los szczęścia zostawić. Zostało 
tedy przy tym, że Michałowski miał zaraz nazajutrz wyjeżdżać 
do mnie, i umówiliśmy się 
tak, iż on o wszystkim, co zrobi lub o czym się dowie, donosić będzie żonie, ona zaś mnie 
pocztą lub gdyby tego potrzeba było, to i umyślnym posłańcem wprost do Oszmiany. Tak 
więc dnia następnego, rzewnymi żegnając sięłzami, rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, 
nie wiedząc wcale, kiedy i w jakich losach nam się Pan Bóg znowu widzieć dozwoli. 
Podróży mojej dalszej opowiadać nie będę, nic bowiem w niej nie zdarzyło mi się 
osobliwego i chybaby to tylko do osobliwości policzyć, iż spod Sandomierza dnia trzynastego 
przed wieczorem znalazłem się około Oszmiany i słońce jeszcze miało z godzinę biec ku 
zachodowi, kiedy ja już z pagórka o kilka staj tylko przed sobą ujrzałem wieś dziadkową. Z 
bijącym sercem i wielką niespokojnością zbliżałem się do niej, ale i ja mogę powiedzieć o 
sobie, że poznałem ją zaraz! Dworek drewniany z ganeczkiem o czterech słupach, na którego 
czele przybitą była Matka Boska Ostrobramska ze łzami w oczach i uśmiechem na licu, z 
dziedzińcem gładkim przed sobą, wysokimi okolonym płotami, przez które bez turecki 
przechylał swoje gałęzie, a w którego środku stały trzy lipy rosochate, niegdy piorunowym 
ogniem osmalone; dworek ten, mówię, o Którym tyle słyszałem i od dziadka, i od 
Murdeliona, jakże by mi się był nie miał zaraz ze wszystkim przypomnieć? Nie wyglądał 
wprawdzie teraz ani on, ani jego okolica tak, jak wtedy, kiedy dziadka wypędziła z domu owa 
bezecna macocha lub kiedy Murdelio, ujrzawszy przed gankiem modlącą się sług Witowych 
gromadkę, tak był tym widokiem pochwycony, choć za diabelskie swe serce, że konia 
odwrócił i swego zbójeckiego zamiaru zaniechał, ani też tak, kiedy po świetle księżycowym 
krwawy ów napad w rzeczy wykonał; bo teraz była to dopiero połowa maja i ledwie pierwsza 
zieleń okrywała ziemię i drzewa, na łąkach jeszcze wody tu i ówdzie stały i podrywało się z 
nich ptastwo błotne, szukające żeru albo .noclegu; pługi krajały ziemię skrzętnie, 
rozsypawszy się po niej jak stado mrówek naokoło, skowronek jeszcze śpiewał swoje 
pierwsze piosenki, a słowik dopiero lutnię swą stroił; jednak, mając ów bór po lewej, w 
którym niegdy modlącego sięłzami krwawymi dziadka olśnił pożar macoszynego domu, i 
mając wszystkie słyszane opowiadania świeżo przywołane w pamięci — smutno się 
zamyśliłem. 
Konie moje, długą sforsowane podróżą, noga z nogi wlokły karabon po błocie, woźnica 
kiwał się na koźle i drzymał. Węgrzynek, jako sławny między gawiedzią geograf, ciekawie 
się rozpatrywał wokoło, a ja myślałem o owym domku drewnianym i sobie. O, nędzny 
domku! ty, który już 
tyle razy na przemian byłeśświadkiem i cnót wielkich, i zbrodni, który 
chowałeś w sobie i anioły, i gady, który między twoimi ścianami mieściłeś bezecna babę z 
obrzydliwymi gachami i dawałeś na twej podłodze rozpustne za sieroce pieniądze lusztyki, 
który patrzałeś na najszlachetniejszego z młodzieńców, obłożonego we własnym domu 
guzami, wyrzuconego za bramę, wyszczutego psami, a przecie nie mającego jeszcze złej 
myśli w sercu i poświęcającego wszystko dla pamięci swojego ojca i czci niepokalanego 
imienia, który byłeśświadkiem starodawnej cnoty sąsiedzkiej, opiekującej się skrzętnie 
sierocym groszem przez lat kilkanaście, który potem obejmowałeś w swych ścianach 
tyloletnie szczęście domowe i jakby łza czyste pożycie stolnikowej rodziców, który śród tego 
czasu wypiastowałeśśliczną jakby anioł i dobrą jak anioł panienkę, a która jednak była złą 
gwiazdą, prowadzącą za sobą tyle złości i zbrodni, i krwi niewinnie rozlanej, i niespokoju, i 
zmartwień, i nieszczęść dosięgających biczem swoim aż serca następujących pokoleń, który 
na koniec sam świadkiem byłeś i zgody, i niezgody jednego z potomków imienia, ich 
rzucania się sobie w ramiona, a potem na siebie, ich gróźb i wyrzutów, i przekleństw, i 
napadów!... domku lichy i niepokaźny, cóż ty masz dla mnie w zanadrzu? co tam dla mnie 
chowasz pomiędzy twoimi ścianami? jaka z kolei chmura zawiśnie teraz nad dachem twoim, 
czy biała i przezroczysta, złotymi wesołego słońca obwiedziona brzegami, czy czarna, groźna 
i nowymi gromami ciężarna? 
Takimi myślami zajęty, zajechałem przed ganek. Zrazu wydawało mi -się, że cały ten dom 
jest pusty i że w nim nie masz nikogo, tak jakoś cicho było na dziedzińcu; ale kiedy się 
obejrzałem i wzrok rzuciłem na okno, serce mi tak uderzyło, że aż wykrzyknąłem z radości. 
Zosia była w okienku i wyglądała w dziedziniec na drogę. Poznawszy mnie, pędem strzały 
zniknęła w oknie i wybiegła do sieni, ja też nieleniwo zeskoczyłem z wozu i w jednym 
okamgnieniu znaleźliśmy się razem na ganku, a ja, drżący cały, ze łzami w oczach ściskałem 
już tę bielutką rączkę, której wtenczas może więcej jak nieba na wieczne posiadanie 
pragnąłem. 
Milczenie wtórujące temu uściśnieniu trwało dość długo; ja przynajmniej, lubo przez drogę 
miliony wiadomości dla Zosi zbierałem, teraz, jak mi Bóg miły, nie umiałem ani słowa 
powiedzieć, ale ona, zasłaniając chusteczką oczy dwiema ślicznymi łzami ozdobione, rzekła 
najprzód półgłosem: 
— Myśmy myśleli, że pana Marcina gdzieś na drodze zabito. 
— Dziękuję wam za tę myśl — odpowiedziałem — bo prawda, że chyba tylko śmierć lub 
więzienie mogło mnie w tej podróży zatrzymać. 
— Więzienie? Boże! — zawołała Zosia — któż waszmości śmiał więzić? 
— Był taki, co śmiał, ale to potem opowiem. Cóż tu się dzieje? mama?... 
— Mama jest na zamku Piotrowiczowym — odpowiedziała Zosia z westchnieniem. 
— Jest? chwałaż Bogu i za to — odpowiedziałem — już my ją stamtąd dobędziemy. 
— Daj Boże! — rzekła Zosia — i teraz wierzę, że mama nazad do nas powróci, kiedy 
waszmość przyjechał. Ale chodźmy do dziadka, on się bardzo ucieszy pana Marcina 
przybyciem. 
To mówiąc, otworzyliśmy drzwi po prawej stronie, wiodące do izby dość dużej, w której 
przy jednej ścianie siedział dziadek w poręczowym krześle; przy nim stoliczek mały po 
staremu z butelkami miodu czy wina, a za stolikiem drugi szlachcic, także już podeszłego 
wieku, ale nieznajomy. Wszedłszy, przyskoczyłem do dziadka, witając się szczerzeserdecznie. A on też do mnie także od serca: 
— Jak się masz, Nieczujo? Widoczny to cud Boży, żeś tu przyjechał, bo pewno w 
niemałych być musiałeś obrotach; już ja myślałem, że cię zgoła zabito. 
— Dziękuję jegomości za tę dobrą o mnie opinię — odpowie 
działem starcowi, całując go w ramię — zabić mnie, nie zabito, ale mnie uwięziono. 
— Uwięziono? jakże? to waszmość był pod kondemnatą209? — zapytał on szlachcic siedzący 
przy dziadku i pijący miód z kubka. 
— Pod kondemnatą? uchowaj Boże! — odpowiedziałem — dopiero miano wypisać dekret na 
mnie, ale uciekłem przecie. Na to dziadek: 
— Siadaj no, siadaj, Nieczujo, i powiadaj, co tam z tobą wyrabiali i za co, bo to doprawdy 
ciekawe rzeczy. 
— Dobrze — odpowiedziałem — siądę 
i opowiem od deski do deski, ale pierwej nie, póki mi 
jegomość nie powiesz, co się tu dzieje; 
bo jużci to ciekawsza, a nade wszystko ważniejsza. 
Westchnął starzec na to i rzekł: 
— Co się dzieje! źle jest, bo gdyby było dobrze, tobyś był moją córkę już tutaj obaczył. Ale 
w Bogu nadzieja: w Bogu i w imć panach sąsiadach — dodał dziadek — którzy nas przecie nie 
opuszczą. 
— W Bogu, w Bogu tylko, panie cześniku dobrodzieju — rzekł na to szlachcic — bo my, 
chociaż całym powiatem staniemy przy waszmości, to jednak tylko nasz obowiązek zrobimy, 
tak jakeśmy już raz zrobili, kiedyśmy po raz pierwszy córkę jegomości z tego przeklętego 
zamku dobyli. Ale jak się to pierwszy raz dało zrobić z łatwością, tak i teraz się zrobi; bo czy 
to się nie ma dosyć siły na to? czy się to nie zna każdej dziury w tym zamku?... 
Ja się na to popatrzyłem na tego szlachcica, ciekawy, kto by to był, który tak zna wszystkie 
dziury w Piotrowiczowym zamku, co spostrzegłszy, dziadek rzekł zaraz, wskazując ręką na 
niego: 
— To jest jmć pan Gintowt, teraz cześnik wendeński, a niegdy plenipotent pana Ignacego, 
ten sam, który... 
— Wiem, wiem — przerwałem dziadkowi — który niegdy pół załogi zamkowej spisał 
przeciw Murdelionowi i panią stolnikową wywiózł, aby ją oddać ojcu. 
— Tak jest, ten sam — rzekł pan Gintowt, ściskając mi rękę — wtedy był młody, a dziś już 
stary i siwy, jednak i dziś jeszcze, da Bóg, z równym szczęściem będzie głównym motorem 
takiejże samej imprezy. 
— Daj że Boże! — odpowiedziałem na to — tylko że to dziś trzeba będzie podobno bić z 
wierzchu na zamek, nie tak jak pierwej, wymknąć się tylko ze środka. 
— Nic to nie wadzi, i to się potrafi. Na przyszły wtorek mamy tu sejmik powiatowy w 
Oszmianie i ja tam będę, a jaką szlachtę i ile jej stamtąd przywiozę, to waszmość obaczysz i 
sam osądzisz, czy można z nią bić na zamek czy nie. 
— Ślicznie to waszmość mówisz — odpowiedziałem — czy tylko zechcą przyjechać? 
— Ja bo waszmości nie koncept z głowy powiadam, tylko rzecz dokumentną; przecie to już 
jest udeterminowane210. 
Dopiero dowiedziałem się całej rzeczy, która była następująca. Murdelio, porwawszy 
stolnikową z Źwiernika, jak i kiedy z nią dojechał do swego zamku, tego nikt wtedy nie 
wiedział i do dziś dnia nikt nie wie, powiadam to, bo mi rozum tak mówić każe; 
jednakże stał się przy tym porwaniu jeden szczegół dziwny i nieodgadniony, który 
swojego czasu potwierdzony byłświadectwami dwóch prawie całkowitych powiatów, to jest: 
pilznieńskiego i oszmiańskiego, a pomimo to jednak dzisiaj u nikogo by wiary nie znalazł. 
Szczegół ten zasadzał się na tym, że zaraz następnego dnia po owej fatalnej nocy, w której 
Murdelio porwał stolnikową w Źwierniku, wieść się rozeszła po powiecie oszmiańskim nie o 
tym, że Piotrowicz porwał panią Strzegocką z jej domu, ale o tym, że ją już przywiózł do 
siebie, a nawet byli tacy, którzy go dnia tego rankiem widzieli wjeżdżającego dwiema brykami w zamkową bramę. A przecież to była przestrzeń 
mil stu dwudziestu! — kiedy mi to 
opowiadano, na żaden sposób nie chciałem wierzyć i mówiłem Gintowtowi do oczu: 
— Ale już mówcie wy sobie, co chcecie, ja w żaden sposób nie uwierzę. Człowiek tego 
żadną siłą zrobić by nie potrafił, a chociaż niemało ludzie gadają o tym, że żywe diabły 
chodzą po ziemi i niektórym ludziom nawet w ich sprawach dopomagają, to już daremna, ale 
póki ja co takiego na własne oczy nie ujrzę, poty też nie uwierzę. Prawda, że nie mówię już 
nadzwyczajne, ale nawet i zwyczajne rzeczy tego Piotrowicza dużo diabelstwem trącą; nie 
zaprę się nawet tego, że i mnie samemu o nim nieraz się co takiego przywidywało, że 
doprawdy trudno to sobie po prostu wytłumaczyć, ale czy to jednego człowiek nie rozumie w 
tym życiu, a przecie zaraz nie nazywa diabelstwem? 
Na to Gintowt: 
— I dobrze waszmość w tej materii mówisz, i niedobrze; bo chociaż to nie bardzo się chce 
wierzyć w diabły człowiekowi takiemu, który ich nigdy nie widział, toż jednak jakże znów 
nie wierzyć, kiedy w nich wierzy cała Litwa? Pana Piotrowicza, o którym mowa, ja sam znam 
tak blisko, jak mało który z sąsiadów, bo. Panie Boże mi odpuść, służyłem u niego lat kilka; 
lecz co się tyczy diabelstwa jego, to, Bogiem a prawdą, sumiennie nie mógłbym ani tak, ani 
owak zaświadczyć. Widziałem ci ja niejedną taką rzecz po nim, przed którą się ludzie 
żegnają, i jam siężegnał, ale zawsze daleki byłem od tego, żeby aż diabła w nim widzieć; i 
jeżeli przyszło do tego, żem jego służbę samowolnie porzucił, to nie inny był powód temu, 
jeno ten, żem się o jego szkaradnej nieuczciwości przeświadczył. Wiele by to dziś gadać o 
tym i daleko by sięgać potrzeba, żeby życie tego człowieka doskonale wyświecić, ale 
ilekolwiek bym nagadał, to zawsze bym w tej rzeczy tak rozumiał, jako i dziś powiadam, a to: 
że ani ci, którzy go szczerym diabłem być powiadają, ani owi, którzy go tylko bardzo złym 
człowiekiem być mienią, nie mają racji, bo któż zaprzeczy, że można nie być diabłem, a 
jednak mieć pomoc diabelską?... Ale co się tyczy tego teraźniejszego jego przybycia tutaj, to 
wierz sobie, waszmość, lub nie wierz, a ja ci to jeszcze powtarzam, że o samym środopościu, 
w dzieńśw. Pankracego Wyznawcy, byłem tu u pana Żaby w sąsiedztwie i właśnie 
siedzieliśmy sobie przy piwku marcowym, rozmawiając to o tym, to o owym, kiedy wpadli 
do niego pan Kasper Magnuski i Jur z Borowiczek i powiedzieli nam, że diabeł wenecki 
ukradł panią Strzegocką mężowi gdzieś na Mazurach i dziś o świcie przywiózł ją na swój 
zamek. Jeszcześmy się sprzeczali o to, że pani Strzegocką nie ma już męża, bo ja sam byłem 
na nieboszczyka stolnika pogrzebie, czego wszystkiego świadkiem był pan Żaba, który, kiedy 
mnie wiary nie ma, sam to waszmości przytwierdzi, a zresztą i wszystka szlachta z okolicy, 
bo tegoż dnia jeszcze wiadomość ta rozeszła się na pięć mil naokoło. 
Tak mówił Gintowt, a tymczasem rzecz znowu była pewna i przez cały pilznieński powiat 
potwierdzona, że Murdelio panią stolnikową ukradł w samą wigilięśw. Pankracego 
Wyznawcy, sto dwadzieścia mil z czubem upalił jednej nocy ten diabeł wenecki! 
Ale powracając do rzeczy, opowiadam dalej, iż skoro tylko wieść o tym czynie 
Piotrowiczowym rozeszła się po okolicy, to tak szlachtę tamtejszą, wedle świadectwa 
dziadkowego, najpoczciwszą pod słońcem, oburzyło, że aż chciała hurmem na zamek 
uderzyć. Ale jak to u nas. bywa zwyczajnie: zrazu huk wielki, wrzawa i odgrażanie się takie 
srogie, że kto by myślał, że to już koniec świata, a ono właśnie wtedy, kiedy krzyk 
najgłośniejszy, serca już stygnąć poczynają. I tak z onego napadu zamierzonego w pierwszym 
impecie ledwie pamiątka groźby została. Jednakże szlachta, pomimo to, że się wyburzyła od 
razu, niedługo potem dała dowód tego, że w tej sprawie przynajmniej i na zimno nie myślała 
inaczej, jak na gorąco; bo skoro dziadek pojawił się w wiosce swojej, zaraz też wszyscy 
sąsiedzi przyjechali, nie tylko z oświadczeniami dawnej i do dziś dnia niewygasłej dla niego 
przyjaźni i nad teraźniejszym jego nieszczęściem kompasji211, ale nawet z uroczystym zapewnieniem, że panią Strzegocką wydobędą z zamku, a Murdeliona rozsieczą za wstyd i 
hańbę wyrządzoną wszystkim. Gdyby kto inny był 
w miejscu dziadka albo gdyby pan cześnik 
jeszcze teraz miał był tę krew i fantazję, jaką miał, kiedy sługiwał w chorągwi i za 
sieniawszczykami uganiał po Rusi, toby był dotychczas umiał już ukuć co z tego żelaza, które 
mu samo podawało się w kleszcze; a ja, kiedym przyjechał, byłbym już zastał stolnikową u 
ojca, a z Piotrowiczego zamku ledwie gruzy i zgliszcza, ale nie darmo to mówią, że starość, 
nie radość: dziadek do dziś dnia nic jeszcze nie zrobił. A boćwinkowie212, lubo lud setny, bo 
znam ich, gdyż z nimi służyłem, jednakże bez przynuki213 sami nic nie zrobili. Oni, 
wyspoczywawszy się przez lat parę 
po wojnie ostatniej, której mało doznali złych skutków, 
dziś radzi byli, że ich co nowego zbudziło ze snu; więc zamiast rzecz tak małą od razu zacząć 
i zakończyć, zabawiali się tą nowiną i różnymi dla niej wykuwanymi planami, przygotowując 
się na ten lichy zajazd, jakby na wielką wojnę. Więc najpierw urządzili pomiędzy sobą kolej, 
po której co dwóch co nocy przyjeżdżało do dworu pana Wita i tam trzymali niby to 
szyldwach na wypadek jakiego niebezpieczeństwa; inni śród tego czasu robili podjazdy pod 
zamek, bawiąc się po żołniersku chwytaniem wieści o sile i innych zasobach nieprzyjaciela; 
pan Gintowt siedział wciąż u pana cześnika i odbierając codziennie raporta, a właściwie li 
plotki, trutynował214 je ze staruszkiem i ze wspólnych narad wynikające codziennie wydawał 
rozkazy; młodzież zaś inna, owi to młokosikowie, którzy nigdy w życiu na żadnej nie byli 
potrzebie i sposobiąc się do lada burdy powiatowej, zazwyczaj okrutnie srogie miny robią, 
wiele krzyczą, latają i po żołniersku się prężąc, wielką okazują służbistość, aż póki im dobrze 
kto skóry nie nagarbuje i nie poznają sami, że bitwa to nie zabawka, a harcowanie na pięknym 
koniku, to jeszcze nie służba — ta młodzież, jako zwykle, to na koniach, to wozikami, tak 
latała po całej okolicy, że kto obcy byłby przysięgał na to, że tam się przygotowuje wielka 
wojna. Tymczasem zaś Murdelio, jako opowiadały wieści, trzymając stolnikową pod dobrą 
strażą, zamek, jak mógł, opatrywał, swoich ludzi uzbrajał i przez powierników wysyłanych na 
okolicę tak różną hołotę i tak wiele jej zbierał, że już do dwóchset głów samego teraz nowo 
uformowanego wojska liczono na tym diabelskim zamku. Ale jak i gdzie tam panią 
stolnikową trzymano na zamku i jak się z nią obchodzono, o tym na próżno starano się 
dowiedzieć. 
Więc kiedy tak siedząc przy miodzie, obadwaj staruszkowie opowiadają mi te wszystkie 
szczegóły, rzeknę ja do nich: 
— Bardzo to wszystko ładnie, co mi tu waszmość opowiadacie; ładnie, że sąsiadów ta 
sprawa tak żywo obeszła, ładnie, że po kolei strzegą jegomościnego dworku, ładnie, że się 
przygotowują i obiecują na zamek uderzyć, tylko to jedno nieładnie, że właściwie dotychczas 
nic jeszcze nie zrobili; bo czy to taka, czy siaka impreza, to nigdy nie rozumiem takiej 
polityki, żeby dla kilku przysposobić się mających szabel lub koni dawać czas 
nieprzyjacielowi do wzmocnienia się i przygotowania. 
Gintowt słuchał i wpatrywał się we mnie, gdym mówił, a kiedym skończył, spytał mnie z 
wolna: 
— Waszmość służył 
gdzie w wojsku? — Ja też na to: 
— Służyłem, i to nie tylko w wojsku, ale we wojnie, a co mówię, te z doświadczenia. 
— No, to waszmość czynił swoją praktykę 
z Mazurami i z nimi może wiesz, jak poczynać, 
ale u nas inaczej. 
— Prawdę to jegomość mówisz, że u was inaczej, ale ja bo wiem, jak i tutaj, bo i z wami się 
slugiwało, i dlatego właśnie to mówię. 
— Jak to? — rzekł na to Gintowt — to waszmość o Litwinach powiadasz, że kiedy im się co 
odwlecze, to i uciecze? 
— Ja tego nie powiadam już całkiem na pewno, jeno tak suponuję, a i to nie bez pewnego 
powodu, bo stołowicka potrzeba stoi mi jakby dziś przed oczyma. 
Tu jmć pan Gintowt, niebieską kwiecistą chustką nos utarłszy i pociągnąwszy pół kubka 
miodu, zaczął 
per longum et latum215 opowiadać stołowicką potrzebę. Zosia siedziała w 
tymże samym pokoju pod oknem, a ja, nie widziawszy jej sześć tygodni, ledwiem się z nią 
był przywitał! Gadał więc Gintowt swoją rzecz bez przestanku, a mowa jego podobną była 
chodowi wyuczonego konia, który równym stępem czesze milę, dwie albo i dziesięć; ale ja 
już i uchem, i okiem, i duszą całą byłem przy Zosi i czekałem tylko sposobnej chwili, aby się 
od rozgadanych starców oderwać. Jednakże ani myśleć było mi o tym, bo lubo stary ten 
konfederat zrazu ciął swoją sztukę, nie oglądając się wcale na usposobienie słuchaczów, toż 
jednak później, kiedy przyszedł z kolei na takie fakta, którymi moją opinię przerobić miał 
nadzieję, z pospolitego szlachcica stał się niepospolity a umiejętny orator. I nie przestawał on 
już 
natenczas na samym opowiadaniu, ale w swojej zelozji216 pragnął zarazem, aby, co powie, 
było potwierdzonym przeze mnie. Rzucał mnie więc ustawicznie pytania albo do połowy 
tylko doprowadzone periody, których dokończenia wyczekiwał ode mnie, a kiedy widział, że 
mu odpowiadam ni to, ni owo, to mnie brał za rękę, szarpał za frędzle u pasa albo za połę 
żupana, a kiedy i to nie pomogło, to wstawał i położywszy ciężką, kościstą rękę na moim 
ramieniu, podniesionym głosem i w samo ucho rzucał mi swoje nieodwołalne sentencje. 
Jakem się kręcił na stołku, z jaką grzecznością kiwałem na wszystko, a przy tym ile 
cierpiałem natenczas, opowiadać nie będę, bo komuż dziś nie są znane smętne kochanków 
cierpienia! — Ale pan Gintowt był już stary i nie znał się na miłości, więc ani nadziei nie było, 
aby się zlitował nade mną i z swoich objęć oratorskich mnie puścił; 
musiałem tedy cierpieć i słuchać, ale byłbym był Pan Bóg wie co dał za to, gdyby mu kto 
był przerwał tę arcywymowną obronę. Jakoż wysłuchał Bóg prośby mojej, bo kiedy jmć pan 
cześnik wendeński, przyjąwszy z rąk dziadka świeżo napełniony kubeczek miodu i 
wypróżniwszy go do połowy, szeroko odetchnął piersiami, ażeby zrekapitulowawszy217 
wszystkie motywa, ostatecznym do mnie wystrzelić argumentem — drzwi się otworzyły z 
łoskotem i dwóch młodych Litwinów, na których kolej owej niby to służby przypadła tej 
nocy, weszło do izby. Pan Gintowt, chcąc nie chcąc, musiał przerwać swoją orację, a podczas 
kiedy dziadek powiadał 
mi nowo przybyłych nazwiska i tytuły i nawzajem im moje, 
wniesiono nowy zasiłek miodu, do którego zasiadłszy, oczywiście nowa musiała się zacząć 
rozmowa. Jeden z tych bardzo młodziutki, ale zadzierżysty kawaler, właśnie jeden z takich, o 
których dopiero co wspomniałem, że okrutnie bębnią słowami przed lada jaką praktyką, był 
do tego jeszcze jakiś 
daleki powinowaty dziadka przez nieboszczkę panią cześnikową, toteż, 
pociągnąwszy zaraz ze dwie szklanice, kiedy to pocznie bić 
na zamek Murdeliona, to aż 
włosy na głowie powstawały od samego słuchania. 
