Deotyma
PANIENKA Z OKIENKA
STARODAWNY ROMANSIK
I.
W kamiennym pierścieniu.
Szedł sobie najspokojniéj, powłócząc oczami po tych cudnych i cudacznych rzeczach, 
których może póki życia niemiał już oglądać, gdy znienacka ozwały się za nim wesołe 
przygrywania i szmery posuwiste, jakoby od nadciągającéj ciżby. Obejrzał się, przystanął, — 
a tu z bocznéj przecznicy płynie orszak strojny, 
z kapelą na czele. Przodem i do koła — jak to zwykle w podobnych razach — wali tłum 
ciekawéj gawiedzi. Wnet się téż zrobiło tak ciasno, że Pan Kaźmiérz musiał coprędzéj ustąpić 
pod ścianę. Wprawdzie ulica nie należała bynajmniéj do wązkich, ale jak wszystkie 
główniejsze ulice Gdańska, była z obu stron zastawiona dwoma szeregami dużych ganków, 
czyli raczéj tarasów, które głęboko wrzynając się w jéj koryto, szczupły tylko przepływ 
zostawiały dla jezdnych 
i pieszych.
Oparł się więc o podmurowanie jednego z onych tarasów, a że był słuszny, mógł 
ponad
głowami dobrze widziéć przeciąganie wesela, bo zaraz poznał, że to weselny orszak.
Naprzód, po trzech rzędem, szli grajkowie, dmący w trąby, piszczałki, fletnie i różne 
inne fujary, takie pokręcone, takie pozawijane, jakby jakie świeciste węże.
Potém szła gromada młodych ludzi, dość suto wyglądających. Buty miękkie, 
lejkowato rozwarte. Ubiory obcisłe, o bufiastych rękawkach, niby pozszywane 
z pasów dwubarwnych, w podłuż popękanych i nasianych sterczącemi wypuszczkami. 
U jednych krezy okrągłe, u drugich już nowomodne obwisłe kołnierze, spadające
na piersi we dwa trójkątne koronkowe końce. U ramion krótkie płaszczyki, tak zwane 
wówczas "półmancia". Nad tém wszystkiém kapelusze ogromne, o wywiniętem skrzydle i 
kiściastych piórach.
Jeden tylko Pan Młody niemiał pióra; miał za to inną ozdobę, która naszemu widzowi 
mile wpadła w oczy; były to dwa malutkie, zieloniuchne wianeczki, wzajemnie w siebie 
zadzierzgnięte jakby dwa ogniwa łańcucha, i przytwierdzone do
główki kapelusza, gdzie tworzyły rodzaj mirtowéj kokardy, a dla bystrych oczu, hieroglif 
miłości.
Za kawalerami szły panny, także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnemi 
barwami, ale krój miały jeden, nieodmienny. Suknia sztywna, w ciągnione floresowe wzory, z 
tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku passamonami, z ciemnych taśm 
kamelorowych, albo z czarnego axamitu. Na przód spódnicy
spuszczał się długi a wązki fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy, 
powiewny jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi, dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. 
Rękawy podobne do męzkich, wydęte, rozporkami zatrzęsienie, ściągały się u dłoni pod 
koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające 
podtrzymywać równowagę krézy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów: czasem 
grubo rurkowana, a mała 
w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby 
tarcza. Z jéj środka, niby pisklę z gniazda, wystawała główka gładka 
i mydłkowata, bo przy krézie, wszelkie bogatsze ufryzowanie stawało się niemożebném; 
głowa musiała być maleńką i okrągluchną, ażeby mogła poruszać się swobodnie w téj ciasnéj, 
ostro-prążkowanéj konsze. To téż wszystkie włosy podczesywano w górę i zaplatano w jeden 
warkocz, którego kręgi ukrywały się 
z tyłu pod czarną axamitną bramką, lub pod czółkiem z różnobarwnych wstążek.
Białogłowa idąca do kościoła, zarzucała jeszcze na suknie płaszczyk osobliwszy a 
prześliczny; kładł on się pod krézę, z którą stanowił niby jedną całość; uszyty po prostu w 
kwadrat, z muślinu lub lekkiéj wełny, niemiał rękawów ani żadnych ozdób, tylko pod szyją 
był lekko zmarszczony, i cały w podłuż karbowany, tak że kobiéta szła spowinięta od stóp do 
głowy, w jeden wielki 
a miękki wachlarz.
Czasem, gdy płaszczyk się odchylił, można było dojrzéć jeszcze inny jaki szczegół, cechujący 
ubranie ówczesnéj Gdańszczanki; naprzykład cięgaturę, czyli ów sznur nieodstępny jakim się 
okręcała w pasie, a którego jeden koniec opadał na fartuszek, podczas kiedy drugi, opatrzony 
całym pękiem kluczyków, igielników, nożyczek i szydełek, wpuszczany był zazwyczaj do 
bocznéj kieszeni. Na tym sznurze przewieszano téż i facolet, czyli chustkę od nosa, gdy 
rączka strudziła się jéj trzymaniem; a i chustka była wzorzysta, chwaścikami u czterech 
rogów zakończona, i rączka schludnie zawinięta w rękawicę o misternych wyszywaniach.
Panowie i panny widocznie byli zadowoleni ze swojéj strojności, bo szli 
z piersią wydętą jak u pawia, zérkając na przyglądające im się tłumy. Ale pan Kaźmiérz 
patrzył obojętnie; podobnych strojów, mniéj lub więcéj wykwintnych, mógł codzień widywać 
krocie; podobny orszak weselny, to w ludnym Gdańsku nie nowina. Dopiero za szeregami 
panien, dostrzegł coś takiego co go naprawdę zadziwiło, coś tak nadzwyczajnego, że oparł 
obie ręce o czekanik, aby wspiąć się na palce i lepiéj zobaczyć. t
Szła Panna Młoda między dwiema druchnami. Wszystkie trzy miały suknie 
z najprzedniejszéj białawo-płowéj "pawłoki" (która, jak wiadomo, była uprzywilejowaną 
tkanką szat koronacyjnych), a na sukniach płaszcze okrągłe purpurowe, z gronostajowemi 
wyłogami u przodu, z bogatą klamrą u spięcia. 
I, o dziwo! płaszcze
te w górze nie wywijały się żadnym kołniérzem, ale były wszyte w obramowanie złote, i 
wycięte kołem tak szerokiém, że nietylko szyja, ale i skrawek popiersia, wykwitały z nich bez 
osłony.
Włosy téż, wolne od pęt codziennych, jakby drugi płaszcz rozpuszczone, wiły się po 
ramionach i spływały po barkach.
Na włosach, każda z nich miała koronę złotą, cudnie wyrobioną w różne liściowe 
przezrocza i strzeliste pąki.
Korona Panny Młodéj była najwyższa. Wzrostem także oblubienica górowała nad parą 
swoich towarzyszek, i postawę miała okazałą, i w obliczu taką powagę, że ludzie przed nią się 
rozstępowali, jakby przed urodzoną królową.
W czasach, kiedy rosnąca ciągle srogość praw przeciwzbytkowych, wykluczała z 
ubiorów mieszczańskich wszelkie cenniejsze tkaniny i futra, a zwłaszcza wszelkie drogie 
kruszce i kamienie, — w czasach, kiedy Protestantyzm, coraz
bardziéj zacinający się i posępniejący, zaczynał narzucać już nietylko duszom ale i sukniom 
Purytańską surowość, — w takich czasach, te łabędzie szyje, te szkarłaty i złota, mogły 
słusznie zadziwiać na ulicach Gdańska, i Pan Kaźmiérz
teraz dopiero zrozumiał, dlaczego tak wielka ciżba leciała za tym orszakiem.
Po drodze téż ciągle przybywało śledzących oczu; na wszystkich piętrach zapalały się 
one po za wypukłemi szybkami; niejedno okno zabrzękło, roztwierane co żywo, dla 
przepuszczenia kilku głów natłoczonych.
Ale widowisko krótko trwało. Trzy koronne postacie przepłynęły jakby widziadła. Za 
niemi pokazali się rodzice Państwa Młodych, otoczeni starszyzną. Tu, między mężatkami, 
znowu karbowane kołnierze i płaszcze, znowu suknie sztywne, tylko już bez fartuszków, na 
głowach czarne bramki, ale już obszyte koronką, tworzącą z nich djademowe półkornecie. 
Między starszemi mężczyznami, więcéj biretów niżeli kapeluszy, więcéj futrzystych 
armmantelów niżeli obcisłych kabatów.
Nakoniec wysypała się ostatnia kupka ciekawych, orszak skręcił w inny poprzeczny 
zaułek, fletnie i stąpania powoli przycichły, i Pan Kaźmiérz znów się znalazł na pustéj ulicy.
 — A to mi Panna Młoda! — Pomyślał. — Ustrojona jakoby druga Ester. Taką 
prowadzić do ołtarza, to splendor! Ona wszystkim królowa, a pan-mąż jéj król. Niechno ja 
tylko stanę kiedy na ślubnym kobiercu, to moja panna musi bez pardonu mieć takowy płaszcz 
i koronę. Będą ci tam coprawda Panowie Bracia u nas 
wydziwiali nad oną komedyą, ależ morskiemu człeku wolno przecie ustroić żonę "per modum 
Gedanensem". Będzie tedy tak obleczona, jeno buzię musi mieć inakszą, bo ta nijak nie 
przypadła mi do serca; okrutnie pyszna, i na dobitkę, włosy jak u kruka. Żona kruk, to i mruk. 
Wedle mego widzimisię, żonka powinna być niezaduża, ustrugana jako ta łątka, ze złotemi 
kędziorkami, z turkusikowemi oczkami, a wiecznie śmiejąca się jako ten mały ptaszek, co to 
zawdy podskakiwa, pośpiéwywa, a jak chcesz to z ręki jé, a jak chcesz to dzióbka daje. Rzecze kto, że o 
taką łatwo, a nieprawda. Jam już niemało świata objachał, no 
i jeszczem nie nalazł owéj co mi się śni.
Tu Pan Kaźmiérz trochę sobie westchnął, i — jak zwykle czynią ci którzy wzdychają — 
podniósł w górę oczy.
Ledwie podniósł, a tu cały się wzdrygnął, złożył ręce i szepnął:
 — Jezu najsłodszy! A wszakci to akurat ona!
Mówiąc te słowa, patrzył w najwyższe okno domu, który stał naprzeciw niego po 
drugiéj stronie ulicy. Okno to wycięte w samym szczycie budynku, było zupełnie okrągłe, 
obrębione sznurową rzeźbą. W tym kamiennym pierścieniu, rozkwitało coś podobnego do 
wielkiéj stokrotki; kréza biała, przejrzysta, drobno prążkowana, wypełniała prawie całe 
okienko, a jak wśrodku białéj stokroci połyska złota kulka, tak w tym okrągłym kołnierzyku 
świéciła główka złotowłosa, bramką z niebieskich wstążek przepasana, bijąca słonecznym 
blaskiem świeżéj cery, wdzięku i figlarności, z ustami jak maliny, z oczami jak turkusiki.
Oczy te były ciekawie wpatrzone w Pana Kaźmiérza. I miały na co patrzéć. Już i 
podczas pochodu weselnego, niejedna głowa zwracała się ku niemu, niejedno spojrzenie 
skrzyżowało się z jego wzrokiem.
Bo téż Imci Pan Kaźmiérz Korycki, Porucznik od Marynarki Jego Królewskiej Mości Władysława IV, był wyraźnie stworzony do 
dwóch rzeczy; do bicia nieprzyjaciół i podbijania serduszek. Wysoki a smukły, mocny a 
zwinny, wdzięczący się a zuchowaty, lubił każdemu i każdéj blizko zaglądać w oczy. Twarz 
miał ogorzałą porządnie od morskich nawałności, 
a jędrną jak spiż, i przy każdém wzruszeniu wybuchającą rumieńcami, które przelatywały 
szybko niby błyśniecie lontu. I piwne jego źrenice były tak pełne iskier, że gdy się w kogo 
bystro wpatrzył, to go temi oczami siekł jakby rózgami płomiennemi. Siarczysty kawaler.
Ubrany był dosyć osobliwie: nawpół po naszemu, a nawpół z cudzoziemska, bo téż 
tak mniéj więcéj wyglądała cała flotta Pucka, w któréj urządzeniu wzorowano się z początku 
na marynarkach obcych, a zwłaszcza na Szwedzkiéj, najbliższéj nam wedle sąsiedztwa, i 
najlepiéj znanéj z powodu częstych, zbrojnych sporów.
Miał więc Pan Kaźmiérz obcisły kaftan, czyli tak zwany kolet, z łosiéj skóry, na ukos 
przepasany czarnym rzemiennym bandoletem, u którego wisiał obosieczny, nieco 
zakrzywiony kordelas. Rajtuzy uszyte z granatowéj rasy, pod
kolanem były przewiązane i wpuszczone w obuwie, składające się nie ze zwykłych butów, ale 
ze zgrabnych półbuciów bez cholew, żeglarz bowiem jak góral, potrzebował nóg lekkich, dla 
uwijania się po stromych piąterkach i oślizgłych
wklęsłościach ówczesnych okrętów.
Na kolecie nosił półkopieniak, z kroju dość
podobny do burki, ciemny i włochaty po wierzchu, więc dobry na słotę lub wichurę, ale dobry 
i na pogodę, bo podbity czerwonemi nicami, i które w dzień jasny odrzucały się na ramiona, i 
rozweselały ubranie.
Głowa Pana Kaźmiérza nie była podgoloną; mało kto jeszcze wtedy u nas oszpecał się 
owym dzikim tatarskim wymysłem. Włosy jego, drobno skędzierzawione, przypominały ten 
sposób uczesania, jaki późniéj został nazwanym "? la Titus", 
a który na ówczesnych wizerunkach już często daje się spostrzegać.
Włosy te Pan Kaźmiérz przykrywał, nie spiczastym szwedzkim, ani okrągłym 
niemieckim kapeluszem, ale kosmatą, szczeropolską czapką, edną z owych prześlicznych, 
fantastycznych czapek, jakie u nas kwitły za Wazów. Brzegi jéj 
były w górę wywinięte i przeróżnie ponacinane, a u przodu stała kitka czarna, przytwierdzona 
zanklem srebrnym z emalią, gdzie drobniutko wymalowany, kraśniał herb Marynarki Puckiéj, 
ten sam co był wyszyty na Banderze królewskiéj, mianowicie: ręka po ramię obnażona, 
trzymająca dobyty miecz; wszystko w polu czerwoném.
Jednak ta czapka, choć tak piękna, stała się teraz dla Pana Kaźmiérza narzędziem 
niepomyślnéj próby. Ledwie bowiem spostrzegł, że panienka z okienka na niego spogląda, 
zerwał ową czapkę z głowy i bardzo układnie się ukłonił.
Tymczasem skutek zawiódł oczekiwanie. Panienka nietylko nie oddała ukłonu, ale 
przestraszona
zaczepką nieznajomego, zapłoniła się gwałtownie, (przez co — wedle uwagi pana Kaźmiérza 
 — obrazek uległ takiéj zmianie, jakby kto w złote serduszko stokrotki wetknął czerwony 
pączek róży), wycofała głowę z okienka, i znikła w jego
ciemnéj głębi.
 — Szkoda! — Mruknął Pan Kaźmiérz. — Spłoszyłem oną śliczną apparycyę. Trzeba 
rzecz naprawić. Czasem dobra wiolencya, a czasem paciencya. Zażyjmy teraz téj wtóréj. 
Powiedają, że kiedy dyabeł niemoże białogłowy na żaden lep ułowić, to zawsze w końcu 
weźmie ją na ciekawość. Poczekajmyż. Może i ta panienusia,
z ciekawości raz jeszcze wyściubi swój aniołkowy pyszczek?
Daléj więc stał i wpatrywał się w kamienny pierścień. Czasem wodził oczami po 
niższych trzech piętrach kamienicy, dla sprawdzenia, czy panienka nie wygląda jakiém inném 
oknem? A tak patrząc, dziwił się i piękności domu.
 — Dalibóg, nie dom jeno templum. Że téż to ta cackana struktura nie wpadła mi 
jeszcze nigdy w oczy?..
Rzecz łatwo się tłumaczyła. Zajęty swoją wodną służbą, Pan Porucznik rzadko bywał 
w Gdańsku, a jeżeli się tam pokazał, to tylko na kilka godzin, dla przelotnéj uciechy; wtedy 
chodził najczęściéj po ulicy Długiéj, która jest najludniejszą i najweselszą w Gdańsku, a choć 
czasem przeszedł się po innéj, to wolał patrzéć na buziaki, niżeli na domy.
Dzisiaj wszakże, niemając nic innego przed
oczami, dobrze się przypatrzył "cackanéj" kamienicy.
Należała ona do węższych, dwuokiennych, ale do najstrojniejszych. Oko niemogło się 
tam doszukać ani skrawka nagiego muru; od góry do dołu była to jedna kaskada złoceń, 
rzeźb, szkiełek i malowań.
A najprzód, część dolna wysuwała się do widza tarasem, (tak zwanym przez 
miejscowych mieszkańców Beischlagiem), na który prowadziło pięć kamiennych schodków. 
Taras był ubrany w kwitnące donice, i obwiedziony kratką, wykutą, 
a raczéj wydzierganą z żelaza; sploty jéj pogięte w zakrętne gałązki, miały nawet wiele części 
suto pozłacanych, zwłaszcza tam, gdzie kowacz powypuszczał 
z nich liście, szyszki i jabłuszka. Pozłocił on i poręcze od schodków, oparte na dwóch 
kamiennych kulach, owych sławnych kulach przedgankowych, które zawsze 
stanowiły jedną ze znamiennych cech budownictwa Gdańskiego.
Na taras wychodziło dolne okno, zaplecione także wyzłacaną kratą, i drzwi o jedném 
skrzydle, dębowe, przepięte świecącemi antabami, wprawione w odrzwia kamienne, których 
łuk okrągły wywijał się w górę lekką igłą.
Każde z wyższych piąter przedstawiało dla oka trzy filary, przedzielone dwoma 
wysokiemi oknami. W tych oknach już nie było zakratowań, tylko siatka 
z ołowianych oczek, w których szyby drobne a wypukłe nakształt kukiełek, błyszczały pod słońcem, z iście brylantową rzęsistością.
Na pierwszém piętrze, do filarów grubych i bogatych, przyparte były posągi trzech 
mężów. Patrzący mógł dobrze się z niemi poznajomić, bo na podstawach wyrżnięto ich 
imiona. Wśrodku, między oknami, przyobleczony po cesarsku, 
z globusem i krzyżem w rękach, stał Carolus Magnus. Po dwóch bokach, zbrojni 
w rzymskie hełmy i rynsztunki, wspierali się na włóczniach Grachus i Machabeus. Jaka myśl 
kierowała rzeźbiarzem, gdy ześlubiał te trzy postacie, to pozostanie jedną z tysiącznych 
tajemnic, które fantazja dawnych mistrzów zaklęła w stare kamienie.
Na drugiém piętrze, przy filarach już dużo lżejszych i smuklejszych, bielały także trzy 
posągi, tu już same kobiece. Wszystkie trzy były prześliczne, chociaż — prawdę mówiąc — 
niebardzo budujące, bo tylko rozpuszczonemi włosami odziane. Pan Kaźmiérz pomyślał 
sobie, że to jest zapewne Matka-Ewa, trudno jednak przypuścić, aby artysta powtarzał aż trzy 
razy jeden pomysł; musiały to być raczéj Gracje, témbardziéj, że wszystkie trzy unosiły w 
rękach jedną wielką plecionkę z kwiatów, która spuszczając się pod okna, całą tę część 
budowli ubierała w świąteczne wieńce.
Na trzeciém piętrze już nie było, posągów, tylko medaljony o tłach złotych, a na nich 
namalowane kosze, pełne róż, winogron i dzióbiących je ptaszków.
Nakoniec, nad owemi ptaszkami, wystrzelał szczyt domu, nie prosty trójkąt jak u 
gockich dachów, ale rodzaj liry wygiętéj we dwa esy, pochylone ku sobie 
i związane w górze. Ze związania tego, niby klucz sklepieniowy, kręto wywijał się smok 
złoty, o zielonych połyskach spiżu, wysuwający na powietrze swoje skrzelaste skrzydła i 
łuszczkowaną głowę, którą podejrzliwie zwracał ku domowi, jakby strzegł skarbów tam 
zaklętych.
Pod temi to właśnie skrzydłami, w środku rzekoméj liry, otwierało się owo tajemnicze 
okienko, do którego ciągle wracały oczy Imci Pana Kaźmierza.
Oczy jego wracały, ale "apparycya" nie wracała. Pokryjomu téż zaglądać nie mogła, 
bo w pierścieniu okiennym nie było ani szybek ani żadnych zasłon. Raz coprawda, wydało się 
patrzącemu, jakby jakiś obłoczek przepłynął po czarném denku; ale, czy to było złudzenie 
strudzonego wzroku, czy panienka na widok szpiega cofnęła się po raz drugi, dość, że 
okienko pozostało pustém, a Pan Kaźmiérz wielce markotnym.
Nakoniec złości go wzięły.
 — Cóż u licha? Czy ja taki nieciekawy do widzenia? Czy ona znowu taka święta? Oj, 
będziesz ty jeszcze mi się przypatrowała, moja ty święta z fimfami! No, i to, czy nie istny 
ferał, abym ją dopiero dzisia zdybał, dzisia, w ostatni
dzień! A żeby tak dostać się do téj kamienicznéj fortecy? Dobra inspiracya dalibóg, jeno jaki
tu assumpt wziąć? Abo ja wiem kto tam siedzi? Czy jakowe miłosierne dusze, czy srogie 
Menelausy?
Gdy tak sobie rzeczy rozbierał, tymczasem w głębi ulicy ozwały się kroki 
nadchodzącego człowieka. Był to Pachołek miejski, w ubiorze pasiastym, o pręgach 
granatowych i brunatnych; w ręku miał berdysz oparty na ramieniu. Szedł dosyć ospale, nie 
spiesząc się, może tylko dla pilnowania spokoju na ulicach, a może miał wypuszczać jakiego 
więźnia z wieży, albo miejskie zegary ponakręcać, bo 
w drugiém reku niósł kilka dużych kluczy.
Pan Kaźmiérz go zaczepił.
 — Chodź tu sam, drabik!
 — Na usługi Pana łeficerza.
 — Do kogo to przynależy ta kamienica?
 — Jeśli łaska Waszéj Wielmożności, która?
 — No ta, z figurami.
 — A, ta? Oho! Zara widać jako Wasza Dostojność wysiada z za morza, kiej się pyta o 
takową rzecz, co każdy dzieciak u nas wié. Toć to Bursztynowy dom.
 — Nie kpij chłopie. Nie widzę tu ni szczypty bursztynu. Cegła i kamień, jako u 
jenszych.
 — Proszę ja Waszéj Wielmożności, ktoby to z onego kadzidła miał domy ulepiać? I 
sam król Dawid, kiedy budował swoją świętą wieżę, to urobił ją 
z kości a nie z bursztynu, bo to rzecz zadroga, i zamało jéj Pan Bóg dał na świecie, tyla jeno 
co u nas rośnie wedle morza, więcéj niéma nigdzie ani krzty.
 — Za cóż tedy ten dom tak zową?
 — Za to co w nim żywię największy kupiec na bursztyny. Drugiego takiego niéma w 
całkim Gdańsku, he! pono i w całkiéj Hanzie.
 — A co to za jeden zacz?
 — Johann Schultz.
 — Pfu! Niemiec?
 — Nie ze wszystkiém. Ociec jego jeszcze nie gadał, ale on już gada 
i nieźle, i pono dosyć się kocha w naszych królech. Sam też sprawuje urząd miejski. To jeden 
ze stu Panów Rajców.
 — Taki znaczny człek?
 — Oj, haniebnie znaczny. U niego całkie komory pełne bursztynowych jasełek. 
Wszystkie Wójty i Ławniki, ba! i Burmistrze do niego chodzom. A temu sześć czy siedem 
roków, to sam król nieboszczyk, pan nasz Zygmunt Trzeci przysyłał do niego pisanie.
 — Proszę! Czego to król mógł chciéć?
 — Ludzie gadali co chce mieć tron całki z bursztynu. Aleć ja tego nie wiem. To jeno 
wiem, że posłaniec z Warszawy był, bom ja sam drogę jemu pokazował, właśnie aż tu, do 
tych drzwiów.
 — A ludzki téż to człek?
 — Tak sobie, dosyć. Jono zawdy szkoda co pół-niemiec i pies luter.
 — Aha, to on z tamtych. No, ale ty przynajmniéj nie luter?
 — A niechże Pan Bóg uchowa. Ja Kaszuba,
Jakób Grubasek, z dobrych Kaszubów, z tłustych Żuław.
 — Jam téż zara to poznał po twojéj tłustéj gębie.
 — Dziękuję Waszéj Dostojności. U nas, chwała Bogu, chleba w bród. Żeby jeno lutry 
nie bijały się z naszemi po ulicech, toby my mieli święte życie. Tera już kęs czasu nie było 
bijatyki, to i cicho, i człek się wypasa. Co jeszcze Pan łeficerz każe?
Kaźmiérz byłby jeszcze chętnie zapytał, czy pan Schultz ma córkę lub młodziuchną 
żonę, ale sobie pomyślał:
 — E! Wstyd mi wdawać się ze stróżem w takowe kordyalne konfidencye.
Rzekł więc tylko:
 — Już nic. Bóg wam zapłać, mój Grubasku.
 — Sługa pokorny — odpowiedział tamten, przyçzém zdjąwszy swój szafirowy beret, 
nizko się pokłonił, i odszedł powoli, pobrzękując kluczami.
Pan Kaźmiérz klasnął w dłonie.
 — Vivat! Jest assumpt! Pójdziem po bursztyny. Coprawda, mieszek już okrutnie chudy, 
alęć potargować zawdy wolno, za to na gardle nie karzą. A więc, do lin! I brać karawellę!
Rzekł, przemierzył wszerz ulicę, skoczył na taras, i ująwszy pięknie rzeźbioną kołatkę, 
zaczął nią bić po kawalersku we drzwi Bursztynowego domu.
II.
W Bursztynowym Domu.
Długo musiał czekać pode drzwiami. Przynajmniéj naszemu gorączce, wszelkie 
czekanie zawsze wydawało się długiém.
Nakoniec z wewnętrza, zaszemrały kroki dosyć lekkie.
 — Oho! Jużem ściągnął mego ptaszka z poddaszka. A może to i nie ptaszek. Jakoś 
trocha ślamazarnie nóżki za sobą ciąga...
Warknął gruby rygiel, i w szparze drzwi odchylonych, ukazała się głowa, coprawda 
kobiéca, dosyć nawet przyjemna, ale nic a nic niepodobna do tamtéj. Musiała to być niewiasta 
służebna, i dobrze już wysłużona; dobiegała conajmniéj piędziesiątki. Ubrana była chędogo, 
w kołnierz z muślinu, prawda że grubego, ale
suto nakarbowanego, (bo wtedy czy sługa czy przekupka, żadna nie ruszyła się bez krézy) i w 
inderak czyli spódnicę staroświecką, pękato wywatowaną koło bioder.
 — Co to? — Zapytała.
 — Czy tutaj kram na bursztyny?
 — Ia. — Odrzekła, i rozwarła tak szeroko drzwi, że uderzenie ich o ścianę odbiło się 
przeciągłém echem po sieni, nadzwyczaj długiéj, wyłożonéj piękną, polewaną cegłą. Pod 
sklepieniami wisiały rogi jelenie i różne obrazy, którym jednak trudno było się przypatrzéć, 
bo choć owo złoto-kraciaste okno wpuszczało tam sporo światki, jednak sień była taka 
głęboka, że już od połowy tonęła 
w półcieniu.
Na saméj głębi, przez inne drzwi wpółotwarte, oczy mogły rozróżnić równie długą i 
głęboką kuchnię, zakończoną dwoma oknami, wychodzącemi na mroczny dziedzińczyk. Że 
pora była poobiednia, więc wszystko tam stało we wzorowym porządku; z półokrągłych 
wnęk, powyżłabianych w murze, jakieś brzuchate kociołki
mrugały miedzianemi połyskami, a skośnie oparte na półkach misy i talerze cynowe, świeciły 
rzędem jakby tarcze.
Drzwi te zajmowały jeden z kątów sieni.W drugim kącie, wokoło grubego słupa, 
kręciły się ślimakiem schody, obwite przejrzystą, z orzechowego drzewa toczoną poręczą, 
któréj tralki były powyginane w najśliczniejsze palmy i chimery
Tam niewiasta wskazała, mówiąc:
 — Na pierwszym treppie.
I znikła w głębiach kuchni.
Wszedłszy na kilka stopni, Kaźmiérz wydał przytłumiony wykrzyk; o dwa zakręty 
wyżéj; przechylona przez poręcz, zwieszała się ku niemu
koronkowa stokrotka, i wyglądająca z niéj ciekawie złota główka. Puścił się szybko ażeby ją 
dogonić, ale ona jeszcze szybcié mknęła, i tylko jéj błękitna suknia, przerabiana w białe 
floresy, migała za orzechowemi floresami kraty,
wydając takie sztywne chrzęsty, jak gdyby drzewo tam szumiało.
Kiedy nakoniec wybiegł na korytarz przecinający pierwsze piętro, już ona śmignęła 
po-za majaczące przezrocza innych schodów, co nowym ślimakiem wywijały się w górę. 
Wielką miał ochotę i tam za nią popędzić, ale w téj chwili 
odemknęły się jedne ze drzwi korytarzowych, i ukazała się w nich posępna głowa młodego 
człowieka, który spytał:
 — Kto tutaj chodzi?
 — To ja. Wedle bursztynów.
 — A! To tam, Wasza Dostojność, naprzeciwko.
Więc Kaźmiérz skierował się do drzwi z naprzeciwka, i do jakich drzwi! Gdyby nie 
półciemność panująca w korytarzu, gdyby zwłaszcza nie gwałtowność 
z jaką wszystko zwykł czynić, byłby mógł zgubić oczy w téj wikłaninie wstęg, powojów i 
skrzydlatych genjuszków, co się tam roiły na tle z jasnego dębu. Ale za otworzeniem, 
piękność drzwi gasła jeszcze przy piękności komnaty, zatrzesionéj także dębową 
snycerszczyzną. Z misternych, czworobocznych 
przegródek sufitu, wyglądały rzeźbione głowy (ozdoba ulubiona polskim budowniczym). 
Przy ścianach, ciągnęły się sławne Gdańskie szafy, o kulistych nogach, o wrotach bajecznie 
dłutowanych, o szeroko przysiadłych dachach, istne pałacyki dla Dryjad i domowych Larów. 
Zastawiona takiemi gmachami komnata, wydawała się mocno ciemną, témbardziéj że była 
wązka w stosunku do swojéj wielkiéj głębokości. Na samym jéj końcu dopiero, świeciły dwa 
okna, te właśnie, między któremi na zewnątrz stał Carolus Magnus, a pod któremi tutaj 
ciągnął się stół ogromny, zarzucony mnóstwem świderków, pilników, baniek i miseczek.
Przy stole, w dużém poręczowém krześle siedział mistrz Johann Schultz. Miał na 
sobie kurtę z kasztanowatego falendyszu, o małym karbowanym kołnierzu 
i bufiastych rękawach; szare pludry, zielone pończochy, i trzewiki z pęczkami wstążek. Na 
długawych, szpakowatych włosach nosił mały czarny birecik, bo wtedy
i w domu nakrywano głowę.
Siedział pochylony do światła, i pulchnemi rękami urabiał maleńkiego Amorka z 
bursztynu. A nietylko ręce ale i twarz miał pulchną, i cała jego osoba jaśniała okazałą tuszą, 
tak że Kaźmiérz pomyślał sobie:
 — Jeślici tamten Grubasek, to ten cały grubas.
Ale ta grubość była przejrzystsza, wykwintniejsza. Rysy nawet musiały być niegdyś 
bardzo ładne, dopóki długie lata siedzącego życia, i długa zażyłość 
z kuflem, nie zaokrągliły ich zbytecznie.
Podczas gdy Kaźmiérz czynił w duchu takie uwagi, mistrz Johann oddawał piękném 
za
nadobne. Spostrzegłszy świetny wygląd wojskowego, pomyślał sobie:
 — Oho! Może jakowy utracyusz? Będzie zeń dojny kuntman.
Przyczém, wstawszy powolutku, skłonił się z powagą, i patrzył na gościa 
w postawie wyczekującéj, bo wielcy kupcy owych czasów, byli tacy, jakiemi są jeszcze dziś 
na Wschodzie, uprzejmi, ale małomówni i nie narzucający się z towarem. Wszelką sztukę 
"reklamy", wszelkie przechwałki z bębnami, pozostawiali krzykaczom jarmarcznym, a sami 
twierdzili, że czego kto naprawdę potrzebuje, to sobie zawsze znajdzie. Niewiedzieli, 
prostoduszni! że można ludzi kusić i na to, czego im nie trzeba.
To téż i w ich składach nic nie stało na pokaz, nic się nie uśmiéchało 
z po-za szyb kryształowych. I tutaj oto, któż byłby mógł odgadnąć, co ta surowa komnata 
ukrywa w swoich szczelnie pozamykanych tajnikach?
Kaźmiérz pierwszy zaczął:
 — Jutro wyjeżdżam, chcę zawieźć doma gościniec, z téj racyi przyszedłem do Waści, 
panie kupiec.
 — Toś Wasza Miłość richtig trafił. U nas grassuje przysłowie:
Zawiózł panek do Gdańska pół-szkutek pszenicy, Za to przywiózł bernsztejnu aż pół 
rękawicy.
 — A! Paradnieś to Waść przycytował. — Rzekł gość, któremu bardzo się podobała 
krotochwilność gospodarza. — Obaczmyż co ja mam
nasypować do onéj rękawicy, chociaby do jednego palca w gantelecie?
Kupiec tedy zaczął jedną po drugiéj otwierać owe zaczarowane szafy. Tam na 
głębokich policach, stały rzędami bursztynowe posążki, czarki, kropielniczki, solniczki, 
ampułki. Były i przedmioty niby innego porządku, jako to: srebrne puchary i talerze, 
kryształowe szklenice i nalewki, ale wszystko nasadzane maskaronami albo figurkami z 
bursztynu; były i krucyfixy hebanowe ze słonecznym Panem Jezusem, i świątyńki z kości 
słoniowéj, gdzie bawiły się różne żółciuchne osóbki.
Potém kupiec wyciągnął płaskie szuflady, gdzie leżały rzeczy drobniejsze ale niemniéj 
kosztowne, bo z najbielszego bursztynu wycinane, i złotemi oprawawami niewidzialnie 
podszyte. Spoczywały tam na czarnych axamitach, naszyjniki, krzyżyki, zausznice, alszbanty, 
i wszelkie inne figle białogłowskie, wyrobione tak cieniuchno jakby z wosku. Gdzieindziéj 
znów, guzy do żupanów, szpinki do kitek i kołnierzy, kule i różne wisiory do rzędów 
końskich, kameryzowane gdzieniegdzie upstrzeniami z pereł i drogich kamyczków. Tu już 
Pan Kaźmiérz zaczął tracić głowę. Mieszek jego — coprawda — piszczał srodze na haniebne 
ceny jakie mistrz Johann obojętnie wymieniał, ale Kaźmiérz nie okazywał
żadnego zmieszania, ani się owym cenom dziwował; a czynił tak dla dwóch powodów; 
najprzód chciał koniecznie przedłużyć rozmowę, w nadziei że panienka z okienka zajrzy 
nakoniec do komnaty; powtóre, chciał się nasycić, jeżeli nie posiadaniem, to przynajmniéj 
oglądaniem tylu przecudności, bo nasza młodzież wojenna zawsze kochała się w 
"splendorze". Więc wszystko po kolei brał do ręki, najdroższe rzeczy targował, a jeśli nie 
sypał złotem, to sypał hojnie i szczerze pochwałami, czém niezmiernie sobie ujął gospodarza, 
bo Majster Johann był jeszcze więcej kunsztmistrzem niż kupcem.
Widząc, że młodzieniec najpilniej ogląda figurki niewieście, odezwał się 
z uśmiechem:
 — He he! Mam ja tu coś, echt dla pana officyjera, jeno tam jeszcze grubszy koszt, bo 
to mój meister-stück.
Tu wysunął na środek pokoju swoje wielkie krzesło. (Z dębu rzeźbione jak wszystkie 
inne sprzęty, a wybite skórą z Korduby, o tle dereniowém i złotych wyciskach). Potém z 
kieszeni wyjął kluczyk, a wtedy Kaźmiérz spostrzegł nie 
bez podziwu, że pod siedzeniem jest ukryta szuflada z misternym zameczkiem.
 — Przebóg! Czego téż te Niemcy nie wymyślą? — Zawołał. — A to, bez urazy, 
możnaby o Waści powiedziéć, co się zawdy o sknérze powieda, że: "siedzi na swoich 
skarbiech."
 — Ia. Ia. Siedzi. Czego niema siedziéć, kiedy skarby są? — Odparł bez urazy 
gospodarz, i wyciągnąwszy szufladę, zaczął przeglądać jéj różne przegrody. W jednych, 
nakształt kiełbasek, wiły się długie sakiewki, przez których dziergarkę przeglądały rulony 
hollenderskich dukatów. Gdzieindziéj były drobne łańcuszki i paciorki.
 — To — mówił — różne andenkieny po mojéj nieboszczce.
 — Waść wdowiec?
 — A wdowiec. Już dwie lecie z górą minęło jak my ją pogrzebli.
Nakoniec, z najgłębszéj skrytki, wyjął długie puzderko, gdzie na szafirowym atłasie 
ukazał się bursztynowy sztuciec. Trzonki u wszystkich trzech
narzędzi były wyrobione w kształcie mitologicznych posążków, a przytém obmyślone z 
podwójnym dowcipem; i tak, po jednéj stronie bożek Mars, gorejącéj barwy, trzymał nad 
ramieniem wzniesiony mieczyk złoty, który zarazem tworzył i klingę noża. P drugiéj stronie 
Neptun, trochę szarawy, trzymał trójzęb, którego złote szpikulczyki tworzyły widelec. 
Najwięcéj Panu Kaźmiérzowi podobała się łyżka; była to stubarwna, okrągło-wklęsła muszla, 
z któréj wychodziła bogini Wenus; 
a bursztyn użyty na tę postać, przeświécał taką mléczną białawością, że wydawała się 
naprawdę istotą z morskiéj piany.
Pan Kazimiérz przyglądał się téj niebiance z iście pogańskiém nabożeństwem. 
Niemniéj pilnie jéj się przyglądał i własny jej twórca, a nawet 
w tém jego patrzeniu była jakaś lubość taka daleka od czystego artyzmu, że młodzieniec 
spostrzegłszy jego usta lépko rozchylone jak u ryby, pomyślał sobie:
 — Ej, ty niemiecki Sylenusie! Mimoć latek, ona bogini jak widzę, dobrze cię jeszcze 
za łeb dzierży.
Jednak uwagę tę schował dla siebie, a na głos powtarzał:
 — Mirabilia! Godne królewskiego stołu!
 — A ja zawdy powiedam, że to stworzone dla was Panie Officyjerze, bo jako się widzi 
z moderunku, Wasza Miłość służysz i Marsowi i Neptunowi, a jako się patrzy z oczu, to 
takoż...
 — I Wenerze. — Dokończył Pan Kaźmiérz. — Co prawda to prawda. Służęć ja téj 
bogini z ferworem, i zabrałbym Waszecin sztuciec jeszcze dzisia, cóż kiedy 
w sepecik nie wlézie. 
Mówiąc to, wziął jedną ze swoich rękawic, i chciał niby wsunąć w nią puzdro, które 
oczywiście nie mogło się tam zmieścić.
Obaj się roześmieli, a podczas kiedy kupiec zamykał napowrót szufladę, Kaźmiérz 
mówił z niekłamaném zachwyceniem:
 — Wielki z Waści magister w tém rzemiośle. Wié to cała Hanza, i cała Korona. Mnie 
nawet gadano, co Król Jegomość nieboszczyk do Waści pisywał. Czy to może być?
 — A może być, kiedy było. Ho! Nasz Pan Miłościwy, to nietylko był mądry König, 
ale i mądry Kunstmeister. Inne królowie, kiedy się sfatygują, to wyprawiają sobie Turnyery, 
szlichtady i różne lusztyki. A król Zygmunt nie, — jeno siadał wonczas do warsztatu, i dłubał 
sobie we złocie albo srybrze, to kubeczki, to łańcuchy, to Monstrancye, i to nie dla żartu, ale 
rzeczy fein, coby się ich i prawy Meister nie powstydał. Owóż jednego dnia, przyszła mu 
takowa chęć, aby sobie zrobić trinckbecher z czystego bernszteinu, jeno
niewiedział zkąd wziąć tej substancyi, ani jak się to robi? Kazał tedy pisać do mnie, abym ja 
mu przysłał kawały jakie mam najlepsze, i takoż w piśmie zapytował o nasze niektóre 
majsterskie sekreta. Jam tedy posłał, i z sekretów onych się
spuścił, jako wierny sługa i poddany.
 — I cóż król, zrobił ten kielich?
 — Gadali mi panowie co płynęli ode Warszawy, że zrobił, i że tam wygrawował swój 
osobisty konterfekt. Mówili przytém, że i moim sekretom był rad.
 — Fiu! Fiu! To Wasze Panie Konzul, w korrespondencyach z królami! Felicytuję.
I Pan Kaźmiérz spojrzał na niego innémi oczyma, i odtąd zaczął go tytułować już nie 
"panem kupcem," ani "majstrem," ale "Panem Konzulem." (Bo tak u nas niekiedy z rzymska 
chrzczono Rajców, którzy byli niezmiernie radzi owéj
nazwie).
 — Co téź to tych precyozów tutaj! — Mówił oglądając się do koła. — Jakem żyw, 
jeszczem nigdy tego cudownego electrum tyle naraz nie widział. Czy i w téj szafie takoż?
 — Oho! Abo to tylko w téj szafie? I abo to tylko w téj komorze? Ja na każdym 
sztocku mam izbę pełną tego, i cały strych takoż pełen.
 — Nie może być! Nie uwierzę, chyba że obaczę. Pokaż mi Waszeć wszystko bez 
excepcyi. Ja już może nigdy tu w Gdańsku nie będę, to niechże per omnia tempora napasę nos 
i oczy tą pachniącą ambrą.
 — A no, czemu nie? Jeśli Herr Officyjer ciekaw, to pójdziem na górę. Będzie w czém 
wybierać.
Tu gospodarz zdjął ze ściany klucze, i otworzywszy drzwi komnaty, wypuścił naprzód 
Kaźmiérza, który wyszedł tryumfując w duszy:
 — Aha! Postawił ja-ci na swojém. Jak poczniem cały dom lustrować, toć przecie nam 
się ta biała myszka nie wyśliźnie? 
Zaraz w korytarzu, widząc owe drzwi, z których posępny młodzieniec wskazywał mu 
drogę, Pan Kaźmiérz zapytał:
 — A tu co? Takoż skarbczyk?
 — Nie, to warsztat.
I kupiec otworzył drzwi do izby wązkiéj a głębokiéj; rozciągała się ona po-nad 
kuchnią, i dwa jéj okna również wychodziły na mroczny dziedzińczyk. Ściany były nagie, 
pod ścianami ciągnęły się stoły z prostych desek. Przy stołach pracowały zamorusane 
chłopaki.
 — Oni — mówił kupiec — obrabiają z grubego; ja dopiéro potém biorę do 
forszneidunku.
 — A oto — rzekł wskazując na młodego człowieka o posępnéj twarzy, który stał pod 
oknem, — oto mój Altgesell, człek tęgi, Kornelius Storm. Z Ollendrów on, z narodu 
pracowitego. Będzie to kiedyś także Meister, jeno musi jeszcze dobrze
fałdów przysiedziéć.
Kornelius pokłonił się, a potém powiedział:
 — Herr Meister, była tu frajlein Hedviga, i pytała o Pana Meistra.
 — Nic pilnego. Ta fryga musi co godzina
cały dom obieżéć. Niech sobie czeka. Teraz mam gościa, i to rarytnego, takiego co nietylko 
na rzemiośle wojenném, ale i na wszelakiém inném się zna.
Tak to nasz kawaler prędko potrafił zawojować Pana Rajcę.
Gdy wrócili do korytarza, i zaczęli wchodzić na schody, Kaźmiérzowi błysnął znowu 
nad poręczą jakiś krążek biały jakby kréza. Jednakże u wierzchu nie znalazł nikogo.
Rozkład wszystkich piąter był jednakowy; wszędzie tylko dwa, niezmiernie długie, 
przeciwległe sobie pokoje, rozdzielone korytarzem, przez który przebijała się śruba 
schodowa. Korytarz taki, biegnąc w poprzek domu, niemógł posiadać właściwych okien; 
czasem jednak, na wspanialszych piętrach, — jak tu naprzykład — był nieco rozświecony 
przez otwory, wrycięte w wewnętrznych ścianach, a które od strony pokoju, zasuwano wedle 
woli, ruchomą deszczułką.
Na drugiém piętrze, w komnacie od ulicy, stały znowu szafy ogromne, ale już 
skromniejsze, a w nich znowu krocie przedmiotów bursztynowych, ale już mniéj 
kosztownych. I te jednak były prześliczne, i Kaźmiérz zaczął już na dobre 
targować pewien kubeczek z rycerskiemi godłami,
co wedle słów jego: "przydał by się dla Pana Oćca jak ulał." Przed końcem targu wszakże, 
oświadczył że "musi jeszcze wziąć na medytacyę, i że tu grzech coś rezolwować, dopóki się 
nie zlustrowało wszystkiego."
Wrócili więc na korytarz, gdzie kupiec sam wskazał drzwi przeciwne, mówiąc:
 — Tu mój szlaf-zimmer.
I wprowadził gościa do komnaty, cudniejszéj niżeli wszystkie inne. Wprawdzie okna 
jéj wychodziły na dziedzińczyk, ale tu już przy większém wyniesieniu, światło było 
mocniejsze, i skrawek lazurowego nieba rysował się za szybkami. Zresztą, ktoby tu miał 
ochotę patrzéć na resztę świata? Każdy wolał patrzéć w koło siebie. Było na co. Nogi grzęzły 
w pstrokatym Smirneńskim dywanie. U drzwi i okien wisiały, chodzące na kółkach, mięsiste 
zapony, tak zwane "huisverts," gdzie były wyszyte w tkaninie rozmaite obrazy, przeważnie 
zielone, bo wzięte najczęściéj z życia myśliwskiego. Na murach, w ogromnych dębowych 
obramowaniach, rozpinały się sztywnie flamandzkie kobierce, a na nich téż ogromne wytkane 
obrazy, z figurami rycerzy, pięknych dam i bogów. Poniżéj, stały nietylko szafy Gdańskie, ale 
i śliczne szafeczki Toruńskie, wykładane mozaiką z drzewa, którego słoje tworzyły 
najuczeńsze rysunki. Były i stoły, 
i krzesła, i półeczki, o wyrzynanych brzegach, o skręcanych nogach. A na tych stołach i 
półkach, różne rzeczy ciekawe; tu srebrny półmisek ze dzbanem, ówdzie
Biblja w cudownéj oprawie z emaljami, a wszędzie pełno tych pękatych Delftyjskich 
fajansów, których tło białe jest nażyłkowane błękitnemi albo czerwonemi wzorkami. Było téż 
dużo i fraszek niewieścich. Z boku, nad wszystkiém królujący, piętrzył się pod ścianą 
wspaniały pawilon, po trzech stronach zasunięty złoto zieloną makatą z Arrasu.
Pan Kaźmiérz rozglądał się, kręcił głową i mówił:
 — Proszę! Proszę! Waszecina kamieniczka, druga królowa Bona. A toż ona summy 
Neapolitańskie połknęła.
Kupiec zaś powzdychiwał, i powtarzał:
 — Cóż, kiedy pustki? Tu przez dwadzieścia lat gospodarowała moja biédna Dorotea.
Kaźmiérz spostrzegłszy w téj chwili klęcznik, z bursztynową Figurą Matki Boskiéj, 
zdziwił się i zapytał:
 — A toć to chyba nie była dyssydentka, kiedy widzę tu takie świętości?
 — A nie. — Odparł z przekąsem gospodarz. — Katoliczka była, i zażarta. Dobrze mi 
dojadła swoim wiecznym śledziem i Litanyami.
 — Remomeruję Waści, że i ja katolik i praw.
Gospodarz odpowiedział pół-szyderczo:
 — Pokornie Waszą Miłość przepraszam. Ale my tu we Gdańsku nie owijamy téj rzeczy 
w bawełnę; jako kto wierzy, tak i gada. U nas tak.
Potém znów nastroiwszy smutny wyraz twarzy, utyskiwał:
 — Otóż, ja tutaj od roków dwóch, i więcéj, mizerny pustelnik. Ale — dodał z 
tajemniczym uśmiéchem — niedługo już tego będzie... Niema Lei, to się znajdzie Rachelka.
Poczém, wyprowadził gościa, który tymczasem klął w duchu:
 — A ty paskudny heretyku! Niedość że nie respektujesz postnego śledzia, jeszcze téj 
panniusi chcesz napędzić macochę? Boć ta frajlein Hedwiga musi być jego dziewka, tak mi 
się precz widzi.
Trzecie schody były już dużo węższe i mniéj ozdobne, a w korytarzu, pozbawionym 
ściennych wyglądów, panowały takie ciemności, że Kaźmiérz niemógł dopatrzéć żadnéj 
krézy. Zdawało mu się wprawdzie, że słyszy jakieś szmery, ale musiało się to tylko zdawać, 
bo na trzeciém piętrze nie znalazł nikogo.
Tu kupiec pokazał mu od ulicy, komorę o ścianach nagich, gdzie stały szafy ogromne 
ale proste, a w nich nic, tylko tysiące i miljony bursztynowych paciorków; jedne już nanizane 
w rzędy i różańce, inne luźno zsypane do szufladek; tu grubsze, jakby przezroczyste orzeszki, 
tam drobne jakby złote krupy.
Białogłowa, byłaby godzinami całemi przebierała w tych perłach; dla Oficera, 
niewielka była tu zabawa. Prędko się téż ztąd wyniósł, a widząc jak otwarcie gospodarz mu 
wszystko pokazuje, sam przystąpił do drzwi przeciwnych, 
i już
ujął za klamkę; aliści tu właśnie śmiałość jego nie w porę wypadła; mistrz Johann 
przyskoczył zapéżony, przytrzymał jego rękę, i zawołał:
 — O, tu niemożna! Tu frau-zimmer.
Kaźmiérz cofnął się z pańską uprzejmością, przepraszając:
 — Exkuzuj Waszeć ignorancyę. Anim wiedział co tu za sanktuarium. Tu pewnie 
żywie panna Hedwiga, Waszecina dziewka?
Mówił tak, chcąc nareszcie się dowiedziéć kim jest naprawdę owa "frajlein"? Ale jego 
dyplomacja na nic się nie zdała; kupiec nachmurzony wcale nie odpowiedział. Natomiast 
wskazał nowe schody, i rzekł niechętnie:
 — Teraz, już tylko strych. Czy Wasza Miłość jeszcze ciekaw? Tam już nic nie 
trzymam jeno bernsztein surowy, a wysoko iść.
 — Co, wysoko? A toć właśnie w to mi graj! — Zawołał Kaźmiérz. — Jaciem jeszcze 
niedawno latał jak opętaniec po linach i masztach. Bywało, nieraz pół dnia siedzę w 
Bocianiém gnieździe. Im wyżéj, tém człeku weseléj.
Mówiąc to, puścił się co żywo na schody, istotnie drabiniaste. Musiał się tam w 
ciemnościach ktoś ukrywać, bo tuż przed nim zatupotały jakieś nóżki, 
a przytém tak mocne szelesty, że nawet zasapany Pan Majster zaczął głowę zadzierać, i pytać 
niespokojnie:
 — Co tutaj tak fiuka? Czy Hedvich znowu sobie kota chowa? Ta dziewczyna zawdy 
coś musi wymyślić.
A Kaźmiérz śmiał się w duchu, i szeptał sobie:
 — Głupiś Asan. To nie kot umyka, jeno mysz, a jeśli kto tutaj kota personnifikuje, to 
chyba ja, co się za nią upędzam po całéj twojéj chałupie.
Strych był także na dwie części rozgrodzony, ale tylko lekkiém przepierzeniem. Tu i 
tam, stały ogromne skrzynie, zamknięte na kłódki.
Nie wszystkie jednak znalazły się w porządku. Gospodarz zajrzawszy do tylnéj 
przegrody, chwycił się za głowę, i jął krzyczeć:
 — Herr Iesu! Paka roztworzona! Już tu znowu któryś chłopak mi plądrował.
I klnąc półgłosem, (ale na ten raz już w czystéj niemieczczyźnie,) zaczął najprzód 
zamykać wieko, potém szukać zarzuconéj kłódki.
Tymczasem Pan Kaźmiérz zajrzał do drugiéj przegrody, gdzie świeciło niewielkie, 
okrągłe okienko, i tam, o radości! dostrzegł nakoniec swoją "apparycyę."
Stała ona w najciemniejszym kąciku, szczuplutka, niebieska, i cała wystraszona, jakby 
Chochlik domowy, którego czarnoxiężnik uwięził 
w zaklętém kółku.
Pan Kaźmiérz grzecznie się zbliżył, zdjął czapkę, i z pięknym ukłonem rzekł:
 — Po raz wtóry, składam Waćpannie moją rewerencyę.
Zarumieniła się i dygnęła.
On zaś ciągnął daléj:
 — A czemuś to Wacpanna niechciała mi się kłaniać kiedym był na dole?
Panienka, któréj szybko wracała przytomność, wyskoczyła z ciemnego narożnika, i 
odparła, figlarnie przechylając główkę:
 — A czemuś to Wacpan kłaniał się takowéj któréj nie znasz?
 — Boś Wacpanna patrzyła na mnie.
 — Abo to prawda? Jam patrzyła za tém weselem co ciągnęło mimo naszego domu.
 — Teraz ja znowu powiem: abo to prawda? Nie mogłaś Wacpanna patrzéć za tém 
weselem, kiedy już było na trzeciéj ulicy.
 — Tam z dołu już go nikt nie widział, ale jam jeszcze widziała. Ztąd widać 
dziesięcioro ulic. Przyjrzyj-no się jeno Wacpan a dasz wiarę.
Kaźmiérz wetknął głowę w okienko.
 — A prawda. Co tu tego widać! Ulic, domostw, kieby cacek na stole. Ale co mi tam po 
tém, wolę z Wacpanną gadać. Ładne było wesele, co?
 — Ach! Jam jeno sobie myślała, daj mi Boże nosić taką suknię na mojém weselu.
 — A to dziw, jak Pan Bóg te same akurat chęci nam zsyła! Bom i ja sobie myślał: 
Niech-no się tylko żenię, a moja panna musi mieć punkt w punkt podobniusieńkie obleczenie.
 — To winszuję onéj pannie.
 — Czego? Takowego męża?
 — Nie, takowego płaszcza i ukoronowania.
Zaczęli się śmiać i było im bardzo wesoło, kiedy nagle na tę wesołość spadła chmura: 
mistrz Johann zajrzał do przegrody, i mocno brwi naciągnął.
 — Co ty tu robisz, Hedvich?
 — Ja? Ja tu przyszłam aby się popatrzéć na ono przecudowne wesele. 
A Dobrodziéj widział?
 — A widziałem-ci! — Odrzekł z pogardliwém wzruszeniem ramion. — Jakoż nie 
miałem wstać i pojrzéć, kiedy szli z takiémi piszczkami, coby i umarłych pobudzili? Widno, 
jakieś uparte karliki, po staremu święciły swój sakrament.
 — Aha! — Rzekł Kaźmiérz. — Więc to były gody wedle starego obyczaju?
 — A tak. U nas w Gdańsku dawniéj, wszelka Panna Młoda musiała się tak 
wycudaczyć. Ale jak przyszła nasza wiara, tak i zdmuchnęła te błazeństwa. Bo 
i do czego to podobne, przebrać jakąś mödchen za królowę, kiedy ona właśnie ma wiedziéć, 
że nie będzie w domu królową, jeno pierwszą sługą swego męża?
 — A wszelako, — rzekła przymilając się Panna Hedviga, — jak będzie mój szlub, to 
ja się tak przebiorę. Dobrodziéj pozwoli? Ej, pozwoli!
 — Nie pozwolę. — Odparł twardo. Ale widząc jak panienka zmartwione oczy 
spuszcza, i już do nich fartuszek przytyka, zmiękł nagle.
 — No no, nie lamentuj Hedvich. Obaczym jeszcze. A teraz lepiéj zejdź do kuchni, 
pomyśl co już nie długo czas na mój podwieczorek. Zastaw mi go na beischlagu.
Panienka potoczyła w koło wzrokiem zasmuconym; widocznie żal jéj było ztąd 
odchodzić. Jednakże krótko się wahała; jeden dyg, drugi dyg, i zaczęła zlatywać po 
schodkach z takim chrzęstem sukni, jakby wicher się tam zakręcił.
 — A to się Panu Bogu stworzenie udało! — Zawołał Pan Kaźmiérz. — Nie dziewka 
jeno marcypan. Musi w domu Pana Konzula być konkurentów huk?
Pan Konzul najéżył się jak puchacz, i z ukosa patrząc na młodzieńca, odpowiedział:
 — U mnie w domu niepotrzebne konkurenty, bo dla Hedvigi mąż już obmyślony.
Panu Kaźmiérzowi nie podobała się ta wiadomość.
 — Czy tak? — Rzekł z przekąsem. — I cóż to za jeden, ów obmyślony fenix? Czy 
także gatunku kupieckiego?
 — Tak, Mości kawalerze, i to najlepszego, bo to ja sam.
 — W imię Ojca i Syna... Jakoż to może być? A mnie się przywidziało, że to Waścina 
córka?
 — No, niby tak... Ona respektuje mnie jak oćca, ale ja nie żaden dla niéj ociec, ani ona 
mi żadna córka. To dziecko wzięte z litości na wychówek.
Pan Kaźmiérz krzywo się spojrzał, i przez zęby wycedził;
 — Hm! Piękny to chrześcijański uczynek, jeno go sobie Waść sowicie własnemi 
rekoma płacisz.
 — Co chcesz, Mości Officyjerze? Odbierać swoje długi, nie żaden kryminał. 
Wychowała się ta dziewka moim sumptem i fatygą, niechże mi za to wszystko jako żona 
odsłuży. No, i co jéj za krzywda? Będzie panią, jakich niewiele w Gdańsku.
 — Prawdać i to... in articulo fortuny, jest racya, ale zresztą... Ha, może jéj właśnie te 
luxusy do gustu? Pewnie to jaka mizerna sierotka?
Tu kupiec odparł dość wyniośle:
 — Niewiem ja czy mizerna, i niewiem czy sierota. Może jaka Wojewodzianka? Może 
jest u was jakowyś wielki pan, coby oddał całe swoje senatorstwo za odzyszczenie téj 
dziewki? Jeno niewié że ona u mnie, a ja niewiem gdzie jego
szukac.
 — Co Waść gadasz? Jak Boga kocham, nic a nic nie rozumiem.
 — A bo to cała historyja... To jest dziewczynina odbita z jassyru. Naszli my ją na 
Rynku Lwowskim.
 — Jezus Maryja! Józefie Święty! I kiedyż to było? Temu lat piętnaście? Po wiktoryi 
Pana Koniecpolskiego pod Martynowem?
 — A tak! Właśnie wonczas. Ale jakżeś to Waszmość utrafił tak richtig 
w datę?
 — A bo i ja wtedy byłem, jako małe chłopię, zabrany w ten jassyr! I to jeszcze z 
siostrą nieduzą. I mnie ociec i matka naleźli na Rynku Lwowskim, ale onéj siostrzyczki już 
nie odnaleźli. Przepadła, jak kamień w wodę! A może ta Panna Hedwiga, to akurat ona? Co 
my jéj się naszukali po świecie! Co my przetrzęśli miast i wsiów! I nic!... A teraz oto... Ach, 
może to sam Pan Bóg mnie tu nagnał? A tożby się Pan Ociec rozradowal! Oj, czemu téż to 
Pani Matka nie doczekała téj godziny?
I chwycił się za skronie. A tymczasem kupiec zdumiały podnosił ręce 
i powtarzał:
 — Herr Gott! Herr Gott! A to naprawdę byłby cudowny casus!
Obaj od wzruszenia zamilkli.
Nagle Kaźmiérz zaczął go trząść za ramię.
 — Ależ gadaj Waść wszystko co wiesz o téj dziewce! Niechże ja wysonduję czy to 
Krysia czy nie Krysia? Gadaj, bo mnie już emocya zadławia.
 — Za pozwoleniem... — Stęknął kupiec, wysuwając się z pod żelaznéj ręki 
wojskowego. — Zaraz... opowiem wszystko dokumentnie, jeno tu na strychu jakoś nam nie 
glaźno... Może zejdziemy do komory? Abo jeszcze lepiéj na beischlag?
Już dzień roboczy skończony, ja zawdy sobie wieczorem na chłodku siaduję, tam będzie nam 
najlepiéj poszprechować.
 — Gdzie chcesz Panie Radny, chociaby i w lochu, jeno mi zdejm ten kamień 
z serca.
I zaczęli co prędzéj schodzić.
Kupiec jednak, mimo "emocyi," zajrzał jeszcze do kazdéj komnaty, aby się przekonać 
czy wszystkie szafy dobrze pozamykane, a potém wpadł i do warsztatu, dla sprawdzenia 
roboty dziennéj.
Tymczasem Pan Kaźmiérz zbiegał.
Już ledwie kilka stopni miał do zejścia, gdy spostrzegł w sieni brzeg niebieskiéj sukni, 
wystający z otwartych drzwi kuchennych, i usłyszał głos Panny Hedwigi, która mówiła z 
uniesieniem:
 — Ach, Mina! Mina! Co to za kawaler! Jeszczem jak żyje takiego nie widziała! A toć 
anioł z nieba! 
 — E! Co mi za anioł, z wąsami? — Sarknęła w głębi kuchni Wilhelmina. — 
I taki na gębie osmalony, jakby z dyabłami w piekle przy smole kucharował.
 — Ach, nie gadaj tak, Mina... Powiadam ci, anioł. A jaki galant 
w dyskursie! Bo przyszło i do dyskursu. Ja chciałam jeno mu się przypatrzéć, więc 
wyleciałam na schody. A tu on, z Dobrodziejem, zaczyna iść na górę. Więc ja 
hyc, uciekam. A oni precz coraz wyżéj, aż pod dach. Jak mię tam przyparli do ściany, tak już i 
nie było gdzie uciekać. Ale się fortunnie stało. Gadał mi takie śliczne rzeczy... na ten 
przykład, że jak ja co pomyślę, to zaraz i on musi to samo pomyślić.
Tu Wilhelmina zaśmiała się i rzekła:
 — Ej, żeby to tak był Freibitter, a porwał na swoją Freigatkę, toby panienka z nim 
pojachała na morze, co?
 — Ojoj! Na koniec świata! Do Indyjanów, do Ameryków, gdzieby jeno chciał!
Tu okręciła się na wysokim trzewiczku, i nagle spostrzegłszy Kaźmiérza schodzącego 
z ostatnich stopni, cała stanęła w ogniu.
On wpatrywał się w nią dość długo, ale tym razem poważnie, i ująwszy jéj rękę, 
zapytał:
 — Powiedz mi Wacpanna, ile tobie latek?
 — Na siedemnasty.
Uderzył się w czoło, szepnął:
 — Owóż tedy, nie!
Poczém rękę jéj przycisnął do piersi, i znowuż owinął ją spojrzeniem, ale na ten raz 
już ognistém.
W téj chwili załopotało po schodach ciężkie zstępowanie Pana Majstra. Panienka 
furknęła do kuchni, Kaźmiérz zaś raz jeszcze przeciągnął ręką po czole, i szepnął:
 — Nie, to nie Krysia. Krysia miała cztery lata jak nas wzięli, toby już teraz miała kole 
dwudziestki. A może ta dziewka kłamie? Ej, chyba nie. Młodziusie to. Jabym na oko i 
piętnastki jéj nie dał. A przytém i włos jenszy, 
i buzia. Tamta była kieby Cyganeczka. Ach nie, to nie Krysia. Już ona nigdy się nie najdzie.
I westchnął.
Jednak smętność nie przylegała na długo do jego zuchowatéj duszy. Więc zaraz się 
uśmiechnął, i dokończył;
 — Że nie siostra, to nie. Ale staremu się nie przyznam. Niech sobie myśli że siostra. 
Łacniéj mię będzie w domu cierpiał. I ona łacniéj przyjdzie do konfidencyi.
Właśnie Majster Johann go zachodził, i drzwi otworzywszy, z pięknym ukłonem 
przeprowadzał:
 — Proszę Waszą Miłość na beischlag. Hej! Słyszysz tam Hedvich? Przynaszaj nam tu 
kufle!
III.
Na złotym ganku.
Na tarasie, wzdłuż Kraty, pomiędzy zielenią, biegły dębowe ławy 
o rzezanych oparciach. W pośrodku, wznosił się stół okrągły, raz na zawsze już wmurowany, 
i wyrżnięty z tegoż samego szarego granitu, co i olbrzymie przedgankowe kule.
Gdy siedli, Majster Johann obejrzał się po ziółkach, które do koła pachniały z 
doniczek, urwał listek, i ssąc go w miękkich wargach, zaczął powoli mówić:
 — Nie wieleć ja wiem, ale i to jest cóś. Owóż, trzeba zacząć od téj biednéj Dorotei. 
Moja żona była z pod Przemyśla.....
 — A! To z moich stron. — Podchwycił Pan Kaźmiérz. — Ale. cóż u Boga, na jakiż 
manier nasza Przemyślanka, tutaj się Waszeci napatoczyła?
 — Nie tu, jeno tam. Trza wiedziéć Waszmości, że my, wielkie kupce Gdańskie, mamy 
dużo konszachtów z Leopolem, bo tamtędy droga na handel z Lewantem. Ja teraz, to tam tylko 
wyprawuję agenty, ale za młodych lat, nieraz bywało, jadę sam. Tam właśnie wlazła mi 
Dorotea w oczy.
 — A gładka była?
 — A juści, to już keine gadanie. A po co by ja ją wziął?, Jam tu mógł dostać bogatéj, 
ho ho! i jak jeszcze! Ale dla mnie zawdy co schöne, to kunsztem pachniało. Gładka była. To 
jedno téż tylko miała. Ha no, była i dosyć dobra,
acz — jak to zawdy wasze niewiasty — trocha za harda. Przytém nie dała mi nijakiéj 
konsolacyi. Ale była uczona; czytać, pisać, ani się zająknęła, powiedam Waszmości, moje 
Standbuchy to tak trzymała, jakoby Rathauzowy secretarius. Cóż,
kiedy w domu deserta Arabia! Mnie to było ciężko, a już ona, to dzień i noc lamentowała za 
kinderkiem. Tak zeszło z jakie pięć lat. A właśnie umarł jéj Fater. Dużo to narobiło nam 
gomonu. Dorotea nie wychodziła ze łzów, a jam był zły, bo miała dwie sióstr za mężami, a te 
miłe szwagry chciały nas okpić. Fortunka po tym oćcu i tak mała na śmiéch, a oni jeszcze 
chcą i to rozdrapać. Żona precz gadała: "Oj, żebym ja tam była, tobym nie dała ciebie 
skrzywdzić". 
A jam widział, że jéj się chce w swoje strony, i że jéj się chce jeszcze starą matkę obaczyć, i 
w tym frasunku ją zrekonfortować. A sam wonczas nie mogłem jachać. Ale właśnie tam 
jachał mój brat, Michael. Możeś Wasza Miłość słyszał 
o Michaelu Schultzu?
 — Tak, coś... To był morski człek?
 — Ale gdzież tam! Nigdy. To był sławny Meister od zegarów, taki sławny, co nie 
tylko w całéj Hanzie miał reputancyę, ale i Cesarz Rudolf bierał od niego horologia, i z 
Paryża o nie pisano.
 — Więc ten brat miał jachać do Lwowa?
 — Ia. Tedy ja mówię: "Dorotea, pojedź ty z Michaelem, obaczysz jeszcze starą matkę, 
i siostrom się nie dasz odrwić". A ona całuje mię po rękach. Tandem, pojachali. Atu w jaki 
miesiąc potém, straszne rzeczy gadają ludzie: jako
tam wpadli Tatarowie, i pod Leopolem już plądrują. Tedy ja drżę o brata, i także téż o moją 
Doroteę. A tu po jakich dwóch miesiącach, są! Wracają zdrowi, żona przywozi trochę geldu 
po oćcu i w dodatku co jeszcze? Małego kinderka.
 — O! Proszę!
 — Cóż, kiedy nie swoje to było dziecko, jeno znajdek. A w takich okrutnych 
imprezach nalezione, co i trudno uwierzyć, i ja téż babskiemu gadaniu mało bym dał wiary, 
ale Michael tam był okulatem, a ten zawdy prawdę mawiał. Owóż tedy, prawili tak we dwoje, 
co Tatarowie rozlatawszy się po kraju, nie łapali prawie nijakiego niewolnika, jeno samych 
dzieciów.
 — A tak, prawdę wam brat powiedział, oni na to najbardziéj łase, bo to ze starego już 
niełacno uczynić poganina, a z dzieci to zaraz narobią sobie Turków i Tatarów; i jeszcze 
potém to biedactwo bije się za wiarę Mahometa, i to z takim zawziatkiem jak żaden rodzony 
Turczyn.
Zwyczajnie, zaprzaniec. Niechże będzie pochwalony Majestat Boski, że mnie na podobną 
infamię nie przyszło, a już mi było bliziusio, boć ja już piszczałem 
w ich ręku, i nigdy pono jeszcze tyle tego maleństwa nie trzymali w garści.
 — Otóż to właśnie i mnie tak prawił Michael, co jeszcze póka świat światem, nie 
nabrano tyle dzieciarni w jassyr; to — prawił — nie na sta, ni na tysiączki, ale na dziesiątki 
tysiąców; jak fury z onemi jeńczykami zaczęły ciągnąć za Ordą, to ciągnęły całkie trzy mile 
niemieckie. To — prawił — była czysta wojna anty-kinderna. Owóż, kiedy ten wielki 
generalissymus Koniecpolski rozbił ich na trzaski, tak tedy po wiktoryi patrzy, a tu owe trzy 
mile pełne fur z dzieciaszkami. Co tu z tém robić? Jedne zara na miejscu pobrały to oćce, to 
bracia, co kto swego znalazł. A resztę zawieźli do Leopola, i tam na Rynku tak wystawili 
jakoby w jarmarcznéj budzie. Tam tedy zjeżdżały się matki różne, każda
swego maleństwa szukała, a co nic nalazło ni matki ni oćca, to poczciwe mieszczki 
Leopolskie rozebrały pomiędzy siebie. A co to tam były za lamenty 
i jubilacye, ci się poznają, owi swego nie znajdują — tu się ściskają, tam płaczą — to jakoby 
Sądny dzień.
 — Komu to Waszeć mówisz? Wszakci ja tam był — i sprawiedliwie gadacie co Sądny 
dzień, bo iście wszyscy my zmartwychwstawali, i jedni szli do raju, do rodziców, a drudzy 
niekoniecznie do raju, boć to tam niejedno pańskie dziecko poszło na nędze do chałupy, abo i z ran zmarniało nim je swoi odszukali.
 — A tak, właśnie; i wiele było i takich, co się nikt o nich nie spytał, nie wiem z 
jakowéj tam racyi, czy że im Tatarowie ubili familię, czy że na czas nie zdążyła z szukaniem? 
Owóż tedy, moja Dorotea słysząc wielkie cuda o téj niesłychanéj tragedyi, wybrała się takoż z 
Michaelem na Rynek. Poszli jeno tak, byle się napatrzéć, aleć jak obaczyła tyle tego 
maleństwa, ona co się kochała 
w dzieciach, tak zara serce jéj spłynęło dezolacyą i affektem, a kiedy jeszcze widziała jak 
mieszczki Leopolskie rozbierają między siebie sierotki, tak sobie — powieda — zara 
pomyślałam: "A toć mię Pan Bóg na to właśnie tu przysłał, abym 
i ja tu sobie wybrała pociechę." A było w czém wybiérać, jeno kłopot co brać? Bo i to ładne, i 
to gładkie, a wszystko nieszczęśliwe. Wszelako, najbardziéj wpadło jéj w oko to co było 
najmniejsze, niemowlę malusie, co piszczało tam na słomie, tak — powieda — jakby ten 
vogelek, co go złe chłopcy z gniazda precz wytrzęsły. Niewiasty po kolei to lulały, przynosiły 
temu trochę mléka, ale wziąć nikt nie śmiał; każdy wolał brać starsze, bo to już łatwiejszy 
odchówek, a to było takie subtelne, że i dotknąć strach, i szatki były na tém bardzo pańskie. 