— Ho, ho! mospanie! — gadał on młodzik, na nieszczęście obracając się do mnie — 
waszmość ani wyobrażenia nie masz, jaką my kurtę 
wykroimy temu diabłu weneckiemu! Ja 
sam mam więcej trzydziestu ludzi zebranych z sąsiedzkiego zaścianku i czekam jeno na 
wtorek. Ale to nic jeszcze! przyjedź no, waszmość, na wtorek do Oszmiany, mamy tam 
sędziów obierać, ale kat ich będzie obierał! Od pana Żaby przyjdzie tam sześć beczek miodu, 
od pana Zembrzuskiego pięć, od Jokity trzy miodu, a jedna gorzałki, jegomość pan cześnik 
dobrodziej ma już cały wóz z jadłem i napojami nagotowany, ba, i ode mnie pójdzie furka z 
wędliną, kołdunami i beczką wina, co mi mama podarowała. Otóż, kiedy to wszystko zajedzie, a kiedy to stanie, ot! pan Gintowt dobrodziej, pan Magnuski orator, Demostenes z 
Zalasówki, i Seneka Giembutowicz z gębami, a Jur z Borowiczek i my za nim. 
— Ba! Jur z Borowiczek! — poderwał drugi Litwin dyżurny — pewno, że kiedy ten się 
weźmie do czego, to tam nie ma już co poprawiać. 
— Ba! to nie nowina! — odpowie znów młodzik — dlatego też ja najpierwej jemu rzecz 
zakomunikowałem! Zrazu nie chciał i ociągał się, powiadając: — A co mnie do tego, że kto 
babę wykradł Mazurom! to niech się Mazury pilnują! a zresztą wartoż to wojować o starą 
babę, jeszcze do tego z diabłem? Bo to przecie stolnikowa, kiedy szła za mąż, to ja jeszcze 
szabli udźwignąć nie mogłem, i teraz się będę bił o nią, żeby mnie wzięli na języki i gadali, 
co im się podoba! Nie chcę, dajcie mnie pokój! mnie Piotrowicz nic nie zawinił. — A ja jemu 
na to: — Ale mój Jurciu! co tobie do tego, czy to o młodą czy o starą rzecz idzie! co ci na tym? 
wszakże kiedy panią stolnikowa odbijać będziesz, to nie dla siebie, ani sam pójdziesz na tę 
wyprawę, jeno pójdziemy wszyscy! a zważaj sobie to, że jakoś nieładnie by było, żeby przy 
takiej imprezie Jura z Borowiczek nie było! Zważże i to — powiedziałem — że lubo nam 
bardzo wiele na tobie zależy, to jednak, czy ty pójdziesz czy nie pójdziesz, zawsze się 
ruszymy i pociągniemy pięknie, a kiedy ciągnąć będziemy, to jużci nie bez tego, żeby ten lub 
ów nie zapytał: — A gdzież 
nasz Jur z Borowiczek, co nas wodzi po wszystkie czasy, że go nie 
widać na przedzie?... — Wstyd mi będzie powiedzieć, ale trudnoż zmilczeć, że Jur siedzi za 
piecem. 
Kiedy tak opowiadał młodzik, w pierwsze wybierający się pole, jako doświadczonego 
wszystkich zajazdów przywódcę z wielką pracą dla tej sprawy kaptował, Gintowt siedział 
milczący i popijając miodek powoli, chmurzył się coraz bardziej i słuchał, a kiedy tamten, 
wyrecytowawszy i wszystkie swoje, i owego Jura przy onym kaptowaniu mówione słowa, na 
tym zakończył, że przecie nareszcie Jura do tej sprawy namówił, Gintowt pociągnął jeszcze 
raz miodu i rzekł: 
— Dziwujże się tu czemu, mospaneńku, kiedy taka młodzież się rodzi! Toż to ja sam w 
mojej osobie, jako już powiadałem, siedziałem już z panem Żabą w jego domu przy piwku 
marcowym, kiedy wpadli pan Kasper Magnuski i tenże sam Jur z Borowiczek i pierwsi 
przywieźli nam wiadomość 
o wykradzeniu pani stolnikowej i osadzeniu jej na zamku 
Piotrowiczowym — i sam w mojej osobie słyszałem, jako Jur, opowiedziawszy zdarzenie, 
rzekł do mnie w te słowa: 
— Cóż, panie Bartłomieju? nie porać to do zajazdów i ma już człek tego dosyć, ale tu 
trudno! hańba to wyrządzona całej okolicy; trza snadź będzie uderzyć na to gniazdo 
diabelskie — a ten tu młokosik, który pewno aż w jakie kilka dni potem dowiedział się o tej 
rzeczy, powiada mnie w żywe oczy, że on Jura skaptował! Tfe! A myszy, żeby do waszego 
domu wlazły, tobyście ich szukali! A z muchami wam wojować po ścianach! Tfu! 
— Ale, panie cześniku dobrodzieju! — poderwał znów młodzieniaszek — ja nie powiadam, 
żeby Jur z Borowiczek nie pierwej ode mnie wiedział o tej rzeczy, ale że z początku inaczej o 
niej rozumiał niż 
teraz, to pewna! Przecież ja powiadałem wyraźnie... 
— Ale co ty powiadałeś — zawołał 
Gintowt — co ty masz do powiadania! ty nawet gęby nie 
powinieneś otworzyć, aby mówić o Jurze. Byłeś 
ty takim towarzyszem albeńskim, którego 
cała Alba nosiła na rękach; byłeś nie sługą, ale przyjacielem księcia pana; byłeś w jakich 
kilkuset potrzebach, a zawsze w największym ogniu; służyłeś pięć lat krwawym trudem, 
brałeś niedźwiedzie oszczepem, szukałeś niebezpieczeństw na własną rękę po Węgrzech, po 
Multanach, po Turecczyźnie, odprawiłeś z jakie dwadzieścia zajazdów, ze sto pojedynków? 
hę?... Otóż kiedy to wszystko odprawisz, to wtedy będziesz mówił o Jurze jak o twym 
równym. 
Zmieszał się tym trochę młokosik; ja myślałem, że już zgoła uderzy się 
w piersi i umilknie, 
ale gdzie tam! ledwie co przebrzmiał głos Gintowtowy, on się znowu poderwał i dalejże w 
argumenta, usiłując, jeżeli już nie dowieść koniecznie, że w rzeczy on Jura skaptował, to 
przynajmniej siebie z zarzutów obronić. A podczas kiedy Gintowt rad nierad na każdy 
argument odpowiadać musiał i stąd się rozpoczęła wielka między starością i młodością 
dysputa, ja, jako nie mogący stawać 
ani z tej, ani z owej strony i przez nikogo już nie 
nagabywany, pochwyciłem tę porę, aby od nich uciec, a zbliżyć się do Zosi. 
Ale Zosi już nie było w tej izbie. Serce niewinne i tkliwe, a do tego różnymi uczuciami 
ścieśnione, nie może znieść 
gwaru i krzykliwej rozmowy, niemych świadków nawet nie lubi i 
najswobodniej mu w samotności. Więc kiedy w pierwszej izbie wojennymi planami zajęci 
mężowie wadzą się z sobą o Jura z Borowiczek, a potem znowu w nie mniej gwarliwej 
dyspucie układająśrodki zjednania szlachty, porządek zajazdu i rodzaj dobycia zamku; w 
drugiej izbie, przy maleńkim stoliku, na którym smutny płonie kaganek, siedzi Zosia nad 
książką nabożną i modli się Panu Bogu gorąco, aby dobył matkę z więzienia i oddał sierotom. 
Opodal od stołu na drewnianym zydelku, pod ścianą, cała cieniem zakryta, siedzi staruszka 
ochmistrzyni, ta sama, która niegdy ochmistrzowała stolnikowej za czasów jej panieństwa i 
pochyliwszy głowę na piersi, a ręce złożywszy jak do pacierza, wtórzy w duchu modlitwom 
sieroty, wzbijającym się, jakby promień jakiej zabłąkanej gwiazdy, wprost na łono samego 
Boga. 
Kiedym próg przestępując, obaczył tak cichą, a jednak tak uroczystą z Panem Bogiem 
rozmowę, przystanąłem na progu i chciałem, przypatrzywszy się tylko cokolwiek, nazad do 
pierwszej izby powrócić; ale Zosia mnie natychmiast ujrzała i prawie mimowolnie rzekła: 
— Panie Marcinie. 
Przystąpiłem bliżej, ale już po raz drugi nie wiedząc, od czego zacząć ową rozmowę, w 
której tysiące rzeczy miałem do powiedzenia, usiadłem tylko koło niej i milczałem. Na to ona 
znów do mnie, ale bardzo smutnym głosem: 
— Panie Marcinie! czy wróci mama do nas, czy już nigdy nie wróci? 
— O! wróci, jak Bóg na niebie, tak wróci!. 
— Och! Boże! — zawołała ona na to ze łzami i oparłszy główkę o ręce położone na stole, 
płakała. 
Płacz ten, któren pewnie tyle ważył u Boga, co najgorętsza modlitwa, trwał długą chwilę, 
przez którą ja, także ze sercem ściśnionym i złożonymi rękami, siedziałem smutny i milczący. 
Nareszcie Zosia podniosła głowę, twarz łzami zalaną otarła i rzekła do mnie: 
— Panie Marcinie, pilnujże, waszmość, już tę szlachtę, żeby zrobili, co obiecują, bo oni 
będą krzyczeć, hałasować, odgrażać się, a na koniec rozjadą się i nic nie zrobią. 
— Niech się panna Zofia już spuści na mnie — odpowiedziałem — ja wyrozumiałem rzecz 
jak należy i miarkuję 
sobie, co mi potrzeba, a kiedy bym i dziś się przekonał, że oni sami nic 
nie zrobią, to już ja wiem, gdzie czego szukać. Niech panna Zofia będzie spokojna; pani 
matkę uważam za moją własną. 
— Niechże Bóg to waszmości stokrotnie nagrodzi! — odpowiedziała Zofia. — Kiedy pan 
przyjechałeś, to ja wierzę, że i mama powróci. 
Przycisnąłem usta moje do jej maluczkiej rączki, a ona do mnie: 
— Ale cóż to się tam z panem działo w Tarnowie? Na to pytanie musiałem odpowiedzieć 
obszernie; poprawiwszy się więc na zydlu, opowiadałem jej zdarzenie za zdarzeniem, 
szczegół za szczegółem, tak jak się działo w istocie. Zofia słuchała mnie z wielkim zajęciem i 
wielką uwagą, a żywe współczucie malowało się na jej twarzy. Kiedym przyszedł do tego 
dnia, w którym ów baron niemiecki mnie po raz pierwszy nawiedził, przerwała mi Zofia, 
mówiąc: 
— I Holmfels waszmości wydobył? 
— Nie, nie wydobył — odpowiedziałem — bo nie mógł, ale jednakże dał mi dowód takiej 
przyjaźni, że wielkie ukontentowanie byłoby to dla mnie, gdybym mu się mógł za to 
wywdzięczyć. 
— A wie pan — rzekła Zosia — że temu baronowi Zuzia się bardzo podobała? Co jej nie 
gadał wtedy! 
— To wiem — rzekłem — bo on mi to sam powiadał, ale mu doradziłem, aby sobie to wybił z 
głowy, bo jej ani sięśni o nim. 
— A nie! — zawołała Zosia — on jej się może jeszcze więcej podobał! 
— Jakżeż? — rzekłem oburzony — to jest po zaręczynach z Konopką i tamtemu ledwie głowa 
nie pęknie od samych jej grymasów, a teraz jej się znów baron podobał? 
— O! o! jej się co chwila kto inny podoba; to nic nowego. 
— Życzęż ja szczęścia panu Konopce, ale mu go nie zazdroszczę. Po czym dalej 
opowiadałem moje fatalizmy aż do samego końca, których wysłuchawszy, Zosia pięknie 
rzekła do mnie: 
— Chwałaż Bogu, że panu Marcinowi przynajmniej z więzienia umknąć się udało; żebyż 
choć się na tym już zakończyło. 
— A! ja też tak sprawy nie zostawiłem... 
Wtem dał się słyszeć z drugiego pokoju głos dziadka wołającego Zosię do siebie. Ona też 
porwała się z miejsca i powiedziawszy do mnie: 
— Zostań pan tu, ja tu zaraz powrócę — wybiegła do dziadka. Tymczasem staruszka 
ochmistrzyni przysunęła się do mnie i popatrzywszy mi w oczy, spytała: 
— To to jespan konkurujesz o pannę Zofię? 
— A... niby to ja — odpowiedziałem cale nie przygotowany na takie pytanie. 
— To jespan z Mazurów? — spytała znów ochmistrzyni. 
— Nie tak z samych Mazurów, jak z ziemi sanockiej, która do województwa ruskiego 
należy. 
— Aha, z sanockiej... a długo to już trwają te waścine amory? To mi już nadto było, jakoż 
po tym pytaniu rzuciłem się trochę; 
jednakże zauważywszy, że słowo starej ochmistrzyni czasem niemało waży w całym 
domu, starałem się być 
grzeczny i odpowiedziałem: 
— O amorach nic nie wiem, a o względy i łaskę u panny Zofii i całego domu staram się od 
połowy zapust. 
— Aha! aha! to wszystko dobrze; jespan jesteś niczego familii, znałam kilku Nieczujów, 
znałam i ojca waścinego, kiedy wziąwszy słowo od panny Mężykówny, przyjeżdżał tu do 
mojej siostry, pani starościny Trockiej, prosić o błogosławieństwo. Tęgi to był człowiek 
swojego czasu... i jespan, widzę, niczego kawaler, sługiwał w wojsku, jak słyszę, ma niczego 
fortunę, rozamorował się podobno w Zosi na umór, przeleciawszy za nią z półtorasta mil aż z 
Mazurów, i wszystko to dobrze... ale na co to takich amorów? znowu będzie jakie 
nieszczęście. 
— Z mojej przyczyny, moja mościwa pani, pewno żadnego nie będzie... 
— Tak, tak, nie będzie. Tak to było i z Hanią, a teraźniejszą Strzegocką! Com się nagadała, 
com się naprosiła, co naperswadowała, przepowiadając, że to człek taki a taki, że się chował 
za morzem, Bóg wie pomiędzy jakimi ludźmi, że nabrał obyczajów nieludzkich, że tu 
przyjechał 
i ludzi napada, drugich rozbija, kilku nawet powiesił, że, jak mówili domownicy, z 
jakimiś nieczystymi duchami ma konfraternię, że go aż diabłem nazywają weneckim — nie i 
nie, choćby mnie zabić miano, kocham i kocham na śmierć i na wieki. I otóż masz „kocham”! 
— Ha! tak to, tak, mościa pani — rzekłem ja na to staruszce — miłość u kobiety, to nie 
zabawka, ale rdzeń i miazga całego życia; bij i zabij, a prędzej podobno duszę wypędzisz z 
ciała niż miłość zakorzenioną z serca. 
— Nie ma co mówić, trafia to się u kobiet, ale też to źle jest i niedorzecznie. Bo przecież i ja 
jestem kobietą, i ja swego czasu wiedziałam, co miłość, ale to dawniej nie tak bywało; nie 
nazywano tego nawet miłością, tylko, jak należy, afektem. Ja też mówiłam Hani: — Co ci 
zależy na tym Piotrowiczu? czy koniecznie ten już najlepszy? moja Haniu, mało ty jeszcze 
znasz tego świata, a kiedy go więcej poznasz, to się snadnie przekonasz, że jeden mężczyzna, 
tak jak i drugi, a wszyscy takuteńcy jak jeden. 
— Nie, nie i nie! ja tylko tego. — Przy takich afektach panny, a tak uporczywym amancie, bo 
to, jespan, nie znasz pana Ignacego, co to za gwałtowny jest człowiek, dziwnoż to, że te 
amory za daleko się posunęły? Ja, Panie Boże mnie skarż, jeżelim choć się domyślać mogła... 
aż 
tu jednego wieczora, bach! pan Wit wszedł znienacka do alkierzyka Hani i na własne oczy 
obaczył, jak pan Ignacy Hanię w gębę całował. No, nie taka to wielka zbrodnia, ale u starego, 
co to, bywało, dawniej cały dom przed nim chodził jak klawisze, zaraz to była już Sodoma. 
Co się tu działo wtenczas, niechże i piekło się 
schowa, bo i stary nie w zimnej wodzie 
kąpany... Ja jeno uklękłam przed obrazem Matki Najświętszej, prosząc, żeby mnie tylko nie 
zabił... chociaż to ja mu dość bliska, bo przecież nieboszczka matka jego a moja matka były 
sobie przyrodnie... ale przeszło to jakoś. Wpadł jeno do mnie i z największą pasją a z 
ściśnionymi pięściami powiedział mi w oczy: — Do samej śmierci jejmości tego nie zapomnę! 
— Nie wiemże, jak tam jest, czy zapomniał czy nie? nie powiadał co jespanowi? 
— Nic, mościa pani, nic mi o tym nie wspominał pan cześnik. 
— Hm! to źle — mówiła dalej ochmistrzyni — bo to, widzi jespan, człowiek dziś, jutro, a. 
Panie Boże mnie skarż, jeżeli przy skonaniu mi jaki inny grzech na sumieniu zacięży prócz 
tego. A za grzech sobie to mam, żem za mało oka miała na Hanię, chociaż Panem Bogiem się 
świadczę, że i sto ócz byłoby nie pomogło. Bo przecież potem porwał ją z domu 
rodzicielskiego, wywiózł na swój zamek, ojcu tyle tym zadał frasunku, że myślałam, że 
umrze stary od samych łez i żałości... ba! i odbili ją nazad, i poszła za mąż, i mąż ją odumarł, 
a kiedy jej potem za jakiegoś 
kaduka przebrany pojawił się pan Ignacy, to tak na nowo 
wariować poczęła, że aż ją stary wywieźć musiał na Mazury. Więc co by tam było moje 
pilnowanie pomogło?... Ale stary tego nie wiedział i wierzyć 
temu nie chciał, kiedym mu to 
powiadała, i całą winę złożył był na mnie. Nie wiemże, jak teraz? toć to i to wykradzenie 
teraźniejsze... hm! nie chcę zresztą sądzić... ale... hm! a nie mógłby jespan tak z daleka 
dowiedzieć się od pana Wita?... 
— Cóż? czy jejmości jeszcze ona dawną winę pamięta? 
— To to — odpowiedziała staruszka — bardzo bym chciała wiedzieć... może by jeszcze... hm! 
bo jak tu z braterskim gniewem na sobie pokazać się przed Panem Bogiem? — I ocierała łzy 
biedna ochmistrzyni. Ja też perswadowałem: 
— Ej! nie płacz jejmość, uspokój się, już ja to biorę na siebie, że pan Wit sam jejmości 
powie do oczu, że jej nic nie pamięta. 
— Nie chcę, nie chcę tego! niechaj Bóg broni — zawołała ona na to — ja bym umarła ze 
wstydu na samo to wspomnienie. Niech jespanowi powie, że mi zapomniał. 
— Dobrze, dobrze, to on mnie powie. 
— Niechże ci Bóg nagrodzi. A za to przyjmże tę radę ode mnie, że niedobrze sobie 
amorami głowę nabijać, bo wiem ja coś i o waszeci. Siła mi tu Zosia nagadała różnych 
rzeczy, a dalibóg, że to niedobrze. Zawsze będą jakie nieszczęścia, bo podobno jest i drugi 
konkurent? Słuchaj waść... sfolguj trochę, jeżeli mnie dobrze życzysz. 
— Ja jejmości życzę 
jak najlepiej, ale jakem Nieczuja, tak nie rozumiem, w czym mam 
folgować. 
— Sfolguj trochę w afektach, bo to dziewczę w tobie tak rozszalone, że doprawdy przyjdzie 
do jakiego nieszczęścia. 
— Ale do jakiegoż nieszczęścia, moja jejmość kochana? Prawdą jest, że ja mam afekt dla 
panny Zofii, i jeżeli ona go ma także dla mnie, to chwała Bogu! ale żeby przyjść miało do 
jakiego nieszczęścia, to żadną miarą nie może być, bo ja przecież, nie chwalący się, mam i 
głowę, i serce na swoim miejscu. Zresztą, nie widzę nawet, jakie by powody ku temu mogły 
być, bo wątpię, żeby mi po drugi raz jeszcze odmawiać chciano. 
— O tym ja nie wiem — odpowiedziała staruszka — czy jespana już przyjmą 
czy nie przyjmą, 
bo w konkurach dopiero wtedy jest pewność, kiedy państwo młodzi wracają od ołtarza; 
dlatego też sfolguj i sobie, i Zosi w tych afektach, bo na zły wypadek znowu będzie jakie 
nieszczęście. — Ja też na to: 
— Jejmość pani, jak widzę, tak przestraszoną jesteś nieszczęśliwym losem pani stolnikowej, 
że już dziś w każdym kawalerze widzisz Piotrowicza, a w każdych konkurach gwałty tylko i 
nieszczęścia. A tymczasem w całym świecie co roku mnóstwo ludzi siężeni, a o gwałcie 
jakim lub wykradzeniu ledwie raz da się słyszeć przez całe życie. 
Wtem wbiegła Zosia do tegoż pokoju, ale zarazem dał się słyszeć głos dziadka, wołający: 
— Mospanie Nieczuja! 
Rad nierad litościwe tylko spojrzenie rzuciłem na Zosię i musiałem przejść do pierwszej 
izby, ale zamiast dowiedzieć się, czego chciał dziadek ode mnie, musiałem usiąść i słuchać, 
jako jmć pan Gintowt, wygrawszy z młodzieniaszkiem oratorski spór o pierwszeństwo 
skaptowania Jura z Borowiczek dla przedsięwziąść się mającej sprawy, otrębywał zwycięstwo 
swoje w ten sens: 
— Ergo218 nie ty, mospaneńku, który się zrazu niebacznie tym przechwalałeś, ale ja, jako 
mnie tu waszmość widzicie, doprowadziłem i Jura, i Demostenesa do tego, że nie, mówię, 
przystąpili do tej sprawy, bo oni by to byli i bez namowy uczynili, ale że ją wzięli za swoją. I 
stanie się tak, jak potrzeba, co jest conclusum219 pewnie i nieodmiennie. We wtorek wszyscy 
pojedziemy do Oszmiany, a my, którzy już jesteśmy zmówieni, będziemy się mieć na oku; ale 
nie będziemy wyborom przeszkadzać, tak jak to waść mówisz, mospaneńku, i owszem, 
funkcję naszą zrobimy; po wyborach dopiero uczynimy tak, jakeśmy się umówili, a o czym 
waszmości, chociaż się 
pierwszym tej sprawy promotorem powiadasz, ani sięśni, 
mospaneńku! Wtedy całą kupą zjedziemy się tutaj, pokłoniwszy się panu 
cześnikowi, przekąsimy co z łaski jego i ruszamy; a jakie przy zdobywaniu tego 
diabelskiego zamku dziać się będą sztuki, o tym się waszmość możesz dowiedzieć od tych, 
którzy wąs barabański220 mają pd nosem, ale nie mleko, tak jak ty, mospaneńku! 
To mówiąc, pan Gintowt wąsa sumiastego całą garścią pokręcił i powstał, jakoż i wszyscy 
powstali, żegnając i rozchodząc się zaraz, my na spoczynek, a dwaj dyżurni do przygotowanej 
dla nich kordegardy221 
. 
I tak się skończył pierwszy dzień mego pobytu między szlachtą oszmiańską. 
VIII 
W dniach następnych aż do samego wtorku nie zaszło ani w domu dziadkowym, ani w 
okolicy nic nadzwyczajnego. 
O prawdziwym losie pani stolnikowej ani też 
o tym, co myśli i jak się na przyjęcie gości 
przygotowuje Murdelio, nie można się było nic pewnego dowiedzieć. Zamek ten był pod 
tamte czasy tak groźnym i strasznym dla wszystkich, że za żadne skarby świata nie można 
było ani jednego sługę namówić, aby podszedł pod jego mury i starał się stamtąd przynieść 
jaką wiadomość. Szlachta zaś, nie mniej przesądna od pospolitych ludzi, także nie zdobyła się 
na taką przysługę. Jeden tylko Węgrzynek ofiarował mi się sam z własnej chęci z tym, że się 
chce zwerbować 
do Murdeliona, a pobywszy tam kilka dni i dowiedziawszy się o wszystkim naocznie, uciec do nas na powrót; ale na to już ja nie pozwoliłem i miałem pewne do tego 
powody. Zamek bowiem ten, lubo niegdy warowny, jak każdy inny dwór murowany w Polsce 
dawnymi czasy, jednak nie był fortecą; nie mogło więc tam w nim nic się najdować, o czym 
powzięta wiadomość dawałaby już zwycięstwo; znał go zresztą 
pan Gintowt i wewnątrz, i 
zewnątrz, jak własną kieszeń, i podejmował się prowadzenia — a strata tego wiernego sługi, 
która przy jego porywczości łatwo nastąpić mogła, nie mogłaby mi być nigdy niczym 
wynagrodzoną. Wszakżeż na koniec i bez tego wszystkiego można było być pewnym, że 
Murdelio nie wysypia się spokojnie w swoich złoconych komnatach i że budzony 
przypomnieniami zbrodni całego życia, dobrze się obwarowuje przeciw jakiejkolwiek 
napaści, której się pewno spodziewa. Jakoż o tym, że pogruchotane murzyska, o których 
naprawieniu w tak nagłym terminie ani pomyśleć nie może, mocną osadził załogą, że dużo 
hultajstwa nałapał i ciągle jeszcze łapie, że nawet armatami dwie jeszcze od zniszczenia 
ocalone baszty opatrzył, pewne były wieści w okolicy. 
Zosia smutną była przez cały ten czas, jednakże, jak mi to sama powiadała, o wiele jeszcze 
weselszą i spokojniejszą niż przedtem, w czym ja, przypisując to sobie i mojemu przybyciu, 
wielką nachodziłem pociechę. 
Ochmistrzyni modliła się 
tylko ustawicznie to przed tym, to przed owym obrazem, prosząc 
Pana Boga o powrócenie Hani do domu, a widząc w szczęśliwym córki do ojca powrocie tym 
większą pewność, że jej zapomnianym zostanie ów jakiś 
grzech dawny, podwajała gorącość 
swych modłów. 
Dziadek zaś... o! z jakimże poszanowaniem i zadziwieniem patrzyłem na tego dziadka i jak 
gorąco przy tym modliłem się Panu Bogu, aby, jeżeli mi to jest przeznaczone, takiej dał dożyć 
starości! 
Wprawdzie los tego człowieka przed grobem nie był do pozazdroszczenia ze wszystkim, 
bo kiedy komu przeznaczono jest cierpieć, a te cierpienia przyjdą nań z powodu własnego 
dziecięcia, toć to nie jest dola, której by można zapragnąć, ale kto zna to życie ludzkie i widzi 
niczym nie przyćmionymi oczyma, jako ono w swych splotach same ciernie i głogi prowadzi, 
a kwiatków tak mało, że ledwie jaki silny Usteczek uchowa się cało i zielono, ten też wie 
dobrze, jak wielkiej łaski Bożej doświadczył ten, który przy czułym i nieskażonym sercu 
zdołał wyrobić w sobie ową potężną siłę rozumu i wiary, która go czyni wyższym i 
mocniejszym nad te wszystkie światowe dole i nieszczęścia. Człowiek taki podobien jest 
owemu najwyższemu pagórkowi Krępaku, który, głową patrząc w słońce i jego oddychając 
promieńmi, czuje, lecz zarazem i niewzruszenie spogląda na to, jako w kadłub jego i serce 
biją ziemskie fale i niepogody. 
A takim mężem błogosławionym był dziadek. Przez całe życie jego, i teraz jeszcze w 
dniach przedgrobowych, biły w niego i burze, i gromy i czuł on je sercem ojca i obywatela i 
rozumiał całą 
moc i naturę, i stuletnimi łzami je skraplał, i nieraz po kilka godzin 
wieczornych nad nimi tak głęboko rozmyślał, żeby go i wystrzałem wtedy z tego snu nie 
obudził — ale duch jego, unoszący się pamięcią i doświadczeniami nad tyle światów i pokoleń, 
niósł się i teraz zawsze tak wysoko, że nie było choćby jak rozumnego człowieka, któren by 
siężakiem nie czuł przy tym duchowym olbrzymie. 
Miewał 
ci on wprawdzie chwile, w których, czy to koleją rzeczy żył tylko ziemi, czy tak 
całkowicie oddany niebu, że zapomniał 
o sobie, nie obznajomionym z nim z bliska wydawał 
się 
dziecinnym lub też zdziecinniałym, jakby mu życie było li zabawką, a nieszczęścia li 
żartobliwą swawolnego losu igraszką; ale i te jeszcze chwile świadczyły tylko o onej duszy 
milionami nieszczęść zahartowanej, która, podniesiona ponad poziom pospolitych dusz 
ludzkich, bliżej dotykała się nieba niż ziemi. 
Mnie przynajmniej mąż ten stuletni, czy to wieczorami siedział przy miodzie z Gintowtem 
i szlachtą dyżurną i żartobliwym tonem opowiadał 
im rzeczy stare i już chyba tylko w starych 
księgach litewskich najść się mogące, czy zasiadłszy w domowym kole, zastanawiał się nad 
losem swej córki i całej rodziny, czy, siedzący przed obrazem Boga ukrzyżowanego, mówił 
swoje milczące modlitwy, czy z czapeczką na głowie, a oparty na grubej trzcinie, przechodził 
się po ogrodzie pomiędzy ogromnymi a niegdy przez siebie samego posadzonymi drzewy — 
mnie zawsze ten mąż stuletni taką cześć wpajał ku sobie i tak potężnie działał na mój umysł 
młodzieńczy, że raz mi się zdawało widzieć promienną koronę koło jego głowy, drugi raz 
widziałem w nim nie tego, który niebawem ma wnijść na wieczny odpoczynek do trumny, ale 
tego, który już mnogie lata tam odpoczywał i dziś, obudzony, wyszedł spod kościelnego 
sklepu na chwilę, aby się ważnemu w swojej rodzinie zajść mającemu przypatrzył zdarzeniu; 
inny raz znowu zdał mi się jednym z tych duchów białych, mieszkających po starych 
zamkach, którzy w wigilię każdego nieszczęścia pokazują się na krużgankach, na basztach 
narożnych lub w alejach wysadzonych lipami... idą oni powolnym krokiem i milczą, wionie 
od nich tylko chłód wilgotny, grobowy i drżą z przerażenia natenczas pognuśniałe serca ich 
wnuków. 
Jednakże pomimo owej wyniosłej siły duszy, która dziadkowi dozwalała panować nad 
nieszczęściami doczesnymi, im więcej się zbliżała ta chwila stanowcza, która miała 
rozstrzygać o losie całej Strzegockich i Piotrowiczów rodziny, i on miewał chwile, w których 
zdawał się być niespokojnym. Zapadał on wtedy w smutne milczenie i jeżeli sam nigdy wiele 
się nie rozgadywał ani o swojej córce, ani o Murdelionie, ani o dawniejszych pomiędzy nimi 
stosunkach, to wtedy nawet imię jednego lub drugiej, choćby najobojętniej przez kogoś 
wymówione, zdawało się go razić tak bardzo, że zwyczajnie głowę odwracał, albo, niby to z 
kubka pijąc, twarz swoją zasłaniał, albo zgoła umyślnie kilka słów takich wrzucał, które 
rozmowę na inny zwracały przedmiot. Dojmowałli go ten wypadek tak bardzo, czy wstydził 
go się przed światem, czy miał 
gniew jaki na córkę, tego nie mogłem odgadnąć. 
I tak mijały dnie jeden za drugim, i tak minął czas aż do wtorku. 
Gintowt w poniedziałek jeszcze odjechał wprost do Oszmiany, aby być tam zawczasu i 
najprzód przygotować, co trzeba. I ja chciałem z nim jechać, bo i ciekawy byłby był dla mnie 
sejmik litewski, i suponowałem, że mogąc tam niejednego znajomego znaleźć, mógłbym był 
może co pomóc, ale Gintowt tego nie dozwolił, mówiąc: 
— Siedź, waszmość, tutaj, kiedy ci dobrze, ja wszystko sam zrobię. 
Śród takich okoliczności i usposobień nadszedł nareszcie wtorek. W dworku pana Wita już 
od samego świtu panuje ruch nadzwyczajny. Wymiatają i wyprzątają próżne o tym czasie 
szopy i stodoły, i ubierają jak mogą, na przyjęcie gości, obwieszają kilimkami ściany, 
zastawiają stoły i nakrywają, wnosząławy i całe beczki z trunkami, przy czym mój 
Węgrzynek główną trzyma komendę. W kuchni i w piekarni w miasteczkach ponajmywani 
kucharze sieką zrazy, przyprawiają bigosy, pieką kury, kapłony, gęsi i całe cielęta. Inni 
odgotowują wędliny, kiełbasy i inne mięsiwa, inni pieką chleb biały, pirogi i różne pieczywa, 
a wszyscy sadzą się na to, aby jedzenie było smaczne i dostatnie, a niekoniecznie wykwintne. 
Nad tym wszystkim dozór i komendę wziął na siebie jmć pan Kościuszkiewicz, dzierżawca 
dziadkowej wioski, człek stary, lecz sprytny i dużo po świecie obywały. A tu i tam wszystko 
idzie tak ładem i prędko, że jeszcze i południa nie było, kiedy już wszystko stanęło gotowe, 
choćby i na przyjęcie całych dwóch chorągwi komputowego wojska222. Ale to jeszcze nie 
zaraz mieli nadjechać oczekiwani goście. Gintowt powiadał, że nie myśli wyborom 
przeszkadzać, a lubo ja w moim przekonaniu wątpiłem bardzo, ażeby kiedy projekt zajazdu 
już był rzucony pomiędzy szlachtę, materia wyborów choć przez godzinę mogła się utrzymać 
na ustach, to jednak nie mogło się stać tak prędko; bo gdzie są Demostenesy i Senekowie, a 
każdy z nich z naprzód już wymyślonej oracji ani jednego słowa podarować nie zechce, tam 
pół 
dnia ledwie można liczyć za jedną chwilę. Więc zawsze ledwie o zmroku można się było 
spodziewać ich przyjazdu, jakoż to samo utrzymywał i dziadek, który siedząc przy stole kamiennym, stojącym pomiędzy lipami na środku dziedzińca, patrzył na gąsior kowieńskiego 
miodu postawiony na stole, ale go nie pił. Kiedym ja się koło stołu nawinął, on, ręką oczy 
zasłoniwszy od słońca, spojrzał na mnie i zawołał: 
— Nieczuja! 
— Służę jegomości! — odpowiedziałem, przystępując do niego bliżej, a on do mnie: 
— Siadaj tu przy mnie i napij się miodu, bo mi tak smutno samemu. 
— I owszem — odpowiedziałem — jak jegomość rozkaże. I usiadłem do miodu, lubo 
niechętnie w tej chwili podawałem usta trunkowi, bo to był dzień gorący i parny, a ja jak na to 
wziąłem był ciężki lamowy żupan na siebie, który zwykle ubierałem natenczas, kiedy się w 
jakiej bitwie być spodziewałem; lama ta bowiem była tak gęsto grubymi nitkami srebra 
przetykana, że, cięcia szabli nie przepuszczając, mogła stanąć za dobrą koszulkę. Żupan ten 
miałem po moim ojcu, a nosił go jeszcze dziad mój nieboszczyk i w co piękniejszych bitwach 
zażywał; znać nawet na nim było na kilku miejscach cięcia nieprzyjacielskiego żelaza, w 
kształcie fałdów na wieki wieków zagiętych; jakoż i żupan ten znano swojego czasu 
powszechnie, przynajmniej w całej sanockiej ziemi i pogranicznych, a skuteczność jego tak 
nie podpadała żadnemu zwątpieniu, że kiedy mnie kto wyzywał na rękę, albo ja kogo, co się. 
Panie Boże mi odpuść, młodszymi, ba, i późniejszymi laty nierzadko trafiało, to zawsze sobie 
wymawiano, abym do bitwy nie brał tego żupana na siebie. Więc duszno mi było pod taką 
suknią już z wierzchu, a cóż dopiero w dzień parny lać jeszcze ogień wewnątrz siebie! Ale 
dziadek kazał pić z sobą, więc nalałem sobie kubek miodu, siadłem podle niego i piłem. 
Wtedy on do mnie: 
— Co rozumiesz o dzisiejszej imprezie? 
— Nie wiem jeszcze, co mam rozumieć — odpowiedziałem — bom nie oglądał jeszcze tych 
ludzi, z którymi mamy uderzyć na zamek. 
— Nie ma co oglądać — rzekł dziadek — to szlachta oszmiańska. 
— Ja nie wątpię, że dobra, ale zawsze to, kiedy człowiek oglądnie, to nie zawadzi. 
Najwięcej boję się tego, żeby sobie nadto nie podciągnęli w Oszmianie, bo jak jeszcze tutaj 
doleją, to gotowi nam wstydu narobić albo rzecz całą zepsuć na zawsze. 
— Wstydu! Wstydu! — zawołał dziadek — szlachta oszmiańska nikomu wstydu nie zrobi, ale 
też i tego nie zmazę, który kto sobie sam zrobił. Bo powiedzże sam, czy można było 
większego wstydu, większej hańby dożyć na starość, jak ja jej dożyłem?... O! zanadto ja 
ojcem dobrym byłem dla niej! zanadto!... Trzeba mi było po staremu: żywisz w sercu afekt 
przeciwny woli rodzicielskiej, żyć przestajesz dla świata. Klasztor był jedynym lekarstwem! 
Byłbym nie miał 
córki, to prawda, ale byłbym umarł spokojny i czysty stanął przed Bogiem. 
Dzisiaj, któż wie, jak to było i jak jest w rzeczy? dzisiaj, co gadają po całej Litwie, a co już 
nie gadali za pierwszą rażą! i czy wini kto stolnikową?... Dzieckiem była — powiadają — 
dzieckiem, kobietą; ona nie winna, ale on winien, on, ojciec! I cała hańba i wstyd, i 
paskudztwo to na mnie. A ja mam dziewięćdziesiąt trzy lat i hańby nie znałem przez całe 
życie!... Aż dopiero u grobu... Więc cóż mi z tego, że oni tu przyjadą? Ja wiem, cały powiat 
się zwali i pojadą, i rozniosą 
zamek ten lichy na proch, i żaden opór nic nie pomoże, bo diabeł 
odstąpi, gdzie kuso; ale cóż mnie już z tego?... po kogo oni pojadą 
do zamku? kogo mi 
stamtąd przywiozą? 
I zadumał się stary. Ja też wziąłem za słowo i perswadowałem dziadkowi, jak mogłem. 
Wprawdzie i w moich oczach stolnikową nie była bez winy; bo jużciż, nie rzecz jest dwom 
panom służyć, nie rzecz i woli ojca chcieć dogodzić, który Murdeliona nienawidził, i 
Murdelionowi, który siężenić chciał koniecznie i zawsze; nie rzecz igrać sercem i afektami, 
choćby nawet niedobrego człowieka, jednakże zawsze, że aż do takich skutków przyszło, 
winny tu podobno więcej były okoliczności niż ona, a gdyby i ona sama winną była, toż jej 
wina pochodziła li ze słabości serca i umysłu, co kobietom przecie się winno przebaczać. 
Więc nietrudna to była perswazja, a niemało się znalazło powodów i do uniewinnienia 
stolnikowej, i do wystawienia samej rzeczy w tak bardzo złym świetle; ale nie staremu to 
umysłowi co wyperswadować 
albo inne o raz już pojętej rzeczy nadać wyobrażenie! Toteż i 
dziadek słuchał i słuchał cierpliwie, lecz wysłuchawszy, rzekł swoje: 
— Mój Nieczuja! ty mi powiadasz rzeczy takie, które ja bym także potrafił powiedzieć. Mój 
rozum wprawdzie już stary i, zapewne, że nie taki obrotny, jak twój, kiedy młody; nie jest on 
w stanie co moment nowe wynachodzić 
argumenta, nie jest w stanie lekko i bez namysłu co 
chwila przerzucać się na innąścieżkę, co chwila w innej się zakrzepiać krynicy, bo już stary, 
zakrzepły, zakamieniały, ale za to droga, którą on postępuje, ręczę tobie, że to bity gościniec. 
Dlatego wierz mnie, że to wstyd i hańba wieczysta!... Niektórzy ludzie, którzy długo żyją na 
świecie i mieli dość czasu dać się z każdej strony poznać swoim sąsiadom i ziomkom i nabyli 
dobrej sławy u nich, i ta sława ich niewzruszona stoi już 
lata i lat dziesiątki, tych dobrego 
imienia pewno że nie tak łatwo lada plotka się chwyci, lada potwarz splugawi, lada drobne 
zdarzenie nabawi wstydu — ale wiesz ty, że jeżeli niemałą sztuką jest umiećżyć na tym 
świecie, toż nierównie większą jest umieć umrzeć w samą porę. Ja tego nie umiałem i dlatego 
jeszcze raz powtarzam, że wstyd i hańba wieczysta!... A kiedy nie wierzysz, to posłuchaj, co 
będą gadać 
Litwini. Bo to u Mazurów świat inny i głowa inna, a niejedno złe, które tam już 
od dawna stało się ciałem i zamieszkało, tutaj jeszcze za dziw nad dziwami uchodzi. I u was 
to może byłoby nic, ale u nas wstyd i hańba wieczysta!... Ty bo może nie wiesz wszystkiego — 
dodał 
dziadek po chwili — i dlatego tobie rzecz ta inaczej się wydaje; ty może nie wiesz... — tu 
urwał dziadek i poglądnąwszy na mnie z góry, nagle zapytał: 
— Czy zawsze stały jesteś w afektach dla Zosi? 
— Zawsze i do śmierci, mój kochany jegomość, i mam nadzieję... 
— No! więc ja ci to dawno już miałem powiedzieć, bo i należało się: więc wiesz ty, że 
Zuzia?... 
— Wiem, wiem, panie dobrodzieju; ale tylko szczególnym przypadkiem dowiedziałem się o 
tym. 
— Ty przypadkiem — rzekł dziadek — a inni na prostej drodze. Więc widzisz, jakokolwiek 
bądź to się stało, winna ona czy nie winna, nie wstyd to i hańba wieczysta? Ja przed tą hańbą 
porzuciłem najukochańszą mi Litwę i uciekłem na Wołyń, i diabeł mnie tam wynalazł, i 
wygnał mnie stamtąd; z Wołynia uciekłem na Mazury, a w Mazurach nie tylko mnie stara 
hańba znalazła, ale jeszcze nową przyprowadziła ze sobą i tak zamiast jednej aż przez dwie 
takie jędze wiedziony, powróciłem do ojczyzny mojej, do Litwy, która już zapomniała była o 
hańbie mojej, a pamiętała tylko starego Wita, który z chwałą reprezentował ją po cudzych 
wojnach, który przez lat tyle cześnikował swojemu powiatowi, który sto spraw osądził, sto 
procesów wydarł sądom, stu nieprzyjaciół, zwaśnionych na wieki, pogodził ze sobą!... I 
myślałem, że jeżeli mi kiedy Bóg da wrócić na Litwę, to mnie szlachta powita jak ojca, jako 
towarzysza swych ojców i dziadów, i myślałem, że moje dobre imię, na które przez lat 
kilkadziesiąt krwawym trudem pracowałem, będzie już dzisiaj wyższe nad niepoczciwe języki 
i złośliwe rozumy i że choć teraz przed grobem zabłyśnie w należącej się jemu chwale. 
Myślałem, że choć jak ona lampa, która przez cały ciąg swego żywota, to tak, to owak 
świeciła, jednak przed zgaśnieniem jasnymi na wszystkie ściany zabłysła promieńmi... 
myślałem, że i ja tak zabłysnę... I prawda, wielu tu znalazłem przyjaciół, wiele czci, wiele 
poszanowania, wiele gotowości do pomożenia mi w tym nieszczęściu — ale dlaczegóż oni to 
czynią? Z litości! A czyż nie nędza to ostatnia, kto aż litości doświadczać musi?... Słuchaj 
mnie, Nieczujo! Gdyby nie ona, gdyby nie to dziecko, które pomimo to wszystko, kocham jak 
dziecko jedyne, ja bym im za tę litość!... ale tak... co ma robić dziś stary? Kilka godzin 
codziennie z Bogiem, kilka ze samym sobą, a zresztą już tylko pić, pić i upić się, i przez oczy 
mgłą obciągnięte patrzeć się na tych ludzi, którzy nigdy sprawiedliwymi nie byli w sądach i 
nigdy nimi nie będą. Pij, Nieczujo! 
Ja piłem, ale dziwnie mi się jakoś zrobiło na sercu i duszy. Słowa one dziadkowe, które mi 
jawnie wypowiedziały, jakim okiem pogląda szlachta na stolnikową, na matkę 
najukochańszej mej Zosi, jakby gwóźdź rozpalony zawierciły mi w mózgu. Wstyd i hańba 
wieczysta! jakimże okiem będzie poglądać na mnie ta szlachta oszmiańska? jakim okiem 
współziemianie i sąsiedzi, którzy się pewnie o wszystkim dowiedzą?... I lubo pewnie tak 
gorąco kochałem Zosię, jak tylko który ze śmiertelnych kochać może kobietę, i lubo 
wiedziałem w głębi, że cóż 
to dziecko winno obyczajom swej matki? jednakże tak się wtedy 
zachwiałem, że byłbym się miał za najszczęśliwszego, gdyby mnie kto był nagle w rok 
miniony przerzucił. Myśl ta tak mi zajęła duszę, jakiśżal łzawy tak mi osmucił serce, że 
siedząc koło dziadka, głowę opuściłem na piersi i nie wiem jak długo tak przesiedziałem. Jaki 
był stan mój przez ten czas zamyślenia się mego, nie umiem opowiedzieć dokładnie, bo ani 
toczyła się jakakolwiek walka we mnie, ani układałem sobie cokolwiek na przyszłość, ani się 
spowiadałem przed sobą z przeszłości, ani wiem nawet dobrze, co czułem; to tylko pomnę, 
żem był cały ciężkim objęty smutkiem; gorzką jakąś napojony trucizną i jakby z nóg 
powalony. I byłbym tak siedział kto wie jak długo, bo już kilka godzin minęło, już i słońce się 
nachyliło, już i dziadek, wygadawszy się do woli, odszedł 
ode mnie — a ja jeszcze siedziałem i 
byłbym wdzięczny ludziom, gdyby mnie byli nie obudzili i gdybym był mógł z tego smutku i 
z tej chwilowej przejść do wiecznej martwoty. 
Ale nie dano jeszcze żadnemu człowiekowi umrzeć wtedy, kiedy sam pragnął 
śmierci, i 
mnie też nie dano; Zosia, widząc mnie tak samotnie zadumanego pod lipą, zbliżyła się do 
stołu i oparłszy się on, rzekła do mnie: 
— Biedny pan Marcin! czegóż tak zamyślony! pewnie o mamie mojej nieszczęśliwej. 
Zbudziłem się. Lecz popatrzywszy na nią, tak mnie ten widok ścisnął za serce, żem 
zawołał tylko: — Zosia! — i łzy mi się strumieniami puściły z oczu. Widząc łzy moje i ona się 
rozpłakała jak dziecko i usiadłszy na drugim końcu ławy, wciąż płakała. Ipłakaliśmy oboje, 
ale z dwóch cale różnych od siebie źródeł płynęły łzy nasze! a lubo ja o przyczynie jej łez 
zaraz się dowiedziałem, przyczyna moich została dla niej tajemnicą na wieki. 
Śród tej sceny dał się nagle słyszeć tętent kopyt końskich z daleka i w tymże momencie 
krzyk na dziedzińcu: 
— Jadą już, jadą! 
Zerwałem się z ławy, łzy chustką otarłem, Zosia spłoszona pobiegła do domku, a nim ja 
kilka kroków dałem naprzód, aby zza lip popatrzyć 
w pole, już też wjechało w bramę 
kilkunastu jezdnych i stanęli w dziedzińcu. 
Widok ludzi zbrojnych i koni, nie wiem jak na kim, ale na mnie zawsze czynił dobre, 
mogę nawet powiedzieć, że wesołe wrażenie. Zaraz więc stałem się inszym i nie było ani 
śladu łez na mej twarzy, ani. pamiątki smutku na sercu, a kiedy Gintowt, który pierwszy 
zsiadł z konia, przystąpił do mnie z powitaniem i nieznaczną pochwałą swojego dzieła, ja 
witałem się już 
z nim ochoczo, jak gdyby mi przez cały ten czas serce drżało od 
niecierpliwości widzenia jego i przybyłych z nim towarzyszy. 