Dorotea tedy czekała jeden dzień, i drugi dzień, i trzeci, aż obaczy, że ani żadna matka do téj 
odrobiny się nie przypytuje, ani żadna inna nie przygarnia, tak czwartego dnia zabrała jakby 
swoje, i mnie tu przywiezła.
 — I cóż Waszeć, ucieszył się?
 — Bogać ja się tam ucieszył! Żeby jeszcze chłopiec, to nie powiem, ale żona mi gadała 
tak: "Jakbym ja wzięła chłopca, tobyś ty go wychował na lutra, 
a jak dziewczynę, to będzie moja dziewka, i zrobię z niéj dobrą katoliczkę." 
I prawda, zrobiła z niéj taką zelantkę, jak i sama była. A kiedym jej mówił: 
"A kto wié, czy i ona nie luterka? Małoż to w Polsce dyssydentów? A może nawet 
z Aryjanów?" To ona mi pokazała Szkaplerz co znalazła na szyi dziecka, i to już keine 
gadanie była racya, bo żaden z naszych nie zawiesi dziecku na szyi takiego bałwochwalskiego 
amuletu. Nie marszcz się Wasza Miłość, każdy gada wedle swojéj perswazyi. Owóż chciała 
bardzo, abym i ja miłował tę dziewkę, i nazwała ją Hedvich, że to niby ta Święta była 
Niemka, a swoją drogą jest Patronką polskiego narodu. Alem ja długo nie mógł cierpiéć owéj 
dziewczyny; bo jak się Dorotea
w niéj rozpassyonowała, tak już i Handbuchy w kąt, i gospodarstwo w kąt, i pan mąż w kąt, 
nic tylko Hedvich i Hedvich. A jak dziéwka podrosła, tak jeszcze gorzéj, bo com ja miał jedną 
katoliczkę w domu, to teraz dwie, a niewiadomo która większa zelantka? A jak mi zaczęły 
sprowadzać, a to Dominikanów, a to takich a to siakich mnichów, tak i Minister już nie chciał 
do mnie przychodzić na kunsztyczek bieru. Pukałem, krzyczałem, aleć one zawsze postawiły 
na swojém, bo to były obie takie łasiwe, że i dyabeł dałby się zawojować. Zwyczajnie, polnische frau.
 — I kiedyż to Waszeć postrzegłeś, że jednak ta Panna Hedwiga warta miłowania?
 — Póka Dorotea żyła, tom ja ją zawdy miał za małe i liche dziecko, dopiero jak żony 
zbrakło, jak ta zaczęła mi usługować, a nadskakować, jak rodzonemu oćcu, tak nakoniec i 
postrzegłem, że to bestyjka cudna, bo i buzia gładka, 
i włos jakby z bernszteinu, i pańska maniera, i serce pełne rekognoscencyi, zgoła, gdyby nie 
ta żarliwość wedle wiary, toby na świecie nie było lepszéj dla mnie żony.
 — I nie boisz się Wasze onéj żarliwości?
 — Ba! Poradziłem zjedną, poradzę i z drugą. A to tém łacniéj, że tu mam niby i 
ojcowską władzę. Kto to wié jeszcze, jak to tam daléj będzie? Abom to ja raz widział 
największe fanatyczki, co jak poszły za lutrów, tak się i nawróciły?
 — O! Tego bym nie radził Waszeci, bo nużby się znalazła jéj familia, toby z Waści 
duszę wywlekła.
 — Ja téż nie myślę gwałtów robić, jeno tak sobie mówię: Będzie chciała do nas 
przystać, a no, to chwała Bogu — a nie będzie chciała, to i bez tego gładka. Co mi tam u 
niewiasty, doktorskie dysputy? Byle ją na gębie Pan Bóg pobłogosławił, to już i dość dla niéj 
mądrości.
W téj chwili drzwi domu z wewnątrz się rozwarły, i wyszedł z nich nieśmiało 
Kornelius, już bez czeladniczego fartucha, z hollenderska,
ciemno przybrany, z czystą krézą i włosem porządnie przygładzonym.
Stanąwszy bokiem na progu, ręką przytrzymywał za sobą drzwi rozwarte, dla 
przepuszczenia Hedwigi, która z głębi sieni nadchodziła, czy raczéj nadpływała, z tą 
wyprostowaną, niby łabędzią postawą, jaką przybiera osoba, niosąca w obu rękach coś 
ciężkiego. Hedwiga niosła tacę krągławą, z hebanu kunsztownie wytoczoną, a na niéj dzban Î 
kilka wysokich szklenic. Wszystkie te naczynia opatrzone srebrnemi pokrywami, były ze 
szkła ciemno-zielonego; na tém tle, krotochwilny jakiś artysta, pomalował figurki 
osobliwszych garbusków, o czapkach uszatych, o strojach pstrokatych, jakoweś karty, 
koboldy czy téż błazny, którym z ust wywijały się wstęgi, zapisane niemieckiemi konceptami. 
Wyżéj, garbuski zupełnie takież same, tylko już ze srebra wyrobione, goniły się w 
pociesznych skokach, tworząc przy kuflach srebrne ucha, i kłębiąc się na pokrywach, 
jakgdyby w poplątane guzy. Oprócz dzbanka i kufli, był jeszcze i chiński talerzyk, a na nim w 
małą szychtę ułożone, majaczyły złotawe krajanki toruńskiego piernika.
Na ten widok, Pan Kaźmiérz zerwał się i skoczył po rycersku, ażeby z rąk panieńskich 
odebrać tak niewygodny ciężar, na co znów panienka nie chciała pozwolić. W tém certowaniu 
się wzajemném, szklenice już zaczęły dzwonić, i tylko dzięki obustronnéj zgrabności, taca 
bez szwanku dojechała do stołu.
Mistrz Johann ruszał nieznacznie ramionami, nakoniec ozwał się:
 — Po co téż to Wasza Miłość czynisz sobie subickcyę? Dziewki rzecz usługować 
mężom.
 — A jakże Waszeć chcesz, abym nie ulżył fatygi mojéj Pannie-Siostrze?
 — A co? Jak ona się uciesznie patrzy? — Zawołał Majster, widząc zdumienie z 
jakiém Hedwiga spojrzała na Pana Kaźmiérza.
 — Słyszysz Hedvich? Ten kawaler mi tu właśnie rozpowiada, że i on także był w tym 
samym kinderkowym jassyrze co i ty, i że tam zgubił jakąś małą siostrzyczkę, i że całe życie 
jéj szuka, i że to może ty właśnie jesteś oną
siostrą?
 — Jezu miłosierny! — Zawołała, składając ręce jakby do modlitwy. — Więc na 
koniec końców mogłabym wiedzieć co ja za jedna, i to właśnie Waszmość...
Tu niedokończyła, i tylko ze złożonemi wciąż rękoma, podniosła oczy na młodzieńca.
On wpatrzył się w nią przenikliwie, chcąc wyczytać z jéj twarzy, jakie wrażenie ta 
wiadomość na niéj uczyni?
W pierwszéj chwili nic nie dostrzegł oprócz dziecięcego zdumienia. Ale co dostrzegł 
wyraźnie, to ponure oczy Korneliusa, które z po-za ramienia Hedwigi, strzeliły ku niemu 
niechętnie i podejrzliwie.
Niepodobało mu się to spojrzenie, i odpowiedział na nie wzrokiem pełnym wzgardy, 
która wyraźnie mówiła:
 — A ty jakiś mizerny Czeladniku, co tobie do mnie, Porucznika Jego Królewskiéj 
Mości?
Hedwiga wciąż trzymając ręce złożone, zapytała:
 — I Waszmość masz rodzice? Oćca? Matkę?
 — Ach, matki już nie. Ale Pan Ociec żyw.
Przez ten czas, gospodarz nalewał piwo do kufli. Jeden dla gościa, drugi dla siebie, 
trzeci podał Korneliusowi.
 — No, teraz — rzekł — kiedyś już Wasza Miłość ze mną zatrinkował, racz-że nam 
powiedzieć, jak mamy Waszmość tytułować?
 — A prawda! — Odrzekł śmiejąc się młodzieniec......jam zapomniał się sprezentować 
z godności, a Waszecina dyskrecya wielce jak widzę cierpliwa. Owóż tedy jestem Kaźmiérz 
Korycki, herbu Prus Primo.
Po twarzy Pana Rajcy przeleciał maleńki cień rozczarowania. Zapewnie spodziewał 
się jakiegoś słynniejszego nazwiska.
Ale Hedwiga powtarzała z radością:
 — Korycki! Korycki! Jak to się wdzięcznie wymawia! Może ja panna Korycka? No, a 
ten erb, jak on wygląda? 
Pan Kaźmiérz zdjął z palca krwawnikowy sygnet, i podając go panience, mówił:
 — Patrz Wacpanna, tu jest półtora krzyża.
 — Aż półtora? Jezu Chryste! Dlaczego?
 — Dlatego, że nasze dziady zawdy się za
krzyż biły, i nieraz téż za to krzyż Pański znosiły. Exemplum: Święty Stanisław ze 
Szczepanowa, który tegoż klejnotu co i my zażywał.
 — Tegoż samego? Czy to może być?
 — A tak, nieinaczéj. Potem, niektóre jeszcze familie pododawały tu kupę różnych 
emblematów, jakieś kosy, jakieś podkowy, z czego sobie porobiły Prusy. Drugie i Trzecie, ale 
my trzymamy się starego, najlepszego, bo jak powieda Pan Miecznik, mój Ociec:
Dla żołnirza,
Dość jest krzyża.
Panna Hedwiga tymczasem, obracając sygnet na wszystkie strony, mówiła:
 — O Jezu kochany! Jakież to nabożne! I jak rychtownie wyrzezane!
Aż nagle posmutniała.
 — Wszystko to dobre, — rzekła — jeno kto i jako to zweryfikuje, czy ja naprawdę 
siostra Waszmościna?
 — Sprawiedliwie Wacpanna prawisz. Niełacna to rzecz będzie. Wacpanna nic nie 
pamiętasz? Nic nam nie przycytujesz?
 — O Boże, jakoż ja mam pamiętać, kiedy ze mnie było niemowlę? Ani by ja wiedziała 
o téj mojéj niewoli, żeby Pani Dorota i starszy Pan Schultz nie byli mi o niéj gadali. Kiedym 
ja słuchała, to jakby gadali nie o mnie, ale o inszéj personie.
 — A dokumentów téz nie macie Waćpaństwo nijakich?
 — A jakoweż dokumenta mogą być? — Odparł Majster. — Chyba one szatki, co je 
miała na Leopolskim Rynku. Chcesz Waszmość, to choć to pokażę. Wołać mi tu Minę!
I przywołanéj Minie rozkazał, aby przyniosła "kinderkowe" szatki.
 — Jest-ci — dorzuciła Hedwiga — i ten kochany Szkaplirzyk, aleć on nic nie powie.
To mówiąc, z pod krézy wyciągnęła Szkaplerz mocno już znoszony.
Pan Kaźmiérz pochwycił skwapliwie ten przedmiot, co przed chwilą spoczywał na jéj 
łonie, i ucałował go z podwojoném nabożeństwem.
 — I Wacpanna zawdy to nosisz?
 — O, zawdy! Już się sznurek przetarł, że ledwie dyszy, ale ja nie kładę nowego, bo to 
ten sam, uważ-że Wasza Miłość, ten sam co mi tam kładły Rodzice, pewnie dufający jako mię 
ta świętość zasalwuje.
 — Aha! I pięknie zasalwowała! — Podchwycił szyderczo Pan Schultz.
 — Aj, nie gadajcie tak Dobrodzieju. Zasalwowała, i jak jeszcze! Wszakcim ja nie 
ostała u Tatarów, jeno u Dobrodzieja chowam się po Chrześcyańsku.
Tu pochyliła się do kolan Rajcy, a ten, głaszcząc ją po głowie, mówił:
 — Ej, ty ty łasico, ty zawdy umiész wszystko miodem posmarować.
Widząc tę pieszczotę, chociaż zupełnie ojcowską, Pan Kaźmiérz zacisnął pięści pod 
stołem, i miał ochotę powiedzieć Panu Majstrowi coś
przykrego. Na szczęście, w téjże chwili powróciła Mina, niosąca piękną szkatułę z drewnianéj 
mozajki, o brązowych listwach i antabach.
 — Widzisz Waszmość, — rzekł gospodarz — jako to moja Dorotea miłowała naszą 
Hedvich, te nawet oto jéj gałganki chowała, niby jakie świętoście, w swoim najlepszym 
sepeciku.
Tu podniósł wieko, i Pan Kaźmiérz zobaczył najprzód sukienkę 
z niebieskiego teletu, naszywaną drabinkami ze złotych passamonków, obrzeżoną 
u dołu i u góry sutém namarszczeniem ze złotych koronek, czyli jak wówczas nazywano 
"forbotów". Sukienka była długa niby worek, ale maleńkie rozmiary staniczka, drobniutkie 
otwory na szyjkę i rączki, dowodziły że nosząca je dziecina, nie mogła miéć więcéj nad sześć 
do ośmiu miesięcy. Pod sukienką leżała koszulka, jeszcze drobniejsza, cała zahaftowana 
mnóstwem flamandzkich wszywek 
i obszywek, niegdyś białych, dziś od zleżenia mocno zżółkłych.
Pan Kaźmiérz patrząc na te ubiorki, pomyślał sobie:
 — No, już teraz wiem dokumentnie, jako to nie jest Krysia, a to dla dwóch racyi. 
Pierwsza racya, że Krysia nigdyby w to nie była wlazła, kiedy już miała 
w one czasy kole czterech latek. Druga racya, że w naszym szaraczkowym domu,
nigdy takowych luxusów nie znano. Pani Matka sama nie nosiła nijakich forbotów, ni białych 
ni złotych, a jeszcze by miała dzieciaki niemi pstrzyć? A toćby jéj Pan Ociec, Boże odpuść, 
był na
skórce forboty wydeseniował. Nie, to nie Krysia, i basta.
Jednakże Pan Kaźmiérz nie zdradził się z żadném z tych spostrzeżeń, i ani zmrużył 
oczu gdy Pan Rajca wytrząsając sukienkę, mówił:
 — Zbrukana-ci ona, i nie dziw, przeszła bez łapy Tatarskie i bez Rynki Leopolskie, 
aleć zawdy widno jako to z pańskiego domu dziecko, z takiego, jak Waszmościny, 
nieprawdaż?
Zagadnięty, wywinął się uwagą:
 — Ale jakożeś to Wacpanna robiła, aby się zmieścić w takowy łątkowy 
przyodziewek?
A gdy Hedwiga zapytała:
 — Powiedz mi Waszmość, czy ta siostrzyczka była wonczas taka malutka jak 
i ja? A może Wasza Miłość sobie przypomnisz czy miała takowy przyodziewek?
Odpowiedział wymijająco:
 — Juścić że mała była, to wiem. Ale czy miała takową sukienkę, tego ja wiedzieć nie 
mogę. Takie kuse chłopię jakom ja był wonczas, nie baczy na żadne białogłowskie 
ochędóztwa, jeno za batem i konikiem się ugania. Ale ja powiem Wacpaństwu tak: Jutro 
wracam doma. Tedy opowiem wszystko Panu Miecznikowi.....
 — Co to za Miecznik? — Spytał Majster.
 — A no, mój Ociec. Tedy powiem wiernie Panu Oćcu, a juści on będzie wiedział 
najlepiéj, czy Krysia miała takowe przyodzianie, i czy nosiła Szkaplirzyk, co jest u dziecka 
rzecz niebywała, i może stanąć za "lico". Tedy Wacpaństwu napiszę co Pan Ociec 
powiedział, a może
i sam przywiozę tę odpowieść. Nie miał-ci ja już co prawda tu powracać, ale dla Panny 
Siostry warto jachać i do morza, i nawet za morza.
 — Rozumnieś Wasza Miłość zakonkludował. Tedy Hedvich niémasz tu już co robić, 
odnieś ten sepecik do Miny, i ostań się tam w kuchni, a dopilnuj dla mnie kolacyi.
Ale Pan Kaźmiérz okrzyknął się gwałtownie.
 — A nie rób-że mi Waszeć tak okrutnéj krzywdy. Wszakci ja wciąż gadam, jako jutro 
jadę, niechże dzisia jeszcze nacieszę się Panną Siostrą.
Hedwiga także, składając ręce, mówiła z przymileniem:
 — Ach Dobrodzieju! Tam w kuchni takowy skwar! Jużem ja do kolacyi wszyściutko 
wydysponowała. Pozwól mi tu ostać.....
Majster w końcu przystał, choć niechętnie.
 — Ha no, to już i ostań, jeno weź-że się do roboty, abyś nie siedziała jako ten szyld 
malowany, co to mówi: "A patrzajcież na mnie!"
Panienka ucieszona, pobiegła do sieni, skąd wtoczyła na ganek, leciuchny, misternie 
rzeźbiony kołowrotek, a Kornelius przyniósł dla niéj zydelek z białego jaworowego drzewa; 
śliczny to był sprzęcik; na trzech skośnych, kręconych nóżkach, miał deszczułkę z brzegiem 
wyrzynanym w liście jakby wianek, a z tyłu oparcie, wązkie w obsadzie, coraz szersze w 
górze, całe wzorzysto pokłute 
w przezrocza, niby wachlarz ze słoniowéj kości.
Na téj filigranowéj podstawie, panienka przysiadła lekko jak ptaszę na gałązce, i 
błękitnym trzewiczkiem wprawiwszy w ruch warczące koło, zaczęła skręcać długie nitki lnu, 
blado-żółtego jak jéj włosy.
Przy téj robocie tak cudnie wyglądała, że Pan Kaźmiérz zapatrzył się w nią całemi 
oczami, całą duszą, i zapamiętał się zupełnie.
Już nie wiedział ani gdzie jest, ani kto na niego patrzy, tylko sam patrzył, patrzył, i w 
duszy sobie powtarzał:
 — Apparycyo ze złotą nitką, bądź-że Parką mojego żywota!
Nagle przypomniał sobie gdzie i u kogo bawi, odkrząknął, zwrócił głowę do Pana 
Rajcy, i mówił:
 — Przypatrowam się bacznie Pannie Siostrze, bo chcę sobie zrememerować, do kogo z naszéj 
familii ona posiadła podobieństwo?
Tu z kąta, głos Korneliusa odezwał się przekąśliwie:
 — Juści nie do Waszéj Miłości.
Majster spojrzał w tamten kąt zdziwiony,
chwilkę pomyślał, potém dobrodusznie się roześmiał, i mówił:
 — Ollender rzadko powié, ale już jak powié, to richtig. Waszmość — bez urazy — 
wyglądasz
jak kruk, ą oko Waszmościne to jak ten Pharus co w ciemną noc nad portem dygota. No, a 
Hedvich, to bielusia jakbyja gniątko, ą oczko jéj, Vergismeinnicht. Gdzież tu familia?
 — O, za pozwoleniem! — Zaprzeczył z wielką powagą Pan Kaźmiérz. — Abo to raz 
bywa rodzeństwo cale od siebie różne? A wszelako każde z nich podobne do kogoś z 
antecessorów. Tak i Panna Hedviga... Czekajcie Wacpaństwo, do kogo to ona podobna? A! 
Już wiem. Jakem był mały, przychadzała do nas jedna moja ciotka. Nie była-ci ona już taka 
młodziusia, ale włos miała żółtawy, i oczy jako dwa modre kwiatuszki. Owóż Panna Hedviga 
kubek w kubek do niéj podobniusieńka. O..... im więcéj patrzę, tém więcéj to dopatrowam.
I na rachunek owéj żółto-włoséj ciotki, zaczął znowu, i coraz to już śmieléj, 
przyglądać się Pannie Siostrze.
Ta, z początku rada była braterskiéj uwadze, przytém i podchlebiał jéj taki hołd 
milczący, bo dobrze czuła że w tych oczach pała nieopisany zachwyt. Niedługo jednak, 
rotowy ich ogień zaczął ją niepokoić i mieszać; po kilku chwilach, myślała że się skręci. 
Chcąc przerwać ten "urok" co stawał się cierpieniem, sama wróciła do rozmowy. 
Uśmiechnęła się i rzekła:
 — Ktoby to myślał, że my już raz tak bliziusio kole siebie byli, i może na się patrzali, i 
bez tyle lat nic o tém nie wiedzieli!
 — Kędyż to było? — Pytał zdziwiony Pan Kaźmiérz.
 — A no tam, na Leopolskim Rynku. Przypomnij sobie Waszmość dobrze, czyś tam 
nie widział wonczas takiéj małéj bzdury w niebieskiéj szatce i złotych forbotkach?
 — Wstydno to wyznać, aleć takowéj panienki nie pamiętam, acz pamiętam wiele 
innych rzeczy?
 — Na ten przykład, co?
 — Na ten przykład, kiedy nas wieźli, to pamiętam jako mię jeden Tatarzyn chciał na 
wozie związać, a jam się mu nie dawał, i takem się małemi rękami 
i nogami bronił, i takem się wściekał, że aż pomogło; bo właśnie tamtędy jachał
sam ich wódz, on sławny Kantemir, a obaczywszy jako się dzieciak broni, zaczął się śmiać że 
aż się za boki brał, i cóś gadał do mego stróża, a ten zaraz dał mi pokój. Widno że mu się ten 
animusz w dziecku podobał, chciał sobie może ze mnie zrobić tęgiego Tatarzyna. Aleć ja 
leżąc na wozie, takem sobie medytował: "Kiedy się mnie sam wódz pogański przeląkł, to ja w 
nocy wstanę, i tego Kantemira 
i wszystkich jego Regimentarzy wyduszę, za co mię nasi zara Hetmanem okrzykną."
 — A to piękna rzecz, kiedy chłopiec tak eroicznie roi. — Zauważyła 
z wysokiém zajęciem Hedwiga.
 — Byłby ja téż pewnie w nocy wylazł, i byliby mię jak szczenię ubili, jeno że właśnie 
tegoż dnia, jeszcze przed nocą, Pan Koniecpolski nadciągnął 
i wszystkich nas wyzwolił,
z czego ja nie był bardzo rad, bo już cały mój eroizm na nic się nie przydał. — Potém znowu 
pamiętam, że na onym Rynku, jakieś tłuste białogłowy posadziły mię na ziemi, pod szkarpą 
jakiegoś ogromnego domostwa, i kazały mi na głos wywoływać moją godność, aby mię 
familia łacniéj odszukała. Ale wnet pożałowały, bo jakem
zaczął krzyczéć: "Jam jest Kazio Korycki! Kazio Korycki!" Tak na całym Rynku nikogo 
jenszego już nie było słychać jeno Kazia. Tedy mię znów prosiły abym przycichł, gębę mi 
łakociami zatykały, a ja nic, jeno się drę i drę, i takem się darł bez calutki dzień, aż mię i 
znalazło moje biédne matczysko, co już się téż wyrwało z pogańskich łyków.
 — Jakoż to? Więc i matka była w jassyr wzięta? No, a ta siostrzyczka, kiedyż ją z 
Waszmością rozłączono?
 — Od samego początku. Jeden porwał matkę, drugi siostrę, trzeci mnie, 
i wszyscy się rozlecieli na trzy strony, tak że ja z matką dopierom się tam na Rynku nalazł, a 
siostrzyczki już nikt nigdy nie widział, ani na pobojowisku, ani
na woziech, ani w mieście. Nieraz my tak myśleli, że ją może Tatarzyn uciekając ubił, bo to 
nieraz oni wolą dziecko zarżnąć, niżeli żywcem ostawić. A może ten co ją wiózł, potrafił 
uciec aż na Krym, boć i tacy byli co się przed nami salwowali. A może to po prostu jesteś 
Wacpanna?
Tu Pan Majster, nalewając sobie po raz drugi kufel, otrząsnął się jak po zimnéj kąpieli.
 — Brrr... Co to za szczęście że oni tu nie dojeżdżają! Paskudna rzecz taka wojna. 
Dobrześ Waszmość uczynił kiedyś wybrał służbę na wodzie.
 — A ja właśniem się już odprawił od Wodnéj Armaty.
 — O, szkoda! — Zawołała Hedwiga, i oczami zmierzywszy jego postać, mówiła:
 — Szkoda! Taki śliczny munderunek!
 — I ja powiedam: szkoda! Ha no, co robić, kiedy Pan Ociec każe? 
 — Dla czego to?
 — Dla tego: było nas trzech braci.....
 — O? Niceś Waszmość nic mówił. To i oni poszli w on jassyr?
 — Nie. Oni jako starsze, już byli żakami u xięży we Lwowie. To ich salwowało. Tedy 
potém jeden poszedł pod chorągiew pancerną, a drugi do haltylyerów. Tedy ja widzę że już 
mi wzięli i ziemię i ogień, tedy proszę się Pana Oćca aby mi dał iść na wodę, bo to wonczas 
wszyscy gadali, co to będzie za flotta jakiéj świat nie widział, i że król buduje ono warowne 
miejsce Władysławów. Jam zawdy miłował awantury, i takem sobie myślał: "Niech jeno 
dostanę się na morze, będzie ich w bród." Pan Ociec długo się wzbraniał, aż mię i odpuścił 
tutaj. Najprzód więc jachałem na okręciech kupieckich; było się tam 
i sam, widziało się świata kawał, ale awantur mało. Tedy przystałem do Wodnéj
Armaty. A tu jeszcze gorzéj. O batalię nie łacno, jeśli się trafi to jak ślepéj kurze ziarno, a 
służba żmudna i sroga. Już ja tedy myślał wrócić pod
flagę kupiecką, i jachać do Indyów abo do Ameryki, za onym Panem Arciszewskim co tyle o 
nim gadania, aż tu przychodzi wiadomość, że starszy brat zginął 
w potrzebie, a w rok późniéj znowu wiadomość: drugi brat ubity, — a tu Pan Ociec
pisze do mnie: "Wracaj-że mój ty Beniaminie, boś mi już jeden ostał się na świecie. Służ jako 
chcesz, jeno już na lądzie, abyś choć czasami przyjachał do mnie, i w gospodarce był mi 
sukkursem." — Jakoż to nie posłuchać Oćca, staruszka
samotnego? Wszystkich potracił, naprzód oną Krysię, potém Panią Matkę, potém dwóch 
starszych, już nikogo niema jeno mnie.
 — I gdzież Waszmość się zaciągasz, do pancernych?
 — Owóż nie. Na wodzie człek odwykł od konia, lepiéj mi pójść do infanteryi. Hetman 
Zamoyski zawdy kawalerów tam namawiał, i gadał jako to teraz największa siła będzie w 
infanterzach. Tak to różnie ja się już przegryzował przez życie, i jako widzę jeszcze przyjdzie 
przegryzować się na inny manier, 
a zawdy awantur mało, chyba to może ja dzisia na nią się natknął, daj Boże
szczęśliwie.
W téj chwili Pan Majster, który już sobie nalewał trzeci kufel piwa, chciał i gościowi 
napełnić szklenicę, ale spostrzegł że jest ledwie troszkę nadpoczęta.
 — O! — Zawołał ze zgorszeniem. — Jaki to Waszmość niełaskaw na mój bier. 
A paradny bier, keine gadanie paradny. Czy nieprawda?
Pan Kaźmiérz zakłopotany odpowiedział:
 — A no tak... dobry... jeno my na wodzie skąpo zażywamy piwa... to człek 
i nie przywykł. 
Gdy kończył te słowa, Hedwiga się zerwała jakby wicher, i wpadłszy do sieni, drzwi 
za sobą zaparła.
 — Co się stało? — Zapytał Pan Kaźmiérz.
 — A kto ją wié? — Odrzekł Majster. — Ona nigdy nie może na miejscu spokojnie 
usiedziéć. A i ty Kornelius, czego tak stoisz jak ten słup co drzwi podpiera? Siadaj-że na 
swojém "ruhe." — Trzeba wiedziéć Waszéj Miłości, jako my tu mamy nasze miejsca na 
zawdy nominowane. Ja siaduję tu pod złotém oknem, i ten kąt zwie się: "Faterstuhl." Moja 
Dorotea siadywała tuż kole drzwi, aby łacno mogła dopaść kuchni, to my zwali jéj ławę "na 
tymczasem." Hedvich na swoim zydelku, my gadamy "na skrzydełku," bo wiecznie lata. No, 
a tam po drugiéj stronie drzwiów, ten drugi kąt ławy to "Kornelius-ruhe," bo Kornelius tam 
nic nie gada, jeno siedzi jak mruk, i wzdycha za swoim Amsterdamem. A grzeszy chłopak; 
dziękowałby Panu Bogu że jest w mieście tak zacném i sławném jako nasz Dantzig. Gadaj-no 
Kornelius, u was tam niema takich złoconych i rzezanych domów, ani takich beischlagów, 
co?
 — Prawda Panie Majster, beischlagów niema, aleć za to u nas w Amsterdamie niech 
jeno człowiek wsadzi w okno głowę, a już cały dycha
słonością wiatrów morskich, a tu co? Ani wié że jest kole morza.
 — Gadaj co chcesz, już ja tam wolę nie miéć słoności w gębie, a dychać naszą aurą co 
jest mocna i słodka jakoby Goldwasser. On mi się zawdy chwali ze swemi Amsterdamami, 
Rotterdamami, Harlemami, a ja powiedam: pierwsze miasto 
w świecie, Dantzig. Czy nieprawda, powiedz sam Waszmość?
Kaźmiérz się uśmiechnął.
 — Żeby nie Kraków, tobym dał Waszeci racyę.
 — Wasza Miłość nie byłeś w Amsterdamie? — Zapytał Kornelius.
 — A byłem. Gdzieżem-ci ja nie był? Ze mnie wielki nawigant. Jeno powiedam: 
"Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiéj." Z téj racyi téż i Waści panie Czeladniku nie ganię 
że chwalisz swoje Amsterdamy. Każda liszka swój ogon chwali. Niechże Amsterdam będzie 
ogonem wszelakich miast świata.
Kornelius, który słabo jeszcze podchwytywał odcienia polskiéj mowy, zamyślił się, 
niewiedząc czy ma na te słowa odpowiedziéć uśmiechem czy gniewem? W każdym razie, 
czuł większą skłonność do gniéwu. Ten gość, choć prawie nieznajomy, był mu od pierwszéj 
chwili niemiłym. Istnieją w ludzkich sercach przeczucia.
Gdy tak sobie nieznacznie docinali, drzwi domu się rozwarły, i Hedwiga powróciła, 
niosąc znowu tacę, nierównie mniejszą niż pierwsza, ale stokroć piękniejszą, całą wyzłocistą. 
Na tacce stały trzy naczynia, istne pieścidełka sztuki. Nalewka złota w kształcie ptaka, cała 
emaliami różnobarwnemi pokryta, jakby najwytworniejsza kraska. Przy niéj stał kielich ze 
szkła jasno-amarantowego, wyglądający na olbrzymi, wyżłobiony rubin; po jednéj stronie był 
na nim wymalowany król ptaków, z rozpostartemi skrzydłami, z koroną u głowy; po drugiéj 
stronie był napis polski. "Na zdrowye!" Między kielichem i nalewką,
stała na złotéj nóżce, mieniąca się stu kolorami opalu, wydrążysta koncha, pełna malutkich 
marcepanów. Pan Kaźmiérz, ze zwykłą zakochanym bystrością, zauważył od razu że 
wszystkie miały kształt serduszek.
Pan Majster spojrzał na Hedwige z pódziwieniem, i zapytał półgłosem:
 — Kto ci kazał to wszystko tu windować?
Panienka zmieszana odparła:
 — Mnie się uwidziało..... że sam Dobrodziéj chciał..... Jego Miłości nie smakuje nasze 
piwko, i pierniczka ledwie nadkąsił, więc dałam petercymentu..... no, i tych Królewieckich 
marcypanków..... Może będą lepiéj do gustu?
 — A będą, boś Wacpanna wybrała nic jeno serduszka.
Hedwiga zapłoniła się po same oczy.
 — Wszakci ja mam być siostra, to winnam Waszmości dać serce?
 — Biorę tedy serduszko Wacpanny.
To mówiąc, włożył do ust marcepanik, i smakując w nim z rozkoszą, powtarzał:
 — Aj! Co za specyalik! Do śmierci ta słodycz mi ostanie.
Hedwiga tymczasem pochyliwszy kraskę, ze złotego jéj dzioba lała napój gęsty i 
ciemny, tak że kielich z amarantowego stał się morderowym.
Potém powróciła do kołowrotka. Robota jednak szła niesporo, kółko co chwila 
stawało, prządka wolała zasłuchiwać się w rozmowie gościa.
Ten, ująwszy kielich, wniósł "Zdrowie Panny — Siostry," pokosztował, 
i mówił:
 — Ono zdrowie chciałbym duszkiem wypić, aleć — jako widzę, — nie godzi się 
takowego nektaru łykać bez konsyderacyi. Wyborność.
I powoli popijał, a pijąc przyglądał się ciekawie naczyniom.
 — Co téż to u Waszeci precyozów!
 — A, mamci tego trocha, bom zawdy adorował wszelakie meister-sticki. Ten kielich 
to pamięta króla Zygmunta Augusta. Nalewka przyszła mi z miasta Italskiego Firency, gdzie 
są wielkie Meistry złotniki. A ta skorupa na konfekty, — patrz jeno Waszmość co tu kolorów 
lata w oczach, i purpura, i lazur, i złote płatki, — to jest, morski rarytas, Nautylus.
 — Przebóg! Nautylus, o którym jam się tyle naspiewał! — Zawołał Pan Kaźmiérz. — 
A dajże go tu Panie Konzulu, niechże mu się naprzypatrowam. Jam go zawdy był taki ciekaw, 
żem już
nieraz chciał jachać na morza Greckie, albo Indyańskie, aby tę bestyę obaczyć.
 — A co to Waszmość śpiewasz o tym ślimaku? — Pytała Hedwiga.
 — To, co IMci Pan Klonowicz o nim pisze w swoim "Flisie." Znasz Wacpan tę 
xiążkę? Nie? A Wacpanna?
 — I ja nieznam, jeno Pani Flora mi gadała nieraz, o takowéj pieśni co ma być "Flis." I 
ucieszne to?
 — Powiem Wacpannie, cud świata. Jam zawsze kochał się w poethusach. A już na 
wodzie, to najlepsza konsolacya. Bo to na okręciech nudno, ni podwiki ni pląsów, dzień jeden 
jako i drugi. Jak człek dorwie się niektórego voluminu, to 
i dziesięć razy w kółko czyta. Owóż ja tak onego "Flisa" zwertowałem, co go prawie całkiego 
mam w głowie. Szkoda że Wacpaństwo nie czytali, tam jest 
i o Gdańsku. Jeden z naszych Officyjerów przywiózł tę xiążczynę z Warszawy, to nieraz 
bywało wieczorami, siedzimy na pokładzie, a szczęki nam od ziewania trzeszczą, alić jak on 
zacznie nam one wiersze dyktować, a my wszyscy chorusem powtarzamy, tak i wieczór zleci 
jakoby z bicza trzasł.
 — I co on tam — pytała Fledwiga — może pisać o takowym mizernym robaczku?
 — Chcesz Wacpanna, to zaśpiewam?
 — A mój Boże! Toż dopiero będzie nam uciecha!
 — A może na ulicy nie uchodzi?
 — Aleć owszem. — Nalegał Majster. — My tu sobie nieraz na beischlagach takie 
wyprawiamy chorały jakoby we Zborze.
 — Owóż słuchajcie Wacpaństwo. Ja to zawdy śpiewam tak jako się śpiewa stara 
pieśń:
"Przeciwne chmury słońce nam zakryły...,." bo tak sam Author pisze na tytule. 
"Chcesz-li — powieda — możesz śpiewać Flisa na te note jako one Przeciwne chmury." — 
Szkoda co niéma lutniey, to służy na podpórkę dla gardła, jak czekanik dla ręki. Ha no, jakoś 
to będzie.
Tu przetarłszy czoło, dla przywołania wyrazów do pamięci, zanucił głosem bardzo 
pięknym, pełnym filuternych zwrotów:
"Jest ryba trefna rzeczona Nautilus,
"A od niektórych nazwana Pompilus,
"A naszym polskim możesz ją językiem,
"Zwać żeglarczykiem.
"Bo z siebie własny uczyni okręcik,
"Jakby błazenek i morski natręcik,
"Gdy sobie igra za czasu pogody,
"Po wierzchu wody."
 — Jezu kochany! Co to za pieszczona piosenka! — Wołała Hedwiga składając 
w zachwyceniu ręce.
Śpiéwak pokłonił się z uśmiechem, i daléj nucił:
"A już się z morza nad wodę wydźwignie,
"Najpierwéj z siebie powódź precz wyrzygnie,
"A gdy się ulży, stroi dziwne cuda,
"Ona obłuda."
 — Jezu kochany! Obłuda!
"Wspłynąwszy na wierzch wypręży się opak,
"I położy się nakształt okrętu wznak,
"Wnet miasto żagla nastoperczy wzgórę
"Posłuszną skórę.
"I płynie sobie by co statecznego,
"Jak Bosman gdy co prowadzi grzecznego....."
 — Sehr gutt. — Pochwalił Pan Rajca.
 — Czekajże Wacpan..... Jak Bosman..... jak Bosman gdy co prowadzi grzecznego..... 
Jak to tam daléj? A! Już mam:
"A gdy się czego on Pompiliusz lęknie,
"Radzi o sobie bez mieszkania pięknie,
"Gdy zasie znowu słoną wodę pije,
"W morze się kryje.
"Tam na to patrząc, w głowie sobie kryślił
"Człowiek roztropny, i okręt wymyślił.
"Tak wzór rzemiosło z przyrodzenia brało,
"Gdy nastawało,
"Więc na ryby kształt wnet szkutę urobił,
"I udychtował i żelazem obił,
"Sztaba miasto łba, a rufa sprawiona,
"Miasto ogona.
"A miasto skrzeli dla pewniejszéj jazdy,
"Przy burtach obu rozsadził pojazdy,
"Ztądże do czółna, ztadże téż urosło
"Do łodzi wiosło.
"Tak nauczyła roztropna natura
"Urobić szkutę zmyślnego Mazura....."
 — Ale co to ma być? Tu mi ktoś przygrawa? — Zawołał Pan Kaźmiérz zdumiony, 
posłyszał bowiem że przy ostatnich kilku wierszach, jakieś dźwięczne struny towarzyszyły 
jego śpiewce. Zaczął się oglądać, i tuż na sąsiednim ganku, 
spostrzegł piękną damę w żałobnym stroju, z lutnią w ręku. Pan Schultz i Hedwiga także 
spojrzeli w tę stronę, i razem zawołali:
 — Pani Flora! Jest Pani Flora! Jak to dobrze!
 — Pani Flora ozwała się do Pana Kaźmiérza:
 — Cudnie Wacpan śpiéwasz, jenoś połknął czworo strofów co tam wśrodku siedzą.
Pan Kaźmiérz się tłumaczył:
 — Boś mi Wacpani szyki popsowała tą siurpryzą. Ani ja się spodziewał takowego 
akkopanyamentu. A zkąd to Wacpani znasz tę notę?
 — O Boże! Jakoż niémam znać? Ja to poema umiem jako pacierz, i godzinami sobie 
przy lutniey nucę. Ja bez wirszów i bez amorów niemogę nijak żyć, a teraz kiedy w tych oto 
kirzech Amory mię odbiegły, już tylko śpiéwaniem się cucę. Chcesz Wacpan to razem 
zaśpiéwamy?
 — Jeno — przerwał Majster — już nie o téj skorupie. Śpiéwajcie nam lepiéj o naszym 
Dantzigu, jakoś Wasza Miłość powiedział, że w téj Miążce i o tém stoi.
 — Hm.... Niewiem czy sobie przypomnę.... — Mówił zakłopotany Pan Kaźmiérz.
 — Ale ja przypomnę. — Podjęła Pani Flora. — To tam gdzie on powieda:
"Drągiem to zową kędy port zawarto....."
 — A! Już wiem. — I zaczął znowu śpiéwać, podtrzymywany przygrywką i głosem 
Pani Flory.
"Tu już przyjedziesz do misternéj Windy,
"Tu ujrzysz dziwnych rzeczy na przebindy."
 — Uważasz Panie Majster, on tu wyraźnie pisze o Waszecinych bursztynach. Tedy:
"Tu ujrzysz dziwnych rzeczy na przebindy,
"Jakom powiedział, już tu masz Szpiklerze,
"Masz i machlerze.
"Masz Most Zielony, cel naszéj roboty.
"Tu wzwody, wschody, dziwne kołowroty.
"Masz wagę, trety, ławy, dziwne sprawy,
"Różne zabawy.
"Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
"Tu masz z Zamorza dziwne skrzydływidły,
"Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy,
"Pod same gwiazdy.
"Tu w stradyjetkach masz śmiałe Bosmany,
"Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
"Przedawaj, kupuj....."
 — Jak to tam u lichą daléj? Aha.....
"Chwal przedawajac, gań kupując. Kupca
"Niechciéj mądrego, szukaj sobie głupca....."
Tu śpiéw został przerwany przez ogromne śmiéchy i oklaski. Pan Kaźmiérz, który 
siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się, i teraz dopiero
postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo i w lewo, siedziało 
także mnóstwo osób; gospodarze przy szklenicach, panie i panny 
z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały 
z wysokiém zajęciem, nieznanéj dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze 
trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz t?ż towarzystwa 
innych ganków, odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem; jedni wykrzykiwali pustackie 
"Gaudeamusy," drudzy niemieckie bajeczki o "Mądrym Lisie." Na poprzecznéj ulicy, ozwał 
się nawet któryś z Chorałów Lutra.
W tym chaosie głosów, trudno było myśléć o dalszém śpiewaniu "Flisa." Pan Majster 
odezwał się do Pani Flory:
 — Przeszłabyś Frau lepiéj do nas.
I podał jéj rękę. Ona, położyła lutnię, weszła na ławkę, i przeskoczywszy przez obie 
poręcze ztykających się z sobą ganków, usiadła obok Pana Schultza.
 — Prezentuję Wacpani wielkiego u mnie gościa. Oto IMci Pan Kaźmiérz Korycki, erbu 
Prus, Officyjer królewski od Wodnéj Armaty. A oto Pani Flora Korwiczkowa, wdowa po 
moim dobrym somsiedzie, co był Sławetny Pan Bonifacyusz Korwiczek, Meister 
Passamonnik, i to Meister nad meistry. Takiego drugiego nie mamy już w Dantzigu.
Temi słowy zapoznawszy swoich gości, Pan Konzul zaczął opowiadać Pani Florze 
dziwną
przygodę, dzięki któréj Hedvich, jako się zdaje odnalazła brata i familię. Piękna wdowa 
słuchając z niezmierném zajęciem, spoglądała kolejno z pod oka, to na Pana Schultza, to na 
Pana Kaźmiérza, jakby w duszy chciała ich obrazy porównywać, i cóś z onych porównań 
wysnuć.
Pan Kaźmiérz przyglądał się jéj także pilnie, i nie bez podziwu. Ubiór 
i postać tworzyły tu zupełne przeciwieństwo; ubiór był żałobny, surowy, smutny; z całéj zaś 
téj fertycznéj osóbki biło tyle zdrowia, blasku i wesołości, że wszystko razem wyglądało tak, 
jakgdyby kto czarną wstążką przewiązał pęk róż stulistnych. Pani Flora była istotnie podobna 
do róży, pierś miała wypukłą, na licach kwitnące rumieńce. Musiały jednak pod tą wabnością 
kryć się kolce nieugiętéj woli, bo w koło warg rozkosznie rozchylonych snuł się ciemny 
meszek, a z pod brwi prawie czarnych, równych, długich, (zadziwiająco równych i 
długich.....) świéciły oczy podbójcze, na których dnie połyskiwało cóś twardego, jakby 
stalowa blaszka.
W owym téż, na pozór skromnym ubiorze, po bliższém rozpatrzeniu, wzrok 
odnajdywał mnóstwo szczegółów świadczących, że piękna wdówka więcéj musiała myśléć o 
żywych, niżeli o umarłych. Suknia była wprawdzie z czarnéj wełny, kołnierz płócienny 
gładko wywinięty, ale jedno i drugie skrojone tak prześlicznie, noszone z takim wdziękiem, 
że i różowa szata nie wydała by się weselszą. Miała téż na głowie czepiec wdowi, jak 
przystało z czarnych nicianych koronek, ale jego maleńki okrąg był tak zalotnie przypięty,
i swoim axamitnym języczkiem tak zaczepnie na czoło się wysuwał, że przywodził myśl o 
ślubnym wieńcu. Miała téż na sobie i trochę klejnotków, jedynych jakie 
w czasie żałoby godziło się nosić. Były to trupie główki z białéj kości, powiązane ogniwami 
ze srebra, wyrobionemi w drobniutkim kształcie parzystych, niedopérzowych skrzydeł; 
oprócz takich manelek i zausznic, miała jeszcze u pasa i srebrną banieczkę, którą czasem 
podnosiła dla wąchania, a ile razy odetkała trupią główkę tworzącą jéj koreczek, wnet cudne 
zapachy rozchodziły się po całym ganku.
 — Co Wacpani za elixyry z sobą nosisz? — Zapytał Pan Kaźmiérz.
 — Ach, jakoż niémam nosić? Mnie na Chrzcie Świętym dano Flora, i ja téż jak ona 
bogini, bez kwiatów usycham, a tu przy tych kirzech nie mogę się niemi obsypować, więc 
chociaż ich wonnościami się pasę.
 — I długoż to jeszcze dla Wacpani tych kirów?
 — Ach jeszcze całe dwie niedziele. A potém już koniec. Jeno w sercu nie koniec. Do 
grobu ja będę płakała po moim nieboszczyku. Jak on adorował swoją Florę! Nigdym nie 
widziała równie zacnéj passyi. Cudny to był człek. Szkoda jeno że kostera. Aleć téż Pan Bóg 
srodze go pokarał. Nazbyt człeczyna miłował kosteczki, no i teraz już z niego nic jeno 
kosteczki.
Pan Kaźmiérz lubił krotochwile, ta jednak nie w smak mu poszła; przyciął usta i 
zamilkł.
Pani Flora téż już na niego nie zważała. Zwróciwszy się całą postawą ku Panu 
Schultzowi, weszła z nim w żywą rozmowę, przyczém co chwila pokazywała 
w śmiéchu swoje wiewiórcze ząbki, albo przyglądała się swojéj rączce, ubranéj pierścieniami.
Młodzieniec, widząc że starsi Państwo na niego nie baczą, wstał 
i przystanął za krzesełkiem Hedwigi. Miał ochotę powiedzieć jéj niejedno słodkie słówko, ale 
go korciła obecność Korneliusa, tuż po-za niemi siedzącego.
Pochylił się więc do jéj ucha i szepnął:
 — Czy to ten Czeladnik zawdy tak z Wacpaństwem siedzi w kupie?
 — A zawdy. Co robić? Dobrodziéj wielce go konsyderuje. Ale dla mnie to utrapienie.
 — A! I z jakowéj racyi?
 — Bo mię fatygują te jego wyłupiaste, Ollenderskie oczy. Gdzie się ruszę, tam i te 
oczy za mną, jak szpiegusy.
 — Żebym jeno śmiał, tobym go przepędził na dziesiątą ulicę.
 — Nie czyń tego Waszmość, ja sama go przepędzę.
I obróciwszy się niedbale, przez ramię mówiła do Korneliusa:
 — Skocz — no Asan po nowe powismo lnu Znajdziesz tam w podwórku, na składzie.
Czeladnik zarumienił się i skoczył.
 — Coś Wacpanna zrobiła najlepszego? A toć on za moment znów przylézie?
 — To ja go znów przepędzę, chociażby i dziesięć razów. Jakoż się nasza sąsiadka 
Waszmości wydawa? Urodziwa, co?
Mówiąc to, niespokojnie spojrzała w oczy Kaźmiérzowi. Ten się uśmiechnął 
z wewnętrznego zadowolenia.
 — Hoża niewiasta, — odparł — jeno musi być okrutnie rezolutna.
 — A toś Wacpan trafił w samo cetno. Dobrze to taką być. A ja tego nieumiem, ja się 
każdego stracham.
 — Uważasz-no Wacpanna jak tą Pani Flora mizdrzy sią do Pana Schultza? Czy oni 
mają się k'sobie?
 — Ach, dałby to Bóg!
 — Tak powiadasz Wacpanna? Dałby to Bóg? A mnie się widzi jako Pan Schultz bliżéj 
sobie szuka żonki.
 — Zkąd się to Waszmości uwidziało?
 — Bo mi sam gadał.
 — Więc on o tém gada? O Boże, jakaż ja nieszczęśliwa!
 — Tedy Wacpanna tego niémasz w życzeniu?
 — Oh nigdy! Ja Dobrodzieja respektuję z affektem jak oćca, i nazywałam go zawdy 
"Faterkiem," aleć od śmierci Pani Doroty, i tego mi zakazał. Niewiem jak mam gadać do 
niego, więc gadam: "Dobrodzieju." Co to za nieszczęście że ta kochana Pani Dorota zmarła! 
Za niéj wszystko było dobrze. Ale ja tego nie zrobię. Jam jéj obiecała że nigdy nie pójdę za lutra. Dosyćem ja się napatrzyła jaka to dezolacya, kiedy mąż innéj 
wiary, a żona innéj.
 — Bardzo ja szczęśliw, że Wacpanna jesteś takowéj rezolucyi.
Hedwiga stanęła w płomieniach, i podnosząc nieśmiałe oczy, zapytała:
 — A co to Waszą Miłość może obchodzić?
 — A i bardzo. Jeśli ja Wacpannie mam być bratem, to nigdy nie dam assentymentu na 
takowy nieklejnotny maryasz.
Hedwiga spuściła oczy,
 — Ach tak..... Prawda..... Waszmość masz być brat.....
Zamilkli przez chwilę.
Właśnie téż wracał Kornelius, niosący aż dwa powisma. Hedwiga zaraz mu jedno 
kazała odnosić na powrót, potém go słała do Miny, dla dowiedzenia się czy prędko będzie 
gotowa wieczerza, a nakoniec kazała mu szukać swojéj chustki, téj z niebieskiemi 
chwaścikami, którą zostawiła gdzieś, sama niewié w jakiéj komorze i na jakiém piętrze? Tym 
razem Kornelius siedział bardzo długo, dziesięć razy obiegł wszystkie piętra i obszukiwał 
wszystkie kąty, nakoniec wrócił bardzo zmartwiony, nie odnosząc chustki, a to dla wielce 
prostéj ale jemu nieznanéj przyczyny, że chustka ciągle spoczywała w Hedwigowéj 
kieszonce.
Przez ten czas, Kaźmiérz i Hedwiga, oparci o złotą kratę, przyglądali się 
przepływającéj publiczności. A było na co patrzéć. Jeżeli w godzinach roboczych, dalsze 
ulice pracowitego miasta, przedstawiały się pusto i głucho, zato w godzinie przedwieczornéj, 
cały ten tłum spracowany, wylegał dla odpoczynku 
i przechadzki, a wylegał rojnie i strojnie. A stroje pstrzyły się tą niesłychaną rozmaitością, 
jaka zazwyczaj panuje w wielkich portowych miastach. Oprócz ubiorów niemieckich i 
hollenderskich, przeważających liczbą, można było dostrzedz i wielu naszych ziemian, 
łatwych do poznania po czapce włożonéj "brodźcem," i po "marynałce," czyli pasiastéj 
opończy, jaką się zazwyczaj u nas kładło na samém wsiadaniu do komięgi. Owi sielscy 
przybysze, sprzedawszy rano swoje żyto albo pszenicę, chodzili teraz po mieście, zadzierając 
głowę, dziwując się kamiennym ozdobom na domach, i zamorskim gościom na ulicach. A 
było tych zamorczyków niemało; żółto-włose Angliki, kraciaste Szkoty, czarno-okie 
Portugały z siatką na włosach jak u białogłowy. Czasem pojawił się człowiek 
z Lewantu, Grek o kaftanie cudnie wyszywanym, lub Albańczyk biało-fałdzisty; gdzie nie 
gdzie nawet, niby tulipan, zakwitł bisurmański turban. Niektórzy 
z przechodniów zatrzymywali się przy gankach, i przez kraty wiedli rozmowę 
z siedzącemi na nich mieszkańcami domu, lub zaproszeni, wchodzili na taras, 
i siadali przy rodzinnych stołach. Inni, dążyli na zamiejskie przechadzki, 
w które Gdańsk zawsze obfitował. Między temi, najliczniejsze były panny, plemię nigdy niesyte ruchu; nałożywszy na stanik małą pelerynkę, 
obszytą ciemnym passamonem, (takim samym jak i u sukni), a na głowę kapelusz słomiany o 
maleńkiém denku i ogromnych skrzydłach, (zupełnie podobny
do naszych dzisiejszych "pasterek,") szły całemi trzódkami, pod wodzą matek lub 
ochmistrzyń, co je oprowadzały niby dla przyjemności, w rzeczy zaś dla złowienia PanaMęża.
 — Wacpanna lubisz spacyr? — Zapytywał Kaźmiérz.
 — Oh, passyami! Muszę ja być ze wsi rodem, bo w tych kamiennych ulicach duszę się 
i więdnę, a zawdy jeno wzdycham do zielonych liściów i łączek. 
A u Pana Miecznika czy dom duży? Czy także na nim takie złote rzezania? A ogród jakowy? 
Czy jak na Biskupiéj Górze?
I zasypywała Pana Kaźmiérza pytaniami o jego rodzinę, o nieboszczkę matkę, a 
zwłaszcza o tę zaginioną siostrzyczkę. On nierad był przyznać się do niedostatków 
domowych, ani zgłębiać owego mniemanego pokrewieństwa, jak mógł się więc wywijał, i 
ciągle zwracał jéj uwagę na bieżące przedmioty.
 — Czy widzisz Wacpanna ten potroisty kołniérz co wisi temu kawalerowi do pasa, 
niby trzy maluśkie białe płaszczyki? To najnowsze kawalerskie noszenie.
 — Widzę. O jakież to trefne! Jakoby melszpeis co się nie udał i oklapł.
 — A tak, to téż to się nazywa "kołnierz z konfuzyą," niby tak się skonfudował, że jak 
Wacpanna z figielkami powiedasz, oklapł.
I śmieli się do rozpuku, z tą pustotą młodości, co tylko sobie szuka pierwszéj lepszéj 
przyczyny do śmiéchu.
 — O dla Boga! — Wołał znów Pan Kaźmiérz. — Cóż to za fiotylla ciągnie ku nam?
 — To żona i córki tego grubego Van der Herna, co ma pono aż dziesięć okrętów.
Osoby jakim się przyglądali, były spowinięte niderlandzkim "huikenem," czyli 
długim welonem, tworzącym rodzaj płaszcza, który się przytwierdzał na wierzchu głowy pod 
maleńkim kapelusikiem; kapelusik ten, niby grzyb wywrócony
wystrzelał w górę sporym prątkiem, który się zakończał grubą kulą puchu. Ponieważ ta 
czubata moda panowała przeważnie w Hanzeatyckich miastach, często więc owym prątkom 
nadawano wyraźny kształt rudelków, a wtedy kapelusik zsuwano tak silnie na przód głowy, 
że ów rudel sterczał ze środka czoła, i groził oczom przechodzących. Widok takich dam 
czubatych, ("les dames huppées,") nas by dziś niesłychanie zdumiał i rozśmieszył; Kaźmiérz 
i Hedwiga, widując ich mnóstwo codzień, ledwie czasem na nie zwracali uwagę. Trafił się 
jednak i taki przystrój, który zdumiał Pana Kaźmiérza.
 — A to co za jedne? — Zawołał. — Czego to sobie one tak zakryły gębę?
 — Mówiąc to, wskazywał dwie nadchodzące, bardzo zgrabne damy, które miały 
głowę Î stan spowinięte w koronkowe kaptury, w rękach okrągłe wachlarze z piór puszystych, a na twarzy czarne axamitne pół-maski.
 — To przyjezdne. — Objaśniała Hedwiga. — Pono z Angielskiego kraju. Tamtejsze 
białogłowy strasznie są bójne o swoją skórę, tedy jak za dom idą, zara nadziewają maszkarki, 
zimą na to żeby ich mróz nie szczypał, latem aby ich słońce nie smoliło.
 — No dobrze, ale teraz nie zima, i słońce już zaszło, to po co?
 — To może wedle kurzawy, albo może wedle "urocznych oczów?"
Gdy tak młoda para śledziła przechodniów, ci śledzili ją niemniéj ciekawie. W owych 
salonach pod otwartém niebem, jakiemi są tarasowe ganki, życie Gdańszczan, (przynajmniéj 
w letniéj porze), upływało tak jawnie, że wszelka zmiana w tém życiu, zwracała zaraz 
powszechną uwagę. I tu, cała ulica spostrzegła niebawem, że na tarasie Pana Schultza 
znajduje się gość nowy i świetny. Szeptano sobie o tém żarty i prognostyki, a panny, pod 
różnemi pozorami, przechodziły tam i sam przed gankiem Bursztynowego Domu, aby lepiéj 
się przyjrzeć kawalerowi o płomiennych oczach, i aby z żalem zauważyć, że te oczy zwracały 
się wyłącznie ku Pannie Hedwidze.
Powoli zmierzch zapadał, i gwiazdy zaczynały wypryskać na niebo. Ulice, dosyć 
wązkie a obudowane wysokiemi gmachami, zaciemniły się prędzéj niż place 
i ogrody. To też służba zawieszała na tarasach różnobarwne latarki; gdzie niegdzie nawet 
stawiano nieosłoniony lichtarz, bo wieczór był tak ciepły 
i cichy, że świéca paliła się spokojnie jak w izbie. Wszystkie te światełka migocąc między 
zielenią doniczek, odbijając się w złotych kratach i malowanych szklenicach, nadały obrazowi 
zupełnie inną, czarodziejską cechę. A pod tém czarodziejstwem snuła się wesoła 
rzeczywistość. Wkrótce téż, zaczęły dzwonić noże i półmiski, balsamiczne powietrze 
napełniło się mniéj wykwintnemi, ale za to smakowitemi zapachami potraw, na każdym 
tarasie zastawiano wieczerzę.
Mina także, przyniosła najpierwéj pyszną latarnię o złocistych prątkach 
i cudnie rzniętéj bańce, którą zawiesiła u spiżowego wąsa, umyślnie wbitego na ten cel nad 
oknem. Potém stół obciągnęła prześlicznym flamskim obrusem, 
i zaczęła na nim ustawiać różne wytworności.
Pan Kaźmiérz spostrzegłszy te przygotowania, wziął czapkę i niby chciał odchodzić. 
Ale Hedwiga spojrzała na niego błagalnie, i dygnąwszy mówiła:
 — O Jezu! Waszmość jutro masz jachać, daruj-że nam jeszcze te ostatki. Siostra prosi 
uniżenie.
Pan Majster, który był dnia tego w doskonałym humorze, i któremu Pani Flora 
tłumaczyła
przed chwilą, "w jak dobrą komitywę powinien wejść z familią Hedwigi," także gwałtem 
przytrzymał gościa. Siadł więc Pan Kaźmiérz ze wszystkiemi do stołu, nietyle dla jedzenia, 
ile dla podziwiania zastawy; bo jakżeż ten stół był
ubrany! Co za misy malowane jak obrazki! Co za kielichy majaczące jakby drogie kamienie! 
A te flasze w złocistych siatkach! A te pokrywy na półmiskach, całe srebrne, wypukło 
wzorowane, jakby jakieś damasceńskie hełmy!
 — Ach! — Myślał sobie. — Już chyba i król na Wawelu nie siedzi przy sutszym stole.
Samo jedzenie mniéj mu się podobało. Była wprawdzie i krucha zwierzyna, 
i drób’ dobrze karmiony, ale były téż i niemieckie specjały, niezrozumiałe dla szczero — 
polskiego podniebienia: jakieś gruszki z kluskami, jakieś ziółka ze śledziem. Pan Kaźmiérz 
byłby wolał zrazy z kaszą albo groch z kapustą; niewiele téż jadł; zatopił z przyjemnością, to 
złote Goldwassery, to wytrawne Węgrzyny, to słodki Alikant.
Pan Majster przeciwnie, opiwszy się piwa, teraz już tylko jadł, ale téż za czterech. 
Kornelius pomagał mu w milczeniu. Pani Flora jadła jedynie to co było słodkie i pachnące. 
Hedwiga nie jadła wcale. Rozmarzona, mówiła i chodziła jakby przez sen; nie ominęła jednak 
żadnego z obowiązków dobréj gosposi, nakładała na talerze, dolewała do kielichów, a Pan 
Kaźmiérz pomagał jéj bardzo pięknie; rozkroił nawet na powietrzu kapłona, — co jest 
majstersztykiem kawalerskim — 
a chociaż Kornelius twierdził że "u nas w Amsterdamie inaczéj się ptactwo krawa," wszelako na ten raz nikt Hollendra nie słuchał, i nowy 
Krajczy uzyskał ogólny poklask.
Po wieczerzy, myśli zrobiły się jeszcze różowsze, rozmowy jeszcze strzelistsze. Od 
ulicy do ulicy brzmiały żarty i śpiewki; na jednych gankach urządzano gry pełne psikusów i 
śmiéchów. Na innych toczyły się zażarte rozprawy 
o cenach pszenicy i budulcu, o nowych ocleniach i podatkach. Gdzie nie gdzie nawet już 
lutrzy z katolikami brali się do gwałtownych dysput.
Znagła, wszystkie rozmowy przycichły; zaczynała bić godzina dziesiąta. Najprzód, 
wydzwonił ją poważnie, powoli, jeden z większych zégarów miejskich. Słuchacze rachowali 
uderzenia, i po ostatniém, niejeden głos się odezwał:
 — Jaka szkoda że już!
Potém inny zégar zaczął wygrywać prześlicznego, dzwonowego kuranta, potém kilka 
innych naraz odezwało się w różnych dźwiękach, to szklistych, to spiżowych, i wszystkie te 
dźwięki napełniły miasto muzyką nadpowietrzną.
Goście gankowi powtarzali chórem:
 — Szkoda! Taki chłodek! Tak tu dobrze! Co robić? Trzeba iść doma.
Nikt jednak się nie ruszał. Już ostatni zégar zamilknął, a wszyscy jeszcze siedzieli, 
jakby w oczekiwaniu jakiegoś ostatecznego znaku.
Nakoniec i ten znak się pojawił.
Z dalekiéj ulicy nadleciał dźwięk trąby, przeciągły, żałosny, długi. Potém chwila 
ciszy. Potém, jakiś głos męzki zaśpiewał zwrotkę pieśni, żałosną, przeciągłą, długą. I znów 
chwila ciszy. — Tak, trąbienie i śpiewanie, przeplatane koleją, zbliżało się coraz donośniéj, 
aż w głębi ulicy, ujrzano dwóch Pachołków miejskich, nadchodzących mierzonym krokiem. 
Jeden z nich, 
w stroju paskowanym czarno i czerwono, kończył właśnie swoje żałosne wygrywanie; gdy się 
zbliżali do Bursztynowego Domu, opuścił od ust trąbę, a wtedy drugi Pachołek w, szafirowobrunatnym ubiorze, znajomy już nam Kuba Grubasek, przystanął, i z całych piersi przeciągle 
zaśpiéwał.
Już dziesiąta na zégarze.
Idźcie do snu gospodarze.
Strzeżcie ognia i złodzieja,
Chwalcie Boga Dobrodzieja.
Skończywszy swoją zwrotkę, uderzył ciężkim berdyszem o ziemię, i obaj poszli daléj, 
naprzemian trąbiąc i śpiéwając.
Po ich drodze, na wszystkich tarasach powstawał wielki ruch; odsuwano stołki, 
żegnano się już na dobre, i rzucano sobie od ganku do ganku stokrotne "Dobranocki," albo " 
Guttenachty."
Towarzystwo Złotego ganku, rozeszło się jedno z ostatnich. Kaźmiérz tak był 
upojony, że
niemógł się oderwać od swojéj Panny-Siostry. Coraz to nową powiastką, to nową krotochwilą 
przedłużał rozmowę, a gdy wszyscy już powstawali, i gdy Pan Majster zapytał:
Tedy Wasza Miłość jutro jedziesz?
Zawahał się i odrzekł:
 — Jutro nie jutro..... abo ja wiem? Taka jeszcze na mojéj głowie kupa jenteresów, że i 
bożek Atlas by ich nie wyrychtował. Tak czy owak, zawdy ja tu jeszcze jutro zajrzę, i 
pokłonię się mojéj Pannie-Siostrze. Ergo, bez adiusów,
jeno do zobaczenia!
 — Do zobaczenia! Do zobaczenia! — Powtórzyli wszyscy, i rozeszli się, ale każdy z 
innemi myślami.
Pan Kaźmiérz wracając do gospody, bił się pięścią po piersiach, 
i powtarzał:
 — Licho mię tu przyniosło, do tego Bursztynowego Domu! Ta stokrotka utknęła mi 
tutaj, nie jakby kwiatuszek, jeno jakby cierń. A to wszystko się na nic nie zda. Siostra mi ona 
żadna, to już wiem dokumentnie. Ożenić się z nią
nie ożenię, boć to znajdek, może i dziecko szlacheckie, tak się widzi z onych forbotnych 
szatek, wszelako zawdy tu klejnot podejrzany. Ładnie by mię Pan Ociec przyjął, jakby ja mu 
przywiózł takową pół mieszczkę a pół zaklętą królewnę! Bo to rosło u jakowychś Majstrów, a 
chowane w delicyach, nic, tylko stąpać po perskich
kobiercach, jeść na włoskich emaljusach, odziewać się w tureckie altembasy. Coby też i ona 
powiedziała, gdyby jéj, tak wykrygowanéj, przyszło siedzieć w naszych bielonych izdebkach, 
jeść z cynowéj misy na stole krajką przykrytym, abo chadzać z dziéwkami do krów? Nie, — 
ciężka to afflikcya, — wszelako prosty rozum gada: "Ni ona dla cię, ni ty dla niéj." Trza 
jachać. Nie będę jéj widział? To powolu ten śliczny konterfekt wyskrobie się z rekordencyi, 
wszakci nie jeden i nie dziesięć już się wyskrobało? Tedy pojadę, jeno jeszcze nie jutro. Jeden 
dzień, jeden mały
dzionek jeszcze sobie, akkorduję; bez jeden dzień przecie korona z głowy nie spadnie; tylko 
raz jeszcze obaczę te śliczności, posłucham tego paradyzowego świergotku, trzebaż miéć i 
nad samym sobą odrobinę zmiłowania; owóż robię sobie prezent ze dnia jutrowego, ale potém 
już bez pardonu jadę, i póki życia już nie wrócę.
Takie czyniąc postanowienia, Pan Kaźmiérz ani się domyślał, że w tymże czasie Pani 
Flora wcale inaczéj rozporządzała jego losami.
Wszedłszy na swój mały tarasik, jeszcze raz obejrzała się za odchodzącym 
Porucznikiem, i tak sobie przyszłość zaczęła rozbierać:
 — Chłop jak ulany, niéma co gadać, i orator wdzięczny, i śpiéwa jak Orfeus. 
Pomyśliłam ja sobie z początku, że może on dla mnie dobry? Ale potém widzę że nie. Pono to 
chudopachołek, pan na czterech czy pięciu chłopach. Wolę
ja mego Rajcusia i jego złoconą kamienicę. Wszelako i tamten mi się przyda; wyswatam za 
niego Hedwigę, bo ja nie wierzę w tę bajkę o zgubionéj siostrze. On taki jéj brat jak i mój, 
widziałam to z oczu, brat by tak nie patrzał po dyabelsku na dziewkę. Frant z niego! Ukuł tę 
dykteryjkę, byle nos wściubić do jéj konfidencyi. A niech ją bierze zdrów, ona mi srodze 
zawadza. Jak tylko Johann pochował tę biédną Doroteę, zarazem sobie powiedziała: "Panie 
Konzulu, będziesz ty mój, i twój kamienica będzie moja." A co ja powiem, to zawsze się 
stanie. I teraz by my już pewnie byli po akkordalyach, żeby nie ta smarkata co mu precz w 
oczy włazi; póki będzie ją miał w domu, to stary nie wyjdzie 
z waryacyi. A ona nie zna się na nim, co młode to i głupie, będzie wolała lada awanturnika, 
byle miał wąsik smolony, i ładnie pobrząkiwiał mieczykiem. Niechże sobie jadą za morza, a 
mnie zostawią starego, tak i dla nich i dla nas będzie
dobrze.
Jakiéż tymczasem były myśli saméj Hedwigi? Te trudniéj określić, bo doznawała i 
uciech i smutków, których sama sobie niemogła wytłumaczyć. Wracając do swojéj 
prześlicznéj, panieńskiéj komnaty, na każdym zakręcie schodów szeptała
z upojeniem:
 — Tu go widziałam..... i tu jeszcze..... i tu..... tego najmilszego..... brata. Więc to brat? 
A no, chwała Bogu, wielkie to szczęście znaleźć brata.....
Niepróżno téż to zara w pierwszéj chwili tak serce we mnie do niego się wyrwało..... Tak, to 
pewnikiem brat.....
I ustami powtarzała:
 — Wielkie to szczęście.....
Ale w głębi serca inny jakiś głosik odzywał się markotno:
 — Więc to tylko brat?
I znów, cieszyła się myślą że go jutro zobaczy, ale gdy wspomniała o jego wyjeździe, 
ogarniało ją takie osmucenie, że miejsca sobie znaleźć niemogła, 
i gdy nakoniec twardy sen młodości zmorzył wszystkie rozmyślania i troski, śniło jéj się że 
Pan Kaźmiérz mówi: "Nie jestem bratem Wacpanny, i nigdy nie wyjadę, nigdy!"
Majster Johann i Kornelius najdłużéj zostali na ganku. Pan Schultz, rad dzisiejszéj 
przygodzie, dopijał reszty ostatniego kufelka, i tak sobie mówił:
 — Dobrze to, że znalazła się familia. Nie takieci familianty jak myślałem, ale zawdy 
bodę miał żonę szlachciankę. Trzeba tylko przyspieszyć ceremonię; niech jeno ów braciszek 
wyjedzie, ja zaraz krzyknę: "Hedvich, kłaść mi szlubny welon, i: ein, zwei, drei, do ołtarza!" 
Bo jakby ociec zastał ją frajleiną, toby gotów jeszcze wziąć mi ją z przed nosa, a jak ją 
zastanie już Panią Konzulową, to będzie musiał kłaniać się Panu Zięciowi.
Tu rozweselony myślą bliskiego małżeństwa, zwrócił się do Korneliusa:
 — No cóż ty, nic nie mówisz? Ten Officyjer, to ucieszny kompan?
 — A wié Pan Majster kto to taki?
 — A no przecież sam powiedział, Kaźmierz Korycki, erbu Prus.
 — Takci on mówi, ale czy to prawda?
 — A czego by miał kłamać? Któżby to miał być jenszy?
 — Ja wiem kto to jest, — ja zgadłem.
To mówiąc, Kornelius wstał z ławy, i tajemniczo przystępując do Majstra, szepnął:
 — To zamaszkarzony Jezuita.
 — W imię Ojca i Syna..... A po co by tu Jezuita przychodził?
 — Jakto po co? Zwąchali że Pani Doroty już niéma, że jéj wychowanka mogłaby 
między nami poznać prawdę, więc nasyłają swoje szpiegi, gotowi nam ją jeszcze wykraść.
 — E! Co znowu? Zwaryowałeś chłopcze. Więc ty i na to nie kredytujesz, aby to miał 
być jéj brat?
 — Rękę bym w ogień włożył, głowę pod miecz oddał za to, że on ani jéj brat, ani 
żaden Korecki. Jezuicka intryga i koniec. Tylko w tym kraju takie rzeczy się dzieją. U nas w 
Amsterdamie, żeby kto się tak nagle do czyjéj familii
przypytał, toby go zaraz Urząd aresztował.
 — Ale bo widzisz, u was w Amsterdamie niema żadnych Tatarów ani żadnych 
jassyrów,
to tam bracia i siostry tak się nie zagubiają, a tu co jenszego, tu jest kraj awantur.
Wszakże, mimo własnych rozumowań, Majster się zatroskał i zamyślił. Ale po chwili 
uderzył pięścią w stół i zawołał:
 — Jest! Mam argument. To nie może być xiądz przebrany. Widziałeś jego wąsy? 
Galanckie, co? Zkądby ich wziął Jezuita? Musiałby z rok czekać, nimby się takich dochował.
 — Panie Majster, oni mają na wszystko sposoby. A od czego czary?
 — O ho ho! I Jezuita i czarnoxiężnik. Niedługo już z nim na stos! 
E, głupstwa gadasz, nie psuj mi próżno głowy.