Drugi szlachcic, który równocześnie z Gintowtem zeskoczył z konia, był to chłop duży i 
prawie głową mnie przenoszący. Pomimo wzrostu swego, który także do niepospolitości 
należał, wpadł 
on mnie i z innej przyczyny natychmiast w oko, a to po prostu z swojej 
doskonałej żołnierskiej postawy i ubioru. Mąż ten miał krótką, ze zielonego sukna na 
węgierską modę uszytą kurtkę na sobie, na głowie czapkę rogatą ciemnego koloru, na nogach 
buty jałowicze, cholewami powyżej kolan sięgające; do tej pojedynczości ubioru łączył on 
odpowiednią pojedynczość w uzbrojeniu: miał bowiem tylko potężną szablicę na skórzanym 
pasie przy boku i parę pistoletów lekkich za pasem. Kto znał szlachtę tamtego czasu i 
widywał ją w różnych okazjach, ten wie bardzo dobrze, jak złe wyobrażenie ona miała o 
moderunku wojennym. Dawnymi laty, kiedy szlachcic wyjeżdżał na wojnę, to nie 
wspominam już o tym, że brał na siebie co najlepszy żupan i kontusz z wylotami, które nieraz 
w ucieczce, zaczepiwszy się o drzewo, zsadzały go z konia, ale to główna, że uzbrajał się od 
stóp do głów, a pałasz, strzelba, nóż 
wielki lub kordelas przy torbie i trzy pary pistoletów na 
jednym szlachcicu z pospolitego ruszenia obaczyć, była to rzecz zwyczajna. Starzy żołnierze, 
którzy czy to w swoim, czy w cudzoziemskim wojsku czas dłuższy sługiwali i nauczyli się z 
doświadczenia, że nie ilość, tylko gatunek broni, a głównie serce stanowi żołnierza, 
naśmiewali się z tak objuczonych wojaków, a mój ojciec nieboszyczyk nawet mawiał, że im 
więcej który broni zawiesza na sobie, tym ci pewno tchórz większy; jednakże nic to nie 
pomagało, a moda ta, która niby we krwi szlacheckiej już być się zdawała, uchowała się aż do 
ostatnich czasów. Później dopiero dowódcy, sami zawsze ubierając się w kurty węgierskie i 
uzbrajając się tylko pałaszem i jedną parą pistoletów, zaprowadzili także ten obyczaj i między 
szlachtę i na ten pojedynczy ubiór i uzbrojenie się tak nastawili, że u nas weszło to było w 
przekonanie, że po ubiorze i uzbrojeniu się poznasz zaraz gatunek i serce żołnierza. Owóż, 
gdy obaczyłem tego szlachcica, że także był po naszemu ubrany, zaraz mi się przypomniały 
dawne czasy i nie gadawszy z nim ani słowa, czułem już instynktowo, żem się zdybał ze 
swoim. Jakoż nie omyliłem się: był to bowiem ów z opowiadania innych już mnie znajomy 
Jur z Borowiczek. Kiedy mi to Gintowt powiedział, nastroiłem się zaraz i podając rękę 
Jurowi, rzekłem do niego: 
— Tyle mi tu już pięknych i dobrych rzeczy nagadano o waszmość panu i bracie, że za 
jeden z najpiękniejszych dni mego życia Uważam sobie ten, w którym los fortuny podaje mi 
sposobność poznania waszmości; to mnie tylko jedno zadziwia i zaraz zasmuca, że chodząc 
prawie jednymi drogami, nie zdybaliśmy się nigdy dotychczas. 
— Nic w tym dziwnego — odpowiedział mi Jur na to, ściskając mnie rękę — jeżeliśmy się nie 
zdybali, kraj to wielki i ludzi w nim siła; ja sobie przecie przypominam nazwisko waszmości, 
ano nie wiem, byłli to brat waszmości albo waszmość sam, który przed bitwą widawską 
przywiózł depesze naszemu Niemcowi? 
Niemcem nazywano Zarembę, że się nosił z niemiecka; a ja rzeczywiście te depesze 
woziłem, więc odpowiedziałem: 
— Ja to sam, panie bracie, woziłem te depesze, ale i to mnie jeszcze nie naprowadza na 
przypomnienie sobie waszmości, lubo przecież potem i w bitwie widawskiej 
partycypowałem, i po bitwie jeszcze dni kilka tam bawiłem. 
— A wiem, wiem — rzekł Jur z Borowiczek. — Owoż nie dziwno, że waszmość za swoich 
kilka dni nie poznałeś wszystkich, którzy tam byli, i nie dziwno, że ja waszmości nazwisko 
pamiętam, bo przed bitwą, kiedy oficer z depeszami przyjedzie, toć o nim wiedzą w całym 
obozie. 
— Tak, tak, panie bracie — odpowiedziałem — no, ale jak to! góra z górą się nie zejdzie, a tu, 
gdzie Widawa, a gdzie Oszmiana, i tam bywszy razem, nie znając się, tu dopiero się 
poznajemy. 
Wtem tamci pozsiadali z koni i po jednemu poczęli się zbliżać do nas, a podczas gdy 
Gintowt powiadał mi niektórych, co przedniejszych, nazwiska i zapoznawał mnie z nimi, w 
bramę wwaliła się druga takaż jezdnych komenda, niebawem też trzecia, i czwarta, a 
wszystko z wielkim brzękiem i hałasem; dalej to po jednemu, to po trzech, to po pięciu 
wjeżdżali a wjeżdżali, a nie minęło i pół godziny od przyjazdu Gintowta i Jura z Borowiczek, 
kiedy już cały dziedziniec od ganku aż do bramy tak był napełniony ludźmi i końmi, jakby 
plac obozowy. 
Śród tego zbierania się ja porzuciłem mojego Jura, a poszedłem bliżej trochę oglądać ową, 
tak zachwalaną mi szlachtę oszmiańską. Ale nie obaczylem tam nic nadzwyczajnego. Wiele 
było ludzi pięknych i koni jak trzeba; ale też hołoty nabiegło niemało, osobliwie też owych 
zagonowych, których lada kubkiem i do piekła by zwabił, a na których patrząc, przypominało 
mi się owo przysłowie, które powiada: że szlachcic od Oszmiany jedną nogę tylko ma w 
bucie, a drugą w łapciu chodzi. Uzbrojenie też tego całego tłumu było, jako i ludzie, różne, i 
rozmaite: jedni z nich po staremu byli zbrojni od stóp do głowy; na jednym człowieku i 
pałasz, i nóż, i strzelba lub garłacz, i pistoletów dwie pary, a trzecia przy kułbace, drugi 
ledwie miał dwoje broni, a niejeden był taki, który miał szablę bez pochwy lub goły rapir u 
boku, albo pistolet jeden wielki na temlaku223, ale i ten taki, że zjadłby diabła, kto by z niego 
wystrzelił. 
Kiedy się to wszystko zjechało w dziedziniec i rozłożyło po wszystkich kątach, a jak 
zwyczajnie, ten poprawiał kułbakę na komu, ów ostrzył szablicę, ci stare wystrzeliwali 
naboje, inni broń czyścili, ci skałki krzesali, ci nabijali na nowo i w całym dziedzińcu rumor 
był wielki i rozgardiasz — przez Gintowta z jednej, a przez Zosię z drugiej strony prowadzony 
pod ramię, wyszedł dziadek w dziedziniec. 
Dziwny to i rozrzewniający był widok, kiedy starzec ten blisko stuletni stanął przed 
zgromadzającą się koło niego szlachtą i zdjąwszy czapkę z pokorą z białej jak mleko głowy, 
przez łzy cisnące mu się do gardła nie mógł zrazu ani słowa przemówić i tylko ręką witał 
przybyłych. 
Obaczywszy dziadka, niektóra szlachta, już na sejmiku podpojona po trochę, zaczęła 
krzyczeć: 
— Wiwat! pan cześnik dobrodziej! wiwat! patriarcha nasz! — i różne inne rzeczy, ale wnet 
sykaniem drugich uspokojeni, umilkli i nastąpiła cisza tak poważna, jakby w obozie, kiedy 
ksiądz czyta mszę pod namiotem. 
Śród tej ciszy dziadek, zawsze stojąc na miejscu, a na miejscu wyższym cokolwiek, bo 
dziedziniec był pochyły od ganku do bramy, odchrząknął raz i drugi i starym chropowatym 
głosem, odpoczywając za każdym punktem, przemówił w ten sens: 
— Mnie wielce mości panowie i bracia! Nie spodziewałem się nigdy, abym, będąc 
okolicznościami zmuszony wyjechać z ukochanej mojej Litwy, kiedykolwiek jeszcze do niej 
powrócił. Grób dla mnie wykopany już był na Mazurach. Dzisiaj atoli inaczaj Bóg 
wszechmogący rozrządził, a ja, zostawiwszy grób mój na kałużę dla wody cmentarnej, stoję 
oto przed waszmość panami i bracią i pokłon im szczery spod ubogiej strzechy mojej 
wynoszę. Jako ojciec nieszczęśliwej i czy to od szatana niewinnie prześladowanej, czy od 
Pana Boga sprawiedliwie karanej córki, powiadam to otwarcie, iż wolałbym, aby kości moje 
już dawno były pogniły w grobie, niżbym miał dożyć 
tak fatalnego terminu, jakim jest dzień 
dzisiejszy — jako obywatel i sąsiad zaś nie mogłem się doczekać dnia szczęśliwszego przed 
grobem, jako ten, w którym dostojne obywatelstwo naraz zgromadzone przed sobą widzę. A 
lubo, w którąkolwiek stronę tego przezacnego zgromadzenia oczyma rzucę, ani jednego z 
moich dawnych przyjaciół i towarzyszy dopatrzeć nie mogę, bo ci dawno jużśpią po 
cmentarzach, toż jednak i to nad wszelkie wyrażenie wielkim ukontentowaniem jest dla mnie, 
że mi Pan Bóg pozwala widzieć ich synów i wnuków. Jakoż w tym razie, kiedy ja sobie 
czynię tę słodką iluzję, że z dawno już pomarłymi, dla których dotąd niespożyty afekt gore w 
mym sercu, w tym momencie rozmawiam, toż i wam, mości panowie i bracia, niechaj się tak 
wydaje, że nie z dalekich stron żywy z żywego kraju przybyłem, ale żem wyszedł z grobów i 
wam synom i wnukom przynoszę pozdrowienia od moich ukochanych kolegów, a waszych 
ojców i dziadów!... 
Tu się dziadek zatrzymał, a podczas gdy w kilku miejscach dało się słyszeć głośne 
szlochanie, on kilka razy odetchnął i tak rzecz swą dokończył: 
— Mości panowie i bracia! Żeście tutaj w tak znakomitej liczbie i tak pięknej postaci 
przybyli, ani wam za to dziękuję, ani was czczymi słowy o wykonanie przedsięwziętego 
zamiaru proszę, bo jako sąsiad wasz i przyjaciel, który trzy pokolenia przeżył w tym 
oszmiańskim powiecie, wiem to dowodnie, że jako uczynkami waszymi nie kieruje żadna 
stronność ani prywata, tak znowu wiem z drugiej strony, że za cnoty wasze nagrody nie 
wyglądacie skądinąd, jeno tu, od własnego sumienia waszego, a tam od Tego, który was wszystkich stworzył i który tylko sam jeden jest w stanie obywatelskie cnoty i zasługi 
wynagradzać wedle wartości. Ale oto jest biedna, opuszczona sierota — to mówiąc, dziadek 
wziął obok siebie stojącą Zosię za rękę i podprowadził ją o krok naprzód — która jak wiotki 
powój o samej wiośnie została się sama, opuszczona i nieszczęściami przygnieciona do ziemi, 
a podczas gdy główkę wychyliwszy do słońca, szuka drzewa mocnego, o które by się mogła 
obwinąć, znalazła tylko starego dębu pień spróchniały, który lubo musi służyć jej za podporę, 
jednakże raczej sam się powali i ją swym ciężarem przygniecie, niżby miał jej dać ulgę i 
opiekę. Ta sierota, mości panowie!... rzuca się przed wami na dziecięce kolana... 
Tu się Zosia rzuciła na kolana i ręce złożyła, ale dziadkowi tak gwałtownie łzy się puściły 
z oczu, że już nie mógł nic dalej mówić. Szlachta też, jedna szlochając w głos jak pacholęta, 
inni łzy ocierając, okrążyli go ciaśniejszym kołem i całując w ramiona, w ręce, a niektórzy w 
róg granatowego żupana, wołali: — Daj pokój, bo rozpłyniemy we łzach i żałości! — Inni zaś: 
— Daj pokój, wszystko zrobimy! 
— To ojciec nasz, to patriarcha! 
— Z ojcami naszymi sługiwał! . 
— Naszych dziadów pogrzebał! 
— Niech siada, niech siada, bo osłabnie! 
— Żeby diabli pilnowali tego zamku, to go dobędziem! 
— Mury na kawałki rozszarpiem! 
— I miejsce zaorzem! 
— Żeby ani ślad nie pozostał! 
— A córkę mu tu na rękach przyniesiem! 
— A tego łotra, co nam taki wstyd i hańbę... 
— Na suchej wierzbie powiesim! 
I poczęli brwi marszczyć, wąsami ruszać, że aż strach był patrzeć po tej garstce wojaków. 
Tymczasem dziadka posadzono na ławie pomiędzy lipami, co przedniejsi go obsiedli i 
obstąpili, zaręczając, że mu córkę przed północą przyniosą; inni przystępowali do Zosi kojąc 
jej łzy i szlochania, prawiąc grzeczności i przysięgając, że życie swoje położą za matkę dla 
sieroty. W dziedzińcu zaś zrobił się wielki gwar i zamieszanie; jedni beczki z trunkami 
wytaczają z stodoły, nalewają i piją: — Na szczęśliwe powrócenie stolnikowej! — Na śmierć 
diabłu weneckiemu! — Na powalenie w gruzy przeklętego zamczyska! — Inni wynoszą jadła i 
pieczywa i rozkrawując je w powietrzu, podają drugim, inni jeszcze broń gładzą, ostrzą 
pałasze, kulbaczą konie; inni, jako Demostenes z Zalasówki, człek mały, pękaty i łysy, a 
prawie obdarty w ubiorze, jako Seneka Giembutowicz, chudy, wysoki, i zezowaty, powyłazili 
jeden na beczkę dnem wywróconą 
do góry, drugi na stos belek leżących pod szopą, i 
ogromadziwszy koło siebie po garstce słuchaczy, perorują z wielkim ferworem i dobitną 
gestykulacją. A muszą ci prawić coś nieźle, bo zyskują 
aplauzy i w dziedzińcu krzyk się 
wzmaga coraz groźniejszy i donośniejszy. 
Ja byłem i tu, i tam, temu podawałem wino, tamtemu miód, trzeciemu jadło, tamtego 
perory słuchałem przez chwilę, temu kompliment powiedziałem od dziadka, a onemu 
pochwaliłem broń albo konia, wszędzie starając się o to, ażeby nadto wielki ferwor 
umitygować, ale ducha dobrego ustalić i utrzymać. Przy tej robocie nie tylko to miałem na 
celu, aby dziadka w obowiązku gospodarskim wyręczyć, ale zarazem i to, żeby się z tymi 
ludźmi choć cokolwiek obeznać i wśród aktu samego wiedzieć, gdzie się po co rzucić i kogo 
do czego użyć; bo naprawdę powiedzieć, ja sobie zdobycia tego zamku nie uważałem za rzecz 
tak małą. Murdelio był człek niegłupi i do tego takiej ideterminacji, jak mało kto; a z takimi 
ludźmi, zwłaszcza w chwilach stanowczych, niełatwa jest sprawa. Przypomniawszy zaś sobie, 
że na wiadomość o oburzeniu się całego powiatu na niego i rozpacz go mogła owładnąć, 
można było i o zwycięstwie powątpiewać. Ja przynajmniej tak tę rzecz rozumiałem i w tym 
celu kręciłem się między szlachtą i wyrozumiewałem, co mogłem, a lubo w niedługiej chwili 
już mi się wiele rzeczy wyjaśniło, to jednak jakoś jeszcze niekontent byłem i sam nie 
wiedząc, czego, jednak czegoś szukałem. Aż dopiero gdy już wszystkich co celniejszych 
poprzechodziłem z osobna, pokazało mi się jawnie, że to, czego szukałem i znaleźć nie 
mogłem, był Jur z Borowiczek. Oglądnąłem się jeszcze raz i rzeczywiście nigdzie go ujrzeć 
nie mogłem i dziwno mi było, że on, pierwszy junak oszmiańskiego powiatu, na którego 
jakby na cztery tuzy liczono, w którego ręce już naprzód składano komendę, nie mówię, 
zniknął z placu, ale odsunął się w kąt w takiej chwili, w której przytomność zaufanego wodza 
wiele działa na podkomendnych. Ja już w moim życiu widziałem i bardzo wielkich junaków 
w stanowczej chwili znikających z placu. Więc tym większa chęć mnie wzięła koniecznie 
odszukać Jura z Borowiczek i obaczyć, co on też robi. Jakoż po niedługiej chwili znalazłem 
go wewnątrz stodoły, siedziącego w kącie na ławie, opartego plecyma o wiązkę słomy i 
głęboko zadumanego. Przystąpiłem tedy do niego i rzekłem: 
— Cóż waszmość tak samotnie? i od kolegów z dala, i od posiłków z dala, a przecież to noc 
przed nami i podróż dwumilowa, i robota może nielekka. 
— Głodny nie jestem — odpowiedział mi na to Jur z Borowiczek — a choćbym nawet i 
głodny był, to wolę głód przenieść, niż słuchać tego nieznośnego gwaru, który mnie dzisiaj 
tak razi, jakby mnie kto nożami krajał. 
Niewiele to jest junaków na świecie, którzy gwaru nie lubią, i owszem, jest to ich żywioł 
właściwy, jako woda dla ryby lub powietrze dla ptastwa; więc ta odpowiedź jego zajęła moją 
uwagę, a że dopiero co słońce zaszło było i jeszcze najmniej z godzinę należało się z 
wyruszeniem zatrzymać, więc usiadłem koło niego mówiąc: 
— Dziwi mnie to niepomału, że waszmość, który, jak mi tu powiadają, wzrosłeśśród 
gwarów wojennych, myśliwskich i zajazdowych, dzisiaj go znieść nie możesz. 
— Otóż to może najgorzej — rzekł on na to — że co przypomina! Nie będziesz bowiem 
waszmość rozumiał, że ja mam nerwy słabe i dla nich znieść nie mogę, że kilkunastu, 
szlachty krzyka sobie przy kubkach i szablicami pobrzękuje; ano to mnie jest nieznośne, że 
dla prywaty się tu zlecieli, jako muchy do miodu, i krzyczą, a junakują tak srodze, jakby już z 
paręświatów zburzyli w swym życiu i teraz znów szli na jeden. To mnie jest przykro i za to 
mnie serce boli! Prozopopeja224 wielka, a rzeczy ani krzty. 
— To masz prawdę! — zawołałem na to Jurowi. — Jąć niedawno żyję na tym świecie i więcej 
może lat stoi przede mną niż za mną, ale przecież coś jeszcze dawniejszego światu zarwałem. 
Inny świat, inni ludzie. Z czynów pozostały wspomnienia, z mężów hałaśliwi żakowie, z 
czynnego ducha, jak to dobrze waszmość powiadasz, czcza tylko prozopopeja! Tak to jest u 
was, tak u nas, tak podobno i w całym świecie. 
— Mój Boże! — rzekł na to Jur smutno, opierając na łokciu głowę — gdzież to dawnymi 
czasy!... gdzież 
to dawnymi czasy, gdzie to słyszano, żeby dla lichego zajazdu takie robić 
hałasy, takie robić konspiracje, żeby o tym, nim się jeszcze rzecz zrobi, już po całym kraju 
słyszano? gdzie kto to widział, żeby dla lichego zajazdu aż sejmik zrywano?... ale co mi tam 
na tym! ja już swoje wygrałem. 
Odetchnął na chwilę Jur z Borowiczek, jak gdyby wyczekiwał 
ode mnie odpowiedzi, ale ja 
już nic nie odpowiadałem; mnie się już serce pławiło we łzach gorących, bo mnie w 
najsłabszą uderzył stronę. On zaś ciągnął dalej: 
— Ba!... ale co tam waszmości!... Wpadła w oko podwika, zaprószyło się serce, to i 
szczęście będzie, i spokój, i życie jakie takie, kiedy pójdzie po ręku. Ale mnie inna... nie ma 
już dla mnie szczęścia i spokoju na świecie! 
— Czemuż 
to, panie bracie? wszakże i waszmość możesz sobie upodobać 
w jakiej kobiecie 
i z nią się ożenić, a lubo czasy teraz smutne na świecie i dajmy, że coraz będą smutniejsze, toż 
przy kochającej żonie, w gronie dziatek wesołych, na własnej roli, pod własną strzechą, przecie jeszcze jakośżyć można, a czas wolny od pracy niechaj zapełnią pięknej młodości 
wspomnienia... toż i to jeszcze nie jest dola ostatnia! — On zaś na to: 
— Pięknie to waszmość mówisz, panie bracie, ale nie dadzą mnie rady te słowa. Widziało 
się już bowiem i piękne rączki, i zgrabne nóżki, i oczek strzelistych niemało; ale zaprawdę 
powiadam tobie, że mąż, który się urodził 
w tych strasznych czasach i ma serce czujące i 
duszę, temu nie będą w głowie marne domowego szczęścia rozrywki ani go zwabią pięknych 
dziewcząt oczęta, ni kochającej żony co dzień jednakowe umizgi, ani wrzaskliwych dziatek 
pieszczoty... ale co mi tam na tym! 
Wtem hałas i krzyki, wzmagające się coraz bardziej w dziedzińcu, zamieniły się nagle w 
jeden krzyk wrzaskliwy i przeciągły... na ten wrzask Jur z Borowiczek porwał się ze swego 
siedzenia i poprawiając pas skórzany, który nosił po kurcie, rzekł do mnie: 
— Aha! już po biesiadzie! chodźmyż i my; czas już wsiadać na konie, a tu nim wyruszymy, 
trzeba jeszcze jakoś sprawić tych ludzi, bo lubo ja nie myślę, żeby tam przyszło do bitwy, 
jednakże bez ładu trudno i marsz zrobić lada jaki. 
— Jak to waszmość rozumiesz, że tam do bitwy nie przyjdzie? ja rozumiem przeciwnie, że 
bitwa będzie, i to bitwa niemała, chyba że waszmość nie znasz jmć pana Piotrowicza. 
— Ja go nie znam? — odparł Jur na to — a któż go zna lepiej? ale właśnie dlatego, że go 
znam, suponuję, że do bitwy nie przyjdzie. Zebrał 
on tam trochę hołoty, ale to wszystko 
hołota nie tylko bez broni, ale nawet bez ubioru; zamek nie opatrzony i o obronie z murów ani 
myśleć nie może, a do tego Piotrowicz to tchórz koronny, jak każdy łotr z obciążonym 
sumieniem. Na bezbronnych napadać, kobiety i dzieci straszyć po nocach, włóczęgów 
wieszać, o! do tego diabelska u niego odwaga, ale bronią na broń, piersią na pierś, nie 
widziałem go, aby kiedy uderzył. 
— Otóż teraz waszmości powiem, że go nie znasz zupełnie. Ja nie tylko znam jego życie, 
które pełne jest jawnych dowodów odwagi, ale nawet sam go widziałem, kiedy bronią na broń 
i piersią o pierś uderzył, i to powiadam, że diabelska w nim odwaga. Diabelska, mospanie! bo 
nie wstydzę się i tego powiedzieć, że nawet ja sam, który wiele o sobie trzymam, gdy pałasz 
mam w ręku, jednak nie przysięgałbym na to, że mu cięcie wytrzymam. 
— To być może — odpowiedział Jur na to — boć nawet mówią, że sam diabeł w nim siedzi, 
ale ja bo i diabłu stanę głowa na głowę! a wiesz waszmość, dlaczego? 
— Nie, nie wiem. 
— Bo mam czyste sumienie — odpowiedział Jur z Borowiczek i z tym wyszliśmy na 
dziedziniec. 
A dziedziniec aż chodził wokoło od samego gwaru, pobrzęku i różnej swawoli, którą 
drudzy, popiwszy się do szaleństwa, dokazywali. Kiedyśmy weszli pomiędzy nich, a ja się 
rozpatrzyłem bliżej we wszystkim, co się działo, a już zmrok był zupełny i księżyc jeszcze 
ani myślał wychodzić na niebo, bo działo się to w dzień, dwa dni po pełni, że i nie mogłem 
dojrzeć wszystkiego: — Źle — pomyślałem — szlachta pijana jak susły. — A do tego stopnia 
pijana, że nie tylko się tak głośno całowali, jakby kto strzelał z batogów, ale drudzy się aż z 
koni ściągali z swawoli, inni nawet po ziemi tarzali. Szklanka, dwie, trzy zresztą dla fantazji i 
dobrego humoru, to jest rzecz niezła i owszem, skuteczna, ale spić się jak bele w takiej chwili, 
kiedy się komuś przyszło na pomoc i ma los jego rozstrzygać, to diabła warta taka robota. 
Jakoż 
zaraz podybawszy Gintowta, rzekłem do niego: 
— Panie cześniku dobrodzieju, czy nie nadtoście tym ludziom w szyję nalali? 
— Jak to, na czczo? — rzekł Gintowt, patrząc mnie się prosto w oczy i pokręcając siwawych 
wąsów. 
— Ja mówię, czy nie nadto? 
— Nic nadto, w samo prawie — odpowiedział pan cześnik, ale odchodząc, tak potężnie się 
kiwnął na stronę, iż ani chwili nie wątpiłem, że i on ma w samo prawie. 