To mówiąc wstał, i oparłszy się na ramieniu Korneliusa, (bo piwo trochę go z nóg 
ścięło), skierował się ku sieni, a po drodze mówił:
 — Głupstwo czy nie głupstwo, zawdy trzeba już z tą Hedwigą skończyć, bo strzedz 
panny w domu, to lepiéj z fajerką siedziéć kole Pulwerthurmu.
Ledwie pan wyszedł, zaraz Mina zjawiła się na ganku, dla pozbierania kufelków i 
wszelkich sprzętów ruchomych.
I na innych tarasach służba gospodarzyła, sprzątając reszty wieczerzań, wynosząc 
stoły i krzesełka, zdejmując dogasające latarki. Potém zaczęło się zamykanie drzwi okutych; 
jedne po drugich zapadały, z głuchym łoskotem, 
z ciężkiém
zasuwaniem ryglów, zakładaniem sztab i zgrzytem kluczów. Kto na piętrach jeszcze palił 
światło, ten pilnie zasuwał okna lub wynosił się do izb wewnętrznych, ażeby ront 
powracający, nie kołatał mu do drzwi z przestrogą. Czasem jeszcze 
wśród wysokich donic tarasowych, jakaś zapóźniona czuła para zamieniała ostatnie szepty, 
ale i ta nikła we dwie strony, gdy uderzenie berdyszów o ziemię, zdradziło zbliżanie się 
nocnych stróżów. Zwolna wszystko przycichło i przygasło. Zégary wybiły jedenastą; wtedy, 
zabrzmiała w powietrzu cudowna muzyka złożona 
z trąb i fletów, muzyka która od wieków całych, zawsze w owéj przed-północnéj godzinie, 
odzywa się na kościele Ś-téj Katarzyny, jakby przedsenna modlitwa usypiającego miasta, — i 
gdy ostatni dźwięk fletu rozwiał się wysoko, nic już nie świeciło nad Gdańskiem, tylko 
tysiączne gwiazdy ciepłéj letniéj nocy, odbite 
w czarnych kanałach Spichlerzowéj Wenecyi, w brylantowych szybkach kamienic, 
i w marzeniach serc rozkochanych.
IV.
W Artusowym Dworze.
W sześć tygodni późniéj, o téjże wieczornéj porze, na głównym placu Gdańskim 
panował ruch wielki, a przytém i wesoły. Z olbrzymich okien Artusowego Dworu, biła na pół 
placu olbrzymia łuna; z najbliższych i najdalszych ulic wysypywały się pachołki z 
pochodniami, a za niemi szły wystrojone gromady mężów i niewiast, młodzieńców i panien; 
wszystkie ciągnęły do Artusowéj sali, gdzie miasto dnia tego wyprawiało walną, taneczną 
zabawę.
Pomiędzy młodzieżą, najszczękliwiéj stąpali, najbuńczuczniéj wyglądali wojskowi od 
Puckiéj marynarki, którzy tego wieczora wszyscy znaleźli się 
w Gdańsku; a jak raróg jaśnieje wśród sokołów, tak wśród wojskowych, jaśniał urodą i 
fantazją, płomiennooki Pan Kaźmiérz Korycki.
Bo Pan Kaźmierz jeszcze nie był wyjechał. Póki miał przed sobą cały ów jeden dzień 
zwłoki,
zdawało mu się że ma skarb nieprzebrany; ale nazajutrz, gdy przyszło na dobre do pożegnań, 
uczuł się tak nieszczęśliwym, że — jak to zwykle bywa w podobnych razach — zaczął z 
samym sobą wchodzić w układy.
 — Kiedy — rozmyśliwał — mogłem sobie darować jeden dzionek, to mogę sobie 
pozwolić jeszcze jaką trzydniówkę, abo dla okrągłości, choćby i całą niedzielę. Za jeden 
marny tydzień, przecie mi Pan Ociec głowy nie zdéjmie z karku? 
Odezwał się więc w następne słowa do mieszkańców Bursztynowego Domu:
 — Zreflektował ja się. Po co mi dwa razy nawigować wedle całéj Wisły? Wysłałem ja 
do Pana Miecznika pisanie, gdzie mu wyłuszczam wszelakie cyrkumstancje co do fatów 
Panny Hedwigi. Jéśli tedy — jako mam sperandę — moje
dorozumienia okażą się czystą veritas, wonczas tuszę sobie, iż nie ja będę jachał doma, jeno 
sam Pan Ociec tu przyjedzie, dla zrekognoskowania wdzięcznéj córki, zaczém wszyscy razem 
będziemy mogli uczcić Pana Konzula jako jéj salvatora, i nacieszyć się sobą jako jedna 
familia.
Słowa te zostały przez wszystkich bardzo mile przyjęte; i rzeczywiście, na trzeci 
dzień, Pan Kaźmiérz napisał do ojca, z tą wszakże różnicą, że w liście nie wspominał ani 
słowa o Hedwidze, tylko tłómaczył się jakiemiś trudnościami wojskowemi, które opóźniły 
jego wyjazd; było téż w tych słowach i trochę prawdy, bo przy dobréj woli, znalazły się 
pewne niedokładności w ukończeniu służby, które teraz, na wielkie
zbudowanie swoich zwierzchników, tknięty nagłą sumiennością Pan Porucznik, chciał 
koniecznie najrzetelniéj dopełnić.
Tak usprawiedliwiwszy się we własnych oczach, Kaźmiérz zaczął żyć z dnia na dzień, 
w tém czarodziejskiém odurzeniu, co niechce nic przewidywać, co gotowe jest przyjąć wyrok 
śmierci na jutro, byle dziś jeszcze nie stracić swego raju. Dziwił się tylko, jak mógł 
dwadzieścia kilka lat przeżyć na ziemi bez Hedwigi? 
Jak mógł kiedykolwiek spoglądać na inne białogłowy? A spoglądał..... ach, tyle razy! Tak, — 
ale dawniejsze jego spojrzenia nie były podobne do dzisiejszych; dawniéj, ciskał tylko 
iskrami oczu, a dzisiaj płomieniami serca. Dawniéj, wszystkie kobiety (byle ładne), miały dla 
niego równą wartość; dzisiaj czuł, widział i wiedział, że ta jedna, to jest właśnie owa jedyna, 
która w Xięgach niebieskich została dla niego przed wiekami zapisana, darowana, słowem — 
tak jak
śmierć — przeznaczona.
Ta pierwsza prawdziwa miłość, promieniowała z jego serca niby pierścień ognisty, 
pod którego upalnością i serce ukochanéj topniało jak rosa pod słońcem. Z początku, 
przekonana że to jest nieznane jéj dotąd, uczucie siostry dla brata, Hedwiga nie broniła się 
wcale od nowych, upajających wrażeń; jednakże po dniach kilkunastu, zaniepokojona stanem 
swojéj duszy, już wybierała się do kościoła Dominikanów, dla zasięgnięcia rady od mądrego 
swego spowiednika,
Ojca Damiana, gdy nagle, inna spowiedź, sprowadziła niespodziany przewrót w jéj pojęciach.
Pan Kaźmiérz — jak wiemy — w pierwszym zawiązku znajomości, był rad swemu 
rzekomemu braterstwu; prędko mu jednak ono zaciężyło, bo jeśli pozwalało na pewną 
niewinną, poufałość, za to wzbraniało wszelkich półsłówek i półwyznań, zmuszało go nawet 
do hamowania zbytniéj wymowy oczu. Młody junak niemógł długo znosić podobnych 
więzów, i już po dwóch tygodniach je rozerwał. Stało się to, bez żadnego z góry powziętego 
zamiaru, lecz w przystępie niecierpliwości. Widząc u Hedwigi coraz większe zdumienie nad 
jego dziwném zachowaniem się względem "siostry", wyznał jéj nagle, bez ogródki, że nie 
jest jéj bratem, a na poparcie swojego twierdzenia, dodał:
 — Wiem to dokumentnie, bom nakoniec dostał ów respons, gdzie Pan Ociec 
rememoruje mi, jako Krysia miała rok czwarty kiedy ją poganie unieśli. Tedy wedle daty, 
Wacpanna niemożesz na żaden fason być mi siostrą, i ja temu jestem bardzo rad.
Mówiąc to, wpatrywał się bacznie w Hedwige, i dostrzegł z radością, że 
i jéj te słowa najwidoczniéj przyniosły ulgę. Odtąd, stała się nieśmielszą, ale zarazem i 
czulszą, przyczém zdradzała jakieś tajemnicze uszczęśliwienie, którego dawniéj nigdy w niéj 
nie dostrzegał.
Wprawdzie ta szczęśliwość była dla Hedwigi zamącona pewnym niepokojem; Pan 
Kaźmierz prosił ją, a nawet stanowczo żądał, ażeby wiadomość o liście Pana Miecznika zachowała tylko dla siebie, "gdyż — mówił — niech Pan 
Konzul jeno się dowie, że my nie familia, zara będzie chciał mię od Wacpanny exulować, 
przyczém on albo ja możemy położyć głowę."
Prawa dusza Hedwigi wzdrygnęła się na taką nieszczerość; mniéj wszakże, niż byłaby 
się wzdrygała dawniéj. Gdyby Pan Majster był pozostał dla niéj na zawsze niczém innem, 
tylko jéj ojcowskim, szanownym opiekunem, byłaby pewnie odrzuciła żądanie Pana 
Kaźmiérza. Ale od chwili, gdy opiekun zaliczył się do zalotników, stracił niezmiernie w jéj 
oczach na powadze, i zrównał się niejako 
z Kaźmiérzem, przyczém wszakże zachodziła ta wielka różnica na jego niekorzyść, że nie był 
kochanym, podczas kiedy tamten..... ach tamten!
Skoro jeszcze Hedwiga wspomniała, że takie wyznanie mogłoby istotnie rozdzielić ją 
z najmilszym, a co więcéj, stać się powodem ciężkich, może krwawych zatargów, przytłumiła 
szemrania swojéj duszy, i zachowała milczenie wobec Pana Rajcy, który ze zdumiewającym 
spokojem niczego się nie domyślał.
Źródłem téj niedomyślności była potężna miłość własna. Pan Johann Schultz miał 
przekonanie, że gdy obdarzy Hedwige swoją wspaniałą osobą, swojém nazwiskiem wielce w 
Gdańsku cenioném, swoją sławą kunsztmistrzowską, i swojemi wielkiemi bogactwami, 
wyświadczy jéj najwyższe dobrodziejstwo, i nie przypuszczał, aby kiedykolwiek, mogła 
kogokolwiek nad niego przełożyć. To przekonanie zaślepiało go tak mocno, że patrzył a nie widział, słuchał a nie, 
słyszał, i gdy już cały Gdańsk — przyglądający się zalotom Porucznika — z uśmiéchem 
powątpiewał o jego "braterstwie", jeden Pan Rajca niemiał ani cienia wątpliwości, codzień 
zapytywał o "respons" Pana Miecznika, 
i źle wróżącego Korneliusa, kilka razy tak porządnie zfukał, że i jemu w końcu zamknął usta.
Kornelius jednak trwał w swoich złych przeczuciach. U niego miłość, pozbawiona 
próżności, nie sprawiała zaślepienia, lecz owszem jasnowidzenie prawdy.
Miłość ta dawno już w sercu jego rosła. Za życia Pani Doroty, karmił się nadzieją, że 
może kiedyś potrafi sobie wysłużyć tę śliczną panienkę, która 
w oczach jego coraz nowemi wdziękami rozkwitała.
 — Czemu nie? — Myślał nieraz! — Gdy zrobię mój "meister-stick", a będzie on taki, 
że cała Hanza okrzyknie się z podziwu, gdy i ja téż zostanę Meistrem, czemużbym niemiał 
otrzymać jéj ręki?
Ta nadzieja dodawała mu sił do pracy, rozbudzała jego zdolności, przywiązywała go 
do Meistra Schultza, i cały ten dom czyniła dla niego Edenem.
Nagle — zrobił straszliwe odkrycie.
Po śmierci Pani Doroty, spostrzegł, że sam Pan Majster chce zająć marzone przez 
niego miejsce.
Wpadł w rozpacz — znienawidził swego
zwierzchnika — jednakże, jeszcze się z nim nie rozstał.
Miłość jego stała się beznadziejna i posępna, a jednak jeszcze podszeptywała mu 
jakieś półsłówka, na które złośliwie się uśmiéchał. Wiedział,
że Hedwiga w związku z Panem Schultzem nie może być szczęśliwą, a zatém — kto wié? 
Może jemu przypadnie udział pocieszyciela? Dawno znajomy, zawsze pod jéj ręką — a 
przytém, tak wiernie, tak szalenie zakochany — on może prędzéj niż inny..... Nie będzie to 
już takie wielkie szczęście jak posiadanie jéj dozgonne, ale — i kradziony skarb, zawsze 
skarbem, — a przytém, co za rozkoszna zemsta nad tym niegodziwcem Panem Schultzem!
Znienacka — wśród owych, już zachmurzonych, ale jeszcze przyjemnych marzeń, jak 
piorun z nieba spadło, zjawienie się Pana Kaźmiérza — i na ten raz, Kornelius uczuł, że 
gmach jego przyszłości już do podwalin się rysuje, że to nieprzyjaciel stokroć groźniejszy od 
Majstra Johanna, bo tamten zabierał tylko rękę Hedwigi, a ten wykrada mu jéj serce. O tak, 
wykrada! Kornelius od pierwszéj chwili spostrzegł olśniewające wrażenie, jakie młody junak 
sprawił na Hedwidze, i odtąd, codzień dopatrywał nowe objawy budzącego się w niéj 
uczucia, nagłe rumieńce, — smętne zadumania — i niespodziane wybuchy radości — 
wszystkie owe znaki sercowego rozkwitu, na które on tak dawno czekał, a które teraz — 
niestety — zwracały się nie ku niemu, ale ku temu posłowi nieszczęścia! Oh,
on się znał na miłości, on, co tak dawno i zawzięcie kochał! To téż niemógł zrozumieć 
spokoju Pana Majstra, trząsł się ze zgrozy na jego zaślepienie, gwałtem chciał mu oczy 
otworzyć, i byłby w końcu pewnie dopiął celu, gdyby nie
Pani Flora, która ze zwykłą sobie przenikliwością, dostrzegła niebezpieczeństwo jakie od téj 
strony zagraża, i zażegnała je machjawelskiém orzeczeniem: "Divide et impera". Zaczęła 
Pana Majstra podjudzać na Korneliusa. W każdéj niemal rozmowie dziwiła się, "dlaczego tak 
znaczny jak on personat, postponuje się ze swoim Czeladnikiem, i pozwala mu nos wtykać w 
domowe sekreta?"
Pan Majster, (który miał słabość do Pani Flory, i wielce sobie cenił jéj zdanie), 
połechtany w swojéj próżności, zaczął lekceważyć Hollendra, zaprzestał z nim żartów i 
zwierzeń, i tak go zwolna od siebie odsunął, że chłopiec, karmiony ze wszech stron 
upokorzeniami, zaciął się w milczeniu, i już prawie wcale nie wychodził z warsztatu.
Nietylko pod tym względem, ale i pod wszelkiemi innemi, Pani Flora stała się istnym 
duchem opiekuńczym dla dwojga zakochanych, którzy nie podejrzewając, aby piękna 
wdówka mogła w téj opiece mieć jakie osobiste widoki, nie znajdowali dla niéj dosyć słów 
dziękczynnych, i z pełném zaufaniem otwierali jéj duszę. Pani Flora była nieprzebraną "w 
amorowych fortelach". Z dziwną sztuką umiała zagadywać i sobą wyłącznie zajmować Pana 
Schultza, dzięki
czemu, tamci mogli wedle woli rozmawiać na uboczu. Hedwidze powtarzała jak najwierniej 
pochwały i wykrzykniki, z jakiemi Kaźmiérz odzywał się o niéj, 
a Kaźmiérza wtajemniczała w najskrytsze panieńskie zwierzenia.. Czasem nawet, rzeczy tak 
zgrabnie ułożyła, że niby trafem schodzili się w jéj domu, a chociaż te schadzki były krótkie, 
poważne, i zawsze pod jéj okiem odbywane, jednak przedstawiały dla nich nieocenioną 
chwilę swobody, w któréj uwolnieni od oczu Majstra i Hollendra, mogli nakoniec odwiązać 
maskę przybranego braterstwa. Bo 
i Pani Flora już razem z niemi śmiała się z owéj "maszkarady". Pan Kaźmiérz nie 
potrzebował nawet czynić jéj w tym przedmiocie żadnych wyznań, sama je uprzedziła. 
Kiedyś, gdy przed nią utyskiwał na milczenie Pana Miecznika, rzekła do niego:
 — Nie kpij z białogłowy Panie Officyjerze. Aniś Waszmość pisał do Oćca, ani 
czekasz od niego responsu.
 — Jakoż to? — Podjął zmieszany Pan Kaźmiérz.
 — A tak jako ja mówię. Waszmość wykoncypowałeś takową hallegoryę, aby łódkę 
swego affektu przeprowadzić między rafami przeciwnych sobie humorów. 
I wcale się to Waszmości nie gani. Bosman jako może lawiruje, niby kręci na prawo, a w 
rzeczy jedzie na lewo, i mądrze czyni; milszać mu jego szkutka, niżeli wola srogich 
Akwilonów.
 — Nie będęć ja się z Wacpanią spierał,
kiedy prorocko czytasz w sercach. Owóż, upraszam jeno, abyś mię przyjęła pod banderę 
swojéj protekcyi, a tuszę sobie, że z takowym sygnałem, dopłynę do fortunnego portu.
I płynął daléj Pan Kaźmiérz "fortunnie". Tygodnie za tygodniami schodziły w 
rajskiém zaczarowaniu, tak dla niego jak i dla Hedwigi. Cudna to była pora 
w ich życiu, niby młodziuchny Maj miłości, kiedy uczucie nie jest jeszcze wyznane ustami, a 
już zdradza się w każdem spojrzeniu, w każdym ruchu, zwłaszcza
w owych półsłówkach, na pozór szarych i zwyczajnych, a podszytych drugiém, różowém 
znaczeniem, które jest widzialne tylko dla drogiéj istoty.
Niebo téż na wszystkie sposoby sprzyjało temu zaczarowaniu; pogody były ciągle 
prześliczne; Pan Konzul coraz częściéj dawał się wyciągać na zamiejskie "spacyry". 
Chodzono więc we czworo, to na "Biskupią górę", to do "Nowych Ogrodów".
Co Sobotę jeżdżono do wioski nadmorskiéj, gdzie bogaci Gdańszczanie 
i ciekawi podróżnicy przybywali co tydzień, dla spędzenia dnia niedzielnego na zabawie i 
użyciu kąpieli w morzu; nazywało się to jeżdżeniem "na Soboty". (Dzisiejsze Zoppoty).
A że miejscowość była blizką przylądka Heli, Pan Kaźmiérz zapragnął pokazać swoim 
znajomym flottę królewską, stojącą w Puckiéj
zatoce, a zwłaszcza okręt, na którym kilka lat przemieszkał. Wojenny ów statek, zwany 
"Łabędziem", choć dobrze już wysłużony, wyglądał wspaniale i prawdziwie po monarszemu, 
był to bowiem jeden z owych pięciu okrętów, co przewoziły Zygmunta III-go do Szwecji. 
Wojskowi od Łabędziowéj załogi, niedawni współtowarzysze Kaźmiérza, uprzedzeni przezeń 
o przybyciu jego przyjaciół, wyczytali mu z oczu na co się zanosi, i przyjęli ich uroczyście; 
Pana Konzula nawet z wyróżniającą "attencyą", co niezmiernie mu pochlebiło. Piękność i 
wdzięk Hedwigi wznieciły 
w nich taki zapał, że — jako godną najwyższéj "admiracyi", okrzyknęli ją swoją 
"Admirałką". Pani Flora, chociaż mniéj głośno, zbierała jeszcze więcéj hołdów, bo jéj dowcip 
i śmiałe wzięcie, były jakby stworzone do zawracania głowy Panom Oficerom.
Siedziano więc przez cały wieczór na pomoście, oświeconym różnobarwnemi 
latarniami; śpiewano chórém "Flisa" i różne lżejsze fraszki, wieczerzano 
z sutemi kielichami, dawano z dział gęste salwy, aż Pan Schultz w upojeniu oświadczył, że 
jeśli będzie miał kiedy syna, to go przeznaczy do "Wodnéj Armaty". (Przy téj sposobności 
dobrze jest nadmienić, że używane u nas wyrażenie: "Wodna Armata", nie oznaczało 
bynajmniej artyllerji wodnéj, ale "armię morską", czyli flottę wojenną, i było zapewnie 
zepsutém przypomnieniem Hiszpańskiéj "Armady", któréj niedawne przedsięwzięcia i klęski, 
tyle uzyskały rozgłosu).
Innéj Niedzieli, pozwolono im zwiedzić Zamek Władysławowski, na co 
Gdańszczanom rzadko bywał udzielany przywiléj.
Czasem téż, nie wychodząc z obrębu miejskiego, tuż za Zieloną Bramą, wsiadali do 
czółna, które ich wiozło po ciemnéj a przepastnéj Motławie, okrążającéj Spichlerzową 
dzielnicę. Tam dopiero można czuć i widziéć, jak silnie
bije serce Gdańska. W dzień, ruch niesłychany. Krocie statków o kształtach wszelakich, 
ciężkich, wybujałych, jaskółczych. Na statkach i na stopniach domów, tysiące ludzi 
gadających stu językami, od flisaków Krakowskich, do murzynów,
niewolników jakiegoś zamorskiego armatora. Wszyscy krzyczą, kłaniają się, uśmiéchają, a 
rękami machają, bo wszyscy się targują, i każdy chce każdego przekonać. Tu zboże, z 
przeraźliwym skrzypem idzie w górę po "misternéj" Windzie, ówdzie z sypkim jękiem spada 
na szalę niemniéj misterné Wagi. Na palowych pomostach, pełno stołów dla pisarzy i 
wexlarzy, pełno budek 
z błyskotkami, przekupniów z przysmakami. Wszędzie chaos kolorów i dźwięków — 
jarmark narodów — zrękowiny morza i ziemi, obsyłających się wzajemnie swojemi 
bogactwami.
Z końcem dnia, dzielnica ta staje się jeszcze ciekawszą. Ruch cichnie — zmrok 
szarzeje — Motława robi się czarna jakby Kocyt. Nad ową żelazną wodą, bezokienne 
Spichlerze, ślepe, głuche, siedzą jakby niezgrabnie ociosane opoki.
Powietrze, pocięte kréskami lin i masztów, połamane gzygzakami windowych profilów, 
plącze
się w niezrozumiały rysunek. Wtedy, wszystkie owe Klonowiczowskie "wschody, wzwody i 
trety", wszystkie owe młyny Krzyżackie o dziwolążnych kształtach, zaczynają majaczyć niby 
gród przedpotopowy lub zaklęty, zbudowany nie przez ludzi, ale przez jakieś bajeczne, półpotworne istoty, które z po za każdego węgła, już..... już mają wyjrzéć..... Niejedno serce 
czuje tam ich obecność, przynajmniéj nasi zakochani czuli ją wyraźnie, i to przyjazną i 
usłużną, bo
podczas kiedy Pani Flora, siadłszy u jednego końca łodzi z Panem Schultzem, opanowywała 
go swoją sidlącą rozmową, tymczasem na drugim końcu, Kaźmiérz 
i Hedwiga mogli zamieniać spojrzenie lub uścisk ręki, niepochwytne dla cudzych oczu jak 
Motławowe Chochliki.
Tak to w owych złotych tygodniach, życie uśmiechało się do młodéj pary, podsuwając 
jéj codzień to nowe, a zawsze miłe "sprawy i zabawy".
Obecnie zaś, wszystkie inne gasły obok owéj zabawy tanecznéj w Artus-hofie, z któréj 
miasto całe obiecywało sobie wiele przyjemności, ale nasi znajomi jeszcze więcéj niż inni, bo 
tam Hedwiga miała po raz pierwszy wystąpić 
w liczniejszém zgromadzeniu.
Jednakże wszystkiemu jest koniec; przyszedł on i dla owego miłosnego Maju. Właśnie 
w przeddzień Artusowych tańców, Pan Kaźmiérz
otrzymał od ojca list, który go do głębi duszy poruszył. List nie zawierał żadnych grożb ani 
łajań, ale był niesłychanie smutny. Ojciec żalił się na swoją samotność, na brak pomocy w 
gospodarstwie, i niemógł zrozumieć powodów, dla
których "najmilszy synaczek", po długich latach rozłąki, jeszcze tak okrutnie odwłóczy swój 
powrót?
Ów smutek i owa łagodność, wstrząsnęły Panem Kaźmiérzem silniéj niż najcięższe 
wyrzuty.
Rzekł do siebie:
 — Raz już trzeba skończyć.....
A zakończenie tylko jedno już dzisiaj dla niego istniało: małżeństwo 
z ukochaną.
Bo przez ciąg tych sześciu tygodni, myśli Kaźmiéerzowe uległy 
najniespodziewańszym przeobrażeniom. Stało się to nieznacznie i prawie bezwiednie. Teraz 
nie byłby chciał uwierzyć, gdyby mu powiadano, że jeszcze przed czterdziestu dniami stawiał 
jakiekolwiek w téj sprawie zarzuty. Wszystkie one gdzieś prysły, i przemieniły się owszem na 
potwierdzające dowody.
Jéj niewiadome urodzenie? Ach przeciwnie, bardzo wiadome, bo dość jest widzieć jak 
ona wygląda, jak chodzi, jak patrzy, i we wszelkiéj rzeczy sobie poczyna, dość pogadać z nią 
przez trzy pacierze, aby przysiądz że jest wysoko urodzona. I jak jeszcze wysoko, kiedy 
nawet cały żywot przebyty pomiędzy miejskiemi łykami, niemógł z niéj zetrzeć téj cechy 
pańskości!
Gniew Pana Miecznika? Ależ niech on ją
tylko raz obaczy, niech jeden dzionek z nią przebawi, a będzie syna błogosławił za to, że 
przywiózł mu taką synowę!
Jéj przywyknienie do wielkich dostatków? Ależ Pan Kaźmiérz codzień jéj powiada, 
jakie to życie skromne jest i twarde po naszych szlacheckich dworkach, a ona zawsze 
odpowiada, że wolałaby małą chatkę na wsi, gdzie jest zielono
i kwiecisto, niż złocone komory po kamiennych miastach.
Już więc z jego strony niemoże być mowy o żadném wahaniu. Ale jest jeszcze inna, 
ogromna niepewność..... Oto, czy ona, Hedwiga, przystanie na sposób, 
w jaki Pan Kaźmiérz chce ich szczęście doprowadzić do celu? Sposób to niezwykły i mocno 
niebezpieczny..... a jednak, niema innego. Już on dobrze sobie głowy nad
tém nałamał, i ostatecznie się przekonał, że niéma innego.
Właśnie krocząc przez miasto, ważył w umyśle te nadzieje i te trudności, kiedy spotkał 
Panią Florę, wychodzącą z kościoła Dominikanów. Usłyszawszy o co chodzi, wróciła się z 
nim do kruchty, i tam odbyli długą, cichutką naradę. Skutek jéj musiał przypaść Pani Florze 
do serca, bo przy pożegnaniu, stanęła jeszcze na progu i rzekła:
 — Galanckoś Waszmość to wymedytował. Sposób rezykowny, ale eroiczny, jakby w 
jakiéj poemie. Jeno bez pytania się, ani Panów Oćców,
ani Panów Schultzów, bo to by próżno przyczyniło perplexyi, a tak, post factum, będą musieli 
oba powiedzieć "Amen", i wszystko z czasem się zagodzi.
 — Więc Wacpani dajesz całki swój assentyment? 
 — Oh! Z całéj duszy. Sprawiedliwieś téż Waszmość powiedział, że w moim domu 
tego niemożna uplanować, bo toby na moją sławę cisnęło szpetną famę, 
i pomnij téż Waszmość, że by mię to skłóciło z Panem Rajcą, a on dla mnie precyozny 
przyjaciel. W peregrynacyach za miastem takoż trudno by to przefilować, bo Pan Schultz 
wiecznie z nami na spacyry chadza. No, a tam, w onéj tłocznéj assambli, w onym piaskowym 
rozgardyaszu, cała rzecz pójdzie łacno,
i nieprędko będzie zweryfikowana, i nikt nie zostanie posądzon o to, że był komperem. Jeno 
zawdy powtarzam, niech rzecz będzie z xiędzem, bo jak bez xiędza, to Waszmość postradasz 
moją konsyderacyę, i będziesz wart huncfockiéj kaźni.
 — Za kogóż mię Wacpani masz? Dawniéj co prawda, uciekał ci ja od więzów 
Hymenu, ale dzisia sam do nich wzdycham, sam do nich ręce podawam, bo jak raz człowiek 
szczęście złapie, toby je chciał na wiek wieków do siebie przykować.
Po tak zachęcającéj rozprawie, Pan Kaźmiérz przez dzień cały uwijał się jak oparzony. 
Jeździł do klasztoru Oławskiego, jeździł do Władysławowa, wszędzie odbywał jakieś 
tajemnicze 
narady. Nazajutrz także, rozsyłał na wsze strony swojego pacholika Maćka, niby Hajduka 
wedle węgierskiéj sukni, w rzeczy zaś poczciwego Mazura, który zbytkiem rozumu nie 
grzeszył, ale miał takie przywiązanie do pana, że na jego rozkaz byłby pewnie próbował, 
czyby się nie dało przejść pieszo przez morze?
Nakoniec pod wieczór, Pan Kaźmiérz zaczął przywdziewać strój balowy, nowiuteńki, 
prześliczny. Nie był on bardzo kosztownym, ale dla skromnego mieszka, stanowił i tak 
niemały wybryk. Mieszek ten, jak pamiętamy, już przed
sześcioma tygodniami srodze piszczał, a cóż dopiero teraz? Ach teraz, milczał, głuchą ciszą 
konania. Ale bo téż, co to wypadło niespodzianych wydatków! Przez te wszystkie tygodnie, 
Pan Porucznik nietylko już opłacał gospodę, ale 
i kwiatkami obsyłał Pannę-Siostrę, i Pani Florze nosił różne słodkie łakocie, 
a czasem i jaką wykwintną niewieścią fraszkę, i jej służebnéj, Fruzi, nieraz do ręki wetknął 
upominek. Przy takim drobnym ale ciągłym szafunku, pieniądze jakie
był przeznaczył na drogę powrotną, rozeszły się niewiedziéć kiedy. Musiał więc brać różne 
rzeczy "na borg", a potém poszukał pewnego Imci Pana Millera, co swoim "geldem" ratował 
skłopotanych młodzieńców. Markotno mu to było, ale mówił sobie:
 — E! Jakoś to będzie. Niech jeno wrócę na wieś, to wezmę, się tęgo do harunku, i 
wszyst 
ko w mig odrobię. Nie teraz pora na sknérzenie. Raz jeno w życiu człek się żeni. Raz jeno 
człek na prawdę się kocha.
(Tak zawsze młodzi mówią, zapominając, że są ludzie, co i po dwa razy, 
i po kilka razy się żenią. A co do zadania, ile razy człowiek naprawdę się kocha, tego żaden 
psycholog jeszcze nie rozwiązał, bo każdemu zakochanemu, za każdym razem się wydaje, że 
to dopiero jest pierwszy raz "na prawdę").
A już jeżeli kiedy niewypadało "sknérzyć", to niezaprzeczenie dzisiaj. Mógłże w 
swoim zwykłym porucznikowskim ubiorze, zszarzanym już dosyć długą służbą, wystąpić na 
tém wspaniałem zebraniu, gdzie chciał pięknie wydać się przed Hedwigą, gdzie miał po raz 
pierwszy prowadzić ją w taniec, gdzie miał jéj powiedziéć takie rzeczy, od których zawisło 
jego szczęście albo nieszczęście, słowem, w tym najważniejszym dniu swego żywota?
Przy wrodzonéj sobie sprężystości ducha, Pan Kaźmiérz wprędce zapomniał 
o troskach, borgach i Millerach, i rozwiązanie tych kłopotów odłożywszy do dni następnych, 
teraz już tylko cieszył się swoim nowym strojem. I naprawdę miał się czém cieszyć. Gdy 
Maciek pana ubierał, to aż usta rozdziawiał od podziwu, a ręce
mu się trzęsły od radości. Wprawdzie ubiór dzisiejszy, pod względem barw 
i kroju, był podobny do codziennego, ale z jakże odmiennych
pierwiastków stworzony! Zamiast kaftana z łosiéj skóry, Pan Kaźmiérz nadział "szustokor" 
(tak u nas wymawiano juste-au-corps), uszyty z mięsistego, kanarkowego "hatłasu", objęty 
przy szyi obwisłym, koronkowym kołnierzem, 
i takiemiż u rąk mankietami. Na piersiach, zamiast prostego rzemienia, miał ukośnie 
przeciągnięty, czarny niesokorowy passamon (kupiony w składach Pani Flory), u którego po 
staremu zawiesił kordelas. Hajdawery nie były z grubéj rasy, ale z cieniuchnéj niebieskiéj 
sajety, ze srebrnemi na szwach rygielkami. Niziutkie półbucia żółte safjanowe, lekkością swą 
dorównywały prawie Francuskim trzewikom. Na barkach zamiast włochatéj burki, Pan 
Porucznik zawiesił krótki 
deljunak z ciemno-wiśniowego axamitu, białą sateniszką podszyty, i srebrną pętlicą u piersi 
zadzierzgnięty. Na głowę nałożył przecudną magierkę, tegoż ranka w mieście zakupioną; 
(Gdańsk albowiem słynął z wyrobu najpiękniejszych magierek); było téż to istne pieścidełko, 
z błękitném denkiem, i wązką bobrową obłóżką, nad którą wystrzelało harde pióro sokole.
Naciągnąwszy nakoniec zamszowe rękawice, rad z siebie, poszedł do Artusowego 
Dworu, czyli "Artus-hofu".
Gmach ten, jeden z najdziwaczniéj pięknych i najpiękniéj dziwnych, jakie można 
spotkać w północnéj Europie, był istnym Benjaminem
Gdańszczan. Tam oni, przez ciąg długich czasów, nagromadzili zwolna "swych myśli przędze 
i swych uczuć kwiaty".
Przędza to trochę rażąca pstrokacizną, kwiaty to nieznane innym wyobraźniom, ale 
właśnie z téj przyczyny że gdzieindziéj nieznane, że z nikąd nie naśladowane, zaciekawiają 
swoją samorodną niezwykłością i krasą.
Artus-hof, przytulony do Ratusza, tworzył z nim razem parę gmachów, królującą nad 
całym Gdańskiem. Na Ratuszu miasto się rządziło, w Artusowym Dworze się bawiło, gdyż 
był to budynek przeznaczony wyłącznie na wspólne zabawy (jak dzisiejsze Resursy), i dość 
téż nań spojrzéć, aby poznać, że urodził się 
z wesołéj myśli.
A najprzód, już sama nazwa przypomina obrazy wysoce poetyczne, i co więcéj, pełne 
społecznego znaczenia; musi ona sięgać owych czasów, kiedy najchciwiéj czytywaną xięgą, 
był sławny szereg romansów o królu Artusie, przy 
którego stole wszyscy czuli się równemi, bo stół ten, wycięty w kształt obręczy, niemiał ani 
miejsc wyższych, ani szarego końca.
W téj przezroczystéj przypowieści, bardzo zasmakowały republikanckie miasta, 
dobijające się przez cały ciąg Średnich Wieków, o coraz nowe prawa 
i swobody. Zasmakował w niéj również i Gdańsk hardogłowy, który ją nawet obrał za 
"motto" do swoich zgromadzeń. Wiec w Artus-hofie, jak niegdyś przy "Okrągłym
stole", powiedziano sobie, że nie będzie ani miejsc
wyższych, ani szarego końca. Czy dygnitarze Koronni, czy szlachta wioskowa — czy 
Patrycjat miejski, czy niższe kupiectwo — czy opasłe Majstry, czy wysmukła Czeladź — czy 
swoi, czy cudzoziemcy — wszyscy tu byli względnie równi, wobec świętych praw 
gościnności. Powtarzamy jednak wyraz względnie, bo i tu, jak zawsze i wszędzie, kto 
bogatszy, ten więcéj przepychu roztaczał — kto mędrszy lub dowcipniejszy, ten więcéj miał 
słuchaczy — kto siedział na urzędzie, ten odbierał niższe pokłony — a im kto piękniejszy, 
tém więcéj zbierał hołdów. Na to i sam Artus już nie mógł poradzić.
Ale z tém wszystkiém, bawiono się przednio, i w gmachu godnym przesławnego 
miasta.
Budynek to duży, i taki głęboki, że swemi dwiema szczytowemi ścianami, wychodzi 
na dwie odmienne ulice, a jednak w całéj swojéj długości, szerokości, 
i wysokości, zawiera tylko jedną jedyną salę. (Wyjąwszy parę bocznych, malutkich
pokoików, które są raczéj wnękami wykrojonémi w odwiecznéj grubiźnie murów, 
i dawniéj służyły za "bufety.")
Przy białym dniu, sala jest oświecona dosyć dziwnie, na przestrzał, gdyż obie ściany 
szczytowe składają się prawie wyłącznie z kryształu. Nie są to właściwie ściany, ale — i tu i 
tam — po trzy okna, olbrzymie jakby łukowe bramy, przedzielone tylko filarami, ozdobne — 
tak zewnątrz jak i wewnątrz — mnóstwem posągów, godeł i wyzłoceń.
Dwie boczne ściany są nierównie dłuższe; każda z nich także rozpada się na trzy 
działy; ale tu już niéma żadnych okien, tylko wielkie, mocno zaciekawiające freski. W ich 
treści niemożna się dopatrzéć żadnego następstwa ni łączności, ale to niedziw, kiedy w 
każdym z tych działów inna Gilda gospodarzyła, i na własną
rękę przyozdabiała swoją połać muru. Jedne kazały sobie malować ustępy z Biblji lub 
Żywotów Świętych, inne z Mitologji, a jeszcze inne lubowały się w Allegorji. Z owych 
różnych pomieszanych natchnień, wytworzył się cały świąt fantazji, prześliczny, i jak cała 
postać Gdańska, bezwzorowy.
Jest jednak we wszystkich tych obrazach, jeden rys wspólny; ze środka wszystkich, 
(przynajmniéj główniejszych,) wystają gałęziste, prawdziwe rogi jelenie. Gdańszczanie je tam 
umieszczali, na dowód że posiadają "prawo łowów." Prawo to, stanowiące przez długi czas, 
we wszystkich krajach, wyłączny przywiléj najwyższych stanów narodu, srogiemi zakazami 
obwarowane, było dla niższych, celem gorącéj żądzy i zazdrości. To téż miasta co go się 
dobiły, niemogły się niém nacieszyć. I Gdańsk téj uciechy kosztował nie bez dumy, 
znaczniejsi jego mieszkańcy oddawali się namiętnie owéj "pańskiéj" rozrywce, i gdzie tylko 
mogli, rozwieszali trofea myśliwskie. Ztąd i w Artushofie owe rogi, które na rozpacz malarzy, 
niemiłosiernie do ich dzieł przybijano. Wprawdzie niektórzy artyści, wybrawszy stosowny 
przedmiot, zdołali usprawiedliwić w obrazie obecność tego
dziwacznego przydatku. I tak, we fresku poświęconym Djannie, Akteon, już na pół zmieniony 
w jelenia i wyskakujący z obrazu, bardzo dobre sprawia wrażenie. Ale taki "koncept" nie 
wszędzie mógł być z równém szczęściem przystosowany. 
W "Sądzie Ostatecznym" naprzykład, ów jeleń co smętném okiem przygląda się duszom 
potępionych, stanowi zagadkę, nad którą dzisiejsi widzowie napróżno sobie łamią głowę. 
Tymczasem klucz zagadki taki prosty! Każda Gilda chciała mieć swego jelenia, musiał więc 
jeleń znaleźć się i w Dniu Sądnym. Pytanie tylko, w jakiém usposobieniu twórca obrazu go 
tam domalował? Czy śmiejąc się dobrodusznie 
z pustego żarciku? Czy naigrawając się gorzko z "filisterstwa" swoich Mecenasów?
Pod rzędem fresków, stoją z obu stron ławy ciężkie i wspaniałe, rzeźbione jakby stalle, 
a przed niemi niemniéj pomnikowe stoły. (Dziś, dla potrzeb Giełdy, wysunięte na środek 
sali). Ale najgrubszym tu pomnikiem, jest piec olbrzymi, prawdziwy patryjarcha pieców, 
gmach wielopiętrowy, którego polewa, o wypukłych kwiatach i osóbkach, o barwach 
rozlicznych ale nieco fałszywych, majaczy nakształt wyblakłéj makaty.
Nad tém wszystkiém zaokrągla się przepyszne sklepienie, długie i wysokie jak u nawy 
kościelnéj, oparte na czterech słupach, zaznaczających środek sali.
Z owych sklepień zwieszają się ozdoby, dziwne, i niezaprzeczenie stosowne dla 
portowego miasta; są to kołyszące się na sznurach, maleńkie
modele okrętów, jakie w Gdańsku bywały różnemi czasy budowane, kupione, lub zdobyte. 
Wszystkie owe karawelle, stradyjotki, galeassy, i rozliczne inne morskie domy, wyrobione 
misternie, z maszcikami, żagielkami, okienkami, tworzą nad głową przechodniów 
nadpowietrzną flotyllę, która dziś jeszcze, choć już mocno zczerniała i zmurszała, stanowi 
prawdziwe muzeum żeglarskie, a za nowości, musiała być nietylko miłą lecz i drogą tym 
ludziom, co w niéj widzieli swoje własne dzieje, przygody i sławę.
Niegdyś téż, między rzędami okręcików, były i gęsto rozwieszone pająki, ("meistersticki" słynnego Gdańskiego mosiężnictwa,) które wieczór setkami świéc woskowych 
rzęsiście rozświecały salę, i przez owych sześć bram przezroczych, biły na miasto we dwie 
strony, dwoma potokami złotéj łuny.
Pan Kaźmiérz znał na wylot cały Dwór Artusowy; od kilku lat nie ominął żadnego 
większego zebrania, i jako jeden ze świetniejszych tancerzy, nahulał się tam do syta. Nigdy 
jednak ta sala nie wydała mu się tak piękną jak teraz; mury
jéj tchnęły dzisiaj dla niego jakąś tajemniczością, która go i wabiła 
i przestraszała.
 — Tu, — mówił sobie — dzisiaj, za moment, wyprognostykuje się cała moja przyszła 
destynacya.
Na początek wszakże, spotkało go nieprzyjemne wrażenie; ów jego wypieszczony 
ubiór, co w skromnéj gospodzie wydawał mu się tak wspaniałym, tu gasł i niknął obok 
innych. Ale bo co téż to przepychów przewijało się po téj sali! Najświetniéj błyszczeli nasi 
klejnotni panowie, ciągle tu przypływający 
z pszenicą i żytem; ci zwykle po mieście chodzili w swoich podróżnych "marynałkach," ale 
na zebranie w Artus-hofie wydobywali z sepetów najcenniejsze stroje; wszędzie biły w oczy 
brokadjowe żupany — guzy jak pączki róż, z samych rubinów — czaple kity — kapiące od 
złota pasy — wschodnie szable nabijane turkusami — szkarłatne czuhy i ferezje o 
brylantowych szponach. — Było téż 
i mnóstwo cudzoziemców, przynoszących tu okazy wszelkich strojów Europejskich, 
Azjatyckich, a niekiedy i Afrykańskich, bo czasem na jakim Kastylskim okręcie, zawinął i 
jaki Maur o białym zawojowym kapturze. Przychodzili na tę zabawę przez ciekawość, a sami 
stawali się jedną z największych jéj ciekawości. — Pomiędzy właściwemi Gdańszczanami, 
starszyzna ubierała się z niemiecka lub hollenderska, młodzież zaś najczęściéj z francuzka; 
zwłaszcza na taneczne zebrania, kładziono prześliczne pończochy i trzewiki, "pourpoint’y" z 
barwnémi wypuszczkami, płaszczyk walezjuszowski wywijający się z pod leciuchnéj krézy, a 
na głowę — toczek zdobny piórem. Ta głowa była fryzowana z niezmierném staraniem; jedni 
zakręcali nad czołem dziwnie harde czuby; — inni, (ci mianowicie, co mieli spadające 
koronkowe kołnierze), nosili włosy
długie i do pół pleców rozpuszczone, według mody zwanéj "kometową;" — inni jeszcze z po 
za lewego ucha zwieszali sobie warkoczyk, ową tak słynną "cadenettę", co się zakończała 
"galantem", czyli wstążką w motyla zawiązaną; — czasem, zamiast warkocza, był to pukiel 
zwinięty w rurkę długą, ile tylko dało się, najdłuższą. — Ci "Kadenettowi" panicze, jako 
stanowiący ówczesną "złotą młodzież," mieli zazwyczaj wielkie u dam powodzenie. Obecnie, 
u Gdańszczanek, najwięcéj go miał młody Morsztyn, czasowo tu bawiący patrycjusz 
Krakowski, pono wnuk tego potentata morskiego, co niegdyś, własnemi okrętami, na własną 
rękę,
prowadził handel z Anglją i Hiszpanją. Dzisiejszy Krakowianin, nie posiadał już tyle co jego 
dziad okrętów, ale za to był posiadaczem sławnie pięknych, blado-złotych włosów, które 
uwijał w pukiel długi aż po serce, zakończony bladobłękitną kokardą. Według przyjętych wówczas, mitologicznych zwrotów mowy, przezwano 
ten pukiel "strzałą Feba," i twierdzono że choć taka miękka, strzała ta, niejedno serce już na 
wylot przeszyła.
Dziś jednak pięknego Morsztyna, przyćmiewał jeszcze piękniejszy "sire de la 
Crosade," rodowity Francuz, który wsławił się w naszych bojach rycerskiemi dziełami, a w 
Artusowéj sali wsławił się wprowadzeniem nowéj kawalerskiéj mody; jego pukiel ciemny, 
prawie czarny, zakończony gorąco-różowym "galantem," był nietylko równie długi jak 
"Febowa strzała," lecz jeszcze, o dziwo! na wysokości ucha był przetknięty pyszną, gruszkowatą perłą. Mody téj, tylko co wynalezionéj przez jednego z xiążąt 
Lotaryńskich, nikt jeszcze na północy nieznał; gość Francuzki dowiedział się 
o niéj przez listy odebrane z Paryża, i wnet sprytnie ją przystosowawszy, zbierał teraz 
tryumfy, którym także nie brakło ambrozyjskiego smaku mitologji, gdyż jedna z Gdańskich 
piękności, spostrzegłszy ową perłę, ozwała się na pełnéj sali, że "to pewnie sama bogini 
Wenus, wyszedłszy z morza, przyniosła mu taki
trefny prezent."
W obec podobnych współzawodników, jakżeż niemiał trochę posmutnieć Pan 
Kaźmiérz? A jednak, niesłusznie smutniał. W zbytniéj skromności zapominał, że jeśli nie nosi 
na szatach złota ni klejnotów, za to ma usta jak rubiny, zęby jak
perły, a w oczach czarne brylanty, któremi sieje całą Golkondę czarów. Zapomniał, — ale 
niebawem przypomniały mu to wszystko same białogłowy. Jak zaczęły z pod oka na niego 
spoglądać, a uśmiechać się, a szeptać, niby cicho, jednak dosyć głośno aby dobrze słyszał:
 — Co za chłop urodziwy!
 — Czysty bożek Mars in persona.
 — Oj, żeby mię tak porwał do pląsania, tobym chyba w obłoki wyleciała.....
Tak Pan Kaźmiérz pokręcił wąsa, i pomyślał sobie:
 — Ej! Chyba ja tu nie ostatni. A może się znajdzie i ktoś taki, dla kogo będę nawet i 
pierwszym?
Ów "ktoś" jeszcze dotąd nie znajdował się w sali, czemu Pan Kaźmiérz był rad w 
pierwszéj chwili, boć wedle serdecznego kodexu, słuszną jest, a nawet konieczną rzeczą, by 
na miejsce spotkania, kawaler przybywał wcześniéj niż pani
jego myśli.
Teraz wszakże, gdy sam się już stawił, byłby chciał i ją ujrzeć jak najprędzéj.
Trzymał się więc w pobliżu wejścia, i nie spuszczał z oczu szklannéj bramy, którą 
wciąż napływały nowe pary i nowe gromadki strojnych gości.
Po chwili jednak musiał głowę odwrócić, bo tuż przy nim wrzała rozprawa taka 
gromka, że nie można było jéj nie zauważyć.
Na ogromnéj ławie, przy ogromnym stole, siedziało kilku niemniéj ogromnych mężów 
z Urzędu Miejskiego. Wszyscy o twarzy podobnéj do pełni miesiąca, 
z brzuszkami jak beczułki, na których trzymali zaplecione ręce, wszyscy 
w ubiorach buchciastych, w krézach jak półmiski, jedni w grubych biretach, drudzy w 
kapeluszach takich płaskich a szerokich, jakie dziś już tylko 
u kardynałów można widziéć. Między témi dobrze wypasłemi towarzyszami, odznaczał się 
jeden, także ogromny wzrostem, ale chudy jak zeschłe drzewo, Secretarius Frydrych Hogge, 
który właśnie kończył swoje dowodzenie:
 — Tak czy siak, zawdy ja powiem że Szpiryngowe cło, to nasza największa calamitas.
 — Największa calamitas. — Powtórzyli chórem tłuści towarzysze.
 — Bo proszę ja, dla czego dawne króle żadnego cła po nas nie wyciągały? Ale to 
literalnie, żadnego. Dopiero jak te nieznośne Szpiryngi, przybłędy z za morza przyszły, tak 
zara król ich nam na kark nasadził, i teraz rachuj się, płać i zawdy płać.
 — Ia. Ia. Licho ich przyniesło z Ollendryi. — Przywtarzali tłuści towarzysze.
Ale tu, po-nad wszystkie głosy, jakby dzwon srebrny, wybił się głos Pana Burmistrza 
Krzysztofa Freimutha. Siedział on przy tym samym stole, rozparty na wysokiém krześle, 
także wspaniały, ale nad podziw kształtnie zbudowany. Ubiór
miał z szafirowego Weneckiego axamitu, o jedwabnych, białych wypuszczkach, 
w około bioder szarfę ze złotéj siatki, a na piersiach kosztowny łańcuch. Czy od upału, czy od 
niemiłego wzruszenia, musiało mu się zrobić gorąco, bo nagle zerwał swój wielki kapelusz, 
okręcony złocistą wstęgą, zaczém pokazała się jego twarz, piękna jakby oblicze Jupitera, 
zazwyczaj rozpromieniona łaskawym uśmiechem, ale teraz pałająca oburzeniem, które na 
środku jego czoła zarysowało Jowiszową bruzdę.
 — Przez Boga żywego! — Zawołał. — Proszę ja Waszych Uprzejmości, nie gadajcie 
takich szpetnych rzeczy, boć na samo ich słuchanie, wnętrzności się 
w człeku precz skręcają. A dlaczegóż Król Jegomość niéma cła wybierać? Wszakci
we wszystkich królestwiech i respublikach tak się dzieje, że ludzie coś przecie przynoszą do 
Skarbu, wedle powszechnéj potrzeby? Inaczéj, żadne państwo na nogach by nie ustało. Pytam się Waszeciów, in gratiam czego my jedni na świecie 
mamy być wolni od wszelakiéj obedyencyi?
 — Ja swoje powtarzam. — Skrzeknął swoim twardym głosem Secretarius. — Dawne 
króle tego nie robiły, i dobrze było.
 — A właśnie że źle. Dawne króle były za dobre.
 — Ba! Czy to można być za dobrym? — Sarknął z ubocza ryżo-włosy Wójt Hans 
Hecker, co miał twarz podobną do łasiczego pyszczka.
Wtedy Pan Burmistrz uderzył w stół swoją dużą ale białą pięścią, i odparł:
 — A można! I najlepsze na to exemplum, że ta dobroć nas popsowała. Kto nas to 
wyrwał z okrutnéj Krzyżackiéj oppresyi? Kto nas do serca przytulił? Kto, jak nie one króle 
nasze oćce, i nie ona wspólna matka nasza? Przez lat połtorasta my chléb u nich jedli za 
darmo, jako te małe dzieci co nic nie robią, a dostają nietylko swoją racyę, ale jeszcze w 
dodatku i łakocie. A że teraz Król Jegomość prosi tęgo, co my już od lat połtorasta powinni 
byli dawać, to krzyczym jakby nas kto żywcem ze skóry obdzierał. I wiecznież będziemy jako 
te liche minores? Abo jak te szerszenie próżniaki, co z ula miód wyjadają, a same go tam nie 
przynoszą? Co my dotąd im przynosili? Nic, jeno krnąbrnoście, i burdy, 
i bunty. A! Serce się wzdryga na takową ingratitudinem. I żeby to jeszcze robiono po 
tyrańsku? Ale nieprawda. Panowie Szpiryngi są ludzie godne, i mądre, i sprawiedliwe. Ja 
więcéj
powiem: w niejednym nieprzezpiecznym casusie, my widzieli jako to istne są heroy.
 — Ale wszystkiém trzęsą. — Przerwał chudy Frydrych. — Wszystkiém trzęsą, 
a nam co po tém? Kto flottą rządzi? Panowie Szpiryngi. Kto cło wybiera? Panowie Szpiryngi. 
Kto wszelki zatarg rozsądza? Panowie Szpiryngi. Dla czego właśnie oni?
 — Dla tego, że Król Jegomość raz przecie znalazł sobie ludzie, co nie służą prywacie 
téj lub onéj prowincyi, abo prywacie tego lub onego miasta, ale służą pospolitéj rzeczy. I 
kłamie kto powieda że oni sami jedni rządzą. Wszakci w onéj Morskiéj Komissyi zasiadają 
rozmaite dygnitarze, i Denhoffy, 
i Ossolińscy, i Guldenszterny. A wszakci są tam i nasze rodowite Gdańszczany?
Czy nasz kompan, poborca Jerzy Hefel tam nie siedzi, co? A wszystko same zacne persony. 
Król Jegomość dobry ociec, a my zawdy byli złe dzieci.
Tu znowu ryży Wójt Hecker, ozwał się z fałszywym uśmiechem:
 — A po co się Waszmość tak sierdzisz? Nikt z nas tu nic nie gada przeciwko Królowi 
Jegomości, jeno żeby nie było tych przeklętych Szpiryn.....
Tu mówca, niedokończywszy wyrazu, pozostał z otwartemi ustami, towarzysze jego 
także nagle zamilkli. Wszyscy zwrócili oczy ku wejściu, gdzie powstał wielki szum i rozruch. 
Tłum rozstąpił się z uszanowaniem, i weszło trzech okazałych mężów; byli to trzéj bracia, 
Izaak, Abraham i Arnst Spiryngowie, rodem z Delftu, Komissarze królewscy, ludzie — jak słusznie mówił Burmistrz Freimuth — wielkiego rozumu, 
oraz nieskazitelnéj prawości; a mieli téż w sobie i coś bohaterskiego, 
i zaprawdę potrzebowali niemałéj odwagi, aby jakiś ład zaprowadzać w tém rozszalałém od 
swawoli mieście, co chciało miéć wszystkie prawa i przywileje, 
a nie spełniać żadnych państwowych obowiązków. Silni obywatelską swoją cnotą, nie lękali 
się czczych krzykaczy, i téż mimo pokątnych wichrzeń, mieli ogólny szacunek i posłuch. Oto 
i teraz, Ojcowie miasta rzucili się hurmem, aby przyjąć nowo-przybyłych, i dziękować im za 
łaskawe zaszczycenie Artus-hofu swoją zbyt rzadką, a zawsze upragnioną obecnością. 
Zwykłym nawet porządkiem rzeczy ludzkich, ci co przed chwilą najwięcéj krzyczeli, teraz 
pchali się z nąjniższemi pokłonami, a chudy Kogge zginał się przed niemi we dwoje, niby na 
wpół złożony kozik.
Burmistrz Freimuth nie pchał się z innemi, stał uśmiechnięty na stronie; ale nowi 
goście sami przystąpili ku niemu, i uściskiem szerokiéj dłoni serdecznie go powitali.
Z trzech braci Spiryngów, dwaj starsi byli już bardzo poważni; zwykle téż lubili 
przestawać ze starszyzną. Za to najmłodszy, jeszcze chętnie przysuwał się do niewiast, i 
czasem nawet poszedł z najpiękniejszą w taniec. Wszyscy trzéj
mieli twarze duże, o szlachetnym wyrazie, o podkręconych wąsach, i niewielkiéj, w trójgran 
ściętéj bródce. Stroje były na nich czysto hollenderskie, jakoby popękane w pasy, z pod 
których
wystawały spody innéj barwy; z kołniérzami obszernemi jakby koronkowe pelerynki. Na 
głowach osutych pierścienistym włosem, nosili miękkie, ogromne kapelusze, 
o piórach puklących się w różnobarwne kity. A mieli przytém jedną jeszcze ozdobę, któréj tu 
nikt inny nie posiadał: u każdego z nich, na piersiach, między rozchodzącemi się brzegami 
koronek, przypięty złotą iglicą, kraśniał świeży tulipan. Były to trzy żywe klejnoty 
Harlemskie, trzy cuda sztuki ogrodniczéj. 
U najstarszego Izaaka, tulipan ciemno-morderowy, przy świetle wieczorném wyglądał prawie 
czarno, u drugiego był w paski fjoletowe i gorąco-żółte, 
u trzeciego w płomyki pąsowe i białe.
Przybycie trzech braci, wniosło pomiędzy zgromadzonych jakieś usposobienie 
uroczyste; wszystkim się wydało, że sala pojaśniała, jakby padł na jéj mury odblask majestatu 
królewskiego.
Téj téż tylko chwili widocznie oczekiwali muzykanci, aby dać hasło do rozpoczęcia 
zabawy. Ledwie Komissarze kilka słów powitalnych zamienili, już na chórze kapelmistrz 
podniósł obie ręce, i huczna muzyka z kotłami, uderzywszy 
"Alla polacca", zaczęła grać Wielkiego, czyli, jak go także zwano, Pieszego. (Ta ostatnia 
nazwa zdradza spostrzeżenie, które tylko w rycerskim narodzie mogło powstać; zauważono 
bowiem, że przez powolność swoich ruchów, był on tém w porównaniu do innych żywszych 
tańców, czém jest miarowy chód piechoty, w porównaniu do rozpędów 
i skoków konnicy).
Tańcowano go wtedy zupełnie inaczéj, niż w późniejszych czasach. Najprzód 
wystąpili sami mężczyźni, po dwóch trzymający się za ręce. Na czele Panowie Spiryngowie, 
z innemi dygnitarzami państwa, których zawsze pewna liczba przebywała w Gdańsku. Daléj 
Komendant miasta, osiwiały wojennik, ze starożytnego Pruskiego rodu Ferberów, szedł ręka 
w rękę z Burgrabią, Panem Steffensem, przebogatym patrycjuszem Gdańskim. Szło czterech 
Burmistrzów i czternastu Wójtów, którzy razem z owym Burgrabią, mianowanym od Króla, 
stanowili wspaniały Senat Miejski. Po nich, kilkudziesięciu parami, stąpał Centumwirat, czyli 
Rada Stu mężów, od plebsu wybieranych, tworzących obok Senatu coś nakształt Izby 
Poselskiéj. Daléj sypali się wielcy kupcy, wojskowi, znaczniejsi marynarze, bogate Majstry, a 
nawet i Czeladź co kształtniejsza, wszystko wedle wieku 
i godności. Tak, uprzejmie rozmawiając, niby zniechcenia zwijali swoją wstęgę 
w różne uczone skręty, a gdy kilka razy już obeszli jedną stronę sali, wtedy po drugiéj stronie 
wystąpiły parami, najprzód matrony, daléj panie dojrzałe, daléj młodsze, wszystkie wedle 
wieku i godności. Teraz, oba orszaki tańcując osobno, przyglądały się sobie zdala, i przy 
spotkaniu zamieniały ukłony. Czasem orszak męzki ustępował damskiemu
z "traktu", i sam przechodził pod przeciwną ścianę. Aż gdy kapela uderzyła na "finał", 
dwójki męzkie i żeńskie zaczęły się rozpadać, potworzyły się z nich pary mieszane, a z tych 
par wstęga jedna, lecz dwa razy dłuższa, i wszyscy
popłynęli w około całéj sali, pochodem iście tryumfalnym.
Naprawdę "wszyscy", gdyż od téj pięknéj przechadzki nikt się nie wymawiał, chyba 
chromi, albo "malkontenci", którzy niezdołali sobie dobrać upatrzonéj pary. Do małéj garstki 
tych ostatnich należał dziś Pan Kaźmiérz; stał on pod
ścianą z nasrożonemi brwiami; widok tego pochodu, dla wszystkich oczu pełen blasku i 
krasy, jemu wydawał się bladym i smutnym, bo między Centumwiratem brakło Pana 
Schultza, o co zresztą byłby mniejszy kłopot, ale między białogłowami brakło..... ach, 
wiadomo kogo.....
 — Źle mi się napoczyna on festyn. — Pomyślał.
Tymczasem, po zakończeniu Pieszego, starszyzna zabrała miejsca na ławach pod 
ścianami, a młodzi skupiali się w pośrodku, bo na chórze kapela zaczęła grać Galiardę, czyli, 
jak u nas wymawiano, Galardę.
Śliczny ten taniec Włoski (Gagliarda), był niezmiernie wesoły, pełen pustackich a 
niewinnych igraszek; dama i kawaler mogli w nim kolejno popisywać się z prawdziwemi 
dziwami Terpsychorowego sztukmistrzowstwa; to téż nietylko
dla występujących, ale i dla patrzących był rozkoszą. I teraz, cały pierścień widzów zebrał się 
w około czterech filarów, między któremi kilkanaście par wykonywało Galjardowe harce.
Tylko Pan Kaźmiérz odwrócił się, i stanął do nich plecami. Teraz już nie brał go 
smutek, ale go brały złości. Mój Boże! Ten taniec był taki stosowny do figlarnych ruchów 
Hedwigi, tyle sobie zeń obiecywał uciechy!
 — Owóż i Galarda już dla mnie stracona! — Rozmyślał gorzko. — Jak też to można 
tak haniebnie marudzić? Pewnie to tam Pani Korwiczkowa muska i muska czoło, a oni precz 
na nią czekają, bo wiem, że mieli przyjść jedną kompanią.
Chcąc sobie skrócić chwile niecierpliwości, zbliżył się do kółka mężczyzn, którzy w 
kącie sali wiedli żywą, rozmowę. Kilka słów z niéj zasłyszanych, przykuło jego uwagę, byli 
to bowiem wszystko "ludzie morscy", i o morskich rzeczach gadali. Właśnie Pan Wojciech 
Zabokrzycki, dzielny Oberszter od królewskiéj flotty, mówił, podnosząc głos jakby na 
okręcie, dla przekrzyczenia już nie szumnych bałwanów, ale gwaru rzeszy i kapeli:
 — Cuda nam tu Waszmość Panie Van der Helst rozpowiadasz o Panu Krzysztofie 
Arciszewskim, i bardzo ja rad że on u was awansował aż na Vicereja i jakoby drugiego 
Jazona. Jeno nie pojmuję, czemu się Waszmość tak dziwowasz? Abo to on pierwszy? Co tu 
gadać że 
my ludzie nie do wody. A ów Jan Skolnus, co był admirałem u króla Duńskiego?
 — Kiedy to? — Pytał głosem grubym jak tuba marina, zagadniony gruby Van der 
Helst.
 — Oho! Jeszcze za króla Kazimiérza. On pono wynalazł takie kraje, co potém z 
kretesem zaginęły, i nikt już niemoże ich odnaleźć. To był taki człek jak ów Kolumbus. No, a 
Sierpinek? Ten, co to mu Król Zygmunt August powiedział pewnego dnia: "Stwórz mi Acan 
flottę." i stworzył z niczego, i wyrabiał ze swemi
Freybitterami takie bajkowe cuda, że aż Bałtyk skakał z radości.
 — No, no..... nie wszyscy skakali. — Przerwał chmurnie, tuż stojący armator Stilling.
 — A i to prawda. — Odparł Zabokrzycki. — Wy, panowie Gdańszczaki, nie 
bardzoście się w nim kochali, nagrzeszyliście z téj okazyi kryminalnie, naścinaliście głów 
niewinnych.....
 — No, no..... — Wtrącił armator. — Co tu wypominać stare rzeczy? Król wonczas 
wybaczył, a Waszmość nie wybaczasz?.....
 — Dajmy tedy pokój Sierpinkowi. Ale kto jeszcze? No, a Lanckoroński, Kommendant 
Pucki? Mało to on się nadokazywał takich dziwów, co godne żeby je Cycero opisował? Albo 
i Cyppelmann, co to tu, pod samym Gdańskiem, zbił 
flottę szwedzką? Na to my już sami patrzali.
 — A tak. — Potwierdził Stilling. — To była piękna wiktorya. Cyppelmann miał tylko 
dziewięć okrętów, a Szwedy miały jedynaście, a wszelako ich stłukł na miazgę.
 — I nawet — wtrącił Pan Kaźmiérz — ich dowódca Hoenszyld był zabit.
 — Jeno — ciągnął daléj Stilling — ten Cyppelmann nie ze wszystkiém wasz.
 — Jakto nie nasz?. — Krzyknął Zabokrzycki. — Że nazwa Niemcem trąci, to nie 
racya, tu pełno takich, ale duszą, całą duszą był nasz. Jamci go znał, 
i miłowałem go jak rodzonego, i nie dam sobie gadać, że nie nasz!
Pan Zabokrzycki był zacietrzewiony, Pan Stilling także zaczynał się zapeżać, byłoby 
pewnie przyszło do dłuższéj zwady, ale w téj chwili zrobiło się na sali poruszenie; Galjarda 
właśnie dobiegała do końca, muzyka ucichła, i tłum zaczął od filarów odpływać ku ścianom, 
przyczém zgiełkliwą falą rozciął nasze kółko rozprawiaczy.
Nastała między tańcami przerwa, podczas któréj chędogie dziewczęta wysuwały się z 
bokówek, i roznosiły po sali rozmaite napitki; dla mężczyzn wina i miody, a zwłaszcza kufle 
z pieniącém się piwem; dla dam, ciepłą zupkę z bułki,
bardzo zdrową, i przedziwne mleczko z migdałami. Ustawiały téż na stołach cudne, płaskie 
naczynia, wyrobione w kształcie konch albo łódek, pełne konfitur 
i cukierków, a przy nich niemniéj cudne dzbany, z zimną wodą, zaprawną smakiem 
owocowym; roznoszono także całe piramidy tłustych, przewybornych ciastek, i nawet; modne już wówczas torty, nad któremi 
piętrzyły się różne figurki z cukru; te przedstawiały zwykle jakąś mitologiczną przygodę, 
najczęściej Wenerę wysyłającą Kupidyna z łuczkiem, albo
przyjmującą jabłko z rąk Parysa; wiadomą jest bowiem rzeczą, że niema na świecie miasta, 
gdzieby ta bogini posiadała tyle posągów i różnych wyobrażeń, ile posiada ich w Gdańsku. 
Tak to ów gród, już dziś podtatusiały, za swoich pięknych czasów umiał być romansowym.
Jeszcze wszyscy mieli usta pełne tych przysmaków, kiedy kapelmistrz sam ujął za 
skrzypce, i urżnął króciuchną, ale dziwną, podrygliwą przegrywkę, 
a wnet po całéj sali rozszedł się szmer uciechy, nieledwie okrzyk radości. 
Jedni drugich nawoływali, śmiejąc się i klaszcząc w ręce:
 — Giga! Giga! Będzie Giga!.....
Ze wszystkich tańców, jakie krążyły kiedykolwiek po warstwach wykształconego 
społeczeństwa, żaden podobno nie miał tak bajecznych powodzeń jak sławna niegdyś 
Szkocka Giga. Był to taniec jeszcze trudniejszy od Galjardy, nieledwie akrobatyczny; to téż 
jeśli gdzie się jeszcze przechował, to tylko między tancerzami
na linie, którzy do dziś dnia zdumiewają widzów tym lub owym jego ułamkiem.
Przez ciąg siedemnastego wieku, cała Europa szalała za Gigą. Szalał za nią i Gdańsk 
rozbawiony, témbardziéj, że mnóstwo mieszkało w nim Szkotów; było nawet jedno 
przedmieście zwane Szkockiém; wprawdzie, miasto miewało częste zatargi 
z tém przedmieściem, (którego mieszkańcy, zabici katolicy, bronili gorliwie praw
Biskupich), ale przy "okrągłym stole" Artusowéj uciechy, zapominano krwawych dysput, i 
wobec owéj czarodziejskiéj nuty, wszystkie serca na chwilę w jeden rytm uderzyły.
Widząc pary „dobierające się skwapliwie, Pan Kaźmiérz coraz żałośniéj opuszczał 
ręce i głowę. A więc i Giga dla niego przepadnie? Ta Giga, w któréj — dzięki marynarskiéj 
swojéj sile i zwinności — tak wielkie zawsze odnosił tryumfy!
Wiedziały o tych tryumfach damy; to téż dziwiły się i krzywiły, czemu piękny 
Porucznik żadnéj z nich nie zaprasza? Nakoniec, pewna Pani Wójtowa, tęga i rumiana jak 
piwonja, wzięła się na odwagę, trzepnęła go facoletem po ramieniu, i spytała:
 — A co to Waszmość tak się zapamiętywasz jak figura na mauzoleum? Nie lepiéj byś to 
Waszmość szedł do tanku?
 — A poszedł by ci ja na skrzydłach, cóż kiedy ona białogłowa com ją sobie 
zarekwirował, jeszcze nie nadciągnęła z miasta.
 — A to Waszmość sobie powiedz: Bierz ją, licho! I pokonsoluj się z innemi. Abo to 
tutaj nas mało? A z takim rycerskim pląsownikiem, każda rada wyskoczy. No kawalerze, 
wybieraj. Cóż to? Chcesz Waszmość nam pérgnąć?
 — Exkuzuj Wacpani, zara wrócę, jeno mi się widzi jako moja panna tam ode drzwiów 
nadciąga.....
Pan Kaźmiérz zmyślił sobie tę wymówkę, byle tylko się wyśliznąć ze szpon Pani 
Wójtowéj. Rzeczywiście, nim się obejrzała, pérgnął jéj z pod ręki, ale 
u drzwi — jak przewidywał — nie znalazł swojéj panny.
Wyszedł na taras, pełen służby i ciekawych widzów. Stał tam długą chwilę, — 
napróżno! Wprawdzie maruderzy jeszcze nadciągali, ale to już coraz rzadziéj się trafiało, i 
sala była nabita po brzegi.
Przemyśliwał tedy:
A może by kogo posłać, aby dostać języka, czy tam się co złego nie stało?
I żałował że Maćka z sobą niemiał, ale Maciek został w gospodzie, dla pilnowania 
pewnych koników, co mogły wprędce być potrzebne.
Wrócił tedy Pan Kaźmiérz jak niepyszny między gwarne tłumy, stanął pod filarem, a 
podczas kiedy Giga rozbijała się na środku sali, on utkwił oczy 
w jednym z nadpowietrznych okręcików, i zwolna zapadł w zadumę, która go spowinęła 
swoim białym obłokiem, jako mgła wodna gdy okręt otoczy.
Nagle..... jakaś błękitna jasność olśniła go tak mocno, że aż musiał oprzéć się o filar. 
To pani jego myśli! To wszyscy oni wchodzą..... O..... już są na sali.....
Przodem idzie Pan Konzul, ubrany bardzo suto, w sajan z czamletu barwy 
cygrynowéj, czyli koloru wody morskiéj, (seegrün), z popieliczemi wyłóżkami, na przodzie 
roztwarty; z pod sajanu sterczy jego pierś wypukła, i wydyma się obercuch czarny, sztucznie 
rzezany, srebrzystą taśmą sznurowany; u kolan 
i u trzewików chrzęszczą róże z kilkobarwnych wstążek, przeszpilone srebrnemi sprzączkami; 
na kapeluszu chwieją się czarne i seledynowe pióra; głowę pod niemi Pan Rajca nosi wysoko, 
jednak z tém wszystkiém wygląda dziś niedobrze; jakieś ma pod oczami sine plamy, na 
policzkach ciemne wypieki, krok chwiejny i nierówny. Ale widocznie się przemaga, nadrabia 
uśmiéchem pełnym dumy; a ma z czego być dumnym, bo i sam dziś wystąpił uroczyście, i 
pod rękę prowadzi Panią Florę, która w koło siebie roztacza upajającą czarowność.
Od miesiąca już ona zrzuciła przecie uprzykrzone kiry, i dziś nakoniec mogła 
przystroić się pięknie. Ach, nie tak pięknie wszakże jakby chciała! Prawa przeciw-zbytkowe 
ciężą na niéj bez miłosierdzia. Mimo wspaniałości swoich wdzięków, prosta wdowa po 
Majstrze passamonniku niemoże nosić ani kosztownych tkanin, ani prawdziwych klejnotów. 
Ten zakaz jest największą zgryzotą jéj życia; ile to już godzin ona się nad nim napłakała! On 
téż jest głównym powodem
gwałtowności, z jaką Pani Flora pragnie wyjść za którego z członków Magistratu. Ich żony, 
szczęśliwe! mogą nosić i czysty jedwab' i czyste złoto, i drogie kamienie.
Tymczasem, biedna wdówka nagradza sobie te braki, wykwintnym smakiem 
w ubraniu, co sprawia że w oczach męzkich, nieraz przyćmiewa mniéj piękne, choć 
wyzłocone "Panie Radne."
Dziś właśnie potrafiła sztuką zdobyć takie zwycięztwo. Suknię przywdziała z półbławacia zwanego Bomzynem, przepysznéj barwy malinowéj. Stanik u przodu ma głębokie 
wycięcie, zkąd jéj bogate łono wychyla się jakby motyl, co białe skrzydełka rozłożył na dnie 
kwiatowego kielicha. Porównanie do kwiatu wypada tém stosowniéj, że w koło całego 
wycięcia rozwachlarza się kołnierz stojący, przezroczysty, oparty na drucianym płotku, i tak 
wywinięty jakby połowa jakiejś
ogromnéj lilji. Od tego tła obłoczkowego, tém silniéj odbijają karminowe usta 
i przestrzeliste oczy Pani Flory. Na głowie, u samego jéj wierzchu, ma tak zwaną "forgę," 
czyli kilka piór białych, postawionych zupełnie prosto, które z warkoczowego koszyczka 
wytryskają w górę jakby pieniąca się fontanna. Taki przystrój, podobny do końskich 
pióropuszów, dzisiejszym oczom wydał by się dziwnym, a nawet może śmiesznym; ale 
wówczas był bardzo wzięty; a niewiasty lubiły go i za to, że łudząc oko, dodawał im wzrostu, 
czemu i Pani Flora była rada, bo jéj postać kształtna lecz nieco przysadzista, wiele na téj 
złudzie zyskiwała.
Jeśli strój pięknéj wdowy zwracał oczy swoją krasą i wybujałą pełnią kształtów, za to 
ubiór Hedwigi odznaczał się wstrzemięźliwością barw i kroju. Szła ona drobnym kroczkiem 
po drugiéj stronie Pana Schultza, z oczami utkwionemi w ziemię; dzięki jednak znanéj 
panieńskiéj sztuce, mimo spuszczonych powiek, widziała wszystko i wszystkich, a już co 
najpierwéj dostrzegła, to żółty "szustokor" pod filarem. Na ten widok zaćmiło jéj się w 
oczach, ale i tu panieńskie czary przyszły jéj nieomylnie w pomoc, i choć tylko już wpół 
przytomna, szła daléj, niby przez sen płynąc, i budząc w koło miłe szmery.
Suknia jéj nie była dziś niebieska w białe floresy, ale biała w niebieskie ciągnione 
kwiateczki. Uszyta ze wschodniego, pół-przezroczystego "persu," sięgała po samą szyję, bo 
Pan Majster, czy zazdrosny o widok jéj wdzięków, czy
przejęty purytańską surowością, pomimo nalegań Pani Flory, nie pozwolił na żaden sposób 
aby miała stanik wycięty. Więc w koło jéj szyi marszczyła się jak zawsze stokrotkowa kréza, 
tylko zrobiona z koronki nierównie piękniejszéj niż codzienna. W złotych włosach miała jak 
zawsze bramkę z błękitnéj wstążki, ale dziś był na niéj naszyty djadem z bursztynowych 
kwiatów, prześlicznych, mgławo-przejrzystych, trzęsących się za każdym jéj ruchem jak 
światełka. U drobnych uszu wisiały takież same kolczyki, obrobione w kształcie serduszek. W 
pasie téż owinęła się bursztynowym sznurem, którego ziarna grube, równe, białawe, spadały 
na przód sukni jakby
dwa różańce, zakończone chrzęstliwemi wisiorami. Nawet jéj rękawiczki białe, niebieskim 
jedwabiem haftowane, zapinały się na bursztynowe guziczki.
Któś z obecnych, spostrzegłszy u niéj ową mnogość morskiego klejnotu, nazwał ją 
"bursztynową panienką". Nazwa ta wnet obiegła całą salę, a niejeden sądząc z oblicza, 
mówił, że i serce u niéj musi być "czyste jak bursztyn."
Za Majstrem i jego dwiema towarzyszkami, samotnie stąpał Kornelius, 
w ubiorze hollenderskim o dwóch niewesołych kolorach, ciemno-stalowym i ciemnoceglastym, co go czyniło podobnym do pęku zardzewiałych kluczy, i dobrze licowało z jego 
posępną twarzą, przypominającą twarze więziennych dozorców.
Przybycie nowej gromadki, sprawiło niejakie wrażenie w Artusowéj sali. Hedwiga 
ukazywała się tam po raz pierwszy, a i Panią Florę, (która najpierw dla choroby mężowskiéj, 
ą potém dla żałoby, przebyła parę lat w zamknięciu), witano
jakby zmartwychwstałą. Obie panie zostały skwapliwie otoczone. Pan Kaźmiérz 
najskwapliwiéj nadbiegał, i już chciał witać się z Hedwigą, gdy Pani Flora odciągnąwszy go 
na ubocze, zaczęła mu z żywością rozpowiadać:
 — Ach, Wasza Miłość ani sobie figurujesz, co ja przeszłam srogich emocyi! Żeby nie 
ja, Waszmość byś tu nie widział swojéj panny.
 — Wielki Boże! Co się stało?
 — Rzecz dość zwyczajna, Pan Schultz nam zachorzał.
 — Aha! Co prawda, źle mu z oczu patrzy. No, aleć to nic obłożnego, kiedy przyszedł?
 — Nie przyszedł, jeno się przywlókł. On często miewa jakoweś darcie 
w nogach, i jakieś okrutne bolenie na wnętrzu. Medyk Pagliano zadekretował, jako to zbytnia 
wilgoć z picia cerewizyi, ale Pan Konzul powieda, że Włoch niezna się na piwie, i dla tego 
takie androny plecie, i cały Magistrat go w tym sensie sukkursuje, bo wszyscy oni w piwku 
się kochają. Owóż dziś, przychodzę do nich, już ustrojona, — wszak niepodle, co?
 — Ach, boginie z Olimpu mogą zajrzéć Wacpani!
 — Tedy widzę, i Hedwiga już wymuskana, jeno Pan Majster jeszcze się guzdrze, i szat 
nie nie naciąga, i popija tyzannę, a precz stęka: "Oj biéda! Niemogę pójsc. Herr Gott! 
Niemogę." Ja tedy, w duszy rada że nam wolność ostawi,
daléj w namowy: "Ostań się Waszeć doma, legnij na becikach, a ja Pannę Hedwigę zabiorę i 
pomatkuję modelowo." A tu figuruj sobie Waszmość, jak się dziewczyna wyrwie, tak mało 
co wszystkiego nam nie popsowała. Powieda: "Kiedy Pan Meister nie idzie, to i ja nie pójdę, 
jeno się ostanę, aby Dobrodziejowi usługować." 
I już odpina kolce i ściąga rękawice. Ażem się zdumiała, bo to wszelaka panna, kiedy ma iść 
na taniec, to i po trupach by gotowa skoczyć, a ta benewolnie powieda: "Nie pójdę." No, i co 
Waszmość
powiesz? Właśnie ta cnota wygrała. Pan Schultz się rozczulił, że aż oczami zaczął mrugać, a 
ja na niego wsiadam: "A nie wstyd to Waszeci przyjmować takie sakryficium? Kaz jéj pójść 
ze mną i basta." A Pan Schultz: "Ja większe zrobię sakryficium; acz kiszki we mnie piszczą, 
pójle." — I zara się odział, i takeśmy go tu przywlekli, ale ja radzę Waszmości, co masz robić 
to prędko rób, albowiem on lada moment zacznie znowu stękać, i gotów się z nią wynieść 
przed północkiem.
 — Niedobra to impreza. — Odparł skłopotany Pan Kazmiérz. — Niełacno tak wielkie 
plany egzekwować na łapu-capu. Ha no, wezmę się do rzeczy, aleś zawdy mi już Wacpani 
fantazyę zwarzyła.
 — No, no, jeśli Waszmość nie potrafisz w godzinę przerobić jéj konwikcyi, to powiem 
że z Wodnéj Armaty nie tęgie wychodzą konkieranty.
Ważną tę rozmowę przerwał Burmistrz Freimuth, który już od początku krążył około 
Pani Flory; należał on do jéj stałych wielbicieli; ach i ona byłaby dla niego wszystkiemi 
innemi pogardziła, bo i piękny jak bożek, i dwa razy bogatszy od Pana Rajcy, i Burgemeister, 
jeden z miejskich królów! Ale cóż, kiedy niestety już miał żonę! Wprawdzie chuda była jak 
szczapa, i kaszląca jak owca, mówiono że niedługo pociągnie, wszelako trudno liczyć na takie 
gadanie, skrzypiące drzewo nieraz przetrwa najzdrowsze zagajniki. Wiedziała więc mądra 
wdowa, że Pan
Burmistrz obecnie na nic jéj się nieprzyda; w każdym razie, jego nadskakiwanie pochlebiało
jéj bardzo słodko, a co więcéj, mogło posłużyć za wabik na inne ptaszki. Rozpoczęła więc z 
nim rozmowę ciętą i świecistą jak rotowy ogień, a od czasu do czasu strzelała na bok okiem, 
dla przekonania się, czy w obliczu Pana Majstra nie dojrzy błysku pożądanéj zazdrości?
Ale Majster w téj chwili nie patrzył na Panią Florę, tylko na Hedwigę, którą tancerze 
już hurmem otoczyli. Był między niemi śliczny IMci Pan Morsztyn ze swoim złotym puklem, 
i Sire de la Crosade z perłą w uchu, i nawet najmłodszy ze Spiryngów. Zaciekawieni kwitnącą 
buzią, i turkusikowemi oczami "bursztynowéj panienki", wszyscy zapraszali ją do Sarabandy, 
któréj hasło już dwaj główni skrzypkowie dawali na chórze, wykonywając przygrywkę 
śliczną i cieniuchną, jakby rozmowę dwóch słowików. Hedwiga zakłopotana, rumieniąca się 
po same oczy, kręcąc
w ręku bursztynowe wisiory, odpowiadała kawalerom, że "bardzo przeprasza Ichmościów, że 
chyba to będzie na późniéj, bo do pierwszéj Sarabandy już się przyobiecała IMci Panu 
Koryckiemu."
Właśnie téż Kaźmiérz nadchodził, spojrzał: z dumnym uśmiéchem po 
współzawodnikach, i wyprowadził ją na środek sali, gdzie kilkanaście par już stawało do 
Sarabandowych zalotów.
Cudny ten taniec Hiszpański, wprowadzony do Paryża przez tancerkę Zarabandę, 
(która, mu téż i nazwę zostawiła,) stał wtedy u zenitu swojéj 
wziętości. Pary szykowały się do niego we dwa
rzędy, mężczyźni po jednéj stronie, a kobiety po drugiéj, ale każda para była tylko sobą 
zajęta, między każdą z nich odgrywał się osobny dramacik miłosny, pełen dworskiego 
wykwintu i godności; przebieg jego był dość powolny, w tempie dosadnie wybijaném, i 
można twierdzić że pozostał wspaniałym pierwowzorem, 
z którego Menuet późniéj się urodził, a raczéj wyrodził, bo gdy Sarabanda była tylko czułą, 
Menuet stał się czułostkowym.
Pan Kaźmiérz zaczynał taniec z myślą — jak sam powiedział — zwarzoną przez 
ostatnie słowa Pani Flory. Tak mało mieć czasu na wykonanie tak wielkiego zamiaru, to 
prawdziwa feralność! Ale po chwili, wrodzone junactwo zapanowało 
w nim nad wszelką troską, i powiedział sobie:
 — A może właśnie lepiéj tak? Dość już onego politykowania. Raz trza ruszyć z 
kopyta, i pokazać się konkierantem.
Wkrótce téż, urok owego niemego dramatu, pieszczotliwość muzyki rozkołysanéj, a 
zwłaszcza wdzięk istoty co się przed nim przesuwała jak senne zjawisko, wprowadziły go w 
takie upojenie, że co chwila zapominał uczonych zwrotów tańca, płonął, rwał się, byłby chciał 
chwycić ją w objęcia, i uciec 
z nią na jaką pustynię. Tymczasem, przynajmniéj słodkiemi słowy czynił sobie folgę. 
Powolność ruchów i niejakie w nich przestanki, pozwalały na częstą choć rwaną
rozmowę. I tak, przy pierwszym ukłonie, zapytał:
 — Na jaką to pamiątkę Wacpanna zawdy się odziewasz w niebieskość i białość? Czy dla tego 
że z nieba zeszłaś, i że konserwujesz niewinność Aniołów Pańskich?
Hedwiga ująwszy suknię w obie ręce, i oddawszy mu wzajemny ukłon, odpowiadała:
 — Nie, proszę Waszmości. To na pamiątkę onych szatek, co mię w nich poganie 
zabrali. To były ostatnie szatki w jakie mnie moja matka przyodziała, 
i kiedy takowe noszę, to mi się wydawa, jakobym jeszcze pełniła rozkazanie mojéj świętéj 
matki.
Tu żywsze zwroty przerwały rozmowę.
I znowu; w chwili gdy podawał jéj rękę, tancerz nagle przystanął jakgdyby olśniony, 
oczy sobie drugą ręką przysłonił, i spytał:
 — W jakiéj to kryniczce Wacpanna się mywasz?
Ona, obiegłszy go do koła, położyła paluszek na ustach, i odrzekła: 
 — A! To mój sekret.
A znów on, ścigając ją kolisto, wedle figury tańca pochylił przed nią kolano, i patrząc 
błagalnie, mówił:
 — Zmiłuj-że się, o panno mego serca, nad memi oczyma, boć ja oślepnę od glancu 
twojéj urody.
Ona, wykręciła się na końcu stopy, i odparła figlarnie:
 — A kto Waszmości każe patrzéć?
 — Kto? Kto?..... — Powtarzał kilka razy i pytanie to przeciągnął aż do chwili, w 
któréj ostatnia figura taneczna pozwoliła mu ręką przesłać jéj od ust pocałunek, naonczas 
dopiero dał odpowiedź:
 — Kto mi kazał? A któż jeśli nie ten bożek, co sam na oczach nosi binde, 
a ludzkie oczy otwiera na to co jest godne jeno bogów?
Tu smyczki uciąwszy "codę", zagłuszyły wszelką rozmowę. Kaźmiérz po 
zakończeniu tańca podał jéj znowu rękę, odprowadził ją na ławeczkę pod filar, 
i stanąwszy tuż obok, mówił głosem przyciszonym, a drżącym od wzruszenia:
 — Bożek to maluśki, ale srogi. Puścił mi tu w piersi taką haniebną strzałę, że ja z niéj 
muszę umiérać, jeśli Wacpanna mię nie wykurujesz.
W Hedwidze serce uderzyło jak u wylęknionego ptaka. Zrozumiała, że nadchodzi już 
chwila przełomu, ta cudowna i groźna chwila pierwszego wyznania, któréj czysta panieńska 
dusza, i pragnie i lęka się zarazem.
Cała drżąca, zapytała ledwie słyszalnym głosem:
 — A jakież ja Waszmości mogę podać remedium?
 — Daj mi Wacpanna swoją rączkę w dozgonną posiadłość, a ja ją sobie położę na 
sercu, i pod tą rączką jak pod Mekkańskim balsamem, rana się w ten moment zagoi. 
Hedwiga, mieniąc się jak cudowny obraz, odparła już pewniejszym głosem: 
 — Rada bym ja to dla Waszmości uczyniła, bo i miłosierdzie każe rannych opatrować, 
ale decyzya nie jest w mojéj mocy.
 — Jeno w czyjéj? — Zapytał, chmurząc się i brwi naciągając.
 — A no, Pana Schultza. Wszakci to mój opiekun wedle prawa. Jemu Waszmość się 
zadeklaruj.
 — Nigdy! Za nic w świecie!..... — Zawołał Kaźmiérz głosem nagle podniesionym. Po 
chwili, zmiarkował swą nieostrożność, i mówił znowu ciszéj;
 — Niemożna, i nie godzi się. Najprzód, musiałbym powiedziéć żem nie jest 
Wacpanny brat.
 — A to i lepiéj. Niechże raz już się skończy to grzeszne kłamanie.
 — Dobrze, ależ pomyśl Wacpanna: ja, mam się prosić mojego rywalizatora? Kłaniać 
się? I to jeszcze przed kim! A jak zrekuzuje?
 — Może i nie zrekuzuje. On się bardzo w Waszmości kocha.....
 — Tak, póki myśli żem brat.
 — Przytém, będzie podchlebion proszeniem się Waszmościném.
 — Dobrze, ale jak zrekuzuje, to co będzie potém?
 — To się obaczy. Po co mamy sobie złą kabałę wyciągać przed czasem? A może i 
pozwoli? Wszakci on zawdy powieda, że chce mojego szczęścia.
 — Więc to Wacpanna mianujesz swojém szczęściem?
Hedwiga spojrzała na niego z uśmiéchem i rzekła:
 — Niby to nie wié Wasza Miłość?
A na tym ostatnim wyrazie położyła słodki nacisk, jeszcze wymowniejszy, niż to jéj 
spojrzenie i ten uśmiéch.
Kaźmiérz złożył ręce w zachwycie.
 — A toś Wacpanna z mańki mię zażyła. Po takowém słówku, jakoż ja mogę się 
jeszcze rewoltować? Pójdę, chociażbym wolał iść na bomby i smoki, niż w pokłony do tego 
człeka. Co robić, Wacpanna każesz, pójdę, i to dzisiaj, w ten moment. Raz kozie śmierć. 
Niechże już wiem co mię czeka. Jeno błagam, panno mego życia, panno mego zbawienia, 
choćby zrekuzował, nie odpuszczaj mię od siebie, jeno ratuj.
 — Dobrze, dobrze, najprzód Waszmość zrób swoje, a potém i ja zrobię co się da.
Kaźmiérz spojrzał raz jeszcze na Hedwigę z niewymowną czułością, i puścił się 
między tłumy, dla odszukania Pana Schultza.
Siedział on pod piecem, oparty obu łokciami o stolik, na którym świéciła przed nim 
szklenica pełna piwa. Spostrzegłszy nadchodzącego Kaźmiérza, odezwał się dość wesoło:
 — Co to Waszmość tak żywo ze swoją Panną-Siostrą gadałeś?
 — My właśnie uradzili, abym ja się przed Panem Konzulem prezentował, 
z wielką nowiną, i wielką petycyą.
Po twarzy Majstra przeleciała chmurka niepokoju.
 — A!..... Cóż to takiego?
 — Dostał ja nakoniec z domu on wyglądany respons, i Pan Miecznik mi w nim 
rememoruje, jako Krysia miała już trzy czy cztery lata kiedy ją w jassyr zabrano. Tedy to na 
żaden fason niemoże być Panna Hedwiga.
 — Hm! I żeś to Waszmość sam sobie tego nie rememorował, to czysty fenomen.....
 — Jam się jeno z braćmi zabawiał, na siostrzyczkę mało my dbali, aż dopiero gdy 
zaginęła, wtedy po niewczasie była żałość.
 — Szkoda! Zła nowina. Już my tedy nic sobie nie będziem. A jam już się nauczył 
uważać Waszmość za kawałek syna.....
Kaźmiérz przygryzł sobie wargi. Miał ochotę powiedzieć:
 — Za wiele konfidencyi, Panie łyku!
Ale się powstrzymał, i z przymuszonym uśmiéchem odpowiedział:
 — A może on kawałek syna się ostanie? Powziął ci ja dla téj panienki taki wielki a 
święty affekt, że bez niéj żyć daléj, ani rusz. Niemogę być bratem, ale mogę być lepiéj, 
małżonkiem.
Tu Kaźmiérz powstał, i pięknie się pokłoniwszy, wymówił uroczystym głosem:
 — Tandem tedy, przychodzę z tą petycyą,
abyś Waszeć, jako przybrany ociec Panny Hedwigi, chętném sercem dał mi ją za żonę.
Pan Schultz w jednéj chwili zmienił się do niepoznania. Pulchna, czerwona twarz 
jego, nagle wydłużyła się i zżółkła. Wlepił w Kaźmiérza okrągłe, rybie oczy, i przez zęby sam 
do siebie mruczał:
 — Aha! Wylazło szydło z worka. Nie głupi był mój Ollender.
Pan Kaźmiérz, zniecierpliwiony, siadł napowrót, i ręką w stół uderzywszy, zapytał:
 — No, cóż tedy?
Majster, nie wstając z ławy, głową się tylko
ukłonił, i odpowiedział z szyderczym uśmiechem:
 — Wielki to dla nas onor, że klejnotny pan zniża się do biednéj sierotki, szkoda jeno 
że ten onor za późno przychodzi.
 — Jakto, za późno? Co to znaczy?
 — A nie oświadczył-ci ja Waszéj Miłości, Panie kawalerze, zaraz przy pierwszéj 
Waszmościnéj wizycie, że małżonek dla Hedwigi już jest wybran?
 — Prawda. Waszeć to gadałeś. Ale póki Xiądz nie związał stuły, to jeszcze można 
zmienić rezolucyę.
 — Nie Panie kawalerze. Co Johann Schultz raz powiedział i zadecydował, tego już nie 
odmienia.
 — Odmieni, odmieni. Miéjże Waszeć Boga w sercu, ja pięknie proszę, i Panna 
Hedwiga powieda, że to będzie jéj szczęście.
 — A! Ona tak powieda? No, to się Waszmość dobiłeś. Harde to dziecko, co śmie takie rzeczy gadać. Trza ją nauczyć moresu.
 — Nie hardać ona, kiedy chce miéć Waściny assentyment.
 — Czy chce czy niechce, bez mojego assentymentu nic nie będzie. Gdzieżeś to 
Waszmość czytał takie prawo, aby uczciwa frajlein, sama dawała decyzyę 
o swoim hymenie? To rzecz rodziców, abo familijnego konsylium. A w tym
trybunale, ociec abo opiekun, to najwyższy sędzia.
 — Masz racyę Waszeć, jeno i w téj lex jest excepcya.
 — Naprzykład, jaka?
 — Wtedy, kiedy sędzia jest razem i stroną.
 — Po palestrancku Waszmość mię zajeżdżasz. Ja prosty człek, nierozumiem tych 
subtelności. Jeno wiem że z tego nic nie będzie.
 — Czy to jest ostatnie Waszecine słowo? Panie Rajco, weź tę rzecz na rozmysł, abyś 
dzisiejszéj wiolencyi kiedyś nie pożałował. Ja jeszcze poczekam, Waszeć myśl odmienisz, i 
jeszcze raz pogadamy.
 — Nie, Panie kawalerze, próżno się Waszmość nie fatyguj, keine gadanie rzecz 
skończona.
Tu Pan Majster powstał, ukłonił się sztywnie, i zakończył:
 — Raz jeszcze uniżenie dziękuję za onor nam wyrządzony, acz na moją aftikcyę po 
niewczasie, i żegnam Waszą Miłość, bom ciężko chor, i pono przyjdzie mi opuścić tę piękną 
kompanię.
To mówiąc oddalił się, z pokornemi słowami ale z szyderczym uśmiechem na ustach, i 
z głową hardo podniesioną. Pan Schultz, jako nieodrodny Gdańszczanin, zawsze i wszędzie 
nosił ją wyniośle, a już najwyniośléj na Ratuszu i w Artusowéj sali, bo tutaj widząc w koło 
siebie potęgę miejskiego Senatu i blask miejskiego Patrycjatu, czuł się mocnym na swoich 
złotych śmieciach, i nawet klejnotnym panom rad przycierał rogów. A już nigdy nie doznał 
większéj pod tym względem rozkoszy jak dzisiaj, kiedy w osobie Pana Kaźmiérza, upokorzył 
i zuchwałego szlachetkę i przeszkodnego współ-zalotnika.
Dziwną może wydawać się cierpliwość, z jaką siarczysty Pan Porucznik przełknął tę 
nauczkę, i zaprawdę nie byłby jéj zniósł tak przykładnie, 
gdyby nie przekonanie, że wkrótce, dziś jeszcze, ukarze hardość mieszczanina 
i zemści się na współ-zawodniku. Ta myśl ubierała i jego usta szyderczym uśmiéchem, i 
chociaż krew się w nim burzyła, choć ręce go swędziły, myślał sobie:
 — Dobrze, dobrze, ja jeszcze tak wolę. Obejdę się bez twojéj permissyi.
Jednak ostatnia groźba Pana Schultza, naprawdę go rozzłościła, i nawet niepomału 
przeraziła.
 — Tam do licha! — Szepnął. — Jeśli on ją ma zaraz uprowadzić, to cały plan w łeb 
weźmie, przynajmniéj na dzisia.
Tu wstał gwałtownie, plecami o piec się oparł, i głowę jak mógł wysunął po-nad 
tłumy, dla odnalezienia Hedwigi.
Nietrudno ją było znaleźć; wszystkie oczy zwracały się ku niéj. Po środku sali, w 
największym wirze tańców, przesuwała się lekka jakby duch niebieski, prowadzona przez 
IMci Pana Arnsta Spirynga, który właśnie w téj chwili kończył 
z nią Kuranta, i przy ostatnich zwrotach rzucił pod jéj stopy swój płomienny tulipan. Ale i 
odetchnąć jéj nie dano. Kurant, (la Courante), wdzięczny taniec Francuzki, zgrabny i 
posuwisty, był sam w sobie niezmiernie krótkim, ale za to
zwykle powtarzał się wielokrotnie, bo w końcu zawierał pewną złośliwą figurę, dzięki któréj, 
przy zręczném trafieniu w dobrą chwilę, jeden kawaler mógł drugiego ubiedz, i podstępem 
odbić mu tancerkę, z czego téż powstało przysłowie: "Trafił frant na franta i wyciął mu 
kuranta."
Hedwigę dziś ciągle odbijano. I teraz, ciężkiemu Panu Spiryngowi, sprytny Sire de la 
Crosade ją odebrał, i wydawał się tak uszczęśliwiony ze zdobycia "bursztynowéj panienki", 
że niektóre siedzące panny zapytywały gorzko, czy ten znów z ucha sobie nie wyrwie perły, i 
nie ciśnie jéj pod nogi tego podlotka, co niewiedziéć czém, chyba czarem nowości, tak 
bezwstydnie łowi tancerzy?
W tym krzyżowym ogniu hołdów i zazdrostek, Hedwiga byłaby mogła bawić się 
tryumfalnie, ale ona wcale nie czuła tryumfu; przeciwnie, w rysach nosiła wyraz głębokiego, 
źle przytłumionego zfrasowania, i głowę z niepokojem obracała, to ku piecowi, zkąd jéj 
świeciły gorejące oczy Kaźmiérza, to w przeciwną stronę, ku ławie przeznaczonéj dla najpoważniejszych 
matron.
Zaciekawiony Pan Kaźmiérz, także w tę stronę skierował spojrzenie, 
i dostrzegł tam Pana Schultza. Grono starszych i młodszych niewiast otoczyło go bardzo 
rojnie, podczas gdy on głową kręcił i ręce rozkładał, jak człowiek co się uniewinnia. Nagle, 
zniknął w tłumie, a Pan Kaźmiérz usłyszał tuż obok siebie wesoły głos Pani Flory:
 — Przychodzę z dobrą nowiną. Ale.....co to Waszmość taki najéżony?
 — A jakoż mam się śmiać? Uczyniłem staremu deklaracyę, no, i ładnie na tém 
wyszedłem.
 — A to Waszmość głupstwo zrobiłeś.
 — Jakoż nie było zrobić, kiedy Panna Hedwiga niechciała zemną gadać, dopóka nie 
zdeklaruję się przed onym ślicznym opiekunem?
 — No, no, nie sierdź się Waszmość..... Niéma tego złego coby na dobre nie wyszło, 
już ona teraz będzie wiedziała czego ma po nim czekać, i łacniéj nam 
z nią pójdzie. A właśnie czas po temu, przynoszę dobrą nowinę: Pan Schultz wraca do domu 
sam, a ją zostawia pod moją protekcyą.
 — Chwałaż Bogu! A to jakbym odżył. I jakżeś to Wacpani takie miraculum zrobiła?
 — Z początku chciał ją zabierać. Ja spolitykowałam, i nic nie kontruję, — ale nasadzam 
na niego inne białogłowy, a najwięcéj tę gadzinę Freimuthową, co taka zła jak i chuda. 
Wszystkie tedy w krzyk: "O jaki z Waszeci tyran! Biédne
dziecko, ledwie co zażyło pierwszych tańców, i już
ją zabierać? Zostaw nam ją Waszeć, my wszystkie będziem jéj matkowały." — A ta chuda 
złośnica Freimuthowa jeszcze mu dolewa: "Ho, ho! My wiemy czemu Pan Konzul chce ją 
wyprowadzić, bo go bierze zajzdrość kiedy drudzy z nią sarabandują, 
a jemu powaga już nie pozwala hasać." — Tedy Pan Schultz zawstydził się okrutnie, i 
powieda: "Otóż ja pokażę Wacpaniom że to nie żadna zajzdrość. Ostawię tu Hedwigę — 
choćby do jutra — choćby do południa — a wy jéj matkujcie, i wiedzcie że ja nie żaden 
tyran." Widząc taką wiktoryę, chciałam rzecz dokończyć, i powiedam: "Weź Waszeć 
Korneliusa za rękodajnego, bo ledwo się na nogach trzymasz, a nam jeno pacholika odeślij." 
 — Ale tu się nagle zapérzył,
i ofuknął mię: "O! Co to, to nie. Za nic w świecie. Niechże i ten biedny chłopczysko choć raz 
w życiu polustykuje." — A jam zmiarkowała, że jemu nie chodzi o lustyki, jeno że chce nam 
ostawić szpiega. Co Waszmość tak się srodze
marszczysz?
 — Bo to zła nowina co mi Wacpani przynosisz. Kiedy Ollender ostaje, to my nic nie 
wygrali. On gorszy od starego. Już ja go chyba gdzie w kącie przyduszę albo kolnę.
Pani Flora przestraszona, chwyciła Pana Kaźmiérza za rękaw.
 — Na miłość Boską, nie czyńże Waszmość
nijakich excesów, bo dopiero wtedy rzecz zagubisz. Już ja tak zrobię, że 
i Ollendra z przed oczu Waszmościnych sprzątnę.
 — Ciekawym, co Wacpani z nim zrobisz?
 — Jeszcze niewiem..... już moja w tém głowa..... jeno Waszmość nie turbuj się 
napróżno, ale bacz pilnie, i jak tylko Pan Schultz się wyniesie, wtenże moment suń do attaku.
To rzekłszy, pani Flora sama przesunęła się przez całą salę, dla naocznego 
sprawdzenia, czy Pau Majster istotnie się wynosi?
Zastała go już na tarasie, kończącego przyciszoną rozmowę z Korneliusem.
 — Tedy — szeptał — nie spuścisz jéj z oka. Ja więcéj na ciebie rachuję, niż na 
wszystkie babskie protekcye. Ty mędrszy niżeli ja myślał. No, a teraz — ciągnął daléj, 
sięgając do kieszeni — oto masz klucz od mojego domu. Weź go, bo
ja nie chcę abyście się długo dobijali. Szpetnie to dla frajleiny stać po nocy na beischlagu, i 
czekać jak jaka żebraczka.
 — Guttenacht Frau. — Dodał, zwracając się do Pani Flory. — Jużem ja Hedwidze 
przykazał aby się Wacpani pokornie trzymała, i w jéj zacnéj kompanii doma powracała. Po co 
ja pił to piwsko, może mi ono zaszkodziło?
Tu szczelnie płaszcz zapiął, oparł się na ramieniu pacholika, który 
w drugiém ręku miał zapaloną pochodnię, i stękając i utykając, puścił się 
w drogę dość nużącą, bo Dom Bursztynowy był na jednéj z oddaleńszych ulic. 
Stanął jednak w końcu przed swojemi drzwiami, zkąd pachołka zaraz na powrót 
odesłał do
Artus-hofu, sam zaś raz i drugi targnął za kołatkę.
Jak przewidywał, niedługo przyszło mu czekać. Mina jeszcze wyśrebrzała swoje cyny 
i wypłacała mosiądze. Bardzo się zlękła i zgryzła na widok chorego Majstra, dla którego — 
jako prawdziwa zahukana Niemka — miała cześć prawie
niewolniczą. Naznosiła mu też betów co niemiara, naparzyła ziółek w trzech gatunkach, i za 
to miała tę pociechę, że po jakiéj godzinie ustały Majstrowe stękania. Czy dzięki swobodzie, 
jaką chory odzyskał opuściwszy duszną salę 
i rozzuwszy się z ciasnéj szaty, czy dzięki ziółkom i wypocznieniu, dość że uczuł się lepiéj, 
ale to tak lepiéj, że znów zaczął samego siebie łajać:
 — Po com ja głupi wyszedł z Artus-hofu, i ostawił ją na cudzéj łasce?
Odesłał Minę, i chciał zasnąć, ale na żaden sposób niemógł. Ciągle widział 
Hedwigę tańcującą z innemi, uśmiéchającą się do innych, zwłaszcza do tego mniemanego 
brata, co go tak haniebnie oszukał.
 — I jeszcze, — myślał sobie — powiedziała że tam jest jéj szczęście! E! Może i 
nieprawda? Młodziki rade kłamią, byle się pochwalić. No, a choćby 
i powiedziała, to ktoby tam zważał na dziecinne gadanie? Boć to jeszcze dziecko. Póki go 
widzi, to się jego tandressami niby cackiem bawi, a jak trzy dni go nie obaczy, to i zapomni z 
kretesem. Ale niech-no ja do niéj naprawdę sunę 
w koperczaki, to dopiero ją rozamoruję, bo jużby
chyba musiała być obrana z rozumu, gdyby nie pojęła co to dla niéj za szczęście.
Tak rozmyślając, Pan Rajca z boku na bok się przewracał, a wciąż nadsłuchiwał, czy 
Kornelius nie otwiera drzwi dolnych? Czy suknia Hedwigi nie chrzęści po schodach?
Nakoniec mu się wydało że oczekiwani prędzéj wrócą, jeśli będzie ich wyglądał 
oknem. Wstał więc, poprawił na głowie szlafmycę, na barki nadział szlafrok mięciusieńki, 
tkany w duże różnobarwne kwiaty, i z komory sypialnéj przeszedł do przeciwległéj, zkąd 
mógł widzieć taras i ulicę. Nie zabrał nawet 
z sobą świécy, gdyż od tamtéj strony xiężyc przepysznie jaśniał.
Siadł tedy Pan Konzul w oknie, a że przez małe, wypuklaste szybki, trudno było 
rozeznać głąb ulicy, więc uchylił nieco jedną połowę okna, i z rozkoszą wciągnął do piersi 
wonne powietrze ciepłéj, letniéj nocy.
Długo tak siedział, i marzył, i wyglądał, ale na ulicy było pusto 
i głucho, tylko xiężyc nieznacznie posuwał się po niebie, i zegary miejskie, 
z przekorną powolnością, wydzwaniały ciążące Majstrowi godziny.
V.
Pod srebrnym xiężycem.
Tymczasem w Artusowéj sali, Hedwiga niespokojnym wzrokiem szukała oczów Pana 
Kaźmiérza, który wcale nie patrząc na nią, siadł pod piecem, i żywą rozmowę prowadził z 
Panią Florą.
 — Boże mój! Czy on się na mnie sierdzi? O..... Ani, pojrzy.....
Za to, kto inny spoglądał aż nadto. Kornelius, wpół ukryty za filarem, ścigał ją wciąż 
oczyma, których złośliwa chmurność, prawie dotykalnie ciężyła jéj nad głową. Wkrótce 
jednakże, kilku Oficerów z Marynarki otoczyło go wesołém gronem, i wśród żartów i 
śmiechów uprowadziło do bocznéj komnaty, z któréj dolatywał ciągły brzęk butlic i 
kielichów. Kornelius opierał im się długo, po drodze jeszcze ciągle głowę w tył obracał, i 
niespokojne spojrzenia ciskał na Hedwigę. W końcu wszakże, czy dał się porwać kielichowéj 
pokusie? Czy dał się
olśnić towarzystwem paniczów, których nagła uprzejmość zawrotnie mu pochlebiła? Dość, że 
coraz miększy stawiał opór, dał się zaciągnąć do progu bokówki, raz jeszcze spojrzał na salę, 
i zniknął.
W téj chwili, Pan Kaźmiérz wstał jakby pod naciskiem sprężyny, i krążąc pomiędzy 
tłumem, nieznacznie zbliżał się do Hedwigi. Gdy stanął przed nią, przelękła się zmiany 
zaszłéj na jego twarzy; mimo upału panującego w sali, był
blady, oczy iskrzyły się jak u żbika.
Pochylił głowę, i przez zęby mówił:
 — Teraz tedy Wacpanna możesz zweryfikować jaka jest dla niéj moja adoracya, kiedy 
wedle jéj ordynansu, pokłoniłem się temu staremu łykowi, wziąłem rekuzę, i nie zdławiłem 
go na miejscu. Poszedł doma, żyw.
 — Boże miłosierny! Więc niechce?
 — A jakoż ma chciéć? Woli skarb dla siebie chować, niż drugiemu darować. Że 
rekuzuje, to niedziw; jeno to mi dziw, żeś mię Waszmość Panna tak szpetnie zarezykowała.
 — Boże dobry, cóż i miałam robić? Godziło się tak uczynić, bez respekt dla mojego 
protektora.
 — Na respekt dla tego tyrana to Wacpanna baczysz, a na despekt dla mnie to nie 
raczyłaś baczyć.
 — Nagrodzi się ten despekt Waszmości.
 — A to na jaki manier?
 — Teraz ja poproszę Dobrodzieja.
Pan Kaźmiérz gorzko się roześmiał.
 — I Waszmość Panna figurujesz sobie że co wskórasz?
 — Kto to wié? Nie taki Pan Majster straszny, jak go malują. Widziałam ja nie raz, 
jeno sto razy, jak na tę kochaną Panią Dorotę fukał i nukał, a w końcu zawdy stało się po jéj 
woli.
 — To był jenszy interes. Ja supplikuję, ja ostrzegam, nie proś Wacpanna.
 — Dla czego niémam prosić? Sumienie mi każe popróbować wszelkich submissyi. 
Zabić mię przecie nie zabije.
 — Jabym zabił, gdybyś Wacpanna chciała iść za jenszego.
Hedwiga podniosła ku niemu oczy pełne lęku i — zachwycenia.
Słowa te, wypowiedziane głosem niby spokojnym, a zdławionym, od każdego innego 
byłyby ją na śmierć odstraszyły. W ustach Kaźmiérza, na śmierć ją do niego przywiązały. 
Teraz dopiero pojęła, jak jest przepaściście kochaną.
Ale jednocześnie, uczuła po raz pierwszy i cały ogrom swojéj kobiecéj władzy. 
Uśmiéchnęła się w duszy, i pomyślała:
 — Oho! Jeśli oni tacy, toć ja i z Panem Rajcą zrobię co jeno zechcę.
A potém głośno rzekła do Kaźmiérza:
 — Nie turbuj się Waszmość, Pan Bóg czasem słabéj białogłowie da wiktoryę, tam 
gdzie kawalerskie miecze się zwijały, jak to widzimy z onéj nabożnéj Judyt.
 — Usiecz-że mi Wacpanna pijaka Holofernesa, bardzo proszę. — Odrzekł 
z bladym uśmiéchem. Widoczną jednak rzeczą było, że do żartów tylko się przymusza, a w 
duszy nie rad jest jéj postanowieniu.
W téj chwili Pani Flora przystąpiła do nich, śmiejąc się na całe swoje puszyste 
gardziołko.
 — Udało mi się! — Wołała. — Jak Boga kocham, udało się! Poprosiłam socyuszow 
Pana Officyjera, aby wywiedli na kunsztyczek tego murzyna Korneliusa, co nas tu szpiegował 
jak Turczynki w Szaraju, i wywiedli go, jak Boga kocham, wywiedli! Teraz możemy się 
bawić tak, co to hulaj dusza!
 — Więc to Wacpani koncept? — Podjęła Hedwiga. — Niechże Pan Bóg Wacpanią 
nagrodzi, boć od tych jego złych oczu, to dalibóg można zachorować. Ale..... na Boga 
żywego! Wszakci on ma klucz? Jakże my powrócim?
 — Wyciągną mu i klucz, wyciągną! Czego to nie potrafią Panowie Officyjery? — 
Mówiła z uciechą Pani Flora, i w szczerym śmiéchu pokazywała dwa rzędy wiewiórczych 
ząbków, i byłaby długo mówiła jeszcze, ale naraz, dziesięciu mężczyzn, młodych i starych, 
ładnych i nieładnych, przybiegło aby prosić ją 
w taniec; wybrała najładniejszego, i puściła się z nim w Kuranta, gdzie umiała zataczać owe 
sławne esy, przed których kometową hyperbolą, inne pary, wystraszone, musiały co żywo 
pierzchać.
Pan Kaźmiérz także puścił się z Hedwigą,
ale wciąż był chmurny, nic a nic nie mówił, i tańcując, przeszywał ją wzrokiem pełnym takich 
czułych wyrzutów, że w jéj głowie, myśli się mieszały, 
a w piersiach serce od żalu zamierało.
Dobrze już po północy, nastąpiła przerwa, po niéj zaś nakoniec, dawno już upragniony 
cel wielu oczekiwań, tak zwany Taniec wianków, albo Taniec panieński, mężatki bowiem nie 
brały w nim udziału; wdowy mogły się do panien przyłączyć, chociaż — prawdę mówiąc — 
stateczni ludzie nie bardzo im to pochwalali. W domu gdzie podobny taniec miał być 
wykonany, robiono już naprzód ilość wianków odpowiadającą liczbie panien. I tutaj, 
Magistrat kazał upleść całe stosy kwiecistych wieńców, co pora letnia wielce ułatwiała. 
Mężczyźni stanęli pod 
ścianami, muzykanci zagrali coś dziwnie słodkiego. Panny wychodzą parami, każda w 
jedném ręku niesie wianek, drugą ręką trzyma dłoń towarzyszki; obchodzą salę do koła, 
skromnie, ze spuszczonemi oczyma; zwolna jednak rytm się ożywia, pary się rozrywają, 
coraz to któraś z tancerek wyfrunie na środek sali; tam 
w uczonych łańcuchach i kręgach, tworzą wzorzyste figury taneczne, zaczynają 
z uśmieszkiem spoglądać po widzach. Nagle, wszystkie stanęły; każda podobna do posągu 
greckiéj bogini Victoryi, trzyma wieniec nad głową, tak stąpa ku widzowi, którego wybrała, 
podaje mu wianek
i w taniec zaprasza. Wybrany, jedną ręką bierze kwiaty, drugą za dłoń leciuchno ujmuje 
tancerkę, i wszyscy idą w jeden pląs posuwisty, wpół pasterski, a wpół rycerski.
Takie oddawanie wieńców, (podobne dzisiejszemu wybieraniu kawalerów przez damy 
w Mazurze), było zazwyczaj przyjmowane od mężczyzn, jako przelotna towarzyska 
uprzejmość, ale Pan Kaźmiérz dzisiaj przyjął tę rzecz inaczéj. Kiedy
Hedwiga, wesoła i rozbawiona, podbiegła ku niemu i z uśmiéchem podała mu kwiaty, on 
wziął je bez uśmiéchu, i rzekł uroczyście:
 — A więc Wacpanna oddajesz mi swój wieniec? Biorę go, i przed Bogiem przysięgam 
ci wierność. Ale i ty takoż mi przysięgnij. 
Zmieszana niespodzianém zagadnieniem, podchwycona i jakby ubezwładniona 
czarem jego woli, sama prawie niewiedziała jak się to stało, ale złożyła ręce 
i wyrzekła:
 — Przysięgam przed Bogiem, że niczyją żoną nie będę, jeno Waszmościną.
 — A! Tak to dobrze! — Zawołał, i przycisnąwszy ją do bijących piersi, puścił się z 
nią w jakiś taniec szalony, w którym już niewiedziała na jakim jest świecie, czy to sen 
czarodziejski, czy to już raj po śmierci? W duszy tylko powtarzała sobie ciągle:
 — Ach jeszcze! Jeszcze!.... Daj Boże tak na wieki!
Nagle stanął, i drgającym głosem szepnął:
 — Życie moje! Chciałbym ci cóś powiedzieć, ale boję się.....
 — Waszmość się mnie boisz? Mnie, lichéj dziewczyny? Jakoż to być może?
 — O, i bardzo być może. Skazany boi się, kiedy ma usłyszéć dekret. 
A Wacpanna masz ferować na mnie dekret życia lub śmierci.
 — Co ja mam ferować? Gadaj-że Waszmość prędzéj, bo i mnie już strach bierze.
 — Nie, nie, jeszcze wolę czekać.....tyleć mojéj sperandy.
I znów ją porywał w taniec, i coraz mocniéj przyciskał do łona, i coraz ciaśniéj okręcał 
spojrzeniem, a jéj dusza wiła się w tém objęciu, jak mała ptaszyna w orléj szponie.
Skończył się Taniec Wianków, muzyka na chwilę przycichła. Pani Flora znów ku nim 
nadbiegła, w towarzystwie Pana Wojciecha Zabokrzyckiego, Obersztera od Wodnéj Armaty. 
Oboje śmieli się do rozpuku.
 — A co? — Wołała. — Nie mówiłam? Wyciągnęli mu, wyciągnęli!
 — Co? Komu? — Pytała zahukana Hedwiga, 
 — Sam Waszmość, Panie Oberszterze powiedaj, bo ja od śmiéchu ledwie co zipię.
 — Owóż — mówił Pan Wojciech — bogini Flora, z Olimpu dała rozkaz wojskom 
Jego Królewskiéj Mości, aby jéj przyniosły klucz zaklęty. My tedy zaraz, onego 
czarnoxiężnika co go dzierży, wiedziemy do bokówki, o tam! I w gardło mu lejemy co się zmieści. Ale chłop tęgi, choć to niéma korda przy boku, nie da 
przystąpić do się. Pić pije, a do konfidencyi ani rusz. Więceśmy go wsadzili do lochu.
 — Jakto? Do więzienia? — Zapytała z przestrachem Hedwiga.
 — Eh, jeszcze nie. Trza Wacpannie wiedziéć, jako pod tą strukturą jest loch kieby 
kościół, kubek w kubek taki duży jak ta sala, jeno pół niższy, a cały sklepisty, że człek tam 
siedzi jakby w kamienném jaju. Tam stoją rzędy beczek, 
z różnością małmazyi. Tam tedy my przywiedli onego utrapionego mruka, i jak zaczęli go 
czarować, a to węgrzynem, a to petercymentem, a to ratafią, spił się jak sztok, jak Bela, no 
poprostu jak Ollender. W końcu, rym o ziemię. Daléj my po kieszeniach macać, i oto jest on 
klucz zaczarowany. Racz-że zacna bogini przyjąć go propria manu, razem z kluczami mego 
serca, którego forteca wdzięcznie kapituluje przed attakiem twoich Kupidynowych łuczków.
Tu podał ogromny, misternie rzezany, klucz od wchodowych drzwi Bursztynowego 
Domu.
Pani Flora, biorąc go w pulchne paluszki, rzekła:
 — Nad elementami onéj kapitulacyi, musi jeszcze cały Olimp dyszkurować: 
tymczasem to trofeum przyjmujemy, jako wdzięczny zadatek Waszmościnéj służby. No 
Hedwiga, teraz już będziesz mogła wracać doma, kiedy jeno zechcesz.
Panienka pomyślała sobie:
 — Oj, żeby tak na moje chcenie, toby my nigdy ztąd nie wyszli, i Pan Kaźmiérz 
pewnieby ze mną w téj chęci konkordował.
Jakież było jéj zdumienie, kiedy Pan Kaźmiérz, który właśnie patrzył na niebo 
świecące srebrzyście za szybami, ozwał się głosem stanowczym:
 — Już nam trzeba wracać.
 — Już? Dla czego? Jeszcze wczas, jeszcze nikt się nie rusza.
 — Powiem Wacpannie po drodze dla czego.
Hedwiga, zmartwiona utratą tak cudownéj zabawy, przerażona myślą że za chwilę 
rozstanie się z Panem Kaźmiérzem, nieco téż i zraniona obojętnością, 
z jaką sam Kaźmiérz przyspiesza to rozstanie, podniosła zasmucone oczy na Panią Florę; 
pewna była że u niéj znajdzie pomoc, ale o dziwy! i Pani Flora powtórzyła, choć nie bez 
widocznego żalu w głosie:
 — Tak, już nam trza wracać.
A gdy tłoczący się tancerze, zaczęli je obie przytrzymywać, a prosić, 
a grozić że do białego rana ich nie puszczą, — gdy dwaj, obecni téj rozprawie, prześliczni 
Anglicy, zaczęli obiecywać że zatańcują Matlota, (bez którego, 
w mieście portowém, żaden bal niemógł się nazwać zupełnym), — wtedy wesoła wdówka 
sposępniała; jednak nie uległa, lecz owszem odparła fortelnie:
 — Co robić? Ja matkuję Pannie Hedwidze, a ta musi być doma wczas. Pan Schultz 
zachorował, niemożnaż mu po wszystkich kurach wyprawiać hałłasów.
I wyprowadziła z sali zdziwioną Hedwigę.
Pan Kaźmiérz wymknął się za niemi.
Na tarasie odrazu ochłonęli z upału panującego w sali. Noc była cudna, balsamiczna. 
Xiężyc w pełni świécił tak jasno, że Pani Flora rzekła do pachołka, sięgającego po krzesiwo:
 — Nie osmalaj nam oczu próżno. I po xiężycu trafim.
I zarzuciwszy na ramiona zgrabną Kazyatkę ze pstréj tercynelli, poszła tuż za 
pachołkiem. Hedwiga chciała pójść z nią w parze, ale Pan Kaźmiérz uchwycił jéi rękę, i 
prowadził ją nieco w tyle, a Pani Flora biegła przodem, wcale za niemi się nie oglądając. 
Przez całą długość placu nie zamienili ani słowa, bo Lange-Markt był po dziurki 
nabity narodem, który pchał się bez miłosierdzia, i w jarzących oknach zatapiał wybałuszone 
oczy.
Nakoniec przebili się przez ciżbę, i wyszli na ulice dalsze, które nigdy nie były tak 
opustoszałe i spokojne jak dzisiaj, kiedy cała żywotność miasta skupiła się u progów 
Argusowego Dworu.
Mało w świecie jest rzeczy równie pięknych, jak ulice Gdańska widziane po xiężycu, i 
to
w cichą, pogodną noc letnią. Co tam wówczas dzieją się za dziwy, temu nie uwierzy kto nie 
widział. Te krocie białych posągów i popiersi, te wszystkie króle, rycerze i boginie, co ze 
swoich wnęk nadpowietrznych coraz wypukłéj występują — te inne, Geniusze i Anioły, 
stojące na szpicu dachów, co rosną do nieprawdopodobnych wysokości — te malowane 
wieńce i medaljony, których tła złote mienią się teraz od xiężycowego srebra, jak tkanina 
lamowana we dwa kruszce — te smoki ziejące zielonym płomieniem, i te rynny o 
przeraźliwych paszczakach gargulli, co na poprzek ulicy wyciągają szyje coraz dłuższe, 
dłuższe, jakby wzajem chciały się połykać — te nieskończone cienie od krat gankowych, 
dziurkowane z koronczarską misternością, co wiszą po murach i tarasach, jakby kwef 
ciągnący się za Matką-Nocą — te drzwi czarne, zamczyste, zasznurowane żelazem, a takie 
głuche, jakby za każdemi czaiła się jakaś tajemnica — wszystko to na tle owych ogromnych 
okien, a, raczéj ścian całych naperełkowanych kryształem, gdzie światłość xiężyca łamie się 
w tysiące blaszek, i z piętra na piętro spada w blado-fjoletowe kaskatelle — wszystko to świat 
jakiś odrębny — ni stara Norymberga, ni stara Italia — to jeszcze cóś innego — to nasz 
Gdańsk dziwny i przedziwny, jedyny pod słońcem i xiężycem.
Urok obrazu był tak wielki, że i nasi balownicy, choć zupełnie innemi myślami zajęci, 
potoczyli wzrokiem zdziwionym, jakby to całe miasto pierwszy raz się ich oczom 
przedstawiało, i bezwiednie popadli pod czarodziejską moc poezji.
Pani Flora zwolniła kroku.
Pan Kaźmiérz zwalniał go jeszcze bardziéj.
Hedwiga rozmarzona, wyszepnęła głosem zaledwie dosłyszalnym:
 — Boże mój! Żeby to tak można iść bez końca — bez końca — gdzieś aż na koniec 
świata....
 — A tak. I ja chcę z tobą pójść na koniec świata. — Odpowiedział równie półgłosem, 
Pan Kaźmiérz. — I dla tegożem właśnie uciekł z onych tańców, aby cię uprowadzić nim 
oświtnie. Po białym dniu, już ciężko by nam było uchodzić.
 — Jakto, uchodzić? — Zapytała, zatrzymując się nagle, i wyrywając rękę 
z pod jego ramienia.
Ale on uchwycił ją na nowo, i mówił:
 — Słuchaj..... nie puszczę cię. Przysięgłaś mi jako żona, usłuchaj-że mnie jak żona. 
Nie wracaj już do Bursztynowego Domu, bo zrobisz swoje i moje nieszczęście.
 — Co Wacpan gadasz? Ja nie mam wrócić do domu? A gdzież pójdę?
 — Słuchaj: tu bliziuchno, w mojéj gospodzie, czeka na mnie koń okulbaczony. 
Wezmę cię na konia, pojedziem jak wystrzelił do Oliwy. Tam jest xiądz, któregom ja już 
uprosił, ten zaraz raniuchno da nam szlub. A potém, pojedziem do Władysławowa. Tam, za 
okopami, za murami, wśród moich kompanów co już na nas
czekają, będziesz bezpieczna jakby jaka królowa. Niech tam sto Senatów mieszczuchowskich 
o ciebie szturmuje, nie poradzą. Cała Wodna Armata stanie jak jeden człek za nami. Tak tedy 
posiedzimy tam czas jakiś, a kiedy się stary wysapie, to go ładnie przeprosim, i basta.
Hedwiga przez chwilę milczała. Widocznie, była w jéj sercu walka. Czarowny obraz 
szczęścia tak blizkiego, tak łatwego, przemknął się przed nią jak olśniewająca błyskawica. 
Ale téż i szybko jak błyskawica, zgasł.
 — Nie. — Odrzekła głosem drżącym od wzruszenia. — Ja tego nie zrobię.
 — Nie rekuzuj mię tak zaraz. — Nalegał Pan Kaźmiérz. — Namyśl się, nim zabijesz. 
A toż to druga taka cudowna okkazya, póki życia nam się już nie przydarzy? Tylko pomyśl: 
starego tu niéma — tego piekielnika Ollendra niéma — 
sam Pan Bóg wszystko nam urządził — o patrz, tylko tu skręćmy w tę przecznicę, tam zara 
moja gospoda — nim kto zweryfikuje że my znikli, to już będziem 
w Oliwie.
 — Nie kuś mię Waszmość jak ten wąż..... to byłby grzéch, wielki grzéch.
 — Co za grzéch?
 — Jakto? Uciec od mego benefactora, co mię wyrwał z jassyru, od Tatarów?
 — Pięknie wyrwał! A sam trzyma w jassyrze! Już ja tam niewiem kto gorszy, czy 
Tatar czy Niemiec?
 — Zawdy ja chléb jego jadłam bez cały mędel lat.
 — Gorzki to był chléb, samaś mi Wacpanna gadała.
 — Bywałci nieraz gorzki, zawdy przecie co chléb to chléb, a co grzéch to grzéch. 
Zresztą, po co kraść, tam gdzie można z dobréj woli dostać? Mógłby mi on potém 
powiedzieć: "Ty żmijo, czemuś nie supplikowała? Byłbym ja może 
i pozwolił."
 — A jak nie pozwoli, to co?
 — Ha! Jak nie pozwoli, to poproszę Pana Boga o jaką uczciwą inspiracyę, ale pierwéj 
muszę poprosić człowieka, muszę udać się w pokorę, to mój psi obowiązek.
Właśnie gdy tych słów domawiała, stanęli przed Bursztynowym Domem. 
Kaźmiérz nagle puścił jéj rękę, i rzekł twardym głosem:
 — Głupiaś Wacpanna.
Ona cała drżąca zwróciła się ku schodom.
On szedł za nią, i mówił coraz głośniéj:
 — A więc idź do twego Dobrrrodzieja, tarzaj mu się u nóg, obaczysz na co się to 
przyda. Ale pomnij, że moją duszę będziesz miała na sumnieniu. bo ja sobie łeb tutaj rozbiję o 
te kamienie — abo popłynę do Indów, niech mię tam pogany rozsieką.
Hedwiga wchodząc na pierwszy stopień, obejrzała się, i z rodzajem uniesienia rzekła:
 — Nie wchodź za mną Waszmość na beischlag, ja tego zakazuję. Nie chcesz 
Waszmość aby mi czyniono wiolencyę, to i sam jéj nie czyń.
W téj chwili Pani Flora obejrzała się nakoniec, i przystąpiła do nich ze zdumieniem.
 — Cóż tedy? — Zapytała.
 — A cóż? Wracam doma. — Odparła Hedwiga. — Dawaj Wacpani klucz, jeżeli łaska.
I wziąwszy klucz, chwiejnym krokiem wchodziła na schody.
Pani Flora rzekła co żywo do pachołka:
 — Nu, skocz-że, i otwieraj moje drzwi.
A gdy pachołek odbiegł, szepnęła do Pana Kaźmiérza:
 — I cóż, nie chciała?
 — A nie chciała. To nie dziewka, jeno kamień.
 — E! Gamoń z Waszmości. Jabym nie dała jéj tam wejść. Patrz jeno, jeszcze stoi.
To mówiąc, furknęła na swój taras, i drzwi za sobą zaparła.
Kaźmiérz spojrzał. Istotnie, Hedwiga stała jeszcze przede drzwiami Bursztynowego 
Domu. W swoim karbowanym płaszczyku, lekka jakby obłok, cała osrebrzona xiężycową 
poświatą, wydała mu się cudniejsza niżeli kiedykolwiek. Nie
wszedł jednakże na ganek, tylko podbiegł pod murek tarasowy, twarz przyłożył do złotéj 
kraty, i patrząc na nią przez prątki, szeptał błagalnie jéj imię.
Czy światło niepewne omylało Hedwige, czy ręce jéj się nadto trzęsły, dość, że nie 
mogła i niemogła kluczem utrafić w otwór zamku. Nakoniec utrafiła. Klucz zgrzytnął. Już tylko spuścić 
klamkę, a drzwi się roztworzą.
Ach, nim się roztworzą, czyby jeszcze raz głowy nie obrócić, i nie przekonać się, czy 
on rzeczywiście odszedł? Jeżeli odszedł, to jednak dziwny człowiek..... Co prawda, ona mu 
zakazała iść za sobą, bo powinna była zakazać, ale, czy on powinien usłuchać zakazu? Żeby 
tak skoczył tu na ganek, a porwał ją i uniósł, toćby już Pan Bóg niemógł miéć do niéj żalu, 
boć ona zrobiła co tylko mogła, ach i więcéj niż mogła, a przeciwko "wiolencyi" to już niéma 
rady. Ale gdzie tam! On poszedł..... Niegodziwiec!
W téj chwili, usłyszała swoje imię wymówione półgłosem:
 — Jadwiśko!
Zadrgnęła, i obróciła głowę. Na ganku nie było nikogo. Ale imię jéj ciągle biegło 
szeptem. Głos wychodził od kraty. Wpatrzyła się, i między prątkami dostrzegła jego twarz 
kochaną. Wtedy całe jéj serce wyrwało się ku niemu. Wpół bezwiednie, dwoma krokami 
przebiegła pół tarasu. Pierś jej biła od szczęścia, ale usta jeszcze chciały kłamać sercu.
 — Po co — szepnęła — Waszmość wracasz? Zakazałam.
 — Ja téż słucham jako ten sclavus, patrz, wszakci nie wszedłem na beischlag? Tylko 
musiałem wrócić, bo mam ci jeszcze cóś do powiedzenia, jedno słówko, maleńkie, ale 
kapitalne..... jak ci nie powiem, to zginiemy. Przybliż-no się
jeno troszeczkę, i nakłoń uszka. Nie bój-że się, wszakci krata nas dzieli?
Hedwiga, jakby na skrzydłach tajemnych uniesiona, sama niewiedząc jak 
i kiedy, znalazła się przy kracie, i przez poręcz przechyliła ku niemu rozmarzoną głowę.
W tym ruchu, koniuszczek jéj białego atłasowego trzewiczka wysunął się po-za taras, 
właśnie na wysokości ust Pana Kaźmiérza. Widok téj drobnéj nóżki zawrócił mu głowę; 
uchwycił ją w obie ręce, i obsypał iskrami pocałunków tak płomiennych, że Hedwiga przez 
atłas uczuła ich gorącość, i struchlała jak istota która wpada w pożar.
Téj téż tylko pierwszéj było trzeba iskierki, ażeby gwałtowność Pana Kaźmiérza 
wybuchnęła wulkanem. Znienacka, puścił jéj trzewiczek, wskoczył lekko na brzeg cegły 
wystającéj z tarasu, jedną ręką uwiesił się u kraty, drugą ręką objął jéj pochyloną kibić, i usta 
zanurzył już nie w białym atłasie, ale 
w różowym axamicie jéj ustek.
 — Jadwichno moja! Supplikuję..... nie wchodź za te drzwi nieszczęsne..... jak raz tam 
wejdziesz, to już cię ten stary potwór nigdy nie wypuści z tego domu, i mnie już nigdy nie 
wpuści do tego domu. Życie ty moje! Pomyśl jeno..... za godzinę będziemy w Oliwie — 
bierzem szlub — za godzinę, dziś jeszcze, będziesz moją! Moją! Moją!
I każde słowo przypieczętowywał pocałunkiem, a ona, ubezwładniona, mglejąca, 
skłoniła skroń na jego ramię, i już miała wymówić:
 — Tak, jam twoją..... czyń co jeno chcesz..... Kiedy nagle, słowa te zamarły jéj na 
ustach, a w zamian, inne z nich wybiegły:
 — Co to jest? Idą po mnie, czy co?
Spostrzegła bowiem na ścianie przeciwległéj kamienicy, ruszające się widmo 
czerwonawéj łuny, a zarazem rzecz straszna stanęła jéj w pamięci.
 — Jezu! Klucz odkręcon!
Z tym głuchym wykrzykiem, wydarła się z objęć zdumionego Kaźmiérza, 
i jednym rzutem aż do drzwi sięgnąwszy, z całych sił, obu rękami, zaczęła przytrzymywać 
klamkę.
Pan Kaźmiérz, któremu postać Hedwigi zasłaniała dotąd widok Bursztynowego 
Domu, teraz dopiero zobaczył, że przez dolne okno biła światłość, któréj odblask tworzył ową 
czerwonawą smugę.
Hedwiga, ciągle drzwi przytrzymująca, ciągle szeptała głosem pełnym przyrażenia i 
błagania:
 — Na miłość boską! Nie pokazuj się, bo mię zgubisz! Uchodź! Jeśli mnie miłujesz, 
uchodź!..... Ach, już niemogę..... 
Napór z drugiéj strony stawał się zbyt mocny. Puściła klamkę — i drzwi się 
roztworzyły.
Kaźmiérz nie uszedł. Stał nieruchomie pod murkiem, z ręką przy kordelasie, z oczami 
roziskrzonemi, gotów do skoczenia na ganek, jeśli obrona okaże się potrzebną.
Ale potrzeba ta nie zaszła.
Za rozwarciem drzwi, ukazał się na progu Majster Johann, w kwiaciastym szlafroku i 
białéj szlafmycy, ze świécą zapaloną w ręku.
Hedwiga usiłowała wyczytać z jego rysów co ją czeka? Napróżno! Wyraz tych rysów 
był jakiś niezrozumiały, tajemniczy i pomieszany.
Majster podniósł lichtarz do góry, i cicho zapytał:
 — A! To ty Hedvich? I tak sama?
Ona, odzyskała w téj chwili ową dziwną przytomność, jaką nadają wielkie 
niebezpieczeństwa, i z przymuszoną wesołością mówiła:
 — Ale gdzież tam! Szłam, jak Dobrodziéj przykazał, w kompanii Pani Flory. Pani 
Flora tylko co weszła na swój beischlag..... A ja się tu mocowałam 
z kluczem, co jakoś niechciał złapać zamku.....
 — No, a Kornelius gdzie?.....
 — Kornelius? A ha ha! Ten spił się jak Bela, że musiały my klucz, mu zabrać, bo do 
południa będzie spał.
Mówiąc to, śmiała się coraz głośniéj.
Majster się nie śmiał, tylko przez ten czas, przekładał klucz na drugą stronę, poczém 
drzwi zatrzasnął. Od wnętrza ozwało się warknięcie
klucza, smuga czerwonawego światła raz jeszcze przebłysnęła za oknem — potém wszystko 
zgasło i ucichło.
Pan Kaźmiérz odetchnął. 
 — Chwałaż Bogu, że nic nie zweryfikował..... No, żeby nas tak był zszedł 
w onéj turkawkowéj konwersacyi, musiałbym go naszpikować na kordelas, nie byłoby innéj 
rady — a ona by mi zrobiła z tego crimen..... Chwałaż niech będzie Bogu że się na tém 
skończyło.
Tak rozmyślając, przemierzył w szerz ulicę, i po drugiéj stronie przystanął, aby raz 
jeszcze popatrzeć na drzwi w których znikła. Połać domów pod którą stał teraz, była 
zanurzona w czarnym pasie ciemności; za to przeciwne kamienice pławiły się w białoniebieskiém oświetleniu, a Dom Bursztynowy rzęsiściéj od wszystkich innych, świecił swemi 
wielkiemi, brylantowanemi oknami.
Kaźmiérz patrzył tam w nadziei, że może za którem z tych okien, ujrzy jeszcze 
przesuwający się cień drogiéj panienki?
Po niejakim czasie powiedział sobie:
 — Gapa ze mnie. Wszakci komory sypialne wszystkie tam od podwórka? Już ona tu 
nie przyjdzie, próżna rzecz wypatrować.
I rzeczywiście próżno czekał. W szybach nic nie świeciło prócz xiężyca; żaden dźwięk 
nie
dolatywał oprócz stąpania dalekich przechodniów.
Raz wprawdzie, wydało mu się, jakby pręga czerwonawego światła błysnęła 
w oném okrągłém okienku co było wycięte pod dachem, i jakby wykrzyk jakiś bolesny 
rozległ się wysoko. Ale błyśniecie było tak przelotne, że Kaźmiérz niedowierzał własnym 
oczom, a krzyk mógł pochodzić od gromady przechodniów, zapewnie gości wracających z 
Artusowéj zabawy, którzy ze śmiéchem i śpiéwami przesunęli się przez jedną z poprzecznych 
ulic.
Dom znów pozostał ciemnym i milczącym.
 — Przywidziało mi się. — Pomyślał Pan Kaźmiérz, i uspokoił się zupełnie.
Ale razem z uspokojeniem, wrócił mu żal okrutny za straconą "okkazyą".
 — Oj, żeby ten nieszczęsny klucz nie był odkręcon, toby ja ją był porwał 
z ganku precz. Nimby się stary uporał ze drzwiami, jużby my cwałowali na dziesiątéj ulicy. 
Ale tak, niemógł ja nic. Byłby Majster wyleciał za nami jako ta petarda, byłby w mieście 
całem narobił klangoru, nimby ja ją na koń wsadził, jużby mi ją sto rąk odbiło. I co gorzéj, 
cała nasza konspiracya wylazłaby na wierzch, a wtedy, bądź zdrów, jużby stary nie dał jéj 
sobie po raz wtóry zabrać.
Zaś teraz, kiedy skończyło się na niczém, kiedy on jeszcze niema żadnych suspicyi, to możem
znowu konspirować, i to już na dobre. Oho! Już teraz nie dam jéj marudzić. Niepoczciwa 
dziewczyna! Żeby nie te jéj kunktatorstwa, już by my lecieli po gościńcu Oliwskim..... 
Niepoczciwa? Tak się to gada w rankorze, a z tém wszystkiém, nieprawda. Onać właśnie 
przez luxus poczciwości taka łechtliwa na sumnieniu. Trudnoć to przyganić białogłowie, że 
niełacno da się wykradać. I za to jeszcze muszę ją estymować. Osobliwa rzecz, jak ta mała 
dzieweczka mnie intymiduje..... Mnie, com nigdy nikomu nie ustąpił? Mnie, com zawdy bez 
miłosierdzia jachał po czułych sentymentach, jako ten tryjomfator po rozsypanych 
kwiatuszkach? Ej, Mości Panie Kaźmiérzu, co się to z Waszmością porobiło? Dawniéj, każda 
czyniła coś ty rozkazował, a teraz ty czynisz coć każą. Ej, pono to przyszła kréska na 
Matyska. Przedtém ciebie miłowano, a teraz ty miłujesz. To całkiem jensza sprawa. Przedtém 
tobie służono, a teraz ty służysz. I jeszcze jest jedna rzecz: dawniéj człek szukał tylko pustéj 
rekreacyi, to nie pytał: wolno czy niewolno? Szkoda z tego komu, czy nie szkoda? Byle sam 
swoim humorom dogodził, i miał się czém przed kompanią pochwalić, Ale teraz, kiedy 
chodzi 
o Sakrament, o felicytas na całkie życie, to w téj małéj dziéwce człek już respektuje przyszłą 
sponsę, i wszystkiego się stracha, i tchnąć nieśmié, aby nie zedmuchnął kutnerku z onych 
motylkowych skrzydełków. Oj, żeby nie ten stary, jaki by ja był szczęśliw! On wszystko 
popsował — heretycki bluźnierz! Plugawy Satyrus! Co tu dłużéj gadać, Niemczura, to i dosyć.
Tak żując gorzkie myśli, pan Kaźmiérz wyciągnął pięść grożącą w stronę 
Bursztynowego Domu, potém odwrócił się z gniewem, i do swojéj gospody, poszedł — 
niestety — sam!
VI.
Ptak niebieski w klatce.
Nazajutrz, Pan Kaźmiérz wstał pochmurny.
 — Niefortunnie wczora mi poszło. — Rozmyślał. — No, zobaczym co ta mądra 
dziewczyna dziś wysupplikuje u starego? Leciałbym ci ja tam nie mieszkając, ale trzeba jéj 
ostawić kęs czasu na tą niełacną dyskussyę. Potém pójdę, niby wedle żegnania się z Panem 
Konzulem, a w rzeczy dla dostania języka.
Dopiero więc przed samem południem opuścił gospodę, i z przecznicy skręcił ku 
Bursztynowemu Domowi.
Doszedłszy tam, zdziwił się wielce; w kamiennym pierścieniu dostrzegł Hedwigę, 
która wychyliła nietylko głowę, ale i jedną rękę; ręką tą dawała mu jakieś niezrozumiałe 
znaki. Twarz jéj, zazwyczaj kwitnąca, była dziwnie blada; oczy szeroko rozwarte jakby od 
przerażenia.
Pan Kaźmiérz sądząc że go wzywa, skierował się co prędzéj ku wejściu, ale wtedy 
wyciągnięta ręka, kilkakrotnym i gwałtownym ruchem wskazała mu dom Pani Flory, poczém 
i ręka i głowa znikły, i okienko pozostało pustém.
W téjże chwili, od strony wskazanego domu, Pan Kaźmiérz usłyszał dolatujące go:
 — Pst! Pst!
I dostrzegł Panią Florę, która — wpół schowana za oponę okna — przyzywała go 
przyciszonym sykiem, i nieśmiałem kiwaniem ręki.
Zaniepokojony, rzucił się pędem ku jéj progom.
Kamienica Pani Flory Kiczborkowéj należała do bardzo skromnych. Nie nosiła na 
swojéj nagiéj ścianie ani posągów, ani złoceń, tylko dwa szare wazony, dość pierwotnie z 
kamienia obrobione, zdobiły jéj pierwsze piętro, a trzeci wazon, takiż sam, ale wytryskujący 
bukietem o blaszanych kwiatach i liściach, unosił się w górze, nad szczytowym trójkątem. 
Ganeczek miała nieduży, otoczony brzeżkiem kamiennym, tak-że tylko z gruba ociosanym, a 
poręcze od schodków opierały się na dwóch kulkach, nie większych od człowieczéj głowy. 