Wtem przystąpił do mnie Jur znowu, który już tymczasem cały dziedziniec był obszedł i 
rzecze: 
— No! panie bracie, teraz my się napijmy po kropli, bo już czas wielki. 
— Dobrze — rzekłem — ale coś im tu zanadto ponalewali. 
— Nic nie szkodzi, przecie to półtorej mili drogi. Podał nam też zaraz pan Kościuszkiewicz 
dwie butelki dobrego wina, które wypiwszy sobie z Jurem w ręce, rzuciliśmy na ziemię; on 
zaś wystąpiwszy na stół kamienny, już nie smutnym, ale donośnym i czystym jak dzwon 
głosem zawołał: 
— Panowie! czas wsiadać! Niech Żyje pan Wit! Niech przepadnie na wieki wstyd i hańba 
oszmiańskiego powiatu! 
— Wiwat! — krzyknęli wszyscy jednym głosem, a lubo z tych i owych kątów dały się 
słyszeć głosy: 
— Kto krzyczy? 
— Diabeł wenecki. 
— Jur z Borowiczek. 
— Jaki mi do komendy! 
— Panie Seneka, czy wsiadać? 
— Panie Gintowt! a jak tam? ty prowadź! 
— Czekaj no! jeszcze słowo! 
— Hej, niech go diabli! 
— Ani kosteczki zeń nie zostanie — i Bóg nie wie co jeszcze, to jednak ani jedno Ave nie 
przeminęło, kiedy już wszyscy siedzieli na koniach, a Jur na siwym ogromnym ogierze szalał 
tędy owędy, prosząc do porządku waszmość panów braci i dobrodziejów. 
Moje konie dwa osiodłane i całkiem gotowe stały przy stodole na stronie i trzymał je tam 
Węgrzynek, więc ja też zbliżyłem się do nich i kiedym właśnie myślał nad tym, czy mam 
Zosi jeszcze ucałować rączki przed odjazdem, czy uniknąć 
łez i czułości, bez pożegnania 
odjechać, rzecze do mnie Węgrzynek: 
— Panna stoi ze starym jegomościa w ganku i prosi, aby pan się z nią widział koniecznie. 
Odwróciłem się więc od koni i poszedłem w ganek, a stary do mnie: 
— Mój Nieczujo! zniknąłeś gdzieś jak kamfora; czy nie myślisz się nawet pożegnać? 
— Wszakżeż da Bóg za kilka godzin znowu się powitamy. 
— Patrzajże — rzecze stary — to on naprawdę myślał bez pożegnania odjechać. A przecież to 
wojna, mosanie! kto wie co komu jest zapisano, a i tak jeszcze chciałem ci co powiedzieć. 
Komendę wziął 
Jur z Borowiczek z Gintowtem, to dobrze, bo to ludzie jak mur, ale szlachta 
się trochę popiła, uważaj tam z łaski swojej... żeby się ta hołota gdzie nie pogubiła po drodze. 
Oj! bo to widzę i na oszmiańską już termin przyszedł. 
— Ale niech no jegomość już się spuści ha nas; choćby we trzech uderzymy i panią 
stolnikową na rękach tu przyniesiemy. 
— Mój Nieczujo! — zawołał dziadek rozczulony i nachylając się ku mnie — rób, jak możesz. 
Niech cię 
Bóg prowadzi, mój synu! 
Słowa: „mój synu!” zaraz mnie pochwyciły za serce, rzuciłem się więc do nóg dziadkowi i 
łzy mi się w oczach zakręciły; do tegoż 
Zosia jeszcze, rozpłakawszy się także i chusteczkę 
trzymając przed oczyma, wyłkała do mnie: 
— Panie Marcinie! powróć nam mamę, a za niewolnicę pójdę do niego do śmierci! 
Na te słowa, kiedy to ryknę sobie w głos basem, a Zosia dyszkantem, szczęście, że 
panowie bracia nie bardzo byli posłuszni Jurowej komendzie i stąd był 
gwar wielki jeszcze i 
hałas, bo mój płacz pewno . by był przez wszystkich słyszany. Ale tak, sam własnym głosem 
ocucony, zebrałem się i ścisnąwszy jeszcze Zosię za rączkę, skoczyłem na koń i wraz z 
Węgrzynkiem pomieszałem się ze sprawiającą się w krótkie szeregi szlachtą. 
Kiedyśmy wyjechali i zaraz za bramą sprawili się na drogę, zrazu tylko krzaczyskami i 
karłowatą brzeziną otoczoną, zaraz też księżyc pełny dobył się na niebo, ale taki był krwawy, 
tak czerwony, że zawiesiwszy się nad czarnymi borami, wyglądał jakby słońce wypalone i 
gasnące nad Litwą. Potem wyjechał on wyżej i jeszcze wyżej, a tak wyjaśniał i wybielał, że 
rozlane po sobie światło jego odbijając, ziemia zdawała się kobiercem zielonym w srebrne 
dzianym desenie. Na koniec wyszedł na sam środek niebieskiego sklepienia i lejąc coraz 
obfitsze białego światła powodzie, zdało się, że stanął tak i czekać będzie, póki nie 
powrócimy z wyprawy. 
A my, sprawiwszy się 
w takie szeregi, jakie się na niewielkiej drodze pomieścić mogły, 
ciągniemy sobie truchtem dalej i dalej. Na przedzie jedzie starszyzna, więc Gintowt, więc 
Żaba i innych kilku jeszcze siwowłosych, których nazwiska, ile że litewskie, więc dziwne a 
krótkie, dawno mi już wyleciały z pamięci. 
Za nimi w pierwszych szeregach posuwa się szlachta co przedniejsza, a po skrzydłach 
młodzież, która ognistsza i rada by już prędko z bliska obaczyć, jako smakuje bitwa; dalej 
pospolita szlachta z zagonów, a na koniec tałałajstwo na chudych szkapach, lada jako 
okulbaczonych, wszyscy pijani serdecznie, gwarzący głośno, odgrażający się srodze i z 
pachołkami a gawiedzią w czambuł zmieszani. 
Ja, jako obcy pomiędzy nimi, żeby mnie kto nie posądził o chęć burmistrzowania na cudzej 
ziemi, jechałem z Węgrzynkiem moim na samym końcu, ale dwóch stajań nie zrobiłem, kiedy 
do mnie przygalopował Jur z Borowiczek z drugim jeszcze jakimś młokosikiem, którzy to 
lubią się wieszać 
przy starszych, aby nic jeszcze nie uczyniwszy i żadnego dowodu ani ręki, 
ani głowy nie dawszy, zaraz już coś więcej znaczyć nad innych, i obadwa stanęli przy mnie. 
— Kto tu się 
wlecze na szarym końcu? — rzecze Jur dojeżdżając do mnie i opatrując mnie 
bliżej. 
— To ja, panie bracie — odpowiedziałem — nie chcę się naprzód wysuwać przed bitwą, żeby 
mnie Litwini nie posądzali o co, bo i tak już słyszy się niejedno i puszcza pomimo ucha, a jak 
przyjdzie do bitwy, to już ja się znajdę na przedzie. 
— Masz waszmość prawdę: w ogniu pierwszy, w odwrocie ostatni, oto żołnierz jak trzeba, a 
tymczasem ja tu z waszmością pojadę. 
— Proszę, proszę — rzekłem — jeżeli waszmość 
dla mojej kompanii, to nie przyjmuję tej 
grzeczności; waszmość tam potrzebniejszy na przedzie. — A on na to: 
— Rad bym mówić, że dla kompanii, ale tak nie jest, bo tu moje właściwe miejsce. 
— A to na co? 
— Na co? niebawem to waszmość obaczysz. 
Ledwie co tych słów dopowiedział, kiedy dwóch waszeciów z szarego końca, już od 
niejakiej chwili pozostając po trochę, skręciło nagle na lewo i zniknęło między jelnikiem. W 
tymże momencie spiął Jur konia i krzyknąwszy: — Oho! już? — skoczył za nimi i zaraz im 
drogę zajechał. Myśmy posunęli się za nim. 
— Panowie bracia! — wołał 
on do tych dwóch zatrzymanych przez siebie — fugas 
chrustas?225 fe! to nieładnie. 
— My nic... my tego... ja tylko tal?... — jąkali oni jeden za drugim, zmieszawszy się setnie. 
— No, ja widzę, że to nic, że waszmość 
tylko tak — odpowiedział Jur na to — ale jednakże to 
nieładnie; niech no waszmość się nazad wsuną 
w szeregi, bo my, nim uderzymy na zamek, to 
pierwej przecie staniemy i obliczymy się, a pan Gintowt ma wszystkich spisanych. 
— Co u diabła! popisał nas? — rzekł jeden. 
— Ba! popisał, panie bracie, chyba wracajmy — odpowiedział 
drugi i zwróciwszy konie 
wjechali obadwa do szeregu, mrucząc sobie coś z litewska pod nosem. 
— Będzie tu tego więcej — rzekł do mnie Jur, kiedyśmy już dawnym ładem postępowali 
dalej. 
Jakoż zaraz się to potwierdziło, bo znowu niebawem dwóch wymknęło się w jelnik, a 
kiedyśmy ich zgonili, pokazało się, że obadwa byli szczerzy boćwinkowie spod samej 
Oszmiany. Jednakże nie mogę powiedzieć, żeby dużo było tego gubienia się po drodze, bo 
koniec końców tylko trzech nam uciekło. 
Zegarek mój kieszonkowy pokazywał jedenastą godzinę, kiedy Jur rzecze do mnie: 
— Kiedy wyjedziemy za las, popatrz waszmość na lewo, obaczysz zamek Murdeliona. 
I w samej rzeczy ledwieśmy wyjechali za las, zaraz się tak przecudny a dziwny przed 
naszymi oczyma roztoczył widok, że go podobno do śmierci nie zapomnę. Widok ten oto 
poczynał się piękną równiną, która był tak lekką a białą mgłą nakrytą, jak gdyby ją kto 
delikatnym nakrył muślinem. Mgła ta im dalej, tym się wydawała gęściejszą i bielszą i tym 
podnosiła się wyżej, a na koniec tak wysoko, że aż sobą zakrywała ostatni kres nieba; a 
wsiąkając w delikatne swe fałdy srebrne światło księżyca, dozwalała zarazem przez siebie 
widzieć rój gwiazdek bladawych, niby w niej utopionych i konających. Na takim tle cudnym 
po lewej stronie nad wzgórzem rysował się zamek czarny, którego jednakże wierzchnie tylko 
mury i niewysokie zębate a krzewami zarośnięte już baszty widne były naszemu oku; reszta 
zamku także była w mgle zatopiona. Na tych murach i basztach widać było wyraźnie jakichś 
ludzi kręcących się tam i sam, którzy tym dziwniej nam wyglądali, ile że niektórzy z nich 
trzymali jakieś lonty zapalone albo latarnie w rękach i z nimi się snuli. Zresztą jeszcze tylko 
w kilku oknach zamkowych widać było światło jaskrawsze, niżej mgła grubsza niczego już 
dojrzeć nie dozwalała. 
Ujrzawszy to, zatrzymałem konia i przypatrywałem się temu dziwnemu widowisku, a im 
dłużej się przypatrywałem, tym dziwniejsze mi się naciskały myśli i uczucia, bo to, co 
widziałem, kazało mi się w tym miejscu domyślać raczej jakiegoś zaczarowanego dobrych 
duchów mieszkania niżeli diabelskiego siedliska. Ale niebawem wyprowadzony zostałem z 
błędu, bo w tejże chwili krzyk głośny dał się słyszeć na murach, czerwone światełko mignęło 
jaśniej na jednej baszcie, trzy strzały działowe zatrzęsły ziemią i powietrzem, trzy kule 
zaświstały około nas, a jedna z nich o kilka kroków tylko ode mnie roztrzaskała wraz z 
koniem owego młokosika, który dobrowolnie adiutantował Jurowi. 
Takie przywitanie, przez najbojaźliwszych nawet niespodziewane, zrobiło efekt należyty. 
I warto było widzieć Jura z Borowiczek natenczas, jako z dobytą szablą rzucił się przed 
front pierwszych szeregów; warto było widzieć Gintowta starego, który, odmłodniawszy o lat 
dwadzieścia, stał na przedzie jak rycerz prawdziwy; ba! warto bo i było wiedzieć on hufiec 
cały, który, pozbywszy się trzech tchórzów ze swoich szeregów, ,na odgłos strzałów zatrząsł 
się cały i dobywszy jednocześnie szabel, stanął nie tylko gotowy, ale pojedynczymi końmi 
nawet naprzód wysadzał i rwał się, jak gdyby każde mrugnienie oka było dla niego godziną. 
Kiedy się słyszeć dały one trzy strzały działowe i jednym z nich ustrzelony został on 
młody Litwinek, skoczył 
Jur na koniu przed front hufcu i dobywszy szabli, wielkim głosem 
zawołał: 
— Krew już płynie! po żołniersku ten diabeł nas wita, odpowiedzmyż mu po żołniersku! — 
Gintowt zaś z swojej strony zawtórzył: 
— Pomnijcie na to, że ja tam każdą dziurę znam w zamku; 
kiedy uderzycie, wprost za mną, z przyzwoitym impetem, ani włos z głowy żadnemu z nas 
nie upadnie!... 
I coś tam jeszcze podobno perorował pan Gintowt, a tymczasem Jur z Borowiczek i 
jeszcze kilku innych co przedniejszych, a żołnierki z lat dawnych świadomych, rzucili się to 
na lewe skrzydło, to na prawe, to na tył, aby w szyk bojowy posprawiać szeregi. 
Ja z Węgrzynkiem i onym nieboszczykiem rozerwanym na dwoje stałem zrazu z tyłu za 
całym hufcem, ale gdym usłyszał odgłosy komendy, rzekłem do Węgrzynka: 
— Janczi! pamiętajże sprawić się dobrze, bo zuch jesteś w gospodach i dobrze się 
sprawujesz z hołotą, ale to wszystko za nic, kiedy rzecz pokpisz ze szlachtą. 
— Wielmożny panie! — rzecze on na to — mnie aż dusza sięśmieje. Wszystko dobrze będzie. 
— Pamiętajże — rzekłem jeszcze — trzymać się mnie niedaleko, a przy pierwszym szturmie 
nie wyrywaj się 
bardzo naprzód, bo pocztowym to nie przystoi. Potem już bij, gdzie się 
podoba. No! w imię Boże! 
Zaszwargotał coś jeszcze mój Janczi z węgierska i wjechawszy w kupę, wwierciliśmy się 
tak, że ja stanąłem w pierwszym, on zaś tuż za mną w drugim szeregu. 
Szeregi już były sprawione, tylko jeszcze ten i ów się poprawiał na siodle, tamten pistolety 
dobywał, drugi się modlił 
po cichu, a inny nawet szkaplerz poświęcony całował; więc 
Gintowt stary, obwiązawszy prawą rękę paskiem św. Franciszka od omdlenia i kurczów dla 
wiekowych ludzi skutecznym, podniósł w niej szablę do góry i odrzuciwszy pierwej Jurowi 
słów parę, chciał już podobno w imię Boże zawołać, ale w tymże momencie znowu takież 
trzy strzały działowe zagrzmiały z murów — jednakże tym razem nic nam nie zaszkodziły, 
tylko mowę Gintowtowi przerwały. Lecz gdy te strzały przebrzmiały, a Jur z Borowiczek stał 
już 
na prawym skrzydle nie opodal ode mnie, Gintowt jeszcze parę kroków ku szeregom 
postąpił i głośno zawołał: 
— W imię 
Ojca i Syna, i Przenajświętszej Matki Ostrobramskiej, dalej, panowie bracia! — 
Po tych słowach on sam zwrócił konia i skoczył pierwszy, my zaś wszyscy z okrzykiem: 
„Jezus, Maria, Józef, skoczyliśmy za nim i zaraz pędem z kopyta. 
Zamek ów od nas nie był dalej na trzy stajań; fosy wokoło niego były pozarastane, mury 
porozwalane i tylko gdzieniegdzie krokwiami albo belkami naprędce pozakładane, ale luki 
wszystkie były wielkimi kupami ludzi poobsadzane, o czym my jednak nic a nic nie 
wiedzieli. I kiedyśmy z miejsca ruszyli, to lubo szeregi nasze były wyciągnięte prosto jak 
linie, w stu krokach wszystkie się rozerwały i zrobiło się tak, że Gintowt po staremu dźgał 
naprzód, za nim zaraz Jur z Borowiczek, za Jurem ja z drugim jakimś szlachcicem, a za nami 
dopiero reszta gnała, co konie mogły wyskoczyć. Ale i tym porządkiem nie biegliśmy dalej, 
jak drugie sto kroków, bo w trzecich stu wszystkich nas naczelnych przesadził mój Janczi — i 
z takim impetem uderzył 
w to miejsce, gdzie snadź dawniej brama bywała, ale teraz kilka 
drzew tylko leżało i tłum ludzi zbrojnych stał 
z wystawionymi przeciwko nam spisami, że 
sam, prawda, wywrócił się 
z koniem przez drzewa, ale nam taki rum zrobił, że przez cały 
dziedziniec nabity hołotą przejechaliśmy jakby tylko przez łąkę i znaleźliśmy się pod 
samymi drzwiami zamkowymi. Tam się znalazłszy, za przykładem Gintowta zaraz 
zeskoczyliśmy z koni i walimy prosto po wschodach kamiennych na górę. Jak się to działo, 
Bóg raczy wiedzieć, bo, prawdę mówiąc, ja przynajmniej w takich imprezach jeszcze nie 
bywałem, tym bardziej też tutaj, nie znając ani miejscowości, ani ukrytych Gintowta planów, 
o które nawet pytać nie było czasu, szedłem jak ślepy lub pijany; jednakże, znalazłszy się na 
wschodach i obaczywszy, że nas tylko pięciu tam było, reszta zaś wszystka pozostała na dole, 
a może i za murami, rzeknę prędko do Jura: 
— Panie bracie! pięciu nas tylko, odcięto nas! 
— Nie odcięto, znam ja swych ludzi! — odpowiedział Jur i wtem wpadliśmy do sieni 
pierwszego piętra. Tam zaraz na Gintowta, który szedł pierwszy, uderzyła kupa zbrojnych. 
Gintowt się odciął i zaraz natarł, tuż za nim Jur rzucił się jakby lew rozdrażniony, a potem tuż 
my, kiedy ich weźmiemy na szable, to jakby orzech zgryzł, kilku położyło się zaraz, a reszta 
jak wymiótł. Murdeliona jednak pomiędzy nimi nie było. 
— Gdzież ten diabeł wenecki! — zawołał Jur na to, gdyśmy w sieniach ostali sami. 
— Do tych drzwi walmy! — zawołał Gintowt, pokazując drzwi jedne na lewo. 
. Wtem huk straszny się rozległ po całym zamku, wszystkie mury zadrżały, aż podłoga pod 
nami zadygotała. Był to ostatni strzał działowy wydany z baszty zamkowej, ale już to był jęk 
śmiertelny tego diabelskiego zamczyska — bo nie zważając nic na to, w tejże chwili rzuciliśmy 
się na drzwi pokazane nam przez Gintowta i uderzyliśmy w nie ramionami. Drzwi tylko 
trzasnęły kilka razy pod naszym naciskiem, ale też i natychmiast pękły i rozdarłszy się w 
kilka części, wpadły do izby. W pierwszej izbie nie znaleźliśmy nikogo, tylko światło 
uderzyło nas w oczy; ale równo z łoskotem, który za naszym wpadnięciem rozległ się po 
salach zamkowych, w drugiej czy w trzeciej izbie dał się słyszeć strzał z pistoletu i zaraz za 
nim krzyk gwałtowny kobiecy, rozdzierający serce. Na to poskoczyliśmy jeszcze rączej do 
drugiej izby, ale i w tej nie było nikogo, tylko światła i światła; przy drzwiach do trzeciej 
dopiero jakiś chłop zbrojny zastąpił nam drogę — ten od Jura rozpłatan na miejscu. Po tym 
trupie przebiegliśmy dalej do sali wielkiej, wysokiej, z wąskimi gotyckimi oknami, z 
mnóstwem różnych drzwi i krużganków, ale i tu nie było nikogo, ale że drzwi było kilka, 
więc Gintowt znowu rzucił się naprzód i wpadłszy razem z nami w małe rogowe drzwiczki, 
wwiódł nas do niewielkiego pokoju, w którym już miało się 
oko na czym zatrzymać. Na 
ziemi bowiem wyciągnięta jak długa leżała, zda się już nieżywa, niewiasta, koło niej z 
rozpierzchnionymi włosami, z krwią nabiegłymi oczyma, z twarzą prawie tak czarną, jak 
węgiel, pomieszany, chwiejący się, we francuskie czy włoskie koloru czarnego suknie 
ubrany, on sam, Murdelio. U nóg jego na ziemi, niedaleko od tej kobiety, leżała szabla bez 
pochwy i pistolet pewno po strzale porzucony przez niego; on zaś sam trzymał drugi pistolet i 
ze wzrokiem utkwionym w ową kobietę, zdawał się być w onym fatalnym momencie, w 
którym człowiek, spełniwszy czyn rozpaczy i widząc, że i ten nie zdał się na nic, traci głowę i 
zmysły. Jednakże gdyśmy wpadli, porwał się i wymierzywszy do nas z pistoletu, wystrzelił, 
ale już spudłował. Na to Jur rzucił się na niego, a jako już rozbrojonego, puściwszy szablę 
swoją na temlak, ręką pochwycił za kark i podniósłszy go w powietrze, zawołał: 
— Rozćwiertować tego diabła! 
Ale ledwie tych słów domówił, Murdelio się zwinął jak wąż. Jura ukąsił w rękę do samej 
kości i wyrwawszy mu się z garści, z sztyletem błyszczącym jak szkło, który nie wiem, czy 
miał za rękawem, czy dobył zza pasa, rzucił się na nas. Nasza wina była, żeśmy nie byli 
przytomni, z czego on korzystając, najpierw mnie, który już z opuszczoną szablą stałem o 
parę kroków, pchnął tak silnie w pierś poniżej prawego ramienia, że mi i pierś przebił aż do 
samej łopatki, i zaraz powalił o ziemię; potem Gintowta srodze drasnął po twarzy i także 
powalił, a przez powalonych skoczywszy, w drzwiach zniknął. A wszystko to stało się tak 
nagle, że kiedy tamci dwaj szlachta za uciekającym z pistoletów strzelili, to jeno drzwiczki 
kulami potrzaskali. 
Co się dalej działo, tego już dokładnie opowiedzieć nie umiem, bo mnie za moment gęba 
napełniła się krwią i odszedłem od przytomności. To tylko dla zaokrąglenia rzeczy 
dopowiem, że ona niewiasta, którąśmy na ziemi leżącą znaleźli i zabitą być rozumieli, była to 
pani stolnikowa, ale ani nawet draśnięta nie była, tylko tak od przestrachu przy pierwszym 
Murdeliona strzale omdlała. Zaś czy ten strzał Murdelio puścił do niej, czy przez prędkość do 
nas, jeszcze natenczas w pierwszej izbie dopiero będącym, nigdy się od niej nie można było 
dowiedzieć. 
Szlachta nasza, powstrzymana przez ową hołotę w dziedzińcu, biła się doskonale, ale 
hołota nicpotem, jednakże naszych liczono na czterech zabitych i kilkunastu ranionych, 
pomiędzy tymi i Węgrzynka mego, który tak był skłuty i potłuczony, że jego powrócenie do 
zdrowia i do dawnej fantazji za cud Pana Boga trzeba było uważać — hołoty zaś nasieczono 
bez liku. 
Murdeliona, po zniknięciu jego z onej izby narożnej, ludzkie oko już nie widziało: 
przechowałli on się 
gdzie w jakiejś piwnicy, dostałli się jakim podziemnym wychodem na 
czyste pole, a nawet czy kiedykolwiek potem jeszcze się na swym zamku pokazał, pozostało 
zagadką na wieki, a zarazem i źródłem do wielu baśni i plotek, które do dziś dnia opowiadają 
sobie w tych okolicach. 
My zaś 
wszyscy, a mianowicie pani stolnikowa, wystraszona, milcząca i blada, jakby ją z 
trumny wyjęto, ja, srodze ranny i osłabiony, Gintowt z rozpłataną ręką i wąsem odciętym i 
reszta pokaleczonych, powsadzani na wozy i otoczeni mało co przetrzebionym hufcem 
naszym na koniach, jeszcze śród ciemnej nocy wyruszyliśmy z zamkowego dziedzińca, a 
właśnie słońce poranne pierwszymi promieniami swymi złociło jasnozielone łąki i pola i 
tysiącami tęczowych blasków igrało w każdej kropelce rosy, kiedyśmy stanęli przed obrazem 
Matki Najświętszej Ostrobramskiej, wiszącej nad gankiem dziadkowego dworku, i tam witani 
byli łzami i mdłościami, i okrzykami radości, pomieszanymi ze sobą. 