Bo téż i cała kamienica była o pół węższa od Bursztynowego Domu, co sprawiało, że na 
każdém piętrze miała tylko jedno jedyne okno, a na dole niemiała wcale okna, tylko drzwi 
wąziuchne, prowadzące do sieni zupełnie ciemnéj. Dla oświecenia jéj, 
zostawiano zazwyczaj otworem drzwi od kuchni, która tu — jak i wszędzie — zajmowała w 
głębi dolną połowę domu. Schody także były wąziutkie, z poręczą po ciesielsku obrąbaną. 
Izby nie przedstawiały ani suto tkanych szpalerów, ani srebrnych mis lub nalewek. Ale za to, 
pełno było tych ozdób tanich 
a pracowitych, jakiemi staranna ręka niewieścia umié zasłaniać niezamożność. Na ścianach, 
tu wisiała lutnia, tam gitara, ówdzie tryptyczek, niewykwintny pod
względem pędzla, ale obstawiony mnóstwem kwiatków, i świeczék, ubranych 
w kokardki Wszędzie było pełno małych szafek, małych ławeczek, małych stoliczków, 
obleczonych w osłonki rąbkowe, narurkowane jakby krézy. Wszędzie firaneczki, wstążeczki, 
frendzelki i passamony, tych ostatnich zwłaszcza zatrzęsienie. (Zapewnie ze składów, 
pozostałych po nieboszczyku Panu Bonifacym Kiczborku). Wszędzie téż rozchodził się 
zapach lawendy, którą Pani Flora przesypywała bieliznę i suknie, zapełniające po brzegi jéj 
szafy. Słowem, wszystko było takie wymyte, wyfjokowane i wonne, że pomimo swojéj 
skromności, mieszkanie pięknéj wdowy przedstawiało się powabnie i zalotnie. Każdy téż 
gość
raz tam zaszedłszy, niewiedział co go zatrzymuje, a wyjść już niemiał ochoty.
Ale Pan Kaźmiérz nie zważał dziś ani na kokardki, ani na gitary, ani nawet na cudne 
wonie. Szybko dobiwszy się do drzwi sieniowych, przy których już czekała Fruzia, śliczna dziewczyna o bystrych oczach 
i złośliwym uśmiéchu, biegł co tchu na pierwsze piętro, gdzie była komnata od przyjęć.
Gdy zaś biegnąca w jego tropy Fruzia, ostrzegła go:
 — Pani jest wyżéj, w sypialnéj komorze.
Popędził na drugie piętro.
Sypialnia Pani Flory była to, — jak zresztą wszystkie pokoje tego domu — komnata 
bardzo długa lecz bardzo wązka, nieledwie jak dostatni korytarz. Była przytém i bardzo 
ciemna; jedyne jéj okno świtające w głębi, wyglądało tajemniczo, jak szczelina oświecająca 
grotę. Ale pod innemi względami, była to jedyna część mieszkania, urządzona z dostatkiem, a 
nawet z niejakim przepychem. Na podłodze kraśniało kilka ładnych kobierczyków. Ściany 
majaczyły od mnóstwa świętych obrazów, o złotych tłach a jaskrawych kolorach, — i od 
jeszcze większego mnóstwa półek, na których stały zgrabne flaszki pełne pachnących wódek, 
skrzynki pełne farbek i puderków, grzebienie i szczotki ze słoniowéj kości, różnokształtne 
lusterka, słowem te setne gotowalniane przybory, jakich wonczas potrzebowano jeszcze 
więcéj niż dzisiaj. Na środek pokoju, (zaciemniając go dwakroć mocniéj), wysuwał się piec 
potężny, o kaflach zielonych, malowanych 
w różyczki, których atłaskowa krasa mile wpadała w oczy. Między drzwiami
a piecem, pod boczną ścianą, ciągnęło się ogromne, kunsztownie z dębu wyrzeźbione łoże; 
nad niém wisiał pawilon z Weneckiéj tkaniny, która była 
w nieco pośledniejszym gatunku, ale świetna, gorąco-różowa, srebrem przetykana. Kotara, z 
jednéj strony troszkę rozchylona, i na srebrnym passamonie w górę podwinięta, okazywała 
choć w cząstce przepyszność posłania, gdzie puszyło się tyle bławatnych altembasów, 
przewlekanych wstążek, Flamskich koronek i szlarek, że już chyba i urodzona królowa nie 
skrzywiła by się na podobne gniazdo.
Do téj pieściwéj, komnaty, Pani Flora dopuszczała tylko najzażylszych przyjaciół. Pan 
Kaźmiérz pierwszy raz tam wchodził; ale dziś właśnie jakby na przekorę, nie mógł ocenić jéj 
piękności. Na nic nie patrząc, potrącając sprzęty, biegł prosto przed siebie, a wzrokiem szukał 
tylko pani domu.
Spostrzegł ją nakoniec już w pobliżu okna; siedziała tam, a raczéj wpół leżała, na 
nizkiéj ławie, obciągniętéj pąsową makatą; pod jéj głową kraśniała pstra poduszka, przyparta 
do bocznéj ściany pieca.
Na widok Pana Kaźmiérza, piękna wdowa podniosła białe ręce, załamała je nad 
głową, i wyjęknęła:
 — Ach kawalerze! Nieszczęście!
 — Co się stało? Czy co Pannie Hedwidze?
Ależ ona żyje? I zdrowa? Moment jakem ją widział tam w okienku.
 — Tak, żyje... ale co się stało! Ach, nieszczęście...
 — Gadajże Waćpani, prędzéj! Nie piecz-że mnie na wolnym ogniu...
 — Figuruj sobie Waszmość, idę tam dzisiaj rano, aby obaczyć jako rzeczy stoją, a tu 
Pan Schultz..... niewiem doprawdy jaką tu zrobić definicyę...
 — No co Pan Schultz? Umarł?
 — Ale gdzież tam! Nie umarł, jeno się wściekł.
 — O, to źle. Pies ukąsił? Ha, nie dziwota, na takowe upały...
 — Ale gdzież znowu pies! Nie pies, jeno złość go skąsała. I to jeszcze rzecz osobliwa, 
że nietylko nie zachorzał gorzéj, ale owszem z tych okrutnych emocyów zupełnie ozdrowiał. 
Lata po całym domu że aż dudni, a klnie — a tłucze ludzi — nikt nieśmié w oczy mu wleźć 
 — jeno ja śmiałam, bo niéma w świecie takowego chłopa, co by go się Flora Korwiczkowa 
bała.
 — Więc nie pozwala?
 — Co to, nie pozwala? On Pannę Hedwigę wsadził do więzienia.
 — Jezu Marya! Do więzienia? Ależ jam ją widział, teraz, tam na strychu?
 — A toć właśnie on tam na strychu ją zatarasował. O chlebie i wodzie. 
I nie puści jéj aż Waszmość wyniesiesz się ztąd na zawdy.
 — I za co? Za to że supplikowała?
 — Ba! Żeby jeno za supplikowanie! Aleć ja powiedam że nieszczęście się stało. 
Figuruj sobie Waszmość, w nocy, kiedy my wracali z Artus-hofu, on nie spał, jeno siedział w 
oknie, które sobie na kęsek odparł...
 — Boże miłosierny! I my tego wcale nie postrzegli...
 — I słyszał cały wasz dyalog, i wszystkie szpetności coś Waszmość wygadywał na 
jego personę...
 — O! To zły casus.....
 — I co gorsza, widział... Rozumiesz Waszmość? Widział jakoście się paśli 
buziaczkami. Wszystko by on jeszcze przepardonował, ale już co tego, to nie.
Pan Kaźmiérz zerwał się, i zaczął jak błędny chodzić po komnacie.
Nagle stanął znów przed Panią Florą.
 — Wyexplikuj-że mi Wacpani, bo ja nic nie rozumiem. Kiedy nam się okazał we 
drzwiach, to był taki łagodny jak ta trusia. Zkąd-że mu potém, ni ztąd ni zowąd, ona passya?
 — A! Bo to człek mądry, co na czas urnie się zmitygować. Sam do mnie mówił tak: 
"Jam wiedział że ten furyat stoi tam pod beischlagiem, że niech jeno pisnę, to skoczy, i 
nadzieje mię na swoje żelaztwo. Nie głupim! Tedy póki nie zamknąłem drzwiów, nic nie 
gadam, ani mrumru. Aż jakem zamknął, dopierom się poczuł pan
u siebie. A wszelako jeszcze nic nie gadam, aby hałłasów nie robić po sieni, jeno idę za 
Hedwigą na pierwszy trep, na drugi, na trzeci — a ta
precz mi szczebioce jakby co cnotliwego, a ja nic, ani mrumru. Aż kiedy przyszła do swoich 
drzwiów, jak na nią krzyknę: — Wyżéj! — Ta patrzy na mnie z terrorem, a ja ją gnam przed 
sobą. Otwieram strych — wepchnąłem ją tam — dopiero stoję na progu i gadam jéj słowa 
prawdy, jaka to z niéj niegodna mödchen, jaka ingratna córka. Za karę będziesz siedziała 
tutaj, aż póki ten twój gaszek nie wyjedzie precz! A jeśli nie wyjedzie, to sprowadzę Pastora 
tu, na ten strych, i da nam szlub — i nie zejdziesz na dół aż jako moja żona. Radź-że tedy o 
sobie, 
i dziękuj Panu Bogu, że ja jeszcze ciebie chcę, bo keine gadanie powinien by ja cię wygnać na 
bory na lasy." — Takie rzeczy tedy jéj gadał, potém drzwi na klucz zaszpuntował, i teraz rób 
co chcesz.
 — Ależ to Neron! Jak Boga kocham, to Madej rozbójnik!
 — Co Waszmość chcesz? Amory są bogi srogie. Nie na tém koniec. Trza było 
widziéć, jaką też on recepcyę zgotował i onemu nieszczęsnemu Ollendrowi! Dobrze my się 
jemu przysłużyli. Przywlókł się nieborak już za dnia, cały wystrachany, 
i chciał do domu wejść chyłkiem, ale Pan Majster czyhał, nasiadł go w sieni, zbił na kwaśne 
jabłko, i do tego skrzyczał, ale to tak po Majstrowsku, że aż tu w mojéj komorze było słychać. 
Nierozumiem jak ten hardy Czeladnik nie odprawił się zaraz? Chyba że go tu co trzyma na 
uwięzi..... ale to lepiéj ostawić — jak powieda Pan Konzul — "keine gadanie".
Pan Kaźmiérz tylko na poły słuchał Pani Flory. Zanurzywszy ręce we włosach, coraz 
gwałtowniéj biegał po komnacie, i powtarzał z rosnącém uniesieniem:
 — Jezu miłosierny! I to biedactwo tam całą noc przemęczyło? Bez łóżeczka? Na 
twardych deskach! Między kańczastemi skrzyniami ! Ach..... i Wacpani powiedasz, o chlebie 
i wodzie?
 — Tak on gadał, acz ja nie dowierzam, aby w oném głodzeniu długo dotrwał, boć i on 
ją po swojemu lubi.
 — A niechże go z takiém lubieniem! Neron! Herod na niewiniątka! Miałaś Wacpani 
racyę, nieszczęście!
 — Całe nieszczęście żeś Waszmość nie był mocen w nocy jéj zaraz uprowadzić. Co 
mi to za kawaler, co nie umié przeperswadować lichéj dziewczyniny?
 — Ja już i tak nieszczęśnik, a Wacpani jeszcze mi dogryzasz.
 — Ja nie dogryzam, jeno sama się gryzę dla Wacpaństwa, bo co wczora mogło pójść 
jak po maśle, to dziś już niełacno.
 — Jakto niełacno? Dlaczego niełacno? Oho, zobaczymy! Ja zaraz pójdę tam do niego! 
Rozprawię się z nim, tak czy owak!
 — Nie pójdziesz tam, Panie Poruczniku. Próżno się dobijać. Pan Majster gadał mi bez 
ogródki: — "Powiedz Wacpani temu kawalerowi, aby się już do mnie póka żyw nie 
fatygował. Mógłbym ja go w puch rozbić przez Pachołki
Miejskie, ale nie rozbiję, bo niechcę zadzierać z armią Jego Królewskiéj Mości, niechcę 
naszego dobrego Gdańska exponować na wojenne przygody. Niechże sobie szczęśliwie 
jedzie, jeno niech mię już nie nachodzi, bo mię póka żyw na żywe oczy nie obaczy. Dobrze 
on to sam wié, kiedy gadał nocą, tam pod beischlagiem, jako stary go nigdy już do swego 
domu nie wpuści. — Czy ja taki "stary", to jeszcze obaczy po mojém weselu, ale że nie 
wpuszczę, to ma racyę. Niechcę ja już przestawać z takowym człowiekiem, co go niemogę 
całkiem estymować, a jakoż mam
estymować, kiedy mię ten łotr oszukiwał?" — Wybacz Waszmość takie szpetne expressye, 
ale to ja nie z siebie gadam, jeno powtarzam chryję Pana Majstra.
Pan Kaźmiérz poczerwieniał, i zmieszał się na chwilę.
 — Juścić, żem go kapkę oszukiwał, to prawda. Jeno affekt mi stoi za exkuzę.
 — Najczystszą. W passyi, tak jako na wojnie, wszelaki fortel jest godziwy, byle 
przygaszał wiktoryę. Owóż, ja Waszmości nie radzę tam chadzać, bo to wiktoryi nie da, jeno 
soli jeszcze dosypie na ranę.
 — Tak Wacpani powiedasz? A no, to ja zrobię lepiéj. Tego momentu ruszam do 
wszystkich waszych Wójtów, do wszystkich Burmistrzów, do wszystkich Stu Mężów Rady. 
Opowiem im całą rzecz, będę w niebogłosy krzyczał o justycyę. Czy to wolno tak więzić i 
katować niewinne sieroty?
 — Nie rób tego Waszmość. Te wszystkie Wójty i Burmistrze, to amikusy Pana 
Schultza. Na jednéj ławie z nim siedzą, o jeden respekt z nim stoją. Wszyscy 
w rumel Waszmości powiedzą, że nikt niema prawa wtykać nosa do familijnych dyfferencyi, 
abowiem ociec może, jako żywnie mu się podoba, karać nieposłuszne dziecko.
 — Jaki ociec? Tandem, do rozkazowania i tyrranizowania, to on ociec. A do 
miłowania, to nie ociec, jeno zalotnik. Cóż to za jakaś filozofya? — "Wacpanna bój się mnie, 
bo ja Fater, ale Wacpanna idź za mnie, bo ja nie Fater." — Pfu! To jakieś luterańskie 
dystynkcye.
 — Waszmość masz całką racyę. Nikt nie zakontruje, że Pan Schultz to tylko 
adoptowany ociec. A jednak z tém wszystkiém Waszmość u Magistratu przegrasz, bo zawdy 
swój za swoim trzyma.
 — Ha! Jeśli tak Wacpani supponujesz, to ja jeszcze lepiéj zrobię. Sprowadzę tu moich 
kompanów. Cała Wodna Armata przyjdzie hurmem. Jak przypuścimy szturmik do 
Bursztynowego Domu, to nie ostanie kamienia na kamieniu, aż uprowadzim w tryumfie tę 
moją zaklętą królewnę.
Tu Pani Flora zerwała się z czerwonéj ławy, sama zaczerwieniona od przestrachu, 
podbiegła do Pana Kaźmiérza, i kładąc dłoń na jego ręku, mówiła 
z przerażeniem:
 — Czy Waszmość sfilcowałeś? Na miłość Boską, nie rób-że takowych excessów! 
Niech Panowie Offlcyjery zrąbią w mieście jedną cegiełkę, to zaraz będzie krzyk, że Katoliki napadły na luterski dom, i całe miasto pójdzie na 
was ławą.
 — A to niech pójdzie. Damy sobie radę z mieszczuchami.
 — To jeszcze kwestya. Gdańskie — jak Waszmość nazywasz — mieszczuchy, to nie 
żadne piecuchy, to naród hardy i tęgi. Broni tu jest huk. Bójek już było niemało, to jest i 
zaprawność do boju.
 — A no, obaczymy, kto kogo zdławi.
 — Ależ pomyśl jeno kawalerze, co to krwie chrześcyańskiéj popłynie, co wiktym 
niewinnych padnie!
 — A co ja temu krzyw? Niech mi oddadzą tę moją jedną wiktymę, to ja 
i palcem nie ruszę.
 — Ależ pójdzie skarga do Króla, że Waszmość wichrzysz dla prywaty, że Waszmość 
rebellizant ?
 — A dajże mi Wacpani pokój. Potrafię ja się przed Królem wyexplikować. Król mi da 
wiarę. Król dobrze wié, jako Gdańsk jest szelmoskie miasto.
 — Ależ pomnij okrutny człowiecze, że i mój dom pójdzie w perzynę! Zrabują mię — 
zniszczą — zabiją! Więcéj powiem: Waszmościną Hedwigę zasieką, byle jéj Waszmości nie 
oddać, bo tu naród haniebnie mściwy. Dalibóg, zasieka, i ją 
i mnie! Piękna mi nagroda za mój affekt dla was! Kto was dotąd protegował, konsyliował, 
konsolował? Nikt, jeno Flora Korwiczkowa.
I jakoweż ja frukta zbiorę z mojej abnegacyi Nic, jeno rabunek i śmierć!
Mówiąc to, Pani Flora wyjęła z za sznura śliczną chusteczkę o różowych wisiorkach, i 
utopiwszy w niéj oblicze, zaczęła rozdzierająco szlochać.
 — No, nie desperuj-że Wacpani, lepiéj gadaj sama co mam czynić, boć przecie 
niemogę jak ten podlec, odjechać sobie precz, dla ukontentowania Pana Schultza?
 — Nikt Wacpanu nie radzi podłości, jeno reflexye. Pomedytujmy trochę, 
a powoli znajdzie się sposób. 
 — O, przepraszam, tylko nie powoli. Ja muszę jeszcze dzisiaj, zaraz, wysalwować 
moją niebogę, bo inaczéj to i ja się wścieknę.
Pani Flora odjęła twarz od chusty, i przez łzy się uśmiéchając, rzekła:
 — Ponoś to już Waszmość odróbkę nadkąsan od téj psiéj choroby.....
 — Gadaj-że Wacpani, gdzie jest klucz od onego nieszczęsnego strychu?
 — Klucz? W kieszeni u Pana Schultza. Nim Waszmość dobierzesz mu się do klucza, 
to musisz go pierwéj zarżnąć jak barana.
 — I na to może mu przyjść. Ale tymczasem, jeszcze pomedytujmy. Żeby te kiepskie 
okienko nie było tak het wysoko, i żeby nie było tak haniebnie małe..... aleć to nikt żywcem 
tamtędy nie przejdzie.
 — A właśnie że przejdzie. Ja sama dziś widziałam jako Panna Hedwiga niemal całkiem ztamtąd wyszła.
 — Czy może być? I jakżeś to Wacpani widziała? Z ulicy?
 — Nie, ja byłam u niéj, tam pod dachem.
 — U niéj?
 — A tak. Powiedziałam Panu Schultzowi, że chcę ją zfukać co się zowie, 
i nauczyć jako ma czynić. Więc sam co tchu mię tam wpuścił. I zfukałam ją porządnie, ale nie 
za to że niechce Pana Majstra, jeno za to że wczora z Waszmością niechciała uchodzić.
 — Zacna z Wacpani białogłowa! I mądra.
 — Przytém jéj mówiłam, aby się nie dała desperacyi, bo ja nie dopuszczę jéj krzywdy, 
i z Waszmością wymyślę dla niéj zasalwowanie.
 — Zacna z Wacpani białogłowa, co praktykuje święte przykazania: — Więźnie 
odwiedzać — smutnych rekonfortować.
 — Owóż z oném okienkiem była taka rzecz. Jakem jéj powiedziała, że Pan Schultz 
chce Pastora sprowadzić, zerwała się ze skrzyni jakby oparzona, 
i krzyknęła: — "O, tego nigdy! Wolę śmierć niż luterski szlub! Niech spróbuje, to ja pierwéj 
tu wyskoczę tém okienkiem precz!" — Tedy ja jéj powiedam: — "Nie groź Wacpanna 
próżno, bo tém okienkiem żadna człowiecza persona się nie prześrubuje." — A ona powieda: 
 — "Nieprawda! Ja się prześrubuje." — "Ale gdzież
znowu?" — "A tak!" — "A nie!" — I precz się certujemy, a tymczasem ona hyc do okienka, 
i wyfiguruj sobie Waszmość, tak mi się subtelnie zawinęła, że cała, z ramionami, z rękami, wylata za ścianę, zupełnie jak ten węgorz. Aż ja ją łap 
za sukienczynę, aby mi na prawdę nie wypadła. Dopiero widzę, że ona cała blada, i tak się 
trzęsie jak nóżki cielęce, i powieda; — 
"O Jezu! Jakaż to tam przepaścistość! A z tém wszystkiém," — powieda — "widzisz 
Wacpani, że ja się tam zmieszczę. Żeby tak jeno Pan Jezus dał skrzydełka, tobym wyfrunęła, 
ojoj! prościuchno do Pana Kaźmiérza."
Podczas opowiadania Pani Flory, Pan Kaźmiérz nagle usiadł, oczy ręką zasłonił, i 
zapadł w głębokie zamyślenie.
Po chwili, odsłonił twarz dziwnie rozjaśnioną.
 — A wiesz Wacpani, że co mi powiedasz, to wielka nowina. Kiedy Panna Hedwiga 
może przejść okienkiem, to wygrany proces.
 — Ja nie widzę jeszcze wygranéj. Chyba że Waszmość przyprawisz jéj skrzydła.
 — Znajdą się i skrzydła. Czy i u Wacpani jest okienko takowe pod dachem?
 — A jakoż niema być? Coby to był za dom, bez oka?
 — Chciałby ja tam pójść, i obaczyć.
 — A i owszem. Ciekawam ja, coś Waszmość wykoncypował?
I naprawdę zaciekawiona, poszła z Panem Kaźmiérzem na poddasze, gdzie jeszcze 
więcéj pachniała lawenda, bo mnóstwo chust, rąbków i koronek, ślicznie wypranych, suszyło 
się tam po sznurach i kołkach.
Ale Pan Kaźmiérz stanąwszy w okienku, doznał wielkiego rozczarowania; wyszło mu 
było z pamięci, że dom Pani Flory jest o całe piętro niższy od Bursztynowego, i teraz dopiero 
spostrzegł tę różnicę.
 — Źle. — Mówił. — Chciałem ja od okienka do okienka rzucić deskę, jako te 
mosteczki co sobie robią mularze. A tu ani rusz. Nasz mostek musiałby też chyba mieć 
skrzydła. Ktoby ztamtąd chciał tutaj zjachać, toby leciał jak z pieca na
łeb, i to jeszcze w ukos! Nie — ani sposób.
 — A przytém, jakźebyś to Waszmość pokryjomu skonstruował? Toćby ludzie 
z ulicy widzieli.
 — E, co to, to nie. Od czego noc? Czekaj Wacpani..... może się jeszcze wynajdzie 
inakszy fortel? A! Już go mam. Czy tu można wyléźć na dach?
 — Juści można. Jest pono jakowaś trapka, którędy wyłażą ludzie wedle czyszczenia 
kominów, i zgartywania grubych śniegów.
 — A jako się to tam idzie?
 — A no, po drabce.
 — A gdzie owa drabka?
 — Tego ja niewiem. Fruzia ją gdzieś tam w kącie chowa.
 — To zły casus. Niechciałbym się spuszczać z naszego sekretu przed jaką płochą 
dziewką.
 — Możesz się Waszmość spuścić. Niech jeno rzecz idzie o amory, to moja Fruzia 
dyskretna jak tomba.
Pomimo ważnych myśli, które go zatrudniały, Pan Kaźmiérz niemógł się wstrzymać 
od uśmiéchu.
 — Czy Wacpani to wiesz ze swojéj osobistéj experyencyi?
 — Ach, jakoż niémam wiedziéć? Gdzie niewiasta w kwiecie żywota osiądzie na 
wdowieństwie, tam co dnia trza się bronić od armii adoratorów, co — raz głośnym szturmem, 
to znów cichemi perfidiami — czyhają na fortecę jéj affektu. 
W takowych to imprezach, wyexperymentowałam ja dyskrecyę mojéj służebnéj.
Po tych słowach, Pani Flora, przechyliwszy się przez poręcz schodów, 
i przywoławszy dziewczynę, kazała jéj co żywo podać drabkę, po któréj Pan Kaźmiérz z 
niesłychaną zwinnością dobiegł do wyjścia wyciętego w dachu.
Fruzia miała ochotę gonić za nim, aby zobaczyć co ten strojny kawaler tam chce 
czynić? Ale Pan Kaźmiérz stanąwszy na koralowéj łusce dachówek, (owych słynnych 
Gdańskich dachówek, o które się i z za morza dobijano,) zobaczył po 
swojéj prawéj stronie, boczną ścianę od kamienicy Pana Schultza, sterczącą jeszcze o całe 
piętro wyżéj; co prędzéj zatém wyciągnął za sobą drabinę, przystawił ją do rzeczonéj ściany, i 
tym sposobem nakoniec wydostał się na dach Bursztynowego Domu, ale zarazem i odjął Fruzi możebność pogonienia za nim.
Dla ciekawéj dziewczyny, było to prawdziwe nieszczęście; gdy zobaczyła, że z przed 
samego zadartego jéj noska, zabrano tę szacowną drogę, łzy gniewu zakręciły jéj się w 
oczach, podniesionych żałośnie ku rozwartéj klapie, przez którą przeglądało tylko czyste 
niebo.
W téj zadumie zeszła ją Pani Flora.
 — Fruziu! — Szepnęła. — Nie podpatruj! Przez dzień dzisiajszy 
i jutrzejszy, masz niemiéć oczu — niemiéć uszu — masz być jakbyś niebyła, bo tu
idzie rzecz o zacną passyę.
 — Aha! Tak, to rozumiem. — Odparła tamta. I obie, położywszy palec na ustach, 
porozumiały się znaczącém spojrzeniem.
Po kilku pacierzach, Pan Kaźmiérz powrócił, widocznie rad z wyprawy. Zeszedłszy z 
Panią Florą do sypialnéj komnaty, drzwi za sobą zamknął starannie, i ozwał się:
 — Wszystko dobrze. Obym tak był pewien zbawienia duszy, jakom pewien sukcessu 
w téj cyrkumstancyi.
 — Cóż tedy Waszmość wykoncypowałeś? Powiedz raz, bo uschnę.
 — Powiem, — ale jeno do uszka Wacpani, bo u drzwiów mogą stać jakowe Fruzie, a 
już z pryncypalnego sekretu, to ja nikomu się nie spuszczę, jeno łaskawéj naszéj protektorce.
Tu, skłoniwszy się do jéj ucha, wyszeptał jakoweś zwierzenie, które musiało ją 
niepomału wzruszyć, bo chwyciła się oburącz za głowę, (co prawda, ostrożnie, aby nie 
potargać wymuskanych włosów,) i zawołała:
 — Święta Floro! Z takowéj wysoczyzny? I to jeszcze z drugą personą? Ależ to 
perykulum okrutne?
 — Co za perykulum dla morskiego człeka?
 — Ale czy ona będzie chciała się tak zrezykować?
 — Jeśli mnie miłuje, to się zrezykuje. Zawdy by ja rad, abyś ją Wacpani mogła 
poświadomić, bo gdyby przyszło w saméjże akcyi dopiero parlamentować, to by my dużo 
czasu zmarnowali. Jeno niewiem, czy ten dziad Wacpanią drugi raz do niéj dopuści?
 — Ojoj! Czemu niéma dopuścić? Jeszcze się ten nie urodził, coby mej woley 
przeszkodził.
 — Anioł z Wacpani. Teraz tedy nic nie ostaje mi, jeno ucałować rączki naszéj 
Dobrodziki, z dziękowaniem setném za jéj łaskę, — i uciekać precz, bo mam jeszcze kupę 
roboty na głowie. Muszę po raz wtóry prosić Oćca Celestyna, aby rankiem znów ze stułą 
czekał.....
 — Oj, to to. Xiądz przedewszystkiém, kawalerze.
 — Muszę sobie sprowadzić kilku zacnych kompanów, aby przy szlubie stanęli mi na 
świadki — muszę sobie sprokurować instrumenta do onéj expedycyi — przytém koniki dla 
nas, gdzieś tu w somsiedztwie ulokować. — Pozwolisz tedy Wacpani, to ja się tu pod noc zakradnę. Przyjdzie téż za mną i mój pachołek, Maciek.
 — Maciek? Ach, byle nie Maciek! Znam ja go. Nieraz tu chadzał do mojéj Fruzi, 
kiedy my tam siedzieli na beischlagu. Ten głuptasek wszystko Waszmości popsowa.
 — Co ma popsować? Muszę miéć przy sobie człowieka, żeby uprzątnął ślady 
expedycyi. Na to nie trzeba Salomona. Jeno rzecz wyhissować, i dyrdem za nami bieżeć. A 
wolę jego jak jenszego, bo to człek do mnie przywiązały, i co pryncypalne, Mazur. Trzeba 
Wacpani wiedzieć, że nasza gałąź Koryckich wywodzi się z Mazurów. Dopiero nasz pradziad 
przesiedlił się pode Przemyśl, dla dwóch tłustych wsiów, co mu je tam nasza prababa wniosła. 
Tandem tedy my niby już przeflancowani. Wszelako, natura zawdy ciągnie wilka do lasa, i ja 
zawdy lgnę do wszystkiego co trąci Mazurem. — Ale ja tu gadu-gadu, a czas ucieka — i moja 
nieboga czeka. — Jeszcze raz nóżki całuję. 
To powiedziawszy, już podążał ku wyjściu.
Nagle uderzył się w czoło.
 — Aj! Znów difficultas! I to de grubis! Bramy miejskie całą noc zaparte! Jakoż my 
przejedziem? Tamtéj nocy, tom ja sobie skaptował Profosa od Straży przy Wysokiéj Bramie, 
Pietra Koreywę. To mój dobry znajomek..... ten miał nas cichaczem przepuścić. Ale dzisia, 
jakże to będzie?
 — Więc ten Koreywa nie każdéj nocy wartuje?
 — A nie. On tak na przekładkę. Raz dzień, raz noc. Dziś tam jest, ale jeno do 
jedynastéj przedpółnocnéj, a po hejnale obluzuje go jenszy, Bóg wié co za jeden?
 — A to wiész Waszmość? Musisz się uładzić przed hejnałem, dopóka ten tam jeszcze 
stoi.
 — Rad-by ja to uczynił, ale sobie rememoruj Wacpani, że aż do dziesiątéj, do 
Stróżowego śpiewania, ulica jest pełna ludzi, na beischlagach gry i chorały. Nim się to 
wszystko uspokoi, to jeszcze upłynie sporo wody. Tak tedy, ledwie
niecała godzinka wolna się ostanie. To strasznie kuso czasu. A wszelako, co robić? Masz 
Wacpani racyę, trza się w téj godzince uładzić. Racz tedy Wacpani dać Pannie Hedwidze 
takowy ordynans, aby zaraz po " Gaszeniu ognia", była 
w gotowości. Ja tandem lecę w świat. Jeszcze raz całuję rączęta naszéj złotéj swatki.
 — Z Panem Bogiem Waszmość idź, i bądź dobréj myśli, bom ja na to węzełek 
zawiązała, że się pobierzecie. A co Flora Korwiczkowa raz na facołecie swoim zadzierzgnie i 
w sercu swém zadecyduje, to i będzie. Rzecz pewna, jak Amen 
w pacirzu.
VII.
Miłość ma skrzydła.
Już dziesiąta na zegarze,
Idźcie do snu gospodarze.
I wstawali gospodarze z ław gankowych, goście żegnali się i rozchodzili, służba 
sprzątała szklenice i latarki, a Pan Kaźmiérz patrzył na to wszystko 
z niemałéj wysokości, bo aż z dachu Bursztynowego Domu.
Siedział on tam na samym szpicu jak na koniu, z głową wetkniętą między, związane 
główki dwóch szczytowych esów. Przy nim, czołgał się po dachu Maciek, rzekomy Hajduk, 
ciągnący za sobą linę w duży kłąb zwiniętą. Fałszywe ścianki, 
z których składał się wierzchołek znajoméj nam liry, zasłaniały ich przed wszelkiém okiem, 
tylko twarz Pana Kaźmiérza mogła być z dołu dojrzana, ale i ta w swojéj nieruchomości, 
wyglądała na kamienny maskaron, umieszczony tuż nad złotą głową smoka.
Pan Kaźmiérz patrzył z góry, i niecierpliwił się powolnością, z jaką ruch uliczny ustawał. Już na zegarach miejskich biło wpół do 
jedenastéj, a jeszcze zgrzyty kluczów i łoskoty sztab zasuwanych, odzywały się z wnętrza 
domów, jeszcze cienie przechodniów przepływały po ścianach niby ogromne mary. 
Niełatwo téż było dokładnie się rozpatrzéć lub wsłuchać, bo ta noc, ani blaskiem ani 
ciszą nie dorównywała poprzedniéj. Wyraźnie zanosiło się na zmianę pogody. Xiężyc 
wprawdzie świécił, ale wązko podarte chmury co chwila go 
przesłaniały, i od czasu do czasu zrywał się wiatr szumliwy.
Nakoniec nastała chwila zupełnéj ciszy.
 — Dzięki Bogu! Przecie się już pospali. Maciek, dawaj linkę.
Hajduk podpełznął w górę, poczém zaczął rozwijać kłębek.
Nagle, Pan Kaźmiérz wzdrygnął się i szepnął:
 — Co to jest? Czy tam co stoi? A stoi. Człek jakiś. Akurat naprzeciwko mnie! Rusza 
się..... A no, przecie odchodzi. Gdzie tam! Znowu wraca! A to miły kawaler, chodzi sobie, 
tam i sam pod gankiem. Boże mój! A toż to ten łotr Ollender! Ten zawsze musi mi w drogę 
włazić..... Czy go tu stary na szyldwachcie postawił, czy co?
W tém ostatniém domniemaniu, Pan Kaźmiérz się mylił. Był to istotnie Kornelius, ale 
jeżeli przyszedł, to bynajmniéj nie z rozkazu Pana Majstra. Owszem, pałał on do niego ciężką złością, i za razy odebrane rano, 
i także, a nawet przedewszystkiém, za uwięzienie Hedwigi. Ach, co złości było 
w jego sercu! O Panu Kaźmiérzu i myśléć już niemógł, pienił się na samo jego
wspomnienie. A i do niéj miał także sporo żalu, chociaż prawdę mówiąc, jeszcze więcéj tego 
żalu było nad nią, niż do niéj. Miotany, wstydem za swój przeszłonocny uczynek, rozpaczą 
nad losem uwięzionéj, po całym dniu przemordowanym nad przymusową pracą, czuł że 
dłużéj w domu nie wytrzyma, 
i uprosił Minę, aby mu jeszcze pozwoliła pozostać na ganku. Wiedział, że Mina musi zawsze 
długo w noc szorować i pucować, zanim zdoła po wieczerzy doprowadzić znów kuchnię do 
jéj złotego blasku, prosił więc:
 — Ja tu jeszcze troszkę posiedzę na chłodzie, bo głowa mię tak łupie, że 
w izbie gotowa pęknąć. Jak skończysz twój glancunek, to mi drzwi odemkniesz 
i wrócę.
Posiedział tedy jakiś czas na ławie, ale i tego było mu za mało; jak wszyscy zakochani, 
chciał patrzeć w okno swojéj lubéj. Ach, smutne okno! Więzienne! O, gdyby mógł tam się 
dostać! Uwolnić ją! Powiedzieć jéj: "Uciekajmy!" Kto wié? Za taką przysługę, może by 
uzyskał choć uśmiéch wdzięczności? A może i nie?..... Możeby wolała cierpiéć wieżę, niżeli z 
nim uciekać? O, gdyby nie tamten! Djabli przynieśli tego nawiganta, co jak wąż morski 
wkręcił się
do domu, i wszystko wszystkim zaburzył! Monstrum jakieś wodne! Zbrodzień, co śmiał do 
ust jéj sięgać, kiedy on, Kornelius, nieśmiał nigdy nawet brzegu jéj sukienki się dotknąć!
Tak utyskując, to stawał naprzeciw Bursztynowego Domu, to przechodził tam i 
napowrót przez ulicę, a wciąż klął Pana Kaźmiérza, który wzajem klął go na dachu.
 — Maciek, jesteś tam?
 — Słucham Wasę Miłość.
 — To nieszczęście żem ja nie wziął rusznicy; zara bym ją w tego szpiega 
wyrychtował.
 — Ej, Wasa Miłość, chyba nie.
 — Jakto, nie? Czemu, nie?
 — Bo jakby pukneno, toby sę caluśka ulica zerwała na równe nogi.
 — To prawda. Czasem i głupiemu przytrafi się racya. Ale co tu robić? Przecie 
niemogę czekać do rana? Ja już i momentu niemogę czekać, bo jak straże zmienią, to i po 
wszystkiém. Żebym ja miał choć kamień, tobym cisnął i łeb mu roztrzaskał. A, już wiém! 
Kawał muru oberwę, to niegorsze od kamienia.
I już zaczął próbować, czy esowaty murek nie da się nadłupać, gdy na szczęście, 
niebezpiecznéj téj roboty oszczędziło mu nowe nadejście nocnego Stróża, który powracał dla 
sprawdzenia, czy wszystko jest pogaszone i zamknięte?
Na odgłos jego grzechotki, Kornelius szepnął:
 — Oho, Grubasek idzie, będzie mię gnał doma, trzeba zmykać.
I skręcił w jedną z bocznych ulic.
Kuba Grubasek zbliżył się ciężkim krokiem, zagrzechotał raz i drugi, popatrzył w 
ciemne okna, i przeszedł.
 — Maciek, dawaj linkę, już można.
 — A jak tamten wróci, to co?
 — To będzie miał swoją śmierć na własném sumnieniu, bo ja wiem, że nie wyjdzie 
żyw, kto zobaczy, co ja teraz robię. Ale ty patrzaj za nim, i gadaj mi czy wraca?
Maciek wytknął głowę, i zaczął się śmiać.
 — Nie wraca łojdak, idzie het w ulicę, widzę go po miesiącu, het, daleko! Idzie prec! 
Oho! Juz mi zginon..... Gdzie un? Psepad, jak ten kamiéń w wodę.
Istotnie, Kornelius uczuł, że szybsza przechadzka na wietrze, ochładza mu rozgorzałą 
głowę. Był pleczysty, miał kij sękaty w ręku, nie bał się przechodniów, którzy jego raczéj 
mogli się ulęknąć, więc pomyślał:
 — Przejdę sobie kołem aż do Placu, i drugą stroną wrócę doma.
Bardzo to dobrze złożyło się dla Pana Kaźmiérza, który co żywo rozpoczynał robotę. 
Z marynarską wprawą zadzierzgnął na linie szerokie, luźne oko, i rzucił je w powietrze tak 
zręcznie, że wystająca szyja smocza, została nań uchwycona jak na arkan. Pozostały od téj strony koniec liny, przyczepił do komina sterczącego na 
dachu, zakręcił go tam kilkakrotnie, i w uczony węzeł zaplątał. Potém, zaczął linę rozwijać, 
rozwijać, i powoli spuszczał ją na taras. Gdy wszystka z rąk mu się wymknęła, rzekł 
półgłosem:
 — No, już dobrze. A teraz Maciek, słuchaj na oba uszy, bo to ważne coć powiém.
 — Słucham, Panie Porucniku.
 — Jak tylko będę na dole, zaraz mi tę linę wyhissuj napowrót. Nie masz co jéj 
odwiązywać, zostaw na dachu, byle z dołu nikt jéj nie obaczył, bo to by zrobiło alarm, i wtedy 
wszystko przepadło. Więc wyciągnij — zostaw tu — sam
uciekaj bez kamienicę Pani Flory — dopadnij konia — i doganiaj mię — a żywo — inaczéj, 
bramęprzed nosem zamkną. Cóż, rozumiesz?
 — Słucham Wasę Miłość, a dyć, wyrozumiał ja.
 — No, więc dobrze. A teraz..... W Imię Ojca i Syna..... w drogę!
To mówiąc, przeżegnał się, i stanął na murku.
Maciek pochwycił go za nogi.
 — O la Boga! Cekaj Wasa Miłość! Taka wielachna chmura załazi na miesiąc..... 
Opsnie wam się noga..... O la Boga, moje panisko!
W przestraszonym głosie Maćka tętniło tyle przywiązania, że Pan Kaźmiérz tylko się 
roześmiał.
 — Głupiś, Maciek! Czy to ja nie stary chłopiec okrętowy? A czy to sam Pan Bóg nie mówi w Piśmie Świętém: "I na smoku jeździć 
będziesz". Owóż, i ja pojadę. A że chmura załazi, to właśnie dobrze; jeśli jakie ślépie mię 
wypatrują, to nic nie podpatrzą. No puszczaj, bo cię zepchnę z dachu precz.
Maciek puścił, i ani się spostrzegł, a już jego pan siedział na złotym smoku, potém 
podwinął się pod niego, chwycił linę, i zawisł w powietrzu. Lina, nie zbyt gruba, ale bardzo 
mocna, skręciła się i wyciągnęła pod jego ciężarem, przez co węzeł na szyi smoczéj, zacisnął 
się jeszcze silniéj.
Po chwili, Pan Kaźmiérz już był przy okrągłém okienku, gdzie szepnął:
 — Jadwiśko! Jesteś tam?
 — Jestem! Ach jestem! Tak czekam!..... Czy tamten poszedł?
 — Poszedł. Nie bój się. Wszystko dobrze. A teraz, wylatuj moja ptaszyno, jeśli tylko 
potrafisz się wydostać.
 — Potrafię — potrafię.... Do ciebie, to choćby i przez piekło!
Właśnie chmura zeszła z xiężyca, który ogromnym blaskiem uderzył na ścianę. Pan 
Kaźmiérz kołysząc się z liną, to był daléj, to bliżéj kamiennego pierścienia. W jedném z 
owych przybliżeń, dwie białe, obnażone rączki wytrysły 
z okienka, objęły go za szyję, potém wyjrzała główka ujęta w małą krézę, pot?m pierś 
toczona.
Kaźmiérz odjął od liny jedną rękę,- i wpół ujął wychyloną postać. Wierny sługa 
zasłonił sobie oczy — nie chciał widziéć co się daléj stanie.
Jednakże nic złego się nie stało.
Hedwiga była tak szczupła, wiotka i sprężysta, że cała postać jéj wyfrunęła z 
pierścienia jakby rybka prześlizgująca się przez kluczkę sieciową.
Sam téż jéj ciemiężca, przyłożył się niechcący do ułatwienia téj ucieczki. Chcąc 
srodze umartwić uwięzioną, Majster kazał jéj zabrać owe piękne ale sztywne suknie, w jakich 
powróciła z Artusowéj zabawy, a natomiast, przez płaczącą Minę, posłał jéj najskromniejszą z 
jéj wszystkich sukienek; był to Mętlik, rodzaj rannego podwłośnika, z białéj bawełnicy, 
niebieskim sznurem w pasie przewiązywany. Panienka nosiła go tylko po domu, przy 
gospodarskich zajęciach, 
i ani się domyślała, że jéj w nim stokroć ładniéj, niż we wszelkich wykrygowanych 
bławatach. Dziś rano, przyjęła go z utajoną radością, bo ta miękka i wązka odzież, 
niezmiernie ułatwiała przebycie okienka. I tak, co miało być worem pokutnym, stało się szatą 
wyzwolenia.
Spuszczają się powoli, powoli. Na linie są porobione węzły, o które Kaźmiérz kolejno 
się opiéra.
 — Jadwiśko, — szepce — zamknij oczy, i nie bój się.
Ona od początku już zamknęła oczy, aby nie widzieć téj przerażającéj przepaści. 
Odpowiada mu:
 — Ja się nie boję.
Ale w rzeczywistości boi się okropnie. Twarz ukryła na jego piersiach, trzyma go się z 
całych sił, i drży.....
Nagle — i on zadrgnął.....
Usłyszał piérwsze dźwięki trąb i fletów, rozpływające się z wieży Świętéj Katarzyny.
Ona uczuła jego drgnienie, i pyta struchlała:
 — Co się stało?
On odpowiada:
 — Nic, nic.....
Ale w oczach robi mu się ciemno. Te dźwięki prześliczne, ciągnione, srebrzyste, 
brzmią łagodnie dla wszystkich uszu, a jemu wydają się trąbą sądną co powtarza: "Już za 
późno! Za późno!....."
Jednak, wrodzona dzielność szybko bierze górę. Junak powiada sobie po staremu:
 — Jakoś to będzie!
I z podwojonym zapałem rozgląda się po swojéj drodze.
Patrzy na ścianę domu.
Już minął Gracje, których leciuchne wieńce zbliska widziane, wiszą nad nim jakby 
grube powrósła.
Już zrównał się z Karolusem Magnusem,
którego kamienne oczy patrzą w niego dziwnie, jakby mówiły:
 — Jedź śmiało kawalerze! Audaces fortuna juvat.
Już się otarł o wypukłą kratę od okna dolnego.....
Boże mój, dzięki Ci! Już czuje pod nogami twarde skręty liny, która opadając na 
ganek, jak wąż się nawinęła.
O szczęście! Już dotknął ziemi!
 — Jakiś ty waleczny! — Szepce z uwielbieniem Hedwiga.
 — Co tam ja, nie dziw. Ale ty jaka waleczna! — Odpowiada Kaźmiérz stawiając ją 
przy kracie od ganku. W téjże chwili wszakże spostrzega, że panienka niemoże utrzymać się 
na nogach.
 — Jak ty pójdziesz, moje niebożątko? Ja cię chyba zaniesę.
 — Nie..... nie..... chwilkę jeno odetchnę..... poczekaj.....
W téjże chwili muzyka umilkła. Zégary miejskie, jedne po drugich, zaczynają bić 
jedenastą.
Kaźmiérz porywa ją w objęcia.
 — Już niemożna czekać..... I tak, późno..... Ach, żeby nie ten łotr Ollender, już by my 
byli za miastem! A tak..... ta brama nieszczęśliwa.....
Hedwiga zaczyna rozumiéć nowe niebezpieczeństwo. Pod tém ukłuciem, odzyskuje przytomność.
 — Puść mię, — prosi — już ja pójdę śmiało.
Zbiegli ze schodków — suwają się pod ścianami — już wpadli w ciemną przecznicę.
Gospoda Kaźmiérza niedaleko, na trzeciéj uliczce. Biegną prędko — jednak, nim 
dobiegli, już ostatni zégar wydzwonił ostatnie uderzenie.
Przy gospodzie, w mrocznym zaułku, człowiek jakiś milczący trzyma w jedném ręku 
długi rapier, drugą ręką przytrzymuje konia. Koń ubrany jest w siodło 
z płaskim, szerokim łękiem; łęk przykryty puszystą derką.
Pan Kaźmiérz, którego kordelas błyszczy dzisiaj po prawéj stronie, chwyta za rapier i 
przypina go do lewego boku. Przy spuszczaniu się po linie, byłaby mu ta broń zawadzała, lecz 
teraz, na podróż, trzeba się dokładnie uzbroić. Już gotów — skoczył w strzemiona, podnosi 
panienkę, sadza ją przed sobą, i tak dobrze zakrywa burką, że ledwie jeden koniec, jéj nóżki 
przegląda.
Jadą — przez ulicę jedną, drugą — wszędzie pustka.
Wyjechali na Plac Targowy. Ztąd już droga do Wysokiéj Bramy jak wystrzelił.
Kaźmiérz puszcza konia szybciéj.
Czasem, z bocznych ulic, dochodzi go grzechotka nocnych Stróżów.
Teraz, — myśli sobie — choćby się na nas natknęli, to ich przeskoczę. Nie będę się 
bawił w pertraktacye. Piechty nas przecie nie dogonią?
I patrzy, patrzy, na iglaste daszki téj osobliwszéj wieży, co poprzedza Wysoką Bramę, 
a która już przed nim czerni się na powietrzu, coraz czarniejsza, coraz wyższa i bliższa.
Czasem jednak, spogląda i za siebie.
 — Co to? Czy kto goni? — Pyta z obawą Hedwiga.
 — E, nie. Ja jeno patrzę, czy ten gamoń Maciek nie jedzie? Co on tam tak marudzi?
Ona nic nie odpowiada, tylko chowa się pod jego burkę, aby nie widziéć tych 
wysokich, niebotycznych domów, co tak dziwnie po nocy wyglądają. Przysięgłaby, że ze 
wszystkich okien tysiąc oczu złośliwie na nią patrzy, a to tylko xiężyc miga tak po szybkach, 
uciekających z obu stron ich drogi.
Nakoniec, zrobiło się ciemno — podkowy zatętniły pod sklepieniem — wpadli w 
jeden z widlastych przejazdów Hohe — Thoru.
Kaźmiérz wpatrzył się w głąb'..... i nic nie dojrzał. Brama była zamknięta.
Jednakże, nie tracąc dobréj myśli, zawołał rozkazującym głosem:
 — Brama! Otwierać furtę!
Wybiegł jeden ze Strażników, z latarką.
 — A co to? — Spytał. — Już niemożna.
 — Jakto, niemożna? Jeszcze w czas.
 — A czy to Pan łeficerz głuchy, że nie słyszał zegarzów, i trąbek na kościele?
 — Nie słyszałem. — Odpowiadał Pan Kaźmiérz, i upiérał się że jeszcze niéma 
jedenastéj. Przez ten czas, kilku innych Strażników przybyło do koła. On ich przekonywał 
ślicznémi słowami, a zarazem wsuwał im do rąk dukaciki któremi już naprzód miał 
naładowaną kieszeń.
 — A Profos Koreywa, jest? — Zapytał.
 — Niema. Już obluzowan. Jeno co się zakręcił.
 — A to szkoda. To mój znajomek. On by mię wypuścił. On mię już nieraz puszczał, 
bo wiedział, że niech-no ja się poskarżę do Panów Szpiryngów, to cała Straż Miejska w puch 
wyleci.
Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem. Jeden i drugi przekonał się już przy latarce, 
że co trzyma w ręku, to najszczersze złoto, i pod wpływem téj świadomości, jeden drugiego 
zaczął pytać, czy furta już naprawdę jest zamknięta?
W Pana Kaźmiérza duch wstąpił na nowo, gdy nagle, z bocznéj izby, wyszedł 
Naczelnik Straży, człowiek mu nieznajomy.
 — Co tu za harmider? — Spytał groźnie.
Strażnicy oniemieli.
Kaźmiérz tłumaczył się uprzejmie:
 — Każ mię Wasze puścić. Zabawił ja się
trochę w mieście. Jak nie wrócę dziś jeszcze do Władysławowa, jak nie stanę rano do Appelu, 
to będę pokaran. Widzisz Wasze iżem jest z Wodnéj Armaty.
 — Widzę to jeno, że niechbym puścił Waszmość, to ja będę pokaran. A co to 
Waszmość wieziesz do fortecy za trofea?
Mówiąc tak, Naczelnik wziął latarkę, i oświécił nią wystający trzewiczek Hedwigi.
W Kaźmiérzu krew się zagotowała. Miał ochotę trzasnąć śmiałka po ręku, skrzyczéć 
wszystkich i porozpędzać, i byłby to uczynił w każdéj innej chwili, ale dziś, czuł że nié może 
robić burdy, coby wydała tajemnicę. Zakrył więc tylko nóżkę brzegiem swojéj burki, gniewne 
słowa w sobie zadławił, i pochyliwszy się do Naczelnika, szepnął:
 — Z żoną jadę.
 — Aha! Z żoną? — Powtórzył tamten, patrząc na niego drwiąco. — A to żonce będzie 
ciepléj nocować w mieście niż na polu. Radzę Waszmości, wracaj zdrów do miasta, abo jedź 
do którego z Burgemeistrów, przywieź mi Passe-portę na piśmie, to każę otworzyć.
Pan Kaźmiérz przygryzł wargi. Znał się na karności wojskowéj, czuł że niéma tu nic 
do zrobienia, i już przemyśliwał czy na prawdę nie byłoby lepiéj wrócić do miasta i tam 
poszukać jakiego ukrycia, kiedy niespodzianie, od strony
pola, ozwało się trąbienie podobne do rogu myśliwskiego, a potem gromkie wołania i 
hukania: 
 — Brama! Héj, otwiérać!
Jeden ze Strażników odemknął kratowane
okienko, i odpowiedział z przekąsem:
 — Już niemożna. Czekajcie sę aż słonko wejdzie.
Ale głosy nie ustawały.
 — A cóż to, gburze jakiś, nie poznajesz-że? To ja, Burmistrz Freimuth!
 — I ja, Burgrabia Steffens!
 — I ja!
 — I ja!
 — A nie wiécie to kpy, gdzie my jachali?
Naczelnik Straży przestraszony rzucił się do furty, krzycząc:
 — Dawajcie klucze! To Panowie Senatory wracają z polowania..... Prędzej, klucze! 
Most zwodzić co tchu! A wy wszyscy, z drogi! 
Pan Kaźmiérz usłuchał rady, i cofnął się z koniem w najciemniejszy kąt bramy, tuż 
przy furcie.
Nastało straszliwe brzęczenie łańcuchów; powoli, most opadł. Już téż 
i klucze przykładano do furty; była ona dość wysoka, lecz wązka, tylko na jednego konnego. 
Gdy ją roztworzono, Panowie Senatory zaczęli wjeżdżać po jednemu, wszyscy kurzem 
okryci, śmiejący się, rozbawieni. Za niemi służba, 
z psami, sokołami, konno i pieszo. Most pod niemi tętnił, a echa sklepień rozlegały się od 
nawoływań, chichotań, i trzaskania harapów.
Wśród téj wrzawy, Starszy Łowczy krzyknął:
 — Héj! Mało furty! Otwórzta i bramę, chocia do połowicy, bo i furgonik jest.
Rozwarto połowę bramy, wtoczył się wóz pełen zwierzyny, fasek, namiotków, 
kobierców, i wszelkich myśliwskich przyborów. Za nim jeszcze ostatnia kupka służby.
Wszyscy przejechali — łańcuchy znów zagrały, — most poszedł w górę — 
i bramę napowrót zamknięto.
Naczelnik Straży, rozglądając się z podniesioną latarką, zapytał:
 — A gdzie ów kawaler, co to wiózł taką misterną nóżkę?
Strażnicy obejrzeli się po bramie, nigdzie nie było kawalera.
Jeden z nich wprawdzie dobrze widział, jak Pan Kaźmiérz zamieszany między służbę 
myśliwską, przesunął się tuż koło furgonu po moście, a potém zniknął za szańcami, ale sobie 
pomyślał:
 — Hojny to pan, niechże sobie zdrów jedzie.
I zaczął opowiadać, jako ów kawaler zawrócił się do miasta, czemu wszyscy w końcu 
musieli dać wiarę, kiedy nigdzie go niemogli znaléźć.
A Kaźmiérz tymczasem leciał już gościńcem jak szalony.
Kilka razy obejrzał się niespokojnie. Gdy
zobaczył że nikt ich nie ściga, rozsunął burkę, spojrzał w twarz Hedwigi, przycisnął ja 
gwałtownie do łona, i wykrzyknął:
 — Wiktorya! Teraz jużeś ty moja! Moja! Moja na wieki!
I mknęli przez pola jakby duchy.
Wicher targał jéj włosy, xiężyc świecił jéj, w oczy, a ona te oczy to przymykała, to 
roztwiérała z podziwieniem, pytając się saméj siebie, czy to sen taki dziwny? Czy to prawda, 
że ona, ta cicha, ta wiecznie przędąca panienka, dała się porwać, i leci w świat nieznany?
I jakiś lęk panieński ogarniał ją napowrót.
Ale po chwili, przypominała sobie, że ten co ją porwał, to jéj zacny, jéj mężny, jéj 
ukochany Kaźmiérz, i wnet lęk ustawał, i znów przytulała się 
z ufnością do jego mocnéj, gorącéj, roztętniałéj piersi.
A on cisnąc ją w objęciu, wykrzykiwał:
 — Bóg dobry! Oh, jak ja cię miłuję! Wiktorya!
Tak, wiktorya! Wyrwał ją z kamiennego pierścienia Rajcowskiéj przemocy, wyrwał ją 
z kamiennéj obręczy murów miejskich, i oto lecą jakby ptaki, wyżéj łanów szumiących, niżéj 
chmur pływających, lecą szczęsni i wolni, bo miłość ma skrzydła.
VIII.
Tak, — ale wszelka Miłość ma skrzydła.
Jednakże, w najszaleńszym pędzie jazdy, wśród najzawrotniejszych uściśnień i 
upojeń, Panu Kaźmiérzowi ciągle przez głowę przelatywało niespokojne pytanie:
 — Czemu ten Maciek nas nie dopadł? Czasu miał po uszy. Ceregielowali my się tak 
długo wedle bramy. Czy tam się co stało, czy co?
Istotnie, Maciek miał czasu bardzo dosyć na spełnienie pańskich rozkazów. To tylko 
nieszczęście, że był "maćkiem."
Jak widzieliśmy, podczas nadpowietrznéj podróży młodych państwa, 
z serdecznego strachu o nich, zamknął oczy. Gdy je otworzył, jut Kaźmiérz 
i Hedwiga zbiegali z tarasu.
Wtedy wzięły go nowe o nich strachy. A nuż Ollender będzie wracał, 
i wlézie im w drogę? A nuż Kuba Grubasek? Czy oni téż dobrną do gospody?
Dręczony niepokojem, położył brodę w kamienném wyżłobieniu pomiędzy esami, 
wybałuszył oczy, i śledził ich ucieczkę. Ile razy nikli mu w czarnych smugach cienia, serce 
mu biło młotem. Ile razy wynurzyli się na światło, podrygiwał radośnie i powtarzał:
 — O!.... Som jesce, som!
Nakoniec, przepadli w czarném zagłębieniu. Trwoga dech mu zaparła. Po chwili, 
usłyszał tętent, który w niezmiernéj ciszy nocnéj wyraźnie go dochodził. Potém dostrzegł 
nawet coś pędzącego po dalszych ulicach, bardzo żywo xiężycem 
oświéconych. Ów cienik ruchomy, najprzód wielkości grochu, malał na ziarnko pieprzu, 
potém na ziarnko maku, aż znikł zupełnie, tylko jeszcze suche tętnienie podków, dzwoniło 
czas jakiś w niewidzialnéj dali.
Podniósł ręce, i mówił radośnie:
 — Chwałaz Ci. Panie Boze! Pojachali scęśliwie! No, takiego mądrego pona jak mój, 
chyba niéma na świecie.
Nagle chwycił się za głowę:
 — O la Boga! A dyć to i ja mam jachać? A pon kazał wyhissować on śnor. Zagapił ja 
się trocha. E! Jeśceć ich dogunię. Jeno pociągnąć, i tyla.
Jedną ręką chwycił się za murek, drugą rękę spuścił aż pod smoczą szyję, 
i zaczął linę ku sobie pociągać. Z początku szła bardzo łatwo. Nagle się zatrzymała.
 — Co u licha? — Szeptał. — Cy się tam zahacyła w onym zielaznym płotku? Ciągnę i ciągnę, i nic. Chyba jom urwać, abo co?
I targnął linę z całéj siły. Ale wtedy uczuł coś dziwnego. Ile razy ją pociągnął w górę, 
tyle razy jakaś niewidzialna siła pociągała ją na dół.
 — Cy to cary? Cy tam ją kto tsyma?
I wysunął głowę jak najniżéj, aby dojrzeć co się dzieje na ganku.
 — Jezu Maryja! A dyć tsyma! Stoi tam cłek jakowyś, abo ino bies..... boć którendyz 
by żywy cłek tu psysed?
Mylił się on we wszystkich przypuszczeniach. Nie były to czary — nie był to bies — 
był to po prostu Kornelius, który obszedłszy kilka ulic, wrócił od strony przeciwnéj, co 
sprawiło że nie spotkał uciekających. Podczas gdy Maciek zagapiony, spoglądał za niemi 
gdzieś w dalekość, i on sobie najspokojniéj wszedł na ganek, zajął swoje "Kornelius — ruhe", i 
czekając aż Mina go zawoła, smutnie zapatrzył się w niebo.
Po chwili, przetarł oczy..... Jakaś kresa czarna przesłaniała mu sam środek tarczy 
xiezycowéj. Przetarcie oczu nie pomogło. Spojrzał baczniéj, zdziwił się niezmiernie — krésa 
ta ciągnęła się od tarasu aż do samego dachu. 
Z początku nieruchoma, nagle zadrgała, i zaczęła iść w górę. Wtedy zrozumiał że to nie jest 
żadne przywidzenie — dał dwa susy — chwycił linę oburącz — przytrzymał ją — podniósł
głowę — a gdy nad smokiem zobaczył migocącą rękę, zaczął krzyczeć z całych potężnych 
piersi:
 — Złodziéj! Mina, jesteś tam? Kuba, do mnie! Łapaj złodzieja! Stróże! Hej! A ty 
łotrze, zejdź-no mi tu zaraz!
I pod wpływem téj przyrodzonéj skłonności, co we wszelkiém uniesieniu każe nam 
wracać do rodzinnéj mowy, zaczął po holendersku kląć na czém świat stoi.
Ale i Maćka wzięły złości.
 — Nie dam ja się tobie, Miemce jakiś! — Powtarzał, i linę precz do siebie ciągnął.
Wkrótce téż, nie z nim jednym już miał do czynienia.
Najpierwsza Mina, przerażona krzykiem Korneliusa, ukazała się we drzwiach, ze 
świécą w ręku.
Zaraz potém przypadł i Kuba Grubasek. Musiał on być gdzieś niedaleko, pewnie spał 
już sobie na wygodnéj ławie jakiegoś tarasu. Zaskoczony w tém niezupełnie sumienném 
spełnianiu swoich obowiązków, tém żywszą teraz chciał okazać gorliwość; nietylko więc 
pochwycił linę, ale zaczął się po niéj wspinać, co przy jego pękatéj tuszy zdawało się 
niełatwém. Ale Grubasek, choć grubasek, miał dużo kociego przyrodzenia, i mimo 
wstrząśnień liny, okręcał się coraz wyżéj, wołając swoim śpiewackim, przeciąganym głosem:
 — Poczekaj złodzieju, dam ja tobie! Poczekaj!
Nadbiegł i drugi Stróż nocny, kościsty a wysoki Łukasz trębacz, 
o wiśniowym ubiorze i uroczystéj postawie. Ten, nie piął się na linę, ale podniesionym 
berdyszem groził owéj ręce wystającéj z dachu, i starał się utrzymać porządek między 
publicznością, któréj coraz więcéj przybywało. 
W sąsiednich domach, okna się otwierały z brzękiem, widać w nich było głowy niewiast, 
obrurkowane w białe nocne czépki, wodzące przestraszonemi oczami. Na ganki wysypywała 
się służba w pół odziana, za nią panowie gospodarze wychodzili w szlafmycach, z kijem w 
ręku, pytając niecierpliwie:
 — Co to takiego? Co się stało?
Jedni odpowiadali:
 — Gore!
I głos ten leciał z ust do ust, szerząc niezmierną trwogę.
Drudzy uspakajali:
 — Ale gdzież tam! To nic, — jeno ktoś zabit.
Inni znów przeczyli:
 — Nie zabit, jeno zrabowan. Cały Dom Bursztynowy obrabowan.
Wśród téj bieganiny i krzyków, ukazał się Majster Johann. Wyszedł, więcéj zdziwiony 
niżeli strwożony, a rozejrzawszy się w sprawie, zaczął wołać na drapiącego się wciąż pod 
górę Kubę:
 — Zleź-że mi zara. Tamtędy go nigdy nie dostaniesz.. Niech mi kto na dach pójdzie, 
to lepiéj. Hej chłopcy, skoczcie co tchu!
 — Ja go tam wytropię! — Krzyknął Kornelius, i wpadł do sieni, a za nim chłopcy 
czeladni puścili się hurmem, radzi że taka zabawa im się trafia.
Grubasek nie dał się przekonać, ale wciąż wisiał u liny, a widzowie zgromadzeni na 
przeciwległych gankach, zachęcali go wykrzykami:
 — O! Jest!... Widać mu głowę! O..... Teraz ręką macha! Śmiało Kuba, łapaj!
Majster, zapatrzony także w górę, powtarzał ciągle:
 — Ale czego ten człek tam chciał?
 — A no czegóż? — Odpowiadano w koło. — Wié że skarby są u Waszeci, chciał 
wléźć. Niemógł drzwiami, to jakowém oknem.
 — Aleć łacniéj mu było z beischlagu, po drabce, niż tamtędy na złamanie karku?
Nagle, uderzył się w czoło.
 — Herr Gott! — Wykrzyknął. — Czy to nie po nią? E! Niepodobna rzecz... 
a wszelako...
Tu wyrwał świécę z rąk Miny, rzucił się do sieni, i zaczął pędzić po schodach z takim 
gwałtem, że na ulicy słyszano jak stopnie pod nim dudniały.
Tymczasem Fruzia, wysłana przez wystraszoną Panią Florę, czyniła nadludzkie 
wysiłki ażeby odwołać Maćka. Najprzód wysunęła się
do pasa po-nad klapę, ale gdy ztamtąd było jéj za daleko, wyskoczyła na dach wdowiego 
domu, wbiegła na drabinkę, i wytknąwszy głowę, szeptała:
 — Pst! Pst! Maciek! A ty głuptasie, słysz-że!
Maciek, oparty o komin, z całych sił przytrzymywał linę, która pod ciężarem 
Grubaska, wysuwała mu się nieustannie, a tak był zacietrzewiony tą robotą, że nie zaraz 
usłyszał wezwanie.
Nakoniec odwrócił głowę.
 — Cego?
 — A no, chodź-że!
 — Niemogę. Pon kazał wyhissować śnor 
 — Ależ, ty ośle jakiś, po cóż to pan kazał? Po to, aby nikt liny nie obaczył. A jak raz 
obaczyli, to już przepadło.
Maciek otworzył wyłupiaste oczy.
 — A dyć to prowda.
 — Puść-że ją do licha, i uciekaj!
 — A jakoz ja pona dogunię, kiej ulica pełniusieńka narodu?
 — A już nie o gonienie tera rzecz, jeno trza im się wypsnąć. Już ja cię tak dobrze 
schowam tu w mojéj komórce, że i sam kat cię nie wynajdzie. Puść, 
i zmykaj, bo jak cię złapią a wezmą na pytki, to ci będzie ciepło.
Maciek zrozumiał nakoniec rozpaczliwość swego położenia. Choć żal mu było 
ustępować z pola walki, roztworzył ręce, i wnet na ulicy rozległy się ogromne śmiechy. Lina, 
niespodzianie puszczona, obsunęła się warcząc, i Kuba
chlupnął o taras całym ciężarem swojéj pulchnéj osoby.
Przygoda ta jednak nie ochłodziła jego żarliwości. Owszem, zawołał:
 — A widzita! Już łotr się mnie boi, kiej puścił. Ale ja go nie puszczę. Gdzie mój 
bieret? Hej, dawajta mój bieret!
Podano mu szafirowy beret jaki zgubił w upadku. Nadział go z fantazją na ucho, i 
znów zaczął piąć się pod górę, wygłaszając przechwałki:
 — Oho! Nim tamci na dach wylézą, ja go tędy przycapnę. Abo to ja raz już wyłapywał 
złodzieje?
Ale Maćka już nie było na dachu. Fruzia co żywo go zepchnęła, drabinkę mu rzuciła, 
sama téż wnet znikła, i klapę zatarasowała za sobą na wewnętrzne haki; w domu bowiem tak 
porządnickiéj, a razem i tak lękliwéj osoby, jaką była samotna wdowa, wszelkie wejścia i 
otwory miały szczelne zamknięcie.
Już téż był i czas na ucieczkę. 
Właśnie Kornelius i chłopcy czeladni wynurzyli się z innéj klapy, wyciętéj w dachu 
Bursztynowego Domu.
Ukazanie się ich na wysokościach, zostało przywitane z ulicy wielkim okrzykiem 
tryumfu.
Kuba tylko jeden zmartwił się ich wtargnięciem na plac boju, gdzie koniecznie chciał dotrzéć pierwszy. W obec Gracji, zdumionych 
jego widokiem, zawisł na wpół drogi w powietrzu, namyślając się, czy daléj ma pokazywać, 
jak jest nieustraszenie wiernym swojemu powołaniu, czy téż może już drugim ustąpić wieńca 
zwycięzkiego?
W téj niepewności, krzyczał:
 — A cóż? Macie go tam?
Kornelius i chłopcy, biegali po tętniącym dachu, jakby oparzeni. Zaglądali w kominy, 
niéma nic. Rzucali okiem na sąsiednie dachy, (oba dużo niższe,) a nie widząc tam ani drabin, 
ani żadnych śladów ucieczki, zachodzili w głowę gdzie się podział ów niepochwytny 
złoczyńca? Kornelius przesunął szyję między zakrętami dwóch esów, i pytał:
 — Czy zlazł po linie? Bo tutaj go niéma.
Pomiędzy publicznością powstał śmiech szalony. Coraz więcéj świéc latało 
w oknach, coraz więcéj ludzi tłoczyło się na gankach, podziwiając przemyślność złodzieja.
Ale nagle, w tę wesołość uderzył istny piorun.
Majster wyleciał z domu jakby warjat. Trzymał się za głowę i krzyczał:
 — Hedwiga! Hedwiga! Wziął mi Hedwigę! To on! On!..... Ja wiem kto!
Mina, cała drżąca, przystąpiła:
 — Herr Meister, nie może to być. Jam sama drzwi zamknęła.
 — Głupiaś babo. Nie drzwiami ona wyszła, jeno tamtędy.
Tu pokazał małe okrągłe okienko.
Na te słowa, wszyscy zadarli głowę. Powstał jeden okrzyk podziwu.
 — O o o!... Tamtędy? Jakoż to może być? Taką małą dziurką? A toż chyba czary?
Co prawda, widziany z dołu, i przy niepewném xięźycowém świetle, kamienny 
pierścień wydawał się jeszcze nierównie mniejszym niżeli był w istocie.
W téj chwili przyciszonego zdumienia, rozwarły się drzwi sąsiednie; wybiegła z nich 
Pani Flora, cała w bieliźnie, z rozpuszczonemi włosami, jak osoba ze snu wyrwana. Toczyła 
błędnym wzrokiem i pytała:
 — Co to? Napaść? Ogień? Co?
Majster Johann przechylił się z jednego tarasu na drugi.
 — Nieszczęście. — Rzekł. — Hedwigé mi porwał. Niéma jéj.
 — Co gadasz Waszeć? Wszakeś sam ją zamknął? Którędy?
 — Którędy! Którędy! — Powtarzał z gniewném uniesieniem. — Wszyscy to samo! 
Którędy? A no, tamtędy!
Pani Flora podniosła niewinne oczy.
 — Wolne żarty, Panie Rajco. A toć kobiéta nie węgórz. Jakżeby tam przeszła?
Sto głosów ją poparło.
 — My téż to wszyscy gadamy.
 — Gadajcie sobie, a ja co wiem, to wiem. Po co by ta lina wisiała? Hę?
W téj chwili Kornelius wypadł z domu wołając:
 — Na dachu go niéma, to jakiś mądry złodziéj....
Pan Schultz położył mu rękę na ramieniu.
 — Słuchaj, to nie prosty złodziéj. On wykradł — Hedwigę.
Kornelius chwycił się za włosy.
 — Aha!... Wymówił przez zaciśnięte zęby. — To on! A gadałem! Jezuity porwały ją 
do klasztora.
 — Bydlę z ciebie Kornelius. Wiem ja do jakiego to klasztora, wiem! Do 
Władysławowa.
Pani Flora struchlała. Dla odwrócenia uwagi Pana Majstra, zaczęła krzyczeć i mdleć.
Ale Majster ani zważał na nią. Chodził po ganku jak dziki zwierz po klatce, machając 
rękoma i bijąc się w czoło.
A ludzie pytali:
 — Kto taki porwał? Czy ten młody, co to tu zawdy siedział na beischlagu? Ten od 
Wodnéj Armaty?
 — Co? Ten cudny, z wąsikami? — Szeptały kobiety.
 — A to chwat. — Półgłosem chwalili mężczyźni! — Ba! nie dziwota! Wolała 
młodego zucha, niż tego starego piérkosa.
I nagle, prąd współczucia dla młodéj pary, przeszedł po całym tłumie.
Majster Johann uczuł to nieprzychylne dla siebie poruszenie. Wyciągnął pięść i 
zawołał:
 — Herr Gott! Trzebaż coś robić! Niechże mi kto pomoże, bo tu nie kto pokrzywdzon, 
jeno ja!
Kuba się przybliżył:
 — Panie Radny, ja puńdę, zadzwonię na kościele.
 — A co mi po dzwonach? Dzwoń umarłemu. Dla mnie, czego trzeba, to konia!
Tu zbliżył się Kornelius. 
 — Panie Meister, u nas w Amsterdamie.....
 — A bierz cię licho z twoim Amsterdamem! Co mi tu Amsterdam pomoże?
 — A pomoże. Pan Meister powieda; "Trza cóś robić." U nas w Amsterdamie, kiedy 
łotr porwie niewiastę, to go ludzie zaraz topią w kanale, jak szczenię.
 — A dobrze, i ja go utopię, w Motławie, w morzu, we krwi, w czém chcesz, jeno mi 
go daj! Ha, jak go dostać? Żebym konia tylko miał, tobym go dogonił, choć on już daleko, za 
miastem! Dalibóg, dogonię!
Tu Pani Flora nagle wyszła z omdlenia, i ozwała się:
 — Pleciesz Waszeć trzy po trzy. Jakoż on ma być za miastem, kiedy Bramy już dawno 
zaparte, a on tylko co umknął? Szukaj Waszeć, szukaj, ale w mieście.
 — Prawdać to, wdowa dobrze gada. — Ozwały się różne głosy.
I Kornelius, w myśli zestawiwszy wspomnienia swojéj nocnéj przechadzki, poparł jéj 
zdanie.
 — Tak. — Mówił. — Kiedy ów łotr uciekał, to właśnie grali na wieży. Przede 
graniem, liny tu nie było.
Pani Flora uradowała się niezmiernie tém poparciem, przychodzącém ze strony, zkąd 
najmniéj mogła się spodziewać pomocy, i już sądziła że jest bliską tryumfu.
Na nieszczęście, w téjże saméj chwili, Fruzia do niéj przypadła, 
i szepnęła jéj w ucho, głosem trzęsącym się od strachu:
 — Pani... Pani... niech Pani wraca doma...
 — Co znowu?
 — Jakiś Drab Miejski wpadł do nas, i powieda że złodziéj pewnie w naszym domu się 
chowa.
 — Co za Drab? Wszak widzisz, Kuba i Łukasz tu stoją.
 — A ba! Żeby to który z naszych, tobym sobie dała z niemi radę, ale to jakiś Starszy, 
nieznajomy..... Chce nam cały dom przetrząsać, niby wedle naszéj przezpieczności.
 — O, to źle... — Syknęła Pani Flora, i zwróciła się ku swoim drzwiom co żywo, nie 
bez żalu jednak, że niemogła do końca doprowadzić swojéj rozprawy 
z Panem Schultzem.
Ten, wcale nie dał się ztropić. Owszem, fukał coraz gwałtowniéj:
 — Gadajcie wy co chcecie, a ja powtarzam: nie taki on głupi, aby miał nocować w 
mieście. Że Bramy zamknęli, to nie racya. Niby to nie można wejść 
w konszachty z bramiarzami? Niby to przekupnych ludzi mało? Ha no, co robić? Trza iść do 
którego Burgemeistra, prosić o konie i żołnierzy. Ale budzić, prosić, to rzecz długa. Żebym 
jeno miał konia! Dobrzy ludzie! Nie da mi tu kto konia? Wszakże je macie w podwórkach. Ja 
zapłacę, i grubo. Zmiłujcie się! Ja człek nieszczęśliwy!
Nikt się nie odezwał.
Gdyby w skargach i prośbach Majstra, była brzmiała boleść ojcowska, ta boleść co 
rozdziera wnętrzności, głos jego byłby niezawodnie porwał wszystkie serca. Ale tam brzmiała 
tylko zajadłość okradzionego, sknéry, i wściekłość pogardzonego zalotnika, dwie złości, na 
których upokorzenie ludzie radzi patrzą. To téż nikt nie odpowiedział. Niektórzy nawet 
uśmiéchali się złośliwie.
Jednakże, jakiś genjusz wrogi młodéj parze, musiał usłyszeć błagania Pana Schultza, 
bo ten jeszcze niezdążył ich powtórzyć, a już w pobliżu zadzwoniły podkowy, i nad głowami 
tłumu pokazało się kilku jeźdźców.
Byli to ci sami myśliwcy, dla których otwierano furtę Wysokiéj Bramy.
Nie wszyscy. Niektórzy podążyli w inną stronę miasta, furgon téż już był odprawiony.
Tu, zbliżali się tylko dwaj Panowie z Senatu, Burmistrz Freimuth i Wójt Hans Hecker, którym 
droga do mieszkania, przez tę właśnie ulicę wypadała. Za niemi jechało pięciu ludzi ze 
służby. 
Widząc tak niespodziane zbiegowisko, Pan Krzysztof Freimuth naciągnął brwi 
Jowiszowe, zatroskany wielce obawą, czy nowa jaka walka stronnictw nie zaburzyła miasta? 
Podniósł się na strzemionach, i krzyknął swoim burmistrzowskim głosem:
 — Co to? Z drogi, ludzie! A co to się stało? Gdzie tu Stróże nocne?
Kuba i Łukasz ( przyskoczyli z obu stron do konia, i stali zatrwożeni, kręcąc birety w 
ręku.
Zanim się zdobyli na opowieść wypadku, Pan Majster wydał krzyk radosny, jak 
tonący który spostrzega deskę, zbiegł z tarasu, rzucił się ku jeźdźcom 
i wołał:
 — Panie Burgemeister! Panie Wójcie! Pan Bóg was przysyła! Sprawiedliwości! Łotr 
mi wykradł Hedwigę! Moje dziecko! Moją pupilkę! Mój skarb! Panie Krystof! Panie Hans! 
Bądźcie mojemi zbawcami! Pomóżcie!
Tu jeden ze strzelców Burmistrzowych podjechał, i śmiejąc się od ucha do ucha, 
zawołał:
 — A to pewnie ten kawalir, co my się na niego natknęli w saméj Hohe-Thor?
 — Jaki kawaler? — Pytał Burmistrz.
 — To Wasza Miłość nie widział? A to było pocieszne. Jeno roztworzyli całkie 
skrzydło we wrotach, wedle przepuszczenia wozu, a tu z Bramy leci cóś na nas kieby furyat. 
Jak się otarł
kole mnie na moście, tak aż mu burka w bok furknęła, i ja wonczas obaczył, co na łęku ma 
dziewczyninę. Tedy ja musie w oczy roześmiał, o tak! A on nic, jeno zęboma na mnie 
zgrzytnął, płaszczysko nasunął, i kieby dyabeł jaki poleciał 
w pole het, a my się całą drogę naśmiali.
 — Herr Gott! — Krzyczał Majster. — Oni się śmieją, a tu jest nieszczęście! Panie 
Krystofie! Sprawiedliwości! Miłosierdzia! Daj mi konia i ludzi! Każ otworzyć Bramę! Ja 
jeszcze ich dogonię! 
Burmistrz Freimuth, który miał szczerą życzliwość dla Pana Rajcy Schultza, zabolał 
serdecznie nad jego nieszczęściem.
Ach czemuż tu w téj chwili nie było Pani Flory? Jéj głos, tak mile zawsze słuchany 
przez Pana Krzysztofa, byłby może zdołał udaremnić jego potężną pomoc. Ale przekorne losy 
chciały inaczéj. Przez nikogo niepowstrzymywany, Burmistrz odpowiedział bez namysłu:
 — Zacny Panie Johann! Nietylko dam ci konia i ludzi, ale sam z tobą pojadę aż do 
Bramy, aby wam ją bez mitręgi otworzono. Pupilkę ci wykradli, powiedasz? 
A pfe! Niepozwolę ja na taką nieuczciwość. Hej! Dawaj tu który konia!
Słudzy się poruszyli, ale w tęż chwilę Hans Hecker, który swoją ryżą głowę krył dotąd 
za plecami Burmistrza, zeskoczył z siodła i zapraszał:
 — Służę moim konikiem.... służę....
 — A na czém Waszmość wrócisz doma?
 — Ja? Na piechotkę.... mój dom tuż.... o dwa kroki....
Tak się tłumacząc, Pan Wójt, który nie lubił być zamieszanym w cudze biédy, 
zostawił konia i sługi na odczepkę, a sam sunął swoim łasiczym chodem, 
i niepostrzeżenie przepadł w tłumie.
Przez ten czas, Majster już dosiadał jego siwosza, i pędził jak szalony.
Burmistrz i służba za nim.
Jeden tylko Wójtowski strzelec, widząc umknięcie swego pana, wahał się 
w niepewności gdzie ma jechać, za nim? czy za tamtemi?
Kornelius przyskoczył do niego z roziskrzonym wzrokiem.
 — Frycku! — Rzekł. — Daj mi twego konia.... na godzinę! I jeszcze cóś.... tę 
rusznicę! Ja ci duszę dam za to!
 — Duszę jak duszę. — Odparł tamten. — Ale za rixdalla, to i oddam.
 — Trzy dostaniesz, jutro, jak oświtnie, jeno dawaj! Czy nabita?
 — Nabita. Masz, i siadaj.
Kornelius dosiadł konia, wziął rusznicę, i pognał za biegnącemi.
Dopędził ich pod sklepieniem Wysokiéj Bramy, w chwili gdy Burmistrz krzyczał:
 — Hej! Bramę otwierać! To ja, Burgemeister Freimuth!
Na tak wszechwładny rozkaz, ruch wielki powstał między Strażnikami. Jedni biegli po 
klucze, inni wzięli się do spuszczania mostu; łańcuchy zaczęły w górze warczéć.
Przez tę chwilę oczekiwania, Burmistrz zagadnął dyszącego 
z niecierpliwości Majstra:
 — Dotąd wszystko łatwo. Ale teraz, którędy Waszeć myślisz bieżéć? Dróg tu co 
niemiara.
 — Ja? — Wybąknął tamten. — A juścić na Nowe Ogrody.
 — Co? Tak bez namysłu? Na oślep? A jak oni inną drogą pojachali?
 — Już ja keine gadanie wiem że nie inną, jeno tą.
 — A to czemu?
 — A gdzieby on ją chował, jak nie za fossami Władysławowa? I niech-no raz tam 
wjadzie, to już po niéj. Ale ja go dogonię! Odbiorę! Zabiję!
 — Więc to człek rycerski?
 — A ktoby jenszy? To ten hultaj od Wodnéj Armaty, co mi się w dom wkręcił, niby to 
jéj brat. Słuszny brat! Psu brat!
 — Słuchaj Waszeć.... — Mówił Burmistrz głosem nagle zmienionym. — Jeśli to 
sprawa z rycerstwem Jego Królewskiéj Mości, to inaksza facyata rzeczy. Puścić was puszczę 
za Bramę, bom dał parol, ale pod kondycyą....
 — Co znów zakondycye? — Ofuknął się Majster z wielką złością.
 — Nie fukaj mi tu Waszeć, bo ja Burgemeister, ja responduję przed Królem za to co 
wy wszyscy wyrabiacie. Odbierz swoją pupilkę, to ci wolno — jeno nie wdawaj mi się w 
żadne zabijatyki — słyszysz Waszeć? W żadne! Już i tak dosyć
na nas krakają, że w Gdańsku wieczne tumulty i bójki. Waszeć zrobisz burdę, 
a potém całe miasto będzie za nią skwiérczało.
 — To Waszmość myślisz, co ten furyat ją odda bez bitwy, z pocałowaniém ręki? Nie 
znasz go Waszmość, to dyabeł nie człek!
 — A niech sobie będzie i dyabeł, jak was sześciu czy siedmiu nasiądzie na jednego, to 
żeby i Samson, nie wytrzyma.
Rajca nic nie odrzekł, tylko gryzł wargi, a konia coraz mocniéj przypierał do furty.
Burmistrz niespokojny, obejrzał się na swoich ludzi.
 — Słuchajcie! — Rzekł. — Tamtego żywcem brać! Taki mój ordynans, żywcem!
 — A kiedyby się chciał bronić, to co? — Spytał Starszy Łowczy.
 — To mu się odcinać, ale jeno tyle, aby was na śmierć nie zarąbał. 
A cynglów mi nie tykać, Boże broń! Związać i do miasta odstawić. Ale bez mordu, bo cała 
armja za nim stoi!
Potém, cichszym głosem, szepnął w ucho Łowczemu:
 — A gdyby chciał umykać, to niech sobie umyka zdrów. Byleście panienkę odbili, to i 
dosyć.
Poczém, zakończył głośniéj:
 — Zrozumieli wy?
 — Zrozumieli. Stanie się wedle rozkazania. — Powtórzyli za Łowczym wszyscy.
Wszyscy, oprócz jednego Korneliusa, który na samym końcu jechał cicho, 
i pod szerokim giermakiem ukrywał ruszniczkę.
Już téż i most opadał, i furtę otwierano. 
Majster pierwszy wyleciał. Za nim strzelcy, kolejką. Hollender zamykał pochód, i to w 
niejakiéj odległości.
Belki pod niemi zahuczały.
Gdy znikli za wysokim wałem, Burmistrz wydał ostatni rozkaz:
 — Nie podnosić jeszcze mostu, hej! Czekać mi tu z kluczami, aż nazad przejadą!
Poczém, sam do miasta zawrócił, ale zatroskany, nierad że się wdał w tę sprawę, 
jechał wolno, ze spuszczoną głową.
Za to jego ludzie pędzili coraz szybciéj, porwani zawrotnym biegiem Pana Schultza, 
który leciał na wyścigi z wichrem, szalejącym po roztworzystych polach.
Ach, ten wicher! On to swoim szumem sprawił, że Kaźmiérz niedosłyszał dosyć 
wcześnie tętentu nadbiegającéj pogoni.
Bo przestrzeń między nim a pogonią, już z każdą chwilą się zmniejszała.
Wszystko co zaszło w mieście od znalezienia liny, trwało w rzeczywistości nierównie 
krócéj niż w opowiadaniu. Wszystko to gruchnęło jakby rotowy ogień, — to téż uciekający 
jeszcze i mili nieubiegli, a już pogoń przebywała Bramę.
Jednakże, gdyby Pan Kaźmiérz był ciągle pędził z tą samą lotnością, z jaką rozpoczął 
swoją podróż, byłby pewnie pozostał niedościgłym. Ale on po niejakim czasie, pofolgował 
nieco koniowi, a raczéj..... wyznajmy..... swemu sercu.
Ach, jakże nie spojrzéć czasem na te lica, które tulą się do jego łona? Jakże nie 
zamienić choć kilku słów szczęścia? Jakże nie uszczknąć choć kropli nektaru, z tych ustek co 
szepcą tak słodkie wyznania?
Te cienie chmur migotnych, te puste pola, te wichrzyste szumy, wszystko ich otoczyło 
taką samotnością, że im się wydało, jakby na całym świecie już nie było nikogo prócz nich 
dwojga — jakby lecieli w nieskończoność, gdzie nic im się
nie oprze, i nic ich nie zatrzyma.
Nagle, Hedwiga wychyliła się, i zapytała:
 — Co to jest?.....
Jakiś łomot, niby spadająca lawina, runął po ich drodze. Groźne krzyki napełniły 
powietrze, i pełno rąk otoczyło ich jakby sieć ruchoma.
Hedwiga krzyknęła głosem, w którym drgało najwyższe przerażenie.... Poznała, 
wychyloną ku sobie, wściekłą twarz Majstra Johanna. Wyciągnął ręce, otworzyste jakby 
szczypce raka,
chwytał ją wpół, i chciał oderwać od Kaźmierza. Ale ona jeszcze silniéj przykrępowała się do 
towarzysza.
Ten, objął ją lewą ręką, a prawą szukał broni. Do rapiera nie mógł dosięgnąć, bo mu 
go postać Hedwigi zasłaniała, więc tylko podwinął rękę 
i wyciągnął kordelas.
Błyszczący nóż świsnął w górze, i już opadał na gruby kark Majstra. Byłby mu 
rozpłatał miękką szyję, bo zamach był junacki, ale jeden ze strzelców Burmistrzowych 
podstawił swój berdysz, i podbił Kaźmiérzowi rękę. Stal, zamiast
uderzyć w szyję, obsunęła się po ramieniu Majstra, którego gruby wypchany rękaw, rozdarł 
się, i ciepłą krwią nasiąknął.
Kaźmiérz gniewny zwrócił się przeciw strzelcowi co mu podbił rękę, świsnął znów 
kordelasem i ciął na odlew; strzelec stęknął, i znikł mu z oczu. Młodzieniec obrócił się ku 
innym, którzy go ze wszech stron chwytali. Chciał dosięgnąć tęgo co mu wstrzymywał konia, 
ale że ten był zpieszony, więc jeździec mierzył ostrożnie, w obawie aby głowy końskiéj nie 
zranić, i ucieczki sobie nie zamknąć.
W téj chwili rozległ się za nim wystrzał.
Pan Kaźmiérz wydał krzyk dziwny — roztworzył ręce — piana różowa na usta mu 
wybiegła — zamknął oczy, i w tył się przegiął.
Byłby spadł z konia, gdyby nie Hedwiga,
która przytrzymywała go w gwałtowném objęciu, sama przytrzymywana ciągle przez 
podchwytującego ją Majstra.
Już mu się kilka razy wyśliznęła, już Kaźmiérz upadający z konia pociągał ją za sobą, 
gdy Pan Johann wpił swoją szponiastą rękę za jéj krézę. Twardy kołniérz zaczął ją dusić 
jakby stryczek. Dla złapania powietrza, w tył przechyliła głowę, ale ręka wciąż dociągała 
kołnierz — w oczach jéj się zrobiło czarno — ręce obezwładniały — wpół zadławiona i 
zupełnie już bezprzytomna, padła na piersi Majstra.
Ten porwał ją, posadził, a raczéj położył przed sobą, głowę jéj oparł na swojém 
rozkrwawioném ramieniu, konia zawrócił napowrót ku miastu, puścił się, cwałem, i znikł w 
ciemnéj nocy.
Tymczasem Pan Kaźmiérz runął z siodła.
Koń, przestraszony wystrzałem, krzykami, zamieszaniem, wyrwał się — poleciał 
wprost przed siebie gościńcem wiodącym ku Oliwie, i przepadł 
w ciemniejących gąszczach.
Łowczy, który dotąd nie mieszał się czynnie do zajścia, lecz tylko — jako wódz 
baczny — kierował czynnościami drugich, teraz dostrzegłszy leżącego, zsiadł co żywo, 
zbliżył się, i pytał z wielkiém zatrwożeniem:
 — Aleć on nie zabit?
Kornelius przysiadł na piersiach Kaźmiérza, przyłożył do nich rękę, roześmiał się 
twardo, i odpowiedział:
 — Zabit. Już mu niczego nie trza, jeno piasku na oczy.
Łowczy chwycił się za głowę i zaczął krzyczéć:
 — A łajdaki! A nie mogli wy to go wziąć żywcem? Po co ta pukanina? Który strzelił?
 — Nie ja!
 — I nie ja!
 — I nie ja!
Uniewinniali się słudzy.
 — Więc tedy kto?
 — A no ten, co siedzi na zabitym.
 — Co Waść za jeden? Czyś nie słyszał zakazu Pana Burgemeistra?
 — Nie słyszał ja nic. A choćbym i słyszał, tom ja nie pachołek Burgemeistra, jeno 
socyusz Pana Johanna Schultza. Jam na swoją rękę jachał, 
i sam sobie rozkazował.
 — Dobrze, dobrze. Ale jak będzie jawantura, to wszystko się na Waści skrupi. A 
będzie jawantura, obaczycie! Cała armia wodna pójdzie w krzyk. Dostanęż ja od Pana 
Burgemeistra nosa! No, a panowie łeficerze jeszcze miasto nam wyplądrują!
 — O Jezu! — Mruczał Kornelius. — Co tu gomonu o jednego chłystka. U nas 
w Amsterdamie, kiedy złodzié kradnie panny, to go Burgemeistry same dają katu, 
a nie gardłują za nim. Panie Strzelcze niestrzelający, wolałbyś ty mi powiedziéć "danke", bo 
gdyby nie moja rusznica, to by ten nieboszczyk był tu was wszystkich wymordował. Jeno 
moment miał, a mało to nasiekł tym swoim nożykiem?
Łowczy obejrzał się po swoich ludziach, i sprawdził z przyjemnością, że jednak żaden 
z nich nie poniósł ciężkiego szwanku. Nawet ów strzelec tak ciężko cięty kordelasem, ocalał 
dzięki swemu szwedzkiemu kapeluszowi, który po wierzchu był obciągnięty niewinną pilśnią, 
ale wewnątrz miał duszę z mocnéj blachy. Ogłuszony gwałtowném uderzeniem, strzelec 
obsunął się był z siodła, ale głowę uniósł całą, i teraz dosiadał znowu konia.
Wszyscy ich dosiadali, zapytując:
 — A co z tym zabitym zrobić?
 — Nic. — Odparł, machnąwszy ręką, Łowczy. — Nie będę ja się onym trupem 
chwalił w mieście. Niech tu go sobie kto chce najdzie, i co chce sobie myśli. Abo to mało 
ludzi ginie po różnych gościńcach? Jeśli przyjdzie do świadkowania przed sądem, to powiem 
bez ogródki kto tutaj nabroił. Wszystko się na Waści skrupi. Ale sam umywam ręce od całéj 
téj historyi. My tutaj nic nie zawinili.
 — Tak, tak, my nic nie zawinili. — Powtarzały gromadne głosy.
 — Az tém wszystkiém, nasłucham ja się od Pana Burgemeistra, oj nasłucham! Boże 
mój! Licho mię tu przyniesło.....
Tak utyskując, Łowczy odjechał zfrasowany. Wszyscy odjechali w milczeniu.
Kornelius ruszył ostatni. Jeszcze nawet kilka razy przystanął, i obracał głowę za 
siebie, aby nasycić oczy widokiem swojéj zemsty. Potém nagle skoczył 
w bok z gościńca, spiął konia, i wszystkich wyprzedzając, bocznemi dróżkami puścił się ku miastu.
A sztywne ciało Kaźmiérza, z twarzą nieruchomie zwróconą ku niebu, zostało na tém 
pobojowisku, samotne, jakby na pustyni.
Tylko chmury czarno podarte, przesuwały się nad nim, jakby płaczki wiejące długiemi 
kirami, — tylko xiężyc przypatrywał mu się swojém okiem, okrągłém od podziwu i 
przerażenia, — tylko wicher jęczał nad nim przeciągle, i z jękiem tym przeleciawszy pola, 
uderzał na morze, chwiał okrętami stojącemi w Puckiéj zatoce, targał ich liny i flagi, aż 
marynarze wpół-zbudzeni, przewracali się na twardych deskach, żegnali się znakiem krzyża, i 
mówili:
 — Jak téż ten wiater osobliwszo zawodził Richtyg tak jakby nad kim desperował.
IX.
Cudowne odkrycie.
Nazajutrz Dom Bursztynowy pozostał długo zamknięty — zaklęty — niedostępny.
Już od rana co prawda, krążyły głuche wieści, o jakiémś tragiczném zakończeniu 
nocnéj, przygody. Wszakże nikt nie wiedział na pewno co się stało. 
Z ganków i okien sąsiednich kamienic, setki oczów, setki uszów zwracały się tam 
nieustannie, dla podchwycenia jakiéjś oznaki lub odgłosu. Kupki przechodniów stały z głową 
zadartą, wpatrując się w kamienny pierścień. Ale pierścień był ciągle pusty, w żadném z 
okien nikt się nie pokazywał, żaden jęk, ani krzyk, ani najlżejszy nawet szmer nie dochodził z 
wnętrza, i choć niektórzy znajomi poruszali kołatką, nikt im nie otwiérał. Już kumoszki 
zaczęły szeptać, że Majster Johann wszystkich pozabijał i sam się powiesił. 
Dopiéro po południu, dobiła się tam Pani Flora, która zawsze i na wszystko miała 
swoje sposoby.
Trochę popukawszy, zaczęła wołać:
 — Mina, otwiéraj! Bo ja niesę dryjakiew dla Pana Konzula.
Zaraz klucz zgrzytnął, drzwi troszkę się uchyliły, wyjrzała z nich przerażona twarz 
Miny. Wdowa tak zgrabnie wparła się w tę szparę, że sługa musiała ją wpuścić do sieni, ale 
natychmiast drzwi napowrót zamknęła.
 — Meister nie każe nikogo puszczać i okrutnie sierdzi się, co tam tyle narodu stoi. 
Ach! — Mówiła daléj, podnosząc do nieba ręce. — Ach! Co się to 
u nas porobiło!
 — Czy Meister leży?
 — Nie, chodzi po swojéj komorze, tam na drugim trepie, od podwórka, bo nie chce 
patrzéć na te ludzie, co mu dom napastują.
 — Wiem, że porąban. Czy ta rana zła?
 — Pono nie. Balwiérz opatrował i śmiał się, i gadał, że za dniów pięć abo sześć 
Meister będzie zdrów. Ale zawdy biedny syka z bólu.
 — A frajlein Hedwiga czy już wié, że Pan Kaźmiérz nieżyw?
 — A jakże, wié! Meister zara jéj to gadał, i ten paskudny Kornelius chwalił się przed 
nią że go zabił. Oj szkoda frejbittera! Nieładnie to było, że wykradał Pannę Hedwigę, Meister 
miał racyję że ją gonił, Meister ma zawdy racyję, ale po co ten Ollender go zabijał? Taki 
gładki kawaler! Taki szczodry pan!
Przez czas gdy Mina utyskiwała, Pani Flora nic nie odpowiadając, szła szybko po 
krętych schodach. Stanąwszy na drugiém piętrze, wtargnęła bez namysłu do sypialni Majstra 
Johanna.
Ten, po swojéj pięknéj komnacie chodził ciężkim krokiem, cały nachmurzony; za 
każdym nawrotem przystawał, i popijał piwa ze szklenicy stojącéj pod oknem. Kabat miał 
nadziany tylko na jedno ramię. Lewa ręka, wpół obnażona, była 
u ramienia spowinięta chustami.
Na widok pięknéj wdowy, zmieszał się, zaczął kabat naciągać na piersi.
 — Herr Gott! A jakoważ to siurpryza! A no, ja się wstydam.
 — Nie wstydaj się Waszeć. Ja tu jako do szpitala. Chory medyków się nie wstyda, a ja 
dzisia medyk, co przynosi Waszeci cudowną dryjakiew na rany. Dawaj Wasze rękę. Cóż, 
bardzo boli?
 — Boléć, boli. Co prawda, balwierz gadał jako gruby rękaw mię salwował, 
i jako nic niema nadłupanego. Wszelako to rżnie i piecze dyabelnie.
 — Ale bo to te balwierze zawsze do maściów nakładą różnych papryków 
i chrzanów, byle — jako mówią — złe wypalić. Ja Waszeć chcę kurować po babsku. Mam tu 
plasterek turecki, co w nim jest i balsamus Mekkański, i one różne styraxy, takie, że jak 
przyłoży na rękę, to jakby ręką odjął. Siadaj Wasze, pokaż nieboraku rękę.
To mówiąc, mimo wahań Pana Majstra, odwinęła chusty, i na widok jego rany zaczęła serdecznie jęczéć.
 — Widzisz Wasani co to ja cierpię dla téj głupiéj dziewczyny.
 — Widzę..... widzę..... A mój Boże! Jakoż to można było płatnąć taką zacną rękę?
 — A ja Wasani powiedam, co dałbym się może płatnąć i raz drugi, byle mię takie 
bieluchne rączuchny zawdy opatrowały. — Mówił Rajca, który już zaczynał topniéć i 
uśmiéchać się pod wrażeniem tych niewieścich starań. 
Pani Flora przyłożyła plaster, dobyty ze złocistéj Lewantyńskiéj puszki, potém z 
kieszeni wyciągnęła bandaż, długi, miękki, taki przepachniały lawendą, że w całéj komnacie 
rozeszła się woń jakby na łące.
Owijając go w koło ręki, Pani Flora powtarzała z wielkiém zawzięciem 
w głosie:
 — A to zbój, co nam tak pokrzywdził naszego Meisterka! A to zbój! Aleć dostał i on 
za swoje, niegodyasz. Teraz już ziemię gryzie, już!
Dobrze mu tak.
Majster się zawahał.
 — Już to — rzekł po chwili — że zarobił na swój koniec, to keine gadanie. Jam go 
tam nie chciał sam zabijać, aleć że Kornelius tak uczynił, to i dobrze się stało, a to dla dwóch 
racyi. Naprzód, że jakby nie ostał zarąban, to by nas
był wszystkich w rumel zarąbał, bo straszny w nim siedział Erkul. A potém, niechby on był 
żyw, to bym ja nigdy już oka nie zmrużył spokojnie. Zawdy bym się bojał, że on wróci po
nią. A to był człek płodny w fortele, nigdyś niewiedział z jakiéj strony cię skubnie.
 — A cóż ta głupia Hedwiga porabia?
 — A cóż? Jak to ona. Lamentuje, desperuje i prosi się do klasztora.
 — Gdzież ona jest? Zawdy na oném poddaszku?
 — Oho! Nie głupi ja już tam ją wsadzać, aby mi całe miasto z okienka ztumultowała. 
Zamknąłem ją w jéj komorze, a Korneliusowi przykazałem, aby stał na podwórku i patrzał 
ciągle w jéj okno, czy ona tam jakich excessów nie robi, bo to licho umié z oknami 
dokazywać, i gotowe jeszcze na łeb skoczyć. Ale ja każę tam dać kraty. Zaraz dzisia. Juzem 
posłał po tęgiego ślusarza. Ja w całym domu w okniech każę włożyć kraty. Chciała klasztora, 
będzie miała u męża klasztorek.
 — Jakto, u męża? Czyżbyś Waszeć jeszcze chciał za żonę, takową co 
z gładyszkami latała po gościńcach?
 — Ta-ta-ta! Latała! Że sobie przegalopowali spacyrem za Bramę, to jeszcze niéma 
infamii. No i tak, Bogiem a prawdą, co mizerna dziewka może zrobić, jak ją mocniejszy 
gwałtem na konia wsadza?
Pani Flora miała ochotę uczynić uwagę, że niewiele musiało tam być gwałtu, gdzie 
porywana wychodziła okienkiem, z którego tylko przy bardzo dobréj woli można się 
wydostać, ale przycięła sobie usta, i zmilczała.
Tymczasem Pan Majster, coraz bardziéj się zapéżając, wołał:
 — Na cóż tedy ja ją gonił, i krew moją przelewał, i tamtego zabijał, jak nie na to aby 
ją miéć? Prawda że nagrzeszyła, i grubo, aleć Ewangeliya każe 
w sercu żywić misericordię. Niechże mi się zasubmituje, a do nóg padnie, 
a zaobiecowa jako mi będzie zawdy wierną żoną i sługą, to jeszcze dostanie pardon.
Pani Flora nic nie odrzekła, oparła głowę na ręku, i mocno się zadumała.
Majster przeszedł kilka razy przez pokój. Nagle, stanął przed nią, jakiś rozweselony.
 — Czy wiesz Wasani? Trudno to dać wiarę, a jest. Już ręka mniéj piecze.
 — Chwałaż Panu Bogu! Żebym to ja mogła jeszcze i na duszną ranę Waszeci 
przyłożyć plasterek! A mogłabym.
 — Co znów? Jakim sposobem?
 — Puść mię Waszeć do Hedwigi, a ja ją do submissyi nakręcę.
Na twarzy Pana Majstra odmalowało się wahanie.
 — Puść mię Wasze, — powtarzała — ja jéj nakiwam jako trzeba. Powiem jéj, niechże raz już wybije sobie z głowy onego młokosa, tém więcéj że już umarł, 
i żadne lamenta go nie wskrzeszą. A choćby i mogły wskrzesić, czy to nie większy onor 
zaślubić słusznego personata, niż takiego chudego sowizdrzała?
 — O to to. Powiedz jéj Wasani jak to ty umiész. A umiész, bo z Wacpani Salomon
w spódnicy. A więc tedy, pójdziem.
I roztworzywszy drzwi od korytarzyka, szedł przodem na wyższe schody, 
a Pani Flora idąc za nim, błogosławiła go po cichu:
 — Ej, ty sułtanie w lutrzéj skórze! Gruby kacie na mdłe panienki! Dostaniesz ty 
kiedyś sułtankę, co ci pokaże jaka to miła rzecz, domowa niewola. Oddam ci ja kiedyś za 
wszystkie, i za tę biédną Doroteę, i za tę małą Hedwiżkę. Ale tymczasem trza ją gwałtem 
wyrwać z jego szponów, bo ten smok połknie ją na poczekaniu. Jak Boga kocham, połknie!
Już byli na trzeciém piętrze, pode drzwiami panieńskiego pokoju Hedwigi. Majster 
wyjął z kieszeni klucz, i wkładając go w zamek, szepnął:
 — Ja tu Wacpanią wpuszczę, a sam poczekam w komorze naprzeciwko, abyś Wacpani 
mogła się wydobyć Jak jeno zechcesz.
Mówiąc, drzwi odchylił, wdowę do wnętrza wpuścił, i zaraz napowrót klucz za nią 
zakręcił.
Panieński pokój, choć prawie dla nikogo niewidzialny, był może najśliczniejszym z 
całego Bursztynowego Domu. Pani Dorota przez długie lata wystrajała go dla swojéj 
pieszczoszki, a i Majster Johann, od śmierci żony, i od chwili jak spostrzegł, że w Hedwidze 
uroczą dla niéj
znajdzie następczynię, kazał tam znosić wszystko co miał najpiękniejszego 
w domu, najmiększe kobierce, najmalowniejsze makaty, i najmisterniejsze sprzęciki. 
Hedwiga jaśniała tam zwykle jak perła w tęczowéj konsze.
Ale dziś, przepych otoczenia jeszcze mocniéj uwidoczniał rozpacz 
i opuszczenie mieszkanki. Siedziała ona, nie na żadném z tych cudnych krzeseł, co jaśniały 
dokoła korduanem i stu-wzorzystym forsztatem, ani na tém łożu 
o srebrnych wypukłych rzeźbach, nad którém zwieszały się kotary z błękitnéj kamchy, ale w 
samym środku pokoju, na kobiercu, skulona, z twarzą ukrytą 
w rękach. Miała na sobie ten sam jeszcze mętlik, pomięty, podarty, i cały zakrwawiony. Byłaż 
to krew Pana Kaźmiérza, zastrzelonego w jéj objęciu, czy krew Majstra Johanna, co zranioną 
ręką ją przytulał? Pewnie jedna i druga razem. Kréza jéj rozerwana wisiała strzępami, włosy 
rozwinięte spadały w nieładzie, 
a wszędzie, i na krézie, i na włosach, i nawet na twarzy, straszna owa krew pozasychała w 
rude plamy.
Na odgłos klucza, Hedwiga podniosła oczy przerażone. Gdy poznała że to pani Flora, 
wyraz niejakiéj ulgi objawił się na jéj twarzy.
 — Patrz Wacpani, — wymówiła głosem przerywanym od łkania — jaka ja 
nieszczęśliwa! Zabili go! A ja żyję! O czemuż i mnie już razem z nim nie zabili?
Dobra wdowa przyklękła obok Hedwigi, objęła ją czule i rzekła półgłosem:
 — Biédne ty dziecko! Co téż oni z tobą porobili? Ale nie płacz tak bardzo, ja tobie 
powiem cóś takiego..... co cię troszkę pokonsuluje.
Hedwiga spojrzała na nią oczami pełnemi bezdennéj boleści.
 — Mnie już nic niemoże konsolować. Nigdy! Mnie już tylko pójść do klasztora, i tam 
czekać aż Pan Bóg da mi się w niebie połączyć..... z nim.
 — No, no, obaczym, aż ja ci powiem to cóś. Jeno cię przestrzegam, od wielkiego 
dziwu nie narób mi tu czasem krzyku, bo tam za drzwiami może kto stojać i szpiegować.
Hedwiga machnęła ręką pogardliwie.
 — A niech sobie szpieguje. Co mię to wszystko już obchodzi?
 — A swoją drogą ja proszę: mityguj się jak usłyszysz, i nie krzykaj.
Tu Pani Flora, nachyliwszy się jeszcze więcéj, szepnęła jéj w samo uszko:
 — Pan Kaźmiérz jest żyw.
Pomimo wszelkich przestróg, Hedwiga wydała źle przytłumiony wykrzyk, potém 
zarzuciła ręce na szyję Pani Florze, całowała ją, ściskała bez końca, i wpół płacząc, wpół 
śmiejąc się, mówiła:
 — Żyw? Żyw! O moja ty dobrodziko! Czy to tylko prawda? Żyw, ale czy na długo? 
Czy ta rana go nie zjé? Kto to Wacpani mówił?
 — Ależ cicho, cicho..... — Przestrzegała tamta, kładąc jéj rękę na ustach. — Wszystko 
ci powiem kolejką, jeno po cichutku, bo tamten stoi na czaciech, a to przed nim sekret. Kto mi 
to mówił? A Pan Oberszter Zabokrzycki.
 — Co? Widziałaś go Wacpani?
 — A jakoż? Tylo co wychodzi odemnie.
 — I on widział Pana Kaźmiérza?
 — Widział, i bez niego Pan Kaźmiérz kazał się Wacpannie kłaniać, i prosił na Boga, 
byś jeno doczekała jego wyzdrowienia, a wszystko jeszcze po staremu się uda.
 — Ach Boże! Boże! Ja jeno się bojam abym nie zwaryowała ze szczęśliwości. Tedy 
go nie zabili? Ale zawdy poranion okrutnie.....
 — Medyk powiedział, co za kilka niedziel Pan Kaźmiérz siądzie na koń.
 — Ale gdzież on leży? Ach Jezu, żeby to ja mogła jemu rany opatrować, ziółeczka 
podawać, jako żonie się godzi! A tu nic, ach nieszczęście!
 — Nie blasfemuj Hedwiga, już zapominasz jaka to łaska Boska że on żyw. Owóż teraz 
powiem rzeczy kolejką. Jak oświtło, a Bramy otwarli, tak i puściłam onego utrapionego 
Maćka, co téj całéj biedy narobił.....
 — To on narobił? I co on zrobił?
 — A no, jak to czysty maciek. Za długo by mi gadać. Zgoła, musiały my go 
z Fruzią, bez całą noc w domu kryć. Świtem tedy dopadł konia i pojachał, bo chciałam aby 
chocia ego biédnego trupa ktoś przecie po chrześcyańsku zebrał i pochował. Owóż jedzie, jedzie, a onego trupa nigdzie ani na oczy. Tak dojachał 
aż do saméj Oliwy. Tam dopiero nalazł pana, alić nie w trumnie, jeno w celi Oćca Błażeja, na 
czyściutkiém łożu. Koło niego Oćcowie Cystersy 
i różne Panowie Officyjery.
 — A zkąd oni już się zwiedzieli?
 — To były dobre znajomki pana Kaźmiérza; on ich zaprosił jeszcze wczora do Oliwy 
na świadków swojego szlubu, a potém na assystencyę, bo chciał cię z taką eskortą zawieźć do 
Władysławowa. Oni tedy czekali na was w nocy u Zakrystyjana. Czekają, czekają, nie widać 
nikogo. Bierze ich impaciencya, wychodzą na drogę, nasłuchują czy kto nie jedzie? Aż i 
jedzie, a nawet pędzi, leci. Patrzą: koń Pana Kaźmiérza, ale cóż? Sam, bez jeźdźca, leci 
rozhukany, jak waryat. Ledwie go potrafili przyłapać, i zaraz pomyśleli co musiała z wami 
stać się jakaś fatalność. Siedli tedy na koń wszyscy, wzięli chłopów ze somsiedztwa, wzięli 
téż i nosze co są w klasztornym szpitaliku; jadą tedy ku miastu, a nasłuchują czy się kto gdzie 
nie bije, a patrzą czy gdzie niema zwłoków? Aż patrzą, a tu na drodze leży Pan Kaźmiérz 
zastrzelon. Im takoż się zdało, że to już na śmierć.
A wszelako, jak zaczęli go wodą pstrykać, a na noszach układać, tak ten w jęk. Tedy obaczyli 
że dusza jeszcze się kołacze. Bez całą drogę to jęczał, to znowu mglał, aż rankiem są w 
Oliwie. A tam właśnie świéce na ołtarzu już się palą,
a Ociec Celestyn kładzie stułę aby wam dawać
szlub. A tu Pana Młodego wnoszą jakoby na marach. Tedy lamentują. Ale Ociec Błażej to 
wielki medyk, ten wziął Pana Kaźmiérza do swojéj komórki, a tam jak zaczął obmywać, 
obmacywać i świdrować, tak i wyjął oną paskudną kulę.
 — Co? Wyjął! I ona go tam wewnątrz nie popsowała?
 — Trocha, wszelako nie na śmierć, bo nie poszła durch bez piersi, jeno jakoś 
boczkiem, tak co między żebrami gdzieś utknęła. Ociec Błażéj powieda co wszystko w nim 
całe, jeno się tam trocha krwie natoczyło, i boi się jakowejś inflammacyi, ale powieda, niech 
jeno chory spokojnie poleży miesiączek abo dwa, to potém pójdzie do szlubu zdrów jak rydz.
 — Ach, miesiączek abo dwa! Toż wieki! A jak przyjdzie owa inflammacya?
 — E..... nie przyjdzie, ale na to aby nie przyszła, trza choremu — jako mówi Ociec 
Błażej — wielkiego silencium i wesołéj myśli. Nie pozwala nawet aby go ruszono z łoża. My 
tedy z Panem Oberszterem uradzili tak: że on ostanie się 
w klasztorze, ale że to będzie wielki sekret, i że będzie poczytan za umarłego. My będziemy 
po nim płakały, i Ofiicyjery będą płakały.
 — Czemu to ma być sekret?
 — Bo jakby Pan Schultz wiedział że on żyw, toby ciebie zamknął nie tu 
w téj komorze, ale w jakowym lochu, abo jeszcze by co tchu sprowadził Ministra, i jutro 
przez gwałt cię wziął za żonę.
 — Jakto? Więc on jeszcze chce mię za żonę? A toż to człek bez nijakiéj hambicyi. 
Żeby tak odemnie kawaler precz uciekał, to jabym już sto razy powiedziała: Bierz cię licho!
 — A tak, my takie. Ale u mężczyznów rzecz inaksza. To sobie Wacpanna zapamiętaj, 
że chłop na podwikę, jak myśliwiec na zwierzynę; im ona więcéj ucieka, tém on łapczywszy 
na nią. I nie koniecznie dla onéj zwierzyny, jeno dla saméj wojny. Nieraz widzi się wielkiego 
pana, ba! i króla, co goni za lichą sarną, abo się boryka z niedźwiedziem. Wszakci jemu nie 
chodzi o pieczyste ni futro, mógłby posłać swoje strzelce i mieć i to i to, jeno jemu chodzi o 
batalię i o wiktoryę. Oni wszystkie takie. Nawet i ten twój Pan Kaźmiérz, czyby on się tak 
palił, gdyby niemiał tyle trudnościów? Ale temu dyskursowi dajmy pokój, bo jako widzę już 
u Wacpanny znowu płacz bliski. Pogadajmy jeno, co trza robić.
 — Tak, właśnie. Co ja mam nieszczęśliwa teraz robić.
 — Nic, jeno dyplomatyzować. Ja będę trzymała Pana Schultza w téj perswazyi, jako 
Wacpanna straciwszy swego chłopca, dasz się powoli namówić na stateczniejszy związek. Ty 
tedy opłakuj sobie Pana Kaźmiérza, dosyć głośno, aby wierzył że tamten zabit, a znów nie tak 
strasznie głośno aby go irrytować. 
I namyślaj się i odmyślaj, stukaj w paluszki, jak to zwykle dziewka co się droży ze swoją 
personą, i tak ciągnij od niedzieli do niedzieli, byle przeczekać.
 — Dobrze. A potém, co?
 — No potém, jak Pan Kaźmiérz wyzdrowieje, to się pobierzecie.
 — Jakim sposobem? Znów uciekać? A nuż się znowu nie uda?
 — Oho ho! Niby to niéma stu sposobów? Mamy czas do medytacyi. Nie bój się 
Wacpanna, już moja w tém głowa.
 — Złota głowa i złote serce u Wacpani, Dobrodziki mojéj. Czémże ja to odpłacę?
 — A po co płacić? Małoż to dla mnie delicyi w cudzych szczęśliwościach? Tedy 
wszystko będzie dobrze. Jeno teraz mi się Wacpanna kapeczkę ogarnij, bo wyglądasz jak 
półtora nieszczęścia.
 — Cóż chcesz Wacpani? Jak mię Pan Majster w nocy, prosto z konia cisnął tu na 
ziemię, tak i ostałam do téj chwili w czystéj desperacyi.
 — Pojrzyj-no jeno Wacpanna w lusterko, czyś ty nie podobna do upiora, co póty krew 
chlupał, aż cały poczerwieniał?
Panienka zerwała się z kobierca, i stanęła przed ośmiokątném weneckiém 
zwierciadłem, którego kryształowe ramy świeciły na ścianie tysiącami gwiazdek.
 — O la Boga! — Zawołała. — Jakoweż ze mnie straszydło!
Skoczyła do nizkiéj półki, gdzie migotała srebrna miednica z nalewką, zaczęła 
obmywać twarz i ręce, obmuskiwać roztargane włosy, i z tą młodocianą rzutkością, co w 
jednéj chwili przechodzi od bólu do wesela, to podskakiwała, to pośpiewywała, powtarzając:
 — Kiej Pan Kaźmiérz żyw, to trza być jeszcze do ludzi podobną.
Pani Flora, która siadła tymczasem na krześle, przestrzegała:
 — Jeno bez tych przyśpiewków i jubilacyi; nie przepominaj Wacpanna że Pan 
Kaźmiérz zabit, i że masz po nim płakać.
 — A prawda, prawda, trza płakać, acz się już i niechce. No, a tera 
i sukienczynę zwlekę, bo ta krew już mi cuchnie do mdłości. Wiész Wacpani, ten mętlik; już 
się na nic nie zda, chyba na fartuchy dla Miny. Mała szkoda, feralna
to była szatka. No, a z téj krézeczki to już jeno strzępki.
 — Musiał cię porządnie Pan Rajca natargać.....
 — O joj ! Okrutnie. Jużem się dławiła jako ten wisielec. Żeby kréza nie była prysła, to 
byłby mię zadusił na śmierć.
Hedwiga rozpowiadała to wszystko z życiem, wpół ze śmiechem, ale tu nagle syknęła, 
rękę zacisnęła na piersiach, i głos jéj znowu zrobił się płaczliwy.
 — Matko Najświętsza! A to nieszczęście!
 — Co znowu się stało?
 — Mój Szkaplirz! Mój kochany Szkaplirz!
 — Zepsował się?
 — A jakoż? Pan Majster go zepsował. Widno, jak ciągnął za krézę, tak 
i sznurka naderwał, i cały Szkaplirz rozlazł się w kawałki. Boże mój, co ja tera zrobię?
 — Pokaż-no Wacpanna, może się jeszcze da naprawić? No, i cóż tak wielkiego? 
Rozpłatały się dwie połowiczki. Zeszyjesz je ładnie, nowy sznurek dasz, i będzie.
 — Tak, ale to już będzie nie ten sam sznurek. A jam zawsze go tak pilnowała jak oka 
w głowie. Taka wielka świętość! Jedyna rzecz co mi ostała 
z dawnych czasów, i to mi zepsowali! O patrz Wacpani, i modlitewka stamtąd się wypsnęła.
To mówiąc, Hedwiga ostrożnie rozwijała zżółkłą, w kilkoro złożoną karteczkę. 
Jeszcze nie zdążyła całéj rozwinąć, gdy drugi papiérek wypadł z niéj na podłogę.
 — A to co? I druga modlitewka? Nigdym nie śmiała rozparać tego ni zaglądać, ale 
kiedy samo się roztworzyło, to téż obaczę co w takim Szkaplirzu piszą? Ta pierwsza..... 
łacina..... to nie dla mnie. A druga?
Mówiąc to, podniosła i rozwinęła drugi papiérek.
 — Tu coś po naszemu napisano. Co to jest?
I stanąwszy w pasie światła bijącym od okna, przebiegała kilkakrotnie oczami 
wyblakłe znaki pisma.
Podczas tego czytania, twarz jéj zaczęła się mienić — ręce opadły jak bezwładne — 
oczy rozwarły się w ogromne koła.
 — Jezus Maryja! — Zawołała. — Co ja tu nalazłam!
 — Co takiego? Co się z Wacpanną dzieje?
 — Czytaj Wacpani..... Masz.....
Pani Flora wzięła papiérek, i chcąc głośno przeczytać, już otwierała usta, gdy Hedwiga 
chwyciła ją za ramię.
 — Cicho..... cicho..... — Szepnęła. — Czytaj to jeno dla siebie, aby kto nie 
posłyszał.....
Pani Flora zaczęła wzrokiem przebiegać pismo, i wnet i na jéj twarzy odmalowało się 
wielkie wzruszenie. Podniosła ku Hedwidze oczy zdumione, i jakby nieśmiałe.
 — A to dopiero odkrycie! — Rzekła. — Po prostu, cudowne. 
Hedwiga nagle spoważniała. Zwinęła napowrót ów papiérek, i nabożnie do ust go 
przycisnęła.
 — Mój Boże! Tylem lat nosiła on Szkaplirz, i anim wiedziała co mam!
Potém zapadła w głębokie zamyślenie.
 — Powiédz Wacpani, co z tém robić?
Pani Flora także się zamyśliła.
 — Ja, — rzekła po chwili z niejakiém wahaniem — żebym tak była Wacpanną, tobym 
tego Panu Schultzowi nie pokazowała.
 — I mnie się toż samo widzi. Żeby tak żyła Pani Dorota, o! tobym pokazała, ale tera 
inaksza rzecz....
 — Tak właśnie. On gotów by Wacpannie taki skarb zabrać, i nie oddać jeno za 
twardemi kondycyami, abo i spaliłby onę kartkę, aby na zawdy ostać się jedynym Wacpanny 
seniorem.
 — Więc tedy co robić? Bo cóś trza przecie zrobić. Ja licha dziewczyna, i jeszcze we więzieniu, co ja poradzę? Wacpani takoż, jeno 
białogłowa. Tu trza nam człeka łepskiego i przywiązałego, coby pojachał, szukał, 
weryfikował.
Ach, żeby Pan Kaźmiérz był przy zdrowiu.....
 — Tak, ale nie jest przy zdrowiu, i nie zara będzie. A to rzecz pilna, pilniejsza nad 
wszelakie jensze.
I obie długo zamieniały spojrzenia pełne troski. Nagle Hedwiga uderzyła się ręką po 
czole.
 — Już mam! Ociec Damian! To człek mądry i dla mnie przyjaźliwy. Poproszę go 
wedle spowiedzi. A potém pokażę mu ten papiérek. Jeśli kto pod słońcem, to chyba on, 
poradzi co tu robić.
 — Niebieską inspiracyę Pan Bóg zesłał Wacpannie. Powiem ja Panu Majstrowi, jako 
Wacpanna w swojéj dezolacyi chcesz się pokonsolować spowiedzią. Tegoć on chyba nam nie 
zrekuzuje. Ale schowaj Wacpanna głęboko ten dokument, boć to nad wszelakie złota i 
karbunkuły.
Hedwiga oddarła kawałek od poszarpané krézy, włożyła weń płatki Szkaplerza i obie 
karteczki, wszystko sznurkiem obwiązała, i nadziawszy nową suknię, za stanik wsunęła.
Już téż i czas naglił. Za drzwiami odzywały się coraz głośniejsze stąpania i krząkania. 
Pani Flora zapukała, Majster ją wnet wypuścił, i zapytał:
 — No, cóż tedy?
 — A no, cóż? Nieźle mi się pofortuniło. Zeszłam ją na podłodze. Wiła się tam jako ten 
wąż, a szlochała jako bóbr. A tera już chodzi, oczy otarła, włosy przymusknęła, szatki 
odmieniła, można choć trocha z nią pogadać. Niech się wywzdycha, to i przyjdzie myśl 
pogodniejsza, jeno trza jéj obrachunek zrobić ze sumnieniem, i w nabożeństwie się odrodzić. 
Takoż ona i chce, i prosi aby jéj sprowadzić spowiednika.
Majster zmarszczył brwi.
 — Kogo? Onego Dominikana, co to taki mądral? Hm..... a jak mi dziewkę jeszcze 
gorzéj nabuntuje?
 — Nie gadaj tak Waszeć. Xiądz zawdy napędza do pokory i do posłuszeństwa. On 
lepiéj jéj nakiwa niźli Waszeć sam.
 — Wymyśl Wacpani co jenszego. Ja już tych mnichów dosyćem w domu miał.
 — Nie wymyślę nic lepszego. Nie kontruj Waszeć, bo sam sobie psowasz jenteres. 
Niektóra białogłowa nikogo nie posłucha, ni oćca ni matki, ni męża ni Pana Boga, a xiędza 
posłucha.
 — To chyba tak u was, bo u nas Luteranów to inaczéj.
 — A ma się rozumieć, że inaczéj. Wasze Ministry boją się własnych żon, to już i nie 
umieją rozkazować żadnéj białogłowie.
 — Ha no! Kiedy tak, to już go tam Wacpani sprowadź, ale jak będzie źle, to na 
Wacpanią spadnie respons.
 — Dobrze, dobrze, responduję. — Odparła
wdowa żwawo, i zabierała się do wyjścia, gdy z dołu po schodach zatętniło zbliżanie się kilku 
osób.
Naprzód szedł Kornelius, ponurszy niż kiedykolwiek. Za nim ślusarz, 
z pękiem prętów żelaznych w jedném ręku, z różnemi narzędziami w drugiém. Za niemi szła 
Mina, bardziéj niż kiedykolwiek przerażona.
 — To wedle onych kratów. — Rzekł Kornelius.
 — A dobrze. Pokaż mu jak ma robić, a pilnuj tam, i ty Mina pilnuj, aby frajlein znowu 
się gdzie nie podziała.
Mówiąc to, po raz drugi klucz z kieszeni wydobył, i Korneliusowi go wręczył.
Ale zaledwie tych troje weszło do pokoju uwięzionéj, wnet ozwał się ztamtąd głos 
Hedwigi, tak mocny i rozkazujący, jakiego Pani Flora nigdy jeszcze u niéj nie słyszała.
Po chwili, drzwi rozwarły się z trzaskiem, wyleciał z nich Kornelius blady i 
pomieszany, a Hedwiga stanąwszy na progu, z wyciągniętą ręką wołała:
 — Precz ztąd, Czeladniku! Jako to ty śmiesz wchodzić do panieńskiéj komory? Precz 
z moich oczu, ty zbóju, ty podły tchórzu, co ludzie napastowasz pokryjomu! Co strzelasz na 
nich z tyłu! 
Kornelius obrócił się ku niéj zzieleniały, i wycedził przez zaciśnięte zęby:
 — A jakoż to ja miał strzelać inaczéj, kiedy z przodu Wacpannaś go zasłaniała swoją 
personą? Byłby ja i Wacpannę przestrzelił.
 — A to byłbyś dobrze uczynił. Jużbym na twoją szpetną figurę nie patrzała.
To mówiąc, ręką wciąż wyciągniętą wskazywała mu schody, a gniew jej tak przeraził 
Korneliusa, że chwycił się oburącz za głowę, i zaczął na dół uciekać, wołając:
 — Już ja zgubion u niéj na zawdy! Na zawdy!
Ona tymczasem, podniosła oczy żałosne ale złagodniałe na zdumionego Majstra, i 
kłoniąc mu się do kolan, mówiła:
 — Panie ociec..... panie ociec..... 
Majster przygryzł sobie usta.
 — Po co to gadać? Wiész przecie frajlein jako ja tobie nie ociec.
 — Ja niechcę tego wiedziéć, i będę zawdy respektować Pana Majstra jakoby oćca, boć 
Waszeć mi był przez mędel lat benefactorem. Persekwuj mię Waszeć ile chcesz, bij mię 
nawet jeśli ci to miło, wszystko przeniosę bez sarkania, jeno mi za dozorcę wieży nie dawaj 
onego pachołka, bo takich despektów ja już nie przeniosę.
To rzekłszy, wypchnęła Minę i ślusarza, i drzwi za sobą zatrzasnęła.
Pan Majster zdumiony milczał, tymczasem Pani Flora wciągnąwszy go do 
przeciwległéj komnaty, mówiła natarczywie:
 — A co? Jak z Waszecią zpokorniała? Jak się pięknie zasubmitowała? Dajże już 
Waszeć pokój tym głupim kratom i tyraniom. Do kogo
już ona teraz ma uciekać, kiedy tamten zabit? I po co złe języki budzić? Już 
i tak całe miasto krzyczy na Pana Konzula, że katujesz dziewczynę.
 — A niech sobie krzyczy. Co mi to szkodzi?
 — Oj, szkodzi! A jakby się Waszeci zachciało wyjść na Burgemeistra, to wszystkie 
Katoliki przypomną te excessa, i zakrakają Waszeciną elekcyę.
Majster, zachwiany wymową Pani Flory, wychylił głowę na korytarz, i kilku słowami 
odprawił ślusarza. Gdy napowrót ku niéj się obrócił, wdowa patrzyła na niego z czarowną 
czułością.
 — Waszeć — rzekła — masz serce wspaniałe jako lew. Kiedy tak, to ja dla Waszeci 
jeszcze cóś lepszego zrobię. Po tém wszystkiém co tu przypadło, już nie godzi się aby 
dziewczyna mieszkała pod jednym dachem z Waszecią, dopóka się nie pobierzecie. Ja tedy ją 
wezmę do mojéj kamieniczki, na mój respons. Niech tam siedzi aż do szlubu.
Ale tu Pan Majster gwałtownie się ofuknął:
 — O! Co to, to nein! Nein! I nein!
Pani Flora spuściła oczy, i ciągnęła jakby z wahaniem:
 — Ha! Kiedy Waszeć sam tego chcesz, to już ja muszę z siebie uczynić wiktymę. 
Tedy ja tu się zaintromituję, i będę z Hedwigą siedziała w jednemże więzieniu.
 — Jakto, Wacpani w moim domu będziesz? Wielce ja będę ukontentowan, jeno.....
 — Niema nijakiego jeno. Jak ja tu się wprowadzę, to każden sobie powie: "Juścić pod 
ućciwemi oczami Flory Korwiczkowéj, niemogą siéj tam dziać żadne katostwa ni 
zdrożnoście." Tak tedy będzie salwowan i onor Waszecin i modestya Hedwigi. Prawda że za 
to, ja popadnę pod ludzkie kalumnie.....
 — A to z jakiéj racyi?
 — A jakże chcesz Waszeć? Wdowa co mieszka u wdowca..... to woda na młyn 
kalumniatorów. Ale ja, niechcę myśléć o mojéj personie..... Taka już moja natura. Niewiasta 
się sakryfikuje, dla tego kogo miłuje.
Tu Pani Flora cisnęła Majstrowi upajające spojrzenie.
 — Tera tedy — rzekła — lecę jeno po Xiędza Damiana, potém przynoszę mój 
węzełek, i nie ruszę się ztąd aż do szlubu.
To rzekłszy, zbiegła ze schodów, a zbiegając, tak w duszy kończyła swoją przemowę:
 — Powiedziałam, jako nie wyjdę ztąd aż do szlubu, ale niepowiedziałam do czyjego 
szlubu. Już on teraz mój, to pewne jak Amen w pacirzu. Niechno ja miesiączek abo dwa z 
nim podyszkuruję, a niechno mu na obiadki narobię codzień konfektów i pasztetków, to dziad 
wleci w sidło jako ptak. A godny to mąż! Co za
kamienica! Dla mnie na małżonka unikat. Co za szafy! Co za makaty! A te przebindy i 
alszbanty! Będę ich miała ile się żywnie zachce..
A przytém jest i Panem Rajcą. A za czasem ja go wyforuję i na Burgemeistra. Bo ja muszę 
być panią Burmistrzową, tak czy owak, a muszę.
W tych myślach, Pani Flora wyszła z Bursztynowego Domu, i skierowała się ku 
Dominikanom.
Przez ten czas, Pan Majster, zamknąwszy znów na klucz Hedwigę, stał jeszcze nieco 
w korytarzu, gdzie sobie rozważał ostatnie spojrzenia i słowa Pani Flory.
 — Osobliwsza frau! — Powtarzał. — Dla kogo się to ona sakryfikuje, i kogo to ona 
miłuje? Hedwige? Czy mnie? Oj, coś mi się widzi, że nie Hedwigę. Fenomen z téj niewiasty! 
Dalibóg, żeby nie było Hedwigi, tobym ją zara wziął za żonę, bo to i buzia kieby roza, i 
szyjka cygnusowa. i gospodyni excellentna, i rozumu jak
u siedmiu Panów Radnych. Ale Hedwigi nie rzucę, choćby jeno dla tego aby na swojém 
postawić, i dla tego aby ludzie nie drwili, że mała mödchen dała mi odkosza. A przytém i to 
bestyjka cudna.
Tak rozmyślając, spoglądał kolejno, to na drzwi od panieńskiego pokoju, to na schody 
któremi zeszła Pani Flora, i już wrócił do swojéj komnaty, już sobie znowu piwa dolewał do 
szklenicy, a jeszcze wahał się, która z nich godniejsza jest affektu?
 — Rób co chcesz, — medytował — zawsze źle. Weź tę, będzie żal tamtéj. Weź tamte, 
będzie żal téj. Żeby to tak można..... A no cóż, kiedy niemożna..... Niewolno! Hm..... Na ten 
raz, szkoda że ja nie Turek.
X.
Wesele.
Co to u licha? Czy tu mór wszystkich powybijał, czy co? Maciek, zajrzyj-no do któréj 
chałupy, i koniecznie dostań mi języka.
 — Juz ja, prosę Waséj Miłości, kręcił się po niejedném obejściu, i raz doślipił ja 
maluśkiego chłopacynę, ale i ten mi ucik i psepad za chliwkiem. Juz mię się wsyćko tera nie 
dazy, juz takowa klątwa Pana Boga cięży na mnie, 
obzydłym gześniku.
 — A nie desperuj-że tak ciągle Maćku. Wszakci nawet ja, człowiek, jużem ci darował, 
a jakożby Pan Bóg niemiał darować? Może to właśnie było w Boskiéj woli, aby rzeczy na tę 
niespodzianą figurę się uformowały? Obaczym to zara, już ja ledwie dyszę z impatiencyi, 
jeno mi nie chlipaj wciąż nad uszyma, bo mi na prawdę zbrzydniesz.
Tak Pan Kaźmiérz rozmawiał, jadąc na tęgim bułanku, przez wieś dużą 
i porządną, ale
pustą jakby jakieś miejsce zaklęte. Stawał przed chatą jedną, i drugą, 
i dziesiątą, nawoływał:
 — Hej! A jest tam kto?
Nikt się nie odezwał, nigdzie ani żywego ducha. Czy ludzie poszli gdzie na odpust? 
Ale żeby też ani jednéj nawet babiny nie zostało się na lekarstwo, to jakaś wieś dziwnego 
nabożeństwa?
Pan Kaźmiérz, który dotąd jechał wolno î ostrożnie, (i to nie bez powodu, bo każde 
szybsze poruszenie targało mu wnętrzności,) teraz już, zniecierpliwiony, puścił koniowi 
wodze, i popędził tak siarczyście, że Maciek na swojej szkapinie, w żaden sposób niemógł za 
nim zdążyć, témbardziéj że łzy, nieustannie zalewające jego małe oczy, zasłaniały mu drogę, i 
łkaniem zapierały piersi.
W tych łzach tonął on już od dawna, od chwili gdy ujrzał swego pana 
w Oliwie, pół-martwym na zakonném łożu. Z początku stał osłupiały, nierozumiejąc wcale 
powodu nieszczęścia. Towarzysze Pana Kaźmiérza dobitnie mu go wyłożyli. Wśród ich 
kułaków i płazowań, słyszał nieustanne wyrzuty:
 — A ty łotrze! Ty Judaszu! Toś ty wszystkiego narobił! Tyś zdradził twojego pana!
 — Ja? Ja? Co ja kzyw? Jezu miełosierny! Jabym za pona mego dał z siebie pasy dzyć. 
Dalibóg ja nie Judas.
 — A czemuś to gałganie, liny nie uprzątnął? Żeby nie to, byłyby Niemce do rana 
spały niczego nie widziałszy, a twój pan byłby ujachał i szlub wziął szczęśliwie. Poczekaj, niech on skona, to my tobie damy!
Nakoniec Maciek zrozumiał, i odtąd wpadł w nieopisaną rozpacz, nie nad sobą, ale 
nad swoim panem.
 — Zabijta mię jak psa! — Wołał dzień i noc. — Ja niegodzien żywota! Obwieśta mię 
tu zara na wiezycy!
I rozbijał się po całym klasztorze, głową tłukł o mury, jadło i napój odpychał, a gdy 
choremu niemógł służyć, bo i Pan Kaźmiérz nie znosił jego widoku, Maciek siadł pode 
drzwiami celi, wzdychał, szlochał, każdego 
z wychodzących błagał o wiadomość, i wciąż powtarzał:
 — On juz niezyw! Pewnikiem niezyw! Pokażcie mi wzdy jego mogiłkę! Ja tam się 
zawlekę, i zdechnę jak pies.
Nakoniec Ojcowie Cystersi, ulitowali się tak wielkiéj boleści; zaczęli tłumaczyć 
Maćkowi, że gdzie nie było złéj woli, tam niéma i grzechu, że pan ozdrowieje, nawet już 
miewa się lepiéj. I oficerowie wzruszeni, przestali fukać na biédaka. W końcu i sam Pan 
Kaźmiérz, po kilku naradach z dominikańskim Ojcem Damianem, kazał Maćka zawołać, i 
przypuścił go napowrót do służby, a w połowie 
i do swojéj łaski.
Wszelako łzy Maćkowe jeszcze nie przestały płynąć; jeżeli już nie płakał ze zgryzoty 
nad chorobą pana, to płakał z rozczulenia nad jego wspaniałomyślnością; ile razy otrzymał 
słowo lub spojrzenie, zaraz rozkwilał sié jak dziecko, i teraz oto jeszcze, od łez mroczących mu oczy, niemógł pana dopatrzéć ni dogonić.
Tymczasem Pan Kaźmiérz przebiegłszy wioskę, wpadł w gęste zagajenie, gdzie droga 
nagle się skręcała, i na tym skręcie ujrzał widok niespodziany, który go zarówno zdziwił jak 
ucieszył.
W głębi krajobrazu, świeciła kręto rozlana, iskrząca się od "wartkiego" biegu, rzeka 
Warta; bliżéj stał ogromny dwór wiejski, tyłem zwrócony do rzeki, 
a przodem do wielkiego dziedzińca. Musiał ten dwór być niegdyś obronny, bo na
dwóch narożnikach miał dwie małe murowane baszty, o czapkach z dachówek 
i kręcących się chorągiewek; ale budynek co je łączył, był cały drewniany, modrzewiowy, 
pokłuty gdzie nie gdzie oknami o maleńkich, ziarnistych szybkach;
wyglądał nieco przysiadło, bo nieposiadał piętra; za to miał dach niezmiernie wysoki, z 
gontów niby spiżowych, tu rudawych, tam zielonawych, od porostów 
i omszałości. Przed drzwiami wejściowemi, wysuwał się ganek o toczonych słupach, z 
wystającym daszkiem, w którego trójkątnym szczycie, świecił na tle złotem, okrągły Obraz 
Matki Boskiéj. Dziedziniec musiał także niegdyś służyć za warownię; tu i owdzie sterczały 
jeszcze kawały blankowanego muru, ale w licznych miejscach mur był już rozsypany, i tam 
zastępowały go płoty, bujnie obrosłe krzewinami. Tylko brama wjazdowa, ciężka i sklepista, 
przechowała się nienaruszenie.
Od téj bramy, droga wysadzana lipami, biégła prosto jak wystrzał do wiejskiego 
drewnianego kościółka, który szarzał w oddaleniu nagim czworobokiem swoich ścian 
sędziwych, i dachem jeszcze spiczastszym niźli dworski, uwieńczonym dzwonniczką, gdzie 
pod słońcem coś migało niby srebrna iskra, pewnie sygnaturka.
Cały ten obraz był zatłoczony wieśniactwem odświętnie ubraném; jedni przez płoty 
zaglądali do dziedzińca dworskiego; inni długiemi sznurami stanęli po dwóch stronach 
gościńca; największe tłumy roiły się w koło kościoła; tam aż pstro było na polu od pasiastych 
spódnic, kwiecistych fartuchów, granatowych sukman, i sterczących nad głowami jagnięcych 
wykrawanek.
Pokazanie się Pana Kaźmiérza, sprawiło w téj nieruchoméj ciżbie niejakie poruszenie. 
Na widok ubioru wojskowego, i to nieznanego w tych stronach, oglądano się ciekawie.
 — O!... Jeszcze jeden! I jakowy cudaczny! — Ozwała się któraś dziewka.
 — Wczas! — Podchwycił stojący tuż parobek. — Jadzie na gaszenie świeców.
Pan Kaźmiérz zatrzymał konia, i spytał najbliżéj stojących:
 — Niech będzie pochwalony! Gadajcie, nie zmylił ja drogi? Wszakci ta wieś, to 
Dobrowola?
 — A juści. Co ma być jenszego?
 — No, to dobrze. A co się tu dzieje? Odpust macie, czy jarmark, żeście wszyscy z 
chałup wylegli?
Tu starszy jakiś gospodarz pokłonił mu się do strzemienia.
 — A to proszę Puna Pułkownika, tu som gody. Pan Rotmistrz się żeni.
 — Co za Rotmistrz?
 — Ode pancernéj choręgwi.
 — No tak, ale co za jeden zacz?
 — Jakoż to, co za jeden? To Pun Starościc, nasz młody dziedzic.
 — A tom trafił, jak kulą w płot! Pewnie Pan Starosta ociec, w kościele?
Chłopi spojrzeli po sobie drwiąco. Gospodarz pokręcił czapkę w rękach, 
i znów mówił,
 — Pun Pułkownik z za morza puno jadzie, kiéj pyta o Puna Starostę.
 — Bo co? Czy go tu niéma?
 — Jest-ci, jeno tam kole kościoła pod krzyżem leży wznak, i śpi już całkie dwanaście 
roków.
 — Co? Starosta nieżyw? Oj, to źle. No, a Pani Starościna, także już nie żywię?
 — A Boże broń! Bez uroku mówiący, żywa ona jeszcze, ale jeno bez pół, bo jak 
pochowała Puna Starostę, zara ją paralusz ruszył. O, widzi Pun Pułkownik tam za bramom 
pański dum? Una tam siedzi na gonku; niemogła nieboga puńść do kościoła na szlub 
synaczka, jeno sę kazała wytoczyć przede próg, i czeka 
z chlebem i solom. Widzita? Kole niéj Rękodajny, co to Paniom ongi prowadzał, 
a tera jeno przeciąga jom z ławą. I Pun Marszałek stoi tam, i jensze wielgie ludzie dworskie.
Gospodarz byłby jeszcze dłużéj się chwalił znajomością Starościńskich dworzan, ale 
Pan Kaźmiérz mu przerwał:
 — Bóg zapłać. Z drogi, chamy!
I ruszył, oglądając się za Maćkiem.
Ten właśnie wyjeżdżał z gaju, wstrzymał nagle szkapę, i rozdziawiwszy usta, 
dziwował się:
 — O la Boga! Co tu naroda!
Na skinienie pańskie, co tchu skoczył, rzesza się rozstąpiła, i obaj wjechali w ulicę 
lipową. Droga była wysypana pachnącym tatarakiem; po brzegach stały beczki ze smołą, 
jeszcze niezapaloną, ale wróżącą że noc weselna, i po za
dworem wesoło ma być obchodzona.
Przed bramą Pan Kaźmiérz aż przystanął, dla przyjrzenia się jéj strojności; słupy z obu 
stron były przybrane chorągwiami, pewnie zdobycznemi, bo niektóre z nich wisiały w same 
strzępy, a na innych roiły się płxiężyce i różne
pogańskie znaki. Trofea te poprzepinano tarczami herbownemi, gdzie na czerwoném polu wił 
się biały Nałęcz. U wierzchu bramy powiewały dwa buńczuki, pewnie także wzięte przez 
antenatów, może przez nieboszczyka Starostę.
Niemniéj uroczyście wyglądał dziedziniec; wśrodku, na obszernym trawniku, ciągnęły 
się stoły, ułożone z tarcic na kozłach, zatrzęsione rożnem grubem jadłem, dokoła stały kufy z 
piwem; widocznie uczta dla chłopstwa. Pod oknami dworu, z pomiędzy kwiecistych grzęd i 
krzaków, łyskały cztery wiwatowe moździerze. Ganek, równie jak prowadzące do niego 
schody,
były wyłożone sutém czerwoném suknem, a w głębi, przez drzwi roztwarte, oczy mogły 
dojrzéć sień ogromną, wybitą przepysznym tureckim namiotem, o pasach oliwkowych i 
amarantowych, po których kręciły się czarne i złote arabeski.