IX 
Już to był miesiąc sierpień na niebie i na ziemi. Słońce letnie, puszczając swoje ogniste 
promienie pionowo na ziemię, powyciskało ostatnie soki z krzewów i roślin; zboża, jedne już 
zżęte, stały w półkopkach na polu, drugie dojrzewały co dzień, co godzina, co chwila; sady, 
obrodziwszy obficie, gięły się pod ciężarami owoców i roznosiły ciężką woń po powietrzu, 
jarzyny już schnąć poczynały po ogrodach; czerniał 
groch niedawno jeszcze zielony i upadał 
do ziemi, kurczyły i otwierały się same od siebie strączki różnobarwnej fasoli, obwijała się 
włóknem i uwiędłe puszczała liście wysmukła kukurydza i tylko burak jeden, 
poczerwieniawszy na liściu jakby pijanica na twarzy, chwiał się na wietrze, lecz potężnie 
trzymał się ziemi. Już ptastwo błotne, wzmógłszy się we dwójnasób młodym pokoleniem i 
oblawszy226 się pięknie, wabiło do siebie myśliwych; już po odlocie dudka i rybitwy, niby 
przedniej straży wędrowników powietrznych, bociany poczęły się zbierać na niskich łąkach 
na swoje sejmy, aby się o podróży naradzić, już po otawiskach227 całe noce ze spętanymi 
końmi trawiły komuchy, ba, już i pługi poczęły coraz gęściej pokazywać się na polu, aby św. 
Bartłomiej zastał pokrajaną już ziemię i przyjął w opiekę swoją pierwszy zasiew ozimy — a ja 
jeszcze ani jednego kroku nie dałem z łóżka. 
Rana, którą mi w dzień zajazdu zadał był Murdelio, lubo była ostrym i nieszerokim 
uczyniona żelazem, w żaden sposób zupełnie się nie dawała zagoić; lekarze aż zachodzili w 
głowy i nie mogąc dać sobie rady, powiadali, że sztylet musiał być zatruty. Jednakże 
niebezpieczeństwa nie było: w sierpniu już nawet obiecywali mi oni na pierwsze dni września 
wyzdrowienie zupełne. Ja też 
na nich znowu nie nalegałem tak bardzo, słabość ta bowiem 
przy niewielkich. boleściach, a ustawicznym siedzeniu Zosi przy moim łóżku nie tylko nie 
była mi nadto przykrą, ale owszem, była ona i będzie jedną z najpiękniejszych chwil mego 
życia. Tym ci przyjemniejsze były one chwile mego w domu dziadkowym leżenia, ile że 
poczciwe Litwiny, przekonawszy się z łaski swojej podczas zajazdu dowodnie, że nie jestem 
niegodnym ich przyjaźni i życzliwości, nie zaniedbywali mnie, ile możności, jak najczęściej 
nawiedzać, a że to u nich umysł także wesoły i do swawoli skory, a dziadek miał dawną pod 
spichrzem piwnicę, którą 
teraz dla panów braci na ścieżaj otworzył, więc i nieraz tak było, że 
w moim domu, i to przy moim łóżku, gwar był jak przy szynkwasie — albo kiedym był dobrej 
myśli, Węgrzynkowi mojemu, który pomimo ran kilkunastu i ciężkiego pobicia dawno już był 
wyzdrowiał, za siebie je spełniać kazałem. I nie krzywiła się szlachta na to, bo wiedziała 
dobrze, że Węgrzynek jest szlachcic, a choćby nim nie był, toż fantazja jego, z którą nad 
wszystkich pierwszy na zamek Murdeliona uderzył, wartą była szlachectwa. 
Zabawom onym, które się w moim odbywały pokoju, dziadek towarzyszył statecznie i pił 
równo z drugimi, a może i lepiej, a kiedy wpadł 
w dobry humor, to powiadał szlachcie o ich 
ojcach i dziadach rzeczy takie, że go słuchali jak gdyby wieszcza lub proroka. 
Gintowt stary z czerwoną przez twarz pręgą i poniewolnie podciętymi wąsami ledwie nie 
codziennie do nas przyjeżdżał, a przywożąc ze sobą 
prawie zawsze takich, którzy przy 
zajeździe nie byli, codziennie tymi samymi słowy opowiadał im szeroko i długo głębokość i 
dowcip onych przez niego samego wymyślonych i wykonanych planów, których skutkiem 
było ubieżenie diabelskiego zamczyska i wydobycie ze szponów szatańskich pani stolnikowej 
dobrodziejki, której rączki całował. 
Ale pani stolnikowa nieczęsto pokazywała się u mnie, daleko mniej jeszcze gościom, a 
będąc ustawicznie smutną i często płaczącą, niemało nanudziła się dziadka, aby z Litwy 
wyjeżdżać i nie powracać już do Źwiernika, tylko teraz znów na Wołyniu zamieszkać, we wsi 
onej, którą tam miała. Dziadek protestował się przeciw temu, a nawet, kiedy tego potrzeba 
była, mawiał do niej surowo i ostro: 
— Dajże mnie pokój z tym twoim wyjazdem! Pan Bóg przez dobroć swoją najwyższą 
prawie cudem mnie wrócił na Litwę i pewnie nie po co innego, tylko po to, ażebym kości 
moje położył przy ojcach, a ona mnie każe wlec się aż gdzieś na Wołyń! 
I w ogóle można powiedzieć, że po powrocie stolnikowej ze Zamku, dziadek cale inaczej 
się z nią obchodził niż przedtem; czemu tak było i co się tam zresztą działo w sercu tej 
kobiety, gdzie były jej uczucia, gdzie myśli — nikt się nie dowiedział ni teraz, ni potem. 
Ja do mojej siostry śród słabości pisałem po kilka razy, a pisałem w ten sposób, że Zosia 
przez łaskę swoją trzymała pióro, ja zaś jej dyktowałem, a na końcu, jako prawą ręką władać 
nie mogący, kładłem krzyżświęty miasto mego podpisu — siostra zaś do mnie tylko jeden list 
napisała, w którym mi donosiła, że jej mąż jeszcze .z Mazurów nie wrócił, bo mu moje 
sprawy bardzo idą oporem, a nawet kto wie czy tak nie wypadnie, że będzie musiał sam 
jechać do Wiednia, aby się osobiście rzucić do nóg cesarzowej-królowej i puszczenie w 
niepamięć mojego obwinienia uprosić. 
Ze Źwiernika pisano nam kilka razy, jednakże niewiele wyrozumieć mogliśmy z Zuzinych 
listów; zdawało się nam nawet, że nie było potrzeby łamania sobie głowy nad jej bazgraniną, 
bo cóż ona nam mogła donosić? tego jednego jej tylko zapomnieć nie mogłem, że w żadnym 
liście ani słowa nie wspominała o mnie, a natomiast w każdym dopytywała się o Lgockiego, 
czy już jest u nas i czy stateczny jest w swych sentymentach. A tymczasem o Lgockim i słuch 
zaginął; po wyjeździe swoim z Tarnowa przepadł jak kamień w wodzie i nikt nie wiedział nic 
o nim ani tam, ani tutaj. 
I tak w zupełnej prawie nieświadomości tego, co się tam działo w domach i rodzinach 
naszych, spędzaliśmy dnie jeden za drugim, przyjmując u siebie życzliwych dla nas 
Litwinów, słuchając ich gawęd i plotek okolicznych i niewiele myśląc o jutrze. 
Aż dopiero jakoś w ostatnich dniach sierpnia, kiedy ja już, zagoiwszy ranę moją zupełnie, 
tylko osłabiony jeszcze cokolwiek, mogłem przechodzić się po pokoju, a nawet we dnie 
pogodne przechodziłem się po dziedzińcu — dnia jednego po południu, kiedy wszyscy z całym 
domem i kilkoma gośćmi zasiedliśmy w ganku i odżuwaliśmy tylko po kilka razy już 
wymłócone opowiadania i przypomnienia, nowy gość nam zajechał w dziedziniec. 
Wjeżdżającego dopiero w bramę uznaliśmy jednogłośnie za kogoś obcego i ze stron dalszych 
przybywającego, bo jeszcze przed bramą przystawał i fornalów jadących w pole o coś 
rozpytywał, a kiedy przed ganek zajechał, sprawdziło się nasze domniemywanie jasno i 
dowodnie, bo to był szwagier mój, Michałowski. 
Skoczyłem tedy do niego, witając serdecznie, a on mnie aż ze łzami. Prezentowałem go 
potem dziadkowi, Zosi i gościom, jakoż wszyscy okazali mu cześć należną i życzliwość, jedni 
dla mnie, drudzy dla niego samego, bo przy wcale jeszcze młodym wieku dziwnie wielka 
powaga była w tym mężu i taka jakaś umiejętność niewolenia ludzi dla siebie, że niektórych 
jednym wejrzeniem, innych kilkoma obojętnymi słowy czynił sobie przyjaciółmi na wieki. 
Jedna tylko stolnikowa, kiedym go zaraz zaprowadził 
do jej pokoju, nie wiem dlaczego, 
witała go obojętnie i zimno, a nawet zdawało mi się, że podczas prezentacji taki się wyraz 
wymalował 
na jej twarzy, jak gdyby zgoła niechętna była jego przybyciu. Jakoż potwierdziło 
to się niebawem, bo kiedyśmy u niej usiedli, aby kilka słów z nią wymienić, rzekła ona do 
niego: 
— Wielka przyjaźń musi wiązać waszmość z panem Nieczują, kiedy aż o tyle mil 
przybyłeś, ażeby go nawidzić. 
Michałowski dał 
jej zaraz delikatnie do poznania niedorzeczność takiej uwagi, mówiąc z 
wolna a wyraźnie: 
— Jestem rodzonym szwagrem pana Marcina. Po tej odpowiedzi i kilku innych jeszcze cale 
obojętnych słowach zrobiło się jeszcze gorzej, bo pani stolnikowa spytała go: 
— Waszmość pan jechałeś tu na Warszawę i Grodno? 
— Tak jest, pani dobrodziejko — odpowiedział Michałowski, a ona na to: 
— A nie słyszałeś 
pan co na drodze omc panu Lgockim, który się tutaj do nas puścił z 
Mazurów i do dziś dnia go nie masz? 
— Ja całkiem nie znam pana Lgockiego — odpowiedział mój szwagier, znacząco spozierając 
na mnie — i nic o nim nie słyszałem. 
A mnie aż się oddech zaparł na takie zapytanie; jawno mi bowiem już było, że nie 
posiadam łaski u matki Zosinej. Gorzej nawet, bo czyż to dobre i czułe serce być mogło, które 
nie znało się do wdzięczności za tyle moich poświęceń? I smutno mnie się zrobiło w onej 
chwili, byłbym płakał z żalu. Jakoż poznał to zaraz Michałowski, co się działo we mnie, i 
urwał natychmiast rozmowę, a ekskuzując się tym, że ma ze mną o wielu ważnych rzeczach 
do pomówienia, powstał i wyprowadził się ze mną do izby osobnej, na drugą stronę. Tam 
wszedłszy, rzekł zaraz do mnie: 
— Cóż to jest za kobieta? jak mnie Bóg miły, ja tego nic a nic nie rozumiem. 
— Panie bracie — rzekłem ja na to — o tym będziemy rozmawiać później i zapewne szeroko i 
długo; ale teraz musisz mnie opowiedzieć, co się tam ze mną dzieje w Tarnowie i w Bóbrce, 
bo już ginę z niecierpliwości. Po twojej minie uważam, że coś nie bardzo dobrze. 
— I owszem — rzekł on stanowczo — jak po nieszczęściu, to bardzo dobrze. Proces twój 
całkiem załatwiony; możesz choćby i dziś wracać do domu. 
— Jakże to? jakim sposobem? któż głównie pomógł? 
— Pan Bóg pomógł, jak zawsze — odpowiedział Michałowski. — Słuchajże, to ci powiem. 
Przyjechawszy do Tarnowa, zaraz odszukałem Konopkę 
i Stojowskiego, od nich bowiem 
chciałem się najpierw dowiedzieć, azali twojej ucieczki z kałauzu nie ma jakich złych 
skutków, ale prócz tych, którzy tę 
rzecz podejmowali, nikt nawet właściwie nie wie, co to i 
jak to było. Dosyć, że co się tyczy tego aktu, władza tarnowska sama nie wie, co ma rozumieć 
i kogo o to oskarżać, i dlatego nic poczynać nie może. 
— Tak to się stało! — zawołałem uradowany — niechże Panu Bogu będzie chwała za to na 
wieki; bo, przyznam się, że mnie to daleko więcej niepokoiło niż obawa o siebie samego. 
Kiedy człowiek wpadnie w jakie nieszczęście i przyjdzie mu cierpieć czy to z przypadku, czy 
z własnej przyczyny, to mniejsza o to! póki sam cierpi, wszystko się jakoś przeniesie; ale 
chcący czy niechcący wtrącić drugich w nieszczęście i widzieć lub wiedzieć o tym, że gdyby 
nie ja, to oni byliby spokojni i szczęśliwi, i nienaruszeni, to by było bardzo boleśnie. Chwałaż 
Bogu jeszcze raz, że się tak stało, ale powiadajże dalej. 
— Otóż, uspokoiwszy się z ust Konopki i Stojowskiego o to, co nie tylko ważnym było w 
sobie, ale stanowczy wpływ wywierać mogło na twoją sprawę, długo rozpatrywałem i ich, i 
inną szlachtę tamtejszą, która wszystka dobrze ci życzy, jak stoi twój proces i co by w nim z 
twojej strony uczynić można. Ale to wszystko było daremne, nikt nic nie wiedział, nikt też 
żadnej rady dać nie umiał. Tedy wypytywaliśmy oficerów tamtejszej załogi, co oni rozumieją 
o tej rzeczy. Oni zaś powiadali, że po twojej ucieczce już wszystko przepadło, a nawet, że z 
tego kontenci są twoi sędziowie, bo podobno się pośpieszyli cokolwiek i bez wyższego 
rozkazu rozpoczęli śledztwo z tobą; jakoż jeszcze przed twoją ucieczką mieli być w kłopocie 
z przyczyny niepotrzebnej swej gorliwości... Nie zdało mi się to podobnym do prawdy i bądź 
co bądź postanowiłem sam pójść do prefekta i plackomendanta. Ale tymczasem nawinął mi 
się 
ów baron Holmfels, o którym mi powiadałeś, że cię nawidzał w więzieniu, a który, 
mówiąc nawiasem, co drugi dzień 
prawie bywa w Strzegocicach i formalnie konkuruje o 
pannę Zuzannę... 
— Jak to? a Konopka? 
— O! Konopka już dawno zrezygnował!... ale słuchajże dalej. Więc ów Holmfels, człek 
światowy i grzeczny, a tobie bardzo życzliwy, pogadawszy ze mną jaką godzinę, także mnie 
doradził, żebym sam szedł do prefekta. Więc poszedłem. Prefekt przyjął mnie uprzejmie, 
prosił siedzieć, nagadał mi dużo ładnych rzeczy, ale co się tyczy ciebie, powiedział mi te 
słowa: — Kiedy pan Nieczuja zemknął, to dobrze dla niego, ale na żaden sposób nie może być 
koniec na tym, bo my go musimy poszukać sądownie, a kiedy go dostaniemy, to proces 
pójdzie swoją drogą. Miło by mnie było, gdybym mógł 
panu o tej sprawie inną dać 
wiadomość, ale na nieszczęście, nic ja tu sam nie decyduję, tylko litera prawa. — Pytałem go 
tedy, ażaliby nie dobrze było, gdybym się udał o łaskę do tronu? odpowiedział, że łaska od 
tronu nie może nastąpić 
pierwej, póki nie będzie osądzony i kara nie będzie oznaczona, bo tak 
cóż ma darować cesarzowa-królowa? Poszedłem potem do plackomendanta, a ten mi to samo 
powiedział, tylko na końcu dodał: — Ot! niech pan Nieczuja wróci do siebie na wieś i cicho 
siedzi, kto go tam będzie niepokoił? — Kiedym to powiedział Holmfelsowi, rzekł tenże: — 
Wszystko to być może, jednak ja nie radzę powracać. Co się zaś tyczy łaski, to fałsz jest, co 
mówi prefekt. Prawda, że cesarzowa-królowa nie może przebaczyć, nie wiedząc, co ma 
przebaczyć; ale może wydać rozkaz do urzędu, ażeby rzecz ta była puszczoną w zapomnienie. 
Tu już coś przyszło z Wiednia względem tej sprawy; dzisiaj mi o tym powiadano, ale nie 
mogłem się jeszcze dowiedzieć, co właściwie. Słuchaj, waszmość: jedź teraz do Bóbrki i 
opatrz tam gospodarstwo pana Marcina; ja tu tymczasem się dowiem o wszystkich 
szczegółach tego procesu, a kiedy wrócisz, podamy prośbę do tronu, a ja wskażę drogę do 
skutecznych instancyj. A choćby ci przyszło i samemu pojechać do Wiednia, to i to niewielka 
już rzecz. Już my to jakoś zrobimy. — Tedy usłuchałem Holmfelsa i pojechałem do Bóbrki, a 
kiedym powrócił, cała rzecz już była gotowa. Baron dal mi odpis wiedeńskiego rozkazu, w 
którym wyraźnie stoi, żeby rzecz ta była puszczona w niepamięć — i oto go masz. 
To mówiąc, Michałowski dobył papier z zanadrza i oddał mnie w ręce. Rozwinąłem go 
prędko, aby przeczytać, ale powstrzymałem się jeszcze prędzej, dekret ten bowiem był po 
niemiecku napisany. Tedy i bez czytania dokumentu rzuciłem się jemu w ramiona, dziękując 
serdecznie za tyle trudów, które poniósł dla mojej sprawy. On atoli, oddawszy mnie moje 
uściśnienia po bratersku, rzekł zaraz: 
— Dał nam Pan Bóg wybrnąć z jednego nieszczęścia, niechże jego imięświęte będzie 
pochwalone na wieki! Ale zamiast zbytnio unosić się radością, podobno lepiej będzie 
zawczasu pomyśleć, jak by przebrnąć przez drugie? 
— Cóż to jest? — rzekłem przerażony — jakież to nam drugie zagraża nieszczęście? 
— Powiedziałem tobie jeszcze u siebie w domu — rzekł na to Krzysztof — że konkur taki, 
jaki ty rozpocząłeś i teraz kontynuujesz, należy uważać za małe nieszczęście. Teraz, 
oglądnąwszy tych ludzi z bliska, a nadto nasłuchawszy się na noclegu dosyć powieści o pani 
Strzegockiej, nie tylko nie zmieniam mojej dawniejszej opinii, ale może bym jeszcze do niej 
co dodać potrafił. Wprawdzie ja sąd mój o niej wydaję tylko ze słów kilkunastu z nią 
wymienionych, ale żebym jeszcze i tysiąc najsłodszych o niej usłyszał, to gorycz pierwszych 
zawsze podobno czuć będę. Zosi twojej nie znam; na oko zdaje się to być ciche i potulne 
dziecko i pewno tak jest w istocie, chociaż to po niedobrych rodzicach zwykle niedobre 
bywają dzieci. Ale, bądź jak bądź, rzeczy tej tak na wieki zostawić nie można; dałeś dowody 
dostateczne, żeś im jest przyjacielem i że gotów jesteśżycie położyć dla Zosi; ozdrowiałeś 
zupełnie; cóż myślisz dalej? 
To zagadnienie Michałowskiego niemały klin mi zabiło w głowę, mogę nawet powiedzieć, 
że wstrzęsło mną całym tak gwałtownie, jak gdyby mi w myślach spokojnych zagrążonemu 
nagle kto z pistoletu wystrzelił za uchem. Są bowiem chwile w życiu ludzkim, których, lubo 
nie dają ani wielkich rozkoszy, ani szczęścia stałego, przerwanie lub strata sprawia jednak ból 
i zgryzotę. Chwile takie unoszą ze sobą 
zwyczajnie godziny, dnie i tygodnie bez żadnej 
korzyści, bez żadnej czynności, bo człowiek, nie chcąc sobie przypominać przeszłości, a 
bojąc się myśleć o niewiadomej i może daleko boleśniejszej jeszcze przyszłości, o niczym nie 
myśli i nic nie czyni, czas swój umyślnie rozkrawując na jak najdrobniejsze cząsteczki i 
starając siężyć każdą sekundą teraźniejszości, ale właśnie dlatego są one ludzkiemu sercu tak 
drogie, a obawa o ich utratę o wiele przenosi jeszcze obawę istotnego i stanowczego 
nieszczęścia. Nie przeczę tego, że w podobnym położeniu może mogą się znajdować tylko 
charaktery słabsze i mało mające determinacji, ale przeto nie zaprę się tego, że i ja natenczas 
w takim znajdowałem się położeniu. O przeszłości mojej, miłości i konkurencji niechętnie i z 
przymusem tylko myślałem, przyszłości mojej także nierad przywoływałem przed umysł, bo 
była niepewną, a choćby i najszczęśliwszą, to zawsze jeszcze nie taką, jak ją sobie niegdy 
wyobrażałem; w teraźniejszości zaśżyłem mile i rozkosznie, bo podzieliwszy sobie czas 
między swobodne ze słusznymi sąsiadami gawędki i milionowe, jak samo niebo czystej, 
miłości Zosinej dowody, miałem jeszcze nad sobą Boga, do którego śmiało zwracać mogłem 
moje modły, a w sobie sumienie niczym nie skażone i tak spokojne, jak powierzchnia wodnej 
głębiny, kiedy niążaden wiatr nie porusza. Taką teraźniejszość rad bym był przedłużyć na 
wieczność i wcale nie myślałem, co mam dalej poczynać, a kiedym widział, że pani 
stolnikowa zaczyna jawnie występować z jakąś niechęcią ku mnie, to nawet obawiałem się 
każdego przypomnienia tego, że nim się przyszłość 
moja udecyduje, będę musiał los mój pod 
jej wolę z pokorą poddać; więc kiedy mnie Michałowski powiedział, że tak dłużej już zostać 
nie mogę i spytał, co myślę dalej? to mnie dreszcz przeszła od stóp aż do czupryny, 
wstrząsłem się, ale nic nie odpowiedziałem. On zaś, przeszedłszy się parę razy po izbie, 
mówił dalej: 
— Hm! ty milczysz i ani myślisz mi odpowiedzieć na moje pytanie. Ja się temu nie dziwię i 
zdaje mi się, że cię rozumiem zupełnie. Położenie twoje, lubo dziś jest szczęśliwe, bo 
posiadasz wzajemność Zosi, która jest szczęściem dla ciebie, jednak nie jest godne zazdrości. 
Człowiek głupi, byłby najszczęśliwszy na twoim miejscu, ale ty masz rozum i widzisz aż 
nadto jasno, że dobra fantazja i poczciwość twoja, z którymi się wybrałeś i przez połowę już 
przeszedłeś tę drogę, powinny cię były zawieść całkiem gdzie indziej, niż cię zawiodły. 
Pomijam już wcale twoje utarczki z tym diabelskim człowiekiem, które, jeżeli Bóg łaskaw na 
ciebie, całkiem już się skończyły; pomijam różne przykre i fatalne terminy, przez które brnąć 
musiałeś w tej drodze; pomijam to na koniec, że cię los zagnał do takiej rodziny, nad którą 
zdają się wisieć jakieś same nieszczęścia i niezwyczajności; pomijam to wszystko, chociaż 
wiem, że cię to mało dojmuje i Bóg nie wie czego nie dałbyś 
za to, gdyby być mogło inaczej; 
jednakże tego pominąć nie mogę, że stolnikowa sama jest po prostu dla ciebie trucizną. Ja i to 
wiem dobrze, że ty, jeżeli dzisiaj na twojej drodze nie postępujesz dalej, czynisz to dlatego, 
żeś już utracił zupełnie ufność i cześć, i szacunek dla pani Strzegockiej i podczas kiedy z 
wielką przykrością tylko otwierałbyś 
po raz drugi przed nią twe serce, obawiasz się jeszcze 
daleko większej przykrości, bo odpowiedzi odmownej, a przeto niemałego na teraz dla ciebie 
nieszczęścia. Ale, mój Marcinie! bądź jak bądź jest, tak dłużej pozostać nie może. Kto chce 
być mężem takim, jakimi bywali ojcowie nasi, nie dość dla niego, jeżeli jest trwały w 
przedsięwzięciu, ale musi mieć także odwagę zawodom i cierpieniom serca zaglądnąć w oczy 
i znieść je mężnie, kiedy tego potrzeba; zaskorupianie się w teraźniejszości przed niepewną 
przyszłością, to przymiot niewieściuchów i niedołęgów. Tymi słowami nie chcę bynajmniej 
tobie przymawiać, bo znam cię innym, ale dążę 
do tego i niewzruszenie stać będę na tym, 
ażebyś zaraz się decydował i powtórną deklarację uczynił. To jest, coś powinien, co musisz 
zrobić najdalej do dni kilku. Nie taję tego przed tobą, iż twoja Zosia podobała mi się dosyć z 
wejrzenia; przypomina ona Jadwisię w owej chwili, kiedym się starał o nią, przechodząc 
także niemałe duszy i serca tortury, i mam w Bogu nadzieję, iż pożycie z nią nagrodziłoby ci 
dostatecznie wczorajsze i dzisiejsze frasunki, ale i tego nie taję, iż tak rozumiem, że jesteśmy 
w wigilii drugiej dla ciebie rekuzy. Wszakże tak czy owak koniec raz zrobić potrzeba. 