Od tego tła barwnego, wdzięcznie choć smutnie odbijała głowa Pani Starościny, 
siedzącéj w głębokiém krześle na ganku; nogi jéj, pomimo lata, były szczelnie otulone białém 
niedźwiedziem futrem; powyżéj pasa, rysował się jéj kabat, z fjoletowego rzymskiego 
szarszedronu, i spadający na piersi kołnierz ze srebrnych koronek; takiż sam czepiec 
pokrywał włosy, także już posrebrzone, bo chociaż Starościna niedawno dopiero czterdziestkę 
przebyła, przecież ślady głębokich cierpień i ciężka choroba, starły już z jéj oblicza wszelką 
krasę; ale czego niemogły zetrzéć, to wyrazu wielkiéj dobroci, wielkiéj prostoty, 
i wielkiéj powagi, co wszystko razem wzięte, czyniło z niej najżałośniejszą 
i najmilszą matronę.
Za krzesłem Starościny stał Marszałek Nadworny, z białą laską w ręku; daléj pod 
ścianą kilku innych domowników, a tuż obok poręczy krzesła Rękodajny, w świetnym 
kubraku koloru łososiowego, z kordem wiszącym przy mendelkowym pasie; w rękach 
trzymał niedużą tacę złotą; brzegi jéj były obłożone równianką ze świeżych róż; w środku, 
leżał bochen żytniego chleba; przy chlebie stała srebrna solnica, w kształcie orlęcia o 
rozpiętych skrzydłach, z koroną na
płaskiéj głowie; w te to koronę była nasypana sól, biała i czysta jakby garstka śniegu.
Pan Kaźmiérz wpatrując się z bramy w nieruchomy ów obraz, pomyślał sobie 
niewesoło:
 — Szkoda! Jeśli ta białogłowa niemoże ni się ruszać ni gadać, to niewielką będę miał 
z niéj pociechę.
Ale natychmiast otrzymał pocieszenie, bo
w tejże saméj chwili Starościna wyciągnęła rękę, wskazała na bramę, i zwróciwszy się do 
Rękodajnego, żywo cóś mówiła.
Przemówienie jéj tyczyło się właśnie Pana Kaźmiérza.
 — Jeszcze ktoś..... ale co to za jeden? Przypatrz-no się Asan, kto to taki? Ja nie 
poznaję..... czy i oczy już mi się psowają?
 — Nie Mościa Pani Starościno, to nie żaden z gościów. Nie znam go..... Zakurzon, 
jakby sto mil ujachał. Ach, a ten pachołek za nim, istny kundel. Jakieś ludzie podróżne.
Marszałek szarpnął wąsa i sarknął:
 — Ale że też tak wali prosto we dwór, choć widzi że u nas gala?
Istotnie, podróżny walił prosto przed ganek.
Służba, sądząc także iż to który z gości, wybiegła na wyskoki, konie wzięła do staj en, 
a Maćka do czeladni.
Tymczasem Pan Kaźmiérz już stał na ganku, kłaniał się i mówił:
 — Do stóp IMci Pani Starościny ścielę się
z weneracyą. Jestem Kaźmiérz Korycki, herbu Prus Pierwszy, Officyjer od Wodnéj Armaty 
Jego Królewskiéj Mości.
 — Aha! — Uprzejmie odrzekła Starościna. — Waszmość pewnie znajomy Władka, 
mego syna? On Waszmość Pana zapraszał?
 — Nie, Mościa Dobrodziko. IMci Pana Starościca nieznam, w tym kraju nigdym nie 
bywał. Proszę mi odpuścić miłościwie, że nieproszon i nieochędożon stawiam się w tym 
zacnym domu, i to w jakiś dzień festynowy, ale ja zdaleka jadę na umysł do IMci Pani 
Starościny, w pewnéj sprawie ważnéj, srodze ważnéj, z którą nie godzi się lenić.
Starościna odpowiedziała, zawsze uprzejmie, ale już obojętnie:
 — Miło mi witać Waszmość w moim domu. Proszę siadać, proszę uniżenie.
Tu wskazała mu jedną z bocznych ławek na ganku, przyczém ciągnęła daléj:
 — O sprawie onéj pogadamy, jeno trochę późniéj, bo teraz niemogę, dalibóg niemogę. 
Leda moment zjedzie z kościoła mój syn, co téj minuty bierze szlubną benedykcyę. To dla 
mnie sprawa nad wszelakie insze ważniejsza.
Tu znowu zwróciła oczy ku lipowéj ulicy, i pytała Rękodajnego:
 — Patrz Asan..... coś tam się rusza..... czy to już oni wracają?
 — Nie, Mościa Pani. — Odparł tamten. — Ledwie co weszli do kościoła. Długo nam 
jeszcze pono przyjdzie czekać.
Pan Kaźmiérz niemógł dosiedziéć na ławie. Niecierpliwość go podrywała. 
Posłyszawszy że "długo jeszcze przyjdzie czekać", postanowił bądź co bądź przyjść do 
rzeczy, a na początek choćby tylko nawiązać zerwaną rozmowę.
 — Tandem tedy — zapytał — syn IMci Pani Starościny żeni się. Wolnoż mi wiedzieć 
z kim?
 — Z moją córką.
Na tę odpowiedź, osłupiał.
 — Przebóg! Syn, z córką? Jakoż to może być?
I spojrzał po wszystkich obecnych pytająco, bo zaczął podejrzewać czy ta chora 
niewiasta, nie jest na umyśle pomieszaną? Ale oczy domowników pozostały spokojne.
Starościna, wyrwana przez jego wykrzyk z roztargnienia, uśmiéchnęła się 
i rzekła:
 — Daruj Waszmość. Wyszło mi z głowy, że człek obcy niemoże wiedziéć rzeczy, o 
jakiéj wié tutaj cała okolica. To nie moja rodzona córka, jeno sierotka przygarnięta od 
maleńkości, ale ja ją tak zawdy nazowam, bo téż ją 
i miłuję nieomal jakby swoją, i wielką pociechę sprawia mi teraz Władek, że mi ją daje za 
synowę.
 — A! Tak, to rozumiem. — Odparł Pan Kaźmiérz, i, rad że może zbliżyć się do celu, 
dodał:
 — Ale Waszmość Pani miałaś i rodzoną córkę?
Starościna po raz pierwszy spojrzała na niego uważniéj.
 — A!.... Waszmość to wiész? Tak.... miałam rodzoną..... i niémam!
 — Dawno to Pani Starościna ją straciła?
 — Piętnaście lat temu. Już całe piętnaście lat!
 — Aha.... to właśnie jakom myślał.....
 — Jakto? Coś Waszmość myślał?....
I strzeliła ku niemu przenikliwém spojrzeniem.
Ale Pan Kaźmiérz przygryzł sobie usta, i ciągnął daléj:
 — Nic..... Jam sobie myślał, jaka to ta dzieweczka musiała być jeszcze młoda?
 — Co to, młoda? Mój Boże, to było niemowlę. Roczek miała, niecały roczek.....
 — I takie maleństwo Pan Bóg zabrał?
 — Nie Pan Bóg zabrał, jeno ludzie zabrali. Tatary ją uwiezły w jassyr..... Tylko 
pomyśl Waszmość, takie niewiniątko, taka śliczność, to wpadło w ręce tych szkaradnych 
okrutników. I to w pogaństwie się chowa! Plugawie żyć musi! Ja 
o tém piętnaście lat myślę dzień i noc, dzień i noc, i już też z tego myślenia, do połowy się 
obróciłam w kamień.
 — Oh! Ja rozumiem takowe utrapienie, bo czy uwierzysz Waszmość Pani, i ja w 
onym strasznym roku, jeszcze jako małe chłopię, byłem zabran w jassyr.....
 — Czy może być?
 — I to z małą siostrzyczką, która nigdy się nie odnalazła.
 — Nigdy? Ach, to najczęściéj tak bywa.
 — Nie koniecznie. Oto mnie odnalazły rodzice. I Waszmość Pani jeszcze kiedy 
odnajdziesz.
Starościna przez chwilę nic nie odpowiadała, tylko dwie łzy zaczęły spływać po 
dwóch bruzdach, wyoranych już płaczem na jéj twarzy.
Pan Kaźmiérz odwrócił oczy, skręcił się na ławie, i pytał:
 — Ale jakoż to Waszmość Państwa dosięgła ta dezolacya? Tatary pono nigdy jeszcze 
nie zapędziły się aż tutaj?
 — A!.... Bo téż to porobiła się istna fatalność. Ja Waszmości opowiem.
Tu Starościna przestała patrzéć w ulicę lipową, i porwana przedmiotem, który 
widocznie nad wszystkiém innem górował w jéj duszy, poczęła mówić 
z żywością:
 — To było tak. Ja won czas wybrałam się do mojéj Pani Matki, co mieszkała daleko, 
za Lwowem.....
 — Do Pani Podkomorzyny Strusiowéj?
 — A! Waszmość i to wiész? Tak, właśnie. Owóż tedy tam Pan Bóg dał mi szczęśliwie 
córeczkę, oną biedną Marysię.....
 — Aha! Więc jéj było, Marya.
 — Maryanna. Marysia. Potém długo przyszło mi leżeć w chorowaniu..... Ze mnie 
zawdy była stękliwa chérlaczka. Już taki boży dopust. A chciało mi się wracać, bo tu doma 
ostał się Władek, starszy o całkie dziesięć lat od Marysi. 
Musiałam ostawić go, wedle uczenia, przy mądrych preceptorach. Aż tu donoszą mi że 
Władek zachorował. Wtedy już ani mię utrzymać. Jachałam tedy co tchu do téj tu Dobrowoli, 
a Marysię ostawiłam u Pani Matki, bo z takiém subtelném dzieciątkiem ciężko było pędzić, a i Pani Matce ciężko było pozbywać się Marysi, 
jako to zawdy starsze ludzie mają swoje delicye we wnuczętach. Panno Najświętsza! Żeby ja 
była wiedziała, byłabym je obiedwie tu wiozła, i wszyscy by my dziś jeszcze razem żyli..... 
Zastałam tedy Władka w gorączce dosyć złośliwéj, ze wrzodkami, jako to zwyczajnie u 
dzieci. Siedzę przy nim kilka niedziel, już chłopak zaczyna mi otrzeźwiać, a tu przychodzą 
wieści jak pioruny, jedna po drugiéj. Naprzód że Tatarzy pokazali się za Lwowem — potém 
że Pan Hetman ciągnie na nich — potém że mój mąż ranion pod Martynowem — potém że 
Orda była pono 
i w tych stroniech gdzie Pani Matka mieszka. Czekam, pytam się, rachuję momenta, żadnego 
posłańca z listem, jeno wieści coraz okropniejsze. Już niemogłam wytrzymać, jadę. 
Nasamprzód przyjeżdżam do Pani Matki. O Boże, co znajduję? Dwór zrabowan, wsie 
spalone, ludzie zabrane w jassyr. Powoli złażą się niedobitki, mówią mi że Panią Matkę..... 
okropność powiedziéć..... zabili! Najokrutniéj zamordowali! A Marysię razem z chłopskiemi 
dziećmi na wozach uprowadzili precz. Jakem stała i słuchała, tak już w one godzinę zaczęło 
mi nogi odejmować. A tu znów ludzie mówią, że Hetman odbił cały jassyr, że dzieci kupami 
odstawia do Lwowa, że tam na Rynku są, że rodzice je poznawają, że tam dzieją się istne 
cuda.....
 — Działy się, działy cuda. — Pdchwycił Pan
Kaźmiérz. — I jam tam był, i mnie tam swoi poznali.....
 — Ach, czemuż ja nieszczęsna wcześniéj tam nie byłam? Ale to tak daleko 
z Dobrowoli! A i nie zaraz ja ztąd wyjachałam, bo wieści latały sprzeczliwe, 
a potém szukałam Pani Matki, tak, że kiedy przypędziłam do Lwowa, to na Rynku już nie 
było ani jednego dziecka. Wszystkie porozbierali ludzie, porozwozili Bóg wié gdzie? 
Chodziłam, szukałam, czego to matka nie wyrabia? Kto jeno wziął wonczas jaką sierotkę, to 
musiał mi ją pokazać. Wpadałam do ludzi jak waryatka, wszędzie się pytam: "Nie widzieli 
wy takiéj gładziuchnéj dzieciny, 
z niebieskiemi oczkami, ze złotemi włoskami, w niebieskiéj sukienczynie ze złotą forbotką? 
(Bo tak ją zawdy przybierałam.) Gdzie tam! I nie, i nie! Sto i tysiąc dzieweczek 
przepatrzyłam, żadna nie moja Marysia! Nakoniec i szukać już gdzie nie było, i nadzieje 
zaczęły wątléć. Wszyscy mi gadali, jako pewnie poganie głodem zamorzyli to niebożę, abo i 
zarżnęli w popłochu, bo najdywano w pogoni wielką moc zarżniętych, które oni woleli zakłuć 
niżeli żywcem porzucić. Takowy to dyabelski naród. Ach, Panno Najświętsza! Tak tedy 
powoli, przyszło wracać doma bez Marysi, jako z najcięższego pogrzebu. Po drodze, jeszcze 
raz niby coś dobrego błysnęło: w jednéj chałupie pod lasem, jest — powiadają ludzie — 
jakowaś dziewczynina odbita od pogan. Tedy wchodzę tam: czysta prawda. Była tam 
chłopka, biédna wdowa, co poszła sama zaraz na pobojowisko,
dla szukania własnych dzieci, i znalazła je, (szczęśliwa niewiasta!) i jeszcze 
z litości wzięła trzecie dziecko, straszliwie porąbane bez tatarskie szable.
Patrzę: nie moje, nawet nijak do Marysi nie podobne. Wszelako żal mi się zrobiło téj sierotki 
na słomie, z raną jedną kole ramiączka, z drugą tu, na boku. Powiedziałam sobie tak: Zmiłuj 
ty się nad tą dzieciną, to tam i nad twoją zmiłują się jakie dobre ludzie, i Pan Bóg może 
zmiłuje się nad tobą, i kiedyś jeszcze Marysię ci wróci. Uczyniłam tedy na tę intencyę takie 
votum, że tę sierotkę jak własną wychowam, wyuczę, i wyposażę czy do klasztora czy za 
męża. Potém wzięłam ją od onéj wdowy, co sama ledwie mogła z dziećmi się wyżywić, 
i jachałam doma. Tu już choroba jęła mię piłować, aż po sam pas przepiłowała. Bo jeno 
pomyśl Waszmość: Matkę mi zakatowali, dziecko mi przepadło, mąż z okrutnych ran zamarł, 
jak tu mdłe ciało wytrzyma tyle biczów? A z tém wszystkiém jeszcze było za co Panu 
Jezusowi dziękować; synaczek rósł pięknie, a z onéj sierotki miałam siła pociechy, bo to i 
wykurowała mi się galantnie, i chowała się na łepską dziewczynę; a jak mię sparalitykowało, 
takem obaczyła dopiero jaka w niéj poćciwość, służy mi bez te wszystkie lata, iście jak 
rodzona. Przylgłam téż do niéj całą duszą, i Władek takoż przylgnął; nie dziwota, chowało się 
to razem, to i umiłowało się po gołębiemu. Co prawda, mogłam ci ja planować dla mego 
jedynaka
i znaczne jakie wiano i wysokie parantele. Jenom sobie mówiła: Niech będzie jako Pan Bóg
uplanuje. — Nie zaraz ja téż i dowierzyłam onym pisklęcym sentymentom; ale Władek 
jeździł i raz i dwa pod chorągiew, i bił się, i świata kęs obieżał, 
a zawdy wracał wierny swojéj sierotce, i ona téż na żadnego inszego ni patrzéć nie chciała. 
Tak tedy pobłogosławiłam, i teraz, w téj minucie, xiądz ich błogosławi, a ja mogę sobie 
powiedziéć, że moje votum ukończone: wychowałam, wychuchałam, za własnego syna 
wydałam, cóż ja już mogę więcéj zrobić? Nieprawdaż, panie kawalerze?
 — Prawda, IMci Pani Dobrodziko, i mnie się wydawa, że jeśliby kiedy Pan Bóg chciał 
Panią Dobrodzikę rekonpensować, to chyba właśnie dziś, w ten dzień co koronuje fortunnie 
jéj traktat z Panem Bogiem uczyniony.
 — I czy uwierzysz Waszmość? — Dodała Starościna, wodząc oczami dziwnie 
rozmarzonemi. — Jest jeden symptomat osobliwszy..... tak po ludzku rzecz biorąc, to wszelka 
nadzieja wygląda na czyste głupstwo, boć piętnaście lat bez wieści,
bez nijakiego śladu, w co tu jeszcze dufać? A jednakoż, bez te wszystkie lata, zawdym ja 
sobie myśliła: — Wszystko w mocy boskiéj. — A już co dziś, to ciągle coś mi w piersiach 
gada: Obaczysz, Pan Bóg cię wysłucha.
 — I wysłuchał!
Te dwa słowa rzucił Pan Kaźmiérz, ale rzucił je nieśmiało, głosem przytłumionym, 
tak, że Starościna, niedowierzając własnym uszom, zapytała:
 — Co Waszmość powiadasz? Nierozumiem.
Wtedy Pan Kaźmiérz wstał, ujął jéj dłoń w swoje ręce, i wymówił głosem już 
stanowczym.
 — Powiadam, że Pan Bóg wysłuchał. Córka Pani Starościny żywa jest.
Zaledwie tych słów domówił, już ich pożałował. Stało się to, co z lękiem 
przewidywał. Twarz Starościny zmartwiała, rysy jéj przykro się wydłużyły, oczy stanęły 
kołem, usta, otwarte do wykrzyku, pozostały niememi.
Domownicy rzucili się ku niéj, odpychając Pana Kaźmiérza i fukając na niego:
 — Coś Waszmość nagadał? Coś narobił? Patrz! Jakoż to można bez preparacyi takie 
nowiny ciskać?
Marszałek, tłukąc o ganek laską, mówił:
 — Jeśli Waszmość zwodzisz, toś popełnił kryminał. Oto od emocyi znów attak 
przyszedł, jeszcze nam zamrze.
 — Ależ — tłumaczył się Pan Kaźmiérz — jam od początku nic nie robił, jeno ją 
preparował? Musiałem-ci przecie raz tę rzecz wykrztusić. Ja nie kłamam, ja prawdę gadam, 
jak Boga kocham, prawdę.
 — Prawdę? — Powtórzyła Starościna, która po kilku wzdrygnieniach zaczynała 
wracać do życia; twarz jéj nabiegła ogniem, oczy zapałały. Wyciągnęła ręce do Pana 
Kaźmiérza i wołała:
 — Aniele boży! Więc to prawda? Ona żyje? Tyś ją widział?
 — Widziałem, sto razy. To ona przysyła mię tu do swojéj Pani Matki.
 — Ale gdzież ona sama? Czyś ją przywiózł? Pokaż-że ją, na miłość boską, pokaż!
 — A juści przywiozę ją.... tylko teraz jeszcze nie można....
 — Dla czego? Gdzież ona?
 — O! Daleko ztąd, w Gdańsku.
 — Co? Aż kole morza? Zkądże ona się tam wzięła? Czy kto ze sług ją odratował?
 — Nie, ona się tam chowała u pewnego człowieka... co nazywa się Schultz.... Majster 
od bursztynów, człek bogaty.....
 — Co? Szwab? Luter? Jeszcze może i ją zlutrzyli?
 — Nie, żona onego Schultza, niewiasta z naszych stron, była szczera Katoliczka, i po 
katolicku wychowała Pannę Hedwigę.....
 — Co za Hedwigę?
 — Ach, nie.... Chciałem powiedzieć, Pannę Maryannę. Ona tam nazywa się Hedwiga, 
boć te ludzie, dostawszy niemowlę, niemogły wiedzieć jakowe jest jego prawdziwe imię?
Promieniejąca twarz Starościny, znagła zamroczyła się zwątpieniem.
 — Gadajże Waszmość: kiedy one ludzie niewiedziały co to za dziecko, to jakimże 
sposobem teraz wiedzą? Dziecko przecie samo sobie tego przypomnąć nie mogło, to rzecz 
niepodobna. Tedy, gdzie dowód że to Marysia? Moja, prawdziwa Marysia?
 — Jest dowód, i nie jeden. A nasamprzód, dziecko miało szatki niebieskie ze złotą 
forbotką, sam-em je oglądał. Widzę ja co Waszmość Pani
chcesz powiedziéć, że to nie żadna racya, bo nie jedną dzieweczkę mogły rodzice tak 
przybrać. Ale jest jenszy dowód, jasny jak słońce. Panienka miała na szyi Szkaplérz.....
 — Ja nigdy jéj niekładłam żadnego Szkaplérza.
 — Ale kto jenszy włożył. W onym Szkaplérzu było pisanie. Mam je tu ze sobą. Czytaj 
Dobrodziko.
To mówiąc, wydobył z zanadrza Szkaplerz, wyjął z niego pożółkłą kartkę, rozwinął ją 
i podał Starościnie.
Ta, ledwie rzuciła okiem, krzyknęła:
 — Boże Święty! Pisanie Pani Matki!....
Ręce jéj się trzęsły, usta drgały, jednak przemogła wzruszenie, i głosem przerywanym, 
czytała następne wyrazy:
"Ja, Podkomorzyna Katarzyna Strusiowa, piszę to i we Szkaplirzu 
świętym kładę na szyję mojéj wnuczki Marysi, dla okrutnéj paniki od Ordy, co 
już nasze somsiady plondruje, i leda moment nas nawiedzi, a która jako słyszę już parę 
tysięców dziatek nabrała. Tedy jeśliby mnie przyszło 
z woley Boskiéj zginąć od onych pogan, niechajże wiedzą że to niemowlę, co samo 
świadkować za sobą niemoże, ma za rodzice moją córkę Orszulę i jéj Męża JMci Pana 
Starostę Rocha Nałęcza, które mieszkają we Dobrowoli nad
Wartą, i jako ludzie znaczne, sowity okup
za nią ochfiarują. A jeśliby nasi odbili dziecko, niechaj takoż wiedzą komu ją trza 
oddać, i niech nie mieszkając oddadzą, za co Pan Bóg im będzie błogosławił, i ja 
błogosławię, Amen. Salwuj nas Jezu Chryste, 
i wszyscy Jego Święci."
Nastąpiła chwila milczenia. Starościna siedziała z oczami utkwionemi 
w papier. Zdawało się że znowu kamienieje.
 — A co? — Zagadnął Pan Kaźmiérz. — Czy rzecz nie jasna jak słońce? Panna 
Hedwiga to Marysia, nikt jenszy.
Starościna zamiast odpowiedzi, zaniosła się od gwałtownego płaczu, zaczęła całować 
to Szkaplerz, to kartkę, i wołała ze łkaniem:
 — Co to za okropny był moment kiedyś ty to pisała, o moja dobrodziejko! Ostatni 
moment twego życia! Zaraz potém, co się to działo z tobą! Mordowana! Zamordowana!....
Potém, podniosła oczy załzawione, obejrzała się po wszystkich i mówiła:
 — No tak, ale co to za cudowna inspiracya, podobną rzecz napisać! Żeby nie to, my 
by nigdy nic nie wiedzieli.
A gdy wszyscy przywtarzali:
 — Dalibóg cudowna! To już sam Pan Bóg przede śmiercią reweluje zacnym 
personom, co i jak mają czynić.
Ona tymczasem zamyśliła się, i po chwili.
rzekła, patrząc w Pana Kaźmiérza wzrokiem badawczym i jakby rozżalonym:
 — Aleć to dziwna dziewka z téj Marysi.... Tyle czasów miała tę kartkę, 
i nie dała nam nijakiego sygnału? Tyle czasów my się nacierpieli!
 — Oh! Pani Starościno! — Zawołał Pan Kaźmierz. — Ona nic nie winna. Ona miała 
Szkaplirz, ale niewiedziała czy tam jakowa kartka siedzi. Ktoby to mógł zgadnąć? Dopiero 
niedawniuchno, trafił się osobliwszy casus, że Szkaplirz jéj rozerwano, i w onczas dopiero 
sekret wyszedł na wierzch.
 — Ale czemuż ona sama nie zjachała do mnie? Czy chora, czy co?
Pan Kaźmiérz zakłopotany, przez chwilę się wahał.
 — Mościa Dobrodziko, długo by to gadać..... Chora, nie. Owszem, zdrowiuchna, 
gładka jak trzy aniołki, a dobra jak sześć, i słodka, i figielna,
tandem, rajski przysmak. Ale to właśnie sęk że przysmak, bo i ten łakomiec Schultz to widzi, 
i jak teraz owdowiał, tak ją chce za żonę....
 — Co? On? Ten Szwab, z procederem?
 — On, on. To téż jakem na to patrzał, to mię taka cholera wzięła, że mu pannę 
wykradłem z domu precz.
Pani Starościna zmieszała się. Rumieńce wyskoczyły na jéj wyschłe policzki.
 — Panno Najświętsza! — Wybąknęła. — I ona dała się wykraść? Czy ona ma dla 
Waszmości.... jakowyś.... godziwy affekt?
 — Pani Starościno! Niezasłużon jeno szczęśliw bierze. Niewiem za co Pan Bóg mię 
faworyzuje, wżdy to rzecz pewna że nakłonił do mnie serduszko téj anielskiéj panny, a jam ją 
upodobał nad życie i nad duszę własną. Ale cóż? Jachali my już 
w najlepsze do pewnego klasztora, gdzie nas Xiądz miał połączyć Sakramentem, kiedy ten 
szelma Niemiec dognał mię ze swemi brygantami. Nec Hercules contra plures.- Jak nasiedli 
na mnie całą kupą, tak mię i przestrzelili durch, żem już za nieboszczyka był mian, a panienkę 
porwali precz do miasta, i znowu trzeba nam ją odbić.
 — Jezus Marya! Ależ to okropne rzeczy Waszmość mi powiedasz. A jak on ją tam 
zmusi do małżeństwa?
 — Liczę ja na verbum panny Starościanki. Uczyniła mi ona solenne obiecanie, i to 
pod gwarancyą Xiędza, że będzie czekała święcie aż powrócę. Trza téż wiedziéć że jest przy 
niéj pewna dobra niewiasta, co nie da jéj krzywdy zrobić. Wszelako zawdy trza nam spieszyć, 
bo niewiadomo co Niemiec tam w swoim łbie wykoncypuje?
 — Ach Boże! — Mówiła Starościna, czyniąc próżne wysiłki dla powstania 
z krzesła. — Żebym ja się jeno mogła ruszyć, tobym tam zaraz leciała, zaraz! Gadaj 
kawalerze, może by wy mnie jakoś zawieźli?
 — Ej, nie! Toby nas haniebnie zmarudziło, a ja powiedam, trza się spieszyć,...
 — No, to Władek pojedzie. We dwóch pojedziecie. Ale jak ja się was doczekam? Ja 
bez ten czas chyba uschnę!
 — Ojoj! Pani Starościna jeszcze się nie obejrzy, a my już z panną Maryanną tu 
powrócim.
 — Na wesele! Na wasze wesele! — Rzekła, przez łzy się uśmiéchając, i znowu ręce 
do niego wyciągnęła.
 — Synu mój! Niechże cię przytulę do serca, ty coś krew za nią przeléwał, ty co mi ją 
salwujesz, ty coś mi ją zwiastował!
Pan Kaźmiérz przykląkł, i ściskając z uniesieniem jej kolana, szeptał:
 — Matko mojéj Jadwiśki! Matko nasza serdeczna!
A gdy całowała jego głowę, czuł jak mu po włosach ciekły jéj łzy gorące.
W téj chwili, owa srebrna iskra na dzwonniczce, zaczęła chwiać się w tę 
i tamte stronę, i brzmienie dzwonu, tętniące, uroczyste, radosne, rozległo się 
w przedwieczornéj ciszy.
Domownicy, którzy dotąd stali z rękami złożonemi jak do modlitwy, zapatrzeni w 
Pana Kaźmiérza, zasłuchani w jego rozmowie, teraz podnieśli oczy.
 — Oho! Już jadą! — Wykrzyknął Rękodajny.
 — Ach, jakież ich tu szczęście czeka! — Zawołała Starościna podnosząc twarz 
rozjaśnioną, a jéj źrenice, jeszcze łzami zasute, zwróciły się ku lipowéj ulicy.
Pan Kaźmiérz wstał, i także w tamte stronę skierował spojrzenie.
Pod kościołem istotnie, wszystko się kłębiło. Wkrótce téż do brzmienia dzwonu, 
domieszały
się i jakieś inne dźwięki, dziwnie piskliwe i przenikające. Tłum zafalował po dwóch stronach 
drogi, runęły tętenty, krzyki, chrzęsty, i ukazał się weselny orszak,
Przodem szli grajkowie, draby tęgie i czerstwe, przybrane po janczarsku, 
w zielone kaftany, wyszyte błyszczącą taśmą, i w ogromne białe czapczyska, 
o wiszących nad uchem worach.
Najpiérwszy, sam jeden, stąpał dobosz, który na dwóch bębenkach, stufarbnych jak 
wielkanocne jaja, wykonywał krzyżową sztuką pałeczek, niesłychane muzyczne figle.
Za nim, dwiema czwórkami, ośmiu innych; jedni dęli w trąby, drudzy 
w cienkie piszczałki; ten pobrząkiwał tryjangułem, tamten klaskał w miedziane talerzyki, ów 
trząchał prątkiem o stu dzwonkach; wszyscy na zabój wygrywali jakąś ogłuszającą turecką 
melopeję.
Za janczarami, na wysokich kołach, toczył się powóz, najmodniejszy wówczas, 
prześliczny, zwany Brożkiem. Był to rodzaj kosza złocistego; 
z narożników jego wystrzelały cztery złote słupki, ukośnie ku górze rozchylone, a na słupkach 
spoczywał, równie złoty, misternie rzeźbiony baldachin. Całą tę budowę, kołyszącą się na 
pasach jakby łódka, ciągnęło sześć koni cugowych 
skarogniadych, zdobnych w pióropusze. Woźnica siedzący na przodzie Brożka, miał ubranie 
przepołowione we dwie barwy, krwistą i błękitną, (kolory Wiary 
i Stałości), na piersiach i plecach strumienie złotych łańcuszków, przepięte od ramienia do ramienia i rzęsiście dzwoniące, a na czapce forgę ze wstęg czerwono-żółtych, które 
w pędzie chwiały się za nim jakby płomień pochodni. Tak allegorycznie przystrojony, 
woźnica ten wyobrażał Hymen. Przed nim, na jednym
z lejcowych koni, siedział foryś, wdzięczne pacholę, w różowéj katance, 
z łuczkiem i kołczanem u pleców, do których przypięto mu hussarskie skrzydła; ten miał 
przedstawiać, lecącego przed Hymenem, Amorka.
Tak pięknie wiezieni, w głębi Brożka, pod baldachinem siedzieli Państwo Młodzi, 
para nadobna, i według słów Starościny "miłująca się po gołębiemu", chociaż (jak to 
najczęściéj bywa), z samych przeciwieństw dobrana.
Oblubieniec, w krótkim złotolitym żupanie, z lamparcią deliurką wiszącą na barkach, 
z czaplą kitą i sobolową opuszką u kołpaka, z cudną damascenką u boku, miał oczy niebieskie 
jak turkusy, różowe, uśmiéchnięte usta, nad któremi wywijał się złoty wąsik, i tak w ruchach 
jak w obliczu jakąś uprzejmą pogodę, któréj twarde obozowe życie, jeszcze nie zdołało 
przymroczyć.
Oblubienica za to, miała piękność po trosze cygańską, tę piękność chmurną i 
namiętną, co to i odpycha i przyciąga. Pod strzechą włosów, czarnych aż do granatowego 
połysku, pod brwiami jakby węglem nakreślonémi, tkwiły oczy szeroko rozwarte, zwykle 
nieme, i tylko jakby zadziwione; ale przy każdém wzruszeniu, krzyżowały się w nich 
błyskawice. Lica śniade, rzadko kwitły rumieńcem; tylko wieczna czerwoność ust nieco grubych, odkrawała się od nich jaskrawo, jakby rozcięty granat.
A ta burzliwość wejrzenia, ta ciemność włosa i cery, odbijały dzisiaj tém silniéj, że, 
według obyczaju polskiego, Panna Młoda od stóp do głów była 
w bieli.
Suknię miała ze srebrnéj lamy, przepinaną mnóstwem pontałów, czyli węzłów 
perłowych; u szyi kołniérz z mięsistych weneckich koronek, i takież velum aż do ziemi; na 
welonie kręcił siej złoty łubek, opleciony w mirt i rozmaryn.
Tuż za Brożkiem jechał inny wózek, otwarty i długi jakby wasąg, już nie złoty, ale 
wzorzysto malowany, pełen świergotu i chichotu, istny kosz kwiecia, bo tam na ławeczkach, 
rzęd za rzędem, usadowione były Druchny, w jasno-barwnych jubkach i letniczkach, z 
pękami kwiatów u głowy i u piersi, z ciekawemi oczami, które strzelały to ku Pannie Młodéj, 
to ku Drużbom.
Drużbowie harcowali konno po dwóch stronach Brożka i panieńskiego kosza, wszyscy 
tacy śliczni a strojni, że aż się w oczach ćmiło; to rzucili piękne słówko któréj z Druchen, to 
w mądrych zwrotach toczyli rumelijskięmi wierzchowcami, na których srebrne siatki, kule i 
napierśniki pochrzęstywały szkliście; czasem, na wiwat, z gułdynek dawali ognia.
Za wózkiem panieńskim, toczyły się jeszcze kolebki o półokrągłych budach, i 
rydwany o podwiniętych oponach, z po-za których można było dojrzéć, migocące od 
brylantów i szmaragdów, szpinki, krzyże, alszbanty, przytém fale złotych i srebrnych forbotów, przytém tęgie brokadye i miękkie dywtyki, bo tam długim 
szeregiem, jechały starsze i młodsze niewiasty, a z niemi najpoważniejsze męzkie głowy, Pan 
Wojewoda, bliski krewny Starościny, dwóch Kasztelanów, Podkomorzy, miejscowy 
Proboszcz, i różni inni duchowni, sproszeni na tę uroczystość. W koło kolasek jechało jeszcze 
konno mnóstwo mężczyzn, za niemi tłum widzów zwijał się powoli z dwóch brzegów 
gościńca, i coraz nowe ogniwa dowiązywał do weselnego łańcucha.
Kiedy cały ten orszak, pod promieniami zachodzącego słońca, zaczął migotać, i 
płynąć i szumieć, Panu Kaźmiérzowi stojącemu na ganku, wydało się, że stoi na pomoście 
"Łabędzia", i widzi lecący ku sobie, roziskrzony wał morski. Jedną ręką przysłonił oczy, 
drugą rękę podniósł i wykrzyknął:
 — A to mi wesele! Jeszcze lepsze niż tamte Gdańskie. To mi po rycersku, po 
naszemu!
Już też okrzyki dopłynęły do bramy.
Janczarowie rozstąpili się, stanęli przy dwóch wjazdowych słupach, 
i Brożek pierwszy wleciał na dziedziniec, a Hymen i Amor tak dzielnie pokierowali końmi, że 
choć w pełnym pędzie okrążały trawnik, przecież przed gankiem stanęły jak wryte.
Pan Młody wyskoczył na stopnie, (które nie były otwierane, ale wisiały nieruchomie, 
jak trzy pudła, kobierczykiem obite), chwycił Pannę
Młodą pod ręce, wionął nią w powietrzu jak obłokiem, i postawił na czerwoném suknie, po 
którém oboje wbiegli, i upadli do nóg Starościny.
Rękodajny co żywo podał tacę, ale matka zapomniawszy o wszystkiém, odepchnęła tę 
zawadę, i obejmując głowy Nowożeńców, urywanym głosem wołała:
 — Dzieci moje! Bóg wielki! Bóg dobry! Marysia się znalazła!..... Krysiu moja, to za 
ciebie mi ją Pan Bóg oddaje! Władku, masz siostrę! Nasza Marysia żyje!.....
Na te słowa Panna Młoda wydała krzyk gwałtowny, obsunęła się jeszcze niżéj, objęła 
nogi Starościny, i wołała:
 — Czy może być? Żywa? O Pani Matko, jaka ty święta, kiedy Pan Bóg w takie 
konfidencye wchodzi z twojemi votami! Ale gdzież ona, ta biedaczka?
 — Gdzie Marysia? Dajcież ją sam! — Wołał Pan Młody, oglądając się na wszystkie 
strony.
 — Jeszcze jéj tu niémasz, ale da Bóg, będzie. Ten kawaler ją widział, powieda że ją 
sprowadzi, patrzcie, oto IMci Pan Korycki, jéj salvator, mój drugi syn, to będzie mąż Marysi!
Pan Rotmistrz skoczył ku Panu Kaźmiérzowi, objął go za szyję, całował 
w oba policzki, raz, i drugi, i trzeci, a wciąż wołał:
 — Kochany! Setny chłopcze! Niechże cię! A toś cudotwórca! Święty Pański, czy co?
W téjże chwili Panna Młoda, wciąż na klęczkach, zwróciła się ku Panu Kaźmiérzowi;
nie spojrzała nawet kto on taki, młody czy stary, pan czy parobek, tylko chwytała go za ręce, 
chciała je do ust ponieść, i ze łkaniem wołała:
 — Daj, daj Dobrodzieju! Niech ucałuję te ręce przezacne, co Pani Matce wróciły jéj 
skarb!
Pan Kaźmiérz zakłopotany, wyrywał ręce i prosił:
 — Dajże pokój Wacpani..... A toć ja raczéj winien całować te hatłasowe rąsie.
Na takie kawalerskie słowa, klęcząca podniosła oczy, spostrzegła dopiéro teraz, że ów 
"Dobrodziéj" to dorodny młodzieniec, zerwała się zmieszana 
i spłonęła.
Pan Młody zawołał ze śmiechem:
 — A to mi się skonfundowała moja panna!
I patrzył dobrotliwie to na nią, to na niego, potem nagle zamyślił się, 
i szepnął Starszemu Drużbie, który stał tuż przy nim:
 — Jaki ten kawaler podobien do kogoś.... Widzisz Waszmość? On i moja panna..... A 
to istne dziwo.....
 — A prawda! — Potwierdził Drużba. — Podobniusieńcy, jakoby rodzeni. Osobliwsza 
rzecz, jakie to hazard wyprawia kombinacye?
Tymczasem kolebki jedne po drugich zajeżdżały, goście zapełniali schody, ganek, 
sień, i coraz tłumniéj cisnęli się do Starościny, dla składania jéj weselnych powinszowań.
Wieść o znalezieniu się Marysi, padła między to radosne zgromadzenie jakby raca siarczysta, po któréj wybuchnął cały fajerwerk 
okrzyków, uniesień i podwojonych powinszowań. Starościna przedstawiała wszystkim Pana 
Kaźmiérza, jako przeszłego i przyszłego zbawcę swojéj córki, chciała wysławiać jego męztwo 
i poświęcenie, ale w tym niezmiernym ścisku 
i zgiełku, nikt prawie niemógł jéj dosłyszéć. Tłoczono się więc znowu do Pana Kaźmiérza, 
mężczyźni obsypywali go potężnemi uściskami, niewiasty wdzięcznemi spojrzeniami, a 
wszyscy obiegli tysiącem i tysiącem pytań.
Jednak Rękodajny ciągle się Pani domu napierał z chlebem i solą, a widząc że na 
niego nie zważa, wsunął tacę tuż przed jéj oczy, i nachyliwszy się do jéj ucha, mówił:
 — Pani Starościno! Mościa Pani! Trza koniecznie to oddać, bo jak Państwo Młodzi 
tego nie wezmą, to będzie zły omen.
 — Masz Aspan racyę. — Odparła nakoniec. — Słuszną racyę. Krysiu! Władek! 
Chodźcie tu moje dzieci! Z onych emocyi nie pilnowałam ja się obyczaju starego. Niechże się 
święci choć teraz. Weźcie te dary boże, aby dom wasz nigdy nie zaznał głodu, i aby żywot 
cały był wam smakowity.
Państwo Młodzi znów przyklękli przed matką, dla odebrania jéj darów, 
i nowy okrzyk obecnych, potwierdził wyrażone przez nią życzenie.
Jeden tylko Pan Kaźmiérz milczał.
Na to imię "Krysia", które kilka razy doleciało już jego uszów, myśl nowa, dziwna, przestrzelista, zaświtała w jego pojęciu. Przez 
chwilę stał osłupiały, niesłyszący pochwał ani pytań jakiemi go wciąż oblegano, aż nagle 
rzucił się ku Pannie Młodéj, chwycił ją gwałtownie
za rękę, i zapytał zdławionym głosem:
 — Tak to więc, na imię Wacpani, Krystyna?
 — A jakże? Na Chrzcie Świętym dano mi: Krystyna. Jedyna też to rzecz co mi się 
ostała po moich biednych, zatraconych rodzicach. Ale pozwól Waszmość.....
To mówiąc wstawała od nóg Starościny, i usiłowała wyciągnąć swoją rękę 
z rąk Pana Kaźmiérza. Tymczasem ten zamiast puścić, coraz mocniéj ściskał, 
i coraz natarczywiéj pytał:
 — Jeszcze..... jeszcze..... Ile Wacpani lat miałaś jak cię z domu wzięły pogany?
 — Ach Boże! Co to Waszmość może obchodzić?
 — Gadaj Wacpani, ja chcę wiedziéć, ja muszę wiedziéć.....
 — A no, coś tak, trzy czy cztery..... wszak prawda, Pani Matko?
 — Czysta prawda. — Potwierdziła Starościna. — Wyglądała na czteroletkę, 
i już wcale dobrze gadała.
 — Na miłość boską! — Wołał Pan Kaźmierz głosem coraz mocniéj wzruszonym. — 
To właśnie jak nasza Krysia. Bo trza wiedziéć Wacpaństwu, żem i ja w onym dziecinnym 
jassyrze utracił siostrę, co zwała się Krysia, i miała kole czterech latek, i nigdy my jéj niemogli odszukać.
 — Czy może to być? — Odparła Panna Młoda, którą także wzruszenie zaczęło już 
ogarniać.
 — Cztery lata! — Powtarzał Kaźmiérz. — Toć można już coś pamiętać. 
A Waszmość Pani Krystyno, nic nie pomnisz? Jak się zwali ci rodzice? To miejsce gdzie 
siedzieli?
 — A Boże mój! Żebym-ci ja to była wiedziała, toby mię Pani Starościna była zaraz do 
nich odwiezła. Ale mały dzieciak takowych rzeczy niewié.
 — I nic nie wspominasz sobie, nic?
 — A juści, pomnę różne rzeczy, jeno takie co się na nic nie zdadzą.
 — A może się i zdadzą? Proszę jeno powiedaj, bo ze mnie dusza chyba wyjdzie.....
 — Owóż tedy, — mówiła Panna Młoda powoli, przesuwając rękę po czole, — pomnę 
Panią Matkę, że była cieniuchna.....
 — Tak, tak, była subtelna, i nie wysoka.
 — I nie wysoka. I miała u pasa rożańczyk, to ja się z nim precz bawiłam.
 — A miała, miała, i ja pamiętam.
 — A Pan Ociec owszem był duży, i wąsy miał okrutne, aż ja ich się bojałam.
 — Siwe, co?
 — Ale gdzież znowu? Czarniusieńkie, jak wiszące dwa pióra od kruka.
 — No tak, prawda, wonczas one jeszcze były czarne. Tak, Pan Ociec i dziś ma wąsy 
długie, o..... tyle. A wżdy to jeszcze nic nie znaczy. U nas, co bogobojna białogłowa, to z różańcem, a co mąż rycerski, to wąsal.
 — Czekaj-no Waszmość, ja jeszcze cóś o Panu Oćcu powiem..... rzecz to ucieszna, 
chociaż ja takoż się tego bojałam. Oto, jak był komu rad, abo się komu dziwował, to zawdy 
mawiał: "A niechże cię Turek zjé!"
 — Jezu Marya! Józefie Święty! A toć to akurat przysłowie Pana Oćca, Pana 
Miecznika! A toć to Wacpani chyba nasza Krysia, bo niéma na świecie drugiego człeka z tém 
proverbium, ja przynajmniéj na takiego drugiego jeszczcm się nie natknął. Jezu Marya! Co 
jeszcze wiesz? Jaki to tam u nas dom? Jaki sad?
 — O! To mi się w głowie nie ostało. Wiem jeno, że za sadem, nad jakowąś wodą, była 
góra....
 — Nie góra, jeno kopiec, stary graniczny kopiec.....
 — Może to kopiec, ale dla mnie małéj, to była cała góra. Jam się tam zawdy 
gramoliła, aby patrzéć jak się tam bawili moi trzéj braciszkowie.....
 — Trzéj? Więc i ty miałaś trzech? A pamiętasz jak się nazowali?
 — O! To pamiętam. Stasio, Adaś i Kazio.....
 — Boże mój! Toć ja jestem ten Kazio! Krysiu! Tyś moja Krysia!..... Już teraz jabym 
przysiągł żeś ty prawdziwa Krysia!
I porwał ją w objęcia, i w gwałtownych uściskach zapytywał jeszcze:
 — A pamiętasz ty starą klucznicę Anusię?
 — A jakoż? Tę z plastrem na oku?
 — Tak, tak, właśnie! Ona wszystko wié!..... A tę historyę ze studnią, pamiętasz?
 — Ach, ze studnią! Abo ja to raz powiedałam Pani Starościnie, jak to Kaziowi biczyk 
wpadł do wody.....
 — A tak, tak, w sam raz biczyk.
 — I kiedy chciał go złapać, przegibnął się przez cembrunek, i już leci 
w dół, ale to taki był mądry, że złapał się liny od wiadra, a jak my dzieci zaczęły krzyczéć, tak 
się ludzie zlecieli, i wyciągnęli go z wiadrem, aż Pan Ociec go po twarzy poklepał, i 
powiedział: "A toś mi zuch, niech cię Turek zjé".
 — Boże miłosierny! — Krzyczał Pan Kaźmiérz, chwytając się za głowę. — Słyszycie 
Wacpaństwo? A toż powieda rzeczy takie, o jakich nikt na świecie niewié, jeno ja! To 
Krysia!.....
I znów oplatał ją uściskiem, aż twardym od gwałtowności. Po chwili puścił, i runął do 
nóg Starościny.
 — Święta nasza Pani! Tyś nam ją zasalwowała! Niechże cię Bóg nagrodzi!
Starościna długo niemogła odpowiedziéć, bo ze szczęścia znów zanosiła się od płaczu. 
Nakoniec, kładąc rękę na głowie młodzieńca, rzekła:
 — Już nagrodził mię, już nagrodził, przez ciebie mój złoty chłopcze! Wszakci tyś mi 
zasalwował Marysię?
I znów lała te słodkie łzy, w których zwolna tonęły wszystkie jéj dawne bóle. A i w 
błękitnych oczach Pana Młodego, także cóś przeświécało, jakby szklące się krople.
Krysia nie płakała. Nigdy ona do łez nie była skora, tylko w oczach jéj, głęboko, 
robiły się łyskania, i w piersiach podniesionych serce biło młotem.
Teraz ona chwyciła ręce Kaźmiérza, i pytała z rodzajem struchlenia:
 — Mówże! Rodzice, żywe? Bracia, żywe?
 — Pan Ociec żyw, dzięki Bogu. Pani Matka..... ach, Pan Bóg dawno ją wziął do 
swojéj chwały. O czemu téż to nie dożyła? I Stasio, i Adaś, téż. Śpią oba na stepach, gdzie 
kości położyli w srogich potrzebach z poganinem. Zawsze gadali jako idą pomścić się za 
Krysię. A tymczasem ona żywię! Ach, co to Pan Miecznik, Pan Ociec powié jak obaczy?
 — I gdzież on jest? Gdzie Ociec?
 — W Czarnorudce.
 — Ach, Czarnorudka! Tak! Tak..... to tak się nazywało..... Ja przez te wszystkie lata 
szukałam onéj nazwy, chodziła mi po głowie, a nie chciała wyjść..... Czarnorudka! I Ociec 
sam jeden tam siedzi?
 — A sam. Nieraz mawiał: "Żeby jeno Krysia przy mnie była, tobym ja wszędy miał 
raj." No, i będzie miał raj!
Gdy tak zamieniali coraz cichsze zwierzenia, przerywane tylko słowami Starościny i 
Rotmistrza, tymczasem reszta zgromadzenia coraz szerszém kołem odsuwała się od nich.
Początku téj rozmowy, obecni słuchali z najwyższém natężeniem uwagi, przy 
poznaniu się brata z siostrą, wybuchnęli krótkim, stłumionym wykrzykiem, ale po tym 
jednym wykrzyku, nastała ogólna cisza. Jeśli piérwsza wieść, o znalezieniu się Marysi, 
wznieciła radość głośną, czysto ludzką, to druga przeciwnie, obudziła rodzaj świętej trwogi. 
Tyle naraz szczęścia, to już chyba za wiele na ten świat ułomny! Wszystkim się wydało, że 
cóś nadziemskiego przechodzi między niemi niewidzialnie, i zamilkli jak podczas przelotu 
anioła.
Czuł téż każdy, ile obecność tłumów musi ciężyć tym szczęśliwym, coby chcieli 
wywnętrzyć się do woli. Nieznacznie więc, ganek opustoszał; zaczęto się rozchodzić 
gromadkami, które krążąc, to po domu, to po dziedzińcu, toczyły przyciszone rozmowy o 
dziwach Opatrzności boskiéj.
Patrzący na to Pan Marszałek, zafrasował się, przystąpił do pani domu, 
i szepnął:
 — Mościa Pani Starościno! A nie godziłożby się to już podać wieczerzy? Goście nam 
się jakoś rozłażą, pewnie i głodni.....
 — Czyń Aspan co chcesz, co sam żywnie chcesz.....Ja już nic nie rozumiem..... Ja od 
szczęśliwości tracę głowę.....
 — I ja tracę głowę..... — Przywtórzyła z nie
jaką goryczą Krysia. — Wciąż gadam i myślę o mojéj personie, a jam nie powinna teraz 
myśleć o niczém, jeno o téj nieszczęsnéj Marysi, co tam jeszcze kołacze się w onych 
jakowychś niebezpiecznościach..... Co tu robić? Co tu robić? trzać ją na gwałt ratować.
 — Już nad tém nie susz sobie łepka, moja Panno. — Odparł z uśmiéchem Pan 
Władysław. — Już od tego my dwaj, IMci Pan Korycki i ja. Waszmość znasz najlepiéj 
tamtejsze konjuktury, to mi powiész co trza czynić, aby tę rzecz przeprocessować cum honore 
et successu. Szkoda żeś Waszmość trafił na taki tumult w domu: ale niechno się tylko z 
weselem uładzę, zaraz na koń, i jazda!
Tu zwróciwszy się do Panny Młodéj, zapytał:
 — Tylko, cóż moja Panna powié na to, że ledwie-ci dostała męża, już ten mąż drałła 
do morza?
Krysia odrzekła, głosem nieco twardym:
 — Żebyś Waszmość nie był powiedział; "Jadę!" Tobym Waszmości posłała moją 
kądziel, a sama-bym pojachała między Niemce, î wykradła moją przyszłą bratowę, boć ona tu 
piérwsza niż ja.
 — Oho-ho! To mi Herodek! — zawołał śmiejąc się Pan Młody. — Ale nie szkodzi 
nic. To właśnie żonka dla Rotmistrza. Niech-no mię kiedy usieką 
w potrzebie, to ty zaraz weźmiesz
komendę nad moją rotą, i poprowadzisz ją na Niemce, abo i na pogany, co?
Tak mówiąc, objął ręką jéj kibić, i ukradkiem, po-za welonem, chciał całować jej 
szkarłatne usta. Ale dzika dziewczyna broniła się ostro, mówiąc:
 — Wstydź się Waszmość... w oczach kompanii!
W téj chwili, boczne drzwi sieni się rozwarły, i z głębi domu zabrzmiała muzyka, już 
nie żadne pogańskie piszczki, ale uczciwa domorosła kapela, 
z cudzoziemskim na czele kapelmistrzem. (Który nawet za Włocha się podawał, choć 
podobno był tylko Czechem.)
Na to hasło, goście zaczęli napływać do sieni, a ztamtąd, stu parami, do sali.
Była to sala tak wielka, że cały dom z końca w koniec przerzynała. Od sztucznie 
struganych belek pułapu, zwieszały się grube mosiężne świeczniki, 
w których seciny świéc woskowych płonęły, bo zmrok już dobrze zapadał; już i na dworze 
zapalano smolne beczki, których blask napływał purpurowemi wstęgami, przez okna wycięte 
na przestrzał w obu końcach sali. Pod tém oświetleniem, ściany niby ruszały się i mrugały, od 
szeregu wązkich, wysokich portretów, 
i równie wysokich kredensów, których półki były pełne kosztownych mis 
i roztruchanów. Środkiem sali ciągnął się stół wązki, zgięty w długą podkowę, także jarzący 
od sreber,
pstry od pękatych bukietów i malowanych lalek z cukru.
Naprzeciw drzwi wejściowych, roztwierał się zazwyczaj komin; teraz jednak, jako w 
porze letniéj, był on zasunięty różnobarwną perską makatą, na któréj przypięte, krzyżowały 
się proporce i pęki broni. Nad kominem, pod samym stropem, wisiał drewniany chórek; tam 
to kapela rzęsiście wygrywała weselnego marsza.
Przy jego dźwiękach zaczęto siadać do stołu. Pan Kaźmiérz, jako młody, wcisnął się 
skromnie na ubocze, i chciał usiąść przy niższym końcu. Ale od szczytu podkowy, zajętego 
przez Nowożeńców, Starościnę i wysokie matadory, ozwały się głosy:
 — Gdzie Imci Pan Korycki? Pani Starościna prosi! Dawaj go sam!
I pan Wojewoda, porwawszy Kaźmiérza za ramiona, posadził go między sobą 
a Panią Starościną, mówiąc:
 — Siadaj Waszmość kole Majestatu, boś ty tu dzisiaj poseł największego 
z Króli.
Początek wieczerzy przeszedł dość milcząco. Goście jak mówiliśmy, byli nieswoi od 
wzruszeń, a przytém i znużeni całodziennym szeregiem nabożeństw, powinszowań i oracyi. 
W cichości więc, choć nie bez ochoty, wypróżniali półmiski. Jedna Starościna nic a nic jeść 
niemogła, tylko półgłosem zadawała Kaźmiérzowi coraz nowe pytania, dotyczące to Marysi, 
to Krysi, a Nowożeńcy pochylali się nad stołem, ażeby dosłyszeć odpowiedzi, co im jednak 
niełatwo przychodziło, dla muzyki rozgłośnie odbijającej się o ściany.
Powoli, gdy pierwszy głód został zaspokojonym, wszystkie głowy zaczęły się zwracać 
ku szepcącym, a w końcu drugiego dania, jedna ze starszych niewiast, siedząca niedaleko 
Panny Młodéj, niemogła już wytrzymać, i zagadnęła:
 — Mości Panie Korycki! Jeżeli w historyi Waszmościnéj niéma jakich srogich 
misteriów, i jeśli Pani Starościna da na to permissyę, może-by téż i my cóś posłyszeli? Radziby my wiedziéć, z jakowych to nieprzezpieczności Waszmość wywiodłeś tę panienkę, i 
jakowemi merytami wysłużyłeś sobie jéj przyjaźń?
Żądanie to zostało żywo poparte przez wszystkich obecnych, zwłaszcza przez kobiety, 
którym oczy aż świéciły się od ciekawości.
Pan Kaźmiérz zamienił ze Starościną kilka cichych słówek, poczém odpowiedział:
 — Uczciwać to historya, niema czego się wstydać, jeno bym ja wolał aby ją kto jenszy 
recytował, bo to zawdy nieprzystojna, własnym akcyom świadczyć.
 — Nie zważaj Waszmość, jeno powiedaj! — Okrzyknięto do koła. — Daléj! 
A nic nie łykaj, czyń narracyę ab ovo. Kiedy Pan Bóg cię tu przysłał akurat dziś, to widocznie 
chciał aby my wszyscy cię słyszeli.
Dano znak muzyce, która wnet przycichła, i Pan Kaźmiérz zaczął opowiadać swoje 
poznanie się z Panem Schultzem i Panną Hedwigą, i wszystkie przygody wynikłe z owéj 
znajomości. Z początku nieco się plątał, gdyż usiłował jak najmniéj mówić o sobie; ale prędko spostrzegł że to 
będzie rzeczą niemożliwą; jego udział w tych wypadkach był zanadto wielki, ażeby mógł być 
pominiętym. Przestał się więc krępować, 
i z żołnierską szczerością wypowiadał słuchaczom swoje oburzenie na Majstrowe zaloty, 
swoją chęć wykradzenia ofiary, i jéj wstydliwy opór, potém jéj uwięzienie na poddaszu, i 
nadpowietrzne porwanie.
Przyrodzona fantazja, prawdziwość uczucia, i żyjące świadectwo, dawały tym 
obrazom tyle ruchu i gorącości, że cała sala zawisła na jego ustach. Mężczyźni przytakiwali 
mu wykrzyknikami.
 — Tęgoś Waszmość się spisał!
 — Licho bierz Niemce i Ollendry!
 — A to mi peregrynacya per obłokam!
Panny zaś po kątkach aż piszczały z radości, a w duchu zazdrościły téj pannie, co była 
dosyć szczęśliwa, aby przechodzić tak piękne nieszczęścia.
Cóż dopiero, kiedy opowiadacz jął malować bitwę na pustém polu, odbicie ofiary, i 
swoją rzekomą śmierć? W całéj sali zrobiło się cicho jak w kościele.
 — Ilem ja czasu był umarły? Niewiem. — Ciągnął mówca. — To jeno pomnę, że 
gdym przyszedł do się, gdym się obaczył w celi Oćca Błażeja, myślałem żem już 
w Paradisium, w klasztorze Pana Jezusa, gdzie Święci posługują duszom wyszłym 
z konania, i dziękowałem Panu
Bogu, że mię nie wsadził do miejsca pokuty, z czego zaprawdę ja ciężki peccator mogłem być 
kontent. Wszelako wyznawam żem był jeszcze kontentniejszy kiedy mi powiedziano żem 
żyw, i że jestem na tym samym świecie po którym chodzi moja panna. Powiedziano mi takoż, 
jako i ona żywa i zdrowa, i na mnie constante myśli czekać, tak żem od onych extazów mało 
drugi raz nie umierał. Dałem się tedy cierpliwie opatrować, i wciąż niby spałem, jeno serce 
we mnie dyszało. Czasem téż przychodziła służebna Pani Korwiczkowéj, téj co to — jak 
mówiłem 
Waszmościom — była naszą prowidencyą. Ta mi gadała, jako Panna Hedwiga.... to jest 
Panna Maryanna, kłania się mnie i życzy zdrowia, i będzie onego Niemca zwodziła 
czekaniem aż do mojego wyzdrowienia, a jak wyńdę z téj febris, to się dowiem o czemś 
takiém, co nas wszystkich wyniesie na pinaculum wszelakich szczęśliwości. Jam tedy precz 
leżał, a dzień i noc medytował, co to takiego być może? Aż kiedy gorączka we mnie oziębła, 
Ociec Damian, Dominikanin, spowiednik Panny..... Maryanny, a człek mądry jako drugi 
Paweł Święty, pokazał mi ten Szkaplirz z pisaniem, i powiedział jako Panna Hedwiga niechce 
tego skarbu powierzyć nikomu jenszemu, jeno temu komu powierzyć ma i swoją personę. 
Wtedy jużem niemógł uleżeć, i chocia perswadowali, chocia chcieli wiązać mię do łoża, jam 
uciekł im z klasztora, kazał się zanieść na szkutę, położyli mię tam flisaki w izdebce na 
słomie, i wieźli w górę Wisłą bez dni
kilka. Potém téż i tylem już otrzeźwiał, żem się pachołkowi kazał wsadzić na konia, dotarli 
my do Warty, i choć to ja nigdy w tych stroniech nie bywał, wszelako jakem zaczął od wsi do 
wsi zaglądać, a dopytować się gdzie ona zaczarowana Dobrowola, takem i zajachał przed 
ganek Imci Pani Starościny Dobrodziki.
Na słuchaniu téj opowieści, zeszła prawie cała wieczerza. Dania jedne po drugich 
mijały niepostrzeżone, z wielkiém umartwieniem Pana Marszałka 
i Piwnicznego, bo goście jedli najwytworniejsze przysmaki, a żadnego nie pochwalili, łykali 
najlepsze wina i miody, a nie pomyśleli o zdrowiach.
Gdy Pan Kaźmiérz dojeżdżał z opowiadaniem do dworu Dobrowolskiego, już wety 
były bliskie końca.
W téj chwili podano wielki puhar beznożny, zwany Kulasem, sadzony staremi 
monetami. Na jego widok dopiero, Pan Wojewoda przypomniał sobie co należy czynić przy 
weselnéj uczcie. Ujął zatém czarę w obie ogromne ręce, wstał, i ogromnym głosem 
przemówił:
 — Dawno to już ludzie mogli dokumentnie observare, że najmilszy Niebu taki 
Hymen, gdzie się łączy pulchrum cum bellico.
Ztąd propensya gładkich dziewek do rycerskich mężów. Ztąd wdzięczna Cypryda uśmiécha się do srogiego Marsa. Ztąd 
i dzisiejsza Oblubienica, którą by my dla jéj urody chętliwie zwali Pulcheryą, ale którą dla jéj 
chrześcyańskiej nabożności mianujemy Krystyną, ślubuje wiarę 
I Mci Panu Rotmistrzowi, na którego wojenne przewagi, mimo jego let wczesnych, nieraz my 
już z admiracyą patrzali. A ile takowe stadła są na rękę Niebu, to sama dziś Opatrzność 
pokazowa, kiedy jak ulał w dzień tego Hymenu przysyła wieść mirakulozną, i jawném to 
czyni, jako Pan Bóg, co zawdy lubi krzyże, tak singulare pokrzyżował destynacye tych dwóch 
sióstr i dwóch braci, że z onego krzyża wyszło im zbawienie. Tandem, święcim dubeltowy 
fest. Ciesz się więc dubeltowo, zacna Rodzicielko, jako my się cieszym, wołający: Niech żyją 
Państwo Młodzi!
 — Niech żyją! Vivant! Vivant! — Odkrzyknięto zewsząd.
Kapelmistrz, znudzony długą bezczynnością, zerwał się wesoło, podniósł pałeczkę, i 
muzykanci urżnęli godową fanfarę.
Na to hasło tylko czekał, zdawna przyczajony puszkarz, i wnet pod oknami zaczęto bić 
z moździerzy.
Po zdrowiu Państwa Młodych, Pierwszy Drużba, wiodący réj między młodzieżą, 
krępy i czupurny Pan Dederko, wstał z podniesionym puharem:
 — A teraz, — wykrzyknął — zdrowie drugiéj młodéj pary, zacnego JMci Pana 
Koryckiego,
Achilla téj cudownéj awantury, i pięknéj Maryanny czy Hedwigi, a po prawdzie 
powiedziałszy, nowéj Heleny, co jęczy uwięziona w Gdańskiéj Troi. Obyśmy jak najrychléj 
pili na ich weselu!
 — Jak najrychléj! Jak najrychléj! — Odkrzyknęli wszyscy, i rzucili się ku Pani 
Starościnie, z kielichami w rękach, z życzeniami na ustach. Kapelmistrz widząc to 
poruszenie, dał znak na drugą fanfarę, i wnet moździerze znów huknęły.
Pani Starościna chciała dziękować słowem i uśmiéchem, ale oczy jéj łzami nabiegały. 
Kieliszek, ledwie tknięty, postawiła napowrót, i zdławionym głosem odrzekła:
 — Oby tylko ta nieboraczka doczekała onego uwolnienia! Oby tymczasem Lutry nie 
zabrały jéj w nowy jassyr!
 — Nie turbujcie się Pani Matko. — Rzekł Pan Młody chyląc się do jéj kolan, i całując 
jéj ręce. — Zaraz jutro, ze słonkiem wyjedziem, co tchu, co tchu, 
a nim się Lutry opatrzą, już ona u twoich nóg będzie leżała.
Pani Starościna uścisnęła głowę synowską ale nic nie odrzekła.
Za to, ledwie usiadł, Panna Młoda pochyliła się ku niemu, i szepnęła mu jakieś 
tajemnicze słówko.
Usłyszawszy je, Pan Młody poczerwieniał, zwrócił na małżonkę oczy, 
i odpowiedział głosem którego wybuchów, niemógł od wzruszenia zupełnie przyciszyć:
 — Jakoż to może być moja panno? Ledwieś
mi przysięgła przed ołtarzem, a już mię odpuszczasz od siebie?
Pani Starościna dosłyszawszy te wyrazy, nachyliła się ku młodéj parze, 
i spytała z uśmiéchem:
 — Co to moje dzieci? Już kłótnia małżeńska? Dalibóg, zaczynacie wczas.
 — Ależ, proszę Pani Matki, — odparł żywo Pan Młody, — jakoż to może być? Ona 
chce abym jachał nie jutro, jeno zaraz, teraz, téj minuty.
 — A tak! — Przywtórzyła stanowczo Panna Młoda. — Téj minuty, bo każda minuta 
czekania dla Pani Matki, to sto lat boleści, każda minuta, zwlekania dla naszéj Marysi, to 
może jéj zguba Nie grzech-że to baraszkować w słodyczach affektu, kiedy tamta jęczy w 
niewoli? Abo to raz widziano, jako dla jednéj uciesznéj godziny, przegrane były batalie, 
utracone miasta? Nie! Ja póty nie pozwolę sobie przypiąć małżeńskiego czepca, dopóka mój 
Pan Małżonek nie sprowadzi tu do nóg Pani Matce jéj prawdziwéj córki. Nie pozwolę. Nie! I 
nie!
Mówiąc to, Krysia mimowoli podniosła głos tętniący śpiżowém brzmieniem, 
i dopiero przy ostatnich wyrazach spostrzegła, że cały stół, zaciekawiony tą sprzeczką 
Nowożeńców, zamilkł i przysłuchiwał się jéj słowom. Zmieszana, pokraśniała, i spuściła 
zawstydzone oczy.
Ale zamiast wstydu, spotkał ją głośny tryumf.
 — A to Amazonka! — Ozwało się kilka głosów.
 — Rezolutka!
 — I Abnegatka!
Ozwały się inne.
A Starościna szepnęła ze wzruszeniem:
 — Krysiu moja złota, pójdźże, niechże cię uścisnę.... Zgadłaś moje ciche 
desiderium.... Ach tak, jabym chciała aby oni już byli w drodze.... 
I nadbiegającą Krysię całowała po jéj białem velum.
Tymczasem Pan Wojewoda wołał:
 — Mości Panie Rotmistrzu, niéma rady! Z takową Rzymianką nie przelewki. Musisz 
Waszmość jachać, i zasługować sobie dopiero na koronę szczęścia.
Pan Młody wstał, i stuknąwszy o stół pustym kielichem, odpowiedział:
 — Teraz tedy, kiedy moja Małżonka sama spuszcza mię ze złotéj obroży, wolno mi 
wyznać, że i memu braterskiemu sercu niemniéj pilno do wytropienia mojéj Panny Siostry, i 
do naganki na Niemców. Tedy jadę, i to tego momentu. 
Waszmość Państwo daléj sobie zdrowi bankietujcie, ja siadam na koń i rżnę do Gdańska.
Wszyscy obecni przyklasnęli. Tylko Pani Starościna, położywszy dłoń na jego ręku, 
rzekła z niejakiém wahaniem:
 — Synku, dobry to ferwor, wszelako trzeba nam wiedziéć, czy IMci Panu 
Koryckiemu będzie wygodnie tak rychło mój dom opuszczać?
Wszakci on niedawno z konia zsiadł? A co gorzéj, niedawno z łoża wstał? Wszakci on kulą 
był połupan, i jeszcze wygląda jak mizerak? Może-by chciał choć tę jedną noc się 
wywczasować?
Tak nalegała słowami, ale oczy jéj, wlepione błagalnie w Pana Kaźmiérza, mówiły co 
innego. Pan Kaźmiérz nie potrzebował podniety jéj błagań. Zerwał się 
i krzyknął:
 — Ja? Wywczasować? A toć ja pono i tak oka nie zmrużę, dopóka nie zliberujem 
Panny Starościanki. A żebym był i na dwie połówki przełupan, tobym się kazał zszyć różową 
nicią, i siadł niemieszkając na koń, jak to natychmiast
uczynię.
Tu Pan Dederko podniósł kielich i zawołał:
 — Oto mi godne kawalery! Takich lubię! Zdrowie dwóch zacnych przyszłych 
szwagrów! 
A gdy fanfara przecięła mu dalsze słowa, odwrócił się gniewnie.
 — Cicho, muzykusy! Jeszczem nie skończył. Owóż tedy, powiedam, zwyczajna Msza 
jest piękna, ale z assystą piękniejsza. Grodziż się i tę nabożną akcyę odbywać bez 
assystencyi? Wiem-ci ja wprawdzie, że takie dwa Hektory gotowe są zmódz i całą armię 
dyabłów heretyckich, wszelako sukkurs nigdy nie zawadzi. Ja tedy zapisowam się pod 
chorągiew opprymowanéj niewinności, i takoż 
z Waszmościami jadę. Kto więcéj chce jachać? — Zapytał, oglądając się po zgromadzeniu.
 — I mnie proszę zapisać! — Zawołał jeden z obecnych.
 — I mnie!
 — I mnie!
 — I nas!
Po zliczeniu głosów, okazało się, iż jest siedmiu ochotników. Byli to wszystko ludzie 
młodzi, niezwiąząni żadnym rodzinnym obowiązkiem, wszyscy dorodni, chciwi rzeczy 
niezwykłych, a zwłaszcza miłosnych; to téż i ta wyprawa pociągnęła ich swoją rycerską 
cechą.
Wszyscy jak stali, razem ze swemi dwoma przywódcami, przypadli do kolan Pani 
Starościny, prosząc o błogosławieństwo na drogę. Ta ich w koléj polecała Panu Bogu, i 
dziękowała za współczucie okazane jéj dziecięciu.
Na ten widok, całe towarzystwo zamilkło z namaszczeniem, a potém ruszyło się od 
stołu, aby odjeżdżających żegnać i przeprowadzać.
Nim jednak opuszczono salę, jeden z ochotników zawołał:
 — Mości Panowie! Wracajcieś! Uczyńmy jeszcze koło, i złóżmy consilium bellicum, 
co robić, i jak robić? Bo kampania bez planu dyabła warta.
 — Za pozwoleniem. — Odparł Pan Młody. — To już ostawmy IMci Panu 
Koryckiemu. Wszystko co ten zacny kawaler uczynił dla mojéj Panny Siostry, daje mu prawo 
do buławy. Niechże więc on obmyśli nam cały plan Kampanii, a ja pierwszy idę pod rozkazy naszego Hetmana.
 — Panowie Bracia, zmiłujcie się! — Krzyknął Pan Dederko. — Po co tu plany? Po co 
tu consilia? Zrobim zajazd na dom onego Majstra, jemu łeb ukręcim, czeladników 
powywieszamy, pannę Starościankę na koń, i skończona kampania.
 — O! Co tak, to nie! — Przerwała żywo Pani Starościna. — Waszmoście chyba 
niémacie Boga w sercu? Jakoż to? Chcecie odbierać żywot człowiekowi co Marysię uchronił 
od pogan? Boć tak czy owak, zawdyć on ją uchronił, i na swoim sumpcie chował. Władku, 
słuchaj: róbcie rzecz politycznie. Co prawda, Szwab i Luter, 
i srogi na nią ciemiężyciel, a wżdy, jeśli można odbić Marysię bez rozlewu krwi, to będzie mi 
lżéj na sumnieniu.
Tu ozwał się Pan Kaźmiérz:
 — Gdybym słuchał jeno głosów affektu i słusznéj koleryi, trzymałbym z IMci Panem 
Dederką. Ale tu pono Pani Starościna przemówiła i jako pobożna niewiasta, i jako mądry 
statysta. Bo dom onego Majstra, Mości Panowie, to nie dworek na wsi, co go można rozrzucić 
i spalić, i pojachać sobie het z wiktoryą. Tam cała respublika Gdańska przyjdzie Majstrowi na 
odsiecz, a ten Gdańsk to bestya harda, co nieraz i Królowi Jegomości do oczu skakała. Tedy 
kto tam chce wygrać, niech ma za sobą Senat miejski. Póki ja, człek obcy, chciałem onemu 
tutorowi odebrać jego pupilkę, a słuszniéj mówiąc, 
wiktymę, to te wszystkie łyczkowe senatory, a jego piwne koleżki, były za nim, 
i głupie ich prawo było za nim. Ale jak IMci Pan Władysław Nałęcz stawi się in persona po 
swoje rodzone, to będą musieli z jenszéj beczki pociągnąć, żeby tam dyabła zjedli, to z 
jenszéj. Tylko niech Pan Starościc weźmie wszelakie potrzebne pargaminy, aby mógł dowieść 
jasno jak na dłoni, że jest z niego prawdziwy Pan Starościc, i niechaj weźmie ów Szkaplirz z 
pisaniem, aby dowiódł, że Panna Hedwiga jest prawa Starościanka. Pójdziem do Burmistrzów 
i wszystko to zaświadczym, a wonczas już nie my, jeno sam Urząd miejski weźmie Pannę 
Starościankę za rękę, i solenniter odda ją familii.
 — Wszystko to pięknie, ale jakoś pachnie mi jurystą. — Ofuknął się Pan Dederko. — 
A jeśli téż Niemiec uparciuch, nie bacząc na żadne pargaminy ani Urzęda, powie: "Nie 
oddam panny." I zacznie się bronić kułakiem, to co?
 — A no, to wtedy może przyjść do szabelek, ja nie od tego, Mościpanie. — Odparł, 
zaciskając pięść, Pan Kaźmiérz.
 — Panno Najświętsza! Nie irrytujcie Szwaba.... — Wołała Starościna. — On gotów 
jeszcze, na złość wam, zabić tę niebogę.....
 — Nie, Matuchno, nie damy jéj zabić, weźmiem się do rzeczy politycznie. — 
Zapewniał Pan Rotmistrz, i raz jeszcze ucałowawszy ręce matki, sunął co żywo do 
skarbczyka, dla wyszukania potrzebnych dokumentów. 
Zaraz téż mężczyźni rozbiegli się po domu,
ci dla nawoływania służby, tamci dla zbierania podróżnych manatków. Niewiasty obsiadły 
Starościnę, i cieszyły ją wesołemi nadziejami. Tylko panny popłakiwały po kątkach, z żalu że 
je ominie cała noc tańców i zabawy, a zwłaszcza owe Oczepiny, przy których niejedna 
obiecywała sobie, że poszuka szczęśliwéj wróżby, i pierwsza skoczy do zydla opróżnionego 
przez Krysię.
Ale Krysia w téj chwili czém innem była zajęta. Skinęła na brata. Po krótkiéj naradzie, 
przeszli do alkierza, dobyli z kantorka inkaust, pióra, papier, i Pan Kaźmiérz machnął list do 
ojca. List był króciuchny i bezładny, ale ognisty jak dusza piszącego. Uwiadamiał on w nim 
tylko z uniesieniem o cudowném odnalezieniu Krysi, a następnie składał prośby, tak od córki 
jak od Pani Starościny, aby Pan Miecznik raczył zjechać do nich co najprędzéj, bo Krysia
niemoże teraz odstąpić swojéj choréj dobrodziejki, a chciałaby téj godziny paść do nóg 
ojcowskich. O sobie mało wspomniał, przepraszał tylko że nie jedzie naprzeciw Dobrodzieja, 
gdyż musi pędem wracać jeszcze do Gdańska, gdzie ma się
rozstrzygnąć całe jego szczęście.
Ze swojém grubém i zamaszystém pismem, Pan Kaźmiérz prędko doleciał do końca 
drugiéj stronnicy. Wtedy Krysia, czytająca przez jego ramię, ozwała się:
 — Dosyć, dosyć Panie Bracie. Ostawcież i dla mnie kęsek miejsca, niechże 
i ja wypiszę moje submissye, i nowe molestacye o rychłe da Bóg zjachanie do nas. Ach, jak 
pomyślę że mam
obaczyć Oćca rodzonego, to aż mi w piersiach coś kołacze. Jeszcze Waszmość wypisz na 
wierzchu, i to długo i szeroko, gdzie jest owa Czarnorudka? A jak oświtnie, zaraz całe to 
pisanie oddam Panu Rękodajnemu. On z Panią Starościną bywał ongi w tamtych stroniech, a 
przytém z niego taki mądral, że co chce i kogo chce, choćby pod ziemią, wynajdzie. 
Skończone, dobrze. No, teraz jeszcze raz się uściskajmy, a potém na łeb na szyję lećcie, po tę 
biédną Marysię. Już ja dosyć długo zabierałam w tym domu jéj miejsce, niechże i ona 
dostanie swój talerz łakoci.
Już też na gwałt przywoływano Pana Kaźmiérza. Wyrwał się z objęć siostry, skoczył 
do czeladni.
 — Maciek! Siodłać konie! Jadę do Gdańska, i ty siadaj co duchu!
Maciek, zajadający właśnie doskonałe naleśniki z powidłami, usta miał pełne 
słodyczy, serce zaś pełne téj nadziei, że całą noc weselną przepije, 
a cały dzień następny prześpi rozkosznie w dostatnim Starościńskim domu.
Na wieść tak niespodzianą, mało się nie zadławił przysmakiem, 
i z najwyższym podziwem wybełkotał przeciągłe:
 — Ju — u — u — ż?
 — A już, już. I ty Maćku już nie będziesz beczał, jeno zawdy będziesz się śmiał, bo 
czy wiész co ci powiem? Nasza Krysia się znalazła, i familia Panny Hedwigi się znalazła, i 
wszystko się fortuni, a wszystko to przez ciebie Maćku,
przez to żeś onéj liny nie wyhissował. Niech cię Pan Bóg błogosławi za twoje mazgajstwo.
Maciek chwilę pomilczał, poskrobał się w głowę, nakoniec zrozumiał, 
i rymnął do nóg pańskich. Wszakże nadzieja Pana Kaźmiérza została omyloną, nie roześmiał 
się bowiem, ale znów zaczął płakać, gdzie tam płakać? Ryczał 
z radości.
Potém wyleciał jak szalony, i po chwili wyprowadzał na dziedziniec osiodłanego 
bułanka.
Nie był tam pierwszym. Konie stały już okulbaczone, tylko jeszcze przytraczano do 
nich węzełki podróżne, zwłaszcza broń rozmaitą, w którą nasi rycerze chcieli się na wszelki 
wypadek dostatnio zaopatrzéć; wprawdzie sami jéj nie przywieźli, bo na wesele zjechali tylko 
przy szablach, ale Pan Rotmistrz dostarczył im jéj suto. Każdy, co chciał wybierał, i 
pachołkowi swojemu oddawał. Potém panowie jak stali, w swoich świetnych strojach dosiedli 
rumaków, i gdy Pan Kaźmiérz wybiegł, już pito Strzemiennego.
Wszystko wyglądało godowo.
Dziedziniec był zatłoczony wieśniakami, którzy porzucili tańce 
i wieczerzę, aby się przyjrzeć niespodzianemu odjazdowi Pana Młodego. Ogrodzenie, brama, 
droga do kościoła, wszystko płonęło od beczek i kagańców. Kapela wyszła na ganek. 
Wyjechała tam i Starościna, za nią wysypał się cały orszak weselny, z białą Krysią w 
pośrodku.
Pan Rotmistrz wyszedł ostatni, lecz zanim nogę włożył w strzemię, wrócił się raz 
jeszcze na schody, porwał żonę w objęcia, i głośno ją wycałowawszy, zawołał:
 — Nie zapomnij-że mnie, moja panno.
Krysia nie broniła się tym razem, oddała mężowi uściśnienie, i odparła śmiało:
 — Będę na Pana mego czekała w strapieniu jakoby wdowa, i da Bóg rychło go 
pozdrowię w radości, jako wierna sługa.
Wielkie okrzyki potwierdziły to małżeńskie pożegnanie, kapela huknęła, dano jeszcze 
salwę z moździerzy, i wśród téj wrzawy świątecznéj, ruszyło małe wojsko, przodem panowie, 
za niemi szereg hajduków, kozaczków i przeróżnych pachołków, niby obozowych ciurów.
Długo jeszcze, wśród różowéj łuny, można było widziéć, jak zdaleka czapkami się 
kłaniali. Z dziedzińca odpowiadano im chórem życzeń i wiewaniem chustek, ale gdy znikli na 
skręcie pod gajem, zrobiło się między gośćmi zamieszanie.
 — Pani Starościna omglała!
 — Nie dziw, od emocyi.
 — Wody! Larendogry!
Podano różne flasze, a Krysia, na któréj ramieniu zwisła głowa zemdlonéj, cuciła 
Dobrodziejkę, to kordyałem, to serdeczném słowem:
 — Nie troskajcie się, Pani Matko! Patrzcie jeno w jakiéj oni jubilacyi odjeżdżają. To 
szczęśliwy prognostyk. Dalibóg szczęśliwy.
 — Starościna odemknęła powieki, spojrzała na Krysię.
 — Kochane dziecko! — Szepnęła. Potém, składając ręce, wpatrzyła się 
w gwiaździste niebo, i wielkim głosem zawołała:
 — Pani Matko moja najmilsza! Za twoje rarytne cnoty, za twoją śmierć, 
i palmę wyniesioną z pogańskich męk, wyproś-że to w niebie, ażeby twoje ostatnie życzenie 
na ziemi, teraz w całkości się spełniło!
XI.
Wtóre wesele.
O!..... I znowu się gapią. I to nawet jakoweś Mościpany. A wżdy i tych trza 
przepędzić.
Tak mruczał Kuba Grubasek, spostrzegłszy kupkę ludzi zgromadzonych przed 
Bursztynowym Domem. Byli to widocznie przyjezdni, jacyś panicze polscy, dorodni, pełni 
buty, i pomimo przedpołudniowéj pory, odświętnie przystrojeni. Niebieskie i czerwone ich 
wyloty, migały w powietrzu jakby proporczyki, bo rękami podniesionemi pokazywali sobie w 
górze okrągłe okienko, i powtarzali 
z wykrzykami podziwu:
 — Jakoż to? Oném oczkiem? Nie może być.
 — A wszelako było.
 — Istne mirabilium!
Grubasek onieśmielony wspaniałością przechodniów, przystąpił pokornie, 
i kłaniając się mówił:
 — Mości Panowie! Śmiem upraszać..... aby kużden szedł jako chce..... jeno aby tu nie 
stoić.....
 — A to znów co za exorbitancye? Co ty Kuba, mnie myślisz rozkazować?
Słowa te, wyrzeczone gromkim głosem, wyszły z samego środka gromady, 
i przed oczami Kuby ukazał się, ani mniéj ani więcéj, tylko sam Pan Burmistrz Freimuth.
 — O Jezu! A zkąd ja mógł wiedzieć, że i Pan Burgemeister tutaj? Wybacz Wasza 
Dostojność, przepraszam uniżenie, aleć ja muszę tu ład czynić, bo Pan Schultz okrutnie 
poryża na to, że mu przed oknyma zawdy kupa ludzi przystawa, 
i wydziwia nad oném utrapioném okienkiem. Już mu — powieda — kamienica obrzydła. 
Owóż, kazał mi politycznie one kupy rozpędzać. Ja tedy dziesięć razy na dzień tędy chadzam, 
a zawdy kogo zdybię, i mam z tego sto nieprzyjemnościów, bo abo zdybani mię obiją, abo 
Pan Schultz mię wygrzmoci. Rób co chcesz, zawdy biéda.
 — Nie boj-sa Grubasek. — Odparł ze śmiéchem Burmistrz. — Już dziś ja sam się z 
Panem Schultzem rozprawię.
Tu jeden ze stojących, piękny młodzieniec o błękitnych oczach i złocistym wąsie, 
zapytał:
 — I wy mój człeczku, sami widzieli, jak ona panienka tamtędy wyleciała?
 — Ja sam nie widział, jenom od téj liny mało żywota nie postradał, a com widział, to 
jako Pan Schultz tę panienkę z powrotem tu wnosił, to mglała 
i krzyczała jakoby ta biédna waryatka, za to co jéj zabili onego kawalira, co my
po nim tak okrutnie płakali.
 — A! Płakali wy po nim?
 — Oh, i jak! Boć to był takowy siarczysty kawalir, że do dziś, co jest 
w Gdańsku pannów, to wszystkie po nim łzy lejom.
 — No, a z tamtą panienką, co się potém działo?
 — Tego ja nie wiem, bo już od onego dnia Pan Schultz ją trzyma 
w karceresie, że jéj ludzkie oko nie widziało.
 — A to chyba ten jéj kawaler gotów zmartwychwstać, aby ją z takowéj oppressyi 
wydobyć.
 — A dyć, zmartwychwstanie on, jeno za późno, bo aż na Sądny dzień.
 — A może i wcześniéj? Taki siarczysty kawaler gotów i w to utrafić.
 — E! Co też to Wasza Dostojność gada? Chybaby go jakowy Święty wskrzesił, a zkąd 
tu wziąść Świętego, jeszcze w takowém mieście, gdzie tyle plugastwa heretyckiego?
Kuba mówił to najspokojniéj, ale nagle.... oczy jego w słup stanęły, usta pozostały 
otwarte, i głęboki wykrzyk z nich się wydarł. W téj chwili bowiem, złotowłosy młodzieniec 
na bok nieco ustąpił, i po-za nim ukazała się postać JMci Pana Kaźmiérza Koryckiego.
Grubasek uległ tak wielkiemu wzruszeniu, że chwyciwszy za poręcz jednego 
z bliskich ganków, przysiadł na kamiennéj kuli, cały drżący jakby zimnica nim trzęsła.
 — A widzisz? — Zawołał jeden ze stojących, kiwając mu palcem przed oczami. — 
Widzisz jakowy to affekt u tego kawalera, kiedy nawet z pod ziemi wrócił, ażeby salwować 
swoją pannę.
 — A juści. — Szeptał Grubasek. — Dyć on! Jak Boga kocham zmartwychwstały! I 
nawet nieznać jako w ziemi leżał? Jeno kruszynę przybledniejszy.
Podczas gdy Kuba dziwił się, jakim sposobem ten zabity wyszedł z trumny taki zdrów 
i strojny, młodzi ludzie wziąwszy między siebie nieboszczyka, 
z wielkiemi śmiéchami przeszli na drugą stronę ulicy, wstąpili na ganek Bursztynowego 
Domu, i już jeden z nich bił kołatką, a jeszcze Pan Burmistrz powtarzał błękitnookiemu:
 — Jeno supplikuję abyś Waszmość mitygował rankory, bo jabym rad wszystko 
spacyfikować. Nasz Herr Schultz nie taki bies, jak go malują. Polityką z nim wszystko 
nadrobi.
 — A no, obaczym co dziad powie. I jaby rad pacifice zakończyć, jeno wżdy niech 
nam się Niemiec okóniem nie stawi, bo juści krew nie woda.
W téj chwili Mina odsunąwszy rygiel, wychyliła swoją twarz wiecznie spłoszoną. Ale 
widok Pana Freimutha ją rozjaśnił.
 — O Jezu! Pan Burgemeister! Jakoż my to dawno gościa tak wielkiego nie widali! A 
toż Meister będzie kontenty!
 — A gdzie Meister?
 — Jak zawdy, na pierwszym treppie, dłubie wedle swoich kamyczków.
Ale w téj chwili, spostrzegłszy gromadę mężów, tłoczącą się do progu, spojrzała z 
trwogą na Burmistrza.
 — A to co za Herry? Czy wedle bursztynów?
 — Puszczajcie ich matko śmiało, to piękna kompania, któréj spieszy się do Pana 
Rajcy. 
Mówiąc tak, Burmistrz szedł ku schodom, ale nagle stanął w pół sieni, zdumiony 
zaszłemi w niéj zmianami.
Ze ścian zwieszały się, na wpół poprzyczepiane kobierce i zapony, które, uwijający się 
po drabinach robotnicy, rozmierzali i przybijali. Wszędzie leżało pełno pak, zawiniątek, a 
zwłaszcza grubych wieńców z gałęzi sosnowych i modrzewiowych; niektóre już były rozpięte 
na zaponach; inne wplatano w poręcze schodów, tak, że woń choiny wszędzie się rozchodziła.
 — Co to za preparacye? — Spytał Burmistrz.
 — A no co? Na jutrzejsze wesele. Dziś jeno zieleń wieszamy, ale jutro to będzie i 
kwiatów huk.
 — Jakie wesele?
Na to zapytanie, Mina się zatroskała.
 — Jakoż to, Wasza Dostojność niewié? A ja myślałam, że to właśnie z onéj racyi Pan 
Burgemeister nawiedza naszego Pana Młodego.
 — Jakowyż to Pan Młody?
 — A jakowyż ma być? Wszakci to nasz Pan Meister się żeni.
Na te słowa, między zgromadzonemi powstały groźne szmery, szczękanie szablami, 
przyczém krzyżowało się mnóstwo pytań:
 — Co? Co? Jutro? Żeni się? Schultz? I z kim? Czy z nią?
 — A no, pewnie z frajleiną Hedvich.
 — Z nią? Sam ci to gadał?
 — Nie, proszę Waszmościów. — Mówiła jąkając się przestraszona kobieta. — Pan 
Meister nie mówił z kim, jeno mi powiedział temu onegdaj: "Słuchaj Mina, pojutrze się żenię, 
przyjdą tu robotniki co ustroją dom, zamów jeszcze dwie mödchen do kuchni, bo musi być 
wielki łustyk." Z kim żeby jenszym się miał żenić? Chyba że ja niewiem..... Aleć Meister już 
dawno upatrzył sobie naszą frajlein.
 — A Panna Hedwiga co na to mówi? — Zapytał złotowąsy młodzieniec. — Czy chce 
takiego starego dziada? Czy już nie płacze po tamtym kawalerze, co to ją wykradał?
 — Płacze-ci ona, i precz się zarzeka: "Nie!" I "Nie!" Aleć to jeno dziecinne gadanie, 
boć kiedy tamten nieżyw, to i co jéj po nim? I dla tego że jéj kawalera zabili, to już ma na 
cały
żywot ostać się bez męża? I jeszcze kiedy taki personat i bogacz jak nasz Pan Meister chce jéj 
uczynić ten onor? Namówim ją, namówim, — a nie, to na rękach zaniesiem do kościoła.
 — No, no, babo nie pleć, jeno pokazuj drogę! — Krzyknął błękitno-oki, 
a obejrzawszy się na drugich, dodał:
 — Jako widzę, w sam czas my tu zjachali. Żeby tak jutro, toby tu była tragedya.
Mina, znów przestraszona brzękiem szabel i groźnemi spojrzeniami, nic już nie 
odpowiedziała, tylko biegła przodem po krętych schodach, gdzie nogi jéj się plątały w 
niedoplecionych wieńcach. Stanąwszy na pierwszém piętrze, rozwarła drzwi, przez które 
kolejno zaczęli wchodzić nowo-przybyli, najprzód Burmistrz, potém błękitno-oki, potém 
siedmiu młodzieńców, jeden od drugiego świetniejszy 
i dorodniejszy, nakoniec..... zjawił się gość ostatni, który dotąd trzymając się za drugiemi, 
pozostawał niewidzialnym dla Miny. Teraz, na jego widok, zmartwiała.
Plecami przytłoczyła się do ściany, sama blada jak ściana, i szepnęła.
 — Co to? Upiór? W biały dzień? Panie Jezusie, zmiłuj się nad nami!
Pan Kaźmiérz posłyszawszy te słowa, tknięty młodz.eńczą pustotą, zwrócił się nieco 
ku Minie, kłapnął zębami jak zwykły czynić upiory, i zcicha jęknął niby mara.
Poczém wsunąwszy się do komnaty, stanął nietylko za plecami drugich, ale 
i za wystérkającym piecem, tak, że Pan Majster nie mógł go wcale widziéć.
Za to, nieszczęsna kobiecina widziała go ciągle, i nie spuszczając zeń przerażonych 
oczu, stała jak żona Lota, z głową pół obróconą, w słup zastygła.
Pan Johann Schultz siedział jak zawsze przy swoim robotnym stole, pomiędzy 
mnóstwem drobnych naczyń i misternych narzędzi. Ale na ten raz, narzędzia leżały 
bezczynnie. Pan Majster miał rozłożony przed sobą swój cudowny sztuciec, 
i z rozlubowaniem właściwem człowiekowi, co jutro ma być "Panem Młodym", wpatrywał 
się w zachwycający posążek Wenery.
Widok tylu wchodzących, zdziwił go i zaniepokoił, a najwięcéj go zdumiało przybycie 
Burmistrza, który po zabiciu Kaźmiérza mocno się z Panem Schultzem przemówił, wyrzucał 
mu narażenie Urzędu Gdańskiego na niełaskę królewską, przepowiadał mu zemstę całéj 
Wodnéj Armaty, łajał go za twarde obejście się 
z Hedwigą, i od owéj rozprawy, już nogą nie postał w Bursztynowym Domu.
Teraz, Pan Majster widząc go w towarzystwie samych ludzi młodych 
i wojennych, pomyślał sobie:
 — Oho! Jest owa wróżona zemsta. Cała Wodna Armata na kark mi się zwali. Zła 
sprawa, i to jeszcze w sam przeddzień Hymenu!
Nie pokazał jednak żadnego zmieszania wstał powoli z patrycyuszowską 
wspaniałością, i rękę o stół oparłszy, czekał na wybuchnięcie burzy.
Tymczasem zamiast burzy, czekało go zupełnie co innego.
Pan Freimuth słodko uśmiechnięty, szedł ku niemu z otwartemi objęciami, jedną ręką 
dłoń jego ścisnął, a drugą klepał go po ramieniu, i mówił:
 — Kochany Rajcusiu! Stary amikusie! Przynoszę ci złote nowiny! Ale to 
szczerozłote!
 — Co takiego? — Pytał, jeszcze nierozchmurzony Majster.
Pan Burmistrz, pokazując młodzieńca o błękitnych oczach, rzekł z niejaką dumą:
 — A najprzód, oto jest JMci Pan Starościc Władysław Nałęcz, Rotmistrz chorągwi 
pancernéj, brat Panny Hedwigi.
 — Co? Znowu brat? — Zapytał Pan Schultz z przekąsem.
 — A tak, znowu brat. Ale na ten raz veritabilis, najveritabilszy. Dziś rano, Pan 
Starościc razem z temi oto swojemi świadkami, stawił się u nas 
w Urzędzie, i wylegitymował dokumentnie prowenencyę Panny Hedwigi.
 — Aha! I gdzież ten dokument? — Zapytał drwiąco Majster.
 — Oto jest. — Odparł Pan Władysław, pokazując Szkaplérz, i wyjmując 
z niego zżółkłą kartkę. — To babki naszéj pisanie, propria manu. I Szkaplirz Pani Matka 
poznała, i szatki niebieskie
ze złotemi forbotkami sama ona dla dziecięcia szyła. Tandem, jest plenitudo argumentów.
Pan Majster nagle spoważniał. Przeczytał kartkę raz i drugi, zamyślił się i mówił:
 — A! To ciekawe. I bez tyle czasu my mieli ten papier i nic nie wiedzieli! Ale cobym 
ja chciał wiedzieć, to kiedy to Hedwiga ten Szkaplirz otworzyła?
 — To nie ona otworzyła, jeno wy, Panie Rajco, wy sami otworzyli.
 — Exkuzuj Wasza Miłość, ale ja się pytam na seryo.
 — A i ja gadam na seryo, Było to w pewnej cyrkumstancyi, któréj tu wolę nie 
cytować.
 — Tak, tak..... — Poparł ze śmiéchem Burmistrz. — Pomnij Panie Johann, kiedyś to 
oną panienkę gonił, i komuś ją z rąk wydzierał, toś aż na niéj porozrywał krézę, no, a razem z 
krézą i Szkaplirz się rozerwał, i tak jéj sprowadziłeś to wielkie szczęście. Widno że czy 
chcesz czy niechcesz, zawdy jesteś jéj benefaktorem.
 — Tak jest. — Ozwał się uroczyście Pan Władysław. — Z téj téż racyi, nie usłyszysz 
Waszeć odemnie innych słów, oprócz gratulacyi. Byłoby może niejedno do rekryminowania, 
byłoby..... no..... Bóg widzi jakobym ja tu mógł niejeden kamień rzucić na Waściną głowę, 
boć teraz już jam z prawa jest protektor mojéj rodzonej, ale na tę pamiątkę żeś Waszeć ją 
salwował od pogan i w domu swoim żywił, wolę rekryminacye zagrzebać w silentium, i jeno 
flores gratitudinis
złożyć Waszeci, tak od siebie jak od całéj naszéj familii, przednio zaś od naszéj Pani Matki. 
Poczém, śmiem się dopraszać téj łaski, abym nakoniec mógł przywitać moją Pannę Siostrę.
 — Wszystko to dobrze, — odparł ciągle zamyślony Majster — jeno bym ja rad 
wiedział, jakowym to sposobem Hedvich zwąchała się z tą swoją nową familią? Gdzie 
znalazła takowego mądrego ambasadora, co wszystko to zweryfikokował? Boć ona i na krok 
nie wyszła z domu, a przecie duchy niebieskie jéj nie usługowały?
 — A właśnie że duch jéj usłużył. — Ozwał się jeden z młodzieńców. — Duch 
umarłego. On człek coś go Waszeć zabił, ten z Boskiego wyroku stał się jéj mścicielem.
Tu młodzieńcy rozsunęli się z brzękiem szabel, i sam IMci Pan Kaźmiérz Korycki 
stanął przed Panem Rajcą.
Spojrzeli sobie oko w oko.
Nastała chwila ciężkiego milczenia.
Wszyscy przypatrywali się Majstrowi z ciekawością, ale twarz Pana Schultza nie 
okazała owego przestrachu ani przygnębienia, jakich się po nim spodziewano. Po chwili tylko 
szyderczo się uśmiechnął, i rzekł:
 — Aha! To on tak był zabit? No, teraz rozumiem.....
Tu Burmistrz położył mu obie ręce na ramionach, i mówił z rodzajem rozczulenia:
 — A co? To druga złota nowina jaką ci przynoszę. Ciesz-że się Majsterku. Już krew
zabitego nie będzie cię po rękach piekła. Już sumnienie po nocach nie będzie cię demolowało.
 — Ależ — odparł Majster, wydzierając się dość szorstko z uścisku — mnie sumnienie 
w żaden manier nie dezolowało. Za co? Jam tego kawalera nigdy nie zabijał, jenom odbierał 
co kradzione, a że się doigrał guza, to ja temu nie krzyw, sam go szukał. Ale Waszeć Panie 
Burgemeister, po coś mię to tak szpetnie oszukiwał, straszył kaźnią i pomstą, acz wiedziałeś 
że to udanie?
 — Ja? Wiedziałem? Jak mi Bóg miły, niewiedziałem. I nikt niewiedział. Xięża go tam 
w Oliwie schowali, a oliwą precz smarowali, aż się wylizał. Ale to była siurpryza. Jam się 
dopiero dzisia, przed godziną dowiedział, i niemogę nachwalić się Pana Boga, boć za taki 
mordunek toby my wszyscy mogli dostać pokutę.
Na to Pan Majster odrzekł z jakimś dziwnym uśmiéchem:
 — A no, to i ja powiem: Chwalić Boga że kawaler się wylizał, témci bardziéj że teraz 
już on mi nie zawadza.
Słowa te zadziwiły obecnych. Wszyscy po sobie spojrzeli pytająco. Pan Kaźmiérz zaś, 
hamując wzruszenie co mu na twarz wybuchało krwawemi rumieńcami, odrzekł z widoczném 
wysileniem:
 — Słusznéj inwidyi mógłbym ja popuścić cugle, i byłoby to może dla mnie miłém, ale 
wolę brać model z Pana Starościca, i zmilczéć
moje rekryminacye, przynajmniéj do czasu aż obaczę, co Waszeć zamyślasz daléj czynić.
Stojąca ciągle we drzwiach Mina, złożyła ręce i szepnęła:
 — On gada! W biały dzień?
Gdy Pan Majster nic nie odpowiadał Kaźmiérzowi, Rotmistrz zapytał 
z niejaką już niecierpliwością:
 — Śmiem upraszać po raz wtóry: pokaż mi Waszeć moją Pannę Siostrę, 
i pozwól abym co żywo zawiózł ją do naszéj Pani Matki, która tam usycha 
z tęskności.
Pan Schultz i teraz jeszcze nic nie odpowiadał. Stał nieruchomy, ze zmarszczonemi 
brwiami, czasem usta nieco roztworzył, poczém znów je zaciskał coraz twardziéj. Czy 
odbywała się w nim jaka walka? Czy tylko na złość, tak
przetrzymywał ciekawość słuchaczy? Trudno to było zgadnąć. Nakoniec podniósł oczy, 
spojrzał po wszystkich drwiąco, i mówił cedząc słowa:
 — A i owszem. Panna Starościanka pojedzie do Mutterki; jeno wprzódy upraszam 
Waszmościów, abyście jutro wszyscy raczyli assystować na mojém weselu.
Po tych słowach zrobił się w komnacie szmer złowróżebny. Pan Władysław chwycił 
za rękojeść szabli, przystąpił gwałtownie do Rajcy, i zapytał głosem, 
w którym drgało źle przytłumione oburzenie:
 — Więc to prawda? Waszeć się żenisz? I z kim, jeśli wolno wiedziéć?
Pan Majster wcale się niezmieszał.
 — Z kim? Zara się to pokaże. Ja moją przyszłą żonkę sam Waszmościom 
zaprezentuję. Czy tu jest Mina? Co ty tam tak stoisz, jak ten słup do podpierania drzwiów? 
Chodź-no tu.
Mina cała drżąca weszła do komnaty, i palcem wskazując na Pana Kaźmiérza, 
zapytała półgłosem:
 — Herr Meister, co to jest?
 — Jakto, co? Czyż nie widzisz? To IMci Pan Korycki, stara znajomość.
 — On? Wszakci on był zabit? Czy to upiór?
Na te słowa, mimo poważnego nastroju, powstały w komnacie wielkie śmiéchy. Sam 
Pan Majster uśmiechnął się i odrzekł:
 — Nie upiór, jeno niedobitek. No, nie rozdziawiaj próżno gęby, jeno ruszaj duchem na 
drugi trepp, i proś aby przyszły tu obiedwie, i frau i frajlein.
Mina znów osłupiała z podziwienia:
 — Proszę Meistra, tedy frajleinie już wolno wyjść z izby?
 — Co tu gadać? Powiedz jéj, że ja każę aby tu przyszła. I frau także.
Mina rozradowana pobiegła na górę.
Ale pomiędzy młodemi ludźmi, coraz niespokojniejsze krążyły pytania:
 — Co to będzie?
 — Ej! Źle się skończy.
Po chwili, jeden z nich, czupurny Pan Dederko, przystąpił do Majstra, 
i zagaił:
 — Panie..... tego..... Pomnij Waszeć że my wszyscy jak nas tu widzisz, zjachali 
nietylko dla dawania naszego testimonium Panu Starościcowi, ale i dla bronienia Panny 
Starościanki od wszelakiéj krzywdy.
 — A jakaż jéj krzywda?
 — Ha! Pono Waszeć ją dusisz w karceresie?
 — Pokażę ja Waszmościom komnatę, gdzie ja pono duszę tę frajlein, i sami powiécie, 
czy wszelaka królewna nie chciałaby do śmierci siedziéć w takowym karceresie? To 
najpiękniejsza komnata z całéj mojéj kamienicy.
Wypowiedziawszy to z górnym uśmiéchem, odwrócił się do stołu, z którego zaczął 
zbierać sztućcowe figurki.
Ale jego spokój nie udzielał się zgromadzonym. W komnacie coraz mocniéj wrzało.
 — Ponoć to nie zawdy tak było.....
 — Siedziała-ci ona i w ciupie pod dachem.....
 — O chlebie i wodzie.....
Już się zaczynało trzaskanie szablami, już zaniepokojony Burmistrz łamał sobie głowę 
nad nowym sposobem zażegnania burzy, gdy nagle sposób sam się znalazł.
W komnacie przycichło jakby makiem zasiał.
Wszystkie oczy zwróciły się ku drzwiom.
Na progu stały dwie kobiety, prześliczne jakby dwa kwiaty.
 — Która to? Która? — Pytano półgłosem.
 — Czy ta różowa?
 — Ale gdzież znowu! To tamta, ze złotą główką.
 — A juści, bo też i do Pana Rotmistrza kubek w kubek podobna.
 — A! Trza przyznać, jako stary umié dobierać gładkie buzie.
Hedwiga musiała już wiedziéć przez Minę o przybyciu Pana Kaźmiérza, bo żaden 
krzyk podziwu nie wydarł się z jéj piersi. Tylko była niezmiernie blada, 
i w pochodzie słaniała się na ramieniu Pani Flory, która przeciwnie kwitła 
tryskającemi rumieńcami.
Kto wié nawet, czy jaka tajemna poczta nie powiadomiła już tych pań od rana, o 
mających się zjawić gościach, obiedwie bowiem były, co się zowie świątecznie ubrane; jedna 
różowo, druga jak zawsze, niebiesko; przy szyi obie miały przejrzyste krézy, we włosach 
bramki ze wstążek, przepięte kwiatami; 
u jednéj pęk róż gorących, u drugiéj białe stokrotki.
Pan Schultz nie patrząc wcale na Hedwigę, wziął Panią Florę pod rękę, 
i wyprowadził ją na środek pokoju, poczém uroczyście przemówił:
 — Oto zacna dama, która przez mizerykordyę nademną, sakryfikowała się na złe 
języki.
Figurujcie sobie Waszmoście, sprowadziła się do mego domu, niby dla strzeżenia frajleiny, a 
w rzeczy dla konsolowania mnie biednego, com już niémiał przy sobie żadnéj życzliwéj 
duszy. Owóż, jam wonczas dopiero wyrozumiał, gdzie jest dla 
mnie prawdziwa szczęśliwość. Powiedam Waszmościom, nie można przeżyć kilku niedziel 
obok tak szacownéj białogłowy, bez umiłowania jéj przyjaźnią dozgonną, i, żeby teraz 
ofiarowano mi wszelkie niewiasty świata na wybranie, żebyś nawet Panie Rotmistrzu 
częstował mię Panną Starościanką, jabym powiedział: Rekuzuję wszystkie, jeno proszę o 
śliczną rączkę przezacnéj Pani Flory Korwiczkowéj.
Pani Flora, za całą odpowiedź, uśmiechnęła się czarownie, i swoją pierścienistą rączkę 
podała Panu Rajcy, który ją ucałował płomieniście, a potém potoczył po zgromadzeniu 
tryumfującym wzrokiem.
Tryumf jego był istotnie wspaniały. Sam zrekuzował Hedwigę, a ta rekuza tak dobrze 
wszystkim wypadała na rękę, że obecni, zamiast okazania obrazy, rzucili się owszem ku 
niemu z głośnemi powinszowaniami.
Nikt się téż nigdy nie dowiedział, czy Pan Schultz istotnie już od kilku niedziel myślał 
o zaślubieniu Pani Flory, czy dziś dopiero ukuł ten zamiar na prędce, dla wydobycia się z 
ciężkiego położenia? Jedna może Pani Flora wiedziała co ma sądzić o téj sprawie, ale nikomu 
się ze swych myśli nie zwierzyła, bo przekonania mądréj wdowy, jak przystało bogini kwiatów, spoczywały zawsze "sub rosa".
Teraz, otoczona przez młodzieńców, zachwyconych jéj powabnością, rozdawała 
wszystkim urocze uśmiéchy, a Pan Schultz tymczasem, przyprowadzał Pana Władysława 
przed Hedwigę, i mówił:
 — Patrz Hedvich, oto twój brat, nie żaden kłamany, ale na ten raz pono prawdziwy. 
Uściskajcie się jak należy. Ale ty, jako widzę, zerkasz jeszcze gdzieindziéj. No cóż? Nie 
dziwowasz się że tamten żyw? Oho! Dobrześ ty o tém
wiedziała! No, ale o tém niech już będzie keine gadanie. A teraz, — dodał, znowu głos 
podnosząc uroczyście — pozwólcie Mościwi Panowie abym po raz ostatni użył moich praw 
ojcowskich, i wyznaczył męża dla frajleiny. Niewiem czy Waszmość Panie Starościcu 
przystaniesz na mój dekret, ale ja swoje powiem, a wy potém róbcie sobie co chcecie.
Tu w oczach Pana Majstra przeleciała błyskawica gniewu, a na ustach przesunęło się 
rozgoryczenie. Ale szybko zapanował nad sobą, i znów przybrawszy wyraz drwiący, mówił 
głosem niby wesołym, a naprawdę szyderczym:
 — Owóż, poznawszy przy sercu Pani Flory, jaką szczęśliwość daje fortunny affekt, 
niechcę ja już i cudzym affektom kontrować. Niechże tedy IMci Pan Korycki bierze sobie tę 
pannę,
kiedy dla niéj mało karku nie nadkręcił, i mało żywota nie postradał.
Tu spojrzał na Hedwigę, — a gdy ta stała zmieszana, ze spuszczonemi oczami, w 
których łzy się kręciły, ujął jéj ramię, — zawołał:
 — Na! Idźże sobie do twego gagatka!
I pchnął ją, niby żartem, ale tak mocno, że zatoczyła się i upadła na pierś Pana 
Kaźmiérza.
Ten otworzył objęcia, przytulił ją do łona, i wyszepnął:
 — Ach, moje ty szczęście!....
Wyrok Pana Schultza został objawiony trochę po grubiańsku, ale tak był dla 
wszystkich pożądanym, że obecni znowu powstrzymali się od wszelkich oznak 
niecierpliwości. Pan Władysław nawet ukłonił się, i mówił:
 — Waszeć jeno potwierdzasz naszą własną decyzyę. Pani Matka bowiem i ja, od 
pierwszego momentu, obiecaliśmy Pannę Starościankę w małżeństwo IMci Panu 
Kaźmiérzowi Koryckiemu. Wżdy miło nam widziéć, że i dawny jéj protektor tegoż jest 
samego co i my sentymentu.
Przebudzona słowami brata, Hedwiga nagle przemogła wzruszenie. Ciągnąc za sobą 
Kaźmiérza, stanęła przed Panem Rajcą, pokłoniła mu się do kolan, wyrzekła ze łzami:
 — Dziękuję Dobrodziejowi..... dziękuję.....
Chciała więcéj powiedziéć, ale łkanie tamowało jéj mowę. Zwróciła na Kaźmiérza 
wzrok błagalny; ten zrozumiał czego jéj serce po nim
żąda, i choć nie bez wysilenia, jednak pokłonił się i wyrzekł:
 — Ja takoż dziękuję za Waszeciny assentyment. Szkoda jeno że nie przyszedł trocha 
wcześniéj.
 — A właśnie że nie szkoda. — Odparł, zawsze drwinkowatym głosem Pan Majster. — 
Gdybyś Waszmość był zaraz posiadał mój konsens, nie byłby się Szkaplirz rozerwał, i 
Hedvich nie byłaby Starościanką.
 — I toć prawda. Panna Hedwiga nie byłaby odszukała swojéj familii, a i ja nie byłbym 
odszukał mojéj siostry. Bo trzeba wiedziéć Waszeci, że w téj całéj cudownéj miszkulancyi, 
odnalazła się i nasza Krysia.
Tu Pan Rotmistrz oraz jego towarzysze, wmieszali swoje głosy do rozmowy, 
i zaczęli na wyścigi opowiadać, jako to Pan Kaźmiérz stanął w Dobrowoli właśnie podczas 
wesela Pana Starościca, przyczém się pokazało że małżonka tegoż, jest właśnie ową zatraconą 
Krysią. Hedwiga, słuchając tych wiadomości, składała ręce
w zachwycie, a Pan Rajca, od wielkiego zdumienia, zapomniał nawet o szyderstwie, i z 
dobrodusznym uśmiéchem powtarzał:
 — Herr Gott! A to jakbyś słuchał matczynego bajania. No..... tylko w tym kraju, 
podobne rzeczy mogą się porobić.
Gdy tak w najlepsze rozprawiano, wszedł do komnaty Kornelius, nie domyślający się 
wcale jak ważne wypadki w niéj zachodzą. Zdziwił się tylko trochę, że Pan Schultz ma naraz 
tylu i tak świetnych "kundmannów". Przystąpił więc na palcach, i szepnął:
 — Herr Meister, ten Melchior co to rozwieszał kobierce, nasmarował taki rachunek, że 
niewiem co robić.
Pan Majster spojrzał na niego filuternie.
 — A rób sobie co chcesz. Nie myślę ja żałować geldu w taki dzień fortunny, kiedy tu 
same wesela. Patrz: oto ja się żenię z tą zacną damą, a znowu 
z frajleiną żeni się ten Officyjer nieboszczyk.
Tu wskazał na młodą parę, która była w pół ukryta po-za cieniem olbrzymiéj szafy, i 
zaczął po swojemu się uśmiéchać.
Ale Kornelius nie śmiał się bynajmniéj. Na widok Pana Kaźmiérza skamieniał, a twarz 
jego wyrażała tak niezmierną złość i nienawiść, że i Pana Schultza odeszła ochota do żartów.
Pan Kaźmiérz spojrzał pogardliwie:
 — Czeladniczku mój, — rzekł — pamiętaj coć powiem: nie twoja rzecz wojenne 
rzemiosło, pilnuj twego fartucha i obcęgów, a nie wdawaj się z rycerskim człekiem, bo 
choćbyś go jak tradyttor z tyłu zaszedł, to jeszcze go mizeraku niepotrafisz zmódz.
Kornelius, pod obelgą tych słów, pozieleniał.
A tymczasem pomiędzy młodzieńcami, szerzył się szmer groźny:
 — A! To ten Judasz? Ten Ollender heretyk? Dawać go tu, niech go przepłazujem...,.
Tylko Pan Władysław był odmiennego zdania.
 — Mości Panowie, dajcie pokój. Żeby tak na mieście, to i owszem, — ale tu, w tym 
domu, wobec białéj płci, niepozwolę.....
Kornelius czując zbierającą się nad nim burzę, przystąpił do Pana Rajcy, 
i wyjąkał:
 — Herr Meister..... u nas w Amsterdamie.....
 — Aha, już wiem co chcesz powiedziéć. U was w Amsterdamie, ludzie raz zabici, już 
więcéj nie wstają?
 — Nie, Herr Meister, ja nie to chciałem powiedziéć, jeno to, że 
w Amsterdamie jest porządnemu człowiekowi lepiéj niż w tym przeklętym Dantzigu. 
Głupstwo zrobiłem żem opuścił moje dobre miasto! Herr Meister, dziękuję za służbę, dziś 
jeszcze wyjadę, i już noga moja u was nie postanie.
Twarz Pana Schultza wyraziła szczere zasmucenie, i z ust jego już wydarły się żałosne 
słowa:
 — O! Korneliusie, nie rób-że mi.....
Ale w téj chwili spotkał spojrzenie Pani Flory, a spojrzenie musiało być bardzo 
wymowne, bo nagle zamilkł, i zakłopotany spuścił oczy, z czego można było wywnioskować, 
że trafiła kosa na kamień, i że trzęsący dotąd wszystkiém Pan Majster, odtąd już będzie tylko 
czeladnikiem u Pani Majstrowéj.
Kornelius, przez nikogo nieprzytrzymywany,
rzucił na Hedwigę jadowite spojrzenie, zwiesił głowę, i zwolna opuścił komnatę.
Po jego wyjściu, wszyscy lżéj odetchnęli, jakby po zniknieniu czarnéj chmury, a gdy 
jeszcze na rozkaz Pani Flory, (która właściwie już od kilku tygodni rządziła Bursztynowym 
Domem), podano przednie wina i zakąski, serca się nieco rozjaśniły, i z przyjemnością, nawet 
prawie z zapałem, wypito zdrowie jutrzejszych Nowożeńców.
Nazajutrz istotnie, od rana, Pan Schultz poślubił Panią Florę, która otrzymała mnóstwo 
pysznych podarków, tak od męża jak i od znajomych, a zwłaszcza od swoich dwóch 
najlepszych przyjaciół, Pana Kaźmiérza i Pana Władysława. Dla tych dwóch ostatnich, był to 
najlepszy sposób niejakiego wywdzięczenia się Panu Konzulowi, który z nieprzepartą 
wyniosłością, Niechciał wchodzić w żadne rachunki z Panem Starościcem, ani sobie dał 
mówić o kosztach łożonych na odchowanie Hedwigi.
 — Nie, nie, keine gadanie. — Odpowiadał. — Niechże ja już na zawdy ostanę 
"Dobrodziejem".
Sam więc nic nie przyjął, ale upominków dla żony niemógł w żaden sposób odmówić, 
bo Pani Flora przyjęła je skwapliwie, tém skwapliwiéj że teraz, wchodząc przez męża do 
patrycjatu miejskiego, mogła już nakoniec nosić i drogie
tkaniny i rzeczywiste klejnoty.
W południe, odbył się u Pana Schultza
obiad, gdzie Mina wystąpiła z arcydziełami kuchmistrzowstwa. Jednak, pomimo darów i 
przysmaków, między zgromadzonemi ciągle jeszcze panowała niejaka sztywność. Było do 
niéj kilka powodów; najprzód, obecność Pastora, zajmującego poczesne miejsce u stołu, 
mroziła świeżo przybyłych gości, którzy jeszcze nie przywykli do Gdańskiéj mieszaniny 
wyznań; a przytém, w każdéj rozmowie, potrącano co chwila o tysiąc szczegółów z 
przeszłości, przy których ci i owi wzajem się boczyli. Chłodne więc, iście purytańskie, było to 
wesele.
Dopiero wieczór, ostatnie lody stopniały w Artus-hofie, gdzie na wniosek Burmistrza 
Freimutha, Gilda Ś-go Krzysztofa wyprawiła ucztę dla Państwa Rajcostwa.
Co prawda, z początku Pan Burmistrz był nieco markotny, że Pani Flora oddała 
innemu tę szacowną rączkę, o którą on niestety, jako człowiek żonaty, niemógł się dobijać. 
Ale mądra Pani Schultzowa, kilku słowy czy kilku spojrzeniami, umiała go tak udobruchać i 
rozruchać, że teraz przewodził wieczerzy, promienny jakby sam król Artus, a za jego 
przykładem rozruszali się 
i wszyscy inni.
Ba! Nietylko panowie, ale nawet i słudzy.
Maciek tak był uszczęśliwiony pomyślnym zwrotem w losach swego pana, że kogo 
spotkał, to i ściskał. Nawet gdy spotkał Kubę Grubaska, to i jemu rzucił się na szyję, 
wycałował go w oba policzki, a chcąc się przed nim pochwalić sutością swego mieszka, 
(który u Pani Starościny hojnie zaopatrzono,) zaprosił go, ni mniéj ni więcéj, tylko Pod Łososia. (Sławny ów zakład 
istniał już od lat kilkudziesięciu.) Tam, przy kubeczkach "Złotéj wody", jak zaczęli 
wspominać ową noc okienkową, tak się aż popłakali 
z rozczulenia, i ta lina co niegdyś była przedmiotem ich walki, obecnie zadzierzgnęła między 
niemi węzeł nierozerwalnéj przyjaźni.
Wprawdzie i teraz, tylko co nie przyszło znów do kłótni, obaj bowiem wśród 
poufnych zwierzeń, wyznali sobie że palą koperczaki do bystro-okiéj Fruzi. Ale pogodził ich 
trzeci towarzysz, pewien ślusarz wielki bywalec, który im opowiedział pod sekretem, że 
niemają się o co czubić, bo Fruzia już jest po zrękowinach z Dominikańskim Organistą, który 
będzie mężem przewybornym, jako człek i dostatni i uczony; do południa on wygrywa różne 
cudne Agnusy 
i kalikantom wymyśla, po południu chłopięta spędza i uczy śpiewania Mizererów, 
a żona tymczasem doma rządzi sobie jek się jéj żywnie spodoba. Na taką wiadomość, 
pogodzeni współzawodnicy znowu się chwycili w objęcia, i trącając kubek o kubek, śpiéwali 
piosnkę znaną, którą sobie wszakże przerobili na swoje kopyto:
Pije Maciek do Jakuba,
Spili się jak łyki.
Wiwat Mazur i Kaszuba!
A furda z podwiki.
XII.
I trzecie wesele.
W kilka tygodni późniéj, znów buńczuczna brama Dobrowoli powiewała trofeami ze 
sztandarów; znowu schody gankowe były wyłożone purpurą, i znów przed ten ganek 
zajeżdżał orszak weselny, ale tym razem jeszcze sutszy, i liczniejszy, i radośniejszy niż 
pierwszy.
Zjechało się, nietylko już sąsiedztwo, ale prawie pół Wielkopolski. To téż i pański 
dom, i wszelkie zabudowania dworskie, nie wystarczały na pomieszczenie gości; musiano 
powyporządzać spichlerze i stodoły, gdzie ci którzy późniéj stanęli na miejscu, a zwłaszcza 
wszelka młodzież, mieścili się jak mogli, co nietrudno przychodziło ludziom przywykłym do 
trudów obozowych.
A jeśli orszak był liczny, jeszcze liczniejszych miał widzów. Nietylko 
z dóbr Starościny,
ale ze dwudziestu wsi dokoła, zleciało się chłopstwo, i niezmierna mnogość różnorodnéj 
gawiedzi.
Bo téż dziwy opowiadano sobie o téj całéj "cudowné historyi," a zwłaszcza o 
dzisiejszéj Pannie Młodéj, któréj nie nazywano inaczéj, tylko "królewną z za morza."
Jakim sposobem Hedwiga, będąc odnalezioną córką Pani Starościny, była zarazem i 
królewną, tego ludzie na pewno nie wiedzieli, ale różnie to sobie tłumaczyli. W jednych 
wsiach, wieczorami, prządki rozpowiadały, że ją Tatarzy sprzedali królowi Szwedzkiemu, a 
ten ją chciał za córkę przybrać, i tron swój zapisać, byle jeno chciała się zlutrzyć. W innych 
wsiach mówiono, że Frajbitterowie duńscy porwali Starościankę na jakowąś wyspę, i tam 
okrzyknęli ją swoją królową, aż rycerz z Puckiéj flotty zjawił się, i odbił ją tym zbójom.
A wszystkie owe legendy powstały z powodu jednéj i téjże saméj wieści, mianowicie, 
że Starościanka przywiozła pełny ubiór królewski.
Wieść była prawdziwa. Jeszcze w Gdańsku, Pan Władysław, uwiadomiony przez Pana 
Kaźmiérza o życzeniu siostry, zakupił dla niéj na wyjezdném, cały strój ślubny zrobiony 
wedle starodawnéj Gdańskiéj mody, i wiadomość o tym stroju rozbiegła się, przez dziewki 
dworskie, między wiejską ludnością.
Pan Kaźmiérz, słysząc owe baśni, zaprzeczał im tylko półgębkiem, albo zgoła 
zachowywał fortelne milczenie, a w głębi duszy się cieszył. I jak nie miał doznawać uciechy, 
kiedy on
zawsze kochał się w "poemach," a te legendy czyniły go bohaterem najśliczniejszéj poemy, i 
cudownym nimbusem otaczały jego umiłowaną?
To téż wiara w one wieści rosła coraz bardziéj, a już co dzisiaj, to 
z wiary stała się przekonaniem, kiedy Oblubienica wystąpiła w ubiorze niezaprzeczenie 
królewskim. Ściany wiejskiego kościółka mało niepękły od natłoku, a teraz, gdy Nowożeńcy 
już wracali, obie strony gościńca i podwórcowe ogrodzenia były oblężone przez tłumy, które 
ciskając czapkami w górę, krzyczały z uniesieniem:
 — Niech żyje królewna Szwedzka!
 — Niech żyje królowa Duńska!
 — Niech żyje nasza królowa!
Hedwiga była tak zmieszana swojém szczęściem, że nie zwracała uwagi na wyrazy, 
ale czuła w tych wykrzykach uwielbienie, i ze spuszczonemi oczami, przytulała się lękliwie 
do Kazmiérzowego ramienia.
A cudna była w tym swoim szkarłatnym płaszczu i gronostajowych wyłogach, 
spiętych perłową klamrą, na piękniejszéj od pereł szyi; w tych włosach jako bursztyn jasnych, 
rozsypanych po barkach i ramionach; w téj złotéj przezroczystéj koronie, i z temi turkusami w 
oczach, i z tym dziewiczym rumieńcem wschodzącej Aurory.
Cudna była istotnie jakby królewna z bajki, albo — co jeszcze lepiéj — jakby jakieś 
leciuchne
przypomnienie wielkiéj królowéj Jadwigi, wprawdzie, w postaci ni takiéj wielkiéj, ni tak 
świętéj, ale szczęśliwszéj, bo wspartéj na ramieniu tego
którego ukochała.
Pan Kaźmiérz był dziś przybrany, już nie w łosie skóry, ani nawet 
w "hatłasy," ale w same takie rzeczy, o jakich dawniéj tylko marzył, a na które teraz — 
poślubiając bogatą Starościankę — mógł sobie śmiało pozwolić. Więc miał
krótki pstry żupan z Lewantyńskiego koftyru, (materji tak drogiéj, że niegdyś królom w 
hołdzie ją składano,) świécący rzędem rubinowych guzów, a po wierzchu, granatową, 
axamitną, marmurkami podbitą ferezję, która pod szyją zahaczała się na brylantowe szpony. 
U szkarłatnego kołpaka zatknął pióra orle, brunatno-pozłociste, wijące się w bujną forgę, i dla 
pamiątki przeszpilił je owym zanklem żeglarskim, na którym wyemaljowane, świeciło godło 
królewskiéj Bandery.
Więcéj wszakże od piór i od klejnotów, zwracała uwagę inna jeszcze ozdoba kołpaka, 
wprawdzie skromna, lecz zastanawiająca oczy, bo nieznana tutejszym ludziom. Były nią, dwa 
małe zieloniuchne wianeczki, zaplecione w siebie jak ogniwa, i wpięte poniżéj forgi, tuż nad 
lewą skronią.
Między patrzącemi, niektórzy mówili:
 — To na turniejach u króla Szwedzkiego zdobył one wieńce.
A drudzy przeczyli:
 — Nie. To jest owo ziele, co to "szczęście
niesie." Ono rośnie gdzieś za morzami. Tam go sobie narwał, i téż wszystko mu się udało. Oj, 
żeby to tak choć jeden listek dostać z onych wionków!
Inne głosy po drodze go witały słowami:
 — Niech żyje morski rycerz!
 — Niech żyje ten, co zbawił królewnę!
Ale gdy orszak wtargnął na dziedziniec wszystkie te okrzyki ustały, a na ich miejsce 
wybuchnął inny, jednogłośny:
 — Niech żyje Pani Starościna! Święta nasza pani!
Pani Starościna znów siedziała na ganku, zawsze nieruchoma, zawsze ze swojém 
białém futrem u kolan, ale z odmłodniałą i wypiękniałą twarzą, po któréj toczyły się ciche łzy 
szczęścia, podczas gdy drżące od wzruszenia jéj ręce, brały złocistą tacę z bochenkiem i solą.
A brały ją dziś już nie od Rękodajnego, ale od JMci Pana Miecznika Koryckiego, 
który pomimo swojéj groźnéj, wiarusowatéj twarzy, także musiał co chwila połykać łzy 
ciepłe, kapiące mu na srebrne wąsy, przyczém niekiedy powtarzał półgłosem:
 — A niechże ich Turek zjé!
Pierwszy on wyrwał się z kościoła, i wyprzedził orszak Nowożeńców, ażeby jak 
najprędzéj stanąć z rycerską służbą przy "adorowanéj Pani-Matce," zbawczyni i 
wychowawczyni jego cudnéj Krysi.
I nietylko dzisiaj, ale już do końca życia, służył swéj pani po rycersku. Gdy się 
bowiem skończyły uroczystości weselne, (co, — mówiąc nawiasem — nieprędko nastąpiło, bo 
przy święceniu podwójnych Oczepin, przez całe dwa tygodnie dwór był pełen kwiatów i 
wiwatów, pląsania młodzieży i strzelania z moździerzy,) gdy nakoniec goście się 
porozjeżdżali, i pozostały tylko dwie rodziny, a raczéj dwa szczątki rodzin, jakby cudem 
ocalałe i złączone, wtedy zaczęto rozmyślać nad sposobem urządzenia sobie przyszłości?
Namysł był krótki. Pani Starościna od razu oświadczyła, że nigdy na to nie pozwoli, 
aby jéj Marychna -Jadwichna, ledwie co po tylu latach odzyskana, miała ją znów opuszczać, i 
za mężem iść gdzieś aż pod Karpaty. O wyjeździe Krysi tak samo nie mogła nawet myśléć. 
Postanowiła więc, że obie młode pary z nią razem zamieszkają, a niechcąc Pana Miecznika 
rozłączać z synem ani z córką, prosiła go, aby także się tutaj przesiedlił, i wszystkim 
najłaskawiéj ojcował.
Pan Miecznik, podrożywszy się ile przystało, z wewnętrzną radością przyjął 
zaprosiny, wydzierżawił swoją wiosczynę, a sam został na zawsze w Dobrowoli, którą 
przezwał swoją "Dobrą dolą."
Tu istotnie, starcowi zgrzybiałemu od nieszczęść i samotności, zachód życia pięknie 
się rozpromienił. Wprawdzie nic mu już nie mogło przywrócić, ani małżonki śpiącéj na Czarnorudzkim cmentarzyku, ani dwóch synów śpiących pod 
kopcami dalekich pobojowisk. Ależ Krysia, ta Krysia opłakana, szukana, ukochana, odnalazła 
mu się, i jaka! Piękna, bogata, szczęśliwa, poczciwa. I syn oto, postanowiony tak świetnie, jak 
się ojczulkowi wcale nie marzyło. I prawdę mówiąc, miał już nie jedną córkę, lecz dwie córki, 
nie jednego syna, lecz dwóch synów, a wszystko to kochało go, i służyło mu na wyścigi, tak 
jak lubił, z "moresem" i wesołością.
Pani Starościnie także nic już niemogło przywrócić, ni srodze zamordowanéj matki, ni 
przedwcześnie zmarłego męża, ni straconego bez ratunku zdrowia. Ale Bóg przywrócił jej 
Maryśkę, czy Jadwiśkę, (bo i tak i tak ją nazywano,) i tą
jedną gwiazdą, rozjaśnił cały wieczór jéj żywota.
Już to trzeba przyznać, że owe przedweselne tygodnie oczekiwania na córkę, były dla 
Pani Starościny strasznemi. Nietylko bowiem pożerała ją niecierpliwość macierzyńskiego 
serca, połączona z niepokojem o skutek wyprawy, ale trapiły ją 
i różne inne postrachy. Bała się mianowicie, (i z Krysią często dzieliła tę obawę,) czy Władek 
jéj nie przywiezie jakiéj sztywnéj, pospolitéj mieszczki, 
o pojęciach i nawyknieniach, nielicujących z ich starodawném życiem? Lękała się jeszcze 
bardziéj, czy nie przywiezie jakiejś pół-Niemkini?
Pierwsze spojrzenie na rozkoszną buzię panienki, pierwsze jéj padnięcie do nóg matce, pierwsze jéj rzucenie się na szyję Krysi, rozwiało 
wszystkie te obawy.
Hedwiga wprawdzie zachowała niektóre przyzwyczajenia z przeszłości, ale tylko 
same chwalebne. I tak naprzykład, nic nie mogło w niéj zachwiać zamiłowania do porządku; 
wszystko w koło niéj, czy to w komnatach, czy w kuchni,
musiało zawsze świecić się i bielić, jakby czyste srebro i złoto. Z początku, służba dworska 
mruczała na te wymysły młodéj pani, z czasem jednak przywyknięto, i dwór Dobrowolski 
zasłynął w całém sąsiedztwie, z niewidzianéj dotąd, iście hollenderskiéj schludności.
Pod innemi wszystkiemi względami, Hedwiga dziwnie szybko zrosła się ze swojém 
nowém życiem, bo dusza u kobiet bardzo młodych, jeszcze jak wosk miękka, łatwo przyjmuje 
wszelką pieczęć, zwłaszcza jeśli ta pieczęć jest wyciśnięta
przez gorące i silne serca, a takich w koło naszéj "królewny" nie brakło.
Umiała téż sercem za serce płacić. Jéj cześć i miłość dla matki, przechodziły 
zwyczajną miarę, jakby chciała tę matkę wykochać za wszystkie lata stracone. Dla Pani 
Krystyny także miała cóś podobnego do części, jako dla swojéj odkupicielki przed Bogiem, — 
"bo" — powtarzała nieustannie, — "gdyby Pani Matka nie była Krysi wzięła sobie za córkę, 
nigdy by Pan Bóg nie był mię oddał Pani Matce." — To téż dwie młode panie zespoliły się 
całą duszą, nie jak dwie bratowe, ale jak najrodzeńsze siostry, i tak, nie upłynęło
dużo wody w Warcie, a już śliczna Gdańszczanka stała się pieszczoszką całego 
Starościńskiego domu 
Czy Pan Kaźmiérz miłował żonę, o to podobno i nie godzi się pytać. Skarb dle nas tém 
droższy, im więcéj kosztowało nas jego zdobycie.
Wprawdzie, taż sama gwałtowność, z jaką junak ukochał i zdobył panienkę, teraz na 
widnokrąg małżeński sprowadzała niekiedy krótkie burze. mężem "impetykiem" życie 
różnie się toczy. Ale mądra żonka znalazła na to sposób. Ile
razy Pan Małżonek zaczął fukać, zaraz cała drżąca przystawała w kąciku, 
i przysłaniając oczy wyszywaną chusteczką, (u któréj zawsze musiały być chwaściki,) 
utyskiwała ze łkaniem:
 — O ja nieszczęśliwa! Ja dla niego znosiłam srogie więzienie i tortury, 
a teraz co mam za to, co?
Jak tylko Pan Kaźmiérz wspomniał na "srogie więzienie z torturami," zaraz miękł i 
oprzytomniewał. Dla niepoznaki trochę jeszcze pohukał, ale po chwili zaczynał o czém inném 
kręty dyskurs, a po godzinie już przypadał do nóg Jadwichny, i jak na "złotym ganku," 
całował jéj błękitny trzewiczek.
Cięższemi od tych zawieruszek, były chwile, kiedy surmy wojenne zagrały, 
i kiedy Pan Kaźmiérz — obecnie Pułkownik piechotny — razem z pancernym Panem 
Władysławem, wyruszał gdzieś daleko pod chorągiew. Natenczas, dla Starościny, dla 
Miecznika, i dla dwóch pań młodszych, nastawały śmiertelne miesiące trwóg, niepewności, wyczekiwania na listy i wieści. Ale takiém życiem żyły u nas wszystkie ówczesne 
niewiasty. Marja-Hedwiga przyjęła je z odwagą, a na tę odwagę zdobyła się tém łatwiéj, że 
dziwnie szczęśliwe zwroty jéj dotychczasowych losów, dawały jéj ślepą ufność i w przyszłe 
błogosławieństwo Boże.
Ten pogodny pogląd sprawiał, że i na swoją przeszłość patrzyła teraz już tylko z 
uśmiechem. Obraz Pana Schultza, stawał przed nią w coraz łagodniejszém świetle; 
wspomnienie doznanych odeń ucisków, zacierało się z każdym rokiem, 
a jego zasługi występowały coraz jaśniéj. W tém poczuciu bezwzględnéj wdzięczności 
utwierdzała ją Pani Starościna, która niemogła myśléć bez rozrzewnienia o ludziach co 
uratowali jéj dziecko. Nikt-by na żadnym różańcu nie policzył wszystkich Mszy Świętych, 
jakie rokrocznie odprawiały się w Dobrowoli za duszę Pani Doroty Schultzowéj; był to dla 
prawdziwéj matki, jedyny już sposób odsłużenia się matce przybranéj. A i w rozmowach o 
Panu Schultzu, Starościna
trzymała się tejże zasady co względem umarłych: "Aut nihil, aut bene," i jeśli mówiła o nim, 
to tylko przychylnie. O jego niedoszłych zalotach nigdy nie wspominała. Czasem nawet 
bywało, gdy sam na sam siedzi z Miecznikiem, to powiada:
 — Nie indygnuj się Waszmość na tego nieboraka. Wszakci on niewiedział 
z jakiego domu
ona się wywodzi? A że chciał na całe życie do piersi przytulić takie złote stworzenie, to i co 
dziwnego? Ktoby niechciał? Biedne człeczysko, my mu ją zabrali. Ile mnie szczęścia, tyle 
jemu szkody. 
Tak rozumowało anielskie serce Pani Starościny. Więc kilka razy do roku szły dla 
Pana Rajcy pyszne upominki, drogie futra, piękna broń myśliwska, domowe konfekty, 
przytém listy od Pani Hedwigi pełne wdzięcznych zapewnień, a przy każdym liście dopisek, 
w którym Pani Starościna zapraszała go do siebie, choćby na dni kilka, — "bo" — pisała — 
"żałosno mi będzie umiérać, bez obaczenia benefaktora mojéj córki."
Ale z Panem Rajcą twarda była sprawa. Za dary, przysyłał niemniéj piękne dary; na 
listy odpisywał sztywno i lodowato; a na zaprosiny, odpowiadał zawsze jedno i toż samo:
 — "Z moją Florą za dobrze mi doma, abych ja się miał z niego ruszać. To żona którą 
Pan Bóg stworzył richtig dla mnie, i głupim ja był, kiedym Panu Bogu kontrował."
Nakoniec mieszkańcom Dobrowoli zrobiło się markotno, że Pan Schultz chce zawsze 
uchodzić za niezapłaconego wierzyciela, i zaczęli przemyśliwać, czémby go tu, prawdziwie 
wspaniałém obdarować?
Aż i wymyślili: nobilitację.
Chcieli go przypuścić do swego Nałęcza. (Z tą wszakże odmianą, że binda miała być 
nie
biała i fałdzista jak zwykle, ale żółta i perełkowana, niby przepaska 
z bursztynu).
Rzecz ta, co prawda, przedstawiała niemałe trudności; trzeba ją było wyrabiać aż na 
Sejmie, i to — szczerze mówiąc — niewiadomo za jakie zasługi? Chyba właśnie za ocalenie 
Starościanki od pogańskiéj niewoli.
Zaczęto jednak zabiegi; te, szły opornie i zwolna; skutek był więcéj niż wątpliwy. Ale 
Pani Hedwiga niechciała o nim wątpić, i już sobie roiła że sama ów Klejnot zawiezie 
dawnemu "Dobrodziejowi," bo chciało jéj się koniecznie raz jeszcze śliczny Gdańsk 
odwiedzić, i rada téż była pochwalić się tam przed wszystkiemi dwojgiem wdzięcznych 
dziatek, jakie już po jéj alkierzu biegały. Pan Kaźmiérz także byłby chętnie znowu zobaczył 
swoje morze, i Władysławowskie szańce, i starego "Łabędzia," i starych towarzyszów od 
Wodnéj Armaty. Pani Starościna pochwalała zamiar, tylko nie radziła zabierania dziatek; 
wieloletnie doświadczenie ostrzegało ją, że widok tych "kinderków," nie będzie miły 
dawnemu współzalotnikowi, témbardziéj że jak wiedziano z listów, i teraz pozostał on 
bezdzietnym. Pani Jadwiga (zwyczajem wszystkich matek,) niemogła zrozumiéć aby widok 
jéj dzieci mógł być komukolwiek na świecie niemiłym, ciągnęły się więc daléj rozmysły i 
narady, gdy znienacka los wszystko przeciął.
Pewnego dnia, przyszedł list z czarną pieczęcią, gdzie Pani Flora donosiła, że Pan 
Johann Schultz rażony apoplexyą, niespodzianie zakończył żywot.
 — "Medyki gadają" — pisała — "jakoby przez cerewizyę był spalon. Ale to azynusy. 
Wszakci tyle lat pijał, i nic mu nie było? Ja wiem, że jeśli co go spaliło, to jeno gorącość 
affektu dla mnie, bo jako żyję nigdym jeszcze nie widziała takiéj zacnéj passyi, i póki mi 
życia, póty po nim łzów i desperacyi."
Poczém podpisano było:
"Niepocieszona wdowa," i t.d.
Trzy panie, popłakały się serdecznie nad śmiercią byłego "Dobrodzieja," nad jego 
niedoczekaniem Klejnotu, i nad opuszczeniem biednéj wdowy.
I znów Pani Jadwiga podała myśl, aby przynajmniéj Panią Florę sprowadzić do dworu 
Dobrowolskiego, już jeśli nie na długo, to chociaż na pierwsze miesiące żałoby. Pani 
Starościna mniéj chętnie tym razem przyzwalała, bo ją nieco straszył obraz owéj niewiasty, 
ale — nie było co mówić — i owa niewiasta przyczyniła się do szczęścia córki, więc napisano 
zaprosiny.
Przez długi czas nie było żadnéj odpowiedzi. Nakoniec przyszła, znowu 
z żałobną pieczątką, krótka i jękliwa.
Pani Flora "submitowała się, jako niemoże przybyć, bo do śmierci nie opuści tego 
domu, gdzie na każdym kroku widzi andenkieny i jakoby drogą umbrę swojego Johanna."
Potém, wszystko przycichło.
Aż oto, po roku i kilku niedzielach, przyszedł znowu list, ale teraz już 
z pieczęcią czerwoną, i to ogromną, Magistracką.
Osnowa listu była następująca:
Wielce mnie Miłościwa
Jaśnie Wielmożna JMciPani Starościno
Dobrodziejko!
"Znając łaskę wielce mnie Miłościwéj JMci Pani na mnie, mam onor 
donieść, jako w dniu wczorajszym połączyłam się węzłem małżeńskim in — voto 
z JMci Panem Krzysztofem Freimuthem, wdowcem, Prześwietnym Burmistrzem miasta 
Gdańska. Co sobie mam za wielkie sygnum łaski Bożéj, albowiem JMci Pan Freimuth 
uczcił mię takowym affektem, co jako żyję na świecie, jeszczem nie widziała podobnie 
zacnéj passyi. Przytém człek to potężny. O wojażach już mi nie myśléć, teraz kiedy całki 
Gdańsk na mojéj głowie. Wczora z okkazyi naszego Hymenu, cały dzień w mieście były 
festyny z ogniami, a z wieczora przeniosłam się do Burmistrzowego Dworu, gdzie 
żyję w królewskich luxusach, ale w kamiennicy mego męża in -do
voto, ś. p. Johanna Schultza, ostawiłam monument moich usług dla Jaśnie 
Wielmożnych Państwa. A racya takowa: Kiedy JMci Panna Starościanka nas 
odjachała, zara ludzie poczęli po staremu stoić podle naszéj kamiennicy, 
i wypatrować ono skulptowane okienko, i admirować jako to przez taką 
cyrkumferencyę, człowiecza persona mogła się przewinąć? Tedy mój Mąż in 
-do voto, ś. p. Johann Schultz, jako człek zagryźliwy, od którego piwnych ja 
humorów niemałom ucierpiała, irrytował się na takowe tumulty, i ze
złości, kazał ode środka zamurować okienko, tak co w onéj obręczy, ostało się 
jeno wybielone wkląknięcie. Ale i to nie pomogło. Ludzie znowu stawali podle naszéj 
kamiennicy, aby się naśmiéwać z onéj złości. Teraz tedy, kiedy posessya po ś. p. Johannie 
Schultzu przeszła na mnie, zara wedle mojego nakazania, skulptor w oném wkląknięciu 
wyimainował z kamienia głowę młodej frajleiny z krézą i cudną facyatą, na konterfekt 
Jaśnie Wielmożnéj Panny Starościanki. Zaś niżéj zamalowana jest lazurem rozbujała 
szarfa, zaś na szarfie złotemi literamy napisane: Amor alatus est. Niechże ornament ten 
reprezentuje wdzięczne hommagium dla
Jaśnie Wielmożnych JMci Państwa
od uniżonéj sługi
jakową mam onor się pisać
Flora Freimuthowa
Burmistrzowa Miasta Gdańska.
List Pani Burmistrzowéj sprawił na mieszkańcach Dobrowoli wrażenia rozmaite, ale 
co epilog, to wywołał jednomyślny poklask, Ów "ornament," nie zdradzający żadnych imion, 
a jednak tak wymowny, przypadł wszystkim do serca.
Zwłaszcza téż Pan Kaźmiérz, aż głaskał się po piersiach, na myśl że jego Hedwiga została w 
kamieniu unieśmiertelniona, i że pamięć o niéj przetrwa między ludźmi jakby jakowe poema.
I rzeczywiście, przez długie czasy, ile razy jaki podróżnik zwiedzał Gdańsk i jego 
ciekawości, zawsze pokazywano mu ową główkę wyrzeźbioną 
w kamiennym pierścieniu, przyczém opowiadano dziwy, o pięknéj, niegdyś więzionéj tu 
dziewicy, i o jéj nadpowietrzném porwaniu przez morskiego rycerza.
A że mieszkańcy Gdańska słyną z poszanowania dla zabytków przeszłości, więc kto 
wié? Może i ta pamiątka jeszcze się u nich przechowała? Może do dziś dnia, panienka z 
okienka tam wygląda, i tęsknie czeka, i wypatruje, czy raz jeszcze nie pojawi się przed nią, 
marynarz od Puckiéj flotty?
KONIEC.