— Kochany bracie — rzekłem ja na to po chwili — nie będę z tobą sporu poczynał o to, czy 
we wszystkim tym, coś dopiero powiedział, masz prawdę 
czy nie masz; krótko ci powiem, że 
niektóre rzeczy sądzisz sprawiedliwie, niektóre zaś widzisz całkiem opacznie, ale o to nie 
mogę cię nie zapytać, dlaczego właściwie tak naglisz z tym oświadczeniem? czy mnie tam co 
gore w Bóbrce? czy mnie wypędzają stąd z domu? czy na mnie krzywo spoglądają Litwini? 
czy na koniec psuję tym sprawę moją, że się pieszczę szczęśliwymi momentami spokoju, 
których wyczekiwałem tak długo? doprawdy, że nie rozumiem. 
— Dlaczego tak naglę z oświadczeniem, to jest rzecz bardzo prosta — rzekł Michałowski. — 
Nie lubię wszelkiego kunktatorstwa228 i to jest pierwsza. Po wtóre w Bóbrce gore, i bardzo 
gore, bo jak tu jeszcze do zimy posiedzisz, to cię tam rozniosą do szczętu; po trzecie, że cię 
nie wypędzą stąd z domu, to prawda, ale lada chwila cokolwiek bądź napędzić cię może; po 
czwarte, czy krzywo na ciebie poglądają 
Litwini, o tym milczę, ale miałbym wiele 
powiedzieć, bo przecie jadę Litwą mil kilkanaście i nasłuchałem się niemało o Piotrowiczach 
i Strzegockich; a na koniec, czy co psujesz czy nie tym twoim zwlekaniem, to ci powiem, że 
właściwie nie psujesz, ale podajesz czas i sposobność przypadkom, które wszystko są w 
stanie zepsuć na tym świecie. Zresztą, jestem tego zdania, że powtórną od stolnikowej 
dostaniesz rekuzę i że ani dziadek, ani sąsiedzi za tobą nie staną, a choć staną, to uporu 
kobiety nie złamią, a w takim zaś razie ja bym chciał być 
przy tobie i dlatego do deklaracji cię 
ciągnę. 
— Kochany Krzysztofie — odezwę się 
na to — wpadasz w ferwor, a wcale niepotrzebnie; 
dwa razy niepotrzebnie; raz dlatego, że czy teraz, czy potem, ja zawsze deklarację uczynię na 
koniec, a po wtóre, że rekuzy już nie dostanę. Pani stolnikowa może być, że w tym momencie 
ma jakąś niechęć do mnie, ale to nie jest upór, tylko kaprys kobiecy, i to chwilowy, za parę 
dni już ani śladu zeń nie zostanie. Bo nie wdając się zresztą w żadne wnioski szczegółowe, to 
tylko racz sam rozstrzygnąć, czy podobna jest, aby ktoś, który swój spokój, fortunę i życie 
bez wahania się na szwank narażał... 
— Ależ zmiłuj się! — przerwie mi Krzysztof — czyż to jest godny rozumnego człowieka 
argument? czy godzi się tam sądzić z samego podobieństwa, gdzie są pewne data i fakta?... — 
I tak dalej perswadował mi Krzysztof, zawsze ^zmierzając do tego, iżbym już dłużej tak nie 
siedział, jak ptak na gałęzi, tylko abym się decydował, deklarował 
i los mój rozstrzygnął. 
Dlaczego on tak naglił na mnie natenczas, do dziś dnia mi jest nie wiadomo, bo konkurencja 
moją i wszelkie z domem Strzegockich stosunki była to materia, której i potem prawie 
nigdyśmy nie tykali; wtedy atoli zdawało mi się, że Michałowskiemu tak od razu nie podobał 
się dom ten, że nawet byłby wolał, aby mnie jeszcze raz odmówiono i abym przecierpiał takie 
nieszczęście, niż abym się wiecznym węzłem wiązał z taką familią. Ja zaś, lubo może także 
już teraz niejeden szczegół taki dojrzałem, na który oczy musiałem zamykać, jednakże tak 
statecznym przywiązaniem przylgnąłem do Zosi, że gdyby i dziesięcioro tyle złego było mi 
się zjawiło w tym związku, ile go było w istocie, to byłbym się już z drogi mojej nie cofnął. 
Cofać się nie kazał mi i Michałowski, o to tylko chodziło pomiędzy nami, że on chciał, abym 
deklarację uczynił zaraz, ja zaś, wlazłszy już raz na drogę kunktatorską, a do tego nie będąc pewnym w rzeczy, jak sobie pocznie w tym razie matka, cale jeszcze nie miałem ochoty do 
tego. Spieraliśmy się tedy o to długo i szeroko, ale na koniec, chcąc nie chcąc, ja ustąpić 
musiałem i przyzwoliłem na zrobienie oświadczenia najdalej do dni kilku, a już z ^chęcią 
ofiarowanie się Krzysztofa, iż on będzie mi w tym pośredniczył. 
Dnie następne mijały nam, jak zwyczajnie, na gawędce, na opowiadaniach dziadkowych i 
Gintowtowych. 
Jednakże materia ta, która nie dlatego, że się w niej mógł popisywać, ale że się przy niej 
wiele mógł dowiedzieć o Litwie, bardzo była zajęła Michałowskiego, wkrótce się wyczerpała, 
a orator polityczny, zeszedłszy z trybuny, zaczął mnie znowu męczyć swoją deklaracją. 
Wszakże pomimo uporczywych nalegań jego udało mi się tę stanowczą chwilę, która im 
więcej się do niej zbliżałem, tym mi się wydawała straszniejszą, odwlekać jeszcze przez dni 
kilka. A kiedy ja tak odwlekam i jakby dziecko nierozumnie cieszę się z tego, że mi mój 
opiekun rad nierad folgować musi, Michałowski aż sypiać nie może po nocach od samej 
niecierpliwości, jednakże stara się to ukryć przede mną i pomimo to, to dziadka pozyskuje dla 
siebie i dla mnie, to panią Strzegocką obserwuje z bliska i przy każdej sposobności 
wybadywa ją w jej opiniach o mnie, o Lgockim, o Zuzi i o wszystkich sprawach domowych. 
Śród tego czasu atoli nagle staje się dziwna odmiana. Dnia jednego Michałowski, zapytany 
przeze mnie o jakiś szczegół w sprawie tej deklaracji, nic mi nie odpowiada; drugiego dnia w 
rozmowie ze mną widocznie tego przedmiotu unika, a trzeciego dnia w wieczór, kiedyśmy się 
sami znaleźli w izbie, która była naszą wspólną sypialnią, rzecze do mnie te słowa: 
— Wiesz co, kochany bracie, dawno już nie byłem w tym położeniu, co dzisiaj. 
— Jakież to położenie? — zapytałem ciekawie. 
— Muszę renegować moją własną opinię. 
— Jeszcze przez to nic nie wiem. — A on na to: 
— Niedawno nagliłem na ciebie wszelkimi siłami, ażebyś się deklarował bezzwłocznie, a 
teraz... 
— Cóż teraz? 
— Teraz nie tylko nie naglę, ale po rozpatrzeniu się dokładniejszym w tych rzeczach, sam 
jestem tego zdania, ażeby się jeszcze powstrzymać. 
— Czemuż to? — zapytałem przerażony tą zmianą jego zdania, 
— Widzę jawnie, że dostaniesz rekuzę. Mówiłem wiele ze stolnikową i myślałem zrazu, że 
to jest jakaś dziwna kobieta, ale teraz poznałem dowodnie, że nie masz w niej nic dziwnego. 
Kobieta to jak wszystkie inne na świecie, tylko upór w niej wielki i nieprzełamany. Ale to 
właśnie najgorzej dla ciebie. 
— 
Więc cóż? mówże jasno, co jest? 
— 
Cóż jest, któż to wiedzieć może, kto opowiedzieć dokładnie? ale że cię nienawidzi, to 
więcej jak pewna. 
— Nienawidzi mnie! — za cóż to, mój Boże! 
— Za co? — rzekł Michałowski — za Murdeliona... nie ma o czym mówić. Ona go jeszcze 
kocha! 
— A mnie nienawidzi! — odpowiedziałem ja w pół do siebie i na, tym się nasza rozmowa 
skończyła. 
Skutkiem tej rozmowy było oczywiście to, żeśmy już obadwa z Michałowskim nie tykali 
tego przedmiotu. Co było dalej czynić, jak się kierować, jakim sposobem pozyskać choćby 
tylko obojętność pani Strzegockiej, na to już ani Michałowski nie umiał dać rady. Nie 
wybierał on się 
wprawdzie do domu, bo mu żal było mnie samego zostawiać; ale też i 
siedzenie jego odtąd już niewielką rokowało mi pomoc, kiedy już i jego umysł wpadł w 
pewną niemoc i nie umiał nic nowego wymyśleć. I tak siedzieliśmy znowu dalej, pędząc dnie 
na coraz obojętniejszych gawędkach i dłuższych ziewaniach. Zosia tylko jedna dziwnie 
zaczęła się mienić, smutniała coraz bardziej widocznie, nieraz długo patrzyła mi w oczy, jak 
gdyby chciała odgadnąć, co się dzieje w mej duszy, nieraz z łzami błądzącymi w jej oczach 
umyślnie mojej unikała rozmowy. Ja wiedziałem, co to ma znaczyć: ona nie umiała pojąć, 
dlaczego ja, kiedy czas i okoliczności po temu, nie kończę już moich tak długo i tak boleśnie 
się odwłaczających zamiarów i myślała może, że już ostygam dla niej, żem się przeniewierzył 
moim tylokrotnym przysięgom, że czekam tylko sposobności, aby zerwać to wszystko i uciec 
haniebnie; ja to wiedziałem wszystko i wszelkimi sposobami starałem się ją przekonać, żem 
się w niczym nie zmienił i żem zgoła ten sam jest, którym był od początku, ale wyspowiadać 
się z wszystkiego, co się działo w mej duszy, nie mogłem mieć i nie miałem odwagi. 
Ale podczas gdy rzecz ta tak się dziwnie odwleka, a my, zamiast z czasem zbliżać się do 
jej końca, przynajmniej wedle rozumienia naszego, ciągle się od niej oddalamy, dziwne 
zachodzą zdarzenia. 
Więc najpierw dnia jednego przychodzi wiadomość, że przed kilkoma dniami całkiem 
nagle i niespodziewanie pojawił się nieznajomy pan jakiś w Strzegocicach u państwa 
Strzemeskich, u których pozostawiona była starsza siostra Zosina; że pan ten powiadał się 
ojcem rodzonym Zuzi, że miał z nią długą w osobnej izbie rozmowę i że zaraz potem 
wyjechał. Powiadano dalej, że ten pan w kilka dni potem z jakimś Niemcem przyjechał, 
Niemca tego Zuzi deklarował, że go Zuzia przyjęła, pierścionek z nim zamieniła, a na drugi 
dzień, że się odbyłślub państwa młodych w źwiernickim kościele. 
Wiadomość ta, którą nam przywiózł szlachcic pewien, wiłkomierzanin, powracający od 
swych krewnych z Mazurów, wielkie, zrobiła zamieszanie w dziadkowym dworze. Wszyscy 
o niej gadali, i ten, i ów, i dziesiąty, ale każdy się inaczej domyślał i po swojemu wykładał. 
Dziadek powiadał, że to zgoła nieprawda; pani stolnikowa wtórowała dziadkowi, ale z krwią 
zimną i obojętną. Gintowt i inni szeptali z cicha, że to Murdelio diabła przywiózł ze sobą i z 
córką go swoją ożenił; ale ja rzecz tę rozumiałem inaczej i lubo nic nie mówiłem, jednak 
prawdę odgadłem. 
Przy zajęciu się wszystkich tą wiadomością nie zapomniano i o tym, iżby się jakoś przecie 
na pewno dowiedzieć, co tam jest w rzeczy. Ale jak to zwyczajnie w takich razach u szlachty 
bywało, namyślano się długo i na samym przebieraniu pomiędzy środkami strawiono dni 
kilka. Ta niezaradność zniecierpliwiła mnie do tego stopnia, żem postanowił na koniec sam 
do Źwiernika pojechać i przywieźć prawdziwą relację 
— i zakomunikowałem tę myśl 
Krzysztofowi. Krzysztof, który po tej wiadomości o wiele jeszcze skwaśniał i stetryczał, 
pochwalił mi ją i doradził, iżbym to zrobił, kazał mi tylko pogadać pierwej o tym z panią 
Strzegocką i niby to aż wskutek jej prośby o to tam jechać. Zgodziłem się na to i poszedłem 
zaraz do jej pokoju. A szedłem z miną dobrą i tak pewny tego, że z wdzięcznością przyjęta 
zostanie moja ofiara i że choć raz trafię w przekonanie tej nienawistnej mnie damy, że mi się 
aż serce rozradowało. Wchodząc tedy i zastawszy ją, jak zwyczajnie, haftującą coś w 
krosnach, mówię zaraz: 
— Cóż tedy państwo uradziliście względem posłania kogoś do Źwiernika? 
Pani stolnikowa na to popatrzyła się na mnie tak dziwnym wzrokiem, jak gdyby mnie 
strofować chciała za mojąśmiałość i odrzekła: 
— Niceśmy nie uradzili, bo nic nie potrzeba. 
— Jak to nic nie potrzeba? — odpowiedziałem z równym zdziwieniem — ja bym sądził, że tej 
rzeczy tak pozostawić nie można. 
— Ale to wszystko nieprawda — rzekła pani Strzegocką — wszakżeż już tyle lat, jak ojciec 
Zuzin umarł; czyż to z grobów powstają umarli? doprawdy, że nie wiem, co wam wszystkim 
jest, że wierzycie tym baśniom. 
— My nie wierzymy temu — rzekłem na to — żeby pan stolnik nieboszczyk sam istotnie się 
jawił w Strzegocicach; ale mógł się tam zjawić 
awanturnik jaki, których teraz niemało, i ten 
mógł czy to dla zysku, czy w innych celach jakich podobnego oszustwa się dopuścić. 
— Ale gdzież tam! ręczę, że nie ma nic na tym. 
— Ja bym przecież sądził, że należałoby się przekonać o tym, bo to w każdej plotce bywa 
zwyczajnie pół prawdy. — A ona na to: 
— Już ja się nie zgadzam na takie zdanie. Znam plotki, w których ani jednego słowa prawdy 
nie ma. 
— Jakkolwiek bądź jest, jeżeliby moja chęć dobra odrzuconą nie była, to ja bym chętnie 
sam pojechał. 
— A... jeżeli waszmość jedziesz — odpowiedziała na to z flegmą pani Strzegocką — i 
zechcesz po drodze wstąpić do Źwiernika, to i owszem, prosimy, abyś nam stamtąd napisał. 
Po takiej odpowiedzi każdy sięłatwo domyśli, jakie uczucie mną zawładnęło. Smutny i tak 
zbity z tropu, jakby mnie kto polał ukropem, wyszedłem z pani stolnikowej pokoju. 
O miłości! ileż to i najdrażliwsze serce znieść nie potrafi dla ciebie! 
Michałowskiemu nie potrzebowałem powiadać, jaki obrót wzięła ta moja rozmowa, bo ten 
tylko spojrzał mi w twarz i zaraz poznał, co było. Jakoż wziął mnie za rękę i rzekł tylko te 
słowa: 
— Kochany bracie, żal mnie ciebie od serca! Kiedyśmy się spać kładli, Michałowski mi 
mówił: 
— Smutno mi to bardzo, że te twoje sprawy tak nieszczęśliwy obrót biorą; Bóg mi 
świadkiem, że gotów jestem połowę mojego szczęścia odstąpić, aby ci twoje zapewnić; ale 
cóż ja pomogę? Nic nie wysiedzę, nic nie wygadam i snadź już tylko jeden czas albo jaka 
szczęśliwa okoliczność może rzecz tę pomyślnie zakończyć, a to już trzeci tydzień mija, jak ja 
tu wysiaduję. 
Widziałem ja, do czego zmierzała ta mowa, i wiedziałem, że ma słuszność pan Krzysztof, 
bo zostawił gospodarstwo, dom, żonę i dzieci o sto mil od siebie; rzekłem tedy: 
— Kochany Krzysztofie, jedź ty, jedź z Panem Bogiem; ty mi tu nic nie pomożesz, a tam w 
domu kto wie co się dzieje? Dziękuję ci za tyle trudów, które poniosłeś dla mnie w Tarnowie 
i Bóbrce, a kiedy bym widział, żeś mi tu potrzebny, to ja nie będę się wahał napisać do ciebie. 
— Pojadę — rzekł Michałowski — muszę pojechać; jutro się wybiorę. 
Tymczasem dnia drugiego ledwie co Michałowski wyjechał, zaraz z południa zajeżdża 
przed ganek bryka końmi zaprzężona, niemiłosiernie wypakowana, a w niej Kąkolnicki, ów 
znajomy nam wuj mego współzawodnika, starościca Lgockiego. Przyjazd jego o sto mil i w 
takich okolicznościach niemile mnie przeraził, a kiedy do tego jeszcze pani stolnikowa gościa 
tego przyjęła z niezwyczajną grzecznością i uprzejmością, tom już był tak znudzony i tak 
mnie chęć do wszystkiego, a nawet do życia odpadła, że mi nawet rozmowa z Zosią tylko 
jakiśżal i boleść sprawiała. 
Do wieczora atoli postać rzeczy się całkiem zmieniła. Kąkolnicki nie przyjechał ani 
promować konkurencję Lgockiego, ani go deklarować, ale przyjechał go szukać; staroście 
bowiem, jak wyjechał w dni kilka po moim uwięzieniu na Litwę, tak i przepadł jak kamień w 
wodzie. Krewni jego zrazu byli spokojni i wyczekiwali wiadomości od niego, ale gdy ta nie 
nadchodziła, a miast niej poczęły roznosić się różne wieści: to, że zajechał aż gdzieś w 
Żuławy i tam jako konfederat pojmany i do pruskich fortec odstawiony; to, że od rozbójników 
w Górach Świętokrzyskich zabity; to, że przy napadzie na zamek Murdelionów usieczony — 
krewni jego się zaniepokoili do ostatka i pana Kąkolnickiego za nim wysłali. Wiadomość ta 
niedobrą była dla pana Lgockiego i jego krewnych, ale dla mnie nie zawierała nic złego, 
powiem nawet prawdę, że mnie w dobry humor wprowadziła. Niedobrze to jest cieszyć się z 
cudzej szkody, ale trudnoż naturę ludzką odmienić. Gniewało mnie to cokolwiek, że pani 
Strzegocka więcej rada była panu Kąkolnickiemu niż każdemu innemu, że się do znudzenia 
dopytywała o Lgockiego i wszystkie o nim krążące wieści; ale koniec końców wolałem to, 
niż gdyby sam staroście przyjechał. Ale nie dosyć na tym. Pan Kąkolnicki potwierdził także 
wiadomość o Zuzi, którą każdemu komunikował z osobna. I pokazało się, że nie kto inny, 
tylko Murdelio, świeckiego pana postać na siebie przybrawszy, przyjechał był do Strzegocic, 
powiedział się ojcem Zuzi i zyskał 
u niej wiarę całkowitą. Przywiózł potem ze sobą barona 
Holmfelsa, ożenił go z nią i uczynił im zapis znaczny na swoim majątku. Państwo młodzi po 
ślubie zamieszkali w Tarnowie, Murdelio zaś po raz setny zniknął bez wieści, dając znowu 
powód do najróżniejszych o sobie pogłosek. 
Potwierdzenie się tego wypadku, jakie uczyniło wrażenie na wszystkich, nie będę już 
opowiadał 
obszernie, a nadmieniwszy to jeszcze, że we dwa dni potem w samej rzeczy list 
przyszedł od Zuzi, przepraszający matkę, że dla nagłości nie miała czasu naprzód prosić o 
błogosławieństwo, dodam tylko, iż to wszystko znowu mnie dobrze usposobiło, i to tak 
dobrze, żem postanowił bezzwłocznie przystąpić do deklaracji. 
Jakoż 
zaraz dnia następnego po wyjeździe pana Kąkolnickiego z dziadkowego dworu, 
wypatrzywszy chwilę, w której pani stolnikowa sama się znajdowała w apartamentach, 
wszedłem do niej i począłem w ten sens: 
— Niechaj to waszmość pani cale nie będzie dziwno, że na tej drodze, na której mi się raz 
powinęła noga, po raz drugi jeszcze swego szczęścia próbować przychodzę. I nie tylko nie ma 
mi to być policzonym za złe, ale owszem, krok ten sam winien dać mnie świadectwo, że tylko 
szczery i niczym nie zwyciężony afekt dla panny Zofii jest jego powodem. Ile zaś afekt ten 
jest statecznym i od wszelkiej rachuby dalekim, mam tę nadzieję, że zaświadczy samo 
sprawowanie się moje, serdecznym przywiązaniem dla całego domu i wszelkich spraw 
waszmość dobrodziejstwa tchnące i pomimo wielu przykrości, w niczym do dziś dnia nie 
odmienione. Nie chełpiąc się wcale żadnymi zasługami moimi, mogę mieć jednakże, jak mi 
się zdaje, śmiałość rachowania na pewne względy, tak u waszmości dobrodziejki, jako i u 
całego jej domu, a nie będąc w niczym gorszym choćby i od najlepszych obywateli i czując 
się wcale w przyzwoitej i stosownej do tego pozycji, rzucam się jeszcze raz do nóg 
waszmości pani i najpokorniej upraszam, iżby mi wolno było stanąć nareszcie u celu 
najgorętszych mych życzeń i dozgonnym węzłem połączyć się z tą, dla której dawno już 
ślubowałem całe szczęście mojego życia. 
Pani stolnikowa, lubo podczas mowy mojej różnie się mieniła na twarzy, wysłuchała mnie 
jednak cierpliwie, a kiedym skończył, odpowiedziała: 
— Hm!... wiedziałam naprzód, że się to tak skończy... ale, doprawdy, nie wiem, czy 
waszmość serca nie masz, czy rozumu na koniec nie masz, że nie wiesz, co być może, a co 
nie może. Ja waszmości bardzo wdzięczną jestem za to wszystko, co nazywasz poświęceniem 
się czy przywiązaniem dla domu mego i dla mnie; ja mu tego nie zapomnę do śmierci... 
pewnie mu nie zapomnę... i wdzięczną będę w każden podobny sposób... ale tej pretensji, 
żeby przywiązanie do domu ręką córki wynagradzać... nie! ja tego nie pojmuję. 
— Mościa pani! — rzekłem ja na to dosyć porywczo — ja się nie mam za żadnego mędrca 
nadzwyczajnego, ale nigdy jeszcze nie dostrzegłem tego na sobie, iżbym rzeczy proste 
pojmował inaczej, jak. je pojmuje świat cały. Konkurencja moja, lubo przez niezwyczajne 
przechodzi koleje, jest rzeczą prostą i tak, jak ja ją rozumiem, .rozumieją wszyscy; ale 
postępowania waszmość pani ze mną i sam Salomon, gdyby wstał 
z grobu, wytłumaczyć by 
nie potrafił! 
— Jeżeli waszmość przyszedłeś po to do mnie, ażebyś mi niegrzeczności gadał, to raczej 
skończmy rozmowę — rzekła pani Strzegocka i powstawszy z krzesła, chciała wyjść z tego 
pokoju. Ale ja nie dopuściłem do tego, wołając w głos: 
— Pani! tego jest nadto! ja się staram już przeszło pół roku o rękę Zosi, pozyskałem sobie 
jej wzajemność, dałem niezaprzeczone dowody mojego przywiązania nie tylko dla niej, ale i 
dla samej pani... 
— Dla mnie! — zawołała Zosina matka — któż dał dowody przywiązania? waszmość? jmć 
pan Gintowt? Jur z Borowiczek? owa szlachta oszmiańska? kto was prosił o takiego 
przywiązania dowody? Otóż wam powiem, że nie przywiązania dowody, ale zbezcześciliście 
mnie, zhańbili wobec całego świata! Nie cierpię was, nienawidzę, nie chcę widzieć na oczy!... 
— wołała pani stolnikowa, zakrywając chustką spłakane oczy. Tedy ja na to łagodnie: 
— Nie chcę ja sądzić 
w tej sprawie, bo na to, jako widzę, trzeba by znać wszystkie ludzkie 
serca na wylot. Pomimo to jednak trwam statecznie przy mojej prośbie... 
— Nie dam córki waszmości! — przerwała mi pani Strzegocka. — Gdybym cię na 
śmiertelnym łożu konającego widziała z miłości, jeszcze by mnie to nie wzruszyło! — Śród 
tych słów drzwi się otworzyły i powolnym krokiem wsunął się dziadek do izby, a widząc 
córkę zapłakaną i wołającą do mnie coś w gniewie, spytał z wolna: 
— Cóż to się dzieje? 
— Panie! — zawołałem ja na to, składając ręce do niego — ty umiesz czytać w ludzkich 
sercach, ty dobrze czytałeś w moim! Ty sądź, ty rozstrzygaj! 
— O cóż to chodzi? — zapytał pan Wit. 
— Deklaruję się po raz wtóry o rękę 
Zosi i po raz wtóry dostaję rekuzę. 
— Rekuzę? — rzekł dziadek — któżśmie dawać rekuzę, kiedy ja już dawno przyrzekłem? 
Na te słowa Zosia, która, zapewne swoim wybornym instynktem wiedziona, podsłuchiwała 
pod oknem lub drzwiami, ze łzami w oczach i drżąc cała nie weszła, lecz wskoczyła do naszej 
izby, co ujrzawszy dziadek, wziął ją zaraz za rękę i oddając mnie ją, rzekł: 
— Oto jest twoja żona. Klęknijcie, niech was pobłogosławię. Myśmy się rzucili na kolana 
przed dziadkiem, ale w tym momencie także i stolnikowa rzuciła się na kolana, wołając: 
— Ojcze! –Ale on do niej: 
— Precz! Nie kuś mnie do grzechu śmiertelnego przed grobem. — A do nas: 
— Błogosławię was, dzieci moje, i życzę, abyście tyle doznali pociechy w życiu, ile ja 
smutku i utrapienia. 
Na to pani Strzegocka zerwała się z kolan i drąc chustkę we dwoje, a łkając głośno, wyszła 
do przyległego alkierza; myśmy się milczkiem wysunęli na ganek. 
W dzieńśw. Michała już wszystko było gotowe do mojego ślubu. Konopka, zawezwany 
sztafetą 
przeze mnie, natychmiast przyjechał, ażeby wedle danego niegdy słowa służyć mi za 
drużbę. Po wiadomościach, odebranych od Zosi, spodziewałem się, że mu tym zawezwaniem 
przykrość wyrządzę, ale było wcale przeciwnie; przyszedł 
on na koniec do tego rozumu, że 
Zuzia nie była partią dla niego i rad był temu, że się to rozerwało. Dlatego w jego oczach 
zamiast smutku dojrzałem szczerą wesołość, a na ustach wdzięczność dla mnie, iż mu 
podałem sposobność przejechania i rozerwania się cokolwiek po dawniejszych trudach i 
umartwieniach. 
Michałowscy, także natychmiast po deklaracji zawiadomieni przeze mnie, lubo się tylko 
jego samego spodziewałem, przyjechali oboje, za co nie mogłem się dosyć nadziękować 
ukochanej Jadwisi, która, będąc prawie jeszcze niezdrową, nie wahała się podjąć trudu tak 
dalekiej podróży, aby byćświadkiem mojego szczęścia. Przyjęcie moich braterstwa przez 
stolnikową, która aż dnia drugiego po ich przybyciu raczyła się im pokazać, było tego 
rodzaju, że aż się spłakała Jadwisia; ale znajomość bliższa, zabrana z anielskiej dobroci Zosią, 
i świadomość jej przywiązania do mnie prędko te łzy ukoiła. 
Z gości obcych w dzieńślubu cale niewiele przyjechało. Kobiety ani jednej... tak to silną i 
wszechwładną była jeszcze natenczas opinia publiczna! Z mężczyzn zaś 
tylko kilku starych 
pana Wita przyjaciół, Gintowt, Jur z Borowiczek i kilku młodzieży, których przyjaźń jam 
sobie przez czas mego pobytu na Litwie pozyskać umiał. 
Tak więc o samym południu, podczas gdy koło ubogiej cerkiewki w dziadkowej wiosce 
sercem przywiązany do swoich panów lud wiejski oczekiwał na ciekawe dlań widowisko, 
drużki, którymi nikt inny być nie mógł, tylko jedenastoletnia córeczka Jadwisi i panna 
służebna Zosi, ubierały pannę młodą do ślubu. Zosia, niebożątko, płakała przy tym akcie 
rzewnymi łzami i miała wiele do płaczu powodów. Pomijam to, że w tym momencie żegnała 
się z całym wiekiem dziecinnym, przeżytym w niezwichnionym szczęściu u kolan kochającej 
ją niegdyś matki; że siężegnała z swoimi wszystkimi snami i marzeniami o tęczach i 
kwiatkach, z domem rodzinnym, z rodziną i owym najukochańszym dziadkiem, którego 
kochała tak, jak bluszcz wiotki kocha starą zamkową ruinę, przy której wzrósł, rozzielenił się, 
rozkwitł i giętkimi ją objąwszy ramionami, rad by już umrzeć tak przy niej i grób swój 
znaleźć u stóp jej... ale to była boleść 
wielka i wielkich łez godna, że jej wraz z tamtymi 
stratami przyszło tracić miłość 
ukochanej swej matki, która od dni kilku już ani słowa do niej 
nie rzekła, która słowa błogosławieństwa powiedziała tak zimno i obojętnie, że aż dreszcz nas 
przeszedł 
od stóp do głowy; która na koniec w sam dzieńślubu dostała spazmów tak 
uporczywych, że nawet do kościoła z nami pójść nie mogła. 
Smutek ten Zosi i mnie się udzielił, udzielił się on i naszym gościom weselnym, a 
kiedyśmy szli do kościoła, to lubo Gintowt, który nam starostował, wesołością i igraszkami 
tak sadził, że inną rażą byłby cały powiat przy nim w tan poszedł, dziś jednak nic nie 
skutkowało, a orszak raczej podobien był pogrzebowemu konduktowi niż weselnikom idącym 
po wieczne szczęście przed ołtarz Pański. 
Pomimo to jednak, gdyśmy po tym smutnym obrzędzie dozgonnym węzłem połączeni ze 
sobą, powracali z kościoła do domu, a lud wiejski, stojący przed świątynią Pańską, rzucał się 
nam do nóg, wynurzając swoje afekta i życzenia, starsi z gromady powiadali mnie szczerze: — 
Smutny dzieńślubu, wesołe będzie pożycie. 
Ale Bóg nie chciał, aby się sprawdziła ta przepowiednia. 
Epilog 
Pożycie moje z Zosią, ile było szczęśliwe, nie potrzebuję tego powiadać. Dwór bóbrecki, 
dotąd albo całkiem pusty i niemy, albo po kawalersku gwarliwy, zamienił się w przybytek 
stałego szczęścia i ładu. Gospodarstwo do mego autoramentu należące, lubo niemało przez 
czas mojej konkurencji ucierpiało, dało się jednak wkrótce do dawnego przyprowadzić 
porządku — gospodarstwo niewieście, jakkolwiek młodą i niedoświadczoną główką Zosi 
prowadzone, nie mogło nikomu za wzór posłużyć, świadczyło wszakże niepomału o 
najlepszych chęciach i skrzętności gospodyni. I mieliśmy domek ładny zewnątrz i wewnątrz, i 
był 
w nim dostatek dla siebie i dla sług, i łyżka strawy dla postronnych ubogich, a kiedy się 
gość trafił, co przy łasce i afekcie ukochanych sąsiadów moich nierzadko się nam zdarzało, to 
każdy znalazł i stół niegłodny, i piwnicę niepróżną, a nade wszystko serce na wciąż otwarte, 
bośmy tym szczęściem, którym nas Bóg obdarzył, radzi dzielili. się z całym światem. Wśród 
takich okoliczności, na odwiedzaniu miłych sąsiadów naszych, na przyjmowaniu ich u siebie, 
na zatrudnieniach gospodarskich i zaopatrywaniu się 
we wszystko na zimę, minęła nam jesień 
cała. Przyszła zima, nastąpiły zapustne tańce i swawole. Szlachta sanocka, w złych i dobrych 
losach zawsze wesołej fantazji, po staremu się weseliła. Od tych wesołości i myśmy nie tylko 
nie odbiegali, ale owszem, pomagaliśmy z całego serca. Więc bywaliśmy i u wielmożnych 
Grabowskich w Myczkowcach, który to dom był wielki i otwarty, i u jw. Malickich w 
Uhercach, i u Krajewskich w Terce, i u Załęskich w Serednicy, a nawet raz, zaproszeni 
umyślnie, prezentowaliśmy się 
na wielkim balu u jw. wojewody wołyńskiego na leskim 
zamku, gdzie miałem tę serdeczną pociechę, że jako niegdyś siostra moja, Jadwisia, 
pięknością urody i zgrabnością ułożenia pozyskała jednogłośnie od całej kompanii pochwały, 
tak dzisiaj Zosia moja wzbudziła powszechną i wielką adorację 
dla siebie, a to nawet tak 
wielką, żem aż jednego z pończoszkowych elegantów, który za daleko swą adorację posunął, 
bykiem w nos poczęstować musiał, aby ją od tych uporczywych komplimentów uwolnić. Za 
byka, lubo był dany milczkiem i wtedy, kiedy elegant do całowania ręki się zginał, musiałem 
mu stanąć do sprawy, co mi jednak tym większą sprawiło przyjemność. 
Za bawienie się w cudzych domach przez zapust należało się nam wywdzięczyć, jakoż ku 
końcowi i myśmy się ośmielili zaprosić do siebie sto kilkadziesiąt osób i tak nam się to 
powiodło, że podczas gdy dla długości zapust już jakoś u wszystkich upadała ochota, u nas na 
nowo się podniecała i zawiązał się kulig, który, objechawszy kilkanaście domów wokoło, na 
koniec uczynił nam ten zaszczyt niemały, że na ostatki znów do nas zajechał i w naszym 
domu swoją swawolę zakończył. Stało się tak wprawdzie, że w pierwszy czwartek Wielkiego 
Postu myśmy oboje z Zosią suszyć musieli, a z owych prowiantów, przysposobionych na całą 
zimę, ani okruszyna się nie została i piwnica mi tak pękła natenczas, że gdyby był mój ojciec 
wstał i ona kupę próżnych beczek i antałków obaczył, to byłby był 
drugi raz umarł; ale 
jednakże nas to nic nie bolało i owszem,. kiedy Bóg dał czym się podzielić, mieliśmy to sobie 
za łaskę, że nam dał chętnych do podziału. 
Jednakże przy wesołościach naszych i szczęściu nie obeszło się i bez frasunków. Nie było 
to niebo nasze tak czyste, żeby się na nim od czasu do czasu nie pokazywały jakieś chmurki 
posępne albo czerwone pręgi, niby cienie słońc gasnących albo już zgasłych. I owszem, 
zawsze na czas przychodziła ta lub owa zgryzota i może ją Pan Bóg na to nam dawał, aby nas 
jednostajność szczęścia nie nudziła; jednakże zawsze były to smutki, które niepomału nas 
dotykały. A pierwszy i nigdy nie ustający powód do nich dała nam Zuzia, która rzeczywiście 
wyszedłszy za Niemca i schedę swoją tarnowskim palestrantom sprzedawszy, wyniosła się 
gdzieś za morza. Drugą nieustającą zgryzotą naszą było postępowanie pani Strzegockiej z 
nami. Kapryśna i uparta kobieta, lubo na koniec ojca wyciągnęła ze sobą z Litwy i znowu 
zamieszkawszy w Źwierniku, tak nie opodal od nas siedziała, tak mało zajmowała się nami, 
jak gdybyśmy cale do niej nie należeli. Nienawiść, którą ostatnimi czasy powzięła ku mnie, 
przelała ona z czasem i na dziecko swoje, i gryzła biedną Zosię miłości matczynej utrata, i 
gryzły ją złych języków stąd wynikające pogadanki, a chociaż ona przez to w przywiązaniu 
swoim do matki ani na jeden cień się nie odmieniła, toż jednak brak wzajemności tak jej się 
dawał uczuwać głęboko, że kiedy nam przychodziło jechać tam w odwiedziny, to do owego 
niegdyś tak lubianego Źwiernika jechała teraz jakby na ścięcie. Do tego wszystkiego jeszcze i 
ja miałem swe umartwienie. Ukochany i nigdy nie opłakany przyjaciel mój, ów misjonarz św. 
Wincentego a Paulo, po kilku miesiącach cierpienia Bogu oddał niepokalaną swą duszę. 
Cierpiałem więc wiele i ja samotnie, cierpiałem i nad cierpieniami, najdroższej 
towarzyszki mojej, ale że zawsze wiele sobkostwa jest w tej nędznej skorupie naszej, toż przy 
dobrym powodzeniu naszym pod innymi względami i przy miłości naszej, która nam złociła 
wszystkie dnie i wieczory, prawie w ciągłym szczęściu minęła zima. 
Przyszła wiosna. We wiośnie, kiedy cała ziemia się rozgrzewa i rozzielenia, kiedy 
spiętrzone z gór wysokich walą się lody, kiedy wońświeża nowego życia napełnia wszystko, 
co jest w nas i za nami — i zakrzepłe i urażone serce człowieka weselej się rozzielenia, i 
frasunki walą się wraz z lodami, i pierś się nasza jakoś rozszerza i czerstwego nabierając 
powietrza, wyrzuca z siebie dawnych pogorzelisk popioły i dawne bóle zapomina — z wiosną 
też i nasze szczęście jeszcze się odświeżyło i rozzieleniło. 
Żona moja, przyzwyczajając się coraz więcej do obowiązków gospodyni, zajęła się 
gospodarstwem i domem, a że ogród był jej najulubieńszą zabawką, więc zaraz z wiosny cały 
ogród bóbrecki oddałem pod jej dyspozycję. Zaraz też 
wskutek wspólnej narady zmieniliśmy 
cały dawny plan jego, skąd wypłynęło, że cała część 
od dworu aż do samego Sanu 
zamienioną została w wirydarz229, a w jego końcu wybudowaną została altanka z piękną 
galerią dokoła. Koło altanki urządziłem niewielką sadzawkę, którą dziwnie pięknymi 
zaludniłem rybkami, a podczas gdy nieraz tam usiadłszy oboje, ja jej opowiadałem moje 
dawniejsze bitwy i służby wojenne, ona swoje rybki karmiła, rzucając im chleb z galerii. Koło 
wirydarza własnymi rękami zasadziliśmy wiele drzewek młodych i wspominaliśmy przy tym, 
jako kiedyś i te drzewa wyrosną, i my się zestarzejem oboje i otoczeni dorosłych dziateczek 
gronem, pod cieniem tych drzew usiądziem i opowiadać im będziem, jako i my kiedyś 
byliśmy rzeźwi i młodzi.. W wirydarzu zasadziliśmy kwiatów siła, posprowadzanych z 
Źwiernika i z innych znakomitych ogrodów, a gdy niektóre z nich marły, nie mogąc znieść 
ostrości górskiego klimatu, ja obiecałem Zosi, że na przyszły rok jej wymuruję cieplarnię, aby 
i kwiatkom było tak dobrze, jak nam obojgu. I była stąd wielka pociecha. I było wielkie' 
szczęście w domu naszym. I dopiero wtedy dałem prawdę słowom, powiedzianym mi niegdy 
przez misjonarza, że tylko miłość taka, którą spoiło błogosławieństwo Boże, jest prawdziwą 
miłością. 
Ale niedługo trwał dla mnie ten raj na ziemi. 
I stało się ze mną tak, jako z onym pracowitym rolnikiem, który ciężkim trudem 
pozbierawszy żniwo bogate z pola, schował je pod dobrze zaopatrzoną strzechę i położywszy 
się 
na spoczynek, liczył sobie we śnie, ile ziarn schowa do spichlerza, ile grosza za nie 
uzbiera, ile dostatku i spokoju, i szczęścia mu stąd przybędzie — a wtem nagle piorun go budzi 
z łoża: porywa się ze snu, widzi dom cały w płomieniach, a kiedy oczy przetarł, to już li na to, 
aby nimi na popiołach swoich dostatków zapłakać. Tak się stało i ze mną. 
Dnia jednego dano mnie znać, że z Krakowa puszczono dzieciątko w kolebce, aby 
spłynęło do nas i abyśmy mieli z niego pociechę. Jakoż istotnie dnia tego nad wieczorem 
przypłynęła kolebka, ale zamiast jednego znaleźliśmy w niej dziatek dwoje. Chłopcy obadwa 
byli piękniejsze od najpiękniejszych aniołów. Zosia moja, lubo była bardzo słabą natenczas i 
ustawicznie odchodziła od przytomności, jednak kiedy spojrzała na nie, uśmiechała sięśród 
boleści. I miała jej twarz dziwnie piękny wyraz natenczas, bo na tle ciężkich cierpień i bólów 
malowała się anielska cierpliwość i spokojny promień wielkiego szczęścia. Przez cały czas 
ten jam był jak na torturach; pociecha z dzieci i trwoga o Zosię tak się zmieszały we mnie, 
żem i płakał, i śmiał się. Doktor Gondoni, który siedział przy łożu chorej, aż był w obawie o 
zmysły moje i zapewniał mnie ciągle, że dobrze będzie. 
Ale czymże są słowa ludzkie wobec woli Bożej i zaciętości nieszczęścia! 
Ledwie się słońce schowało za góry, zapłakał 
mi jeden synek w kolebce i jakby kwiatek 
nagle kosą podcięty, zakrzepł na moich rękach. Ból mnie porwał głęboki, zapłakałem w głos! 
ciałko nieżywe złożyłem w sali na stole i drżąc cały i łkając, zapaliłem dwie świece i 
powróciłem do Zosi. 
Zosia w tej chwili zasłabła gorzej. Leżała ona na wznak na łóżku, łzy jej potokami ciekły 
po twarzy, usta zsiniały cokolwiek i drżały, zdawało się, że się modliła. Nie chcąc jej 
przeszkadzać, uklęknąłem przy łóżku i ręce złożywszy, także modliłem się myślą. 
Śród tej ciszy drugie dziecię zakwiliło w kolebce. Przerażony tym płaczem zerwałem się z 
kolan i pobiegłem ku niemu. Zosia tylko krzyknęła głośno i podniosła się od poduszek, ale w 
osłabieniu na powrót upadła. Widząc to, zatrzymałem się na pół drogi, a nie wiedziałem, 
gdzie biegnąć. Ale wtem dziecię zapłakało głośniej, przybiegłem do niego, wziąłem je na 
ręce; płacz trwał 
jeszcze ze dwa pacierze, a po nich — drugiego trupka trzymałem na rękach. 
Kiedy ucichł płacz dziecka, Zosia znów się zerwała, znowu krzyknąła, i to tak mocno i 
przeraźliwie, żem aż ja zdrętwiał od tego krzyku; alem się już nie oglądał na łóżko, tylko 
wybiegł czym prędzej i brata złożyłem przy bracie, i znowu zapaliłem dwie świece. 
Kiedym powrócił, jużem w Zosinym pokoju zastał kilkoro ludzi. Wszyscy płakali i 
poglądali na mnie z litością i żalem. Włoch siedział na łóżku i trzymał Zosię za rękę. Ale ona 
już była w konwulsjach. Twarz jej się przeciągnęła, łzy zastygły na licach, usta zsiniały i 
drganiem wtórowały drganiom całego ciała. Z przeraźliwym rykiem i obłąkanymi oczyma 
rzuciłem się znowu na kolana przed łożem i jęcząc potem, zdrętwiałymi rękami obimałem tę 
kibić niegdy tak smukłą, a dzisiaj wiotką 
jak powismo lnu lub konopi. Byłbym duszę moją 
wyzionął, aby jej zdrowie powrócić. Ale już było po czasie. Drgania ciała i ust coraz słabły, 
oczy coraz więcej mgłą zachodziły, oddech się zatrzymywał, ustawał, aż nareszcie ustał 
zupełnie. I tak trzecie ciało zakrzepło na moich rękach. 
Co się dalej działo, tego nie umiem powiedzić. Pomnę tylko, że w onej wielkiej sali, która 
tyle zawierała naszych familijnych pamiątek, stał wyściełany wysoki katafalk, czarnym 
suknem okryty, na którym leżała trumna, a w tej trumnie taż 
sama Zosia w niebieskiej sukni, 
z zamkniętymi na wieki oczyma, z rękami na krzyż złożonymi na piersiach i z obrazkiem 
Matki Najświętszej w rękach. Twarz jej była tak piękna, jak zawsze, po śmierci i rumieńce 
wystąpiły na powrót, i usta dawną odzyskały różowość, i cała postać była tak piękną, jak 
niegdy: tylko co było w niej najpiękniejszego: dusza — ta uleciała do Boga. Po obydwóch 
stronach katafalku na stopniach stały dwie trumny z obydwoma aniołkami moimi, które 
nawet bez chrztu świętego powróciły do swego raju na łono Boga, z którego zstąpiły na 
ziemię. Na ostatnim stopniu katafalka wybladły, wynędzniały, z oczyma obłąkanymi, z 
włosami rozczochranymi, z twarzą wykrzywioną od bólu, nie cień, nie straszydło, ale upiór 
człowieka, siedziałem ja — i widziałem przed sobą ów sen, niegdy mi opowiadany przez 
Zosię, który dał jej widzieć kwitnącą różę umarłą 
w trumnie, u jej stopni dwa goździki 
braciszki i powój zeschnięty, wijący się koło katafalku. 
Tak siedzącego zastał 
mnie pan Grabowski, wdzięczny mój sąsiad z Myczkowiec, i 
widząc, co się dzieje, prawie gwałtem zabrał mnie do siebie. U niego to, ciężką umęczony 
chorobą, przemęczyłem się 
przez owe kilka tygodni, które były najboleśniejszymi z całego 
życia mego. 
Wzmógłszy się cokolwiek na ciele, powróciłem do Bóbrki. O, jakże mi tam pusto było 
natenczas! Jakież to były dnie moje, jakie noce! 
Zrazu mnie poczęli nawiedzać sąsiedzi, myśląc, że mnie .potrafią rozerwać i gawędami 
swoimi moje smutki ukoić; i ja przyjmowałem ich zrazu, i męczyłem się jeszcze i ich 
przyjmowaniem i traktamentem, i rozmową z nimi — ale wkrótce na bok odłożyłem wzgląd 
wszelki i zamknąwszy się szczelnie, nie przyjmowałem nikogo. I trawiłem dnie całe na 
modlitwach samotnych, odmawianych na grobach mego ojca, mych niemowląt i Zosi — i 
wkrótce potem na bóbreckim cmentarzu, naprzeciwko owego nagrobka, przy którym stał 
anioł kamienny ze złamanym kordem w jednej, a przygaszoną pochodnią w drugiej ręce, 
stanął 
drugi nagrobek, przy którym także z białego wykuta kamienia stanęła młoda, piękna 
niewiasta, z dwiema łzami na oczach i dwojgiem niemowlątek na rękach. 
I długo, długo to miejsce było najulubieńszym przybytkiem moim. Tam przesiadywałem 
wszystkie dnie letnie i wszystkie wieczory, tam, zawiniony w szubę, przeklęczałem wszystkie 
ranki zimowe. I Bóg mnie za to pocieszył do tyła, żem się przyzwyczaił do mego 
nieszczęścia. 
Czując to, na rok następny przedsięwziąłem sobie, zamiast światowych rozrywek, których 
gwaru znieść bym był nie mógł na żaden sposób, odwiedzić latem kilka miejsc świętych i 
stamtąd jeszcze oddać cześć 
Bogu i pomodlić się 
za dusze, z którymi wiecznego połączenia 
jak drugiego raju pragnąłem. 
I w tych wędrówkach, na które zawsze szedłem pieszo, a Węgrzynek mój konie za mną 
prowadził, abym miał na czym powracać, przekrzyżowałem Polskę całą i znano mnie już stąd 
wszędzie, i dla tej pobożności szanowano tak powszechnie, żem nigdy żadnej przygody nie 
doznał, które onego czasu często się wydarzały podróżnym. 
Aż raz... a było to już w trzecim roku tego mojego pielgrzymstwa — wiele rzeczy już się do 
tego czasu było zmieniło: dziadek staruszek już dawno spoczywał w grobie — pani 
stolnikowa, z którą wszelkie zerwałem relacje, samotnie dnie pędziła w Źwierniku — Lgocki 
się był odszukał i po staremu głupio żył na tym świecie — Stojowski, utraciwszy brata i 
ożeniwszy się, zamieszkał w dąbrowskim zamku — Konopka się ożenił i mieszkał pod 
Krakowem — Bal się ożenił i piękny dom prowadził w Średniej Wsi — pan Urbański, 
podstarzawszy się, dawne łowy w Jabłonkach zarzucił i zamieszkał w Komborni — i tylko 
jeden pan Fredro, po dawnemu na zdradę Włoszki narzekający, samotne życie z końmi 
swoimi i kilkoma sąsiadami pędził na Hoczwi... otóż wtedy, powracając latem z odpustu z 
Kalwarii Zebrzydowskiej, kiedy przyjeżdżam do Krosna, staje tłum wielki ludzi przed 
Franciszkańskim kościołem. Pytam, co by to było? Powiadają, że mnich jeden umarł i diabli 
go wzięli. Proszę, iżby mi opowiedziano, jako ta rzecz się stała? Powiadają, że umarł, ciało 
jego złożono w trumnie; nagle z trumny ciało zniknęło o samej północy, a w tymże samym 
momencie widziano konia czarnego jak węgiel, wylatującego kurytarzami klasztornymi w 
dziedziniec, z dziedzińca w miasto i za miasto. 
— Jakże temu mnichowi było na imię? 
Odpowiedział: 
— Imię jego Murdelio. 
W kilka tygodni potem opowiadano mi ze szczegółami, jako tej samej nocy koń czarny jak 
węgiel, pomimo drzwi pozamykanych, wpadł do pokojów w źwiernickim dworze. Pani 
stolnikowa, zbudziwszy się ze snu, krzyknęła, krew ją zalała i umarła, koń zniknął, ale ślady 
podków końskich niedawnymi laty jeszcze pokazywano powybijane na posadzkach w 
źwiernickim dworze. 
